Popiół i Śnieg
-
Wieś sprawiała wrażenie wymarłej. Jedynie dym z dogasających stosów snuł się nisko pomiędzy dachami i wciskał w nozdrza. Heinrich zaświecił latarnię i ruszył od jednego domu do drugiego Było już ciemno i jedynie światło latarni oświetlało mu drogę. Nikły promyk nadziei pośród ciężkiego, ponurego mroku. Był wściekły. Tak bardzo, że nie dało się tego opisać słowami. Był wściekły i bez nadziei na lepsze. Wiedział, co trzeba uczynić i nawet? Zgadzał się. Choć nie podobało mu się to w najmniejszej kropli. Ni ksztynę! Uśmiechnął się ponuro i słabo do Mannslieba na lekko pochmurnym niebie, a chłód nocy pieścił jego ciało bezlitośnie. Coś, co jak zdawał sobie ponad wszelką miarę sprawę było dla niego dobre.
Chłód nocy pozwalał wystudzić krew. Pozwalał zebrać myśli. Okiełznać emocje, spojrzeć z boku na sprawę. Gdyby został w karczmie? Wolał nawet o tym nie myśleć. A tak szedł w dół wsi wiedząc, że kiedy wszystko jest niepewne… trzeba powrócić do tego co jest znane. Czuł żal z powodu śmierci garbarza… może mutant, ale dobry człowiek… więc kto był tu winien i jak bardzo znajomość może rzucić na wybranie mniejszego, ale słusznego zła? Przerażająca myśl… nagle okazuje się, że być człowiekiem oznaczało być człowieczym i aby zwalczać Chaos trzeba wyrzec się swojego człowieczeństwa… Jakby nie patrzeć…
Najpierw dotarł do chaty Albrechta czując przypływ nostalgii. W środku pachniało skórą, łojem i dymem. Warsztat wyglądał tak, jakby jego właściciel miał za chwilę wrócić do pracy. Narzędzia wisiały równo na ścianie, każde na swoim miejscu. Na stole znajdowały się szydła, igły, mocne nici, metalowe klamry i dwa porządne noże do skórowania. W kącie leżała duża, dobrze wyprawiona skóra jelenia, dwie mniejsze skóry kozie oraz rulon grubego futra nadającego się na podbicie zimowego odzienia. Na oparciu krzesła wisiała niedokończona kurta. Albrecht zdążył wykroić najważniejsze części i nanieść poprawki po porannych pomiarach. Na jednym z rękawów wciąż pozostawały kredowe oznaczenia, a przy kołnierzu tkwił skrawek pergaminu z krótką uwagą dotyczącą szerokości ramion. Obok warsztatu stała niewielka skrzynia, w której znajdowała się skórzana sakiewka z jedenastoma szylingami i ośmioma pensami, którą to dodał do swoich Oceniał skóry, oceniał futro… wszystko to był solidny towar warty swojej ceny. Niestety, miał ograniczone możliwości. Zabrał narzędzia. Ponad je i monety, nic więcej.
Chata Marty wyglądała zupełnie inaczej. Panował w niej nieład, który dla samej zielarki zapewne miał własny porządek. Półki uginały się pod ciężarem słojów, glinianych naczyń, zawiniątek i buteleczek. Pod sufitem suszyły się pęki roślin, a na stole stały moździerze, drewniane łyżeczki, niewielka waga oraz kilka pustych fiolek. Część preparatów opisano czytelnie, inne oznaczono jedynie kreskami i symbolami. Pośród gotowych środków znajdowały się trzy mikstury. Lek na Wszelkie Zło, Sokole Oko oraz pojedyncza porcja mikstury leczniczej. W niewielkiej skrzynce odsuniętej na tył półki przechowywano trzy trucizny. Każde naczynie opatrzono nazwą i prostym znakiem ostrzegawczym. Były to lubczyk, tojad oraz wilcza jagoda. Tłumacz brał to co znał, choć był pod niemałym wrażeniem zgromadzonych przez kobietę zapasów. Jakby nie patrzeć, chaos rządził w jej chacie niepodzielnie, a on nie miał czasu, ani cierpliwości na głębsze badania.
Ostatnia była chata Bruna. Pomieszczenie pachniało mięsem i tłuszczem, Narzędzia rzeźnicze przechowywano starannie. Na ścianie wisiał ciężki tasak oraz dwa długie noże do rozbioru mięsa. Pod stołem znajdowała się piła do kości, osełka i zestaw drobniejszych narzędzi do ostrzenia oraz naprawy rękojeści. Obok leżał hak rzeźnicki z krótkim łańcuchem i gruby skórzany fartuch. W niewielkiej skrzynce znajdowało się siedem szylingów oraz ukryta butelka mocnej gorzałki. Zabrał narzędzia i monetę. Nie mniej, nie więcej było mu potrzebne. Było „jego”.
Kiedy płomień latarni przesunął się po wnętrzu izby, w oknie naprzeciwko poruszyła się zasłona. Po drugiej stronie ulicy, w jednej z sąsiednich chat, stała kobieta. Za nią można było dostrzec dwie mniejsze sylwetki, zapewne dzieci. Cała trójka patrzyła w stronę domu rzeźnika. Odsunęli się gdy złapali kontakt wzorkowy z Henrichem, a po chwili zasłona opadła. W innym oknie mignęła czyjaś twarz. Gdzieś dalej zgasło światło. Jedna z okiennic poruszyła się lekko, choć na ulicy nie było prawie żadnego wiatru. Mieszkańcy może i zamknęli się w domach, ale część nich spozierała do sąsiadów i na ulice, jakby starając uwierzyć, że Łowca naprawdę dotrzyma słowa i zostawi ich w spokoju. Jeśli komuś nie podobały się praktyki Heinza, nikt z mieszkańców nie wyszedł, by mu przeszkodzić.
Kraus zachował kamienną twarz. Wszelki żal i wątpliwość powoli w nim dogasała kiedy robił to co niektórzy nazwaliby kradzieżą. On nie kradł. Był ponad to. Choć był Tłumaczem… to jak jeden plebs nazwałby go pogardliwie Hieną Cmentarną. Właściciele tych domostw byli martwi, a ich domy były ich grobowcami… w pewnym sensie, przynajmniej. Miał żelazną zasadę, że nie brał od żywych. Żywym to nawet był w stanie odstąpić część tego co ma, ale brać siłą, czy podstępem? Nigdy. Ostatecznie… wszyscy chcieli tylko przetrwać, a ta wieś… Jeśli Sigmar, albo Ranald widzieli w tych ludziach niewinnych to miał nadzieję, że dadzą jakiś znak. Patrząc po krukach jednak… dali jawny sygnał co to za miejsce. Jedyna myśl, która ledwo co usypiała jego roztargane sumienie.
Wracał do karczmy. Wiedział, że martwi nie będą mieli mu za złe. Sam by się nie pogniewał, gdyby ktoś zabrał z jego zimnych palców ostatniego pensa. Byleby tylko dwie monety umieścił pod językiem na ostatnią drogę. Ogień jednak był, ponad wszelkim poznaniem, najwyższym zaszczytem ze wszystkich możliwych pochówków. Spopielone ciało nie ulegało plugawej magii. Nie rozkładało się niosąc woń zepsucia, a czysta, wolna od łańcuchów ciała dusza ulatywała bezpośrednio ku bogom…
Teraz jednak, potrzebował spać. Choć świecę, choć dwie… spije się w trupa gdy dotrze do Hargig spieniężyć i zdeponować kruszec. Miał plany. Miał nadzieje… ale wszystko to kosztownym było. I nie było co ukrywać, każdy krok bliżej wolności był na wagę…! To jest, jeśli przeżyje… Jeśli przeżyje…
-

Tomasimo i Łowca
Tomasimo znalazł Sneidera na piętrze, w jednej z izb zajętych wcześniej przez Łowcę Czarownic. Drzwi pozostawały uchylone, a kiedy niziołek zajrzał do środka, Klaus siedział przy niewielkim stole, pochylony nad prowizoryczną mapą okolicy. Ciężki płaszcz zrzucił na oparcie krzesła, rękawice położył obok kałamarza, a na blacie rozłożył kilka kartek zapisanych krótkimi, oszczędnymi uwagami. Nie jawił się niziołkowi jako szczególnie przejęty, a już na pewno nie wyglądał jak człowiek, który właśnie wrócił z egzekucji pięciu osób. Miało się wrażenie, że po prostu zakończył jeden etap pracy i bez zbędnego odpoczynku zabrał się za kolejny.
Tomasimo przekazał mu przebieg rozmowy w głównej izbie. Powiedział o Morizie, który nie zamierzał brać udziału w podpalaniu wioski, ale chciał udać się do lasu i mieć oko na ewentualnych uciekinierów. Wspomniał również o Heinrichu, który także odmówił, zabrał coś zza kontuaru i wyszedł w noc, rzucając, że idzie „odebrać co jego”. Niziołek nie ukrywał przy tym własnych podejrzeń ani negatywnego nastawienia. Przypomniał o wcześniejszych wątpliwościach dotyczących rudzielca i zwrócił uwagę, że jego zachowanie w obecnej sytuacji trudno było uznać za szczególnie rozsądne.
Łowca Czarownic słuchał bez przerywania, wyjmując z połów swojego płaszcza suchą rację żywnościową i żując ją mozolnie w miarę wywodu niziołka. Ani razu nie wszedł Tomasimo w słowo. Dopiero kiedy raport dobiegł końca, odsunął krzesło, podniósł się i podszedł do okna. Szyba była zaparowana od środka, więc przetarł ją rękawem i przez chwilę patrzył na wieś. Z wysokości piętra widać było znaczną część drogi oraz kilka bocznych przejść między domami. Śnieg odbijał blade światło Mannslieba oraz ostatnie, upiorne migotanie stosów, które na placu dogasały już niemal całkowicie. W tej mętnej, niebieskawo-pomarańczowej poświacie można było jeszcze rozpoznać dwie oddalające się osobno sylwetki. Heinrich kierował się między zabudowania, Moriz zaś zmierzał w stronę skraju wsi.
Sneider patrzył na nich dłuższą chwilę, po czym westchnął przez nos z wyraźnym niesmakiem.
– Zmarnowane złoto. Na obu.
Nie było w jego głosie furii, a jedynie nuta irytacji. Prychnął, jakby dotarło do niego właśnie teraz, że narzędzia, na które wyłożył złoto, nie szczędząc żadnego grosza, okazują się wadliwe wtedy, kiedy akurat są mu najbardziej potrzebne.
– Niech idą. Nie będziemy za nimi nikogo posyłać. Nie warto.
Oderwał wzrok od okna i spojrzał na Tomasimo, który nie krył konsternacji wywołanej jego decyzją. Podobna nieroztropność zakrawała na igranie z losem, lecz Łowca miał pewną siebie minę.
– Znam się na ludziach jak mało kto, panie Ashfield. Popełniam pewne drobne błędy, ale nigdy nie mylę się co do istotnej części natury człowieka. Nie sądzę, żeby któryś pokrzyżował nam plany. Ostatecznie jakieś niepotrzebne zgrzyty sumienia mogą im nie pozwolić wziąć udziału w słusznej misji, ale nie są na tyle szaleni, by robić sobie ze mnie wroga. Herr Moriz za bardzo jest przywiązany do swojego życia, a Herr Heinrich przede wszystkim chce odmienić swój los. Nie zrobią tego, krzyżując ze mną ostrza. To nie są ludzie, którzy zmieniają świat na lepsze, ale są za to wystarczająco rozsądni, żeby wiedzieć, że nie warto otwarcie stawać przeciw woli Imperatora.Sneider wrócił do stołu i zaczął składać mapę, jakby właśnie zakończył temat.
– Jeśli chcą umyć od tego ręce, niech tak będzie. Na wszelki wypadek przed wyjazdem sprawdzę jednak ich dobytek. Wątpię, by skusili się zawłaszczyć cokolwiek spaczonego, ale nie odmówię im chciwości, która uśpi ich sumienie. Ostatecznie niech przytulą parę fantów. Lepszy taki ich los niż to, by miały zniszczeć w płomieniach. Zazwyczaj nie popieram kradzieży i zwykłem nawet za nią karać, ale ostatecznie dzisiaj skupiamy się na ważniejszych... priorytetach.
Dopiero po wypowiedzeniu tej kwestii zmienił ton na nieco spokojniejszy i mniej cierpki.
– Ty, Herr Ashfield, i Herr Falk wywiązaliście się z zadania. To zostanie uwzględnione przy zapłacie.
Tomasimo mógł zauważyć, że Sneider nie mówił tego jako pustego komplementu. Łowca Czarownic należał do ludzi, którzy rzadko rozdawali pochwały, a jeśli już to robili, zazwyczaj coś za nimi szło.
– Jak, zdaje się, wspominałem, dostaniecie też ode mnie rekomendację. Jeśli będziecie kiedyś potrzebowali listu dla oficera, kwatermistrza albo urzędnika wojskowego, moje nazwisko powinno sprawić, że sprawy rozwiążą się po waszej myśli.Kiedy Tomasimo wspomniał o zamiarze przeszukania kaplicy, domu rzeźnika i domu kapłana, Sneider nie próbował go powstrzymywać.
– Macie wolną rękę, Herr Ashfield. Tylko nie róbcie hałasu i nie pokazujcie się mieszkańcom bardziej, niż trzeba. Nie chcę, żeby ktoś zaczął zadawać pytania albo nabrał ochoty na nocny spacer.
Po chwili wskazał ruchem głowy na dół.
– Pan Falk zostaje tutaj. Ktoś musi mieć oko na gospodę i wieś. Powiedzcie mu, żeby co jakiś czas obchodził budynek, sprawdzał okna i dał znać, kiedy większość świateł pogasną. Skoro na reszcie nie można polegać, poradzimy sobie w trójkę.
Nie zabrzmiało to ani bohatersko, ani szczególnie ponuro. Sneider stwierdził po prostu fakt, po czym wrócił do swoich notatek.
Tomasimo w domu rzeźnika
Dom Bruna był pierwszym miejscem, które Tomasimo postanowił sprawdzić pod kątem wskazówek. Jeśli Bruno rzeczywiście był kultystą, musiał coś po sobie zostawić. Jakiś ślad. Jakiś dowód. Z zewnątrz budynek nie wyróżniał się niczym szczególnym spośród sąsiednich zabudowań. Niski dach, niewielkie okna, przybudówka służąca zapewne do przechowywania narzędzi i opału. Wewnątrz wciąż unosił się ciężki zapach tłuszczu i dymu. Było widać, że ktoś już wcześniej przeszukiwał pomieszczenia. Część szuflad pozostawiono wysuniętych, kilka drobnych przedmiotów zniknęło, a na podłodze ciągnęły się świeże ślady butów. Heinrich najwyraźniej interesował się przede wszystkim tym, co można było łatwo zabrać i później sprzedać albo wykorzystać. Tomasimo szukał czegoś zupełnie innego.
Przez dłuższą chwilę chodził więc po domu, zaglądał pod meble, przeglądał papiery i przyglądał się ścianom. Nic nie pasowało jednak do obrazu tajnego kultysty. Na stole leżały rachunki za mięso, sól i opał. W jednej ze skrzynek znajdowały się zapiski o zakupie dwóch świń od gospodarza z sąsiedniej wsi, w innej kilka starych rachunków, gwoździe, kawałki sznurka i zużyte sprzączki. Drobnica. W szafie wisiały robocze koszule oraz płaszcz przesiąknięty charakterystycznym zapachem rzeźni. Na półce stał tani, drewniany symbol Taala, zapewne kupiony kiedyś na jarmarku, a obok niego niewielki koń z drewna, dziecięca zabawka z odłamanym uchem, wygładzona od częstego dotykania.
Tomasimo sprawdził podłogę, ściany i skrzynie, lecz nie znalazł ani ukrytej komory, ani wyrytych symboli, ani ksiąg, które choćby z daleka przypominały teksty poświęcone Mrocznym Bogom. Nie było podejrzanych ołtarzy ani czegokolwiek, co kazałoby sądzić, że Bruno prowadził drugie życie poza tym, które znała cała wieś. Im dłużej niziołek przeszukiwał dom, tym bardziej rzeźnik jawił się jako człowiek szalenie pospolity. Kupował zwierzęta, liczył wydatki, martwił się ceną drewna i najwyraźniej przechowywał starą zabawkę należącą kiedyś do dziecka. Gdyby nie jego przyznanie się w obliczu ognia i znaleziony wcześniej sygnet, trudno byłoby wskazać cokolwiek, co łączyłoby go z kultem Khorne’a. Czy faktycznie nim był? Czy może w ostatniej chwili skusiła go obietnica lżejszej śmierci, której ostatecznie mu odmówiono? Dom nie udzielał odpowiedzi. Jeśli już, to zostawiał po sobie jeszcze więcej pytań.

Tomasimo w kaplicy i domu kapłana
Kaplica Ulryka stała nieco wyżej niż większość zabudowań Dunkelwaldu, na niewielkim wzniesieniu, z którego za dnia zapewne można było objąć wzrokiem sporą część wioski. Wiedział to, ponieważ całkiem niedawno odbył już drogę w tę stronę dwukrotnie. Nie miał jednak dobrej okazji przyjrzeć się kaplicy i domowi kapłana od środka. Przynajmniej nie dokładnie. Przed wejściem ktoś wcześniej odgarnął śnieg, pozostawiając po lewej stronie sporą hałdę białego puchu. W środku było niemal równie zimno jak na zewnątrz. Powietrze pachniało popiołem i wilczą sierścią, a niewielkie lampy dawały jedynie tyle światła, by odegnać mrok na parę metrów.
Wnętrze nie miało nic wspólnego z bogatymi, wystawnymi świątyniami znanymi z większych miast. Nie było tu marmuru ani barwnych fresków. Na końcu głównej izby stał prosty kamienny ołtarz, nad którym wyrzeźbiono głowę wilka. Rzeźba była stara i surowa, z głęboko zaznaczonymi oczami i wyszczerzonymi kłami. Ktoś kiedyś pomalował je na jasnoszaro, lecz farba popękała i w wielu miejscach odpadła. Na ścianach wisiały wilcze skóry oraz trzy stare chorągwie. Jedna przedstawiała białą wilczą głowę na ciemnym tle, druga nosiła ślady tak wielu zim, że wzór niemal całkowicie wyblakł, a trzecia była miejscami przypalona. Pośrodku ustawiono kilka ciężkich, prostych ław. W żelaznych misach umieszczonych w czterech kątach kaplicy pozostawały resztki popiołu. Nie były już ciepłe, ale wciąż pozostawiały po sobie zapach spalonych ziół. W misie przy wejściu znajdowała się woda, którą teraz skuło wieczorne zimno.
Tomasimo znalazł również kilka przedmiotów używanych podczas nabożeństw albo pozostawionych przez wiernych. Na ołtarzu leżał srebrny medalion z głową wilka, niewielki, lecz wykonany z prawdziwego kruszcu. Obok stały trzy znacznie tańsze amulety z kości i żelaza. Z drewnianego kołka zwisała srebrna zapinka do szaty kapłańskiej, uformowana na kształt wilczego kła. Niedaleko jednej z mis znajdował się rytualny nóż o rękojeści wykonanej z poroża, a w płóciennym woreczku leżało sześć przewierconych wilczych kłów, przygotowanych zapewne do nawleczenia na rzemyki. Przy ścianie stała jeszcze niewielka cynowa figurka wilka.
Nic z tego nie wyglądało jednak podejrzanie. Kaplica nie nosiła śladów profanacji, ukrytych symboli ani rytuałów mogących kojarzyć się z Mrocznymi Bogami. Wszystko pozostawało dokładnie takie, jakiego można było spodziewać się po wiejskiej świątyni Ulryka. Dopiero kiedy Tomasimo wspiął się po drewnianej drabinie prowadzącej do niewielkiej wieżyczki, dostrzegł, że nie jest w kaplicy sam. Moriz siedział wysoko przy dzwonie, skąd przez otwory pomiędzy belkami można było obserwować główną drogę, znaczną część wioski oraz skraj lasu. Richter zauważył niziołka, ale nie wykazywał ochoty na rozmowę. Odpowiedział jedynie krótkim skinieniem głowy i ponownie skierował uwagę na zabudowania poniżej. Tomasimo mógł więc spokojnie kontynuować swoje poszukiwania.

