21 dni Kwarantanny
-

Wiktoria Wrońska
W głównym holu dużo się działo. Kobieta obserwowała bacznie poczynania epidemiologów oraz ludzi zebranych wokół. Czuła potrzebę bycia tutaj, a nie gdzieś na ponad dwudziestym piętrze, gdzie nie miała nad niczym kontroli, nie wiedziała co się dzieje, ani nie byłaby świadoma rozwoju sytuacji.
Wiktoria zrozumiała, że dobrze zrobiła, gdy usłyszała głośny raban. Przystanęła nieopodal z początku obserwując. Mały wianuszek gapiów był dowodem, że dzieje się coś, co trzeba zbadać i opanować.
Wiktoria nie podeszła od razu. Najpierw poczekała, aż wybrzmi echo uderzenia krzesła o ścianę. Dopiero wtedy zrobiła kilka spokojnych kroków w jego stronę, zatrzymując się w bezpiecznej odległości.— Jak masz na imię?
Nie próbowała przekrzyczeć jego emocji. Próbowała po prostu do niego dotrzeć.
— Powiedziałeś trzy ważne rzeczy.
Uniosła lekko dłoń, odliczając na palcach.
— Rodzina. Leki. Wyjście z budynku.
Zrobiła krótką pauzę, dając mu czas na przetworzenie.
— Trzeciego nie mogę ci obiecać. Ale pierwszymi dwoma możemy się zająć.
Spojrzała na niego spokojnie i zrobiła krok w jego stronę. Chciała, aby ta rozmowa zaczęła robić się bardziej prywatna, niż widowiskowa, a do tego potrzebowała skrócić dzielący ich dystans.
— Jakie leki przyjmujesz?
Kurier wyglądał, jakby zaraz miał eksplodować. Uderzył pięścią w swoje udo, zupełnie jakby ból w jakiś sposób mu pomagał.
— Arypiprazol. Na Shizofrenię. — Odpowiedział nerwowo.
Wiktoria skinęła głową. Nie skomentowała nazwy leku ani diagnozy. W tej chwili nie miało to znaczenia.
— Dobrze. To już jest konkret.
Jej głos pozostał spokojny. Widziała, że show dobiegło końca, ponieważ obserwatorów zaczęło ubywać. Był to dobry znak, nie tylko dla niej, ale i dla mężczyzny.
— Nie wiem, czy uda się go zdobyć. Ale wiem, że jeśli nikt nie będzie o tym wiedział, na pewno go nie dostaniesz.
Spojrzała krótko w stronę epidemiologów i powróciła wzrokiem do mężczyzny.
— Pójdę z tą informacją do doktor Wójcik. Jeżeli istnieje możliwość sprowadzenia leków dla osób objętych kwarantanną, dowiemy się teraz.
Po chwili znów spojrzała na kuriera.
— Potrzebuję tylko jednego. Jak masz na imię?
— Robert. Robert Kowalski. — Odpowiedział kurier
Wiktoria skinęła głową.
— Dobrze, Robercie.
Wypowiedziała jego imię spokojnie, jakby chciała upewnić się, że od tej chwili nie jest już tylko kolejnym człowiekiem uwięzionym w tłumie, którego każdy ignoruje, traktując przedmiotowo.
— Zaraz porozmawiam z doktor Wójcik. Dowiem się, czy istnieje możliwość sprowadzenia twojego leku albo skontaktowania się z kimś, kto będzie mógł go dostarczyć.
Nie składała obietnic. Obietnice bez pokrycia były najprostszą drogą do utraty zaufania.
— Nie mogę obiecać, że się uda. Ale mogę obiecać, że nie zignoruję tego problemu.
Spojrzała na niego uważnie, robiąc niewielką przerwę. Wiedziała, że wielu ludzi potrzebuje dosłownie paru sekund, na przetworzenie informacji.
— W zamian potrzebuję kilku minut. Daj mi spróbować coś załatwić, zanim uznasz, że nic już nie da się zrobić. Umowa?
— Umowa.
Kurier z trudem oparł się o ścianę, starając się zachować spokój. Nikt nie wiedział z jakimi demonami walczy. Ani kiedy brał ostatnią dawkę, więc jak długo już walczy...
Wiktoria odnalazła wzrokiem doktor Wójcik i poczekała, aż ta zakończy rozmowę lub czynność, którą właśnie wykonywała. Wiedziała, że w aktualnej sytuacji mają co robić, jednakże po dostarczeniu pewnych dokumentów liczyła też na jakikolwiek posłuch.
— Pani doktor, czy mogę zająć chwilę? To ważne.
Zaczekała na zgodę.
— Jeden z uwięzionych w budynku kurierów poinformował mnie, że przyjmuje arypiprazol i nie ma przy sobie zapasu leku. Obawiam się, że jeśli kwarantanna potrwa dłużej, może to być kłopotliwe i doprowadzić do nieprzewidywalnych sytuacji. Pan Robert również wykazuje obawy.
Na moment zamilkła.
— Czy istnieje możliwość sprowadzenia leków dla osób, które znalazły się tutaj przypadkiem? Nie proszę o wyjątek. Chciałabym jedynie wiedzieć, czy istnieje procedura na takie sytuacje.
Wójcik spojrzała na Wrońską. Jej spojrzenie mówiło bardzo dużo - z jednej strony podziw, że ktoś tu dba o to, że ktoś musi przyjmować jakieś leki. Z drugiej, coś w rodzaju bezczelnej, ironicznej i gorzkiej kpiny, jakby samo założenie, że tutaj jest jakiś ustalony porządek i jakieś procedury, było błędne u samych podstaw.
Westchnęła.
— Założyłam, że jeżeli ktoś potrzebuje jakichś leków, to się do nas zgłosi z tą sprawą. A jednak widzę tutaj Panią, a nie ten kurier. Arypiprazol to środek pozwalający kontrolować schizofrenię... Komuś stała się krzywda, czy ucierpiały jedynie meble? — Zapytała rzeczowo.
— Póki co ucierpiały tylko meble.
Przyglądała się Wójcik z uwagą i spokojem.
— Jako psycholog wiem, że przewlekły stres i nagłe przerwanie leczenia to bardzo zła kombinacja. Dlatego przyszłam teraz, a nie wtedy, gdy sytuacja wymknie się spod kontroli. Ten człowiek jest wyraźnie przeciążony, nie wiadomo jak długo nie bierze leków. Napięta sytuacja i poczucie odizolowania dodatkowo pogarszają jego stan. Nie przyszedł sam, ponieważ był przekonany, że nikt nie będzie miał czasu ani ochoty go wysłuchać. Uznałam, że łatwiej i bezpieczniej będzie zainteresować się jak i wystąpić w jego imieniu, zapewniając mu chociaż namiastkę uwagi, jakiej zdaje się teraz potrzebuje. Jak i leków zapewne.
Wójcik westchnęła ponownie.
— Nagła kwarantanna, zero zainteresowania ludźmi i ich potrzebami. Zajmę się tym. Tyle, że to może chwile potrwać. W tej chwili mam na stanie co najwyżej antyseptyki. Darpol nie ma przypadkiem jakichś zapasów medycznych? na przykład tabletek uspokajających?
— Apteczki pierwszej pomocy na pewno. Defibrylatory również.
Na chwilę się zamyśliła.
— Ale zapasów leków nie kojarzę. To dość ryzykowne z punktu widzenia odpowiedzialności pracodawcy.
Na moment zawahała się.
— Mam też wątpliwości, czy doraźne uspokojenie rozwiązałoby problem. Robert potrzebuje swojego leczenia, a nie tylko wyciszenia.
Spojrzała na doktor Wójcik.
— Zastanawiam się też, czy obecny tu ratownik medyczny w ogóle dysponuje czymkolwiek, co mogłoby nam pomóc do czasu zdobycia właściwego leku.
— Dobre pytanie. Teoretycznie powinien. W praktyce może się okazać, że większość leków wróciła karetką do szpitala. Ale warto zapytać, oni noszą wszystkiego po trochu, na zaś. A przynajmniej tak powinno być. Na Arypiprazol trzeba będzie poczekać przynajmniej do wieczora. — Odparła Epidemiolog.
— Dziękuję. Przekażę mu, że sprawa jest w toku. Porozmawiam też z Michałem Owczarkiem. Być może ma przy sobie coś, co pozwoli doraźnie złagodzić jego napięcie do czasu zdobycia właściwego leku.
Wiktoria skinęła głową w podziękowaniu i wycofała się. Wróciła do czekającego na nią Roberta, by przekazać mu, że nie został z tym problemem sam. Miała nadzieję, że sama świadomość, iż ktoś zajął się jego sprawą, choć odrobinę przyniesie mu ulgę.
-
Maksymilian „Maks” Kruk

- Odpuść, Artur
Odezwał się, stając tuż obok swojego kierownika zmiany. Położył mu dłoń na ramieniu w geście uspokajającym.
- Gość ma rację. Nie on wymyśla te durne zasady, tylko spanikowane zderzaki z zarządu. Szarpiąc się z nim, nie otworzysz tych drzwi, a jedyne co ugrasz, to dyscyplinarkę albo pałą po nerkach od prewencji, która kręci się na dole
Kontynuował rzeczowo
- Borkowski kazał pracować, bo mu w excelu słupki płaczą, ale prawda jest taka, że mamy płacone za gotowość. Skoro magazyn objęto zakazem, to mamy przymusowe postojowe. Chodź. Zrobimy tę kawę, a zarząd niech się martwi swoimi problemami.
Artur zerknął na Maksymiliana.
- A,to ty, Max...Miałeś gdzie spać? Ta...Kawa to dobry pomysł, dopóki jest.
- W schowku z chemią gospodarczą i mopami
Odparł krótko, wzruszając lekko ramionami.
-Śmierdziało chlorem i najtańszym płynem do podłóg, ale przynajmniej miałem tam święty spokój i mogłem odciąć się od tego rozhisteryzowanego stada.
Weszli do firmowej kuchni. Maks odruchowo przeskanował wzrokiem pomieszczenie, po czym podszedł do ekspresu. Znalazł dwa w miarę czyste kubki i uruchomił maszynę, oparł się biodrem o blat, krzyżując ramiona na klatce piersiowej.
-Skoro Borkowski sypie z rękawa durnymi poleceniami o powrocie do pracy i prewencyjnie blokuje sprzęt, to o co tu chodzi
Zniżając głos, by brzmieć bardziej poufnie. — Jesteś wyżej na szczebelkach drabiny, Artur. Masz kontakt z innymi kierownikami. Szepczą coś po wewnętrznych kanałach? Obaj wiemy, że zwykła kwarantanna z powodu grypy z Niemiec nie tłumaczy tego cyrku. Na dole chłopaki w ołowianych piżamach stawiają jebany szpital polowy, a policja zmieniła maseczki na pełne filtry. Wiesz cokolwiek więcej o tym, z czym my tu tak naprawdę siedzimy zamknięci?
-Właśnie, Maksymilianie, rzecz jest w tym, że wszyscy chuja wiedzą o tym co się tu dzieje. Nie dziwię się, że nam zablokowali sprzęt. Sam bym się chętnie stąd zmył przez okno. Odparł posępnie Artur.
-Kiedy to całe szambo ostatecznie wybije, dobrze byłoby mieć pod ręką nasze liny i pełen szpej. Czysty wariant W. Nie oszukujmy się, Artur... goście w ołowianych piżamach nie rozstawiają na dole namiotów po to, żeby rozdawać nam witaminy, a ja nie ufam systemowi i naszym służbom w 100%. Co ty na to, żebyśmy jednak zorganizowali sobie ten dostęp do magazynu?
-Dobry pomysł, tylko jak? Klucze zabezpieczone, rozróba z ochronią nie wchodzi w grę, a pieniędzmi raczej nikogo nie przekupisz. - Stwierdził Kierownik.
Maks upił łyk kawy i odstawił kubek. Uśmiechnął się
– Rozróby i łapówki daj spokój, Artur. Cieć z góry sam podał nam rozwiązanie na tacy. Klucze są w głównej stróżówce na parterze.
Oparł dłonie o blat, zniżając głos do rzeczowego szeptu.
– Zastanów się. Na dole jest teraz absolutny chaos. HAZMAT stawia śluzy, ludzie panikują, a ochrona sra w gacie, gapiąc się na wojskowy sprzęt. Stróżówka to w tej chwili najsłabsze ogniwo. Prawdopodobnie siedzi tam jeden przebodźcowany gość. Wystarczy chwila zamieszania w lobby, żebym wszedł, zgarnął właściwy klucz i wyszedł bez słowa. Wchodzisz w to?
-Możemy spróbować. Chcesz tylko zabezpieczyć sprzęt, czy może od razu stąd nawiać? - Artur uśmiechnął się łobuzersko.
-Zabezpieczyć sprzęt, żeby miec tak zwaną polisę ubezpieczeniową
-Dobra. Jaki masz plan?
– Prosto i bez fajerwerków. Ty będziesz moją zasłoną dymną – zaczął, opierając się przedramionami o blat. – Schodzimy na parter. W lobby jest teraz absolutny chaos przez te namioty i lekarzy, ale musimy mieć pewność, że cieć w stróżówce nie będzie gapił się na monitory ani na tablicę z kluczami.
Maks uderzył lekko palcem w blat, akcentując swoją myśl.
– Jako kierownik masz idealny pretekst. Uderzasz prosto do okienka i zaczynasz wiercić facetowi dziurę w brzuchu. Pytaj o procedury BHP na czas kwarantanny, żądaj papierów na piśmie, każ mu dzwonić do przełożonego itd. Bądź maksymalnie upierdliwy, zrób z siebie biurokratyczny wrzód na dupie. Masz skupić całą jego uwagę na sobie i odwrócić go plecami do drzwi zaplecza.
Spojrzał Arturowi prosto w oczy, sprawdzając, czy ten nadąża.
– Kiedy on będzie próbował cię spławić, ja wykorzystuję zamieszanie, wchodzę do stróżówki, ściągam z tablicy nasz klucz i wychodzę. Potem spotykamy się na górze. Otwieramy magazyn, zgarniamy dwustumetrową linę, uprzęże i szpej zjazdowy. Sprzęt zamelinujemy gdzieś, może w schowku z chemią. Od tego momentu mamy swoje prywatne wyjście awaryjne, o którym nie wie nikt na tym statku.
Maks odstawił pusty kubek na blat i ruszył w stronę wyjścia.
– Schodzę na dół – rzucił krótko przez ramię. – Jeśli w to wchodzisz, daj mi pięć minut przewagi, a potem uderzaj do stróżówki robić zamieszanie; ja w tym czasie zgarnę klucze. Lepiej nie idźmy tam razem, mniej będziemy rzucać się w oczy.
-
Dzień II,popołudnie
"Szpital polowy" Hazmatowców działał bardzo sprawnie. Ale wbrew temu, czego można by się spodziewać, pojawiające się identyfikatory na szyjach kolejnych przebadanych, zamiast budzić zaufanie, zaczęły wzbudzać jedynie dodatkową paranoję, lęk, oraz podziały.
Jedni nosili zielone identyfikatory, sugerujące, że są zdrowi. Drudzy żółte - świadectwo tego, iż czegokolwiek lekarze szukali, nie byli w stanie jednoznacznie stwierdzić "zdrowy". Była to grupa podwyższonego ryzyka. No i byli jeszcze ci, którzy nie zdążyli się jeszcze załapać na którykolwiek z tych identyfikatorów. Ci stanowili osobną grupę, której unikali wszyscy.
Dziwnym trafem, ochroniarze Darpolu wszyscy mieli zielone identyfikatory, jak również można było odnotować wzmożone używanie przez nich maseczek, oraz rękawiczek jednorazowych i płynów dezynfekcyjnych do rąk.
Znana już dawniej z okresu Covid-19 paranoja zaczęła powoli sunąć przez budynek. I chociaż medycy po przebadaniu części ludzi oraz zabezpieczeniu skrzydła lobby, nieco się rozluźnili i zrezygnowali z maseczek, właściwie natychmiast zaczęły się szerzyć plotki. Że już mają lekarstwo. Że są zaszczepieni. Że tak naprawdę wszyscy są zarażeni. Że padł już pierwszy trup i ukryto go w schowku na szczotki...
Maksymilian I Artur zeszli do Lobby, żeby podjąć próbę podwędzenia ochronie kluczy do magazynu sprzętu alpinistycznego. Co najgorsze co się może stać, wywalą ich z Darpolu? może wlepią, cholera, grzywnę? a kogo to teraz, cholera, obchodzi?
I okazało się, że nie mogli trafić lepiej. trwała właśnie kłótnia, pomiędzy ochroniarzami z jednostki rządowej, a resztą ludzi, w większości z zielonymi identyfikatorami. Ochroniarze Darpolu wykazali daleko posunięty instynkt samozachowawczy i postanowili, że będą jedynie dekoracjami gdzieś w tle, a ten problem w całości pozostawią na głowie rządowców.

