Gniew Burzy
-
Koniec walki został przyjęty z ulgą przez całą drużynę, a w szczególności przez Jina. Nie był zagrożony nawet przez moment, ale czuł się niekomfortowo nie mając nadzoru nad swoimi “pacjentami”. Teraz zaaferowany podbiegł do Zoda, ignorując wykrwawiających się pod nogami jaszczuroludzi.
- Zod! Jesteś cały? Jak obrażenia? Mikstury się spisały? Jakieś rany są niezamknięte? Odczuwasz ból? Odczuwałeś w trakcie walki? W skali od zera do dziesięciu, jak bardzo był intensywny? - zasypał diablęcie potokiem pytań, a w jego dłoniach jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki pojawił się wierny notes i przybory pisarskie.
- Jest w porządku… to twoje przesączenie regeneracyjne, czy jakkolwiek sensownie można by to nazwać, spisała się na medal i Edward… świetna robota. Mieszanka utrudnionego terenu, ograniczania ich ruchawości oraz teleportowania mnie…
- Translokacja jest poprawnym słowem…
- Nazywaj to jak chcesz, choćbyś miał mnie blabladurować, póki efekty są tak dobre! - zaśmiał się Zod i zwrócił się do Jina.
- Nie chciałeś kogoś żywcem? Część może jeszcze żyje? - zapytał spoglądając po pokonanych jaszczurach, których może dałoby się doprowadzić do stanu przesłuchiwalności…
- Nie. Wątpię by wygadali nam cokolwiek użytecznego po dobroci, a złożyłem przysięgę że moje umiejętności medyczne wykorzystam tylko dla znoszenia cierpienia. - odpowiedział Jin - Niech umrą w spokoju, a potem wykorzystam ciała. Jak przy tym jesteśmy. Nie dałbyś rady naprawić tego pogruchotanego topora? - spytał wskazując dzieło “sztuki” Zoda - Nieumarli są lepsi z ciężkimi, dużymi broniami
Zod kiwnął głową.
- Ogarnę w czasie tej przerwy… skoro nie chcemy ich przesłuchiwać… i tak im pomóżmy. Zwiążemy ich by nie przeszkadzali i zabierzemy na górę wracając. To będzie bardzo silny gest i utwierdzi on pokój między nami. Co myślisz?
- Niektórzy z nich widzieli jak wskrzeszam nieumarłych. Inni zobaczą jeśli ich doleczę. Ale… masz rację. Pomóżcie z unieruchomieniem. - zgodził się Jin I podszedł do pierwszego jaszczura, oceniając czy ma jeszcze szansę wyciągnąć ich przed sądem Pharasmy. Ci jednak dawno byli już po drugiej stronie - wojownicy byli w stanie walczyć nawet w obliczu obezwładniających ran i dopiero sama śmierć mogła ich zatrzymać.- Są już po drugiej stronie. Nie ma w nich nawet krzty życia. - zwrócił się do towarzyszy. Przyzwał swoją nekrotyczną magię i wyskandował w mieszaninie otchłannego i smoczego
- Życie. Śmierć. Odwrócenie. Prędkość. Gniew. - a gdy skończył trup podniósł się z gracją atlety. Jin był coraz lepszy w animowaniu nieumarłych.
- Ty, pilnuj tego korytarza, ty, pilnuj drugiego. Jeśli coś żywego, sięgającego wyżej niż do waszych kolan pojawi się w polu widzenia wejdźcie tutaj i uderzcie dwa razy ogonem w podłogę. - wydał komendy. Gdy nieumarli posłusznie stanęli na czatach Jin wyjął z torby zwłoki szczura i również wypełnił je negatywną energią. Ten miał mu służyć jako asystent podczas pracy z alchemikaliami.
- Odpocznijmy póki możemy. - zasugerował towarzyszom, samemu rozstawiając już swoją aparaturę. Animowany szczur dzielnie asystował w tych działaniach, pchany wolą swojego pana.Zod przysiadł i wsłuchał się w sztorm, oceniając czy może pozwolić sobie na odrobinę uderzania młotem… i ocenił, że tak. Jeśli Mówca już nie był ostrzeżony to praca również nie powinna.
Kolejne kwadranse uderzał młotem, skuwając szczątki magicznego topora w jedną całość. Chybotliwą i tylko tymczasową, ale “tymczasowo” to było dość dużo czasu w tym momencie.
-
Dłuższa przerwa przydała się drużynie - Zod mógł poświęcić trochę czasu na naprawę sprzętu, który chwilę temu zniszczył, Jin uzupełnił alchemikalia, a pozostali odpoczęli, rozgrzewając zziębnięte członki.
Zebrawszy się do dalszego działania, bohaterowie działali już nieco ostrożniej. Nasłuchując przez chwilę pod drzwiami, nie dosłyszeli jednak niczego przebijającego się ponad wszechobecny hałas ciągłych trzasków i wyładowań - pewne było, że w następnym pomieszczeniu jest tylko głośniej. Po otworzeniu oczom ukazało się źródło tych wszystkich odgłosów w tej części kompleksu. Pomieszczenie to wyglądało na częściowo zawalone, szczególnie jego północno-zachodni fragment, który zapewne prowadził do środkowej jaskini kompleksu. Kiedyś wypełniała je najpewniej skomplikowana aparatura, zdewastowana przez zawał korytarza – jej szklane i stalowe fragmenty pokrywały podłogę, a z tego, co ocalało, Jin mógł wywnioskować, że służyła ona zabezpieczaniu, koncentrowaniu i przekierowywaniu ogromnej energii błyskawic. Z tych trzech funkcji działała najwyraźniej tylko ta ostatnia: ciągnący się w stronę podziemnej burzy strumień energii był dobrze widoczny, ale w tym miejscu poruszał się kompletnie chaotycznie, wręcz niczym żywa istota, miotając się od ściany do ściany. Błyskawice strzelały od niego na lewo i prawo, uderzając w każdy metalowy obiekt promieniu kilku metrów – wejście tu ze zbyt dużą ilością żelastwa nie brzmiało jak dobry pomysł…
Źródło tej energii było łatwe do zauważenia: unosząca się w powietrzu kula z niebieskiego kryształu, znajdująca się w samym centrum zrujnowanej aparatury.- Wygląda na to że znaleźliśmy drugie źródło energii rytuału. Może uda mi się je rozproszyć i wyślę zombie do zniszczenia. - zaproponował Jin, dosypując opiłki srebra do swojego hukowego granatu. Dwójka nieumarłych stała po jego bokach, z bronią naszykowaną do ataku. Złożył się do rzutu, pocisk poleciał łukiem i rozbił się na powierzchni sfery. Na ułamek sekundy zdawało się że szum błyskawic zmalał, by powrócić ze zdwojoną siłą.
- Warto było spróbować. - stwierdził Jin i obrócił się do towarzyszy - Próbujemy rozwiązać to jak poprzednią, czy postawimy na odrobinę delikatności? Myślę że mógłbym ją dezaktywować z bliższej odległości… Jeśli najpierw nie usmażą mnie pioruny.
- Jeśli ktoś będzie tam wchodził to już lepiej ja u rozłupię to jak poprzednią. Masz tego swojego trollowego balsamu? Miło na skórę robił. - poprosił, szykując się już na kolejną nieprzyjemną przeprawę. Rozważył zdjęcie pancerza… Jin w odpowiedzi zaczął szykować swoje wywary.
- Poprzednia dawka wciąż działa. Musiałbym zadawać ci rany do momentu aż przestanie nim zaaplikuję kolejną. Przygotuję się do szybkiej interwencji, w razie potrzeby poślę nieumarłych żeby cię wyciągnęli.
- Tsk… Jak mnie złoży to niewiele pomogą - stwierdził obwiązując się liną w pasie - Ale nie spodziewam się.
Odczekał chwilę, upewniając się, że wszyscy są gotowi, że lina dobrze się trzyma i nie będzie się plątała pod nogami.
- Eh, cholera… - zaklął odwiązując linę - Amos, pomóż mi pancerz zdjąć.
Zakładanie i ściąganie pełnej zbroi płytowej to nie była szybka i przyjemna sprawa, ale z pomocą szło znacznie szybciej.
- Zostawcie tu nieumarłych, ale kryjcie się za ścianą. Pewnie znowu wybuchnie i nie ma sensu aby was też złapało… W porządku. To do dzieła! - warknął dwie-trzy minuty później i z bojowym warknięciem wbiegł prosto w burzę. Już dwa kroki później wiedział, że zdjęcie pancerza było rozsądnym pomysłem – dziesiątki błyskawic uziemiały się na jego toporze, nieomal wyrywając go z rąk. Przy większej ilości metalu na sobie miałby problem ze zrobieniem kroku do przodu, a tak mógł przeć, ignorując palące wiązki elektryczności.Tym razem kryształ nie był niczym osłonięty, czy raczej szalejąca energia zniszczyła już ustrojstwo, które utrzymywało tą miniaturową burzę w jednym miejscu. Uderzenie w niego przyniosło spodziewany efekty: potężna eksplozja odrzuciła Zoda o kilka metrów do tyłu i tym razem nawet wrodzona odporność nie uchroniła go przed obrażeniami. Zaraz potem zrobiło się zdecydowanie ciszej, tak jakby nawet odległe wycie burzy nieco się uspokoiło.
- Haaa! - warknął Zod bojowo, okrzykiem przeganiając ból. Nie potrafił (ani nie chciał) powstrzymać satysfakcji z dobrze wykonanego zadania… i świadomości, że to co go “mocniej połaskotało” wielu by spopieliło.
- Gotowe - poinformował drużynę, wchodząc przez drzwi. - Amos, pomożesz mi z pancerzem?
- Yhym. Edward, pilnuj perymetru.
- Imponujące. - stwierdził Jin, taksując wzrokiem ciało Zoda, teraz osmalone. - Wygląda na to że poprzednia mikstura osiągnęła granicę swoich możliwości. Zaraz coś przygotuję. - stwierdził i już po chwili wojak otrzymał kolejny tajemniczy wywar. W czasie gdy Zod z Amosem byli zajęci zapinaniem pasków masywnej zbroi Jin z Edwardem zajęli się przeszukiwaniem wymęczonej żywiołem komnaty. Wśród resztek jakiejś mistycznej maszynerii było jednak niczego wartego większej uwagi. Sama aparatura musiała być kiedyś fascynującym urządzeniem, zdolnym do ujarzmiania czystej, przepotężnej energii żywiołów, jednak jej pełne przebadanie, połączone z próbami złożenia elementów, było zadaniem na przynajmniej kilka dni fascynującej pracy. Jedna rzecz ciekawiła obu uczonych: czy zawał korytarza, odcinający ten fragment kompleksu od reszty, był przyczyną czy skutkiem zniszczenia maszynerii?- Nic tu nie ma - stwierdził w końcu Zod - Musimy wrócić szczeliną i na platformie oko cyklonu okrążyć. - na co nekromanta pokiwał głową i ruszył za wojownikiem, flankowany przez swoich nieumarłych.
Wróciwszy do głównej jaskini w podziemiach, bohaterowie dostrzegli, że szalejące wewnątrz tornado straciło na mocy. Masy powietrza wyraźnie spowolniły, a wewnątrz dało się już dostrzec kilka jaszczurzych sylwetek. Część wykonywała jakieś energiczne gesty, sugerujące odprawianie jakiegoś rytuału, a pozostałe stały z bronią w ręku, z pewnością świadome intruzów i zbliżającej się konfrontacji.Jin ostrożnie wsiadł na platformę razem ze swoimi nieumarłymi i zawołał do towarzyszy
- Wygląda na to że straciliśmy element zaskoczenia! Musimy też zastanowić się nad tym jak dostaniemy się na środek! Mam wrażenie że platforma niedługo przestanie latać! - nekromanta wciąż musiał podnosić głos, ale nie musiał już wrzeszczeć bezpośrednio do uszu kolegów.
- Niczego innego nie oczekiwaliśmy! - odpowiedział Zod - Na razie platforma działa i to nasza jedyna droga do dalszych korytarzy! Jeśli przestanie… wtedy będziemy myśleć! Chodźmy! - Diablę weszło na platformę i lewitujący kamienny kloc i zaczęło już odwiązywać od ściany linę, mocującą ją w tym miejscu. Kilka sekund później bohaterowie przesuwali się już wzdłuż ściany, wyraźnie obserwowani przez przebywających w centrum jaskini jaszczuroludzi, sylwetki przesuwały się w ich stronę. W pewnym momencie jeden z nich zamachnął się, jakby chciał czymś rzucić, ale chyba został powstrzymany.
Drużyna ewidentnie niszczyła źródła energii żywiołów, ale Daruthek i jego poplecznicy wyraźnie się nie śpieszyli, wręcz ignorując działania intruzów…Zatrzymując się przy następnym, niezawalonym korytarzu, bohaterowie poczuli uderzenie gorąca. Nim doszli do większego pomieszczenia, przystosowanego na barak dla jaszczuroludzi - pod ścianami widać było liczne posłania i różnego rodzaju drobiazgi, należące pewnie do tego brutalnego odłamu Dzieci Bagien.
