Panel sesji wdrożony.Proszę zapoznać się z tym tematem.
Serce tajgi [Zew Cthulhu]
-
Ranek 14 marca 1932 r., port
Chłodna mgła nad zatoką leniwie wślizguje się w ulice San Francisco, jakby uciekała przed porannym słońcem, nie chcąc jeszcze zbyt szybko ustąpić miejsca dniowi. Na nabrzeżu przy Union Station jest jeszcze cicho. Może nie całkiem, bo tu nigdy nie jest całkiem cicho, ale to ta szczególna cisza portu o świcie, w której każdy dźwięk brzmi wyraźniej niż zwykle: zgrzyt kół wózka transportowego, metaliczny stuk łańcucha, krzyk mewy, nawet przeciągłe ziewnięcie jakiegoś portowego robotnika jest o wiele bardziej słyszalne. W powietrzu zaś unosi się zapach zapach soli i ropy.
Zbieracie się w umówionym miejscu w dokach. Kiedy pojawiacie się tu rankiem, niektórzy już tu są. W oczach wszystkich widać brak snu poprzedniej nocy. Na twarzach wymalowaną macie świadomość stania na granicy czegoś, czego jeszcze nie do końca potraficie nazwać. Wierzycie jednak, że jesteście o krok od przekroczenia granicy szaleństwa. Co jest za tą zaciągniętą przez mgłę zasłoną nad oceanem? Już niedługo poznacie odpowiedź. O ile, oczywiście, przez nią zajrzycie. Doskonale o tym wiecie, że dopóki wasze stopy trzymają się na stałym lądzie, jeszcze możecie się wycofać. Jak tylko wejdziecie na statek, a ten z hukiem silnika odbije od brzegu, nie będzie już odwrotu.
Statek już na was czeka. Wygląda jak egzemplarz, który już dawno powinien przejść na emeryturę. Farba łuszczy się z burt szerokimi płatami, odsłaniając warstwy wcześniejszych kolorów. Nadbudówka nosi na sobie ślady setek podróży: przetarcia, wgięcia, smugi brudu, który wżarł się w metal już na dobre. Z wnętrza dobiega wasze nozdrza zapach ropy i przypalonej kawy. Silnik warczy równo, trap skrzyni stoi przy każdym kroku, a cumy są napięte niczym wasze nerwy przed podróżą w nieznane.
Nie jesteście tu sami. Nieco z boku, pośród stosu skrzyń, Eleonora (@kaworu) zauważa znajomą już sobie trójkę. Samuel, ten w okularach, który na spotkaniu wszystko notował i wyraził przed nią swoje obawy, choć ma na sobie dokładnie ten sam cienki płaszcz, co wtedy, dziś wygląda nieco bardziej... zdecydowanie. Nie ma już przy w dłoni ołówka i notesu, ale wpatruje się w ocean z wyraźnie zadowoloną miną. Nate, ten najmłodszy entuzjasta, krąży wokół niego, wyraźnie pobudzony. Co chwilę poprawia beret, coś mówi do reszty żywo gestykulując. Rosa stoi nieco dalej, popalając papierosa.
Jeszcze dalej, nieco bliżej trapu, stoi równie wam znajoma czwórka. Rozstawieni luźno, jakby przypadkiem, ale zbyt dobrze ustawieni względem siebie, żeby po prostu uznać to za przypadek. Łysy w zielonkawej kurtce stoi najbliżej wejścia na pokład, a jego głowa porusza się dokładnie tym samym dziwnym ruchem co wcześniej. Stary z wąsami pali papierosa, obserwując otoczenie przez swoje ciemne szkła. Tak, nawet we mgle nie wyzbył się swoich ciemnych okularów. Gruby mówi coś półgłosem do starego, ubranego dziś, dla odmiany, we flagę Stanów Skonfederowanych pod cienką kurtką z napisem z tyłu głoszącym White Power. Pałki nadal mają przy sobie, nawet nie próbując ich ukryć.
