Panel sesji wdrożony.Proszę zapoznać się z tym tematem.
Gniew Burzy
-
Alchemik oparł się o ścianę, z trudem łapiąc oddech. Ta.. walka była niemal jednostronna rzeźnią. Nie spodziewał się takiego poziomu kompetencji z strony prymitywnych jaszczuroludzi. Na szczęście obyło się bez większych strat własnych, a jaszczuroludzie stracili dwóch wojów. Zakładając że upadek do wody ich zabił, lub istotnie uszkodził. Istniało ryzyko że da się ich wyłowić i znowu staną z nimi w szranki.
- Amos, masz, wypij. - powiedział wciskając piratowi w dłonie kolejna lecznicza miksturę. Zaczął badać rannych. Cieszył się że w pobliżu nie było luster. Skóra jego, jak i pozostałych członków drużyny zaczynała nabierać delikatnie zielonego odcienia, ewidentny objaw przeładowania trollowym wywarem. Miał delikatne podejrzenie że dalsze zwiększanie dawki może się wiązać z “intensyfikacją” procesu regeneracji, aż do ucieczki spod kontroli organizmu. Nie podzielił się jednak tymi przemyśleniami. Musiał zadbać o to żeby wszyscy przeżyli, a potem będzie się martwił nowotworami.
- Proponuję zmienić taktykę. - stwierdził gdy odzyskał już nieco animuszu - musimy się pozbyć tego szamana który posiada umiejętność telekinezy. Jeśli go spacyfikujemy ja oślepię, lub unieruchomienie resztę, ale nie chciałbym ponownie dostać swoim wytworem.- Szaman lata… - stwierdził Zod - A nasze możliwości dystansowe, gdy wyłączymy twoje alchemikalia, nie są bardzo imponujące… bez urazy Edward.
- Nie, nie… nie przejmuj się. Nie moja główna dziedzina zainteresowań…
- Poza tym… ubicie szamana to jest nasz specyficzny cel. Jak go wykończymy to możemy się zbierać do domu. Więc jeśli masz jakiś pomysł jak go dorwać… to tylko tym bardziej jest warte rozważań.
- Potencjalnie Edward mógłby teleportować ciebie, albo Amosa na szamana, żebyście go złapali i dociążyli. Albo któryś z moich rozpraszających granatów mógł zaburzyć magię która utrzymuje go w powietrzu, albo obydwie rzeczy na raz. Nie będzie to jednak proste, a moje granaty nie działają za każdym razem. Równie dobrze mogę spędzić cały dzień rzucając w niego kolejnymi wiązkami.
- Możliwe, że powinniśmy się wycofać… - stwierdził Zod smętnie - Przygotować się lepiej na latającego wroga. Jakieś sieci z linami, aby go ściągnąć do siebie. Jak zniszczymy czwarty kryształ… to na pewno nie przyspieszy jego pracy, ani tej burzy. To może być błąd i byśmy się spóźnili, ale jeśli damy się zabić to już nikt go nie powstrzyma.
- Pamiętaj że musimy się przedostać przez pomieszczenie w którym on teraz urzęduje, wraz z swoimi przybocznymi. A platforma która służyła nam za transport poleciała dalej, raczej nie spodziewam się żeby uprzejmie ja zostawili przy naszym tunelu. Minimum którego musimy oczekiwać to dwa teleporty Edwarda, jeden do centrum, drugi do wyjścia. Dość dużo czasu żeby uniemożliwili nam swobodstarczy odczekać odpowiedniego momentu i wtedy czas gdy będziemy na nich wystawieni ną ucieczkę.
- Jeśli jej nie zablokowali to wybędzie drastycznie krótszy niż ten którego potrzebowaliśmy z poprzedniej odnogi tutaj. Nie wierzę by kontrolowali platformę. Wtedy by ją zablokowali daleko od nas i byśmy byli w kropce. Tak czy siak… to rozważania na później, kiedy ostatni klejnot zniszczymy… będziemy musieli uważać by nam jaszczurki na plecy nie wyskoczyły…
- Zgadzam się, trzeba zająć się ostatnią kulą. Ale może zanim zniszczymy kolejny bezcenny artefakt spróbujemy go przeanalizować? Nie wierzę że Daruthek jest tak silnym magiem bez zewnętrznego wsparcia.
- Przeanalizować? Jeśli sądzisz, że masz sposób to proszę cię bardzo, ale okoliczności pozostałych trzech nie sprzyjały choćby widzeniu ich za bardzo…
- Ciężko powiedzieć, poprzednie po prostu zniszczyliśmy. Pewnie da się okiełznać ich energię, ale będzie się to wiązało ze sporą ilością bólu. Powoli zaczynam się przyzwyczajać. - Jin mruknął smutno.
- Yhym… bo samo podejście do nich było morderczym przedsięwzięciem. Jeśli masz jakiś pomysł to spróbuj, ale mając tę wesołą bandę gekonów za plecami nie jesteśmy w stanie poświęcić temu wiele czasu. Tak czy siak… chyba warto zrobić przerwę. Ja zablokuję te drzwi, aby przynajmniej im utrudnić marsz za nami, ty masz jakąś alchemię do przygotowania… bo w kolejnych pomieszczeniach coś nas będzie czekać…
- Paradoksalnie nie zużyłem tak dużo jak mogłoby się wydawać. Tamten szaman-kinetycysta groził zwrotem rzuconych formuł. To czego potrzebuję to dobre kilka godzin w łóżku, ale ten odpoczynek pozwoli też jaszczuroludziom odzyskać swoją magię. Ruszajmy na przód.
- Nie tak szybko… - zaprzeczył Zod spoglądając przez szczelinę między odrzwiami - Powinniśmy potwierdzić co oni robią… jeśli mają pójść za nami lepiej byśmy wiedzieli i czekali na nich…Kawałek korytarza za drzwiami był pusty - wyglądało na to, że jaszczuroludzie nie próbowali gonić drużyny. Zamiast tego po chwili znad wyjącego wiatru zaczęły wznosić się gorączkowe odgłosy inkantacji.
- Chyba starają się dokończyć rytuał. - odezwał się Jin - Śpieszmy się!
- Powoli będzie płynnie. Płynnie będzie szybko - zaprotestował Zod, ale wziął już swój topór i maszerował na front drużyny - Idziemy swoim tempem. Jak głupio stracimy głowy na pułapce to nikomu nie pomożemy…
- Celna uwaga. - zgodził się Jin i szybko przetrząsnął kieszenie swojego bandoliera. - Jestem gotów.
Prowadzeni przez znajomą już linię energii, bohaterowie korytarzem dotarli do wąskich schodów prowadzących kilka metrów niżej. Schodząc po nich, wyszli na większe pomieszczenie o nierównych ścianach, liczących sobie dobrych kilka kondygnacji wysokości. Było zupełnie puste, jeśli nie liczyć słabo widocznych śladów wyrytych na kształt okręgu naprzeciw wejścia, oraz wirującego w samym jego centrum tornada, rozszerzającego się od wąskiej na ledwie pół metra podstawy przy podłodze do zajmującego niemal cały sufit leja. Nieustanny wicher szarpał ubraniami i włosami, ale wydawał się słabszy, niż należałoby oczekiwać tak blisko tego miniaturowego kataklizmu. W jego wnętrzu, wśród poruszających się z ogromną prędkością kamieni, fragmentów mebli i innych śmieci, migotało jaśniejsze światło magicznego klejnotu. Wirując, ciągnął za sobą warkocz energii, który nie tylko łączył się z główną komorą, ale najpewniej zasilał także samo tornado.- Niepokoi mnie brak strażników. - stwierdził alchemik, uważnie oglądając otoczenie w poszukiwaniu pułapek. Albo skrytych wrogów - żadnych dodatkowych zagrożeń jednak nie dostrzegał. Po oględzinach zbliżył się nieco do kuli energii i zaczął ją analizować, wyciągając z pamięci skrawki przeczytanych w przeszłości traktatów o magicznych przedmiotach, starając się skonfrontować swoją wiedzę z tym co było przed nim.
Zbliżenie polegało na zrobieniu zaledwie kilku kroków w stronę tornada - gdyby zbliżył się bardziej, niechybnie wiatr porwałby go z ziemi. Wystarczyło to jednak, by móc przyjrzeć się wirującemu klejnotowi i wyciągnąć wnioski, bazując na poprzednich napotkanych artefaktach. Wyglądało na to, że ten połączony był z Planem Powietrza, a nieokiełznane tornado musiało być efektem skazy lub uszkodzenia, znacząco zwiększającego przepływ energii żywiołów. Tak jak w przypadku pozostałych, zniszczenie go lub odcięcie połączenia międzyplanarnego mogło załatwić sprawę - to pierwsze wymagało jednak wejścia w środek tornada…
- Spróbujmy ponownie z moimi rozpraszającymi granatami. Może tym razem zadziałają, zakładając że wiatr nie porwie ich w dal. - stwierdził Jin i przygotował kolejny pocisk. Nauczony poprzednią porażką nieco zmodyfikował skład osłonki która okrywała granat, dosypał nieco więcej srebra i sproszkowanych pereł, zdjął za to żelazny płaszcz który rozsyłał w koło odłamki.Spokojnie zebrał się do rzutu i cisnął granat pełen zaburzających magię reagentów w wirujący klejnot. Ten przeleciał ledwie parę metrów, nim został porwany przez wicher, dołączając do wirujących wewnątrz tornada przedmiotów, a alchemik zaklął pod nosem. Zebrał swoją odwagę i rzucił się w kierunku klejnotu, starając się go unieruchomić choć na chwilę.
Zod skrzywił się widząc co Jin robi. Był zbyt daleko by go powstrzymać i zaproponować linę wokół pasa…
- Amos, pilnuj za nas dwóch. Idę Jina ubezpieczać!
- Edward! - zakrzyknął nad wiatrem gdy się zbliżył. - Jakby go porwało to go wyteleportuj stamtąd!
Sugestia Zoda okazała się bardzo trafna - czarodziej ledwie zdążył przygotować inkantację, gdy Jin wskoczył do tornada. Alchemik nie zrobił nawet kroku, gdy wichry porwały go niczym szarpniętą za sznurki marionetką i gdyby nie nagła teleportacja, zupełnie straciłby kontrolę nad swoim ciałem, obijając się o wirujące przedmioty.
Padnięcie plackem na posadzkę kilka metrów dalej i lekkie obicie twarzy było niską ceną.
- Wybacz, ale nie opanowałem jeszcze zmiany wektorów i prędkości przy przenoszeniu - powiedział Edward, pomagając mu wstać.
Jin podniósł się i otrzepał z kurzu. Prawdę mówiąc dzięki szybkiej reakcji Edwarda ta przygoda nie zrobiła na nim większego wrażenia.
- To była cenna lekcja. Jak przy tym jesteśmy, mógłbyś mnie teleportować w zasięg klejnotu, tak abym miał szansę go złapać i dezaktywować? W razie niepowodzenia wyteleportuj mnie w tył.
- Rozumiesz, że z tym wiąże się cały PAKIET problemów, prawda? Wteleportuję ciebie w klejnot to oznacza, że dostaniesz nim precyzyjnie jakbyś stał w miejscu i on w ciebie wleciał… plus dezorientacja poteleportacyjna. I POTEM, choćbym natychmiast zaczął inkantację, to nie zajmie mi mniej niż te pięć sekund, by ciebie stamtąd wyciągnąć. To dużo czasu aby kark złamać…
- Tak czy inaczej musimy go deaktywować. Wierzę w siłę moich wynalazków. Jak do tej pory regeneracja jaką nas obdarzyły pozwoliły nam przyjąć dość ran by powalić pułk wojska. Alternatywą jest ponowna walka z Daruthekiem wzmocnionym przez ten odłamek planarnej siły.
- Zawsze mogę go rozbić… - wtrącił Zod - Jak poprzednie. Mam nieco więcej wiary, że ja się utrzymam dość długo w tym wirze by się zamachnąć. Jeśli chcesz próbować to jasne, swój kark ryzykujesz i nie do końca mamy prawo ci zabraniać, ale oceń czy to będzie z korzyścią dla całej wyprawy…
- To bezcenny artefakt. Portal do wewnętrznych planów i zawartej tam energii, który potencjalnie można wykorzystać do setek ratujących życie i zdrowie wynalazków. W najgorszym wypadku fascynujący przedmiot badań, który pozwoli nam rozwinąć nasze zrozumienie otaczającego nas świata. Jestem gotów na ryzyko. - w słowach Jina słyszalna była determinacja.
