[VtDA] Stille Nacht
-

Zygfryd spojrzał przenikliwie na młodą i rzucającą się dziko kobietę. Nie wydawała mu się zagrożeniem. Starał się aby kobiety nie odgrywały w jego życiu zbyt wielkiej roli, w końcu uważał się za przeznaczonego do większych rzeczy, ale miewał z nimi do czynienia i wiedział, że im się podobał. Z tą tutaj może więcej zyska po dobroci…
- Witaj, jak masz na imię? Jestem Zygfryd von Rohrbach. Jestem tu, by ci pomóc - uśmiechnął się do kobiety. Jego ruski nie był bardzo dobry, lecz zrozumiały.
- Chce mi pomóc dziki niewierny? - parsknęła kobieta -Nie chcę rozmowy z kłamliwym bezbożnikiem, którego język pokryty jest jadem!
Zygfryd zmarszczył brwi, starając się nie okazywać irytacji, która ogarnęła go na bezczelne słowa poganki.
- Oceniasz mnie, którego wcale nie znasz. Jestem z rodu możnych rycerzy i nieustraszonych wojowników. Nie byłaś pewnie nigdy na naszych ziemiach, lecz wiedz, że tam kobiety otacza się szacunkiem i opieką, a nie pozostawia się na pastwę wroga.- Jesteś z rodu morderców, to na pewno. - parsknęła poganka - A jeżeli waszych kobiet nie obchodzi ich los własnych dzieci, o który to walczą wraz z mężczyznami jako i ja... - skrzywiła się - ...to nie mają prawa otrzymywać żadnego szacunku, ty który niesiesz tylko ogień i krew, jakie okrywasz słodkim głosem.
Zygfryd zdał sobie sprawę, że ta poganka jest zatwardziała w swojej fałszywej wierze i bardzo ciężko będzie coś z niej wydobyć. Najchętniej wyszedłby, ale nie chciał zawieść Deotheriego.
- Boża prawda przyjdzie do każdego, Słowianie już ją przyjęli. Jak przyjmiecie ją dobrowolnie unikniecie ognia i krwi o której prawisz. Mogę cię rozkuć i kazać przynieść jadło i napitek jak nie będziesz próbować ucieczki.- Mówicie o miłosierdziu, a dla tego miłosierdzia mordujecie innych? - spojrzała z jakimś zbolałym smutkiem - Rób co chcesz. Nie mam przecież jak uciekać.
Zygryd wymienił poważne spojrzenie z dziwną dziewczyną. Teraz zaczynał odczuwać wobec niej żal. Ale furia ją opuściła, więc chyba szło mu dobrze.
Rozkuł pogankę i kazał jej przynieść jakąś strawę i wodę.
- Rozumiem, że martwisz się o swoich bliskich, masz rodzinę, dzieci, rodzeństwo? Jak masz na imię? - Zapytał, przysiadając i opierając się o ścianę naprzeciwko niej. Nie sądził, żeby młoda matka była wysyłana na taki zwiad, lecz zwyczaje tych barbarzyńców już nieraz go zadziwiały.- Nazywają mnie Svajone. - odparła kobieta rozmasowując sobie nadgarstki. Początkowo milczała, ale gdy to milczenie stawało się zbyt niezręczne, kobieta ucięła je szybko - A swoje dzieci jak nazwałeś?
Zygfryd odebrał od sługi porcję kaszy z mięsem i podał ją dziewczynie, miał nadzieję że była głodna. Założyła, że ma już dzieci... no tak, był chyba starszy od niej.
- Dzieci nie mam, nie taka jest droga rycerza zakonu - westchnął, wiadomo było, że niektórzy rycerze nie przestrzegali zakazu i brali kobiety, nie było to właściwe.
- Mój najstarszy brat, Karol, ma dwóch synów, jeden ma pięć wiosen a drugi 3, a żona Hermanna jest brzemienna - dodał poważnym głosem. Gilda zawsze mu się podobała, może gdyby nie obrał drogi rycerza zakonnego to on by ją poślubił, a nie Hermann…- Nie mieć dzieci... to smuci bogów i duchy. - odparła kobieta wpatrzona w otrzymane jedzenie - Ale bezbożni jak wy... - nałożyła kaszy na drewnianą łyżkę, jaką z jedzeniem przyniesiono - ...nie słuchają duchów świata.
Zygryd zmarszczył brwi z irytacją. No cóż, nie można było wymagać od tej wychowanej w kłamstwie niewiasty, by znała Słowo Boże. Starał się więc być cierpliwym.
- Te “duchy świata” o których prawisz, my zwiemy diabłami i Szatanem. Jest tylko jeden Bóg. A ty masz dzieci? I zostawiłaś je same, idąc w bój? U nas matki strzegą swoich dziatek, a ich obrona należy do rycerzy, wojowników takich jak ja. - kontynuował.Kobieta jadła niespiesznie patrząc Zygfrydowi w oczy, a dopiero gdy przełknęła odezwała się cichym, niesamowicie spokojnym acz lodowatym głosem.
- Miałam. Tacy jak ty - zmrużyła oczy - zabili moje dzieci.Zygryd przełknął ślinę, zaskoczony słowami poganki. Wstał i przeszył Svajone spojrzeniem szeroko rozwartych oczu.
- Panie Broń, jak to możliwe!? Nie wierzę, aby moi bracia byli zdolni do zabijania małych dzieci, to musiał być wypadek...
Svajone przyglądała mu się dłuższą chwilę, po czym uśmiechnęła się krzywo.
- Prawda jest bolesna, czyż nie? - parsknęła - Nie jesteście tak czyści jak chcecie, ale nie słuchacie ni bogów, ni ludzi, więc trwaj w niezrozumieniu. Chyba, że przyszedłeś tu po naukę jaką mogą ci przekazać tacy jak ja? - pokręciła głową - Wątpię.Zygryd oparł się o ścianę, zastanawiając się co teraz. Planował zaproponować tej kobiecie bezpieczeństwo rodziny w zamian za przekazanie informacji, ale w tej sytuacji? Zresztą niezależnie od misji, którą dostał od Deotheriego, był naprawdę wstrząśnięty informacjami Svajone.
- Nie wierzę ci! - Zawołał z pasją po chwili oszołomienia, zaciskając pięść.
- Powiedz kto to zrobił, mogę zbadać sprawę i doprowadzić do ukarania winnych!- Czyżby? - odparła z brakiem przekonania - Czy masz władzę, aby to zrobić? Nie znam imion, nie pytałam jak napadli nasze domy, robiąc wszystko w imię wiary. Jeżeli jesteś przekonany, iż ci się uda... próbuj sam zasmakować prawdy, niewinny wojowniku.
- Nie jestem nikim w zakonie, mój stryj jest mistrzem... - odpowiedział Zygfryd, choć jego ton był bardziej zagubiony niż pełen przekonania.
- Jak dawno był ten atak i gdzie? - Postaram się to zbadać.- Co za różnica? Działo się to nie dawniej jak kilka nowi temu, jak przeszli przez niedalekie tereny, gdzie Litwini żyją. O nazwy nie pytaj, wartości nie mają. - patrzyła uparcie na Zygfryda - ...ale jeżeli całą wiarę w swój stan pokładasz w innym... to wodzem co ma posłuch nie jesteś. I być nie będziesz. - odwróciła spojrzenie, jakby skończyła się jej chęć patrzenia na rycerza - Odejdź.
Zygfryd spuścił wzrok, poczuł się zawstydzony słowami kobiety. Głupio też mu było wracać do Deotheriego z niczym.
- Tak, chyba odejdę... chyba, że powiesz mi coś o tym co planują twoi krajanie. I tak wygramy tę wojnę, ale im szybciej to się stanie, tym mniej niewinnych zginie…
- Powiem ci tylko jedno. - parsknęła kobieta zerkając z ukosa - Nigdy nie pokonacie duchów, jak i ich władców, którzy chronią co ich - a ich są tereny jakie chcecie zagarnąć. Wynoście się lepiej, jak i ty niewinny wojowniku, nim cię duchy znajdą. - ponownie odwróciła wzrok i uniosła głos ostatni raz, nim zamilkła - Won!
Zygfryd wycofał się bez słowa, nie czuł się na siłach spierać się z tą poganką po tym co od niej usłyszał. Czuł się zagubiony i w pewnym sensie... pokonany przez tę kobietę. Czy mówiła prawdę o śmierci swoich dzieci? Powinien sprawdzić te informacje. Skierował się d Deotheriego w celu zdania raportu.
- Nie mam dobrych wieści, ta pogańska niewiasta jest zatwardziała w nienawiści i w swej fałszywej wierze. Wierzy w zabobony, że ich bożkowie i jakieś duchy nas powstrzymają. Planowałem zaoferować opiekę dla jej rodziny za pomoc, lecz ona twierdzi, że jej dzieci zostały zamordowane przez rycerzy naszego zakonu, kilka dni temu. - Spojrzał Deotheriemu w oczy. - Może moglibyśmy to sprawdzić, hańbą jest, aby w naszych szeregach służyli mordercy dzieci.
-

