Panel sesji wdrożony.Proszę zapoznać się z tym tematem.
[WFRP 2ed] Bögenhafen
-
Ulrich (von) Guttenluft

Ulrich, ten co zbójem nie był, ucieszył się z widoku sigmarytów. Pierwsze co zrobił, to odruchowo przetrzepał się w odruchu rękami, rzecz o której nigdy nawet nie pomyślałby przed burzą chaosu, a co weszło mu w krew - ranny człowiek może jeszcze kilka dobrych chwil nie czuć jak krew ucieka z ciała, szczególnie gdy jest się chwilę po walce. Upewniwszy się, że sam jest cały, podszedł od prawej do Ulricha, tego co zbójem był.
- Lekarzem co ma pacjenta, który raczył się przedstawiać gdy leci zeń jucha - rzekł szorstko i po prostu fachowo wziął swego imiennika pod ramię aby bez zbędnej kurtuazji pomóc mu oprzeć się o najbliższą ścianę, niekoniecznie od razu siadać, i sprawdzić co mu dokładnie jest.
- Przydałaby się woda, Panienka - rzekł do Nadji rozpoczynając inspekcję. -
Ergo

/- Ooo! Mi też by się przydała panienka! - przytaknął zdyszany Ergo słowom cyrulika. Nie miał w zwyczaju rozpamiętywać poczynionych mu krzywd toteż bez żalu nijakiego do kompanów nie żywił. Tym bardziej, że i tak bardziej już im ufał niźli zatroskanym kapłanom Młotodzierżcy. A już ten typek Zygfryd... zmrużył oczy i przekrzywił głowę usiłując sobie przypomnieć skąd zna tę mordkę. - Jam jest Ergo. Prestidigitator. Bajarz. Podróżnik. A z resztą. Tam nasz kompan został! - Wskazał barykadę. - Może żyw jeszcze!
-

Mały Kurt vel KnutBrama zamknęła się z łoskotem, odcinając wyjście na zewnątrz. Kurt nie od razu spojrzał na kapłana. Najpierw odsunął się pół kroku, żeby nie stać w linii kuszników. Miecz opuścił nisko, ostrzem do ziemi. Nie wypuścił go jednak z dłoni.
Zlustrował mężczyzn w habitach. Pancerze, młoty, twarze strażników ze strażnicy. Rozpoznał ich. Oni zapewne rozpoznali jego.
Kapłan przemówił.
Kurt początkowo nie odpowiedział. Po chwili jednak kiwnął głową i przedstawił się:
-Kurt. -

Oswald Braun- Chwała Sigmarowi - powiedział Oswald, gdy już zdołał odzyskać oddech. Wiernym wyznawcą Sigmara nie był, ale to w jego świątyni znalazł ratunek, więc jakoś wpadało się odwdzięczyć. - Oswald - przedstawił się. - Podróżny z Altdorfu. Pomogę chętnie, chociaż lepiej piórem niż mieczem władam.
-

