Krzyk Pustki
-
- Sadza i Crowe do ładowni! Już! Gleeson na mój znak zamkniesz grodzie! Holt. Ostrzegawcza seria! - Caleb pomijając jak niemal nigdy formalności, bez których brzmiał jakoś dziwnie, wskazał palcem w sufit miejsce na oko przed sygnałami.
Jego mózg próbował racjonalizować to co się działo. Dziwnym sykiem nie przejął się nadto. Statki wytwarzały najróżniejsze dźwięki. Ale czemu androidy przemieszczały się wentylacją? I czemu za nimi? A może Adam się mylił i jednostka na jego plecach nie była aż tak wyłączona i emitowała sygnał SOS do reszty?
-
Elias nie potrzebował drugiego rozkazu. Odepchnął się od ściany i ruszył w stronę ładowni, chwiejniej, niż by chciał, ale tym razem bez protestów. Każdy szybszy krok rozlewał pod czaszką tępy ból, więc zacisnął zęby i po prostu parł dalej. Ruch Adama przyciągnął jego wzrok dopiero po chwili. Syntetyk nie patrzył już w korytarz. Patrzył w sufit. Crowe również uniósł głowę. Zrobiło mu się zimno. Oczyma wyobraźni widział zbyntowane jednostki androidów pełzające w szybach, niekompletne bowiem coś ucieło im nogi lub ręcę. Tego co urządziło tak tego, którego wzieli ze sobą, wolał sobie nie wyobrażać.
– Kraty – rzucił ostro przez radio. – Celujcie w kraty. Albo bezpośrednio pod nie.Nie rozwijał myśli. Nie było potrzeby. Jeśli detektor pokazywał coś kilka metrów od nich, a korytarz pozostawał pusty, możliwości robiły się nieprzyjemnie ograniczone. Nie wiedział, czy przestrzeń pod panelami podłogi dawała równie dużo opcji ruchu co wentylacja, ale było zdecydowanie trudniej się przez nie wydostać, bowiem punktów serwisowych było znacznie mniej. Elias przyspieszył jeszcze trochę, niemal wpadając na próg ładowni. Obejrzał się tylko raz przez ramię, bardziej odruchowo niż z ciekawości.
– Joshua, nie trać głowy. – rzucił nie wiadomo po co, głupią przecież radę, po czym zniknął w ciemniejszej przestrzeni ładowni. -
Siergiej Nikołajewicz Kalashnikov. Sadza.

Bleinert
Nie było miejsca na dyskusje. Napięcie w głosie Starego mówiło wystarczająco dużo.
Sadza bez słowa wyłączył spawarkę, przerywając cięcie w połowie roboty. Jeszcze gorącą przypiął do uprzęży i ruszył w stronę ładowni.
W dłoniach pojawiła się broń Joshui.
Omiótł pomieszczenie wzrokiem, szukając ewentualnych dróg ewakuacji.
Potem uniósł wzrok w górę.
Sufit.
Kanały wentylacyjne. Instalacje. Przewody. Wszystko, co mogło skrywać coś, czego nie było widać z poziomu podłogi.
Nie strzelał. Nie miał do czego. Nie chciał marnować amunicji.
Coś za nimi szło?
Załoganci Bleinerta?
Korytarzami technicznymi?
To nie miało sensu. Po co mieliby się chować.
Zbuntowane androidy?
Skrzywił się.
To również było idiotycznie nierealne.
Zatem... Kto? Shto? -
Kiedy z ust kapitana padł rozkaz – szybki, brutalny i całkowicie pozbawiony tej jego denerwującej, sztywnej ogłady – do Joshuy dotarła prawdziwa skala katastrofy. To nie była kolejna usterka do zdiagnozowania ani taktyczne przegrupowanie. To był desperacki, chaotyczny odwrót!
Gleeson tkwił w mroku ładowni, kurczowo zaciskając trzęsące się dłonie na pęku zmostkowanych kabli zasilających. Rozbebeszony panel kontrolny wyglądał jak ofiara rzeźnika; gdyby elektronika mogła odczuwać ból, ten moduł z pewnością wyłby teraz wniebogłosy, plując snopami iskier. Joshua zamierzał posłusznie wypełnić rozkaz i zewrzeć obwód, gdy tylko usłyszy sygnał Hannigana, ale w ułamku sekundy przez jego umysł przemknęła zimna, inżynieryjna myśl.
To wszystko poszło zbyt gładko. Zbyt prymitywnie.
Jak to w ogóle możliwe, że na okręcie floty Zjednoczonych Ameryk zabezpieczenia masywnej grodzi dało się obejść za pomocą brutalnego wyrwania obudowy i zwarcia przekaźników? Taka ingerencja powinna natychmiast wyzwolić blokadę hydrauliczną i zamrozić serwomotory. Czy ten upiorny statek w jakiś złośliwy sposób pozwolił mu otworzyć te drzwi? Ta myśl wydała mu się nagle równie przerażająca co sygnały na detektorze.
Spojrzał gorączkowo w stronę korytarza, a mętlik w jego głowie sięgnął zenitu.
Dlaczego do cholery wszyscy uciekali właśnie w jego stronę?! Przecież śluza i droga powrotna na Kardashiana znajdowały się w przeciwnym kierunku, za kotarą przeciwpożarową! Zamiast torować sobie drogę ucieczki, reszta oddziału pchała się do ciemnej, odizolowanej ładowni, dobrowolnie zamykając się w stalowej puszce. Co ich aż tak bardzo przeraziło?! Cokolwiek pełzało tam w szybach wentylacyjnych, musiało być gorsze od czegokolwiek, co Gleeson mógł sobie wyobrazić.
Joshua od zawsze był neurotykiem z chorym sercem. Przywykł do tego, że to on jest tym przerażonym, gadatliwym balastem. Spodziewał się własnego strachu. Ale nie spodziewał się zbiorowej paniki. Widząc, jak uzbrojony w karabin Holt traci orientację, a zimny jak lód kapitan zdziera z siebie maskę opanowania i rzuca chaotyczne rozkazy, Gleeson poczuł, że jego własny, wewnętrzny bezpiecznik ostatecznie się przepala. Upadek autorytetów i profesjonalistów był dla niego dowodem na to, że znaleźli się w sytuacji bez wyjścia.Z płytkim, świszczącym oddechem tkwił przy wybebeszonym panelu. Złapał mocniej za kable, dygocząc na całym ciele. Gotów w każdej sekundzie na znak kapitana zewrzeć styki i odciąć ich ciężką grodzią od czegokolwiek, co właśnie na nich polowało, nawet jeśli oznaczało to zatrzaśnięcie się we własnym grobowcu.
-
Delilah le Fey
To musiły być jakieś zakłócenia, to wcale nie brzmiało jak syki drapieżnika. Delilah przeniosła wzrok na stojącego obok chłopaka szukając potwierdzenia. Szybko zrozumiała, że William usłyszał dokładnie to samo. Przeraźliwy syk a wcześniej nerwowa wymiana zdań między załogą. Na pokładzie wraku działo się coś bardzo niedobrego. Agentka próbowała zignornować impertynecki ton Nadii Volkov. Była chowana w laborotoryjnych warunkach by pozbyć się ludzkich słabostek, ale urodziła się z chromosomem XX. Rywalizację z innymi samicami wpisano w jej DNA. Już układała w myślach groźby wymierzone w nawigatorkę, jednak satysfakcja z poniżenia rywalki nie miała sensu, skoro ich własny statek za chwilę mógł podzielić los martwego wraku. Zdusiła w sobie ten pierwotny impuls i brutalnie odcięła ego pozwalając by stery przejęła żelazna logika.
