Panel sesji wdrożony.Proszę zapoznać się z tym tematem.
[WFRP 2ed] Bögenhafen
-

Mały Kurt vel Knut
Kurt nie odzywał się. Stał w cieniu kolumny, wzrok miał spokojny, ciężki. Strażnik z mieczem Ulricha przyciągał uwagę jak zadra pod skórą. Szept. Nieskoordynowany ruch. Drganie barku.
Gdy strażnik zniknął w świątyni, Kurt nie ruszył za nim od razu. Najpierw spojrzał na innych strażników. Czy któryś reaguje? Czy ktoś widzi to samo?
Słowo „bukłak” utkwiło mu w głowie.
Następnie bez pośpiechu wszedł do świątyni na modlitwę. Nie za blisko, nie za daleko. Ustawił się tak, by mieć strażnika w polu widzenia, kątem oka, jakby przypadkiem.
-
Ulrich Rotzniesser 
– Rób tak, ojcze, żeby było dobrze, wicie-rozumicie – Rotzniesser uniósł w geście toastu bukłak i wychylił, pijąc solidnie. – A jeśli by mi się miało zejść, to spal truchło na wszelki stłuczaj.
I pił wódkę dalej, koncentrując się na wybornym smaku.
-
Ulrich (von) Guttenluft

Ulrich był zaskoczony pozytywnym odbiorem gawiedzi. Ludzie jego fachu budzili różne emocje, a bez autorytetu własnego przybytku... cóż, dość powiedzieć, że von Guttenluft nie był najbardziej charyzmatyczną personą. Jednak cieszył się, że udało się mu wykorzystać zainteresowanie, a przy tym miło spędzić czas, mimo szorstkiej powierzchowności był człowiekiem który lubił rozmawiać.
Pytania:
Skąd pochodzą zbrojni? Zakładam, że jakiemuś obserwując lub słuchając może się wymsknąć o przenosinach garnizonu.
Czy widziano aby ktoś zdrowy na zmysłach jak ocaleni nagle oszalał? Przy jakiej okazji?
Kiedy się właściwie zaczęło szaleństwo?
Czy niesprowokowani szaleni omijają świątynie?
Czy komuś mleko się skwasiło lub koń się zapocił? Taki drobny przesąd o obecności sił nieczystych...
Na podstawie czego powstało Bögenhafen? Miasteczka, watowanej twierdzy, klasztoru? Z czego przerodziło się w miasto. Przypomniałem sobie gadki szaleńca, może do czegoś bonusowo naprowadzi, co było przed miastem.
Czy widzieli co interesującego na ulicach? To pytanie 4x, do cywila, wojaka i kogoś z kleru i do losowej osoby w swobodnej gadce dopełniając limit 10
-
Ergo

- To do obrony? - zapytał sceptycznie Ergo akolitę, które wręczył mu widły - Czy do przerzucania?
Nie żeby darowanemu widłowi miał w zęby zaglądać, ale naprawdę nie do końca rozumiał intencje kierujące sigmarytami gdy wręczali im narzędzia szanującego się stajennego. Postanowił nie czekać na odpowiedź. Wziął swoje widły i ruszył ku wyjściu.- Oooo... dziadzio też jednak... - zagaił Hieronima jakby niepamiętny straszliwego spojrzenia jakie tamten mu posłał - To nas się drużyna doborowa uzbierała. Dziad, szalbierz, przybłęda i... Ty to mi koleżko wyglądasz jakbyś trupy widywał częściej niż dziadzio cycki. Dooobra! Pomogę Wam przy umarlakach, ale... - zrobił nieprzyjemnie naciągniętą, poważną minę, a z jego ust dobył się głos niemal kapka w kapkę wielebnego Zygfryda Grimmiga - Chaos to choroba duszy. Słuchajcie mnie póki jesteście pod moją opieką. Czy wyrażam się jasno?
Modi'm zainteresowali się tylko we dwoje z Nadią. Ale zaraz okazało się, że... niestety nie było się już czym interesować. Modi był nieżywy. Kompletnie. I Ergo tego ni w ząb zrozumieć nie mógł. Przecież chwilę temu jeszcze pomagał mu przebierać kulasami. I głowę by dał, że Modi mniej, lub bardziej świadomi tymi kulasami trochę przebierał. A teraz nie żył.