Chance'a jeszcze nie ma. Ale wraz z jego przybiciem minie wasza ostatnia, nomen omen, szansa na ewentualne wycofanie się. Czy jesteście gotowi? Za moment nie będzie już czasu na dalsze przygotowania i zastanawianie się, czy przejść przez tę granicę, czy jednak zostać tu. Bo tu jest może ciężko i przaśno, ale przynajmniej znajomo. Tam jest zupełnie inny świat.

-
12 marca, obrzeża San Francisco
Po powrocie do domu Violet wysypała zawartość słoika z oszczędnościami. Nie było tego wiele, ale z pewnością starczy chociaż na drobne zakupy na drogę. Przypomniała sobie radę Waltera, że należy zabrać ciepłe odzienie. A poza tym... nie była pewna, co należy wziąć w taką wyprawę. Ale to nie może być przecież takie trudne... Postanowiła rozejrzeć się po sklepach i nabyć parę wyglądających na przydatne rzeczy. A jeśli już mowa o sklepach... w jej głowie zakiełkowała nowa myśl.
13 marca, obrzeża San Francisco
Na dzień przed umówionym spotkaniem w porcie, jak co dzień, przypadał jej dyżur w rodzinnym sklepie. Tym razem postanowiła spędzić czas pożytecznej niż na bezowocnym oczekiwaniu na niepojawiających się klientów. Pozornie bez celu przechadzała się po lokalu, uważnie rozglądając się po półkach. Przedstawiała produkty - tym razem nie po to, by lepiej się prezentowały. Co jakiś czas niepostrzeżenie zanosiła wybrane przedmioty do zakątka na zapleczu w pobliżu tylnych drzwi, gdzie ukryła również niewielką torbę podróżną z rzeczami osobistymi. W napięciu odliczała godziny do zamknięcia sklepu. Ojciec zwykł czynić to osobiście, a mimo swoich planów, nie chciała zostawiać jedynego źródła utrzymania rodziców bez opieki na dłużej niż to konieczne. Być może właśnie dziś ostatni raz przestąpię próg tego sklepu i będę stąpać po bruku San Francisco. Kto wie, czy jeszcze tu wrócę. I czy jeszcze kiedykolwiek ujrzę rodzinę. Z zaskoczeniem odkryła, że po jej policzku spływa samotna łza. Z zamyślenia wyrwały ją znajome kroki dochodzące ze schodów prowadzących z mieszkania do sklepu. Wcześniej niż zazwyczaj. Może ojciec świadomy trudnej sytuacji finansowej nie liczył już na zjawienie się kolejnych klientów. Nie było czasu na rozważania. Violet chwyciła torbę z rzeczami osobistymi i drugą zawierającą przygotowane wcześniej produkty, które zamierzała pożyczyć ze sklepowych półek. Niestety zbyt obciążona tkanina rozerwała się z trzaskiem i w rękach Violet zostało tylko dziwne narzędzie, którego nazwy nawet nie znała. Bez namysłu chwyciła je pod pachę i wybiegła, zostawiając za plecami dom, całe dotychczasowe życie i oczekiwania rodziców. Poczuła się wreszcie wolna.