Wcisnęła przycisk interkomu przy grodzi.— Nadia, słuchaj mnie bardzo uważnie — przemówiła bezpośrednio do nawigatorki ignorując O'Collana. — Zróbmy szybki rachunek zysków i strat. Twój kapitan miał do dyspozycji syntetyka i kamerę, a mimo to zamiast wysłać maszynę na zwiad, jak kiedyś na Ziemi robili to policyjni saperzy zaryzykował życie własnych ludzi i zabrał na pokład większość załogi. Wiedział doskonale o zagrożeniu. Na pokładzie Bleinerta doszło do katastrofy i nie miał cienia dowodu, że prócz Purcella przeżył tam ktokolwiek inny. Tej decyzji nie da się obronić. To albo skrajna niekompetencja albo celowe działanie na szkodę Kelland Mining w imię swoich własnych szemranych interesów. Nie grożę ci, ale uświadamiam twarde fakty. Jako niezależny obserwator muszę złożyć raport. I tylko od ciebie zależy czy zostaniesz w sprawie świadkiem czy współoskarżoną. Wiesz co firmy robią z dłużnikami, którzy niszczą ich własność i sprzęt, wiesz w jaki sposób muszą odpracować dług, w jakich miejscach kończą całe rodziny zadłużonych.
Odczekała chwilę, by Volkov mogła sobie wyobrazić własne dzieci czyszczące radioaktywne filtry w koloniach na peryferiach układu, gdzie nikt nie dożywa czterdziestki.
— Pilot odpowie razem z Hanniganem — kontynuowała. — Zgodził się na dokowanie w obszarze zagrożenia choć to on odpowiada za statek i do niego należy ostateczna decyzja w takich kwestiach. Co więcej O'Collan zrzucił na mnie i na pasażera pancerną gródź bez ostrzeżenia. To usiłowanie podwójnego zabójstwa. Wszyscy słyszeli, jak rzucał mi dwuznaczne komplementy. Być może naprawdę wierzył, że chcę uwolnić więźnia, ale przestało mieć to znaczenie w chwili gdy zobaczył mnie z Williamem. Sama wiesz do jakich czynów może prowadzić urażona męska duma. Zastanów się czy ktoś taki powinien teraz dowodzić statkiem. Czy za jego szerokim uśmiechem nie kryje się coś więcej.
Znów zamilkła na moment, pozwalając by Nadia sama złożyła fakty.
— Jesteś najniższa stopniem, nikt cię nie pytał o zdanie, kapitan i reszta cię ignorowali. Ale teraz ich władza się skończyła i wszystko leży w twoich rękach. Tak, jestem korporacyjną suką i masz prawo mieć o mnie najgorsze zdanie, ale nie możesz mi odmówić kompetencji. Chcę tylko pomóc posprzątać ten bałagan i bezpiecznie dolecieć do Borodino. Nie pozwól by ci mężczyźni zrzucili na ciebie odpowiedzialność za ich własne błędy. Jeśli otworzysz śluzę, przysięgam, że tego nie pożałujesz.
-
Marcus Holt
Holt stał w progu ładowni i słuchał.
Pikanie detektora miało swój rytm - krótkie, równe impulsy które przyspieszały wraz ze zbliżaniem się sygnału. Znał ten dźwięk. Każdy kto spędził wystarczająco dużo czasu w zamkniętych przestrzeniach z bronią w ręku uczył się czytać detektory tak jak inni czytają zegary.
Piknięcie. Siedem metrów. Może osiem.
Piknięcie. Sześć.
Piknięcie.
Pięć.
Uniósł M41A w stronę sufitu płynnym ruchem który nie miał w sobie nic z pośpiechu - kolba przy ramieniu, policzek przy łożu, lufa w górę pod kątem czterdziestu pięciu stopni w kierunku ostatniej sekcji sufitu przed którą detektor milczał jeszcze przed chwilą.
Nacisnął spust.
M41A zagrał charakterystyczną dla siebie nutę - krótki, suchy, mechaniczny terkot pulsacyjny który nie brzmiał jak broń z filmów ani jak cokolwiek ziemskiego. Seria przeszła przez blachę sufitu zostawiając postrzępioną linię dziur przez które sączyło się blade techniczne światło z przestrzeni ponad panelami.
Huk uderzył w ściany i wrócił.
Potem cisza.
Piknięcie.
Cztery metry.
Holt wypalił drugą serię w nowe miejsce, przesunięte o metr w lewo od pierwszej. Ten sam suchy terkot, ta sama linia dziur, ten sam powrót dźwięku ze ścian.
Patrzył w sufit z lufą wciąż uniesioną i słuchał czy pikanie zmieni rytm.
-

Mostek Kardashiana
Wypowiadane przez le Fey propozycje i groźby niosły się po mostku kombajnu dominując ponad dźwiękami pracującej maszynerii. Davy poczuł jak Nadia zaciska bezwiednie palce na jego ramieniu, oderwał wzrok od komputerów ch ekranów przenosząc spojrzenie na jej zatroskaną twarz.
- Ona może nas udupić, Davy - rzuciła przez zaciśnięte zęby Rosjanka - Ta suka na pewno ma wpływy. Nie chcę przez nią zapierdalać do końca życia na jakiejś pierdolonej asteroidzie przy wymianie karbonowych filtrów do kruszarek. Jakby nie miała wpływów, toby tak nie szczekała.
- Szczeka, bo jest nauczona posłuchu - odwarknął stanowczym tonem pilot - Mamy tryb nadzwyczajny, nie musimy się nią przejmować, dopóki nie wrócą stary i Sadza. To ich odpowiedzialność, a nie nasza.
- Lasalle to gigant, Davy - nie ustępowała Nadia wbijając natarczywie palce w jego mięśnie - Mogą pozwać Kelland do sądu za cokolwiek, co sobie wymyślą ich jebani prawnicy. Nienawidzę takich dziwek jak ta blondyna, ale oni mogą z nami zrobić, cokolwiek zechcą. Chciałabym jeszcze trochę pożyć w spokoju. Co ona może tu zrobić? Wpuścimy ją i niech stoi w kącie, przecież nie wyrwie ci sterów z rąk? Davy, nie chcę kłopotów.
- Nie będzie żadnych kłopotów - odpowiedział O’Collan odwracając się w stronę swojej konsolety z miną przesadzającą o podjętej decyzji - Na moją odpowiedzialność…
Seria wystrzałów gruchnęła z głośników systemu łączności, przetoczyła się przez mostek przyoblekając twarz Nadii w śnieżną biel.
- Co do kurwy nędzy? - krzyknął pilot przywierając do wyświetlaczy i szukając wzrokiem obrazu przekazywanego przez kamerę Holta - Czemu strzela?
Głośniki huknęły następną serią, komponującą się w złowieszczy sposób z chaotycznymi ruchami hełmów ratowników i ich zatrwożonymi krzykami.
Środkowy pokład Bleinerta
Wszyscy w ekipie ratunkowej wiedzieli, że Marcus Holt potrafi posługiwać się bronią strzelecką i że z racji sprawowanej funkcji oraz militarnego doświadczenia zapewne nie zawaha się jej użyć, lecz kiedy zaczął bez ostrzeżenia strzelać ponad głowami towarzyszy, dla niektórych z nich okazało się to prawdziwym wstrząsem.
Wylatujące z bocznego wyrzutnika łuski uderzyły jedna po drugiej w kombinezon i hełm Sadzy, zanim spadły z metalicznym brzękiem na podłogę korytarza.
W pustej przestrzeni ponad sufitowymi panelami coś było - coś ukrytego wśród elektrycznych kabli i światłowodów, pomiędzy rurami z chłodziwem i sprężonym powietrzem. Ogłuszony hukiem wystrzałów kapitan Hannigan zadarł głowę w górę, oczami wyobraźni widząc nienaturalnie zwinne ciała pełznących szybem człekokształtnych syntetyków Weyland-Yutani.
Sufitowe panele, naznaczone przestrzelinami i silnie z jakiegoś powodu dymiące, runęły w dół wyrwane z mocowań siłą wykraczającą poza krzepę zwykłych ludzkich mięśni.
A potem coś spadło w dół w ślad za płytami lądując pośrodku korytarza z paraliżującym ciała nieludzkim wdziękiem, na ułamek chwili przykuwając niepodzielnie uwagę ludzi próbujących zrozumieć, na co właściwie spoglądają.
