Przejdź do treści
  • Kategorie
  • Ostatnie
  • Tagi
  • Popularne
  • Świat
  • Użytkownicy
  • Grupy
  • Strona startowa
Skórki
  • Jasny
  • Brite
  • Cerulean
  • Cosmo
  • Flatly
  • Journal
  • Litera
  • Lumen
  • Lux
  • Materia
  • Minty
  • Morph
  • Pulse
  • Sandstone
  • Simplex
  • Sketchy
  • Spacelab
  • United
  • Yeti
  • Zephyr
  • Ciemny
  • Cyborg
  • Darkly
  • Quartz
  • Slate
  • Solar
  • Superhero
  • Vapor

  • Domyślna (Cyborg)
  • Brak skórki
Zwiń
  1. Start
  2. Sesje WoD
  3. Rozgrywka
  4. Sezon 1
Martwe Wody
AbishaiA
Abishai jako
XXI
Mistrz Gry
ZellZ
Zell jako
Ann Paige

Sezon 1

Zaplanowany Przypięty Zablokowany Przeniesiony Rozgrywka
import
76 Posty 2 Uczestników 147 Wyświetlenia
  • Najpierw najstarsze
  • Najpierw najnowsze
  • Najwięcej głosów
Odpowiedz
  • Odpowiedz, zakładając nowy temat
Zaloguj się, aby odpowiedzieć
Ten temat został usunięty. Mogą go zobaczyć tylko użytkownicy upoważnieni do zarządzania tematami.
  • ZellZ Online
    ZellZ Online
    Zell jako Ann Paige
    Moderator Obsługa
    napisał(a) ostatnio edytowany przez JhnW
    #17

    Przeszli pospiesznie przez kolejne pomieszczenia tartaku po drodze mijając niemal rozsmarowanego na ścianie trupa. William w przeciwieństwie do Larry’ego wyglądał schludnie. Był opryskany mocno posoką, ale poza tym nie miał żadnych obrażeń. Co innego Dukes, ten miał wyraźne ślady pazurów na ciele pół czaszki odsłoniętej. Prawdziwy two-face.
    Przed budynkiem było kilka rozwalonych motorów i kilka trupów rozkładanych przez ghuli Larry’ego wedle wskazówek Joshui dowodzącego nimi. Garry i jego zwierzaki pilnowali “więźniów”, kilku poobijanych ghuli i jedną straumatyzowaną dziewczynę. Ann nie miała wątpliwości że ta grupka była na zwycięską ucztę. Nikt nie miał stąd wyjść żywy, więc pewnie trzeba będzie ich wysączyć do końca.
    Caitiffka zawlokla zakołkowanego sabatnika do Joshui, przed którego rzuciła nieruchome ciało wroga.

    - Jeden... zachowany... Na skraju głodu... Ogień wzywa... - starła własną krew z oczu, ciężko mówiąc przez zmiażdżony nos - Larry spacyfikowany... - spojrzała za wymiotującym w krzakach Clydem - Dziecko... ci się wykrwawia... Książę...

    Ubranie zakrywające tors Ann było upstrzone krwawymi śladami pojawiającymi się od wewnętrznej strony kurtki, a sam zdeformowany kształt torsu dawał do myślenia jak bardzo kościec został połamany. Skóra była zdarta do kości na prawej dłoni - pamiątka po wybijaniu nią kawałka drewnianej ściany. Dziewczyna dzielnie wytrzymywała ból, ale nie sądziła, że długo tak da radę. Musiała zacząć się leczyć, zjeść…

    - Niech się uczy, co to znaczy być wampirem. To nie tylko ciągłe machanie urokiem osobistym przed śmiertelnymi. Zresztą zdołał ubić dwa ghule, więc… jest dla niego nadzieja.- szeryf wskazał ręką na jeńców. - Wybierz sobie któregoś i osusz. Nikt stąd nie może wyjść żywy.

    Ann nie potrzebowała dalszej zachęty, ani nie miała zamiaru nawet wybierać. Złapała pierwszego z brzegu harleyowego ghula i pozwoliła własnej Bestii zaucztować. Nawet ona zasłużyła.
    Gdy tak chłeptała ciepłą krew, a Joshua odkołkowywał Larry’ego na polanę przed chatką weszli Nadia z Garrym. W tym czasie ghule Dukesa poszły z gaśnicami ratować sytuację, bowiem płomienie zapoczątkowane zionięciem Sabatnika zaczęły powoli wymykać się spod kontroli.

    Nadia podeszła do księcia, który uwalniał właśnie Dukesa od brzemienia kołka i zapytała wprost.

    - Co z tym heretykiem?
    - Po pierwsze to nie heretyk. Na pewno to nie jest Tremere… bo wątpię, że któryś z czarowników dał się tak pochlastać po twarzy przed przemianą. Po drugie… Lukrecja go przesłucha. Jego wiedza będzie bardzo przydatna, bo fajczy się pokój narad.- wyjaśnił Joshua patrząc jak Larry powoli dochodzi do siebie. Wampir podniósł się i z warknięciem zwierzęcym bardziej niż ludzkim ruszył ku Ann i jeńcom. Rozpędził się na czworaka, skoczył i rzucił… na jednego z Harleyowców by wbić w niego kły i łapczywie ucztować.
    - A potem go zabijesz?- zapytała Nadia nie dbając o to co się działo.
    - Mhmm…- odparł Smith wstając.
    - Nie brzmiało to przekonująco.- burknęła Tremerka.

    Caitiffka wypiła całość posiłku. Czuła się w tym momencie szczęśliwa jak kot leżący na słońcu. Wiedziała, że rany szybciej się zagoją podczas snu, ale już teraz zaczynały obrażenia zanikać. Nie było to przyjemne, jak żebra zaczynały być na swoim miejscu...
    Ann patrzyła jak Larry sobie radzi. Ciekawe czy będzie miał za złe to drewno?

    - Mhmm…- odparł szeryf, tylko rozwścieczając Nadię, której to pięści zacisnęły się mocno. A po palcach skakały iskierki.- Ten… ta obraza dla sztuki mojego Klanu musi zginąć.Ten… renegat musi zostać zabity, w przeciwnym razie…
    - W przeciwnym razie, co? - odparł chłodno Joshua spoglądając wyzywająco na wampirzycę, podczas, gdy Larry był zajęty osuszaniem kolejnej ofiary. Pokonane ghule pogodziły się ze swoim losem i potulnie czekały na śmierć.
    - W przeciwnym razie… co… primogenko? - powtórzył pytaniem szeryf przyglądając się dziewczynie. - Być może byłem zbyt spolegliwy i łagodny… bo zapominacie kto tu jest Księciem. Jestem otwarty na sugestie, argumenty i propozycje… ale NIKT nie będzie mi rozkazywał.
    - W przeciwnym razie będę musiała poinformować mojego regenta w Nowym Jorku. Takie są zasady i reguły. - odparła zimno Nadia wytrzymując spojrzenie Joshui. Szeryf zaś złagodniał i wzruszył ramionami. - To powiadomisz. Zobaczymy czy Augusto pofatyguje się tutaj z powodu takiej błahostki.
    - Mój Klan traktuje bardzo poważnie takie kwestie. - odparła chłodno Nadia.
    - Na razie… jeniec zostanie przesłuchany, a potem… potem zobaczymy. - odparł Joshua wzruszając ramionami.
    - Może byś się dowiedziała skąd on to umie? - zasugerowała Ann, która nawet nie miała ochoty wstać z pozycji siedzącej - Żeby wiedzieć na kogo polować.

    "Czyli.... Moc Tremere jest do nauczenia? O tym Cyril nie mówił nigdy."

    - Może… ale skoro Lukrecja go dostanie w swoje wypielęgnowane paluszki, to nie podzieli się nim. Poza tym… nienawidzę anarchów, ludzkich i nieludzkich… i wszelkich takich rewolucjonistów. - kopnęła gniewnie jednego z trupów leżących na ziemi.- Buntowników bez powodu. Parszywi siewcy chaosu.
    - Chciała przez to powiedzieć, że mogłaby nie zapanować nad sobą podczas przesłuchania i zrobić coś głupiego.- wtrącił uprzejmie William przyglądając się podopiecznej.
    - Ano. A ty nie chcesz widzieć Nadii wściekłej. Bo zwykle to jest ostatni twój widok w życiu.- zarechotał Larry i spojrzał na Ann dodając. - Muszę przyznać mała… że masz jaja. Metaforyczne. Ale gdy spróbujesz ponownie zrobić taki numer, to będziesz musiała zregenerować nogi, bo ci je z dupy powyrywam.
    - To nie tak, jakbym mogła poprosić w tamtym momencie. - wzruszyła ramionami oglądając, jak powracała skóra na dłoniach.
    - Nie mam urazy… zabiłem paru zanim całkiem odpłynąłem w krwawą mgłę. - zaśmiał się Brujah.
    - A ja mogę się wozić, że powaliłam Dukesa w szale? - wystawiła język do Larry'ego.
    - Tylko jeśli chcesz być co noc niema.- odparł wampir spoglągając znacząco na język.

    - Garry… załaduj więźnia i zawieź do Lukrecji. Dukes, ty i twoi ludzie mają tu posprzątać. Clyde pomoże jak tylko wyjdzie z krzaków. Nadia… napraw okablowanie, żeby następni frajerzy znów pozwalali się wyśledzić. I to chyba wszystko. Jak zrobicie co macie zrobić, możecie wracać do swoich spraw.- zadumał się szeryf.

    Caitiffka w końcu uniosła się z ziemi, rzucając tylko do Larry'ego "nie ma zabawy z tobą..." i podeszła do Nadii.

    - Bardzo chcesz mnie zabić, prawda?
    - Co? - mruknęła wampirzyca i spojrzała przez okulary na Ann w zamyśleniu. - Nie jesteś na mojej liście.
    - Też mi się nie uśmiecha go zostawić żywym, ale pozytywy przeważają. Tymczasowe. - uśmiechnęła się - Ile języków w sumie znasz?
    - Rosyjski, niemiecki, łacinę, grekę, francuski i włoski. I trochę polskiego.- wyliczyła beznamiętnie Nadia.
    - Zapamiętam, żeby w tych językach do ciebie nie gadać podczas walki.
    - Jestem za stara by się przejmować takimi detalami i zbyt wiele przeszłam, by obrażać się z powodu wulgaryzmów.- wzruszyła ramionami Tremerka.
    - Ale i tak o nich gadasz, gdy się pojawią.
    - Stare nawyki. - skwitowała tą kwestię Nadia. - Detal bez znaczenia.

    Ann spojrzała na Williama.

    - Ta szarża z mieczem... bardzo rycerskie.
    - Jestem szlachcicem i byłem… giermkiem za dawnych lat. - przyznał się Toreador uśmiechając lekko. - Acz przyznaję szermierka nigdy nie była moim ulubionym zajęciem.
    - Ten brutal musiał być w szoku. Mógł zamordować jedną z Camarilli, a jakiś rachityczny Toreador go do ściany przypiął. - zaśmiała się.
    - Mieliśmy szczęście, że mój atak się udał i go zaskoczył. Ten brutal… mógł być najgroźniejszym z tej sfory Sabatu.- przyznał William jakoś się nie śmiejąc. - Jeśli jakiś Diabeł poświęca swój czas i talent na zmodyfikowanie Kainity to znaczy, że to ktoś… znaczny. W tym przypadku chyba wyjątkowy zabijaka.
    - Czyli... powinna być szansa, że w panice się wyrwie z miecza...
    - Nie… o to się nie martw. Gdyby mógł, to wyrwałby się wtedy kiedy uciekaliśmy. W dodatku ogień zaciemni mu całkiem rozum.- dodał z uśmiechem Blake i zaproponował. - Wracamy już do domu?
    - Brzmi dobrze. Motor przy stacji został, to podjedziemy?
    - Nie. Bob albo Luc przywiezie go do mojego domu razem z moim mieczem. - machnął ręką Toreador i spojrzał na Ann.- Chyba że ci zależy na powrocie na stację?
    - Nie przesadzajmy. Wolę wrócić na rumaku ze swoim cnym rycerzem. - humor jej nie opadł.
    - To dobrze, bo nie lubię jeździć na stację Dukes’a. Larry ma dość… plebejski gust… o ile to można nazwać gustem.- zażartował William gdy tak szli do jego pojazdu. - Zakładam że już się zaaklimatyzowałaś w Stilwater, prawda?
    - Nie jest źle... choć wiesz... wolałabym wrócić do... Nowego Jorku.
    - Wiem. Nie wiem dlaczego co prawda.- odparł nieco ironicznie William.- Nowy Jork nie ma za wiele do zaoferowania Caitiffom, poza… kanałami.
    - Nie o samo miasto chodzi. I nie jestem tam osamotniona przecież.

    William wyglądał jakby miał inny pogląd na ten temat, ale przez grzeczność wolał go nie wyrażać. Doszli do jego samochodu, pomógł Ann wsiąść, a potem sam wsiadł ruszając.

    - Takie… zabawy jak ta dzisiaj nie trafiają się często. Zwykle Sabat woli się pojawiać w innych miejscach i atakować od razu Nowy Jork. To że szukali czegoś tutaj, jest niepokojące. Może przybyć następna, lepiej przygotowana sfora.- rzekł ni to do siebie ni to do niej.
    - Może zainteresowali się piramidą?
    - Mogą ją sobie zabrać jeśli im na tym zależy… Tremere mogą się fukać w tej kwestii, ale nawet nikt inny.- zaśmiał się Katinita włączając radio, gdy powoli zaczęli jechać.

    - … fortuna ci sprzyja mój drogi. Więc trzymaj się tej ścieżki. Inni jednak tej nocy powinni uważać by nie zabłądzić w lasy.- rzekła Jaine Love i dodała.- Policja ze Stillwater bowiem nakazała nam poinformować że czwórka turystów zaginęła wczoraj w okolicy naszego miasta. A dla wszystkich nocnych marków błądzących wśród cieni kochana Jaine Love ma mniej znany kawałek, mało znane grupy. Oto Slave to Love zespołu Lords of Acid. Nie daje się zniewolić żądzy… nie tej nocy przynajmniej.

    I w radiu popłynął kawałek muzyczny , po którym Jaine odezwała się.- A ja się żegnam z wami moi kochani. Spotkajmy się znów razem jutro… i niech dzisiejszy krwawy księżyc upłynie wam spokojnie. Cóż.. krwawy przynajmniej z mojej perspektywy.

    - Czy ta babka to ghul? - zapytała.
    - Ech… nie…ona jest… powiązana z McElroyem. Pamiętasz go? On dał ci sztylet.- odparł William i wydawało się że to pytanie było wyjątkowo mało komfortowe dla niego.
    - Ktoś w końcu chciał mi dać ten sztylet? - postanowiła nie pytać dalej o nią.
    - Są parą. Więcej nie wiem.- powiedział Toreador zaskakująco szybko i zaskakująco… nieszczerze.
    - Jestem tu tak niegodna, że ukrywasz coś przede mną? - westchnęła - Tylko maskotka dla was?
    - Za krótko tu jesteś. To spokojna mała mieścina na uboczu i jeśli tego nie nauczyły seriale, to ja cię oświecę. Takie mieściny skrywają wiele sekretów. - odparł pół żartem pół serio Kainita.
    - Nie jedynie tutaj tak mnie widziano. Tylko Cyril umie zobaczyć wartość, choć dla siebie! - uniosła głos.
    - Cóż… nie wiadomo jeszcze czy zostaniesz tu na stałe, czy może wyjedziesz następnej nocy.- odparł spokojnie Blake i uśmiechnął się. - Masz czas… nie musisz wszystkiego wiedzieć od razu.
    - Wątpię, że wyjadę tak szybko. - mruknęła - Bo na to czekam.
    - Cierpliwi będą nagrodzeni.- odparł enigmatycznie William i wjechali już na główną drogę kierując się do siedziby Toreadora.

    Writing is a socially acceptable form of schizophrenia.

    1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
    0
    • AbishaiA Niedostępny
      AbishaiA Niedostępny
      Abishai jako XXI
      napisał(a) ostatnio edytowany przez JhnW
      #18

      - … skup się. Pozbądź ludzkich nawyków i instynktów. Umysł ponad ciałem! - i łup w czaszkę, a potem w żebra. Mocne ciosy gazrurką. Ból otępiający, pękające żebra. To że do jutra się zagoi, nie było pocieszeniem. Jutro znów zostaną połamane. Sytuacja jak z mitu o przykutym Prometeuszem i orle wyjadającym mu wątrobę. Tylko czemu to Garry musiał być tu “orłem”?!

      Łup, ból i kolejne porady. Ech, jakby wiedziała na co się pisze uznałaby, że oferta Gangrela nie była tak hojna. A jego tłumaczenia miały więcej wspólnego z bzdurkami New Age niż rzeczywistością.
      “- Widzisz, musisz zrozumieć że jesteś martwa… ale musisz zrozumieć to na poziomie instynktu. Twoje ciało jest twarde samo z siebie. Czas byś w to naprawdę uwierzyła. A wtedy będziesz naprawdę wytrzymała.”- tyle było w kwestii teorii upitego narkotykami hippisa. Ann wątpiła, by jakiś inny Kainita zgodził się z jego wykładnią tej zdolności, ale… Garry sam był dość odporny. A przynajmniej tak twierdził. Ann nie miała się okazji przekonać, ale miała okazję podpytać Dukesa. A Brujah potwierdził to, a także dodał coś od siebie.
      Garry co prawda nie lubił walczyć, ale nie oznaczało to, że nie umiał. Ponoć brał udział w jakiejś wojnie jako śmiertelnik. I jako weteran wojenny i wampir, w kolejnej. Detali Larry nie znał, ale widział ponoć dwa purpurowe serca które Garry trzymał gdzieś w postaci pamiątek z dawnych czasów.
      Więc… przyjeżdżała tu co noc i robiła za worek treningowy w nikłej nadziei, że kolejnej nocy się czegoś nauczy. Oby…

      Po trzech nocach nastąpiło kolejne zebranie. Główną atrakcją miałoby dołączenie do miejscowej społeczności nowej Ventrue. Tą została oczywiście Patty zmieniając imię na Miracella. Nie było w tym nic dziwnego, niewątpliwie Lukrecja od dawna szykowała potencjalną kandydatkę na nową Kainitkę. I tylko czekała okazji. Z pewnością Ventrue bardzo cierpiała nie mając kim pomiatać, skoro była jedyną przedstawicielką swojego klanu w domenie Stillwater.
      Odbyło się to tak samo jak w przypadku Ann. Tyle że tym razem to caitifka siedziała na jednym z krzeseł ustawionych dookoła neonatki stojącej pośrodku starszyzny i przed samym Księciem. Nikt też nie zapytał Ann o zdanie na temat przyjęcia Miracelli (dawniej Patty) do miejscowej społeczności. Nie była primogenką mimo, że była wszak jedyną przedstawicielką swojego… “klanu”. Niemniej i tak było lepiej niż w Nowym Jorku, tam jej przynależność do społeczności Kainitów była w ciągłym zagrożeniu. Klanowe wampiry czasami pozwalały sobie na ryzyko napaści na kundla. W końcu kto stanąłby w ich obronie ?
      W Nowym Jorku nie uczestniczyłaby w takim obrzędzie.

      A potem nie rozpoczęła się karciana bibka, tak jak ostatnio. Powodem był bowiem jeniec. I to co Lukrecja wydobyła z niego.

      - To nie była wyprawa do Nowego Jorku. Planowali działać tutaj, w naszej okolicy. Nie przyszli też zadzierać z Camarillą, to była tajna misja. - widząc powątpiewające spojrzenia, primogenka Ventrue sprecyzowała.- Tajna jak na sforę Sabatu. Przybyli z okolic Montrealu, przysłani przez biskupa Benezrie’go. Mieli znaleźć kogoś… członka Sabatu, który… urwał im się ze smyczy.

      Tu spojrzenia Lukrecji, Garry’ego i Williama spoczęły na księciu Stillwater.
      Ten zachowując kamienny spokój spytał. - Czy jeniec zna imię owego… renegata?

      - Nie. Te informacje znane były jedynie przywódcy i księdzu sfory. Obaj polegli, gdy napotkali sforę rozwścieczonych wilkołaków. Sytuacja szybko wyrwała się spod kontroli mimo prób kapłana do zażegnania walki… wiadomo… Sabat.- wzruszyła ramionami Lukrecja.- Szef i ksiądz zginęli, wraz z kilkoma Sabatnikami i ghulami. I sfora postanowiła gdzieś się zaszyć, by wylizać rany i pozbierać się po walce.
      - Cóż… dwie dekady minęły odkąd…- wtrącił Garry, a Toreador dodał krótko.- Las Vegas. Z tamtym stron wywodzili się ostatni zabójcy i poprzedni, i ci jeszcze przed nimi. Poza tym... sfora? Trochę za dużo by kogoś ubić… i za mało elitarnie.
      - Nie przybyli by zabić. Przybyli by schwytać żywcem. - ocenił Larry drapiąc się po głowie. - To była obława.
      - Czyli on żyje, ten jeniec? - zapytała tymczasem Nadia spoglądając to na Lukrecję, to na Joshuę, to na Williama. - Nie, żebym tego nie przewidziała. Wypada więc powiadomić was, że przedsięwzięłam odpowiednie… kroki.
      - Zdajemy sobie z tego sprawę.- odparł Książę i wzruszył ramionami. - Augusto raczył nas uprzejmie powiadomić, że przyśle swojego przedstawiciela w celu rozwiązania tego problemu.
      - To nic osobistego. - odparła spokojnie Tremere.- Po prostu trzymałam się wypracowanych przez wieki praw i obyczajów. Bez nich świat nasz popadłby w kolejny chaos.
      - Oczywiście.- odparł zadziwiająco ciepło Joshua. - Nie mam ci tego za złe Nadieżdo.

      1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
      0
      • ZellZ Online
        ZellZ Online
        Zell jako Ann Paige
        Moderator Obsługa
        napisał(a) ostatnio edytowany przez JhnW
        #19

        Uderzenie.
        Kolejne złamanie.
        Pęknięta kość.

        Ann już przestała liczyć, ile razy Garry uszkodził jej ciało. Początkowo może to miało znaczenie. Przynajmniej zapoznawało to ją z każdym bólem obrażeń, jakie cierpiała. Narządy wewnętrzne wielokrotnie musiały zostać przemienione w koktajl. Nigdy wcześniej takiej fizycznej traumy nie zaznała...

        Najgorsze, że nie sądziła, iż uczy się czegokolwiek. Wyjaśnienia Gangrela brzmiałyby jak bzdura przygotowana na kolanie, gdyby Garry w nią nie wierzył. Pewnie w jego łbie zadymionym marychą i utaplanym w innych środkach upiększających życie, miało to sens. Ann go nie widziała...

        A jednak przychodziła ciągle.
        Może w końcu czucie w ciele ją opuści samo...

        Ann zacisnęła palce na rancie siedziska. Przewróciło jej się w żołądku...
        Nie wiedziała czy bać się, czy radować.

        - Czy wiecie kogo Augusto wysyła? - zapytała siląc się na jak najbardziej neutralny ton, patrząc po Nadii i Joshui.

        Istniała szansa, że wysłany skojarzy ją z kundlem łażącym przy Cyrilu... O ile Augusto nie wykopał samego Cyrila, żeby mu zrobić nieprzyjemność podróży do Stillwater, a wtedy stary wampir nie będzie w dobrym humorze, wysyłany jak chłopiec na posyłki.

        - Nie wiemy. Może nawet jeszcze nie wyznaczył. - przyznał Joshua drapiąc się po karku.
        - Niemniej na podstawie, tego kogo stary primogen pośle będzie można łatwo wywnioskować jak traktuje tą sprawę. Jeśli kogoś ze swoich przybocznych, to to ważna kwestia. Jeśli jakiegoś nowicjusza w klanie.- tu Lukrecja spojrzała na Nadię. - To będzie oznaczało, że przeceniłaś znaczenie owego jeńca. Tym bardziej, że to nie żaden renegat Tremere… a zwykły Panders.
        - Panders? - zapytała Ann - Jaki to Klan? Camarilla nie ma takich?
        - Pandersi… cóż… są jak ty. Tak Sabat nazywa swoich bezklanowców.- wyjaśnił William cicho. A Joshua dodał. - Choć mają kilka nieformalnych przydomków, w tym jeden bardzo celny. Mięso armatnie.

        Ann nie odpowiedziała tego, co cisnęło jej się na usta. Nie tylko Sabat widział tak Bezklanowców... Dla wielu w Camarilli Caitiffy na nic lepszego się nie nadawały, niż żeby osłaniać "prawdziwe wampiry".

        - Cóż... Jego ogień to była bardzo ostra broń, jak na po prostu mięso armatnie.
        - Cóż… powiedział jak powstał i trzeba przyznać, że jego narodziny były… nietypowe. Nazywa się Charlie i miał być ofiarą złożoną w rytuale krwawej magii klanu Tremere, jak jego dwóch kumpli. Niemniej nim czarownik dokończył, to co planował… sfora Sabatu wpadła na teren rytuału, wybiła sługi i… samego czarownika. I dla zabawy nakarmiła krwią skatowanego Tremere umierającego śmiertelnika zmieniając go w Kainitę. Oczywiście przymusowy tatuś został osuszony i rozerwany na strzępy. - odparła Lukrecja z ironicznym uśmiechem.

        - Trzeba przyznać, że dużo wycisnęłaś z tego jeńca. Najwyraźniej twoja moc dominowania nad innymi wzrosła ostatnio.- zadumał się Joshua, a Lukrecja prychnęła. - Ani trochę… Charlie nie potrzebował motywacji by mówić. Był świeżym nabytkiem i nie zdążył się zindoktrynować. Nie miał większego pojęcia o filozofii Sabatu, to była jego pierwsza misja pod opieką księdza sfory i… cóż… nie przejawia zbyt dużej lojalności do Sekty, która uratowała jego skórę.
        - Wolał ratować własną skórę niż walczyć. - mruknęła Caitiffka - Jego atak na Larry'ego bardziej przypominał paniczne działanie. Był, cóż, absolutnie przerażony jak Larry rozbijał jak jajko łeb przeciwnika... chyba później Brujah ogniem w twarz dostał, bo się do niego zbliżał... Zrozumiała reakcja, tak szczerze.
        - To prawda. Nie wydaje się być szczególnie fanatyczny. Robił co mu kazali i nic ponadto. Nie bardzo nawet rozumie stan w jakim się znajduje. Narodził się wszak kilka miesięcy temu, a wędrowne sfory nie są szczególnie dobre w tłumaczeniu takich kwestii.- Lukrecja zgodziła się z Ann. A Nadia spytała. - A kim był ten zabity Tremere?
        - Nazywał się Jasper Devries i był społecznikiem, prowadził klinikę odwykową w Toronto. Charlie nie wie nic na temat jego kainickich powiązań i przynależności. Znał go tylko jako śmiertelnika, zanim Jasper zwabił go i jego towarzyszy na miejsce rytuału. -wyjaśniła Ventrue.

        Dobrze, że prawdopodobnie Cyril nic takiego Ann nie będzie chciał zrobić...

        - Kojarzysz takiego Tremere? - Ann spojrzała na Nadię.
        - Nie… trzeba by powiadomić Klan w Toronto o losie ich członka, o ile oczywiście nie wiedzą o tym zgonie. - westchnęła Nadia wzruszając ramionami, po czym spytała Joshuę. - Co więc będzie z tym… Charliem?
        - Na razie zostawimy go przy życiu. Nie ma co go ubijać nim przybędzie wysłannik Augusto. Poza tym może być jeszcze przydatny. - ocenił Książę Stillwater, ku niezadowoleniu Nadii. Ta jednak nie pozwoliła sobie na wybuch agresji.

        Caitiffka spojrzała na Nadię.

        - W sumie... on chyba jest na pewno Tremere? De facto zmieniła go krew z Camarillli... Nie masz ochoty adoptować? - zapytała niewinnie.
        - Chyba sobie żartujesz… to anarch w najlepszym wypadku. Nienauczony trzymania się zasad, chaotyczny… niewątpliwie rewolucjonista, który sprowadz… - zaczęła mówić Nadia, ale William jej przerwał. - Chyba przesadzasz moja droga. To prostu nieszczęśliwa duszyczka która, przez przypadek została przemieniona. A nie agent chaosu.

        Tremere zmrużyła oczy i dodała. - Ty nie wiesz co takie zagubione duszyczki mogą wywołać. Niech no tylko znajdzie się płomyczek, który ten ogień rewolucji.

        - Ta duszyczka przynajmniej wie kto ją Stworzył. To nie jest taki... prawdziwy... Bezklanowy. - zamyśliła się nad tym Caitiffka - No i przecież woli być grzeczny, anarcha by Lukrecja inaczej traktowała.
        - Dla niego Tremere to pusta nazwa. Wie mniej o tym klanie niż ty. - wyjaśniła Ventrue. - W ogóle wie mniej o Kainitach niż ty…

        - Dobra, coś jeszcze nam zostało do omówienia? O właśnie…Garry.- stwierdził Joshua zerkając na Gangrela.

        Ten pokiwał głową mówiąc.- Wilkołaki potwierdzają, że jakieś wampiry pojawiły się na ich ziemiach i wkurzona na świat młodzież spuściła im manto, tracąc co prawda jednego członka. Mają jeszcze jedną sprawę do nas…
        Książę potarł czoło pytając. - Jaką to?

        - Interes… bo widzicie Uktena mają swoich wojowników i filozofów, i magów, i… innych. Tropicieli mają nawet, ale nie złodziei i hakerów. I chcą… wynająć kogoś z nas do złodziejskiej roboty. Wejście na teren kopalni, dostanie się do ich serwerów, podwędzenie plików. Obiecują za to coś w zamian.- wyjaśnił Garry.

        Ann spojrzała na Nadię wyczekująco. Wyraźnie.

        - Czemu nie? Chciałabym jednak wiedzieć czemu nie zrobią swojego wyskakiwania z Umbry? - zaciekawiła się Tremere.
        - Najwyraźniej nie mogą tego zrobić na terenie kopalni. Jakiś trujący wpływ Żmija… sprawia że nie da się przejść tam z Umbry.- wzruszył ramionami Gangrel, a Joshua dodał.- Powiedz że przemyślimy to. Nie możemy wszak puścić Nadii samej.
        - Nie wiem czy Larry by tam się nadawał... - mruknęła Ann.
        - Ja wiem, że z pewnością, by się nie nadawał. Larry i koronki nie pasują do siebie. A włam na korporacyjny teren to koronkowa robota. Nie mamy tam wpływów, by zatuszować wszelkie wpadki. - wyjaśnił Joshua.
        - Jeżeli wystarczy wejście niezauważonym... to mogę... - spojrzała na Nadię.
        - No to mamy parkę… Garry, przytrzymaj ich w niepewności przez jakiś czas by byli gotowi porządnie zapłacić i pójdzie Nadia jeśli zechce, Ann i ty jako osłona i łącznik z Wilkołakami. - zadecydował Joshua. - Macie moje błogosławieństwo na tą akcję.
        - Czemu nie.- odparła Nadia zgadzając się.

        Ann była zadowolona. Przynajmniej lania uniknie tej nocy…

        Caitiffka odczekała, aż będzie mogła złapać Joshuę na osobności żeby móc z nim porozmawiać. Stanęła przed wampirem, zastanawiając się jak bardzo szalona wydawałaby się taka sytuacja w Nowym Jorku. Kundel i władca domeny w luźnych stosunkach…

        - Posiadasz dużą wiedzę o Sabacie, Książę. - Ann wiedziała o przeszłości Joshui, ale nie czuła się na tyle pewnie, aby wprost z tym wyskakiwać - Czy mogę… zapytać o kilka rzeczy… z nim związanych? - zaryzykowała badając reakcję Joshui.

        Cyril za dużo o Sabacie nie chciał Ann mówić. O Camarilli też mało, ale prawie nic o Sabacie. Próbowała go ubłagać, jako że ta sekta była odpowiedzialna za śmierć Ann i gdzieś tam były odpowiedzi, jakich Caitiffka pragnęła, jednak Tremere był nieprzejednany. Dopiero w Stillwater Ann zaczęła otrzymywać jakiekolwiek informacje.

        - Cóż… moja wiedza może być lekko… przeterminowana.- odparł Kainita przyglądając się Ann.- Mimo naszej ostatniej akcji, nie jesteśmy na bieżąco z poczynaniami Sabatu i ich obecną hierarchią. A tam wymiana kadr bywa bardzo dynamiczna.
        - Chcę wiedzieć raczej podstawy... Chyba. - patrzyła zakłopotana - Często Sabat... masowo przemienia? To norma?
        - Są bardziej chętni niż my do takich masowych przemienień, lecz raczej stosują je przed akcjami bojowymi. Kainici powstali podczas takich masówek zwykle nie dożywają trzeciego zmierzchu. Jeśli nie pozabijają się tuż po przemianie, to są pędzeni na szeregi wojowników Camarilli jak piechurzy podczas wojny secesyjnej. I giną dziesiątkami. - wzruszył ramionami Smith. - Sabat może uważać się za istoty szlachetne, ale bywa równie bezwzględny i bezlitosny co Camarilla.
        - To ktokolwiek przeżywa? Czy ma być jednorazowy? Zdarza się, że przeżyje ktoś?
        - Przeżywa wielu, zwłaszcza jeśli Sabatowi się powiedzie i rozgromią Camarillę na ich podwórku. Wtedy reszta niedobitków staje się naprawdę częścią Sabatu. To coś jak chrzest wojenny. - wyjaśnił Joshua.- Gorzej jest jak Sabat skrewi, wtedy poraniona Cama ściga bezlitośnie każdego Sabatnika, bez względu czy robił on za mózg, mięśnie, czy był tylko bezrozumnym psem przeznaczonym na chwalebną śmierć w boju.

        - Nie wiem co jest chwalebnego w drugiej śmierci... - westchnęła - Sabat ma te same klany co Camarilla, tylko... hm... gorsze?
        - Niezupełnie. - Joshua nachylił i szepnął cicho jakby zdradzając ważny sekret.- Sabat w większości ma… te same klany co Camarilla. Rzecz w tym, że kiedyś w średniowiecznej Europie nastąpił bunt młodszych wampirów, który wywrócił zastany porządek i ówcześni Kainici podzielili się. Część Brujah stanęło po stronie Camarilli, część po stronie Sabatu. To samo z Ventrue, Gangrelami czy Toreadorami. Klanem który całkiem stanął po stronie Sabatu była Lasombra… oraz Diabły. Ale z tego co słyszałem, Diabły do dziś rzadko odwiedzają USA. Wolą Europę.
        - Mówiłeś o nich przy akcji. Nie znam tych Klanów.
        - Tacy szeregowi Sabatnicy… też nie.- zaśmiał się Joshua i wzruszając ramionami dodał. - Sabat jest bardziej dziki, bardziej oddający się pierwotnym instynktom Bestii tkwiącej w nas. Ale nie jest bezmyślny. Lasombra są sercem i umysłem Sabatu. To oni najczęściej planują akcje, to oni indoktrynują nowo przemienionych. O samych Lasombrach nie wiem za dużo… potrafią manipulować cieniami, co może robić wrażenie… zwłaszcza, że jest to ich popisowa sztuczka nieznana szerzej wśród innych klanów. O samych Diabłach… wiem niewiele. Tzimisce, bo tak siebie zwą, to potężni czarownicy… równi sile Giovanni czy Tremere. To rzeźbiarze ciał tworzący straszliwe abominacje, które czasem wspomagają Sabat w walce. Niemniej… ciężko jakiegoś Diabła spotkać osobiście. Raczej nie czują potrzeby narażać się w boju i musisz stać wysoko w hierarchii Sabatu by z jakimś pomówić.

        Ann wyraźnie zastanawiała.

        - Czy te Klany pojawiają się na masowych Przemianach?
        - Patrzysz na to z perspektywy Camy. Zbyt formalnie. - odparł z uśmiechem Joshua.- Masowe przemiany robi sfora taka jaką wybiliśmy. Razem. Jeśli ma w szeregach diabła, to parę diabłów powstanie, jeśli Lasombrę… to parę Lasombr też.
        - I tacy są tylko Sabatem?
        - Sabat, Camarilla, Anarchy… to frakcje polityczne. Możesz odziedziczyć po krwi rodzica jakieś moce, ale ostatecznie ty sama określasz swoją przynależność. - wyjaśnił cicho Smith.

        - Mm... - Ann nie była szczęśliwa - Czuję się dobrze, bezpiecznie z cieniami... - szepnęła do Joshui.
        - To Stillwater, my się nie przejmujemy takimi detalami. - odparł żartobliwie Joshua i wzruszył ramionami. - No… może poza Nadią, ale dopóki nie zaczniesz ciskać krwawą magią na prawo i lewo to ją twoje cienie mało obchodzą.
        - Tu może i nie obchodzi to... Ale w Nowym Jorku to co innego. I ktoś stamtąd przyjdzie.
        - No i co z tego. Tu ja jestem Księciem i tutaj ja stanowię prawo.- odparł dumnie Joshua. - I William może potwierdzić, że władca Nowego Jorku szanuje moją pozycję.
        - Dlaczego? - wypaliła i zaraz się poprawiła - Czemu się z tym zgodzono? Wiesz Książę... Uprzedzenia...
        - Stare pakty i jeszcze starsze prawo. Camarilla opiera się na regułach, które czasem można naginać, ale nigdy łamać. - wyjaśnił Joshua. - To umiłowanie porządku odróżnia ją od Anarchów i Sabatu. A poza tym.. owe stare pakty są pomiędzy mną zawarte a księciami Nowego Jorku. Obecny również je potwierdził i jeśliby Augusto wpadł tu z bandą czarowników by narobić zamieszania, to na jego zadek najechałby szeryf Nowego Jorku z grupką pomocników by wyegzekwować karę za takie zachowanie.

        Więc Joshua był taki stary?!

        - Uhm... Widzę, że wiekiem większość tu się wybija...
        - No cóż… wszyscy u władzy mają co najmniej dekadę lub dwie na karku. - odparł z uśmiechem Smith.- Lub kilka. Z czasem będziesz zyskiwała na potędze. To naturalny proces i darwinizm w czystej postaci. Albo staniesz potężna, albo zginiesz.
        - Albo jakieś setki... - ile oni wszyscy mają?! - Sama mam z dwie dekady, więc... - Ann wyraźnie była teraz awe struck... a może strach odczuwała?
        - Nie planujesz chyba już swojego pogrzebu, co? W Stillwater możesz trochę dłużej i spokojniej pożyć. Sabat jeśli już atakuje to na wielkie miasto. Taka pipidówka jest ignorowana przez sfory. Zwłaszcza, gdy można przy okazji wejść w paszcze wilkołaków.- wzruszył ramionami Smith.
        - Wcześniej też nie planowałam. A tu nie mogę zostać... Wrócę do Nowego Jorku. - powiedziała z tłumionym wstydem.
        - Na razie ciesz się tym co tu masz, a co będzie dalej… też nie spodziewałem się że zostanę Księciem… i to Camarilli. - wzruszył ramionami Smith i pogłaskał po głowie Ann. - Wszystko przed tobą dzieciaku.

        Ten gest przypominał Cyrila...

        - To, co będzie dalej... zależy od kogoś innego.
        - Hmm… nie wiadomo co przyniesie los. - Joshua miał na ten temat inne zdanie.

        Ann nie była przekonana.

        - Czy... będzie nie tak, jak zapytam o to jak się robi wampira?
        - Pod warunkiem, że sama nie skorzystasz z tej wiedzy, bez pozwolenia Księcia. Camarilla bardzo tego nie lubi. - zadumał się Joshua.- Choć dziwne że sama tego nie zauważyłaś, wszak opisałem jak powstał Charlie. Odsączony z własnej i nakarmiony krwią zabijanego Tremere. Tak powstają nowi Kainici. Pozbawieni własnej i nakarmieni krwią swojego stwórcy stają się wampirami Klanu z którego pochodzi rodzic. To jest rytuał przeistoczenia.
        - Nie zostało wspomniane o odsączeniu. Samo danie krwi martwemu nie wystarczy czy umierającemu?
        - Wystarczy jeśli chcesz zyskać ghula, który ma jeszcze dług wdzięczności za uratowanie życia. Nie… by stworzyć Kainitę, trzeba człowieka zaprowadzić do wrót śmierci i stamtąd zabrać.- stwierdził z uśmiechem Książę.
        - Nie planuję potomka. To byłoby... niepotrzebnie okrutne. Bezklanowcem zrobić...
        - Wielu ghuli by się z tobą nie zgodziło.- odparł filozoficznie Joshua i skinął głową.- Poza tym… jest chyba niewielka szansa, że twoja krew stworzy coś słabszego niż caitif. Ostatnie pokolenia wydają na świat cienkokrwistych. Dziedzictwo Kaina traci znacznie na mocy w dalszych pokoleniach.

        - Chyba... to mi nie groziłoby. - odparła niepewnie.
        - Nie wiem. Szczerze powiedziawszy te teorie związane z pokoleniami i tego jak one są liczone. - wzruszył ramionami Joshua. - To dobre dla kronikarzy klanów. Ja się tym nie interesuję.
        - Słyszałam, że Sabat lubi wypijać inne wampiry z powodu tych rzeczy. - próbowała poskładać jakoś te strzępy informacji, jakie wyrwała od Cyrila, ale raczej blisko tych o wodnistej krwi nie była.
        - I dzielić się krwią między sobą też w celu wzmocnienia więzi. I tak… ten proces wypijania krwi i zabijania Kainity nazywa się diabolizacją i jest zakazany w Camarilli.- przyznał Brujah.
        - Oni łapią kogoś i razem go piją? - zapytała zdezorientowana.
        - Wiesz… różnie to bywa. - odparł wymijająco Książę.
        - To… - była zdezorientowana - Czemu my w Camarilli tego nie robimy? Jeżeli to więzi zacieśnia? Mniej byłoby konfliktów…
        - Wypijanie innego Kainity to więcej niż zabicie go, to dosłownie pożarcie jego duszy. Coś to takiego to tabu, no i… zdarza się ponoć że taka silna osobowość po pożarciu wcale nie ginie, tylko zagnieżdża się w tobie i powoli próbuje zdominować i zająć twoje ciało. Przynajmniej tak twierdzi William. - wyjaśnił Joshua sam chyba jednak nie do końca w to wierząc.
        - Mam nadzieję, że to bzdura… To pożarcie duszy… - w tym momencie Ann wyglądała, jakby się pochorowała.
        - Nie… to akurat jest prawda.- przyznał Joshua i dodał wzruszając ramionami.- Po prostu nie wierzę w to, że tak pożarty Kainita może przetrwać proces i… potem próbować opętać swojego zabójcę. Brzmi to trochę jak bajka którą opowiada się młodym Kainitom, by tego nie próbowali.

        - Książę… tak między nami… - zniżyła głos odważywszy się zapytać - Zrobiłeś tak kiedyś…?
        - Byłem blisko… raz… ale nie. Nie unicestwiłem tak żadnego Kainity. Trzeba uważać by nie wpaść w szał… bo wtedy najczęściej zdarzają się takie wypadki.
        - Przed Camarillą też nie? - zaryzykowała.

        Joshua zamarł na moment i spojrzał zaciekawiony.

        - Jakie to plotki słyszałaś na mój temat?
        - Że odeszłeś z Sabatu i dali ci Stillwater… - zaczęła się obawiać, że ją uderzy.
        - Z Sabatu się nie odchodzi. Z Sabatu się ucieka lub Sabat się zdradza.- wyjaśnił Książę i wzruszył ramionami. - No cóż… nie jest to jakiś wielki sekret. Ale myślałem, że już o tym zapomniano. To prawda… byłem w Sabacie, słyszałem opowieści, poznawałem ideologię i… cóż, zdradziłem… bo Sabat się myli, bo Sabat głosi jedno ale czyni drugie. I choć udaje że różni się od Camarilli, to jest odwrotną stroną tej samej monety. Tylko tą gorszą…

        Wzruszył ramionami. - Diabolizowanie daje moc, potęgę… dlatego nawet Starsi Sabatu starają się ograniczać i kontrolować te praktyki. Nikt kto ma władzę, czy to w Camarilli czy w Sabacie, nie lubi niespodziewanej konkurencji.

        - To… Ci z masowej przemiany… mogą mieć power boost?
        - Ci z masowej przemiany są ledwie zwierzętami, psami gnanymi do przodu przez prawdziwy Sabat. Jeśli mają jakiś dopalacz, to nie jest on specjalnie potężny.- wyjaśnił Joshua.- Rzadko potrafią korzystać z jakichkolwiek nadnaturalnych zdolności. To przychodzi później, gdy już się opanują, gdy będą mieli czas by oswoić z nowym nieżyciem.
        - Jaki mógłby być powód, że Sabat kogoś tak zmienionego… eee… zgubił? Tuż po przebudzeniu… - w końcu zapytała.
        - Dowolny…- zaśmiał się Joshua i wsuwając dłonie w kieszenie spodni dodał.- Biedacy stworzeni w takich masówkach mało kogo obchodzą. Oni mają zginąć, najlepiej zabierając ze sobą kogoś z Camy… jeśli jakiś przeżyje i go odnajdą, to zostaje dołączony do Sabatu gdyż przeszedł chrzest bojowy. Jednak nikt nie sprawdza czy ktoś przeżył i nikogo nie obchodzi czy ktoś taki się zagubił. Zresztą większość takich skołowanych Kainitów i Kainitek ginie potem w pazurach wilkołaków lub z rąk Camarilli, gdy nie wiedząc nawet o tym, złamią Maskaradę.

        - Kiedy był ostatni szturm na Nowy Jork?
        - Nie wiem… kilka lat temu? Taki większy? Nie każdy szturm idzie od naszej strony.- zadumał się Joshua wspominając. - A my tam… to znaczy większość z nas, nie żyje plotkami z Nowego Jorku.
        - Kiedy tam się pojawiłam, sprzątali po Sabacie. Chyba więc jakąś walka była dwadzieścia lat temu.
        - Hmm… możliwe.- przyznał Joshua i dodał. - Nowy Jork to cenna domena, więc nic dziwnego że walka o niego jest intensywna. Co innego Stillwater, o to nikt nie chce walczyć.
        - Żałujesz?
        - Czego mam żałować?- zapytał Joshua.
        - Że o Stillwater tak nie walczą. Larry by był szczęśliwy.
        - Larry może i tak, ale ja się już dość nawalczyłem w życiu i nieżyciu… dość napatrzyłem na trupy. Wiesz, że w naturze Brujah jest także idealistyczna nutka? U mnie ten aspekt mego klanu jest silny. U Larry’ego zaś… agresja. Za łatwo poddaje się Bestii w nim drzemiącej. Dlatego tu trafił, a nie z powodu zabójstw. Ktoś w Nowym Jorku liczy, że Larry nauczy się samokontroli, ale marne szanse na to. - zadumał się Książę.
        - Pawlukow chyba chce by Larry mógł być napuszczony na tych, co chce z nich oczyścić miasto… - skrzywiła się.
        - Pawlukow… taaa… trochę niefortunnie, że to on jest Primogenem. - przyznał Joshua wzdychając.
        - Gdyby Książę Nowego Jorku nie trzymał go za pysk, to Pawlukow by zagryzł bezklanowych i cienkokrwistych w krucjacie na całe miasto... - mruknęła - Pewnie dzięki niemu lepiej unikać Brujah w NY... Na wszelki wypadek. Gangrele są nerwowe, ale nie zaatakują, bo zajmujesz miejsce w przestrzeni. Jeżeli jest w tym Primogenie idealistyczna nutka, to chyba jest ona z krwi elementu, jakiego nie chce. - przesunęła dłonią po grzywce - Najemnicy Brujah są tą bardziej opanowaną częścią twojego Klanu, Książę. Temu też byłam... zaniepokojona... że Brujah jest tu Księciem.
        - Pawlukow to z natury twardy komunista… a może faszysta? Czerwony faszysta, tak go nazwijmy. - zaśmiał się Smith i wzruszył ramionami. - Może ktoś go w końcu strąci z jego tronu, oby. Niemniej nikt go nie lubi, więc o władzy absolutnej w mieście może tylko pomarzyć.

        - Widziałeś kiedyś władcę Nowego Jorku, Książę? - zapytała zaciekawiona.
        - Od czasu do czasu go widuję. Współpracujemy razem… nasze domeny są obok siebie, a w dzisiejszych czasach podróż na duże odległości nie stanowi już problemu. No i mamy telefony. - dodał z uśmiechem.

        Caitiffka przysunęła się, wyraźnie zainteresowana. Jak ciekawe wszystkiego małe stworzonko.

        - Jaki on jest?
        - Czarujący oczywiście. - odparł Brujah i dodał wyjaśniając. - To rasowy Ventrue, przystojny i szarmancki, trzymający nerwy na wodzy i znający savoir-vivre. Wszystkie te plotki jakie o nim słyszałaś na ulicy są zapewne prawdziwe. Ale nie jest to sadystyczny maniak i furiat. Tylko kalkulujący na zimno socjopata.
        - Czy to lepiej?
        - Z pewnością dla niego. Ale i dla miasta. Bądź co bądź, trzyma Pawlukowa na smyczy i nie pozwala Tremere się rozpanoszyć. I powstrzymuje ambitnych szeregowych Nosferatu i Malkavian przed rzuceniem się sobie do gardeł. - wzruszył ramionami Brujah. - Jesteśmy potworami, więc dobrze jeśli ktoś trzyma nas w żelaznym uścisku.
        - Nie tak go straumatyzowana Lukrecja opisywała…
        - Dla każdego Kainity odsłania inną twarz. - zaśmiał się Smith.- Poza tym, dlaczego miałby być miły dla kogoś, kto spiskował przeciw niemu?
        - Według niej to zwykły psychopata rodem z najbardziej obrzydliwych horrorów...
        - Hannibalem Lecterem jeśli już…- wzruszył ramionami Brujah.
        - Ona tutaj zawsze taka była? Nerwowa, mówiąc delikatnie, na jego temat?
        - Nie wiem. Nie znałem jej, zanim przybyła do Stillwater. A większość z was nie przybywa z dobrym nastawieniem do sytuacji w jakiej się znaleźliście. - wzruszył ramionami Joshua.
        - Ale już w Stillwater?
        - W Stillwater zjawiła się jeszcze bardziej zastraszona. Miała napady paniki przed świtem. Bała się wchodzić do trumny.- wzruszył ramionami Joshua. - Z czasem jej przeszło, nieco.

        - W sumie jak go nazywasz w rozmowie? Chyba nie "Książę". To byłoby... dziwne.
        - Obawiam się, że to sekret. Może mało ważny, bo ma tylko dodawać mu tajemniczości, ale sama rozumiesz… to sekret. - zażartował Brujah.
        - Teraz automatycznie będę snuła domysły, czasem możliwie kompletnie niepoważne. - podśmiewała się - Często się spotykacie, Książę? Chyba na pokera nie przychodzi.
        - Od czasu do czasu… raz, dwa… do trzech razy na rok. Częściej dzwonimy. - wzruszył ramionami Kainita.
        - Jak sądzisz Książę, kogo wyśle Augusto? Jeżeli chciałby po prostu zabić, to by chyba przekazał to Nadii?
        - Augusto musi się liczyć z moim zdaniem na temat spraw dziejących się na moim terenie. Nie może tak po prostu nakazać wykonanie egzekucji na Kainicie który jest pod moją opieką. Nadia… ma wiele zalet, ale dyplomacja nie jest jedną z jej atutów.- wyjaśnił Smith.
        - To Charlie liczy się jako wampir pod twoją opieką? Nie pojmany wróg?
        - Jako mój zasób… moja własność. - doprecyzował Książę.
        - Dziękuję za rozmowę, Książę. - Ann skłoniła się grzecznie. W Nowym Jorku to by bardziej było podszyte niechęcią i strachem. Tu nie czuła tego stresu - Ostrzegę, że Clyde przykleił się do Dziecka Lukrecji... a to może zakończyć się fajerwerkami, jeżeli przesadzi.
        - Ileż można go niańczyć.- Joshua jakoś się tym nie przejął.

        Powrót do domu Toreadora był... bardzo energetyczny. Ann wręcz tam wparowała, trochę nabuzowana wyprzedzając Williama, który wszedł zaraz po niej z zafrasowaną miną.

        - Czy to prawda? - Ann wypaliła od razu, nie precyzując.
        - Czy to prawda? Co jest prawda?- zapytał mężczyzna, nie bardzo wiedząc, o co wampirzycy chodzi.
        - Że można zjeść duszę innego wampira i później on może zająć ci ciało. - zapytała.
        - Tak… choć rzadko to jest krótkotrwały proces. Mówimy tu o latach zmagania się z wrogiem we własnym ciele. - wyjaśnił Toreador i zaciekawiony rzekł. - Czemu pytasz?
        - Joshua mi powiedział o tym. Brzmi... Źle.
        - Nie jest to tak częste. Tylko wyjątkowo silne osobowości mogą przetrwać zdiabolizowanie i zagnieździć się w głowie zabójcy. Acz… mamy inne problemy do omówienia.- Kainita skierował się do lodówki, by przygotować krwawe drinki.
        - Mam się już niepokoić? - ciągle diabolizacja siedziała w głowie Ann, ale słowa Toreadora były zbyt niepokojące. Ruszyła za Williamem - Coś zrobiłam? - zapytała zaniepokojona. Nie byłby to pierwszy raz, gdy oskarżaliby ją o coś, czego nie zrobiła.

        - Masz być ostrożna. - odparł Toreador wracając z drinkami.- Jak już ci wspomniałem teren kopalni jest miejscem które należy omijać z wielu powodów. Z których najważniejszym jest to, że obecni właściciele kopalni są… bardzo tajemniczy. I potencjalnie bardzo groźni.
        - Mają ogień? Miotacze ognia?
        - Prawdopodobnie coś gorszego. - zadumał się Blake podając jeden z drinków wampirzycy. - Otóż… jakiś czas temu kopalnię kupiło duże konsorcjum czy może jakiś fundusz. Osobiście to nie wyznaję się na tym biznesowym żargonie. Od tego mam opłacanych prawników. Niemniej… ci osobnicy kierują kopalnią gdzieś z daleka i… nie wiemy kim są naprawdę. Nadia pogrzebała i doszła do muru. Lukrecja okręciła sobie dyrektora kopalni wokół palca i… cóż, jest on tylko miejscowym zarządcą. Niewiele wie o swoich panach. Poruszyłem moje kontakty wśród nowojorskich Nosferatu i… z tego grzebania wynikło kilka wniosków. Po pierwsze żadne wampiry z Camarilli czy Anarchów nie maczają tu palców. Możliwe że to Sabat, ale… - wzruszył ramionami William.- … modus operandi do nich nie pasuje. Giovanni uprzejmie zaprzeczyli, by rodzina się w tym mieszała. Ale jednocześnie, całość dobrze zagmatwana i ukryta. Nadia nie odkryła co się kryje w tym kłębku, Nosferatu z Nowego Jorku, po długim grzebaniu odmówili dalszej współpracy, zwrócili zaliczkę i poradzili by to zostawić w spokoju. Mogli co prawda pogrzebać głębiej, ale… znasz powiedzenie o Otchłani?
        - Może temu Nadia tak chętna. Tajemnica i Tremere. Oni nimi istnieją. - Ann zaczęła myśleć czy to i Cyrilowi by się przydało.
        - Nadia uważa że to ośrodek Technokratów. To taka sekta magów, jedna z wielu sekt… jedna z większych sekt. - wzruszył ramionami Blake i wyjaśniał. - Na terenie kopalni jest wydzielona część terenu pod nietypową funkcję. Ośrodek Badawczy obejmujący kilka budynków i część szybów kopalnianych. Podobno szukają tam nowych złóż soli. Nikt z miejscowych górników nie ma tam wstępu. Pracujący tam badacze, ochroniarze i inni pracownicy nie mieszkają w Stillwater i nie przyjeżdżają do miasta. Nie można więc ich wybadać. To pewnie tam chcą uderzyć Wilkołaki.
        - To może być... warte ryzyka. - upiła krwi - Nie sądzisz?
        - Może… lub nie musi. Nosferatu odpuściły moje zlecenie obawiając się że strona przeciwna zdoła nie tylko odkryć fakt, że są sprawdzani, ale i… dotrzeć do samych Kainitów i ich sekretów. - wzruszył ramionami William i dodał. - Możliwe też że ryzyko okaże się większe.

        - Może to pokaże, że ktoś nieuprawniony działa w domenie Joshui. Wątpię by był z tego szczęśliwy.
        - Są siły na tym świecie, potężniejsze niż Książę na swojej domenie, siły które lepiej pozostawić w spokoju. - odparł melancholijnie William.- Zatopiona w bagnie piramida jest takim przykładem. I Joshua dobrze wie, że ktoś potężny mąci wokół kopalni. Wspominałem już, że Wilkołaki regularnie próbują dokonywać tam aktów sabotażu i ekoterroryzmu?

        Spojrzał na Ann dodając. - W ich wyniku zginęło co najmniej kilku członków stada. I ani jeden akt terroryzmu z ich strony nie został zgłoszony Smithowi. Ani jednego śledztwa nie musiał tam przeprowadzać. Oficjalnie żadna wilkołacza napaść nie miała miejsca. A trupy jakie były ich wynikiem przepadały bez wieści.

        - To czemu Książę tak spokojnie Nadię i mnie wysyła? - skrzywiła się - Już podpadłam czy to Nadii ma zabraknąć, a ja się napatoczyłam?
        - Same żeście się zgłosiły. Tyle, że Nadia zna ryzyko. Ty nie. - odparł William i uśmiechnął się dodając. - I nie mówię ci tego wszystkiego po to, by cię odwieść od tego. Tylko żebyś wiedziała co cię czeka i cóż… była ostrożna. Garry postara się wytargować u futrzaków jak najlepsze warunki na tę misję dla was.
        - Każda taka możliwość to szansa dla... mnie. - spojrzała w kieliszek - Nie zrozumiesz... - szepnęła.
        - To prawda. Nie staniesz się potężna, uciekając przed wyzwaniami.- odparł ciepło Kainita upijając nieco krwi z kieliszka. - Jak ci się podoba bycie po drugiej stronie? Wśród wprowadzających nowego Kainitę do społeczności?
        - Nigdy bym tego nie spodziewała się? To Ventrue. Nie oczekuję żadnej pozycji czy wyższości nad nią.
        - Takie bzdurki jak pozycja zostaw dla snobów z NY. Tu wszyscy mamy podobną pozycję…- zaśmiał się William. - Jest nas mało i musimy na sobie polegać tak. jak podczas akcji w starym tartaku. Bo nie mamy pod sobą sług, którzy za nas będą brudzić sobie paluszki.
        - A wyobraźmy sobie, że wracamy do NY. Nagle zmieni się wszystko. Teraz podpadnę, późnej zapłacę. - wzięła większy łyk.
        - Masz rację.- przyznał się William i wzruszył ramionami dodając przyjaźnie.- Ale tym pomartwisz się później. Nie wiadomo, jaka wrócisz do Nowego Jorku. Garry już cię uczy, nieprawdaż?
        - Tak. Próbuje moje nerwy zniszczyć. Jeszcze się mu nie powiodło, choć chyba każdą kość już złamał...
        - Potęga rodzi się w bólu.- odparł żartobliwie wampir i dodał.- Ceń nauczycieli, bo ciężko o nich wśród naszego rodzaju. Wiedza jest zazdrośnie strzeżona.
        - Nie odrzucam przecież. Cyril nie dałby aż tyle, co wy dajecie, choć rozmową. Ale to nie znaczy, że on nic nie daje! - szybko dodała.
        - Nie wątpię.- skłamał gładko Kainita dopijając drinka, przeciągnął się i dodał.- Ja już się położę. Dla mnie to już była wystarczająco dłuuga noc, ale ty możesz posiedzieć jeszcze, jak chcesz. i nie zapomnij zmierzwić łóżka przed pójściem na nocleg. Gosposia przyjdzie zmienić pościel.
        - Bez problemu. - dopiła drink - William... - odezwała się jeszcze - Czy ty nie lubisz Cyrila?
        - Hmm… nie… Po prostu… dobrze go znam. - odparł enigmatycznie William, uśmiechając się lekko. - Może nawet… za dobrze.
        - Nie wydajesz się popierać tego, co mówię o nim. Grzeczny unik stosujesz. - spojrzała przenikliwie - Co jest nie tak?
        - Wiem, co przez ciebie przemawia. Widziałem to nie raz. Ba, sam byłem ofiarą więzi krwi.- uśmiechnął się smutno William. - Nie jesteś w stanie dostrzec Cyrila takim, jaki jest… widzisz go przez różową mgiełkę.
        - Wiem co on mi daje. - zaprotestowała - Nikt inny opieki kundlowi nie da.
        - Papa Roach zwykł dawać. - przypomniał jej Blake i machnął ręką. - Ale darujmy sobie ten temat. Cyril ma swoje zalety, ma i wady, jak każdy z nas.
        - Nie zrobił mi nigdy krzywdy... a cena za opiekę, naukę i troskę - żadna.