Temperatura w tym miejscu przekraczała nawet te w dżungli - powietrze wręcz falowało od gorąca, niczym w irriseńskiej bani, a na czoła momentalnie wystąpił pot. Im dalej od centrum kompleksu, tym było cieplej, a drzwi prowadzące do następnego pomieszczenia musiały być niemiłosiernie rozgrzane.
Alchemik zatrzymał się na chwilę by poprawić rozłożenie licznych drobiazgów w swoim bandolierze i zaczął myśleć. Elektryczność - zazwyczaj kojarzona z Planem Powietrza. Lód - zazwyczaj łączony z Planem Wody. Nie trzeba było geniusza by domyślić się że po nagłym wzroście temperatury będzie można oczekiwać Planu Ognia, a potem zapewne też Planu Ziemi. Zastanawiał się tylko jaka była natura tych źródeł energii które Zod tak efektywnie niszczył. To było pytanie na później. Teraz wyjął z bandoliera kilka substratów i zaczął je mieszać. Wyglądało na to że jego lodowe wyroby będą teraz bardzo przydatne.
- Spodziewajmy się przeciwników korzystających z płomieni. Być może jaj z młodymi. To idealne warunki do inkubacji. Z pewnością jakiegoś golema, może tutaj, może przy kolejnym źródle energii. Musimy się śpieszyć nim skończą rytuał. - nekromanta zwerbalizował swoje przemyślenia dla towarzyszy.
- Więc naprzód! - przekrzyczał sztorm Zod i poszedł przodem, ze wzniesioną tarczą i toporem.
Gdy Amos otworzył drzwi do kolejnej kompany, w ich twarze buchnęły kłęby gorącej pary, momentalnie pokrywając wszystko warstewką wilgoci. Opary wciąż płynęły w ich stronę, kompletnie zasłaniając jakikolwiek widok - nawet po przekroczeniu progu, poruszali się niemal po omacku, widoczność sięgała maksymalnie wyciągniętego ramienia, a za nim rozpościerała się jedynie ściana gorącej mgły.
Na szczęście Jin był przygotowany na niekorzystne warunki. Rozkręcił osłonkę jednego ze swoich lodowych granatów, zalał zawartość jakimś tajemniczym płynem i już po chwili ze środka zaczął wydobywać się lodowaty opar, efektywnie obniżający temperaturę w pobliżu. Alchemik zawiesił prowizoryczne źródło zimna u pasa i rzucił do Zoda i odezwał się do towarzyszy.
- Powinno nam to nieco ułatwić dalszą eksplorację. Ty, po mojej lewej, ty po mojej prawej stronie, idziecie w tym tempie co ja. - nakazał swoim nieumarłym - Zod, prowadź proszę.
Diablę kiwnęło głową i poszło przodem, chcąc na siebie przyjąć wszelkie zagrożenia. Po kilku metrach przedzierania się przez rozgrzaną mgłę dotarło do ściany, a po skręceniu do stalowych drzwi, zza których słychać było cichy syk i głośniejsze bulgoty.Po ich otwarciu oczom bohaterów ukazało się …niewiele więcej, gdyż kolejne pomieszczenie również wypełnione było mgłą, będąc zapewne również jej źródłem. Jedyną rzeczą wyróżniającą się z mlecznej ściany był czerwono-pomarańczowy punkt, jarzący się kilkanaście kroków w jej głębi. Z tamtego miejsca dobiegały też syki pary, zaś bulgot rozbrzmiewał gdzieś z okolic podłogi.
Zod już miał ruszyć w stronę czegoś, co musiało być kolejnym źródłem energii, ale po paru krokach zatrzymał się, i to w ostatniej chwili. Jeden ruch więcej, i wylądowałby w basenie pełnym gotującej się wody, który rozpościerał się w centralnej części komnaty. Z jego dna biła delikatna, pomarańczowa poświata, kojarząca mu się z schładzanym w kuźni żelazem.
Zod przyjrzał się sytuacji. Śmierdziała mu.
Przewiązał się liną w pasie i podał jej koniec nieumarłemu jaszczurowi.
- Jak poprzednio. Czekajcie za rogiem, bo pewnie znów wybuchnie.
Poinstruował drużynę i poszedł, szerokim łukiem, do domniemanego kryształu, trzymając się możliwie z dala od jakiejkolwiek krawędzi.
- Będę w pobliżu. Moje alchemiczne wyroby zmniejszają gorąco. - ogłosił Jin i ruszył za Amosem, starając się jednak zachować dystans w stosunku do źródła gorąca. - Ty i ty. Czekajcie przy drzwiach. - rozkazał nieumarłym, mając świadomość że ci ruszyliby za nim.Krok za krokiem, wojownik przechodził ostrożnie nad wrzącą wodą, cały czas zerkając pod nogi. Gęsta mgła sprawiała, że w mig zniknął towarzyszom z oczu, a o jego obecności świadczyła tylko lekko napięta lina i brzęk zbroi.
Im bliżej klejnotu, tym syk pary był głośniejszy, a mgła gorętsza i gęstniejsza - gdyby nie schładzające dekokty i naturalna odporność, Zod z pewnością nabawiłby się już poważnych oparzeń. Jej źródło wydawało się nieznane - nawet ten basen nie wyprodukowałby tyle oparów - ale poznał je po kilku chwilach.
Był blisko centrum pomieszczenia, gdy z mgły wyłoniła się potężna, niemal przewyższająca go wzrostem sylwetka. Baryłkowaty tułów, szerokie nogi i ramiona, zakończone ogromnymi pięściami, a do tego zwieńczony niewielkimi rogami łeb o twarzy pozbawionej jakichkolwiek rysów. Przeczucia Jina okazały się całkiem trafne - to coś ewidentnie wyglądało na golema czy inny rodzaj konstruktu, jednak alchemik nie przewidział jednego: materiału, z którego go wykonano. Stwór wyglądał jak wyciosany z ogromnego bloku nieprzejrzystego, niebieskawego lodu, który nieustannie intensywnie parował, niczym po dotknięciu rozżarzonym metalem. Wydawało się jednak, że golemowi zupełnie to nie przeszkadzało - znacznie bardziej zainteresował się nowym towarzystwem, i to nie w dobrym tego słowa znaczeniu. Momentalnie ruszył w stronę z Zoda, a odgłos jego uderzających o siebie lodowych pięści jasno sugerował złe zamiary.
Był też jedynym znakiem dla pozostałych bohaterów, że coś zadziało w głębi mgły. -
Pirat skrócił dystans do źródeł dźwięków, z niemałym trudem przedzierając się przez mgłę. Przez jego oczami wyrosła gigantyczna, kryształowa sylwetka, którą wojownik natychmiast zaczął analizować, zastanawiając się jak uszkodzić taki byt. Ten zaś skupił całą swoją uwagę na Zodzie - z ogromną siłą wpadł na diabelstwo, wytrącając je z równowagi, a następnie potężnym kopnięciem posłał go prosto do zbiornika z gorącą wodą.
Amos stracił towarzysza z oczu we mgle, a na jego miejscu, w akompaniamencie ciężkich kroków, pojawił się kolejny golem, niemal identyczny z tym pierwszym.Nekromanta odbiegł nieco w bok, dając miejsce Edwardowi do czynienia swojej magii, samemu wykrzykując rozkazy swoim pozbawionym inteligencji nieumarłym by ci okrążyli bajora gotującej się wody.
W tym czasie czarodziej doskoczył do krawędzi dość blisko aby sylwetkę Zoda dostrzec.
- Wyciągam cię stąd! - krzyknął i wyteleportował go z gotującej się wody nim ta zdążyła poczynić realne szkody.
- Dzięki! - odkrzyknął kowal i swoją masą wbił w golema, wytrącając go z równowagi, ale sam też ją utracił. Nic to. Niedoszlifowany atak nie doszedł celu, ale Zod już rozpoznawał słabe punkty przeciwnika.Amos widział już całkiem wyraźnie jak walczą golemy. Wyprowadził potężny cios w miejsce które odpowiadało kolanu, ale golem zwyczajnie zignorował cios. Pirat wyprowadził kolejne dwa szybkie ciosy, odłupując fragmenty lodu, nie czyniąc jednak nic ponad to. Przynajmniej spowolniło to konstrukt na tyle, by nie zdołał wepchnąć go do wody - w przeciwieństwie do Zoda, który ponownie padł ofiarą wykonanego z mechaniczną perfekcją pchnięcia.
Jin przygotował szybko granat którym cisnął w najbliższego golema. Eksplozja posłała odłamki lodu we wszytkich kierunkach, nieumarli natomiast obiegli w tym czasie wodę i byli gotowi do zaatakowania golemów.
Edward zaklął. W tej mgle nic nie widział. Nadto zbliżył się do golema uderzenie wlew prawie wypompowało mu powietrze z płuc, a gdyby było cut mniej korzystne mogłoby połamać żebra. Na szczęście dał radę tego uniknąć. Splótł zaklęcie na bezdechu i kryształowy pocisk ześlizgnął się po jego krzywiznach, nie czyniąc szkody.Zod korzystając z topora jak z tyczki, wdrapał się na górę, korzystając z zamieszania. Był gotów przyjąć kolejne uderzenie, ale na szczęście przeciwnicy nie mieli na to czasu. Zamachnął się toporem w kryształ, z całą swoją siłą. Nie mógł oprzeć się jego uderzeniu. Przez ułamek sekundy pęknięcia zalśniły i z gwałtownością eksplodowały. Odłamki rozbijały się na pancerzy Zoda, ale kula ognia objęła wszystkich walczących. Wyraźnie najgorzej zniosły ją golemy, choć nie tak źle jak diablę miało nadzieję.
- Wycofać się! - wykrzyknął między uderzeniami - Ten teren im sprzyja! Edward, Jin! Wy pierwsi!
Rozkaz Zoda sprawił, że Amos zaklął pod nosem. Był już w rytmie, i nie miał zamiaru się cofać. Ale wzmianka o terenie miała sporo sensu…
- Trza było ostrzec przed wybuchem! - odwarknął, kopiąc jednego z golemów pod kolano. Zwykle to działało, ale najwyraźniej nogi z litego lodu nie składają się tak łatwo. Pirat nie przejmował się tym, skupiwszy uwagę na drugim - tym, którego środek ciężkości zmienił się po uderzeniu ognia. Mógł go łatwo przewrócić, ale miał lepsze rozwiązanie.
Wpadł na lodową postać cały swoim ciężarem, spychając ją z podestu wprost do wrzącej sadzawki. Okazało się to wyjątkowo skutecznie - zanim golem zdążył wspiąć się po ścianie, jego nogi rozpuściły się, a zaraz za nimi reszta cielska.Edward dostrzegł okazję gdy golem skupił się na którymś z jego towarzyszy, ukrytych w dalszej mgle. Nie wiedział kto zwrócił jego uwagę, ale dało mu to otwarcie. Kryształowy pocisk trafił golema i kwarcowe macki, w mgnieniu oka, rozrosły się, poważnie ograniczając jego ruchy i uniemożliwiając przyjęcia nawet poprawnej postawy obronnej. Spróbwał się wycofać, ale sytuacja mu nie pozwoliła.
Dwójka nieumarłych złapała lodowego stwora i naparła na niego całą siłą swoich martwych ramion. Golem dzielnie stawiał opór, tłucząc pięśćmi po ich grzbietach, łamiąc kości i odrywając płaty mięsa, ale to nie starczyło. Z bulgotem wpadł do wrzącej wody szybko topiąc się w jej wnętrzu. po drodze jeszcze obrywając trzonkiem topora Zoda, co jeszcze dodatkowo go wytrąciło z równowagi, pogarszając jego stan poniżej. Diablę cofnęło się o pół kroku i zamarło, czekając na niewątpliwą próbę golema by wyjść z wody i by mu to możliwie utrudnić, gdy się stanie. Jego półorczy towarzysz nie wykazał się nawet ułamkiem tej cierpliwości - dopadł do konstruktu i potężnym uderzeniem do końca rozkruszył już i tak uszkodzone ciało istoty.
Po zniszczeniu golemów i kryształu temperatura wewnątrz pomieszczenia zaczęła powoli opadać, a mgła szybko zrzedła, znacznie poprawiając widoczność. Uwagę bohaterów zwrócił także jeszcze jeden dźwięk, czy raczej jego brak - wszechobecny w podziemiach huk burzy zmalał znacząco, osłabiając się do nieustannego, zdecydowanie cichszego wycia wiatru.
- Uff… - westchnął Zod, pozwalając ramionom opaść. - Amos: dobra robota. Wszyscy: wybaczcie to wysadzenie klejnotu. Liczyłem, że eksplozją oberwę tylko ja i golemy. Niedoliczyłem się. Edward, doceniam jak cholera wyciągnięcie mnie z tego wrzątku. Jin. Chciałeś coś kombinować z kolejnym kryształem? Masz jakiś konkretny plan?
