Bastion 2521 - Przez wojenne ostępy
-
Stefan z trudem znosił narzucone tempo podróży, więcej niż raz o mało nie mdlejąc podczas marszu. Pomimo tego starał się nie tylko utrzymać tempo, ale także pomagać na tyle, na ile mógł przy opiece nad rannymi. Kiedy myślał nad tym później podczas postoju w wiosce doszedł do wniosku, że na nogach utrzymywało go tylko potężne wkurzenie, które odczuwał względem siebie za fuszerkę, którą odwalił na bagnie. Nie popisał się już tego dnia raz, więc nie miał zamiaru zrobić z siebie pośmiewiska po raz kolejny.
Pomaganie swojemu elfiemu towarzyszowi w opatrywaniu rannych nie pozwalało mu zapomnieć o tym, że musi okazać jakoś swoją wdzięczność swoim dwóm wybawicielom. Był im szczerze wdzięczny za pomoc, tylko że zmęczenie, które go ogarnęło, sukcesywnie uniemożliwiało mu w zasadzie wszelkie inne czynności poza maszerowaniem i skupieniem się na tyle przy opatrywaniu rannych, aby bardziej nie zaszkodzić niż pomóc.
Odpocznij i zajmij się tym jutro - były ostatnimi myślami jakie przeszły mu przez głowę zanim zasnął kamiennym snem tego wieczora, ciągle nosząc na sobie stare ubranie, jedynie odrobinę oskrobane z bagiennego bruku i kurzu gościńca, nie miał zamiaru brudzić zapasowego ubrania, jeśli nie miał możliwości porządnego umycia się wcześniej.Kiedy zbliżali się już powoli do bram miasta Stefan czujący się już znacznie lepiej przysłuchiwał się rozmowie Petry ze swoim imiennikiem i nie omieszkał dorzucić swoich pięciu groszy:
Panie sierżancie, a nie mają tam jakiś miejscowych zwyczajów albo praw, na które musielibyśmy uważać, żeby kogoś nie obrazić? Pytam bo podczas podróży na południe przekonałem się, że często co miasto - a czasem co wioska - to potrafi być zupełnie inny obyczaj. -
Miejsce : pn-wsch Hochland; północne pogórze; m. Breder; główny rynek; front ratusza
Czas : 2521.04.24; Aubentag; zmierzch
Warunki : ; na zewnątrz: dzień, pogodnie, powiew; ziąb (0)Duivel, postanowił zwiedzić ulice Breder. Po przejściu większości miasta znajdującego się na powierzchni, zaciekawił go zacieniony zaułek, który doprowadził go do niepozornej tawerny, czającej się pośród starych, drewnianych budynków na zboczu góry. Tawerna, znana jako „Żar Górnika”, emanowała niesamowitą aurą, a jego zwietrzała, poblakła fasada nosiła nieco już zniszczony czasem symbol kilofa i paleniska. W środku zapach tlących się kłód w palenisku przenikał przestrzeń, dym wił się jak macki ośmiornicy, a dysharmonijne dźwięki lutni barda wprowadzały niepokojącą melancholię. Wnętrze tawerny to świadectwo zapomnianej świetności, ozdobione reliktami minionej epoki i narzędziami górniczymi, które przypominały o podziemnym pochodzeniu Breder. Klienci tłoczyli się przy dużych, rozklekotanych stołach, a ich krzesła wyglądały na zużyte i zapadnięte. W tej słabo średnio oświetlonej komnacie miejscowi, handlarze i podróżnicy snuli opowieści przeróżnej treści.
Duivel, zasiadł przy małym wyblakłym stole przeznaczonym dla dwóch osób. Rozejrzał się po karczmie i gdy tylko zobaczył pracującego tu parobka, zawołał go. Gdy ten podszedł do elfa, spiczastouszy od razu złożył zamówienie
– Dwa kubki najlepszego piwa, jakie ta tawerna ma do zaoferowania – przemówił Duivel, a jego słowa płynęły jak łagodny strumień przez las. - I przynieś mi mięso z dziczyzny, świeżo złowione, upieczone do perfekcji. Proszę. Elf na koniec szczerze się uśmiechnął i lekko skinął głową.
Parobek odpowiedział tym samym gestem jakby przyjmując zamówienie, a jego oczy błyszczały z ciekawością na widok elfa. Z pełnym szacunku ukłonem odszedł, by wypełnić zachcianki swojego klienta.
Wrócił całkiem szybko z dwoma spienionymi kubkami i postawił oba na stole. Duivel prędko złapał za uchwyt kubka, wykonanego z doświadczeniem krasnoludzkich rzemieślników. Podniósł go do ust, a złocisty płyn spłynął mu kaskadą do gardła. Leśny elf następnie delektował się drugim kubkiem, nasłuchując ciekawszych opowieści innych klientów karczmy. Po dłuższej chwili parobek przyszedł z półmiskiem soczystej pieczonej dziczyzny, a zmysły Duivela wyostrzyły się, wchłaniając odurzający aromat lasu zmieszany z zapachem piwa. Z każdym kęsem uważnie słuchał toczących się wokół niego rozmów. Historie o nadchodzącej wojnie, utraconych skarbach i cieniach czających się w najgłębszych zakamarkach świata umilały mu posiłek.
Kiedy noc okryła Breder płaszczem, Duivel udał się do oberżysty uregulować rachunek i wynająć pokój na noc. Następnie udał się do swojej izby której drewniane ściany ozdobiono gobelinami przedstawiającymi cuda górniczego rzemiosła i różne heroiczne legendy. Łóżko, choć niezbyt bogate, zapewniało oazę wytchnienia, a koc położony schludnie na wierzchu miał zagwarantować miły i długi sen. W oddali ciche melodie lutni barda niosły się po korytarzach, śpiewając elfowi nieznajome i nieco fałszywe tony. Nuty wirowały wokół niego, prowadząc jego zmęczoną duszę do królestwa snów, gdzie czekały na niego różne wizje.
Miejsce : pn-wsch Hochland; północne pogórze; m. Breder; główny rynek; front ratusza
Czas : 2521.04.25; Marktag; ranek
Warunki : ; na zewnątrz: dzień, ?, ?; ? (?)Gdy poranne światło zaczęło wdzierać się przez szpary w oknach izby, Duivel obudził się ze swojego spokojnego snu. Jego elfickie zmysły objęły łagodne przebudzenie Breder, jakby samo miasto ziewnęło i rozciągnęło się, by powitać nowy dzień. Z nową energią Duivel wstał z łóżka i oddał się modlitwie, a następnie poszedł do małego pomieszczenia wydzielonego jedną krótką ścianą i wiszącą płachtą, która miała za zadanie przesłonić ten kąt od ciekawskich przechodniów. Czekało tam na niego spore drewniane naczynie z zimną po nocy wodą i chochla. Obmył się, założył ubranie w kolorze lasu, wyszedł do głównego pomieszczenia tawerny, które świeciło pustkami. Zamówił śniadanie, które okazało się ciepłym chlebem otoczonym w jajku. Następnie wyszedł na zewnątrz dołączając do tętniącego życiem tłumu kupców, rzemieślników i poszukiwaczy przygód, którzy zebrali się na to tętniące życiem wydarzenie. W porannym powietrzu dało się wyczuć wyczekiwanie, gdy stragany ożyły, eksponując przyprawiającą o zawrót głowy gamę towarów. Aromaty świeżo upieczonego chleba, wędzonego mięsa i aromatycznych ziół mieszały się, kusząc zmysły Duivela. Wędrował przez tętniący życiem rynek, a jego bystre oczy wyłapywały przebłyski lśniących ostrzy, mistycznych bibelotów i wspaniałego rzemiosła. Szybko też zobaczył innych członków wyprawy do których niezwłocznie dołączył.
-
Oryginalny tytuł: Tura 10 - 2521.04.25; mkt; wieczór - południe
Miejsce: pn-wsch Hochland; północne pogórze; m. Breder; główny rynek; targ i gospody
Czas: 2521.04.25; Marktag; wieczór - południe
Warunki: ; na zewnątrz: dzień, zachmurzenie, umi.wiatr; zimno (-5)Tobias
- Zaniosłam twoje rzeczy do prania. Ale mokro i ponuro dzisiaj więc nie wiem czy do wieczora wyschną. - blondynka miała na imię Vanessa i w przeciwieństwie do pogody wydawała na zewnątrz wydawała się pogodna i słoneczna.
A poza tym właśnie ona wczoraj dała mu dość wyraźnie do zrozumienia, że jak nie poskąpi jej nieco monet z sakiewki to jej zwinne dłonie mogą się nie tylko jego ubraniem się zająć. Ale to właśnie Vanessa zwróciła jego uwagę na jednego z gości. Zresztą nie tylko ona bo stary, oberwany krasnolud przykuwał niejedno spojrzenie.
- Biedaczkia. Gobliny napadły w nocy ich obóz jak tu do nas na targ jechali. Ledwo uszedł z życiem. Ale jeden furgon musieli zostawić i jeszcze kogoś chyba zgubili. Bardzo to przeżywa. A ta biedaczka nie zdążyła się nawet ubrać tylko złapała jakiś płaszcz na siebie co był pod reką. - powiedziała współczująco zerkając w stronę siwobrodego krasnoluda co rzeczywiście był tak brudny i ubłocony, do tego często kaszlał i łapał się przy tym za piersi, że wyglądał jakby wiele przeszedł nim tu dotarł. Obok niego siedziała niziołka okryta płaszczem. Pod płaszczem widać było kawałek koszuli i jej pulchnych dekolt jaki dość wstydliwie zakrywała owym wierzchnim okryciem. Wyjęła z niewielkiej sakiewki grzebień i nieco nerwowymi ruchami próbowała rozczesać i jakoś ułożyć swoje kasztanowe włosy jakby ta znajoma czynność pozwalała jej się skupić i uspokoić po ciężkich przejściach. Zerkała w stronę drzwi za każdym razem gdy ktoś wchodził albo wychodził z karczmy.
Stefan
Stefan spędził noc w głównej izbie gospody w jakiej ulokowali się tileańscy kusznicy porucznika Ferro. Więc i tutaj złożono też dwóch rannych Kislevitów Gottharta. Gdy lokal zamknął swoje podwoje stoły i ławy odsunięto pod ściany tworząc wolna przestrzeń gdzie na deskach podłogi rozłożono sienniki a większość podróżnych kładła na to swoje derki i koce. Spało się podobnie jak w namiocie pod chmurką ale na pewno było cieplej, bardziej sucho i tak nie wiało jak na zewnątrz. A jeszcze rano dało się poznać, że w nocy padało bo wszystko było mokre. Więc warunki mimo wszystko sprzyjały gojeniu się ran i opiece nad rannymi. Stefanowi zaś pomagali w tłumaczeniu sam oficer Tileańczyków jak i Edgaro jaki z nich wszystkich najlepiej mówił w reikspiel. Pomagało to w obustronnej komunikacji.
Rano przed śniadaniem przyszła Alezzia i pomogła mu w zmianie opatrunków. A poza tym znów był świadkiem jak świetlista magister używa swojej tajemnej sztuki i rany zdawały się wtedy na tą chwilę rozświetlać tym niecodziennym blaskiem i jakoś zmniejszały się i goiły w oczach. Ale nie całkiem. Przynajmniej nie te głębokie i poważniejsze a wedle słów magister mówiącej egzotycznym akcentem od razu zdradzającym obcokrajowca, to żywe ciało miało swoje limity jakie mogło przyjąć te magiczne energie leczące więc mimo wszystko naturalne zdolności gojenia, standardowe leczenie oraz warunki powrotu do zdrowia też tutaj miały znaczenie.
Te dwa dni i noce jakie minęły od potyczki na Mglistych Bagnach pozwoliły większości rannym wrócić do zdrowia albo tego bliscy. Dwóch kuszników właściwie już wróciło do zdrowia chociaż jeszcze trzeba było im założyć bandaże a dwóm już nie i właściwie wyszli z tych ran. Jeszcze tylko jeden z Kozaków i halabardnik Meistera byli osłabieni ranami ale wspólnymi siłami cyrulików i tileańskiej magiczki mieli całkiem dobre rokowania, że za dzień czy dwa dołączą do kolegów.
- No to siadaj, siadaj z nami Stefan. Wiesz, że mają tu tileańskie wino? Chodź, spróbuj czegoś z naszej słonecznej ojczyzny zamiast tej piwnej zupy jaką pijecie w tej deszczowej krainie. - gdy już była pora śniadania Edgaro zaprosił go do jednego ze stołów jaki obsiadali kusznicy. Wydawało się, że w ten żołnierski, nieco rubaszny sposób starali się mu wynagrodzić tym zaproszeniem jego wysiłki w opiece nad ich rannymi. Zresztą Alezzia też już została z nimi na śniadanie a wkrótce przyszedł jeszcze Meister aby sprawdzić jak tam jego chłopak się ma no i ucieszył się widząc, że wreszcie sam siedzi i je a nie jak jeszcze wczoraj co tylko leżał na wozie i trzeba było go karmić. No to sierżant co prawda już był po śniadaniu ale z zaproszenia Tileańczyków skorzystał i kubka wina nie odmówił.
- To znasz się na tym leczeniu co? Dobrze wiedzieć. Bo tam u nas co myśmy się zatrzymali to jakiś ratuszowy pisarczyk biadolił, że żona mu choruje a na tutejszego cyrulika go nie stać. Czy jakoś tak. To nic mu nie mówiłem ale pomyślałem, że ci powiem. - mruknął Gieorgij nieco flegmatycznym tonem. W ogóle wydawał się być na co dzień nieco powolny w słowie i ruchach jakby to pozwalało mu zachować spokój. Chociaż podczas starcia na bagnach to Stefan nie słyszał aby ktoś na sierżanta halabardników się uskarżał z tego powodu.
Zaś od wczoraj wiedział, że miasto powierzchniowe jak to miejscowi mówili nie miało żadnych murów i w porównaniu do tego co miało być pod ziemią to mieszkała tu znaczna mniejszość tubylców. Ale bramy do środka były zamykane o zmierzchu i otwierane o świcie podobnie jak w większości miast było ze zwykłymi bramami w murach. Tak mu przynajmniej wczoraj powiedział ten sierżant co miał pecha rozdrażnić ich szefową. Zresztą coś podobnego usłyszał potem wieczorem w rozmowach w gospodzie.
Wieczorem rzucił mu się w oczy jakiś młodzian co w przeciwieństwie do większości gości wbiegł zamiast wejść do gospody. Był ubrany w brązy i zielenie stwarzając wrażenie jakiegoś leśnika czy innego człowieka z nieprzepastnych lasów. Gdyby miał jeszcze łuk to łatwo by go wziąć za jednego z chłopaków Kolesnikova. Wbiegł, zamknął czy raczej trzasnął drzwiami i rozejrzał się z przestrachem po sali i tych drzwiach. Ciężko oddychał jakby przebiegł ostatni kawałek drogi. Na zewnątrz zapadającym zmroku widać było kilka biegnących sylwetek jakie zatrzymały się przed frontem gospody. A potem jakoś wszystko ucichło. W każdym razie ów młodzian przez resztę wieczoru siedział jak na szpilkach a w końcu został we wspólnej izbie na noc. Zaś rano przy śniadaniu jeszcze go było widać.
Początek nowego dnia nie zapowiadał się zbyt ładnie. Głównie z powodu nocnego deszczu jaki pozostawił po sobie grząskie błoto i liczne kałuże na ulicach oraz chmur nad miastem jakie groziły kolejnymi opadami. Ale kalendarz był nieubłagany i właśnie w ten pochmurny dzień przypadał dzień targowy więc na błoniach już właściwie za miastem był galimatias wozów i straganów gdzie kupcy, mieszczanie, rzemieślnicy i chłopi wystawiali swoje towary na sprzedaż. Rzeczywiście jak mówił wcześniej Kolesnikow sporą część zajmował inwentarz żywy, od kur i kaczek, przez kozy i owce aż po rogaciznę, świnie i konie. Towarów było zdecydowanie więcej niż Stefan miał monet w sakiewce więc musiał uważnie wybierać na co mógł sobie pozwolić. No chyba, żeby znalazł jakąś okazję do szybkiego zarobku.
- Wyglądasz przyjacielu na kogoś kto ma zdecydowanie większe potrzeby niż srebra w sakiewce. Tak, tak, znam to spojrzenie. Nie martw się nie jesteś ani pierwszy, ani jedyny więc umiem rozpoznawać ten wyraz na twarzy. - zagadnął go całkiem przyjaźnie jakiś krasnolud. Był ubrany całkiem porządnie ale nie wyglądał ani na wojownika ani jakiegoś uczonego. Może kupiec? Trudno było stwierdzić.
- Pierwszy raz w naszym mieście co? Widać, widać, wiesz ja jestem stąd i co tydzień jestem na tym targu to mniej więcej znam tutejszych i okolicznych. Jak nie znam to pewnie ktoś przyjezdny. Ragnar jestem. Ragnar Kamienne Serce. To ród a nie przezwisko, tak wolę zaznaczyć bo wy ludzie to zaraz sobie coś płochego wyobrażacie. Jak jakieś elfy. Te też byle co i zaraz się wzruszają. Szukasz czegoś konkretnego? - powiedział trochę rozwijając to pierwsze, dość krótkie powitanie i się przedstawiając. O elfach wyrażał się z pobłażliwą rubasznością ale jak na standardy swojej rasy to nawet nie tak grubiańsko jak to potrafili jego pobratymcy.