- Patrz śliczna. W pierś dostał. Ale jakoś tak lekko się mnie zdaje. Krwi mało i w ogóle... - wahał się przez chwilę, ale ostatecznie kucnął i rozpiął przemytnikowi koszulę odsłaniając małą ranę kłutę... i dziwnie powybrzuszane i wklęśnięte żebra - Aaaa co mu się kurwa stało???Nie był medykusem i cofnął się od ciała z niejaką obawą.
-

Nadja Schmidt
.
Nadja trzepnęła Ergo otwartą dłonią przez łeb, gdy ten zaczął imitować głos kapłana.
- Dajże już spokój. Nie pajacuj, nie miejsce na to. - sama kobieta nie była w nastroju pośród otaczającej ich śmierci. I czegoś wręcz nieboskiego, jakiego nie umiała zrozumieć. Wpierw ruszyła w stronę ich kompana wraz z cyrkowcem, by określić jego stan. Potem przyjdzie czas zebrać te ciała... a przynajmniej tyle z nimi pomóc, na ile jej niewieście ciało da radę. A może siła nie będzie potrzebna?- Jebany Guttenluft, cyrulik od siedmiu boleści. - parsknęła z irytacją widząc niezauważone rany Modiego. Nazwał ją ladacznicą, jasne, ale jednak śmierci z tych bezsensownych obrażeń mu nie życzyła. Podobnie jak Ergo nie oczekiwała takiego zwrotu akcji. Wybrzuszenie na klacie jej się nie podobało, więc także odsunęła się od ciała... Cokolwiek to było... Wystarczy jej wrażeń na jeden dzień, który się jeszcze nie skończył.
-

Oswald BraunWidły... Zdaniem Oswalda nie był to najlepszy oręż, ale nadzianie napastnika na cztery żelazne zęby powinno wspomnianego oponenta zniechęcić, a może nawet wysłać onego do królestwa Morra.
A takoweż widły pozwalały na całkiem bezpieczne przenoszenie nie tylko siana na wóz, ale i truposza na taczkę. I trzymanie się z dala od potencjalnego źródła Chaosu. A z takim źródłem Oswald bratać się nie zamierzał.
Co nie znaczyło, że był przeciwny sprawdzeniu, czy skazane na spalenie ciała nie mają przy sobie czegoś wartościowego, co truposzowi zdecydowanie nie jest potrzebne. -
Dla Santo
Mimo ran, Ulrichowi było coraz lepiej. Alkohol szumiał w głowie, a rany nie były aż tak bolesne. W pewnym momencie ilość wlanej w gardło gorzały przekroczyła pewien limit. Rotzniesser zamknął powieki ... i już ich nie otworzył. Bohater był przytomny jeszcze przez jakiś czas, na tyle długo by poczuć ukłucie, to kapłan musiał zacząć swoje działanie. Po chwili Ulrich stracił przytomność ... już na zawsze.
Dla Mortarela
Kurt ciągle bacznie obserwował to co dzieje się w świątyni. Strażnik kręcił się jakby bez celu, dalej nie wypuszczając broni z dłoni. Zygryd ani inni kapłani nie zwracali na niego uwagi, zajęci byli przygotowaniem do odprawienia modłów.
Dla Arbuza
Cyrulik otoczony wiankiem ludzi zebrał całkiem sporo informacji:
Skąd pochodzą zbrojni? Zakładam, że jakiemuś obserwując lub słuchając może się wymknąć o przenosinach garnizonu.
Nie jest wielka tajemnicą że strażnicy ginęli podczas zamieszania, mała ocalała część uciekła do garnizonu, ale motłoch ich gonił to się przenieśli, bo nie byli w stanie się bronić. Coś strasznego się tam jeszcze wydarzyło , ale nie chcieli mówić. Świątynia była punktem zbornym dla ocalałych to tam uciekli.
Czy widziano aby ktoś zdrowy na zmysłach jak ocaleni nagle oszalał? Przy jakiej okazji?
Kiedy się właściwie zaczęło szaleństwo?Tak. Bez “okazji”, po prostu, nagle zaczęło się zachowywać inaczej. Ciężko powiedzieć kiedy, Jakby się nad tym zastanowić to trwało to intensywnie tydzień, ale znaki były od kilku tygodni nawet.
Czy niesprowokowani szaleni omijają świątynie?
Tak, dzięki modłom kapłanów. Główny kapłan bardzo na to ciśnie.
Czy komuś mleko się skwasiło lub koń się zapocił? Taki drobny przesąd o obecności sił nieczystych…
Ło Panie, jeszcze jak!