- Jeszcze nie. - odparł alchemik szczerze - Poza tym że są to potężne źródła energii. Żal je tak po prostu niszczyć. Może jeśli będę mógł obejrzeć jakieś z mniejszej odległości dam radę coś z nimi zrobić. Ewentualnie zawsze zostaje twój topór. - dodał wzruszając ramionami i obrócił się do swoich nieumarłych i szczeknął komendę - Brońcie moich boków. Idziemy dalej?
- Wiatr ustał. Tarcza sztormu nie będzie już nas chronić - rozważał Zod - Ani ich. Na platformie będziemy jak kaczki do odstrzału. Choć twoje amulety pewnie pomogą… oni też na odległość używają głównie magii. Powinniśmy mieć jakiś plan, choćby kiepski. Może Edward zaczyna od miotnięcia im tam tych swoich wybuchających kryształów? To powinno ich przynajmniej spowolnić?
Czarodziej podrapał się po brodzie.
- Ta platforma w środku jest całkiem spora, wątpię, żebym mógł sięgnąć wszystkich jednym zaklęciem. Ale jeśli oni będą mogli nas sięgnąć, to może my damy radę ich?
- To może się udać. Ale najpierw spróbujmy pozbyć się ostatniego źródła energii. Nawet jeśli nie wystarczy do wywołania burzy, to możliwe że w pełni wystarczy do usmażenia nas piorunami.
- To jak najbardziej - przytaknął Zod - Dajcie mi dziesięć minut…
Z przerośniętego plecaka wyciągnął małe kowadełko, dwa młotki, obcęgi i trochę jeszcze żelastwa. Ściągnął z zawiasów dwa skrzydłą drzwi i zaczął pracę.
Niecałe dwanaście minut później miały one prowizoryczne uchwyty.
- Edward, Jin… to dla was. Jakby zaczęli czymś w nas miotać to będziecie mieć dodatkową osłonę. Nie mam żadnych pitonów, więc zostaje nam lina i trzymać się nawzajem, bo najgorszy scenariusz to pewnie, że na zrzucą w dół. Jakby to się stało to pamiętajcie, że do drugiego pomieszczenia dało się dopłynąć.
- Dziękuję - odpowiedział alchemik przyjmując drzwi, pod których ciężarem się zachwiał - ale skorzystajmy z naszej dodatkowej siły roboczej. Ty i ty! Trzymajcie tą tarczę i osłaniajcie mnie i maga przed pociskami. - wydał komendę nieumarłym, którzy szybko przejęli ciężar.
- Tego się precyzyjnie spodziewałem - przytaknął Zod - Wszyscy gotowi? Ruszamy!Gdy tylko osłonięci bohaterowie wychynęli z korytarza okazało się, że byli już oczekiwani. Za ścianą wiatru, która zwolniła już na tyle, że bez problemu można było dostrzec wnętrze platformy. Osiem jaszczurczych postaci, gotowych do walki, stało blisko krawędzi - żołnierze i zmutowane osiłki, jeden z cięższym pancerzem z symbolem Kelizandri, jeden bez pancerza, z łuskami pokrytymi symbolami. Najwięcej uwagi zwrócił jednak unoszący się w powietrzu nad nim osobnik, który poza łuskami miał pierzastą grzywę ciągnącą się od czubka głowy do końca ogona. Wydawał się lekko rozmywać na wietrze, gdy machnął w stronę drużyny, krzycząc.
- To nas tylko spowolni. Wieczna burza i tak nadejdzie! -
Jak na komendę, w stronę Amosa i Zoda pomknęły oszczepy i błyskawice.
Alchemik wychylił się na ułamek sekundy zza ochronnej pawęży, trzymanej przez zombiaka i ocenił pole bitwy. Przeciwnicy byli ładnie zgrupowani.
- Ciśnijcie flaszkami które wam dałem między tych dwóch jaszczuroludzi! - krzyknął do nieumarłych, samemu szykując lodowy dekokt, który posłał ułamek później po swoich sługach.
Truposze momentalnie upuściły pawęże i miotnęły trzymanymi w łapach flaszkami. Wtedy coś jednak poszło nie tak. Pierwsza została zwiana przez ścianę wiatru, spadając w kotłujące się odmęty wody. Druga leciała pięknym łukiem, przebijając się przez wichry, ale w ostatniej chwili zatrzymała się w powietrzu, pochwycona w kłąb elektryczności. Stojący niedaleko jaszczuroludź wykrzywił się w bolesnym grymasie, gdy niewielkie błyskawice przeskakiwały po jego ciele, a następnie napiął się i posłał alchemiczną bombę prosto do nadawcy. Wszyscy na platformie mogli poczuć, jak bolesny może być kunszt Jina.
Następna minuta wydawała się bohaterom najdłuższym czasem w ich życiu. Odwiązawszy liny, drużyna powstrzymywała istną nawałę pocisków i zaklęć. Okazało się, że jaszczuroludzie potrafią być dobrze zorganizowani i wyjątkowo skuteczni - nie dysponowali też jedynie brutalną siłą. Ten, który przechwycił kwasową bombę, miał też ewidentny talent do magii błyskawic, którymi z wielką lubością miotał, szybko likwidując obu nieumarłych sługusów alchemika. Kolejny zaś był w stanie kondensować energię do wyglądających niczym małe pioruny oszczepów, które wbijały się głęboko w ciało, miotając wiązkami elektryczności na lewo i prawo. Daruthek, bo latający szaman musiał nim być, dysponował szerszym wachlarzem magii, zdoławszy wyrwać powietrze z płuc Edwarda, a także wywoływać rzęsiste opady deszczu.
“Ochroniarze” tej grupy, składający się z pary jaszczurzych żołnierzy i pokrytych kryształem mutantów, tylko czekali, aż platforma odpowiednio się ustawi, by przeskoczyć przez ścianę wiatru i dobrać się do stojących na otwartym polu bohaterów. Tu jednak popełnili błąd, gdyż Zod i Amos szybko rozprawili się z dwójką z nich, zrzucając wprost do kotłującej się parę metrów niżej wody.
Magia Jina, połączona z jego ochronnymi amuletami i niesamowitym talentem medycznym, pozwoliły drużynie przetrwać natarcie, które wykończyłoby niemały oddział wojskowy, jednak gdy platforma dotarła już do ostatniego korytarza, jego zasoby powoli zaczynały się już kończyć. To wciąż jednak nie był koniec - drzwi wgłąb okazały się być zamknięte, zabezpieczone nie tylko ewidentnie umagicznionym zamkiem, z którym nawet Zod miał niemały problem, ale i pułapką, która uruchomiła się chwilę później, miotając nimi po ścianach.
Ostatecznie jednak udało się - wpadli do następnego pomieszczenia, zamykając za sobą drzwi, odprowadzani jaszczurczymi okrzykami i szyderczym śmiechem Darutheka. Po chwili ucichły, a oni mogli rozejrzeć się po miejscu, w którym się znaleźli.
Pomieszczenie było raczej przedłużeniem korytarza niż samodzielnym pomieszczeniem. Pod ścianami leżały resztki dawno zniszczonych mebli i figur, pokryte grubą warstwą pajęczyn, a z jego głębi dochodziły odgłosy wyjącego wiatru przeplatające się z nieziemsko brzmiącą muzyką. -
Alchemik oparł się o ścianę, z trudem łapiąc oddech. Ta.. walka była niemal jednostronna rzeźnią. Nie spodziewał się takiego poziomu kompetencji z strony prymitywnych jaszczuroludzi. Na szczęście obyło się bez większych strat własnych, a jaszczuroludzie stracili dwóch wojów. Zakładając że upadek do wody ich zabił, lub istotnie uszkodził. Istniało ryzyko że da się ich wyłowić i znowu staną z nimi w szranki.
- Amos, masz, wypij. - powiedział wciskając piratowi w dłonie kolejna lecznicza miksturę. Zaczął badać rannych. Cieszył się że w pobliżu nie było luster. Skóra jego, jak i pozostałych członków drużyny zaczynała nabierać delikatnie zielonego odcienia, ewidentny objaw przeładowania trollowym wywarem. Miał delikatne podejrzenie że dalsze zwiększanie dawki może się wiązać z “intensyfikacją” procesu regeneracji, aż do ucieczki spod kontroli organizmu. Nie podzielił się jednak tymi przemyśleniami. Musiał zadbać o to żeby wszyscy przeżyli, a potem będzie się martwił nowotworami.
- Proponuję zmienić taktykę. - stwierdził gdy odzyskał już nieco animuszu - musimy się pozbyć tego szamana który posiada umiejętność telekinezy. Jeśli go spacyfikujemy ja oślepię, lub unieruchomienie resztę, ale nie chciałbym ponownie dostać swoim wytworem.- Szaman lata… - stwierdził Zod - A nasze możliwości dystansowe, gdy wyłączymy twoje alchemikalia, nie są bardzo imponujące… bez urazy Edward.
- Nie, nie… nie przejmuj się. Nie moja główna dziedzina zainteresowań…
- Poza tym… ubicie szamana to jest nasz specyficzny cel. Jak go wykończymy to możemy się zbierać do domu. Więc jeśli masz jakiś pomysł jak go dorwać… to tylko tym bardziej jest warte rozważań.
- Potencjalnie Edward mógłby teleportować ciebie, albo Amosa na szamana, żebyście go złapali i dociążyli. Albo któryś z moich rozpraszających granatów mógł zaburzyć magię która utrzymuje go w powietrzu, albo obydwie rzeczy na raz. Nie będzie to jednak proste, a moje granaty nie działają za każdym razem. Równie dobrze mogę spędzić cały dzień rzucając w niego kolejnymi wiązkami.
- Możliwe, że powinniśmy się wycofać… - stwierdził Zod smętnie - Przygotować się lepiej na latającego wroga. Jakieś sieci z linami, aby go ściągnąć do siebie. Jak zniszczymy czwarty kryształ… to na pewno nie przyspieszy jego pracy, ani tej burzy. To może być błąd i byśmy się spóźnili, ale jeśli damy się zabić to już nikt go nie powstrzyma.
- Pamiętaj że musimy się przedostać przez pomieszczenie w którym on teraz urzęduje, wraz z swoimi przybocznymi. A platforma która służyła nam za transport poleciała dalej, raczej nie spodziewam się żeby uprzejmie ja zostawili przy naszym tunelu. Minimum którego musimy oczekiwać to dwa teleporty Edwarda, jeden do centrum, drugi do wyjścia. Dość dużo czasu żeby uniemożliwili nam swobodstarczy odczekać odpowiedniego momentu i wtedy czas gdy będziemy na nich wystawieni ną ucieczkę.
- Jeśli jej nie zablokowali to wybędzie drastycznie krótszy niż ten którego potrzebowaliśmy z poprzedniej odnogi tutaj. Nie wierzę by kontrolowali platformę. Wtedy by ją zablokowali daleko od nas i byśmy byli w kropce. Tak czy siak… to rozważania na później, kiedy ostatni klejnot zniszczymy… będziemy musieli uważać by nam jaszczurki na plecy nie wyskoczyły…
- Zgadzam się, trzeba zająć się ostatnią kulą. Ale może zanim zniszczymy kolejny bezcenny artefakt spróbujemy go przeanalizować? Nie wierzę że Daruthek jest tak silnym magiem bez zewnętrznego wsparcia.
- Przeanalizować? Jeśli sądzisz, że masz sposób to proszę cię bardzo, ale okoliczności pozostałych trzech nie sprzyjały choćby widzeniu ich za bardzo…
- Ciężko powiedzieć, poprzednie po prostu zniszczyliśmy. Pewnie da się okiełznać ich energię, ale będzie się to wiązało ze sporą ilością bólu. Powoli zaczynam się przyzwyczajać. - Jin mruknął smutno.
- Yhym… bo samo podejście do nich było morderczym przedsięwzięciem. Jeśli masz jakiś pomysł to spróbuj, ale mając tę wesołą bandę gekonów za plecami nie jesteśmy w stanie poświęcić temu wiele czasu. Tak czy siak… chyba warto zrobić przerwę. Ja zablokuję te drzwi, aby przynajmniej im utrudnić marsz za nami, ty masz jakąś alchemię do przygotowania… bo w kolejnych pomieszczeniach coś nas będzie czekać…
- Paradoksalnie nie zużyłem tak dużo jak mogłoby się wydawać. Tamten szaman-kinetycysta groził zwrotem rzuconych formuł. To czego potrzebuję to dobre kilka godzin w łóżku, ale ten odpoczynek pozwoli też jaszczuroludziom odzyskać swoją magię. Ruszajmy na przód.
- Nie tak szybko… - zaprzeczył Zod spoglądając przez szczelinę między odrzwiami - Powinniśmy potwierdzić co oni robią… jeśli mają pójść za nami lepiej byśmy wiedzieli i czekali na nich…Kawałek korytarza za drzwiami był pusty - wyglądało na to, że jaszczuroludzie nie próbowali gonić drużyny. Zamiast tego po chwili znad wyjącego wiatru zaczęły wznosić się gorączkowe odgłosy inkantacji.
