Przejdź do treści
  • Kategorie
  • Ostatnie
  • Tagi
  • Popularne
  • Świat
  • Użytkownicy
  • Grupy
  • Strona startowa
Skórki
  • Jasny
  • Brite
  • Cerulean
  • Cosmo
  • Flatly
  • Journal
  • Litera
  • Lumen
  • Lux
  • Materia
  • Minty
  • Morph
  • Pulse
  • Sandstone
  • Simplex
  • Sketchy
  • Spacelab
  • United
  • Yeti
  • Zephyr
  • Ciemny
  • Cyborg
  • Darkly
  • Quartz
  • Slate
  • Solar
  • Superhero
  • Vapor

  • Domyślna (Cyborg)
  • Brak skórki
Zwiń
Patronite
ReRebirthR

ReRebirth

@ReRebirth
Przestań obserwować Obserwuj
Informacje
Posty
21
Tematy
0
Udostępnień
0
Grupy
0
Obserwujący
0
Obserwowani
0

Posty

Ostatnie Najlepsze Kontrowersyjne

  • Krzyk Pustki
    ReRebirthR ReRebirth

    Joshua Gleeson, Hangar - 15.08.2183

    W mesie rozeszły się echa kapitańskiej odprawy. Załoga sprawnie zaczęła rozchodzić się na swoje stanowiska. Kiedy z ust Hannigana padło „Panie Gleeson”, Joshua odetchnął z cichą ulgą. Miał zadanie. Nie był tym zbędnym pasażerem, na którego kapitan rzucił obojętnym wzrokiem (swoją drogą, wciąż zastanawiało go, dlaczego kapitan patrzył w stronę tamtego chłopaka z taką niechęcią). Dostał przydział w hangarze, co oznaczało, że mógł zaszyć się w plątaninie sprzętu i uniknąć konieczności prowadzenia niezręcznych rozmów czy integrowania się z resztą załogi.

    ​W drodze do sekcji śluz sięgnął do kieszeni kombinezonu po swojego wysłużonego walkmana. Wcisnął słuchawki głęboko do uszu, z cichym trzaskiem wciskając przycisk „Play”. Charakterystyczny rytm perkusji i ostry, narastający riff gitary z "Money for Nothing" Dire Straits uderzyły w jego bębenki. Z tym dudniącym w skroniach, surowym brzmieniem ruszył do pracy.

    Walkman

    ​W hangarze metodycznie zabrał się za stację kombinezonów. Przeliczył skafandry, sprawdził przepustowość filtrów i przetestował mierniki promieniowania. Wybrał ten najpewniej działający licznik i szybkim krokiem zaniósł go na mostek. Wręczył go Kalashnikovowi niemal bez słowa, byle tylko jak najszybciej uciec z centrum dowodzenia i wrócić do swojej samotni. Na miejscu przygotował ramiona chwytne i zsynchronizował mechanizmy dokujące na wypadek awaryjnego przechwycenia kapsuły. Wszystko poszło mu zbyt szybko. Mając kłopoty z socjalizacją i nie chcąc bezczynnie siedzieć w strefie mieszkalnej, postanowił samowolnie przedłużyć sobie robotę. Podpiął terminal serwisowy pod panele komunikacyjne bocznych śluz.
    ​Grzebał w kablach dobrych kilkadziesiąt minut, izolując się od stresującej rzeczywistości. Gdy w końcu uznał, że przeciągnął sprawę do granic przyzwoitości, ściszył muzykę i włączył swój przenośny interkom.

    ​— Volkov, tu Joshua — zaczął, wpatrując się w ciągi danych na małym wyświetlaczu. — Przepiąłem się przez zapasowe moduły przy śluzach. Powiem ci, że sprzęt tutaj pamięta chyba pierwszą wojnę korporacyjną. Stary jak świat, ale o dziwo jest w pełni sprawny. Transmisja przekaźników czysta.
    ​Zaraz potem, zawahawszy się na ułamek sekundy, zmienił częstotliwość na otwarty kanał mostka, odchrząkując, by brzmieć jak profesjonalista.

    — Kapitanie Hannigan. Zgłasza się inżynier pokładowy Gleeson, prosto z hangaru. Sprzęt ratunkowy policzony i gotowy do użycia, miernik przekazałem panu Kalashnikovowi zgodnie z rozkazem. Hangar przygotowany na ewentualne awaryjne przechwycenie. Przy okazji... sprawdziłem wrota. Ogólnie działają, ale jedna ze śluz bocznych, numer cztery, ma lekkie opóźnienie na serwomotorach zewnętrznych. Jakieś dwie sekundy laga przy otwieraniu. Daję znać, gdyby miało to znaczenie przy manewrach dokowania.

    ​Wyłączył urządzenie. Zrobił, co do niego należało. Nie miał już absolutnie żadnej wymówki, musiał wracać. Po drodze natknął się na Adama. Joshua ściągnął słuchawki, z których wciąż cicho dobiegał głos Marka Knopflera. Stres, który usilnie próbował zdusić pracą fizyczną, znowu wypłynął na powierzchnię. Zawsze uważał syntetyki za wdzięcznych słuchaczy, którzy nie oceniali i nie wyciągali pochopnych wniosków.

    ​— Adam? Zaczekaj... — zagaił niepewnie, nerwowo obracając w dłoniach kasetę magnetofonową. — Słuchaj... To jest u was normalna procedura? W sensie, rozumiem prawo kosmiczne, ale... przecież to okręt floty Zjednoczonych Ameryk. Wojskowy zaopatrzeniowiec, który milczy, z chmurą napromieniowanego gruzu na ogonie. A co jeśli tam doszło do bitwy?

    ​Przełknął ślinę, czując, jak znowu zasycha mu w gardle.

    ​— Co, jeśli ktoś, kto ich tak załatwił, wciąż tam gdzieś krąży, a my po prostu wystawiamy się na tacy? Jesteśmy pieprzonym, powolnym kombajnem górniczym, a nie okrętem wojennym. Serio musimy ryzykować i ratować każdą zbłąkaną puszkę? — Pokręcił głową ze skrajnym niezadowoleniem, wpatrując się w parujący bulion. — Wpuszczanie na pokład ocalałego żołnierza z rozbitego statku to proszenie się o kłopoty. Nie po to... — Gleeson zawahał się na moment - Nie po to zaciągnąłem się na tę łajbę, żeby pakować się w... No wiesz - dodał półszeptem - Wojskowe gówno.