- Oby to tylko nie kosztowało nas żyć, lub porażki - odpowiedział Zod, ale nie kłócił się już z Jinem.
- Czekajcie. Myślę o tym w złych kategoriach. Edward, czy jesteś w stanie teleportować same przedmioty? Moglibyśmy teleportować ciśnięty wcześniej granat w sferę, tak aby zaburzyć działanie magii. Albo zrobię nowy. Ewentualnie teleportować sferę do pojemnika, by ograniczyć jej mobilność. Albo w tłum zgromadzonych jaszczuroludzi.
- Niestety nie - pokręcił mag głową - teleportacje to tak jakby mój poboczny temat. Puste przedmioty są dla mnie zbyt niewyraźną kotwicą. Mogę spróbować, ale najpewniej więcej go nie zobaczymy… i to jest optymistyczna opcja.
-W takim razie plan ryzykowny. Dajcie mi jedną szansę, jak się nie uda oddamy sferę toporowi Zoda. - Jin powiedział z odrobiną żalu w głosie. - Na twój sygnał Edwardzie.
- Yhym… - mruknął Edward podchodząc bliżej wiru, ale nie na tyle by ryzykować, że sam zostanie porwany. Obserwował zachowanie i wiatru i kryształu przez kilka dłuższych chwil.
- Przygotuj się… zaraz… zaaaraz… - rozpoczął inkantację, przedłużając ją nieco, aby w idealnym momencie ją zakończyć…
Wymagało to ogromnego skupienia i bezbłędnego wyliczenia trajektorii ruchu. Edward był pewien, że wszystko policzył dobrze do momentu, w którym Jin nie pojawił się wewnątrz tornada - dwie stopy za daleko od kryształu, który ułamek sekundy wcześniej zmienił prędkość! Alchemik miotał się przez moment, obijany przez wirujące fragmenty mebli i gruzu, bezskutecznie próbując odzyskać kontrolę, zanim następna inkantacja nie wyrwała go na wolność, solidnie potłuczonego.
Niezrażeni tą porażką bohaterowie naradzili się szybko, wymieniając spostrzeżeniami, po czym podjęli kolejną próbę. Modyfikując nieco inkantację pod kątem chaotycznych trajektorii i wektorów ruchu, Edward bezbłędnie “wrzucił” Jina wprost na tor lotu kryształu, który wręcz uderzył w alchemika, pchając go z wielką siłą. Ten jednak był już przygotowany i od razu przystąpił do instalowania thaumatycznej blokady, która miała powstrzymać wyciek energii ze sfery żywiołu powietrza. Wirowanie kilka metrów nad ziemią, będąc tłuczonym przez fragmenty gruzu, nie ułatwiało pracy, ale umiejętności Jina wzięły górę nad warunkami i już po paru sekundach tornado zniknęło niczym przerwane zaklęcie, a alchemik zwalił się na posadzkę. W dłoni zamknięty miał kryształ, który aż wibrował od energii, chcącej wyrwać się na wolność.
Jin uniósł w górę pięść, w znanym każdej rasie geście sukcesu.
- Świetna robota Edward. W najgorszym wypadku wykorzystamy go jako broń przeciwko jaszczuroludziom, w najlepszym jako fascynujący obiekt badań. - alchemik mówiąc to już przyglądał się kryształowi dokładniej. Był ciekaw skąd dokładnie brała się jego gigantyczna energia. Mały portal do planu żywiołu powietrza?
Ta teoria wydawała się najbardziej prawdopodobna - kryształy musiały być jednokierunkowymi, stabilnymi połączeniami ze sferami żywiołów. Jin nie miał pewności, czy były dziełem Pasterzy Burz, czy ci tylko znaleźli sposób na zapanowanie i wykorzystanie ich mocy - stanowiły wspaniałe źródła energii, jednocześnie będąc dużym zagrożeniem, tak jak widzieli to tutaj czy w sali, gdzie uszkodzona aparatura sprawiła, że kamień bezustannie miotał błyskawicami.
- Wygląda na to, że odcięliśmy dopływ energii. Opatrzmy rany i próbujemy ponownie walczyć z Daruthekiem?
- Tak - przytaknął Zod - I tym razem już na poważnie… będziemy musieli się rozproszyć bardziej. I odsunąć od krawędzi platformy. Dla jaszczurek wpadnięcie do wody to nieprzyjemność i po kilku minutach wrócą do walki. Mi by to zajęło znacznie więcej czasu. Powinniśmy rozważyć czy część z nas nie powinna zostać poza centralną wyspą… W ogniu walki nie damy rady oddzielić was wrogów, ale fosa już by mogła. Co myślicie?
- Taktyka tej walki jest skomplikowana. Z drugiej strony dobrze by było żebyście byli w zasięgu moich rąk i leczenia i żebym wezwał niosący strach totem w środku komnaty. Musimy też koniecznie unieszkodliwić jaszczuroludzia który wykazał się telekinezą. Jestem bezużyteczny w jego obliczu.
- Z tym będzie problem, bo dupek lata… W takim razie… jeśli nie popełni błędu to zostaje Edward.
- Cóż… - zaczął miłośnik smoków, rozważając możliwości - Spróbuję. Ale to nie będzie rach-ciach i po telekinecie.
- Tak czy inaczej musimy spróbować. Nie wyjdziemy stąd bez walki. -
- Trzymajcie się z tyłu… - polecił Zod, w pełni defensywnej postawie, spoglądając przez szparę zniszczonych wrót, aby dowiedzieć się co jaszczury w tym momencie robią. Z tego punktu nie dostrzegł jednak żadnego z nich, widząc tylko fragment głównej komnaty. Zauważył, że otaczająca centralną platformę ściana wiatru zniknęła, w pomieszczeniu padał wciąż deszcz, smagany słabszym znacznie wiatrem.
Jin posłusznie trzymał się za szerokimi plecami towarzysza i zaciskał nerwowo dłonie na swoich alchemicznych kontaktach, gotów posłać je w kierunku czegokolwiek co ma łuski i się rusza.Zod wsłuchał się, doszukując ponad deszczem, wiatrem i wodą jakichkolwiek dźwięków mogących dać mu informację o wrogach… ale nic nie dosłyszał. Trudno. Muszą działać z tym co mają.
- Platforma jest teraz po przeciwnej stronie. Odczekamy na moment gdy pozwoli nam łatwo wbiec na środkową platformę i wtedy ruszamy… Przygotujcie się…
Platforma jednak nie zbliżała się w zasięg ich wzroku, najwyrażniej coś ją unieruchamiało.
- Cholera… to tyle z zaskoczenia… - niezadowolony Zod powoli uchylił drzwi i wszedł głębiej aby, powoli posuwając się do przodu, za osłoną ściany.
- Edward… jakby coś mnie chwyciło i do wody miotnęło…
- Już się szykuję.
- Ustawię się tak abyś był w moim polu widzenia. - dodał Jin, delikatnie przesuwając się tak aby drzwi stanowiły dla niego osłonę - Korzystaj z mojej obronnej magii bez oporów.
Docierając po mokrej posadzce do krawędzi, Zod wyjrzał za róg, szybko doliczając się całej siódemki jaszczuroludzi - ci, których zrzucili do wody, byli znów na górze, kompletnie przemoczeni, ale poza tym wydawali się dobrej formie. Platforma, która normalnie poruszała się wokół tej komory, została przywiązana na jej przeciwległym końcu, niejako więżąc drużynę w tej części kompleksu.Gady wyraźnie oczekiwały ich nadejścia, ustawiając się tak, by nie dało się ich łatwo dojrzeć z tunelu. Gdy tylko Zod wystawił głowę zza załomu ściany, jeden z nich wskazał go szponem i wydał ostrzegawczy okrzyk.
- Przynajmniej wiemy, że przerwali rytuał… - skomentował Zod gdy już wyjaśnił drużynie.
- W porządku… to co robimy?
- Mam pewien plan…Wyjaśnienia zajęły krótką chwilę.
- Ekh… - zaczął Jin nieco niepewnie - Nie chcę cię brutalnie z błędu wyprowadzać, ale nie mam moich bomb gotowych…
Zod zatrzymał się w myśli.
- Ile potrzebujesz by je przygotować?
- Pół godziny?
- Wycofujemy się. Musimy być całkowicie gotowi do walki.
- Będę potrzebował pomocy żeby się ze wszystkim wyrobić. Edwardzie pomożesz? Jak na zajęciach z Alchemii Stosowanej. Pamiętasz jak profesor Ciemnoręki ganiał nas za używanie magii podczas moździerzowana alchemikaliów? “Nie osiągnie mistrzostwa ten co proste czynności pozostawia magii!” - nekromanta zacytował jednego z swoich dawnych mentorów.
- Oczywiście Jin, zostaw to mi.Kolejne trzydzieści minut naukowcy spędzili odmierzając precyzyjne porcje poszczególnych reagentów. Prym wiódł ewidentnie Dhis, choć Edward nie odstawał daleko. Z nowymi uzupełnionymi wyrobami drużyna była gotowa do dalszej walki.
Gdy tylko Zod zaczął wdrażać swój plan w życie, wylot korytarza rozbrzmiał istną kawalkadą zaklęć - elektryczne i lodowe pociski uderzały o ściany, gdy tylko wojownik wystawiał się choć na sekundę. Trafiły go kilkukrotnie, ale większośc była jednak kwitowana gniewnymi okrzykami jaszczuroludzi. Tak jak zakładał, w końcu musieli stracić cierpliwość lub pogubić się w tej zabawie w “pacnij goblina”.
I rzeczywiście: po trzeciej salwie przez wiatr dało się słyszeć głos Darutheka, krzyczącego w smoczym.
- Tchórze boją wyjść! Zajmijcie się przejściem, ja dokończę rytuał - wystarczy nam mocy, by zniszczyć chociaż ich gniazda!
Kilka sekund później u wylotu korytarza pojawiła się gęsta mgła, kompletnie blokująca widoczność.
- Guzik im wierzę - skwitował Zod, na tyle cicho by tylko towarzysze go słyszeli. - Mówił to do nas. Próbuje nas sprowokować.
- Hmmm… jak nie kilofem to łopatą… - zastanowił się Edward, podchodząc ostrożnie w miejsce gdzie przed chwilą Zod stał i wizualizując sobie gdzie przed chwilą była widoczna platforma. Wielki tiefling złapał go za kurtę między łopatkami, aby na pewno nie spadł.
Mag skupił się moment i miotnął zaklęcie w szacowany środek platformy.Odpowiedział mu pojedynczy krzyk bólu, a zaraz potem potężna błyskawica uderzyła w niego i Zoda. Amulet ochronny ocalił Edwarda, a wojownikowi udało się uskoczyć i elektryczność jedynie go posmyrała. Gdzieś za mgłą dało się usłyszeć, jak Daruthek rozpoczyna dłuższą inkantację.
Jin w tym czasie wyskandował krótka mistyczną frazę i ochronna magia znowu objęła członków drużyny swoimi kojącymi splotami.
- Nie jestem pewien czy taka zabawa zadziała na dłuższą metę. Kolejną salwę spróbujmy cisnąć razem. Amos jeśli byłbyś tak miły. - poprosił Jin.
Po krótkiej naradzie bohaterowie spróbowali swojego nowego planu - Amos pchnął Edwarda w stronę krawędzi, a gdy mag tylko skończył inkantację i rzucił energetycznym pociskiem na oślep, Zod szarpnął go za rękaw szaty, wciągając za róg. Tym razem z głównej sali nie dobiegł ich żaden okrzyk bólu, zamiast tego usłyszeli odgłos skandowanego zaklęcia i po chwili przez korytarz przemknęła błyskawica, lecąc na wprost i uderzając w drzwi, uprzednio drasnąwszy Amosa i Edwarda.
- To nie ma sensu - stwierdził Jin - Oni mają dużą przestrzeń do poruszania się, my mamy wąski korytarz, w który łatwo kumulować strzały. Edward, czy możesz nas wszystkich teleportować jednocześnie? W najgorszym wypadku teleportujesz nas na platformę i drugi raz do wyjścia.