Moriz i kapliczka Ulryka
Z wieżyczki kaplicy Dunkelwald wyglądał inaczej niż z poziomu ulicy. Moriz widział dachy przyprószone śniegiem, ciemne przerwy pomiędzy domami, prostą linię głównej drogi oraz miejsca, w których zabudowania ustępowały połaci lasu. Z wysokości łatwiej było dostrzec ruch, ale jednocześnie pojedyncze sylwetki szybko niknęły w cieniu.
Na początku w wielu oknach wciąż paliło się światło. Mieszkańcy nie potrafili zasnąć po tym, co wydarzyło się na placu. W jednych domach ktoś chodził od okna do okna, w innych kilka osób siedziało przy stole, jeszcze gdzie indziej dziecięce sylwetki pojawiały się przy szybach, by po chwili zostać odciągnięte w głąb izby.
Moriz siedział na wieży przez długi czas. Mróz stopniowo wciskał się pod ubranie i wnikał w mięśnie oraz kości. Drewno pod jego dłonią pokrywało się szronem, metal dzwonu błyszczał matowo, a oddech zamieniał się w coraz gęstsze obłoki pary. Wieś powoli cichła. Jedno po drugim gasły światła. W kolejnych domach zasuwano firany, przymykano okiennice i wygaszano lampy. Po jakimś czasie na ulicach nie było już prawie nikogo.
Pierwszą uciekającą rodzinę Moriz zauważył tylko dlatego, że poruszali się zbyt ostrożnie. Najpierw z domu wyszedł mężczyzna z niedużym workiem przewieszonym przez ramię. Rozejrzał się po ulicy i odczekał chwilę, zanim dał znak pozostałym. Za nim pojawiła się kobieta i dwójka dzieci. Nie mieli ze sobą wiele, jedynie niewielkie pakunki i rzeczy, które można było unieść bez zwracania uwagi. Nie biegli. Trzymali się ścian i przechodzili od cienia do cienia, zatrzymując się za każdym razem, gdy gdzieś poruszył się ktoś obcy. Po kilku minutach dotarli do zachodniego skraju wsi i zniknęli między drzewami. Druga rodzina opuściła Dunkelwald mniej więcej godzinę później. Tym razem były to dwie dorosłe osoby i jedno dziecko. Wybrali niemal ten sam kierunek, prowadzący ku drodze ciągnącej się dalej na zachód, w stronę mniejszych osad i odległego Middenheimu.
Później przez dłuższy czas nic się nie działo. Moriz mógł już zacząć zakładać, że reszta mieszkańców pogodziła się z losem i zamierza zostać w domach do rana, kiedy otworzyły się drzwi domu sołtysa. Mężczyzna wyszedł sam. Nie niósł dużego tobołka, nie ciągnął sań i nie zabrał ze sobą nikogo z rodziny. Przez chwilę stał w cieniu budynku, rozglądając się po ulicy, a następnie ruszył pomiędzy chatami. Nie poszedł jednak ani na zachód, ani na wschód, jak początkowo podejrzewał Moriz. Skierował się na południe, ku najgęstszej części lasu. Richter patrzył, jak sylwetka sołtysa znika pomiędzy ostatnimi zabudowaniami. Tomasimo odszedł z kaplicy już jakiś czas temu i jeśli Moriz chciał sprawdzić, dokąd zmierza sołtys, musiał zrobić to sam. Nawet jeśli niziołek był gdzieś w pobliżu, nie miał zresztą ochoty go w to angażować.
Droga po drabinie zajęłaby zbyt wiele czasu. Kilka metrów niżej, tuż obok wejścia do kaplicy, leżała natomiast duża hałda śniegu pozostawiona po odśnieżaniu. Z góry nie wyglądała szczególnie zachęcająco, ale była wystarczająco głęboka, by zamortyzować upadek. Moriz zeskoczył. Wpadł w śnieg niemal po pas, przez chwilę walcząc o utrzymanie równowagi, lecz zaspa przyjęła ciężar jego ciała bez większej szkody. Chwilę później wydostał się na twardszy grunt i ruszył w stronę miejsca, gdzie zniknął sołtys.

Tomasimo i dom kapłana
Dom Berengara był zamknięty solidniej niż chata rzeźnika. Drzwi osadzono na grubych zawiasach, a porządny zamek nie dawał większych szans na ciche wejście. Jedno z bocznych okien zabezpieczono jednak znacznie gorzej. Przy odrobinie cierpliwości Tomasimo mógł dostać się do środka bez robienia hałasu. Wnętrze było skromne i uporządkowane. Jedna większa izba służyła Berengarowi za miejsce do pracy i codziennego życia. Stał tam ciężki stół, dwa krzesła, łóżko, skrzynia, niewielka szafa oraz półki pełne ksiąg i pergaminów. Ściany nie były ozdobione niczym poza wilczą skórą, prostym symbolem Ulryka i starą mapą Drakwaldu.
Na półkach wyróżniały się cztery księgi. Pierwsza nosiła tytuł „Zimowy Wilk” i zawierała modlitwy, hymny oraz przypowieści związane z kultem Ulryka. Rogi stron były starte, a w wielu miejscach widać było ślady częstego czytania. Druga, „O wojnach Sigmara i Teutogenów”, była ciężką kroniką w ciemnej, skórzanej oprawie. Opisywała dawne konflikty i sojusze z czasów sprzed powstania Imperium. Trzecia, „Żywoty Kapłanów Północy”, zawierała historie znanych duchownych Ulryka. Marginesy pełne były krótkich dopisków Berengara, niekiedy polemicznych, niekiedy ograniczających się do kilku znaków zapytania. Najciekawsza okazała się jednak czwarta księga. „Bestie Drakwaldu” nie wyglądały na drukowany traktat, lecz na zbiór wieloletnich zapisków. Był to pierwszy trop wskazujący na jakiekolwiek powiązanie z Chaosem, choć nić była bardzo luźna. Zapiski miały raczej badawczy charakter i nie zawierały znamion fanatyzmu, a bardziej naukowy dryg, który najwyraźniej przejawiał kapłan. Pomiędzy stronicami znajdowały się opisy zwierzoludzi, mutantów i niebezpiecznych stworzeń, na które Berengar natknął się podczas wypraw w pobliskie góry. Część zapisków była stara, ale bardzo dużo sporządzono w ciągu ostatnich dwóch lat, gdy Chaos mocniej rozplenił się po okolicy w związku z dobrze znanymi zawirowaniami, przez jakie przechodziło teraz Imperium. Tomasimo znajdował szkice, notatki o miejscach żerowania oraz krótkie uwagi dotyczące zachowań klanów zwierzoludzi. To było coś i nic zarazem. Teraz, gdy kapłan nie żył, nie mogli skonfrontować się z nim po raz wtóry, a niziołek mógł mieć na taką rozmowę niemałą ochotę.
Poza księgami Tomasimo znalazł dwie kompletne szaty kapłańskie obszyte białym futrem, kilka arkuszy pergaminu, kałamarz, zapas piór, lak, pieczęć kapłańską oraz niewielki zestaw prostych lekarstw. W skrzyni leżały bandaże, maści na odmrożenia, igły i nici. Przy ścianie stał topór, który od razu odróżniał się od reszty wyposażenia. Nie był to zwyczajny oręż codziennego użytku. Ostrze wykonano z dobrej stali, a głowicę ozdobiono srebrnymi ornamentami przedstawiającymi stylizowane wilcze głowy. Rękojeść obciągnięto ciemną skórą, a całość była utrzymana w znacznie lepszym stanie niż większość rzeczy w domu. Broń wyglądała na ceremonialną, ale nikt rozsądny nie miałby wątpliwości, że w razie potrzeby można było użyć jej również w znacznie bardziej praktyczny sposób. Jej wartość mogła sięgać... trudno było ocenić, jak wiele, ale z pewnością niemało.

Powrót Heinricha i niespokojne sny
Heinrich wrócił do gospody znacznie później. W głównej izbie zastał jedynie Pietera. Nie było potrzeby wdawać się w dłuższą rozmowę. Krótkie, oschłe przywitanie wystarczyło, by zaznaczyć, że obaj zauważyli swoją obecność. Tomasimo wciąż nie wrócił, a Sneider pozostawał na piętrze. Kraus skierował się do jednej z wolnych izb na parterze. Pomieszczenie było niewielkie, wyposażone w łóżko, stół, krzesło i małe okno wychodzące na bok budynku, obecnie zaryglowane po ich wcześniejszej akcji. Na stole stała świeca, którą zapalił zaraz po wejściu. Drżący płomień ledwo dawał radę rozświetlić izbę.
Po wydarzeniach całego dnia sen przyszedł do Heinricha szybko, niemal brutalnie, jakby organizm zwyczajnie odmówił dalszej współpracy i wykorzystał pierwszą chwilę bezruchu, by odciąć go od świata. Zasnął głębiej, niż zamierzał, bez zwykłego przejścia pomiędzy jawą a snem, bez czasu na uporządkowanie myśli. Być może dlatego to, co zobaczył później, od początku wydawało się nie tyle snem, ile czymś narzuconym z zewnątrz, obcym wobec jego własnej wyobraźni i zbyt spójnym, by można było łatwo uznać to za przypadkowy splot wspomnień.
Dunkelwald pojawił się przed nim tak wyraźnie, jakby patrzył na wieś z miejsca zawieszonego wysoko ponad dachami, lecz nie był to Dunkelwald, który znał z dotychczasowych wydarzeń. Wszystko wyglądało znajomo i jednocześnie niepokojąco obco. Układ domów pozostawał ten sam, studnia stała w tym samym miejscu, droga przecinała wieś jak wcześniej, a mimo to całość sprawiała wrażenie obrazu przekształconego przez coś obcego. Proporcje były odrobinę niewłaściwe, cienie zbyt długie, a niebo miało ciężką, bezgwiezdną barwę, w której nie można było odnaleźć ani Mannslieba, ani nawet najniklejszego światełka gwiazd.
Najbardziej rzucało się w oczy drzewo rosnące pośrodku wsi. Heinrich od razu wiedział, że patrzy na wilcze drzewo, choć w tej wizji było znacznie większe niż naprawdę. Jego pień wyrastał ponad dachy, gruby i niemal czarny, poorany głębokimi bruzdami, które w półmroku przypominały wyrżnięte w korze rany. Konary rozchodziły się szeroko nad zabudowaniami, nagie, poskręcane i ciężkie od czarnego ptactwa, które je obsiadło. Czarne pióra upstrzyły drzewo niczym nierealne, niepokojące owoce. Właściwie kruki obsiadały drzewo tak gęsto, że w niektórych miejscach całe gałęzie znikały pod czernią ich ciał. Heinrich widział setki drobnych ptaków stłoczonych obok siebie. Ich pazury zaciskały się na korze z podobną siłą, a głowy pochylały się pod tym samym kątem. Coś w tym widoku było bardziej niepokojące niż samo ich nagromadzenie. Ptaki nie zachowywały się jak ptaki. Nie przepychały się, nie skubały piór, nie podrywały do lotu i nie odpowiadały sobie ochrypłym krakaniem.
Wszystkie kruki patrzyły w stronę studni. Heinrich dopiero wtedy zauważył ogień. Początkowo był to blask odbijający się w szybach i na śniegu, ale po chwili płomienie zaczęły wychodzić spod dachów, przebijać przez okiennice i lizać drewniane ściany. Jeden dom zajmował się od drugiego, jakby ogień nie potrzebował wiatru ani iskier. W krótkim czasie cały Dunkelwald tonął w pożarze. Płonęły dachy, belki pękały z głuchym hukiem, a ciężki dym rozlewał się nad zabudowaniami i zasnuwał niebo grubą warstwą sadzy.
Pomiędzy domami poruszali się ludzie, lecz Heinrich nie potrafił rozpoznać żadnej twarzy. Widział jedynie sylwetki przecinające światło płomieni, czasem biegnące, czasem zataczające się, innym razem stojące zupełnie nieruchomo w miejscach, gdzie nikt rozsądny nie powinien zostawać. Nie słyszał krzyków. Cała scena rozgrywała się w przerażającej ciszy, jakby ogień trawił wieś za grubą szybą.
Dopiero po chwili zorientował się, że śnieg nie jest czerwony wyłącznie od płomieni. Pomiędzy koleinami i zagłębieniami terenu płynęła krew. Najpierw zachowywała się naturalnie, zbierając się w najniższych miejscach i spływając pomiędzy domami zgodnie z nachyleniem ziemi. Cienkie strużki łączyły się ze sobą, przeciskały przez śnieg i znikały pod drewnianymi płotami. W miarę jak pożar pochłaniał kolejne zabudowania, krwi przybywało, aż czerwone linie zaczęły przecinać niemal całą wieś.
Wtedy wydarzyło się coś, czego Heinrich nie potrafiłby pomylić z naturalnym ruchem cieczy. Strugi zaczęły zwalniać. Niektóre zatrzymały się całkowicie. Przez krótką chwilę krew leżała nieruchomo na śniegu, jakby coś wstrzymało jej bieg. Następnie pierwsza cienka smuga drgnęła i zaczęła przesuwać się w przeciwnym kierunku. Chwilę później zrobiła to druga, potem następna, aż cała czerwona sieć rozlana pomiędzy domami zaczęła zawracać. Krew płynęła pod górę. Nie przelewała się gwałtownie ani nie tryskała. Sunęła powoli, uporczywie, wbrew ukształtowaniu terenu, jak coś posiadającego własną wolę. Cienkie strużki łączyły się w szersze pasma, te zaś zbierały się w coraz większe potoki, aż stało się jasne, że wszystkie zmierzają w jedno miejsce. Omijały przeszkody, wspinały się po zaspach i przepływały przez koleiny, jakby znały drogę lepiej niż ktokolwiek żywy.
Zmierzały do studni. Czerwona ciecz dotarła do kamiennego cembrowania i nie zatrzymała się. Zaczęła wspinać się po jego bokach, wypełniać szczeliny pomiędzy kamieniami i przelewać przez krawędź. Kolejne strugi dołączały do poprzednich, aż cała konstrukcja wyglądała, jakby ktoś oblał ją krwią od podstawy aż po sam otwór. Potem ciecz zaczęła znikać w czarnym wnętrzu studni, pochłaniana przez ciemność tak głęboką, że nawet światło płonącej wsi nie potrafiło jej rozproszyć.
Kruki nadal siedziały na wilczym drzewie i obserwowały. Żaden nie poruszył się nawet wtedy, gdy płomienie z najbliższych domów zaczęły odbijać się czerwienią w ich czarnych oczach. Obraz zaczął się jednak powoli przesuwać, jakby spojrzenie Heinricha zostało siłą odciągnięte od wsi. Dachy i płomienie opadły niżej, a przed nim pojawiła się ciemna linia północnych gór. Ich stoki wyglądały jak jedna wielka, nieruchoma masa, niemal zlewająca się z nocnym niebem.
Na jednym ze zboczy pojawił się drobny punkt światła. Heinrich początkowo mógł wziąć go za gwiazdę albo samotne ognisko. Chwilę później obok rozbłysło drugie, potem trzecie, a po nich kolejne. Punkty układały się w nieregularną linię biegnącą w dół stoku. Z każdą chwilą było ich więcej. Kilkanaście zmieniło się w dziesiątki, dziesiątki w setki, aż cała górska grań zaczęła migotać od ruchomych świateł. Dopiero kiedy znalazły się niżej, można było rozpoznać sylwetki niosące pochodnie.
Były niewielkie, krępe, poruszały się szybko i niespokojnie. W bladym świetle śniegu dało się dostrzec zieloną skórę, długie nosy, ostre zęby i prymitywną broń unoszoną ponad głowami. Gobliny schodziły z gór całymi masami, rozlewając się po zboczach i wąskich przełęczach. Nie szły w równych szeregach, lecz w ogromnym, chaotycznym tłumie, który mimo to poruszał się w jednym kierunku. Ku dolinom. Ku wiosce.
Im więcej ich pojawiało się na stokach, tym mniej można było rozróżnić pojedyncze stworzenia. Pochodnie zaczęły zlewać się w jeden szeroki pas ognia, który wił się po zboczu niczym rozpalony grzbiet olbrzymiego zwierzęcia. Z oddali cała horda przestawała przypominać armię, a zaczynała wyglądać jak coś żywego i potężnego, co zbudziło się wysoko w górach i teraz pełzło ku Imperium, niosąc ze sobą setki małych płomieni.
W tej samej chwili kruki na wilczym drzewie poderwały się do lotu. Nie pojedynczo, lecz wszystkie naraz. Setki skrzydeł uderzyły jednocześnie, zasłaniając na moment płonącą wieś czarną chmurą. Drzewo, jeszcze przed chwilą niemal niewidoczne pod ich ciężarem, zostało nagie i puste, a ptaki wzbiły się nad Dunkelwald, zakrążyły nad studnią i ruszyły w ciemność. Wtedy wizja urwała się tak nagle, jakby ktoś zgasił światło.

Pieter i obchód wokół domów
Pieter wykonywał zadanie powierzone mu przez Sneidera cierpliwie. W powierzonej mu kwestii kryła się odpowiedzialność większa niż w przypadku pozostałych, toteż próbował wywiązywać się z niej sumiennie. Nie musiał tropić wroga w lesie ani zaglądać do cudzych domów. Jego obowiązek sprowadzał się do patrzenia, czekania i wyłapywania zmian, które dla kogoś mniej uważnego mogłyby pozostać niezauważone. Co pewien czas wychodził więc z gospody, obchodził budynek, zatrzymywał się przy drodze i spoglądał na najbliższe zabudowania, starając się zapamiętać, które okna nadal pozostają rozświetlone, gdzie poruszają się sylwetki i w których domach ludzie zaczynają już przegrywać ze zmęczeniem, a znużenie bierze górę nad niepokojem. Ostatecznie do wykonania ich planu potrzebowali, by wszyscy w wiosce spali, a Dunkelwald długo nie chciał zasnąć.
Po tym, co wydarzyło się na placu, trudno było oczekiwać, że mieszkańcy po prostu pogaszą lampy i położą się do łóżek. W wielu domach światło paliło się jeszcze długo, mimo iż świece oraz oliwa nie należały do najtańszych. Za szybami dało się dostrzec ludzi siedzących przy stołach, pochylonych ku sobie w rozmowie albo milczących tak długo, że sami zaczynali przypominać nieruchome cienie. Czasami ktoś przechodził z jednego końca izby na drugi, poprawiał zasłonę, zaglądał przez okno i natychmiast cofał się w głąb pomieszczenia. W innych miejscach dzieci pojawiały się przy szybach tylko na chwilę, zanim dorośli odciągali je od okien.
Z czasem jednak zmęczenie robiło swoje. Najpierw gasły pojedyncze świece, później całe izby tonęły w ciemności. W jednym domu ktoś zasunął ciężką firanę, w innym zatrzasnął okiennice tak gwałtownie, że dźwięk poniósł się przez pustą ulicę. Bywało też, że mieszkańcy czekali z tym do chwili, gdy zobaczyli Pietera. Wtedy ruch po drugiej stronie szyby nagle zamierał, twarz znikała, a światło po chwili przygasało. Obecność przepatrywacza wystarczała, żeby przypomnieć im, że choć Sneider zapewnił o końcu sądu, tej nocy nadal byli obserwowani. Woleli nie dawać się zapamiętać. Zabawne, że ostatecznie miało się to przyczynić do ich zguby.
Pieter nie spieszył się z wyciąganiem wniosków. Obchodził gospodę kilkukrotnie, za każdym razem zauważając, że wieś staje się cichsza i ciemniejsza. W końcu większość okien przestała świecić, a ulice opustoszały niemal zupełnie. Z pozoru Dunkelwald wreszcie zasypiał. Podczas jednego z kolejnych obchodów przepatrywacz zauważył jednak coś, co nie pasowało do tego obrazu.