    Kantyna - 15.08.2183

    ​Gdy w końcu dotarł do kantyny, pomieszczenie tętniło powolnym życiemi, co przyjął z lekkim lękiem. Ale przynajmniej nigdzie nie było widać tego upiornego kocura Hannigana. Usiadł w najciemniejszym kącie, podciągnął kolana niemal pod brodę, by zająć jak najmniej przestrzeni, i wklepał w panel zamówień lekki, syntetyczny bulion drobiowo-podobny z odżywek klasy C. Jego żołądek wciąż boleśnie przypominał o brutalnym wybudzeniu. Zamierzał to na tą chwilę przeczekać.

    Rozgrywka

  • Krzyk Pustki
    ReRebirthR ReRebirth

    W mesie minuty dłużyły się niemiłosiernie, a z każdą kolejną sekundą wizja powrotu do hangaru i chwytania za gnijące zwłoki napawała Joshuę coraz większym przerażeniem. Nie potrafił się do tego zmusić. Ostatecznie, pchany dziwną mieszanką tchórzostwa i niezdrowej ciekawości, opuścił kantynę, wybierając zupełnie inną drogę niż ta, którą zwykle wchodziło się na mostek. Oj, wolał się nie zetknąć z kapitanem. Zresztą, zatrudnił się jako inżynier, a nie jakiś podrzędny truponosz. Lekka złość pomogła zwalczyć strach. Ruszył bocznymi korytarzami technicznymi bezpośrednio w stronę sekcji medycznej. Zastanawiał się przy tym, kogo właściwie wyciągnęli żywego z tego wraku. Wojskowy świat był przerażająco mały. Czy mógł to być ktoś, kogo kojarzył z dawnych lat? Ktoś z jego krótkiego, urwanego epizodu w koszarach?
    Kiedy dotarł na miejsce, zatrzymał się w pół kroku. Gdyby był robotem, to licznik odwagi znów świecił u Joshuy na czerwono. I nie starczyło mu jej by wejść do środka, stanąć twarzą w twarz z nieznajomym i zmierzyć się z ewentualnymi pytaniami. Zamiast tego ostrożnie zbliżył twarz do wzmocnionej szyby w drzwiach ambulatorium. W sterylnym, jasnym wnętrzu dostrzegł sylwetkę rozbitka oraz czuwającego przy nim Holta, który wyglądał jak uosobienie ochrony i czujności. Speszony tym widokiem, Gleeson odsunął się powoli i wycofał w półmrok korytarza. Nie było mowy, żeby tam wszedł i wdał się w interakcję z kimkolwiek... Z kimkolwiek, oprócz...
    Wtedy wpadł na znacznie bezpieczniejszy pomysł. Adam. Androidy nie oceniały, nie irytowały się zbędnymi pytaniami i z zasady po prostu dzieliły się raportami. Z pewnością syntetyk mógł mu obiektywnie powiedzieć wszystko, co do tej pory ustalono na temat ocalałego. Problem polegał jednak na tym, że Adama nie było w ambulatorium.

    No jasne Przecież kapitan kazał mu zanieść worki izolacyjne do hangaru

    Gleeson odwrócił się na pięcie i ruszył z powrotem w stronę śluz. W głowie szybko układał sobie wiarygodną wymówkę, na wypadek gdyby musiał się tłumaczyć ze swojej nieobecności. W końcu na statku obowiązywały procedury.

    Sprawdzałem przepustowość filtrów antypatogenowych i uszczelki w korytarzach do sekcji medycznej, żeby ten smród i potencjalne wirusy nie rozniosły się po statku

    To brzmiało na tyle mądrze i pół-profesjonalnie, że powinno wystarczyć na otarcie łez każdemu, kto musiał za niego dźwigać trupa.
    Pokonawszy ostatni odcinek technicznej kratownicy, Joshua wcisnął panel przy grodzi prowadzącej do hangaru. Ciężkie drzwi rozsunęły się z sykiem, a on przekroczył próg pomieszczenia. Jego wzrok od razu padł na zapięty po same brzegi, gruby, czarny worek izolacyjny spoczywający na pokładzie, oraz stojących nad nim Adama i Eliasa Crowe'a. Patrząc na zaciętą i wyraźnie niezadowoloną minę technika, Gleeson od razu zrozumiał, że cała brudna robota została już wykonana bez niego, a jego naprędce wymyślona, medyczno-techniczna wymówka może nie wystarczyć, by załagodzić sytuację.

    Rozgrywka

  • Krzyk Pustki
    ReRebirthR ReRebirth

    Joshua stał w półmroku korytarza, przyklejony plecami do zimnej grodzi tuż za progiem ambulatorium. Słyszał wszystko. Każde słowo zdesperowanego Purcella, chłodny ton Hannigana i niebezpieczne groźby Holta. Z każdym wypowiedzianym zdaniem jego i tak schorowane serce gubiło rytm. Wizja wejścia na wrak, gdzie mogła na nich czekać wroga załoga z Wallandera, zastawiona przez lojalistów pułapka, albo – co gorsza – broń chemiczna, doprowadzała go do skrajnej paniki.
    ​Wiedział, że powinien milczeć. Wychylanie się przy oficerze bezpieczeństwa i kapitanie było jak proszenie się o kłopoty. Ale strach przed abordażem okazał się silniejszy niż strach przed dowództwem. W przypływie rozpaczliwej, bojaźliwej odwagi, Gleeson oderwał się od ściany i stanął w sterylnym świetle jarzeniówek ambulatorium.
    ​Wszyscy zgromadzeni wokół łóżka odwrócili głowy w jego stronę.
    ​— Kapitanie... — zaczął Joshua. Jego głos lekko drżał, choć inżynier starał się za wszelką cenę zachować profesjonalny ton. Przełknął głośno ślinę i skrzyżował ręce na piersi w odruchowo obronnym geście. — Z całym szacunkiem, ale to właśnie przestało być misją ratunkową.
    ​Hannigan zmarszczył brwi, a Holt zmierzył go ciężkim, lodowatym spojrzeniem. Gleeson jednak nie przerwał, napędzany czystą adrenaliną i własną paranoją.
    ​— Przechodziłem obok. Słyszałem. Jeśli zdecydujemy się wejść na pokład Bleinerta z jego kartą dostępu, pchamy się prosto w strefę potencjalnego oporu zbrojnego. To jest operacja ewakuacyjna, a patrząc na okoliczności – wręcz bojowa. Jesteśmy tylko górniczym kombajnem, na litość boską, a nie oddziałem szturmowym!
    ​Wskazał nerwowym gestem dłoni gdzieś w stronę sufitu, jakby próbował wskazać zawieszony w próżni wrak.
    ​— Podczas skanowania kadłuba tendera znaleźliśmy dziurę. Wypaloną kwasem siarkowym! To oznacza, że albo doszło tam do katastrofalnej awarii i eksplozji jakiegoś zbiornika, albo ktoś użył tam broni chemicznej. Jeśli to drugie, wchodzimy prosto pod lufy kogoś, kto nie waha się używać chemii do topienia okrętowych pancerzy.
    ​Joshua wziął głęboki, drżący oddech, próbując opanować dygoczące dłonie. Użył argumentu, który uważał za swoją kartę przetargową, przypominając sobie skrawki znienawidzonej przeszłości.
    ​— W Akademii uczono nas bardzo wyraźnie, jak reagować na takie sytuacje. Jeśli uszkodzona jednostka nosi ślady ataku chemicznego lub istnieje ryzyko kontaktu ogniowego, procedury nakazują natychmiastowe wycofanie się na bezpieczny dystans i powiadomienie najbliższego posterunku armii lub dowództwa floty. Nie powinniśmy bawić się w bohaterów. Jeśli tam wejdziemy, wystawimy ten statek i nas wszystkich na rzeź.
    ​Zapadła ciężka, dzwoniąca w uszach cisza. Joshua stał w progu, oddychając płytko, w pełni świadomy, że właśnie podważył decyzje kapitana w obecności ocalałego z kapsuły. Zrobił to jednak z pełnym przekonaniem, że to jedyny sposób, by uratować własną skórę.

