Sezon 1
-
Sen był... ciekawy. Nie śnił jej się dokładnie koszmar. Jej umysł stworzył mieszankę za pomocą krwi. Połączenie żalu z powodu Cyrila z ekscytacją, jaką rozpalała Nadia. Nie podniecała Ann cielesność, ale... siła krwi robiła cuda. Ciało mogło nie czuć, ale umysł projektował emocje.
Choć może nie powinna wspominać o tym Nadii... i opisywać, w jakim ubiorze ją w śnie widziała.
Prawdę mówiąc, co musiała przyznać przed sobą... ten sen... był dość przyjemny...?
Było to pewnym pocieszeniem po wczorajszej nocy. Ta nie zaczynała się ciekawie. Przynajmniej dla Ann, bo do Williama ktoś zadzwonił. Ktoś kogo się on nie spodziewał. Rozmowa była ważna i chyba prywatna, bo Blake wyprosił ją z pokoju na czas jej trwania. Nie była to długa pogawędka. Potem zaś oboje wyruszyli do siedziby Ventrue w Stillwater. Ponieważ czekało ich kolejne zebranie. Tym razem jednak Ann nie miała być w jego centrum zainteresowania, a przygarnięty przez miejscową “Camarillę” Sabatnik.
W samochodowym radiu leciał kawałek Depeche Mode.
https://www.youtube.com/watch?v=JIrm0dHbCDU
- To dla wszystkich zagubionych dusz, od waszej wróżki. Nie bądźcie zamknięci na nowe doświadczenia. Karty zapowiadają wam zmiany w życiu…- mruczał zmysłowy kobiecy głos tuż po piosence.- … zarówno dobre jak i złe. Więc wasza Jaine Love mówi wam, bądźcie otwarci na zmiany i miejcie oczy szeroko otwartej nocy i kolejne. Świat nie stoi w miejscu. A teraz proszę kolejnego rozmówcę na linię.
- Tu Larry…- odezwał się znajomy głos.
- Ach Larry… co cię do mnie sprowadza. Jaki głosik kazał ci do mnie zadzwonić?- zapytała Jaine, a w tle słychać było głos tasowanych kart.
- Eech… trochę nuda…- przyznał Larry, co wywołało śmiech u Jaine.- Nuda mój drogi? A nie zawód miłosny, albo zauroczenie. Karty mówią mi o nowej pannie w twoim życiu.
- Nie…- zaśmiał się chrapliwie Larry i dodał.- Za młoda dla mnie. Bardziej mnie ciekawi, czy coś… się wydarzy. Wczoraj widziałem… eee… cóż… porąbane rzeczy.
- Tak to jest, gdy się pije bimber podejrzanego pochodzenia, prawda?- odparła żartobliwie Jaine przetasowując karty i dodając.- Widzę interesujący układ, będzie coś interesującego… mrocznego, ale nie tak szybko jak byś chciał. I Larry?
- Taaa… - zapytał mężczyzna w radiu.
- Uważaj na siebie.- dodała Jaine.
- Emm… ok. Wątpię bym musiał, ale ok.- odparł Larry.
Na zebranie Ann weszła sama. William musiał jeszcze coś załatwić i jedynie podwiózł ją. Powiedział że wkrótce się zjawi, tak jak reszta Kainitów. Bo jak się okazało po wejściu paru z nich brakowało. Na przykład samego księcia Stillwater. Oraz Clyde’a, oraz Garry’ego... oraz powodu tego zebrania. Charlie'go.
Była za to Lukrecja pogrążona w rozmowie z Larry’m, cichej acz intensywnej. Była Nadia siedząca przy stoliku z kwaśną miną, w ładnej bluzce i w krótkiej skórzanej mini i czarnych pończochach… i długich czarnych szpilkach. Ugh… po wczorajszej ich “rozmowie” Ann zaczęła zwracać uwagę na takie detale. Przynajmniej w przypadku tej Tremere.
