Przejdź do treści
  • Kategorie
  • Ostatnie
  • Tagi
  • Popularne
  • Świat
  • Użytkownicy
  • Grupy
  • Strona startowa
Skórki
  • Jasny
  • Brite
  • Cerulean
  • Cosmo
  • Flatly
  • Journal
  • Litera
  • Lumen
  • Lux
  • Materia
  • Minty
  • Morph
  • Pulse
  • Sandstone
  • Simplex
  • Sketchy
  • Spacelab
  • United
  • Yeti
  • Zephyr
  • Ciemny
  • Cyborg
  • Darkly
  • Quartz
  • Slate
  • Solar
  • Superhero
  • Vapor

  • Domyślna (Cyborg)
  • Brak skórki
Zwiń
Patronite
  1. Start
  2. Sesje inne
  3. Rozgrywka
  4. 21 dni Kwarantanny
21 Dni
GaranilG
Garanil jako
Mistrz Gry
Mistrz Gry
MilobM
Milob jako
Maksymilian Kruk
Dawny użytkownik?
Dawny użytkownik jako
Karol Wysocki
Niekatywny
Arthur FleckA
Arthur Fleck jako
Michał Owczarek
NamiN
Nami jako
Wiktoria Wrońska

21 dni Kwarantanny

Zaplanowany Przypięty Zablokowany Przeniesiony Rozgrywka
75 Posty 5 Uczestników 2.3k Wyświetlenia 1 Obserwuje
  • Najpierw najstarsze
  • Najpierw najnowsze
  • Najwięcej głosów
Odpowiedz
  • Odpowiedz, zakładając nowy temat
Zaloguj się, aby odpowiedzieć
Ten temat został usunięty. Mogą go zobaczyć tylko użytkownicy upoważnieni do zarządzania tematami.
  • NamiN Niedostępny
    NamiN Niedostępny
    Nami jako Wiktoria Wrońska
    Mecenas
    napisał(a) ostatnio edytowany przez
    #66

    text alternatywny

    Wiktoria Wrońska

    Wiktoria z zainteresowaniem nadstawiła uszu. To, co Michał wycedził do Agaty, było dla niej dosyć... Ciekawe. Chciała dać chwilę czasu doktor Wójcik na reakcję. Póki co większość z nich zdawała się być zaskoczona tym spotkaniem. Wrońska nie potrafiła zrozumieć zachowania matki. Mając pod opieką dziecko schować się w jakimś ciemnym kącie i co dalej? Myślała w ogóle, co zrobi dalej? Nie wyglądała. Przecież nie znajdą tutaj jedzenia, wody, ani bezpieczeństwa. Gdyby ktoś o złych intencjach tędy przechodził, skrzywdziłby je bez najmniejszego oporu. Niby kto by go powstrzymał przed większym bestialstwem? Kto usłyszałby ich krzyki? Nie było to odpowiedzialne.

    Niestety Wiktoria nie doczekała się reakcji epidemiolożki. A szkoda. Zamiast tego Maks wychylił się do przodu. Westchnęła zrezygnowana i spojrzała z zawodem na Michała. Złapała z nim krótki kontakt wzrokowy, ale szybko odwróciła spojrzenie w stronę nowo spotkanych.

    Alicja odwróciła się do Michała i przez chwilę trwał istny pojedynek na spojrzenia.

    — Jak stąd wyjdziemy, z radością wyjmę ci wszywkę, żebyś mógł się utopić w alkoholu. — syknęła.

    Wbrew oczekiwaniom Owczarka i Wiktorii, niewiele zdążyła zrobić, bo kobietą i dzieckiem poniekąd zajął się Maksymilian.
    Obie wydawały się zaskoczone pojawieniem się Maksymiliana - z ich perspektywy nagłym i niespodziewanym.

    — My... — zaczęła kobieta, ale wyglądało jakby język stanął jej w gardle. Jej wzrok skupił się raczej na trzymanym przez Kruka łomie. Dziewczynka miała nieco więcej animuszu.

    — Dwóch panów z rurkami zabrało nam jedzenie. Mama powiedziała, że tutaj nikt nie chodzi, więc nikt nie będzie nas szukać. Pan też chce nam zabrać jedzenie? Nie mamy już jedzenia. — wyjaśniła smutno.

    Matka wstała i szybko schowała córkę za sobą.

    — Julia. Julia Jędrzejczyk. Weszłyśmy do budynku na chwilę, Ola musiała skorzystać z toalety. I już nie pozwolono nam wyjść.

    Wiktoria zrobiła krok do przodu, zostawiając Maksowi więcej przestrzeni za sobą. Spojrzała na kobietę bez większych emocji. Nie planowała się przedstawiać, im mniej kobieta o nich wiedziała i ich planie, tym lepiej.

    — Proszę wrócić do głównego holu. Tam wydawane jest jedzenie i większość ludzi trzyma się razem. Jest też wielu stróżów prawa, którzy pilnują porządku i gdyby Pani tam została, nie stałaby się Pani, ani Pani dziecku, krzywda.

    Przeniosła na moment wzrok na dziewczynkę. W głębi serca poczuła lekkie ukłucie. Najpierw smutku, a potem złości. To matka naraziła ją na to niebezpieczeństwo, ukrywając się w ciemnych kątach, gdzie nikt nie mógł im pomóc.

    — Tutaj jesteście same. A to nie jest bezpieczne miejsce, zwłaszcza z dzieckiem. Jeżeli coś się wydarzy, tutaj możecie nie doczekać się pomocy. Jeżeli boi się pani o córkę, niech pani wróci do ludzi. Proszę udać się tym korytarzem do głównej hali. Pani córka powiedziała przed chwilą, że nie macie już czego jeść. Tutaj to się nie zmieni.

    Zawahała się na moment. Musiała odetchnąć, odtrącić złe myśli. Na chwilę zapomnieć o gdybaniu na temat własnej córki.

    — I proszę trzymać się grupy. Najbezpieczniejsze miejsce dla dziecka to nie zawsze to, w którym nikt go nie widzi. Rozumiem, że chciała ją pani ochronić. Ale teraz to właśnie przez ukrywanie się obie zostałyście bez jedzenia.

    — Nikt nie chce, żebyśmy z nimi były. Mówili coś o zbędnym balaście. Co to jest zbędny balast? — Wyrwało się małej Oli. Julia spojrzała na Wiktorię.

    — Ta... ci sami ochroniarze, którzy nie zareagowali dzisiaj rano? W tym budynku nie ma bezpiecznych miejsc. — Powiedziała, pokazując świeży, potężny siniak na przedramieniu.

    — Wierzę pani. I nie zamierzam bronić ludzi, którzy dopuścili do tego, żeby panią uderzono.

    Zrobiła krótką pauzę.

    — Ale proszę spojrzeć na Olę. Ona nie potrzebuje teraz idealnie bezpiecznego miejsca, bo takiego chyba już nie ma. Potrzebuje miejsca, w którym ma największą szansę dostać jedzenie, wodę i pomoc. A to nie jest ciemny kąt budynku.

    — Chodźmy. Odprowadzę was na górę. Jest taki Pan, ma na imię Tomasz. Jest naprawdę w porządku i na pewno wam pomoże. — stwierdziła Alicja Wójcik, chwytając pod rękę Julię.

    — Dogonię was. — Szepnęła, przechodząc obok Wiktorii. Ta jedynie kiwnęła głową w odpowiedzi. Odprowadziła ją wzrokiem nie rozumiejąc, po co w ogóle to zrobiła. Wiedziała, że ta matka poradziłaby sobie sama. Nie była jej potrzebna asysta. Może gryzły ją wyrzuty sumienia? Wrońska odruchowo zerknęła na reakcję Michała.

    Pani Epidemiolog zniknęła wkrótce w górze schodów, prowadząc tam matkę z dzieckiem. Natomiast reszta ekspedycji natrafiła na kolejny problem - drzwi zamknięte na kłódkę i zamek kodowy. Z zamkiem bardzo szybko poradził sobie Zieliński - przytknął kartę i zamek zaświecił się na zielono. Pozostała kłódka.

    — Musieli zamknąć to niedawno. Nie mam klucza. Panie Kruk, byłby Pan łaskaw...?

    🥀If I had a flower for every time I thought of you, we could walk in our garden forever.

    1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
    0
    • GaranilG Niedostępny
      GaranilG Niedostępny
      Garanil jako Mistrz Gry
      napisał(a) ostatnio edytowany przez
      #67

      Maksymilian wsunął latarkę pod pachę, zwalniając sobie obie dłonie, i chwycił oburącz za stalowy łom. Wsunął płaską, zakrzywioną końcówkę narzędzia w ciasną szczelinę między uchem kłódki a masywnym skoblem. Zaprał się ciężkim butem o metalową framugę drzwi, wziął krótki wdech i przeniósł cały ciężar swojego ciała na ramię dźwigni.

      Mechanizm stawił początkowo twardy opór, a w ciemnym, dudniącym echem korytarzu rozległ się nieprzyjemny, narastający zgrzyt naprężanego metalu. Kruk zacisnął zęby, poprawił chwyt i naparł z całej siły, wkładając w to ruch całego tułowia. Z głośnym, suchym trzaskiem pękającego jarzma, kłódka ustępuje, a drzwi stanęły otworem

      — Droga wolna — rzucił szeptem, wsuwając łom z powrotem za pas i wyciągając latarkę. — Trzymajcie się blisko ścian i patrzcie pod nogi. Od teraz pełna cisza.

      Powoli, ostrożnie, weszli na teren parkingu, spodziewając się kłopotów.
      Ale o dziwo, wydawało się, że kłopotów, tak dla odmiany, nie ma.
      fe27c9a2-3aff-4fd9-8988-db084a3785db-image.jpeg

      Przed nimi rozpościerał się, kiepsko, bo kiepsko, ale oświetlony podziemny parking Darpolu. Spora część miejsc była pusta. Oświetlenie stanowiły blade świetlówki, które skupiały się głównie wzdłóż "dróg". Miejsca parkingowe były słabo oświetlone. Samochody były w różnym rozstrzale, od rozklekotanego Tico, przez Passerati z legendarnym 1.9 TDI pod maską, na najnowszych luksusowych limach od Mercedesa i BWM kończąc. Budka ochrony stała pusta, a w niej kluczyki. Samotne. Proszące, by ktoś chwycił breloczek i... powiedzmy, redystrybuował prawo własności samochodu na samego siebie.

      -Nie podoba mi się. Idzie zbyt prosto. - mruknął Zieliński. Jak to paranoik.

      Przemykali przez parking, kryjąc się w cieniu, nie pewni, czy, i jakie kłody rzuci im pod nogi los dzisiejszego wieczoru. Wreszcie dotarli do bramy wjazdowej. W tym momencie dogoniła ich Wójcik.
      -Zamknęłam drzwi. Nikt mnie nie śledził. - mruknęła.

      Informatyk odmruknął coś niezrozumiałego w odpowiedzi i wyciągnął tablet. Przez chwilę monitorował system kamer, a następnie sprawdził godzinę.
      -Objazd zrobili o 22. Jest 22:30. Mamy półtorej godziny, żeby się zmyć. Przy głównym wejściu stoją dwie suky i trzy radiowozy, więc pewnie koło 12-15 policjantów. Wygląda na to, że nie są zbyt czujni. - mruknął.

      Teraz, albo nigdy. Michał wyciągnął pilot do bramy i nacisnął przycisk. Brama powoli i na szczęście cicho, otworzyła się, ukazując wolność. Kilka chwil później cała gromada zobaczyła nocne niebo usiane gwiazdami i światła lamp ulicznych. Świeże powietrze jeszcze nigdy nie smakowało tak, jak tego wieczoru. Powiew wiatru na twarzy orzeźwiał i kusił... Gdzieś w oddali wyły syreny.

      -Zmywajmy się stąd. Moje mieszkanie jest na Służewcu, na Gotarda.- Powiedział Zieliński.
      Paranoik poprowadził ich - cóż, chodnikiem, biorąc pod uwagę niezbyt dopasowane do biegu czy przełaju buty Wrońskiej.
      Już 2 minuty później w panice kryli się za pobliskim przystankiem autobusowym, kiedy przed ulicę na sygnale przejechały 2 radiowozy, 1 wóz straży pożarnej i karetka. Wycie syren to wzmagało się, to odpuszczało. Kolejne minuty marszu na Służewiec dawały im wgląd w to, w jak wielkim chaosie pogrążona jest Warszawa. Gdzieś w oddali dymiło się i błyskały płomienie w jakimś budynku ogarniętym pożarem. Przynajmniej 2 razy nie zdążyli się schować, ale radiowóz na sygnale jedynie ich minął, olewając kompletnie grupę szwędającą się po nocy mimo godziny policyjnej. Mieli ważniejsze sprawy niż szóstka spacerowiczów.

      Bez większych problemów, dotarli do starego bloku mieszkalnego, na równie starym osiedlu. Prawdziwa spuścizna PRLu. Dopiero kiedy wszyscy weszli do środka, do mieszkania na 4 piętrze, a Zielinski zasunął za sobą trzy zamki antywłamaniowe, łańcuch, oraz mosiężny skobel, odetchnął z ulgą i wyglądało na to, że się przynajmniej odrobinę odprężył.

      W mieszkaniu była łazienka, kuchnia, przedpokój, oraz trzy małe pokoje. Nie było tego dużo, ani specjalnie przestronne, ale przynajmniej własne, oraz w miarę bezpieczne.
      -Rozgośćcie się. Nie miałem kiedy posprzątać, bo byłem w pracy. - zażartował gospodarz.
      474c7e9f-7a02-4359-9c48-7813e8792ae0-image.jpeg
      Poza faktem, że czuć było lekką stęchliznę, a pudełko po kebabie na stole w salonie zaczęło już śmierdzieć, było tu dość przytulnie. No może z wyjątkiem map, notatek i wycinków prasowych na ścianie. Maski przeciwgazowej na regale z książkami. Było też wiele innych elementów nie pasujących do typowego mieszkania, ale stare blokowisko miało ogromną przewagę nad nowoczesnym apartamentem - brak zaawansowanej elektroniki i możliwości zdalnego odcięcia. Pozostało im położyć się spać. I być może zjeść wcześniej jakąś konserwę.

      Zielinski miał trochę zapasów, ale były obliczone na jedną osobę. Tak czy siak, wszystkie problemy musiały poczekać do rana.

      Aby wyrosły nam skrzydła, każdego dnia musimy rzucać się w przepaść.

      1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
      1
      • Arthur FleckA Niedostępny
        Arthur FleckA Niedostępny
        Arthur Fleck jako Michał Owczarek
        napisał(a) ostatnio edytowany przez Arthur Fleck
        #68

        text alternatywny

        Michał Owczarek

        O kurwa - pomyślał Michał, kiedy przekroczył próg mieszkania Zielińskiego. - Facet ma bałagan nie tylko w głowie.

        Wszedł do środka i rzucił torbę w kąt, na stertę jakichś gazet. Rozejrzał się po pokoju i przez chwilę nie wiedział, na czym zatrzymać wzrok. Pomieszczenie wyglądało jak kryjówka Unabombera, albo innego pomyleńca, który za cel sobie wziął zniszczyć rząd i zasiać terror na ulicach. Na ścianie wisiały mapy, notatki i wycinki z gazet a na stole opakowanie po kebabie. Wszędzie zalatywało lekką stęchlizną. Okien za to nie okleił (jeszcze) folią aluminiową, więc może nie było z nim aż tak źle. Na regale obok maski stały książki i Michał mógłby się założyć o flaszkę, co tam znajdzie, zanim jeszcze obczaił pierwszy tytuł. Sumliński, preppersi, foliarze i fantasy. Typowa lektura incela, który nie rucha, ma konto na Wykopie i nigdy nie wychodzi z domu. Na jego żart o pracy ratownik odpowiedział uśmiechem, krzywym, ale szczerym. Nie potrafił rozgryźć typa. Zieliński zamiast uciekać z Darpolu a potem z miasta, siedział sobie przez trzy dni w serwerowni i grał w gry jak pryszczaty smarkacz. Był rasowym świrem, ale to ten świr wyprowadził ich ze szklanego piekła. To dzięki niemu Michał nie siedział teraz w jednym z boksów czekając aż ktoś go zagryzie albo zatłuczę za puszkę konserwy. Zieliński udzielił im schronienia, mimo że tacy jak on z reguły nie ufają obcym i boją się ludzi. Sprawiał wrażenienie nieszkodliwego poczciwca i taki chyba po prostu był.

