Przejdź do treści
  • Kategorie
  • Ostatnie
  • Tagi
  • Popularne
  • Świat
  • Użytkownicy
  • Grupy
  • Strona startowa
Skórki
  • Jasny
  • Brite
  • Cerulean
  • Cosmo
  • Flatly
  • Journal
  • Litera
  • Lumen
  • Lux
  • Materia
  • Minty
  • Morph
  • Pulse
  • Sandstone
  • Simplex
  • Sketchy
  • Spacelab
  • United
  • Yeti
  • Zephyr
  • Ciemny
  • Cyborg
  • Darkly
  • Quartz
  • Slate
  • Solar
  • Superhero
  • Vapor

  • Domyślna (Cyborg)
  • Brak skórki
Zwiń
Patronite
  1. Start
  2. Sesje inne
  3. Rozgrywka
  4. 21 dni Kwarantanny
21 Dni
GaranilG
Garanil jako
Mistrz Gry
Mistrz Gry
MilobM
Milob jako
Maksymilian Kruk
Dawny użytkownik?
Dawny użytkownik jako
Karol Wysocki
Niekatywny
Arthur FleckA
Arthur Fleck jako
Michał Owczarek
NamiN
Nami jako
Wiktoria Wrońska

21 dni Kwarantanny

Zaplanowany Przypięty Zablokowany Przeniesiony Rozgrywka
75 Posty 5 Uczestników 2.3k Wyświetlenia 1 Obserwuje
  • Najpierw najstarsze
  • Najpierw najnowsze
  • Najwięcej głosów
Odpowiedz
  • Odpowiedz, zakładając nowy temat
Zaloguj się, aby odpowiedzieć
Ten temat został usunięty. Mogą go zobaczyć tylko użytkownicy upoważnieni do zarządzania tematami.
  • GaranilG Niedostępny
    GaranilG Niedostępny
    Garanil jako Mistrz Gry
    napisał ostatnio edytowany przez
    #46

    -O to się proszę nie martwić, Panie Owczarek.- Odparł jeden z sanitariuszy. Zabrzmiało to równie fałszywie, jak wiele razy kiedy on sam mówił to pacjentom, zanim jeszcze zabrali mu uprawnienia. A przecież każdy lekarz powtarza to przynajmniej kilka razy dziennie...

    Więc plan przeszukania piętra był uż sformułowany, wnioski wyciągnięte, ścieżka zaplanowana. Ryszard zamknął drzwi archiwum, gdy wyszli. Wiktoria, Michał, oraz ich pomoc od Dr. Wójcik, zostali sami w przytłaczającej ciszy 15-stego piętra tego wieżowca. Dotąd tylko ochroniarze na nocnej zmianie mieli świadomość tego jak to jest, kiedy na przestrzeni 2 kilometrów kwadratowych, poodgradzanych ścianami drzwiami, jedyne co słyszysz, to własny oddech i własne kroki. Stłumione nieco najtańszą biurową wykładziną imitującą dywan. Najgorszy był panujący na korytarzach półmrok, wynikający z późnej pory. Zaledwie połowa świateł była zapalona – Bóg jeden wie, czy z powodów technicznych, czy to jakiś tryb nocnego oświetlenia. W tym budynku nic nie działało tak, jak wszyscy byli przyzwyczajeni, że świat i budynki biurowe powinny działać.

    bee9c14b-62ac-4dcc-bb45-e61cc608668b-image.jpeg

    Sanitariusze pomagali używając poręcznych latarek i z reguły szli z przodu. Możliwe, że byli zorientowani w potencjalnym zagrożeniu bardziej, niż mogło się wydawać. Kolejne ciągnące się w nieskończoność minuty,kolejne przeszukane pomieszczenia, kolejne zamknięte i oznaczone przez nich drzwi – byli, przeszukali, zamknęli, pusto.

    Może nie było to najtrudniejsze z zadań – co to jest, wejść do pomieszczenia, rozejrzeć się, zajrzeć pod biurka, do szaf mogących pomieścić Człowieka, toalet, schowków. Bardzo szybko okazało się, że proste zadanie jest istnym Tour de Frustracja, gorszym nawet niż poszukiwanie pracy, czy, o zgrozo, szukanie tego jednego używanego samochodu o zdrowym stosunku ceny do jakości, który nie rozpadnie się kilka dni po zakupie.

    I cholera, nic. Ani widu, ani słychu ich zguby. Żadnych śladów. Żadnych dźwięków. Tylko literalny wrzask ciszy. Wrócili do holu i Wrońska rozłożyła na stole plan piętra, starając się ustalić co jej umknęło.

    1869f4e3-85d8-43e2-959a-916a72655fcf-image.jpeg

    -Kurwa mać. No rozpłynął się. Wójcik nam łeb ukręci przy samych kostkach. - Stwierdził jeden z sanitariuszy.
    -Tak mówisz, jakbyś faktycznie chciał go znaleźć. Jeżeli naprawdę jest chory...-
    Dialog przerwał im cichy odgłos dochodzący z klatki schodowej, który narastał. Kroki. Po chwili z klatki schodowej do recepcji 15-stego piętra wszedł Maksymilian Kruk, któremu dopiero teraz udało się ustalić, gdzie właściwie poszli Wiktoria i Michał.
    -A ty tu czego? Piętro może być mało bezpiecznie. Przysłała cię Dr. Wójcik? - Zapytał Sanitariusz.

    Niewiele więcej zdążyli powiedzieć, zanim Wiktoria doznała olśnienia i zauważyła ten jeden detal. Ten jeden cholerny schowek, który niechcący jakimś cudem pominęli. Naniosła ołówkiem trasę z archiwum do klatki schodowej. Zgadzało się.

    Ruszyli do owego schowka.
    Niestety, zgadzało się.
    Drzwi schowka na środki czystości, mopy, szczotki, i temu podobne, były niemalże niewidoczne w charakterystycznym układzie korytarza – głównie przez ten cholerny półmrok. Drzwi były zamknięte, ale klamka sprawiała wrażenie obluzowanej. Jakby ktoś nagle, dużą masą się za nią złapał i jedna ze śrubek nie wytrzymała presji. Cisza ustąpiła dźwiękowi bardziej złowieszczemu. Zza drzwi było słychać ciche, gardłowe pomruki, przeplatane ciężkim, nierównym oddechem i od czasu do czasu głuchym szurnięciem. Zupełnie jakby ktoś stał tam od dawna, nie wiedząc już po co, czekając na coś, szurając z przyzwyczajenia nogą...
    -Mmmmrrrrr....hhhhhhhh....urrrr.....szur......uuueeeeee....-

    Michał chciał wierzyć, że dźwięki które słyszał za drzwiami da się racjonalnie wyjaśnić. Chciał wierzyć, że jakiś szczęściarz uprzedził go i dobrał się do zapasów koniaku i whisky zachomikowanych w gabinetach dyrektorów. Schował się w schowku na miotły by w spokoju się urżnąć a teraz walczył z ciasną przestrzenią i gratami o które się obijał nie kontrolując własnych ruchów. Pijany pomrukiwał gardłowo. Jemu też się przecież nieraz zdarzało, choć nie w schowkach. Chciał wierzyć, że za tymi drzwiami wcale nie znajdą Zbigniewa, ich pacjenta zero i Wiktoria się pomyliła, źle wytypowała kryjówki.

    Ratownikowi wciąż towarzyszył niepokój, to ukryte pod skórą przeczucie, którego nie potrafił nawet nazwać. Stał jak kołek. Popatrzył na blondynkę i faceta, który do nich dołączył w trakcie poszukiwań. Maksymilian Kruk, tak się im chyba przedstawił. Potem przeniósł wzrok na towarzyszących im sanitariuszy.

    — To który z panów na ochotnika? — zapytał i uśmiechnął niezłośliwej jak potrafił choć nie było mu do śmiechu — Bo jeśli ktoś tam teraz sra do wiadra, ja pasuję.

    Wiktoria uniosła dłoń, dając znak, by nikt jeszcze nie naciskał klamki.
    — Chwilę.

    Spojrzała na sanitariuszy.

    — Skoro jest szansa, że to właśnie jego szukamy, nie otwierajmy tych drzwi odruchowo.

    Zbliżyła się o krok, pozostając jednak poza zasięgiem skrzydła drzwi.

    — Zbigniew? Słyszysz mnie? Tu Wiktoria z HR-u. Przyszliśmy ci pomóc.

    Przez chwilę nasłuchiwała odpowiedzi.

    — Jeśli mnie słyszysz, odezwij się. Nie musisz otwierać drzwi. Wystarczy, że powiesz, czy wszystko z tobą w porządku.

    Maksymilian patrzył w milczeniu, jak Wiktoria próbuje stosować korporacyjną dyplomację na czymś, co brzmiało jak człowiek dławiący się własną krwią. Przeniósł powolne spojrzenie na ratownika, a potem na sanitariuszy w kombinezonach.

    — Nikt mnie nie przysłał — odparł spokojnie, stając z boku, wyraźnie poza łukiem otwierania drzwi. — Przyszedłem, bo wy chyba jako jedyni wiecie, z czym tak naprawdę tu siedzimy. Ale widzę, że zaraz sam się przekonam.

    Wskazał dłonią na uszkodzony mechanizm schowka

    — Z tym w środku raczej pani nie porozmawia, pani Wiktorio. Słychać, że jest coś z nim nie tak. A klamka jest wyrwana z gwintu, jakby ktoś szarpał się z nią siłowo i na oślep.

    Maks cofnął się o pół kroku, kalkulując własne szanse na wypadek, gdyby sytuacja wymknęła się spod kontroli.

    — Macie te kombinezony nie bez powodu. Jeśli zamierzacie to otworzyć, zróbcie to z boku. Radzę nikomu nie stać w świetle drzwi.

    -Uuuuurrrrhhhh.... aaaaeeeee.......- Doszło ze schowka. Zaraz potem usłyszeli serię głuchych, ale dość słabych uderzeń w drzwi. Zadrgały, ale zamek wytrzymał. Ktokolwiek był po drugiej stronie, po słabej próbie sforsowania drzwi, ponownie się uspokoił. Sanitariusze spojrzeli po sobie i jeden z nich wyciągnął krótkofalówkę. - Pani Doktor, znaleźliśmy jednego z zaginionych. Prawdopodobieństwo graniczące z pewnością, odnalezienia pacjenta Zero na terenie 15-stego pietra w schowku nieopodal archiwum. Procedura? Odbiór. - Zapytał.

    Przez chwilę nie odpowiedział im tylko sygnał krótkofalówki, ale potem epidemiolog odpowiedziała. -Tu Wójcik. Zabezpieczyć pomieszczenie. Zarażony NIE MOŻE się wydostać bez asysty. Wysylam do was zespół ze sprzętem. Transport byłby zbyt niebezpieczny, założymy dodatkowy posterunek na 15-stym. W przypadku potwierdzonej agresji i ryzyka infekcji osób postronnych, upoważniam do neutralizacji celu ze skutkiem natychmiastowym. Przyślijcie do mnie Owczarka i Wrońską. Odbiór. -
    Sanitariusze ponownie po sobie spojrzeli i wzięli pobliską, charakterystyczną metalową "ławkę" która w istocie była rzędem pojedynczych siedzeń spiętych metalem, jakby Darpol bał się, że im pracownicy te krzesła powynoszą. Podstawili ją pod drzwiami i obaj usiedli. -My tu sobie poczekamy, taka praca. Tylko ani mru mru o tym. Panika może zaszkodzić wszystkim, a i tak ledwie ktokolwiek panuje nad sytuacją. Ale hej, są dobre strony tego. Jak drugi się znajdzie, będziemy mieć względną pewność, że budynek jest bezpieczny i nie ma w nim choroby, Co innego... w Warszawie. -

    – Zaraz, chwila... Co wyście właśnie powiedzieli? Jak to "co innego w Warszawie"? Zapytał Maksymilian.

    Przeniósł ostre spojrzenie z jednego mężczyzny na drugiego, stanowczo domagając się odpowiedzi.

    – Siedzimy w biurowcu, piętnaście pięter nad ziemią, podpierając drzwi ławką, żeby nie wylazło stamtąd coś, co dostaliście rozkaz odstrzelić w razie kłopotów... – urwał na moment, zerkając nerwowo na klamkę schowka. – A wy mi tu rzucacie od niechcenia, że ze stolicą jest jakiś problem? Co tam się do jasnej cholery dzieje? Jak bardzo to gówno wymknęło się spod kontroli na zewnątrz? Mówcie, co wiecie. Nie możecie zrzucić takiej bomby i po prostu oczekiwać, że wszyscy grzecznie wrócą do excela.

    -Już i tak ci za dużo powiedziałem. Rozmawiaj z Doktor Wójcik na ten temat. - Uciął sanitariusz, orientując się, że był zbyt wylewny.

    Gdyby sanitariusz potrafił czytać w myślach, zrozumiał by jak niewiele dzieli Michała by ten zdzielił go po pysku.

    – Jak zacząłeś temat, to go skończ – warknął ratownik i zrobił krok w kierunku mężczyzny. Nie był postury Pudzianowskiego, ale daleko było mu też do koguta wagi lekkiej i kiedy trzeba, potrafił zdominować przestrzeń.

    – Masz już dość waszego partactwa, tej waszej bezczelności. Powtórzę to jeszcze raz bo chyba to nie dotarło t do twojej szefowej, ale może ty zrozumiesz. Daliśmy wam z Wiktorią listę pacjentów zero a wy i tak to spierdoliliście. Teraz ganiamy po całym budynku, bo nie umieściliście dopilnować jednej prostej rzeczy. Nie będę pytał Wójcik, zapytam ciebie bo jesteś mi to winny jak psu buda. Co się kurwa mać dzieje w Warszawie?

    Wiktoria zrobiła krok w stronę sanitariusza.

    — Nie oczekuję, że złamie pan rozkazy.

    Krótką chwilę patrzyła mu w oczy.

    — Ale przed chwilą sam pan zasugerował, że sytuacja poza budynkiem ma znaczenie dla naszego bezpieczeństwa.
    Za chwilę mamy wejść do kolejnych pomieszczeń i szukać następnej osoby. Jeżeli jest coś, co może wpłynąć na nasze decyzje albo zwiększyć nasze bezpieczeństwo, proszę nam to powiedzieć. Nie pytam z ciekawości. Nie jesteśmy dziennikarzami ani przypadkowymi ludźmi z korytarza. Niemal od samego początku pomagamy doktor Wójcik ograniczać ryzyko. Jeśli mamy dalej to robić, potrzebujemy wiedzieć więcej, żeby nie popełnić błędu.

    -Sam żeś jest partacz...- Sanitariusz zaczął odpowiadać Michałłowi, ale drugi mu przerwał, kładąc rękę na ramieniu. -Andrzej, mają prawo wiedzieć. Z resztą, co nam zrobią, zastrzelą? wsadzą do pierdla? Może pozbawią prawa wykonywania zawodu?- Parsknął śmiechem, jakby wszystkie te, poniekąd straszne rzeczy, były odległe i nieistotne. Spojrzał na Wiktorię. I zaczął mówić.
    -Więc... W Warszawie jest kipisz. Widzicie, wszyscy myśleli, że to jest kolejna sytuacja typu "Covid-19", czyli, że można to po prostu olać. Nikt nie wziął na poważnie. No bo kto normalny uwierzy w odmianę wścieklizny, która popycha ludzi do kanibalizmu? Parę dni temu Niemcy zaczęły się dosłownie załamywać. Ilość przypadków poszła pionowo w górę. Ludzie atakowali innych ludzi, gryźli ich, niekiedy wręcz zaczynali zjadać. A potem okazało się, że nie bardzo umieją to leczyć. Zanim ktokolwiek podjął decyzję o lockdawnie, dotarło do nas. Myślicie, że czemu Darpol znalazł się pod kwarantanną? W całym mieście objęto kwarantanną około 450 dużych budynków, co do których była względna pewność, że w środku jest ktoś, kto właśnie wrócił z terenu objętego nową plagą. Ale to już musztarda po obiedzie. Im większe skupisko ludzi, tym mniejsza szansa, że uda się to opanować. Polska jest skazana na zagładę. Europa prawdopodobnie też.- Pokręcił głową, urwał na chwilę, spoglądając w ścianę przed sobą, jakby chciał z niej odczytać rozwiązanie. - A co do bezczelności i niekompetencji. Spróbuj kiedyś objąć kwarantanną budynek w którym jest parę dziesiątek pięter, oraz przebadać wszystkie 5-6 tysięcy ludzi tu pracujących, zwłaszcza, jeżeli NIE CHCĄ się dać przebadać i ukrywają się. Ten za moimi plecami miał pecha faktycznie być zarażonym i to ukrywać. Ale na przykład zarząd Darpolu zabunkrował się na górnych piętrach, nie chcą zejść, ani nas wpuścić, ani się przebadać. Utrzymują, że są zdrowi.-

    Michał przestał słuchać w chwili gdy usłyszał “Polska jest skazana na zagładę. Europa prawdopodobnie też”. Potem nie pamiętał co się z nim działo, gdy sanitariusz gadał dalej. Chyba klapnął na tyłku, bo gdy się ocknął siedział na posadzce.

    Co on pierdoli - pomyślał - Jaką zagładę? To nie jest film Romero. To niemożliwe. Po prostu niemożliwe.

    Potem przypomniał sobie o Oli. O jej dziecku, które nie było jego. O ich ostatniej rozmowie. O rodzicach. O Zbyszku. O wszystkich których znał w tym mieście.

    To niemożliwe - powtarzał w myślach choć wiedział, że to takie samo kłamstwo jak wtedy gdy wmawiał sobie, że kontroluje picie a potem rozwalił mu się świat, wyjebali to z roboty, stracił prawo wykonywania zawodu a dziewczyna, która kochał od czternastego roku życia go zostawiła. Podpierając się ściany podniósł się w końcu na nogi, choć były miękkie i ledwo utrzymywały jego ciężar. Popatrzył na sanitariuszy, ale po raz pierwszy od dawna zabrakło mu języka w gębie.

    — Dobra…- jego głos brzmiał jakby właśnie wykopali go z grobu — Czyli mamy koniec świata. Jebaną apokalipse zombie.

    Powiedział to w końcu na głos, choć od rana przekonywał sam siebie i innych wkoło, że patologiczna agresja zwłok skrót myślowy, którego użyła Wójcik.
    — Chyba muszę się napić. Czy któryś z panów będzie tak miły i wyciągnie mi wszywkę?

    Wiktoria nie odezwała. Analizowała wszystko w sobie.

    Słowa sanitariusza odbijały się echem gdzieś z tyłu głowy." Polska jest skazana na zagładę. Europa prawdopodobnie też."

    Brzmiało to absurdalnie. Jak opis filmu klasy B, który Maja z przejęciem opowiadała jej kiedyś po powrocie ze szkoły. Tyle że tam wszystko kończyło się napisami końcowymi. Tutaj stali na piętnastym piętrze biurowca, kilka metrów od drzwi, za którymi ktoś właśnie pomrukiwał jak zwierzę.

    Nie. To nadal nie mogło być prawdą.

    Prawie odruchowo wyjęła telefon i otworzyła serwisy informacyjne. Przesuwała kolejne nagłówki, szukając czegokolwiek, co potwierdzałoby słowa sanitariusza.

    Zamieszki.
    Zamknięte ulice.
    Kolejne komunikaty służb.
    Brak oficjalnych informacji o tym, co naprawdę dzieje się poza kordonami.

    Nie wierzyła jeszcze w apokalipsę zombie.

    Ale pierwszy raz od początku kwarantanny przestała wierzyć, że wszystko da się racjonalnie wyjaśnić.

    Maksymilian milczał przez chwilę, próbując przetrawić te absurdalne rewelacje. Opowieści o końcu świata brzmiały jak kiepski żart, ale głuche uderzenia i charczenie dobiegające zza drzwi były aż nazbyt realne.

    — Z wódką daj na wstrzymanie, Michał. Serio, będziesz nam teraz potrzebny na trzeźwo, obaj o tym wiemy — odezwał się spokojniej, bez swojego zwykłego chłodu, patrząc na ratownika z czymś na kształt zrozumienia.

    Następnie przeniósł wzrok na Wiktorię, a potem na obu sanitariuszy.