Na podstawie czego powstało Bögenhafen? Miasteczka, watowanej twierdzy, klasztoru? Z czego przerodziło się w miasto. Przypomniałem sobie gadki szaleńca, może do czegoś bonusowo naprowadzi, co było przed miastem.
To dość powszechna wiedza. Nie dowiesz się więcej niż w postach rekrutacyjnych. Z plotek dodatkowych to pod miastem jest drugie miasto szczuroludzi ( którzy oczywiście nie istnieją).
Czy widzieli co interesującego na ulicach? To pytanie 4x, do cywila, wojaka i kogoś z kleru i do losowej osoby w swobodnej gadce dopełniając limit 10
Strażnik nie jest chętny do rozmowy. Zbywa Cię.
Kapłan podzieli się obserwacja że większość zła, w sensie ludzi odmienionych, pochodzi od strony przeprawy.
Większość osób uczestniczących w jarmarku została odmieniona wczesniej niz inni.
Jeden z kapłanów został odmieniony, ale nie wolno o tym mówić.
Czy ktoś z ocalałych oszalał po wybuchu (chcę dowiedzieć się czy są odporni...)
Tak, zdecydowanie.
Czy na jarmarku było coś interesującego?
Nie, nic nadzwyczajnego
Czy strażnicy w świątyni są tutejsi? Tego nie chwyciłem a wyglądają na bardzo karnych
Dla grupy od ciał
Nikt ani nic nie zagłuszało porządków. Wszystkie ciała udało się zwieźć na kupię i podpalić. W międzyczasie kapłan który miał uzdrowić Ulricha zbója, oraz mężczyzna który mu pomagał, wyszli przez bramę z ... ich kompanem. Zakonnik w krótkich prostych słowach stwierdził że obrażenia były zbyt duże, pacjent wykrwawił się - co było zresztą widać, masa krwi pokrywała Ulricha i kapłana. Osiłek widłami przeniósł ciało z taczki na stos.
Dla Marrrta
Ergo wśród ciał znalazł:
- 36 mosiężnych pensów
- 5 srebrników
- 1 złotą monetę
- 3 sztuki broni improwizowanej
- 3 przedmioty powszechnego użytku które każdy mógł mieć przy sobieErgo postanowił przyjrzeć się ciału Diaboła. Pierwsze co zauważył to podobieństwo z wyglądu oraz zachowania do jegomościa z karceru, aczkolwiek ten tutaj nie miał na sobie zbroi no i jednak ciut się od niego różnił. Na tyle na ile Sum znał sie na medycynie, czyli prawie wcale, Diaboł naznaczony był kilkoma ranami, gdzie każda z nich mogłaby być śmiertelna, aczkolwiek najbardziej znacząca była ta zaczynająca się na grdyce a kończąca się z tyłu karku. Czarci pomiot miał również odciętą rękę i była to rana raczej świeża. Postura Diaboła przypominała ludzką.
Dla Kerma
Oswald wśród ciał znalazł:
- 29 mosiężnych pensów
- 7 srebrników
- 1 sztukę broni improwizowanej
- 2 przedmioty powszechnego użytku które każdy mógł mieć przy sobieDla Keta
Hieronim wśród ciał znalazł:
- 48mosiężnych pensów
- 4 srebrników
- 4 złote monety
- 5 sztuki broni improwizowanej
- 1 przedmiot powszechnego użytku który każdy mógł mieć przy sobieDla wszystkich.
Grupa od sprzątania ciał wróciła do świątyni, w której zaczęli zbierać się ludzie. Zygryd przygotowywał się do odprawiania modłów. Bohaterowie mieli chwile na wymianę informacji. Do grupy nie wrócił Ulrich, ten co zbójem był.
-

Mały Kurt vel Knut
Wnętrze świątyni wypełniał półmrok i szmer zbierających się ludzi. Kurt stał z boku, jak wcześniej, nie w pierwszym rzędzie, nie przy ołtarzu. Wzrok miał spokojny, ale nieustannie pracujący. Jego zawodowy instynkt ochroniarza działał nieprzerwanie.
Strażnik dalej kręcił się z mieczem w dłoni. Bez celu. Bez potrzeby. Jak ktoś, kto czeka na znak.
Kurt policzył twarze towarzyszy. Ulrich nie wrócił.
Przesunął się bliżej swoich, na tyle, by mówić cicho.
