Sharn - Mrocznymi Scieżkami
-
Gdy drzwi wyleciały z hukiem Żelo niewiele myśląc aktywowało tarczę, która z dźwiękiem metalu szorującego o metal wysunęła się z lewego przedramienia.
Zbrojnokute były optymalizowane pod walkę. Niektóre miały ostrza zamiast rąk. Żelo miało tarczę, która dla krasnoluda, czy niziołka byłaby pawężą. Teraz Żelo wyglądało równie groźnie jak przybysze.
„Rozpocznij nagrywanie.
Nagrywanie rozpoczęte.Będzie nam potrzebne przy późniejszej analizie błędów. Wokół było sporo osób. Dużo potencjalnych ofiar. Walka nie była optymalnym rozwiązaniem.”
Zrobiło krok w stronę goblinki, która nawet teraz - stojąc na stole musiała patrzeć w górę, żeby patrzeć w czerwone punkty udające oczy.
- Trochę kasy nie jest warte życia - powiedziało spokojnie zbrojnokute, a jego słowa sprawiały, że pancerz wibrował. Tym razem stwierdzenie miało wydźwięk zupełnie inny niż w ustach Alestaira.
- Jest was więcej. Z pewnością sobie z nami poradzą wasi przyjaciele. Albo ich przyjaciele. Ale to nie ma dla was znaczenia. Was zdążę rozerwać zanim tamci przedrą się przez tłum. Chyba, że teraz nas grzecznie ominiecie i rozstaniemy się udając, że nigdy się nie spotkaliśmy. Trochę kasy nie jest warte życia.Czy Alestair był gotów na zastraszanie rzezimieszków? A może wykorzysta to jako sprytne odciągniecie uwagi?
Żelo miało nadzieje, że nie wywiąże się otwarta bitwa. Mogło w niej ucierpieć wielu cywili.
-
Nagłe wyważenie drzwi wstrząsnęło znaczną częścią bywalców karczmy. Bekhesh również był zaskoczony jednak trwało to nienaturalnie krótko. W ułamek sekundy przenalizował postawę nowo przybyłych i wiedział już czym to się skończy. Krwią, albo złotem. Tak czy inaczej nie miał zamiaru oddawać ani jednego, ani drugiego. Zbyt ciężko pracował by stać się tym kim jest by dać się pomiatać jakimś rzezimieszkom. W dłoniach miał już flakon, pełen gęstego, brunatnego płynu i był w trakcie rozsmarowywania go po swojej twarzy, dłoniach i ubraniach. A chwilę potem… go nie było. W nadnaturalny sposób usuwał się z percepcji pobliskich gości Alestaira, ci wiedzieli kim był Bekhesh, które miejsce zajmował, jak wyglądał, ale w jakiś sposób ich umysły przestały go rejestrować. Jakby był odrobiną kurzu w starym, nieotwieranym od tygodni pomieszczeniu. Niczym wartym skupienia.
Wykorzystał ten czas gdy obca członkini gangu był zajęta próbą zastraszania na krytyczne przygotowania. Zdjął swoją nienaganną tunikę, złożył ją w idealną kostkę i wsunął do wewnętrznej kieszni swojego płaszcza. Następnie wspomniany płaszcz podwinął i dzięki wyjątkowo przemyślnemu systemowi sprzączek zwinął, tak że na jego plecach przypominał mały tobołek, w zasadzie plecak, podobnych do tych używanych przez kurierów domu Orien. Całość zajęła jedynie kilka sekund.
Gdyby nie Alestair pewnie porzuciłby zgromadzone towarzystwo. Miał ku temu możliwości, byłoby to nawet banalnie proste. Jego obecność wymusiła jednak na hobgoblinie czekanie na rozwój wypadków. Miał tylko nadzieję że nie ubrudzi swoich nowych spodni.
-
Zaklęcie ochronne otoczyło Borina nim błękitnoskóra zdążyła przestąpić trzeci krok. Był zawiedziony, że znów dojdzie do przemocy. I nie był przygotowany, lecz nim kolejne zaklęcie zdołało rzucone niebostatek nadleciał z ich boku i jakiś goblin zaczął wymachiwać przed nimi kuszą. Bezczelni.
Nie odzywał się na razie. Żelo już przedstawiał rabusiom jak wygląda sytuacja… i, że nie skończy się ona jak sobie wyobrazili. A to jeszcze przed odpowiedzią Boromarów.
-
Goblinka zmierzyła zbrojnokutego spojrzeniem, które miało być harde, ale szybko odwróciła wzrok od wpatrującej się w nią nieruchomej twarzy. Sposób w jaki Żelo wypowiedział tą groźbę sprawił, że nawet stojący obok lykan lekko zadrżał.
- A chuj z wami - skrzeknęła pod nosem bandytka - Szefowa się z wami rozmówi, to zmienicie zdanie.
Dała znak Hurkesowi i już miała zeskoczyć ze stołu, gdy do wnętrza karczmy wpadł ledwo mieszczący się w dwuskrzydłowych wrotach Varok. Wiele rzeczy wydarzyło się jednocześnie: Syrrix rzuciła swoim drinkiem w podłogę, dobywając miecza, goblinka wydała z siebie już wcześniej tłumiony okrzyk przestrachu, a gnollka Reilru, wykazując się najlepszym refleksem, wzskazała na alkowę Alestaira i szczeknęła donośnie:
- On był z nimi! -
Przez moment wydawało się, że uda się uniknąć walki.
Taer, zarówno profesjonalnie jak i personalnie, walki nie lubił. Między innymi dlatego, że była znaczącą dziurą w jego repertuarze zagrywek, a i fakt że nawet przy najlepszych przygotowaniach istniała niezerowa szansa na oberwanie czymś nieprzewidzianym.Niemniej, przeżył już kilka takich sytuacji. I, z dokładnością do frenetycznego przypominania sobie wskazówek Nieskonanych, pozostało mu tylko wziąć udział w tej walce.
Szerokim, wręcz teatralnym ruchem sięgnął po mieszek i uniósł go w górę aż na linię wzroku lykana, ściągając jego uwagę. Jednocześnie, znacznie dyskretniej, nogą odsunął krzesła z drogi Borina.Na tym skończyły się subtelności. Pośród piorunów, granatów i skakania po latających łodziach, jego arsenał składajacy się malutkiej różdżki wydawał się absolutnie nieadekwatny. Robił co mógł, wzmacniając zaklęcie drobnymi magicznymi przyrządami i celując - i nawet udało mu się trafić i powalić na ziemię zmiennokształtnego.
Mniej więcej od tego momentu sprawy wzieły w łeb, i nie zamierzały się poprawić.
