Rozdział I - Jak zostać trepem?
-
Fineasz od początku marszu starał się iść tak, jak wyobrażał sobie, że powinien iść człowiek rozpoczynający właśnie karierę wojskową. Szedł więc prosto, miarowo, bez zbędnego oglądania się za siebie. Wszystko zaczynało się niemal tak, jak sobie wymarzył, z tym że w jego wyobrażeniach gościniec prezentował się znacznie godniej. Sądził, że trakt prowadzący do fortu będzie spełniał przynajmniej podstawowe imperialne standardy, tymczasem sposób, w jaki musieli się przemieszczać, urągał nawet wiejskim drogom.
Błoto wciskało się pod podeszwy, chlapało na cholewy i zostawiało plamy na jego pięknym płaszczu, który jeszcze rano Helmut doprowadził do przyzwoitego stanu. No cóż. Zawsze musiały znaleźć się jakieś drobne niedogodności. Fineasz przyjmował je jednak z właściwym sobie optymizmem i postanowił nie widzieć w błocie błota, lecz niesprzyjające warunki terenowe podczas swojej pierwszej prawdziwie wojskowej przygody.
Po kilku minutach zaczął nawet przyglądać się koleinom z zainteresowaniem. Trakt był rozjeżdżony, miejscami grząski, upstrzony śladami kół, kopyt i zwierzyny, a po minięciu Smallhofu droga zaczęła łagodnie piąć się w górę, coraz głębiej pomiędzy drzewa Lasu Cieni.
– Zwróć uwagę, Helmut – odezwał się po chwili, nie oglądając się za siebie. – Koleiny są głębsze po prawej stronie. To sugeruje albo większe obciążenie wozów poruszających się w stronę fortu, albo gorszy odpływ wody po tej stronie traktu. W obu przypadkach kolumna powinna trzymać się lewej krawędzi. Naturalnie pod warunkiem, że nie spodziewamy się zasadzki.
Zamilkł na kilka kroków, po czym spojrzał między drzewa.
– Wówczas należałoby zrobić dokładnie odwrotnie – zakończył swoim wyuczonym tonem, który w myślach nazywał „mądrym tonem”. Używał go zawsze wtedy, kiedy dochodził do wniosku, że właśnie powiedział coś szczególnie inteligentnego i odkrywczego.
Możliwość prawdziwej zasadzki traktował zresztą bardziej jak interesujący wariant ćwiczenia omawianego kiedyś przy tablicy niż realne zagrożenie. Właściwie czuł się coraz pewniej. Las Cieni, błoto, marsz i wojskowy wóz przed nimi nie były przecież chaosem. Wszystko dało się uporządkować. Sklasyfikować. Rozłożyć na czynniki. W Aquila Academy przez lata wpajano mu, że prawidłowa ocena terenu potrafi przesądzić o wyniku starcia jeszcze przed pierwszym ciosem.
Fineasz zatrzymał wzrok na świeżo ściętych pniach przy drodze.
– Wykarczowane pasy. Rozsądnie, rozsądnie – ciągnął. – Ograniczają możliwość podejścia niezauważonym, poprawiają widoczność i w razie konieczności dają pole ostrzału. Chociaż moim zdaniem należałoby poszerzyć je przynajmniej o dalsze piętnaście sążni. Zwierzoludzie preferują atak z ukrycia. Wiedziałeś o tym? Szczególnie przy przewadze liczebnej lub...
– Panicz zechce osłonić szyję – odezwał się za nim Helmut. – W lesie są przeciągi i zwierzoludzie.
Fineasz odwrócił ku niemu głowę.
Przez moment wyglądał, jakby naprawdę rozważał ten argument.
Następnie podniósł kołnierz.
– Słuszna uwaga. Chociaż statystycznie rzecz biorąc, przeciąg wydaje się dziś zagrożeniem znacznie bardziej prawdopodobnym. Poprzedniego lata porządnie zawiało mi szyję. Bolało. Pamiętasz to?
Zapytał, lecz nie czekał na odpowiedź pazia. Na trakcie pojawiła się właśnie kolejna rzecz, która całkowicie pochłonęła jego uwagę, i Fineasz już zastanawiał się, w jaki sposób ją skomentować. „Mądrym tonem”, oczywiście.
Fineasz dostrzegł Strielfort z daleka, bo od dłuższego czasu nerwowo wyczekiwał tej chwili. Najpierw ponad linią drzew pojawiły się wieże, potem mur i brama, aż wreszcie cały fort odsłonił się na wzgórzu. Rozpromienił się na całej twarzy jak dziecko, któremu właśnie podarowano szczeniaka. Tak właśnie miało to wyglądać. Może nie dokładnie tak jak na rycinach i planach, które oglądał w Akademii, bo tam każda fortyfikacja prezentowała się bardziej majestatycznie i proporcjonalnie, ale wystarczająco podobnie, by przez chwilę po prostu cieszyć się tym widokiem.
Wyprostował się jeszcze bardziej i zaczął przyglądać fortowi z uwagą, szybko ściągając uśmiechniętą twarz w oficersko poważny wyraz zadumy. Położenie na wzgórzu uznał za rozsądne, wieże dawały dobre pole obserwacji, podejście do bramy było stosunkowo otwarte, a plac ćwiczebny sprawiał wrażenie odpowiednio dużego do codziennego szkolenia załogi. Wszystko wydawało mu się dziwnie znajome, choć widział to po raz pierwszy. Wreszcie oglądał na własne oczy to, o czym wcześniej tylko czytał. Poznawał swoją wojskową przyszłość nie jako opis z książki czy schemat na tablicy, ale jako coś prawdziwego, co stało przed nim i do czego właśnie wkraczał. Był wniebowzięty.
Oczywiście zachwyt nie przeszkodził mu po kilku chwilach odnaleźć pierwszego mankamentu. Brama wydała mu się odrobinę zbyt szeroka jak na obiekt, który w razie szturmu powinien utrudniać przeciwnikowi wejście do środka. W myślach zdążył już dodać wysuniętą zaporę, zmienić kąt podejścia i zastanowić się nad lepszym rozwiązaniem dla ruchu wozów, kiedy jego uwagę odciągnęli ćwiczący żołnierze. Patrzył na nich całkowicie zafascynowany. Na ruch, komendy, broń i mundury. Właśnie tak ustawiał niegdyś w domu swoją kolekcję drewnianych żołnierzyków i takie wydawał im rozkazy.
– Helmut, spójrz. Całkiem przyzwoicie to zorganizowali – powiedział w końcu, starając się nadać głosowi ton chłodnej oceny, choć zadowolenie i tak było po nim widać. – Choć widzę parę rzeczy, które można by poprawić. Nie omieszkam wspomnieć o nich kapitanowi tego zacnego fortu. Być może nie miał okazji odebrać takiego wykształcenia jak ja.
Kiedy tylko weszli na teren fortu, Fineasz szybko przekonał się, że rzeczywistość wojskowa ma również mniej reprezentacyjne oblicze. Okrzyki z placu ćwiczebnego dosięgły ich niemal od razu. „Świeże mięso”, „panienki”, „wróble”, „koty”, „kaczuszki”. Regularni żołnierze machali do rekrutów i gwizdali, najwyraźniej świetnie się bawiąc ich kosztem.
Fineasz zwolnił odrobinę kroku i spojrzał w ich stronę z wyraźnym zdziwieniem. Nie wyglądał jednak na urażonego. Raczej na badacza obcych kultur, który właśnie natrafił na obyczaj, o którym nie wspomniano w podręcznikach. Przez chwilę próbował zrozumieć, czy powinien odpowiedzieć, czy też zachować powagę. Ostatecznie uznał, że skoro nikt z przełożonych nie reagował, musi to być zwyczaj tolerowany, a być może nawet, o dziwo, pożądany. Nachylił się więc lekko w stronę Helmuta.
– Podejrzewam, że to lokalna forma budowania esprit de corps – powiedział półgłosem, obserwując grupkę żołnierzy z niemal naukowym zainteresowaniem. – Zbijanie dystansu pomiędzy weteranami a nowo przybyłymi przez kontrolowane ośmieszanie. Prymitywne, ale zapewne skuteczne. Popatrz jak zabawnie wyglądają próbując nas sprowokować. Jak małpki.
Po chwili jeden z żołnierzy krzyknął coś jeszcze o „panienkach”, na co Fineasz skinął głową, jakby właśnie otrzymał dodatkowe potwierdzenie swojej teorii. Nie odpowiedział. Był przecież dopiero rekrutem, oni zaś regularnymi żołnierzami, a hierarchia wojskowa nie była rzeczą, z którą należało dyskutować. Zamiast tego poprawił płaszcz i ruszył dalej, starając się nadać twarzy taki wyraz, jaki według niego powinien mieć przyszły oficer wystawiony na pierwszy test dyscypliny.
W głębi ducha był nawet trochę zadowolony. Najwyraźniej właśnie rozpoczęła się jego integracja z oddziałem.
Przed magazynem Fineasz cierpliwie odczekał na swoją kolej, choć już po pierwszych kilku rekrutach zaczął podejrzewać, że procedura wydawania umundurowania nie wygląda dokładnie tak, jak sobie wyobrażał. Kiedy przyszła jego kolej, stanął przed kwatermistrzem wyprostowany, z zaciętą, dziarską miną rekruta gotowego wreszcie odebrać pierwszy prawdziwy symbol wojskowej służby. Wyobrażał sobie coś prostego, surowego, ale porządnego. Może nie paradnego, ale jednak godnego żołnierza Imperium. To, co dostał, nie spełniało właściwie żadnego z tych założeń.
Przez kilka sekund po prostu patrzył na wydane mu ubranie. Na łaty, wyciągnięte szwy, miejsca przetarte do granic przyzwoitości i materiał, który najwyraźniej służył wcześniej komuś o zupełnie innych proporcjach. Obracał wszystko ostrożnie w dłoniach, jakby liczył, że pod odpowiednim kątem całość zacznie prezentować się lepiej. Nie zaczęła. Po raz pierwszy od początku dnia jego naturalny optymizm gdzieś zniknął.
Fineasz bardzo poważnie traktował ubiór. Nie dlatego, że był próżny. Przynajmniej sam tak uważał. Schludność świadczyła przecież o dyscyplinie, dyscyplina o charakterze, a charakter o przydatności człowieka do służby. Mundur nie był zwykłym ubraniem. Mundur coś oznaczał. Ten zaś oznaczał, że ktoś przed nim najwyraźniej nie przykładał się należycie do swojej nowej roli wojskowego.
Dopiero głos Helmuta wyrwał go z tych ponurych rozważań.
– Da się poprawić, paniczu. Poprzedniego właściciela najwyraźniej rozbierano w pośpiechu.
Fineasz uniósł wzrok znad rękawa. Spojrzał na Helmuta, potem znowu na ubranie i przez krótką chwilę chyba naprawdę rozważał, czy nie chodziło o pośpiech związany z usuwaniem poprzedniego właściciela z pola bitwy. Niemniej jego drogi Helmut zdołał poprawić mu humor. Tak, on przecież doprowadzi te łachy do porządku. Dobrze było mieć przy sobie kogoś, na kim można polegać.
– Dziękuję, mój drogi. To zapewne test wytrwałości nowych rekrutów, wiesz? – oznajmił w końcu, odzyskując powoli swój zwykły ton. – Chcą sprawdzić nasz poziom zaangażowania w służbę. Bardzo sprytny fortel, jeśli się nad tym zastanowić.
Oddał mundur Helmutowi dwoma palcami, z wyraźną niechęcią do tego, co właśnie otrzymał. Tak, jego stan wymagał natychmiastowej interwencji specjalisty. Sam zaś poprawił własny płaszcz i spróbował wyglądać tak, jakby w ogóle nie doznał właśnie ogromnej potwarzy. Średnio mu to wychodziło.
Sierżanta Russela Fineasz słuchał z uwagą, jakiej wcześniej nie poświęcił nawet połowie przemówień swoich wykładowców. Każde kolejne zdanie brzmiało dla niego jak potwierdzenie, że oto naprawdę wkroczył na drogę, którą sobie wyobrażał. Hierarchia. Dyscyplina. Regulamin. Odpowiedzialność. Ciężka praca. Tak! Nareszcie jego marzenia zaczynały się spełniać! Nawet groźba konsekwencji za dezercję nie zrobiła na nim szczególnie złego wrażenia. Wręcz przeciwnie, wszystko to nadawało wojskowej służbie odpowiednią powagę. Armia, która pozwalała ludziom odejść bez konsekwencji, nie mogła przecież być prawdziwą armią. Sierżant mówił twardo, rzeczowo i bez zbędnych ozdobników, a Fineasz chłonął każde słowo z przekonaniem, że właśnie tak powinien wyglądać początek wielkiej kariery. Gdyby dało się gdzieś zamówić obraz przedstawiający tę chwilę, wydałby na niego ostatniego miedziaka i powiesił nad łóżkiem. Nad pryczą, znaczy się, bo na razie nie mieli dostępu do prawdziwych łóżek. Zapewne kolejny etap przygotowanej dla nich próby charakteru. Z pewnością niedługo się to zmieni.
Pierwszy tydzień szkolenia bardzo szybko odarł wojskową służbę z tej części romantyzmu, która tak wygodnie umościła się w jego głowie. Fineasz znał opisy forsownych marszów, ćwiczeń wytrzymałościowych i zaprawy bojowej, ale żaden z nich nie wspominał, że wszystko to jest aż tak trudne i męczące. Kamienie w plecaku obijały mu kręgosłup podczas biegu, piach potrafił dostać się wszędzie, również w miejsca, o których w wojskowych podręcznikach przezornie nie wspominano, a zimna woda była osobnym rodzajem okrucieństwa. Jacy barbarzyńcy uznali, że zanurzanie ludzi w czymś tak lodowatym jest rozsądnym elementem szkolenia? Każdy kolejny dzień przynosił nowy sposób sprawdzenia, ile jeszcze można z niego wycisnąć. Czołganie. Zapasy. Strzelanie. Jazda konna. Marsz przez bagno. Biegi z obciążeniem. I, ku jego szczególnej niechęci, kąpiele w strumieniu tak zimnym, że po wyjściu z niego Fineasz przez dłuższą chwilę nie był pewien, czy nadal czuje wszystkie palce. Najgorsze było chyba to, że sierżant Russel zawsze potrafił wymyślić coś jeszcze.
Fineasz jednak nie narzekał. Każde ćwiczenie musiało mieć przecież swoje uzasadnienie, nawet jeśli chwilowo mu ono umykało. Jeżeli sierżant kazał im biec kilka kilometrów z plecakami wypchanymi kamieniami, widocznie rozwijało to wytrzymałość marszową. Jeżeli kazano im czołgać się po piachu z drugim człowiekiem na plecach, zapewne przygotowywano ich do ewakuacji rannych. Jeśli po raz kolejny brodzili po kolana w błocie, Fineasz zakładał, że chodziło o przyzwyczajenie do trudnego terenu. Czasami tylko długość i intensywność tych metod wychowawczych wydawały mu się odrobinę przesadzone.
– To ma niewątpliwie określony cel pedagogiczny – wydyszał któregoś dnia do Helmuta, leżąc twarzą w błocie po kolejnym nieudanym podejściu do przeszkody. Nie był do końca pewien jaki.
Najgorzej znosił te ćwiczenia, w których jego wiedza nie dawała żadnej przewagi. Można było znać zasady walki w zwarciu i nadal dostać drewnianym mieczem po palcach, co, jak się okazało, bolało bardziej, niż przypuszczał. Można było doskonale rozumieć znaczenie utrzymania szyku, a mimo to potknąć się o własne nogi podczas biegu. Można było przeczytać trzy traktaty o zachowaniu morale i odkryć, że to spada bardzo szybko, kiedy człowiek ma mokre skarpety od rana do wieczora.
