Serce tajgi [Zew Cthulhu]
-
JOHN
John podszedł bliżej czwórki podejrzanie wyglądających mężczyzn, co do których trudno było stwierdzić, czy są częścią wyprawy, czy są tu z innego powodu. Widział wszak ich przed dwoma dniami na wykładzie profesora, uznał więc zapewne, że jednak się zaciągnęli. "Gruby" wygrywał akurat jakąś nieskładną melodię na harmonijce, a "wąsaty" robił sobie skręta. Dwóch pozostałych siedziało na skrzyniach. Zanim traper się do nich odezwał, usłyszał skrawki ich rozmowy:
- No i kurwa git fajeczkę ukręciłem - "wąsaty" wyraźnie się cieszył, odpalając ukręconego papierosa.
- I gitara - odpowiedział mu "stary". - No, to kopsnij działkę, Franny! - uśmiechnął się krzywo, zapinając swoją kurtkę w barwach Konfederacji.
- Kopsnę działkę, jak ty oddasz za polewajkę, bo już od czwartku czekam - "wąsacz" nazwany Frannym mruknął pod nosem, zaciągając się z niezbyt wyraźną miną.
- Wiesz przecież, że bym ci kurwa oddał - "stary" był wyraźnie poirytowany - ale wczoraj mi Biggy całą jebaną ramkę wyjarał i nie miałem jak opchnąć! No weź, nie bądź żyd!
"Biggy", na którego wskazał (czyli gruby z harmonijką) wyraźnie się na to obruszył, a "łysy" tylko się zaśmiał.
- Ej ej ej, pierdol się Red! Sam żeś gdzieś zapił, ktoś ci zajebał i teraz nawet nie wiesz kto i gdzie, bucu jeden! - warknął i zagrał wyraźnie groźny dźwięk na swojej harmonijce w kierunku "Reda".
- Te, te, wypluj to, grubasie, bo cię zaraz pod kozaki wezmę!
Napięcie zawisło w powietrzu. Zanim jednak "Biggy" zdołał coś opowiedzieć, pojawił się John. Cała czwórka zwróciła wówczas na niego swój wzrok i uwagę.
- Siemano - rzucił stary, nazwany "Redem". Podszedł do Johna i wyciągnął rękę w jego kierunku. - Red mi mówią. A to jest Biggy, Franny i Ticky - wskazał na resztę.
- A to co, zapomniałeś że my mówić umiemy? - odezwał się Biggy, będący w wyraźnie bojowym nastroju. Podszedł i dość mocno poklepał Johna po ramieniu. - Strzała! Biggy jestem. Jak będziesz potrzebował coś opchnąć, a nie będziesz wiedział gdzie, to przyjdź do mnie. Znajdę kupca i sprzedam, pobieram tylko dziesięć procent!
Wąsacz, palący papierosa, wstał i również podszedł przywitać się z Johnem.
- Siemańsko, Franny jestem. Kręcisz się trochę po mieście? Wyglądasz mi na kumatego... - wycedził Franny przez zęby, a Ticky znów się głupkowato zaśmiał.WSZYSCY
Chance pojawił się z około półgodzinnym opóźnieniem względem umówionego terminu. Miał na sobie jesionkę i melonik, ubrany był więc zupełnie inaczej, bardziej elegancko i dostojnie, niż wtedy kiedy widzieliście go po raz pierwszy. Niósł w rękach dwie duże walizki, jednak to nie one przykuwały uwagę. Tym z kolei było... coś, co za Chancem nieśli, a właściwie pchali i ciągnęli, robotnicy portowi: długie, ciężkie deski, starannie oznaczone kredą. Niektóre pachniały jeszcze świeżo ściętym drewnem.
- Materiał na skrzynię! - powiedział z dumą, kiedy podszedł bliżej was. - Skrzynię transportową, znaczy się. Na giganteusa. Jak go już znajdziemy!Wchodzicie na pokład. Ciężar waszych zmartwień musicie zostawić na brzegu. Jak przekroczycie ten próg, nie będzie już odwrotu. Przed wami Ocean Spokojny, a za nim Syberia i wszystko, co może się tam wydarzyć.
Fala odbija się od burty, gdy po ostatnim gwizdku trap zostaje podniesiony. Statek z wolna odsuwa się od nabrzeża, a widok chłodnego San Francisco topnieje we mgle, niczym nierzeczywisty sen. Za sobą zostawiacie sznur kontenerów, krzyki portowców i stukot łańcuchów w porcie. Teraz przed wami już tylko Pacyfik.
Po kilku godzinach na otwartym morzu, gdy horyzont zlał się już z niebem, Chance zaprasza was do swojej kajuty. Jego kabina jest duszna, pełna papierów i przedmiotów, które wydają się mieć swoje życie: mapy, plany, próbki ziemi w słoikach, fotografia niedźwiedzia polarnego przypięta do drzwi, uschnięty storczyk w puszce po herbacie. Na stole leży ogromna broń myśliwska, z lufą grubości przedramienia, oparta na troczkach jak na ołtarzu. Obok niej – ampułki i strzykawki, starannie oznaczone, a także kilka arkuszy z tabelami i wzorami chemicznymi.
- Środek usypiający! - wyjaśnia profesor z dumą. - Tylko jeden strzał, precyzyjnie obliczony na osobnika o masie trzech i pół tony. Mniej może nie wystarczyć, więcej – serce nie wytrzyma.
Kiwa się na krześle, które wydaje protestujący jęk, po czym sięga pod stół i wyciąga zniszczoną, skórzaną teczkę. Rozkłada przed wami z teatralnym rozmachem dokumenty. Każdy z was dostaje paszport australijski, sfatygowany, ale kompletny. W środku wbita wiza ZSRR, ze stemplami konsulatu w Sydney. Do tego dołączony dokument w języku rosyjskim i angielskim, opatrzony pieczęciami instytucji, której nikt nie zna – rzekoma zgoda na „prowadzenie obserwacji tundrowej fauny dla celów porównawczych, w imieniu Muzeum Zoologicznego Uniwersytetu w Melbourne”.- Nie powinni nas zatrzymać. A przynajmniej nie od razu... - rzuca Chance, po czym dodaje z dumą: - Niektóre z tych pieczątek robiłem sam! Własnoręcznie! Co prawda trochę rozlała mi się tu fioletowa farba, ale nadrabiają kompozycją!