        W oczach Ann dało się zobaczyć gorące uczucie podobne trochę ludzkiej miłości, choć oblane czymś, czego nie powinna w nim zaznać. Bólem. Kłamstwem. Tęsknotą?

        - Nie on to inny. Lub Ostateczna Śmierć. Bez Cyrila zostałabym zabita. Tak kończą bezklanowe i bezpańskie wampiry. - powtórzyła słowa Tremere - Cyril nigdy nie poddawał w wątpliwość, że jestem wampirem, co w Nowym Jorku jest kwestią niepewną dla zbyt wielu Spokrewnionych. Roach? Słyszałam go raz. Póki mówi i moc działa, póty jesteś oczarowany. Przestanie mówić... - pstryknęła palcami - Czar pryska i zostają brednie szaleńca. Tak łatwo odchodzi…
        - Taki jest urok Papy Roacha.- przyznał z uśmiechem Blake i skinął głową. - Ale… nie powinnaś zbyt dużej wagi przywiązywać do słów wypowiadanych przez Kainitów. Ważniejsze są ich czyny i decyzje, jakie podejmują oni za zasłoną tych słów. Wiem coś o tym… w końcu jestem poetą.
        - Czyny Cyrila są dobre dla mnie. Ma swoje cele, jasne, ale jednocześnie generują pozytywy dla mnie. - spojrzała Williamowi w oczy - Czuję się w tym związku szczęśliwa. Daje mi nieznane wcześniej uczucie. Jakiś spokój. Bezpieczeństwo. Poczucie, że kogoś jeszcze obchodzisz...
        - Oczywiście, że to czujesz. Upojenie krwią jest jak miłość w płynie.- odparł ciepło mężczyzna, pogłaskał Ann po policzku mówiąc. - I jest to cudowna rzecz, nie pozwól jednak, by upoiła cię jak wino. To moja rada dla ciebie. No… chodźmy wypocząć i nie zamartwiaj się tymi kwestiami. Każdy z nas to musiał przejść.
        - Załatwię nieporządek w pokoju. - odstawiła kieliszek i zaczęła się odwracać - Och. - ponownie spojrzała na Toreadora - Z kim ty byłeś w więzi?
        - Najpierw z moim twórcą, a potem… z moimi… dziećmi. Ostatecznie… nie zakończyło się to dobrze ani razu. - odparł melancholijnie Kainita.
        - Stwórca cię zmusił?
        - Nie… sam chciałem. Tak jak Pa… Miracella… bardziej nawet niż ona. Kochaliśmy się. Naprawdę. I to bez więzi krwi. Zakochałem się w nim, zanim poznałem jego naturę, zanim posmakowałem jego krwi.- rzekł sentymentalnie Toreador i westchnął. - Ale to opowieść na długi wieczór na werandzie. Może kiedyś ci wszystko opowiem.
        - Nie wiem, jak można kochać Stwórcę... - jeżeli Ann miałaby wskazać, kogo nienawidzi najbardziej... - Ale idź spać. Kiedyś o to pomęczę...

        Mówić, że Ann była przerażona to nic nie mówić. Dramatycznie wręcz szukała Cyrila, nie wahając się nawet napaść na przypadkowego ghula, którego kojarzyła. Na szczęście ten faktycznie pracował dla poszukiwanego Tremere.
        Dla uspokojenia sytuacji ghul zabrał wampirzycę do budynku, w którym Cyril rezydował, gdy musiał być oficjalny.
        Polecił innym sługom sprowadzić szybko pana, jako że nabuzowana Ann zaczynała panikować... A panikujący Spokrewniony mógł być sporym problemem.

        Tremere zjawił po przerażająco długiej chwili, nieszczególnie zadowolony z pojawienia się wampirzycy. Wszedł do pokoju, z obliczem wyrażającym kamienny spokój.
        Caitiffka od razu podbiegła do niego na odległość dłoni i wyraźnie przerażona wyrzuciła słowa.

        - To wypadek, nie chciałam, mamy problem, ratuj, nie karaj mnie!

        Spanikowana ledwo akcentowała odstępy między słowami.

        - O co chodzi?- odparł beznamiętnie Cyril przyglądając się dziewczynie bacznie, acz bez entuzjazmu.
        - Ja... - bała się wypowiedzieć, ale w końcu wyszeptała - ...złamałam Maskaradę...
        - Szlag. - Wampir nieco zbladł pocierając czoło dłonią. - Jak złamałaś?
        - Nagrano mnie komórką, gdy jadłam... Nie wiedziałam, że tam ktoś jest!
        - Co z nagrywającym cię? I gdzie jest ta komórka?- zapytał Tremere.
        - Było dwóch... jednego dorwałam, nie wiem czy żyje... Ale nie on miał komórkę. Ten z komórką uciekł... Nie wiem gdzie!
        - Dwóch? To brzmi… podejrzanie.- sięgnął do kieszeni i wyciągnął komórkę. Powoli wystukał numer i zadzwonił.
        - VJ? Tu Cyril. Tak… mam robotę dla ciebie. Tak, standardowa stawka. Trzeba posprzątać po wypadku. Namierzyć komórkę i uciszyć właściciela. Wiem… nie zajmujesz się brudną robotą. Od tego mam koterię mi podległą. Wyślę do ciebie wampirzycę, ona tam wszystko ci wyjaśni. - powiedział.- Mhmm… myślę że tak, za pół godziny? Ok, wystaw mi rachunek i podeślij na adres zboru.

        Odłożył komórkę dodając.- Poczekaj tu, przyjdzie tu do ciebie ghul i zawiezie pod wybrany przeze mnie adres. W środku mieszka VJ, to nosferatu zajmująca się hakerką. Powiesz jej wszystko co wiesz na temat tego wydarzenia. Ona ustali adres i wyruszysz z resztą swojej koterii posprzątać ten bajzel.

        - Książę się nie dowie...? - zapytała drżąc.
        - Może tak, może nie? Takie wpadki się zdarzają, to nie jest rażące naruszenie Maskarady. O ile oczywiście nie wyjdzie z tego większa afera. No i… dwóch osobników, może oznaczać, że nie było naruszenia Maskarady. To mogli być czyichś ghule, jacyś łowcy wampirów… kto wie.- wzruszył ramionami Cyril.- Tak czy siak VJ się dowie i wy posprzątacie wszystko. Trzeba będzie zabić ich obu. Zrzuci się to na porachunki gangów lub coś w tym stylu.
        - Wiesz, że nie jestem... chętna zabijać...
        - No i…? To nie ty będziesz zabijała.- wzruszył ramionami Tremere. - Samson nie ma takich skrupułów.

        Ann wzięła kilka głębokich wdechów, których brać nie musiała. Młoda wampirzyca miała problem czasem z porzuceniem dawnych nawyków.

        - Dziękuję... - niespodziewanie przytuliła się do Cyrila.
        - Bez przesady… odpowiadam za ciebie przed Księciem.- odparł stary wampir wyraźnie nie wiedząc, jak się zachować w takiej sytuacji. I wyraźnie nie mając ochoty na fizyczny kontakt.

        Problem, że Ann nie miała oporów. Wciąż pamiętała życie.

        - Nie karaj mnie za to... - najwyraźniej ucieczka przed Tremere wciąż siedziała w pamięci, gdy wtulała się w wampira.
        - Na twoje szczęście… nie mam akurat teraz czasu na wymyślanie kar dla ciebie i nie wiem jeszcze na ile ta sytuacja zaistniała z twojej winy. A na ile to jakaś pokręcona intryga moich wrogów. To wszystko za bardzo wygląda na kiepski scenariusz teatralny. - odparł Tremere.

        Ann jeszcze chwilę poprzytulała się w wampira, wyraźnie odczuwając jakieś bezpieczeństwo w tej sytuacji.

        - Ventrue nie będą szczęśliwi, że muszą sprzątać po mnie…
        - Oni ciągle nie są szczęśliwi będąc u mnie w kieszeni.- wzruszył ramionami Cyril delikatnie, ale stanowczo odpychając Ann.

        Dziewczyna nie protestowała, gdy zakończono ten pokaz uczucia.

        - Jesteś na mnie bardzo zły...? - trochę skuliła się w sobie.
        - Nie mam czasu być zły na ciebie. Mam sprawy do zrobienia, które ty przerwałaś. - spojrzał na zegarek.- I ty masz mało czasu… trop stygnie. Dobra, idę załatwić formalności. Przyjdzie szofer, zawiezie cię do VJ i… wiesz co masz robić.
        - Tak jest, tak jest, nie zawiodę cię! Przysięgam!

        Writing is a socially acceptable form of schizophrenia.

        1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
        0
        • AbishaiA Niedostępny
          AbishaiA Niedostępny
          Abishai jako XXI
          napisał(a) ostatnio edytowany przez JhnW
          #20

          Minęły kolejne dwie noce? A może trzy? Łatwo było zatracić tu się w czasie.
          Nowy Jork ciągle zaskakiwał, a Cyril zawsze miał jakieś sprawy do załatwienia… które oczywiście musiała załatwić podległa mu koteria, zastępując go w tym zadaniu. Nie zawsze było to coś ekscytującego. Najczęściej coś trzeba było przywieźć, coś zawieźć, z kimś pogadać. I zwykle od gadania byli Ventrue z jej ekipy, ona miała stać i pilnować okolicy.
          Czasami trzeba było po prostu podjechać limuzyną do myjni samochodowej. Ot, duperelki które przerywały rutynę kolejnych nocy. Tu… tego nie było. Cyril nie dzwonił, a od Ann nikt niczego nie wymagał. Była sama i sama musiała decydować czym wypełnić pustkę kolejnych nocy na zadupiu Wielkiego Jabłka.

          I wypełniała je nudą, bólem i łomotem. Nudę zapewniała jej praca na stacji benzynowej, resztę otrzymywała podczas treningów u Garry’ego. Tam zresztą też i zakradła się nuda. Obijane co noc ciało zrastało się podczas snu i… z każdym kolejnym biciem ciało Ann robiło się coraz bardziej otępiało. Bolało coraz mniej i każdy raz stawał się coraz mniej zauważalny. Może to ta legendarna wytrzymałość… może po prostu, zbyt długo była na ćpunskiej diecie, że zaćmiony morfiną umysł nie potrafił odczuwać bólu. Niemniej Garry był zadowolony z wyników i według niego, Ann wkrótce zakończy ów trening sukcesem.
          Sama caitifka nie była pewna czy powinna się z tego powodu cieszyć, czy smucić. I czy rzeczywiście jest tak twarda jak twierdził hippisowaty Gangrel ?

          Była to już trzecia noc i to późna, gdy William i Ann czekali wspólnie na przyjazd limuzyny Fundacji Henry’ego Palafox Lumiere'a. Bo taką siedzibę i nazwę obrali sobie Tremere w Nowym Jorku. Choć wśród wampirów krążyła inna prześmiewcza nazwa tej organizacji… Howard Phillips Lovecraft Foundation. I była równie trafna. Ów tajemniczy Henry, założyciel Fundacji był filozofem i profesorem religii, stworzył jakieś tam teorie na temat rozwoju wyznań starożytnego Egiptu, które nie dały mu nawet długiego wpisu w encyklopedii. Był też założycielem Fundacji, która prowadziła badania dotyczące starożytnych kultów i fundowała stypendia zdolnym studentom kierunków humanistycznych, oraz opłacała praktyki na różnych wykopaliskach.
          Na zewnątrz fundacja jakich wiele na świecie, w dodatku o niszowych obecnie zainteresowaniach i tematyce. W środku zbór Tremere i ośrodek rekrutacyjny ghuli. Ann miała okazję zwiedzić go za życia. Wtedy uznała to miejsce za dość szowinistyczne i nudne. Dopiero po śmierci odkryła upiorną prawdę.

          Limuzyna powoli nadjeżdżała przed hotel Lukrecji. William i Ann mieli być komitetem powitalnym, gdyż… Joshuę wezwano do wypadku i jako pełniący rolę szeryfa nie mógł się wymigać od swojej śmiertelnej roli. Dlatego też zadania powitania gościa klanu Tremere spadło na Blake’a. A Toreador wziął Ann do pomocy. Sama Ventrue odmówiła bowiem kategorycznie osobistego powitania Tremere. Czekała na niego w swoim biurze i nie zamierzała go opuszczać.
          Tak więc… stali obok siebie. Czekali aż ciemna limuzyna ze złotym logo Fundacji zatrzyma się przed nimi.

          https://imgbb.com/

          Najpierw wysiadł z niej kierowca. Rosły murzyn o łysej głowie i krótkiej bródce. Ubrany w czarną skórzaną kurtkę, spod której wystawała lekko rękojeść uzi. Ann znała tego typa.
          |-Raze z klanu Gangrel. Najemnik i to dość drogi. Brutalny w walce i skuteczny w polowaniach. Zabójca, ochroniarz, kurier. Sprawdzał się w każdej roli. Tym razem był szoferem, ochroniarzem i opiekunem. I nie wydawał się szczególnie zadowolony z tego zadania.

          Obszedł wóz i otworzył drzwi do limuzyny. Wysiadł z niej blady, stary Tremere o wyjątkowo niebieskich oczach i kościstej twarzy, ubierający się w elegancką czerń. Serce Ann by stanęło w miejscu, gdyby nie to że już od dawna nie było.
          |-Wysłannikiem Palafoxa był… Cyril .

          1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
          0
          • ZellZ Online
            ZellZ Online
            Zell jako Ann Paige
            Moderator Obsługa
            napisał(a) ostatnio edytowany przez JhnW
            #21

            Wszystkie mięśnie Ann napięły się w jednym momencie, gdy stanęła sztywno, całkowicie nieruchomo. Nie chciała zrobić złego kroku w tym momencie. Zakładała, iż przybycie Cyrila oznacza, że zapewne został wysłany do Stillwater w zamiarze poniżenia go. Musiał czuć się fatalnie w tej chwili...

            Jak chłopiec na posyłki, pośledni kainita. Nie mogła ryzykować jego złości.

            Nie była w stanie odezwać się, patrząc na Cyrila szeroko otwartymi oczyma. Zalały ją emocje zasiane krwią Tremere - wampirza wersja miłości. Nie mogła myśleć trzeźwo, jak zobaczyła tego, za którym tak tęskniła, którego straty tak bardzo się bała...
            Po chwili otrząsnęła się na tyle, aby skłonić głęboko przed starym wampirem.
            William widział, że Ann nie będzie zbyt pomocna, rażona słodkim uwielbieniem kajdanów. Jej myśl musiała teraz pływać w różowej mgiełce oszukiwanego szczęścia…

            Ann poczuła jak czyjaś dłoń mocno zaciska się na jej. Dłoń Blake’a… jakby chciał dopilnować, by nie zrobiła czegoś głupiego. A Cyril… wydawał się jej nie zauważać. Rozejrzał się dookoła z kwaśną miną, uśmiechnął “dyplomatycznie” i ruszył w ich kierunku. Raze tuż za nim, nie bawiąc się w odstawianie limuzyny w miejsce bardziej odpowiednie dla tego pojazdu.

            - Witamy w Stillwater. Zapytałbym czy podróż minęła przyjemnie, ale… stąd do Nowego Jorku jest obecnie ledwie parę godzin.- zażartował Toreador na powitanie.
            - Parę nudnych godzin. Ściągnęła mnie tu dramatyczna plotka o renegackim Tremere.- odparł uprzejmie Cyril i westchnął. - Nic tu się nie zmieniło, odkąd byłem tu ostatnio.
            - No… nic. Z tego co mi wiadomo… zatrzymasz się tu na dwie lub trzy noce? - zapytał William.- W każdym razie na dłużej.
            - Na tyle, na ile będę potrzebował, by dogłębnie zbadać sprawę. Czyli co najmniej dwie noce.- przyznał Tremere i westchnął. - Lukrecja nadal gości nas w ołowianych grobowcach?
            - Tak. Łatwiej je sprzątać.- przyznał Toreador.- Tak twierdzi.
            - Ech… zapłacę za wersję luksusową.- rzekł z wyraźnym żalem Cyril, a William zwrócił się do Ann. - Idź, powiadom Lukrecję.
            - Tak, oczywiście. - wydusiła z siebie, z bólem zdejmując spojrzenie z Cyrila. Szybko odwróciła wzrok i usilnie chcąc odciągnąć uwagę od Tremere, skierowała się szybko do Elysium Stillwater.

            Przeszła przez główną salę z barem. Obecnie już pełne gości i ruszyła w kierunku schodów. Znała już dobrze każdy “publiczny” zakamarek budynku i kilka “niepublicznych”. Miała jednak świadomość, że lekko paranoiczna Ventrue z pewnością zaplanowała w swoim leżu kilka niespodzianek znanych tylko sobie.
            Ann doszła w końcu do drzwi i zapukała. Usłyszała.

            - Kto tam?

            Paranoiczna Ventrue jest paranoiczna...

            - Ann. - odparła wampirzyca ciągl trochę mając Cyrila przed oczami - Gość przybył.
            - Mhmm… i co z tego?- odparła beznamiętnym głosem wampirzyca poprzez zamknięte drzwi. Po czym dodała. - Wejdź.

            I co z tego?! Cyril to nie jest "nic z tego"! Weszła, starając się panować nad niechcianymi i niepotrzebnymi teraz emocjami.
            Lukrecja była zajęta pracą w postaci gapienia się w monitor komputera. Przelotnie spojrzała na Ann dodając. - Coś jeszcze chcesz dodać na temat owego gościa?

            - Będzie badał dogłębnie sprawę tego młodego, mówi że co najmniej dwie noce zostanie w mieście.
            - Mhmm…- zaś zainteresowanie Ventrue sięgało dna. - Mamy sporo wolnych puszek. To nie tak, że turystyka wśród Kainitów rozkwita.
            - Zapłaci za opcję Lux. - spojrzała uważnie na Lukrecję - Gdzie jest ten magiczny?
            - Zamknięty i bezpieczny. Bez Joshui Tremere nie ma do niego dostępu. Polecenie naszego księcia. - odparła Ventrue.
            - Biorąc pod uwagę, że wysłał tak silnego Tremere, to pewnie Augusto się przejął jednak sprawą. - zahaczyła.
            - Najwyraźniej na starość zaczyna robić z igieł widły.- stwierdziła kwaśno wampirzyca. - Ten Panders nie jest warty pakowania się w konflikty.
            - Miałaś kontakty z Augusto w Nowym Jorku?
            - Oczywiście że miałam. Coś tam znaczyłam. - odparła sarkastycznie Lukrecja.
            - To pewnie znałaś też Cyrila Sauveterra?

            No i pojawił się tik nerwowy na twarzy Ventrue.

            - Czy znałam? Czy znałam? Oczywiście, że znałam… któż go nie znał. - odparła chłodno. - Zginął może?
            - Em... To ten wysłannik. - powiedziała krótko, klnąc w myślach.
            - Hmmm… to ciekawe. - zadumała się Lukrecja.
            - Co w tym ciekawego? - zapytała zdziwiona.
            - Augusto dobrze wie, że Cyril od lat próbuje zająć jego miejsce za pomocą różnych intryg. Nie posłałby do ważnej dla niego misji. Bo nie ufa mu w ogóle. - stwierdziła Ventrue.
            - Mam mu powiedzieć, żeby przyszedł do ciebie czy sama pójdziesz? Pani?
            - Niech się przespaceruje. W jego wieku i profesji, ruch to zdrowie. Czarownicy zwykle nie ruszają się poza swoje pracownie. - odparła z ironicznym uśmiechem Lukrecja.
            - Czy nie byłoby jednak lepiej pierwszej stanąć mu na drodze? - Ann kombinowała, jak nie drażnić dalej Tremere.
            - Nie. - odparła dumnie i władczo Lukrecja podkreślając ten fakt całą mimiką swojego ciała. To był jej zamek, tu ona była władczynią i z pewnością chciała by petent Tremere to odczuł.
            - Dobrze... - wampirzyca poddała się z nietęgą miną. Nawet gdyby to nie był ten wampir, ale inny równie silny... nie uśmiechałoby się jej mu przynosić takich wieści.

            Pozostało tylko powiadomić rozmawiających przy barze Kainitów o tej sprawie. To znaczy Williama i Cyrila, bo Raze siedział w milczeniu i popijał “krwawą Mary” szukając wzrokiem potencjalnych zagrożeń dla Tremere pośród miejscowych typków. Na nieszczęście dla niego, jego masywna sylwetka Gangrela odstraszała wszystkich potencjalnych kandydatów do rozróby.
            Caitiffka podeszła do stolika i automatycznie skierowała uwagę na Cyrila.

            - Pani Lukrecja Borgia przyjmie cię w swoim gabinecie, panie... - mówiąc to zachowywała kontakt wzrokowy z Tremere... a spojrzenie Ann ukrywało w sobie tłumione uczucia.
            - Nadal stroi fochy? Po tylu latach mogłaby dać sobie spokój.- odparł ze zrezygnowaniem i wyraźnym brakiem zaskoczenia Cyril, a William wzruszył ramionami.- Ma prawo być zgorzkniała.
            - Niektórzy nie potrafią ruszyć z miejsca.- przyznał ironicznie Tremere.- Ciągle tkwią w mentalnych okowach swoich poprzednich zwycięstw i porażek.
            - Zaprowadzić cię do niej, panie? - zapytała usłużnym tonem.
            - Znam dobrze drogę. Zadbaj o to, by mój pokój był odpowiednio przygotowany. Znasz jej służbę.- Kainita wstał powoli, a Raze wstał wraz z nim. Jedynie William pozostał przy stoliku, wodząc spojrzeniem po miejscowych przystojniakach, zabijając tym czas.

            Ann za to od razu skierowała się w stronę jakiejś pracownicy, która skieruje ją do pokoju dla Cyrila. Oczywiście, w pewnym stopniu zignorowała istnienie Williama i Raze'a.

            Najlepszym wyborem była to tego Patty. Która, choć teraz awansowała na wampirzycę, nie zmieniła statusu. Nadal była pracownicą tego przybytku i podwładną Lukrecji.

            - Wysłannik Tremere weźmie płatną opcję pokojową. - stwierdziła, gdy podeszła do nowego Dziecka Ventrue, które omiotła wzrokiem - Jak ci się istnieje w nowym-starym świecie?
            - Cudownie. - odparła z uśmiechem Miracella i skinęła głową, a potem dłonią by Ann podążyła za nią. - Uczę się jak korzystać z moich talentów. Mistrzyni mówi, że mam duży potencjał.
            - Mam nadzieję, że twoja nauka nie polega na biciu cię? Za ładna jesteś na to. -stwierdziła z uśmiechem, idąc za dziewczyną.
            - Nie. I nie bardzo rozumiem skąd ten pomysł.- zdziwiła się Kainitka prowadząc Ann przez korytarze, po drodze zabrała z kasetki przy drzwiach klucze do jednego z “apartamentów”.

            A gdy dotarły na miejsce otworzyła go. Był to schludnie urządzony pokój o lepszym standardzie niż przeciętne hotelowe pokoje. Z żelaznymi żaluzjami na oknach, oraz z solidną dębową trumną w miejscu łóżka ukrytą za masywnymi kotarami otaczającymi ją ze wszystkich stron.

            - Jak widzisz… jest tu całkiem ładnie.- rzekła wampirzyca prezentując pomieszczenie przed Ann.

            Caitiffka rozejrzała się uważnie, myśląc czy Cyril będzie zadowolony, czy marudny... Z nim nie było pewności.

            - Sądzę, że przypadnie do gustu.

            Odwróciła się do rozmówczyni.

            - Powiedz mi... - ściszyła głos - Zmiana imienia na stałe to ty, czy Lukrecji się bardziej podobało?
            - Wiesz… prędzej czy później musisz umrzeć. - “świeżo upieczona” wyjaśniła Kainitka wzruszając przy tym ramionami.- Śmiertelnicy nie żyją wiecznie, więc ty też nie możesz. I wtedy trzeba sobie pomyśleć nad nową tożsamością. Nowym imieniem w mroku. Miracella bardzo mi się podoba, ale pewnie porzucę je po dziesięcioleciu lub dwóch.
            - W sumie... jak masz pozycję to wypada... Choć przyznam, że im rzadsze imię, tym ciężej. No i czy masz zamiar zmieniać także dla innych wampirów? Tu nie ma sensu.
            - Zamierzam z tego imienia korzystać w Stillwater. W Nowym Jorku będę miała nowe, lepsze imię.- odparła wesoło Miracella.
            - Więc już są plany powrotu? - zapytała, zastanawiając się jak wiele Lukrecja jej powiedziała.
            - Zawsze są jakieś plany. A poza tym, szefowa może i ma zakaz, ale nie ja. - odparła żartobliwym tonem młoda Ventrue.
            - Rasowa Ventrue. Już myśli znaleźć sobie niszę na własny zamek. - pokazała język dziewczynie.
            - Cóż poradzić… mam to we krwi.- zaśmiała się wampirzyca i spytała. - A Ann to twoje prawdziwe, czy przybrane imię?

            Westchnęła kręcąc głową.

            - Używałam go i za życia, choć nie urodziłam się Ann. Tak znajomi skracali moje imię, co poparcia w rodzinie nie miało, więc... zaczęłam go używać. Prawdziwego nie lubiłam nigdy. Zbyt pompatyczne. - machnęła ręką - Annabelle.
            - Według mnie… ładne. - przyznała z uśmiechem Miracella i zapytała.- Czy wszystko ci tu pasuje? To znaczy… w tym pokoju?
            - Tak, tak. - skinęła głową - Mogę oddać klucz Tremere.
            - To chodźmy. - zaproponowała Ventrue kierując się do wyjścia z pokoju, a Ann chętnie podążyła za nią.

            Sytuacja przy barze zmieniła się znacznie w czasie gdy obie dziewczyny plotkowały w pokoju wynajętym przez Tremere. Po pierwsze, Cyril skończył rozmowę z Lukrecją i schodził z nią właśnie do baru. Jego ochroniarz podążał tuż za nim. Po drugie, William rozmawiał przez telefon i ta rozmowa nie była chyba wesoła. A przynajmniej tak mogła sądzić Ann obserwując mimikę Toreadora. Nie był może przerażony, ale z pewnością zafrasowany.
            Caitiffka podeszła w stronę Toreadora, nie chcąc wyskakiwać przed szereg, jak Cyril schodził tu z nią. Nie odzywała się też do Williama, nie chcąc przeszkadzać w rozmowie.

            - Będę za kilka minut, bo już schodzą.- najwyraźniej przyszła już na koniec rozmowy, bo William się rozłączył, schował komórkę i ruszył ku Lukrecji i Cyrilowi z nerwowym uśmiechem.
            - Jest taka sprawa.- rzekł zbliżając się do obojga.- Smith dzisiaj się nie pojawi, coś ważnego wypadło nagle i ja też muszę was opuścić.
            - Co może być ważniejszego ode mnie… od tej sprawy związanej z jeńcem ? - zdziwił się Tremere, także i Lukrecja była zaskoczona.
            - Tego dokładnie nie wiem. To nie była rozmowa na telefon.- wyjaśnił Blake. - Joshua przeprasza i mówi że całą tą sprawą zajmiemy się jutrzejszej nocy. Dziś… Lukrecja może przekazać wszystko co się dowiedziała od Pandersa.

            Cyril nie był z tego powodu zadowolony, ale wydawał się też zaintrygowany.

            - Więc wybaczcie i do widzenia. - rzekł Toreador, kłaniając się, a Tremere spojrzał na Ann i ruszył głową jakby ją… ponaglając.

            Ann tylko na sekundę skrzyżowała wzrok z Cyrilem nim nie ruszyła za Williamem, aby na zewnątrz go dogonić.

            - Co się dzieje? - zapytała - Czy coś z wilkołakami?
            - Nie… nie wiem. Coś poważnego.- rzekł William wsiadając do swojego samochodu. - Joshua wspominał o dużym problemie.
            - Więc jedziesz na komendę z nim pogadać? - zapytała - Mogę z tobą jechać?
            - Nie na komendę. Na miejsce wypadku.- wyjaśnił wampir i spojrzał na Ann nieco podejrzliwie. Następnie wzruszył ramionami. - No dobra… wsiadaj.

            Nie trzeba było tego powtarzać.

            - Zabijać nudę: zawsze. - wsiadła do wozu Toreadora.
            - Powiedzmy…- mruknął ironicznie William i ruszył z miejsca.

            - ... szeryf Martha Smith dziś ogłosiła wyniki śledztwa dotyczącego pożaru starego tartaku. Znalezione na miejscu zwłoki sugerują zaprószenie ognia w wyniku pijackiej balangi gangu motocyklowego…- ogłaszała spikerka radiowa. Ann już wiedziała, że Martha jest ghulem, oficjalnie szeryfem i żoną Joshui. Książę był dla śmiertelników pantoflarzem i zastępcą szeryfa. No cóż… maskarada na całego.

            Ann i Williama przysłuchiwali się radiowym wywodom spikerki na temat zacierania śladów po ich akcji w lesie. Toreador był zamyślony i niechętny rozmowom.
            Ann nie naciskała. Niech wydarzenia same się toczą, ona wybierze moment.
            Wkrótce dojechali do miejsca wypadku. Niby nic niezwykłego. Ot duża limuzyna rąbnęła w drzewo. Tyle że wrak wyglądał jakby… coś go rozerwało, jakieś zwierzę? Takie było jej skojarzenie, gdy się zatrzymywali.
            Gliny się tu kręciły, a Joshua z wyraźną wprawą wydawał rozkazy. Ani William, ani Ann nie byli zatrzymywani przez miejscowych.
            Jakiś Lupin zirytował się na warczącą limuzynę? Tylko kto jeździ taką? Snoby z Nowego Jorku?
            Dziewczyna była zaciekawiona, ale milczała idąc za Toreadorem.
            Podążając za nimi, potknęła się o kawałek metalu… część drzwi. Spojrzała w dół i zamarła.

            Na drzwiach było dobrze jej znane logo.
            Idąc dalej zastanawiała się, czy znaleźli szkielety w bagażniku…

            - Kto to zrobił?- zapytał się tymczasem William zbliżając do Joshui. A ten rzekł wzruszając ramionami. - Miałem nadzieję, że ty mi to powiesz. Niby wygląda na robotę wilkołaków, ale… nawet one chyba nie są w stanie zrobić czegoś takiego. A poza tym, nie powinno ich tu być. To nasz teren.
            - I na nas spadnie odpowiedzialność. Giovanni się wkurzą. - podrapał po karku Toreador.- Gdzie Garry?
            - Na odlocie. Tak się uchlał krwią swoich wyznawców, że nie kojarzy prawej dłoni z lewą.- stwierdził sarkastycznie Smith. - Dziś na niego nie możemy liczyć.

            Spojrzał na Ann. - A ty co tu robisz?

            - Jak typowy seryjny wracam na miejsce zbrodni. - sarknęła - Co w sumie tu Giovanni robili? - zapytała, unikając własnej odpowiedzi.
            - Byli przejazdem… - stwierdził Joshua.- … to był ktoś ważny. Jego ochrona została przerobiona na mielonkę, ale żaden z trupów nie pasuje mi na potencjalną dużą szychę. Tu zginęły tylko karki.
            - Nie poinformowali nas. To możemy wykorzystać jak już wpadną z wizytą.- ocenił William.
            - Trudno powiedzieć co zrobią Giovanni. Limuzyna wygląda na drogą i cenną. Nie jechał nią szeregowy Kainita. I właśnie on zaginął. Jego szczątków tu nie ma.
            - Postaram się coś pomóc, ale… moje zmysły są niczym w porównaniu z pupilkami Garry’ego.- westchnął William. - Cyrila przysłali.
            - Hmmm… ciekawe czy Augusto chce sprawdzić jego lojalność, czy może wpakować na minę. - zastanowił się głośno Smith, gdy William kucnął i przymknąwszy oczy zaczął… węszyć.

            Ann nie skomentowała czynów Toreadora. Nie były najdziwniejszym, co się działo wokół.

            - Prawdopodobnie i jedno, i drugie. Przyszły…- William wskazał kierunek.- … stamtąd.
            - Jesteś pewien? Orientujesz się co to za stwory?- zapytał Joshua, któremu wskazywany przez Blake’a kierunek nie bardzo się podobał.
            - Nie jestem dobry w tropieniu. Mało futra w każdym razie. Kilka… zapachy bardzo… podobne.- westchnął cicho Toreador.
            - Co tam takiego jest? - zapytała, patrząc we wskazywaną stronę.
            - Problemy… - odparł Joshua zerkając na niebo i na księżyc.- … zwłaszcza, że dziś jest pierwsza kwadra.
            - Pamiętasz szpital, o którym ci mówiłem? On jest właśnie tam. - wskazał palcem Toreador. Clyde już raz pokazał Ann szpital, ale z daleka… i cóż… dojeżdżali wtedy do niego inną drogą.
            - McElroy będzie potrzebny...? Mogło coś... stamtąd... er... wyjść? - zapytała niepewnie.
            - Jeśli coś wylazło… mógłby być potrzebny. Z drugiej strony mógłby pogorszyć sprawę.- zastanowił się Joshua i westchnął. - Zadzwonisz do niego William? Niech się tu zjawi. A my się rozejrzymy i miejmy nadzieję, że cokolwiek stamtąd wylazło… ma alergię na ołów. Bo niczym innym nie dysponujemy w tej chwili.
            - Ok. Czekamy na niego?- zapytał Toreador wybierając numer.
            - Nie. Chcę ocenić sytuację jak najszybciej i musimy mieć pewność, że kreatura… kreatury nie zdążą rozproszyć się po lesie.- zadecydował szeryf. Następnie zwrócił się do jednego z kręcących się po miejscu wypadku policjantów. - Ej Johnesy, przynieś tu wszystkie śrutówki z aut. Ja i moi znajomi robimy rekonesans. Jakbym się nie odzywał przez… dwie godziny, powiadom o wszystkim moją żonę.

            Caitiffka zastanawiała się czy Cyril chociaż ruszy dla niej kącikiem ust, za to niebezpieczeństwo, w które ją wkopał...

            - Wiadomo jak wyglądają te kreatury?
            - Hmm… nie mam zielonego pojęcia. Ale raczej nie spodziewaj się nic ludzkiego. Trudno powiedzieć co wypełznie z czystego absurdu i koszmaru. - wyjaśnił Joshua, a William dzwoniąc wyjaśnił.- W szpitalu rzeczywistość po prostu… pękła jak lustro i przez jej szczeliny czasem przechodzą… istoty z innych wymiarów. Fairfolk, upiory, widma… demony… coś…
            - To czemu Tremere nie oblegają tego miejsca, tylko piramidę? - zdziwiła się.
            - Z tego powodu… że magia Tremere jest bardzo powiązana z rzeczywistością. Nie radzą sobie w ogóle z innymi wymiarami. I cóż… boją się szpitala. Zresztą słusznie. - przyznał William.- Owszem jakiś głupi Tremere mógłby się zapuścić w lustrzane wymiary szpitala i przekonać, że cała jego magia krwi jest równie użyteczna co pistolet na kapiszony. Piramida kryje w sobie przynajmniej tajemnicę. Szpital… tylko śmierć ostateczną.
            - Czy w takim razie nasz Książę ma teraz skłonności samobójcze? - uśmiechnęła się do Joshui.
            - Nie idziemy do szpitala. Obejrzmy tylko jego najbliższą okolicę na wypadek gdyby coś stamtąd wypełzło. Nie powinno. Magowie co jakiś sprawdzają i poprawiają nałożone przez siebie bariery.- wyjaśnił szeryf, a William rozpoczął cichą rozmową z McElory’em.
            - Stillwater może być nudne, ale jak coś się dzieje to chcesz, żeby nuda wróciła... - westchnęła.
            - No właśnie. W Stillwater uczysz się doceniać nudę.- uśmiechnął szeryf, podczas gdy jeden z pomocników wrócił z dwoma mossbergami.

            - Wybierz swój oręż pani.- dodał z uśmiechem szeryf, a William zakończył rozmowę.
            - Już tu jedzie.- poinformował pozostałą dwójkę.

            Ann wzięła jeden z mossbergów, starając nie uśmiechać się jak głupia, że Książę, nawet w żartach, ją nazwał "pani". Zachowa radość dla siebie.

            - Po pierwsze, trzymaj mocno broń. Po drugie… nie wdawaj się w walkę wrecz jeśli masz okazję strzelić. Po trzecie… nigdy nie kąsaj i nie pij posoki tego co stamtąd wychodzi. - Joshua wyjaśnił zasady, gdy cała trójka zagłębiała się w las. On miał rewolwer, a ona i Blake śrutówki.
            - Po czwarte nie wahaj się strzelać… jeśli oberwę śrutem to i tak zmartwi mnie to mniej niż pazury, macki, język… czy inny organ potwora próbujący mnie zabić.
            - Takie przebicia bariery zdarzają się bardzo rzadko.- wtrącił William.- Raz na kilkadziesiąt lat i zazwyczaj podczas pełni.
            - Myślałam, że podczas pełni to wilkołaki wariują…
            - To mit…. chyba…- odparł szeryf i wzruszył ramionami. - Choć rzeczywiście… bardzo cenią i czczą Księżyc.
            - Rytuał, który załamał rzeczywistość, był odprawiany podczas krwawego księżyca. To rzadki rodzaj pełni, gdy światło przechodzące przez atmosferę barwi księżyc na rdzawo. Wtedy jest najgorzej… ale podczas zwykłej pełni też. Oczywiście… jeśli się jest na tyle głupim, by wejść do szpitala.- wyjaśniał William.

            Ann pokiwała głową, ale nic więcej nie mówiła. Wolała skupiać się na otoczeniu.

            Minęło chyba z pół godziny, gdy cała trójka przemierzała wirgiński las. Wysokie drzewa, nocna mgiełka, porosty zwisające z drzew niczym zielone całuny. Ann czuła się jakby była aktorką w jakimś niskobudżetowym horrorze, co było zabawne zważywszy, że tym razem to ona powinna być potworem polującym na napalonych i głupich nastolatków. Tymczasem, szła z dwójką podobnych do niej potworów i… czuła się jak potencjalna ofiara.

            - A pamiętasz tą zabłąkaną duszę… z nią było sporo kłopotów… tylko dlatego, że ty uparłeś się jej pomóc. I te jej… ciało z gluta…- wtrącał Joshua, zajmując ich uwagę wspominkami. Niezbyt głośnymi, bo i on się rozglądał dookoła.
            - Nie należy strzelać do wszystkiego, co wygląda nieco… inaczej.- wtrącił William nieco nadąsany tym, że Joshua poruszył najwyraźniej jakiś drażliwy temat.

            Ann… nie zwróciła na to uwagi, bo doszli w okolice szpitala, tak blisko jak jeszcze nigdy nie była wcześniej. I to w okolicach pełni… Clyde zawiózł ją gdy Księżyca nie było.
            Teraz przyglądając się budynkowi zauważyła, że coś było z nim nie tak. Niby wszystko było w porządku, ale miała wrażenie, że widzi przed sobą trójwymiarowy obraz i to popękany lekko. Jakby ktoś rozbił kawałek świata i mozolnie poskładał go na nowo.. tylko teraz kawałki nie do końca pasowały do siebie. Nie widziała co prawda żadnych rys na tym “obrazie”, ale instynktownie wyczuwała, że być powinny.
            Dziewczyna rozglądała się, czując niespokojnie. Trzymała silnie broń w pogotowiu.

            - To tak... zawsze jest w pełni?
            - Mniej więcej.- przyznał Książę rozglądając się dookoła. - Wystarczy do niego nie wchodzić i będziemy… bezpieczni.
            - Ktoś wcześniej już to kiedyś zrobił...? - zapytała.
            - To znaczy… wszedł tam? Podczas pełni? Zdarzyło się parę razy.- przyznał Książę.- Nie został po nich żaden ślad.
            - To nie oznacza, że ich nie ma... Czy odkryto co się stało z Tremere w Piramidzie?
            - Z zewnątrz czasami widać jak… taka osoba… znika. Tam przy każdym kroku można przejść do… innego świata. I niekoniecznie z niego wrócić.- tłumaczył William, a Joshua dodał. - Nie jest aż tak źle. Można zaryzykować wejście i czasami udaje się wyjść. Jeśli księżyc nie jest w pełni… gdy wpływ jego słabszy to i szpital jest bezpieczniejszy… nieco.
            - Czemu go po prostu nie zburzyć? - zaproponowała.+
            - A co to by dało? To miejsce jest zaburzonym obszarem, a nie sam budynek.- wyjaśnił William węsząc od czasu do czasu.

            Nagle cała trójka posłyszała głośny szelest nad głowami i zauważyła jakiś kształt przeskakujący pomiędzy konarami. Coś co miało pękaty tułów, coś jakby szyję bez głowy i… zdecydowanie za dużo kończyn.
            Pierwszym odruchem Ann bez zastanowienia wystrzeliła w stwora. Śrut poszarpał gałęzie i liście, ale nie dosięgnął stwora kryjącego się wysoko w drzewach. Bestia zaczęła przeskakiwać z drzewa na drzewo z małpią gracją i nadnaturalną szybkością. William i Joshua też wystrzelili… równie celnie co Ann.
            W ten sposób tego stwora nie załatwią...

            - Zajmijcie uwagę. - syknęła do wampirów, sama odsuwając się i korzystając z okazji, znikając z widoku.

            Nie wiedziała czy usłyszeli, nie miało to jednak znaczenia. Szeryf próbował strzałami z rewolweru dosięgnąć przeciwnika. Podobnie czynił William. Zaś sama bestia, skacząc zwinnie z gałęzi na gałąź, z konara na konar zbliżała się coraz bardziej do nich.
            I Ann mogła wreszcie się jej przyjrzeć.

            Stwór był dziwaczny i nawet… pocieszny. Z długimi zwinnymi łapami, jedną dziwaczną strukturą nad torsem na którym to znajdowała się “twarz” i z jedną tylko nogą. Co nie przeszkadzało mu być małpio zwinnym. Nie wydawał się szczególnie groźny, dopóki… nie otworzył szeroko paszczy oblizując fioletowym olbrzymi jęzorem rzędów stożkowatych przypominających szpikulce zębów. Wtedy tracił swój urok, no i łatwiej było zauważyć, że każdy z długich palców kończy się pazurem.
            Ann wiedziała, że największą szansę da jej strzał z zaskoczenia, gdy stwór będzie się chciał zająć Joshuą i Williamem.. czekała więc w gotowości, by oddać celny strzał w tego pysk.
            Pozostałe wampiry nie przemieszczały się widocznie próbując skusić potwora. Wszak Ann wiedziała, że i szeryf i William potrafią być nadnaturalnie szybcy. Bestia też była, ale nie aż w takim stopniu. Wreszcie… zraniona dwoma kulami z rewolweru, odbijając się stopą od pnia skoczyła ku szeryfowi.
            To był moment, na który czekała. Nim bestia dopadła Księcia, strzał z broni trafił potworka w dolną paszczę, przy okazji ujawniając Ann.
            Chmura śrutu uderzyła w pysk bestii, orając go głębokimi ranami. Potwór pisnął straciwszy impet skoku i uderzając ciałem o ziemię. Zanim zdążył się pozbierać do kupy, William dopadł go i uderzeniem kolby przewrócił, a następnie strzelił. A potem szybko odskoczył unikając pazurów jego dwóch łap. W tym czasie Joshua przeładowywał pospiesznie rewolwer.
            Nie przybliżając się, Ann oddała znowu strzał w tors stwora, aby nie miał on szansy skrzywdzić wampirów.
            Potwór zapiszczał otwierając szeroko poszarpaną gardziel, w którą to tym razem William wpakował mu garść śrutu. Niebieskozielona posoka spływała z wielu ran bestii, która będąc już w desperacji rzuciła się do ucieczki w stronę szpitala.
            Na odchodne, dziewczyna strzeliła stworow w plecy.
            Poraniona bestia straciła sporo krwi i dwiema łapami ciągnęła po ziemi. Ale nadal była szybka. Ani Wiliam, ani Joshua nie mieli ochoty za nią podążać.

            - Tylko jedna?- zapytał szeryf, a Toreador potwierdził skinieniem głowy i słowami. - Tylko jedną wyczuwam.
            - Jesteś zawiedziony, Książę? - caitiffka była zdziwiona.
            - Nieco… ale nie z tego powodu co sądzisz. Z drugiej strony… - zamyślił się Joshua. - Nastąpiła przebitka na szpitalu. Parę potworów wyskoczyło z niego i pognało w dół. Przypadkiem natknęły się na jadących Kainitów i zaatakowało pojazd, zabijając ochronę i zabierając szychę Giovannnich na przekąskę. Jak to brzmi?
            - Brzmi jak… podejrzanie dużo nieszczęśliwych zbiegów okoliczności. - odpowiedział William odprowadzając potwora spojrzeniem. On zaś dotarł do szpitala, jego sylwetka zafalowała przez moment. Dotarł do zmurszałych drzwi budynku i znikł nagle, zanim je zdążył otworzyć.
            - Myślę że Giovanni pomyślą tak samo. - zgodził się z Toreadorem Książę.
            - Jak chcą, to mogą przyjść i sprawdzić szpital osobiście. - przewróciła oczami - Fakt, sporo zbiegów okoliczności, ale... Giovanni są dziwni. Może uznamy, że sami chcieli tu być, zdjęcia porobić?
            - Obawiam się, że ów klan narobi nam nieco kłopotów w najbliższej przyszłości z powodu tego wypadku na moich ziemiach.- westchnął ciężko Joshua przeładowując rewolwer. - Bywają nieobliczalni i niebezpieczni.
            - I są bardzo bogaci. Co ma znaczenie nawet w świecie Kainitów.- dodał Blake.
            - Czy to prawda, że sypiają z własną rodziną, myślę o rodzonych krewnych, i mają szkielety w szafach? - zapytała, powtarzając co na ulicach Nowego Jorku usłyszała.
            - Szczerze powiedziawszy nie wiem. Są bardzo skryci.- przyznał Blake pocierając podbródek.- Ale te plotki krążą odkąd pamiętam, więc musi być w nich ziarenko prawdy.
            - Jest cały worek. To jedna wielka banda kazirodców i zboczeńców. Niewiele klanów jest od nich gorszych. Może ci czciciele węża, albo… Baali. - odparł Joshua wzdychając ciężko. - William ty tu czekaj na czarownika. Ja wracam do swoich ludzi. I tak tu nic nie pomoże, niepotrzebnie go wzywaliśmy.
            - Może trzeba coś połatać? W tym mógłby pomóc... - zaproponowała.
            - Co dokładnie połatać?- zapytał William.
            - Skoro stworek wyszedł, a to nie dzieje się ciągle, to może magiczne mury siadły, o których mówiłeś?
            - On w tym nie pomoże. Tu trzeba prawdziwego maga.- wyjaśnił Toreador, podczas gdy Brujah zaczął się oddalać.
            - Ciekawe jak Lukrecja i Cyril sobie radzą. Ona go nie darzy sympatią... - mruknęła - Miała nadzieję, że zginął...
            - Lukrecja go nie zabije. To że kogoś nie lubisz, nic nie znaczy w naszym małym klubie. Interesy są ważniejsze od osobistych urazów, zwłaszcza gdy jest się ambitną Ventrue. A nasza Lukrecja nie ma interesu w śmierci Cyrila, nawet jeśli podejrzewa go o to, że ją wydał Księciu Nowego Jorku. - wyjaśnił Toreador.
            - Więc dlatego tak nerwowo zareagowała jak dowiedziała się, że to on przyjechał! Naprawdę to zrobił? - zapytała zaciekawiona.
            - Nie wiem. Może? Jeśli miałby w tym interes uczyniłby to na pewno. Rzecz w tym, że nie wiadomo dokładnie kto wydał spiskowców, do których należała nasza droga Lukrecja. - odparł z uśmiechem Blake.
            - Ale skąd by wiedział...? - zastanowiła się. Czy dzięki tej zagrywce, teraz posiada plusy u Księcia? Czy dzięki temu Ann dostała szansę?
            - Nie wiem.- wzruszył ramionami Toreador spoglądając w kierunku, z którego szedł już widoczny czarownik. - Ale Cyril ma swoją siatkę agentów.

            Ann patrzyła na nadchodzącego czarownika, chcąc wrócić w końcu do Cyrila... tylko wpierw musiała wiedzieć co się stanie dalej.

            Toreador podszedł do czarownika i zaczęli cicho rozmawiać. Ogólnie William streszczał wydarzenia McElroy’owi. Ten słuchał uważnie i w milczeniu, od czasu do czasu tylko zadając pytania. Po czym stwierdził, że się rozejrzy i popyta miejscowych duchów. Może nawet coś… przepędzi. Ale na ewentualne szczeliny w barierze nie miał żadnego remedium.
            Potem się rozdzielili. William wrócił z Ann do miejsca wypadku, a James został przy szpitalu. Cóż… on mógł przetrwać w świetle dnia. Oni nie…
            A dużo już nocy zdołało przeminąć.

            - Myślisz, że długo mu zajmie? - zapytała Williama.
            - Co zajmie?- zapytał Toreador, gdy dochodzili do pojazdu. - Aaaa… to co ma robić? Nie wiem dokładnie. Może kilka, może kilkanaście godzin.
            - Więc wracamy do hotelu?
            - Raczej chyba do domu.- odparł z uśmiechem Toreador, otwierając drzwi samochodu.
            - No tak... - spojrzała w niebo na chwilę - Wiesz... Mam taką silną chęć... - odwróciła wzrok - Być tam…
            - I tak prawdopodobnie szykuje się do snu.- odparł William i dodał z uśmiechem. - Jutro go zobaczysz.

            Dziewczyna weszła do samochodu, walcząc z przybitym wyrazem.

            - Mam ciągle takie poczucie.... - odezwała się, gdy Toreador też wsiadł - ...że może mnie nie zechcieć widzieć....
            - Z pewnością nie będzie chciał, byś mu teraz zawracała głowę. - przyznał Toreador. - Jeśli pojedziemy do hotelu, to i tak niewiele już nam czasu zostanie na… rozmowy.
            - To ciężkie, wiesz... ale poczekam do jutra…
            - Z pewnością… ale cóż… cierpienie jest też częścią miłości.- pocieszał ją William, jadąc w kierunku swojej willi i oddalając od Ann od Cyrila.

            Writing is a socially acceptable form of schizophrenia.

            1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
            0
            • AbishaiA Niedostępny
              AbishaiA Niedostępny
              Abishai jako XXI
              napisał(a) ostatnio edytowany przez JhnW
              #22

              Coś czaiło się w wodzie. Coś lepkiego, oślizgłego, czarnego… potwornego. Coś wyciągało swoje macki ku niej. Coś kryło się w jeziorze rozlewając plamy czerni na powierzchni.
              Wiedziała o tym. Ale szła nadal, jakby zahipnotyzowana przez czworo świecących czerwienią oczu. Woda, zimna i lepka objęła już jej kostki, ale szła nadal ku głębi.
              Wiedziała co ją czekało, rozrywanie żywcem, pożarcie… niewypowiedziany ból. Ale i tak szła w głąb jeziora nie mogąc wyrwać się woli potwora. Była tylko żywą laleczką podległą jego woli…

              Ann obudziła się nagle, wyrywając z tego koszmaru. Była… w dobrym humorze. Wszak nic nie mogło popsuć jej tej nocy. Cyril był w mieście! Więc koszmary nie miały dzisiaj znaczenia. Wszak przywykła do nich, nawet jeśli zazwyczaj śniły jej się inne. Bo ten o wodzie, o potworze w jeziorze zdawał się pojawiać znikąd. W Nowym Jorku takich snów nie miała.
              To był jednak detal. Cyril był w Stillwater i ona musiała być przy nim jak najszybciej.

              -... mój drogi, fortuna ci sprzyja. Dziewięć monet jest w dobrym towarzystwie, acz widzę burzę na horyzoncie, więc nie przesadzaj z wydawaniem. - jak zwykle słuchali wróżki, gdy jechali do Stillwater. Ta stacja była ustawiona w radiu. - Fortuna to kapryśna pani, wierz mi… Nie należy liczyć na to, że długo będzie ci sprzyjać. Nawet jeśli moje karty.

              - A co z miłością? Czy powinienem się teraz oświadczyć?- pytał rozmówca. A Jaine Love odpowiadała.- Możesz spróbować, ale nie pozwól by uczucie cię zaślepiło. - w tle słychać było wykładane karty. - Widzę sekret ukryty pod powierzchnią.
              - Hmm… potwór w jeziorze, powiadasz? - zamyślił się William, gdyż podekscytowana ponad miarę Ann przypadkiem wspomniała o swoim koszmarze.
              - Nie… nic mi o tym nie wiadomo. - przyznał w końcu. - Może Indianie wiedzą więcej? Możliwe że mają jakieś legendy na temat tego jeziora. Będziesz miała okazję ich spotkać, to możesz zapytać.

              Jechali razem, według Ann za wolno ale Blake trzymał się rygorystycznie przepisów drogowych.

              - Garry ma się zjawić w hotelu z informacjami na temat robótki dla wilkołaków. - dodał przypominając sobie. - Dzwonił dziś, mówił że są gotowi zapłacić swoimi skarbami. Pewnie jakieś magiczne fetysze. Musi im bardzo zależeć, skoro są tak hojni. Z drugiej strony ich plemię nie należy do bogatych.

              Miasto. Hotel. W końcu dojechali. Mimo że droga miała taką samą długość jak co noc, to tym razem wampirzycy droga wyjątkowo się wydłużyła. Niemal wyskoczyła więc z samochodu, gdy już dojechali na miejsce. Po wejściu do “królestwa” miejscowej Ventrue, Ann zobaczyła
              |-znajomą wampirzycę która to śpiewała na scenie , bluesowo-rockowy bardziej energiczny niż ten który Ann słyszała ostatnio. Na sali był też Raze rozmawiający z Patty/Miracellą oraz Clyde’m. Niewątpliwie Gangrel zaimponował obojgu swoją sylwetką i aurą dzikości. Ann nie widziała co prawda jeszcze Cyrila, ale skoro Raze tu był to i stary wampir pewnie też tu był.

              - Joshua przyjedzie za godzinę.- poinformował William wchodząc tuż za Ann i chowając komórkę do kieszeni. Musiał zadzwonić do Księcia, gdy Ann pognała do drzwi hotelu.
              - Wtedy zajmiemy się za negocjacjami z wysłannikiem Tremere. I… nie będziesz przy tym obecna. Takie negocjacje są delikatną sprawą i nie potrzeba przy tym świadków.

              1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
              0
              • ZellZ Online
                ZellZ Online
                Zell jako Ann Paige
                Moderator Obsługa
                napisał(a) ostatnio edytowany przez JhnW
                #23

                - Uch? - Ann spojrzała na Toreadora, chyba zrozumiawszy o czym mówił... lub nie? - Jasne...

                I wróciła do poszukiwania Cyrila, jedynie obdarzając wampirze gówniarstwo niezainteresowanym wzrokiem. W Central Parku by więcej Gangreli znaleźli... i pewnie nie wyszli z niego w jednym kawałku.

                Prawie jak po sznurku skierowała się bez zastanowienia, ku pokojowi Cyrila. Wiedziała, że tam właśnie się znajduje.

                Nim weszła zapukała do jego drzwi.

                - Nie przeszkadzać! - usłyszała wrogie wręcz warknięcie Cyrila zza drzwi.

                Serce podskoczyło caitiffce do gardła i odskoczyła od drzwi jak oparzona. Po prostu odsunęła się po ścianie, byle dalej od drzwi. Drżała i gdyby żyła, to łapałaby nerwowe oddechy. Złapała się za głowę, opierając o ścianę plecami. Nie mogła wrócić... nie w tym stanie!
                Którego się wstydziła…

                - Je teraz… wiesz jak bywają Tremere drażliwi podczas posiłków.- usłyszała za sobą głos Lukrecji. Ta podeszła bliżej i ćmiąc papierosa przez cygaretkę spojrzała trochę podejrzliwie, trochę litościwie na Ann.

                Teraz ona tu była...
                Ann czuła się w tym momencie poniżona. Wiedziała, że widać po niej reakcję, a jeszcze zobaczyła ją ta Ventrue. Skinęła jedynie głową, obawiając się teraz zmuszać swój głos do opuszczenia ściśniętego gardła.
                Jasna cholera!

                - Jak skończy to sam wyjdzie. - Lukrecja nie przejęła się sytuacją szczególnie. Większą uwagę poświęcając drzwiom niż samej Ann.- Powiadom go wtedy, kiedy Joshua przyjedzie, jeśli możesz… dobrze?
                - Tak, oczywiście... - cicho odparła Ann, w ten sposób maskując rozdygotanie głosu.
                - Dziękuję. - odparła beznamiętnie wampirzyca i oddaliła się od drzwi pokoju Tremere.

                Gdy Lukrecja zniknęła z pola widzenia, caitiffka położyła czoło na ścianie. Nienawidziła tego stanu, nie chciała by pojawiał się... Poniżające.
                ...a jednak wciąż czekała kawałek od pokoju.

                Tremere w końcu otworzył drzwi ocierając usta chusteczką i rozejrzawszy się dostrzegł Ann.

                - Skoro tu już jesteś, wynieś babkę do jednego z pokoi na górze. Niech odeśpi.- wydał rozkaz szerzej otwierając drzwi. Tuż obok łóżka leżała bez czucia jakaś atrakcyjna czterdziestolatka, oddychając płytko.
                - Oczywiście... - wampirzyca weszła do pokoju, aby zabrać "talerz" i móc odnieść na odpowiednie miejsce... i wrócić.
                - No... rusz się… nie mam całej nocy i ty chyba też. - odparł wampir zerkając do góry.- Już zapomniałem jaka to jest dziura, to Stillwater.

                Ann bez ociągania, zaczęła prowadzić półprzytomną kobietę, trzymając w pionie wokół talii. Szeptała do niej uspokajająco, zapewniając że zaraz odpocznie. Zaprowadziła kobietę schodami, do pokoju na górze, gdzie ułożyła ją delikatnie na łóżku i...
                ...szybko, prawie potykając się na schodach, wróciła do Cyrila.

                - Mam nadzieję szybko załatwić tu interesy. Jestem pewien, że regent wykorzystuje moją nieobecność do osłabienia mej pozycji w klanie. - Cyril mówił bardziej do siebie niż do niż do niej, gdy sprawdzał w lustrze ubranie, czy aby nie zachlapało się posoką posiłku.

                Caitiffka po prostu podeszła do Tremere i poprawiła jego ubranie tak, aby leżało jak najlepiej na ramionach.