-
12 marca 1932r., Artisian's Nook
Ren nie był usatysfakcjonowany odpowiedzią Chance'a o braku gwarantowanej zapłaty, lecz wizja potencjalnej chwały i sławy rozwiała jego wszelkie wątpliwości. Siedział jeszcze chwilę słuchając innych, aż do momentu gdy miejsce spotkania postanowił opuścić Walter, po którym Watanabe widział, że pożegnał jego jak i Eleonorę wyłącznie z grzeczności -Jeszcze go do siebie przekonam, jest ciekawym człowiekiem, ale jednocześnie bardzo zamkniętym. -pomyślał. Moment po Murdock'u lokal opuściła jakaś kobieta siedzące wcześniej z inżynierem i jeszcze jakimś mężczyzną. Zaraz po niej również Ren uznał, że to pora na niego. Wstał, pożegnał się z dziewczyną z nim siedzącą i ruszył w stronę wyjścia. Będąc już jedną nogą za drzwiami wykrzyknął: -Żegnam serdecznie! - skierowane do wszystkich pozostałych na sali.13 marca 1932r., San Francisco
Następnego dnia, z samego ranka, Japończyk ruszył w głąb San Francisco szukając odpowiedniego asortymentu na podróż. Początkowo trafił do domu handlowego i kupił w nim takie rzeczy jak plecak, aspirynę, ciepłe ubrania, jak i wygodną bluzę, która wpadła mu w oko. Wychodząc z pierwszej lokalizacji dokonał jeszcze spontanicznego zakupu zapałek szturmowych. Jego kolejnym nabytkiem został sztylet i dodatkowe 25 naboi do jego broni. W międzyczasie udało mu się znaleźć także latarkę z 12 bateriami, termos, lunetę i lusterko, którę zakupił z myślał o ciągłym zachowaniu odpowiedniej prezencji osobistej. Niezależnie od warunków, wypadałoby prezentować się z klasą! Na koniec dnia, szukał jeszcze jakiś przedmiotów do zabicia czasu na statku. W tym celu sprawił sobie książkę o technikach manipulacji, jaki i ołówek automatyczny wraz z szkicownikiem. Ren zawsze lubił szkicować i rysować, był w tym dość dobry, lecz nigdy nie miał wystarczająco czasu aby praktykować tą umiejętność by wejść na jeszcze wyższy poziom. Po tym zakupie, wreszcie zakończył przygotowania i nie pozostało mu nic, jak czekać niecierpliwię do ranka i początku tej, jakże ciekawej, ekspedycji.14 marca 1932r., port
Tylko gdy na niebie pojawiło się słońce, a nad ziemią jeszcze unosiła się cienista mgła, Watanabe ruszył z ekscytacją w stronę portu. Po dotarciu na miejsce zbiórki, zauważył inne osoby, które widział na sobotnim spotkaniu, lecz wśród nich nie było ani Waltera, ani Eleonory. Postanowił stanąć sam z boku nie podchodząc do żadnej z obecnych już grup, czując, że to nie są ludzie, z którymi będzie w stanie znaleźć wspólny język, a więc nie pozostało mu nic, jak tylko czekać. -
14 marca 1932r
Walterowi przez ostatnie dni towarzyszyła ekscytacja i myśli typu los się w końcu do mnie uśmiechnął, ale dzisiaj w dzień wyprawy, dzień, który miał odmienić jego życie, dzień legendarnego odbicia się od dna wszystko ucichło a pozytywne emocję zniknęły, zostawiając inżyniera z chłodną mgłą za oknem w której obrazował potencjalne przyczyny swojej śmierci.
Nic tak naprawdę nie wiem o profesorze Chance kto wie kim jest ten gigant podający się za naukowca. Pomijając same wyruszenie z nieznajomymi to czy jestem odpowiednio przygotowany czy Syberia mnie czymś nie zaskoczy. takie myśli towarzyszyły inżynierowi podczas pakowania wszystkich nowo zakupionych rzeczy jak i swoich osobistych w postaci skrzynki z narzędziami, scyzoryka i latarki a także jego niezawodnej przyjaciółki strzelby Winchester.