    Rozgrywka

  • Krzyk Pustki
    ReRebirthR ReRebirth

    Joshua

    Imię i nazwisko: Joshua Gleeson
    Wiek: 24 lata
    Profesja: inżynier

    Wprowadzenie:

    — Czyli nie zostaniesz?
    — Wiesz, że nie mogę.
    Młoda i ponętna czarnoskóra dziewczyna objęła go w pasie i przyległa do jego ciała, chcąc niewątpliwie utrudnić mu decyzję, którą musiał podjąć niemalże z przymusu.
    — Jak tylko sytuacja się poprawi obiecuję, że wrócę.
    — I co wtedy? Zaczniemy znów od nowa? - zapytała smutnym, depresyjnym tonem.
    — Nie wiem — odrzekł szczerze — Ale może po prostu odlecimy stąd i osiądziemy na jakiejś spokojnej, farmerskiej kolonii...
    Młoda dziewczyna puściła go i spojrzała z ukosa.
    — To czemu nie zabierzesz mnie teraz?
    Joshua westchnął. Jak najbardziej przeszło mu to przez myśl nie raz. Wiedział, że rozłąka nie będzie ani łatwa, ani krótka. Może gdyby udało się zdobyć odpowiednie papiery...
    Sytuację wyprostował niespodziewany gość, który od dobrej chwili najwyraźniej przyblokował automatyczne drzwi i oparty o framugę przysługiwał się ich ckliwemu rozstaniu.
    — Trochę za późno na to. Żeby skombinować takie papiery potrzeba dobrych kilku dni, a tobie czas kończy się za trzy godziny.
    — Enyo... Cholera, nie musiałeś. Wszystko mam ogarnięte.
    Ubrany w zbyt wąski frak i jeszcze bardziej niedopasowane spodnie typu rurki, blondas elegancik zawsze był pedantyczny i nieufny, ala charakter jego pracy premiował czujnych.
    —Transport? Papiery? Sprzęt? Papiery? Pampersy hibernacyjne?
    — Cholera Enyo... Że co, pampersy jakie?
    — Nieważne. Aerodyna będzie tu za dwie godziny. Mam też informację. Miko chce z tobą porozmawiać.
    Ciało Joshuy wyprostowało się jak porażone taserem.
    — Mi... Miko? Ale... Myślałem, że.
    — Że cię nienawidzi? — wtrąciła się dziewczyna —To prawda, ale mimo wszystko to twoja...
    — Gdzie chce się spotkać?! — wypalił nerwowym tonem
    — Czeka na zewnątrz — odparł ze spokojem Enyo, po czym rozłożył ręce i odszedł od śluzy. Ta zaczęła zamykać się powoli.
    Nie zdążyła. Joshua mimo kołatania schorowanego serca wiedział, że musi się z tym zmierzyć. Wziął głęboki oddech, zmrużył powieki i ruszył na miejsce spotkania. Wiedział, że każda minuta teraz to być może ta ostatnia szansa by nie został sam w całym kosmosie.