ANNO DOMINI MCCIX, obóz niedaleko granicy Litwy z Kurlandią
- Musisz przyznać Zygfrydzie. Te lasy mogą wzbudzić w człowieku przestrach.
Młody Rohrbach rozumiał, że odpowiedź nie była po nim spodziewana, dlatego też zachował milczenie, skupiając swe zmysły na obserwacji nocnej puszczy chylącej czoła jesieni, na której skraju się znajdował z towarzyszem. Właśnie przez nią Kawalerowie Mieczowi mieli się już następnej nocy przeprawić, zmierzając w swym pierwszym, nieśmiałym dość, natarciu na ziemię Kurów, od których odgradzała ich ta naturalna przeszkoda... ale jaką przeszkodą mogły być drzewa i krzewy dla niosących słowo Chrystusa, mającym w zamyśle wyplenienie pogaństwa poprzez ukazanie drogi odkupienia?
- Są tacy, co twierdzą jakoby szepty do nich dochodziły spośród drzew, gdy drzewo zbierali. Głupi oni! Sami sobie roją takie historyjki, to później zbyt zmęczeni odpowiednio obozu doglądać!
Sama atmosfera tego miejsca zdawała się wpływać niekorzystnie na prostych ludzi towarzyszących Kawalerom Mieczowym, jakich zadania były zazwyczaj poniżej uwagi rycerzy... a nawet ich giermków. Chociaż obóz znajdował się w wystarczającej odległości od linii drzew, to najwyraźniej wciąż został założony zbyt blisko, wedle tych strwożonych, płochych dusz. Zygfryda jednak, jako i jego braci, nie martwiło to zanadto. Na ich barkach wszak leżał trud planowania jutrzejszej przeprawy. Raporty doniosły o odwrocie zwiadów pogan, którzy musieli zrezygnować z dalszej obserwacji, gdy kobieta została pochwycona.
Tchórzliwe karykatury nabożnego człowieka.
Ale czego innego można było się spodziewać?
- A może oni po prostu strwożeni nieznanym sobie nie chcą iść dalej? Woleliby porzucić swe obowiązki, do których zostali zaprzysiężeni i pozostawić rycerską brać samym sobie?
Zygfryd z ulgą mógł przyjąć brak potwierdzenia słów poganki o rzekomym morderstwie poczynionym na jej rodzinie, jakiego mieli się dopuścić jego bracia broni. Nic nie wskazywało, aby Svajone mówiła prawdę, choć nastawało także pytanie - czy była kłamstwa świadoma. Wszak niewieści rozum mógł doznać krzywdy wraz ze śmiercią jej dzieci i podnieść niesłuszne oskarżenie przeciw niewinnym.
Tylko czy to ją rozgrzeszało?
Zygfrydowi towarzyszył rycerz z rodu Leiningen, który przede dniami wrażał swoją naiwną wiarę w dobrowolne poddanie się pogan w obliczu Bożej łaski. Młody von Rohrbach mógł zobaczyć w nim zaprzeczenie pesymistycznego podejścia Deotheriego. Delikatnolicy mężczyzna, jaki pewnie nigdy broni do walki nie uniósł, wciąż miał spojrzenie pełne młodzieńczej pasji i optymizmu. Mimo że nie w smak było Zygfrydowi spojrzenie dowódcy, to nawet według niego Reimund von Leiningen cechował się niezdrową ufnością... albo wręcz naiwnością.
Ale jak długo przetrwa ta naiwność?

Monolog Reimunda został przerwany bez ostrzeżenia, gdy zza gęstych krzewów porastających dróżkę w kierunku do środka lasu, doszedł ich odgłos łamanych gałązek i kruszonych liści poprzez ciężar, jaki powodował biegnący...
...jeden z braci przeprowadzających zwiad, który kierowany jakimś obłędem wypadł spomiędzy krat roślinności raniąc twarz i dłonie o gałęzie.
- DIABEŁ! DIABEŁ! BOŻE CHROŃ! JEZUSIE NAZARETAŃSKI! LITOŚCI!
Krzyczący mężczyzna pozbawion był jakiejkolwiek broni, a świeża krew oblepiająca mu policzek, skrzyła się także plamami na poszarpanej niby pazurami zwiadowczemu skórzanemu pancerzowi. Nie zważał na obecność rycerzy, jakby ich nie zauważając. Z całej człowieczej siły próbował stanąć na nogach, ale jedynie opadł na ściółkę, drapiąc ją desperacko paznokciami. Chcąc biec dalej, w kierunku obozu.
-