Goblinka ze stołu w ostatniej chwili zmieniła zdanie że krasnolud nie jest najłatwiejszym celem, a do tego okazała się na tyle wprawną w machaniu ostrzem że cios który wydawał się celować w gardło, ostatecznie rozharatał nogę elfa. Rana była głęboka, mocno krwawiła, a goblinka pod samym nosem wcale nie wyglądała jakby miało to być jej ostatnie słowo. A kiedy Taer nieostrożnie stanął na zranioną nogę, ta ugięła się pod nim i wylądował na ziemi, w głowie psiocząc na sekwencję decyzji które doprowadziły go do tej pozycji.Spod stołu nie było widać zbyt wiele, ale mała alkowa błyskała wybuchami kolejnych zaklęć, granatów i bogowie wiedzą czego jeszcze. Ale jego problemy były tu, teraz i miały kształ niedużej goblinki machającej ostrym tasakiem koło jego twarzy. Odturlał się na bok, i chciał po raz kolejny odpalić zaklęcie z różdżki, licząc że przynajmniej uda mu się zmusić goblinkę do schowania za osłoną, dając mu czas wstać. I znów, rzeczywistość miała nieco inne plany niż Taer, i zamiast dostać tasakiem po plecach dostał nim po ręce wystawionej zbyt daleko.
Z jakiegoś powodu goblinka zrejterowała, dając mu nieco przestrzeni życiowej. Podniósł się na nogi, i ocenił sytuację na "polu bitwy". Z czego sytuacja eskalowała coraz bardziej, faktycznie zbliżając się do skali małej batalii.
- Ta szczelina na balkon, tu będzie najprościej ich zatrzymać - rzucił elf, nieporadnie obwiązując obficie krwawiącą łydkę - Pod tym kątem, będzie zawsze dwóch na jednego -
Pomiędzy chowaniem się przed latającymi odłamkami a bolącą ręką, opatrywanie szło dość wolno. Nagle, krwawienie ustało, a rana zrosła się w sekundę. Podniósł głowę i zza stołu dojrzał Bekesha, celującego w niego jakąś flaszką i operującego kredą magicznymi gestami.
Ten dzień był dniem cudów, wszak hobgoblin nie miał zbyt wielu powodów żeby ratować elfa - i kilka żeby czynić wręcz przeciwnie.Ale zanim zdążył mu podziękować, limit cudów został wyczerpany i wszystkie powody dla których elf unikał otwartej walki zmaterializowały się w postaci dwóch grotów czarnych strzał nagle wystających z Alastaira.
- Cofam to co powiedziałem, balkon nie jest najlepszym miejscem - elf, który dopiero co zaznał chwili ulgi po magicznym medykamencie Bekesha, zgiął się w pół i za nikłą osłoną balustrady przebiegł schronić się do środka - Spodziewałem się problemów, jeżeli przeżyjemy to moi ludzie co nieco nam opowiedzą - dodał, mimo wszystko bardziej licząc na rychłą ucieczkę strzelca niż lichą osłonę.
W tym samym duchu, ogarnął wzrokiem pobojowisko w głównej sali Króla Ognia i po raz kolejny posępnie skonstatował swoją nieadekwatność do takich zdarzeń. Niemniej, czekanie na otrzymanie swojej porcji strzał w plecy nie było najlepszym planem, i chcąc nie chcąc przygarbiony ruszył na flankę starcia które wciąż trwało na środku. Syrrix znikła, więc ostatnie zaklęcie tej walki zaaplikował jednemu z gnolli wciąż stawiajacemu opór. Kilka sekund - i pół tuzina potężnych ciosów - później było po walce.
Adrenalina powoli zaczęła opadać, i w głowie elfa zaczęły przetaczać się myśli ustawiające obecne wydarzenia na większej planszy.
-
Borin stanął w przejściu prowadzącym do alkowy, odcinając przeciwników znajdujących się w sali od reszty drużyny. Tupnął potężnie, uwalniając starożytną magię, która w jednej chwili podwoiła jego rozmiary. Ufał ochronie, jaką dawały jego zaklęcia. Dla pewności wzmocnił je jeszcze jednym czarem, który na krótkie mgnienie oka otulił go zarysem ciężkiego pancerza.
Alestair zerwał się z krzesła i przesadził barierkę, wskakując na niebostatek, podczas gdy w jego dłoniach pojawiły się dwa sztylety. O dziwo, nie miał nigdzie schowanego swojego zwyczajowego rapiera.
Syczący nienawiścią golem bojowy, tudzież wyglądająca jak golem bojowy towarzysz Thalamera wparował do środka karczmy. Varok dopadł do pierwszego ze strażników, którzy pilnowali wyjścia i zamachnął się swym rzeźnickim toporem. Cudem, tamten odskoczył w ostatniej chwili.
Hobgoblin skoczył za detektywem, zdeterminowany by go chronić. W przeciwieństwie do elfa, ten trzymał w dłoniach tylko jedno ostrze, choć z powodu kryjącej go przed percepcją magii nikt jeszcze o tym nie wiedział.
Goblinka na stole już miała ruszyć na Borina, ale jego osłony uniemożliwiły jej nawet zbliżenie się. Zamiast tego skierowała się do Taera, a jej kukri zatańczyło w zdradzieckiej fincie, dla elfa jednak łatwą do przewidzenia. Zdołał osłonić krtań przed rozcięciem, ale przypłacił to mocno krwawiącą raną przedramienia.
W tym czasie pozstałe dwa gobliny zbliżyły się ostrożniej, zanurzając końcówki bełtów w jakichś flakonikach przy pasie, po czym wycelowały w Borina. Jeden z nich w ostatniej chwili się zawahał, ale drugi strzelił do krasnoluda, lekko go tylko drasnąwszy. To jednak wystarczyło, by trucizna zadziałała i Borin poczuł się jak po kilku(nastu) głębszych.
Borin przesunął się nieco w bok, tak by framuga alkowy dawała mu choć odrobinę osłony, po czym spojrzał na Gundrika. Władał nie tylko magią ochrony, lecz także wojenną. Sięgnął po nią i posłał ku towarzyszowi impuls mocy, napełniając go szybkością i sprawczością. Nie narzucał mu swojej woli ani nie dyktował, co ma zrobić — jedynie otwierał przed nim nowe możliwości.
Napędzony tą energią Gundrik natychmiast z niej skorzystał. Wzniósł magiczną barierę, która odcięła alkowę od reszty sali. Wewnątrz niej rozkład sił uległ mocnemu przetasowaniu. Powalony przez Taera lykan zerwał się na nogi, po drodze nie tylko dostając solidny kopniak od Żelo, ale też zmieniając się w bardziej zwierzęcą formę. Ciężko było określić jego lykantropicznych przodków - gęste futro i wydłużone kończyny, ale bez kłów czy pazurów. Mimo ciężkich ran najwyraźniej nie zamierzał się poddawać, tańcząc wokół zbrojnokutego z rapierem w dłoni, dźgając go raz po raz.