Świeże ślady w śniegu. Nie prowadziły ku studni ani od jednego domu do drugiego, lecz wyraźnie w kierunku na zewnątrz wsi. Pierwszy trop zaczynał się pomiędzy dwoma chatami, w miejscu częściowo zasłoniętym przez płot i stos drewna. Było tam kilka większych odcisków butów, pomiędzy nimi zaś mniejsze, płytsze ślady dziecięcych stóp. Całość układała się w chaotyczny, ale czytelny ciąg. Ślady prowadziły na zachód. Ktoś opuścił dom nie samotnie i nie przypadkiem. To była rodzina.
Pieter ruszył kawałek dalej i po krótkim czasie natrafił na drugi podobny trop. Ten zaczynał się w innym miejscu, ale prowadził w tym samym ogólnym kierunku. Znów dorosłe kroki mieszały się z mniejszymi odciskami, a miejscami widać było głębsze zapadnięcia śniegu po kimś niosącym cięższy pakunek. Obie grupy najwyraźniej zdecydowały się nie ufać zapewnieniom Sneidera i wykorzystały noc, by spróbować wydostać się z Dunkelwaldu, zanim ktokolwiek zmieni zdanie co do ich losu.
Pieter przez chwilę obserwował ślady z miejsca, w którym znikały pomiędzy drzewami, ale nie ruszył ich tropem. Miał wyraźne polecenie i wiedział, że pogoń oznaczałaby pozostawienie gospody bez nadzoru właśnie wtedy, gdy Sneider najbardziej potrzebował kogoś na miejscu. Zamiast tego zapamiętał dwa punkty, w których rodziny opuściły zabudowania, a po powrocie do środka naniósł je węglem na prowizoryczną mapkę okolicy.
Oba kierunki zbiegały się mniej więcej ku drodze prowadzącej dalej w stronę mniejszych osad i ostatecznie ku Middenheimowi. Był to wybór zrozumiały. Jeśli mieszkańcy rzeczywiście chcieli uciec jak najdalej od Dunkelwaldu, zachód dawał im jedyną rozsądną szansę dotarcia do cywilizacji, zanim las i mróz zaczną zbierać własne żniwo. Kiedy Pieter pokazał mapkę Sneiderowi, Łowca przez dłuższą chwilę przyglądał się zaznaczonym punktom. Nie wyglądał na zaskoczonego. Przeciwnie, jakby w pewien sposób spodziewał się, że ktoś nie wytrzyma napięcia i spróbuje szczęścia w nocy.
– Zapamiętaj trasę – powiedział tylko i dalej wpatrywał się w okno. Na tym zakończył rozmowę, przynajmniej na razie. Dwie rodziny oddalały się właśnie od wioski, zapewne przekonane, że najgorsze zostawiły za sobą. Tymczasem gdzieś w górze strumienia nadal znajdowało się źródło skażenia, którego nie udało się dotąd odnaleźć, a sam Dunkelwald czekał na planowaną przez Sneidera nocną czystkę. Pieter nie wiedział jeszcze, co okaże się pilniejsze, jeśli przyjdzie wybierać pomiędzy pościgiem za uciekinierami, zbadaniem źródła zarazy a dokończeniem sprawy wioski. Wiedział jednak, że to Łowca najlepiej nakreśli priorytety.

Przygotowania Tomasimo, Pietera i Łowcy
Kiedy Tomasimo wrócił do gospody, Dunkelwald zdążył już wyraźnie przycichnąć. Wiele okien, które jeszcze godzinę wcześniej świeciły słabym, żółtawym blaskiem świec i lamp, tonęło teraz w ciemności. Gdzieniegdzie zza firan nadal przebijała smuga światła, lecz nawet tam ruch wewnątrz był coraz rzadszy. Wieś powoli poddawała się zmęczeniu po długim dniu, jakby mieszkańcy nie tyle ufali zapewnieniom Sneidera, ile zwyczajnie nie mieli już siły czuwać dłużej.
W głównej izbie gospody panował półmrok. Pieter kończył kolejny obchód, a Sneider czekał przy stole, nad którym rozłożona była prowizoryczna mapa okolicy. Tomasimo przekazał mu po kolei to, co znalazł. Dom Bruna nie krył niczego, co pasowałoby do wyobrażenia o tajnym kulcie. Kaplica Ulryka również nie nosiła żadnych śladów profanacji ani wpływu Mrocznych Bogów. W domu Berengara sprawa wyglądała nieco mniej jednoznacznie z uwagi na odnalezione notatki, lecz, jak nadmienił Tomasimo, całość znacznie bardziej przypominała makabryczny materiał badawczy niż zapiski okultystycznego fanatyka. Takie były fakty, które w gruncie rzeczy nie miały większego znaczenia. Ich przedstawienie nie odbierało wcześniejszym podejrzeniom wiarygodności.
Sneider wysłuchał wszystkiego bez większych emocji. Wyglądało na to, że mniej więcej tego się spodziewał. Kiedy skazywał ich na stos, nie miał przecież całkowitej pewności, że wina każdego ze skazanych jest równie namacalna. Mieli stanowić zasłonę dymną dla ogólnej puryfikacji wsi. Dlatego nie spodziewał się znaleźć w żadnym z miejsc odwiedzonych przez niziołka ukrytych ołtarzyków czcicieli Chaosu, ale też nie sprawiał wrażenia szczególnie uspokojonego brakiem kolejnych dowodów. Przez chwilę zadawał krótkie pytania o szczegóły, zwłaszcza o zapiski Berengara, po czym odłożył temat na później. Dla niego brak nowych śladów nie oznaczał jeszcze, że wieś była bezpieczna. Oznaczał jedynie, że tej nocy nie dowiedzieli się niczego, co zmieniałoby wcześniejszy plan.
Nie było już więc czego odwlekać. Pozostała praca. W trójkę zeszli do piwnicy gospody, gdzie Kappel przechowywał zapasy oliwy i rozmaite rzeczy potrzebne do codziennego funkcjonowania karczmy. Pomieszczenie było chłodne, wilgotne i znacznie większe, niż mogło się wydawać z poziomu głównej izby. Pod ścianami stały beczki, skrzynie i naczynia, a w powietrzu mieszały się zapachy drewna, starego alkoholu i tłustej oliwy. Kilka większych pojemników ustawiono w głębi, obok zaś znajdowały się mniejsze dzbany i bańki, które znacznie łatwiej było przenosić.
Sneider szybko znalazł również coś, co mogło ułatwić transport. W kącie, częściowo zasunięte workami i drewnianymi skrzynkami, stały niewielkie sanie. Nie były nowe. Płozy nosiły ślady wielokrotnego używania, lecz całość nadal wyglądała solidnie. Najwyraźniej zimą służyły Kappelowi do przewożenia cięższych rzeczy z magazynu albo do transportu beczek pomiędzy zabudowaniami. Przez następną dłuższą chwilę wszyscy trzej zajmowali się wyłącznie przygotowaniem ładunku. Nie była to praca efektowna. Oliwa ważyła swoje, większe naczynia trzeba było przenosić ostrożnie, a każde niepotrzebne uderzenie o podłogę mogło roznieść się po całej gospodzie. Dzbanki ustawiano ciasno obok siebie i zabezpieczano tak, żeby podczas jazdy nie przewróciły się na pierwszej nierówności. Do tego dochodziły liny i deski przygotowane wcześniej do blokowania drzwi. Część należało ułożyć na saniach, część zabrać osobno.
Całe przygotowanie miało w sobie coś szczególnie ponurego właśnie przez swoją zwyczajność. Gdyby ktoś wszedł do piwnicy i nie znał celu tej pracy, mógłby uznać, że trzech ludzi przygotowuje zapasy do podróży albo nocny transport towaru. Sneider pracował razem z nimi. Nie stał z boku i nie ograniczał się do wydawania poleceń. Pomagał przenosić naczynia, sprawdzał wiązania i kilkukrotnie poprawiał sposób ułożenia ładunku, kiedy uznawał, że coś może się przesunąć. Widać było, że nie chce pozwolić sobie na bałagan właśnie teraz, kiedy brak Moriza i Heinricha oznaczał, że każdy błąd będzie kosztował pozostałą trójkę dodatkowy czas.
W końcu sanie były gotowe. Pieter sprawdził jeszcze pasy, Tomasimo poprawił ułożenie mniejszych naczyń. Dopiero wtedy ruszyli z powrotem na górę. W gospodzie było już zupełnie cicho. Z zewnątrz nie dochodziły żadne głosy, a od strony wioski nie było słychać zupełnie nic. Jeśli dobrze się spiszą, plan Łowcy miał realne szanse powodzenia. Przez okna wpadało blade światło księżyca, które mieszało się z resztkami blasku świec.
Sneider zatrzymał się jeszcze przed wyjściem. Jego wzrok przesunął się po korytarzu i zatrzymał na drzwiach izby, w której spał Heinrich. Łowca podszedł do nich spokojnie, bez pośpiechu. Wyciągnął pęk kluczy, który nie wiadomo kiedy wcześniej odebrał właścicielowi karczmy, po czym przekręcił zamek i sprawdził klamkę. Nie sprawdził nawet wcześniej, czy chłopak sam się nie zaryglował, ale nie miało to większego znaczenia. Nie chciał, by ten udał się na nocny spacer podczas ich sprawunków.
– Nie chcę niespodzianek na ostatniej prostej – wyjaśnił dwójce, której był pewien. Nie było w tym złośliwości. Sneider nie wyglądał nawet na szczególnie zadowolonego z własnej przezorności.Chwilę później Pieter uchylił drzwi gospody. Do środka natychmiast wdarło się zimne nocne powietrze. Na zewnątrz Dunkelwald wyglądał niemal spokojnie. Dachy leżały pod równą warstwą śniegu, większość okien pozostawała ciemna, a wąskie uliczki sprawiały wrażenie pustych. Nie było widać paniki ani ruchu. Tylko kilka pozostawionych śladów w śniegu przypominało, że część mieszkańców zdecydowała się nie czekać do rana. Sneider spojrzał jeszcze raz na wieś, a potem chwycił za przód sań. Tomasimo i Pieter zajęli miejsca przy ładunku.

Przebudzenie Heinricha
Heinrich obudził się gwałtownie, jakby ktoś wyrwał go ze snu siłą. Przez pierwszych kilka sekund nie potrafił jeszcze rozdzielić tego, co wydarzyło się naprawdę, od obrazów, które dopiero co widział pod zamkniętymi powiekami. Kruki wciąż podrywały się całymi chmarami z konarów wilczego drzewa, czerwone strugi krwi pełzły po śniegu wbrew spadkowi terenu, a na północnych stokach zapalały się kolejne punkty ognia, schodzące z gór ku dolinom w długiej, wijącej się kolumnie. Dopiero znajomy kształt izby, nikły blask świecy i chłód nocnego powietrza przesączający się przez szpary w okiennicy zaczęły powoli przywracać rzeczywistości właściwe proporcje.
W pomieszczeniu panował półmrok. Świeca wypaliła się niemal do końca i tkwiła teraz w niewielkiej kałuży zastygającego wosku, rzucając na ściany słabe, drżące światło. Heinrich był zlany potem, mimo że noc zdążyła wychłodzić izbę, a jego oddech przez chwilę pozostawał cięższy, niż powinien po zwykłym przebudzeniu. Za oknem panowała głęboka noc, znacznie późniejsza, niż mógł zakładać, kładąc się tylko na krótki odpoczynek. Cisza gospody również brzmiała inaczej niż wcześniej. Nie dochodziły już rozmowy z głównej izby, nie słychać było przesuwanych stołków ani kroków kilku ludzi krążących po korytarzu. Budynek sprawiał wrażenie opustoszałego.
Kiedy Heinrich podszedł do drzwi i nacisnął klamkę, mechanizm zadziałał normalnie, lecz samo skrzydło zatrzymało się niemal natychmiast. Spróbował ponownie i poczuł wyraźny opór z drugiej strony. Nie chodziło o źle działające zawiasy, jak pomyślał w pierwszym odruchu. Ktoś zamknął go na klucz.
Nie trzeba było długo zastanawiać się nad tym, kto wydał podobne polecenie. Sneider najwyraźniej uznał, że skoro Heinrich odmówił udziału w planie, najprościej będzie wyeliminować możliwość, że w ostatniej chwili postanowi jednak w niego ingerować. To była jego pierwsza myśl. Rozwiązanie było wręcz prostackie i przez to skuteczne. Łowca Czarownic nie potrzebował go przekonywać, pilnować ani stawiać przy nim strażnika. Wystarczyło, że dobrał się do pęku kluczy karczmarza.
Miał jednak pecha w wyborze pokoju. Heinrich znał zabezpieczenie niewielkiego okna w tej izbie, ponieważ sam wcześniej miał z nim do czynienia. To on był jedną z osób barykadujących karczmę, a w pośpiechu nie przybił desek tak mocno, jak należało. Dlatego okno, choć wąskie i niewygodne, było na tyle duże, by dorosły człowiek mógł się przez nie przecisnąć. Sneider zamknął więc drzwi, ale nie zamknął Heinricha naprawdę. Jeśli Kraus chciał opuścić gospodę, przeszkodą nie było już więzienie, lecz jedynie decyzja, co zrobić po wydostaniu się na zewnątrz.
Sen nie dawał przy tym o sobie zapomnieć. Im dłużej Heinrich pozostawał w półmroku izby, tym wyraźniej wracały poszczególne obrazy. Wilcze drzewo stojące w centrum płonącej osady. Kruki obsiadające jego nagie konary tak gęsto, że miejscami tworzyły niemal czarną koronę. Krew, która zamiast spływać zgodnie z ukształtowaniem ziemi, zawracała i wspinała się ku studni, jakby sama miała własną wolę. Wreszcie ognie schodzące z gór wraz z ogromną masą zielonoskórych, tak licznych, że ich pochodnie zlewały się ze sobą.
Kruki należały do Morra. Każdy mieszkaniec Imperium wiedział tyle przynajmniej z opowieści, pogrzebowych obrzędów i znaków widywanych przy cmentarzach. To jednak nie odpowiadało na najważniejsze pytanie. Sen mógł być jedynie wynikiem wyczerpania, stresu i wydarzeń minionego dnia, które w głowie Heinricha zmieszały się ze strachem przed tym, co dopiero miało nadejść. Mógł jednak znaczyć coś więcej. Jeżeli rzeczywiście był ostrzeżeniem, pozostawiał po sobie przynajmniej dwa bardzo konkretne obrazy zagrożenia.
Ludzie Sneidera mogli jeszcze nic o tym nie wiedzieć. Być może w tej samej chwili szli już pomiędzy domami z oliwą i linami, skupieni całkowicie na wykonaniu planu, który miał zakończyć sprawę Dunkelwaldu raz na zawsze. Heinrich miał drogę na zewnątrz i wystarczająco dużo informacji, by spróbować ich odnaleźć. Równie dobrze mógł jednak uznać, że człowiek, który zamknął go w izbie niczym niesforne dziecko, sam wybrał swój los. Decyzja należała do niego. O ile jego sny miały jakąkolwiek wartość.

Moriz dogania Sołtysa
Moriz tymczasem zdołał odnaleźć trop sołtysa jeszcze na skraju wioski. W świeżym śniegu odcisnęły się głębokie ślady pojedynczego człowieka, lecz im dalej prowadziły pomiędzy drzewa, tym trudniej było je śledzić. Las na południe od Dunkelwaldu nie przypominał szerokich duktów ani wygodnych ścieżek wydeptanych przez drwali. Drzewa rosły tu gęściej, śnieg zalegał nierówno, a miejscami stare świerki splatały gałęzie tak nisko, że trzeba było schylać głowę albo omijać całe skupiska. Pod najgęstszymi koronami ziemia pozostawała niemal odsłonięta, pokryta jedynie zmarzniętym igliwiem, korzeniami i cienką warstwą lodu, przez co kolejne ślady znikały na kilkanaście kroków, zanim znów pojawiały się tam, gdzie sołtys wszedł w głębszy śnieg.
Mężczyzna wyraźnie znał teren. Nie trzymał się jednej linii ani żadnego oczywistego szlaku. Kilka razy prowadził między głazami, potem odbijał pomiędzy gęste młodniki, a w innym miejscu wykorzystał płytkie zagłębienie terenu, które z poziomu wioski pozostawało całkowicie niewidoczne. Nie wyglądało to jednak na chaotyczną ucieczkę spanikowanego człowieka. Sołtys zmierzał gdzieś konkretnie i robił to drogą, którą najpewniej znał od lat.
Moriz musiał nadrabiać dystans własnym wyczuciem terenu, czasem ścinając zakręt. Nie zawsze było to roztropne. Kilka razy trop urywał się całkowicie i dopiero po paru minutach udawało się odnaleźć kolejny odcisk na bardziej miękkim gruncie. Gdyby nie zima, najpewniej by poległ, ale sprzyjał mu śnieg, który na tym etapie nie pozostawiał większych wątpliwości co do kierunku ucieczki. Innym razem zdradzała go złamana gałązka albo przesunięta warstwa śniegu na korzeniu. Im dalej od Dunkelwaldu prowadził ślad, tym bardziej znikały wszystkie inne punkty odniesienia. Światła wioski przepadły za drzewami, droga przestała być widoczna, a las powitał go tą szczególną nocną ciszą, która napawała lękiem. Szczególnie w tych stronach. Gdzieś daleko podczas jego pościgu za sołtysem pękała zamarznięta gałąź, a czasami z głębi knieji dobiegał krótki, trudny do rozpoznania odgłos zwierzęcia.
Po dłuższym marszu Moriz zaczął jednak odnosić wrażenie, że dystans maleje. Ślady były świeższe, a w jednym miejscu w miękkim śniegu dało się nawet dostrzec, że sołtys przez chwilę zwolnił. Niedługo później pomiędzy pniami pojawił się słaby, ciepły blask, tak odmienny od zimnego światła księżyca, że trudno było go pomylić z czymkolwiek naturalnym. Początkowo wyglądał jak pojedyncza latarnia. Kiedy Moriz przesunął się kilka kroków w bok i spojrzał pomiędzy kolejnymi drzewami, dostrzegł więcej świateł. Nie były rozrzucone przypadkowo. Otaczały jedno miejsce.
Las ustąpił przed nim niewielkiej polanie ukrytej głęboko pomiędzy drzewami. Śnieg leżał tam prawie nietknięty, z wyjątkiem kilku miejsc, w których ziemię wcześniej rozkopano albo udeptywano. Sołtys ustawił latarnie nisko. Ich blask nie rozświetlał całej polany, tylko tworzył niewielkie wyspy żółtawego światła otoczone głębokim cieniem. W tej scenerii stojący pośrodku mężczyzna wyglądał jak sylwetka wycięta z ciemności. Był odwrócony plecami do miejsca, z którego nadchodził Moriz. Nie wyglądał na człowieka ukrywającego się przed pościgiem. Stał spokojnie, skupiony na czymś znajdującym się przed nim, jakby dotarcie właśnie tutaj było od początku jedynym celem jego nocnego wyjścia z Dunkelwaldu.
Dopiero kiedy Moriz znalazł lepszy kąt, zobaczył, na co mężczyzna patrzy. Przed sołtysem znajdował się stos ludzkich czaszek. Nie była to niewielka sterta kilku kości pozostawionych przez zwierzęta albo przypadkowo odkrytych w lesie. Czaszki ułożono świadomie, jedna na drugiej, w nieregularną piramidę sięgającą mężczyźnie niemal do pasa. Niektóre były stare, pożółkłe, pokryte drobnymi pęknięciami i ciemnymi nalotami. Kilka znajdowało się tam najwyraźniej od wielu lat, ponieważ śnieg i wilgoć zdążyły wygładzić ich powierzchnię. Inne wyglądały znacznie świeżej. Kość pozostawała na nich jaśniejsza, a w szczelinach można było dostrzec resztki zaschniętej tkanki, której zima jeszcze nie zdążyła całkowicie odebrać koloru. Część stosu wystawała z ziemi w taki sposób, że trudno było określić, czy wszystkie czaszki przyniesiono tutaj niedawno, czy może polana od dawna służyła komuś za miejsce składania podobnych trofeów.
Sołtys trzymał w dłoni małą fiolkę wykonaną z ciemnoczerwonego szkła. W świetle latarni naczynie wyglądało niemal tak, jakby samo świeciło rubinową łuną. Mężczyzna uniósł je nad najwyżej ułożonymi czaszkami i powoli przechylił. Ze środka wypłynęła gęsta czerwona ciecz, która rozlała się po kości, wypełniła zagłębienie jednego oczodołu, a następnie spłynęła niżej, tworząc cienkie strużki pomiędzy szczękami i pęknięciami. Sołtys mówił przy tym coś pod nosem.
