Przejdź do treści
  • Kategorie
  • Ostatnie
  • Tagi
  • Popularne
  • Świat
  • Użytkownicy
  • Grupy
  • Strona startowa
Skórki
  • Jasny
  • Brite
  • Cerulean
  • Cosmo
  • Flatly
  • Journal
  • Litera
  • Lumen
  • Lux
  • Materia
  • Minty
  • Morph
  • Pulse
  • Sandstone
  • Simplex
  • Sketchy
  • Spacelab
  • United
  • Yeti
  • Zephyr
  • Ciemny
  • Cyborg
  • Darkly
  • Quartz
  • Slate
  • Solar
  • Superhero
  • Vapor

  • Domyślna (Cyborg)
  • Brak skórki
Zwiń
Patronite
ReRebirthR

ReRebirth

@ReRebirth
Przestań obserwować Obserwuj
Informacje
Posty
55
Tematy
0
Udostępnień
0
Grupy
0
Obserwujący
0
Obserwowani
0

Posty

Ostatnie Najlepsze Kontrowersyjne

  • Krzyk Pustki
    ReRebirthR ReRebirth

    Ciężkie, pancerne wrota ładowni zatrzasnęły się z głuchym, potężnym łoskotem, odcinając ich od koszmaru w korytarzu. Niemal natychmiast po drugiej stronie rozległ się potworny, wibrujący w trzewiach syk i łomot, jakby coś kwasożernego z wściekłością rzucało się na grubą stal.

    ​Joshua siedział oparty plecami o rozpruty panel sterowania. Jego ciało, wyprane z resztek adrenaliny po prowizorycznej reanimacji serca, ogarnęła obezwładniająca słabość. Patrzył na to, co działo się przed nim, jakby oglądał tani, kiepsko zmontowany serial na ekranie z zepsutym dźwiękiem. Wzrok mu się rozjeżdżał, a emocje... po prostu zniknęły, zastąpione tępym, odrętwiałym szokiem.
    ​Widział, jak Sadza i Hannigan, wciąż uginający się pod ciężarem zmasakrowanego syntetyka Weyland-Yutani, wciągają do środka rzęrzącego Holta. Oficer bezpieczeństwa był ranny, a jego dłonie puste – zgubił swojego potężnego Armata gdzieś tam, w ciemnościach, zanim stalowa gródź zdążyła opaść. I brakowało kogoś jeszcze. Adama.
    ​Ostatnie, co zarejestrował przegrzany umysł Gleesona przed zamknięciem drzwi, to nieludzka szarża ich własnego androida. Zaprogramowany do ochrony ludzkiego życia Adam rzucił się w sam środek rzezi z jakimś wyrwanym, metalowym prętem, przyszpilając to smoliście czarne piekło do pokładu i kupując im te kilka krytycznych sekund. Został po tamtej stronie. Rozsądek podpowiadał Joshui, że Adam wkrótce będzie wyglądał dokładnie tak samo jak cybernetyczny wrak, którego kapitan wciąż nie chciał zostawić w cholerę.

    ​Hannigan miotał się teraz po ładowni, próbując złapać oddech. Szarpał się z systemem komunikacyjnym, krzycząc coś do mikrofonu w rozpaczliwej próbie nawiązania łączności z Kardashianem. Do uszu Joshuy docierał jednak tylko zniekształcony bełkot. Wychwytywał pojedyncze słowa, ale nie miały one dla niego żadnego logicznego spoiwa.
    ​Wtedy usłyszał Eliasa. Doktor stał oparty o zimną ścianę, gorączkowo przecierając dłonią w rękawicy popękaną przyłbicę swojego hełmu.

    – Ten android... – odezwał się w końcu, nie patrząc na nikogo konkretnego, ale wskazując przemielony cyber zezwłok. Głos miał cichy, drżący. – To ten stwór go tak urządził.
    ​
    Słowa Crowe'a przebiły się przez otępienie Gleesona. Stwór. A więc to nie był żaden eksperymentalny, oszalały model syntetyka. To było coś innego. Zanim jednak Joshua zdążył otworzyć usta, by o cokolwiek zapytać, wydarzyło się coś, co w normalnych okolicznościach przyprawiłoby go o kolejny zawał.

    ​Siergiej pękł. Pierwszy oficer wystartował do kapitana z furią obudzonego niedźwiedzia. Chwycił Hannigana, plując mu w twarz oskarżeniami i wypominając winę za sprowadzenie ich do tego grobowca. Co gorsza, w trzęsącej się dłoni Sadzy połyskiwała lufa – zarekwirowany wcześniej pistolet Joshuy, teraz wymierzony prosto w pierś dowódcy. Gleeson patrzył na to w absolutnym milczeniu. W głębi duszy zgadzał się z każdym wyrzuconym przez Siergieja słowem. Jakaś mroczna, cyniczna część jego umysłu wręcz kibicowała pierwszemu oficerowi. Ostatecznie jednak Sadza oprzytomniał. Spojrzał tylko na trzymaną broń, rzucił coś po rosyjsku pod nosem i opuścił ją, chowając pistolet z powrotem.

    ​Bunt upadł, zanim na dobre się zaczął.
    ​Joshua wziął głęboki, urywany wdech, który zakończył się tępym bólem. Zmusił swoje osłabione mięśnie do pracy. Podniósł się z podłogi powoli, niezgrabnie, jedną ręką wciąż kurczowo masując lewą stronę klatki piersiowej. Szedł chwiejnym krokiem, omijając rannego Holta, i zatrzymał się dopiero tuż obok Crowe'a.
    Gleeson był blady jak papier, a po czole, pod osłoną hełmu, spływały mu kropelki zimnego potu. Spojrzał na doktora wzrokiem wypranym z dawnej, nerwowej energii.

    ​– Doktorze... – zaczął krótko, a jego głos był zaskakująco suchy i cichy, pozbawiony zwykłego rozedrgania. – Miałem atak. Serce mi siada. Moje nitro-blokery i stymulanty zostały w kajucie na Kardashianie. Jeśli wkrótce czegoś nie wezmę, to następnym razem po prostu padnę trupem. Chyba... chyba będziemy musieli zahaczyć o tutejsze ambulatorium, skoro i tak jesteśmy w dupie.

    ​Przerwał na moment, przełykając ślinę, by zwilżyć zaschnięte gardło, po czym wskazał ruchem głowy na pancerne drzwi.

    ​– I... co miał pan przed chwilą na myśli? – zapytał rzeczowo, choć w jego oczach wciąż czaiło się przerażenie. – Mówiąc "stwór". To znaczy co? Zmutowane zwierzę z jakiegoś ładunku? Maszyna biologiczna? Ufok? Z czym my tu kurwa jesteśmy zamknięci?

    Rozgrywka

  • Krzyk Pustki
    ReRebirthR ReRebirth

    Kiedy z ust kapitana padł rozkaz – szybki, brutalny i całkowicie pozbawiony tej jego denerwującej, sztywnej ogłady – do Joshuy dotarła prawdziwa skala katastrofy. To nie była kolejna usterka do zdiagnozowania ani taktyczne przegrupowanie. To był desperacki, chaotyczny odwrót!

    ​Gleeson tkwił w mroku ładowni, kurczowo zaciskając trzęsące się dłonie na pęku zmostkowanych kabli zasilających. Rozbebeszony panel kontrolny wyglądał jak ofiara rzeźnika; gdyby elektronika mogła odczuwać ból, ten moduł z pewnością wyłby teraz wniebogłosy, plując snopami iskier. Joshua zamierzał posłusznie wypełnić rozkaz i zewrzeć obwód, gdy tylko usłyszy sygnał Hannigana, ale w ułamku sekundy przez jego umysł przemknęła zimna, inżynieryjna myśl.

    ​To wszystko poszło zbyt gładko. Zbyt prymitywnie.

    ​Jak to w ogóle możliwe, że na okręcie floty Zjednoczonych Ameryk zabezpieczenia masywnej grodzi dało się obejść za pomocą brutalnego wyrwania obudowy i zwarcia przekaźników? Taka ingerencja powinna natychmiast wyzwolić blokadę hydrauliczną i zamrozić serwomotory. Czy ten upiorny statek w jakiś złośliwy sposób pozwolił mu otworzyć te drzwi? Ta myśl wydała mu się nagle równie przerażająca co sygnały na detektorze.

    ​Spojrzał gorączkowo w stronę korytarza, a mętlik w jego głowie sięgnął zenitu.
    ​Dlaczego do cholery wszyscy uciekali właśnie w jego stronę?! Przecież śluza i droga powrotna na Kardashiana znajdowały się w przeciwnym kierunku, za kotarą przeciwpożarową! Zamiast torować sobie drogę ucieczki, reszta oddziału pchała się do ciemnej, odizolowanej ładowni, dobrowolnie zamykając się w stalowej puszce. Co ich aż tak bardzo przeraziło?! Cokolwiek pełzało tam w szybach wentylacyjnych, musiało być gorsze od czegokolwiek, co Gleeson mógł sobie wyobrazić.
    ​Joshua od zawsze był neurotykiem z chorym sercem. Przywykł do tego, że to on jest tym przerażonym, gadatliwym balastem. Spodziewał się własnego strachu. Ale nie spodziewał się zbiorowej paniki. Widząc, jak uzbrojony w karabin Holt traci orientację, a zimny jak lód kapitan zdziera z siebie maskę opanowania i rzuca chaotyczne rozkazy, Gleeson poczuł, że jego własny, wewnętrzny bezpiecznik ostatecznie się przepala. Upadek autorytetów i profesjonalistów był dla niego dowodem na to, że znaleźli się w sytuacji bez wyjścia.

    ​Z płytkim, świszczącym oddechem tkwił przy wybebeszonym panelu. Złapał mocniej za kable, dygocząc na całym ciele. Gotów w każdej sekundzie na znak kapitana zewrzeć styki i odciąć ich ciężką grodzią od czegokolwiek, co właśnie na nich polowało, nawet jeśli oznaczało to zatrzaśnięcie się we własnym grobowcu.

    Rozgrywka

  • Krzyk Pustki
    ReRebirthR ReRebirth

    Joshua Gleeson, Hangar - 15.08.2183

    W mesie rozeszły się echa kapitańskiej odprawy. Załoga sprawnie zaczęła rozchodzić się na swoje stanowiska. Kiedy z ust Hannigana padło „Panie Gleeson”, Joshua odetchnął z cichą ulgą. Miał zadanie. Nie był tym zbędnym pasażerem, na którego kapitan rzucił obojętnym wzrokiem (swoją drogą, wciąż zastanawiało go, dlaczego kapitan patrzył w stronę tamtego chłopaka z taką niechęcią). Dostał przydział w hangarze, co oznaczało, że mógł zaszyć się w plątaninie sprzętu i uniknąć konieczności prowadzenia niezręcznych rozmów czy integrowania się z resztą załogi.

