[Wampir] Martwe Wody: Sezon 2
-
Zima zaczęła się od przymrozków i zniszczenia pobliskiej enklawy Anarchistów. Ann nie znała żadnego z nich. Po prawdzie nie wiedziała nic o sąsiednich społecznościach Kainitów, poza nowojorską oczywiście. Enklawa została zaatakowana przez draugri, wampiry których umysły zostały przejęte przez Bestię. Stwory te, jak się okazało, powstały z dawnej społeczności potężnych Nosferatu, która została zniszczona podczas wypadku w kopalni. Szczegółów tej tragedii Ann nie znała, za to dowiedziała się na własnej skórze jak niebezpieczne potrafią być te kreatury. I jak ich pojawienie wywołało poruszenie zarówno wśród społeczności Stillwater jak i w samym Nowym Jorku. Na tyle poważne to były wieści, że zaowocowały spotkaniem Primogenów i Księcia na zebraniu. Nawet jeśli ono było teoretycznie nieformalne. Ann miała zaszczyt uczestniczyć w tym zebraniu i poznać oblicza tych którzy władają Nowym Jorkiem. A przynajmniej tych, którym się wydaje że nim władają. Gdzieś poza wampirami czaiły się inne siły. Tajemnicza Technokracja, wedle znajomych magów, władająca miastem i światem… organizacja o której tylko słyszała dotąd i choć miała krótką okazję zapoznać się z jej siepaczami, to nie odczuwała ich mrocznego cienia na swoich plecach. W przeciwieństwie do Loży, której macki przenikały wampirze klany. W przeciwieństwie do Loży dla której to upadek Cyrila był jedynie nieudanym eksperymentem.
I co więcej, Ann zyskała okazję by im się odpłacić pięknym za nadobne. Bo czymże innym było okradzenie siedziby ich poprzedniego mistrza tuż pod ich nosami?
Ostatnią zagadką która objawiła się tej zimy był Pentex. Fundusz inwestycyjny stojący za kopalnią z którą to wojowały miejscowe wilkołaki. Organizacja bardzo potężna i równie bardzo tajemnicza. I bardzo groźna. Przy jej, ponoć szalonych, planach wszelkie konflikty jakie toczyły wokół Stillwater i w Nowym Jorku wydawały się… trywialne. I pomyśleć że Pentex był tylko organizacją zwykłych śmiertelników skupionych wokół szalonego kultu.
Powrót do domu był pospieszny, bo musieli zdążyć przed świtem. Potem Ann udała się do piwnicy i ułożyła w swoim legowisku, by znów dać się pochłonąć koszmarom.
Nieprzyjemnym i przerażającym ale w znajomy sposób. I nie zepsuły jej nastroju po pobudce kolejnej nocy. Williama już nie było w jego legowisku i sądząc po odgłosach dochodzących z góry już się obudził. I przebywał w kuchni. Z radia leciała muzyka, a sam Toreador pakował do lodówki worki z krwią.
-Śpioch z ciebie.- rzekł na powitanie. - Clyde zdążył już przywieźć nam nowe zapasy.-
Dodał jeszcze wkładając ostatnie woreczki. - Zakładam, że dobrze się wczoraj bawiłaś? Ja też planuję bawić się dobrze.-
Potarł podbródek. - Dzisiaj w nocy nadadzą “Przeminęło z wiatrem”. To mój ulubiony film. A Clark… och… Clark. Mój ulubiony aktor. Szkoda że już nie żyje. Był to bardzo sympatyczny i bardzo charyzmatyczny mężczyzna.-
Spojrzał na Ann. - Może chciałabyś obejrzeć ze… A fakt, nie możesz.-
Zamknął lodówkę. - Masz zadanie zlecone przez Księcia. Wczoraj Larry wywołał awanturę w Róży i pobił innego Kainitę przy okazji demolując bar oraz cóż… naginając zasady Maskarady. Obecnie siedzi w areszcie. Trzeba go stamtąd odebrać i zawieźć do jego warsztatu, gdzie ma przebywać aż do odwołania. Ma areszt domowy, a tej nocy ty masz dopilnować, by wypełnił to polecenie Księcia.- -

Ann Paige
(Annabelle Baudelaire)
.
Wampirzyca patrzyła zaskoczona.
- To nie żart jakiś, prawda? - założyła ręce na piersi - Wy naprawdę chcecie, abym ogarnęła Larry'ego? Abym utrzymała go w miejscu, w jakim pewnie nie będzie chciał być? Dobrze rozumiem? Czy kołek będzie?
- Lubi cię. Na swój sposób. Wykaż się manipulacją Lasombry. - rzekł żartobliwie William opierając dłonie o blat.- W ostateczności postrasz telefonem do szeryfa jak nie będzie grzeczny.
- Też go lubię... - westchnęła - Spróbuję, spróbuję. Co on w ogóle zrobił? Zmasakrował budynek, zęby pokazał? I co mu grozi?
- Lukrecja grozi mu rachunkami i obdarciem ze skóry. To na pewno.- zaśmiał się Blake. - Pobił się z nowojorskim Toreadorem i trzeba przyznać… mocno go sprał. Przy okazji obaj mogli nieco za bardzo odsłonić przed śmiertelnymi. Na szczęście sytuację udało się opanować na miejscu z pomocą sugestywnego użycia dyscyplin. Niemniej Larry wie, że stąpa po cienkim lodzie więc powinien wierzgać za bardzo.