Później dzięki wskazówkom miejscowych trafił do świątyni Sigmara. Musiał przejść przez jedną z bram do podziemnej części miasta. I dziwnie to wyglądało. Trochę chyba jak kopalnia a trochę jak wnętrze jakiejś katedry czy innej dużej budowli. Tylko bez okien. Ulice zwykle nieco były pochylone w górę lub dół tworząc łagodny stok. Na szczęście świątynia Młotodzierżcy nie była zbyt daleko od tej bramy zwanej nomen omen “Bramą Sigmara”. Właściwie nie dało się nie trafić jak się przez nią weszło bo świątynia była na końcu tej ulicy, można by rzec na honorowym miejscu. W środku było nieco inaczej niż w większości przybytków założyciela Imperium. Nie była zbyt wielka ani zbyt mała. Ale brak okien sprawiał, że wszystko musiało być rozświetlone lampami i świecami. Co sprawiało wrażenie, jakby już zapadł zmrok. A i powietrze było przesycone zapachem płonących świec. Miał sporo swobody bo w środku dnia targowego wiernych prawie nie było. W końcu tradycyjnie świątynie odwiedzało się w Festag, zwykle z rana, wtedy była pora oddawania czci dobrym bogom. A dziś jak ją odwiedził był środek tygodnia i do tego chyba jego najruchliwszy dzień.
Na skraju powierzchniowego miasta i lasu stała spora, drewniana świątynia Talla i Rhyi. Niejako wyznaczała zewnętrzny krawędź błoń na jakich odbywał się targ. Co nie było dziwne z uwagi na otaczające miasto lasy.
Duivel
Poranek był dla złotowłosego elfa równie ponury jak i dla wszystkich mieszkańców i przybyszy Breder. Przynajmniej na zewnątrz. Wewnątrz było o wiele przyjemniej, zwłaszcza jak się pierwszy raz od wyruszenia z Lenkster spało w prawdziwym łóżku. Pokój właściwie przypomniał ciasną celę wciśniętą w koniec korytarza i pewnie dlatego był jeszcze wolny. Z powodu dnia handlowego oraz całej wojennej zawieruchy trudno było o wolne pokoje, można było rzec, że wszelkie karczmy do jakich wieczorem zajrzał Duivel przeżywały oblężenie. Więc w tym “Górniku” mu się poszczęściło z tym wolnym pokojem. No ale musiał za to zapłacić już z własnej kiesy. Podobnie jak za takie fanaberie jak dziczyzna co do standardowych potraw zdecydowanie nie należała. Petra lub jej nieobecny patron i sponsor aż tak nie rozpieszczali podwładnych aby fundować im takie luksusy. Więc trzeba było płacić za to z własnej kiesy.
Wieczorem przy tej sutej jak na armijny wikt kolacji z tego co słyszał to sam wzbudził pewne zaciekawienie innych gości.
- Eee… To chyba on nie z tych… Widziałeś kiedyś chudego z brodą? - mówił jeden do drugiego. A elf na tyle długo chodził po Ostlandzie i okolicy aby nauczyć się, że na jego rasę ludzie często mówili “chudzi”. Oraz, że bardzo rzadko zdarzało się aby jakiś elf zapuszczał zarost. Więc można było zrozumieć, że wzbudził tym zaciekawione czy wręcz podejrzliwe szepty i spojrzenia.
- No nie. Może to nie jeden z nich? Nie podoba mi się. Cudak jakiś. - odezwał się cicho jeden z wieczornych biesiadników. Ale koniec końców to jednak na szeptach i spojrzeniach się skończyło. Albo im się nie chciało coś z tym zrobić albo nie byli zbyt pewni swoich podejrzeń.
Ale wieczorem jego uwagę zwróciła jakaś awantura. Jakiś osiłek złapał w pewnym momencie jednego z towarzyszy jaki właśnie podszedł do jego stołu. Siedział tam przy wieczerzy do tej pory jakoś nie rzucając się ani elfowi ani pewnie innym ani w oczy ani w uszy. Jednak w pewnym momencie podniósł głos, złapał tego co przyszedł za chabet, przyciągnął do siebie i warknął “Jak to nie ma?!”. Ale chyba zorientował się, że go poniosło i sąsiedzi zaczęli na nich spoglądać bo posłał im piorunujące spojrzenie. Większość odwróciła wzrok wracając do swoich spraw. A ten posadził przybysza przy sobie i zaczął coś mu mówić albo tłumaczyć ale na tyle cicho, że przez szum gwaru gospody elf nie usłyszał o co tam chodziło. Ten drugi kiwał głową co jakiś czas w końcu wstał i wyszedł. Potem już go Duivel nie widział.
To jeszcze było wczoraj wieczorem. Dzisiaj zaś wyszedł na ten mokry, błotnisty i tłoczny świat tutejszego handlu i interesów. Stefan Kolesnikov nie kłamał jak mówił wcześniej, że tutaj jest dobre miejsce na zakup koni. Rzeczywiście pogłowie wierzchowców, koni pociągowych oraz innych zwierząt hodowlanych było tutaj całkiem spore jak na to niezbyt wielkie miasto. Zapewne cała okolica się tutaj zjeżdżała. W oko wpadały piękne, zadbane ogiery z błyszczącą sierścią wyhodowane i wytrenowane do wojennego rzemiosła. Ale wiele ich nie było a i ceny raczej przekraczały zasoby jego kiesy. Więcej za to było innych potencjalnych wierzchowców. Od kuców podobnych do tych jakich używali konni Gebirgsjaeger, przez standardowe konie wierzchowe czy pociągowe. Nawet nieco wozów było na sprzedaż czy zwykłe furmanki czy dwukółki w sam raz do ciągnięcia przez jednego konia, osła albo muła. Tak, zdecydowanie ich Hochlandczyk w tej materii się nie mylił. Zresztą nawet czasem go widział tam czy tu jak w towarzystwie ich szefowej i paru duetu halabardników oraz mieczników w roli obstawy rozmawiali z handlarzami koni. Petra pomna widocznie wczorajszych doświadczeń dzisiaj ubrała się w długą, ciemnoniebieską suknię i okryła całkiem ładnym płaszczem obszytym futerkiem więc wyglądała o wiele bardziej na szlachciankę niż wczoraj jak była w stroju podróżnym. I to po całym dniu na bagnach oraz trakcie niezbyt czystym.
Elf przechadzał się po tym targu więc dostrzegł pewne zamieszanie. W jego centrum był jakiś mężczyzna w ojcowskim wieku. Ubrany na kislevską modłę a i mówił w reikspiel z takim właśnie wschodnim akcentem.
- … i sami widzicie, w ostatniej koszuli uszłem z życiem. Musiałem sobie tym wyrąbać drogę. A w tym lesie to myślałem, że będzie już mój koniec. Dobrze, że zrobił się dzień i dym wyczułem to jakoś tutaj trafiłem. - opowiadał chętnym ten mężczyzna wskazując na ozdobny buzdygan wetknięty za szeroki pas. Broń całkiem popularną w Kislevie i wschodnich, imperialnych kresach. Wyglądało na to, że jechał tutaj i rozbili się na noc licząc, że rano czyli dzisiaj, dokończą podróż przyjeżdżając tuaj na targ. Ale w nocy napadły ich gobliny. Kupiec z trudem i dzięki boskiej opatrzoności dotarł nad ranem tutaj. Jednak nie miał pojęcia czy ktoś jeszcze ocalał z jego karawany.
Eitri
Gdy rano khazad wstał z posłania stwierdził to samo co sąsiedzi. Pogoda na zewnątrz jest kiepska. Ale to nie było w stanie hamować dnia handlowego. Odgłos szurania nóg, głosy i przesuwanie stołów z powrotem na przyjęcie pierwszych gości musiało wybudzić każdego kto spał we wspólnej izbie. Potem karczma otwarła swoje podwoje i stopniowo do środka zaczęli się schodzić pierwsi klienci. Zwykle ci co przyjechali na targ i chcieli zjeść czy wypić coś ciepłego bo poranek był chłodny, mokry i błotnisty a więc mało przyjemny.
Krasnolud zdążył już skończyć swoje śniadanie i miał przed sobą cały dzień luzu jaki wszystkim dała wczoraj szefowa gdy do środka wpadła wesoła grupka młodych ludzi z mieczami u pasa. Ledwo siedli do stołu a już zaczęli wołać wina.
- Wina, wina dajcie! Michael oblewa swój awans! Wkrótce na front ruszamy! Więc wina nie żałujcie! Pijmy póki można! - wydarł się któryś z kamratów głównego świętującego który zajął honorowe, środkowe miejsce. Na stole pojawiło się i wino i coś do tego wina. I zabawa zaczęła się na całego. Chociaż czasami któryś z nich patrzył gdzieś w dal niewidzącym, nieco nostalgicznym spojrzeniem, niekoniecznie zaś rozbawionym.
Nieco się uciszyli jak do środka weszła młoda kobieta. Mogłaby być zapewne matką czy ciotką większości z tych świętujących. Ale cechowała się naturalną urodą okiełznaną skromnym kubrakiem i ciemną, długą spódnicą. Też miała miecz u pasa a emblemat drapieżnego ptaka wyszyty na piersi zdradzał herb Myrmidii. Jej wisior na szyi podobnie co zdradzało, że pewnie jest wyznawczynią Włóczniczki albo nawet kapłanką. Podeszła do jednego ze stołów i zamówiła śniadanie. Zanim je jednak przyniesiono młodzieńcy zaprosili ją do siebie. Wzbraniała się grzecznie póki nie powiedzieli jej, że wszyscy są ochotnikami co wkrótce ruszają na front wschodni. Wtedy uśmiechnęła się do nich skromnie ale ciepło.
- W takim razie dobrze, skoro jesteście obrońcami ojczyzny to mogę się z wami przełamać chlebem i winem. - powiedziała z obcym akcentem zdradzającym, że nie pochodzi z Imperium. Przesiadła się do młodych wojowników i swoim spokojem niejako samoistnie skorygowała to towarzystwo stając się w centrum ich zainteresowania bo zdawali się być pod takim wrażeniem jej autorytetu i urody, że spijali każde słowo z jej ust.
- Zatrzymałam się tu na parę dni… Bo też jadę na front. Ale poproszono mnie o rozstrzygnięcie pewnego tutejszego sporu skoro nie jestem stąd... Skąd? Z Middelheim. Ale w ogóle to jestem Estalijką… Tak, już parę lat… Bo mamy placówkę w Middelheim… - docierało do Etriego piąte przez dziesiąte z tej rozmowy. Wydawało się, że ta grupka jest najbarwniejszą w całej karczmie. Ale poza nią były jeszcze inne, i targ na błoniach gdzie szefowa zamierzała kupić nowe konie, i podziemne miasto ale nie słyszał aby było projektowane czy zamieszkałe przez jego nację. Więc całkiem możliwe, że tak właśnie było ale zapewne nawet wtedy musiało to być wykonane i zamieszkałe głównie przez ludzi. Zresztą wczoraj widział jedną z bram do podziemnej części miasta. Solidnie wyglądała. Ale zdobnictwo w ogóle nie należało do khazadów co zapowiadało, że nie oni byli głównymi wykonawcami tego miasta.
Petra
- Trudno być w taki deszcz szlachcianką. - prychnęła zirytowana Petra. Pogoda zdecydowanie jej dzisiaj nie sprzyjała. Od rana było pochmurno i niezbyt przyjemnie. Po nocnym deszczu ulice i błonia zmieniły się w grząskie błoto. Co sprawiało sporo turdności z utrzymaniem długiej sukni w czystości. Póki jeszcze dało się jechać konno to pół biedy. Wtedy rzeczywiście von Falkenhorst wyglądała jak prawdziwa milady pośród tego morza pstrokacizny w tym grząskim błocie. Ale w końcu jak oglądała te wozy i konie jakie zamierzała kupić nie dało się tego zrobić z siodła więc musiała zeskoczyć w to grząskie błoto. Więc nawet jak starała się suknię okryć płaszczem dla ochrony to dół obu tych strojów i tak miała ubłocony. Co niezbyt jej poprawiało humoru bo zbyt wiele garderoby ze sobą nie brała na drogę nawet jeśli jako szefowa karawany miała w tym więcej swobody niż zwykli wojacy. Ale uparcie chodziło od jednego handlarza do drugiego, oglądała zwierzaki i wozy, wypytwała, negocjowała a, że miała czym płacić ze szkatuły swojego patrona to dość szybko rozeszło się po rynku, że nie przyjechała tu kupić jedną czy dwie szkapy tylko chce kupić całkiem spory tabun. Więc wszyscy z miejsca zaczęli ją traktować jak wielką panią. Ku jej wielkiej satysfakcji. Swoje zapewne też robiła jej obstawa w postaci kilku halabardników Meistera i mieczników Theiss. Jak zdecydowała się na jakiś zakup to odprowadzano wybranego wierzchowca na podwórze gospody w której zatrzymała się młoda szlachcianka. I z upływem dnia to konne stado się stopniowo powiększało.
- No nie mów, że zaczyna padać… - mruknęła Petra z irytacją wystawiając dłoń aby to sprawdzić. Ale krótko przed połową dnia zaczęły spadać pierwsze krople. A te szybko przerodziły się w monotonną mżawkę jaka wypłoszyła część kupujących a kto mógł chował się pod jakiekolwiek zadaszenie albo do środka jakiegoś budynku. Ci co załatwili już swoje sprawy zaczęli zwijać interes, zwłaszcza jak jeszcze musieli wrócić do swoich wiosek. Wysłanniczka górskiego margrafa nie poddawała się tak łatwo i jeszcze chodziła po tych handlarzach końmi podtrzymując ruch i zainteresowanie. Wydawało się, że dziś jest tu główną rozgrywającą bo nikt nie kupował tylu koni na raz. Brała zarówno wierzchowce jak i kuce dla Gebirgsjaeger czy parę koni pociągowych. Ale z ciekawością oglądała też proponowane jej furmanki chociaż na te jeszcze się nie zdecydowała.
- A wagon? Nie macie jakiegoś wagonu? - pytała też o zabudowany wóz bo w poprzednim sezonie takim podróżowała z Lenkster do Falkenhorst i bardzo sobie chwaliła taką wygodę przewoźnego domu. Miała w tym niezłą wprawę bo tą samą trasę chyba jako jedna z nielicznych pokonała zarówno pieszo i to w ciężkich warunkach późnej jesieni i wczesnej wiosny a potem kilkakrotnie konno. Z tych wszystkich górskich przepraw zdecydowanie zawsze najcieplej się wyrażała właśnie o tej podróży wagonem. Więc jak miała jechać na wojnę to a miała okazję to właśnie miała ochotę na taki środek transportu.
A, że wojna nawet tutaj, w Hochlandzie, może odcisnąć swój chłodny oddech niepokoju to przekonali się chyba wszyscy. Rozeszła się wieść, że armie ostlandzkich obrońców wycofały się z Levudaldorf. Nie wszyscy w to wierzyli bo już podobne wieści dochodziły i przez ostatnie dni. A to, że wciąż się tam bronią, a to, że odparli barbarzyńców, a to, że już tam wszystko się posypało. No ale ponoć wczoraj czy dzisiaj jakiś kurier przyjechał i przywiózł takie smutne wieści. Z drugiej strony codziennie widywało się na traktach jakichś kurierów co stanowili krwiobieg informacyjny i do i od frontu. Jeszcze nie było jakiegoś oficjalnego potwierdzenia ale ale igiełka obawy wbiła się w serca imperialnych obywateli. Levudaldorf był ostatnim większym miastem przed stolicą Ostlandu. Jakby naprawdę padł to wrogie armie miały otwartą drogę do Wolfenburga. O ile się zdecydują na taki marsz i się z jakiegoś powodu nie zatrzymają albo gdzieś nie zboczą jednak gdyby poszli wprost na stolicę to byłoby to naturalne.
- Dobra to chodźmy coś zjeść. - mruknęła kwaśno wysłanniczka górskiego markgrafa jakby w końcu ta mżawka i wiosenna słota dała się jej we znaki na tyle, że miała dość i chciała się przed nią skryć i ogrzać. Chciała też sprawdzić jak to razem wyglądają te konne zakupy i przemyśleć sobie plany na dziś, jutro i powrót do Lenkster.
-
Miejsce : pn-wsch Hochland; północne pogórze; m. Breder; główny rynek; targ i gospody
Czas : 2521.04.25; Marktag; wieczór - południe
Warunki : ; na zewnątrz: dzień, zachmurzenie, umi.wiatr; zimno (-5)Duivel rozglądał się głównie za odpowiednim rumakiem, jednak sam nie był pewny czy chce wydać dużą kwotę tylko na zwykłego konia, który w walce szybko ucieknie. Podchodził też do każdego sprzedawcy, który oferował łuki. Jako mistrz broni wiedział co nieco na temat tej broni dystansowej, a ponad to jako elf mógł rozpoznać elfi łuk. Jego starszy brat posiadał takowy, więc parę razy miał okazję wypróbować, ale sam nigdy nie posiadł wiedzy jak stworzyć takie dzieło. Pomyślał też, że może mógłby sobie dokupić drugi kołczan, aby sytuacja z brakiem strzał zdarzała się rzadziej. Z uwagą przyglądał się wszystkim łukom i grzecznie pytał o pochodzenie każdego z nich. Był gotów kupić jakiś, gdyby tylko stwierdził, że sam ma gorszy.
Przy okazji pomny wczorajszego wieczoru w karczmie, rozglądał się za dwójką osobników, którzy to zrobili scenę przy jednym ze stolików. Szczególnie rozglądał się za tym mniejszym, który albo coś załatwiał dla osiłka, albo po prostu pracował w tamtej gospodzie. Jego ciekawość nie dawała mu spokoju.Elf przechadzał się po tym targu więc dostrzegł pewne zamieszanie. W jego centrum był jakiś mężczyzna w ojcowskim wieku. Ubrany na kislevską modłę a i mówił w reikspiel z takim właśnie wschodnim akcentem.
