Joshua Gleeson, Hangar - 15.08.2183
W mesie rozeszły się echa kapitańskiej odprawy. Załoga sprawnie zaczęła rozchodzić się na swoje stanowiska. Kiedy z ust Hannigana padło „Panie Gleeson”, Joshua odetchnął z cichą ulgą. Miał zadanie. Nie był tym zbędnym pasażerem, na którego kapitan rzucił obojętnym wzrokiem (swoją drogą, wciąż zastanawiało go, dlaczego kapitan patrzył w stronę tamtego chłopaka z taką niechęcią). Dostał przydział w hangarze, co oznaczało, że mógł zaszyć się w plątaninie sprzętu i uniknąć konieczności prowadzenia niezręcznych rozmów czy integrowania się z resztą załogi.
W drodze do sekcji śluz sięgnął do kieszeni kombinezonu po swojego wysłużonego walkmana. Wcisnął słuchawki głęboko do uszu, z cichym trzaskiem wciskając przycisk „Play”. Charakterystyczny rytm perkusji i ostry, narastający riff gitary z "Money for Nothing" Dire Straits uderzyły w jego bębenki. Z tym dudniącym w skroniach, surowym brzmieniem ruszył do pracy.
W hangarze metodycznie zabrał się za stację kombinezonów. Przeliczył skafandry, sprawdził przepustowość filtrów i przetestował mierniki promieniowania. Wybrał ten najpewniej działający licznik i szybkim krokiem zaniósł go na mostek. Wręczył go Kalashnikovowi niemal bez słowa, byle tylko jak najszybciej uciec z centrum dowodzenia i wrócić do swojej samotni. Na miejscu przygotował ramiona chwytne i zsynchronizował mechanizmy dokujące na wypadek awaryjnego przechwycenia kapsuły. Wszystko poszło mu zbyt szybko. Mając kłopoty z socjalizacją i nie chcąc bezczynnie siedzieć w strefie mieszkalnej, postanowił samowolnie przedłużyć sobie robotę. Podpiął terminal serwisowy pod panele komunikacyjne bocznych śluz.
Grzebał w kablach dobrych kilkadziesiąt minut, izolując się od stresującej rzeczywistości. Gdy w końcu uznał, że przeciągnął sprawę do granic przyzwoitości, ściszył muzykę i włączył swój przenośny interkom.
— Volkov, tu Joshua — zaczął, wpatrując się w ciągi danych na małym wyświetlaczu. — Przepiąłem się przez zapasowe moduły przy śluzach. Powiem ci, że sprzęt tutaj pamięta chyba pierwszą wojnę korporacyjną. Stary jak świat, ale o dziwo jest w pełni sprawny. Transmisja przekaźników czysta.
Zaraz potem, zawahawszy się na ułamek sekundy, zmienił częstotliwość na otwarty kanał mostka, odchrząkując, by brzmieć jak profesjonalista.
— Kapitanie Hannigan. Zgłasza się inżynier pokładowy Gleeson, prosto z hangaru. Sprzęt ratunkowy policzony i gotowy do użycia, miernik przekazałem panu Kalashnikovowi zgodnie z rozkazem. Hangar przygotowany na ewentualne awaryjne przechwycenie. Przy okazji... sprawdziłem wrota. Ogólnie działają, ale jedna ze śluz bocznych, numer cztery, ma lekkie opóźnienie na serwomotorach zewnętrznych. Jakieś dwie sekundy laga przy otwieraniu. Daję znać, gdyby miało to znaczenie przy manewrach dokowania.
Wyłączył urządzenie. Zrobił, co do niego należało. Nie miał już absolutnie żadnej wymówki, musiał wracać. Po drodze natknął się na Adama. Joshua ściągnął słuchawki, z których wciąż cicho dobiegał głos Marka Knopflera. Stres, który usilnie próbował zdusić pracą fizyczną, znowu wypłynął na powierzchnię. Zawsze uważał syntetyki za wdzięcznych słuchaczy, którzy nie oceniali i nie wyciągali pochopnych wniosków.
— Adam? Zaczekaj... — zagaił niepewnie, nerwowo obracając w dłoniach kasetę magnetofonową. — Słuchaj... To jest u was normalna procedura? W sensie, rozumiem prawo kosmiczne, ale... przecież to okręt floty Zjednoczonych Ameryk. Wojskowy zaopatrzeniowiec, który milczy, z chmurą napromieniowanego gruzu na ogonie. A co jeśli tam doszło do bitwy?
Przełknął ślinę, czując, jak znowu zasycha mu w gardle.
— Co, jeśli ktoś, kto ich tak załatwił, wciąż tam gdzieś krąży, a my po prostu wystawiamy się na tacy? Jesteśmy pieprzonym, powolnym kombajnem górniczym, a nie okrętem wojennym. Serio musimy ryzykować i ratować każdą zbłąkaną puszkę? — Pokręcił głową ze skrajnym niezadowoleniem, wpatrując się w parujący bulion. — Wpuszczanie na pokład ocalałego żołnierza z rozbitego statku to proszenie się o kłopoty. Nie po to... — Gleeson zawahał się na moment - Nie po to zaciągnąłem się na tę łajbę, żeby pakować się w... No wiesz - dodał półszeptem - Wojskowe gówno.
Kantyna - 15.08.2183
Gdy w końcu dotarł do kantyny, pomieszczenie tętniło powolnym życiemi, co przyjął z lekkim lękiem. Ale przynajmniej nigdzie nie było widać tego upiornego kocura Hannigana. Usiadł w najciemniejszym kącie, podciągnął kolana niemal pod brodę, by zająć jak najmniej przestrzeni, i wklepał w panel zamówień lekki, syntetyczny bulion drobiowo-podobny z odżywek klasy C. Jego żołądek wciąż boleśnie przypominał o brutalnym wybudzeniu. Zamierzał to na tą chwilę przeczekać.