Fineasz przyjmował jednak każdy taki przypadek z godnością. Jeżeli rzeczywistość nie zgadzała się z teorią, nie oznaczało to przecież, że teoria była błędna. Oznaczało jedynie, że wymagała uzupełnienia o doświadczenie praktyczne.
A doświadczenia praktycznego Strielfort dostarczał mu aż nadto.
W przeddzień zaprzysiężenia Fineasz nadal starał się zachować choć część pozorów, z którymi wkroczył w te mury. Wciąż siedział prosto, nie pozwalając sobie na garbienie. Nadal odruchowo poprawiał wszystko na sobie i wokół siebie, co tylko dawało się poprawić. Ciało jednak nosiło ślady całego miesiąca i tego nie dało się już oszukać. Na dłoniach miał kilka otarć, na łydkach siniaki wielkości arbuzów, a mięśnie rwały go przy każdym większym ruchu. Nawet jego mundur, mimo wysiłków Helmuta, zdążył przez ten miesiąc przejść więcej, niż Fineasz jeszcze niedawno uznałby za dopuszczalne. Jedna rzecz pozostawała jednak pod jego pełną kontrolą. Włosy.
Kiedy Helmut wyjął kościany grzebień, sprawdził jego zęby i przygotował nożyczki, Fineasz odruchowo poprawił się na miejscu. Ten rytuał był znajomy. Przywodził na myśl rodzinne strony. Po miesiącu błota, zimnej wody, biegania, czołgania i znoszenia kolejnych pomysłów sierżanta widok grzebienia i nożyczek działał na niego niemal kojąco.
– Jeśli panicz znajdzie chwilę, trzeba będzie wyrównać włosy – powiedział Helmut. – Do przysięgi wypada wyglądać porządnie. Mogą później kazać rozpoznawać po rysopisie.
Fineasz pokiwał głową z pełną powagą, jakby właśnie usłyszał argument natury strategicznej.
– Oczywiście. Muszę prezentować się godnie jako przyszły oficer. Będą mnie pamiętali z tego dnia.
Nie był jeszcze oficerem. Nie był nawet pełnoprawnym żołnierzem. Na razie pozostawał tylko rekrutem z bolącymi plecami, połatanym mundurem i miesiącem szkolenia za sobą, ale w jego głowie były to różnice raczej przejściowe.
Usiadł więc spokojnie i pozwolił Helmutowi zabrać się do pracy. Grzebień przeszedł miękko przez jasne włosy, nożyczki kilka razy cicho szczęknęły i po chwili grzywka znów układała się niemal idealnie równo. Fineasz obserwował cały proces z należytą uwagą, nie szczędząc przy tym instrukcji. Tego dnia musiał wyglądać absolutnie idealnie.
– Odrobinę krócej z lewej – zauważył po chwili.
Helmut poprawił może trzy milimetry. Fineasz przyjrzał się efektowi, lekko przekrzywił głowę i skinął z uznaniem. Teraz mógł składać przysięgę. -
Maxim bardzo solidnie przygotował się do służby w wojsku, a przynajmniej zrobił to co mógł aby takim się czuć. Doskonale zdawał sobie sprawę z potęgi plotki i ubarwiania opowieści, także poza rozmowami w wojakami i strażnikami których w Tabeku trochę było, postudiował wiele ksiąg które o wojennym życiu traktowały. Nie starał się przyswoić sztuk walki czy taktyki wojskowej, bardziej interesowały go przyziemne sprawy. Dlatego też, nauczony doświadczeniem ( nie swoim), już wcześniej wyposażył się odpowiedni ekwipunek. Za niedługo osobiście miał się przekonać, jak wysoko cenione jest świeże mięso - zdarzyło się to w momencie dobierania munduru
- Co to $#%2 jest? Dziecko mi przysłali?
Maxim poprawił oprawki, odchrząknął i jął perorować:
- Nie proszę Pana. Nazywam się Maxim Mees, jestem doktorantem uniw..
- Czy ja Cie o coś pytałem
- Właściwie to ...
- Właściwie to zawrzyj gębę i zejdź mi z oczu.Zrezygnowany okularnik oddalił się aby spróbować założyć na siebie szmaty które otrzymał.
Kątem oka zauważył dwójke jegomości wyglądających jak wyrwanych z bankietu. Zainteresowało go to że jeden z nich dość sprawnie reperował "mundury". Szlachta, to było pewne, herb, trzeba znaleźć herb...- Kłaniam się nisko mości Państwu. Panowie wybaczą, nie znamy się, ale jak widać będzie nam dane razem służyć. Nazywam się Maxim Mees, skryba, inżynier, cyrulik, każdego fachu zaznałem po trochu podczas swego długiego życia.
Max nie miał zamiaru tak od razu prosić o przeróbkę, liczył że osoba dobrze wychowana sama zaproponuje pomoc widząc nieład odzienia i związany z tym dyskomfort.
- Przybyliśmy wraz z moim kuzynem a i zarazem odnalezionym po latach druhem, pozwolicie Panowie że przedstawię: Gerhard Adlerhorst. Zacny i porządny to mąż, tyle rzec muszę ja, gdyż przez wrodzoną skromność, sam o sobie nie wyobraża sobie tak powiedzieć. Młody człowiek, to prawda, lecz pełen zapału i wigoru.
Szkolenie wojskowe Maxim przeszedł dość ... cieżko. Nie że nie spodziewał się jak będzie, po prostu, zwyczajnie, zupełnie inaczej się słucha o trudach żołnierskiego życia a inaczej go doświadcza. Dobrze że był z nim Gery, kuzyn robił swoje i na prośbę samego Meesa, nie starał się mu pomagać, niemniej jednak dobrze było mieć wsparcie kogoś znajomego, któremu można poskarżyć się na brud, głód u znój - oczywiście siarczyście przy tym przeklinając, aby nie wyjśc na mięczaka. Tyle słów na K, na Ch, i na J to w całym swoim życiu nie wypowiedział.
- Kurna! Cholera! Ja wale!
Pozostałym rekrutom, jak i obstawie fortu, Maxim pokazał się jako mały, chuderlawy z wyglądu i przemądrzały, lecz równocześnie faktycznie inteligetny, karny, podporzadkowany, zwinny i silny, mimo swego niskiego wzrostu oraz dziecięcej wagi.
-
Gerhard Adlerhorst był człowiekiem wielkim jak dąb, silnym jak byk i spostrzegawczym jak orzeł. Nic dziwnego, że w rodzimych stronach nazywali go Eiche. To że nosił włócznię ze sobą tylko dopełniało jego miana, wszak Gerhard oznaczało silnego włócznią, ale czy była na tym łez padole lepsza broń?
Jego lekko oliwkowa skóra nadawała mu odcień opalenizny i wskazywała na przybysza z południowych prowincji Imperium, tam gdzie jeszcze można było zaznać słońca o tej porze roku. Z czasem się jednak blade twarze Ostlandu zdziwią, bo i w środku zimy będzie tak wyglądał.
Zapisanie się do fortu Strielfort u Leopolda Litzblicka było formalnością, wszak w otoczeniu chłopów oderwanych od pługa i cwaniaczków chcących zimę przeżyć na wojskowym wikcie, człowiek o takim wyglądzie fizycznym wyróżniał się co nie miara. Na koniec po podpisaniu dokumentów dał znać, że ma wieści dla komendanta kapitana Bergera i czy mógłby kapitanowi dać znać jak przybędą na miejsce. Co prawda lekko zaskoczył tym rekrutera, ale dostał zapewnienie że przekazać informację przekaże. Wyjaśniało to też jakoś skąd człowiek z Talabheim znalazł się tak daleko w Ostlandzie. Zresztą, to było Leopolda nie pierwsze rodeo i dobrze wiedział, że zbytnia ciekawość dokłada mu jedynie obowiązków, toteż o nic więcej nie pytał.
Jakie jego zdziwienie było, gdy przed karczmą spotkał swojego starszego kuzyna, lata się nie widzieli
- MAXIMUS! - niemal ryknął widząc małego okularnika, a ściskając go na powitanie tamten zapewne martwił się o swoje żebra.
- Ty też w Ostlandzie? Choć, przejdziemy się, tu kolejka długa i karczma rekrutami zajęta, co tu robisz? Ile to ja Cię lat nie widziałem, sześć, może więcej? Na pewno zanim tatko mnie do świątyni oddał. - rzekł i poszli zrobić rundkę dalej od karczmy, raz że Dassel nie znali, więc okazja była poznać, a dwa że lepiej było rozmawiać tam gdzie mniej uszu.
Szoku doznał, słysząc że uczony kuzyn też się zaciąga do armii i to w biednym zimnym Ostlandzie, ale lżej mu się na duchu zrobiło, wiedząc że nie będzie tam sam. Choć był to jakiś pomysł, z jego wzrostem w innej prowincji miałby trudniej a zapewne kogoś z jego wszechstronnym wykształceniem w forcie nie mają. Kuzyn lata na uniwersytecie spędzał i nie ciągnęło go do lasu jak innych w Talabheim, garba by dostał od tego ślęczenia nad książkami gdyby był wyższy.
- Rad jestem Cię widzieć kuzynie. Trzymajmy się razem to szybko minie to szkolenie.
- Ja? Dobrze wiesz, że Myrmidia to nie tylko słowa, ja sobie tego miejsca nie wybrałem, ale mnie przez życie prowadzi Bellona Myrmidia i nic mi do tego poza akceptacją wyznaczonych ścieżek. Zresztą jak zapewne wiesz Księga Wojny ma dwadzieścia siedem różnych przekładów. Znając Ciebie przeczytałbyś wszystkie, ja jednak wolę odmrozić sobie tyłek w Ostlandzie robiąc coś praktycznego, naprawdę nie mam co narzekać.
W drodze do fortu Eiche dużo bardziej słuchał niż mówił, zwykle miał to w zwyczaju gdy nie był pewny otoczenia, rozglądał się i jednocześnie przysłuchiwał co mówią inni. Zastanawiał się skąd ta nazwa, fort jakby nie patrzeć miał nazwę iście Kislevską. Zapytał o to kuzyna, ale nie byli pewni. Teren możliwe że był kiedyś w rękach sąsiedniego kraju i po prostu został we władaniu Imperium. Może. Może po budowie poznają, choć tu w północnowschodnim Ostlandzie szkoła inżynieryjna pewnie czerpała więcej z doświadczeń mroźnych tajg Kislevu niż nauk inżynierów szkół z południa, zarówno Tilei jak i Nuln. Wszak śnieg to problem północy.
- Już niebawem ujrzycie Strielfort, świeżynki. Ostatnie chwile w cywilu - zakpił jeden z żołnierzy, z drwiną w głosie, niezbyt zachęcającą do bliższego zapoznania się.
- Dużo problemów sprawia Las? - zdecydował się zapytać żołnierza Gerhard, reputacja o Lesie Cieni nie ominęła i jego. Co prawda i w Wielkim Lesie w głębi czaiły się niebezpieczeństwa, z zwierzoludźmi i bandytami włącznie, to nikt nie opowiadał o nim z taką trwogą jak o lesie okalającym Góry Środkowe.
Fort sam w sobie nie zrobił na Eiche wrażenia, ani dobrego ani złego, porządna robota, odpowiednio podmurowany, w dobrym miejscu bo na wzgórzu, więc i trudniej go zaatakować i mniej las trzeba było karczować. Blisko granicy. Ogólnie postawiony z rozmysłem. Jedynie wyglądało na zbyt nowe by należało kiedyś do Kislevu, mhm, no to Gerharda zaskoczyło, ale nigdy do nauki języków się nie przykładał. Tileański jak kiedyś w końcu ogarnie to będzie cud.
- Miau, miau kurwa - pomyślał jak usłyszał żołnierską brać przezywającą rekrutów. Trochę się zdziwią jak stanie obok nich. Lubił ten moment niepewności jaki wzbudzał swoją posturą.
- Maxim, jakby Ci kto dokuczał to daj mi znać - oznajmił kuzynowi.
Kolejne czynności wiele nie zabrały, Litzblick ich oprowadził ścieżkami aż trafili przed kwatermistrza by odebrać wojskowy ekwipunek.
- Dzięki Panie Litzblick - odpowiedział Gerhard na "Powodzenia" zasłyszane od rekrutura, poza uprzejmością chciał się też tym przypomnieć jego pamięci, wszak uzgodnili coś podczas rekrutacji.
Otik Beuer do najprzyjemniejszych ludzi nie należał, co było typowe dla osób odpowiedzialnych o zasoby, to na jego barkach spoczywało odmawianie wydzielenia dodatkowych rzeczy i planowanie zimy, a ciężko się mówi nie osobom wyżej w hierarchii, coś co wiedział i Eiche, od tego człowieka zależało w jakiej kondycji mieszkańcy fortu przejdą zimę. A i mówienie nie po raz setny różnym ludziom męczy. Widział to w dzielnicy kupieckiej wśród urzędników, maniera gbura pozwalała oszczędzić sobie zbędnych rozmów, których koniec i tak był do przewidzenia. Dlatego nie utrudniał, bez słowa dał się zmierzyć, zadowolony że w ogóle mieli jego rozmiar.
- Dziękuję - zakończył wizytę u kwatermistrza, to było jedyne słowo jakie wypowiedział w jego stronę i czym prędzej zniknął mu z oczu.
Sierżant Otto dotrzymał słowa i od kolejnego dnia zaczęły się mordercze treningi. Gerhard wyróżniał się krzepą toteż radził sobie nieźle, w wspinaczce też miał łatwiej ze względu na wzrost. Najgorzej mu szło z jeździectwem, bo i w walce szkolony i z rzeką Talabec zaznajomiony był, choć nigdy do pływania go nie ciągnęło w przeszłości. W życiu by nie przypuszczał że to podstawowa zdolność do ogarnięcia przez żołnierza, ale widać w Ostlandzie mokradeł nie brakowało i ważne było by z wodą ich zaznajomić.
Eiche sam z sobie był mało rozmowny, szczególnie gdy ludzi nie znał, toteż rozmowy i zagadywanie innych zostawiał swojemu kuzynowi, często jedynie stojąc obok lub zdawkowo odpowiadając na pytania. Przy okazji chciał by inni zrozumieli że Maxim jest pod jego ochroną, i jeśli coś zrobią jego kuzynowi z nim będą mieli do czynienia. Po tylu latach zresztą, dobrze było mieć towarzystwo rodziny, nawet jeśli dalszej bo kuzyn drugiego stopnia.
Przez cały miesiąc nikt nie zaprowadził go do kapitana, trochę go to martwiło, zastanawiał się czy Litzblick pamiętał o ich rozmowie w Dassel, nie mógł jednak pozwolić sobie na pośredników, nie takie miał polecenie i nie wiedział jakie relacje panują między oficerami. Czekał na okazję, miesiąc nic nie zmieni, był na miejscu, a spodziewał się komendanta obozu obecnego na ich zaprzysiężeniu.
- Przybyliśmy wraz z moim kuzynem a i zarazem odnalezionym po latach druhem, pozwolicie Panowie że przedstawię: Gerhard Adlerhorst. Zacny i porządny to mąż, tyle rzec muszę ja, gdyż przez wrodzoną skromność, sam o sobie nie wyobraża sobie tak powiedzieć. Młody człowiek, to prawda, lecz pełen zapału i wigoru. - rzekł o nim Maxim pewnego dnia gdy przyszło im rozmawiać z kimś kto zdawał się mieć własnego sługę w obozie, choć żadnego "von" na placu nie słyszeli, a tego by spodziewali się po szlachcicu.
