Bastion 2521 - Przez wojenne ostępy
-
Nic tu nie ma - rzekła Beth, spoglądając na łucznika rozglądającego się niedaleko nie. Zauważyłem jakiś ruch, może to faktycznie była tylko kura. - odpowiedział Tobias. Beth wskazała palcem by ten szedł za nią, wyjęła jedną ze strzał, naciągnęła na cięciwę, chwilę przymierzała i nagle ją wypuściła z charakterystycznym dźwiękiem. Ha! Mam cię! Cicho zakrzyknęła uśmiechając się promiennie do Tobiasa, który odwzajemnił uśmiech. Masz dobre oko Beth. - Mam też kurę na kolację Uśmiechnęła się jeszcze szerzej. Podeszła do nieruchomej już kury, wyjęła ostrożnie strzałę i przywiązała sobie kwokę do paska. - Choć, może znajdziemy drugą dla Ciebie. Uśmiech nagle zniknął z jej twarzy kiedy ujrzała spojrzenie zwiadowcy. Coś go zaniepokoiło. Odwróciła się u zaczęła nasłuchiwać. Tobias wskazał jej kierunek i oboje ruszyli w kierunku z którego dochodziły odgłosy, które przeplatały się z ludzką mową.
Za węgłem dostrzegli plądrowany budynek na szyldzie którego czerwoną - już wyblakłą farbą - wymalowano kiełbasę. Tobias usłyszał jak Beth przełyka ślinkę, po prawdzie i jemu chyba zaburczało w brzuchu. Ostrożnie przekradli się w kierunku wejścia. Jeszcze z ulicy widać było dwóch chudych szabrowników, którzy zbyt podnieceni byli kradzieżą pozostałej wędliny i mięsa że nie zauważyli dwójki zwiadowców. - Ekhem! Głośno chrząknęła Betha kiedy mieli już dwójkę szabrowników na końcach grotów. Ci natychmiast odwrócili się zaskoczeni.
- Hej! Coście za jedni, wiecie co się tu stało? Gadajcie i to zaraz! - rzucił Tobias. Eee, myśmy tylko chcieli sobie trochę kiełbasek upiec Panie, proszę nie strzelać. Myśmy jesteśmy stąd, mieszkamy parę domów dalej. Toll jestem a to Troy, myśleliśmy że coś zostało po tym jak przeszła tędy ta banda najemna. Eee, możemy się podzielić - odezwał się ten nazywany Troyem i położyli połowę towaru na ladzie przed sobą. Beth i Tobias wymienili spojrzenia. - Jest nas tu więcej, a nasi kompani też pewnie mają ochotę na kiełbaski. - rzekł Tobias. Toll natychmiast odłożył na blat więcej mięsiwa i zaczął wraz z Troyem kierować się niepewnie w stronę wyjścia. -Hej - zawołała Beth. Co tu się wydarzyło! Mówcie! -
- Nie... nie wiemy prze Pani. Papko jak usłyszał że ci najemni zaczynają wywoływać niepokoje w mieście kazał zamknąć dom na wszystkie spusty i nie wychylać nosa. Tylko słyszeliśmy pokrzykiwania, potem jakiś rozruchów, walk jakiś, potem przeniosło się to tam dalej - Toll wskazał jakiś kierunek. - Nie wiemy więcej. Naprawdę. Tobias ruchem głową dał im znać by uciekali. Tylko się za nimi kurzyło. Beth i Tobias zapakowali resztę mięsa do worka i również wyszli ze sklepu. - Tam - wskazał Tobias palące się światła na górnym piętrze jakiegoś małego zakładu. - Sprawdźmy tam...Tura 52 - 2521.05.05; fst; południe
Miejsce: pd-zach Ostland; Las Cieni; Wendorf; piekarnia Alberta
Czas: 2521.05.05; Festag; południe
Warunki: - ; na zewnątrz: dzień, pogodnie, umi.wiatr; chłodno (0)Duivel i Thiemo
- O bogowie, chudy! - Albert aż podskoczyl gdy elf niespodziewanie zdjął kaptur i zdradził swoje nieludzkie pochodzenie. Ale wydawało się, że to chwilowe zaskoczenie. Skoro Duivel zachowywał się spokojnie no i przyprowadził go znajomy piekarza, to w końcu się uspokoił i mogli wrócić do rozmowy o sytuacji w mieście. A ta była dla gospodarza mętna. Chociaż z racji tego, że był na miejscu to i tak był w niej lepiej zorientowany niż dwójka przybyszy.
- No tak, pochowalimy się. Strach wychodzić na ulicę. Nie wiadomo na kogo się trafi. Teraz wojsko tu rządzi. Na każdego krzyczą i wyganiają. Czasem jak kogoś złapią to trzepią. Mówią, że szpiegów, sabotażystów i zdrajców szukają. Zwłaszcza jak ktoś młody i z bronią. To od razu jest podejrzany. I nasi też im pomagają. Mówią, że pomagają wojsku szukać buntowników i rabusiów. Ja tam nie wiem. Od jednych i drugich można pałą w brzuch dostać. Dlatego wolę siedzieć w domu. Moi sąsiedzi także. - Pokręcił głową i widać było, że obawia się tej całej ruchawki. Liczył zapewne, że pozostając w domu, zmniejszy ryzyko spotkania przykrych konsekwencji.
- Najgorsze, że przejęli magazyny zboża. Mówią, że tylko dla wojska, że to zasób wojenny. A bez zboża nie ma mąki. A bez mąki nie ma co piec w piekarni. Bez piekarni nie ma chleba. A bez chleba jest głód i bieda. I to nie tylko w mojej piekarni tak jest. Mnie to już mąki zostało tylko na własne potrzeby. Trochę się wymieniam z sąsiadami za mleko, wino albo ser. Ale dla ludzi już nie piekę. Nie mam z czego. - Znów popadł w przygnębienie, jakby już widział swój marny koniec. Urwał kawałek chleba, zamoczył w rozwodnionym winie i zaczął przeżuwać. Nagle jakby sobie o czymś przypomniał.
- Ale nie wszyscy piekarze tak mają! Słyszałem, że Hempe działa w najlepsze. Mówią, że zapłacił za licencję i dlatego może kupować zboże w magazynie. Teraz jak nigdzie nie ma nigdzie chleba to cała okolica u niego kupuje. A on podniósł ceny aby odzyskać tą licencję. Podobno jak któregoś piekarza stać to myśli aby też wykupić tą licencję. Bo jak podniosą ceny chleba to i tak sobie w końcu odbiją. Też może bym kupił ale mnie nie stać. - Na chwilę się ożywił gdy opowiedział o tej branżowej ciekawostce z magazynem zboża. Zdawał się, żałować, że nie stać go na wykup licencji na to zboże.
- Biednemu to wiatr zawsze w oczy. Niedługo na wodę ze studni nałożą podatek. - Thiemo westchnął współczująco. - Te magazyny zbożowe i piekarnia Hempe jest bliżej niż Żelazna. Do Żelaznej to pewnie byśma się spóźnili na obiad. Chyba, że te Hochlandczyki to tak marne kucharze, że kuraka nawet nie potrafią zrobić. - Uśmiechnął się krzywo jakby sam był w rozterce gdzie dalej iść.
- Na Żelaznej to uważaj. - Albert odezwał się ponownie. - To bliżej centrum miasta. A ruchawka najbardziej jest właśnie tam. Ci najemnicy zatrzymali się na Marktplatz. I tam się to wszystko zaczęło. Podobno splądorwali magazyny Osipowa. A tam byli ci uchodźcy z Kisleva. I nasi ze wschodu też. Białe gołębice ich przyprowadziły i w ratuszu prosiły o miejsce. I im przydzielono właśnie u Osipowa, bo ostatnio puste stały. I nawet ich ci barbarzyńcy splądrowali. Biada, nam biada. Tylko się modlić do bogów o zmiłowanie. - Piekarz ostrzegł kolegę, że odwiedziny u brata mogą być dość ryzykowne. Thiemo potraktował to poważnie i pokiwał głową.
- No tak. Żelazna jest bliżej Makrplatz. Dobrze, że mówisz przyjacielu. - Teraz to i milicjant zmarkotniał gdy zdał sobie sprawę, że jego brat może mieszkać w bardziej niebezpiecznej okolicy, niż tu, przy samym pograniczu miasta.
- A wojsko to ja chudy nie wiem. Nie znam się. I nie chcę ich znać. Mam nadzieję, że nie przypomną sobie o małej, nędznej piekarni Alberta. A jeszcze czarostwo jakieś?! O bogowie uchowajcie! Zwierzoludzi nie, nie widziałem. Przeca oni po lasach się kłębią jak robactwo. Tego jeszcze brakowało aby u nas po ulicy biegały te dzikusy. Ale na szczęście oni nie umieją zdobywać murów to raczej tu nie mają jak wejść. - Na myśl o magii i kopytnych aż się przeżegnał do dobrych bogów. I wydawało się, że jednak nic takiego nie zauważył ani nie słyszał. W końcu powstał aby odprowadzić gości znów do tylnych drzwi. Nie był w stanie odpowiedzieć na wszystkie ich pytania. Ewidentnie nie znał się na wojsku i nie umiał rozpoznać kto tu walczy i z kim. Obawiał się ich, o siebie, swoją rodzinę i piekarnię. O władzach miasta nie miał zbyt dobrego mniemania. Spora część wojska jakie zwykle stacjnowało w mieście i okolicy, wyszło na wezwanie hrabiego jaki szykował się na wojnę. Ci to zostali to widać mieli spory problem aby opanować tą ruchawkę w mieście. Był zdania, epicentrum walk jest w centrum, w pobliżu Markplatz i ratusza. I dlatego tam od paru dni nie chodził. I większość sąsiadów z jakimi miał kontakt, postępowała tak samo. Więc dość słabo się orientował co tam się dzieje. W końcu Duivel ze starym milicjantem znów znaleźli się we dwóch na opuszczonej ulicy.
- Po mojemu to mogli oskubać i wypatrszyć te kuraki. Jak teraz wrócimy to i tak będziemy czekać aż się ugotują. - Starszy mężczyzna podrapał się po swojej siwej szczecinie na ogorzałym policzku. Wedle wyczucia czasu elfa, to wyglądało to podobnie. - Na Żelazną to byśmy szli tyle co teraz tutaj. To znaczy normalnie byśmy tyle szli. Teraz to nie wiem. Do tych magazynów zbożowych jest z połowa tego. Do Hempe też bo on blisko magazynów mieszka. - Aby czymś zająć ręce i myśli, zaczął sypać bagienne ziele na kawałek bibuły. I widać było, że ma w tym wprawę. Nie był jednak pewien co dalej powinni robić. Wracać do bramy, iść na Żelazną. Tam mieszkał jego brat i w pobliżu były magazyn Osipowa. Ale też było bliżej ogniska walk więc ryzyko rosło. Magazyny zbożowe i piekarnia Hempe, wydawały się być bliżej i przynajmniej Albert nie opisywał ich tak niebezpiecznie. Z drugiej strony jednak nie wychodził z domu więc też bazował na plotkach od sąsiadów. No i musieli jeszcze spakować bochen chleba jakim ich obdarował na pożegnanie.
link: https://i.imgur.com/n2TPz7W.jpeg
Miejsce: pd-zach Ostland; Las Cieni; Wendorf; zajazd “Czerwone koło”
Czas: 2521.05.05; Festag; południe
Warunki: - ; na zewnątrz: dzień, pogodnie, umi.wiatr; chłodno (0)Stefan i Wieslelowie
Stefan podczas rozmowy ze strażnikami, nie dostrzegł w ich zachowaniu nic nadzwyczajnego. Najpierw jak zauważyli trójkę, nadchodzących zbrojnych to zrobili się czujni. Co świadczyło, że mają zdrowo rozwinięty instynkt samozachowawczy. Z początku rozmowy wyglądali na podejrzliwych i zachowywali rezerwę do trójki rozmówców. A gdy ci nie zdradzali agresywnych zachowań to nieco się uspokoili. Ich zachowanie wydawało się więc Ostlandczykowi naturalne a i do ich słów nie miał się czego przyczepić. Nie nosili żadnych herbów ani barw ale to w milicji i lekkiej piechocie było powszechne. Gdyby mieli łuki zamiast halabard to nawet by się wpasowywali w bandę Kolesnikowa. I pewnie większości lekkozbrojnych z ich regimentu. Nie nosili czarno-białych barw Ostlandu ani wizerunku byczego łba. Ale na to zwykle mogli sobie pozwolić rycerze, zawodowi oficerowie, szlachta i oddziały na żołdzie miast i hrabiów. Więc to, że ci dwaj nie mieli żadnych barw tylko zwykłe przeszywalnice to jeszcze niczego nie dowodziło.
- Von Below? - Ten co miał więcej do powiedzenia spojrzał na kolegę. Ten przez chwilę przeszukiwał pamięć ale w końcu pokręcił głową.
- Służyłeś w Stirlandzie? Kawał drogi stąd. A nie masz stirlandzkieg akcentu, gadasz jak tutejszy. - Zaciekawił się ten drugi.