Nie były to przypadkowe, rzucane bezładnie słowa. Mężczyzna wyraźnie wymawiał inkantację albo mantrę, jakby powtarzał z krótkimi przerwami fragmenty modlitwy lub wyuczonej formuły. Moriz znajdował się jednak jeszcze zbyt daleko, by rozpoznać poszczególne słowa. Mógł jedynie usłyszeć niski szept i dostrzec sposób, w jaki mężczyzna pochylał głowę nad czaszkami. Richter ruszył dalej, wykorzystując grube pnie drzew i cienie pomiędzy światłami latarni. Śnieg pomagał tłumić kroki, ale nawet tutaj nie dawał całkowitej ciszy. Pod butem mogła znaleźć się zamarznięta gałązka, a zbity puch czasami skrzypiał przy przenoszeniu ciężaru. Każdy kolejny metr odsłaniał więcej szczegółów polany, ale jednocześnie zmniejszał przestrzeń, która oddzielała go od człowieka stojącego przy stosie.
W pewnym momencie szept urwał się. Sołtys znieruchomiał z pustą już fiolką w dłoni i przez kilka długich sekund po prostu stał, lekko pochylony nad czaszkami. Nie było wiadomo, czy naprawdę coś usłyszał, czy może wyczuł obecność kogoś za plecami w sposób, którego zwykły człowiek nie powinien posiadać. W końcu powoli uniósł głowę. Najpierw obrócił ją przez ramię, a dopiero później całe ciało. Kiedy jedna z latarni oświetliła jego twarz, różnica pomiędzy człowiekiem znanym z wioski a tym stojącym teraz na polanie stała się natychmiast widoczna. Białka jego oczu były gęsto przekrwione, tak mocno, że pomiędzy czerwonymi żyłkami pozostawały jedynie niewielkie fragmenty normalnej bieli. Twarz zachowała swoje zwyczajne rysy, ale uśmiech, który pojawił się na ustach, nie miał już nic wspólnego z ostrożnym i przygnębionym sołtysem próbującym wcześniej przetrwać wizytę Łowcy Czarownic.
Mężczyzna spojrzał bezpośrednio w stronę Moriza. Przez chwilę nie powiedział nic. Jego wzrok przesunął się po sylwetce Richtera, jakby upewniał się, że rzeczywiście przybył sam.
– Muszę przyznać, że nie sądziłem, że ktoś za mną pójdzie – powiedział w końcu.
Nie brzmiał na przestraszonego. Bardziej na człowieka, któremu przytrafiła się nieprzewidziana niedogodność. Jego spojrzenie na moment powędrowało ku ciemnym drzewom za plecami Moriza, jakby sprawdzał, czy pomiędzy nimi nie porusza się nikt więcej. Dopiero wtedy ponownie utkwił wzrok w Richterze.
– Ale jesteś sam.
Na jego twarzy pojawił się szerszy uśmiech.
– To upraszcza sprawę.
Sołtys odstąpił o pół kroku od stosu czaszek i odwrócił się do Moriza już całym ciałem.
– Dalej nie pójdziesz. Krew dla boga Krwi. -
Banita mógł w tym momencie żałować, że podjął decyzję pójścia samemu za sołtysem i nie spalenia tej cholernej wsi jak chciał Sneider wraz z innymi... ale w sumie decyzji by nie zmienił nawet widząc przyszłość. Moriz miał przed oczami cel i ten cel okazywał się trafny, nawet bardziej niż mógłby przypuszczać. Często odłączał się od grup banickich, aby samotnie udać się na polowania - poborcy podatkowi na traktach, oficjele o niewielkiej ochronie, sztuki odseparowane od stada, jakie sądziły, że pieniądz i wpływy ich obronią niezależnie co mieliby na sumieniu.
I można powiedzieć, że teraz zaprowadziło go to właśnie za sołtysem.Nie odpowiedział na słowa naćpanego krwią chaosyty. Nie przyszedł tu rozmawiać czy próbować uciec. Myślał nawet wcześniej chwilę o południu, ale błędnie wybrał, więc pułapki zdały się na nic. Trudno, pomyślał, gdy dobywał miecza i sztyletu. Nie było opcji krycia się i ataku z drzew. Musiał sobie poradzić z tym, co zostało mu dane.
Skinął sztyletem w stronę sołtysa sugerując mu by podszedł, a jednocześnie sam gotował się do walki.
- Załatwmy to tu i teraz.Sołtys uśmiechnął się szerzej i bez pośpiechu sięgnął pod płaszcz. W jednej dłoni pojawił się szeroki falchion, w drugiej zaś zębaty łamacz mieczy, który od razu zdradzał, że mężczyzna nie jest żadnym przypadkowym wieśniakiem.
— Jak sobie życzysz.
Ustawił się bokiem, przeniósł ciężar na tylną nogę i ruszył ku Morizowi krótkim, pewnym krokiem. Poruszał się jak ktoś, kto znał walkę z zaułków i traktów, a wcześniejsza sprawność z liną nagle nabierała sensu. Falchion poderwał się do pierwszego cięcia, podczas gdy łamacz mieczy pozostał gotowy, by przechwycić broń Richtera.
Otto zaszarżował na banitę wyraźnie chcąc w ten sposób szybko związać go w walce i przejąć w niej inicjatywę, jaka dałaby mu przewagę nad broniącym się najemnym Łowcy Czarownic, który pojawił się samotnie przed kultystą Khorne'a. Nie wiedział jednak, że poszukiwany przez prawo banita nie planował oddać skóry łatwo, co udowodnione było już w pierwszych sekundach starcia, gdy naprzeciw planom kultysty uniknął on bez szwanku pierwszego wyprowadzonego szarżą ataku.
Richter ciął jakby wyuczonymi ciosami, jakie niby ze sprawczością dobrych bogów dosięgły ciała oddanego chaosowi sołtysa wioski, jakiego czyny pociągnęły w otchłań jej mieszkańców. Choć sztylet nie dosięgnął cielu to miecz z zabójczą precyzją wgryzł się głęboko utaczając krwi, jakiej wszak Khorne tak bardzo pragnął.Tak silne obrażenia spowodowały widoczną zmianę w sołtysie.
Który jakby mimo ich zyskał animuszu.
Gdy krew wypływała z ciała.
A śmierć była bliżej.On parł do przodu z żądzą dalszej walki.
Wydawało się, że szczęście jednak nie opuszczało Moriza, gdy po raz kolejny się nim wykazał unikając ataku rozsierdzonego kultysty. Blok sztyletem prawie przesunął się łagodnie, jakby bez żadnego wysiłku, aby od razu wyprowadzony został kolejny atak wyłączający rękę przeciwnika z walki, trzymającą falchion.
Moriz za każdym razem szczęśliwie unikał ciosów i choć mogło się to wydawać niemożliwe, to on trzymał całkowitą przewagę nad khornickim kultystą, sam nie dając sobie utoczyć ani krztyny krwi. Oczywiście cały ten taniec śmierci zaczynał męczyć i mimo sukcesów to była tylko kwestia czasu, gdy choć jeden sprawny atak dosięgnie Richtera, o czym nie zapominał, a patrzenie w przekrwione oczy Otto tylko mu przypominało o tym. Wybrał się tu sam, sam musiał to zakończyć.
Bliski śmierci kultysta wciąż się nie poddawał, gdy nadeszło nieoczekiwane rozstrzygnięcie, kiedy miecz Moriza rozpruł mroźne powietrze by posunąć gładkim jego traktem ku odkrytej szyi wyznawcy Khorne'a. Skryta w napiętych żyłach krew chlusnęła na około, gdy skrywające ją żyły spotkały się z ostrzem miecza przesuwającym się nadanym pędem by dokonać tego, czego pewnikiem on dokonywał innym, kolekcjonując dla swojego boga te wszystkie czaszki. Zaciętość i wola walki wciąż były wymalowane na twarzy kultysty, gdy odłączona od tułowia głowa upadała na ziemię plując krwią po białym puchu, zaś za nią po chwili podążyło na ziemię ciało. Moriz przez chwilę stał jakby zaskoczony swoim sukcesem, gdy zrozumiał, że cała krew oblepiająca go nie pochodzi od niego. Przesunął dłonią po twarzy by strzepnąć z powieki krople posoki, aby zrozumieć, iż tylko nałożył więcej z rękawicy. Nabrał śnieg na dłoń by nim obetrzeć twarz.
W ciszy po walce Moriz znalazł się patrząc na zasłaniany przed chwilą przez sołtysa zbudowany z czaszek ołtarz na cześć Khorne'a. Śnieg w okolicy upstrzony był krwią poległego kultysty, jaką rozlał sam najemny Łowcy Czarownic, a część jej zdawała się polecieć przez mroźne powietrze w stronę makabrycznej kaplicy. Richter wzdrygnął si, gdy doszła do niego ironia tej sceny i zrozumiał, że czynem przypodobałby się samemu bogu Chaosu z jakiego kultystą walczył. Można było nawet dochodzić, że walka była Khornowi miła i pobłogosławił on przeciwnika swojego wyznawcy, który tak wiele krwi przelał na tych ziemiach...
Richter warknął na swoje myśli odczuwając nudności do swoich myśli i do całego tego miejsca. Schylił się po dość duży kamień by z irytacją na siebie samego cisnąć nim wprost w skrzętnie ustawione czaszki i w ten sposób dokonać świętokradztwa, o ile tu było coś świętego, tego małego zakątka siły Chaosu. Nie chciał nawet zbliżać się do tej kapliczki wypaczonej wiary...
Odetchnął czując metaliczny smak na języku, choć nie miał krwi w ustach. To powietrze i ziemia przesiąknięte były krwią.
Splunął.
Przykucnął przy bezgłowym ciele sołtysa, aby sprawdzić co miało przy sobie. Bez wahania przywłaszczył jego broń, która wyglądała na posiadającą większą jakość zostawiając sztylet przy ciele. Podobnie linę przerzucił sobie przez ramię. Nie tknął kurty, skupił się na czymś ważniejszym. Delikatnie wyciągnął czerwoną fiolkę z krwią jaką Otto polewał czaszki nim wyczuł Moriza. Odłożył ją na śnieg i wykorzystując własny nóż wykroił kawałek z koszuli nieboszczyka by stworzyć prowizoryczną sakiewkę i w niej skryć pojemniczek. Może i miał rękawice, ale nie chciał chodzić z tym bardziej narażonym. Ostatecznie postanowił okrążyć parametr dla upewnienia się, że nic nie zostało przeoczone, po czym zaczął się zbierać do powrotu do wioski.
Kiedy blask przy ciele kultysty przyciągnął jego oko.
Prawie nie zauważył przedmiotu przykrytego kupką śniegu, jaki musiał wypaść właścicielowi, gdy bezgłowe ciało upadało w śnieg. Moriz nachylił się ku znalezisku by otrzepać je ze śniegu i położyć na wyciągniętej dłoni klucz wykonany z ciemnego żelaza.
Powędrował on do prowizorycznej sakwy z ubrania Sołtysa.
Zostało tylko jedno...
Droga powrotna zajęła banicie trochę dłużej. Był bardziej obciążony bronią i choć nie brał kurty to musiał zabrać coś innego.
Dowód.Z lekką ulgą zobaczył, że zdążył przed paleniem wioski. Sneider powinien wpierw dowiedzieć się co odkrył Moriz.

Richter wiedział, że cały zakrwawiony od razu nakręci pytania i nie chciał by odpowiedzi zostały wypowiedziane przedwcześnie, temu głowa sołtysa brudziła resztę jego koszuli obwiązanej liną i zarzuconej przez ramię, co zaburzało Morizowi równowagę, gdy poruszała się ona wraz z chodem.
I znaczyła co pewien czas śnieg krwią. -
Pieter pomagał układać na saniach dzbany z oliwą, deski i liny z gorliwością, której trudno byłoby się po nim spodziewać jeszcze kilka dni wcześniej. Każde wiązanie sprawdzał dwukrotnie, poprawiał położenie naczyń i pilnował, żeby nic nie uderzało o siebie podczas ciągnięcia sań. Patrząc na przygotowania Sneidera, coraz mocniej utwierdzał się w przekonaniu, że Łowca doskonale wie, co robi. Nie było w tym improwizacji ani gniewnego zrywu człowieka, który zapragnął puścić z dymem kilka chałup. Wszystko miało swoje miejsce i przeznaczenie: oliwa, deski, liny, nawet niewielkie sanie znalezione w piwnicy Kappela.
Ta zwyczajność przygotowań podobała mu się chyba najbardziej, chociaż nie potrafiłby powiedzieć dlaczego. Przypominała wojskowe szykowanie się przed nocnym wypadem, kiedy sprawdzało się cięciwę, liczyło strzały i poprawiało paski przy jukach, wiedząc doskonale, że za kilka godzin któryś z ludzi może już tego ekwipunku nie potrzebować. Pieter pamiętał takie wieczory aż nazbyt dobrze. Najgorsze były zawsze chwile oczekiwania, kiedy człowiek miał jeszcze czas na myślenie, natomiast kiedy wreszcie padał rozkaz, wszystko stawało się proste. Było zadanie, byli ludzie zdolni je wykonać i pozostawało jedynie zrobić je jak najlepiej.
Dlatego wcześniejsze odkrycie śladów uciekinierów wciąż trochę go drażniło. Dwie rodziny wymknęły się ze wsi, korzystając z ciemności. Pieter wykonał polecenie Sneidera, pozostając na posterunku zamiast ruszać za nimi w pościg, niemniej miał poczucie niedokończonej roboty. Zapamiętał jednak drogę, którą obrali uciekinierzy, dokładnie tak, jak nakazał Łowca. Jeżeli tej nocy mieli oczyścić Dunkelwald, chciał przynajmniej dopilnować, żeby kolejni mieszkańcy nie dostali podobnej szansy.
Kiedy Sneider zamknął Heinricha w jego izbie, Pieter nie zaprotestował. Przeciwnie, odczuł pewną ulgę. Zachowanie rudego nie dawało mu spokoju od czasu zjedzenia psiego mięsa, a dalszy brak zaufania jedynie pogłębił się rozmowy przy stole. Przepatrywacz coraz mniej ufał człowiekowi, który w najważniejszej chwili zaczął rozprawiać o własnym sumieniu. Sneider najwyraźniej doszedł do podobnego wniosku, skoro postanowił zabezpieczyć się przed niespodziankami.
Pieter nie zamierzał zawieść łowcy czarownic tej nocy. Jeszcze przed wyjściem sprawdził łuk, poprawił kołczan i upewnił się, że nóż łatwo wychodzi z pochwy. Przytroczył do pasa bicz, a dodatkowo na saniach przygotował sieć, aby łapać w nią ewentualnych uciekinierów. Z juków swojego konia zabrał dodatkową linę i sznurek do wiązania drzwi. Lina, deski i oliwa, które spoczęły na saniach stanowiły teraz narzędzia równie potrzebne jak broń. Pieter zamierzał wykorzystać wszystko, czego nauczyły go lata przepatrywania szlaków i podchodzenia przeciwnika. Potrafił poruszać się cicho, korzystać z ciemności, omijać miejsca, w których śnieg mógł zdradzić go głośnym chrzęstem, i obserwować budynki na tyle długo, by dostrzec ruch za oknem. Teraz zamiast podchodzić wartowników miał podchodzić śpiące domostwa.
Plan, który układał sobie w głowie, był prosty. Najpierw upewnić się, że mieszkańcy śpią, potem podejść od strony pozbawionej okien i zabezpieczyć wyjście tak, żeby zbudzony człowiek nie mógł jednym szarpnięciem otworzyć drzwi. Dopiero później przychodziła kolej na oliwę i ogień. Jeżeli gdzieś znajdzie się szpara pod drzwiami, sucha strzecha, drewutnia albo stos opału przylegający do ściany, tym lepiej. Nie chciał marnować ani czasu, ani paliwa. Skoro już mieli to zrobić, należało zrobić to porządnie i sprawić, żeby pożar przeniósł się na zabudowania szybciej, niż mieszkańcy zdążą zrozumieć, co się dzieje.
Na samą myśl Pieter poczuł znajome pobudzenie, którego nie doświadczał od zakończenia wojny. Serce biło trochę szybciej, dłonie przestały odczuwać zimno, a zmysły zdawały się wyostrzać wraz z każdym kolejnym spojrzeniem rzucanym na pogrążoną w ciemności wieś. Nie zastanawiał się, dlaczego właśnie teraz czuł się bardziej żywy niż podczas spokojnych tygodni spędzonych na trakcie. Wiedział tylko, że znał ten stan. Pamiętał go z nocy poprzedzających bitwy, z zasadzek urządzanych na maruderów Chaosu i z tych kilku strasznych chwil, kiedy stojąc pośród dymu oraz wrzasku, potrafił nagle dostrzegać każdy szczegół z niemożliwą wręcz wyrazistością.
Przez moment przed oczami stanęła mu inna wieś, znacznie większa od Dunkelwaldu, choć nie potrafił już przypomnieć sobie jej nazwy. Pamiętał za to dach pochłaniany przez płomienie, sylwetkę człowieka rzucającego się z piętra i charakterystyczny trzask, który rozległ się, kiedy ciało uderzyło o ziemię. Wspomnienie pojawiło się niespodziewanie i zniknęło równie szybko. Pieter zamrugał kilka razy, po czym zacisnął mocniej palce na burcie sań. Przez ostatnie lata nauczył się, że z podobnymi obrazami nie należało walczyć. Przychodziły, kiedy chciały, a potem odchodziły, jeśli człowiek miał przed sobą coś wystarczająco ważnego, by zająć ręce i myśli. Tej nocy zdecydowanie miał.
Kiedy uchylił drzwi gospody i spojrzał na pogrążony w ciszy Dunkelwald, przez dłuższą chwilę po prostu obserwował rząd ciemnych domostw. Jeszcze kilka godzin wcześniej widział w ich oknach światła, poruszające się sylwetki oraz dzieci odciągane przez rodziców od szyb. Teraz niemal wszystkie okna były ciemne, a mieszkańcy najwyraźniej uwierzyli, że najgorsze już minęło. Pieter uśmiechnął się pod nosem.
— Postaram się podejść pierwszy — powiedział cicho do Sneidera i Tomasimo, poprawiając rękawice. — Wyciągajcie oliwę dopiero, kiedy dam znak. Najpierw sprawdzę okna i drzwi, a jeśli będzie spokojnie, zastawię wyjścia. Nie ma sensu budzić całej wsi przy pierwszej chałupie.
Przesunął spojrzeniem po zabudowaniach, próbując już teraz wybierać najdogodniejszą drogę między nimi.
Przepatrywacz zerknął jeszcze na przygotowane deski, a potem na naczynia z paliwem. Czuł niemal dziecięcą niecierpliwość, której nie wypadało okazywać w obecności Łowcy, dlatego przybrał poważniejszy wyraz twarzy i tylko mocniej zacisnął dłonie. Chciał zobaczyć, jak dobrze przygotowany plan zaczyna działać. Chciał poczuć gorąco ognia na twarzy. Chciał usłyszeć ten szczególny łoskot zapadającego się płonącego dachu, którego nie słyszał od wojny. Przede wszystkim zaś chciał, żeby Sneider zobaczył, że powierzając mu podobne zadanie, nie pomylił się co do niego, jako człowieka.— Herr Sneider — odezwał się jeszcze, zanim ruszyli. — Proszę tylko wskazywać, które mają płonąć.
-
Heinrich, razem z plecakiem, wydostał się przez niewielkie okno i ruszył przez niemal całkowicie uśpiony Dunkelwald, trzymając się ciemniejszych przejść pomiędzy domami. Po pewnym czasie usłyszał cichy szmer przesuwanego naczynia i odgłos drewna sunącego po śniegu. Znalazł Sneidera między zabudowaniami, gdzie Łowca pomagał opróżniać baniak z oliwą do mniejszych naczyń. Sneider zauważył go pierwszy. Wyprostował się i wyraźnie spiął, choć nie sięgnął po broń. Heinrich wiedział jednak, że gdyby uznał go za zagrożenie, miecz znalazłby się w jego dłoni natychmiast. Łowca ruszył ku niemu ostrożnie i zatrzymał się kilka kroków dalej.