        Niech to szlag, lubię go.

        Nie mógł tego samego powiedzieć o Alicji Wójcik. Kiedy tylko na nią spojrzał uśmiech zszedł mu z twarzy. Gdy poszła na górę odprowadzić matkę i dziewczynkę, Michał przez chwilę wierzył, że się zreflektuje i nie wróci. Że zostanie na posterunku do końca, jak przystało na kapitana. Ale zdezerterowała. Na wojnie za takie coś stawiali pod ścianą, a ona szła sobie z nimi na Służewiec, jakby nic się nie stało.

        Bez słowa zdjął kurtkę ratownika i wepchnął jej w dłonie jak zwykłej szatniarce.

        — Skoro już niczym nie dowodzisz, jesteś bezużyteczna. Dwóch lekarzy tu nie potrzeba, zwłaszcza że jeden ma ciągotki do schodzenia z dyżuru przed zmianą i zostawiania pacjentów na pastwę losu. Przydaj się na coś, ogarnij mieszkanie naszemu gospodarzowi, a potem zrób pranie. Wszystkim. Gacie też, bo tylko on — wskazał na Zielińskiego — ma czyste na zmianę.

        Wiedział, że zachowuje się jak wredny kutas, ale nie zamierzał pozwolić jej się cieszyć z udanej ucieczki. Nie czekając na jej reakcję, poszedł do kuchni i nie pytając nikogo o zgodę otworzył lodówkę. Zachowywał się jakby mieszkał tu całe życie. Kindersztuba zdecydowanie nie była jego mocną stroną. W odruchu pijaka zerknął, czy nie ma tam czegoś mocniejszego, ale wszywka przypomniała mu, jak by to się skończyło. Z dolnej półki wygrzebał kabanosa, suchego i pomarszczonego, ale w tej chwili lepszego niż kolacja w Bristolu.

        — Zajmuję łazienkę na pół godziny — oznajmił, gryząc kabanosa. — Trzy dni się nie kąpałem, wam też radzę.

        Zamknął za sobą drzwi łazienki i przekręcił zamek. Rozejrzał się. W kącie stała zgrzewka papieru toaletowego, za nią druga i trzecia. Michał pamiętał puste półki w Biedronce w dwudziestym roku i ludzi, którzy szarpali się o ostatnią paczkę. Nie zdziwiłby się gdyby Zieliński wykupił wtedy kilka palet i do dzisiaj chomikował rolki w mieszkaniu. W kącie stała wanna z prysznicem. Michał zatkał odpływ korkiem i odkręcił gorącą wodę. Przysiadł na krawędzi wanny i dopiero teraz poczuł, jak bardzo bolą go nogi po maratonie od centrum aż do Służewca. Wyciągnął z kieszeni telefon i wybrał numer matki. Po czwartym sygnale odebrała. Odetchnął z ulgą.

        — Mamo, słyszysz mnie?

        W słuchawce trzeszczało, coś tam mówiła, ale nie dało się nic zrozumieć. Michał w końcu się rozłączył. Minutę później przyszedł SMS.

        Mama: Michał, jesteśmy u wujka Władka w Sochaczewie. U nas wszystko dobrze. A ty gdzie? Jesteś bezpieczny?

        Michał: Tak. Siedzę u znajomego. Jak w mieście się trochę uspokoi, przyjadę.

        Byli po za Warszawą, z dala od tego bajzlu. Cokolwiek się tu działo, ich to nie dotyczyło. Przynajmniej na razie. Ulżyło mu, ale wtedy przypomniał sobie o Oli. Czy ona też zdążyła uciec?

        Przewinął kontakty do litery O. Gapił się na jej numer dłuższą chwilę.

        Dzwoń, tchórzu.

        Zostaw ją w spokoju, durniu. Ona ma dziecko i męża.

        Nie zadzwonił. Zamiast tego wysłał krótkiego smsa. U Ciebie wszystko ok?. Gapił się w ekran, ale nie odpisała. Ani po minucie, ani po pięciu. Wanna w tym czasie napełniła się wodą. Michał zakręcił kran, rozebrał się i wszedł do wrzątku. Nie chciał myśleć o tym, co dalej. Ani o tym, co widział po drodze na Służewiec.

        1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
        0
        • NamiN Niedostępny
          NamiN Niedostępny
          Nami jako Wiktoria Wrońska
          Mecenas
          napisał(a) ostatnio edytowany przez Nami
          #69

          text alternatywny

          Wiktoria Wrońska

          ꧁ 🎶 ꧂

          And I find it kinda funny, I find it kinda sad
          That dreams in which I'm dying
          are the best I've ever had

          Po opuszczeniu wieżowca Wiktoria najpierw poczuła się nieswojo. Chłodny wiatr, świeże powietrze, głośna noc. To wszystko było czymś obcym i nieosiągalnym, odkąd kilka dni temu utknęła w pracy. Wewnątrz budynku miała uczucie prowizorycznego bezpieczeństwa, teraz czuła się zdana sama na siebie. Obecność większej liczby osób dodawała jednak otuchy i pewności siebie. Nie była sama. Jeśli zdarzy się coś nieprzewidywalnego i niebezpiecznego, jako grupa na pewno lepiej poradzą sobie z zagrożeniem.

          Założyła buty, gotowa do marszu. Niemniej jednak spojrzenia innych sugerowały jej, że są zażenowani. Mogłaby przysiąc, że wymyśliła to. Na pewno byli zmęczeni, mieli już dość, chcieli się umyć, coś zjeść i w końcu położyć się nie mając gdzieś z tyłu głowy, że są ubezwłasnowolnieni w wielkim gmachu. Niemniej jednak blondynka jako jedyna odstawiona była jak szczur na otwarcie kanałów. Dopasowany żakiet, opinająca spódnica do kolan, buty na wysokim obcasie. Czuła się niedorzecznie, ale przecież nie wybrała tego stroju do okazji, jaka dopadła ich niespodziewanie. Docelowo wyszła do pracy, w której musiała się prezentować. “Tłumaczysz to sama sobie, na pewno wszyscy mają to w dupie”, przekonywała siebie w myślach. I wiedziała, że ma rację.

          Stukot jej obcasów towarzyszył im całą drogę, raz po raz przerywany wyciem syren. Godzina policyjna była chyba tylko umowną zasadą, ponieważ nie zauważyła, aby spotkała ich kara za to, że ją zignorowali. Byli notorycznie ignorowani przez mijające ich służby. Jak nastolatkowie, którzy zerwali się z lekcji i każdy kto ich mijał, miał to głęboko. Zapewne też nikt nie wiedział, że powinni teraz być gdzieś indziej.
          Wiktorii było nieco chłodno, ale nie zamierzała narzekać, ani zwracać na siebie uwagi. Owczarek ubrany był w kurtkę pogotowia ratowniczego, na pewno szło mu się komfortowo. Reszta też nie zdawała się telepać z zimna. W dodatku zazdrościła im, bo każdy miał wygodne buty i szli żwawo jakby miał im zaraz tramwaj uciec. Wiktoria zaś truchtała, trzęsła się i miała serdecznie dość. Droga dłużyła się, ale wiedziała, że sobie poradzi. Nie była księżniczką, a w życiu zdarzały się gorsze tragedie. To była tylko pewna niedogodność. Niestety dla niej dość znacząca.

          text alternatywny

          Kiedy dotarli na miejsce, z Wiktorii zeszło napięcie. Tym razem cztery piętra pokonała w butach, wykończona bardziej psychicznie, niż fizycznie. Mieszkanie jak i jego zapach, co prawda nie spełniły jej oczekiwań. Mimo to, aktualnie było jej już wszystko jedno. Zdjęła buty z nieukrywaną ulgą, odetchnęła. Nie zaciągała się powietrzem wolności, gdyż to póki co capiło starym kebsem z mieszanym sosem i stęchlizną. Miała ochotę zedrzeć z siebie wszystkie ubrania i wrzucić do pralki, jednakże nie wypadało jej być w negliżu przy czterech mężczyznach. Rozejrzała się po mieszkaniu, wchodząc w jego głąb. Obejrzała się przez ramię, kiedy Owczarek w stosunku do Agaty zachował się… Jak to on. Z początku chciała coś powiedzieć, ale zrezygnowała. Udała się do kuchni w poszukiwaniu worka na śmieci. Pozbierała stare smrody i zawiązała szczelnie, wyrzuciła na korytarz przed drzwi. Ktoś w międzyczasie otworzył balkon, dzięki czemu zaczęło się wietrzyć. Całe szczęście. Już chciała udać się do łazienki, kiedy Michał ją uprzedził.

          — Zajmuję łazienkę na pół godziny — oznajmił, gryząc kabanosa. — Trzy dni się nie kąpałem, wam też radzę.

          “Kurwa”, przeklęła w myślach. Westchnęła ciężko, wydając z siebie słyszalny w pokoju pomruk, wściekłego wilka. Zwróciła chyba na siebie uwagę, więc odchrząknęła, poprawiła grzywkę i wyszła na balkon. Początkowo miała nadzieję na odetchnięcie, ale widząc tam Maksa, uśmiechnęła się. Może tak będzie lepiej? Być może, tak jak ona, chciał pobyć tutaj sam. Wydawał jej się być osobą bardzo konkretną, nieco zamkniętą, zdystansowaną. Wiedziała o nim tyle, co jej się przypomniało z dostępnych dla niej akt. Nie przypominała sobie, aby rozmawiała z nim dłużej niż kilka minut. Pomyślała, że skorzysta z okazji. Dwa w jednym; rozmowa i papieros. Zadymi uporczywe myśli. Przy okazji odczeka kolejkę do łazienki.

          Rozmowa z Maksem była zaskakująco… miła. Nie spodziewała się, że tak szybko złapią wspólny język, ani że ich charaktery okażą się ze sobą tak kompatybilne. Różnili się przecież pod wieloma względami, a jednak rozmowa przychodziła im z zadziwiającą łatwością. Nie musiała specjalnie zastanawiać się nad tym, co powiedzieć, pilnować każdego słowa ani szukać tematów, żeby uniknąć niezręcznej ciszy. Mogła po prostu być sobą.

          Dawno nie czuła się przy kimś tak swobodnie. Choć trudno było się temu dziwić, skoro od dłuższego czasu sama skutecznie ograniczała kontakty z ludźmi. Zamykanie się we własnym świecie weszło jej w nawyk, a z czasem stało się czymś zupełnie naturalnym. Nie brakowało jej nowych znajomości, a przynajmniej tak sobie dotychczas tłumaczyła. Tym bardziej zaskakiwało ją, że kilkanaście minut spędzonych na balkonie mogło okazać się tak przyjemne.

          Nie wiedziała jeszcze, co właściwie o nim myśleć. Wydawał się konkretny, rozsądny i nieco zdystansowany, ale miał też poczucie humoru, które przypadło jej do gustu. Co najważniejsze, nie odnosiła wrażenia, że musi przed nim odgrywać jakąkolwiek rolę. Nie była panią od HR-u, która powinna znaleźć odpowiednią odpowiedź na każde pytanie. Była po prostu Wiktorią, zmęczoną kobietą palącą papierosa na cudzym balkonie.

          I chyba właśnie tego najbardziej jej brakowało, choć wcześniej nawet nie zdawała sobie z tego sprawy.

          Kiedy wreszcie przyszła jej kolej, Wiktoria niemal natychmiast zniknęła w łazience, zabierając ze sobą pożyczone od Zielińskiego ubrania. Zamknęła drzwi, odłożyła rzeczy na bok i z ulgą pozbyła się garsonki. Rajstopy, które po całym marszu nadawały się już tylko do wyrzucenia, bez żalu wrzuciła do kosza. Resztę ubrań poskładała na pralce, po czym odkręciła wodę.

          Nie zamierzała urządzać sobie długiej kąpieli, choć perspektywa poleżenia w ciepłej wodzie była niezwykle kusząca. Usiadła w wannie i pozwoliła, by strumień spłukał z niej pot, kurz i zmęczenie ostatnich dni. Przez chwilę siedziała nieruchomo, z zamkniętymi oczami, rozkoszując się czymś tak banalnym jak ciepła woda. Dopiero kiedy zaczęła stygnąć, sięgnęła po znaleziony na półce żel pod prysznic i porządnie się umyła.

          Przy okazji przeprała ręcznie majtki oraz koszulkę, starannie wypłukując z nich mydliny. Wykręciła materiał, na ile pozwalały jej siły, i rozwiesiła obie rzeczy na brzegu wanny. Miała nadzieję, że do rana choć trochę przeschną.

          Przed lustrem odkryła kolejny problem. Nie znalazła zapasowej szczoteczki do zębów, a używanie cudzej nawet w obecnych okolicznościach wydawało jej się przekroczeniem pewnej granicy. Nałożyła więc odrobinę pasty na palec i wyszorowała nim zęby tak dokładnie, jak potrafiła. Następnie przepłukała usta znalezionym miętowym płynem. Nie było to rozwiązanie idealne, ale przynajmniej odzyskała poczucie świeżości.

          Pozostały włosy. Rozwiązała resztki niedbałego upięcia i przez kilka minut cierpliwie rozczesywała blond kosmyki znalezionym grzebieniem, zaczynając od końcówek. Mokre pasma opadły jej na ramiona, a ona spojrzała na swoje odbicie. Wyglądała na zmęczoną. Trudno było zresztą oczekiwać czegoś innego.

          Na koniec sięgnęła po ubrania Zielińskiego. Szare, męskie spodnie dresowe okazały się zdecydowanie za szerokie i za długie, więc musiała mocno zawiązać sznurek w pasie oraz podwinąć nogawki. Jeszcze większe wrażenie zrobiła na niej koszulka. Czarny T-shirt z rozpikselowanym kotem i napisem „404: MOTIVATION NOT FOUND”.

          text alternatywny

          — No, zajebiście — mruknęła do siebie, oglądając nadruk.

          Włożyła koszulkę, która sięgała jej niemal do połowy ud, i jeszcze raz zerknęła w lustro. Kilka godzin temu wyglądała jak kobieta wybierająca się na ważne spotkanie biznesowe. Teraz przypominała kogoś, kto przegrał zakład i musiał przespać się u informatyka. Albo “z” informatykiem.

          Przynajmniej było jej ciepło, wygodnie i wreszcie czysto. Na tę chwilę w zupełności wystarczało. Zrobiłą sobie zdjęcie, aby wysłać rodzicom na messka z dopiskiem “już bezpieczna ze znajomymi z pracy”. Chwyciła mokre ubrania, aby wywiesić je na balkon. Tam powinny wyschnąć szybciej. Wyszła z łazienki zadowolona i stanęła przed resztą, która oczekiwała łazienki pewnie tak samo, jak ona jeszcze przed chwilą.

          — Nigdy się nie odwdzięczę — rzuciła do Zielińskiego i z uśmiechem wyszła ponownie na balkon, aby przypiąć swoje wyprane ubrania. Trochę głupio jej było wieszać majtki u obcego chłopa w domu, ale musiała.

          — Nie wierzę, że każdy palący chłop będzie delektował się fajkiem nad moimi gaciami…

          Wiktoria sądziła, że zakończy ten dzień ze spokojniejszą głową. Oczywiście, że wciąż się martwiła i była niepewna jutra, ale też dalej miała nadzieję, że będzie lepiej. Porównywała to do covidu, jak niemal wszyscy póki co. Pandemia, lockdown, z czasem pewnie i blackout. Znała już te słowa i procedury. Będzie mogła pracować zdalnie. Jakoś to będzie.