Nadja Schmidt
.
Serce Nadji jeszcze nie zdążyło się uspokoić po tej ucieczce przed kreaturami z dna Piekieł, jak wpadli wprost na kapłana strażników z ich więzienia. Ten oprych był bardzo wygadany, jak na kogoś, kto prawie wypluwa swoje flaki...
- Daj może mu w łeb, bo zaraz wykrwawi się słowem, no. - prychnęła wyciągając bukłak z wodą, jaki znalazła w strażnicy - Głupie toto...Następnie spojrzała na kapłana, nie będąc pewna jak do niego podejść. Prawdę mówiąc nigdy pewności co do takich nie miała, czy to w armii, czy poza. Sama nie należała do przesadnie bogobojnych, o ile to nie było w jej interesie. Uznała, że teraz na pewno byłoby bardziej na plus, jeżeli kto ją zapyta...
- Ergo dobrze gada. Tam jeden został. - posłała zirytowane spojrzenie cyrulikowi - Zapoznania za chwilę. Mamy tu rannego idiotę. Łatamy go? - ostatnie słowa posłała do wykształconego Urlicha. -
Hieronim Bosch poczuł na widok świątobliwego męża i jego świty uczucie ulgi, którego nie potrafił z niczym porównać - iście jakby stanął przed nim sam Sigmar Młotodzierżca we własnej osobie. Towarzysząca celnikowi tłuszcza jęła się przedstawiać na wyścigi, jeden przed drugiego jakby wszyscy chcieli czym prędzej zaskarbić sobie względy ojca Grimmiga.
Albo składnymi słówkami odwrócić od siebie jego podejrzliwą uwagę.
- Wybaczcie co niektórym tutaj ich grubiańskie maniery, świątobliwy ojcze - powiedział celnik składając dłonie na piersiach na znak młota - Zwę się Hieronim Bosch i jestem urzędnikiem cesarskim w portowym składzie celnym. Przywiodłem tych ludzi na odsiecz świątyni, albowiem wszyscy oni zachowali zdrowy rozum tam, gdzie umysłami tak wielu zawładnęło zgubne szaleństwo.
Przemawiając pełnym szacunku głosem Bosch zaczął się zastanawiać w duchu, czy aby nie widział już wcześniej tego Zygfryda Grimmiga, wszelako bynajmniej nie w szatach pobożnego sigmaryty. Cosik mu przypominała ta kapłańska gęba, co się mu natrętnie kojarzyło z zawziętymi kłótniami o jakieś rachunki czy insze obliczenia czy może cesarskie przepisy i reguły… nie potrafił sobie jednak przypomnieć szczegółów.
- Skoro brama zamknięta, przesądziliście o losie tego nieszczęśnika, co nam padł po drodze, świątobliwy, muszę was jednak prosić o łaskę dla niego. Pewnie wcale na takiego nie wygląda, ale dzielny to człek i prawdziwie bogobojny czciciel Młotodzierżcy. Nie godzi się go tak na pastwę losu porzucać za zatrzaśniętą bramą, tedy w miłosierdziu swoim zechciejcie odmówić wspólnie z nami modlitwę w intencji jego duszy, a dopiero potem opowiedzcie mi, jak wygląda sytuacja w reszcie miasta i co winniśmy czynić dalej, jeśli nie zechcecie naszej mężnej pomocy w obronie.
-

Kapłan słuchał w milczeniu, mimika niewiele zdradzała, poza nieufnością.
Ulrich zrobił na nim niemałe wrażenie, wszak ranny, ale z bogiem na ustach i z kulturą w słowie. W kolczudze, były żołnierz pewnie, a takich do obrony świątyni mu trzeba. Grubiaństwo dziewki w łachmanach co nawet się przedstawić nie chciała, i jawnie kpiła z obyczajów oraz wiary kompana, jak i knura co się za lekarza uważał, a języka w gębie zapomniał, o szacunku gdy kapłan pyta nie mówiąc, kontrastowały z nim wielce, tak mocno że aż Zygfryd zmrużył oczy.Wtenczas jeden ze strażników szepną mu coś do ucha.
- Rannym się zajmiemy, bracie Albercie - wydał krótko komendę, jeden z kapłanów po jego stronie skłonił się lekko po czym wrócił do świątyni i z tym samym osiłkiem co zamykał bramę wyszli by wziąć Ulricha pod ramiona i przenieść do lecznicy przyświątynnej, Gdy przechodzili kapłan dodał jedno słowo - miecz - strażnik bez słowa zrobił krok w stronę odchodzących by odebrać oręż zza pasa rannego. Gdyby cyrulik chciał iść z nimi zostanie zatrzymany przez strażników.- Pomoc zawsze potrzebna, i z otwartymi ramionami ją przyjmiemy - odpowiedział Oswaldowi
Dopiero na słowa Hieronima kapłan Sigmara widocznie się rozluźnił, nabierając do Was odrobinę więcej zaufania.
- Jeśli Wasz kompan ma wiarę w sercu, to może jest dla niego nadzieja, ale musicie po niego wyjść sami, tylko Wy wiecie który to z leżących przed świątynią - zaproponował robiąc krótką pauzę i uważnie obserwował ich reakcję, może nie wierzył by dobrze znali tego, którego porzucili dopiero co na śmierć?- Chaos to choroba duszy, jak przy każdej epidemii zalecana jest kwarantanna. Bracia z Zakonów Srebrnego Młota i Oczyszczającego Płomienia niebawem przybędą na czele oddziałów, które oczyszczą miasto, jestem tego pewien. Do tego czasu powinniśmy skupić się na modlitwie i ochronie tych, których umysłem i ciałem jeszcze nie zawładnęły Niszczycielskie Potęgi.
- Jeśli chcecie wyjść, zdejmijcie kolczugi, dźwięk jaki wydaje metal przyciąga odmienionych, a nie tylko umysł potrafi im się zmienić. Nie możemy zostawić zwłok na ulicy, jedyne czego tu trzeba to kolejnej zarazy, dostaniecie taczki by poskładać rannych na kupie, mamy dość oliwy by spalić zwłoki.
- Następnie zapraszam na wspólną modlitwę, a po niej chętnie porozmawiam.
- Na terenie świątyni nie możecie nosić broni, jeśli chcecie zostać musicie ją zdać. W wypadku ataku będzie wydawana jak w wojsku. Słuchacie kapłanów póki jesteście pod moją opieką, to są Wasi przełożeni.
- Czy wyrażam się jasno? - zapytał twardo po podaniu warunków, niczym sierżant na odprawie wojska -
Ergo