- Teoretycznie mogę tak zrobić - odparł mag - Tylko najpierw muszę tą mgłę rozwiać, muszę widzieć destynację teleportu.
- Zróbmy tak. - powiedział Jin i spojrzał pytająco na Amosa i Zoda. Pirat wzruszył tylko ramionami i poprawił chwyt broni.
- W porządku - zgodził się Zod - No to w tył i czekamy aż mgła zejdzie.
Chowając się za wrotami, o które raz po raz uderzały błyskawice, bohaterowie czekali, aż Edward przygotuje się do wykonania planu. W pierwszej kolejności zaczerpnął mocy ze swego pierścienia, poszerzając zakres swoich zaklęć teleportacyjnych, po czym przywołał potężny podmuch wiatru, rozwiewając blokującą widoczność mgłę. Zaraz potem, unikając kolejnej błyskawicy, sięgnął do swej specjalizacji i w mgnieniu oka przeniósł całą drużynę na centralną platformę.Tam też okazało się, że miotanie zaklęciami na oślep rzeczywiście nie przyniosłoby przewidywanego efektu. Jaszczuroludzie czekali, rozstawieni na krawędziach platformy, poza zasięgiem kryształowych eksplozji Edwarda. Zasypujący ich błyskawicami mag krył się w korytarzu, z którego wydostali się wcześniej, a Daruthek usadowił się na uprzednio ruchomej platformie. Szaman nie oszukiwał wcześniej – rzeczywiście wydawał się odprawiać jakieś rytuały, mistyczne energie ciągnęły się za jego ruchami, a inkantacje splatały się z szumem wiatru.
-
Równocześnie wydarzyło się kilka rzeczy. Znający arkana magii, bądź obdarzeni boską mocą zaczęli skandować swoje zaklęcia. Jin przyzwał swój niosący strach totem. Jeden z szamanów posłał celną błyskawicę w Amosa, który na moment stracił władzę nad swoimi mięśniami, gdy potężny ładunek przebiegał przez jego nerwy i mięśnie. Edward próbował wyrwać oddech z płuc Darutheka, lecz bez efektu. Zod zaszarżował na jednego z jaszczuroludzi, który w ostatniej chwili uniknął pchnięcia które miało go posłać w odmęty poniżej. Jego towarzysz zaryczał bojowo, wziął rozbieg, zamachnął się swoim dwuręcznym toporem i wbił go po trzonek w Amosa i wyrwał z mokrym mlaśnięciem. Kolejna fala energii spłynęła przez dłonie i metal w pirata, ale tak szybko jak rana się pojawiła, uległa zasklepieniu dzięki nadnaturalnym wywarom Jina.
Ustawiony na flance miotacz błyskawic cisnął siecią jak gladiator i złapał w nią Zoda, przyzwał dwie błyskawice i posłał je w Amosa i Edwarda, efektywnie obu trafiając. Widząc otwarcie zmutowany jaszczur podbiegł do diablęcia, ale wyćwiczony wojownik mimo gęstych sznurów odbił jednym ruchem cios i wbił trzonek topora w miejsce gdzie u humanoidów powinien być splot słoneczny. Kolejny jaszczur obiegł oplątanego, i spróbował go obalić, ale Zod warknął bojowo i nie dość że utrzymał równowagę, to jeszcze skorzystał z okazji i zadał brutalny cios. Gdy dwóch mocarzy było związanych próbą sił kapłan jaszczuroludzi wyskandował krótkie zaklęcie, napełniając swojego sojusznika siłą. Do było za dużo, i diable padło na ziemię z głuchym hurkotem.
- Nie powstrzymacie tego żywiołu! - krzyknął Daruthek w ciężko akcentowanym wspólnym w przerwie między kolejnymi sekcjami swojej inkantacji - Gniew burzy zmiecie wasze gniazda z naszych ziem! - zgodnie z jego słowami wiatr nabrał siły, gotów rozszarpać na strzępy nieuważnych. Jedynie miejsce, w którym odprawiał drugi rytuał, pokryte kawałkami rozbitej ceramiki wyglądało na omijane przez wichry.
Edward i Jin niemal równocześnie obrali Darutheka na cel. Naukowcy wielokrotnie pracowali razem, zazwyczaj w bardziej “kontrolowanych” warunkach, ale wiedzieli że największym zagrożeniem jest główne źródło magii - Daruthek. Edward wykonał kilka gestów, jakby coś wyrywał, skandując równocześnie w mistycznych językach. Powietrze zaczęło uciekać z płuc szamana, który na moment przerwał inkantację, wykonał gest jakby coś przecinał i odzyskał kontrolę nad źródłem życia. Wystawił się przy tym jednak na Jina. Niezauważony granat hukowy wpadł w okrężny huragan, poleciał po lekkim łuku i eksplodował centralnie przed pyskiem Daruhteka, pozbawiając go wizji. Jakby było tego mało, drugi pakunek, pełen błyskowego proszku eksplodował na środku platformy, pozbawiając wzroku kolejnych jaszczuroludzi. Niestety eksplozja objęła też Zoda.
Ranny pirat wykonał lekki piruet w tył, przyjął flaszkę trollowego wywaru od Jina, wypił ją szybkim haustem i wrócił do walki. Jednym kopniakiem wycelowanym w bok kolana obalił jaszczuroludziego berserkera który niedawno zadał mu brutalne rany, po czym dwoma celnymi ciosami rozorał tętnicę, a krew zalała podłoże pod nimi. Diable wyswobodziło się z sieci i stanęło na nogi, wystawiając się przy tym tylko na pomniejsze draśnięcia.
Widać było, że jaszczuroludzie wyciągnęli wnioski z poprzedniej walki i zdołali zaplanować to starcie. Zaabsorbowani zbrojni nie zauważyli, albo nie mieli przestrzeni by zareagować na gadziego kapłana, który wykonał krótką szarżę i dźgnął Edwarda swoim złowrogim trójzębem. Wciąż flankujący miotacz który niedawno cisnął siecią przyzwał dwie błyskawice i cisnął nimi w drużynę, pudłując wierutnie. Daruthek natomiast rozwiał się w powietrzu, znikając walczącym z pola widzenia.
Jaszczurzy wojownicy w trójkę próbowali pokonać Zoda, lecz pozbawieni wzroku nie byli efektywni. W końcu jeden z nich złapał diablę za pas i rzutem obalił go na ziemię.
Jin widząc że jego alchemia przyniosła równie dużo zysku, jak i straty, zgrabnie wyminął jaszczura i jego ostre szpony, dobiegł do Zoda, wyrwał z pasa jakiś tajemniczy dekokt i chlusnął nim prosto w jego oczy. - Zapiecze! - przekrzyczał wiatr, a słowa się spełniły. Wojownik pewnie by go zwyzywał, ale odrobina bólu była małą ceną za natychmiastowe odzyskanie wzroku. Alchemik schował się za szerokimi plecami towarzysza i cisnął kolejnym pakunkiem, tym razem pełnym alchemicznego kleju który przytwierdził jednego z jaszczurów do podłoża. Zod poderwał się na nogi, i potężnym pchnięciem posłał jaszczura w odmęty poniżej.
Jeden z jaszczurzych szamanów, zapewne uczeń Darutheka, zaczął skandować prymitywne zaklęcie, wydłużając inkantację, by opanować szalejącą energię. Z jego dłoni wystrzeliła fala błyskawic zalewając drużynę bólem, osmalając ciało i wypełniając powietrze ozonem.
Edward w tym samym czasie przyzwał magię którą znał najlepiej - magię teleportacji i pojawił się daleko od zagrożeń. Splótł kolejne zaklęcie, wplatając w nie piękną matematyczną formułę. Nagła eksplozja kryształowych, fizycznych fraktali zalała posadzkę, i ciała jaszczuroludzi, wyrywając w nich powierzchowne rany, ale ponad wszystko utrudniając poruszanie się. Pozbawiony celu kapłan wzniósł modły, regenerując ochronną magię.
Miotacz błyskawic ostrożnie odsunął się od walczących, wciąż oślepiony przez błyskowy proszek Jina. Jego walczący wręcz towarzysze na oślep znów próbowali dorwać się do Zoda i z niemałym trudem znów obalili go na ziemię. Jin odskoczył od przetaczającej się po ziemi kuli umięśnionych brutali, podbiegł do pirata i profesjonalnym ruchem wypchnął elektryczny oszczep który był w niego wbity od początku walki. Rana zasklepiła się momentalnie. Widząc że sam też jest ranny wyjął z bandoliera fiolkę leczniczego naparu i wypił go szybkim haustem.
Pirat zrepozycjonował się, spróbował obalić kolejnego jaszczura, lecz bez efektu. Furia wypełniała od kilku chwil jego serce i teraz pozwolił jej znaleźć ujście. Zmienił się w tornado ostrzy i pięści. Leżący już od kilku dłuższych chwil berserker dorobił się ziejących dziur w jamie brzusznej i klatce piersiowej. Mimo tego walczył, pchany gniewem, nadnaturalną magią i czystą nienawiścią do gładkoskórych. Kolejny jaszczur dorobił się głębokiego cięcia ramienia, niemal do kości, oraz pchnięcia które niemalże połączyło klatkę piersiową z światem zewnętrznym.
Szaman błyskawic przyzwał kolejną falę elektryczności, która zalała drużynę. Najgorzej oberwał Jin, który gdyby nie ciągły dopływ świeżych dekoktów pewnie szedłby właśnie na sąd u Pharasmy. Mag obrócił pierścień na swoim palcu, ponownie przyzwał magię teleportacji i przeniósł Zoda w bezpośrednie sąsiedztwo elektrycznego zagrożenia. Diablę nie patyczkował się, tylko złapał cherlawego w porównaniu do siebie czaromiota, podniósł go i cisnął poza lewitującą platformę.
Jaszczurzy kapłan wykorzystał to że atencja maga była gdzie indziej i posłał lodową strzałkę, która co prawda trafiła, jednak rana nie była poważna.
Obaleni jaszczurzy wojownicy starali się odpowiedzieć na serię ciosów Amosa, jednak poza powierzchownym draśnięciem nie zdziałali nic więcej. Zalety bycia na wyższym poziomie elewacji. Pirat szybko wyprowadził kolejną serię ciosów, przecinając przy tym więzadła kolanowe ostatniego stojącego w pobliżu jaszczuroludzia i zapewniając sobie dominację.
Daruthek pojawił się nagle w powietrzu i kopiując Edward sprzed kilku sekund, starał się wyrwać powietrze z płuc maga. Ten jednak na to nie pozwolił, przejmując kontrolę nad tym żywiołem. Przynajmniej w swoim wnętrzu. Rytuał i wicher wciąż się wzmagał, chociaż wciąż daleko było mu do mocy, z którą szalał przed zniszczeniem połączeń z planami żywiołów. Mag ponownie teleportował Zoda, tym razem w bezpośrednie sąsiedztwo miotacza błyskawic, do bocznego korytarza z którego ten atakował drużynę. Diable zamachnęło się, jaszczur wykonał unik, lecz od samego początku była to finta. Zbrojmistrz pozwolił toporowi uderzyć o ziemię, zaparł się nogami i całym ciałem uderzył w o wiele mniejszego oponenta. Ten poleciał z krzykiem poza krawędź i wpadł do wody.
Jaszczurzy kapłan podbiegł do ciężko rannego berserkera, przyzwał leczącą magię i zamknął część jego ran. Jaszczur wraz z przypływem sił wykonał cios który rozorał przedramię pirata. Ten utrzymał jednak broń w dłoniach, a trollowa regeneracja zamknęła brzegi cięcia.
Radzący sobie z sztormowymi wodami bez większego problemu miotacz błyskawic przepłynął spory kawałek, a lewitujący Daruthek zniżył poziom lotu, pomógł towarzyszowi wydostać się z głodnego żywiołu i o wiele wolniej zaczął unosić się w górę.
Leżący na podłożu gadzi berserker smagnął swoim ogonem po nogach Jina, obalając alchemika na ziemię. Siła ciosu z pewnością złamała podudzie alchemika. Przeklinając odtoczył się w tył, poza zasięg walczących i szybko zmieszał kilka składników, złapał swoje podudzie, ustawił je w “prawidłowej” pozycji i wypił haustem kolejną flaszkę alchemicznych trunków.