|-Miracella alias Patty, też zwróciła uwagę Ann, choć nie dlatego że była urodziwa czy seksowna (choć zapewne była). Nie. Powodem był strój i fryzura młodej Ventrue . Ann miała wrażenie, że gustem upodabnia się do swojej Pani. Było to intrygujące i niepokojące. Czy gdyby znała swojego twórcę, to czy… byłaby taka jak on lub ona?-|
Patty mimo nowego statusu nadal zajmowała się tym, co robiła zawsze. Pilnowała by drinki były odpowiednio liczne i odpowiednio schłodzone. Na widok Ann uśmiechnęła się i podeszła.- Jak na razie jest spokojnie, ale mistrzyni mówiła mi że zrobi się gorąco. Teraz ponoć oczy z Nowego Jorku spoglądają na nasze miasteczko z powodu tego zaginięcia.- zaczęła mówić przyglądając się caitifce, która zorientowała się że nie ma tu jeszcze jednej osoby. Wampira z klanu Giovanni. Czy jednak powinien tu być? Nie należał do miejscowej koterii. Może nie miał prawa?
- Ten… wampir z obcego klanu… ja tam niewiele wiem o Giovannich. A mistrzyni nie chce o nich mówić.Naprawdę są tacy straszni?- zapytała cicho, wyraźnie ciekawa tej kwestii. A że Ann pochodziła z Nowego Jorku, to zapewne uznała że caitifka będzie w tej kwestii dobrze poinformowana. No i zapach… Ann przez chwilę zastanawiała się, a potem z zaskoczeniem stwierdziła skąd go zna. Patty używała tych samych perfum co Lukrecja. I z podobną intensywnością. -

INTRYGI, ZAUROCZNIE I HOBO-TREMERE
Patrzyła na Patty z nieprzyjemnym zaskoczeniem. Ventrue w tym momencie przypominała jej, czemu zbuntowała się rodzinie.
Być tym, co inni ustalili... Być... klonem.- Uhm... A co rozumiesz przez "straszni"?
- Nooo.. przerażający. Inni Kainici przy nim szeptają. - odparła poufnym tonem młoda Ventrue.
- To kazirodczy mafiozi o upodobaniach, których żywi zboczeńcy seksualni by się nie powstydzili. - szepnęła - Zombie, spaghetti, cementowe buty i seks. Oraz dużo kasy. -wzruszyła ramionami - Z taką mafią nie zadzierasz.-Achaaa… takie typki. - zadumałax się Patty i spojrzała na Ann. - To źle, że tu się zjawili? Powinniśmy się… bać?
- Uważać może. Nowy Jork zaczął bardziej patrzeć, jak Giovanni się zezłościli. Ten klan to wielka rodzina.... pewnie dosłownie. Zirytowali się ci, z Europy, bo to jakaś ważna osoba była. - wzruszyła ramionami - Ponoć czasem widać po członkach ich kazirodcze związki.
-Ale... wampiry nie mogą mieć dzieci. Luk… mistrzyni mówiła, że dhampiry to bajka wymyślona przez ludzi. - zszokowała się d Patty.
- Źle zrozumiałaś. - uśmiechnęła się rozbawiona - Człowiek ma dziecko, przemieniają go. Jego dziecko ze swoim rodzeństwem ma inne dziecko. Któreś z nich zostaje przemienione. Ten Klan jest z super cienkiej puli genowej, a głównie tylko z niej biorą nowych członków. Nie wiem czy nie tylko. Więc wampirami stają się osoby z kazirodczych związków, często.
- To brzmi trochę jak to co… Garry opowiadał o wilkołakach.- zadumała się Patty, a tymczasem do obu rozmawiających kobiet dostojnym krokiem zbliżała się Lukrecja.
- Może wilki są odporne, ale my to z już uszkodzonych genów robimy wampira. - odwróciła się do podchodzącej Lukrecji i skłoniła grzecznie głowę.
- Miracello… - Lukrecja zwróciła się do Patty.- Mogłabyś upewnić się czy specjalni goście w naszym hotelu nie rozrabiają? Bardzo mi zależy na spokoju dzisiaj.
- Oczywiście moja pani.- Patty dygnęła niczym pokojówka i ruszyła wykonać polecenie Lukrecji.- Hmm… ostatnio twoje nieżycie obfituje w niespodzianki, nieprawdaż?- zapytała uprzejmie primogenka zwracając się do Ann.
- Wyraźnie, choć w Nowym Jorku potrafiło być też ostrzej. - odparła
- Mhmm… z pewnością. - odparła Lukrecja ni to zgadzając się ni to ignorując odpowiedź Ann. - Więc… jak ci się te interesy z futrzakami udały?