    — Słuchajcie, rozumiem, co mówicie. Ale skoro na zewnątrz miasto faktycznie płonie, to ci na dole zaraz przestaną się bawić w kwarantannę i procedury. Jeśli wojsko wpadnie w panikę, to po prostu zaryglują ten budynek na głucho i nas tu zostawią. Zanim wpadnie ta wasza ekipa od brudnej roboty, powiedzcie wprost: jak bardzo to wszystko wymknęło się spod kontroli? Czy Wójcik ma jeszcze na dole cokolwiek do powiedzenia, czy to zbrojni już całkowicie rozdają karty?

    -Karty będą rozdawane przez rząd i polityków tak długo, jak będzie im się wydawało, że mogą to opanować. Nie sądzę, żeby wpadła tu jakakolwiek ekipa od brudnej roboty, ale kwarantanna prędzej czy później zacznie się sypać, albo od zewnątrz,albo od wewnątrz. Trudno orzec kto ma tutaj cokolwiek do powiedzenia. Widzieliście co się stało w lobby. Rządowcy gotowi walczyć z ludźmi w imię utrzymania kwarantanny wycofali się, kiedy okazało się że jest możliwa strzelanina z ochroną budynku. Wbrew pozorom uzbrojona ochrona to luksus, którego może nie mieć na przykład objęte kwarantanną centrum handlowe, gdzie ochronę stanowią emeryci i renciści drugiej grupy. Ale na pytanie jak bardzo jest źle... powiedziałbym, że chujowo i niestabilnie. Będzie tylko gorzej. - stwierdził Andrzej.

    Michał jako lekarz nauczył się przekazywać najgorsze wiadomości w taki sposób by nie brzmiały jak najgorsze wiadomości. Nigdy więc nie mówił “Zostało pani sześć miesięcy życia”, “Skacząc do wody wasz syn przerwał rdzeń kręgowy i w zasadzie jest już warzywem”. Zawsze łagodził przekaz, nie mówił wprost tego co myślał, ubierając brutalną prawdę w eufemizmy, które w jego ustach brzmiały niemal jak pocieszenie. W towarzystwie innych medyków już nie szczypał się język, dlatego wiedział, że to co powiedzieli Andrzej i jego kolega to nie jest żadna przesada, że “Polska skazana na zagładę” znaczy to samo co “Zostało pani sześć miesięcy życia” i “Wasz syn jest warzywem”. To nie byli ludzie z ulicy, lecz jednostka epidemiologiczna. Nie mieli powodu kłamać, nie mieli powodu dramatyzować ani naciągać faktów.

    Spojrzał na Maksa, który kazał mu dać z wódką na wstrzymanie, potem na Wiktorię. Zachowali więcej spokoju niż on sam, więc albo lepiej maskowali strach albo jeszcze nie pojęli sensu słów mężczyzn. Andrzej już nie bawił się w subtelności i nazwał rzeczy po imieniu. Jest chujowo i niestabilnie. I będzie jeszcze gorzej.

    — Mówi prawdę — rzucił cicho Michał do swoich towarzyszy. Zobaczył, że Wiktora sprawdza coś w telefonie i powtórzył — Mówi prawdę.

    Maksymilian zaklął cicho pod nosem i sięgnął do kieszeni bojówek. Od rana dusił w sobie pokusę sprawdzania wiadomości, żeby zachować marną resztkę baterii na krytyczny moment, ale teraz oszczędzanie prądu straciło jakikolwiek sens. Jeśli miasto za oknem faktycznie płonęło, musiał wiedzieć...

    Zignorował oficjalne, ocenzurowane serwisy. Otworzył komunikator i wszedł na swoje kanały informacyjne: zamknięte grupy ,fora i lokalne czaty. Przesuwał kciukiem po pękniętym ekranie, czekając w półmroku korytarza, aż załadują się jakiekolwiek amatorskie nagrania czy streamy na żywo z ulic. Chciał na własne oczy zobaczyć skalę tego chaosu.

    Maks daleko nie ujechał. Bateria bez ładowania po 2 dniach w jego podstarzałym telefonie poddała się zaledwie parę chwil po tym jak wszedł na grupę na telegramie "Gafer i Trytka ratują świat przed upadkiem" i zdążył tylko uchwycić jakieś urywki informacji o przepełnionych szpitalach i kwarantannie rozciągającej się na coraz więcej budynków, oraz miast. Wiktoria miała więcej szczęścia. Trafiła na krótką rolę - reportaż dotyczący przepełnionych szpitali. Konkretnie był to fragment, w którym dziennikarka będąca na miejscu miała pecha. Tuż obok niej przechodził patrol policji, prowadzący gościa, który wyglądał na chorego. chorobliwie poszarzała skóra, mętny, rozbiegany wzrok, ociężały chód. Nagle zatrzymał się. Policjant za nim próbował go pchnąć, żeby szedł dalej, ale ów, nie zważając na policję, kajdanki i cokolwiek innego, po prostu nagle, choć niezbyt żwawo, rzucił się na dziennikarkę z zębami i ugryzł ją w odsłoniętą dłoń. Nagranie kończyło się na tym, jak policjaci szamoczą się z chorym, próbującym ugryźć kogokolwiek, kto jest w zasięgu jego zębów.

    Wiktoria nie odezwała się ani słowem. Nagranie, które znalazła, pochłonęło ją na jakiś czas. Oparła się o ścianę, a ekran telefonu oświetlał jej twarz. Na pierwszy rzut oka trudno było dostrzec na jej twarzy strach czy dezorientację. Kobieta wciąż zdawała się stać twardo na ziemi, jakby żadne słowa jej nie ruszały.

    Mimo to gdzieś wewnątrz Wrońska wcale nie czuła się pewnie. Raz za razem ponownie odtwarzała nagranie. Postronne osoby mogły jedynie słyszeć dźwięk. Dziennikarka opowiadała o przepełnionych szpitalach, po chwili było słychać gardłowy, męski, nienaturalny warkot, potem krzyk przerażonej kobiety, następnie jakichś mężczyzn, którzy pewnie ruszyli jej na ratunek.

    Otworzyła nagranie jeszcze raz.

    Potem drugi.

    Trzeci.

    Za każdym razem echem od ścian odbijał się kobiecy krzyk przerażenia. W ciszy korytarza zdawało się to być nieznośne, może nawet lekko niepokojące. Wiktoria zatrzymywała kolejne klatki, powiększała obraz, szukając czegokolwiek, co pozwoliłoby jej uznać, że to manipulacja. Nieudolny montaż. Źle zinterpretowana sytuacja. Cokolwiek.
    Zacisnęła mocniej palce na telefonie, kiedy zdała sobie sprawę, że niczego takiego nie znajdzie. Że to, co widziała, najprawdopodobniej było prawdziwe. I że agresywny mężczyzna, który zaatakował dziennikarkę, pomału przestawał wyglądać jak człowiek. Zatrzymała nagranie na jego nienaturalnie wykrzywionej twarzy, na otwartych ustach, wystawionych zębach, gnijących dziąsłach.

    Co to, kurwa, było?!

    Jeszcze kilkanaście minut temu próbowała tłumaczyć sobie wszystko nową odmianą wścieklizny, paniką społeczną, błędnymi decyzjami władz, odruchem łazarza. Nadal bardziej wierzyła w chorobę niż w żywe trupy.
    Tym razem jednak nazwa przestała mieć znaczenie. Człowiek na nagraniu nie zachowywał się jak człowiek. Niezależnie od tego, jak medycyna nazwie tę chorobę, jej skutki wyglądały dokładnie tak samo. I zdawały się być nieodwracalne.

    Wiktoria powoli opuściła telefon. Słyszała Michała, ale nie odpowiedziała mu, nie obdarzyła spojrzeniem. Przycisnęła łopatki mocniej do ściany, chciała poczuć jej chłód. Stopy przywarły mocniej do podłogi, poczuła niewygodę, jaką dawały jej teraz buty na wysokim, cienkim obcasie.

    Wymień pięć rzeczy, które teraz widzisz wokół siebie.
    Wymień cztery rzeczy, których możesz dotknąć.
    Wymień trzy rzeczy, które słyszysz.
    Wymień dwie rzeczy, które możesz powąchać.
    Wymień jedną rzecz, którą możesz posmakować.

    Technika uziemiająca. Trochę pomogła, jednak sytuacja była zbyt nietypowa.

    Jeżeli to naprawdę jest początek czegoś większego... ilu ludzi w tym budynku jeszcze o tym nie wie?
    W głowie zaczęły pojawiać się pierwsze naprawdę niepokojąca myśl.
    A jeśli oni mają rację?

    Zaraz potem przyszła druga.
    Co z rodzicami?

    Mimowolnie spojrzała na wskaźnik zasięgu. Na baterię. Na godzinę. Miała ochotę zadzwonić. Upewnić się, że wszystko w porządku. Jednocześnie wiedziała, że jeśli usłyszy w słuchawce strach, sama przestanie myśleć racjonalnie.
    Schowała telefon. Nie dlatego, że wszystko już wiedziała. Dlatego, że po raz pierwszy od początku kwarantanny bała się tego, co mogłaby zobaczyć na następnym nagraniu.

    Wiktoria spojrzała na Michała pierwszy raz od chwili, gdy telefon wylądował z powrotem w kieszeni spódnicy.

    — Obiecaj mi jedno.

    Jej niebieskie tęczówki nie ustąpiły, póki nie odwzajemnił jej spojrzenia.

    — Zanim się napijesz... zróbmy wszystko, żebyśmy wyszli stąd żywi.

    Gdyby Wiktoria wiedziała ile razy w życiu Michał coś komuś obiecywał a potem łamał słowo, to by go o nic nie prosiła. Był ostatnią osobą, na której można polegać. Chciał uciec spojrzeniem w bok, ale mu nie pozwoliła. Poczuł jak uchodzi z niego całe powietrze i w końcu się poddał.

    — Nie obiecuję, ale spróbuję — odpowiedział. Nie zapytał co zobaczyła w telefonie, wystarczyły dźwięki, które usłyszał, gdy oglądała nagranie.

    Popatrzył na drzwi, za którymi powarkiwał pacjent zero a potem przeniósł wzrok na sanitariuszy.

    — Muszę to zobaczyć. Chcę zobaczyć, jak wasi będą go stamtąd wyciągać.

    Nie wiedział czy kieruje nim lekarska ciekawość, czy coś więcej. Jaskiniowcy rozpalali pochodnie by rozproszyć ciemności i zobaczyć jakie potwory się w nich kryją. Bo z tym co człowiek może objąć wzrokiem i rozumem łatwiej walczyć. Jeśli Wiktoria chciała wyjść z Darpolu żywa, musieli zrozumieć z czym się mierzą. Zrozumieć jak to neutralizować.

    Aby wyrosły nam skrzydła, każdego dnia musimy rzucać się w przepaść.

    1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
    1
    • GaranilG Niedostępny
      GaranilG Niedostępny
      Garanil jako Mistrz Gry
      napisał ostatnio edytowany przez
      #47

      Michał Owczarek postanowił zostać i obserwować.
      Można by rzec - powinność lekarza. Obserwować. Uczyć się. Leczyć. Pomagać. Po pierwsze - nie szkodzić.
      Nieważne, czy to wirus, bakteria czy grzyb, nie ważne, czy ma ponadnaturalne, czy zwykłe źródła - jeżeli rozprzestrzenia się jak choroba, to choroby się leczy.

      Muzyka!

      Szybko okazało się, że Wójcik przyszła osobiście, z sześcioma ludźmi. I tak dla odmiany sprawiali wrażenie dobrze przygotowanych. Uzbrojeni, z kajdankami, z...kaganćem?! z kaftanem bezpieczeństwa, standardowo używanym w szpitalach psychiatrycznych. To wyglądało jakby spodziewali się, że schowek na szczotki skrywa zawartość porównywalną z tą, jaka kryje się za bramami piekieł.

      Ich własne, małe piekło w Darpolu.

      -Chcecie popatrzeć? To nie będzie przyjemny widok. Chłopcy, otwieramy. Zabezpieczamy i pobieramy próbki.- Stwierdziła Alicja Wójcik. Epidemiolożka była w tej chwili szefową swojego działu, osobiście nadzorującą przynajmniej część tego bałaganu.

      Usunęli łatkę. Otworzyli drzwi. Wewnątrz schowka na szczotki stał on. Zbigniew, pracownik działu Human Resources. Wiktoria kojarzyła jego twarz. Obraz przed nimi był iście przytłaczający. Mężczyzna miał chorobliwie szarą skórę, mętny, nieobecny wzrok, a oczy sprawiały wrażenie jakby było na nich położone bielmo. Mimo że Zbigniew miał parę lat do czterdziestki, wyglądał tragicznie. Skóra była poszarzała, włos zmierzwiony. Jeden z rękawów koszuli miał podwinięty, a tam widać było kilkudniowy ślad po ugryzieniu, który zdążył zacząć ropieć, paprać się i chyba nawet częściowo gnić.

      Widok nie był nieprzyjemny. I pierwsza "wskazówka" była taka, że rany od ugryzień zainfekowanych, zwyczajnie nie chcą się goić.

      d3d80236-227a-443e-b02e-69c269886260-image.jpeg

      Chory reagował z opóźnieniem, ale jednak, rzucił się do przodu z wyciągniętymi rękami i z zębami. Ludzie Wójcik byli przygotowani i w kombinezonach - po krótkiej szamotaninie unieruchomili go, założyli mu kaganiec, następnie kaftan, a ręce dodatkowo skuli kajdankami.

      -Szlag. Dwakroć szlag. Trzykroć szlag. - Mruknęła Wójcik. Szybko pobrali mu krew... a raczej coś, co do miana krwi pretendowało. Na poły bardziej stałe, aniżeli płynne, próbka substancji, która kiedyś była krwią, była cholernie czarna. Pobrali tyle próbek ile się dało.
      -Zostawcie go tutaj, zamknąć, pilnować. W nocy przeniesiemy go na dół i poza budynek. Panika rozniesie ten budynek na strzępy, jak dowie się ktoś, kto nie powinien. Do końca miałam nadzieję, że może po prostu zachlał, albo wstydził się przyjść ze względu na jakąś chorobę weneryczną... Dziękuję wam za pomoc. Moi ludzie przeszukują tropy drugiego zaginionego. Biorąc pod uwagę stan Zbigniewa... My dzisiaj nie śpimy. Ale wy powinniście.-


      Dzień III, Poranek.

      Muzyka!

      Rozpoczęcie kolejnych 24 godzin w biurowcu objętym kwarantanną. Żyć nie umierać.

      Ta noc nie należała do najprzyjemniejszych. Co więcej - świat zdawał się potwierdzać słowa sanitariuszy i to, co znaleźli w social-mediach. W nocy było słychać jakby więcej pojazdów na sygnałach - straży pożarnej, karetek pogotowia, policji. Ktoś, kto nocą wyjrzał przez okno, mógł zobaczyć jak panorama miasta, zamiast niemrawo lśnić światłem lamp ulicznych, błyska głównie błękitem, a niekiedy również i czerwienią. Miasto znajdowało się w stanie nienaturalnego pobudzenia i wydawane przezeń dźwięki, też nie należały do naturalnych.

      token_1 (2).png

      Sebastian siedział w palarni. Ile ten Człowiek miał zapasów, że nadal siedział z fajkiem w zębach? Stamtąd miał niezły widok na stolicę.
      -Tak oto Warszawa pogrąża się w chaosie, a świat ludzi upada. - mruknął sam do siebie, odpalając szluga od zapałki, którą następnie wyrzucił za okno. -I chuj. I tak nie lubiłem tej pracy. -

      Nie wiedział nawet ile miał racji...

      W budynku, w godzinach porannych, czy się chciało, czy nie - powinien panować gwar, chociażby w postaci ludzi stających w lobby, robiących na zaś "kolejkę", żeby wcześniej dostać swój przydział racji żywnościowej. Tymczasem panowała złowroga cisza.

      Maksymilian, Wiktoria i Michał spotkali się i przywitali w Lobby, po tym, jak zeszli na dół. Po schodach, bo windy zostały z jakiegoś powodu unieruchomione. Po drodze mijali ludzi, który sprawiali wrażenie bardzo nerwowych, a większość z nich nosiła przy sobie rzeczy takie jak miotły, nogi od krzeseł czy od stołów... Wszystko, co z takich warunkach mogło robić za broń do ochrony osobistej.

      Czy coś się stało w nocy? Kurważ mać - Zbigniew im nawiał i narobił paniki, ambarasu, oraz dołożył do bilansu nowych pogryzionych?!

      Rzeczywistość okazała się gorsza. W lobby było mało ludzi, trzymających się w niewielkich grupkach, zachowujących się dość nerwowo. Mieli też przy sobie - co kto dał radę znaleźć lub zrobić - torby, plecaki, wszystko, w co można załadować zapasy, gdy już je przywiozą około południa. Zupełnie, jakby bali się przebywać w większej grupie ludzi. Wiktoria szybko zorientowała się, że podział nie jest przypadkowy - grupki łączył podział zgodnie z departamentami i piętrami. Technicy z technikami, HR-owcy z HR-owcami, Księgowi z księgowymi...

      Ochrona Darpolu też sprawiała wrażenie nerwowej, a ruch ochroniarzy był skupiony właśnie na lobby.
      Drzwi na zewnątrz były otwarte, ale nadal obstawione. Nadal nie można było wyjść. Za to zobaczyli, jak budynek opuszcza kilku pracowników pod eskortą, Zbigniew, nadal w kagańcu, unieruchomiony i przypięty do łóżka, oraz jedno łóżko na którym leżał charakterystyczny worek, który Owczarek rozpoznał natychmiast.

      Worek na zwłoki.

      Co tu się odjebało?!

      -Nad ranem miał miejsce atak. - Nikt nie zdążył zadać pytania, ale gdzieś obok Maksymiliana, właściwie znikąd, pojawił się Sebastian. Wcisnął też Krukowi do ręki rurę, która z całą stanowczością stanowiła jeszcze niedawno nogę od jakiegoś metalowego krzesła w palarni.
      -Chłopaki od tej całej Wójcik przeszukali całe 20 piętro, potem kilka innych, ale nic nie znaleźli. A nad ranem Józek Mengla, ten od IT, wpadł w szał i zaczął gryźć ludzi. Po prostu. Pogryzł, a niekiedy nawet oderwał kawałek mięsa. Dopiero ochroniarz go odstrzelił. Wpakował w niego cały, kurwa, magazynek, a temu nic,czaicie? dopiero jak dostał kulkę w łeb, przestał się ruszac. Zwłoki i pogryzionych.. i Nowaka, który jest w nie lepszym stanie niż Józek zanim go odstrzelili, wywalili na zewnątrz, do szpitala, czy coś. Hazmaciarze mówili, że "zagrożenie biologiczne". - Wyjaśnił.

      -Człowieku, czy do ciebie dociera, co ja mówię?! Budynek jest CZYSTY. Nie ma sensu nadal utrzymywać kwarantanny! Powinniśmy rozwieźć tych ludzi do domów, najlepiej żeby zostali w domach i czekali na rozwój wypadków! -

      Dobiegło do nich. Pod drzwiami wejściowymi, dr. Wójcik właśnie wykłócała się z jakimś uzbrojonym Policjantem, najwidoczniej będącym jednym ze starszych zabiurkowych, mających jakiegoś rodzaju moc decyzyjną.

      Aby wyrosły nam skrzydła, każdego dnia musimy rzucać się w przepaść.

      1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
      2
      • Arthur FleckA Niedostępny
        Arthur FleckA Niedostępny
        Arthur Fleck jako Michał Owczarek
        napisał ostatnio edytowany przez
        #48

        text alternatywny

        Michał Owczarek

        Michał wybudzał się powoli, chłonąc widok jej pieprzyków na nagiej skórze. Znał na pamięć, każdy jeden. Spała odwrócona do niego plecami a on leżał bez ruchu pozwalając, by resztki koszmaru ulotniły się jak poranna mgła. Koszmar był wyjątkowo paskudny i duszny. Pamiętał wieżowiec na Domaniewskiej, pamiętał ludzi uwięzionych w środku i pamiętał schowek.

        Schowek a w nim...

