Przejdź do treści
  • Kategorie
  • Ostatnie
  • Tagi
  • Popularne
  • Świat
  • Użytkownicy
  • Grupy
  • Strona startowa
Skórki
  • Jasny
  • Brite
  • Cerulean
  • Cosmo
  • Flatly
  • Journal
  • Litera
  • Lumen
  • Lux
  • Materia
  • Minty
  • Morph
  • Pulse
  • Sandstone
  • Simplex
  • Sketchy
  • Spacelab
  • United
  • Yeti
  • Zephyr
  • Ciemny
  • Cyborg
  • Darkly
  • Quartz
  • Slate
  • Solar
  • Superhero
  • Vapor

  • Domyślna (Cyborg)
  • Brak skórki
Zwiń
Patronite
  1. Start
  2. Sesje inne
  3. Rozgrywka
  4. XIII - Martwa godzina
XIII - Martwa godzina
MorphM
Morph jako
Storyteller
Mistrz Gry
NabuchodonozorN
Nabuchodonozor jako
Eugene Mullis
PiołunP
Piołun jako
Daniel Mercer
CavallinoC
Cavallino jako
Vivienne Ashcroft
JaremaJ
Jarema jako
Tomas Jonson
BardielB
Bardiel jako
Simon Tanner
KetharianK
Ketharian jako
Alejandro Garcia Hernández

XIII - Martwa godzina

Zaplanowany Przypięty Zablokowany Przeniesiony Rozgrywka
36 Posty 7 Uczestników 562 Wyświetlenia 4 Obserwuje
  • Najpierw najstarsze
  • Najpierw najnowsze
  • Najwięcej głosów
Odpowiedz
  • Odpowiedz, zakładając nowy temat
Zaloguj się, aby odpowiedzieć
Ten temat został usunięty. Mogą go zobaczyć tylko użytkownicy upoważnieni do zarządzania tematami.
  • CavallinoC Niedostępny
    CavallinoC Niedostępny
    Cavallino jako Vivienne Ashcroft
    napisał(a) ostatnio edytowany przez
    #26

    – Statystyka nie ma tutaj aż tak wiele do powiedzenia – odpowiedziała spokojnie, spoglądając na Alejandro. – Tarot to nie karty do gry. Każda karta niesie ze sobą określoną symbolikę, historię i znaczenie.
    Przez chwilę obracała Kapłankę w palcach.
    – Oczywiście można policzyć prawdopodobieństwo, że ta sama karta pojawi się w dwóch kolejnych rozkładach. Tylko to podejście opiera się na przekonaniu, że wybór kart jest wyłącznie przypadkowy. Tarot opiera się na zupełnie innych założeniach – tutaj na to co pojawia się w rozkładzie, wpływa zarówno intencja osoby pytającej, jej energia, intuicja… zależnie od tradycji można to nazywać różnie. Osoba, która korzysta z Tarota, nie wybiera kart przypadkowo. To… – zawahała się, szukając słowa, które nie zabrzmi zbyt pretensjonalnie – …połączenie między osobą a kartami. Kombinacja tych czynników wpływa na to, co się pojawia. Dlatego dwukrotne pojawienie się tej samej karty samo w sobie nie jest dowodem na nic nadnaturalnego. Znaczenie ma kontekst, w którym się ona pojawia.
    Milczała chwilę, nadal przyglądając się trzymanej karcie.
    – Robiłam dla O'Hary kilka rozkładów. Czasami pojawiała się Kapłanka, czasami nie. Jednak podczas naszego ostatniego spotkania… jestem pewna, że Kapłanki nie było na stole, kiedy wykładałam karty.
    Przełknęła ślinę.
    – Ale po wyjściu O'Hary już się tam znajdowała.
    Potrząsnęła głową, jakby próbowała pozbyć się wspomnienia. Spojrzała na księgozbiór.
    – Nie. Nie mam pojęcia, co oznaczają te odręczne dopiski na grzbietach książek. Trochę wygląda to na szyfr, prawda? Daty może? Albo jakiś katalog? Rodzaj sprawy, data i numer? Trochę przypomina mi numery faktur, które wystawiam. – powiedziała. Jej spojrzenie przesunęło się z biblioteczki na dokumenty leżące na biurku. Sama nie wiedziała dlaczego, ale nagle poczuła, że powinna jeszcze raz na nie spojrzeć. Podeszła bliżej i przerzuciła kilka kartek, zatrzymując się przy jednym z rachunków.
    – Ciekawe. O'Hara opłacał dodatkowe pomieszczenie na strychu – podniosła wzrok na mężczyzn. – Może tam trzymał dokumentację związaną ze śledztwem?

    1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
    👍 ♥
    2
    • KetharianK Niedostępny
      KetharianK Niedostępny
      Ketharian jako Alejandro Garcia Hernández
      Obsługa Moderator Mecenas
      napisał(a) ostatnio edytowany przez
      #27

      Mieszkanie Dereka O’Hary


      Oczywista w swej naturze uwaga Ashcroft wprawiła Alejandro w stan głębokiej irytacji, której źródłem nie była osoba kobiety ani jej spostrzeżenie, tylko frustracja brakiem własnej spostrzegawczości. Latynos nie potrafił pojąć jak sam tego wcześniej nie zauważył spoglądając przez ramię Daniela na wyciągane przez niego z biurka dokumenty.

      - Ma pani rację, Vivienne - oznajmił marszcząc lekko czoło - Nie zwróciłem uwagi na charakter tego rachunku. Może znajdziemy tam tylko stare graty, ale lepiej sprawdzić to od razu. I skoro o papierach mowa, wyślę ten numer do Becki, niech spróbuje zidentyfikować właściciela.

      Włączywszy aparat w telefonie, Hernández zrobił zdjęcie numeru zapisanego przez O’Harę na osobnej i poplamionej czymś karteczce.

      312-555-01313.

      - Chodźmy na ten strych, tylko proszę pamiętać, że nie chcemy zwracać na siebie uwagi, dobrze?

      Popieram postulat Gladina wzywający do zniszczenia 4-tej edycji WFRP!

      1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
      0
      • CavallinoC Niedostępny
        CavallinoC Niedostępny
        Cavallino jako Vivienne Ashcroft
        napisał(a) ostatnio edytowany przez
        #28

        Vivienne zerknęła na Alejandro, zauważając napięcie na jego twarzy. Kącik jej ust drgnął w lekkim uśmiechu.
        – Oczywiście. Postaram się nie rzucać w oczy – zapewniła go z niewinnym usmiechem, oddając rachunek i kierując się do regału z książkami.
        Przesunęła palcami po kilku grzbietach, po czym wyciągnęła jedną z ksiąg z tajemniczym szyfrem zapisanym srebrnym markerem. Pogłaskała dłonią okładkę, jakby próbowała zgarnąć z tomu niewidzialne pyłki kurzu. Nawyk którego nie była świadoma, ale wykonywała go za każdym razem kiedy sięgała po książkę.
        – Jest sens dalszego przeszukiwania mieszkania? W sumie to się nie znam na profesjonalnych przeszukiwaniach – w filmach policja robi to dość drobiazgowo, ale oczywiście zdam się na wasze doświadczenie w tej kwestii.

        1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
        1
        • PiołunP Niedostępny
          PiołunP Niedostępny
          Piołun jako Daniel Mercer
          Mecenas
          napisał(a) ostatnio edytowany przez
          #29

          Mercer uniósł lekko brwi na wyjaśnienie Vivienne dotyczące Kapłanki. Cała ta opowieść o energii, intencji i połączeniu z kartami trafiała dokładnie w tę część jego umysłu, która stanowczo odrzucała podobną synergie z talią kart. I tym razem powstrzymał się komentarzem. Zwłaszcza informacja, że karta pojawiła się dopiero po wyjściu O’Hary, była wystarczająco dziwna, żeby przynajmniej jej nie ignorować. Czy pęknięcia mogły objawiać się w tak wąskim zakresie?
          – Dobra. To już brzmi ciekawiej niż zwykły zbieg okoliczności – przyznał krótko.
          Kiedy Vivienne zwróciła uwagę na rachunek za dodatkowe pomieszczenie na strychu, Daniel od razu odłożył papiery. To był wreszcie trop, którego nie trzeba było interpretować.
          – Strych ma sens. Jeśli chciał coś trzymać poza mieszkaniem, trudno o lepsze miejsce.
          Na pytanie o dalsze przeszukiwanie rozejrzał się jeszcze raz po gabinecie.
          – Mieszkanie nie ucieknie. Najpierw sprawdźmy to pomieszczenie, a jeśli nic tam nie znajdziemy, wrócimy tutaj i przejdziemy wszystko dokładniej.
          Zabrał torbę ze sprzętem i ruszył za Hernandezem w stronę wyjścia.
          – Postaram się nie zwracać uwagi – dodał po chwili. – Chociaż przy trzech osobach skradających się nocą na strych może być z tym różnie. – zauważył, pozwalając sobie na żart.

          1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
          1
          • BardielB Niedostępny
            BardielB Niedostępny
            Bardiel jako Simon Tanner
            napisał(a) ostatnio edytowany przez Bardiel
            #30

            Becka zerknęła w stronę Simona, jakby się chciała upewnić, czy ją rozumie i podziela przemyślenia. Mężczyzna nie spojrzał w jej stronę choćby przelotnie. Oczy Simona cały czas błądziły po ekranie komputera. Zmarszczone czoło wskazywało, że myśli nad czymś intensywnie i raczej nie jest to audycja radiowa.
            Klik…
            Klik…
            Klik…
            Becka zapewne zdążyła już założyć, że zostanie zignorowana, gdy nagle…
            – Gość bredzi - odparł sucho blondyn, który najwyraźniej jednak rejestrował głos kobiety. - Jak każdy radiowiec. Gdy posadzisz kogoś przy mikrofonie i każesz mu w kółko nawijać to musi bredzić. Ludzie rzadko mówią coś wartościowego.
            Simon poprawił prostokątne okulary charakterystycznym dla siebie gestem.
            – Ale przynajmniej nie puszcza reggae. Od reggae robię się agresywny.
            Czy to był żart? Ciężko powiedzieć, gdyż ton Tannera brzmiał jakby podzielił się jakimś naukowym faktem. Z drugiej strony zazwyczaj tak właśnie brzmiał, więc może wcale nie był dziwny, tylko na sucho serwował istny kabaret!

            “Kiedy naprawdę chcemy coś znaleźć, zaczynamy dostrzegać wskazówki wszędzie.”

            Spojrzenie Simona wreszcie oderwało się od monitora. Wzrok utkwił w podłodze. Czyżby radiowiec zadał właśnie kłam jego stwierdzeniu? Czyżby powiedział coś, co poruszyło przemądrzałego korpoblondasa na tyle, by oderwał się na chwilę od swego toku myślowego?
            Uniósł wreszcie wzrok, który skrzyżował się ze spojrzeniem Becki. Nie komentował. Przez moment wydawało się, jakby zrozumieli się bez słów. Tak, Simon również zastanawiał się czy nie dostrzega śladów tam gdzie ich nie ma. Być może obsesyjnie widział wzorce, których nigdy nie było. Być może trwało to już nawet od dwudziestu lat. W jedną chwilę niewinna audycja radiowa wydała mu się ponurą przestrogą.