- Dostali te dane, zapłacili w końcu... Czyli udały się, jak sądzę. Nadia sprawdza te błyskotki jeszcze. Choć nie wiem czy się opłaciło, patrząc na to, co z Nadią przechodziłyśmy.
- A co takiego przeszłyście? Widzisz…- wskazała kciukiem na naburmuszoną Nadię.- Nie jest dziś ona w humorze, a nawet gdy bywa to… cóż, nie jest materiałem na gawędziarza jak Larry czy Garry.
- Starałyśmy się nie dać utłuc czarnemu Wilkołakowi, goniącemu nas po Labiryncie, z którego ścian na nas wyskakiwał. - stwierdziła lekko - Były też inne radości, ale to chyba główne danie.-Interesujące… może przyjdzie nam to wykorzystać. Niby jesteśmy z futrzakami w dobrych relacjach, ale wiesz... One nie żyją wiecznie. Gdy te pokolenie umrze, następne może już nie być takie przyjazne. A gdyby nauczyć się przenikać przez ściany… odkrycie tak potężnej dyscypliny byłoby… przydatne.- zamyśliła się Lukrecja.
- Wilkołaki... bardzo nie lubiły tego. Takie jak on są... eee... mówiły, że od Żmija. - położyła dłoń na ramieniu drugiej ręki, ubranej w mitenki - Nie wiem czy moglibyśmy się dyscyplin wilków uczyć... mają jakieś w ogóle?
- Nie nauczyć. Przyjrzeć się jak to robią i spróbować pokombinować nad naśladowaniem ich na naszych warunkach. Przyznaję, nie bardzo się na tym znam, ale prawda jest taka że nowe dyscypliny mogą zostać opracowane z czasem, przez odpowiednio utalentowanych Kainitów, a… - Lukrecja spojrzała na Nadię.- … choć przyznaję to z niechęcią, Nadia jest taką Kainitką. Gdyby tylko potrafiła wyjąć głowę z własnej dupy i spojrzeć poza swoje tabelki Excela.
- Widziałam wampira, to prawie na pewno był wampir, który... No, coś takiego robił. Podchodził do ściany i znikał... pojawiając się dalej. - zamyśliła się.
- Widzisz! - podekscytowała się Lukrecja.- Są tacy co eksperymentują, co rozwijają się. My też mogłybyśmy spróbować. Skoro innemu się udało… Oryginalna dyscyplina to olbrzymia przewaga Ann. Z takich odkryć wyrastały nowe Linie Krwi.
- Mogłybyśmy? - Ann wyraźnie była zdziwiona i trochę zagubiona tym tokiem rozmowy.
- Teoretycznie… - przyznała Lukrecja z uśmiechem. - Nie jest to łatwe, ale cóż… co innego mamy do robienia na tym zadupiu? Gapienia się tęsknie na drogę prowadzącą do Nowego Jorku?
- Czy coś zamierzasz, pani? - zapytała ostrożnie.
- Mmmoże…- zamyśliła się Lukrecja przyglądając badawczo Ann i dodając.- A co? Byłabyś zainteresowana? I dyskretna?
- Zależy... - caitiffka nie czuła się teraz komfortowo i pewnie - Na co bym się zgadzała.
- Nic wrogiego twojemu Cyrilkowi, ale też nic o czym on powinien wiedzieć. Dlatego musiałabym cię odrobinę upoić swoją krwią. - rozważała cicho Lukrecja.- Dla pewności twojej dyskrecji.Obrazek zaczął się Ann układać.
- Odrobinę?
- Odrobinę… gdy przyjdzie na to czas i okaże się, że masz ochotę i determinację by wyrwać się stąd. I być kimś więcej niż tylko ulicznym krwiopijcą, którym to wyżej postawieni się wysługują.- kusiła Lukrecja spoglądając Ann w oczy.
- Powiedz mi, pani. - spojrzała na swoje ramię - Naprawdę sądzisz, że jestem tak głupia? Zdesperowana?
- Zdesperowana z pewnością. Głupia niekoniecznie. - odparła ironicznie Lukrecja splatając ramiona na swoim biuście. - No i bezczelna… ale nie ty jedna na świecie, więc się nie obrażę za te… szczerości.Wyszło szydło z worka.