Zza bariery Gundrika dało się usłyszeć szczekliwe skandowanie jakiejś inkantacji, przebijające się przez zgiełk karczemnej burdy, a gdy tylko ucichło, bohaterowie poczuli jak coś zmienia. Cała rzeczywistość zaczęła falować, niczym statek na morzu - ciężko było zrobić więcej niż jeden- dwa kroki, nie ryzykując szybkiej podróży na spotkanie z podłogą."Kiedy wchodzę ja, wszystkie oczy na mnie” - Żelo nucił sobie wchodząc na stół
Rzuciwszy prowizoryczny granat błyskowy Gundrik sięgnął do jednej z kieszeni ze sztywnej skóry zawieszonej u pasa. Niestety szklanka chybiła i poleciała w przepaść, trzeba było odwołać się do bardziej przyziemnych środków. Klapka odskoczyła i z planarnej kieszeni wyjął rzadko spotykaną broń - stalowa rura na łożysku kuszy z kolbą i prawdziwą masą kryształów, mechanizmów i wihajstrów. Skierował ją ku goblince która próbowała powstrzymać Gundrika ale cios całkiem chybił. Zdołała tylko się uchylić przed strumieniem energii wystrzelonym z głośnym trzaskiem. Nie zdołał za to uniknąć go lykan który zakrzyknął trwożliwie i padł na podłogę przeszyty wyładowaniem arkanicznej energii.
Rękaw znoszonej kurtki krasnoluda zapłonął ogniem odsłaniając pulsujące pod cienką kolczugą smocze znamię domu Kundarak.Alestair zaatakował goblina szybkimi cięciami, w których brakowało jednak jego zwyczajowej finezji i biegłości. Jedno jedyne draśnięcie wywołało jedynie lekceważące prychnięcie napastnika - detektyw zdecydowanie nie był w formie. Goblin wykorzystał to sprytnie, markując cięcie, w ostatniej chwili obracając ostrze kukri i tnąc Alestaira w udo.
W tym czasie w głównej sali tawerny rozpętało się istne pandemonium. Co bitniejsi goście Króla Ognia stawiali czoło bandytom z Daask, ale znaczna większość starała się umknąć na zewnątrz, do bocznych pomieszczeń, albo chociaż tłocząc się w alkowach. Przez ten panikujący tłum w stronę Varoka przedzierał się jeden ze zbrojnokutych ochroniarzy Syrrix. W marszu, nie przejmując się ryzykiem trafienia postronnych, wyciągnął w jego stronę pancerną dłoń, tą niezakończoną mieczem. Jeden z zamocowanych na przedramieniu kryształów zabłysnął i w stronę towarzysza Thala pomknęła błyskawica, trafiając bez pudła.
Drugi zbrojnokuty, fartem uniknąwszy trafienia ogromnym toporzyskiem, wymierzył Varokowi kopniaka pod kolano, wytrącając z równowagi, po czym wpadł na niego całym ciałem, jednocześnie tnąc mieczem. Nie udało mu się pchnąć nim o ścianę, ale dał sobie dość miejsca, po posłać błyskawicę prosto w Thalamera. Magowi poszczęściło się jednak i zdołał uskoczyć.Varok sapnął, jednak wcale nie chciał odpuszczać, skoro znalazł się w zasięgu przeciwnika. Stalowe rękawice wyprowadziły kolejną serię ataków.
Dwa potężne ciosy toporem weszły niby rozpalona żagiew w sam środek prochu. Drab zaatakowany przez Varoka niemalże eksplodował, przygnieciony stalową furią konstruktu. Zdawało się, że nawet nie miał czasu, żeby jęknąć. Uderzenia, podobne w sile wystrzałom salwy, zmiażdżyły ochroniarza, pozostawiając poskręcane pozostałości żelaza i styków, które iskrzyły i syczały.
– To pierwsza z ofiar na ołtarzu bitew… – warknięcie Varoka brzmiało, niby zgrzypienie stali.
Hobgoblin zmrużył nieco oczy i skupił się na będącym w pobliżu Alestaira goblinie. Zero ogłady. Zero kultury. Skryty pod osłoną swojej “niewidzialności” zakradł się za plecy pokurcza i dźgnął go sztyletem, celując w kręgosłup szyjny. Niestety dla Bekhesha, zielonoskóry miał szósty zmysł i w ostatniej chwili się szarpnął, tak że ostrze “jedynie” zatopiło się w jego barku. Jakimś cudem uniknął też kolejnych cięć Alestaira, po których detektyw… wycofał się, jakby pozwalając hobgoblinowi dokonczyć dzieła.
– Komplikacja? – Thal rzucił w przestrzeń. – Hm. Nie wygląda skomplikowanie.
– Zamknij się i czyń magię – Varok odparował, choć niepytany.Jeszcze. Najemny mag bacznie obserwował bitwę, która toczyła się na drugim końcu sali. Jeśli by tylko zgraja wykazała się nieco większym poziomem organizacji, cóż, mogliby hurmem rzucić się do drzwi wyjściowych. A to byłaby… Komplikacja.
Obie z dłoni Thalamera pokrył czarny płomień, kiedy mag wziął na swój cel Syrrix. Mag nakreślił symbol w powietrzu, który zawisł na parę sekund. Zaraz potem wystrzelił z niego pocisk, który mknął prosto na Syrrix. Gdy ta wyczuła, co zrobiło z nią zaklęcie, zmierzyła Thalamera absolutnie morderczym spojrzeniem.
- Cofniesz to, albo wypruję ci flaki! - wrzasnęła, ale widząc, co z jej ochroniarzem zrobił Varok, rozsądnie nie podeszła. Zamiast tego ruszyła w stronę bariery Gundrika, sięgając do noszonego na plecach miecza. Jej stopy stąpały w powietrzu, unosząc ją jakieś pół metra nad ziemią. Stanęła blisko półprzejrzystej ściany, z wściekłością wypisaną na twarzy, i ryknęła dzikim, zwierzęcym, mrożącym krew w żyłach głosem.Gundrik na okrzyk, pewnym i niewzruszonym głosem odpowiedział na ryk.