    ​W drodze do sekcji śluz sięgnął do kieszeni kombinezonu po swojego wysłużonego walkmana. Wcisnął słuchawki głęboko do uszu, z cichym trzaskiem wciskając przycisk „Play”. Charakterystyczny rytm perkusji i ostry, narastający riff gitary z "Money for Nothing" Dire Straits uderzyły w jego bębenki. Z tym dudniącym w skroniach, surowym brzmieniem ruszył do pracy.

    Walkman

    ​W hangarze metodycznie zabrał się za stację kombinezonów. Przeliczył skafandry, sprawdził przepustowość filtrów i przetestował mierniki promieniowania. Wybrał ten najpewniej działający licznik i szybkim krokiem zaniósł go na mostek. Wręczył go Kalashnikovowi niemal bez słowa, byle tylko jak najszybciej uciec z centrum dowodzenia i wrócić do swojej samotni. Na miejscu przygotował ramiona chwytne i zsynchronizował mechanizmy dokujące na wypadek awaryjnego przechwycenia kapsuły. Wszystko poszło mu zbyt szybko. Mając kłopoty z socjalizacją i nie chcąc bezczynnie siedzieć w strefie mieszkalnej, postanowił samowolnie przedłużyć sobie robotę. Podpiął terminal serwisowy pod panele komunikacyjne bocznych śluz.
    ​Grzebał w kablach dobrych kilkadziesiąt minut, izolując się od stresującej rzeczywistości. Gdy w końcu uznał, że przeciągnął sprawę do granic przyzwoitości, ściszył muzykę i włączył swój przenośny interkom.

    ​— Volkov, tu Joshua — zaczął, wpatrując się w ciągi danych na małym wyświetlaczu. — Przepiąłem się przez zapasowe moduły przy śluzach. Powiem ci, że sprzęt tutaj pamięta chyba pierwszą wojnę korporacyjną. Stary jak świat, ale o dziwo jest w pełni sprawny. Transmisja przekaźników czysta.
    ​Zaraz potem, zawahawszy się na ułamek sekundy, zmienił częstotliwość na otwarty kanał mostka, odchrząkując, by brzmieć jak profesjonalista.

    — Kapitanie Hannigan. Zgłasza się inżynier pokładowy Gleeson, prosto z hangaru. Sprzęt ratunkowy policzony i gotowy do użycia, miernik przekazałem panu Kalashnikovowi zgodnie z rozkazem. Hangar przygotowany na ewentualne awaryjne przechwycenie. Przy okazji... sprawdziłem wrota. Ogólnie działają, ale jedna ze śluz bocznych, numer cztery, ma lekkie opóźnienie na serwomotorach zewnętrznych. Jakieś dwie sekundy laga przy otwieraniu. Daję znać, gdyby miało to znaczenie przy manewrach dokowania.

    ​Wyłączył urządzenie. Zrobił, co do niego należało. Nie miał już absolutnie żadnej wymówki, musiał wracać. Po drodze natknął się na Adama. Joshua ściągnął słuchawki, z których wciąż cicho dobiegał głos Marka Knopflera. Stres, który usilnie próbował zdusić pracą fizyczną, znowu wypłynął na powierzchnię. Zawsze uważał syntetyki za wdzięcznych słuchaczy, którzy nie oceniali i nie wyciągali pochopnych wniosków.

    ​— Adam? Zaczekaj... — zagaił niepewnie, nerwowo obracając w dłoniach kasetę magnetofonową. — Słuchaj... To jest u was normalna procedura? W sensie, rozumiem prawo kosmiczne, ale... przecież to okręt floty Zjednoczonych Ameryk. Wojskowy zaopatrzeniowiec, który milczy, z chmurą napromieniowanego gruzu na ogonie. A co jeśli tam doszło do bitwy?

    ​Przełknął ślinę, czując, jak znowu zasycha mu w gardle.

    ​— Co, jeśli ktoś, kto ich tak załatwił, wciąż tam gdzieś krąży, a my po prostu wystawiamy się na tacy? Jesteśmy pieprzonym, powolnym kombajnem górniczym, a nie okrętem wojennym. Serio musimy ryzykować i ratować każdą zbłąkaną puszkę? — Pokręcił głową ze skrajnym niezadowoleniem, wpatrując się w parujący bulion. — Wpuszczanie na pokład ocalałego żołnierza z rozbitego statku to proszenie się o kłopoty. Nie po to... — Gleeson zawahał się na moment - Nie po to zaciągnąłem się na tę łajbę, żeby pakować się w... No wiesz - dodał półszeptem - Wojskowe gówno.

    Kantyna - 15.08.2183

    ​Gdy w końcu dotarł do kantyny, pomieszczenie tętniło powolnym życiemi, co przyjął z lekkim lękiem. Ale przynajmniej nigdzie nie było widać tego upiornego kocura Hannigana. Usiadł w najciemniejszym kącie, podciągnął kolana niemal pod brodę, by zająć jak najmniej przestrzeni, i wklepał w panel zamówień lekki, syntetyczny bulion drobiowo-podobny z odżywek klasy C. Jego żołądek wciąż boleśnie przypominał o brutalnym wybudzeniu. Zamierzał to na tą chwilę przeczekać.

    Rozgrywka

  • Krzyk Pustki
    ReRebirthR ReRebirth

    W mesie minuty dłużyły się niemiłosiernie, a z każdą kolejną sekundą wizja powrotu do hangaru i chwytania za gnijące zwłoki napawała Joshuę coraz większym przerażeniem. Nie potrafił się do tego zmusić. Ostatecznie, pchany dziwną mieszanką tchórzostwa i niezdrowej ciekawości, opuścił kantynę, wybierając zupełnie inną drogę niż ta, którą zwykle wchodziło się na mostek. Oj, wolał się nie zetknąć z kapitanem. Zresztą, zatrudnił się jako inżynier, a nie jakiś podrzędny truponosz. Lekka złość pomogła zwalczyć strach. Ruszył bocznymi korytarzami technicznymi bezpośrednio w stronę sekcji medycznej. Zastanawiał się przy tym, kogo właściwie wyciągnęli żywego z tego wraku. Wojskowy świat był przerażająco mały. Czy mógł to być ktoś, kogo kojarzył z dawnych lat? Ktoś z jego krótkiego, urwanego epizodu w koszarach?
    Kiedy dotarł na miejsce, zatrzymał się w pół kroku. Gdyby był robotem, to licznik odwagi znów świecił u Joshuy na czerwono. I nie starczyło mu jej by wejść do środka, stanąć twarzą w twarz z nieznajomym i zmierzyć się z ewentualnymi pytaniami. Zamiast tego ostrożnie zbliżył twarz do wzmocnionej szyby w drzwiach ambulatorium. W sterylnym, jasnym wnętrzu dostrzegł sylwetkę rozbitka oraz czuwającego przy nim Holta, który wyglądał jak uosobienie ochrony i czujności. Speszony tym widokiem, Gleeson odsunął się powoli i wycofał w półmrok korytarza. Nie było mowy, żeby tam wszedł i wdał się w interakcję z kimkolwiek... Z kimkolwiek, oprócz...
    Wtedy wpadł na znacznie bezpieczniejszy pomysł. Adam. Androidy nie oceniały, nie irytowały się zbędnymi pytaniami i z zasady po prostu dzieliły się raportami. Z pewnością syntetyk mógł mu obiektywnie powiedzieć wszystko, co do tej pory ustalono na temat ocalałego. Problem polegał jednak na tym, że Adama nie było w ambulatorium.

    No jasne Przecież kapitan kazał mu zanieść worki izolacyjne do hangaru

    Gleeson odwrócił się na pięcie i ruszył z powrotem w stronę śluz. W głowie szybko układał sobie wiarygodną wymówkę, na wypadek gdyby musiał się tłumaczyć ze swojej nieobecności. W końcu na statku obowiązywały procedury.

    Sprawdzałem przepustowość filtrów antypatogenowych i uszczelki w korytarzach do sekcji medycznej, żeby ten smród i potencjalne wirusy nie rozniosły się po statku

    To brzmiało na tyle mądrze i pół-profesjonalnie, że powinno wystarczyć na otarcie łez każdemu, kto musiał za niego dźwigać trupa.
    Pokonawszy ostatni odcinek technicznej kratownicy, Joshua wcisnął panel przy grodzi prowadzącej do hangaru. Ciężkie drzwi rozsunęły się z sykiem, a on przekroczył próg pomieszczenia. Jego wzrok od razu padł na zapięty po same brzegi, gruby, czarny worek izolacyjny spoczywający na pokładzie, oraz stojących nad nim Adama i Eliasa Crowe'a. Patrząc na zaciętą i wyraźnie niezadowoloną minę technika, Gleeson od razu zrozumiał, że cała brudna robota została już wykonana bez niego, a jego naprędce wymyślona, medyczno-techniczna wymówka może nie wystarczyć, by załagodzić sytuację.