- Chyba starają się dokończyć rytuał. - odezwał się Jin - Śpieszmy się!
- Powoli będzie płynnie. Płynnie będzie szybko - zaprotestował Zod, ale wziął już swój topór i maszerował na front drużyny - Idziemy swoim tempem. Jak głupio stracimy głowy na pułapce to nikomu nie pomożemy…
- Celna uwaga. - zgodził się Jin i szybko przetrząsnął kieszenie swojego bandoliera. - Jestem gotów.
Prowadzeni przez znajomą już linię energii, bohaterowie korytarzem dotarli do wąskich schodów prowadzących kilka metrów niżej. Schodząc po nich, wyszli na większe pomieszczenie o nierównych ścianach, liczących sobie dobrych kilka kondygnacji wysokości. Było zupełnie puste, jeśli nie liczyć słabo widocznych śladów wyrytych na kształt okręgu naprzeciw wejścia, oraz wirującego w samym jego centrum tornada, rozszerzającego się od wąskiej na ledwie pół metra podstawy przy podłodze do zajmującego niemal cały sufit leja. Nieustanny wicher szarpał ubraniami i włosami, ale wydawał się słabszy, niż należałoby oczekiwać tak blisko tego miniaturowego kataklizmu. W jego wnętrzu, wśród poruszających się z ogromną prędkością kamieni, fragmentów mebli i innych śmieci, migotało jaśniejsze światło magicznego klejnotu. Wirując, ciągnął za sobą warkocz energii, który nie tylko łączył się z główną komorą, ale najpewniej zasilał także samo tornado.- Niepokoi mnie brak strażników. - stwierdził alchemik, uważnie oglądając otoczenie w poszukiwaniu pułapek. Albo skrytych wrogów - żadnych dodatkowych zagrożeń jednak nie dostrzegał. Po oględzinach zbliżył się nieco do kuli energii i zaczął ją analizować, wyciągając z pamięci skrawki przeczytanych w przeszłości traktatów o magicznych przedmiotach, starając się skonfrontować swoją wiedzę z tym co było przed nim.
Zbliżenie polegało na zrobieniu zaledwie kilku kroków w stronę tornada - gdyby zbliżył się bardziej, niechybnie wiatr porwałby go z ziemi. Wystarczyło to jednak, by móc przyjrzeć się wirującemu klejnotowi i wyciągnąć wnioski, bazując na poprzednich napotkanych artefaktach. Wyglądało na to, że ten połączony był z Planem Powietrza, a nieokiełznane tornado musiało być efektem skazy lub uszkodzenia, znacząco zwiększającego przepływ energii żywiołów. Tak jak w przypadku pozostałych, zniszczenie go lub odcięcie połączenia międzyplanarnego mogło załatwić sprawę - to pierwsze wymagało jednak wejścia w środek tornada…
- Spróbujmy ponownie z moimi rozpraszającymi granatami. Może tym razem zadziałają, zakładając że wiatr nie porwie ich w dal. - stwierdził Jin i przygotował kolejny pocisk. Nauczony poprzednią porażką nieco zmodyfikował skład osłonki która okrywała granat, dosypał nieco więcej srebra i sproszkowanych pereł, zdjął za to żelazny płaszcz który rozsyłał w koło odłamki.Spokojnie zebrał się do rzutu i cisnął granat pełen zaburzających magię reagentów w wirujący klejnot. Ten przeleciał ledwie parę metrów, nim został porwany przez wicher, dołączając do wirujących wewnątrz tornada przedmiotów, a alchemik zaklął pod nosem. Zebrał swoją odwagę i rzucił się w kierunku klejnotu, starając się go unieruchomić choć na chwilę.
Zod skrzywił się widząc co Jin robi. Był zbyt daleko by go powstrzymać i zaproponować linę wokół pasa…
- Amos, pilnuj za nas dwóch. Idę Jina ubezpieczać!
- Edward! - zakrzyknął nad wiatrem gdy się zbliżył. - Jakby go porwało to go wyteleportuj stamtąd!
Sugestia Zoda okazała się bardzo trafna - czarodziej ledwie zdążył przygotować inkantację, gdy Jin wskoczył do tornada. Alchemik nie zrobił nawet kroku, gdy wichry porwały go niczym szarpniętą za sznurki marionetką i gdyby nie nagła teleportacja, zupełnie straciłby kontrolę nad swoim ciałem, obijając się o wirujące przedmioty.
Padnięcie plackem na posadzkę kilka metrów dalej i lekkie obicie twarzy było niską ceną.
- Wybacz, ale nie opanowałem jeszcze zmiany wektorów i prędkości przy przenoszeniu - powiedział Edward, pomagając mu wstać.
Jin podniósł się i otrzepał z kurzu. Prawdę mówiąc dzięki szybkiej reakcji Edwarda ta przygoda nie zrobiła na nim większego wrażenia.
- To była cenna lekcja. Jak przy tym jesteśmy, mógłbyś mnie teleportować w zasięg klejnotu, tak abym miał szansę go złapać i dezaktywować? W razie niepowodzenia wyteleportuj mnie w tył.
- Rozumiesz, że z tym wiąże się cały PAKIET problemów, prawda? Wteleportuję ciebie w klejnot to oznacza, że dostaniesz nim precyzyjnie jakbyś stał w miejscu i on w ciebie wleciał… plus dezorientacja poteleportacyjna. I POTEM, choćbym natychmiast zaczął inkantację, to nie zajmie mi mniej niż te pięć sekund, by ciebie stamtąd wyciągnąć. To dużo czasu aby kark złamać…
- Tak czy inaczej musimy go deaktywować. Wierzę w siłę moich wynalazków. Jak do tej pory regeneracja jaką nas obdarzyły pozwoliły nam przyjąć dość ran by powalić pułk wojska. Alternatywą jest ponowna walka z Daruthekiem wzmocnionym przez ten odłamek planarnej siły.
- Zawsze mogę go rozbić… - wtrącił Zod - Jak poprzednie. Mam nieco więcej wiary, że ja się utrzymam dość długo w tym wirze by się zamachnąć. Jeśli chcesz próbować to jasne, swój kark ryzykujesz i nie do końca mamy prawo ci zabraniać, ale oceń czy to będzie z korzyścią dla całej wyprawy…
- To bezcenny artefakt. Portal do wewnętrznych planów i zawartej tam energii, który potencjalnie można wykorzystać do setek ratujących życie i zdrowie wynalazków. W najgorszym wypadku fascynujący przedmiot badań, który pozwoli nam rozwinąć nasze zrozumienie otaczającego nas świata. Jestem gotów na ryzyko. - w słowach Jina słyszalna była determinacja.
- Oby to tylko nie kosztowało nas żyć, lub porażki - odpowiedział Zod, ale nie kłócił się już z Jinem.
- Czekajcie. Myślę o tym w złych kategoriach. Edward, czy jesteś w stanie teleportować same przedmioty? Moglibyśmy teleportować ciśnięty wcześniej granat w sferę, tak aby zaburzyć działanie magii. Albo zrobię nowy. Ewentualnie teleportować sferę do pojemnika, by ograniczyć jej mobilność. Albo w tłum zgromadzonych jaszczuroludzi.
- Niestety nie - pokręcił mag głową - teleportacje to tak jakby mój poboczny temat. Puste przedmioty są dla mnie zbyt niewyraźną kotwicą. Mogę spróbować, ale najpewniej więcej go nie zobaczymy… i to jest optymistyczna opcja.
-W takim razie plan ryzykowny. Dajcie mi jedną szansę, jak się nie uda oddamy sferę toporowi Zoda. - Jin powiedział z odrobiną żalu w głosie. - Na twój sygnał Edwardzie.
- Yhym… - mruknął Edward podchodząc bliżej wiru, ale nie na tyle by ryzykować, że sam zostanie porwany. Obserwował zachowanie i wiatru i kryształu przez kilka dłuższych chwil.
- Przygotuj się… zaraz… zaaaraz… - rozpoczął inkantację, przedłużając ją nieco, aby w idealnym momencie ją zakończyć…
Wymagało to ogromnego skupienia i bezbłędnego wyliczenia trajektorii ruchu. Edward był pewien, że wszystko policzył dobrze do momentu, w którym Jin nie pojawił się wewnątrz tornada - dwie stopy za daleko od kryształu, który ułamek sekundy wcześniej zmienił prędkość! Alchemik miotał się przez moment, obijany przez wirujące fragmenty mebli i gruzu, bezskutecznie próbując odzyskać kontrolę, zanim następna inkantacja nie wyrwała go na wolność, solidnie potłuczonego.
Niezrażeni tą porażką bohaterowie naradzili się szybko, wymieniając spostrzeżeniami, po czym podjęli kolejną próbę. Modyfikując nieco inkantację pod kątem chaotycznych trajektorii i wektorów ruchu, Edward bezbłędnie “wrzucił” Jina wprost na tor lotu kryształu, który wręcz uderzył w alchemika, pchając go z wielką siłą. Ten jednak był już przygotowany i od razu przystąpił do instalowania thaumatycznej blokady, która miała powstrzymać wyciek energii ze sfery żywiołu powietrza. Wirowanie kilka metrów nad ziemią, będąc tłuczonym przez fragmenty gruzu, nie ułatwiało pracy, ale umiejętności Jina wzięły górę nad warunkami i już po paru sekundach tornado zniknęło niczym przerwane zaklęcie, a alchemik zwalił się na posadzkę. W dłoni zamknięty miał kryształ, który aż wibrował od energii, chcącej wyrwać się na wolność.
Jin uniósł w górę pięść, w znanym każdej rasie geście sukcesu.
- Świetna robota Edward. W najgorszym wypadku wykorzystamy go jako broń przeciwko jaszczuroludziom, w najlepszym jako fascynujący obiekt badań. - alchemik mówiąc to już przyglądał się kryształowi dokładniej. Był ciekaw skąd dokładnie brała się jego gigantyczna energia. Mały portal do planu żywiołu powietrza?
Ta teoria wydawała się najbardziej prawdopodobna - kryształy musiały być jednokierunkowymi, stabilnymi połączeniami ze sferami żywiołów. Jin nie miał pewności, czy były dziełem Pasterzy Burz, czy ci tylko znaleźli sposób na zapanowanie i wykorzystanie ich mocy - stanowiły wspaniałe źródła energii, jednocześnie będąc dużym zagrożeniem, tak jak widzieli to tutaj czy w sali, gdzie uszkodzona aparatura sprawiła, że kamień bezustannie miotał błyskawicami.
- Wygląda na to, że odcięliśmy dopływ energii. Opatrzmy rany i próbujemy ponownie walczyć z Daruthekiem?
- Tak - przytaknął Zod - I tym razem już na poważnie… będziemy musieli się rozproszyć bardziej. I odsunąć od krawędzi platformy. Dla jaszczurek wpadnięcie do wody to nieprzyjemność i po kilku minutach wrócą do walki. Mi by to zajęło znacznie więcej czasu. Powinniśmy rozważyć czy część z nas nie powinna zostać poza centralną wyspą… W ogniu walki nie damy rady oddzielić was wrogów, ale fosa już by mogła. Co myślicie?
- Taktyka tej walki jest skomplikowana. Z drugiej strony dobrze by było żebyście byli w zasięgu moich rąk i leczenia i żebym wezwał niosący strach totem w środku komnaty. Musimy też koniecznie unieszkodliwić jaszczuroludzia który wykazał się telekinezą. Jestem bezużyteczny w jego obliczu.
- Z tym będzie problem, bo dupek lata… W takim razie… jeśli nie popełni błędu to zostaje Edward.
- Cóż… - zaczął miłośnik smoków, rozważając możliwości - Spróbuję. Ale to nie będzie rach-ciach i po telekinecie.
- Tak czy inaczej musimy spróbować. Nie wyjdziemy stąd bez walki. -
- Trzymajcie się z tyłu… - polecił Zod, w pełni defensywnej postawie, spoglądając przez szparę zniszczonych wrót, aby dowiedzieć się co jaszczury w tym momencie robią. Z tego punktu nie dostrzegł jednak żadnego z nich, widząc tylko fragment głównej komnaty. Zauważył, że otaczająca centralną platformę ściana wiatru zniknęła, w pomieszczeniu padał wciąż deszcz, smagany słabszym znacznie wiatrem.
Jin posłusznie trzymał się za szerokimi plecami towarzysza i zaciskał nerwowo dłonie na swoich alchemicznych kontaktach, gotów posłać je w kierunku czegokolwiek co ma łuski i się rusza.Zod wsłuchał się, doszukując ponad deszczem, wiatrem i wodą jakichkolwiek dźwięków mogących dać mu informację o wrogach… ale nic nie dosłyszał. Trudno. Muszą działać z tym co mają.