– Coś tu nie gra.
Nie patrzył na nikogo wprost. Jakby mówił do kamienia. Potem zamilkł.
-
Hieronim Bosch wyszedł za ogrodzenie świątyni z duszą na ramieniu, szczękając w zalęknienia zębami i bez przerwy rozglądając się wokół siebie. Każdego napotkanego nieboszczyka dźgał najpierw zaciekle ostrą jak włócznia tyczką w twarz, z upodobaniem mierząc w oczodoły. Nikt wciąż żywy, a jeno markujący zgon nie zdzierżyłby tak brutalnego traktowania bez wydania choćby jęku - nikt też nie jęknął dowodząc tego, że prawdziwie wszyscy oni wyzionęli ducha.
Jedynie strasznego diaboła mytnik nie tknął, nie zmusił się nawet do tego, aby na mutanta spojrzeć. Kapłani powiadali, że od ludzka dusza mogła ulec zepsuciu od samego patrzenia na bezeceństwa zrodzone z upodobania do Niszczycielskich Potęg.
Ściskając pod pachami drewnianą pałkę, tępy stary miecz i ciesielską siekierę, w kieszeni szaty zaś skrywając mieszek nabity wygarniętymi ze strojów nieboszczyków monetami, Bosch przytaszczył zakrwawione zwłoki w pocie czoła pod ogrodzenie świątyni, w myślach błagając Młotodzierżcę, aby jego mordęga dobiegła już końca.
Współwięzień o imieniu Modi leżał wśród trupów mieszczan, martwy niczym kamień. Hieronim zmówił za niego modlitwę, choć co prawda nie za długą, skoro tamten był słusznie za coś aresztowanym zbrodzieniem. Sigmar miał teraz na głowie inne troski, wśród nich opiekę nad nieszczęsnym mytnikiem i nie wypadało nadużywać jego miłosierdzia modlitwami za tych, którzy odeszli już w objęcia Morra.
Starzec odetchnął z ulgą, gdy taczki przejechały po raz ostatni przez bramę świętego przybytku. Sapiąc i ociekając potem odstawił swoją pośrodku dziedzińca i powlókł się w ślad za kompanami w kuszące chłodem wnętrze świątyni.
-

Oswald BraunZmarłe ofiary Chaosu nie raczyły ponownie ożyć, dzięki czemu praca była łatwa, chociaż niezbyt przyjemna. Ale w sumie opłaciło się, przynosząc zdobycz w postaci garści monet i paru przydatnych drobiazgów.
Ale radość Oswalda została przyćmiona przez słowa Kurta.
/- Widziałeś coś, czy to tylko przeczucie? - spytał równie cicho. -

Mały Kurt vel Knut
Kurt przez chwilę milczał. Wzrok miał wbity gdzieś ponad ramieniem Oswalda, jakby patrzył w tłum, choć tak naprawdę szukał jednego człowieka. Strażnika z mieczem.
Dopiero po chwili odpowiedział.
– Widziałem. - Mówił cicho, prawie bez poruszania ustami. Wzrok dalej miał gdzie indziej, jakby obserwował kapłanów przygotowujących ołtarz. – Ten z mieczem... Drgał, mamrotał. - Dopiero wtedy spojrzał porozumiewawczo na Oswalda.
-

Miejska świątynia Sigmara w Bögenhafen jest imponująca i Ci co byli w stolicy od razu poznają że była budowana na wzór tej w Altdorfie. Kompleks świątynny składa się z wielu budynków, z których najważniejszym jest główne sanktuarium Sigmara. Jest to duża hala, w kształcie litery T, o której mówi się, że jest dokładnie proporcjonalna do Jego młota Ghal Maraz. Zatem długa nawa prowadzi do ołtarza. Świątynia posiada dwa ramiona boczne, które kończą się wieżami – jedna z nich pełni funkcję dzwonnicy. Wnętrze jest jasno oświetlone dzięki dużym południowym oknom. W świątyni nie ma ławek - wszyscy wierni muszą stać. Dach wznosi się na ponad dwadzieścia jardów w powietrze, zwieńczony solidnym sklepieniem. Sala jest nawowa, dach w nawach znajduje się zaledwie dziesięć jardów od ziemi. Wielkie łuki wyrastające z marmurowych filarów podtrzymują górne ściany, a w centrum każdego łuku stoi posąg wielkiego bohatera Sigmarytów, dwukrotnie większego od człowieka. Po każdej stronie znajduje się 12 łuków, oddających cześć w sumie 24 bohaterom.