- Nie słyszałem o tym von Below. Ani tutaj ani po drodze. - Przyznał ten pierwszy. - To jesteś weteran? I chcesz się zaciągnąć? No to możesz pogadać z sierżantem. - Wydawało się, że uwierzyli słowom Stefana. I jego rozmówca lekko skinął głową w stronę w półotwartej bramy zajazdu. Zanim jednak Jeager mógł odpowiedzieć to do rozmowy wtrąciło się przybycie grupki zbrojnych. Było ich kilku, szli raźnym tempem od centrum miasta. A w środku szedł jakiś nieszczęśnik. Dwaj strażnicy dali znać trójce przybyszy aby ustąpili im drogi. A sami też czekali i patrzyli z ciekawością co się dzieje. A przybysze pozdrowili ich obu, sami też dostali podobne skinienie głowy. Na trójkę przybyszy ledwo spojrzeli i bez wahania przeszli przez bramę.
- Sierżancie! Mamy jednego! - Zawołał jeden z nich. Cała grupka zatrzymała się między bramą a frontek karczmy i chwilowo przykuła uwagę tych paru osób co było widać z zewnątrz. Wydawało się, że eskorta jeńca obserwuje kogoś kto nadchodzi. I rzeczywiście po chwili w pole widzenia wszedł jakiś zbrojny z brodą. Szarfa przez pierś wskazywała na dziesiętnika albo sierżanta.
- Co my tu mamy? - Podoficer w hełmie stanął przy jeńcu i wpatrywał się w niego intensywnie. Ten był wyraźnie przestraszony i nie wiedział gdzie wzrok podziać. A gdy mijał bramę to dało się zauważyć krwawe zacieki z ust i nosa, jakby w twarz dostał. Ubranie też miał sponiewierane.
- Szabrownik i prowokator. Rabował karczmę i organizował wiec na jakim podburzał ludność. - Wyrecytował sierżantowi dowódca patrolu. To ożywiło schwytanego jeńca.
- To nieprawda! Ja tylko… - Tyle zdążył powiedzieć nim pięść sierżanta brutalnie zdzieliła go w twarz, że aż się zatoczył.
- Milcz psie! Kto ci dał prawo głosu! Masz odpowiadać tylko na pytania! - wrzasnął na niego i zaraz uderzył go ponownie. Tym razem w brzuch. - Masz za spiskowanie! - A gdy mężczyzna się zgiął w pół, jeszcze raz uderzył go w głowę. - A to za szabrowanie! - Wysyczał z wściekłością gdy jeniec upadł na ziemię. - Zabrać to ścierwo na kwatery. Niech oficerowie go przesłuchają. Ale nie przejmuj się nędzniku. Wszyscy wiemy jak skończysz. - Uspokoił się na tyle aby wysyczeć ze złością do powalonego jeńca. Zaś żołierze z patrolu złapali za ramiona i powlekli w stronę głównego budynku kakrczmy. Sierżant jeszcze chwilę za nimi patrzył gdy w jego stronę krzyknął jeden ze strażników przy bramie.
- Sierżancie! Można prosić!? - Gdy podoficer to usłyszał odwrocił się w ich stronę. Po czym żwawym krokiem wyszedł przed bramę.
- Co jest? - zapytał krótko i bez ceregieli. Obaj strażnicy wyprostowali się i widać było, że albo czują przed nim respekt albo się go obawiają.
- Ci trzej właśnie przyszli. Mówią, że chcieliby się zaciągnąć. - Ten w musztardowym kubraku, wskazał na Stefana i jego towarzyszy. Sierżant obrzucił ich uważnym spojrzeniem a i oni teraz mogli mu się przyjrzeć z bliska.
link: https://i.imgur.com/S95jOSc.jpeg
- Nowi rekruci? Chcecie się zaciągnąć do Siege Stern? My nie przyjmujemy byle kogo. Skąd jesteście i co umiecie? Gdzie wcześniej służyliście? - Podoficer nie bawił się w dyplomację tylko od razu chciał wiedzieć z kim ma do czynienia. Nieco teraz złagodniał ale wciąż promieniował tą złością i agresją jaką przed chwilą zaserwował schwytanemu jeńcowi.
Mecha 52
Pogadanki Stefana ze strażnikami przy bramie (OGŁ + Przekonywanie)
Stefan OGŁ 35
Przekonywanie II +10
Ranga 2 -25 (razem 35+10-25=20)
Strażnik OGŁ 35
Ranga 2 -25 (razem 35-25=10)Czytanie emocji strażników: 50+20-10=60; rzut: https://orokos.com/roll/1078432 87; 60-87=-27 > ma.por = nic konkretnego nie może wyczytać
Oszukiwanie strażników: 50+20-10=60; rzut: https://orokos.com/roll/1078433 34; 60-34=26 > ma.suk = raczej nie mają większych zastrzeżeń do historyjki
Miejsce: pd-zach Ostland; Las Cieni; Wendorf; zakład balwierski
Czas: 2521.05.05; Festag; południe
Warunki: - ; na zewnątrz: dzień, pogodnie, umi.wiatr; chłodno (0)Tobias i Beth
- O! Ile tego jest! I salcesnoy są i ozory… Kiełbasy… Dobrze, że tu trafiliśmy! - Beth myszkowała po skelepie tak samo jak przed chwilą ta dwójka jaka uznała ich wyższość i postanowiła się ulotnić. Właściwie trójka. Ta trzecia to chyba była dziewczyna albo jakiś młody chłopak. W ciemnej czapce i w biegu, trudno było poznać. Ale i tak cała trójka dała dyla, nie mając ochoty na konfrontację z dwójką łuczników. Teraz więc oni przejęli władzę nad sklepem i mogli przekonać się co jeszcze zostało. To był sklep mięsny i rzeźniczy. Było więc i surowe mięso i gotowe produkty. Te surowe zaczynało już być śliskie i zalatywał ostrzegawczy zapaszek. Chociaż pewnie większość mieszkańców miasta i wsi i tak by to wrzuciła do gara aby się nie zmarnowało. Zapeklowane mięso trzymało się lepiej. Tak samo jak podroby. Ale też był już dobry moment aby je zjeść. Jeszcze dzień, dwa, trzy i zacznie się tu masowy rozkład i smród. Najtrwalesze były weki z mięsem. Takie słoiki często podróżni kupowali na drogę bo się trudno psuły. Jeszcze trochę ich zostało. To właśnie spowodowało dylemat u czarnowłosej.
- Te kiełbasy i salcesony lepsze niż te słoiki. Trzeba zjeść zanim się nie zmarnują. Ale te słoiki są trwalsze. A nie wiadomo co z tego zostanie jak tu wrócimy z resztą. - Rzeczywiście na dwie osoby to mogli się nieźle obłowić w różne rodzaje mięsa i podrobów. Jeśli jednak by liczyć aby coś wziąć dla całego oddziału to się już robiło skromniej. Chociaż i tak byłoby to znacznie obfitszy łup niż ten kurak czy dwa, jakie ustrzelili na podwórku przy bramie. Tak czy siak, mieli co nieść a ta radość ze zdobyczy sprawiła, że towarzyszka Tobiasa, zwróciła uwagę na zakład balwierski dopiero gdy jej go wskazał.
- O. Światło? To ktoś tam jest? - Teraz to i ją to zdziwiło. Co prawda był środek dnia ale jednak większość okiennic była pozamykana albo wyłamana. Więc w środku bez światła musiało być dość mroczno. A rzadko widywali aby gdzieś przez szczeliny prześwitywało światło. Na górnych piętrach to jeszcze bywały odsłonięte okna ale na poziomie gruntu regułą było, że okiennice były zamkniętę. Tak samo jak drzwi, chyba, że tak jak w tym mięsnym sklepie, ktoś je wyłamał i splądrował wnętrze.
- To blisko. Możemy zobaczyć. - Czarnowłosa Hochlandka, wydawała się zaciekawiona tym światłem. Podeszli te dwie, trzy kamienice jakie ich dzieliły od sklepu mięsnego. Niebiesko-białe-czerwone skośne pasy, mówiły, że to zakład balwierza. Zresztą przez wybite szyby widać było krzesła dla klientów i stoły gdzie wciąż było widać grzebienie, szczotki, nożyczki, pomady do ochrony i strojenia włosów. Tylko, że panował niezły kipisz. Nie widać było żadnego lustra ale to był drogi towar na jaki trudno było sobie pozwolić zwykłemu mieszczaninowi. Więc nic dziwnego, że ktoś się na nie połasił. Wyglądałoby to wszystko jak kolejny splądrowany sklep czy warsztat jaki minęli odkąd zanurzyli się w miasto. Ale przez otwarte drzwi wejściowe, w wewnętrznej ścianie, widać było kolejne. Też otwarte. Pewnie prowadziły gdzieś na zaplecze zakładu. Tam właśnie musiały płonąć te świece albo lampy.
- O! Zobacz jaka ładna szczotka do włosów! Nigdy nie miałam takiej. Myślisz, że srebrna? - Nagle Beth przez rozbite okno dostrzegła coś interesującego. Przy jednym z krzeseł, wśród chaosu bibelotów na podłodze, leżała zagubiona szczota. Jasna, nieco błyszcząca barwa i ozdobna rączka sugerowały, że faktycznie może być ze srebra. Czyli bardzo wątpliwe aby taką zwykłą dziewczynę było na nią stać. Nic dziwnego, że wpadła jej w oko.
Ale jak tak przez chwilę postali przed frontem kamienicy, to okazało się, że nie są tu sami. Tam na zapleczu musiał ktoś być. Słychać było ciche, równomierne kroki i jakieś ciche brzdąkanie. W pewnym momencie mignęła im tam jakaś kobieca sylwetka jaka niosła coś w dłoniach. Ale chyba ich nie zauważyła. Beth cicho sapnęła. I wpatrywała się to w stronę zaplecza to na tą szczotkę co ją tak kusiła. Hochlandka wyglądała jakby się wahała czy zaryzykować skok po tą szczątkę czy nie. Zanim się zdecydowała, znów pojawiła się ta kobieta. Tym razem jednak szła śmiało z zaplecza w ich stronę. Przeszła przez rozbebeszony zakład i wyszła na zewnątrz. Okazało się, że to jakaś młoda dziewczyna o przyzwoitej jak na mieszczkę sukni codziennej i zakasanych rękawach. Stanęła przed nimi i uśmiechnęła się sympatycznie do obojga.
link: https://i.imgur.com/K6uzNmt.jpeg
- Witam przyjaciele. Moja pani zaprasza was w gościnę i poczęstunek. Jest bardzo rada, że dotarliście tu bezpiecznie. - Dziewczyna wskazała gestem na wnętrze zakładu z jakiego właśnie wyszła. Miała nieco mokrych plam na koszuli i spódnicy jakby robiła pranie czy coś takiego. Zlatywał od niej przyjemny aromat kosmetyków, pary i zapachowych świec. Nie widać było aby miała jakąś broń i gdy skończyła ich zapraszać skromnie złożyła dłonie na podołku i czekała na reakcję gości. Beth wydawała się zaskoczona tym wszystkim i w końcu spojrzała na towarzysza co on na to wszystko powie. Poza tą jedną dziewczyną, cała reszta ulicy nadal wydawała się być pusta, cicha i bezludna. Odkąd wyszli z bramy to pewnie minęła z połowa czasu na te skubanie i gotowanie kuraków.
-
Ostlandczyk odsunął się przezornie z drogi wracającemu oddziałowi i przyglądał się uważnie temu co się działo. Cała sytuacja nie napawała go entuzjazmem, ten cały Siege Stern coraz bardziej mu wyglądał na bandę gloryfikowanych brygandów uciskających miasto niż oddział utrzymujący prawo i porządek w nim. Choć nie miał na to jeszcze jednoznacznych dowodów.
Starając się nie dać po sobie poznać po sobie coraz ciemniejszych myśli kłębiących się w jego głowie odpowiedział na pytanie czemu służył w Stirlandzie:
- Ha! Dobrze słyszycie, że jestem miejscowy, z Lenkster jestem! Wiecie jak jest, czasem oddziały lądują po drugiej stronie Imperium z tego czy innego powodu, a jako młodzik chciałem świat zobaczyć to się zaciągnąłem! A Wy skąd jesteście?Słysząc pytania sierżanta Stefan stanął w postawie zasadniczej. A kiedy ten skończył mówić odwrócił się do Wiselów i rzucił szybką komendę:
- Oddział Baczność! Frontem do Pana sierżanta, w szeregu zbiórka!