Ludzie mieli dość mocne argumenty.
- że już przebadani i zdrowi.
- Że dzieci w domu płaczą.
- Że mają serdecznie dość zamknięcia.
- Że za moment największym zmartwieniem Rządowej Jednostki Ds. Zwalczania Zagrożeń Biologicznych, może być ręczna, amatorska korekta sylwetek twarzy i uzębienia.
Tymczasem Artur podszedł do stróżówki i... nie zaczął zagadywać ochroniarza. Nie było potrzeby. Wszyscy byli skupieni na tym co się działo. Ryzyko otwartego buntu społecznego wisiało w powietrzu. Maks mógł swobodnie podjąć próbę zdobycia kluczy, wiszących na wieszaku, za biurkiem strażnika...
-
Maksymilian „Maks” Kruk

Maksymilian ocenił sytuację w ułamku sekundy. Tłum gęstniał, a napięcie między zdesperowanymi pracownikami a rządową obstawą osiągnęło masę krytyczną. Groźba otwartego linczu ściągała wzrok absolutnie każdego pracownika bezpieczeństwa w lobby. Darpolowscy ochroniarze wręcz wkleili się w ściany, modląc się, by gniew tłumu nie zrykoszetował w ich stronę.
Artur rzucił Maksowi krótkie spojrzenie i po prostu stanął z boku, wtapiając się w tło. Nie musiał otwierać ust.
Maks ruszył. Płynnie, bezszelestnie, omijając linie wzroku. Wślizgnął się do otwartej stróżówki niczym cień. Wewnątrz pachniało tanim tytoniem i stresem. Strażnik, odwrócony tyłem do drzwi, stał przy oknie, zafascynowany eskalacją buntu. Maksymilian nawet na niego nie spojrzał. Miękkim krokiem zbliżył się do tablicy, bezbłędnie zlokalizował brelok z odpowiednim numerem pomieszczenia technicznego, zdjął go z haczyka i ułamek sekundy później był już z powrotem na korytarzu. Cała operacja zajęła mu mniej niż dziesięć sekund.
Skinął krótko na Artura i natychmiast ruszyli w stronę klatek schodowych, zostawiając gotujące się lobby za sobą.
Niestety, spowrotem u góry, oparty plecami o futrynę, stał ten sam poirytowany ochroniarz, z którym Artur użerał się wcześniej. Przewijał coś znudzony na ekranie telefonu, ale skutecznie blokował dostęp własnym ciałem.
– Zwijamy się stąd – szepnął do kierownika, zapinając kieszeń, w której spoczywał skradziony klucz. – Ten facet to tylko człowiek. Do wieczora zmiękną mu nogi od opierania się o futrynę. Poczekamy do nocy, aż oświetlenie na korytarzach wejdzie w tryb awaryjny, a jego uwaga spadnie do zera. Wtedy tu wrócę, wejdę tam i wyniosę nasz szpej tak cicho, że facet nawet nie oderwie wzroku od ekranu telefonu. Cierpliwość, Artur. W tej chwili to nasza najsilniejsza karta.
-

Michał Owczarek
Wystarczyło parę godzin by kawałek zalaminowanego plastiku, który nosił z dumą na szyi zaczął mu ciążyć niczym wszywka. Przechodząc korytarzem miał wrażenie, że korposzczury z żółtymi plakietkami dzieli chwila by rzucili się na niego i obili mu mordę. Słyszał urywki rozmów, które przypominały komunały wypisywane na forach dla foliarzy. Że zieloni na pewno dostali już antidotum, że dostają lepsze żarcie a ci z legitymacjami partii mają swój własny salonik dla VIP-ów, gdzie się relaksują przy buteleczce koniaku.
Uniform ratownika nie pomagał. O ile wcześniej budził pozytywne skojarzenia, teraz chyba działał jak płachta na byka.
Przerabiał to już na własnej skórze w czasach Covidu. Bohaterem był tylko na plakatach ministerstwa a rzeczywistość wyglądała zupełnie inaczej. Sąsiedzi zamykali mu przed nosem drzwi do windy i omijali szerokim łukiem na klatce schodowej. Traktowali jak nosiciela trądu. Raz za wycieraczką auta znalazł kartkę z wiadomością “Wypierdalaj z naszego osiedla”. Strach zawsze wygrywał ze zdrowym rozsądkiem a tłum potrzebował podziału na wrogów i przyjaciół bez względu na czasy i okoliczności.
Stał przy filarze i z bezpiecznej odległości obserwował zamieszanie w głównym holu. Przed strefą dekontaminacyjną kłębili się zmęczeni pracownicy Darpolu, którzy krzyczeli na ochroniarzy. To właśnie wtedy poczuł wibracje telefonu w spodniach. Gdy spojrzał na wyświetlacz lodowate ostrze przejechało po trzewiach a na zewnątrz wylały się wszystkie wnętrzności. Zakręciło mu się w głowie, oczy zaszły mgłą.
Ola.
Patrzył na te trzy litery przez dłuższą chwilę. Nie pamiętał kiedy ostatni raz rozmawiali. Wydawało mu się, że w międzyczasie zdążył przeżyć parę żyć. Wiedział, że jeśli odbierze i usłyszy jej głos to będzie koniec wszystkiego. Nic go nie uratuje, nic mu nie pomoże. Całą ciężką pracę jaką wykonał trafi jasny szlag.
Przeciągnął palcem po zielonej słuchawce.
— Słucham.
— Michał? — jej głos drżał, był cienki i napięty. — Przepraszam, że dzwonię. Pewnie jesteś w pracy i nie masz teraz czasu…
— Coś się stało?
— W telewizji mówią o jakiejś epidemii. Na ulicach jest pełno karetek i policji, zamykają budynki. Podobno pracujesz teraz w pogotowiu, może wiesz coś więcej?
Michał spojrzał na ludzi w żółtych kombinezonach i prowizoryczny szpital polowy, który przed południem pomógł rozstawić w holu. Przypomniał sobie rozmowę z Wójcik. Patologiczna agresja zwłok.
Zombie.
Nerwowym ruchem przeczesał włosy.
— Wszystko jest pod kontrolą, nie ma powodów do paniki — skłamał z przekonaniem, jakiego sam u siebie nie podejrzewał. — Ale na waszym miejscu zrobiłbym zapasy. Powiedz mężowi, żeby kupił wodę i konserwy. Zamknijcie się w mieszkaniu na kilka dni, dopóki sytuacja się nie uspokoi.
— Tak zrobimy. Dziękuję.
Nie rozłączyła się. Zapadła cisza, w której Michał słyszał tylko własny, przyśpieszony oddech. W końcu zapytała niepewnie.
— A co u ciebie? Jak się trzymasz?
— Wszystko pod kontrolą — znowu skłamał mocniej dociskając telefon do ucha. — Słyszałem, że zostałaś mamą. Gratulacje.
Zamilkła a w tym milczeniu od razu wyczuł zakłopotanie.
— Dziękuję . Muszę kończyć, mała płacze. Uważaj na siebie.
— Ola…
Jej imię wyrwało mu się z ust, zanim zdążyła się rozłączyć. Przeklął siebie w myślach. Teraz szukał odpowiednich słów by jej nie przerazić, ale jednocześnie żeby zrozumiała.
— Tak?
— Gdybyś jednak sytuacja w mieście zaczęła się pogarszać, dzwoń. Przyjadę, cokolwiek by się nie działo.
Nie odpowiedziała. Po drugiej stronie rozległ się krótki sygnał rozłączenia. Lobby tonęło w krzykach, ale wokół niego zapadła grobowa cisza.
-

Wiktoria Wrońska
Wiktoria została w holu z powodu napiętej atmosfery oraz Roberta, który w każdej chwili mógłby potrzebować jej pomocy. Przemieszczała się po holu, obserwowała sytuację i co jakiś czas próbowała znaleźć nowe informacje w wiadomościach. Zastanawiała się czy zadzwonić do rodziców, powiedzieć o tym, co się dzieje, ale nie była pewna, czy w ogóle jest sens. Mimo całego zamieszania niewiele mogła zrobić. Coraz częściej miała wrażenie, że zamiast sytuacji kryzysowej przeżywa po prostu wyjątkowo długie nadgodziny. Takie solidne. Nie miała też ochoty na słuchanie ich przewrażliwionego i przesyconego troską głosu, który zawsze wybijał ją z równowagi.
Zdawało się, że pan Robert radzi sobie w tej trudnej sytuacji, odkąd dostał osobne pomieszczenie do odpoczynku oraz tymczasowy lek. Od czasu do czasu spoglądała przez przeszkloną ścianę gabinetu i odnosiła wrażenie, że wszystko jest w porządku.
Problem za to zaczął się robić w holu, gdzie tłumy ludzi z zielonymi plakietkami domagały się wypuszczenia. Wiktoria wcale im się nie dziwiła, bo było to naprawdę logiczne. Przeszli badania i usłyszeli, że są zdrowi. Nic dziwnego, że oczekiwali zakończenia kwarantanny. Z drugiej strony nikt chyba nie znał okresu wylęgania wirusa. To, że dziś nie wykazywali objawów, nie musiało oznaczać, że jutro sytuacja pozostanie taka sama.
Blondynka poprawiła garsonkę i postanowiła wystąpić, stając między ochroną a rozzłoszczonym tłumem.
— Rozumiem, że większość z państwa nie protestuje dlatego, że lubi się kłócić. Protestujecie, bo nikt nie powiedział wam, co się dzieje i ile to jeszcze potrwa.
Wśród tłumu rozniosły się szepty dezaprobaty. Wrońska nie odniosła wrażenia, jakby jej słowa zwróciły uwagę ludzi w pozytywny czy negatywny sposób. Postanowiła kontynuować, aby zmienić nastawienie na swoja korzyść.
— Nie mogę otworzyć tych drzwi. Ale mogę zrobić coś innego. Wybierzcie dwie lub trzy osoby, które będą reprezentować was wobec doktor Wójcik. Zadbam o to, żeby usłyszała wszystkie pytania.
— Pierdolenie!
Wystarczyło, aby jedna osoba z gromady zanegowała, a reszta poszła za nią. Jej propozycja utonęła w okrzykach tłumu. Przez krótką chwilę zastanawiała się, czy problem leżał w sposobie, w jaki mówiła, czy może w tym, że sama nie potrafiła z pełnym przekonaniem uwierzyć w słowa, które wypowiadała.
Wiktoria przez chwilę jeszcze patrzyła na ludzi. Nie próbowała przekrzyczeć tłumu ani odpowiadać na kolejne okrzyki. Wiedziała, że w tym momencie emocje były zbyt silne, by ktokolwiek chciał słuchać argumentów.
Skinęła jedynie lekko głową, jakby przyjmowała do wiadomości ich sprzeciw, po czym zrobiła kilka kroków w tył, odsuwając się od środka zamieszania.
Nie czuła złości. Raczej bezsilność. Sama przecież nie była przekonana, czy ci ludzie rzeczywiście powinni pozostać zamknięci. Rozumiała ich frustrację aż za dobrze.
Zatrzymała się przy ścianie, pozostawiając przestrzeń epidemiologom i ochronie. Jeśli sytuacja miała jeszcze szansę się uspokoić, nie stanie się to dzięki kolejnej przemowie. -
Sytuacja zaogniała się jeszcze bardziej, oraz, jak nie trudno się domyślić, narastała przemoc werbalna. Panie lekkich obyczajów, końskie zwisy i złamane męskie przyrodzenia były rozdawane szczodrze między właściwie każdego, kto się nawinął, ale drzwi pozostały niewzruszenie zamknięte.
Dr. Wójcik sama podjęła jakiegoś rodzaju próbę negocjacyjną, co było zaskakujące.

Dr Alicja Wójcik-Musimy ich w końcu wypuścić. Kończy im się cierpliwość. Ryzykujecie rozruchy, moją paść trupy, ci z zielonymi kartami są zdrowi, mogą wyjść...-
-Pani doktor, z całym kurwa szacunkiem, ale jak ktoś stąd wyjdzie, zapłacę za to własnymi jajami. Kwarantanna, to jest kwarantanna, a nie przedszkole i sranie po krzakach! Pretensje o lockdown do Rzecznika Praw Pacjenta, czy tam do Ministra Zdrowia, nie wiem, zwisa mi to!- Odburknął jeden ze strażników.
-JA-TO-PIERDOLĘ.- W rozmowę wciął się jeden z pracowników Darpolu. Z "zieloną" przepustką. Doszło do krótkiej szamotaniny, a następnie bezceremonialnie dostał kolbą w łeb, i zwalił się na ziemię.
Czas się zatrzymał. Ochroniarze Darpolu właściwie "drgnęli", ale wydawałoby się, że nic konkretnego się nie stało. Po prostu przez chwilę, zawieszoną w czasie, wszyscy analizowali coś, co fachowo jest przekroczeniem granic obrony konieczniej przed atakiem...