John muszę go zapytać o ekwipunek na ekspedycję i rady dotyczące poruszania się po zamarzniętych terenach, on jest kluczem do przetrwania, mam nadzieję, że zdążę dokupić ewentualne braki w moim wyposażeniu Z tym planem Walter ruszył do portu wstępując na chwile do kiosku, żeby kupić dwie paczki papierosów które zawsze pomagały rozładować mu stres.Murdock gdy dotarł do portu i zobaczył, że zjawiła się czwórka mężczyzn zaniżających średnią krajową inteligencję jeszcze bardziej zaczął zastanawiać się nad opuszczeniem ekspedycji a w jego myślach pojawiło się kilka nowych scenariuszy zakończenia wyprawy śmiercią lub kalectwem. Z tego zamyślenia wyrwał go Ren, który podszedł i zaczął zagadywać Waltera co pozwoliło mu odpocząć od natrętnych myśli.
-
Nabrzeże portowe, ranek 14 marca 1932
Obwieszony podróżną torbą i schowaną do wodoodpornego futerału strzelbą, John Carter wbił niespokojne spojrzenie w zaniedbane kształty starego trampa. Ostatnia morska wyprawa wywróciła jego życie do góry nogami, rzuciła alaskańskiego trapera w zupełnie nowe otoczenie z dala od surowego, ale przewidywalnego świata mroźnej północy. Spoglądając na wysłużony statek John poczuł przelotne zwątpienie w słuszność swojej decyzji.
Lecz jakie alternatywy miał w zanadrzu? Żadnych prócz dalszego wegetowania w Kalifornii, gdzie okresowa praca przy rozładunku węglowych barek wydawała się łutem szczęścia. O Związku Radzieckim nie wiedział praktycznie nic. Mieszkający w Nihilczuku prawosławni Rosjanie, zbiegli z ojczyzny po rewolucji i upadku caratu, żyli opowieściami chwalebnej przeszłości, wspomnieniami hołubionej przez nich monarchii z nadania samego Boga. John szczerze powątpiewał w wiarygodność ich opinii na temat krwiożerczych bolszewików, którzy urządzili współziomkom piekło na ziemi za życia. Lecz nawet jeśli byłaby w tym jakaś prawda, ekspedycja profesora Chance miała zapuścić się w odległe regiony Syberii, wyludnione i zapewne słabo kontrolowane przez bolszewickich urzędników.
Przyglądając się zgromadzonym na nabrzeżu ludziom rozpoznał znajome twarze, pozdrowił oszczędnym ruchem ręki pannę Violet i Waltera, ale jego uwaga skupiła się w największym stopniu na osobach czterech mężczyzn pokroju rzezimieszków, których podczas spotkania w klubie uznał za przypadkowych klientów tego przybytku.
Ich obecność przy statku zmieniała znacząco postać rzeczy, bo jeśli rzeczywiście należeli do ekspedycji, w oczach myśliwego stawali się z marszu niebezpiecznym znakiem zapytania w kontekście dyscypliny, kompetencji i umiejętności współpracy w większej grupie.
Nie zamierzał czekać z inicjatywą. Poprawił paski torby i pokrowca na broń i podszedł do grupy mężczyzn, a kiedy spostrzegli, że się do nich zbliża, uniósł palce dłonie do kapelusza witając ich zdawkowym gestem.
- Panowie. John Carter, z Hooper Bay - przedstawił się zawieszając ostatnie słowo w próżni tonem wstępu do wzajemnej prezentacji.
-
Eleonora stanęła na wybrzeżu, czekając na statek, który miał ją zabrać ku nowej przygodzie. Nie wiedziała jeszcze jak dokładnie będzie wyglądała jej nowa przygoda, nie wiedziała zbyt wiele o Rosji ani o yeti, nawet nie do końca wierzyła w to, co taki mitologiczny stwór istniał, ale… wiedziała, że wszystko jest lepsze od bezrobocia w dużym mieście, dla niej, wykształconej kobiety o światowych aspiracjach.
Może rzeczywiście napisze po tym wszystkim o tym książkę? I zostanie ona bestselerem? Ah, chciałaby!
Pełna nadziei, czekała na lepsze jutro, które miało się zacząć już za parę kwadransów.