    Rozgrywka

  • Krzyk Pustki
    ReRebirthR ReRebirth

    Joshua stał w półmroku korytarza, przyklejony plecami do zimnej grodzi tuż za progiem ambulatorium. Słyszał wszystko. Każde słowo zdesperowanego Purcella, chłodny ton Hannigana i niebezpieczne groźby Holta. Z każdym wypowiedzianym zdaniem jego i tak schorowane serce gubiło rytm. Wizja wejścia na wrak, gdzie mogła na nich czekać wroga załoga z Wallandera, zastawiona przez lojalistów pułapka, albo – co gorsza – broń chemiczna, doprowadzała go do skrajnej paniki.
    ​Wiedział, że powinien milczeć. Wychylanie się przy oficerze bezpieczeństwa i kapitanie było jak proszenie się o kłopoty. Ale strach przed abordażem okazał się silniejszy niż strach przed dowództwem. W przypływie rozpaczliwej, bojaźliwej odwagi, Gleeson oderwał się od ściany i stanął w sterylnym świetle jarzeniówek ambulatorium.
    ​Wszyscy zgromadzeni wokół łóżka odwrócili głowy w jego stronę.
    ​— Kapitanie... — zaczął Joshua. Jego głos lekko drżał, choć inżynier starał się za wszelką cenę zachować profesjonalny ton. Przełknął głośno ślinę i skrzyżował ręce na piersi w odruchowo obronnym geście. — Z całym szacunkiem, ale to właśnie przestało być misją ratunkową.
    ​Hannigan zmarszczył brwi, a Holt zmierzył go ciężkim, lodowatym spojrzeniem. Gleeson jednak nie przerwał, napędzany czystą adrenaliną i własną paranoją.
    ​— Przechodziłem obok. Słyszałem. Jeśli zdecydujemy się wejść na pokład Bleinerta z jego kartą dostępu, pchamy się prosto w strefę potencjalnego oporu zbrojnego. To jest operacja ewakuacyjna, a patrząc na okoliczności – wręcz bojowa. Jesteśmy tylko górniczym kombajnem, na litość boską, a nie oddziałem szturmowym!
    ​Wskazał nerwowym gestem dłoni gdzieś w stronę sufitu, jakby próbował wskazać zawieszony w próżni wrak.
    ​— Podczas skanowania kadłuba tendera znaleźliśmy dziurę. Wypaloną kwasem siarkowym! To oznacza, że albo doszło tam do katastrofalnej awarii i eksplozji jakiegoś zbiornika, albo ktoś użył tam broni chemicznej. Jeśli to drugie, wchodzimy prosto pod lufy kogoś, kto nie waha się używać chemii do topienia okrętowych pancerzy.
    ​Joshua wziął głęboki, drżący oddech, próbując opanować dygoczące dłonie. Użył argumentu, który uważał za swoją kartę przetargową, przypominając sobie skrawki znienawidzonej przeszłości.
    ​— W Akademii uczono nas bardzo wyraźnie, jak reagować na takie sytuacje. Jeśli uszkodzona jednostka nosi ślady ataku chemicznego lub istnieje ryzyko kontaktu ogniowego, procedury nakazują natychmiastowe wycofanie się na bezpieczny dystans i powiadomienie najbliższego posterunku armii lub dowództwa floty. Nie powinniśmy bawić się w bohaterów. Jeśli tam wejdziemy, wystawimy ten statek i nas wszystkich na rzeź.
    ​Zapadła ciężka, dzwoniąca w uszach cisza. Joshua stał w progu, oddychając płytko, w pełni świadomy, że właśnie podważył decyzje kapitana w obecności ocalałego z kapsuły. Zrobił to jednak z pełnym przekonaniem, że to jedyny sposób, by uratować własną skórę.

    Rozgrywka

  • Krzyk Pustki
    ReRebirthR ReRebirth

    Joshua stał z tyłu, starając się zająć jak najmniej przestrzeni i za wszelką cenę nie zwracać na siebie uwagi. Gdy szli pustymi, klaustrofobicznymi korytarzami, a jedynym dźwiękiem był rytmiczny stukot magnetycznych butów, jego myśli krążyły niczym wygłodniałe sępy wokół jednej, powracającej w kółko kwestii: Co ja tu, do ciężkiej cholery, robię?!
    ​Przecież nie pisał się na abordaż wojskowego tendera. Nie było o tym słowa w jego kontrakcie inżynieryjnym. Odtwarzał w głowie scenę z ambulatorium: kapitan podający mu pistolet, dociskający twardą, zimną kolbę prosto do piersi Joshuy, to lodowate, kpiące spojrzenie i słowa, by odebrał mu dowództwo, skoro uważa, że Hannigan naraża załogę.

    Złośliwy, cyniczny dupek – pomyślał, czując ukłucie gorącej nienawiści. Kapitan ewidentnie chciał się na nim odegrać za to, że Joshua odważył się podważyć jego decyzję przy tym pajacu z ratunkowej kapsuły. I teraz, ku własnemu przerażeniu, znalazł się na pierwszej linii tego szaleństwa. Miał też żal do innych. Miał żal do Crowe'a, do Siergieja, do każdego, kto stał wtedy w ambulatorium i po prostu patrzył w milczeniu, jak Joshua zamiera przed wymierzoną w niego rękojeścią. Nikt go nie wsparł. Nikt nie powiedział Hanniganowi, że to samobójstwo wchodzić na ten wrak. Banda tchórzy i lojalnych do porzygu korposzczurów. Ale w głębi duszy wiedział, że tam właśnie kończyła się jego własna odwaga – na cichej, bezsilnej wściekłości. Przynajmniej wziął ze sobą swój własny pistolet ze skrytki. Jego ciężar w kieszeni skafandra był jedyną rzeczą, która powstrzymywała go przed całkowitym obłędem.

    ​Teraz jednak, stojąc za plecami Crowe'a i wpatrując się w tę nienaturalną, czarną strukturę przypominającą skamieniałą żywicę, pistolet wydawał się absurdalnie nieprzydatny.
    ​Usłyszał, jak Elias próbuje zachować profesjonalizm, proponując procedurę skażenia przemysłowego. Joshua instynktownie wyciągnął dłoń w grubym skafandrze, by poklepać ramię doktora i poprzeć ten jedyny logiczny plan. Wtedy to zobaczył...

    ​Kątem oka wychwycił coś, co zburzyło resztki jego i tak kruchej stabilności. Kształt w szybie wentylacyjnym. Zbyt duży, zbyt płynny, odcinający się połyskliwą czernią od cienia kratownicy. Jego dłoń zatrzymała się w połowie ruchu i cofnęła z prędkością uderzenia bicza. Zrobił bezwiedny krok w tył. Serce, to przeklęte, schorowane serce, natychmiast wrzuciło najwyższy bieg. Krew uderzyła mu do głowy, a w uszach zagrzmiał potężny szum, zagłuszając nawet głosy w interkomie. Zrobiło mu się lodowato zimno. Zanim zdążył wykrztusić ostrzeżenie, rozległ się potworny zgrzyt dartego metalu. Kratownica runęła w dół z hukiem, który uderzył prosto w hełm Eliasa. Doktor zachwiał się, opadając na kolano w deszczu sypiących się odłamków.
    A zaraz za kratą, prosto w snopy światła ich latarek, spadła ta potworna, wielka masa.

    ​Wtedy pękł.

    ​Oddech uwiązł Joshui w gardle, a klatkę piersiową przeszył ostry, piekący ból – znajomy, ale tym razem potężniejszy niż kiedykolwiek. Złapał się oburącz za napierśnik skafandra, dławiąc się zapętlonym powietrzem z recyrkulatorów. Przed oczami zatańczyły mu czarne mroczki. Instynkt przetrwania krzyczał, by odwrócić się i uciekać, biec na oślep przez puste ładownie, z powrotem do Kardashiana, z dala od tego gówna. Cofnął się o kolejny, chwiejny krok, potykając się o własne buty. Z jego ust wyrwał się krótki, paniczny jęk, doskonale słyszalny dla całej załogi przez otwarty kanał komunikacyjny.
    ​Wszyscy musieli to zobaczyć – inżyniera, który nagle łamie się wpół, dławi i wycofuje w absolutnym przerażeniu. Balansował na samej krawędzi. Wystarczyło, by postawił jeszcze jeden krok w tył, a rzuciłby się do szaleńczej, zaraźliwej ucieczki.

    ​Ale z jakiegoś powodu, mimo bólu rozrywającego klatkę piersiową, jego nogi odmówiły posłuszeństwa. Zamarł, oparty plecami o zimną ścianę korytarza, dysząc ciężko z wybałuszonymi oczami, wpatrzony w czerń poruszającą się teraz na podłodze, tuż przed ogłuszonym Crowe'em. Z trudem, potężnym wysiłkiem woli, stłumił chęć krzyku. Żył, ale to był koniec – systematycznie kruszący się mur jego odwagi właśnie runął z hukiem, przygniatając pod sobą resztki racjonalnego myślenia.

    ​Wszystko dookoła wydawało się dziać w zwolnionym tempie, przytłumione przez głośne, nierówne dudnienie jego własnego serca. Joshua mrugał gwałtownie, próbując odzyskać ostrość widzenia, gdy jego mózg powoli rejestrował kolejny, absurdalny wręcz szczegół.

    ​Jego dłonie.

    ​Trzęsły się tak mocno, że stawy zbielały z wysiłku, zaciskając się na zimnym, polimerowym chwycie. Trzymał przed sobą pistolet. Lufa była skierowana w sufit, prosto w ciemną, ziejącą wyrwę po kratownicy wentylacyjnej, z której przed sekundą wypadła ta potworna masa.
    ​Nie miał zielonego pojęcia, kiedy wyciągnął broń z kieszeni skafandra. Zrobił to instynktownie, całkowicie poza świadomością, jakby to jakiś pierwotny instynkt przejął kontrolę nad jego ciałem, by ratować go przed tym, czego jego własny umysł nie potrafił już znieść. Półświadomy, z szeroko otwartymi w szoku oczami i zablokowanym oddechem, stał przykuty do ściany, gotów nacisnąć spust przy najmniejszym ruchu w czerni nad ich głowami.

    Rozgrywka

  • Krzyk Pustki
    ReRebirthR ReRebirth

    Miarowe, rytmiczne tykanie wykrywacza ruchu brzmiało w ciemnym korytarzu jak odliczanie do egzekucji. Z każdym kolejnym piknięciem, z każdym metrem, o który zbliżały się niezidentyfikowane sygnały, coś wewnątrz Joshuy powoli pękało.
    Strach, który do tej pory napędzał jego słowotok i nerwowe, graniczące z histerią reakcje, nagle zmienił wektor. Zamiast wyrzucić z siebie kolejną tyradę o samobójczych decyzjach, Gleeson poczuł, jak przerażenie zapada się do środka. Lodowaty, paraliżujący chłód zaczął zjadać go od wewnątrz, dławiąc oddech i miażdżąc płuca. W jednej chwili ciężar sytuacji przygniótł go do samej podłogi – byli w pułapce, ktoś lub coś na nich polowało, a na dodatek dowódca dźwigał na plecach rozerwane szczątki syntetyka, przypominając im wszystkim, co może ich spotkać.