          Kiedy na balkon wyszła Alicja, wszystko się zmieniło. Z początku Wrońska próbowała obrócić sytuację w drobny żart. Była ona poważna, więc nie bagatelizowała jej, ale Maks pomógł jej się zrelaksować choć odrobinę, nerwy puściły. Teraz te nerwy zaczęły wracać. Do rozmowy dołączył Owczarek podnosząc dodatkowo napięcie, swoją niechęcią do Wójcik. Okrył blondynkę kurtką, gdyż tym razem nie była przygotowana na kolejną rozmowę na balkonie. To był bardzo miły gest, była mu wdzięczna, jednak nie umiała się skupić na tej jednej życzliwości, tak jak godzinę temu skupiała się na Maksie. Wiktorii zadrżały ręce, poczuła słabość nóg. Oparła się o parapet. Trzymała fason, ale w środku zaczęła myśleć. O rodzicach, o tym, co teraz ma zrobić, co będzie dalej. Chciałaby przytulić córkę, mamę, tatę. Ale nikogo tu nie było. W telefonie zaś ostatnie, co im napisała, to zdjęcie z łazienki Zielińskiego. Odpisali, a ona jak zwykle nic. Zabolało ją jej własne zachowanie.

          Kiedy Alicja skończyła palić i wróciła do mieszkania, Wiktoria wyjęła telefon. Opatuliła się szczelnie kurtką i wybrała numer do rodziców, tym razem włączając kamerkę. Odebrali szybko. Jakby z nadzieją czekali, że ich własna córka zechce z nimi znowu rozmawiać. Jak dawniej.

          — O matko, Wiki! Coś się stało?
          Rodzice od razu się zaniepokoili. Nie obwiniała ich o to. W końcu zwykle jak dzwoniła, to powodem było “coś”.
          — I tak, i nie.
          Lakoniczna odpowiedź wprawiła ich jedynie w zakłopotanie. Zastanawiała się jak odpowiednio dobrać słowa, ale po chwili już wiedziała. Musiała mówić szybko, zwięźle i konkretnie. Nie wiedziała, kiedy zerwie zasięg.
          Opowiedziała więc im wszystko, co przekazała jej Wójcik. O wirusie, o skali problemu, zaraźliwości, amputacjach, porównaniu do wścieklizny, którego nie do końca rozumiała, ale przecież nie znała się na medycynie. Musieli wiedzieć wszystko, aby móc się uchronić. Musiała ich chronić.
          — Rozumiecie, prawda? — wolała dopytać
          — Ce — ojciec czule mówił do niej “C”, bo c jak córka — To my mamy z domu nie wychodzić?
          — Tak będzie lepiej. I nie ufajcie nikomu. Zanim objawy się pojawią, może minąć dzień czy dwa. Jeśli wpuścicie do domu kogoś chorego… Zarazicie się. Na to nie ma leków, nie ma szczepień. To was zabije, a potem wy będziecie nieświadomie zabijać dalej. Maja oglądała kiedyś taki horror, The Last of Us. Na którymś streamingu jest. Może obejrzyjcie? Z tego, co zrozumiałam, to chyba podobnie działa. Jak grzyb. Czy pleśń. Nie wiem, co to było.
          — A to ja już oglądałem — ojciec był wyraźnie z siebie dumny — O nas się nie martw, wiesz, że mu to mamy cały zamrażalnik żarcia w wiatrołapie.
          — Mogłabyś do nas przyjechać PKSem. Albo ojciec pojedzie po ciebie.
          — Mamo… Nie będzie żadnych PKSów. I macie zostać w domu, na amen. Ja nie wiem, czy dam radę do was dotrzeć. Ale spróbuję…
          Na jakiś czas w słuchawce zapadła cisza. Wiktoria myślała, że to problem z sygnałem, więc już miała zamiar się rozłączyć, kiedy matka wypaliła.
          — A co ty masz na sobie? To kurtka ratownika?
          Matka wzięła głęboki wdech i zaczęła szturchać ojca. “Ona jest z tym, co w gabinecie była!”, brzęczała w tle. Wiktorii drgnęła brew. Wyłączyła kamerkę.
          — Wyłączam bo zasięg słaby. — odparła wymijająco.
          — U jakich znajomych jesteś? Ty masz znajomych w pracy? Co to za kurtka? Może przyjedziesz do nas z tym ratownikiem?
          Nie odpuszczała. “Jezu, mamo… Świat się wali, a ty swoje”, pomyślała.
          — Jestem na Służewcu, u informatyka z firmy. Jest tu też alpinista przemysłowy, ratownik medyczny, człowiek-orkiestra i epidemiolog.
          — To pozdrów ich od nas i podziękuj. Może z którymś z nich do nas jednak wpadniesz?
          — Może tak. Którego chcecie? Wysłać ci zdjęcia?
          Ojciec parsknął śmiechem, matka się na niego rzuciła z ryjem. Blondynka zastanawiała się, czy jej stary właśnie sturlał się z łóżka, czy dostał czymś, co po prostu huknęło.
          — A wyślij! — matka się prawie obraziła — Choć ten ratownik ciekawy. A alpinista przemysłowy to co to ma być w ogóle? Co on zdobywa wieżowce zamiast w góry pojechać jak normalny człowiek?
          — Wojskowym był, pilotem, spadochroniarzem. — starała się wytłumaczyć prosto, ale nie była pewna, czy zrozumieją kolejną profesję. Zaraz będą pytania, a co robi spadochroniarz.
          — O. — matka wydała samogłoskę zainteresowania — Ten też fajny. To może…. i potem… Albo jeszcze… To też by mogło…
          Zaczęło przerywać. Kurwa! W końcu im przerwał zasięg na tym jebanym zadupiu.
          — Dobra, ja kończę, bo was już przerywa, pamiętajcie co powiedziałam i nie zdziwcie się, jak padnie cała komunikacja! Uważajcie na siebie, paa!

          Wiktoria kochała rodziców, ale mieli talent do wchodzenia jej na głowę. Chcieli być wspierający i dowcipni, próbowali po prostu odzyskać córkę, którą stracili. Wnuczki już nikt im nie odda, więc tylko o nią mogli walczyć. Kobieta postała jeszcze chwilę, zrobiła kolejne zdjęcie w kurtce od Michała i wysłała im na messengera z dopiskiem “Macie, na pamiątkę. Powieście na ścianie:P “. Potem wróciła do środka, oddała Owczarkowi jego odzież, aby się nie przeziębił i poszła do kuchni. Wiktoria zamierzała najpierw napełnić swoją butelkę wodą. Obserwując podnoszący się niespiesznie poziom wody, zastanawiała się nad papierosem otrzymanym od Maksa. Wiedziała, że trzymany luzem w torebce czy kieszeni łatwo się zniszczy. Ze spokojem zaczęła przeszukiwać szafki i szuflady, wypatrując czegoś, co mogłoby posłużyć za trwałe schronienie dla samotnego szluga. Kiedy natrafiła na gruby, plastikowy długopis, coś w jej głowie zaskoczyło. Rozkręciła go, wyjęła wkład i sprawdziła, czy papieros mieści się w pustej obudowie. Uśmiechnęła się, widząc oczekiwany rezultat. Zabezpieczyła oba końce i schowała swoją prowizoryczną papierośnicę do torebki. Teraz przynajmniej nie musiała się martwić, że przypadkiem zniszczy podarunek. Na koniec zostało jej tylko poukładanie garnków z Maksem, a potem położenie się spać. Miała nadzieję, że uda jej się dorwać kawałek kanapy, a nie znowu podłogę. Nie miała nawet problemu z tym, aby spać z kimś obok. Byle w końcu spocząć na czymś wygodniejszym.

          text alternatywny

          🥀If I had a flower for every time I thought of you, we could walk in our garden forever.

          1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
          1
          • MilobM Niedostępny
            MilobM Niedostępny
            Milob jako Maksymilian Kruk
            napisał(a) ostatnio edytowany przez Milob
            #70

            Maksymilian „Maks” Kruk

            token_1.png

            Parking powitał ich ciszą. Taką, od której Maksowi jeżyły się włosy na karku. Blade świetlówki brzęczały nad pasami jezdni, a między samochodami zalegał półmrok, w którym mogło czaić się wszystko. Szedł przodem, z latarką w dłoni i drugą ręką przy łomie, i przy każdym filarze spodziewał się, że coś zza niego wyskoczy.

            Nic nie wyskoczyło.

            Zieliński mruczał pod nosem, że idzie zbyt prosto. Maks nie odpowiedział, ale w duchu przyznał mu rację. W wojsku powtarzali, że jeśli natarcie idzie wyjątkowo gładko, to znaczy, że właśnie wchodzisz w zasadzkę.

            Przy budce ochrony zwolnił. Pusto. Tylko kluczyki porzucone na blacie, jakby ktoś wyszedł na chwilę i już nie wrócił. Przez sekundę bił się z myślami, potem sięgnął do środka i wsunął je do kieszeni. Nie sprawdzał, który samochód mrugnie światłami – nie teraz, nie w tej ciszy. Ale w świecie, który właśnie się sypał, kluczyki do czegokolwiek na kołach mogły się jeszcze przydać.

            Kiedy dogoniła ich Wójcik, odruchowo zerknął jej przez ramię, w głąb ciemnego korytarza. Nikt za nią nie szedł.

            Brama otworzyła się niemal bezgłośnie i do środka wpadło nocne powietrze. Maks wciągnął je głęboko. Po trzech dniach w szklanym pudle, w klimatyzowanej duchocie, smakowało jak pierwszy łyk wody po całodniowym marszu.

            Zieliński prowadził, Maks zamykał szyk. Ktoś musiał pilnować tyłów, a to akurat umiał. Co kilkadziesiąt kroków oglądał się przez ramię, lustrował bramy, ciemne okna i wyloty przecznic. Przed nim przez całą drogę stukały obcasy Wrońskiej. Pół miasta na obcasach, a ona ani razu nie jęknęła. Zapamiętał to sobie. Nikt nie wybiera stroju na koniec świata, ale nie każdy potrafi iść w nim bez marudzenia.

            Kiedy zza zakrętu wypadła kolumna – dwa radiowozy, wóz strażacki, karetka – wszyscy rzucili się za wiatę przystanku. Maks przykucnął ostatni, z ręką na łomie, i odprowadzał wzrokiem migające światła, dopóki nie zniknęły. Nikt nawet nie zwolnił.

            Później jeszcze dwa razy nie zdążyli się schować. I dwa razy radiowóz na sygnale minął ich, jakby byli powietrzem. Dopiero wtedy Maks zrozumiał, co niepokoi go w tym najbardziej. Policja, która olewa godzinę policyjną, ma na głowie coś znacznie gorszego niż szóstkę spacerowiczów.

            Im dalej na południe, tym więcej widział. Dym nad dachami. Ogień w oknach jakiegoś budynku w oddali. Syreny, które nie milkły, tylko przesuwały się po mieście, raz bliżej, raz dalej. W końcu na horyzoncie zamajaczyły biurowce Mordoru. Znał je jak mało kto – od zewnątrz, z liny, kilkadziesiąt metrów nad chodnikiem. Teraz stały w większości ciemne i obce, jak nagrobki.

            Blok na Gotarda wyglądał jak setki innych w tym mieście – szary, zmęczony, pamiętający jeszcze Gierka. Cztery piętra po schodach to była pestka po trzydziestu siedmiu w wieżowcu. Maks patrzył, jak Zieliński zasuwa zamki jeden po drugim – trzy antywłamaniowe, łańcuch, mosiężny skobel – i z każdym kolejnym czuł, jak schodzi z niego warstwa napięcia. Paranoja paranoją, ale to dzięki niej spali dziś za drzwiami, których nie powstydziłby się bank.

            W mieszkaniu pachniało stęchlizną i kebabem z poprzedniej epoki. Na ścianach wisiały mapy, notatki i wycinki z gazet, a na regale, między książkami, stała maska przeciwgazowa. Maks zatrzymał na niej wzrok dłużej, niż wypadało. Jego własna kawalerka wyglądała przy tym jak koszary: łóżko, szafa, wszystko poskładane w kostkę, gołe ściany. Żadnych map. Może to był błąd.

            Scenę między Owczarkiem a Wójcik obserwował w milczeniu. Nie znał całej historii i nie zamierzał wchodzić między młot a kowadło. Kiedy jednak ratownik zniknął w kuchni, a Wójcik została z jego kurtką w rękach, Maks, przechodząc obok, mruknął:
            — Swoje gacie wypiorę sam. Proszę się nie przejmować.

            Chwilę później Owczarek obwieścił, że zajmuje łazienkę na pół godziny. Maks przewrócił oczami. W koszarach po dziesięciu minutach wyważyliby mu drzwi.

            Uchylił drzwi balkonowe, żeby choć trochę przewietrzyć mieszkanie, wyszedł na zewnątrz, oparł łom o ścianę i wyciągnął papierosy. Chciał chwili spokoju.

            Skrzypnięcie drzwi balkonowych sprawiło, że Maksymilian odwrócił się szybciej, niż było trzeba. Dopiero kiedy rozpoznał Wiktorię, wypuścił powietrze. Ciało jeszcze nie przyjęło do wiadomości, że są już poza wieżowcem. Głowa zresztą też nie bardzo.

            Wiktoria Wrońska & Maksymilian Kruk

            text alternatywny

            — Mogę? — Blondynka wyciągnęła rękę, wskazując na paczkę. — Nie chcę się narzucać. Jeśli woli pan odetchnąć tutaj bez towarzystwa, wrócę później.
            Uśmiechnęła się nieznacznie, jakby chciała dać znać, że naprawdę nie będzie miała z tym problemu.

            Przypalił w końcu papierosa i zaciągnął się, zanim odpowiedział. Kojarzył ją głównie z działu HR. Pewnie wiedziała o nim więcej niż on o niej – w końcu to u niej leżała jego teczka. Za to w wieżowcu zobaczył coś, czego nie wpisuje się do akt: kiedy robiło się nerwowo, nie panikowała, tylko rozglądała się, komu pomóc. W wojsku nauczył się cenić takich ludzi. Zwykle było ich za mało.

            Wytrząsnął z paczki papierosa i podał go jej filtrem do przodu.
            — Proszę. Tylko niech Sebastian nie widzi. Według niego właśnie przepuszczam majątek.
            Pstryknął zapalniczką i osłonił płomień dłonią.
            — I nie narzuca się pani. Gdyby tak było, powiedziałbym.
            W kąciku jego ust coś drgnęło. Może uśmiech, a może tylko grymas od dymu.

            Wiktoria przyjęła papierosa z lekkim uśmiechem i nachyliła się do płomienia. Przytrzymał go, aż koniec się zajął. Zaciągnęła się jak ktoś, kto kiedyś robił to często – zauważył to, ale nie skomentował.

            Oparł się o barierkę i znów zapatrzył w miasto. Nad dachami unosiły się łuny pożarów, ulice świeciły pustkami. Godzina policyjna. Pomyślał o ludziach, których – odkąd zamienił mundur na linę – oglądał zza szyb biurowców, pochylonych nad monitorami, pewnych, że jutro będzie takie samo jak dziś. Ciekawe, co sie z nimi stanie. Odsunął tę myśl, zanim zdążyła się rozgościć.

            — Dobrze się pani trzymała — odezwał się w końcu, nie odwracając głowy. — Tam, w środku. Tylko że to zawsze dopada człowieka później. Kiedy robi się cicho i nie ma już nic do zrobienia. — Wzruszył ramionami. — U mnie zwykle przy drugim papierosie.

            Położył paczkę na barierce, między nimi. Wystarczająco blisko, żeby nie trzeba było o nią prosić.
            — Maks — dodał jeszcze po chwili. — Jeśli to pani nie przeszkadza. Ten cały „pan” chyba został w Darpolu.
            — Wiktoria — odpowiedziała z wyraźnym rozbawieniem.
            Skinął głową, jakby przyjmował meldunek. Znali przecież swoje imiona, nazwiska, a nawet stanowiska, a po wspinaczce na trzydzieste siódme piętro – także własne granice wytrzymałości. Formalności i tak straciły sens.

            — Cóż… — Spojrzała na zapalonego papierosa. — W takim razie dziękuję za tak kosztowny prezent. I za to, co powiedziałeś.
            Nigdy nie wiedział, co odpowiadać na podziękowania, więc tylko mruknął coś niewyraźnego w dym.