- Ależ najjaśniej Wasza najjaśniejszość! - zawołał Ergo, który również wolał kiedy motłoch nie dysponuje bronią przed którą nader często przyszło mu niesłusznie i niezasłużenie uciekać, a którą on jako człek pokojowy zwykł używać jeno w ostateczności i co się rozumie, w szeroko rozumianej obronie własnej - Teee, dziadu! - zwrócił się do Hieronima - Może miast pyrtolić ozorem, pomożesz mi, he? We dwóch go tu przytaszczymy, bo nawet półżywej teściowej bym tam na bruku nie ostawił, a Baleron - wskazał Kurta jakby oczywistym dlań było, że wielki groźnie wyglądający zbir nie odmówi chuderlawemu cyrkowcowi - dopilnuje by nam się co złego nie przydarzyło.
Do zbierania trupów się wszelako nie kwapił i wycieczkę na zewnętrze planował zakończyć po sprowadzeniu portowego szczurka. No chyba, żeby braciszkowie użyli bardziej dosadnych metod perswazji niźli zygfrydowe "jeśli chcecie wyjść". Ergo chciał. Ale tylko na chwilę.
-
Ulrich Rotzniesser 
Ulrich skinął głową, biorąc miecz w pochwie i odsupłując rzemień, którym go przytwierdził do swego pasa. Im szybciej medycy będą mogli go obejrzeć, tym większa szansa była, że wkrótce nie odejdzie w zaświaty.
– Zaiste, rzecz to jasna, dzięki wam po stokroć – rzekł Rotzniesser przymilnie, kłaniając się jeszcze raz mimo bólu. – Jeśli zaś atak by był, pikę albo lochaber bym wolał, by potępieńców na dystans trzymać… Miecz ów zacny jest, przyjmijcie go, moiściewy, w darze i niechaj ci co mocniejsi rąbią nim.
Oprych, choć wiedział, że w mieście grały siły nieczyste, z niejakim zaskoczeniem przyjął wygłoszoną otwarcie wiadomość, że w sprawy był zaangażowany Chaos. Słowa o tym, że wkrótce jacyś woje przyjdą ich odbijać poddał w wątpliwość. Jak dla Ulricha, byli sami w tym obsranym, zafajdanym i obrzyganym złem mieście i jeno kwestią czasu było, zanim owe wesołe zbiegowisko zostanie oblężone. Było to niebezpieczeństwo. Ale i też okazja.
Z tymi ponurymi myślami, pilnując, aby flaki nie wypłynęły mu z brzucha przypadkiem, udał się we wskazaną stronę.
-