    Siedzieli teraz na dachu starego garażu dla transportowców. Przez dobre kilka minut milczeli.
    Ołowiane, zasnute toksycznymi chmurami niebo nad kolonią wydawało się cięższe i niższe niż zwykle. Miko kopnęła zardzewiały wentylator, posyłając go w dół ze stukotem, który echem rozszedł się po pustym zaułku.
    — Więc to tak? Znowu spierdalasz? — rzuciła w końcu, nie patrząc na niego. Jej głos był ostry jak krawędź blachy, ale Joshua znał ją zbyt dobrze, by nie wyłapać w nim żalu.
    — Miko, tłumaczyłem ci... To tylko na jakiś czas — zaczął szybko Joshua, uruchamiając swój stały, słowotokowy mechanizm obronny. — Podłapałem świetny kontrakt jako inżynier na frachtowcu. Zarobię trochę kredytów i wyciągnę nas z tego bagna. Przecież i tak zamykają tę dziurę. Każdy dzień tutaj to czekanie na wyrok, kiedy korporacja w końcu odetnie nam tlen i prąd.
    Dziewczyna prychnęła, krzyżując ręce na piersi.
    — Jasne. Kontrakt. Ty i twoje gładkie gadki. Myślisz, że jestem ślepa? Ten pośpiech, ten twój nowy elegancik Enyo... Słyszałam plotki, Josh. Żandarmeria węszy w sektorze. Ktoś odjebał oficera Colonial Marines. A ty akurat teraz, nagle, potrzebujesz nowej roboty, żeby na gwałt opuścić układ? Znowu się zajebałeś gównem?
    — Bzdury! — żachnął się, nie zwracając uwagi na wulgaryzmy, były dla niej typowe.— Po prostu... nie zgrałem się z wojskiem. Wylali mnie, bo nie pasowałem do ich zakuwanych w pancerze łbów. To wszystko. Chcę tylko naszej przyszłości, rozumiesz? Z dala od tego przeklętego pyłu.
    Zawsze miał gadane, ale Miko potrafiła przejrzeć go na wylot. Ta tylko potarła ramię, wpatrując się w mroczne majaki rdzewiejącej rafinerii.
    — Tego samego pyłu, który zabił matkę — powiedziała po chwili już spokojniej, ciszej, niemal do siebie. — Ty chcesz naszej przyszłości, a ja nawet nie wiem, czy ty masz jeszcze jakąkolwiek własną.
    Joshua westchnął ciężko i przysunął się do niej. Odruchowo potarł lewe przedramię — to samo, które ojciec złamał mu lata temu. Spojrzał na jej gładką, nieco pokrytą drobnymi bliznami twarz.
    — Wiesz... Zawsze dbaliśmy o siebie nawzajem. Od dzieciaka. Zobaczysz, ułoży się.
    — Ta... Ty dbałeś o mnie, a stary dbał o to, żebyś ty miał co wspominać — mruknęła cierpko, zerkając na bliznę tuż pod jego okiem. — Czasem myślę, że gdyby tamtego wieczoru pijany nie złamał ci tej ręki i prawie nie wybił oka, nigdy byśmy z tego patologicznego syfu nie uciekli.
    — Przynajmniej u sąsiada w warsztacie nie było bicia, tylko smar, kable i klucze francuskie — Joshua uśmiechnął się blado na wspomnienie ich dawnego azylu. — Bez narzędzi starego Connorsa nigdy nie nauczyłbym się majsterkować. Nie miałbym teraz fachu w ręku i nie miałbym szans na miejsce na tym statku.
    — I nie uciekałbyś teraz w kosmos — skwitowała bezlitośnie Miko, choć kącik jej ust minimalnie drgnął w górę.
    Przez chwilę znów zapadła cisza, przerywana jedynie odległym wyciem syren na niższych poziomach dogorywającej kolonii. Joshua postanowił zagrać odważniej, by ostatecznie rozładować napięcie.
    — Nie rób z siebie takiej bezbronnej ofiary, siostrzyczko. Nie zawsze ja musiałem zgrywać bohatera. Pamiętasz, co odwaliłaś z tym młodocianym gangiem z Sektora Gamma Cztery, jak mnie dorwali za stacją pomp?
    Miko wreszcie się uśmiechnęła, szeroko i drapieżnie.
    — Zaskoczyłam skurwieli, co?
    — Zaskoczyłaś?! — Joshua zaśmiał się szczerze, czując jak kamień spada mu z serca. — Rozebrałaś się do naga w środku brudnego zaułka! Stanęli jak wryci! Zanim zdołali podnieść szczęki z podłogi, ty już biegłaś prosto na terytorium chłopaków z Rdzawej Szajki, ciągnąc tych napalonych idiotów za sobą!
    — I wpadli prosto w ich łapy — dodała z satysfakcją, wyraźnie ożywiona wspomnieniem. — A my co zrobiliśmy?
    — Siedzieliśmy dokładnie tak jak teraz, na dachu — Joshua rozejrzał się z nostalgią. — Patrzyliśmy z góry, jak te dwa gangi nawzajem się wyżynają.
    Miko spojrzała mu prosto w oczy. Jej twarda, zadziorna maska na ten jeden, krótki moment całkowicie opadła.
    — Nie daj się tam zabić, Josh. Nieważne, co zrobiłeś i przed kim naprawdę uciekasz. Po prostu... nie daj się zabić. I jeśli faktycznie masz zamiar kiedyś wrócić, upewnij się, że masz obok siebie miejsce dla mnie.
    — Obiecuję, Młoda. Wyciągnę nas stąd oboje.
    Joshua wstał, wyciągając do niej rękę, którą uścisnęła z całych sił. Wiedział, że ją okłamuje, nie kłamał jednak w jednym — zamierzał przetrwać i po nią wrócić.

    USCS Kardashian

    Joshua jest najmłodszym stażem członkiem załogi USCS Kardashian. To jego pierwsza misja. Stara się nie wchodzić w konflikty i unikać zwracania na siebie uwagi. Niechętnie opowiada o sobie, choć gdy już zacznie gadać, może mówić długo i o wszystkim i niczym zarazem. Wedle danych pokładowych to utalentowany i certyfikowany przez Akademię Weyland-Yutani inżynier 2-go stopnia dla promów kosmicznych i lądowników. Ma także roczne szkolenie wojskowe w Colonial Marines, ale jest obecnie zwolniony ze służby. Jego hobby to majsterkowanie i kolekcjonowanie starych nośników audio. Nie lubi dymu z papierosów i gdy ktoś budzi go w środku nocy. Boi się kotów i utonięcia. Choruje na serce i musi brać stale leki.

    Materiały

  • Krzyk Pustki
    ReRebirthR ReRebirth

    Joshua Gleeson

    text alternatywny

    Ból glowy. Mgła na myślach. Dzwonienie w uszach. Chyba światło, ale oczy nie chcą się otworzyć. Powieki są czymś zlepione. Dłoń próbuje nieporadnie oczyścić oczodoły,.drżąc przy tym niczym u kogoś z delirium. W końcu oczy się otwierają. Bladoniebieskie światło z kapsuły tylko potęguje ból w skroniach. Cichy jęk samoistnie wydobywa się z krtani. Gdy pół-żywy zewłok próbuje się podnieść, wyczuwa jak wzbiera w nim niepokój. Serce kolacze niczym zalane kofeinowym szotem. I ta jedna ostra niczym igła myśl. Czy to "JUŻ TEN MOMENT"? Przeznaczenie wypisywane mu od dzieciństwa w wynikach badań. Strach działał jak stymulant. Umysł przeszedł z trybu "stand by" w tryb "walki lub ucieczki". Oczy otwarły się szeroko. Usta chwyciły glęboki haust powietrza. I wtedy szybko żołądek przypomniał mu o swojej wrażliwej naturze. Mieszanka kwasu żołądkowego i preparatu hamującego trawienie niczym gejzer wystrzeliła do gardła. Dławiący i piekący kaszel wyrwał się z tchawicy, tak że pewnie usłyszeli go nawet na mostku. Ale nikt się nie odezwał. Czy wciąż śnił. Czy był sam? Wypluł resztki wydzieliny i rozejrzał się. Kaszel wyciszył serce, a może to był szum i bzyczenie otaczajacej aparatury, tak czy owak Joshua odetchnął z ulgą. Jeszcze pożyje. Rozejrzał się i przypomniał sobie co tu właściwie robi. Wygramolił się z kapsuły. To było pierwsze jego przebudzenie i gdy wstawał poczuł coś między nogami i już wiedział o co chodziło Enyo z tymi pieluchami. Dopiero po przejściu paru kroków zauważył, że nie obudził się jako jedyny. Czy to znaczy, że dotarli na miejsce? Szybko. A może spał pół roku? Josh nadal czuł się zagubiony w czasie i przestrzeni. Postanowił rozruszać kości nim przyjdzie po nich komitet powitalny. Miał ochotę zagadać do Adama, ale androida zajmował właśnie kapitan. W sumie lubił tego syntetyka. Mógł z nim zawsze pogadać i nie bać się, że palnie głupotę i zniechęci rozmówce. Androidy zawsze słuchały i byly miłe. Tak były zaprogramowane. Czy były w tym lepsze od ludzi, czy gorsze? Josh jeszcze tego noe wiedział, bo tam gdzie się wychował androidy byly luksusem i można było co najwyżej spotkać te upiorne karykatury z Seegsona. Adam to była inna liga. Wszedł do łazienek i wziął prysznic, a potem przebrał się.