                - Książę Stillwater pojawi się niedługo. - zapewniła cicho.
                - Jak miło… chodzi tu o jakiegoś sabatnika władającego sztuką, tak? - przypomniał sobie Cyril i westchnął.- Strata czasu. Trzeba było go zabić i byłoby po sprawie. Tyle zachodu z powodu marnego imitatora.
                - Jego sprawa jest... dziwna... - odparła zajmując się niechcianymi zagięciami - Nie został wciągnięty w Sabat... nie zdążyli. Wie kto był jego Rodzicem... ale został on unicestwiony od razu po użyciu go jako przymusowego Ojca. Czyli w sumie... ten Charlie jest Tremere? Nim go zakołkowałam odstraszał nas ogniem... - trochę napięły się mięśnie Ann na wspomnienie ognia.
                - Jest złamaniem prawa moja droga. On i jego rodzic zgodnie z prawem powinni zostać unicestwieni. Nie ma znaczenia, kto go stworzył… klan go nie uznaje. - odparł chłodno wampir wyjaśniając. - To nie jest tak, że z automatu dziedziczysz przynależność do klanu. Musisz być przez niego uznana za członkinię.
                - To nie można go... przygarnąć? - zaryzykowała skończywszy układać ubranie Tremere - Miał umrzeć w jakimś rytuale. Tylko Sfora się wbiła. I uznała, że takie zrobienie wampira będzie zabawne.
                - Przygarnąć? Co za absurdalny pomysł.- zaśmiał się Cyril, a potem zbladł rozważając. - To pułapka na mnie. Augusto nie dba o to jak potoczą się negocjacje i jaki będzie ich wynik. Tak czy siak będzie miał okazję wypominać mi efekt tych negocjacji do końca swojego nieżycia.

                - Też jest kwestia wczorajsza... Najwyraźniej jakieś rzeczy się wyrwały z naszego magicznego miejsca, otoczonego barierą, i ubiły Giovannich... którzy nie mówili, że tu się zjawią.
                - Giovanni? To ciekawe… udało ci się… coś zdobyć z ich zwłok? - zaciekawił się nagle Tremere zapominając o swoim “tragicznym” położeniu.
                - Znaleziono tylko zniszczoną drogą limuzynę i ciała ochroniarzy. Nie było szczątków wampira. - pokręciła głową.
                - To co się z nim stało? A co z jego rzeczami, zapiskami? - zapytał poirytowany Cyril.
                - Zakładam, że Książę może więcej powiedzieć... Jeżeli potwory go nie zabrały... tam... to pewnie zostały zgarnięte przez policję. A on... albo potwory go zjadły, albo miejsce pochłonęło... - patrzyła na Cyrila ostrożnie.
                - Hmm… jeśli uda się wysępić rzeczy Giovanniego w zamian za życie tego Pandersa, to Augusto z pewnością pożałuje, że mnie traktował jak chłopca na posyłki. - rozmarzył się Cyril.
                - Panders może też być... interesem.... Straciłam całą Koterię, może... Da się odbudować?
                - Na tym zadupiu? Na co ci koteria? Nic tu się nie dzieje… Giovanni to wyjątek od reguły.- ocenił Tremere.
                - Ale wrócę do miasta... Do tego... Jak tu się nic nie dzieje, to dobrze. Kiedy zacznie to gorzej. - westchnęła - Nie wiemy czemu Sabat się pojawił, bo nie zależało im na Nowym Jorku. Jest Piramida. Jest to... przejście... z którego potwory wychodzą. Wilkołaki. I kopalnia, do której z Nadią idę dla Wilkołaków dane wykraść... Nawet Nosferatu nie chcieli tam gmerać…
                - Nosferatu gmerają w sieci. Wy raczej zakradnięcie się do jakiegoś ośrodka dla wilkowsioków. - ocenił Tremere. - To chyba bezpieczniejsze… zresztą Rosjanka się tam będzie bardziej narażała, więc powinnaś wyjść bez szwanku z tej przygody.

                Spojrzała na podłogę nim zapytała.

                - Kim jest Nadia, panie? Dla klanu? Jest tu w nagrodę? Za karę? - odważyła się.
                - Cóż… strażniczką projektu regenta. Nie jest tu ani w nagrodę, ani za karę. Jest z konkretną misją, której natury oczywiście ci nie zdradzę. Aczkolwiek dla niej to równie dobrze może być kara. Tu jest nudno… - wzruszył ramionami stary Tremere. - Większość nocy nie ma co robić.
                - Czyli... jest sojuszniczką Regenta? Twoim wrogiem?
                - I tym, i tym… aczkolwiek… - odparł Cyril wzruszając ramionami. -... wrogiem ją ciężko nazwać. Wrogów mam w Nowym Jorku, tu jest po prostu przydupaską Augusto, bez znaczenia dla mnie. A i wątpię bym ja obchodził ją.

                Ann zawahała się i uklękła przed Cyrilem.

                - Ciężko znoszę to, że jestem od ciebie odseparowana... Tęsknię, cierpię... Proszę, zabierz mnie…
                - Wykorzystałem moje kontakty, by cię tu umieścić. Z dala od tego… całego cyrku, jaki się teraz odstawia w Nowym Jorku. - burknął Tremere.- Ocaliłem cię, zamiast rzucić cię na pożarcie jak kilka innych moich pionków, a ty narzekasz? Co za niewdzięczność.

                To było jakby uderzył ją w twarz otwartą dłonią...

                - Nie, to nie tak! - skuliła się na podłodze, kładąc czoło na posadzce - Ja tylko... - głos jej się łamał - To boli... A krew skąpa... - jęknęła.
                - Nie mogę co chwila dawać ci mojej krwi. - odparł spokojnie Cyril. - Nie stać mnie na taką rozrzutność. Poza tym… ciesz się, że w ogóle jeszcze daję. Na tym etapie mógłbym sobie odpuścić.

                Wampirzyca uniosła głowę, patrząc szeroko otwartymi oczami.

                - Jestem przydatna, lojalna... - zadrżała wystraszona. Czy jej koszmary się ziszczają?
                - W tej chwili nie jesteś przydatna w Nowym Jorku. Wprost przeciwnie. Byłabyś zawadą i mogłabyś zginąć. - odparł Cyril i westchnął. - Wiem, że Stillwater jest… wioską tylko przez przypadek nazwaną miasteczkiem, ale tu… nie narobisz sobie kłopotów i mnie też. Tu nie zginiesz.

                Wsparła czoło obok jego nóg.

                - Wybacz... Troszczysz się... - wycisnęła z siebie - Poświęcasz... dla caitiffa... z Lasombry. - wykorzystała po raz pierwszy nazwę, której Cyril jej nie przekazywał wcześniej.

                Oblicze wampira nerwowo zadrżało, gdy usłyszał te słowa.

                - Będzie dla ciebie lepiej, jeśli nigdy więcej nie wypowiesz tej nazwy. Lepiej udawać głupka przed innymi, niż dać komuś powód do podejrzeń, że nie jesteś caitiffem. Szpiedzy z Lasombry przenikają do Nowego Jorku, czasami. - przestrzegł ją.
                - Książę Smith mi o nich mówił... - szepnęła - Nie jestem niczyim szpiegiem... To te cienie...
                - Jest różnica pomiędzy wiedzą o Lasombrze, a wiedzą o swoim sabacim pochodzeniu. Też się domyśliłem, jaki klan cię wypluł… wiedziałem o tym od początku. Tyle, że ta wiedza nie była ci do niczego potrzebna. I może być obciążeniem w przyszłości.- wyjaśnił Cyril beznamiętnie.
                - Nie byłam w strukturach tej sekty... Nie wiem nic o niej. Pewnie powstałam, aby zginąć szybko... - zacisnęła pięści - Spotkałeś mnie jak miałam z tydzień i błąkałam się. Żaden szpieg ze mnie.
                - To nie ma znaczenia. Daj im cień podejrzenia, a chłopcy Grozy wycisną z ciebie prawdę. Taką “prawdę” jaka będzie Pawlukowi odpowiadała. - wzruszył ramionami Tremere.

                - Joshua Smith kontaktuje się z Księciem Nowego Jorku... czasem twarzą w twarz. - Ann wyglądała na przybitą wcześniejszymi wypowiedziami - Czyli... czy on pojawia się w Stillwater?
                - Rzadko bywa z oficjalnymi wizytami w tym mieście. Teraz gdy mamy erę smartfonów, to już nie musi. - ocenił czarownik.

                Delikatnie, wręcz z obawą, ujęła rękę Cyrila, wciąż z dołu patrząc na wampira.

                - Pozwól, panie... Skoro jesteś...
                - Nie mogę się osłabiać przed negocjacjami. Nie po to jadłem, by tracić siły na ciebie. Może przed wyjazdem stąd… ale nie teraz.- wampir wyrwał dłoń z uścisku Ann. - Powstań i zachowuj się odpowiednio. Nie pozwól, by głód tobą władał.

                Bezklanowa nawet nie trzymała silnie, więc bez oporu Cyril zabrał rękę ku tłumionemu smutkowi dziewczyny.

                - Wedle życzenia... - szepnęła. Rozmowy z Cyrilem ostatnio powodowały niemały ból emocjonalny.

                Ann wstała z podłogi wykonując polecenie.

                - Mogę dzień przesypiać w piwnicy hotelu, żeby być na miejscu, by służyć, póki się tu znajdujesz.
                - Jeśli chcesz… - rzekł obojętnym tonem Cyril ruszając do drzwi.

                Caitiffka grzecznie ruszyła za Cyrilem do wyjścia.

                - Jak przebiegają relacje z Lukrecją...?
                - Nie lubi mnie, ja nie lubię jej. Oboje udajemy, że nic się między nami nie wydarzyło. Czyli wszystko jest tak, jak być powinno. - zaśmiał się złośliwie Cyril. - Wygnanie trochę utarło jej noska.
                - Czemu jej nie lubisz, panie? I czemu ona ciebie? - zapytała.
                - Ona jest Ventrue. Ich można szanować, można się ich bać, ale nie można ich lubić. Bo to są zadufane w sobie aroganckie dupki. - wyłożył swoją filozofię czarownik.- A ona… nie wiem i nie obchodzi mnie to, czemu za mną nie przepada.
                - Może... sądzi, że miałeś coś wspólnego... z jej wpadką? - zaryzykowała.
                - Doprawdy? Może tak było… nie pamiętam… - odparł Tremere nie przywiązując większej wagi do sugestii Ann.

                Ann jedynie skinęła głową, nie mówiąc nic i otworzyła przed Tremere drzwi, dając mu wyjść pierwszemu.

                - Zorientuję się, czy Książę przyjechał. - dodała zamykając drzwi i bez ociągania, ruszyła do głównej sali.
                - Dobrze… ja się nie będę spieszył. Niech wiedzą, że nie jestem byle posłańcem. - odparł Cyril zwalniając kroku.

                Sytuacja niewiele się zmieniła. Lukrecji nie było w głównej sali. Raze nadal oczarowywał historyjkami Patty oraz Clyde’a. Toreador przyglądał się temu z boku pijąc krwistą Mary. Joshui nie było widać. Zamiast tego… wkroczył do baru Garry.

                - Heeej… jak się masz stary? W końcu Lucius poznał się na tobie i wygonił cię?!- zaśmiał się głośno Gangrel i ruszył ku zdumionemu pobratymcowi.
                - Nieee… interesy mój drogi, interesy. Jak wiesz, pracuję jako ochroniarz i pilnuję teraz bogatego tyłka jednego takiego sztywniaka.- rzekł wesoło Raze i oba Gangrele uścisnęły się mocno i serdecznie.
                - No i jak tam w wielkim mieście? Robisz karierę, zbijasz kokosy?- zapytał przyjaźnie Garry, już nieco cichszym głosem.
                - A gdzie tam. Dziaduję pod drzwiami bogatszych. Lucek tnie moje zarobki zbierając fundusze na kolejne swoje wielkie plany. Z których ostatecznie nic nie wychodzi. Jest z nim coraz gorzej. Popadł w obsesję na temat odrodzenia potęgi naszego plemienia. A prawda jest taka, że betonowe dżungle nie są dla Gangreli i Wilkołaków. - odparł z uśmiechem Raze, podczas gdy jego fanklub przyglądał się temu z zaciekawieniem i lekkim zdezorientowaniem.
                - Zabawna sprawa, bo słyszałem o plemionach wilkoła…- zaczął Garry, a Raze mu przerwał. - Cokolwiek słyszałeś to bajki. Są co prawda jakieś… likantropy, ale nazwa jaką sobie przybrali dobrze obrazuje ich upadek. Bo kto przy zdrowych zmysłach nazwałby się Gnatożujami.

                Ann podeszła do oczarowanej młodzieży i przesunęła im dłonią po widoku.

                - Możecie go o numer zapytać…
                - O jaki numer?- zapytał Clyde, gdy tymczasem dwa Gangrele wymieniały się anegdotkami.
                - Komórki. Może wam mięśnie pokaże, napręży się bez koszulki…
                - To dobry pomysł.- odparł wesoło Clyde, a Miracella pokręciła głową dodając. - Ona cię podpuszcza.
                - W samym mieście źle się dzieje… Co prawda plotki nie dotarły jeszcze do ulicy, ale parę prominentnych Kainitów przestało się odzywać. Łatwo się domyślić, co się z nimi stało. Tak sobie myślę, czy by wiesz… nie wybrać się na prowincję na kilka tygodni. Przeczekać całą tą burzę, która zbiera się nad Nowym Jorkiem.- rzekł cicho Raze, ale nie dość by trójka wampirów nie posłyszała.
                - Do mnie możesz wpaść. Co prawda wiem, że nie lubisz doprawionych przekąsek, ale zawsze możesz stołować się w mieście.- odparł wesoło Garry, a Raze skinął. - Może tak zrobię wkrótce, dam ci znać i dzięki.

                - Jesteście uroczy. - Ann mruknęła do Clyde'a i Miracelli, po czym wskazała tylko na Brujah - A ty wciąż dziecinnie naiwny. - westchnęła. Ventrue się zaśmiała cicho, a Clyde zaperzył wyraźnie urażony tymi słowami.
                - Zakładam że Lukrecja każe sobie płacić za posiłki? - zapytał Raze, a Garry kiwnał głową.- Jeśli zamierzasz zatrzymać na dłużej to… tak… bez karty bibliotecznej trzeba płacić pogłówne. Czy jak tam to ona nazywa.
                - Nie będzie się Ryze liczyć jako... pracownik Tremere? - zasugerowała Ann i spojrzała na Clyde'a - Nie jeż się na mnie, nie warto w Elysium. - szepnęła.
                - Cóż… płaci za mnie klan Tremere tak długo jak dla niego pracuję.- odparł Raze ze śmiechem.- Jeśli przyjadę tu prywatnie, żaden kościsty tyłek nie będzie za mnie opłacał rachunku.

                Ann nie wyglądała na zadowoloną z określenia Cyrila.

                - Zawsze Larry by się ucieszył, gdyby był ktoś inny, kto bić się może. Zatrudnij się jako najemny umilacz istnienia w Stillwater. Więcej ciekawych rzeczy.
                - Larry? Jeszcze żyje? O nie… ja się trzymam z dala od takich czubków jak Dukes.- odparł czarny Gangrel unosząc dłonie w żartobliwym geście poddania. - I wolę nie sprawdzać, jak długo wytrzymam łomot w jego wykonaniu.
                - Ja dałam radę przetrwać, to ty też. A zawsze nam się tu przyda kolejny. Stillwater... Ma swój... nieoczekiwany wdzięk. I ostatnio nawet nam Sabat umilał czas. - uśmiechnęła się - A pomoc Gangreli... zawsze dobrze wspominam.
                - Nie zamierzam tu zostać. Nowy Jork ma swój syreni śpiew. Po prostu nauczyłem się przez lata wyczuwać skąd wiatr wieje. A ostatnio wieje coraz bardziej śmierdzący wiaterek.- wyjaśnił cicho Raze. - Czuć w nim zagrożenie.
                - Co się dzieje? - Ann także głos ściszyła.
                - Nie wiem. Ja tylko pilnuję szyszek. A one zrobiły się nerwowe. Możesz Cyrila spytać, jeśli uda ci się wydusić z niego jakąkolwiek informację… co byłoby cudem.- zaśmiał się cicho Raze.
                - Co wy, Gangrele, w ogóle macie do Cyrila? - zapytała szczerze zaciekawiona - Nie jest taki... zły.
                - Nie powiedział ci nigdy? Cóż… to nie jest taki wielki sekret, Cyril to oszust i złodziej.- wzruszył ramionami Raze. - Ukradł coś, co jest cenne dla każdego klanu.

                Wyraźnie caitiffka nie wiedziała co powiedzieć. Zaprzeczyć? Nie... A może powinna?

                - Ja... Nie wiem. Po prostu... nie wiem. - widoczne było jej zagubienie.
                - Poznał dyscyplinę klanu Gangrel i ponoć uczynił to w sposób nie do końca uczciwy czy honorowy. - wtrącił Garry i wzruszył ramionami wyjaśniając. - Lucius zna szczegóły, bo to są stare dzieje… Cyril jakoś wywinął się od zemsty klanu, spłacając tę zbrodnię przysługami, ale… zarówno na starym kontynencie jak i tu klan Gangrel traktuje go podejrzliwie. Kto raz ukradł wiedzę klanu, ten może zawsze chcieć spróbować powtórzyć ten wyczyn.

                Ann zastanawiała się, czy tak samo ten klan Lasombra by widział ją. Jak złodzieja ich dyscypliny...

                - Przykro mi... tylko tyle mogę. Nie wiedziałam…
                - Nie przejmuj się, ja się nie przejmuję… Raze też nie. - machnął ręką Garry. - To stare dzieje.
                - Możecie poopowiadać historie młodym? - szeptem zwróciła się do Gangreli - Są pod wrażeniem.
                - Jak to nowoprzeistoczeni. Parę dziesięcioleci… i przekonają się jak nudno być umarlakiem. - westchnął filozoficznie Garry, a Raze dodał.- Przystopuj może z tymi ziółkami we krwi.

                Caitiffka zostawiła Gangreli na żer dzieciom i podeszła do Williama.

                - Kiedy ma zjawić się Książę?
                - Tak za pół godziny… myślę. - zastanowił się Blake, a tymczasem do obojga podszedł Garry.
                - Tak się rozgadałem, że zapomniałem wspomnieć. Mamy spotkanie z wilkołakami, Ann skoczysz po Nadię? Bo wkrótce musimy wyruszać.
                - Jasne, jasne. Tak zrobię. Mam z nią tu wrócić?
                - Tak. - uśmiechnął się Gangrel.
                - Załatwię, tylko przekażę o Księciu... - spojrzała na Toreadora, jakby upewniając się, że nie uraczy ją jakimś komentarzem i po prostu szybko wróciła do Cyrila.

                - Książę będzie za pół godziny... około. - wyrzuciła z siebie od razu.
                - Ech… jak miło, że każą mi czekać. - prychnął zirytowany Tremere zerkając na Gangrela i Toreadora.- No cóż… Blake nie jest zajęty niczym ważnym, albo… nikim?
                - Tylko obserwował jakiś śmiertelnych, ale tak to na górze jest. Raze także. Muszę iść teraz po Nadię, misja czeka. Nie wiem ile to zajmie.
                - Nie szkodzi. Nie będziesz tu potrzebna. Negocjacje i tak odbywają się w dość ścisłym gronie.- ocenił sytuację Cyril kierując się ku Toreadorowi.

                Ann wyprzedziła Cyrila i stanęła przed nim. Nie mogła wytrzymać, musiała zapytać...

                - Czy to prawda, co mówią Gangrele? - zapytała, zachowując nieoczekiwaną pewność. Może oskarżycielskość nawet?
                - A co mówią zwierzaki? - zapytał Cyril.
                - Że jesteś oszustem i złodziejem. - skrzywiła się - Cyril, co ty zrobiłeś?

                Ann teraz już rzadko zwracała się po imieniu do Tremere, ale kiedy to robiła... najwyraźniej sytuacja ją na tyle poruszyła.
                Wampir zgromił ją spojrzeniem, władczym i bezlitosnym.

                - Zamierzasz mi prawić morały? Zapomniałaś czym jesteś? Czym my jesteśmy? Jeśli ktoś jest na tyle nieudolny, że nie potrafi pilnować tego, na czym mu zależy to najwyraźniej nie jest tego godny.
                - I teraz cały klan ci nie ufa. Mówią, że ukradłeś moc, poznałeś ją przez oszustwo i bez honoru. Nie zapomniałam czym jestem... - zacisnęła zęby, a jej spojrzenie wyrażało, iż prawdziwość tego oskarżenia ją zabolała - ...ale przynajmniej nie jestem złodziejem.
                - Nie jesteś też silna. - Tremere dźgnął ją palcem w obojczyk za każdym razem gdy formułował oskarżenie. - Bo jesteś sentymentalna. Naiwna. Pełna skrupułów. Ludzka.

                Cyril spojrzał na nią władczo. - Nas nie stać na humanitaryzm. A honor… tym słowem stare klany Sabatu podcierały sobie tyłki. Tym słowem klany stojące na szczycie Camarilli krępowały słabsze klany. Honor to wydmuszka dziewczyno. Był nią kiedy byłem śmiertelny i tak pozostało do dziś. I co mi ty za bajki opowiadasz. Jesteś złodziejką… w końcu w tym celu wilkołaki cię chcą wynająć, nieprawdaż?

                - Jak poznałeś ich moc? - zignorowała słowa Cyrila, nie chcąc mu dać możliwości ucieczki, odwracania tematu.
                - Spytaj ich. - odparł krótko Tremere postanawiając wyminąć Ann.

                Wampirzyca uparcie stanęła znowu na drodze.

                - Ty mi odpowiedz.
                - Zejdź mi z drogi. Nie zamierzam tobie się spowiadać z dawnych czynów.- stary wampir powoli tracił cierpliwość, a ciało Ann zareagowało na polecenie ustępując Tremere.

                Nie chciała ustąpić... i jednocześnie chciała. Była zirytowana, ale co na to mogła poradzić?

                - No tak. Każ mi coś zrobić i sprawa załatwiona. - zgorzkniale rzuciła za Tremere - To fajne, co?
                - Na tym to polega. Gdybym chciał być przesłuchiwany przez młodzików… zostałbym ojcem za życia. - warknął poirytowany Tremere przez ramię.

                - Gdybyś nie ukrywał wszystkiego przede mną, mogłabym się lepiej przydać. - podeszła chwytając Cyrila za ramię.
                - Doprawdy? Mam wrażenie, że im więcej wiesz tym bardziej nieznośna się robisz. - odparł czarownik nie oglądając się nawet. - Jesteś pod moją opieką w zamian za wykonywanie moich poleceń. Nie potrzebuję byś wszystko wiedziała i nie potrzebuję, byś… wypytywała mnie o sprawy, które ciebie nie dotyczą.
                - Gdy strzępy informacji mi się nie składają, to jestem nieznośna. - mruknęła - Cały czas zastanawiałam się, o co chodzi z tobą i Gangrelami. Sam nie mówiłeś, więc przypadkowo się dowiedziałam. To było gorsze, nie sądzisz? Jeżeli to byłby inny klan, to może tak miło by nie było dla mnie.
                - Czy wiesz, czy nie wiesz… nie ma to znaczenia. Gangrele nie mają mnie na liście celów do ubicia, a ich antypatia nie dotyczy powiązanych ze mną Kainitów. I mnie osobiście ich ból dupy mało obchodzi. - burknął Tremere. - Nie moja wina, że nie umieją przegrywać z klasą.

                - Czy jeszcze komuś taką krzywdę zrobiłeś? - przeszła przed niego.
                - Wielu osobom, zbyt wielu bym spamiętał każdego robaka, którego rozgniotłem na swojej drodze. - odparł stanowczo Cyril i spojrzał w oczy Ann. - Zadowolona z odpowiedzi?
                - Niech będzie. - bezklanowa tylko chwilę wytrzymała spojrzenie Cyrila nim odwróciła wzrok - Traktujesz mnie czasem jak kogoś, przed kim trzeba kryć wszystko.
                - Nie zamierzam się przed tobą spowiadać z mojej przeszłości i moich czynów. - Cyril stwierdził obojętnym tonem spoglądając na Ann. - Znaj swoje miejsce. Nie jesteś moim sumieniem, by mnie osądzać.
                - Nawet bym nie uważała, że osądzanie by coś dało. - wciąż patrzyła w bok - O sumieniu mi już mówiłeś, jasne. Jesteś za stary na nie i zbyt martwy. - zwróciła w końcu spojrzenie na Cyrila - Pożałuję poruszenia tego tematu, prawda? - szepnęła z rezygnacją i tłumioną obawą.
                - Tak. - odparł krótko stary wampir. - I tego nieposłuszeństwa też.
                - Nie byłam nieposłuszna... - zaprotestowała ze wzrastającą obawą.

                Cyril nie odpowiedział, ale jego zdziwione spojrzenie mówiło wystarczająco wiele Ann.

                - Odejdź. - dodał krótko i szorstko.

                Ann skuliła głowę i usunęła się z miejsca, kierując do głównej sali. Była jednocześnie wystraszona i zła...
                Wyraźnie rozdrażniona przeszła szybko przez salę do wyjścia, jakby chciała uspokoić się chłodnym powietrzem... jednak miała lepszy pomysł. Nie była tak szalona by w Elysium robić pandemonium ani przy wejściu... Były jednak tyły.
                A na tyłach był kontener ze śmieciami.
                Ann nie zważała na szkody. Wściekle niszczyła metal kontenera, rozrzuciła jego szczątki oraz zawartość po całej tylnej alejce Elysium. Chciała komuś zrobić krzywdę... mogła chociaż tej rzeczy. Dać się ponieść...
                Po zniszczeniach, gdy dźwięki zamilkły, wydała z siebie zbolałe wycie zwierzęcia. Zrezygnowane...
                Po czym ze spuszczoną głową poczłapała w stronę biblioteki.

                Doszła na tyły budynku i doszła do drzwi. Pozostało tylko zadzwonić dzwonkiem przy nich, by bibliotekarka się odezwała.

                - Zamknięte na noc. Proszę przyjść rano. I od frontu.- po zadzwonieniu Ann usłyszała znaną formułkę. Ciekawe czy Nadia rzeczywiście ją powtarzała, czy też miała nagraną na dyktafon i tylko wciskała przycisk.
                - Nadia, robota czeka. - mruknęła bez cienia delikatności, jaką okazywała normalnie.
                - Jaka znowu robota? - odparła bibliotekarka.
                - Otwórz. - fuknęła wciąż zirytowana - Garry się dogadał.
                - Hmm… z kim dogadał? - zapytała otwierając drzwi.
                - Przespałaś tamtą rozmowę? - ruszyła szybkim krokiem do leża wampirzycy.
                - Którą rozmowę… prowadziłam wiele rozmów z wieloma osobami. - usłyszała za sobą, gdy drzwi się za nią zamykały. Dalsza rozmowa musiała poczekać, aż Ann do niej dojdzie.

                Nadia jak zwykle zajęta była swoimi komputerami i ciągami liczb, na które to tłumaczyła fragmenty starego testamentu.
                Caitiffka nie miała w tym momencie cierpliwości, a tym bardziej do Tremere. Nie miała zamiaru czekać na nic, jedynie poszła w stronę komputerów.

                - Więc.. z kim to się Garry dogadał? - zainteresowanie Nadii było dalekie od entuzjazmu.
                - Z Wilkołakami. O wynajęcie nas dla wykradnięcia informacji. - cierpliwość Ann nie była wysoka.
                |-- No tak. Zapomniałam o tym.- westchnęła wampirzyca i sięgnęła do szuflady wyciągając spośród zgromadzonej tam broni krótkiej duży chromowany rewolwer . Sprawdziła czy w bębenku broni, wszystkie naboje są srebrne i wstała pytając. - Co powiedział Garry?-|
                - Że mamy spotkanie z nimi. Musimy wrócić do Elysium, stamtąd nas Garry zabierze.
                - No to ruszajmy.- odparła Tremere pakując rewolwer do torebki. - Ty przodem.

                Ann napięcie odwróciła się. Cholerne Tremere, za innymi zawsze się chowają…

                Słyszała za sobą jej kroki i nic poza tym. Nadia zajęta swoimi sprawami nie przejmowała się Ann, więc obie szybko dotarły do siedliska Ventrue i dwójki Gangreli wspominających dawne dobre czasy przy browarkach. Otworzyli je, ale nie pili. Clyde’a już nie było, Cyril rozmawiał z Williamem, a Miracella… cóż… pracowała przy barze, wymieniając docinki z piosenkarką, która zrobiła sobie przerwę od grania.

                Wampirzyca z wyraźnym bólem, zawodem i urażą, przeszła obok Cyrila, z całych sił panując by nie patrzyć na niego. Wewnętrznie czuła, jakby chciała płakać z bezsilności, więc na siłę skierowała się ku Gangrelom.

                - Garry, wróciłam z Nadią.
                - Hej… dziewczyny. Gotowe na wycieczkę? - Garry zdecydowanie miał dobry humor, wstał od stolika.
                - Tak. Tak. Pospieszmy się. Nie mam całej nocy na duperele. - westchnęła teatralnie Nadia.
                - Szkoda, że muszę bawić się w niańczenie. Zawsze chciałem ubić wilkołaka.- wtrącił Raze.
                - Tutaj z nimi gadamy. - odparł Garry klepiąc towarzysza po grzbiecie. - Jeśli chcesz ubić coś niezwykłego to pełnia jest już wkrótce.
                - Nie marudź. Chciałaś. - Ann rzuciła do Nadii.
                - Będę marudzić kiedy będę chciała.- stwierdziła zaczepnie Tremere, a Garry dodał ciszej. - Bądź wyrozumiała, pocięła się z mentorem.
                - Z kim?- zdziwiła się Nadia, a Gangrel wstając wskazał kciukiem na Cyrila.
                - Acha…no.. cóż… nie ona jedyna. - wzruszyła ramionami Rosjanka.

                Tymczasem Gangrel pożegnał się z Razem i ruszył do wyjścia z budynku.
                Ann ruszyła za Garrym, wyraźnie zła na świat.

                Wkrótce cała trójka awanturników dotarła do vana należącego do Gangrela. Typowo hippisowskiego wozika. Po otwarciu drzwi przez Gangrela, Nadia zakryła nos z odrazą.

                - Do diabła Garry… mógłbyś czasem kazać tym swoim niewolnikom posprzątać w samochodzie. Jedzie od niego marychą na kilometr. - dodała, a Garry odparł uprzejmie. - To nie niewolnicy, to moi wierni pomocnicy we wspólnym poszukiwaniu prawdy i nirwany.
                - Banda pospolitych ćpunów, ot co. - skomentowała Tremere z nutką odrazy.
                - Z tym będziesz lepsze ciągi liczbowe widziała. - mruknęła Ann.
                - Nieprawda… takie rzeczy jak zioła odciągają od Boga, narkotyki to narzędzie Szatana. Albo szatanów… to Baali je stworzyły. - burknęła Nadia wsiadając do wozu, a Garry dodał. - To bajki Camy… Starszyzna klanowa uwielbia oskarżać Baali o całe zło. Parę wampirów trafi na widły łowców… Baali, jakaś krwawa orgietka z symbolami satanistów… Baali. Czego nie mogą dolepić Sabatowi, w to wrabiają Baali. A nawet nie wiadomo czy jacyś Baali jeszcze istnieją.
                - Zapytaj Williama, w końcu mierzył się z nimi. - mruknęła Nadia.
                - Z infernalistą… to niekoniecznie musiał być Baali.- odparł Gangrel podążając za nią.

                Zniecierpliwiona Ann po prostu popchnęła Nadię do vana, sama tam wskakując.

                - Uważaj kundlu…- warknęła gniewnie Nadia, a Garry siadając za kierownicą rzekł błagalnie do dziewczyn siedzących z tyłu.
                - Panie, proszę o spokój. Nie chcemy sobie narobić wstydu.

                Ann spojrzała na swoje kolana, wspierając twarz w dłoniach.

                - Przepraszam, czarowniku. - mruknęła.

                Ruszyli z miejsca kierując się ku nowemu celowi. Minęła godzina, nim dojechali do celu… przekraczając po drodze most na przesmyku dzielącym jezioro na dwie części. Większą po ich lewej, mniejszą po drugiej stronie. Tam już czekały dwie półciężarówki. Jedna z przodu z dwiema osobami, druga nieco dalej. I zawierająca aż sześciu ludzi na pace. Wilkołaki przybyły w dużej liczbie.

                Z tej z przodu, wyszedł młody mężczyzna , niewątpliwie członek miejscowego plemienia. W dłoniach trzymał spory obrzyn i gestem dłoni nakazał im się zatrzymać.

                - Stare Uktena są rozsądni, ale młodzi… cóż, młode wilkołaki to jak Brujah opite krwią. Bardzo nerwowe i szukające okazji do starcia. Nie dajcie się sprowokować. - poradził Garry.

                Na ten moment Ann zdążyła się już uspokoić to pozostał tylko ten smutek, teraz też z napięciem pomieszany.

                - Larry by tu chciał być.
                - I dobrze, że go tu nie ma. Zginąłby… a my z nim.- przyznał Garry i dodał.- Wilkołak to ciężki przeciwnik w walce wręcz. A jego pazury zadają prawdziwe rany. A tych tutaj jest sporo, więc… bądźcie miłe.
                - Ja zawsze jestem miła… i zawsze jestem szczera. Nie moja wina, że nikt nie lubi prawdy rzuconej prosto w oczy. - stwierdziła cierpko Nadia.
                - Ognia używasz? - zapytała Nadii - Jeżeli tak, to nie jesteś miła. Z założenia.
                - Używam błyskawic, broni i technologii. Nie ognia. - odparła Nadia, a Garry dodał.- Mój znajomy wilkołak płomienie potrafi zignorować. Dar Gai, tak twierdzi.

                - Chciałabym zapytać o jezioro... ale nie wiem, czy zdołam odezwać się do wilkołaka. - odparła Ann.
                - A o co chodzi z jeziorem? - zapytał Garry, gdy cała trójka ruszyła ku młodzikowi.
                - Śni mi się... To koszmary z nim, że coś się tam czai... - szepnęła.
                - Hmm… mi czasem też.- odparł z uśmiechem Garry, a Tremere przewróciła spojrzeniem dodając. - Oczywiście że ci śniły koszmary. Dotarły do mnie pogłoski o twoim treningu pod opieką Garry’ego. Jakbym cały tydzień łaziła napruta tymi jego ziołowymi mieszankami to też by mi się głupoty śniły.
                - A można by pomyśleć, że Tremere będzie miał mniej zamknięty umysł... - parsknęła.
                - Hmmm? Naprawdę wyrobiłaś sobie o mnie tak… błędne wrażenie.- zdziwiła się z ironicznym uśmieszkiem Nadia, a Garry uciszył obie słowami.- Cicho teraz, nie róbmy z siebie błaznów przed pracodawcami.

                Po czym głośniej zwrócił się do Indianina z śrutówką.

                - Hej… młody, gdzie jest Szept Wiatru?
                - Tam, zanim się jednak z nim rozmówicie… pogadacie ze mną. Ja zajmuję się tą misją z poziomu taktycznego i logistycznego. Jestem Śmierć Na Twarzy. - odparł Indianin.

                Ann nie odzywała się, dając radość Garry'emu, przy którym też się trzymała.

                - Zapewniam, że znam najlepszych speców od… niekoniecznie legalnej roboty. Zresztą Uktena świetnie wie, że zawsze dobrze ubijać ze mną interesy.- odparł radośnie Garry i zagadnął. - Pierwszy raz cię widzę… musisz być jednym z nowo przebudzonych?
                - Przybyłem z innego plemienia…- odparł chłodno Śmierć Na Twarzy.- I sam wolę wyrobić sobie opinię.

                Zwrócił się do obu wampirzyc. - Co wam wasz wygadany hipis powiedział o zadaniu?

                - Trzeba dostać się do kopalni i wykraść z niej pliki dla was, z komputerów. - odezwała się Ann.
                - Trzeba pokonać płot z drutem kolczastym, ominąć kamery ochrony, dotrzeć do budynków badawczych, pokonać zamki, wejść do środka… podłączyć się do serwerów, które najpierw trzeba znaleźć. Złamać hasła i skopiować całą zawartość. I przy tym wszystkim zachowywać się relatywnie cicho, bo ochrona kopalni w nocy… nie jest ludzka.- wyjaśnił spokojnie wilkołak.
                - Radzę sobie całkiem dobrze z komputerami i ochroną elektroniczną. Kamery staną się moimi sługami.- odparła butnie Tremere.

                -Czy… nosferatu nie powinny być brzydkie?- zapytał wilkołak zwracając się do Nadii, która zaperzyła się.- To… pozbawione podstaw stereotypy! Nie tylko nosferatu zajmują się informatyką.
                Ann połknęła słowa, które cisnęły jej się na usta.

                - Ja przejdę niezauważona i postaram się ogarnąć naszego informatyka, by nie wpadł ślepo na ochronę. - zerknęła na Nadię.
                - A co jeśli zostaniecie zauważone?- zapytał wilkołak przyglądając się z powątpiewaniem obu wampirzycom. Na co Nadia dodała, gdy jej dłoń pokryła się wyładowaniami elektrycznymi.- To usmażę każdego kto mi zagrozi. Mam też inne sztuczki w swoim arsenale. I znam wojnę… bo jedną przetrwałam. Nie wiem ile masz lat wilkołaku, ale wątpię byś widział ludzi i nieludzi rzucających się sobie do gardeł jak dzikie bestie. Ja widziałam.
                - Czyli poradzimy sobie, chciała powiedzieć. - spojrzała na Nadię z irytacją - Nasz Książę by nas wam oddał, gdybyśmy zaraz zrobiły tu aferę na całe Stillwater.
                - O to się on nie musi martwić. Wasz los może być gorszy od śmierci, ale żadne wieści nie wydostają się poza teren kopalni. Kilku naszych tam znikło bez wieści. Dostarczymy wam mapy i wszelkie informacje dotyczące tego miejsca, aczkolwiek nie wiemy wszyskiego. Także i sprzęt musicie sobie załatwić we własnym zakresie.- odpowiedział Śmierć Na Twarzy.
                - O jak "nieludzkiej ochronie" mówimy?
                - Fomory. - stwierdził krótko Indianin, jakby to coś miało znaczyć.

                Ann spojrzała na Nadie. Ta wzruszyła ramionami również nie wiedząc co to są owe… fomory.
                Wilkołak spojrzał na nie z politowaniem.

                - To potwory w ludzkiej skórze, dosłownie. Wyglądają jak ludzie i zachowują się jak ludzie, ale to tylko pozory. W każdej chwili mogą zrzucić tą… iluzję normalności i odsłonić swoje wynaturzone oblicze.
                - Ale co potrafią? - zapytała Nadia.
                - Wiele, ale te które napotkacie to bojowy chów, więc większa siła i wytrzymałość i odporność na ciosy gwarantowana. No i dobrze posługują się bronią… ze srebrnymi kulami w magazynkach. - wyjaśnił Śmierć Na Twarzy.

                Dzień jak co dzień.... Cyril na to przyzwyczajał.

                - Cóż… wyglądacie na pewne siebie i swoich talentów. Jutrzejszej nocy, jeśli dogadacie cenę spotkamy się omówimy atak na kopalnię. A podczas kolejnej ruszycie do akcji. Będziemy was wspierać zza płotu, ale na wiele nie liczcie. Oni wiedzą, jak się przed nami bronić. - odparł Indianin kończąc przesłuchanie.

                Ann jedynie spojrzała na Garry'ego.

                - No to chodźmy do Szeptu Wiatru. - rzekł wesoło Gangrel i pierwszy wyminął młodego wilkołaka.

                Caitiffka przemknęła za Gangrelem, nie chcąc dłużej z młodymi wilkołakami siedzieć.

                Z wozu tymczasem wysiadł Indianin o zaokrąglonych rysach twarzy, siwych włosach i nieco ociężałej sylwetce.

                Ciężko było sobie wyobrazić tego człowieka jak krwiożerczą futrzastą bestię, przed którą nawet wampir czuł respekt.

                - Hej… Dave, co tam u ciebie. Widzę sporo nowych twarzy w plemieniu. - rzekł wesoło Garry witając się wylewnie z niższym od niego wilkołakiem.
                - Cóż poradzić, musimy… zadbać o to by krew naszych krewniaków nie wypaczyła się w wyniku chowu wsobnego. Między plemionami z rezerwatów następuje, więc że tak powiem przetasowanie. Billy… przybył do nas ze swojego rezerwatu na północ od nas. Sorki… Śmierć Na Twarzy.- zaśmiał się cicho Indianin i wzruszył ramionami. - Mam nadzieję, że Manitu objawił mu to imię… a nie książki o dawnych wodzach Dakota.

                Ann stała spokojnie, nie pytając, a jedynie próbując się domyślać.

                - Ta cała sprawa wygląda poważnie. - Garry tylko mówił, bo i Nadia stała cicho w milczeniu. - Jakieś fomory i zagrożenia.
                - Pomożecie w ratowaniu świata, na któym żyjecie, to chyba coś warte.- odparł Dave “Szept Wiatru”. A Gangrel wzruszył ramionami.- Wiesz jak jest. Ja bym nawet chętnie pomógł, ale dziewczyny nie będą narażać się za friko.
                - Cóż… nie mogę zapłacić w pieniądzach. Nie mamy kasyn na terenie naszego rezerwatu.- odparł ironicznie i nieco sarkastycznie Dave. - Ale możemy dać coś innego. Fetysze. Magiczne przedmioty z duchami powiązanymi do nich lub przysługi, w tym nawet wędrówkę przez Umbrę. Nie jestem pewien czy da się fetysz powiązać z martwą istotą, jaką jest wampir, ale… ponoć obie są powiązane z wampirzymi magami, więc… może to wystarczy? W najgorszym przypadku będą to wyjątkowe przyciski do papieru, którymi można będzie szpanować.- dodał na koniec ze śmiechem.

                "Może... Cyril by jej wybaczył, gdyby taki prezent dostał od niej?"

                - Interesujące. Dwa fety… albo nie. Niech będzie jeden i ta słynna wędrówka do Umbry. - wyceniła swoje usługi Nadia.
                - To samo co pani przede mną. - Tremere wie, co najlepsze z takich rzeczy.
                - Hmm… myślę, że moi się na to zgodzą.- odparł z uśmiechem Dave. -Śmierć Na Twarzy przekazał wam szczegóły misji?
                - Chyba tak... Dotrzeć do plików dla was. Uważać na Fomory.
                - Mniej więcej. Dostarczymy wam wszystko co możemy załatwić, ale całość tego skoku musicie zaplanować same. W moim plemieniu brak członków działających subtelnie.- przyznał Dave.

                "O ile Nadia umie subtelnie..."

                - Więęęc… to chyba wszystko na dziś.- odparł wilkołak, a Garry zgodził się z nim skinieniem głowy i spytał dziewczyny. - Wracamy?

                Ann skinęła głową, starając się utrzymać w ryzach emocje, jakie ją ciągnęły do Cyrila, jednak wtedy coś jej się przypomniało.

                - Czy może w okolicy krążą jakieś przekazy o potworze w jeziorze? Że coś niebezpiecznego się w nim czai...? - zapytała wilkołaka.
                - Cóż… tak… ale nie w tym jeziorze, które widzisz swoimi oczami. - odparł z uśmiechem stary wilkołak. - Jezioro po drugiej stronie bariery. Tej, która oddziela ten świat od świata duchów. Prastary wróg tam leży, pokonany przez naszych przodków. Ciężko raniony, ale nie zabity. Bo zbyt potężny, by go zniszczyć.

                Spojrzał na dziewczynę i dodał.- Nie powiem ci, czym jest ten stwór, bo nikt z nas go na oczy nie widział. Wiem tylko, że ma atramentowe macki, które czasem wynurzają się z wody jeziora.

                - To brzmi... jak z mojego snu. - spojrzała na Gangrela pytająco.
                - Penumbra jest blisko nas, a bariera w okolicy mocno naruszona przez cały ten cyrk ze szpitalem. Wpływa więc na te umysły, które są bardziej wrażliwe na emanacje płynące ze świata duchów. - wyjaśnił Dave.
                - Mówiłeś, że też o tym śniłeś. - zwróciła się do Garry'ego - Też o mackowatym potworze z jeziora, który chciał cię pożreć?
                - Moja droga ja mam wiele snów, zbyt wiele by spamiętać wszystko. Aczkolwiek chyba tak… śnił mi się i on. - zadumał się Gangrel.
                - Dziękuję... - zwróciła się do wilkołaka i zerknęła na Nadię ze spojrzeniem "a nie mówiłam, że to prawda".

                Ta tylko wzruszyła ramionami.

                - To chyba już wszystko?- zagadnęła.
                - Tak sądzę? - zapytał Garry zwracając się do Dave’a. A ten rzekł.- Tak, chyba tak. Zadzwonimy wieczorem i damy namiary na miejsce kolejnego spotkania.

                Writing is a socially acceptable form of schizophrenia.

                1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                0
                • ZellZ Online
                  ZellZ Online
                  Zell jako Ann Paige
                  Moderator Obsługa
                  napisał(a) ostatnio edytowany przez JhnW
                  #24

                  Jakiś jazzowy kawałek leciał w radiu, gdy wracali razem do Stillwater. Garry gwizdał cicho będąc w dobrym humorze. A Nadia straciła zainteresowanie czymkolwiek milcząc i wpatrując się w widoki przemykające za oknami pojazdu.
                  Ann natomiast wpatrywała się silnie w Nadię.

                  - Głupoty, bzdury się nam tylko śnią, co Nadia?
                  - Co leży za Rękawicą, zostaje za Rękawicą… - odparła Nadia wzruszając ramionami. - Gdybyś wiedziała, co kryje w sobie Umbra. Jakie światy, jakie koszmary. Gdybyś wiedziała, to byś nie mogła spać. A jednak, one wszystkie są za Rękawicą. Trzymaj się z dala od szpitala, to pozostaną tylko marami sennymi bez znaczenia.
                  - To, co ostatnio ze szpitala wyszło, nie było bez znaczenia. - mruknęła.
                  - Tak, tak… z pewnością coś okropnego. William napisze łzawy liścik do fundacji i przyślą jakiegoś maga, by załatał dziurę. Zdarza się to od czasu do czasu. Raz na dziesięciolecie, lub dwa. - oceniła wampirzyca.
                  - Nadia... - westchnęła - Jak na czarownika jesteś nudna, wiesz?

                  Wampirzyca spojrzała na Ann z politowaniem.

                  - Ponieważ potwory nie robią na mnie wrażenia? Cóż… widziałam prawdziwe potwory, obleczone dla niepoznaki w ludzką skórę. Widziałam okrucieństwa, od których śmiertelni mogliby osiwieć. Pokraki wychodzące ze szpitala nie robią na mnie wrażenia… nie budzą nawet ciekawości. Za stara jestem.
                  - I na pewno Stillwater tyle ciekawszych rzeczy ci oferuje, co?
                  - Nie przybyłam tu dla przyjemności, tylko z ważnym zadaniem. - odgryzła się Tremere.
                  - Augusto musiał ci chyba mocno ego połechtać, byś tu siedziała. - mruknęła.
                  - Nikt niczego mi łechtać nie musiał. Znam swoje miejsce i obowiązki.- mruknęła Nadia, a Garry dodał.- I zna swój dług wdzięczności wobec regenta.
                  - To też. - odparła sucho Rosjanka.
                  - Nie powiesz mi, że Stillwater to twoje ziszczenie marzeń. - parsknęła Bezklanowa.
                  - Nie. Nie jest. Niemniej… - odparła cierpko wampirzyca. - Ty jesteś pariasem wśród Kainitów, ja w moim klanie. Stillwater jest bezpieczne dla mnie.
                  - Więc w tym momencie jesteś w Stillwater na tym samym wózku co parias. - nie mogła się powstrzymać.
                  - Nie. Nie jest ze mną aż tak źle, jak z tobą drogi kundelku.- odgryzła się Tremere. - Po prostu mi nie ufają. Nie powierzą znaczącej roli, nie dorobię się wpływów… będą zawsze obgadywać mnie za plecami. Banda skostniałych parweniuszy i nieudaczników.
                  - Więc twoja misja nie jest znacząca. - znowu uderzyła - Lub twoja rola w niej nie jest.
                  - Zapytaj o to Cyrila czy wie… ale chyba nie zdołał tego wywęszyć, co? Jego też to męczy, że są sprawy które są poza zasięgiem jego łap?- zadrwiła wściekła Tremere, a Garry próbował zażegnać kłótnię.- Uspokójcie się drogie panie, pojutrze przyjdzie wam współpracować. Nie ma więc powodów by się kłócić.

                  - Czy to twoje życzeniowe zgadywanie, Nadia? - Ann nie posłuchała Gangrela - Sama nie wiesz, co wiedziałby Cyril i możesz tylko się irytować próbując mnie zmusić do podania odpowiedzi.
                  - Och… znam Cyrila zapewne dłużej niż ty i lepiej niż ty. - odgryzła się Tremere. - Dobrze wiem, jak mu nadepnąć na odcisk i jakie są jego słabości.
                  - To czemu tego nie zrobisz? - wyzwała Tremere - Czemu nie nadepniesz mu na odcisk? On nie ma o tobie... wysokiego zdania, jak sądzę. Może temu?
                  - Po co? By popatrzeć jak się nadyma, gdy zranisz jego miłość własną? - zaśmiała się sarkastycznie wampirzyca. - Dla zabawy?

                  Spojrzała na Ann dodając. - Moja droga, co do Cyrilka, to możesz być pewna. On nie ma o nikim wysokiego zdania, ani o mnie, ani o regencie, księciu… ani o tobie. W oczach tego Kainity nikt nie jest ważniejszy niż on sam, wliczając w to nawet samego Kaina. - podrapała się po policzku. - A dla mnie Cyril nie jest dość ważny bym zdobyła się na wysiłek drażnienia jego ego. To zbyt łatwe i zbyt nudne.

                  - Mówisz tak, jakbyś sądziła, że świat mi załamiesz, mówiąc o jego niskim spojrzeniu na mnie. Nie tak, jakby był jedyny.
                  - Nie obchodzi mnie twoje widzenie świata, ani nie sprawia mi przyjemności… poniżanie ciebie. Mówię tylko prawdę, prosto z mostu. A ona jest jaka jest. - odparła obojętnym tonem wampirzyca z klanu Tremere. - Niech ci Toreadory świat kolorują swoimi kwiecistymi kłamstewkami, ja trzymam się faktów nawet jeśli są parszywe.
                  - Wiem, że nie jestem warta dla niego! - warknęła - I że nie będę warta. Nie trzeba mi kolorować świata.
                  - Więc po co ja mam następować na jego odciski? Skoro bez trudu następuję na twoje?- zapytała ironicznie Nadia, po czym spojrzała mówiąc z melancholią. - Zresztą to wszystko to marnowanie czasu. Cyril jest mi obojętny, jego opinia o mnie także i twoja o mnie. Są ważniejsze rzeczy na świecie.
                  - Miło wiedzieć, że najwyraźniej dla kogoś z klanu jestem na tyle ważna, aby mnie drażnić dla zabawy. - mruknęła.
                  - Cieszę się, że czerpiesz z tego jakąś satysfakcję. - odparła uprzejmie, acz sarkastycznie Nadia.

                  Powrócili do miejsca z którego wyruszyli, ale to już się zmieniło. Lokal był w zasadzie pusty, było już bowiem późno i pracujący od rana ludzie poszli spać. Zostało tylko kilku miejscowych pijaczków. I wampiry. Był już sam szeryf siedzący razem z Blake’m, był Raze rozmawiający przy barze z młodziutką Ventrue. Była i Lukrecja przysłuchująca się Williamowi i Joshui będąc przy stoliku obok. Acz jej uwaga skupiała się na artystce, która zakończyła już występ na tę noc i siedząc przy stoliku coś tam sobie brzdąkała na gitarze. Jedynie Clyde’a i Cyrila nie było. No i miejscowy Brujah nie raczył się tej nocy w ogóle pojawić.
                  Ann podeszła powoli, aby móc też posłuchać o czym Joshua i William mówią.

                  - Myślałem o burgundowym, wiesz… to królewski kolor i ciemny przy okazji. Jakby krew się rozlała to łatwo zmyć, ale żona twierdzi że to nieodpowiedni kolor do sypialni.- rozważał głośno Joshua, a Blake z pobłażliwym uśmieszkiem tłumaczył.- Ma rację, lepiej wybrać jakiś pastelowy kolor do sypialni. Swoja drogą może to jej zostawisz szczegóły remontu? Chyba już się na tym zna.
                  - Nie… wolę mieć wszystko skonsultowane ze mną. - odparł szeryf.

                  To było... dziwne. Konsultował z ghulem kolor ścian?

                  - Dobrze się bawiliście? - Ann podeszła do Lukrecji.
                  - Kto? Ja i Cyril? Jestem Ventrue moja droga… oddzielam emocje od interesów. - odparła ironicznie wampirzyca. - A propo interesów. Jak wam poszły negocjacje z futrzakami?
                  - Masa młodych przybyła, a tak to ustaliliśmy co trzeba. I nas nie rozszarpali. To plus. - przechyliła głowę - Czyli negocjacje nie były nieprzyjemne dla ciebie, pani. W końcu jesteś Ventrue. Ale czy były owocne?

                  Lukrecja zaśmiała się sarkastycznie.

                  - Ani trochę. Były za to głośne i pełne przerzucania się argumentami. Strata czasu w sumie. Bo Cyril i tak będzie musiał przekazać wszystko Palafoxowi i to regent podejmie decyzję. A nie wysłannik.
                  - Więc... pan Sauveterr nie ma dobrego nastroju... - westchnęła cicho.
                  - Raczej nie liczyłabym na spotkanie dzisiaj. Zamknął się w pokoju nakazując by nikt mu nie przeszkadzał.- odparła Ventrue wskazując palcem na Raze’a .- I tylko ten Gangrel ma klucz do jego drzwi oraz sam Tremere.

                  Ann u skinęła głową nie wymówiwszy słowa na te nowiny.

                  Wycofała się w stronę Księcia i Williama, wyraźnie będąc w tym momencie przybita.

                  - Jak było na wycieczce? Nie pogryźli was za bardzo? - Toreador był za to w świetnym humorze, bo przyjaźnie zwrócił się do zbliżającej się Ann.
                  - Nie, choć chyba spodziewali się czegoś więcej. Na powitanie masa młodych wyszła. - odparła cicho, jakby nie miała sił z głosem walczyć o lepsze brzmienie.
                  - Najgorsze są właśnie te młode. Stare są potężne i silne, ale z nimi można się dogadać. Młode są fanatykami.- odparł Joshua, a William spytał. - Jak chcesz to możemy już wracać, ja załatwiłem swoje sprawy… a ty ?
                  - Wszystko... - spojrzała jeszcze na Joshuę i po chwili też Williama - Nie każdy sen Garry'ego to narkotyczny majak.
                  - To nie sny… gada gdy się naćpa. I nie przykładałbym do tego aż tak dużej wagi, choć… cóż… okolica sprzyja mediom.- przyznał po chwili Blake.- Bardziej zrzucałbym te nadmierne zbiegi okoliczności okolicy, niż samemu Garry’emu.
                  - Śniłam o zagrożeniu, które znajduje się w jeziorze. Stary wilkołak mówił, że tam, od strony tej... innej przestrzeni, ich przodkowie wygnali wroga, który tam pozostaje. - mruknęła z lekką irytacją na brak wiary.
                  - Inni też miewają takie koszmary. - przyznał Joshua i wzruszył ramionami.- Z czasem przywykniesz.
                  - Już przywykłam do koszmarów. Dawno temu. - spojrzała ponownie na Williama - Chyba powinnam tu na dzień zostać... - wzruszyła ramionami.
                  - Cóż, jeśli chcesz…- odparł Toreador wstając od stolika. - Nie wiem czy to dobry pomysł, ale nie zabronię ci.
                  - Czemu? Nie mam zamiaru teraz do niego iść. Tylko na miejscu być, jak się obudzi... - szepnęła.
                  - Pokusa bywa zbyt wielka… czasami.- wyjaśnił Blake równie cicho.

                  Chciała mu krzyknąć, że nic nie rozumie... ale on niestety rozumiał...

                  - Wróćmy... - Ann wstała z miejsca, wyglądając, jakby ponownie zabrano z niej życie.

                  “Sweet dreams are made of this
                  Who am I to disagree?...”

                  W radiu leciał muzyczny utwór jakiegoś skandynawskiego zespołu… chyba. William go musiał znać, bo nucił cicho.

                  “Some of them want to use you
                  Some of them want to get used by you”

                  Coś było upiornego w tekście…

                  “Some of them want to abuse you
                  Some of them want to be abused”

                  Coś było upiornego w okolicy, ściany drzew po jednej i po drugiej stronie tworzyły pręty olbrzymiej klatki… a przynajmniej takie złudzenie.
                  Ann siedziała w aucie i czekała aż w końcu dojadą. Noc która zaczęła się tak obiecująco… teraz wydała się kpić z marzeń wampirzycy.

                  Melodyjka jej telefonu rozbrzmiała nagle, ktoś do niej dzwonił.

                  Nawet jeżeli miała taką cichą, głupiutką nadzieję, że zobaczy inny numer... to szybko się to rozmyło.

                  - Co jest, Garry? - zapytała nijakim głosem, gdy odebrała telefon.

                  Przez dłuższy słyszała ciche mamrotanie… wreszcie po chwili chrapliwy głos wyszeptał głośniej.

                  - Nie idź czerwoną drogą, nie idź przez czerwone drzwi, to ścieżka bestii. Tam zagrożenie tkwi!

                  Caitiffka wyglądała na mocno zaniepokojoną.

                  - Jakie zagrożenie? Gdzie ta droga? - zapytała uspokajając głos.
                  - Nie idź czerwonym szlakiem krwi… to droga do zguby… uważaj.. bestia tam czeka! - Garry nie odpowiadał na pytania powtarzając nieskładnie słowa.

                  Ann zerknęła na Williama.

                  - Nie pójdę. - szepnęła do telefonu.
                  - Nie.. idź… uważaj na czerwoną drogę… unikaj….- trudno powiedzieć czy do Garry’ego docierało to co mówiła Ann.

                  Ann zwróciła się szeptem do Toreadora.

                  - To Garry... zapętlił się, nie wiem co zrobić.
                  - Zakończ rozmowę… pewnie i tak za chwilę odleci. To mu się zdarza, gdy przesadzi z krwią wyznawców. - Blake przyjął tą sytuację obojętnie. Zapewne był jej świadkiem wiele razy.
                  - Odpocznij... - rzuciła jeszcze przez telefon i zakończyła połączenie, ze smutkiem patrząc na komórkę.
                  - Nie przejmuj się tak tym. Jutro nie będzie nawet tego pamiętał. Tak to jest, gdy się ciągle popija krew narkomanów. - pocieszył ją William.

                  Pomieszczenie w piwnicy owiane było ciemnością, jedynie rozświetlanym nikłym blaskiem lampki nocnej. Ann patrzyła uważnie na kręcące się wokół niej cienie, niczym przywołane światłem ćmy.
                  Jak i ona była przyciągana do osoby Cyrila...

                  Some of them want to use you

                  Wampirzyca warknęła z irytacją, zrywając z lampki abażur. Światło od razu rozświetlio się w całej przestrzeni, gdy bariera przestała je ograniczeć. Ann patrzyła na pozostałe zacienione miejsca z bezsilną złością.

                  Some of them want to get used by you

                  Na granicę światła zaczęły wsuwać się cieniste smugi pozbawione źródła. Bezklanowa położyła się na plecach, na swoim materacu, wpatrzona w tworzące się na suficie cieniste bestie. Wyciągnęła w ich kierunku dłoń, a po chwili cienie zbiły się w dwie istoty, które rzuciły się na siebie we wściekłości i poczęły rozszarpywać przeciwnika na strzępy.