Dobrze wbite w pamięć ćwiczenia z musztry zadziałały jak trzeba i ustawili się w poprawnym szyku do inspekcji w całkiem dobrym czasie:
- Stefan Jeager z towarzyszami broni Albrechtem i Olafem Wieselami meldują się do inspekcji Panie sierżancie! Służyliśmy w siódmym regimencie piechoty z Stirlandu pod kapitanem Steinerem. W szyku walczyliśmy z włócznią w ręku jak i jako zwiadowcy czy harcownicy. Od dziecka polujemy i tropimy. Strzelam dobrze z łuku a oni z proc. Albrecht ma manie na punkcie zakładania wszelakich sideł i pułapek. Z kolei Olaf nie wiedzieć czemu jest bardzo dobry w odnajdywaniu takich niespodzianek, zupełnie jakby od dziecka jego życie od tego zależało - przy ostatnim zdaniu spuścił już trochę z służbowego tonu ale zachował postawę zasadniczą
- Zakładając, że rzeczywiście byłoby nam, że tak powiem po drodzę się dołączyć do Waszego regimentu bo na tą chwilę to rzuciłem tu tylko luźne pytanie czy rekrutujecie do kolegi, to Panie sierżancie myślę, że mam i inne przydatne umiejętności, znam się na leczeniu ran oraz zielarstwie, no i potrafię czytać oraz pisać.
- O. No proszę, proszę. Jaki chwat nam się trafił. - Sierżant pokiwał z uznaniem głową, jakby tą prezentacją siebie i dwójki pomocników, Stefan zrobił na nim dobre wrażenie. Pokiwał głową i popatrzył uważnie na całą trójkę. - No to dla takich chwatów znajdzie się u nas miejsce. Ale to oficery muszą zdecydować. Chodźcie za mną. - Sierżant zdecydował, że są na tyle warci uwagi, że wyższe szarże powinny powziąć dalszą decyzję. Zrobił przywołujący gest i ruszył w stronę bramy zajazdu.
- Czujesz już piękny aromat gówna w którym toniesz Jeager? Bo sięga Ci już szyi - pomyślał, po czym szybko zrobił dwa kroki w stronę podoficera i mówiąc jednoczęśnie:
- Przepraszam Panie sierżancie ale muszę prosić Pana o moment na wyjaśnienie, kwestii o której nie mógł Pan wiedzieć a która nie pozwala mi w tej chwili za Panem iść - Zobaczył błysk irytacji w oku sierżanta ale ten pozwolił mu mówić, a przynajmniej nie zdążył zacząć się drzeć zanim ten znowu się odezwał:
- W największym skrócie. Jak mówiłem tu kolegom na warcie - Stefan kiwnął w stronę dwóch wartowników z uśmiechem właśnie dotarliśmy do miasta idąc ze Speck. Była nas większa grupa ale pomioty nas zaatakowały i udało mi się przedrzeć tutaj tylko w kilka osób plus ocalali z Zajazdu Leśny Dzban, Ci ludzie w tym ranni czekają na nas pod miastem aż po nich przyjdziemy. Ten dym nad miastem kazał nam zachować ostrożność i najpierw wejść tylko w tylu ludzi żeby rozpoznać sytuacje. Musimy do nich wrócić i ogarnąć sytuację, zajmie nam to pewnie z godzinę i będziemy do Pana i oficerów dyspozycji, z resztą myślę, że i wśród tych ludzi też by się znalazł ktoś kto by zainteresował regiment, chociażby krasnolud którego leczyłem, jak zrozumiałem to kowal albo i płatnerz a znaleźliśmy go otoczonego wianuszkiem zabitych pomiotów, porządny twardziel. No a poza tym Panie sierżancie chyba nie chcielibyście brać do dobrego regimentu łachmytów co jednym obiecują wykonać zadanie a jak tylko zwietrzą lepszy kawałek chleba to łamią dane słowo? -
— To chodźmy do tego Hempe. Prowadź, na pewno wiesz gdzie to jest, Thiemo. — Duivel rzucił to bez wahania, jeszcze zanim tylne drzwi piekarni zdążyły się zaryglować za nimi. Bliżej, szybciej, konkretniej - reszta to już strata czasu, na który nie było ich stać.
Szli z powrotem podobnymi samymi, pustymi uliczkami, tym razem w trochę innym kierunku. Elf trzymał się ciut z tyłu i bardziej na prawo od swego towarzysza, jak zwykle rozglądając się po oknach i bramach, ale tym razem pozwolił sobie na chwilę rozmowy, chciał zjednać sobie Thiemo, więc postanowił przybliżyć mu swoją osobę.
— Nie przepadam za większymi miastami — powiedział to bez większego dramatyzmu, jakby stwierdzał fakt pogody — Ale nie myśl, że wyrosłem gdzieś w koronach drzew, z dala od ludzi. Urodziłem się blisko Krausnick. W wiosce, nie w lesie. Rodzice i starszy brat, oni są z Laurelorn, z tej części w Nordlandzie. Ja już Ostlandczyk z urodzenia — wzruszył ramionami, jakby to była drobna, nieistotna różnica, a jednocześnie coś, co tłumaczyło więcej, niż chciał na głos przyznać.
— Mój wuj handlował w Ristedt. Nazwisko Manc, jak żeś handlował z kimś stamtąd to może i słyszałeś gdzieś to nazwisko — dodał, patrząc przez chwilę na zamknięte okiennice mijanej kamienicy — Dużo tam bywałem. Więc wiem, jak to jest, gdy sąsiad przestaje ufać sąsiadowi... — zerknął w bok, jakby uprzedzał kolejne pytanie, zanim padło.
— Eonir jestem, nie Asrai. Nie czaruję. My w ogóle mniej mamy tego we krwi niż tamci z lasów pełnych magii. — Powiedział to zwięźle, rzeczowo, bez cienia dumy czy wstydu - po prostu fakt, który mógł się przydać, żeby stary milicjant nie zaczął się doszukiwać w nim czegoś, czego tam nie było, a bardziej, żeby zaczął widzieć bardziej swojskiego towarzysza, niż zwykłego 'chudego'.
Gdy skończył, zamilkł i jego wzrok zaczął wędrować intensywniej - po dachach, po bramach, po cieniach między kamienicami. Ręka sama zawędrowała bliżej łuku, choć jeszcze go nie zdjął z pleców. Cisza ulic, która wcześniej była tylko niepokojąca, teraz, im bliżej centrum, zaczynała ciążyć inaczej - jakby miasto wstrzymywało oddech. Pojedyncze odgłosy tylko potęgowało to wrażenie.
— Thiemo, widzę, że świetnie radzisz sobie z fajką. Może przy kuraku poczęstujesz trochę? — nie palił, spytał, gdyż chciał wybadać na ile towarzysz mu ufa...
Thiemo wskazał drzwi do Hempe, bili już bliziutko -
— To chodźmy do tego Hempe. Prowadź, na pewno wiesz gdzie to jest, Thiemo. — Duivel rzucił to bez wahania, jeszcze zanim tylne drzwi piekarni zdążyły się zaryglować za nimi. Bliżej, szybciej, konkretniej - reszta to już strata czasu, na który nie było ich stać.
Szli z powrotem podobnymi samymi, pustymi uliczkami, tym razem w trochę innym kierunku. Elf trzymał się ciut z tyłu i bardziej na prawo od swego towarzysza, jak zwykle rozglądając się po oknach i bramach, ale tym razem pozwolił sobie na chwilę rozmowy, chciał zjednać sobie Thiemo, więc postanowił przybliżyć mu swoją osobę.
— Nie przepadam za większymi miastami — powiedział to bez większego dramatyzmu, jakby stwierdzał fakt pogody — Ale nie myśl, że wyrosłem gdzieś w koronach drzew, z dala od ludzi. Urodziłem się blisko Krausnick. W wiosce, nie w lesie. Rodzice i starszy brat, oni są z Laurelorn, z tej części w Nordlandzie. Ja już Ostlandczyk z urodzenia — wzruszył ramionami, jakby to była drobna, nieistotna różnica, a jednocześnie coś, co tłumaczyło więcej, niż chciał na głos przyznać.
— Mój wuj handlował w Ristedt. Nazwisko Manc, jak żeś handlował z kimś stamtąd to może i słyszałeś gdzieś to nazwisko — dodał, patrząc przez chwilę na zamknięte okiennice mijanej kamienicy — Dużo tam bywałem. Więc wiem, jak to jest, gdy sąsiad przestaje ufać sąsiadowi... — zerknął w bok, jakby uprzedzał kolejne pytanie, zanim padło.
— Eonir jestem, nie Asrai. Nie czaruję. My w ogóle mniej mamy tego we krwi niż tamci z lasów pełnych magii. — Powiedział to zwięźle, rzeczowo, bez cienia dumy czy wstydu - po prostu fakt, który mógł się przydać, żeby stary milicjant nie zaczął się doszukiwać w nim czegoś, czego tam nie było, a bardziej, żeby zaczął widzieć bardziej swojskiego towarzysza, niż zwykłego 'chudego'.
Gdy skończył, zamilkł i jego wzrok zaczął wędrować intensywniej - po dachach, po bramach, po cieniach między kamienicami. Ręka sama zawędrowała bliżej łuku, choć jeszcze go nie zdjął z pleców. Cisza ulic, która wcześniej była tylko niepokojąca, teraz, im bliżej centrum, zaczynała ciążyć inaczej - jakby miasto wstrzymywało oddech. Pojedyncze odgłosy tylko potęgowało to wrażenie.
— Thiemo, widzę, że świetnie radzisz sobie z fajką. Może przy kuraku poczęstujesz trochę? — nie palił, spytał, gdyż chciał wybadać na ile towarzysz mu ufa...
Thiemo wskazał drzwi do Hempe, bili już bliziutkoTura 53 - 2521.05.05; fst; południe
Miejsce: pd-zach Ostland; Las Cieni; Wendorf; piekarnia Hempe
Czas: 2521.05.05; Festag; południe
Warunki: - ; na zewnątrz: dzień, pogodnie, umi.wiatr; chłodno (0)Duivel, Thiemo i Hempe
Stary milicjant miał dość praktyczne podejście do pożegnalnego prezentu od Alberta. Bo wyjął z pochwy u pasa zwykły nóż i z wprawą przekroił chleb na pół. Jedną część podał elfowi a drugą wpakował do swojego podróżnego worka. - To chodźmy do piekarni Hempe. - Zgodził się ze swoim długouchym towarzyszem. Jako, że ulice dalej w większości były puste to mieli okazję porozmawiać. Thiemo zerkał z ciekawością na idącego obok starorasowca gdy ten opowiadał mu nieco o sobie. Parę razy widzieli w oddali jakieś sylwetki, czasem we mgle, czasem przechodzące przez ulicę. Albo jak ktoś przyglądał im się z okien czy otwory w okiennicach. Jednak ani ich nikt nie atakował, ani nie dążył do spotkania. Raczej albo byli zbyt pochłonięci swoimi sprawami i ich nie zauważyli albo unikali kontaktu. To wszystko drażniło nerwy. Wydawało się, że w tych częściowo zamglonych albo zadymionych ulicach obserwuje i podsłuchuje ich tysiące szpiegów. Pewnie więc i rozmowa z towarzyszem, pomagała odpędzić te natrętne myśli i czymś się zająć.

link: https://i.imgur.com/02ui6wb.jpeg
- Fajkę? No pewnie. Poczekaj. Nabiję ci. - Chociaż szli to ludzki towarzysz elfa, miał wprawę w nabijaniu fajki. Chociaż nieco go to zajmowało i wtedy to Duivel musiał czuwać aby ich nikt nie napadł. Ale nie napadł. Więc milicjant jak skończył to podał fajkę koledze. - Poczekaj, odpalę ci. Jak przystawię żar to się zaciągnij. I tak rób aż pójdzie dym. Musi być cug, jak w kominie. - Zatrzymali się na chwilę gdy łucznik musial wsadzić ustnik fajki między zęby i poczekać aż nowy znajomy, wyjmie żar i podpali ziele w cybuchu fajki. Gdy po chwili tak się stało, elf poczuł na podniebieniu pierwszy buch dymu. Smak kojarzył się z jakimś zielem albo kadzidełkami czy świecami palonymi czasem w świątyniach. - Oczyscza nos i gardło. - Uśmiechnął się do niego Thiemo, stukając się palcem właśnie w te części ciała. Wydawał się być zaciekawiony jak kolega zareaguje na ten poczęstunek. - Jeszcze nie widziałem chudego jaki by palił fajkę. A przynajmniej nie naszą. - Wydawał się być zafascynowany tym widokiem. Duivel wiedział, że jego rasa pali fajki ale raczej nie te wykonane przez niezdarnych ludzi tylko własne, finezyjne wyroby. No i nie takie zwykłe bagienne ziele tylko specjalnie hodowane odmiany jakich ludzie raczej nie znali.
Po chwili wznowili marsz. Kierowali się w głąb miasta, coraz bardziej oddalając się od Południowej Bramy. Jednak Thiemo szedł pewnie. - To ty jesteś Ostlandczyk? I masz rodzinę w Ristedt? No przejeżdzaliśmy przez Ristedt. Byłem tam kiedyś. Parę razy. Ale żadnych chudych to chyba nie widzałem. To pewnie twojego wuja i ciebie też nie. Dużo tam chyba chudych nie ma co? - Milicjant podzielił się swoimi doświadczeniami z miastem jakie wspomniał jego twarzysz. Całkiem możliwe, że nawet jeśli tam bywał a nie miał jakichś spraw do załatwienia z wujem Duivela czy innymi Eonirami, to mógł ich nie spotkać. Elfy raczej unikały ludzkich miast i jeśli już decydowały się tam osiaść z powodów handlowych czy dyplomatycznych, to i tak były kroplą w ludzkim morzu. To już krasnoludow czy niziołków zwykle bywało w nich więcej.
