[VtDA] Stille Nacht
-
Gdyby była inna sytuacja można by uznać, iż otaczający ich mieniący się puch miał w sobie pierwotne piękno Gdyby nie obecność tych wilczych bestii z piekła rodem skupiłoby się na atmosferze tego miejsca, tak bardzo wydającej się sielską i spokojną w swej naturze. Gdyby nie zaczął narastać ten chaos mogłoby to być idealne miejsce dla ułożenia zmęczonego ciała na kawałku leśnej ściółki.
Ale było inaczej.
Niemniej musieli podjąć decyzję co do dalszej potyczki i młody Rohrbach wiedział o tym doskonale. Jeżeli działanie młodszego rycerza zaskoczyło starszych kolegów to nie okazali niczego po sobie, ani nawet nie zdecydowali się protestować. po prostu oddając dowództwo Zygfrydowi. nienaturalna sytuacja z jaką się mierzyli wyraźnie wpłynęła także i na morale tych doświadczonych wojowników, którzy z pewną ulgą przyjęli trzeźwy działanie Rohbracha. Zygfryd nie umiał się im dziwić i potępiać. nic nie przygotowywało ich do stanięcia twarzą w twarz z szatańskimi sługami, które najwyraźniej nic nie robiły sobie ze stali. jedynym pocieszeniem dla Zygfryda było, iż te stwory krwawiły, a w końcu to co krwawi może zginąć.Czarownice zdawała sobie sprawę z ich chęci zmiany taktyki, ale wbrew wszelkiemu rozumowi nie próbowała opuścić tego miejsca czy chociaż wzmóc ataki swoich bestii, które wręcz przeszły do wstrzymania. Jej eteryczna sylwetka miała trudne do rozróżnienia rysy, a i cała postać zdawała się być otoczona lub może wręcz stworzona z wiatru wirującego niczym wodne fale. młodemu rycerzowi czasami zdawało się, że widzi w tej wiecznej plątaninie prawdziwe rysy dość młodej ludzkiej kobiety, ale nim zdołał na nich skupić uwagę to wiatr czynił jego próby płonnymi skrywając prawdziwe oblicze wiedźmy.
Konni spięli konie i ruszyli w kierunku kochanki diabłów... i wtedy zdarzyło się coś nieoczekiwanego.
Wydawało się, że kawalerzyści dopadną szybko pogańskie nasienie, a przyczajone wilcze bestie nie podjęły za nimi pościgu, łypiąc jedynie na pozostałe na tyłach odddziały Zygfryda. Zachowywały się jakby pozostawione bez ochoty ba dalszą walkę.
Coś tu było nie tak...Nagle Zygfryda doszło przerażone rżenie koni i tętent wielu par kopyt. Gdy spojrzał w tamtą stronę zauważył w osłupieniu, iż to większość z ich rumaków porwała swoich jeźdźców i oszalało rzuciła się w tył, byle dalej od wiedźmy.Nie każdy z rycerzy był w stanie zapanować nad swoim koniem na tyle by ten go nie zrzucił popłochu. Reymont na te powstrzyniowo swoje zwierzę, że to nie popędziło popłochu za resztą, ale to była jedyna pociecha. rycerz siłował się ze swoim koniem nie chcąc mu pozwolić odbiec, a jednocześnie dać strącić się z grzbietu.
- Spanikowały! - krzyknął jeden z podnoszących się z ziemi i wskazał na bitwę Raimunda z koniem, który robił wszystko, aby nie przybliżyć się do kobiety. - Dziwka diabłów!Jeden z konnych rycerzy zwalonych z wierzchowca odnalazł na ziemi swój łuk i kierowany tylko emocjami nie zaś rozkazem, z nabożną złością na nałożnicę demonów skierował strzałę w jej skrytą za wiatrem sylwetkę. Ni zdążył Zygfryd go upomnieć ni on poniechał swojego pomysłu, a bez rozkazu posłał pocisk ku wiedźmie.
I trafił mimo szalejącego wokoło powietrza, a strzała wbiła się głęboko w brzuch wiedźmy.
Rohrbachowi wydawało się, jakby las zamilkł w pierwszym momencie, a furia okrywających postać wiatry osłabła. Widział powoli brudzącą ubranie leniwą krew, która poczęła wypływać z rany... ale nie wyglądało na to, aby kobieta wiele sobie robiła z tej niedogodności. Uchwyciła trzonek strzały i bezceremonialnie wyszarpnęła ją z siebie, bardziej jakby niedogodność natarczywej muchy niż śmiertelne zagrożenie.