-Chłopcy!! Nowa kanalia do upolowania!! - co wyraźnie zbiło półogrzycę z tropu. Najwyraźniej niewielu potrafiło tak się jej postawić. -
Ukryty pod płasczem swojej “niewidzialności”, czy też raczej “niepercepcji” Bekhesh obserwował rozwój wypadków z niemałą dozą irytacji. Wszystko co się tutaj działo było dramatycznym marnotrawstem czasu i środków, o nieprzewidywalności potencjalnych reperkusji nawet nie wspominając. Miał jednak nadrzędny cel którym była ochrona Alestaira i gdy tylko zauważył że goblin z którym ten się mierzył zaczyna sprawiać problemy natychmiast wszedł do akcji. Krótkie dźgnięcie nożem sprawiło że ponownie stał się “zauważalny”, pożyczona magia była słaba. Po pierwszym ciosie pokurcz wciąż stał na nogach, co gorsza goblin spróbował wymknąć się Bekheshowi, ale kiedy hobgoblin już zamierzał się do ataku, by wykorzystać otwarcie, to okazało się być zmyłką. Mały nożownik zawinął się w piruecie, tnąc przeciwnika po skroni - gdyby nie zwinność Bekhesha, krew właśnie zalewałaby mu oczy, a tak skończyło się “jedynie” na solidnej ranie. Pokurcz wykorzystał ten moment nieuwagi, by odskoczyć na sam dziób łodzi - w drugiej dłoni zamiast porzuconej po drodze kuszy dzierżył już koniec liny z hakiem. Hobgoblin nie miał zamiaru jednak odpuścić. Skrócił dystans i niemal wpadł całym swoim ciałem w mniejszego przeciwnika, efektywnie ograniczając jego mobilność. Goblin próbował jeszcze odskoczyć, ale krótkie pchnięcie otarło się o twarz zielonoskórego który stracił równowagę i z krzykiem spadł ze statku. Wolną dłonią Bekhesh ucisnął krwawiącą skroń, starając się uratować swoje ubrania przed zniszczeniem.
Dopiero teraz miał chwilę na rozejrzenie się po otoczeniu. Wyglądało na to że elf… Taer? Miał niejakie problemy z efektywnym pokonaniem swojego oponenta i obficie krwawił. Architekt skrzywił się delikatnie i gładkim ruchem odpiął od pasa niewielki kryształowy flakonik. Jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki w jego drugiej dłoni pojawił się kawałek kredy, którym wyrysował na przedmiocie jakiś symbol i zmrużył oczy. Kryształ zaczął wykrzywiać się i buzować, niemal jakby zawarta w nim magia chciała wyrwać się na wolność. Bekhesh na to pozwolił, a rany Taera zaczęły się zamykać z nadludzką szybkością. Nie czekając nawet na efekt swoich działań, ani na podziękowania, ruszył spokojnym krokiem w kierunku walki.
Zrobił ledwie kilka kroków kiedy bardziej poczuł niż zauważył że coś jest nie tak. Wyczuł czarną śmierć pędzącą w kierunku Alestaira, w głowie obliczał łuki które pokonywały pociski, opór powietrza, potencjalne możliwości wyjścia z tej sytuacji. Gdyby pociski celowały w niego zdążyłby zareagować. Nie miał jednak jak przekazać tej wiedzy detektywowi. Bezradnie patrzył jak strzała wyrasta mu z piersi i druga przebija gardło pół-elfa. Ułamek sekundy później spadał w dół.
- Lecę za Alestairem - oznajmił głośno Bekhesh, wycofując się z walki - wiecie gdzie mnie szukać, spotkamy się na miejscu. - mówiąc to skupił się na czymś, a będący w pobliżu wyczuli że coś się wydarzyło. Nie było widać ani czuć niczego oczywistego, poza niejasnym uczuciem że hobgoblin zrobił coś nadnaturalnego. Zgrabnie starał się odskoczyć w kierunku zacumowanych niebostatków, ale żyroskopowa magia sprawiła że jego błędnik zaczął wariować i z impetem uderzył o ziemię. Przynajmniej padając zobaczył skrzydlatą bladą sylwetkę odrywającą się od muru mniej więcej z tego miejsca skąd musiały paść strzały.
Podniósł się, otrzepał ubranie i ponownie uniósł kawałek kredy. Tym razem zaczął rysować mistyczne symbole na niewielkiej sakiewce którą nosił u pasa. Skupił się przez moment, a magia zawarta w przedmiocie uległa wypaczeniu. Hobgoblin teatralnie odpiął ją od pasa, otworzył przed sobą i włożył do środka swoją głowę, która nagle pojawiła się w powietrzu kilka metrów dalej. Zgrabnym ruchem przeciągnął “wrota” sakwy przez swoje ciało i przestąpił na drugą stronę materializując się w całości na pokładzie jednej z podniebnych łodzi.- To był Scrimshaw! - zawołał jeszcze do innych współpracowników Alestaira i zaczął rozglądać się za detektywem. Kilka poziomów niżej wisiał zacumowany mały niebostatek z potrzaskanym bokiem markizowego daszku - spadając, Alestair musiał weń uderzyć.
Podczas kiedy walka w głębi karczmy się kończyła hogbgoblin siadał już za sterami niebostatku, z nienaturalnym skupieniem malującym się na jego twarzy. Jego ruchy były wyćwiczone, niemal automatyczne, ale równocześnie nieco sztywne i robotyczne. Przekładał manatki lewą ręką, prawą pewnie trzymając stery. Drewno z którego pojazd był zbudowany zawibrowało.
- Tracimy czas. - powiedział płaskim i cichym głosem, bardziej do siebie niż do kogokolwiek innego, po czym odezwał się ponownie, teraz głośniej i wbijając spojrzenie swoich płomienno pomarańczowych oczu w Taera. Jedynego współpracownika Alestaira który był w jego polu widzenia. - Elfie. Lecisz ze mną?- Tak, ale bez tego goblina - Taer ostrożnie przeszedł na pokład, i schylił się przeszukując nieprzytomnego napastnika - Wystarczy że ja będę obciążeniem w walce, jeniec nam nie potrzebny. Choć jego kusza… Borinie! - zawołał, wyciągając pakiet dokumentów zza pazuchy
- Dobrze. - potwierdził hobgoblin i uniósł się z siedziska aby pomóc z przepchnięciem ciała na twardy grunt. Z niesmakiem wytarł po tym dłonie o chusteczkę którą znalazł w jednej z kieszeni swojego płaszcza. - Tamtędy spadał Alestair. - powiedział wskazując zaparkowany niżej niebostatek z połamanamy elementami - Wypatruj go, jeśli chcemy żeby przeżył musi otrzymać pomoc niezwłocznie. - jakby na potwierdzenie jego słów pojazd w którym byli zawibrował jakby chciał ruszyć w odsieczy. - Jeśli ktoś jeszcze chce z nami lecieć to macie ostatnią szansę! - zawołał do sojuszników którzy zajęci byli Siberys wiedział tylko czym.