– Jak się pan wydostał, Herr Henrich? – zapytał szeptem. Przez moment przyglądał mu się uważnie, ale szybko dostrzegł, że Heinrich nie przyszedł wszczynać alarmu ani robić głupstw. Napięcie nieco z niego zeszło.
– Widzę, że nie przyszedł pan nam przeszkadzać. Więc słucham. O zamknięciu go w izbie nie wspomniał ani słowem. Nie przeprosił i nie tłumaczył się, jakby powód swojej decyzji uważał za całkowicie oczywisty.
– Zmienił pan zdanie? Chce nam pan pomóc? Dwójka jego pomocników, Pieter i Tomasimo obserwowali spotkanie tej dwójki z niejakim napięceim.Heinz był spokojny i zrelaksowany. Był zaledwie posłańcem i zdawał sobie z tego jak najbardziej sprawę... Nie miał żadnej sprawczej mocy. Mógł tylko zdać pełną relację. - Sigmar dał bym spał i nakazał Morrowi zesłać mi sen. Sen który dla was, Herr Sneider, jest przeznaczony. Młotodzierżcy wolą było bym się przebudził i wydostał się. - szepnął wiedząc że nocą słowo się niesie - Co podejmiecie jest już waszą rzeczą. Ja jestem tylko posłańcem.
Sneider wysłuchał całej opowieści bez przerywania. Im dłużej Heinrich mówił, tym mniej było w jego twarzy wcześniejszego napięcia, a więcej chłodnej uwagi. Dopiero gdy chłopak skończył, Łowca przez kilka chwil milczał, jakby układał w głowie nie sam sen, lecz wszystko, co wydarzyło się wcześniej.
– Kruki nie czynią jeszcze z Pana ...wizji... wiadomości od Morra. Spojrzał Heinrichowi prosto w oczy.
– Dotykał pan przedmiotów skażonych Chaosem. Był pan blisko rzeczy, których działania nie rozumiemy. A teraz, akurat tej nocy, śni się panu coś, co bardzo wygodnie przemawia przeciwko temu, co zamierzamy zrobić.
Nie brzmiało to jak oskarżenie. Raczej jak stwierdzenie faktu.
– Może pan mówić prawdę. Może pański umysł próbuje znaleźć sposób, żeby uratować tych ludzi. A może coś podsuwa panu obrazy, ponieważ chce, żebyśmy ich nie spalili. Nie wiem.
Na moment spojrzał w stronę ciemnych domostw.
– I właśnie dlatego nie zmienię planu. Dopiero wtedy wrócił wzrokiem do Heinricha.
– Jeśli z gór rzeczywiście zejdą zielonoskórzy, dokończą to, co dziś zaczniemy. Nam pozostanie zejść im z drogi, znaleźć źródło spaczenia w górę rzeki i wrócić tutaj z ludźmi, którzy będą mogli zrobić z tym porządek jak należy.
Po chwili dodał ciszej...
– Jeśli pański sen był ostrzeżeniem, przekonamy się wkrótce. Jeśli był czymś innym... tym bardziej nie zamierzam pozwolić, żeby kierował naszymi decyzjami.Heinz wysłuchał Sneidera i choć przyznawał mu rację... nie mógł się zgodzić. Pamiętał ten sen jakby nadal w nim był. Czysty, klarowny, wyraźny. To nie była sztuczka umysłu. Tego był pewien.
– Nie mniej. Jeśli to ostrzeżenie to Zielonoskórzy się nie zatrzymają i rozleją na południe. Pytanie, co aż tak cennego Niszczycielskie Potęgi chciałyby chronić właśnie tu... jeśli to ich sprawka. Znaczy się.
Zamlikł na chwilę
– Jest wiele czego nie wiemy i pytanie czy to czego się teraz podejmujemy wystarczy, by zatrzymać skażenie. Jestem człowiekiem mojego słowa. Powiedziałem, że jestem do Waszej dyspozycji... i jestem. Jednak też jestem wierny naszemu kontraktowi. Z mojej ręki, nie padnie sąd.Sneider przez moment nic nie odpowiedział. Przyglądał się Heinrichowi spokojnie, jakby bardziej ważył jego słowa niż samą treść snu.
– I dlatego właśnie nie każę panu nikogo zabijać.
Przeniósł wzrok na ciemne zabudowania.
– Kontrakt nadal obowiązuje. Pańskie zobowiązanie wobec nas również. Jeśli nie chce pan przykładać ręki do wyroku, proszę tego nie robić. Nie powiem, by takie zachowanie było wzorowym przykładem obywatela Imperium, ale zdaje sobie sprawę z ludzkich ograniczeń.
Spojrzał znowu na Heinricha.
– Co do reszty ma pan rację. Nie wiemy wystarczająco dużo. I dlatego nie zamierzam udawać, że ten ogień rozwiąże wszystko. Ma tylko odciąć nam jeden problem, zanim ruszymy za następnym. Przy odrobinie szczęścia, ogień weźmie więcej i spali parę nieczystości na raz. Można by rzec... same plusy.– Nie dziwcie mi się Herr Sneider. Wiem co jest słuszne i co jest właściwie. Niziołek… – skrzywił się na to słowo Heinrich wyraźnie dając do zrozumienia co myśli o przykurczu - … wszystko postanowił utajnić do najostatniejszej z chwil. Do waszej rewelacji. Nie miałem czasu oswoić się z sytuacją. Jak już mówiłem, jestem do waszej dyspozycji. Tylko żagwi nie przyłożę. Nie tym razem.
Nie było co więcej mówić. Wszystko wina cholernego niziołka i całej jego karłowatej rasy dwulicowych, zakłamanych, wkradających się w łaski złodziei i sykofantów… Gdyby Kraus miał wybór między spaleniem czarownicy, a całej Krainy Zgromadzenia, wybór byłby oczywisty. Jedna czarownica herezji nie czyni… cała, poślednia rasa niziołcza natomiast była wrzodem na świętej tkance Imperium. Tylko wielu tego nie widziało, albo nie chciało widzieć! Pewnego dnia… Prawda wyjdzie na jaw i jeśli Sigmar da, Heinz dożyje tego dnia!
-
Tomasimo miał mieszane uczucia po rozmowie z towarzyszami. Rudy jak zwykle wykazywał brak zrozumienia powagi sytuacji, ale i Moriz zmarkotniał. Dopiero teraz doszło do niego jak bardzo różnią się żołnierze od reszty Imperium. Szczególnie teraz, po Inwazji Chaosu. Dla reszty to była wojna jak każda inna i Ci co mieli szczęście, szczególnie siedzący bardziej na południu, mogli wręcz nie dostrzec ogromu tragedii jaka spotkała ich ojczyznę. Wielu widziało jedynie uchodźców i biedę. Skutki każdej wojny, nie widząc w tej co właśnie się zakończyła niczego szczególnego. Dla żołnierzy jednak było to doświadczenie wyjątkowe, metafizyczne wręcz, otwierające im oczy na okropności których świadkami do tej pory byli jedynie łowcy czarownic.
Nie wiedząc co zrobić, a będąc daleki od chęci wydawania samosądu. poszedł zdać raport ich pracodawcy. CO innego miał czynić?
Tomasimo w domu rzeźnika
Mimo wybrania domu rzeźnika jako pierwsze miejsce do odwiedzin, Tomasimo z niesmakiem zauważył, że ktoś go uprzedził, o czym zamierzał zawiadomić Sniedera. Ktoś ewidentnie mógł zacierać slądy powiązań między mutantem a innym członkiem tego samego kultu.
Fakt, możliwe było, że Bruno był jedynie mutantem, nie związanym z żadnym kultem, a przyznał się jedynie licząc na łagodniejszą śmierć. Spalenie żywcem to ból jakiego Tomasimo sobie nie wyobrażał i wyobrażać nie chciał. Oby Morr był dla niego łaskawy, o ile mutnaci w ogóle mają szansę trafić do Jego Ogrodów.Tomasimo w kaplicy i domu kapłana
Kaplica Ulryka napawała go trwogą. Po pierwsze nigdy nie cenił Pana Zimy, zima nie była nikomu miła, a z wilkami to on miał do czynienia tyle co wtedy gdy musiał je zabić, tak jak ostatniej nocy przed przybyciem do wioski. Po drugie i co może najważniejsze Ulryk był w oczach żołnierzy bogiem barbarzyńców, osób oddających się szałowi bitwy zapominając o dyscyplinie i rozkazach. Nie bez powodu głównymi religiami w wojsku był Sigmar jako bóg Imperium i Myrmidia, jako bogini dyscypliny, honoru, taktyki i kunsztu wojskowego. Możliwe że było to celowe działanie generalicji, biorąc pod uwagę rywalizację między Middenheim i Altdorfem, niemniej miało to sens zdaniem niziołka. Jego regiment strzelców pod patronatem Ulryka by nigdy nie zaistniał, bóg ten bowiem gardzi bronią palną i innymi zdobyczami nauki.
Było też jeszcze coś, nieodparte i wrogie uczucie, że ta kaplica wcale nie była oddana Ulrykowi. Niziołek na to dowodów nie miał, poza faktem, że nigdy nie widział tylu szczątków wilków i kłów co w tej wiosce, ani nie słyszał by kapłan odważył się spółkować z dziewką w świętym miejscu, szczególnie mając obok zaraz dom. Czy możliwe było, że kaplica ta została celowo zbezczeszczona? Ku chwale Mrocznych Potęg?
Cóż, nic na to nie wskazywało, nie po wnętrzu kaplicy.
Niziołek zdecydował się zabrać co cenniejsze, srebrny amulet i przypinkę do szat. Medalion odda w napotkanej świątyni Ulryka, której będzie pewien, niech służy prawowitemu kapłanowi, a przypinkę sprzeda.
Znalazł też Moriza, miło wiedzieć, że nadal nie uciekł z osady.
Dom Berengara był kolejnym przystankiem na drodze Tomasimo, jeśli kapłan przewodniczył lub zatajał istnienie kultu chaosu, zapewne coś schował u siebie przed oczami reszty wioski.
Jedno z bocznych okien zabezpieczono jednak znacznie gorzej. Przy odrobinie cierpliwości Tomasimo mógł dostać się do środka bez robienia hałasu. Wnętrze było skromne i uporządkowane. Jedna większa izba służyła Berengarowi za miejsce do pracy i codziennego życia. Stał tam ciężki stół, dwa krzesła, łóżko, skrzynia, niewielka szafa oraz półki pełne ksiąg i pergaminów. Ściany nie były ozdobione niczym poza wilczą skórą, prostym symbolem Ulryka i starą mapą Drakwaldu.
Mapę niziołek starannie złożył i zabrał. Pieter się ucieszy, mapy to cenna rzecz, a szkoda by spłonęła wraz z chatą. Tak samo księgi, Tomasimo zabrał je wszystkie, nic mu po nich, ale może kupi sobie za nie przychylność napotkanej świątyni Vereny, albo sprzeda komu trzeba za większy szlam.
Jedynie miał wątpliwości co do tej ostatniej, pełnej rysunków zwierzoludzi i innych bestii. Niewiele mógł z niej wyczytać, bo czytać nie umiał, ale same obrazki i zaznaczone miejsca na prowizorycznych mapach dawała mu do zrozumienia, że kapłan dokumentował istoty występujące w okolicy. Cenna informacja dla każdego łowcy i podróżnika. Pozbierał wszelkie notatki jakie znalazł, przyjdzie czas jakiś kapłan Vereny mu powie co tam jest.
Zabrał także pergamin, kałamarz i zapas piór - jak miał marzyć o karierze oficerskiej musiał w końcu zacząć trenować tę trudną sztukę kaligrafii.
Nie omieszkał ukraść również zestawu leków, bandaży, maści na odmrożenia i igły oraz nici. Oraz topór. piękny topór. Kto wie ile warty Może Pieter zrobi z niego użytek, ale na razie lepiej schować go głęboko w rzeczach i nie pokazywać nikomu, tak samo jak amuletu z kaplicy. Szaty kapłańskie po namyśle też wziął, choć czuł, że będą z tego problemy, ale były dobrej jakości i pewnie niemało warte. Może sprzedadzą je gdzieś na uboczu, jak nie to ofiarują jakiejś świątyni.
Kiedy Tomasimo wrócił do gospody, Dunkelwald zdążył już wyraźnie przycichnąć. Wiele okien, które jeszcze godzinę wcześniej świeciły słabym, żółtawym blaskiem świec i lamp, tonęło teraz w ciemności.
Nastał czas pracy, nieprzyjemnej acz koniecznej pracy.
Tomasimo dał znać, że zastał Moriza w kaplicznej wieży, co by go nie spopielili ani nie odcięli od ucieczki rozpalając ogień w około. przypomniał także obecnym przy stole o stajni i ich wierzchowcach. trzeba je wyprowadzić z wioski i przywiązać poza w miejscu do którego się zbiorą po skończeniu podpalania.
Na zamknięcie Heinza w pokoju jedynie skinął z aprobatą głową.
Odstawili konie i kuca po cichu poza obręb wioski, z tej strony z której mieli kończyć podpalenia. Tomasimo zabrał z juk linę, nada się do wiązania klamek jak jakie znajdzie na podwójnych drzwiach. Miał 20m liny, a pod pyskiem psa dodatkową oliwę, gdyby była potrzebna. Tyci dzielnie i w milczeniu, zgodnie z rozkazem pana, nie odstępował go o krok. Bardziej karny niż niejeden żołnierz.
Niziołek zaś przed wyjściem z karczmy, zdjął z siebie kolczy pancerz, chowając go do worka przywiązanego do siodła, nie chciał hałasować zbroją podczas nocnej akcji.
- Ku chwale Imperium - rzekł do towarzysz czystki i siebie samego, przypominając wszystkim po co to robią.
Tomasimo ugryzł się w język i nie komentował uwag rudego, jako kapral dobrze wiedział, że nie czas na rozdmuchiwanie awantury, a należało skupić się na zadaniu, z tym co mieli, zarówno pod względem przedmiotów jak i dostępnych ludzi. Dodatkowa para rąk wydawała się bezcenna. Nawet jeśli należała do podejrzanego typa co w gęstym lesie rozpoznaje talizmany guślarzy, a w nocy śni obłędne sny. Poza tym lepiej było trzymać go blisko siebie, niż pozwolić chodzić bez celu, jeszcze się gdzie potknie i narobi hałasu.
- Eh, Herr Heinrich - westchnął niziołek.
- Tylko żagwi? Pomożecie oblewać oliwą domy, wkładać drewno pod drzwi by je blokować, wiązać gałki na drzwiach sznurem konopnym, zamykać zewnętrzne okiennice o ile ktoś je zostawił otwarte w ten mróz i robić wszystko inne co przybliży nas do realizacji tego obowiązku jaki spadł na nasze barki? Faktycznie zamiast stać obok pomożecie nam chronić Imperium? - zapytał cicho patrząc mu śmiertelnie poważnie w oczy. -
Łowca nie zamierzał więcej strzępić języka na przekomarzania między Tomasimo a Heinrichem. Jeśli to, że obaj nie pałali do siebie sympatią, kiedykolwiek budziło jakieś wątpliwości, to te rozwiały się w ciągu ostatnich paru godzin.
– Dosyć tego – przerwał dyskusję, która mogła zaraz rozgorzeć. – Herr Heinrich pomoże nam z saniami. To wystarczy.
Oznajmił to i wskazał na sanie, na które wyłożyli słoje z oliwą, liny i drewniane lagi. Łowca najwyraźniej uznał, że ciągnięcie sań najmniej obciąży sumienie chłopaka, a i tak ktoś musiał to robić.
– Jesteśmy już prawie na finiszu. Skupcie się – zarządził i odszedł do wspomnianych sań, wyciągając z nich kolejną porcję oliwy.Nie zdążyli jednak odejść daleko, kiedy pomiędzy domami pojawiła się samotna sylwetka. Z początku dało się dostrzec jedynie człowieka idącego od strony południowego skraju wsi, cięższym niż zwykle krokiem i nieco przechylonego pod ciężarem niesionego pakunku. Dopiero gdy wszedł w słaby blask lampy osłoniętej dłonią Pietera, można było rozpoznać Moriza. Krew zaschła mu na ubraniu ciemnymi smugami, znaczyła rękawice i twarz, choć po sposobie, w jaki szedł, trudno było dopatrzyć się ran. Na ramieniu niósł owinięty materiałem ciężar, który przy każdym kroku kołysał się nieprzyjemnie, zostawiając za nim pojedyncze czerwone krople na śniegu.
Sneider przerwał pracę przy baniaku i patrzył, jak Richter zbliża się bez słowa. Nie zapytał od razu, co się wydarzyło. Wzrok Łowcy przesunął się po dodatkowej broni, zabrudzonej krwią odzieży, prowizorycznej sakwie i wreszcie zatrzymał na zawiniątku. Dopiero kiedy materiał został odsłonięty i martwa twarz sołtysa spojrzała szklistymi, nadal przekrwionymi oczami, Sneider przykucnął przy głowie. Przez dłuższą chwilę oglądał ją w milczeniu, jakby próbował pogodzić ten widok z człowiekiem, którego jeszcze niedawno przesłuchiwał przy stole. Na jego twarzy nie odmalowała się jednak satysfakcja, jak można byłoby się spodziewać. Raczej irytacja kogoś, kto właśnie odkrył, że przeciwnik przez cały czas stał tuż obok i zdołał go przechytrzyć.
– Drań.Wysłuchał relacji Moriza bez przerywania. Reszta też bez trudu mogła to sobie wyobrazić. Spowita cieniem polana, stosy czaszek, rytuał, fiolka z krwią, nienaturalne ożywienie sołtysa podczas walki. Każdy kolejny szczegół sprawiał, że twarz Sneidera stawała się coraz bardziej napięta. Fiolkę kazał pozostawić zamkniętą, a ciemny klucz obejrzał tylko przez materiał, nie dotykając go bez potrzeby. Przez moment obracał go w dłoni przez tkaninę, jakby już zastanawiał się, do czego może pasować, po czym skinął Morizowi, by schował go z powrotem.
– Radzę go wyrzucić. Cokolwiek sołtys tej przeklętej wsi chciał ukryć w swoich kufrach, nie warto po to sięgać.Dopiero wtedy Łowca ponownie spojrzał na głowę Otto. Jego szczęka zacisnęła się lekko, a wzrok zatrzymał na martwej twarzy dłużej, niż było to konieczne. Najwyraźniej wracał pamięcią do wcześniejszego przesłuchania, do odpowiedzi udzielanych bez zawahania i do wszystkich drobnych gestów, na które zwykle zwracał uwagę.
– Był dobry. Autentyczny w każdym calu. Będę musiał bardziej się postarać następnym razem – odezwał się, a w jego słowach pobrzmiewał cień wstydu.
Kiedy podniósł wzrok na Moriza, w jego spojrzeniu coś się zmieniło. Był w nim szacunek. Pochwała, która następnie wyszła z jego ust, wybrzmiała krótko, acz szczerze.
– Dobra robota, Herr Richter. Byliście bardziej przenikliwi ode mnie. Gdybyście za nim nie poszli, ten skurwysyn dalej szerzyłby Chaos na ziemiach Imperium.Sneider wyprostował się i omiótł spojrzeniem ciemne domostwa Dunkelwaldu. Kilka chwil wcześniej wieś była dla niego miejscem podejrzanym, skażonym i zbyt niebezpiecznym, by pozostawić ją nietkniętą. Teraz otrzymał następny dowód. Sołtys, człowiek stojący na samym szczycie lokalnej społeczności, potrafił przez cały czas ukrywać swoje oddanie kultowi Khorne’a. Jeśli udało się to jemu, nie sposób było powiedzieć, ilu innych mieszkańców równie dobrze skryło swoją naturę.
– To kończy wszelkie wątpliwości. Nie wiemy, kto jeszcze o tym wiedział. Nie wiemy, kto pomagał. Nie wiemy nawet, ilu z nich już zostało skażonych. Jeśli ukrywają się równie sprawnie, nie możemy puścić nikogo żywego.