            Wypuściła powoli dym, spoglądając na rozświetlone miasto.
            — Zabawne, prawda? Na co dzień to ja tłumaczę ludziom, dlaczego emocje czasami przychodzą z opóźnieniem. A teraz sama stoję tutaj i próbuję przekonać organizm, że może już przestać być w pogotowiu. — Uśmiechnęła się nieznacznie. — Chociaż muszę przyznać, że nie spodziewałam się usłyszeć tak trafnej obserwacji akurat podczas papierosa na balkonie.
            — Wiedzieć, jak to działa, to jedno. Przekonać do tego ciało to drugie — odparł. — A najmądrzejsze rzeczy w wojsku słyszałem w palarni. Nie na odprawach.

            Zerknął na nią z ukosa. W świetle łun wyglądała inaczej niż w Darpolu. Spojrzenie miała mniej chłodne, twarz łagodniejszą. Tam kojarzyła mu się z kimś, kto zaraz poprosi o podpis w trzech egzemplarzach. Teraz – po prostu z człowiekiem, który miał bardzo zły dzień.

            — Czyli drugi papieros? — Spojrzała na papierosa w jego dłoni, a potem na niego. — To chyba powinnam zacząć się martwić, co będzie przy trzecim.
            Jakby na potwierdzenie jej słów sięgnął po paczkę i przypalił drugiego od niedopałka.
            — Spokojnie, nic groźnego. Przy trzecim zaczynam planować.
            Na moment się uśmiechnął, ale zaraz spoważniał i spojrzał na migające między łunami światła syren.
            — Dziś nigdzie się nie ruszamy. Godzina policyjna, ciemno, a miasto się pali. Na noc warty, dwójkami, po dwie godziny. Pierwszą biorę ja, i tak nie zasnę. Michała bym oszczędzał – jak coś się stanie, będzie nam potrzebny wypoczęty. Rano radio, wiadomości i przegląd zapasów. Nasz gospodarz pewnie ma ich na pół roku. Pierwszy raz w życiu cieszę się, że ktoś ma paranoję.

            — Chwileczkę. — Uniosła brew, spoglądając na papierosa w jego dłoni. — Mówiłeś, że planować zaczynasz dopiero przy trzecim. A już zdążyłeś rozpisać nam harmonogram na najbliższe kilkanaście godzin. Powinnam się obawiać, co wymyślisz, kiedy faktycznie go zapalisz?
            — Przy trzecim? Mapy, trasy ewakuacji i plan B. Może nawet C. — Urwał i pokręcił głową. — Wybacz. Z wojska można odejść, ale wojsko z człowieka tak łatwo nie wychodzi.
            Nie sięgnął już po paczkę. Trzeciego dziś nie będzie.

            — Nie sądzę, aby warty były potrzebne. Jeszcze nie — zaczęła ze spokojem, strzepując popiół za barierkę.— Jesteśmy na czwartym piętrze, za zamkniętymi drzwiami, a na ulicach obowiązuje godzina policyjna. Oczywiście nie oznacza to pełnego bezpieczeństwa, tego nie neguję. Jednakże sądzę, że dziś powinniśmy wszyscy porządnie wypocząć. Jesteśmy w o niebo lepszej, choć nie idealnej, sytuacji. Tak na poważnie. Dzięki temu jutrzejszy dzień będzie odrobinę lżejszy. — Zerknęła w dół. — Dodatkowo nie ukrywam, że moje buty sprawiają mi problem. Może to błahe, ale cóż…

            Już chciał zaprotestować, ale jego wzrok powędrował za jej spojrzeniem – na bose stopy, zaczerwienione, przyciśnięte do zimnej posadzki. Jeśli ona tak wyglądała, reszta pewnie niewiele lepiej.
            — Dobra, masz rację — przyznał. — Ale drzwi zastawię, a za nimi postawię parę garnków. Jak ktoś spróbuje wejść, usłyszymy. — Wskazał brodą w dół. — A to wcale nie jest błahe. W wojsku powtarzali, że żołnierz jest tyle wart, co jego nogi. Pokaż stopy Michałowi przed snem. Jutro znajdziemy ci porządne buty. Zieliński pewnie ma w szafie ze trzy pary na koniec świata. Za duże? Dwie pary skarpet i będzie jak ulał.

            Wiktoria uśmiechnęła się wyraźnie szerzej i kiwnęła głową.
            — Dobry jesteś — pochwaliła szczerze. — Te garnki to coś, z czym nawet ci pomogę. Jak kiedyś stracę głowę, będziesz pierwszą osobą, do której się zwrócę.
            Maks odchrząknął i nagle bardzo zainteresował się barierką. Komplementy przyjmował jeszcze gorzej niż podziękowania.
            — Dobry to ja jestem w myciu okien — mruknął. — Ale pomoc przy garnkach przyjmę. Tylko uważaj, w wojsku kto się zgłasza, ten robi. A co do głowy… trzymam za słowo. Choć wolałbym, żebyś nie musiała.
            — Nie boję się robić — oznajmiła poważnie. — Po prostu daj mi znać, gdy będziesz się za to zabierał, to zrobimy to razem. I uważaj, bo wór ze starymi smrodami przed drzwiami postawiłam.

            Wyjął z kieszeni martwy telefon i obrócił go w palcach.
            — I trzeba naładować telefony, póki jest prąd.
            — Swój ładuję co wieczór — przyznała, wyjmując smartfon z kieszeni spódnicy. Zerknęła na jego aparat i zmarszczyła brwi. — Chcesz skorzystać?
            Wyciągnęła telefon w jego stronę i przy okazji, zupełnie niechcący, wydmuchała mu dym prosto w twarz. Zmrużył oczy i rozgonił go dłonią, ale się nie cofnął. Delikatnie odsunął za to jej rękę z telefonem.
            — Dzięki, ale nic mi to nie da. Śmieszna sprawa. Kiedyś znało się na pamięć numery do połowy rodziny, a dziś bez swojego telefonu nie zadzwonię nawet do matki. — Postukał w ciemny ekran. — Poczekam, aż się podładuje.
            Wiktoria schowała telefon z powrotem do kieszeni.

            Zamilkł na chwilę, wypuszczając dym.
            — Potem zdecydujemy, czy tu siedzimy, czy próbujemy wyrwać się z miasta, zanim zrobi się gorzej. Duże miasto w takiej sytuacji to pułapka. Za dużo ludzi, za mało wyjść. — Dopiero teraz odwrócił się do niej przodem. — A ty? Masz kogoś, do kogo musisz się dostać?
            — Ja mam rodziców. Tylko. Mieszkają w domu poza Warszawą — przyznała prosto z mostu, zaciągając się. — Reszty rodziny nawet nie lubię, w dupie to mam.
            Uniósł brew.
            — Tego chyba nie uczą na szkoleniach z HR.
            Parsknęła.
            — Nie, na szkoleniach z HR uczą, jak powiedzieć komuś „mam cię w dupie”, żeby jeszcze podziękował za konstruktywny feedback.
            Tym razem roześmiał się naprawdę. Pierwszy raz tej nocy, krótko i chrapliwie, jakby wyszedł z wprawy.
            — To by wiele tłumaczyło. Po każdej wizycie w kadrach czułem, że powinienem jeszcze podziękować.

            Zauważył, jak zawiesiła głos na tym „tylko”, ale nie dopytywał. Każdy ma jakąś teczkę, której nie pokazuje się obcym.
            — Dobrze, że twoi są poza miastem. Tam pewnie spokojniej niż tutaj.
            — A na ciebie ktoś czeka? Żona, dzieci? Sierżant? — rzuciła luźnym półżartem.
            Na wzmiankę o sierżancie pokręcił głową z rozbawieniem.
            — Sierżant został w jednostce. Choć, jak widać, czasem jeszcze odzywa się w mojej głowie. — Po chwili spoważniał. — Żony ani dzieci nie mam. Rodzice są w Lublinie, już swoje lata mają. Mam jeszcze brata i siostrę. Po wojsku przyjechałem do Warszawy, żeby zacząć od nowa. Skakać mi już nie pozwolili, to przynajmniej wiszę.
            — Czyli zamieniłeś jeden rodzaj adrenaliny na drugi. — Zabrzmiało to jak pytanie, choć wyraźnie nie zamierzała naciskać. — Lubiłeś robić to, co robiłeś?
            — Z adrenaliną to nie do końca. Skok to adrenalina, lina to raczej spokój.
            Na drugie pytanie odpowiedział dopiero po chwili.
            — Lubiłem. Wojsko, chłopaków, a najbardziej skakanie. Stoisz w otwartych drzwiach, wiatr wyrywa ci oddech, a potem nagle robi się cicho. Czasza się otwiera i przez minutę cały świat jest pod tobą. Niczego w życiu nie lubiłem bardziej. — Wzruszył ramionami, sztywniej, niż chciał. — Reszta to długa historia. Opowiem ci przy trzecim papierosie. Kiedyś.
            — Czyli trzeci papieros oznacza nie tylko plan ewakuacji, ale też tę obiecaną historię? — Uniosła brew. — Zaczynam rozumieć, dlaczego tak oszczędnie nimi gospodarujesz.
            — Trzeci jest wielofunkcyjny. Dlatego trzeba go oszczędzać. — Spojrzał w dół, na pustą ulicę. — Co do liny, to lina to najbliżej tego, co mi zostało. Wysoko i cicho. I widzisz ludzi takimi, jacy są, kiedy myślą, że nikt nie patrzy. — Uśmiechnął się półgębkiem. — Twoje okna pewnie też myłem. Nikt wtedy nie podnosi głowy.

            Słuchała uważnie, ze wzrokiem utkwionym w najdalszych płomieniach. Kącik jej ust drgnął, ale uśmiech nie doszedł do skutku. Zauważył to, ale nie pytał. Nie dziś.

            Mimowolnie spojrzał na południowy wschód, gdzie za łunami ciągnęła się ciemność. Lublin. W zwykły dzień jakieś dwie godziny drogi. Dziś równie dobrze mógłby leżeć na drugim końcu świata.
            Otrząsnął się z tej myśli i zgasił niedopałek o barierkę.
            — Ja najpierw muszę się dodzwonić do swoich. Od tego, co usłyszę, zależy reszta. Ale jak znam wojsko, drogi wylotowe pewnie już blokują, więc łatwo nie będzie. — Spojrzał na nią. — Skoro przegłosowałaś mnie w sprawie wart, to teraz twoja kolej. Bez trzeciego papierosa planowanie idzie mi dziś opornie. Jaki masz plan? Chcesz się przebijać do rodziców czy poczekać, aż się wyjaśni, co tu się w ogóle dzieje?

            Westchnęła i przeniosła wzrok na ulicę.
            — Nie wiem, Maks. Chciałabym powiedzieć, że mam jakiś genialny plan, ale prawda jest taka, że nie mam. Najpierw muszę wiedzieć, czy są bezpieczni. A potem... potem będę się martwić, jak do nich dotrzeć. Nie wyobrażam sobie tego, bo to nie jest wcale blisko, to nie jest zwykłe „pod Warszawą”, to jest poza… Jakieś sto kilometrów. Myślę, że najpierw powinniśmy porozmawiać z pozostałymi. Każdy z nas może mieć kogoś, do kogo chciałby wrócić. Nie chciałabym zakładać, że wszyscy zamierzają trzymać się razem.
            Słuchał, nie przerywając.
            — Tak jak ja — powiedział, kiedy skończyła. — Najpierw trzeba wiedzieć, czy są cali. Reszta potem. I masz rację z pozostałymi. Rano siądziemy razem i każdy powie, czego chce. — Zawahał się. — Ale w grupie łatwiej przeżyć. Nawet jeśli każdy ciągnie w swoją stronę.
            Potem zmarszczył brwi, jakby coś przeliczał. Pewnie przeliczał.
            — Sto kilometrów. Samochodem godzina z hakiem. Na piechotę trzy, cztery dni. Na obcasach – nigdy. W którą stronę? — Zaraz jednak uniósł ręce w obronnym geście. — Pytam z czystej ciekawości. Trzeci papieros dalej leży w paczce.
            — Mam wrażenie, że wystarczy, żebyś dotknął paczki, a już zaczynasz planować. Nawet nie musisz zapalać — odparła z lekkim uśmiechem.
            Zerknął na swoją dłoń. Faktycznie spoczywała na barierce, dwa centymetry od paczki. Cofnął ją jak oparzony i ostentacyjnie schował obie ręce do kieszeni.
            — Południowy wschód, w okolicy Róży Podgórnej, pod Siedlcami — odpowiedziała w końcu. — To taka wieś, nie mają wielu sąsiadów, nic tam się nie dzieje. Co oznacza, że i zasięg mają marny, więc najczęściej do nich piszę.
            Jego głowa zaczęła liczyć, zanim zdążył ją powstrzymać.
            — Siedlce. Na wschód, za Wisłą. Do Lublina to prawie po drodze, jak się nadłoży kawałek… — Urwał i spojrzał na swoje kieszenie. — Cholera. Nawet nie dotknąłem paczki.
            Pokręcił głową nad własną beznadziejnością, ale myśl została. Oboje musieli za Wisłę.
            — Wieś, mało sąsiadów i marny zasięg. Brzmi jak najlepsze miejsce, w jakim można teraz być.
            Zmierzyła go wzrokiem ze śmiertelną powagą, a po chwili parsknęła, nieudolnie próbując to zamaskować.
            — Powiedz mi tylko, czy w wojsku też tak wszystko przeliczałeś, czy to na mój widok zaczynasz opracowywać plany ewakuacji? — zapytała z zaczepnym uśmieszkiem, ukrywając go za papierosem.
            Zrobił kamienną twarz.
            — W wojsku przeliczałem wszystko. Odruch.
            Kamienna twarz przetrwała może trzy sekundy. Potem zobaczył uśmiech, który chowała za papierosem, i sam parsknął.
            — A tak w ogóle — odezwał się, kiedy już się uspokoił. — Jak się trafia do HR-u? Z powołania czy za karę?

            Wydmuchnęła dym – tym razem w bok, z dala od jego twarzy. Postęp.
            — Tak w sumie, to studiowałam psychologię. Ponoć każdy, kto ma nie po kolei w głowie, tam idzie. A szczerze to lubię obserwować ludzi i próbować ich zrozumieć — odpowiedziała z namysłem — Na przykład niektórzy twierdzą, że potrzebują trzeciego papierosa, żeby zacząć planować, a potem okazuje się, że wystarczy wspomnieć Siedlce...
            — Psychologia — powtórzył. — No to pięknie. A ja ci tu od pół godziny opowiadam o sobie jak na kozetce. Ile jestem winien za sesję? Przyjmujesz w papierosach?
            — Nie ukrywam, że słuchałam tych zwierzeń z ogromną przyjemnością. Poprawiłeś mi nastrój, to uczciwa zapłata.
            — W takim razie jesteśmy kwita.
            Po chwili dodał spokojniej:
            — Czyli oboje podglądamy ludzi. Tylko ty z dyplomem, a ja z wiadrem. I co, rozgryzłaś mnie już? Nie, czekaj. Nie mów. Nie chcę wiedzieć.

            Złapał się na tym, że od dobrych kilku minut ani razu nie pomyślał o wieżowcu.

            — Czyli co, teraz myślisz, żeby tam pojechać? Pójść? Pewnie warto by było gdzieś przeczekać to wszystko. — Ręką z papierosem zatoczyła koło nad miastem, kreśląc w powietrzu nietrwały okrąg z dymu.
            Powiódł wzrokiem za rozwiewającą się smugą.
            — Do Siedlec? Po jednym wspólnym papierosie nie wpraszam się do niczyich rodziców. Ale przeczekać, tak. Byle nie tutaj. Trzeba się stąd wyrwać, zanim miasto zamknie się na dobre. Jak znam życie, mosty pójdą na pierwszy ogień. — Spoważniał. — Najpierw muszę wiedzieć, co z moimi. Lublin to też miasto. Jeśli tam jest tak jak tutaj… — Nie dokończył. Przez chwilę patrzył na łuny, potem przeniósł wzrok na nią. — A ty? Pojechałabyś sama?

            Wiktoria odwróciła się tyłem do miasta i oparła o balustradę. Zadarła brodę, szukając na niebie gwiazd. Szło jej marnie.
            — Nie wprosisz się, jeśli sama cię zaproszę. Możesz co najwyżej odmówić — odpowiedziała spokojnie, wciąż wpatrzona w pochmurny mrok. — Czyli póki nie dodzwonisz się do nich, to nie masz planu. Ale masz jakiś zalążek. Dobre i to. W ostateczności przynajmniej kierunek mamy podobny. Ja nie jestem pewna, czy dałabym radę sama. Chyba nawet bym nie chciała. Cóż, może nie widać, ale... nie jestem dobra w podtrzymywaniu relacji...