Nie wszyscy zrozumieli od razu, bo połyskliwy czarny kształt stanowił sobą obraz stojący w całkowitej sprzeczności z wszystkim, co ratownicy dotąd w swoim życiu widzieli. Organiczny karapaks pokrywający gibkie cielsko, długie ręce zakończone jeszcze dłuższymi palcami, wielka obła czaszka pozbawiona oczu i uszu, a w zamian szczerząca przerażający garnitur krystalicznych zębów ociekających gęstą przezroczystą wydzieliną.
- Diaboł! - krzyknął podnoszący się z klęczek Siergiej, na moment zapominając o ściskanym w dłoni pistolecie.
Diaboliczna istota odpowiedziała mu budzącym grozę przeciągłym sykiem, w jednej sekundzie z niewiarygodną zwinnością skacząc w stronę przerażonych ratowników.
-

Środkowy pokład Bleinerta
Marcus Holt otworzył ogień z Armata nie zdejmując palca nawet na sekundę ze spustu karabinu, zasypując smoliście czarnego stwora gradem pocisków. Huk wystrzałów wypełnił przestrzeń korytarza i wnętrze hełmów ratowników, zagłuszył ich przerażone krzyki swoim rytmicznym łoskotem. Trafiany raz za razem drapieżny kształt zaczął się szaleńczo miotać, kiedy kolejne kule przebijały coś, co mogło uchodzić w oczach Caleba Hannigana za syntetyczny pancerz. Odrętwiały z szoku kapitan pewien był w pierwszej chwili, że widzi najnowsze osiągnięcie robotyki Weyland-Yutani, nieznany jeszcze publice model nowego androida do zadań specjalnych - lecz kiedy ze szklistej paszczęki napastnika popłynęła kakofonia absolutnie zatrważających wrzasków, technologiczne przeświadczenie Hannigana zaczęło się w jednej chwili rozsypywać jak domek z kart.
Ostrzeliwany przez Holta stwór przewalił się w bok, uderzył ogonem w jedną ze ścian, odbił się od niej wykonując niezwykły przewrót w powietrzu i lądując ponownie na giętkich tylnych kończynach. Z przestrzelin w jego połyskliwym pancerzu wyciekał jakiś organiczny płyn, który w kontakcie z podłogą i ścianami korytarza natychmiast zaczął wydzielać smużki dymu.
- Zabij to! - krzyknął wyglądający zza progu ładowni Elias Crowe, kurczowo uczepiony futryny drzwi i próbujący dostrzec coś więcej przez spękaną przyłbicę hełmu - Zabij to!
M41A1 umilkł w tej samej sekundzie pozostawiając za sobą cichnące echo wystrzałów oraz inny dźwięk, ledwie słyszalny w huku własnych serc dudniących szaleńczo w uszach ratowników.
Charakterystyczny metaliczny trzask, który zmroził wszystkim jeszcze bardziej krew.
Odgłos uderzającej w pustkę iglicy karabinu.
- Gleeson, zamykaj drzwi! - krzyknął Hannigan widząc jak ociekający silnie żrącym kwasem organiczny kształt przywiera tylnymi nogami do posadzki - Odwrót do ładowni!
Stwór skoczył przed siebie z przysiadu, z nieprawdopodobną gracją i w sposób, którego widok byłby czymś wręcz pięknym, gdyby nie był tak straszny - skoczył wprost na naciskającego niczym w amoku spust broni Holta unosząc ponad swoją podłużną obłą głowę długi segmentowany ogon.
Giętki czarny organ, zakończony przywodzącym na myśl grot włóczni szpicem, wydawał się żyć własnym ruchliwym życiem i kiedy stwór wpadł pomiędzy przerażonych ludzi opryskując ich swoją kleistą śliną; kiedy oficer medyczny Kardashiana rzucił się na niego z podniesioną z podłogi sufitową płytą próbując odwrócić uwagę bestii od swoich ludzkich towarzyszy; giętki czarny ogon przeszył powietrze wbijając się z głośnym trzaskiem rozdzieranego materiału w próżniowy skafander tuż pod prawą pachą Marcusa Holta.
Wszedł weń na niemal całą długość ostrego jak brzytwa grotu wytrącając mężczyźnie broń z ręki i ciskając nim o ścianę, po której Holt osunął się niczym worek śmieci na podłogę.
-
Huk ognia ciągłego z karabinu pulsacyjnego zamienił korytarz w komorę rezonansową. Każdy wystrzał wibrował w stalowych grodziach, przenosząc się przez podłogę wprost do kości skulonego w ładowni Joshuy. Gleeson nie widział absolutnie nic, co działo się na zewnątrz. Siedział wciśnięty w kąt pod rozbebeszonym panelem sterowania niczym przerażony poborowy na dnie okopu, podczas gdy nad jego głową przetaczała się artyleryjska nawałnica.
Do jego uszu docierała kakofonia absolutnego koszmaru: przeraźliwe krzyki jego towarzyszy, syk topionego kwasem metalu i ten nieludzki, mrożący krew w żyłach skrzek, przypominający dźwięk rwanej blachy połączony z wizgiem zarzynanego zwierzęcia. A potem, nagle, karabin umilkł. Rozległ się tylko ten jeden, suchy, pusty trzask iglicy, po którym nastąpił odgłos ciężkiego uderzenia i zdławiony wrzask Holta.
Gleeson przestał oddychać. Zrobiło mu się lodowato zimno. Poczuł, jak jego klatkę piersiową zaciska niewidzialne imadło, a serce nagle potyka się, uderza szaleńczo o żebra, po czym... po prostu zamiera. Mroczki przed oczami zalały resztki i tak skąpego światła. Zastygł w bezruchu, dławiąc się własnym przerażeniem...
W tej jednej, zawieszonej w czasie sekundzie, jego umysł uciekł z koszmarnego Bleinerta. Wrócił do dusznych, rdzewiejących trzewi kolonii górniczej. Półprzytomny, niczym śniąc na jawie przypomniał sobie tamten felerny dzień na najniższych poziomach, kiedy w ślepym zaułku zatarasowało im drogę trzech naćpanych rzezimieszków z nożami wibracyjnymi. Strach uderzył w niego tak samo mocno jak teraz. Złapał się wtedy za pierś i osunął na zardzewiałą kratownicę, dławiąc się z braku powietrza, podczas gdy jego serce wypadało z rytmu.
I wtedy poczuł na twarzy szorstkie, ubrudzone smarem dłonie swojej siostry. Zignorowała nożowników, skupiając całą uwagę na nim.„Josh! Patrz na mnie!” – krzyczała wtedy, potrząsając nim gwałtownie. – „Przyciągnij kolana do klatki! Teraz! Zrób głęboki wdech na cztery sekundy... i kaszlnij! Mocno, z całej siły w przeponę, słyszysz?! Zmuś to cholerstwo do bicia!”
Siedząc pod zniszczonym panelem na wymarłym okręcie, Gleeson odruchowo podciągnął kolana pod brodę. Zamknął oczy, wciągnął ze świstem zatęchłe powietrze z recyrkulatora i gwałtownie, potężnie zakasłał. Raz. Drugi. Trzeci...
Silny skurcz przepony uderzył w klatkę piersiową. Serce, brutalnie wyrwane z letargu, podskoczyło boleśnie, po czym podjęło ciężki, ale stabilny rytm. Krew znów uderzyła mu do mózgu, rozjaśniając wzrok, a potworny szum w uszach ustąpił.
I właśnie w tym momencie, przebijając się przez zgiełk, usłyszał głos Hannigana:— Gleeson, zamykaj drzwi! Odwrót do ładowni!
Wszelkie wątpliwości wyparowały. Dłonie Joshuy wciąż się trzęsły, ale nie było w nich już tego sparaliżowanego bezwładu. Chwycił zmostkowane, iskrzące kable zasilające z wybebeszonego panelu.
— Zamykam! — wrzasnął, zdzierając gardło na otwartym kanale komunikacyjnym, próbując przekrzyczeć chaos w korytarzu. — Wchodzić, do kurwy nędzy! Zamykam!
Zacisnął zęby i z całej siły zetknął grube przewody. Posypały się iskry, a powietrze momentalnie wypełniło się smrodem ozonu. Ciężkie serwomotory w ścianach ładowni zawyły z przeciążenia. Masywne, pancerne wrota drgnęły i z głuchym dudnieniem zaczęły sunąć ku sobie, zamykając wejście.