    Czysty kombinezon z przydziału pachniał smarem maszynowym i tanim detergentem, ale na frachtowcu takim jak USCS Kardashian był to i tak szczyt luksusu. Wnętrze statku przypominało trzewia gigantycznej, stalowej bestii. Surowy, brutalistyczny wystrój, plątanina kabli grubości ludzkiego ramienia i zardzewiałe, ociekające kondensacją grodzie tylko potęgowały klaustrofobiczne uczucie.
    ​Joshua szedł półmrocznym korytarzem, próbując rozchodzić resztki hibernacyjnego odrętwienia. Każdy krok odbijał się głuchym echem po kratownicach pokładu. Światła awaryjne powoli przechodziły w standardowy tryb, rzucając na ściany długie, upiorne cienie.
    ​Wtem, z plątaniny rur pod sufitem, coś z cichego mroku zeskoczyło z głuchym stęknięciem prosto na metalową podłogę, ledwie metr przed nim.
    ​Dwa żółte, zimne ślepia zalśniły w półmroku. Rozległ się niski, ostrzegawczy syk.
    ​Serce Joshuy, które ledwie zdążyło się uspokoić po koszmarze wybudzenia, znów zabiło jak oszalałe, uderzając o żebra z siłą młota pneumatycznego. Z gardła chłopaka wyrwał się nieartykułowany, zduszony pisk. Odskoczył w panice do tyłu, potknął się o własne, wciąż miękkie nogi i z łomotem uderzył plecami o zimną gródź...

    ​To był Chaplin. Ten cholerny sierściuch Caleba Hannigana.
    ​
    Josh nienawidził kotów. Wzdrygał się na samą myśl o nich. Wydawały mu się fałszywe, nieobliczalne i poruszały się bezszelestnie, wywołując u niego dreszcze podobne do tych, gdy żandarmeria wkraczała do kolonii.
    ​— A żeby cię... — wyłapał z trudem oddech, chwytając się za klatkę piersiową i czując, jak pot zalewa mu czoło. Sierściuch tylko spojrzał na niego z wyższością, miauknął pogardliwie i zniknął w najbliższym szybie wentylacyjnym.
    ​Zanim Joshua zdążył obrzucić kota kolejną, bardziej wykwintną wiązanką przekleństw, z cienia korytarza wyłoniła się sylwetka. Była to Nadia Volkov. Starsza stażem, bardziej doświadczona i stanowcza inżynier patrzyła na niego wzrokiem, w którym nie było za grosz litości dla jego małego zawału serca.

    ​— Joshua. Idziesz ze mną. — Jej ton był surowy i nie znosił sprzeciwu. Zaledwie po sekundzie, widząc jego wciąż zszokowaną minę, dorzuciła spokojniej: — Jeśli to fałszywy alarm, szybciej wrócimy na kawę.
    ​Josh zauważył, że kącik ust kobiety drgnął ledwie zauważalnie. Alarm? Jaki znowu alarm? — pomyślał gorączkowo, ruszając za nią niczym na skazanie. Zanim zdążył o cokolwiek zapytać, statek zaczął wypełniać się niskim buczeniem wznawianych systemów. Szli w milczeniu w stronę sypialni. W jej ciasnej kabinie Josh czekał na korytarzu, próbując nie wyglądać jak kretyn. Kiedy Nadia wyszła, miała już na sobie roboczy uniform. Usłyszał znajome, mechaniczne kliknięcie jej protetycznej dłoni. Zawsze czuł do tego kawałka technologii głęboki inżynieryjny szacunek. Zdecydowanie było to lepsze od kawy.
    ​Kilka minut później wspinali się już po wąskiej drabince serwisowej prowadzącej nad mostek. Powietrze gęstniało od zapachu ozonu, rozgrzanych kabli i smaru. Pokój radiowy przywitał ich cichym buczeniem.
    ​Nadia od razu podeszła do głównej konsoli, rzucając szybkie rozkazy.
    — Joshua, podłącz terminal serwisowy do zapasowego przekaźnika i sprawdź integralność buforów transmisji. Jeśli gdzieś mamy błędy synchronizacji, chcę je widzieć od razu.
    ​— Jasne, już się robi — odparł z automatu, zrzucając z siebie resztki strachu przed kotem. Podpiął kable, a jego palce rutynowo zatańczyły po klawiaturze. Spojrzał na ekrany i nagle wszystko stało się jasne. Sygnał SOS. Zimny dreszcz przebiegł mu po plecach. Obudzili ich za wcześnie. Znowu wylądował w bagnie.
    ​Sygnał wisiał w systemie. Stabilny. Wyraźny. Powtarzalny.
    ​— Antena kierunkowa odpowiada prawidłowo… brak utraty pakietów… — mruczała Nadia, przeglądając kolejne raporty techniczne. — Filtry szumów czyste. Żadnych zakłóceń kosmicznych.
    ​Joshua przełknął ślinę, wpatrując się w ciąg zielonych kodów na swoim ekranie. Uniósł wzrok znad otwartego panelu.
    — Bufory też wyglądają dobrze. Zero błędów transmisji.
    ​Obserwował, jak Volkov wsuwa mechaniczną dłoń w dolny segment konsoli, z chirurgiczną precyzją sprawdzając napięcie wzmacniaczy. Wszystko pracowało idealnie, co paradoksalnie było najgorszą możliwą wiadomością. To oznaczało, że sygnał, cokolwiek go nadawało w tej pustce, był boleśnie prawdziwy.
    ​Usłyszał, jak Nadia kontaktuje się z mostkiem, chłodno i bez emocji raportując o stustopniowej sprawności aparatury. Rozłączyła się i przez moment stukała metalowymi palcami o krawędź konsoli, potęgując napięcie w radiowym półmroku.
    ​— Chodźmy — powiedziała w końcu, podnosząc się z fotela z cichym westchnieniem. — Kapitan pewnie właśnie zaczyna mówić wszystkim, jak bardzo sytuacja jest pod kontrolą.
    ​Minęła go w wąskim przejściu. Joshua odłączył swój terminal i posłusznie ruszył za nią. Korytarze statku tętniły już życiem, dźwiękiem kroków i narastającym mruczeniem głównych reaktorów. USCS Kardashian obudził się na dobre, a w sercu Joshuy, tam gdzie jeszcze przed chwilą kołatał strach wywołany rudym sierściuchem, teraz powoli zaczynało rozlewać się zimne, paraliżujące przeczucie nadciągającej katastrofy.