- … i sami widzicie, w ostatniej koszuli uszłem z życiem. Musiałem sobie tym wyrąbać drogę. A w tym lesie to myślałem, że będzie już mój koniec. Dobrze, że zrobił się dzień i dym wyczułem to jakoś tutaj trafiłem. - opowiadał chętnym ten mężczyzna wskazując na ozdobny buzdygan wetknięty za szeroki pas. Broń całkiem popularną w Kislevie i wschodnich, imperialnych kresach. Wyglądało na to, że jechał tutaj i rozbili się na noc licząc, że rano czyli dzisiaj, dokończą podróż przyjeżdżając tuaj na targ. Ale w nocy napadły ich gobliny. Kupiec z trudem i dzięki boskiej opatrzoności dotarł nad ranem tutaj. Jednak nie miał pojęcia czy ktoś jeszcze ocalał z jego karawany.
Podszedł bliżej do człowieka z ozdobnym buzdyganem i rzucił do niego:
- Szanowny Panie! Zamieńmy słowo!- po czym podszedł do niego, aby nie musieć krzyczeć i kontynuował.
- Czemu nie poszedł Pan żeś do straży z tym? Szukasz pomocy, chcesz się zrewanżować? Jesteś kupcem nie wojakiem, może napastnicy ocalili część sprzętu... znaczy się Twoich towarzyszy. Gdzie to się stało? Tak w ogóle to jestem Duivel, a w oddziale mam tu takiego znajomego wuja, zdaje się, że z Twoich regionów. Oficer Gotthard Distler z Kisleva we własnej osobie, może znasz?- tu Elf skończył swoje małe dochodzenie.Ewidentnie był podekscytowany informacją o napadniętych kupcach. Tylko musi podzielić się tą informacją z Petrą. Popatrzył jeszcze raz mężczyznę i powiedział jakby w tajemnicy
- Chodź ze mną, przedstawię Cię Szefowej- mówiąc ostatnie słowo, zrobił duże oczy jakby chcąc wzbudzić u mężczyzny szacunek do Petry, jeszcze za nim ją spotka.
-
Tobias wstał z łóżka, podszedł do miski z wodą w której obmył twarz i dłonie. Wział łyka zwietrzałego piwa z wczoraj i spojrzał z dziewczynę śpiącą na łóżku. Podszedł i przykrył ją kocem, przygladajac się jeszcze raz jej krągłościom. Ubrał się i zszedł na dół na sniadanie.
Sala nie była przepełnona, wiekszość gości spała jeszcze ale i tak po sali roznosił się zapach smażonych jajek i miesiwa. Karczmarz na gest Tobiasa nalał kufel miodu i przyniósł do stolika przy którym usiadł zwiadowca. Jajecznicę poproszę - rzekł Tobias i wziął porządny łyk trunku.
Widok Krasnoluda, starego juz i dyszącego jak miechy w kuźni i wspierajacej się na jego ramieniu drobnej Panny - niechybnie będącą niewiastą drobnego ludu - niziołków - okrytą jedynie w wyblakły płaszcz, był na tyle niezwykły, że Tobias zawrócił ze schodów i usiadł ponownie za ławą - przyglądając się przybyszom niczym wół, patrzący na malowane wrota. Karczmarz patrzył na nowoprzybyłych spod krzaczastych brwi ale cierpliwe czyścił naczynia czekając aż cos zamówią. Tobias po dłuższej chwili - nie wiedząc dlaczego - zamowił 2 porcję jajecznicy ze skwarkami i trzy kufle miodu i dosiadł się do niezwykłej pary.- Wyglądacie mości krsnoludzie i Wy - mości panienko na wyczerpanych podróżą i głodnych. Mam nadzieję że moje towarzystwo nie bedzie dla Was krępujące, jestem Tobias Walder - mogę zapytać skąd przybywacie i co dokładnie Was spotkało?
-
Oryginalny tytuł: Tura 11 - 2521.04.25; mkt; popołudnie
Miejsce: pn-wsch Hochland; północne pogórze; m. Breder; główny rynek; targ i gospody
Czas: 2521.04.25; Marktag; wieczór - południe
Warunki: ; na zewnątrz: dzień, pogodnie, sła.wiatr; ziąb (0)Duivel
Poranek i pierwszą cześć dnia blondwłosy elf spędził chodząc pomiędzy straganami. Przez co buty i dół nogawek miał całkiem ubłocone w tym szaroburym błocie jakie zalegało na targu i ulicach naziemnej części miasta. Jak w południe jeszcze zaczęła padać mżawka co wypłoszyła tych mniej wytrwałych do domów i gospód to już całkiem zmoczyła wszystko i wszystkich co byli na zewnątrz. W końcu jednak i ona przeszła a szare do tej pory niebo zaczęło się przejaśniać i nawet słońce zaczęło pokazywać się pomiędzy tymi pierzastymi przesmykami. Zrobiło się pogodniej i jakby nieco weselej. Mieszkańcy miasta i przybysze spoza niego wrócili do straganów i na ulice ponownie je zaludniając.
Przy tym zwiedzaniu tutejszej oferty chłopów, rzemieślników i kupców Duivel nie znalazł broni wytworzonej przez przedstawicieli swojej rasy. Ale nie powinno go to dziwić. Breder do dużych miast nie należało a do tego chyba nie miało jakichś nadzwyczajnych związków z elfią rasą to i nie było się co dziwić, że nie mają elfickich towarów. Zresztą sam też coś nie spotkał żadnego swojego pobratymca w tym pstrokatym tłumie. Jakiś niziołek tu czy tam, nawet zauważalna ilość khazadów ale elfów to jak na lekarstwo.
Chociaż ze dwa czy trzy stoiska z łukami i osprzętem do nich znalazł. Ale nic nadzwyczajnego. Widocznie byli nastawieni na tutejszych myśliwych i może chłopskie milicje bo chociaż parę okazów mogło wzbudzać zaciekawienie to jednak na pewno nie wyszły one spod elfiej ręki.
Podobnie było z końmi. Koni było całkiem sporo. Większość to zwykłe chłopskie konie robocze do ciągnięcia pługa czy wozu. Całkiem zauważalna ilość wierzchowców czy koni bagażowych. O wiele skromniej było z rumakami używanymi przez rycerstwo i szlachtę. Były tak okazałe, piękne i dumne, że wielu przystawało aby chociaż popatrzeć, nacieszyć oko, dać coś do schrupania, pogłaskać a czasem pogadać o koniach. Ale niewielu było stać na nie. Zwłaszcza, że wojna wdarła się do sąsiedniego Ostlandu więc wiadomo było, że wojenne potrzeby będą pożerać także konie. Duivel może nie był ekspertem od handlu końmi ale jeździecka praktyka podpowiedziała mu, że ceny tych rumaków są chyba nieco droższe niż zwykle. Ale zwykle wojna z odwiecznym wrogiem nie stała u bram sąsiadów. Jasnym było, że teraz jest być może ostatni moment aby kupić w miarę na miejscu takiego bojowego wierzchowca. I miały one wzięcie chociaż kupowali je bogaci panowie szykujący się na wojnę. Albo jedna, niebieskowłosa bogata pani. Też szykująca się na wojnę. I chyba przedstawicielka górskiego margrafa zwracała na siebie uwagę bo na targu była tylko jedna młoda, bogata, nieznana kobieta a do tego kupowała te konie hurtem więc stała się niemałą sensacją wśród miejscowych. No i chodziła ze swoją mieszaną obstawą złożoną z górali, mieczników i halabardników co zapewniali bezpieczeństwo jej, jej kufrowi z monetami i zakupionym inwentarzem jaki odprowadzali na podwórze karczmy gdzie się zatrzymała milady von Falkenhorst. Ale uwagę elfa zwrócił w końcu ten ubrany na kislevicką modłę mężczyzna z buzdyganem.
- Aj co straż pomoże jak to się za miastem stało, w lesie jeszcze. - kupiec biadolił zrozpaczony nad swoją krzywdą. Akcent też sugerował, że chyba pochodzi z Kisleva lub wschodnich kresów Imperium. - Jestem zrujnowany, ledwo uszłem z życiem. O tam, w lesie nas napadli jak nocowaliśmy. - machnął w zdawałoby się losowy kierunek gdzie za ostatnimi straganami zaczynał się pradawny las.
I nieco chaotycznie bo wydawał się być zdruzgotany tym strasznym doświadczeniem streścił brodatemu elfowi i reszcie słuchaczy swoją tragedię. Nazywał się Simon i był kupcem handlującym winem i miodami. W Imperium kupował tutejsze sznapsy i piwa a potem wiózł je na wschód, do granicznego Petrogradu i Leszken a tam kupował słodkie miody i nalewki jakie woził z kolei do Imperium. Właśnie teraz jechał z taką trasą z imperialnymi baryłkami wypełnionymi płynnymi smakołykami gdy zatrzymali się na noc. Rano zamierzali pokonać ten ostatni kawałek i przyjechać tutaj, na dzień targowy ale nic z tego nie wyszło bo w nocy napadły ich te wrzeszczące, pokraczne gobliny! Całe mrowia! No i bronili się ile dali rady ale jednak chyba nie dali rady. Sam Simon w końcu zgubił się w sam w lesie w ogóle nie widząc gdzie się znajduje. Na szczęscie dobrzy bogowie pokierowali go we właściwą stronę i wreszcie wyszedł tutaj, w Breder.
- Ale tam wszystko zostało, moje wozy, mój wagon, baryłki, moi ludzie co tak dzielnie stawali, moi wspólnicy nawet nie wiem co się z nimi wszystkmi stało. Wszystko przez tą przeklętą, goblińską zarazę! - biadolił zrozpaczony nad własną tragedią. Ale nie tylko. Bo dla bezpieczeństwa utworzyli karawanę z kilku wozów należących do różnych kupców i tak planowali wspólnie przejechać na wschód. Ale nawet to nie pomogło, zwłaszcza, że napad był w nocy i w lesie.
Na propozycję Duivela Simon zgodził się pójść do Petry. Wydawało się, że jest tak zmęczony i przybity, że mu już wszystko jedno. Szefową zastali przy obiedzie więc gdy usłyszała wstęp zaprosiła ich obu do stołu i tu wysłuchała podobnej historii jaką złotowłosy i ciżba na targu usłyszeli niedawno na targu.
- A wiesz gdzie to jest? Ten wasz obóz? Trafisz tam? - zapytała go gdy jeszcze jedli. Kupiec też. Ciepły posiłek przydał mu sił bo nawet się ożywił gdy tak siadł w cieple i jadł coś ciepłego.
- Tak przez las to nie. Ze mnie żaden myśliwy. Dlatego się zgubiłem. Ale drogą to tak. Mogę zaprowadzić. Zresztą to proste, wystarczy wyjść tą drogą na południowy zachód i dzwon albo dwa i się dojdzie. Wczoraj nam właśnie zabrakło ten dzwon czy dwa aby dojechać tutaj dlatego nocą już nie chcieliśmy jechać przez las no więc rozbiliśmy obóz. Ale stąd to nie tak daleko. - wyjaśnił z całkiem rzeczowym spojrzeniem i tonem. Wydawało się, że wraz z ciepłem i posiłkiem wraca mu jasność myślenia.
- I mieliście wagony? - szefową zainteresował ten wątek bo sama szukała na targu krytego budą wozu zwanego popularnie wagonem ale na razie coś jej się chyba nie udało znaleźć czegoś odpowiedniego.
- Tak, nie wszystkie ale były. - Petra skinęła głową i zaczęła się targować. Była gotowa przegonić gobliny i w ogóle pomóc w niedoli ale w zamian chciała jeden wagon dla siebie. Kupiec protestował argumentując, że taki wagon jest wart o wiele więcej i to rozbój w biały dzień. - No to trudno. Ja potrzebuję wagon. Wy macie wagony. Możemy się dogadać. Ale jak nie to znajdź kogoś innego do ganiania się z goblinami. Chcę sam wagon, resztę możecie zatrzymać. - negocjacje trwały jeszcze dobrą chwilę. Ostatecznie kupiec zgodził się, że w zamian za pomoc odstąpi ze wspólnikami jeden wagon a von Falkenhorst, że dorzuci coś z kiesy swojego patrona aby kupcy nie żywili krzywdy i zawiści. Wtedy świeżo mianowana szlachcianka pokiwała swoją niebieską głową i spokojnie skończyła jeść swój obiad. Po czym wstała gestem wezwała do siebie Duiviela i Gretę.
- Słyszeliście. Pójdziecie z nim do tego ich obozu. Nie mogę dać wam wszystkich ludzi bo ktoś musi pilnować dobytku no i koni. Weźcie tych co się znają na lesie i tak dalej. I sprawdźcie. Co się da uratować z tego obozu to zbierajcie tutaj, do miasta a jak się nie da czy tych goblinów będzie za dużo to wracajcie. Chociaż nie zdziwię się, jeśli zrobiły napad w nocy i z nastaniem dnia zwiały. Ale może kto inny się tam przypałętać aby zgarnąć coś do siebie. Uwińcie się z tym jak najprędzej zanim tam wszystko rozkradną jak nie jedni to drudzy. - szefowa wydawała im ogólne polecenia. Wyszło na to, że do tego zadania nadawaliby się miecznicy Theiss bo halabardnicy to chyba mniej. Może nawet tych kuszników porucznika Ferro dałoby się namówić do współpracy. Co do tropicieli to oprócz Grety i Duviela szefowa też poleciła zebrać Stefana i Tobiasa. Bo zdaje się, że wyznawali się w tym leśnym rzemiośle.
Tobias
- Przybywamy z Middenheim. A co? Nie widać? - na pytanie Tobiasa pierwszy odpowiedział krasnolud. Ale ton był równie opryskliwy jak pierwsze, chmurne wrażenie jakie sprawiał. Jego okryta kocem towarzyszka na odwrót.
- Ależ Hagrinie. Przecież ten dobry człowiek tylko pyta. Pierwszy raz się widzimy. Skąd miałby to wiedzieć? - zwróciła się do towarzysza z miłą dla ucha, kobiecą łagodnością. Jej partner prychnął coś i pogrążył się w ponurych myślach. Więc ona przejęła pałeczkę rozmowy.
- Wybacz za mojego kolegę. Mieliśmy ciężką noc. Co ja mówię, “ciężką”! Straszną! Napadli nas w nocy. Całą chmarą. Te straszne gobliny. - tłumaczyła niziołka grzejąc dłonie od drewnianego kubka z parującą zawartością.
- Jakie tam straszne?! Zwykłe, żałosne, pokurcze! Pozabijałbym je wszystkie tuzinami! Tylko z tymi pokurczami to tak zawsze, że na jeden ubity tuzin złażą się dwa następne! - krasnolud chyba nie miał zamiar wtrącać się w tą rozmowę ale jak usłyszał od koleżanki o “strasznych goblinach” to gorąca krew znów uderzyła mu do głowy. A on zdzielił pięścią blat stołu aż wszystko podskoczyło. Widać było, że przemawia przez niego złość. Zmitygował się gdy zorientował się, że ten nagły wybuch chyba nieco przestraszył towarzyszkę bo znów zamilkł i zamknął się w sobie.
- No właśnie, oczywiscie masz rację Hagrinie ale wybacz, mnie się wydawały w nocy strasznie wielkie, groźne i straszne. Ale ja jestem tylko słabą, płochliwą niewiasta a nie takim dzielnym wojownikiem jak ty. - odparła niziołka znów kładąc mu swoją delikatną i pulchną dłoń na jego sękatej, spracowanej łapie. To pochlebstwo chyba dodatkowo uspokiło krasnoluda.
- W każdym razie kawalerze jesteśmy kupcami. Ja zajmuję się wyrobem garnków, patelni i kotłów wszelakich. Jestem Ludena Czerwona z klanu Czerwonych Kogutów. A to mój wspólnik, Hagrin Nolagrin. To najlepszy metalurg jakiego znam po tej stronie gór. - przedstawiła się i swojego towarzysza obdarzając go ciepłym uśmiechem.
- Jechaliśmy tutaj na targ i rozbiliśmy się na noc. Niedaleko. Ale do miasta przed zmrokiem nie zdążyliśmy. Więc obozwaliśmy ale w nocy napadły nas gobliny. Jak one wrzeszczały! Strasznie się bałam! Dobrze, że zdążyłam się schować i zamknąć w wagonie bo inaczej nie wiem co by było. A potem na szczęście trafiłam na Hagrina i on bohatersko mnie uratował. Cudem nam się udało wydostać z tej matni ale nasze wozy i cała reszta tam zostały. Nie wiem czy jeszcze ktoś się od nas uratował. Strasznie ciemno było w tym lesie ale trafiliśmy w końcu na drogę i po niej dotarliśmy tutaj. Już dzień był. Ale cały nasz majątek został tam w obozowisku na pastwę tych przeklętych goblinów. - Ludena bardzo przeżywała tą nocną napaść i wciąż wydawała się być przerażona na myśl o czymś tak strasznym. Hagrin zaś zachowywał ponure milczenie. Widać było, że na ramieniu ma założone świeże opatrunki.
Jeszcze chwilę rozmawiali przy stole gdy do środka karczmy weszła Greta. Rozejrzała się dookoła i jak jej spojrzenie spotkało się z Thobiasa dała mu znak aby do niej podszedł. Jak to zrobił zaczęła mówić szybko i cicho.