- O już prawie jesteśmy. Widzisz tamte ceglane budynki? To są te magazyny zbożowe co mówiliśmy z Albertem. - Doszli do takiego samego puszczonego skrzyżwania jakich już sporo minęli. Jednak teraz milicjant zwrócił uwagę elfa na budynek widziany na końcu ulicy. Gdyby poszli w prawo. Duży, z ciemnej, czerwonej cegły, z małymi oknami na wysokości pierwszego i drugiego piętra. Od razu wskazywało to, że nie jest to budynek mieszkalny jak sąsiednie kamienice. Nawet widać było tam kilka zamazanych przez mgłę sylwetek. - A do piekarni Heime to w tą. Ale też blisko. - Teraz starszy mężczyzna z halabardą, wskazał w ulicę po lewej stronie skrzyżowania. I tam właśnie poszli. Ledwo kamienicę czy dwie później pokazał się szyld z bochenkami chleba. Widzieli, że ktoś tam nawet wchodzi i wychodzi. Co normalnie nie byłoby dziwne ale teraz był to pierwszy sklep jaki spotkali co wciąż działał w miare normalnie. Gdy pchnęli drzwi, to uderzyły o dzwoneczek jaki zapowiadał wejście klienta. W środku było ze trzy osoby a Thiemo gestem wskazał na półki na jakich było widać świeże wypieki. I unosił się przyjemny, zapach świeżo upieczonego chleba. Dość duży kontrast od pustej, cichej i chłodnej piekarni Alberta. Scena wyglądała prawie normalnie, jak w sklepie powinna. Dwoje ludzi w średnim wieku, podawało chleb z półek a w zamian brało monety od klientow. Atmosfera była jednak mieszana. Klienci cieszyli się, że jest piekarnia co wciąż można kupić chleb ale dwu, trzykrotnie wyższe ceny niż normalnie, niezbyt przypadły im do gustu.
- No co ja poradzę? Trzeba jakoś żyć a mąki coraz mniej. To i cena rośnie. - Piekarz rozkładał ręcę w geście bezradności. Thiemo na migi dał znać elfowi, że to jest właśnie Hempe. Duivel nie dostrzegł tu nic niezwykłego. Zazwyczaj taki skok cen wywołałby pewnie oburzenie u klientów i pewnie by poszli do innej piekarni. A brak czy drożyzna chleba potrafiła nawet wywołać zamieszki. Jednak teraz w objętych rozruchami mieście i gdy trudno było kupić jakikolwiek chleb, to wydawało się być zrozumiałe a w powietrzu wisiała niepewność czy w nadchodzących dniach nawet tutaj, będzie można kupić chleb.
- Pochwalony. - Helme przywitał się z dwójką kolejnych klientów, gdy przyszła ich kolej.
- A pochwalony. Dobrze, że u was jeszcze chleb można kupić. - Thiemo odpowiedział pierwszy a gospodarz ze zrozumieniem pokiwał głową.
- No robimy co możemy. Trzeba sobie pomagać. Nie wiem na ile mąki mi starczy ale na razie działamy. - Piekarz też przytaknął i uśmiechnął się trochę smutno. Milicjant jako prosty człowiek, to zapytał go o to skąd ma mąkę i jak to jest z tą licencją na nią. Piekarz trochę się zmieszał. Ale odpowiedział, że każdy może sobie wykupić licencję w magazynie zboża i dostać mąkę na swoje wypieki. To brzmiało podobnie do tego co wcześniej słyszeli od Alberta. Dopiero jak do rozmowy wtrącił się Duivel i zaczął zadawać dokładniejsze pytania to piekarz jakby się zmieszał. Licencja miała kosztować dużo i dlatego teraz musi podnieść ceny aby sobie ją zrekompensować. Ale konkretnej sumy nie powiedział. Mówił, że sami mogą pójść do magazynów i się dowiedzieć. Bo to sprawa ratusza i wojska. Dogadali się i wprowadzili reglamentację różnych rzeczy, także mąki, aby zapewnić wyżywienie dla wojska. On też musi część wyrobów oddawać na ten kontyngent. Elf miał mieszane wrażenie. Z jednej strony takie zaostrzenia na czas ruchawki w mieście i w ogóle wojennym wydawały się zrozumiałe. A z drugiej miał wrażenie, że Heime nie mówi im całej prawdy i woli unikać rozmowy o konkretach. Zorientował się, że albo musieliby go jakoś przycisnąć albo wymyślić jakiś fortel jak wydobyć z niego więcej detali o tej mące, licencji i magazynach. Jego żona podczas rozmowy wyszła na zaplecze a stamtąd po chwili wyjrzała z ciekawością, jakaś młodsza kobieta. Jednak szybko się schowała z powrotem.
- A wojsko tak, część tego regimentu najemników co przechodził przez miasto to się zbuntowała. Akurat jak większość naszego wojska wyszła z miasta na zew naszego hrabiego więc mało go w mieście zostało. No ale część regimentu została lojalna i razem z naszymi, okrążyli buntowników na Marktplatz. Lada dzień ich zgniotą. Mam nadzieję. Ale niestety te walki spowodowały, że po mieście zaczęły się panoszyć bandy hultajów co rabują sklepy i biją kogo popadnie a i nożem po brzuchu można dostać. Nie przelewki. A już mało wojska czy straży zostało aby ich przypilnować. A niektórzy mówią, że to ci buntownicy jakoś przedostają się do miasta i rabują kogo się da. Też możliwe. Ja mam nadzieję, że tu nie dotrą. Chociaż wcale tak daleko od Marktplatz nie ma. A wy z regimentu Falkenhorst? A to nie słyszałem. - O sytuacji z walkami, rabusiami i chaosem w mieście to opowiedział całkiem chętnie. Podał więcej szczegółów niż Albert ale mniej więcej pasowało to do walki z buntownikami. Brzmiało jakby z powodu wici hrabiego i tych walk w mieście nie było już sił zdolnych do zapanowania nad rabunkami i przemocą. Tego napadu to zdawał się obawiać tak samo jak Albert. Thiemo popatrzył pytająco na swojego towarzysza czy coś jeszcze chce zapytać czy to już koniec wizyty.Miejsce: pd-zach Ostland; Las Cieni; Wendorf; zajazd “Czerwone koło”
Czas: 2521.05.05; Festag; południe
Warunki: - ; na zewnątrz: dzień, pogodnie, umi.wiatr; chłodno (0)Stefan, Wieselowie i oficerowie
- Żołnierzu. Co ty mi tu za dyrdymały opowiadasz? Myślisz, że oficerowie będą na ciebie czekać? - Sierżant rzekł jakby nie mógł się zdecydować czy bardziej go zirytowały czy rozbawiły słowa potencjalnego rekruta. - Rozmówisz się z naszymi oficerami i im się będziesz tłumaczyć. Za pacierz będziesz z powrotem i wtedy biegaj sobie gdzie chcesz. - Aż zmrużył oczy na to, że musi tłumaczyć takie oczywiste dla niego rzeczy. Chyba jednak uznał, że dla tak cennego kandydata to może to zrobić. - Dobra jednego poślij gdzie tam chcesz, niech im powie, że się he he trochę spóźnisz. - W końcu jakby w przypływie wspaniałomyślności, zgodził się aby jeden z Wieselów został odesłany. Niecierpliwie czekał aż to się stanie po czym dał znać, że drugi z nich i sam Stefan ma podążać za nim. Przeszli przez półotwartą bramę i szybko przekroczyli dziedziniec zajazdu. Sierżant szedł dziarskim tempem więc Stefan miał tylko rzut oka tam i tu zanim weszli do środka. Widział kilka rozpalonych ognisk i jak przy nich się grzeją, jedzą i odpoczywają wojacy. Paru z nich spojrzało w ich stronę ale widocznie nie wywołali jakiejś sensacji. Wyglądało na to, że mają tu zaimprowizowany obóz. W narożniku muru stała drewniana stajnia a przez otwarte wrota też było widać jakieś sylwetki. Ale pod ostrym kątem więc słabo. Zresztą po chwili weszli do samego zajazdu. Pokazał się spory hall i schody na piętro. Na workach i skrzyniach siedziało kilku żołnierzy a jeden z nich stał przed drzwiami po lewej. Przy tych po prawej, nikt nie stał. Ale grupka wojaków i tak miała dobry wgląd na cały hal. Spojrzeli na sierżanta i pozdrowili go skinieniem głów. On zaś odwrócił się do obu kandydatów. - Poczekajcie tu. - Polecił im krótko a sam bez pukania wszedł do środka. Przez moment Stefan widział tam jakieś sylwetki stojące przy stole i już się drzwi zamknęły. Czekał tylko chwilę nim się otworzyły ponownie i krewki sierżant z wilczym uśmiechem zachęcił ich aby weszli do środka.
- Możecie wejść. Nasza porucznik was przyjmie. - Odsunął się aby mogli wejść do środka. A tam była główna izba zajazdu. Wciąż stało tu wiele zbitych z grubych desek stołów i ław. Większość była pusta. Ale w rogu, jeden został przerobiony na punkt opatrunkowy bo leżał na nim jakiś nieszczęśnik. Sądząc po wrzaskach i charakterystycznych szczypcach to łapiduch próbował mu coś wyjąć z rany. Ze dwóch innych rannych żołnierzy siedziało niemrawo opartych o ścianę i chyba czekało na swoją kolej. Wrzaski i jękich rannych naturalnie przykuwały uwagę ale tylko na chwilę. Sierżant nie zwrócił na nich uwagi tylko podprowadził dwóch nowych do grupki przy stole w jednej z alków.
- Pani porucznik. To jest właśnie ten chwat co się chce do nas zaciągnąć. Mówi, że umie czytać i, że już służył w Stirlandzie. - Podoficer z dumą wskazał na Stefana. Zwracał się do młodej, szczupłej kobiety o czarnych włosach. ByŁa w ciemnych bryczesach do konnej jazdy, u pasa miała miecz a za pasem pistolet. I brygantynę w czarno-białej kratownicy Ostlandu. Przyjrzała się im obu, głównie Stefanowi.
link: https://i.imgur.com/SUghLAw.jpeg
- No proszę. - Pokiwała głową i zapewne wcześniej sierżant musiał jej chociaż pobieżnie przedstawić czego dowiedział się od rozmówców przy bramie. - I czytać umiesz? - Uniosła brwi i odwróciła się na chwilę w stronę stołu. Zrobiła przyzywający gest dłonią i któryś z jej towarzyszy podał jej jakąś małą księgę. Na chwilę Stefanowi mignęła okładka więc widział, ze to jakiś śpiewnik. Oficer bez wahania otworzyła go na jakiejś stronie, zerknęła i podała rozmówcy. - To czytaj. - Widocznie chciała sprawdzić czy naprawdę umie czytać. On zaś zobaczył na stronie jedną z popularnych pieśni ku czci Ulryka. Ta była o wilczym zewie jaki miał pomóc wiernym w zniszczeniu wrogów przez siłę Władcy Zimy. Oprócz niej przy innych stołach też siedziało po kilku żołnierzy. Jednak po dwa, trzy stoły dalej od alkowy zajmowanych przez oficerów. Część z nich zerkała ku nim z zaciekawieniem.
Mecha 53
Przekonywania sierżanta przy bramie (OGŁ + Przekonywanie)
Stefan OGŁ 35
Przekonywanie II +10
Dziwna prośba -10
Ranga 2 -25 (razem 35+10-10-25=10)
Sierżant OGŁ 45
Skill +10
bliski do kwatery +10
Ranga 3 -20 (razem 45+10+10-20=45)Przekoywanie sierżanta: 50+10-45=15; rzut: https://orokos.com/roll/1079369 25; 15-25=-10 > remis = sierżant zgadza się na odesłanie jednego Wiesela
Miejsce: pd-zach Ostland; Las Cieni; Wendorf; zakład balwierski
Czas: 2521.05.05; Festag; południe
Warunki: - ; na zewnątrz: dzień, pogodnie, umi.wiatr; chłodno (0)Tobias, Beth, lady Silvia i Magda
Po chwili namysłu, Tobias zdecydował się przyjąć zaproszenie od młodej nieznajomej. A Beth podążyła za nim. Przeszli przez ten zdewastowany salon balwierza aż na zaplecze. Krótki korytarz i znaleźli się w przyjemnie oświetlonej świecami łaźni. W nozdrza bił przyjemny aromat kosmetyków, tak drastycznie odmienny od ostrego zapachu spalenizny, szarzyzny i błota na zewnątrz. W tym ciepłym blasku i aromatach, można było zapomnieć, że na zewnątrz jest rozgardiasz.
