Ciężkie, pancerne wrota ładowni zatrzasnęły się z głuchym, potężnym łoskotem, odcinając ich od koszmaru w korytarzu. Niemal natychmiast po drugiej stronie rozległ się potworny, wibrujący w trzewiach syk i łomot, jakby coś kwasożernego z wściekłością rzucało się na grubą stal.
Joshua siedział oparty plecami o rozpruty panel sterowania. Jego ciało, wyprane z resztek adrenaliny po prowizorycznej reanimacji serca, ogarnęła obezwładniająca słabość. Patrzył na to, co działo się przed nim, jakby oglądał tani, kiepsko zmontowany serial na ekranie z zepsutym dźwiękiem. Wzrok mu się rozjeżdżał, a emocje... po prostu zniknęły, zastąpione tępym, odrętwiałym szokiem.
Widział, jak Sadza i Hannigan, wciąż uginający się pod ciężarem zmasakrowanego syntetyka Weyland-Yutani, wciągają do środka rzęrzącego Holta. Oficer bezpieczeństwa był ranny, a jego dłonie puste – zgubił swojego potężnego Armata gdzieś tam, w ciemnościach, zanim stalowa gródź zdążyła opaść. I brakowało kogoś jeszcze. Adama.
Ostatnie, co zarejestrował przegrzany umysł Gleesona przed zamknięciem drzwi, to nieludzka szarża ich własnego androida. Zaprogramowany do ochrony ludzkiego życia Adam rzucił się w sam środek rzezi z jakimś wyrwanym, metalowym prętem, przyszpilając to smoliście czarne piekło do pokładu i kupując im te kilka krytycznych sekund. Został po tamtej stronie. Rozsądek podpowiadał Joshui, że Adam wkrótce będzie wyglądał dokładnie tak samo jak cybernetyczny wrak, którego kapitan wciąż nie chciał zostawić w cholerę.
Hannigan miotał się teraz po ładowni, próbując złapać oddech. Szarpał się z systemem komunikacyjnym, krzycząc coś do mikrofonu w rozpaczliwej próbie nawiązania łączności z Kardashianem. Do uszu Joshuy docierał jednak tylko zniekształcony bełkot. Wychwytywał pojedyncze słowa, ale nie miały one dla niego żadnego logicznego spoiwa.
Wtedy usłyszał Eliasa. Doktor stał oparty o zimną ścianę, gorączkowo przecierając dłonią w rękawicy popękaną przyłbicę swojego hełmu.
– Ten android... – odezwał się w końcu, nie patrząc na nikogo konkretnego, ale wskazując przemielony cyber zezwłok. Głos miał cichy, drżący. – To ten stwór go tak urządził.
Słowa Crowe'a przebiły się przez otępienie Gleesona. Stwór. A więc to nie był żaden eksperymentalny, oszalały model syntetyka. To było coś innego. Zanim jednak Joshua zdążył otworzyć usta, by o cokolwiek zapytać, wydarzyło się coś, co w normalnych okolicznościach przyprawiłoby go o kolejny zawał.
Siergiej pękł. Pierwszy oficer wystartował do kapitana z furią obudzonego niedźwiedzia. Chwycił Hannigana, plując mu w twarz oskarżeniami i wypominając winę za sprowadzenie ich do tego grobowca. Co gorsza, w trzęsącej się dłoni Sadzy połyskiwała lufa – zarekwirowany wcześniej pistolet Joshuy, teraz wymierzony prosto w pierś dowódcy. Gleeson patrzył na to w absolutnym milczeniu. W głębi duszy zgadzał się z każdym wyrzuconym przez Siergieja słowem. Jakaś mroczna, cyniczna część jego umysłu wręcz kibicowała pierwszemu oficerowi. Ostatecznie jednak Sadza oprzytomniał. Spojrzał tylko na trzymaną broń, rzucił coś po rosyjsku pod nosem i opuścił ją, chowając pistolet z powrotem.
Bunt upadł, zanim na dobre się zaczął.
Joshua wziął głęboki, urywany wdech, który zakończył się tępym bólem. Zmusił swoje osłabione mięśnie do pracy. Podniósł się z podłogi powoli, niezgrabnie, jedną ręką wciąż kurczowo masując lewą stronę klatki piersiowej. Szedł chwiejnym krokiem, omijając rannego Holta, i zatrzymał się dopiero tuż obok Crowe'a.
Gleeson był blady jak papier, a po czole, pod osłoną hełmu, spływały mu kropelki zimnego potu. Spojrzał na doktora wzrokiem wypranym z dawnej, nerwowej energii.
– Doktorze... – zaczął krótko, a jego głos był zaskakująco suchy i cichy, pozbawiony zwykłego rozedrgania. – Miałem atak. Serce mi siada. Moje nitro-blokery i stymulanty zostały w kajucie na Kardashianie. Jeśli wkrótce czegoś nie wezmę, to następnym razem po prostu padnę trupem. Chyba... chyba będziemy musieli zahaczyć o tutejsze ambulatorium, skoro i tak jesteśmy w dupie.
Przerwał na moment, przełykając ślinę, by zwilżyć zaschnięte gardło, po czym wskazał ruchem głowy na pancerne drzwi.
– I... co miał pan przed chwilą na myśli? – zapytał rzeczowo, choć w jego oczach wciąż czaiło się przerażenie. – Mówiąc "stwór". To znaczy co? Zmutowane zwierzę z jakiegoś ładunku? Maszyna biologiczna? Ufok? Z czym my tu kurwa jesteśmy zamknięci?