- Już nie taki młody kuzynie, mówcie mi Eiche - odpowiedział wywołany do tablicy przez krewnego. Trochę go zaskoczyła ilość komplementów, ale Maxim lepiej znał się na etykiecie od niego, toteż przyjął je cierpliwie bez prób podziękowania czy grzecznościowego zaprzeczania przy nowopoznanych. -
W drodze do Fortu
Albrecht Sweinssen był młody, ale czy na tyle młody, by nie zostać przyjęty do wojska? To mógłby wiedzieć tylko rekruter, ale czy młodzian powiedział mu prawdę? Oficjalnie? Szedł do wojska z patriotycznej potrzeby. Z przekonania, że tu, w Ostlandzie, na granicy Świętego Imperium jego umiejętności najbardziej się przydadzą. Z racji, że najwyższa pora przestać się ukrywać w taborze i podjąć stanowcze kroki. Z przeświadczenia, że norsmeni i zielonoskórzy już zbyt długo zagrażali ziemiom spokojnych ludzi i należało ich wyplenić do gołej ziemi… Taka przynajmniej była oficjalna wersja i Litzblick nie miał czego się przyczepić. Prawda jednak była dużo bardziej kalkulowana, chłodna i przyziemna niż mogło to się wydawać. Prawda, którą młody Albrecht trzymał dla siebie i tylko siebie… Przynajmniej do czasu.
Spacer był nawet przyjemny, choć męczący, nużący, ale dawał pogląd na to jak będą traktowani. Przynajmniej z początku. Rozmokła droga, błoto lepiące się do butów i ubrania. Całe szczęście nie padało. Taki plus, skąd inąd. Szedł uśmiechając się pogodnie do siebie. Ten uśmiech był czymś co wiedział, że Strielfort mu nie odbierze. Święcie wierzył w swój uśmiech. W to wewnętrzne przekonanie kotłowanego spokoju ducha, że nie ważne co by się działo należy się uśmiechać. Uśmiech dodawał otuchy sojusznikom, a wrogów wpędzał w niepokój i sprawił, że dwa razy się zastanawiali. Poza tym? Jak się człowiek uśmiechał to i lżej mu było. Ot, po prostu.
Sweinsson wiedział, aż nadto dobrze, że czeka go katorga szkolenia, a wielu nie dotrwa końca. Niektórych już wytypował w trakcie marszu. Co do innych miał podejrzenia. Nie mniej, choć wielce go korciło nawiązywać już teraz znajomości to z wysiłkiem woli się powstrzymał, a był to wyczyn nie mały. Obiecał jednak to sobie, że kroki poczyni po przysiędze. Wtedy stali żołdacy inaczej na niego spojrzą. Jak i podoficerowie. Wątpił by zobaczył najważniejszą osobę od której zależały jego dalsze losy, kapitana, w najbliższej przyszłości… Póki co to był nic nie znaczącym pyłkiem, ale miał czas. Miał czas…
Miesiąc Katorgi
Miesiąc. Bity miesiąc mordęgi przeplatany chwilami teorii i rzadkim czasem na odpoczynek. Uśmiechanie momentami okazywało się trudne, ale mimo wszystko starał się je uskuteczniać. Wszystko dlatego, bo wiedział, że to wszystko tymczasowe. Że najlepsze rzeczy w życiu czekają dla tych którzy wytrwają. Że bogactwo tego świata oczekuje na cierpliwych, a on był ciepliwy. Starał się wspierać innych słowem, gdy ci zaczynali odpadać. Jednak? Szybko nauczył się, że kto raz pomyśli o upadku ten zazwyczaj chwyci się ziarna tej myśli i będzie do niego dążył z uporem maniaka. Coś o naturze ludzkiej, którą przyszło mu obserwować z boku.
Podczas ćwiczeń fizycznych dał się poznać jako ten słusznego, blisko sześciostopowego wzrostu podrostka o przeciętnej, no może trochę po szczupłej stronie, młodzieńca. Waga może nie piórkowa, ale nie taka daleka od niej. Nie mniej, wykonywał rozkazy sprawnie, a najlepiej sobie radził z zadaniami siłowymi. Później kondycyjnymi. Na końcu natomiast nie wyróżniał się niczym jeśli chodziło o szeroko pojętą gibkość.
Niektórzy patrząc z boku mogli odnieść wrażenie, że ból i cierpienie, którego doznawał przez ten miesiąc… sprawia mu przyjemność. Uśmiechał się, bo wiedział, że przetrwa. Że zyska to za czym przyszedł do wojska. Czuł już to, wewnętrznie żył jakby już to miał i dalej. Dlaczego sabotować przyszłość, gdy już się w niej było na sercu, umyśle i duszy? Było tyle kruszcu do zdobycia. Tyle dób do pozyskania. Tyle znajomości do nawiązania… a wszystko to było na wyciągnięcie ręki już teraz. Jedyne czego potrzebował to przetrwać szkolenie i odsłużyć kilka lat. Potem? Świat, ten wielki, nieubłagany i kuszący świat pełen dziwów, i dostatków, był jego.
Przed Zaprzysiężeniem
Miesiąc minął i przez miesiąc trzymał się głównie siebie. Za dobrze wiedział jak ludzie słabej woli się wykruszają i osiadają na laurach, ale nie on. Sam fakt, że tu był i dotrwał świadczył sam o sobie. Co zrobić, że kierowany wyższą potrzebą zaciągał się do armii? I to takiej, gdzie płacą psie grosze? Takiej, gdzie będąc zwykłą ciurą zarabiałby na czysto więcej? To nie miało znaczenia. Teraz, a raczej niedługo i stanie się żołnierzem i miał zamiar być w tym najlepszy. W końcu przyświecał mu szczytny cel, co nie?
Patrzył po ludziach z którymi przyszło mu dzielić namiot zastanawiając się co ich pchnęło ku temu kroku. Panicz jakiś z starzejącym się służącym… służącym? Szczerze? Człowiek dąb i jego spokrewniony żak. Kobitka… musiał przyznać była to dość kolorowa zbieranina. Na tyle kolorowa, że nie był w stanie ogarnąć myślą co też bogowie, jeśli w nich wierzyli, mieli w planach do wojska ich posyłając i widać sprzyjając skoro wytrwali do teraz.
- Lada moment się zacznie. – powiedział łagodnym uśmiechem.
Lada moment… i przyjdzie mu najprawdopodobniej zobaczyć kapitana. Nie dziwił mu się. Po co marnować czas na rekrutów i zwykłych trepów? Od tego miał ludzi. Nie mniej, Ten-Który-Krążył-Z-Taborem wiedział, aż nadto boleśnie, że będzie miał do niego sprawę. Nie za rok. Raczej nie za dwa… Trzy, czy może cztery? Czas nie miał wielkiego znaczenia kiedy patrzyło się w przyszłość. Życie było wędrówką, a wędrówka znaczyła jedno. Zmienną pogodę, koleiny, kamienie i błoto. Sweinsson nie raz w życiu się ubrudził by podziwiać urok wędrówki, a ten miesiąc miał być zaledwie przedsmakiem.
-
Spanie w zatłoczonych przestrzeniach nie było dla Klary nowością. Niejednokrotnie, gdy oddział oficera Konrada Reissnera, jej byłego pracodawcy, złapał deszcz, burza, czy wcześniejszy zmierzch, żołnierze rozkładali na tymczasowym obozowisku tylko tyle namiotów ile potrzeba. W takich sytuacjach oficer nawet nie wymagał, aby rozstawiać jego osobisty namiot. Oddział resztę dokończał o świcie, bądź gdy pogoda trochę się uspokoiła. Także spanie we wspólnej izbie karczmy nie wywarło na niej specjalnego dyskomfortu, jak co niektórym, co zauważyła poprzez wiercenia i marudzenie niektórych kandydatów.
Przygotowując się do wymarszu kolejnego dnia, w przeciwieństwie do rozmowy z Litzblickiem, przyszykowała sobie nie swoje najlepsze ubrania, a te które najczęściej zakładała do pracy, już trochę znoszone, przetarte i gdzieniegdzie załatane. Doskonale znała jak wyglądają tutejsze trakty, w końcu niejednokrotnie je przebywała, co prawda najczęściej w wozie razem z Panem Reissnerem, a nie pieszo, jednak widok ubłoconych żołnierzy po skończonym wymarszu podpowiadał jej, że ubranie, które założy, gdy w końcu dotrze do celu, nie będzie w najlepszym stanie.
Mimo faktu, że wielokrotnie widziała, gdy wędrują podwładni jej byłego szefa, nie spodziewała się takiego trudu. Początek nie był najgorszy, ale z każdą kolejną godziną robiło się jej coraz ciężej. Kostki wykręcające się na nierównościach traktu i zapadające się w błocie buty, próba nadążenia kroku za wozami, niejednokrotny wiatr od strony lasu. To wszystko sprawiało, ze Klara dzisiaj nie była Klarą. Zwykle z przyzwyczajenia obserwowałaby okolicę, rozglądałaby się, aby zobaczyć jak wygląda trakt przed nimi, a czy to czegoś nie zauważy, albo nie wyczuje od strony drzew, gdyż wiedziała co tam się znajduje i na co trzeba uważać. Teraz skupiała się głównie na tym, aby iść prosto i się nie potknąć o własne nogi. To był pierwszy moment, gdy pomyślała, czy aby na pewno dobrze zrobiła zaciągając się do wojska. Co innego mieć wiedzę wojskową i doradzać komuś doświadczonemu, a co innego samemu wojować. Dlatego w momencie, gdy usłyszała głos kpiącego żołnierza, że za chwilę będą u celu, nawet nie zwróciła uwagi na fakt, jakim tonem to powiedział, a zwyczajnie uśmiechnęła się z ulgą, że zarówno jej ciało, jak i umysł będą miały szansę do odpoczynku.

Widok samej twierdzy ponownie nie zrobił na niej żadnego wrażenia. Budowla jakich dużo, nie wyróżniała się niczym nadzwyczajnym, a przynajmniej z tych, które samej jej było ujrzeć. Takie samo wrażenie wywarły na niej docinki żołnierzy. Oficer Reissner starał się ucinać takie zachowania w swoim oddziale, jednak wojsko miało swoje prawa i gdy przełożony był nieobecny, mężczyźni mimo zakazu, siarczyście sobie docinali takimi tekstami, szczególnie do młodego wojska. Nawet uwaga o kobietach nie była dla niej dziwna, w końcu płeć żeńska w wojsku to nie codzienność. Jednak gdy usłyszała kobiece imię, odwróciła się w stronę, skąd usłyszała to słowo. Nie miała pojęcia, kto to powiedział, bo ciężko było wyłapać, który z mężczyzn z grupy to był. W zasadzie nie interesowało ją to, bardziej miała nadzieję zobaczyć ową Olgę. Niestety nie udało jej się dostrzec omawianej pani i nie miała okazji, aby bardziej się rozejrzeć, bo kolumna stanęła przed stajnią i rekruci ruszyli za Leopoldem.
Przedstawiony kwatermistrz Otik Beuer był rodzajem człowieka, którego nie uświadczyłoby się w oddziale Konrada, dobierał on tak ludzi, aby nastroje wśród nich były pozytywne. Otik nie wzbudzał optymizmu ani swoim wyglądem, ani zachowaniem. Niemniej to przy nim Klara dostała pierwszą nauczkę. Relacja z jej oficerem nie była standardowa, ona nieświadomie podsuwała mu pomysły i uwagi, a on nieświadomie brał je za swoje. Stąd, gdy młoda rekrutka zobaczyła, że kolejny żołnierz dostał raczej niezbyt dopasowany do siebie mundur to nie wytrzymała.
- A może, gdyby żołnierze przymierzyli mundur przed odejściem, byłyby lepiej dopasowane? - Ciężko było stwierdzić, czy powiedziała to do siebie, do innych rekrutów, czy do samego kwatermistrza, ale ten ostatni uznał to nie za jakże użyteczną poradę, a jako dosyć mocny przytyk. Oberwało jej się splunięciem pod buty, kilkoma soczystymi słowami i uwagą, że niedoszły rekrut, a tym bardziej kobieta gówno ma tu do powiedzenia, a i równie tyle samo wie o mundurowaniu żołnierzy. Klara zrobiła się nieco czerwono, gdy większość towarzyszy podróży na nią spojrzało, a następnie odruchowo sięgnęła do upięcia koka, sprawdzając czy na pewno się nie rozpada.Krzyki i obelgi Beuera to nie była ostatnia rzecz, jaką ją pokarał, a przynajmniej w jego mniemaniu. Klara była drobną kobietą o niskim wzroście, więc dla kwatermistrza była to idealna wymówka, aby powiedzieć, że nie ma takiego rozmiaru, więc wręczył jej o wiele za duży i to wyjątkowo podarty. Była służąca nawet się nie ważyła zająknąć ponownie, wzięła co jej dali i ruszyła czym prędzej się da. Mundur był naprawdę w fatalnym stanie, ale było coś o czym rudzielec nie mógł mieć pojęcia. Klara była córką krawca i zaznała nieco tego fachu, a dodatkowo jednym z wielu zadań Klary było utrzymywanie ubioru swojego i oficera w odpowiednim stanie, więc szycie, cerowanie i przerabianie mundurów do aktualnej sylwetki jej przełożonego, to była norma. Dlatego, gdy później już na spokojnie w namiocie mogła przyjrzeć się dokładniej swojej nowej "zdobyczy" zauważyła, że duży nadmiar materiału, którego będzie musiała się pozbyć, aby mundur chociaż jako tako na niej leżał i nie wyglądał, jak zwykły worek, idealnie nada się do łatania wszelkich dziur.
Zasady wyłuszczone przez sierżanta Russela były jej doskonale znane, więc nie dowiedziała się od niego niczego innowacyjnego, w stosunku do tego jakie miała nawyki. Co prawda we wcześniejszej pracy nie miała ścisłej hierarchii wojskowej, a jednego przełożonego, to doskonale wiedziała do kogo i jakim tonem wolno się jej odezwać. Lata obserwacji robiły swoje. Ponownie chciała coś powiedzieć, dodając coś od siebie, gdy zauważyła element, który można by poprawić w działaniach, ale na szczęście złapała się na tym i ugryzła w język. Siarczyste uwagi kwatermistrza dalej przyprawiały ją o rumieńce, a nie chciała też zostać zapamiętana na początku żołnierskiej kariery, jako ta, która odzywa się nie pytana. Zdecydowanie musi nad tą kwestią popracować.

Gdy został wskazany jej namiot, w którym ma spać, natychmiast zauważyła, że coś tu nie pasuje. Ona i pięciu mężczyzn. Do tej pory też nie miała osobistego namiotu, bo przebywała w namiocie razem z oficerem, ale w nim miała oddzieloną przestrzeń wyłącznie dla siebie. Rozmiar tego namiotu dawał w powątpiewanie, że i tak będzie tutaj, ale z minimalną nadzieją zajrzała do środka i to co zauważyła, tylko potwierdziło jej obawy. Sześć miejsc do spania i prawie nic poza tym. Chcąc zaprotestować, wyszła na zewnątrz. Nie miała już komu się poskarżyć na warunki, bo sierżant odszedł gdzieś z resztą żołnierzy. Chciała go poszukać, ale automatycznie przypomniały jej się jego słowa o narzekaniu i szybko odrzuciła ten pomysł. Zrezygnowana wróciła do swojego nowego lokum z nadzieją, że jakoś to będzie.
Z każdą kolejną godziną pojawiały się natomiast coraz to inne problemy. Wspólne latryny, studnia i niewiele poza tym. Zero prywatności, albo prawie zero. Ani tu się załatwić, ani umyć, ani przebrać. Zupełnie nie to do czego przywykła w wojsku. Wychodzi na to, że jako służąca wysokiego rangą miała znacznie więcej przywilejów, niż jej się zdawało. Zmęczona po drodze usiadła na pryczy, zdjęła okulary i zaczęła uciskać nasadę nosa myśląc, jak rozwiązać jej obecne problemy. Po nieco dłuższej chwili, gdy usłyszała rozmowę dwóch mężczyzn, o nieco dziwnej relacji jak na nowych rekrutów, na temat naprawiania podziurawionych mundurów, stwierdziła, że to wcale nie jest głupi pomysł. Zabrała się za przeszywanie własnych łachów, bo inaczej tego tak naprawdę nazwać się nie dało. Na szczęście miała naprawdę duży nadmiar materiału, z którego mogła zrobić niezły użytek. Załatała nim co większe dziury, a całą resztę schowała pod pryczę, będąc pewnym że w przyszłości na pewno jeszcze się przyda, a między czasie wpadła na pomysł jak uporać się z dzisiejszym dniem, a co będzie jutro, to będzie się tym martwić jutro.