Odrzuciła na bok pocisk, z którego skapywała jej krew, sama nie próbując tamować rany w żaden sposób. Dopiero w tym momencie Zygfryd mógł lepiej przyjrzeć się kobiecie.A kobieta to była, choć oblicze zakrywało ciemne odzienie, jakiego poły były obmywane przez zastanawiająco gęste powietrze.

Kaptur zdawał się zbyt agresywnie nachodzić na twarz, niczym gruby welon, ale w tym momencie to zachowanie kobiety stawiało w osłupienie, gdy niefrasobliwie wycisnęła z rany trochę krwi, aby zbrukać nią ziemię, nad którą stała.Gdy krew wchłonęła się w grunt... wtedy cały świat zwariował.
Głosy, wszechobecne szepty przybrały na sile. Nie miały jednego źródła, o nie. Bardziej dochodziły z każdej cząstki ogarniającego ich świata.Wrzask rycerza, który posłał strzałę wyryje się na długo w pamięci. Ziemia, na której stał wybiła ku górze, opasając zgubionego do dolnych żeber, aby bez zwlekania wzmocnić swój uścisk miłością gruntu i kamienia. Obrzydliwy trzask kości, szczęk zgniatanego metalu zbroi i ten wrzask pełen cierpienia, strachu i błagania o pomoc wypełnił uszy Zygfryda.
- Betolakodó. - dało się usłyszeć syk ze strony wiedźmy szczelnie odzianej w...
...w ubranie zrobione z żywej skóry, która zdawała się lekko podrygiwać w rytm wiatru. -

Zygfryd przez chwilę poczuł się dumny, że starsi od niego rycerze uznali jego przywództwo. Jeśli jego ojciec, który oddał życie w walce o wyzwolenie Świętej Ziemi z rąk Mahometan, mógłby to widzieć z Niebios gdzie na pewno trafił, to miał nadzieję, że byłby zadowolony ze swojego najmłodszego syna. Ale to przyjemne uczucie szybko minęło w konfrontacji z iście szatańskimi sztuczkami którymi musieli stawić czoła w tej pogańskiej krainie.
Jego plan konnej szarży rycerzy na wiedźmę (która wyglądała jak człowiek, choć spowita jakąś dziwną mocą, pewnie rezultatem jakiegoś plugawego czarnoksięstwa) runął kiedy konie spłoszyły się nagle i jeźdźcy nie mogli nad nimi zapanować.
Widział jak Heinrich, rycerz pochodzący z Saksonii i zawzięty przeciwko poganom, trafił wiedźmę strzała. I nawet jeśli był to jakiś rodzaj upiora, jak sugerowała Svajone, to jednak tamta krwawiła, choć rana nie wydawała się na niej robić szczególnego wrażenia. I wtedy ta kobieta coś zrobiła, usłyszał nagle jakieś głosy niczym szepty samego diabła, a potem ziemia pochłonęła Heinricha miażdżąc mu kości. Młody von Rohrbach wydał z siebie okrzyk zgrozy i na chwilę zastygł, walcząc z odruchem ucieczki jak najdalej od tych bestii i czarnoksięskich mocy. Ale nie mógł przecież zawieść swoich braci i zhańbić honoru rodu....- Ta dziwka krwawi, można ją zranić! - zawołał do swojego coraz mniejszego oddziału, starając się zapanować na strachem by jego głos zabrzmiał dobitnie.
- Zabijemy ją i będzie koniec tego, pamiętajcie że jeśli zawierzymy się Panu, to jego moc jest większa niż wszelkie sztuczki Szatana! Zostawcie konie i za mną, ubijemy wiedźmę! Gott mit uns, Kyrie Eleison! - W desperacji zaczął odmawiać początek modlitwy, jednocześnie wyciągając miecz z zamiarem poprowadzenia szarży, tym razem pieszych, na tę przeklętą czarownicę. -
Zygfryd nie mógł pozbyć się wrażenia, że nie poszło nawet powiedz jak dobrze jak miał nadzieję. Powinien bardziej cieszyć się, że przeklęta wiedźma okazała się krwawić jak każdy inny śmiertelnik. Powinien składać modły ku niebu, iż najwyraźniej siła Szatana nie była w stanie obronić kobiety przed słabościami ciała człowieka. Powinien... a jednak...
Słowa Zygfryda nie miały takiej mocy, jaką posiadały jeszcze przed chwilą. Najwyraźniej obraz, jaki rozpościerał się na ich oczach mocniej poruszył ducha co młodszych rycerzy, jacy jeszcze nie zostali zaprawieni w boju. Nie było co dziwić się tym słabościom, gdy za wroga miało się diabelskie moce.