Na chwilę zatrzymał spojrzenie na Heinrichu. Nie było w nim złośliwości, raczej suche przypomnienie, że wcześniejsza rozmowa o wątpliwościach właśnie dostała nowe tło. Potem Sneider odwrócił się z powrotem ku wsi, gdzie za ciemnymi oknami ludzie nadal spali albo próbowali spać po wydarzeniach minionego dnia.
– Dunkelwald musi spłonąć. Trzeba wypalić go do gołej ziemi.Nie było już czego omawiać. Długo jeszcze oblewali domy oliwą, wiązali drzwi i blokowali wyjścia. Tam, gdzie istniała obawa, że ktoś mógłby ich usłyszeć, czyli głównie najbliżej okien i na skrzypiących gankach domów, posyłali Pietera, który całkiem sprawnie się skradał, a przynajmniej miał w tym najlepszy dryg z całej drużyny. Gdy skończyli, Sneider wyznaczył ścieżkę, którą mieli biec między domami, by zatoczyć pełen krąg ognia i wrócić do punktu wyjścia. Moriz oraz Heinrich nie mieli brać udziału, ale już wykonali swoją część. Palenie mieli rozpocząć od strony drewutni, gdzie pod ścianą przez całą zimę składowano suche szczapy. Oliwa sączyła się ciemnymi pasmami po drewnie, wsiąkała pomiędzy belki i znikała pod warstwą starej słomy. Wszystko odbywało się jeszcze w ciszy tak głębokiej, że słyszeli skrzypienie własnych butów na śniegu. Wewnątrz chaty ktoś kaszlnął przez sen. Gdzieś dalej zaszczekał pies, ale po chwili ucichł. Sneider odsunął się od ściany, upewnił się, że wszyscy znajdują się w bezpiecznej odległości, i przyłożył pierwszą z przygotowanych pochodni.
Przez kilka sekund płomień był mały, niemal niepozorny. Pełznął po nasączonych oliwą szczapach, jakby dopiero szukał miejsca, którego mógłby się uchwycić. Potem znalazł szczelinę pod belką. Ogień skoczył wyżej, rozlał się wzdłuż ściany i w ciągu kilku uderzeń serca dotarł do strzechy. Suche drewno odpowiedziało trzaskiem, a pierwszy jęzor płomienia wzbił się ponad dach. Pobiegli w trójkę, częstując pochodniami nasączone oliwą ściany. Kolejne domy przyjmowały ogień łatwiej. Pomarańczowy blask odbijał się od śniegu i ścian, przez co noc zaczęła tracić swoją ciemność. Cienie ludzi rosły na fasadach i wyginały się wraz z każdym ruchem płomieni. Nad dachami unosiły się pierwsze iskry, powietrze pachniało dymem, oliwą i rozgrzaną żywicą, a z każdą chwilą robiło się cieplej, choć jeszcze kilka kroków dalej mróz nadal szczypał odsłoniętą skórę.
Pierwszy krzyk rozległ się z domu stojącego przy głównej drodze. Najpierw był krótki i urwany, bardziej zaskoczony niż przerażony, a chwilę później któryś z nieszczęsnych mieszkańców zaczął walić w drzwi od środka. Drewno zadrżało w zawiasach. Usłyszeli głos kobiety, później mężczyzny i następne uderzenia, coraz gwałtowniejsze, kiedy dym musiał już dostać się do izby. W sąsiednim domu rozbito okno. Szkło wysypało się na śnieg, a z wnętrza wydostała się chmura czarnego dymu, lecz jego domownikowi zabrakło sił, by szarpać się z drewnianą ramą. Dunkelwald budził się w piekle, a wraz z każdą kolejną chwilą chaos rozlewał się coraz szerzej. Ludzie nawoływali krewnych, dzieci płakały, zwierzęta szarpały się w zagrodach, a gdzieniegdzie słychać było ciężkie uderzenia narzędzi o drzwi i ściany. Płomienie przechodziły z budynku na budynek szybciej, niż mogła temu przeciwdziałać jakakolwiek wiejska straż. Suche strzechy łapały od iskier, składy drewna zamieniały się w ogniska, a nad osadą wyrosła szeroka łuna widoczna zapewne z wielu mil.
Wtedy zaczął padać śnieg. Najpierw pojedyncze płatki pojawiły się w świetle pożaru, drobne i niemal niewidoczne. Im bliżej znajdowały się płomieni, tym szybciej znikały, topniejąc jeszcze w powietrzu. Dalej od domów osiadały spokojnie na ziemi oraz na płaszczach i ramionach drużyny wpatrującej się pośród krzyków w swoje dzieło zniszczenia. Nad wsią śnieg mieszał się z popiołem i czarnymi strzępami spalonej strzechy, przez chwilę dla oczu obserwujących zlewając się w jedno. Strasznie i makabrycznie wyglądał ten taniec ognia i śniegu, gdy wiedzieli, że za parę godzin z wsi pozostanie jedynie Popiół i Śnieg.
W chaosie łatwo było przeoczyć ruch na zachodnim skraju osady. Sześć sylwetek przebiegło pomiędzy dwoma płonącymi zabudowaniami, wykorzystując miejsce, w którym ogień nie zamknął jeszcze drogi. Pięciu dorosłych mężczyzn i stara kobieta. Miejscowi drwale. Bracia, podobni do siebie w sposobie poruszania się i szerokich barkach, choć dzieliło ich dobre dwadzieścia lat. Najmłodszy ledwie przekroczył dwudziestkę, najstarszemu siwizna zdążyła już wejść w brodę. Dwóch niosło ciężkie siekiery do rąbania drewna. Trzeci miał nóż. Pozostali podpierali osłabioną matkę, której nogi grzęzły w śniegu i która ledwie nadążała za synami.

Nie mieli zapasów, a na grzbiety zdążyli narzucić jedynie zimowe opończe. Staruszka była owinięta kocem narzuconym najwyraźniej prosto na nocną koszulę. Jeden z braci miał tylko worek przewieszony przez ramię. Uciekali z tym, co zdołali porwać w kilka chwil od chwili, kiedy obudził ich dym. Dopiero gdy wydostali się spomiędzy zabudowań, dostrzegli stojących na ich drodze uzbrojonych ludzi. Najstarszy zatrzymał się pierwszy, niemal wpadając na prowadzącego pod ramię matkę brata. Reszta stanęła zaraz za nim, ciężko dysząc i oglądając się nerwowo na pożar, który odcinał drogę powrotną. Najmłodszy uniósł siekierę. Trzymał ją przed sobą obiema rękami i próbował udawać pewnego siebie, choć drżały mu dłonie.
– Zejdźcie nam z drogi.Sneider przez moment nie odpowiedział. Spojrzał po twarzach mężczyzn, zatrzymując się na każdym z nich na krótką chwilę, jakby próbował odnaleźć choć jeden znak, który ułatwiłby mu decyzję. Potem jego wzrok przesunął się na staruszkę. Kobieta drżała nie tylko z zimna, ale też ze strachu, przyciskając koc do szyi i usiłując nadążyć wzrokiem za tym, co działo się wokół. Na twarzy Łowcy odmalował się przykry grymas. Biła od niego aura zmęczenia i jakaś ponura świadomość, że końcówkę akcji trzeba będzie rozwiązać stalą. Ostrze miecza wysunęło się z pochwy z cichym metalicznym szelestem.
– Nie powinniście byli wychodzić.Jeden z braci splunął w śnieg. Gniew przez moment zwyciężył w nim strach. Zacisnął dłonie na stylisku siekiery i zrobił pół kroku naprzód, ale pozostali natychmiast go przytrzymali. Za jego plecami płonął dom, który jeszcze kilka godzin temu mógł należeć do kogoś z ich rodziny.
– A więc nic nie warte jest słowo Łowcy Czarownic. Jebał cię pies, zdradziecka kanalio – wyrzucił z jadem jeden z synów starowinki.
Sneider nie próbował zaprzeczać ani zasłaniać się wyższą potrzebą. Ostatecznie zdanie trupa nie miało wielkiej wartości, a to, że mężczyzna zginie, nie ulegało wątpliwości.
– Tak będzie najlepiej, synu. Jeszcze dzisiaj ułożysz się miękko w Ogrodach Morra. Stań mężnie do ostatniej walki.Najstarszy drwal wysunął się przed pozostałych i stanął pomiędzy Sneiderem a matką. Nie wyglądał na kogoś, kto wierzy w szansę wygranej, ale chyba uznał, że skoro nie ma już dokąd uciekać, to przynajmniej sam zdecyduje, gdzie umrze. Kiedy odezwał się ponownie, w jego głosie było więcej desperacji niż gniewu.
– My nic nie zrobiliśmy.
Sneider zawahał się na tyle krótko, że niemal można było to przeoczyć. Spojrzał na pięciu braci, potem na staruszkę, a wreszcie na płonące za nimi zabudowania. Właśnie w tym tkwił problem. Nie wiedział, czy ci ludzie zrobili cokolwiek. Nie miał dowodu, że służyli Chaosowi, ale jeszcze godzinę wcześniej nie miał go również wobec sołtysa. Otto także był człowiekiem, który niczym się nie zdradził.
– Być może. Ale i tak zginiecie. Jeśli bym was puścił, a choć jeden z was poniesie w sobie to samo plugastwo, które znaleźliśmy tutaj, to wszystko, co zrobiliśmy tej nocy, nie będzie nic warte. Cała ta krew i śmierć pójdą na nic.
Sneider wyłuszczył tę prawdę spokojnie, choć z wyraźnym ciężarem w głosie.Za nimi z hukiem zapadł się dach jednego z domów. Słup iskier wzbił się ku niebu i na kilka chwil oświetlił całą ulicę niemal jak dzień. Drwale odruchowo obejrzeli się za siebie, a wtedy coś innego przyciągnęło uwagę stojących na skraju wsi. Na północy, wysoko ponad linią lasu, pojawił się pojedynczy punkt światła. Przez chwilę można było wziąć go za odległe ognisko albo osamotnioną jasną gwiazdę wyłaniającą się spomiędzy chmur. Potem pojawiło się drugie źródło światła. Potem trzecie. Następne zapalały się jedno po drugim, aż nagle zrozumieli, na co patrzą. Pochodnie poruszały się. Dziesiątki świateł sunęły w dół zbocza, czasem znikając za drzewami, by po chwili pojawić się niżej. Za nimi wychodziły kolejne, rozsiane szerokim pasem po górskim stoku. Nie tworzyły wojskowego szyku, ale wszystkie zmierzały w jednym kierunku. Powoli, nierówno, a jednak z nieubłaganą jednostajnością wielkiej masy schodziły ku dolinie. Ku Dunkelwaldowi.
Sneider patrzył na góry dłuższą chwilę, a jego twarz wyraźnie stężała. Śnieg osiadał na rondzie kapelusza i ramionach płaszcza, podczas gdy pomarańczowy blask płonącej osady oświetlał jedną stronę jego twarzy. To, co jeszcze kilka minut wcześniej było tylko częścią snu opowiedzianego przez Heinricha, właśnie otrzymało niepokojąco rzeczywiste potwierdzenie. Łowca zerknął na Krausa krótko, uważnie.
– Wygląda na to, Herr Kraus, że po tym wszystkim musi pan odwiedzić kruczego kapłana. Morr wyraźnie panu sprzyja. Ciekawe.
Choć nie znał prawdziwej profesji chłopaka, miał swoje podejrzenia, a w tym kontekście wizja nabierała istotnie interesującego znaczenia. Jego spojrzenie powędrowało z powrotem ku górom, gdzie liczba świateł nadal rosła. Dopiero po chwili zmrużył oczy, oceniając odległość i tempo marszu. Nie trzeba było być doświadczonym zwiadowcą, by zrozumieć, co ściągnęło uwagę istot znajdujących się na zboczu. Łuna nad wioską była widoczna z daleka. Mieli jednak jeszcze trochę czasu.Drwale również patrzyli już ku górom. Najstarszy odwrócił głowę i na kilka chwil zupełnie zapomniał o Sneiderze. Gniew zszedł z jego twarzy, ustępując miejsca czemuś znacznie pierwotniejszemu. Jeden z młodszych powiedział coś cicho do matki, której usta zaczęły poruszać się w bezgłośnej modlitwie. Płatki śniegu osiadały jej na włosach. Za plecami rodziny kolejne zabudowania zajmowały się ogniem. Sneider przestał wpatrywać się w zbocze i jego surowe spojrzenie wróciło do drwali. Sytuacja zmieniła się nieco, ale jego decyzja nie. Jeśli cokolwiek, widok schodzących z gór świateł tylko odebrał im czas, który wcześniej mieli na dokończenie pracy. Zacisnął dłoń mocniej na rękojeści miecza, ustawił się nieco bokiem i zrobił krok naprzód. Tym razem nie zwrócił się do mieszkańców. Jego głos był skierowany do ludzi, których przez ostatnie dni prowadził.
– Panowie, do broni. Trzeba nam załatwić tę sprawę szybko i ruszyć w górę rzeki.
Nie obejrzał się, by sprawdzić, kto z nich ruszy. Spojrzenie Sneidera pozostało wbite w pięciu drwali stojących przed matką, a miecz uniósł się powoli do pozycji gotowej do walki.
– Kończymy robotę – rzucił jeszcze, zanim porwał go wir walki. -
Kiedy ostrza poszły w ruch, nic nie mogło już przerwać rzezi, bo była to właśnie rzeź, a nie do końca uczciwa walka. Sneider ruszył pierwszy, dokładnie tak, jak zapowiedział, wchodząc pomiędzy drwali niczym smuga stali, zostawiająca w mroku nocy szkarłatne ślady cięć. Pierwszy z braci przyjął cios na bok i choć ostrze wdarło się głęboko w ciało rębajły, ten zachwiał się, lecz nie upadł zrazu. W tej samej chwili ponad ramionami walczących świsnęły pociski Tomasima, Heinrich rzucił się na kolejnego z osadników, a Moriz wpadł pomiędzy przeciwników z impetem. Pieter próbował oplątać jednego z mężczyzn siecią, ale ta przecięła powietrze i opadła na śnieg, nie chwytając nikogo. Przez kilka pierwszych chwil wszystko rozpłynęło się w trzasku płonącego drewna, szczęku stali i ciężkim oddechu ludzi walczących o życie. Jednocześnie po raz pierwszy tego wieczoru drużyna poświęciła się wspólnemu celowi, decydując się domknąć ostatni rozdział tego, co zaplanował Łowca.
Bracia nie zamierzali jednak umierać potulnie. Siekiery, którymi przez całe życie rozpruwali trzewia drzew, teraz zataczały szerokie, brutalne łuki. Nie walczyli jak żołnierze, lecz siły im nie brakowało, a strach szybko przerodził się w rozpaczliwą furię. Jeden z nich dopadł Heinricha i zmusił chłopaka do cofnięcia się pod naporem kolejnych uderzeń. Inny rzucił się na Sneidera z takim impetem, że ostrze siekiery omal nie odcięło Łowcy głowy. Tylko wieloletnie szkolenie pozwoliło mu w ostatniej chwili przekierować cios i choć nie zdołał całkowicie go uniknąć, ograniczył jego siłę na tyle, by ostrze nie dosięgło żuchwy. Zamiast tego rozdarło policzek, zostawiając na twarzy długą, paskudną bruzdę sięgającą niemal do zębów. Przez moment mogło się nawet wydawać, że liczebność i desperacja rodziny zdołają przełamać przewagę lepiej uzbrojonych przeciwników. Ale tylko przez moment. Racja Sigmara i niezłomna wola Łowcy były przecież po ich stronie. Prawda?
Najbardziej niezwykłe okazały się jednak możliwości staruszki. To musiała być ta wiekowa akuszerka, która przez lata pomagała zielarce odbierać porody i której mądrość tak wychwalała martwa już Marta. Przez pierwsze chwile kryła się pomiędzy synami, skulona pod kocem i pozornie zbyt słaba, by stanowić jakiekolwiek zagrożenie. Dopiero kiedy Moriz znalazł się blisko, zrzuciła pozory bezradności i wyciągnęła ku niemu pomarszczoną dłoń. Powietrze pomiędzy nimi zatrzeszczało czymś, czego nie sposób było pomylić ze zwykłym zimnem. Richter poczuł, jak niewidzialna siła próbuje wedrzeć się w jego ciało i odebrać mu władzę nad mięśniami, lecz zdołał oprzeć się guślarskiej sztuczce. Wtedy dopiero stało się jasne, że matka drwali nie była całkiem bezbronna. Pośród płomieni, śniegu i rozpaczliwych wrzasków kolejna tajemnica Dunkelwaldu wychodziła na jaw, choć tym razem nie było już czasu ani miejsca na przesłuchania.
Przewaga zaczęła jednak przechodzić na stronę ludzi Sneidera. Łowca nacierał metodycznie, zmuszając przeciwników do coraz większego wysiłku, podczas gdy pociski niziołka raz po raz wpadały pomiędzy walczących, wyciskając z nich życie. Jeden z drwali runął w śnieg, zanim zdążył ponownie unieść siekierę. Kolejny został ciężko poraniony przez Moriza, a chwilę później dopadł go Tyci, rzucając się na niego z wyszczerzonymi kłami. Pieter porzucił nieskuteczną sieć i sięgnął po bicz, próbując krępować ruchy braci, a gdy walka zaczęła zamieniać się w chaotyczną rzeź na odległość kilku kroków, dobył miecza i tarczy.
I wtedy, pośród chaosu walki, dało się zauważyć, że śnieg naprawdę zaczynał mocno nasiąkać krwią drwali. Plamy rosły, kałuże łączyły się w nienaturalnie szerokie kręgi, a szkarłat rozlewał się coraz dalej, wsiąkając w rozdeptany puch, spływając po nierównościach terenu i znikając pomiędzy grudami zmarzniętej ziemi. Im dłużej trwała walka, tym mniej bieli pozostawało wokół nich. Krew drwali, rannych, krople strząsane z ostrzy i dłoni mieszały się z wodą na śniegu topniejącym pod naporem płomieni trawiących wieś i wnikały coraz głębiej, jakby sama ziemia była jej spragniona. Było w tym coś niepokojącego. Pomiędzy jednym krzykiem a drugim pojawiało się dziwne, podskórne wrażenie, jakby to miejsce znało już ten smak. Krzyki mieszkańców niosły się z wiatrem ponad dachami, urywane przez trzask walących się belek, a każda kolejna śmierć zdawała się tylko pogłębiać to uczucie. Coś w Dunkelwaldzie chłonęło ten mord, upajało się ich decyzją, karmiło wrzaskiem i rozgrzaną krwią pryskającą z pękających żył płonących ciał. Nie dało się jednoznacznie stwierdzić, czy było w tym coś naprawdę mistycznego, czy też po prostu dali ponieść się walce, strachowi i wyobraźni. Niezależnie od prawdy nie mogli już jednak przestać. Raz podniesionego ostrza nie dało się już zatrzymać, a gdyby teraz się zawahali, siekiery drwali rozniosłyby ich krwawo na drobne kawałki.
Wskutek tego dziwnego, niepokojącego przebłysku, który trwał zaledwie ułamek chwili, Heinrich zapłacił za udział w starciu bolesną raną. Jeden z ciosów przeszedł przez jego obronę i zmusił go do wycofania się z najgorętszego miejsca walki. Dopiero kilka kroków dalej, pośród odbijającego się od śniegu pomarańczowego światła, znalazł chwilę, by wychylić leczniczą miksturę i odzyskać oddech. Wokół niego noc wyglądała już jak fragment piekła. Płonące dachy zapadały się z głuchym hukiem, iskry wzbijały się ponad ulicę całymi chmurami, a śnieg padał dalej, topniejąc na rozgrzanych twarzach walczących. Krew znikała pod świeżą bielą tylko na moment, zanim buty zmieszały ją z popiołem na brunatną breję.