Tomasz Kaczmarek-PIERDOLĘ.- Tomasz, szef ochrony, wziął do ręki megafon i uznał za stosowne zareagować, zanim więcej granic zostanie przekroczonych.
-WSZYSCY MAJĄ SIĘ NATYCHMIAST ROZEJŚĆ. OSOBY W KWARANTANNIE PROSZONE SĄ UDAĆ SIĘ NA PIĘTRA. OCHRONĘ OBIEKTU I DRZWI PRZEJMUJE OCHRONA FIRMY DARPOLSA. A WY MACIE STĄD WYPIERDALAĆ W KABANICH PODSKOKACH.-Widać było, że puściły mu nerwy. Właściwie natychmiast ochrona Darpolu pojawiła się przy drzwiach, kazali rządowcom opuścić budynek - z wyjątkiem personelu medycznego. Doszło do wzajemnego celowania bronią, przy czym ochrona budynku miała potężny, nieprzyjemny argument w postaci paralizatorów na wyposażeniu. Wreszcie dowódca rządowej ochrony dał za wygraną, uświadamiając sobie, że ochroniarze toteż cywile w kwarantannie, ale uzbrojeni - a więc bardziej niebezpieczni. Chyba tylko autorytet Tomasza utrzymywał tę formację w jakichś ryzach.
Wartę nad drzwiami przejęli ludzie Kaczmarka, ale drzwi nadal pozostały zamknięte. Ranny został przetransportowany do szpitala polowego - po coś go przecież rozstawili.
Było niewiele lepiej, ale jednak lepiej. Chwilowo ponownie zapanował względny spokój.
Dzień II, wieczór
Do wieczora, upływ czasu przyniósł poprawę. Pracownik po łomocie wyszedł, z siniakiem na łbie, oraz ze zwiększoną niechęcią do każdego, kto był z rządu. Nastroje były podłe. Do wieczora Robert otrzymał obiecane przez Wójcik leki.
Zarząd Darpolu rozesłał do wszystkich oficjalne maile, zaczęły się też telefony. Mocno korporacyjna śpiewka typu "przepraszamy za niedogodności", "wracajcie do pracy", "wypłacimy ekstra bonus za kwarantannowe nadgodziny", ale nikt nie brał tego na poważnie. Wszelka praca w budynku technicznie rzecz biorąc, stanęła.
Maksymilian
Do Maksymiliana, Artura i reszty alpinistów uśmiechnęło się szczęście, uśmiechem paskudnie szerokim. Tomek po incydencie ściągnął niemalże całą ochronę na dół. Nikt nie zauważył braku tego jednego, jedynego klucza.
Michał i Wiktoria
Oczywiście oboje - zarówno Wiktoria Wrońska, jak i Michał owczarek, mieli pełne ręce roboty po incydencie. na próbowała uspokajać ludzi, wdawała się w rozmowy. On pomagał komu mógł, w jaki sposób mógł, czy to rozmową, czy to wiedzą medyczną.
A za ścianami i za oknami, dzień się powoli kończył. Echo nie tak odległego wycia syren wszelkiej maści - najpewniej pojazdów policji, pogotowia i straży pożarnej - docierało do lobby...
Kiedy oboje sądzili, że dzisiejszy dzień nie będzie już gorszy i spotkali się na chwilę przy automacie z kawą, podeszła do nich dr. Wójcik.
-Mamy problem. A po tym przedstawieniu pod drzwiami, istnieje duże ryzyko wywołania paniki. Nie możemy doliczyć się dwóch ludzi z listy, którą mi daliście. Nie ma ich, nie stawili się na badanie, ale papiery z recepcji wskazują, że MUSZĄ być w budynku. Jakieś pomysły? Nie mogę tak po prostu wziąć megafonu i wszystkim tego ogłosić, bo jeszcze pomyślą, że padły trupy, albo jeszcze co gorszego. Jeżeli któryś z nich jest chory... wolę nawet nie myśleć. -
Maksymilian „Maks” Kruk

Kiedy na dole szef ochrony ściągnął wszystkie posiłki, by zapanować nad gotującym się tłumem, korytarz przed magazynem wreszcie opustoszał. Maks nie potrzebował drugiego zaproszenia. Zostawił Artura na czatach i ruszył w kierunku schowka
Kradziony klucz wszedł w zamek gładko. Wewnątrz, Maks działał z szybko. Zapakował do toreb transportowych cały potrzebny sprzęt: szpulę liny statycznej, uprząż, przyrządy zjazdowowe oraz stalowe karabinki. Zasunął zamki, zamknął drzwi na cztery spusty, a klucz schował do kieszeni z zamiarem schowania go gdzieś później
Chwilę później wepchnął ciężkie torby głęboko pod stertę czystych mopów w swoim cuchnącym chlorem azylu. Nikt o zdrowych zmysłach tu nie zajrzy.
Siedzenie w ciemności i bezczynne czekanie na rozwój wydarzeń nie leżało jednak w jego naturze. Obserwacja to podstawa. Maks opuścił schowek i ruszył w stronę niższych pięter oraz wewnętrznych balkonów. Zamierzał wmieszać się w tłum uwięzionych pracowników i z bezpiecznego dystansu ocenić sytuację na własne oczy i dostać odpowiedź na pytanie: co się tutaj do cholery dzieje!?
Szczególnie zależało mu na namierzeniu tego sanitariusza, którego niefortunnie zamkneli tu razem z nimi. On musi coś wiedzieć
-

꧁Wiktoria Wrońska ꧂ ꧁Michał Owczarek꧂
Michał z wielu powodów o których nie mówił był na skraju wyczerpania. Męczyli go ludzie, męczyło pragnienie, męczyło poczucie, że kolor plakietki niczego nie zmieni i już zawsze będzie tym facetem, który spierdolił sobie karierę i stracił miłość życia. Wkurwienie buzowało w nim jak lawa przed erupcją wulkanu a eksplodowało w chwili gdy Wójcik wspomniała o dwóch pacjentach z listy, którzy zniknęli z radarów. Wybuchnął nerwowym, histerycznym śmiechem, przypominającym śmiech człowieka, któremu wystarczy jeden bardzo zły dzień by oszaleć. Patrzył na Wójcik z mieszaniną rozbawienia, złości i politowania.
— Że co kurwa!? Powtórz bo się chyba przesłyszałem — rzucił do lekarki nie bawiąc się już w uprzejmości i tytuły. Było mu już wszystko jedno. Wulkan eksplodował.
— Wiktoria dała ci listę turystów z Niemiec, rano. Rano kurwa mać. Jest już wieczór a ty nagle sobie przypomniałaś, że dwóch z nich jeszcze nie przebadano!? I prosisz nas o pomoc?
Michał znów się zaśmiał, tym razem szyderczo, prosto w twarz epidemiolożki.
— Powiedz mi kobieto, że jesteśmy w jakiejś ukrytej kamerze. Że to wszystko jest jakimś reality show. Bo za chuja nie uwierzę, że można być tak niekompetentnym.
— Mieszkasz w Polsce ile lat? I nadal nie wierzysz, że można być aż tak niekompetentnym? Tak się składa, że pieprzona niekompetencja zaczęła się w Sejmie i Rządzie, a skończyła się na mnie i na was. I mam wrażenie, że tylko nasza trójka jest w tym budynku kompetentna. Nalegałam, żeby każdego kto ma zieloną przepustkę, po prostu stąd wypuścić, ale nieee. Krwa, dobrze że nie zamknęli lasów jak Morawiecki.
Stwierdziła smętnie Epidemiolożka. Usiadła na jednym z krzeseł pod ścianą.
— Wszystko się sypie, będzie tylko gorzej. Rzuciłam 5 lat temu, ale oddałabym pół wypłaty za fajkę.
Wiktoria przez chwilę milczała. Pozwoliła wybrzmieć ciszy, która zapadła po słowach obojga. Widziała, że ich stan nie jest najlepszy, toteż nie planowała podążać emocjami Michała. Rozumiała go, ale potrafiła też zrozumieć Wójcik. Miała nieodparte wrażenie, że ta tak naprawdę została jedynie posadzona w roli lidera jak pionek, ale liderem wcale nie była.
— Kłótnia nie sprawi, że znajdziemy ich szybciej.
Spojrzała najpierw na Michała, potem na doktor Wójcik.
— Mamy dwie osoby, które prawdopodobnie nadal są w budynku. To jedyny problem, który w tej chwili jesteśmy w stanie rozwiązać.
Zrobiła krótką przerwę zastanawiając się przez moment, czy to ona jest tutaj osobą, która będzie wiedziała najwięcej? Miała najwięcej możliwości i dostępu do informacji? W takich chwilach nie mogła siedzieć bezczynnie, nie mogła wymigać się, nawet nie chciała. Gorzej by się czuła, gdyby nie była informowana o takich problemach.
— Dobrze, że nam o tym mówisz. Wiemy o nich cokolwiek poza nazwiskami? Dział? Piętro? Ostatnie miejsce, w którym byli widziani? Ktoś próbował do nich dzwonić?
— Zbigniew Nowak z HR-u, ostatnio widziany na 15 piętrze, był z jakimiś dokumentami w księgowości. Józef Mengla, dział IT, ostatnio widziany w serwerowni na 20 piętrze. Nie odbierają telefonów. Myślałam, żeby powierzyć to zadanie ochronie, ale po tym cyrku pod drzwiami, "oficjalne" poszukiwanie dwóch zaginionych, to jak iskra na beczkę pełną prochu. — Wyjaśniła Wójcik.
Owczarek słuchał wyjaśnień Wójcik z rosnącym niedowierzaniem. Kobieta winę za swoje partactwo próbowała zrzucić na polityków. Polityków, którzy wysłali ją tu by wytropiła i odizolowała potencjalnych nosicieli. Z miejsca dostała nazwiska osób, które w pierwszej kolejności powinna przebadać. I nie zrobiła z tym nic, a mimo to stawiała siebie obok Michała i Wrońskiej jako osobę kompetentną. Mężczyzna nie miał pojęcia czy przemawia przez nią zwykła bezczelność czy jednak głupota i brak autorefleksji. Bez względu na to co kierowało Alicja Wójcik, była teraz w defensywie.
Ratownik jak drapieżnik wyczuł w niej słabość i zamierzał bez litości wykorzystać. W milczeniu przysłuchiwał się wymianie zdań z Wiktorią a gdy epidemiolożka skończyła mówić Michał podszedł do niej i popatrzył z góry. Dosłownie i w przenośni. Przez chwilę nic nie mówił pozwalając wybrzmieć ciszy.
— Pomożemy ci znaleźć tych dwóch. — zaczął — Ale mam warunek. Dostałaś od nas nazwiska, cały dzień ci z Wiktorią usługujemy. Dlatego po wszystkim wypuścisz nas z budynku. Załatwisz u góry odpowiednie przepustki, pretekst wymyślisz sama. A jak nie, daj nam maski i kombinezony. Wyjdziemy stąd jako część twojej zjebanej ekipy.
Alicja się nie uśmiechnęła..
— Nie mogę nic obiecać. Choćby dlatego, że dzisiaj zostałam "nagle" wezwana przez Ordynatora Centralnego Szpitala Klinicznego MSWiA. i wiesz co usłyszałam przy drzwiach? Że ja i moja ekipa też jesteśmy objęci kwarantanną. Zamiast się kłócić, po prostu zadzwoniłam do Ordynatora, powiedziałam mu, że nie da rady, wkurwił się, zadzwonił do Ministra Zdrowia... i odebrał resort Obrony Narodowej. Pieprzone wojsko odebrało. I się dowiedziałam, że przed upływem upływem 10-ciu dni, można ten budynek opuścić nogami do przodu, w plastikowym worku, po zatruciu ołowiem. — Niestety brzmiała cholernie poważnie.
Wiktoria westchnęła cicho.
— W takim razie wszyscy jesteśmy po tej samej stronie.
Spojrzała na Alicję.
— To nie zmienia faktu, że tych dwoje ludzi trzeba znaleźć.
Przeniosła wzrok na Michała.
— A im dłużej będą poza zasięgiem, tym większe ryzyko, że rzeczywiście wydarzy się coś, czego wszyscy próbujemy uniknąć.
Zrobiła krótką pauzę, aby poukładać w głowie myśli.
— Znam ludzi z HR-u lepiej niż ktokolwiek tutaj, ale nie zamierzam chodzić sama po pustym budynku.
Wzrok Wiktorii zawisł na rozzłoszczonej minie Michała.
— Zbigniew pracuje w HR-ze. Jest szansa, że wiem, gdzie mógł pójść albo z kim najczęściej współpracował. Możemy zacząć od księgowości, gdzie był widziany po raz ostatni. Później sprawdzimy serwerownię i kolejne miejsca, w których mogliby nadal przebywać.
Blondynka przeniosła spojrzenie na Wójcik. Przez ułamek sekundy patrzyła na epidemiolożkę w milczeniu. Tekst o wyjściu w plastikowym worku nie brzmiał jak przesada ani próba wywarcia wrażenia. Brzmiał jak ostrzeżenie.
— Czy są jakieś zalecenia na wypadek, gdybyśmy ich znaleźli? Dostaniemy środki ochrony albo krótkofalówki? Czy ktoś z państwa może pójść z nami?
— Krótkofalówki tak, i wyślę z wami dwóch moich ludzi. Jakby kto pytał, to po prostu ktoś zasłabł i poszli pomóc, najprostsza wymówka. Co do środków ochrony... Nie mam zapasowych kombinezonów, które mogłabym wam wydać. Jeżeli nie będą agresywni - to wszystko w porządku. Gdyby okazało się, że będą, najlepiej zamknąć ich w dowolnym pomieszczeniu. I lepiej nie dać się zadrapać...lub ugryźć.
Michał nic już nie powiedział chociaż jego milczenie wyrażało więcej niż tysiąc słów. Wiktoria miała rację, tak czy inaczej musieli znaleźć tych turystów. A o nagrodę upomni się u Wójcik prędzej czy później.
Blondynka również kiwnęła głową na znak, że rozumie. Nie zostali z tym sami i mieli wciąż kontrolę oraz przewagę, nawet jeśli wydawało się, że sytuacja jest beznadziejna. Wrońska odbierała to bardziej jak wyzwanie i coś, w czym może pomóc. Chciała dla dobra wszystkich usunąć wszelkie przeszkody stojące im na drodze do opuszczenia tego budynku. Co prawda po usłyszeniu słowa "ugryźć" jej ciało lekko drgnęło, a serce wpadło w szybszy rytm, jednak nie dała tego po sobie poznać. Jej twarz pozostała kamienna. Spojrzała na Michała i położyła mu rękę na ramieniu, dając znać, że mogą iść. Przy okazji miała też nadzieję, że ten gest lekko ostudzi jego temperament.

-
Maksymilian
Maksymilian zdążył zejść na dół, akurat w momencie, w którym widział, jak Wiktoria, Michał, oraz dwóch sanitariuszy rozmawiają o czymś, a następnie kierują się w kierunku wind i schodów.
I zaczepił go ochroniarz.
-Hej, nie masz plakietki?- Zapytał, pokazując mu swoją, dyndającą na smyczy, na jego szyi. Zielona, plastikowa przepustla.
-Idź lepiej do tych od Hazmatu i niech cię zbadają i ci dadzą. Ludzie dostają pierdolca na punkcie tego. A jak nie masz, to już w ogóle. Jak jesteś zdrowy, to dadzą ci tę zieloną. Niby nikt nie mówił, że to obowiązkowe, ale nie wiadomo co ludziom do głowy strzeli. Na razie jest paranoja gorsza niż z kaszlem-19.
Michał i Wiktoria
Czas nikogo nie rozpieszczał. Zwłaszcza w takim miejscu i w takich warunkach.
Dwóch postawnych sanitariuszy z zielonymi przepustkami dołączyło do Michała i Wiktoria zaraz po tym, jak Dr. Wójcik odeszła do swoich zajęć, jakiekolwiek by one nie były. Stanęli przed trudnym orzechem do zgryzienia - dwóch potencjalnie zarażonych, którzy umknęli "obławie" i nie stawili się na badanie. Owszem - na podstawie słów epiodemiolożki, nie można było zagwarantować, że oświadczenie "budynek jest bezpieczny" otworzy im jakiekolwiek drzwi, ale odsunięcie potencjalnego wybuchu zarazy, czy to w czasie, czy w ogóle zapobiegnięcie takiemu, brzmiało jak niezgorszy plan.
Tak więc na początek ruszyli na 15-ste piętro, aby wpaść do działu księgowości.
Zmiana w nastawieniu i zachowaniu ludzi w ciągu zaledwie dwóch dni destabilizacji dotychczasowego porządku, była trudna do zignorowania. Pełne pracy i życia korytarze korporacyjnego molocha, tętniły złowrogą ciszą, miast hałasu. Sygnały telefonów, charakterystyczne kliknięcia klawiatur i zszywaczy, uderzenia pieczątek, biurowy szum przetykany rozmowami - wszystko to zniknęło. Większość drzwi była otwarta, ale biura były w większości puste. Większa część ludzi zgromadziła się na parterze, lub znalazła sobie jakieś spokojne miejsca ukryte przed ludzkim wzrokiem. I to właśnie stanowiło największy problem.
Na korytarzach w większości krzątali się raczej spece z działu technicznego, którzy nadal pilnowali sprawności działania budynku. Kierownik techników trzymał swoich ludzi krótko, ale też stał za nimi murem, więc oni odwdzięczali się dokładnie tym samym.
Ochoniarze, oraz technicy - dwie najbardziej zgrane ekipy tego biurowego piekła.Dopiero po chwili błądzenia po cichych korytarzach, złapali ludzką aktywność, w jednym z głównych biur. Konkretnie w dziale archiwalnym księgowości. Było tam sporo miejsca, oraz całe sterty dokumentów, które były przechowywane w celach archiwalnych, zgodnie z ustawami typu "Przechowuj dokumenty przez lat X". Na bieżąco sporo dokumentów podlegało digitalizacji, a następnie przeniesieniu do archiwum cyfrowego, a same dokumenty można było wówczas zniszczyć.
Tu właśnie znaleźli grupę pracowników biurowych, która to miejsce obrała sobie na kwaterę. I co ciekawe - wszyscy mieli zielone przepustki.