            W milczeniu wrócił do pracy.


            Po kilkudziesięciu minutach grzebania w policyjnej bazie Simon otworzył nagranie, które zdawało się aktywować w jego głowie coś w rodzaju stresu pourazowego. Przez moment umysł mężczyzny był tak zawieszony, że nawet nie zdenerwowało go “zakradnięcie” się Becki zza pleców - czego w normalnych warunkach chorobliwie nie znosił.

            Trzaski i szum kamery przywołały w umyśle Simona gwałtownie migoczącą lampkę nocną. Zapalił ją tamtej nocy, gdy coś zabrało siostrę. Rozpaczliwie liczył, że światło pomoże przegonić nocne “potwory spod łóżka”. Lampa migotała, migotała, aż nagle żarówka uległa spaleniu. Gdy zapalił główne światło, Sary już nigdzie nie było. Pamiętał jak matka łajała następnego dnia ojca, że już od miesiąca mówi mu, aby wymienił żarówkę w lampce.
            – Impuls - wypalił nagle, jakby otrząsnął się z transu. - Impuls elektromagnetyczny. Jeśli coś zakłóciło kamerę to pewnie też wszystkie inne urządzenia elektroniczne na obszarze. Muszę sprawdzić jakoś czy doszło do innych zakłóceń. Nie wiem, oświetlenia miejskiego, świateł drogowych. Zgłoszenia zepsutych telefonów. Zerwane połączenia. Eletronika w samochodach. Tym i wszystkich naokoło. Kurwa, nie wiem.
            Rzadko zdarzało mu się przeklinać. Simon zdjął okulary i przetarł oczy w taki sposób, jakby chciał je wydłubać. Zaraz potem gwałtownie wstał z miejsca. Zdjął marynarkę i podwinął rękawy koszuli.
            – Widzisz to co ja, prawda? Facet zniknął. Widzimy to razem, prawda?
            Z kieszeni wyjął dyktafon i zaczął mówić wprost do niego.
            – Tutaj Simon Tanner. Właśnie obejrzałem nagranie z monitoringu, na którym widać jak O’Hara chwyta się za głowę i znika na środku skrzyżowania.
            Mężczyzna wyciągnął w stronę Becki dyktafon. W jego oczach malowała się desperacja.
            – Powiedz, że też to widzisz zanim jutro okaże się, że to nagranie nie istnieje a ty niczego nie pamiętasz.

            Nagle mężczyzna spojrzał w stronę billingów oraz połączeń wyświetlanych na monitorach niepełnosprawnej kobiety. Zostawił dyktafon rękach skonsternowanej Becki, jakby zapomniał o całej sprawie. Powolnym krokiem podszedł do radia, nachylając się nad głośnikiem.
            – Wiesz co, Zack? Wiesz co teraz zrobię? - lekki, nieco maniakalny uśmiech przebiegł przez twarz Simona. - Rozrysuję na mapie dokładnie wszystkie punkty gdzie był O’Hara, do jakiego punktu dzwonił, skąd dzwonił, do kogo dzwonił… Potem będę sprawdzać gdzie były zakłócenia elektromagnetyczne. I może to wszystko będzie tylko powiązane w mojej głowie. A może nie.
            Okulary wylądowały z powrotem na nosie Simona. Poprawił je identycznym gestem jak wcześniej. Spoważniał.
            – Wracam do pracy. Musimy ustalić kto to jest Lionel Grant. I jeszcze…
            Simon zmrużył oczy, patrząc na billingi.
            – Te cztery niezidentyfikowane telefony. W krótkim czasie. Sygnał zaczęła łapać inna wieża. Przemieścił się z sektora zachodniego do centralnego. Śledził kogoś i się meldował? Nie, to bez sensu. Meldowałby się przecież Fergusonowi. Z kim on rozmawiał…
            Simon wrócił do biurka.
            – Nie żartowałem z dyktafonem - rzucił jeszcze, nim palce zaczęły grać na klawiaturze.

            1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
            ♥ 😱 👍
            1
            • NabuchodonozorN Niedostępny
              NabuchodonozorN Niedostępny
              Nabuchodonozor jako Eugene Mullis
              napisał(a) ostatnio edytowany przez Nabuchodonozor
              #31

              Pasażowanie

              85703e0c-e76e-4423-8cf9-acc232ffdbac-image.jpeg

              To zabawne gdy wyobraźnia przemieszana z życiowym doświadczeniem podpowiada pewne porównanie, a idące dalej życie jakby próbuje owo porównanie ugruntować.

              Przecież to wszystko to tylko efekt działania pompy sodowo- potasowej w ludzkim organizmie, a jednak są momenty, że wydaje się jakby to było coś wyższego. Zabawna iluzja.

              Oto jeszcze niedawno Eugene Mullis Ph D porównał całą grupę i jej działania do posiewu redukcyjnego, a teraz w zupełnie zaskakujących okolicznościach sam został wyizolowany niczym czysta kultura i zaszczepiony w inne miejsce jak przy pasażowaniu.

              Ta myśl przypomniała mu jak to się stało. Zapytał tamtą trójkę czy jest sens by on szedł sam, a oni taką grupą w jedno miejsce. I jak wówczas zareagowali? Otóż NIE zareagowali. Jedynie ta cała Vivienne robiła dziwne miny zupełnie jakby jego słowa.. przeraziły ją? Tylko, że ona ciągle była jakaś taka przestraszona.

              Co tu dużo mówić? Oni zwyczajnie zebrali się wyszli, zupełnie jakby on był jakimś szumem tła.

              W poprzednim jego życiu to było nie do pomyślenia by tak go zlekceważono! Właściwie to nie w poprzednim tylko w pierwszym bo teraz było to jego już trzecie życie...

              Mullis po raz kolejny uświadomił sobie, że musi zapracować na szacunek, być może także przed samym sobą.

              Tym bardziej wziął się do pracy.

              Przynajmniej miał szczęście. Do biura dostał się bez problemu i nikt mu nie przeszkadzał. Jak zwykle zabrał się do wszystkiego metodycznie: ubrał gumowe rękawiczki, zamknął drzwi, rozejrzał się po pomieszczeniu i zaczął robić zdjęcia. Wiedział, że to co będzie robił teraz nie jest jego specjalnością, ale najważniejszym jego zadaniem jest zdobycie jak największej ilości prób.. znaczy dowodów, wskazówek, śladów.

              Układ pokoju, ustawienie mebli, położenie przedmiotów- to wszystko może mieć znaczenie. Zanim ruszył cokolwiek zawsze robił najpierw zdjęcie. Może coś potem da się z tego odkryć. Niestety obecność sprzątaczki może wskazywać, że część śladów została zatarta. Na to nic nie mógł poradzić.

              Przeszukał szafki, biurko, aneks kuchenny, kanapę, parapety, okna, nawet przeanalizował czy w podłodze nie ma ukrytych schowków.

              W duchu oskarżał O' Harę o niechlujstwo i bylejakość. Jak można pracować w takim nieładzie? Mullis oczywiście zupełnie ignorował przy tym fakt, że taksówka, którą niedawno jeszcze jeździł nie wyglądała ani trochę lepiej. To było inne życie, które wypierał z pamięci.

              Czy O' Hara pracował tak niedbale? Doktor lediwe powtrzymał się od posprzątania i poukładania tego wszystkiego!
              Nawet rapor.. notatki, które Eugene znalazł wyglądały jak jakiś smear- niejasne, nieczytelne i brudne. Zrozumienie tego wszystkiego będzie wymagało konsultacji.

              Jakieś numery? Katalog policyjny? Może indeks biblioteczny? Do tego niepełny numer telefonu, nic nie mówiące nazwiska- poza jednym oczywiście.

              Mullis szybko skontaktował się z Fergussonem, a ten potwierdził, że miało dojść do spotkania, ale osattecznie nie doszło. To niestety niewiele mówiło.

              Gdy Mullis znalazł te notatki chciał krzyknąć "Eureka", ale okazuje się, że może być niewiele mówiący śmieć. Może uda się wyczytać coś pod spodem, coś w tle...

              Była jeszcze notka o południowym brzegu- znowu całkowicie niejasna. Co tam miałoby być? To też było ciekawe. Tam wyraźnie było słowo "IT". NIe miał tam spotkać kogoś. Miało się tam znajdować COŚ czego szukał O'Hara.

              Nadzieję Eugena nieco zwiększyło znalezienie śladów biologicznych. Ignoranci nie mieli pojęcia jak wiele da się z tego wyczytać. Wreszcie jakiś trop! Wreszcie coś na czym Mullis się znał!

              Po chwili namysłu Eugene zdecydował się zaryzykować zabawę w detektywa. Musiał dowiedzieć się kiedy ostatnio O' Hara był tu widziany i jakim człowiekiem go widziano. Być może ktoś zobaczył lub uslyszał coś ważnego.

              Chętnie by przepytał tę sprzątaczkę, ale ona wyraźnie nawet nie wiedziała jak O' Hara wyglądał, a poza tym już poszła. Zostały jednak sąsiednie biura i apteka. Być może to ta na dole.

              Eugene usiadł przy biurku, wyciągnął swój notatnik i zaczął tworzyć metodykę działania.

              Postanowił, że najpierw popyta ludzi w sąsiednich biurach. Musi do tego wcielić się niestety w swoje stare ja. Przedstawi się tak samo jak gdy był taksówkarzem i będzie udawał zainteresowanego usługami O' Hary. To dobry pretekst bo dzięki temu ma wymówkę by wypytać o jego obecność oraz o to jakim jest człowiekiem i detektywem. Mullis nawet nie będzie musiał za dużo kłamać. Jeśli powie co naprawdę sam o nim myśli- o stanie jego biura, które przed chwilą widział sugerującej niedbałość to tamci pewnie się do tego odniosą. Może też zgodnie z prawdą powiedzieć, że potrzebuje detektywa by znaleźć zaginioną osobę. Im więcej mówisz prawdy, tym łatwiej ukryć kłamstwo.

              Potem uda się do apteki. Tu już nie musi specjalnie nikogo udawać. Pokaże swoją legitymację, pokaże zdjęcie O' Hary, rzuci kilka przekonujących argumentów o tym, że informacja na temat realizowanej recepty pomoże mu w uzyskaniu jednoznacznych wyników pracy śledczej.

              Tak na pewno się uda!

              Eugene z nową determinacją podszedł do drzwi zabierając zabezpieczone zebrane materiały,a w tym notatnik. Przed samym wyjściem pozwolił sobie na chwilę by przypomnieć sobie siebie w poprzednim życiu gdy potrafił rozmawiać z ludźmi i czasem nawet dowiadywał się więcej niż by chciał.

              Po chwili drzwi do biura otworzyły się, a na korytarz wyszedł już nie genialny Eugene Mullis Ph. D., a nieco cyniczny, pragmatyczny i przegrany życiowo E.M...