Ogrom budowli oraz kolorowe witraże zapierają dech w piersi, pomimo że wnętrze jest skromne.
W budynku poza nowo-przybyłymi znajduje się może z piętnaście osób (nie licząc strażników i kapłanów), gromadzących się ciasno przy ołtarzu. Z bocznej nawy w towarzystwie kapłanów pomagających w posłudze, w bogato zdobionym ornacie założonym na dotychczasowy ubiór i zbroję wyszedł ojciec święty. Swój młot bojowy postawił obok ołtarza. Znak czasów że mszę odprawia w zbroi i z bronią obok.
- Chwała niech będzie Sigmarowi Młotodzierżcy - zawołał głośno
- Teraz i zawsze, póki ostatnia gwiazda nie zgaśnie - odpowiedzieli wierni.
- Zanim zaczniemy, moi drodzy, przybyli do nas kolejni wierni uratowani od zła które spadło na Bögenhafen, okażcie im serdeczność albowiem to słudzy w Sigmarze, których Pan nasz ocalił, jemu niech będą dzięki!
- Jemu niech będą dzięki - powtórzyli wierni
Nabożeństwo było długie, ale standardowe w swoim przebiegu. Ci z Was co nie byli wcześniej w świątyni Sigmara mogli zobaczyć przy wejściu do świątyni kamienną urnę z zwężającym się wlotem, służącą do zbierania datków - to tak zwana urna ofiarna, w normalnych czasach wierni składają datki na rzecz wspólnoty wchodząc na nabożeństwo. Ław nie ma, nawet dla chromych i starych, choć zapewne gdyby zaszła potrzeba by jakieś znaleziono, rzadko jednak robi się taki wyjątek, zwykle Ci co nie mogą ustać korzystają z pomocy rodziny.
Ojciec Zygfryd zaczął nabożeństwo inicjując hymn pochwalny, chwaląc Sigmara za wszelkie dary jakie na nich zesłał i za ocalenie ich dusz, ciał i umysłów w godzinie próby. Następnie nastąpiło przejście na język klasyczny, z tradycyjnym powitaniem liturgicznym i standardową modlitwą do ojca Imperium.
Po tym już w reikspielu pokuta zbiorowa za pomniejsze grzechy i nieczyste myśli, wyrzeknięcie się Niszczycielskich Potęg, wyznanie wiary i promesa - przyrzeczenie sigmariańskie odnawiane przez wiernych na każdym nabożeństwie. Podczas tego etapu mszy inni zebranie w świątyni zerkali na Was uważnie. Potem przyszedł etap na modlitwy indywidualne, które każdy szeptał pod nosem, i kolejno wspólnie wysłowiona skrucha oraz zbiorowe śpiewanie psalmów.
Czytanie i nauczanie kapłana była standardowym przypomnieniem przykazań kościoła Sigmara, uzupełnionym o potrzebę palenia zwłok by nie było chorób w mieście i najwyższą potrzebę zachowania wiary w godzinach prób i ataków Chaosu. Przypomniał również o zachowaniu ciszy poza modlitwą gdyż ściąga mutanty i że kościół Sigmara nigdy nie zostawił wiernych bez pomocy i tak też będzie tym razem! Pozostaje więc modlić się i czekać na templariuszy i oddziały wojska prowadzone przez braci z Zakonu Oczyszczającego Płomienia i Srebrnego Młota. Następnie ojciec święty indywidualnie błogosławił każdego kto podszedł do ołtarza.
Na zakończenie nabożeństwa były indywidualne wystąpienia wiernych, z informacjami z miasta i publiczne ślubowania. Na tym etapie byliście wzrokiem zachęcani by wyjść do przodu i zabrać głos, opowiedzieć co się dzieje w mieście.
Nabożeństwo zakończyło się modlitwą medytacyjną, która normalnie byłaby w pewnym momencie zakończona i wierni wyszliby z kościoła, tu jednak nawet gdy ojciec święty przestał już się modlić wielu członków kościoła nadal kontynuowało.