Niemniej sama postawa młodego Rohrbracha najwyraźniej przywróciła chart boskim wojownikom (a może bardziej zaważył na tym wstyd?), ponieważ ruszyli oni prowadzeni przez Zygfryda ku bezbożnej kobiecie.Gdyby tylko zdawali sobie sprawę...
Do uszu Zygfryda dotarło dźwięknięcie metalu pancerza, gdy ostatni z rycerzy powalon został na ziemię przez cielsko wilczej bestii, które jakby od niechcenia zatopiła kły w zbroi bezbronnego.
Jednak to była tylko zapowiedź koszmaru, jakiego zniszczenia się obawiał.
Z okalających i chaszczy po słyszeli charczenia psów... nie, wilków, napomniał się Zygfryd. Był to zdany już im dźwięk.
- Panie Niebiański...
Rohrbach nie miał czasu spojrzeć na rycerza wzywającego Boga. Sam już chodził oczami po wychodzących z gęstwin bestiach i te same słowa ugrzęzły mu w gardle. Wcześniej mógł zastanawiać się czy wiedźma posiada jedynie te trzy bestie na swojej uwięzi, ale teraz otrzymał odpowiedź. Tamte miały za zadanie odciąć im drogę ucieczki w razie dalszej walki...
I te nie czekały z atakiem. Rzuciły się z kłami i pazurami jak tylko zobaczyły swoje ofiary. Waleczne krzyki nie brzmiały już tak dostojnie i rycersko, jak nierówna walka rozpętała się na dobre. Zygfryd nie rozumiał Czemu jego własny miecz nie tnie tak dobrze diabelskiego nasienia, które do tego zdaje się nie odczuwać siły obrażeń. Choć udało się odciąć łapy jednego z potworów to zdawał się nie przykładać wagi do obrażeń, gdy kikutem stawał nierówno na okaleczonej łapie, jaka zmniejszyła jego możliwości ruchu, ale w żadnym stopniu zapalczywości ataku.Zygfryd usłyszał przeraźliwy wrzask swojego kamrata, który poważnie ranion został powalony przez dwie bestie, jakie rzuciły się by pożywić na odsłonionej jego skórze.
Pożerając go żywcem. -

Zygfryd musiał zawierzyć wsparciu Bożemu i jego archaniołów, by nie stracić nadziei w tej przerażającej sytuacji. Ta wiedźma najwyraźniej władała całym stadem wilczych bestii z piekła rodem. Widok druha pożeranego przez te potwory był najstraszliwszym, jakim kiedykolwiek widział. Nie mógł na nim się jednak skupiać, musiał znaleźć dalej w sobie ducha do walki.
- Boże dopomóź swoim wiernym rycerzom! Skupcie się wokół mnie bracia! - Zawołał, zbierając w sobie ostatek sił. Wściekle ciął rannego już wilka, któremu odciął drugą z łap, lecz tamten nie ustawał w zajadłości, próbując dosięgnąć jego gardła kłami. Zadawał ciosy dalej, aż w końcu stał sobie sprawę, że zbryzgane krwią truchło przestało się ruszać. Zaczął szukać wzrokiem wiedźmy...czy jej ubicie mogło jakoś powstrzymać stado? I co ze Svajone?
-

ANNO DOMINI MCCIX, puszcza na granicy Litwy z KurlandiąUderzenie w plecy niczym młotem wyrwało z Zygfryda ostatki powietrza z płuc. Cielsko wygłodzonej bestii ważyło więcej niż przypuszczałby młody mężczyzna, który upadł twarzą na ziemię wraz z odgłosem miażdżonych kości pod diabelskim ciężarem. Rohrbach wrzasnął jak jego plecy poddały się ciężarowi, w momencie gdy pazury bestii przebiły się przez zbroję i wbiły w kręgosłup pokonanego rycerza.
Dalsze wydarzenia były jak na wpół jawie.
Słyszał trzask metalu zbroi zgniatanej zębiskami.
Czuł ciepło wypływającej z ran gęstej krwi.
Widział jak jest pożerany żywcem.
Ale nie czuł swoich nóg.Przynajmniej dopóki stwór się nimi nie zajął.
Wrzeszczał, chciał umrzeć. Jego skołatany umysł nawet nie był w stanie wyciągnąć z pamięci podstawowej modlitwy...
Pół świadom z cierpienia uniósł wzrok ku niebu zasłoniętemu czerwienią jego własnej krwi, gdy ziemia na której leżał skąpana była w żelaznym zapachu posoki cnych rycerzy Boga.Zygfryda omył podmuch wiatru niosący ze sobą jedno słowo.