Profesor zdejmuje okulary, przeciera oczy i opiera się o ścianę. Wy patrzycie najpierw na dokumenty, potem po sobie, z wyrazem pewnego powątpiewania… Chance wyciąga z teczki wyrwany fragment czarno-białej fotografii, blady i wyblakły. Przedstawia jakiegoś Azjatę w mundurze, z twarzą smagłą i oczami patrzącymi gdzieś w dal.
- To Kazuo Nakamura. W trakcie wojny rosyjsko-japońskiej został wzięty do niewoli i zesłany na Syberię. Tam… widział coś, o czym później nie chciał nigdzie powiedzieć. Przekazy, które zdołałem odnaleźć, mówią o stworzeniach, które „nie istnieją od dziesiątek tysięcy lat”. Zapewne widział giganteusy, w każdym razie… musimy to zbadać. To kolejny trop, który bardzo może nam pomóc. Syberia jest ogromna, przeszukiwanie całej zajęłoby nam długie lata. Spróbujemy go odnaleźć i wypytać, może chociaż w lokalizacji nam pomoże... Wiem, że po jakimś czasie wrócił do Japonii i zamieszkał w Jokohamie, tam ślady się urywają. Znajdziemy go, a wraz z nim – klucz do naszej wyprawy!
Zatem wszystko jasne. Statek, którym podróżujecie, nie płynie na Syberię. Płynie do Jokohamy. Wasza wyprawa w rzeczywistości rozpocznie się właśnie tam. "Czwórka" wydaje się tu wyraźnie nudzić, widać że nie obchodzi ich to, co Chance mówi. Dla nich sprawa jest prosta - robią to, za co im płacą. Inne rzeczy ich nie obchodzą.
- A czy ktoś tu właściwie zna japoński? - zapytał w końcu rozsądnie Samuel, który w swoim notesie zapisywał każdą uwagę profesora. Większość odruchowo spojrzała na Rena (@elvis), który z jakiegoś powodu wyglądał jakby właśnie poraził go prąd.
No dobrze, a nocleg? Wyżywienie? Mapy? Przewodnik? Cokolwiek? - odezwała się przytomnie Rosa swoim dziwnym akcentem. Chance wydawał się być w lekkim szoku, szybko jednak się otrząsnął, a na jego twarzy zagościł nerwowy uśmiech.
- Oj no, nie zdążyłem się tym zająć, no... Ale dajcie spokój, poradzimy sobie! - rzucił i machnął ręką. - To przecież Japonia - kraj wybitnej organizacji i harmonii. Wszystko się znajdzie, prawda?
Wszyscy spojrzeli po sobie. Beztroska profesora Chance'a była wręcz porażająca.
- Ach, byłbym zapomniał - profesor zaśmiał się cicho i sięgnął do swojej walizki. - Trochę środków na pokrycie kosztów podróży. Nie jest tego dużo, ale przyda się. W Japonii można je normalnie wymienić na ichniejszą walutę. W Rosji... no cóż, będzie trzeba sobie radzić.
Każdemu z was Chance wręczył po 300$.KONIEC PROLOGU
-
Eleonora weszła na statek. Morskie powietrze, lekko chwiejące się podłoże pod jej nogami, śpiew mew powietrzu... było tu bardzo, bardzo przyjemnie. Cieszyła się. Zostawiała za sobą biedę ,nędze i bezrobocie, a ruszała ku czemuś... no cóż, miała nadzieję, że lepszemu. Na pewno nowemu i niespodziewanemu.
Spotkanie z profesorem
- Hm, czyli Japonia, tak? To nieco... niespodziewane - przyznała nieco zaskoczona - A co do japońskiego, to studiowałam go na uniwersytecie. Jestem biegła w kulturze, historii i mentalności japońskiej. Myślę, że moja wiedza o kraju i jego języku może nam się bardzo przydać. Ale oczywiscie, Ren-san, jako natywny speaker także może nam się bardzo przydać - kiwnęła głową z szacunkiem w stronę Japończyka.
-
Walter po wejściu na statek poczuł się fatalnie ewidentnie woli twardy grunt pod nogami.
Zapowiada się ciężka podróż - pomyślał oglądając oddalający się brzeg na którym zostało wszystko co znane i stabilne.W kajucie profesora
Inżynier z uwagą wsłuchiwał się w szczegóły planu działania ekspedycji, z każdym kolejnym punktem wyprawy zyskiwał coraz większą pewność o absurdalności tego przedsięwzięcia.Czyli profesorek chce żebyśmy złapali Towarzysza Yeticzenko żywcem, dość ambitny plan muszę przyznać, ale jak najbardziej wykonalny. - po tej myśli na twarzy Waltera zagościł mały uśmieszek, ale zniknął kiedy tylko zobaczył, że od teraz nazywa się William Evans.
-Na razie odpuszczę sobie narzekanie, ale muszę później zapytać Rena czy w ogóle jest sens udawać, że to oficjalny dokument - pomyślał spoglądając na Japończyka.
Po usłyszeniu ostatniego zdania i otrzymaniu 300 dolarów Walter uznał że zajmie się czymś przyjemniejszym niż zamartwianie się beztroską profesora.
-Panie Chance jeśli mógłbym to z ogromną przyjemnością sporządziłbym plan budowy skrzyni na giganteusa, ale do tego potrzebowałbym wymiarów tego stworzenia a przynajmniej w przybliżeniu. Sądzę, że lepiej zrobić to teraz i potem na szybko nanieść ewentualne poprawki niż zaczynać od zera kiedy będziemy na mroźnej Syberii. A także chciałbym zapytać na jak długo środek uśpi giganteusa - Po otrzymaniu tych informacji Walter uda się do swojej kajuty gdzie rozpocznie pracę nad rysunkiem technicznym skrzyni. -

SS „Providance”, wody zachodniego Pacyfiku
Michael Dundee, łowca krokodyli z australijskiego buszu, schował swój paszport oraz trzysta dolarów w gotówce do wewnętrznej kieszeni kurtki, w milczeniu przysłuchując się wyjaśnieniom profesora Chance. Skrzętnie śledząc rozmowę w kabinie uczonego, sam nie zabierał głosu, chociaż w jego myślach pojawiało się wiele pytań.