Gdy większość poszła do studni po wodę jeszcze zanim zapadł zmrok, aby móc się umyć, czy to wyprać własne ubrania, tak Klara zrobiła to dopiero gdy słońce całkowicie zaszło. Nie było to jednak najlepsze rozwiązanie, bo dwa razy potknęła się wylewając wodę z wiadra idąc od studni do miejsca, gdzie chciała się umyć i musiała wracać się, aby nabrać ją jeszcze raz. Chciała natomiast zachować chociaż namiastkę prywatności, gdy była zmuszona rozebrać się, aby zmyć z siebie kurz i błoto z podróży. Nie obyło się bez gwizdów i inteligentnych uwag od żołnierzy, którzy udali się na wieczorne przechadzki w ciemności przypadkowo na nią trafiając, a szczególnie tych, którzy zdecydowanie byli pod wpływem różnych trunków. Klarze pozostało jedynie znów się zaczerwienić i przyśpieszyć ruchów. W momencie powrotu do namiotu wszyscy już spali, albo przynajmniej udawali, więc na spokojnie mogła się przebrać na swojej pryczy w ciemności.

Pierwszy poranek nie był dla niej zaskoczeniem. Trąbka informująca o wschodzie to była dla niej norma i zanim zagrała, kobieta była zwarta, ubrana i gotowa. Po pierwsze zawsze wstawała przed pobudką, aby przyszykować rzeczy dla swojego przełożonego, a po drugie chciała obudzić się przed wszystkimi, by móc ubrać się bez ich wzroku skierowanego w jej stronę. Udało jej się to, a wraz z trąbką i pobudką innych, wyszła z namiotu, jednocześnie dając panom nieco prywatności. To był pierwszy i ostatni taki poranek. Dzień szkoleniowy należał do tak bardzo intensywnych, że po całym dniu ćwiczeń wszelakich, Klara była zwyczajnie wymęczona i obolała. Zarówno stan jej munduru, jak i jej samej wymagał ponownego umycia się i uprania, z czym znowu poczekała aż się ściemni, pomimo opadających powiek i chęci położenia się.
Nie obyło się to bez konsekwencji. Na drugi dzień nie udało jej się obudzić samoistnie, jak to zwykle miała w naturze. Obudziła ją trąbka i słowa sierżanta Russela. Nie chcąc przebierać się wśród mężczyzn poczekała, aż oni zrobią swoje i opuszczą namiot. Starała się na nich nie patrzeć, ale w ciasnej przestrzeni nie było to takie łatwe. Tak więc, gdy zaczęła się ubierać dopiero, gdy namiot opuścił ostatni z panów, sprawiło to, że w porównaniu do poprzedniego dnia, z pierwszej na apelu, pojawiała się jako ostatnia i to znacznie po wyznaczonym czasie, co oczywiście nie umknęło uwadze sierżanta i karą w postaci dodatkowych kółek wokół fortu, gdy wszyscy już mogli pójść ogarniać swoje wieczorne sprawy. Odbiło się to tym, że położyła się jeszcze później spać, a także faktem, że na drugi dzień nie obudziła ją nawet trąbka i musiał budzić ją jeden z jej towarzyszy w namiocie. Chciała mu później podziękować, jednak nie zdążyła zauważyć, kto to był, a nie chcąc się wygłupić, po prostu nie zrobiła tego wcale.
Oczywiście kolejny dzień z rzędu się spóźniła, co zostało zauważone chyba przez wszystkich. Miała też podejrzenia, że dobieranie w pary także nie było przypadkowe, szczególnie podczas czołgania z towarzyszem na plecach. Dziwnym trafem ją, jedną z najdrobniejszych, jak nie najdrobniejszą w grupie rekrutów, sparowano z największym mężczyzną wśród nich, a którego zdążyła poznać ze swojego namiotu, a mianowicie Gerhardem. Patrząc na jego wzrost i muskulaturę, odnosiła wrażenie, że ma w sobie krew gigantów. W pierwszej kolejności to ona znajdowała się na jego plecach. Adlerhorst zdawał się jakby nawet nie odczuć tego, że coś go obciąża, tak jakby w ogóle jej tam nie było. Co innego było, gdy zamienili się rolami. Umięśniony facet ważył chyba znacznie więcej i przykrywał ją w całości. Idealnie zdałby się jako tarcza lub osłona, ale zdecydowanie nie jako ranny do transportu. Próby jego pomocy podczas czołgania Klary, czy to celowe, czy intuicyjne, były szybko zauważane i natychmiast ukracane, więc musiała ostatecznie radzić sobie sama, co kończyło się późniejszym kończeniem zadania.
Tego dnia była tak zmęczona, że nawet nie miała siły się myć, ani przebierać. Tak jak wróciła do namiotu, tak położyła się na pryczy i zasnęła myśląc, że chyba jednak zrezygnuje ze szkolenia i to nie dla niej. Kolejny dzień okazał się jednak łaskawszy. Może brudna i nieumyta, ale za to wyspana i gotowa, bo nawet nie musiała się przebierać, więc zameldowała się na apelu znacznie wcześniej. Mimo wszystko już została zapamiętana za swoje spóźnialstwo, więc przy biegu z kamieniami w jej plecaku znalazł się o jeden lub dwa kamienie więcej niż u innych, bądź zwracano jej uwagę na coś, co u innych by przeszło. Mimo wszystko ten dzień przeszła z inną werwą i postanowiła nieco zmienić podejście. Tego popołudnia czekając na obiad zauważyła też Olgę, bo tak się ktoś do niej zwrócił. Drobna kobieta, która była regularnym żołnierzem. Jest twarz miała chłodny wyraz, zupełnie inna niż Klary, ale nie to dla dziewczyny było teraz najważniejsze. Kobieta, bliska jej postury, i poradziła sobie. Z tą myślą powiedziała sobie, że da radę.
I tak mijały jej kolejne dni, raz ciężej, raz lżej, ale już się nie spóźniła ani razu. Przez jeszcze jeden dzień postanowiła, że położy się w mundurze, ale kolejnego jak poczuła sama siebie, zmieniła taktykę. Postanowiła, że musi się przemóc i przestać zwracać uwagę na mężczyzn, którzy mogą ją przypadkowo zauważyć podczas kąpieli, bądź załatwiania. Pierwsze dni były ciężkie, a z każdym kolejnym radziła sobie coraz lepiej. Jak początkowo osłaniała się, gdy ktoś przeszedł obok, tak później robiła to, aby tylko szybciej skończyć, nie zwracając uwagi na niemiłe docinki. Również w namiocie przebierała się też bez oporów i chyba wcześniej zbyt mocno przykuwała do tego uwagę. Czasu było tak mało, że jej towarzysze bardziej zajęci byli swoimi sprawami, niż tym, czy ona ma już założone majtki, czy nie.
Z całego tygodnia, nie licząc dnia świątecznego, najbardziej lubiła dzień targowy i teoretyczną część. Hierarchię wojskową znała od góry, więc nie musiała poświęcać na to tyle czasu, więc mogła dodatkowo odpocząć, a nauka o innych rzeczach pochłaniała ją w całości. Z mijającym także czasem zmieniała się także Klara, zarówno fizycznie jak i z charakteru. Nigdy wcześniej nie miała takiego wycisku i drobna dziewczyna zaczęła zauważać, jak mięśnie staja się bardziej widoczne i staje się bardziej wytrzymała, a ona sama zaczyna zwracać uwagę na zupełnie inne rzeczy niż do tej pory. Dalej na język cisnęły się jej uwagi, co można by zrobić lepiej, albo inaczej, ale po nielicznych uwagach od starszych stopniem, aby zwarzyła gębę, nauczyła się, że nie zawsze warto się odzywać i starała się wyczuć, komu może podsunąć taką uwagę, a przy kim lepiej milczeć. Jednocześnie zauważyła jak naprawdę mało wiedziała o życiu żołnierza u dołu hierarchii. Nie tak sobie to wyobrażała, lecz postanowiła, że nie wycofa się i przetrwa.
Zlewające się dni szkolenia przerywał jedynie ósmy dzień, który wyznaczał, ile tygodni minęło od rozpoczęcia szkolenia. Każdy kolejny odpoczynek informował o zbliżającym się dniu zaprzysiężenia, a on oznaczał, że dotarli do pierwszego ważnego punktu w swoim szkoleniu oraz trzeba odpowiednio przygotować się do tego wydarzenia. W momencie, gdy Klara znalazła dłuższą chwilę wolnego, wyjęła spod pryczy pozostałe kawałki materiału, połatała dziury i ponownie przeszyła swój mundur w taki sposób, że tylko sprawne oko krawca dostrzegłoby, że początkowo był przeznaczony dla dużo większego żołnierza. Na koniec pozostało jej kilka niewykorzystanych kawałków, ale tym razem nie zamierzała ich chować.
- Gdyby ktoś potrzebował materiału na łaty, niech śmiało bierze. - Odezwała się do pozostałych mieszkańców namiotu, wskazując odłożone skrawki. - Jestem też w stanie pomóc, gdyby ktoś miał problemy z szyciem.
-
Dzień podatków, 1 tydzień czasu sigmara, 2520 KI.
Strielfort, Triefplatz, godzinę przed zmrokiem.
Dzisiejszego dnia trening był szczególnie ciężki, zupełnie jakby Sierżant Russel zaliczył kolejny poziom mściwości. Albo celowo chciał upokorzyć, sprowokować, lub wycisnąć z poborowych ostatnie poty. Zupełnie jakby każdy kto bierze udział w szkoleniu, miał sięgnąć dna, a potem z łopatą wkopać się jeszcze głębiej niż dno. Zupełnie, jakby rekruci mieli jutrzejszego dnia nie być zdatni do absolutnie żadnej aktywności.
Bieg przełajowy w pełnym oprzyrządowaniu i z plecakiem pełnym cholernych kamieni wokół Strielfortu ciągnął się niemiłosiernie. Stopy bolały, kolana rwały, mięśnie niemalże odchodziły od kości, a rekruci zataczali się i z trudem łapali oddech, gdy zarówno serca jak i płuca zgłaszały zdecydowany protest. Nikt jednak nie wypluł płuc, ani nie zatrzymywał się. Z wielkim trudem, niekiedy zataczając się, ale dotarli do końca, przebiegając przez główną bramę fortu. Wszyscy mieli świadomość, że jak padniesz - już nie wstaniesz. A jak nie ukończysz zadania, dostaniesz więcej nadprogramowego treningu za wylegiwanie się w trakcie.
Wreszcie padła ta upragniona komenda.
-Rekruci! Na triefpaltz! Koniec ćwiczeń!Znamiennym było, że Russel nie kazał im stanąć w szeregu na baczność, tylko pozwolił na odrobinę luzu. Dlatego grupa zziajanych, spoconych, wymęczonych rekrutów, po prostu stała zgięta w pół. Ktoś usiadł, ktoś legł. Sierżant dał wszystkim 5 minut, zanim kazał stanąć na baczność. I jak to miał w zwyczaju, z rękoma założonymi za plecami, zaczął przechadzać się przed szeregiem. Było jednak coś osobliwego w tej sytuacji bo nieco za nim, dało się dostrzec inną sylwetkę. Mianowicie sylwetkę Kurta Bergera, Komendanta fortu w randze kapitana, który stał nieco z tyłu i obserwował. Rekruci zdążyli już go zauważyć w trakcie szkolenia, ale wyglądało na to, że Komendant nie interesował się nadmiernie poborowymi, którzy nie ukończyli jeszcze szkolenia. Od tego miał Otto Russela.

Chwilowo jednak Komendant milczał, obserwując poborowych i Russela.
-Rekruci! Zapewne zastanawiacie się, dlaczego trening był dzisiaj wyjątkowo ciężki? Dlaczego płuca palą żywym ogniem, a mięśnie odmawiają posłuszeństwa? - Zaczął Sierżant.
A żebyś kurwa twoja mać wiedział. Co się stało, wstałeś lewą nogą? Śniadanie nie smakowało? Oczywiście nikt nie odważył się jednak przerwać, ani zapytać. Za okazanie braku szacunku przełożonemu zaliczało się dodatkowe okrążenia dookoła fortu, jeżeli nie gorzej.
-Dziś był ostatni dzień szkolenia, rekruci. Z 24 poborowych, ostaliście się wy, 18 ludzi, którzy jutro będą mieli zaszczyt złożyć przysięgę na wierność Wielkiemu Księstwu Ostlandu i oficjalnie stać się żołnierzami na żołdzie Księcia Elektora Valmira von Raukova. Zanim jednak zostaniecie zaprzysiężeni jutro w południe, Komendant Berger chciałby wam coś powiedzieć.- oznajmił Russel i cofnął się kawałek.
Komendant Kurt Berger podszedł bliżej, ale on mówił stojąc w miejscu, zamiast przechadzać się wzdłuż szeregu. Głos miał mocny i dźwięczny.
-Gratuluję dotrwania do końca szkolenia, rekruci, co niewielu poboroym się udaje i samo w sobie jest godnym pochwały wyczynem. Niektórzy z was przyszli tu z ulicy. Inni przekazali Litzblickowi swoje rekomendacje, uwagi czy listy.
Rekruci Hohenwart, Adlerhorst i Kessler mogliby przysiąc, że Berger mówił do nich, ale jego wzrok jedynie prześliznął się po wszystkich twarzach szeregu gładko, nikogo nie zaszczycając dłuższym postojem.
-Tutaj jednak jest Strielfort, tu szkolimy ostlandzką lekką piechotę i nikt nie otrzymuje żadnej taryfy ulgowej. Zastanówcie się dobrze, czy faktycznie chcecie złożyć tę przysięgę, jako iż od momentu zaprzysiężenia, uchybienia będą karane jeszcze surowiej. Będziecie związani z siłami zbrojnymi Ostlandu, dopóki Morr nie wezwie was w swoje bramy na służbie, lub nie będziecie już w stanie utrzymać oręża w ręce. Zdrada płacona jest śmiercią, a Ostland nigdy nie dziękuje. Ostland zawsze wymaga. Brama pozostaje otwarta i wszyscy ci, którzy pozostaną tu do jutra, przestaną być wolnymi ludźmi, a zaczną być żołnierzami. Śmierć, głód, wojna, choroba, to codzienność trepa, a ciężka praca i ambicja pozwalają najsprawniejszym piąć się w górę tej drabiny. Kto ma wątpliwości, niech zabierze co jego i wraca do siebie. - Oznajmił Komendant. Następnie odwrócił się i odszedł w kierunku koszar, nie czekając na reakcję rekrutów.-Słyszeliście Komendanta. Widzimy się jutro z tymi, którzy pozostaną. Odpocznijcie, zjedzcie coś, zabawcie się tego wieczoru, zasłużyliście na to. Rozejść się!
W trakcie szkolenia rekruci zdążyli się zapoznać bliżej. Zdążyli się też dowiedzieć, że najpewniej po zaprzysiężeniu będą stanowić pełne drużyny, a drużyna lekkiej piechoty liczyła 6 żołnierzy i każda miała własnego dowódcę.
Wśród rekrutów znajdowało się kilku charakterników, którzy rzucali się w oczy, a nawet zdawali się prowadzić między sobą jakiś nieformalny konkurs.