Zygfryd wpatrywał się w ogarniętego obłędem rycerza ze zgrozą. Nagle przypomniały mu się niepokojące słowa Svajone o duchach broniących tych ziem, które starał się uznać za majaczenia oszalałej kobiety. Przełknął ślinę i zaczął modlić się w myślach, co sprawiło, że znowu mógł działać.
- Uspokój się Bracie, jesteś rycerzem zakonu, oddałeś swój żywot walce za Bożą sprawą! - Podszedł do ogarniętego bezrozumnym strachem człowieka, uderzył go w policzek dla otrzeźwienia i próbował postawić na nogi - Pomożemy ci dotrzeć do obozu, co ci się stało?
Mężczyzna zwrócił oczy pełne obłędu na Zygfryda i łapiąc go silnie za ramiona odpowiedział histerycznie:
- Diabeł, Antychryst na tych ziemiach żyje! Piekło tu ma zamiar sprowadzić, ogniem i krwią kropi ziemię!- Nie ma tu żadnego diabła, któremu nasze miecze i krzyże nie mogłyby sprostać, sztuczki tych pogan zmąciły ci umysł! - Odparł Zygfryd z nutą gniewu, którym zagłuszał niepokój.
- Pomóż mi, musimy dostarczyć tego nieszczęśnika do obozu - zwrócił się do towarzyszącego mu młodzieńca.- Nie widziałeś tego, nie wiesz! - mężczyzna spojrzał w niebo, a puszczając ramiona Zygfryda, padł na kolana wyciągając dłonie ku chmurom - Panie! Odegnaj od nas tego Szatana! - spojrzał na górującego nad nim Zygfryda.
- Pozabijał wszystkich, cały oddział zwiadowczy... - drżący głos przepełniony był strachem - ...zalał ziemię rzeką krwi...- Pozabijał oddział, sam jeden? Ilu was było? -Spytał się Zygfryd z niedowierzaniem. Westchnął, tego nieszczęśnika trzeba było przesłuchać jak dojdzie do siebie.
- Jesteś ranny, chodź z nami do obozu. Pan Cię nie opuścił, żyjesz…- Ziemia nasiąkła ich krwią... - wyszeptał mężczyzna, wpatrzony teraz w stronę, z której przybiegł - Ich krwią... Ich wszystkich... Dwóch... - słowa zaczęły przypominać mamrotanie - Krew braci ma ziemia... - wziął głębszy oddech i dodał, spojrzawszy na Zygfryda tym rozbieganym spojrzeniem, wciąż zdającym się szukać zagrożenia - Ja nie jestem ranny. - uniósł dłoń umazaną krwistymi smugami zmieszanymi z ziemią - ...to nie moja posoka...
Zygfryd wzdrygnął się, wciąż czująć zgrozę.
- Nie twoja krew, to dlaczego tyle jej jest na tobie? Mów z sensem bracie, daleko was zaatakowali? Musimy zdać raport, ostrzec pozostałych. - Przez chwilę zastanawiał się, czy miałby jakieś szanse przeciwko wrogom, którzy rozbili patrol tego nieszczęśnika….- Ta krew... Braterska jest... - złapał Zygfryda za nogi, niczym błagalnik szukający rozgrzeszenia - Ten diabeł... Ten demon pogański i jego słudzy... - zadrżał mu głos jakby był małym dzieckiem nie zaś mężczyzną - ...chciał bym patrzył, bym widział... bym przyniósł wieść o jego czynach i woli... - łzy popłynęły po zakrwawionym policzku - Bym przyniósł ich krew jako świadectwo...
- Krew...braterska? - Zygfryd popatrzył na oszalałego rycerza ze zgrozą, sprawdził też czy ten miał broń, jeżeli miał należało mu ją odebrać. - Cóż uczyniłeś Bracie? Jak ci na imię? Módl się do Pana o łaskę i chodź z nami do obozu, tam Zakon ci pomoże. - Spojrzał na towarzyszącego mu młodego rycerza, oczekując od niego pomocy z doprowadzeniem szaleńca do obozu.
Mężczyzna jednak nie miał przy sobie żadnej broni, choć mieć musiał idąc z innymi na patrol.
- Krew braterska... rycerzy Chrystusa... - wsparł czoło na nogach Zygfryda - Krew braci jest świadectwem... ich męki... jaką diabeł na nich sprowadził... a ja tylko patrzyłem... - następne słowa rycerza, który nawet swego imienia nie podał, były niezrozumiałym zlepkiem sylab, nie zaś mową człowieczą.Reimund przez cały ten czas patrzył ze zgrozą na mężczyznę zakrwawionego nie swoją krwią. Zygfryd mógł zobaczyć rosnące niedowierzanie i strach w oczach młodego rycerza, który musiał nigdy wcześniej podobnego szaleństwa nie doświadczyć. Zorientował się jednak po chwili, że Zygfryd na niego spogląda oczekując działania, więc strząsnął z siebie szok i powol, niby do dzikiego zwierzęcia, zbliżył się bardziej do mężczyzny uczepionego nóg Zygfryda.
- On jest śmiertelnie przerażony... - szepnął do Zygfryda, próbując zabrać od niego zwiadowcę, który kurczowo trzymał się nóg Rohrbacha.Zygfryd zacisnął pięść, sfrustrowany i nieco przestraszony całą dziwaczną sytuacją.
- Wybacz bracie - rzekł, po czym uderzył go w głowę płazem miecza, tak by ogłuszyć nieszczęśnika. Obłąkany mężczyzna opadł na ziemię niczym szmaciana lalka, puszczając wolno Zygfryda.
- Nie wiem co za diabelstwo napotkał, w obozie będzie łatwiej go przesłuchać. Pomóż mi go przenieść. - zwrócił się do Reimunda.- Dobrze prawisz. - odparł cicho Reimund, patrząc na powalonego spojrzeniem wyrażającym głęboką obawę - Niech też nasz dowódca go zobaczy, dowie się faktów z naszych ust... - rycerz podniósł wraz z Rohrbachem nieprzytomnego, trzymając go pod jedną rękę. Nie rzekł nic więcej, ale Zygfryd widział jak niespokojnie on rozgląda się po otoczeniu, gdy szli w stronę obozu.
Powrót całej trójki spowodował niemałe pobudzenie w obozie. Sami rycerze mogli zachowywać pozorny spokój, ale rozbudzeni giermkowie oraz reszta towarzyszących im ludzi... nie była tak opanowana. Chcieli wiedzieć co się dzieje, gdy Zygfryd wraz z Reimundem wprowadzili nieprzytomnego, którego pokrywała krew. Nie sprowadziło to pojawienie się więcej poruszenia, mimo że nieprzytomny ocknął się w półświadomość nim zdołali rozprawić się z jego umiejscowieniem. Ich skąpe wyjaśnienia rozeszły się pędem w skąpanym w nocy obozie... w którym niestety za dużo osób się zbudziło na ich przybycie.
Obłąkany mężczyzna został zabrany przez Braci do namiotu, służącego za szpital polowy, zaś starszy rycerz poprowadził Rohrbacha oraz Leiningena prędko w stronę więziennego budyneczku, nie wyjaśniając czemu właśnie tam mają spotkać Deotheriego poruszonego tym, co zdołano mu przekazać...
...ale zaraz po wejściu Zygfryd mógł zrozumieć dlaczego właśnie tutaj znajdował się ich dowódca, gdy jego oczom ukazał się Deotheri stojący obok celi Svajone.
Starszy rycerz wraz ze strażnikiem tego więzienia pozostawili przybyłych sam na sam z dowódcą, który jedynie spojrzał po dwójce, szczególnie skupiając spojrzenie na Zygfrydzie; wyraźnie oczekując wyjaśnień.
Zygfryd był zdziwiony, że akurat tutaj zastali Deotheriego, czyżby dowódca sam zdecydował się przesłuchać więźniarkę? Z niepokojem spojrzał na lokatorkę celi, przypominając sobie jej słowa groźby…
Szybko przypomniał sobie jednak przed kim stoi i skinął głową Deotheriemu z szacunkiem.- Znaleźliśmy podczas zwiadu jednego z braci, nie wydawał się być szczególnie ranny jednak jego słowa i zachowanie były przepełnione szaleństwem i zgrozą. Nie był w stanie wyjaśnić składnie co go spotkało, bełkotał jeno o jakieś diabelskiej istocie, która zabiła jego dwóch towarzyszy i pozwoliła mu odejść naznaczonemu ich krwią. Ponieważ nie dało się z nim porozumieć ogłuszyliśmy go i sprowadziliśmy tutaj, gdzie łatwiej będzie mu pomóc i go przesłuchać.
- Diabelska istota? - Deotheri zmarszczył brwi - Mówił czemu ta... istota... puściła go wolno? Czemu akurat jego? - dowódca spojrzał po obu rycerzach, ale Rohrbach miał wrażenie, iż pytanie skierowane zostało do niego.
- Jego bełkot zmąconego umysłu był trudny do zrozumienia, ale mogło chodzić o zasianie strachu pośród nas… - odparł Zygfryd.
- Gdzie on teraz został zaprowadzony? - zapytał Deotheri wprost.
- Jest w namiocie szpitalnym, jak dojdzie do siebie może będzie w stanie więcej powiedzieć. Wraz ze świtem często przychodzi nadzieja i złe moce umykają z serc i umysłów.
Gdy tylko umilkły ostatnie słowa Zygfryda, zza drzwi celi Svajone dobiegł dźwięk, który młody Rohrbach umiał określić tylko jako "śmiech"...
...w jakiejś wypaczonej, chorej postaci.- Nie posłuchałeś niewinny wojowniku! - słowa uwięzionej dotarły do mężczyzn - Duchy was znalazły, a one są oczami pana tych ziem, intruzi! Za późno na ucieczkę... - ton kobiety obleczony był jakimś strachem - ...bo kiedy wejdziecie w te ziemie... on was dopadnie. - następne słowa natomiast wyrażały zrezygnowanie, ale też jednocześnie wyraźnie słyszalna była w nich jakaś okrutna radość - ...wyczekuje pory...
Deotheri stał nieruchomo, nie poruszywszy się nim nie przebrzmiały słowa Svajone, jakich miejsce zajęło ledwo słyszalne pochlipywanie.
- Idźcie już. - pozbawiony emocji głos dowódcy przeciął ciszę. Zygfryd od razu zrozumiał, iż wypowiedziany rozkaz nie podlega dyskusji, a i Deotheri się jej nie spodziewał...
...ale w końcu czemu rycerze pod jego dowództwem mieliby podnosić sprzeciw, prawda?
Roztrzęsiony Zygfryd pomodlił się w namiocie do Michała Archanioła, prosząc wodza zastępów niebieskich o wsparcie i ochronę przez sługami Szatana. Pomyślał o spokoju i niewzruszeniu Deotheriego, który były dla wszystkich braci oparciem, dobrze było brać z niego przykład. Gdy się uspokoił poczuł się bardzo zmęczony i ogarnął go sen.
Świtem przez obóz przetoczyły się rozkazy zmieniające wcześniej przyjęte plany na oczekiwanie.
Rozkazano przygotowanie do wyruszenia tego wieczora ku Kurlandii.
-