Regały zostały zsunięte, aby zrobić miejsce na prowizoryczne posłania. Panował swoisty łado-nieład, porządek przetrwalniczy, zgodnie z którym wszystko co zbędne - odsunięto, w myśl zasady "będziemy się martwić później".
-A wy tu czego?! - padło głośne pytanie. Jeden z pracowników wystąpił do przodu. najwyraźniej będąc swoistym rzecznikiem całej grupy księgowych.
-Nic nie mamy, niczego nie chcemy, na badaniach już byliśmy, mamy zielone bilety. Może byście nam już dali spokój, co?- Bardziej stwierdził, niż zapytał. Najwidoczniej rozpoznał sanitariuszy Dr. Wójcik.W powietrzu zapadła niezręczna cisza.
-
Maksymilian „Maks” Kruk

Maksymilian odprowadził wzrokiem znikającą w klatce schodowej grupę. Blondynka z HR-u i ten zmęczony życiem ratownik medyczny ewidentnie mieli jakiś konkretny cel, skoro ciągnęli ze sobą dwóch sanitariuszy. Zanim jednak zdążył ruszyć ich śladem, by sprawdzić, na co właściwie polują, drogę zagrodził mu ochroniarz.
Maks spojrzał na zielony kawałek plastiku dyndający na smyczy mężczyzny. Szybka kalkulacja przyniosła jednoznaczny wniosek. Pchanie się w ręce ludzi w kombinezonach nie uśmiechało mu się ani trochę, ale w zamkniętym, paranoicznym środowisku brak stempla "zdrowy" oznaczał bycie chodzącą tarczą strzelniczą. Jeśli ta plakietka była biletem do swobodnego poruszania się po budynku, musiał ją zdobyć.
– Dzięki. Słuszna uwaga – odpowiedział, kiwając ochroniarzowi głową. – Nie ma sensu kopać się z koniem. Załatwię to od razu.
Odwrócił się i ruszył miarowym krokiem w stronę foliowych śluz dekontaminacyjnych. Plan ułożył mu się w głowie natychmiast: poddać się badaniu i zdobyć zielony immunitet dla świętego spokoju. A kiedy już oficjalnie zawiśnie mu na szyi dowód, że jest „bezpieczny”, bez zwłoki ruszy na górę tropem medyka i jego świty. Skoro tamci wymykali się po cichu, wiedzieli coś, o czym milczały korporacyjne maile i służby. Maks zamierzał dojść do sedna sprawy
-
Wbrew temu czego można by się było spodziewać, kiedy Maksymilian wszedł do "szpitala polowego", nie panowała tu żadna nadmierna paranoja, ani ścisłe regulacje dotyczące bezpieczeństwa biologicznego. Właściwie od razu podszedł do niego jeden z załogi Dr. Wójcik. Zapytał o samopoczucie, objawy, skrótową historię medyczną... Ogólnie, doświadczenie było o wiele bardziej pozytywne niż w jakiejkolwiek przychodni. Zupełnie jakby traktowali swoją robotę serio.
Szybko zrobili mu wymaz z noso-gardzieli, poprosili o próbkę śliny i próbkę krwi.
Zaledwie 10 minut później dostał zielony plastik na smyczy, informujący postronnych o fakcie iż jest zdrowy. -

꧁Wiktoria Wrońska ꧂ ꧁Michał Owczarek꧂
część pierwsza
Wiktoria zrobiła krok do przodu, dyskretnie wyprzedzając sanitariuszy. Nie chciała, żeby ich obecność zdominowała rozmowę.
— Rozumiem. Też miałabym dość, gdyby co kilka godzin ktoś kazał mi udowadniać, że nadal jestem zdrowa.
Rozejrzała się po prowizorycznie urządzonym archiwum.
— Nie przyszliśmy robić kolejnych badań ani nikogo stąd wyciągać.
Zawiesiła na moment głos.
— Szukamy dwóch osób. Ostatni raz były widziane w tej części budynku i od kilku godzin nikt nie może się z nimi skontaktować.
Spojrzała na mężczyznę, który najwyraźniej przemawiał w imieniu grupy.
— Zbigniew Nowak z HR-u. Kojarzy go pan? Był tutaj dziś z dokumentami.
Michał stał i milczał bo gdyby się odezwał nie pomogłyby żadne gładkie słówka Wrońskiej. Rozmowa z Wójcik wyprowadziła go z równowagi i nerwy napięte miał jak struna. Wystarczyła mała iskra by wybuchł.
— Zbigniew...Zbigniew... Zbigniew… — Gość powtórzył 3 razy pod nosem, zupełnie jakby to miało mu coś podpowiedzieć. Poprawił okulary, przyciskając je bliżej nosa.
— Tak. Był tu rano, przyniósł paczkę dokumentów. Jeden z pracusiów. Wydawało mu się, że jak będzie miał udokumentowaną robotę w trakcie tej durnej kwarantanny, to mu dopiszą nadgodziny. Szczerze powiedziawszy, wyglądał na zmęczonego. I był trochę blady. A przecież dopiero co był w Niemczech i nawet złapał parę godzin słonecznego dnia na plaży. Dziwne, nie? Ogólnie, jakiś taki nerwowy.
Wiktoria od razu przeszła do rzeczy. Wiedziała, że nie mają wiele czasu i sprawę powinni załatwić jak najszybciej, tym bardziej, że poza Zbigniewem, mieli odnaleźć jeszcze jedną osobę.
— Mówił, że źle się czuje? Na coś narzekał?
Po krótkiej chwili dodała:
— I czy wspominał, dokąd się wybiera albo z kim miał się jeszcze spotkać? Wszystko, co wydawało się wtedy nietypowe, może być teraz ważne. Nawet drobiazgi. Przepraszam za tyle pytań, ale nie możemy się z nim skontaktować.
— Nie... właściwie nic nie mówił, tylko, że przyniósł dokumenty. Jeżeli ostatnio widziano go na tym piętrze i tu ślad się urywa, to mógł gdzieś się tu zaszyć. Większość ludzi przebywa w lobby, a mniejsze grupki z poszczególnych działów, na swoich piętrach. Zarząd gówno wie i gówno robi, ale to już pewnie wiecie... Czy on mógł być chory? Bardzo to zaraźliwe? — Zapytał pracownik Archiwum.
Michał poczuł się wywołany do odpowiedzi. Spojrzał po kolei na każdego z mężczyzn i zatrzymał wzrok na okularniku.
— A czy ten cały Zbigniew kogoś z was dziś pogryzł? — zapytał bez uprzejmości. Epidemiolożka i jej banda nieudaczników zabili w nim resztki lekarskiej empatii.
— Jeśli odpowiedź brzmi nie, to nie macie się czym martwić panowie. Zamknijcie się tu od środka i nie wpuszczajcie nikogo, dopóki go nie znajdziemy.
— Nie, o ile mi wiadomo, nie był agresywny, nikogo z nas nie zaatakował. Ale jak wy chcecie w czwórkę znaleźć jednego Człowieka na 2000 metrów kwadratowych piętra?
— Też się nad tym zastanawiam — odpowiedział ratownik — Ale to już niestety nasze zmartwienie. Chyba że macie jakąś ciekawą sugestię.
— Być może... Beata, podaj plan piętra. — Chłopak poprawił okulary po raz wtóry. Za chwilę rozłożyli na biurku plan budynku.

— Powiem ci chłopie, jakby nie sytuacja, to bym pomyślał, że masz zły dzień, ale ty po prostu jesteś szczery, a to się ceni w chujowych sytuacjach. Więc tak — jesteśmy teraz w głównym archiwum księgowości, więc odpada 10% powierzchni.
Zaznaczył ołówkiem duże pomieszczenie. Wykonał jeszcze kilka znaków na planie.
— Co za debil to drukował? to piętro 15-ste, nie 3-cie! Ale jak widzicie, jest gdzie się schować. Mógł chociażby zaszyć się w Open Space, mógł wejść do biur kierowniczych... Albo nawet po prostu schować się w jakimś schowku na szczotki, a takie mikro-sprawy niekoniecznie są ujęte na tym planie.
Wiktoria skinęła głową.
— To i tak bardzo nam pomaga. Dziękuję. To więcej, niż mieliśmy kilka minut temu
Przez chwilę wodziła wzrokiem po planie piętra. W codziennej pracy nigdy go nie potrzebowała. Trafiała do właściwych pomieszczeń odruchowo, kierowana pamięcią i rutyną. Dopiero teraz zauważyła, jak wiele drzwi i małych pomieszczeń pozostawało poza jej świadomością, choć mijała je niemal każdego dnia.
— Gdyby to pan miał wskazać jedno miejsce, od którego warto zacząć, co by pan wybrał? Blondynka wyjęła telefon i zrobiła zdjęcie planu. Tak na wszelki wypadek.
-

꧁Wiktoria Wrońska ꧂ ꧁Michał Owczarek꧂
część druga
O Jezus Maria, o ja pierdolę.
Michał spojrzał na plany i od razu rozbolała go głowa. Dopiero mapa budynku uświadomiła mu ile miejsc muszą przeszukać by znaleźć zgubę. Przeklął w siebie w myślach, że w ogóle się na to zgodził. Zwłaszcza, że Wójcik nie miała mu nic do zaoferowania. Z tego wieżowca nie było ucieczki. Mogli jedynie czekać aż kwarantanna się skończy. Gdyby nie Wiktoria najpewniej odwróciłby się na pięcie i wrócił do holu. Niech sami sprzątają swój bałagan. Nie darowałby sobie jednak gdyby zostawił z blondynkę samą. Zaczęli to razem i skończą razem.
Czekał na odpowiedź faceta w berylach choć nie spodziewał się by ten naprowadził ich na konkretny trop. Ale jak to mówią, lepiej się miło zaskoczyć niż brzydko rozczarować.
— Ryszard. Na "Pana" to trzeba mieć czas i pieniądze, a my nie mamy żadnej z tych rzeczy. Zacząłbym od przeszukiwania mniejszych pomieszczeń. Łazienek, schowków, gabinetów, od najmniejszego do największego metrażu. Wbrew pozorom najbardziej intuicyjne jest schowanie się właśnie w takim miejscu, niż pod losowo wybranym biurkiem w Open Space. Oczywiście zakładając, że Zbigniew stwierdził, że chce się ukryć i "przeczekać". Równie dobrze mógł po prostu zasłabnąć w drodze, schować się w najbliższym pomieszczeniu i zamknąć za sobą drzwi.
Archiwista zaczął obracać ołówek w palcach jednej ręki, prezentując imponującą i bezużyteczną zdolność, najpewniej nabytą w latach szkolnych, lub podczas odbębniania dupo-godzin w Darpolu.
— Coś za coś, nikt nie rusza tyłka dla idei. O jak niebezpiecznej chorobie mówimy i czy jak znajdzie go ktoś przed wami, to czy ryzykujemy udupienie wszystkich w tym budynku? Wspomniałeś o ugryzieniu, no ale chyba mi nie powiesz, że jesteśmy na początku pieprzonej....
Zawahał się, dosłownie na moment, ale wystarczająco długi, żeby to było odczuwalne.
— ... Apokalipsy zombie?
— Nie do mnie te pytania — odparł dyplomatycznie ratownik i wskazał na dwóch sanitariuszy z zielonymi plakietkami, którzy im towarzyszyli. — Ja tu jestem tylko od sprzątania cudzych błędów. Pytaj tych panów jakie są procedury. A zombie? Z medycznego punktu widzenia żywe trupy to bzdura wyssana z palca, wymysł scenarzystów. Co innego wścieklizna. Być może zmutował jakiś nowy szczep, stąd ten cały popłoch.
— Myślę, że trochę za szybko przeskoczyliśmy od "nie wiemy, z czym mamy do czynienia" do "zombie". To, że coś przenosi się przez krew albo ślinę, nie jest niczym wyjątkowym. Zadrapanie przez kota też potrafi skończyć się zakażeniem, jeśli rana nie zostanie odpowiednio zabezpieczona. Sam sposób przenoszenia jeszcze o niczym nie przesądza.
Wiktoria nie dała dojść medykom do głosu. Obawiała się, że nie będą potrafili wybrnąć dyplomatycznie i tylko zasieją ziarno niepewności, a panika nie była im teraz potrzebna.
— Dopóki nie mamy dowodów, wolę trzymać się bardziej prawdopodobnych wyjaśnień niż scenariuszy z horrorów. To, że ktoś wspomniał o ugryzieniach, nie oznacza jeszcze, że mamy do czynienia z zombie. Choć rozumiem, że to brzmi przynajmniej ciekawie, a nie kolejny wirus do odhaczenia z listy tysiąca podobnych.
Wrońska wysiliła się na delikatny uśmiech, puszczając do Ryszarda niewidoczne oczko. W końcu gdyby ktoś powiedział coś o zombie, to mieliby o czym plotkować, a tak, to trochę bez rewelacji.
— Dopóki nie będziemy wiedzieli więcej, najlepiej trzymajcie drzwi zamknięte i otwierajcie je tylko osobom, co do których macie pewność, że wykonują obowiązki medyczne. Ostrożność nikomu jeszcze nie zaszkodziła.
— Są tylko dwie rzeczy, które po Kaszlu-19 są w stanie mnie zdziwić. Mianowicie benzyna poniżej czwórki, oraz podwyżka w Darpolu. Poza tym, nic. Cóż... Domyślacie się, że przez wzgląd na kwestię bezpieczeństwa i paranoi która się powoli w tym budynku rozwija, nikt nie będzie chciał nadstawiać karku na ochotnika. Więc... cóż, chyba przynajmniej dobrym planem mogę wam jakoś pomóc.
Archiwista znowu poprawił okulary na nosie i zaczął kreślić ołówkiem po planie.
— Open Space zostawiamy "na koniec" bo wczołganie się pod biurko na dużej otwarte przestrzeni przeczy zdrowemu rozsądkowi. Im mniejsze pomieszczenie, tym lepiej. Dlatego najpierw należy sprawdzić korytarze, łazienki, mniejsze biura, a dopiero potem te cholerne otwarte biura. Znając życie, najszybciej wasza zguba znajdzie się w jednym ze schowków na szczotki. Jeżeli jest chory, raczej nie będzie odstawiał cudów typu mission-impossible i chowanie się w wentylacji.
Przez kolejne kilka minut Ryszard odsłaniał przed nimi niuanse 15-stego piętra i odpowiadał na ewentualne pytania.
— To i tak za dużo miejsc — mruknął Michał. Przeniósł wzrok z mapy na Wiktorię — W tym całym HR nie profilujecie przypadkiem ludzi? Wczoraj nieźle nam poszło z turystami. Gdybyś skupiła się tylko na tym Zbyszku, przejrzała jego papiery, facebooka i inne podobne pierdoły może udałoby ci się rozkminić jak taki facet myśli?
Wiktoria przez chwilę milczała, wpatrując się w plan piętra. Palcem powoli przesuwała po kolejnych pomieszczeniach, jakby próbowała odtworzyć w głowie sposób myślenia Zbigniewa.
— Gdyby chciał po prostu odpocząć, zostałby z ludźmi. Gdyby spanikował, raczej nie wybrałby otwartej przestrzeni.
Przeniosła palec na niewielkie pomieszczenia rozsiane po planie.
— Szukałby miejsca, w którym nikt nie będzie go niepokoił. Cichego. Takiego, do którego rzadko się zagląda.
Na moment uniosła wzrok znad planu.
— Nie sądzę, żeby schował się w dużym biurze. Człowiek, który chce zniknąć, zwykle szuka miejsca, które daje poczucie bezpieczeństwa i prywatności, a nie takiego, w którym co chwilę ktoś może go zauważyć. Pracując w HR raczej zna ten budynek bardzo dobrze. Wie, które pomieszczenia stoją puste przez większość dnia i gdzie nikt nie zagląda bez powodu. Jeśli świadomie chciał zniknąć z oczu, wybrał właśnie jedno z takich miejsc. Być może nawet nie ma tego pomieszczenia na planie.
— Okey. To skupmy się na tych pomieszczeniach, do których rzadko ktoś zagląda — zgodził się Michał. Wyjaśnienia blondynki miały sens, on sam gdyby był w podobnej sytuacji pewnie szukałby miejsc, w których nikt nie będzie zawracać mu dupy.
Po karku przeszedł mu zimny dreszcz. Nagle i znienacka jakby gdzieś w podświadomości uruchomił się cichy alarm. Miewał już wcześniej złe przeczucia, ale prawie nigdy się nie sprawdzały. Nie przewidział, że krew, która puściła mu się z nosa w szóstej klasie to początek białaczki. A kiedy dwie dekady później przyszedł pijany na dyżur, instynkt go nie ostrzegł, że pacjent wyczuje wódę i zadzwoni na policję. Nie ostrzegł go też, że Ola spakuje walizki i go zostawi. Wszystkie koszmary na jawie które mu się kiedyś przydarzyły atakowały z zaskoczenia. Tym razem wyglądało to inaczej. Uczucie niepokoju było nieludzko namacalne, duszne i dławiące. Nagle pojawiła się przerażająca pewność, że gdy znajdą Zbyszka stanie się coś strasznego. Że ta kwarantanna, żołnierze przed budynkiem gotowi strzelać do uciekinierów to nie kaprys nadgorliwych urzędników, lecz coś czego ani Michał ani nikt w tym budynku nie jest w stanie objąć rozumem.
Popatrzył z powagą na dwóch mężczyzn, których do pomocy przydzieliła im Wójcik.
— Macie przy sobie jakąś broń? Jeśli ten facet jest faktycznie chory i ma... — urwał szukając odpowiedniego słowa — ...objawy przypominające wściekliznę nie zamierzam za was nadstawiać karku.
-
-O to się proszę nie martwić, Panie Owczarek.- Odparł jeden z sanitariuszy. Zabrzmiało to równie fałszywie, jak wiele razy kiedy on sam mówił to pacjentom, zanim jeszcze zabrali mu uprawnienia. A przecież każdy lekarz powtarza to przynajmniej kilka razy dziennie...
Więc plan przeszukania piętra był uż sformułowany, wnioski wyciągnięte, ścieżka zaplanowana. Ryszard zamknął drzwi archiwum, gdy wyszli. Wiktoria, Michał, oraz ich pomoc od Dr. Wójcik, zostali sami w przytłaczającej ciszy 15-stego piętra tego wieżowca. Dotąd tylko ochroniarze na nocnej zmianie mieli świadomość tego jak to jest, kiedy na przestrzeni 2 kilometrów kwadratowych, poodgradzanych ścianami drzwiami, jedyne co słyszysz, to własny oddech i własne kroki. Stłumione nieco najtańszą biurową wykładziną imitującą dywan. Najgorszy był panujący na korytarzach półmrok, wynikający z późnej pory. Zaledwie połowa świateł była zapalona – Bóg jeden wie, czy z powodów technicznych, czy to jakiś tryb nocnego oświetlenia. W tym budynku nic nie działało tak, jak wszyscy byli przyzwyczajeni, że świat i budynki biurowe powinny działać.