-
Violet była zaskoczona, jak zimna może być noc w San Francisco. W duchu była wdzięczna Walterowi za radę dotycząca ciepłych ubrań. Połowę z nich włożyła już na siebie. O ileż zimnej musiało być na śnieżnej Syberii. Ciekawe, czy są tam lodowce? Takie myśli chodziły jej po głowie, gdy bezskutecznie próbowała zasnąć pomiędzy skrzyniami czekającymi w porcie na załadunek. Każde choćby najmniejsze skrzypnięcie wyrywało ją z płytkiej drzemki i przyprawiało o szybsze bicie serca. Zaczęła tęsknić za własnym ciepłym łóżkiem, wątpiąc, czy faktycznie ta przygoda była dla niej. Jednak powrót do domu po ucieczce nie wchodził w grę, dlatego z rana zaspana, z podkrążonymi oczami i zdeterminowaną miną stawiła się na miejsce spotkania. Pod pachą kurczowo ściskała torbę i tajemnicze ukradzione ze sklepu narzędzie. Ucieszyła się, dostrzegając znajome twarze i od razu podeszła w pobliże mężczyzn, których poznała na wykładzie profesora.
-
JOHN
John podszedł bliżej czwórki podejrzanie wyglądających mężczyzn, co do których trudno było stwierdzić, czy są częścią wyprawy, czy są tu z innego powodu. Widział wszak ich przed dwoma dniami na wykładzie profesora, uznał więc zapewne, że jednak się zaciągnęli. "Gruby" wygrywał akurat jakąś nieskładną melodię na harmonijce, a "wąsaty" robił sobie skręta. Dwóch pozostałych siedziało na skrzyniach. Zanim traper się do nich odezwał, usłyszał skrawki ich rozmowy:
- No i kurwa git fajeczkę ukręciłem - "wąsaty" wyraźnie się cieszył, odpalając ukręconego papierosa.
- I gitara - odpowiedział mu "stary". - No, to kopsnij działkę, Franny! - uśmiechnął się krzywo, zapinając swoją kurtkę w barwach Konfederacji.
- Kopsnę działkę, jak ty oddasz za polewajkę, bo już od czwartku czekam - "wąsacz" nazwany Frannym mruknął pod nosem, zaciągając się z niezbyt wyraźną miną.
- Wiesz przecież, że bym ci kurwa oddał - "stary" był wyraźnie poirytowany - ale wczoraj mi Biggy całą jebaną ramkę wyjarał i nie miałem jak opchnąć! No weź, nie bądź żyd!
"Biggy", na którego wskazał (czyli gruby z harmonijką) wyraźnie się na to obruszył, a "łysy" tylko się zaśmiał.
- Ej ej ej, pierdol się Red! Sam żeś gdzieś zapił, ktoś ci zajebał i teraz nawet nie wiesz kto i gdzie, bucu jeden! - warknął i zagrał wyraźnie groźny dźwięk na swojej harmonijce w kierunku "Reda".
- Te, te, wypluj to, grubasie, bo cię zaraz pod kozaki wezmę!
Napięcie zawisło w powietrzu. Zanim jednak "Biggy" zdołał coś opowiedzieć, pojawił się John. Cała czwórka zwróciła wówczas na niego swój wzrok i uwagę.
- Siemano - rzucił stary, nazwany "Redem". Podszedł do Johna i wyciągnął rękę w jego kierunku. - Red mi mówią. A to jest Biggy, Franny i Ticky - wskazał na resztę.
- A to co, zapomniałeś że my mówić umiemy? - odezwał się Biggy, będący w wyraźnie bojowym nastroju. Podszedł i dość mocno poklepał Johna po ramieniu. - Strzała! Biggy jestem. Jak będziesz potrzebował coś opchnąć, a nie będziesz wiedział gdzie, to przyjdź do mnie. Znajdę kupca i sprzedam, pobieram tylko dziesięć procent!
Wąsacz, palący papierosa, wstał i również podszedł przywitać się z Johnem.