- Milady, goście przyjęli zaproszenie. - Oznajmiła ta młoda brunetka do kobiety jaka siedziała w wannie. To była ładna, droga wanna. Taka biała, na nóżkach. Zwykle szlachta i bogacze mogli sobie na takie pozwolić. Albo zawodowe łaźnie jakie stać było na takie luksus. To wszystko jednak uciekło Tobiasowi, gdzieś w dal bo od razu rozpoznał kobietę w tej drogiej wannie. To była ta wiedźma z lasu. Teraz siedziała sobie spokojnie w kąpieli. Widać było jej ciemne, mokre włosy, pełne usta, wilgoć na gładkich policzkach, łabędzią szyję i nagie barki. A to co niżej, skrywała piana.
link: https://i.imgur.com/GgqDWLk.jpeg
- Witajcie moi drodzy. Cieszę się, że przyjęliście moje zaproszenie. Nie obawiajcie się. Póki jesteście moimi gośćmi nie stanie się wam tu nic na co nie mielibyście ochoty. A dobro i wygoda moich gości to priorytet dobrej gospodyni. Magdo poczęstój naszych gości. - Kobieta zachowywała się swobodnie i z godnością wielkiej damy. Chociaż była w kąpieli. Jej służka uśmiechnęla się uroczo do niej, do obojga gości i podeszła do jakiejś szafki. Przyniosła z niej tacę a na niej była misa z gruszkami i jabłkami, kawałki ciasta i słodkie rogaliki a do tego wino. Dziewczyna postawiła na stołku aby goście mogli się poczęstować a sama zaczęła nalewać wino do czterech kubków. Te wyglądały dość zwyczajnie, chociaż z na glinianej powierzchni, było widać ładnie namalowane kwiaty.
- Nasi goście mogą mieć pewne wątpliwości co do naszych intencji Magdo, więc poczęstuj się pierwsza. - Milady zwróciła się do swojej służki. A ta pokiwała głową i jak już podała jej kubek z różami to ostatni wzięła dla siebie. I upiła z niego łyk.
- Jeśli nie lubicie wina jabłkowego to mamy jeszcze wiśniówkę i śliwkówkę. - Służka uśmiechnęła się do nich życzliwie i wskazała na szafkę z jakiej wzięła tacę. Tam faktycznie stały jeszcze ze trzy inne butelki.
- Masz piękną towarzyszkę Tobiasie. Jak masz na imię dziewczyno? - Milady zwróciła się do ciemnowłosej Hochlandki.
- Beth milady. Znaczy… Elisabeth. Ale wszyscy mi mówią Beth. - Łuczniczka odchrząknęła zanim odpowiedziała. I wydawała się być onieśmielona bliskością obcej szlachcianki.
- Piękne imię, dla pięknej kobiety. - Milady wezwała ją gestem do siebie. I po chwili wahania dziewczyna nachylila się nad krawędzią wanny. Mokra dłoń o zadbanych, pomalowanych na liliowo paznokciach delikatnie dotknęła jej policzka. Hochlandka cicho westchnęła jak od pieszczoty kochanka. - I masz piękne włosy Beth. Ale trochę ci się splątały. - Milady przesunęła dłoń na prawie czarne włosy łuczniczki i złapała za jeden z jej kosmyków jakby chciała jej pokazać o czym mówi. Beth znów cicho westchnęła ale tym razem z żalu nad tym nieładem. - Może idź do Magdy. Ona ci wyszczotkuje włosy. Zna się na tym i ma bardzo dobrą rękę do tego. Uwielbiam gdy mnie szczotkuje, to prawdziwa przyjemność, można zapomnieć o całym świecie. - Milady wskazała jej na swoją służkę. A ta uśmiechnęła się do łowczyni. Ta pokiwała głową i szybko podeszła do niej. Tobias widział jak siada na stołku a brunetka rzeczywiście staje za nią i zaczyna ją czesać. Coś zaczęły mówić o włosach, ich myciu i tak dalej, jakby całkiem je to pochłonęło.
- Oh nie obawiaj się Tobiasie. Nie stanie się jej tu żadna krzywda. Póki jesteście moimi gośćmi. I będziecie zachowywać się stosownie. Ale to z tobą chciałam porozmawiać. - Sięgnęła po swój kubek z różami.
- Jestem lady Silvia. Nasze pierwsze spotkanie wyszło nieco niefortunnie. Cieszy mnie, że obecnie udało nam się porozmawiać w dużo bardziej cywilizowanych warunkach. Choć nadal dość prymitywnych jak widzisz. - Lekko wskazała mokrym palcem na tą łaźnię. Na oko Tobiasa to wyglądała całkiem niczego sobie. Z kafelkami na podłodze, roślinami w doniczkach tam i tu, porcelanową wanną… Normalnie to musiałby pewnie nieco wysupłać monet ze swojej sakiewki aby sobie pozwolić na taki luksus. Zwykłe balie w tawernach lub jakaś łaźnia publiczna, były o wiele tańsze. Milady pozwoliła mu się rozejrzeć nim nie uniosła kubka w niemym toaście i przez chwilę widział jej niesamowicie głębokie, czarne oczy. W te oczy można było się wpatrywać bez końca.
- Nie jestem twoim wrogiem Tobiasie. Ani waszym. Ta cała wasza wojna, w ogóle mnie nie interesuje. To nie jest moja sprawa. - Teraz zaczęła mówić jakby była gotowa przystąpić do właściwej części rozmowy. - Jestem tu dla pewnego maga w czerwonej szacie. Wiesz którego. - Na chwilę spojrzała na niego, jakby chciała sprawdzić czy dobrze się rozumieją. Ale nie było trudno domyślić się, o którego maga chodzi. W ciągu ostatnich tygodni, do regimentu dołączył tylko jeden mag i właśnie miał czerwone szaty. - Jeśli uda mi się zaprosić go na rozmowę i spotkać się z nim, tak jak choćby teraz z tobą. Ale on cały czas się chowa przede mną za waszymi plecami. A jeśli się z nim spotkam, to ja i wy, przestaniemy sobie więcej wchodzić w drogę Tobiasie. Takie przykre sprawy jak wówczas w lesie, przestaną mieć miejsce. Ale póki ten mag jest z wami, no niestety będę zmuszona działać dalej aby wykonać swoje zadanie. No i wtedy nasze spotkania mogą nie być tak przyjemne jak teraz. - Przedstawiła o co jej chodzi. I westchnęła smutno na myśl o tym scenariuszu gdzie musieliby się spotykać jako wrogowie. Lekko spojrzała na dwie pozostałe kobiety. Beth dalej siedziała na stołku a Magda ją czesała. Śmiały się i żartowały jakby były na zwykłej wizycie u balwierza.
- Chyba lepiej abyśmy zostali przyjaciółmi nieprawdaż? Sam widzisz, że może to być całkiem przyjemne Tobiasie. - Lekko skinęła głową i uśmiechnęła się powabnie. Znów obdarzyła go spojrzeniem tych swoich pięknych oczu. - Poza tym widzisz, że mam swoje możliwości. Nie muszę cię pytać o imię bo mam swoje sposoby aby się tego dowiedzieć. Znaleźliście spalony zajazd przed miastem a teraz pustą bramę. Zastanawiacie się co się stało. A ja wiem albo mogę się dowiedzieć. Po co macie główkować? Mogę wam pomóc. Przyjaciołom, sojusznikom, mogę pomóc. Możemy sobie pomóc nawzajem Tobiasie. Ty pomożesz mnie, a ja pomogę tobie. Nie chciałbyś wrócić do swoich towarzyszy z rozwiązaniem zagadki? Pomyśl jakie wrażenie by to na nich zrobiło. Jak urosłoby ich uznanie dla ciebie. - Uniosła swoje wypielęgnowane brwi aby to podkreślić. I dała mu chwilę na zastanowienie. - I nie miałbyś się ochotę odświeżyć? Porozmawialibyśmy na spokojnie. Bez pośpiechu i pochopnych decyzji. A woda taka przyjemna a Magda ma takie utalentowane dłonie. I nie tylko dłonie. - Brunetka czesząca Beth, usłyszała swoje imię i spojrzała wprost na łucznika. I posłała mu zalotnego całusa. -
Stefan szybko ocenił swoją sytuację w rozmowie z sierżantem i uznał że dalej kłócić się nie ma sensu. Szczególnie, że podstawowa rzecz czyli dostarczenie informacji dla jednostki zostanie wykonane, a oni będą mieć jeszcze szansę dowiedzieć się znacznie więcej.
Dlatego szybko przybrał na moment wyraz twarzy jakby sierżant napluł mu do talerza, jednocześnie jednak podporządkował się odpowiadając wypranym z wszelkich emocji głosem.
-Tak Jest!- po tym obrócił się do Wiselów i rzucił ciszej do Olafa:
-Proszę wracaj z psami do naszych, poczekajcie na nas ile trzeba.
Po tym pogłaskał Azura po pysku i kazał mi iść za Olafem. Następnie skinął na Albrechta z uśmiechem rzucając:
- Za mną, choćby rozweselić i wyższe szarże w tym regimencie.
Przemierzając wnętrze zajazdu ostlandczyk chciał zaobserwować jak najwięcej szczegółów ale jednocześnie starał się to robić dyskretnie. Przede wszystkim rozglądał się za ewentualnymi oznakami korupcji wśród żołnierzy.
Kiedy pani porucznik podała mu śpiewnik i poleciła czytać skinął posłusznie głową i rzucił okiem na tekst, po czym odezwał się z lekką nutą sarkazmu:
-Aaach czego się nie robi jako zagorzały sigmarita w imię pokazania, że się nie kłamie- po czym odchrząknął i zaczął powoli śpiewać całkiem poprawnie tekst pieśni. Nikt na pewno nie mógł go przy tym oskarżyć o wielki talent muzyczny ale jak sądził rozwiał wszelkie wątpliwości co do tego czy umiał czytać i pisać.
Ostatni wiersz wyrecytował z pamięci nie patrząc na tekst lecz w oczy pani porucznik.
- Jako były sługa świątynii Pani Miłosierdzia myślę, że mogę zaproponować znacznie pożyteczniejszy pokaz umiejętności przy tamtym stole Pani porucznik- powiedział wskazując głową w stronę jęczącego z bólu rannego.
- Świątynia dała mi znacznie więcej okazji do czyszczenia ran niż śpiewania pieśni. Myślę, że na tą chwilę taki układ byłby dla wszystkich najlepszy, Pani zobaczyłaby, że nie jesteśmy żadnymi partaczami,a my moglibyśmy poznać trochę regiment zanim zdecydujemy się zapisać. -
Duivel przyjął podaną fajkę bez ceregieli, choć dym nie zrobił na nim aż takiego wrażenia jaki on sam z ustnikiem w zębach zrobił wrażenie na Thiemo, przynajmniej patrząc na jego mimikę.
— Nie pierwszyzna — mruknął między zaciągnięciami. — Elfickie paliłem, ludzkie też się chyba trafiło, niziołkowe na pewno, bo od tych się nie da wykręcić. Krasnoludzkie parę razy, od przyjaciela — wzruszył ramionami, patrząc na dogasający żar w główce fajki — Każda inna. Która lepsza, która gorsza - nie umiem powiedzieć. Ale lata obserwacji pozwalają mi stwierdzić, że palenie wspólnie fajki to dobry sposób, aby zbliżyć się z resztą współpalących. Może bardziej to działa podczas konsumowania trunków w karczmie, ale i podczas drogi się przydaje - takie wspólne doświadczenie — chciał zjednać sobie Thiemo i zyskać w nim kompana, lecz nie nawykł do czczej gadaniny; zawstydził się we własnym duchu, lękając się, że rzekł o parę słów za dużo.
Gdy padły pytania o Ostland, Ristedt i postać wuja, odpowiedź nadeszła bez zwłoki, lecz słowa układały się w jego ustach dość nienaturalnie, jakby sam do końca nie był pewien własnej odpowiedzi
— Ja? Ostlandczyk z krwi i kości, co do tego nie ma wątpliwości — podjął, choć w ustach przedstawiciela Starszej Krwi brzmiało to dość... osobliwie — Lecz moi rodzice oraz wuj... Sam nie wiem, czyli bliżej im było do szpiegostwa, czy dyplomatycznych posług. Jedni badali puszczę z takim zapałem, jakby mierzyli ją pod elfie osadnictwo, drudzy zaś na poważnie chwycili się wielkiego handlu. Wujaszek wolał nie kłuć nikogo w oczy i nie ściągać na siebie uwagi ludzkich sąsiadów. Tyle że nie sposób ocalić sekretu, gdy pod twoją komendą pracują jednocześnie ludzie, krasnoludzcy rzemieślnicy i niziołki. — Nie dodał ani słowa więcej, przyjaznym spojrzeniem dając do zrozumienia, iż kurtyna opadła, a temat uważa za ostatecznie zamknięty na tę chwilę.Gdy wreszcie dotarli pod szyld piekarni Hempego, w nozdrza uderzyła ich woń zgoła odmienna od zaduchu, który dotąd towarzyszył im na miejskich traktach – pachniało tu świeżym wypiekiem, a nie wszechobecnym popiołem czy wilgocią. W trakcie rozmowy Duivel dostrzegł kątem oka młodą kobietę. Zanim ta zdążyła czmychnąć na zaplecze, posłał w jej stronę swój najbardziej ujmujący uśmiech, choć nie miał pewności, czy dziewczyna w ogóle podchwyciła to zalotne spojrzenie. Przez cały ten czas nie zrzucił z głowy głębokiego kaptura, starannie kryjąc spiczaste uszy przed wzrokiem rozmówców. Odezwał się dopiero gdy dyskusja skręciła na tory żołnierskiego rzemiosła. Na koniec rozmowy zadał jeszcze parę pytań, choć bardziej brzmiały jak stwierdzenia...