- Toreadora? Serio? - parsknęła śmiechem - Nie sądziłam, że taki macho was widzi za coś wartego sprania.
- Pokłócili się przy stoliku. Zdaje się że Larry i ten goguś dobrze się znają. Nie znam szczegółów niestety.- machnął ręką William. - Problemu z tego nie będzie. Ów Kainita nie jest mi znany, więc pewnie nie ma szerokich pleców w Domenie Księcia.
- Więc nikt nie spróbował dowiedzieć się czegoś więcej o tej drace?
- To delikatna sprawa.- przyznał William.- I Larry i tamten nie chcą o tym mówić. Jedyne co wiem, to że pokłócili się w kwestii wspólnych interesów. A oboje wiemy, jakie interesy prowadzi Larry.
- Gdyby nie randka z magiem to pewnie bym widziała akcję naocznie... Taka zabawa ominęła. - westchnęła teatralnie.
- Rzadko jest okazja zobaczyć wkurzoną Lukrecję wymachującą Thompsonem i klnącą po włosku i w paru innych językach.- zaśmiał się William.
- A ona jest urocza jak się złości. - zachichotała.
- Niewątpliwie.- odparł William i uśmiechnął się.- Pociesz się tym, że Książę jutro zleci mi pilnowanie Larry’ego. Będziesz miała całą moją chatę dla siebie.
- Czy on grzecznie w celi teraz siedzi?
- Jeśli ma trochę oleju w głowie to tak.- przyznał Toreador.- A przypuszczam, że ma.
- Bo ja za nim biegać nie mam zamiaru…
- Jak go nie będzie na miejscu, dzwoń do szeryfa. - poradził jej William.
Ann już się przygotowywała na problemy jakie zastanie na posterunku. Jechała swoim samochodem wymieniając w myślach wszystkie tragiczne scenariusze jakie mogły ją spotkać... i starając się wymyślić wszystkie możliwości wyjścia z tej afery cało.
Budynek posterunku policji w Stillwater był parterowy i długi. Jedno duże pudło z dwoma parkingami. Jeden do ogólnego użytku, drugi policyjny. Gdy Ann dojeżdżała zaczął padać śnieg prósząc delikatnie. Światła na posterunku i wokół niego się świeciły. Nie dostrzegła żadnych rozbitych okien czy rozwalonych samochodów. Dobry znak.
Bezklanowa szybko zaparkowała i ruszyła do środka posterunku. Miała nadzieję, że jednak Brujah jest okiełznany. Nie była tak szalona, aby uważać, że dałaby mu radę w walce jeden na jeden i nie miała zamiaru tego sprawdzać... Najpierw musiała zapytać o niego i odnaleźć cele.
Na razie trafiła na znudzonego policjanta w recepcji. Przyjrzał się jej podejrzliwie, pocierając kciukiem mały wąsik pod nosem. Wydawał się jej znajomy, ale… Ann nie miała pojęcia skąd. Nie przyglądała się szczególnie miejscowym śmiertelnikom.
- W czym pomóc?- zapytał mężczyzna.
- Szeryf na posterunku czy patrolu? - zapytała od razu.
- Szeryf w domu, zastępca szeryfa na patrolu. Jak zawsze. On nie potrafi usiedzieć na miejscu.- wyjaśnił mężczyzna. No tak. Joshua nie był nominalnie szeryfem. Jego “żona” była. On był zastępcą.
- Przyjechałam po znajomego jaki wczoraj narobił burdy w mieście i go zgarnęliście. - wyjaśniła nie próbując dalej ciągnąć tematu szeryfa - Jest już do odebrania? Larry Dukes.
- Super. Baliśmy się, że zostanie dłużej. Zdjęłaś mi kamień z serca.- policjant odetchnął z ulgą. - Pierwsze drzwi na prawo i w dół. Cela nie jest zamknięta.
- Grzeczny był czy robił problemy?
- Na razie nie robił. Ale… - rzekł policjant. - Jak zacznie się nudzić.
- To teraz moim kłopotem będzie... - westchnęła i poszła wedle wskazówek śmiertelnika. Och, Larry...
Za drzwiami były schody prowadzące do piwnicy, w której pewnie były specjalne cele. Bądź co bądź te na parterze były oświetlone. Schodząc po schodach Ann słyszała gwizdanie dochodzące z dołu.
Ann skierowała się w stronę dźwięku nie próbując nawet ukryć odgłosu własnych kroków.
Gwizdanie nie zostało przerwane, nawet gdy się pojawiła w polu widzenia. Larry siedział nonszalancko na pryczy w otwartej celu. Jedyne co świadczyło o wczorajszych wydarzeniach to jego poszarpane ubranie.
- Co tam? Jak książę planuje dać mi po łapkach? - zapytał z uśmiechem.
Ann weszła do celi i stanęła bliżej Larry'ego.
- Przyszłam cię stąd zabrać, robimy oficjalną ucieczkę, co ty na to?
- Jak dla mnie może być.- Kainita wstał i przeciągnął się, aż stawy zatrzeszczały. - Strasznie tu nudno. I ghule księcia chodzą przy mnie na paluszkach.