Środek usypiający o restrykcyjnych ograniczeniach, prowizoryczna skrzynia na śnieżnego człowieka, sprawiający wrażenie całkowitej improwizacji plan zaprowiantowania ekspedycji w Jokohamie - wszystko to składało się na bardzo niepokojący obraz wyprawy zaplanowanej przez człowieka nie mającego żadnego doświadczenia w takich sprawach. To wszystko oraz dobór członków ekspedycji.
Michael spojrzał kątem oka na czterech oprychów przestępujących ze znudzeniem z nogi na nogę i gapiących się obleśnie na uczestniczące w przedsięwzięciu profesora kobiety. Nie potrafił dojść do odpowiedzi na pytanie, po co ci ludzie dołączyli do uczonego i jaki pożytek mogli wnieść do pracy, ale nie zamierzał pozostawać w niewiedzy zbyt długo.
Kiedy spotkanie dobiegło końca i jego uczestnicy opuścili kajutę profesora, Michael pozostał w środku, zamykając drzwi i opierając się o nie plecami. Chance początkowo nawet nie zdawał sobie sprawy z jego obecności, porządkując z ożywieniem stertę pogniecionych papierów.
Odwrócił się w stronę myśliwego dopiero wtedy, kiedy ten chrząknął znacząco i stuknął jednocześnie kostkami dłoni w ścianę.
- Panie Chance, chciałbym poprosić na słówko - powiedział Dundee podchodząc bliżej profesora - Mam wiele pytań, lecz najpierw chciałbym poznać pańską opinię o tych czterech dżentelmenach z pałkami. Jaką rolę mają pełnić w tej ekspedycji, bo sprawiają wrażenie osób bez specjalistycznej wiedzy. I jeśli słusznie podejrzewam, że mają służyć jako ochrona, kto będzie nad nimi sprawował bezpośredni nadzór w głuszy?
-

Z otrzymanych dokumentów wynikało, że Violet przyjdzie się podawać za Coral Suann, co uznała za dość przewrotne nawiązanie do jej prawdziwej tożsamości bądź zabawny zbieg okoliczności. Według dokumentów była studentką biologii, która ze względu na wyróżniające się wyniki w nauce otrzymała zaszczyt dołączenia do wyprawy badawczej. Cóż, pozostawało jej mieć nadzieję, że nie trafi zbyt szybko na rozmówcę o wiedzy w tej dziedzinie wykraczającej ponad kompletne podstawy.
Violet czuła się na statku jak ryba w wodzie. Wszędzie jej było pełno i niemal bez ustanku słychać było jej głos lub śmiech. Doskonale orientowała się w życiu toczącym się na pokładzie i pod nim. Dlatego właśnie wybrała moment, kiedy Walter przebywał sam w kajucie, pracując nad planami skrzyni. Ściskając pod pachą pakunek wyniesiony z rodzinnego sklepu, weszła do środka i starannie zamknąwszy za sobą drzwi, pokazała inżynierowi tajemnicze urządzenie.
- Nauczy mnie pan to obsługiwać? - spytała konspiracyjnie, wskazując na narzędzie, w którym Walter rozpoznał szlifierkę rotacyjną.
Tylko niech pan nic nie mówi tacie - chciała dodać, ale uświadomiła sobie, że rodzina została na lądzie i chwilowo, albo i na dobre, znajduje się poza zasięgiem gniewu swojego rodziciela. -
-Emm oczywiście jeśli chcesz to mogę ci pokazać jak się tego używa.
Powiedział nieco zdezorientowany Walter.
Powiedz mi tylko dlaczego chcesz się tego nauczyć interesujesz się budownictwem lub inżynierią? - dodał z lekkim uśmiechem inżynier, któremu przypomniało się jak sam w dzieciństwie przychodził do starego robotnika o imieniu Boris z narzędziami których nie rozumiał.Nie ma co czekać, opowiesz mi podczas nauki ruszajmy poszukać jakiejś rdzy na której będziesz mogła poćwiczyć
Walter z radością opuścił kajutę, jego szczęcie było wywołane oczywiście możliwością podzielenia się swoją pasją, ale także oderwania się od rysunku skrzyni który nie szedł dziś najlepiej.
Może i ci panowie z baru byli ignorantami ale poczucie humoru mieli przednie, Yeticzenko genialne. O Chyba teraz jest dobry moment na prezent - pomyślał Walter po czym szybko wyjął małe zawiniątko z plecaka którym był aparat.Po znalezieniu rdzy Walter najpierw wytłumaczył jak poprawnie chwytać i obsługiwać szlifierkę a potem dał Violet działać. Na początku przyglądał się i odpowiadał na wszystkie pytania, lecz kiedy dziewczyna złapała trochę wprawy i bardziej skupiła się na usuwaniu rdzy to inżynier szybko chwycił aparat i głośniej powiedział -Całkiem dobrze ci idzie.
Gdy Violet zwróciła się w stronę Waltera zamiast ujrzeć jego twarzy zobaczyła błysk lampy aparatu.
-Pamiętasz swój pomysł z uchwyceniem yeti panienko? - powiedział Walter z radością w głosie po uchwyceniu zdziwienia dzieczyny.
Teraz możesz udokumentować cała podróż. Proszę ten aparat jest dla ciebie @agnes -
Violet, rumieniąc się nieco, wyjaśniła, że zdarzało jej się pomagać nieco ojcu w drobnych naprawach w sklepie i przez pomyłkę zamiast drugiej torby z ubraniami chwyciła najwidoczniej torbę taty. Na szczęście Walter nie drążył tematu, skupiony na pokazywaniu jej, jak działa narzędzie. Dziewczynę również nauka pochłonęła tak bardzo, że oderwał ją od niej dopiero jasny błysk. Z zaskoczeniem spojrzała... prosto w obiektyw aparatu. Gdy Walter podał jej urządzenie, popatrzyła na niego z niedowierzaniem błyszczącymi z zachwytu oczami.
- Dla mnie? - spytała niemal bezgłośnie. Gdy potwierdził, wykrzyknęła:
- Oh, dziękuję, Panu!