— Czyli Ci buntownicy to najemnicy — rzekł beznamiętnie, jakby stwierdzał oczywisty fakt — Skoro zaś ta rebelia została zepchnięta do defensywy i otoczona, to znaczy, iż wasi włodarze wciąż trzęsą ratuszem. Zaś wasza własna armia łupi was z grosza tylko dlatego, że jaśnie baron ruszył w pole i żołnierze poczuli bezkarność, czyżby nie tak, prawda — westchnął ciężko na koniec, pozorując szczere współczucie dla doli piekarza, chiał w ten sposób sprawić by ten nie pomyślał sobie, iż obcy naigrawa się z jego nieszczęścia.
Hempe wyglądał na trochę zaskoczonego, a trochę zmieszanego takimi uwagami. Jednak po chwili wahania przyznał Duivelowi rację, że buntownicy są okrążeni w centrum miasta więc reszta to działanie władz i wojska. Po czym elf w kapturze kontynuował
— My się nachodziliśmy, zanim tu dotarliśmy. Latające bestie, jakaś wiedźma w lesie, zwierzoludzie. Spalona karczma przy trakcie to też sprawka pomiotów chaosu — pokręcił głową wymownie — A tutaj, w mieście, ludzie mordują ludzi. Wiesz, nasz regiment to ludzie, ale też niziołki, krasnoludy, nawet elfy. Jednoczymy się, bo trzeba. Szkoda, że niektórzy dochodzą do tego dopiero, jak wróg dobierze im się do gardła — po czym nachylił się bliżej rozmówcy i zniżając już głos tak, by usłyszał go tylko Hempe, powiedział
— Powiedz mi szczerze. Co byś wolał: żeby dowódcy przekonali się pomóc komuś tu w mieście, czy żeby po prostu przegonili rabusiów, przespali się i poszli dalej, bo sami sobie poradzicie? — elf wiedział, że ostatnie pytanie mogło być przesadne, dlatego pokusił się o małe wprowadzenie wcześniej.
Hempe natomiast sprawiał przez chwilę wrażenie całkiem zbitego z pantałyku tak śmiałymi uwagami obcego. Rozejrzał się po kątach, po czym potrząsnął gwałtownie głową i zaczął mówić, zwalając całą winę na buntowników.
— To przez tych przeklętych buntowników i ich awanturnictwo miasto spływa krwią, a ludzie cierpią głód wykrztusił z siebie, ale widać było, że o rzemiośle wojennym i zamiarach dowódców rozprawiać nie zamierzał. Dodał jednak jeszcze jedną kwestię
— Jeśli szukacie wieści czy informacji to winniście skierować kroki pod szyld „Czerwonego Koła” – tam bowiem stacjonuje wierne i lojalne wojsko. Możecie też iść do tawerny „Złoty Kielich”, gdzie po wybuchu zamieszek przenieśli się miejscy urzędnicy i rajcy — wyznał Hempe.
Duivel skinął głową, jakby to zapamiętywał na później, nie komentując wprost. Po krótkiej chwili elf i Thiemo sięgnęli po jeden bochenek, odliczając monety.
— Weźmiemy jeden. Może za dni parę skusimy się na więcej - jak reszta regimentu dotrze do miasta — powiedział to tak, jakby rzucał zwykłą uwagę o pogodzie, choć w istocie chciał zakorzenić w głowię Hempego informacje, że regiment przyjdzie ... za parę dni.. Na wyjściu ugryzł jeszcze kawałek świeżo kupionego bochenka, podziękował skinieniem głowy.
— Ostland żyje — powiedział to do Hempego, a potem, głową, pozdrowił zarówno starszą kobietę wracającą już zza lady, jak i samego Hempego, natomiast nie zauważył już młodszej kobiety, która to wcześnie wychyliła się z zaplecza.Na zewnątrz, idąc w stronę spichlerza tyle, ile pozwalała ostrożność, elf zerknął w stronę budynku z ciemnej cegły i szachulca. Przy wejściu stała czwórka strażników z włóczniami, a nieopodal niewielka grupka ludzi - raczej rozmawiali albo na coś czekali, niż pilnowali czegoś z napięciem. Spokojna scena, bez żadnych sztandarów czy obwieszczeń, które zdradzałyby, do kogo dokładnie należy ten posterunek. Duivel zapamiętał układ ulicy i to tyle - na razie nie było powodu podchodzić bliżej.
W drodze powrotnej ku bramie niósł już półtora bochenka chleba - jeden nadgryziony, świeży od Hempego i drugi podzielony na pół jeszcze u Alberta.
— Chleb się przyda — mruknął do Thiemo, biorąc jeszcze jeden mały kęs świeżego chleba — choćby do tych kur, co to mieli złapać nasi. Swoją drogą ciekawe czy ktoś już zdążył zrobić z nich obiad, bo już nieco zgłodniałem przez to całe łażenie w te i nazat.
Zamyślił się na chwilę nad klapą w piwnicy, którą sam znalazł przy bramie - zastanawiał się, czy ktoś już zdążył tam zajrzeć, a jeszcze bardziej ciekawiło go, co mogło być w środku.
— Daleko jeszcze reszcie regimentu aby dotrzeć tutaj, jak myślisz? — zapytał w końcu, patrząc przed siebie, wypatrując jakiekolwiek ruchu na ulicy.
I tak, rozmawiając o drobiazgach, szli z powrotem w stronę Południowej Bramy na obiad, a także by zdać raport Kolsenikovi. -
Tobias stał przez dłuższą chwilę wpatrując się w przerażająco piękne oczy, uwodzicielsko pięknej czarownicy. Zastanawiał się czy zdążyłaby rzucić czar zanim dopadłby ją i poderżnął to smukłe gardło. Nawet jeżeli by mu się udało, prawdopodobnie skazałby na śmierć Elizabeth... znaczy, Beth. Nie chciał mieć jej na sumieniu, więc słuchał dalej udając zaciekawionego. Zrezygnował z napitku choć w ustach zrobiło mu się strasznie sucho. Głos miała słodki jak miód ale łucznik mógł wyczuć groźbę ukrytą za anielskim uśmiechem. Gdy skończyła mówić Tobias odchrząknął cicho i w końcu się odezwał.
- Dobrze zatem, przyprowadzę tego maga do Ciebie i sobie porozmawiacie. Nie jest to zbyt wymagające zadanie, zajmie natomiast dzień lub dwa. Dowództwo razem z magiem poruszają się dużo wolniej od oddziału zwiadowców, będziesz musiała poczekać ale widzę że do czekania masz dobre warunki. Skinął do Beth - wychodzimy, mamy zadanie do wykonania - zmusił się by spojrzeć na czarodziejkę jeszcze raz. Ta skinęła Tobiasowi a potem Magdzie, która skończyła czesać Beth.- Nie zwlekajcie jednak dłużej niż to konieczne Tobiasie, konsekwencje trudno będzie ocenić... I ponownie uśmiechnęła się do obojga zwiadowców.
Gdy wychodzili Beth spojrzała Tobiasowi w oczy i zacisnęła usta które były gotowe do protestu. Jego wzrok sprawił że cicho szła obok. Dopiero kiedy Tobias uznał że oddalili się wystarczająco, zwiadowca zaspokoił ciekowość towarzyszki. - Chyba nie zamierzasz wypełnić jej polecenia Tobiasie? W jego oczach nie zobaczyła potwierdzenia.
- Nie zwlekajcie jednak dłużej niż to konieczne Tobiasie, konsekwencje trudno będzie ocenić... I ponownie uśmiechnęła się do obojga zwiadowców.
-
Tobias stał przez dłuższą chwilę wpatrując się w przerażająco piękne oczy, uwodzicielsko pięknej czarownicy. Zastanawiał się czy zdążyłaby rzucić czar zanim dopadłby ją i poderżnął to smukłe gardło. Nawet jeżeli by mu się udało, prawdopodobnie skazałby na śmierć Elizabeth... znaczy, Beth. Nie chciał mieć jej na sumieniu, więc słuchał dalej udając zaciekawionego. Zrezygnował z napitku choć w ustach zrobiło mu się strasznie sucho. Głos miała słodki jak miód ale łucznik mógł wyczuć groźbę ukrytą za anielskim uśmiechem. Gdy skończyła mówić Tobias odchrząknął cicho i w końcu się odezwał.
- Dobrze zatem, przyprowadzę tego maga do Ciebie i sobie porozmawiacie. Nie jest to zbyt wymagające zadanie, zajmie natomiast dzień lub dwa. Dowództwo razem z magiem poruszają się dużo wolniej od oddziału zwiadowców, będziesz musiała poczekać ale widzę że do czekania masz dobre warunki. Skinął do Beth - wychodzimy, mamy zadanie do wykonania - zmusił się by spojrzeć na czarodziejkę jeszcze raz. Ta skinęła Tobiasowi a potem Magdzie, która skończyła czesać Beth.- Nie zwlekajcie jednak dłużej niż to konieczne Tobiasie, konsekwencje trudno będzie ocenić... I ponownie uśmiechnęła się do obojga zwiadowców.
Gdy wychodzili Beth spojrzała Tobiasowi w oczy i zacisnęła usta które były gotowe do protestu. Jego wzrok sprawił że cicho szła obok. Dopiero kiedy Tobias uznał że oddalili się wystarczająco, zwiadowca zaspokoił ciekowość towarzyszki. - Chyba nie zamierzasz wypełnić jej polecenia Tobiasie? W jego oczach nie zobaczyła potwierdzenia.
Tura 54 - 2521.05.05; fst; popołudnie
Miejsce: pd-zach Ostland; Las Cieni; Wendorf; Brama Południowa
Czas: 2521.05.05; Festag; południe
Warunki: - ; na zewnątrz: dzień, zachmurzenie, łag.wiatr; chłodno (0)Duivel i Thiemo
- Niezły łeb ma ten Hempe. Umie się ustawić pod właściwy wiatr. Ile nie dał za tą licencję, to teraz pewnie szybko mu się zwróci jak inne piekarnie pozamykane. - Thiemo pokiwał głową gdy zadumał się nad postępowaniem obrotnego piekarza. Zatrzymali się na chwilę na skrzyżowaniu. Przed sobą widzieli magazyn zboża odległy o dwie, trzy przecznice. A w prawo mieli ulicę jaką przyszli, prowadzącą do Południowej Bramy.
- Ktoś tam stoi. Pewnie też po mąkę albo zboże. I straż chyba też jeśli dobrze widzę. No nic dziwnego, że pilnują. Inaczej by wszystko rozkradli. Jest jeszcze jakaś władza w naszym mieście. - Stary milicjant pokiwał swoją siwą głową, gdy ocenił co tam było widać. Chociaż obraz nawet dla elfa był dość niewyraźny. Już to zamglenie i zadymienie jakie panowało na ulicach, dawało o sobie znać. Widzieli jak kilka osób stało przed frontem magazynu jakby w grupce czy kolejce. I kilka przy samym budynku. Dzierżyli długie tyki które pewnie były włóczniami albo halabardami. Na głowach błysk metalu zdradzał, że mają hełmy. Ale całość wyglądało dość spokojnie. Jako, że nic niezwykłego się tam nie działo to poszli w stronę bramy.
- No ciekawe. Normalnie to zajmuje ze dwa, trzy dzwony z tamtej polany do miasta. Ale wiadomo, że takie duże wojsko to idzie dłużej. No i pewnie też trafili na te wozy i “Leśny dzban”. - Po drodze Thiemo wdał się w dyskusję jaka pozwalała przymknąć oko na opustoszałe ulice i zdewastowane sklepy. Na te sylwetki jakie ukradkiem obserwowały ich z wyższych pięter. Czasem widać było jakichś ludzi w oddali ulicy ale widocznie nie dążyli oni do nawiązania kontaktu.