- Wiem, że Cyril jest ci niemiły, pani, więc można nie być zadowolonym, że ktoś od niego w Stillwater się znalazł. - wzruszyła ramionami - I byłoby pewnie bezpieczniej, gdyby krew zapewniała, że nie zacznie on zdobywać informacji mną, a już niesamowicie dobrze, gdyby można było ze mnie informacje o nim wziąć. - powoli rzekła - Mylę się?
Lukrecja zachichotała ironicznie i dodała .- Mylisz się w wielu sprawach. To prawda, że nie darzę Cyrila przyjaźnią i nie lubię go. Aleee… - wzruszyła ramionami dodając. - … to nieistotny pionek Tremere, nie liczący się w wielkim układzie sił. Rozgrywa swoje intrygi wśród miejscowych członków klanu i próbuje wygryźć Palafoxa. Ot, cała prawda o nim. Ale co mnie obchodzi kocioł intryg Tremere? Co mnie obchodzą jego sekrety? Tym bardziej, że żadnego nie znasz, nieprawdaż? Obie dobrze wiemy, że Cyril nie ujawnia swoich tajemnic przed podwładnymi. Za to chętnie zbiera różne ploteczki i tu masz rację… wolałabym, żeby nie zbierał ich o mnie. Zemsta za mój upadek, jeśli rzeczywiście brał w nim udział o co go nadal podejrzewam, byłaby słodka ale… znów… jestem kobietą interesu i mogę zapomnieć o wendentcie na nim, choćby z tego powodu, że nie byłby on głównym celem mojej zemsty. W ramach obopólnych interesów mogłabym spokojnie puścić to w niepamięć. I niech się Tremere gryzą między dobą.
- Więc czego chcesz ode mnie? - zapytała wprost - Żebym nie plotkowała, jakie masz suknie? On nie ma ochoty słuchać o bzdurkach.
- Och... czuję się urażona. Jak dotąd nie miałyśmy okazji pogadać o sukienkach, bieliźnie, muzyce i chłopcach. Będziemy musiały to nadrobić. - odparła sarkastycznie Lukrecja. - Na razie proponuję sojusz. Mam już swoją Miracellę, Larry jest gotów mnie poprzeć… Nadia… jest kłopotliwa. Gdyby się dało ją bardziej przekonać do współpracy… - machnęła ręką dodając .- Nieważne. Proponuję sojusz… bo ty masz jeden głos w naszej społeczności. I czasem chciałabym, żeby ten głosik należał do mnie. Niekoniecznie w każdym głosowaniu, tylko w tych ważnych dla mnie. Wcale nie chcę wchodzić w rolę księcia tej pipidówy.
- Mam jeden głos? - zdziwiła się - Mogę popierać... ale nie na ślepo. Mogę wesprzeć, pamiętać o tym, nie stawać na przekór, tylko... - spojrzała uważnie - Co w tym dla mnie, pani?
- Gadasz jak Nadia…- odparła Ventrue z odrobiną frustracji głosie.- “Nic nie obiecuję, nic nie dam na pewno. Za to już oczekuję zapłaty.” Zapominasz moja droga o celu przed nami, który to możemy tylko osiągnąć pracując razem, pod moim skromnym przewodnictwem. Powrocie do Nowego Jorku w wielkim stylu, a nie jak żebraczki. Wtedy na pewno Cyril spojrzy na ciebie łakomym okiem. Jest łasy na władzę i pieniądze.
- Nie widzi mi się ruletka, kładzenie głowy na pieniek. Jeżeli mam już to zrobić, chcę wiedzieć iż jest to opłacalne. Nie znamy się tak naprawdę, nie mogę ocenić twoich atrybutów przywódcy, a to co wiem nie jest wystarczające do wyrobienia opinii. - powiedziała spokojnie - Mogę powiedzieć, że Nadia tym bardziej ryzykantem nie jest. Ona musi mieć stabilny plan. Ja chcę jakikolwiek chociaż.
- Na razie żaden nie jest ci potrzebny. Bo ruletki nie ma. Zagrożeń też nie. Nie w Stillwater, nie w tej sali.- wyjaśniła Lukrecja i dodała. - Potem… może tak. Na razie więc wystarczy wykazać odrobinę zaufania. Nie żądam od ciebie, póki co, nic co mogłoby ci zaszkodzić. Ni twojemu panu.Wypięła dumnie piersi w kierunku Ann dodając. - Wiesz co odkrył Larry przyglądając się nekromancie w kostnicy?