            Nie odpowiedział od razu. Tym razem sięgnął po paczkę celowo. Wyciągnął papierosa i przez chwilę mu się przyglądał. Trzeciego miało dziś nie być.
            — Nie odmówię — powiedział w końcu. — Siedlce, potem Lublin. Jakoś to połączymy.
            Zamiast zapalić, podał jej papierosa filtrem do przodu, tak jak tamtego pierwszego. Widział, że już chce odmówić, ale odezwał się pierwszy.
            — Trzymaj. To trzeci. Jak będziesz miała ochotę pogadać, o czymkolwiek, po prostu mi go daj. Wtedy go zapalę i opowiem ci tę historię.
            Zaskoczenie na jej twarzy powoli ustąpiło miejsca ciepłemu uśmiechowi. Spojrzała na papierosa, potem znów na niego, i ostrożnie odebrała go z jego dłoni.
            — Jak go zgubię, to ciekawość mnie zeżre. Więc muszę pilnować, dzięki — odpowiedziała z rozbawieniem, przyglądając się przez chwilę podarunkowi. — Sebastian miał rację, jesteś wyjątkowo hojny ze swoim majątkiem.
            — Tylko mu nie mów — mruknął.
            Schowała papierosa w bezpiecznym miejscu.
            — A z tymi relacjami… — dodał po chwili ciszej. — Ja też nie jestem w tym dobry. Ale jak na dwie osoby, które tego nie umieją, idzie nam całkiem nieźle.

            Podążył za jej wzrokiem w górę, w pochmurny mrok nad dachami.
            — Nie szukaj. Gwiazd dziś nie zobaczysz, za dużo dymu i świateł. Pod Siedlcami będzie ich pełno.

            Przez chwilę stali obok siebie w milczeniu, z głowami uniesionymi ku niebu. Wiktoria i tak wypatrywała choćby jednej gwiazdy między chmurami, dymem a łuną nad miastem. Może i obydwoje nie byli zbyt dobrzy w utrzymywaniu relacji, ale w utrzymywaniu przyjemnej ciszy byli bliscy perfekcji. Pierwszy raz od trzech dni cisza była po prostu ciszą.

            W końcu odepchnął się od barierki i wziął łom.
            — Idę podładować telefon i rzucić okiem na mapy Zielińskiego. Skoro już planujemy, to porządnie.
            Odprowadziła go spojrzeniem, nie odrywając pleców od balustrady.
            — Dzięki, Maks. Za rozmowę też — odezwała się z uśmiechem. — Ja jeszcze chwilę tutaj zostanę, poczekam, aż Michał zwolni łazienkę. Dopalę pierwszy podarunek, bo szkoda marnować.
            Zatrzymał się w drzwiach balkonowych.
            — A garnki razem, jak się umawialiśmy. Zawołam cię. I nie stój za długo boso na tych płytkach. Te nogi mają ci jeszcze posłużyć na sto kilometrów.
            Na wzmiankę o garnkach uniosła palec wskazujący, jakby chciała przypomnieć mu o czymś niezwykle istotnym.
            — I pamiętaj, jestem w kolejce do łazienki! Więc żebyś przypadkiem nie uciekł z tymi garami beze mnie.
            — Tak jest — odparł i niedbale zasalutował dwoma palcami.
            Uśmiechnęła się jeszcze szerzej i znów spojrzała na pogrążone w chaosie miasto. Maks zostawił ją z tym widokiem i wszedł do środka.

            Ładowarkę znalazł w szufladzie, którą wskazał mu Zieliński – w plątaninie kabli, w której była chyba końcówka do każdego telefonu wyprodukowanego w tym stuleciu. Podłączył swój i zostawił go na parapecie.

            Zajrzał do kuchennych szafek. Zapasy były, owszem, ale liczone na jedną osobę, nie na sześć. Tyle w temacie półrocznych zapasów. Zjadł na stojąco pół konserwy turystycznej, prosto z puszki, jak na poligonie, a resztę odstawił dla innych. Potem zebrał z kuchni garnki i ustawił je w przedpokoju, pod drzwiami. Wieżę zostawił na później. Umówili się.

            Dopiero wtedy podszedł do map. Zieliński pozaznaczał na nich rzeczy, których Maks nie do końca rozumiał – i nie był pewien, czy chce. Odszukał mapę, na której mieściły się i Warszawa, i Lublin, po czym przesunął palcem od Służewca na wschód. Wisła. Mosty. Każdy to wąskie gardło – gdyby to on miał zamknąć miasto, zacząłby właśnie od nich. Dalej Siedlce. Potem na południe, aż do Lublina. Na mapie wyglądało to niewinnie. Kilka centymetrów.

            Telefon ożył po kwadransie. Zawibrował raz, drugi, dziesiąty. Nieodebrane połączenia z ostatnich dni. Matka. Ojciec. Brat. Siostra. Znowu matka. Ostatnie od siostry – sprzed dwóch dni. Na końcu SMS od matki: „Synku, odezwij się, jak tylko będziesz mógł”.

            Za pierwszym razem połączenie zerwało się po jednym sygnale. Za drugim usłyszał tylko trzaski. Za trzecim ktoś odebrał.
            — Maksiu? — Głos matki, cienki i daleki, jakby dochodził z dna studni. — Maksiu, to ty? Boże…
            — Mamo, jestem cały. Słyszysz mnie? Jestem bezpieczny. Co u was?
            — U nas też… — Reszta zginęła w szumie. — …dzwoniłam i dzwoniłam… tata mówi, żeby nie wychodzić…
            — Mamo, wolniej. Nie słyszę.
            Przez kilka sekund w słuchawce były tylko trzaski. Potem imię siostry. Potem słowo „szpital”. Potem „od wczoraj”. Głos matki się załamał.
            — Co z nią? Mamo! Co z nią?
            — …pojechał po nią… — Imię brata, coś o samochodzie, o tym, że miał zadzwonić. — …i nie odbiera…
            — Mamo!
            Trzy krótkie sygnały. Połączenie zakończone.

            Wybrał numer jeszcze raz. „Abonent jest czasowo niedostępny”. I jeszcze raz. To samo. Spróbował do brata – sygnał, sygnał, sygnał, poczta głosowa. Do siostry – od razu poczta.

            Napisał do matki: „Mamo, co z nią? Gdzie jest brat? Jestem bezpieczny, zadzwonię rano”. Pod wiadomością zaczęło się kręcić kółko wysyłania. Kręciło się dalej, kiedy ekran zgasł.

            Usiadł na podłodze pod oknem, z łomem obok i telefonem wciąż podpiętym do ładowarki, i patrzył na mapę na ścianie. Lublin. W zwykły dzień dwie godziny drogi.

            Teraz, brzmiało jak drugi koniec świata...

            1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
            2
            • GaranilG Niedostępny
              GaranilG Niedostępny
              Garanil jako Mistrz Gry
              napisał(a) ostatnio edytowany przez
              #71

              Mistrz Gry
              Gdy Wiktoria po upraniu swoich ciuchów właśnie wieszała bieliznę, na balkon weszła Alicja Wójcik. Oparła się o barierkę i zapaliła papierosa. Wypuściła dym. -Ale się wszystko schrzaniło.- rzuciła. zerknęła na Wiktorię. -Jak się trzymasz?-

              Wiktoria Wrońska
              — Jak moje majtki; zimny wiatr żałośnie nimi podryguje na balkonie informatyka poznanego w pracy. — odpowiedziała z udawaną powagą, wieszając jeszcze obok koszulę.
              — A ty? Po tej ucieczce i całym syfie, w który ktoś cię wepchnął, musi być ciężko. Przykro mi, że Michał tak cię traktuje. Możliwe, że uważa, iż miałaś nad tym jakąś kontrolę.
              Przypięła swoją odzież do sznurków i odwróciła się w stronę kobiety. Otuliła się własnymi ramionami patrząc na nią z zaciekawieniem.
              — Jakieś plany? Bo jeśli nie masz, to Maks w trzy sekundy ci skołuje do wyboru, do koloru — Wiktoria uśmiechnęła się, na samo wspomnienie rozmowy, przeprowadzonej nie tak dawno w tym samym miejscu.

              Mistrz Gry
              -Taa... przetrwać. Zignorować kretyna. Być może poszukać lekarstwa na tę plagę. Ale jak dotąd, nikt nic nie wie. Chociaż tyle, że mam pewność, że przenosi się tylko przez krew i ślinę, jak wścieklizna. Ale to nie jest dobra wiadomość, bo na wściekliznę medycyna też nie zna lekarstwa.- Alicja pociągnęła papierosa a następnie strzepała popiół za krawędź balkonu. -Mam niejasne wrażenie, że to dopiero początek. A Politycy i urzędnicy robią dokładnie to co zwykle, walczą o to, żeby się przede wszystkim utrzymać na stołkach. Nie miałam nad tym żadnej kontroli, a szkoda.-

              Wiktoria Wrońska
              — Nikt z nas nie ma kontroli. Ci, o których mówisz, raczej też nie będą mieli, jeśli wirus porównywalny jest do wścieklizny.-
              Wiktoria oparła się pośladkami o parapet. Ta noc była dziwna, inna niż wszystkie. Potarła dłońmi chłodne ramionami.
              — Może powinnaś na razie trochę odpuścić. Każdemu przyda się chwila oddechu, choć wiem, że to niełatwe. Masz kogoś, o kogo się martwisz?

              Michał Owczarek
              Z głębi mieszkania rozległ się głośny, szyderczy śmiech Michała, zaraz po słowach "A politycy i urzędnicy...". Ratownik siedział rozwalony na kanapie pilotem przerzucając kolejne kanały, szukał TVP Info lub TVP Warszawa. Balkon był otwarty więc dochodziło do niego co drugie słowo.
              —* Nadaje o tych politykach jak katarynka już trzeci dzień*- rzucił do Zielińskiego - Babę wysłali, żeby szukała zarażonych w Darpolu, dostała od nas z marszu listę nosicieli a skończyło się na tym, że Mengle pogryzł ludzi a ona dała w długą. I to ja jestem kretynem. Nie mogę z tą kobietą, ona jest niereformowalna.-

              Mistrz Gry
              Alicja ponownie pociągnęła papierosa. Tym razem przetrzymała dym dłużej. -Spokojnie... jest ciepły poranek, siedzę nad krystalicznie czystą rzeką...doskonalę widzę w niej twarz osoby którą właśnie topię. - Stwierdziła cicho, niezwykle melodyjnym tonem. Na jej twarzy było widać mieszaninę wkurwu i rozbawienia. - Cóż, trudne czasy wymagają trudnych sojuszy. Wracając, szczęście w nieszczęściu, nie mam nikogo o kogo się martwię, więc chcąc nie chcąc, po trochu martwię się o wszystkich.

              Wiktoria Wrońska
              — Mam rozumieć, że Michał właśnie utonął? — Wiktoria uniosła brew.

              Mistrz Gry
              -Przed chwilą dał oznaki życia, więc nie. - Stwierdziła Wójcik

              Michał Owczarek
              Michał próbował skupić się na tym co leci w telewizji, ale wciąż dochodziły do niego strzępki rozmowy z balkonu. Kiedy usłyszał "chcąc nie chcąc, po trochu martwię się o wszystkich" w mieszkaniu znów rozległ się śmiech. Gdyby zarażeni stali teraz na klatce schodowej z pewnością już by wiedzieli, do których drzwi trzeba się dobijać by dobrać się do swoich przyszłych ofiar.
              — Kurwa, to jest jakiś Monty Python - rzucił tym razem sam do siebie. Siedział na kanapie jedynie owinięty w ręcznik, ciuchy leżały w pralce i czekały na pranie, więc rozejrzał się i zobaczył, że jego kurtka ratownika wisi na wieszaku. Wójcik nie zdeptała jej, nie wyrzuciła do śmieci, tylko posłusznie odwiesiła. Nie zaskoczyło go to, bo już pierwszego dnia wyczuł w niej słabość, gen służalczości. Ktoś taki nie nadawał się do dowodzenia czymkolwiek i zaczął się zastanawiać, czy przypadkiem politycy rzeczywiście nie wrzucili jej na minę. Wysłali do Darpolu Dyzmę, którego wyraźnie sytuacja przerosła. Może ten brak autorefleksji nie wynikał z bezczelności i grubej skóry, lecz z innych jakichś deficytów? Michał ściągnął kurtkę i zarzucił ją na ramiona. Potem wszedł na balkon, by dołączyć do obu kobiet.
              — Nic o nas, bez nas Alicja - rzucił do kobiety i posłał jej uśmiech, który nie zwiastował nic dobrego - Jak się czujesz na wolności? Widzę, że czarny humor ci dopisuje.

              Wiktoria Wrońska
              Wiktoria zrozumiała, że Michał słuchał. I słyszał. Na jej twarzy wymalowało się rozbawienie.
              — O wilku mowa, faktycznie żywy.
              Wzrokiem powiodła po jego sylwetce, czego nie dało się nie zauważyć. Owinięty w ręcznik. Na ramionach kurtka ratownika. Pół ratownik, pół basenowicz.
              — Z kąpieli cię ewakuowano?
              Blondynka nie mogła się nie roześmiać, stojąc na tle własnych majtek.

              Michał Owczarek
              Michał spojrzał na Wiktorię a potem przeniósł wzrok na jej bieliznę suszącą się na balkonie. Parsknął śmiechem.
              — Sama sobie prałaś majki? Wiesz, że nasz gospodarz ma pralkę? A jak pralka się zepsuje, mamy jeszcze w obwodzie naszą...
              Spojrzał na Alicję, ale ugryzł się w ostatniej chwili w język. Wolał nie wszczynać awantur w środku nocy, na balkonie.

              Mistrz Gry
              Alicja zgasiła niedopałek papierosa o barierę balkonu. Z wyjątkową mściwością. A następnie wyrzuciła go za okno. -Bardzo krótkowzroczne słowa jak na kogoś kto żyje w Polsce, gdzie "o nas bez nas" podejmuje się decyzje od końca II wojny światowej. Był czas przywyknąć.- Odparowała.

              Wiktoria Wrońska
              —* Michał, jeśli zamierzasz tu prowadzić wojnę, to pożycz mi chociaż kurtkę. Nie mam zamiaru zostać pierwszą ofiarą tego konfliktu przez hipotermię. I jak chcesz, to tobie też przepiorę gacie, bo serio... Na pralkę się trochę czeka. Kto tam teraz w łazience siedzi? Może się ucieszy na mój widok.*
              Wiktoria starała się podtrzymać żartobliwy ton, choć widziała iskry w oczach obu rozmówców. Nie miała pojęcia jak pozbyć się tego jadu.

              Michał Owczarek
              Wiktoria jak zwykle mówiła lekko, ze swobodą, choć Michał wyczuł, że próbuje rozbroić tykającą bombę. Docenił, że robi to z uśmiechem na ustach, choć pewnie miała w swoim repertuarze inne narzędzia, za które jej płacili w Darpolu. Zobaczył, że blondynka faktycznie drży z zimna, więc bez słowa ściągnął kurtkę, podszedł i okrył jej ramiona. Zrobił to niemal czule bo Wiktoria była jedyną osobą, której ufał i szanował. Wciąż nie mógł przeboleć, że ich wspólny wysiłek, gdy razem przeprowadzili śledztwo poszedł na marne, ale najwyraźniej ona potrafiła zostawić przeszłość za sobą, ruszyć dalej a on tkwił w bagnie mrocznych myśli.
              — Alicja wie co o niej myślę i nie będę już kopał leżącego.
              Michał spojrzał na lekarkę.
              —Nie jestem już lekarzem, bo przyjmowałem pacjentów pijany. - w końcu powiedział to głośno i nie wiedział czy czuje strach czy ulgę - Gdy mnie wyrzucali z roboty miałem pretensje do całego świata. Najpierw do faceta, który na mnie doniósł. Potem do policji, że kazali mi dmuchać, a na końcu do ordynatora, że nie chciał kryć dupy koledze. Uważałem się za dobrego lekarza i dopiero teraz, po czasie, gdy się w miarę trzymam w garści i nie użalam do lustra, widzę, że spierdoliłem sobie życie na własne życzenie. Chciałem być twoim sumieniem, ale kim jestem, żeby cię osądzać? Sama musisz dojść do tego, że nie zawsze za nasze błędy odpowiadają inni ludzie.
              Przeniósł wzrok na Wiktorię i uśmiechnął się do niej, choć w oczach pozostała jakaś gorycz i smutek. Podniósł dwa palce jak do przysięgi.
              —Od dziś żadnych wojen. A jeśli złamię słowo, przywal mi w zęby albo sprzedaj soczysta wiązankę. Wiem, że potrafisz tylko się powstrzymujesz. W Darpolu krawaciarzy mogłaś postraszyć naganą w papierach, ale z takimi dupkami jak ja trzeba krótko.
              Puścił do niej oko i tym razem uśmiechnął się już bez cienia goryczy.