Nadja Schmidt
.
Ton głosu kapłana zdał się wyciągnąć Nadję ze stanu po ucieczce od demonicznych mieszkańców oraz braku ruchu w więzieniu. Był jak wspomnienie z czasu wolności i dbania o potrzeby imperialnego wojska. Wtedy to żołnierze mieli władzę nad czeladzią obozową, która posiadała własną hierarchię, jednak nigdy nie przewyższającą niektórego pułapu hierarchii wojskowej.
Przyklejenie się do oficerów pomagało, co Nadja szybko zauważyła i wykorzystywała.- Wszystko jasne, der Hellste.
Młoda kobieta wcisnęła Ergo do rąk pożyczoną kuszę chcąc uczynić jej zdanie czyimś innym problemem, sama mając zamiar oddawać mały miecz jaki miała ze strażnicy.
Wiedziała, że na słowa przyjdzie czas po modlitwie i niezależnie jak by ich chciała uniknąć, to tym razem nie będzie to możliwe. -
Ulrich (von) Guttenluft

Ulrich z pewną radością przyjął przejęcie pacjenta, nawet jeśli przeciwstawiała się jej urażona duma, radością co do której miał wyrzut sumienia - oznaczało to, że przez moment cenił wyżej swą wygodę i zapasy nad dobry towarzysza. Niech Sigmar mu wybaczy, bo to rzecz była u Sigmara, a nie bogini uzdrowień, rzecz wierności.
Spokojnie zdał broń, nie miał planu wyruszać teraz za mury, a przynajmniej nie bez planu... A ten już się rodził w głowie. Co prawda krążył w tej chwili wokół wypuszczenia świniaka obwieszonego fragmentami kolczugi lub dzwoneczkami, czyli czegoś nierealizowanego, lecz myślał co dalej - może bełty z wysoka? Jakby wspiąć się na budynek, przejrzeć grupy odmienionych i skierować ich daleko od docelowego szlaku? Nie wierzył w odsiecz, mimo, że raz jednej, cudownej doświadczył... Ale to był temat na inną opowieść. W wolnej chwili, postanowił podzielić się pomysłem z Ergo i Nadją. -

Oswald BraunOswald, z oczywistych powodów, nie obawiał się trupów. Ale słowo Chaos zdecydowanie mu się nie podobało.
- Ojcze Święty - powiedział. - Chętnie pomogę w usuwaniu zwłok, ale jeśli to m coś wspólnego z Chaosem... Czy dotykanie zarażonych nim nie jest groźne? -
Wyzwany od dziadów, Hieronim Bosch zmierzył bezczelnego plebejusza wzrokiem, który tylko cudem tamtego nie zabił; potem zaś wzdrygnął się pojmując do końca, czego właściwie kapłan od przybyszów oczekiwał.
- Ten tutaj słusznie rzecz, wasza świątobliwość - powiedział łapiąc deskę rzuconą w otmęt jego paniki przez człeka zwącego się Oswaldem - Nie strach to stawać do boku z orkami albo goblinami, takich bić, a zarzynać to prawdziwa przyjemność i jam pierwszy jest do tak zbożnego dzieła, tu wszelako mamy do czynienia z czarną magią. Prawdziwie nauczają kapłani, że Chaos plugawi wszystko, czego się dotknie i niczym zaraza się szerzy. Może by nam lepiej było, coby tych trupów nie tykać, a jak już naprawdę nas chcecie za bramą wypędzić jak nieszczęsne psy w deszcz i może nawet na zgubę wystawić nasze dusze, to może by jeden z waszych braci nam towarzyszył, coby zło i zepsucie swoją czcigodną i świątobliwą bliskością odpędzać?
Wygłosiwszy swą prośbę pełnym szacunku tonem Bosch złożył ręce w znak komety i opuścił pokornie głowę czekając na odpowiedź kleryka.
-