- Duivel przyprowadził jakiegoś kupca co go jakieś gobliny w nocy pod miastem napadły. Szefowa się z nim dogadała, że za wagon możemy im pomóc. Zbieraj się, idziemy tam. Jeszcze Duivel, Stefan i Theiss ze swoimi ludźmi. Może ktoś z tych tileańskich kuszników. - góralka o kasztanowym, krótkim warkoczu streściła mu polecenie szefowej gdy widocznie jednak jakieś zajęcie się dla nich znalazło w ten dzień targowy.
-
Tobias spojrzał na Gretę, na krasnoluda, później znów na Gretę. Szefowa podążyła za wzrokiem Tobiasa, ale zanim zdołała otworzyć usta, zwiadowca streścił historie dwojga nietypowych gości. - Krasnolud pali się do powrotu i walki z zielonoskórymi, może być przydatny.
Greta spojrzała mu głęboko w oczy - Dobra, dobra. Idź się przygotować a ja z nimi porozmawiam, może mają dodatkowe informacje. No już! Zabieraj się stąd!
Tobias miał swoje rzeczy pod ręką więc udał się do reszty oddziału, który przygotowywał się do nagłego wymarszu. Sprawdził stan łuku i cięci i uśmiechnął się ukontentowany. Kołczan zawierał 3/4 stanu początkowego.- powinno wystarczyć - pomyślał. Grupa już się zbierała. Ledwie dzień wcześniej przybyli tu po walce ze zwierzoludźmi a już za chwilę mieli ruszać i być może walczyć z goblinami. A hordy Chaosu w tym czasie zbierają się na ziemiach Imperium z zamiarem zmiecenia ludzi cywilizowanych z powierzchni ziemi.
-
Miejsce : pn-wsch Hochland; północne pogórze; m. Breder; główny rynek; targ i gospody
Czas : 2521.04.25; Marktag; wieczór - południe
Warunki : ; na zewnątrz: dzień, pogodnie, sła.wiatr; ziąb (0)Duivel zwrócił się do Petry
- Szanowna szefowo, który że Stefanów ma iść z nami? Ją skromnie sugerował bym obu, chyba , że Kolesnikov no chce zostawić swojego oddziału. Miło by było gdyby nasza Nagini Światła przekonała kuszników do wyjścia z nami. Szubciej rozprawimy się z ewentualnym wrogiem i chyżej wrócimy, a jak mnie słuchy doszły to nasz kraj, znaczy się Ostland, jest plądrowany każdego dnia coraz bardziej...
. Zakończył elf swą przemowę jakby na końcu chciał zwrócić uwagę na główny cel armii, czyli walkę z Chaosem.
Odrzucił swoją tarczę na wóz ze wspólną bronią i zostawił drugi kołczan przypięty z boku. Pierwszy wciąż miał na plecach. Szable zostawił, tak na wszelki wypadek. Sprawdził czy ma miejsce na dodatkowe złoto gdyby znalazł nieco rozrzuconego przy napadniętej karawanie.
Tuż przed wyruszeniem zagadał jeszcze do Grety- Gdybym chciał przystąpić do Waszego oddziału to do kogo miałbym się zgłosić? Może nauczyła byś mnie strzelać podczas jazdy konno? Aaaa, no i czy każdy z Waszego oddziału dostaje swojego ojca?- uśmiechnął się do rozmówczyni bo liczył na to, że tym razem coś więcej się wypowie niż ostatnio
.
Następnie podszedł jeszcze do Magini Światła i zwrócił się do niej- Szanowna Pani, jeśli nie idziesz z nami to czy masz w swoim repertuarze jakiś czar, który pomógłby nam w tej wyprawie? Ochronny czy też wzmacniający albo jakieś błogosławieństwo?
-
Oryginalny tytuł: Tura 12 - 2521.04.25; mkt; zmierzch
Miejsce: pn-wsch Hochland; północne pogórze; okolice m. Breder; las; pobojowisko karawany
Czas: 2521.04.25; Marktag; popołudnie - zmierzch
Warunki: ; na zewnątrz: dzień, zachmurzenie, powiew; ziąb (0)Wyprawa do obozu karawaniarzy
Petra zarządziła zbiórkę tam gdzie sama miała kwaterę. Ale nie czekała na ich finał widocznie pokładając zaufanie w swoich wojakach i oficerach. Po rozmowie z Duvielem i Simonem wyszła z gospody aby kontynuować zakupy prowiantu i zwierzyńca na potrzeby reszty regimentu. Zanim jednak wyszła odparła elfowi coś takiego.
- A jak chcesz toczyć wojnę bez koni, wozów, prowiantu i zapasów? Sam miecz czy łuk w dłoni nie wystarczy. I musimy tutaj kupić co się da bo nie wiem kiedy następnym razem trafi się taka okazja. I nie tylko dla nas co tu przyszli ale i dla reszty regimentu. - widocznie nie uważała aby lecieć w wir nowej kampanii wojennej na łapu capu miało sens. I wolała się zaopatrzyć tutaj, w sąsiedniej prowincji w co się da nim ruszą do boju. No i wreszcie działali na rzecz całego regimentu von Falkenhorst a nie tylko tego wydzielonego oddziału jaki przyjechał tu po zaopatrzenie.
Zaś co do obu Stefanów to Kolesnikowa zamierzała zatrzymać przy sobie. Wcześniej jedynie on bywał w tym mieście i jako przewodnik oraz pośrednik oddawał jej nieocenione przysługi świetnie nawigując pomiędzy różnymi kupcami. Dlatego chodziło jej o Jaegera jaki też mówił, że ma doświadczenie i wojskowe i leśne więc szefowej wydał sie w sam raz do takiej misji.
Potem gdy młoda von Falkenhorst wyszła wraz ze swoją świtą aby dalej zawierać transakcję na hurtową skalę to na miejscu została Theiss. Blondynka też miała rozproszonych ludzi po różnych karczmach albo i samym targu czy zaułkach miasta bo w końcu mieli mieć dzień wolny więc korzystali. Dlatego musiała posyłać kogo się udało złapać ze swoich mieczników aby ściągnął kogo się da. I tak pojedynczo, po dwóch, trzech stopniowo gromadzili się przy jednym ze stołów gospody.
Zaś Tobias po rozmowie z Gretą niewiele miał do zabrania więc zostało mu czekać aż wszyscy się zbiorą. Sama drużynniczka Gebirsjeager wysłuchała go uważnie zerkając na tą nietypową dwójkę poszkodowanych. - Może są z tej samej karawany co Duivel przyprowadził tego Kislevitę. - wyraziła swoje przypuszczenie. A potem do nich podeszła. I jak padło imię “Simon z Kisleva” to i krasnolud i niziołka bardzo się ożywili. “To on! On był z nami! Czyli jemu też się udało!” ucieszyli się oboje. Więc Greta ich poporisła aby poszli razem z Tobiasem tam gdzie Petra miała swoją kwaterę od wczorajszego zmierzchu.
Właśnie tam doszło do radosnego spotkania. Okazało się, że po tak chaotycznej, nocnej walcje i Hagrim z Ludeną byli przekonani, że tylko im się udało ujść z życiem jak i Simon podobnie. Teraz jak znów się spotkali to padli sobie wszyscy w ramiona i cieszyli się jak dzieci. Szybko zaczęli sobie opowiadać jak to im się udało przeżyć i zastanawiać się czy komuś jeszcze się udało. W końcu całą trójką dość zgodnie chcieli podziękować Petrze, że się za nimi ujęła. No ale, że ta już wyszła wcześniej to podziekowania spadły na tych jej podwładnych jacy akurat byli na miejscu.
- Ale ja to nie wiem czy z wami pójde. Tylko bym wam przeszkadzała. - Ludena Czerwona dostała od jakichś litościwych ludzi koszulę i spódnicę. Ale, że od ludzi więc się w nich topiła bo były za długie. Niemniej obrotna niziołka sprawnie podwinęła rękawy, w parę chwil pożyczyła od kogoś nitkę i igłę po czym podwinęła podobnie spódnicę aby się nie ciągnęła po ziemi i nie plątała pod nogami. Jednak widocznie obawiała się starcia z goblinami i chyba w ogóle nie była zbyt bojowo nastawiona. W przeciwieństwie do obu jej kolegów. Bo zarówno Hagrin jak i Simon pałali żądzą zemsty na goblinach. No i wciąż byli przy nadziei, że uda się odzyskać chociaż część majątku pozostawionego w obozie.
Ostatni przyszedł Stefan. Któryś z wojaków Theiss go powiadomił, że trafiła się jakaś niespodziewana za miasto i szefowa zgłosiła go na ochotnika w roli zwiadowcy. Na miejscu przekonał się, że faktycznie tak było i już się spora kupa luda szykowała na tą wyprawę.
Wcześniej miał dość zajęty ten pochmurny poranek. Wspólnie z Alezzią doglądali rannych swoich i tileańskich. Oczyścili rany i zmienili opatrunki na nowe. Następnie ten urzędnik z ratusza zaprowadził go do swojej żony. Rzeczywiście wyglądała na chorą. Pot obficie zrosił jej ciało i zlepił włosy. Brzydko kszalała i na słuch to coś jej siedziało w płucach. Od ręki niewiele mógł jej pomóc. Co najwyżej zostawić zioła i wytłumaczyć jak używać. Trzeba było zrobić z tego napar w misce a potem wdychać te opary. Tylko głowę trzeba było przykryć ręcznikiem czy czymś takim aby za szybko nie uciekały. Więcej tam pomóc nie mógł zwłaszcza jak nie zanosiło się, że zostaną w Breder na dłużej.
Wreszcie mógł pójść na targ. Nie miał zbyt wyszukanych wymagań i okazało się, że wszystko co sobie zaplanował kupić było do kupienia. Alkohol do robienia nalewek, worek soli do peklowania, mięso do zapeklowania albo dwukrotnie droższe ale już gotowe do drogi. Albo do wyboru żywy inwentarz. Były też choćby i kury do kupienia, i gęsi i kaczki. Tak, całkiem spory był ten targ w Breder, można było zrozumieć dlaczego jego imiennik tak go zachwalał i polecał. Nawet co jakiś czas widział tam i tu damę w niebieskiej sukni. Dzisiaj ich szefowa wyglądała zdecydowanie bardziej okazale niż wczoraj w skórzanych spodniach i stroju podróżnym gdy z traktu przyjechali do miasta. I widać było, że wszyscy handlarze wokół niej skaczą bo nie kupowała aż jednego konia czy krowy tylko masowo. Więc zrobiła się głównym rozgrywającym na dzisiejszym targu. Ale to jeszcze było wcześniej, przed obiadem. Jak sam się obkupił w co chciał i zaniósł do do karczmy w jakiej nocował to właśnie znalazł go wojak Theiss i poinformował o nowym zadaniu.
- Dobra to chyba wszyscy już są. Dłużej nie czkamy. Ruszamy. A wy prowadźcie do tego waszego obozu. - Theiss krytycznie spojrzała w niebo. Jeszcze było widno i było dobre kilka dzwonów do zmierzchu. Jednak południe minęło już jakiś czas temu i było już pewnie bliżej końca dnia niż środka.
Więc ruszyli. Mimo, że w tych improwizowanych warunkach i niejako z zaskoczenia blondłowsa sierżant zdołała zebrać gdzieś z połowę swoich ludzi. Za to na ochotnika zgłosiło się paru Tileańczyków.
- Wy pomogliście nam to teraz my pomożemy wam. - powiedział porucznik Ferro swoim łamanym reikspiel. Wraz z nim ruszyło paru innych, ci co wyszli z walk na bagnach bez wiekszego szwanku albo już doszli do siebie. Dziś wyglądali znacznie lepiej niż przy pierwszym spotkaniu. Chociaż jeszcze bardziej pstrokato bo swoje ubłocone ubrania oddali do prania i teraz paradowali w zapasowych albo tym co zdołali kupić na targu. Właściwie to ich status był mocno niepewny. Chyba siłą rozpędu doszli razem z oddziałami von Falkenhorst do Breder. Tu rozbili się po różnych karczmach gdzie się znalazło miejsce. I na razie tak to zostało. Nawet jeśli porucznik coś rozmawiał z Petrą to do zwykłych wojaków nic z tego nie skapło.
Po drodze był czas aby pogadać. Na czele szła trójka kupców skoro znali drogę. Trójka bo mimo obaw i wątpliwości Ludena jednak zdecydowała się dołączyć. Chyba zdecydowała niepewność co do losów swoich pracowników i majątku. Z nimi albo przed nimi szli zwiadowcy. A za nimi miecznicy i kusznicy. Nominalnie dowódcy nie wyznaczono ale wydawało się, że Theiss ma największy autorytet no i dowodziła największym oddziałem. Zresztą z duetem mówiących po reikspiel Tileańczyków rozmawiali sobie na całkiem przyjaznej stopie. Bo Greta która też dołączyła do wyprawy chociaż była zaufaną Petry to jednak nie miała cech przywódczych i raczej nadawała się na zwiadowcę. Zwłaszcza, że w tej wyprawie tylko ona była konno.
- Jakby ktoś chciał się do nas zgłosić to musiałby pogadać z Erykiem. On jest naszym dowódcą i wszystkich przyjmuje. - odparła elfowi na to co pytał wcześniej ale nie było za bardzo o tym kiedy pogadać. Dopiero teraz jak wyszli za miasto.
- I ja nie umiej strzelać konno. Więc cię nie nauczę. Nie walczymy konno. Kucy używamy tylko do jazdy, jak coś się dzieje to wtedy zsiadamy z koni. - wyjaśniła mu klepiąc po przyjacielsku grzbiet swojego kuca. Ten faktycznie nie wyglądał zbyt bojowo. A elf nie słyszał aby ktoś używał kucy w walcząc z ich grzbietu. Do tego używało się dorodnych rumaków specjalnie hodowanych i szkolonych do tego zadania a nie zwykłych kucy. Te za to były mniej wymagające i Gebirgsjaeger chwalili je sobie, że są w sam raz do jazdy po górskich bezdrożach. Dlatego Greta nie umiała strzelać z końskiego grzbietu.
- I jakiego ojca? O czym ty mówisz? - zdziwiła się jednak na to co ostatnie brodaty elf zapytał.
Za to świetlista magini nie była pewna czy może mu pomóc. Nie miała w swoim repertuarze czarów jakie by mogły podziałać na całą grupę. Na pojedyncze osoby też nie. Przynajmniej nie na tyle aby efekt utrzymał się dość długo. Parała się tą dziedziną świetlistej magii jaka przynosi natychmiastowe efekty i trudno jej coś zdziałać na odległość.
Stopniowo jednak zagłębiali się w pradawny las. Po ostatnich deszczach droga zmieniła się w grząskie błoto jakie z lubością wsysało nogi a niechętnie je wypuszczało. Szło się więc niezbyt lekko.
- To już niedaleko. To gdzieś tutaj było. - powiedział w końcu Hagrin. Theiss dała więc znać aby przestać palić i rozmawiać.
- To idźcie przodem i zobaczcie jak to wygląda. - krótkoostrzyżona blondynka dała znak zwiadowcom aby robili swoje. Ona i jej ludzie nie byli zbyt dyskretni a do tego dość liczni co mogłoby uprzedzić gobliny o ich nadejściu. Mała grupka myśliwych i tropicieli miała o wiele większe szanse aby się podkraść i rozeznać w terenie.
- To zbierajcie się i chodźcie. - rzekła cicho Greta sprawdzając jeszcze torbę i kołczan. Po tej krótkiej chwili ona, Stefan, Tobias i Duivel ruszyli do przodu. Zaś Theiss kazała ustawić się w dwa szeregi frontem do każdej strony drogi. A w środek szermierze wzięli kuszników aby ci mogli być chronieni przed bezpośrednim atakiem.
Zaś czwórka zwiadowców ruszyła przodem. Z początku wiele się nie zmieniło. Ot, leśny dukt rozmoknięty deszczem. Jednak pomni na słowa krasnoludzkiego metalurga szli ostrożnie jak przy podchodzeniu zwierzyny. Uszli tak już kawałek, że główna grupa zniknęła im z pola widzenia za którymś drzewem i zakrętem. Gdy dostrzegli coś nowego. Ślady. Dużo śladów.
~ Sporo ich było. ~ szepnęła Greta widząc te tropy na dnie lasu. Bo chociaż deszcze rozmył lub wręcz zmył większość z nich to było ich na tyle wiele, że część się uchowała. Mżawka padała niedawno, w samo południe to ślady musiały być wcześniejsze. Szli jeszcze ostrożniej i wolniej bo widocznie już byli blisko tego napadniętego nocą obozu. W pewnym momencie gdzieś między drzewami zaczęły im majaczyć nienaturalne regularne kształty zwiastujące stojące wozy. A jeszcze bliżej widzieli pierwsze ciała, porozrzucane graty i ślady pobojowiska. Na szczęście las zapewniał sporo kryjówek aby podejść jeszcze bliżej. Wreszcie zbliżyli się na tyle blisko aby uszłyszeć jakieś dźwięki zdradzające, że ktoś tam jeszcze jest i żyje. Chociaż na słuch to brzmiało raczej jak goblińskie życie. Wreszcie podeszli na tyle blisko aby objąć wzrokiem większość obozu.