Amos i pobliscy jaszczurzy zbrojni wymieniali się seriami ciosów. Pirat mimo tego że walczył sam, przeciwko de facto trzem wygrywał tą potyczkę. Między brutalną siłą, doświadczeniem i zwyczajnemu braku koordynacji po stronie zimnokrwistych szale zwycięstwa powoli przechylały się w stronę pirata.
Zod w tym czasie zrepozycjonował się i przeprowadził szarżę w stronę znającego obronną i leczniczą magię kapłana. Ten widząc jak poprzedni sojusznicy spotkali się z wodą poniżej był przygotowany i nie dość że gładko jej uniknął, to miał jeszcze czas przyzwać ochronną magię, bardzo podobną do tej z której korzystał Jin i podciąć ogonem diablę. Zod z głuchym tąpnięciem uderzył o posadzkę, niemalże wypadając poza obrys platformy, niesiony swoim momentum.
Walczący z falami elektryczny szaman splótł kolejne elektryczne zaklęcie, którym smagnął stojącego powyżej Edwarda. Mag w odpowiedzi przyzwał kolejne kryształowe ziarno, które zalało swoją tnącą mięśnie magią Darutheka i towarzyszącego mu miotacza błyskawic.
Lider jaszczuroludzi zignorował ból, uniósł się jeszcze wyżej i odstawił miotacza błyskawic na twardą ziemię. Ten natychmiast przyzwał dwie błyskawice i cisnął nimi w Edwarda. Obie trafiły w cel, niemal pozbawiając maga przytomności. Edward padł na ziemię, kryjąc się przed kolejnymi błyskawicami.
Nekrochemista gładko wyjął z plecaka zrabowany niedawno mistyczny zwój i przyzwał jego moc. Mała czarna kula zmaterializowała się w pobliżu Darutheka i zaczęła wysysać z niego magię, widoczną teraz jako cienisto-elektryczna aura.
Amos i walczący z nim jaszczuroludzie kontynuowali swoją przewlekającą się już potyczkę. Z niemałym trudem trójka jaszczuroludzi obaliła pirata na ziemię, w nagrodę przyjmując kolejne ciosy. Wszyscy byli na granicy mentalnej i fizycznej. Tyle tylko że pirat nie był sam.
Diable odtoczyło się od kapłana, który kłapnął paszczą i zadrapał jego ramię. Zod uniósł topór wysoko nad głowę i z całą siłą swoich mięśni wbił go w leżącego w pobliżu gadziego berserkera, w pełni skupionego na Amosie. Ciało łuskoskórego z mokrym mlaśnięciem rozdzieliło się na dwoje, jak pomarańcza rozerwana głodnymi palcami dziecka. Berserker w końcu znieruchomiał.
Jaszczuroludzie wydali się z siebie bojowy krzyk, może mający na celu obiecać pomszczenie zmarłego, pierwszej ofiary tej walki. Może wyrażający żal. Nie miało to jednak większego znaczenia. Jaszczurzy kapłan próbował jeszcze reanimować swojego towarzysza, Jin i Edward wiedzieli jednak że nie była to magia życia, lecz nekromancja. Okrute zaklęcie mające spętać ducha zmarłego. Własnego towarzysza i przyjaciela. Być może odrobina wahania w gestach, a być może bliskość Zodowego topora, albo niosącej strach magii totemu Jina wystarczały by zaklęcie rozwiało się bezskutecznie.
Daruthek i miotacz błyskawic desperacko starali się przerwać najsłabsze, czy też raczej, najbardziej ranne ogniwo w drużynie naszych bohaterów. Edwarda. Przyklejony do podłoża mag nie był jednak dużym celem, i zarówno błyskawice, jak i magia Darutheka rozminęły się z celem.
- Jin! Pomóż! - zawołał mag i w kolejnej chwili teleportował w swoim kierunku medyka. Ten był gotowy. Jedną ręką podał Edwardowi ostatnią leczniczą miksturę, drugą natomiast wykonywał mistyczne gesty w kierunku zwłok zabitego niedawno jaszczuroludzia. - Życie! Śmierć! Odwrócenie! Prędkość! - wyskandował w wysokim smoczym, a zwłoki nabrały nowego nie-życia. Wylewając z siebie wnętrzności podniosły się do pionu i rzuciły w kierunku najbliższego żywego jaszczuroludzia.
Zod natomiast ponownie skupił się na kapłanie i wyćwiczonymi ruchami, bez większego pośpiechu zagonił go na granicę platformy, po czym zepchnął go w wodę poniżej.
Miotacz błyskawic zaskrzeczał złowrogo i posłał dwa pociski w Jina. Oba trafiły, obie rany nie były poważne, ale ból wystarczył by nekromanta przeniósł swoją wolę na ułamek sekundy z swojej magii na siebie samego. To wystarczyło by reanimowane zwłoki zachwiały się i padły na ziemię, pozbawione dopływu magii.
Amos w tym czasie profesjonalnie dobijał leżących pod nogami jaszczuroludzi. Ostatnia dwójka która była na platformie nie miała w starciu z nim większych szans. Byli ciężko ranni, pozbawieni wsparcia swoich towarzyszy, magii kapłana, byli oślepieni, przykuci do podłoża, przerażeni. Równie dobrze mógł walczyć z dwójką dzieci.
Edward splótł szybkie zaklęcie i teleportował Zoda tuż obok ciskającego błyskawicami jaszczura. Z szerokim uśmiechem skrytym za maską diablę wykonał zamach swym dwuręcznym toporem i wbił go w środek puklerza. Ochronny element ekwipunku pękł na dziesiątki części, topór poszedł dalej wchodząc w przedramię, a odpryski metalu naszpikowały ciało miotacza nowymi ozdobami. Ten zawył boleśnie i rzucił się do ucieczki w głąb korytarza, szybko znikając Zodowi z pola widzenia.
Nekromanta ponownie skupił się na zwłokach, ponownie zmusił je do poddania się swojej woli, a te ponownie zaatakowały pobliskiego jaszczura. To wystarczyło by dobić kolejnego plemiennego wojownika. Na platformie został już tylko jeden, teraz z poziomu podłogi walczący z Amosem i nieumarłym. Wystarczyło kilka chwil by i on pożegnał się z życiem.
Zod zignorował uciekającego, zamiast tego wykonał piruet i ciął lewitującego na granicy zasięgu topora Darutheka. Cios rozorał płaszcz który ten nosił i wygenerował na jego ciele świeże, bogato krwawiące, lecz niezbyt poważne, zadrapanie. Edward nie chcąc by miotacz błyskawic mógł wrócić do walki zalał korytarz w głąb którego ten uciekł swoimi kryształowymi fraktalami, efektywnie zmieniając go w morderczą pułapkę. Gdyby ktoś próbował przez niego przejść musiałby poświęcić wiele czasu na wymijanie ostrych kolców. Ten nie był chętny do próbowania swoich sił z tym wyzwaniem i miast tego cisnął kolejnymi burzowymi pociskami w w Zoda. Nie przyniosło to jednak większych efektów, z ranną ręką był wybity z równowagi i choć rzucał celnie, to z małą siłą.
Mag ponownie teleportował Zoda, niemal na środek platformy. Diablę nigdy nie było dobrym oratorem, nie znał też dobrze smoczego, ale jedno słowo które wykrzyczał niosło w sobie obietnicę. Obietnicę od której serca zimno krwistych zadrżały.
- NELITHRAL! ŚMIERĆ!
Jin natomiast szykował coraz to kolejne alchemiczne dekokty i ciskał nimi w stronę Darutheka, wspomagany o wiele silniejszymi ramionami swojego nieumarłego. Do kanonady dołączył też Amos, wyciągając swój pistolet, lecz nikt nie trafił swoimi pociskami.
Dla większości jaszczuroludzi było to zbyt wiele. Pływający pod platformą skryli się za nią, starając się zniknąć Zodowi z pola widzenia. Miotacz błyskawic dopiero teraz zdał sobie sprawę że w korytarzy w który wbiegł był odcięty, więc z mozołem zaczął przedzierać się w kierunku wody.
Tylko Daruthek zachował zimną krew. Zaczął skandować mistyczne frazy, wykonywał szerokie zamach rękoma, jakby coś zbierał. Przed jego klatką piersiową w kilka momentów uformowała się kula trzeszczących błyskawic. Z dzikim okrzykiem cisnął nią w Zoda. Słabszy humanoid zmieniłby się w kupkę parującego mięsa, ale diablę było zbyt mocno. Zbyt pełne furii by się poddać. Jego sylwetka zamigotała, gdy Edward ponownie go teleportował w głąb korytarza. W rykiem pchnął oszczepnika trzonkiem topora i wziął szeroki zamach, krzesząc iskry z sklepienia i zasypując siebie i wroga odłamkami kamieni. Jaszczur jednak uniknął ostrza, przebiegł obok Zoda i wskoczył z pluskiem do wody.
Jin, Zombie i Amos w tym czasie kontynuowali zasypywanie latającego Darutheka pociskami. Ten nie był jednak łatwym celem, między lataniem, porywistymi wiatrami i ochronną magią doznał tylko powierzchownych ran, gdy odrobina kwasu ciśniętego przez nieumarłego dostała się na jego skórę.
Daruthek zaczął splatać kolejne zaklęcie, ale Edward go ubiegł. Zod nagle zmaterializował się przed arcyszamanem. Diable uczepiło się lewitującego czaromiota, efektywnie rozpraszając zaklęcie nim ten zdążył je dobrze uformować. Jednak czekający poniżej platformy jaszczuroludzie mieli przygotowane kolejne arkana, którymi zasypali swój jedyny cel. Z bolesnym efektem.
- Jin! Amos! Lina! - krzyknął Edward rzucając wspomniany przedmiot alchemikowi. Ten zgrabnie go złapał, zawiązał na niej węzeł, zmieniając ją w improwizowane lasso. - Podaj to temu humanoidowi! - ryknął na swojego nieumarłego, a ten posłusznie rzucił się sprintem do pirata. Półork przechwycił linę, wykonał nią kilka zamachów i cisnął nią, łapiąc Zoda za nogę. Wraz z nieumarłym szybko zaczęli ściągać walczących w powietrzu.
Daruthek widząc co się święci dezaktywował swoją magię lotu. Jak kamień spadł w dół wraz z Zodem, zatrzymując się dosłownie metr nad taflą wody. Kolejna fala pocisków zasypała Zoda, jednak jaszczuroludzie bojąc się że trafią swojego lidera w większości spudłowali.
Do granicy platformy dobieg Edward, który padł tam na ziemię, tak by widzieć walczących. Szybko przyzwał leczniczą magię, zamykając najpoważniejsze rany Zoda. Amos i Zombie wspólnymi siłami zaczęli ciągnąć swój łów w górę. Lina trzeszczała ponad ciężarem szamoczących się zapaśników. Zod powoli wygrywał tą walkę. Był większy. Silniejszy. Bardziej doświadczony w walce wręcz. Daruthek nie chciał się jednak poddać. Desperacko walczył o wyzwolenie i w chwili gdy zdawało się że nic mu już nie pomoże nagły podmuch wiatru cisnął nimi w bok. Diablę stracił chwyt na ułamek sekundy, ale to wystarczyło by głodna grawitacja upomniała się o swoje prawa. Szaman spadł jak kamień do wody, Zod natomiast wystrzelił nagle w górę. Pirat i zombie wciągnęli diablę na platformę.
- To nie koniec! - wrzasnął Daruthek - Prawdziwe Dzieci Bagien pozbędą się miękkoskórych i zapanują nad tymi ziemiami, jeśli nie teraz, to w przyszłości!
Po tych słowach zapanował spokój. Gdy bohaterowie zerknęli pod platformę, nie dojrzeli żadnego z jaszczuroludzi. Najwyraźniej gady uciekły w głębiny.- Znajdę was i zatłukę jak psy! - odkrzyknął alchemik w nietypowym dla niego wybuchu gniewu. Odpowiedziało mu tylko echo. Zatoczył ręką koło, obejmujące rozbite jaja i odezwał się ponownie, ale już ciszej do towarzyszy - Śmieć poświęcił nienarodzone dzieci. To było źródło jego magii. Musimy go zabić. Nikt nie będzie w Pridon’s Heart bezpieczny póki to… wynaturzenie oddycha.