              Mistrz Gry
              -Nie wiem jakie i wobec kogo nosisz urazy. I to w obecnej sytuacji naprawdę jest mało istotne. Świat wokół się wali. To, że bym tam została, nie zmieniłoby wyniku. Budynek jest "w miarę" bezpieczny. Chwilowo. Wszystkie budynki w kwarantannie są chwilowo bezpieczne. Ale to minie, gdy tylko służby przestaną być w stanie dostarczać tam cokolwiek. Ani czas, ani miejsce na kłótnie o to kto, co mógł zrobić, kto jakie ma grzechy na sumieniu.- Stwierdziła Wójcik. Oparła się o barierkę i wpatrywała w panoramę Warszawy. Panoramę, w której odbijał się dym, niebieskie i czerwone szklanki pojazdów służb... i przebijało się odległe echo syren.

              Wiktoria Wrońska
              Już pierwsze zdanie wyznania, zaskoczyło blondynkę. Otuliła się podarowaną kurtką i słuchała wszystkiego nie zdejmując z Michała oczu. Jej spojrzenie jednak nie było oceniające, surowe ani zimne. Nie umiała jednak ukryć, że w tych okolicznościach, tak nagłe zwierzenie wywarło na niej wrażenie. To co zrobił było nie tylko ludzkim błędem, ale niebezpieczną decyzją. Zapewne niepodjętą na trzeźwo, ale jednak się stało. Nie mogła go usprawiedliwiać, ale też nie mogła karać. Jak widać, karę wymierzył sobie sam i żył ze świadomością własnych błędów. Nie poddawał się, nie użalał nad sobą, nie spychał odpowiedzialności na innych. Być może dopiero dzięki temu wyznaniu, Wiktoria naprawdę zrozumiała, jakie zarzuty ma przeciwko Alicji. Jednakże musiała też przyznać, że był w nich odrobinę niesprawiedliwy. Jak sam przyznał, jemu zajęło to trochę czasu, nim zrozumiał swoją winę. Kobiecie jednak tego czasu nie dał, a już miał odpalony lont.
              — Dziękuję za kurtkę. I za szczerość. — odparła z subtelnym uśmiechem. Sposób, w jaki okrył ją kurtką był naprawdę miły i dzięki temu też, poczuła się odrobinę lżej. W aktualnej sytuacji poczucie bezpieczeństwa było bardzo ważne, a ona, dzięki zwykłemu gestowi, zyskała go odrobinę więcej. Czuła, że ma osoby, na które może liczyć. Choćby świat się palił... A przecież właśnie tak było.
              — Ale wiesz, Michał... Sam powiedziałeś, ile czasu zajęło ci spojrzenie na własną przeszłość z innej perspektywy. Może więc nie warto oczekiwać, że wszyscy będą potrafili zrobić to od razu. Zwłaszcza dzisiaj.
              Wiktoria starała się brzmieć miękko, aby nie odebrał tego jako atak na niego, a obronę epidemiolożki. Nie oceniała ich. Każdy był człowiekiem, który mierzy się z własnymi demonami. Alicja jednak była mocno zafiksowana na jednym. Nie próbowała też dyskutować na temat zaczęty przez Michała.
              — A z tym przywaleniem w zęby się jeszcze zastanowię. Na razie szkoda mi ręki. — puściła mu oczko, dając znać, że jego wyznanie nie będzie wisieć i ciążyć w powietrzu. Że nie musi się teraz piętnować. Nie powiedziała nic Alicji, bo nie wiedziała nawet, co by mogła. Była bardzo poważna, zamyślona, skoncentrowana na tym, co się dzieje. Zastanawiało ją tylko jedno...
              — Alicja... Czy ty wiesz o czymś, o czym my nie wiemy, a powinniśmy?

              Michał Owczarek
              W punkt. Jak zwykle w punkt, pomyślał Michał słuchając Wiktorii. O wiele łatwiej byłoby mu gdyby nie był lekarzem, gdy nie wiedział jakie przysięgi składał. Epidemiolożka dalej nie rozumiała ciężaru swej ucieczki i uznała, że jej dezercja nie ma znaczenia.
              Miała.
              I może kiedyś, z czasem, kobieta to zrozumie. O ile świat przetrwa. Teraz, gdy patrzył na słupy dymu wtopione w panoramę miasta nie był tego taki pewien. Zrobiło mu się zimno i to nie dlatego, że stał na balkonie w samym ręczniku przepasanym przez biodra.
              —Włączyłem TVP Info, ale nic nie mówią o ilości zarażonych, hospitalizowanych ani zmarłych. W Covid trąbili o tym na okrągło. Znasz statystyki? - podobnie jak Wiktoria zwrócił się do Wójcik - Jak bardzo jest źle?

              Mistrz Gry
              -Na tyle, że moja ucieczka z Darpolu nic nie zmienia. Po pierwsze, nie ma na to lekarstwa. Po drugie, nie ma na to szczepienia ochronnego. Po trzecie, w przeciwieństwie do wścieklizny, której okres in...- Spojrzała na Wiktorię, łapiąc się w trakcie, że nie musi ona znać medycznych pojęć -* ...Która zaczyna dawać objawy w ciągu od 1 do 3 miesięcy od zarażenia, ta choroba daje objawy, zależnie od stanu układu odpornościowego, od 24 do 72 godzin. Nie sposób policzyć zarażonych, bo ludzie w większości po prostu polewają ugryzienia wodą utlenioną, kładą opatrunek i myślą, że się zagoi. Nie sposób też policzyć ilości zgonów. Pamiętacie jak wyglądał Zbigniew. Na pierwszy rzut oka, po prostu miał szkliste oczy, paskudną ranę i był chorobliwie blady, ale wyglądał na żywego.* - Odparła Alicja. Urwała na chwilę.
              -...Rozmawiałam na ten temat z Ordynatorem mojego szpitala, z kolegami po fachu. Góra zażądała od nas identycznych statystyk jak przy Covid. Wszyscy stwierdzili, że to mało realne i możemy co najwyżej dać statystyki "przebadanych", "martwych" oraz "wkrótce martwych". Ostatnia informacja jaką miałam ze szpitala w sprawie statystyk, to w przypadku centralnej warszawy, 92 martwych, kilka tysięcy pogryzionych i około 200 tysięcy przebadanych objętych kwarantanną. Lekarze w szpitalu się zbuntowali, twierdząc, że nie mają czasu na wypełnianie jebanych tabelek bo muszą pomagać ludziom. Ostatni kontakt ze szpitalem miałam dzisiaj koło 18-stej i Stary wprost mi powiedział, że zaczęli wpisywać w raporty byle co, byle szybko. No i Policji na dodatek skończyły się kajdanki, bo każdego z podejrzeniem, że jest zarażony, przypina się do rury, kaloryfera, ławki. Jak się domyślasz, to wcale nie pomaga, ludzie czują się jak przestępcy.-
              Alicja oparła się o ścianę. Westchnęła. -Po prostu nie dajcie się ugryźć, bo po ugryzieniu, jest parę minut na decyzję czy chcesz żyć bez kończyny, czy trafić do grobu w całości. Jedyne co lekarze mogą zrobić, to podać końską dawkę leków przeciwwirusowych i odmówić różaniec..-

              Wiktoria Wrońska
              Wiktoria milczała przez dłuższą chwilę, wpatrując się w rozświetloną łunami pożarów panoramę Warszawy. Jeszcze niedawno próbowała rozładować atmosferę żartami, ale teraz żaden nie przychodził jej do głowy. Mocniej otuliła się kurtką Michała, powoli przyswajając to, co właśnie usłyszała. Nie miała na to żadnej odpowiedzi. Skala problemu nie docierała do niej po samych danych i liczbach, choć musiała przyznać, że brzmiało to... Dość beznadziejnie. Gdy rozmawiała z Maksem w sumie miała jeszcze nadzieję, że jutro się obudzi i będzie lepiej, sytuacja pomału będzie zmierzała ku opanowanej. Teraz jednak zaczęła mieć wątpliwości. Wzięła głęboki wdech, zaciągając się zapachem podarowanej kurtki i wtulając w nią twarz. Ostatnie chwile spokoju zostały brutalnie wyszarpane z jej i tak przeładowanego umysłu. Zrobiła krok w stronę Michała, aby chociaż osłonić go przed wiatrem swoim wątłym ciałem. W sumie stał w chłodzie, oddając jej swoją kurtkę.
              — Skąd wiadomo, że amputacja w ogóle pomaga? Ktoś już w ten sposób przeżył? I co jak na przykład krew dostanie się do ust albo oka?
              Blondynka zerknęła na Michała przez ramię, potem z powrotem powróciła spojrzeniem na Alicję. Miała dwie osoby z medycznym wykształceniem. Miała nadzieję czegoś się dowiedzieć.

              Mistrz Gry
              -Jeżeli do ust, to o ile nie masz żadnych mikro urazów w ustach przez które wirus może dostać się do krwi, to w sumie nic się nie stanie. Tyle że takich ludzi nie ma. Jeżeli do oka... Znam dwa takie przypadki. Oba śmiertelne, z przyspieszonym okresem pojawienia się objawów. Amputację zastosowano dotąd około 200 razy. Szanse przeżycia wynoszą tym więcej, im szybciej się zrobi amputację. Dlatego ciężko podać skuteczność w tak uwielbianych przez wszystkich procentach.- Odpowiedziała lekarka.

              Michał Owczarek
              Michał nie pamiętał, kiedy ostatnio kobieta chciała go przed czymś osłonić, zamiast przed nim uciekać, a tak to wyglądało. Na jego tle, Wiktoria, bez szpilek na długim obcasie, wyglądała na kruchą i bezbronną a mimo to chciała mu oddać trochę ciepła, chronić przed chłodem nocy. Próbował się skupić na tym co mówi epidemiolożka, zignorować, że kosmyk włosów Wiktorii łaskocze go w ramie. Lekarz za którego wciąż się uważał, walczył teraz z samcem, którym nigdy nie przestał być.
              Skup się prymitywie. Słuchaj baby, nie wąchaj blondynki
              Jakimś cudem udało mu się wyłapać część danych podanych przez Wójcikową. Nie był epidemiologiem, ale w głowie próbował sobie przeliczyć to wszystko w głowie. Kilka tysięcy zarażonych. Jeden ugryziony po dwóch dobach gryzie w optymistycznym wariancie dwóch następnych, czyli po tygodniu jest ich ośmiu a po dwóch tygodniach...
              Wiktoria przestąpiła z nogi na nogę, jej ramię dotknęło jego ramienia i Michał zgubił się w swoich nieudolnych rachunkach.
              — Mam przejebane- wydusił z siebie - Znaczy… wszyscy mamy.
              Odsunął się od Wiktorii jakby to on był zarażony i bał się, że ją ugryzie, ale w sekundę przyjął obojętną pozę, człowieka, któremu nie zależy na nikim i na niczym.
              — Dobra, drogie panie, koniec morsowania, wracam do środka. Jak mnie podczas apokalipsy zabije zapalenie płuc a nie zombie zostanę największym frajerem w historii.

              Wiktoria Wrońska
              Wiktoria stała prawie sparaliżowana. Z przystawioną do ust, zwiniętą w pięść ręką, skubała zębami paznokieć. Miała wrażenie, że nagle zrobiło jej się o wiele cieplej. I to chyba nie przez kurtkę. Nawet gdyby chciała zrobić w głowie prostą matematykę, nie potrafiła. Gubiła się już na prostym dodawaniu.
              Na krótkie "wszyscy mamy" kiwnęła jedynie głową. Wciąż milczała, co raz przenosząc spojrzenie na chaos jaki się przed nimi rozpościerał. Z czwartego piętra był idealnie widoczny.
              — W takim razie dzięki za kurtkę. — rzuciła luźno. Nie dziwiła się, że wolał ewakuować się do mieszkania, w końcu zabrała mu jedną z niewielu ciepłych rzeczy, które miał. Ale była wdzięczna, że dzięki temu, chociaż chwilę mogła tu postać.
              — Ale gdybyś chciał zapalić czy coś to daj znać, zamienimy się. — dodała jeszcze. Potem przeniosła wzrok na Wójcik.
              — Naprawdę nie umiem sobie tego wyobrazić... Powiem ci szczerze, że naiwnie sądziłam, że jutro będzie lepiej. Rozumiesz, w covidzie było podobnie. Najpierw miesiące paniki, potem mało kto zwracał już uwagę. Po roku czy pół, mieliśmy już chyba wysyp teorii spiskowych na temat ściemy z tym całym wirusem. Gdybym nie znała osób, które na to zachorowały i umarły, chyba też przestałabym wierzyć. To co możemy zrobić? Jesteś pewna, że to tak wygląda? Może się mylisz?

              Mistrz Gry
              -Możemy przetrwać. I tak, jestem względnie pewna, że tak to właśnie wygląda. Nigdy nie byłam specjalnie religijna, ale daj Boże, żebym się myliła... -
              Odpowiedziala Alicja.

              Wiktoria Wrońska
              — Jak przetrwać? Mamy tutaj zostać aż... Aż co właściwie? Nie jestem nawet pewna czy dobrze cię rozumiem. A jak sytuacja poza Warszawą, w jakichś wsiach, coś wiesz?

              Miszcz Gry 
              -Każde duże skupisko ludzi jest potencjalnym ogniskiem zarazy, zwłaszcza, jeżeli w okolicy jest lotnisko. Tak sądzę. Ja...nie wiem. Szczerze powiedziawszy, chyba najlepiej byłoby zapytać Michała. Zielińskiego. Tego od IT. Dla mnie, dla ciebie, Sebastiana czy Owczarka, to co się teraz dzieje, jeszcze do niedawna było nie do pomyślenia. A on... Nie zdziwiłoby mnie, gdyby miał plan na scenariusz ze "Świtu Żywych Trupów"... Swoją drogą paskudnie budżetowy horror.- Przyznała z rozbrajającą szczerością Wójcik. I chyba właśnie to było najgorsze.

              Wiktoria Wrońska
              —Nie oglądam horrorów, widziałam tylko przelotnie jak... — urwała na chwilę i spojrzała w bok. Poprawiła niezgrabnie włosy i odgarnęła grzywkę — ...wracałam z pracy. Nie potrafię więc za bardzo sobie wyobrazić tego, o czym mówisz.
              Wiktoria przysunęła się do Alicji i ściszyła nieco głos.
              — I nie mam zbyt dobrych relacji z Michałem, aby swobodnie rozmawiać, wiesz... W pracy, bliżej mu było do mojego pacjenta, niż przyjaciela. Często z nim rozmawiałam, ale... To było jednostronne. Wydaje mi się, że teraz mogłoby być podobnie.
              Blondynka zamilkła i spojrzała w głąb mieszkania. Na kanapie siedziało trzech mężczyzn, więc czwarty musiał być w łazience.
              — Może oni się czegoś od niego dowiedzą? Chyba znajdą wspólny język...

              Miszcz Gry
              -Może...zobaczymy. Ale hej, ludzie to uparty gatunek. Musimy jakoś dać radę. Nie pierwsza i nie ostatnia Pandemia. -zażartowała Alicja, chociaż było widać, że nie jest jej do śmiechu.