                  Some of them want to abuse you

                  Płakała bez łez. Ten dzień mógł jej dać tyle szczęścia... Tyle miała nadziei. Odseparowanie od Cyrila było tym, za co nienawidziła Stillwater. Mogła być bezpieczna, traktowana tu z jakimkolwiek poważaniem, jak wampir... Mogła tu tak wiele się nauczyć, otrzymać... Nie była poniżana z powodu istnienia, którego nie chciała...
                  A jednak.... pragnęła powrotu.

                  Some of them want to be abused

                  Writing is a socially acceptable form of schizophrenia.

                  1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                  0
                  • AbishaiA Niedostępny
                    AbishaiA Niedostępny
                    Abishai jako XXI
                    napisał(a) ostatnio edytowany przez JhnW
                    #25

                    Następna noc po dziennym koszmarze wypełniona była niecierpliwością. Ann nie czekała aż William się zdecyduje wyruszyć, tylko sama wsiadła na swój motor i pognała do Stillwater niemal na złamanie karku. I miała okazję go złamać. Przeceniła bowiem swoje możliwości, nie była wszak świetnym kierowcą, a motor na którym jechała nie był idealnym środkiem transportu dla niej. Wypadek zdarzył się jej na zakręcie… nie wyrobiła wtedy na nim, wpadła w poślizg na kałuży i wyleciała jak z procy w krzaki na poboczu. Poobijała sobie żebra, być może złamała jakąś kość… skręciła kark. Nie przeżyłaby tego wypadku, gdyby jeszcze była żywa. Ale nie była. Rany, choć bolesne, goiły się szybko. Gorzej było z motorem. Mocno go chyba uszkodziła. A przynajmniej tak to wyglądało z boku. Podniosła maszynę z ziemi i przyglądnęła się mu. Kierownica poruszała się luźniej nieco, kilka elementów było podejrzanie wygiętych i… zimno przeszło jej po plecach. Odruchowo się skuliła szukając instynktownie drapieżnika który jej zagrażała. I Ann zauważyła go.
                    |-Cicho i powoli poruszał się po drodze. Niby nic niezwykłego. Ot duży czarny lincoln , samochód jakiegoś bogacza. Tak mógłby wydawać zwykłemu śmiertelnikowi, ale nie Ann. Było coś złowrogiego w tym samochodzie. Nie kojarzył jej się z limuzyną jakiegoś krezusa, a… z karawanem. Coś co sprawiło, że kusiło ją skulić niczym zając na widok kojota. I odczekać aż samochód odjedzie.

                    Dopiero gdy ów czarny pojazd się oddalił od Ann, wampirzyca spróbował uruchomić ponownie motor. Odpalił dopiero za trzecim razem. Caitiffka oceniła że jej motor wymaga wizyty u Dukes’a w najbliższej przyszłości. Na razie jednak musiała dotrzeć do Cyrila i jej maszyna powinna sobie poradzić z tym zadaniem. A przynajmniej taką wampirzyca miała nadzieję.
                    Z duszą na ramieniu ruszyła przysłuchując się krztuszącemu się od czasu do czasu silnikowi maszyny.

                    Ulga wywołana faktem, że udało się jej dojechać do miasta ustąpiła lękowi gdy zatrzymała się przed “Pąsową Różą”. Limuzyna która minęła wampirzycę na drodze, zaparkowana była teraz przed Elizjum i stał przy niej wysoki mężczyzna w ciemnych lustrzankach na twarzy. Wysoki ochroniarz w klasycznym i dość drogim garniturze od Armaniego. Byle najemnik takiego nie nosił. Przyjechał ktoś bogaty, co było podejrzane zważywszy że obecnie nawet biedni turyści omijali Stillwater szerokim łukiem.

                    Ann weszła do środka ostrożnie i z obawą pamiętając o tym co poczuła na drodze. W środku zauważyła oprócz znajomych twarzy wśród śmiertelników, tylko kilka Kainitów.
                    |-Była tu Lukrecja i był Cyril. Oboje zajęci rozmową z jedynym wampirem którego Ann nie znała. Był wysoki i szczupły, ubrany elegancko i drogo. Był też dość sztywny, w czym przypominał Ann włoskiego mafiosa.-|
                    Dwóch wysokich ochroniarzy pilnujących by nikt nie przeszkadzał trójce wampirów w rozmowie, tylko wzmacniało ten imige. Poza nimi jedynym wampirem był tu Raze, siedzący przy barze i obserwujący spode łba całą trójkę Kainitów. Najwyraźniej nie tylko Ann nie podobał się ten “nowy” wampir w mieście.

                    1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                    0
                    • ZellZ Online
                      ZellZ Online
                      Zell jako Ann Paige
                      Moderator Obsługa
                      napisał(a) ostatnio edytowany przez JhnW
                      #26


                      MAKARONIARZE W STILLWATER


                      Bezklanowa ostrożnie stawiała kroki. Możliwie było to spowodowane zaleczającymi się pod ubraniem złamaniami, ale najpewniej wręcz zwierzęcą nieufnością... Skupiona na możliwym zagrożeniu, skierowała się ku Gangrelowi siedzącemu przy barze, aby przy nim być świadkiem sytuacji... tym razem bardziej zwracając uwagę nie na osobę Cyrila, ale na tych, co mogliby mu zaszkodzić. Poprawiła ubranie, które ucierpiało na wyglądzie... i była pewna, że plastry i bandaże trzeba będzie dziś wymienić.
                      Nikt jej nie zauważył, może poza ochroniarzami pilnującymi spokoju rozmówców, więc zbliżyła się do Raze’a bez większych problemów. Ten uśmiechnął się drapieżnie i zawyrokował.

                      - Wyglądasz jakbyś spotkała się oko w oko z rosomakiem.
                      - Przegrałam z zakrętem. - odparła ponuro - Tych zauważyłam na drodze. - wyraźne jeżyła się patrząc na nieznanego wampira - Nie wiesz czy Książę powiadomiony? - szepnęła.
                      - Chyba Lukrecja posłała swoją po niego. - zadumał się Raze.
                      - Mam nadzieję... Co się dzieje teraz? Ten wampir jest problemem? - zmrużyła oczy - Bo wygląda na problem.
                      - Jest bogaty i wydaje mu się że jest ważny. I chyba jest. Nigdy go nie widziałem, ale jego ochroniarze to ghule. - wyjaśnił Raze, a następnie wzruszył ramionami.- A on sam wygląda jak nieboszczyk. Na moje oko to któryś z Giovanni.
                      - Jest agresywny wobec Cyrila i Lukrecji? - zapytała w skupieniu.
                      - To dyplomata… może być agresywny uśmiechając się szeroko i odpowiadając grzecznie. Znam takich typków jak on, to węże. Wiją się między słowami i tylko czekają by ugryźć.- odparł Raze i zerknął na Ann.- Twój Cyril nie jest jego celem, bo podczepił się do rozmowy Lukrecji w nadziei… - podrapał się po karku.-... nie wiem na co. Ot, może z ciekawości?
                      - Lub uważa, że tu trzeba kogoś kompetentnego, bo na pewno za taką nie ma Lukrecji... - westchnęła.
                      - Nie sądzę, by pchał palce między drzwi z samej uprzejmości. Ten Giovanni wtargnął tutaj jak najeźdźca. Coś musiało go wkurzyć, skoro wypełzł ze swojej dziury w nowojorskich dokach. - tu Raze spojrzał na dziewczynę pytając. - Nie wiesz może co?
                      - Mogę mieć podejrzenia... - wyciągnęła swoją komórkę - Możesz pouważać by nie zeżarli całego makaronu z Elysium? - mruknęła cicho i wstała z siedziska - Spróbuję z Williamem się skontaktować.
                      - Nie ma sprawy. - odparł wampir.

                      Odeszła na bok, aby nie być w zasięgu słuchu obecnych i wybrała numer domowy Toreadora. Może jeszcze nie wie i wciąż siedzi w domu…
                      Nie dodzwoniła się, co znaczyło że już wyjechał. W takim razie spróbowała zadzwonić na jego komórkę.

                      - Słucham? Co się stało?- zapytał wampir, a w tle słychać odgłos silnika. Musiał być w drodze.
                      - Wiesz już, że mamy w Elysium gościa? Powiedz, że dlatego tu jedziesz.
                      - Słyszałem, Giovanni… spodziewaliśmy się tu jednego z nich, to było nieuniknione. - przyznał Blake.
                      - Dupek zachowuje się jakby był na swoim... - mruknęła przez słuchawkę - Mam nadzieję, że Cyril go nie zirytuje... potrafi mieć taki wpływ na innych, niekoniecznie umyślnie.
                      - Giovanni to zimnokrwiści zboczeńcy, nie podlegają emocjom. Kalkulują na chłodno. - westchnął Blake. - Jeśli się gniewa to na pokaz.
                      - Wiesz, kiedy Książę się zjawi?
                      - Powinien wkrótce.- ocenił Toreador.
                      - Dzięki. Uspokoiłeś. Czekamy. -pożegnała się i rozłączyła, wracając do Raze'a.
                      - I Książę, i William są w drodze. Joshua powinien być wkrótce. - spojrzała na scenę z wamirami - Jakaś zmiana,czy ciągle agresja dyplomatyczna?
                      - No nie wiem… Giovanni taki ciągle nadąsany.- ocenił Gangrel, a tymczasem do Elizjum wkroczył wesolutki Garry i spojrzał skonfundowany na całą trójkę rozmówców, a następnie na Ann i Raze’a. Ruszył ku nim zerkając ukradkiem na Lukrecję i jej dwóch rozmówców. A gdy dotarł do nich spytał.
                      - Który to klan wysłał typka z pretensjami?
                      - Makaroniarze. - szepnęła do Garry'ego.
                      - Kto?- zapytał Garry drapiąc się po czuprynie, a Raze podpowiedział. - Giovanni.
                      - Co oni tu robią?- zapytał Garry, a Raze spytał. - A co ty?
                      - No tak… co ja… otóż, ja zabieram dziewczynki na wycieczkę. - odparł wesoło Garry i spytał. - Ann pójdziesz może po Nadię?
                      - Jasne... - spojrzała uważnie na Garry'ego - Ale dobrze już z tobą?
                      - A miało być źle?- zasępił się Garry drapiąc za uchem.
                      - Więc... nie pamiętasz wczoraj, co? - westchnęła.
                      - Hmm… miałem kiepski trip, zdarza się czasem. Cóż, nie warto być łakomym i mieszać prochów i krwi… taka to lekcja dla ciebie mała.- odparł mentorskim tonem Garry żartobliwie strofując Ann palcem.

                      Poklepała Garry'ego po ramieniu.

                      - Pójdę po Nadię. Będę unikać krwawej drogi, bądź spokojny. - uśmiechnęła się i skierowała do wyjścia z Elysium.

                      Procedurę już znała na pamięć. Wejście na tyłach biblioteki, przycisk, rozmowa, wejście. Zajęta swoimi sprawami Nadia wymagała przypomnienia wczorajszych ustaleń, nim drzwi się otworzyły i Ann mogła wejść.

                      - Ty naprawdę jesteś nudna... - mruknęła Ann na wejściu do pokoju.
                      - Doprawdy? - stwierdziła sarkastycznie Tremerka odrywając się od monitorów. - Powiedz mi w takim razie dlaczego miałabym wysilać się by być… interesującą? Albo dla kogo?
                      - Wiesz, że niektórych by bardzo zaciekawiło co robisz? Mistyczne? Nie tylko magów.
                      - Nie robię tego dla innych, tylko dla siebie. Służysz jednemu z nas. Powinnaś więc wiedzieć jak zachłannie zbieram skrawki wiedzy…- odparła Nadia wstając i sięgając po broń, by schować ją do torebki. - … i jak zazdrośnie pilnujemy tego czego się nauczyliśmy, także i przed innymi z naszego klanu.
                      - Cóż... Zaczynasz być tak sztywna, jak ten Giovanni. Za młodo na to wyglądasz.
                      - A pewnie jestem od niego starsza.- odparła sarkastycznie wampirzyca poprawiając okulary i westchnęła. - Chodźmy pogadać z tymi futrzakami. W końcu… podjęliśmy się tej fuchy.

                      Na miejscu był już Joshua i dołączył do rozmowy trójki wampirów. Był też Larry przechadzający się z wielkim kijem baseballowym i drapieżnym uśmiechem na obliczu. Jakby chciał sprowokować ochroniarzy do bójki, albo ich zastraszyć.

                      - Hej mała… Willie złapał gumę. Chyba oboje dziś macie pecha do pojazdów. Co się stało twojej maszynie? Postanowiła staranować drzewo?- rzekł na powitanie Dukes.
                      - Przegrała z zakrętem i postanowiła nauczyć mnie latać. - westchnęła - Grozi, że padnie przy następnym zapaleniu.
                      - Zaprowadź do warsztatu przy najbliższej okazji. Bob lub Luc się nim zajmie. - rzekł przyjaźnie Brujah.
                      - Dzięki. - uśmiechnęła się - Masz nadzieję, że się coś wydarzy? - wskazała na kij.
                      - Ponoć Giovanni to niebezpieczne skurczybyki. Niestety… nigdy nie miałem okazji się przekonać czy to prawda. - odparł z bezczelnym uśmiechem Larry, a Nadia westchnęła z dezaprobatą.
                      - Uważaj. Zombie czy szkielety nie czują nic. - zażartowała Ann.
                      - No i? Lubię wyzwania. - uśmiechnął się Larry.
                      - Sprowadził cię to zmysł wykrywania kłopotów?
                      - Nie. Smith zadzwonił, bym przybył z odsieczą i moralnym wsparciem.- odparł wampir wskazując kciukiem na Księcia. Nadia tymczasem udała się do Garry’ego i Raze’a.
                      - Jak idzie to moralne wsparcie?
                      - Nudzę się.- odparł Larry szczerze i spojrzał na ochroniarzy Giovanni’ego. - A oni się chyba boją.
                      - A ja przegapię wszystko. - mimochodem spojrzała w stronę Cyrila - Baw się dobrze?

                      Pożegnała tak Larry'ego i poszła do Gangreli i Nadii.

                      - Gotowe, ruszamy?- zapytał Garry, gdy Ann się zbliżyła. Nadia zaś rzekła. - Ja tak.
                      - Również. - zgodziła się Ann.

                      Cała trójka pojechała do siedziby Garry’ego. Tam właśnie czekało kilku Indian, z których część musiała być wilkołakami. Być może wszyscy. Byli młodzi i byli ciekawscy… a sekta Garry’ego, otwarta na nowe doświadczenia (z ładnym panienkami chodzącymi często topless), miała czym przyciągnąć młodych i żywych nadnaturalni. Ciężko im było udawać, że to miejsce ich nie kusi.
                      Prawdziwe wyzwanie dla samodyscypliny.
                      Nic więc dziwnego że “Śmierć Na Twarzy” z ulgą przywitał pojawienie się “najemniczek”.

                      - Jesteśmy. - rzekł na powitanie Garry, a wilkołak rzekł nerwowo.- Jest tu jakieś spokojne miejsce na negocjacje? Bez ćpunów i pijanych nagusek?
                      - Znajdzie się. - odparł wesoło Gangrel.
                      - Wedle Garry’ego to wspiera poszukiwanie Nirwany. - odparła Ann.
                      - Nie szukacie przypadkiem Golgoty?- zdziwił się wilkołak ale ani Garry, ani Nadia nie podjeli tego tematu. Gangrel ruszył przodem budynkowi wyglądającemu jak stodoła. I jak się okazało była to stodoła z kilkoma krowami. Zwierzęta dzięki wpływowi Garry’ego nie reagowały nerwowo na nieumarłych i były zadbane. Na tyłach zaś stodoły wyodrębniona była zagroda wojenna… z dużym drewnianym stołem i z bronią zawieszoną na ścianach. Śrutówki, dubeltówki, obrzyny. Duży kaliber, ale w większości przestarzały.
                      - Broń dla obrony moich wyznawców. Na szczęście nie było okazji, by z niej skorzystać.- wyjaśnił Gangrel zwracając się do Ann.
                      - A w którym roku ją tu umieściłeś? - zapytała.
                      - Hmm…w 77’m? Tak mi się wydaje.- zadumał się Garry. - Może w ’82 ? Od lat sześćdziesiątych moja percepcja czasu zrobiła się bardzo płynna… stałem się bardziej metafizyczny, rozumiesz?

                      Nadia stuknęła palcem żyłę na szyi sugerując częste… branie w żyłę.
                      Caitiffka pokiwała głową ze "zrozumieniem", czekając już bez pytania o jego metafizyczność.
                      Wilkołak nie był zainteresowany rozważaniem tej kwestii, wziął do ręki nóż i zaczął nim ryć udeptaną ziemię pełniącą rolę podłogi tutaj.
                      Rysowana ostrzem noża mapa nie była dokładna. Wilkołak to przyznawał otwarcie. Służyć jedynie miała ogólnemu zrozumieniu sytuacji.

                      - Kopalnia jest oparta o wysoką skalną ścianę. Trudno po niej zejść, zwłaszcza w nocy. Ale i tak jest obserwowana przez kamery i będziecie na niej wystawione na odstrzał. Nie oczekujcie też zwykłych kul. Więc lepiej podejść od strony drogi prowadzącej do kopalni i sforsować wszelkie przeszkody od tej strony. Pierwszą jest płot. - mówił “Śmierć Na Twarzy”. - Metalowa siatka, 3 metry wysokości z drutem kolczastym na szczycie. Pod napięciem. Za dnia bardzo niski, ale na noc podkręcają zasilanie tak, że śmiertelnika dotknięcie płotu może zabić, a i garou poczuje takie kopnięcie. Przypuszczam że pij… wampir również. Dwie kamery przy wejściu do kopalni, plus budka strażnicza. Kamery na płocie co pięć metrów. Potem jest duży placyk otoczony przez budynki. Dwa budynki socjalne z kabinami prysznicowymi i stołówką. Potem budynek administracyjny z lewej i budynek ochrony z prawej. Tam siedzą strażnicy, gdy nie patrolują terenu. Około dwudziestu fomorów udających ludzi i z czterech przypominających psy. Może nawet sześć psów. Nie łudźcie… w nocy nie ma na terenie kopalni żadnych ludzi, poza może agentami Żmija. Cokolwiek żywego tam napotkacie będzie chciało was zabić, także i maszyny… one również nie są tylko zwykłymi tworami Tkaczki, lecz nasączone są esencją Żmija. - tłumaczenia wilkołaka były nieco mętno-mistyczne, ale czego innego można się było po nich spodziewać. - Kolejny budynek po lewej to wejście do kopalni … Nas nie interesuje. Waszym celem jest drugie wejście do kopalni i jednocześnie do budynku badawczego. Ogrodzony kolejną siatką pod napięciem i strzeżony przez cztery kamery, oraz czytnik odcisków palców przy zamku. Musicie wejść tam i uzyskać informacje… Niestety nasza wiedza się kończy tutaj. Nie udało się nam dotrzeć dalej. Jakieś pytania?
                      - Wiecie jak oni sobie radzą z widzeniem, takich, Nosferatu? - zaryzykowała wspomnienie tych wampirów, o których już mówił wcześniej.
                      - Niektórzy nie polegają tylko na wzroku… także na węchu lub słuchu. To nie są ludzie, nawet jeśli tak wyglądają.- wyjaśnił wilkołak spoglądając na wampirzyce. - Nie nastawiajcie się na łatwe zadanie.
                      - Wiadomo gdzie jest źródło zasilania kamer i płotu i innych budynków? - zapytała Nadia.
                      - Przy budynku ochrony, ale wasz cel ma własne niezależne źródło zasilania. - odparł “Śmierć Na Twarzy”.
                      - Gdzie potrzebujesz być, aby dobrać się informatycznie? - zapytała Nadii.
                      - Hmmm… w środku? Szczerze powiedziawszy nie sądzę by mieli tam połączenie z internetem. Mówimy o układzie zamkniętym w środku budynku. Sforsowanie tych wszystkich elektronicznych zabezpieczeń nie będzie problemem. Jedynie strażnicy. - zadumała się Tremere i spojrzała na wilkołaka. - Mała dywersja z waszej strony byłaby użyteczna w tej sytuacji.
                      - Mała… nie zaryzykujemy życia dla was.- zgodził się acz stawiając warunki wilkołak.
                      - Obronię cię, nie martw się. - Ann szepnęła i słodko uśmiechnęła się do Nadii.
                      - Po to tam idziesz.- odparła Tremere udowadniając swój brak poczucia humoru.
                      - Coś jeszcze chcecie wiedzieć? - zapytał wilkołak tymczasem. A gdy nie otrzymał odpowiedzi od żadnej z nich, rzekł. - Garry was przywiezie koło dziesiątej w nocy, myślę że jutro około jedenastej czy dwunastej można wykonać akcję. Nie ma z tym problemu?
                      - Żadnego. - odparła Ann... choć ciągle myślała o stracie chwil na Cyrila.
                      - Nie ma.- przyznała krótko Nadia.
                      - No to do jutra.- Indianin pospiesznie opuścił stodołę.

                      - Strasznie nerwowe te wilkołaki. Zupełnie jakby gołych bab w życiu nie widziały.- podsumował sytuację Garry, gdy Indianina nie było już w budynku.
                      - Zaproś tu Clyde'a, to zobaczysz jego reakcję. - podśmiewała się.
                      - Clyde tu bywa… od czasu do czasu. Częściej bywał, gdy był jeszcze ghulem. Teraz już rzadziej. - zadumał się Gangrel i wzruszył ramionami.- Odwieźć was do miasta?
                      - Tak.- rzekła krótko Nadia, co i potwierdziła Ann.

                      - Przepraszam za wczoraj. - Ann odezwała się do Nadii, gdy już były w samochodzie - Nie powinnam tak się zachowywać w stosunku do ciebie.
                      - Nie powinnaś. - przyznała krótko wampirzyca. Długo milczała nim znów rzekła. - Przeprosiny przyjęte.

                      Potem znów dłuższa milczenia. - Na jutro przygotuję plan, który wykonamy. Nie do końca ufam kompetencjom futrzaków w kwestii wywiadu… albo zrobienia czegokolwiek poza rzucaniem się na innych z kłami i pazurami.

                      - Masz już jakieś pomysły? - zapytała.
                      - Poniekąd… jak już wspomniałam. Całe te elektroniczne w zabezpieczenia mogą być problemem dla futrzaków, ale nie dla mnie. Równie dobrze mogli postawić ściany z papieru. - wyjaśniła Nadia.
                      - Mam nadzieję, że nie są tak bystrzy, aby szukać czegoś, czego nie widać i czuć, eee.. jak siebie samych? Oni Żmij, my... tak mówią futrzaki.
                      - Cóż… zbytnia pewność siebie może nas zgubić. Ale nie jesteśmy bezbronne. Przynajmniej ja nie jestem. Wezmę qqod Dukes’a parę pistoletów maszynowych. Tak na wszelki wypadek.- zastanowiła się Tremere głośno.
                      - Czyli mam szansę zobaczyć magię? - zapytała.
                      - Tak. Trochę. - odparła krótko Nadia.

                      Ann wyglądała na naprawde zadowoloną. Wreszcie zobaczy!

                      - Dojeżdżamy… - odezwał się tymczasem Garry dotąd zajęty słuchaniem wróżki w radiu i prowadzeniem wozu. - Wysadzić was pod biblioteką czy Różą?
                      - Mogę przejść w razie co. I tak wracam do Róży.
                      - W takim razie biblioteka. - odparła Nadia.

                      I tam się zatrzymali.

                      Przy barze była Miracella, oraz Clyde. Raze także był, tylko siedział przy jednym ze stolików rozmawiając z Lukrecją. I najwyraźniej ta rozmowa była ważna, bo byli blisko siebie i rozmawiali cicho.
                      Podeszła do młodych.

                      - Co się dzieje?
                      - William i Joshua gadają z Giovannim na górze. - rzekła Miracella na powitanie. - Ponoć ów Kainita zostanie tu na czas śledztwa.
                      - A co z Tremere?
                      - Nie pogadali dziś długo. Ostateczne decyzje zostały przełożone na jutro. Ale ponoć… Tremere Nowego Jorku chyba zgodzą się zostawić Pandersa przy życiu… - wyjaśniła wampirza barmanka. - Chcesz Bloody Mary, czy krwawego Billa w pokoju numer 10 ?
                      - Nie mogę teraz. - odmówiła krwi - Tremere w swoim pokoju? - zapytała przejęta.
                      - Tak. Nie mógł uczestniczyć w rozmowie ze Giovannim. Nawiasem mówiąc nazywa się Pisanob… Gino Pisanob. - wtrącił Clyde.
                      - Muszę iść... - zaaferowana Ann szybko skierowała się do pokoju Cyrila. Będzie zły…

                      I był… Na pukanie zareagował poirytowanym tonem i słowami. - Czego?!
                      Zawsze problemy w tej relacji...

                      - To ja... panie... - ciężko jej było złożyć słowa, gdy Tremere był wściekły.

                      Wampir otworzył drzwi i spojrzał gniewnie na Ann i syknął. - No i? Masz dobry powód, by mi przeszkadzać?
                      Widać było, że dziewczyna ciężko znosiła wzburzenie Cyrila.

                      - Wczorajsza rozmowa z Wilkami.... Dadzą nam swoje magiczne rzeczy... - lekko skuliła się w sobie - Myślałam, że chciałbyś którąś....
                      - Hmm… tak… zawsze to coś do badania. Lub sprzedaży. Lub podarowania.- zadumał się Cyril i potarł podbródek. - Acz w tej chwili nic jeszcze od nich nie masz, tak?
                      - Jutro dopiero z Nadią mam akcję. Po tym mają zapłacić. Jedno ma... pomóc w przejściu przez Umbrę.
                      - Nie obchodzi mnie Umbra… inne wymiary są… niebezpieczne.- machnął ręką wampir. - Mam nadzieję że obiecali coś więcej niż wycieczkę do Piekła.

                      Caitiffka czuła się coraz bardziej wystraszona, im bliżej była tematu... wczoraj.

                      - Słyszałam, że Panders przeżyje?

                      Zimne spojrzenie Cyrila stało się wręcz lodowate.

                      - Nie będę omawiać z tobą polityki mego klanu.- warknął.- Jeśli już wszystko co miałaś powiedzieć, powiedziałaś to zostaw mnie samego. Porozmawiamy jutro, przed moim wyjazdem.

                      Już wyraźnie skuliła się w ukłonie.

                      - Oczywiście, nie poruszę, to nie sprawy kundla. - spanikowana cofała się tyłem w ukłonie. Nie mogła poruszyć wczorajszego wydarzenia - Jutro o jedenastej idę z Nadią... - dodała.
                      - Nie muszę znać szcze…- zaczął Cyril, ale potem przerwał i zamyślił się. - Cóż… ta cała szopka z Pandersem może potrwać dłużej, więc może jeszcze będę jak już wrócisz. Jeśli nie, Blake będzie miał kopertę ze wskazówkami dla ciebie.
                      - Dobrze... Dziękuję... - za co w sumie dziękowała? - Przepraszam za wczoraj. - wydusiła z siebie i rzuciła się biegiem z powrotem do sali w Róży.

                      Wcześniej taki nie był! Nie często...

                      Kiedy znalazła się na górze, od razu zajęła jedno z krzeseł pod ścianą i wyraźnie rozbita kuliła się na miejscu i trochę jej zajęło, aby pozbierać się znowu. Powoli wstała po kilku minutach i po prostu przeszła ostrożnie, jakby bojąc się, że upadnie, do Miracelli i Clyde'a.

                      - Czy pojawił się Will...?
                      - Pewnie już wkrótce, bo będziecie musieli wracać, gdyż panicz Blake nie lubi sypiać poza domem. - wampirzyca podała Ann kieliszek z krwią. - Napij się.

                      Złapała kieliszek i na raz wychyliła krew, trzymając ją w drżących dłoniach.

                      - Ciężka noc. - wyjaśniła.
                      - Nie wątpię. - odparła Patty po czym zgromiła Clyde’a wzrokiem, gdy ten próbował się odezwać. - Dla niego też, więc… może lepiej poczekać aż będzie w lepszym humorze?
                      - Kto? - Ann zapytała nerwowo.
                      - Tremere z Nowego Jorku. - odparła Miracella cicho. - Negocjacje nie poszły zgodnie z jego planem, to było widać. A jego… pojawienie się przyćmiła wizyta klanu Giovanni.
                      - To... Źle... - szepnęła - Bardzo źle…
                      - Przejdzie mu jutro. Jak to wszystko przetrawi. - próbowała ją pocieszać Ventrue.

                      Ann jedynie spojrzała na dziewczynę bez wiary, że czas naprawi bardzo sytuację.

                      - Na mnie też zły…
                      - Hmm… gdyby naprawdę był zły, to by… zabił, nieprawdaż?- zapytała retorycznie Patty.
                      - Może...

                      Nie lubił marnować interesów... Ale czy wciąż jest jednym?

                      - Muszę wrócić do Nowego Jorku. - szepnęła zrezygnowana.
                      - Teoretycznie nic cię tu nie trzyma.- usłyszała za sobą. William pojawił się cicho niczym cień. Uśmiechnął lekko. - Co się stało?

                      -Wróćmy do domu... - szepnęła w podłogę.
                      Wampir otoczył Ann ramieniem i oboje wyszli w milczeniu z przybytku.

                      - Poszło nie po jego myśli... - szepnęła na dworze - Jest zły...
                      - Ale nie na ciebie. Nie martw się tym.- odparł ciepło William.
                      - Wczoraj... byłam... - zakryła oczy - Jest zły na mnie...
                      - Nie sądzę. Jest co prawda małostkowy… ale nie aż tak. - odparł ciepło William i spytał. - Przywołał cię do siebie, by cię zbesztać?
                      - Nie... Sama poszłam, ale bałam się…
                      - Jeśli nie wezwał by cię zbesztać, to nie jest na ciebie zły. Po prostu ma dużo na głowie. - wzruszył ramionami Blake. - A wtedy bywa deczko zrzędliwy.
                      - Cyril zawsze był... ciężki. Wymagający. Czasem zbyt wiele... - przytuliła się do boku Toreadora - Nie jest to miłość, to jakieś... oddanie. I strach przed porzuceniem... - silniej wtuliła się drżąc - Nie chcę by mnie oddalił, nie chcę by porzucił... Nie chcę być sama...
                      - To uzależnienie… i każdy je przechodzi… na początku.- mruknął cicho bardziej do siebie niż do niej Blake i wyprowadził ją z budynku.
                      - Ty też tak miałeś? - zapytała cicho.
                      - Tak… tylko że gorzej. W moim przypadku to naprawdę była miłość i bolało mocniej.- odparł cicho wampir wzdychając i wpatrując się w nocne niebo.
                      - Ale... skoro to była miłość... To nie powinno tak być... Chyba że druga osoba była dla ciebie... niedobra?
                      - Jednostronna… nieodwzajemniona miłość. - sprecyzował Blake.
                      - Mi Cyril praktycznie od razu dał do zrozumienia, że nie będzie to... emm... relacja, jakiej by ktoś szukał. Dopiero dłużej po tym, jak pierwszy raz wypiłam, dowiedziałam się co to jest. - pokręciła głową - Nie informował zawczasu.
                      - Tak… to coś co jest częstym nawykiem u starych wampirów. Nie tylko u Cyrila. - przyznał z drobnym uśmieszkiem Toreador.

                      Milczała chwilę.

                      - On nie traktuje mnie źle. - powiedziała pewnie - Nie cierpię... nie zawsze... Daje mi wiele.

                      Dotarli do samochodu Toreadora.

                      - Nawet jak nie wszystko jest mi miłe... to nie ma znaczenia.
                      - Rozumiem… Cyril nie jest… zły. Tylko samolubny.- odparł William.
                      - Zależy mi na jego słowach o mnie... ale ciężko oczekiwać lepszych w jego wypadku. Niemniej, przygarnął mnie, dał opiekę, dom…
                      - To prawda. - zgodził się z nią Blake, gdy wsiadali do samochodu.

                      - Powiedz mi, jeżeli chcesz... - Ann usiadła na przednim siedzeniu - Jak normalnie wampir jest chowany przez Stwórcę?
                      - To się może różnić między klanami, ale najczęściej jest wtajemniczany w świat nasz będąc jeszcze śmiertelnikiem. - wyjaśnił Blake ruszając.- Poznaje prawa, reguły i zależności pełniąc rolę sługi lub… kochanka… i zwykle wtedy jest ghulem. Nie wszystkie ghule zostają przeistoczone, ale większość Kainitów zaczynała jako ghule właśnie.
                      - To znaczy, że są planowane? Chciane?
                      - Wieczne życie i wieczna młodość… To silne pokusy młoda damo.- odparł ciepło William ruszając samochodem.
                      - Ale to pokusa dla Przemienianego. Co z Rodzicem?
                      - Są różne powody dla których się tworzy Potomka. - odparł Blake. - Czasami by zachować kochanka na wieczność, czasami by zyskać sojusznika lub pomocnika.

                      Ann zasępiła się i ucięła nagle tamat. Czy Cyril po coś ją chciał? Nie wiedziała jaki miał interes... mógł tyle innych wampirów...

                      A jej prawdziwy Stwórca chciał by zginęła.

                      Słowa Williama nie uspokoiły Bezklanowej tak, jak tego by potrzebowała. Ann wciąż czuła, że wisi nad nią złość Cyrila, może nawet nadchodząca kara. W końcu obiecał jej konsekwencje... a on nie blefuje...


                      KUNDEL, BULLIES I ZWIERZAKI


                      Nie rozumiała czego od niej chcą, czemu zawsze chcą zrobić jej krzywdę. Cyril mówił, że to dzięki ich szefowi, z pasją nienawidzącego Bezklanowych i tych, o słabej krwi... ale to nie miało sensu! Młoda wampirzyca nic im nie zawiniła! Wyśmiewali i bili bez powodu. Czemu? Była z Camarilli, jak oni!

                      Zwykle szybko zmieniała drogę, jak tylko na horyzoncie pojawili się ci bullies. Szkoda, że potrafili być tak szybcy... Wcześniej dwa razy dorwali ją i zrobili z niej worek treningowy. Gdyby nie była martwa, zatłukliby ją wtedy na śmierć. Dumni z siebie jebańcy dobrze się bawili, gdy otoczony, zmaltretowany caitiff w końcu tracił przytomność...

                      Tym razem zmusili ją do ucieczki w nieznany teren; do Central Parku. Miała nadzieję, że tam zdoła zgubić oprawców, ukryć się przed nimi w zaroślach... Wbiegła w park najgłębiej jak mogła, skręcając między drzewa, jednak nie zdołała zgubić pogoni. Rzucony w nią kamień, uderzył Ann w głowę z taką siłą, aż usłyszała kruszącą się kość i upadła na ziemię przed oczami mając krwiste mroczki. Nie zdążyła się ogarnąć, gdy nad nią stanął jeden z grupy, jaka na nią polowała.

                      - Zostawcie mnie! - przewróciła się na plecy, aby patrzeć na górującego nad nią mężczyznę - Nic wam nie zrobiłam... - jęknęła drżąc, osłaniając się rękoma i kuląc w strachu na porośniętej trawą ziemi, przypominając postawą bezbronne, poddające się zwierzę - Błagam... jestem jak wy...

                      Wiedziała, że powoływanie się na Cyrila nic jej nie przyniesie...
                      Próbowała już.

                      - Nie jesteś jak my… suko! - wrzasnął przywódca tej grupki. Łysy osiłek z tatuażem czaszki na karku. On i jego dwaj kumple powalili ją… on kopał, kumple się śmiali.
                      - Jesteś odpadem, wypadkiem przy pracy… żałosną parod…
                      - Jesteście nie na swoim terenie Brujah. - jego wściekłe słowa przerwał inny głos. Coś poruszyło się w krzakach, coś na pierwszy rzut oka przypominającego kupkę szmat zakończoną gęstą czupryną. Dwoje oczu łypnęło spod kudłów.

                      Żul spojrzał to na Ann, to na trójkę jej oprawców. - Wynocha mi stąd.
                      Kopnięcia były tylko zapowiedzią.... Oni nie słuchali... choć tego bezdomnego... zaczęli? Caitiffka nie wiedziała kim on jest. Może to zapity biedak lub następny oprawca...
                      Zwinęła się w kulkę, chcąc chronić brzuch i klatkę piersiową. Wciąż drżała ze strachu i niepewności, patrząc to na Brujah, to na żula.
                      Cyril mówił by tu nie włazić. Nie pamiętała czemu i dziś nie obchodziło jej to. Miejsce było na drodze ucieczki…

                      - Nie będzie mi zawszony zwierzak mówił co mam robić! - wrzasnął łysy i błyskawicznie przemieścił się ku niemu… chybiając uderzenie pięści, bo i ów zwierzak przemeścił się tuż obok.
                      - Testujesz moją cierpliwość Brujah. To teren Gangreli i nie życzymy sobie wchodzenia z butami na nasz teren.- warknął wampir.
                      - I co nam zrobisz? Może i jesteś szybki, ale jesteś tu sam.- co prawda jej oprawcy nie zwracali na razie uwagi na samą Ann, ale jeden nadal opierał stopę o jej brzuch.

                      Nie wiedziała co ją czeka... i bała się dowiedzieć. Zaryzykowała skorzystać z okazji i spróbowała wyrwać się spod nogi Brujah. Może jeszcze zdoła dziś nie skończyć dnia rzucona gdzieś w śmieci…

                      - A ty gdzie…- ryzyko się nie powiodło. Brujah zauważył jak się rusza, pochylił się i chwycił ją za ubranie przytrzymując przy ziemi. Tymczasem dwójka pozostałych próbowała zastraszyć żula.
                      - Jesteś tu sam, a nas trzech… możesz być szybki jak my, ale w końcu cię załatwimy, więc może zabieraj swoje zawszone szmaty i spier…- żul przerwał im mówiąc ironicznie.- Kto powiedział, że jestem tu sam?
                      - A kto ci pomoże, co?- zapytał drwiąco szef bandy.
                      - Ja. - usłyszała za sobą Ann i trzymający ją Kainita. Tuż za nimi pojawił się wysoki łysy murzyn z niewielką bródką.
                      - Raze…- wydukał nerwowo Brujah trzymajacy Ann.
                      - Raze. - powtórzył jego kumpel wywołując tym zdziwienie swojego lidera, bo on podobnie jak Ann nie wiedział kto to.
                      - Ja mu pomogę… lub sam was załatwię… lub z kumplami. To teren Gangreli, jest nas wielu nawet jeśli nas nie dostrzegacie. - mruknął złowieszczo czarnoskóry wampir. - A wy… weszliście bez pozwolenia na nasz teren i urządzacie tu burdel. Radzę wam stąd spadać, zanim wasze szczątki zostaną dostarczone Grozie z przypomnieniem co się robi z takimi żle wychowanymi Potomkami.

                      Ann spojrzała na czarnoskórego, wyraźnie nie wiedząc kim on jest. Nie wiedziała też czy cieszyć się z jego obecności, czy bynajmniej…

                      - Jeśli myślisz że się przestraszę, to…- zaczął łysy, a jego kumpel dodał.- Chłopie, to jest Raze. Lepiej z nim nie zadzierać.
                      - Dallas ma rację.- odparł Brujah trzymający Ann.- Ja się stąd wynoszę.
                      - Ja też…- odparł Dallas. Trzymający Ann wampir próbował wyminąć Raze’a ale ten zatrzymał go ręką.
                      - Zdobycz zostaje.
                      - Ale…- zaczął oprawca Ann, a Raze spojrzał na niego szczerząc kły.

                      
                      |-

                      - Zdobycz… zo… sta… je.- powtórzył i Ann została puszczona. Dwaj Brujah rzucili się do ucieczki, a ich łysy przywódca pognał za nimi pomstując głośno na ich tchórzostwo.

                      To było.... coś nowego. Mogłaby być rozbawiona reakcją Brujah, ale była daleka od tego. Jeżeli oni się kogoś bali...

                      - Uhm... - szepnęła patrząc na czarnoskórego z ziemi, na której wylądowała tyłkiem i zastanawiała się w jakiej w sumie się sytuacji znalazła. Postawa dziewczyny wciąż wyrażała zastraszoną uległość.

                      Raze spojrzał na Ann i rzekł.

                      - Do bramy po drugiej stronie parku jest jakieś piętnaście minut piechotą. Masz dwadzieścia minut na opuszczenie Central Parku.

                      Po czym spojrzał za oddalającymi się Brujah.

                      - Myślę że jeśli dwa wyjdą żywe z Parku to wiadomość dla ich Primogena będzie wystarczająco czytelna.
                      - Też tak myślę. - odparł żul. Najwyraźniej stracili zainteresowanie Ann.

                      Nie istniało nic szczęśliwszego dla Ann w tym momencie, jak uniknąć prania od Brujah, a do tego nie być na radarze reszty. Caitiffka podniosła się, skrzywiwszy się, gdy jeszcze nie zrośnięte żebra dały o sobie znać, aby skierować się w stronę, którą jej wskazał czarnoskóry. Nie miała ochoty zaczynać z nimi, tak jak i nie miała z Brujah. Jedynie teraz miała nadzieję, że w najbliższym czasie nie trafi na te wampiry, które będą miały jej za złe doznanie poniżenia...

                      Writing is a socially acceptable form of schizophrenia.

                      1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                      0
                      • AbishaiA Niedostępny
                        AbishaiA Niedostępny
                        Abishai jako XXI
                        napisał(a) ostatnio edytowany przez JhnW
                        #27

                        - Telefon. Do ciebie. - tymi słowami powitała ją nowa noc. A słowa te wypowiedział William. Telefon domowy Blake’a… raczej nie Cyril. A może?

                        Nie. To nie był Cyril, to była miejscowa Tremere. Nadia krótko poinformowała, że Ann ma się ruszyć jak najszybciej do siedliska Larry’ego by dozbroić się przed misją. I jak to było w naturze miejscowej bibliotekarki spodziewała, się że Ann rzuci wszystko i przyjedzie jak najszybciej na stację benzynową. I jak zwykle, nie miała poczucia humoru, czy sarkazmu.
                        Oschłe przedstawienie faktów i nieznoszący sprzeciwu głos było wszystkim czego można się było spodziewać po Nadii.
                        A gdy William dowiedział się dlaczego Nadia dzwoniła, zaproponował.

                        - Podwieźć cię?

                        Ann oczywiście wiedziała o tym miejscu, ale jakoś nie miała okazji wejść tutaj. Strzelnica i magazyn broni ukryty w wiecznie nieczynnym zbiorniku na benzynę. Wystarczyło tylko wejść przez wejście dla pracowników na tyłach sklepu, zejść po schodach i w końcu znaleźć się na miejscu.
                        Strzelnica była przestronna, dobrze oświetlona i wietrzona za pomocą cicho pracujących wentylatorów. Choć ciężko tego było się spodziewać po kimś takim jak Larry, to trzeba było przyznać że Brujah miał talenty organizacyjne.
                        Ann… zdarzało się bywać na legalnych strzelnicach, więc mogła porównać tą Dukes'a z nimi. I cóż, nie było zbyt znaczących wielu różnic. Taka strzelnica mogłaby legalnie funkcjonować w każdy mieście.

                        Na strzelnicy obecnie trenowała Nadia z pilnującym ją jednym z ghuli Larry’ego. Ann dotąd jeszcze nie zapamiętała ich imion. Niemniej dla nich nie miało to znaczenia.
                        |-Nadia strzelała do celów wypróbowując wybrany dla siebie oręż… pistolet maszynowy z tłumikiem i trzeba przyznać, że była w tym dobra zabijając celnymi strzałami kolejne tarcze. Szybko i skutecznie, jakby była członkiem SWAT-u.-|
                        Była na tym tak skupiona, że nie zauważyła przyjścia Ann. A po chwili odkręciła tłumik i zamontowała na lufie coś dziwnego. Przypominało to tłumik który ktoś rozciął wzdłuż i zespawał na powrót zostawiając dwie szczeliny. Jedną na górze, drugą na dole.
                        Nadia położyła dłoń na tym dodatku do broni, gdy zabrała się za strzelanie. Jej dłoń na tym niby tłumiku zaiskrzyła błyskawicami i te łuki elektryczne przeskakiwały na lufę.
                        Zaczęła strzelać i teraz broń wydawała z siebie dziwne gwizdy przy każdym wystrzale. I kule nie tylko dewastowały każdy cel który trafiały rozrywając go na części, ale też… zmasakrowały wzmocnioną betonową ścianę za celami pokrywając ją gęstą siateczką pęknięć.
                        Po sprawdzeniu tego nowego dodatku i odkręceniu go Nadia zwróciła się do ghula.

                        - Lepiej lepiej niż ostatnio. Nie nagrzewa się tak szybko i jest stabilniejsza. Niemniej… nadal nie jest to to czego oczekiwałam.
                        - Cóż… to najlepsze co mamy. Ciężko zdobyć lepsze metale.- odparł mężczyzna wzruszając ramionami.
                        - No tak. Jak myślisz ile wytrzyma?- zapytała Nadia.
                        - Hmmm… Jeden magazynek zanim pęknie. No chyba że będziesz używała go bez przerwy na ostygnięcie. Wtedy może, dwie… trzy serie. - ocenił ghul.
                        - Obym nie musiała. - zadumała się Kainitka. - Ile już macie gotowych?
                        - Wraz z tym… trzy.- odparł ghul.
                        - Biorę wszystkie.- odparła z uśmiechem Nadia, dopiero teraz zdając sobie sprawę, że Ann już tu jest od dłuższej chwili i mogła podziwiać czarowanie Tremere. Bo to co Nadia zrobiła z bronią musiało być magią, nieprawdaż?

                        1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                        0
                        • ZellZ Online
                          ZellZ Online
                          Zell jako Ann Paige
                          Moderator Obsługa
                          napisał(a) ostatnio edytowany przez JhnW
                          #28


                          MAGIA, WILKI I PAJĄKI


                          Bezklanowa stała jak wryta, patrząc na Nadię. Emocje w niej buzowały. Cyril nigdy nie chciał jej pokazać, a rosjanka teraz...

                          - To była magia? - odezwała się z ekscytacją - Taka prawdziwa? Zrobiłaś magię?

                          Usłyszawszy to Kainitka spojrzała na Ann, zmarszczyła brwi w zamyśleniu. Po czym zaczęła odkręcać ów dodatek do broni.

                          - Cóż… to zależy od tego, kogo byś zapytała. Niemniej to jest forma taumaturgii, zwanej też niewłaściwie magią krwi, gdyż tylko jedna ze ścieżek zajmuje się manipulacją tym płynem. - wyjaśniła w końcu.
                          - Pokażesz więcej? - podeszła bliżej do Nadii.
                          - Więcej? Po co?- zapytała Kainitka.
                          - Więcej magii! Proszę.
                          - Dawaj swoją komórkę? Zakładam że masz ją zabezpieczoną jakimś hasłem co? - mruknęła w końcu Nadia.

                          Ann szybko podała komórkę. Cyril nie kupił niczego drogiego.
                          Nadia podniosła ją na wysokość oblicza Kainitki, tak by ta mogła zobaczyć jak komórka się uruchamia, jak hasło zostaje odblokowane, jak przeskakują kolejne ikonki i jak zdjęcia w jej komórce są jedne po drugim szyfrowane (mimo że komórka Ann nie posiadała odpowiedniego oprogramowania). I to wszystko bez dotykania ekranu.
                          Dziewczynie wyraźnie to imponowało.

                          - Jak ty to robisz? - zapytała szeptem.
                          - Normalnie… to magia krwi… wampirzej krwi. Wygląda to nieco inaczej, ale niczym się nie różni od znikania Nosferatu czy nadnaturalnej prędkości Toreadorów. Taumaturgia pozwala wyciągnąć z naszej krwi różne moce. - odparła beznamiętnie Nadia odblokowując zdjęcia w komórce Ann i podając ją dziewczynie. - Moje talenty nie są szczególnie…widowiskowe. Ale w tej misji niezwykle użyteczne.

                          - Czyli to to samo co Tremere wzywają ogień?
                          - Ja potrafię wzywać błyskawice… cóż… ciskać nimi jeszcze nie bardzo. Ale skupiać w sobie już tak. - wzruszyła ramionami Nadia. - I generalnie tak. Manipulacja ogniem jest bardzo popularną sztuczką. I bardzo skuteczną przeciw innym Kainitom.
                          - Wiem o tym... Za dobrze... - odparła cicho - Cyril nigdy mi nie pokazał magii. Czy wiesz może, jaka jest jego magia? - zapytała ciekawsko.
                          - Hmm… żadna. Cyril nie potrafi czarować. Opanował co prawda… podstawy kilku ścieżek, w tym i magii ognia… ale nie posunął się dalej poza poziom nowicjusza. - wzruszyła ramionami Nadia. - Cyril to magiczne beztalencie. Za to rozwinął sztukę dominacji umysłem, acz… ten talent nie jest to zaliczany do taumaturgii.

                          Ann zamilkła w szoku. Dopiero po dłużej chwili się odezwała.

                          - Żartujesz, prawda? To musi być to. - niezdarne się uśmiechnęła - Cyril jest magiem i włada magią. - zabrzmiało to bardziej jak próba zaklinania rzeczywistości.
                          - Augusto co prawda nie wtajemniczył mnie w szczegóły, ale wyjaśnił parę rzeczy. Nie można obudzić tego czego nie było od początku. A w przypadku Cyrila, w jego krwi nie było magii… nawet za czasów, gdy był śmiertelnikiem. Ja poświęciłam awatara zostając Tremere. On najwyraźniej nigdy go nie zyskał. - odparła Nadia i stwierdziła krótko. - Ja nie żartuję, nigdy.
                          - Ale... - dziewczyna spojrzała w podłogę - Klan by go nie przyjął, gdyby nie mógł magii używać... Do tego ma uczniów!
                          - Przebudzeni magowie nie garną się hurtowo pod skrzydła Tremere, dziewczyno. Ja się nie garnęłam. Do przeistoczenia zmusiły mnie okoliczności. - odparła spokojnie Nadia. - Owszem, magowie są najbardziej cenieni. Ale częściej trafiają tu do nas potencjalni magowie. A że Cyril uczy… to cóż, twój opiekun jest dobrym nauczycielem i posiada olbrzymią wiedzę okultystyczną. Potrafi nauczyć podstaw… resztę jednak uczeń poznaje sam.

                          Wampirzyca wyraźnie była przybita. Nie takie wyobrażenie Cyrila sobie wyrobiła...

                          - Lepiej wcześniej się dowiedzieć niż później... - mruknęła z bólem. Zależało jej na nim w końcu.

                          - Jakoś sobie radzi bez głębszego zrozumienia taumaturgii. No i dominowanie opanował w znacznym stopniu. Więc bezradny nie jest. - spróbowała pocieszyć Nadia i dodała zmieniając temat. - Jak sobie radzisz ze strzelaniem? Jaki arsenał powierzył ci Larry?

                          Czy powinna pytać Cyrila o ten brak magii?

                          - Nie najgorzej. Wolę używać broni bezpośredniej, ale strzelać też potrafię. Głównie walczyłam, emm, ukrywając się i zadać cios z zaskoczenia? Larry dał mi niby mniejszy kaliber, ale wątpię by na to coś dało radę. I nie wiem czy da się to też zajść, bo rozbijać czaszki to Larry może, nie mam jego siły.

                          Wyjęła Desert Eagle otrzymany od Larry'ego.

                          - To jak radzisz sobie bezpośrednio? Jeśli nie masz siły Brujah czy szybkości Toreadorów?- zapytała Nadia oglądając broń. - Solidny argument. Wilkołaka nie zabije, ale da mu do myślenia… gdy będzie wypychał kule ze swojej czaszki.
                          - Tak jak powiedziałam. Precyzyjny cios z cieni. Nie walczę twarzą w twarz... tylko atakuję w odpowiednim momencie. Brujah mogliby nazwać to tchórzostwem. - wzruszyła ramionami.
                          - Wiesz… ja również lubię zadać solidny cios w plecy wrogowi, niż narażać się na uczciwą walkę. Niemniej jak sobie poradzisz, gdy to my zostaniemy zaskoczone?- zapytała Tremere. - I czym chcesz zadać ów zabójczy cios. Nie widzę przy tobie miecza, czy nawet strażackiego topora.

                          Na te słowa Ann wysunęła spod bluzy schowany w pochwie sztylet z chińskiego rynku za dolara.

                          - Cyril zabrał mi sztylet magiczny, jak z miasta wyjechałam, ale mag ze Stillwater mi podarował ten z duchem... Duchem zżerającym krew. Bardzo łakomy, to go w zamknięciu trzymam.

                          Na obliczu Tremere pojawiła się wpierw chciwość, a potem nieufność powiązana ze strachem.
                          Splunęła mówiąc.

                          - Sztuczki czarownika. Uważaj na ten sztylet, to zdradziecka magia… na końcu zawsze może się obrócić przeciw tobie.
                          - Dzięki niemu Pandersa się pokonało. - schowała sztylet ponownie - Czarownik mówił, żebym uważała na to... i jednocześnie zawsze karmiła, jak go wyciągnę. Czyli chciała zabić.
                          - Cóż… bądź ostrożna z tą bronią. Czarownicy to siedzący na beczce prochu ludzie, którzy bawią się zapałkami. Nie mają tak naprawdę pojęcia z jakimi siłami igrają i jak je opanować.- odparła spokojnie Nadia. I po namyśle dodała. - Niemniej, jeśli futrzaki mówiły prawdę, to każda przewaga nam się przyda… nawet z tak chaotycznego źródła.
                          - Mogę w pewnym stopniu ciebie skryć... Szczególnie w bezruchu. - stwierdziła po namyśle - I nie wiem ile to pomoże, ale zakręcić w myślach wrogom. Żeby byli przekonani, że znajduje się coś, co da cień, choć nie rozumiem czym te rzeczy są, te fomory.
                          - Szczerze mówiąc też nie mam pojęcia… brzmi jakby to były jakieś kreatury Technokracji. - zadumała się Nadia i wzruszyła ramionami. - Ale to już nie nasz problem. Tylko wilkołaków. Co do twoich talentów… - znów się zamyśliła spoglądając na Ann, jakby chciała o coś spytać, ale ostatecznie zamiast tego powiedziała. -... zobaczymy co te cienie dadzą. Zamierzasz… się tu dozbroić? Jest ku temu okazja.
                          - Najchętniej z twoją radą. - stwierdziła z lekkim uśmiechem.
                          - Czyli to samo co ja. Wraz z dwoma magazynkami do niego.- rzekła do ghula i podała swoją broń.
                          - Wypróbuj. -zaproponowała.

                          Ann przyjęła broń, zważywszy ją w dłoniach. Wycelowała w cel i strzeliła ustawiwszy się odpowiednio. Trafiła, orientując się o mocy broni.

                          - Daje kopa. - stwierdziła.
                          - Troszkę.- zgodziła się z nią Nadia, podczas gdy ghul przyniósł egzemplarz dla Ann, plus dwa magazynki i tłumik.
                          - Dobra. Zabieramy się stąd. Pojedziemy moim vanem.- zadecydowała Nadia ruszając przodem wraz z odebraną od Ann bronią i swoimi klamotami.

                          Nadia załadowała swoje klamoty do tyłu vana i ruszyła by siąść za kółkiem. Poczekała aż Ann usiądzie na siedzeniu obok i ruszyły ze stacji benzynowej. W jutowej torbie obok caitiffki spoczywał jej nowy pistolet maszynowy. Podczas jazdy Nadia nic nie mówiła. Kierowała wozem pewnie, więc chyba wiedziała gdzie ma jechać.
                          Początkowo Ann milczała i dopiero po dłużej chwili zapytała.

                          - Mówiłaś, że to mogą być jakieś kreatury technokracji... Czym jest technokracja?
                          - To ci co rządzą… Technokracja to organizacja magów, która stoi za wszystkim.- Nadia wskazała ręką naokoło. - A przynajmniej tak lubią sobie wmawiać.
                          - Och... - Ann zmilkła dłużej - To magów tylu jest? Wszędzie?
                          - Trochę ich jest. Ale nie tak dużo jakby się wydawało. - oceniła Kainitka Tremere wzruszając ramionami.- Każda Fundacja ma trochę wtajemniczonych współpracowników… potencjalnych magów. Obserwuje też kandydatów z potencjałem… Niewielki procent z nich jest w stanie przebudzić swój awatar. Duchowego przewodnika.
                          - Ja też bym mogła obudzić swojego przewodnika?
                          - Ty? Nie żartuj. - zaśmiała się gorzko Nadia. - Żeby obudzić swojego przewodnika, trzeba być żywym. Ja musiałam poświęcić swojego… by stać się wampirem.
                          - Jasne... - kolejna chwila milczenia - Warto było?
                          - Zastanawiam się nad tym co drugą noc. - odparła enigmatycznie Nadia wpatrując się w zamyśleniu przed siebie.

                          Spojrzała w swoje dłonie.

                          - Co wpierw robimy na miejscu?
                          - Zaczaimy się w krza… - nagle Nadii telefon zadzwonił. Sprawdziła kto to i zaczęła zjeżdżać na pobocze. - Chwila, muszę to odebrać.

                          Ann jedynie skinęła głową.
                          Nadia zatrzymała się i wysiadła. Po czym ruszyła w głąb lasu. Sądząc po obliczu i gestykulacji nie była to przyjemna rozmowa.

                          - Bardzo źle czy typowo źle? - zapytała cicho, patrząc przez przednią szybę.
                          - Ech… dowiesz się wkrótce. - odparła zrezygnowanym tonem Nadia wyłączając komórkę i wracając, by usiąść za kierownicą samochodu. Ruszyła z piskiem opon.

                          W końcu dotarły w pobliże kopalni. Ann tu już była. Co prawda nie tak blisko. Będąc z Clydem widziała kopalnię przez lornetkę oddalona od niej o parę kilometrów. Ale jednak…
                          Dziewczyny zatrzymały się przy kilku vanach. Byli tam Indianie, w tym i parę znajomych twarzy. Oraz Garry.

                          - Dam wam znać przez Garry’ego kiedy macie namieszać przy głównej bramie.- rzekła Nadia nie bawiąc się w uprzejmości. - Wtedy ruszajcie.

                          Załadowała już na swoje plecy mały plecaczek wypełniony… cóż, Ann nie miała okazji sprawdzić co on zawiera.

                          - Czy w plecaku masz granaty? - szepnęła do Nadii - Żywych bym o wódkę podejrzewała…
                          - Kilka dymnych. Jeden czy dwa zaczepny. - potwierdziła Nadia, a następnie dodała. - Przede wszystkim jednak sprzęt elektroniczny potrzebny do włamania i nożyce do cięcia siatki.

                          Następnie ruszyła przodem nie czekając na pomocniczkę.
                          Ann posłusznie ruszyła za Nadią, woląc nie puszczać jej samej... nie tylko dla jej własnego bezpieczeństwa.

                          Szły tak we dwie jakieś dwadzieścia lub trzydzieści minut zataczając spore koło. Zapewne po to by nie zostać zauważone przez strażników.

                          - Tu w okolicy jest porośnięta krzakami skarpa, użyjemy jej jako naszej bazy operacyjnej. - wyjaśniła Tremere. Przypominała jej Samsona. Zimnego i bezczelnego Brujah który należał do jej koterii i traktował Ann oraz resztę drużyny jak irytujące robactwo… którym się jednak opiekował i które niańczył na misjach narażając własną skórę dla ich bezpieczeństwa. Mógł nimi gardzić, ale dopóki należeli do jego Koterii “niańczył” nich. I także obejmował przywództwo podczas samej misji i nawet oficjalny lider z klanu Tremere nie miał nic do gadania w tej kwestii. I to ów Kainita że reprezentował samego Cyrila, nie miało dla Samsona znaczenia.
                          - W którym miejscu chcesz zrobić przejścia? - spojrzała w stronę siatki - Przeciąć siatkę.
                          - Hmm? A nie… jeszcze niczego nie przecinamy. Nie jesteśmy bandą futrzaków rzucających się na oślep. Nie jesteśmy prymitywami. Najpierw zbliżymy się na tyle, bym mogła podłączyć się zdalnie od ich kamer ochrony. Przyjrzeć się sytuacji i namieszać nieco. - odparła Nadia nieco rozkojarzona.
                          - Może w takim razie wokół tej skarpy obejrzę, aby upewnić się czy nie będzie tu patroli żadnych.
                          - Dobra… obejrzyj. - Tremere wybrała już sobie zakątek. Przykucnęła w nim i z plecaka wyjęła mały solidny przenośny laptop. Taki używany przez inżynierów na budowie.