              1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
              0
              • MorphM Niedostępny
                MorphM Niedostępny
                Morph jako Storyteller
                napisał(a) ostatnio edytowany przez Morph
                #32

                WINTER WALK

                Za piętnaście minut miała wybić godzina duchów, jak mawiała babcia HJ-a, a on wciąż wałęsał się po ulicach. Już jakiś czas temu pożegnał ostatnią grupę turystów. Powinien być już dawno w domu. Niestety jakaś awaria sprawiała, że zamiast “L-ką” czekał go długi, nocny spacer. Zamiast radości z gorącego prysznica i tłustego cheeseburgera musiał udawać, że cieszy się z tej romantycznej wycieczki, którą zafundował mu złośliwy los.

                Walił tak gęsty śnieg, że światła samochodów rozlewały się po ulicy, niczym farba na mokrym papierze. Hyde Park, za dnia pełen studentów, turystów i okolicznych mieszkańców spacerujących z psami, teraz wyglądał niemal jak wymarłe miasto. Pustymi ulicami snuli się tylko pojedynczy przechodnie. Gdyby nie przejeżdżające jeden za drugim pługi śnieżne, to można by się poczuć, jak w dziwnym, lodowym śnie.

                Wbrew wszystkiemu HJ lubił tę porę. Nie dlatego, że kochał zimę. Zima była dla ludzi, którzy mieli garaże, drogie płaszcze i kogoś, kto odśnieżał im podjazd. Patrząc na otulone grubą warstwą śnieżnego puchu, HJ zapominał o przemoczonych butach i zmarzniętych dłoniach. Na przekór złośliwemu losowi, potrafił znaleźć w tym wszystkim coś, czym sycił swoją romantyczną duszę. Mroźna nostalgia miejskich zaułków, pochłonęła go niczym matowy szron oblepiający szyby samochodów i witryny sklepów.

                Przystanął przy jednej z nich. Skrzyżowanie 55. Ulicy Wschodniej i Woodlawn Avenue. Zwykły lokal z migającym nerwowo neonem, który z miejsca zdradzał, że miejsce to ma lata świetności dawno za sobą. Takich miejsc nie pokazują na pocztówkach. Żadna atrakcja turystyczna.
                Choć tuż obok wznosił się słynny budynek szkoły Świętego Tomasza Apostoła. Wyrazisty monolit z 1929 roku o surowym, dumnym obliczu. Ozdobnym, geometrycznym portalu w stylu Art Deco, który patrzył na ulicę z chłodną, obojętną elegancją dawnych lat. HJ czasami zaprowadzał tam wycieczki, aby móc wspomnieć o tym, że Francis Byrne pionierem nowoczesnej architektury sakralnej w USA był.

                Jego myśli wróciły z obłoków na ziemię, gdy ją zobaczył.
                Stała pod wąskim daszkiem, tuż przy witrynie, jakby śnieżyca była zjawiskiem atmosferycznym, które dotyczyło wszystkich poza nią. Jasne włosy wystawały spod ciemnego kaptura. Miała na sobie długi, elegancki płaszcz, skórzane rękawiczki i twarz, przez którą HJ natychmiast zapomniał, co właściwie chciał kupić.

                Jej uroda nie wymagała ani odpowiedniego oświetlenia, makijażu, ani tym bardziej trzech godzin pracy fotografa. Cholernie piękna naturalność i promieniująca złocistym blaskiem szlachetność. Jasna cera, wyraźne kości policzkowe, pełne usta. Coś w jej twarzy sprawiało, że wyglądała, jakby pochodził z miejsca, gdzie ludzie dobrzy, mili i uczciwi, a zło występuje tylko w klechdach, którymi straszy się dzieci.

                HJ zerknął na nią raz. Potem drugi. Za trzecim razem skarcił sam siebie, za to, że się gapił . Henry, do jasnej cholery. Zachowuj się jak człowiek.

                Opuścił wzrok na chodnik, jakby nagle zainteresowała go skomplikowana mozaika, jaka namalowały ślady butów przechodniów na śniegu. Nie pomogło. Już po chwili znowu na nią zerkał. Dziewczyna właśnie wyjęła telefon i próbowała obsłużyć ekran w rękawiczce. Skrzywiła się, zdjęła jedną z nich i zaczęła stukać palcem, podczas gdy płatki śniegu osiadały jej na włosach.

                HJ uśmiechnął się pod nosem. Sam doskonale znał to uczucie. Technologia miała być przyszłością ludzkości, ale w Chicago w styczniu wciąż wystarczyło minus dziesięć stopni, żeby sprowadzić człowieka do poziomu małpy próbującej rozpalić ogień.
                Mógłby do niej podejść. Zagadać.
                Oczywiście, że mógł. Był dorosłym facetem. Miał dwadzieścia kilka lat, wszystkie zęby i przynajmniej dwie koszule, w których mógłby pójść do teatru, czy nawet opery. Potrafił rozmawiać z ludźmi. W końcu robił to zawodowo.
                Tylko że rozmawianie z grupą dwunastu turystów o architekturze Franka Lloyda Wrighta nie było tym samym co podejście do kobiety, która wyglądała, jakby mogła jednym spojrzeniem unieważnić jego prawo jazdy.

                W dodatku była biała. Nie chodziło o to, że nigdy nie rozmawiał z białą laską. Hyde Park pod tym względem należał do miejsc bardzo demokratycznych. Na kampusie widywał ich mnóstwo, podobnie jak w kawiarniach, księgarniach i przy przystankach. Chodziło o coś innego. Niektóre kobiety potrafiły spojrzeć na człowieka tak, jakby sam fakt, że zdecydowałeś się do nich podejść oznaczał naruszenie dworskiej etykiety.

                Wahał się. Zastanawiał. Dokładnie w tym momencie dziewczyna podniosła wzrok znad telefonu. Ich spojrzenia przecięły się. Ona posłała mu uśmiech. On odpowiedział tym samym, jednocześnie grzebiąc nerwowo butem w śnieżnej zaspie.

                W głowie HJ-a rozpoczyna się narada kryzysowa. To był uśmiech. Zwykły uśmiech. Ludzie się uśmiechają. Nawet do obcych. To nie jest propozycja małżeństwa, Henry. A jednak, coś mu mówiło, że to było zaproszenie. Musiał na nie odpowiedzieć. Wcisnął dłonie mocniej w kieszenie kurtki i ruszył w jej kierunku. W myślach już zastanawiał się jak zacznie rozmowę. Mógł rzucić coś oczywistego o pogodzie. Taaa… genialne. W środku śnieżycy zagaić do laski, która wpadła ci w oko, że pada śnieg. Następny krok - koniecznie trzeba ją poinformować, że woda jest mokra.

                Mógł też zapytać, czy czeka na autobus. Tylko że wtedy wyszedłby na gościa, który nie tylko nie ma samochodu, ale też śledzi rozkład jazdy z konieczności, a nie dla zabawy. W końcu mógł po prostu powiedzieć „cześć” i czekać na jej odpowiedź. Przerażająco proste, ale to tak się chyba w końcu poznaje ludzi. Prawda?

                Dzieliło go od niej trzy, może cztery kroki. Gdy nagle drzwi sklepu otworzyły się z metalicznym brzękiem dzwonka. Dziewczyna odwróciła głowę. Wyszedł z nich mężczyzna.
                Czarny, szeroki w ramionach, z twarzą, która nie potrzebowała dodatkowych wyjaśnień, żeby przyciągnąć uwagę. Miał na sobie kurtkę Louis Vuitton, spod której wystawała ciemna bluza z wielkim logo meduzy. Z szyi zwisał mu gruby złoty łańcuch, a na nadgarstku błyszczał zegarek, jakby cały pokryty był kryształkami lodu. Tylko sęk w tym, że to nie lód. Mężczyzna rozejrzał się i przelotnie rzucił okiem w kierunku HJ-a. Po chwili przeniósł wzrok na dziewczynę i uniósł papierową torbę, jakby chwalił się właśnie łbem upolowanego mamuta.
                -Qu'est-ce qui a pris autant de temps ? - zapytała - J'ai failli mourir de froid.

                Jej słowa brzmiały, jak miłosne zaklęcia. Przez głowę Hj-a przebiegły lepkie i sprośne wizje, a przecież doskonale wiedział, że żadna z nich nie ma najmniejszych szans na powodzenie.
                HJ obserwował parę z miną człowieka, który właśnie stracił całe swoje oszczędności na giełdzie.
                Świetnie. Piękna Europejka. Francuska, do tego. I oczywiście jest z facetem, który wygląda, jakby kupował złoto na wagę, a ubrania dowozili mu kurierzy w białych liberiach z prosto z Paryża i Mediolanu.

                Dziewczyna powiedziała coś jeszcze po francusku. Mężczyzna odpowiedział po angielsku. Do HJ-a dochodziły już tylko pojedyncze słowa, jakby ktoś napchał mu do uszu waty. Spojrzał na nią po raz ostatni i od razu tego pożałował. Ona posłała mu słodki uśmiech, a barczysty typ spojrzenie tak zimne, że serce Hj-a zamarło na kilka sekund, jakby zamarzła mu krew w żyłach.
                Natychmiast obrócił się na pięcie i ruszył przed siebie. Usłyszał jeszcze cichy trzask zamykanych drzwi samochodu. Z jakiegoś niezrozumiałego powodu właśnie teraz przypomniał sobie kawałek Chief Keefa.
                HJ parsknął śmiechem.
                -Yeah, Sosa. Me neither.

                Ruszył dalej, zapadając się po kostki w świeżym śniegu. Do domu miał jeszcze kawał drogi, buty przemoknięte, a cheeseburger coraz bardziej oddalał się od niego w sferę kulinarnych marzeń.

                Niektóre noce naprawdę nie były warte wychodzenia z domu.

                Impact & Revelation

                Vivienne, Daniel, Alejandro

                Zapewne gdyby Derek O’Hara mieszkał w zwykłym bloku, gdzie łatwo zgubić się w plątaninie korytarzy, zachowanie dyskrecji graniczyłoby z cudem. Na szczęście na piętrze, poza mieszkaniem detektywa, znajdował się tylko jeden lokal. Jego lokator niewątpliwie kładł się wcześnie spać i dla niego godzina dziewiąta to był już środek nocy. O tej porze w jego oknach nie paliło się już żadne światło, a na klatce panowała absolutna cisza.
                Vivienne stała przy schodach, po raz pierwszy w życiu pełniąc rolę czujki. W tym czasie Hernandez i Mercer dokonywali kolejnego tej nocy włamania.
                -Gotowe - oznajmił Teksańczyk.
                Powoli opuścił rozkładane schody prowadzące na strych, po czym skinieniem głowy zaprosił Vivienne do środka. Jasno dając jej do zrozumienia, by weszła pierwsza.
                Kobieta odetchnęła z ulgą. Te kilka sekund, podczas których mężczyźni forsowali klapę w suficie, wydawało jej się wiecznością. Dopiero teraz uświadomiła sobie, jak bardzo napięła mięśnie, nasłuchując każdego szmeru dobiegającego z mieszkania.