Na przykład Nat Mantel i Ekziel Waldgeist - Dwóch łowczych, którzy z sobie tylko znanych powodów wybrali życie żołnierza i rywalizowali ze sobą, oraz z krasnoludką Elgą Wenderbeck w strzelaniu z łuku podczas szkolenia. Przy umownej świadomości wspomnianego Waldgeista, gdyż ciężko było uchwycić przez cały miesiąc moment, w której ów bez potrzeby otworzyłby usta lub zawiązał z kimkolwiek bliższą znajomość. Poza tym Friedhelm Voight, który brylował jako jeden z lepszych szermierzy wśród rekrutów. Chyba tylko Fineasz Hohenwart i Gerhard Adlerhorst byli lepsi w robieniu mieczem... wróć, w robieniu drewnianą treningówką, doważoną za pomocą ciężkiej metalowej śruby w rękojeści. Był też Magnus Schmied, kowal, który, świadomie bądź nie, miażdzył każdemu dłoń przy ognisku i wiecznie był wesoły. No i wreszcie wiecznie gadatliwy Erick Hammerfall, również krasnolud. Wszyscy oni w jednym namiocie.Oczywiście radość z dotrwania do końca szkolenia powoli zaczęła się udzielać i tak na przykład były rzeźnik, Josef, pierwszy wyciągnął, nie wiedzieć skąd, butelkę siwuchy i zaczął razem z chętnymi oblewać sukces. Masorz musiał zmienić pracę przez poborcę podatkowego i oczywiście co chwila marudził na niegodziwość urżedników. Właściwie od razu dosiadł się do niego Bert, chłop ze Smallhof, co umyślił sobie, że będzie żołnierzem. Właściwie natychmiast na wejściu do namiotu stanął Młody - wszyscy go tak nazywali, nikt nie zadał sobie trudu by zapytać go o imię, ale wykonywał mało ambitne, choć potrzebne zadania, jak na przykład pilnowanie, czy Sierżant nie idzie na inspekcję. Chłopak nie miał więcej niż 16 wiosen.
Tak więc, wieczór był jeszcze młody, a rekrutom pozostało odpocząć, być może zabawić się i oczekiwać na dzień jutrzejszy.
-
Fineasz wpadł przez bramę Strielfortu razem z resztą rekrutów w stanie, który miesiąc wcześniej uznałby za ciężkie naruszenie zasad funkcjonowania ludzkiego organizmu. Jakiś niemal niemożliwy i zupełnie nikomu niepotrzebny limit osiągnął już mniej więcej w jednej trzeciej drogi, a mimo to dalej biegł. Plecak ciążył mu niemiłosiernie, nogi miał jak z ołowiu, a oddech rwał się przy każdym kolejnym kroku. Ostatni odcinek pokonał właściwie wyłącznie siłą uporu.
Kiedy wreszcie padła komenda kończąca ćwiczenia, pochylił się z dłońmi opartymi o kolana i przez kilka chwil zajmował wyłącznie bardzo przyziemną sztuką odzyskiwania powietrza. Po prawdzie niewiele brakowało, żeby zwymiotował z wysiłku i przeforsowania organizmu. Choć był człowiekiem wątłej budowy, nie można mu było odmówić zacięcia, którego miał nieposkromione pokłady. Pięć minut odpoczynku przyjął więc niczym dar zesłany przez samego Sigmara.
Dopiero kiedy trochę doszedł do siebie i zdołał ponownie stanąć prosto, zauważył komendanta Bergera. To wystarczyło, żeby ślady zmęczenia na moment zeszły na dalszy plan. Zupełnie jakby ktoś wylał na niego tuzin wiader lodowatej wody. Kapitan nie robił nic szczególnego. Stał jedynie nieco z tyłu i obserwował, ale w oczach Fineasza sam fakt noszenia tej rangi niemal automatycznie czynił z człowieka wzór cnót, siły i męstwa.
Oczywiście czerwone od wysiłku oblicze Fineasza mogło nieco psuć efekt, jednak okoliczności wymagały od niego natychmiastowego powrotu do godności. Ojciec pozwolił mu przecież, w swej niezmierzonej łaskawości, wrócić do domu dopiero wtedy, gdy sam zostanie kapitanem. Teraz po raz pierwszy miał przed sobą człowieka, równego rangą do której sam zamierzał dojść, nie mógł prezentować się niegodnie. Należało więc wybić się na wyżyny wytrzymałości i przynajmniej wyglądać tak, jakby płuca wcale nie piekły go żywym ogniem.
Wtem sierżant Russel zaczął mówić i dopiero wtedy do Fineasza dotarło, że to był ostatni dzień szkolenia. Z dwudziestu czterech poborowych zostało ich osiemnastu. Przez krótką chwilę pozwolił sobie rozejrzeć się po szeregu. Sześciu odpadło. On nie. Miesiąc wcześniej przyjechał do fortu z głową pełną wyobrażeń o wojsku, a teraz stał zmęczony, poobijany i brudny, ale nadal tutaj. To było chyba pierwsze osiągnięcie w całej tej wojskowej karierze. Naprawdę dotrwał do końca. Teraz będzie z górki, pomyślał optymistycznie. Punkt dla niego!

Fineasz wsłuchał się w przemowę. Kapitan Berger mówił krótko i bez zbędnego patosu, ale rekrut słuchał go tak uważnie, jakby od każdego słowa miała zależeć jego przyszłość. Dowódca wymieniał zagrożenia związane z żołnierskim życiem, takie jak śmierć, głód, wojnę, choroby i wszystko to, co zwykle idzie za nimi krok w krok. Oczywiście Fineasz znał te rzeczy z pierwszych lekcji w Akademii. Czymże jednak byłaby przygoda związana ze służbą Imperium bez takich drobnych przeciwności? Każde kolejne słowo powinno może studzić jego zapał, on jednak przyjmował je raczej jak następne elementy dobrze znanej konstrukcji. Wojsko miało swoje prawa, swoją cenę i swoją hierarchię, a wszystko to tylko utwierdzało go w przekonaniu, że znalazł się dokładnie tam, gdzie chciał.
Odruchowo wyprostował się jeszcze bardziej. Właśnie to chciał usłyszeć. Nie nazwisko, nie urodzenie, nie odpowiedni herb nad drzwiami domu, ale ciężka praca i ambicja. System, który dało się zrozumieć. Drabina, po której można było wspinać się szczebel po szczeblu, jeśli tylko człowiek był wystarczająco dobry, pracowity i uparty. Niemal już czuł, jak zabiera się do wspinaczki. Jak powiedziałaby jego świętej pamięci pokojówka Zefiryna, najwyższa pora była teraz po prostu zakasać rękawy, zapierdalać i zdobywać kolejne szczeble tej drabiny trudów. W sekrecie bardzo kochał świętej pamięci Zefirynę, którą Morr zabrał do swych ogrodów w wieku gdy miał osiem lat, lecz jej mądrości zostały w nim po dziś dzień. Przynajmniej tak mógł oddać jej cześć i pamięć. Pamiętać jej słowa.
Na moment spojrzał znowu na Bergera. Jeszcze chwilę wcześniej widział w nim po prostu kapitana i komendanta fortu, teraz jednak zaczął patrzeć na niego nieco inaczej. Jak na kogoś, kto już przeszedł kawałek drogi, którą Fineasz dopiero zaczynał, i kto samym swoim istnieniem potwierdzał, że wojskowa hierarchia nie jest jedynie tabelą stopni zapamiętaną z podręcznika.
Ojciec postawił mu warunek. Imperium najwyraźniej dostarczyło metodę jego spełnienia. Fineasz uznał to za układ niemal wzorowo przejrzysty, a przejrzyste zasady zawsze budziły w nim zaufanie.Dzięki temu reszta przemowy, cała ta śmierć, głód, wojna i choroby, zabrzmiała dla niego odrobinę mniej odstraszająco, a bardziej jak cena wpisana w reguły gry. Wysoka, być może nawet absurdalnie wysoka, ale przynajmniej jasno określona.
Brzmiało uczciwie.
Kiedy Russel wreszcie pozwolił im się rozejść, Fineasz przez chwilę nie bardzo wiedział, co właściwie zrobić z nagle odzyskaną swobodą. Przez ostatni miesiąc każda część dnia miała swój harmonogram i pilnowano, żeby nikt nie próbował wykorzystać wolnej chwili do czegoś przyjemnego. Teraz natomiast sierżant sam kazał im odpocząć, zjeść coś i nawet się zabawić. ZABAWIĆ? Brzmiało podejrzanie hojnie, ale Fineasz nie zamierzał kwestionować rozkazu, zwłaszcza takiego, który po raz pierwszy od kilku tygodni nie zawierał słów „biegiem”, „kamienie, kurwa, na grzbiet” albo „jeszcze raz”.
Atmosfera rozluźniła się niemal natychmiast. Ktoś usiadł, ktoś inny zaczął gadać głośniej niż zwykle, a były rzeźnik Josef wyciągnął nie wiadomo skąd butelkę siwuchy i zaczął oblewać koniec szkolenia z każdym, kto był skłonny przyjąć poczęstunek. Fineasz obserwował to przez chwilę z pewnym dystansem, po czym uznał, że najwyraźniej ma przed sobą kolejny element wojskowego obyczaju, którego w Akademii z jakiegoś powodu nie uznano za wart osobnego wykładu. Zastanawiał się trochę, czym właściwie jest ta siwucha, ale zapewne był to jakiś trunek przeznaczony dla ludzi mądrych, wszak nawet swoją nazwą zdawał się brać przykład ze światłych, podeszłych wiekiem ludzi.
W końcu uznał też, że integracja oddziału była przecież rzeczą ważną. Wzajemne zaufanie wpływało na morale, morale na skuteczność, a skuteczność na przeżywalność. Wszystko się zgadzało. Skoro więc żołnierze Imperium budowali więzi przy pomocy siwuchy i głośnych rozmów, nie widział powodu, dla którego miałby stać z boku. Przyszły oficer powinien znać ludzi, z którymi przyjdzie mu służyć. Najlepiej zanim zacznie nimi dowodzić.
Z tą myślą podszedł bliżej do grupy z pewną siebie miną, która świadczyła o tym, że właśnie podejmuje bardzo świadomą decyzję natury społeczno-strategicznej. Kiedy podsunięto mu czarkę z siwuchą, przyjął ją z należytą powagą, jakby chodziło o jakiś stary wojskowy rytuał. Powąchał zawartość i od razu pożałował, ale pokręcił nosem i ustami niczym rasowy koneser. Zapach był tak intensywny, że przez moment miał wrażenie, iż wyżre mu nozdrza. Mimo to pociągnął łyk.
Przez krótką chwilę nic się nie wydarzyło. Potem twarz Fineasza zesztywniała, oczy lekko zaszkliły, a gardło zapiekło go tak, jakby właśnie połknął niewielki fragment płonącego drewna. Przełknął jednak wszystko z godnością, której wymagała sytuacja, i oddał naczynie dalej bez jednego słowa skargi.
– Zaiste... rozgrzewające i pokrzepiające – stwierdził w końcu, gdy odzyskał pełną kontrolę nad głosem.
Uznał, że właśnie zdał kolejny test.Dopiero wtedy zaczął uważniej przyglądać się ludziom wokół. Przez miesiąc zdążył już wyrobić sobie o kilku z nich pierwsze opinie. Maxim Mees należał do nielicznych, którym powierzyłby pilnowanie swoich pleców. Ba, teraz, po łyku siwuchy, pomyślał nawet, że powierzyłby mu własne życie. Uczony, oczytany i obdarzony arcyciekawymi środkami erudycji. Cóż za fantastyczna postać! Fineasz bardzo to szanował.
Gerhard Adlerhorst stanowił natomiast zupełnie inny przypadek. Wielki, małomówny i wyjątkowo sprawny z bronią. Podczas ćwiczeń Fineasz zauważył go dość szybko, bo jakoś tak wyróżniał się na tle pozostałych rekrutów, choć sam nie potrafił jeszcze dokładnie sprecyzować dlaczego. Nie wiedział do końca, co o nim sądzić. Po prostu... prowadził obserwację porównawczą.
Może właśnie dlatego usiadł bliżej nich, wciąż z lekko piekącym gardłem po trunku, którym się raczył, ale za to z coraz lepszym humorem. Po miesiącu biegania, czołgania się, marznięcia i słuchania rozkazów po raz pierwszy siedzieli obok siebie nie jako materiał do obróbki dla sierżanta Russela, lecz jako ludzie, którzy następnego dnia mieli zostać żołnierzami.
To brzmiało całkiem nieźle. Nawet jeśli rzekomy środek zapoznawczy smakował jak środek do czyszczenia rapierów, było fajnie!
Wieczór ciągnął się dalej, a Fineasz z każdą chwilą czuł, jak ciężar ostatniego miesiąca powoli z niego schodzi. Jeszcze rano był jednym z wielu rekrutów ganianych z kamieniami na plecach, a jutro miał złożyć przysięgę i oficjalnie stać się żołnierzem Ostlandu. Sam ten fakt brzmiał w jego głowie niezwykle poważnie. „Ba, nawet grzywkę obciąłem już wczoraj specjalnie na tę okazję”, pomyślał, po czym nagle beknął, bo siwucha, którą raczyli się tego wieczora, najwyraźniej robiła coś dziwnego z jego żołądkiem.
„Swoją drogą fryzurę chyba będzie trzeba jeszcze poprawić. Poproszę Helmuta. Mój kochany Helmut. Co ja bym bez niego zrobił”, dopowiedział w myślach, przecierając lekko przekrwione oczy. Rozejrzał się po siedzących wokół ludziach i dostrzegł Klarę. Przypomniał sobie, że zaoferowała innym materiał na cerowanie mundurów. Bardzo rozsądnie. Bardzo pożytecznie. Helmut pewnie ją polubi. Ktoś taki powinien być odpowiednio wynagradzany. Kiedy już dojdzie do władzy, da jej za to awans. „Nadszeregowy? Szeregowy specjalny? Jak to właściwie szło?” Fineasz zmarszczył brwi, próbując wydobyć z pamięci odpowiedni termin. „Aaaa... starszy szeregowy.”. Tak, to będzie brzmiało dostojnie i będzie jej pasować, pomyślał. Nie wiedzieć czemu, czuł, że ma dziwnie zamroczony umysł, choć bawił się całkiem przednio.
Napił się jeszcze jednej czarki siwuchy w ramach ucztowania i to chyba był błąd. A może nie? Obraz zaczynał mu się lekko zamazywać, a wszystkie rozmowy wokół brzmiały jakby odrobinę wolniej niż wcześniej. W każdym razie patrzył po twarzach pozostałych i po raz pierwszy nie widział w nich przypadkowej zbieraniny ludzi wrzuconych do jednego namiotu, za jaką dotąd ich uważał. Za chwilę mieli być oddziałem. Ludźmi, z którymi przyjdzie mu maszerować, walczyć, a w późniejszym terminie, oczywiście, również kiedyś dowodzić. Ta ostatnia perspektywa szczególnie mu się podobała.
Uśmiechnął się pod nosem, potem trochę szerzej, choć właściwie nie było ku temu żadnego konkretnego powodu. Oparł się wygodniej, na ile pozwalały zmęczone plecy, i przez chwilę siedział tak z lekko zamglonym spojrzeniem oraz miną człowieka, który doszedł właśnie do jakiegoś niezwykle ważnego wniosku, tylko chwilowo zapomniał jakiego. Cały ten miesiąc był przecież dopiero początkiem. Prawdziwa kariera miała zacząć się jutro. Fineasz był tego absolutnie pewien.
Tylko siwucha zaczynała mu poważnie przeszkadzać w poprawnym ustalaniu faktów. Niemniej czuł się gotowy na tuzin dysput i był święcie przekonany, że ktoś siedzący obok właśnie porusza niezwykle istotny, ważki i zapewne wymagający jego natychmiastowej opinii temat. -
Albrecht... czuł się wyśmienicie! Znaczy się, czułby się, ale w karczmie. Zajadając pieczyste i popijając piwem. Teraz zastanawiał się jakim cudem żyje i jakim cudem przeżył ten miesiąc. Miesiąc sam w sobie był... nawet znośny. O ile znośnym jest padać, mniej, lub bardziej, po ćwiczeniach. O ile poprzedni czas był powiedzmy przyjemny tak teraz? Sierżant dał im w kość i do tego z satysfakcją. Tylko po to, by postawić ich przed oblicze kapitana.