    Rozgrywka

  • Krzyk Pustki
    ReRebirthR ReRebirth

    Potężne zaciski magnetyczne USCS Kardashian zamknęły się z głuchym, rezonującym przez pokłady zgrzytem. Kapsuła była na pokładzie. Odczyty z głównego komputera, które Joshua zdołał wyłapać, brzmiały dla niego jak wyrok odroczony w czasie. Obiekt dryfował w przestrzeni od niemal miesiąca, tkwiąc na zaprogramowanej pozycji parkingowej równo tysiąc kilometrów od swojego macierzystego statku. To była jednoosobowa, zaawansowana technologicznie jednostka ratunkowa floty Zjednoczonych Ameryk. Sprzęt rezerwowany dla oficerów i ważnych szych.
    ​Zamiast kręcić się przy śluzie, gdzie Sergei z Adamem (oraz resztą gapiów) szykowali się do otwarcia tej wojskowej puszki Pandory, Joshua wolał zająć się czymś, co utrzymałoby jego drżące ręce i myśli z dala od kłopotów. Skierował się prosto na mostek.
    Z kapsułą bezpiecznie zamkniętą w ładowni, przyszedł czas na zbliżenie się do samego źródła problemu – wojskowego zaopatrzeniowca USS Bleinert. Kombajn górniczy, o aerodynamice i zwrotności latającej cegły, miał teraz dokonać oblotu wokół opustoszałego tendera, by ocenić jego stan z bliska.
    ​Joshua usiadł na stanowisku nawigacyjnym obok Davy'ego O’Collana i szybko podpiął swój terminal do pomocniczej konsoli.
    – Daję ci odczyty z dolnych dalmierzy, Davy – rzucił szybko, starając się, by jego głos brzmiał jak najbardziej fachowo, mimo że w środku trząsł się jak galareta. – Będę korygował wektory podejścia na prawą burtę. Uważaj, nasze sensory mają spore opóźnienie w mapowaniu tej chmury gruzu wokół niego.
    ​Gdy O’Collan w milczeniu i pełnym skupieniu manewrował masywnym kolosem, palce Joshuy tańczyły po klawiaturze. Na zewnątrz wydawał się skupionym, w pełni pochłoniętym pracą inżynierem. W środku jednak paranoja drapała jego czaszkę od wewnątrz z intensywnością kwasu.
    ​Przez pancerne wizjery i na ekranach powoli wyłaniała się ciemna, milcząca sylwetka zaopatrzeniowcafnertfff. W głowie Joshuy kłębiły się setki najgorszych scenariuszy. Kapsuła czekała miesiąc, tysiąc kilometrów stąd. Dlaczego akurat na takiej pozycji? Uciekali przed wyciekiem promieniowania z reaktorów? A może przed czymś gorszym?
    ​Jego schorowane serce znowu zaczęło gubić rytm. A jeśli to nie była tylko awaria silników? Joshua wpatrywał się w mroczny, podziurawiony wrak wojskowego okrętu, wokół którego właśnie krążyli. Jeśli Bleinert padł ofiarą ataku – obojętnie czy piratów, czy czegoś zupełnie innego – napastnik wciąż mógł czaić się w mroku wśród gazowego pyłu.
    ​Przełknął z trudem ślinę, czując w ustach gorzki smak żółci.
    Prędkość zbliżania w normie... – wykrztusił, wbijając wzrok w ciągi zielonych danych na monitorze, byle tylko nie patrzeć na złowieszczą bryłę zaopatrzeniowca – Trzymaj kurs, Davy.
    ​Wolał liczyć wektory podejścia, modlić się o to, by nie uderzyć w żaden kosmiczny gruz i dłubać w przestarzałych systemach Kardashiana, niż myśleć o tym, jak wielki błąd popełnili, wpuszczając wojskowego na własny statek.
    – Mam złe przeczucia...

    Rozgrywka

  • Krzyk Pustki
    ReRebirthR ReRebirth

    Kapitan Hannigan pojawił się w sekcji hangaru szybciej, niż Joshua zakładał. Minął go bez słowa, wkraczając zdecydowanym krokiem w strefę oświetloną zimnym światłem latarek, prosto przed otwarty właz kapsuły.A ta okazała się niczym innym, jak tylko hermetycznie zamkniętą trumną, w której przy okazji zabrał się ktoś jeszcze. Josh pamiętał jak ojciec wyzywał kiedyś swego kierownika od "zwłokojebców" i to wystarczyło, by wyobraźnia puściła sygnał do żołądka o własnej procedurze ewakuacji. Soczysty paw w ostatniej chwili odwołał lot na mundur kapitański. Inżynier cofnął się o kolejny, gwałtowny krok, zatykając nos i usta dłonią w grubej rękawicy. Fetor był niewyobrażalny — gęsty, lepko-słodkawy, a jednocześnie żrący. W przeciwieństwie do analitycznie nastawionego Crowe'a, Gleeson nie miał najmniejszej ochoty przyglądać się detalom. Z każdym wdechem z wielkim trudem powstrzymywał odruch wymiotny. Zrobiło mu się gorąco, a po plecach spłynęła strużka zimnego potu
    ​— Kapitanie... — wykrztusił stłumionym głosem zza dłoni, marząc tylko o tym, by stąd zniknąć — Skoro to sprawa... czysto biologiczna, to ja się odmeldowuję. Pójdę... upewnić się, że recyrkulatory powietrza na pokładach pracują na pełnej mocy, żeby ten smród nie wszedł nam w wentylację.
    Nie czekał na zgodę. Był pewien, że jego twarz zdążyła już zmieniać kolor. Odwrócił się na pięcie i niemal biegiem ruszył wzdłuż stalowych kratownic korytarza, prosto w stronę mesy.
    Gdy tylko wpadł do kantyny, opadł ciężko na najbliższe krzesło. Oparł czoło o chłodny, metalowy blat stołu i zaczął brać głębokie, drżące wdechy, walcząc o to, by resztki jego żołądka pozostały na swoim miejscu. Powietrze pachniało tu stęchłą kawą, spalinami i środkami czyszczącymi – wszystkim tym, co nie przypominało zapachu śmierci. I było jeszcze coś... Coś czego nie dało się zmyć detergentem i zakryć neutralizatorem zapachu. To tkwiło głębiej w nim, niczym odłamek, który wrósł pod skórę i stał się jego częścią, niczym natychmiastowy przypominacz o tamtym fetalnym dniu. I choć miał słodko-gorzką nadzieję uciec od niego, tak dziś ten dzień wydawał się go znów doganiać Do dupy to wszystko! Jego kontemplacjq nie trwała jednak długo. Joshua zamarł. Żołądek znowu boleśnie podjechał mu do gardła. Dostał polecenie iż po powrocie Adama z ambulatorium będzie musiał, do kurwy nędzy, jednak zmierzyć się z trupem i pomóc w jego mumifikacji w ciekłym azocie. Wizja chwytania za nabrzmiałe, gnijące kończyny wojskowego trupa i ciągnięcia go przez korytarze Kardashiana wydawała się gorsza niż najczarniejsze scenariusze, jakie układał sobie w głowie po przebudzeniu. Otarł zimny pot z czoła, przeklinając w duchu dzień, w którym jego noga stanęła na tym cholernym statku. Kilka minut. Tylko tyle dzieliło go od powrotu do tego potwornego smrodu.