ANNO DOMINI MCCIX, puszcza na granicy Litwy z KurlandiąCisza towarzysząca przeprawie Kawalerów Mieczowych przez knieje tworzącą naturalną granicę Litwy z ziemiami Kurów, zdawała się wisieć nad oddziałami niczym preludium do nadchodzącego gniewu sił niezmierzonych ludzkim rozumiem. Zygfryd próbował wmówić sobie, iż to uczucie jest tak naprawdę stworzone przez prawie magiczną naturę miejsca, którego nie znali, a ciemność nocy jedynie potęgowała niepokój. Chciał z całej siły wierzyć, że owe siły pochodzą od Jedynego Boga, nie zaś fałszywych bożków pogańskich, za którymi czają się co najwyżej diabelskie moce.
Chciał w to wierzyć.
Tak bardzo chciał.
Jak i pewnie każdy.Czemu więc wciąż czuł ten lodowaty uścisk w gardle, dlaczego szpony lodu mroziły mu serce?
Rozkaz Deotheriego z jednej strony wydawał się nieprzemyślany. Wszakże czemu mieli podróżować po zachodzie słońca, gdy nieznany im teren spowity będzie w mroku? Z drugiej strony nikt nie przeciwstawił się dowódcy, więc i jak miał wątpić Zygfryd w ocenę Deotheriego? Żaden z o wiele bardziej doświadczonych rycerzy nie podniósł sprzeciwu czy obiekcji, zaś sam von der Recke nawet spojrzeniem nie rzucił na swe słowa wrażenia, jakoby były one fałszywe czy nieprzemyślane. Dla każdego było jasne, że dowódca jest całkowicie pewien swojej decyzji i choć mówił o zagrożeniach jakie może sprowadzić szalony zamysł pogan, swoją twardą postawą rozpalał odwagę w rycerzach.
Wyprawa Kawalerów Mieczowych na ziemię Kurów, będąca wyprawą mającą rozpoznać tereny wroga, została podzielona na trzy, aby w ten sposób łatwiej móc przeprawić się przez puszczę. Rozdzielenie osób dokonano wedle wytycznych Deotheriego, który działał jakimś niezrozumiałym Zygfrydowi planem.
Sam Zygfryd został przydzielony do grupy, która towarzyszyła samemu dowódcy......i Rohrbach z jakiegoś powodu nie był w tym momencie pewien, czy to wywyższenie to łaska...
...czy może przekleństwo.Puszcza nie wydawała się być aż tak rozległa na mapach, które oglądał Zygfryd. Dopiero będąc na jej terenach, młody rycerz zrozumiał, iż myliłby się ten, kto posiadałby wyobrażenie podróży tylko poprzez to, co zostało uwiecznione na pergaminie.
Na pewno też tusz nie mógł przenieść ze sobą atmosfery miejsca.Młody rycerz nie przyznałby się oczywiście nikomu do tego uczucia, ale ciemność oplatająca puszczę, ciche szmery i szumy drzew oraz dźwięki zbudzonego z letargu nocnego życia, wzbudzały w nim nieokreślony instynktowny przestrach przed... nieznanym?
Żaden z braci nasłuchujących i wypatrujących zagrożenia skrytego w gęstwinie, którzy kroczyli w milczeniu, nie mógłby określić źródła tego kiełkującego w nich strachu. Zygfryd widział niepokój malujący się na twarzach tych, których żaden strach nie zdejmie w końcu - a na pewno nie pokona ich trwoga przed malowanymi diabłami pogan.
A zrozumienie, że i on musi być nieustraszony, chyba najbardziej martwiło Rohrbacha. Nie mógł mu ulec.Zdjęty szaleństwem brat musiał zostać przypisany pod opiekę innej grupie, bo jego obecności nie uświadczył młodzian. Co zaś tyczyło się Svajone - wbrew przewidywaniom części, nie została ona wysłana przed boskie oblicze, mimo swej upartości w trzymaniu się fałszywej wiary oraz opluwaniu klątwami świętych i rycerzy. Z niezrozumiałego powodu Deotheri postanowił poczekać z wyrokiem na czas przedostania się na ziemie Kurów. Może wynikało to z żywionej nadziei na wyciągnięcie z niej reszty wiedzy o terenach?
Jaka nie byłaby prawda, początkowo Svajone zdawała się jakby trwać w jakim transie, idąc bez jednego wrogiego słowa czy nawet gestu, prowadzona przez żołnierza towarzyszącego od początku Kawalerom Mieczowym, trwającego najwyraźniej na usługach samego dowódcy. Kobieta miała skrępowane sznurem ręce i choć nie była ciągnięta na ścisłej uwięzi, Zygfryd rozumiał, iż i tak nie było możliwości, aby uciekła.
Dopiero, gdy zaszli głębiej w puszczę, poganka wyraźnie zaczynała odzyskiwać zmysły, jednak nie wyglądało na to, żeby była pierwsza do wszczynania buntu czy nawet krzyków.Początkowo...
Na początku nic nie wzbudziło większego niepokoju niż już obecny. Lekki wiaterek poruszał liśćmi drzew wywołując przy tym nieznaczny szum, który wszak towarzyszył rycerzom cały czas. Zygfryd nawet widział delikatne poruszenie listowia roślin przy ziemi, jednak prócz efektów działania natury nic niesamowitego nie miało miejsca.
Do momentu gdy Rohrbach zrozumiał, że nie czuje na twarzy żadnego podmuchu wiatru.
Całkowita cisza została zaburzona. Nie był to nagły atak. Na wstępie usłyszeli jedynie jakby głośniejszy szum. Dopiero po chwili, gdy ich uszy przyzwyczaiły się już do odgłosu, zaczęli w nim rozróżniać dźwięki, jakie należeć nie mogły do dźwięków nieożywionej siły przyrody. Zygfryd miał nieodparte wrażenie, że szum jest tak naprawdę szeptem wielu głosów, a wręcz czasem wydawało mu się, iż jest w stanie rozróżnić nawet całe słowa, nie pochodzące jednak z żadnego ze znanych mu języków.
Ale prawdziwy strach zdjął Rohrbacha dopiero w momencie, gdy wokół rycerzy zaczęły przemieszczać się ulotne istnienia, delikatne niczym puch wierzb, wirując między nimi, zataczając kręgi wokół sylwetek...
...szeptem wyśpiewując niezrozumiałą pieśń...

- Przybył... - wydusiła z siebie Svajone, padając na kolana nieopodal Zygfryda - ...intruzi na jego ziemiach...
Deotheri obrócił się powoli z jakąś irytacją patrząc na kłębiące się nienazwane byty. Spojrzał po swoich podkomendnych wyraźnie mając zamiar wydać rozkaz, ale przerwał zamiar zobaczywszy spojrzenie Svajone wbite w obraz za nim i zanim zdążył odwrócić się w tamtą stronę, kobieta padła czołem do ziemi w jakimś błagalnym geście.
Zygfryda zaś doszedł przerażony szloch niewiasty.Rohrbach zobaczył jak Deotheri zastygł skupiając się całkowicie na malującej się w oddali sylwetce mężczyzny, obserwującego z odległości ich zgromadzenie.

Młodemu rycerzowi wydawało się, iż usłyszał ze strony dowódcy cichy syk, niczym odgłos dzikiego zwierzęcia, ale prócz dźwięku zagrożenie nie nastało. Miast tego von der Recke, swoim pewnym głosem nie cierpiącym sprzeciwu, wydał rozkaz wypowiedziany z jakąś tłumioną złością.
- Trzymać się z dala, pilnować tyłów. Zajmę się przywódcą tego obłąkanego pogaństwa.Nie czekał dłużej na reakcję, tylko obnażywszy miecz ruszył żywszym krokiem w stronę oczekującego nieznajomego, zabierając ze sobą tylko dwóch, w tym owego żołnierza, pozostawiając na tyłach grupę pewnie kilkunastu, w tym z dziesięciu rycerzy, wraz z Zygfrydem.
Nie minęło wiele uderzeń serca, gdy cofających się rycerzy doszło charczenie dzikich bestii, które tym razem nie pochodziło znikąd. Oczom wszystkich ukazały się wszak trzy wilcze bestie, wzrostem prawie dorównujące Zygfrydowi, jakich aparycja wydawałaby się pochodzić z zaniedbania, a jednak...
...nikt nie mógł tych wyraźnie wygłodniałych potworów nazwać boskim tworem.Deotheri nie obdarzył rycerzy ni spojrzeniem, krocząc uparcie ku swemu konfliktowi, pozostawiając innych z ich walką, która mogła nadciągnąć w każdej chwili, gdy tylko bestie na nich się rzucą, znudzone krążeniem, w jakimś niezrozumiałym zamiarze osaczenia mężczyzn.
Svajone będąca opodal Zygfryda nie zaprzestała płakać ani nie wstała z klęczek, mimo bezsensu tego braku reakcji.

-

Niepokój, który próbował, podobnie jak inni, wyplenić z siebie, powrócił teraz, zamieniając się w rwącą serce grozę. To już nie były bajki pogańskiej dziewki, które można było wyśmiać, ani nawet majaczenia jednego oszalałego brata. Tym razem Zygryd musiał uwierzyć własnym oczom jeżeli nie chciał uznać że i jego dotknęło szaleństwo.
Czy to te potwory, przypominające jakieś szatańskie połączenie ludzi z wilkami, były tym które napadły na patrol jego braci, czy przed nimi ostrzegała Swajone.... poganka, którą nie wiedzieć czemu von der Recke pozostawił przy życiu pogrążyła się w bezrozumnym łkaniu, a przecież może teraz jej wiedza mogłaby im pomóc. Rohrbach, szukając nadziei w tej przerażającej sytuacji, spojrzał w kierunku ich dowódcy, który oddalił się w stronę tajemniczej postaci, czy jego celem było wywabienie tego demona? Młody rycerz miał nadzieję, że za niewzruszonym spokojem Deotheriego krył się plan, który może ich ocalić w obliczu tych bestii z piekła rodem.
Całą siłą woli próbował opanować drżenie rąk, modląc się do Matki Bożej i Świętego Michała Archanioła, pogromcy diabła. Nie słyszał, aby krzyżowcy w ziemi świętej mierzyli się z czymś takim, choć mówiono, że u boku pogan walczyły demony.... w każdym razie była to godzina próby.
-Nie dajcie się zawładnąć lękowi, te diabły nie pokonają nas, jeżeli mamy w sercu Pana! Szatan i pogańskie sztuczki nie pokonają prawdziwych obrońców wiary! - Mocno trzymając się spłoszonego konia, wjechał przed pozostałych rycerzy i wzniósł miecz do góry, starając się emanować pewnością siebie jak der Recke, choć cały czas walczył z przerażeniem.
-Zacieśnić szyk i wyciągnąć włócznie i lance, jak się nas rzucą, to je na nie nadziejemy. I módlmy się! - Spojrzał na podchodzące bliżej stwory, a potem na zatopioną w szlochach Swajone. Podjechał do niej i mocno potrząsnął za ramię.
-Chodź do nas, bo zginiesz tam sama, wiesz czy te potwory można zranić stalą? -
Rycerze ustawili się w pozycji obronnej. Posłuchali słów Zygfryda, choć nie był on najstarszym z nich. Młody Rohrbach mógłby się nad tym zastanowić gdyby jego instynkt skupiony na zagrożeniu dawał mu chwilę na nieważne rozważania w sytuacji życia i śmierci.
Bestie obchodziły osaczonych niczym pachnącą świeżą krwią zwierzynę. Gdy młody rycerz spojrzał w ich oczy dostrzegł zatrważający obraz, któremu nie mógł dorównać żaden bitewny zamysł, żadna wściekłość wroga. To ujrzał w tych kreaturach było bezmyślne, nieukierunkowane, nie do ogarnięcia przez pobożny umysł wojowników jakimi byli Kawalerowie Mieczowi.
Nagłe słowa Zygfryda wyrwały pogankę z tej litanii przerażonego serca Svajone. Wciąż skrępowana kobieta uniosła spojrzenie na górującego nad nią na koniu Rohrbacha.
- One... Nie odczują bólu od stali, choć krwawią... - głos Svajone łamał się przy każdej sylabie.
Poganka uniosła się z ziemi, stając o własnych z jakąś niezrozumiałą dumą pokonanego. Zygfryd czuł jej przenikliwe spojrzenie i przez ledwie ulotny moment wydawało mu się jakoby te oczy przeszywały jego duszę na wskroś.
- Nie odczują strachu... Nie przed wami.
Kobieta uniosła związane dłonie ku Zygfrydowi oczekując ich rozpętania... a tenże uczyniony gest jawił się wręcz bliźniaczy gestom czynionym podczas modłów przez błagalników.
Tym razem jednak nie były te błagania skierowane ku Jedynemu...- Nigdy przed nikim innym prócz przed swoimi panami... - szepnęła kobieta zaś Zygrfyd poczuł ukłucie pychy tuż przy sercu.
Był dla niej Bogiem.I wtedy nastąpił atak, którego dzikość wzięła z zaskoczenia nawet najbardziej doświadczonych z rycerzy. Zdeformowane kreatury o ciałach przypominających szatański wilczy pomiot rzuciły się bez obawy wprost na rycerzy. Nie robiły sobie nic z ostrzy stojących na drogach do ich rycerskiej zwierzyny. Co najbardziej przerażające - nie każdy kontratak spotykał się z przebiciem przez pozornie miękkie mięso, a odbijał się od niej niczym od utwardzonej zbroi ze skóry.
Zaskoczonych rycerzy w pierwszej chwili uratował ich własny pancerz, niestety bestie nie odpuszczały ataku.Nim Rohrbach dołączył do walki, jego spojrzenie przykuło świetlistą sylwetę obok drzew po lewej. Zauważył także, iż te ulotne byty zaczęły gromadzić się wokół otulonej mglistą powłoczką osoby niczym owady uciekające w kierunku światła...