        Michał wzdrygnął się i zamknął oczy. To tylko sen. Pojebany sen, ale tylko sen. Nie ma żadnego wieżowca, nie ma schowka, nie ma ludzi w kombinezonach. Ola leży obok i nic z tego co zobaczył nigdy się nie wydarzyło. Przez parę godzin koszmaru przeżył życie pijaka, który stracił zawód, dobre imię, miłość życia a na końcu został zamknięty w szklanej pułapce w centrum miasta. Ale w końcu wrócił z tego piekła. Leżał w swojej sypialni, w miękkiej pościeli a nie na rozkładanej leżance w gabinecie na pietnastym piętrze. Za godzinę zadzwoni budzik, weźmie prysznic, zrobi śniadanie i pojedzie na Lindleya, gdzie do wieczora będzie pakował dzieciaki w gips, zszywał menelów i użerał z roszczeniowymi pacjentami. A gdy wieczorem wróci, ona już będzie czekać na niego z kolacją i uśmiechem, w którym zakochał się dwie dekady temu. Razem obejrzą coś na Netflixie a potem Michał zmyje z siebie trudy dnia i będą się kochać w ich sypialni. I gdy się obudzi następnego dnia, znów policzy wszystkie pieprzyki na jej plecach.

        Ola obróciła się miękko na materacu. Spojrzała na niego, mrużąc oczy i uśmiechnęła się w ten słodki, leniwy sposób, który pamiętał z najszczęśliwszych lat ich życia. Uniosła się lekko na łokciu, zbliżając usta do jego warg, gotowa dać mu pierwszy poranny pocałunek na powitanie dnia.

        Nagle znieruchomiała, jakby uderzył w nią prąd. Jej twarz w ułamku sekundy wykrzywił grymas strachu i wydała z siebie piskliwy wrzask, który wypełnił cały pokój.

        — Co się stało? — chciał zapytać ale zamiast słów z jego krtani wydobyło się warknięcie. Michał zamarł. Skierował wzrok na swoje dłonie. Skóra była ziemista, ołowianoszara a pod jej powierzchnią wiły się czarne żyły. Na przedramieniu widniała głęboka, poszarpana rana po ludzkich zębach, z którego powoli sączyła się ropa.

        Rana, która nie miała prawa się zagoić.

        Michał zerwał się łapiąc powietrze jak po długim nurkowaniu, pot lał mu się z twarzy. Przerażony spojrzał na swoje ręce. Skóra była czysta, jasna, bez śladu czarnych żył czy ropiejącej rany.

        Ale ulga trwała ledwie chwilę.

        Rozejrzał się dookoła. Chociaż w środku panował półmrok od razu rozpoznał pomieszczenie. To nie była ich sypialnia lecz jeden z gabinetów na piętnastym piętrze. Wieżowiec na Domaniewskiej. Darpol. Kwarantanna. Wybudził się z jednego koszmaru tylko po to by znaleźć w kolejnym, z którego nie ma ucieczki.

        Siedział bez ruchu na leżance, a obrazy z poprzedniej nocy wróciły nieproszone. Widział siną, szarą twarz Zbigniewa, widział ludzi Wójcik i skórzany kaganiec dociągany na jego kłapiącą szczękę, widział kajdanki wrzynające się w przeguby i obrzydliwy, gnijący ślad po zębach na przedramieniu.

        To nie był sen. To działo się kilka korytarzy dalej.
        Wziął do ręki telefon, sprawdził powiadomienia. Rodzice nie oddzwonili, Ola też. Wczoraj w nocy próbował wiele razy, ale albo linie były przeciążone, albo…z jakichś powodów nie mogli odebrać. Do Oli wysłał kilka smsów. Na żaden nie odpisała.

        ***

        Darpol chorował na złośliwy nowotwór w czwartym stadium.

        Tak pomyślał Michał, kiedy zobaczył co się dzieje w lobby. Dla pacjenta w stadium terminalnym nie ma już ratunku. Zaczyna się od diagnozy, a potem jest beznadziejna próba leczenia. Ale przerzuty idą po całym organizmie, każdego dnia dochodzą nowe, coraz gorsze objawy. Na końcu tej drogi chorego zawsze czeka to samo.

        Śmierć.

        Ratownik widząc uzbrojone grupki nie miał wątpliwości. Muszą stąd uciekać. I to natychmiast. I nie chodziło wcale o Zbigniewa ani Józefa, ani ludzi, których pogryźli a ci pogryzą i zarażą następnych bo tak przecież rozprzestrzenia się to gówno. Chodziło o zdrowych mężczyzn i kobiety z zielonymi plakietkami, którym puszczą w końcu hamulce. Dzisiaj stoją z kijami od mopów, jutro zaczną się zabijać o ostatnią puszkę konserwy. Tak działa nowotwór w czwartym stadium. Każdego dnia jest tylko gorzej a na końcu czeka już tylko śmierć.

        Słyszał, że Wójcik próbuje jeszcze ratować sytuację i wykłóca z policjantem. Możliwe, że pomylił się w jej ocenie, ale nie miało to już żadnego znaczenia. Nawet najlepszy lekarz nie jest w stanie wyleczyć nieuleczalnej choroby.
        Poprawił swoją wysłużoną torbę ratownika i zwrócił do Wiktorii i Maksa. Faceta z papierosem widział pierwszy raz na oczy i nie wiedział czy można mu ufać, ale miał to w dupie.

        — Przebywanie w tym kurwidołku to wyrok, ale to już chyba wiecie sami. Nie chodzi tylko o Darpol. O całe miasto. Jak wirus się rozprzetrzeni na dobre, zablokują drogi i mosty, do tego na ulicach pełno będzie zarażonych. Nawet jeśli nas stąd sami wypuszczą za parę dni to i tak będzie za późno. Rząd w końcu zrobi to samo co Niemcy w czterdziestym czwartym bo to jedyny sposób by odciąć strefę zarażenia od reszty kraju. Musimy się stąd jak najszybciej wyrwać i to jeszcze dziś. Jakieś pomysły?

        1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
        2
        • NamiN Online
          NamiN Online
          Nami jako Wiktoria Wrońska
          Mecenas
          napisał ostatnio edytowany przez Nami
          #49

          text alternatywny

          Wiktoria Wrońska

          ꧁ 🎶 ꧂

          Waiting for the end to come, Wishing I had strength to stand
          This is not what I had planned
          It's out of my control

          Gdy Wiktoria wróciła do gabinetu razem z Michałem, nie odezwała się ani słowem. Nie tylko nie wiedziała, co mogłaby powiedzieć, ale zwyczajnie w świecie czuła się niepewnie. Widok skrępowanego, pół martwego człowieka, na wpół już gnijącego, który reagował agresją na wszystkich wokół, zapadł jej mocno w pamięć. Nie umiała nawet nazwać emocji, które w niej pozostawił. Były zbyt chaotyczne, by dało się je uporządkować.

          W oczach Wrońskiej Zbigniew był chory. Zastanawiała się czy jego przypadłość była uleczalna. Jeśli dobrze rozumiała, ten wirus był czymś nowym i nieznanym, sama pierwszy raz o nim słyszała, tak samo jak kilka lat temu o COVIDzie. Być może laboratoria na całym świecie już pracowały nad szczepionką. Może jeszcze zdążą.

          text alternatywny

          Migające czerwono-niebieskie światła padały nierówno na jej twarz, gdy szykowała swoje miejsce do spania. Podłączyła telefon do ładowania i położyła się, zakrywając do połowy kocem. Odwróciła się tyłem do Michała i zaczęła wchodzić w aplikacje, którymi często kontaktowała się z innym. Na messengerze znalazła wiele nieprzeczytanych wiadomości od rodziców. Cholera… przeklęła w myślach. Znowu nie dostałam powiadomień. Przeczytała wszystko, najwięcej było wiadomości typu “Halo, czemu nie odpowiadasz?”, “Wiktoria jesteś w pracy? Ponoć pozamykali ludzi w biurowcach”, “Córeczko, wszystko w porządku?”. Na początku chciała im odpisać. Oschle. Krótko. Długo trzymała palce na klawiaturze ekranowej, ale żaden nie garnął się do pisania. Co miała im w sumie powiedzieć? Odpowiedzieć omijająco “U mnie OK” albo “Niedługo nas wypuszczą, jest bezpiecznie?”. Takie kłamstwo niełatwo przechodziło jej przez gardło, ale równie ciężko było je napisać.

          Drżącą ręką nacisnęła słuchawkę, aby zadzwonić. Ledwo przyłożyła telefon do ucha, odpowiedź była niemal ekspresowa, zupełnie jakby rodzice siedzieli przy telefonie i tylko na to czekali.

          — Jezu, Wiktoria, czemu nie odpowiadasz? — zmartwiony głos matki rozbrzmiał boleśnie. Blondynka poczuła, jak ledwo zasklepiona rana znowu się otwiera. To jej głos, jak i swojego ojca, słyszała po utracie Mai. Po wypadku ciężko jej się rozmawiało z rodzicami.
          — Powiadomień nie dostałam — odparła lakonicznie. Musiała odchrząknąć, bo łamał jej się głos.
          — W porządku u ciebie? W domu jesteś?
          — Nie, w biurze.
          — W biurze? — w tle usłyszała głos ojca. Jak zwykle rozmawiali z nią na głośnomówiącym, aby oboje mogli ją słyszeć — Spytaj dlaczego.
          — Tata pyta dlaczego jesteś w biurze tak późno? Zamknęli cię tam?
          — Tak, wszystkich. Ale…
          — Ja pierdole, partacy jebani!
          — Jacek, zamknij się, bo nie wiem co mówi!! Co mówiłaś?
          — … że nie jest tak źle. Dają nam jedzenie.
          — Ja po zapasy pojechałem jak tylko alarm był! — krzyknął ojciec, bo przecież jak jest jakaś odległość od telefonu, to trzeba krzyczeć żeby było słychać.
          — No, Basia do nas przyszła i mówi, że srajty się wyprzedają jak w COVIdzie, masła nie ma i żeby lecieć póki czas! To ojciec wziął wsiadł w Dacie i poleciał do Kauflanda, ja na róg w razie gdyby co i apteki, bo na recepcie jeszcze leki zostały to mówię do ojca, że trzeba wykupić bo nie będzie. No i tak siedzimy…
          — …No, telewizję oglądamy — wtrącił się ojciec — W tych wiadomościach to ciągle trąbią, że to z Niemiec zaraza. Te Niemcy to nas w każdym stuleciu próbują wytłuc.
          — Chyba to trochę bardziej skomplikowane. — odparła Wrońska.
          — No w TVNie tak mówią.

          Wiktoria westchnęła. W telewizji zawsze leciały półprawdy, pewnie zaraz będą się politycy kłócić, kogo wina i kto co źle zrobił a mógł lepiej.

          — Ja będę kończyć, bo nie jestem sama.
          — A z kim jesteś?
          — Z jednym z zamkniętych, ratownikiem medycznym.
          — Jezu, czyli coś ci jest?
          — Nie, nic mi nie jest. Po prostu musimy gdzieś spać, nie wiem kiedy nas wypuszczą. Może jutro, może pojutrze.
          — Ja pierdole, daj znać do wsiądę w Białą Damę i podjadę

          Ojciec miał w zwyczaju nazywać tak swoją Dacie Sandero. Wiktoria uśmiechnęła się pod nosem. Poczuła jak do jej oczu napływają łzy. Początkowo kiwnęła głową, ale wiedziała, że oni tego nie widzą.

          — Dzięki, tato.
          — No, to trzymaj się tam, my sobie Disneya włączymy, weź tam tylko koda potwierdź z meila, bo znowu blokada.
          — To mi jutro opowiecie, co tam oglądaliście.
          — No, trzeba klimat zmienić, trzymaj się córka.

          Jeszcze kilka godzin temu wydawało jej się to zabawne. Teraz miała wrażenie, że rodzice kurczowo trzymają się resztek normalności, choć żadne z nich nie miało pojęcia, jak bardzo świat właśnie się zmienia.

          — No pa.

          Wiktoria rozłączyła się. Ostatnie słowa wypowiedziała już ciszej niż poprzednie. Zacisnęła na chwilę powieki, a potem weszła na maila, aby wysłać na messengera kod do streamingu. Rodzice jeszcze życzyli jej spokojnej nocy i na tym zakończyli kontakt. Blondynka wstała gwałtownie i boso podeszła do swojej torebki, z której wygrzebała blister i wzięła jedną tabletkę. Wciąż nie spojrzała na Michała.

          — Zaraz wrócę.

          Rzuciła krótko i przekręciła klucz drzwi gabinetu, z którego pospiesznie wyszła. Szybkim krokiem udała się do łazienki, w której puściły jej emocje. Cicho płacząc osunęła się po ścianie. Głos rodziców zawsze ją rozstrajał, myślała wtedy o Mai, o wypadku, o śmierci. W aktualnej sytuacji śmierć wydała jej się aż nadto realna. Nie wiedziała czy da radę ponownie to przeżyć. Przysunęła do drżących ust nadgarstek, który otulała gumka jej zmarłej córki. Bolało ją samo myślenie o jej braku, a gdy teraz doszła myśl “dobrze, że nie musisz tego przeżywać”, ból stał się większy. Wiktoria chciała, aby Maja żyła, aby była tutaj z nią, teraz, zawsze. Jednocześnie pragnęła, żeby była bezpieczna. Po tym, co zobaczyła tego dnia, nie była już pewna, czy potrafiłaby jej to bezpieczeństwo zapewnić.

          Gdy wróciła do biura położyła się na swoim prowizorycznym posłaniu. Zerknęła jeszcze na telefon, ale nie widziała żadnych nowych powiadomień. Było kilka od znajomych, ale po prostu odpisała, że jest okej. Nie miała nawet ochoty na rozmowy czy kontakt. Była zmęczona. Musiała odzyskać kontrolę.

          text alternatywny

          Rankiem doprowadziła się do porządku najlepiej, jak potrafiła. By dostać się na parter, musiała zejść schodami z piętnastego piętra. Nie byłoby to dla niej aż tak dużym problemem, gdyby nie fakt, że jedyne buty, jakie posiadała, miały ośmiocentymetrowy obcas. Pozostało jej tylko zdjąć szpilki i ruszyć boso. Zastanawiała się po drodze, dlaczego właściwie windy zostały wyłączone, ale nie doszła do żadnego sensownego wniosku. Przychodziło jej do głowy kilka możliwości, ale żadna nie wydawała się przekonująca. Wciąż w głowie miała postać, którą skrywał schowek wczorajszego wieczoru. Otrząsnęła się i spojrzała na telefon, weszła w messengera i znalazła znowu wiadomości, do których nie dostała powiadomień.

          Free Guy, fajna komedia, przeczytała. Wysłała uśmiechniętą buźkę i schowała telefon.

          W holu czekał na nią widok zupełnie inny niż poprzedniego dnia. Miała wrażenie, że przez noc nikt nie spał. Ludzie przestali tworzyć jedną grupę. Zamiast tego zbili się w małe kręgi – instynktownie lgnęli do tych, których znali. . Strach zaczął dzielić ludzi na mniejsze społeczności. Wiktoria wiedziała, że to zły znak. Kiedy wspólny problem przestaje jednoczyć, a zaczyna izolować, współpraca rozpada się jako jedna z pierwszych.

          Usiadła na chwilę na krześle, aby założyć buty. Słuchała otoczenia, chaosu, krzyków i niepewności, zastanawiając się, czy ma zasoby, aby wciąż działać. Po chwili jeden z głosów wybił się ponad pozostałe. Był bliżej. Spojrzała w górę i ujrzała Michała stojącego przy niej, obok niego był też Maks, którego kojarzyła z pracy. Jedyne co ją dziś rozbawiło, to właśnie wspomnienie jego zza szyby swojego biura, gdy czyścił szyby. Pierwszy raz tak bardzo się wystraszyła, a on jej wtedy pomachał, jakby wpadł na kawę. Obraz tego wspomnienia jednak szybko ustąpił rzeczywistości, w której się znalazła.

          Wiktoria przez chwilę milczała, analizując pomysł i słowa Owczarka.. Nie zaprzeczyła ani jednemu jego słowu.
          Przez chwilę patrzyła na Michała. Jeszcze wczoraj uznałaby ten pomysł za przejaw paniki. Dzisiaj nie potrafiła już go tak nazwać.

          — Ucieczka może być konieczna — odezwała się w końcu spokojnie. — Ale zanim zaczniemy planować, jak wydostać się z budynku, musimy odpowiedzieć sobie na jedno pytanie.

          Spojrzała kolejno na Michała i Maksa.

          — Czy na zewnątrz naprawdę jest bezpieczniej niż tutaj?

          Zawiesiła głos.

          — Do tej pory ten budynek, paradoksalnie, był jednym z najbezpieczniejszych miejsc, jakie znamy. Mamy dach nad głową, wodę, racje żywnościowe i ludzi, którzy przynajmniej próbują utrzymać porządek. Jeżeli wyjdziemy... musimy wiedzieć dokąd i po co.

          Zrobiła krótką pauzę i wstała z krzesła.

          — A co jeśli wojsko nie pilnuje, żebyśmy nie uciekli... tylko żeby nikt z zewnątrz nie dostał się do środka?

          Wiktoria odruchowo odgarnęła niesforne pasmo włosów. Dopiero teraz zauważyła, że nie układały się już tak idealnie jak poprzedniego dnia. Przez krótką chwilę próbowała je poprawić, ale szybko zrezygnowała. Myśli skupiła na sytuacji, w której się znaleźli.

          Blondynka przez chwilę przyglądała się mężczyźnie, który opowiadał im, co się działo na dwudziestym piętrze i skąd wyniknął aktualny chaos i zamieszanie. Dopiero teraz dotarło do niej, że rozmawiają ze sobą jakby się znali od lat, a ona nawet nie kojarzy jego imienia.

          — Wiktoria Wrońska. HR i wellbeing pracowników.

          Wyciągnęła dłoń, a po chwili jej wzrok zatrzymał się na metalowym pręcie, który też podał Maksowi.

          — Wygląda na to, że spodziewał się pan czegoś więcej niż pozostali.

          🥀If I had a flower for every time I thought of you, we could walk in our garden forever.

          1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
          2
          • MilobM Niedostępny
            MilobM Niedostępny
            Milob jako Maksymilian Kruk
            napisał ostatnio edytowany przez Milob
            #50

            Maksymilian „Maks” Kruk

            token_1.png

            Maksymilian rzucił okiem na metalową rurę, którą z niewzruszonym spokojem wcisnął mu Sebastian. Zważył ją w dłoni, przesuwał palcami po zimnej, chropowatej powierzchni ułamanego gwintu, wzdrygnął się na samą myśl tego po co mu ja wręczył Sebastian. Ale nie zmieniało to faktu, że obraz w biurowcu zmieniał się drastycznie. Ludzie, jeszcze wczoraj połączeni wspólnym wrogiem w postaci rządowych ochroniarzy, teraz podzielili się na małe, podejrzliwie spoglądające na siebie plemiona uzbrojone w nogi od krzeseł.

            Czuł, jak po kręgosłupie spływa mu lodowaty, drażniący pot. Nie znosił tego uczucia. Jak szczur złapany w pułapkę.

            text alternatywny

            — Bezpieczeństwo? — Maksymilian parsknął krótko, bez krzty rozbawienia. Przekręcił rurę w dłoni, sprawdzając jej wyważenie.

            — Pani Wiktorio, to złudzenie bezpieczeństwa opiera się na tym, że panowie z bronią wciąż łaskawie dowożą nam racje żywnościowe i utrzymują ciśnienie w rurach z wodą. Ale skoro ten pacjent z IT zaczął nad ranem wyrywać ludziom kawałki mięsa, a Warszawa za oknami krwawi...

            Urwał na moment, zbliżając się do nich. Zniżył głos, by nie budzić uwagi podzielonego stada dookoła.

            — Jeśli sanitariusze z wczoraj mówili prawdę, to znaczy, że system już padł albo padnie za chwilę. Kiedy gówno uderzy w wentylator, nikt nie przyjedzie z nową paletą konserw. Nie będzie wody, bo staną przepompownie. Zostaniemy zamknięci w klatce z tłumem głodnych, spanikowanych ludzi i czymś, co nie zdycha, dopóki nie odstrzeli mu się głowy. A wtedy wojsko po prostu zamknie drzwi, zaspawa zamki, i wyrzuci klucz do rzeki. O ile w ogóle będzie jeszcze komu ten klucz wyrzucić.