Sanitariusze pomagali używając poręcznych latarek i z reguły szli z przodu. Możliwe, że byli zorientowani w potencjalnym zagrożeniu bardziej, niż mogło się wydawać. Kolejne ciągnące się w nieskończoność minuty,kolejne przeszukane pomieszczenia, kolejne zamknięte i oznaczone przez nich drzwi – byli, przeszukali, zamknęli, pusto.
Może nie było to najtrudniejsze z zadań – co to jest, wejść do pomieszczenia, rozejrzeć się, zajrzeć pod biurka, do szaf mogących pomieścić Człowieka, toalet, schowków. Bardzo szybko okazało się, że proste zadanie jest istnym Tour de Frustracja, gorszym nawet niż poszukiwanie pracy, czy, o zgrozo, szukanie tego jednego używanego samochodu o zdrowym stosunku ceny do jakości, który nie rozpadnie się kilka dni po zakupie.
I cholera, nic. Ani widu, ani słychu ich zguby. Żadnych śladów. Żadnych dźwięków. Tylko literalny wrzask ciszy. Wrócili do holu i Wrońska rozłożyła na stole plan piętra, starając się ustalić co jej umknęło.

-Kurwa mać. No rozpłynął się. Wójcik nam łeb ukręci przy samych kostkach. - Stwierdził jeden z sanitariuszy.
-Tak mówisz, jakbyś faktycznie chciał go znaleźć. Jeżeli naprawdę jest chory...-
Dialog przerwał im cichy odgłos dochodzący z klatki schodowej, który narastał. Kroki. Po chwili z klatki schodowej do recepcji 15-stego piętra wszedł Maksymilian Kruk, któremu dopiero teraz udało się ustalić, gdzie właściwie poszli Wiktoria i Michał.
-A ty tu czego? Piętro może być mało bezpiecznie. Przysłała cię Dr. Wójcik? - Zapytał Sanitariusz.Niewiele więcej zdążyli powiedzieć, zanim Wiktoria doznała olśnienia i zauważyła ten jeden detal. Ten jeden cholerny schowek, który niechcący jakimś cudem pominęli. Naniosła ołówkiem trasę z archiwum do klatki schodowej. Zgadzało się.
Ruszyli do owego schowka.
Niestety, zgadzało się.
Drzwi schowka na środki czystości, mopy, szczotki, i temu podobne, były niemalże niewidoczne w charakterystycznym układzie korytarza – głównie przez ten cholerny półmrok. Drzwi były zamknięte, ale klamka sprawiała wrażenie obluzowanej. Jakby ktoś nagle, dużą masą się za nią złapał i jedna ze śrubek nie wytrzymała presji. Cisza ustąpiła dźwiękowi bardziej złowieszczemu. Zza drzwi było słychać ciche, gardłowe pomruki, przeplatane ciężkim, nierównym oddechem i od czasu do czasu głuchym szurnięciem. Zupełnie jakby ktoś stał tam od dawna, nie wiedząc już po co, czekając na coś, szurając z przyzwyczajenia nogą...
-Mmmmrrrrr....hhhhhhhh....urrrr.....szur......uuueeeeee....-Michał chciał wierzyć, że dźwięki które słyszał za drzwiami da się racjonalnie wyjaśnić. Chciał wierzyć, że jakiś szczęściarz uprzedził go i dobrał się do zapasów koniaku i whisky zachomikowanych w gabinetach dyrektorów. Schował się w schowku na miotły by w spokoju się urżnąć a teraz walczył z ciasną przestrzenią i gratami o które się obijał nie kontrolując własnych ruchów. Pijany pomrukiwał gardłowo. Jemu też się przecież nieraz zdarzało, choć nie w schowkach. Chciał wierzyć, że za tymi drzwiami wcale nie znajdą Zbigniewa, ich pacjenta zero i Wiktoria się pomyliła, źle wytypowała kryjówki.
Ratownikowi wciąż towarzyszył niepokój, to ukryte pod skórą przeczucie, którego nie potrafił nawet nazwać. Stał jak kołek. Popatrzył na blondynkę i faceta, który do nich dołączył w trakcie poszukiwań. Maksymilian Kruk, tak się im chyba przedstawił. Potem przeniósł wzrok na towarzyszących im sanitariuszy.
— To który z panów na ochotnika? — zapytał i uśmiechnął niezłośliwej jak potrafił choć nie było mu do śmiechu — Bo jeśli ktoś tam teraz sra do wiadra, ja pasuję.
Wiktoria uniosła dłoń, dając znak, by nikt jeszcze nie naciskał klamki.
— Chwilę.Spojrzała na sanitariuszy.
— Skoro jest szansa, że to właśnie jego szukamy, nie otwierajmy tych drzwi odruchowo.
Zbliżyła się o krok, pozostając jednak poza zasięgiem skrzydła drzwi.
— Zbigniew? Słyszysz mnie? Tu Wiktoria z HR-u. Przyszliśmy ci pomóc.
Przez chwilę nasłuchiwała odpowiedzi.
— Jeśli mnie słyszysz, odezwij się. Nie musisz otwierać drzwi. Wystarczy, że powiesz, czy wszystko z tobą w porządku.
Maksymilian patrzył w milczeniu, jak Wiktoria próbuje stosować korporacyjną dyplomację na czymś, co brzmiało jak człowiek dławiący się własną krwią. Przeniósł powolne spojrzenie na ratownika, a potem na sanitariuszy w kombinezonach.
— Nikt mnie nie przysłał — odparł spokojnie, stając z boku, wyraźnie poza łukiem otwierania drzwi. — Przyszedłem, bo wy chyba jako jedyni wiecie, z czym tak naprawdę tu siedzimy. Ale widzę, że zaraz sam się przekonam.
Wskazał dłonią na uszkodzony mechanizm schowka
— Z tym w środku raczej pani nie porozmawia, pani Wiktorio. Słychać, że jest coś z nim nie tak. A klamka jest wyrwana z gwintu, jakby ktoś szarpał się z nią siłowo i na oślep.
Maks cofnął się o pół kroku, kalkulując własne szanse na wypadek, gdyby sytuacja wymknęła się spod kontroli.
— Macie te kombinezony nie bez powodu. Jeśli zamierzacie to otworzyć, zróbcie to z boku. Radzę nikomu nie stać w świetle drzwi.
-Uuuuurrrrhhhh.... aaaaeeeee.......- Doszło ze schowka. Zaraz potem usłyszeli serię głuchych, ale dość słabych uderzeń w drzwi. Zadrgały, ale zamek wytrzymał. Ktokolwiek był po drugiej stronie, po słabej próbie sforsowania drzwi, ponownie się uspokoił. Sanitariusze spojrzeli po sobie i jeden z nich wyciągnął krótkofalówkę. - Pani Doktor, znaleźliśmy jednego z zaginionych. Prawdopodobieństwo graniczące z pewnością, odnalezienia pacjenta Zero na terenie 15-stego pietra w schowku nieopodal archiwum. Procedura? Odbiór. - Zapytał.
Przez chwilę nie odpowiedział im tylko sygnał krótkofalówki, ale potem epidemiolog odpowiedziała. -Tu Wójcik. Zabezpieczyć pomieszczenie. Zarażony NIE MOŻE się wydostać bez asysty. Wysylam do was zespół ze sprzętem. Transport byłby zbyt niebezpieczny, założymy dodatkowy posterunek na 15-stym. W przypadku potwierdzonej agresji i ryzyka infekcji osób postronnych, upoważniam do neutralizacji celu ze skutkiem natychmiastowym. Przyślijcie do mnie Owczarka i Wrońską. Odbiór. -
Sanitariusze ponownie po sobie spojrzeli i wzięli pobliską, charakterystyczną metalową "ławkę" która w istocie była rzędem pojedynczych siedzeń spiętych metalem, jakby Darpol bał się, że im pracownicy te krzesła powynoszą. Podstawili ją pod drzwiami i obaj usiedli. -My tu sobie poczekamy, taka praca. Tylko ani mru mru o tym. Panika może zaszkodzić wszystkim, a i tak ledwie ktokolwiek panuje nad sytuacją. Ale hej, są dobre strony tego. Jak drugi się znajdzie, będziemy mieć względną pewność, że budynek jest bezpieczny i nie ma w nim choroby, Co innego... w Warszawie. -– Zaraz, chwila... Co wyście właśnie powiedzieli? Jak to "co innego w Warszawie"? Zapytał Maksymilian.
Przeniósł ostre spojrzenie z jednego mężczyzny na drugiego, stanowczo domagając się odpowiedzi.
– Siedzimy w biurowcu, piętnaście pięter nad ziemią, podpierając drzwi ławką, żeby nie wylazło stamtąd coś, co dostaliście rozkaz odstrzelić w razie kłopotów... – urwał na moment, zerkając nerwowo na klamkę schowka. – A wy mi tu rzucacie od niechcenia, że ze stolicą jest jakiś problem? Co tam się do jasnej cholery dzieje? Jak bardzo to gówno wymknęło się spod kontroli na zewnątrz? Mówcie, co wiecie. Nie możecie zrzucić takiej bomby i po prostu oczekiwać, że wszyscy grzecznie wrócą do excela.
-Już i tak ci za dużo powiedziałem. Rozmawiaj z Doktor Wójcik na ten temat. - Uciął sanitariusz, orientując się, że był zbyt wylewny.
Gdyby sanitariusz potrafił czytać w myślach, zrozumiał by jak niewiele dzieli Michała by ten zdzielił go po pysku.
– Jak zacząłeś temat, to go skończ – warknął ratownik i zrobił krok w kierunku mężczyzny. Nie był postury Pudzianowskiego, ale daleko było mu też do koguta wagi lekkiej i kiedy trzeba, potrafił zdominować przestrzeń.
– Masz już dość waszego partactwa, tej waszej bezczelności. Powtórzę to jeszcze raz bo chyba to nie dotarło t do twojej szefowej, ale może ty zrozumiesz. Daliśmy wam z Wiktorią listę pacjentów zero a wy i tak to spierdoliliście. Teraz ganiamy po całym budynku, bo nie umieściliście dopilnować jednej prostej rzeczy. Nie będę pytał Wójcik, zapytam ciebie bo jesteś mi to winny jak psu buda. Co się kurwa mać dzieje w Warszawie?
Wiktoria zrobiła krok w stronę sanitariusza.
— Nie oczekuję, że złamie pan rozkazy.
Krótką chwilę patrzyła mu w oczy.
— Ale przed chwilą sam pan zasugerował, że sytuacja poza budynkiem ma znaczenie dla naszego bezpieczeństwa.
Za chwilę mamy wejść do kolejnych pomieszczeń i szukać następnej osoby. Jeżeli jest coś, co może wpłynąć na nasze decyzje albo zwiększyć nasze bezpieczeństwo, proszę nam to powiedzieć. Nie pytam z ciekawości. Nie jesteśmy dziennikarzami ani przypadkowymi ludźmi z korytarza. Niemal od samego początku pomagamy doktor Wójcik ograniczać ryzyko. Jeśli mamy dalej to robić, potrzebujemy wiedzieć więcej, żeby nie popełnić błędu.-Sam żeś jest partacz...- Sanitariusz zaczął odpowiadać Michałłowi, ale drugi mu przerwał, kładąc rękę na ramieniu. -Andrzej, mają prawo wiedzieć. Z resztą, co nam zrobią, zastrzelą? wsadzą do pierdla? Może pozbawią prawa wykonywania zawodu?- Parsknął śmiechem, jakby wszystkie te, poniekąd straszne rzeczy, były odległe i nieistotne. Spojrzał na Wiktorię. I zaczął mówić.
-Więc... W Warszawie jest kipisz. Widzicie, wszyscy myśleli, że to jest kolejna sytuacja typu "Covid-19", czyli, że można to po prostu olać. Nikt nie wziął na poważnie. No bo kto normalny uwierzy w odmianę wścieklizny, która popycha ludzi do kanibalizmu? Parę dni temu Niemcy zaczęły się dosłownie załamywać. Ilość przypadków poszła pionowo w górę. Ludzie atakowali innych ludzi, gryźli ich, niekiedy wręcz zaczynali zjadać. A potem okazało się, że nie bardzo umieją to leczyć. Zanim ktokolwiek podjął decyzję o lockdawnie, dotarło do nas. Myślicie, że czemu Darpol znalazł się pod kwarantanną? W całym mieście objęto kwarantanną około 450 dużych budynków, co do których była względna pewność, że w środku jest ktoś, kto właśnie wrócił z terenu objętego nową plagą. Ale to już musztarda po obiedzie. Im większe skupisko ludzi, tym mniejsza szansa, że uda się to opanować. Polska jest skazana na zagładę. Europa prawdopodobnie też.- Pokręcił głową, urwał na chwilę, spoglądając w ścianę przed sobą, jakby chciał z niej odczytać rozwiązanie. - A co do bezczelności i niekompetencji. Spróbuj kiedyś objąć kwarantanną budynek w którym jest parę dziesiątek pięter, oraz przebadać wszystkie 5-6 tysięcy ludzi tu pracujących, zwłaszcza, jeżeli NIE CHCĄ się dać przebadać i ukrywają się. Ten za moimi plecami miał pecha faktycznie być zarażonym i to ukrywać. Ale na przykład zarząd Darpolu zabunkrował się na górnych piętrach, nie chcą zejść, ani nas wpuścić, ani się przebadać. Utrzymują, że są zdrowi.-Michał przestał słuchać w chwili gdy usłyszał “Polska jest skazana na zagładę. Europa prawdopodobnie też”. Potem nie pamiętał co się z nim działo, gdy sanitariusz gadał dalej. Chyba klapnął na tyłku, bo gdy się ocknął siedział na posadzce.
Co on pierdoli - pomyślał - Jaką zagładę? To nie jest film Romero. To niemożliwe. Po prostu niemożliwe.
Potem przypomniał sobie o Oli. O jej dziecku, które nie było jego. O ich ostatniej rozmowie. O rodzicach. O Zbyszku. O wszystkich których znał w tym mieście.
To niemożliwe - powtarzał w myślach choć wiedział, że to takie samo kłamstwo jak wtedy gdy wmawiał sobie, że kontroluje picie a potem rozwalił mu się świat, wyjebali to z roboty, stracił prawo wykonywania zawodu a dziewczyna, która kochał od czternastego roku życia go zostawiła. Podpierając się ściany podniósł się w końcu na nogi, choć były miękkie i ledwo utrzymywały jego ciężar. Popatrzył na sanitariuszy, ale po raz pierwszy od dawna zabrakło mu języka w gębie.
— Dobra…- jego głos brzmiał jakby właśnie wykopali go z grobu — Czyli mamy koniec świata. Jebaną apokalipse zombie.