                          Ann zniknęła z oczu Nadii, jak ta na chwilę zdjęła z niej wzrok. Caitiffka miała zamiar przejść się po okolicy, jak najmniej drażniąc źdźbła trawy, i obejrzeć teren wokół skarpy. Chciała upewnić się, czy nie postawiono żadnych elektronicznych zabezpieczeń oraz że nie znajdzie śladów regularnego patrolowania okolicy.
                          Na takie nie natrafiła, choć… za siatką dostrzegła jak ktoś się zbliża. Był to patrol. Dwaj ludzie i jeden duży pies. Owczarek. Szli w całkowitej ciszy i poruszali się miarowo niemal synchronicznie.
                          Cofnęła się tam, gdzie zostawia Nadię i nie zrzucając zasłony niewidzialności, szepnęła.

                          - Dwaj ludzie i pies. Idąc jak... automaty.
                          - Hmm… to nie brzmi zbyt ludzko. W torbie jest lornetka z noktowizją. - Nadia tymczasem pracowała na komputerze. Niemniej zamiast jakiś ciągów kodu na ekranie laptopa były dziwne kręgi, a w tych kręgach litery i liczby. Nadia poruszała kręgami i zmieniała ich zawartość mrucząc coś pod nosem.

                          Młoda wampirzyca wyjęła lornetkę, na siłę zmuszając się do oderwania uwagi z kręgów, aby spojrzeć przez lornetkę w stronę, gdzie ostatnio widziała ochronę.
                          Teraz mogła przyjrzeć się im lepiej i… widok wcale nie był zachęcający. Pies wydawał się napęczniały od środka. Jakby pod skórą miał dodatkowe zwały mięśni. Jakby… uprawiał kulturystykę. I w ogóle nie machał ogonem. Dwaj jego opiekunowie przypominali ghule Larry’ego jeśli chodzi o masę mięśniową. I twarze miały ostre rysy i wydatne kwadratowe podbródki. I Ann miała nieprzyjemne wrażenie, że obserwuje roboty z naciągniętą na ciało ludzką skórą. Nie widziała dobrze źrenic tych strażników. Bo nosili lustrzanki… w nocy.

                          - Ci ludzie noszą w nocy lustrzanki.... i są na sterydach jak ghule Larry'ego. Pies też na sterydach.
                          - No to chyba nie są ludźmi ? Tak mówiły wilkołaki. Umknęło mi jak ich nazywali.- odparła zamyślona wampirzyca. - W co są uzbrojeni?
                          - Fomory. - przypomniała Nadii -Pistolety maszynowe i granaty błyskowe.
                          - Pewnie ze srebrnymi kulami. Na szczęście my nie mamy alergii na srebro… prawda? - zerknęła na Ann pytając.
                          - Nie mamy, oczywiście. - spojrzała uważnie na Nadię - Ty mnie widzisz, prawda?

                          Na odpowiedź musiała czekaś stosunkowo długo. Bo skupiona na swojej robocie Nadia milczała. W końcu odezwała się.

                          - Nie.
                          - Może pójdą w stronę wilków... - porzuciła temat.
                          - Powinni… dam im znać jak tylko… - zamruczała pod nosem Rosjanka.- … szlag. Eeeem… nie patrzą w naszą stronę, co?
                          - Nie nie patrzą. Jaki problem?
                          - Nie udało mi się. Zajmie to dłużej nieco… podłączanie się do nich. - mruknęła cicho wampirzyca. - Teoretycznie wszystko powinno pójść gładko i bezproblemowo.
                          - Aaaale? - szepnęła blisko ucha.
                          - Nie wiem… może to rzeczywiście Technokracja i mają jakieś pieczęcie zagrzebane w oprogramowaniu, albo… mam pecha i noc nie sprzyja magii.- burknęła pod nosem Tremere.
                          - A gdybyś, nie wiem... miała jednego z tych nieludzkich ochroniarzy? Oni są maszyną?
                          - Nie ściągajmy na siebie uwagi. Od tego mamy futrzaków… potrzebuję tylko odrobiny czasu i hmm… może innego wzoru? - zadumała się Nadia wpisując inne cyfry w obracające się kręgi.

                          Nagle znikły one, a ekran pokrył się siatką mniejszych ekranów pokazujących widoki z różnych kamer znajdujących się na terenie kopalni.
                          Ann patrzyła Nadii przez ramię, obserwując jej magię z zaciekawieniem. Czy Cyril naprawdę... nie potrafił?

                          - Hmmm… obserwuj wartowników i sprawdzaj czy nie zbliżają się tutaj. A… i daj znać Garry’emu że wilkołaki mogą zaczynać rozróbę. - Nadia pozostawiła laptop i wraz z nożycami do cięcia drutu powoli zaczęła się podkradać do ogrodzenia.

                          - Comme vous le souhaitez, commandant... - szepnęła wyciągając komórkę i wybierając numer do Garry'ego.
                          - Mogą zaczynać. Na zewnątrz dwóch ochroniarzy z pistoletami maszynowymi i granatami dymnymi plus pies. Wszystko wielkie i pewnie nieludzkie. - po tych słowach określiła pozycję.
                          - Jasne… już się tym zajmą. - odparł Garry. A gdy Tremere się podkradała do Ann mogła obserwować na laptopie nie tylko ruchy strażników, ale i nadjeżdżającą pod bramę pikietę rdzennych Amerykanów protestujących przeciwko pracom wydobywczym na ich rdzennej ziemi.

                          “Nie rozkopujcie grobów naszych przodków”, “Święta ziemia to nie miejsce na machanie łopatą” i podobne napisy zdobiły ich transparenty.
                          Nadia mogła zauważyć jak osłaniające jej cienie nieznacznie się przesunęły, stanowiąc lepszą osłonę.
                          Wampirzyca z klanu Tremere była zbyt skupiona na swoim zadaniu by to zauważyć. Wyciągnęła rękę w kierunku ogrodzenia. Przebiegły po nim nagłe błyski i po chwili… Nadia zaczęła się brać za cięcie drutu pracując pospiesznie i nerwowo.
                          Tymczasem protesty wilkołaków przyciągały coraz większą wagę strażników, którzy zbierali się przy bramie.
                          Ann rozglądała się uważnie, szukając jakiegokolwiek niechcianego ruchu w okolicy.
                          I ten się pojawił na monitorze laptopa. Dwóch strażników, na szczęście bez psa, powoli zbliżało się w kierunku Nadii. Bez pośpiechu i najwyraźniej podążali dalej, bo nie przyglądali się ogrodzeniu za bardzo, szukając przy ogrodzeniu powodu zwarcia zasilania płotu. A pracująca przy siatce Nadia znajdowała się blisko drogi jaką chcieli przebyć.
                          Caitiffka odpuściła osłonę, aby przed motorem, w zaroślach, stworzyć humanoidalny cień kogoś, kto skryłby się w zaroślach z drugiej strony od pracującej Nadii. Upewniła się, że ochroniarze zauważą ten ruch.
                          To rzeczywiście przyciągnęło ich uwagę i ruszyli w stronę zarośli. Zatrzymali się przed siatką i wiedząc że jest pozbawiona zasilania wskoczyli na nią jak koty by pospiesznie się wdrapać. Następnie przeszli po kolczastym drucie umieszczonym na szczycie siatki po prostu ignorując rozrywany na ich ciele materiał oraz skaleczenie zadawane przez drut.
                          Ann chciała jak najbardziej ich oddalić z miejsca, kierując cień tak daleko, jak tylko wzrok pozwolił.
                          Tymczasem Nadia przecięła siatkę i gestem dłoni nakazała Ann, by ta przyszła do niej… wraz całym sprzętem.

                          Westchnęła i zabrała sprzęt zdejmując osłonę niewidzialności, po czym przeszła do Nadii. Cienie "przylepiły się" do niej, jako osłona.
                          Obie przekroczyły siatkę i znalazły się po drugiej stronie. Nadia sięgnęła po swój pistolet maszynowy i sprawdziła czy tłumik jest luźno przykręcony. Po namyśle całkiem go odkręciła zastepując ową przystawką którą wypróbowała na strzelnicy. Najwyraźniej uznała, że nie ma co nastawiać się na skrytość w konfrontacji z takimi istotami.
                          Ruszyła przodem szepcząc. - Za mną.
                          Nadia się spieszyła rozglądając nerwowo, ich pierwszym celem była stróżówka. Nadia zbliżyła się do tyłów budynku. Tam gdzie znajdowały się generatory. Sięgnęła po łom i wyłamała drzwi.

                          - Korporacje rzadko dbają o takie detale jak zasilanie drugorzędnych systemów. - stwierdziła ironicznie Nadia i wyciągnęła dłoń ku Ann.
                          - Mój plecak.

                          Caitiffka posłusznie podała plecak Tremere.

                          - Co teraz? - szepnęła.
                          - Teraz zabawimy się w mały sabotaż.- zamruczała cicho Nadia i zaczęła grzebać w plecaku, po chwili wyjmując z niego kilka lasek dynamitu połączonych z drucikami z zegarkiem casio.

                          Typowa filmowa bomba.

                          - Gdzie to dasz? - spojrzała zaciekawiona.
                          - Po prostu to wrzucę. Nie jest to duży ładunek. Ledwo kilka lasek górniczego. Powinno nieco zdemolować pomieszczenie, ale nic poza tym. Nastawię naaa… pół godziny.- mruknęła Tremere wstukując liczbę.
                          - I co mamy zamiar robić teraz?
                          - Mamy pół godziny na dostanie się do laboratorium i zrobienie tego co planujemy. - zadumała się wampirzyca. - Pół godziny na samo dostanie. Wątpię by te potwory miały dostęp do samego laboratorium. Po pół godziny zrobi się jeszcze większe zamieszanie co teoretycznie powinno nam pomóc w ucieczce. Teoretycznie.

                          Po czym wrzuciła uzbrojony ładunek do środka.

                          Sięgnęła znów do swojego plecaka instruując Ann, by ta zamknęła drzwi. Sprawdziła na laptopie położenie patroli. A następnie dodała.

                          - Mamy chyba okienko czasowe na dostanie się do celu.

                          Następnie ruszyła przodem w kierunku najbardziej strzeżonego budynku. Nie dbała o kamery… wszak te już kontrolowała za pomocą magii krwi. Podeszła do czytnika przy siatce odgradzającej budynek. Przyłożyła dłoń i… po chwili drzwi się otworzyły. Podobnie było z czytnikami przy samych drzwiach budynku. Choć tu technologia stawiała dłuższy opór wampirzycy. Ale w końcu drzwi otworzyły się z sykiem.
                          |-Wnętrze niewiele miało wspólnego z tym czego się powinni spodziewać po kopalni. Było białe, było sterylne, było zaawansowane technologiczne… i obce. Korytarze były pozbawione okien, sufit i podłogi oraz ściany pokryte metalowymi panelami , delikatne światło z świetlówek w suficie całkowicie rozpraszało mrok i cienie, a dyskretny szum dobrze ukrytej wentylacji wypełniał swoim odgłosem przestrzeń. I to miejsce… wydawało się większe w środku niż na zewnątrz.

                          - Dorotko nie jesteśmy już w Kansas.- mruknęła ni to do siebie ni to do Ann, Nadia.
                          - To... - rozejrzała się - Wydaje się większe niż na zewnątrz…
                          - Manipulacja przestrzenią… lub złudzenie optyczne. - oceniła Nadia ruszając przodem, z bronią w dłoniach. - Znajdźmy te serwery i wynośmy się stąd. Niepokoi mnie to, że mamy tu włączone światło.

                          Kiedy następny raz Nadia spojrzała na Ann... tej już nie widziała.

                          - Wyłączyłaś też i to zasilanie? - do uszu wampirzycy doszedł szept Ann.
                          - Niee… ten budynek ma odrębne systemy, zarówno zasilania jak i własną sieć informatyczną.- odparła Nadia.
                          - Więc... Kamery mogą działać?
                          - Mhmm… niestety. Dlatego…- Nadia kucnęła i sięgnęła po swój laptop. Zaczęła szybko stawiać kolejne runy i liczby na magicznych kręgach odświeżanych co chwilę przez monitor komputera. - Tooo… dziwne.
                          - Co się dzieje?
                          - Albo coś pomyliłam, ale to niemożliwe… dwójka w opozycji do piątki i czwórka przy siódemce, lamba i delta…hmm… tu nie ma kamer. A w każdym razie nie mogę ich znaleźć. - zadumała się wampirzyca.
                          - Może coś co wykrywa ruch, ciepło? - zasugerowała.
                          - Hmm… czujników też nie wykrywa… są jakieś dziwne światłowody i struktury ukryte w ścianach…- zadumała się Nadia i podrapała po karku.- Mogłabym się temu przyjrzeć, ale… nie wiem czy mamy tyle czasu.
                          - Może przejdę trochę, a ty będziesz sprawdzała czy coś zareaguje? Jakiś sygnał przez światłowody?
                          - Na razie spróbuję się podczepić… otwórz tamten panel. W plecaku mam łom. - mruknęła Nadia cicho.

                          Dziwnie to wyglądało, jak "niewidoczna siła" otworzyła plecak wyjmując z niego... coś. Szybko rozmył się widok łomu.

                          - Co trzeba otworzyć?
                          - Tamten boczny panel.- odparła Nadia wskazując palcem na żelazną płytę w ścianie. Wcisnęła jeszcze kilka przycisków i zamknęła laptop.

                          Panel ze zgrzytem otworzył się po chwili.
                          Za nimi kryły się światłowody, które połączone były w dziwaczne kombinacje. Nie wiedzieć czemu, pomalowane były na czarne i ułożono w kilka spirali. Do tego jeszcze jakieś dziwne elektroniczne urządzenia z dziwacznym logo firm które je zbudowały. Chyba jakaś irlandzka lub walijska firma, bo logo miała bardzo celtyckie.
                          Nadia podeszła do tego zawijasa kabli, dotknęła dłonią i przymknęła oczy. Potem… zaczęła drżeć, zrobiła się jeszcze bledsza… z jej ust popłynęła stróżka krwi, a sama Nadia się zachwiała, zatoczyła niczym pijana.

                          - Jesteśmy bandą głupców… my tu się kłócimy o skrawki władzy, o potęgę… o trzodę… a tymczasem nie zauważamy prawdziwego zagrożenia. Światu grozi zagłada… a my się bawimy…- bełkotała przez chwilę po czym opadła na ziemię. - Futrzaki… mają rację… trzeba to miejsce zniszczyć, całkowicie i ostatecznie.

                          Ann przytrzymała Nadię, by ta się nie przewróciła.

                          - Co to było? - położyła dłoń na jej ramieniu - Czujesz się dobrze?
                          - Nie czuję się dobrze…- warknęła wampirzyca.- … właśnie mnie oświeciła nasza małostkowość. Naszego rodzaju…

                          Zwymiotowała krwią. Usiadła i sięgnęła do torby wyjmując mały termos, a z niego woreczek z krwią do przetaczania. Wypiła pospiesznie.

                          - To miejsce chorych eksperymentów… te kable służą to wtłaczania…no same kable nie, ale kierują czymś co wtłacza trujące odpady do kopalni. I to nie jest zwykłe cięcie kosztów przez bezduszną korporację. - wyjaśniła pospiesznie wampirzyca.
                          - Wilki powinny się ucieszyć z twojej chęci ekoterroryzmu.
                          - Ech… ktoś tu zamierza truć środowisko w celu… trucia go i czegoś jeszcze. Za dużo… informacji się tu kryje. Ruszajmy… do przodu. - Nadia wstała ostrożnie i dodała cicho. - Nic mi nie jest.

                          Mimo tego co Nadia uzyskała, sytuacja ich nie zmieniła się za bardzo. Tremere nie wiedziała, gdzie dokładnie mieli iść. I była nadal nieco skołowana. Wkrótce dotarli do czegoś co przypominało recepcję. Duży pokój z biurkiem przy ścianie. Komputerem wbudowanym w owo biurko i kilkoma sofami, krzesłami, maszyną sprzedającą kawę oraz różne słodycze. Oraz kilka wyjść, każde zaznaczone linią w innym kolorze wzdłuż ścian. Jedna była żółta, druga czerwona, trzecia zielona, czwarta niebieska.
                          Ann obchodziła pomieszczenie, aby znaleźć jakąkolwiek mapę pomieszczeń na ścianie.
                          Bez skutku… nic takiego tu nie zawieszono. Tymczasem Nadia udała się do komputera i zabrała się za jego rozpracowywanie. Tym razem w tradycyjny sposób, mając zapewne uraz po ostatnim podczepianiu świadomości do światłowodów.
                          Caitiffka stanęła za Nadią, aby móc zaglądać jej przez ramię.
                          Tremere zajęta swoimi sprawami, nawet nie zwróciła na o uwagi. Od czasu do czasu przeklinała jedynie pod nosem wstukując kolejne linijki kodu i łamiąc kolejne hasła, z pomocą programów, które uruchomiła z pendriva podłączonego chwilę wcześniej.

                          - Jest kilka zamkniętych obiegów informacji w tym kompleksie. Komuś zależało na zachowaniu tajemnicy. - mruknęła do siebie Nadia.- Naszym celem są serwery, o tu…- wskazała na mapie, którą wyświetliła. -... najkrótsza droga do nich jest przez ten kompleks badawczy. Dojdziemy tam idąc wzdłuż czerwonej linii.

                          Dziewczyna skinęła głową, aby zaraz się zmitygować, że Nadia przecież tego nie zobaczy.

                          - Chodźmy więc. Mogę pójść przodem... - zamilkła na chwilę - Słyszałam, że można sprawić, aby dana osoba cię widziała nawet w tym stanie... - kolejna cisza - Chyba cię nie zszokuje, że nie wiem jak to zrobić?
                          - Nie dbam o to…- wzruszyła ramionami Nadia. I potarła czoło w zniecierpliwieniu. - Mamy inne sprawy na głowie. Idź pierwsza.
                          - Rozkaz.- odparła i ruszyła za czerwoną linią.

                          Nadia zaś podążyła tuż za nią i wraz z Ann zagłębiły się bardziej w to miejsce. Korytarz był długi wąski, czerwona linia na ścianie niczym szlak wyznaczała kierunek. Dopisane pod nią oznaczenia, były zrozumiałe chyba tylko dla obsługi. Tej tutaj nie było, więc dla kogo te… światła włączone?
                          Ann nie komentowała na głos. Może były spodziewane? Czy świateł potrzebowały jakieś istoty strażnicze?
                          Przemierzając korytarz Ann czuła narastający… smród. Powietrze robiło się gęste i lekko żółtawe wokół niej… jakiś gęsty opar wypełniał korytarz. Co nie powinno być problemem. Wszak były nieumarłe i nie potrzebowały oddychać.
                          Wampirzyca wyprzedziła mocniej Nadię, stanowiąc teraz linię przednią... lub po prostu jednoosobowy oddział zwiadowczy.

                          Gdy weszła w opar, czuła lekki opór… przemierzając gazową mgiełkę i widziała tylko rozmyte kształty. Za to nagle coś poczuła jak potężne dłonie zaciskają się na jej szyi, a potem upadła na ziemię pod ciężarem kreatury, która to zmaterializowała się poprzez nagłe kumulowanie się oparu w jednym miejscu tworząc z powrotem jego ciało. Nie przez mgiełkę przechodziła, ale przez gazową postać żywego potwora. Istota była ciężka, z pozoru otyła i bardzo muskularna pod miękkimi zwałami tłuszczu. Przypominała humanoida, ale była od człowieka większa i goła. Pozbawiona organów rozrodczych, włosów, o wyraźnie zniekształconej twarzy i dziwnych oczach . Ann nie wiedziała czy ją widział, gdy przyciskając ciężkim ciałem do ziemi, zaczął uderzać jej głową o podłogę chcą rozwalić jej czaszkę. Jakoś wiedział, że nie jest śmiertelniczką i próby uduszenia byłyby stratą czasu.-|
                          Ann szarpnęła się, mając problem w tej pozycji, aby strzelać do stwora, wysunęła więc sztylet (mając nadzieję, że stwór ma krew) i postanowiła wbić go w oczy paskudztwa... Może ją puści i dostanie możliwość strzału?
                          Nie było to łatwe, sięgnąć mu do twarzy sztyletem. Grube łapska przeszkadzały tym bardziej, że uderzał z olbrzymią siłą i Ann czuła że w końcu jej kości się poddadzą. Ba, zaskakiwało ją że nie jest już tak krucha. Niemniej atak sztyletem się nie powiódł, nie udało jej się dosięgnąć mu twarzy… wbiła w szyję, a sam sztylet uwiązł w zwałach tłuszczu nie dochodząc do naczyń krwionośnych. Na szczęście… nie była tu sama.
                          Nadia w końcu dokręciła przystawkę do swojego pistoletu maszynowego i strzeliła. Pisk zmieszał się z hukiem broni, śluz, tłuszcz i kawałki tkanki oraz gęsta czerwona posoka ochlapały twarz i biust Ann, gdy broń Tremere odłupało spory kawałek prawego ramienia odsłaniając grubą kość. Prawa ręka potwora osłabła dając nadzieję na uwolnienie. A kawałki mięsa i tłuszczu owej bestii zaczęły dymić.
                          Dziewczyna wyszarpnęła sztylet uwalniając się z uścisku. Odskoczyła kawałek i wciskając ostrze w jego pochwę, wycelowała w wielkoluda, aby posłać strzał w jego głowę.
                          Potwór nie zwrócił na to uwagi, zerkając teraz na Nadię, która to krzyknęła głośno po rosyjsku zapewne jakieś obelgi. I strzeliła w brzuch potwora ze swojej broni… kolejna seria rozerwała trzewia rozlewając posokę i flaki. Ale mimo tej dziury potwór szarżował na nią. Ann strzeliła, celnie… większość kul utkwiła w zwałach tłuszczu, niektóre tylko raniły bestię.
                          Annabelle zaczęła strzelać pod takimi kątami, aby zwrócić na siebie uwagę bestii... koncentrując się na jej nogach. Nie chciała dać jej dotrzeć do Nadii.
                          Kule wbijały się w ciało, nie powstrzymując bestii. Nadia przestała strzelać, bo musiała odkręcić od broni zużytą i rozgrzaną do czerwoności końcówkę.

                          - Rany… zaatakuj otwarte ra…- uderzenie łapy posłało Tremere z hukiem na ścianę. “Gdzie jest Samson kiedy jest potrzebny”… przemknęło przez umysł Ann.

                          Młoda wampirzyca rzuciła się do przodu, aby zatopić sztylet w otwartej ranie prawego ramienia.
                          Żryj, cholero...!
                          Teraz ostrze wbiło się w żywe mięso, teraz opijało się krwi i powodowało ból u bestii, która ryknęła… zdrową łapą chwyciła za Ann i zaczęła nią miotać na oślep. Tym razem trudno było się uwolnić. Ale za to Nadia otrząsnęła i się zamontowawszy końcówkę użyła mocy błyskawic, by zrobić w bestii kolejne dziury. Potwór zachwiał się i opadł na kolana. Próbował jeszcze ponownie zmienić się w mgielny opar, ale jego ciało miało wiele dziur, a sztylet wysysał z niego siły. W końcu padł puszczając boleśnie sponiewieraną caitifkę.
                          Ann leżała na podłodze, próbując opanować karuzelę w głowie.

                          - Co to.... za... cholera... - spojrzała na Nadię unosząc się do siadu - Jesteś cała...?
                          - Mam wrażenie, że… niekoniecznie… cała. - syknęła wampirzyca Tremere oglądając swoją poparzoną dłoń. - Przypuszczam, że to był… fomor.

                          Writing is a socially acceptable form of schizophrenia.

                          1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                          0
                          • ZellZ Online
                            ZellZ Online
                            Zell jako Ann Paige
                            Moderator Obsługa
                            napisał(a) ostatnio edytowany przez JhnW
                            #29

                            Ann spojrzała na kreaturę. Na czerwoną linię. Na kreaturę...

                            - Merde! - zasłoniła oczy - Nie idziemy dalej.
                            - Hmm… teraz wpadłaś na ten pomysł? Trzeba było zrezygnować, zanim podjęłaś się tej roboty. I nie mów mi, że przestraszyłaś się jednej kreatury… bądź co bądź futrzaki mówiły, że coś takiego może nas spotkać.- mruknęła Nadia, oglądając swoją broń, by po chwili zamontować kolejną końcówkę.
                            - Nie. - fuknęła - Nie wystraszyłam się jednejl kreatury, ale nie możemy iść czerwonym szlakiem!
                            - O czym ty znowu bredzisz? - burknęła Tremere przyglądając się Ann jakby była z klanu Malkavian.
                            - To ścieżka Bestii, tam jest zagrożenie. Nie możemy iść czerwoną drogą i przez czerwone drzwi…
                            - Co? - odpowiedziała krótko Tremere patrząc na Ann jakby nagle odkrywała w niej krew Malkavian.
                            - Nie idźmy tam. - powiedziała poważnie.
                            - Zacznij mówić z sensem albo przetestuję mój pistolet na twoim tyłku.- postawiła ultimatum Nadia celując w Ann.
                            - Ta droga prowadzi do niebezpieczeństwa, merde! - warknęła zirytowana - Dalej będzie gorzej niż ten jeden fomor!
                            - Skąd to niby wiesz… nagle odkryłaś coś co mnie umknęło, gdy mój umysł stał się autostradą informacyjną? - burknęła Tremere.
                            - Ostrzeżono mnie dwa dni temu... teraz zrozumiałam sens.
                            - Zapewne będę tego żałowała, ale spytam. Kto cię ostrzegł i jak? - Nadia potarła czoło w irytacji.
                            - Zadzwonił do mnie niespodziewanie. - Ann mogła podejrzewać jak Nadia zareaguje - Po pierwszym spotkaniu z wilkami. Garry.
                            - Jednym słowem… wierzysz majakom… ćpuna? - odparła sarkastycznie wampirzyca. - Pewnie mu jakaś wiewiórka wyszeptała te sekrety na uszko.
                            - I tylko cudownie to się składa? - fuknęła - I tak, wierzę.
                            - Nikt nie powiedział, że to będzie spacerek po parku. Potwory miały być, a czerwona farba na ścianach nie jest niczym niezwykłym w centrach badawczych. Więc nie ma co panikować. - stwierdziła sceptycznie Nadia.- Teraz zresztą za późno, żeby wracać.
                            - A co jeżeli to zła droga, nic nie da? - mruknęła.
                            - Jak to… zła droga? To najkrótsza droga do naszego celu. Tak wynika z map budynku.- odparła Tremere lekko poirytowana.
                            - Może powinnyśmy inną wybrać. Ta nas nigdzie nie zaprowadzi, tylko do.... czegokolwiek co trzeba unikać.
                            - Przestraszyłaś się z powodu jakiejś tam przepowiedni? I co dalej… uciekniesz z podkulonym ogonem właśnie z tego powodu? I zostawisz mnie tu? - zapytała Nadia już spokojniejszym tonem.
                            - Obiecałam cię chronić, więc to robię i robić będę. Zejście z tej drogi to część ochrony
                            - Cykor. - stwierdziła pogardliwie wampirzyca i odwróciła się plecami do Ann po czym ruszyła z powrotem.- Pospiesz się cykorze, mamy spory kawałek do nadrobienia.

                            Ann nie przejmowała się słowami Nadii, idąc obok.

                            Tremere dość szybko przeszła ze spaceru w bieg, coś tam pod nosem marudząc i zapewne klnąc na upór Ann. Bądź co bądź nie wydawała się wierzyć w przepowiednie Garry’ego.
                            Dotarły wkrótce do pomieszczenia z którego rozpoczęły…

                            - To teraz który kolor księżniczko?- spytała sarkastycznie Nadia.
                            - Wedle planu, gdzie która droga prowadzi?

                            Wampirzyca Tremere spojrzała na Ann, uniosła lewą brew i uśmiechnęła się.

                            - Idziemy niebieskim korytarzem. - zadecydowała i ruszyła nie czekając na odpowiedź czy reakcję Ann.
                            - To twój ulubiony kolor, co? - Ann poszła spokojnie z Nadią.
                            - 450 do 500 nm, taka jest długość fali. Piątka to moja liczba. - odparła Nadia wzruszając ramionami. - Częstotliwość niebieskiego już taka pozytywna nie jest. Dwie szóstki. A poza tym…-

                            Spojrzała za siebie dodając. - Jeśli uważasz, że zostawiłabym wybór drogi twojej intuicji, to wyraźnie mnie nie znasz. Droga niebieska jest najkrótsza po czerwonej. Ani numerologia, ani preferencje nie mają tu nic do gadania, ani rojenia Garry’ego… tylko fakty się liczą. I logika. I w działaniu, i w myśleniu i w magyi i w naszej krwi. Liczby i działania matematyczne są zaś literami logiki.

                            - Oczywiście. - odparła ugodowo - Będzie niebieska.

                            Nadia poruszała się do przodu energicznie i szybko. Wyraźnie się spiesząc i nie dbając już o skrytość. Starała się nadrobić stracony czas. Ann podążała za nią i obie, gdzieś w połowie korytarza usłyszały dochodzący z oddali huk.

                            - Nasz czas się kończy. Gdy dywersja miała nastąpić, my powinnyśmy już uciekać z tego kompleksu.- stwierdziła lekko poirytowanym tonem Tremere.
                            - Improwizuj. - Ann podeszła bliżej Nadii - Chyba umiesz działać i bez planu?
                            - Improwizuj… aleś wymyśliła. - odparła sarkastycznie Nadia.- Improwizacja to ścieżka desperacji… nie chwal się nigdy, że musiałaś na nią wdep…

                            Ktoś szedł, słychać było kroki i wkrótce pewnie wyjdzie za zakrętu. Ciężkie, głośne, pojedyncze.

                            - Przygaś. - syknęła do ucha Nadii.

                            Tremere wyciągnęła dłoń w górę i skupiła się. Po chwili lampki zamontowane w suficie i w ścianach zaczęły migotać, by jedna po drugiej gasnąć w wyniku zwarć. Na korytarzu robiło się coraz ciemniej i ciemniej.
                            W tym momencie Ann pociągnęła Nadię do ściany i zastygła w bezruchu, gdy ciemność wokół nich nabrała na mocy, a do samej Ann przyległa. Tremere czuła, że cienie jakie są przy niej wydają się... nienaturalnie zimne.
                            Wkrótce zaś pojawił się strażnik. Z pozoru ludzki, ale… wydawał się być rzeźbą obleczoną w ludzką skórę. Jego rysy twarzy były ostre i wyraziste, szczęka kwadratowa. Pod ubraniem rysowała się rzeźba mięśni podobna tej u ghuli Larry’ego. Ale wszystko wydawało się takie… lekko kanciaste. Jakby to był golem nie człowiek. Nie pomagały w tym oczy o bardzo małych źrenicach i tęczówkach przez wydawały się niemal białe. Czymkolwiek ów strażnik był, podążał szybko i zignorował awarię świetlówek. Najwyraźniej owa dywersja Nadii go zaniepokoiła i opuszczał ten kompleks badawczy by ją sprawdzić.
                            Odczekała aż fomor opuści miejsce i dopiero wtedy się poruszyła, sprawiając że cienie po niej "spłynęły".

                            - Ruszamy dalej. - zadecydowała Nadia i to uczyniły. Przemierzając korytarz, wkrótce dotarły do olbrzymiego pomieszczenia pełnego ludzi siedzących za komputerami i zajmującymi się obliczeniami. Ich palce poruszały się pospiesznie po klawiaturze z nieludzką szybkością i precyzją. Wydawali się nie zauważać dwóch Kainitek. Nie tylko dlatego, że byli skupieni na pracy, ale też z powodu braku oczu. Z ich oczodołów jak i z uszu wystawały wiązki kabli, które były podłączone do komputerów przy których pracowali. Idealni “pracownicy biurowi”.

                            Ann zatrzymała się skrzywiona.

                            - Mogłabyś na raz upiec wszystkich... - szepnęła przysuwajac się do Nadii - Tylko czy to warte? Mogą inni zauważyć...
                            - To tylko trolle…- stwierdziła krótko Tremere. - A właściwie internetowe, płatne czasami, trolle. Ich celem jest głównie zaśmiecanie cyfrowej pajęczyny i wywoływanie rozgardiaszu na platformach społecznych. Czasem są opłacani, by działać w imię jakiejś konkretnej sprawy ale najczęściej po prostu wywołują zamęt. Nie wiem jaki jest tego cel biznesowy.

                            Machnęła ręką.- Tak czy siak nie widzą nas i nie słyszą.

                            - Czyli idziemy po prostu?
                            - Tak. Idziemy po prostu powoli jakbyśmy były pracownicami tego… wariatkowa.- odparła Nadia ruszając pewnie przodem.

                            Bez obiekcji Ann poszła za Nadią, starając się być "jak pracownica", a jednak uważając na otoczenie.
                            Kolejny korytarz, również niepokojący jak poprzedni. Tym bardziej, że w pośpiechu Tremere nie dbała o ostrożność. Korytarz rozchodził się na trzy odnogi i Nadia wybrała od razu jedną z nich kierując się ku wysoce zabezpieczonym drzwiom. Było tu kilka zamków elektronicznych i dwie kamery. Nadia się nimi nie przejęła… pstryknęła palcami i po kamerach przebiegły jakieś trzaski łuków elektrycznych, a potem czuć było smród fajczących się obwodów i elektroniki.

                            - Trochę mi to zajmie.- rzekła Tremere.

                            Ann zaczęła się przyglądać drzwiom, szukając w nich czegoś czerwonego.
                            Ku swojej uldze… nie znalazła śladu tego koloru. Nadia zaś w końcu otworzyła pancerne drzwi zza których czuć było wyjątkowo zatęchłe i suche oraz zimne powietrze. Przypominało to trochę piwnicę w domu Blake’a… tylko tu było gorzej.
                            W środku były rzędy dużych połączonych ze sobą serwerów. Nadia weszła do środka, pociągnęła nosem i mruknęła.

                            - Hmm… małe stężenie tlenu. Nam to nie przeszkadza, ale wilkołaki pewnie go nadal potrzebują. Sprytne.- wyjęła z plecaka laptop i dodała. - Osłaniaj mnie.

                            Caitiffka osłoniła cieniami Nadię, sama obserwując otoczenie, w tym mrugające ledy z serwerów i czekała…

                            - Będę musiała zrobić to normalnie… po ludzku…- rzekła Tremere podłączając laptopa do systemu i biorąc się za hakowanie systemu.- W końcu nie chodzi o sabotaż, a o kradzież… a zważywszy na to, z czym mamy do czynienia, nie sądzę bym zdołała wszystko spamiętać. Już to co wycisnęła z samego światłowodu wycieka z mojej głowy z każdą minutą.

                            Spojrzała po pomieszczeniu oceniając. - Niestety… trochę to zajmie. Więc bądź czujna. Mam nadzieję, że moja bombka da nam dość czasu.
                            Czas zaczął się Ann dłużyć, bo zajęta swoją robotą Nadia straciła zainteresowanie otoczeniem skupiając się na stukaniu w przyciski. Z początku nic się nie działo, więc Ann nie zauważyła zmian. Tego że z podłogi powoli zaczęła unosić się mgiełka. Że robiło się dziwnie zimno. A mroku pomieszczenia powoli zaczęły pobłyskiwać… pajęczyny. Coraz więcej pajęczyn zaczęła dostrzegać w miejscach gdzie ich dotąd nie było. I były srebrzyste.

                            - Nadia... -szepnęła przysuwając się do wampirzycy - Pajęczyny wszędzie...
                            - Mhmm… to miło…- odparła Nadia zajęta swoją robotą.- Nie przeszkadzaj.

                            Pajęczyn było coraz więcej i były wszędzie… i zaczęły drżeć. Bo coś po nich chodziło, druże tłuste stawonogi. NIenaturalne kryształowe pająki . Było ich całkiem sporo i zwracały coraz większą uwagę na dwójkę “sabotażystek”.

                            Ann położyła dłoń na ramieniu Nadii.

                            - Kry.... Kryształowe pająki... -głos jej zadrżał.
                            - Fajnie… daj mi wreszcie skończyć. Bo musimy załatwić sprawę nim uwędzę serwery.- odparła zajęta swoją robotą Nadia, gdy Ann patrzyła jak sześć z nich ruszyło ku niej wędrując po mostach z sieci, które otaczały dwójkę wampirzyc. Nagle znalazły się bowiem w środku pajęczego gniazda.

                            Wampirzyca skoczyła do sieci, które czyniły pomost, aby rozciąć je sztyletem... Jadł dużo, teraz ma dietę…
                            Ostrze zaiskrzyło z trudem rozrywając sieć, która była… metaliczna? Niezupełnie… wyglądała jak światłowód… zbudowany z metalowej osłony. Coś w niej migotało. A Ann trzymając sztylet musiała walczyć z chęcią… wbicia go w plecy Nadii. Pająki zaś przyspieszyły i kolejne ruszyły ku… Tremere głównie. Najwyraźniej ona była dla nich bardziej widoczna, niż Ann.
                            Ann odruchowo wbiła w ostrze w dłoń czując jak traci siły wraz z wyssaną krwią, po czym schowała sztylet, wciskając go głęboko w osłonę, klnąc pod nosem. Wyciągnęła zaraz pistolet, aby strzelić do najbliższego pająka. Pierwsza kula odprysnęła się od odwłoka, ale kolejna mierzona niżej trafiła w środek głowotułowia rozbijając pająka. Rozbłysły wszystkie sieci i pająki skupiły swoją uwagę na Ann, parę skoczyło na nią. Jeden trafiając na lewe ramię i próbując wbić kły jadowe w jej ciało. Ann… jakoś nie miała ochoty przekonać się, czy nieumarłe ciało jest odporne na ich jad. Dziewczyna strzeliła w łeb tego, co chciał wbić jej kły, zaciskając zęby w determinacji. Zdążyła przed ukąszeniem, ale kolejne trzy już pełzły po podłodze po części ukryte w oparach mgiełki. Sytuacja jak w jakimś podrzędnym horrorze.
                            Ann starała się nie przysuwać do Nadii, aby nie zaczęły na nią zwracać uwagi. Kolejny strzał poszedł w najbliższego.
                            Gineły od jednego… dwóch strzałów. Ale co z tego? Było ich więcej niż Ann miała kul i zaczęły je otaczać. To była kwestia czasu.

                            - Skończone.- odparła Nadia odłączając laptopa. Rozejrzała się i po chwili milczenia wyciągnęła dłoń w górę sięgając po magię Tremere zapewne. I nagle… serwery zaczęły się dymić jeden po drugim, pajęczyna kruszyć, a pająki eksplodować jak kukurydza na rozgrzanej blasze.

                            Ten pokaz magii mocno jednak nadwyrężył siły Nadii. Która zachwiała się lekko opierając ciałem o dymiący serwer.

                            Młoda wampirzyca rozejrzała się po pomieszczeniu, podeszła do Nadii.

                            - Musimy uciekać... - odparła słabiej - Mogę pomóc ci iść.
                            - Zaraz mi przejdzie… dziwne że w ogóle się udało. Ale pewnie te pająki i pajęczyny coś łączy… z serwerami i technologią. - odparła Nadia wstając i ruszając do drzwi.- Będzie dobrze… po prostu nigdy nie musiałam aż tak się wysilać.
                            - Co to było? - ruszyła za Nadią.
                            - Nie wiem… przypuszczam, że jakaś mistyczna pułapka zawieszona w pomieszczeniu przygotowana na tych którzy potrafią pokonać elektroniczne zabezpieczenia. - przyznała Nadia ruszając przodem i narzucając zarówno tempo jak i kierunek. Była to ta sama droga którą przebyły, więc nie było dla Ann problemem zorientować się gdzie były i gdzie mają iść. - Coś mistycznego z wilkołaczego folkloru. Rękawica wydawała się słaba w tym pomieszczeniu więc… możliwe że nasze działania przyciągnęły uwagę istot z innego świata.
                            - Jeden pająk mnie ugryzł, ale chyba nie wpuścił jadu... - westchnęła idąc z Nadią.
                            - Jeśli nic nie czujesz, to znaczy że nie ma problemu. - skomentowała Tremere bez cienia empatii w głosie.

                            - Czy Tremere na początku są wypierani z empatii? To klanowe?
                            |-- Uczucia zostaw śmiertelnym.- odparła krótko wampirzyca nie przejmując się przytykiem. Nagle się zatrzymała, Ann także. Korytarz przed nimi był wygaszony i pogrążony w półmroku, co jednak wcale nie nastrajało pozytywnie żadnej z nich. W owym półmroku ktoś szedł powoli i nonszalancko. Ann nie widziała jego twarzy, jedynie oczy błyszczące w ciemności garnitur i czerwony krawat . To jednak wystarczało… Ann widziała już takie spojrzenie i tak samo jak wtedy, zmieniała się z dumnego drapieżnika nocy w zastraszone zwierzę. Ten… osobnik spoglądał na nie jak Barabas wtedy… tylko był bardziej poirytowany. Na szczęście dla Ann, Nadia chyba poczuła się tak samo.

                            Ann cofnęła się lekko.

                            - Czym... to jest? - szepnęła do Nadii.
                            - Trupem…- syknęła gniewnie Tremere maskując strach i sięgając po pistolet maszynowy z dodatkiem po którym znów przeszły impulsy elektryczne, gdy zaczęła strzelać. I chybiać… w wąskim korytarzu, gdyż przeciwnik zwinnie unikał jej strzałów.
                            - Chodu… - szepnęła w końcu Nadia w panice, gdy ów przeciwnik zaczął przyspieszać by się do nich zbliżyć. A garnitur naprężał się, jakby na niego napierała rosnąca pod nim masa mięśni.

                            Nie trzeba było Ann powtarzać. Wraz z Nadią rzuciła się do ucieczki, nawet nie odwracając się, by zobaczyć, jak sobie radzi przeciwnik. Czasem tylko zerknęła na Tremere nie chcąc jej zostawiać.
                            Nadia pędziła wolniej, bo też przy okazji grzebała pospiesznie w plecaku licząc na to, że znajdzie w nim jakieś cudowne remedium na obecną sytuację, a tymczasem potwór w ludzkiej skórze zbliżał się niepokojąco szybko.

                            Ann wiedziała, że w arsenale wampirzych mocy nie może się niczym stricte ofensywnym pochwalić, więc bezpośredniej walki unikała... mogła jedynie tego potwora spróbować zdezorientować, oszukać...
                            Cień Ann oderwał się od niej, rozszerzając na całej posadzce i przylegych ścianach. Zaczął przypominać cienistą bestię o wielkiej paszczy z kłami, która trzymała ją otwartą na drodze biegnięcia potwora, niczym inny potwór gotowy pożreć ofiarę.
                            Istota została “pochłonięta” przez cień i szamotała się przy okazji rosnąc i stając się mniej humanoidalną. A potem… znikła! Tak po prostu.
                            Caitiffka nie chciała czekać.

                            - To ty zrobiłaś?! - krzyknęła przerażona, nie będąc pewna, czy uciekać do tyłu ciągle, czy do przodu…
                            |-- Nie… - odparła szybko Nadia ściskając coś w dłoni, wyraźnie przerażona. I pognała za Ann, gdy nagle ze ściany wyłoniła się olbrzymia porośnięta futrem humanoidalna bestia. Wilkołak o czarnym futrze i masie mięśni jak u niedźwiedzia. Gdzieś tam przy karku Ann dopatrzyła się resztek czerwonego krawata.

                            - Myślicie nieumarłe, że możecie uciec z mojego labiryntu? - warknął potwór, któremu daleko było do pogardliwego określenia… futrzak. Ann widziała zmieniające się gangrele, ale to coś… było znacznie bardziej przerażające.

                            Ann nawet nie próbowała ukryć przerażenia. Drżały jej dłonie, gdy cofała się, ciągnąc za sobą Nadię, a jej oczy wyrażały prymitywny strach zwierzęcia.

                            - Tak… - wyrwało się Tremere, a potem rzuciła tym co trzymała. Granat wybuchł… huk był głośny, a towarzyszył temu ostry przeszywający pisk. Od którego bolały uszy, szczególnie mocno dał się jednak we znaki wilkołakowi. Nadia chwyciła dłoń Ann i pociągnęła za sobą. Obie nie miały złudzeń. Ów granat hukowy nie mógł zaszkodzić tej masywnej maszynie do zabijania. Zyskały tylko trochę czasu.

                            Ann biegła z Nadią, przebiegając obok kolejnych drzwi, w które Ann chciała wbiec ze strachu. Musiała stąd się wydostać!
                            Słyszały za sobą ryk wściekłości i przez chwilę jego kroki. A potem… nic, co było najgorsze. Bo pewnie znów znikł, by pojawić się przed nimi niczym diabeł z pudełka. I tak się rzeczywiście stało…
                            Ale tym razem Tremere krzycząc głośno pociągnęła Ann za sobą i ślizgiem prześlizgnęła się pod nogami bestii. Caitiffka niestety poczuła jak jego pazury przejechały po jej boku i żebrach. Niemniej zaskoczony tym wyczynem wilkołak nie zdążył zareagować na ich wstawanie z podłogi i dalszą ucieczkę. Tremere rzucała zresztą co chwila kolejne granaty hukowe i dymne… licząc na wystarczającą dezorientację przeciwnika. Minęły recepcję i cóż… wyjście z tego piekielnego budynku było niemal na wyciągnięcie ręki… niemal.
                            Pazury wilkołaka... bolały. Naprawdę. Nie spowolniły rany tylko dlatego, że trening Garry'ego pomógł w umocnieniu woli... nie tylko ciała.
                            Przydało to się jej, bo cóż… obie wiedziały co się stanie. Potwór stanął przed nimi blokując im wyjście.

                            - Dość już tej zabawy nieumarłe. Jak któraś powie mi po co tu przyszłyście i co zrobiłyście to może nawet uda się jednej z was wyjść…- zaczął im grozić.
                            - Czy wiesz że tu wszystko jest zrobione z metalu? Ściany, sufit, podłoga? Wszystko obite materiałem przewodzącym prąd. Jak dla mnie…- pięść Nadii rozbłysła piorunami, gdy przerwała wywód potworowi. A następnie uderzyła nią podłogę rozprowadzając błyskawice po całym korytarzu i rażąc prądem zarówno wilkołaka, jak i Ann jak i siebie.-... głupota.

                            Atak ten zaskoczył potwora, ale Ann już mniej. A Nadia była przygotowana na spodziewany ból i szarpiąc za dłoń pociągnęła Ann za sobą ku drzwiom i po wyrwaniu się na zewnątrz szepnęła.

                            - Teraz nas ukryj. Nie wiem co to właściwie był za labirynt o którym on paplał ale wątpię by rozciągał się poza budynek badawczy.

                            Kolejne obrażenia nie poprawiły sytuacji. Zmęczona już Ann, pociągnęła Nadię w kierunku ukrytych w mroku krzaków.

                            - Całkowicie... Nieruchomo.

                            Cienie oplotły wampirzyce ukrywając je. Tremere mogła liczyć tylko na brak komplikacji, a sama Ann... zniknęła... bardziej niż Nosferatu?
                            Tymczasem ich prześladowca wypadł na zewnątrz i rozglądając się gniewnie… zaczął maleć i stawać się bardziej ludzki. Najwyraźniej miał jakiś powód, by nie szaleć w swojej potwornej postaci po kompleksie kopalni. Może się czegoś obawiał, może swoją obecność chciał zachować w tajemnicy, może… Cóż, jakieś powody pewnie miał. Nie było to tak ważne, jak to że chyba nie miał zamiaru się przykładać do ścigania ich poza swoim legowiskiem.
                            Potwór, obecnie w ludzkiej skórze, zaklął pod nosem. Rozejrzał się, zaczął węszyć i po chwili zawrócił.

                            - Ech… nie warto.- burknął pod nosem i zawrócił wchodząc z powrotem do budynku. Zapewne by ocenić zniszczenia dokonane przez Nadię.

                            Chwilę odczekała i poruszyła się chwytając Nadię za ramię i skulona szła w stronę ogrodzenia.
                            Najwyraźniej wilkołaki radziły sobie z odwracaniem uwagi (a może była to zasługa dywersji Nadii), bo obie wampirzyce dotarły bezpiecznie do dziury zrobionej wcześniej przez Tremere.

                            Ann przeszła przez dziurę, wyraźnie bledsza niż zazwyczaj i wciąż ranna.
                            Dotarły w końcu do miejsca z którego zaczęły misję, tam Nadia wykazała się dziwnym poczuciem wdzięczności. Pochwyciła Ann za włosy i przysunęła jej twarz do swojej szyi.

                            - Możesz trochę dziabnąć, wolałabym żebyś mi tu nie zemdlała.

                            To był... dylemat. Wiedziała już co robi picie krwi innego wampira, ale...

                            - Ale... - odezwała się zagubiona - Chyba nie powinnam…
                            - Wypij teraz, póki nad sobą panujesz. Zanim głód przebudzi w tobie bestię lub popadniesz w torpor. Mnie też to się nie podoba.- burknęła Tremere.- I nie licz, że wypijesz dużo. Nie jestem hojna.
                            - ...dziękuję. - po tych słowach wgryzła się w szyję Tremere. Nadia zamruczała jak kotka poddając się ukąszeniu i wijąc lekko. Nie puszczała jednak włosów Ann. Chciała pić dalej... ale część jej krzyknęła, by po chwili przestała. Z niechęcią odsunęła twarz od Nadii, wyciągając kły.
                            - Nie myśl, że kierowałam się jakąś wdzięcznością. Moje działania były przemyślane i całkowicie logiczne. Wolałam cię podkarmić teraz niż później rozwiązywać problem szajby która odbiłaby ci z powodu głodu.- mruknęła krótko Nadia. Westchnęła ciężko. - Czas na nas. Musimy odnaleźć Garry’ego i wilkołaki. A potem wrócić do domu. Wygląda na to że futrzaki nas okpiły. Ta akcja nie była warta magicznego przycisku do papieru i przysługi.
                            - Tam był jeden z nich.... - mruknęła - W co one pogrywają? Sprzeczki w rodzinie?
                            - Możliwe. W końcu nasza rodzina głównie się kłóci między sobą. Dlaczego futrzaki miałyby być lepsze od nas?- spytała retorycznie starsza z wampirzyc.
                            - I środowisko zaśmiecać? - zapytała - Mówiłaś o jakimś cierpieniu, eksperymentach…
                            - O Żmiju… sile zniszczenia… ech… teraz śmietnik to mam w głowie.- warknęła do siebie Nadia.

                            Writing is a socially acceptable form of schizophrenia.

                            1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                            0
                            • AbishaiA Niedostępny
                              AbishaiA Niedostępny
                              Abishai jako XXI
                              napisał(a) ostatnio edytowany przez JhnW
                              #30

                              Szybko ruszyły do Garry’ego i wilkołaków. Ann była skołowana wydarzeniami w jakich brała udział i… wampirzą krwią, której posmakowała. Krwią Kainity innego niż Cyril, ale równie słodką i równie uwodzicielską. A gdy dotarły na miejsce spotkania, obie zauważyły iż wilkołaki nosiły na ubraniach ślady szorstkiego traktowania przez ochronę. Rany na ich ciałach już się zagoiły, co świadczyło o tym, że te istoty potrafią szybko wylizać się z obrażeń. Możliwe, że nawet dosłownie.
                              Zauważyły też, że wilkołaki były lekko nerwowe, co niestety stało się kłopotliwe chwilę później.
                              Nadia bowiem była kiepskim materiałem na dyplomatkę, a Ann była w dość kiepskim stanie emocjonalnym, więc wszystko spadało na biednego Garry’ego.
                              A pytania caitiffki o wilkołaka, którego obie Kainitki spotkały na miejscu tylko podgrzały atmosferę. Futrzaki uniosły się gniewem i dość opryskliwie “wyjaśniły”, że to nie był prawdziwy szlachetny garou. Że to była abominacja… wypaczona przez Żmija wersja wilkołaka i w ogóle jakiekolwiek sugestie pokrewieństwa między Garou a tą kreaturą są dla nich obraźliwe.
                              Nadia zaś choć wydawała się być bardziej opanowana niż Ann, szybko zaczęła narzekać na to ile musiały przejść i jakie to zagrożenia musiały pokonać. A wszystko to po, by na końcu ujawnić fakt, iż nie była pewna czy jej pokaz elektryczny podczas walki z tym żmijowym pseudo-wilkołakiem nie zaszkodził plikom, które ukradła. Co prawda była niemal pewna, że jej sprzęt przygotowany na taką możliwość nie ucierpiał za bardzo, ale… zawsze istniała możliwość. I Tremere domagała się zapłaty za wysiłek, nawet jeśli pliki uległy uszkodzeniu.
                              A wilkołaki, jakoś nie chciały płacić za zepsuty towar. Co oczywiście irytowało Nadię, która dawała upust swojemu gniewowi za pomocą sarkastycznych uwag i złośliwości. Garou zaś nie zważały na jej płeć i odpowiadały jej pięknym za nadobne. Póki co werbalnie, ale jeśli sytuacja miałaby się zaognić…

                              … Na szczęście Garry’emu udało się namówić wszystkich do kompromisu. Wilkołaki otrzymali dane i nawet jeśli nie nadają się do odczytania, zapłacą za sabotaż wrogiej placówki. Mniej niż za kradzież, ale zawsze to coś. Wypłata zaś miała się odbyć następnej nocy. Ufff… Gangrel z ulgą przyjął koniec negocjacji i obie grupy mogły się rozjechać do domów. W samą porę, bo noc już się powoli kończyła.

                              Ann trafiła do willi Blake’a. Toreador już tam na nią czekał z kieliszkiem krwi. I tu wreszcie Ann mogła zrzucić z siebie cały bagaż emocji i wyżalić się.
                              William zareagował zrozumieniem na jej zachowanie. Pozwolił się wypłakać wtulonej w ramię, wysłuchał jej pretensji do świata i Cyrila, jej tęsknot za starym Tremere… wszystkiego. Toreador był cierpliwy i spokojny i chyba miał dużo doświadczenia w tej roli. Niewiele się odzywał, a jeśli już to po to, by ją pocieszyć. Wszak jutro będzie kolejna noc, jutro wszystko może się odmienić, jutro…

                              … jutro nadeszło po ciężkim koszmarze. Labiryncie po którym błąkała się Ann uciekając przed Bestią. Włochatą, olbrzymią, ociekając krwią której krople spływały po pazurach i kłach. Trochę ludzką, bardzo zwierzęcą… zdecydowanie nieludzką. Ann kulała, jej ciało spływało krwią i było kłębkiem strachu i bólu. Tu w labiryncie koszmarów nie była niepokonanym drapieżnikiem nocy. Tu jej rany się nie goiły, tu cienie były kolejnym wrogiem, a nie sojusznikiem. Tu… była tą samą zastraszoną dziewczyną, którą Sabat zabił, by przemienić w wampira. Jaki był tego cel? Ann nigdy się nie dowiedziała, chyba nawet nie chciała wiedzieć. Cokolwiek Sabat planował względem Ann, nigdy się nie ziściło. Koteria wampirów wiernych Maskaradzie wtargnęła przypadkiem i zrobiła to co zwykło się czynić w takich sytuacjach. Wszczęła walkę zakłócając plany Sabatu i dając szansę ucieczki skołowanej Ann. Tu takiej szansy nie było, tu w labiryntach koszmaru dla niej było ucieczki. Bo kot nie ścigał, a bawił się z myszką. Śmierć, bolesna brutalna i krwawa, była tylko kwestią czasu.

                              … Jutro było ciężkim przebudzeniem. Ann nie miała dobrych przeczuć dotyczących tej nocy.

                              I była głodna. Bardzo głodna. Instynkt popchnął ją do lodówki, a głód zmusił do pochłania zawartości kolejnych woreczków z krwią. Raz po raz. Nic innego się nie liczyło. Nawet Cyril.
                              Tylko głód.

                              William przyjął to ze zrozumieniem, gdy przyłapał ją na pustoszeniu jego zapasów.

                              - Trzeba będzie zamówić u Clyde’a kilka woreczków.- skomentował ten widok. A potem telefon zadzwonił i Blake udał się by odebrać zostawiając Ann sam na sam z głodem i krwawą przekąską.
                              - Cyril dzwoni… i chce z tobą rozmawiać. - te słowa przerwały posilanie wampirzycy i wlały nieco nadziei w serce Ann. Może to będzie udana noc.

                              1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                              0
                              • ZellZ Online
                                ZellZ Online
                                Zell jako Ann Paige
                                Moderator Obsługa
                                napisał(a) ostatnio edytowany przez JhnW
                                #31


                                MIŁOŚĆ OBLANA CIENIEM


                                Szczęście nieśmiało wychyliło łeb. Ann szybko dopiła zawartość ostatniej paczuszki, zadowolona z pełnego brzuszka, a jeszcze bardziej z telefonu...

                                - Już, już! - ruszyła w kierunku, gdzie stało urządzenie komunikacyjne, wracając się tylko, aby byle szybciej wyrzucić torebkę.

                                I pobiec po tym do telefonu.

                                - Jestem już. - od razu zakomunikowała przez słuchawkę, trzymając ją w drżących dłoniach.
                                - Dobrze. Będę się streszczał. Za jakieś pół godziny wyjeżdżam ze Stillwater, przyjedź bym mógł zostawić ci wskazówki co do twojego pobytu w tym miejscu.- odparł beznamiętnie stary wampir.- Wolałbym uniknąć rozmowy na temat szczegółów przez telefon.

                                Więc jeszcze jest... Musi tam się pojawić!

                                - Zaraz będę! - rozłączyła się i zaraz wróciła do Williama.

                                - Pojedźmy do Róży, proszę, proszę. - spojrzała błagalnie jak szczeniak.
                                - Dam ci kluczyki, pod warunkiem że nie rozwalisz mi samochodu. Żadnego szarżowania na drodze. No i musisz wrócić tu na noc. Ja dziś nie planuję opuszczać domu.- zaproponował Blake popijając krew z kieliszka.
                                - Już motorem szarżowałam. Nie będę zbytnio samochodem. - obiecała... w ten dziwny sposób - Wrócę przed czwartą, jestem grzeczną dziewczynką.
                                - To jedź… i uważaj na siebie.- rzekł wampir i poszedł po kluczyki. I po chwili Ann mogła pojechać do swojego ukochanego.

                                Podróż Ann się ciągnęła, mimo że pewnie trwała kilka kilkanaście minut. Nauczona jednak poprzednią wpadką młoda wampirzyca nie szarżowała na drodze. W końcu dotarła do miejscowego elizjum, gdzie Larry i ochroniarz Cyrila rozmawiali przy kontuarze i byli to jedyni Kainici na sali. Miejscowych Ventrue nie było widać, ani właścicielki przybytku ani neofitki.

                                - Hej, Larry. - odezwała się do Brujah, podchodząc do wampirów i zapytała Gangrela - Cyril w pokoju, jak sądzę?
                                - Pakuje się chyba. - Larry potwierdził jej przypuszczenia, a Raze skinął głową zgadzając się z nim.
                                - Dzięki. - nie marnując czasu, ruszyła do pokoju Cyrila.


                                Larry miał rację, stary Tremere pakował walizki. Nie zwrócił większej uwagi na nią, gdy weszła po zapukaniu.
                                Sam pakował walizki... Ann uważała, że to dość śmieszne, choć nie uśmiechała się.