            Następnie wyciągnął dwa palce w stronę Sebastiana, milczącym gestem prosząc o papierosa. Odpalił go od podanej zapalniczki i zaciągnął się głęboko, gryzącym dymem próbując stłumić nerwy

            — Kiedy byłem w wojsku, na szkoleniach z przetrwania tłukli nam do głów dwie podstawowe zasady. Pierwsza: ruch to życie. Druga: rutyna zabija. A my właśnie łamiemy je obie

            Zaciągnął się jeszcze raz i wskazał żarzącym się niedopałkiem w stronę sufitu.

            — Poza tym, pomyślcie logicznie. Skąd mamy pewność, że na zabarykadowanych górnych piętrach nie roi się już od chmary takich panów Menglów, którzy tylko czekają, aż ktoś otworzy drzwi? Wczoraj sanitariusze sami przyznali, że zarząd odciął się od reszty i zerwał z nimi jakikolwiek kontakt. A wystarczy tylko 1 osoba, która te drzwi otworzy i zamiast azylu mamy szklana pułapkę .

            Spojrzał wymownie na Michała

            — Nie wiem, co jest na zewnątrz, ale wiem, co nas czeka tutaj, jeśli zostaniemy. Dlatego odpowiadając na twoje pytanie, Michał, tak. Trzeba stąd spierdalać. I to natychmiast. Kto jest ze mną?

            1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
            2
            • GaranilG Niedostępny
              GaranilG Niedostępny
              Garanil jako Mistrz Gry
              napisał ostatnio edytowany przez
              #51

              5e3b67ad-2c38-41b0-9d08-3cb37389e1f4-image.jpeg
              Sebastian

              -Nadal wisisz mi paczkę szlugów po wygranym zakładzie. Idę z wami. Nie ma co tu siedzieć, lepiej próbować stąd nawiać, choćby i na pałę. Tylko pytanie brzmi: jak? Moglibyśmy zapytać Zielińskiego z IT. Tego paranoika. Zna ten budynek i jego systemy ochrony jak własną kieszeń. Jak zaproponujemy mu wyjście z budynku, zapewne będzie skory do współpracy. Na 99% wolałby być zabarykadowany u siebie na chacie, zamiast w serwerowni biurowca. - Stwierdził Sebastian.

              Cóż. Wyglądało na to, że palacz jest świetnie poinformowany, a jeżeli nie ma informacji lub umiejętności akurat mu potrzebnych - to wie, kto te informacje i umiejętności posiada.

              -PIERDOL SIĘ. TY, TWÓJ KOMENDAT, MINISTER ZDROWIA I MINISTER OBRONY NARODOWEJ! - Uroczy głosik Doktor Alicji Wójcik był w tej chwili prawdopodobnie słyszalny nawet na drugim piętrze budynku. Epidemiolog wreszcie nie wytrzymała i to w sposób wyjątkowo głośny i dobitny.

              -To jest obraza funkcjonariusza na służbie...- Zaczął mundurowy, ale nie zdążył nic więcej powiedzieć, bo powietrze przeciął głośny plask, kiedy Wójcik, o głowę od niego niższa, strzeliła mu zamaszystego liścia.
              -I pierdolony atak na funkcjonariusza na służbie. I co mi zrobisz? Aresztujesz mnie? I może przewieziesz mnie do aresztu? A pomyślałeś, idioto, że właśnie oto mi chodzi, żeby stąd wyjść? Może mnie zastrzelisz? Zwolnisz z pracy? Może po prostu każdy z nas powinien strzelić policjantowi po mordzie?!-

              Policjant, z czerwonym śladem na gębie, zdębiał, a Wójcik po prostu odwróciła się i zaczęła odchodzić.
              -Wójcik! Jest Pani areszto...-
              -Mam to w dupie! - Doktor po prostu pokazała mu do tyłu środkowy palec, nie zwalniając kroku.
              Policjant nie zdecydował się jednak ani na wyciągnięcie broni, ani na próbę aresztowania. Po chwili wyszedł z budynku. Alicja, wściekła jak osa, wkrótce podeszła do grupy konspiratorów, planujących ucieczkę.

              token_1 (5).png
              Alicja Wójcik

              Była ubrana w kombinezon, ale zdjęła rękawice, zatknęła je za pasem, wyciągnęła papierosa i zapaliła.
              -Zaimponowałaś mi.- Stwierdził Sebastian.
              -Wkurwiłam się. Ci idioci nas stąd nie wypuszczą. Niezależnie od dostarczonych raportów, próbek, pierdolników, niezależnie od tego czy dam im magiczną pigułkę, albo szczepionkę na srebrnej tacy. Dziwne, że mnie nie aresztował, ale w sumie, co zrobi? wywiezie mnie do aresztu?- Wójcik zaśmiała się i był to podszyty goryczą i kpiną nerwowy śmiech, typowy dla ludzi, którzy mają pewność, że nie ma już nic do stracenia.

              -Musimy albo tu zostać, albo stąd uciec. Moi ludzie jakoś sobie poradzą, ale po strzeleniu temu kretynowi plaskacza na którego zasługiwał, jestem spalona. Dopóki dowożą racje żywnościowe, pat będzie trwał, ale nie wiadomo ile ludziom starczy cierpliwości i czy łańcuch dostaw się nie załamie. Co gorsza, wśród pracowników chodzą plotki o tym, że zarząd, ze swoimi wyższymi managerami i sekretarkami oraz grupką zasłuchanych włazityłków, zabarykadował się na paru górnych piętrach i po prostu czekają, mając ze sobą sporo zapasów i popijając pieprzony Tignanello i poprawiając Veuve Clicquotem... Pieprzyć lojalkę i klauzule tajności. Panowie, Pani Wrońska, jesteśmy w dupie. Chorobę powoduje wirus, który namnaża się w śliniankach i krwi gospodarza i penetruje jego komórki. Potem go zabija, a następnie reanimuje i dąży do przeniesienia się na kolejną żywą istotę. Na razie nie ma na to lekarstwa. Możnaby spróbować immunostymulatorów, wysokiej klasy leków przeciwwirusowych, i tak dalej, ale nie mam tutaj do tego ani celu, ani środków, ani kogoś, kto został ugryziony, więc może wybrać tylko eksperymentalną terapię lub zgon. Wracając do wyjścia z budynku. Teoretycznie możnaby próbować wyjść siłą, ale z tym musielibyśmy się udać do szefa waszej ochrony, Tomasza Kaczmarka. A potem... Rozsądek nakazywałby opuścić miasto, gdyż duże skupiska ludzi, to potencjalnie duże skupiska zarażonych. Ale to pułapka. Wszyscy pomyślą dokładnie to samo i drogi wyjazdowe będą zablokowane. Trzeba znaleźć jakieś bezpieczne miejsce, zgromadzić nieco zapasów i przeczekać, aż sprawa się uspokoi. Dwa tygodnie, trzy, miesiąc. Idioci wymrą, zostaną tylko chodzące zwłoki i ludzie używający mózgów. -

              Auć. Doktor Wójcik była absolutnie niedelikatna w wizji pryszłości, zupełnie jakby była pewna, że los...cóż, przynajmniej tego miasta, jest już przesądzony.

              Pozostało pytanie - co dalej?
              Maksymilian teoretycznie miał zabezpieczoną drogę ucieczki. Ale czy Alicji i Sebastianowi można zaufać?

              Aby wyrosły nam skrzydła, każdego dnia musimy rzucać się w przepaść.

              1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
              3
              • MilobM Niedostępny
                MilobM Niedostępny
                Milob jako Maksymilian Kruk
                napisał ostatnio edytowany przez
                #52

                Maksymilian „Maks” Kruk

                token_1.png

                Maksymilian wysłuchał wywodu lekarki, powoli wypuszczając z płuc resztkę dymu. Pani Alicja spaliła za sobą wszystkie mosty. Była teraz po ich stronie.

                Sebastian, Pani doktor, Wiktoria i Michał. Grupa uciekinierów rozrastała się w niepokojącym tempie, co zwiastowało kłopoty logistyczne. Maks nie ufał tłumom. Z drugiej strony, w tym konkretnym kółku mieli teraz głównego epidemiologa, lekarza, HR i człowieka, który wiedział, jak dotrzeć do głównego speca od IT. Każda z tych osób była warta ryzyka.

                — Wyjście siłowe przez lobby z pomocą Kaczmarka to samobójstwo. Front jest obstawiony, a jeśli zbrojni poczują się zagrożeni, kwarantanna w pięć sekund zmieni się w rzeźnię — odezwał się spokojnie Maks, miażdżąc niedopałek czubkiem buta. — Z frontowymi drzwiami dajmy sobie spokój. Ale ja od wczoraj przygotowywałem się na ewentualność, że ten okręt pójdzie na dno.

                Przysunął się nieco bliżej, zniżając głos tak, by słyszeli go tylko oni, odcinając się od gwaru spanikowanego lobby.

                — Nie zamierzałem się tym chwalić, ale skoro gramy w otwarte karty... Mam wariant awaryjny. Od razu uprzedzam: nie będzie to łatwe, i na pewno nie będzie przyjemne dla kogoś, kto spędził życie za biurkiem, ale to w tej chwili nasza jedyna szansa na ciche ominięcie kordonu.

                Kącik ust Maksa uniósł się w nieznacznym, niemal drapieżnym uśmiechu. Trudno było oprzeć się wrażeniu, że perspektywa pionowej ewakuacji po fasadzie wieżowca budzi w nim autentyczną ekscytację, zupełnie jakby ten cały apokaliptyczny chaos stanowił zaledwie doskonałą wymówkę, by zrzucić korporacyjny gorset i wrócić do swojego naturalnego żywiołu.

                — Mój tak zwany wariant "W". W ukrytym schowku na górnym piętrze mam zamelinowaną linę, uprzęże i przyrządy zjazdowe. Wyniesienie sprzętu z magazynu załatwiłem wczoraj, gdy na dole trwała zadyma. Musimy dostać się na dach lub galerię techniczną. Potem zjedziemy po ślepej ścianie biurowca. Ale tuaj dochodzimy do pewnego mankamenu, dla osób bez szkolenia to ogromny stres, więc będę musiał opuszczać was z góry lub zrobimy to w tandemach, co wydłuży całą operację.

                Maksymilian spojrzał prosto na Sebastiana, wskazując na niego palcem.

                — Ten twój Zieliński z IT to w tym momencie nasz najważniejszy atut. Idź do niego. Jeśli chce z nami wyjść, jego biletem wstępu jest wyłączenie lub zapętlenie kamer na dachu i na rampie rozładunkowej dokładnie na czas naszej operacji.

                Następnie przeniósł wzrok na lekarkę.

                — Pani doktor, potrzebuję, by ustaliła pani, kiedy dokładnie zbrojni z HAZMAT-u mają przerwy lub zmiany wart na tyłach budynku. Musimy wstrzelić się w ich ślepe okno.

                Maks oparł dłonie na biodrach, rzucając okiem na całą piątkę.

                — Wszystko musi być dograne co do sekundy, a musimy ruszyć zaraz po zmroku. Zatem, wchodzicie w to, czy wolicie czekać, aż domek z kart runie. Chyba, że są jakieś inne pomysły, to słucham

                1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                2
                • Arthur FleckA Niedostępny
                  Arthur FleckA Niedostępny
                  Arthur Fleck jako Michał Owczarek
                  napisał ostatnio edytowany przez
                  #53

                  text alternatywny

                  Michał Owczarek

                  Michał niemal się uśmiechnął, gdy epidemiolożka rzuciła gliniarzowi wiązankę a potem sprzedała mu soczystego plaskacza. Musiał przyznać, babka ma charakter. Wyglądało na to, że teraz wszyscy jadą na tym samym wózku, skończył się podział na służby, pacjentów, cywili. W normalnych okolicznościach lekarka nie mogłaby sobie pozwolić na taką wylewność, ale teraz gdy straciła całą władzę stała się jedną z nich. Szczurem zamkniętym w szklanej klatce. Ratownik miał jednak wątpliwości czy rzeczywiście spaliła wszystkie mosty jak twierdziła. Nie spoliczkowała generała ani urzędasa z ministerstwa, lecz bagietę w mundurze, który pewnie nawet nie dorobił się stopnia aspiranta i miał gówno do gadania.

                  — Jak wygląda dokładnie sytuacja na zewnątrz? Ilu ludzi pilnuje budynku? Są tam żołnierze czy tylko policja? Bo jeśli gliniarze, to nasz najmniejszy problem. To nie są czasy WRON-u i Jaruzelskiego, nie zaczną strzelać do niewinnych cywili, nie mają jaj. Większość z nich to przypadkowi ludzie z ulicy, którzy szukali ciepłej posadki a stołeczna policja ma braki w kadrach i bierze kogo popadnie.

                  Michał wiedział co mówi. Nie raz na SOR do awanturujących się pijaków była wzywana policja i widział funkcjonariuszy, którzy szarpali się z agresorami. Nie wyglądało to jak w amerykańskich filmach, bardziej przypominało slapstickową komedię z podkładem z “Benny Hilla”, zwłaszcza gdy w duecie pojawiała się kobieta. Na palcach ręki mógł policzyć starych wyjadaczy, którzy szybko i skutecznie pacyfikowali pobudzonych mężczyzn. Jeśli sanitariusze mówili prawdę i w całej Warszawie obstawiono kilkadziesiąt budynków, Michał wątpił by do Darpolu wysłano najlepszych z najlepszych. Chociaż znając jego pecha mogło tak być i na zewnątrz stoi teraz elitarnie wyszkolona jednostka morderców w mundurach.

                  Plan Maksa miał za to ręce i nogi. O ile ktoś nie miał lęku wysokości. Michał zastanawiał się czy dałby radę zsunąć się po linie tyle pięter w dół. Nie cierpiał na akrofobię, problemem był tylko brak umiejętności wspinaczkowych. Nie wiedział jak wyglądają zabezpieczenia, jakie jest ryzyko upadku. Zastanawiał się też czy zbyt duża grupa uciekinierów spuszczających się po linach nie przyciągnie uwagi tych na dole. Łatwiej strzelać do ludzi, którzy wyglądają jak małe kukły zawieszone na linie kilkadziesiąt metrów w górze niż do człowieka, który stoi przed tobą i patrzy ci w twarz.

                  — Mógłbym spróbować — powiedział w końcu ratownik — Ale rozważmy najpierw wszystkie inne możliwe opcje. Do wieczora zostało jeszcze kilkanaście godzin. Jeśli do tego czasu nie znajdziemy bezpieczniejszej drogi ucieczki, spróbujmy sposobem Maksa.

                  Popatrzył na Wojcik. Jeszcze wczoraj chciał ją rozszarpać, dziś złość mu przeszła. Zbyt bardzo chciał wyjść z tego piekła by teraz tracić siły na żale i pretensje.

                  — Wydaję się, że trochę jednak dramatyzujesz i wciąż masz coś do gadania. Nie kupuję tego, że jakiś krawężnik w mundurze i jego naruszalność osobista jest ważniejsza od lekarki, która dowodzi w środku HAZMAT-em. Sama mówiłaś, że masz kontakt z ważniakami z ministerstwa, więc zanim zaczniemy wypróbujmy najprostszy sposób w jaki sposób można stąd wyjść. Twój autorytet lekarza i epidemiologa. Zadzwoń tam gdzie trzeba, narób zamieszania, powiedz, że podczas badań odkryłaś, że krwinki kilku osób reagują w nietypowy sposób i wirus PAZ ich nie atakuje. Tymi osobami będziemy oczywiście my. — wskazał skinieniem na Wiktorię, Maksa i Sebastiana — Powiesz, że dla dobra nauki musimy stąd zostać natychmiast ewakuowani zanim będzie za późno.

                  Nie czekając na odpowiedź Wójcik zwrócił się do pozostałych.

                  — Na razie tak jak sugerowali Sebastian i Maks proponuję poszukać tego paranoika i sprawdzić co wie.

                  1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                  1
                  • NamiN Online
                    NamiN Online
                    Nami jako Wiktoria Wrońska
                    Mecenas
                    napisał ostatnio edytowany przez
                    #54

                    text alternatywny

                    Wiktoria Wrońska

                    Wiktoria przez chwilę milczała. Słowa sanitariusza wciąż odbijały się echem w jej głowie, ale jeszcze mocniej utkwiło jej jedno zdanie.
                    Zarząd zabunkrował się na górnych piętrach.
                    Przez moment patrzyła gdzieś przed siebie, jakby próbowała poukładać wszystkie informacje w jedną całość. Potem powoli odwróciła się w stronę Sebastiana.

                    — Przed chwilą wspomniał pan o Zielińskim. Znam go. Pracuje w IT. Rozmawiał ze mną dosłownie chwilę przed rozpoczęciem kwarantanny.

                    Przypomniała sobie tamto spotkanie. Wtedy wydawało jej się, że to kolejna rozmowa z pracownikiem, którego lęki znów wzięły górę. Siedział naprzeciw niej, mówił o epidemii, wiadomościach i o tym, że sytuacja wygląda znacznie poważniej, niż wszyscy sądzą. Wysłuchała go, uspokoiła najlepiej jak potrafiła i uznała, że wracają jego stare schematy.
                    Dzisiaj pierwszy raz pomyślała, że mogła się mylić. Jeżeli człowiek, którego od miesięcy próbowała uspokajać, miał rację... ilu innych zignorowała wcześniej tylko dlatego, że ich obawy wydawały się nierealne?

                    — Jest bardzo inteligentny. I... bardzo ostrożny. Większość ludzi powiedziałaby, że wręcz paranoiczny.

                    Uśmiechnęła się blado.

                    — Zwykle moją pracą jest odróżnienie realnego zagrożenia od katastroficznych wyobrażeń pracowników. Wczoraj powiedziałabym, że znowu wyobraża sobie najgorszy scenariusz. Dzisiaj... nie jestem już tego taka pewna.

                    Na chwilę zamilkła, układając coś w głowie. Jeśli jego obawy wróciły, istnieje spora szansa, że przygotował się na taki scenariusz. Miał tendencję do takich zachowań już w czasach poprzedniej pandemii, teraz był bogatszy o tamte doświadczenia. Dopiero teraz uświadomiła sobie, że właśnie jego sposób myślenia może okazać się ich największym atutem. Zwykle traktowała paranoiczne przekonania jako coś, co należało łagodzić i pomagać pacjentowi odróżniać od rzeczywistości. Teraz sytuacja wyglądała zupełnie inaczej.

                    — Jeżeli od początku zakładał, że sytuacja może wymknąć się spod kontroli, istnieje spora szansa, że przygotował się na to lepiej niż ktokolwiek z nas. Tacy ludzie mają plany awaryjne. A przede wszystkim zakładają, że inni nie uwierzą im, dopóki nie będzie za późno. Wiedzą, gdzie są zapasy, mają kopie danych, znają budynek lepiej niż większość pracowników.

                    Na pomysł Maksymiliana zmarszczyła brwi. Wizja zjazdu z takiej wysokości była dla niej absurdalna. Oczywiście w przypadku pana Kruka, pomysł był naprawdę dobry, ale dla reszty osób, bez doświadczenia? Kompletnie tego nie widziała. I nie zamierzała się na to pisać. Odmówiła krótkim gestem dłoni.

                    — Rozumiem punkt widzenia, jednak nie widzę tego. Dla pana to codzienność. Dla większości z nas brzmi to jak ekstremalna atrakcja w parku linowym. Bardziej widziałabym wyjście podziemnymi przejściami, parkingiem, przejściami technicznymi, być może jest nawet jakiś korytarz łączący nasz biurowiec z innym. Być może istnieje też wyjście ewakuacyjne, które nie jest obstawione? Nie wykluczam, że dla części z nas będzie to rozsądniejsze rozwiązanie.

                    Wiktoria westchnęła. Myśl o rozdzieleniu się napawała ją lekkim lękiem. Nie podobał jej się pomysł ucieczki w ogóle. I też nie wiedziała, czemu Wójcik uważa, że ma takie problemy i nie jest już decyzyjna, przecież Michał przedstawił jej bardzo sensowny i realny pomysł.