- Zbierz jaja. Pokażemy je Dzieciom Bagien. Może podejmą jakieś akcje, ale dziś nam uciekł. Amos, przestawisz platformę, aby była gotowa do wyjścia? Edward, pomożesz?
- Hmmm?
Z pomocą towarzysza Zod teleportował się po swój topór, a potem… do północno-wschodniego wyjścia. Nie ufał jaszczurom i to mogła być pułapka. Próba wyjścia w stawie zniszczonej biblioteki i ataku z zaskoczenia. Edward poszedł z nim, w ramach ubezpieczania tyłów. Gdy dotarli nic się jeszcze nie działo, ale nie oznaczało to, że nie zacznie się dziać.
- W porządku… do roboty…
Zod odłożył swój topór na bok i zaczął pracować. Zaczął od starych regałów. Kopnięciami rozbijane na mniejsze elementy i wrzucane do wody. Unosiły się jeszcze, ale nie przeszkadzało to mu. Gdy kolejne ciężkie meble na nich lądowały masa je dociskała je głębiej i głębiej. To była ciężka praca. Zod intencjonalnie wybierał to co najcięższe, bo wśród jaszczuroludzi były silne bestie. Musiał to zawalić na tyle gęsto, aby sumaryczna masa nie pozwoliła tego nawet ruszyć. Zawalisko robiło się cięższe i cięższe. Nie tylko regały, ale wszystko co znalazł również w sąsiednich pomieszczeniach, a to wszystko przywalił gruzami, ciężkimi kamieniami co odpadły ze ścian. Zakończył wpychając mniejsze elementy w otwarte przestrzenie i własną masą (ryzykując własną śmieszność skacząc po tej górze) “ubił” to wszystko, na ile się dało. To nie była przeszkoda nie do pokonania… do tego potrzeba by znacznie więcej pracy i materiałów… ale nie dało jej się teraz pokonać w rozsądnym czasie.Zwalił się przy ścianie. Zmęczony i przegrzany wysiłkiem.
- Wybacz, że nie pomogłem… - po raz trzeci przeprosił Edward, czując się mocno niezręcznie, siedząc na stołku, gdy Zod dyszał nosząc te ciężary.
- Bardzo pomogłeś. Nie musiałem dupy pilnować.Wojownik nie zdążył jeszcze złapać oddechu, gdy jego uszu dobiegł ostrzegawczy gwizd Amosa.
- Towarzystwo - rzucił, gdy wszyscy dołączyli do niego, stojącego na ruchomym podeście, teraz zakotwiczonym na północy - Słyszałem jakieś głosy dochodzące z tunelu na powierzchnię świątyni. Teraz jest cicho, więc przynajmniej nic na nas nie szarżuje.
Przeczucie pirata potwierdziło się chwilę później, gdy z załomu schodów wyłoniła się samotna jaszczurcza sylwetka. Zod rozpoznał w niej Bashebę, z którą wcześniej miał okazję ćwiczyć.
Jaszczurzyca spojrzała na bohaterów nieco zaskoczona i rozejrzała się po komnacie z podziwem.
- A więc przeżyliście? Jeden z łowców widział, jak kilkoro Dzieci pojawiło się znikąd na rzece i odpłynęło.- Nie byli wstanie z nami zwyciężyć, więc uciekli. - potwierdził Jin, wziął głębszy oddech i przemówił ponownie, wskazując dłonią małą piramidkę z rozbitych jaj - Mam nadzieję że się mylę, ale Daruthek poświęcił pisklęta by karmić swoją magię. Mam nadzieję tylko że nie były wasze.
Basheba podążyła wzrokiem w kierunku ponurej pamiątki rytuału i zamarła. Ciężko było odczytać emocje z gadziej twarzy, ale zaciśnięte pięści i szczęki, z drżącą lekko wargą, dawały dość, by zrozumieć, że nadzieja Jina była płonna.
- Kolejne kłamstwo… - powiedziała z wielkim trudem - Miał sprawić, że nowe pokolenie będzie potężne, obdarzone mocą… A teraz, nie będzie go w ogóle, nie będzie Dzieci - przygarbiła się, jakby przygniótł ją ogromny ciężar.- Didi borot…eba. Wielkie zło - mówił Zod powoli, próbując swoich sił w smoczym, nieco napędzany nową pewnością, której nieco nabrał od kiedy przybyli do Dzieci Bagien. - Dziecio… zabójca…. za to zapłaci w swoim czasie. Jeśli nie z naszych rąk, to z tamtych? Innych… innych rąk. Nikt z nas dziś nie wygrał, ale przynajmniej też nie on. Przyjmij moje współczucie i żal…
Jaszczurzyca pokiwała apatycznie głową, cicho przyjmując słowa Zoda.
- Muszę powiadomić wodza - po dłuższej chwili odezwała się nieobecnym głosem, po czym obróciła się i powolnym krokiem ruszyła w górę schodów.
Zod patrzył jeszcze chwilę za odchodzącą jaszczurzycą.
- Edward, Jin… potwierdzicie, że to jaja były źródłem mocy? Wolałbym nie ryzykować, że jakiś kryształ w platformie jest tutaj kluczowy i on jeszcze nam wróci i zacznie od zera.
- Sprawdzę to… - przytaknął czarodziej i zabrał się do pracy…
- Niemal na pewno. - potwierdził nekromanta, ale dołączył do maga. Sam rytuał był fascynujący i warto było go przeanalizować. Tym bardziej że w bandolierze miał jedno ze źródeł energii. -
Dokładne zbadanie pozostałości po rytualnym kręgu pozwoliło obu naukowcom na wyciągnięcie równie ponurych, co uspokajających wniosków. Połączenie z planami żywiołów było praktycznie odcięte, jedynie klejnot trzymany przez Jina stanowił jego zalążek. Zauważone przez Zoda kryształy wpasowane w podstawę lewitującej platformy okazały się niczym więcej jak nośnikiem magii telekinetycznej – Daruthek nie miałby z nich większego pożytku niż ze typowych magicznych przedmiotów. Szalony jaszczur zrobił coś znacznie gorszego…
Pozbawiony połączenia z energią planarną, wykorzystał inne, znacznie paskudniejsze jej źródło: potencjalną energię nienarodzonego jeszcze życia. Była to obrzydliwa magia, o której nawet zaznajomiony z mrocznymi sztukami Jin wolał nie wiedzieć zbyt wiele. Skąd w głębokim Mwangi pojawił się ktoś w niej biegły, to również stanowiło zagadkę. Drobnym pocieszeniem było to, że splugawiony w ten sposób rytuał przyzywający gniew burzy był znacznie słabszy, co dawało nadzieję na przetrwanie Pridon’s Hearth. Ponadto, sama jego formuła sprawiała, że nie dało się go odtworzyć w innym miejscu niż ta właśnie jaskinia. Więc o ile w przyszłości szaman nie postanowi wrócić lub nie trafi się jakiś jego naśladowca, delta Koriru była bezpieczna.
Spakowawszy zdobycze, drużyna udała się śladem Basheby na powierzchnię, do wioski Dzieci Bagien. Jaszczuroludzie zostali już powiadomieni o tym, co wydarzyło się na dole - okazali typową dla siebie powściągliwość, z której przezierała jednak dziwna mieszanka zrezygnowania i ulgi. Niektórzy ostentacyjnie odchodzili na widok bohaterów, zaś ci będący myśliwymi i strażnikami skłaniali głowy w geście szacunku. Przede wszystkim jednak nikt nawet nie próbował rozmawiać z obcymi, dopóki ze swojej komnaty nie wyszła do nich Shathva. Na ile dało się to wyczytać z gadziej twarzy, minę miała posępną i gniewną, ale brak obstawy oraz broni sugerował mimo wszystko pokojowe intencje.
– Powiedziano mi, że Daruthek wam umknął, uprzednio zniszczywszy naszą przyszłość. Co tam się wydarzyło? Nie zdołaliście go powstrzymać? - zapytała niecierpliwie. -
- Daruthek był za zasłoną potężnej magii. - odpowiedział Jin powoli dobierając słowa. Mówił w wspólnym, powtarzając te same zdania też w smoczym, tak aby drobny błąd w interpretacji nie ściągnął na nich gniewu przywódczyni. - Musieliśmy zniszczyć jej źródła, a widząc że nie zdąży odprawić swojego rytuału który miał anihilować nasze “gniazda” postanowił poświęcić młode by go przyspieszyć. - z premedytacją pominął fakt że gdyby go nie powstrzymywali to ten pewnie nie sięgnąłby po mroczne arkana.
Przywódczyni jaszczuroludzi zacisnęła masywne pięści.
- Słyszeliście to? - zawołała donośnie, by usłyszeli ją wszyscy współplemieńcy - Daruthek poświęcił naszą przyszłość po to, żeby zniszczyć przyszłość miękkoskórych! Tych, którzy wbrew jego słowom przyszli tu w pokoju! Dzieci Bagien nie mają już Mówcy, a imię poprzedniego ma zostać zapomniane! - ogłosiła uroczystym tonem.
- Uciekł wam, prawda? Zdążył zrobić to, co planował? Co teraz zamierzacie? - już ciszej zadała kolejne pytania.
- Ciężko powiedzieć. Rytuał nie był kompletny, jest nadzieja że Pridon’s Heart nie zostanie zrównane z ziemią. Sprawdzimy straty. Wytropimy go i zabijemy. I ustalimy skąd posiadł taką magię. To nie jest coś co można stworzyć na kolanie, wymaga lat praktyki i doświadczenia.
- Ci, których widziano na rzece, płynęli z jej prądem, więc mają wielką przewagę, a Dzieci Bagien potrafią kryć się dżungli. Żałuję teraz, że sama nie poszłam z wami po jego głowę - warknęła cicho.
- Byłaś wierna swoim tradycjom… A my prawie go mieliśmy, ale… niestety się wywinął w ostatnim momencie - Zod nie krył zawodu w swoim głosie.
- Energia żywiołów została mu odebrana - włączył się ostrożnie Edward - Ale w tym miejscu, w przyszłości, mógłby próbować powtórzyć rytuał… Tylko musiałby to zrobić tutaj i… sięgnąć po więcej tej plugawej magii… Dużo… duuużo plugawej magii… - teoretyzował Edward, z rosnącymi wątpliwościami. Z chwili na chwilę przemyślenia prowadziły go dalej od możliwości powtórzenia tego wyczynu bez kryształów. - Jak ważne jest dla was to miejsce? Znaczy podziemia…
- Nikt poza nim - Shathva starannie nie wypowiedziała imienia Darutheka - i jego sługami tam nie schodził, Dzieci bagien korzystają tylko z osłony tych ścian - gestem wskazała ruiny świątyni - A po tym, co tam się wydarzyło, nikt inny nie powinien móc tego powtórzyć
- Będziemy wdzięczni jeśli upewnijcie się że nie wróci. Do momentu aż go nie wytropiony i zneutralizujemy. - powiedział Jin - Przekażemy co się tutaj wydarzyło naszemu wodzowi. Jest sprawiedliwy, więc nie będzie chciał was atakować za grzechy byłego Mówcy, ale sugeruję żebyście nie próbowali handlować z mieszkańcami bez kogoś kto będzie z wami i za was poświadczy. Niektórzy… miękkoskórzy zobaczą wasze łuski i zaatakują bo sami zostali zaatakowani przez podobnych wam.
- Możecie wysłać z nami kogoś… ambasadora - proponował Zod - Kogoś kto zna wasze zwyczaje na wylot. W naszym towarzystwie będzie bezpieczny i zapoczątkuje to już proces łączenia naszych plemion… ale jeśli potrzebujecie czasu aby przebyć żałobę po nienarodzonych… możemy umówić się na inny termin.
Jaszczurzyca przymknęła lekko oczy, zastanawiając się chwilę.
- Wysłannik? Tak, to szczodra oferta z waszej strony, dziękuję. Ssamath pójdzie z wami - wskazała na przyglądającego się im z oddali wojownika o sporej bliźnie na twarzy oraz oku pokrytym bielmem - Rany sprawiły, że nie może polować tak łatwo jak kiedyś, ale dobrze rozumie waszą mowę.