Zajmie im krótką chwilę, zanim zatrzasną się całkowicie. Gleeson dociskał kable, wpatrując się szeroko otwartymi, przekrwionymi oczami w zwężającą się szczelinę światła rzucanego przez latarki reszty zespołu z korytarza. Dopiero po ułamku sekundy dotarło do niego, że mógł poczekać dłuższą chwilę. Mógł trzymać kable w pogotowiu i zamknąć obwód dopiero, gdy upewni się, że wszyscy zdążyli wpaść do środka. Ale instynkt samozachowawczy okazał się silniejszy niż lojalność. Nie obchodziło go, kto zdąży przebiec przez próg, o ile stalowa gródź na czas oddzieli jego od tego wrzeszczącego monstrum. -
Adam zarejestrował pierwszy sygnał, zanim pozostali zdążyli w pełni zrozumieć, co pokazuje detektor ruchu.
Piknięcie.
Potem kolejne.
Sygnał się zbliżał.
Syntetyk przeniósł wzrok na urządzenie, a jego wewnętrzne procesy natychmiast zaczęły zestawiać dane. Kierunek. Tempo przemieszczania się. Zmiana odległości. Nie miał jeszcze podstaw, by stwierdzić, czym było źródło sygnału, ale jedna rzecz nie pozostawiała wątpliwości.
Coś znajdowało się nad nimi.
W chwili, gdy Marcus Holt uniósł M41A w stronę sufitu, Adam instynktownie przesunął się odrobinę w bok, oceniając położenie pozostałych członków zespołu i możliwe skutki ostrzału.
Pierwsza seria.
Huk wystrzałów uderzył w jego sensory.
Druga.
Syntetyk nie zareagował na hałas. Obserwował.
Zniszczone panele.
Kłęby dymu.
Detektor.
Zmianę położenia sygnału.
A potem sufit eksplodował.
Adam zdążył jedynie zarejestrować gwałtowny ruch, zanim połyskliwa, czarna istota runęła w dół wraz z fragmentami konstrukcji.
Przez ułamek sekundy jego systemy próbowały sklasyfikować obiekt.
Brak zgodności.
Nie był syntetykiem.
Nie był człowiekiem.
Nie przypominał żadnego znanego Adamowi organizmu.
Wydłużona czaszka. Organiczny karapaks. Nienaturalna budowa ciała. Zęby. Ogon.
A potem ślina.
I ciecz.
Pierwsze krople spadły na metalową podłogę.
Adam zobaczył dym.
Usłyszał syk.
Analiza składu nie była konieczna.
— Żrący kwas.
Ostrzał Holta nie zatrzymał stworzenia. Adam obserwował, jak kolejne pociski rozrywają jego ciało, a z ran wypływa coraz więcej cieczy. Zamiast zbliżyć się do bestii, syntetyk cofnął się o krok.
Nie ze strachu.
Z kalkulacji.
Każde kolejne uszkodzenie stwora oznaczało kolejne rozpryski kwasu. Walka wręcz była ryzykiem, którego nie zamierzał podejmować. Uszkodzenie jego syntetycznego ciała mogło ograniczyć zdolność udzielania pomocy pozostałym.
Potem karabin Holta umilkł.
Adam obrócił głowę.
Zarejestrował charakterystyczny dźwięk pustej komory.
Zamek.
Brak amunicji.
Stwór ruszył.
Sekundy zamieniły się w ułamki sekund.
Ogon przeszył powietrze.
Holt został trafiony.
Broń wypadła mu z dłoni.
Człowiek uderzył o ścianę i osunął się na podłogę.
Ranny.
Bezpośrednie zagrożenie.
Adam ruszył.
Podniósł z podłogi duży fragment odstrzelonej płyty sufitowej. Drugą ręką chwycił leżący wśród kabli kawał metalowej rury. Wykorzystał oba elementy nie jako broń, lecz narzędzia.
Tarcza.
Dźwignia.
Dystans.
— Do ładowni! Natychmiast!
Nie próbował zadać stworowi ciosu.
Płyta została wbita pomiędzy bestię a ludzi, odsuwając jej głowę i łapy od najbliższych członków zespołu. Rura posłużyła jako druga dźwignia.
Adam naparł.
Syntetyczne mięśnie pracowały z siłą niedostępną dla człowieka.
Metalowa podłoga zaskrzypiała pod jego butami.
Nie atakował.
Pchał.
Całą swoją nadludzką siłę wykorzystał do jednego celu.
Odepchnąć stworzenie jak najdalej od ludzi.
Jednocześnie unikał każdej kropli kwasu. Nie próbował chwytać bestii. Nie pozwalał, by ciało miało bezpośredni kontakt z wydzieliną.
Przez interkom usłyszał głos kapitana.
— Gleeson, zamykaj drzwi! Odwrót do ładowni!
W tym samym momencie Adam zarejestrował ruch ciężkiej grodzi.
Wrota zaczynały się zamykać.
Jeżeli pozostanie tam jeszcze kilka sekund, może zostać odcięty.
Analiza sytuacji zajęła mu mniej niż chwilę.
Prawdopodobieństwo zamknięcia grodzi przed jego powrotem: wysokie.
Prawdopodobieństwo odniesienia uszkodzeń przez zespół bez jego osłony: jeszcze wyższe.
Nie cofnął się.
Nie próbował przebiec do drzwi.
Zamiast tego pochylił się mocniej, zacisnął dłonie na metalowej płycie i raz jeszcze wykorzystał pełną moc syntetycznego ciała.
Miał tylko jeden cel.
Odepchnąć potwora.
Dać ludziom czas.
Nawet jeżeli drzwi zamkną się przed nim -
Marcus Holt
Holt leżał przy ścianie i patrzył.
Szok miał tę właściwość że zwalniał czas - nie subiektywnie, nie jako metafora, ale dosłownie, jakby mózg nagle zaczynał pobierać więcej klatek na sekundę żeby przetworzyć informację której nie przewidywał i dla której nie miał jeszcze kategorii.
Stwór był czarny. Nie jak czerń kombinezonu ani czerń nieoświetlonego korytarza - czarny jak coś co pochłania światło zamiast je odbijać, jak materiał który ewolucja zaprojektowała żeby być niewidzialnym w każdym środowisku które nie jest jasne. Pancerz połyskiwał tylko tam gdzie trafiały go bezpośrednio latarki - w pozostałych miejscach po prostu nie istniał optycznie.
Trafiłem go wielokrotnie.
Holt wiedział o tym z pamięci mięśniowej, bo palec pamiętał nacisk spustu. Wiedział też co widziały oczy - kolejne przestrzały, kwas kapiący z ran, dym przy każdej kropli kontaktu z metalem. Wiedział.
I mimo to stwór poruszał się.
Nie poruszał się jak coś zranionego. Poruszał się jak równanie które uwzględniło już własne uszkodzenia i skorygowało trajektorię. Każda kończyna lądowała precyzyjnie. Ogon kompensował środek ciężkości z wyprzedzeniem którego żaden znany Holtowi organizm nie był zdolny osiągnąć bez wieloletniego treningu. Adam napierał z całą siłą syntetycznych mięśni i stwór nie odpychał go - przepuszczał przez siebie wektor siły jak struktura która rozumie fizykę lepiej niż inżynier który ją zaprojektował.
To nie jest drapieżnik który poluje.
To jest drapieżnik który jest.
Różnica była subtelna i fundamentalna jednocześnie - jak różnica między maszyną która wykonuje funkcję a maszyną która jest funkcją. Holt przez całe życie wchodził do pomieszczeń i wiedział instynktownie gdzie jest zagrożenie i jakiej jest natury. Ten instynkt był narzędziem które go nie zawodziło.
Teraz leżał przy ścianie z trzęsącymi się dłońmi i patrzył na coś czego ten instynkt nie umiał nazwać. Nie dlatego że zawiódł. Dlatego że kategoria którą by nazwał nie istniała w słowniku żadnego doświadczenia które Holt zgromadził przez całe życie.
Wszechświat okazał się większy niż jego słownik.