Wozy stały w na rozjeżdżonym wśród drzew błotnistym placu jaki widocznie tradycyjnie stanowił miejsce postojowe. Z pół tuzina wozów z czego połowa to wagony a druga połowa kryta płótnem. Jestem z tych drugich leżał teraz przewalony na bok a jego zawartość rozsypała się luzem i tonęła w błocie. W ogóle chyba wszystkie wozy zostały solidnie splądrowane i ich towary jak i dobytek podróżnych leżała wybebeszona i zbrukana w tym błocie. Kilka trucheł koni leżało tam gdzie dopadły je ciosy lub strzały napastników. Ale na pobojowisku było mnóstwo ciał. W większości goblińskich ale niestety zdarzały się też i ludzkie ofiary nocnej napaści.
~ Dużo ich tu. Ale dużo ich jednak zabili. ~ szepnęła cicho Greta gdy tak przeglądała z kompanami to towarzystwo. No bo rzeczywiście jak na taki zaskakujący, nocny atak to tych goblinów obrońcy zdawali się kłaść pokotem całymi tuzinami, że tak tu teraz masowo zalegały. Co prawda nie wszystkie. Tam jakiś grzebał i wyrzucał coś z wozu czegoś szukająć. Tam ze dwa kłóciły się i wyzywały o coś skrzekliwymi głosami a kilka innych im podjudzało albo kibicowało. Jeszcze dalej któryś patroszył albo znęcał się nad truchłem konia. Łącznie widać było jakiś tuzin, może trochę więcej tych zielonoskórych jacy chyba do głowy sobie nie brali, że ktoś ich może właśnie podglądać.
~ Oh! Oni są pijani! ~ zorientowała się w pewnym momencie Greta. Zresztą jej towarzysze także gdy już mieli okazję aby któryś tam raz obrzucić pobojowisko spojrzeniem. Bo jak się przyjrzeli uważniej to okazało się, że to czy tamto goblińśkie “truchło” pochrapywało, przewaliło się na bok czy czknęło. A i u tych co byli jeszcze mniej więcej na nogach widać było w łapach jakieś butelki albo przystawiali się do szpuntu jakiejś beczułki. Przez to jednak nie było teraz pewności ile tych “trucheł” to rzeczywiście truchła a które tylko są kompletnie opitymi goblinami. Z tym tuzinem czy dwoma co były jako tako na nogach to chyba z udziałem ludzi Theiss można by sobie poradzić. Z drugiej strony jak te wszystkie “zwłoki” by ożyły z pijanego widu to mieliby zdecydowaną przewagę liczebną. O ile zdecydowałyby się walczyć bo gobliny z odwagi nie słynęły.
~ Miejcie tu na wszystko oko. Ja wracam pogadać z resztą. ~ szepnęła Gebirgsjaeger i powoli zaczęła się wycofywać aby powiadomić główną grupę jak się sprawy mają. Zdążyła już im zniknąć z oczu i w obozie dalej nic niezwykłego się nie działo. Pijane gobliny ucztowały swoje zwycięstwo na swój skrzekliwy, złośliwy sposób. Aż w pewnym momencie jeden z nich kołysząc się w pokraczny sposób potknął się o jakieś ciało. Wstał i ze złością odwrócił się i je kopnął. Wtem przestał i na jego wielkonosej twarzy pojawił się grymas zdziwienia. Ale wyszczerzył się złośliwie i jeszcze raz kopnął ciało. I jeszcze i jeszcze aż chyba sam się zdziwił jak ciało nagle zerwało się i rzuciło się do ucieczki. Ale w stosunku do trójki obserwatorów to w bok więc niezbyt dobrze widzieli kto to jest poza tym, że pewnie ktoś z napadniętych nocą ludzi. Z początku gobliny były zbyt zaskoczone takim obrotem sytuacji ale widok uciekającego w las człowieka pobudził je i kilka z nich rzuciło się z głośnym skrzekiem w ślad za zbiegiem. Reszta potraktowała to jak dobrą zabawe bo zaczeła złośliwe rechotać, szydzić i wyśmiewać ale chyba nie zamierzali dołączyć do pościgu. Tymczasem zbieg już rwał przez las a gobliński pościg został nieco w tyle ale skrzeczące kreatury nie odpuszczały. Zwłaszcza, że widać było, że w sylwetce uciekającego i jego kroku jest pewna nieregularność co zdradzało albo rany albo ból po tych kopnięciach.
-
Miejsce : pn-wsch Hochland; północne pogórze; okolice m. Breder; las; pobojowisko karawany
Czas : 2521.04.25; Marktag; popołudnie - zmierzch
Warunki : ; na zewnątrz: dzień, zachmurzenie, powiew; ziąb (0)Miejsce zbiórki
Elf wysłuchał szefowej i zanim wyszła chciał jeszcze wyjaśnić pewne małe nieporozumienie, gdyż nie chciał być źle zrozumiany.
- Szanowna Petro, doskonale wiem po co tu jesteśmy, obawiam się jedynie aby nasza wyprawa po wóz kupców nie spowolniła nas w wymarszu do Ostlandu... - powiedział blondobrody i skłonił się lekko.
Podczas marszu
- Greto, oczywiście nie chodziło mi o ojca, ale czy każdy z Was dostaje własnego kuca.
Obóz kupców
Duivel patrzył jak uciekająca kobieta oddalała się od nich. Dzięki niej z obozu oddaliło się też sporo goblinów. Wszyscy oni biegli jakby byli nieco pijani, albo ranni. Elf przypatrzył się czy mają jakąś broń. Skupił się jednak na obserwacji obozu, chciał rozpoznać ilu wrogów jest na nogach. Cały czas się ukrywał między drzewami. Zdecydował się pójść do Theiss i jej mieczników oraz kuszników Ferro. Szepnął do towarzyszy, że udaje się do głównej grupy aby opowiedzieć o wydarzeniach po odejściu Grety i zrobić małą, krótką naradę.
Po niedługim czasie stał już przy krótkowłosej Nordlandce.- Droga Renate, część goblinów, zdaje się, że pięciu, pobiegła za jakąś kobietą. W obozie zostało ich teraz mniej niż dziesięciu na moje oko. Możemy teraz wysłać kuszników aby ostrzelali razem z nami zwiadowcami tych goblinów które zostały przy obozie, a następnie niech miecznicy ruszą na nich. Możemy też spróbować ich odstraszyć np. strzelając do nich...- mówił Duivel cichym i spokojnym głosem, tak aby nie narobić zbędnego hałasu.
-
Miejsce: pn-wsch Hochland; północne pogórze; okolice m. Breder; las; pobojowisko karawany
Czas: 2521.04.25; Marktag; popołudnie - zmierzch
Warunki: ; na zewnątrz: dzień, zachmurzenie, powiew; ziąb (0)Droga do pobojowiska
Stefan wyrwał do przodu maszerującej grupy aby zrównać się z idącymi tam kupcami, po czym zagadnął do nich:
- Przepraszam że przeszkadzam ale chciałem z Szanownymi Państwem porozmawiać o tym co nas czeka, czy możecie powiedzieć ile mniej więcej może na nas czekać tych zielonoskórych? Jak byli uzbrojeni? Widzieliście jakiegoś ich wodza może?
Trójka kupców i wspólników popatrzyła po sobie pytająco. Każde z nich wydawało się inne. Chropowaty krasnoludzki metalurg, ciepła, pulchna niziołka i ubrany po kislevsku handlarz win.
- Wiela. I noc była to niewiela było widać. Wrzasku i biegania pełno. Nie było okazji im się przyglądać i liczyć. - odparł Simon w imieniu całej trójki. Pozostali potwierdzili jego słowa kiwając głowami. Im też widocznie nocna napaść i chaos walki nie pozwolił na rolę obserwatora. *
Stefan podziękował kupcom za ich zdawkową odpowiedź i wrócił do swojego miejsca w grupie i zaczął… bawić się podczas marszu z Azurem aby zagłuszyć coraz silniejsze obawy jakie Stefan odczuwał względem swojego udziału w ekspedycji biorąc pod uwagę jego wcześniejszą porażkę.
Obóz kupców
Widząc uciekająca z obozu kobietę Stefan wiedział od razu że muszą jej jakoś pomóc, tym bardziej zmroziła go sugestia elfa żeby wracać do reszty na jakąś naradę:- Duivelu ta kobieta potrzebuje naszej pomocy, liczę na to że mi pomożecie - rzucił szeptem do pozostałych po czym nie oglądając się na nich ruszył przeciąć drogę ścigających, z łukiem gotowym do strzału i Azurem i nogi. Zatrzymując się tylko na sekundę żeby pociągnąć nogą po poszyciu leśnym aby zostawić jak jak największy ślad wskazujący w którą stronę poszedł.
-
Polowanie na gobliny często przypominało polowanie na lisy. Masa psów hałasująca, zmuszająca do panicznej ucieczki w określonym kierunku - gdzie czekały już oddziały której wręcz masakrowały złośliwe istoty. Inaczej było kiedy gobliny były albo czujne albo miały przewagę liczebną - a najczęściej miały. Wtedy mała grupa przekradała się do ich obozowiska, robiła hałas i uciekała w kierunku własnych - przygotowanych- sił. I zmasowany atak łuczników i kuszników łamał pierwszy szereg goblinów, często i drugi licząc na złamanie także morale pozostałych. Z reguły się udawała ta sztuka. Śmierć herszta bandy istotnie to ułatwia. Najgroźniejszą istotą w zielonoskórej bandzie był bez wątpienia szaman. Jeśli takowy był należało zgładzić go w pierwszej kolejności, inaczej był w stanie samodzielnie zabić tuzin łowców jednym zaklęciem.
Tobias obserwował pole bitwy - szukał goblina w charakterystycznym stroju shamana - obwieszonego amuletami z kości i skóry. Albo co najmniej herszta.
W końcu dostrzegł goblina leżącego w trawie ubranego barwniej od pozostałych.
Niestety Tobias nie mógł ustalić kim dokładnie jest i czy w ogóle żyje, może tylko śpi pijany.
Widok powstającej osoby - najwyraźniej żywej - i jej ucieczka w las wybiła Tobiasa z rozważań. Sugestia elfa o powrocie do oddziału Tobias skwitował tylko kwaśną miną. Bezpieczeństwo własne nad życie towarzyszy, przyjaciół. Znał to uczucie, ukłuło go boleśnie, obiecał sobie że nie popełni błędu z nie tak dalekiej przeszłości.
Leć do szefowej Duivelu - niech atakują jak najszybciej.
Tobias przechwycił wzrok Stefana, skinął mu znacząco głową, jednocześnie wyjmując kilka strzał- Uratujmy kapłankę .
Puścili się w pościg za goblinami. -
Oryginalny tytuł: Tura 13 - 2521.04.25; mkt; zmierzch
Miejsce: pn-wsch Hochland; północne pogórze; okolice m. Breder; las; pobojowisko karawany
Czas: 2521.04.25; Marktag; zmierzch
Warunki: ; na zewnątrz: dzień, zachmurzenie, powiew; ziąb (0)Wyprawa do obozu karawaniarzy
- Co za potwory! Wypiły moje wino! Jestem zrujnowany! - Simon załkał po raz kolejny. Właśnie podniósł kolejny antałek tylko po to aby się przekonać, że też jest pusty. Gobliny zresztą dobrały się i splądrowały wszystkie wozy. Zachowując się przy tym jak dzikie małpy i jakby za punkt honoru sobie stawiając aby wszystko zapaskudzić, połamać i rozwalić. Dwójka pozostałych kupców też nie miała zbyt szczęśliwej miny. Ludena ze smutnym wzrokiem chodziła i podnosiła z ziemi kolejną miskę, patelnię czy garnek jakie napastnicy porozrzucali po okolicy w jakimś dzikim szale. Na niekótrych były ślady ich noży, żebów i pazurów. A jeden czy dwóch próbowali użyć garnków jak hełmów a przynajmniej znaleziono je na głowie.
- Szkodniki. Same szkodniki. Dawno mówiłem, że trzeba się raz zebrać do kupy i wszystkich ich wybić co do nogi. Spokój będzie. - Hagrin złorzeczył na gobliny. Jako, że był metalurgiem to miał na swoim wozie sporo wyrobów i połsurowców metalowych. Teraz widział skrzynie rozsypanych w trawie gwoździ, płaty metalu podobnie i ogólny chaos w swoim wozie i wokół niego.
- Trzeba to będzie wszystko pozbierać. Uporządkować. - wybąkała Ludena a jako dobrotliwa i wrażliwa kobieta wydawała się być przygnębiona i bliska płaczu na widok tego spustoszenia jakie gobliny tu uczyniły.
Gobliny bowiem udało się rozbić i przepędzić. Zmasowany atak oddziałów Theiss wspartych jedną salwą kuszników Ferro skutecznie opanował teren obozu. Tileańczycy zdążyli tylko raz strzelić bo potem gobliny przy obozie już czmychały w las. Co prawda goblińskie wrzaski i ludzkie krzyki z pościgu za uciekającą kobietą rozbudziły większość zielonoskórych napastników. Bo gdy nadeszła Theiss z odsieczą to ci już byli na nogach. Skrzeczeli, wrzeszczeli do siebie, chwiali się i podskakiwali. Ale coś nie mogli się zdecydować na jakieś konkretne postępowanie. Więc jak Ferro dał rozkaz do salwy a krótkowłosa blondynka do ataku swoim miecznikom to gobliny właściwie nie stawiały oporu. Rzuciły się do koślawej ucieczki w las. Tylko te parę sztuk co byli zbyt pijani aby się sprawnie poruszać albo w ogóle się nie obudziło padło ofiarą mściwych mieczy i sztyletów. Oraz buzdyganu Simona i topora Hagrima. Spora część jednak uciekła w las.
A to, że w obozie coś się zaczęło dziać to Theiss, Ferro i Greta zorientowali się jeszcze zanim Duivel do nich przyszedł. Bo jak wrócił na drogę i już ich widział to też słyszał jakieś zduszone przez leśne odległości okrzyki i wrzaski. Chociaż na głównej drodze nie wiedziano co tam się dzieje w obozie i co je spowodowało. Gdy sierżant mieczników to usłyszała nie wahała się ani chwili.
- Damy radę! Ruszać się, za mną! - powiedziała gromko na swoich ludzi. I ci zwinęli dwuszereg i ruszyli raźnym tempem w stronę obozu. A tam właśnie zastali to zamieszanie jakie pomogli rozwinąć goblinom na swoją korzyść. Do prawdziwej walki więc właściwie nie doszło a obóz został opanowany.
Nieco inaczej sprawy się miały podczas pościgu za kobietą ściganą przez gobliny. Ona chyba była ranna czy chora bo widać było pewną niezgrabność w jej ruchach. Ale i gobliny też chwiały się i potykały bardziej niż zwykle. A samą pogoń zdawały się traktować jak niezłą zabawę. Jednak mimo to zauważyły, że ktoś ruszył ich śladem. A Stefan z Tobiasem musieli się sporo nabiegać zanim dogonili ten nieco chwiejący się wyścig. Nie byli pijani ani zmęczeni co by ich opóźniało ale jednak już na samym początku tego pościgu ta pierwsza grupa miała sporą przewagę.
Podczas biegu łuku nie dało się właściwie użyć. Trzeba by zatrzymać się, wycelować i strzelić. I to tam do przodu, pomiędzy drzewa i krzaki do ruchomego i oddalającego się celu. A potem znów trzeba by nadganiać to co się straciło na zatrzymanie się. Strzał zaś nie byłby taki łatwy a wynik ewentualnego trafienia niepewny. Szybko się okazało, że plan Stefana aby przeciąć drogę goblinom odcinając ich od uciekinierki nie ma zbyt wielkich szans powodzenia. Musiałby dogonić pierwszego goblina, drugiego i tak aż do pierwszego. A potem się zatrzymać i ich zablokować. Z boku to byłoby jeszcze trudniejsze bo raz, że kątem oka tak jak on mógłby ich widzieć tak oni jego. A po drugie musiałby jeszcze mieć czas aby odbić w bok tak aby przeciąć im kierunek pościgu. Gdy obie strony były w ruchu to robiło się właściwie nierealne. Pozostawało po prostu biec za nimi bez większej finezji i spróbować dopaść po kolei. O ile bowiem na początku pościgu to gobliny stanowiły dość zwartą grupkę to im dłużej pościg trwał tym bardziej się ona rozproszyła. Jednak nie na tyle aby było co liczyć, że pozostałe nie dostrzegą starcia z jednym z nich za swoimi plecami.
W końcu Azur nie zdzierżył gorączki myśliwskiej i zaczął ujadać zwracając na siebie uwagę goblinów. Ci odwrócili się i dostrzegli także dwóch ludzi co ich ścigali. Podniosły wrzask. I zrejterowały dając dyla w las. Zdyszany Thobias jeszcze zdołał posłać za nimi strzałę czy dwie i nawet trafił któregoś w plecy ale to był koniec tego ganianego starcia z goblinami. W końcu obaj mieli okazję podejść do kobiety jaka też się zatrzymała. I w pierwszej chwili powitanie było kiepskie bo cała trójka ostro robiła bokami po tym biegu próbując złapać oddech.

https://i.imgur.com/HslZxL0.jpg
- Bardzo wam dziękuję. Już myślałam, że po mnie i złapią mnie te straszne gobliny. - powiedziała dziewczyna próbując uśmiechnąć się do swoich obu wybawców. Jak się wszystko uspokoiło można było wracać do obozu. A tam zastali już główną grupę która zdołała opanować rozpiżony obóz i przegnać lub wybić gobliny.