Tylko do tej chwili w powietrzu nie odczuwał wilgoci, więc ta mgła...
Koń wierzgnął zrzucając nieprzygotowanego Zygfryda ze swojego grzbietu, gdy jedna z wilczych kreatur znalazła się za blisko. Spłoszone zwierze uderzało kopytami w ziemię nieopodal powalonego Zygrfryda, którego niepełne uzbrojenie obciążało dodatkowo.
-

Zygfryd, starający się nie dać opanować strachowi, zerwał się na równe nogi, przeklinając utratę konia. Instynktownym ruchem sięgnął po miecz, próbując się zorientować w otaczającym go chaosie.
Zygfrydowi zajęło chwilę wstanie na nogi po upadku, który może i sam nie był bardzo groźny (choć mógł spowodować nieciekawe obrażenia przy nieszczęśliwym upadku), ale nie dość, że spowodował dezorientację Rohrbacha na moment to jeszcze samo uniesienie się z ziemi wymagało wysiłku zwiększonego przez ciężar napierśnika.Dopiero, gdy się podniósł zobaczył prawdziwy rozmiar tego chaosu. Atakujących bestii było tylko trzy, ale po szybkim spojrzeniu zobaczył, iż mimo ran zadanych przez rycerzy, nie zaprzestały one ataku... ani nawet nie wydawały się być mniej doń chętne. Jedno z tych diabelskich pomiotów broczyło krwią z rozciętego do żeber boków, jednak najwyraźniej i to nie uczyniło szkody jej morale.
Rycerze za to walczyli dość nieskoordynowanie, uderzeni widokiem tego pogańskiego dzieła. Zygryd nie widział, by to ich ziemskie ciała doznawały uszczerbku... ale nieśmiertelne dusze trawione strachem, z którym nie każdemu udało się walczyć w uczciwej walce.Obite upadkiem ramię zapulsowało bólem, gdy Zygfryd sięgnął po miecz, tylko aby zorientować się, iż ten w trakcie upadku wysunął się z pochwy i bezładnie spadł na ziemię kawałek od Zygrfryda.
A po oręż, z nieznanym zamiarem sięgała już Svajone.
Rycerz, modląc się w duchu o wsparcie w walce z szatańskim pomiotem, przekręcił głową jakby próbując odpędzić od siebie przerażenie, po czym rzucił się w stronę miecza.
- Oddaj mi to! - Krzyknał do Svajone.Poganka zwróciła głowę w stronę Zygfryda, jakby do tej chwili spodziewała się, iż ten przetrącił sobie kark lub cały połamał.
- Rozetnij mi więzy, do cholery! - krzyknęła w stronę Rohrbacha, najwyraźniej zrozumiawszy iż on szybciej sobie z nimi poradzi - Mogę ci pomóc, ale ty musisz mnie! - Svejone stanęła na klindze miecza.Zygfryd zobaczył kątem oka jak jedna z bestii przewraca rycerza odciągniętego kilka kroków od grupy i wygryza się w jego gardło z paskudnym chrzęstem miażdżonej krtani mężczyzny. Czerwień posoki oblała sierść na szczęce kreatury.
Zygfryd z przerażeniem spojrzał na masakrowanego rycerza.
- Walczcie w imię Boże, widzicie, że te potwory krwawią, można je zranić! - Zawołał do pozostałych rycerzy, próbując dodać otuchy również sobie, następnie na powrót zwrócił uwagę na Svajone. Nie wiedział na ile mógł jej ufać, ale wydawało się, że nie była po stronie tych bestii. Wyciągnął sztylet, by rozciąć jej więzy.Nie wszyscy rycerze zareagowali na słowa Zygfryda. Po prawdzie większość wyglądała na zbyt zdjętych nieboskim strachem, co także wpływało na ich siłę bojową. Choć były tylko trzy bestie, to szybko okazało się, iż były "aż" trzy bestie. Kompani Zygfryda nie byli w stanie wyrządzić im takiej krzywdy, aby miała ona widoczny skutek. Jedna z nich wyrwała miecz z ręki rosłego mężczyzny niczym z dłoni szmacianej lalki, co zaburzyło równowagę rycerza, walczącego przez chwilę o jej odzyskanie. Nim jednak zdołał stanąć pewnie otrzymał uderzenie w plecy, gdy trzeci ze stworów właśnie na niego skoczył, obalając go z całym impetem na ziemię.
- Nie wygrasz z nimi. - szepnęła Svajone, gdy Zygfryd przecinał jej więzy - Może twój dowódca wygra. Nie wiem. - zerknęła w stronę kobiecej postaci rozmywającej się we mgle - Tylko on mógłby.
Rohrbach zobaczył jak dwóch z rycerzy najwyraźniej próbuje umknąć pozostawiając resztę kompanów...
- Deohteri? - Zygfryd patrząc na nieludzką siłę stworów, próbował sobie wyobrazić co mógłby przeciwko nim zdziałać dowódca.
- On jest jak panowie tych bestii... - zeszła z miecza, gdy jej dłonie zostały uwolnione.
- O czym ty mówisz, odebrało ci zmysły do reszty? - Odparł osłupiały.
- Kim jest to kobieta? - Wziął miecz i spojrzał w kierunku rozmywającej się w mgle postaci, rozglądając się też za swoim koniem.
- Ona... - Svajone przysunęła się bliżej Zygfryda, w tym momencie zdając się być jedynie wystraszoną niewiastą - Musi być również władcą bestii... choć nie wiem więcej, a Deotheri... - uśmiechnęła się blado - Rozmawiał ze mną... i nie krył się z niczym. - zacisnęła dłoń na ramieniu Rohrbacha - Chodził w dzień kiedy?
Spłoszony koń Zygfryda musiał odbiec wystarczająco daleko, aby nie być już w zasięgu wzroku.
Zygfryd wybałuszył oczy.
- Nie przypominam sobie by chodził… Czyli żeby powstrzymać bestie, najlepiej uderzyć na tę wiedźmę we mgle?
- Rozkaż im na nią ruszyć - wyszeptała Zygfrydowi do ucha - Odwróci to uwagę bestii... bo najlepszym sposobem na przeżycie... - spojrzała w stronę, w którą poszła reszta grupy z dowódcą - ...jest być z Deotherim.
W momencie wypowiedzenia tych ostatnich sylab, z tamtego kierunku uderzył potężny podmuch wiatru, który powaliłby Svajone gdyby nie była uczepiona Zygfryda.
- Chryste…-Zygfryd spojrzał w tamtym kierunku, po czym zawołał do rycerzy.
- Tam przy drzewach jest wiedźma, która kontroluje bestie, ruszajcie na nią! - Zawołał do konnych rycerzy. Sam by ich poprowadził, gdyby nie stracił konia…
- A wy do mnie, ustawcie się plecami do siebie, wycofamy się do reszty - rozkazał z kolei pieszym żołnierzom. Miał nadzieję że atak czwórki konnych rycerzy na wiedźmę faktycznie pomoże… nie powinien może ufać słowom tej poganki która do wczoraj była ich zaprzysięgłym wrogiem, lecz nie mógł zaprzeczyć, że wiedziała więcej o tych piekielnych czarnoksięskich sprawach niż on. I z jakieś przyczyny czuł, że nie jest mu teraz wroga. -
- Jesteśmy tu intruzami... Powinniśmy byli zawrócić, gdy znaki ostrzegały... - Svajone trzymała się blisko Zygfryda, a jej rozszerzone oczy lustrowały otoczenie.
Kawalerowi Mieczowi najwyraźniej czerpali jakąś potuchę z rozkazów młodego Zygfryda, czy raczej z jego spokojnej pewności i braku poddania się diabelskiemu wpływowi. Bez wahania ustawili się w szyku, który nakazał młody rycerz, jakby pokładali nadzieję, iż może to jego słowa będą ich ochroną. Rohrbach zrozumiał, iż w tym jednym momencie zyskał władzę nad wszystkimi zwykle powyżej niego, a władzę tą właśnie zapewniały mu diabelskie byty i ich... panowie.
- Moi ludzie nazywają te istoty „Mogiłami, które kroczą nocami”. - wpięła palce w ramię Rohrbacha - Nie trzeba im powietrza, a krwią oddychają, zaś to co już jest martwe...nie może umrzeć. - spojrzała poważnie na Zygfryda - A Deotheri jest jednym z nich. - uśmiechnęła się grymasem kogoś zdesperowanego, jak i potwornie smutnego.
Zygryd nie widział wspomnianego Deotheriego, który udał się do samotnego czarownika. Otoczenie, w jakim się znajdowali ogarnięte było zawieją ziemi, liści i runa leśnego, niczym tornadem z nich stworzonym, przesłaniającym widok. Drobinki niesionej wiatrem ziemi smagały rycerzy po twarzach i oślepiały, gdy odnalazły oczy. Dźwięk walki z bestiami ciągle dochodził do świadomości Rohrbacha i choć czasem nie był w stanie otworzyć oczu, to był świadom chaosu. Dopiero gdy udało mu się rozchylić powieki zrozumiał, iż stracili po drodze jednego z rycerzy wcześniej zajmującego pozycję blisko na prędce ustawionego przywódcy. Tam gdzie stał wyzierała luka w przestrzeni...
Po policzku Zygfryda spłynęła ciepła i gęsta krew. Nie jego.Wiedźma nie drgnęła nawet, zupełnie nie pomna na podchodzących ludzi. Patrzyła na nich z rozbawieniem i... oczekiwaniem?
Duchowy puch począł się unosić z ziemi i roślinności wokół Kawalerów Mieczowych.