Powiedział to w końcu na głos, choć od rana przekonywał sam siebie i innych wkoło, że patologiczna agresja zwłok skrót myślowy, którego użyła Wójcik.
— Chyba muszę się napić. Czy któryś z panów będzie tak miły i wyciągnie mi wszywkę?Wiktoria nie odezwała. Analizowała wszystko w sobie.
Słowa sanitariusza odbijały się echem gdzieś z tyłu głowy." Polska jest skazana na zagładę. Europa prawdopodobnie też."
Brzmiało to absurdalnie. Jak opis filmu klasy B, który Maja z przejęciem opowiadała jej kiedyś po powrocie ze szkoły. Tyle że tam wszystko kończyło się napisami końcowymi. Tutaj stali na piętnastym piętrze biurowca, kilka metrów od drzwi, za którymi ktoś właśnie pomrukiwał jak zwierzę.
Nie. To nadal nie mogło być prawdą.
Prawie odruchowo wyjęła telefon i otworzyła serwisy informacyjne. Przesuwała kolejne nagłówki, szukając czegokolwiek, co potwierdzałoby słowa sanitariusza.
Zamieszki.
Zamknięte ulice.
Kolejne komunikaty służb.
Brak oficjalnych informacji o tym, co naprawdę dzieje się poza kordonami.Nie wierzyła jeszcze w apokalipsę zombie.
Ale pierwszy raz od początku kwarantanny przestała wierzyć, że wszystko da się racjonalnie wyjaśnić.
Maksymilian milczał przez chwilę, próbując przetrawić te absurdalne rewelacje. Opowieści o końcu świata brzmiały jak kiepski żart, ale głuche uderzenia i charczenie dobiegające zza drzwi były aż nazbyt realne.
— Z wódką daj na wstrzymanie, Michał. Serio, będziesz nam teraz potrzebny na trzeźwo, obaj o tym wiemy — odezwał się spokojniej, bez swojego zwykłego chłodu, patrząc na ratownika z czymś na kształt zrozumienia.
Następnie przeniósł wzrok na Wiktorię, a potem na obu sanitariuszy.
— Słuchajcie, rozumiem, co mówicie. Ale skoro na zewnątrz miasto faktycznie płonie, to ci na dole zaraz przestaną się bawić w kwarantannę i procedury. Jeśli wojsko wpadnie w panikę, to po prostu zaryglują ten budynek na głucho i nas tu zostawią. Zanim wpadnie ta wasza ekipa od brudnej roboty, powiedzcie wprost: jak bardzo to wszystko wymknęło się spod kontroli? Czy Wójcik ma jeszcze na dole cokolwiek do powiedzenia, czy to zbrojni już całkowicie rozdają karty?
-Karty będą rozdawane przez rząd i polityków tak długo, jak będzie im się wydawało, że mogą to opanować. Nie sądzę, żeby wpadła tu jakakolwiek ekipa od brudnej roboty, ale kwarantanna prędzej czy później zacznie się sypać, albo od zewnątrz,albo od wewnątrz. Trudno orzec kto ma tutaj cokolwiek do powiedzenia. Widzieliście co się stało w lobby. Rządowcy gotowi walczyć z ludźmi w imię utrzymania kwarantanny wycofali się, kiedy okazało się że jest możliwa strzelanina z ochroną budynku. Wbrew pozorom uzbrojona ochrona to luksus, którego może nie mieć na przykład objęte kwarantanną centrum handlowe, gdzie ochronę stanowią emeryci i renciści drugiej grupy. Ale na pytanie jak bardzo jest źle... powiedziałbym, że chujowo i niestabilnie. Będzie tylko gorzej. - stwierdził Andrzej.
Michał jako lekarz nauczył się przekazywać najgorsze wiadomości w taki sposób by nie brzmiały jak najgorsze wiadomości. Nigdy więc nie mówił “Zostało pani sześć miesięcy życia”, “Skacząc do wody wasz syn przerwał rdzeń kręgowy i w zasadzie jest już warzywem”. Zawsze łagodził przekaz, nie mówił wprost tego co myślał, ubierając brutalną prawdę w eufemizmy, które w jego ustach brzmiały niemal jak pocieszenie. W towarzystwie innych medyków już nie szczypał się język, dlatego wiedział, że to co powiedzieli Andrzej i jego kolega to nie jest żadna przesada, że “Polska skazana na zagładę” znaczy to samo co “Zostało pani sześć miesięcy życia” i “Wasz syn jest warzywem”. To nie byli ludzie z ulicy, lecz jednostka epidemiologiczna. Nie mieli powodu kłamać, nie mieli powodu dramatyzować ani naciągać faktów.
Spojrzał na Maksa, który kazał mu dać z wódką na wstrzymanie, potem na Wiktorię. Zachowali więcej spokoju niż on sam, więc albo lepiej maskowali strach albo jeszcze nie pojęli sensu słów mężczyzn. Andrzej już nie bawił się w subtelności i nazwał rzeczy po imieniu. Jest chujowo i niestabilnie. I będzie jeszcze gorzej.
— Mówi prawdę — rzucił cicho Michał do swoich towarzyszy. Zobaczył, że Wiktora sprawdza coś w telefonie i powtórzył — Mówi prawdę.
Maksymilian zaklął cicho pod nosem i sięgnął do kieszeni bojówek. Od rana dusił w sobie pokusę sprawdzania wiadomości, żeby zachować marną resztkę baterii na krytyczny moment, ale teraz oszczędzanie prądu straciło jakikolwiek sens. Jeśli miasto za oknem faktycznie płonęło, musiał wiedzieć...
Zignorował oficjalne, ocenzurowane serwisy. Otworzył komunikator i wszedł na swoje kanały informacyjne: zamknięte grupy ,fora i lokalne czaty. Przesuwał kciukiem po pękniętym ekranie, czekając w półmroku korytarza, aż załadują się jakiekolwiek amatorskie nagrania czy streamy na żywo z ulic. Chciał na własne oczy zobaczyć skalę tego chaosu.
Maks daleko nie ujechał. Bateria bez ładowania po 2 dniach w jego podstarzałym telefonie poddała się zaledwie parę chwil po tym jak wszedł na grupę na telegramie "Gafer i Trytka ratują świat przed upadkiem" i zdążył tylko uchwycić jakieś urywki informacji o przepełnionych szpitalach i kwarantannie rozciągającej się na coraz więcej budynków, oraz miast. Wiktoria miała więcej szczęścia. Trafiła na krótką rolę - reportaż dotyczący przepełnionych szpitali. Konkretnie był to fragment, w którym dziennikarka będąca na miejscu miała pecha. Tuż obok niej przechodził patrol policji, prowadzący gościa, który wyglądał na chorego. chorobliwie poszarzała skóra, mętny, rozbiegany wzrok, ociężały chód. Nagle zatrzymał się. Policjant za nim próbował go pchnąć, żeby szedł dalej, ale ów, nie zważając na policję, kajdanki i cokolwiek innego, po prostu nagle, choć niezbyt żwawo, rzucił się na dziennikarkę z zębami i ugryzł ją w odsłoniętą dłoń. Nagranie kończyło się na tym, jak policjaci szamoczą się z chorym, próbującym ugryźć kogokolwiek, kto jest w zasięgu jego zębów.
Wiktoria nie odezwała się ani słowem. Nagranie, które znalazła, pochłonęło ją na jakiś czas. Oparła się o ścianę, a ekran telefonu oświetlał jej twarz. Na pierwszy rzut oka trudno było dostrzec na jej twarzy strach czy dezorientację. Kobieta wciąż zdawała się stać twardo na ziemi, jakby żadne słowa jej nie ruszały.
Mimo to gdzieś wewnątrz Wrońska wcale nie czuła się pewnie. Raz za razem ponownie odtwarzała nagranie. Postronne osoby mogły jedynie słyszeć dźwięk. Dziennikarka opowiadała o przepełnionych szpitalach, po chwili było słychać gardłowy, męski, nienaturalny warkot, potem krzyk przerażonej kobiety, następnie jakichś mężczyzn, którzy pewnie ruszyli jej na ratunek.
Otworzyła nagranie jeszcze raz.
Potem drugi.
Trzeci.
Za każdym razem echem od ścian odbijał się kobiecy krzyk przerażenia. W ciszy korytarza zdawało się to być nieznośne, może nawet lekko niepokojące. Wiktoria zatrzymywała kolejne klatki, powiększała obraz, szukając czegokolwiek, co pozwoliłoby jej uznać, że to manipulacja. Nieudolny montaż. Źle zinterpretowana sytuacja. Cokolwiek.
Zacisnęła mocniej palce na telefonie, kiedy zdała sobie sprawę, że niczego takiego nie znajdzie. Że to, co widziała, najprawdopodobniej było prawdziwe. I że agresywny mężczyzna, który zaatakował dziennikarkę, pomału przestawał wyglądać jak człowiek. Zatrzymała nagranie na jego nienaturalnie wykrzywionej twarzy, na otwartych ustach, wystawionych zębach, gnijących dziąsłach.Co to, kurwa, było?!
Jeszcze kilkanaście minut temu próbowała tłumaczyć sobie wszystko nową odmianą wścieklizny, paniką społeczną, błędnymi decyzjami władz, odruchem łazarza. Nadal bardziej wierzyła w chorobę niż w żywe trupy.
Tym razem jednak nazwa przestała mieć znaczenie. Człowiek na nagraniu nie zachowywał się jak człowiek. Niezależnie od tego, jak medycyna nazwie tę chorobę, jej skutki wyglądały dokładnie tak samo. I zdawały się być nieodwracalne.Wiktoria powoli opuściła telefon. Słyszała Michała, ale nie odpowiedziała mu, nie obdarzyła spojrzeniem. Przycisnęła łopatki mocniej do ściany, chciała poczuć jej chłód. Stopy przywarły mocniej do podłogi, poczuła niewygodę, jaką dawały jej teraz buty na wysokim, cienkim obcasie.
Wymień pięć rzeczy, które teraz widzisz wokół siebie.
Wymień cztery rzeczy, których możesz dotknąć.
Wymień trzy rzeczy, które słyszysz.
Wymień dwie rzeczy, które możesz powąchać.
Wymień jedną rzecz, którą możesz posmakować.Technika uziemiająca. Trochę pomogła, jednak sytuacja była zbyt nietypowa.
Jeżeli to naprawdę jest początek czegoś większego... ilu ludzi w tym budynku jeszcze o tym nie wie?
W głowie zaczęły pojawiać się pierwsze naprawdę niepokojąca myśl.
A jeśli oni mają rację?Zaraz potem przyszła druga.
Co z rodzicami?Mimowolnie spojrzała na wskaźnik zasięgu. Na baterię. Na godzinę. Miała ochotę zadzwonić. Upewnić się, że wszystko w porządku. Jednocześnie wiedziała, że jeśli usłyszy w słuchawce strach, sama przestanie myśleć racjonalnie.
Schowała telefon. Nie dlatego, że wszystko już wiedziała. Dlatego, że po raz pierwszy od początku kwarantanny bała się tego, co mogłaby zobaczyć na następnym nagraniu.Wiktoria spojrzała na Michała pierwszy raz od chwili, gdy telefon wylądował z powrotem w kieszeni spódnicy.
— Obiecaj mi jedno.
Jej niebieskie tęczówki nie ustąpiły, póki nie odwzajemnił jej spojrzenia.
— Zanim się napijesz... zróbmy wszystko, żebyśmy wyszli stąd żywi.
Gdyby Wiktoria wiedziała ile razy w życiu Michał coś komuś obiecywał a potem łamał słowo, to by go o nic nie prosiła. Był ostatnią osobą, na której można polegać. Chciał uciec spojrzeniem w bok, ale mu nie pozwoliła. Poczuł jak uchodzi z niego całe powietrze i w końcu się poddał.
— Nie obiecuję, ale spróbuję — odpowiedział. Nie zapytał co zobaczyła w telefonie, wystarczyły dźwięki, które usłyszał, gdy oglądała nagranie.
Popatrzył na drzwi, za którymi powarkiwał pacjent zero a potem przeniósł wzrok na sanitariuszy.
— Muszę to zobaczyć. Chcę zobaczyć, jak wasi będą go stamtąd wyciągać.
Nie wiedział czy kieruje nim lekarska ciekawość, czy coś więcej. Jaskiniowcy rozpalali pochodnie by rozproszyć ciemności i zobaczyć jakie potwory się w nich kryją. Bo z tym co człowiek może objąć wzrokiem i rozumem łatwiej walczyć. Jeśli Wiktoria chciała wyjść z Darpolu żywa, musieli zrozumieć z czym się mierzą. Zrozumieć jak to neutralizować.
-
Michał Owczarek postanowił zostać i obserwować.
Można by rzec - powinność lekarza. Obserwować. Uczyć się. Leczyć. Pomagać. Po pierwsze - nie szkodzić.
Nieważne, czy to wirus, bakteria czy grzyb, nie ważne, czy ma ponadnaturalne, czy zwykłe źródła - jeżeli rozprzestrzenia się jak choroba, to choroby się leczy.Szybko okazało się, że Wójcik przyszła osobiście, z sześcioma ludźmi. I tak dla odmiany sprawiali wrażenie dobrze przygotowanych. Uzbrojeni, z kajdankami, z...kaganćem?! z kaftanem bezpieczeństwa, standardowo używanym w szpitalach psychiatrycznych. To wyglądało jakby spodziewali się, że schowek na szczotki skrywa zawartość porównywalną z tą, jaka kryje się za bramami piekieł.
Ich własne, małe piekło w Darpolu.
-Chcecie popatrzeć? To nie będzie przyjemny widok. Chłopcy, otwieramy. Zabezpieczamy i pobieramy próbki.- Stwierdziła Alicja Wójcik. Epidemiolożka była w tej chwili szefową swojego działu, osobiście nadzorującą przynajmniej część tego bałaganu.
Usunęli łatkę. Otworzyli drzwi. Wewnątrz schowka na szczotki stał on. Zbigniew, pracownik działu Human Resources. Wiktoria kojarzyła jego twarz. Obraz przed nimi był iście przytłaczający. Mężczyzna miał chorobliwie szarą skórę, mętny, nieobecny wzrok, a oczy sprawiały wrażenie jakby było na nich położone bielmo. Mimo że Zbigniew miał parę lat do czterdziestki, wyglądał tragicznie. Skóra była poszarzała, włos zmierzwiony. Jeden z rękawów koszuli miał podwinięty, a tam widać było kilkudniowy ślad po ugryzieniu, który zdążył zacząć ropieć, paprać się i chyba nawet częściowo gnić.
Widok nie był nieprzyjemny. I pierwsza "wskazówka" była taka, że rany od ugryzień zainfekowanych, zwyczajnie nie chcą się goić.