Uratowana dziewczyna nazywała się siostra Guendalina. Ale pozwalała sobie mówić “siostra Guen”. Siostra była nowicjuszką Rhyii i wiozła ważne listy od swoich przełożonych do Breder i Lenkster. Dlatego przyłączyła się do tej karawany kupców. Dla bezpieczeńśtwa. I to się sprawdzało aż do ostatniej nocy gdy napadła ich ta zgraja goblinów. Sama dziewczyna dostała w głowę i ją zemdliło. Jak się obudziła to wszędzie już panowały gobliny no i był dzień a nie noc. To dalej leżała udając nieżywą. Aż któraś z tych niezdar przypadkiem ją kopnęła i to w ten zraniony bok co wywołało jej orzyk boleści. A co dalej się działo to już trójka zwiadowców widziała na własne oczy.
Teraz też trójka ocalałych kupców ucieszyła się na widok młodej kapłanki. Simon się wzruszył, że objął ją na kislevską modłę a Guen nazywała go “wujaszkiem”. Ludena nie kryła radości i zaczęła cieszyć się z ocelenia młodziutkiej “dziewczynki” jak ją pieszczotliwie nazywała i biadolić nad jej ciężkim losem. Jedynie Hagrin okazał powściągliwość i zdawkowo rzucił coś, że dobrze się znów widzieć kiwając jej głową. Ale potem trójka kupców zaczęła obchód pobojowiska swoich wozów i obozów. Sprawdzali czy ktoś nie przeżył i czy kogoś nie brakuje. Paru osób nie było więc mieli nadzieję, że może im też udało się zwiać w nocnym zamieszaniu. I próbować pozbierać ten swój porozrzucany i uwalany majątek.
- Ale jeszcze z jeden dzwon dnia będzie. W sam raz aby wrócić do miasta. - odezwała się Theiss wymownie spoglądając w niebo. Rzeczywiście dzień się już kończył. Biorąc pod uwagę jak wiele im zajął marsz tutaj to akurat było w sam raz aby zacząć odwrót i zdążyć do miasta tuż przed nadejściem zmroku.
- Ale jak to odejść? I jak? Zostawić to wszystko? Pomiłujcie pani kochana, zostańcie z nami na noc. Rano pozbieramy co trzeba i wrócimy z wami do miasta. Teraz to sami widzicie jak to wszystko wygląda. Tylko na zmarnowanie tu zostanie. - Simon słysząc to poprosił dowódcę mieczników aby jednak zgodziła się pozostać tu na noc. Światła dnia faktycznie było już zbyt mało aby liczyć, że uda się przed zmierzchem uporządkować obóz i wozy. Zabrać lub pochować zabitych podczas nocnego napadu. Faktycznie by to pewnie parę dzownów na to trzeba było albo i z pół dnia. A teraz to najwyżej można by było po prostu zostawić to wszystko i wrócić do miasta. Było zrozumiałe, że kupcom to nie w smak ale Theiss niekoniecznie. Co było widać po jej minie.
- Szefowa mówiła, że jutro to ona jest umówiona z kupcami konie i wozy oglądać to jutro i tak nie będziemy wracać do Lenkster. - odezwała się Greta aby pomóc głównodowodzącej w podjęciu decyzji. Zdawała się współczuć poszkodowanym i żal jej było zostawiać ich tu samych. Zresztą wcześniej Duviel też coś podobnego usłyszał od szlachcianki w niebieskiej sukni. Jako najpoważniejszy kupiec na targu mogła dyktować warunki a i handlarze nie byli gotowi, że dzisiaj się zjawi ktoś kto będzie kupował na taką skalę. Więc umówili się, że resztę inwentarza i dobytku jakim von Falkenhorst była zainteresowana przywiozą do miasta jutro. Dlatego Petra nie obawiała się, że “wyprawa po wagon” jak to nazwała może opóźnić ich powrót do Lenkster. Chociaż chyba spodziewała się, że wrócą dzisiaj a nie jutro.
- No. Pani oficer to przemyśli. A tu coś dla lepszego myślenia. - Simon jowialnie podał kubek z jakimś płynem jaki nalał z ocalałej baryłki. Blondynka spróbowała i skinęła głową z uznaniem na znak, że jej posmakowało.
- Spieszyliśmy się i nie braliśmy prowiantu. A tu jak byśmy mieli zostać to dzisiaj kolacja i jutro śniadanie by się przydały. - rzuciła sierżant mieczników w stronę kupców.
- Jedzenie się znajdzie! Te pokraki nie zdążyły zapaskudzić wszystkiego. Tylko bym potrzebowała pomocy aby na tyle osób coś ugotować. - zawołała chętnie niziołka obdarzając wszystkich ciepłym, życzliwym spojrzeniem godnym swego ludu gdy chodziło o sprawy kuchni i jedzenia. Theiss wahała się jeszcze chwilę ale w końcu zdecydowała.
- Dobra to zostaniemy. Ale do obiadu. Obiad już chcę jeść w Breder. - rzuciła do trójki kupców wywołując ich wdzęcznie uśmiechy i zapewnienia. Potem wezwała do siebie Gretę. Kazała jej wracać do miasta i zawiadomić szefową co się wydarzyło i, że zostają tu na noc. Góralka pokiwała głową i ruszyła po swojego kuca.
W sprawie kucy Gebirgsjaeger wyjaśniła Duivelowi jak to jest. Otóż właścicielem wszystkich kucy jest margraf bo to nawet teraz wszystko kupowane za jego karliki. Ponieważ górskich oddziałów jest więcej niż kucy to zwykle dosiadają ich ci co akurat jadą na patrol albo trasę. Większość kucy jakie mieli do tej pory to właśnie ruszyli wraz z Petrą i Inez do Lenkster. I dlatego też margrafowi a na miejscu jego wysłanniczkom tak zależało aby kupić jak największy tabun. Zwłaszcza, że na wojnie zużycie koni wszelakich jest o wiele większe niż gdy wojny nie ma. Więc żaden z górali nie ma swojego kuca. Te są przydzielane do w zależności od potrzeb i zadania. Chociaż najczęściej na takim zadaniu ona czy jej koledzy jadą na tym samym wierzchowcu co może postronnym sprawiać wrażenie, że należą do nich.
- Póki jeszcze coś widać to spróbujcie rozejrzeć się za końmi. Kilka te porkaki zarżnęły ale reszta musiała zwiać. Może gdzieś się tu kręcą. Jak znajdziecie jakiegoś to dobrze, jak nie to wracajcie zanim się ściemni. - Theiss wiedząc już, że zostaną tu na noc wezwała do siebie trójkę zwiadowców i dała im kolejne polecenie. Rzeczywiście przy tej końcówce pochmurnego i dżdżystego dnia była jeszcze okazja coś zdziałać zanim zacznie naprawdę zmierzchać.
-
Duivel gdy zobaczył Stefana i Tobiasa wracających z młodą kobietą podszedł do nich
- Panowie, raz już jednego musieliśmy wyciągać z bagien wraz z Kolesnikovem, teraz zaalarmowaliście cały obóz. Dobrze, że te gobliny były z tych bardziej płochliwych. Gdybyśmy zaatakowali wioskę tych śmierdzieli jak jeszcze spali, to może byśmy nawet złapali kilka goblinów, a te z pogoni i tak pewnie by wróciły albo uciekły słysząc co tu się wyprawia. No, ale dobrze, tym razem uratowaliście totalnie nieznajomą opuszczając towarzyszy broni... - popatrzył na kapłankę i zwrócił się do niej wciąż będąc uśmiechniętym
- uratowało Cię dwóch mężnych wojaków z Górskiej Marchii Falkenhorst, pewnie już zdołaliście się nieco poznać ukłonił się i odszedł od grupki..
Elf raczej nie był skory do mieszania się w sprawy, które kompletnie go nie obchodziły. Oczywiście cieszył się, że dziewczyna przeżyła bo nie wyglądała na pomiot Chaosu, ale podobnie by się cieszył gdyby na jej miejscu był jeleń i to on zostałby uratowany.Duivel wysłuchał rozmowy Grety, Theiss i kupców. Gdy jedna z koleżanek udawała się po swojego kuca, brodaty elf podszedł do niej, gdyż ta miała mu opowiedzieć w końcu o zwyczajach panujących wśród żołnierzy z Gebirgsjaeger. Odprowadził ją, podziękował za wyczerpujące wyjaśnienia i lekkim skinięciem głowy pożegnał i życzył bezpiecznej drogi. Natychmiast wrócił do środka obozowiska, a obecnie raczej pobojowiska, gdyż Theiss zwołała do siebie trójkę zwiadowców. Po wysłuchaniu rozkazów elficki łowca znalazł zwrokiem kapłankę i podszedł aby chwilę porozmawiać. Spytał jak się znalazła wśród kupców, gdzie zmierza i jakie ma plany na dalszą podróż. Gdy siostra Guen skończyła streściła ostatnie wydarzenia z jej życia, Duivel popatrzył jej głęboko w oczy, uśmiechnął się szeroko pokazując swoje uzębienie i zwrócił się do niej
- Widzisz jak świetnie się składa! Jutro na obiad udajemy się do Breder, będziesz mogła załatwić swoje sprawunki, a kolejnego dnia cała wyprawa wyrusza do Lenkster aby połączyć się z resztą armii. Po prostu trzymaj się nas młoda damo- lekko skinął głową jak to miał w zwyczaju rozmawiając z kobietami. Szczególnie z pięknymi kobietami.
Mundo-naru już wcześniej zaplanował propozycję dołączenia do wyprawy, gdyż kapłanka zawsze jest mile widziana w szeregach armii. Szczególnie gdy posiada się tylko jednego maga i niewiele osób potrafiących zająć się rannymi. Zbieg okoliczności jeszcze chciał, że Guen udaje się do Lenkster, także propozycja zdaję się nie do odrzucenia.
Duivel chodził wokół obozu bacznie obserwując wszelkie ślady na ziemi. Zabrał ze sobą swój łuk i oba kołczany, ale tym razem odstawił szablę i wziął zamiast tego trochę paszy dla konia aby zachęcić go do powrotu. Zataczał coraz większe kręgi aby wychwycić końskie ślady, najlepiej takie które obok nie miały śladów krwi. Ranny koń raczej nie przydałby mu się, a zresztą leśne zwierzęta też czasem zasługują na łatwy łup. Nawet jeśli nie ma tu w pobliżu niedźwiedzi czy wilków, to ostatecznie znajdą się jacyś miłośnicy truchła. W końcu natknął się na obiecujący trop. Znalazł odciski należące łacznie do trzech koni i około siedmiu goblinów. Rozejrzał się szybko po okolicy, gdyż już odszedł kawałek od obozu. Było bezpiecznie na pierwszy rzut oka, więc prędko ruszył po śladach. Nie minęł nawet pacierz, a doszedł do konia, ale już od kilku chwil widział ślady krwi na poszyciu leśnym. Niestety w ciele nieszczęsnego zwierza wciąż tkwiły prowizoryczne dwie włócznie, a z jego szyi wylała się rzeka krwi, gdyż łeb mu odcięto/odrąbano (bardzo niezdarnie). W głębi duszy pomodlił się do elfich Bogów aby potraktowały tego konia jak leśne zwierzę. Szedł dalej i na szczęście po krwi nie było już śladu. Jedne ślady ewidentnie należały do jakiegoś konia wierzchowego, gdyż po stylu biegu widać było, że był szybszy. Drugi zapewne juczny bądź nawet pociągowy. Ślady w pewnym momencie się rozdzieliły. Łowca stanął wytężył swój wzrok i słuch bacznie obserwując okolicę. Odnalazł go! Duży, masywny koń stał sobie przy niewielkiej leśnej sadzawce, pił wodę i machał intensywnie ogonem odganiając się od prawdopodobnie różnych owadów. Duivel spokojnie podszedł do niego wyciągając paszę, którą zapakował w worek na sznurku (znalazł go w obozie na ziemi między zakrwawionymi szatami, a popękanym dyszlem od fury). Koń nie nadawał się do jazdy, także czekała ich ciut dłuższa droga powrotna niż początkowo zakładał, a było już prawie ciemno. Elf dał zwierzęciu jeść, na początek z ręki, a gdy ten załapał (a zrobił to od razu), przełożył mu worek przez głowę, tak aby koń mógł jeść podczas podróży. Na szczęcie krok łowcy był szybki więc wrócili do obozu w dobrym czasie. Choć było już bardzo ciemno, znalazwszy Theiss powiedział do niej, że gdzieś tam trochę dalej niż on zaszedł, powinien być jeszcze jeden koń, szybszy i na pewno wierzchowy. Jednak już po zmroku nie chciałby iść sam (mimo widzenia w ciemności), gdyż licho nie śpi. Może rano się po niego udać, ale to może być już za późno dla tamtego konia.
Duivel dosiadł się do reszty przy ognisku. Nie było go przez przynajmniej jeden dzwon, także jedzenie już było gotowe, a Ludena wciąż jeszcze szykowała kolejne porcje, tak aby każdy miał co do ust włożyć. Jako, że łowca był na krótkiej indywidualnej wyprawie, dostał swoją porcję królika od razu gdy usiadł przy sporym palenisku. Potrawa była idealnie zrobiona i elf poczuł się przez chwilę jak w domu. Podczas posiłku odpłynął w myślach. Słyszał strzelające drwa z ogniska, pohukiwanie sowy w oddali, a także rozmowy i śmiech swoich towarzyszy. Po posiłku poprosił o napój z baryłki jaki wcześniej podano oficer Theiss. Następnie oddał się rozmowom o wszystkim i o niczym z resztą wyprawy....
-
Stefan przystanął przy uciekinierce starając się złapać oddech i obserwować otoczenie w poszukiwaniu zagrożeń, choć to było dość trudnę biorąc pod uwagę wielką urodę dziewczyny zachęcającą do bezwstydnego gapienia się na nią. Ostlandczyk postarał się zdusić w sobie to słabość po czym przemówił do kobiety uspokajającym głosem:
Spokojnie Pani, nie pozwolimy żeby te potwory zrobiły Ci krzywdę, Czy jesteś ranna? Możesz iść?
Upewniwszy się, że gobliny uciekły Stefan zaoferował dziewczynie pomocną dłoń w marszu do obozu i potrzebną pomoc medyczną.
Idąc W stronę pobojowiska Stefan spojrzał z nieukrywaną sympatią na Waldera i szepnął do niego:
Dziękuje, że poszedłeś ze mną Tobiasie - Stefan chciał powiedzieć znacznie więcej ale nie był to czas ani miejsce na wylewność.
Docierając do obozu Stefan poczuł ulgę widząc że ich siły odniosły zwycięstwo, Stefan niemal instynktownie zaczął rozglądać się po towarzyszach broni czy ktoś nie potrzebuje pomoc medycznej. To zainteresowanie innymi skupiło jego uwagę na tyle że nie zauważył zbliżającego się Duivela i jego bezczelna tyrada zaskoczyła go tym bardziej. Słuchał z absolutnym niedowierzaniem niewiarygodnie bezczelnego elfa który miał czelność oskarżać ich o porzucenie towarzyszy.
Stefan nie wiedział jak ale udało mu się wbrew wszystkiemu opanować i pomimo ogarniającej go furii zachować pozorny spokój do tego stopnia że po za tym że pobladł to jego zdenerwowanie okazywało się tylko drgającym nerwowo kącikiem ust. Zmierzając do obozu zastanawiał się jak ma postąpić z Duivelem po tym jak ten uciekł przed walką. W końcu był mu dłużny za uratowanie życia, słowa elfa dały mu proste rozwiązanie tej sprawy, choć nie takie na jakie liczył . Kiedyelf skończył mówić do kapłanki Stefan odpowiedział:
Drogi Duivelu nie obawiaj się, nie mamy w żadnym wypadku zamiaru porzucać kogokolwiek z naszych towarzyszy - przemówił Prawie, że przyjaznym, lekkim tonem - Mieliśmy w końcu dzisiaj pokaz tego że to ktoś “inny” niż ja i Tobias całkiem sprawnie porzuca towarzysz w obliczu wroga i wieje na tyły… - Stefan pozwolił wadze wypowiedzianych przez niego słów wybrzmieć po czym dodał lodowatym tonem:- Pomogłeś mnie uratować na bagnach i bynajmniej o tym nie zapomniałem… dlatego nie skończyłeś dzisiaj ze strzałą w plecach, ale następnym razem nie liczyłbym na taką pobłażliwość.
Po tych słowach spoglądał przez chwilę na elfa surowym wzrokiem po czym zwrócił się do kapłanki, zupełnie już lekkim tonem.
Choćmy Siostro jak sądze czekają tam na nas osoby które się bardzo ucieszą na Pani widok.
Słysząc rozkazy Theiss Stefan od razu podszedł do niej i uprzejmie poprosił o głos:
Przepraszam Pani sierżant ale pozwolę sobie zasugerować że jeśli mamy tutaj zostać na noc aby uratować te wozy to sugerowałbym, żę powinniśmy poprosić Panią Gręte aby poprosiła nasza dowódczynie o przysłanie koni do wozów rankiem. Może nam się udać znaleźć jakieś konie , ale to hazard i na pewno nie będzie ich dość. Kupujemy sporo koni, niech zaczną zarabiać na siebie jak najszybciej.