-

Zygfryd przez chwilę czuł się jakby śnił, ten cały dziwny wiatr niosący atakującą ich oczy ziemię i fragmenty poszycia, dziwny puch... ale szybko otrząsnął się czując na policzku krew, która jednak nie była jego. Następnie zobaczył Gerharda, jednego z jego towarzyszy broni, który nie pochodził wprawdzie ze szlachetnej krwi jak on, lecz w przeciwieństwie do Zygfryda był weteranem wielu bitew o których barwnie opowiadał przy obozowym ognisku. Teraz jednak Gerhard był już tylko trupem, z gardłem rozdartym przez pazury jednej z tych bestii i pustymi oczami zastygłymi w wyrazie zgrozy. Rycerz pokręcił głową, próbując zebrać w sobie całe pokłady swojej siły i odwagi wobec tych potworności z piekła rodem. Czuł odpowiedzialność za ludzi którzy mu zawierzyli, a może nawet nieco dumy?
- Powiadasz "Mogiły które kroczą nocami"? To jakieś upiory, ale czy stal może je zranić? - spytał się Svajone, ktora najwyraźniej wiedziała więcej od nich. Słowa o Deotherim były niepokojące i chyba w tej kwestii dziewczynie musiało się coś pomieszać w głowie. Tamten był przecież mężnym i rozumnym rycerzem, dowódcą, choć może było w nim coś niepokojącego....ale nie miał teraz czasu na takie wątpliwości, musiał działać.
Gdy poganka wymruczała coś o duchach w ciałach, a ciała można przecież zranić, wyciągnął miecz i wskazał ostrzem w stronę wiedźmy. Konni, którym już wcześniej nakazał atak, wahali się.
- Musimy ubić tę czarownicę, ona rozkazuje wilczym bestiom! Módlmy się, a bóg nas nie opuści w tej godzinie próby, walczymy przecież w jego imię! Reimundzie, poprowadź konnych do szarży, ja będę z pieszym oddziałem ubezpieczać wasze tyły! - odezwał się dobitnie do młodego von Leiningena, który w przeciwieństwie do niego nie stracił konia.
-
Gdyby była inna sytuacja można by uznać, iż otaczający ich mieniący się puch miał w sobie pierwotne piękno Gdyby nie obecność tych wilczych bestii z piekła rodem skupiłoby się na atmosferze tego miejsca, tak bardzo wydającej się sielską i spokojną w swej naturze. Gdyby nie zaczął narastać ten chaos mogłoby to być idealne miejsce dla ułożenia zmęczonego ciała na kawałku leśnej ściółki.
Ale było inaczej.
Niemniej musieli podjąć decyzję co do dalszej potyczki i młody Rohrbach wiedział o tym doskonale. Jeżeli działanie młodszego rycerza zaskoczyło starszych kolegów to nie okazali niczego po sobie, ani nawet nie zdecydowali się protestować. po prostu oddając dowództwo Zygfrydowi. nienaturalna sytuacja z jaką się mierzyli wyraźnie wpłynęła także i na morale tych doświadczonych wojowników, którzy z pewną ulgą przyjęli trzeźwy działanie Rohbracha. Zygfryd nie umiał się im dziwić i potępiać. nic nie przygotowywało ich do stanięcia twarzą w twarz z szatańskimi sługami, które najwyraźniej nic nie robiły sobie ze stali. jedynym pocieszeniem dla Zygfryda było, iż te stwory krwawiły, a w końcu to co krwawi może zginąć.Czarownice zdawała sobie sprawę z ich chęci zmiany taktyki, ale wbrew wszelkiemu rozumowi nie próbowała opuścić tego miejsca czy chociaż wzmóc ataki swoich bestii, które wręcz przeszły do wstrzymania. Jej eteryczna sylwetka miała trudne do rozróżnienia rysy, a i cała postać zdawała się być otoczona lub może wręcz stworzona z wiatru wirującego niczym wodne fale. młodemu rycerzowi czasami zdawało się, że widzi w tej wiecznej plątaninie prawdziwe rysy dość młodej ludzkiej kobiety, ale nim zdołał na nich skupić uwagę to wiatr czynił jego próby płonnymi skrywając prawdziwe oblicze wiedźmy.
Konni spięli konie i ruszyli w kierunku kochanki diabłów... i wtedy zdarzyło się coś nieoczekiwanego.
Wydawało się, że kawalerzyści dopadną szybko pogańskie nasienie, a przyczajone wilcze bestie nie podjęły za nimi pościgu, łypiąc jedynie na pozostałe na tyłach odddziały Zygfryda. Zachowywały się jakby pozostawione bez ochoty ba dalszą walkę.
Coś tu było nie tak...Nagle Zygfryda doszło przerażone rżenie koni i tętent wielu par kopyt. Gdy spojrzał w tamtą stronę zauważył w osłupieniu, iż to większość z ich rumaków porwała swoich jeźdźców i oszalało rzuciła się w tył, byle dalej od wiedźmy.Nie każdy z rycerzy był w stanie zapanować nad swoim koniem na tyle by ten go nie zrzucił popłochu. Reymont na te powstrzyniowo swoje zwierzę, że to nie popędziło popłochu za resztą, ale to była jedyna pociecha. rycerz siłował się ze swoim koniem nie chcąc mu pozwolić odbiec, a jednocześnie dać strącić się z grzbietu.
- Spanikowały! - krzyknął jeden z podnoszących się z ziemi i wskazał na bitwę Raimunda z koniem, który robił wszystko, aby nie przybliżyć się do kobiety. - Dziwka diabłów!Jeden z konnych rycerzy zwalonych z wierzchowca odnalazł na ziemi swój łuk i kierowany tylko emocjami nie zaś rozkazem, z nabożną złością na nałożnicę demonów skierował strzałę w jej skrytą za wiatrem sylwetkę. Ni zdążył Zygfryd go upomnieć ni on poniechał swojego pomysłu, a bez rozkazu posłał pocisk ku wiedźmie.
I trafił mimo szalejącego wokoło powietrza, a strzała wbiła się głęboko w brzuch wiedźmy.
Rohrbachowi wydawało się, jakby las zamilkł w pierwszym momencie, a furia okrywających postać wiatry osłabła. Widział powoli brudzącą ubranie leniwą krew, która poczęła wypływać z rany... ale nie wyglądało na to, aby kobieta wiele sobie robiła z tej niedogodności. Uchwyciła trzonek strzały i bezceremonialnie wyszarpnęła ją z siebie, bardziej jakby niedogodność natarczywej muchy niż śmiertelne zagrożenie.
Odrzuciła na bok pocisk, z którego skapywała jej krew, sama nie próbując tamować rany w żaden sposób. Dopiero w tym momencie Zygfryd mógł lepiej przyjrzeć się kobiecie.A kobieta to była, choć oblicze zakrywało ciemne odzienie, jakiego poły były obmywane przez zastanawiająco gęste powietrze.