- Dość.
Młody Rohrbach był już zbyt głęboko w objęciach nadchodzącej śmierci, aby zarejestrować coś innego poza bólem, choć i on począł odchodzić.
Nawet, jak uniosły go ręce rycerza, jaki wcześniej odszedł wraz z dowódcą.
Nawet, gdy połamany pancerz wbijał swe kły w ciało.
Nawet, kiedy dosłyszał szloch ciągniętej obok Svajone.Wiedział tylko, że umiera.
Wiedział, gdy położono go na twardej ziemi.
Wiedział, kiedy przez krew ujrzał górującą nad nim sylwetkę Deotheriego.Ból odszedł nagłą ulgą i zaczął przygotowywać się do wstąpienia do Królestwa Niebieskiego.
Ale inne królestwo było mu pisane...
Omył go spokój. Poczucie bezpieczeństwa, jakie doświadcza dziecko w objęciach rodzica. Czuł troskę i czystą miłość.

A później znalazł się w Piekle.
Nigdy wcześniej nie zaznał takiego bólu. Nigdy nic nie dostawało choć do połowy cierpienia, jakie doświadczał. Nie byłby też w stanie opisać uczuć nim targających podczas tego czasu. Były jak wichura emocji, w której pioruny uderzały w ziemię rozszczepiając ją niczym niesione boskim gniewem. Wierzgał na ziemi, drapał ją w jakiejś wściekłości, pierwotnej furii żywiołów przebijającej wściekłość diabelnych bestii, jakie jadły go żywcem.
Czuł ból nie tylko ciała. Z bólem ciała umiał sobie poradzić.Czuł...
GŁÓD
Czerwień krwi na oczach, metaliczny zapach rozrywanego mięsa.Wrzask ofiary.
Smak ciepłej krwi na języku spływającej po brodzie. Błaganie.ZYGFRYD! BŁAGAM!
Dłonie w kałuży krwi na ziemi z jakiej chłeptał zachłannie obok jednego z rycerzy jakiego gardło rozszarpał.
- Nie możemy tu zostać dłużej. - głos Deotheriego przebił się przez krwawą mgiełkę.
Uniósł wzrok do góry, aby zobaczyć wciąż przyglądającego z odległości się scenie poganina.

-

Zygryd nie rozumiał. Przez chwilę czuł błogośc raju. Zaakceptował swój los, tak jak ojciec i inni przodkowie poległ walcząc w imię Boże, z poganami a nawet bestiami prosto z piekielnych czulości. Nikt mu nie mógł odmówić, że stawał dzielnie przeciwko mocy, której człowiek najwyraźniej sprostać nie mógł.
A potem... piekło? Ale dlaczego, czym sobie zasłużył? Bół i pragnienie które były nie do zniesienia, nie mógł myśleć, mógł tylko..pić? W miarę jak pił, to cierpienie...głód?... powoli ustępowało. Próbował coś zrozumieć z tego co się z nim działo, był w kałuży krwi...krwi Bertholda, jednego z rycerzy z jego oddziału. Jak w jakimś najgorszym koszmarze, zaczął rozumieć że rozszarpał gardło i pił jego krew. To krwi pożądał i ona dawała ukojenie.
- Co się stało?! Co ze mną zrobiłeś?! - Syknął wściekle, obracając się w stronę Deotheriego.
-
Krew skapywała z brody młodego Rohrbacha malując na ziemi odcisk jego zwierzęcej zbrodni... niczym znacząc ziemię Świętą Pieczęcią zamykająca go za wrotami Piekieł.
Deotheri powoli skierował spojrzenie na Zygfryda chwiejącego się na nogach zdających się być martwym mięsem bez mięśni. Nie wykonał żadnego ruchu w jego stronę ni nie skrzywił żadnego cala twarzy. Wyciągnął dłoń w bok w oczekiwaniu na włożenia czegoś w nią.
- Nie planowałem tego tak. - odezwał się von der Recke przyszpilając spojrzeniem Zygfryda - Wiem, że jesteś głodny.Ruch po boku młodego rycerza pozwolił mu ujrzeć kątem wzroku jednego z rycerzy jaki wiernie towarzyszył dowódcy. Uklękł przed mężczyzną unosząc nad głowę prostą drewnianą miskę, w której jeszcze tego ranka jedli owsiankę wokół ogniska.
- Wybacz te urągające warunki. - odezwał się Deotheri przyjmując miskę, z której dobywał się taki nęcący zapach....