Po wyjściu kapłanów przez drzwi w bocznej nawie, kilka minut później, do Hieronima podszedł młodzik. Mówiąc do niego per "mości Hieronimie" daje znać, że ojciec święty chciałby z nim pomówić na osobności. Zaprowadzi go poprzez te same drzwi co wyszli kapłani do osobnej małej sali, gdzie słudzy boży przygotowują się do mszy. Jest tam też skromne biurko, ława i kilka krzeseł. Za biurkiem będzie czekał na niego Zygfryd, innych kapłanów już w pomieszczeniu nie ma. -
D Dekline zablokował ten temat dnia
-
Dla Keta
Wychodząc z bicznej nawy Hieronim szedł krętym korytarzem wewnątrz świątynnego kompleksu aż młodzik otworzył przed nim drzwi po lewo. Było to skormne pomieszczenie z biurkiem, regałem i kilkoma meblami jak krzesła szafa. Na regale były jakies dokumenty. Za biurkiem zaś siedział ojciec święty podnoszący wzrok znad dziennika.
Uśmiechnął się i wskazał Ci krzesło.
- Zapraszam Panie Hieronimie- Niechaj otacza cię łaska Mlotodzierżcy, świątobliwy ojcze - odrzekł niespokojnym głosem starzec, z szacunkiem zajmując miejsce na wskazanym mu krześle.
- Twoją duszę niech chroni - odpowiedział błogosławieństwem - Wezwałem Cię by omówić grupę z którą przybyłeś. Wiedz że Sigmar jest sędzią ostatecznym a czasy mamy szczególne. Toteż nie przykładam wielkiej wagi do słów strażników, jednak chciałbym usłyszeć od Ciebie co wiesz o Twoich towarzyszach i jak sie w ich otoczeniu znalazłeś
- Są zbieraniną pospolitych plebejuszy, którzy uwolnili się z jednego z miejskich więzień, świątobliwy ojcze. Znalazłem się w ich towarzystwie przez nadzwyczajny przypadek, a obdarzony mandatem cesarskiego urzędnika rychło zdołałem ich sobie podporządkować. Zaiste musiał to być plan samego Sigmara, abym ich przywiódł właśnie tutaj, aby przyłączyli się do obrony tego świętego miejsca.
- Zaprawdę Sigmar Was zesłał, albowiem zdolnych do walki mamy niewielu. Ale czy podołają? - rzekł uważnie przyglądając się Hieronimowi - Ten co wyglądał na żołnierza, Ulrich, niestety mimo szczerych prób pomocy brata Alberta zmarł od ran... - kontynuował - czy reszta chce tu zostać bronić świątyni?
- Uczynią wszystko, czego zażyczy sobie jego świątobliwość - starzec skłonił usłużnie głowę i złożył dłonie w znak Młota
-nasze zapasy są spore, ale nie chcę trzymać nikogo na siłę. Tym bardziej niewiernych. Wiara nas chroni. Nic innego. Wiara i świętość rozciągająca sie od ołtarza wszechmogącego Sigmara. - z miasta można sie wydostać. W teorii. Istnieje przeprawa. Nikt jednak z prób dostania sie do niej wrócił. Tych co i tak chcą odejść bym tam skierował z misją poinformowania o wydarzeniach w mieście, o ile im sie powiedzie. Lub powrotu ze zwiadu, jeśli zawiodą a przeżyją.
- Czy nie każdy z nas jest w jakiejś części grzesznikiem? - odpowiedział starzec - Każdy z nich ma na pewno coś na sumieniu, ale nie śmiałbym nazywać ich niewiernymi. Każdy z nich jest narzędziem woli Sigmara i jego pokornym sługą. Jeśli chcesz, aby spróbowali wydostać się z miasta i sprowadzili pomoc, przekażę im twoją wolę.
- Moim zdaniem to samobójstwo, pomoc nadejdzie na pewno. Każda karawana co wiedzie do miasta szybko zorientuje się że należy sie wycofać i zaalarmuje Kościół. Cokolwiek stało sie mieszkańcom to nadal zwykli ludzie, zmutowani na ciele i umyśle, ale nie wojownicy co by ochronie karawany zagrozili.
-Bądź więc moim uszami w swojke grupie. Przekaż im że ochrona świątyni potrafi wybaczyć wiele win. Ja sam potrafię dużo wstawiając się za nimi. O ile nie dopuścili się poważnych przestępstw przeciw Imperium, nie czczą Niszczycielskich Potęg, to będę im dłużny gdy to sie już skończy
- Twoje miłosierdzie musi płynąć z natchnienia mocą Sigmara, czcigodny ojcze - Hieronim Bosch pochylił nisko głowę - To zaszczyt móc ci służyć.