- Że z pożądaniem patrzy na nieboszczyków?
- Że tylko przygląda się trupom i ich ranom. Nie używał żadnej ciekawej techniki, żadnych sztuczek, a wiesz co to znaczy? - spytała Ventrue niczym nauczycielka egzaminująca krnąbrną uczennicę.
- Nie chce/nie umie nic pokazać, sprawa nie ma takiej wagi jak zakładamy czy nie uważa, że cokolwiek by mu oględziny dały lub wie więcej niż myślimy.
- Dużo gadania, ale i tak nie wysnułaś właściwych wniosków. - zaśmiała się cicho Lukrecja. - To oznacza, że wkrótce przybędzie ktoś bardziej kompetentny. Bo ten tutaj miał się tylko rozeznać w sytuacji. Teraz wyślą kogoś od… specjalistycznej roboty.
- Będzie ciekawie. - stwierdziła mało szczęśliwym głosem.
- Będzie też okazja dla nas, coś ugrać. - wyjaśniła Lukrecja z uśmiechem. - Jeśli masz dość rozumu i odwagi. I determinacji. Ale co dokładnie, to jeszcze nie wiem.Ann zastanawiała się.
- Jeżeli zgodziłabym się na propozycję... - rzekła po chwili - ...musiałabym wypić twojej krwi?
- Nie. Nie na początku. Dopiero później ewentualnie, gdy plany nabrałyby już kształtów i sytuacja tego wymagała. Na razie jednak przymusu nie ma. - uściśliła Lukrecja.
- Zastanawiam się... - spojrzała na Lukrecję - Czy ty naprawdę sądzisz, że będziesz mogła wrócić do Nowego Jorku?
- Jesteśmy nieśmiertelnymi istotami, ty i ja. Siedzimy w zapomnianej przez Boga i Diabła mieścinie. To nie ma znaczenia jakie są szanse. Co innego lepszego masz do zrobienia, wolisz z Nadią wypełniać tabelki z Excela? Słuchać poezji Blake’a… a może opaść na dno i zatonąć w oparach narkotycznej krwi jak Garry? - spytała retorycznie Lukrecja i dodała. - Ja… wolę planować, wolę działać.
- Ja wrócę i tak, jak się sprawy uspokoją w mieście. - założyła ręce na piersi - Dlaczego więc sądzisz, że to taka łakoma dla mnie oferta?
- Bo widzisz… wrócisz do tego co było. A z moją pomocą wrócisz coś znacząc.- odparła ironicznie Lukrecja.- Nie doszłaś już tego, że Cyril będzie wobec ciebie bardziej “szarmancki” i uczynny, jeśli staniesz się jego cennym zasobem, a nie tylko… - przerwała zerkając na drzwi przez które wszedł Garry. Klepnęła Ann po ramieniu mówiąc. - Wrócimy do tego później. Przemyśl to co mówiłam i… nie bądź taka pewna, co do rychłego powrotu, albo powrotu w ogóle. Nadia też sądzi, że może wrócić w każdej chwili.Ann nie odpowiedziała, jedynie skinąwszy głową. Tak, przemyśli...
Zerknęła w stronę Nadii.
Czy musiała dziś tak być ubrana?!
Widząc, że Lukrecja poszła do Garry'ego, sama Ann przysiadła się do Nadii.
- Ciekawy... strój. - uśmiechnęła się lekko.
Tremere spojrzała z ukosa na Ann i rzekła. - Jeśli to twoja zaczepka na podryw, to musisz jeszcze nad tymi kwestiami popracować.
Uśmiechnęła się taksując wzrokiem strój Ann. - Ale sądząc po stroju, ty podrywać dziś nie planowałaś.- Mamy spotkanie. - mruknęła - Bo inaczej... - ściszyła głos - Pocałowałabym cię.
- Kto powiedział, że pozwoliłabym ci na to. - odparła złowieszczo Nadia i przyjrzała się dziewczynie badawczo. - Mocno cię wzięło, co?
- Co wzięło? - zapytała niewinnie.