Uśmiechałby się wtedy, ale pierwszy raz od przybycia do Strielfort po prostu nie miał sił. Wysiłek fizyczny miał to do siebie, że uspokajał myśli. Więc, cóż, nie myślał. Patrzył i słuchał... i zastanawiał się, czy co słyszy, ale sam nie wiedział. Zrozumienie przyszło dopiero w namiocie do którego dość sprawnie się relokował. Jakoś podpisywanie cyrografu z diabłem do prawie końca życia mu się nie uśmiechało... ale w każdej sytuacji był kruczek prawny. Wiedział, że musiał przyłożyć się do prawa wojskowego, bo lepszej opcji nie miał, a przynajmniej, żadna mu się nie uwydatniła w tułaczce... Tak, czy inaczej, zamierzał osiągnąć to czego chciał.
Do namiotu przemieścił się jako jeden z pierwszych kombinując coś przy swoich rzeczach i biorąc z namiotu worek który był przytroczony do plecaka. Niedługo później był wśród radosnej gawiedzi częstując pozostałe, najpewniej, drużyny wędzoną kiełbasą. Nie witał tam długo. Bronił się z powracającym uśmiechem tym, że potrzebuje odpocząć, ale podarował biesiadnikom flaszkę czegoś co okazało się całkiem niezłą gorzałką. Czy może raczej, wódką.
Miał w planach odpoczynek, ale szybko zorientował się, że to próżne nadzieje. Teraz, siedząc na swoim posłaniu zachodził w głowę nie czy, a jak bardzo, się wyłamie. Zdecydowanie, była jeszcze kiełbasa i była jeszcze wódka… Tym bardziej, że wyglądało na to, że będzie potrzebował tego wieczoru usypiacza.
-
Helmut Kamm nie był człowiekiem przesądnym. Owszem, składał należne modlitwy Sigmarowi i pozostałym bogom, lecz uważał, że w większości przypadków odpowiednio dobrane obuwie, czysta woda i regularne posiłki potrafią zdziałać więcej niż najbardziej żarliwe błagania. Tego dnia był jednak gotów osobiście podziękować całemu panteonowi za to, że sierżant Russel wreszcie kazał im przestać biegać.
Kiedy padła upragniona komenda, Helmut zatrzymał się, pochylił i przez chwilę rozważał, czy jego płuca nie pozostały przypadkiem gdzieś przy ostatnim zakręcie. Jeśli tak, należało po nie wrócić. Przede wszystkim jednak odszukał wzrokiem panicza.
Fineasz stał o własnych siłach. Oddychał, choć z pewnym trudem. Wszystkie kończyny znajdowały się na właściwych miejscach. Helmut uznał zatem, że dzień zakończył się sukcesem.
Miesiąc temu miał pod opieką młodego człowieka o nienagannych manierach, starannym wykształceniu i niezłym pojęciu o wojaczce. Dziś miał pod opieką młodego człowieka o nienagannych manierach, starannym wykształceniu i niezłym pojęciu o wojaczce, który dodatkowo potrafił przebiec kilka mil z workiem kamieni na plecach. Postęp był niezaprzeczalny.
Gdy sierżant zarządził zbiórkę, Helmut wyprostował się i stanął na baczność. Przemowy wysłuchał z należytą uwagą, choć pewne fragmenty wzbudziły w nim zawodowe wątpliwości.
Z dwudziestu czterech rekrutów pozostało osiemnastu. Strata jednej czwartej stanu osobowego przed rozpoczęciem właściwej służby wydawała mu się dość niepokojąca. Gdyby podobną skutecznością wykazywała się służba w domu Hohenwartów, należałoby co miesiąc zatrudniać nową pokojówkę, dwóch stajennych i kogoś do wynoszenia poprzednich.

Kiedy pozwolono im się rozejść, Helmut najpierw upewnił się, że panicz nie zamierza paść trupem, a następnie zajął się typowymi dla siebie sprawami. Otrzepał mundur z najgorszego kurzu, sprawdził stan szwów i ocenił, czy buty wytrzymają jeszcze kilka dni bez interwencji. W myślach sporządził też listę czynności niezbędnych przed jutrzejszym zaprzysiężeniem.
Wyczyszczenie obuwia panicza. Doprowadzenie munduru panicza do stanu, w którym nie przynosiłby ujmy noszącemu. Sprawdzenie kołnierza panicza. Ewentualne poprawki fryzury panicza. Przygotowanie czystej chustki. Przede wszystkim zaś należało dopilnować, by Fineasz się wyspał. Ten ostatni punkt zaczął budzić coraz poważniejsze wątpliwości, gdy Josef wyciągnął butelkę siwuchy.
Helmut obserwował rozwój wydarzeń z dyskrecją człowieka, który przez większość życia zajmował się zapobieganiem katastrofom, zanim ich sprawcy zdążą zauważyć pierwsze oznaki zagrożenia. Nie zamierzał kompromitować panicza przy towarzyszach broni. Fineasz był dorosłym mężczyzną, absolwentem szkoły oficerskiej i przyszłym kapitanem. Miał pełne prawo uczestniczyć w żołnierskich obyczajach. Nawet tych, które polegały na dobrowolnym spożywaniu substancji nadających się prawdopodobnie do usuwania rdzy.
Po pierwszej czarce Helmut jeszcze nie interweniował. Po drugiej uznał, że należałoby jednak podjąć pewne środki ostrożności. Podszedł do Fineasza, stawiając w pobliżu naczynie z wodą.
— Paniczu, pozwoliłem sobie przynieść wodę. Jutrzejsza przysięga wymagać będzie zapewne wyraźnej wymowy, a ten wyskokowy trunek, sądząc po zapachu, może ją nieco utrudnić.
Nie zamierzał odbierać paniczowi radości ze świętowania. W końcu Fineasz zasłużył na odrobinę swobody, a Helmut wiedział, że zbyt natarczywa opieka bywa równie szkodliwa jak jej brak. Pozostawało jedynie czuwać w pobliżu i mieć nadzieję, że noc nie zakończy się koniecznością prania całego posłania Fineasza.
Helmut rozejrzał się następnie po zgromadzonych. Wśród rekrutów znajdowała się panna Klara Kessler, której zaradność Helmut zdążył już zauważyć. Nie uszło jego uwadze, że z przydzielonych przez kwatermistrza łachmanów potrafiła uczynić mundur nadający się do noszenia, a pozostały materiał przeznaczyła na łaty dla innych. Co więcej, zaoferowała pomoc przy szyciu.
Helmut od lat uważał, że umiejętność posługiwania się igłą jest jedną z podstaw cywilizacji. Ludzie mogli dyskutować o filozofii, polityce i sztuce wojennej, lecz wystarczyło, by pękły im spodnie, a natychmiast przypominali sobie, co naprawdę podtrzymuje porządek społeczny.
Panna Kessler wspomniała, że była córką krawca. Pracowała wcześniej u oficera, a więc znała wymagania służby. Umiała szyć, zachowywała się przyzwoicie i co należało uznać za szczególnie godne pochwały przetrwała miesiąc szkolenia pod okiem Russela. Wszystko to składało się na obraz osoby zdecydowanie wartej bliższego poznania. Helmut wygładził mankiet i podszedł do Klary.
- Panno Kessler - odezwał się z uprzejmym ukłonem. - Pozwoli pani, że wyrażę uznanie dla pani pracy przy mundurze. Kwatermistrz dostarczył nam odzież, której dopasowanie zdaje się opierać na przekonaniu, że wszyscy żołnierze Imperium mają tę samą sylwetkę. - Na jego twarzy pojawił się dyskretny uśmiech. - Jeżeli miałaby pani ochotę porównać doświadczenia, chętnie wymienię się kilkoma sposobami wzmacniania szwów - dodał. - Niektóre rozwiązania stosowane przez wojskowych krawców pozostają dla mnie zagadką. Podejrzewam, że ich głównym celem jest zapewnienie stałego zatrudnienia wojskowym krawcom.
Spojrzał przelotnie w stronę Fineasza, upewniając się, że panicz nie wymaga natychmiastowej interwencji.
-
Po miesiącu szkolenia
Pierwsze wrażenie było jednoznaczne. Nie wyglądał jak żołnierz. Wyglądał raczej jak ktoś, kto przez pomyłkę wyszedł z biblioteki, skręcił w złą ulicę i trafił prosto do koszar. Chude ramiona, wiecznie potargane włosy, okrągłe okulary, zamiast porządnego wojskowego ekwipunku. Do tego mina człowieka, który każdego ranka zadaje sobie pytanie, dlaczego jeszcze nie uciekł.
Na początku część ludzi była przekonana, że długo nie wytrzyma. Nie radził sobie z żołnierskim życiem. Budzenie przed świtem było dla niego osobistą obrazą. Marsze uważał za bezsensowne marnowanie energii. Błoto niszczyło mu buty, deszcz niszczył książki (gdyby tylko jakieś przy sobie miał), a krzyki instruktorów najwyraźniej powodowały u niego przede wszystkim dezorientację.
Z czasem jednak zaczęły wychodzić na jaw rzeczy, których nikt się po nim nie spodziewał.
Potrafił czytać, pisać i mówić lepiej niż większość ochotników. Znał język klasyczny i miał sporą wiedzę akademicką. A kiedy podczas szkolenia zaczęto omawiać konstrukcję umocnień, machin i mostów, nagle okazało się, że ten przerażony bibliotekarz ma na ten temat bardzo dużo do powiedzenia.Potrafił wskazać, gdzie konstrukcja jest źle wykonana. Potrafił zauważyć, że coś zostało zbudowane w sposób, który wcześniej czy później doprowadzi do katastrofy. Potrafił patrzeć na machinę oblężniczą nie jak na broń, ale jak na problem techniczny do rozwiązania.
I, ku irytacji niektórych żołnierzy, zazwyczaj miał rację.Z łukiem też radzi sobie lepiej, niż powinien. Nie jest wojownikiem. Nie ma w nim tego instynktu, który każe człowiekowi rzucić się na przeciwnika z mieczem, co najwyżej zwinnie uniknąć ataku. Za to potrafi zachować dystans, obserwować i myśleć zanim coś zrobi.
Po miesiącu poborowi wiedzą już również coś jeszcze. Że kiedy zaczyna nerwowo poprawiać okulary, patrzeć gdzieś ponad ich ramionami ( jeśli ci akurat kucają) i mamrotać pod nosem, nie zawsze oznacza to, że się boi. Czasami właśnie wtedy zauważył coś, czego nie zauważył nikt inny.
I dlatego, mimo że nadal wygląda jak człowiek, który absolutnie nie powinien znajdować się w wojsku, coraz mniej osób śmieje się z niego otwarcie. Bo może rzeczywiście nie jest żołnierzem.
Ale może być cholernie przydatnym człowiekiem, którego warto mieć za plecami.Wieczór przed zaprzysiężeniem
- Co proszę? Zadał pytanie sam sobie, niby pod nosem, lecz zdecydowanie zbyt głośno.
- O..odpocząć? Ciekawy koncept, nieprawdaż?Maxim nie ukrywał zmęczenia, ale i radości, że w końcu, po miesiącu nie do końca sensownej mordęgi, miał w końcu chwilę dla siebie. Bardzo szybko zdecydował się na pomoc oferowaną przez Helmuta, oraz zbliżył sie nieco do Fineasza:
- Polecam łykać na wydechu, o tak.
Zaprezentował biorąc solidny łyk, nie marszcząc się przy tym wcale.
- Spirytus, jak zapewne jest Panu wiadome, lotniejszy jest niźli woda i w kontakcie z rozgrzanym podniebieniem tęgo paruje i do dróg oddechowych się dostaje, stąd efekt. Chociaż zapewne Pan to wie, z tymże nie połączył faktów iż to co Mości pije to właśnie spiurytus jest, tylko z uwagi na proces produkcji, wygląda nieco inaczej, jest bardziej zanieczyszczony. To dość popularny napitek wśród osób ... mniej majętnych.
Maxim mógł sobie darować edukowanie, tym bardziej Fineasza, ale ... nie mógł. Taki po prostu był, miał dużą wiedze, lecz brakowało mu obycia aby czasami gębę zawrzeć. Dobrze że przynajmniej forma wypowiedzi była jaka była, to jest stwierdzajaca oczywistą oczywistość, kompendiująca to co ów Panicz już wie.
Kontakt z resztą oddziału przychodził Meesowi gorzej. Długie godziny spędzał, co oczywiste z kuzynem, lecz stronił od wiecznie uśmiechniętego Albrechta, który również niezbyt chętny był do bratania się. Jeśli chodzi o Klarę to ... cóż, kiedyś może będzie mu dane mieć żonę, ale póki co o kobietach wiedział jeno to że nie są meżczyznami i że w regularnych odstępach czasowych krwawią przez kilka dni - co samo w sobie było równie ciekawe co przerażające. Zaiste niepojętym było aby jakikolwiek żywy organizm regularnie krwawił kilka dni i nie padł od utraty posoki po kilku takich cyklach.
-
To była istna katorga. Zdawałoby się, że nic nie było w stanie przebić nadprogramowych ćwiczeń, które Klara dostawała w ciągu ostatniego miesiąca szkolenia wskutek początkowych spóźnień, czy późniejszego niewykonania na czas jakiegoś zadania. Czy to dodatkowe kółka biegu, dłuższa trasa czołgania, więcej kamieni w plecaku, a nawet wydłużone pływanie w lodowatym strumieniu, szczególnie po zmroku, gdy chłodny wiatr wielokrotnie wzmagał odczuwanie tak niskiej temperatury. Dzisiejszy dzień wskazał młodej dziewczynie, jak bardzo się myliła. Jedyne, co ją pocieszało to fakt, że tym razem to nie ona sama musi się męczyć, a jest to zadanie, z którym muszą walczyć wszyscy jej towarzysze, cała osiemnastka.
Z jednej strony, gdy sierżant Russel dawał jej za karę bonusowe serie treningów, była na niego wściekła i nie raz przeklinała go w duchu, a gdy nie miał możliwości jej usłyszeć, nawet na głos, co dziwiło ją samą, bo do tej pory nigdy nie przejawiała takiego zachowania i nawet nie tolerowała, ale jakże nowe doświadczenia życiowe, potrafią człowieka zmienić. Natomiast z drugiej strony właśnie dzisiaj, w tym momencie, uświadomiła sobie, jak wiele jej to dało. Gdyby dokładnie taki trening, który właśnie była zmuszona odbywać, otrzymałaby w pierwszym tygodniu po przybyciu do Strielfortu, na pewno by nie dotrwała do końca, a może nawet połowy i bardzo prawdopodobne, że zrezygnowałaby z dalszego losu żołnierza. Natomiast teraz biegła. Ledwo, ale biegła. Chociaż czasem ciężko byłoby to nazwać biegiem, z boku mogłoby to wyglądać jak człapanie, albo usilne trzymanie się życia. Jednak nie zatrzymała się ani na chwilę, doskonale wiedząc, że postój będzie oznaczał kolejne ciężkie wymysły sierżanta. I mimo, że nie chciała tego przyznać, po części była mu wdzięczna, że do tej pory tak się nad nią znęcał, przynajmniej w jej mniemaniu, bo dzięki temu czuła, że teraz nabrała nieco siły, kondycji i wytrzymałości, aby móc dorównywać tym, z którymi właśnie pokonywała kolejne odcinki przełajów.

Komenda o zakończeniu ćwiczenia padła na nią jak zbawienie. Zdawała sobie sprawę, że to nie jest najlepszy pomysł, gdyż później wystąpi problem ze wstaniem, ale nie miała na to sił, aby utrzymać się w pionie. Po prostu padła przed siebie na kolana, wyciągając ręce do przodu i opierając na dłoniach cały ciężar swojego ciała, czując jak drobne kamyczki wbijają się w jej dłonie, zostawiając po sobie biało-czerwone ślady. Przez kolejne minuty łapczywie wręcz połykała powietrze, choć wydawałoby się, że minęły tak naprawdę ledwie sekundy, w porównaniu do biegu, gdy ponownie musieli doprowadzić się do porządku i stanąć na baczność, co nie obyło się bez problemów.