                -Folia izolacyjna, pianka montażowa, uszczelniacz dekarski - mruknął Hernandez wymieniając pozycje z odnalezionej listy zakupów - To ma sens - dodał po chwili wodząc wzrokiem po ukrytym biurze O’Hary.

                Niewielkie pomieszczenie, najwyżej cztery na trzy metry, przypominało skrzyżowanie placu budowy z kryjówką prywatnego detektywa. Przy ścianie stał skórzany fotel, a obok wisiała mapa pokryta śladami prowadzonego śledztwa. W kącie piętrzyły się worki ze starym uszczelniaczem dekarskim. Przy biurku z komputerem ustawiono wiadra z farbą, jakby remont miał się ku końcowi, ale ktoś przerwał go w połowie pracy. Wszystko to tworzyło osobliwą mieszankę prowizorycznego biura, zaplecza remontowego i tajnej kryjówki. O’Hara najwyraźniej traktował swoje śledztwa dla XIII niezwykle poważnie. Na tyle poważnie, by urządzić sobie miejsce pracy, którego istnienie wolał zachować w tajemnicy.

                -Od czego zaczynamy? - zapytał Daniel, powoli podchodząc do biurka.

                Pomieszczenie na poddaszu okazało się dużo mniejsze niż można było się spodziewać. A może po prostu to ich było tutaj za dużo. O’Hara na pewno nie planował zapraszać tutaj gości. Zważywszy na warunki, to trzy osoby stanowiły tutaj już tłum.

                Goła żarówka zwisająca z długiego kabla dawała ostre i nachalne światło. Gdy agenci XIII-tki zajęli się poszukiwaniami, za ich plecami odbywało się prawdziwe upiorne przedstawienie teatru cieni. Ich czarne sylwetki wyglądały niczym zjawy pląsające w rytualnym tańcu. Mimo poukładanych w równe stosy teczek akt, mapy z dowodami i masy notatek, to pomieszczenie nie przypominało profesjonalnego biura prywatnego detektywa. Bardziej warsztat, w którym ktoś próbował za wszelką cenę utrzymać porządek w sprawie wymykającej się cały czas spod kontroli.

                Pod jedną ze ścian stał skórzany fotel, a obok niego niewielki regał z segregatorami i pudłami archiwizacyjnymi. Na ścianie naprzeciwko ktoś zawiesił dużą mapę Chicago. Kolorowe pinezki, odręczne oznaczenia i cienkie linie łączyły ze sobą adresy rozsiane po kilku dzielnicach miasta. Przy niektórych punktach przyklejono małe fotografie. Inne oznaczono wyłącznie datami.
                Centralne miejsce zajmowało biurko z komputerem. Obok klawiatury leżał notatnik, kilka długopisów i plik luźnych kartek, częściowo przykrytych rachunkami. Na monitorze pozostawiono otwarte okno logowania. Pod biurkiem stały dwie metalowe szafki na dokumenty, a na blacie obok piętrzyły się wydruki, których nikt najwyraźniej nie zdążył jeszcze uporządkować.

                Choć panowały tutaj polowe warunki to z panującego nieładu, przebijał się nieśmiało usystematyzowany porządek. Dokumenty tworzyły osobne stosy, na których widniały odręczne etykiety. Zdjęcia były ponumerowane, a na mapie nie było ani jednego przypadkowego oznaczenia. Cały ten bałagan zdawał się podporządkowany jakiemuś planowi.

                O’Hara nie urządził tu sobie wygodnego miejsca do pracy. Budował sobie miejsce, z którego mógł prowadzić śledztwo poza zasięgiem cudzych spojrzeń. Zniknął nagle, ale zostawił wszystko tak, jakby zamierzał wrócić tutaj następnego dnia.

                Mercer zerknął na komputer stojący pod biurkiem. Schowany częściowo w cieniu sprzęt od razu zwrócił jego uwagę. częściowo schowany w cieniu. Duża, czarna obudowa, ciężka i pozbawiona ozdób, wyglądała raczej jak element wyposażenia niewielkiego laboratorium niż prywatnego gabinetu. Na przednim panelu nie było niczego poza napędem, kilkoma portami i przyciskami. Mimo panującego na poddaszu remontowego bałaganu, to kable poprowadzono bardzo starannie. Żadnych supłów, niczego zwisającego luźno. Długość każdego przewodu zdawała się wyliczona co do centymetra. Nawet obudowa nie został postawiona bezpośrednio na podłodze, lecz na niskiej, solidnej podstawie. Sprzęt już samym swoim zewnętrznym wyglądał krzyczał, że nie jest zwykłem pecetem. Nikt nie inwestował w taką maszynę tylko dlatego, że lubił technologiczne nowinki albo brakowało mu RAM-u, żeby odpalić najnowszego Far Cry’a. Taki komputer kupowało się wtedy, gdy standardowe parametry przestawały wystarczać do codziennej pracy.

                Oczywiste stało się, że sprzęt trzeba zabrać do dalszej analizy. Pojawiła się jednak wątpliwość: czy ingerencja w tak precyzyjnie zaprojektowaną i skomplikowaną strukturę nie naruszy jej wewnętrznej równowagi?

                -Wow! - wyrwało się z ust Vivienne, gdy w jej ręce wpadła opasła teczka personalna zaginionych. Ogrom pracy jaką wykonał O’Hara. Zebrana dokumentacja, przesłuchania, wyniki badań medycznych i dokładny opis każdego przypadku porażały swym ogromem i aż kazały się zastanowić, jak to możliwe, że to dzieło jednego człowieka.

                W tym samym czasie Hernandez uważnie przyglądał się mapie. Usiana siecią kolorowych pinezek, przypominała przedszkolną tablicę ogłoszeń. W przeciwieństwie do wczesnoszkolnej rozpiski, za dziełem O’Hary kryła się nie tylko mroczna tajemnica, ale i tragedia pojedynczych ludzi.

                Nagle coś grzmotnęło, jakby w małym pomieszczeniu ktoś uderzył z całej siły w potężne taiko Tępy, pusty huk rozdarł gwałtownie ciszę.
                -Wszystko w porządku? - zapytała Vivienne.
                -Tak.. Chyba tak… - odparł masując się po głowie i klnącego pod nosem Daniela.

                Stay Tuned

                Tomas

                Mimo że służby miejskie robiły wszystko, co mogły, jazda ulicami Chicago przypominała poruszanie się kamieniem do curlingu, a nie prowadzenie samochodu. Tomas jechał wolno w kierunku Calumet Avenue. Po drodze minął kilka rozbitych aut, których kierowcy nie potrafili zapanować nad pojazdem i kończyli swoją podróż, albo na słupie albo na zderzaku kogoś jadącego z przeciwka.
                -Hej, Becky. Masz chwilę? - powiedział w kierunku telefonu spoczywającego na stojaku na konsoli środkowej - Pomyślałem, że moglibyśmy się spotkać w Biurze.
                Po krótkiej chwili dodał:
                -I mam do ciebie małą prośbę. Jeśli możesz, ściągnij też Simona i doktorka Eugene’a. Chciałbym z wami porozmawiać o tym, co znalazłem.
                -Jasne. Myślę, że to dobry pomysł. Zamówię jakąś pizzę i omówimy, co udało się wam ustalić i jakie podejmiemy kolejne kroki. Do zobaczenia - pożegnała się krótko.

                -Kolejna godzina audycji za nami i wygląda na to, że tym razem meteorolodzy nie pomylili się. Nadal obserwujemy intensywne opady śniegu, a wiatr zdaje się nieustannie przybierać na sile. Choć pługi pracują bez przerwy, to trudno przewidzieć, jak będzie wyglądała sytuacja na drogach jutro rano. Dlatego służby miejskie przypominają, że was samochód nie jest pojazdem terenowym tylko dlatego, że ma napęd na cztery koła. Zatem jeśli nie musicie zostańcie w domach, zróbcie sobie gorącej herbatę i udawajcie, że mieliście taki plan. A teraz pora na telefon od słuchacza. Dobry wieczór, z kim mam przyjemność?.
                -Hej Zack. Z tej strony Clive Ja właśnie od trzech godzin siedzę w domu i patrzę, jak mi samochód znika pod śniegiem. Rano go odkopię, jeśli będzie jeszcze choć kawałek wystawał.
                -Optymista z ciebie Clive. Podoba mi się to.
                -Optymista? No nie wiem… Po prostu człowiek się przyzwyczaja. Najpierw narzeka, potem sprawdza prognozę co pięć minut, a na końcu dochodzi do wniosku, że i tak niczego nie zmieni. Wiesz, co jest najgorsze Zack? Tyle mówi się o tym, jak człowiek kontroluje świat,jak niszczy naturę, a wystarczy trochę śniegu i nagle nie może nawet dojechać do pracy.
                -Niektórzy nie mogą nawet dojechać po pizzę, a to już poważny kryzys cywilizacyjny.
                -Śmieje się, ale coś w tym jest. Budujemy te wszystkie wieżowce, drogi, mosty, wymyślamy coraz lepsze technologie, a potem przychodzi taki dzień, jak dziś i natura i pokazuje nam, gdzie nasze miejsce. I nie mówię tylko o śniegu. Wystarczy spojrzeć na ocean, na trzęsienia ziemi, na huragany. Człowiek może sobie wszystko mierzyć i wyliczać, a i tak nie ma pojęcia, co go naprawdę czeka.
                -Chcesz powiedzieć, że nigdy nie będziemy mieli nad tym kontroli?
                -Myślę, że nawet nie wiemy, nad czym dokładnie chcielibyśmy ją mieć. Nadaliśmy naukowe nazwy różnym zjawiskom, potrafimy je opisać, wiemy jak działają, ale to nie znaczy, że rozumiemy wszystko. A co, jeśli istnieją rzeczy, których jeszcze nie umiemy nawet zauważyć? Nie mam na myśli żadnych kosmitów czy duchów. Po prostu coś, czego nasze urządzenie nie potrafią wykryć, a nasze mózgi nie potrafi zinterpretować.
                -Czyli siedzisz w domu, patrzysz jak śnieg zasypuje ci auto i zaczynasz podejrzewać, że wszechświat coś przed nami ukrywa.
                -Nie powiedziałem, że ukrywa. Może po prostu nie ma powodu, żeby nam cokolwiek wyjaśniać. To chyba jest jeszcze gorsze. Człowiek lubi myśleć, że wszystko ma jakiś sens, że jesteśmy ważni, że gdzieś na końcu czeka odpowiedź. A może jesteśmy tylko drobnym elementem czegoś tak wielkiego, że nasze pytania nie mają żadnego znaczenia.
                -To dość ciężka rozkimna jak na wieczór, w którym większość mieszkańców Chicago martwi się tym, jak jutro dojedzie do pracy.
                -Może właśnie dlatego o tym myślę. Siedzę tu, słyszę, jak wiatr wali w okna, i dociera do mnie, że gdyby ta zamieć była odpowiednio silna, wszystkie nasze problemy przestałyby mieć znaczenie. Praca, rachunki, kłótnie z sąsiadami. Wszystko. Zostaje tylko pytanie, czy przetrwasz noc.
                -A rano znów trzeba będzie odśnieżyć samochód.
                -No właśnie. I znowu będziemy udawać, że mamy wszystko pod kontrolą.
                -Skoro już o udawaniu mowa, to muszę ci coś powiedzieć. Mam wrażenie, że za bardzo przyzwyczailiśmy się do myśli, że świat powinien być dla nas wygodny.
                -Dokładnie. Zwykła zimowa zadymka, a dla większości to niemal koniec świata.
                -Oby nie - Zack zaśmiał się na koniec - Dzięki za telefon, Clive. I uważaj na siebie, jeśli jednak będziesz musiał jutro gdzieś wyjść.
                -Dzięki, ale nie wyłączaj mnie jeszcze. Mam jeszcze jedną sprawę. Skoro już rozmawiamy o rzeczach, na które nie mamy wpływu, mam jedną prośbę. Mógłbyś wreszcie puścić coś, co powstało w tym stuleciu? Bo ja naprawdę lubię twoją audycję, ale jeśli jeszcze raz usłyszę jazzowy saksofon brzmiący jak rozwiedziony detektyw z problemem alkoholowym, to sam zacznę wierzyć, że świat się jutro skończy.
                -Rozumiem. Podzieliłeś się z nami refleksją o niepoznawalności wszechświata, po czym żądasz nowoczesnej muzyki. To się nazywa umieć zachować właściwe proporcje.
                -No chyba nie proszę o wiele.
                -Oczywiście, że nie. Czyli żadnych smutnych trąbek, żadnych fortepianów po przejściach. Masz ochotę na coś współczesnego. Coś z rytmem. Coś, co nie brzmi, jakby główny bohater właśnie odkrył ciało w bagażniku.
                -Właśnie tak!
                -W takim razie mam coś idealnego. Elektronika, syntezatory, nowoczesna produkcja. Żadnego jazzu. Żadnego saksofonu.
                -Brzmi obiecująco.
                -Zatem specjalnie dla naszego słuchacza, Clive’a oraz wszystkich tych, którzy tak jak on mają dość melancholijnych trąbek i saksofonów i wolą coś do czego nóżka sama chodzi.. Przypominam, drodzy słuchacze, jeśli nie musicie wychodzić, zostańcie dziś w domu. To będzie wyjątkowa mroźna noc. Teraz to matka natura ustala zasady. My możemy co najwyżej wybrać sobie muzykę do odśnieżania. So be real heroes and listen.