    Rozgrywka

  • Krzyk Pustki
    ReRebirthR ReRebirth

    Witam graczy 🙂

    Mozolnie tworzę KP chyba inżyniera. Milo będzie coś źle naprawić i wszystkich zabić (ale razem z xenomorphem!) :]

    Z Kethem się trochę znamy i cenię go jako MG 😉

    Komentarze

  • Krzyk Pustki
    ReRebirthR ReRebirth

    Nagle pełną napięcia ciszę na mostku rozdarł dźwięk, którego Joshua miał nadzieję już nigdy w życiu nie usłyszeć. Przez otwarte kanały interkomu, a może echem niosącym się przez szyby wentylacyjne z niższych pokładów, przebił się głuchy terkot. Krótkie, urywane serie o charakterystycznym, niepokojąco wysokim tonie. Karabin pulsacyjny. Dźwięk, który wwiercał się w mózg każdego, kto spędził choćby kilka dni w koszarach Colonial Marines.
    Zaraz potem z głośników ryknął głos kapitana Hannigana, ogłaszający czerwony alarm i potwierdzający to, co wyćwiczone ucho Gleesona już wyłapało – na statku padły strzały.
    Wojskowe szkolenie wzięło górę nad paraliżującym strachem. Joshua uderzył dłonią w panel kontrolny przy grodzi, odruchowo i nerwowo blokując główne wejście na mostek. Pulsujące, czerwone światła awaryjne zalały centrum dowodzenia, a ciężkie pancerne wrota zasunęły się z głośnym sykiem uszczelek.
    – Mostek zamknięty i zabezpieczony! – krzyknął w stronę komunikatora, informując załogę, nie czekając nawet na potwierdzenie odbioru.
    Gleeson drgnął gwałtownie, odrywając wzrok od konsoli. W jego oczach widać było z trudem opanowywaną panikę.
    – Davy, patrz na ekrany – warknął Gleeson, starając się za wszelką cenę opanować drżenie własnego głosu – Zachowaj spokój i kontynuuj kurs. Masz utrzymać wektor! Jeśli z tego stresu przywalimy w tendera, to i tak nie będzie miało znaczenia, kto i z czego do nas strzela!
    Joshua zerwał się z miejsca. Jego prawa dłoń nawykowo powędrowała do biodra, a palce zacisnęły się na pustym powietrzu, szukając znajomej rękojeści pistoletu. Zaklął szpetnie pod nosem. Nie miał przy sobie broni. Był pieprzonym inżynierem na starej górniczej łajbie, a nie trepem na patrolu bojowym.
    Szybkim ruchem sięgnął do pasa i wyszarpnął ciężki, solidny klucz francuski ze stali węglowej. Dobre i to.
    Przywarł plecami do ściany tuż obok zablokowanych drzwi, oburącz ściskając narzędzie, gotów zdzielić nim każdego, kto przekroczy próg.
    – Leć dalej, Davy! Ja cię osłaniam, obronię nas! – rzucił w stronę pilota, choć sam nie był do końca pewien, czy zdołałby zatłuc kluczem kogokolwiek w pancerzu taktycznym.
    Jego umysł pracował na najwyższych obrotach, napędzany czystą adrenaliną i charakterystyczną dla niego paranoją. Jak to w ogóle możliwe? Przecież to była jednoosobowa kapsuła! Skąd na pokładzie strzelec z karabinem pulsacyjnym?
    Ale zaraz... Joshua zmrużył oczy w czerwonym półmroku. Teoretycznie, gdyby wyrzucili część żelaznych racji, zdemontowali sprzęt medyczny i zrezygnowali z systemów amortyzujących, w środku spokojnie mogłoby się pomieścić dwóch... powiedzmy, wyjątkowo niskich ludzi.
    A nawet trzech! Przypomniał sobie nagle pewną miejską legendę, którą zasłyszał od pijanych dokerów w kolonii – opowieść o tym, jak to z wraku małej sondy badawczej wyskoczyło trzech wściekłych, niskorosłych zabójców, którzy z zaskoczenia wyrżnęli połowę obsady stacji przekaźnikowej. Bzdura, prawda? Zwykła barowa bajka. A jednak w tej konkretnej chwili, zaciskając spocone dłonie na zimnej stali klucza francuskiego i czekając, aż ktoś zacznie przepalać drzwi na mostek, Joshua Gleeson wcale nie uważał tej historii za śmieszną. Zrozumiał, że w kosmosie nie ma rzeczy niemożliwych.