Zygfryd powstał i wysunął rękę z pierścieniem do ucałowania, audiencja była skończona
-
Grupa bohaterów wyszła ze świątyni. Nawet jeśli ktoś nie był zbytnio wierzący to przyziemność i pospolitość obrządku pozwalała na chwilę zapomnienia od tego co działo się na zewnątrz. Hieronim został zaproszony na bok.
Ulrich zmarł, wszyscy widzieli jego zakrwawione ciało wynoszone widłami na stos. Pozostał po nim miecz, którym od razu zaopiekował się jeden ze strażników, oraz tarcza, dalej oparta o mur, tak jak pozostały oreż. Modi również nie żył, nie wiadomo czy jeszcze tam na trakcie, czy może jeszcze żył gdy został pozostawiony podczas ucieczki. Trzeba było zastanowić się co dalej. Rozważania przerwał Bosch, wychodząc zza świątyni razem z Zygfrydem i jednym z młodszych kapłanów.
Wtem stało się coś niespodziewanego, coś co początkowo zauważył tylko Kurt. Jeden ze strażników, ten, który wziął miecz Ulricha i ciągle z nim łaził i zachowywał się dziwnie ... uspokoił się, poprawił chwyt i już zachowując się jak prawdziwy żołnierz a nie pomylony wariat ruszył w pozycji bojowej wprost na Zygryda. Oboje z kapłanów, oraz Bosh nie zdawali sobie sprawy kto jest za ich plecami i co zaraz ma zamiar zrobić. Mały był prawie pewny że atak nastąpi, a Zygryd może go nie przeżyć. Równie pewne jest to że Kurt nie zdąży dobiec, na czas, nawet jeśli zrobi teraz życiówkę w sprincie.
Ochroniarz miał rękę na pulsie, zareagował szybko, szybciej niż ktokolwiek inny byłby w stanie nawet pomyśleć, i do tego doskonale wiedział co chce zrobić.
-
D Dekline odblokował ten temat dnia
-

Mały Kurt vel Knut
Kurt patrzył, jak wynoszą ciało Ulricha.
Dwóch ludzi podeszło, wsunęli widły pod martwe ciało i podnieśli je tak, jakby przerzucali mokry worek kartofli. Nogi zmarłego zwisały bezwładnie, głowa kołysała się przy każdym kroku, a z wyschniętej już krwi zrobiły się na bruku ciemne, tępe smugi.
Kurt patrzył na to dłużej niż inni.
W życiu widział różne pogrzeby. Jedne z modlitwą, inne z łopatą, a jeszcze inne z rowem wykopanym byle gdzie. Ale pierwszy raz widział, żeby człowieka na ostatnią drogę niósł sprzęt do przerzucania gnoju.
Potem wzrok Kurta przesunął się dalej. Zatrzymał się dopiero na strażniku. Tym samym, który wcześniej zachowywał się podejrzanie. Teraz szedł inaczej. Równo. Pewnie. Miecz trzymał nisko, ale w gotowości. W spojrzeniu nie było już zamglenia, tylko zimna decyzja. Szedł prosto na plecy Zygfryda.
Kurt od razu wiedział, co się wydarzy za ułamek sekundy. Nie było czasu na plan. To był odruch, Kurt zareagował instynktownie.
– ZA TOBĄ! - Ryk Kurta przetoczył się przez dziedziniec jak uderzenie młota o kowadło.
W tym samym momencie ruszył biegiem na strażnika. Kurt nie sięgał po broń – nie potrzebował jej. Wściekłe pięści Kurta przez lata rozwiązały więcej sporów niż niejeden miecz.
-
Ulrich (von) Guttenluft

Ulrich ze smutkiem przyjął widok ciała Ulrich (tego co zbójem był). Mimo swego fachu, który do widoku śmierci go przyzwyczaił, zawsze na dnie serca pozostawał żal. Szczególnie gdy z kimś się wychodziło z opresji...
...tylko po to, aby zaraz okazało się, że kolejny kłopot się szykuje. Cyrulik postanowił dobiec po broń, lecz nie od razu po nią sięgać - aby w oczach straży nie wyjść na potencjalnego towarzysza zamachowcy - ale aby błyskawicznie się dozbroić. -

Nadja Schmidt
.