- Dziękujemy. Opatrzymy nasze rany i wyruszymy bezzwłocznie.
- Ssamath pokaże wasz honor i mądrość… - zaczął Zod powoli, patrząc na wskazanego weterana - Warto pokazać też, że nie różnicie się od nas i macie także łagodność i uprzejmość… Jeśli jest to opcją, to obecność kogoś takiego jak Basheba byłaby cenna…
Shathva zastanawiała się przez chwilę, po czym kiwnęła głową.
- Mogę na to przystać. Basheba potrzebuje czasu z dala od tego miejsca, a towarzystwo będzie dla niej lepsze niż samotność w dżungli - zadecydowała, nieco delikatniejszym tonem - Czy Dzieci Bagien mogą coś jeszcze dla was zrobić?Gdy wszystko zostało już ustalone, Shathva pozwoliła drużynie przenocować w jednej z chat. Odpoczywając widzieli, jak przywódczyni zbiera swoich wojowników na naradę, pozostałym przydzielając inne zadania. Gdy opuszczali wioskę, mieli okazję zobaczyć grupkę jaszczurów zmierzających w stronę podziemi. W dłoniach dzierżyli prowizoryczne młoty i kilofy, a w ich ruchach widać było niepokój.
Kilka dni później
Podróż w towarzystwie znających te tereny jaszczuroludzi minęła szybko. Ssamath okazał się interesującym rozmówcą o głębokim, nieco chropowatym głosie, który w połączeniu z aparycją mógł budzić trwogę. To wrażenie szybko mijało, gdyż weteran mówił świetnie we wspólnej mowie, a także robił to chętnie, dzieląc się opowieściami o lokalnych legendach, polowaniach na wielkie gady czy potyczkach z czasów wojny z boggardami. Wydawało się, że z lubością wspomina czasy, gdy był młodszy i sprawniejszy. Basheba z kolei większość drogi milczała lub porozumiewała się półsłówkami, najwyraźniej wciąż wstrząśnięta tym, co zrobił Daruthek. Dopiero, gdy zaczęli zbliżać się do wybrzeża, odległość od miejsca tamtej zbrodni zaczęła nieco zmniejszać przygniatający ją ciężar.
Nie zniknął on jednak zupełnie, a jego spora część zaczęła przenosić się na bohaterów. Po samej dżungli, przetrzebionej jeszcze bardziej niż po pierwszym ataku domyślali się, że Mówca Bagien był bliski dopięcia swego. Dlatego też z pośpiechem i rosnącym niepokojem pokonywali ostatnie mile drogi.Na szczęście, Pridon’s Hearth przetrwało. Nie było w najlepszym stanie, ale większość dokończonych budynków wciąż stała, nawet z dachami na miejscu, tak samo jak świątynia Abadara i willa hrabiego. Znacznie bardziej ucierpiały prowizoryczne chaty najbiedniejszych, z których zostały jedynie walające się resztki drewna i płócien, a także magazyny położone najbliżej morza. Tam huraganowemu wiatrowi towarzyszyły potężne fale, które najpierw powaliły nadwątlone już ściany, a potem porwały część skrzyń z towarami, unoszących się teraz w wodzie zatoki. Pozostałe budynki wymagały napraw i konserwacji, ale w ogólnym rozrachunku szalejący żywioł był “jedynie” poważnym utrudnieniem, zamiast zupełnie przekreślić szanse kolonii.
Mijając lokalny cmentarzyk, bohaterowie dostrzegli ledwie parę nowych mogił, co w świetle tych zniszczeń także było dobrą wiadomością. Koloniści najwyraźniej dobrze już wiedzieli, że w obliczu gniewu burzy lepiej było zadbać o siebie i bliskich, a nie dobytek. Na to był czas później - mimo że minęło już kilka dni, Pridon’s Hearth ciągle wrzało pracą. Naprawy z pewnością miały potrwać jeszcze sporo czasu, ale najwyraźniej morale mieszkańców wciąż było na wysokim poziomie. Napędzani nadzieją lub uporem, pracowali wspólnie, pomagając sobie nawzajem w budującym pokazie współpracy i niezłomności. Niespecjalnie nawet zwrócili uwagę na powracającą drużynę, a ci, którzy ich zauważyli i pozdrawiali, szybko pochmurnieli na widok towarzyszących bohaterom jaszczuroludzi.
Nie tracąc czasu (i nie chcąc ryzykować linczu), drużyna czym prędzej udała się wprost do willi hrabiego Narsusa, która i tą burzę przetrwała w bardzo dobrym stanie.
- Dziękuję za raport i relację z wydarzeń - hrabia mówił powoli, tak jakby wciąż przetrawiał wszystko, co opowiedzieli mu bohaterowie. Chwilowo w jego biurze pozostali jedynie Jin z Zodem - Narsus dał dyskretnie znać, że chce porozmawiać w gronie “tutejszych”, a Amos z Edwardem uznali, że przypilnują jaszczuroludzich posłów na zewnątrz, tak żeby któryś z co bardziej krewkich kolonistów nie wpadł na jakiś głupi pomysł.
- Macie też moją dozgonną wdzięczność za uratowanie kolonii - dodał ze słabym uśmiechem - Zniszczenia są spore, ale skoro niebezpieczeństwo zażegnane, będziemy mogli ją odbudować i się rozwijać - w jego głosie słychać było autentyczną nadzieję.
Pan Blackwell, który towarzyszył hrabiemu w tym spotkaniu, siedząc w miejscu zajmowanym wcześniej przez pannę Gadd, miał znacznie bardziej sceptyczną minę, ale powstrzymał się od komentarzy.
- A ten cały Barutek… Daruthek, jakie waszym zdaniem jest ryzyko, że jeszcze nam zagrozi? - Narsus kontynuował - I powiedzcie mi więcej o Dzieciach Bagien, nie chcę podejmować decyzji o zawarciu relacji bez pewności, szczególnie że niedawno jeszcze chcieli nas powybijać. -
Jin zamknął swój notes, z którego pomocą rzetelnie i szczegółowo zreferował dotychczasowe wydarzenia. Wysłuchał hrabiego i zaczął ponownie mówić.
- Ryzyko jest niestety istotne. To religijny fanatyk, nie spocznie póki nie dopnie swojego. Fakt jest taki że odebraliśmy mu największą broń, ale z pewnością znajdzie inny sposób. Spora część jego świty wykazywała się znajomością nekromancji, nie zdziwiłbym się gdyby zaczął wysyłać na przykład fale nieumarłych. Nie znamy też źródła wiedzy Darutheka, magia którą się posługuje co prawda jest prymitywna, ale wciąż jest potężna. Nie mogę wykluczyć jakiegoś patrona. Optymalnie byłoby go wyśledzić i zabić, ale nie oszukujmy się, w dżungli jest to niemal niemożliwe.- Co do Dzieci Bagien - nie jest to proste, ani biało czarne. Tak część członków ich plemienia zadała Pridons Heart i kolonistom bolesne rany, które nigdy się nie zaleczą. - wzrok Jina powędrował ku oknu, przez które w oddali widział cmentarzyk. - Ale zdecydowana większość to zwykli, żyjący lokalnie jaszczuroludzie. To niemal tak jakby winić wszystkich Cheliaxan za przestępstwa popełniane przez jakąś wąską grupę społeczną. Sami w trakcie ostatnich wydarzeń ponieśli niepowetowane straty, śmiałbym powiedzieć że cena którą zapłacili za szaleństwo Darutheka jest wyższa od tej którą zapłaciła kolonia. Stracili wszystkie młode. Całe pokolenie zostało poświęcone na ołtarzu jego gniewu. Szukałbym w nich raczej sojusznika, nie znajdziemy nikogo kto bardziej pożąda jego śmierci. Znajomość terenu daje nam jedyną szansę by go wytropić. Nie zapominajmy też o Boggartach, które mogą potencjalnie chcieć zająć większe tereny. Wtedy doświadczenie Dzieci, które już z nimi walczyły będzie miało duże znaczenie.
-
Zod dał Jinowi wyjaśnić wszystko, ze wszystkimi jego notatkami i mądrymi słowami. Lepiej się do tego nadawał.
- Daruthek ma teraz dwie prawdopodobne drogi przed sobą. Albo pogodzi się z tym, że wytrącono mu z rąk wszystkie karty i pogodzi się z porażką, albo stanie się desperatem. Bardowie lubią drugą opcję. Jest bardziej dramatyczna… ale kij go tam wie… jednak to jest opcja która musimy brać pod uwagę. Ale Jin ma rację… znalezienie go jest praktycznie niemożliwe. Może Dzieci Bagien byłyby w stanie… na pewno nie my. A propos ich… masz rację. Niedawno chciały nas powybijać. Dokładnie tak samo jak mieszkańcy Pridons Heart chcieliby powybijać je, jakbyśmy ci tu nakłamali o tym jakimi potworami one są i, że nie ma innego wyjścia jak je wybić… to właśnie się z nimi stało. Dzieci Bagien zostały okłamane. I miały znacznie lepsze powodu mu ufać, niż ty masz by ufać nam. Dżungla jest wystarczająco duża dla nas wszystkich i wszyscy mamy potencjalnego wroga w postaci boggartów.Zod zdawał sobie sprawę, że powtórzył – innymi słowami – argumetny Jina, ale cóż poradzić? Miał, nekrochemik, rację.
- Delegaci Dzieci Bagien też są upoważnieni do wstępnych rozmów o wymianie handlowej. Ona może bardzo pomóc obu plemionom.
-
- Chcesz pokoju, szykuj się do wojny? - hrabia zażartował ponuro - Rozumiem wasze argumenty, panowie, i uznaję je za przekonujące. Porozumienie z tymi jaszczurami będzie nie tylko miłosierną decyzją, ale najwyraźniej też wysoce pragmatyczną. Nieczęsto pojawia się okazja podjęcia takiego wyboru, szkoda byłoby z niej nie skorzystać - na jego zmęczonej twarzy zagościł lekki uśmiech, oparł się też wygodniej na krześle - Porozmawiam z ich delegacją i z przyjemnością nakreślę jakieś ramy naszej współpracy. Sprawą tego szamana oczywiście również będzie trzeba się zająć, naiwnością byłoby uznać, że po prostu zrezygnuje. Wierzę jednak, że nie sypie klątwami z rękawa i mamy przed sobą przynajmniej kilka miesięcy relatywnego spokoju. Co z kolei prowadzi nas do znacznie przyjemniejszej części tego spotkania - z tymi słowami hrabia skinął na Blackwella, który z lekkim skrzywieniem niezadowolenia postawił przed bohaterami sporą drewnianą szkatułę, której zawartość brzęczała przyjemnie - Zgodnie z umową, wasza zapłata, w złocie i klejnotach dla wygody. Tym samym nasz kontrakt uznaję za wypełniony. Pridon’s Hearth jest poobijane, ale przetrwało, za co będziemy wam dozgonnie wdzięczni.
Na tym jednak spotkanie się nie jeszcze nie skończyło. Hrabia Nassus sięgnął do szuflady biuro, wyciągając kałamarz, pióro oraz jakiś dokument. Przesunął go w stronę bohaterów, tak by mogli zobaczyć pyszniący się na górze napis “AKT WŁASNOŚCI” i zapisane eleganckim pismem linijki tekstu.
- Żeby okazać wam chociaż część tej wdzięczności, mam kolejną propozycję. To akt własności jednej z plantacji, których właściciele stracili życie w wyniku ataków. Osiądźcie w Pridon’s Hearth, a trafi ona w wasze ręce. W najbliższych tygodniach pojawi się tu wiele nowych rąk do pracy, polecę wam też zdolnego zarządcę. Będziecie mogli zajmować się czym chcecie, a ja będę miał pewność, że w razie kryzysu pod ręką będą specjaliści w ich zażegnywaniu. Co o tym myślicie?