- Platforma jest teraz po przeciwnej stronie. Odczekamy na moment gdy pozwoli nam łatwo wbiec na środkową platformę i wtedy ruszamy… Przygotujcie się…
Platforma jednak nie zbliżała się w zasięg ich wzroku, najwyrażniej coś ją unieruchamiało.
- Cholera… to tyle z zaskoczenia… - niezadowolony Zod powoli uchylił drzwi i wszedł głębiej aby, powoli posuwając się do przodu, za osłoną ściany.
- Edward… jakby coś mnie chwyciło i do wody miotnęło…
- Już się szykuję.
- Ustawię się tak abyś był w moim polu widzenia. - dodał Jin, delikatnie przesuwając się tak aby drzwi stanowiły dla niego osłonę - Korzystaj z mojej obronnej magii bez oporów.
Docierając po mokrej posadzce do krawędzi, Zod wyjrzał za róg, szybko doliczając się całej siódemki jaszczuroludzi - ci, których zrzucili do wody, byli znów na górze, kompletnie przemoczeni, ale poza tym wydawali się dobrej formie. Platforma, która normalnie poruszała się wokół tej komory, została przywiązana na jej przeciwległym końcu, niejako więżąc drużynę w tej części kompleksu.Gady wyraźnie oczekiwały ich nadejścia, ustawiając się tak, by nie dało się ich łatwo dojrzeć z tunelu. Gdy tylko Zod wystawił głowę zza załomu ściany, jeden z nich wskazał go szponem i wydał ostrzegawczy okrzyk.
- Przynajmniej wiemy, że przerwali rytuał… - skomentował Zod gdy już wyjaśnił drużynie.
- W porządku… to co robimy?
- Mam pewien plan…Wyjaśnienia zajęły krótką chwilę.
- Ekh… - zaczął Jin nieco niepewnie - Nie chcę cię brutalnie z błędu wyprowadzać, ale nie mam moich bomb gotowych…
Zod zatrzymał się w myśli.
- Ile potrzebujesz by je przygotować?
- Pół godziny?
- Wycofujemy się. Musimy być całkowicie gotowi do walki.
- Będę potrzebował pomocy żeby się ze wszystkim wyrobić. Edwardzie pomożesz? Jak na zajęciach z Alchemii Stosowanej. Pamiętasz jak profesor Ciemnoręki ganiał nas za używanie magii podczas moździerzowana alchemikaliów? “Nie osiągnie mistrzostwa ten co proste czynności pozostawia magii!” - nekromanta zacytował jednego z swoich dawnych mentorów.
- Oczywiście Jin, zostaw to mi.Kolejne trzydzieści minut naukowcy spędzili odmierzając precyzyjne porcje poszczególnych reagentów. Prym wiódł ewidentnie Dhis, choć Edward nie odstawał daleko. Z nowymi uzupełnionymi wyrobami drużyna była gotowa do dalszej walki.
Gdy tylko Zod zaczął wdrażać swój plan w życie, wylot korytarza rozbrzmiał istną kawalkadą zaklęć - elektryczne i lodowe pociski uderzały o ściany, gdy tylko wojownik wystawiał się choć na sekundę. Trafiły go kilkukrotnie, ale większośc była jednak kwitowana gniewnymi okrzykami jaszczuroludzi. Tak jak zakładał, w końcu musieli stracić cierpliwość lub pogubić się w tej zabawie w “pacnij goblina”.
I rzeczywiście: po trzeciej salwie przez wiatr dało się słyszeć głos Darutheka, krzyczącego w smoczym.
- Tchórze boją wyjść! Zajmijcie się przejściem, ja dokończę rytuał - wystarczy nam mocy, by zniszczyć chociaż ich gniazda!
Kilka sekund później u wylotu korytarza pojawiła się gęsta mgła, kompletnie blokująca widoczność.
- Guzik im wierzę - skwitował Zod, na tyle cicho by tylko towarzysze go słyszeli. - Mówił to do nas. Próbuje nas sprowokować.
- Hmmm… jak nie kilofem to łopatą… - zastanowił się Edward, podchodząc ostrożnie w miejsce gdzie przed chwilą Zod stał i wizualizując sobie gdzie przed chwilą była widoczna platforma. Wielki tiefling złapał go za kurtę między łopatkami, aby na pewno nie spadł.
Mag skupił się moment i miotnął zaklęcie w szacowany środek platformy.Odpowiedział mu pojedynczy krzyk bólu, a zaraz potem potężna błyskawica uderzyła w niego i Zoda. Amulet ochronny ocalił Edwarda, a wojownikowi udało się uskoczyć i elektryczność jedynie go posmyrała. Gdzieś za mgłą dało się usłyszeć, jak Daruthek rozpoczyna dłuższą inkantację.
Jin w tym czasie wyskandował krótka mistyczną frazę i ochronna magia znowu objęła członków drużyny swoimi kojącymi splotami.
- Nie jestem pewien czy taka zabawa zadziała na dłuższą metę. Kolejną salwę spróbujmy cisnąć razem. Amos jeśli byłbyś tak miły. - poprosił Jin.
Po krótkiej naradzie bohaterowie spróbowali swojego nowego planu - Amos pchnął Edwarda w stronę krawędzi, a gdy mag tylko skończył inkantację i rzucił energetycznym pociskiem na oślep, Zod szarpnął go za rękaw szaty, wciągając za róg. Tym razem z głównej sali nie dobiegł ich żaden okrzyk bólu, zamiast tego usłyszeli odgłos skandowanego zaklęcia i po chwili przez korytarz przemknęła błyskawica, lecąc na wprost i uderzając w drzwi, uprzednio drasnąwszy Amosa i Edwarda.
- To nie ma sensu - stwierdził Jin - Oni mają dużą przestrzeń do poruszania się, my mamy wąski korytarz, w który łatwo kumulować strzały. Edward, czy możesz nas wszystkich teleportować jednocześnie? W najgorszym wypadku teleportujesz nas na platformę i drugi raz do wyjścia.
- Teoretycznie mogę tak zrobić - odparł mag - Tylko najpierw muszę tą mgłę rozwiać, muszę widzieć destynację teleportu.
- Zróbmy tak. - powiedział Jin i spojrzał pytająco na Amosa i Zoda. Pirat wzruszył tylko ramionami i poprawił chwyt broni.
- W porządku - zgodził się Zod - No to w tył i czekamy aż mgła zejdzie.
Chowając się za wrotami, o które raz po raz uderzały błyskawice, bohaterowie czekali, aż Edward przygotuje się do wykonania planu. W pierwszej kolejności zaczerpnął mocy ze swego pierścienia, poszerzając zakres swoich zaklęć teleportacyjnych, po czym przywołał potężny podmuch wiatru, rozwiewając blokującą widoczność mgłę. Zaraz potem, unikając kolejnej błyskawicy, sięgnął do swej specjalizacji i w mgnieniu oka przeniósł całą drużynę na centralną platformę.Tam też okazało się, że miotanie zaklęciami na oślep rzeczywiście nie przyniosłoby przewidywanego efektu. Jaszczuroludzie czekali, rozstawieni na krawędziach platformy, poza zasięgiem kryształowych eksplozji Edwarda. Zasypujący ich błyskawicami mag krył się w korytarzu, z którego wydostali się wcześniej, a Daruthek usadowił się na uprzednio ruchomej platformie. Szaman nie oszukiwał wcześniej – rzeczywiście wydawał się odprawiać jakieś rytuały, mistyczne energie ciągnęły się za jego ruchami, a inkantacje splatały się z szumem wiatru.
-
Równocześnie wydarzyło się kilka rzeczy. Znający arkana magii, bądź obdarzeni boską mocą zaczęli skandować swoje zaklęcia. Jin przyzwał swój niosący strach totem. Jeden z szamanów posłał celną błyskawicę w Amosa, który na moment stracił władzę nad swoimi mięśniami, gdy potężny ładunek przebiegał przez jego nerwy i mięśnie. Edward próbował wyrwać oddech z płuc Darutheka, lecz bez efektu. Zod zaszarżował na jednego z jaszczuroludzi, który w ostatniej chwili uniknął pchnięcia które miało go posłać w odmęty poniżej. Jego towarzysz zaryczał bojowo, wziął rozbieg, zamachnął się swoim dwuręcznym toporem i wbił go po trzonek w Amosa i wyrwał z mokrym mlaśnięciem. Kolejna fala energii spłynęła przez dłonie i metal w pirata, ale tak szybko jak rana się pojawiła, uległa zasklepieniu dzięki nadnaturalnym wywarom Jina.
Ustawiony na flance miotacz błyskawic cisnął siecią jak gladiator i złapał w nią Zoda, przyzwał dwie błyskawice i posłał je w Amosa i Edwarda, efektywnie obu trafiając. Widząc otwarcie zmutowany jaszczur podbiegł do diablęcia, ale wyćwiczony wojownik mimo gęstych sznurów odbił jednym ruchem cios i wbił trzonek topora w miejsce gdzie u humanoidów powinien być splot słoneczny. Kolejny jaszczur obiegł oplątanego, i spróbował go obalić, ale Zod warknął bojowo i nie dość że utrzymał równowagę, to jeszcze skorzystał z okazji i zadał brutalny cios. Gdy dwóch mocarzy było związanych próbą sił kapłan jaszczuroludzi wyskandował krótkie zaklęcie, napełniając swojego sojusznika siłą. Do było za dużo, i diable padło na ziemię z głuchym hurkotem.
- Nie powstrzymacie tego żywiołu! - krzyknął Daruthek w ciężko akcentowanym wspólnym w przerwie między kolejnymi sekcjami swojej inkantacji - Gniew burzy zmiecie wasze gniazda z naszych ziem! - zgodnie z jego słowami wiatr nabrał siły, gotów rozszarpać na strzępy nieuważnych. Jedynie miejsce, w którym odprawiał drugi rytuał, pokryte kawałkami rozbitej ceramiki wyglądało na omijane przez wichry.
Edward i Jin niemal równocześnie obrali Darutheka na cel. Naukowcy wielokrotnie pracowali razem, zazwyczaj w bardziej “kontrolowanych” warunkach, ale wiedzieli że największym zagrożeniem jest główne źródło magii - Daruthek. Edward wykonał kilka gestów, jakby coś wyrywał, skandując równocześnie w mistycznych językach. Powietrze zaczęło uciekać z płuc szamana, który na moment przerwał inkantację, wykonał gest jakby coś przecinał i odzyskał kontrolę nad źródłem życia. Wystawił się przy tym jednak na Jina. Niezauważony granat hukowy wpadł w okrężny huragan, poleciał po lekkim łuku i eksplodował centralnie przed pyskiem Daruhteka, pozbawiając go wizji. Jakby było tego mało, drugi pakunek, pełen błyskowego proszku eksplodował na środku platformy, pozbawiając wzroku kolejnych jaszczuroludzi. Niestety eksplozja objęła też Zoda.
Ranny pirat wykonał lekki piruet w tył, przyjął flaszkę trollowego wywaru od Jina, wypił ją szybkim haustem i wrócił do walki. Jednym kopniakiem wycelowanym w bok kolana obalił jaszczuroludziego berserkera który niedawno zadał mu brutalne rany, po czym dwoma celnymi ciosami rozorał tętnicę, a krew zalała podłoże pod nimi. Diable wyswobodziło się z sieci i stanęło na nogi, wystawiając się przy tym tylko na pomniejsze draśnięcia.
Widać było, że jaszczuroludzie wyciągnęli wnioski z poprzedniej walki i zdołali zaplanować to starcie. Zaabsorbowani zbrojni nie zauważyli, albo nie mieli przestrzeni by zareagować na gadziego kapłana, który wykonał krótką szarżę i dźgnął Edwarda swoim złowrogim trójzębem. Wciąż flankujący miotacz który niedawno cisnął siecią przyzwał dwie błyskawice i cisnął nimi w drużynę, pudłując wierutnie. Daruthek natomiast rozwiał się w powietrzu, znikając walczącym z pola widzenia.
Jaszczurzy wojownicy w trójkę próbowali pokonać Zoda, lecz pozbawieni wzroku nie byli efektywni. W końcu jeden z nich złapał diablę za pas i rzutem obalił go na ziemię.
Jin widząc że jego alchemia przyniosła równie dużo zysku, jak i straty, zgrabnie wyminął jaszczura i jego ostre szpony, dobiegł do Zoda, wyrwał z pasa jakiś tajemniczy dekokt i chlusnął nim prosto w jego oczy. - Zapiecze! - przekrzyczał wiatr, a słowa się spełniły. Wojownik pewnie by go zwyzywał, ale odrobina bólu była małą ceną za natychmiastowe odzyskanie wzroku. Alchemik schował się za szerokimi plecami towarzysza i cisnął kolejnym pakunkiem, tym razem pełnym alchemicznego kleju który przytwierdził jednego z jaszczurów do podłoża. Zod poderwał się na nogi, i potężnym pchnięciem posłał jaszczura w odmęty poniżej.