- A czego się spodziewałeś? - pokręciła głową - Jesteś niestabilnym pojebem i musisz sobie z tego sprawę zdawać. I dziwisz się reakcjom ghuli?
- Jestem wojownikiem. - odparł Brujah z uśmiechem.- Nie moja wina, że jestem częścią ginącego gatunku zastępowanego przez lalusiów.-
Wyszedł z celi. - To co teraz, robimy rozwałkę aż do wyjścia z posterunku?
- Nie tym razem. Konie puścisz innym razem, ogierze. - zażartowała - Zabieram cię do twojego warsztatu, gdzie masz szlaban przesiedzieć.
- Areszt domowy? Dziecinada.- zamarudził ruszając przodem i w sumie zachowując się jak smarkacz który… dostał karę od rodziców. - Lepsze to niż danie głowy pod topór.
- Nie wiem czy to nie tylko tymczasowe, a on wymyśli coś później więcej. - zasugerowała zmierzając do swojego samochodu - Po co biłeś Torka? To żadne wyzwanie.
- Bo się mu należało. Ten cyrk na złomowisku… to jego wina. To on spaprał sprawę.- odparł butnie Brujah ruszając za nią.
- Jak to on? Co takiego zrobił? Kto to w ogóle?
- Nie domyśliłaś się? On zajmuje się sprawami handlowymi. Siedzę tutaj, więc ktoś inny musi mi naganiać klientów i dogadywać interesy.- wzruszył ramionami Kainita. - Jest pośrednikiem między moją pustelnią a kryminalnym światkiem Nowego Jorku.
- To co w sumie zrobił, że do tego do tego doprowadził?
- Nie znam szczegółów, nie obchodzą mnie wymówki… tylko rezultaty. A tym rezultatem była strzelanina. Fajna zabawa, ale… niedobra dla interesów. Więc go trochę potarmosiłem za karę… byłoby lżej, gdyby się nie stawiał.- wzruszył ramionami Larry dochodząc do auta i zażartował.- To teraz kochanie do mnie czy do ciebie?
- Do ciebie, skarbie. - wpuściła Larry'ego na fotel pasażera, sama wchodząc za kółko - Ale żałuję, że tego nie widziałam. Wkurzona Lukrecja z Thompsonem?
- Jak na kogoś kto w Camarilli robił za księgową potrafi być straszna. Nie bardzo wierzę w jej średniowieczny rodowód, ale w to że za życia nie była potulnym dziewczęciem… - zaśmiał się Larry. -... tego jestem pewien. Gdybyśmy wtedy się spotkali, poleciałbym na taką laskę jak ona.
- Ważne, że ją to bawi, ale serio aż tak straszna? Na pewno jest dość zabawna jak się złości! - zaśmiała się rozpalając silnik.
- Lukrecja w jednym była szczera. Jest Włoszką aż do szpiku kości. I tak jak wszystkie Włoszki jest bardzo emocjonalna. A w chwilach gniewu szałem dorównuje Brujah.- zaśmiał się Larry.
- Jak dla mnie jest po prostu nadętym, rozpieszczonym dzieciakiem. Nie widziałam jej personalnie w walce, więc w moim spojrzeniu płacze, jak złamie paznokieć!
- Jest starsza od ciebie i ode mnie.- przypomniał jej Larry z uśmiechem.- I choć pozuje na wielką damę, to jest kobietą ulicy. Wiem to, bo i ja się wychowałem na ulicy. Lukrecja to twarda babka, wbrew pozorom.
- Nie mów mi, że ty tak bardzo szanujesz wiek. - parsknęła kierując samochodem w stronę warsztatu Larry'ego - Kto jak kto, ale ty raczej nie stajesz na baczność przed starszym wampirem tylko z powodu jego metryki śmierci.
- Mam swoją dumę. - zaśmiał się Larry i dodał. - Mogę stawiać się szeryfowi i każdemu innemu Kainicie, ale nie mam złudzeń. Stare wampiry są twarde. Wampiry które przetrwały to co ona… też. Inni spiskowcy nie żyją, ona zaś tak. Książę musiał mieć jakiś powód. I nie była to lit…-
Jego wypowiedź przerwał dzwoniący telefon Ann.
Łamiąc przepisy prawa drogowego Ann złapała za telefon by go odebrać, jedynie kątem oka patrząc na wyświetlony numer. Joshua.
- Już go wiozę, już wiozę. - odezwała się jak zostało nawiązane połączenie.
- To wieź na most, ten na którym się tłukliśmy z Tzimisce. Sabat wrócił. Przyda mi się pomoc. Teraz.- usłyszała w odpowiedzi.
- Taaa jest! - Ann szybko wyłączyła telefon i nagle wykręciła samochodem - Jedziemy na rozróbę, Larry! Sabat wrócił! - zachichotała naciskając gaz.
- Jak miło z ich strony. Masz jakąś spluwę dla siebie?- zapytał Larry uśmiechając się drapieżnie.
- A ty masz? Bo ja tylko podstawową pukawkę.
- Działo numer jeden i działo… numer dwa.- Larry dumnie uniósł ręce w górę napinając muskuły. - Więcej mi nie potrzeba.