Chory reagował z opóźnieniem, ale jednak, rzucił się do przodu z wyciągniętymi rękami i z zębami. Ludzie Wójcik byli przygotowani i w kombinezonach - po krótkiej szamotaninie unieruchomili go, założyli mu kaganiec, następnie kaftan, a ręce dodatkowo skuli kajdankami.
-Szlag. Dwakroć szlag. Trzykroć szlag. - Mruknęła Wójcik. Szybko pobrali mu krew... a raczej coś, co do miana krwi pretendowało. Na poły bardziej stałe, aniżeli płynne, próbka substancji, która kiedyś była krwią, była cholernie czarna. Pobrali tyle próbek ile się dało.
-Zostawcie go tutaj, zamknąć, pilnować. W nocy przeniesiemy go na dół i poza budynek. Panika rozniesie ten budynek na strzępy, jak dowie się ktoś, kto nie powinien. Do końca miałam nadzieję, że może po prostu zachlał, albo wstydził się przyjść ze względu na jakąś chorobę weneryczną... Dziękuję wam za pomoc. Moi ludzie przeszukują tropy drugiego zaginionego. Biorąc pod uwagę stan Zbigniewa... My dzisiaj nie śpimy. Ale wy powinniście.-
Dzień III, Poranek.
Rozpoczęcie kolejnych 24 godzin w biurowcu objętym kwarantanną. Żyć nie umierać.
Ta noc nie należała do najprzyjemniejszych. Co więcej - świat zdawał się potwierdzać słowa sanitariuszy i to, co znaleźli w social-mediach. W nocy było słychać jakby więcej pojazdów na sygnałach - straży pożarnej, karetek pogotowia, policji. Ktoś, kto nocą wyjrzał przez okno, mógł zobaczyć jak panorama miasta, zamiast niemrawo lśnić światłem lamp ulicznych, błyska głównie błękitem, a niekiedy również i czerwienią. Miasto znajdowało się w stanie nienaturalnego pobudzenia i wydawane przezeń dźwięki, też nie należały do naturalnych.

Sebastian siedział w palarni. Ile ten Człowiek miał zapasów, że nadal siedział z fajkiem w zębach? Stamtąd miał niezły widok na stolicę.
-Tak oto Warszawa pogrąża się w chaosie, a świat ludzi upada. - mruknął sam do siebie, odpalając szluga od zapałki, którą następnie wyrzucił za okno. -I chuj. I tak nie lubiłem tej pracy. -Nie wiedział nawet ile miał racji...
W budynku, w godzinach porannych, czy się chciało, czy nie - powinien panować gwar, chociażby w postaci ludzi stających w lobby, robiących na zaś "kolejkę", żeby wcześniej dostać swój przydział racji żywnościowej. Tymczasem panowała złowroga cisza.
Maksymilian, Wiktoria i Michał spotkali się i przywitali w Lobby, po tym, jak zeszli na dół. Po schodach, bo windy zostały z jakiegoś powodu unieruchomione. Po drodze mijali ludzi, który sprawiali wrażenie bardzo nerwowych, a większość z nich nosiła przy sobie rzeczy takie jak miotły, nogi od krzeseł czy od stołów... Wszystko, co z takich warunkach mogło robić za broń do ochrony osobistej.
Czy coś się stało w nocy? Kurważ mać - Zbigniew im nawiał i narobił paniki, ambarasu, oraz dołożył do bilansu nowych pogryzionych?!
Rzeczywistość okazała się gorsza. W lobby było mało ludzi, trzymających się w niewielkich grupkach, zachowujących się dość nerwowo. Mieli też przy sobie - co kto dał radę znaleźć lub zrobić - torby, plecaki, wszystko, w co można załadować zapasy, gdy już je przywiozą około południa. Zupełnie, jakby bali się przebywać w większej grupie ludzi. Wiktoria szybko zorientowała się, że podział nie jest przypadkowy - grupki łączył podział zgodnie z departamentami i piętrami. Technicy z technikami, HR-owcy z HR-owcami, Księgowi z księgowymi...
Ochrona Darpolu też sprawiała wrażenie nerwowej, a ruch ochroniarzy był skupiony właśnie na lobby.
Drzwi na zewnątrz były otwarte, ale nadal obstawione. Nadal nie można było wyjść. Za to zobaczyli, jak budynek opuszcza kilku pracowników pod eskortą, Zbigniew, nadal w kagańcu, unieruchomiony i przypięty do łóżka, oraz jedno łóżko na którym leżał charakterystyczny worek, który Owczarek rozpoznał natychmiast.Worek na zwłoki.
Co tu się odjebało?!
-Nad ranem miał miejsce atak. - Nikt nie zdążył zadać pytania, ale gdzieś obok Maksymiliana, właściwie znikąd, pojawił się Sebastian. Wcisnął też Krukowi do ręki rurę, która z całą stanowczością stanowiła jeszcze niedawno nogę od jakiegoś metalowego krzesła w palarni.
-Chłopaki od tej całej Wójcik przeszukali całe 20 piętro, potem kilka innych, ale nic nie znaleźli. A nad ranem Józek Mengla, ten od IT, wpadł w szał i zaczął gryźć ludzi. Po prostu. Pogryzł, a niekiedy nawet oderwał kawałek mięsa. Dopiero ochroniarz go odstrzelił. Wpakował w niego cały, kurwa, magazynek, a temu nic,czaicie? dopiero jak dostał kulkę w łeb, przestał się ruszac. Zwłoki i pogryzionych.. i Nowaka, który jest w nie lepszym stanie niż Józek zanim go odstrzelili, wywalili na zewnątrz, do szpitala, czy coś. Hazmaciarze mówili, że "zagrożenie biologiczne". - Wyjaśnił.-Człowieku, czy do ciebie dociera, co ja mówię?! Budynek jest CZYSTY. Nie ma sensu nadal utrzymywać kwarantanny! Powinniśmy rozwieźć tych ludzi do domów, najlepiej żeby zostali w domach i czekali na rozwój wypadków! -
Dobiegło do nich. Pod drzwiami wejściowymi, dr. Wójcik właśnie wykłócała się z jakimś uzbrojonym Policjantem, najwidoczniej będącym jednym ze starszych zabiurkowych, mających jakiegoś rodzaju moc decyzyjną.
-

Michał Owczarek
Michał wybudzał się powoli, chłonąc widok jej pieprzyków na nagiej skórze. Znał na pamięć, każdy jeden. Spała odwrócona do niego plecami a on leżał bez ruchu pozwalając, by resztki koszmaru ulotniły się jak poranna mgła. Koszmar był wyjątkowo paskudny i duszny. Pamiętał wieżowiec na Domaniewskiej, pamiętał ludzi uwięzionych w środku i pamiętał schowek.
Schowek a w nim...
Michał wzdrygnął się i zamknął oczy. To tylko sen. Pojebany sen, ale tylko sen. Nie ma żadnego wieżowca, nie ma schowka, nie ma ludzi w kombinezonach. Ola leży obok i nic z tego co zobaczył nigdy się nie wydarzyło. Przez parę godzin koszmaru przeżył życie pijaka, który stracił zawód, dobre imię, miłość życia a na końcu został zamknięty w szklanej pułapce w centrum miasta. Ale w końcu wrócił z tego piekła. Leżał w swojej sypialni, w miękkiej pościeli a nie na rozkładanej leżance w gabinecie na pietnastym piętrze. Za godzinę zadzwoni budzik, weźmie prysznic, zrobi śniadanie i pojedzie na Lindleya, gdzie do wieczora będzie pakował dzieciaki w gips, zszywał menelów i użerał z roszczeniowymi pacjentami. A gdy wieczorem wróci, ona już będzie czekać na niego z kolacją i uśmiechem, w którym zakochał się dwie dekady temu. Razem obejrzą coś na Netflixie a potem Michał zmyje z siebie trudy dnia i będą się kochać w ich sypialni. I gdy się obudzi następnego dnia, znów policzy wszystkie pieprzyki na jej plecach.
Ola obróciła się miękko na materacu. Spojrzała na niego, mrużąc oczy i uśmiechnęła się w ten słodki, leniwy sposób, który pamiętał z najszczęśliwszych lat ich życia. Uniosła się lekko na łokciu, zbliżając usta do jego warg, gotowa dać mu pierwszy poranny pocałunek na powitanie dnia.
Nagle znieruchomiała, jakby uderzył w nią prąd. Jej twarz w ułamku sekundy wykrzywił grymas strachu i wydała z siebie piskliwy wrzask, który wypełnił cały pokój.
— Co się stało? — chciał zapytać ale zamiast słów z jego krtani wydobyło się warknięcie. Michał zamarł. Skierował wzrok na swoje dłonie. Skóra była ziemista, ołowianoszara a pod jej powierzchnią wiły się czarne żyły. Na przedramieniu widniała głęboka, poszarpana rana po ludzkich zębach, z którego powoli sączyła się ropa.
Rana, która nie miała prawa się zagoić.
Michał zerwał się łapiąc powietrze jak po długim nurkowaniu, pot lał mu się z twarzy. Przerażony spojrzał na swoje ręce. Skóra była czysta, jasna, bez śladu czarnych żył czy ropiejącej rany.
Ale ulga trwała ledwie chwilę.
Rozejrzał się dookoła. Chociaż w środku panował półmrok od razu rozpoznał pomieszczenie. To nie była ich sypialnia lecz jeden z gabinetów na piętnastym piętrze. Wieżowiec na Domaniewskiej. Darpol. Kwarantanna. Wybudził się z jednego koszmaru tylko po to by znaleźć w kolejnym, z którego nie ma ucieczki.
Siedział bez ruchu na leżance, a obrazy z poprzedniej nocy wróciły nieproszone. Widział siną, szarą twarz Zbigniewa, widział ludzi Wójcik i skórzany kaganiec dociągany na jego kłapiącą szczękę, widział kajdanki wrzynające się w przeguby i obrzydliwy, gnijący ślad po zębach na przedramieniu.
To nie był sen. To działo się kilka korytarzy dalej.
Wziął do ręki telefon, sprawdził powiadomienia. Rodzice nie oddzwonili, Ola też. Wczoraj w nocy próbował wiele razy, ale albo linie były przeciążone, albo…z jakichś powodów nie mogli odebrać. Do Oli wysłał kilka smsów. Na żaden nie odpisała.***
Darpol chorował na złośliwy nowotwór w czwartym stadium.
Tak pomyślał Michał, kiedy zobaczył co się dzieje w lobby. Dla pacjenta w stadium terminalnym nie ma już ratunku. Zaczyna się od diagnozy, a potem jest beznadziejna próba leczenia. Ale przerzuty idą po całym organizmie, każdego dnia dochodzą nowe, coraz gorsze objawy. Na końcu tej drogi chorego zawsze czeka to samo.
Śmierć.
Ratownik widząc uzbrojone grupki nie miał wątpliwości. Muszą stąd uciekać. I to natychmiast. I nie chodziło wcale o Zbigniewa ani Józefa, ani ludzi, których pogryźli a ci pogryzą i zarażą następnych bo tak przecież rozprzestrzenia się to gówno. Chodziło o zdrowych mężczyzn i kobiety z zielonymi plakietkami, którym puszczą w końcu hamulce. Dzisiaj stoją z kijami od mopów, jutro zaczną się zabijać o ostatnią puszkę konserwy. Tak działa nowotwór w czwartym stadium. Każdego dnia jest tylko gorzej a na końcu czeka już tylko śmierć.
Słyszał, że Wójcik próbuje jeszcze ratować sytuację i wykłóca z policjantem. Możliwe, że pomylił się w jej ocenie, ale nie miało to już żadnego znaczenia. Nawet najlepszy lekarz nie jest w stanie wyleczyć nieuleczalnej choroby.
Poprawił swoją wysłużoną torbę ratownika i zwrócił do Wiktorii i Maksa. Faceta z papierosem widział pierwszy raz na oczy i nie wiedział czy można mu ufać, ale miał to w dupie.— Przebywanie w tym kurwidołku to wyrok, ale to już chyba wiecie sami. Nie chodzi tylko o Darpol. O całe miasto. Jak wirus się rozprzetrzeni na dobre, zablokują drogi i mosty, do tego na ulicach pełno będzie zarażonych. Nawet jeśli nas stąd sami wypuszczą za parę dni to i tak będzie za późno. Rząd w końcu zrobi to samo co Niemcy w czterdziestym czwartym bo to jedyny sposób by odciąć strefę zarażenia od reszty kraju. Musimy się stąd jak najszybciej wyrwać i to jeszcze dziś. Jakieś pomysły?
-

Wiktoria Wrońska
Waiting for the end to come, Wishing I had strength to stand
This is not what I had planned
It's out of my controlGdy Wiktoria wróciła do gabinetu razem z Michałem, nie odezwała się ani słowem. Nie tylko nie wiedziała, co mogłaby powiedzieć, ale zwyczajnie w świecie czuła się niepewnie. Widok skrępowanego, pół martwego człowieka, na wpół już gnijącego, który reagował agresją na wszystkich wokół, zapadł jej mocno w pamięć. Nie umiała nawet nazwać emocji, które w niej pozostawił. Były zbyt chaotyczne, by dało się je uporządkować.
W oczach Wrońskiej Zbigniew był chory. Zastanawiała się czy jego przypadłość była uleczalna. Jeśli dobrze rozumiała, ten wirus był czymś nowym i nieznanym, sama pierwszy raz o nim słyszała, tak samo jak kilka lat temu o COVIDzie. Być może laboratoria na całym świecie już pracowały nad szczepionką. Może jeszcze zdążą.