Jeden z jaszczurzych szamanów, zapewne uczeń Darutheka, zaczął skandować prymitywne zaklęcie, wydłużając inkantację, by opanować szalejącą energię. Z jego dłoni wystrzeliła fala błyskawic zalewając drużynę bólem, osmalając ciało i wypełniając powietrze ozonem.
Edward w tym samym czasie przyzwał magię którą znał najlepiej - magię teleportacji i pojawił się daleko od zagrożeń. Splótł kolejne zaklęcie, wplatając w nie piękną matematyczną formułę. Nagła eksplozja kryształowych, fizycznych fraktali zalała posadzkę, i ciała jaszczuroludzi, wyrywając w nich powierzchowne rany, ale ponad wszystko utrudniając poruszanie się. Pozbawiony celu kapłan wzniósł modły, regenerując ochronną magię.
Miotacz błyskawic ostrożnie odsunął się od walczących, wciąż oślepiony przez błyskowy proszek Jina. Jego walczący wręcz towarzysze na oślep znów próbowali dorwać się do Zoda i z niemałym trudem znów obalili go na ziemię. Jin odskoczył od przetaczającej się po ziemi kuli umięśnionych brutali, podbiegł do pirata i profesjonalnym ruchem wypchnął elektryczny oszczep który był w niego wbity od początku walki. Rana zasklepiła się momentalnie. Widząc że sam też jest ranny wyjął z bandoliera fiolkę leczniczego naparu i wypił go szybkim haustem.
Pirat zrepozycjonował się, spróbował obalić kolejnego jaszczura, lecz bez efektu. Furia wypełniała od kilku chwil jego serce i teraz pozwolił jej znaleźć ujście. Zmienił się w tornado ostrzy i pięści. Leżący już od kilku dłuższych chwil berserker dorobił się ziejących dziur w jamie brzusznej i klatce piersiowej. Mimo tego walczył, pchany gniewem, nadnaturalną magią i czystą nienawiścią do gładkoskórych. Kolejny jaszczur dorobił się głębokiego cięcia ramienia, niemal do kości, oraz pchnięcia które niemalże połączyło klatkę piersiową z światem zewnętrznym.
Szaman błyskawic przyzwał kolejną falę elektryczności, która zalała drużynę. Najgorzej oberwał Jin, który gdyby nie ciągły dopływ świeżych dekoktów pewnie szedłby właśnie na sąd u Pharasmy. Mag obrócił pierścień na swoim palcu, ponownie przyzwał magię teleportacji i przeniósł Zoda w bezpośrednie sąsiedztwo elektrycznego zagrożenia. Diablę nie patyczkował się, tylko złapał cherlawego w porównaniu do siebie czaromiota, podniósł go i cisnął poza lewitującą platformę.
Jaszczurzy kapłan wykorzystał to że atencja maga była gdzie indziej i posłał lodową strzałkę, która co prawda trafiła, jednak rana nie była poważna.
Obaleni jaszczurzy wojownicy starali się odpowiedzieć na serię ciosów Amosa, jednak poza powierzchownym draśnięciem nie zdziałali nic więcej. Zalety bycia na wyższym poziomie elewacji. Pirat szybko wyprowadził kolejną serię ciosów, przecinając przy tym więzadła kolanowe ostatniego stojącego w pobliżu jaszczuroludzia i zapewniając sobie dominację.
Daruthek pojawił się nagle w powietrzu i kopiując Edward sprzed kilku sekund, starał się wyrwać powietrze z płuc maga. Ten jednak na to nie pozwolił, przejmując kontrolę nad tym żywiołem. Przynajmniej w swoim wnętrzu. Rytuał i wicher wciąż się wzmagał, chociaż wciąż daleko było mu do mocy, z którą szalał przed zniszczeniem połączeń z planami żywiołów. Mag ponownie teleportował Zoda, tym razem w bezpośrednie sąsiedztwo miotacza błyskawic, do bocznego korytarza z którego ten atakował drużynę. Diable zamachnęło się, jaszczur wykonał unik, lecz od samego początku była to finta. Zbrojmistrz pozwolił toporowi uderzyć o ziemię, zaparł się nogami i całym ciałem uderzył w o wiele mniejszego oponenta. Ten poleciał z krzykiem poza krawędź i wpadł do wody.
Jaszczurzy kapłan podbiegł do ciężko rannego berserkera, przyzwał leczącą magię i zamknął część jego ran. Jaszczur wraz z przypływem sił wykonał cios który rozorał przedramię pirata. Ten utrzymał jednak broń w dłoniach, a trollowa regeneracja zamknęła brzegi cięcia.
Radzący sobie z sztormowymi wodami bez większego problemu miotacz błyskawic przepłynął spory kawałek, a lewitujący Daruthek zniżył poziom lotu, pomógł towarzyszowi wydostać się z głodnego żywiołu i o wiele wolniej zaczął unosić się w górę.
Leżący na podłożu gadzi berserker smagnął swoim ogonem po nogach Jina, obalając alchemika na ziemię. Siła ciosu z pewnością złamała podudzie alchemika. Przeklinając odtoczył się w tył, poza zasięg walczących i szybko zmieszał kilka składników, złapał swoje podudzie, ustawił je w “prawidłowej” pozycji i wypił haustem kolejną flaszkę alchemicznych trunków.
Amos i pobliscy jaszczurzy zbrojni wymieniali się seriami ciosów. Pirat mimo tego że walczył sam, przeciwko de facto trzem wygrywał tą potyczkę. Między brutalną siłą, doświadczeniem i zwyczajnemu braku koordynacji po stronie zimnokrwistych szale zwycięstwa powoli przechylały się w stronę pirata.
Zod w tym czasie zrepozycjonował się i przeprowadził szarżę w stronę znającego obronną i leczniczą magię kapłana. Ten widząc jak poprzedni sojusznicy spotkali się z wodą poniżej był przygotowany i nie dość że gładko jej uniknął, to miał jeszcze czas przyzwać ochronną magię, bardzo podobną do tej z której korzystał Jin i podciąć ogonem diablę. Zod z głuchym tąpnięciem uderzył o posadzkę, niemalże wypadając poza obrys platformy, niesiony swoim momentum.
Walczący z falami elektryczny szaman splótł kolejne elektryczne zaklęcie, którym smagnął stojącego powyżej Edwarda. Mag w odpowiedzi przyzwał kolejne kryształowe ziarno, które zalało swoją tnącą mięśnie magią Darutheka i towarzyszącego mu miotacza błyskawic.
Lider jaszczuroludzi zignorował ból, uniósł się jeszcze wyżej i odstawił miotacza błyskawic na twardą ziemię. Ten natychmiast przyzwał dwie błyskawice i cisnął nimi w Edwarda. Obie trafiły w cel, niemal pozbawiając maga przytomności. Edward padł na ziemię, kryjąc się przed kolejnymi błyskawicami.
Nekrochemista gładko wyjął z plecaka zrabowany niedawno mistyczny zwój i przyzwał jego moc. Mała czarna kula zmaterializowała się w pobliżu Darutheka i zaczęła wysysać z niego magię, widoczną teraz jako cienisto-elektryczna aura.
Amos i walczący z nim jaszczuroludzie kontynuowali swoją przewlekającą się już potyczkę. Z niemałym trudem trójka jaszczuroludzi obaliła pirata na ziemię, w nagrodę przyjmując kolejne ciosy. Wszyscy byli na granicy mentalnej i fizycznej. Tyle tylko że pirat nie był sam.
Diable odtoczyło się od kapłana, który kłapnął paszczą i zadrapał jego ramię. Zod uniósł topór wysoko nad głowę i z całą siłą swoich mięśni wbił go w leżącego w pobliżu gadziego berserkera, w pełni skupionego na Amosie. Ciało łuskoskórego z mokrym mlaśnięciem rozdzieliło się na dwoje, jak pomarańcza rozerwana głodnymi palcami dziecka. Berserker w końcu znieruchomiał.
Jaszczuroludzie wydali się z siebie bojowy krzyk, może mający na celu obiecać pomszczenie zmarłego, pierwszej ofiary tej walki. Może wyrażający żal. Nie miało to jednak większego znaczenia. Jaszczurzy kapłan próbował jeszcze reanimować swojego towarzysza, Jin i Edward wiedzieli jednak że nie była to magia życia, lecz nekromancja. Okrute zaklęcie mające spętać ducha zmarłego. Własnego towarzysza i przyjaciela. Być może odrobina wahania w gestach, a być może bliskość Zodowego topora, albo niosącej strach magii totemu Jina wystarczały by zaklęcie rozwiało się bezskutecznie.
Daruthek i miotacz błyskawic desperacko starali się przerwać najsłabsze, czy też raczej, najbardziej ranne ogniwo w drużynie naszych bohaterów. Edwarda. Przyklejony do podłoża mag nie był jednak dużym celem, i zarówno błyskawice, jak i magia Darutheka rozminęły się z celem.
- Jin! Pomóż! - zawołał mag i w kolejnej chwili teleportował w swoim kierunku medyka. Ten był gotowy. Jedną ręką podał Edwardowi ostatnią leczniczą miksturę, drugą natomiast wykonywał mistyczne gesty w kierunku zwłok zabitego niedawno jaszczuroludzia. - Życie! Śmierć! Odwrócenie! Prędkość! - wyskandował w wysokim smoczym, a zwłoki nabrały nowego nie-życia. Wylewając z siebie wnętrzności podniosły się do pionu i rzuciły w kierunku najbliższego żywego jaszczuroludzia.
Zod natomiast ponownie skupił się na kapłanie i wyćwiczonymi ruchami, bez większego pośpiechu zagonił go na granicę platformy, po czym zepchnął go w wodę poniżej.
Miotacz błyskawic zaskrzeczał złowrogo i posłał dwa pociski w Jina. Oba trafiły, obie rany nie były poważne, ale ból wystarczył by nekromanta przeniósł swoją wolę na ułamek sekundy z swojej magii na siebie samego. To wystarczyło by reanimowane zwłoki zachwiały się i padły na ziemię, pozbawione dopływu magii.
Amos w tym czasie profesjonalnie dobijał leżących pod nogami jaszczuroludzi. Ostatnia dwójka która była na platformie nie miała w starciu z nim większych szans. Byli ciężko ranni, pozbawieni wsparcia swoich towarzyszy, magii kapłana, byli oślepieni, przykuci do podłoża, przerażeni. Równie dobrze mógł walczyć z dwójką dzieci.
Edward splótł szybkie zaklęcie i teleportował Zoda tuż obok ciskającego błyskawicami jaszczura. Z szerokim uśmiechem skrytym za maską diablę wykonał zamach swym dwuręcznym toporem i wbił go w środek puklerza. Ochronny element ekwipunku pękł na dziesiątki części, topór poszedł dalej wchodząc w przedramię, a odpryski metalu naszpikowały ciało miotacza nowymi ozdobami. Ten zawył boleśnie i rzucił się do ucieczki w głąb korytarza, szybko znikając Zodowi z pola widzenia.
Nekromanta ponownie skupił się na zwłokach, ponownie zmusił je do poddania się swojej woli, a te ponownie zaatakowały pobliskiego jaszczura. To wystarczyło by dobić kolejnego plemiennego wojownika. Na platformie został już tylko jeden, teraz z poziomu podłogi walczący z Amosem i nieumarłym. Wystarczyło kilka chwil by i on pożegnał się z życiem.
Zod zignorował uciekającego, zamiast tego wykonał piruet i ciął lewitującego na granicy zasięgu topora Darutheka. Cios rozorał płaszcz który ten nosił i wygenerował na jego ciele świeże, bogato krwawiące, lecz niezbyt poważne, zadrapanie. Edward nie chcąc by miotacz błyskawic mógł wrócić do walki zalał korytarz w głąb którego ten uciekł swoimi kryształowymi fraktalami, efektywnie zmieniając go w morderczą pułapkę. Gdyby ktoś próbował przez niego przejść musiałby poświęcić wiele czasu na wymijanie ostrych kolców. Ten nie był chętny do próbowania swoich sił z tym wyzwaniem i miast tego cisnął kolejnymi burzowymi pociskami w w Zoda. Nie przyniosło to jednak większych efektów, z ranną ręką był wybity z równowagi i choć rzucał celnie, to z małą siłą.
Mag ponownie teleportował Zoda, niemal na środek platformy. Diablę nigdy nie było dobrym oratorem, nie znał też dobrze smoczego, ale jedno słowo które wykrzyczał niosło w sobie obietnicę. Obietnicę od której serca zimno krwistych zadrżały.
- NELITHRAL! ŚMIERĆ!
Jin natomiast szykował coraz to kolejne alchemiczne dekokty i ciskał nimi w stronę Darutheka, wspomagany o wiele silniejszymi ramionami swojego nieumarłego. Do kanonady dołączył też Amos, wyciągając swój pistolet, lecz nikt nie trafił swoimi pociskami.
Dla większości jaszczuroludzi było to zbyt wiele. Pływający pod platformą skryli się za nią, starając się zniknąć Zodowi z pola widzenia. Miotacz błyskawic dopiero teraz zdał sobie sprawę że w korytarzy w który wbiegł był odcięty, więc z mozołem zaczął przedzierać się w kierunku wody.