- Siemańsko, Franny jestem. Kręcisz się trochę po mieście? Wyglądasz mi na kumatego... - wycedził Franny przez zęby, a Ticky znów się głupkowato zaśmiał.WSZYSCY
Chance pojawił się z około półgodzinnym opóźnieniem względem umówionego terminu. Miał na sobie jesionkę i melonik, ubrany był więc zupełnie inaczej, bardziej elegancko i dostojnie, niż wtedy kiedy widzieliście go po raz pierwszy. Niósł w rękach dwie duże walizki, jednak to nie one przykuwały uwagę. Tym z kolei było... coś, co za Chancem nieśli, a właściwie pchali i ciągnęli, robotnicy portowi: długie, ciężkie deski, starannie oznaczone kredą. Niektóre pachniały jeszcze świeżo ściętym drewnem.
- Materiał na skrzynię! - powiedział z dumą, kiedy podszedł bliżej was. - Skrzynię transportową, znaczy się. Na giganteusa. Jak go już znajdziemy!Wchodzicie na pokład. Ciężar waszych zmartwień musicie zostawić na brzegu. Jak przekroczycie ten próg, nie będzie już odwrotu. Przed wami Ocean Spokojny, a za nim Syberia i wszystko, co może się tam wydarzyć.
Fala odbija się od burty, gdy po ostatnim gwizdku trap zostaje podniesiony. Statek z wolna odsuwa się od nabrzeża, a widok chłodnego San Francisco topnieje we mgle, niczym nierzeczywisty sen. Za sobą zostawiacie sznur kontenerów, krzyki portowców i stukot łańcuchów w porcie. Teraz przed wami już tylko Pacyfik.
Po kilku godzinach na otwartym morzu, gdy horyzont zlał się już z niebem, Chance zaprasza was do swojej kajuty. Jego kabina jest duszna, pełna papierów i przedmiotów, które wydają się mieć swoje życie: mapy, plany, próbki ziemi w słoikach, fotografia niedźwiedzia polarnego przypięta do drzwi, uschnięty storczyk w puszce po herbacie. Na stole leży ogromna broń myśliwska, z lufą grubości przedramienia, oparta na troczkach jak na ołtarzu. Obok niej – ampułki i strzykawki, starannie oznaczone, a także kilka arkuszy z tabelami i wzorami chemicznymi.
- Środek usypiający! - wyjaśnia profesor z dumą. - Tylko jeden strzał, precyzyjnie obliczony na osobnika o masie trzech i pół tony. Mniej może nie wystarczyć, więcej – serce nie wytrzyma.
Kiwa się na krześle, które wydaje protestujący jęk, po czym sięga pod stół i wyciąga zniszczoną, skórzaną teczkę. Rozkłada przed wami z teatralnym rozmachem dokumenty. Każdy z was dostaje paszport australijski, sfatygowany, ale kompletny. W środku wbita wiza ZSRR, ze stemplami konsulatu w Sydney. Do tego dołączony dokument w języku rosyjskim i angielskim, opatrzony pieczęciami instytucji, której nikt nie zna – rzekoma zgoda na „prowadzenie obserwacji tundrowej fauny dla celów porównawczych, w imieniu Muzeum Zoologicznego Uniwersytetu w Melbourne”.- Nie powinni nas zatrzymać. A przynajmniej nie od razu... - rzuca Chance, po czym dodaje z dumą: - Niektóre z tych pieczątek robiłem sam! Własnoręcznie! Co prawda trochę rozlała mi się tu fioletowa farba, ale nadrabiają kompozycją!
Profesor zdejmuje okulary, przeciera oczy i opiera się o ścianę. Wy patrzycie najpierw na dokumenty, potem po sobie, z wyrazem pewnego powątpiewania… Chance wyciąga z teczki wyrwany fragment czarno-białej fotografii, blady i wyblakły. Przedstawia jakiegoś Azjatę w mundurze, z twarzą smagłą i oczami patrzącymi gdzieś w dal.