Po rozmowie z Theiss Stefan udał się z Azurem na poszukiwanie zaginionych koni , dzięki świetnemu węchowi psa stosunkowo szybko znalazł w gęstwinie przestraszoną ale w pełni zdrowa klacz z którą wrócił do obozu gdzie zajął się pomaganiem innym w zajmowaniem się zabitymi(w tym sprawdzaniu czy wszystkie gobliny na pewna sa martwe, porządkowaniu rzeczy, szykowaniu posiłków i przygotowywania się do obrony na noc. Nie omieszkał także starać się pomagać uratowanej kapłance i poznać ją jak najlepiej:
Mam nadzieje że listy które Siostra wiezie nie zostały rozszarpane przez zielonoskórych? Szkoda by było tyle podróżować na nic - zagadnął kapłankę przyjaźnie przy ognisku.Nie omieszkał także zbliżyć się do Tobiasa z uśmiechem na twarzy i kubkiem zmajstrowanego trunku dla Waldera oraz porcją wody dla siebie:
Twoje zdrowie Tobiasie, zdrowie towarzyszy na których można liczyć w walce! -
Tobias posłał dwie strzały w kierunku uciekających goblinów i był niemal pewien że przynajmniej raz trafił zielonoskórego pokurcza. Dziewczyna zwalniała, zmęczona i najwyraźniej ranna. Kiedy cała trójka zdała sobie sprawę, że po goblinach nie ma już śladu, zatrzymali się dysząc ciężko. Tobias spojrzał na czerwoną ze zmęczenia twarz i osłupiał. Była tak podobna do jego siostry, do tego była w wieku jakim byłaby teraz Arienne gdyby żyła. Gdy wraz ze Stefanem - już po przywitaniu się - wracali ostrożnie do swych towarzyszy, którzy najwyraźniej rozprawili się z goblinami - bowiem odgłosy walki już przycichły - zerkał na nią z ukradkiem z niedowierzaniem. Kiedy przyłapała go dwa razy na tym, że się w nią wpatruje, zarumieniła się lekko, być może mylnie uznając że Tobias poczuł do niej afekt.
Nie mógł przestać na nią zerkać, kiedy na ziemię sprowadził go Duivel i Tobias niemal przecierał oczy (i uszy) ze zdziwienia słuchając o 'porzuceniu towarzyszy by ratować nieznajomą niewiastę' najwyraźniej będąc niezadowolonym z podjęcia tej decyzji. I to jeszcze mówił to przy tej niewiaście. Tobiasa po prostu zatkało.
- Jeżeli czyjeś życie ryzykowaliśmy ze Stefanem - to tylko Nasze własne - zdołał tylko wykrztusić z siebie Tobias.
Po odejściu elfa, obaj ze Stefanem spojrzeli po sobie, najwyraźniej mając takie samo zdanie o zaistniałej właśnie sytuacji. Choć Tobias uważał, że Stefan trochę przesadził z tą strzałą w plecach.
Dopiero po chwili Tobias rozejrzał się po pobojowisku. Żołnierze z którymi nie tak dawno ramie w ramie walczył ze zwierzoludzmi, wyglądali na zadowolonych z Siebie - I słusznie! - pomyślał Tobias klepiąc z uznaniem po ramieniu jednego z żołnierzy Theiss. Ten rozpoznając Tobiasa przyjął z zadowoleniem ten gest pochwały, skinął ku kapłance i rzekł do Tobiasa - Ja to chyba w złej formacji służę - powinienem zostać - jak Wy - zwiadowcą. Takie ładne sztuki znajdujecie po lasach.
Tobias pozdrowił pozostałych żołnierzy zadowolony z roboty jaką wykonali. Nie był do końca zadowolony z decyzji o pozostaniu na noc, ale przyjął ją i zaczął rozglądać się za drewnem na opał. Miał zamiar wykorzystać wieczór na rozmowę z młodą akolitką a myśląc o niej nie mógł zapomniej o ukochanej siostrze.Ślady zaprowadziły Tobiasa jednego ze spłoszonych koni. Krępy, ciemnokasztanowy wałach stał między drzewami skubiąc trawę, zupełnie nie zważając na zbliżającego się zwiadowcę. Pozwolił do siebie podejść i z zadowoleniem przyjął drapanie otwartą dłonią po czole - aż przymknął oczy z zadowolenia. Tobias chwycił za uzdę i zaczął iść w kierunku obozu. Z przerażeniem spojrzał na tylną nogę konia, mylnie w pierwszej chwili biorąc to co widział za ranną bądź złamaną nogę. Urwana w łokciu ręka goblina nadal zamykała się na nodze wałacha.
- Już cię od niej uwalniam, spokojnie
Tobias siedział obok Guendaline, kiedy podszedł do nich Stefan z dwoma kubkami, podając mu jeden z nich i rzekł - Twoje zdrowie Tobiasie, zdrowie towarzyszy na których można liczyć w walce! . Tobias pokiwał z aprobata głową, po czym rzekł spokojnie do niego.
-Dzięki, bracie!
A kiedy gdzieś tam zobaczył sylwetkę Duviela dodał:
Nie oceniaj Duivela zbyt surowo Stefanie. I nie oczekuj od niego ludzkich odruchów. Jest Elfem - nie posiada ich. -
Oryginalny tytuł: Tura 14 - 2521.04.26; bkt; wieczór - południe
Miejsce: pn-wsch Hochland; północne pogórze; m. Breder; karczma “Kozi łeb”; główna sala
Czas: 2521.04.26; Backertag; południe
Warunki: ciepło, gwar rozmów, sucho, jasno; na zewnątrz: dzień, zachmurzenie, d.sil.wiatr; chłodno (0)Wszyscy
- O. Tam jest. - jak to zwykle bywa zaraz po wejściu do karczmy dobrze było się zatrzymać i rozejrzeć kto jest w środku i w ogóle jak wygląda sytuacja. Tak też było jak krótkowłosa Theiss weszła do “Koziego łba” jaki szefowa obrała sobie od przedwczoraj na kwaterę. Więc siłą rzeczą tutaj biło serce grupy zaopatrzeniowej tworzonego mieszanego regimentu górskiego margrafa. Wojownicza blondynka z mieczem u pasa zatrzymała razem ze swoimi towarzyszami i rozejrzała się. Ale pod jedną ze ścian wypatrzyli znajome twarze i sylwetki. Więc razem z sierżant mieczników skierowali się w tamtą stronę. Szefowa zaś chociaż zwykle była całkiem bystrooka w pierwszej chwili ich nie zauważyła, że się zbliżają bo absorbowało ją co innego.
- Ja nie wiem jak one chodzą w tych długich sukniach. Jak Inez z tym sobie radzi? Przecież to byle co i się wszystko brudzi. - gderała zirytowana, zadzierając nieco swoją długą, niebieską suknię w jakiej wczoraj chodziła po targu szukając zaopatrzenia dla ich regimentu. A dziś widać było tego ślady. Chodzenie po błocie zostawiło zwłaszcza dół sukni w ciemnobrązowych zaciekach jakich nie dało się tak łatwo oczyścić. Co prawda można było oddać suknię do prania ale podwładni Petry nie byli pewni ile ona takich eleganckich kreacji zabrała ze sobą w drogę bo właściwie wczoraj pierwszy raz widzieli ją w sukni. Wreszcie wyglądala jak szlachcianka. A nie jak zwykle gdy chodziła w skórzanych spodniach i kubraku bo wtedy łatwo można było ją wziąć za jakąś najemniczkę czy kogoś w tym rodzaju. Mogła jeszcze oddać suknię do prania ale wtedy musiałaby albo ubrać nową albo swój podróżny zestaw.
- Mam to gdzieś. Idę ubrać spodnie. W sukni i tak słabo jeździ się konno. - zdecydowała w końcu z zauważalną dozą irytacji na te wymogi względem błękitnokrwistych dam do jakich powinna się stosować. Alezzia co siedziała obok przyjęła to z oszczędnym uśmiechem starając się ukryć swoje rozbawienie.
- Tak, konno lepiej spodnie założyć. Zresztą wczoraj i tak już pewnie wszyscy poznali cię jako wielką panią co nie przyjechała po jakiś koszyk jabłek. - powiedziała magister jakby chcąc osłodzić te ubraniowe rozterki młodej szlachcianki. Wtedy jednak Petra podniosła głowę i zorientowała się, że wróciła Theiss i jej grupa.
- O jesteście. Wyglądacie jak zmokłe kury. Głodni jesteście? - odezwała się szybko taksując pstrokatą grupkę jaka towarzyszyła sierżant mieczników. Ale zaprosiła ich do stołu i przywołała kelnerkę aby przyniosła dodatkowe porcje. Bo ona sama i jej towarzysze to chyba właśnie skończyli swój obiad.
Zaś nie tylko Theiss była zmarznięta i przemoczona. Pogoda od wczoraj raczej nie uległa poprawie. I tylko wczoraj wieczorem było względnie pogodnie chociaż czuło się chłodną wilgoć w powietrzu. Gdzieś o północy się rozpadało więc jak się obozowało w lesie to nie było zbyt przyjemnie. Zwłaszcza, że chyba sama Theiss nie spodziewała się nocować poza miastem. Ale na szczęście z pomocą krytych wozów i kupców jacy udostępnili także jakieś brezenty i koce dało się to jakoś przetrwać. Druga połowa nocy była po prostu wietrzna i wilgotna ale już nie padało. Nad ranem nawet się rozpogodziło ale wiatr jaki bez trudu zamiatał całkiem grubymi gałęziami nie osłabł więc było zimno, dżdżysto i błotniście. W takich warunkach jedli śniadanie. A potem jak pomagali kupcom porządkować obóz to znów zaczęło mżyć. Może nie tak mocno jak w nocy ale ta wiosenna słota byla dokuczliwa. Zmoczyła i wychłodziła ich mocno i nawet to, że jak wracali już do miasta to przestało w końcu padać było niewielkim pocieszeniem. Zresztą pogoda mocno przydusiła dobre humory z wczorajszego zwycięstwa nad goblinami. Dziś zarówno Theiss jak i jej wojacy byli od rana dość marudni i chcieli jak najszybciej wrócić do miasta, ogrzać się, wysuszyć i zdjąć coś ciepłego. Tobias też czuł, że go niewidzialne palce ugniatają w skroniach i nasadzie nosa jak zapowiedź jakiegoś przeziębienia. Ale i Stefan czy Duivel też nie wstali zbyt wypoczęci chociaż do tej pory jakoś to rozchodzili przez tą pierwszą połowę dnia. Nie było więc dziwne, że zaproszenie do stołu i obiadu, w suchej i ciepłej izbie większość bardzo się ucieszyła z gościnności szefowej.

https://i.imgur.com/j6SQHzV.jpg
- No i jak? Sprawdziły się koniki? - zapytała zaciekawiona. Nie było dziwne, że o to pytała. Wczoraj widocznie Greta przekazała propozycję Stefana szefowej gdy wracała do miasta z wieściami, że grupa Theiss zostanie w obozie na noc i wrócą jutro. Ale ani Stefan, ani pozostali nie wiedzieli jak von Falkenhorst potraktuje tą prośbę. Dopiero dziś rano jak drogą nadjechała Greta na czele pół tuzina świeżo kupionych koni było wiadomo. W końcu wczoraj jeszcze nie wiedzieli czy w ogóle uda się odnaleźć jakieś konie a nawet jeśli to w jakim by były w stanie. Ostatecznie tuż przed zapadnięciem wczesnej, wiosennej nocy trzech zwiadowców wróciło na raty i z różnych kierunków prowadząc tego czy owego konia. Ale w tym momencie to konna góralka już pewnie była w Breder.
Powrót z końmi bardzo ucieszył trójkę kupców. Zwłaszcza jak rozpoznali swoje. Może oprócz Hargima, ten miał pecha także i w tej sprawie. Dlatego Simon i Ludena obiecali mu, że może wziąć do swojego wozu tego trzeciego.
Właściwie wieczorem to humory raczej dopisywały. Odnieśli zwycięstwo nad goblinami, przegonili je precz, niektóre dopadli i ukatrupili odzyskując panowanie nad obozem. Ku uciesze napadniętych kupców. No może nie do końca się cieszyli. Zwłaszcza Kislevita i krasnolud nie ukrywali utyskiwań na swój podły los i wielką stratę jaką odnieśli. Lulenda też ale ją angażowało gotowanie dla tylu osób więc było jej mniej widać i słychać. Theiss oddelegowało dwóch wojaków do pomocy. Wszyscy zaś cieszyli się na wieść, że udało się uratować służkę bożą. Do tego całkiem ładną i młodą. Jak jeszcze Simon machnął ręką i wytoczył jedną ze swoich ocalałych baryłek to zrobiło się całkiem wesoło. Chociaż Kislevita pospołu zdawali się markotnieć i smutnieć z każdym kolejnym kufelkiem ale reszty to raczej nie dotyczyło.
Nawet wieczór jakby na przekór właśnie zakończonemu dniu okazał się pogodny chociaż chłodny. Wcale się nie zapowiadało na regularny deszcz jaki spadł krótko po północy. W tym wieczornym towarzystwie dominowali mężczyźni więc trójka kobiet w naturalny sposób rzucała się w oczy i koncentrowała na sobie uwagę.
Lulenda zdawała się być ucieleśnieniem stereoptypów o swojej rasie. Jak już skończyła gotować i usiadła na pieńku czy kamieniu to okazała się wesoła, bezpośrednia i skora do żartów. Dla wojaków wydawała się być po trochu dobrą cioteczką co o nich dba a trochę młodszą siostrą która jest taka kochana, że aż chce się nią opiekować.
Theiss też dała się poznać na dwójnasób. Z jednej strony była w tej grupie najstarsza stopniem więc zastępowała Petrę w roli szefowej co w naturalny sposób skałaniało resztę do okazania respektu i pewnego dystansu. Ale też wydawała się być swojską, żołnierską duszą jaka je, pije i śpiewa sprośne piosenki razem z resztą swoich wojaków. Chociaż jednak ostatecznie nie zdradzała tendencji do zbytniej fraternizacji ani i nikt z jej wojaków na to się nie poważył. Ale jako kompan do uczty czy pijatyki wydawała się w sam raz.
Najwięcej zaciekawienia chyba jednak budziła siostra Guendalina. Po części zapewne dlatego, że była dla reszty grupy Petry nowa. Ale zapewne niebagatelny wpływ miała też jej uroda, młodość, życzliwość no i status służki bożej. Ona sama siedziała spokojnie i była oszczędna w ruchach i śmiechach. Stefan miał okazję sprawdzić dlaczego. Miała potężny siniak na żebrach i w ogóle wyglądała jak ofiara pobicia. Co zresztą miało miejsce ostatniej nocy. Tyle, że jej szczęście w nieszczęściu polegało na tym, że straciła przytomność i legła bez ruchu. A jak się ocuciła miała na tyle trzeźwości umysłu aby dalej udawać nieżywą. Miała nadzieję, że gobliny się w końcu wszystkie upiją albo odejdą albo doczeka zmroku i spóbuje się wymknąć. Wszystko to szlag trafił gdy jeden z nich niechcący potknął się o nią i to tak nieszczęśliwie, że kopnął ją w ten zraniony bok przez co krzyknęła z bólu. Widząc, że już i tak ją odkryto zerwała się i rzuciła w las. Ale po nocy i dniu leżenia nieruchomo ciało miała zesztywniałe i odwykłe od ruchu a do tego rany od pobicia ją spowalniały.
- Już myślałam, że mnie te pokraki dopadną. Ale niespodziewanie usłyszałam ujadanie psa za sobą. Jak się przestraszyłam! Myślałam, że to te gobliny skądeś wzięły jakiegoś psa. Bo wcześniej u nich żadnego nie widziałam ani nie słyszałam. Dopiero jak one zaczęły wrzeszczeć i uciekać to się zorientowałam, że to coś nie tak. I jak się zatrzymałam aby sie odwrócić to zobaczyłam tych dwóch zacnych kawalerów. - nowicjuszka Rhyi wskazała na swoich dwóch wybawców obdarzając ich ciepłym i życzliwym uśmiechem jakiego zapewne w tym momencie nie jeden z wojaków im pozazdrościł.
Na jakieś flirty i amory siostra Guen niezbyt miała ochotę. Podziękowała za ratunek i kolację ale poszła do wozu “cioteczki” jak nazywała Lulendy jako jedna z pierwszych od ogniska. Była obolała od nocnej napaści i leżenia potem przez większość dnia nieruchomo na gołej ziemi drżąc z chłodu i obaw aby te goblińskie pokraki jej nie odnalazły jako żywą. Chciała ogrzać się i odespać to wszystko. Spała tak mocno, że rano nie pokazała się przy śniadaniu i niziołka wyjaśniła, że śpi jak zabita i nie chciała jej budzić. Dopiero kołysanie wozu w drodze do Breder wybudziło dziewczynę. Ale tylko wyjrzała przez kozła na drogę a, że mżyło i ogólnie było nieprzyjemnie to znów schowała się pod olejakową budę.
A jeszcze wieczorem Theiss wysłuchała propozycji Stefana co do umocnień obozu ale większość z nich uznała za zbyt niepraktyczną jak na czas i siły jakimi dysponowali. Zgodziła się tylko na zapalenie wokół obozu kilku ognisk. Te jednak pogasły podczas nocnego deszczu bo z trudem dało się utrzymać to jedno przy jakim tkwiło dwóch pechowców z jej oddziału jacy akurat mieli wartę. Sama blondwłosa sierżant zaś nie robiła żadnych wyrzutów żadnemu z trójki zwiadoców za ich zachowanie na tym rozpoznaniu obozu na jakie poszli. A nie sprawiała wrażenia takiej co by z tym czekała gdyby miała do któregoś z nich jakieś pretensje albo chciała jakieś wyjaśnienia.
- A pułapki jak chcecie to zastawiajcie. Ale gdzieś dalej abyśmy idąc za potrzebą sami się w nie nie wpakowali. - skomentowała jeszcze pomysł z zastawianiem sideł i wnyków. Więc im nie zabroniła ale jej ludzie na tym się nie wyznawali, z kupców też nikt się nie zgłaszał do tej roboty jak jeszcze i sam Stefan przyznawał, że nie jest to jego mocna strona to właściwie zostało zapytać o to dwóch pozostałych zwiadoców.