Tylko Daruthek zachował zimną krew. Zaczął skandować mistyczne frazy, wykonywał szerokie zamach rękoma, jakby coś zbierał. Przed jego klatką piersiową w kilka momentów uformowała się kula trzeszczących błyskawic. Z dzikim okrzykiem cisnął nią w Zoda. Słabszy humanoid zmieniłby się w kupkę parującego mięsa, ale diablę było zbyt mocno. Zbyt pełne furii by się poddać. Jego sylwetka zamigotała, gdy Edward ponownie go teleportował w głąb korytarza. W rykiem pchnął oszczepnika trzonkiem topora i wziął szeroki zamach, krzesząc iskry z sklepienia i zasypując siebie i wroga odłamkami kamieni. Jaszczur jednak uniknął ostrza, przebiegł obok Zoda i wskoczył z pluskiem do wody.
Jin, Zombie i Amos w tym czasie kontynuowali zasypywanie latającego Darutheka pociskami. Ten nie był jednak łatwym celem, między lataniem, porywistymi wiatrami i ochronną magią doznał tylko powierzchownych ran, gdy odrobina kwasu ciśniętego przez nieumarłego dostała się na jego skórę.
Daruthek zaczął splatać kolejne zaklęcie, ale Edward go ubiegł. Zod nagle zmaterializował się przed arcyszamanem. Diable uczepiło się lewitującego czaromiota, efektywnie rozpraszając zaklęcie nim ten zdążył je dobrze uformować. Jednak czekający poniżej platformy jaszczuroludzie mieli przygotowane kolejne arkana, którymi zasypali swój jedyny cel. Z bolesnym efektem.
- Jin! Amos! Lina! - krzyknął Edward rzucając wspomniany przedmiot alchemikowi. Ten zgrabnie go złapał, zawiązał na niej węzeł, zmieniając ją w improwizowane lasso. - Podaj to temu humanoidowi! - ryknął na swojego nieumarłego, a ten posłusznie rzucił się sprintem do pirata. Półork przechwycił linę, wykonał nią kilka zamachów i cisnął nią, łapiąc Zoda za nogę. Wraz z nieumarłym szybko zaczęli ściągać walczących w powietrzu.
Daruthek widząc co się święci dezaktywował swoją magię lotu. Jak kamień spadł w dół wraz z Zodem, zatrzymując się dosłownie metr nad taflą wody. Kolejna fala pocisków zasypała Zoda, jednak jaszczuroludzie bojąc się że trafią swojego lidera w większości spudłowali.
Do granicy platformy dobieg Edward, który padł tam na ziemię, tak by widzieć walczących. Szybko przyzwał leczniczą magię, zamykając najpoważniejsze rany Zoda. Amos i Zombie wspólnymi siłami zaczęli ciągnąć swój łów w górę. Lina trzeszczała ponad ciężarem szamoczących się zapaśników. Zod powoli wygrywał tą walkę. Był większy. Silniejszy. Bardziej doświadczony w walce wręcz. Daruthek nie chciał się jednak poddać. Desperacko walczył o wyzwolenie i w chwili gdy zdawało się że nic mu już nie pomoże nagły podmuch wiatru cisnął nimi w bok. Diablę stracił chwyt na ułamek sekundy, ale to wystarczyło by głodna grawitacja upomniała się o swoje prawa. Szaman spadł jak kamień do wody, Zod natomiast wystrzelił nagle w górę. Pirat i zombie wciągnęli diablę na platformę.
- To nie koniec! - wrzasnął Daruthek - Prawdziwe Dzieci Bagien pozbędą się miękkoskórych i zapanują nad tymi ziemiami, jeśli nie teraz, to w przyszłości!
Po tych słowach zapanował spokój. Gdy bohaterowie zerknęli pod platformę, nie dojrzeli żadnego z jaszczuroludzi. Najwyraźniej gady uciekły w głębiny.- Znajdę was i zatłukę jak psy! - odkrzyknął alchemik w nietypowym dla niego wybuchu gniewu. Odpowiedziało mu tylko echo. Zatoczył ręką koło, obejmujące rozbite jaja i odezwał się ponownie, ale już ciszej do towarzyszy - Śmieć poświęcił nienarodzone dzieci. To było źródło jego magii. Musimy go zabić. Nikt nie będzie w Pridon’s Heart bezpieczny póki to… wynaturzenie oddycha.
- Zbierz jaja. Pokażemy je Dzieciom Bagien. Może podejmą jakieś akcje, ale dziś nam uciekł. Amos, przestawisz platformę, aby była gotowa do wyjścia? Edward, pomożesz?
- Hmmm?
Z pomocą towarzysza Zod teleportował się po swój topór, a potem… do północno-wschodniego wyjścia. Nie ufał jaszczurom i to mogła być pułapka. Próba wyjścia w stawie zniszczonej biblioteki i ataku z zaskoczenia. Edward poszedł z nim, w ramach ubezpieczania tyłów. Gdy dotarli nic się jeszcze nie działo, ale nie oznaczało to, że nie zacznie się dziać.
- W porządku… do roboty…
Zod odłożył swój topór na bok i zaczął pracować. Zaczął od starych regałów. Kopnięciami rozbijane na mniejsze elementy i wrzucane do wody. Unosiły się jeszcze, ale nie przeszkadzało to mu. Gdy kolejne ciężkie meble na nich lądowały masa je dociskała je głębiej i głębiej. To była ciężka praca. Zod intencjonalnie wybierał to co najcięższe, bo wśród jaszczuroludzi były silne bestie. Musiał to zawalić na tyle gęsto, aby sumaryczna masa nie pozwoliła tego nawet ruszyć. Zawalisko robiło się cięższe i cięższe. Nie tylko regały, ale wszystko co znalazł również w sąsiednich pomieszczeniach, a to wszystko przywalił gruzami, ciężkimi kamieniami co odpadły ze ścian. Zakończył wpychając mniejsze elementy w otwarte przestrzenie i własną masą (ryzykując własną śmieszność skacząc po tej górze) “ubił” to wszystko, na ile się dało. To nie była przeszkoda nie do pokonania… do tego potrzeba by znacznie więcej pracy i materiałów… ale nie dało jej się teraz pokonać w rozsądnym czasie.Zwalił się przy ścianie. Zmęczony i przegrzany wysiłkiem.
- Wybacz, że nie pomogłem… - po raz trzeci przeprosił Edward, czując się mocno niezręcznie, siedząc na stołku, gdy Zod dyszał nosząc te ciężary.
- Bardzo pomogłeś. Nie musiałem dupy pilnować.Wojownik nie zdążył jeszcze złapać oddechu, gdy jego uszu dobiegł ostrzegawczy gwizd Amosa.
- Towarzystwo - rzucił, gdy wszyscy dołączyli do niego, stojącego na ruchomym podeście, teraz zakotwiczonym na północy - Słyszałem jakieś głosy dochodzące z tunelu na powierzchnię świątyni. Teraz jest cicho, więc przynajmniej nic na nas nie szarżuje.
Przeczucie pirata potwierdziło się chwilę później, gdy z załomu schodów wyłoniła się samotna jaszczurcza sylwetka. Zod rozpoznał w niej Bashebę, z którą wcześniej miał okazję ćwiczyć.
Jaszczurzyca spojrzała na bohaterów nieco zaskoczona i rozejrzała się po komnacie z podziwem.
- A więc przeżyliście? Jeden z łowców widział, jak kilkoro Dzieci pojawiło się znikąd na rzece i odpłynęło.- Nie byli wstanie z nami zwyciężyć, więc uciekli. - potwierdził Jin, wziął głębszy oddech i przemówił ponownie, wskazując dłonią małą piramidkę z rozbitych jaj - Mam nadzieję że się mylę, ale Daruthek poświęcił pisklęta by karmić swoją magię. Mam nadzieję tylko że nie były wasze.
Basheba podążyła wzrokiem w kierunku ponurej pamiątki rytuału i zamarła. Ciężko było odczytać emocje z gadziej twarzy, ale zaciśnięte pięści i szczęki, z drżącą lekko wargą, dawały dość, by zrozumieć, że nadzieja Jina była płonna.
- Kolejne kłamstwo… - powiedziała z wielkim trudem - Miał sprawić, że nowe pokolenie będzie potężne, obdarzone mocą… A teraz, nie będzie go w ogóle, nie będzie Dzieci - przygarbiła się, jakby przygniótł ją ogromny ciężar.- Didi borot…eba. Wielkie zło - mówił Zod powoli, próbując swoich sił w smoczym, nieco napędzany nową pewnością, której nieco nabrał od kiedy przybyli do Dzieci Bagien. - Dziecio… zabójca…. za to zapłaci w swoim czasie. Jeśli nie z naszych rąk, to z tamtych? Innych… innych rąk. Nikt z nas dziś nie wygrał, ale przynajmniej też nie on. Przyjmij moje współczucie i żal…
Jaszczurzyca pokiwała apatycznie głową, cicho przyjmując słowa Zoda.
- Muszę powiadomić wodza - po dłuższej chwili odezwała się nieobecnym głosem, po czym obróciła się i powolnym krokiem ruszyła w górę schodów.
Zod patrzył jeszcze chwilę za odchodzącą jaszczurzycą.
- Edward, Jin… potwierdzicie, że to jaja były źródłem mocy? Wolałbym nie ryzykować, że jakiś kryształ w platformie jest tutaj kluczowy i on jeszcze nam wróci i zacznie od zera.
- Sprawdzę to… - przytaknął czarodziej i zabrał się do pracy…
- Niemal na pewno. - potwierdził nekromanta, ale dołączył do maga. Sam rytuał był fascynujący i warto było go przeanalizować. Tym bardziej że w bandolierze miał jedno ze źródeł energii. -
Dokładne zbadanie pozostałości po rytualnym kręgu pozwoliło obu naukowcom na wyciągnięcie równie ponurych, co uspokajających wniosków. Połączenie z planami żywiołów było praktycznie odcięte, jedynie klejnot trzymany przez Jina stanowił jego zalążek. Zauważone przez Zoda kryształy wpasowane w podstawę lewitującej platformy okazały się niczym więcej jak nośnikiem magii telekinetycznej – Daruthek nie miałby z nich większego pożytku niż ze typowych magicznych przedmiotów. Szalony jaszczur zrobił coś znacznie gorszego…
Pozbawiony połączenia z energią planarną, wykorzystał inne, znacznie paskudniejsze jej źródło: potencjalną energię nienarodzonego jeszcze życia. Była to obrzydliwa magia, o której nawet zaznajomiony z mrocznymi sztukami Jin wolał nie wiedzieć zbyt wiele. Skąd w głębokim Mwangi pojawił się ktoś w niej biegły, to również stanowiło zagadkę. Drobnym pocieszeniem było to, że splugawiony w ten sposób rytuał przyzywający gniew burzy był znacznie słabszy, co dawało nadzieję na przetrwanie Pridon’s Hearth. Ponadto, sama jego formuła sprawiała, że nie dało się go odtworzyć w innym miejscu niż ta właśnie jaskinia. Więc o ile w przyszłości szaman nie postanowi wrócić lub nie trafi się jakiś jego naśladowca, delta Koriru była bezpieczna.
Spakowawszy zdobycze, drużyna udała się śladem Basheby na powierzchnię, do wioski Dzieci Bagien. Jaszczuroludzie zostali już powiadomieni o tym, co wydarzyło się na dole - okazali typową dla siebie powściągliwość, z której przezierała jednak dziwna mieszanka zrezygnowania i ulgi. Niektórzy ostentacyjnie odchodzili na widok bohaterów, zaś ci będący myśliwymi i strażnikami skłaniali głowy w geście szacunku. Przede wszystkim jednak nikt nawet nie próbował rozmawiać z obcymi, dopóki ze swojej komnaty nie wyszła do nich Shathva. Na ile dało się to wyczytać z gadziej twarzy, minę miała posępną i gniewną, ale brak obstawy oraz broni sugerował mimo wszystko pokojowe intencje.
– Powiedziano mi, że Daruthek wam umknął, uprzednio zniszczywszy naszą przyszłość. Co tam się wydarzyło? Nie zdołaliście go powstrzymać? - zapytała niecierpliwie. -
- Daruthek był za zasłoną potężnej magii. - odpowiedział Jin powoli dobierając słowa. Mówił w wspólnym, powtarzając te same zdania też w smoczym, tak aby drobny błąd w interpretacji nie ściągnął na nich gniewu przywódczyni. - Musieliśmy zniszczyć jej źródła, a widząc że nie zdąży odprawić swojego rytuału który miał anihilować nasze “gniazda” postanowił poświęcić młode by go przyspieszyć. - z premedytacją pominął fakt że gdyby go nie powstrzymywali to ten pewnie nie sięgnąłby po mroczne arkana.
Przywódczyni jaszczuroludzi zacisnęła masywne pięści.