- To Kazuo Nakamura. W trakcie wojny rosyjsko-japońskiej został wzięty do niewoli i zesłany na Syberię. Tam… widział coś, o czym później nie chciał nigdzie powiedzieć. Przekazy, które zdołałem odnaleźć, mówią o stworzeniach, które „nie istnieją od dziesiątek tysięcy lat”. Zapewne widział giganteusy, w każdym razie… musimy to zbadać. To kolejny trop, który bardzo może nam pomóc. Syberia jest ogromna, przeszukiwanie całej zajęłoby nam długie lata. Spróbujemy go odnaleźć i wypytać, może chociaż w lokalizacji nam pomoże... Wiem, że po jakimś czasie wrócił do Japonii i zamieszkał w Jokohamie, tam ślady się urywają. Znajdziemy go, a wraz z nim – klucz do naszej wyprawy!
Zatem wszystko jasne. Statek, którym podróżujecie, nie płynie na Syberię. Płynie do Jokohamy. Wasza wyprawa w rzeczywistości rozpocznie się właśnie tam. "Czwórka" wydaje się tu wyraźnie nudzić, widać że nie obchodzi ich to, co Chance mówi. Dla nich sprawa jest prosta - robią to, za co im płacą. Inne rzeczy ich nie obchodzą.
- A czy ktoś tu właściwie zna japoński? - zapytał w końcu rozsądnie Samuel, który w swoim notesie zapisywał każdą uwagę profesora. Większość odruchowo spojrzała na Rena (@elvis), który z jakiegoś powodu wyglądał jakby właśnie poraził go prąd.
No dobrze, a nocleg? Wyżywienie? Mapy? Przewodnik? Cokolwiek? - odezwała się przytomnie Rosa swoim dziwnym akcentem. Chance wydawał się być w lekkim szoku, szybko jednak się otrząsnął, a na jego twarzy zagościł nerwowy uśmiech.
- Oj no, nie zdążyłem się tym zająć, no... Ale dajcie spokój, poradzimy sobie! - rzucił i machnął ręką. - To przecież Japonia - kraj wybitnej organizacji i harmonii. Wszystko się znajdzie, prawda?
Wszyscy spojrzeli po sobie. Beztroska profesora Chance'a była wręcz porażająca.
- Ach, byłbym zapomniał - profesor zaśmiał się cicho i sięgnął do swojej walizki. - Trochę środków na pokrycie kosztów podróży. Nie jest tego dużo, ale przyda się. W Japonii można je normalnie wymienić na ichniejszą walutę. W Rosji... no cóż, będzie trzeba sobie radzić.
Każdemu z was Chance wręczył po 300$.KONIEC PROLOGU
-
Eleonora weszła na statek. Morskie powietrze, lekko chwiejące się podłoże pod jej nogami, śpiew mew powietrzu... było tu bardzo, bardzo przyjemnie. Cieszyła się. Zostawiała za sobą biedę ,nędze i bezrobocie, a ruszała ku czemuś... no cóż, miała nadzieję, że lepszemu. Na pewno nowemu i niespodziewanemu.
Spotkanie z profesorem
- Hm, czyli Japonia, tak? To nieco... niespodziewane - przyznała nieco zaskoczona - A co do japońskiego, to studiowałam go na uniwersytecie. Jestem biegła w kulturze, historii i mentalności japońskiej. Myślę, że moja wiedza o kraju i jego języku może nam się bardzo przydać. Ale oczywiscie, Ren-san, jako natywny speaker także może nam się bardzo przydać - kiwnęła głową z szacunkiem w stronę Japończyka.
-
Walter po wejściu na statek poczuł się fatalnie ewidentnie woli twardy grunt pod nogami.