                    Blondynka znowu zwróciła się do Maksa.

                    — A właściwie... dlaczego akurat z dachu? Nie dałoby się z któregoś niższego piętra? Byłoby... zdecydowanie bliżej ziemi.

                    Na szczęście punktem pierwszym planu było znalezienie Zielińskiego. Dopiero potem pomyślą o planie ewakuacji… I lepszej opcji ucieczki, niż sporty ekstremalne dla wybranych.

                    🥀If I had a flower for every time I thought of you, we could walk in our garden forever.

                    1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                    1
                    • GaranilG Niedostępny
                      GaranilG Niedostępny
                      Garanil jako Mistrz Gry
                      napisał ostatnio edytowany przez
                      #55

                      token_1 (5).png token_1 (2).png
                      Alicja, Sebastian

                      Wójcik przez chwilę milczała, jakby zastanawiała się, jak bardzo wszyscy mają przesrane. Sebastian wykorzystał ten moment, żeby wyciągnąć do niej otwartą paczkę fajek, w której znajdowały się zaledwie dwa papierosy.
                      Wzięła jednego. Następnie Sebastian na ich oczach, wyciągnął pełną paczkę, przełożył do tej pustej kolejnego fajka i schował obie.
                      -Stary trick palaczy, podbijający wartość papierosa. Człowieka też.- mruknął.

                      Alicja zapaliła, a następnie pokazowo się skaszlała.
                      -15 lat bez fajek, tylko po to, żeby się wkurwić i zapalić szluga w objętym kwarantanną biurowcu. Gościu któremu przyłożyłam, to Starszy Aspirant, więc technicznie to napaść na młodszego oficera, zdaje się. Darpol jest obstawiony przez około 30 ludzi, z czego uzbrojeni rządowcy to dziesiątka. W większości stoją przed głównymi drzwiami. Ochrona budynku jest traktowana zgodnie z polską praktyką kręcenia filmów, czyli pomysł dobry, średnie wykonanie i beznadziejne zakończenie. Objeżdżają budynek dookoła radiowozem raz na godzinę w dzień, w nocy zdaje się co dwie godziny. Dzisiaj rano ogłosili godzinę policyjną. Zadzwonię, zapytam, spróbuję im wcisnąć ten kit, ale nie wiem jak wyjdzie.- Oznajmiła.

                      Sebastian uśmiechnął się na wzmianki Wiktorii o paranoi Zielińskiego.
                      -Jestem prawie pewien, że zadekował się w jednej mniejszej serwerowni. Jako że moją pracą w tym budynku jest szeroko pojęte unikanie roboty oraz self-wellness, był moment kiedy zgłosiłem się na ochotnika do pomocy, jak chłopaki potrzebowali kogoś kto przyniesie, poda, pozamiata i tak dalej. Widziałem wtedy poluzowane śrubki w szybie wentylacyjnym, to był pokój 375, na trzydziestym siódmym piętrze. Tam jest jeden z mniejszych serwerów obsługujących... w sumie chuj wie jaki istotny element infrastruktury cyfrowej Darpolu. Nie zmienia to jednak faktu, że był on na tyle "mało" istotny, że 40% tej serwerowni służy chłopakom z IT do grania w Dooma, Factorio i Dotę 2 w godzinach pracy pod nosem zarządu. To chodźmy, samo się nie zrobi. -


                      Tak więc rozdzielili się. Wójcik wróciła do szpitala polowego, żeby podjąć próbę sprzedania historyjki Michała komuś wyżej, natomiast Sebastian, Michał, Maksymilian I Wiktoria, ruszyli na 37 piętro do serwerowni. Wspinaczka po schodach ciągnęła się w nieskończoność, a monotonia klatki schodowej i wejścia na piętra, różniące się li tylko numerem, bo przecież nie wyglądem, w zunifikowanym korpo-piekle, czyniła nieodwracalne szkody psychiczne z każdym kolejnym piętrem. Co jakiś czas mijali papierowe kubki, puszki po napojach czy wręcz słoiki, które, wypełnione wodą - służyły jako prowizoryczne popielniczki. Zanik pracy w budynku spowodował też częściowo zanik obyczaju palenia w wyznaczonych do tego miejscach. Michał i Wiktoria mieli pecha przewrócić to jednej takiej kiepownicy. A po 24 godzinach marynowania, właściwie każda wypełniona już była cudownym rosołkiem z popiołu, niedopałków i filtrów.

                      Wreszcie dotarli na 37 piętro i Sebastian zaprowadził ich do właściwych drzwi. Wiktoria natychmiast zauważyła, że coś jest nie tak - drzwi zostały pomalowane na modłę standardowych szaych drzwi gabinetowych, jakich wiele wtym budynku, ale nie były one wykonane z paździerzu, a z metalu. Co więcej, miały charakterystyczne wgłębienie na wysokości oczu, co świadczyło o zamontowaniu wziernika, zwanego też "okienkiem poglądowym". Nie był to niewielki, dyskretny Judasz,ale staromodna dziura w drzwiach, z zasuwą, pozwalająca w kontrolowany sposób zobaczyć co jest za drzwiami, bez ich otwierania. Oczywiście otwór był zbyt mały, żeby wsunąć weń dłoń, ale kartka papieru, cienka teczka lub pendrive, już by przeszły.

                      Sebastian bez ceregieli przywalił w drzwi kilkukrotnie.
                      -Zielu?! Seba! Otwieraj! Sprawa jest!

                      Judasz lekko się uchylił, aby po chwili otworzyć się całkowicie, ukazując oczy, sprawiające wrażenie zmęczonych życiem.

                      token_1 (7).png
                      Michał Zieliński

                      -Czego? Jestem ciut zajęty, gramy na multi w Factorio, dopóki nam prądu nie odłączą i wszystko nie jebnie. Gadaj co masz powiedzieć i spadaj, jestem zajęty. Fabryka musi rosnąć.-
                      Otwarcie wziernika pozwoliło im usłyszeć dobiegającą ze środka muzykę, co świadczyło, że drzwi były również dźwiękoszczelne. Był to jakiś trudny do określenia rodzaj bluesu, z angielskim tekstem, prawdopodobnie nawiązującym do tego w co Zieliński grał.

                      Aby wyrosły nam skrzydła, każdego dnia musimy rzucać się w przepaść.

                      1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                      1
                      • Arthur FleckA Niedostępny
                        Arthur FleckA Niedostępny
                        Arthur Fleck jako Michał Owczarek
                        napisał ostatnio edytowany przez
                        #56

                        text alternatywny

                        Michał Owczarek

                        Mógł zostać na dole. Mógł zostać na dole, wywalić kopniakiem wejściowe drzwi i wybiec prosto pod lufy gliniarzy. Wszystko było lepsze niż wchodzenie po schodach na trzydzieste siódme piętro. Choć drzwi i tak nie wywaliłby kopniakiem bo były obrotowe. Kurwa. Teraz stał oparty o ścianę, próbując złapać oddech. Z płuc została papka, mięśnie ud paliły żywym ogniem i wcale by się nie obraził gdyby ktoś mu teraz amputował nogi. Jeśli jutro się obudzi bez zakwasów to będzie większy cud niż krwawiąca hostia w Sokółce.

                        Skupiony na sobie dopiero po chwili zarejestrował, że stoją pod jakimiś drzwiami. Po drodze nasłuchał się opowieści o tym całym Zielińskim i miał już wyrobione zdanie. Dorosły mężczyzna, który gra w gry komputerowe był w jego hierarchii tylko trochę wyżej niż typów, którzy nie potrafią wymienić koła w aucie i siedzą w Starbucksie z laptopem, chuj wie po co. Wyglądało na to, że ich przyszły lub niedoszły wybawca zamknął się z kolegami w serwerowni żeby grać w gry. W Factorio, cokolwiek to znaczy.

                        Ja pierdolę - pomyślał - Trzydzieści siedem pięter. Oby było warto.

                        Nie zamierzał przeszkadzać w negocjacjach z paranoikiem. Wiedział już, że czasem dla własnego dobra lepiej zamknąć gębę. Niech inni się produkują. On poczeka.

                        1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                        2
                        • NamiN Online
                          NamiN Online
                          Nami jako Wiktoria Wrońska
                          Mecenas
                          napisał ostatnio edytowany przez
                          #57

                          text alternatywny

                          Wiktoria Wrońska

                          ꧁ 🎶 ꧂

                          "If you're going through hell..."
                          at least wear comfortable shoes.

                          Blondynka wiedziała, że to będzie jedno z gorszych doświadczeń dzisiejszego dnia, gdy tylko usłyszała “trzydzieste siódme piętro”. Od tej chwili liczba trzydzieści siedem miała już zawsze kojarzyć jej się z bólem nóg i przeklinaniem architektów biurowców.
                          Załamała ręce, bo dopiero co założyła buty, a już musiała je zdjąć. Co to za katorga. Obuwie kobiece, piękne, z klasą. Po ich założeniu ludzie patrzyli na ciebie inaczej. Pewniej. Profesjonalniej. Jakby kilka dodatkowych centymetrów automatycznie oznaczało kompetencje. Teraz były tylko źródłem bólu. Bezużyteczne i niewygodne, doprowadzające co najwyżej do odcisków i otarć. Niemniej jednak, innych nie miała.

                          Samą podróż nazwałaby drogą do piekła. Co chwilę spoglądała na pozostałych, szukając potwierdzenia, że nie tylko ona ma ochotę rzucić się z powrotem na parter. Siedem pięter poszło dość łatwo, ale to nawet nie była połowa. Potem zaczęły boleć uda, oddech stawał się cięższy, twarz zalała fala gorąca. Wiedziała, że jest czerwona jak burak, tym bardziej, że główny palacz sam wyglądał, jakby miał wyzionąć ducha. Miała nadzieję, że żadne z nich nie padnie z niedotlenienia, zmęczenia lub innej przyczyny. Mimo iż mieli przy sobie ratownika medycznego, ten też nie wyglądał świeżo i żywo. Wiktoria co jakiś czas robiła sobie krótkie przerwy, na oddech, aby usiąść, a na jednym piętrze nawet poszła przemyć twarz chłodną wodą i napić się wody. Zastanawiała się czy na pewno warto tak się wdrapywać, a potem co, mieliby schodzić? To już może naprawdę lepiej wejść na dach i zjechać liną, będzie bliżej. Poza tym była tak wymęczona, że chyba by nawet nie poczuła emocji tej ekstremalnej próby ucieczki.

                          Kobieta łapała oddech szybko i głośno. Nie umiała nawet tego powstrzymać, ale widziała, że inny mieli podobnie. Wszyscy czerwoni, spoceni i pozbawieni oddechu, dotarli na “piętro paranoika”. Zanim Sebastian zapukał, Wiktoria zatrzymała na moment wzrok na drzwiach. Wyglądały jak każde inne w budynku, ale tylko z daleka. Metal zamiast płyty, cięższa konstrukcja i charakterystyczny wizjer zdradzały, że pomieszczenie projektowano z myślą o bezpieczeństwie. Takie drzwi bardziej pasowały do bankowego skarbca niż niewielkiej serwerowni.

                          Kiedy Sebastian zapukał, Wiktoria zaczęła mieć wątpliwości. Co jeśli cała ta wspinaczka pójdzie na nic? Być może Zieliński zamknął się i ma zamiar spędzić tam resztę swojego życia, a nie dzielić się z innymi przygotowanym planem? Z drugiej strony, może uda jej się go przekonać, aby chociaż pochwalił się swoim pomysłem na przetrwanie, planem B, który miał na taką okazję.
                          Kobieta przez chwilę przyglądała się jedynie jego oczom widocznym we wzierniku. Nie wyglądał na spanikowanego. Wręcz przeciwnie. Sprawiał wrażenie człowieka, który od dawna spodziewał się takiego rozwoju wydarzeń i zdążył już pogodzić się z nową rzeczywistością.

                          Jeszcze kilka dni temu uznałaby to za kolejny epizod jego katastroficznego myślenia. Dzisiaj pierwszy raz miała ochotę go za to przeprosić.
                          — Dzień dobry, panie Zieliński. Mam wrażenie, że jest pan jedyną osobą w tym budynku, której ten dzień nie zaskoczył.

                          Jej głos był spokojny. Spojrzała na oczy kryjące się za wizjerem.

                          — I chyba jestem panu winna przeprosiny. Przyszłam tutaj przekonywać pana, że świat jeszcze się nie kończy. Wygląda na to, że tym razem trafniej ocenił pan sytuację niż większość z nas.

                          Odczekała chwilę, aby zobaczyć reakcję. Musiała wiedzieć, czy to, co mówi, do niego trafia. Nie chciała go krytykować, nie miała zamiaru teraz tłumaczyć, że na co dzień jego zachowania są przesadne, ale “poszczęściło mu się”, bo jednak jest ta oczekiwana epidemia.

                          — Potrzebujemy pańskiej wiedzy. Nie chcę pana wyciągać stamtąd na siłę. Chcę tylko zrozumieć, co pan przygotował. Sebastian powiedział nam, że od dawna interesował się pan planami awaryjnymi budynku. Jeżeli naprawdę myślał pan o takim scenariuszu… to prawdopodobnie wie pan o tym miejscu więcej niż ktokolwiek z nas. Chcielibyśmy się stąd wydostać. W tej chwili chyba nikt z nas nie zna tego budynku lepiej od pana. Nie chcemy zgadywać, skoro możemy zapytać człowieka, który od dawna zakładał taki scenariusz. Gdyby uznał pan, że opuszczenie Darpolu jest najlepszym rozwiązaniem... jakie możliwości brałby pan pod uwagę?

                          Zamilkła. Dała mu szansę i czas na odpowiedź. Miała nadzieję, że ją otrzymają.

                          🥀If I had a flower for every time I thought of you, we could walk in our garden forever.

                          1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                          🆒
                          2
                          • MilobM Niedostępny
                            MilobM Niedostępny
                            Milob jako Maksymilian Kruk
                            napisał ostatnio edytowany przez
                            #58

                            Maksymilian „Maks” Kruk

                            token_1.png

                            Wspinaczka betonową klatką schodową była monotonną torturą. Maksymilian, przyzwyczajony do wielogodzinnego wiszenia w uprzęży i ciężkiej pracy na wysokościach, miał żelazną kondycję, ale pokonanie blisko ośmiuset stopni w dusznym, odciętym od wentylacji szybie potrafiło zmielić mięśnie. Powietrze gęstniało z każdym piętrem, śmierdząc kurzem, zaschniętym potem i tymi ohydnymi, rozmokłymi w wodzie niedopałkami, które zalegały w kątach. Maks szedł równym, wyuczonym tempem, oszczędzając siły, podczas gdy reszta grupy dosłownie rozpadała się na jego oczach – rzężący z braku tlenu medyk, wypluwający płuca palacz i HR-ówa, która w akcie desperacji pokonywała betonowe stopnie boso.

                            Teraz, gdy wreszcie dotarli pod właściwe drzwi, Maks wykorzystał moment, w którym Wiktoria włączyła swój wyuczony, dyplomatyczny ton, by zrzucić z siebie zmęczenie i ostatecznie wyrównać oddech. Zignorował gładkie słowa płynące z jej ust i skupił się na tym, co umiał najlepiej – na chłodnej ocenie fizycznej przeszkody.

                            Omiatał wzrokiem futrynę, analizując strukturę drzwi. Szukał słabych punktów, odsłoniętych zawiasów czy luzów w zamku, ale szybko ocenił, że sforsowanie tej puszki jego stalowym łomem bez zrobienia potwornego hałasu graniczyło z cudem. Drzwi były pancerne i osadzone wzorowo, istny bunkier w środku biurowca. Skoro wejście siłowe odpadało, musiał kontrolować jedyny słaby punkt tej konstrukcji.

                            Bezszelestnie przysunął się do ściany, stając tuż z boku, na granicy pola widzenia Judasza. Płynnym, wyuczonym ruchem odpiął pałkę od pasa. Zważył ją w dłoni, gotowy w ułamku sekundy wsunąć płaską końcówkę w szczelinę i zablokować metalową zasuwkę, gdyby paranoiczny informatyk nagle postanowił uciąć negocjacje i zatrzasnąć im to okno na świat. Przez chwilę kalkulował nawet, pod jakim kątem musiałby wsunąć dłoń, by w razie odmowy chwycić faceta za ubranie i unieruchomić go przy wizjerze, ale otwór był na to zdecydowanie za mały. Chociaż może....

                            Maks nie odezwał się ani słowem. Zacisnął palce na rękojeści narzędzia, wtopił się w półmrok korytarza i z napiętymi mięśniami czekał na reakcję Zielińskiego. Pozwolił Wiktorii grać jej kartami, samemu pozostając w gotowości. W końcu to on tutaj będzię musiał odgrywać tego złego policjanta

                            1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                            2
                            • GaranilG Niedostępny
                              GaranilG Niedostępny
                              Garanil jako Mistrz Gry
                              napisał ostatnio edytowany przez
                              #59

                              6f59a7b5-881d-4bde-b632-f00daad5325a-image.jpeg
                              Michał Zieliński

                              Spec od Technilogii informatycznej wpatrywał się w Wiktorię, milczał. Wrońska przez chwilę zastanawiała się, czy nie powiedziała czegoś źle. Czy przypadkiem Zieliński nie dopatrzy się w niej wroga. Ale nic takiego się nie stało.

                              W tle zdążył przelecieć fragment refrenu piosenki.

                              I asked the sky what the shipping was for
                              The sky said more
                              More belt more burn more watt more ore

                              -Nie przyszlibyście tutaj, gdyby sytuacja nie była naprawdę poważna. Albo raczej, gdybyście nie zobaczyli, że sytuacja jest naprawdę poważna. Sebastian by was tutaj nie przyprowadził, gdyby wam choć trochę nie ufał... Więc chcecie opuścić tę szklaną pułapkę? Dobrze się składa...-

                              Judasz zatrzasnął się, a zza drzwi dobiegł pomruk zamka. Następnie Zieliński otworzył dtzwi i rozejrzał się po korytarzu.
                              -Właźcie. Ściany mają uszy. Oczy też.- Stwierdził.

                              Wnętrze serwerowni było bardzo odległe od tego, co mogliby sobie wyobrażać ludzie, którzy w niej nigdy nie byli.
                              6eb0eee8-064d-464f-befd-e8c9c4cb2937-image.jpeg

                              Pomieszczenie było dość duże, prostokątne, pozbawione okien. Sufit stosunkowo niski, jak na współczesny biurowiec. Ściany w nijakim, szarawym kolorze, tak samo jak korytarze, lecz farba w wielu miejscach była przybrudzona, albo odbarwiona. Żadnych ozdobników, obrazków, roślin, designerskich lamp.

                              To było królestwo elektroniki i techniki. Wnętrze wypełniało kilka rzędów szaf rackowych, z różnymi generacjami sprzętu, który pozornie wyglądał, jakby ktoś poskładał jedną całość z pasujących do siebie puzli, z różnych zestawów. Czarne, metalowe szafy, część z zaślepkami, część z migającymi diodami, w niektórych miejscach widoczne kable, których plątanina krążyła po ścianach i suficie, spinając ten majdan w jedną całość.

                              I przede wszystkim: hałas.
                              Nie jest to ogłuszający huk, ale stałe, monotonne:
                              ssssssssss—wrrrrrrrrrrrr—ssssss
                              wentylatorów, klimatyzacji i zasilaczy.
                              Dopiero po kilku minutach przebywania w środku, przestaliby go zauważać, ale zaraz po wejściu uświadomili sobie, jak bardzo tu jest głośno i jak bardzo diesel blues z głośników niewiele pomaga w konfrontacji z tą elektroniczną kakofonią. Było tu też wyraźnie chłodniej niż na korytarzu, na tyle, że można było pożałować, że się ze sobą nie zabrało kurtki. Nic dziwnego, że Michał miał na sobie gruby sweter.

                              Najbliżej dtzwi znajdowało się biurko, ale nie było to profesjonalne stanowisko administratora, tylko obskurny mebel wciśnięty pomiędzy dwie szafy rackowe, z trzema monitorami i lampką. Poza tm klawiatura, msz, notatki, pusta puszka po coli, słuchawki, niewielki wentylator i dwa puste kubki, najpewniej po kawie.