              Wiktoria Wrońska
              Wiktoria uśmiechnęła się blado, choć trudno było jej podzielać optymizm lekarki. Nawet ten wymuszony. Przez chwilę przyglądała się jej w zamyśleniu.
              — Wiesz, Alicja... Może właśnie tego powinnaś się trzymać? — odezwała się łagodnie. — Jesteś epidemiolożką. Masz wiedzę, której większość z nas nie ma. Może powinnaś spróbować znaleźć innych specjalistów, jakieś laboratorium, miejsce, w którym nadal prowadzą badania? Nie wiem, czy da się opracować lek, ale przecież ktoś musi przynajmniej spróbować.

              Aby wyrosły nam skrzydła, każdego dnia musimy rzucać się w przepaść.

              1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
              0
              • GaranilG Niedostępny
                GaranilG Niedostępny
                Garanil jako Mistrz Gry
                napisał(a) ostatnio edytowany przez
                #72

                Muzyka!

                Rozmowy i plany toczyły się jeszcze dłuższą chwilę. Wszyscy w tym małym mieszkaniu dążyli do tego samego - zaspokojenia podstawowych potrzeb (podstawowych dla mieszkańców Polski w XXI wieku rzecz jasna), które w Darpolu były praktycznie nie do spełnienia. Zjeść. Porozmawiać. Wyjść na balkon i pooddychać świeżym powietrzem. Poczuć choć namiastkę wolności. Oraz, po raz pierwszy od początku kwarantanny, poczuć choć namiastkę bezpieczeństwa. Choć namiastkę normalności.

                Plany na niepewną przyszłość zaczęły się formować od chwili gdy znaleźli bezpieczną przystań w mieszkaniu Michała Zielińskiego. Było jasnym, że mieszkanie ani nie jest dość duże, ani dość dobrze zaopatrzone, aby mogli całą szóstką po prostu się w nim zamknąć i przeczekać niepewną przyszłość. A właśnie taki scenariusz przedstawił przed nimi Zieliński, tuż przed pójściem spać. Paranoik zaskoczył ich przygotowując wszystkim gorącą herbatę i swoje domysły.
                -Wiecie co... Problem jest taki, że teraz będzie chaos. I będzie on tylko narastał. Wszyscy będą próbowali uciec z Warszawy. A w chaosie łatwo o wypadek, potknięcie, ugryzienie i zarażenie. Dlatego najbezpieczneij będzie skoczyć jutro do sklepu, obkupić się pod kurek dopóki pieniądze mają jeszcze jakąś wartość, a potem przeczekać najgorszy chaos. - wyjaśnił.
                Przerażające, jak wiele to miało sensu.

                Tak więc, z przyjemnym ciepłem herbaty rozlewającym się po żołądkach, mogli wreszcie położyć się spać. Dochodziła godzina 2 w nocy, kiedy wreszcie zgasły światła. Zieliński stanął na wysokości zadania jako gospodarz, wyciągając skądś pompowany materac, który oczywiście wszyscy panowie do spółki zaraz napompowali i pościelili. Ostatecznie miejsc do spania było w mieszkaniu mniej, niż było potrzeba. był rozkładany tapczan w dużym pokoju, pojedyncze łóżko w pokoju pełniącym rolę sypialni gospodarza, materac dali radę rozłożyć w kuchni po przesunięciu stołu. I to nadal było za mało o przynajmniej jedno miejsce. Udało się zmajstrować prowizoryczne posłanie w przedpokoju i ten wątpliwy zaszczyt zajął Sebastian. Zbył to jednak humorem, stwierdzając iż "rozwali się tu jak Koryncka ladacznica". Owczarek i Kruk zajęli materac, a Wójcik i Wrońska tapczan.

                I noc wydawała się spokojna, nie licząc odległego echa syren pojazdów służbowych, które tylko od czasu do czasu zbliżały się do bloku na Służewcu, który stał się ich bezpieczną przystanią. Wszystkich gnębiło to samo. Niepewność. Niepokój. Niejasne próby umysłu, aby wyprzeć wydarzenia ostatnich dni, uwierzyć, że rankiem, kiedy wstaną, będzie już lepiej, a problemy rozwiążą się same podczas nocy.

                Jednak Warszawa nie spała. A nawet jeżeli próbowała pogrążyć się we śnie, mimo czkawki którą odbijały się stolicy ostatnie cztery dni, miałó być tylko gorzej.


                Dzień IV, okołó godziny 4 rano

                Muzyka!

                Jeszcze nawet nie zrobiło się widno, kiedy wszystkich ich obudził niepokojący dźwięk, który dobiegał z oddali. Z początku po prostu zwykły świst, który zaczął nabierać głośności, przechodząc w przeraźliwy gwizd połączony z wyciem, jak gdyby kilkanaście czajników na raz zapewniało akompaniament dla chóru potępionych dusz. Dźwięk przechodził kolejne fluktuacje, zbliżał się. Szyby w oknach lekko zadrgały.

                Na ułamek sekundy, przez szpary w roletach, kuchnia i duży pokój, wychodzące w stronę lotniska, rozwietlił krwawo-oranżowy błysk i stało się jasno jak po zapaleniu światła. Podłoga zdawała się drżeć i falować, a konstrukcja starego bloku z wielkiej płyty zaczęła jęczeć pod napływem niewidzialnej siły. Sekundę później dotarł dźwięk. Bębenki wszystkich obecnych w mieszkaniu, ba, wszystkich w okolicy, uderzył potęzny, ogłuszający, rozdzierający ryk eksplozji, a szyby w oknach zadrżały. Po chwili jak na komendę, na całym Służewcu zaczęły wyć setki alarmów samochodowych.

                Widok z oddali był przerażający. Duży samolot pasażerski, który najprawdopodobniej próbował wylądować na lotnisku imienia Chopina, zboczył z kursu i zarył o asfalt spory kawałek dalej pomiędzy zabudowaniami mieskalnymi, wadząc o linie wysokiego napięcia, część zabudowań. To rozświetlenie wcześniej musiało być eksplozją Kerozyny, paliwa lotniczego.

                9b14758b-928c-4d87-b136-e8e06758db4e-image.jpeg

                Hałas wywołany przez alarmy samochodowe nie ustawał. Wręcz zagłuszył on sygnał wozów strażackich, policyjnych, oraz jednej czy dwóch karetek pogotowia, zmierzających na miejsce. katastrofy. Najgorsze jednak, że nie tylko służby zleciały się doń, jak muchy do miodu.

                Zieliński już stał na balkonie z lornetką i minę miał niezbyt tęgą.
                -Kurwa mać. Przesrane.
                Wrak zajął się ogniem, a strażacy podjęłi bohaterską próbę jego ugazenia. Ale w bocznych uliczach dało się zauważyć ruch. Powolny. Nieskładny. Z daleka, można by pomyśleć, że to po prostu ludzie, którzy podchodzą z ciekawości, oraz z ludzkiej potrzeby aby zobaczyć czy są w stanie udzielić komukolwiek pomocy. Gdyby nie fakt, że jedna z sylwetek rzuciła się na pobliskiego policjanta. Takich sylwetek było kilkanaście i zaczęły one atakować strażaków i policję. Do akompaniamentu alarmów samochodowych dołączyły wystrzały z broni krótkiej.
                Gdy Wójcik stanęła obok Zielińskiego, podał jej lornetkę.
                -Zobacz. Szwendacze się zeszły. - mruknął.
                Sebastian wyraźnie się skrzywił, gdy usłyszał określenie nawiązujące do serialu "The Walking Dead". Natomiast Alicja przez dłuższą chwilę obserwowała całe zajście.
                -Jest gorzej niż myślałam.- Podsumowała grobowym tonem.

                Sebastian westchnął i zapalił papierosa.
                -Co robimy? Zasnąć po katastrofie samolotu i w tym jazgocie, nie sposób. Świetna pobudka o 4 rano. Ale jest zaleta. Wszyscy co mają objawy zarazy, zlecieli się w jedno miejsce, jak muchy do miodu. Więc pewnie okolica będzie bezpieczna. I mamy klucz uniwersalny, którym da radę otworzyć Żabkę na rogu. - Zauważył. Jego wzrok padł na łom oparty obok wieży z garnków w przedpokoju, przy drzwiach wejściowych.

                Aby wyrosły nam skrzydła, każdego dnia musimy rzucać się w przepaść.

                1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                🆒
                1
                • NamiN Niedostępny
                  NamiN Niedostępny
                  Nami jako Wiktoria Wrońska
                  Mecenas
                  napisał(a) ostatnio edytowany przez Nami
                  #73

                  text alternatywny

                  Wiktoria Wrońska

                  ꧁ 🎶 ꧂

                  What big eyes you have
                  The kind of eyes that drive wolves mad
                  So just to see that you don't get chased
                  I think I ought to walk with you for a ways

                  Leśna ścieżka, którą kroczyła, wydawała się jej znana, a jednocześnie obca. Stukot czerwonych obcasów walczył o przestrzeń z trzepotaniem równie czerwonego płaszcza. Kobieta poprawiła kaptur, zaciągając go mocniej na głowę. Nie przerywała marszu. Miała wrażenie, że jej droga prowadzi do czegoś ważnego, a płócienna torba przewieszona przez ramię, ma ukryte w sobie drogocenne rzeczy.

                  Zatrzymała się gwałtownie, gdy na jej drodze ktoś stanął. Owiany mrokiem, rosły mężczyzna z poczochranymi, czarnymi włosami. Jego rysy twarzy były ostre, surowe i groźne. Zagrodził jej drogę półnagi, ubrany jedynie w podarte spodnie. Miał bose stopy, szerokie ramiona i umięśnioną, włochatą klatkę piersiową. Wydał z siebie groźny pomruk. Wiktoria na początku przestraszyła się. Jego szorstkość graniczyła z agresją. Kiedy nachylił się lekko, cień okrywający twarz ustąpił słabemu światłu.

                  — Michał? — ściągnęła brwi zdziwiona.

                  — Nie powinnaś chodzić sama. To niebezpieczne. — mruknął chrapliwie, patrząc na nią z góry. Zdawał się mieć ponad dwa metry wzrostu. Czuła się przy nim jak drobny lis, którego mógłby rozszarpać.

                  — Nie możesz mnie zatrzymać. Odsuń się. — rzuciła nazbyt odważnie. W gardle poczuła narastającą gulę, kiedy Michał zrobił krok w jej stronę. Zamarła.

                  — Mogę.

                  Blondynka czuła jak zdrętwiały jej nogi. Nie potrafiła się od niego odsunąć. Jego warkliwy głos zdawał się być coraz bliżej. Z tej odległości czuła jego zapach i ciepło. Zatrzymała na nim spojrzenie swoich niebieskich oczu, próbując grać niezłomną. Wtedy dostrzegła po bocznej stronie jego szyi czerwoną kropkę. Zupełnie odruchowo i gwałtownie spojrzała w bok.

                  — Maks?
                  — Wiktoria, odsuń się od niego! — krzyknął nagle, leżąc w krzakach z lunetą przy oku i celując w Michała.
                  — Maks, co ty robisz?!
                  — Poluję na wilka — odparł poważnie, przeładowując broń.
                  — Przecież to Owczarek!
                  — No właśnie.

                  Maks nacisnął na spust, jednak zamiast huku, rozległ się dźwięk telefonu. Wiktoria sięgnęła do kieszeni czerwonego płaszcza i odebrała połączenie.

                  — Ce, kiedy będziesz? — po drugiej stronie usłyszała tatę.
                  — Nie wiem, idę! Maks chce zabić Michała!
                  — O, to idziecie razem? — mama dołączyła do rozmowy, choć tuż po jej słowach połączenie zostało zerwane.

                  Wiktoria podniosła głowę i nie poznawała już miejsca, w którym była. Zajrzała do torby przewieszonej przez ramię, znajdując tam jedynie pęk kluczy, których nawet nie poznawała.

                  — Musimy iść.

                  Chrapliwy, męski głos huknął tuż obok jej ucha. Podskoczyła i spojrzała w bok. Michał stał z rękami w kieszeni, wzrok utkwiony miał gdzieś daleko.

                  — Gdzie?
                  — Po prostu.

                  Nie chciała, ale nogi niosły ją same. Szła ramię w ramię z mężczyzną, w milczeniu. Z każdym krokiem czuła, że jest jej coraz zimniej. Otuliła się czerwonym płaszczem, nie zwalniając tempa. Z powodu obcasów zaczęły boleć ją stopy. Nie potrafiła się zatrzymać, jakby nie miała już własnej woli.

                  — Znowu z nim idziesz?

                  Blondynka podniosła wzrok. Nieopodal stał Maks, oparty o drzewo palił papierosa. Drugą rękę miał ułożoną wzdłuż ciała, trzymał w niej broń. Zaciągnął się, po czym niespiesznie wypuścił dym. Zupełnie tak, jakby czas się dla niego nie liczył. Kiedy chciała spojrzeć w bok na Michała, dostrzegła tam zamiast niego Maksa.

                  — Uda nam się? — zapytała go, na co mężczyzna wzruszył ramionami. Sięgnął po paczkę szlugów i podsunął jej jednego, filtrem do przodu. Jego uśmiech był ciepły i kojący.
                  — Uda. — warknął Owczarek, który nagle pojawił się przy jej drugim boku. Wiktoria uśmiechnęła się słabo i kiwnęła głową.

                  Kiedy nagle rozległ się huk broni palnej, blondynka padła na ziemię, zakrywając głowę rękami. Gdy spróbowała spod nich wyjrzeć, Michał i Maks stali kilka metrów przed nią. Kruk miał w ręku pistolet, a Michał łom. Wiktoria spróbowała podejść do nich, ale nogi odmówiły jej posłuszeństwa. Chciała krzyknąć, lecz z gardła nie wydobył się żaden dźwięk. Nagle mężczyźni zwrócili się przeciwko sobie. Maks wymierzył prosto w Owczarka. A ona mogła jedynie patrzeć.

                  I właśnie wtedy zauważyła, że to nie Maks trzyma pistolet. To pistolet porusza jego rękami.
                  Michał także nie wyglądał, jakby panował nad swoim ciałem. Jego stopy przesuwały się po ziemi sztywnymi, nienaturalnymi ruchami. Podniósł rękę, chcąc wymierzyć cios.

                  Wiktoria dostrzegła przywiązane do ich dłoni czerwone nitki. Kiedy spojrzała na swoje ręce, sznureczki były takie same. Próbowała je zerwać, ale nie mogła. Ilekroć to robiła, pojawiały się nowe, zataczając wokół nadgarstków pętle. Powiodła za nimi wzrokiem aż do samego nieba. Tam też prowadziły nici Michała i Maksa.
                  Znów poczuła przenikliwy chłód.

                  Czerwone nici napięły się gwałtownie, unosząc ręce obu mężczyzn. Wiktoria dostrzegła, że Maks ponownie zaciska palec na spuście. Próbowała znowu krzyknąć, ale jej głos utonął w narastającym, przeraźliwym świscie.
                  Niebo nad lasem rozbłysło krwistą czerwienią.

                  text alternatywny

                  Huk był tak potężny, że aż otworzyła oczy.

                  Przez kilka sekund nie wiedziała, gdzie jest. Zamiast drzew widziała ciemny sufit mieszkania Zielińskiego, a zamiast czerwonych nici — drżące cienie na ścianach. To nie Maks strzelił. Coś wydarzyło się naprawdę. Zerwała się niezgrabnie z kanapy, ledwo mijając stolik kawowy stojący na środku salonu. Wyskoczyła na balkon, do stojącego tam już komitetu powitalnego. Ledwo samolot runął, a ci już na fajku i z lornetką.

                  — Co się dzieje, co to było?

                  Jej pytanie stało się retoryczne, kiedy sama ujrzała zdarzenie. Chwilę stała na balkonie, zapatrzona w katastrofę, próbując przyjąć do wiadomości. Obserwowała rojących się zarażonych wokół źródeł hałasu. Stała chwilę, ale kiedy na balkonie zrobiło się za ciasno, zwinęła swoje nie do końca wyschnięte ciuchy i pośpiesznie wróciła do mieszkania.