                                - Wzywałeś. - odezwała się, podchodząc bliżej Tremere.
                                - Tak. Wzywałem. - Cyril wyprostował się i spojrzał na swoją podopieczną. - Trochę tu posiedzisz. Przynajmniej z miesiąc lub dwa. Twój powrót byłby… niefortunny dla mnie.

                                Przymknęła oczy uspokajając myśli.

                                - Co się dzieje w Nowym Jorku?
                                - Ktoś morduje Kainitów w sposób bardzo pomysłowy. I z pewnych powodów ja jestem głównym podejrzanym. - burknął Cyril.
                                - Czemu mój powrót byłby niefortunny? - zaniepokoiła się.
                                - Twoja obecność narobiłaby mi mnóstwo kłopotów. Lepiej gdy przebywasz… tutaj. - stwierdził spokojnie Tremere nie przerywając pakowania. - W ten sposób nikt nie uważa, że… zabiłem resztę twojej koterii twoimi rękami.
                                - Chyba też giną ważniejsze wampiry? - zapytała.
                                - Też… w tym kilku moich wrogów, co czyni mnie jednym z głównych podejrzanych. A że mój primogen tylko czeka okazji, by zawiesić moją głowę jako trofeum nad kominkiem, planuję mu nie dawać takich okazji. - stwierdził z odrobiną sarkazmu Cyril.
                                - Jesteś na celowniku Szeryfa?
                                - Każdy jest na celowniku Szeryfa. - zaśmiał się chrapliwie Tremere.- Nie muszę czekać na oficjalne pismo od tego szczurka by wiedzieć co się dzieje pod stołem. Nie istniałbym tak długo na tym świecie, gdybym nie potrafił zawczasu wywęszyć kłopotów.

                                - Wykonałyśmy z Nadią misję dla Wilkołaków... - niepewnie rzekła - Choć chyba futrzaki nas w jakiejś rodzinnej grze wykorzystały.
                                - Ich kazirodcze związki mało mnie obchodzą. Dostałaś zapłatę?- zapytał wprost Cyril kończąc się pakować i zamykając walizkę.
                                - Jeszcze nie. Nie chcieli od razu, bez sprawdzenia plików. Nadia musiała na koniec wykorzystać elektryczność, abyśmy się wydostały z miejsca... - zmarszczyła brwi - Tam był czarny wilkołak. Mówił, że to miejsce to jego Labirynt. - spojrzała uważnie na Tremere - Futrzaki mówią, że nie jest jak one. Wręcz były wściekłe, że o nim wspomniałyśmy, jakby był jednym z nich. Czy masz przypuszczenia czym on mógł być?
                                - Dla wilkołaków ważne są miejsca mocy… zwą je caernami. Przynajmniej tak w Europie je zwały. To ich siedziby, często obudowane labiryntem ścieżek i dróżek mających zmylić magów poszukujących potęgi. - odparł beznamiętnie Cyril. - Możliwe, że to właśnie caern tam jest. Dla nas Kainitów jest jednak bezwartościowy.
                                - Ten Wilkołak miał być wedle nich od Wyrma... ale wilki zwalczają Wyrma, przecież.
                                - Słuchaj moja droga.- odpowiedział z lekkim zniecierpliwieniem Cyril. - Wilkołaki to banda dzikusów które zostały obdarzone mocą. Mocą której nie pojmują, więc jak każda banda prymitywów dobudowali do tego folkor mający wyjaśnić ich bestię oraz dodać ich zmaganiom z własnym potworem szlachetne wytłumaczenie, oraz… nadać ich życiu sens oraz heroiczną misję. Ja osobiście zawsze uważałem je za istoty niewarte uwagi. Ten cały wyrm to prostu dopisanie osobowości bezosobowym siłom. Wyrm to Entropia, Tkaczka to Dynamika, a Gaia to Statyka. Trzy siły kształtujące świat… Wilkołaki opowiadają bajki dla dzieci i tylko dzieci mogłyby w to uwierzyć. Chcesz poznać szczegóły to ich pytaj. Ja nie marnowałem czasu na ich bzdety za życia i nie widzę powodu na marnowanie go po śmierci.
                                - Niezależnie jak wielkim dzikusem był ten czarny... Prawie się wykrwawiłam przez niego. - westchnęła - Na szczęście Nadia pomogła, bym do reszty wilków nie poszła oszalała z głodu.
                                - Jeśli ci tak zależy, pozwalam ci się zemścić na tym czarnym wilkołaku i go zabić. - łaskawie stwierdził Cyril nie poświęcając wielkiej uwagi kwestii pomocy od Nadii.

                                Może to i lepiej, że nie drążył...

                                - Czy... masz dla mnie jakieś polecenia poza siedzeniem tu?
                                - A tak… kilka. Ponoć ma się zjawić tu mag. U Williama. Obserwuj go i spróbuj zapamiętać co robi. Zapisuj jego czarowanie. Może uda się jakieś sekrety u niego wypatrzyć.- zaczął Cyril namyślając się wyraźnie.
                                - Byłoby łatwiej, gdybym choć ciutek wiedziała o okulcie... - nieśmiale zasugerowała.
                                - Cokolwiek bym ci powiedział i tak by nie miało znaczenia. Magyia, którą ja znałem i widziałem… zmieniła się znacznie przez te wieki. A ja sam nie mam kontaktów wśród magów. - wzruszył ramionami Cyril i zamyślił się.- Co wiesz o tym całym zabójstwie czy też porwaniu Giovanniego?
                                - Na jego szczątki nie trafiliśmy, ale na grasującą w okolicy bestię z innych wymiarów... Bariery w szpitalu psychiatrycznym padły i w trakcie pełni można wejść do tych miejsc... i pewnie w nich się zagubić. Czas i przestrzeń tam są... nieobliczalne. Różne stwory się wydostają teraz…
                                - Giovanni zdaje się nie kupować tej bajeczki i ja osobiście też nie. - stwierdził Cyril z cynicznym uśmieszkiem. - Owszem, wiem o szpitalu. Ale jakoś nie wierzę, że potężny nekromanta dał się pokonać jakiemuś wynaturzeniu i potulnie tam zaciągnąć. Coś tu śmierdzi…- po czym wzruszył ramionami. - ...tak czy siak, zakręć się wokół tego Giovanni, bądź przydatna i miej oczy otwarte. Może czegoś się dowiesz, a i może zyskasz jakąś przysługę od tego klanu do wykorzystania w przyszłości. Warto mieć dług wdzięczności u nich.

                                "Warto żebym ja miała czy ty przeze mnie?"

                                - Tak zrobię.
                                - Dobrze. Poza tym bądź czujna. Co prawda ów tajemniczy zabójca nadal działa tylko w Nowym Jorku i nie podążył za tobą, ale zawsze może zmienić zdanie. - odparł Cyril pocierając podbródek. - A Nadia dostanie podopiecznego.
                                - Charliego? - zapytała - Jeżeli to ten Panders, to ona złością wysadzi Stillwater....
                                - To już nie nasz problem. Tylko naszego Primogena.- zaśmiał się złośliwie Cyril i wzruszył ramionami. - Nadia dużo szczeka, ale nie gryzie aż tak często.

                                - Jeżeli chodzi o jedną kwestię... - spięła się w sobie - Skoro już wyjeżdżasz... a ja mam tu zostać.. długo... - spojrzała Cyrilowi w oczy, błagalnie - Czy możesz teraz... mnie nakarmić...?
                                - Nie. Twoja kara nie minęła. Przyślę ci fiolkę, gdy minie. - odparł zimno Tremere.

                                Wampirzyca czuła się, jakby została rozbita na kawałki.

                                - A... ale... - zagubiła się w słowach - Wtedy... Zapomniałam się... Ciężko znosiłam co mówili o tobie, panie... - powoli padła na kolana - Błagam... Nie zabraniaj mi...
                                - Nie dramatyzuj. Otrzymasz fiolkę wkrótce. Nie jest ci potrzebna do życia.- odparł spokojnie Cyril.

                                Ann wstała wpatrzona w podłogę.

                                - Czemu...? - szepnęła - Tak byłoby lepiej... Teraz dostać…
                                - Powinnaś się nauczyć wstrzemięźliwości i cierpliwości. - stwierdził spokojnie Cyril i dodał. - Poza tym… nie mam teraz czasu na zabawę w pojenie, muszę wyruszyć jak najszybciej jeśli chcę dotrzeć do miasta przed porankiem.

                                Nie odpowiedziała, z bólem próbując się pogodzić ze swoim losem.... Czy nie spodziewała się tego?
                                Tremere wziął walizkę i minął wampirzycę ruszając do drzwi.

                                - Pewnie wyślę paczkę za parę dni, albo zadzwonię.
                                - Dziękuję... - szepnęła idąc za Cyrilem.

                                "Teraz mówisz o wstrzemięźliwości i cierpliwości? W Nowym Jorku nie było to ważne?"

                                - Do zobaczenia. - to jeszcze usłyszała nim zamknął za sobą drzwi.


                                Ann chwilę stała wpatrzona w drzwi w osłupieniu. Uczucie znane z życia zaszczypało ją w oczy. Znowu ją zostawiał...
                                W Nowym Jorku było lepiej. Tam nie żałował krwi, karmił bardzo często. Wystarczyło być posłusznym, wykonywać polecenia... a czasem po prostu być w okolicy. Przez te wszystkie lata nie opuszczała Cyrila. Cztery dni pozostawienia to była największa trauma... a teraz?
                                Jak miała sobie radzić? Od odejścia zaczynała czuć się skołowana. Nie chciała tej rozłąki, niczym nie zawiniła!

                                Jest beznadziejnie uzależniona... do czego umyślnie doprowadził ją Cyril.

                                Ann opuściła pokój i widząc Tremere na końcu korytarza, skierowała się do głównej sali. Patrzyła w podłogę, przypominając postawą i bólem w spojrzeniu skopanego szczeniaka.
                                Szczenię kundla...


                                Larry siedział przy barze obojętnym spojrzeniem “eskortując” Gangrela i Tremere udających się do wyjścia. Nie zauważył załamanej Ann, a jeśli nawet, to najwyraźniej mało go to obchodziło. Sam w dość wesołym nastroju.

                                - Co jest powodem twojej wesołości i czy dasz jej trochę? - odezwała się Ann, gdy usiadła obok Brujah.
                                - Giovanni są… będzie ciekawie podczas najbliższych nocy. A czemu ty jesteś taka przybita? Miałaś ostrą akcję wczoraj. Powinnaś być zadowolona.- odparł Brujah przyglądając się Ann.
                                - Nawet nie wiesz jak ostrą... - mruknęła - Gdy wilkołak atakuje z zaskoczenia ze ścian w labiryncie, przestajesz się czuć jak potężny drapieżca, a raczej bliżej ci ofiary. - warknęła bezsilnie.
                                - Chcesz się założyć o to ? - uśmiechnął się bezczelnie Larry odsłaniając kły. - Ja się tam żadnego wilkołaka nie boję. I im groźniejszy wróg tym lepiej.

                                Po czym uderzył mocno plecy Ann klepiąc ją przyjacielsko. - Poza tym, tym bardziej powinnaś się cieszyć i świętować, wyszłaś z tego cała i zdrowa.

                                - W sumie... To nie było najgorsze. - zerknęła w stronę drzwi ze smutkiem - Czy Nadia ma dostać Pandersa pod swoje skrzydła?
                                - Tak słyszałem. I jest z tego powodu wkurzona.- zaśmiał się Larry i zauważywszy jej spojrzenie spytał. - A tobie co?
                                - Ty chcesz wrócić do Nowego Jorku. Ja też. - oparła policzek na dłoni - Tam było... inaczej. Tu... - przetarła oczy - Nieważne. - machnęła ręką - Ciężko zająć myśli, aby nie tęskniły.
                                - Wiesz… przyznaję że nie jestem najbystrzejszym pisklakiem w kurniku, ale… - zamyślił się Kainita dodając.- ... potrafię dostrzec, gdy ktoś kręci… zamiast powiedzieć wprost w czym problem.

                                Ann zastanawiała się, jak ubrać to w słowa.

                                - Tęsknię za pobytem w Nowym Jorku, a mówiąc szczegółowo - za pobytem przy Cyrilu Sauvetiirze, a ten jego pobyt teraz w Stillwater... nie wpłynęły dobrze na nastrój, nasze relacje.
                                - Tremere z natury nie są towarzyskimi stworami, więc…- zadumał się Brujah. -... jakoś nie wyobrażam sobie waszych towarzyskich relacji tam w Nowym Jorku. Siedzieliście przy kominku i opowiadaliście ploteczki?
                                - Opiekuje się mną. Nie plotkujemy. - uśmiechnęła się półgębkiem - Ale sama jego obecność, możliwość przebywania obok…
                                - Więź krwi… każdy przez to przechodził. Z czasem dojrzeje, jak to bywa z miłostkami.- znów przyjacielsko poklepał Ann po plecach. - Zobaczysz.

                                Skierowała spojrzenie na oczy Larry'ego.

                                - Sądzisz, że Nadia wybuchnie bibliotekę ze złości, czy jest szansa, że przetrwam, jeżeli do niej pójdę?
                                - Cóż… Nadia to furiatka, ale wyładowuje swój gniew na tym kto ją wkurzy. Unika postronnych ofiar, a teraz chyba jest cięta albo na primogena Nowego Jorku, albo na naszego księcia, więc… może unikniesz ciosów .- ocenił Brujah uśmiechając się szczerze.
                                - W najgorszym wypadku usłyszysz wybuch lub padnie elektryczność w całym Stillwater. - uniosła się z siedzenia - Mój motor przeżyje?
                                - Dziś go ci odwiozę do siedziby Blake’a… ale wpierw będę niańczył Giovanniego. Smith ma sprawy do załatwienia, a nie chce zostawiać nekromanty samego w kostnicy. Na wypadek gdyby ten postanowił odegrać u nas Świt żywych trupów. - zaśmiał się chrapliwie Brujah.
                                - Co mu wpadło do głowy, by Giovanniego do kostnicy dać? On nie zrobi świtu żywych trupów, tylko porno z żywymi trupami…
                                - Ich klan jest wkurzony tą sytuacją. Typek który jechał z limuzyną nie był pierwszym lepszym sztywniakiem z ich rodziny. To była szyszka z Europy, która przyjechała w ważnej sprawie do Ameryki. Ktoś wysoko postawiony w ich rodzinie…- wyszeptał cicho Larry nachylając się ku Ann. - Ci z Włoch mocno cisną na rozwiązanie sprawy, więc miejscowi są pod presją i naciskają nas.
                                - A tak szczerze... - oparła się o kontuar - Jak masz upewnić się, że sztywniak nie przekroczy linii, sam jej nie przekraczając? Raczej uszkodzenie go czy urażenie nie wchodzi w rachubę…
                                - Doprawdy? A pamiętasz za co tu mnie zesłano? Jestem postrzeleniem, który łatwo wpada w szał. - odparł drapieżnie się uśmiechając Larry. - Może mi odbić i mogę zrobić coś nieracjonalnego. I z pewnością ten nekromanta o tym… wie.

                                Teraz to Ann poklepała Larry'ego po plecach.

                                - Więc dobrej zabawy wariacie. - uśmiechnęła się - Idę do biblioteki rozluźnić swoje nerwy i obejrzeć spektakl. W roli głównej: Nadia.
                                - Powodzenia. Zostawić ci jakiegoś zombiaka do zabicia? Żywe trupy to jednak niezbyt ekscytujący przeciwnik. Chyba że idą dziesiątkami.- zażartował Brujah.

                                - Wejść. - krótkie i szorstkie słowo po zaanonsowaniu się przy drzwiach. Blokada ustąpiła, Ann mogła wejść i zejść do siedziby Nadii. Wampirzyca jak zwykle siedziała za biurkiem otoczona ekranami na których to toczyła samotną walkę z szeregami cyfr próbując rozgryźć ukryte w nich sekrety.
                                - Czemu zawdzięczam tą wizytę?- zapytała nie spoglądając na Ann.
                                - A więc Charlie był powodem twojej złości, gdy rozmawiałaś przez telefon. - wprost powiedziała.
                                - Mhmm… wepchnęli tego Pandersa do mojego klanu. Jako… własność, podwładnego. Na szczęście Augusto nie był na tyle głupi, by uczynić tego pomiota Sabatu jednym z Tremere. - wysyczała gniewnie Nadia i westchnęła. - No cóż, trzeba będzie jakoś z tym żyć.
                                - Ale przecież... Skoro umie magię... To jakby jest... Tremere? - powiedziała niepewnie.
                                - Nie. Nie jest! - wrzasnęła Nadia odrywając się od obliczeń i wstając.- Opanowanie dyscypliny nie czyni członkiem Klanu. To wymaga przygotowań, poznania natury Rodziny, historii i filozofii… Taumaturgię można poznać niezależnie, jak każdą inną dyscyplinę. Aby dołączyć do Klanu, trzeba czegoś więcej. I ten… parias, ta pijacka parodia zrobiona przez Sabat dla draki. Kpiny z Tremere nie jest i nie będzie pełnoprawnym członkiem klanu!
                                - Nawet przygotowywany i planowany wampir może zostać zniszczony już na starcie, jako nienadający się. - mruknęła - On nie został. Czemu nie wykorzystać okazji i nie poddać go testowi? Jeżeli jest porażką to padnie jak każda porażka, jeżeli zda... można otrzymać wartościowego wampira do wykorzystania nawet.
                                - Takie myślenie jest porażką Ann. Branie takich szans od losu i sądzenie, że wszystko wyjdzie dobrze na końcu. Że każde wyjście będzie jeśli nie sukcesem, to przynajmniej nie skończy się porażką.- odparła butnie Nadia i machnęła ręką. - Ale rzecz w tym, że przypadek to chaos… a chaos kończy się rewoltą… i to krwawą. Tremere wszystko planują, dokładnie odmierzają każdy krok. Nie ma tu miejsca na przypadek. Jest tylko ściśle określony porządek.

                                Ann patrzyła w milczeniu na Nadię nim rzekła.

                                - Ty... Boisz się.
                                - Ja widziałam rewolucję, widziałam chaos… ledwie go przeżyłam. Tak. Boję się.- burknęła Nadia. - Bo widziałam co jest na końcu chaosu. Ty zaś nie.
                                - Zostawianie niepewnego elementu samemu sobie w niczym nie pomoże. Naucz go porządku, dyscypliny. Nie zostawiaj skołowanego zdziczałego psa bez ukierunkowania.
                                - Augusto podrzucił mi go, więc to właśnie zrobię. - stwierdziła beznamiętnie Nadia uspokajając się. - Nauczy się swojej roli w społeczeństwie i w Klanie, pozna zasady Maskarady. I nic więcej nie zamierzam go uczyć. Może być kolejnym bezpańskim psem na usługach Tremere, żywym dopóki posłusznym. Jeśli uznam, że łamie Maskaradę, występuje przeciw memu Klanowi… jeśli uznam że szpieguje dla Sabatu, jest martwy. Primogen zlecił mi zadanie i nie mogę się z niego wymigać.
                                - Według mnie to marnowanie okazji dla siebie. - pokręciła głową - Oddawanie bez walki możliwego assetu, dla kogoś innego do skorzystania na twojej pracy, zamiast móc go wykorzystać w razie potrzeby.
                                - Jesteś przecież zabawką Cyrila, a dziwi cię to zachowanie? Jesteśmy bardzo egocentryczni i potęgę zachowujemy dla siebie niechętnie się nią dzieląc z kimkolwiek. Ten Panders zaś jest zbyt chaotyczny i zbyt…- machnęła reką.- … to alkoholik. Z tego co wiem, może jedynie pić krew pijaczków. To… wyjątkowe marnowanie potencjału.
                                - Dziwi, bo nie chcesz wykorzystać okazji, jaka może zwiększyć twoją siłę. - złożyła ręce za sobą - Mogę być zabawką Cyrila, ale sądzisz, że gdyby on nie miał przed oczami interesu w opiekowaniu się mną, to byśmy rozmawiały? I w przeciwieństwie do Charliego, ja nie szczycę się dyscypliną Tremere.
                                - Bo żadnej nie znasz na szczęście. - odparła Tremere ironicznie i zaczęła się bardziej przyglądać Ann w zamyśleniu. - To… ciekawe. Zastanawiałaś się może ile twoich słów pochodzi od twojego śmiertelnego charakteru, a przez ile z nich przemawia Lasombra, który cię stworzył?
                                - Do czego zmierzasz? - zapytała ostrożnie.
                                - Do tego… że to twoje kombinowanie pasuje do tego Klanu. Lasombry to żmije syczące do ucha silniejszym od siebie i manipulujące innymi zza ich pleców. To nie są osoby siedzące na tronie, to osoby stojące tuż za tronem. Doradzające i dążące do potęgi poprzez pociąganie za sznurki z cienia. - wzruszyła ramionami Nadia.- Oczywiście nie znasz swojego twórcy, ale jego krew płynie w tobie i objawia się nie tylko przez samą dyscyplinę, którą opanowałaś. Ma subtelny wpływ na twoją psyche.
                                - Interesuję się losem Pandersa na tyle, że sama chciałam mieć kogoś, kto by mnie poprowadził, a jego wiedzy o Stwórcy... Tak, zazdroszczę. - skrzywiła się - Chciałabym znać pysk tego, którego nienawidzę najbardziej. - spojrzała na twarz Nadii - Cyril mówił mi o interesach wśród Kainitów. Tak, to mógłby być też i dla mnie, mieć kogoś z Klanu po swojej stronie, ale wiem, że to samo musi się tobie opłacać. Temu pokazuję ci co zyskałabyś.
                                - Jesteś w Stillwater, Klany są daleko, my blisko. Tutaj wszyscy jesteśmy po jednej stronie,bo nikt inny nie będzie pilnować naszych pleców. Więc…- wzruszyła ramionami wkładając ręce w kieszenie.-... zresztą, no… Nie zostawiłam cię w laboratorium, prawda? Pilnowałyśmy się tam nawzajem. A już na pewno Garry i William dbają o ciebie.

                                Młoda kainitka uśmiechnęła się półgębkiem.

                                - Nie zostanę tu na zawsze, wątpię byś ty także pragnęła zostać. Nie jestem tak naiwna, aby sądzić, że wszyscy ze Stillwater zachowywaliby się tak samo w Wielkim Jabłku. Straciłam Koterię, a niezależnie od moich niechęci do nich... jednak byłam jakąś jej częścią. - skrzywiła się - A szczególnie starsze wampiry najchętniej by pozbyły się każdego kundla, do czego przykładają się milczącym przyzwoleniem na agresję względem Cienkokrwistych i Bezklanowych, sami chętnie wbijając nóż w plecy niegroźnym sobie wyrzutkom. Cyril chroni swoim wpływem, ale oczekuje, że na co dzień sama ogarnę przetrwanie. - założyła ręce na piersi - Sojusznicy są na wagę złota, szczególnie ci mogący być ciebie bliżej niż na wyżynach społecznych, do których nie masz dojścia. Inne priorytety są na górze, ważniejsze od problemów gruntu.

                                W odpowiedzi na to Tremere zaśmiała się sarkastycznie i rzekła. - Ty możesz wrócić do Nowego Jorku, ja mogę zostać zastąpiona w Stillwater przez innego członka klanu, ale ten… Charlie… on jest uwięziony w tym mieście do końca swojego nieżycia. To część umowy zawartej między Augusto a Smithem. Charlie nie może opuścić tej domeny. Więc jeśli chcesz skompletować tam nową koterię to nie masz co brać tego… Pandersa pod uwagę.
                                Ann przewróciła oczami.

                                - To niech przynajmniej będzie przydatny w Stillwater, żebyśmy nie musiały iść same znowu przeciw jakimś wilkołakom, tylko mogły postawić przed siebie mały bezpłatny koksownik.
                                - Uważasz, że zabiję tego eks-sabatnika przy najbliższej okazji? - zapytała Nadia z nutką zaciekawienia w głosie.
                                - Uważam, że polecenia od Augusto powinny cię zatrzymać, ale... Wypadki się zdarzają, każdy zdaje sobie z tego sprawę. - odparła lekko.
                                - Może innym się zdarzają. Nie mnie. Ja nie naginam zasad dla swojej korzyści, nie oszukuję i nie kombinuję. - odparła spokojnie i chłodno Nadia. - Od takiego naciągania reguł biorą się kłopoty i rewolucje. Jeśli nie szanujesz zasad, to nie masz problemu z ich złamaniem później. To jak próchnica… zaczyna się delikatnie, a potem… zniszczenia są nieodwracalne.
                                - A co z działaniami w afekcie? Traumy z przeszłości mogą do nich doprowadzić, Nadia.
                                - Jeśli nie potrafisz nad sobą zapanować to cóż… to twój problem. Ja doskonale panuję nad swoją bestią i umysłem i lękiem. Jestem wojowniczką mojego klanu. Nawet jeśli na taką nie wyglądam.- odparła z krzywym uśmieszkiem Nadia.- Nie przypisuj swoich słabości i lęków mnie.

                                - Och, czyli... Poszłabyś ze mną ubić tego wilkołaka, wojowniczko? - Ann wydawała się... zadowolona z tej opcji.
                                - Nie… wilkołacza indoktrynacja już ze mnie wyparowała. Nie mam interesu w zabiciu tego wilkołaka. - wzruszyła ramionami Nadia.

                                Ann nie była z tych słów zadowolona.

                                - Skoro ten Charlie to taki problem, to po co w ogóle go chciano tu?
                                - Spytaj naszego Księcia, albo Williama. Ja go tu nie chciałam. - stwierdziła ironicznie Tremere.
                                - Ale twój Regent się zgodził. Czemu?
                                - Spytaj Cyrila, to on negocjował. - wzruszyła ramionami Nadia.
                                - Gdzie jest ten Charlie w ogóle teraz?
                                - Lukrecja z Joshuą kończą go urabiać w hotelu. Póki co, nikt nie ma dostępu poza nimi. I Williamem. - zadumała się Nadia.- Pewnie wkrótce zostanie oficjalnie przedstawiony i przekazany mi.
                                - To będzie warte obejrzenia, gdy go utulisz jak niania. - zaśmiała się pod nosem.
                                - Niech cię fantazja nie ponosi. Nawet za życia nie byłam milutka.- odparła cierpko Nadia.
                                - Nie sądziłam, że znajdę kogoś, kto przebije Cyrila w byciu nudnym. - mimo słów przyjaźnie i łagodnie na Nadię patrzyła.
                                - Jeszcze za krótko nie żyjesz… - odparła obojętnym tonem Nadia.

                                - Ach, zapomniałabym. - rozejrzała się po pokoju - Masz w tej bibliotece jakieś książki okultystyczne?
                                - Hmm? Oczywiście, że mam. A po co ci one? - zapytała wampirzyca.
                                - Chciałabym zapoznać się z podstawami... nie z magią, na co mi to, ale podstawowymi zagadnieniami.

                                Nadia spojrzała na Ann zdziwiona i po chwili wybuchła śmiechem.

                                - Ty chyba nie sądziłaś, że dostaniesz coś dotyczącego prawdziwej magyi, co? Nie, nie, nie… jedynie co mogę ci dać, to te okultystyczne bzdety wypisane przez śmiertelników.
                                - Mówiłam, nie magia. Coś o... wampirach. Tylko śmiertelni... to śmieszne źródło.
                                - Dostaniesz kroniki Caina. Dobra lektura dla młodych Kainitów. - stwierdziła po namyśle Nadia i udała się w głąb biblioteki przekazując caitifce.- Zostań tu i NICZEGO nie dotykaj.

                                Ann grzecznie niczego nie dotykała, ale jednocześnie uważnie oglądała co Nadia ma w swojej jaskini.
                                Wkrótce Nadia wróciła z grubym i ciężkim tomem z mosiężnymi okuciami. Księga nie była podpisana.

                                - Oto kronika Caina. Jedne z najstarszych i najważniejszych tekstów. Mogą być trochę ciężkie dla nie wyrafinowanych umysłów. - rzekła ironicznie wampirzyca wciskając w ręce Ann ową księgę.

                                Caitiffka była bardzo zadowolona. Posiadane przez nią informacje pochodziły z zasłyszanych urywków rozmów, strzępów zdań, domysłów... Niektóre z nich mogły być błędne, a część fałszywa. Czasem Bezklanowca umyślnie karmiono fałszem dla zabawy. Ann przestała pytać, gdy zrozumiała jaką zabawę ma z tego jej Koteria.

                                - Dzięki. - uśmiechnęła się do Nadii, nie reagując na zaczepkę - Cyril może i jest dobrym nauczycielem dla Tremere, ale nie ma ochoty tłumaczyć nic kundlowi. - wzruszyła ramionami bez jakiegoś przejęcia czy zaskoczenia.
                                - Kronika nie przydaje się na ulicy. - wzruszyła ramionami Nadia.
                                - Mhm... - Ann zagapiła się dłużej na Nadię - Ale głupio nie wiedzieć niczego... eee... no, o wampirach. - na chwilę straciła wątek.
                                - Młodzi nieszczególnie interesują się historią. Dla nich Kain to bajka, a Przedpotowcy to potworki którymi straszy się małe wampirki.- oceniła melancholijnie Nadia nieświadoma zerkania Ann.
                                - Em... No tak, tak. Camarilla zaprzecza bajkom. - uśmiechnęła się nerwowo i przeczesała palcami włosy, patrząc na szyję Nadii.
                                - Nie. Nie zaprzecza .- zamyślła się tymczasem Tremere.- Po prostu… nie zajmuje się tym. Nie miej złudzeń, większość Primogenów drży na myśl o tym że któryś się z nich przebudzi, ale na co dzień…- westchnęła głośno. - Na co dzień są przepychanki polityczne, interesy, intrygi, plotki. Na co dzień zapominamy o tym co nad nami ciąży i wolimy być… jak ludzie.
                                - A czy... Jest tu też o Klanach? - zapytała podchodząc pół kroku - Bo... Najwyraźniej jest więcej Klanów niż myślałam... I wedle Księcia jest idealistycznym Brujah... To też się dzieje?
                                - Nie daj się nabierać na propagandę. Klan jest taki jaki jego primogen… - machnęła ręką Nadia. - To on nadaje mu kształt w domenie, to on trzyma wszystkich podległych mu Kainitów za metaforyczne jaja. Brujah mogą się uważać za idealistów, ale ci z Nowego Jorku to banda najemnych zbirów i rasistów, bo taki jest Groza, a u nas to fani łomotu, bo taki jest Larry.
                                - A wiesz czemu Larry... znaczy, co mu zrobił Książę Smith, że go do parteru przytrzymuje?
                                - Sprał go na kwaśne jabłko. Smith go powalił w walce wręcz i sprał tak mocno, że do trumny wciągano jeden wielki krwawiący kawał brujahowego mięsa. Joshua jest po prostu silniejszy od Larry’ego. - zaśmiała się Nadia i dodała. - Niestety ja tego nie widziałam. Lukrecja mi opowiedziała.
                                - To musiało być nowe, szokujące doświadczenie dla Larry'ego. - zamilkła na moment - Masz Potomka?
                                - Nie. Nie planuję też mieć. - odparła stanowczo Kainitka.- Potomkowie to wrzód na tyłku najczęściej.
                                - Starsi chyba lubią mieć wrzody na tyłkach, skoro robią.
                                - Potomek to przywilej od Księcia. Najpierw trzeba uprosić miejscowego władcę o pozwolenie na zyskanie go. Potem trzeba go wybrać i… pamiętaj że mówisz o starszych. Jeśli wybrali jednego potomka raz na 30 czy 40 lat, to wcale nie jest tak dużo.- wyjaśniła Nadia.

                                - Nadia... - zamilkła zbierając słowa - Wiesz... Muszę powiedzieć... - zamknęła oczy - Ładna jesteś.
                                - Ty też… na swój sposób. Nawet atrakcyjna, obiektywnie mówiąc. Niemniej przeze mnie przemawia mój gust estetyczny. A przez ciebie moja wypita krew. To ci minie za kilka nocy.- odparła niewzruszonym tonem Nadia. - Nie martw się tym.
                                - Tak, tak, tak. - potrząsnęła głową - Wszystko dobrze.
                                - Jeśli chcesz tu zaczekać aż Garry się odezwie w kwestii zapłaty od wilkołaków to mogę znaleźć ci cichy kąt do czytania.- zaproponowała Nadia.
                                - Muszę odwieźć samochód do Williama, aleeee jest czas.
                                - Rozumiem. - skinęła głową Nadia i dodała. - Ja, jeśli pozwolisz, wrócę do moich obliczeń.
                                - Aha. Tak. Jasne. - uśmiechnęła się przytulając do siebie księgę.


                                Ann usiadła w kącie biblioteki, wbita pomiędzy dwa regały, zapłoniona nimi przed wzrokiem osób “z zewnątrz”. Świetlówki oświetlały wampirzycę lekturę, która była jak Nadia mówiła - wymagająca. Bezklanowa z zaskoczeniem zrozumiała, że Tremere nie była złośliwa mówiąc o trudności, czego oczekiwała po niej. Ann musiała korzystać z pomocy w zrozumieniu tekstu przetłumaczonego z łaciny, nie idealnie, gdzie nikt nie trudził się załączeniem oryginału niektórych fragmentów. Szkolna znajomość łaciny nie pomagała, jak by tego wampirzyca chciała, niestety.

                                Minęła chyba z godzina lub dwie poświęcona na mozolne przedzieranie się przez tekst napisany w staroangielskim pełnym zwrotów i słów wymagających od Ann zerkania do słownika ze smartfona. Minęła więc wieczność zanim ów smartfon zadzwonił.

                                - Tak? - zapytała odbierając szybko.
                                - Hej… tu Garry. Masz chwilkę by tu do mnie wpaść? Wilkołaki przywiozły wasze fetysze. - usłyszała w odpowiedzi.
                                - Dobrze, jestem akurat teraz u Nadii, to się ruszę do ciebie. Pliki przetrwały?
                                - Chyba w zadowalającym stopniu. Oni nie mówili nic na ten temat. Ja nie naciskałem.- wyjaśnił Garry. - Daj jej znać, skoro jesteś u niej, ok?
                                - Jasne, zaraz będziemy.


                                Gdy rozłączyła się, od razu poszła do Nadii.

                                - Wilki dały fanty.
                                - W końcu. - mruknęła Nadia odrywając się od swoich komputerów. - Bierzemy twój czy mój wóz?
                                - Możemy mój. Will mówił bym nim nie szalała, to nie masz co się martwić.
                                - No to pojedziemy twoim.- zgodziła się Nadia.


                                Po opuszczeniu biblioteki, obie ruszyły do siedziby Lukrecji. To tam stał zaparkowany samochód Willa. Wsiadły do niego i ruszyły. Nadia zajęta jakimiś obliczeniami na tablecie nie planowała poświęcać uwagi otoczeniu. Cóż, to Ann miała wszak prowadzić.

                                - Tylko nie rozpraszaj się moją bliskością.- dodała Tremere zapinając pas.

                                Ann jedynie mruknęła słabo w zapewnieniu i całkowicie skupiła się na drodze…

                                Przemierzały powoli wąską drogę prowadzącą do siedziby sekty Garry’ego. Dobrze utrzymany acz nieco błotnisty szlak. I nagle… coś mignęło między drzewami, coś białego i łysego… bladego bardzo. Czyjaś głowa wystająca z ubrania w barwach khaki.
                                Ann zwolniła.

                                - Nadia... mamy jakieś towarzystwo.
                                - Mhmm?- Nadia oderwała się od obliczeń i obie rozejrzały się. Osobnik którego zauważyła Ann, zdołał już zniknąć wśród drzew.
                                - Bardzo blady ktoś, biały jakby... Zobaczyłam tylko łysą głowę wystająca z ubrania w barwach khaki... Zniknął wśród drzew. - mruknęła, wyraźnie poruszona.
                                - Masz jakąś broń? Bo ja nie. Nie sądziłam że będzie mi groziło coś poważniejszego od namolnych ghuli Garry’ego. - stwierdziła spokojnie Nadia rozglądając się.
                                - Mogę ci dać swój pistolet, o ile wytrzymasz, że sama zostaniesz... - spojrzała na Nadię - Mam przy sobie też sztylet, ale wolę się nie pokazywać i nie iść na 1v1, jak Larry…
                                - Ja też nie. - odparła po namyśle Nadia. - Samotne ganianie po lesie za widmem z pistolecikiem nie wydaje mi się dobrym pomysłem. Jedźmy dalej.
                                - Nie zaufasz, że będę obok? - zasmuciła się na pokaz.
                                - Nie. - stwierdziła krótko Kainitka w okularach.- Zwłaszcza gdy usłyszę odgłos odjeżdżającego samochodu.
                                - Cykor.
                                - Zawsze sama możesz wykazać się bohaterstwem i pogonić w las. Poczekam na ciebie… pięć minut może. - odparła beznamiętnie Nadia.
                                - Jak wolisz, cykorze. - ruszyła dalej w stronę terenu Garry'ego.

                                Writing is a socially acceptable form of schizophrenia.

                                1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                0
                                • ZellZ Online
                                  ZellZ Online
                                  Zell jako Ann Paige
                                  Moderator Obsługa
                                  napisał(a) ostatnio edytowany przez JhnW
                                  #32

                                  CIEŃ OBLANY MIŁOŚCIĄ


                                  U Garry’ego było po staremu. Hippisowska komuna zmieszana z dzikimi zwierzętami łażącymi gdzie popadnie. W tym całym cyrku należało wpierw znaleźć owego Gangrela, który już pewnie zapomniał, że do nich dzwonił.
                                  Ann rozejrzała się za najmniej widocznie sprutą osobą, aby ją złapać i zapytać wprost.

                                  - Gdzie jest Garry?
                                  - Kwiatuszku nocy letniej…- chuda postać o długich włosach i w długiej indiańskiej koszuli równie dobrze mogła być młodym mężczyzną, jak i kobietą. Lekko zachrypiały głos tego nie ułatwiał. - Miszczu jest wszędzie… czuwa nad nami.
                                  - Garry jak zawsze… niezawodny.- stwierdziła sarkastycznie Nadia.
                                  - Gdzie normalnie się znajduje, jak szuka Nirwany? - zapytała lekko.
                                  - Nooo… w sali tronowej… albo wśród gwiazd?- zapytał/a wyznawca w odpowiedzi.

                                  Ann zastanowiła się... może to tam co go wpierw spotkała?

                                  - Dzięki. Idź spać, może mistrz ci ześle sny o krainie pełnej zrozumienia.

                                  Spojrzała na Nadię.

                                  - Ty byłaś kiedyś wśród gwiazd? - ruszyła w stronę, którą ostatnio przebyła, gdy poznała Gangrela.
                                  - Nie. W ogóle staram się tu… nie być.- Nadia szła ostrożnie spoglądając na ziemię, jakby oczekiwała że zaraz wdepnie w krowi placek. - Nic dziwnego, że go wykopali z Nowego Jorku. Uosabia większość negatywnych stereotypów związanych z klanem. Minus drapieżność.
                                  - Ja tam go lubię. - stwierdziła.
                                  - Oczywiście że lubisz. Jest znośny jak na Gangrela, tylko ta jego… nora. Obleśne miejsce.- wzdrygnęła się Nadia rozglądając dookoła gdy szły obie, z Ann na przedzie.

                                  - Nie brałaś nic kiedykolwiek? Nie byłaś żywa i młodziutka?
                                  - Byłam dobrze wychowaną panną, a potem nie miałam czasu się zamartwiać takimi duperelami jak narkotyki. Miałam większe problemy na głowie. Na przykład, jak dożyć następnego dnia bez narażenie się na gwałt lub śmierć. - odparła flegamtycznie wampirzyca.
                                  - Nie próbuj udawać, że szlacheccy rosjanie carskiej Rosji byli tacy cnotliwi... Dekadencja. To lubią elity nie tylko Francji.
                                  - Byłam za młoda na dekadencję, a choć szlachta była dekadencka… to Niebiański Chór nie był. To byli w większości prawosławni popi. A potem… wszystko trafił szlag. Moje doświadczenia z używkami ograniczają się do wina. - wzruszyła ramionami Nadia.
                                  - Niebiański Chór? - Ann spojrzała zdziwiona - Ja używałam, dla zabawy. Głównie, kiedy chciałam dać nauczkę swojej rodzinie. Taki bunt.
                                  - Ja dla zabawy polowałam na wilki i niedźwiedzie. A Niebiański Chór to… magowie… jedna ze szkół filozoficznych, głównie gnostycy poszukujący więzi z Absolutem. Z Bogiem. Szczerze powiedziawszy nie identyfikowałam się z nimi za bardzo i pewnie porzuciłabym tę Tradycję prędzej czy później, na rzecz innej. Ale zaczynałam właśnie u nich.- wyjaśniła wampirzyca, gdy zagłębiały się w korytarze budynku dążąc do pomieszczenia w którym Ann po raz pierwszy zobaczyła Garry’ego.
                                  - Ale czy magowie nie są silni? Więc... czemu mieliście problem z ludźmi podczas rewolucji?
                                  - Bo to nie ludzie stali za rewolucją… a zbuntowani magowie i wampiry. - wyjaśniła krótko Nadia i dodała.- A magowie są silni, gdy są starzy i doświadczeni. Ja taka wtedy nie byłam, dopiero opanowywałam arkana pierwszych ścieżek, poznawałam pierwsze Sfery i określałam swój paradygmat. Byłam słabym magiem.
                                  - Ja nie chciałam obalać niczego w rodzinie. Chciałam by dano mi spokój. - spojrzała na Nadię - Nie szukałam i nie szukam rewolucji. Nie chcę tylko robić czegoś, co inni ustalili, zabierać profitów z urodzenia, nie czynów.
                                  - To nie ty szukasz rewolucji, to ona znajduje ciebie.- westchnęła ciężko Tremere, gdy doszły do ciężkich drzwi, za którymi powinien być Garry.

                                  Ann po prostu pchnęła drzwi, mając nadzieję, że nie będąc marnowały czasu na zabawę w chowanego z Gangrelem.

                                  Garry się znalazł… goły jak święty turecki, nieprzytomny od wypitej krwi, oblepiony nagimi ciałami wyznawczyń nieprzytomnych od ekstazy którą im pocałunek wampira zafundował. Garry był sztywny… zapewne od viagry którą wypił wraz krwią. I jedna z wyznawczyń składała mu lubieżny hołd.

                                  - Na Caina i jego dzieci… - załamana tym widokiem Nadia walnęła się w czoło. - Musiałeś akurat teraz się załatwić, stary lubieżniku?
                                  - Aż takich akcji nie odstawiałam... - Ann wzięła stojącą obok butelkę z zimną wódką i zwróciła się do Nadii - Ty chcesz go przebudzić?
                                  - To zależy… masz przy sobie pistolet… prawy półdupek wydaje się łatwym celem. - oceniła Nadia.
                                  - Mam, ale... - podeszła bliżej wampira i uniosła butelkę - Wolę to.

                                  Po czym wylała na jego ciało lodowatą wódkę.

                                  - Co do… - mruknął Garry otwierając oczy i potem przetarł dłonią twarz. - Ooo… hej… co wy tu robicie?

                                  Tej wypowiedzi towarzyszył dźwięk dłoni Nadii uderzającej o jej własne czoło.

                                  - Dzwoniłeś do mnie. Są fanty od Wilków dla nas. - cierpliwie wyjaśniła Ann.
                                  - Noooo tak… są… gdzie je zostawiłem. Pewnie w spodniach. Gdzie są spodnie?- zastanowił się Gangrel, po czym wynurzył się goły spośród wyznawczyń wijących się dookoła niego. - Tam są te fanty… w spodniach.
                                  - I teraz je znajdziesz, prawda? - Ann oparła się o ścianę.
                                  - Acha… zakładam, że je zostawiłem tutaj.- odparł Garry rozglądając się dokoła i świecąc gołym zadkiem. Zrobił kilka kroków i pochylił się wyciągając spodnie, a potem z kieszeni spodni coś małego.
                                  - Tu są.
                                  - To małe? - zdziwiła się Ann.
                                  - To są woreczki na leki i talizmany. - wyjaśnił Garry pokazując je Ann i Nadii. - Indianie Wielkich Równin noszą je na szyi, w środku są talizmany powiązane z noszącą je osobą. Coś jak… duchowy dowód osobisty. Te tutaj są pełne i wedle Garou, chronią jakoś noszące je osoby przed atakami na duszę i umysł. I w teorii powinny chronić was.

                                  Caitiffka spojrzała na Nadię.

                                  - Wampiry mają duszę?
                                  - Nie. - odparła wampirzyca. - Istota bez duszy nie może mieć awatara, a ja utraciłam swojego. Czy te woreczki… naprawdę zadziałają?
                                  - Eeee… w teorii… tak?- Garry nie brzmiał zbyt pewnie.
                                  - A co z przechodzeniem przez Umbrę?
                                  - Wilkołaki mogą cię zabrać ze sobą. Sama nie przejdziesz… nie wiem jak Tremere, ale inne klany nie potrafią… - wzruszył ramionami Garry.-... same przechodzić przez Umbrę.

                                  Spojrzała na woreczek. Po tym na Nadię. - Jeżeli wampiry nie mają duszy... to jak zżerasz ją diabolizując?

                                  - To celne pytanie.- zamyśliła się Nadia, a Garry dodał.- Ja uważam, że…
                                  - Ty nie możesz niczego uważać, machając nam swoją kuśką przed oczami.- warknęła Nadia i dodała wyjaśniając. - Jeśli chcesz wytłumaczenia godnego Wyznawców Seta, to człowiek ma więcej niż jedną duszę. Ma Ka i Ba. Właściwie to ma ich więcej, ale to skomplikowana kwestia… niemniej upraszczając to bardzo, Ba… czyli dusza ulatuje po śmierci, a to co trzyma nas przy egzystencji to Ka i to jest pożerane przy diaboliźmie.
                                  - A to nie ma nic wspólnego... z Bestią? - zapytała.
                                  - Nie… Bestia to skaza grzechu Kaina.- wyjaśniła Nadia palcem nakazując Garry’emu się uciszyć. - Tkwi w tobie, kusi do ulegnięcia głodowi i zmieniania swojej egzystencji w krwawą orgię.
                                  - Więc jakiego grzechu są winni ci, co nie chcieli Przemiany? - zapytała poważnie.
                                  - Najgorszego… pecha.- zaśmiał się cicho Garry i wzruszył ramionami. - Byłaś w złym miejscu o złym czasie po prostu. Mogło być gorzej… Malkavian mógł cię ukąsić i przemienić. Czasem tak robią, podczas pierwszej nocy… zwykle wtedy najmocniej im odbija.
                                  - Co za pocieszenie... - spojrzała w ziemię - Czy każdy Klan ma... em... wadę? Ventrue można przerobić na "niesmaczną" krew, to wiem.
                                  - Ehmm… nie gadamy o takich rzeczach. To niegrzeczne.- odparł cicho Garry i skinął. - Tak, każdy.

                                  Ann schowała swoją torebeczkę.

                                  - Może twoje zwierzaki coś wyczuły... W drodze tutaj, trafiłyśmy na... nieznajomego przemykającego pomiędzy drzewami. Blady jak śmierć, łysy. Ubrany w khaki. Szybko zniknął, nie goniłyśmy. - dodała - Byłyśmy wtedy na tej wąskiej drodze prowadzącej tutaj. To nie był nikt z naszych.
                                  - Wiesz… to są tylko zwierzęta. Jeśli wampir chce się przed nimi ukryć, to ma na to dużą szansę. Najczęściej jednak Kainici nie biorą pod uwagę, że zwierzęta mogą być czyimiś szpiegami… a nie tylko częścią tła. - rzekł w zakłopotaniu Gangrel. - Ale roześlę zwiadowców, może coś zauważą.
                                  - Nigdy wcześniej kogoś takiego nie widziałeś?
                                  - Hmm… mogłem… chyba. Wiesz, trafiają się różni Kainici przejazdem. Jeden mógł być łysy. - zadumał się Garry i podrapał po głowie.
                                  - Jesteś pewna, że go widziałaś? A może to była jakaś wizja?- zapytała tymczasem Nadia.
                                  - Wizja? - zapytała Nadii.
                                  - Przywidzenie… Garry ma ich od groma, a potem wydzwania po ludziach plotąc trzy po trzy. - machnęła ręką Tremere.
                                  - Nie przewidziało mi się. - mruknęła - A to plecenie Garry'ego trzy po trzy, tyłek ci oszczędziło, więc nie narzekaj, ładnie proszę.
                                  - Tak się składa, że twoja teoria co do ocalenia, zwłaszcza po spotkaniu z renegackim wilkołakiem, jest deczko… naciągana. Myślę, że to co przede wszystkim nas ocaliło to moja zimna krew. - stwierdziła protekcjonalnym tonem Nadia.
                                  - Gdybyś się uparła dalej iść tamtą drogą, to potworków byłoby pewnie więcej. - parsknęła - Nie dziwota, że Garry zadzwonił do mnie wtedy. Do ciebie by nie dotarł nigdy.
                                  - Nie wierzę po prostu w zabobony i wróżenie z fusów. - stwierdziła sceptycznie Nadia, a Garry próbował mediować. - Dziewczyny, po co te nerwy… napijmy się trochę z kultystów i obgadajmy sprawę.
                                  - Nie ma to co obgadywać. Załatwilłyśmy chyba wszystkie interesy. - oceniła Nadia.
                                  - Masz problem z mówieniem ci "nie", Nadia. - spojrzała twardo na Tremere.
                                  - Raczej nie jestem na tyle naiwna, by dać sobie wciskać pierwszy lepszy kit. - wzruszyła ramionami okularnica.
                                  - Ale jesteś na tyle naiwna, by iść na ślepo twardym planem, bez zmian. - odparła.
                                  - Nie widzę powodu by zmieniać plany tylko z powodu tego, że ktoś miał kiepski trip po narkotykach. - zadrwiła Nadia zerkając znacząco na Garry’ego. - I na litość boską, ubierz się w końcu!
                                  - Nie jesteś za stara, aby się przejmować? - zapytała.
                                  - Jestem też estetką, widziałaś kiedyś rzeźbę na której się facetowi pręży? Nie. Bo to obrzydliwy widok. - rzekła stanowczo Nadia i ruszyła do wyjścia z budynku.- Czekam w samochodzie, pospiesz się…

                                  Caitiffka pokręciła głową i zwróciła się do Garry'ego.

                                  - Może przystopuj z tym, jeżeli Raze się tu pojawi, co?
                                  - Raze mnie, większość starych mnie zna. Dobrze wiedzą, czego tu się spodziewać.- odparł dobrodusznie Garry i dodał z uśmiechem. - A Nadią się nie przejmuj. Urodziła się z cytryną w ustach.
                                  - Pójdę, bo odjedzie beze mnie. Trzymaj się. - pożegnała Gangrela i ruszyła za Nadią.
                                  - Ty też. Zawsze wpadaj gdy masz ochotę…- rzekł na pożegnanie Garry.

                                  Podczas jazdy powrotnej Nadia się nie odzywała badawczo przyglądając się nowemu skarbowi od wilkołaków.

                                  - Wygląda jakby działało? - zapytała w końcu obserwując drogę.
                                  - Ehh… nie wiem. Auspex nigdy nie był moją mocną stroną. Będę musiała pociągnąć za parę sznurków w Nowym Jorku, albo… poczytać. - zamyśliła się Nadia. - Może coś znajdę w archiwum. Wolę się upewnić, że futrzaki nie wcisnęły nam bubli ze sklepiku z pamiątkami.
                                  - Mówisz, że nie wierzysz w zabobony... a co prezentuje ten woreczek od wilków, co?
                                  - Nie wierzę w zabobony… - potwierdziła wampirzyca. - Nie wierzę w czytanie losów z dłoni, tarota, astrologię. Nie wierzę bo uprawiają to śmiertelnicy nie mający pojęcia o magyi i po prostu zmyślający na potęgę. Żeby móc wróżyć wpierw trzeba zapanować nad właściwym aspektem rzeczywistości… nad czasem. Trzeba go zrozumieć, trzeba poznać jego reguły i umieć je wykorzystać. Nie wystarczy rozłożyć parę kartonowych prostokącików przed sobą i wciskać kit. Teraz rozumiesz?

                                  Ann nie odezwała się, obserwując drogę, aby w końcu dodać:

                                  - Rzeźby z prężącym się fallusem nie widziałam, ale różne rzeczy widziałam, w tym akty, w House of Arts. Nie każde zdobyłoby popularność, więc... nagi Garry mnie nie poruszy. Widziałam gorsze rzeczy.
                                  - To że obecna “kultura” toleruje różne wynaturzenia artystyczne, nie oznacza że ja muszę przez całą rozmowę gapić się na gołego Gangrela. Co by było, gdybym to ja łaziła na golasa podczas rozmowy?- burknęła Tremere.

                                  Caitiffce zabrakło mowy na chwilę.

                                  - Jak chcesz... Nie będę oponować.
                                  - No tak… nie martw się, przejdzie ci to. Ehmm… i wtedy już nie będę taka zachwycająca. - odparła speszona Tremere. - Dobrze że nie miałyśmy krwawego pocałunku.
                                  - Przecież tak wzięłam od ciebie krew.
                                  - Nie to miałam na myśli. Mówię o starym zwyczaju, obecnie na niego krzywo się patrzy. O wzajemnym piciu krwi przez dwójkę Kainitów. - wyjaśniła Nadia. - Nadgryzaniu nawzajem warg podczas pocałunku. William może ci o tym opowiedzieć, praktykowano to jeszcze za jego czasów. Bo to wiesz… zwyczaj kochanków.
                                  - To dla wampira ugryzienie jest takie samo jak dla śmiertelnika...? Dokładnie?
                                  - Tak. Jest przyjemne zazwyczaj, nawet jeśli cię gryzie taka szkarada jak nosferatu. No chyba że jesteś Giovanni, ich ugryzienie jest bolesne i może nawet zabić osobę o słabym sercu. - wyjaśniła Nadia.
                                  - Więc... Podczas Przemiany tak samo jest?
                                  - Tak. Aczkolwiek nie dziwię się, że tego nie pamiętasz. Sabat… ma dość dzikie zwyczaje, jeśli chodzi o tworzenie mięsa armatniego. - wzruszyła ramionami Nadia.
                                  - To twoja Przemiana była... przyjemna?
                                  - Biorąc pod uwagę dramatyczne okoliczności jej towarzyszące, takie jak wnętrzności wylewające się z rozprutego brzucha… to tak.- oceniła nieco sarkastycznym tonem Tremere.
                                  - Nie wiem co bardziej mnie zabiło. - patrzyła uparcie na drogę, trochę pustym wzrokiem - Przebijanie wnętrzności czy duszenie się własną krwią. Tak, dzikie zwyczaje.
                                  - Nie każdy ma takie szczęście jak William czy Lukrecja. Ich przemiany były bardzo przyjemne, a i Patty pewnie nie ma powodu do narzekań. - zastanowiła się głośno Nadia.
                                  - Dogadujesz się ze swoim Stwórcą?
                                  - Nie mam okazji. Mój stwórca nie wydostał się cały z Rosji. Mam za to jego czaszkę w roli pamiątki. Spalili go jacyś chłopi w okolicy Władywostoku. Gdy dotarłam na miejsce, były już tylko zwęglone resztki i kości. - wzruszyła ramionami wampirzyca. - Szkoda, bo był porządnym facetem.
                                  - Czy przypadkiem nie powinny szczątki wampira szybko zmienić się w pył? Im starszy tym szybciej?
                                  - Tak się dzieje… zazwyczaj. Niemniej z jakiegoś powodu nie stało się w tym przypadku. Nie wiem czemu. Możliwe że jego eksperymenty z magią krwi jakoś… naznaczyły jego ciało.- wzruszyła ramionami Nadia.

                                  - Nadia... - zawahała się - Czy potrafisz z krwi odczytać kim był Stwórca? Odnaleźć go magią?
                                  - Nie. Ja nie potrafię. Trzeba opanować ścieżkę krwi i znać odpowiednie rytuały.- wyjaśniła Nadia.- A nawet wtedy, trudno będzie znaleźć twojego Stwórcę.
                                  - Warto było zapytać. - westchnęła.
                                  - Twój stwórca może być martwy, albo na drugim końcu świata. - wzruszyła ramionami Nadia.- Chcesz się mścić, to skup się na klanie twojego Stwórcy.
                                  - Na razie to i tak mścić się mogę tylko na tym czarnym wilku. - westchnęła.
                                  - Jeśli masz ochotę… z pewnością miejscowe futrzaki ci za to podziękują, kolejnym szmelcem z magicznego kuferka. - odparła ironicznie Nadia.
                                  - Wezmę Larry'ego i będzie fajnie. - mruknęła.
                                  - No… Larry się z pewnością ucieszy. Tylko musisz jeszcze nad nim zapanować. - stwierdziła sarkastycznie Nadia.
                                  - Nie jego, to na nikim więcej nie mogę. - odparła smutno.
                                  - Cóż… - wzruszyła ramionami Nadia i spojrzała na Ann. - Jak chcesz mścić się na czarnym skoro niemal zeszczałaś się ze strachu na jego widok?
                                  - Więc mam kisić się w złości na innych, nigdy frustracji nie upuszczając? - zatrzymała nagle samochód - Ty nigdy nie mściłaś się na tych, co cię skrzywdzili w Rosji?
                                  - Hmm… Nie. Bo musiałabym tam wrócić, a nie mam ochoty tam wracać. - stwierdziła oschle wampirzyca Tremere. - A jeśli chcesz wyładować frustrację, to poczekaj na kolejne odpryski Sabatu, albo na zbyt pewnych siebie Anarchów… wtedy na nich będziesz mogła się mścić.
                                  - Nie będę, jeżeli mi Cyril nie da zgody! - nie wytrzymała, krzycząc ze złością.
                                  - Myślisz że Cyrila obchodzi co ty tutaj robisz? Możesz nawet całe noce siedzieć u Garry’ego, naćpana krwią jego wyznawców, a i tak nie zwróci na to uwagi. Dopóki zadania domowe jakie ci zleci będą odrabiane, dopóty on będzie zadowolony. - wzruszyła ramionami Nadia.
                                  - Gówno wiesz, jak małostkowy być potrafi. - fuknęła.
                                  - Doprawdy? Myślę że znam go dłużej niż ty…- odparła ironicznie Nadia i nagle pochwyciła za podbródek Ann przybliżając twarz jej do swojej. - I też potrafię manipulować innymi, więc…

                                  Pocałowała nagle i namiętnie usta Ann. Wargi te były zimne i miękkie. Normalnie to dotknięcie nie wzbudziłoby w caitifce nic, ale… nagle wspomnienie smaku krwi budziło w niej uczucia do Tremere. I sprawiło, że Ann poczuła odprężenie i przyjemność.

                                  - … nie myśl sobie, że nie wykorzystam twojej słabości do mnie póki istnieje.- oderwała swoje wargi od jej. - W tej chwili jesteś słaba wobec mnie młoda caitifko, słaba i bezbronna. To minie za kilka nocy… ale do tego czasu… zachowuj się grzecznie.

                                  Mówiąc to muskała palcami szyję Ann. - Dobrze?
                                  Wpływowi Nadii brakowało wiele do wpływu Cyrila. Nie naginała jej woli, ale... w sumie Ann nie chciała robić tego, co by drażniło Rosjankę.

                                  - A jak ja zachowuję się niegrzecznie?
                                  - Zatrzymałaś samochód, zachowujesz się jak… rozpieszczona panienka, która nie dostała tego co chciała pod choinkę. - Tremere tymczasem igrała z jej pragnieniami, rozpięła koszulę przy szyi i zaczęła wodzić palcami pod nią, po obojczyku przyciśniętej do drzwi samochodu Ann. Uczucia jakie wypełniały jej umysł i ciało, nadawały sytuacji pozory… życia.

                                  Nadia znów z premedytacją ją pocałowała w usta, potem w szyję i spojrzała w oczy.