Zapowiada się ciężka podróż - pomyślał oglądając oddalający się brzeg na którym zostało wszystko co znane i stabilne.W kajucie profesora
Inżynier z uwagą wsłuchiwał się w szczegóły planu działania ekspedycji, z każdym kolejnym punktem wyprawy zyskiwał coraz większą pewność o absurdalności tego przedsięwzięcia.Czyli profesorek chce żebyśmy złapali Towarzysza Yeticzenko żywcem, dość ambitny plan muszę przyznać, ale jak najbardziej wykonalny. - po tej myśli na twarzy Waltera zagościł mały uśmieszek, ale zniknął kiedy tylko zobaczył, że od teraz nazywa się William Evans.
-Na razie odpuszczę sobie narzekanie, ale muszę później zapytać Rena czy w ogóle jest sens udawać, że to oficjalny dokument - pomyślał spoglądając na Japończyka.
Po usłyszeniu ostatniego zdania i otrzymaniu 300 dolarów Walter uznał że zajmie się czymś przyjemniejszym niż zamartwianie się beztroską profesora.
-Panie Chance jeśli mógłbym to z ogromną przyjemnością sporządziłbym plan budowy skrzyni na giganteusa, ale do tego potrzebowałbym wymiarów tego stworzenia a przynajmniej w przybliżeniu. Sądzę, że lepiej zrobić to teraz i potem na szybko nanieść ewentualne poprawki niż zaczynać od zera kiedy będziemy na mroźnej Syberii. A także chciałbym zapytać na jak długo środek uśpi giganteusa - Po otrzymaniu tych informacji Walter uda się do swojej kajuty gdzie rozpocznie pracę nad rysunkiem technicznym skrzyni. -

SS „Providance”, wody zachodniego Pacyfiku
Michael Dundee, łowca krokodyli z australijskiego buszu, schował swój paszport oraz trzysta dolarów w gotówce do wewnętrznej kieszeni kurtki, w milczeniu przysłuchując się wyjaśnieniom profesora Chance. Skrzętnie śledząc rozmowę w kabinie uczonego, sam nie zabierał głosu, chociaż w jego myślach pojawiało się wiele pytań.
Środek usypiający o restrykcyjnych ograniczeniach, prowizoryczna skrzynia na śnieżnego człowieka, sprawiający wrażenie całkowitej improwizacji plan zaprowiantowania ekspedycji w Jokohamie - wszystko to składało się na bardzo niepokojący obraz wyprawy zaplanowanej przez człowieka nie mającego żadnego doświadczenia w takich sprawach. To wszystko oraz dobór członków ekspedycji.
Michael spojrzał kątem oka na czterech oprychów przestępujących ze znudzeniem z nogi na nogę i gapiących się obleśnie na uczestniczące w przedsięwzięciu profesora kobiety. Nie potrafił dojść do odpowiedzi na pytanie, po co ci ludzie dołączyli do uczonego i jaki pożytek mogli wnieść do pracy, ale nie zamierzał pozostawać w niewiedzy zbyt długo.
Kiedy spotkanie dobiegło końca i jego uczestnicy opuścili kajutę profesora, Michael pozostał w środku, zamykając drzwi i opierając się o nie plecami. Chance początkowo nawet nie zdawał sobie sprawy z jego obecności, porządkując z ożywieniem stertę pogniecionych papierów.
Odwrócił się w stronę myśliwego dopiero wtedy, kiedy ten chrząknął znacząco i stuknął jednocześnie kostkami dłoni w ścianę.
- Panie Chance, chciałbym poprosić na słówko - powiedział Dundee podchodząc bliżej profesora - Mam wiele pytań, lecz najpierw chciałbym poznać pańską opinię o tych czterech dżentelmenach z pałkami. Jaką rolę mają pełnić w tej ekspedycji, bo sprawiają wrażenie osób bez specjalistycznej wiedzy. I jeśli słusznie podejrzewam, że mają służyć jako ochrona, kto będzie nad nimi sprawował bezpośredni nadzór w głuszy?