    Kiedy padł rozkaz kapitana dotyczący panelu, Joshua nie zaprotestował. Nie zająknął się, nie skomentował, nie zaczął tłumaczyć, dlaczego to zły pomysł. Po prostu... zamilkł. Z gadatliwego, wiecznie szukającego wymówek neurotyka, w ułamku sekundy stał się posłuszny, potulny i nienaturalnie przyćmiony. Ta nagła, całkowita zmiana, to zgaszenie jego buntowniczej iskry, musiało być dla stojących obok bardziej niepokojące niż jakikolwiek krzyk. Wyglądał, jakby nagle odcięto mu zasilanie. Skinął tylko ciężko głową, jak posłuszny, zrezygnowany automat. Przełknął suchą gulę w gardle i bez słowa sprzeciwu przestąpił próg ciemnej ładowni.

    Mrok pochłonął go natychmiast, gdy tylko oddalił się od snopów światła z latarek reszty załogi. Wodził dłonią po chłodnej, metalowej ścianie, aż w końcu jego palce natrafiły na krawędź panelu sterującego. Wyciągnął swój stary terminal diagnostyczny i podpiął go do gniazda. Ekran rozbłysnął słabym, zielonkawym światłem, rzucając upiorne cienie na jego spoconą twarz.

    Gleeson wpatrywał się w ciągi danych. Wojskowe protokoły, zaawansowana architektura systemowa, skomplikowane zabezpieczenia elektroniczne. Rozkaz kapitana brzmiał prosto, ale to, co Joshua miał przed oczami, absolutnie go przerastało. Z każdą sekundą zdawał sobie sprawę, że to nie jest przepalony styk w pompie chłodziwa ani uszkodzony silnik starego transportowca. Nie rozpoznawał tu niemal niczego. Nie miał pojęcia, jak systematycznie i zgodnie z podręcznikiem obejść takie blokady. Piknięcia detektora ruchu z korytarza wwiercały mu się w czaszkę. Czas uciekał.

    Z drżącym, przerywanym oddechem odpiął terminal. Skoro nie potrafił dogadać się z oprogramowaniem, musiał zejść do poziomu, który rozumiał. Brutalnej mechaniki i elektroniki. Złapał za krawędź obudowy panelu i szarpnął z całej siły, wyłamując zatrzaski. Skrzynka odskoczyła, odsłaniając gęstą plątaninę kabli, światłowodów i bezpieczników. Miał zamiar potężnie zaimprowizować. Wyciągnął narzędzia i zaczął gorączkowo szukać głównych przekaźników napięcia, gotów połączyć je na krótko, byle tylko manualnie wymusić zasilanie na potężnych serwomotorach drzwi, modląc się w duchu, by przy okazji nie wysadzić w powietrze całej sekcji.

    Rozgrywka

  • Krzyk Pustki
    ReRebirthR ReRebirth

    Debata nad tym, kto powinien trzymać jego własną broń, toczyła się ponad głową Gleesona, jakby nagle stał się niewidzialny albo ubezwłasnowolniony. Holt, mimo rany, wciąż myślał jak oficer bezpieczeństwa, chcąc uzbroić właściciela pistoletu. Sadza jednak brutalnie i trzeźwo ocenił roztrzęsionego inżyniera, odmawiając oddania mu broni, po czym po prostu odwrócił się i ruszył w stronę zmasakrowanego syntetyka, by samemu pogrzebać w jego bebechach. To go jakby wewnętrznie uspokoiło, a na zmarnowanej twarzy dało się dostrzec delikatną iskrę emocji

    ​– To nadal moja spluwa – wtrącił z chrypką, prostując się nieco, choć wciąż trzymał dłoń na klatce piersiowej. Spojrzał na Sadzę, po czym przeniósł wzrok na Holta – Ale fakt, nie czuję się najlepiej. Już kiedyś w podobnej sytuacji... – urwał nagle, zaciskając usta, jakby odganiał od siebie wspomnienia – Uhm.. Nieważne...

    Wziął głębszy oddech, a jego wzrok padł na pistolet tkwiący w dłoni pierwszego oficera.

    ​– Skoro ciężki karabin nie pokonał tamtego... czegoś... – kontynuował, a jego głos dziwnie stwardniał. Zniknęło gdzieś rozbieganie i jąkanie, zastąpione przez zimną, pragmatyczną kalkulację przetrwania – To pistolet jest tylko złudnym talizmanem. Kawałkiem żelastwa, który daje fałszywe poczucie bezpieczeństwa. Co gorsza, przykuwa uwagę wroga, który obiera na pierwszy cel jej posiadacza. Ten stwór rzucił się prosto na ogień zaporowy Marcusa, prawda?

    Gleeson nagle przestał brzmieć jak amator, który znalazł się tu przez przypadek. Brzmiał jak ktoś, kto dorastał w miejscu, gdzie zasady przetrwania pisało się krwią na stalowych grodziach.

    – Cóż... Jeśli mamy... Jeśli MUSIMY się z nim konfrontować, a obawiam się, że te pancerne drzwi w końcu puszczą, potrzebny jest nam punkt obronny i plan, a nie wymachiwanie pistoletem – stwierdził rzeczowo, mrużąc oczy

    – A skoro to coś krwawi, albo raczej wycieka kwasem, to znaczy, że da się to uszkodzić. Jest fizyczne. Może Holt nam powie, gdzie go trafił? I czy w ogóle wydawało się, że to robi na tej bestii jakiekolwiek wrażenie?

    Rozgrywka

  • Krzyk Pustki
    ReRebirthR ReRebirth

    Joshua

    Imię i nazwisko: Joshua Gleeson
    Wiek: 24 lata
    Profesja: inżynier

    Wprowadzenie:

    — Czyli nie zostaniesz?
    — Wiesz, że nie mogę.
    Młoda i ponętna czarnoskóra dziewczyna objęła go w pasie i przyległa do jego ciała, chcąc niewątpliwie utrudnić mu decyzję, którą musiał podjąć niemalże z przymusu.
    — Jak tylko sytuacja się poprawi obiecuję, że wrócę.
    — I co wtedy? Zaczniemy znów od nowa? - zapytała smutnym, depresyjnym tonem.
    — Nie wiem — odrzekł szczerze — Ale może po prostu odlecimy stąd i osiądziemy na jakiejś spokojnej, farmerskiej kolonii...
    Młoda dziewczyna puściła go i spojrzała z ukosa.
    — To czemu nie zabierzesz mnie teraz?
    Joshua westchnął. Jak najbardziej przeszło mu to przez myśl nie raz. Wiedział, że rozłąka nie będzie ani łatwa, ani krótka. Może gdyby udało się zdobyć odpowiednie papiery...
    Sytuację wyprostował niespodziewany gość, który od dobrej chwili najwyraźniej przyblokował automatyczne drzwi i oparty o framugę przysługiwał się ich ckliwemu rozstaniu.
    — Trochę za późno na to. Żeby skombinować takie papiery potrzeba dobrych kilku dni, a tobie czas kończy się za trzy godziny.
    — Enyo... Cholera, nie musiałeś. Wszystko mam ogarnięte.
    Ubrany w zbyt wąski frak i jeszcze bardziej niedopasowane spodnie typu rurki, blondas elegancik zawsze był pedantyczny i nieufny, ala charakter jego pracy premiował czujnych.
    —Transport? Papiery? Sprzęt? Papiery? Pampersy hibernacyjne?
    — Cholera Enyo... Że co, pampersy jakie?
    — Nieważne. Aerodyna będzie tu za dwie godziny. Mam też informację. Miko chce z tobą porozmawiać.
    Ciało Joshuy wyprostowało się jak porażone taserem.
    — Mi... Miko? Ale... Myślałem, że.
    — Że cię nienawidzi? — wtrąciła się dziewczyna —To prawda, ale mimo wszystko to twoja...
    — Gdzie chce się spotkać?! — wypalił nerwowym tonem
    — Czeka na zewnątrz — odparł ze spokojem Enyo, po czym rozłożył ręce i odszedł od śluzy. Ta zaczęła zamykać się powoli.
    Nie zdążyła. Joshua mimo kołatania schorowanego serca wiedział, że musi się z tym zmierzyć. Wziął głęboki oddech, zmrużył powieki i ruszył na miejsce spotkania. Wiedział, że każda minuta teraz to być może ta ostatnia szansa by nie został sam w całym kosmosie.