Mały Kurt vel Knut
Kurt wysłuchał w milczeniu. Nie drgnął, gdy padły słowa o Chaosie, kwarantannie i spalaniu zwłok. Gdy mowa zeszła na zdanie broni, tylko przesunął dłonią po rękojeści miecza, jakby sprawdzał, czy nadal tam jest.
Rozumiał ten ton. Rozkazy. Warunki. Zasady terenu.
Spojrzał na bramę. Na ulicę za nią. Na miejsce, gdzie zostawili ciało.
Potem wrócił wzrokiem do Zygfryda.
Powoli odpiął pas z mieczem. Nie rzucił go, nie oddał niechlujnie. Wyciągnął rękę z bronią w poprzek dłoni, rękojeścią do przodu, aby zdać broń. Następnie udał się na wspólna modlitwę.
-
Dla Santorine
||Nie wiesz czy to zasługa kapłana, świątyni czy może inny, nomen omen, czort, lub ... po prostu umierasz, ale czułeś się jakoś tak ... lepiej? Dziura w trzewiach była dokładnie tam gdzie ostatnią ją czułeś, ramie szczypało, choć jakby mniej.
Oddałeś broń i przy pomocy kapłana oraz osiłka zdjąłeś z lekka uszkodzoną kolczugę, zakrwawione ubranie, i położyłeś się na stole. Strażnik który przejął oręż czknął, czym zwrócił Twoją uwagę
Kapłan miał na podorędziu kilka narzędzi, głównie służących do dezynfekcji i opatrywania ran. Wiedziałeś że będzie bolało i tak też się stało. Ręka została opatrzona szybko i sprawnie. Szybka dezynfekcja, maść i bandaż. Mężczyzna pracował dalej w skupieniu, nad raną na brzuchu i wyraźnie się nad czymś zastanawiał. Przecierał ranę, patrzył, po czym znów przecierał i grzebał szczypcami.
- Synu
Zaczął
- Jak dawno doznałeś pierwszej rany w tym miejscu? Co to było?
Głos kapłana był spokojny, lecz stanowczy i surowy, widać było że jest wychowankiem Zygryda. Kapłan skierował głowę w stronę osiłka który mu pomagał jednocześnie szykując narzędzia.
- Stań mu za głową, żeby mnie nie walnął, a jak będzie się wierzgał to wiąż.
- Będzie bolało. Jeszcze takiego czegoś nie czułeś, ale gwarantuje że cokolwiek poczujesz to będzie jak najbardziej normalne. No, to jak z tą raną? Opowiadaj, czym więcej się dowiem tym lepiej dla Ciebie.|| -
Ulrich Rotzniesser 
Oprych był przygotowany na swoją śmierć. W zasadzie, miał to głęboko, głęboko w dupie. Cała ta rzecz z Bögenhafen zdawała się mieć jeno powab wisielczego sznura, który choć z początku ciągnął się żmudnie, niechybnie kończył się pętlą.
Rotzniesser nie ufał cholernym klerykom, w rzyć chędożonym świętoszkom. Ale! Mogli się okazać przydatni, ba, już się okazali, zapraszając ich za mury. Z krwawiącym bebechem sczeznąłby prędzej czy, więc jeśli miłośnicy młodych chłopców mieli i tak posłać go w zaświaty, cóż. I tak już żył całkiem długo.
– Jak masz gorzałę, święty mężu, to daj, bo już dawno żem nie skosztował – Rotzniesser wycedził przez zęby, szykując się na ból. – Czy dawno żem doznał? A niedawno, se wystawcie… Zaraz pod świątynią napadł na mnie diabeł. Cholerny diabeł! Bestia szarpała mnie, nie chciała puścić. Ledwo żem go usiekł, psiego syna jego! Włochate to było, wielkie pazury, ślepia niby czerwone węgle! Diaboł pierdolony, ot!
I stęknął z bólu.
-
Dla Santo
Kapłan kiwnął głową twierdząco w kierunku pomocnika. Ten po chwili wrócił trzymając w ręce bukłaczek.
- Ok. Rozumiem. Nie będę oszukiwał, wygląda to źle, jeśli masz sobie żałować to nie jest to dobry moment, możliwe że Twój ostatni, pij ile wlezie. Bebechy masz podarte jakbyś szrapnelem oberwał, przy okazji się trochę odkażą.
Alkohol pachniał normalnie, znaczy jak ostra breja, może nawet ciut lepsza niż karczemna i tak też smakował. Kapłan w oczekiwaniu na zadziałanie alkoholu przygotowywał narzędzia. Ulrich podnosząc się poczuł ból, osiłek za nim podtrzymał go aby pacjent mógł się napić. Samogon zaczął działać bardzo szybko.