Gdy Larry i Ann nadjechali, to mieli przed sobą scenę wypadku. Jeden samochód wbił się w drzewo, dwa inne zostały staranowane przez radiowóz. Pośrodku tego chaosu był Joshua unikając uzbrojonych w maczety mężczyzn wyjących jak dzikie zwierzęta i kilka sporych wilków. Byli szybcy… ale on był szybszy od nich i celnie strzelał z obrzyna rozrywając śrutem brzuch jednego z napastników.
Ann nacisnęła gazu, aby z piskiem opon zatrzymać się przed walczącymi i otworzywszy drzwi krzyknąć wskazując na sabatnikow.
- Bierz ich, Larry!
Wampirowi nie trzeba było dwa razy powtarzać. Wyskoczył z auta z triumfalnym rykiem i pognał na sabatników. Wilkowi który skoczył ku niemu urwał łeb nie zatrzymując się nawet.
Ann niezbyt spieszyło się wejść w środek tej walki. Na pewno nie w sposób w jaki wskoczył Larry. Ponownie nacisnęła gaz i ruszyła na najbliższych sabatników z zamiarem staranowania ich.
Wyminęła Brujaha, ale tylko dlatego że zwarł się w walce z dwoma przeciwnikami. Rozpędzona uderzyła w dwóch Sabatników. Jeden koziołkując odleciał do tyłu. Drugi z połamanymi nogami wbił się pazurami w maskę. Widziała jego twarz przed sobą, oczy gorejące wściekłością i szaleństwem. Ten tutaj oddał się szałowi Bestii.
- Zwierzę... - mruknęła do siebie z odrazą wymalowaną na twarzy. Nagle zatrzymała samochód i szarpnęła jadąc do tyłu z nadzieją, że ten oszalały wampir spadnie z maski.
Nie spadł, trzymał się mocno wbijając pazury w metal i wspinając się ku Ann za przednią szybą. Wampirzyca widziała jak z jego ust kapie krwawa jucha, ale w swoim szaleństwie Sabatnik nie przejmował się utratą cennej Vitae. Za sobą słyszała odgłosy śrutówki i triumfalne ryki Larry’ego. Jej sojusznicy jeszcze żyli.
Ann nie zakładała, że jakaś dzicz z Sabatu zabiłaby tych dwóch Brujah. To byłoby nie do pomyślenia, tak naprawdę. Bardzo poniżające. Niemniej ten na jej masce zaczynał działać jej na nerwy... W takich momentach żałowała, że jej umiejętności nie są tak bojowo zabójcze, jak te Brujah czy Tremere.Znowu wcisnęła gaz do dechy i wykonała ruch, jaki byłby samobójstwem dla każdego żyjącego. Na tym pędzie otworzyła swoje drzwi i wyskoczyła poza samochód pozostawiając maszynę pędzącą bez kierowcy z rzepem na masce. Auto walnęło z wampirem o drzewa i zapaliło się. Zakleszczony na masce Kainita nie zdołał uciec z pożaru. Ann przetoczyła się po śniegu i rozejrzała się. Wilki były martwe. Larry urywał głowę kolejnemu wampirowi nie przejmując się tym, że pazury kolejnego przeciwnika zraniły jego tors. Brujah szalał z uśmiechem na twarzy, całkowicie poddając swoim instynktom. Joshua był bardziej metodyczny… ale nie mając już amunicji używał obrzyna jak maczugi.
Ann… nie zwróciła ich uwagi, poza jednym. Tym którego zmieniła w latający kołowrotek. Podniósł się on już z ziemi i nie przejmując złamaną prawą ręką ruszył ku niej wyjąc upiornie niczym jakiś wilk? Ann zauważyła coś jeszcze, coś kryło się w cieniu drzewa. Jakaś sylwetka. Dostrzegła jej spojrzenie i znikła.
Tu był ktoś jeszcze? Ann nie miała czasu nad tym myśleć za bardzo... Szczerze to nie miała ogólnie czasu. Brujah byli blisko, ale zajęci walką. Ona stanęła oko w oko z kimś, komu jeden na jeden w równej walce nie miała szans dać rady. Nie miała też szans uciec. Potrzebowała dać sobie trochę czasu z dala od wzroku wampira i spróbować się odsunąć z miejsca. Nie miała ani takich mocy jak jej dwaj towarzysze, ani broni jak miał Joshua, aby martwym robić krzywdę. Chociaż sekunda...
Ann spróbowała utworzyć kawałek ciemności, jaki objąłby teren, gdzie znajdował się przeciwnik. Nie udusi się w nim, ale straci ją z oczu i będzie mogła się skryć.
To się jej udało… aczkolwiek do jej uszu dotarła odpowiedź na jego dźwięki. Wycie wilków.
Niemniej póki co, na obecną chwilę ów Sabatnik nie stanowił problemu.
Bezklanowa pamiętała co robił Garry... i pewno wycie sabatnika miało podobny cel. Wołał wsparcie głuszy? Ann postanowiła zniknąć z oczu atakujących i okryć się otoczeniem roślinności. Pusta przestrzeń na moście nie wydawała się dobrym miejscem, nieważne co Larry by sądził…
Wsparcie jakie przywołał wampir, nie było na szczęście szczególnie imponujące. Ot, sfora wilków. Te ruszyły ku wampirom, ale… nagle coś je wstrzymało. Inne wycie, głośne i groźniejsze… ryk wilkołaka.