Dolina Koriru była bezpieczna, przynajmniej jak na niezbadaną, dziką dżunglę. Przyszłość przybyszy zza morza malowała się w znacznie jaśniejszych kolorach niż dotychczas. Ich kolonia ucierpiała, lecz przetrwała we wciąż dobrym stanie i mogła rozwijać się dalej bez zewnętrznych zagrożeń. Ba, miała nawet szansę stać się dobrym partnerem, zamiast konkurencją dla tubylców. Wszak cywilizowany świat dysponował mnogością towarów i usług wręcz bezcennych dla tutejszych plemion. Wszystko leżało w gestii zarządcy kolonii, a także jego doradców. Oraz (a może przede wszystkim?) tych, którzy stali za nimi…
Kryjące się w bagiennych ostępach niziołki miały już pewność, że przybysze przynajmniej przez najbliższe lata będą przyjaciółmi Song’O, płacąc wspaniałymi towarami za wiedzę i umiejętności ich zwiadowców. A jeśli to się kiedyś zmieni? Cóż, delta jest bardzo duża, a Song’O mali - jeżeli będą chcieli zniknąć, niewielu zdoła ich znaleźć, a jeszcze mniej wrócić potem i o tym opowiedzieć…
Gdzieś głęboko w dżungli przez wiele dni rozbrzmiewał głośny stukot rozbijanych kamieni, którego kulminacją był potężny rumor, od którego zatrzęsły się ściany pewnej prastarej świątyni oraz przycupnięte obok chatki małego plemienia. Plemienia, które bliskie było kompletnej zagładzie - to zagrożenie wciąż istniało, lecz ostatnie wydarzenia dawały nadzieję, że Dzieci Bagien przetrwają na nowych terenach. A może nawet, ze wsparciem nowych i niespodziewanych sojuszników, za wiele lat zaczną nawet prosperować i spojrzą znów w kierunku miejsca, z którego wygnała ich wojna?
Awanturników, których upór, umiejętności, a także zdrowy rozsądek i sprawiedliwy osąd dały mieszkańcom delty perspektywę lepszej przyszłości, czekał teraz ważny wybór. Pogoda szybko ulegała poprawie, więc w przeciągu paru tygodni do kolonii zawitają pierwsze statki, które mogą zabrać ich w dal, po nowe przygody. Oferta hrabiego, by zostać w Pridon’s Hearth na dłużej, by dalej przykładać rękę do rozwoju kolonii, była na stole, kusząc bogactwami, oraz dając okazję do domknięcia niedokończonych spraw. Nie były to jedyne możliwości, wszak nieznane ostępy sargavskich dżungli kryły fascynujące tajemnice, kusząc skarbami i sekretami dawnych cywilizacji.A co z tym, którego celem była zagłada, i to zagłada sama w sobie? Tego, który gotów był poświęcić przyszłość swojego ludu tylko po to, by odebrać przyszłość innym, zarówno wrogom jak i tym jemu obojętnym? Mimo że został powstrzymany, a jego okrutna ofiara nie przyniosła oczekiwanych efektów, pewne było, że nie zamierza po prostu zrezygnować z podążania ścieżką destrukcji. Został pobity, ale wciąż żył, zarówno on, jak i jego najbliższa klika - pozostali byli jedynie mięśniami, które łatwo zdobyć. Wszak istnieje wiele plemion jego ludu, żądnych nowych terenów, potęgi i władzy, gotowych na duże poświęcenia by je zdobyć. Zaś sama dżungla kryje w sobie wiele miejsc i istot, które z radością przyjmą te ofiary w zamian za moc…

-
Własna posesja. Był to szczodry dar. Ale też była to kotwica, złote kajdany które miały uwiązać Jina do tego miejsca. Nie potrzebował takiego podarunku. Szanował to że Hrabia powiedział im wprost jakie są jego oczekiwania, wciąż jednak nie miał zamiaru dać się osiedlić. Czuł że jego badania by na tym straciły. Nie wspominając nawet o tym że dłuższe przebywanie w jednym miejscu ekspotencjalnie zwiększało ryzyko że ktoś “niepożądany” dowie się o nekromantycznych predylekcjach Jina. Dalszych kroków lokalnej społeczności nie musiał zgadywać, miał wystarczająco dużo opisów w annałach historycznych które z lubością czytał.
- Dziękuję, to zaszczyt z którego jestem zmuszony nie skorzystać. Moja rodzina mogłaby nie być zadowolona z stałego osiedlenia się po drugiej stronie globu. Nie wspominając nawet o badaniach, każde nowe miejsce pozwala mi szlifować mą wiedzę w starciu z wymaganiami i darami środowiska. Moi towarzysze mogą potwierdzić jak użyteczne są nowe mikstury które opracowałem właśnie tutaj, jaki będzie kolejny cud natury który poznam? - na twarzy Jina wykwitło błogie uniesienie. Może nawet odrobina arogancji. Może nawet więcej niż odrobina. Ale czy można go było winić? Ilość ran jakie mogli przyjmować ci którzy byli pod jego opieką była powalająca, a te umiejętności posiadł właśnie tutaj.
Delikatnie odsunął akt własności w kierunku towarzyszy i odezwał się ponownie - Dziękuję za dotychczasową współpracę. Wrócę kolejnym statkiem na kontynent, ale zanim was opuszczę opiszę kilka mikstur i wywarów które można relatywnie łatwo uzyskać z tutejszej roślinności, w oparciu o moje dotychczasowe odkrycia. Odciąży to pracę kleru Abadara w lżejszych przypadkach.
Wszyscy powiedzieli co mieli do powiedzenia. Jin wstał, uprzejmie uścisnął wyciągnięte ku niemu dłonie miejscowych włodarzy i zdecydowanie bardziej wylewnie pożegnał się z towarzyszami. Zawsze będzie pamiętał Zoda, heroiczne diablę, humanoida któremu mógł pokazać prawdziwego siebie, nekromantę i zostać zaakceptowanym. Zawsze będzie pamiętał Edwarda, mistrza magii, wiecznie poszukującego prawdy o smokach, przyjaciela z którym skończyli tą samą uczelnię. I zawsze będzie pamiętał Amosa, pirata, który choć miał inny kodeks moralny oraz zrozumienie dobra i zła to serce miał w dobrym miejscu. Zawsze będzie pamiętał o małej kolonii, która z trudem uniknęła zagłady. I z pewnością zadba by inni o niej usłyszeli.
Gdy było po wszystkich, mniej lub bardziej łzawych pożegnaniach, gdy oddał skrawki swej wiedzy w formie pisemnej tutejszej społeczności Jin oddalił się w kierunku portu. Akurat przybił statek, pierwszy od czasu burzy. Bandolier i plecak miał wypchane tutejszymi reagentami. W małym, wyłożonym gęstą wełną pudełku niósł kryształ, będący portalem do planu żywiołu powietrza. U pasa miał mieszek ciężki od złota i klejnotów. A w swoim wnętrzu wciąż nosił zwłoki dwóch jaszczuroludzi, czekające tylko na to by spełnić zachcianki swojego pana. A co przyniesie mu i kolonii którą opuszczał przyszłość? To mogli wiedzieć tylko bogowie.
-
Cztery lata później
Suchy ląd, nareszcie!
Serce Próżności wypłynęło blisko tydzień temu z Portu Wolność na południe, tuż poza obecne granice Sargavy. Żegluga wzdłuż wybrzeża zwykle należała do wygodniejszych i szybszych sposobów transportu, ale tym razem tak nie było. W głębi Zatoki Desperacji od dłuższego czasu utrzymywały się ciemne chmury burzowe, co jakiś czas zbliżając się do lądu, przynosząc ze sobą sztormy i potężne wiatry. Kapitan Serca, stosunkowo młoda elfka o jasnej karnacji, była mało doświadczonym wilkiem morskim, ale załoga ją kochała i braki nadrabiała intelektem. Jednak nawet ona szybko doszła do wniosku, że najwyraźniej Gozreh wystawiało ją na jakąś próbę, bo od lat nie musiała zmagać się z tak nieprzychylną pogodą. Mimo tego i kilku groźniejszych incydentów w rodzaju uszkodzenia wyposażenia czy wypadnięcia jednego z goblińskich majtków za burtę, podróż upłynęła bez poważnych strat, co nie znaczy, że była komfortowa. Wielu nieprzyzwyczajonych do morskich wojaży pasażerów albo kryło się większość czasu w swoich kajutach, albo co i rusz biegało „podzielić się obiadem z rybami”, jak to ze śmiechem kwitowali marynarze. Szczególnie przodował w tym pan Menius, któremu te kilka dni męki pozwoliło zauważalnie stracić na wciąż jednak pokaźnej wadze. Na szczęście te męki dobiegały już końca - w oddali widać już było skromne zabudowania Pridon’s Hearth, usytuowanego w spokojnej delcie rzeki Korir.Zaref miał dosyć tego statku. Serce Próżności kapryśnie kołysało się na grzbietach fal. Podróż była męcząca. Wiatr wdzierał się w szpary pokładu, a słona woda nigdy nie pozwalała ubraniom do końca wyschnąć. Mimo to twarz miał jasną, spokojną i zdobył ją uśmiech. Włosy lekko rozwiane przez morską bryzę, a spojrzenie żywe i przenikliwe.
Gdy statek zacumował w przystani Pridons Hearth opuścił Serce niemal bez pośpiechu. ZZ gracją i wdzięcznością przechodził obok ludzi, którzy z zaciekawieniem przyglądali się jego niebieskiej skórze i srebrnym źrenicom. Zaref rozglądał się po miasteczku, prowadząc swoje kroki… przed siebie. Po prostu przed siebie. Chłonąc atmosferę. Poznając.
- Hmmm… - Stary Vitold. Jeden z najsędziwszych mieszkańców Pridons Hearth spędzał większość swoich dni na ocenianiu innych, bez krztyny wkładu własnego. Zapytany o znajomośc wielkiego diablęcia, latającego z równie wielkim toporem i maską na twarzy skrzywił się jakby młodzik zadał pytanie co najmniej tak głupie, że dające mu już szansy z tej głupoty wyrosnąć.
- Jak ma na imię?
- Hmmm?
- Jak żeś jego dawny towarzysz, to będziesz wiedział jak ma na imię, prawda?
- Ach… Wierzę, że wciąż posługuje się imieniem Zod.
- Hmpf… To znajdziesz go pewnie w kuźni, na końcu tamtej ulicy.
Zaref podziękował pięknie Vitoldowi i ruszył we wskazanym kierunku rozważając na ile mu się wydawało, a na ile… stary pryk go sprawdzał. A jeśli tak, to dlaczego? Wnioski nieco poszerzyły mu uśmiech na gębie.
W otwartej kuźni panował przyjemny gwar. Zod z zaciętością uderzał młotem w czerwono-gorący metal. Para unosiła się leniwie nad ogniem, a w powietrzu unosił się zapach palonego węgla i koksu. Vera siedziała przy stoliku, dopracowując grafik patroli dla strażników kolonii, od czasu do czasu spoglądając na Zoda.
- Wyrobisz się z zamówieniem Otisa?
- Tylko jeśli Ignac da mi tym razem porządnej stali. Bez porządnej stali nie zrobię porządnych lemieszy.
- Jeszcze jesteś na niego zły?
- Vera… - odrobinę oburzył się tiefling - Jakby do straży dotarły do ciebie kruche miecze to byś szybko zapomniała?
- Hmmm… powiedziałabym, że to coś trochę innego. Kruchy lemiesz nie oznacza martwego farmera, a kruchy miecz… Poza tym osobiście ciebie przepraszał!
- Eh… no niech ci będzie.
Zod spojrzał przez okno na panoramę Pridons Hearth. Dzieci biegały po ubitej ziemi, powoli zastępowanej prez bruk. Kilku mieszkańców dźwigało kosze z dostawami. Do przystani powoli wracały łodzie rybackie i nawet jakaś większa jednostka towarowa niedawno przybiła do portu.
- A powiedz mi, Zod… jak twoje… chwilowe strachy? - zapytała troską, korzystając, że Berti – zodowy czeladnik – był na mieście po tą stal od Ignaca.
Tiefling nie odpowiadał przez dłuższy czas, zastanawiając się.
- W sumie… ostatni to był ten trzy miesiące temu… cztery?
- To bardzo dobrze. A jak się czujesz wśród nas? Wciąż czujesz się przybyszem?
- Nie… już nie. I wiesz co? Chyba rzeczywiście jestem tu szczęśliwy… jakby wszystko się wreszcie ułożyło.
Vera uśmiechnęła się szeroko.