    Siedzieli teraz na dachu starego garażu dla transportowców. Przez dobre kilka minut milczeli.
    Ołowiane, zasnute toksycznymi chmurami niebo nad kolonią wydawało się cięższe i niższe niż zwykle. Miko kopnęła zardzewiały wentylator, posyłając go w dół ze stukotem, który echem rozszedł się po pustym zaułku.
    — Więc to tak? Znowu spierdalasz? — rzuciła w końcu, nie patrząc na niego. Jej głos był ostry jak krawędź blachy, ale Joshua znał ją zbyt dobrze, by nie wyłapać w nim żalu.
    — Miko, tłumaczyłem ci... To tylko na jakiś czas — zaczął szybko Joshua, uruchamiając swój stały, słowotokowy mechanizm obronny. — Podłapałem świetny kontrakt jako inżynier na frachtowcu. Zarobię trochę kredytów i wyciągnę nas z tego bagna. Przecież i tak zamykają tę dziurę. Każdy dzień tutaj to czekanie na wyrok, kiedy korporacja w końcu odetnie nam tlen i prąd.
    Dziewczyna prychnęła, krzyżując ręce na piersi.
    — Jasne. Kontrakt. Ty i twoje gładkie gadki. Myślisz, że jestem ślepa? Ten pośpiech, ten twój nowy elegancik Enyo... Słyszałam plotki, Josh. Żandarmeria węszy w sektorze. Ktoś odjebał oficera Colonial Marines. A ty akurat teraz, nagle, potrzebujesz nowej roboty, żeby na gwałt opuścić układ? Znowu się zajebałeś gównem?
    — Bzdury! — żachnął się, nie zwracając uwagi na wulgaryzmy, były dla niej typowe.— Po prostu... nie zgrałem się z wojskiem. Wylali mnie, bo nie pasowałem do ich zakuwanych w pancerze łbów. To wszystko. Chcę tylko naszej przyszłości, rozumiesz? Z dala od tego przeklętego pyłu.
    Zawsze miał gadane, ale Miko potrafiła przejrzeć go na wylot. Ta tylko potarła ramię, wpatrując się w mroczne majaki rdzewiejącej rafinerii.
    — Tego samego pyłu, który zabił matkę — powiedziała po chwili już spokojniej, ciszej, niemal do siebie. — Ty chcesz naszej przyszłości, a ja nawet nie wiem, czy ty masz jeszcze jakąkolwiek własną.
    Joshua westchnął ciężko i przysunął się do niej. Odruchowo potarł lewe przedramię — to samo, które ojciec złamał mu lata temu. Spojrzał na jej gładką, nieco pokrytą drobnymi bliznami twarz.
    — Wiesz... Zawsze dbaliśmy o siebie nawzajem. Od dzieciaka. Zobaczysz, ułoży się.
    — Ta... Ty dbałeś o mnie, a stary dbał o to, żebyś ty miał co wspominać — mruknęła cierpko, zerkając na bliznę tuż pod jego okiem. — Czasem myślę, że gdyby tamtego wieczoru pijany nie złamał ci tej ręki i prawie nie wybił oka, nigdy byśmy z tego patologicznego syfu nie uciekli.
    — Przynajmniej u sąsiada w warsztacie nie było bicia, tylko smar, kable i klucze francuskie — Joshua uśmiechnął się blado na wspomnienie ich dawnego azylu. — Bez narzędzi starego Connorsa nigdy nie nauczyłbym się majsterkować. Nie miałbym teraz fachu w ręku i nie miałbym szans na miejsce na tym statku.
    — I nie uciekałbyś teraz w kosmos — skwitowała bezlitośnie Miko, choć kącik jej ust minimalnie drgnął w górę.
    Przez chwilę znów zapadła cisza, przerywana jedynie odległym wyciem syren na niższych poziomach dogorywającej kolonii. Joshua postanowił zagrać odważniej, by ostatecznie rozładować napięcie.
    — Nie rób z siebie takiej bezbronnej ofiary, siostrzyczko. Nie zawsze ja musiałem zgrywać bohatera. Pamiętasz, co odwaliłaś z tym młodocianym gangiem z Sektora Gamma Cztery, jak mnie dorwali za stacją pomp?
    Miko wreszcie się uśmiechnęła, szeroko i drapieżnie.
    — Zaskoczyłam skurwieli, co?
    — Zaskoczyłaś?! — Joshua zaśmiał się szczerze, czując jak kamień spada mu z serca. — Rozebrałaś się do naga w środku brudnego zaułka! Stanęli jak wryci! Zanim zdołali podnieść szczęki z podłogi, ty już biegłaś prosto na terytorium chłopaków z Rdzawej Szajki, ciągnąc tych napalonych idiotów za sobą!
    — I wpadli prosto w ich łapy — dodała z satysfakcją, wyraźnie ożywiona wspomnieniem. — A my co zrobiliśmy?
    — Siedzieliśmy dokładnie tak jak teraz, na dachu — Joshua rozejrzał się z nostalgią. — Patrzyliśmy z góry, jak te dwa gangi nawzajem się wyżynają.
    Miko spojrzała mu prosto w oczy. Jej twarda, zadziorna maska na ten jeden, krótki moment całkowicie opadła.
    — Nie daj się tam zabić, Josh. Nieważne, co zrobiłeś i przed kim naprawdę uciekasz. Po prostu... nie daj się zabić. I jeśli faktycznie masz zamiar kiedyś wrócić, upewnij się, że masz obok siebie miejsce dla mnie.
    — Obiecuję, Młoda. Wyciągnę nas stąd oboje.
    Joshua wstał, wyciągając do niej rękę, którą uścisnęła z całych sił. Wiedział, że ją okłamuje, nie kłamał jednak w jednym — zamierzał przetrwać i po nią wrócić.

    USCS Kardashian

    Joshua jest najmłodszym stażem członkiem załogi USCS Kardashian. To jego pierwsza misja. Stara się nie wchodzić w konflikty i unikać zwracania na siebie uwagi. Niechętnie opowiada o sobie, choć gdy już zacznie gadać, może mówić długo i o wszystkim i niczym zarazem. Wedle danych pokładowych to utalentowany i certyfikowany przez Akademię Weyland-Yutani inżynier 2-go stopnia dla promów kosmicznych i lądowników. Ma także roczne szkolenie wojskowe w Colonial Marines, ale jest obecnie zwolniony ze służby. Jego hobby to majsterkowanie i kolekcjonowanie starych nośników audio. Nie lubi dymu z papierosów i gdy ktoś budzi go w środku nocy. Boi się kotów i utonięcia. Choruje na serce i musi brać stale leki.

    Materiały

  • Krzyk Pustki
    ReRebirthR ReRebirth

    Joshua Gleeson

    text alternatywny

    Ból glowy. Mgła na myślach. Dzwonienie w uszach. Chyba światło, ale oczy nie chcą się otworzyć. Powieki są czymś zlepione. Dłoń próbuje nieporadnie oczyścić oczodoły,.drżąc przy tym niczym u kogoś z delirium. W końcu oczy się otwierają. Bladoniebieskie światło z kapsuły tylko potęguje ból w skroniach. Cichy jęk samoistnie wydobywa się z krtani. Gdy pół-żywy zewłok próbuje się podnieść, wyczuwa jak wzbiera w nim niepokój. Serce kolacze niczym zalane kofeinowym szotem. I ta jedna ostra niczym igła myśl. Czy to "JUŻ TEN MOMENT"? Przeznaczenie wypisywane mu od dzieciństwa w wynikach badań. Strach działał jak stymulant. Umysł przeszedł z trybu "stand by" w tryb "walki lub ucieczki". Oczy otwarły się szeroko. Usta chwyciły glęboki haust powietrza. I wtedy szybko żołądek przypomniał mu o swojej wrażliwej naturze. Mieszanka kwasu żołądkowego i preparatu hamującego trawienie niczym gejzer wystrzeliła do gardła. Dławiący i piekący kaszel wyrwał się z tchawicy, tak że pewnie usłyszeli go nawet na mostku. Ale nikt się nie odezwał. Czy wciąż śnił. Czy był sam? Wypluł resztki wydzieliny i rozejrzał się. Kaszel wyciszył serce, a może to był szum i bzyczenie otaczajacej aparatury, tak czy owak Joshua odetchnął z ulgą. Jeszcze pożyje. Rozejrzał się i przypomniał sobie co tu właściwie robi. Wygramolił się z kapsuły. To było pierwsze jego przebudzenie i gdy wstawał poczuł coś między nogami i już wiedział o co chodziło Enyo z tymi pieluchami. Dopiero po przejściu paru kroków zauważył, że nie obudził się jako jedyny. Czy to znaczy, że dotarli na miejsce? Szybko. A może spał pół roku? Josh nadal czuł się zagubiony w czasie i przestrzeni. Postanowił rozruszać kości nim przyjdzie po nich komitet powitalny. Miał ochotę zagadać do Adama, ale androida zajmował właśnie kapitan. W sumie lubił tego syntetyka. Mógł z nim zawsze pogadać i nie bać się, że palnie głupotę i zniechęci rozmówce. Androidy zawsze słuchały i byly miłe. Tak były zaprogramowane. Czy były w tym lepsze od ludzi, czy gorsze? Josh jeszcze tego noe wiedział, bo tam gdzie się wychował androidy byly luksusem i można było co najwyżej spotkać te upiorne karykatury z Seegsona. Adam to była inna liga. Wszedł do łazienek i wziął prysznic, a potem przebrał się.

    Czysty kombinezon z przydziału pachniał smarem maszynowym i tanim detergentem, ale na frachtowcu takim jak USCS Kardashian był to i tak szczyt luksusu. Wnętrze statku przypominało trzewia gigantycznej, stalowej bestii. Surowy, brutalistyczny wystrój, plątanina kabli grubości ludzkiego ramienia i zardzewiałe, ociekające kondensacją grodzie tylko potęgowały klaustrofobiczne uczucie.
    ​Joshua szedł półmrocznym korytarzem, próbując rozchodzić resztki hibernacyjnego odrętwienia. Każdy krok odbijał się głuchym echem po kratownicach pokładu. Światła awaryjne powoli przechodziły w standardowy tryb, rzucając na ściany długie, upiorne cienie.
    ​Wtem, z plątaniny rur pod sufitem, coś z cichego mroku zeskoczyło z głuchym stęknięciem prosto na metalową podłogę, ledwie metr przed nim.
    ​Dwa żółte, zimne ślepia zalśniły w półmroku. Rozległ się niski, ostrzegawczy syk.
    ​Serce Joshuy, które ledwie zdążyło się uspokoić po koszmarze wybudzenia, znów zabiło jak oszalałe, uderzając o żebra z siłą młota pneumatycznego. Z gardła chłopaka wyrwał się nieartykułowany, zduszony pisk. Odskoczył w panice do tyłu, potknął się o własne, wciąż miękkie nogi i z łomotem uderzył plecami o zimną gródź...

    ​To był Chaplin. Ten cholerny sierściuch Caleba Hannigana.
    ​
    Josh nienawidził kotów. Wzdrygał się na samą myśl o nich. Wydawały mu się fałszywe, nieobliczalne i poruszały się bezszelestnie, wywołując u niego dreszcze podobne do tych, gdy żandarmeria wkraczała do kolonii.
    ​— A żeby cię... — wyłapał z trudem oddech, chwytając się za klatkę piersiową i czując, jak pot zalewa mu czoło. Sierściuch tylko spojrzał na niego z wyższością, miauknął pogardliwie i zniknął w najbliższym szybie wentylacyjnym.
    ​Zanim Joshua zdążył obrzucić kota kolejną, bardziej wykwintną wiązanką przekleństw, z cienia korytarza wyłoniła się sylwetka. Była to Nadia Volkov. Starsza stażem, bardziej doświadczona i stanowcza inżynier patrzyła na niego wzrokiem, w którym nie było za grosz litości dla jego małego zawału serca.