Borin nie zareagował od razu na wezwanie Taera. Upewniał się, że walka skończona i ich przeciwniczka opuściła Króla Ognia. Było bezpiecznie.
- Idę! - zawołał, gdy miał pewność, że wszyscy są bezpieczni. - Zostanę z Gundrikiem by zabezpieczyć teren i upewnić się, że za tą akcją nie stoi nic więcej.- Byłoby źle, gdyby zginęły na dole - Taer, nawet z nogą na skrzynce kapusty, ledwo sięgnął do krawędzi balkonu żeby podać krasnoludowi dokumenty, a niebostatek już nie tylko się obracał, a także zaczął opadać - Lećmy
-
Widząc, w jakiej sytuacji się znalazła, do niedawna pewna siebie goblinka podjęła najrozsądniejszą decyzję – wzięła nogi za pas. Prześlizgnęła się między nogami Żelo, skoczyła na krzesło, by potem przesadzić barierkę. Po drodze porzuciła broń i sięgnęła do przytroczonej u pasa liny z hakiem, który zaczepiła o balustradę, licząc chyba na to, że przeciwnicy nie będą złośliwi. Sekundę później ześlizgiwała się już na taras poniżej.
Jej pobratymcy nie ruszyli się z miejsca, nie mając pewności z kim się zmierzyć: z całą bandą schowaną za barierą czy potworem który właśnie zmiażdżył ochroniarza Syrrix? Ona sama była tuż obok, więc ucieczka pewnie nie wchodziła w grę…
Ostatecznie ponownie sięgnęli do fiolek z truciznami, zatruwając bełty i posyłając je w Varoka. Jeden z nich trafił między płyty pancerza, ledwie drasnąwszy olbrzyma, któremu trucizna w ogóle wydała się nie szkodzić. Stojąca wśród nich Reilru skupiła się na swoich pobratymcach, splatając między nimi magiczną więź.
Borin pozwolił sobie na chwilę spokoju w chaosie bitwy. Musiał odzyskać… balans, wytrącony wcześniej goblińską trucizną. Stanął oparty o stół składając dłonie i koncentrując się na swoim wnętrzu. Wydawał się łatwym celem dlatego Gundrik przesunął lufę swojej broni w kierunku wejścia do loży wznosząc ją i opierając o ramię. Zagwizdał a tafla energii którą wcześniej przywołał przesunęła się nieco.
KLOMP, KLOMP, KLOMP. Stalowe buty Varoka odbijały się echem po podłodze Króla Ognia, konstrukt jednak nie zauważył działającego niedaleko totemu. ŁU-BDMM. Głuchy dźwięk stali uderzającej o podłogę rozniósł się jak grom, a posiadacz rogatego hełmu sapnął z wściekłości. Uderzając, przeciwnik, który moment wcześniej trafił go kolejną błyskawicą, wymknął się toporowi w ostatniej chwili. Chwilę potem jednak Varok, nagle pod wpływem zaklęcia, zachwiał się i z rumorem uderzył w posadzkę.
– Przeklęte sztuczki! – z wnętrza stalowego pancerza dobył się pełen wściekłości ryk.
Wyglądało na to, że to był właśnie moment, na który wyczekiwaĺy gnolle. Pierwszy dopadł do leżącego i ciął go swoim zakrzywionym ostrzem w lączenie zbroi, nie tylko zostawiając krwawiącą ranę, ale też utrudniając mu poruszanie.Tymczasem palce Thalamera rozbłysły złotym światłem, kiedy ten podbiegł nieco bliżej. Mag zakreślił znak w powietrzu, a złota poświata rozbłysła na jeden oddech wokół Varoka. Cokolwiek Thalamer uczynił sprawiło, że wrzucony między kleszcze Varok sapał wścieklej i z większą werwą.
Syrrix widząc, jak jej ludzie są masakrowani przez gości z balkonu, straciła nieco rezon. Odpowiadziała wulgarnym gestem na wyzwanie Żelo i wydała z siebie kolejny okrzyk, jednocześnie mgnieniu oka rosnąc do rozmiarów ogra.
-Nie strasz nie strasz bo się zesrasz! - huknął Gundrik
Diablę warknęło wściekle, po czym ruszyło w stronę Varoka.-Najpierw ten wielki! - krzyknęła, nie spuszczając jednak wzroku z Żelo.
Odzyskawszy wewnętrzną równowagę Borin przywołał jeszcze jeden rodzaj magii. Przymknął oczy i ukształtował manę. Przez krótką chwilę za jego plecami rozbłysła sylwetką dwugłowego orła, którego każda z głów wypatrywała innego celu. W tej samej chwili jego towarzyszy przeniknęło osobliwe uczucie… jakby dostrzegali kilka możliwych przyszłości naraz. Zaledwie ułamki sekund naprzód, lecz to wystarczało, by instynktownie wybierać najkorzystniejszy moment i najdogodniejszy cel. Natychmiast postanowił skorzystać z tego Gundrik. Widząc że żaden z przeciwników nie złapie się na jego prowizoryczną pułapkę przeszedł do kontrataku. Subtelnym gestem przesunął pod siebie i Borina taflę bariery kształtując ją w zdobioną krasnoludzkimi motywami łódź. Zasilany przez pobratymca zdołał pchnąć ten magiczny wehikuł wraz z sobą i towarzyszem ponad szynk w głównej sali Króla Ognia. Z wysokości strzelec błyskawicznie ocenił kogo łatwiej będzie trafić. W umyśle przemykały mu podsunięte przez czary i jego własne wynalazki możliwości. Widząc że przywódczyni zbirów jest zbyt mocno obstawiona skierował rózgę na gnollicę której totem tak paskudnie załatwił Varoka chwilę temu. Gundrik nacisnął spust. Rozległ się huk, sypnęło iskrami, a broń podskoczyła puszczając kłąb dymu o niebieskawym arkanicznym zabarwieniu. Gnollica nawet nie szczeknęła gdy brutalnie rzucił nią o podłogę impuls energii… pocisk? Cokolwiek co zrobiła broń Gundrika ostatecznie spacyfikowało przeciwnika.
-Ścierwa… - wymamrotał manipulując mechanizmami arkamicznego oręża.
Pozostały przy życiu ochroniarz odskoczył od Varoka, skupiając się na swojej szefowej i Żelo. Ostatni kryształ na jego przedramieniu wypalił się, gdy wystrzelił błyskawicę, która ugodziła zbrojnokutego, a zaraz po tym sięgnął do jakiegoś urządzenia na klatce piersiowej. Błyskawiczny ruch wystarczył, by po jego ciele rozlała się fala leczącej energii.