I objęła zdumionego mężczyznę. @cygan
-
-Nie ma za co, cieszę się, że ci się podoba - odpowiedział nieco zdezorientowany mężczyzna.
-Miło było pouczyć kogoś swojego fachu, szczególnie kogoś tak zdolnego jak ty. Jeśli miałabyś ochotę to mogę nauczyć cię więcej o technologii. Zastanów się nad tym i daj mi znać - Zaproponował inżynier, było po nim widać, że dawno tak miło nie spędził popołudnia. @agnesPo zakończonej rozmowie Walter wrócił do pokoju, w którym zastał Rena.
-Hej Ren, mówiłeś, że jesteś adwokatem prawda. Więc czy mógłbyś proszę sprawdzić mój paszport pod względem realności bo nie ukrywam, że budzi on we mnie pewne obawy. - Zapytał Murdock z nadzieją na rozwiązanie chociaż jednego problemu tej ekspedycji.
-A także, jeśli to nie problem oczywiście to chciałbym żebyś sprawdził paszporty Violet i Johna. To bardzo interesujące osoby, zrobili na mnie naprawdę dobre wrażenie z resztą jak ty oczywiście. - dodał Walter z uśmiechem który na sto procent nie był sztuczny. @elvis -
Port
Ren czekając na start rejsu wyczekiwał z ekscytacją na resztę swoich towarzyszy i oczywiście na profesora. Przyglądał się jednocześnie czwórce obecnych razem z nich mężczyzn, których twarze były nieskalane myślą i zastanawiał się, czy oni również są częścią ekspedycji. Po chwili zaczęła zbierać reszta załogi, w tym, znajome twarze z Walterem na czele. Watanabe wymienił kilka zdań z inżynierem, lecz za chwilę na miejsce zbiórki przybył organizator całej wyprawy.SS Providence
Po wejściu na pokład Japończyk był przepełniony pozytywnymi emocjami związanymi z tą, jakże intrygująca, eskapadą. Po wezwaniu do kajuty, Ren otrzymał fałszywy paszport, w który szybko zerknął. Widniało w nim imię i nazwisko Matthew Rowles. Zaraz po tym Chance podał informację o miejsca docelowego statku, którym była Jokohama, czyli Japonia. Adwokat w tamtym momencie zamarł. Przeszywała go niepewność i częściowo strach. Mimo, że jest rodowitym Japończykiem to okoliczności opuszczenia kraju powodowały u niego lęk przed powrotem i konsekwencjami z tym związanymi. Jednocześnie wiedział też, że będzie musiał zachować chłodną głowę, jako że zna duża część kraju jak własną kieszeń i wie więcej o tamtych terenach, ludziach, i kulturze od całej reszty załogi, a w samej Jokohamie był kilkukrotnie. Gdy znalazł się już w kajucie to ochłonął, i zaczął rozmyślać jak powinien spożytkować czas na statku. Uznał zaistniałą sytuację jako idealny moment aby przeczytać książkę o technikach manipulacji i podszlifowanie swoich umiejętności szkicowniczych. Zakwaterowanie przypadło do gustu dla Watanabe, ponieważ znalazł się w pokoju z Murdockiem, z którym wiedział, że może przeprowadzić rozmowę na poziomie, i dwójką nieznanych mężczyzn. Ren przechadzając się po statku wspominał czasy gdy ze zmarłym ojcem wyruszał w podróże statkiem i podczas takich rejsów czuł się jak przysłowiowa ,,ryba w wodzie". Mimo to nie opuszczały go myśli o swoich dawnych porachunkach i o niebezpieczeństwie jakie go może spotkać na miejscu. Po powrocie do pokoju miał zamiar wrócić do rysowania, ale Walter zwrócił się do niego z prośbą o zweryfikowanie jakości fałszywych dokumentów. -Och, oczywiście, zajmę się tym tylko zajmie mi to chwilę i najpierw zbiorę paszporty od Violet i Johna. @cyganRen ruszył błyskawicznie w głąb statku szukając wspomnianej dwójki najpierw zebrał fałszywkę od rudowłosej, a następnie natrafił na trapera. -Witaj, John! Mógłbym pożyczyć twój paszport? Chce zweryfikować jego jakość. Ach, i słyszałem, że mówisz po rosyjsku, tak? Może chciałbyś nauczyć mnie podstaw? Na pewno przyda mi się w późniejszej części naszego wojażu. @ketharian
-
Chance był dość zdumiony dalszą obecnością Johna w kajucie, kiedy ten się do niego odezwał po odejściu wszystkich. Już zaczynał grzebać w swoich notatkach, kiedy słowa trapera wywołały u niego efekt jakby gwałtownego wybudzenia ze snu, przed którym człowiek próbuje się bronić. Profesor podskoczył na swoim krześle i wydał z siebie głośny dźwięk, a okulary przekrzywiły mu się na nosie.
-Emm, co? A tak, tak, oczywiście... Czy może pan powtórzyć? - zapytał, kiedy wreszcie uzmysłowił sobie co się dzieje i poprawił swoje okulary. - Ach, ci panowie! - odpowiedział profesor z uśmiechem po dłuższej chwili, kiedy dotarło do niego o co John się właśnie spytał. - No cóż, zgłosili się, to ich przyjąłem, tak jak was. Każda para rąk i nóg nam się przyda... - Chance wyglądał na kompletnie zbitego z tropu. Myślał gorączkowo, gładząc się po brodzie, z której łupież zlatywał na jego koszulę. - Myślę, że... hmmm, nie wiem. Nie mam pojęcia. Ale właściwie... jakie to ma znaczenie?
Pytania o Japonię również zdawały się zaskoczyć profesora. Zupełnie, jakby wcześniej nie zastanawiał się nad tym choćby przez chwilę i potrzebował chwilę przerwy na zastanowienie w formie mruczenia pod nosem i mówienia monosylabami, zanim jego mózg wytworzył logiczne połączenia między dźwiękami, które mógł wysłać do aparatu mowy.
-Nie mam pojęcia, szczerze mówiąc. Szukamy pana Nakamury, przecież... wystarczy rozpytać się po okolicy, prawda? Sąsiedzi na pewno o nim słyszeli!