-
Mostek Kardashiana - O'Collan
Przez pierwszą sekundę O’Collan po prostu patrzył na transmisję. Kolejne klatki pojawiające się na bocznych ekranach z kamer załogi. Całą jego uwagę pochłonął obraz z kamery Holta — rozedrgany, nieostry, szarpany gwałtownymi ruchami człowieka walczącego o życie.
Czarny kształt runął z sufitu.
— Co do kurwy… — wymknęło mu się cicho.
M41A1 odpowiedział długą serią. Błyski wystrzałów na moment wydobywały stworzenie z ciemności, zamieniając transmisję w chaotyczny ciąg pojedynczych obrazów: połyskliwy pancerz, wydłużona głowa, ściana, czyjaś przyłbica, znowu czarne ciało.
Holt strzelał dalej.
— Nie, nie, nie… Co ty, kurwa, robisz…
Davy pochylił się nad pulpitem, jakby skrócenie dystansu do ekranu mogło pozwolić mu zobaczyć coś więcej ale przed oczami miał tylko chaos.
— Nadia… widzisz to?
Nie czekał na odpowiedź. Cofnął zapis o kilka sekund, ale zanim zdążył przyjrzeć się obrazowi, z głośników dobiegł charakterystyczny trzask pustej komory - suchy i metaliczny.
Davy znał ten dźwięk aż za dobrze.
— Holt, magazynek! — rzucił odruchowo do mikrofonu.
Stwór skoczył.
Na ekranie wszystko wydarzyło się niemal jednocześnie. Smolista sylwetka wypełniła kadr, ogon przeciął obraz, kamera szarpnęła gwałtownie, a Holt zniknął z pola widzenia.
O’Collan poderwał się z fotela.
— Marcus!
Odpowiedział mu tylko chaos: ściana, podłoga, fragment cudzego skafandra. Przez moment zobaczył Adama z kawałkiem metalowej płyty w dłoniach, potem obraz ponownie zadrżał.
— Marcus! Odpowiedz!
Nic.
Z głośników przebijał się krzyk Hannigana nakazującego odwrót do ładowni, odpowiedź Gleesona, że zamyka drzwi, wrzaski pozostałych i ten pieprzony syk topionego metalu.
Davy stał nad pulpitem z dłońmi wbitymi w jego krawędź. Dopiero po chwili zorientował się, jak mocno ją ściska.
— Ja pierdolę…
Na ekranie Adam napierał na stworzenie. Za nim poruszali się ludzie. Dalej ciężka gródź ładowni zaczynała się zamykać.
Przez krótką chwilę O’Collan nie zrobił nic.
Potem wziął głęboki oddech. Nie uspokoiło go to. Strach nadal tkwił gdzieś pod mostkiem, zimny i ciężki, ale został odsunięty na miejsce, które znał z dawnych lat. Tam, gdzie nie przeszkadzał wykonywać roboty.
Kiedy ponownie usiadł, twarz miał już nieruchomą.
— Dobra.
Przeciągnął transmisję z Bleinerta na główny monitor.
— Nadia, zapisuj wszystko. Pełny strumień. Obraz, audio, timestampy. Bez filtrów i bez żadnego czyszczenia danych.
W głowie analizował to, co zobaczył. Stworzenie. Trafienia z M41A1. Brak natychmiastowego zatrzymania. Ciecz wypływająca z ran. Reakcja z metalem. Holt trafiony w prawą stronę korpusu. Adam w bezpośrednim kontakcie. Reszta wycofująca się w stronę ładowni.
— Kontakt nieznanego typu — mówił spokojnie do siebie, właściwie już bardziej dla zapisu niż dla Nadii. — Prawdopodobnie organiczny. Wielokrotnie trafiony z karabinu pulsacyjnego, nadal mobilny. Płyny ustrojowe silnie korozyjne. Holt trafiony… okolice prawej pachy. Stan nieznany. Adam pozostaje w kontakcie. Zespół wycofuje się do ładowni.
Sięgnął do panelu łączności.
— Kardashian do zespołu Bleinerta. Radio check.
Wskaźnik nośnej drgnął, ale odpowiedź nie nadeszła.
O’Collan zmienił częstotliwość.
— Hannigan, tu O’Collan. Potrzebuję SITREP. Liczba ludzi, liczba rannych, aktualna pozycja i status zagrożenia. Tylko fakty. Odbiór.
Czekał kilka sekund.
— Kapitanie, potwierdź odbiór.
Nic.
Przeszedł na kolejny kanał.
— Sadza, zgłoś się.
Potem następny.
— Crowe?
Kiedy na ekranie pojawiła się częstotliwość Holta, palec Davy’ego zawisł na moment nad przyciskiem.
Tylko na moment.
— Marcus. Jeśli mnie słyszysz, odezwij się. Jedno słowo wystarczy.
Cisza była teraz znacznie gorsza od wcześniejszych krzyków.
O’Collan przełączył kanał.
— Adam, tu O’Collan. Jeżeli masz sprawny nadajnik, podaj status zespołu. Priorytet: Holt.
Jego dłonie poruszały się już automatycznie. Kanał główny. Awaryjny. Indywidualne częstotliwości skafandrów. System łączności Bleinerta. Wszystko, do czego Kardashian był jeszcze w stanie się dostać.
Ponownie nacisnął nadawanie.
— Bleinert, tu Kardashian. Ktokolwiek mnie słyszy, zgłosić się. Nie interesuje mnie teraz, co to jest. Potrzebuję pozycji, stanu ludzi i potwierdzenia, czy macie między sobą a tym czymś zamkniętą gródź.
Puścił przycisk i znieruchomiał, wpatrując się we wskaźnik odbioru.
Sekunda.
Druga.
Trzecia.
Davy pochylił się odrobinę nad pulpitem.
— No dalej, chłopaki… — mruknął już znacznie ciszej.
Na jego twarzy nie było nawet śladu wcześniejszego uśmiechu.
— …gadajcie do mnie.
-
Przerażający syntetyk (bo to mimo wszystko musiał być syntetyk! Co innego???) nie mógł nie poczuć wywalonej doń przez konwojenta serii. Podobna przenicowałaby przeciętnego człowieka na sito. Zaskowyczał jednak i dalej atakował by, nim Caleb zdążył mrugnąć, powalić Holta ich najmocniejszą siłę ognia, niczym szmacianą lalkę o ścianę. Hannigan był tylko w stanie wyobrazić sobie wypłaszczający się w tym momencie profil bicia serca konwojenta. Ale jego rozkaz już zapadł. Zamknąć grodzie. Żadnego żalu.
W tym samym czasie na otwartym kanale zaczął gorączkowo wywoływć ich Davy, a Adam… Adam zareagował zgodnie z zaprogramowanym protokołem. Słodki Jezu na szczęście. Bo starcie dwóch wrogich syntetyków mogło zainicjować całą kaskadę różnych blokad. Nie zainicjowało. Adam bronił ludzi. I choć Caleb znał możliwości androida i wiedział iż ten jest szybszy i silniejszy od przeciętnego człowieka, nie mógł przecież stawić czoła eksperymentalnym syntetykom bojowym Weyland Yutani. Pozostawało kwestią kilku chwil nim napastnik obezwładni i zniszczy pokładowego medyka, a jednocześnie teraz ich plastalowego obrońcę.
Nie mógł jednak ratować Adama choć bardzo chciał widząc iż android bez wahania poświęca swoją jednostkę dla Holta i reszty. Mógł za to skoczyć do Holta. I pomimo syku zamykającej się grodzi spróbować go wciągnąć do ładowni…
- Sadza… pomóż mi!
-
Siergiej Nikołajewicz Kalashnikov. Sadza.

Bleinert
— Diabeł. Chyort!
Akcja potoczyła się szybciej, niż Siergiej Nikołajewicz Kalashnikov zdołał ją poukładać w głowie.
Jazgot magazynku opróżnianego przez Mienta.
Krzyki.
Głuche uderzenie ciała o ścianę.
Stuk pustej komory.
A nade wszystko ten dźwięk.
Wizg. Kwik. Nieludzkie wycie wydobywające się z obsydianowo-czarnego kształtu.