                              Na jednym z monitorów znajdowały się parametry serwerów, logi, monitoring infrastruktury elektronicznej, oraz... widok z kamery bezpieczeństwa na lobby budynku. Jak widać Michał w wolnej chwili oglądał reality show "zamknięci w Darpolu". W pobliskim koszu na śmieci znajdowała się nawet pusta torebka po popcornie od Starfoods.

                              Na drugim monitorze znajdowało się prawdopodobnie wspomniane factorio - absurdalnie rozbudowana fabryka, pełna automatów montażowych, pasów transportowych, plątanina rur, infrastruktury i półproduktów.

                              Natomiast na trzecim były już rzeczy kompletnie niezwiązane z pracą - otwarte okienko youtube'a, discord, oraz kilkanaście innych otwartych programów i kart.
                              Oświetlenie stanowiły zimne świetlówki led. Jedna migotała. Światło monitorów i dziesiątki, setki, małych, zielonych, niebieskich i czerwonych diod na serwerach, które albo świeciły, stale, albo mrugały.

                              Zieliński z bliska i w takim oświetleniu wyglądał dość upiornie - zmęczony, z podkrążonymi oczyma. w oczy Maksymiliana szybko rzuciły się elementy, niepasujące do standardowej serwerowni, poza pancernymi drzwiami, rzecz jasna. Zasilanie awaryjne, kilka dużych aumulatorów na wolnej szafce rackowej, awaryjne oświetlenie, specjalistyczna gaśnica do urządzeń elektronicznych - kiedyś widział podobną w wojskowej radiostacji, jeszcze podczas służby.

                              W tle zaczęła lecieć kolejna piosenka. Informatyk zdawał się tego nie zauważyć, tylko zaprosił ich gestem do biurka, kiedy tylko zamknął za nimi drzwi.

                              -Więc tak. Jakkolwiek to miejsce jest prawdopodobnie najbezpieczniejszym pomieszczeniem w tym budynku, to jednak siedzieć tutaj przez miesiąc lub dwa, to się nie da. Zabraknie wody, żywności, prądu. Chcecie stąd uciec - tak się składa, że ja też chcę stąd wyjść. I chętnie wam pomogę, pod warunkiem, że mogę wyjść razem z wami. Jest kilka opcji. Oczywiście najlepiej nie robić sensacji i wyjście głównymi drzwiami odpada. Problemem jest też sam transport, bo trzeba się jeszcze dostać w bezpieczne miejsce, Ale po kolei. Najbardziej trudną do zauważenia opcją ucieczki, jest dach biurowca i sprzęt alpinistów przemysłowych. Tak się składa, że mamy tutaj takiego alpinistę i że już zabezpieczył sprzęt w schowku na szczotki. Widziałem twoją akcję, Maksymilianie. Emocje jak śledztwo Maxa Payne'a, serio. Prostszym wyjściem z tej samej beczki, jest wyjście przez okno na pierwszym piętrze z użyciem liny, ale jest problem - nie ma tam okien, które można otworzyć, jest tylko szklana ściana, a jej wybicie stworzy zagrożenie i natychmiast zwróci na nas uwagę. Kolejna opcja, to podziemny garaż. Darpol ma takowy, ale mało kto o nim wie. Znajduje się na tyłach budynku i służy głownie VIPom, czyli zarządowi, istotnym managerom, nadszyszkownikom, starszym zabiurkowym, krewnym i znajomym królika. Tam powinno się dać dostać nawet samochód. I wątpię, żeby nosili kluczyki ze sobą, więc powinny jakieś być w stróżówce w samym parkingu. Natomiast zdecydowanie najbezpieczniejszą opcją, jest po prostu zejść "jeszcze niżej". W budynku znajduje się zamknięte wejście do kanalizacji miejskiej, w celach serwisowych. Musieli je wybudować, bo biurowiec miał podczas budowy naprawdę poważne problemy z fundamentami i kanalizą Oddali go, partacze, w 2010, a musieli go remontować zaraz po oddaniu, przez kolejne 5 lat. Wiem jak się tam dostać, ale to nie będzie majówka, tylko powolny spacer, po pas w gównie i szlamie, zanim będzie można wyjść. Najbliższa, mniej więcej bezpieczna drabina prowadząca do wyjścia, jest 3 przecznice dalej. Godzina policyjna to wbrew pozorom nasze najmniejsze zmartwienie.-
                              Wyłożył Zieliński. Wyświetlił na monitorze plany budynku i pokazał im poszczególne elementy, o których wspominał, z planem kanalizacji warszawskiej włącznie.

                              Aby wyrosły nam skrzydła, każdego dnia musimy rzucać się w przepaść.

                              1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                              1
                              • Arthur FleckA Niedostępny
                                Arthur FleckA Niedostępny
                                Arthur Fleck jako Michał Owczarek
                                napisał ostatnio edytowany przez
                                #60

                                text alternatywny

                                Michał Owczarek

                                — Spacer w gównie i szlamie. Brzmi jak coś dla mnie — pomyślał Michał i dopiero po chwili zorientował się, że powiedział to na głos. Po tym co przeżył wchodząc na trzydzieste siódme piętro wieżowca wiedział już, że żadna siła nie zaciągnie go na dach Darpolu by spuszczać się po linach. Nie z taką kondycją. Ratownik wolał się nie zastanawiać, dlaczego Zieliński zamiast uciekać wolał siedzieć zamknięty i grać w gry, ale kto zrozumie wariata? Ważne, że jego wiedza rzeczywiście mogła im pomóc wydostać się z tego szklanego piekła.

                                — Jeśli ty wiesz o tym parkingu dla VIPów, to pewnie służby też już o nim wiedzą — mruknął się przyglądając się planon — Chociaż skoro budynku pilnuje policja a nie wojsko to może ich przeceniam i to najprostsza droga by stąd prysnąć.

                                I najbardziej higieniczna. Tego już nie powiedział na głos. Kątem oka spojrzał na Wiktorię. O ile sam bez problemu mógł wyobrazić siebie brodzącego po pas w nieczystościach, zastawiał się jak zniosłaby to dystyngowana, elegancka blondynka. Czy miałaby w sobie tyle determinacji by sprowadzić się do roli kanałowego szczura.

                                — Możemy zrobić zwiad i sprawdzić parking. Jeśli nikt go nie pilnuje a wejścia nie są zaplombowane powinniśmy dać radę. A jeśli nie…— zrobił pauzę i popatrzył na Wiktorię —...to Maksowi zostaje dach a nam przeciwny kierunek.

                                1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                0
                                • NamiN Online
                                  NamiN Online
                                  Nami jako Wiktoria Wrońska
                                  Mecenas
                                  napisał ostatnio edytowany przez
                                  #61

                                  text alternatywny

                                  Wiktoria Wrońska

                                  He who has a why to live
                                  can bear almost any how.
                                  ~ Nietzsche

                                  Wiktoria przez dłuższą chwilę nie odzywała się ani słowem. Powoli przesuwała wzrokiem po planach budynku wyświetlanych na monitorze, od parkingu, przez kanalizację, aż po dach. Jeszcze wczoraj próbowałaby znaleźć najlepsze rozwiązanie. Dzisiaj wiedziała już, że takie nie istnieje. Pozostało wybrać najmniej złe. Uniosła wzrok na Zielińskiego.

                                  — Zanim podejmiemy decyzję... chciałabym zrozumieć jedną rzecz. Powiedział pan przed chwilą, że to prawdopodobnie najbezpieczniejsze pomieszczenie w całym budynku.

                                  Rozejrzała się po serwerowni, obracając głową lekko na boki. Metalowe drzwi, grube ściany, chłód, zapasowe zasilanie i rzędy akumulatorów. Faktycznie sprawiała wrażenie miejsca przygotowanego na znacznie więcej niż zwykłą awarię. Na pierwszy rzut oka niczego tu nie brakowało. To miejsce wyglądało tak, jakby mogło funkcjonować jeszcze długo po tym, gdy reszta budynku przestanie działać.

                                  — Skoro uważa pan, że tutaj jest najbezpieczniej... dlaczego mimo wszystko chce pan stąd wyjść?

                                  Zrobiła krótką pauzę, aby pytanie mogło wybrzmieć. Szybko jednak zadała kolejne, kontynuując myśl.

                                  — I kiedy pan zrozumiał, że to już nie jest tylko kolejny scenariusz, który rozważał pan na wszelki wypadek?

                                  Pozwoliła mu odpowiedzieć, po czym zadała kolejne pytanie.

                                  — Gdyby był pan tutaj sam i nie musiał oglądać się na nikogo... którą z tych dróg wybrałby pan dla siebie?

                                  Wiktoria przesunęła palcem po planie kanalizacji, jakby analizowała każdy szczegół. Chłód pomieszczenia, po tak ciężkiej wspinaczce, póki co był orzeźwiający.

                                  — Powiedział pan, że godzina policyjna jest naszym najmniejszym problemem. Co pana najbardziej niepokoi?

                                  Blondynka dopiero teraz spojrzała na ekran z podglądem kamer. Zrobiła kilka kroków w stronę monitorów. Była bardzo ciekawa, jak wiele Zieliński zdążył zobaczyć. Nachyliła się lekko obserwując ruch w lobby.

                                  — Od jak dawna obserwuje pan budynek? I czy widział pan coś... czego my nie widzieliśmy?

                                  Wyprostowała się i przeniosła wzrok z monitorów na Zielińskiego, robiąc małą przerwę, w której liczyła na odpowiedź. Wszystko to było bardzo interesujące, ale też rodziło więcej pytań niż odpowiedzi. Wiktoria podeszła z powrotem do planów, jej oddech zdążył się ustabilizować. Próbowała ignorować lecącą w tle muzykę, aby móc lepiej skupić się na wizji opuszczenia budynku. I chyba właśnie to sprawiało, że nie czuła się pewnie. Ku własnemu zaskoczeniu bardziej bała się opuścić budynek niż w nim zostać. Co czeka ich na zewnątrz? Tylko chaos, zamieszanie czy coś więcej?

                                  — Parking wydaje się najprostszym rozwiązaniem. Właśnie dlatego zastanawiam się, czy nie będzie pierwszym miejscem, którego będą pilnować. A może przeciwnie — skoro korzysta z niego wyłącznie zarząd, pozostaje poza zainteresowaniem służb? Ma pan podgląd również na parking? Kanały zaś brzmią najmniej komfortowo, ale mogą być najmniej oczywiste. Czy zna pan ich przebieg na tyle dobrze, żeby mieć pewność, gdzie wyjdziemy? Czy są odcinki, które mogą być nie do przejścia albo zalane? Ilu ludzi realnie mogłoby przejść tą drogą?

                                  Wiktoria westchnęła nieznacznie, wciąż błądząc wzrokiem po planach. Kanalizacja w jej oczach niosła swoje ryzyko, nieco inne, być może mniej oczywiste, ale rozłożone w czasie. W tak zanieczyszczonym środowisku, było znacznie łatwiej o zakażenie. Gdyby mieli zejść do kanałów, dobrze byłoby zdobyć kombinezony ochronne. Nawet prowizoryczne zabezpieczenie zmniejszyłoby ryzyko zakażenia i ułatwiłoby poruszanie się w takim środowisku.

                                  — Nie szukam idealnego planu. Chciałabym tylko zrozumieć, które ryzyko jest najmniejsze. I nie wiem, czy mówimy o ucieczce naszej piątki... czy o ewakuacji większej grupy? Co z Doktor Wójcik? Nie chciałabym zostawiać jej tutaj. Jeżeli mamy coś planować, chciałabym wiedzieć, dla kogo właściwie ten plan tworzymy.

                                  Blondynka spojrzała kolejno na Michała, Maksa i Sebastiana. To oni byli obecni, gdy doktor Wójcik sama zasugerowała ucieczkę z budynku. Miała nadzieję, że wspinaczka na trzydzieste siódme piętro nie sprawiła, iż zdążyli o tym zapomnieć.

                                  🥀If I had a flower for every time I thought of you, we could walk in our garden forever.

                                  1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                  0
                                  • MilobM Niedostępny
                                    MilobM Niedostępny
                                    Milob jako Maksymilian Kruk
                                    napisał ostatnio edytowany przez
                                    #62

                                    Maksymilian „Maks” Kruk

                                    token_1.png

                                    Maksymilian wysłuchał wywodu informatyka, stojąc z ramionami skrzyżowanymi na piersi i opierając się biodrem o krawędź biurka. Zimne, migoczące światło ledów odbijało się w jego oczach, gdy uważnie śledził plany wyświetlane na monitorze. Równolegle przysłuchiwał się serii wnikliwych pytań rzucanych przez Wiktorię. Musiał przyznać, w duchu, że korporacyjna szkoła drążenia detali i szacowania ryzyka w tym konkretnym przypadku okazała się przydatna.

                                    Sytuacja ulegała diametralnej zmianie. Plan ewakuacji po elewacji, choć ryzykowny, to Maks miał nim pełną kontrolę. Kanały były logistycznym koszmarem – wąskie gardło, brak światła, toksyczne gazy i szlam spowalniający ruchy do zera. Z kolei podziemny parking brzmiał stanowczo zbyt dobrze, by był prawdziwy.

                                    Kiedy Wiktoria skończyła, Maks odepchnął się od biurka i podszedł bliżej monitora z planami.

                                    — Pani z HR-u ma rację, Zieliński. Zadała cholernie trafne pytania, a mnie też brakuje w tym twoim wykładzie kluczowych danych

                                    Odezwał się niskim, rzeczowym tonem i wskazał palcem na plan podziemi.

                                    — Garaż to strefa zjazdu do poziomu ulicy, co oznacza, że wyjazd musi być zabezpieczony ciężką bramą lub szlabanami. Jeśli wojsko zamknęło front, na dziewięćdziesiąt procent uszczelnili też rolety na tyłach. Pytanie brzmi, czy masz podgląd na to, co dzieje się za zewnętrzną linią garaży?

                                    Maks przeniósł wzrok z planu na bladą twarz informatyka.

                                    — I jeszcze jedno. Jeśli pójdziemy przez parking, zapomnijcie o braniu jakiegokolwiek samochodu. Uruchomienie silnika w garażu to jak krzyczenie „tu jesteśmy, strzelajcie”. Musimy wyjść na zewnątrz jako piesi, korzystając z awaryjnych klatek ewakuacyjnych przy garażach.

                                    Spojrzał przelotnie na zmęczonego Michała, który wolał spacerować w gównie niż zjechać na linie, po czym wrócił wzrokiem do Zielińskiego. Czekając, aż ten odpowie na pytania Wiktori

                                    1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                    1
                                    • GaranilG Niedostępny
                                      GaranilG Niedostępny
                                      Garanil jako Mistrz Gry
                                      napisał(a) ostatnio edytowany przez Garanil
                                      #63

                                      Michał Zieliński

                                      -Pani Wiktorio, ja wolę uznać, że "to już" i powiem się miło rozczarować, że jednak katastrofa jeszcze nie nadeszła, niż się martwić, czy to fałszywy alarm. Co prawda budynek jest technicznie "bezpieczny", ale za chwilę największym problemem nie będą zarażeni, ale inni ludzie, biorący to czego potrzebują z użyciem prawa silniejszego. A nawet jeżeli wszyscy skończą jako trupy, nadal trzeba wyjść z budynku i dotrzeć do bezpiecznego miejsca. Im dalej w problem, tym będzie tylko trudniej, dlatego wolałbym wrócić do swojego domu, gdzie jestem lepiej przygotowany. Gdybym miał iść sam, prawdopodobnie założyłbym klamerkę na nos i wlazł do ścieku z pocałowaniem studzienki kanalizacyjnej. Najbardziej niepokoi mnie perspektywa napotkania innych ludzi. Dopóki sytuacja się nie uspokoi i ci którzy przeżyli nie przystosują się do nowej rzeczywistości, będą niebezpieczni. Ludzie w amoku działają impulsywnie.- Wyłuszczył Zieliński.

                                      -Co do wydarzeń z budynku... przeglądam kamery ciągiem, z przyzwyczajenie i kątem oka. Zarząd zadekował się na górze i udają, że ich nie ma i sprawa ich nie dotyczy. Poza tym, większość ludzi podzieliła się na małe grupki i poszczególne piętra. Co do garażu - tak, jest stamtąd wyjście ewakuacyjne. Na kamerach zewnętrznych widać, że policja pilnuje budynku na odpierdol. Obstawili główne wejście, raz na jakiś czas okrążają budynek. Wejście do garażu jest pilnowane równie solidnie, czyli jeden czy dwóch bagietowych co jakiś czas. Większość siedzi przed budynkiem.-

                                      Michał Owczarek

                                      Michał słuchał Zielińskiego i nabierał coraz większej pewności, że ta kwarantanna to jakaś prowizorka i właściwie siedzą tu tylko na własne życzenie. Gdyby zielone plakietki zorganizowały się w większą grupę nie zatrzymałaby ich żadna siła, a już na pewno nie tych paru krawężników przed wieżowcem. Już wcześniej podejrzewał, że służbom brakuje ludzi, teraz miał namacalny dowód. Nie musieli zjeżdżać po linach ani taplać się w gównie by stąd wyjść.

                                      —Jeśli pilnują wejścia do garażu na odpierdol to sprawa jest jasna. Wychodzimy podziemnym parkingiem, ty śledzisz ruch na kamerach i ostrzegasz nas przez telefon. Potem my na zewnątrz asekurujemy ciebie.

                                      Maksymilian Kruk

                                      Maksymilian prychnął cicho, słysząc entuzjazm ratownika. Plan brzmiał jak wyciągnięty z taniego filmu akcji, w którym wszystko zawsze idzie zgodnie z założeniami.

                                      —Optymistycznie, Michał, ale pomyśl przez chwilę odezwał się chłodno, krzyżując ramiona na piersi. — Jeśli on zostanie przed monitorami na trzydziestym siódmym piętrze, to jak niby chcesz go "asekurować na zewnątrz"? Poza tym opieranie ewakuacji na komunikacji komórkowej w momencie, gdy sieć w każdej chwili może paść albo zostać zagłuszona przez służby, to proszenie się o kłopoty.

                                      Przeniósł spojrzenie na informatyka.

                                      —Trzymamy się razem. Zieliński, potrafisz zapętlić obraz z kamer w garażu i na zewnętrznym perymetrze, żeby mieli na podglądzie tylko puste ściany? Jeśli tak, to sprawdzasz ich rotację, ustalamy precyzyjne okienko czasowe i schodzimy całą grupą. Żadnego rozdzielania się i żadnego polegania na komórkach. Wyliczamy patrole, mijamy ślepe kamery, otwieramy awaryjne i znikamy, trzymając się w kupie.

                                      Michał Owczarek

                                      Zapętlanie obrazów. O kurwa - pomyślał i od razu rozbolała go głowa. Narwaniec ewidentnie szukał andrenaliny i chciał ich wciągnąć w jakieś filmowe akcje rodem z Mission Impossible, albo innego gówna o super-agentach.

                                      Zastanawiał się, czy tylko on w tym pokoju usłyszał to co właśnie powiedział Zieliński. A może jednak przez te trzy dni popadł w obłęd i halucynacje i coś jednak źle zrozumiał. Spojrzał na obraz z kamer żeby się upewnić czy rzeczywiście jest tam armia czujnych gliniarzy śledzących każdy ruch na kamerach czy paru wymęczonych sierżantów prewencji, którzy przeszli kilkutygodniowe szkolenie w Szczytnie a jeszcze tydzień temu spisywali żuli pod Żabką. Wiedział, że istnieją ludzie którzy próbują dopatrywać się śladów interwencji siły wyższej, jakiegoś demiurga kierującego ich losem, rzucającym kośćmi przeznaczenia. Michał jednak przez lata przekonał się, że świat jest kurewsko prozaicznym miejscem, którym rządzi czysty przypadek oraz zasady biologii, fizyki i chemii. Nie żyli w filmie ani grze komputerowej a jedyną anomalią jaka się pojawiła był wirus zamieniający ludzi w agresywne zwłoki. Wymęczeni pracą policjanci pozostawali wymęczonymi pracą policjantami. Gdyby działające od trzech dni telefony komórkowe nagle przestały działać w momencie ucieczki, Michał pewnie przestałby być ateistą i uwierzył, że istnieje gdzieś tam jakiś Bóg, który ich nienawidzi. Szanse na to były jednak praktycznie zerowe. Jedyne co ich tu jeszcze trzymało w tym kurwidołku to przeświadczenie, że Darpol to więzienie, z którego nie ma ucieczki. Nie bez winy była tu Wójcik. Wciąż pamiętał co mu powiedziała wczoraj gdy zażądał by pomogła mu i Wiktorii opuścić budynek w zamian za pomoc w poszukiwaniach pacjenta zero. Teraz wychodziło, że albo kłamała, albo miała skłonności do wyolbrzymiania problemów, jak dziś gdy spoliczkowała gliniarza.