W tym czasie kolejni napastnicy okrążali leżącego Varoka, niczym sfora dzikich psów, tnąc i szarpiąc ogromną, odzianą w stal postać. Ten jednak wydawał się niemal niezniszczalny, niewiele robiąc sobie z kolejnych ciosów.
Podnosząc się, sapał za każdym razem, kiedy raz sięgnął jego pancerza. Z wnętrza, oprócz syknięć, które zapewne były jakimś wyrazem bólu konstruktu, jednak wokół tych pomruków czaił się też śmiech.– Wy? – zimny głos dobył się z wnętrza pancerza. – Skręcę karki każdemu z was z osobna, jeśli trzeba będzie…
Varok ciął toporem na odlew, nagle znajdując lukę. Berdysz uderzył jednego z goblinów pod klatkę: rozległo się mokre chrupnięcie, a z bebechu trysnął galon krwi. Goblin znieruchomiał.Podobno szaleństwem jest robić tą samą rzecz raz po raz i oczekiwać innych rezultatów. Jednak w przypadku Syrrix w tym szaleństwie była jakaś metoda - trzeci z kolei ryk sprawił, że bohaterów zmroziło, odbierając im równowagę i chęć do walki.
I nie był koniec ich problemów… -
Iskra
Miało być bez walki.
Gdy Varok wpadł do środka, ledwo mieszcząc się w dwuskrzydłowych wrotach, kilka rzeczy wydarzyło się jednocześnie. Syrrix cisnęła drinkiem o podłogę i dobyła miecza, goblinka wydała z siebie tłumiony wcześniej okrzyk przestrachu, a Reilru, wykazując się najlepszym refleksem, wskazała na alkowę Alestaira.
– On był z nimi! – zaszczekała donośnie.
Taer dopadł lykana pierwszy i powalił go na ziemię.
Żelo uznało negocjacje za zakończone. Z prawej dłoni wysunęło niewielkie pręty. Najpierw przemknęły po nich iskry, a oddech później między stalowymi palcami trzaskały już regularne wyładowania.
Lykan podnosił się właśnie z podłogi, gdy jego ciało zaczęło przemieniać się w bestię.
Żelo nie czekało na rozwój wypadków. Wymierzyło cios, a wokół zatrzeszczały błyskawice. Tarcza bez problemu osłoniła zbrojnokute przed kontrą, a Gundrik dobrze wymierzonym strzałem ostatecznie powalił lykana.
Układ nagrywający rejestrował cywilów opuszczających scenę bitwy.
Opuszczali ją jednak za wolno.
Tymczasem Żelo wiedziało już, dokąd prowadzi iskra.Burza
Żelo weszło na stół.
Mebel zatrzeszczał pod jego ciężarem. Z jakiegoś powodu ruch wywołał zakłócenie równowagi. Wewnętrzne żyroskopy wskazały wychylenie, które nie powinno pozwolić na utrzymanie pionu.
A jednak blok stali z tarczą i burzą w dłoni utrzymał się na nogach.
Poszycie pancerza zmieniło wygląd. Dla postronnego obserwatora czerwień ustąpiła srebru, a matowa czerń zbroi nabrała metalicznego połysku.
Oto powód, dla którego co najmniej kilku członków rodu Cannith chciało rozebrać Żelo na części. Zbrojnokute nie powinny przecież same się modyfikować.
Goblinka uznała najwyraźniej, że dalsze przebywanie na jednym stole z Żelo nie leży w jej interesie. Prześlizgnęła się między szeroko rozstawionymi nogami zbrojnokutego, odbiła od krzesła i chwilę później zniknęła za balustradą.Tymczasem Syrrix uniosła się w powietrze i spróbowała narzucić wszystkim swoją wolę.
Zastraszanie? Kontrola?
Dla Żelo różnica nie miała większego znaczenia.Osłoniło się tarczą, a Gundrik i Borin zdali się jakoś przełamać dziwny efekt. Zbrojnokute było im wdzięczne. Wiedziało też, że nic nie powstrzyma już walki między nimi.
Wskazało Syrrix. Błyskawice zatańczyły po prawej dłoni, po czym naelektryzowana pięść z hukiem uderzyła w tarczę.
Wyzwanie nie wymagało słów.Syrrix zrozumiała.
Odpowiedziała gestem, po czym nagle zaczęła zwiększać swoje rozmiary. Swoje i swojej broni.
Ruszyła w stronę Varoka, ale nie spuszczała wzroku z Żelo. Wyzwanie zostało przyjęte. Po prostu kolejność celów była inna.Grom
„Przekierowano ładunki baterii do układu ruchu.”
Żelo ruszyło niczym taran.
Stół pękł pod jego ciężarem. Kolejne stoliki odbijały się od tarczy. Gobliny rozpierzchły się przed szarżą, nie wszystkie dostatecznie szybko. Reilru i ochroniarz Syrrix również znaleźli się na drodze zbrojnokutego.
Żelo ledwo utrzymało się na nogach. Wewnętrzne żyroskopy wskazywały wychylenie, które nie powinno pozwolić na zachowanie równowagi.
A jednak stało.
Kolejny strzał Gundrika zdjął Reilru, wcześniej trafioną przez Żelo.
A potem były już tylko gromy.
Ochroniarz. Syrrix. Cios za ciosem.Pole widzenia zapełnił czerwony ostrzegawczy kolor. Kolejne uderzenia odrywały fragmenty pancerza. I chociaż pięść wciąż siała błyskawice, po następnych ciosach Żelazny Obrońca Mk VII przeszedł już przede wszystkim do obrony. Systemy naprawcze z sykiem pary łatały płyty pancerza na barku tylko po to, by chwilę później odpadły z hukiem po kolejnym celnym ciosie ogromnej przeciwniczki.
„Alestair.”
Rejestrator na skraju pola widzenia wychwycił detektywa.
Pierwsze trafienie.
Drugie.
Upadek za balustradę."Trajektoria. Wysokość. Brak możliwości natychmiastowej pomocy."
Ocena szans na przeżycie dawała wynik, którego Żelo nie chciało analizować ponownie.
Nie miało jednak czasu tego robić.
Syrrix nadal była przed nim. Ochroniarz nadal walczył, a pod stopami Żelo zbierała się tęczowożółta substancja o ostrym zapachu chemikaliów.
Jego „krew”.
W końcu Żelo padło na plecy z hukiem gromu.
„Przerwać nagrywanie?”
Ostatkiem sprawności i wyuczonym ruchem uniosło tarczę. Gdy miecz olbrzymki w nią uderzył, rezonans sprawił, że zadrżała podłoga.