Sadza znieruchomiał.
Chyort.
Diabeł.
Nie wiedział jak.
Nie wiedział dlaczego.
Nie wiedział, czym to było.
Ale już kiedyś o tym słyszał.
W kopalniach mówiło się o nim szeptem. O czymś, co pojawiało się na najniższych poziomach. O czymś, co dusiło ludzi w ciemności, sprowadzało zawały, zostawiało po sobie tylko trupy i pogięte konstrukcje.
Zawsze można było powiedzieć, że to przesąd.
Że to zmęczenie.
Że górnicy po trzech dniach pod ziemią widzą rzeczy, których nie ma.
Teraz jednak Sadza patrzył na coś, czego zdecydowanie nie powinno być.
— Blat, jebanyj chyort!
— Sadza… pomóż mi!
Głos Starego wyrwał go z odrętwienia.
Siergiej rzucił się do Holta. Chwycił Mienta za kombinezon, kapitan złapał go z drugiej strony. Razem szarpnęli rannego w kierunku ładowni.
Nad nimi grodź sunęła w dół.
Za nią Adam wciąż napierał na bestię.
— Doktor! — ryknął Sadza przez otwarty kanał. — Dasz radę! Zostaw chyorta! Dawaj do magazynu!
Nie czekał na odpowiedź.
— Davaj! Davaj!
Jeszcze jedno szarpnięcie.
Holt jęknął. Jego kombinezon zazgrzytał po podłodze.
Grodź była coraz niżej.
Za nią czarna sylwetka szarpała się z Adamem.
Siergiej spojrzał na syntetyka.
Na chwilę ich wzrok się spotkał.
A właściwie nie.
Adam nie patrzył na niego.
Adam patrzył na potwora.
Pchał go.
Sam.
Jakby to było najzupełniej oczywiste, że właśnie to powinien zrobić.
Sadza zaklął pod nosem.
Wiedział, że Adam jest tylko maszyną.
Puszką.
Drogą. Drogą puszką z rękami, nogami i twarzą człowieka.
Nie powinien nic czuć.
Nie powinien się bać.
Nie powinien nawet rozumieć, że za chwilę może zostać tam sam.
A jednak przez tę krótką chwilę Siergiejowi zrobiło się go zwyczajnie żal.
— Davaj, Adam! — wrzasnął. — Davaj, blyat!
I jeszcze raz szarpnął Holta w stronę ładowni.
Najlepsza puszka, jaką znał.
-

Środkowy pokład Bleinerta
Caleb Hannigan najwidoczniej wciąż jeszcze nie wyczerpał swojego zapasu szczęścia, bo chociaż opadające zbyt szybko jak na jego gust drzwi ładowni omal nie przytrzasnęły stóp wleczonego wspólnymi siłami Marcusa, wszyscy trzej z Siergiejem zdążyli uciec na czas na przeciwną stronę. Przyklękając w półmroku ładowni kapitan oparł się bokiem o ścianę, dysząc ciężko i próbując coś dojrzeć przez zaparowaną od środka przyłbicę hełmu.
Zza zamkniętych hermetycznie drzwi dobiegały dźwięki, które choć mocno stłumione i ścianą i wyściółką hełmów, wciąż mroziły krew w żyłach: huk, łoskot i animalistyczny skowyt.
- Adam, status! - krzyknął w eter Hannigan wchodząc w słowo nieustannie wywołującemu ratowników O’Collanowi - Adam, status!
Odgłosy walki nie gasły, wciąż na nowo przywołując do pamięci Caleba widok androida prącego do przodu z wystawionym niczym tarcza panelem, wypychającego czarny konstrukt w głąb korytarza ruchami wystarczająco powolnymi, by można było sobie wyobrazić opór stojący za nadludzką siłą koszmarnego wężowidła.
Hannigan puścił nogawkę spodni Holta, spojrzał na resztę swoich odrętwiałych z szoku towarzyszy: przecierającego wciąż na nowo hełm Eliasa, mamroczącego jakieś rosyjskojęzyczne przekleństwa Siergieja, skamieniałego z przerażenia Joshuę.
W słuchawkach hełmofonu mieszały się krzyki Davy’ego i Nadii, ale to nie ich Caleb nasłuchiwał w tym momencie.
Czekał na Adama, ale Adam nie odpowiadał.
A potem odgłosy walki ucichły całkowicie i zza ściany płynął już tylko złowieszczy drapieżny syk.

Mostek Kardashiana
Nadia wpadła w skrajne przerażenie i Davy pewien był, że jeszcze chwila, a urwie mu wbitymi kurczowo w ciało palcami całą rękę. Z ust kobiety płynął cichy wizg, ledwie słyszalny w kakofonii szaleńczych dźwięków dobiegających z głośników radiowęzła.
- Nadia, opanuj się! - rzucił pilot kładąc jedną dłoń na jej nodze - Nadia, dość! Weź się w garść!
Sam równie zszokowany biegiem wydarzeń na zaopatrzeniowcu co Volkova, O’Collan miał za sobą dość wyniesionej z wojska dyscypliny, aby mimo wszystko zapanować nad rozszalałymi nerwami i narzucić sobie pozornie chłodną kontrolę.
- Co to jest? - krzyknęła Nadia wbijając oczy w połyskujący szkliście czarny kształt próbujący dosięgnąć pchnięciami masywnego ogona głowy Adama. Ciąg przekazywanych przez nahełmową kamerę androida obrazów poruszał się w tak chaotyczny i gwałtowny sposób, że nie sposób było płynnie nadążyć za nim myślami, ale nawet ten ekstremalnie trudny w interpretacji obraz wystarczał, aby oboje załogantów Kardashiana pojęło, że ich oficer medyczny walczył z jakimś nieznanym ludzkości drapieżnikiem o absolutnie morderczych zamiarach.
Na pozostałych sekcjach wyświetlaczy pojawiło się ciemne wnętrze sąsiedniego pomieszczenia, szczęśliwie odgrodzone od pojedynku tytanów opuszczonymi na czas drzwiami ładowni. Davy omiótł pięć ekraników pośpiesznym spojrzeniem próbując dojść do tego, co właściwie stało się z Holtem i w jakim był stanie, kątem oka wciąż obserwując obraz z kamery Adama.
Przekaz zgasł w tej samej chwili, w której pilot ponownie skupił na nim całą swoją uwagę.
- Adam! - krzyknęła rozdygotanym głosem Nadia - To go zabiło!
-
Drzwi ładowni zamknęły się z głuchym hukiem, który jeszcze przez chwilę pobrzmiewał echem w przestrzeni, drżąc w ścianach i podłodze, choć Elias prawie go nie słyszał. W głowie rozbrzmiewał mu dźwięk karabinu Holta i przeraźliwy skrzek czegoś, czego nie potrafił nawet nazwać. Stał przy ścianie i raz za razem przecierał przyłbicę hełmu rękawicą, choć jedynym efektem było dalsze rozmazywanie płynu hydraulicznego i brudu po spękanej powierzchni. Po kilku ruchach sam zauważył, że czynność nie ma już żadnego praktycznego sensu, ale mimo to jej nie przerwał. Uparte powtarzanie prostego gestu trzymało go w tym momencie w jednym kawałku. Wycierać. Cofnąć dłoń. Zrobić to jeszcze raz. Przez kilka sekund wystarczało, żeby nie dać myślom rozpierzchnąć się we wszystkich kierunkach naraz, a przy okazji nie patrzeć na twarze pozostałych i nie wracać do tego, co właśnie wydarzyło się po drugiej stronie grodzi.
Obraz pozostawionego po drugiej stronie koszmaru wracał jednak uparcie, w poszarpanych i chaotycznych migawkach, jakby wstrząśnięty mózg odtwarzał go w przypadkowej kolejności. Najpierw czarny kształt spadający z sufitu, potem światło latarek przesuwające się po połyskliwym pancerzu, następnie seria Holta i pociski wbijające się jeden za drugim w stworzenie, a wreszcie ten niemożliwy do pojęcia widok, gdy mimo kolejnych trafień kreatura nadal poruszała się z szybkością, której Elias nie potrafił sobie wytłumaczyć. Widział ciecz wyciekającą z ran kreatury oraz dymiący pod jej kroplami, skwierczący metal. Najgorszy był jednak ostro zakończony ogon, który w jednej chwili przebił skafander Holta, czyniąc to z łatwością jaką dziecko mogło by przebić igłą papierowego ludzika.