Kurt Berger, Komendant fortu, oficer. Kiedyś Klara stała by po tej samej stronie co on, w sensie mentalnym, bo Reissner nigdy nie brał jej ze sobą, gdy przemawiał do swoich ludzi, ale wcześniej w namiocie, niejednokrotnie mówił na głos, po co zebrał oddział i jakie informacje chce mu przekazać, a ona jak to było w zwyczaju, podsuwała co mogłoby być przekazane inaczej, a co w ogóle lepiej przemilczeć i tak samoistnie, bez wytykania błędów, były przełożony przyjmował to, jakby to były jego własne myśli. Teraz stała po drugiej stronie, kompletnie nie wiedziała czego się spodziewać, co usłyszy, ani jakim człowiekiem jest Kurt. Słuchając go myślała o tym, jak wyobrażała sobie życie żołnierza, jak widziała je do tej pory, a jakie ono było naprawdę po tych kilku tygodniach. Te dwa obrazy mało się ze sobą łączyły. Dla niej żołnierz to był głównie ten co dowodzi, podejmuje decyzje i analizuje sytuację, a nie ten co wykonuje rozkazy. Zdawała sobie sprawę, że są podwładni, którzy wykonują polecenia, sama takim była, ale nigdy nie miała z nimi aż takiej styczności od strony wojskowej, a jej relacja z oficerem była dosyć specyficzna. Ona była tą cichą służącą, gdzie wśród narady oficerów była gdzieś z tyłu, w cieniu, podawała jadło i napoje, a także mapy, listy, decyzje, czy też gdy były oficer na głos zastanawiał się nad jakąś sytuacją, to ona delikatnie przypominała mu myśl, aby nie skompromitować go przy reszcie elity wojskowej.
Boleśnie zderzyła się z rzeczywistością wojskową, gdy się zaciągnęła. Znajomość życia wojskowego od góry nie dawała jej niemal żadnej przewagi tam, gdzie liczyły się siła i wytrzymałość. Niby wiedza o hierarchii i obyczajach powinna sprawiać, że lepiej odnajdywałaby się wśród przełożonych, natomiast relacja jaka wywiązała się między nią, a Reissnerem nauczyła ją złego nawyku, odzywania się w momentach, kiedy nie powinna. Mimo tych przeciwności dotrwała do końca. Stała teraz dumnie, na ile to było możliwe, po tak ciężkim wysiłku fizycznym i rozglądała się wzrokiem po obecnych. Była jedną z nielicznych kobiet, które dotrwały do końca, co napawało ją jeszcze większą dumą. Inaczej wyobrażała sobie wojsko. Chciała sama decydować o swoim losie, a tymczasem miała związać się z armią na resztę życia. Mimo tej sprzeczności nie zamierzała się wycofać. Dotrwała do końca szkolenia i chciała zrobić kolejny krok. Można powiedzieć, że dalej będzie kimś w roli służącego, bo taki zwykły szeregowy za wiele się nie różni, bo wykonuje polecenia tak, jak wcześniej ona, czy zapewne Helmut Kumm, który miał podobny fach do niej przed szkoleniem w Strielfort, chociaż miała wrażenie, że on się go do końca nie wyzbył. Teraz to już wie, ale różnica, którą widziała pomiędzy sługą oficera, a szeregowym była taka, że ten drugi może kiedyś stać się kimś ważniejszym, a sługa pozostanie sługą, a ona nie chciała zostać nim na zawsze.

Z początku udając się do namiotu uważała, że jedyne na co będzie miała dzisiaj siłę to odpoczynek. Tak nawet planowała, położyć się i wyspać przed jutrzejszą przysięgą. Jednak gwar namiotu i ochota do świętowania co poniektórych towarzyszy nieco ją pobudziła i także postanowiła się nieco rozerwać, na ile pozwalały jej na to obolałe mięśnie. W pewnym momencie wieczoru, gdy gwar zaczął się już uspokajać, podszedł do niej Helmut zagadując o jej doświadczenie krawieckie.
- Dziękuję bardzo. - Odpowiedziała z uśmiechem Klara. - Prawdę mówiąc, gdybym trzymała język za zębami, nie miałabym tego problemu, aby musieć doprowadzać go do porządku. - Cicho odchrząknęła przy czym spojrzała na swój mundur, który rzeczywiście wymagał dużo pracy, aby doprowadzić go do takiego stanu. Zaproponowała następnie, aby wymienili się doświadczeniami i porównali znane sobie metody szycia, szczególnie te stosowane przez wojskowych krawców.
-
Ostatni wieczór przed zaprzysiężeniem miał w sobie coś z uczty wydanej na cześć ludzi, którzy właśnie uniknęli śmierci, choć nazajutrz zamierzali uroczyście zobowiązać się do ponownego wystawiania się na jej kaprysy.
Helmut Kamm przyjmował ten paradoks ze zwykłym spokojem. Po tygodniach musztry, marszów i ćwiczeń, podczas których sierżant Russel zdawał się osobiście sprawdzać granice ludzkiej wytrzymałości, rekrutom pozwolono wreszcie odetchnąć. Pojawiła się gorzałka, rozmowy nabrały swobody, a niektórzy zaczęli nawet wyglądać na szczęśliwych. Helmut uznał to za zjawisko godne odnotowania, choć zapewne przejściowe.
Sam również zamierzał skorzystać z okazji. Nieczęsto bowiem trafiał się wieczór, podczas którego można było porozmawiać z przyszłymi towarzyszami broni bez konieczności przekrzykiwania komend, dźwigania ekwipunku lub rozważania, czy własne stopy nadadzą się jeszcze do użytku następnego dnia.
Naturalnie nie spuszczał przy tym z oka panicza Fineasza. Wszak człowiek mógł pozwolić sobie na odrobinę swobody, nie zaniedbując obowiązków.

Dialog z Maximem, Gerhardem i Fineaszem
(...)
-Kłaniam się nisko mości Państwu. Panowie wybaczą, nie znamy się, ale jak widać będzie nam dane razem służyć. Nazywam się Maxim Mees, skryba, inżynier, cyrulik, każdego fachu zaznałem po trochu podczas swego długiego życia.
Max nie miał zamiaru tak od razu prosić o przeróbkę, liczył że osoba dobrze wychowana sama zaproponuje pomoc widząc nieład odzienia i związany z tym dyskomfort.
-Przybyliśmy wraz z moim kuzynem a i zarazem odnalezionym po latach druhem, pozwolicie Panowie że przedstawię: Gerhard Adlerhorst. Zacny i porządny to mąż, tyle rzec muszę ja, gdyż przez wrodzoną skromność, sam o sobie nie wyobraża sobie tak powiedzieć. Młody człowiek, to prawda, lecz pełen zapału i wigoru. - rzekł o nim Maxim pewnego dnia gdy przyszło im rozmawiać z kimś kto zdawał się mieć własnego sługę w obozie, choć żadnego "von" na placu nie słyszeli, a tego by spodziewali się po szlachcicu.
-Już nie taki młody kuzynie, mówcie mi Eiche - odpowiedział wywołany do tablicy przez krewnego. Trochę go zaskoczyła ilość komplementów, ale Maxim lepiej znał się na etykiecie od niego, toteż przyjął je cierpliwie bez prób podziękowania czy grzecznościowego zaprzeczania przy nowopoznanych.
Helmut odpowiedział obu mężczyznom ukłonem, nieco głębszym wobec starszego z nich.
-Helmut Kamm, do usług panów. Mam zaszczyt od dwudziestu dwóch lat pozostawać w służbie panicza Fineasza Hohenwarta. Obecnie, jak panowie widzą, również w służbie Wielkiego Księstwa Ostlandu. Choć przyznam, że ta druga instytucja wykazuje znacznie mniejsze zainteresowanie stanem garderoby swoich podopiecznych.
Helmut przeniósł wzrok na Gerharda i skinął mu z szacunkiem.
-Panie Adlerhorst, miło mi pana poznać. Pańska sprawność podczas ćwiczeń nie uszła mojej uwadze. Szczególnie podczas tych, przy których ja osobiście rozważałem już skorzystanie z usług kapłanów Morra.
Helmut przyjrzał się obu mężczyznom uważniej. Ich mundury przedstawiały widok, który w jego pojęciu stanowił obrazę nie tyle dobrego smaku, ile samej idei odzieży. Materiał marszczył się tam, gdzie powinien przylegać, i zwisał tam, gdzie należało go dopasować. To jednak dało się naprawić. Znacznie poważniejsza sprawa znajdowała się nieco wyżej. Włosy uczonego.
Helmut zachował uprzejmy wyraz twarzy, choć przez krótką chwilę poczuł tę samą bezradność, jakiej doświadczał chirurg na widok rany, którą ktoś uprzednio próbował leczyć końskim łajnem. Nie zamierzał jednak okazywać dezaprobaty. Człowiek uczony miał zapewne ważniejsze sprawy na głowie niż włosy, choć akurat w tym przypadku należało żałować, że nie znalazł dla nich choć odrobiny czasu.
-Jeśli pozwolą panowie na drobną uwagę, oba mundury wymagają kilku poprawek. Nic poważnego, zapewniam. Tu należałoby skrócić rękaw, tam zebrać nieco materiału, poprawić linię ramion... Odrobina pracy z igłą i nicią powinna przywrócić im właściwe proporcje. Chętnie się tym zajmę, jeśli panowie wyrażą życzenie. W końcu będziemy składać przysięgę, a mundur powinien przynajmniej sprawiać wrażenie, że został uszyty dla człowieka, który go nosi. - Helmut zawiesił głos na moment, po czym zwrócił się ponownie do Maxima.
-A skoro wspomniał pan o praktykowaniu sztuki cyrulickiej, pozwolę sobie zaproponować również pewną drobną przysługę w tym zakresie. Pańska fryzura posiada niewątpliwie wiele swobody. Obawiam się jednak, że sierżant Russel może nie podzielać naszego uznania dla indywidualizmu.- Następnie spojrzał na Gerharda i skłonił lekko głowę.
*-Oczywiście, panie Adlerhorst, byłoby z mojej strony wielkim nietaktem nie zaproponować panu tego samego. Jeśli panowie zechcą poświęcić mi po kwadransie, z przyjemnością zadbam, by obaj Panowie prezentowali się stosownie do uroczystości.- *Uśmiechnął się uprzejmie.
-W pańskim przypadku, panie Adlerhorst, będzie to zapewne kwestia kilku drobnych poprawek. Natomiast pan Mees, jako człowiek nauki, z pewnością doceni zalety nieco bardziej gruntownego podejścia.
Maxim poczuł się zaiste ważnym człowiekiem na widok grzecznościowego ukłonu Helmuta, głębszego niż w przypadku kuzyna, z którym co prawda nie konkturował. Co prawda zdawał sobie sprawę, że jak mówi się w pewnych gronach: "ciągnie swój do swego", lecz co innego porzekadło oraz przekonania,a co innego fakt zastany. Swój częściowy zachwyt postanowił uzewnętrznić, może nazbyt energicznie.
-Ależ gdzieś bym śmiał prosić Pana o takie przysługi. Wszakże również i Pan jest ztrudniony wysiłkiem ostatnich tygodni. Niemniej jednak, co prawda to prawda, nasze odzienie woła o pomstę do nieba, a ja niestety nie posiadam zarówno narzędzi jak i umiejętności. Także bardzo byśmy byli rad z kuzynem, jeśli zaszczyciłby nas Pan, prezentując swe umiejętności.
-Moja fryzura? Powiem szczerze i z serca, że w otoczeniu z którego się wywodzę taki właśnie artystyczny nieład był nie tyle standardem, co stanem oczekiwanym. Oczywiście ma Pan całkowitą rację, w bieżącej sytuacji właściwym byłoby zadbanie o prezencje adekwatną do okoliczności. Widzę że jest Pan osobą godną zaufania, także z ochotą skorzystam z propozycji. Zaznaczam jednak iż mimo wykształcenia nie uważam się, oraz de facto nie jestem szlachetnie urodzony; nie uważam za rozsądnie udawania kogoś kim nie jestem i raczej nigdy nie będę.
Fineasz skinął Helmutowi z wyraźnym zadowoleniem.
– Dziękuję Helmucie. Jak zwykle przedstawiłeś mnie lepiej, niż sam bym to zrobił.
Potem zwrócił się do obu mężczyzn z uprzejmą powagą.
– Nie mniej, w wojsku trzeba mówić za siebie. Fineasz Hohenwart. Tak z tych Hohenwartów z Wolfenburga. Pochodzę z rodziny kupieckiej, o dość dużych ambicjach. Prowadzimy w naszych stronach firmę przewozową. Jest na rynku od wielu pokoleń. – Uśmiechnął się lekko. – Miło mi panów poznać. Pan Mees brzmi jak człowiek, z którym można będzie odbyć niejedną interesującą rozmowę, a pan, panie Adlerhorst... cóż, pańska sprawność podczas ćwiczeń również nie uszła mojej uwadze.
Gdy rozmowa zeszła na włosy, Fineasz odruchowo musnął dłonią własną, idealnie równą grzywkę.
– A w kwestii fryzur, jak i poprawek w ubiorze, mogę tylko potwierdzić, że warto zdać się na osąd Helmuta. Zwłaszcza w kwestiach balwierskich. Traktuje włosy niemal z taką samą powagą, z jaką inni traktują sprawy państwowe.– Zawiesił głos na moment. – I słusznie. Przyszły żołnierz księstwa wszędzie winien prezentować się godnie.
Helmut przyjął zgodę Maxima z dyskretnym zadowoleniem.
-Ależ panie Mees, proszę nie wspominać o trudach. Po ostatnich tygodniach możliwość zajęcia się czymś, czego nie trzeba kopać, dźwigać ani zabijać, jest dla mnie prawdziwym wytchnieniem. Co zaś do pańskiego pochodzenia, zapewniam, że dobre maniery i schludny wygląd nie są wyłącznym przywilejem szlachty.
Rozpoczął od mundurów obu kuzynów. Poprosił panów o wyprostowanie się, uniesienie ramion i wykonanie kilku kroków, po czym zaznaczył miejsca wymagające poprawek. Igła i nić szybko przywróciły odzieniu właściwe proporcje. Helmut zadbał przy tym, by mundury nie tylko dobrze leżały, ale również pozwalały swobodnie się poruszać. Następnie przygotował nożyce, grzebień, brzytwę, mydło oraz miskę z ciepłą wodą i zaprosił Maxima na miejsce.
-Co do pańskiego artystycznego nieładu, nie śmiałbym kwestionować obyczajów ludzi nauki. Obawiam się jedynie, że sierżant Russel mógłby uznać je za przejaw niesubordynacji.
Rozczesał włosy uczonego, skrócił je na karku i wokół uszu, zachowując naturalne fale po bokach. Grzywkę wyrównał szczególnie starannie, pozostawiając jej łagodną, równą linię. Nie chciał pozbawiać Maxima charakterystycznego wyglądu, a jedynie nadać mu kształt świadczący o tym, że właściciel włosów pozostaje z grzebieniem w stosunkach przynajmniej dyplomatycznych.
Potem zwilżył ciepłą wodą twarz uczonego, oczyścił ją z pyłu i potu, nałożył mydlaną pianę i sprawnymi pociągnięciami brzytwy usunął zarost. Na koniec przemył skórę chłodniejszą wodą, osuszył czystym ręcznikiem i poprawił ostatni niesforny kosmyk.
Helmut odłożył grzebień i przyjrzał się rezultatowi z wyraźnym zadowoleniem. Poprawił jeszcze jeden kosmyk nad czołem Maxima, po czym cofnął się o krok.