Kaptur zdawał się zbyt agresywnie nachodzić na twarz, niczym gruby welon, ale w tym momencie to zachowanie kobiety stawiało w osłupienie, gdy niefrasobliwie wycisnęła z rany trochę krwi, aby zbrukać nią ziemię, nad którą stała.Gdy krew wchłonęła się w grunt... wtedy cały świat zwariował.
Głosy, wszechobecne szepty przybrały na sile. Nie miały jednego źródła, o nie. Bardziej dochodziły z każdej cząstki ogarniającego ich świata.Wrzask rycerza, który posłał strzałę wyryje się na długo w pamięci. Ziemia, na której stał wybiła ku górze, opasając zgubionego do dolnych żeber, aby bez zwlekania wzmocnić swój uścisk miłością gruntu i kamienia. Obrzydliwy trzask kości, szczęk zgniatanego metalu zbroi i ten wrzask pełen cierpienia, strachu i błagania o pomoc wypełnił uszy Zygfryda.
- Betolakodó. - dało się usłyszeć syk ze strony wiedźmy szczelnie odzianej w...
...w ubranie zrobione z żywej skóry, która zdawała się lekko podrygiwać w rytm wiatru. -

Zygfryd przez chwilę poczuł się dumny, że starsi od niego rycerze uznali jego przywództwo. Jeśli jego ojciec, który oddał życie w walce o wyzwolenie Świętej Ziemi z rąk Mahometan, mógłby to widzieć z Niebios gdzie na pewno trafił, to miał nadzieję, że byłby zadowolony ze swojego najmłodszego syna. Ale to przyjemne uczucie szybko minęło w konfrontacji z iście szatańskimi sztuczkami którymi musieli stawić czoła w tej pogańskiej krainie.
Jego plan konnej szarży rycerzy na wiedźmę (która wyglądała jak człowiek, choć spowita jakąś dziwną mocą, pewnie rezultatem jakiegoś plugawego czarnoksięstwa) runął kiedy konie spłoszyły się nagle i jeźdźcy nie mogli nad nimi zapanować.
Widział jak Heinrich, rycerz pochodzący z Saksonii i zawzięty przeciwko poganom, trafił wiedźmę strzała. I nawet jeśli był to jakiś rodzaj upiora, jak sugerowała Svajone, to jednak tamta krwawiła, choć rana nie wydawała się na niej robić szczególnego wrażenia. I wtedy ta kobieta coś zrobiła, usłyszał nagle jakieś głosy niczym szepty samego diabła, a potem ziemia pochłonęła Heinricha miażdżąc mu kości. Młody von Rohrbach wydał z siebie okrzyk zgrozy i na chwilę zastygł, walcząc z odruchem ucieczki jak najdalej od tych bestii i czarnoksięskich mocy. Ale nie mógł przecież zawieść swoich braci i zhańbić honoru rodu....- Ta dziwka krwawi, można ją zranić! - zawołał do swojego coraz mniejszego oddziału, starając się zapanować na strachem by jego głos zabrzmiał dobitnie.
- Zabijemy ją i będzie koniec tego, pamiętajcie że jeśli zawierzymy się Panu, to jego moc jest większa niż wszelkie sztuczki Szatana! Zostawcie konie i za mną, ubijemy wiedźmę! Gott mit uns, Kyrie Eleison! - W desperacji zaczął odmawiać początek modlitwy, jednocześnie wyciągając miecz z zamiarem poprowadzenia szarży, tym razem pieszych, na tę przeklętą czarownicę. -
Zygfryd nie mógł pozbyć się wrażenia, że nie poszło nawet powiedz jak dobrze jak miał nadzieję. Powinien bardziej cieszyć się, że przeklęta wiedźma okazała się krwawić jak każdy inny śmiertelnik. Powinien składać modły ku niebu, iż najwyraźniej siła Szatana nie była w stanie obronić kobiety przed słabościami ciała człowieka. Powinien... a jednak...
Słowa Zygfryda nie miały takiej mocy, jaką posiadały jeszcze przed chwilą. Najwyraźniej obraz, jaki rozpościerał się na ich oczach mocniej poruszył ducha co młodszych rycerzy, jacy jeszcze nie zostali zaprawieni w boju. Nie było co dziwić się tym słabościom, gdy za wroga miało się diabelskie moce.
Niemniej sama postawa młodego Rohrbracha najwyraźniej przywróciła chart boskim wojownikom (a może bardziej zaważył na tym wstyd?), ponieważ ruszyli oni prowadzeni przez Zygfryda ku bezbożnej kobiecie.Gdyby tylko zdawali sobie sprawę...
Do uszu Zygfryda dotarło dźwięknięcie metalu pancerza, gdy ostatni z rycerzy powalon został na ziemię przez cielsko wilczej bestii, które jakby od niechcenia zatopiła kły w zbroi bezbronnego.
Jednak to była tylko zapowiedź koszmaru, jakiego zniszczenia się obawiał.
Z okalających i chaszczy po słyszeli charczenia psów... nie, wilków, napomniał się Zygfryd. Był to zdany już im dźwięk.
- Panie Niebiański...
Rohrbach nie miał czasu spojrzeć na rycerza wzywającego Boga. Sam już chodził oczami po wychodzących z gęstwin bestiach i te same słowa ugrzęzły mu w gardle. Wcześniej mógł zastanawiać się czy wiedźma posiada jedynie te trzy bestie na swojej uwięzi, ale teraz otrzymał odpowiedź. Tamte miały za zadanie odciąć im drogę ucieczki w razie dalszej walki...
I te nie czekały z atakiem. Rzuciły się z kłami i pazurami jak tylko zobaczyły swoje ofiary. Waleczne krzyki nie brzmiały już tak dostojnie i rycersko, jak nierówna walka rozpętała się na dobre. Zygfryd nie rozumiał Czemu jego własny miecz nie tnie tak dobrze diabelskiego nasienia, które do tego zdaje się nie odczuwać siły obrażeń. Choć udało się odciąć łapy jednego z potworów to zdawał się nie przykładać wagi do obrażeń, gdy kikutem stawał nierówno na okaleczonej łapie, jaka zmniejszyła jego możliwości ruchu, ale w żadnym stopniu zapalczywości ataku.Zygfryd usłyszał przeraźliwy wrzask swojego kamrata, który poważnie ranion został powalony przez dwie bestie, jakie rzuciły się by pożywić na odsłonionej jego skórze.
Pożerając go żywcem. -

Zygfryd musiał zawierzyć wsparciu Bożemu i jego archaniołów, by nie stracić nadziei w tej przerażającej sytuacji. Ta wiedźma najwyraźniej władała całym stadem wilczych bestii z piekła rodem. Widok druha pożeranego przez te potwory był najstraszliwszym, jakim kiedykolwiek widział. Nie mógł na nim się jednak skupiać, musiał znaleźć dalej w sobie ducha do walki.
- Boże dopomóź swoim wiernym rycerzom! Skupcie się wokół mnie bracia! - Zawołał, zbierając w sobie ostatek sił. Wściekle ciął rannego już wilka, któremu odciął drugą z łap, lecz tamten nie ustawał w zajadłości, próbując dosięgnąć jego gardła kłami. Zadawał ciosy dalej, aż w końcu stał sobie sprawę, że zbryzgane krwią truchło przestało się ruszać. Zaczął szukać wzrokiem wiedźmy...czy jej ubicie mogło jakoś powstrzymać stado? I co ze Svajone?
-

ANNO DOMINI MCCIX, puszcza na granicy Litwy z KurlandiąUderzenie w plecy niczym młotem wyrwało z Zygfryda ostatki powietrza z płuc. Cielsko wygłodzonej bestii ważyło więcej niż przypuszczałby młody mężczyzna, który upadł twarzą na ziemię wraz z odgłosem miażdżonych kości pod diabelskim ciężarem. Rohrbach wrzasnął jak jego plecy poddały się ciężarowi, w momencie gdy pazury bestii przebiły się przez zbroję i wbiły w kręgosłup pokonanego rycerza.
Dalsze wydarzenia były jak na wpół jawie.
Słyszał trzask metalu zbroi zgniatanej zębiskami.
Czuł ciepło wypływającej z ran gęstej krwi.
Widział jak jest pożerany żywcem.
Ale nie czuł swoich nóg.Przynajmniej dopóki stwór się nimi nie zajął.
Wrzeszczał, chciał umrzeć. Jego skołatany umysł nawet nie był w stanie wyciągnąć z pamięci podstawowej modlitwy...
Pół świadom z cierpienia uniósł wzrok ku niebu zasłoniętemu czerwienią jego własnej krwi, gdy ziemia na której leżał skąpana była w żelaznym zapachu posoki cnych rycerzy Boga.Zygfryda omył podmuch wiatru niosący ze sobą jedno słowo.
- Dość.
Młody Rohrbach był już zbyt głęboko w objęciach nadchodzącej śmierci, aby zarejestrować coś innego poza bólem, choć i on począł odchodzić.
Nawet, jak uniosły go ręce rycerza, jaki wcześniej odszedł wraz z dowódcą.
Nawet, gdy połamany pancerz wbijał swe kły w ciało.
Nawet, kiedy dosłyszał szloch ciągniętej obok Svajone.Wiedział tylko, że umiera.
Wiedział, gdy położono go na twardej ziemi.
Wiedział, kiedy przez krew ujrzał górującą nad nim sylwetkę Deotheriego.Ból odszedł nagłą ulgą i zaczął przygotowywać się do wstąpienia do Królestwa Niebieskiego.
Ale inne królestwo było mu pisane...
Omył go spokój. Poczucie bezpieczeństwa, jakie doświadcza dziecko w objęciach rodzica. Czuł troskę i czystą miłość.