W każdym razie rano okazało się, że gobliny nie próbowały żadnej nocnej akcji odwetowej. I po śniadaniu można było próbować odzyskać z obozowiska co się da. Theiss w zamian za kolejne dwie baryłki Simona zagoniła swoich ludzi do pomocy. Trzeba było pozbierać dobytek z powrotem na wozy. Tylko tego przewalonego nie dali rady postawić na koła. Dopiero potem, jak Greta z kolegami przypędzili te parę koni. To je zaprzęgli do lin i udało się z głuchym gruchnięciem postawić ten wywrócony wóz. A, że to wszystko było w błocie a potem jeszcze mżawce to była to ciężka, brudna, zimna i niewdzięczna praca. Udało się jednak wykonać wczorajszy wieczorny plan czyli wrócić razem do Breder mniej więcej na obiad. Już w naziemnej części miasta Theiss rozpuściła swoich wojaków z powrotem do karczm dając im wolne a sama z czwórką uratowańców poszła do “Kozła” gdzie urzędowała szefowa. A ta właśnie była ciekawa jak to poszło z tymi końmi, obiecanym wozem no i cała resztą.
- Ja się przebiorę w coś normalnego i jadę do sąsiedniej wioski. Tam ponoć mają ciekawe wozy i konie i paszę. Może coś się z tego wybierze. Ale nie wiem czy zdążę wrócić na noc to może dopiero jutro. Na jutro też jeszcze jestem umówiona więc nie wracamy do Lenkster. Najprędzej pojutrze. Ale bądźcie w pogotowiu bo sami widzicie jakie hece się tu zdarzają. Nie było was to nie wiem czy słyszeliście. Ale podobno najeźdźcy podeszli już pod Wolfenburg. Nie wiadomo jak wielu i czy na pewno ale tak mówią. Więc musimy się tu obkupić w co się da bo w Ostlandzie lepiej nie będzie. - obwieściła im akurat jak kelnerki zaczęły znosić parujący, zamówiony obiad. Ona sama życzyła im jeszcze smacznego po czym wstała i odeszła od stołu kierując się ku schodom na piętro gdzie miała swój wynajęty pokój.
Mecha 14
Pogodoodporność (ODP): wszyscy
Surwiwal +10: Tobias, Stefan, Duivel
wędrowiec +10: Tobias
zimno -5: wszyscyTobias 40 + 10 + 10 - 5 = 55; rzut: https://orokos.com/roll/989207 56; 55-56=-1 > remis = 0 nie jest lekko ale ostatecznie może być
Stefan 40 + 10 - 5 = 45; rzut: https://orokos.com/roll/989208 28; 45-28=+17 > ma.suk = jakoś to będzie 0
Duivel 35 + 10 - 5 = 40; rzut: https://orokos.com/roll/989209 24; 40-24=+16 > ma.suk = jakoś to będzie 0
-
Miejsce : pn-wsch Hochland; północne pogórze; okolice m. Breder; las; pobojowisko karawany
Czas : 2521.04.25; Backertag; ranek
Warunki : ; na zewnątrz: dzień, zachmurzenie, powiew; ziąb (0)Duivel z samego rana podszedł do wozu gdzie spała młoda kapłanka. Miał zamiar ją nieco podleczyć, aby szybciej odzyskała siły. Jako, że ciągle spała, po chwili krzątania się i krótkiej pogadance z Lulendą, elf wyszedł nie wiedząc czy udało mu się choć trochę poprawić stan Guendaliny. Następnie sprawdził czy wciąż widać ślady po których wczoraj poszedł w głąb lasu w poszukiwaniu koni. Niestety deszcz padający prawie całą noc, pokrzyżował plan łatwego pozyskania kolejnego konia. Nie miałby problemu w trafieniu do miejsca gdzie ślady po dwóch koniach rozdzielały się na dwie osobne ścieżki, ale dalej byłoby już obecnie trudno o znalezienie ogara. Z braku jakiegoś sensownego zajęcia dołączył do wojaków Theiss porządkujących obóz. Spytał też każdego kupca o towary którymi handlują. Gdy tamci odbywali pogawędkę obok wozu Lulendy, zaczepił ich
- Słuchajcie, nie oczekuję oczywiście jakiś nagród, ale Simon doskonale wie, kto zaprowadził go do Petry. Jedyne co to liczę na jakieś zniżki na towary które macie. Ewentualnie, jeśli macie jakieś znajomości w Breder, to przydałby mi się jakiś ponadprzeciętny łuk. Jeszcze lepiej byłoby posiadać rumaka, ale z wielkiej wyprzedaży oczywiście. Oczywiście nie liczę na nic, ale twierdzę, że zawsze lepiej spytać. Tak samo jakby Simon nie opowiadał swej historii, to raczej nikt by nie uratował tych zapasów - łucznik ukłonił się, a na twarzy wciąż widniał lekki uśmiech. Chwilę jeszcze z nimi postał i podziękował za kolację i śniadanie sporządzoną z ich zapasów.
W końcu mogli ruszyć w drogę powrotną, a elf wsiadł na jeden z wozów, żeby zachować jak najwięcej zdrowia podczas podróży powrotnej w deszczu.
Miejsce : pn-wsch Hochland; północne pogórze; m. Breder; karczma “Kozi łeb”; główna sala
Czas : 2521.04.26; Backertag; południe
Warunki : ciepło, gwar rozmów, sucho, jasno; na zewnątrz: dzień, zachmurzenie, d.sil.wiatr; chłodno (0)Elf ucieszył się na propozycję Petry aby zasiedli do stołu i zjedli coś ciepłego. Na obiad trzeba było jeszcze chwilę poczekać, także po zapytaniu szefowej o konie, łucznik odczekał aż ktoś odpowie i następnie podszedł do von Falkenhorst i poprosił ją na słówko. Stanęli na chwilę bliżej schodów, tak aby nikt inny ich nie słyszał.
- Droga szefowo- zaczął elf jak zwykle, ale po tych słowach uśmiech na jego twarzy zniknął
- Dopiero co, razem z Kolesnikovem, uratowałem życie Stefanowi. Tym razem zostaliśmy wysłani na zwiady właśnie ze Stefanem i Tobiasem. Nagle jedna dziewka z obozu zaczęła uciekać, ale pobiegło za nią kilku goblinów, dzięki czemu zyskaliśmy przewagę nad grupą która została w obozie. Poinformowałem chłopaków, że biegnę do Renate aby szybko zdać jej relację i żebyśmy szybko przejęli obóz. No, a Stefan oznajmił, że biegnie ratować tamtą dziewkę. Z tym, że podczas ich misji ratunkowej zaalarmowali gobliny pozsotające w wiosce, umożliwiając im przegrupowanie. Mieliśmy szczęście, że były pijane i wyjątkowo bojaźliwe, bo tamte z pogoni za Guendoliną, uciekły mimo przewagi liczebnej. W każdym razie do sedna. Gdy skrytykowałem Jaegera za pochopną reakcję, ten zagroził mi strzałą w plecy. Nie znam ludzkich standardów, ale nie pomyślałbym, że osoba której ratuje się życie, może zagrozić wybawcy haniebną śmiercią. Chcę poinformować, że jeśli ten podły człowiek wykona jeszcze jakieś pogróżki w moją stronę to wyzwę go na pojedynek, albo po prostu zareaguje od razu jeśli będzie trzeba.- Duivel ewidentnie nie był zadowolony z sytuacji w jakiej się znalazł, ale gdy tylko skończył ten temat, uśmiech mu wrócił na twarz
- Tobias zachował się fair, pobiegł za towarzyszem w gorącej wodzie kąpanym. A i zapomniałbym, ale ta cała Guendalina jest kapłanką i wybiera się do Lenkster z jakimś poselstwem czy listem. Myślę, że można spróbować ją zwerbować, przyda się ktoś taki przy armii. Już nie zawracam głowy, bo idzie jedzenie . Elf odszedł od Petry i zasiadł przy stole.Duivel z przyjemnością patrzył jak podają im posiłku jeszcze parujące z ciepła. Wysłuchał przykrych informacji o postępach sił chaosu i zaciekawił się planami Petry. Póki jadł, nie wtrącał się z zasady do żadnej z rozmów. Chciał w pełni nacieszyć się posiłkiem, a jak na chudą istotę, potrafił wcisnąć w siebie zaskakująco dużo jedzenia. Tym razem jednak zaproponował Petrze, że może z nią się wybrać do wioski, jeśli potrzebowałaby egzotycznej ochrony. W swoim życiu wielokrotnie trudnił się właśnie jako ochroniarz, więc propozycja wyszła naturalnie. Wrócił do jedzenia.
EDIT:
Po skończonym obiedzie, dosiadł się na chwilę do Lulendy, Hagrima i Simona. Zaczął opowiadać, że jest pierwszy raz Breder, ale swego czasu często jeździł pod granicę Ostlandu i Hochlandu jako ochroniarz karawany kupieckiej. Jego wujek zawsze dbał, aby jego towary były zabezpieczone w samym Ostlandzie. Za granicą przejmowała ich inna grupka śmiałków do ochrony. Gdy wspomniał imię swojego wuja, okazało się, że Simon słyszał o nim, nawet chyba czymś handlowali, ale nigdy nie spotkał Albwina osobiście. Elf spytał jeszcze do kiedy zostają w Breder i kulturalnie oraz z taktem przypomniał, że miłoby było jakby użyli kontaktów i znaleźli jakiegoś zdrowego rumaka w bardzo dobrej cenie. No, ewentualnie jakiś świetny łuk. Zobaczył, że Petra już skończyła jakieś narady w swoim pokoju i zbiera się do wyjazdu do wioski. Pobiegł do wozu na którym przyjechał, zabrał swoje rzeczy i dołączył do małej wyprawy szefowej...Rzuty: ogólny - 39, na wyleczone PZ jeśli spełniłby ogólne wymagania - 2
link -
Tobias późno się położył. Po powrocie do miasta był zmęczony i przemoczony, ale znalazł czas by napić się ze Stefanem i pogadać. O sytuacji z Duivelem, o kapłance, ogólnie o życiu. Mogli wypić trochę za dużo. Na pewno Tobias.
Zaprowadzę go na górę do jego pokoju - rzekła do Stefana karczemna dziewka. Objęła Tobiasa i oboje udali się do pokoju Tobiasa.
Chłodny wiatr otworzył uchylone okno w pokoju Tobiasa. Spało mu się całkiem dobrze, chwilę mu zajęło przypomnienie sobie wydarzenia poprzedniego wieczora. Tobias wydawał się całkiem rześki mimo wszystko. Umył się i zszedł na śniadanie. Spokój jaki panował w miasteczku był nie na miejscu według Tobiasa. Wszyscy zachowywali się jakby hordy Chaosu nie zbliżały się nieubłaganie, z Archaonem Wszechwybrańcem - Niech Sigmar go przeklnie - na czele. Wieść o nadchodzących oddziałach Imperatora Karla Franza dotarła tu i dodała otuchy mieszkańcom Breder. Nawet wieści o otaczaniu Wolfenburga przez wroga nie wywołało jakiegoś wielkiego poruszenia.
Co za głupcy! Myślą że żołnierze będą wszędzie i odeprą każdy atak. - pomyślał Tobias.
Co będzie z mieszkańcami tego miasteczka jak już udamy się z powrotem do Ostladu? Czy grasanci wroga podejdą tu i zaczną zabijać, gwałcić i plądrować bezbronnych Hochlandczyków?
Tobias pogrążał się w ponurych myślach…Petra patrzyła Tobiasowi prosto w oczy. - Siadaj Herr Walder - rzekła oschle, ale może się Tobiasowi tylko tak wydawało. Wiedział że rozmawiała już z Duivelem ale nie wiedział co elf przekazał szefowej odnośnie ich zwiadu. Tobias opowiedział ze szczegółami całą sytuację od momentu podejścia bod miejsce zasadzki goblinów. Pominął jednak reakcję elfa w momencie kiedy kapłanka usiłowała zbiec napatnikom.
- Uważam że decyzja o udaniu się za goblinami goniącymi Guendaline była jak najbardziej słuszna. Prawie na pewno dziewczyna nie przeżyłaby gdybyśmy ze Stefanem zostawili ją na pastwę zielonoskórych. Musieliśmy podjąć ryzyko zaalarmowania resztę goblinów, jednak w mojej ocenie było on niewielki z racji stanu do jakiego doprowadziły się same gobliny. No i ryzyko opłaciło się. Nasze oddziały były zmobilizowane i gotowe na walkę, gobliny nie, dlatego będę bronił naszej decyzji. I postąpił bym dziś tak samo.
Petra przenikliwie patrzyła na Tobiasa, który pod naporem tego spojrzenia wręcz wstrzymał oddech. Miał nadzieję, że jego spojrzenie nie zdradza słabości.
- W porządku Tobiasie, możesz odejść, przyślij mi Herr Jeagera z łaski Swojej .
-Tak jest.
Tobias widział gdzieś Stefana na zewnątrz i skierował go do szefowej.Słońce wyszło i ogrzewało twarz Tobiasa gdy ten udał się na targ szukając sprzedawcy strzał. Chciał uzupełnić kołczan i zakupić dodatkowy. Czuł że będzie ich potrzebował więcej niż posiada obecnie. Dużo więcej.
-
Miejsce: pn-wsch Hochland; północne pogórze; okolice m. Breder; las; pobojowisko karawany
Czas: 2521.04.25; Backertag; ranek
Warunki: ; na zewnątrz: dzień, zachmurzenie, powiew; ziąb (0)Jeager wstał wcześniej od większości, zmówił poranną modlitwę i zabrał się szybko do dalszego przeszukiwania okolicy obozu w świetle poranka. Niestety pomimo szczerych wysiłków swoich i Azura nie znaleźli żadnych obiecujących śladów zapowiadających możliwość odnalezienia dzięki nim dalszych zaginionych kupców bądź ich koni. Po tym zajął się pomaganiem w przygotowywaniu śniadania dla reszty oddziału i pomagał kupcom porządkować pobojowisko. W pewnym momencie pomagał krasnoludzkiemu handlarzowi wnieść szczególnie ciężki pakunek z jego dobrami na wóz, sugerował mu wcześniej aby wnosić rzeczy na wóz partiami ale ten się uparł żeby wszystko wnosić na raz co o mało nie skończyło się tym, że skończyliby obydwoje przygnieceni ciężkim kufrem. Kiedy w końcu umocowali mandżur do wozu Stefan odezwał się do Hagrina:
- To wszystko pańska robota Panie Hagrin?
Miejsce: pn-wsch Hochland; północne pogórze; m. Breder; karczma “Kozi łeb”; główna sala
Czas: 2521.04.26; Backertag; południe
Warunki: ciepło, gwar rozmów, sucho, jasno; na zewnątrz: dzień, zachmurzenie, d.silny.wiatr; chłodno (0)Stefan z chęcią skorzystał z gościnności szefowej oferującej im darmowy ciepły posiłek. Zbliżając się do stołu przy którym mieli spocząć nie omieszkał wysforować się odrobinę do przodu i odsunąć krzesła dla siostry Guendaliny i Lulendy.
Słysząc zapytanie o to jak spisały się konie rzucił wesoło:
- Świetnie się spisały! Gdyby nie one musielibyśmy porzucić większość dobra z wozów albo nałapać sobie w lesie tych goblinów i je zaprząść do wozów.
Więcej w dyskusje o samej akcji wolał się nie wdawać zostawiając to Pani sierżant.
Widząc podły stan Tobiasa zdecydował że będzie go musiał odwiedzić z rana z dwoma wywarami z ziół, jednym na kaca i drugim na przeziębienie, nie wiedział czy będzie posiadał wszystkie potrzebne do tego zioła więc postanowił szybko skończyc posiłek sprawdzić to i udać się na obrzeża miasta aby zebrać potrzebne zioła zanim nad miastem zajdzie słońce, tak czy tak wolał pobyć trochę sam biorąc pod uwagę informacje o podejściu Wroga pod Wolfenburg, miasto w którym przebywała jedna z jego sióstr.
Zaczął się zbierać gdy zobaczył oddalającego się od szefowej Duivela.
Zebrał się w sobie i choć nie miał tak naprawdę na to większej ochoty podszedł do elfa aby się z nim ponownie rozmówić. Postarał się aby słyszało ich jak najmniej osób, a najlepiej aby jeśli ten się zgodzi oddalili się od stolika, po czym powiedział:- Nie zmieniłem zdania co do tego co się ostatnio wydarzyło i postąpiłbym dokładnie tak samo... ale w rozmowie z Tobą pozwoliłem sobie na zbyt wiele Duivelu i za ten mój cięty język chciałbym abyś przyjął moje przeprosiny - mówiąc ostatnie słowa wyciągnął do elfa rękę na zgodę.
Po wyjściu z karczmy Stefan owinął się podróżnym kocem i udał się w kierunku obrzeży miasta, jednak już po kilku krokach przypomniał sobie, że powinien zajrzeć do jeszcze jednego miejsca więc zmienił kierunek swojego marszu na dom rodziny w którym starał się przed wymarszem pomóc chorej kobiecie. Powinien zajrzeć do nich, w końcu możliwe, że będzie musiał nazbierać i ziół dla tej chorej.
Hello! It looks like you're interested in this conversation, but you don't have an account yet.
Getting fed up of having to scroll through the same posts each visit? When you register for an account, you'll always come back to exactly where you were before, and choose to be notified of new replies (either via email, or push notification). You'll also be able to save bookmarks and upvote posts to show your appreciation to other community members.
With your input, this post could be even better 💗
Zarejestruj się Zaloguj się