< Masz chwilę zanim alko zacznie działać. Jeśli chcesz o cos spytać to wal, jeśli nie to nie. Czas miedzy Toba a resztą musi sie wyrównać, wiec mamy czas. Jeśli nie chcesz nic pisać to nie musisz. Pisz w sesji w spojlerze>
Dla Arbuza i Mortarela
Dwójka bohaterów kręciła się trochę po obejściu i świątyni w oczekiwaniu na powrót grupy od sprzątnięcia zwłok. Poza kapłanami, strażnikami i kilkoma osiłkami, większość ludzi wyglądała raczej zwyczajnie. Mężczyźni, kobiety, starcy oraz kilko dzieci. Dzielnica w której się znajdowali nie była zbyt bogata, to też ludzie przyodziani byli raczej zwyczajnie lub wręcz marnie.
Strażnicy o dziwo zachowywali się tak jakby nie znali bohaterów. Nie byli im wrodzy, chociaż ich obojętność i izolacja była widoczna, zarówno względem bohaterów jak i reszty ludzi w ogóle. Czwórka z nich zajęła pozycje strzeleckie aby wesprzeć grupę od sprzątania ciał. Piąty, ten który odebrał broń Ulrichowi-zbójowi, mimo że wcześniej również używał kuszy, tym razem stał na placu i wymachiwał bronią zarekwirowaną pacjentowi, mając z tego powodu widoczną uciechę.
Dla Arbuza
Podejście do Ulricha-cyrulika było neutralne, to też Guttenluft miał pole do manewru. Mógł spokojnie porozmawiać, a gdy plotka na temat jego profesji rozeszła się wśród tłuszczy, od razu zyskał grono słuchaczy. Zygfryd ciągle patrzył na niego z ukosa i śledził poczynania, lecz nic nie mówił. Po chwili, do zarządcy podszedł mężczyzna i szepnął do Kapłana kilka słów. Niestety Ulrich nie usłyszał słów, tak był zajęty swoją grupką.
< Rzut na plotkowanie wyszedł bardzo dobrze, co widać w poście. Możesz zadać 10 pytań, na które odpowiem. Bez znaczenia czy 10 pytan jednej osobie, czy 1 pytanie 10 osobom czy jaki tam sobie podział wymyślisz. Pisz w sesji, w spojlerze>
Dla Mortarela
Kurt musiał mocno się postarać aby nie przestraszyć ludzi. Masa mięśniowa, spojrzenie mogące zabić oraz zasychająca krew jego wrogów zazwyczaj pomagała w uzyskaniu odpowiedzi, lecz nie tym razem. Teraz najważniejszym było aby Kapłani byli im przychylni. Mały zajął się więc obserwacją. Jego uwagę skupił strażnik z bronią Ulricha. zachowywał się jak dziecko które dostało zabawkę, co samo w sobie nie byłoby dziwne, gdyby nie dziwne słowa wypowiadane pod nosem. Kurt zbliżył się nieco, lecz nie za blisko. Mężczyzna ignorował wszystko i wszystkich, zajęty był ćwiczeniem poz i machaniem mieczem, a z jego ust wydobywały się słowa których znaczenia Kurt nie znał. Mężczyzna co jakiś czas wykonywał dziwny nieskoordynowany ruch, zupełnie jakby doznawał chwilowego skurczu mięśni. Kurt zauważył również coś na kształt tików nerwowych. Po chwili strażnik wszedł do świątyni, lecz miecza nie schował, dalej trzymał go w dłoni, chociaż szpikulcem do dołu. Mały zauważył chłopa podchodzącego do Głównego Kapłana. Nie udało mu się usłyszeć wszystkiego, lecz jedno słowo zrozumiał dobrze: "bukłak".
< Pisz w sesji, w spojlerze>
Dla Reszty
Ergo, Nadja, Hieronim oraz Oswald otrzymali taczki, widły i kto chciał również zaostrzone żerdzie do obrony. Ciał było 15, w tym jedno Modiego i jedno Diaboła z którym walczył Ulrich. Wasz towarzysz był martwy, nie bylo w nim ni pulsu ni oddechu. Moglibyście nawet złożyć przysięgę że jest już zimny. Wcześniej, podczas walki i ucieczki, ciężko byłoby to określić na pewno, lecz teraz nie mieliście wątpliwości, trup jak nic.
< Czy ktos poza Ergo zajmuje się procedurą metodycznego przeniesienia praw własności z osób martwych na osoby żywe? Czy ktoś ma zamiar robić coś więcej niż zebranie ciał i ich spalenie jak prosił Kapłan? Nie oczekuje nie wiadomo czego, to zwykłe sprzątanie, ale czas jest, bo musi się wyrównać miedzy grupami. Posty piszcie w sesji, w spojlerze>
-