Crowe w końcu opuścił rękę od przyłbicy i spojrzał na przytroczonego do pleców Hannigana syntetyka Weyland-Yutani, którego jeszcze niedawno tak bardzo chcieli zabrać ze sobą. Urwane kończyny, roztrzaskany korpus i ślady brutalnych uderzeń nagle przestały wyglądać jak efekt awarii czy wynik walki między androidami. Na pokładzie Weyland-Yutani ktoś najwyraźniej wyhodował sobie zwierzaka rodem ze starych horrorów z końcówki dwudziestego wieku. Pierdoloną czarną kosmiczną płaszczkę z nogami, krwawiącą pierdolonym kwasem. Wszystko, co jeszcze kilka minut temu było tylko jedną z wielu możliwych hipotez, teraz zaczynało układać się w przerażająco prosty obraz.
– Ten android... – odezwał się w końcu, nie patrząc na nikogo konkretnego, ale wskazując przemielony cyber zezwłok. Głos miał cichy, drżący.
– To ten stwór go tak urządził.Dopiero po wypowiedzeniu tych słów przyszła następna myśl, znacznie gorsza od poprzedniej. Puste korytarze Bleinerta, brak trupów, brak rannych, brak śladów panicznej ewakuacji w miejscach, w których przecież powinni znajdować się ludzie. Elias poczuł, jak żołądek ściska mu się boleśnie, a oddech wyraźnie przyspiesza. Nie wiedział, co dokładnie spotkało załogę ani gdzie teraz byli, ale nagle brak ciał przestał być jedynie dziwnym, abstrakcyjnym szczegółem.
Ze stuporu wyrwał go dopiero widok Holta. Ruszył w jego stronę ciężko i ostrożnie, podpierając się po drodze o ścianę. Przyklęknął obok rannego, choć nie z przekonania, że naprawdę może mu pomóc. Nie miał w tej materii żadnego doświadczenia, ale ktoś w jego wieku, kto widział już niejedną paskudną awarię i niejeden wypadek przy pracy, potrafił przynajmniej mniej więcej ocenić, jak bardzo sprawy się spierdoliły. Przez chwilę wpatrywał się w rozdarty pod pachą skafander, próbując zorientować się, czy ostrze przebiło się głębiej. Brak sikającej wszędzie krwi był pierwszą dobrą wiadomością od bardzo dawna, choć Elias nie ufał swojej ocenie na tyle, by odetchnąć z ulgą.
– Marcus, słyszysz mnie? Dziabnął cię skurwiel, ale wyliżesz się. – zapewnił z przekonaniem. Ostatecznie, jeśli się mylił, martwy Holt i tak nie miałby jak mu tego później wypomnieć. Nie był lekarzem i nie zamierzał udawać, że nim jest. Wiedział jedynie, że skafander dostał porządnie, a to, że spod rozdarcia nie wypływała krew, dawało przynajmniej nadzieję, że spodnia warstwa zrobiła swoje. Choć nie chciał tego przyznać nawet przed samym sobą, tak czy innaczej cholernie przydałby się teraz Adam. Na samą myśl o androidzie Crowe spojrzał z powrotem na zamknięte drzwi i zaklął w duchu. Razem z blaszakiem po drugiej stronie zostało kilka rzeczy, które właśnie teraz mogły okazać się bezcenne.Crowe spojrzał na stalową gródź i przez chwilę po prostu słuchał. Zza niej nie dochodziły już odgłosy szarpaniny ani metalicznego uderzenia. Nie słyszał też głosu syntetyka, który jeszcze niedawno z tą swoją spokojną manierą doprowadzał go do szału, sprawdzał jego źrenice i kazał zapamiętywać idiotyczne słowa. Słychać za to było drapieżny syk zawiedzionego drapieżnika. Kiedy w słuchawkach kolejny raz odezwał się Davy, Elias potrzebował chwili, żeby zrozumieć, że pilot go wywołuje. Wcześniej albo go nie słyszał, albo działo się zbyt dużo, by jego głos mógł do niego dotrzeć. Uniósł dłoń do komunikatora i przez moment nic nie powiedział, jakby wszystkie słowa, których używał przez całe życie, nagle stały się całkowicie bezużyteczne, niezdolne wyrazić do końca grozy tego czego byli świadkami.
– Crowe. Jestem – odpowiedział w końcu. – Jesteśmy w ładowni. W Pięciu. Holt jest ranny.
Spojrzał ponownie na drzwi i zacisnął szczękę.
– Adam został po drugiej stronie.
Na kilka sekund znów zaniemówił, nie do końca pewny co ma raportować. Głód alkoholu, drzemiący gdzieś głęboko w jego wnętrzu nagle upomniiał się o swoje, ale Crowe w skafandrze nie mógł sięgnąć po manierkę. Mikstura musiała jeszcze poczekać.
– Davy... nie wiem co to kurwa było, ale to nie był żaden pieprzony android.
Oparł bark o ścianę i usiadł ciężej obok Holta, czując, jak dopiero teraz adrenalina zaczyna odpływać, zostawiając po sobie drżenie rąk i mdłości.
– Musimy stąd spierdalać. I to migiem - to powiedziewaszy pozwolił by reszta brygady mogła uzupełnić resztę, bo on sam miał już tego wszystkiego... serdecznie dość. -
- To musiał być android… Jakiś nowy… eksperymentalny… bojowy - nerwowo kręcąc głową, kapitan twardo skontrował na stwierdzenie Eliasa. Choć dało się w jego głosie wyczuć, że bardziej sam siebie przekonuje niż oficera naukowego - Co innego? Co innego? Co innego? Co innego?
Powtarzał to pytanie coraz ciszej przez dobrą chwilę cały czas ciężko oddychając. Czuł jak w klatce wali mu serce. Łupało i tętniło. Wezbrana krew uderzała do skroni i pulsowała paskudnie i nieustannie. A Caleb bezskutecznie próbował pozbierać swoje myśli. Każdą próbę udaremniało jednak kolejne łupnięcie serca, które nie dawało się oszukać fasadzie na prędce i na siłę sklejonych argumentów tłumaczących co właśnie zaszło przy wrotach do magazynu. To co ich zaatakowało mimo humanoidalnych kształtów było potworem. Czy istniał jakikolwiek umysł na Ziemi, choćby najbardziej zwyrodniały, by wymyślić i powołać do istnienia takie monstrum? To nie chciało ich obezwładnić. Pojmać. Unieszkodliwić. Sygnał wykrywacza ruchu nie zostawiał złudzeń. To było cholerne polowanie. Jakby ktoś spuścił wściekłe psy ze smyczy, żeby…
Nagle złapał szybko za komunikator i wywołał pilota, który wymieniał możliwości jak może im pomóc. Niegłupie możliwości, ale…
- Odłączcie natychmiast Kardashiana! Natychmiast Davy! - Jeśli kurtyna opadła nagle, to równie dobrze mogła równie nagle się podnieść. Co prawda raczej by to usłyszeli, ale lepiej nie kusić losu. Gdyby to coś dostało się na kombajn… Nie chciał nawet tego rozważać. Ale słysząc swój głos poczuł, że jest mu trochę łatwiej - Zmapujcie kadłub na okoliczność innych miejsc dokowania i nie oddalajcie się. Ale miejcie oko na aktywność na Bleinercie. Podejrzewamy, że… ktoś wywołał ten atak. Spuścił kurtynę na przejście. I Wypuścił… te… stworzenia. Na nas.Pierwszy raz użył nawet w myślach określenia “stworzenie” i nie wiedzieć czemu bardziej mu to pasowało niż “syntetyki”.