@ketharian -

SS „Providance”, wody zachodniego Pacyfiku
Usłyszane w kajucie odpowiedzi wprawiły Johna w głęboki, chociaż starannie skrywany niepokój, traper miał bowiem nieznośne przeczucie, że czterej grubiańscy Kalifornijczycy prędzej czy później przysporzą ekspedycji kłopotów, a w dziczy nawet pomniejsze kłopoty mogły przynieść katastrofalne skutki. Profesor Chance już w trakcie swojego występu w klubie sprawiał wrażenie niezwykle ekscentrycznego i oderwanego od rzeczywistości, ale Carter musiał przyznać przed samym sobą, że uczony i tak zdołał wcześniej uśpić jego czujność.
Brak przygotowania organizatora do wyprawy zaczynał myśliwego przerażać.
Podziękowawszy profesorowi za rozmowę John wyszedł na pokład, stanął przy relingu próbując objąć rozumem bezkres oceanu. „Providence” rozcinał fale niczym żelazny taran, wykreślał w nich spieniony kilwater. Monotonny łoskot silników frachtowca otulał zmysły Cartera, wypełniał swoim kojącym brzmieniem jego pełen nowych trosk umysł.
Trzy tygodnie morskiej podróży, w trakcie których John mógł jedynie odpoczywać i zacieśniać więzi z towarzyszami podróży, w głowie przygotowując się na katastrofalne fiasko operacji logistycznej w Japonii.
Gdzieś z góry dobiegł go śmiech Violet Shane, bez wątpienia przebywającej na wyższym pokładzie - a gdzie była Violet, tam najpewniej był również Walter. Pocierając podbródek w wyrazie zamyślenia Carter poszukał wzrokiem najbliższych schodków wiodących w górę nadbudówki.
Musiał znacznie lepiej poznać ludzi, z którymi związała go jedna - być może zbyt pochopna - decyzja podjęta w klubie w San Francisco.
-
Czas na statku płynął powoli, po ukończeniu projektu skrzyni Walter tylko czytał książkę, palił papierosy i czasem gotował jakąś świeżą rybę. W normalnych warunkach nie pozostałby nic innego jak tylko cieszyć się rejsem, ale sytuacji, w której znalazł się inżynier daleko było do normalnej. Poszukiwania kontaktu profesora w Japonii wydawało się banalne w porównaniu z tym, co czekało na Syberii, myśl o samym wystawieniu się na mróz tam panujący przerażała Murodocka a co dopiero przedzierania się przez śnieg. Na szczęście Walter posiadał wiedzę dzięki której mógł ochronić całą ekspedycję przed tym okropnym przeżyciem, nie czekając ruszył do swojej kajuty, otworzył książkę na dziale o gąsienicach i zaczął rysować.
Następnego dnia po skończeniu wstępnego szkicu Walter udał się do mężczyzny, który od początku rejsu chodził ze skwaszoną miną.
-Hej John, zauważyłem, że podobnie jak ja przejmujesz się powodzeniem tej ekspedycji, odkąd profesor pokazał brak większego przygotowania. - kiedy inżynier wyczuł, że zainteresował trapera wyciągnął swój szkic

-Przepraszam za niedokładność, ale chciałem jak najszybciej się tym z tobą podzielić. Ta maszyna jest w stanie zapewnić nam ciepło, bezpieczeństwo, a także komfort. Wyobraź sobie tylko szalejącą śnieżyce, podczas której cały nasz zespół wygodnie siedzi w ciepłym aucie i sunie prosto do celu. - Walter zachwalał swój pomysł bez ukrywania ekscytacji wywołanej tworzeniem.-Ale dobrze dość chwalenia zalet przejdźmy do konkretów. Trud wykonania tego projektu głównie polega na zdobyciu funduszy. Jeśli Chance nie ma pieniędzy, to możemy zrobić zrzutkę, pięćdziesiąt dolarów od każdego uczestnika ekspedycji. Wydaje mi się, że to rozsądna cena za tak luksusową podroż przez Syberię - Walter z każdym zdaniem mówił szybciej i coraz bardziej gestykulował.
Będziemy potrzebować przodu samochodu, silnika, płóz, narzędzi, gąsienic oraz masy śrub i innych mniejszych elementów do umocnienia konstrukcji. Myślę, że kupno tych części w Japonii nie będzie problemem, może z wyjątkiem gąsienic, ale te możemy spróbować wykonać podczas rejsu na Syberię. Tym czego jeszcze potrzebuje jesteś ty, wykonanie przełomowego wynalazku wymaga kilku osób skupionych na tym samym problemie. Ja mogę nauczyć cię podstaw mechaniki, korzystając z nich i swojej wiedzy o naturze będziesz w stanie dodać coś na co ja bym nie wpadł. - po tych słowach inżynier w końcu zwolnił, uświadamiając sobie, że brzmi jak Chance podczas wykładu w barze a jedynym różniącym ich elementem są zainteresowania.
Więc czy pomożesz mi ulepszyć ten pojazd i dopilnować budowy, jeśli do niej dojdzie? Pomoc osoby tak czujnej i opanowanej jak ty byłaby nieocenionym wsparciem. - zakończył już bardziej opanowanym tonem. @ketharian
-

SS „Providance”, wody zachodniego Pacyfiku
John odłożył z wrażenia świeżo nabitą tytoniem fajkę, spojrzał na podsunięte mu rysunki techniczne z miną człowieka, który próbuje czytać średniowieczny łaciński rękopis. Naniesione pewną ręką Waltera szkice wydawały się emanować profesjonalną wiedzą, ale traper nie posiadał żadnej wiedzy, którą mógłby skonfrontować ze śmiałą propozycją kompana.
- To bezsprzecznie doskonały pomysł - odpowiedział z wyraźną ostrożnością w głowie - Ale ja się na takich instrukcjach zupełnie nie znam. To nie jest budowa parowej płuczki do złota ani piły w tartaku, przyjacielu. Nie mam pojęcia, z czego się składa samochód, a chyba wystarczy pominąć jedną jego część, żeby nie ruszył z miejsca, prawda?
Traper przyłożył palec do rysunku wygładzając papier i zastanawiając się nad czymś intensywnie.