Mały Kurt vel Knut
Kurt nie odzywał się. Stał w cieniu kolumny, wzrok miał spokojny, ciężki. Strażnik z mieczem Ulricha przyciągał uwagę jak zadra pod skórą. Szept. Nieskoordynowany ruch. Drganie barku.
Gdy strażnik zniknął w świątyni, Kurt nie ruszył za nim od razu. Najpierw spojrzał na innych strażników. Czy któryś reaguje? Czy ktoś widzi to samo?
Słowo „bukłak” utkwiło mu w głowie.
Następnie bez pośpiechu wszedł do świątyni na modlitwę. Nie za blisko, nie za daleko. Ustawił się tak, by mieć strażnika w polu widzenia, kątem oka, jakby przypadkiem.
-
Ulrich Rotzniesser 
– Rób tak, ojcze, żeby było dobrze, wicie-rozumicie – Rotzniesser uniósł w geście toastu bukłak i wychylił, pijąc solidnie. – A jeśli by mi się miało zejść, to spal truchło na wszelki stłuczaj.
I pił wódkę dalej, koncentrując się na wybornym smaku.
-
Ulrich (von) Guttenluft

Ulrich był zaskoczony pozytywnym odbiorem gawiedzi. Ludzie jego fachu budzili różne emocje, a bez autorytetu własnego przybytku... cóż, dość powiedzieć, że von Guttenluft nie był najbardziej charyzmatyczną personą. Jednak cieszył się, że udało się mu wykorzystać zainteresowanie, a przy tym miło spędzić czas, mimo szorstkiej powierzchowności był człowiekiem który lubił rozmawiać.
Pytania:
Skąd pochodzą zbrojni? Zakładam, że jakiemuś obserwując lub słuchając może się wymsknąć o przenosinach garnizonu.
Czy widziano aby ktoś zdrowy na zmysłach jak ocaleni nagle oszalał? Przy jakiej okazji?
Kiedy się właściwie zaczęło szaleństwo?
Czy niesprowokowani szaleni omijają świątynie?
Czy komuś mleko się skwasiło lub koń się zapocił? Taki drobny przesąd o obecności sił nieczystych...
Na podstawie czego powstało Bögenhafen? Miasteczka, watowanej twierdzy, klasztoru? Z czego przerodziło się w miasto. Przypomniałem sobie gadki szaleńca, może do czegoś bonusowo naprowadzi, co było przed miastem.
Czy widzieli co interesującego na ulicach? To pytanie 4x, do cywila, wojaka i kogoś z kleru i do losowej osoby w swobodnej gadce dopełniając limit 10