                Jazda przy dźwiękach synthpopu stała się jeszcze bardziej surrealistyczna niż wtedy, gdy z głośników płynęły jazzowe suity. Szum wycieraczek sunących po przymrożonej szybie w przedziwny sposób komponowały się z wypełniającymi tło rimshootami.
                Tomas minął skrzyżowanie Michigan Avenue i Cermak Road i powoli zbliżał się do budynku, gdzie mieściło się biuro XIII-tki.

                Nagle kontrolki na desce rozdzielczej zaczęły migotać jak lampki na choince. Po chwili radio umilkło, a reflektory zgasły. Silnik zaczął się krztusić, jakby nagle zachorował na astmę i po przejechaniu kilku kolejnych metrów zamilkł. Tomas natychmiast zdjął nogę z gazu i mocniej chwycił kierownicę, która nagle stawiała znacznie większy opór. Samochód nie poruszał się szybko. Siłą rozpędu Tomas zdołał zjechać do krawężnika i zatrzymać się na poboczu, niemal idealnie równolegle do chodnika.
                Przez chwilę siedział bez ruchu, wpatrując się w ciemną deskę rozdzielczą. Za szybą wiatr pędził śnieg przez ulicę, a światła miasta rozmazywały się w białej zawiei. Tomas przyglądał się pustej ulicy i zastanawiając się co się właśnie stało.

                Pills

                Eugene

                Rozmowy z właścicielami sąsiednich biur niewiele dały. Eugene utwierdził się jedynie w przekonaniu, że Derek O’Hara, choć fachowiec w swojej dziedzinie, pod względem charakteru i codziennych przyzwyczajeń był człowiekiem z zupełnie innej bajki niż on sam. Chaotyczny, impulsywny i działający bardzo spontanicznie. Taki przynajmniej obraz detektywa malowały osoby, z którymi zdołał porozmawiać.
                Chowając zebrany materiał dowodowy do torby, wyszedł z biura i skierował się ku aptece.

                Opuścił budynek i zaczął mozolnie przedzierać się przez śnieżne zaspy przy krawężnikach, które powstały po przejechaniu pługów. Jak zawsze priorytet miały samochody, a przechodnie musieli albo założyć rakiety śnieżne, albo siedzieć w domu czekając na odwilż.

                Staromodny dzwonek nad wejściem obwieścił przybycie nowego klienta.
                -Dobry wieczór - przywitał się pucułowaty farmaceuta - Ma pan szczęście. Miałem już zamykać, ale czekam jeszcze na siostrzenicę. Czym mogę służyć?
                Gdy Eugene wyciągnął odznakę policyjną, mężczyzna wyraźnie pobladł. Może nie jak przestępca, złapany na gorącym uczynku, ale na pewno jak człowiek, który wie, że ta rozmowa nie będzie miła i potrwa dłużej niż by tego chciał.
                -Prowadzę śledztwo i chciałem zadać panu kilka pytań - wyjaśnił fachowym tonem E.M.
                -No tak.. - mruknął aptekarz - Oczywiście. Proszę pytać. Pomogę, jak tylko będę umiał.
                -Zna pan Dereka O’Harę? Ma biuro detektywistyczne po drugiej stronie.

                Grymas, jaki przebiegł przez twarz mężczyzny wskazywał na moment zawahania. Jakby zastanawiał się, czy powiedzieć prawdę, czy jednak uciec w niewinne półprawdę.
                -No tak.. Chyba go kojarzę - odparł niepewnym tonem.
                -Czy w ostatnim czasie realizował on u pana jakąś receptę? - kontynuował z kamienną miną Eugene.
                W oczach pucołowatego farmaceuty, pojawił się osobliwy błysk. Mullis poczuł się tak, jakby nagle wypowiedział magiczną formułę, która otwiera tajemny skarbiec.
                -Aaa… - jęknął mężczyzna - Pan w sprawie recepty. Proszę chwileczkę zaczekać.

                Mężczyzna udał się na zaplecze. Wrócił po kilku minutach i od razu postawił na ladzie małą buteleczkę wypełnioną do połowy czerwonym płynem.
                -Niestety udało mi się tylko tyle wyprodukować. Wspominałem panu Derekowi, że coraz trudniej zdobyć niektóre składniki.
                Eugene przyglądał się w milczeniu fiolce. Zastanawiał się, czy to mogło być to, o czym w pierwszej chwili pomyślał.

                Akta XIII-IN nie pozostawiały wiele miejsca na wątpliwości. Formuła CV-C, opracowana przez Gilesa i Bronsteina, została utajniona, a zapasy roztworu przeznaczono do zniszczenia z uwagi na niezwykle wysoki odsetek trwałych skutków ubocznych. Jeśli zawartość fiolki rzeczywiście była tym, za co ją uważał, O’Hara miał przed nimi znacznie więcej tajemnic, niż można było przypuszczać.

                Staromodny dzwonek nad drzwiami odezwał się po raz kolejny.
                -Wujku przepraszam za spóźnienie - odezwała się młoda dziewczyna o aksamitnym głosie - Sam widzisz, co się dzieje - dodała, wskazując dłonią na śnieżną zamieć szalejącą za oknem.
                -Zaczekaj chwilę skarbie - powiedział przymilnym głosem aptekarz do siostrzenicy.
                -Proszę to zabrać - dodał konfidencjonalnym szeptem do Millisa, wsuwając mu fiolkę w dłoń - Pan O’Hara ureguluje należność.

                BLACKOUT

                Simon

                Beck uśmiechnęła się pod nosem słysząc prośbę o zdanie relacji z obserwacji, którą wspólnie dokonali. Jej gest nie zawierał ani grama ironii, czy drwiny. Kobieta doskonale rozumiała zachowanie Simona. Sama doświadczyła wielu Pęknięć, a w kilku przypadkach znalazła się w samym środku anomalii, to i tak zawsze i do samego końca szukała racjonalnych wyjaśnień. Jak najdalej uciekała od okultystycznych, metafizycznych, czy innych pseudonaukowych teorii. Wiedziała też, że hasło XIII - Observe, Record, Archive - to nie pusty slogan. Choć zostało ono zgrabnie ukute i wyglądało na wymysł pierwszoligowych PR-owców, to zawierało w sobie esencję ich pracy.

                Becka sięgnęła po dyktafon i przez chwilę obracała go w dłoni, jakby celowo odwlekała moment rozpoczęcia wypowiedzi. W końcu nacisnęła przycisk nagrywania.
                -Mówi Becka Piccardii. Czternasty stycznia dwa tysiące dwunastego roku, godzina dziesiąta dwadzieścia jeden. Znajdujemy się w bazie operacyjnej w Chicago. Data… — urwała na moment, zerkając w stronę Simona, który już intensywnie pracowała nad sprawdzeniem swojej teorii - Nagranie dotyczy obserwacji materiału wideo przedstawiającego ostatnie zarejestrowane chwile przed zaginięciem Dereka O’Hary.
                Odchrząknęła cicho.
                -Obejrzałam materiał wspólnie z Simonem Tanner’em. Potwierdzam, że zaobserwowane przez niego nieprawidłowości są również widoczne dla mnie. Nie mogę na tym etapie potwierdzić ich przyczyny ani określić, czy wynikają z właściwości nagrania, błędu urządzenia rejestrującego, czy innych czynników.
                Zrobiła krótką pauzę. W tle dało się słyszeć cichy szum elektrycznych nagrzewnic, rozstawionych w rogach ogromnego pomieszczenia..
                -Chcę podkreślić, że nie chodzi wyłącznie o moje wrażenie po obejrzeniu materiału. Wskazane przez Tanner’a fragmenty odtworzyliśmy ponownie. Przy kolejnych odtworzeniach zwracaliśmy uwagę na te same elementy, niezależnie od siebie. Zaobserwowane rozbieżności nie zniknęły.
                Przesunęła palcem po obudowie dyktafonu.
                -Nagranie wygląda na autentyczne i nie zmanipulowane. Jednak na podstawie samego materiału wideo nie mamy jeszcze podstaw do ostatecznego potwierdzenia wystąpienia Pęknięcia. Mogę natomiast potwierdzić, że obraz zawiera elementy, których nie potrafię obecnie wyjaśnić w sposób jednoznaczny.
                Znów zamilkła. Tym razem na dłużej.
                -Znam zasadę: obserwuj, rejestruj, archiwizuj. Właśnie tej kolejności. Nie dopisuj do materiału tego, czego w nim nie ma. Nie usuwaj z niego tego, czego nie rozumiesz. I nie uznawaj własnej niepewności za dowód, że coś się nie wydarzyło.
                Jej głos stał się nieco cichszy, choć nadal brzmiał rzeczowo.
                -Dlatego potwierdzam relację Simona w zakresie wspólnych obserwacji. Wstrzymuje się na tym etapie do snucia, jakichkolwiek teorii. Na tym etapie nie dysponujemy wystarczającymi danymi, by wyciągnąć dalsze wnioski.
                Kliknięcie przycisku zakończyło nagranie. Becka przez chwilę patrzyła na dyktafon, po czym odłożyła go na stół.
                -Proszę - powiedziała, przesuwając urządzenie w stronę Simona. - Jeśli jutro uznasz, że jednak coś ci się przewidziało, będziesz miał przynajmniej dowód, że mnie przewidziało się dokładnie to samo.