    Rozgrywka

  • Krzyk Pustki
    ReRebirthR ReRebirth

    W każdym kliszpwym horrorze musi być ktoś, kto mówi: "Ej ale bym tam nie wchodził", by potem ginąc powiedzieć: "A nie mówiłe... bleh..." 😉

    Komentarze

  • Krzyk Pustki
    ReRebirthR ReRebirth

    Sytuacja na statku opadła tak szybko, jak wybuchła. Spanikowany rozbitek został spacyfikowany przez kogoś z załogi, a kurz po „ataku” osiadł, zanim na dobre wzbił się w powietrze.
    Na mostku panowała gęsta, zawstydzająca atmosfera. Joshua, wciąż kurczowo ściskający swój klucz francuski, zesztywniał, gdy Davy O’Collan rzucił mu wymowne, pełne irytacji spojrzenie. Z trudem odszedł od śluzy i rozluźnił chwyt.
    Kapitan Hannigan, wyraźnie zirytowany, nie czekał na wyjaśnienia. Podszedł do konsoli i jednym, pewnym ruchem nadpisał kody blokady, przywracając sobie dostęp. Joshua poczuł, jak krew odpływa mu z twarzy.
    — Wybaczcie, panie kapitanie — wycharczał, spuszczając wzrok. — Szkolenie w Marines wchodzi w krew. W razie abordażu priorytetem jest zabezpieczenie mostka lub maszynowni. Załogę... zawsze można zrekrutować nową, statek to jedyny stały zasób, na którym opiera się zysk korporacji — i tu Josh w końcu zamilkł, zdając sobie sprawę, że powiedział o kilka słów za dużo, więc tylko skłonił głowę i posłusznie oddał pole. Otrzymał jedynie nowy rozkaz.

    Zanim udał się do hangaru, wymknął się do swojej kajuty. Drżącymi dłońmi wyciągnął z szafki blistry z lekami, łykając dawkę, która miała wygasić kołatanie serca. Jego wzrok spoczął na starym, metalowym pudle z kasetami. Przez minutę kusiło go, by je otworzyć – tam, pod warstwą taśm, ukrywał przedmiot, który kiedyś mógłby mu uratować życie. Zrobił to. Lecz chwilę potem z powrotem zamknął. Zacisnął zęby, odłożył pudło i wybiegł z kajuty.
    Gdy dotarł do hangaru, oględziny trwały już w najlepsze. Elias Crowe, z profesjonalnym spokojem, operował swoim zestawem: analizatorem Seegson M314, dozymetrem i próbnikami, rejestrując wszystko na starym magnetofonie. Joshua nie podszedł do wnętrza; skupiając się na zewnętrznym poszyciu kapsuły. Szukał insygniów, oznaczeń jednostki, czegokolwiek, co pozwoliłoby mu zidentyfikować "gościa". Jego paranoja podpowiadała mu, że to nie jest przypadkowy lot, lecz element większej układanki.
    Nagle z wnętrza kapsuły dobiegł go chrapliwy głos Crowe’a, przerywający rutynowy raport.
    — Kapitanie... Musi pan tu zejść. Jest tu coś, co powinien pan zobaczyć osobiście. Jeśli mógłbym jakoś opisać tę sytuację, to powiem tylko tak: gówno dostało się do wiatraka i rozchlapało się po całym pokoju.
    Fetor uderzył Joshuę nawet z tej odległości. Był to ciężki, mdły zapach rozkładu, przemieszany z czymś ostrym, chemicznym. Gleeson, napędzany przez instynkt przetrwania, który w tej chwili brał górę nad rozsądkiem, podszedł do samego progu kapsuły. Nie odważył się wejść do środka, wpatrując się w mroczny, zanieczyszczony otwór jak w paszczę bestii.
    — Crowe — odezwał się, a jego głos był ledwie słyszalny w huku systemów podtrzymywania życia. — Ten smród... mówisz "gówno" metaforycznie, dosłownie się zesrałeś w wentylator, czy mamy tu do czynienia z biologicznym rozkładem zwłok? Bo jeśli to drugie, to musimy zamknąć ten właz i natychmiast odpalić procedurę kwarantanny, a nie bawić się w zbieranie próbek!

    Rozgrywka

  • Krzyk Pustki
    ReRebirthR ReRebirth

    Post dodany.
    Wybaczcie ten usunięty, jeszcze ogarniam forumowy interfejs. Życzę wszystkim aby dożyli do końca 🙂

    Joshua - deklaracja 1.kolejki

    Przegania kota, pomaga Nadii, idzie na miejsce zbiórki.

    Komentarze

  • Krzyk Pustki
    ReRebirthR ReRebirth

    Wybaczcie późny post. Miał być wcześniej, ale się pokomplikowało.

    Joshua Gleeson. Deklaracja 2. kolejki

    • wykonuje diagnostykę w hangarze
    • zanosi licznik na mostek i wręcza Siergiejowi
    • idzie do kantyny
    • zaczepia po drodze Adama, wyraźnie zaniepokojony
    • w kantynie zamawia posiłek
    Komentarze

  • Krzyk Pustki
    ReRebirthR ReRebirth

    Joshua ucieka do mesy. Jesli kapitan go zatrzyma,.do rozmowy może dołączyć treść żołądkowa. W mesie z dużą frustracją i stresem znosi polecenie pomocy Eliasowi w utylizacji trupa.

    Ps. Sorka jeśli post ma błędy. Pisałem go 3 dni, próbując utrzymać stan stały jak najdłużej. Klima się rozszczelniła i mam tu atmosfete Fioriny-161 lub gorzej...

    Komentarze

  • Krzyk Pustki
    ReRebirthR ReRebirth

    Gleeson przesiedział sam trochę w mesie i potem korytarzem technicznym udał się do laboratorium. Zerknął przez szybę. Teraz szuka Adama i wchodzi do hangaru.

    Ps. Sorki za dxiwny dublowany post, z brudnopisu się dziwnie wkleiło i jeszcze edytowałem to. Ale już jest ok. Sorka za błędy, piszę z telefonu chwilowo.

    Komentarze

  • Krzyk Pustki
    ReRebirthR ReRebirth

    A Joshua bardzo abordażu nie chce i tak bardzo się bał, że aż sprzeciwił się kapitanowi!

    Komentarze

  • Krzyk Pustki
    ReRebirthR ReRebirth

    @Davy-Knee

    Nie myśl, że ją zapłodnisz...
    .
    .
    .
    .
    .
    .
    .
    .
    .
    .
    .
    .
    .
    .
    .
    .
    .
    ... pierwszy 🙂

    Komentarze
  • Zaloguj się

  • Nie masz konta? Zarejestruj się

  • Aby wyszukiwać zaloguj się lub zarejestruj.
Powered by NodeBB Contributors
  • Pierwszy post
    Ostatni post
0
  • Kategorie
  • Ostatnie
  • Tagi
  • Popularne
  • Świat
  • Użytkownicy
  • Grupy
  • Strona startowa