Wszystko nie tak miało być. Ani Modi, ani ten drugi Urlich. Na co to wszystko? I czemu w ogóle się zdarzyło? Z tego co teraz widać to i opieka medyków ze świątyni nie była pewna... a nawet możliwe śmiertelna.
Nie mogła jednak dłużej rozważać przeszłych wydarzeń, jak teraźniejsze były nadchodzącą kolejną tragedią. Nie było czasu dobiec do atakowanego kapłana, jak i broni nie miała by pomóc. Nie było też powodu krzyknąć, by Zygfryda dodatkowo nie zdekoncentrować, jak już ostrzegalny krzyk od Kurta wyszedł. -
Ergo

Widok martwego Ulricha był dla Ergo o dziwo większym szokiem niż trup Modiego z niepokojąco powykrzywianą klatką piersiową. Bo coś dziwnego może się zdarzyć raz. Jak choćby ot pomagasz lekko rannemu człowiekowi, a po chwili trzask, prask i trup. Ale to raz. Bo jak potem ni z gruchy ni z pietruchy kolejny ranny, ale taki co to biega, gada i w ogóle by z nim człek jeszcze gorzałki się napił, sru! Też trup. No to pewnikiem działo się coś bardzo niedobrego! Drugi trup! Mało tego. I to na widłach klasztornych (których Ergo przyobiecał sobie nigdy nie brać więcej do rąk)! Na samo wspomnienie jak ony dziad, co to tylko mełł w bezzębnej pewnie gębie jojczenia i złorzeczenia, dżgał z zapamiętaniem każdego trupa, aż coś cyrkowcem trzęsło od środka. I to bardziej niż szaleństwo tłumów Bogenhafen. Może dlatego z resztą, że cyrkowiec tłumy od zawsze miał za szalone i może o raz za dużo przyszło mu zwiewać przed wściekłą gawiedzią. Ale Ulrich co to drogę prowadził i w ogóle prał tych posrańców na lewo i prawo broniąc swych kompanionów, a teraz. Nabity na widły jak wiecheć gnoju choć chwilę temu miał się dobrze! No prawie dobrze.
Z szoku wyrwało go Kurtowe "Za Tobą!". Odruchowo obejrzał się za siebie. Ale Kurt już biegł w przeciwnym kierunku... na Hieronima i tego księżula Zygfryda (Ranaldzie niecierpliwy, czy ta msza mogła być jeszcze dłuższa???). Dopiero wtedy dojrzał Ergo jakiegoś żołdaka, który najwyraźniej też miał dość jojczenia Hieronima i nabożeństw w wykonaniu Zygfryda. I choć do żadnego nijaką sympatią nie zapałał to zdobył się na czyn iście heroiczny i dowodzący drzemiącymi w cyrkowcu pokładami miłości bliźniego, nawet tak nieprzyjemnego. Chwycił w dłoń za szyjkę butelkę samogonu, którą znalazł przy jednym z wariatów i cisnął nią z całej siły w nadbiegającego strażnika. Znalazł też i przywłaszczył powróz i świecę woskową, ale nie nadawały się one do ratowania nikogo. Niestety.
-

Oswald BraunOd bogów należało się trzymać z dala. Nie lekceważyć, ale nie pchać im się przed oczy. I nie zawracać im zbytnio głowy, bo bogowie mogą kopnąć w zadek zbyt upierdliwego osobnika.
Tak przynajmniej uważał Oswald, który z udawaną pobożnością uczestniczył w nabożeństwie ku czci Sigmara. Która to uroczystość, dzięki bogom, w końcu się skończyło.
Było to nudne, a Oswald, prawdę mówiąc, miał nadzieję, że dalszy ciąg dnia będzie równie leniwy. I, niestety, srodze się rozczarował.
- Niech to... - zaklął ze świadomością, że nic nie zdoła zrobić. -
Stąpający z pełną namaszczenia miną u boku kapłana Hieronim ujrzał jak Kurt rzuca się nagle w jego stronę z agresją wyrysowaną na tępo ciosanej gębie, a Ergo ciska w niczemu niewinnego mytnika butelką.
Okrzyk „za tobą” nie zwiódł Boscha nawet na mgnienie oka, zbyt prostym był fortelem, aby Hieronim dał się nań nabrać. Zaskoczony atakiem zbrodzienia starzec napiął mięśnie i z szybkością wręcz nielicującą z jego wiekiem rzucił się w bok usiłując czym prędzej ujść poza zasięg pięści rozwścieczonego współwięźnia.