- Ciekawe co tam u mojego brata na Żelaznej. Mam nadzieję, że tam jeszcze pójdziemy. No chociaż ja. Co tam w regimencie po jednym, starym milicjancie? - Nie ukrywał, że nieco niepokoił się o los swojego brata i miał nadzieję, że zwierzchnicy zgodzą się aby go odwiedził. Nawet pod pretekstem kolejnego patrolu rozpoznawczego. - Ale najpierw zjedzmy coś. Mam nadzieję, że te hochlandzkie huncwoty, nie zmarnowali tych kuraków. - Zaśmiał się pod nosem i poklepał się po brzuchu. Od śniadania na polanie niewele jedli, więc brzuchy już dopominały się aby o nie zadbać. W końcu wyszli na ostatnią prostą. Widać było już dwie baszty jakie obramowywały bramę.
- O. Chyba ktoś przyjechał. - Thiemo przymrużył oczy gdy zauważył kilka osiodłanych koni jakie stały przy wejściu do bramy. Nie było ich jak stąd odchodzili. Gdy podeszli jeszcze bliżej, okzało się, że to kucyki a nie konie. Podobne jak te używane przez Gebirgsjager.
- Chyba nie zmarnowali tych kuraków. - Jeszcze chwilę później, milicjant stwierdził z zadowoleniem. Faktycznie w powietrzu dało się wyczuć zapach gotowanego mięsa. Zresztą i strażnicy na murach też ich zauważyli. Dali pewnie znać komu trzeba bo na mur między dwoma wieżami, tam gdzie mieli odprawę przed misją, wyszło dwóch brodaczy.
- Dawajcie do nas na górę! - Zawołał Kolesnikow aby od razu weszli do nich. Przechodząc przez wieżę minęli kuchnie na pierwszym piętrze.
- O. W samą porę wróciliście. Już prawie gotowe. - Krzyknął do nich jeden z Hochlandczyków wskazując drewnianą łyżką na kocioł grzejący się na piecu. Przy piecu grzał się jeden z Wieselów ale Stefana nie było widać. Ale jeszcze musieli wspiąć się o poziom aby wyjść na blanki. Okazało się, że ten drugi brodacz to Eryk. Dowódca Gebirgsjaeger i zaufany przyboczny obu szefowych.
- Widzę, że cało wróciliście z wycieczki. To dobrze. I jak się sprawy w mieście mają? - zagaił do nich, czekając na to co mają mu do powiedzenia. Jeszcze rozmawiali gdy okrzyk straży poinformował ich, że wraca następny patrol zwiadowców. Okazało się, że to Tobias i Beth.Tobias i Beth
- Dlaczego nie mogliśmy zostać tam dłużej? - Po paru krokach na pustej ulicy, łuczniczka wskazała kciukiem za siebie. Wyglądała na rozczarowaną, że tak szybko musieli opuścić to przyjemne i przyjazne miejsce. - Magda była taka miła. Zobacz jak mi ładnie włosy ułożyła. Mnie to mało było stać na balwierza. Jak siostra za mąż wychodziła to poszłam. A Magda zrobiła mi te włosy za darmo. I zobacz jak ładnie. - Spojrzała wprost na Tobiasa aby ten mógł docenić kunszt brunetki. Dopiero teraz zorientował się, że rzeczywiście Hochlandka miała finezyjnie zaczesane włosy. Całkiem inaczej niż wcześniej, gdy po prostu miała je związane w koński ogon aby nie przeszkadzały. Teraz pewnie też nie ale Beth wyglądała w nich jakby przynajmniej była gotowa na jakiś festyn, odpust albo nawet pracowała na pokojach jakiegoś państwa. Zwykłej mieszczki czy wieśniaczki, raczej nie było stać na taką ekstrawagancję. A przynajmniej nie na co dzień. Łuczniczka była tego świadoma i tym bardziej doceniała prezent jaki zrobiła jej młoda brunetka. Zresztą z bliska wyczuwał przyjemny aromat jej perfum, jakiego wcześniej nie było. W podziękowaniu za to wszystko Beth objęła się z Magdą jak dobre przyjaciółki a milady ukłoniła się grzecznie. Gdy wyszła z łaźni Tobias usłyszał jeszcze ponętny głos lady Sylvii. Od niego i jej spojrzenia aż dreszcz przechodził przez kręgosłup i kończył gdzieś w lędźwiach.
- Pamiętaj Tobiasie. Nie musimy być wrogami. Możemy mieć całkiem przyjemne relacje jeśli dasz mi to czego chcę. - Wciąż leżała w wannie, popijając wino z kielicha jaki na początku spotkania podała jej Magda. No a potem wyszli. Z łaźni, z zakładu balwierza na ulicę. Minęli ten splądrowany sklep mięsny i ruszyli we dwoje w drogę powrotną. Ulice wyglądały podobnie pusto jak wcześniej. Chociaż niebo zdążyło spochmurnieć więc błękit nad głowami znikł. Czasem widzieli jak ktoś ich obserwuje z okien a za plecami słyszeli jakiś niezidentyfikowany pogłos jak z jakichś walk czy zamieszek. Ale wcześniej też było podobnie. Jeśli coś się działo to gdzieś bardziej w głębi miasta. W końcu wyszli na ostatnią prostą i dojrzeli niewielkie koniki przy wieży. Nie było ich gdy wychodzili na patrol.
- Gebirgsjager używają takich kuców. Ciekawe czy to oni. - Beth rzekła cicho. Kilka kamienic dalej już podeszli na tyle blisko, że widzieli więcej. Na murze łączącym obie wieże, widać było Kolesnikowa a także Duivela i Thiemo. Oraz Eryka z Gebirgsjaeger. Jak weszli przez wieżę do środka to na piętrze powitał ich przyjemny zapach gotowanego mięsa. Tu Beth zatrzymała się na chwilę. - Czekajcie chłopaki, mam coś dla was. - Uśmiechnęła się i zaczęła wyjmować zdobycze ze sklepu rzeźnika. Koledzy przywitali to z radością.
- O! To teraz będzie można dorzucić do rosołu! Będzie na bogato! - Ucieszyli się z takiego prezentu. - Beth a co z ciebie taka ślicznotka się zrobiła? - Zauważyli też zmieniony wygląd koleżanki co ona powitała szczerym, dziewczęcym śmiechem satysfakcji. Przy okazji zauważyli jednego z Wieselów ale Stefana nie. Widać grzał się przy piecu i odpoczywał. Ale dwójka zwiadowców jeszcze musiała zdać raport ze swjego zwiadu. Jak więc się pożegnali z kuchnią to trzeba było wejść jeszcze wyżej, na spotkanie z Erykiem i Kolesnikowem. Zastali tam też Duivela i Thiemo.
- A wam jak poszło? - Eryk zagaił do drugiej pary zwiadowców aby przedstawili to czego się zdążyli dowiedzieć o mieście.Duivel i Tobias
Po raporcie mieli chwilę na złapanie oddechu. I ślinka ciekła im do ust gdy czuło się zapachy prawie gotowego jedzenia. Wydawało się, że lada chwila już powinno być gotowe. W międzyczasie mogli porozmawiać ze sobą albo z myśliwymi aby się dowiedzieć co się u kogo działo. Od Eryka dowiedzieli się, że szefowe wysłały połowę ich oddziału konnych zwiadowców przodem. Aby nawiązać kontakt z Kolesnikowa. Przyjechali dopiero co ale pół tuzina górali wzmocniło obsadę Południowej Bramy. Reszta regimentu powinna być już niedaleko. Ze zwiadowców na razie nie wrócił Stefan i drugi Wiesel. Ten pierwszy mówił, że do zajazdu “Czerwone koło” dotarli bez większych problemów. Chociaż ulice wyglądały na opustoszałe a sklepy i warsztaty zamknięte lub splądrowane. W zajeździe zastali wreszcie jakichś żywych ludzi. Dokładniej to nawet strażników z “Siege Stern”. Podeszli do nich ale szybko wyszedł jakiś sierżant i chciał aby Stefan pogadał z ich szarżami skoro chciał się do nich zapisać. Ale to tak tylko powiedział aby ich oszukać a nie tak naprawdę. No to niezbyt mając wybór Stefan poszedł z tym sierżantem do środka zajazdu. No ale wykpił się aby choć jeden z jego ludzi mógł odejść i dać znać reszcie. Co dalej się działo do Wiesel nie wiedział bo od razu przyszedł tutaj.
Przy okazji Hochlandczycy mieli na tyle dużo czasu, że poszli zobaczyć co jest w tej klapie jaką w piwnicy znalazł Duivel. I okazało się, że jest tam proch. Co prawda nikt z łuczników pieszych i konnych nie miał żadnej broni aby go użyć. W wieżach też żadnej nie znaleźli. Ale wiadomo było, że proch to cenny zasób. Zwłaszcza w trakcie wojny. Na razie Eryk kazał zamknąć klapę i przywalić ją beczką.
Na razie jednak obiad był gotowy. Kuchnia była zbyt mała aby pomieścić wszystkich a strażnicy i tak nie mogli zejść z posterunku. Więc ktoś im zanosił ich porcję. A rosół ze świeżo upolowanymi kurakami i jeszcze z kiełbaskami od rzeźnika jakie przynieśli Tobias i Beth, okazał się bardzo pyszny. Przy okazji już wszyscy chyba zdążyli zauważyć nowy wizerunek łuczniczki więc sobie z tego dworowano.
- Teraz nasza Beth to się nie opędzi od amantów!
- Może nie zabierajmy jej do zamtuzu bo żadna ladacznica na nas nie spojrzy!
- Gdzie ty się tak zrobiłaś Beth?
Młoda łuczniczka korzystała z tego pacierza atencji jaką wywołała wśród kolegów i brała to za dobrą monetę. Zresztą przy jedzeniu była okazja porozmawiać o czymś luźniejszym. Albo o tym co się stało ze Stefanem, że jeszcze nie wrócił. Być może nad tym rozprawiał Eryk z Kolesnikowem. Bo jedli siedząc na skraju blank, z widokiem na ulicę odchodzącą od bramy, w głąb miasta. Chyba wszyscy spodziewali się, że reszta regimentu powinna dotrzeć tu wkrótce. Ale kiedy dokładnie to nikt nie był pewien.Miejsce: pd-zach Ostland; Las Cieni; Wendorf; zajazd “Czerwone koło”
Czas: 2521.05.05; Festag; południe
Warunki: - ; na zewnątrz: dzień, pogodnie, umi.wiatr; chłodno (0)Stefan, Wiesel i oficerowie
Młoda, szczupła, czarnowłosa porucznk ich chwilę obserwowała Stefana jakby trawiła jego propozycję w myślach. Nie mógł nic odczytać z jej emocji. - No to pokaż co potrafisz. - Skinęła głową w stronę stołu na jakim medyk zajmował się pojekującym żołnierzem. To dało zezwolenie Stefanowi aby tam podszedł. Z bliska zobaczył więcej detali niż tylko na pierwszy rzut oka gdy tu wchodził. Medyk był z pokolenie starszy od niego. Miał szarosiwą brodę zaczesaną w modny szpic. Spod chusty jaką miał na głowie, wystawały siwiejące, ciemne loki.
Pacjent leżał na zwykłym stole karczemnym. Widać było na nim stare przypalenia, nacięcia, wzory i inicjały. Standard w karczmach, zajazdach i tawernach. Na ławie obok medyk miał rozstawione narzędzia chirurga. Różnego rodzaju piły, szczypce, obcęgi, bandaże, olejki, maści. Cały zestaw medyka jaki postronnym często kojarzył się z przenośnymi narzędziami kata. Była też misa z w miarę czystą wodą i mniejsza. Na odłamki wyjęte z ciała. Skrwawione. A na dnie miseczki leżały w cienkiej warstwie krwi. Po chwili Stefan zorientował się, że medyk jest zawodowcem. Akurat wyjmował jakieś odłamki z rany w brzuchu. Jego pomocnik stał przy głowie pacjenta i przytrzymywał go za ramiona. Żołnierz miał jakiś pas na jakim zaciskał zęby aby nie krzyczeć. Bardzo często tak to wyglądało w szpitalach polowych i nie tylko.
- To mówisz, że znasz się na tym? - Medyk widocznie usłyszał chociaż część rozmowy Stefana z porucznik. - To dobrze. Przydasz się. Weź szczypce i rozszerz ranę. Muszę mu wyjąć te odłamki zanim mu ją zszyję. - Polecił mu suchym, spokojnym głosem. Widać było, że jest skupiony na swojej robocie. Ruchy miał pewne i wiedział co robi. Oczywiście mógł sam jedną dłonią rozszerzyć ranę a drugą wyjmować odłamki. Ale łatwiej było jak jedna osoba przytrzymywała krawędzie rany a druga wtedy mogła swobodnie operować szczypcami. Oczywiście to był brzuch żywego człowieka więc cały czas falował w rytm szybkiego, bolesnego oddechu i tłumionych pasem i dumą jęków. Pewną tradycją wśród zawodowych wojaków było to aby nie krzyczeć podczas operacji. Ale to nie zawsze było możliwe. Wtedy starali się chociaż stłumić własne jęki boleści. Chyba, że byli już w takim stanie, że nic ich nie obchodziło poza obezwładniającym bólem. No i krew. Pacjent wciąż żył więc z otwartej rany wciąż wypływała świeża krew. Na Stefana spadło wycierać ją szmatką aby nie zasłaniała medykowi widoku.