- Nie wiem, ile będzie kosztowało kupno takiego pojazdu. A profesor w ogóle mówił jak długo zamierza zatrzymać się w Jokohamie? Już same poszukiwania tego świadka mogą nam zająć cały czas pobytu w mieście. Jakby nie było, wspomogę cię na tyle, na ile zdołam, jeśli profesor wyrazi zgodę na pokrycie kosztów. A teraz wybacz, ale jestem umówiony z panem Renem na lekcję japońskiego, on przywiązuje ogromną wagę do punktualności.

-
Rejs oczami Waltera Murdock
Od wypłynięcia statku odczuwam chorobę morską. W pierwszym tygodniu ledwo zauważyłem, że coś mi dolega miałem tylko zawroty głowy nic więcej. Wtedy był mój najefektywniejszy czas, wymyśliłem pojazd, zacząłem szkolić moich asystentów Violet i Johna, i sam poszerzyłem swoją wiedzę dzięki książce zakupionej w San Francisco.
Drugi tydzień. Choroba się nasila, wstaję z uczuciem rozsadzania głowy i cały dzień nie mogę się skupić. Pomimo trudności dalej uczę mechaniki tylko krócej, zależy mi na tym, bo nauka tych ludzi sprawia mi radość. Żeby zająć sobie resztę dnia zacząłem gotować świeże ryby na różne sposoby. Do tego zajęcia szybko przyłączył się John, który chciał się tego nauczyć.
Trzeci tydzień. O poranku jestem praktycznie niezdolny do funkcjonowania, wymiotuję codziennie i wszystko mnie irytuje. Przestałem uczyć mechaniki i gotować, większość dnia spędzam w kajucie, staram się wykorzystywać ten czas na myślenie o tym, jak ulepszyć projekt i skąd wziąć na niego fundusze. Jak do tej pory zbiórka wydaje mi się najlepszym rozwiązaniem.
Jedynym okresem, kiedy jestem aktywny jest noc. Siadam wtedy na dziobie statku i słucham Johna przekazującego mi wiedzę na temat nawigacji i przetrwania.Z tego rejsu najbardziej w pamięć zapadły mi trzy momenty. Ucieszona mina Violet po otrzymaniu aparatu, zaskoczenie Johna po zobaczeniu projektu pierwszy raz i moja własna radość podczas tworzenia rysunku pojazdu.
-

SS „Providance”, wody zachodniego Pacyfiku
John był człowiekiem lądu, ale zahartowany wcześniejszą morską podróżą do San Francisco, nie odczuł niedogodności trzytygodniowego rejsu równie silnie, co jego niektórzy towarzysze. Lękał się na początku pozornie nieuchronnej monotonii, na szczęście bezpodstawnie. Walter, do którego myśliwy czuł coraz większą sympatię, skutecznie odciągał uwagę Johna od wrażenia znudzenia, z godnym uznania zapałem próbując wdrażać Alaskańczyka w podstawy zupełnie mu obcej mechaniki. Wyzwanie to okazało się równie absorbujące, co niosące ze sobą przyjemność obcowania z panną, najbardziej uroczą ze wszystkich młodych kobiet, jakie John do tej chwili miał okazję poznać.
Lecz myśliwy nie zamierzał poprzestać wyłącznie na nauce. Konsekwentnie obserwował zarówno profesora jak i resztę członków wyprawy, analizując ich słabe i mocne punkty i rozważając przydatność w srogiej syberyjskiej rzeczywistości.
W przypadku czterech pałkarzy szybko okazało się, że pierwsze wrażenie go nie zwiodło. Jak słusznie zakładał, byli gruboskórnymi zbirami robiącymi wokół siebie dużo agresywnego hałasu. Pozostawieni samym sobie w lesie, szybko rzuciliby się sobie nawzajem do gardeł i John nie zamierzał okazywać im nawet centa zaufania. Milkliwy pan Watanabe stronił od błahych rozmów, przejawiając iście japońską powściągliwość w relacjach i ograniczając się do dawania chętnym lekcji językowych w temacie ojczystego kraju. John szczerze wstydził się tego, że w oczach Watanabe wyszedł na tępego nieuka, ale pochwycony w kleszcze hiragany, katakany, kanji, wymowy słów oraz zasad mowy ciała poległ sromotnie i tylko duma własna nie pozwoliła mu porzucić tych traumatycznych zajęć.
Obserwując resztę towarzyszy najczęściej kierował swoje myśli ku Eleonorze Croft. John nie potrafił rozgryźć tej kobiety, w czym wcale mu nie pomagała skąpa znajomość kobiet jako takich. Eleonora tylko nominalnie przynależała do drużyny profesora, w rzeczywistości stroniąc od wszelkich kontaktów w sposób wręcz bijący po oczach. Nie próbowała nawiązywać z nikim bliższych relacji, nie okazywała żadnego zainteresowania przygotowaniami do dalszych etapów wyprawy, znikała gdzieś na całe dnie umykając z pola widzenia Johna. Jeśli grała w jakąś grę, z pewnością nie była nią gra towarzyska, co coraz częściej zapalało w głowie myśliwego czerwone lampki. Nie raz i nie dwa łapał się na podejrzeniu, że pani Croft perfidnie wykorzystała nabór naukowca, aby dostać się za jego pieniądze w sobie tylko znanym celu do Japonii.
I coraz częściej zastanawiał się, czy Eleonora Croft nie zniknie z planszy profesora natychmiast po zejściu na ląd w Jokohamie, niczym pozorny pionek, który zrobił w konia figurę króla w grze.
Kiedy więc statek dotarł po trzech tygodniach do wybrzeża Japonii, John Carter jął bacznie pilnować swojego dobytku i pieniędzy - jeśli bowiem pani Eleonora zamierzała się naprawdę wymiksować z wyprawy, myśliwy nie chciał ryzykować, że jego majątek zniknie wraz z nią.
-
Teraz obecność Violet na statku dało się dostrzec nie tylko po jej głosie i śmiechu, ale również po błyszczących, pozbawionych rdzy fragmentach metalu w pobliżu jej kajuty. Dalej z pomocą Waltera zgłębiała mechanikę, choć prawdę mówiąc, niewiele rozumiała z jego złożonego projektu. Zdaje się jednak, że jej wnikliwość i ciekawość poprowadziły ją do zadania paru pytań, które zainspirowały inżyniera do dokonania drobnych ulepszeń w projekcie.