Na to już tym bardziej Ann skryła się wtulona plecami w pień drzewa. Będzie ciekawie oglądać, na pewno nie być na drodze…
Przyzwane wilki rozpierzchły się w panice. Niedobitki Sabatu przyglądały się z zaskoczeniem jak [url=https://i.pinimg.com/originals/c6/93/e6/c693e6e4b123de8f878775b4a1faff4a.jpg] szarżujący wilkołak[/url] gnał w kierunku rozróby. Skąd tu się wziął? Po co przybył? Po czyjej był stronie?
Na pewno nie Sabatu. Wampir który wyrwał się w końcu z bąbla ciemności pierwszy natknął się na wilkołaka, by po chwili stracić obie ręce i głowę…. zmiażdżoną szczękami samozwańczego obrońcy głuszy. Wilkołak ruszył z rykiem na ostatnich członków Sabatu, a ci rzucili się do ucieczki.
- Hej! To moi…- wrzasnął Larry, ale niewiele zdążył zrobić, gdy wilkołak dopadł i rozerwał pierwszego, a potem szybko zajął się drugim. - Skąd on się… ty…-
Wskazał na szeryfa.- To twoja wina, prawda?-
- Zadzwoniłem do Garry’ego… a Garry… do swoich futrzanych przyjaciół.- przyznał Joshua chwytając się za bok i dysząc ciężko. Sabat może i nie zdołał zabić żadnego z Brujah, ale z pewnością ich szpony zdołały ich mocno wykrwawić. Kto wie, jak dalej potoczyłaby się ta bitwa.
- Jeden umknął... - odezwała się Ann zrzucając z siebie niewidzialność i idąc w stronę szeryfa - Ale on po prostu obserwował walkę, nie brał udziału.
Szeryf pokręcił w zaprzeczeniu głową i podszedł do jednego z zabitych Kainitów, sięgnął do ucha wyjmując z niego słuchawkę.
- Wprost przeciwnie. On kierował całym zajściem. Pewnie jakiś Lasombra, może Ventrue, ewentualnie Nosferatu. Tzimisce i Brujah mają za duże ego, by kierować bitwą z ukrycia.- wyjaśnił sarkastycznie rzucając przedmiot na ziemię.
Wilkołak w swojej dzikiej formie podszedł do trójki wampirów mówiąc warkotliwie. - To chyba wszyscy… ostatnio… jest ich jakby więcej. Poza naszym terenem, ale blisko granicy. Więc… uważajcie na siebie. Mimo wszystko, wolimy was.
Ann chciała już coś odpowiedzieć szeryfowi, gdy wilkołak zaczął warczeć... mówić do nich. Spojrzała na górującą nad nimi sylwetkę i uśmiechnęła się nerwowo.
- Naprawdę doceniamy to. - odparła wyobrażając sobie siebie rozrywaną tymi szponami.
- Sprawdźmy czego tu szukali.- zaproponował szeryf wskazując na jeden z rozbitych samochodów. - Ten pojazd ścigali.
- Wiemy kto był w środku? - zapytała Ann.
- Właściwie to nie wiemy. - odparł Joshua. - Nie zostałem powiadomiony o żadnej wizycie… z drugiej strony. Kierunek z którego jechał… hmm… tam są tylko osady anarchów.
- Myślisz, że Sabat by na kogoś z nich polował czy to przypadkowe i uciekał w naszą stronę?
- Myślę, że to wszystko wygląda…- ocenił szeryf podchodząc do wozu. -... podejrzanie. Daleko się zapuścili goniąc…
Otworzył drzwi i przyjrzał się.- …tego Kainitę.
- Skąd wiesz, że to Kainita? - zapytała patrząc do środka wozu.
- Bo śmiertelnik nie przeżyłby tego wypadku.- stwierdził Joshua wyciągając z wozu białowłose zwłoki o zmasakrowanej twarzy, zmiażdżonej klatce piersiowej i połamanych nogach. Które to łypały jednym całym okiem i charczały plując ciemną krwią próbując coś powiedzieć.
- Ma kły… wampir. Ok, bierzcie go do Garry’ego… niech o napo…- Joshua spojrzał na auto Ann, obecnie majestatycznie dymiące i strzelające płomieniami spod maski.- Cholera… Larry bierz truposza i biegnij z nim do Garry’ego.-
- Spaliłem dużo krwi na tych…- zamarudził Brujah.
- I spalisz jeszcze więcej. Bierz trupa i bierz się do roboty!- warknął szeryf rzucając trupa w ramiona Larry’ego. A ten… pognał błyskawicznie przez las.- Może to jakaś pułapka? - Ann odezwała się, gdy zniknął Larry - Lub po prostu jakaś ich zabawa w mordowanie się nawzajem.
- Dowiemy się jutro.- przyznał Joshua. - Nawet jeśli napoimy go dzisiaj, przesłuchać będziemy mogli jutro.-
Wilkołak podszedł do nich i rzekł. - To ja już… wracam do swoich.-
Po czym odwrócił się i idąc zmieniał postać, opadł na cztery łapy coraz bardziej stając się nadnaturalnie dużym wilkiem. I w takiej postaci pognał na tereny swojego plemienia.Ann patrzyła za czmychającym lupinem.
- Ty byłeś w Sabacie. Musisz mieć jakieś przypuszczenia bazując na doświadczeniu.