- Moja krew i uczucia jakie wywołały… będę z tego powodu wyrozumiała dla twoich… wyskoków. - odparła łaskawie Nadia i spojrzała na swoją bluzkę, spódniczkę i nogi. - Wiesz dlaczego oburzył mnie widok gołego Garry’ego?
- Bo to nie mister Ameryki?
- Dokładnie. Jestem martwa tak jak ty. Jedzenie nie sprawia mi przyjemności, ani picie… poza krwią. Seks wymaga… cóż, tego co ty posmakowałaś. By emocje wywołane krwią pobudziły wspomnienia z czasów życia. Więc widoki cenię. Jestem estetką, a Garry to… zapuszczony brudny hipis… więc niezbyt ładny widok.- potwierdziła Nadia i spojrzała na Ann dodając.- Przez co łatwo mi znosić twój flirt. Jesteś w miarę miła oku… pozbawiona dobrego gustu, ale przynajmniej niebrzydka.
- ...czyli ugryzłabyś mnie?
- Hmmm… gdyby istniała między nami jakaś emocjonalna więź wcześniej i podobne miałybyśmy gusta, rozważyłabym to. Jedno dziabnięcie jeszcze nie czyni trwałej więzi.- odparła wampirzyca po dłuższym namyśle.
- Krew tworzy emocjonalną więź. - stwierdziła i westchnęła - I daje... Uczucia, emocje. Nie czujesz się tak beznadziejnie pusty w środku, wiesz?
- To bzdura. - stwierdziła spokojnie Nadia.- Myślisz, że bez krwi nie masz emocji? To co czułaś tam przy czarnym wilkołaku, jeśli nie emocje właśnie. Krew Kainity daje ci samozadowolenie, jest tym samym co pije Garry co noc, tylko wzmocnionym stukrotnie. Nie czuję się pusta będąc całkowicie wolną od uzależnienia od innego Kainity, choć… pamiętam że proces uwolnienia był bolesny.
- Posiadane emocje są albo negatywne, albo nie tak... Wyraźne. Pijąc krew... - westchnęła - Czujesz się jakby żywa.
- Nie mów mi że urodziłaś się w pokoleniu EMO… wszystko musisz widzieć w czarnych barwach?- zapytała retorycznie Nadia i wzruszyła ramionami zakładając nogę na nogę.- Jesteś wiecznie młodą, nieśmiertelną istotą i możesz z czasem zyskać potęgę przekraczającą możliwości śmiertelników. A jedynie co potrafisz to smęcić. To dołujące.Wstała od stołu.
- Chodź za mną.
Caitiffka wstała za Nadią i jak i chciała, ruszyła za nią.

Obie wyszły się przewietrzyć wychodząc przez drzwi dla obsługi na tyły hotelu. Tam Nadia się przeciągnęła i westchnęła.
- No dobra… miejmy to za sobą.
Po czym popchnęła Ann na drzwi, przez które wyszły i docisnęła swoje ciało do jej. I pocałowała… mocno, władczo, z wyraźnym wyrachowaniem i satysfakcją. I doświadczeniem.
- Zadowolona?- spytała po pocałunku.
- A ty? - zamruczała w uśmiechu.
- Jestem estetką… żebyś mnie zadowoliła, to musiałabyś paradować przede mną w seksownej bieliźnie i ładnym makijażu… z odpowiednią fryzurą. - odparła ironicznie Nadia przyglądając się oczom Ann. - Dotyk nie sprawia aż tak dużej przyjemności, acz… twoje usta są… satysfakcjonujące. Wiesz jaki jest twój problem Ann?
- Jaki? - zapytała przesuwając palcami po włosach Nadii, która nie zwracała na to uwagi mówiąc. - Brakuje ci hobby, czegoś czym mogłabyś się zająć. W Nowym Jorku miałaś przetrwanie na głowie… tu nudę. I dlatego tak smęcisz.
- A ty narzekasz. - odparła - Bo nuda cię przytłacza.
- Ja mam konkretne powody do narzekania. Właśnie jeden z nich dzisiaj podejmiemy na zebraniu.- odparła Nadia nadal przyciskając Ann do drzwi.- Zakładam, że za życia byłaś co najmniej biseksualna, skoro tak gładko przyjęłaś to zauroczenie mną.