- Dobrze. Po kolei. - zrzucił androida z pleców i wziął głęboki wdech. Postarał się brzmieć pewnie, bo jego ludzie mieli prawo być równie zszokowani co on. A ostatniej rzeczy jaką potrzebowali, byłyby teraz jakieś nieprzemyślane i desperackie próby działania - Pierwsza sprawa. To wojskowa ładownia. W wojsku obowiązują przepisy. Poszukajcie na ścianach zestawu pierwszej pomocy. Trzeba pomóc panu Holtowi.
- W drugiej kolejności. Stan skafandrów. Musimy je uszczelnić. Musimy też oszczędzać w skafandrach… - zrobił pauzę, bo wciąż dający się słyszeć nieludzki syk nie dawał się skupić… Dobry Boże… - … zapas powietrza - nie powiedział na razie, że to dlatego, że może się okazać, że będzie ich czekał spacer w przestrzeni. Ale lepiej mieć ten zapas niż go nie mieć. Tak czy inaczej by nie było wątpliwości, ściągnął swój hełm i zakręcił zawór powietrza.
- Trzecia… Ten… To coś. Nie wszedł tu. I nadal nie wchodzi. Ładownia musi mieć więc niezależny system wentylacji. To jedno z wyjść dla nas. Drugie… trzeba się tu rozejrzeć. Może jest luk i śluza…
- Czwarta… Wasze pomysły. I co kto wziął? Musimy wiedzieć czym dysponujemy. Ja mam broń podręczną. I uniwersalny transponder do automatycznych systemów obronnych. Jakbyśmy na jakiś się natknęli. Wciąż powinien działać...
-
Siergiej Nikołajewicz Kalashnikov. Sadza.

Bleinert
Nie zdążył.
Siergiej wpatrywał się w zamkniętą grodź.
Czekał.
Nic.
Żadnego uderzenia.
Żadnego szarpania metalu.
Żadnego wrzasku Adama.
Tylko ten syk.
Cichy, chrapliwy, dochodzący zza ściany.
Jakby coś tam było.
Jakby wiedziało, że ich nie dosięgnie.
Jakby czekało.
Chyort.
Jak do tego doszło?
Jak, do jasnej cholery, znaleźli się w tej sytuacji?
Jeszcze niedawno byli na Kardashianie. Mieli odholować wojskowy tender, zgarnąć premię i wrócić do normalnej, nudnej roboty.
A teraz?
Jeden człowiek leżał ranny.
Adam został po drugiej stronie grodzi.
A coś, czego Siergiej nie potrafił nawet nazwać, polowało na nich po korytarzach.
Nie potrafił tego zracjonalizować.
Czy chyort był eksperymentem wojskowej bioinżynierii?
Czy był jakimś zaawansowanym androidem?
Czy może czymś jeszcze gorszym?
W tej chwili nie miało to żadnego znaczenia.
Znaczenie miało tylko jedno.
POLOWAŁ NA NICH.
Nie próbował ich zatrzymać.
Nie próbował obezwładnić.
Nie chciał ich przestraszyć.
Chciał ich zabić.
Siergiej poczuł, jak coś zaciska mu się w żołądku.
Wpadli w gówno.
Po uszy.
I wtedy usłyszał Starego.
Procedury.
Ładownia.
Powietrze.
Skafandry.
Zestaw pierwszej pomocy.
Wyjście.
Plan.
Kolejne polecenia.
Siergiej słuchał przez kilka sekund.
Jedną.
Drugą.
Trzecią.
Aż w końcu coś w nim puściło.
— To TY nas w to gówno wpakowałeś!
Odwrócił się gwałtownie do kapitana.
Doskoczył do niego i wskazał prosto w jego twarz. Dopiero wtedy zauważył, że w dłoni wciąż trzyma broń Joshui.
— Ty i twoje zasrane procedury! — warknął. — Jebanyj bumazhnik!
Lufa kołysała się niebezpiecznie blisko twarzy Hannigana.
— Nic by się nie stało! NIC! — głos Sadzy podniósł się niemal do krzyku. — Powiedziałbyś: "może być napromieniowany”, zanotowałbyś w dzienniku "ryzyko"! I odholowalibyśmy wrak do najbliższej stoczni!
Wskazał bronią na zamkniętą grodź.
— Ale nie! Prikaz to prikaz! Procedura! Regulamin! Akcja ratunkowa!
Ścisnął szczękę.
— I teraz mamy TO.
Przez chwilę patrzył na kapitana z czystą wściekłością.
Potem spojrzał na broń.
Zamrugał.
Jakby dopiero teraz zauważył, co właściwie trzyma w ręce.
— A, kurwa...
Opuścił lufę.
Schował pistolet do kieszeni kombinezonu.
— Idi na chuj.
Pchnął Hannigana otwartą dłonią w pierś.
Nie mocno.
Ale wystarczająco, żeby pokazać, że na tym kończy się rozmowa.
Odwrócił się i ciężko usiadł na jednej ze skrzyń.
Dopiero teraz poczuł, jak bardzo drżą mu ręce.
Złapał za bańkę hełmu.
Ściągnął ją.
Zaklął, kiedy uderzyła go fala dusznego, gorącego powietrza.
Zakręcił zawór.
Wziął głęboki oddech.
Raz.
Drugi.
Dopiero wtedy trochę się uspokoił.
Wbił wzrok w podłogę.
Myślał.
Nie o diable.
Nie o Adamie.
Nie o Holcie.
O tym, co właśnie się wydarzyło.
Kurtyna opadła.
Zamknęła ich drogę do śluzy.
A chwilę później otworzyła się gródź prowadząca do ładowni.
Siergiej zmarszczył brwi.
— Ktoś... albo coś... zamknęło przejście do śluzy.
Podniósł głowę.
— A otworzyło gródź do ładowni.
Przez chwilę nikt się nie odzywał.
— To nie był przypadek.
Siergiej powoli wstał.
Spojrzał na zamknięte drzwi.
Nagle wszystko zaczęło układać się w jego głowie.
Nieładnie.
Niepewnie.
Ale jednak.
— Chciało uniemożliwić wydostanie się chyorta z Bleinerta.
Przetarł spocone czoło rękawem kombinezonu.
— I chciało nas tutaj zamknąć.
Pokręcił głową.
— Nie...
Poprawił się.
— Nie zamknąć.
Spojrzał na pozostałych.
— OCHRONIĆ.
Przez chwilę patrzył na drzwi, za którymi został Adam.
— Nie jesteśmy tutaj sami.
Urwał.
— I nie mam na myśli tego.
Wskazał kciukiem za siebie.
W stronę grodzi.
W stronę miejsca, gdzie zostało stworzenie.
— Mamy tutaj... kogoś po swojej stronie.
Sam nie był pewien, czy właśnie powiedział coś rozsądnego, czy zaczął już wariować.
— Wojskowe AI?
Stwierdził bardziej niż spytał. Zmrużył oczy.
— Nie takie prymitywne jak na Kardashianie. Matka.
Nazwa zabrzmiała w jego ustach dziwnie obco.
Siergiej podszedł do Hannigana.
Stanął przed nim.
Spojrzał mu prosto w oczy.
Tym razem nie było w nim już złości.
Było zmęczenie.
I strach.
Prawdziwy, zwierzęcy strach.
— Dobra, Stary...
Machnął ręką w kierunku wnętrza ładowni.
— Zabierz nas stąd.
Odwrócił się, zrobił dwa kroki i zatrzymał.
Obejrzał się przez ramię.
Uniósł jeden palec.
— Ale jeśli ten chyort nas dorwie...
Przełknął ślinę.
— ...to cię zajebię.
I tym razem nie było w tym ani odrobiny żartu.
Cześć! Wygląda na to, że jesteś zainteresowany tą rozmową, ale nie masz jeszcze konta.
Masz dość przewijania tych samych postów za każdą wizytą? Po zarejestrowaniu konta zawsze wrócisz dokładnie do tego samego miejsca, w którym byłeś wcześniej, możesz wtedy również wybrać opcję otrzymywania powiadomień nowych odpowiedziach (e-mailem lub powiadomieniem push). Będziesz też mógł zapisywać zakładki i głosować na posty, aby okazać uznanie innym członkom społeczności.
Z Twoją pomocą tez post mógłby być nawet lepszy 💗
Zarejestruj się Zaloguj się