                Zadanie jakie wyznaczył sobie Simon Tanner wymagało sporo wysiłku i pracy. Najpierw należało zebrać wszystkich informacji o zgłoszonych awariach zasilania oraz tych dotyczących telekomunikacji. Następnie zestawić to wszystko z billingami O'Hary, aby na koniec nanieść całość na mapę Chicago.
                Herbata w kubku już dawno wystygła. W chwili, gdy program trawił zassane dane, Simon pociągnął spory łyk. Becka w tym czasie szukała wszystkich informacji na temat Lionela Granta.

                Na monitorze pojawiła się mapa z kilkoma warstwami. Czarne punkty oznaczały rejestracje telefonu O’Hary w poszczególnych sektorach stacji bazowych. Żółte obszary wskazywały miejsca, w których zgłaszano przerwy w dostawie energii. Niebieskie — problemy z łącznością komórkową. Tam, gdzie zgłoszenia obu rodzajów nakładały się na siebie, kolory przechodziły w pomarańcz, a następnie czerwień. Intensywność barwy odpowiadała liczbie odnotowanych incydentów..
                Początkowo mapa wyglądała jak chaotyczny zbiór niezależnych zdarzeń. Awarii było dużo, ale rozkładały się nierównomiernie. W niektórych częściach miasta zgłoszenia dotyczyły wyłącznie zasilania, w innych problemów z łącznością. Dopiero nałożenie kolejnej warstwy — logowań telefonu O’Hary — pozwoliło dostrzec, że część punktów przypada na obszary objęte oboma rodzajami zakłóceń.

                South Shore wyróżniało się na tle pozostałych dzielnic. W tym rejonie zgłoszenia awarii zasilania i problemów telekomunikacyjnych częściowo pokrywały się przestrzennie. Mapa przybrała tu najintensywniejsze odcienie czerwieni. W tym samym obszarze zarejestrowano również część aktywności telefonu O’Hary.

                Simon powiększył widok. Granice sektorów CHI-067 i CHI-068 przebiegały przez obszar, w którym nagromadzenie zgłoszeń było szczególnie duże. Cztery połączenia z niezidentyfikowanym numerem, wykonane między 01:12 a 01:33, zaznaczył osobnym symbolem. Przy przejściu między kolejnymi wpisami zmieniał się sektor obsługujący telefon — z CHI-067 na CHI-068. Nie była to jeszcze trasa jaką przebył O’Hara. Granice sektorów nie pozwalały ustalić dokładnego położenia urządzenia. Mimo to sekwencja połączeń znajdowała się w obrębie rejonu, w którym odnotowano wyraźne nagromadzenie problemów infrastrukturalnych.
                Simon wyłączył warstwę zasilania. Czerwień zniknęła z mapy, pozostawiając same zgłoszenia telekomunikacyjne. Następnie przywrócił ją i powtórzył operację, tym razem ukrywając punkty logowania O’Hary. Za każdym razem układ wyglądał nieco inaczej. Kolorowa mozaika migotała na ekranie jego komputera. Simon nie miał jeszcze podstaw, by uznać te wszystkie elementy za część jednego zdarzenia. Miał natomiast wystarczająco dużo danych, aby nie traktować tej zbieżność jako szczegół, który może zignorować.

                -Ciekawa postać z tego Granta - mruknęła Becka. Obróciła wózek w kierunku Simona - Nic dziwnego, że O’Hara się nim zainteresował.
                Wskazała dłonią na ekran, gdzie wyświetlone były artykuły sygnowane nazwiskiem Lionela Granta.
                -Rocznik sześćdziesiąty czwarty - zaczęła czytać podstawowe informacje na temat dziennikarza - Urodził się w Decatur w Illinois. Zaraz po studiach przeniósł się do Chicago. Zrobił dość szybko karierę i z pomocnika w dziale sportowym, został samodzielnym śledczym. Szło mu całkiem nieźle, a jego teksty potrafiły zrobić sporo zamieszania w lokalnej społeczności. Poruszał najróżniejsze tematy. Od tych społecznych, poprzez kryminalne, a na politycznych kończąc. Właśnie te ostatnie przyczyniły się do jego upadku. Fałszywe oskarżenia i własne problemy z alkoholem sprawiły, że wyleciał z hukiem z Chicago Tribu…

                Becka nie dokończyła zdania, bo właśnie w tym momencie zgasło światło.
                -Spokojnie. Zaraz powinien uruchomić się zapasowy generator - poinformowała.

                PIZZA

                All agents

                Kiedyś Żółwie Ninja, a teraz oni. Siedzieli wokół konferencyjnego stołu i jedli w milczeniu. Becka poszła po bandzie. Cztery duże pizze to była zdecydowana przesada.
                -Spokojnie. Zjemy - zapewniła, widząc zdziwienie na twarzach pozostałych. - Najwyżej zostanie na jutro.
                -Z mikrofali już nie smakuje tak samo dobrze - zauważył Hernandez.
                -Eee tam… - Becka machnęła lekceważąco ręką. - Jedz i nie marudź.
                Przez jakiś czas jedynymi dźwiękami w sali były szelest papierowych pudełek i sporadyczne uwagi na temat wybranych dodatków. Ciepły posiłek i chwila spokoju pozwoliły wszystkim nieco się rozluźnić. Na zewnątrz nadal szalała śnieżyca, a oni mieli przed sobą nagranie, którego nie dało się już zbyć wzruszeniem ramion.

                Kiedy pierwszy głód został zaspokojony, Becka odsunęła pudełko i spojrzała na pozostałych.
                -Dobra. Pora porozmawiać o tym, co zobaczyliśmy.
                Poczekała, aż wszyscy zwrócą na nią uwagę.
                -Po tym nagraniu nie mam już wątpliwości, że sprawa jest poważna. Nie chcę siać paniki ani wyciągać pochopnych wniosków, ale musimy brać pod uwagę wszelkie możliwość. A to oznacza, że możemy mieć do czynienia z czymś znacznie bardziej niebezpiecznym, niż początkowo zakładaliśmy.
                Zamilkła na moment. Nie było Fergusona, który mógłby przejąć odpowiedzialność za podjęcie decyzji. Tym razem to ona musiała zadać to pytanie.
                -Dlatego chcę wiedzieć, czy nadal chcecie prowadzić to śledztwo?
                Pytanie nie było bezzasadne. To była ich pierwsza wspólna poważna misja, a wszystko wskazywało na to, że sprawa O’Hary wykracza daleko poza zwykłe poszukiwania zaginionego człowieka. Jeśli detektyw rzeczywiście natrafił na ślad Pęknięcia, a jego zniknięcie było z tym związane, ryzyko stawało się trudne do oszacowania. Becka zdawała sobie z tego sprawę lepiej niż ktokolwiek inny.
                -Jeśli ktoś nie czuje się na siłach albo ma wątpliwości, to jest odpowiedni moment, żeby powiedzieć „pas” - dodała, przyglądając się kolejno zebranym. - Nie będę miała do nikogo pretensji. Nie musicie niczego udowadniać ani mnie, ani sobie nawzajem. Praca w terenie wiąże się z ryzykiem, ale nie macie obowiązku podejmować go za wszelką cenę.
                Urwała i oparła dłonie na stole.
                -Nie wiem, co nas jeszcze czeka. Wiem tylko, że od tej chwili nie możemy traktować tej sprawy jak zwykłego zaginięcia. Dlatego chcę, żeby każdy z was sam zdecydował, czy wchodzi w to bagno.

                1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                😱 🆒 🍕
                1
                • JaremaJ Niedostępny
                  JaremaJ Niedostępny
                  Jarema jako Tomas Jonson
                  napisał(a) ostatnio edytowany przez
                  #33

                  Cermak Road

                  Przez kilka sekund Tomas siedział bez ruchu, z dłońmi zaciśniętymi na kierownicy. W pierwszej chwili pomyślał o czymś banalnym. Akumulator, alternator, może jakaś awaria instalacji elektrycznej. Samochody psuły się w najmniej odpowiednich momentach i zwykle nie miało to nic wspólnego z tajemnicami wszechświata. Wystarczyło trochę pecha, kilka lat eksploatacji i pogoda, która najwyraźniej postanowiła udowodnić mieszkańcom Chicago, że nie wszystko da się naprawić telefonem do odpowiedniego fachowca.

                  Przekręcił kluczyk w stacyjce.

                  Rozrusznik nawet nie drgnął.

                  — No pięknie — mruknął pod nosem.

                  Spróbował jeszcze raz, tym razem odczekując chwilę przed kolejną próbą. Bez rezultatu. Tomas wypuścił powietrze przez nos i zerknął na zegarek. Do biura nie zostało już daleko. Oczywiście, gdyby ktoś zapytał go rano, czy planuje urządzić sobie wieczorny spacer po Chicago, odpowiedziałby, że ma kilka innych pomysłów na spędzanie wolnego czasu. Niestety, samochód najwyraźniej nie zamierzał konsultować z nim swoich planów.

                  Sięgnął po telefon i sprawdził, czy wciąż ma zasięg. Potem napisał krótką wiadomość do Becky, informując ją o awarii i o tym, że będzie musiał pokonać ostatni odcinek pieszo. Nie było sensu robić z tego większego problemu, przynajmniej dopóki nie okaże się, że zamieć zdążyła zasypać również wejście do budynku.

                  Schował telefon do kieszeni, sięgnął po płaszcz i szalik, po czym przygotował się do wyjścia. Zanim otworzył drzwi, przez moment obserwował wirujące za szybą płatki śniegu. Wiatr uderzał w bok samochodu z taką siłą, że karoseria co jakiś czas cicho trzeszczała. W świetle latarni śnieg przypominał drobne odłamki szkła pędzące poziomo przez ulicę.

                  Tomas zacisnął szczękę.

                  — Gorąca pizza, ciepłe biuro i rozmowa o rzeczach, których nie potrafimy wyjaśnić. Brzmi jak całkiem rozsądny plan na wieczór — powiedział do siebie. — A teraz marsz na piechotę.

                  Otworzył drzwi i natychmiast poczuł, jak lodowate powietrze wdziera się pod ubranie. Wiatr szarpnął połami płaszcza, a śnieg uderzył go w twarz, zmuszając do zmrużenia oczu. Tomas wysiadł, zatrzasnął drzwi i sprawdził jeszcze raz, czy telefon oraz klucze znajdują się w kieszeniach.