- Byłam. - zgodziła się - Pewnie w końcu chcieliby bym miała męża i dziecko, ale czułam pociąg do obu płci. Czy to ma większe znaczenie po śmierci?
- Możesz się zakochać po śmierci. Bez picia krwi. Twój gospodarz jest tego dowodem. - wyjaśniła Nadia odsuwając się lekko. - Jesteś nadal człowiekiem, nadal masz te same uczucia, te same nawyki… na szczęście lub niestety.
- Z wiekiem mi się zmieni?
- Hmmm… nie wiem. Nie sądzę. Stare wampiry Tremere nadal knują między sobą, walczą o sfery wpływów. I zazdrośnie strzegą swojej potęgi. Żadne z ludzkich nawyków im nie zanikły. - odparła sarkastycznie Nadia. - Żałosne.
- Tobie chyba też nie zanikły. - spojrzała oceniająco - Czemu więc oni są żałośni, a ty najwyraźniej tak się nie widzisz?
- Dlatego, że ja przeszłam piekło i widzę trywialność ich intryg i sporów. Kruchość Piramidy zależności którą Tremere budują w każdym mieście. Widzę… paliwo pod stos.- uśmiechnęła się krzywo Kainitka.- I zastanawiam się, kto rzuci zapałkę.
- Możliwie inni też przeszli piekło. - położyła dłoń na jej policzku - Ale skoro mówisz, że widzisz, co się dzieje... Czy masz zamiar coś robić? Czy czekać, by potańczyć przy zgliszczach?
- Ja szukam boskiej odpowiedzi zakodowanej w świętej księdze. To mi da potęgę większą niż krew płynąca w naszych żyłach. - Nadia zmrużyła oczy przyglądając się obliczu Ann. - Śmiało sobie poczyniasz. Cyril też ci na to pozwalał?Ann zaśmiała się lekko.
- Nie, nie pozwala i na mniejsze rzeczy. Raz tylko się do niego przytuliłam, gdzieś na początkach. Zdezorientowany Tremere.
- Nie dziwi mnie to… - odparła Nadia ignorując dotyk dłoni Ann na swoim policzku. - Pewnie za życia też nie bardzo go ciągnęło do łożnicy. Niemniej i tak wskoczyłabyś mu do łóżka, gdyby naszedł go taki kaprys. - wzdrygnęła się na samą myśl.
- To nie było przytulenie z podtekstem seksualnym. Tego podtekstu nie było nigdy do niego. Potrzebowałam... poczucia bezpieczeństwa. Wsparcia. - przeszła do szeptu - Jakiegokolwiek.
- I potrzebujesz krwi, by to poczuć? Tutaj? Z nadopiekuńczym i sentymentalnym Toreadorem u boku? - spytała retorycznie Nadia, sama… głaszcząc Ann po policzku.
- Uczucia krwi są mocniejsze... Bardziej prawdziwe. - zamknęła oczy - Mówisz, że szukasz boskiej odpowiedzi... ale co jeżeli nie znajdziesz jej, nim inni wszystko zniszczą?
- Intensywniejsze… tak… bardziej prawdziwe? Wątpię. Nie ma w tym nic prawdziwego.- dłoń Nadii pieścić poczęła szyję. - Powiedz mi Ann, czy za miesiąc, półtora… gdy uwolnisz się od tej miłości, będziesz z odrazą wspominać wszystko na co sobie pozwolę teraz?Drugą dłoń docisnęła do piersi z wprawą ją masując przez ubrania i budząc wspomnienia doznań w ciele Ann.
- ...a na co sobie pozwolisz? - zapytała cicho.
- Na pewno chcesz wiedzieć? - ścisnęła boleśnie krągłość Ann i puściła po chwili caitifkę dodając. - Taka fałszywa miłostka nie trwa wiecznie, chyba że zdecyduję się podtrzymać, albo się w nią włączyć. Nie wiem czy chcę i czy tego naprawdę chcesz.
- Zależy od ciebie... - zastanowiła się - Ty na pewno byłabyś zawstydzona, że kundla tarzasz przed dniami.