Najbardziej ciekawiły ją jednak opowiadane pod rozgwieżdżonym niebem historie Johna o zwierzętach i zagrożeniach, które można napotkać w syberyjskiej tajdze. Słuchając opowieści, chłonęła sposoby radzenia sobie w dziczy i wskazówki dotyczące bezpieczeństwa. A przed zaśnięciem wyobrażała sobie czekające na nich przygody.
Uczęszczała również na lekcje japońskiego, ale te szły jej wyjątkowo topornie. Przekręcała słowa, a spokój - tak charakterystyczny dla manier Japończyków - zdecydowanie nie leżał w jej naturze. Z wielkim trudem zapamiętała, jak poprawnie się przywitać. Mimo to z niecierpliwością i ekscytują wypatrywała pojawienia się na horyzoncie nieznanego lądu.
-
Analiza fałszywych paszportów wykonana przez Rena wykazała, że są wykonane poprawnie i pierwszy lepszy funkcjonariusz nie wykrył by tego, że są porobione, natomiast bardziej ,,kumaty" osobnik mógłby mieć wątpliwości między innymi do pieczęci nieznanej instytucji.
Ren podzielił się tą informacją z trójką osób, których paszporty zweryfikował, począwszy od Johna, z którym wzajemnie udzielali sobie lekcji językowych. Nauka rosyjskiego przychodziła Japończykowi z łatwością, czego nie można było powiedzieć o Johnie i jego próbach nauki podstaw japońskiego. Ren jednak miał świadomość, że opanowanie chociażby podstaw jego rodzimego języka wymaga poświęcenia sporej ilości czasu. Poza traperem, również Violet uczęszczała na lekcję językowe do adwokata.
W trakcie rejsu umiejętności rysunkowe Rena wzbiły się na inny poziom, a po za tym przestudiował całą książkę o technikach manipulacyjnych. Większość podróży statkiem Watanabe spędził w ciszy, co było sprzeczne z jego naturą, zagłębiony w swoich myślach o potencjalnym zagrożeniu czekającym na niego w kraju, natomiast na zakończeniu rejsu czuł się odrobinę lepiej i zaprzątał sobie głowę negatywnymi myślami o wiele rzadziej.
-
Jokohama
Pewnego dnia o świcie budzi was wszystkich głośny dźwięk trąbki sygnalizującej, że statek dobija do portu w Jokohamie po blisko trzech tygodniach podróży przez Ocean Spokojny. Jeszcze zanim trap opada na nabrzeże, czujecie że powietrze tutaj jest zupełnie inne, niż w Kalifornii, jakby cięższe, wilgotniejsze, gęste od zapachu ryb, morskiej soli, węgla drzewnego i czegoś słodkiego, trudnego do zidentyfikowania, trochę jakby kadzideł lub herbaty. Pokład drży lekko podczas cumowania, liny napinają się z głuchym trzeszczeniem, a przed wami powoli wyłania się pierwsze spojrzenie na Jokohamę - bramę do Cesarstwa Japonii.
Miasto wygląda inaczej, niż wszystko to, co znacie z San Francisco. Już sam port sprawia wrażenie miejsca zawieszonego pomiędzy epokami. Obok nowoczesnych magazynów i betonowych budynków w zachodnim stylu stoją stare, drewniane konstrukcje o ciemnych dachach z pagodami wygiętymi ku górze. W oddali ponad zabudową wyrasta sylwetka świątyni, częściowo skrytej we mgle. Mimo wczesnej godziny, nabrzeże tętni życiem. Robotnicy w granatowych i szarych strojach roboczych przeciągają skrzynie na drewnianych wózkach, tragarze biegną drobnymi krokami między stosami towarów, mężczyźni w mundurach portowych wydają krótkie, ostre komendy. Co chwilę słychać gwizdki, nawoływania i stukot drewnianych sandałów o mokre deski pomostów. Pomiędzy nimi wszystkimi przewijają się dzieci, uliczni handlarze i kobiety w kimonach, którzy wydają się kompletnie niewzruszeni obecnością zagranicznego statku.
Kiedy schodzicie po trapie, niemal natychmiast uderza was (no, może z wyjątkiem Rena...) uczucie obcości. Napisy nad magazynami, szyldy, oznaczenia portowe - wszystko zapisane jest pionowymi rzędami znaków, które, choć odebraliście od mecenasa Watanabe lekcję japońskiego, nadal wyglądają dla was bardziej jak ornamenty, niż język. Z każdej strony dobiegają szybkie i melodyjne rozmowy, z których większość z was nie potrafi wyodrębnić pojedynczych słów. Teraz zaczyna do was docierać jak daleko od domu tak naprawdę jesteście.
Chance ze swoim bagażem schodzi na nabrzeże pierwszy. Jeden ze strażników odzywa się do niego szybkim, urzędowym tonem, wskazując na coś ręką. Profesor zmarszczył brwi, ale za moment uśmiechnął się i wyciągnął z kieszeni dokumenty, które wręczył celnikowi.
-PASZ-PORT! AU-STRA-LIA! - oznajmia donośnie i powoli, zdecydowanie za głośno, za wolno i zbyt wyraźnie, jakby rozmawiał nie z człowiekiem nieznającym języka, którym się posługuje, ale z głuchym lub głupim. Kiedy celnik nie reaguje, profesor zaczyna rzucać przypadkowe słowa po niemiecku i francusku, jakby liczył, że to w czymś pomoże. Ale nie pomaga w niczym. W końcu jednak, zapewne uznając, że ma do czynienia z idiotą, macha ręką i pozwala mu przejść. Potem sprawdza kolejno każde z was.Gdy stoicie już razem przy jednej z bocznych uliczek odchodzących od portu, przez chwilę nikt nic nie mówi. Wokół przewijają się dziesiątki ludzi, pieszo lub na rikszach.
-Co teraz? - pyta w końcu Nate, wyraźnie podekscytowany, rozglądając się dookoła z błyskiem w oczach człowieka, który właśnie rozpoczyna największą przygodę swojego życia. Chance poprawia kapelusz i odchrząkuje.