Bracia padali jeden po drugim. Tomasimo z bezpieczniejszej pozycji posyłał kolejne kamienie w tych, którzy jeszcze stali, aż jeden z drwali runął po dwóch niemal następujących po sobie trafieniach. Inny, już ledwie trzymający się na nogach, został otoczony przez Heinricha i Tyciego, a jego opór stopniał równie szybko jak śnieg pod wpływem płomieni nadchodzących coraz rychlej ze wsi. Ostatni z braci próbował jeszcze walczyć z Pieterem, choć na ten moment całe starcie było już przesądzone. Równie dobrze faktycznie jak mówił Snaider, mogli sobie i im tego oszczęśdzić. Na nieszczęście dla wszystkich, wybrali inną drogę.
Staruszka widziała śmierć każdego ze swoich synów, a kiedy kolejni padali, jej skowyt unosił się wysoko ponad płomienie. Gdy runął trzeci z nich, coś w niej pękło, choć dalej starała się uratować pozostałych. W końcu jednak, kiedy została sama na pokrytej szkarłatem ziemi, resztki siły zupełnie ją opuściły. Ręce opadły bezwładnie wzdłuż ciała, jakby zgasła w niej wszelka wola życia. Spojrzała po leżących wokół mężczyznach i przez krótką chwilę najemnicy nie widzieli już w niej ani wiedźmy, ani guślarki. Zgasła ostatnia iskra w jej oczach, a ogrom straty sprowadził całe jej istnienie do postaci starej kobiety, która przeżyła własne dzieci o kilka minut za długo. Osunęła się na kolana w śniegu. Płatki osiadały na jej siwych włosach, na kocu splamionym krwią jej synów i na twarzy mokrej od łez. Nie próbowała uciekać. Nie prosiła o życie. Patrzyła tylko na ciała swoich dzieci, jakby świat poza nimi przestał istnieć. Wokół niej szkarłat rozlewał się coraz szerzej, wsiąkał w śnieg i znikał pod nim, sięgając głębiej w ziemię, której tej nocy oddano już zbyt wiele.

Sneider podszedł do niej powoli. Za jego plecami Dunkelwald płonął od jednego krańca do drugiego. Łuna zabarwiała nisko wiszące chmury czerwienią, a z gór nadal schodziły ku dolinie dziesiątki odległych świateł. Staruszka podniosła na Łowcę wzrok. Przez chwilę można było odnieść wrażenie, że Sneider się zawahał. Może przez sposób, w jaki kobieta klęczała pośród ciał własnych synów. Może dlatego, że po wszystkim, co tej nocy widział, nawet on nie potrafił już powiedzieć, czy nadal wypełnia świętą misję, czy jedynie obraca wszystko w zgliszcza ku uciesze wyższych, mroczniejszych potęg. Wiedział tylko, że nie dało się tego już zatrzymać. Nie powiedział nic. Zacisnął dłoń na rękojeści i pchnął miecz naprzód, przebijając plecy staruszki. Ostrze weszło głęboko w pierś i dosięgło serca. Kobieta drgnęła, lecz nie krzyknęła. Przez krótką chwilę pozostała na kolanach, kiedy ulatywało z niej życie, po czym zachwiała się i opadła bezwładnie na ziemię pomiędzy ciała swoich synów. Może była to tylko wyobraźnia albo kaprys wiatru ciągnącego z gór, ale wtedy płomienie trawiące wieś w okół zdały się na moment przycichnąć, pochylić niżej i porwać jej ostatnie tchnienie ku leśnym ostępom mroźnych kniei otaczających tę krainę.


Sneider dyszał lekko, stojąc pośrodku rzezi z mieczem opuszczonym ku ziemi. Miał teraz świeżą ranę ciągnącą się przez policzek, która, jeśli to było w ogóle możliwe, nadawała mu jeszcze bardziej upiornego wyglądu. Przez moment wyglądał, jakby chciał powiedzieć coś więcej, lecz ostatecznie tylko otarł klingę o skraj płaszcza i spojrzał ku północnym zboczom. Światła były już wyraźnie bliżej. To, co wcześniej wyglądało niemal malowniczo, niczym rozlane po ciemności świetliki schodzące ku nim z górskiego grzbietu, teraz zaczynało układać się w szeroki, nieregularny pochód. Pochodnie znikały za drzewami i pojawiały się niżej, a wraz z nimi coraz częściej dobiegały z oddali przytłumione ryki, gardłowe nawoływania i dźwięki rogów. Nie trzeba było więc nadwyrężać wyobraźni, by zrozumieć, że zielonoskórzy schodzili ku dolinie szybciej, niż wcześniej podejrzewali albo byli w stanie oszacować.
– Zabieramy się stąd rychło – rzucił Sneider krótko. – Na-ten-kurwa-tychmiast.Nie było sensu przeszukiwać czegokolwiek, jeśli cenili sobie własne życie. Ruszyli tylko ku gospodzie, gdzie przestraszone wierzchowce strzygły już uszami i rżały niespokojnie. Musieli się spieszyć. Ogień skakał z domu na dom niczym żarłoczna, płonąca bestia pożerająca każdy skrawek świata, a każda kolejna chwila spędzona na otwartej przestrzeni zwiększała ryzyko, że pierwszy gobliński zwiadowca wyłoni się spomiędzy drzew, zanim zdążą ruszyć. Zebrali więc konie, poprawili juki i pośpiesznie opuścili Dunkelwald, kierując się ku wyżej położonym ścieżkom biegnącym w stronę lasu i rzeki. Może nie robili tego w panice, lecz tempo było znacznie szybsze niż regulaminowe. To było pewne. Krew zdążyła zaschnąć i zamarznąć na ich ubraniach, tworząc sztywne, szkarłatne plamy. Heinrich nadal czuł pulsowanie rany, a twarz Sneidera co jakiś czas drgała od bólu przy każdym silniejszym podmuchu zimnego powietrza.
Po kilkunastu minutach marszu znaleźli się na wzniesieniu, z którego przez przerzedzone drzewa widać było większą część wsi. Tam zatrzymali się jeszcze na chwilę. Z góry wyglądał niemal nierealnie. Cała osada tonęła w czerwonym świetle, a płomienie rozlewały się po dachach jak żywa fala. Pomiędzy domami biegły odcinające się na tle pożaru czarne sylwetki ludzi, których nie zdołał jeszcze dosięgnąć ogień. Niektórzy próbowali gasić płomienie, inni wyciągali rannych albo po prostu uciekali przed dymem, lecz próżny był ich trud, bo wtedy pierwsze gobliny wypadły z lasu. Pojawiły się nagle, jak szczury wygnane z nor. Małe, pochylone sylwetki z pochodniami i krótkimi ostrzami rzuciły się pomiędzy zabudowania, wrzeszcząc i rechocząc. Za nimi schodziły kolejne. Niedługo później pomiędzy drzewami pokazały się znacznie większe postacie orków. Ci nie biegli chaotycznie. Szli ciężej, pewniej, rozbijając to, czego ogień jeszcze nie zniszczył. Ktoś próbował uciekać pomiędzy domami i został ściągnięty na ziemię. Gdzie indziej grupa goblinów dopadła do niedopalonej stodoły, wyciągając z niej ludzi i zwierzęta. Nad wsią uniosły się nowe krzyki, inne niż wcześniej. Krótsze i bardziej rozpaczliwe. Ostatecznie Dunkelwald został wydany na pastwę siły, która dokończy nieprzyjemną robotę.
Sneider patrzył na ten przykry dla ducha widok długo, z twarzą nieruchomą i napiętą.
– Przyjrzyjcie się dobrze – odezwał się w końcu. – Gdybyśmy zostawili tę wieś nietkniętą, orcza horda miałaby teraz dach nad głową, zapasy, schronienie i ludzi. Zamiast tego dostali jeno popiół.
W jego głosie nie było słychać nawet cienia żalu ani smutku. Nie było w nim też żadnego wahania.
– Pociągnijcie nosem. Poczujcie fetor spalonych ciał i przykrą woń zepsucia. Zobaczcie, jak oczyszczający ogień trawi zło. Ta dym unosi siwe obłoki. Musicie wiedzieć, że ten smród palonych ciał nigdy nie odchodzi. Już do końca życia będziecie go czuć nocami. Nie trwóżcie się jednak i nie lękajcie. Pozostańcie silni w wierze. Oto bowiem uczyniliśmy świat lepszym. Ponieśliśmy płomienie i oczyszczenie Sigmara. Wypaliliśmy skazę. – rzekł dziwnie, niemal nabożnie.
W dole orkowie zaczęli rozrywać niedopalone drzwi jednego z domów. Przez moment z wnętrza dobiegł wrzask, potem urwał się nagle. Sneider oderwał wzrok od wsi.
– Zrobiliśmy to, co należało zrobić. Teraz musimy jeszcze sprawdzić wylot strumienia, gdzie według wieśniaków tkwiło źródło zarazy, a później wrócić po posiłki. Nie możemy tolerować takiej hordy w tych stronach.
Chodź zarządził wymarsz hardo, wszystko to brzmiało to jak zapewnienie skierowane bardziej do niego samego niż do nich.
Nie zabawili na tym wzniesieniu zbyt długo. Kiedy kilka goblińskich pochodni zaczęło niebezpiecznie oddalać się od centrum wsi, a zbliżać ku nim, Sneider zarządził dalszy marsz. Na potrzeby ucieczki i dla zmylenia ewentualnej pogoni tymczasowo ruszyli głębiej w leśne ostępy, trzymając się z dala od szlaków prowadzących na wschód i zachód od wsi. Zamiast tego skierowali się bardziej na południe, ku wyżej położonym wzgórzom górującym nad doliną. Im dalej odchodzili, tym słabsza stawała się łuna za plecami i tym bardziej cichły krzyki dochodzące z płonącej wsi. Miejsce na uczciwy nocleg znaleźli dopiero wtedy, gdy zza gór zaczęła nieśmiało wyłaniać się pierwsza łuna świtu.

Najpierw dostrzegli starą ścieżkę łowczych, częściowo zasypaną śniegiem i zarośniętą młodymi świerkami. Prowadziła w stronę niskiego skalnego zbocza. Kilkadziesiąt kroków dalej stała mała, opuszczona chatka. Była stara, ale zaskakująco dobrze zachowana. Dach nie przeciekał, okiennice wciąż trzymały się na zawiasach, a pod szerokim okapem ktoś dawno temu ułożył stos suchego drewna. W środku znaleźli dwa proste posłania, niewielkie, dawno nieużywane palenisko, stół i kilka glinianych naczyń. Nic cennego, ale po straszliwej przeprawie było to jak znalazł. Już samo schronienie można było uznać za szczęśliwy traf, lecz prawdziwe zaskoczenie czekało nieco dalej. Kilkanaście metrów za chatką, pomiędzy skałami, unosiła się para. Wiedzeni ciekawością, niedługo później odkryli szczelinę w pionowej skale prowadzącą do niewielkiej jaskini. Pod jej kamiennym sklepieniem znajdowało się gorące źródło. Sądząc po zanurzeniu kija, woda była płytka, sięgała może do pasa, lecz pozostawała wystarczająco głęboka i rozległa, by wejść do niej w kilka osób. Na kamieniach osiadały krople pary, a powietrze pachniało minerałami i mokrą skałą. Po wszystkim, co wydarzyło się tej nocy, miejsce wydawało się niemal zbyt dobre. Ktoś z nich mógł pomyśleć, że nie do końca na nie zasługiwali, ktoś inny zaś, że właśnie to należało im się po trudach ostatnich dni. Zdania, jak zwykle, mogły być podzielone.
Sneider spojrzał na źródło, a potem na umęczoną zgraję swoich najemnych towarzyszy.
– Kolejny znak, iż Sigmar oraz Taal sprzyjają dzieciom Imperium. Korzystajcie. Rano ruszamy dalej – rzucił poważnie i skierował się z powrotem ku chacie, niespecjalnie zainteresowany kąpielą.
Skorzystali, a jakże, bo było to zbyt wielkie błogosławieństwo, by je zlekceważyć. Dla zachowania ostrożności i odrobiny osobistej dyskrecji robili to jednak po kolei, wymieniając się na krótkich wartach w czasie, jaki pozostał im do świtu. Ciepła woda zmywała brud, niosąc upragnione wytchnienie. Sadza schodziła z twarzy, krew z dłoni, a napięcie powoli ustępowało z ich mięśni. Wokół każdego, kto wchodził do źródła, woda na moment barwiła się czernią i czerwienią, po czym cienkie strużki znikały w szczelinach pomiędzy skałami. Po chwili powierzchnia znów stawała się czysta, jakby nic się nie wydarzyło.Kiedy wrócili do chatki, ogień w palenisku już płonął, a mokre ubrania wisiały przy ścianach. Po raz pierwszy od dłuższego czasu byli naprawdę bezpieczni. Za oknami śnieg osiadał na gałęziach, a gdzieś bardzo daleko za drzewami wciąż można było dostrzec słabą czerwoną łunę, która powoli gasła, wypierana przez nadchodzący świt. Zanim ułożył się do snu, Sneider usiadł przy ogniu i ostrożnie przemył rozcięty policzek. Przez dłuższą chwilę milczał, wpatrując się w płomienie.
– Jestem słownym człowiekiem – powiedział w końcu. – A misja, na którą was zabrałem, nie poszła gładko. Mimo że nie obiecywałem żadnych naddatków, dostaniecie swoje złoto oraz po dziesięć koron więcej za trudy. Należą wam się. Nie zapomniałem też o papierach, ale te będą musiały poczekać. Dostaniecie je, zanim się rozejdziemy.
Ostatnie słowa rzucił już tylko do Pietera i Tomasima, nie wyjaśniając reszcie żadnych szczegółów i mając w głębokim poważaniu to, czy kogoś mogło to urazić. Nie mniej wyłuskał z cieżkiej sakiewki złoto czyniąc ją niemal pustą.
– Przegadajcie sobie wszystko albo idźcie spać. Nie obchodzi mnie to. Znużenie dopada wszystkich, w tym również mnie. Obudzę was za parę godzin, a później ruszamy, bez względu na wszystko. Może nie z świtem, bo lepiej byśmy nie padli od razu po wyruszeniu, ale rychło. Ceńcie sobie sen.
To powiedziawszy, zajął jedną z dwóch prycz w izbie i ułożył się do snu. Choć po chwili wydawało się, że śpi twardo, chyba nikt o zdrowych zmysłach nie odważyłby się tego sprawdzić. Zostali sami przy niewielkim palenisku, dającym akurat tyle ciepła i światła, by mogli po raz ostatni spojrzeć sobie w oczy i rozmówić się o tym, co wydarzyło się tej nocy, jeśli tylko mieli na to ochotę. -
Jeszcze przez kilka chwil po zakończeniu walki Pieter nie opuszczał miecza. Stał pośród rozdeptanego, nasiąkniętego krwią śniegu i oddychał ciężko, wodząc spojrzeniem od jednego ciała do drugiego, jakby wciąż spodziewał się, że któryś z drwali poderwie się na nogi i spróbuje ostatkiem sił sięgnąć po siekierę. Dopiero kiedy upewnił się, że żaden z nich już nie wstanie, pozwolił ostrzu opaść nieco niżej.
Wokół nich płonął Dunkelwald. Żar bijący od najbliższych zabudowań mieszał się z zimnem ciągnącym od lasu, płatki śniegu niknęły w powietrzu rozgrzanym nad dachami, a niesione wiatrem iskry wirowały pomiędzy walczącymi jeszcze przed chwilą ludźmi. Gdzieś dalej nadal rozlegały się krzyki mieszkańców uwięzionych pośród ognia, lecz tutaj pozostało już tylko rzężenie rannych, trzask płomieni i ciężkie oddechy tych, którzy przeżyli. Śnieg wokół nich niemal zupełnie stracił swoją biel, zmieszany z krwią, popiołem i błotem w brunatną breję.
Pieter chłonął ten widok z uwagą. Podczas wojny nauczył się, że po bitwie najlepiej nie patrzeć zbyt długo na pobojowisko. Człowiek miał zebrać strzały, opatrzyć rannych, sprawdzić poległych i zająć czymś ręce, zanim głowa zacznie zadawać pytania. Pieter nigdy nie nauczył się dobrze tej zasady. Zamiast odwracać wzrok, zawsze patrzył. Interesowała go szczególnie ta nieuchwytna granica pomiędzy człowiekiem a zwłokami, chwila, w której z ciała uchodziło coś, czego nie potrafił nazwać. Jeszcze przed momentem drwal stojący naprzeciwko niego przeklinał, dyszał i próbował rozłupać mu czaszkę siekierą, a teraz leżał kilka kroków dalej nieruchomo, z twarzą wtuloną w czerwony śnieg.
W takich chwilach Pieter odczuwał spokój, którego od zakończenia wojny niemal nie doświadczał w zwyczajnym życiu. Walka uciszała wszystko.
Jego wzrok zatrzymał się na staruszce klęczącej pomiędzy ciałami własnych synów. Kobieta nie próbowała już walczyć ani uciekać, a kiedy Sneider podszedł do niej z mieczem, Pieter obserwował każdy jego krok. Widział uniesienie ostrza, krótkie pchnięcie i ciało, które przez moment jakby nie rozumiało jeszcze, że zostało zabite. Dopiero później staruszka osunęła się pomiędzy swoich synów.
Pieter patrzył do samego końca. Poczuł nawet znajome napięcie gdzieś pod żebrami, podobne do tego, które pojawiało się tuż przed wypuszczeniem strzały. Tyle że tym razem napięcie nie ustąpiło. Przeciwnie, zaczęło boleć. Przepatrywacz zmarszczył brwi i odruchowo przycisnął dłoń do korpusu. Dopiero wtedy przypomniał sobie uderzenie przyjęte podczas walki. W bitewnym zamęcie było jedynie kolejnym ciosem — potężnym, wystarczająco mocnym, żeby na moment odebrać mu oddech, ale przecież przeciwnik nadal stał, więc Pieter również musiał stać. Teraz, kiedy ciało nie potrzebowało już utrzymywać go przy życiu przez następnych kilka uderzeń serca, ból wrócił z całą należną mu siłą.
Kiedy oderwał rękę od boku, rękawica była mokra od krwi. Przyglądał się jej przez chwilę w milczeniu.
Spróbował nabrać głębiej powietrza i natychmiast tego pożałował. Ból przeszedł przez korpus aż pod żebra, zmuszając go do pochylenia się i podparcia mieczem. Świat na moment stracił ostrość, płomienie Dunkelwaldu rozmazały się w jedną pomarańczową łunę, a gdzieś daleko odezwało się znajome piszczenie w uszach.Pieter zamknął oczy. Przez moment nie znajdował się już w Dunkelwaldzie. Był gdzieś na północy, wiele lat wcześniej i znowu klęczał w błocie z rękami śliskimi od cudzej krwi. Ktoś krzyczał, żeby się wycofywać. Ktoś inny wołał matkę. Nad nimi płonął dom albo stodoła, może jedno i drugie, a Pieter próbował przypomnieć sobie, gdzie zostawił łuk. Otworzył oczy. Śnieg, Dunkelwald, drwale... Sneider. Pieter wrócił do rzeczywistości.
Przez kilka oddechów stał bez ruchu, czekając, aż przestanie kręcić mu się w głowie, po czym spojrzał na martwego mężczyznę, z którym walczył chwilę wcześniej. Nie czuł do niego nienawiści. Przeciwnie, na twarzy Pietera pojawił się blady uśmiech, w którym można było dostrzec niemal odrobinę uznania.
— Niewiele brakowało...
Głos Sneidera wyrwał go z zamyślenia. Zielonoskórzy schodzili już z gór i Łowca nie pozostawił im złudzeń, że mają czas na opatrywanie ran czy przeszukiwanie trupów. Trzeba było natychmiast opuścić Dunkelwald.
Pieter schował miecz, choć samo wsunięcie go do pochwy wymagało od niego więcej wysiłku, niż chciałby pokazać pozostałym. Następnie podniósł pośpiesznie rzuconą sieć i upuszczony bicz. Do konia dotarł o własnych siłach i dopiero przy próbie wejścia na siodło przekonał się, jak poważna jest rana. Uniesienie nogi pociągnęło mięśnie korpusu tak gwałtownie, że musiał zatrzymać się z czołem opartym o szyję zwierzęcia.
— Spokojnie... — mruknął, przesuwając dłonią po sierści wierzchowca. — Spokojnie.