- Dawno temu i nigdy nie dowodziłem. Byłem jak ci tutaj… - wskazał na zwłoki leżące dookoła nich. - Wykonywałem rozkazy.-
Sięgnął po telefon i zaczął wystukiwać numer.- Jedno co wiem, to to że nie jesteśmy ważni. Celem Sabatu jest Nowy Jork, a nie jakaś mała mieścina na jego obrzeżach.Wampirzyca sama wzięła swoją komórkę i wybrała numer Nadii.
- O co chodzi. Czego ode mnie chcesz?- Tremere odezwała się dość szybko, podobnie jak rozmówca szeryfa. Bo Joshua zaczął wydawać polecenia przez telefon. - Dwa wozy pomocy drogowej, z trzy karawany. Mamy tu mały karambol do uprzątnięcia.
- Nie mam pewności czy byłabyś w stanie... - zaczęła niewinnie i schyliła się po rzuconą słuchawkę - Ale czy byłabyś w stanie zrobić swoją magię zlokalizować urządzenie, z jakim nawiązywało kontakt inne?
- Nie wiem. O jakim urządzeniu mówimy? O jakiej sytuacji? W co znowu się wpakowałaś?- zapytała Nadia.
- Czemu od razu mnie oskarżasz? Sabat był i pomagałam Księciowi i Larry'emu. - odparła z udawanym oburzeniem - Mam słuchawkę, do której ktoś nadawał sabatowcom.
- Hmmm… czyli odbiornik?- chwila ciszy.- Pokaż przez kamerkę.
Niedługo później przesłała obraz ze swojej taniej komóreczki.
- W razie co mogę też zobaczyć czy nie ma więcej takich przy ubitych.
- Nie potrzebuję obrazu… potrzebuję ten obiekt widzieć. Przystaw do kamerki i czekaj.- westchnęła Nadia, co też i Ann wykonała wedle poleceń, starając się jak najlepiej przedstawić obraz na kamerce.
Po chwili coś zaiskrzyło w trzymanej przez Ann słuchawce.
- Nic z tego… za prymitywne urządzenie. I nieaktywne. Sabat już go nie używa. Nic nie mogę zrobić. - przyznała z niechęcią Nadia.
Caitiffka mruknęła niezadowolona.
- Miałam nadzieję, że tak uda mi się odnaleźć szefa tej gromady, co nam czmychnął... No nic. I tak jesteś kochana.
- Pewnie porzucił sprzęt. Ja bym to zrobiła na jego miejscu. - stwierdziła zamyślonym głosem Nadia. - Jutro go znajdziemy… może… a skoro już zadzwoniłaś, to już wiem co chciałaś zlokalizować. I jutro natrę ci uszy.
- Jesteś niezastąpiona. - stwierdziła radośnie.
- Oczywiście że tak. A ty nieroztropna. Spotkanie z czarnym wilkołakiem niczego cię nie nauczyło.- westchnęła w odpowiedzi Tremere.
- To jutro pogadamy.
- Do jutra. I uważajcie tam na siebie.- odparła Nadia.Szeryf zwrócił się do Ann.- To gdzie cię podwieźć?
- Do Williama... choć będzie problem, jako że nie mam już samochodu. - westchnęła - Czy coś więcej grozi Larry'emu za imprezkę u Lukrecji?
- To zależy od tego jak szerokie plecy ma Toreador którego pobił.- przyznał Joshua. - Nie ode mnie. Jeśli nie będzie nacisków z Nowego Jorku, to mały areszt domowy powinien dać naszemu Brujah ochłonąć. Zresztą po dzisiejszej akcji, będzie marudził o złagodzenie kary, a ja nie będę miał argumentów przeciw takiej decyzji.
- I dobrze! - odparła zadowolona - Czy Lucii z Thompsonem naprawdę wygląda tak groźnie?
- O tak. To twarda babka, wbrew pozorom.- zaśmiał się Kainita.
- Przecież on nie bił jej miejsca, tylko Torka. Co takiego zrobił?
- Zdemolowali cały bar… doszczętnie rozbili wszystko. Toreador nie dał się potulnie bić po gębie i trochę odgryzł. - odparł Joshua.
- A ona taka biedna, że nie ma na naprawy i nie ma na pewno ubezpieczenia. - ironizowała.
- Nawet jeśli biedna nie jest, to Róża jest jej oczkiem w głowie. - odparł Joshua. - Kocha swoją małą domenę bardziej niż swoje córki.
- A ma całą jedną córkę. I czy Stwórcy zazwyczaj nie "kochają" swoich Dzieci?
- Ma jedną wampirzą i kilka ghulic.- wyjaśnił Joshua i podrapał się po karku.- A to jak stwórcy podchodząc do potomków… eeemm… to zależy od klanu i osobistych zapatrywań. Jak się domyślasz Wllliam do swoich podchodzi bardzo… emocjonalnie. Ja bardziej praktycznie, a Lukrecja… jest gdzieś pośrodku. Tyle że nie potrafi okazywać swoich uczuć. Poza gniewem o różnych stężeniu. Wścieka się, irytuje, dąsa…- dodał żartobliwie.
- Póki nie zobaczę jej siły będę ją widziała jako płaczliwą damulkę. - stwierdziła dumnie - Widziałam tylko jak zadziera noska i ma fochy, a walki jedynie efekt końcowy.