    ​— Joshua. Idziesz ze mną. — Jej ton był surowy i nie znosił sprzeciwu. Zaledwie po sekundzie, widząc jego wciąż zszokowaną minę, dorzuciła spokojniej: — Jeśli to fałszywy alarm, szybciej wrócimy na kawę.
    ​Josh zauważył, że kącik ust kobiety drgnął ledwie zauważalnie. Alarm? Jaki znowu alarm? — pomyślał gorączkowo, ruszając za nią niczym na skazanie. Zanim zdążył o cokolwiek zapytać, statek zaczął wypełniać się niskim buczeniem wznawianych systemów. Szli w milczeniu w stronę sypialni. W jej ciasnej kabinie Josh czekał na korytarzu, próbując nie wyglądać jak kretyn. Kiedy Nadia wyszła, miała już na sobie roboczy uniform. Usłyszał znajome, mechaniczne kliknięcie jej protetycznej dłoni. Zawsze czuł do tego kawałka technologii głęboki inżynieryjny szacunek. Zdecydowanie było to lepsze od kawy.
    ​Kilka minut później wspinali się już po wąskiej drabince serwisowej prowadzącej nad mostek. Powietrze gęstniało od zapachu ozonu, rozgrzanych kabli i smaru. Pokój radiowy przywitał ich cichym buczeniem.
    ​Nadia od razu podeszła do głównej konsoli, rzucając szybkie rozkazy.
    — Joshua, podłącz terminal serwisowy do zapasowego przekaźnika i sprawdź integralność buforów transmisji. Jeśli gdzieś mamy błędy synchronizacji, chcę je widzieć od razu.
    ​— Jasne, już się robi — odparł z automatu, zrzucając z siebie resztki strachu przed kotem. Podpiął kable, a jego palce rutynowo zatańczyły po klawiaturze. Spojrzał na ekrany i nagle wszystko stało się jasne. Sygnał SOS. Zimny dreszcz przebiegł mu po plecach. Obudzili ich za wcześnie. Znowu wylądował w bagnie.
    ​Sygnał wisiał w systemie. Stabilny. Wyraźny. Powtarzalny.
    ​— Antena kierunkowa odpowiada prawidłowo… brak utraty pakietów… — mruczała Nadia, przeglądając kolejne raporty techniczne. — Filtry szumów czyste. Żadnych zakłóceń kosmicznych.
    ​Joshua przełknął ślinę, wpatrując się w ciąg zielonych kodów na swoim ekranie. Uniósł wzrok znad otwartego panelu.
    — Bufory też wyglądają dobrze. Zero błędów transmisji.
    ​Obserwował, jak Volkov wsuwa mechaniczną dłoń w dolny segment konsoli, z chirurgiczną precyzją sprawdzając napięcie wzmacniaczy. Wszystko pracowało idealnie, co paradoksalnie było najgorszą możliwą wiadomością. To oznaczało, że sygnał, cokolwiek go nadawało w tej pustce, był boleśnie prawdziwy.
    ​Usłyszał, jak Nadia kontaktuje się z mostkiem, chłodno i bez emocji raportując o stustopniowej sprawności aparatury. Rozłączyła się i przez moment stukała metalowymi palcami o krawędź konsoli, potęgując napięcie w radiowym półmroku.
    ​— Chodźmy — powiedziała w końcu, podnosząc się z fotela z cichym westchnieniem. — Kapitan pewnie właśnie zaczyna mówić wszystkim, jak bardzo sytuacja jest pod kontrolą.
    ​Minęła go w wąskim przejściu. Joshua odłączył swój terminal i posłusznie ruszył za nią. Korytarze statku tętniły już życiem, dźwiękiem kroków i narastającym mruczeniem głównych reaktorów. USCS Kardashian obudził się na dobre, a w sercu Joshuy, tam gdzie jeszcze przed chwilą kołatał strach wywołany rudym sierściuchem, teraz powoli zaczynało rozlewać się zimne, paraliżujące przeczucie nadciągającej katastrofy.

    Rozgrywka

  • Krzyk Pustki
    ReRebirthR ReRebirth

    Potężne zaciski magnetyczne USCS Kardashian zamknęły się z głuchym, rezonującym przez pokłady zgrzytem. Kapsuła była na pokładzie. Odczyty z głównego komputera, które Joshua zdołał wyłapać, brzmiały dla niego jak wyrok odroczony w czasie. Obiekt dryfował w przestrzeni od niemal miesiąca, tkwiąc na zaprogramowanej pozycji parkingowej równo tysiąc kilometrów od swojego macierzystego statku. To była jednoosobowa, zaawansowana technologicznie jednostka ratunkowa floty Zjednoczonych Ameryk. Sprzęt rezerwowany dla oficerów i ważnych szych.
    ​Zamiast kręcić się przy śluzie, gdzie Sergei z Adamem (oraz resztą gapiów) szykowali się do otwarcia tej wojskowej puszki Pandory, Joshua wolał zająć się czymś, co utrzymałoby jego drżące ręce i myśli z dala od kłopotów. Skierował się prosto na mostek.
    Z kapsułą bezpiecznie zamkniętą w ładowni, przyszedł czas na zbliżenie się do samego źródła problemu – wojskowego zaopatrzeniowca USS Bleinert. Kombajn górniczy, o aerodynamice i zwrotności latającej cegły, miał teraz dokonać oblotu wokół opustoszałego tendera, by ocenić jego stan z bliska.
    ​Joshua usiadł na stanowisku nawigacyjnym obok Davy'ego O’Collana i szybko podpiął swój terminal do pomocniczej konsoli.
    – Daję ci odczyty z dolnych dalmierzy, Davy – rzucił szybko, starając się, by jego głos brzmiał jak najbardziej fachowo, mimo że w środku trząsł się jak galareta. – Będę korygował wektory podejścia na prawą burtę. Uważaj, nasze sensory mają spore opóźnienie w mapowaniu tej chmury gruzu wokół niego.
    ​Gdy O’Collan w milczeniu i pełnym skupieniu manewrował masywnym kolosem, palce Joshuy tańczyły po klawiaturze. Na zewnątrz wydawał się skupionym, w pełni pochłoniętym pracą inżynierem. W środku jednak paranoja drapała jego czaszkę od wewnątrz z intensywnością kwasu.
    ​Przez pancerne wizjery i na ekranach powoli wyłaniała się ciemna, milcząca sylwetka zaopatrzeniowcafnertfff. W głowie Joshuy kłębiły się setki najgorszych scenariuszy. Kapsuła czekała miesiąc, tysiąc kilometrów stąd. Dlaczego akurat na takiej pozycji? Uciekali przed wyciekiem promieniowania z reaktorów? A może przed czymś gorszym?
    ​Jego schorowane serce znowu zaczęło gubić rytm. A jeśli to nie była tylko awaria silników? Joshua wpatrywał się w mroczny, podziurawiony wrak wojskowego okrętu, wokół którego właśnie krążyli. Jeśli Bleinert padł ofiarą ataku – obojętnie czy piratów, czy czegoś zupełnie innego – napastnik wciąż mógł czaić się w mroku wśród gazowego pyłu.
    ​Przełknął z trudem ślinę, czując w ustach gorzki smak żółci.
    Prędkość zbliżania w normie... – wykrztusił, wbijając wzrok w ciągi zielonych danych na monitorze, byle tylko nie patrzeć na złowieszczą bryłę zaopatrzeniowca – Trzymaj kurs, Davy.
    ​Wolał liczyć wektory podejścia, modlić się o to, by nie uderzyć w żaden kosmiczny gruz i dłubać w przestarzałych systemach Kardashiana, niż myśleć o tym, jak wielki błąd popełnili, wpuszczając wojskowego na własny statek.
    – Mam złe przeczucia...

    Rozgrywka

  • Krzyk Pustki
    ReRebirthR ReRebirth

    Kapitan Hannigan pojawił się w sekcji hangaru szybciej, niż Joshua zakładał. Minął go bez słowa, wkraczając zdecydowanym krokiem w strefę oświetloną zimnym światłem latarek, prosto przed otwarty właz kapsuły.A ta okazała się niczym innym, jak tylko hermetycznie zamkniętą trumną, w której przy okazji zabrał się ktoś jeszcze. Josh pamiętał jak ojciec wyzywał kiedyś swego kierownika od "zwłokojebców" i to wystarczyło, by wyobraźnia puściła sygnał do żołądka o własnej procedurze ewakuacji. Soczysty paw w ostatniej chwili odwołał lot na mundur kapitański. Inżynier cofnął się o kolejny, gwałtowny krok, zatykając nos i usta dłonią w grubej rękawicy. Fetor był niewyobrażalny — gęsty, lepko-słodkawy, a jednocześnie żrący. W przeciwieństwie do analitycznie nastawionego Crowe'a, Gleeson nie miał najmniejszej ochoty przyglądać się detalom. Z każdym wdechem z wielkim trudem powstrzymywał odruch wymiotny. Zrobiło mu się gorąco, a po plecach spłynęła strużka zimnego potu
    ​— Kapitanie... — wykrztusił stłumionym głosem zza dłoni, marząc tylko o tym, by stąd zniknąć — Skoro to sprawa... czysto biologiczna, to ja się odmeldowuję. Pójdę... upewnić się, że recyrkulatory powietrza na pokładach pracują na pełnej mocy, żeby ten smród nie wszedł nam w wentylację.
    Nie czekał na zgodę. Był pewien, że jego twarz zdążyła już zmieniać kolor. Odwrócił się na pięcie i niemal biegiem ruszył wzdłuż stalowych kratownic korytarza, prosto w stronę mesy.
    Gdy tylko wpadł do kantyny, opadł ciężko na najbliższe krzesło. Oparł czoło o chłodny, metalowy blat stołu i zaczął brać głębokie, drżące wdechy, walcząc o to, by resztki jego żołądka pozostały na swoim miejscu. Powietrze pachniało tu stęchłą kawą, spalinami i środkami czyszczącymi – wszystkim tym, co nie przypominało zapachu śmierci. I było jeszcze coś... Coś czego nie dało się zmyć detergentem i zakryć neutralizatorem zapachu. To tkwiło głębiej w nim, niczym odłamek, który wrósł pod skórę i stał się jego częścią, niczym natychmiastowy przypominacz o tamtym fetalnym dniu. I choć miał słodko-gorzką nadzieję uciec od niego, tak dziś ten dzień wydawał się go znów doganiać Do dupy to wszystko! Jego kontemplacjq nie trwała jednak długo. Joshua zamarł. Żołądek znowu boleśnie podjechał mu do gardła. Dostał polecenie iż po powrocie Adama z ambulatorium będzie musiał, do kurwy nędzy, jednak zmierzyć się z trupem i pomóc w jego mumifikacji w ciekłym azocie. Wizja chwytania za nabrzmiałe, gnijące kończyny wojskowego trupa i ciągnięcia go przez korytarze Kardashiana wydawała się gorsza niż najczarniejsze scenariusze, jakie układał sobie w głowie po przebudzeniu. Otarł zimny pot z czoła, przeklinając w duchu dzień, w którym jego noga stanęła na tym cholernym statku. Kilka minut. Tylko tyle dzieliło go od powrotu do tego potwornego smrodu.