– Tym razem przeżyłeś – usłyszało.
Obraz przeciwniczki się rozmył.
Syrrix zniknęła.
Żelo podniosło się i natychmiast otrzymało cios od ochroniarza. Płyta pancerza na ramieniu opadła, odsłaniając przewody hydrauliczne splątane wokół układu stalowych tłoków osadzonych na drewnianym rdzeniu.
Ot, jakby ktoś zdarł z niego skórę, odsłaniając mięśnie, kości i naczynia krwionośne. Czy też ich odpowiedniki opatentowane przez Cannith.
Pięść otoczona wyładowaniami ruszyła w stronę ochroniarza. Miała to być kończąca walka odpowiedź, ale uszkodzone układy oceny odległości miały inne zdanie. Pięść wielkości młota minęła cel prawie o stopę.
I wtedy, kolejny już raz, Gundrik dokończył coś, co Żelo zaczęło.
Ochroniarz padł.
On padł.
A Żelo stało.Nie minęła nawet minuta. Zapas sprawnych układów malał, część poszycia wisiała luźno, z pęknięć wyciekała „krew”, a kolejne systemy zgłaszały przeciążenie.
Żelo wciąż jednak utrzymywało pion.
Cisza
Cisza przyszła niespodziewanie.
Przez kilka kolejnych sekund Żelo nie składało tarczy. Czerwone punkty udające oczy przesuwały się po pobojowisku, po leżących przeciwnikach, po uciekających i po tych, którzy stracili ochotę do dalszej walki.
Po pustym miejscu, w którym przed chwilą stała Syrrix.
Borin i Gundrik również jej szukali.Nic.
Dopiero gdy stało się jasne, że przeciwniczka opuściła pole walki, Żelo pozwoliło systemom przejść z trybu bojowego.
Wraz z ciszą przyszło coś znacznie mniej użytecznego niż ból.
Brak działania, które mogłoby zmienić to, co już się wydarzyło.„Alestair.”
Pomysły dotyczące kolejnych kroków zaczęły układać się same.
Trzeba było ustalić, co się z nim stało. Trzeba było dostać się do jego biura. Trzeba było dokonać niezbędnych napraw. Problemy można było rozwiązywać. Wystarczyło znaleźć następny krok.Tarcza zwinęła się do lewego przedramienia. Błyskawice zgasły.
-
Borin przeszedł się pośród pokonanych, szukając ran wymagających opatrzenia, ale nie znalazł nikogo czyjemu życiu zagrażałoby niebezpieczeństwo… po drodze tylko rozbroił pokonanych z tych oczywistych broni. Nie miał zamiaru ich teraz dokładniej przeszukiwać.
Skierował swoje spojrzenie na nieprzytomną, teraz już opartą o szynkwas, Reilru. Jego lewe oko zalśniło pomarańczowo na krótki moment. Spojrzał na ostatniego przytomnego gnolla, Gundrik właśnie nim dysponował, aby upozycjonować w niezagrażającej nikomu pozycji, więc uwagę miał zajętą. Świetnie. Borin stanął tak aby nawet jakby spojrzał nie było czystego widoku i – poprzez materiał koszuli – dotknął palcem amulet na swojej piersi. Gdy znów podniósł oczy tym razem błyszczały na fioletowo i w parze.
Borin podszedł z drobną dozą niepewności do duo: Thalamera z Varokiem. Nieco ostentacyjnie, z drobnym rozbawionym uśmieszkiem.
- Wyczuwam tu subtelnie cierpką woń olejów wypływających z metalicznych żył. Niekoniecznie cię doprowadzę do świetności z jaką dzisiaj witałeś poranek, ale myślę, że mogę tu sporo pomóc.Varok rzucił spojrzenie na Borina, jakby Thalamer nawet nie istniał. Pomimo swej wielkiej sylwetki, konstrukt milczał; niepodobna było rzec, czy była to duma, czy też Varok po prostu rozważał, czy oferta pomocy mogła być jakimś rodzajem krotochwili tudzież obelgi.
Wreszcie, rzekł Thalamer:
– Będziemy potrzebować jakąkolwiek pomoc, tedy dzięki ci, panie Borin – mag skłonił się lekko. – Varok, zaakceptujesz pomoc cnego pana Borina który sam ze się, w ramach kooperacji, chce dokonać ulepszenia mocy uderzeniowej szwadronu.
Varok drgnął, słysząc głos maga, którego uśmieszek nie wydawał się spełzać z twarzy. Konstrukt przez jedną chwilę spojrzał ognistym wejrzeniem na Thala, jak gdyby obiecując mu zemstę także i za to. Rzekł wreszcie:
– Zaiste, pracuj – nadstawił swój potężny bark i pancerz, który został rozerwany przez pomagierów Syrrix.
Borin kiwnął i ściągnął ściągnął brunatną rękawiczkę z lewej dłoni, ujawniając magitechową protezę, którą jeszcze dalej odsłaniał podwijając rękaw aż za mechaniczny łokieć. Szarpnął równie gwałtownie co zdawkowo, pozwalając sile bezwładności uchylić skrytkę z której wytoczył się pas z narzędziami, wyraźnie pojemniejszy niż miał prawo się zmieścić w tak ciasnej przestrzeni, bez choćby sporej szczypty magii. Wybrał narzędzia i zaczął pracę, która też wyraźnie zasilana była jakiegoś rodzaju magią, bo metal ciała Varoka giął się w jego dłoniach nie trudniej niż glina o wyjątkowo kooperatywnym stosunku. Łaty pasował jak ulał przy pierwszym przyłożeniu i trzymały się jakby smarowane były klejem, co chwytał w idealnym momencie.
- No. Wstępnie gotowe. Na tę chwilę jest to, rzecz jasna, rozwiązanie tymczasowe, ale dajże mi moment, a utwardzę to należycie, żeby już zostało tak, jak jest.
– Twa ofiara zostanie dodana do Ołtarzu Bitew – zimny głos, pozbawiony emocji, wydobył się z hełmu Varoka.
- Tsk… to dla ciebie. Wojna dawno dostała ode mnie wszystko co zamierzałem jej dać, ale podumać możemy o tym później. Teraz gdzie indziej jestem potrzebny.
– Dzięki ci, cny panie Borin! – Thalamer jowialnie zrobił ukłon, wirując swoimi powłóczystymi szatami, w tym samym czasie sięgając po uprzednio przyrządzone eliksiry. – Varok, nie spodziewam się twej wdzięczności, tedy weź to, i to, i tamto.Leczące mieszaniny - fiole wypełnione złotawym, podobnym do miodu napojem błysnęły w zręcznych palcach Thalamera, który przekazał je do konstruktu.