W końcu skończyli. Medyk polecił Stefanowi przemyć ranę a sam mógł wreszcie rozprostować palce zanim zaczął ją zszywać. Po chwili dał znak i pomocnik krzyknął w stronę stołów gdzie siedziało paru wojaków.
- Hej! Chodźcie go zabrać! Jak wrócicie to dawajcie kolejnego! - Dwóch siedzących bez pośpiechu podniosło się i podeszło do zakrwawionego stołu chirurga. Wzięło rannego jaki zajęczał boleśnie a pomocnik poszedł otworzyć im drzwi. Przez chwilę stół był pusty ale na ławie pod ścianą czekało jeszcze trzech kolejnych rannych. Medyk zaczął obmywać dłonie w tej większej misce. A potem wytarł je w niewielki ręcznik. Po czym zrobił miejsce aby Stefan uczynił to samo.
- I co? - Usłyszeli za plecami pytający głos porucznik. Medyk podszedł do kolejnego stołu na jakim widać było jakąś piłę to amputacji, kałamarz, niewielką książkę.
- Rana brzucha. Wyjąłem co się dało. Na razie do niczego nie będzie się nadawał. Musi odpoczywać i mało jeść. Rany brzucha nie idą w parze z objadaniem się. Zaraz mu wypiszę receptę. - Medyk wyglądał na znużonego jakby wykonał już dziś nie wiadomo ile zabiegów. I nachylił się nad stołem, wziął pióro i faktycznie coś zaczął pytać.
- No tak to bywa z ranami brzucha. Ale co z nim? Nada się? - W głosie oficer dala się słyszeć nutka irytacji. Jakby świetnie zdawała sobie sprawę co oznaczają rany brzucha. I teraz Stefan widział, że wskazała wzrokiem właśnie na niego. Medyk wolno skinął głową ale dalej coś pisał.
- A on. - rzekł jakby dopiero teraz zorientował się o co pyta czarnowłosa. - Wyprostował się i spojrzał wprost na Stefana. - Młody jeszcze jest. Jeszcze się wiele musi nauczyć. Ma dobre chęci ale myślę, że na razie by tylko przeszkadzał. Na pomocnika może być. - Wskazał wzrokiem na miejsce gdzie niedawno mężczyzna przytrzymywał rannego przy stole. Oficer zmarszczyła brwi jakby się zastanawiała nad tą wypowiedzią. Zaczęła przypatrywać się im obu. - Weź ten papier i biegnij do izby naprzeciwko. Tam go zanieśli. Połóż go przy tym rannym. Przeczytaj im go bo niepiśmienni. - Wręczył Stefanowi kawałek złożonego papieru i wskazał na drzwi przez jakie przed chwilą trójka wojaków wyniosła rannego.
- Idź tam. - Porucznik zgodziła się i też wskazała na te same drzwi. - Tylko zaraz wracaj. - Dodała jeszcze ponaglająco. - Nie zwlekajcie jednak dłużej niż to konieczne Tobiasie, konsekwencje trudno będzie ocenić... I ponownie uśmiechnęła się do obojga zwiadowców.
-
Duivel skinął głową, gdy Thiemo wspomniał o bracie.
— Chętnie pójdę z tobą na Żelazną. Jak tylko dadzą wolne. Lepiej we dwóch niż samemu. — dodał jakby od niechcenia, ale z życzliwością w głosie.
Szli dalej pustymi ulicami. Elf trzymał się nieco z boku, wzrok błądził po dachach i zamkniętych okiennicach. Półtora bochenka nosił pod pachą - świeży, nadgryziony od Hempego i ten podzielony jeszcze u Alberta.
Na blankach czekali już Kolesnikow i niespodziewani goście. Elf i Thiemo rozpoznali kuce stojące pod bramą, byli to Gebirgsjager. Także całkiem niedługo po nich przybyła pierwsza część oddziału Petry i Inez. Kolesnikov zawołał ich na górę, gdy tylko zauważył tę dwójkę, także obaj szybko poszli na górę do przywódcy. Gdy tylko minęli drzwi, to Duivel zdjął kaptur, tutaj już wszyscy się przyzwyczaili do Niego, bardziej czy mniej, ale nie było sensu udawać kogoś kim nie jest. Minęli kuchnię gdzie unosiły się piękne zapachy - jak się jest głodnym to większość przygotowywanego jedzenia wydaję się pachnięć jak największe smakołyki - i nawet jeden z Hochlandczyków stwierdził, że zaraz danie będzie gotowe, ale dwójka zwiadowców szła dalej, zdać raport na blankach. Przywitali się kurtuazyjnie i elfa od razu wskazał na chleb jaki nieśli.
— Od Alberta — wskazał nadgryzioną połowę. — Reszta od Hempego. Świeży. Ten drugi droższy dwa, trzy razy niż zwykle, ale jedyny, jaki jeszcze pieką w tej części miasta. Pieką legalnie. — Oparł się lekko o parapet, spojrzał najpierw na sierżanta, potem na Eryka. Ten drugi od razu ich poprosił o raport, więc Duivel stanął tak aby obaj z Kolesnikovem go widzieli, tak jakby raport składał obu, chociaż teraz to szef Gebirgsjager został dowódcą, bo był wyższym stopniem niż szef bandy Hochlandczyków.
— Albert siedzi w domu. Mówi, że wojsko i miejscowi trzepią kogo popadnie. Szukają szpiegów i buntowników. Magazyny zboża przejęte. Mąka tylko na licencję. Jego nie stać, więc niedługo nie będzie miał już czego piec, ten chleb to wielki dar, bo i tak przez ilość mąki to tylko dla siebie piecze. Hempe natomiast licencję kupił. Dlatego piecze. Ceny podniósł, żeby odbić koszt. Konkretnej sumy nie podał. Unikał tematu. O wojsku mówił chętniej. Część regimentu najemników zbuntowała się. Otoczyli ich na Marktplatz. Reszta lojalna razem z miejscowymi. Rabusie i bandy hultajów grasują, bo straży mało. Hempe wskazał dwa miejsca - „Czerwone Koło” gdzie stoi lojalne wojsko i tawernę „Złoty Kielich”, gdzie przenieśli się urzędnicy. Główni dowodzący udali się na wschód, stąd w mieście zapanował chaos — urwał na chwilę, spojrzał na współtowarzysza niedawnej wyprawy.
— Bez Thiemo byłoby trudniej. Zna miasto, ludzie mu ufają. Łagodzi rozmowę. Dzięki niemu nie musieliśmy nic wyrywać siłą. — elf spojrzał na Kolesnikova i skinął głową w stronę Wiesela, który grzał się przy piecu — A co z twoim imiennikiem, sierżancie? Widzę, że jeden Wiesel wrócił. Drugiego nie ma... — zapytał spokojnie, bez pośpiechu, wyczuć jednak się dało lekki niepokój o Jaegera, dodał jednak kolejne pytanie, nie czekając na odpowiedź — ktoś zajrzał do tej piwnicy co właz znalazłem? —
Na koniec odwrócił się już w stronę Eryka.
— Co z resztą regimentu? I czy przy „Leśnym Dzbane” znaleźliście ziemiankę? Trójka ludzi się tam ukrywała. — jednak rozmowę przerwał okrzyk przybycia kolejnej grupy zwiadowców, to Beth i Tobias wracali.
Odpowiedzi przyszły częściowo od razu, częściowo dopiero po ich przyjściu. Eryk wyjaśnił krótko, ale nie było tam wzmianki o trójce ocalałych z 'Leśnego Dzbana'. Ten Wiesel, który wrócił, opowiedział, że Stefan dotarł do „Czerwonego Koła” bez większych przeszkód. W zajeździe zastali strażników z Siege Stern, a ta informacja zdziwiła Duivela, bo Hempego słyszał, ze tam to stacjonują Ci lojalni, a najemnicy zbuntowani mieli być w centrum miasta. Czyli to rzeczywiście garstka Siege Stern się zbuntowała i wszystko zmierza do końca?
Obiad był już gotowy. Rosół z kurakami i kiełbaskami, które przynieśli Tobias z Beth, pachniał tak, że nawet strażnicy na murach dostali swoje porcje. Duivel i Thiemo puścili w obieg świeże bochenki chleba, tak aby każdy urwał sobie kawałek. Jedli na blankach, z widokiem na ulicę prowadzącą w głąb miasta.
Hochlandczycy od razu zaczęli drwić z nowego wyglądu Beth.
— Beth, wyglądasz naprawdę zjawiskowo. Jednak bardzo mnie ciekawi historia tej fryzury, bo to chyba długo zajmuje? Tobiasa widzę nikt nie uczesał, to byliście w innych miejscach, czy może czekał na krześle i czytał tutejszą gazetę? — Duivel starał się zażartować, ale naprawdę był ciekawy jakim cudem podczas zwiadu, żołnierz mógł pozwolić sobie na wizytę u fryzjera..., a może to nie był fryzjer?
Duivel później już zjadł w milczeniu, od czasu do czasu zerkając na ulicę. Stefan wciąż nie wracał. Eryk z Kolesnikowem siedzieli z boku i o czymś cicho rozmawiali. Reszta regimentu miała być „niedługo”. Nikt nie potrafił powiedzieć, kiedy dokładnie.
Elf odłożył miskę i otarł usta.
— Proch w piwnicy to dobra wiadomość. Lepiej, że jest u nas niż u kogoś innego. Byleby nikt nas nie próbował wysadzić. Nie ma innego wejścia do tej piwnicy? Sprawdziliście? —
Potem spojrzał na Thiemo, ale dalej mówił głośniej, tak aby Eryk ze Stefanem słyszeli
— Jak skończą jeść i dadzą wolne - pójdziemy na Żelazną z Thiemo. No i chyba trzeba też iść po Stefana, nie wiadomo w co się wplątał tym razem, a kto wie może potrzebować pomocy, no albo się okaże, że Petra będzie miała nowych sojuszników dzięki niemu, kto wie... — skończył elf i czekał na rozwój wydarzeń -
Tobias obserwował nowoprzybyłych. Zawiedziony był faktem że nie przybył czerwony mag albo ta piękna czarodziejka. Zrzuciłby ciężar który mu leżał na sercu. Nie wspominał nikomu o domu w którym czarodziejka zażywała kąpieli a jedynie o splądrowanym do cna sklepie z mięsiwem. Poprosił też Beth, by nie ujawniała gdzie ją tak pięknie uczesano, gdyż to może stanowić zagrożenie dla ich życia. A rozwiązać problem czarownicy może tylko ktoś inny, kto para się magią. I lepiej niech główne dowództwo podejmuje w takiej sytuację decyzję co z tym fantem zrobić.
Wziął swoją porcję i zaczął wsuwać. Co jakiś czas patrząc w kierunku wjazdu do miasta, licząc że nikt nie zwróci uwagę jak zaniepokojony zwiadowca w tej chwili był... -
Ostlandczyk przed podejściem do pacjenta zrzucił z siebie wierzchnie odzienie i podwinął rękawy koszuli. Po tym na ile mógl obmył ręce w dużej misie z wodą.
Cała sytacja przypomniała mu jego służbę w świątyni Pani Miłosierdzia w Nuln. Po wielu miesiącach nauki i wykonywania innych prostrzych prac dopuszczono go tam do podobnego asystowania choć z tego co pamiętał nie przy tak ciężkich przypadkach.
Ocena jego osoby wydana przez medyka zabolałaby bardziej gdyby rzeczywiście chciał w tej grupie zagrzać miejsce, a tak zdecydował się na razie puścić uwagę medyka płazem.
Dostawszy od tego polecenie zaniesiania kartki z zaleceniami dla operowanego przyjął ją z uśmiechem na twarzy, kończąc jednocześnie mycie rąk w misie po zabiegu. Przeczytał na głos zalecenia dla potwierdzenia czy dobrze je odczytuje, co było przyjętą praktyką w świątyni w której się uczył. po tym odwrócił się do pani porucznik która potwierdziła zadanie zlecone mu przez chirurga i rzucił szybkie:- Tak Jest!
Po czym ruszył wykonać polecenie skinajać głową Wieselowie aby poszedł za nim. W końcu dwie pary oczu wypatrzą więcej niż jedna, a Stefan był zdecydowany postarać się zapamiętać jak najwięcej szczegółów o swoich obecnych gospodarzach w trakcie trwającego spotkania.
- Tak Jest!
Cześć! Wygląda na to, że jesteś zainteresowany tą rozmową, ale nie masz jeszcze konta.
Masz dość przewijania tych samych postów za każdą wizytą? Po zarejestrowaniu konta zawsze wrócisz dokładnie do tego samego miejsca, w którym byłeś wcześniej, możesz wtedy również wybrać opcję otrzymywania powiadomień nowych odpowiedziach (e-mailem lub powiadomieniem push). Będziesz też mógł zapisywać zakładki i głosować na posty, aby okazać uznanie innym członkom społeczności.
Z Twoją pomocą tez post mógłby być nawet lepszy 💗
Zarejestruj się Zaloguj się