                  Do biura miał zaledwie kilka minut drogi w normalnych warunkach. Teraz jednak każdy kolejny krok wymagał wysiłku. Śnieg sięgał miejscami powyżej kostek, a pod świeżą warstwą kryła się śliska nawierzchnia. Tomas pochylił głowę i ruszył w stronę Calumet Avenue, starając się trzymać blisko budynków i osłoniętych fragmentów chodnika.

                  Co jakiś czas zerkał na światła ulicznych latarni, próbując wypatrzyć znajome punkty orientacyjne. Zawierucha skutecznie utrudniała ocenę odległości. Znane budynki wyłaniały się z białej ściany dopiero wtedy, gdy był już stosunkowo blisko, po czym znikały za kolejną falą śniegu.

                  Z każdym krokiem coraz wyraźniej czuł mróz na policzkach i palcach. Nie pomagało nawet mocniejsze zaciśnięcie dłoni w kieszeniach. Przez głowę przemknęła mu myśl, że jeśli warunki nie poprawią się do rana, Chicago będzie wyglądało jak miasto opuszczone w pośpiechu. Samochody zakopane w śniegu, zamknięte sklepy, puste ulice i ludzie zamknięci we własnych domach, czekający, aż świat znów zacznie działać według znanych im zasad.

                  Przyspieszył kroku.

                  Biuro XIII-tki powinno być już niedaleko. Tomas miał nadzieję, że Becky zdążyła ściągnąć pozostałych, a pizza nie będzie jedyną rzeczą, która powita go po wejściu do środka.

                  Na razie jednak pozostawało mu tylko iść dalej, krok za krokiem, przez śnieg i wiatr, który zdawał się z każdą minutą przybierać na sile.

                  1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                  ♥
                  1
                  • JaremaJ Niedostępny
                    JaremaJ Niedostępny
                    Jarema jako Tomas Jonson
                    napisał(a) ostatnio edytowany przez
                    #34

                    #Baza XIII przy Calumet Ave
                    Drzwi biura XIII otworzyły się z takim impetem, że Tomas musiał przytrzymać je ramieniem, żeby wiatr nie wyrwał mu ich z ręki. Wpadł do środka, otrzepując płaszcz ze śniegu. Był przemarznięty do szpiku kości. Policzki miał czerwone, włosy wilgotne od topniejących płatków, a dłonie drżały mu tak mocno, że przez chwilę nie potrafił porządnie rozpiąć zapięcia torby.

                    — Jest Simon? — zapytał, rozglądając się po pomieszczeniu. — Potrzebuję go do jednej rzeczy.

                    Nie czekając na odpowiedź, zaczął grzebać w torbie. Robił to niezgrabnie, zmarzniętymi palcami, co tylko potęgowało jego irytację. W końcu wyjął aparat fotograficzny, który znalazł wcześniej w samochodzie O’Hary, i uniósł go ostrożnie, jakby prezentował dowód w sprawie.

                    — Znalazłem to w samochodzie O’Hary. Aparat jest uszkodzony, ale może Simonowi uda się coś z niego odzyskać. Chociażby zawartość karty pamięci.

                    Przyjrzał się urządzeniu, po czym odłożył je na biurko. Nie wyglądało najlepiej. Obudowa nosiła ślady uszkodzeń, a Tomas nie miał pojęcia, czy aparat w ogóle jeszcze działał. Liczył jednak, że Simon będzie w stanie ocenić, czy da się uratować zapisane na karcie zdjęcia.

                    Dopiero wtedy zdjął płaszcz i odwiesił go na najbliższe krzesło. Z kieszeni wydobył kolejny przedmiot — zmięty paragon ze stacji benzynowej.

                    Podszedł bliżej, opierając dłonie o krawędź biurka. Nadal lekko dygotał, a jego zęby od czasu do czasu szczękały z zimna. Przez chwilę próbował zebrać myśli, zanim zaczął mówić.

                    — Kiedy dotarłem do samochodu O’Hary, od razu zwróciłem uwagę na jedną rzecz. Wszystkie pozostałe auta były zasypane śniegiem. Niektóre niemal całkowicie. Jego samochód jako jedyny pozostawał odsłonięty. Co dziwniejsze, maska była lodowata. Nie po prostu zimna, tylko tak, jakby samochód stał tam od wielu godzin, a silnik nie pracował od dawna. Nie wyglądało to na pojazd, którym ktoś niedawno przyjechał.

                    Zrobił krótką przerwę i przesunął dłonią po twarzy.

                    Na jego ustach pojawił się krótki, niedowierzający uśmiech.

                    — I kiedy wysiadłem z niego , wyglądał, jakby ktoś wysypał na niego całą wywrotkę śniegu. Dosłownie. Jeszcze chwilę wcześniej nie było na nim nawet porządnej warstwy, a potem… — Pokręcił głową. — Nie wiem, jak to wyjaśnić. Widziałem, jak wyglądał. To nie była zwykła różnica wynikająca z tego, że śnieg padał przez kilka minut.

                    Wsunął paragon do kieszeni, po czym natychmiast wyjął go ponownie, jakby bał się, że jeśli schowa go z powrotem, zapomni o czymś istotnym.

                    — Becky, chciałbym, żebyś przesłała mi wszystkie dane dotyczące osób zaginionych i odnalezionych, którymi zajmowała się policja w ostatnim czasie. Najlepiej z Chicago i okolic. Chodzi mi o wszystko, co da się sprawdzić: daty, miejsca, okoliczności zaginięć, odnalezienia, ostatnie znane lokalizacje. Nawet jeśli na pierwszy rzut oka nie ma między tymi sprawami żadnego związku.

                    Zerknął na paragon.

                    — Policja nie znalazła dotąd niczego, co łączyłoby te osoby. Ale z tego, co wiem, szukali przede wszystkim w oczywistych miejscach i według zwyczajnych schematów. A jeśli problem nie jest zwyczajny, to może i my nie powinniśmy ograniczać się do tych samych założeń.

                    Dopiero teraz Tomas wyprostował się i rozejrzał za czymś, co pozwoliłoby mu ogrzać zmarznięte dłonie. Kiedy dostrzegł kawę, podszedł do stolika i nalał sobie pełny kubek. Ciepło naczynia było przyjemne, choć palce wciąż miał zdrętwiałe.

                    Upił pierwszy łyk i skrzywił się lekko. Kawa zdążyła już wystygnąć.

                    — Świetnie. Samochód odmówił współpracy, pogoda próbuje mnie zabić, a kawa smakuje jak woda po płukaniu filtra.

                    Odstawił kubek, po czym sięgnął po telefon. Przez moment przesuwał palcem po ekranie, aż znalazł mapę Chicago. Rozwinął ją na większym ekranie i zaczął zaznaczać kolejne punkty: miejsce zaginięcia O’Hary, lokalizację, w której znaleziono jego samochód, a następnie stację benzynową wskazaną na paragonie.

                    W pierwszej chwili nie widział w tym niczego szczególnego. Stacje benzynowe znajdowały się na każdym większym skrzyżowaniu, a kierowcy tankowali tam, gdzie akurat było im wygodnie. Dopiero kiedy powiększył mapę i sprawdził dokładny adres, jego palec zatrzymał się na ekranie.

                    Michigan Avenue.

                    Ta sama stacja, na której tankował O’Hara.

                    Tomas zmarszczył brwi. Przesunął mapę, sprawdził położenie pozostałych punktów i ponownie wrócił do zaznaczonej lokalizacji. Przez kilka sekund wpatrywał się w ekran, nie odzywając się ani słowem.

                    — Chwileczkę…

                    Odstawił kubek i przybliżył mapę jeszcze bardziej.

                    Punkty zaczęły układać się w coś, co przypominało trasę. Nie była to linia idealna, nie prowadziła też w oczywisty sposób przez wszystkie miejsca związane ze sprawą. Jednak im dłużej Tomas patrzył, tym trudniej było mu zignorować pewną prawidłowość.

                    Kilka zaginięć. Kilka odnalezionych osób. Samochody pojawiające się w miejscach, w których nie powinny się znaleźć. I stacja benzynowa, która powracała w dokumentach, choć wcześniej nikt nie uznał tego za szczególnie istotne.

                    Tomas odsunął się od ekranu i potarł dłonią kark.

                    — Dobra, może to być przypadek — powiedział ostrożnie. — W Chicago ludzie tankują na Michigan Avenue codziennie. Samo to jeszcze niczego nie dowodzi.

                    Wziął kolejny łyk kawy, tym razem bez większych oczekiwań.

                    — Ale jeśli O’Hara był tam przed zaginięciem, a przynajmniej część pozostałych osób również korzystała z tej samej stacji, to chciałbym wiedzieć, dlaczego. Nie interesuje mnie na razie, czy się znali. Chcę sprawdzić, czy ich drogi mogły się przeciąć.

                    Zamilkł i spojrzał na aparat leżący na biurku.

                    W jego głowie powoli zaczynał kształtować się pomysł, który jeszcze kilka godzin wcześniej uznałby za absurdalny. Wspólna lokalizacja mogła być zwykłym zbiegiem okoliczności. Nagła awaria samochodu również. Podobnie jak śnieg, który w jednej chwili utrudniał poruszanie się po mieście, a w następnej zdawał się pochłaniać wszystko, co pozostawało na zewnątrz.

                    Każda z tych rzeczy osobno miała racjonalne wyjaśnienie.

                    Problem polegał na tym, że Tomas zaczynał podejrzewać, iż nie powinien rozpatrywać ich osobno.

                    Podszedł do biurka, ponownie podniósł aparat O’Hary i obejrzał uszkodzoną obudowę.

                    — Simon, jeśli jesteś na miejscu, chciałbym, żebyś zajął się tym w pierwszej kolejności. Nawet jeśli nie uda się uruchomić aparatu, może da się odczytać kartę. Jeśli znajdziemy tam zdjęcia z ostatnich dni, być może dowiemy się, gdzie O’Hara był i co robił przed zaginięciem.

                    Odłożył urządzenie z powrotem na biurko, po czym spojrzał na Becky.

                    — A ja chcę zobaczyć wszystkie dane, które uda ci się zebrać. Zwłaszcza te, które na pierwszy rzut oka nie mają ze sobą nic wspólnego.

                    W końcu objął kubek obiema dłońmi i pozwolił sobie na dłuższą chwilę ciszy. Powoli odzyskiwał czucie w palcach, ale chłód nadal tkwił głęboko w jego ciele. Był zmęczony, przemoczony i zdecydowanie nie miał ochoty spędzić kolejnej nocy na szukaniu odpowiedzi.

                    Niestety, wszystko wskazywało na to, że właśnie tak będzie wyglądał jego wieczór.

                    — I jeszcze jedno — dodał, unosząc wzrok znad kawy. — Jeśli ktokolwiek z was ma pomysł, co mogłoby spowodować jednoczesne zakłócenie elektroniki i rozładowanie akumulatora, chętnie go wysłucham. Bo mój samochód padł w sposób, który nie przypominał zwykłej awarii. A kiedy zobaczyłem, ile śniegu leżało na karoserii, zacząłem się zastanawiać, czy to wszystko wydarzyło się dokładnie tak, jak mi się wydawało.