- Słyszeliście to? - zawołała donośnie, by usłyszeli ją wszyscy współplemieńcy - Daruthek poświęcił naszą przyszłość po to, żeby zniszczyć przyszłość miękkoskórych! Tych, którzy wbrew jego słowom przyszli tu w pokoju! Dzieci Bagien nie mają już Mówcy, a imię poprzedniego ma zostać zapomniane! - ogłosiła uroczystym tonem.
- Uciekł wam, prawda? Zdążył zrobić to, co planował? Co teraz zamierzacie? - już ciszej zadała kolejne pytania.
- Ciężko powiedzieć. Rytuał nie był kompletny, jest nadzieja że Pridon’s Heart nie zostanie zrównane z ziemią. Sprawdzimy straty. Wytropimy go i zabijemy. I ustalimy skąd posiadł taką magię. To nie jest coś co można stworzyć na kolanie, wymaga lat praktyki i doświadczenia.
- Ci, których widziano na rzece, płynęli z jej prądem, więc mają wielką przewagę, a Dzieci Bagien potrafią kryć się dżungli. Żałuję teraz, że sama nie poszłam z wami po jego głowę - warknęła cicho.
- Byłaś wierna swoim tradycjom… A my prawie go mieliśmy, ale… niestety się wywinął w ostatnim momencie - Zod nie krył zawodu w swoim głosie.
- Energia żywiołów została mu odebrana - włączył się ostrożnie Edward - Ale w tym miejscu, w przyszłości, mógłby próbować powtórzyć rytuał… Tylko musiałby to zrobić tutaj i… sięgnąć po więcej tej plugawej magii… Dużo… duuużo plugawej magii… - teoretyzował Edward, z rosnącymi wątpliwościami. Z chwili na chwilę przemyślenia prowadziły go dalej od możliwości powtórzenia tego wyczynu bez kryształów. - Jak ważne jest dla was to miejsce? Znaczy podziemia…
- Nikt poza nim - Shathva starannie nie wypowiedziała imienia Darutheka - i jego sługami tam nie schodził, Dzieci bagien korzystają tylko z osłony tych ścian - gestem wskazała ruiny świątyni - A po tym, co tam się wydarzyło, nikt inny nie powinien móc tego powtórzyć
- Będziemy wdzięczni jeśli upewnijcie się że nie wróci. Do momentu aż go nie wytropiony i zneutralizujemy. - powiedział Jin - Przekażemy co się tutaj wydarzyło naszemu wodzowi. Jest sprawiedliwy, więc nie będzie chciał was atakować za grzechy byłego Mówcy, ale sugeruję żebyście nie próbowali handlować z mieszkańcami bez kogoś kto będzie z wami i za was poświadczy. Niektórzy… miękkoskórzy zobaczą wasze łuski i zaatakują bo sami zostali zaatakowani przez podobnych wam.
- Możecie wysłać z nami kogoś… ambasadora - proponował Zod - Kogoś kto zna wasze zwyczaje na wylot. W naszym towarzystwie będzie bezpieczny i zapoczątkuje to już proces łączenia naszych plemion… ale jeśli potrzebujecie czasu aby przebyć żałobę po nienarodzonych… możemy umówić się na inny termin.
Jaszczurzyca przymknęła lekko oczy, zastanawiając się chwilę.
- Wysłannik? Tak, to szczodra oferta z waszej strony, dziękuję. Ssamath pójdzie z wami - wskazała na przyglądającego się im z oddali wojownika o sporej bliźnie na twarzy oraz oku pokrytym bielmem - Rany sprawiły, że nie może polować tak łatwo jak kiedyś, ale dobrze rozumie waszą mowę.
- Dziękujemy. Opatrzymy nasze rany i wyruszymy bezzwłocznie.
- Ssamath pokaże wasz honor i mądrość… - zaczął Zod powoli, patrząc na wskazanego weterana - Warto pokazać też, że nie różnicie się od nas i macie także łagodność i uprzejmość… Jeśli jest to opcją, to obecność kogoś takiego jak Basheba byłaby cenna…
Shathva zastanawiała się przez chwilę, po czym kiwnęła głową.
- Mogę na to przystać. Basheba potrzebuje czasu z dala od tego miejsca, a towarzystwo będzie dla niej lepsze niż samotność w dżungli - zadecydowała, nieco delikatniejszym tonem - Czy Dzieci Bagien mogą coś jeszcze dla was zrobić?Gdy wszystko zostało już ustalone, Shathva pozwoliła drużynie przenocować w jednej z chat. Odpoczywając widzieli, jak przywódczyni zbiera swoich wojowników na naradę, pozostałym przydzielając inne zadania. Gdy opuszczali wioskę, mieli okazję zobaczyć grupkę jaszczurów zmierzających w stronę podziemi. W dłoniach dzierżyli prowizoryczne młoty i kilofy, a w ich ruchach widać było niepokój.
Kilka dni później
Podróż w towarzystwie znających te tereny jaszczuroludzi minęła szybko. Ssamath okazał się interesującym rozmówcą o głębokim, nieco chropowatym głosie, który w połączeniu z aparycją mógł budzić trwogę. To wrażenie szybko mijało, gdyż weteran mówił świetnie we wspólnej mowie, a także robił to chętnie, dzieląc się opowieściami o lokalnych legendach, polowaniach na wielkie gady czy potyczkach z czasów wojny z boggardami. Wydawało się, że z lubością wspomina czasy, gdy był młodszy i sprawniejszy. Basheba z kolei większość drogi milczała lub porozumiewała się półsłówkami, najwyraźniej wciąż wstrząśnięta tym, co zrobił Daruthek. Dopiero, gdy zaczęli zbliżać się do wybrzeża, odległość od miejsca tamtej zbrodni zaczęła nieco zmniejszać przygniatający ją ciężar.
Nie zniknął on jednak zupełnie, a jego spora część zaczęła przenosić się na bohaterów. Po samej dżungli, przetrzebionej jeszcze bardziej niż po pierwszym ataku domyślali się, że Mówca Bagien był bliski dopięcia swego. Dlatego też z pośpiechem i rosnącym niepokojem pokonywali ostatnie mile drogi.Na szczęście, Pridon’s Hearth przetrwało. Nie było w najlepszym stanie, ale większość dokończonych budynków wciąż stała, nawet z dachami na miejscu, tak samo jak świątynia Abadara i willa hrabiego. Znacznie bardziej ucierpiały prowizoryczne chaty najbiedniejszych, z których zostały jedynie walające się resztki drewna i płócien, a także magazyny położone najbliżej morza. Tam huraganowemu wiatrowi towarzyszyły potężne fale, które najpierw powaliły nadwątlone już ściany, a potem porwały część skrzyń z towarami, unoszących się teraz w wodzie zatoki. Pozostałe budynki wymagały napraw i konserwacji, ale w ogólnym rozrachunku szalejący żywioł był “jedynie” poważnym utrudnieniem, zamiast zupełnie przekreślić szanse kolonii.
Mijając lokalny cmentarzyk, bohaterowie dostrzegli ledwie parę nowych mogił, co w świetle tych zniszczeń także było dobrą wiadomością. Koloniści najwyraźniej dobrze już wiedzieli, że w obliczu gniewu burzy lepiej było zadbać o siebie i bliskich, a nie dobytek. Na to był czas później - mimo że minęło już kilka dni, Pridon’s Hearth ciągle wrzało pracą. Naprawy z pewnością miały potrwać jeszcze sporo czasu, ale najwyraźniej morale mieszkańców wciąż było na wysokim poziomie. Napędzani nadzieją lub uporem, pracowali wspólnie, pomagając sobie nawzajem w budującym pokazie współpracy i niezłomności. Niespecjalnie nawet zwrócili uwagę na powracającą drużynę, a ci, którzy ich zauważyli i pozdrawiali, szybko pochmurnieli na widok towarzyszących bohaterom jaszczuroludzi.
Nie tracąc czasu (i nie chcąc ryzykować linczu), drużyna czym prędzej udała się wprost do willi hrabiego Narsusa, która i tą burzę przetrwała w bardzo dobrym stanie.
- Dziękuję za raport i relację z wydarzeń - hrabia mówił powoli, tak jakby wciąż przetrawiał wszystko, co opowiedzieli mu bohaterowie. Chwilowo w jego biurze pozostali jedynie Jin z Zodem - Narsus dał dyskretnie znać, że chce porozmawiać w gronie “tutejszych”, a Amos z Edwardem uznali, że przypilnują jaszczuroludzich posłów na zewnątrz, tak żeby któryś z co bardziej krewkich kolonistów nie wpadł na jakiś głupi pomysł.
- Macie też moją dozgonną wdzięczność za uratowanie kolonii - dodał ze słabym uśmiechem - Zniszczenia są spore, ale skoro niebezpieczeństwo zażegnane, będziemy mogli ją odbudować i się rozwijać - w jego głosie słychać było autentyczną nadzieję.
Pan Blackwell, który towarzyszył hrabiemu w tym spotkaniu, siedząc w miejscu zajmowanym wcześniej przez pannę Gadd, miał znacznie bardziej sceptyczną minę, ale powstrzymał się od komentarzy.
- A ten cały Barutek… Daruthek, jakie waszym zdaniem jest ryzyko, że jeszcze nam zagrozi? - Narsus kontynuował - I powiedzcie mi więcej o Dzieciach Bagien, nie chcę podejmować decyzji o zawarciu relacji bez pewności, szczególnie że niedawno jeszcze chcieli nas powybijać. -
Jin zamknął swój notes, z którego pomocą rzetelnie i szczegółowo zreferował dotychczasowe wydarzenia. Wysłuchał hrabiego i zaczął ponownie mówić.
- Ryzyko jest niestety istotne. To religijny fanatyk, nie spocznie póki nie dopnie swojego. Fakt jest taki że odebraliśmy mu największą broń, ale z pewnością znajdzie inny sposób. Spora część jego świty wykazywała się znajomością nekromancji, nie zdziwiłbym się gdyby zaczął wysyłać na przykład fale nieumarłych. Nie znamy też źródła wiedzy Darutheka, magia którą się posługuje co prawda jest prymitywna, ale wciąż jest potężna. Nie mogę wykluczyć jakiegoś patrona. Optymalnie byłoby go wyśledzić i zabić, ale nie oszukujmy się, w dżungli jest to niemal niemożliwe.- Co do Dzieci Bagien - nie jest to proste, ani biało czarne. Tak część członków ich plemienia zadała Pridons Heart i kolonistom bolesne rany, które nigdy się nie zaleczą. - wzrok Jina powędrował ku oknu, przez które w oddali widział cmentarzyk. - Ale zdecydowana większość to zwykli, żyjący lokalnie jaszczuroludzie. To niemal tak jakby winić wszystkich Cheliaxan za przestępstwa popełniane przez jakąś wąską grupę społeczną. Sami w trakcie ostatnich wydarzeń ponieśli niepowetowane straty, śmiałbym powiedzieć że cena którą zapłacili za szaleństwo Darutheka jest wyższa od tej którą zapłaciła kolonia. Stracili wszystkie młode. Całe pokolenie zostało poświęcone na ołtarzu jego gniewu. Szukałbym w nich raczej sojusznika, nie znajdziemy nikogo kto bardziej pożąda jego śmierci. Znajomość terenu daje nam jedyną szansę by go wytropić. Nie zapominajmy też o Boggartach, które mogą potencjalnie chcieć zająć większe tereny. Wtedy doświadczenie Dzieci, które już z nimi walczyły będzie miało duże znaczenie.
-
Zod dał Jinowi wyjaśnić wszystko, ze wszystkimi jego notatkami i mądrymi słowami. Lepiej się do tego nadawał.
- Daruthek ma teraz dwie prawdopodobne drogi przed sobą. Albo pogodzi się z tym, że wytrącono mu z rąk wszystkie karty i pogodzi się z porażką, albo stanie się desperatem. Bardowie lubią drugą opcję. Jest bardziej dramatyczna… ale kij go tam wie… jednak to jest opcja która musimy brać pod uwagę. Ale Jin ma rację… znalezienie go jest praktycznie niemożliwe. Może Dzieci Bagien byłyby w stanie… na pewno nie my. A propos ich… masz rację. Niedawno chciały nas powybijać. Dokładnie tak samo jak mieszkańcy Pridons Heart chcieliby powybijać je, jakbyśmy ci tu nakłamali o tym jakimi potworami one są i, że nie ma innego wyjścia jak je wybić… to właśnie się z nimi stało. Dzieci Bagien zostały okłamane. I miały znacznie lepsze powodu mu ufać, niż ty masz by ufać nam. Dżungla jest wystarczająco duża dla nas wszystkich i wszyscy mamy potencjalnego wroga w postaci boggartów.Zod zdawał sobie sprawę, że powtórzył – innymi słowami – argumetny Jina, ale cóż poradzić? Miał, nekrochemik, rację.
- Delegaci Dzieci Bagien też są upoważnieni do wstępnych rozmów o wymianie handlowej. Ona może bardzo pomóc obu plemionom.