                                  - Chcesz się wyżyć? Poproś o trening Larry’ego.
                                  - Zatrzymałam, bo nie chciałam ryzykować samochodem Williama. - mruknęła, odsuwając wzrok od Nadii, jednocześnie walcząc z rozgoryczeniem, jak i z igraniem Nadii. Zapaliła silnik samochodu.

                                  - Niech i tak będzie.- odparła zadowolona z sytuacji Nadia i odsunęła się od Ann. Po czym dodała z uśmiechem. - Na pocieszenie powiem ci, że… gdybyśmy były żywe, to… sytuacja mogłaby się posunąć o wiele dalej. Jesteś atrakcyjna.
                                  - Pewnie masz rację. - stwierdziła - Za życia nie powstrzymywałabym się. Nie pamiętam, żebym po śmierci odczuwała chęci czy przyjemność. - ruszyła - Nie licząc przyjemności krwi, oczywiście.
                                  - Ale do łóżka Cyrila byś wskoczyła, gdyby ci to zaproponował.- odparła Nadia i wzruszyła ramionami. - I byłoby ci tam przyjemnie, mimo że jego przemieniono pod koniec życia. To jest właśnie siła więzi.
                                  - Kiedy on w ogóle żył? - zapytała po chwili ciszy.
                                  - Twierdzi że pod koniec średniowiecza, ale ja uważam że raczej w okresie renesansu.- oceniła wampirzyca i wzruszyła ramionami dodając.- Jeśli cię to interesuje, to jestem dziewicą. Arystokracja mogła się nurzać w rozpuście, ale dopiero po ślubie… dziewictwo było w cenie, niestety.
                                  - To tłumaczy czemu jesteś wiecznie sfrustrowana. - dodała krótko.
                                  - Eksperymentowałyśmy z kuzynką i widziałam ryciny. I odczuwałam pociąg do młodych przystojnych ułanów. Teraz nie odczuwam nic, więc trudno to nazwać frustracją.- odgryzła się Nadia. I spojrzała z ironią na Ann. - Jeśli ktoś jest tu sfrustrowany, to ty raczej.
                                  - Z innych powodów niż ty. - odparła.
                                  - Nie, gdy jesteś w moim towarzystwie… - zaśmiała się ironicznie Nadia.

                                  W stronę twarzy Nadii poleciała ściereczka do szyb, wcześniej wciśnięta w schowek w drzwiach.

                                  - Spieprzaj, kujonie.
                                  - Ty naprawdę chcesz się doigrać, co? - mruknęła złowieszczo Nadia i poprawiła okulary na nosie.

                                  Ann nie odpowiedziała, kierując pojazd do miasta, pod bibliotekę.


                                  Nadia poczekała, aż Ann tam zajedzie i się zatrzyma. A wtedy nagle chwyciła za włosy caitifkę i szarpnięciem zmusiła do odsłonięcia szyi. Po czym zaczęła całować i muskać językiem szyję Ann szepcząc cicho.

                                  - Powiedz jak bardzo chcesz bym cię pocałowała. A może ukąsiła, chcesz poczuć jak spijam twoją krew. Jaka to ekstaza?

                                  Ann zadrżała.

                                  - A ty... chcesz pić moją krew? - zapytała ostrożnie.
                                  - Jeśli chcesz wiedzieć, jest to pokusa.- do tych lubieżnych pieszczot dołączył mocny dotyk drugiej dłoni na piersi Ann. Emocje rozpalały myśli, wizja ukąszenia była dziwnie pobudzająca.
                                  - Ale jej nie ulegnę…- pocałowała za to mocno usta Ann i dodała. - Jeśli jednak będziesz mnie drażnić, to zaciągnę cię do piwnicy biblioteki i cóż… ehmm… może zostawmy to niedopowiedzenie.
                                  - Wysiadaj już... - głos Caitiffki był rozdygotany.
                                  - Będziesz grzeczna i zachowasz swoje wyskoki dla innych, czy mam sprawić byś była głodna, sfrustrowana i błagała na kolanach? - rzekła złowieszczo Nadia bawiąc się ciałem Ann, póki co przez ubranie i smakując skórę szyi. Była dominująca i złowieszcza, ale słodki zew jej krwi pobudzał zmysły Ann mimo to.
                                  - Będę...

                                  Usta Ann zostały zamknięte namiętnym zimnym, acz wprawiającym w przyjemnie rozdygotanie pocałunkiem.

                                  - Dobrze. Bo choć nie mam ochoty, potrafię być bardzo zimną suką. - odparła po nim Nadia nie puszczając Ann i spoglądając jej w oczy. - Nie chcesz się o tym przekonać.

                                  Następnie odsunęła się od caitifki i wysiadła z samochodu. - To był bardzo pouczający wieczór, dla nas obu. Lepiej jednak nie rozgadywać o tym. Nie chcemy dać Lukrecji okazji do plotkowania.
                                  Ann skinęła głową, czując iluzję zapomnianych uczuć przez martwe ciało, tworzone opitym krwią umysłem. Starając się nie patrzeć za długo na Nadię, ruszyła do willii Williama.

                                  Ann weszła do willi, trzymając w objęciach księgę o żelaznych okuciach. Wyglądała na przybitą, podchodząc do Williama, aby podać mu kluczyki.

                                  - Dzięki. - usiadła ciężko na kanapie obok Toreadora.
                                  - Jak tam spotkanie z Cyrilem? Udane?- zapytał ostrożnie acz przyjaźnie Kainita.

                                  Pokręciła głową.

                                  - Nie...
                                  - Acha… no cóż. Cyril bywa dość egocentryczny. - odparł dyplomatycznie William.
                                  - I lubi mnie karać. - głos się jej załamał.
                                  - No cóż…- wampir czule objął ją ramieniem i przytulił. - … zawsze był dość… stanowczy.

                                  Schowała twarz w dłoniach.

                                  - Coraz rzadziej chwali, coraz częściej karze...
                                  - W jaki sposób karze? - zapytał cicho William.

                                  -... - zawahała się - Odmawia krwi.. której od początku dawał czesto...

                                  - Och… to… niezupełnie karanie, a raczej przygotowanie… - westchnął ciężko Blake wyjaśniając. - Ghule wymagają regularnego karmienia krwią dla zachowania ich lojalności i sił. Wampirom… wystarcza kilka takich razów, a potem… po prostu szkoda krwi. Więzy lojalności są zapewnione, a dalsze karmienia tracą sens. Obawiam się, że Cyril powoli przygotowuje cię do odstawienia od swojej piersi. Lojalna i tak będziesz, a on swoją krew będzie mógł wydać gdzie indziej. To cenny zasób, więc nie może być… marnowany niepotrzebnie.
                                  - Nie, nie, nie, nie, nie. - zadrżała - Nie może mnie porzucić, nie może! - wampirzyca wyglądała na przerażoną - Najpierw mocno uzależnił, aby teraz zostawić?!
                                  - Nie zamierza zostawić. Nadal pewnie będzie nad tobą czuwał i wydawał ci polecenia. Po prostu z czasem przestanie karmić swoją krwią. - wyjaśnił Blake.

                                  Dziewczyna patrzyła tępo w przestrzeń.

                                  - Nie mogę tego stracić, to daje poczucie bycia żywym, uczuć! Nie chcę stracić tego…
                                  - Ann… skarbie, Kainici nie żyją w ten sposób. Nie karmimy się swoją krwią nawzajem przez całą wieczność. A Cyril ma też na utrzymaniu pewnie grupkę ghuli.- odparł cicho Blake.
                                  - Jestem lepsza niż oni! - jęknęła.
                                  - Ale też nie wymagasz ciągłych dostaw krwi, jak oni.- westchnął Toreador.- Obawiam się, że czas pogodzić się z rzeczywistością. Cyrila prędzej czy później nie będzie stać na karmienie ciebie. Vitae jest zbyt cenna na to.
                                  - Bez Vitae... nie ma uczucia... tylko pustka…
                                  - Znam to uczucie i ból który nadchodzi po nim. - westchnął Blake i pogłaskał Ann po głowie. - Będziesz musiała się nauczyć istnieć bez tego stanu upojenia. Będzie ciężko… będzie boleśnie, ale z czasem wyjdziesz z tego.
                                  - I po co? - spojrzała Toreadorowi w oczy - Siedzieć na ulicy bez celu? Jedynie uważać, czy Brujah się na ciebie nie zasadzają? Po prostu BYTOWAĆ?!
                                  - Nie wiem. Sama musisz nadać swojej egzystencji cel. - przyznał William po chwili namysłu. - A jakby jakiś Brujah się na ciebie zasadzał… zadzwoń do Larry’ego. Chętnie z nim podyskutuje.

                                  Było wyraźnie widać, iż Ann ciężko to znosi.

                                  - ...czy mściłeś się kiedyś na osobach, które uczyniły ci krzywdę? - zapytała nagle.
                                  - Tak. Dawno temu, gdy byłem jeszcze młodym i butnym Kainitą. - stwierdził wyraźnie zawstydzony William.
                                  - Więc teraz na mnie pora najwyraźniej. - syknęła w przestrzeń - Nadia mówi, że się nie mściła. Jej strata.
                                  - No nie wiem…- westchnął ciężko Blake i pokręcił głową.- Ja żałuję marnowania czasu na zemstę. Ale jeśli ciebie to popchnie do przodu, to… niech tak będzie. Z czasem zmądrzejesz.

                                  Po czym zmienił temat.- Jutro w nocy jest zebranie. Dołączymy nowego członka do naszej społeczności i omówimy… inne sprawy.

                                  - Więc Charlie przetrwał. - stwierdziła, wpatrzona w podłogę.
                                  - Zabić go zawsze można. Przywrócić do egzystencji, już nie. - wyjaśnił Toreador.
                                  - Nie zjedli go za Nadię? Łaskawość.
                                  - Trochę.- przyznał William.
                                  - Jak załatwili problem z jego twarzą?
                                  - Bandana… i bandaże…- zaśmiał się Blake i pokręcił głową. - Tylko Tzimisce mógłby coś poradzić w tej kwestii.
                                  - Nadia mi powiedziała, że Książę musiał Larry'ego do pionu ustawić.... Jak Brujah z Brujah. Jak to wyglądało?
                                  - Tak jak to zawsze wygląda u tego klanu. Dwóch zabijaków prało się po pyskach walcząc na gołe pięści. Wszystkie chwyty dozwolone. Zdemolowali starą stodołę Sama Stones’a… aaa… nie wiesz kto jest. Stonesowie to śmiertelnicy mieszkający na obrzeżu lasu. Obecnie tylko Sam mieszka jeszcze w rodzinnej posiadłości. Jego wnuki wyjechały do Nowego Jorku i nie interesują się co dzieje się na ich ziemi. A Sam rzadko opuszcza dom i w ogóle nie dogląda swoich budynków gospodarczych. Artretyzm potrafi dopiec. Sprzedał swoje stada jakieś dziesięć lat temu.- Toreador wyraźnie się rozgadał.
                                  - I co dalej było z Brujah? Jak Joshua pokonał Dukesa? - spróbowała przywrócić Willowi tok myśli na dobre tory.
                                  - Joshua jest szybszy i silniejszy i bardziej doświadczony. Powalił go uderzeniami pięści i podcięciem nóg za pomocą szybkiego uderzenia kolanem w jego staw kolanowy. A gdy Larry już leżał, Smith przyszpilił go do ziemi i sprał na krwawe jabłko. Brujah nie są finezyjnymi wojownikami, za to zwykle skutecznymi. - wyjaśnił Blake.
                                  - To było jak Larry w Stillwater się pojawił? Od razu zaczął fikać?
                                  - Pierwszej albo drugiej nocy. Larry nie jest skomplikowaną osobą. - przyznał ze śmiechem Kainita.
                                  - Co zrobił, że aż Księcia ruszył?
                                  - Rzucił wyzwanie Księciu, by go zastąpić. - zaśmiał się głośno William i dodał.- Larry nie uznaje nad sobą kogoś, kto jest od niego słabszy.

                                  Ann również się zaśmiała choć ciszej.

                                  - Och, Larry... ale i tak go lubię. On i Josh to Brujah, z którymi mam dobre doświadczenia. Najemnicy zazwyczaj byli OK, ale chłopcy Pawlukowa... - pokręciła głową.
                                  - Tak. Z tego co słyszałem nowojorski Primogen tego klanu jest kłopotliwy.- przyznał William.
                                  - Sabat, bezklanowi, anarchiści czy cienkokrwiści - dla niego to śmieci, z których trzeba oczyścić Nowy Jork. - westchnęła - Nawet nie widzi różnicy, każdy do wymazania z przestrzeni. Chyba tylko dzięki opiece Cyrila nie byli tak skorzy zabić, choć zgniatarki śmieci lubili…
                                  - Dość prymitywne podejście do złożonej sytuacji jak na Primogena, nawet jeśli to Primogen Brujah. - ocenił Toreador. - Zwykle tacy Kainici jak pan Groza, nie zyskują tak dużych wpływów.
                                  - Ponoć starsze wampiry popierają jego metody i zapatrywania, więc ma w sumie ich przyzwolenie.
                                  - Więc istnieje tylko dzięki ważnym protektorom. Społeczeństwo Kainitów, to sieć naczyń połączonych. - wyjaśniał Toreador głaszcząc Ann po włosach.

                                  - Gdy cię pierwszy raz zobaczyłam, bałam się, że będziesz miał mało... zadowolone spojrzenie, kiedy wyjdzie, że jestem kundlem.
                                  - Cóż… na prowincji jesteśmy bardziej tolerancyjni. - zaśmiał się Blake.
                                  - Więc w mieście byłbyś jednym z tych strasznych Toreadorów? - wyszczerzyła się.
                                  - Nie wiem… byłem jednym z potężniejszych, dawno temu. - przyznał Blake i wzruszył ramionami. - Ale w połowie dziewiętnastego wieku opuściłem Nowy Jork.
                                  - To byłbyś. Nie z powodu zrobienia czegoś, tylko istnienia. Musiałeś mieć naprawdę duże wpływy w mieście i klanie.
                                  - Wtedy klany były nieco mniejsze. - zaśmiał się Kainita. - Nie tak potężne jak na starym kontynencie.
                                  - Nie byłeś Primogenem?
                                  - Ehmmm… niezupełnie. - odparł Blake wyraźnie unikając tematu i pewnie dlatego poszukał innego kierunku rozmowy. - A jak wam poszło z… wilkołakami?
                                  - Dostałyśmy woreczki z talizmanami... ale ani Nadia, ani Garry nie wiedzą czy one działają. - odparła, zastanawiając się czemu Will unika tematu.
                                  - Cóż… Nadia pewnie i tak jest zadowolona, zawsze to coś czym można zabić czas. - zaśmiał się Will. - Ciężko się z nią współpracuje, ale jest bardzo kompetentna i całkiem sprawna na polu bitwy.
                                  - Czemu Charlie zostaje? - zapytała - Czemu Książę na to się zgodził? Co Cyril wyciągnął?
                                  - Nic. Augusto przekonaliśmy i przekupiliśmy go. Charlie zostaje, bo… - westchnął ciężko Toreador i spojrzał na dziewczynę. - … może być przydatny. Jeśli trafi nam się kolejna zabłąkana sfora Sabatu to przyda nam się dodatkowy mag, a poza tym… kolejna sfora może nie być zabłąkana, za to liczniejsza. Skoro wysłali tu jedną i ta zawiodła. Biskup może wysłać kolejną, liczniejszą i mocniejszą.
                                  - Przecież dekady dzielą ataki, mówiłeś że to nie jest częste. - zmarszczyła brwi - Nadii też sama mówiłam, że Charlie może być przydatny, choć ona uparcie nie ma zamiaru się mocniej włączyć. Ale Joshua musiał naprawdę Sabat zaboleć, że chcą dla niego rozbijać Sfory o Stillwater.
                                  - Ataki na Nowy Jork nie są za częste. Ale ta sfora nie przybyła atakować tego miasta. Nie sądzę też by przybyli z powodu Joshui. - zaczął teoretyzować William. - Sabat czegoś tu szuka, a wkrótce po przybyciu Sfory, Giovanni zostaje zabity lub porwany na terenie naszej Domeny. Sądzisz, że to wszystko… to przypadek? Zwłaszcza, że widziałaś sama jakichś dziwnych typków?
                                  - Jak teraz jechałyśmy z Nadią do Garry'ego, to pomiędzy drzewami w lesie zobaczyłam łysego, biało-bladego faceta w khaki. - dodała.
                                  - Coś się zalęgło na naszych ziemiach. Coś co wie, jak się przed nami kryć. Coś co realizuje własne plany…- zadumał się Toreador. - ...niekoniecznie związane z nami, ale pośrednio sprowadzające kłopoty na nas. Dlatego przyda nam się dodatkowe wsparcie.
                                  - Mnie nie wadzi nowy, choć Nadii tak.
                                  - Nadia ma swoje traumy i uprzedzenia przez które widzi świat. I obsesję na temat porządku i prawa. Patrzy krzywo na ciebie, gdy rzucisz papierek na ulicę.- zaśmiał się Toreador.

                                  - Co do kar od Cyrila... Nie powiedziałam całej prawdy... - skrzywiła się lekko - Krew... to nie główna forma. Głównie poniża. Czasem za mikre błędy, a czasami bez powodu innego niż potrzeba pokazania wyższości. Szczególnie nad kobietą, które są gorsze według niego. Muszę mu służyć podczas spotkań w klubach... w tym stroju pokojówki... - westchnęła z tłumionym poczuciem wstydu - Choć to przełykam w milczeniu udając przed sobą, że to się nie dzieje, nie istnieje... Cięższych... nie mogę. - spojrzała w podłogę - Ciągle pamiętam... Miałam z miesiąc... Nie zdołałam wykonać polecenia... - ciężko składała słowa - Ten Tremere... miał mnie spopielić... Ja przetrwać... - wbiła paznokcie w dłonie leżące spodem ku górze na księdze trzymanej na kolanach - Ogień... pali do kości.. godziny ucieczki... kpi... bawi się... naucz się... Jak? Strach... ból... głód... feu, feu... pamiętaj... - drżała, pogrążona we wspomnieniach, w traumie, widząc inną rzeczywistość. Spod palców zaczęła wypływać krew, na razie nie plamiąc księgi.
                                  - Cóż… Tremere nie słyną z cierpliwości do potomków i uczniów. To bardzo surowi nauczyciele. - przyznał cicho William niezbyt zaskoczony jej wypowiedzią.

                                  Dziewczyna spojrzała na krwawiące wnętrza swoich dłoni, wciąż drżąc, rażona wspomnieniem.

                                  - Kiedy Charlie dmuchnął ogniem... - zaczęła dyszeć z nerwów - ...chciałam go zabić. Zniszczyć. CHCIAŁAM BY CIERPIAŁ! - krzyknęła w ciągle obecnej traumie - Tylko... myśl... że ma któryś przetrwać... - schowała w dłoniach twarz, brudząc ją krwią - Nie chcę uciekać... Chcę zabić.
                                  - To… naturalne. Lęk przed ogniem jest coś… czymś naturalnym. Nie martw się tym. - uścisnął delikatnie Ann tuląc ją do siebie. - Nie przejmuj się tym. Charlie nie jest agresywny i używa wampirzej magii tylko w samoobronie.
                                  - To też pomogło mi nie zabić... - Ann wtulała się w Toreadora, czując w jego osobie wsparcie - Ale ten głos... Słyszałam jak kpił... Wtedy.... Wróciło to do mnie…
                                  - Nie ma go tu. I wątpię by się tu ów Kainita zjawił. - pocieszał ją William.
                                  - Cyril później przyszedł... był zadowolony, że wygrałam... dał krwi...
                                  - Cały Cyril. - stwierdził kwaśno i sarkastycznie Blake.

                                  - Teraz mówisz, że muszę nauczyć się istnieć bez krwi... - głos jej zadrżał - Tylko co zostanie w relacji?
                                  - Lojalność i ochrona. Jestem pewien, że Cyril będzie podawał ci krew. Tylko bardzo… rzadko. - wyjaśnił William. - Docelowo raz na kilka miesięcy.

                                  Ann spojrzała w podłogę.

                                  - Wiesz... Kiedy mnie karmi... Czuję... Troskę... Rodzicielską miłość... To niesamowite…
                                  - Oczywiście że to czujesz. Z pewnością czułabyś podobną przyjemność gdybyś napiła się mojej krwi albo Larry’ego, albo każdego innego Kainity. - odparł cicho William.
                                  - Uczucie istniejące z kłamstwa jest lepsze od żadnego. - stwierdziła.
                                  - Chyba nie planujesz spojrzeć w słońce jutro rano?- zapytał cicho Blake.

                                  Ann pokręciła głową.

                                  - Nie... ale może kiedyś... ktoś inny... byłby…
                                  - Cóż… nie martw się. Dopóki zostaniesz w Stillwater, będę się tobą opiekował i Garry też.- pocieszył ją Kainita.

                                  - ... jak poznałeś Cyrila?
                                  - Hmmm… przybyłem tu z Anglii. Cyril, zanim tu trafił przebywał u regenta Klanu Tremere w Londynie. Tam się spotkaliśmy podczas załatwiania spraw dyplomatycznych między naszymi klanami. Był wtedy pomocnikiem regenta w tych sprawach i pośredniczył w rozmowach… i zdecydowanie chciał uciec z Londynu. Dusił się w nim.- wyjaśnił Blake. - Pomogłem mu wtedy przekonać regenta, by wysłał Cyrila do Nowego Świata. Trafił wtedy do Luizjany.
                                  - Przebywaliście częściej w jednym miejscu?
                                  - Nie. Otóż… ja trafiłem do Nowego Jorku. I przez kilka dziesięcioleci nie mieliśmy ze sobą żadnego kontaktu. Nie wiem co Cyril robił w Luizjanie, ani dlaczego przeniesiono go tu. Tremere są bardzo hermetycznym klanem.- wyjaśnił Toreador.
                                  - Czy było zaskoczeniem, gdy się teraz do ciebie odezwał, byś mnie przetrzymał?
                                  - Nie wiem… nie mam pojęcia co się dzieje w Nowym Jorku. - wzruszył ramionami William. - Wszystko od tego zależy.

                                  Wampir spojrzał na zegarek i dodał.

                                  - Czas na nas. Legowisko czeka, dzień wkrótce nadchodzi.

                                  Leżała w ciemności piwnicy willi Blake’a, patrząc szeroko otwartymi oczami w mroki pustki przestrzeni. W momentach przed zaśnięciem czuła się martwa. Gdy wsłuchiwała się w swoje nieme ciało, gdy starała się przypomnieć sobie ciepło skóry, bicie serca. Oddech...
                                  Płakała przed zaśnięciem podczas pierwszych nocy. Była przerażona, samotna... a sama być nie chciała.
                                  Teraz uczucia zbladły, jednak w takich chwilach, bezklanowa naprawdę czuła, iż umarła, a jej ciało to tylko zatopiona w czasie kukiełka. Simulacrum Annabelle Baudelaire.

                                  Przerażała ją możliwość, że William miał rację i Cyril zaprzestanie dawać jej krwi. Vitae była jak miłość w płynie, najprawdziwsze uczucia, jakie wampir mógł odczuć. Wydawały się równie realne, co uczucia żywych. Nie chciała ich stracić. Bała się powrotu tej beznadziei, strachu, opuszczenia odczuwanych przed spotkaniem Tremere.

                                  Nie rób mi tego...

                                  Writing is a socially acceptable form of schizophrenia.

                                  1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                  0
                                  • AbishaiA Niedostępny
                                    AbishaiA Niedostępny
                                    Abishai jako XXI
                                    napisał(a) ostatnio edytowany przez JhnW
                                    #33

                                    Sen był... ciekawy. Nie śnił jej się dokładnie koszmar. Jej umysł stworzył mieszankę za pomocą krwi. Połączenie żalu z powodu Cyrila z ekscytacją, jaką rozpalała Nadia. Nie podniecała Ann cielesność, ale... siła krwi robiła cuda. Ciało mogło nie czuć, ale umysł projektował emocje.
                                    Choć może nie powinna wspominać o tym Nadii... i opisywać, w jakim ubiorze ją w śnie widziała.
                                    Prawdę mówiąc, co musiała przyznać przed sobą... ten sen... był dość przyjemny...?

                                    Było to pewnym pocieszeniem po wczorajszej nocy. Ta nie zaczynała się ciekawie. Przynajmniej dla Ann, bo do Williama ktoś zadzwonił. Ktoś kogo się on nie spodziewał. Rozmowa była ważna i chyba prywatna, bo Blake wyprosił ją z pokoju na czas jej trwania. Nie była to długa pogawędka. Potem zaś oboje wyruszyli do siedziby Ventrue w Stillwater. Ponieważ czekało ich kolejne zebranie. Tym razem jednak Ann nie miała być w jego centrum zainteresowania, a przygarnięty przez miejscową “Camarillę” Sabatnik.

                                    W samochodowym radiu leciał kawałek Depeche Mode.

                                    https://www.youtube.com/watch?v=JIrm0dHbCDU

                                    - To dla wszystkich zagubionych dusz, od waszej wróżki. Nie bądźcie zamknięci na nowe doświadczenia. Karty zapowiadają wam zmiany w życiu…- mruczał zmysłowy kobiecy głos tuż po piosence.- … zarówno dobre jak i złe. Więc wasza Jaine Love mówi wam, bądźcie otwarci na zmiany i miejcie oczy szeroko otwartej nocy i kolejne. Świat nie stoi w miejscu. A teraz proszę kolejnego rozmówcę na linię.
                                    - Tu Larry…- odezwał się znajomy głos.
                                    - Ach Larry… co cię do mnie sprowadza. Jaki głosik kazał ci do mnie zadzwonić?- zapytała Jaine, a w tle słychać było głos tasowanych kart.
                                    - Eech… trochę nuda…- przyznał Larry, co wywołało śmiech u Jaine.- Nuda mój drogi? A nie zawód miłosny, albo zauroczenie. Karty mówią mi o nowej pannie w twoim życiu.
                                    - Nie…- zaśmiał się chrapliwie Larry i dodał.- Za młoda dla mnie. Bardziej mnie ciekawi, czy coś… się wydarzy. Wczoraj widziałem… eee… cóż… porąbane rzeczy.
                                    - Tak to jest, gdy się pije bimber podejrzanego pochodzenia, prawda?- odparła żartobliwie Jaine przetasowując karty i dodając.- Widzę interesujący układ, będzie coś interesującego… mrocznego, ale nie tak szybko jak byś chciał. I Larry?
                                    - Taaa… - zapytał mężczyzna w radiu.
                                    - Uważaj na siebie.- dodała Jaine.
                                    - Emm… ok. Wątpię bym musiał, ale ok.- odparł Larry.

                                    Na zebranie Ann weszła sama. William musiał jeszcze coś załatwić i jedynie podwiózł ją. Powiedział że wkrótce się zjawi, tak jak reszta Kainitów. Bo jak się okazało po wejściu paru z nich brakowało. Na przykład samego księcia Stillwater. Oraz Clyde’a, oraz Garry’ego... oraz powodu tego zebrania. Charlie'go.

                                    Była za to Lukrecja pogrążona w rozmowie z Larry’m, cichej acz intensywnej. Była Nadia siedząca przy stoliku z kwaśną miną, w ładnej bluzce i w krótkiej skórzanej mini i czarnych pończochach… i długich czarnych szpilkach. Ugh… po wczorajszej ich “rozmowie” Ann zaczęła zwracać uwagę na takie detale. Przynajmniej w przypadku tej Tremere.
                                    |-Miracella alias Patty, też zwróciła uwagę Ann, choć nie dlatego że była urodziwa czy seksowna (choć zapewne była). Nie. Powodem był strój i fryzura młodej Ventrue . Ann miała wrażenie, że gustem upodabnia się do swojej Pani. Było to intrygujące i niepokojące. Czy gdyby znała swojego twórcę, to czy… byłaby taka jak on lub ona?-|
                                    Patty mimo nowego statusu nadal zajmowała się tym, co robiła zawsze. Pilnowała by drinki były odpowiednio liczne i odpowiednio schłodzone. Na widok Ann uśmiechnęła się i podeszła.

                                    - Jak na razie jest spokojnie, ale mistrzyni mówiła mi że zrobi się gorąco. Teraz ponoć oczy z Nowego Jorku spoglądają na nasze miasteczko z powodu tego zaginięcia.- zaczęła mówić przyglądając się caitifce, która zorientowała się że nie ma tu jeszcze jednej osoby. Wampira z klanu Giovanni. Czy jednak powinien tu być? Nie należał do miejscowej koterii. Może nie miał prawa?
                                    - Ten… wampir z obcego klanu… ja tam niewiele wiem o Giovannich. A mistrzyni nie chce o nich mówić.Naprawdę są tacy straszni?- zapytała cicho, wyraźnie ciekawa tej kwestii. A że Ann pochodziła z Nowego Jorku, to zapewne uznała że caitifka będzie w tej kwestii dobrze poinformowana. No i zapach… Ann przez chwilę zastanawiała się, a potem z zaskoczeniem stwierdziła skąd go zna. Patty używała tych samych perfum co Lukrecja. I z podobną intensywnością.

                                    1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                    0
                                    • ZellZ Online
                                      ZellZ Online
                                      Zell jako Ann Paige
                                      Moderator Obsługa
                                      napisał(a) ostatnio edytowany przez JhnW
                                      #34


                                      INTRYGI, ZAUROCZNIE I HOBO-TREMERE


                                      Patrzyła na Patty z nieprzyjemnym zaskoczeniem. Ventrue w tym momencie przypominała jej, czemu zbuntowała się rodzinie.
                                      Być tym, co inni ustalili... Być... klonem.

                                      - Uhm... A co rozumiesz przez "straszni"?
                                      - Nooo.. przerażający. Inni Kainici przy nim szeptają. - odparła poufnym tonem młoda Ventrue.
                                      - To kazirodczy mafiozi o upodobaniach, których żywi zboczeńcy seksualni by się nie powstydzili. - szepnęła - Zombie, spaghetti, cementowe buty i seks. Oraz dużo kasy. -wzruszyła ramionami - Z taką mafią nie zadzierasz.

                                      -Achaaa… takie typki. - zadumałax się Patty i spojrzała na Ann. - To źle, że tu się zjawili? Powinniśmy się… bać?

                                      - Uważać może. Nowy Jork zaczął bardziej patrzeć, jak Giovanni się zezłościli. Ten klan to wielka rodzina.... pewnie dosłownie. Zirytowali się ci, z Europy, bo to jakaś ważna osoba była. - wzruszyła ramionami - Ponoć czasem widać po członkach ich kazirodcze związki.

                                      -Ale... wampiry nie mogą mieć dzieci. Luk… mistrzyni mówiła, że dhampiry to bajka wymyślona przez ludzi. - zszokowała się d Patty.

                                      - Źle zrozumiałaś. - uśmiechnęła się rozbawiona - Człowiek ma dziecko, przemieniają go. Jego dziecko ze swoim rodzeństwem ma inne dziecko. Któreś z nich zostaje przemienione. Ten Klan jest z super cienkiej puli genowej, a głównie tylko z niej biorą nowych członków. Nie wiem czy nie tylko. Więc wampirami stają się osoby z kazirodczych związków, często.
                                      - To brzmi trochę jak to co… Garry opowiadał o wilkołakach.- zadumała się Patty, a tymczasem do obu rozmawiających kobiet dostojnym krokiem zbliżała się Lukrecja.
                                      - Może wilki są odporne, ale my to z już uszkodzonych genów robimy wampira. - odwróciła się do podchodzącej Lukrecji i skłoniła grzecznie głowę.
                                      - Miracello… - Lukrecja zwróciła się do Patty.- Mogłabyś upewnić się czy specjalni goście w naszym hotelu nie rozrabiają? Bardzo mi zależy na spokoju dzisiaj.
                                      - Oczywiście moja pani.- Patty dygnęła niczym pokojówka i ruszyła wykonać polecenie Lukrecji.

                                      - Hmm… ostatnio twoje nieżycie obfituje w niespodzianki, nieprawdaż?- zapytała uprzejmie primogenka zwracając się do Ann.
                                      - Wyraźnie, choć w Nowym Jorku potrafiło być też ostrzej. - odparła
                                      - Mhmm… z pewnością. - odparła Lukrecja ni to zgadzając się ni to ignorując odpowiedź Ann. - Więc… jak ci się te interesy z futrzakami udały?
                                      - Dostali te dane, zapłacili w końcu... Czyli udały się, jak sądzę. Nadia sprawdza te błyskotki jeszcze. Choć nie wiem czy się opłaciło, patrząc na to, co z Nadią przechodziłyśmy.
                                      - A co takiego przeszłyście? Widzisz…- wskazała kciukiem na naburmuszoną Nadię.- Nie jest dziś ona w humorze, a nawet gdy bywa to… cóż, nie jest materiałem na gawędziarza jak Larry czy Garry.
                                      - Starałyśmy się nie dać utłuc czarnemu Wilkołakowi, goniącemu nas po Labiryncie, z którego ścian na nas wyskakiwał. - stwierdziła lekko - Były też inne radości, ale to chyba główne danie.

                                      -Interesujące… może przyjdzie nam to wykorzystać. Niby jesteśmy z futrzakami w dobrych relacjach, ale wiesz... One nie żyją wiecznie. Gdy te pokolenie umrze, następne może już nie być takie przyjazne. A gdyby nauczyć się przenikać przez ściany… odkrycie tak potężnej dyscypliny byłoby… przydatne.- zamyśliła się Lukrecja.

                                      - Wilkołaki... bardzo nie lubiły tego. Takie jak on są... eee... mówiły, że od Żmija. - położyła dłoń na ramieniu drugiej ręki, ubranej w mitenki - Nie wiem czy moglibyśmy się dyscyplin wilków uczyć... mają jakieś w ogóle?
                                      - Nie nauczyć. Przyjrzeć się jak to robią i spróbować pokombinować nad naśladowaniem ich na naszych warunkach. Przyznaję, nie bardzo się na tym znam, ale prawda jest taka że nowe dyscypliny mogą zostać opracowane z czasem, przez odpowiednio utalentowanych Kainitów, a… - Lukrecja spojrzała na Nadię.- … choć przyznaję to z niechęcią, Nadia jest taką Kainitką. Gdyby tylko potrafiła wyjąć głowę z własnej dupy i spojrzeć poza swoje tabelki Excela.
                                      - Widziałam wampira, to prawie na pewno był wampir, który... No, coś takiego robił. Podchodził do ściany i znikał... pojawiając się dalej. - zamyśliła się.
                                      - Widzisz! - podekscytowała się Lukrecja.- Są tacy co eksperymentują, co rozwijają się. My też mogłybyśmy spróbować. Skoro innemu się udało… Oryginalna dyscyplina to olbrzymia przewaga Ann. Z takich odkryć wyrastały nowe Linie Krwi.
                                      - Mogłybyśmy? - Ann wyraźnie była zdziwiona i trochę zagubiona tym tokiem rozmowy.
                                      - Teoretycznie… - przyznała Lukrecja z uśmiechem. - Nie jest to łatwe, ale cóż… co innego mamy do robienia na tym zadupiu? Gapienia się tęsknie na drogę prowadzącą do Nowego Jorku?
                                      - Czy coś zamierzasz, pani? - zapytała ostrożnie.
                                      - Mmmoże…- zamyśliła się Lukrecja przyglądając badawczo Ann i dodając.- A co? Byłabyś zainteresowana? I dyskretna?
                                      - Zależy... - caitiffka nie czuła się teraz komfortowo i pewnie - Na co bym się zgadzała.
                                      - Nic wrogiego twojemu Cyrilkowi, ale też nic o czym on powinien wiedzieć. Dlatego musiałabym cię odrobinę upoić swoją krwią. - rozważała cicho Lukrecja.- Dla pewności twojej dyskrecji.

                                      Obrazek zaczął się Ann układać.

                                      - Odrobinę?
                                      - Odrobinę… gdy przyjdzie na to czas i okaże się, że masz ochotę i determinację by wyrwać się stąd. I być kimś więcej niż tylko ulicznym krwiopijcą, którym to wyżej postawieni się wysługują.- kusiła Lukrecja spoglądając Ann w oczy.
                                      - Powiedz mi, pani. - spojrzała na swoje ramię - Naprawdę sądzisz, że jestem tak głupia? Zdesperowana?
                                      - Zdesperowana z pewnością. Głupia niekoniecznie. - odparła ironicznie Lukrecja splatając ramiona na swoim biuście. - No i bezczelna… ale nie ty jedna na świecie, więc się nie obrażę za te… szczerości.

                                      Wyszło szydło z worka.

                                      - Wiem, że Cyril jest ci niemiły, pani, więc można nie być zadowolonym, że ktoś od niego w Stillwater się znalazł. - wzruszyła ramionami - I byłoby pewnie bezpieczniej, gdyby krew zapewniała, że nie zacznie on zdobywać informacji mną, a już niesamowicie dobrze, gdyby można było ze mnie informacje o nim wziąć. - powoli rzekła - Mylę się?

                                      Lukrecja zachichotała ironicznie i dodała .- Mylisz się w wielu sprawach. To prawda, że nie darzę Cyrila przyjaźnią i nie lubię go. Aleee… - wzruszyła ramionami dodając. - … to nieistotny pionek Tremere, nie liczący się w wielkim układzie sił. Rozgrywa swoje intrygi wśród miejscowych członków klanu i próbuje wygryźć Palafoxa. Ot, cała prawda o nim. Ale co mnie obchodzi kocioł intryg Tremere? Co mnie obchodzą jego sekrety? Tym bardziej, że żadnego nie znasz, nieprawdaż? Obie dobrze wiemy, że Cyril nie ujawnia swoich tajemnic przed podwładnymi. Za to chętnie zbiera różne ploteczki i tu masz rację… wolałabym, żeby nie zbierał ich o mnie. Zemsta za mój upadek, jeśli rzeczywiście brał w nim udział o co go nadal podejrzewam, byłaby słodka ale… znów… jestem kobietą interesu i mogę zapomnieć o wendentcie na nim, choćby z tego powodu, że nie byłby on głównym celem mojej zemsty. W ramach obopólnych interesów mogłabym spokojnie puścić to w niepamięć. I niech się Tremere gryzą między dobą.

                                      - Więc czego chcesz ode mnie? - zapytała wprost - Żebym nie plotkowała, jakie masz suknie? On nie ma ochoty słuchać o bzdurkach.
                                      - Och... czuję się urażona. Jak dotąd nie miałyśmy okazji pogadać o sukienkach, bieliźnie, muzyce i chłopcach. Będziemy musiały to nadrobić. - odparła sarkastycznie Lukrecja. - Na razie proponuję sojusz. Mam już swoją Miracellę, Larry jest gotów mnie poprzeć… Nadia… jest kłopotliwa. Gdyby się dało ją bardziej przekonać do współpracy… - machnęła ręką dodając .- Nieważne. Proponuję sojusz… bo ty masz jeden głos w naszej społeczności. I czasem chciałabym, żeby ten głosik należał do mnie. Niekoniecznie w każdym głosowaniu, tylko w tych ważnych dla mnie. Wcale nie chcę wchodzić w rolę księcia tej pipidówy.
                                      - Mam jeden głos? - zdziwiła się - Mogę popierać... ale nie na ślepo. Mogę wesprzeć, pamiętać o tym, nie stawać na przekór, tylko... - spojrzała uważnie - Co w tym dla mnie, pani?
                                      - Gadasz jak Nadia…- odparła Ventrue z odrobiną frustracji głosie.- “Nic nie obiecuję, nic nie dam na pewno. Za to już oczekuję zapłaty.” Zapominasz moja droga o celu przed nami, który to możemy tylko osiągnąć pracując razem, pod moim skromnym przewodnictwem. Powrocie do Nowego Jorku w wielkim stylu, a nie jak żebraczki. Wtedy na pewno Cyril spojrzy na ciebie łakomym okiem. Jest łasy na władzę i pieniądze.
                                      - Nie widzi mi się ruletka, kładzenie głowy na pieniek. Jeżeli mam już to zrobić, chcę wiedzieć iż jest to opłacalne. Nie znamy się tak naprawdę, nie mogę ocenić twoich atrybutów przywódcy, a to co wiem nie jest wystarczające do wyrobienia opinii. - powiedziała spokojnie - Mogę powiedzieć, że Nadia tym bardziej ryzykantem nie jest. Ona musi mieć stabilny plan. Ja chcę jakikolwiek chociaż.
                                      - Na razie żaden nie jest ci potrzebny. Bo ruletki nie ma. Zagrożeń też nie. Nie w Stillwater, nie w tej sali.- wyjaśniła Lukrecja i dodała. - Potem… może tak. Na razie więc wystarczy wykazać odrobinę zaufania. Nie żądam od ciebie, póki co, nic co mogłoby ci zaszkodzić. Ni twojemu panu.

                                      Wypięła dumnie piersi w kierunku Ann dodając. - Wiesz co odkrył Larry przyglądając się nekromancie w kostnicy?

                                      - Że z pożądaniem patrzy na nieboszczyków?
                                      - Że tylko przygląda się trupom i ich ranom. Nie używał żadnej ciekawej techniki, żadnych sztuczek, a wiesz co to znaczy? - spytała Ventrue niczym nauczycielka egzaminująca krnąbrną uczennicę.
                                      - Nie chce/nie umie nic pokazać, sprawa nie ma takiej wagi jak zakładamy czy nie uważa, że cokolwiek by mu oględziny dały lub wie więcej niż myślimy.
                                      - Dużo gadania, ale i tak nie wysnułaś właściwych wniosków. - zaśmiała się cicho Lukrecja. - To oznacza, że wkrótce przybędzie ktoś bardziej kompetentny. Bo ten tutaj miał się tylko rozeznać w sytuacji. Teraz wyślą kogoś od… specjalistycznej roboty.
                                      - Będzie ciekawie. - stwierdziła mało szczęśliwym głosem.
                                      - Będzie też okazja dla nas, coś ugrać. - wyjaśniła Lukrecja z uśmiechem. - Jeśli masz dość rozumu i odwagi. I determinacji. Ale co dokładnie, to jeszcze nie wiem.

                                      Ann zastanawiała się.

                                      - Jeżeli zgodziłabym się na propozycję... - rzekła po chwili - ...musiałabym wypić twojej krwi?
                                      - Nie. Nie na początku. Dopiero później ewentualnie, gdy plany nabrałyby już kształtów i sytuacja tego wymagała. Na razie jednak przymusu nie ma. - uściśliła Lukrecja.
                                      - Zastanawiam się... - spojrzała na Lukrecję - Czy ty naprawdę sądzisz, że będziesz mogła wrócić do Nowego Jorku?
                                      - Jesteśmy nieśmiertelnymi istotami, ty i ja. Siedzimy w zapomnianej przez Boga i Diabła mieścinie. To nie ma znaczenia jakie są szanse. Co innego lepszego masz do zrobienia, wolisz z Nadią wypełniać tabelki z Excela? Słuchać poezji Blake’a… a może opaść na dno i zatonąć w oparach narkotycznej krwi jak Garry? - spytała retorycznie Lukrecja i dodała. - Ja… wolę planować, wolę działać.
                                      - Ja wrócę i tak, jak się sprawy uspokoją w mieście. - założyła ręce na piersi - Dlaczego więc sądzisz, że to taka łakoma dla mnie oferta?
                                      - Bo widzisz… wrócisz do tego co było. A z moją pomocą wrócisz coś znacząc.- odparła ironicznie Lukrecja.- Nie doszłaś już tego, że Cyril będzie wobec ciebie bardziej “szarmancki” i uczynny, jeśli staniesz się jego cennym zasobem, a nie tylko… - przerwała zerkając na drzwi przez które wszedł Garry. Klepnęła Ann po ramieniu mówiąc. - Wrócimy do tego później. Przemyśl to co mówiłam i… nie bądź taka pewna, co do rychłego powrotu, albo powrotu w ogóle. Nadia też sądzi, że może wrócić w każdej chwili.

                                      Ann nie odpowiedziała, jedynie skinąwszy głową. Tak, przemyśli...
                                      Zerknęła w stronę Nadii.
                                      Czy musiała dziś tak być ubrana?!


                                      Widząc, że Lukrecja poszła do Garry'ego, sama Ann przysiadła się do Nadii.

                                      - Ciekawy... strój. - uśmiechnęła się lekko.

                                      Tremere spojrzała z ukosa na Ann i rzekła. - Jeśli to twoja zaczepka na podryw, to musisz jeszcze nad tymi kwestiami popracować.
                                      Uśmiechnęła się taksując wzrokiem strój Ann. - Ale sądząc po stroju, ty podrywać dziś nie planowałaś.

                                      - Mamy spotkanie. - mruknęła - Bo inaczej... - ściszyła głos - Pocałowałabym cię.
                                      - Kto powiedział, że pozwoliłabym ci na to. - odparła złowieszczo Nadia i przyjrzała się dziewczynie badawczo. - Mocno cię wzięło, co?
                                      - Co wzięło? - zapytała niewinnie.
                                      - Moja krew i uczucia jakie wywołały… będę z tego powodu wyrozumiała dla twoich… wyskoków. - odparła łaskawie Nadia i spojrzała na swoją bluzkę, spódniczkę i nogi. - Wiesz dlaczego oburzył mnie widok gołego Garry’ego?
                                      - Bo to nie mister Ameryki?
                                      - Dokładnie. Jestem martwa tak jak ty. Jedzenie nie sprawia mi przyjemności, ani picie… poza krwią. Seks wymaga… cóż, tego co ty posmakowałaś. By emocje wywołane krwią pobudziły wspomnienia z czasów życia. Więc widoki cenię. Jestem estetką, a Garry to… zapuszczony brudny hipis… więc niezbyt ładny widok.- potwierdziła Nadia i spojrzała na Ann dodając.- Przez co łatwo mi znosić twój flirt. Jesteś w miarę miła oku… pozbawiona dobrego gustu, ale przynajmniej niebrzydka.
                                      - ...czyli ugryzłabyś mnie?
                                      - Hmmm… gdyby istniała między nami jakaś emocjonalna więź wcześniej i podobne miałybyśmy gusta, rozważyłabym to. Jedno dziabnięcie jeszcze nie czyni trwałej więzi.- odparła wampirzyca po dłuższym namyśle.
                                      - Krew tworzy emocjonalną więź. - stwierdziła i westchnęła - I daje... Uczucia, emocje. Nie czujesz się tak beznadziejnie pusty w środku, wiesz?
                                      - To bzdura. - stwierdziła spokojnie Nadia.- Myślisz, że bez krwi nie masz emocji? To co czułaś tam przy czarnym wilkołaku, jeśli nie emocje właśnie. Krew Kainity daje ci samozadowolenie, jest tym samym co pije Garry co noc, tylko wzmocnionym stukrotnie. Nie czuję się pusta będąc całkowicie wolną od uzależnienia od innego Kainity, choć… pamiętam że proces uwolnienia był bolesny.
                                      - Posiadane emocje są albo negatywne, albo nie tak... Wyraźne. Pijąc krew... - westchnęła - Czujesz się jakby żywa.
                                      - Nie mów mi że urodziłaś się w pokoleniu EMO… wszystko musisz widzieć w czarnych barwach?- zapytała retorycznie Nadia i wzruszyła ramionami zakładając nogę na nogę.- Jesteś wiecznie młodą, nieśmiertelną istotą i możesz z czasem zyskać potęgę przekraczającą możliwości śmiertelników. A jedynie co potrafisz to smęcić. To dołujące.

                                      Wstała od stołu.

                                      - Chodź za mną.

                                      Caitiffka wstała za Nadią i jak i chciała, ruszyła za nią.

                                      Obie wyszły się przewietrzyć wychodząc przez drzwi dla obsługi na tyły hotelu. Tam Nadia się przeciągnęła i westchnęła.

                                      - No dobra… miejmy to za sobą.

                                      Po czym popchnęła Ann na drzwi, przez które wyszły i docisnęła swoje ciało do jej. I pocałowała… mocno, władczo, z wyraźnym wyrachowaniem i satysfakcją. I doświadczeniem.

                                      - Zadowolona?- spytała po pocałunku.
                                      - A ty? - zamruczała w uśmiechu.
                                      - Jestem estetką… żebyś mnie zadowoliła, to musiałabyś paradować przede mną w seksownej bieliźnie i ładnym makijażu… z odpowiednią fryzurą. - odparła ironicznie Nadia przyglądając się oczom Ann. - Dotyk nie sprawia aż tak dużej przyjemności, acz… twoje usta są… satysfakcjonujące. Wiesz jaki jest twój problem Ann?
                                      - Jaki? - zapytała przesuwając palcami po włosach Nadii, która nie zwracała na to uwagi mówiąc. - Brakuje ci hobby, czegoś czym mogłabyś się zająć. W Nowym Jorku miałaś przetrwanie na głowie… tu nudę. I dlatego tak smęcisz.
                                      - A ty narzekasz. - odparła - Bo nuda cię przytłacza.
                                      - Ja mam konkretne powody do narzekania. Właśnie jeden z nich dzisiaj podejmiemy na zebraniu.- odparła Nadia nadal przyciskając Ann do drzwi.- Zakładam, że za życia byłaś co najmniej biseksualna, skoro tak gładko przyjęłaś to zauroczenie mną.
                                      - Byłam. - zgodziła się - Pewnie w końcu chcieliby bym miała męża i dziecko, ale czułam pociąg do obu płci. Czy to ma większe znaczenie po śmierci?
                                      - Możesz się zakochać po śmierci. Bez picia krwi. Twój gospodarz jest tego dowodem. - wyjaśniła Nadia odsuwając się lekko. - Jesteś nadal człowiekiem, nadal masz te same uczucia, te same nawyki… na szczęście lub niestety.
                                      - Z wiekiem mi się zmieni?
                                      - Hmmm… nie wiem. Nie sądzę. Stare wampiry Tremere nadal knują między sobą, walczą o sfery wpływów. I zazdrośnie strzegą swojej potęgi. Żadne z ludzkich nawyków im nie zanikły. - odparła sarkastycznie Nadia. - Żałosne.
                                      - Tobie chyba też nie zanikły. - spojrzała oceniająco - Czemu więc oni są żałośni, a ty najwyraźniej tak się nie widzisz?
                                      - Dlatego, że ja przeszłam piekło i widzę trywialność ich intryg i sporów. Kruchość Piramidy zależności którą Tremere budują w każdym mieście. Widzę… paliwo pod stos.- uśmiechnęła się krzywo Kainitka.- I zastanawiam się, kto rzuci zapałkę.
                                      - Możliwie inni też przeszli piekło. - położyła dłoń na jej policzku - Ale skoro mówisz, że widzisz, co się dzieje... Czy masz zamiar coś robić? Czy czekać, by potańczyć przy zgliszczach?
                                      - Ja szukam boskiej odpowiedzi zakodowanej w świętej księdze. To mi da potęgę większą niż krew płynąca w naszych żyłach. - Nadia zmrużyła oczy przyglądając się obliczu Ann. - Śmiało sobie poczyniasz. Cyril też ci na to pozwalał?

                                      Ann zaśmiała się lekko.

                                      - Nie, nie pozwala i na mniejsze rzeczy. Raz tylko się do niego przytuliłam, gdzieś na początkach. Zdezorientowany Tremere.
                                      - Nie dziwi mnie to… - odparła Nadia ignorując dotyk dłoni Ann na swoim policzku. - Pewnie za życia też nie bardzo go ciągnęło do łożnicy. Niemniej i tak wskoczyłabyś mu do łóżka, gdyby naszedł go taki kaprys. - wzdrygnęła się na samą myśl.
                                      - To nie było przytulenie z podtekstem seksualnym. Tego podtekstu nie było nigdy do niego. Potrzebowałam... poczucia bezpieczeństwa. Wsparcia. - przeszła do szeptu - Jakiegokolwiek.
                                      - I potrzebujesz krwi, by to poczuć? Tutaj? Z nadopiekuńczym i sentymentalnym Toreadorem u boku? - spytała retorycznie Nadia, sama… głaszcząc Ann po policzku.
                                      - Uczucia krwi są mocniejsze... Bardziej prawdziwe. - zamknęła oczy - Mówisz, że szukasz boskiej odpowiedzi... ale co jeżeli nie znajdziesz jej, nim inni wszystko zniszczą?
                                      - Intensywniejsze… tak… bardziej prawdziwe? Wątpię. Nie ma w tym nic prawdziwego.- dłoń Nadii pieścić poczęła szyję. - Powiedz mi Ann, czy za miesiąc, półtora… gdy uwolnisz się od tej miłości, będziesz z odrazą wspominać wszystko na co sobie pozwolę teraz?

                                      Drugą dłoń docisnęła do piersi z wprawą ją masując przez ubrania i budząc wspomnienia doznań w ciele Ann.

                                      - ...a na co sobie pozwolisz? - zapytała cicho.
                                      - Na pewno chcesz wiedzieć? - ścisnęła boleśnie krągłość Ann i puściła po chwili caitifkę dodając. - Taka fałszywa miłostka nie trwa wiecznie, chyba że zdecyduję się podtrzymać, albo się w nią włączyć. Nie wiem czy chcę i czy tego naprawdę chcesz.
                                      - Zależy od ciebie... - zastanowiła się - Ty na pewno byłabyś zawstydzona, że kundla tarzasz przed dniami.
                                      - Dlaczego miałabym być zawstydzona? Zrobiłabym z ciebie moją zabawkę. Niewolnicę nawet… Jeśli szukasz materiału na romans z kart książki dla gospodyń domowych, to Lukrecja jest lepszym wyborem, a jej podopieczna nadałaby się jeszcze lepiej. Jest młoda, ale jej krew upoiłaby cię tak samo jak moja. - zaśmiała się ironicznie Nadia.
                                      - Skąd w młodziutkiej dziewczynie takie chęci? - zapytała.
                                      - Gdy się jest młodą amoralną i sfrustrowaną arystokratką na prowincji, mającą zachować dziewictwo do ślubu i mającą boską władzę nad pospólstwem… to różne mroczne pomysły przychodzą do głowy. - wzruszyła ramionami Nadia. - Całkowita władza upija i korumpuje moja droga i to bardzo mocno.
                                      - Wydajesz się usilnie starać mnie zniechęcić. Co byś zrobiła, gdybym zechciała takiego związku?
                                      - Pokaż mi swoją bieliznę… - zażądała od razu. - Teraz.

                                      Ann wyraźnie była zdezorientowana.

                                      - Ale... Spotkanie... Musimy wracać...
                                      - Tchórz cię obleciał? Nie każę ci przecież iść tam nago. Masz tylko tu i teraz pokazać mi jaką bieliznę założyłaś.- odparła Nadia i podeszła bliżej. - Wyjaśnijmy sobie jedno. To nie byłaby zrównoważona relacja. Ja decyduję, ty słuchasz i spełniasz moje polecenia i czerpiesz z tego radość. Tak by było nawet, gdybym się z ciebie napiła. Taka jestem.
                                      - I to nie byłoby ograniczone do prywatności?
                                      - Widzisz tu kogoś poza mną? Jeśli się będziesz guzdrała ktoś rzeczywiście może nas przyłapać. Niemniej…- odparła wpatrując się w oczy Ann.- … zadałaś wcześniej pytanie, masz odpowiedź.

                                      Wampirzyca wyglądała na wybitą ze spokoju. Wyraźnie nie spodziewała się czegoś takiego. Rozejrzała się, po czym powoli rozpięła spodnie i zsunęła je, aby pokazać co Nadia chciała.

                                      - Hmm… góra też.- odparła Nadia krytycznie przyglądając się obnażonym przez caitifkę sekretom.

                                      Ann wyraźnie się spięła.

                                      - Zakrywam tak dokładnie, aby waszego... gustu estetycznego nie drażnić. - uniosła ku górze bluzkę, ukazując tak blizny, zaleczone w różnym stopniu, oraz zakryty ścisłymi opatrunkami bok w okolicach płuc.
                                      - Zgadzam się z tobą. Ten komplecik jest koszmarny. - Nadia chwyciła za biustonosz i brutalnie zdarła go z caitifki. - Możesz się ubrać.

                                      Po czym wyrzuciła jej biustonosz do pobliskiego śmietnika.- Jutro oczekuję cię w czymś bardziej zmysłowym. I z porządnym makijażem. Masz tak przyjść do mojej biblioteki, jeśli oczywiście się nie wystraszyłaś.
                                      Założyła ubranie na siebie, czując pewien wstyd. Nadia...

                                      - Wracajmy już....

                                      W co ty się pakujesz?!
                                      Tremere podeszła do Ann, objęła ją w pasie ramieniem, przyciągnęła władczo do siebie i pocałowała z namiętnością i wprawą, wyraźnie rozkoszując się sytuacją i władzą jaką miała nad caitifką. Dłoń pieściła przez chwilę ukrytą pod strojem pierś, a doznania były wyraźniejsze z powodu zmniejszonej bariery tkanin.

                                      - Nie myśl, że twój gest mi nie zaimponował. - odparła po pocałunku. - I nie oczekuję z całą pewnością, że się zjawisz. Zrozumiem jeśli stchórzysz.
                                      - Zamordujesz psychicznie Charliego... - szepnęła drżąc lekko.
                                      - Byłoby to… idealne rozwiązanie.- język Nadii przesunął się po szyi Ann lubieżnie. Najwyraźniej taka wizja ją podniecała. - Acz… przekonałam się, że większość ludzi potrafi wytrzymać naprawdę wiele udręki, a wampiry jeszcze więcej. Obawiam się, że to raczej nie ma szans na powodzenie. Ale pewnie… spróbuję.

                                      Puściła w końcu Ann i westchnęła. - Dobrze... pomacaj sobie co chcesz w nagrodę i wracajmy.
                                      Ann zaczęła całować szyję Nadii przesuwać po niej kłami, starając się nie ulegać pokusie upicia jej krwi, a jedynie drażniąc jej skórę.

                                      - No już już… wystarczy tego dobrego.- pochwyciwszy za włosy caitifkę Nadia ze śmiechem odsunęła Ann od siebie. - A tobie tylko jedno w głowie. A potem się dziwisz, że Cyril nie chce się tulić. Opróżniłabyś go.

                                      Puściła Ann i ruszyła przodem do drzwi, kręcąc przy tym pupą zachęcająco.

                                      - Wracamy.

                                      Ann nie wiedziała jak się czuje w takiej sytuacji. Sen był przyjemniejszy... ale czy mogłaby taką znajomością zyskać coś ze strony Nadii?
                                      Bez słowa poszła za Tremere do środka.

                                      Sytuacja w środku się zmieniła. Obecnie Garry gadał z Williamem i pozostali Kainici mieszkający w Stillwater już byli. Brakowało tylko Księcia i Clyde’a.

                                      - Co was tak długo nie było? - zaciekawiła się Lukrecja, a Nadia zbyła ją krótkim. - Musiałyśmy sobie wyjaśnić parę spraw.

                                      I poszła dalej.
                                      Ann wzruszyła tylko ramionami, najwyraźniej uważając kwestię za zakończoną, niewartą roztrząsania i po prostu poszła usiąść obok Williama, zatrzymując się na razie kawałek od rozmawiającego Toreadora. Nie słyszała co mówią, zresztą to nie miało znaczenia. Po chwili bowiem wkroczył sam książę Stillwater.

                                      - Widzę że wszyscy już tu są.

                                      Najwyraźniej Clyde nie należał do “wszystkich”.

                                      - Więc przejdźmy do konkretów. Jak pewnie wiecie, jeden Giovanni zaginął lub zginął, a kolejny przyjechał go szukać. Co prawda możemy go formalnie przegonić, ale nie ma co antagonizować tego klanu. Niemniej nie zamierzam pozwolić mu się tu panoszyć, więc… będziemy nadzorowali ich działania. Wszyscy już wiedzą co odkrył Larry?
                                      - Wiedzą. Nic.- stwierdziła sarkastycznie Lukrecja.