-Moi drodzy! - zaczyna tonem, który zapewne w jego własnym mniemaniu brzmi uspokajająco. - Musimy znaleźć człowieka, który przyniósł światu najważniejsze świadectwo istnienia yeti! Japonia to tylko krótki przystanek, ale kluczowy! Jestem pewien, że gdzieś tutaj jest...
-No dobrze, ale... - odezwał się w końcu Sam, zerkając kątem oka na Reda, który właśnie mamrocze coś pod nosem do Biggy’ego, wskazując palcem przechodzącą Japonkę i zanosząc się śmiechem. - Jak mamy się z nim skontaktować? Jak znaleźć tutaj kogokolwiek? Nie wiemy nawet, gdzie dokładnie jesteśmy...
-To już detal! - ucina profesor, machając ręką. Rosa patrzy na niego przez chwilę w milczeniu.
-A mamy na niego chociaż jakieś namiary? - pyta się w końcu.
-Nie do końca... - odpowiada Chance, pogładziwszy swoją brodę. - Ale wiem, że pochodzi z Jokohamy i nazywa się Kazuo Nakamura. Na pewno znajdziemy jakiś ślad... - odpowiada i rozgląda się dookoła. Tłum płynie niczym rwąca rzeka, wszędzie dookoła krzyczące dzieci i uliczni sprzedawcy nawołujący klientów. Dla większości z was to inny, obcy świat i jesteście zdani wyłącznie na siebie, no i profesora... Chance sięga do swojej teczki.
-Ach, byłbym zapomniał! - oprócz zdjęcia Nakamury, które pokazywał wam wcześniej, wyciąga również plik kopert i rozdaje każdemu po jednej. - Dziś wieczorem jesteśmy zaproszeni na przyjęcie do pewnej pani antropolog z Francji, która zajmowała się w swoim czasie badaniem rdzennych ludów Syberii. Jej pomoc może się okazać nieoceniona. Tylko ładnie się ubierzcie! W stroje wieczorowe najlepiej.
Kiedy już rozdał każdemu z was po kopercie, chwycił zdjęcie i zaczął rozglądać się dookoła z wyrazem twarzy człowieka autentycznie przekonanego, że poszukiwany przez niego człowiek może po prostu przejść obok niego ulicą. Stoi tak przez kilka minut i bada przechodniów w ten sposób. Kiedy zaś jego dochodzenie nie przynosi rezultatów, zaczyna podchodzić do ludzi i wymachiwać im przed nosami zdjęciem z pytającym wyrazem twarzy.
-Nakamura? Syberia?
Ludzie reagują różnie. Jedni go ignorują, inni patrzą na niego jak na wariata. Jedna starsza kobieta niemal przyśpiesza kroku na jego widok.
-No to super... - podsumowuje z westchnięciem Sam. - Najwidoczniej absolutnie nie przygotował się do wyprawy. Do tego chyba już całkiem mu odbiło...
Chance, który właśnie rzucił wiązką wyjątkowo kreatywnych wyzwisk w stronę grupki młodzieńców, wraca do was z wyrazem twarzy sugerującym oburzenie.
-Ja nie mogę, ci ludzie nie znają żadnego ludzkiego języka... - wzdycha ciężko. - To co, ma ktoś jakiś pomysł?
-
Podczas schodzenia ze statku Walter poczuł ulgę, która niemal momentalnie zniknęła po tym, jak ujrzał zupełnie obce miasto. Jego oczy instynktownie zwróciły się ku Renowi, który w tamtej chwili był jedynym łącznikiem z nową kulturą i językiem.
Obserwując niezbyt przemyślane poczynania profesora i ewidentnie zawiedzioną nimi drużynę, w głowie inżyniera zapaliła się lampka.
Jeśli chcę zdobyć pieniądze na części, najpierw muszę zdobyć zaufanie tych ludzi, a profesor dostarcza mi idealną okazję do zaprezentowania się jako osoba odpowiedzialna, która w przeciwieństwie do niego planuje swoje akcje.
-Ren, musimy przejąć dowodzenie nad tą ekspedycją, liczę, że mnie wesprzesz - Walter szybko rzucił do Japończyka, po czym wyszedł na środek i zaczął mówić.
-Naszym pierwszym celem powinien być kantor, przyda nam się tutejsza waluta. Osobą, która powinna zająć się wymianą gotówki jest zdecydowanie Ren, urodził się w tym kraju, więc na pewno nie da się oszukać. Prawda? - Walter spojrzał na Rena oczekując przytaknięcia.
Dopiero po tym zająłbym się poszukiwaniem Kazuo, co zresztą nie powinno być trudne, skoro mamy ze sobą adwokata. Jestem przekonany, że zdobycie adresu Nakamury to zwykła formalność dla niego - po tym zdaniu inżynier wskazał na Rena oczekując aż ten zabierze głos. -
Eleonora – a właściwie Anna White, jak była znana pod swoim imieniem z paszportu – westchnęła w duchu, patrząc na profesora i jego, em… „starania”. Nie tak, wszystko nie tak, o mój Boże, kami-sama, Tasukete!
- Pan profesor pozwoli… - powiedziała grzecznie, ale stanowczo, po czym podeszła do niego i zręcznie mu zabrała zdjęcie poszukiwanego. Podeszła do pierwszej lepszej kobiety – dosyć wysokiej Japońki w kwiecistym kimonie – i przemówiła do niej po japońsku.
- Przepraszam panią? Dzień dobry, jestem Anna White, oddaję się w pańskie ręce. Szukamy tego człowieka. Może pani spojrzeć na jego zdjęcie? Nazywa się Nakamura Kazuo, mieszka w tym mieście. Hm… nie wie pani, jak można znaleźć kogoś w Japonii? Prywatny detektyw, jakiś urząd zbierający dane o populacji, może jakaś organizacja się tym zajmuje? Jak pani myśli, kogo moglibyśmy poprosić o pomoc w tym kraju? Przepraszam, jestem z Ameryki… - usprawiedliwiła się na sam koniec.
Hello! It looks like you're interested in this conversation, but you don't have an account yet.
Getting fed up of having to scroll through the same posts each visit? When you register for an account, you'll always come back to exactly where you were before, and choose to be notified of new replies (either via email, or push notification). You'll also be able to save bookmarks and upvote posts to show your appreciation to other community members.
With your input, this post could be even better 💗
Zarejestruj się Zaloguj się