– Tam, gdzie idziemy, będziemy potrzebować jakiejkolwiek siły oporu. Rzekłbym, że zapomnianym przez bogów mieście, ależ wszak obecność magii boskiej jest niezaprzeczalna w tej dziurze, niestety! Chociaż nie opatrzności… Ha-ha. Panie Borin, tysiąc podziękowań dla ciebie. Potrzeba mi wyruszyć czym prędzej, żeby zabezpieczyć resztki naszego chlebodawcy. W onym nieszczęsnym wypadku chciałbym ogłosić, że zaklepałbym sobie mózg naszego drogiego przyjaciela, sądzę, że mógłby mi się przydać do wielu interesujących eksperymentów, które pominąć chciałbym na wypadek pozostania wrażliwych niewiast w tym dostojnym przybytku. Varok?
Konstrukt, dopijając ostatnią z mieszanin, skinął głową.
– Gotów na zadanie śmierci – Varok mruknął.
– Wspaniale! Niebostatkiem w dół! Czy znajdzie się dla nas miejsce? Ach, wszakże nie potrzeba, przygotowałem się właśnie na możliwość braku miejsca.Mag i Varok ruszyli w stronę hobgoblina, który zdawał się majstrować w niebostatku.
Krasnolud, z pewnym stresem, podszedł do zbrojnokutego, który przybył jako ochroniarz Syrrix. Jego towarzysz leżał w częściach, między stołami. Z nim już nic nie dałoby się zrobić. Ten teraz wcale nie wyglądał wiele lepiej.
Leżał oparty o przewrócony stół, z jedną nogą wygiętą pod nienaturalnym kątem. Płyty pancerza na torsie miał wgniecione tak głęboko, że nachodziły na siebie a jedna wprost pękła. Z rozszczelnionych przegubów wystawały pęki stalowych linek i miedzianych przewodów, a do tego sączyły się smary i oleje. Mechanizm barkowy ledwie się trzymał na miejscu. Drobna dźwignia i łatwo byłoby go urwać. Twarz miał częściowo oderwaną odsłaniając skomplikowany układ soczewek, przekładni i zębatek.
Borin strzyknął śliną.
- No dobrze… zobaczymy co da się zrobić.
Najpierw zabezpieczył ostrze twardo wmontowane w rękę. Tego nie był w stanie rozbroić, ani nie chciał go okaleczać pozbawiając całej kończyny. Zadowolił się obwiązaniem dwoma obrusami. Zabezpieczenie łatwe do pozbycia się, ale wymagające cennych sekund. Potem przeszukał czy nie posiada więcej ukrytych ostrzy, czy broni i nic nie znalazł. To oczywiście niewiele oznaczało, ale pracował z tym co miał. Na całkowite rozłożenie go nie było czasu. Potem powtórzył procedurę z Railru. Potwierdzenie, że Gnuuth – ostatni przytomny gnoll – nie widzi… Pomarańczowy odblask w oku a potem fioletowe światło. Skrzywił się i strzelił - śliną niezadowolony gdy ono zgasło.
- No nic. Do roboty.
Odnowił magiczną protekcję i zaczął pracę. Najpiew pozbył się tego co teraz już tylko przeszkadzało. Niektóre przewody po prostu odciął, inne łączył roboczo, a jeszcze inne udało się wyplątać z pogiętych elementów konstrukcji. Wymontował najbardziej zdruzgotane płyty fragmenty pancerza. Nie próbował ich prostować. Właściciel zrobi z nimi potem co sam uzna za słuszne, ale raczej były do utylizacji… Ten demontaż pozwolił mu zajrzeć wgłąb piersi.
- Aha. Niedobrze.
Kilka zębatek głównych przekładni napędowych było wyszczerbione. Jedna zupełnie strzaskana, ale mechanizm wciąż się obracał. Łącza energetyczne były niemal całkowicie zerane z mocowania. Borin docisnął je na miejsce i unieruchomił kawąłkiem drutu. Zamiast właściwego zacisku użył śrubki z własnej kolekcji.Więcej czasu zajęło poskładanie najważniejszych mechanizmów. Nie celował w pełną operatywność. Doprowadzenie się do pełnej funkcjonalności będzie jego własnym zmartwieniem.
Jeszcze nim to dokończył zabrał się za nogę. Staw był zniszczony. Wymagałby dłużej pracy, więc zrobił najlepsze co się dało. Wsunął stalowy pręt i ustabilizował go, aby usztywnić całe kolano.
- Chodzić będziesz. Tylko niezbyt elegancko.Najwięcej czasu zajęła mu ręka. Bo z niej zbrojnokuty miał jeszcze skorzystać w najbliższej przyszłości. Borin znalazł oderwane ściegno ze stalowej linki. Długimi szczypczykami przeciągnął je przez prowadnice i połączył z gniazdem w głębi “pachy”. Jeden z brakujących elementów dał radę zastąpić odpowiednio opiłowanym fragmentem pancerza, wcześniej odrzuconym do “utylizacji”. Cóż… został zutylizowany!
Sięgnął w głąb piersi konstruktu i ostrożnie zakręcił jedną z przekładni. Ręka drgnęła. Dokonał kilku korekt i był już w stanie zacisnąć ją w pięść.
- To teraz, prosiłbym, o więcej zdziwienia i wdzięczności niż agresji…
Mruknął rozcierając dwa magitechowe smary, a wraz z tym jak się mieszały błyskały coraz intensywniej błękitnymi wyładowaniami.
Rzucił spojrzenie do Gundrika, potwierdzając, że towarzysz go ubezpiecza i włożył obie dłonie w głąb piersi konstruktu, obydwoma chwytając jego swoiste “serce”. Smary nagle wymieszane z znacznie gwałtowniejszej objętości błysnęły raz, drugi… z każdym ciałem zbrojnokutego wstrząsał skurcz. Chwilę po tym jak krasnolud wyciągnął dłonie ze środka błysnęło po raz trzeci. Nie nie intensywniej, ale dłużej.
Cześć! Wygląda na to, że jesteś zainteresowany tą rozmową, ale nie masz jeszcze konta.
Masz dość przewijania tych samych postów za każdą wizytą? Po zarejestrowaniu konta zawsze wrócisz dokładnie do tego samego miejsca, w którym byłeś wcześniej, możesz wtedy również wybrać opcję otrzymywania powiadomień nowych odpowiedziach (e-mailem lub powiadomieniem push). Będziesz też mógł zapisywać zakładki i głosować na posty, aby okazać uznanie innym członkom społeczności.
Z Twoją pomocą tez post mógłby być nawet lepszy 💗
Zarejestruj się Zaloguj się