Koń parsknął i poruszył niespokojnie uszami. Pieter nie był pewien, którego z nich próbował uspokoić. Ostatecznie wdrapał się na siodło i ruszył razem z pozostałymi, jedną dłonią prowadząc konia, a drugą przyciskając do rany zwinięty kawał materiału. Każdy krok wierzchowca wbijał mu ból głębiej pod żebra, ale nie poprosił o postój ani razu. Podczas wojny widział już ludzi, którzy stawali się ciężarem dla własnego oddziału i pamiętał aż nazbyt dobrze, jakie spojrzenia zaczynały wtedy krążyć pomiędzy pozostałymi.
Nie zamierzał zostać jednym z nich.Kiedy zatrzymali się później na wzniesieniu, Pieter milczał i patrzył wraz ze Sneiderem na dogorywający Dunkelwald. Ogień pochłaniał domy, zielonoskórzy mordowali tych, których nie dosięgły płomienie, a Łowca mówił o oczyszczeniu, konieczności i smrodzie palonych ciał, który miał już nigdy ich nie opuścić.
Pieter słuchał. Tym razem jednak nie patrzył wyłącznie na płonącą wieś. Patrzył również na ludzi ginących w dole. I nawet kiedy ból stawał się coraz trudniejszy do zniesienia, jego wzrok mimowolnie odnajdywał kolejne sylwetki uciekające pomiędzy płomieniami, śledząc je aż do chwili, gdy któraś przewracała się pod goblińskim ostrzem albo znikała w płonącym budynku. Jak zawsze patrzył do końca.
Dalsza droga ciągnęła się Pieterowi znacznie dłużej, niż wskazywałby na to przebyty dystans. Dopóki za plecami widział łunę pożaru, a pomiędzy drzewami mógł spodziewać się goblińskich zwiadowców, ciało jeszcze jakoś z nim współpracowało. Siedział pochylony w siodle, oszczędzał oddech i pozwalał koniowi samemu wybierać najpewniejsze miejsca na zasypanej śniegiem ścieżce. Jedną dłonią trzymał wodze, drugą niemal bez przerwy dociskał do rany zwinięty kawał materiału, który już dawno przesiąkł krwią i teraz bardziej przypominał mu o jej obecności, niż rzeczywiście ją tamował.
Z czasem odgłosy ginącej wsi zaczęły cichnąć. Najpierw przestał słyszeć pojedyncze krzyki, później zniknęły wrzaski zielonoskórych, aż wreszcie pozostał tylko jednostajny skrzyp śniegu pod końskimi kopytami, ciche brzęczenie uprzęży i szum lasu. Przepatrywacz starał się skupić na drodze. Liczył zakręty, zapamiętywał charakterystyczne drzewa i odruchowo oceniał miejsca nadające się do urządzenia zasadzki. Raz czy dwa obejrzał się również za siebie, chociaż wiedział, że przy takim bólu niewiele zdziałałby przeciwko ewentualnej pogoni. Były to jednak stare przyzwyczajenia.
Kiedy natrafili na starą ścieżkę łowczych, Pieter początkowo uznał ją jedynie za kolejną rzecz wartą zapamiętania. Dopiero kilkadziesiąt kroków dalej pomiędzy drzewami wyłonił się niski dach niewielkiej chaty, częściowo przykryty śniegiem. Budynek wyglądał na opuszczony, lecz pozostawał w zaskakująco dobrym stanie. Okiennice wciąż trzymały się zawiasów, dach nie zapadł się pod ciężarem zimy, a pod szerokim okapem ktoś pozostawił stos suchego drewna. Po nocy spędzonej pośród ognia, krwi i wrzasków zwyczajna łowiecka chata wyglądała niemal nierealnie. Pieter zsunął się z siodła i natychmiast pożałował tej decyzji.
Nogi ugięły się pod nim, gdy tylko buty dotknęły ziemi, a ból rozszedł się od rany po całym korpusie tak gwałtownie, że przez moment musiał oprzeć się ramieniem o bok konia. Przed oczami zatańczyły mu czarne plamy. Zacisnął powieki, przeczekał najgorsze i dopiero wtedy powoli się wyprostował.
Pogładził wierzchowca po szyi, bardziej dla zachowania pozorów niż z potrzeby uspokojenia zwierzęcia. Koń parsknął cicho. Pieter poklepał go jeszcze raz.
Kiedy weszli do środka, przepatrywacz najpierw rozejrzał się po pomieszczeniu z zawodowego przyzwyczajenia. Nie dostrzegł nic, czego należałoby się obawiać. Mimo to przez chwilę sprawdzał kąty, drzwi oraz okna, jakby spodziewał się, że za którymś z nich znajdzie kolejnego przeciwnika. Dopiero kiedy upewnił się, że naprawdę są sami, poczuł ulgę. Wraz z ulgą przyszło wyczerpanie. Nie stopniowo, lecz całym ciężarem.
Jeszcze przed chwilą był w stanie maszerować, rozglądać się po lesie i zastanawiać nad możliwością pościgu. Teraz wystarczyło, że zagrożenie zniknęło, a jego ciało jakby uznało zawarte wcześniej porozumienie za nieważne. Pieter usiadł ciężko przy ścianie i przez chwilę po prostu oddychał, starając się znaleźć pozycję, w której rana bolała trochę mniej. Nie znalazł.
Kiedy niedługo później odkryli gorące źródło, przepatrywacz początkowo pomyślał, że któryś z bogów rzeczywiście postanowił z nich zakpić. Zaledwie kilka godzin wcześniej stali pośród płonącej wsi, a teraz zza skał unosiła się para, pod kamiennym sklepieniem czekała ciepła woda, zaś całe miejsce wyglądało jak coś, czego człowiek spodziewałby się raczej po opowieści pijanego wędrowca niż po nocy takiej jak ta. Pieter nie rzucił się jednak do kąpieli. Kiedy przyszła jego kolej, usiadł na jednym z kamieni i dopiero tam, z dala od pozostałych, zaczął zdejmować z siebie kolejne warstwy ubrania. Szło mu znacznie gorzej niż zwykle.
Zaschnięta krew skleiła materiał z ciałem i przy każdym ostrożnym szarpnięciu rana odpowiadała głębokim, pulsującym bólem. Pieter pracował cierpliwie, centymetr po centymetrze odsuwając tkaninę, aż w końcu odsłonił korpus. Przez dłuższą chwilę przyglądał się obrażeniom bez słowa.
W czasie walki rana wydawała się czymś odległym i niemal nieistotnym. Teraz, kiedy widział ją w pełni, nie mógł już oszukiwać samego siebie. Cios drwala nie był draśnięciem ani kolejną pamiątką, którą za kilka tygodni będzie można pokazywać przy kuflu piwa. Stracił dużo krwi, cały bok pulsował bólem, a nawet spokojne oddychanie wymagało od niego wysiłku. Ostrożnie przesunął palcami po skórze obok rany. Syknął.
Zmienił nieco pozycję, żeby obejrzeć ranę dokładniej. Następnie przyglądał się własnemu ciału próbując przypomnieć sobie twarz człowieka, który zadał mu ten cios. Ku własnemu zdziwieniu nie wracał myślami do bólu. Pamiętał raczej samą walkę. Ciężar miecza. Oddech przeciwnika. Śnieg rozpryskujący się spod butów. Spojrzenie drwala w ostatnich sekundach starcia. A przede wszystkim pamiętał to, jak dobrze się wtedy czuł. Ta myśl pojawiła się bez zaproszenia i została z nim dłużej, niż powinna.
Od zakończenia wojny Pieter próbował odnaleźć podobne uczucie w wielu miejscach. W samotnych wyprawach przez las, w polowaniach, w alkoholu, nawet w hazardzie, kiedy zdarzało mu się mieć kilka monet więcej. Nic nie działało. Dopiero kiedy znowu ktoś próbował go zabić, świat odzyskał dawną ostrość. Ból nie miał wtedy znaczenia, strach znikał, a wspomnienia milkły.
Ostatecznie wrócił do chaty po kąpieli, ostrożnym obmyciu i opatrzeniu zranionego miejsca. Przy palenisku było ciepło. Mokre ubrania wisiały przy ścianach, a przez niewielkie okno można było dostrzec pierwsze oznaki nadchodzącego świtu. Pieter usiadł ostrożnie przy ogniu, oparł plecy o ścianę, wyciągnął nogi i przez chwilę obserwował Sneidera. Kiedy Łowca oznajmił, że dostaną dodatkowe dziesięć koron za trudy, Pieter uśmiechnął się blado.
Kiedy Sneider położył się spać, Pieter przez dłuższy czas siedział w tej samej pozycji. Zmęczenie ciążyło mu na powiekach, lecz za każdym razem, kiedy próbował je zamknąć, obrazy minionej nocy natychmiast wracały.
Płonące domy Dunkelwaldu mieszały się z innymi płonącymi domami, których mieszkańców dawno zapomniał. Drwale przybierali twarze ludzi zabitych wiele lat wcześniej. Krzyk staruszki przechodził w krzyk kogoś, kogo imienia nie pamiętał... po chwili przepatrywacz zasnął.
-
Heinrich ruszył w wir walki bez wahania. Nie dlatego, że popierał Łowcę. Nie dlatego, że było to słuszne. Nie dlatego, że przyświecały mu te same ideały co poniektórym. Nic z tych rzeczy… po prostu wiedział, że nie było już drogi wyjścia. Czuł się z tym tak podle jak tylko mógł, a mógł i czuł się naprawę podle. Szczęście jednak mu nie sprzyjało. Każdy cios zawziętych drwali sprawiał, że jego ciało upuszczało krwi i najpewniej gdyby nie mikstura lecznicza z domu zielarki… wykrwawiłby się sromotnie. Jednak, najgorsze rany się zasklepiły. Cudo natury, nie ma co.
Już dawno uznał i wierzył za szczere i prawdziwe, że Sigmar znał los każdego ze śmiertelnych. Verena spisywała jego wolę, a jej małżonek zabierał tych których godzina wybiła. Nie ważne jaką sprawność miał człowiek w życiu. Żył po to, by zadowolić Bogów. Co prawda Ranald, ten cwaniaczek, był zaraz po Młotodzierżcy, albo nawet i na równi z nim, największym ze zwolenników ludzkości. Kantował, oszukiwał i sypał szczęściem jeśli jakiś śmiertelnik mu przypadł do gustu.
Bogowie… widać taki miał być los Dunkelwaldu, a jemu los nie przyjął. Dopiero kiedy bogaty deszcz krwi sprywkał jego kark zdecydował się wycofać. Widać to nie była jego bitwa. Widać tak miało być. Widać Sigmar nie pochwalał jej, bo jak tylko się wycofał zaczęli odnosić sukcesy. Chyba. Ciężko opisać co się działo poza tą dwójką z którą walczył. Jednak jeden ruszył na przepatrywacza, który strasznie się leniwił, co dało mu trochę przestrzeni na oddech, a niedługo miało być po wszystkim.
Jego serce pękało patrząc jak Sneider wykonuje wyrok na staruszce. Czy było to słuszne? Czy było to właściwe? Oczywiście, że nie. Co jednak mógł zrobić? Sigmar chciał i godził się z tym boleśnie. Znał jej oczy… jego własne sprzed lat. Być może śmierć była łaską? Zapewne. Jednak przewrotny los i gra na scenie teatru życia przed Bogami nakazywała mu żyć. Ile razy szukał słodkiej śmierci tylko by wyjść w bardziej, lub mniej czasami, jednym kawałku? Bogowie byli okrutni, ale sprzyjali śmiertelnikom…
Na wzgórzu patrzył z żalem w dół na płonące sioło. Na falę zielonoskórych. Na rzeź. Czy taki miał być los? Najpewniej. Tak, byli tam kultyści. Tak, byli tam odmieńcy. Tak… a jednak? Wszystkich do jednego wora? Prawda, jedno zepsute jabłko w koszu potrafiło zepsuć cały kosz jabłek… ale jednak… wspominał garbarza. Odmieniec? Ludzki, normalny, niepozorny. O swojej przeszłości i nieszczęście bycia dotkniętym mutacją. Heinz nie miał złudzeń. Jeśli na jego skórze pojawiłby się wyjątkowo zajadły czyrak to ludzie pokroju Łowcy i jego zwolenników spaliliby go na stosie. Wszystko dlatego, że nie był „czysty”, ale czym była „czystość ciała i duszy”? Jak daleko biegł obłęd i jaka była natura spaczenia?
Wolał nie wiedzieć, ale ziarno goryczy, smutku i bólu rosło w nim w siłę.
Stara droga łowczych. Chata. Gorące źródło. Jak bardzo ironiczny był los i wola Bogów by ich, rzeźników Dunkelwaldu, nagradzać chwilą pieszczoty? Kraus czuł do siebie wstręt, który wiedział, że żadne gorące źródło z niego nie zmyje. Nie mógł się przemóc. Dlaczego miałby? Tylu martwych w imię czego? Sigmara? To była perwersja, której nie mógł zdzierżyć. Sigmar jednoczył. Nie dzielił! Zamiast kąpieli ruszył w stronę chaty. Łóżko… nie zasługiwał na nie. Wyjął koc i położył się w kącie z plecakiem pod głową.
Myślał o całym swoim życiu z zamkniętymi oczami, a sen przychodził ciężko. Wspominał wszystkich tych których stracił. Każdy płomień świecy zdmuchnięty gwałtownym oddechem życia, które nie odpuszczało. Wszystkich tych, którzy mieli nadzieję i plany na dzień kolejny, a którym nie dano zobaczyć świtu. Najboleśniej wspominał jednak moment kiedy wszystkie jego życie wywróciło się do góry nogami i to jak wszedł na ścieżkę którą podążał.
Odwrócony twarzą do ściany poczuł samotną łzę spływającą mu po policzku i to znajome uczucie wszechogarniającej pustki, którą nic nie było w stanie wypełnić. Tylko ta ponura świadomość okrucieństwa losu i tego jak z niego drwił… a wszystko zaczęło się do tamtego Łowcy i durnego pomówienia… a teraz sam był katem… czy kiedykolwiek będzie w stanie sobie wybaczyć? Czy będzie mu wybaczone, gdy ruszy do Ogrodów?
Marną pociechą był kruszec. Kolejny, malutki kroczek. Maluteńki, do odłożenia na przyszłość w pogoni za uczuciem, które było nikłym, zatartym wspomnieniem dzieciaka którego już od lat nie było. Oszczędzał licząc, że tam, daleko, znajdzie coś co poruszy go i sprawi, że odnajdzie choć iskrę uczucia. Iskrę, która w nim umarła tak dawno temu. Choć jedną iskrę…
-
Moriz patrzył na pieniądz przesuwany między palcami dłoni. Wiedział, że był on splamiony krawią zabitych ludzi w wiosce, ale czy to aż tak szokująca nowość była dla banity? Widział już przez życie jak trakty płynęły posoką utoczonej jego ręką, więc jaka była tym razem różnica?
Nie był pewien.
Czy mord jakiego dopuścił się Łowca Czarownic był inny od mordów, jakich dopuszczali się na szlakach? Możliwe. W końcu za nim stało prawo imperialne. To samo prawo wedle jakiego litery Richter zasługiwał na stryczek. Czy zabicie kultysty, jakiego przeoczył Sneider zmyje jakąkolwiek inną krew, którą przelał przez życie?
Doświadczenie z bliska Chaosu, walka z nim, zaoferowała Morizowi pewną motywację, a szacunek jaki pojawił się w oczach Łowcy jeszcze bardziej przechylił szalę, bo w końcu niezależnie od problemów w jakie wpadłby w swojej przeszłości nie przykryłyby walki jaką stoczył z kultystą przeciwko wrogowi Imperium. Kalkulacja była w sumie prosta. Będzie trzymał się ze Sneiderem na pewno jak długo teraz będzie to wymagało, a później? Zobaczymy.
Wolał zapomnieć twarz bawiącego się z nim Johana, nie myśleć o możliwych ofiarach ofiarach pobocznych. Na traktach też takie straty się zdarzały i musiał z nimi się liczyć. Gdy był młodszy wymagały one wyprostowania jego kręgosłupa przez zirytowanych narzekaniem towarzyszy. Nigdy nie wydarzyło się nic o takiej skali jaką Sneider zaserwował całej wiosce, to prawda, jednak była to w jakimś stopniu kolejna lekcja, którą musiał przetrawić i zaliczyć by następnym razem podobny posiłek nie palił go już w gardziej.
I może jak wcześniej, tak i teraz ta lekcja okaże się w przyszłości potrzebna do przeżycia.
-
Walka była szybka i brutalna, drwale dali się im we znaki bardziej niż mogli się spodziewać. Tomasimo ranny po ostatnim pojedynku z mutantami wolał trzymać się w oddali, wlazł na pobliski wóz i z niego wybierał kolejne cele dla swojej procy.
Wybór był poniekąd słuszny, patrząc jak Heinz o mało nie przytrafił starcie życiem i obserwując krew spływającą po twarzy Klausa. Krwią zabiitych się nie przejmował, tym bardziej gdy zapach ozonu w powietrzu wydobył się z rąk starszej kobiety. Magia? Splunął na ziemię niziołek. a więc i wiedźmę tu mieli. To zapomniane przez bogów miejsce nie przestawało go zadziwiać.
- Ile takich wiosek jest teraz w Imperium po Inwazji Chaosu? - zadumał się, ale mało czasu było na rozmyślania, zieloni zbliżali się ze wzgórza i o ile w prorocze sny mało wierzył to ciarki go przechodziło na myśl, że coś zesłało omen Heinrichowi. Może Morr, a może nie Morr... nie tylko o Panie Zmarłych mówiono że zna przyszłość.
Zebrali się jak najszybciej się dało, uradowani że ich kuc i koń nie uciekły podczas pożaru. Zwierzę drżało ze strachu i z wielkim trudem udawało się je prowadzić przez uliczki pośród pożaru. Szczęśliwie wyszli z wioski dość szybko i już bez większych problemów.
Sneider miał rację, co do wojskowej oceny zniszczenia wioski i zapasów przed napadem zielonoskórych, ale nie zmniejszało to guli w gardle jaką każdy z nich czuł. Nie po to zostawał żołnierzem by mordować cywilów, choć dobrze wiedział z opowieści, że i takie obowiązki bywają. Smród palonego mięsa zostanie z nim już na zawsze, zniszczona wioska wyglądała w jego oczach gorzej niż rozpalane wcześniej stosy. Morze ognia i cierpienia, śmierć niewielu by reszta mogła żyć w bezpiecznym Imperium. Gorzki, naprawdę gorzki smak miała służba ludzkości. Niziołek nic nie mówił tylko patrzył w milczeniu i maszerował aż znaleźli osłonę przed zimnem i miejsce na nocleg.
Po kąpieli zaoferował zajęcie się ranami kompanów, darmo, kto chciał i wierzył że wojsko nauczyło go nie tylko strzelać z rusznicy, mógł dać się oddać pod jego rękę, miał opatrunki, bandaże, spirytus do przemywania ran a nawet zabezpieczone w lnie czyste szczypce do wyjmowania odłamków strzał.
Gdy skończył poszedł zadbać o kuca, wyczesać, dać mu i koniowi Pietera obroku i wody w misce, psa też nakarmił i napoił, każąc mu wartować przy kopytnych. Może zielonych mieli z głowy, ale wilki w lasach były nadal.
Słowa Łowcy Czarownic jedynie skwitował żołnierskim
- Ku chwale Imperium!
i skinięciem głową w uznaniu co do zasady dotrzymywania słowa jaką kierował się Sneider. Honor przecież mamy tylko jeden. Wziął pieniądze i po ustaleniu wart po prostu zdjął pancerz i padł spać, był wykończony.
Cześć! Wygląda na to, że jesteś zainteresowany tą rozmową, ale nie masz jeszcze konta.
Masz dość przewijania tych samych postów za każdą wizytą? Po zarejestrowaniu konta zawsze wrócisz dokładnie do tego samego miejsca, w którym byłeś wcześniej, możesz wtedy również wybrać opcję otrzymywania powiadomień nowych odpowiedziach (e-mailem lub powiadomieniem push). Będziesz też mógł zapisywać zakładki i głosować na posty, aby okazać uznanie innym członkom społeczności.
Z Twoją pomocą tez post mógłby być nawet lepszy 💗
Zarejestruj się Zaloguj się