                                      Ann spojrzała na Ventrue, po czym zwróciła się do Księcia.

                                      - Wymowne nic, bym rzekła.
                                      - Tak. Niemniej to ich nie zniechęciło do opuszczenia naszej domeny.- odparł Joshua i wyjaśniał dalej.- Zamierzają tu zostać na czas śledztwa. Gino poinformował mnie, że zamierzają zająć kilka pomieszczeń w hotelu.
                                      - Będą problemy żywieniowe.- zastanowiła się Lukrecja, a Smith dodał.- Klan będzie załatwiał sobie posiłki we własnym zakresie, nie wykorzystując zasobów naszej domeny. Jak dokładnie, to nie wiem… niemniej trzymam ich za słowo.
                                      - Ma już jakieś plany, poza byciem oisef?
                                      - Eeem… co?- zapytał Joshua, a William uściślił. - Darmozjadem.
                                      - Nie będą darmozjadami. Będą płacić za pobyt i z pewnością Giovanni mają swoje plany, acz nie są chętni by je zdradzić. Dlatego nalegałem, by zawsze im przydzielić opiekuna i przewodnika, który zaopiekuje się grupą śledczą. I dopilnuje by nie narobili zamieszania…-
                                      - … i nie odkryli, że na naszym terenie są jeszcze inne wampiry, których oficjalnie nie ma, prawda?- odparła złośliwie Lukrecja.
                                      - Nie wiem o czym mówisz.- odparł z kamienną miną książę.
                                      - Nie zgrywaj idioty. Dobrze wiemy, że z Williamem ukrywacie obecność innych Kainitów w okolicach Stillwater. Nie jesteśmy idiotami.- warknęła Lukrecja.- Przymykałam na to oko, dotąd… ale teraz, gdy jeden z nich może być potencjalnie zamieszany w to morderstwo czy porwanie, to chyba czas zagrać w otwarte karty, nieprawdaż?

                                      Caitiffka nie odezwała się. Nie wiedziała czy Lukrecja mówi o tych, co sama Ann zobaczyła... ale chciała móc obadać reakcję oskarżonych.

                                      - Nie wiem o czym mówisz. A zakładając teoretycznie, że są takie istoty na takim terenie, to po pierwsze… mówimy tu o jednej osobie. A po drugie, wypytałbym taką osobę o… powiązania z tym klanem, tuż po zjawieniu się Giovanni. I otrzymałbym odpowiedź negatywną.- odparł zimno Smith z kamienną twarzą.
                                      - I uwierzyłbym wpatrując się w śliczne oczka, jak każdy naiwny mężczyzna. Bo mówimy o teoretycznej kobiecie, prawda?- zadrwiła Lukrecja.
                                      - Jednej teoretycznej kobiecie… potężnej kobiecie, której teoretycznie pewna Ventrue nie chce nacisnąć na odcisk. - stwierdził chłodno Joshua.
                                      - To naprawdę robi nam się grupka. - wtrąciła Ann - Kobieta i dwóch mężczyzn jeszcze. Stillwater rozwija żagle? - odparła spokojnym tonem.
                                      - Nic nie wiem o dwóch mężczyznach.- stwierdził krótko szeryf i westchnął wzruszając ramionami.- Domeny nie są szczelnymi kopułami Ann, jeśli pojedyncze lub nieliczne grupki wampirów zachowują ostrożność, to mogą się przemknąć przez jej tereny niezauważone. Tak samo jest w Nowym Jorku.

                                      Ann na chwilę zawiesiła wzrok na Williamie, gdy książę stwierdził, że "nic nie wie o dwóch mężczyznach" nie zauważając niczego.

                                      - Mimo to powinnam, powinnyśmy… ją poznać.- odparła Lukrecja. A Smith wymienił spojrzenia z Williamem, który odpowiedział wzruszeniem ramion.
                                      - Zobaczę co da się zrobić w tej kwestii. Jednakże… tylko ty, chyba że ktoś jeszcze chce? - zapytał Joshua wędrując spojrzeniem po reszcie osób na sali. Nikt inny się nie zgłosił. Ani Larry, ani Nadia nie byli zainteresowani.
                                      - Mogę robić za entourage, aby Lukrecja samotnie nie szła. - spojrzała na Ventrue.
                                      - Się zobaczy.- stwierdził Joshua i spytał. - Ufam, że każdy z was jest gotów poświęcić noc dla naszej domeny i każdego mogę wpisać w grafik jako potencjalnych przewodników?

                                      Ann zgodziła się i spojrzała na resztę.
                                      Podobnie uczynili pozostali, acz Garry z wyraźnym wahaniem i niechęcią.

                                      - Cudownie. Jutro wyznaczę któregoś z was, a co do przyjemniejszych rzeczy. Do naszej rodziny dołączają dwoje nowych Kainitów. Jednego już znacie… -wskazał na Miracellę.

                                      Po czym rozpoczęło się przedstawienie. Książę formalnie zapytał Patty, ta odpowiedziała. I następnie rozpoczęło się głosowanie. Książę zagłosował za siebie i Clyde’a… reszta zaś tylko w swoim imieniu. Tak, tak, tak… wszyscy się zgadzali. Caitifka też.
                                      Ann czekała na inne przedstawienie. Obserwowała Nadię w oczekiwaniu.

                                      - Gratuluję Miracello dołączenia do naszej domeny i uznania za członka klanu Ventrue. Teraz, druga sprawa…- stuknął dłonią w drzwi dając wyraźnie znak. I drzwi się otworzyły, a do środka wszedł Clyde z wampirem o obliczu pokrytym bliznami na kształt run.

                                      
                                      |-

                                      - Hej… - rzekł na powitanie były Sabatnik.
                                      - Nasz… przyjaciel co prawda nie może osiągnąć takiego statusu jak my. - wyjaśnił Joshua wzruszając ramionami. - Co do tego Tremere byli bardzo stanowczy. Znajdzie się on pod opieką miejscowych członków w tego klanu, obecnie w osobie Nadii. I będzie jej… podwładnym bez praw które ma każdy członek mojej domeny.
                                      - Luzik. - wtrącił nowy Kainita i beknął chwilę potem, by dodać.- I tak nie lubię polityki.

                                      Na to Ann z zainteresowaniem spojrzała na Nadię. Ta miała kwaśną minę i zabijała nowego wzrokiem.
                                      Joshua skinął głową i westchnął.- Dobra… przejdźmy do załatwienia formalności.
                                      Charlie skinął głową. - Ok.
                                      I zaczęło się przedstawienie i przedstawianie. Nowy nie powiedział nic nowego, czego Ann już nie wiedziała. No i zaczęło się głosowanie. Tak, tak, tak…

                                      - Nie. - odparła Nadia chłodno.
                                      - Nie?- zdziwił się Joshua.- Przecież to wszystko jest tylko formalnością. Plany te zostały uzgodnione z Primogenem Nowego Jorku.
                                      - No i? Głosowanie nie wymaga jednomyślności. - stwierdziła Tremere.- Nie widzę powodu, by nie zaprotestować, choćby jako manifestacji mojej niezgody na ten pomysł. Nic to nie zmieni.
                                      - Rewolucjonistyczna nutka jest jednak w tobie. - Ann spojrzała Nadii w oczy.
                                      - Po prostu korzystam z tego waszego wynalazku... demokracji. Działam w ramach prawa. Rewolucja… moja droga, gwałci wszelkie prawa. - wyjaśniła Tremere.
                                      - Czy w tym momencie nie podważasz prawa pochodzącego z decyzji Regenta? - caitiffka odparła z anielskim spokojem.
                                      - Nie muszę się zgadzać z każdą decyzją Regenta. Muszę tylko wykonywać polecenia i zalecenia. I to uczynię. - odparła chłodno wampirzyca.
                                      - To chyba najbliżej "tak", jak możesz się spodziewać, Książę. - zwróciła się do Joshui.
                                      - Tak, niewątpliwie… a reszta?- zapytał Joshua, reszta zagłosłowała na tak, wraz z Ann.

                                      I na tym zakończyły się wszelkie sprawy, jakie Smith postanowił załatwić tej nocy. Zebranie zmieniło się powoli w krwawą popijawę i wieczorek pokerowy. Z Nadią, Garrym, Joshuą i Williamem przy stoliku.


                                      Ann podeszła do Lukrecji i usiadła naprzeciw kobiety, sama popijając krwawą Mary z kieliszka.

                                      - Masz jakieś wyobrażenie członka twojej idealnej świty, pani? - zapytała usłużnie.
                                      - Świty? Hmmm… profesjonalny wygląd byłby idealny. Elegancka fryzura, gustowny żakiet, spódnica za kolano, koszula biała najlepiej.- zadumała się Ventrue. - Gdy przyjdzie czas Miracella cię ubierze. Ma świetne wyczucie mody.
                                      - Nie zaprotestuję. - odparła Ann z cierpliwością - Skąd masz informacje o tej osobie, do której zechciałaś iść?
                                      - Hmm… nie domyślasz się kto to może być?- zapytała ironicznie Lukrecja popijając trunek. - Szczerze powiedziawszy, trochę blefowałam… Nie mam nic poza podejrzeniami. Niestety całe moje zasoby i kontakty lokuję w Nowym Jorku, by wiedzieć do czego bym wróciła. Tu w mieście mam tylko moje ghulice i was…

                                      - Musi być to okropne. Jakbyś była oślepiona, prawda?
                                      - Nie…- machnęła ręką Lukrecja. - Małe intrygi i sekreciki naszego Księcia i jego Toreadorka obchodzą mnie tyle co zeszłoroczny śnieg. Stillwater to tylko tymczasowe lokum. Nie obchodzi mnie ile wampirów chowają po kątach pod warunkiem, że… nie ma z nimi kłopotów. To co się stało w związku z klanem Giovanni, świadczy o tym, że jednak jakieś problemy będą i nie czas teraz na takie tajemnice.
                                      - Ty pani mogłaś blefować, ja z dwoma nie blefowałam. - wzruszyła ramionami - Więc jeżeli są cichaczem trzymani w Stillwater, to jest tu większa grupa. - przymrużyła oczy w rozbawieniu - Jeżeli planujemy szturmować Nowy Jork, to wolałabym wiedzieć wcześniej.
                                      - Mogą też być szpiegami Sabatu ukrywającymi się przed nami. Jeśli Sabat tu czegoś szukał, a tak twierdzi nowy członek naszej rodziny, to oczywistym jest że wpierw wysłaliby zwiadowców. A grupa którą rozgromiliśmy, posłużyłaby do precyzyjnego uderzenia. - zastanowiła się głośno Lukrecja.
                                      - Precyzyjniej tamtą grupą? Oni byli wystarczająco nieuważni, aby wpaść na Wilkołaki, co dopiero myśleć, że mogliby czegoś lepszego dokonać. Czy po tych latach nie nauczyli się, czemu trzeba unikać konkretnych terenów Stillwater?
                                      - Cóż… tamci mieli pecha. Wpakowali się przypadkiem na sforę wilkołaków i utracili przywódców i wskazówki co do misji.- zaśmiała się ironicznie pytając Lukrecja.- Gdyby mieli lidera i opiekuna duchowego to może byliby bardziej dyskretni?
                                      - Opiekun duchowy? Sabat nie wydaje mi się uduchowioną zgrają... - zapytała, nie rozumiejąc tego dokładnie.
                                      - Cóż… określenie “inkwizytor” pasuje lepiej do tej roli, albo… komisarz polityczny. - zaśmiała się cicho Lukrecja.- Jest to osoba, która pilnuje by sfora i jej przywódca trzymali się doktryny Sabatu i wyznaczonego im zadania.
                                      - Czyli... sami nie mają tyle we łbach, aby to ogarnąć?
                                      - Sabat stawia na ilość, a nie na jakość jeśli chodzi o szeregowych członków. Śmiertelność wśród nich jest wysoka. - wzruszyła ramionami Ventrue. - Ale niech cię nie zmyli niska jakość tych śmieci. Starsi Sabatu są sprytni, inteligentni i bardzo niebezpieczni.
                                      - Starsi Camarilli tak samo...
                                      - To prawda. Jednak Camarilla mocniej stawia na Maskaradę i ogranicza znacznie przebudzenia nowych Kainitów. Najpierw trzeba uzyskać pozwolenie Księcia by przemienić śmiertelnika. W Nowym Jorku niekoniecznie oznacza to osobiste spotkanie z Księciem. Niemniej nadal taka prośba musi mu zostać przełożona choćby przez pośredników i… rozpatrzona pozytywnie. - wyjaśniała Ventrue popijając trunek. - A samowolna przemiana śmiertelnika zawsze jest karana śmiercią twórcy i zazwyczaj… potomka. Camarilla idzie w jakość, nie w ilość.
                                      - Sabat do tego ma... unikalny sposób Przemiany. Charlie przykładem.
                                      - Charlie jest… ciekawym przypadkiem.- przyznała Lukrecja i wzruszyła ramionami.- A co do metod Sabatu, to oni przedkładają skuteczność nad subtelność.
                                      - Mam pytanie... - zdecydowała - Słyszałaś coś więcej o Klanach Sabatu.... Tzicośtam i Lasombra?
                                      - Hmmm… o Diabłach słyszałam, że mistrzami w formowania ciała i wyglądają szkaradnie. Ot, takie straszenie. O klanie Lasombra wiem tylko tyle, że są jednym z najważniejszych klanów Sabatu i de facto że nim rządzą. Lasombra… - Lukrecja wzruszyła ramionami wspominając -... rzadko są na pierwszej linii, a Tzimisce są w Europie, nie tutaj.
                                      - Ponoć w Nowym Jorku mają problem z Lasombra.
                                      - Sabat to Lasombra… - odparła ironicznie Lukrecja.
                                      - Często Sabat atakuje miasto?
                                      - Hmm…. różnie to bywa.- oceniła wampirzyca.- To zależy co rozumiesz przez atak.
                                      - Rzut Sabatu na Nowy Jork, aby przejąć.
                                      - Raz na kilka dekad.- zaśmiała się Lukrecja i pokręciła głową.- Nie… zwykle jest kilka małych grup Sabatu nacierających w różnych miejscach jednocześnie, próbując wykonać polecone im zadania i wycofać się zanim Brujah uderzą z pełną mocą.

                                      - Pani... Abstrahując od twoich doświadczeń... - spojrzała Lukrecji w oczy - Jaki był w zwykłej relacji Książę?
                                      - Czarujący, szarmancki i emanujący potęgą. To żmija, piękna, ale i groźna…- wyjaśniła sarkastycznie Lukrecja spoglądając na pustawy już kieliszek.
                                      - Ty miałaś przejąć fotel Księcia po udanym coup?
                                      - Nie. Gdyby tak było, nie siedziałabym tutaj. Nie byłam na tyle ważna, by być groźną dla Księcia. Dlatego nadal egzystuję. - odparła ironicznie Lukrecja. - Jeśli wejdziesz mu w drogę, to zginiesz bolesną śmiercią… chyba że jesteś tylko drobnym kamyczkiem na jego drodze, wtedy może cię po prostu kopnąć na pobocze.
                                      - Temu przetrwałaś? - zapytała.
                                      - Na to wygląda…- oceniła Lukrecja.

                                      - Czemu więc powinnam wejść w sojusz z kimś, kto upadł w Nowym Jorku i tamten Książę go zesłał? To ma szansę na kolejną porażkę, jeżeli o tym pomyślisz. - zapytała w końcu.
                                      - Planujesz spróbować odebrać władzę Księciu? Jeśli nie to nie widzę powodu, by nie zawrzeć sojuszu. Ja planuję tam wrócić i trzymać się od spisków przeciwko niemu z daleka. Dostałam nauczkę i wyciągnęłam z niej wnioski.- odparła ironicznie Kainitka.
                                      - Uwierzyłabym bardziej, gdybyś do "trzymać się z daleka" dodała "na razie".
                                      - “Na razie”… jest opcją do rozważenia dopiero za dekadę lub trzy.- odparła kwaśno Lukrecja. - Wierz mi, nie chcesz mu wejść na odcisk.

                                      - Hmm... - dopiła swojej Krwawej Mary - Czy chciałabyś może więcej Mary, pani?
                                      - Nie… natomiast chciałabym wiedzieć o czym tak długo dyskutowałaś z Nadią… na osobności? - zapytała Lukrecja z lisim uśmieszkiem.
                                      - Ustalałyśmy relacje. - wzruszyła ramionami.
                                      - Relacje? A jakież to relacje wymagały ustalenia? Jakie ty w ogóle masz z nią relacje? Jesteś przecież uwiązana do Cyrila. - zdziwiła się Ventrue.
                                      - Czyli mam swoje doświadczenia z Tremere. A o relacjach... wybacz, ale nie zdradzę szczegółów.
                                      - Czyli ja się tu uzewnętrzniam, a ty coś kryjesz przede mną? Podstępna żmijko.- zaśmiała się ironicznie Lukrecja. I wzruszyła ramionami.- A potem się dziwisz, że od razu nie rzucam ci moich planów pod nogi. Ten sam powód. Pewne rzeczy mogą być ujawnione tylko po pewnym czasie i na odpowiednim poziomie… zaufania.
                                      - Sama wiesz, że jestem uwiązana do Cyrila. Czemu oczekujesz, że zacznę nagle mówić rzeczy, które dotyczą Tremere?
                                      - Cyrila… nie Tremere. Lojalność Cyrila wobec swojego klanu jest… wątpliwa. - wzruszyła ramionami Ventrue. - Cyril dba tylko o jedno… o siebie.
                                      - Wątpię by moje rozrzucanie e informacji o Tremere, było ku jego zadowoleniu. Chciałam ustalić relacje z Nadią, aby wiedzieć czego obie oczekujemy i nie następować na jej nogi.
                                      - Rozumiem.- odparła Ventrue z podejrzliwym uśmieszkiem.

                                      - Jeżeli nie będziesz używać mojego głosu, aby bruździć, Księciu Smithowi czy Williamowi... to mamy sojusz. - zdecydowała - Nie oznacza to oczywiście, że da ci to automatycznie sojusz z Cyrilem i obejdzie jego rozkazy, ale to chyba jasne.
                                      - Nie obchodzi mnie sojusz z Cyrilem, ani też brużdżenie miejscowym. - stwierdziła Lukrecja z uśmiechem.- Nie mamy sprzecznych celów Ann.
                                      - Więc ustalone. - pokiwała głową.
                                      - Mhmm… tak… wspólniczko. - mruknęła wesoło Lukrecja zadowolona z “połowu”.

                                      Writing is a socially acceptable form of schizophrenia.

                                      1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                      0
                                      • ZellZ Online
                                        ZellZ Online
                                        Zell jako Ann Paige
                                        Moderator Obsługa
                                        napisał(a) ostatnio edytowany przez JhnW
                                        #35

                                        TO NIE JEST COŚ, CO OPOWIADAM NA TRZEŹWO


                                        Po rozmowie z primogenką Ventrue, spojrzenie Ann spoczęło na Charliem. Wampir ten niespecjalnie się socjalizował. Wypiwszy kilka przygotowanych dla niego drinków, wydawał się być zadowolony z nieżycia. Przypominał caitifce Garry’ego.

                                        - W sumie powinno mi być cię żal. - odezwała się Ann, podchodząc do "Tremere".
                                        - Hę? - odparł niezrozumiale wampir zwracając uwagę na Ann. - Czemu?
                                        - Twoja nowa... pani... Nadia. - skinęła w stronę grających - Zabije cię psychicznie.
                                        - Czyli… nic nowego, tak? - Charlie nie wydawał się szczególnie przejęty.
                                        - Wątpliwe, że nic nowego. Ona cię nienawidzi za samo istnienie, pogardza. - skrzywiła się - Za twoje zachowanie. Czy raczej brak umiejętności i samopogrążanie się.... sprawia, że sama zaczynam wątpić w sens prób bronienia cię, co ostatnio robiłam.
                                        - Cóż…- Kainita był niewzruszony jej słowami. - Żyję.. żyłem na ulicy długo. Wiem co to nienawiść i pogarda i… myślę, że jakoś przeżyję kolejną jej porcję.
                                        - Twoje olewcze podejście nie pomaga opinii Bezklanowców. - parsknęła - Sam robisz z siebie to zarzygane zero. To co dają inni - to zwykła pogarda, ale obrzydzenie nie jest zagwarantowane. Ogarnij się i nie dokładaj do ogólnych trudów Bezklanowców.
                                        - Oj tam paniusiu… po co się tam tym przejmować, zwłaszcza tutaj. Skoro ona i tak ma mnie gnoić, to po co mam jej dawać satysfakcję?- zapytał retorycznie Charlie.

                                        Ann pokręciła głową. Zawsze, gdy takich widziała w Nowym Jorku, to czuła złość, że ich opinia rzutuje na jej...

                                        - Nie następuj na odcisk nikomu, bo i wcale miłe twarze nie są miłe zawsze. - przysunęła się - A jeżeli przyszłyby ci do głowy jakieś wybryki... to pamiętaj, że wciąż mam nóż wypijający krew. Tańczyłeś z nim ciekawie, jak miałeś w plecach.
                                        - Luzik. Nie planuję żadnych wybryków. Jestem zadowolony z tego, że nie muszę się pakować w bójki. Nie lubię walczyć. - odparł wampir unosząc dłonie w geście poddania.


                                        Larry stał uśmiechnięty koło okna i powitał podchodzącą Ann wesoło.

                                        - Hej… dobrze się bawisz?
                                        - Niezbyt... -westchnęła - Jestem zła. Tylko wiesz, to taki typ złości, której nie dajesz upustu.
                                        - Ja bym wziął porządną spluwę i poszedł do strzelnicy pod moją stacją. Aaaa… właśnie.- Larry wyjął kluczyki i podał je Ann. - Motor jest naprawiony, ale nie szalej z nim tak jak ostatnio. Nie mam magazynu pełnego części zamiennych do niego.
                                        - Dzięki, zbawco. - wzięła kluczyki z uśmiechem - Nie będę szaleć... albo nauczę się lepiej jeździć.- pokręciła głową - Nadia poradziła, abym u ciebie spuszczała pary. Pobiła się z tobą... ona chyba chce mojej śmierci.
                                        - Nie sądzę. Jedyne co obchodzi tą Tremere to jej równania matematyczne. Inni Kainici ją nie obchodzą. - wzruszył ramionami Larry i poklepał Ann po ramieniu.- Nie przejmuj się nią tak.
                                        - To znaczy, że byś mnie nie ubił jeżeli bym się z tobą biła? Na komplementy ci się zebrało.
                                        - No wiesz… w sparingu prawdopodobnie bym cię nie ubił. Prawdopodobnie…- przyznał trochę bez przekonania Larry.
                                        - A to się nazywa prowokacja. - uśmiechnęła się Ann - Skąd wiesz czy naprawdę nie mam wielkiej siły, za którą mnie wyproszono z Nowego Jorku?
                                        - Cóż…- wzruszył ramionami Larry i uśmiechnął się złowieszczo. - Gdybyś miała parę w łapach, byłbym mile zaskoczony. A ty rzeczywiście w niebezpieczeństwie.
                                        - Brujah Pawlukowa i Garry postarali się, abym nie padała za szybko, niszcząc mi nerwy w ciele. To początek, co?
                                        - No to jesteś twarda… ale nie silna. Przyjmowanie ciosów, to nie to samo co rozdawanie ich. - odparł filozoficznie Brujah.

                                        Mina Ann mówiła, że chce powiedzieć coś czego w ogóle nie powinna....

                                        - Cóż.. - przysunęła się do ucha Larry'ego i szepnęła, wcześniej już napinając mięśnie gotowa na ból - Chyba tak źle nie mam z ciosami. Kołek…
                                        - Miałaś farta, bo sądziłem że jesteś po mojej stronie. Nie liczyłbym na niego, gdy nie jestem odwrócony do ciebie plecami. - wzruszył ramionami Larry.
                                        - Następnym razem użyję sztyletu. - uśmiechnęła się - I nie powinieneś zakladać, że każdy nie użyje chwytów poniżej pasa. Walczenie fair.... jest głupie.
                                        - Nikt ci nie broni ciosów poniżej pasa podczas walki. Ale nie na sparringu. Tam walczymy grzecznie i na luzie. - wzruszył ramionami Larry. - Po to by się rozruszać, może czegoś nauczyć… i dla zabawy.
                                        - Hmm... Czy opanowałbyś się wystarczająco, abym siłę wytrenowała z tobą? - zapytała... odważnie.
                                        - Nie… tego cię nie nauczę, za to tłuc się tak. - stwierdził po namyśle Brujah. - Sztuczek ulicznych i łojenia skóry innym.
                                        - Czy to nie jest to samo?
                                        - Nie. Wbrew temu co sądzi wielu, to niezupełnie to samo. -zaśmiał się Larry.
                                        - Wchodzę w to. - uśmiechnęła się - To i owo z ulicy umiem, ale zawsze więcej w cenie.
                                        - Na ulicy poznaje się tylko proste sztuczki. Ja zrobię z ciebie prawdziwego wojownika.- odparł z przesadną chełpliwością Larry.
                                        - Nie wątpię. - odparła Ann z wyuczoną pewnością - Bardzo będzie boleć?
                                        - Eeee… chyba nie….- podrapał się po głowie Larry.
                                        - Nieważne w sumie.- stwierdziła z zadowoleniem.


                                        Patty nie brała aktywnego udziału w tym całym wieczorku karcianym, ograniczając się do pilnowania by wszystko było na swoim miejscu. Pod tym względem się nie zmieniła. Nadal była miła, usłużna i uprzejmie. Zupełnie nie jak Ventrue.

                                        - Czy na pewno Lukrecja cię przemieniła? - rozległ się głos zza Miracelli.
                                        - Skąd ta niepewność?- spytała z uśmiechem Patty.
                                        - Jesteś zbyt uprzejma, usłużna... - Ann uśmiechnęła się z rozbawieniem.
                                        - Rasowa dyplomatka…- zaśmiała się Miracella i skinęła głową dodając. - Mistrzyni również potrafi być taka i bywa prywatnie… Nie jest taka straszna, jak się ją bliżej pozna.
                                        - Czyli jesteś jeszcze za młoda. Poprawi ci się. - zaśmiała się.
                                        - Możliwe…- zaśmiała się enigmatycznie Patty i spojrzała na swoją panią.- Długo rozmawiałyście, więc chyba nie jest taka straszna? Na pewno nie tak przerażająca, jak bibliotekarka.

                                        Ann zaśmiała się.

                                        - Ja nie mam z Nadią złych relacji.
                                        - I nie przeraża cię ani trochę? - zapytała ironicznie Miracella.
                                        - Przerażać? Nie... Bardziej ciekawi.
                                        - Jedno drugiemu nie przeszkadza… - wzruszyła ramionami młoda Ventrue. - A co takiego cię w niej ciekawi?
                                        - Nie czaruj mnie. Twojej matce się nie udało, więc tobie też nie uda.
                                        - Doprawdy? To taka tajemnica? - zdziwiła się Miracella uśmiechając się lekko. - Nie wiedziałam, że powody twojej ciekawości wobec niej są takim sekretem.

                                        Po czym skinęła głową. - Dobrze, nie będę więc wypytywała o to.

                                        - Chciałam cię prosić o coś... Z Lukrecją pójdę jako świta, wtedy będziecie mnie ubierać, ale czy mogłabyś mi teraz... użyczyć makijażu? Masz ubrania na stanie? Chciałabym poczuć się... bardziej kobieco.
                                        - Cóż… chyba lepiej… wyglądać bardziej profesjonalnie… urzędniczo.- zastanowiła się głośno Patty przyglądając i wzruszyła ramionami dodając. - Nie widzę powodu by ci pomagać, więc… przyjdź do mnie, gdy nadejdzie czas.
                                        - Teraz nie chodzi o strój dla członka świty. Tylko dla mnie. Personalnie.
                                        - Och… no cóż… myślę że da się coś wybrać dla ciebie. Choć nie wiem czemu miałabyś zmieniać swój styl. - oceniła Miracella, nagle jej oczy rozszerzyły się gdy coś sobie uświadomiła. - Ty… ty… ty upiłaś się krwią Nadii?

                                        Ann spojrzała zdziwiona.

                                        - Skąd ten pomysł? Ja piję inną krew.
                                        - Jeśli ktoś chce diametralnie zmienić swój image, to czyni to dla kogoś. - westchnęła Patty zakładając kosmyk włosów za ucho. - Dlatego ja czułam potrzebę ubrać się tak jak… się ubrałam.
                                        - Ja się nie zaczęłam ubierać jak Cyril. - sarknęła - Rozumiem, że kundle jak ja nie są widziane w lepszych strojach i nie powinny nawet o nich marzyć, ale widzisz.... Ja za życia głównie w takich dorastałam. Wybacz, że chcę się lepiej poczuć. - fuknęła, najwyraźniej urażona.
                                        - Cyril nie jest wymagającą arystokratką jak Nadia. - mruknęła cicho Miracella, po czym głośniej dodała.- Rozumiem, aczkolwiek nie jestem pewna czy stroje jakie mogę ci zaoferować są lepsze. Bądź co bądź to Stillwater. Nie ma tu sklepów z drogą i modną odzieżą. Raczej nic ekskluzywnego nie mam w garderobie.
                                        - Przynajmniej masz ghule... One mogą coś zdobyć.
                                        - Ty także możesz mieć… ghule to nie potomkowie. - dodała ironicznie Miracella i wzruszyła ramionami.- Większość ghuli to koleżanki z pracy i są to ghule mojej Pani, nie moje. Zresztą co takiego możemy załatwić mając za klientelę kierowców ciężarówek?
                                        - Może i to zastanawiające, ale nie mam chęci na ghule. Może to za blisko moim doświadczeniom.
                                        - Rozumiem. Sama nie mam żadnego. - przyznała Miracella.
                                        - Dam sobie radę. - machnęła ręką.
                                        - Tak czy siak, jeśli się zjawisz… jutro, to coś powinnam dla ciebie znaleźć. Mamy podobne sylwetki. Na pewno coś modnego, ale raczej nic przerażająco drogiego. - dodała ciepło Kainitka.

                                        Ann milczała chwilę.

                                        - Twój aktualny wygląd nie jest zły, wręcz bardzo ci pasuje, ale... - zmarszczyła brwi - Jest za bardzo jak coś, co Lukrecja by się nosiła. W co ciebie by ubrała, umalowała... Jeden z powodów mojej śmierci, bardzo odległy w konsekwencjach, to była gorejącą niechęć do życia wedle planu tradycji rodzinnej. Oczywiście głównym powodem był pechowy splot zdarzeń, ale to historia większości Bezklanowych, eh? - mruknęła ze słyszalnymi kanadyjskimi przyzwyczajeniami, których zwykle unikała.
                                        - To wynik więzi krwi… tak to Lukrecja tłumaczy… ma minąć z czasem. - wyjaśniła Miracella. - Im więcej nocy minie tym mniejszy będę miała impuls, by ją aż tak dokładnie naśladować.
                                        - Nigdy nie mialam ciągot do naśladowania Cyrila. Chciałam z nim być, obok...
                                        - Możliwe… ale zastanawiałaś się kiedyś ile z twoich czynów i myśli jest twoich, a ile to wpływ twojego twórcy? Przyznaję, że to iż go nie znałaś nie ułatwia ci sprawy.- odparła w zamyśleniu Ventrue i dodała. - Ale ile z śmiertelniczki Ann… jest w wampirzycy Ann?
                                        - Nie przesadzajmy. Sabatowego psychola chyba nie przypominam, co?
                                        - Hmm… a kto powiedział że przemienił cię sabatowy psychol? Sabat to nie tylko zwierzęcy furiaci. - wzruszyła ramionami Patty.
                                        - Trzeba być psycholem, aby zadźgać kogoś, aby tak się wykrwawił. - zmarszczyła brwi - Temu tak mówię.
                                        - Trzeba, ale też nie trzeba być wampirem by to zrobić. - odparła z ironicznym uśmiechem Patty. - Tu w burdelu zdarzają się podobne historie.
                                        - Ale przypominam ci? - zapytała grobowo.
                                        - Był taki jeden który pokiereszował jedną z nas i uciekł przez okno.- przyznała Patty. - Lata temu.
                                        - Co to ma do mojego Stwórcy?
                                        - Wpływ Stwórcy jest bardziej subtelny, niż zmienianie cię w psychola. No i…- wzruszyła ramionami Miracella. - … w psychola zawsze możesz się zmienić, jeśli pozwolisz zdominować się bestii tkwiącej w tobie. Jak w każdym innym Kainicie.
                                        - Lukrecja ci opowiada takie historyjki przed snem? - zaśmiała się.
                                        - Większość stwórców opowiada takie historyjki swoim potomkom. Oczywiście bestia nie jest… prawdziwą istotą. To metafora głodu, który może zmienić Kainitę w dzikie zwierzę.- wyjaśniła Patty. - Jeśli nie karmimy się regularnie.
                                        - Wtedy możesz posunąć się do wszystkiego...
                                        - No… dlatego właśnie Sabat wrzuca takich osuszonych nieszczęśników na jedno miejsce i pozwala im ruszyć kupą na łowy. Camarilla ma wtedy masę roboty z wyłapaniem ich i zatuszowaniem takiego wydarzenia. - dodała Patty.
                                        - Albo zakopują takich i czekają, aż grupa rozszarpie się nawzajem.
                                        - Nie jestem zaznajomiona z ich metodami aż tak dobrze… - przyznała Patty i spytała.- Więc jak to było w twoim przypadku?

                                        Ann uśmiechnęła się krzywo.

                                        - Porwano mnie z ulicy w Kanadzie, wciśnięto w metalowy kontener ciężarówki, gdzie było więcej porwanych. Zawieźli nas w końcu przez granicę, do wykopanej dziury, zaczęli zabijać. Próbowałam uciec, nie udało się. Dźgał mnie, abym się wykrwawiła... Reszta dość... niewyraźna. Było nas więcej niż jedna ciężarówka. Tak zakopany nowy wampir... - westchnęła - Dużo krwi.
                                        - A co potem… się stało? Domyślasz jaki był cel w stworzeniu was?- zapytała Miracella.
                                        - Taką ilość tworzą dla walki. Masz zginąć niszcząc wrogów Sabatu. - wzruszyła ramionami - Więc miałam zginąć, zapewne. Drugi raz.
                                        - Ale jakoś przeżyłaś… - zamyśliła się Ventrue.
                                        - Uciekłam w delirium. Serio, nie wiem, nie pamiętam. Cyril też nie był zadowolony z odpowiedzi. Nie mam szokujących informacji o planach Sabatu dla Lukrecji czy kogokolwiek.
                                        - Cóż… ty i ja. Jesteśmy pionkami starszych od nas. Nie zdradzają nam swoich planów i zamierzeń. - odparła ciepło Miracella.- Myśli też.

                                        - A jak u ciebie było? Miło?
                                        - Bardzo miło… ekstatycznie… w łóżku…- zaśmiała się cicho Patty i dodała cicho.- Za życia Lukrecja musiała być doświadczoną i wyrafinowaną kochanką.
                                        - Myślałam, że Ventrue zawsze mają rodowód.
                                        - Oczywiście że mają… rodowód. - zaśmiała się Patty i dodała.- Ale za życia też mają ciało i krew… i czasem ognisty temperament.
                                        - Czyli ty za życia miałaś urodzenie?
                                        - Ehmm… nie. Nic takiego poważnego. W moim przypadku, cóż… rodzina w Minnesocie, posiadają kurzą fermę, którą obecnie kieruje starszy brat.- zaśmiała się Miracella i dodała.- Mistrzyni po prostu nie ma dużego wyboru. Kogo innego przemieni, jeśli nie jedną z pracownic?
                                        - Uszczupliła swoją lodówkę tak.
                                        - Można to i tak ująć. - przyznała ze śmiechem Miracella.

                                        - Nie powinnam być złapana przez Sabat. Nie pasowałam do grupy... - westchnęła - Pech, zły wybór drogi. Przez biedniejsze dzielnice było szybciej.
                                        - Cóż… jesteś teraz córką nocy, nieśmiertelną wampirzycą… istotą z legend.- rzekła ciepło Patty pocieszając Ann. - Więc ostatecznie chyba nie jest tak źle, prawda?
                                        - Powiedział Ventrue do kundla. - odparła sarkastycznie - Gratulacje. Coraz lepiej ci idzie w tej skórze.
                                        - Tutaj niewiele się różnimy. - wzruszyła ramionami Patty. - W Stillwater to nie ma znaczenia. Ba, ty jesteś nawet nieco wyżej. Bo jesteś samodzielna.
                                        - Tylko nie przenoś tego podejścia do Nowego Jorku. Zjedzą cię za to.
                                        - Mam wrażenie, że zjedzą i tak. Jak się słucha opowieści Lukrecji, to można pomyśleć, że Nowy Jork to bardzo mały basen z bardzo dużymi rekinami. - zaśmiała się cicho.
                                        - Raczej to żmije. Nie przejmuj się, twój Klan to takie dupki. - wzruszyła ramionami - Raczej odradzam mięciutke podejście w Nowym Jorku jak w Stillwater. To okazywanie słabości, pogrążanie swojego wizerunku. Ventrue musi mieć standardy. - uśmiechnęła się ironicznie i przewróciła oczami - Ale to niech twoja mama ci tłumaczy.
                                        - Cóż… mamy czas. W końcu dopiero urodziłam się… kilka dni temu.- przypomniała jej z uśmiechem Miracella.

                                        - A jak twoje relacje z Potomkiem naszego Księcia?
                                        - Pff… Clyde ma o sobie za duże mniemanie. Joshua go nie faworyzuje. Jeśli już kogoś to swoją żonę. - wyjaśniła Patty.
                                        - Chce cię zaciągnąć do łóżka? - zaśmiała się.
                                        - I każdą inną pracownicę. I chce za friko.- odparła ironicznie Miracella.
                                        - Już cię oczarował? - zapytała ze śmiechem - Lukrecję chciał.
                                        - Chciał… to jest właściwie określenie. Ciebie chyba też chciał? I z podobnym skutkiem?- zapytała figlarnym tonem Miracella.
                                        - Coś tam próbował zagadywać, ale byłam tak niezainteresowana, że nawet nie zauważałam. Już myślałam, że mieliście threesome - ty, Lukrecja i Clyde!
                                        - Nie podsuwaj mu takich pomysłów, bo Lukrecja potrafi być złośliwa… więc lepiej żeby jej podpadł głupimi sugestiami. - zażartowała Miracella.
                                        - Boisz się, że ciebie i Clyde’a by sparowała?
                                        - Raczej, że podałaby mu na srebrnej tacy jego własne przyrodzenie.- odparła Patty z przekąsem.- Niewielka strata zważywszy, że by mu odrosło.
                                        - Można byłoby mu znowu uciąć. - pokiwała głową z zadowoleniem.
                                        - Z pewnością.- przyznała ze śmiechem Patty i zerknęła na Clyde’a kręcącego się koło Lukrecji. - Może nawet zobaczysz kastrację, jeśli zajdzie mistrzyni za skórę.

                                        Było zimno, na pewno było zimno... czemu tego nie czuła?
                                        Ann trzepała z siebie listopadowy deszcz. Trafiła wreszcie przed budynek, do którego kazał iść jej ten Cyril... Oby nie zmuszał jej do spania w noclegowniach tygodni!
                                        Przemoknięta dziewczyna, której równie po ubraniu spływała woda co krew, zbliżała się do przytułku Szwarza. Rozdarta bluza z kapturem (jak i jeansowe spodnie) nosiła ba sobie wiele mniej lub bardziej zaschniętej krwi, szczególnie w okolicy boku. Woda nadawała brudnej tkaninie iluzje świeżych kolorów, ale nie zmywała złości, irytacji i strachu z jej oblicza. Krążyła chwilę po okolicy, zagubiona, z plamami krwi przy ustach.
                                        Bała się... a jednocześnie była zła.
                                        Mężczyźni siedzący przy wejściu do przytułku od razu ją zauważyli. Jeden pospiesznie wszedł do środka, drugi czekał wyraźnie aż podejdzie. Solidnie zbudowani i porządnie ubrani. Prawdopodobnie wtajemniczeni… bo widok Ann nie zrobił na nich większego wrażenia.
                                        Podeszła ostrożnie do oczekującego, zachowując się jak zdziczałe zwierzę, ostrożnie sprawdzające teren... Obawiające się, że ktoś zaatakuje.

                                        - Na co czekasz, chodź tu.- zawołał do niej mężczyzna przy drzwiach do przytułku.

                                        Dziewczyna obróciła się na chwilę, lustrując wzrokiem teren, po czym udała się do przytułku, zachowując nieufność w ruchach.

                                        - Poczekaj tutaj.- odparł mężczyzna wpuszczając ją do holu budynku, po którym kręciło się paru żuli, równie brudnych i śmierdzących co ona.

                                        - Gdzie jest Schwarz? - zapytała zniecierpliwiona, ścierając smugę rozmokłej krwi z brody.
                                        - Szef jest zajęty, został już pewnie poinformowany o tobie. Czekaj aż cię wezwie.- odparł mężczyzna spokojnie.
                                        - Co to, jakiś cholerny urząd? - parsknęła, wbijając się plecami w ścianę, na której zostawiła błotniste smugi.
                                        - Przytułek. - przypomniał mężczyzna i dodał. - Szef nie lubi bałaganu i brudu.
                                        - No to złą działkę wybrał. - sarknęła - Czego się lepszego tu spodziewał?

                                        Odpowiedzią było milczenie mężczyzny. Obserwował swoich “podopiecznych” , w tym i Ann… nie poświęcając nikomu większej uwagi.
                                        Ann w końcu nie wytrzymała milczenia.

                                        - Chociaż płaci ci minimum krajowe? - odezwała się do człowieka, przechodząc przed niego, by zwrócił na nią uwagę.
                                        - Praca charytatywna. - przypomniał jej mężczyzna. - To jest przytułek prowadzony przez organizację pożytku pub…-
                                        - Hej… ty… nowa… szef już na ciebie czeka.- odezwał się męski głos z korytarza prowadzącego w głąb budynku.
                                        - Wreszcie... - burknęła, idąc za głosem.

                                        Ruszyła wąskim korytarzem na tyły budynku. Przy wejściu do gabinetu czekał rosły mężczyzna i zaprosił ją bez słowa do środka. Tam, jak się okazało, pomieszczenie było całkowicie zaprzeczeniem reszty budynku. Żadnych odrapanych ścian, żadnych pożółkych ulotek. Dywan na podłodze solidne biurko, reprodukcje impresjonistów na ścianach i elegancki mężczyzna zasłaniający twarz perfumowaną chusteczką za burkiem. Patrzył na Ann z odrazą mówiąc.

                                        - Ktoś ty?
                                        - Ann Paige. - spojrzała po otoczeniu - A ty musiałeś nakraść z kasy podatników. - skrzywiła się - Nie przesadzaj. To tylko krew. I ziemia. I błoto. Chyba się już nie pocę, oui? - zapytała z trochę francuskim akcentem.
                                        - Śmierdzisz… śmierdzisz.. - burknął mężczyzna.- A moje czułe zmysły to wszystko potęgują. A twoje imię nic mi nie mówi Kainitko.

                                        Ann wyraźnie próbowała zlokalizować to słowo w słowniku...

                                        - Czyli "wampirzyco"? I to ty jesteś tym mięczakiem, co brudu nie lubi.... Ugh. - wykonała gest... obrzydzenia... cechą charakteru?
                                        - Skończyłaś fochy? - odparł niespecjalnie poruszony jej zachowaniem mężczyzna.- Powiedz kim jesteś i co tu robisz?
                                        - To ty masz fochy. - parsknęła - Dopiero w mieście się pojawiłam. Powiedziano, że będę tu mieszkać, w tym przytułku.
                                        - Kto ci to powiedział? - zapytał mężczyzna.
                                        - Cyril... - zamyśliła się - Cyril z Tremere.
                                        - Acha…- zamyślił się mężczyzna i krzyknął głośno. - Bruce!

                                        Mężczyzna który pilnował drzwi wszedł do środka.

                                        - Pokaż pannie nowe lokum. Te specjalne dla jej rodzaju. - rzekł mężczyzna i dodał. - Kwestię posiłków omówi się jutro przy okazji. Dziś już noc się powoli kończy.

                                        Po czym gestem próbował odprawić Ann.

                                        - Chwilę, co to ma znaczyć, dla mojego rodzaju? - zapytała nieufnie.
                                        - Kobiet. Mamy też wspólną salę męską jeśli jesteś zainteresowana.- wyjaśnił krótko szef.
                                        - Jasne... Po wstaniu będę głodna, wiesz? Tak baaardzo. - mruknęła.
                                        - Bruce… niech sobie skubnie jakiegoś żula po drodze, tylko dopilnuj by go nie wysuszyła. - westchnął ciężko mężczyzna.
                                        - Sie robi szefie. - odparł Bruce.

                                        Ann wyraźnie zadowolona, jak kot, któremu jedzenie dasz, pozwoliła się wyprowadzić.

                                        Bezklanowa wampirzyca wróciła do rezydencji Toreadora przed nim samym. Leżała cały czas na kanapie w salonie z rozłożoną księgą od Nadii przed sobą, pozwalając płynąć niezauważalnie czasowi, będąc skupiona nad lekturą.
                                        Po jakimś czasie posłyszała odgłos nadjeżdżającego samochodu, a potem odgłos klucza w zamku w drzwiach. William wracał do domu.
                                        Ann usiadła na kanapie zamykając księgę i odwracając ją tyłem okładki do góry. Położyła ją obok siebie... i czekała.
                                        William wszedł do pokoju i zauważył Ann, uśmiechnął się i ruszył do swojego pokoju. Zapewne nie chciał przeszkadzać, w tym co robiła.

                                        - Joshua kłamał wszystkim, czy ty okłamałeś mnie? - zapytała z miejsca.
                                        - To znaczy? - zapytał William zatrzymując się.
                                        - Zaprzeczył, że wie o dwóch mężczyznach. - patrzyła na Toreadora - Albo mu o żadnym nie mówiłeś, na jakiego trafiłam, albo on oszukuje w takiej sytuacji.
                                        - Kłamaliśmy w jednej kwestii. W okolicy mieszka jeszcze jedna wampirzyca… i nie należy do Camarilli. Co do tych, których widziałaś, to…- wzruszył ramionami William wzdychając.- … nie wiem kim oni są. To mogą być wędrowcy, którzy zatrzymali się gdzieś w naszej domenie i starają się nie przyciągać uwagi do siebie. Gdzie się ukrywają, nie wiem. Kim są, tym bardziej nie wiem. Garry ich szuka, ale na razie bez skutku.
                                        - To czemu nie powiedziano nic na zebraniu o nich? W tych kłopotach z Giovanni mogą brać udział, być świadkami lub faktycznie nikim... ale czemu ryzykować i odrzucać możliwości? - wstała, pozostawiając księgę na sofie i podeszła do Williama - To chyba niedobry czas na zakładanie, że zdarzają się przechodnie, ale na pewno są bez winy.
                                        - Bo wędrowne grupy Kainitów nie są czymś niezwykłym w tych stronach. Anarchy zatrzymują się u Lukrecji czasami, a czasami w starych porzuconych chatach w lesie. Nie są warci rozważania więc w naszym gronie. Natomiast oczywiście powiadomimy o nich naszych gości i niech mają zajęcie. - wzruszył ramionami Toreador. - Uściślając zaś, to ty im powiesz, bo pewnie nekromanta zażąda dokładnego opisu ich.
                                        - To nie problem dla mnie. Po prostu niepokoję się, że nawet naprawdę nieistotne strzępy informacji, jeżeli zostaną przemilczane, rzucą na Stillwater złe światło. Podejrzenia. W końcu ich, nawet paranoiczne spojrzenie, może rozzłościć Nowy Jork i tak dalej. Naczynia połączone, oui?
                                        - Cieszy mnie twoja troskliwość o naszą małą społeczność. Niemniej na zebraniu nie omawialiśmy śledztwa klanu Giovanni, tylko ich obecność. - uśmiechnął się Blake. - Bo to że zginął jeden z nich, nie jest naszym problem. Tylko to że oni będą tu siedzieć i mogą napytać nam kłopotów. Dobrze będzie mieć na nich oko, jak i… delikatnie kierować ich nosy z dala od naszych spraw. A o Nowy Jork się nie martw. Nie są częścią Camarilli jak reszta klanów i szczerze mówiąc traktowało się ich tam jak zło konieczne. I pewnie nadal tak traktuje.
                                        - Mylisz się. - odparła Ann mocniej - Fakt, że wydarzyło się to u nas automatycznie wciąga nas w całą hecę w ten czy inny sposób. Giovanni mają pieniądze i wpływy... na tyle mocne, aby nie musieć stawać po stronie żadnej z sekt... i jeżeli na zebraniu nie omawialiśmy śledztwa i możliwych dalszych ruchów oraz zagrożeń z tym związanych.... to kiedy mamy zamiar? Chcecie każdemu dać improwizować podczas spotkania? - zapytała poważnie - Najgorsze co możemy zrobić to zniechęcić do siebie nekromantów. Odbije się to na wyniku w ich oczach.
                                        - Na razie inicjatywa jest po ich stronie Ann. Chyba że sami zaczniemy odwalać za nich brudną robotę i szukać owego zabójcy czy porywacza. - stwierdził Toreador.

                                        - Po prostu miejcie to też na widoku. - westchnęła - A kim jest ta kobieta? Była z Sabatu?
                                        - Tak… kiedyś… to bardzo stara i bardzo potężna Kainitka. Jeśli Giovanni zechcą z nią zadrzeć, to cóż… niewątpliwie paru ich potomków skończy w kawałkach. Nie planuje się podlizywać Camarilli, więc dla wszystkich jest najlepiej jeśli… uznamy że nie istnieje. Jeśli jej obecność zostanie odkryta, ta ziemia spłynie krwią wampirów z Nowego Jorku zanim stąd ucieknie.- wyjaśnił William.
                                        - Z jakiego Klanu jest? I czemu Lukrecja ma się bać? Tylko przez potęgę?
                                        - Jest Ravnoską z Bliskiego Wschodu. I jest bardzo potężna, więc lepiej jej nie irytować. Sztylet który masz, dostałaś dzięki niej. Mężczyzna który ci go wręczał jest jej sojusznikiem. Nie wiem czy ghulem czy tylko kochankiem. Ale są blisko, więc… sama rozumiesz. - wyjaśnił Toreador.
                                        - Co to za Klan? - zapytała, nie znając nazwy - Czy z Ventrue są na noże?
                                        - Bardzo stary i niemal wymarły. Ravnos to oszuści, kłamcy i złodzieje… to stereotyp co prawda, ale nie do końca nieprawdziwy. Klątwa ich krwi zmusza ich do drobnych wykroczeń.- wyjaśnił William.
                                        - Więc nie byliby dobrze widziani przez Ventrue, chociażby. Masz jakąś radę co do relacji z nią? Czego nie chcieć, by nasza Lukrecja robiła przy niej?
                                        - Hmm… po prostu przypilnować, by ambicja Lukrecji nie wzięła góry nad rozsądkiem. Pewnie już miałaś okazję przekonać się, że nasza Ventrue ma tendencje do knowań.- wzruszył ramionami William.
                                        - Ciekawe ją obserwować... Jak patrzeć czy nie spadnie inny z liny balansując na niej. - uśmiechnęła się - Edukujące doznanie.
                                        - Nawyki z Nowego Jorku czasami przyćmiewają jej rozum. - westchnął William i dodał. - A Tanith nie ma cierpliwości do amatorskich Talleyrandów.
                                        - Spróbuję ją powstrzymać nim zrobi krok w przód... gdzie będzie przepaść.
                                        - Cóż… Lukrecja najwyżej dostanie po łapkach. - zaśmiał się Blake. - Może to ją coś nauczy.

                                        - William... - odezwała się niepewnie - Zakochałeś się kiedyś bez krwi będąc już Kainitą? To w ogóle dla nas możliwe?
                                        - Tak. To jak najbardziej możliwe.- odparł ciepło Kainita i dodał.- Pociąg fizyczny to tylko jedna ze składowych miłości. Niestety… nie mam dobrego gustu jeśli chodzi o dobór… partnerów na wieczność.
                                        - Czy takie uczucie jest tak silne, jak to z krwią?
                                        - Nie… ale jest za to prawdziwe. Żadne uczucia nie są tak silne jak te związane z krwią. Bo to narkotyk i podkręca wszystko mocno. Tak samo…żadna euforia nie nie dorówna tej po LSD. Ale też… tylko chemia. - wzruszył ramionami William.
                                        - To czemu teraz z nikim nie jesteś?
                                        - Sparzyłem się na tej miłości bardzo mocno…- westchnął William.- … i boleśnie. A potem… cóż… nie spotkałem wśród śmiertelników czy nieśmiertelnych nikogo, który by poruszył właściwe struny w mej duszy. Ale…- uśmiechnął się do Ann. - … niczego nie wykluczam. A ty? Kochałaś kogoś tak… naprawdę?

                                        Ann dłużej się zastanowiła.

                                        - Nie. - odparła - Za życia... nie miałam czasu na relacje, nawet przyjaźń. Ciągłe podróże... A po śmierci... mam Cyrila.
                                        - No cóż… - uśmiechnął się ciepło William. - Uwierz mi. Dla nas życie nie kończy się po śmierci. Staje się tylko nieco… inne.
                                        - Nie jestem tak optymistyczna... - westchnęła - Oby Cyril nie zostawił... Jego obecność to... niezwykłe uczucie.
                                        - Domyślam się. Przeszedłem przez to samo. - przyznał Blake.
                                        - Uczucie, gdy on pogłaszcze cię po głowie... Takie mocne...
                                        - Wiem… upija jak przednie wino.- uśmiechnął się Kainita wspominając.
                                        - Jak sobie poradziłeś?

                                        Wampir pokręcił głową i westchnął. - Tooo… długa historia. I raczej na inną noc.

                                        - Jakąś konkretną noc?
                                        - Taką podczas której zgarniemy jakąś pijaną osóbkę… to nie jest coś co opowiadam na trzeźwo. - odparł z uśmiechem William.
                                        - Ty ponoć nie pijesz!
                                        - Zazwyczaj nie, ale… jak Garry zaprasza nie wypada odmawiać.- wzruszył ramionami Toreador.
                                        - Pewnie mnie też pijany się przyda.
                                        - Oj tak… i naćpany… dla poprawy nastroju.- rzekł radośnie William.- A teraz do trumien, świt się zbliża.

                                        Writing is a socially acceptable form of schizophrenia.

                                        1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                        0
                                        • AbishaiA Niedostępny
                                          AbishaiA Niedostępny
                                          Abishai jako XXI
                                          napisał(a) ostatnio edytowany przez JhnW
                                          #36

                                          Kolejnej nocy, Ann miała plany. Elegancko się ubrać i udać do Nadii. Plany, które musiały poczekać. Joshua zadzwonił. Książę poinformował Williama o swoich decyzjach. Toreador miał pomagać w śledztwie Giovanni i de facto je nadzorować i dopilnować by w swoim wścibstwie śledczy klany nie wygrzebał jakichś starych trupów z szafy. Zaś Ann miała spotkać się z Lukrecją i wraz z nią pojechać spotkać się z tajemniczą Ravnos. Miała na szczęście trochę czasu na zmianę garderoby u Miracelli. Pozostało więc wsiąść na naprawiony motor i wyruszyć do Stillwater.
                                          Zapowiadała się pracowita noc.

                                          Patty posiadała całkiem pokaźny zestaw strojów przydatnych w różnych sytuacjach i… do różnych fantazji. Najwyraźniej nie tylko kierowcy ciężarówek się tu stołowali. Czasem trafiał się klient o bardziej “wyrafinowanych” gustach i bardziej zasobnym portfelu. Dzięki temu miała też spory zestaw garsonek, marynarek i krótkich spódniczek… z których to Ann mogła przygotować kilka gotowych zestawów biurowej sekretarki, jakie widuje się w filmach dla dorosłych. Niemniej nadal byłby na tyle eleganckie by Ann mogła je założyć bez uczucia wstydu. To że większość z nich było podróbkami markowych ciuchów, było detalem który caitifka musiała jakoś przełknąć. Cóż… Patty nie dysponowała funduszami pozwalającymi na noc szaleństw w markowych butikach.

                                          Lukrecja miała swoje słabości, jak się okazało. Jedną z jej słabości, była czarna lśniąca maszyna, luksusowy czarny cadillac . Wyraźnie zadbany i rzadko używany. Stojący w dużym ogrzewanym garażu. Lukrecja bardzo ceniła ten samochód, choć pewnie rzadko z niego korzystała. I drzemał w Lukrecji demon prędkości, objawiający się w gwałtownych przyspieszeniach i ostrym ścinaniu zakrętów. Lukrecja wiedziała gdzie jechać. Książę jej powiedział. Bo i czekał na miejscu.

                                          Trochę im zajęło meandrowanie w lesie, bo jak się okazało tajemnicza Ravnoska mieszkała na uboczu. Za to w całkiem wygodnej choć małej, eleganckiej chatce . Coś co bogata osoba wynajęłaby by wypocząć z dala od zgiełku miasta i… przede wszystkim od paparazzi.-|
                                          Ta Kainitka musiała być bogata, mieszkała lepiej niż William. Wóz policyjny szeryfa już tam stał. Pozostało zatrzymać się koło niego, pójść krętą ścieżką do schodów. Potem po schodach na górę i do drzwi.
                                          Weszli tam we trójkę, Joshua zapukał dla formalności. Po czym wszedł do środka.
                                          W środku elegancka nowoczesność ustąpiła egzotycznemu miszmaszowi średniowiecza, bliskiego wschodu a nawet nutkom kultury Indii. Wszędzie wzorzyste dywany, posążki różnych hinduskich bogów i demonów. Arabeski zdobiły ściany, a u powały dziesiątki ziół się suszyło. Wszędzie leżały też różnego rodzaju amulety z różnych kultur, średniowieczny oręż. I święte obrazki zarówno wywodzące się z zachodniego chrześcijaństwa jak i ikony były porozwieszane na ścianach.

                                          - Gospodarz tego domu wierzy, że wsparcia należy szukać w każdym miejscu. Cóż, gdy się gra w ruletkę z losem… warto inwestować w zwiększenie prawdopodobieństwa na swoją korzyść.- zmysłowy głos wyrwał trójkę Kainitów z rozglądania się po salonie.

                                          Kanapa która przed chwilą była pusta, teraz była zajęta przez bladoskórą kobietę o kasztanowych włosach i zdecydowanie nieludzkim spojrzeniu. Jej egzotyczny strój zdradzał zainteresowania bliskim wschodem, a siedzący na ramieniu kruk, sugerował klan do którego należała.

                                          - Obecnie nazywam się Jaine Love.- rzekła na powitanie. - Siadajcie gdzie chcecie i powiedzcie do was do mnie sprowadza?

                                          1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                          0

                                          Hello! It looks like you're interested in this conversation, but you don't have an account yet.

                                          Getting fed up of having to scroll through the same posts each visit? When you register for an account, you'll always come back to exactly where you were before, and choose to be notified of new replies (either via email, or push notification). You'll also be able to save bookmarks and upvote posts to show your appreciation to other community members.

                                          With your input, this post could be even better 💗

                                          Zarejestruj się Zaloguj się
                                          Odpowiedz
                                          • Odpowiedz, zakładając nowy temat
                                          Zaloguj się, aby odpowiedzieć
                                          • Najpierw najstarsze
                                          • Najpierw najnowsze
                                          • Najwięcej głosów


                                          • Zaloguj się

                                          • Nie masz konta? Zarejestruj się

                                          • Aby wyszukiwać zaloguj się lub zarejestruj.
                                          Powered by NodeBB Contributors
                                          • Pierwszy post
                                            Ostatni post
                                          0
                                          • Kategorie
                                          • Ostatnie
                                          • Tagi
                                          • Popularne
                                          • Świat
                                          • Użytkownicy
                                          • Grupy
                                          • Strona startowa