- Nawet nie wiesz jak mi ciepło na sercu teraz, Zod… - uśmiech zrobił zadziorniejszy - No bo ile można ci powtarzać w kółko i w kółko, aby twój kapuściany łeb to wreszcie przyjął, co?!
- Hej!Śmiech dwojga przyjaciół nie dał się przerwać nowoprzybyłą postacią. Nie krępowała się ona i pozwalała radości przebrzmieć w swoim własnym tempie, samej czerpiąc z niej przyjemność. Dopiero po dłuższej chwili Zod podniósł na nią wzrok i śmiech natychmiast zastygł mu w gardle.
- Zod! - zawołał błękitnoskóry aasimar - Jak dobrze cię widzieć!
Zod zastygł. Nerwowym ruchem poprawił maskę na twarzy. Gest który Vera nauczyła się już rozpoznawać. Zaciśnięte pięści były natomiast tak oczywiste, że nigdy, by nie musiała specjalnie się ich uczyć.
- Zod… wszystko w porządku? - spytała wstając, z dłonią już na pałce przy pasie - Chcesz, żebym…
- Nie… - wysyczał tiefling - Zostaw nas… chcę… sam z nim…
Vera zmarszczyła brwi, ale po chwili kiwnęła głową i zebrała notatki.
- I tak miałam iść do Valerego. Widzimy się potem.
Na to odkiwnął jej głową Zod. Wiedział, że wcale nie planowała tego. Wiedział też, że Valery mieszkał tuż blisko. O-zasięg-głosu-blisko.- Uhuh… powiem szczerze… miałem nadzieję na trochę inne przywitanie…
- Zaref… - szepnał Zod z jakąś trwogą, choć coś w nim sądziło, że powinien czuć ulgę.
- Czyli mnie pamiętasz. To dobrze. Jak się trzymasz? Popytałem trochę o ciebie i nie powiem… bardzo mnie cieszyło to wszystko co słyszałem.
- Daję radę… - odpowiedział mechanicznie. Bez ciepła w głosie.
Uśmiech Zerefa zelżał. Życie w oczach zastąpiło ciepło i zrozumienie.
- Wiesz po co tu jestem, prawda?
- Prosz… nie… - głos miał był słaby. Jak skazańca.
- Zod…
Z mimiki Zarefa zniknęła wszelka radość. Zod nagle poczuł, że ta rozmowa będzie znacznie cięższa, niż się spodziewał w najczarniejszych scenariuszach.
- Tak… trzeba… Valara powiedziała mi… - tłumaczył się, nagle pozbawiony swojej pewności.
Zod oparł się ciężko na blacie, jakby nagle przygniótł go ciężar z którym nie miał jak sobie poradzić.
- Zam-amknij drzwi… proszę…
- Zod… - aasimar wykonał prośbę.
- Zaref… czemu tu jesteś?
- Przywrócić… ci pamięć…? - słowa pobrzmiewały niepewnością tak głęboką, że aż brzmiały jak pytanie. Aasimar spodziewał się wiele, ale nie, że poczuje się tu katem.
- Dziękuję. Pamiętam już dosyć. Nie potrzeba nic więcej. Możesz to zostawić w spokoju.
Cisza przedłużała się pozornie w nieskończoność, torturując ich obu swoją natarczywością.
- Zaref słuchaj… ja nigdy… pamiętam co ci zrobiłem.
- Daj spokój…
- Nie. Nie “daj spokój”. Chcę… MUSZĘ ciebie przeprosić. Więc… przepraszam… proszę, wybacz mi co ci wtedy uczyniłem - Zod był wielki i groźny, ale w tym momencie zdawał się skurczony i słaby jak dziecko.
- Pamiętasz… tamtą noc?
- Pamiętam dość. Dość aby wiedzieć, że i przed nią przez trzy dni ciebie… ja cie-ciebie…
- To nie była tw…
- Co? Co “nie była”?! - Zod uderzył oboma pięściami w blat, w nagły uniesienie - “Nie moja wina” chcesz powiedzieć?! Oczywiście, że moja! Brałem w tym udział, bo chciałem! Nie zostałem zmuszony! Nie zostałem zmanipulowany! Nie cierpiałem wcale strasznych katuszy gdy… gdy-dy ciebie…
Tiefling znów się skurczył w sobie po uderzeniu gniewu.
Znów nastała cisza. Ta okropna… ciężka cisza.
- Przepraszam - martwy głos Zoda zdawał się lepszą dla niej alternatywą - Ja… nie zawsze panuję nad gniewem. Przepraszam.
- N-nie… nic się nie stało. Miałeś rację. Właśnie to chciałem powiedzieć, ale… to właśnie cały problem, prawda?
Tiefling zagryzł zęby i kiwnął głową, tłumiąc złość, która znów chciała się wyrwać.
- Ja nie chcę pamiętać. Nie chcę. Pamiętam już dość… ten rytuał. Przyzwanie sukkuba i pakt który zawarłem.
- Zod…
- Pamiętam, co rytuał ode mnie wymagał. Pamiętam, jak cię zamęczałem przez te dni. Pamiętam też, jak wbiłem topór w plecy mojemu mistrzowi, a on stał się ofiarą – tą, którą planował, abym był ja.
- Zod.
- Pamiętam jak mówiłem jej czego chcę… daj mi nie pamiętać co to było. - z każdym słowem Zod zdawał się maleć. - Wiem, że moja dusza należy do niej i po śmierci czeka mnie Otchłań. Pozwól mi nie pamiętać dla jakich dalszych krzywd to wszystko zrobiłem. Mam w sobie dosyć nienawiści. Mam dosyć bólu… ja chcę tylko aby on się wreszcie skończył… i przeżyć te moje pół wieku w ułudzie, że wszystko będzie dobrze.
- Zod! - Zaref pogodził się wreszcie z tym, że tiefling go nie słucha i podszedł do niego. Uchwycił jego twarz i skierował spojrzenie w swoim kierunku, zmuszając go aby wreszcie go zauważył.
- Nie zawarłeś z nią paktu!
Tym razem cisza wcale nie była ciężka.
- C-co?
- Nie zawarłeś tego paktu! Sukkub oferowała ci zemstę, miłość, pieniądze, człowieczeństwo, a nawet wybaczenie win. Dawała ci wszystko, co tylko marzyłeś, ale w przebłysku cholernego geniuszu poprosiłeś o coś, czego nie mogła dać. Poprosiłeś o moc, by samemu wybaczyć!Zod zastygł w bezruchu i szoku. Zaref cofnął się o pół kroku i odkaszlnął.
- W tamtym momencie chciałeś już tylko przestać cierpieć. I gdzieś tam zrozumiałeś, że nienawiść którą miałeś w sobie, ten gniew i cały syf, przez który przeszedłeś ci to uniemożliwiał… że zawsze poprowadziły by ciebie one drogą destrukcji i samozniszczenia. I poprosiłeś o to. Ale tej jednej rzeczy ona ci dać nie mogła… za to zwróciłeś na siebie uwagę Valary… pamiętasz Valarę?
Zod pokręcił powoli głową.
- Potężna azata. Wyciągnęła ciebie stamtąd. Na łąkach Elizjum wysłuchała twojego życzenia. Pamiętasz je?
Zod nie spieszył się i wyglądał jakby próbą miał się złamać zupełnie. Zaref dawał mu czas. Nie poganiał.
- Daj… daj mi moc… b-by wybaczyć tym co mnie skrzywidzili… i… i tym… co nig-dy nie zasługiwali na… moją ni-nienawiść… - głos Zoda się łamał bardziej i bardziej z każdym słowem. Nie miał łez które mogłyby płynąć, ale ciężar na jego barkach pękał z każdym z nich. Nie skazał się na wieczne potępienie… była dla niego nadzieja…
- Tak! I wtedy odpowiedziała? “Przede wszystkim ja wybaczę tobie. W imieniu Jasności. Wybaczam.” A teraz trudna część… powiedziała także…- To nie będzie łatwe.
Z Zoda zeszło powietrze, jak wypompowane ciosem w brzuch.
- Ale…
- Pomogę ci. Nakieruję. A przede wszystkim to ja wybaczę tobie - azata kontynuowała - w imieniu Jasności. Wybaczam - to słowo… brzmiało nieludzko. Miało ono moc. Czuł to.
Cała Łąka (a może całe Elizjum?) wybuchło w wiwacie a Zeref objął oniemiałego Zoda podskakując w miejscu, szczęśliwy jakby obejmował odzyskanego przyjaciela, a nie diablę co go niedawno porwało i torturowało.
- W oczach Niebios jesteś teraz niewinny jak noworodek. Wszystko zostało ci wybaczone, ale nie sądź, że zostało zapomniane. Myśl o tym w ten sposób, że osobiście będę cię teraz doglądać i każde zło którego się dopuścisz po dwakroć będzie mnie koleć w oczy.
- Ale… - zapytał Zod po nietrwałej uldze - ta nienawiść… ten ogień we mnie… błagam, nie potrafię z nimi. One mnie…
Azata wstrzymała go gestem dłoni.
- Nie mogę ci nic odebrać. Nie różniłoby się to od odebrania ci woli i zmienienia w posłusznego automatona. To mogła ci zaoferować Nierządnica, nie ja, ale też nie uratowałoby to twojej duszy. Ukryję twoje wspomnienia i przeszłość, zostawiając tylko to, czego potrzebujesz – na pewien czas. Twoje wspomnienia wrócą, wraz z nienawiścią i gniewem. Do tego czasu musisz zdobyć więcej Potrzebujesz wypełnić serce litością, łaską, miłością, dobrem… musisz otoczyć się przyjaciółmi którym ufać będziesz z całego swojego serca. Musisz pokochać świat, bo wszystkie twoje demony powrócą i będziesz je musiał wtedy pokonać.
Gniew łagodnością.
Podejrzliwość zaufaniem.
Nienawiść miłością i Zło Dobrem…
Własną przeszłość swoją przyszłością.
Nie zostałeś jeszcze uratowany. Sam się musisz uratować.
Czekają cię próby po dwakroć trudniejsze niż innych i wszystkim musisz sprostać.- Valara opowiadała mi co widzi… - mówił Zaref powoli i ostrożnie, gdy Zod drżał jakby miał zaraz się rozsypać. - Widziała twoją łagodność z Bashebą i z Song’o. Widziała twoje dobro gdy burza pierwszy raz uderzyła. Widziała jak ludzie ciebie pokochali i jak stałeś się częścią społeczności.
- Ale wciąż nie kocham… i wciąż nienawidzę. Rozumiesz?!
- Zod…
- Pamiętam co mi zrobiono. Pamiętam co musiałem robić. Pamiętam agresję i przemoc. Pamiętam tortury i samotność. Pamiętam regułę “będziesz pierwszy lub martwy.” Wciąż to mam… nic nie pokonałem. Wciąż jestem tym samym potworem co kiedy zabijałem Marhi i Douga. Tłumacząc sobie, że… no “pierwszy lub martwy”. I wiesz co? Miałem rację. Wiem, że miałem rację! I nienawidzę tego, że wiem! Nie powinienem tego “wiedzieć”!
- Zod…
- I kusi… wciąż kusi… Ragdan, do stu czortów, on jest jak ja byłem. Wiem to. Ale nic jeszcze nie zrobił… I nie mogę nic udowodnić. - Zod ściszył swój głos do wściekłego syku - Nie mogę nic zrobić. Chciałbym go zabić w nocy. Choćby dziś… i pozwolić, by ciało zabrał odpływ. Jeśli tego nie zrobię ludzie zginął, prędzej czy później… Czy tak powinien myśleć ktoś z “tych dobrych”? Ktoś godny wybaczenia?
Zaref nie odpowiedział od razu. Zamiast tego podszedł… objął Zoda ramionami i ścisnął go równo z siłą i ciepłem.
- Wiem, że jesteś skonfliktowany. Wiem, że potrzebujesz pomocy. I po to tu jestem. Rozumiesz? Pozwól mi sobie pomóc…
Kolejny mały kawałek ciężaru na barkach Zoda skruszył się. Tiefling nie wiedział co odpowiedzieć… wszystkie zarzuty i niemal cały gniew momentalnie wyparowały. Objął tieflinga, jak dawno nie widzianego przyjaciela i stęknął tylko.
- Sam nie dam rady…
- Nie jesteś już sam.