    Rozgrywka

  • Krzyk Pustki
    ReRebirthR ReRebirth

    Tym razem zachował spokój jak nigdy. Choć minęło sporo czasu od ostatniego szkolenia na wojskowym poligonie, pewne odruchy były już na zawsze wprogramowane w jego mózg. "Nie daj sobie odebrać broni żołnierzu!'" wykrzykiwane głosem sierżanta, tkwiło w jego umyśle niczym tabliczka mnożenia czy pierwszy pocałunek.

    — Zapomniałeś powiedzieć "proszę" — rzucił z przekąsem.

    A potem zauważył kolejnego narwańca, który szykował się chyba do futbolowego obalenia. Rosjanin był od niego większy i silniejszy, a cała sytuacja robiła się groteskowa. Odruchowo uniósł obie dłonie otwarte w stronę "Sadzy". Nie miał ochotu pojedynkować się.

    — Dobra, poddaję się.

    Sięgnąl do kurtki i rozładowując broń podał ją Siergiejowi

    — Tylko pożyczam. Nie przywiązuj się.

    Joshua mógł teraz czuć chyba nawet lekką satysfakcję. Mimo, iż przegrał sytuację, to w pewnym sensie odzyskał wiarę w swoje umiejętności. Dopiero słowa wkurzonego ostro Marcusa znów go pobudził:

    — Jeb się — wypalił wprost — Właśnie dlatego ci o niej nie powiedziałem. Zabrałbyś mi ją, bo chcesz żywej tarczy! Teraz to aż nadto oczywiste.

    Po tych słowach zerknął na kapitana pretensjonalnym wzrokiem. Czy odnajdzie w nim choć promil zrozumienia? A może ten wyrok nad nim zapadł już dawno, tam w ambulatorium?

    Rozgrywka

  • Krzyk Pustki
    ReRebirthR ReRebirth

    ​W drodze powrotnej Gleeson trzymał się blisko Eliasa. Starszy wiekiem doktor wciąż był wyraźnie wstrząśnięty uderzeniem ciężkiej kraty i makabrycznym widokiem zmasakrowanego syntetyka. Joshua, czując dziwną solidarność z kimś równie nieprzystosowanym do bojowych warunków, podtrzymywał go ramię.

    — Spokojnie, doktorze, już po wszystkim — mruczał pod nosem, dodając otuchy bardziej jemu, niż sobie. — Zbieramy się z tego bagna. Jeszcze parę skrzyżowań i będziemy z powrotem na naszej łajbie i...
    ​
    Jego słowa utonęły w ogłuszającym wizgu przesuwanych zawiasów.
    ​Z sufitu korytarza, tuż przed ich twarzami, z potwornym zgrzytem pneumatyki zjechała potężna, stalowa kotara przeciwpożarowa. Gruba gródź uderzyła w pokład z taką siłą, że wibracje przeszły przez podeszwy ich magnetycznych butów. Droga ewakuacyjna na Kardashiana została w ułamku sekundy całkowicie odcięta.

    ​— Co do chuja?! — zawył Gleeson puszczając z wrażenia ramię doktora. — Co to kurwa jest?

    ​Zanim ktokolwiek zdołał zareagować na tę blokadę, w ścianie obok rozległ się głuchy syk zwalnianych uszczelek. Ciężkie, boczne drzwi prowadzące do nieznanej części magazynowej powoli rozsunęły się na boki, odsłaniając absolutną, ziejącą chłodem ciemność.
    ​Konsternację Joshuy przerwał opanowany, choć ostry głos Hannigana.

    — Panie Gleeson, proszę spróbować włączyć oświetlenie...

    ​Oddech Joshuy znów stał się tak płytki, że niemal dławił się powietrzem ze skafandra. Wpadł w lekką histerię, nerwowo omiatając snopem latarki stalową barierę przed nimi i otwartą paszczę magazynu.

    — Włączyć oświetlenie?! Kapitanie, my jesteśmy w pułapce! Ktoś nas tu... — krzyknął, ale nagle jego inżynieryjny umysł, zmuszony do pracy na najwyższych obrotach, zaskoczył. Zamarł. Opuścił światło latarki i odwrócił się gwałtownie do reszty.
    — Czekajcie... to nie ma sensu. To nie jest żadna automatyczna odpowiedź systemu. Procedura przeciwpożarowa izoluje strefy, żeby odciąć ogień od tlenu! Nigdy, pod żadnym pozorem, nie otwiera bocznych śluz do innych sektorów, bo to natychmiast dotleniłoby pożar! To nie jest przypadek! Ktoś tu ingeruje ręcznie!

    ​Spojrzał gorączkowo na syntetyka, szukając potwierdzenia swoich obaw.

    — Adam! Czy Bleinert posiada system klasy "Matka"? Jakąś centralną sztuczną inteligencję, która mogła nadpisać lokalne protokoły bezpieczeństwa? Albo... czy jest tu główne sterowanie, do którego ktoś się właśnie włamał?!

    ​Nie czekając na analityczną odpowiedź androida, Joshua chwycił Eliasa za ramię, przyciągając go do siebie. Odzyskana wcześniej pewność siebie mieszała się teraz z desperacją, każąc mu działać, zanim paranoja znów zamrozi mu krew w żyłach.

    — Idziesz ze mną, doktorze. Trzymamy się razem, nie odstępujesz mnie na krok. Spróbujemy znaleźć zasilanie awaryjne i przywrócić światło w tym magazynie. Ale ani mi się waż zostawać z tyłu w tych ciemnościach.

    Rozgrywka

  • Krzyk Pustki
    ReRebirthR ReRebirth

    Huk ognia ciągłego z karabinu pulsacyjnego zamienił korytarz w komorę rezonansową. Każdy wystrzał wibrował w stalowych grodziach, przenosząc się przez podłogę wprost do kości skulonego w ładowni Joshuy. Gleeson nie widział absolutnie nic, co działo się na zewnątrz. Siedział wciśnięty w kąt pod rozbebeszonym panelem sterowania niczym przerażony poborowy na dnie okopu, podczas gdy nad jego głową przetaczała się artyleryjska nawałnica.

    ​Do jego uszu docierała kakofonia absolutnego koszmaru: przeraźliwe krzyki jego towarzyszy, syk topionego kwasem metalu i ten nieludzki, mrożący krew w żyłach skrzek, przypominający dźwięk rwanej blachy połączony z wizgiem zarzynanego zwierzęcia. A potem, nagle, karabin umilkł. Rozległ się tylko ten jeden, suchy, pusty trzask iglicy, po którym nastąpił odgłos ciężkiego uderzenia i zdławiony wrzask Holta.

    ​Gleeson przestał oddychać. Zrobiło mu się lodowato zimno. Poczuł, jak jego klatkę piersiową zaciska niewidzialne imadło, a serce nagle potyka się, uderza szaleńczo o żebra, po czym... po prostu zamiera. Mroczki przed oczami zalały resztki i tak skąpego światła. Zastygł w bezruchu, dławiąc się własnym przerażeniem...
    ​
    W tej jednej, zawieszonej w czasie sekundzie, jego umysł uciekł z koszmarnego Bleinerta. Wrócił do dusznych, rdzewiejących trzewi kolonii górniczej. Półprzytomny, niczym śniąc na jawie przypomniał sobie tamten felerny dzień na najniższych poziomach, kiedy w ślepym zaułku zatarasowało im drogę trzech naćpanych rzezimieszków z nożami wibracyjnymi. Strach uderzył w niego tak samo mocno jak teraz. Złapał się wtedy za pierś i osunął na zardzewiałą kratownicę, dławiąc się z braku powietrza, podczas gdy jego serce wypadało z rytmu.
    I wtedy poczuł na twarzy szorstkie, ubrudzone smarem dłonie swojej siostry. Zignorowała nożowników, skupiając całą uwagę na nim.

    „Josh! Patrz na mnie!” – krzyczała wtedy, potrząsając nim gwałtownie. – „Przyciągnij kolana do klatki! Teraz! Zrób głęboki wdech na cztery sekundy... i kaszlnij! Mocno, z całej siły w przeponę, słyszysz?! Zmuś to cholerstwo do bicia!”

    ​Siedząc pod zniszczonym panelem na wymarłym okręcie, Gleeson odruchowo podciągnął kolana pod brodę. Zamknął oczy, wciągnął ze świstem zatęchłe powietrze z recyrkulatora i gwałtownie, potężnie zakasłał. Raz. Drugi. Trzeci...

    ​Silny skurcz przepony uderzył w klatkę piersiową. Serce, brutalnie wyrwane z letargu, podskoczyło boleśnie, po czym podjęło ciężki, ale stabilny rytm. Krew znów uderzyła mu do mózgu, rozjaśniając wzrok, a potworny szum w uszach ustąpił.
    ​I właśnie w tym momencie, przebijając się przez zgiełk, usłyszał głos Hannigana:

    — Gleeson, zamykaj drzwi! Odwrót do ładowni!

    ​Wszelkie wątpliwości wyparowały. Dłonie Joshuy wciąż się trzęsły, ale nie było w nich już tego sparaliżowanego bezwładu. Chwycił zmostkowane, iskrzące kable zasilające z wybebeszonego panelu.

    — Zamykam! — wrzasnął, zdzierając gardło na otwartym kanale komunikacyjnym, próbując przekrzyczeć chaos w korytarzu. — Wchodzić, do kurwy nędzy! Zamykam!

    ​Zacisnął zęby i z całej siły zetknął grube przewody. Posypały się iskry, a powietrze momentalnie wypełniło się smrodem ozonu. Ciężkie serwomotory w ścianach ładowni zawyły z przeciążenia. Masywne, pancerne wrota drgnęły i z głuchym dudnieniem zaczęły sunąć ku sobie, zamykając wejście.
    ​Zajmie im krótką chwilę, zanim zatrzasną się całkowicie. Gleeson dociskał kable, wpatrując się szeroko otwartymi, przekrwionymi oczami w zwężającą się szczelinę światła rzucanego przez latarki reszty zespołu z korytarza. Dopiero po ułamku sekundy dotarło do niego, że mógł poczekać dłuższą chwilę. Mógł trzymać kable w pogotowiu i zamknąć obwód dopiero, gdy upewni się, że wszyscy zdążyli wpaść do środka. Ale instynkt samozachowawczy okazał się silniejszy niż lojalność. Nie obchodziło go, kto zdąży przebiec przez próg, o ile stalowa gródź na czas oddzieli jego od tego wrzeszczącego monstrum.