                                      Propozycja Owczarka była prosta jak drut. Prosta jak on sam. Wyjść na zewnątrz, obserwować dyskretnie budunek, dać Zielińskiemu przez telefon znać kiedy droga będzie wolna. Kamery na zewnątrz kontrolowane przez paranoika dawały im handicap i eliminowały ryzyko przypału. Ktoś mu kiedyś powiedział, że szczęściu trzeba pomagać i trzymał się tej dewizy. Lepiej grać znaczonymi kartami, niż ryzykować porażkę.

                                      Nie zamierzał jednak wykładać nikomu swoich racji bo w jego głowie pojawił się nowy dylemat. Przypomniał sobie tych wszystkich biedaków z zielonymi plakietkami stłoczonych w pokojach, coraz bardziej zmęczonych i sfrustrowanych, tworzących własne plemienne grupki. Ilu ich było? Kilkuset? Tysiąc? Ile czasu zajmie gdy poleje się krew? Gdy nie zabije ich żywy trup lecz kolega z boksu obok? Czy jako lekarz, były lekarz, którego wciąż obowiązywała przysięga mógł tak po prostu opuścić budynek zostawiając ich na pastwę losu? Zastanawiał się co by się stało, gdyby użył radiowęzła i uwolnił ich od złudzeń, którymi sam żył jeszcze dziesięć minut temu zanim Zieliński nie pokazał mu obrazów z kamer. Bo Darpol nie był już więzieniem lecz jego iluzją. Iluzją, która doprowadzi w końcu do tragedii.

                                      Michał Zieliński

                                      -Zapętlenie obrazu nie stanowi problemu, ale mam niejasne wrażenie, że nie rozumiecie powagi sytuacji. Po ubiorze zgaduję, że jesteś ratownikiem medycznym.- Zwrócił się do Michała. -A zatem musisz pamiętać Kaszel-19. Znaczy, covid, przepraszam. Więc wtedy zdecydowana większość wzięła sprawę "na serio", ale okazało się, że zagrożenie było rozdmuchane i wyolbrzymione. Teraz jest dokładnie odwrotnie, ale zdecydowana większość ludzi zrobiła również dokładnie odwrotnie, w myśl zasady "no przecież drugi raz się na to nie nabiorę". Jeszcze nie ogłosili stanu pandemii, ogłosili tylko epidemię i to tylko na terenie Niemiec. 24 godziny temu łaskawie się przyznali. Nawet gdyby służby "chciały" zrobić twarde kwarantanny, zwyczajnie brakuje im ludzi. I tak, uważam, że plan Maksymiliana ma duże szanse powodzenia. No, możnaby jeszcze próbować napuścić ochronę Darpolu na policję. Ludzi w kwarantannie też. Wszyscy są wkurwieni, iskra pójdzie prędzej czy później, a im później stąd wyjdą, tym gorzej, bo tym więcej będzie zarażonych na ulicach. - Powiedział Informatyk.

                                      Wiktoria Wrońska

                                      Wiktoria milczała cały ten czas, woląc wsłuchiwać się w opinie innych. Dopiero po zebraniu informacji mogła przejść do rozmyślania i uzyskać nieco więcej czasu na analizę wszystkich pomysłów.
                                      Przeniosła wzrok z planów budynku na obraz z kamer, a potem na każdego z obecnych po kolei.

                                      —Mam wrażenie, że wszyscy mamy rację... tylko patrzymy na ten sam problem z różnych stron. Michał patrzy na to jak ratownik. Widzi lukę i chce z niej skorzystać, zanim ktoś ją zamknie.

                                      Blondynka przeniosła wzrok na Maksa.

                                      —Maks zakłada, że jeśli coś może pójść źle, to prędzej czy później pójdzie. Dlatego chce ograniczyć liczbę niewiadomych.

                                      Na końcu zwróciła się do Zielińskiego.

                                      —A pan... od początku zakłada najgorszy scenariusz i przygotowuje się na niego, zanim większość ludzi w ogóle zauważy problem.

                                      Opuściła wzrok na plan garażu, który póki co był jej numerem jeden. Bezpieczny i jeszcze nadawał się do wykorzystania. Być może za jakiś czas przepadnie, więc powinni się zdecydować.

                                      —I chyba właśnie dlatego wszyscy znaleźliśmy się w tym samym miejscu.

                                      Przez chwilę analizowała jeszcze przebieg parkingu, sunąc palcem po papierze, jakby chciała obrysować drogę i odkryć możliwe scenariusze.

                                      —Garaż nadal wydaje mi się najbardziej rozsądną opcją. Nie dlatego, że jest najłatwiejszy, ale dlatego, że daje nam możliwość wycofania się. Jeżeli zejdziemy i zobaczymy, że wyjście jest obstawione, zawsze możemy wrócić do budynku. W kanałach tej możliwości już nie będzie. Kanały potraktowałabym jako plan awaryjny. To dobra droga, jeśli zostaniemy zmuszeni do ucieczki za wszelką cenę. Ale dopóki mamy wybór, wolałabym jeszcze z niego nie korzystać. Zastanawia mnie jeszcze jedna rzecz.

                                      Wiktoria zwróciła się do Zielińskiego, przenosząc na niego spojrzenie.

                                      —Powiedział pan też wcześniej, że najbardziej obawia się ludzi. Rozumiem dlaczego. Od rana obserwuję ten budynek i mam wrażenie, że wirus zaczął dzielić ludzi jeszcze zanim kogokolwiek zaraził. I właśnie dlatego pojawia się jeszcze jedna możliwość.

                                      Wrońska westchnęła zauważalnie, jakby wypowiedziane dalej słowa bardzo jej ciążyły i nie była z nich zadowolona. Chwilę się wahała, zanim się odezwała.

                                      —Moglibyśmy potraktować okno na pierwszym piętrze jako plan B. Powiedzieć coś przez radiowęzeł, wywołać zamieszanie, odciągnąć uwagę od budynku, wykorzystać powstały chaos do wybicia szyby i ucieczki. Tylko... oznaczałoby to świadome wykorzystanie cudzej paniki. A nawet jeśli zwiększyłoby nasze szanse, nie potrafię udawać, że taki pomysł nie budzi mojego sprzeciwu.

                                      Michał Owczarek

                                      Michał zacisnął szczękę i uciekł wzrokiem w sufit, w świetlówki byle nie patrzeć na Zielińskiego. Chwila dzieliła by nie parsknął mu w twarz śmiechem. Przez kieszeni spodni uszczypnął się w udo.

                                      Wytrzymaj. Nie śmiej się, nie śmiej się, nie spierdol tego Owczarek, bo wariat strzeli focha i cię stąd wyrzuci na zbity pysk. Nie gadaj nic więcej i na wszystko przytakuj kretynie. Morda w kubeł. .

                                      Nie był psychiatrą, ale na SOR czasem trafiali zaburzeńcy, którzy wiedzą i widzą więcej niż inni, zwłaszcza gdy nie wezmą leków, Michał dobrze pamiętał marzec 2020, gdy przez kilka tygodni czekali w Polsce na pacjenta zero. W tym czasie w Lombardii zaczęło już brakować miejsc w kostnicach. Mijały dni, mijały tygodnie, busy kursowały na granicach i w jednym z takich busów w Zielonej Górze w końcu trafił się pierwszy pechowiec. Nikt w ciągu pięciu minut nie otaczał budynków z chorymi w środku miasta, a właśnie to się przydarzyło Owczarkowi, który wszedł na pół godziny do astmatyka i już stąd nie wyszedł. Jako lekarz nigdy nie spotkał się z takimi procuderami sanitarnymi, sprawę potraktowano kurwsko poważnie a Wójcik sama wczoraj ostrzegła, że będą do nich strzelać i nikt nie wyjdzie z budynku żywy jeśli spróbują ucieczki. Teraz się okazało, że tam na zewnątrz pilnuje ich dwa radiowozy, mniej niż na meczach ligi okręgowej. Czuł się jak w śnie wariata. Ten cały Zieliński próbował skleić do kupy coś czego nie dało się skleić w logiczny sens.

                                      Wysłuchał Wiktorii. Nie wiedział ile w tym co mówi jest gry i dyplomacji, ale wyglądało na to, że ona naprawdę z szacunkiem podchodzi do Zielińskiego. Potrafiła słuchać ludzi, więc może jednak to on był ignorantem? Może nie rozumiał czegoś co dla innych było oczywiste? Masz kompleks Boga. Boga zbudowanego z samych wad. Tak mu powiedziała kiedyś Ola. Myślał, że chodzi jej tylko o jego picie. Ale może jednak nie. Może jednak powinien bardziej otworzyć swój umysł zbudowany na twardej logice i faktach. Może jednak nie zawsze miał rację.

                                      Jedna rzecz w tej całej dyskusji od początku mu się nie spodobała i choć obiecał, że będzie trzymał mordę na kłódkę, jako medyk nie mógł milczeć.

                                      —Nie możemy wykorzystać ludzi jako mięsa armatniego i zasłony dymnej — powiedział — To by było barbarzyństwo. Ale oni też mają prawo znać prawdę. A prawda jest taka, że na zewnątrz stoją dwa radiowozy i nikt nie pilnuje Darpolu. Jeszcze. Dajmy im wybór, ale nie napuszczajmy na policję by robić z nich tarczę. Jeśli zostaną w środku to będzie ich decyzja. Jeśli zechcą wejść też.

                                      Wiktoria Wrońska

                                      —Właśnie dlatego mam z tym taki problem. — odezwała się spokojnie Wiktoria. — Powiedzenie ludziom trudnej prawdy, zanim damy im jakiekolwiek narzędzia, żeby mogli sobie z nią poradzić, może wywołać dokładnie ten sam efekt, którego chcemy uniknąć. Panikę. A w panice ludzie przestają podejmować decyzje - zaczynają reagować.

                                      Maksymilian Kruk

                                      —Z całym szacunkiem, ale chyba oboje zapomnieliście, w jakiej jesteśmy sytuacji — stwierdził twardo, przecinając ich moralne dylematy ostrym tonem. — Nie jesteśmy zbawcami narodu. Nie uratujemy tu wszystkich, obudźcie się wreszcie. Opowiadanie im teraz prawdy to nie jest żadne danie szansy. To jest po prostu wydanie na nich wyroku. Ci gliniarze na zewnątrz jeszcze przedwczoraj może i spisywali żuli pod dworcem za picie piwa, ale teraz stoją tam z ostrą bronią. A ludzie z bronią, kiedy wpadają w panikę, są cholernie nieprzewidywalni. Wystarczy, że tłum ruszy na drzwi, jednemu krawężnikowi w przypływie emocji puszczą nerwy i pociągnie za spust. Z kwarantanny zrobi się rzeźnia...

                                      Omiótł wzrokiem całą grupę, po czym zatrzymał spojrzenie na medyka.

                                      —Nie jesteśmy za nich odpowiedzialni, Michał. Jesteśmy odpowiedzialni wyłącznie za siebie. Dlatego zrobimy to po mojemu: bez rozgłosu, bez ogłoszeń i bez robienia z ludzi żywych tarcz, ale też bez zgrywania bohaterów. Kiedy Wójcik upewni się co do przerw w patrolach, a Zieliński zapętli kamery w garażu, zejdziemy tam w absolutnej ciszy. Jeśli garaż okaże się czysty, wymkniemy się przez rolety w nocy. Znikniemy, zanim ktokolwiek w tym biurowcu w ogóle zorientuje się, że nas tu nie ma. A reszta... reszta niech radzi sobie sama.

                                      Michał Zieliński

                                      -Poza tym, jaką mamy pewność, że gniew ludzi obróci się przeciwko służbom, a nie przeciwko nam? Żadną. Może być wręcz odwrotnie. Mogą nas po prostu zlinczować. Ryzyko jest zbyt duże. Maksymilian ma rację, i to jak cholera. A co z tą Wójcik, można jej ufać? Wydawało mi się, że to ona kieruje tym cyrkiem. Obserwowałem ją przez jakiś czas i szukałem informacji. Niewiele, poza tym, że jest "legitnym" epidemiologiem. Także... raczej garaż. Zdecydowanie garaż. - Dodał Zieliński.

                                      Wiktoria Wrońska

                                      Wiktoria skinęła jedynie głową. Nie miała nic nowego do powiedzenia. Po raz pierwszy od początku kwarantanny wszyscy, choć z różnych powodów, doszli do tego samego wniosku. Nawet jeśli nie każdy zrozumiał zdanie innych.

                                      Michał Owczarek

                                      Maksymilian miał rację. Michał wiedział, że ma rację, bo odkąd rozpieprzył sobie życie, wyznawał podobną zasadą. Być chujem i mieć twardą dupę, nie przejmować się innymi ludźmi, wyciąć z siebie litość i pamiętać, że każdy tonie na własny rachunek. Gdyby stosował się do niej na SORZe i znieczulił na pacjentów jak ten młody cwaniaczek ze Szpitala Południowego, pewnie nie skończyłby jako pijak na zesłaniu w pogotowiu ratunkowym. Nie siedziałby teraz zamknięty na trzydziestym siódmym piętrze wieżowca zastanawiając się czy lepiej uciekać kanałami czy podziemnym garażem. Nie był nic winny zielonym plakietkom. A jednak wiedział, że w jednym Maksymilian się myli. Jeśli tych ludzi nie zastrzeli narwany gliniarz sami się w końcu pozabijają. Będą się wykrwawiać bez świadomości, że wystarczyło po prostu otworzyć drzwi i wyjść z tego piekła.

                                      —Pieprzyć ją — odpowiedział na pytanie Zielińskiego o Wójcik — Ona na każdym kroku kłamie i kręci. Gdybym był parano… — urwał i od razu się poprawił — …bardziej podejrzliwy, pomyślałbym, że wymyśla idiotyczne wymówki żeby zatrzymać mnie i Wiktorię w budynku. Jeśli uważacie, że może nam pomóc w ucieczce, bierzcie ją, ale na własne ryzyko.

                                      Raz jeszcze spojrzał na kamery na zewnątrz i dwa samotne radiowozy a potem na swoją zwisającą smętnie z szyi plakietkę w kolorze zieleni. Bądź chujem Michał. Nie jesteś nic winny ludziom w budynku. Po prostu stąd spieprzaj.

                                      Spojrzał na Zielińskiego i od razu przeklął swoją głupotę w myślach.

                                      —Czy nagrany wcześniej komunikat z radiowęzła można nadać z opóźnieniem? Gdy już nie będzie nas w środku?

                                      Michał Zieliński

                                      -Pytasz dzika, czy sra w lesie, oczywiście, że się da. Nie wiem tylko czy warto. Kto ma łeb na karku, to przeżyje, kto nie, ten będzie żywym trupem, a żywe trupy na ulicach będą tylko narzędziami w rękach ludzi, którzy mają mózg i umieją go użyć. największym wrogiem będą ludzie. Wójcik może się jeszcze przydać do czegoś, każdy lekarz może być przydatny. To jest jeszcze coś co chcecie wiedzieć, czy po prostu bierzemy się do roboty i spotykamy się po zmroku na parterze?- Powiedział Zieliński. Informatyk zdawał się pływać w sytuacji niczym ryba w wodzie.

                                      Sebastian Gajewski

                                      -A co dalej? Dokąd pójdziemy? Czy trzymamy się jedną grupą, czy rozejdziemy się? Każdy ma chyba jakieś swoje cele i swoje wizje tego co dalej?-Zapytał milczący dotąd, oparty o ścianę Sebastian.
                                      Wiktoria Wrońska

                                      Wiktoria uśmiechnęła się słabo. Nie popierała tego, co Michał chciał zrobić, ale to była jego decyzja. Ona swoje zdanie wyraziła. Wręcz bardziej obawiała się scenariusza, który przedstawił Maks. Skupiła się jednak na pytaniu Sebastiana. Aktualnie było czymś świeżym.
                                      —Właśnie dlatego nie chciałabym, żebyśmy rozchodzili się od razu.

                                      Zamilkła na moment, spoglądając na każdego po kolei. Co prawda brakowało wśród nich Wójcik, która naprawdę mogłaby być pomocna, ale miała nadzieję, że ją zdążą znaleźć.

                                      —W tej chwili żadne z nas nie wie, jak naprawdę wygląda sytuacja na ulicach. Wszystkie informacje, które mamy, pochodzą z kamer, internetu albo cudzych relacji. — zaczęła wymieniać na palcach —Dopóki sami tego nie zobaczymy, rozdzielenie się oznaczałoby utratę jedynego zasobu, którego obecnie mamy najwięcej.

                                      Zawiesiła głos, jakby licząc na to, że ktoś dokończy co miała na myśli. Te słowa musiały zapaść im głębiej w pamięć, aby zrozumieli ich wagę.

                                      —Siebie nawzajem. — dokończyła — Jeżeli komuś stanie się coś po drodze, druga osoba będzie mogła pomóc. Jeżeli ktoś zauważy zagrożenie, ostrzeże resztę. Jeżeli jeden z planów okaże się błędny, cztery osoby mają większą szansę znaleźć inne rozwiązanie niż jedna.

                                      Wiktoria spojrzała na Michała, kontynuując.
                                      —Mamy ratownika. — przeniosła wzrok na Maksa. — Alpinistę... i byłego wojskowego, jeśli dobrze kojarzę. — następnie na Zielińskiego. — Człowieka, który przygotował się na coś, czego większość z nas nawet nie brała pod uwagę. — na końcu lekko wzruszyła ramionami. — A ja potrafię uspokajać ludzi. Przynajmniej zazwyczaj.

                                      Uśmiechnęła się blado.

                                      — Nie twierdzę, że mamy trzymać się razem już zawsze. Ale dopóki nie zrozumiemy, z czym naprawdę mamy do czynienia, rozsądniej będzie działać jako grupa. Nie chciałabym, żebyśmy rozdzielając się zamienili jeden problem na pięć osobnych. I warto znaleźć doktor Wójcik. Wie o tej sytuacji więcej niż ktokolwiek z nas. Nie wydaje mi się, żeby działała przeciwko nam. Mam raczej wrażenie, że od początku próbuje opanować coś, nad czym nikt nie ma już kontroli.

                                      Michał Owczarek

                                      Kto ma łeb na karku, to przeżyje, kto nie, ten będzie żywym trupem.

                                      O ty parszywy kutasie, pomyślał Michał. Gdyby ludzkie spojrzenie było skalpelem, Zieliński leżałby teraz na linoleum i wrzecząc próbował z powrotem włożyć w siebie wypadające jelita. Przypomniał sobie o Robecie, młodym kurierze z schizofrenią, którego wczoraj próbował z Wiktorią uspokajać i dał mu leki. O krawaciarzu z astmą. Zignorował pytanie Sebastiana i pochylił nad paranoikiem rzucając na niego swój cień. Położył mu dłoń na ramieniu.

                                      —Warto. — wyszeptał mu prosto w ucho jak groźbę — Dlatego grzecznie nalegam. Sam nagram wiadomość. Komunikat poleci z radiowęzła o północy.

                                      Maksymilian Kruk

                                      ​Maksymilian przyglądał się w milczeniu, jak medyk przyciska informatyka, i tylko lekko pokręcił głową.
                                      ​— Dopóki ten komunikat pójdzie w dopiero po tym, jak już będziemy na zewnątrz, rób co musisz. Nie zamierzam ci w tym przeszkadzać — skwitował krótko
                                      — Ale koniec z gadaniem, czas ucieka. Ruszamy. I nie rozdzielamy się, dopóki nie ustalimy, co tam na dole do cholery się dzieje. Jak ocenimy sytuację na ulicy, podejmiemy kolejne decyzje.