Miska została przysunięta do Zygfryda, który wręcz siebie nie mógł powstrzymać przed rzuceniem się by dobrać do jej karmazynowej, ciepłej zawartości.Chłeptał ją niczym wygłodniały pies. Czuł taką przyjemność rozchodzącą się po jego ciele... Krzyki, jęki i błagania braci broni nie docierały uszu Rohrbacha zbyt skupionego na tym i teraz. Nie pamiętał czy wyrwał miskę z rąk dowódcy, czy on mu ją podał. Nie obchodziło go, że teraz liże drewno miski w poszukiwaniu resztek krwi...
Obok niego upadła pchnięta na ziemię Svajone, jakiej suknię plamiła brudna od krwi błotnista ziemia. Głód lekko zdążył ustąpić, ale...
- Jest twoja.
Usłyszał słowa dowódcy przyglądającego się scenie. Svajone zakwiliła, gdy zobaczyła wzrok Zygfryda. Wzrok bestii. Zaczęła czołgać się po ziemi byle odsunąć. Drżała na całym ciele wyciągając dłonie w obronnym geście.
A Deotheri patrzył na tle odgłosów śmierci.
-

Zygfryd nie miał czasu by przemyśleć słowa Deotheriego na temat "urągających warunków". Wciąć przenikał go głód, jakiego nigdy nie czuł i niczym zwierzę, a nie rycerz ze szlachetnego przecież rodu, wychłeptał cudowną ciecz z miski, a czerwone niczym ognie piekieł krople spływały po jego twarzy. Na szczęście nie mógł teraz sam zobaczyć swojego splugawionego oblicza.
A potem Svajone została rzucona do jego stóp niczym zdobyczna branka. Którą właściwie była...chociaż czy ta tajemnicza poganka nie próbowała go ostrzec? Wraz z zaspokajaniem głodu w jego głowie pojawił się natłok myśli, ale nie był w stanie jeszcze tego zrozumieć, czym się właściwie stał?
Ale na widok czołgającej się niewiasty głód powrócił i odmieniony Rohrbach doskoczył do niej, przyszpilając do ziemi ciężarem ciała. Coś krzyczało do niego żeby zaspokił pragnienie zupełnie i wbił się w jej szyję. To go przeraziło.....przecież przybył tutaj by nawracać pogan, dając im światło Prawdziwej Wiary.
Nie! - wydał z siebie okrzyk i wytężył całą swoję wolę by puścić Svajone.
- Nie chce jej krzywdzić, zabierz ją ode mnie! - zawył do rycerza służącemu Deotheriemu.
-
W pierwszej reakcji rycerz służący Deotheriemu odwrócił głowę w stronę dowódcy nim choćby drgnął, wyraźnie oczekując wpierw od niego rozkazu. Zdesperowany Zygfryd czuł jakby jaka bestia chciała wyrwać się z jego piersi i rozszarpać bezbronną Svajone, jaka zakrywała oczy oczekując śmierci.
Nie trwało długo nim rycerz nie pochwycił poganki za ramiona i nie odsunął ją dalej od wygłodniałego Zygfryda. Gdyby młody mężczyzna nie był ciągłe w oszalałym stanie mógłby zastanowić się dłużej czemu nagle kobieta uspokoiła się, gdy napotkała wzrok Deotheriego, jednak sam zapach wszechobecnej krwi kamratów buzował coś w nim, czego opanować nie mógł.- Pożyw się więc na nich. - Deotheri gestem dłoni wskazał na leżące na ziemi ciała niektórych Kawalerów Mieczowych i ponownie zwrócił się rozmawiać z rycerzami na swoich usługach.
-
"Pożyw się więc na nich". Skołowany Zygfryd nie mógł zrozumieć dlaczego przywódca Kawalerów Mieczowych, rycerzy służących Bożej sprawie, wydał taką plugawę komendę.... jak przez zalewającą go zewsząd czerwoną mgłę przypomniał sobie słowa Svajone: "Mogiły które chodzą nocami...." Czy Deotheri był jakimś demonem, który właśnie uczynił go podobnym sobie? Nie mógł jednak myśleć jasno, ten potworny głód uderzył go ponownie niczym rozrywający na strzępy huragan. Wciaż nie chcąc odebrać życia Svajone, skoczył ku jednemu ze swoich ciężko rannych braci, który chyba i tak dogorywał, tłumiąc uczucie palącego wstydu. Musiał zaspokoić głód żeby móc zrozumieć co się stało...nie spocznie póki Deotheri mu tego nie wyjaśni! Musiał mu odzielić odpowiedzi.