    Rozgrywka

  • Krzyk Pustki
    ReRebirthR ReRebirth

    Propozycja Eliasa zawisła w ciężkim, przesyconym zapachem kwasu i ozonu powietrzu ładowni. Ekstrakcja danych z korporacyjnego syntetyka. W idealnym świecie inżynier po prostu otworzyłby panel diagnostyczny w karku maszyny, podpiął terminal i zgrał logi. Ale Joshua poczuł, jak po plecach spływa mu nowa fala zimnego potu – z zupełnie innego powodu, niż przypuszczałby doktor.

    Joshya oderwał wzrok od Eliasa i przeniósł go na makabryczne, ociekające białym płynem hydraulicznym szczątki targane przez Hannigana. Jego twarz wykrzywiła się w grymasie autentycznego obrzydzenia i słabości. Przełknął głośno ślinę, a jego dłoń odruchowo mocniej zacisnęła się na bolącej klatce piersiowej.

    ​– Doktorze... – wykrztusił cicho, kręcąc powoli głową. Cofnął się o krok od zwłok maszyny, jakby sam ich widok był zaraźliwy. – Ja... nie dam rady. Przykro mi, ale nie dam. To mnie w tym momencie całkowicie przerasta.

    Wziął płytki wdech, unikając twardego spojrzenia kapitana. Patrzył tylko na roztrzaskaną, pozbawioną wyrazu twarz martwego androida.

    ​– Przecież... przecież dokładnie tak samo musi teraz wyglądać Adam – kontynuował drżącym głosem, który nie wymagał najmniejszego udawania. Emocje, które z siebie wyrzucał, były całkowicie szczere. – Został tam sam z tym czymś, żeby kupić nam czas. Jeśli zacznę teraz grzebać w kablach i rozprutych bebechach tego trupa, to po prostu rzygnę, albo znowu padnę. Zbyt mocno mi go to przypomina.

    Gleeson opuścił wzrok na swoje dygoczące, wciąż usmolone od prowizorycznego spinania kabli dłonie.

    ​– Adam... Adam był jedynym na tym przeklętym statku, który traktował mnie w pełni poważnie... Był... Taki ludzki...

    Po tych słowach zamilkł patrząc się tępo w jakieś resztki zaschniętego smaru pod nogami.

    Rozgrywka

  • Krzyk Pustki
    ReRebirthR ReRebirth

    Słowa Eliasa przedarły się przez gęstniejącą w umyśle Joshuy mgłę paniki. Inżynier powoli wypuścił z zacisnących się dłoni gruby materiał skafandra doktora i wziął ciężki, drżący wdech. Szum w uszach powoli cichł, choć potykające się serce wciąż boleśnie obijało się o żebra.

    ​– Dzięki, doktorze – wykrztusił, próbując uspokoić oddech. Spojrzał prosto w oczy Crowe'a ukryte za pękniętą przyłbicą. – Ale powiedz mi tak szczerze... Wierzysz, że my to w ogóle przeżyjemy? Nasz statek właśnie sobie odleciał i cholera wie, czy kiedykolwiek po nas wróci...

    ​Nie zdążył usłyszeć odpowiedzi, bo przez interkom uderzył w niego twardy, nieliczący się z obiekcjami głos Hannigana. Groźba porzucenia w ciemnościach ładowni zawisła w powietrzu równie ciężko, co smród kwasu na korytarzu. Gleeson zamarł, a jego wzrok przeniósł się na mroczną sylwetkę dowódcy. Zamiast wybuchnąć strachem, inżynier poczuł nagle w swoim umyśle coś dziwnie chłodnego i ostrego.

    ​– Zrozumiałem, kapitanie – odpowiedział zimno, a jego głos w komunikatorze brzmiał zaskakująco stabilnie – Przypominam jednak, że to pan ostatecznie odpowiada za życie tej załogi. I z każdą sekundą spędzoną na tym wraku coraz bardziej żałuję, że wtedy w ambulatorium nie przyjąłem pistoletu, który mi pan wciskał. Mimo wszystko... Doceniam, że wciąż ufa pan moim inżynieryjnym kompetencjom.

    Ufał przynajmniej bardziej od samego Joshuy. Ale tego nie musiał nikt wiedzieć.

    ​Gleesin odwrócił się w stronę mrocznej głębi ładowni, z której przed chwilą dobiegł zgrzyt otwierających się samoczynnie grodzi. W głębi ducha uśmiechnął się gorzko. Zastanawiał się, czy Hannigan rzucał te groźby z pełnym przekonaniem, czy z czystego przymusu. Prawda była brutalnie prosta, i obaj doskonale zdawali sobie z niej sprawę: bez Adama, Gleeson był jedynym specjalistą od systemów, jakiego mieli. Kapitan mógł szczekać, ale bez niego nie zdołaliby uruchomić nawet terminala, nie mówiąc o zdobyciu planów pokładu. Gdyby tylko...

    ​Joshua przełknął ślinę i jako jeden z pierwszych ruszył w stronę rozwartej, ziejącej chłodem śluzy, zaciskając dłoń na zdobytych z apteczki stymulantach. Caleb jednak go wyprzedził, a obok niego dreptał Crowe. Hannigan chciał za wszelką cenę dostać się na mostek lub do kapsuł ewakuacyjnych. Ale Gleeson, słysząc wciąż w wyobraźni echa nieludzkich wrzasków, miał inną wizję. W głębi swojego schorowanego serca wiedział z absolutną pewnością, że po ogołoceniu ambulatorium, jedynym słusznym miejscem na wojskowym tenderze, do którego powinni teraz zmierzać, była... zbrojownia.

    Rozgrywka

  • Krzyk Pustki
    ReRebirthR ReRebirth

    Witam graczy 🙂

    Mozolnie tworzę KP chyba inżyniera. Milo będzie coś źle naprawić i wszystkich zabić (ale razem z xenomorphem!) :]

    Z Kethem się trochę znamy i cenię go jako MG 😉

    Komentarze

  • Krzyk Pustki
    ReRebirthR ReRebirth

    Nagle pełną napięcia ciszę na mostku rozdarł dźwięk, którego Joshua miał nadzieję już nigdy w życiu nie usłyszeć. Przez otwarte kanały interkomu, a może echem niosącym się przez szyby wentylacyjne z niższych pokładów, przebił się głuchy terkot. Krótkie, urywane serie o charakterystycznym, niepokojąco wysokim tonie. Karabin pulsacyjny. Dźwięk, który wwiercał się w mózg każdego, kto spędził choćby kilka dni w koszarach Colonial Marines.
    Zaraz potem z głośników ryknął głos kapitana Hannigana, ogłaszający czerwony alarm i potwierdzający to, co wyćwiczone ucho Gleesona już wyłapało – na statku padły strzały.
    Wojskowe szkolenie wzięło górę nad paraliżującym strachem. Joshua uderzył dłonią w panel kontrolny przy grodzi, odruchowo i nerwowo blokując główne wejście na mostek. Pulsujące, czerwone światła awaryjne zalały centrum dowodzenia, a ciężkie pancerne wrota zasunęły się z głośnym sykiem uszczelek.
    – Mostek zamknięty i zabezpieczony! – krzyknął w stronę komunikatora, informując załogę, nie czekając nawet na potwierdzenie odbioru.
    Gleeson drgnął gwałtownie, odrywając wzrok od konsoli. W jego oczach widać było z trudem opanowywaną panikę.
    – Davy, patrz na ekrany – warknął Gleeson, starając się za wszelką cenę opanować drżenie własnego głosu – Zachowaj spokój i kontynuuj kurs. Masz utrzymać wektor! Jeśli z tego stresu przywalimy w tendera, to i tak nie będzie miało znaczenia, kto i z czego do nas strzela!
    Joshua zerwał się z miejsca. Jego prawa dłoń nawykowo powędrowała do biodra, a palce zacisnęły się na pustym powietrzu, szukając znajomej rękojeści pistoletu. Zaklął szpetnie pod nosem. Nie miał przy sobie broni. Był pieprzonym inżynierem na starej górniczej łajbie, a nie trepem na patrolu bojowym.
    Szybkim ruchem sięgnął do pasa i wyszarpnął ciężki, solidny klucz francuski ze stali węglowej. Dobre i to.
    Przywarł plecami do ściany tuż obok zablokowanych drzwi, oburącz ściskając narzędzie, gotów zdzielić nim każdego, kto przekroczy próg.
    – Leć dalej, Davy! Ja cię osłaniam, obronię nas! – rzucił w stronę pilota, choć sam nie był do końca pewien, czy zdołałby zatłuc kluczem kogokolwiek w pancerzu taktycznym.
    Jego umysł pracował na najwyższych obrotach, napędzany czystą adrenaliną i charakterystyczną dla niego paranoją. Jak to w ogóle możliwe? Przecież to była jednoosobowa kapsuła! Skąd na pokładzie strzelec z karabinem pulsacyjnym?
    Ale zaraz... Joshua zmrużył oczy w czerwonym półmroku. Teoretycznie, gdyby wyrzucili część żelaznych racji, zdemontowali sprzęt medyczny i zrezygnowali z systemów amortyzujących, w środku spokojnie mogłoby się pomieścić dwóch... powiedzmy, wyjątkowo niskich ludzi.
    A nawet trzech! Przypomniał sobie nagle pewną miejską legendę, którą zasłyszał od pijanych dokerów w kolonii – opowieść o tym, jak to z wraku małej sondy badawczej wyskoczyło trzech wściekłych, niskorosłych zabójców, którzy z zaskoczenia wyrżnęli połowę obsady stacji przekaźnikowej. Bzdura, prawda? Zwykła barowa bajka. A jednak w tej konkretnej chwili, zaciskając spocone dłonie na zimnej stali klucza francuskiego i czekając, aż ktoś zacznie przepalać drzwi na mostek, Joshua Gleeson wcale nie uważał tej historii za śmieszną. Zrozumiał, że w kosmosie nie ma rzeczy niemożliwych.

    Rozgrywka

  • Krzyk Pustki
    ReRebirthR ReRebirth

    W każdym kliszpwym horrorze musi być ktoś, kto mówi: "Ej ale bym tam nie wchodził", by potem ginąc powiedzieć: "A nie mówiłe... bleh..." 😉

    Komentarze
  • Zaloguj się

  • Nie masz konta? Zarejestruj się

  • Aby wyszukiwać zaloguj się lub zarejestruj.
Powered by NodeBB Contributors
  • Pierwszy post
    Ostatni post
0
  • Kategorie
  • Ostatnie
  • Tagi
  • Popularne
  • Świat
  • Użytkownicy
  • Grupy
  • Strona startowa