- Nie mów że cię nie ostrzegałem. - mężczyzna ruszył w kierunku radiowozu. - Spodziewałem się, że twoja ciekawość popchnie cię do Garry’ego.-
- Na piechotę za Larrym? - szła za Księciem.
- No coś ty… podwiózłbym.- rzekł w odpowiedzi Joshua.
Wampirzyca wyraźnie się rozpromieniła.
- Więc na co czekamy? Zobaczmy co znaleźliśmy! Myślisz, że to jeden z nich? Zabawę odwalali czy jakaś podpucha?
- Mówisz o tym wampirze, którego próbowali… zabić?- podchodząc do swojego wozu. - A bo ja wiem. To oczywiście możliwe. Nie wiem czemu mieliby go gonić przez nasz teren w tym celu. Równie dobrze może to być Anarch. Albo kolejny Ravnos.
- A czy to takie rzadkie, by Sabatowcy byli tak jebnięci, aby na swoich polować? - zapytała podśmiewając się.
- Na naszym terenie? Tak. To bardzo rzadkie.- przyznał wampir siadając za kółkiem wozu.- Jeśli już tu się zapuszczają to w postaci zdyscyplinowanych sfor, pod duchowym przewodnictwem Lasombr. Wiedzą, że tereny Camarilli to nie miejsce na spory.
- Duchowym? - Ann wskoczyła na miejsce pasażera - No nie mów mi, że tam mają kółka różańcowe i byłeś w chórku.
- Sabat nie bez powodu nazywany jest sektą. W ich mniemaniu to my jesteśmy głupcami, podczas gdy oni walczą z nadejściem apokalipsy. Czyli przybyciem naszych starych…- zaśmiał się Joshua ruszając. -... pierwszych w linii Kainitów. I nie ma tu miejsca na kółka różańcowe… to bardziej pseudoreligijne pranie mózgu i indoktrynacja.
- Opowiedz mi więcej o Lasombrach. - naciskała z wielkim zainteresowaniem dziecka - Nie miałeś z nimi wiele kontaktów, ale musisz wiedzieć więcej.
- Miałaś kiedyś taką koleżankę, która była przeciętnej urody… była też plotkarą i lubiła napuszczać inne dziewczyny na siebie nawzajem? - zapytał retorycznie Joshua. -To są właśnie Lasombra w pigułce. Intryganci działający w cieniu innych. Nigdy na świeczniku… od tego mają swoje “kukiełki”.
Pokiwała głową ze zrozumieniem.
- Jeżeli nigdy na świeczniku... to czemu są ważni w Sabacie? To się przeczy.
- Ech dziewczyno… nie każdy jest Ventrue. Nie każdy potrzebuje do życia prestiżu. Lasombra to wampiry pragnące władzy. Im wystarczy, że ostatecznie oni o wszystkim decydują. Ustami podstawionych wodzów. Lasombra nie są królami, oni królom doradzają.- wyjaśnił Joshua.
Milczała przez chwilę.
- W sumie brzmi ciekawiej niż to co słodka Luci chce…
- Lukrecja chce tylko wrócić na salony Nowego Jorku. Jej już nawet na władzy nie zależy. - zaśmiał się szeryf. - Tylko na przyjęciach. -
W zimie hippisowska komuna Gangrela była zdecydowanie spokojniejsza. No bo nie dało się urządzać dzikich narkotyczny orgii brodząc po kolana w śniegu. Niemniej po wejściu do środka chatki Ann poczuła charakterystyczne zapaszki i została rozebrana z wierzchniej odzieży przez półnagą india…indyj… ciemnoskórą niewiastę o egzotycznej urodzie i zamiłowaniu do koralików. Sądząc po spojrzeniu była na haju lub pijana, lub jedno i drugie.
Ann uśmiechnęła się półgębkiem do naćpanej ghulicy... bo wątpliła, by Garry nie doprawiał dodatkowo narkotyków.
- Gdzie jest Garruś?
- Lord Garrykus… zajął się nowymi. Masterus Mięśniakus przytargał jakiegoś biedaka. I jest karmiony… zmarzł wielce… rogi mu urosły.- zachichotała kobieta nie do końca trzymając się rzeczywistości.- Lord Garrusus… siedzi w swojej loży.
Caitiffka pokiwała głową z głębokim zrozumieniem.
- Ty się pogrzej z innymi byś i ty nie zmarzła. - powiedziała i ruszyła ku... loży... Gangrela.
Im bliżej była tym bardziej do jej uszu wwiercała się kocia muzyka grana na jakimś.. strunowym instrumencie. Jak się okazało otoczony mgiełką narkotycznych oparów Garry niemiłosiernie brzdąkał na jakimś egzotycznym instrumencie z grubsza przypominającym gitarę. Otoczony był przez grupkę fanów i fanek zbyt naćpanych by byli w stanie zorientować się jak brutalnie ich guru torturuje dobry gust muzyczny.
Ann podeszła ku Gangrelowi w jakimś dość zwiewnym kroku tanecznym robiąc wokół niego kółka, aż zarzuciła mu ręce na szyję od tyłu.
- Och, lordzie Garrrrrrusussss... - wymruczała podekscytowanym głosem młodej dziewczyny.
- Hej… słyszałem, że mieliście sprzeczkę z Sabatem.- rzekł na powitanie Garry odrywając się od gry.