Migające czerwono-niebieskie światła padały nierówno na jej twarz, gdy szykowała swoje miejsce do spania. Podłączyła telefon do ładowania i położyła się, zakrywając do połowy kocem. Odwróciła się tyłem do Michała i zaczęła wchodzić w aplikacje, którymi często kontaktowała się z innym. Na messengerze znalazła wiele nieprzeczytanych wiadomości od rodziców. Cholera… przeklęła w myślach. Znowu nie dostałam powiadomień. Przeczytała wszystko, najwięcej było wiadomości typu “Halo, czemu nie odpowiadasz?”, “Wiktoria jesteś w pracy? Ponoć pozamykali ludzi w biurowcach”, “Córeczko, wszystko w porządku?”. Na początku chciała im odpisać. Oschle. Krótko. Długo trzymała palce na klawiaturze ekranowej, ale żaden nie garnął się do pisania. Co miała im w sumie powiedzieć? Odpowiedzieć omijająco “U mnie OK” albo “Niedługo nas wypuszczą, jest bezpiecznie?”. Takie kłamstwo niełatwo przechodziło jej przez gardło, ale równie ciężko było je napisać.
Drżącą ręką nacisnęła słuchawkę, aby zadzwonić. Ledwo przyłożyła telefon do ucha, odpowiedź była niemal ekspresowa, zupełnie jakby rodzice siedzieli przy telefonie i tylko na to czekali.
— Jezu, Wiktoria, czemu nie odpowiadasz? — zmartwiony głos matki rozbrzmiał boleśnie. Blondynka poczuła, jak ledwo zasklepiona rana znowu się otwiera. To jej głos, jak i swojego ojca, słyszała po utracie Mai. Po wypadku ciężko jej się rozmawiało z rodzicami.
— Powiadomień nie dostałam — odparła lakonicznie. Musiała odchrząknąć, bo łamał jej się głos.
— W porządku u ciebie? W domu jesteś?
— Nie, w biurze.
— W biurze? — w tle usłyszała głos ojca. Jak zwykle rozmawiali z nią na głośnomówiącym, aby oboje mogli ją słyszeć — Spytaj dlaczego.
— Tata pyta dlaczego jesteś w biurze tak późno? Zamknęli cię tam?
— Tak, wszystkich. Ale…
— Ja pierdole, partacy jebani!
— Jacek, zamknij się, bo nie wiem co mówi!! Co mówiłaś?
— … że nie jest tak źle. Dają nam jedzenie.
— Ja po zapasy pojechałem jak tylko alarm był! — krzyknął ojciec, bo przecież jak jest jakaś odległość od telefonu, to trzeba krzyczeć żeby było słychać.
— No, Basia do nas przyszła i mówi, że srajty się wyprzedają jak w COVIdzie, masła nie ma i żeby lecieć póki czas! To ojciec wziął wsiadł w Dacie i poleciał do Kauflanda, ja na róg w razie gdyby co i apteki, bo na recepcie jeszcze leki zostały to mówię do ojca, że trzeba wykupić bo nie będzie. No i tak siedzimy…
— …No, telewizję oglądamy — wtrącił się ojciec — W tych wiadomościach to ciągle trąbią, że to z Niemiec zaraza. Te Niemcy to nas w każdym stuleciu próbują wytłuc.
— Chyba to trochę bardziej skomplikowane. — odparła Wrońska.
— No w TVNie tak mówią.Wiktoria westchnęła. W telewizji zawsze leciały półprawdy, pewnie zaraz będą się politycy kłócić, kogo wina i kto co źle zrobił a mógł lepiej.
— Ja będę kończyć, bo nie jestem sama.
— A z kim jesteś?
— Z jednym z zamkniętych, ratownikiem medycznym.
— Jezu, czyli coś ci jest?
— Nie, nic mi nie jest. Po prostu musimy gdzieś spać, nie wiem kiedy nas wypuszczą. Może jutro, może pojutrze.
— Ja pierdole, daj znać do wsiądę w Białą Damę i podjadęOjciec miał w zwyczaju nazywać tak swoją Dacie Sandero. Wiktoria uśmiechnęła się pod nosem. Poczuła jak do jej oczu napływają łzy. Początkowo kiwnęła głową, ale wiedziała, że oni tego nie widzą.
— Dzięki, tato.
— No, to trzymaj się tam, my sobie Disneya włączymy, weź tam tylko koda potwierdź z meila, bo znowu blokada.
— To mi jutro opowiecie, co tam oglądaliście.
— No, trzeba klimat zmienić, trzymaj się córka.Jeszcze kilka godzin temu wydawało jej się to zabawne. Teraz miała wrażenie, że rodzice kurczowo trzymają się resztek normalności, choć żadne z nich nie miało pojęcia, jak bardzo świat właśnie się zmienia.
— No pa.
Wiktoria rozłączyła się. Ostatnie słowa wypowiedziała już ciszej niż poprzednie. Zacisnęła na chwilę powieki, a potem weszła na maila, aby wysłać na messengera kod do streamingu. Rodzice jeszcze życzyli jej spokojnej nocy i na tym zakończyli kontakt. Blondynka wstała gwałtownie i boso podeszła do swojej torebki, z której wygrzebała blister i wzięła jedną tabletkę. Wciąż nie spojrzała na Michała.
— Zaraz wrócę.
Rzuciła krótko i przekręciła klucz drzwi gabinetu, z którego pospiesznie wyszła. Szybkim krokiem udała się do łazienki, w której puściły jej emocje. Cicho płacząc osunęła się po ścianie. Głos rodziców zawsze ją rozstrajał, myślała wtedy o Mai, o wypadku, o śmierci. W aktualnej sytuacji śmierć wydała jej się aż nadto realna. Nie wiedziała czy da radę ponownie to przeżyć. Przysunęła do drżących ust nadgarstek, który otulała gumka jej zmarłej córki. Bolało ją samo myślenie o jej braku, a gdy teraz doszła myśl “dobrze, że nie musisz tego przeżywać”, ból stał się większy. Wiktoria chciała, aby Maja żyła, aby była tutaj z nią, teraz, zawsze. Jednocześnie pragnęła, żeby była bezpieczna. Po tym, co zobaczyła tego dnia, nie była już pewna, czy potrafiłaby jej to bezpieczeństwo zapewnić.
Gdy wróciła do biura położyła się na swoim prowizorycznym posłaniu. Zerknęła jeszcze na telefon, ale nie widziała żadnych nowych powiadomień. Było kilka od znajomych, ale po prostu odpisała, że jest okej. Nie miała nawet ochoty na rozmowy czy kontakt. Była zmęczona. Musiała odzyskać kontrolę.

Rankiem doprowadziła się do porządku najlepiej, jak potrafiła. By dostać się na parter, musiała zejść schodami z piętnastego piętra. Nie byłoby to dla niej aż tak dużym problemem, gdyby nie fakt, że jedyne buty, jakie posiadała, miały ośmiocentymetrowy obcas. Pozostało jej tylko zdjąć szpilki i ruszyć boso. Zastanawiała się po drodze, dlaczego właściwie windy zostały wyłączone, ale nie doszła do żadnego sensownego wniosku. Przychodziło jej do głowy kilka możliwości, ale żadna nie wydawała się przekonująca. Wciąż w głowie miała postać, którą skrywał schowek wczorajszego wieczoru. Otrząsnęła się i spojrzała na telefon, weszła w messengera i znalazła znowu wiadomości, do których nie dostała powiadomień.
Free Guy, fajna komedia, przeczytała. Wysłała uśmiechniętą buźkę i schowała telefon.
W holu czekał na nią widok zupełnie inny niż poprzedniego dnia. Miała wrażenie, że przez noc nikt nie spał. Ludzie przestali tworzyć jedną grupę. Zamiast tego zbili się w małe kręgi – instynktownie lgnęli do tych, których znali. . Strach zaczął dzielić ludzi na mniejsze społeczności. Wiktoria wiedziała, że to zły znak. Kiedy wspólny problem przestaje jednoczyć, a zaczyna izolować, współpraca rozpada się jako jedna z pierwszych.
Usiadła na chwilę na krześle, aby założyć buty. Słuchała otoczenia, chaosu, krzyków i niepewności, zastanawiając się, czy ma zasoby, aby wciąż działać. Po chwili jeden z głosów wybił się ponad pozostałe. Był bliżej. Spojrzała w górę i ujrzała Michała stojącego przy niej, obok niego był też Maks, którego kojarzyła z pracy. Jedyne co ją dziś rozbawiło, to właśnie wspomnienie jego zza szyby swojego biura, gdy czyścił szyby. Pierwszy raz tak bardzo się wystraszyła, a on jej wtedy pomachał, jakby wpadł na kawę. Obraz tego wspomnienia jednak szybko ustąpił rzeczywistości, w której się znalazła.
Wiktoria przez chwilę milczała, analizując pomysł i słowa Owczarka.. Nie zaprzeczyła ani jednemu jego słowu.
Przez chwilę patrzyła na Michała. Jeszcze wczoraj uznałaby ten pomysł za przejaw paniki. Dzisiaj nie potrafiła już go tak nazwać.— Ucieczka może być konieczna — odezwała się w końcu spokojnie. — Ale zanim zaczniemy planować, jak wydostać się z budynku, musimy odpowiedzieć sobie na jedno pytanie.
Spojrzała kolejno na Michała i Maksa.
— Czy na zewnątrz naprawdę jest bezpieczniej niż tutaj?
Zawiesiła głos.
— Do tej pory ten budynek, paradoksalnie, był jednym z najbezpieczniejszych miejsc, jakie znamy. Mamy dach nad głową, wodę, racje żywnościowe i ludzi, którzy przynajmniej próbują utrzymać porządek. Jeżeli wyjdziemy... musimy wiedzieć dokąd i po co.
Zrobiła krótką pauzę i wstała z krzesła.
— A co jeśli wojsko nie pilnuje, żebyśmy nie uciekli... tylko żeby nikt z zewnątrz nie dostał się do środka?
Wiktoria odruchowo odgarnęła niesforne pasmo włosów. Dopiero teraz zauważyła, że nie układały się już tak idealnie jak poprzedniego dnia. Przez krótką chwilę próbowała je poprawić, ale szybko zrezygnowała. Myśli skupiła na sytuacji, w której się znaleźli.
Blondynka przez chwilę przyglądała się mężczyźnie, który opowiadał im, co się działo na dwudziestym piętrze i skąd wyniknął aktualny chaos i zamieszanie. Dopiero teraz dotarło do niej, że rozmawiają ze sobą jakby się znali od lat, a ona nawet nie kojarzy jego imienia.
— Wiktoria Wrońska. HR i wellbeing pracowników.
Wyciągnęła dłoń, a po chwili jej wzrok zatrzymał się na metalowym pręcie, który też podał Maksowi.
— Wygląda na to, że spodziewał się pan czegoś więcej niż pozostali.
-
Maksymilian „Maks” Kruk

Maksymilian rzucił okiem na metalową rurę, którą z niewzruszonym spokojem wcisnął mu Sebastian. Zważył ją w dłoni, przesuwał palcami po zimnej, chropowatej powierzchni ułamanego gwintu, wzdrygnął się na samą myśl tego po co mu ja wręczył Sebastian. Ale nie zmieniało to faktu, że obraz w biurowcu zmieniał się drastycznie. Ludzie, jeszcze wczoraj połączeni wspólnym wrogiem w postaci rządowych ochroniarzy, teraz podzielili się na małe, podejrzliwie spoglądające na siebie plemiona uzbrojone w nogi od krzeseł.
Czuł, jak po kręgosłupie spływa mu lodowaty, drażniący pot. Nie znosił tego uczucia. Jak szczur złapany w pułapkę.

— Bezpieczeństwo? — Maksymilian parsknął krótko, bez krzty rozbawienia. Przekręcił rurę w dłoni, sprawdzając jej wyważenie.
— Pani Wiktorio, to złudzenie bezpieczeństwa opiera się na tym, że panowie z bronią wciąż łaskawie dowożą nam racje żywnościowe i utrzymują ciśnienie w rurach z wodą. Ale skoro ten pacjent z IT zaczął nad ranem wyrywać ludziom kawałki mięsa, a Warszawa za oknami krwawi...
Urwał na moment, zbliżając się do nich. Zniżył głos, by nie budzić uwagi podzielonego stada dookoła.
— Jeśli sanitariusze z wczoraj mówili prawdę, to znaczy, że system już padł albo padnie za chwilę. Kiedy gówno uderzy w wentylator, nikt nie przyjedzie z nową paletą konserw. Nie będzie wody, bo staną przepompownie. Zostaniemy zamknięci w klatce z tłumem głodnych, spanikowanych ludzi i czymś, co nie zdycha, dopóki nie odstrzeli mu się głowy. A wtedy wojsko po prostu zamknie drzwi, zaspawa zamki, i wyrzuci klucz do rzeki. O ile w ogóle będzie jeszcze komu ten klucz wyrzucić.
Następnie wyciągnął dwa palce w stronę Sebastiana, milczącym gestem prosząc o papierosa. Odpalił go od podanej zapalniczki i zaciągnął się głęboko, gryzącym dymem próbując stłumić nerwy
— Kiedy byłem w wojsku, na szkoleniach z przetrwania tłukli nam do głów dwie podstawowe zasady. Pierwsza: ruch to życie. Druga: rutyna zabija. A my właśnie łamiemy je obie
Zaciągnął się jeszcze raz i wskazał żarzącym się niedopałkiem w stronę sufitu.
— Poza tym, pomyślcie logicznie. Skąd mamy pewność, że na zabarykadowanych górnych piętrach nie roi się już od chmary takich panów Menglów, którzy tylko czekają, aż ktoś otworzy drzwi? Wczoraj sanitariusze sami przyznali, że zarząd odciął się od reszty i zerwał z nimi jakikolwiek kontakt. A wystarczy tylko 1 osoba, która te drzwi otworzy i zamiast azylu mamy szklana pułapkę .
Spojrzał wymownie na Michała
— Nie wiem, co jest na zewnątrz, ale wiem, co nas czeka tutaj, jeśli zostaniemy. Dlatego odpowiadając na twoje pytanie, Michał, tak. Trzeba stąd spierdalać. I to natychmiast. Kto jest ze mną?
Cześć! Wygląda na to, że jesteś zainteresowany tą rozmową, ale nie masz jeszcze konta.
Masz dość przewijania tych samych postów za każdą wizytą? Po zarejestrowaniu konta zawsze wrócisz dokładnie do tego samego miejsca, w którym byłeś wcześniej, możesz wtedy również wybrać opcję otrzymywania powiadomień nowych odpowiedziach (e-mailem lub powiadomieniem push). Będziesz też mógł zapisywać zakładki i głosować na posty, aby okazać uznanie innym członkom społeczności.
Z Twoją pomocą tez post mógłby być nawet lepszy 💗
Zarejestruj się Zaloguj się