                                      Wiktoria Wrońska

                                      Wiktoria przez chwilę obserwowała Michała. W jego głosie nie było już prośby, tylko decyzja. Nie podobał jej się ten pomysł. Nadal uważała, że przekazanie ludziom prawdy bez dania im narzędzi, by mogli sobie z nią poradzić, może skończyć się tragedią. Nie próbowała już go przekonywać. Miała tylko cichą nadzieję, że nigdy nie będzie musiała usłyszeć nagrania, które właśnie postanowił zostawić innym.


                                      Chwilę później, ratownik medyczny i informatyk zostali sami.

                                      Michał Owczarek

                                      Michał pochylił się do mikrofonu podpiętego do laptopa.

                                      — Już nagrywa? Mogę zaczynać?

                                      Na znak Zielińskiego zaczął mówić.

                                      — Dobry wieczór. Nazywam się Michał Owczarek, jestem tym ratownikiem w zielonej plakietce, na którego od wczoraj krzywo patrzycie. Jeśli to słyszycie, nie ma mnie już w budynku.

                                      Odchrząknął.

                                      — Od trzech dni wmawiają wam, że jesteście zamknięci. Że wojsko, że kordon, że kto wyjdzie zarobi kulkę. Gówno prawda. Przed Darpolem stoją tylko dwa radiowozy. Mniej niż na meczach okręgówki. Siedzicie w tej mordowni tylko dlatego, że ktoś kazał wam siedzieć. Doktor Wójcik, która tak ładnie opowiadała o procedurach i przestrzeganiu zasad, zwiała razem z nami. Tyle są warte te wszystkie plakietki, które wam poprzypinali. I żeby było jasne. To nie jest grypa ani COVID. Wirus się przenosi przez ugryzienie, więc nikt z was, jeśli nie miał kontaktu z zębami Nowaka albo Mengle nie zachorował. Możecie siedzieć na piętrach z nogą od krzesła i czekać aż kolega z boksu obok rozwali wam głowę za puszkę tuńczyka albo wstać i wyjść. Drzwi są otwarte. Zawsze były. Nieudacznicy z Hazmatu, wasza kapitanka uciekła jak szczur z tonącego okrętu, więc nie macie już moralnego prawa nikogo tu trzymać. Ale macie prosty wybór. Albo zostajecie w środku razem z wkurwionym tłumem, który się z wami za chwilę policzy, albo robicie za tarcze i wychodzicie grzecznie pierwsi przodem na spotkanie z policją. Miejcie rozum i godność człowieka i kończcie ten cyrk.

                                      Kliknął myszką w czerwoną kropkę nagrywania, która zgasła.

                                      Odtworzył nagranie od początku i przestraszył się. Poznał własny głos, ale nie poznawał mężczyzny, który wypowiadał te słowa. Brzmiał jak człowiek na skraju załamania, jak wkurwiony lekarz, który wyczerpany o trzeciej nad ranem, po kilkunastu godzinach dyżuru wyżywa się na młodym rezydencie i pielęgniarkach. Oczami wyobraźni zobaczył tłum wciskający się o północy, po ciemku w obrotowe drzwi prosto pod lufę spanikowanego gliniarza.

                                      — Kasuj to — powiedział do Zielińskiego.
                                      Michał wyprostował się na krześle i dłuższą chwilę gapił się na mikrofon. O ile byłoby to prostsze, gdyby zamiast niego siedziała tu Wiktoria. Ona by wiedziała co powiedzieć. On mógł mieć jedynie nadzieję, że to co powie wystarczy. Włączył nagrywanie. Tym razem mówił wolniej, z namysłem. Tak samo jak kiedyś do rodzin na korytarzu interny, kiedy wiadomość była zła, a on próbował dać im jednak trochę nadziei.

                                      — Mówi Michał Owczarek, ratownik medyczny z pogotowia. Proszę, wysłuchajcie mnie do końca, zanim ktokolwiek się ruszy. Kiedy to słyszycie, jest północ, a mnie już nie ma w budynku. Nagrałem to wcześniej, bo uważam, że macie prawo wiedzieć to samo co ja. Przed budynkiem nie ma wojska. Są tylko dwa radiowozy i kilku policjantów. To zmęczeni ludzie z bronią, którzy boją się tak samo jak wy. Tłum, który w nocy biegnie na drzwi, jest dla nich zagrożeniem. Nie róbcie tego ani im ani sobie. Jeśli chcecie wyjść, zróbcie to tak, żeby nikt nie musiał do was strzelać. Nie wszyscy naraz, małymi grupami, po kilkanaście osób, co kilka minut. Głównym wejściem, powoli, z rękami na widoku. Zostawcie kije i nogi od krzeseł na piętrach. Nikt nie biegnie, nikt nie krzyczy, nikt się nie przepycha. Jeśli policjant każe się zatrzymać, zatrzymujecie się. Podajecie nazwisko i mówicie, że wracacie do domu, do rodziny.

                                      Zrobił pauzę. Wiedział, do kogo skieruje następne zdania i wiedział, że to najtrudniejsza część.

                                      — Teraz do ekipy HAZMATu. Wiem, że tego słuchacie i wiem, że znacie prawdę lepiej niż ja. Wasza szefowa wyszła z budynku przed wami i nie zostawiła wam żadnych rozkazów. Nikt i nic was tu już nie trzyma. Możecie próbować zatrzymać w środku kilkaset przerażonych osób i dobrze wiecie jak to się skończy. Możecie też zrobić coś, czego nie zrobi nikt inny. Policja zna wasze kombinezony, do was nie zaczną strzelać. Wyjdźcie pierwsi i porozmawiajcie z nimi, zanim reszta opuści budynek. Powiedzcie im, że ludzie wyjdą spokojnie i bez broni. Dopilnujcie, żeby ta noc nie skończyła się rozlewem krwi. Teraz najważniejsze. Jeśli ktoś został ugryziony albo podrapany przez Nowaka, Menglę czy kogokolwiek innego niech tego nie ukrywa i zgłosi się do sanitariuszy. Wiem, jak to brzmi ale jeśli wrócicie z tym do domu, zaniesiecie to własnym dzieciom. Ci, którzy zostaną, też podejmują dobrą decyzję. Zamknijcie się na swoich piętrach, pilnujcie wody, dzielcie się jedzeniem, zamiast się o nie bić. Nie otwierajcie drzwi komuś, kto nie odpowiada na pytania. Ci, którzy wyjdą, niech wracają prosto do domów. Zróbcie zapas wody i jedzenia na kilka dni, zamknijcie się i nie wpuszczajcie nikogo z raną po zębach. Nawet jeśli to ktoś, kogo kochacie. Powodzenia.

                                      Wyłączył nagrywanie. Tym razem nie odtworzył nagrania. Wiedział, że gdyby go wysłuchał, znalazłby dziesięć powodów, żeby je skasować.

                                      — O północy — powiedział do Zielińskiego. — Niech leci w pętli przez godzinę.

                                      Michał Zieliński

                                      -Miejmy nadzieję, że skorzystają z uczciwej szansy, którą im dajesz...- stwierdził z lekkim wahaniem w głosie.


                                      Muzyka!

                                      Tak więc, rozeszli się do swoich zajęć. Zieliński został w serwerowni, szykując pętle na kamerach, plany, szczegóły ucieczki. Sebastian też gdzieś zniknął. Było jasne, że raczej obaj stawią się przy schodach w dół, aby dotrzeć do Garażu, a stamtąd opuścić to więzienie.

                                      Dzień powoli mijał, przeplatany wrogością i przygnębieniem. Ponownie było wydawanie racji żywnościowych, oraz ponownie ludzie rozeszli się zaraz po tym, trzymając się we własnych grupkach. Zajęci własnymi sprawami. Własnymi zmartwieniami. Posiadający jedynie umowną świadomość tego iż świat który dotąd znali i w którym funkcjonowali, skończył się wraz z rozpoczęciem się tej cholernej kwarantanny.

                                      Michał Zieliński pozbierał wszystko co było dla niego istotne i czego nie chciał zostawić w Darpolu. Kolejne godziny spędził na analizowaniu ruchów...cóż, właściwie wszystkich w zasięgu kamer budynku, którzy mogliby storpedować ich plan. Zapętloną wersję nagrań na kamery zrobił z materiału z poprzedniego wieczoru.

                                      Sebastian Gajewski pozbierał nieliczne należące do niego drobiazgi, oraz obszedł kilka pięter, upominając się o wszelkie długi i przysługi, jakie mógl w obecnej sytuacji odzyskać. Nie było tego wiele, bo i surowce wewnątrz budynku były ograniczone. Ostatecznie bogatszy o trochę papierosów, resztę czasu spędził w palarni, delektując się ostatnim Viceroyem. Miał absolutną jasność sytuacji - to za chwilę będzie waluta. Nawet nie powinien palić tego ostatniego fajka. Wyjrzał przez balkon. Charakterystyczne szklanki pojazdów poruszających się na sygnale i poruszający się za nimi dźwięk, przecinały stolicę. Warszawa znajdowała się w stanie przedśmiertnego pobudzenia katatonicznego. Przynajmniej z jego perspektywy.
                                      I po co to wszystko?

                                      Maksymilian poszedł do swojego schowka na szczotki. Przygotował wszystko, co uważał za potrzebne. Jego telefon może i się poddał. Nie miał kabla, żeby go podładować. Ale na szczęście jego praca dostarczała część tak potrzebnych teraz zasobów - złapanie jednego z mniejszych powerbanków, apteczki i latarki nie stanowiło problemu. Udało mu się zdobyć również solidny łom, zamiast tandetnej rury od krzesła, którą wcisnął mu do ręki Sebastian tego ranka. Resztę czasu poświęcił na odpoczynek. Zapowiadała się ciężka noc.

                                      Michał Owczarek większość czasu spędził w serwerowni razem z Zielińskim, oddając się obserwowania ruchów kamer, wewnątrz i na zewnątrz budynku. Spodziewał się, Bóg jeden wie czego. Może że nagle "z dupy" przybędzie policji, otoczy ich kordon wojska, i stanie się cokolwiek, co wymusi zmianę planów? i skasowanie wiadomości, którą polecił Zielińskiemu zapętlić? A może nie?
                                      Może sam nie był do końca pewien, czego właściwie chciał?
                                      Ratownik niemalże czuł, jak życie sypie się wokół niego drugi raz. Cholerny kolejny raz, mimo tego, że przecież już raz się posypało, nie zdążył odbudować gruzów, a wyglądało jakby te gruzy chciały się zawalić raz jeszcze, żeby ostatecznie go pogrzebać.

                                      Niestety jego plan wzniecenia w Darpolu buntu i słusznego gniewu uciśnionych ludzi spalił na panewce. Gdzieś w trakcie dnia zdołał dokładnie policzyć ilość funkcjonariuszy wokół budynku i doszedł do wniosku, że informacji od Alicji Wójcik - o około 30 ludziach - były względnie poprawne, plus minus 10 ludzi zależnie od pory dnia. Dlatego skasował nagranie, nie chcąc wywoływać zbędnego rozlewu krwi.

                                      Wiktoria Wrońska, niczym anioł miłosierdzia, krążyła po budynku, rozmawiając z ludźmi i starając się uspokoić najbardziej spanikowanych. Jako dobrze znana pracownica HRu, mająca kontakt z wieloma pracownikami, spotykała się raczej z chłodną neutralnością, aniżeli wrogością. Tyle była w tej chwili warta jej reputacja. Próbowała pociągnąć ludzi za język, delikatnie starając się ustalić cokolwiek w kwestii wyjść technicznych z budynku, podziemnego parkingu, jakichkolwiek informacji mogących pomóc w "Wielkiej Ucieczce". W holu spotkała też Doktor Wójcik, wtajemniczyła ją w plan, oraz poprosiła o przygotowanie zabezpieczeń, na wypadek konieczności przejścia kanałami. Przed zmrokiem uzupełniła wodę, z trudem przełknęła coś z racji żywnościowej i przygotowała się do wyruszenia, zabierając z biura co ważniejsze rzeczy. Naładowała telefon. I żałowała, że nie ma ze sobą butów innych niż służbowe.

                                      Wójcik nie miała dobrych informacji - jej blef nic nie dał. Co prawda powiedziała Wiktorii, że wygląda na to, że sytuacja jest na tyle poważna, że nawet jej nie aresztowali ani nie próbują wyciągać konsekwencji z tego, że trzasnęła funkcjonariusza, ale cóż... jedna z potencjalnych dróg ucieczki została zamknięta.


                                      Dzień III, po godzinie 22.

                                      Muzyka!

                                      Wszystko było gotowe. Darpol pogrążył się po raz wtóry w ciemnościach. Odległe wycie syren - karetek pogotowia, wozów straży pożarnej, policji - było niczym ciągłe, ciche tło. Jak brzęcząca lodówka. Jak komar bzyczący nad uchem. Ostrożnie, powoli, bez zbędnego pośpiechu, przenikając w ciemnościach, grupa spiskowców spotkała się na parterze, a potem ruszyła w dół schodów, do podziemnego parkingu. Prowadził Zieliński. Pochód zamykali Sebastian i Alicja.

                                      Pierwszą kompikację napotkali zanim jeszcze dotarli do drzwi, kiedy zeszli na dół, na drugie piętro.
                                      -Mamusiu, jestem głodna. Chcę do domu...- głos małej dziewczynki, pełen rezygnacji i smutku, brzmiał właściwie jakby już znała odpowiedź. Albo nawet nie spodziewała się odpowiedzi.
                                      -Cii... Jutro na pewno nas wypuszczą. Na pewno nas wypuszczą. Jutro na pewno... na pewno. - W głosie matki słychać było rezygnację. Sama nie wierzyła w to co mówi.
                                      -Mamo...dlaczego jutro nigdy nie nadchodzi?-

                                      3bf0ca97-e7d7-4e06-9cf5-f57b8feebb94-image.jpeg

                                      Dwie postaci, przytulone do siebie, siedziały skulone przy załomie korytarza, tuż obok drzwi, które musieli pokonać, aby dostać się na parking. Gdyby się nie odezwały, prawdopodobnie nawet by ich nie zauważyli. Szlag.

                                      Aby wyrosły nam skrzydła, każdego dnia musimy rzucać się w przepaść.

                                      1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                      2
                                      • Arthur FleckA Niedostępny
                                        Arthur FleckA Niedostępny
                                        Arthur Fleck jako Michał Owczarek
                                        napisał(a) ostatnio edytowany przez
                                        #64

                                        text alternatywny

                                        Michał Owczarek

                                        Schodzili po ciemku, stopień za stopniem, Wójcik szła gdzieś za nim. Nie widział jej, ale czuł ją plecami. Cały dzień unikał epidomiolożki, siedział w serwerowni, gapił się w monitory Zielińskiego, liczył krawężników przed wejściem i wmawiał sobie, że ta kobieta go nie obchodzi. Był już jedną nogą na zewnątrz. HAZMAT, procedury, zielone plakietki i cały ten cyrk zostawały na górze razem z resztą Darpolu. Wystarczyło przetrwać kilka godzin i nie wchodzić jej w drogę.

                                        Ale gdy zobaczył Wójcik w holu, wszystko wróciło. Nie było takich słów by opisać pogardę i obrzydzenie jakie poczuł na jej widok. Michał wiedział, jak wygląda lekarz, który zawiódł, bo oglądał go co rano w lustrze. Przychodził na dyżur pijany, ale nawet po wódzie nigdy nie uciekł z oddziału, nie zostawiał pacjentów na pastwę losu. Ona to wszystko robiła na trzeźwo, z premedytacją.

                                        Zaraz się zrzygam.

                                        Obiecał sobie, że będzie trzymał gębę na kłódkę, próbował skupić tylko na tym co ty i teraz. Na schodach, na drzwiach, na podziemnym garażu. Michał Owczarek był jednak beznadziejny w dotrzymywaniu obietnic. Dlatego w pewnym momencie zwolnił i zrównał się z nią na podeście.

                                        — Już się nie boisz, Alicja? — szepnął jej do ucha. — Wczoraj mówiłaś, że kto stąd wyjdzie przed czasem, zarobi kulę w łeb i wyjedzie w czarnym worku.

                                        Gdyby nie ciemności Wójcik mogła by zobaczyć jad w jego oczach. Zaciśniętą szczękę. Nie czekał na odpowiedź. Wszystko co czuł, każda emocja zaczęła się z niego przeciekać.

                                        — Odkąd tu weszłaś ze swoim oddziałem próbujesz robić z siebie niekompetentną idiotkę i zrzucasz winę za swoje porażki na innych. Spoliczkowałaś jakiegoś aspiranta i twierdzisz, że nie masz już tu żadnej władzy choć to chuja prawda. Nawet jakby przywaliła generałowi policji dalej dowodzisz w środku HAZMAT-em. Miałaś od nas listę pacjentów zero a mimo to Mengle zdążył zarazić kilka osób. Możesz to wszystko załatwić inaczej, wiesz o tym, ale ty wolisz zostawić swoich ludzi i pacjentów i jak szczur uciekasz z tonącego…

                                        Nie dokończył bo właśnie wtedy usłyszał czyjś głos. Dziecka. Potem kobiety. Siedziały przy załomie korytarza, tuż obok drzwi na parking, przytulone do siebie. Michał zamarł. W pierwszej chwili chciał wystrzelić do przodu, zrobić coś, jakoś zareagować. Potem jednak popatrzył na Wójcik. Złapał ją za łokieć, przyciągnął do siebie bliżej.

                                        — Nawet kurwa nie myśl że znowu zrzucisz na kogoś odpowiedzialność i będziesz stać z boku. Dopóki nie wyszliśmy z budynku ty tu dowodzisz. Koniec chowania się za plecami innych.

                                        1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                        0
                                        • MilobM Niedostępny
                                          MilobM Niedostępny
                                          Milob jako Maksymilian Kruk
                                          napisał(a) ostatnio edytowany przez
                                          #65

                                          Maksymilian „Maks” Kruk

                                          token_1.png

                                          Maksymilian ledwie powstrzymał westchnienie, słysząc pełen jadu szept Michała. Maks miał już zamiar wciąć się między nich i uciąć tę dyskusję, kiedy z ciemności dobiegł cienki, dziecięcy głosik.

                                          Kruk zamarł w bezruchu, a jego dłoń odruchowo zacisnęła się na zimnej stali zdobycznego łomu. Dziecko...

                                          Wyminął kłócącą się dwójkę i zrównał się z prowadzącym Zielińskim. Skierował snop światła latarki nisko na posadzkę, omijając twarze siedzących, by ich nie oślepić, ale wyraźnie zidentyfikować skulone sylwetki matki i córki.

                                          — Co wy tu w ogóle robicie na samym dole? — zapytał twardym, konspiracyjnym szeptem, w którym zdumienie mieszało się z napięciem.

                                          1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                          0

                                          Cześć! Wygląda na to, że jesteś zainteresowany tą rozmową, ale nie masz jeszcze konta.

                                          Masz dość przewijania tych samych postów za każdą wizytą? Po zarejestrowaniu konta zawsze wrócisz dokładnie do tego samego miejsca, w którym byłeś wcześniej, możesz wtedy również wybrać opcję otrzymywania powiadomień nowych odpowiedziach (e-mailem lub powiadomieniem push). Będziesz też mógł zapisywać zakładki i głosować na posty, aby okazać uznanie innym członkom społeczności.

                                          Z Twoją pomocą tez post mógłby być nawet lepszy 💗

                                          Zarejestruj się Zaloguj się
                                          Odpowiedz
                                          • Odpowiedz, zakładając nowy temat
                                          Zaloguj się, aby odpowiedzieć
                                          • Najpierw najstarsze
                                          • Najpierw najnowsze
                                          • Najwięcej głosów


                                          • Zaloguj się

                                          • Nie masz konta? Zarejestruj się

                                          • Aby wyszukiwać zaloguj się lub zarejestruj.
                                          Powered by NodeBB Contributors
                                          • Pierwszy post
                                            Ostatni post
                                          0
                                          • Kategorie
                                          • Ostatnie
                                          • Tagi
                                          • Popularne
                                          • Świat
                                          • Użytkownicy
                                          • Grupy
                                          • Strona startowa