                    Zamilkł na moment.

                    — Nie mówię, że mamy do czynienia z czymś nadprzyrodzonym. Po prostu chciałbym wiedzieć, czy istnieje jakieś wyjaśnienie, którego jeszcze nie wzięliśmy pod uwagę.

                    1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                    0
                    • PiołunP Niedostępny
                      PiołunP Niedostępny
                      Piołun jako Daniel Mercer
                      Mecenas
                      napisał(a) ostatnio edytowany przez
                      #35

                      Daniel przykucnął przy komputerze, próbując lepiej przyjrzeć się przewodom poprowadzonym za obudową. Kiedy po chwili zaczął się prostować, źle ocenił odległość i z całej siły przydzwonił czubkiem głowy o spód biurka, a przynajmniej tak mu się wydawało, bo o coś musiał uderzyć. Prawda? Huk odbił się jakoś trasznie głośno w małym pomieszczeniu, a przed oczami od razu zatańczyły mu kolorowe mroczki. Daniel zaklął pod nosem i odruchowo złapał się za pulsujące miejsce, na moment pozostając w półprzysiadzie.
                      – Tak... chyba tak – odpowiedział Vivienne po chwili, próbując dojść do siebie. – Po prostu niezdara ze mnie.
                      Chciał na tym zakończyć temat, ale problem w tym, że kiedy przymknął na moment oczy, zobaczył coś jeszcze. Przez ułamek sekundy zobaczył jakąś migawkę. Obraz, którego nie potrafił przypisać do żadnego wspomnienia. Ni to portret, ni zatrzymana klatka filmu, wszystko zalane jaskrawymi, pulsującymi barwami, które zbyt gwałtownie odcinały się od szarego poddasza i ostrego światła żarówki. Zanim zdążył się temu przyjrzeć, obraz zniknął równie nagle, jak się pojawił, lecz stało się coś innego. W uszach wyraźnie usłyszał czyiś głos. Pierwsze przy lewym uchu. Cichy, niemal szeptany, ale wystarczająco wyraźny, żeby Daniel odruchowo obrócił głowę. Chwilę później z prawej strony odezwał się drugi. Obcy rytm, obcy ton, słowa niepasujące do niczego, co znajdowało się na tym strychu. Chyba słowa piosenki.
                      Znieruchomiał.
                      Palce same powędrowały do aparatu słuchowego za lewym uchem. Poprawił go, nacisnął lekko obudowę i przez moment po prostu stał w miejscu, wsłuchując się w otoczenie. Słyszał jedynie ich samych i ciche buczenie żarówki. Nic więcej. To jednak wcale go nie uspokoiło.
                      Oczywiście mógł po prostu przywalić głową wystarczająco mocno, żeby mózg zaczął produkować mu własne atrakcje, ale mógł też po raz kolejny raz słyszeć coś, czego nie powinnien, a co słyszy od tamtej pamiętnej nocy. Obie możliwości były na tyle nieprzyjemne, że wolał po prostu o tym nie myśleć.
                      – Dajcie mi chwilę – mruknął, bardziej do siebie niż do pozostałych.

                      Odsunął dłoń od ucha i ponownie skupił uwagę na stanowisku komputerowym. Maszyna zwróciła jego uwagę już wcześniej, ale teraz, kiedy przyjrzał się jej dokładniej, coraz mniej przypominała zwykły domowy komputer. Nie chodziło nawet o samą obudowę. Ważniejsze były przewody. Każdy poprowadzony równo, bez przypadkowych pętli, bez luźno wiszących odcinków, bez typowego bałaganu. O’Hara celowo zadbał o ten porządek, a on był ciekaw czemu to miało służyć. Przykucnął przy biurku, pilnując już bardzo uważnie, gdzie znajduje się jego głowa. Przesunął wzrokiem po kolejnych portach i kablach, próbując ustalić, które prowadziły wyłącznie do monitora i peryferiów, a które znikały dalej, poza bezpośrednie stanowisko i próbował dojść z czym się łączą.
                      – Tego potworka bym na razie nie ruszał – orzekł w końcu. – Wygląda jak jakiś misterny projekt. Najpierw sprawdzę, gdzie idą te wszystkie przewody.

                      Sięgnął po telefon i zrobił pierwsze zdjęcie całego stanowiska. Potem kolejne, już z bliska, obejmując tył obudowy, listwy zasilające, układ przewodów i miejsca, w których znikały poza jego polem widzenia. Chciał uchwycić wszystko dokładnie tak, jak to zastał, a przy okazji spróbować zrozumieć, dokąd właściwie prowadzi całe okablowanie. Im dłużej przyglądał się instalacji, tym więcej miał pytań. Po co O’Hara inwestował w taką maszynę? Sprzęt wyglądał jak coś stworzonego z myślą o zadaniach wymagających znacznie większej mocy obliczeniowej i Daniel coraz poważniej zastanawiał się, czy w ogóle powinien uruchamiać go sam. Takie zestawy potrafiły mieć własne zabezpieczenia, znacznie bardziej rozbudowane niż to, z czym spotykało się w zwykłych komputerach. A jeśli O’Hara rzeczywiście był tak ostrożny, jak sugerowało całe to ukryte pomieszczenie, nie dało się wykluczyć, że dodatkowo zabezpieczył dane przed nieautoryzowanym dostępem. Samokasujące skrypty, blokada po kilku błędnych próbach, szyfrowanie. Może w normalnym laboratorium nie przyszłoby mu to od razu do głowy. Ale komputer tej klasy ukryty na zakurzonym strychu wyglądał już zdecydowanie mniej niewinnie.
                      – Chyba wolałbym odpalić to razem z Simonem. Myślicie, że możemy go tutaj ściągnąć? – zapytał w końcu, bo naprawdę nie miał ochoty brać się za coś takiego sam.

                      1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                      0
                      • CavallinoC Niedostępny
                        CavallinoC Niedostępny
                        Cavallino jako Vivienne Ashcroft
                        napisał(a) ostatnio edytowany przez
                        #36

                        Nie odzywała się wiele kiedy przeszukiwali gabinet O'Hary. Wyciągnęła na chwilę swoje wahadełko, ale szybko je schowała, zdając sobie sprawę że nie zda się ono tutaj na wiele. Z bocznej kieszeni torebki wyciągnęła wysłużoną talię kart tarota. Usiadła na wolnym kawałku podłogi i całkowicie skupiła się na rozkładzie, notując w maleńkim notesiku rozłożenie kart. W milczeniu wpatrywała się w karty jakby próbowała je zmusić do powiedzenia jej gdzie jest O'Hara.
                        Drogę powrotną spędziła na tylnej kanapie samochodu, przeglądając znalezione przez nią akta zaginionych osób. Część z tych szczegółów już znała w bardziej oględnej formie, ale teraz wszystko zaczynało się układać w spójną całość.


                        Siedziała przy stole, podpierając głowę dłonią. Okulary spoczywały obok talerza na którym leżał ledwie tknięty kawałek pizzy. Głos Becki docierał do niej jak przez warstwę waty. Jej zmęczone spojrzenie raz po raz podnosiło się znad najnowszego rozkładu do karty tarota znalezionej w mieszkaniu O'Hary. Przez chwilę przyglądała się rozłożonym na stole kartom. Cały rozkład pozostawiał ją z dziwnym poczuciem, że jest na właściwym tropie, ale wciąż nie dostrzega czegoś istotnego. Karty zdawały się zachęcać ją do zaufania intuicji, a jednocześnie ostrzegały przed pochopnym łączeniem faktów. Nie znajdzie odpowiedzi, szukając na siłę wzorców – musi przyjrzeć się temu, co zostawił po sobie O’Hara, i porozmawiać z kimś, kto może wiedzieć więcej. Myślami wróciła do nazwiska: Lionel Grant. Może właśnie od niego powinni zacząć? Nie była pewna, czy rozkład rzeczywiście wskazał jej kierunek, czy jedynie pomógł uporządkować to, co już przeczuwała. Nie potrafiła jednak zignorować Kapłanki, która po raz kolejny pojawiła się na jej drodze.
                        Zamieszała herbatę łyżeczką i spytała:
                        – Dlaczego na mapie oznaczone jest tylko siedem zaginięć? Widziałam w aktach O'Hary, że nie miał zbyt wiele informacji na temat zaginięcia Granta, ale co z pozostałymi? Jesteśmy w stanie je dodać? I czy powinniśmy na tej mapie uwzględnić też miejsce w którym kamery zarejestrowały O'Harę wychodzącego z samochodu? – pytała, wymachując łyżeczką w stronę tablicy i rozchlapując odrobinę herbaty wokoło.
                        – Myślę, że dobrze by było z nim porozmawiać… mam na myśli Granta. O'Hara chciał się z nim spotkać przed zaginięciem – może dowiemy się od niego czegoś jeszcze? Sama chciałabym wrócić jutro do mieszkania O'Hary. Ta notatka – powiedziała wskazując na ciągi znaków poprzedzone literą. – Ma coś wspólnego z tym księgozbiorem w mieszkaniu O'Hary. Nie mogę przestać o nim myśleć. A teraz, widząc te oznaczenia również tutaj, trudno mi uwierzyć, że to przypadek.
                        Ziewnęła szeroko.
                        – Ale jutro. Muszę wrócić do domu i nakarmić kota.
                        Dopiero po chwili uświadomiła sobie, że zaczęła planować dalsze działania, jakby była jedną z nich. A przecież nie była agentką XIII, jedynie osobą, która znała O’Harę i miała kilka informacji. Może po prostu była zbyt zmęczona by pamiętać o tym drobnym szczególe. Zresztą, zdążyła się już przyzwyczaić do nieprzychylnych spojrzeń.

                        1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                        1

                        Cześć! Wygląda na to, że jesteś zainteresowany tą rozmową, ale nie masz jeszcze konta.

                        Masz dość przewijania tych samych postów za każdą wizytą? Po zarejestrowaniu konta zawsze wrócisz dokładnie do tego samego miejsca, w którym byłeś wcześniej, możesz wtedy również wybrać opcję otrzymywania powiadomień nowych odpowiedziach (e-mailem lub powiadomieniem push). Będziesz też mógł zapisywać zakładki i głosować na posty, aby okazać uznanie innym członkom społeczności.

                        Z Twoją pomocą tez post mógłby być nawet lepszy 💗

                        Zarejestruj się Zaloguj się
                        Odpowiedz
                        • Odpowiedz, zakładając nowy temat
                        Zaloguj się, aby odpowiedzieć
                        • Najpierw najstarsze
                        • Najpierw najnowsze
                        • Najwięcej głosów


                        • Zaloguj się

                        • Nie masz konta? Zarejestruj się

                        • Aby wyszukiwać zaloguj się lub zarejestruj.
                        Powered by NodeBB Contributors
                        • Pierwszy post
                          Ostatni post
                        0
                        • Kategorie
                        • Ostatnie
                        • Tagi
                        • Popularne
                        • Świat
                        • Użytkownicy
                        • Grupy
                        • Strona startowa