                  — Kurwa — przeklęła, nie kryjąc się z tym. Jej biurowy image przestał mieć znaczenie. Wbiła palce w blond włosy, łapiąc się za głowę. Kobieta jak błyskawica zaczęła się ubierać, nie zważając na to, ile oczu na nią patrzy. Miała wrażenie, że działa w przyspieszonym tempie, że nie ma czasu na kurtuazję. Odrzuciła czarny T-shirt, zakładając na siebie koszulę, która sięgała do połowy pośladków. Równie niedbale zrzuciła z siebie dresowe spodnie, wbijając się w ciasną spódnicę. Potem założyła majtki, które zmroziły jej tyłek, podobnie jak koszula pachy. Ocknęła się z amoku.

                  — Czyli co, każdy zarażony reaguje na hałas? To jak… Jak zabawa w chowanego ma być, aby przeżyć?! — nie wierzyła sama w to, co mówi. Nie wiedziała czy Sebastian wzruszył ramionami czy kiwnął głową, ale wykonał w stosunku do niej jakiś gest. Zaczynała brać sprawę na poważnie.

                  — Chodźmy do tego sklepu. Ja się już obudziłam. Jeśli się nie pospieszymy… Myślę, że nie tylko my wpadliśmy na ten pomysł. I mam wrażenie, że wiedzę czerpiecie z filmów, o których ja nie mam pojęcia.

                  Żachnęła się, biorąc do ręki adidasy Zielińskiego. Już chciała je założyć, kiedy zorientowała się, że to jedyne stojące w przedpokoju. Nie miał innych? Schował? A jebać to!, kolejne przekleństwo zamknęła w myślach. Wzięła swoje eleganckie buty i upierdoliła im obcasy. Teraz miała eleganckie baleriny. Popatrzyła na innych czy mają zamiar wziąć sprawy w swoje ręce. Być może we śnie odebrano jej kontrolę nad sytuacją, ale w życiu… Teraz… Musiała coś zrobić.

                  — Zieliński, idziesz? — dopytała dla pewności właściciela mieszkania — Co jeszcze wiesz lub przypuszczasz, czego nie nauczą na studiach? — zgarnęła torebkę, bo jej pojemność na zakupach też się przyda. Zaczęła też zbierać znalezione reklamówki

                  — Bastian, a ty? — włączyła tryb przesłuchującego.

                  Tych dwóch zdawało się kombinować, jakby już kiedyś przeżyli coś podobnego. Podejrzewała, że grając na padzie.

                  🥀If I had a flower for every time I thought of you, we could walk in our garden forever.

                  1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                  2
                  • Arthur FleckA Niedostępny
                    Arthur FleckA Niedostępny
                    Arthur Fleck jako Michał Owczarek
                    napisał(a) ostatnio edytowany przez
                    #74

                    text alternatywny

                    Michał Owczarek

                    Gdzieś za oknem syrena zawyła i ucichła a on dalej leżał z otwartymi oczami. Maks był wzorowym towarzyszem niedoli, nie chrapał, nie ściągał z niego koca, leżał po swojej stronie swojego materaca a mimo to sen nie nadchodził. Ratownik leżał na wznak i gapił się w sufit, po którym co jakiś czas przesuwała się niebieska poświata z ulicy. Od paru lat sypiał sam i przywykł już, że druga połowa łóżka zazwyczaj była pusta. Telefon leżał przy poduszce ekranem do góry i Michał sprawdzał go co kilka minut, aż w końcu przestał się oszukiwać, że chodzi tylko o rządowe alerty i komunikaty w mediach. Ola nie odpisała a on nie miał pojęcia dlaczego. W optymistycznej wersji po prostu zignorowała pijaka, przez którego zmarnowała najlepsze lata swojego życia a zamiast zaręczynowego pierścionka dostała tylko niespełnione obietnice i rozczarowanie. Najgorszy scenariusz wypierał z głowy, ale co jakiś pod powiekami pojawiała się chora, powykręcana nienawiścią do wszystkiego co żywe twarz Nowaka.

                    W końcu się poddał, zgarnął poduszkę z materaca i przemknął przez przedpokój do łazienki. Po drodze ściągnął swoją kurtkę z wieszaka. Wanna Zielińskiego była mniejsza od tej jego w mieszkaniu, ale miała tak samo opływowe kształty i chłodną emalię. W czasach gdy wracał z barów nad ranem a ona nie chciała wpuścić go do łóżka stanowiła wybawienie. Nie wiedział czy po trzeźwemu zadziała tak samo, ale gorzej niż na materacu być nie mogło. W zamkniętej łazience pozbawionej okien nie usłyszy syren ani nie zobaczy niebieskich świateł, które raz za razem przypominały mu że świat się kończy. Wszedł do wanny i ułożył się w niej z podkurczonymi nogami. Okrył się kurtką, głowę ułożył na poduszce. Nie musiał liczyć owiec, sen przyszedł szybko a skończył się się jeszcze szybciej gdy ściany łazienki nagle zadrżały od huku. Uniósł głowę i zamarł. Za drzwiami usłyszał kroki a potem czyjeś głosy. Cokolwiek się stało, postawiło wszystkich na nogi. Wygramolił się z wanny, zarzucił na siebie kurtkę a gdy otworzył drzwi łazienki od razu uderzyła w niego kakofonia wyjących alarmów. Ruszył w stronę balkonu a gdy stanął w progu pokoju zobaczył Wiktorię. Stała tyłem, w półmroku, który co chwilę rozdzierała pomarańczowa łuna zza okna. Koszula sięgała jej do połowy pośladków, ciasna spódnica była już na miejscu a Wiktoria pochylona wciągała pod nią majtki. Jednym szybkim ruchem, bez cienia wstydu, jakby w mieszkaniu nie było nikogo poza nią. Jasna skóra uda mignęła mu w świetle pożaru. W jego źrenicach zapłonęło coś, co mogło być odbiciem łuny ognia za oknem. Mogło, ale nie musiało. Patrzył, jak materiał znika pod spódnicą i dopiero wtedy wszedł do pokoju. Minął ją bez słowa i wszedł na balkon, gdzie stali Sebastian, Zieliński i Alicja. Spojrzał w tym samym kierunku co oni.

                    O ja pierdolę.

                    Samolot.

                    Leżał między budynkami, rozdarty na pół i płonął. Chwycił się barierki, bo przez sekundę miał wrażenie, że balkon odpływa mu spod bosych stóp. Codziennie jeździł karetką do wypadków, raz do nastolatków, którzy urządzili sobie rajd po Warszawie i żywcem spłonęli w aucie, ale widok wraku który w ułamku sekundy zamienił się w krematorium i pochłonął dziesiątki ludzi, przerastał wszystko. Przez chwilę żałował, że jednak nie został w Darpolu. Odkleił dłonie od barierki, wyrwał Alicji lornetkę z rąk. Kiedy złapał ostrość, zajęło mi chwilę by zrozumieć, że nie patrzy na akcję ratowniczą, tylko na krwawą jatkę. Zarażeni dopadli ekipy ratownicze i rozszarpywali je na tle płonącego wraku. W głowie Michała pojawiła się myśl. Gdyby nie kwarantanna, gdyby w tamten poniedziałek wrócił ze Zbyszkiem do bazy mógłby teraz być w jednej z karetek na Służewcu.

                    Może nie był jednak takim pechowcem jak mu się wydawało.

                    1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                    2
                    • MilobM Niedostępny
                      MilobM Niedostępny
                      Milob jako Maksymilian Kruk
                      napisał(a) ostatnio edytowany przez
                      #75

                      Maksymilian „Maks” Kruk

                      token_1.png

                      Herbata Zielińskiego była za słodka i parzyła w palce, ale nic w ostatnich dniach nie smakowało lepiej. Maks słuchał, jak gospodarz wykłada im swój plan – sklep, zapasy, przeczekać najgorsze – i z każdym zdaniem zgadzał się bardziej. Proste, logiczne, bez fajerwerków. Wyglądało na to, że Zieliński też nie potrzebował trzeciego papierosa, żeby zacząć planować.

                      Przed snem postawili z Wiktorią wieżę z garnków pod drzwiami. Wyszła krzywa, ale stała. Maks oparł obok łom, sprawdził jeszcze raz telefon – wiadomość do matki dalej wisiała na „wysyłaniu” – i poszedł pomóc przy materacu. Sebastianowi przypadł przedpokój, co skwitował tekstem o korynckiej ladacznicy, a Maks, ku własnemu zaskoczeniu, parsknął śmiechem. Robił się z niego jakiś wesołek.

                      Zasnął, jak tylko przyłożył głowę do materaca. W wojsku uczą tego szybciej niż strzelania. Raz obudził go szelest – Owczarek zbierał poduszkę i wymykał się z kuchni. Maks uchylił jedno oko, zarejestrował, że nic się nie pali, i zasnął z powrotem.

                      Obudził go dźwięk.

                      Znał go. Mył szyby w Mordorze, przy samym Okęciu, a samoloty schodziły tam do lądowania tak nisko, że czasem czuł, jak drży lina. Tylko że ten dźwięk był nie w tej tonacji. Silniki nie szumiały – wyły. Za nisko. Za blisko. Za szybko.

                      Usiadł na materacu, zanim zdążył pomyśleć. Szyby w kuchni zadrżały.

                      Potem przez szpary w roletach wlało się światło – krwawopomarańczowe, jasne jak w południe. Ciało zareagowało samo. Przetoczył się z materaca pod parapet i zakrył głowę ramionami.
                      — Od okien! — ryknął w stronę pokoju.
                      Jego krzyk utonął w huku.

                      Blok jęknął jak stary statek. Podłoga przez sekundę falowała, a szyby zabrzęczały w ramach – ale wytrzymały. Na szkoleniu powtarzali to do znudzenia: przy wybuchu najczęściej zabija szkło. Leżał jeszcze chwilę, licząc oddechy, aż na zewnątrz rozwyły się alarmy samochodowe. Najpierw jeden, potem dziesięć, potem chyba wszystkie na Służewcu.

                      Dopiero wtedy wstał i podciągnął roletę na kilka centymetrów.

                      Kawałek dalej, między blokami, płonął samolot. Duży, pasażerski, przełamany jak zapałka. Nad wrakiem iskrzyły zerwane linie wysokiego napięcia, a ogień lizał ściany najbliższych budynków. Maks patrzył na to i przez długą chwilę nie potrafił myśleć o niczym innym niż o tym, ilu ludzi było w środku.

                      Potem odruchowo sięgnął po telefon. Naładowany do pełna. Wiadomość do matki: „Dostarczono”. Odpowiedzi brak. O czwartej rano to jeszcze nic nie znaczyło. Powtarzał to sobie, wciągając spodnie i sznurując buty.

                      W progu dużego pokoju omal nie wpadł na Owczarka. Ratownik stał bez ruchu i patrzył. Maks podążył za jego wzrokiem – Wiktoria w pośpiechu się przebierała – i od razu odwrócił głowę. Owczarek nie odwrócił. Patrzył o sekundę za długo, zanim w końcu ruszył na balkon. Maks zanotował to sobie. Nic nie powiedział.

                      Na balkonie zrobiło się tłoczno, więc został w drzwiach. Lornetki nie potrzebował, żeby zrozumieć, co widzi. Z bocznych uliczek wyłaniały się sylwetki – powolne, nieskładne, sunące w stronę ognia jak ćmy do lampy. Jedna rzuciła się na policjanta. Potem rozległy się strzały. Krótka broń, pojedyncze, nerwowe. Za mało.

                      Z balkonu doleciało go słowo „szwendacze” – Zieliński najwyraźniej miał już na to nazwę. Sebastian się skrzywił, ale Maks uznał, że słowo pasuje. Wolałby, żeby nie pasowało. Wójcik stwierdziła, że jest gorzej, niż myślała, i Maks pomyślał, że to chyba najbardziej optymistyczne zdanie, jakie usłyszy dzisiaj.

                      — Na to wygląda — odezwał się, kiedy Wiktoria zapytała, czy każdy zarażony reaguje na hałas. — Idą na dźwięk. Może i na światło. Czyli na ulicy żadnych latarek i żadnego gadania.
                      Spojrzał na Sebastiana.
                      — A z tą bezpieczną okolicą bym nie przesadzał. Alarmy wyją na całym Służewcu. Jeśli ich ciągnie hałas, to mają teraz z czego wybierać. — Zamyślił się na moment. — Ale jest i dobra strona. Przy tym jazgocie nikt nie usłyszy, jak otwieramy Żabkę.

                      — Wiktoria ma rację — dodał, kiedy wspomniała o sklepie. — Za godzinę zrobi się jasno i pół Służewca wpadnie na ten sam pomysł. Teraz policja i… one są zajęte samolotem. Lepszej chwili nie będzie. — Na uwagę o filmach wzruszył ramionami. — Ja tam wiedzę mam z poligonu. Filmy najwyżej ją potwierdzają.

                      Kątem oka zobaczył, jak Wiktoria odkłada adidasy Zielińskiego, bierze swoje eleganckie buty i bez ceregieli odłamuje w nich obcasy.
                      — Pierwsza rozsądna rzecz, jaką ktoś tu dziś zrobił — mruknął z uznaniem. — Porządne buty i tak ci załatwię. Obiecałem.

                      Poszedł do przedpokoju, podniósł łom spod drzwi i zważył go w dłoni.
                      — Klucz uniwersalny — przyznał Sebastianowi. — Tylko że otwiera nie tylko drzwi. — Potem zwrócił się do wszystkich: — Idziemy w trzy, cztery osoby, nie więcej. Wchodzimy, bierzemy, wychodzimy. Dziesięć minut, nie dłużej. Najpierw woda, potem konserwy, baterie, plastry i coś przeciwbólowego. Zapalniczki. Papierosy. — Zerknął na Sebastiana. — Nie patrz tak, to inwestycja. I skarpety, jeśli będą. — Ostatnie zdanie skierował do Wiktorii. — A na ladzie zostawimy kasę. Póki pieniądze mają jakąś wartość, niech mają.
                      Powiódł wzrokiem po pozostałych.
                      — Ktoś musi zostać przy drzwiach i otworzyć nam bez pytań, jak wrócimy. Najlepiej ktoś z lornetką na balkonie, żeby widział, czy coś za nami nie idzie.

                      Wiktoria zbierała już reklamówki i wypytywała Zielińskiego oraz Sebastiana tonem, jakim pewnie prowadziła rozmowy kwalifikacyjne. Nie musiał pytać, czy idzie.
                      — Idziesz za mną — powiedział tylko. — Jak powiem „stój”, stoisz. Jak powiem „wracamy”, wracamy. Na dyskusje będzie czas potem.

                      Ukląkł przy drzwiach i zaczął rozbierać wieżę z garnków, pokrywka po pokrywce, tak cicho, jak się dało. Jedna brzęknęła i wszyscy na moment zamarli, ale alarmy na zewnątrz zagłuszyły ją bez trudu. Za drzwiami wór ze smrodami, który wystawiła Wiktoria, wciąż trzymał wartę.
                      — Wychodzimy za dwie minuty — rzucił przez ramię. — Kto idzie, niech zakłada buty.

                      1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                      2

                      Cześć! Wygląda na to, że jesteś zainteresowany tą rozmową, ale nie masz jeszcze konta.

                      Masz dość przewijania tych samych postów za każdą wizytą? Po zarejestrowaniu konta zawsze wrócisz dokładnie do tego samego miejsca, w którym byłeś wcześniej, możesz wtedy również wybrać opcję otrzymywania powiadomień nowych odpowiedziach (e-mailem lub powiadomieniem push). Będziesz też mógł zapisywać zakładki i głosować na posty, aby okazać uznanie innym członkom społeczności.

                      Z Twoją pomocą tez post mógłby być nawet lepszy 💗

                      Zarejestruj się Zaloguj się
                      Odpowiedz
                      • Odpowiedz, zakładając nowy temat
                      Zaloguj się, aby odpowiedzieć
                      • Najpierw najstarsze
                      • Najpierw najnowsze
                      • Najwięcej głosów


                      • Zaloguj się

                      • Nie masz konta? Zarejestruj się

                      • Aby wyszukiwać zaloguj się lub zarejestruj.
                      Powered by NodeBB Contributors
                      • Pierwszy post
                        Ostatni post
                      0
                      • Kategorie
                      • Ostatnie
                      • Tagi
                      • Popularne
                      • Świat
                      • Użytkownicy
                      • Grupy
                      • Strona startowa