-Znakomicie, panie Mees. Przyznam, że ta fryzura wyjątkowo panu służy. Powiedziałbym nawet, że wygląda Pan teraz na przedstawiciela tego samego, dość wąskiego kręgu towarzyskiego o nienagannych standardach.

- Dziękuję Panowie za dobre słowo - Maxim odparł na komplement - Miło Was poznać.
- Kuzyn faktycznie lepiej nadaje się do pogawędki, ale chętnie posłucham, szczególnie jeśli macie wieści o Kislevie.
- Za strzyżenie podziękuję. - rzekł po czym oddał się w ręce Helmuta do pomiarów i w ciszy obserwował jak zmienia się fryzura kuzyna. Nastała dłuższa cisza.
-Talent w rękach, zaiste - odparł krótko widząc przemianę oblicza Maximusa - serdeczne dzięki.
-Wśród kupców najlepiej odwdzięczać się walutą - odpowiedział Maximowi, mówiąc to wyjął z mieszka 8 pensów i wręczył je Helmutowi - uwzględniając poprawki w mundurze - dodał widząc lekkie zdziwienie w jego oczach.
Helmut przyjął osiem pensów z lekkim ukłonem, po czym przez chwilę przyglądał się monetom z wyrazem szczerego uznania.
-Panie Adlerhorst, pańska hojność przynosi zaszczyt całej pańskiej rodzinie. Widzę, że nie tylko zna pan wartość dobrze wykonanej pracy, lecz również potrafi ją należycie wynagrodzić. To cecha godna prawdziwego dżentelmena.
Schował monety z należytą starannością.
-Zapewniam, że obaj panowie mogą odtąd liczyć na moją szczególną troskę w kwestiach garderoby. W razie pańskiej przedwczesnej śmierci, panie Adlerhorst, osobiście dopilnuję, by przed pochówkiem poprawiono panu kołnierz. Nie godzi się przecież, aby człowiek pańskiej szczodrości stawał przed Morrem wyglądając jak pierwszy lepszy żołdak.

Dialog z Klarą
(...)
|=-Dziękuję bardzo. - Odpowiedziała z uśmiechem Klara. - Prawdę mówiąc, gdybym trzymała język za zębami, nie miałabym tego problemu, aby musieć doprowadzać go do porządku. - Cicho odchrząknęła przy czym spojrzała na swój mundur, który rzeczywiście wymagał dużo pracy, aby doprowadzić go do takiego stanu. Zaproponowała następnie, aby wymienili się doświadczeniami i porównali znane sobie metody szycia, szczególnie te stosowane przez wojskowych krawców.=|Na propozycję Klary oczy Helmuta wyraźnie rozbłysły.
-Doprawdy, panno Kessler? Och, z największą przyjemnością!
Odpowiedział nieco zbyt szybko. Odchrząknął więc dyskretnie, usiłując przywrócić twarzy zwykły wyraz opanowania.
-To znaczy... wymiana doświadczeń z osobą o pani umiejętnościach byłaby dla mnie prawdziwym zaszczytem.
Jego wzrok powędrował ku mundurowi Klary. Zatrzymał się na linii ramion, zsunął ku talii, a następnie podążył wzdłuż bocznych szwów. Helmut przyglądał się im z takim skupieniem, jakby oceniał dzieło wybitnego mistrza krawieckiego.
-Muszę przyznać, że ma pani niezwykłe wyczucie proporcji. Szczególnie podoba mi się sposób, w jaki zebrała pani materiał w talii. Dopasowany, lecz nie nazbyt ciasny... Pozostawia swobodę ruchu, a jednocześnie pięknie podkreśla linię.
Urwał na moment, po czym uniósł wzrok ku twarzy Klary.
-Wybaczy pani mój entuzjazm. Rzadko spotykam kogoś, kto rozumie, jak wielkie znaczenie ma właściwe dopasowanie.
Złożył dłonie za plecami, choć palce aż świerzbiły go, by dokładniej obejrzeć wykonane poprawki.
-Byłbym niezmiernie rad, gdyby zechciała mi pani kiedyś zademonstrować swoją technikę. Szczególnie interesuje mnie sposób, w jaki prowadzi pani igłę przez grubsze warstwy materiału. Osobiście uważam, że nie należy się spieszyć. Najpierw trzeba wyczuć odpowiednie miejsce, następnie zastosować właściwy nacisk... a reszta, przy odrobinie wprawy, przychodzi niemal sama. -Uśmiechnął się z nieskrywanym zadowoleniem.
-Ach, panno Kessler, obawiam się, że moglibyśmy spędzić nad tym całe godziny. Oczywiście, jeśli nie uzna pani mojego zainteresowania za nazbyt natarczywe.
-
Początkowo Klara przyjmowała komplementy Helmuta z uśmiechem, jednak gdy jego wzrok skierował się na jej ramiona, a następnie bardzo szczegółowo zaczął śledzić linię jej talii, aż po boczne szwy munduru, poczuła się nieco nieswojo, nie będąc przyzwyczajoną do takiego zainteresowania i tak uważnego spojrzenia. Na jej policzkach pojawiły się delikatne rumieńce. Odruchowo sięgnęła do upięcia włosów, sprawdzając, czy żaden kosmyk włosów nie wymyka się spod kontroli. W tej samej chwili uświadomiła sobie, że dzisiaj nie musi już trzymać włosów spiętych. Wyjęła więc spinki, pozwalając, by opadły kaskadą na ramiona. Kosmyki zasłaniające jej twarz odgarnęła za uszy.
- Dziękuję, panie Kumm. - Odchrząknęła cicho. - Myślę, że jednak łatwiej będzie mi pokazać, jak to zrobiłam, zamiast zwyczajnie omawiać.
Zdjęła wierzchnią część munduru pozostając w koszuli, po czym odwróciła materiał na lewą stronę, odsłaniając wykonane przez siebie poprawki. Była pewna, że niewiele osób byłoby w stanie stwierdzić, które elementy były szyte oryginalnie, a które zostały wykonane przez nią. Jedynie świeża nić zdradzała miejsca, w których dokonała poprawek.
- W tym miejscu zebrałam nadmiar materiału. Początkowo chciałam odciąć go zdecydowanie więcej, aby był bardziej dopasowany, tak jak chodzę ubrana na co dzień, ale uznałam, że podczas ćwiczeń przyda mi się nieco więcej swobody. - Wskazała palcem kolejne miejsca. - Najpierw wszystko sfastrygowałam, a dopiero po przymierzeniu przeszyłam na stałe. Przy grubszym materiale najlepiej sprawdza mi się ścieg za igłą, chociaż zajmuje więcej czasu. Szczególnie tam, gdzie szwy są najbardziej naprężone.
- Muszę jednak przyznać, że wojskowi krawcy mają chyba nieco inne podejście do swojej pracy niż to, którego mnie uczono.* - Wskazała na jeden ze szwów, który wydawał się zdecydowanie starszy i możliwym było, że nie został wykonany przez żadnego rekruta. - W tym miejscu pozostawiono spory zapas materiału. Podejrzewam, że celem tego zabiegu było to, aby mundur można było dopasować do innego żołnierza, co akurat jest rozsądne, patrząc na to, w jaki sposób dobierane są nam mundury. Z łataniem bywa już różnie.
Przesunęła palcem wzdłuż jednej z naprawionych dziur.
- Proszę spojrzeć tutaj. Zanim sama poprawiłam mocowanie tej łaty, poprzednia była przyszyta tak rzadkim ściegiem, że wystarczyło mocniej pociągnąć materiał, żeby zaczęła odchodzić. Dlatego podłożyłam od wewnątrz dodatkowy kawałek tkaniny, a brzegi przyszyłam gęściej. Szczególnie przy ramionach i pod pachami, gdzie materiał jest ciągle naprężany podczas ruchu.
Spojrzała na Helmuta z lekkim uśmiechem.
- Chociaż tak myślę, że z drugiej strony, gdybym musiała każdego dnia naprawiać kilkadziesiąt mundurów, pewnie sama zaczęłabym szukać sposobów, by skończyć pracę przed zmrokiem. A pan jak uważa?
-
Miesiąc minął bardzo szybko i szczerze niewiele mieli czasu na luźne pogawędki, nawet z szóstką mieszkającą w tym samym namiocie. Paręnaście godzin dziennie treningów, od których nie raz ciężko było w kantynie podnieść rękę, przepierka, kolejka do latryny wieczorem i spać, bo o świcie znowu zbiórka.
- Rutyna gorsza niż w świątyni - przeszło Gerhardowi przez myśl - tam chociaż był czas na modlitwę i poranek rozpoczynał się wolniej. Dobre tyle, że był przyzwyczajony wstawać ze słońcem, zwykle zdążył się pomodlić zanim była brać żołnierska wzywana na zbiórkę, a gdy nie mógł to nic nie szkodzi, nadrabiał wieczorem. Poza nawiązaniem poprzez kuzyna trochę lepszej znajomości z Hohenwartami, nadal reszty praktycznie nie znał. Więcej okazji było do rozmowy z innymi drużynami gdy razem ćwiczyli, bo w pary dobierani byli losowo, niż z własnym namiotem.
Ostatni trening był niewątpliwie męczący, podłe długie kardio sprawiało że każdy z nich miał ochotę wypluć płuca, jakby sierżant starał się celowo upodlić ich przed kapitanem. Wreszcie pogadanka, spocznij i luz. Padał i jedynie siłą woli starał się wyglądać normalnie.
Nie małe było jego zdziwienie gdy zobaczył żołnierzy pijących alkohol, pozwolono wszak na zabawę, nie na łamanie regulaminu i prawa. Kara? Od karnych ćwiczeń przez karcer, a nawet wstrzymanie żołdu. Nie miał jednak sił ani chęci pouczać innych, jutro zrobi to sierżant Russel.
Zmęczonym wzrokiem odganiając pot z czoła spojrzał w kierunku oddalającego się kapitana. Bez sensu jednak byłoby go teraz gonić, zresztą, zrządzenie losu sprawiło że nie miał okazji z nim wcześniej pomówić, niepotrzebnie się wyrwać. Jutro będzie już pełnoprawnym żołnierzem i nie będzie możliwości oddalić go z tego miejsca. Wtedy z nim porozmawia.
Wrócił do namiotu, okiem ogarnął swoją pryczę, usiadł, posłuchał trochę co mówią inni i postanowił pójść przede wszystkim się umyć (i zmyć pył i błoto z munduru, do rana wyschnie) zanim dołączy do reszty w rozmowach, ale pewien był, że z jego strony zero alkoholu i hazardu, czy częstowania się jedzeniem z nieznanego pochodzenia co mogło leżeć miesiąc w torbie Albrechta. Zamierzał słuchać. Obserwować, a mniej mówić. Jak zwykle. Jedynie przed wyjściem nad strumień mijając Helmuta i Klarę poprosił tego pierwszego na chwilę na bok i rzekł nieco ciszej:
- Panie Kumm, nie chcę robić za wieszczącego złe nowiny, ale baczcie na Pana Fineasza i zadbajcie by w tym stanie nie wychodził z namiotu. SIerżant rzekł o zabawie, nie o łamaniu prawa Strielfortu, a poznaliśmy go chyba dość by wiedzieć jakie będą jutro konsekwencje jeśli przyuważy kogokolwiek pod wpływem alkoholu. -
Dzień królewski, 1 tydzień czasu Sigmara 2520 KI.
Strielfort, kilka godzin przed świtemRekruci, po wieczorze pełnym odprężenia, zabawy, oraz kilku głębszych, legli wreszcie złożeni znużeniem. Wszak należało prezentować się godnie dnia następnego. Zostaną zaprzysiężeni. Wreszcie będą żołnierzami, a nie "świeżym mięsem", "zmokłymi kurami". Wreszcie skończą się pogardliwe określenia typu "poborowy", czy "rekrut". Czasami, z rzadka, padało również "kadet", ale nie było ono szczególnie źle nacechowane. I dlatego padało rzadko.
Kadeci w większości byli przecież szkoleni na oficerów, nie na piechotę. A przynajmniej tak mógł to sobie tłumaczyć Hohenwart, który przecież w istocie był kadetem.
Noc była lekko chłodna i spokojna. W oddali było jedynie słychać szum wiatru. Czasem do fortu doleciało pohukiwanie sów. Czasami gdzieś w oddali skrzypnął kawałek deski. Na wieżach obronnych fortu paliły się niemrawo światła, gdy członkowie drużyny II Strielfortu przechadzali się po blankach, trzymając warty i wyglądając zagrożeń.Ale nawet te ciche odgłosy nocy, czy skrzypnięcia drewna, nie były w stanie zmącić snu, niekiedy przerywanego pochrapywaniem. Pole namiotowe, w którym zakwaterowani byli tak żołnierze jak i rekruci, było spokojne. Rekruci zajmowali "beczki" na samym skraju pola namiotowego.
Kruszywo Triefplatzu zachrzęściło cicho, gdy cztery postaci weszły na plac. dwie z nich jęły rozpalać pochodnie, natomiast pozostałe dwie, pewnym krokiem ruszyły na skraj pola namiotowego. Nie potrzebowały widzieć drogi. Znały ją na pamięć. Jedna z nich miała w ręku ostlandzki róg sygnałowy, natomiast druga trzymała w jednym ręku obnażony miecz, a w drugiej żelazny pręt.
Ciszę przerwało walenie prętu o miecz. Za chwilę druga postać zadęła przeciągle w róg. Nieprzyjemne, wysokie brzmienie wibrującego żelaza wymieszało się z dźwiękiem rogu raban obudziłby umarłego. Po chwili w ciemności słychać było głos Sierżanta Otto Russela.
-WSTAWAĆ REKRUCI, WSTAWAĆ! MACIE PIĘĆ MINUT NA STAWIENIE SIĘ NA PLACU Z PEŁNYM RYNSZTUNKIEM!-
Niektórych dosłownie wybiło z pościeli. Ktoś spadł z łóżka. Ktoś kurwił na czym świat stoi i przeklinał nazwisko sierżanta i jego rodzinę do pięciu pokoleń wstecz, próbując w ciemności założyć lewy but, na prawą stopę.
Poproszę wszystkich o rzut na spostrzegawczość (konkretnie jest to nasłuchiwanie) z modem -10. Zdany test oznacza iż postać obudziła się zanim Russel wszczął raban, słysząc jego kroki nieopodal namiotu. Następnie wszyscy wykonują test odporności. Ci którzy zdali nasłuchiwanie, mod -5. Ci którzy nie zdali, mod -10. Każdy kto nie zda rzutu na zmęczenie, otrzymuje -5 do wszystkich cech na czas nocnych ćwiczeń z tytułu zmęczenia.
Sierżant jeszcze przez chwilę bił żelazem o żelazo, i jeszcze przez chwilę darł gębę. Przez całe pole namiotowe przetoczyły się jęki niezadowolenia i zduszone klątwy. I już było wiadomo, że to nie jest tylko koszmarny sen i bycie nawiedzanym nocą przez Russela. To niestety faktycznie mogło oznaczać tylko jedno. Cholerne nocne ćwiczenia.
Przed świtem, w dzień zaprzysiężenia. To albo żart niewczesny, albo podstęp okrutny. Nie zmieniało to jednak faktu iż rozkaz jest rozkazem.
Cześć! Wygląda na to, że jesteś zainteresowany tą rozmową, ale nie masz jeszcze konta.
Masz dość przewijania tych samych postów za każdą wizytą? Po zarejestrowaniu konta zawsze wrócisz dokładnie do tego samego miejsca, w którym byłeś wcześniej, możesz wtedy również wybrać opcję otrzymywania powiadomień nowych odpowiedziach (e-mailem lub powiadomieniem push). Będziesz też mógł zapisywać zakładki i głosować na posty, aby okazać uznanie innym członkom społeczności.
Z Twoją pomocą tez post mógłby być nawet lepszy 💗
Zarejestruj się Zaloguj się