A później znalazł się w Piekle.
Nigdy wcześniej nie zaznał takiego bólu. Nigdy nic nie dostawało choć do połowy cierpienia, jakie doświadczał. Nie byłby też w stanie opisać uczuć nim targających podczas tego czasu. Były jak wichura emocji, w której pioruny uderzały w ziemię rozszczepiając ją niczym niesione boskim gniewem. Wierzgał na ziemi, drapał ją w jakiejś wściekłości, pierwotnej furii żywiołów przebijającej wściekłość diabelnych bestii, jakie jadły go żywcem.
Czuł ból nie tylko ciała. Z bólem ciała umiał sobie poradzić.Czuł...
GŁÓD
Czerwień krwi na oczach, metaliczny zapach rozrywanego mięsa.Wrzask ofiary.
Smak ciepłej krwi na języku spływającej po brodzie. Błaganie.ZYGFRYD! BŁAGAM!
Dłonie w kałuży krwi na ziemi z jakiej chłeptał zachłannie obok jednego z rycerzy jakiego gardło rozszarpał.
- Nie możemy tu zostać dłużej. - głos Deotheriego przebił się przez krwawą mgiełkę.
Uniósł wzrok do góry, aby zobaczyć wciąż przyglądającego z odległości się scenie poganina.

-

Zygryd nie rozumiał. Przez chwilę czuł błogośc raju. Zaakceptował swój los, tak jak ojciec i inni przodkowie poległ walcząc w imię Boże, z poganami a nawet bestiami prosto z piekielnych czulości. Nikt mu nie mógł odmówić, że stawał dzielnie przeciwko mocy, której człowiek najwyraźniej sprostać nie mógł.
A potem... piekło? Ale dlaczego, czym sobie zasłużył? Bół i pragnienie które były nie do zniesienia, nie mógł myśleć, mógł tylko..pić? W miarę jak pił, to cierpienie...głód?... powoli ustępowało. Próbował coś zrozumieć z tego co się z nim działo, był w kałuży krwi...krwi Bertholda, jednego z rycerzy z jego oddziału. Jak w jakimś najgorszym koszmarze, zaczął rozumieć że rozszarpał gardło i pił jego krew. To krwi pożądał i ona dawała ukojenie.
- Co się stało?! Co ze mną zrobiłeś?! - Syknął wściekle, obracając się w stronę Deotheriego.
-
Krew skapywała z brody młodego Rohrbacha malując na ziemi odcisk jego zwierzęcej zbrodni... niczym znacząc ziemię Świętą Pieczęcią zamykająca go za wrotami Piekieł.
Deotheri powoli skierował spojrzenie na Zygfryda chwiejącego się na nogach zdających się być martwym mięsem bez mięśni. Nie wykonał żadnego ruchu w jego stronę ni nie skrzywił żadnego cala twarzy. Wyciągnął dłoń w bok w oczekiwaniu na włożenia czegoś w nią.
- Nie planowałem tego tak. - odezwał się von der Recke przyszpilając spojrzeniem Zygfryda - Wiem, że jesteś głodny.Ruch po boku młodego rycerza pozwolił mu ujrzeć kątem wzroku jednego z rycerzy jaki wiernie towarzyszył dowódcy. Uklękł przed mężczyzną unosząc nad głowę prostą drewnianą miskę, w której jeszcze tego ranka jedli owsiankę wokół ogniska.
- Wybacz te urągające warunki. - odezwał się Deotheri przyjmując miskę, z której dobywał się taki nęcący zapach....
Miska została przysunięta do Zygfryda, który wręcz siebie nie mógł powstrzymać przed rzuceniem się by dobrać do jej karmazynowej, ciepłej zawartości.Chłeptał ją niczym wygłodniały pies. Czuł taką przyjemność rozchodzącą się po jego ciele... Krzyki, jęki i błagania braci broni nie docierały uszu Rohrbacha zbyt skupionego na tym i teraz. Nie pamiętał czy wyrwał miskę z rąk dowódcy, czy on mu ją podał. Nie obchodziło go, że teraz liże drewno miski w poszukiwaniu resztek krwi...
Obok niego upadła pchnięta na ziemię Svajone, jakiej suknię plamiła brudna od krwi błotnista ziemia. Głód lekko zdążył ustąpić, ale...
- Jest twoja.
Usłyszał słowa dowódcy przyglądającego się scenie. Svajone zakwiliła, gdy zobaczyła wzrok Zygfryda. Wzrok bestii. Zaczęła czołgać się po ziemi byle odsunąć. Drżała na całym ciele wyciągając dłonie w obronnym geście.
A Deotheri patrzył na tle odgłosów śmierci.
-

Zygfryd nie miał czasu by przemyśleć słowa Deotheriego na temat "urągających warunków". Wciąć przenikał go głód, jakiego nigdy nie czuł i niczym zwierzę, a nie rycerz ze szlachetnego przecież rodu, wychłeptał cudowną ciecz z miski, a czerwone niczym ognie piekieł krople spływały po jego twarzy. Na szczęście nie mógł teraz sam zobaczyć swojego splugawionego oblicza.
A potem Svajone została rzucona do jego stóp niczym zdobyczna branka. Którą właściwie była...chociaż czy ta tajemnicza poganka nie próbowała go ostrzec? Wraz z zaspokajaniem głodu w jego głowie pojawił się natłok myśli, ale nie był w stanie jeszcze tego zrozumieć, czym się właściwie stał?
Ale na widok czołgającej się niewiasty głód powrócił i odmieniony Rohrbach doskoczył do niej, przyszpilając do ziemi ciężarem ciała. Coś krzyczało do niego żeby zaspokił pragnienie zupełnie i wbił się w jej szyję. To go przeraziło.....przecież przybył tutaj by nawracać pogan, dając im światło Prawdziwej Wiary.
Nie! - wydał z siebie okrzyk i wytężył całą swoję wolę by puścić Svajone.
- Nie chce jej krzywdzić, zabierz ją ode mnie! - zawył do rycerza służącemu Deotheriemu.
-
W pierwszej reakcji rycerz służący Deotheriemu odwrócił głowę w stronę dowódcy nim choćby drgnął, wyraźnie oczekując wpierw od niego rozkazu. Zdesperowany Zygfryd czuł jakby jaka bestia chciała wyrwać się z jego piersi i rozszarpać bezbronną Svajone, jaka zakrywała oczy oczekując śmierci.
Nie trwało długo nim rycerz nie pochwycił poganki za ramiona i nie odsunął ją dalej od wygłodniałego Zygfryda. Gdyby młody mężczyzna nie był ciągłe w oszalałym stanie mógłby zastanowić się dłużej czemu nagle kobieta uspokoiła się, gdy napotkała wzrok Deotheriego, jednak sam zapach wszechobecnej krwi kamratów buzował coś w nim, czego opanować nie mógł.- Pożyw się więc na nich. - Deotheri gestem dłoni wskazał na leżące na ziemi ciała niektórych Kawalerów Mieczowych i ponownie zwrócił się rozmawiać z rycerzami na swoich usługach.
-
"Pożyw się więc na nich". Skołowany Zygfryd nie mógł zrozumieć dlaczego przywódca Kawalerów Mieczowych, rycerzy służących Bożej sprawie, wydał taką plugawę komendę.... jak przez zalewającą go zewsząd czerwoną mgłę przypomniał sobie słowa Svajone: "Mogiły które chodzą nocami...." Czy Deotheri był jakimś demonem, który właśnie uczynił go podobnym sobie? Nie mógł jednak myśleć jasno, ten potworny głód uderzył go ponownie niczym rozrywający na strzępy huragan. Wciaż nie chcąc odebrać życia Svajone, skoczył ku jednemu ze swoich ciężko rannych braci, który chyba i tak dogorywał, tłumiąc uczucie palącego wstydu. Musiał zaspokoić głód żeby móc zrozumieć co się stało...nie spocznie póki Deotheri mu tego nie wyjaśni! Musiał mu odzielić odpowiedzi.