- Noo. Nawet zabawnie było, choć mój samochód do kasacji. A jak ten co przyniósł Larry?
- Jak ofiara wypadku. Człowiek by nie żył. Ten… w dwie noce na pewno poskłada się do kupy. Może szybciej. - ocenił Kainita.
- Tak długo? - mruknęła niezadowolona - Nie można go na siłę napoić, aż do porzygu?
- Nie ma w tej chwili twarzy. - odparł ze śmiechem Garry i wzruszył ramionami. - Trzeba odczekać, zresztą ta noc powoli się kończy więc długo do następnej czekać nie będziesz.
- Larry jeszcze tu jest?
- Tak… bieganie wyczerpuje siły. Zwłaszcza bieganie z taką prędkością. Spalił sporo krwi. Oczywiście napoił się… Linda i Cathy go napoiły, ale wiesz… - wzruszył ramionami wampir.- Larry ma słabą głową, a Linda i Cathy… nie.-
- No nie mów, że ten wariat pić nie umie? - szczerze się zdziwiła.
- Każdy ma swoje słabe strony… Larry najwyraźniej nie radził sobie z alkoholem za życia.- zaśmiał się Garry.
-A gdzie ja mogę w takim razie spać?
- Nie martw się. Mam mnóstwo specjalnie przygotowanych sypialni.- Gangrel wstał i ruszył ku Ann.- Chcesz jakąś przekąskę przed snem? Opowiadaj, jak wam poszła walka? Larry gadatliwy nie był.
- Ja wykorzystałam siłę mojego auta, aby dać przejażdżkę i jednocześnie rollercoaster Sabatnikom. Nie wystawiałam się na zagrożenie, bo i po co? - zachichotała okrutnie.
- Każdy walczy po swojemu.- odparł z uśmiechem Garry i dodał.- Mam nadzieję, że szkolenie Larry’ego coś ci dało. Że uczyniło cię twardą, bo cóż… śmiertelnicy źle znoszą przejażdżki na zderzaku, ale wampiry… są wystarczająco wytrzymałe.
- Tego zapoznałam z ogniem płonącego samochodu.
- Taka technika walki wymaga szybkiego wzbogacenia.- zaśmiał się Garry.- Samochody sporo kosztują.
- Ten i tak mi poorał karoserię. Uparty nie chciał przestać wczepiać się w moje auto.
- Pewnie Gangrel antitribu.- ocenił Kainita.- Niektórzy potrafią wysuwać porządne pazurki.
- Jak teraz tak myślę to przypominało to zachowanie dzikiego kota uczepionego powierzchni, jaka go od zwierzyny oddziela. Nie mogłam go zrzucić za nic, więc po prostu zniszczyłam samochód z nim przypiętym do niego. - zastanowiła się - Obserwował całą walkę jeszcze jeden, ale się nie przyłączał, tylko zniknął między drzewami, jak się zorientował, że został zauważony. Ten jeden umknął jatce.
- W Sabacie zawsze tak jest. Niby panuje tam większa równość niż u nas, a tak naprawdę są ci którzy manipulują i ci którzy są manipulowani. W Camarili przynajmniej wszyscy gramy w otwarte karty. No… cóż… w teorii. Ale przynajmniej porządek dziobania jest jasno określony.- zaśmiał się Garry.
- Więc... Nie martwisz się, że taki Sabat ci zwierzaka ubije dla zabawy? Czy jednego z twoich hipisów?
- Cóż…- zastanowił się wampir. - Umrą też z powodu chorób, starości, wypadków. Wieczna strata jest ceną za życie wieczne.
- Więc... co z przekąską? I czy będzie doprawiona?
- Niestety… tak. Ale za to może być ładna. Lub ładny.- zaproponował Garry. -
Koszmary… znajome uczucie zamknięciu w trumnie. Pogrzebania żywcem.
Koszmary nawiedziły ją tego dnia z wyjątkową intensywnością. Dlatego chwilę po pobudce była zdezorientowana. I nie wiedziała gdzie się znajduje. Pokój bowiem był obcy… zaniedbana klitka przypominające nowojorskie nory dla narkomanów. Odrapane ściany, pokryte kilimami wyszywanymi w hipisowskie i buddyjskie znaki. Stare łóżko, skrzypiące i niewygodne. Koce na łóżku. Goły tyłek. Chrapanie. Okno zabite deskami i uszczelnione by nie wpuszczać światła. Zapach tanich kadzideł maskujący nutki marihuany, tytoniu i uryny.
Jeż śpiący w najciemniejszym kącie. Stary brudny dywan na podłodze… Goły… tyłek.
Klepnęła odruchowo. Poruszył się… bo należał do żywej osoby. Wczorajszego posiłku, chyba…
No tak. Ann została w melinie Garry’ego na noc. Dlaczego? Wspomnienia z wczorajszej nocy powoli wracały. Wczoraj starła się z Sabatem. Cóż, bardziej to Larry i szeryf się starli, a ona głównie kibicowała i złomowała auto. Fajna zabawa.
Ann przeciągnęła się przypominając, że wczoraj Larry przyniósł tu Kainitę. Co prawda Garry oceniał, że “Nowy” dojdzie do siebie w dwie noce to przecież mógł się mylić. Może już czuł się lepie…
Komórka się odezwała. SMS.Hej. Musimy pogadać. Odezwij się jak najszybciej. Raze.