- Dlaczego miałabym być zawstydzona? Zrobiłabym z ciebie moją zabawkę. Niewolnicę nawet… Jeśli szukasz materiału na romans z kart książki dla gospodyń domowych, to Lukrecja jest lepszym wyborem, a jej podopieczna nadałaby się jeszcze lepiej. Jest młoda, ale jej krew upoiłaby cię tak samo jak moja. - zaśmiała się ironicznie Nadia.
- Skąd w młodziutkiej dziewczynie takie chęci? - zapytała.
- Gdy się jest młodą amoralną i sfrustrowaną arystokratką na prowincji, mającą zachować dziewictwo do ślubu i mającą boską władzę nad pospólstwem… to różne mroczne pomysły przychodzą do głowy. - wzruszyła ramionami Nadia. - Całkowita władza upija i korumpuje moja droga i to bardzo mocno.
- Wydajesz się usilnie starać mnie zniechęcić. Co byś zrobiła, gdybym zechciała takiego związku?
- Pokaż mi swoją bieliznę… - zażądała od razu. - Teraz.Ann wyraźnie była zdezorientowana.
- Ale... Spotkanie... Musimy wracać...
- Tchórz cię obleciał? Nie każę ci przecież iść tam nago. Masz tylko tu i teraz pokazać mi jaką bieliznę założyłaś.- odparła Nadia i podeszła bliżej. - Wyjaśnijmy sobie jedno. To nie byłaby zrównoważona relacja. Ja decyduję, ty słuchasz i spełniasz moje polecenia i czerpiesz z tego radość. Tak by było nawet, gdybym się z ciebie napiła. Taka jestem.
- I to nie byłoby ograniczone do prywatności?
- Widzisz tu kogoś poza mną? Jeśli się będziesz guzdrała ktoś rzeczywiście może nas przyłapać. Niemniej…- odparła wpatrując się w oczy Ann.- … zadałaś wcześniej pytanie, masz odpowiedź.Wampirzyca wyglądała na wybitą ze spokoju. Wyraźnie nie spodziewała się czegoś takiego. Rozejrzała się, po czym powoli rozpięła spodnie i zsunęła je, aby pokazać co Nadia chciała.
- Hmm… góra też.- odparła Nadia krytycznie przyglądając się obnażonym przez caitifkę sekretom.
Ann wyraźnie się spięła.
- Zakrywam tak dokładnie, aby waszego... gustu estetycznego nie drażnić. - uniosła ku górze bluzkę, ukazując tak blizny, zaleczone w różnym stopniu, oraz zakryty ścisłymi opatrunkami bok w okolicach płuc.
- Zgadzam się z tobą. Ten komplecik jest koszmarny. - Nadia chwyciła za biustonosz i brutalnie zdarła go z caitifki. - Możesz się ubrać.Po czym wyrzuciła jej biustonosz do pobliskiego śmietnika.- Jutro oczekuję cię w czymś bardziej zmysłowym. I z porządnym makijażem. Masz tak przyjść do mojej biblioteki, jeśli oczywiście się nie wystraszyłaś.
Założyła ubranie na siebie, czując pewien wstyd. Nadia...- Wracajmy już....
W co ty się pakujesz?!
Tremere podeszła do Ann, objęła ją w pasie ramieniem, przyciągnęła władczo do siebie i pocałowała z namiętnością i wprawą, wyraźnie rozkoszując się sytuacją i władzą jaką miała nad caitifką. Dłoń pieściła przez chwilę ukrytą pod strojem pierś, a doznania były wyraźniejsze z powodu zmniejszonej bariery tkanin.- Nie myśl, że twój gest mi nie zaimponował. - odparła po pocałunku. - I nie oczekuję z całą pewnością, że się zjawisz. Zrozumiem jeśli stchórzysz.
- Zamordujesz psychicznie Charliego... - szepnęła drżąc lekko.
- Byłoby to… idealne rozwiązanie.- język Nadii przesunął się po szyi Ann lubieżnie. Najwyraźniej taka wizja ją podniecała. - Acz… przekonałam się, że większość ludzi potrafi wytrzymać naprawdę wiele udręki, a wampiry jeszcze więcej. Obawiam się, że to raczej nie ma szans na powodzenie. Ale pewnie… spróbuję.Puściła w końcu Ann i westchnęła. - Dobrze... pomacaj sobie co chcesz w nagrodę i wracajmy.
Ann zaczęła całować szyję Nadii przesuwać po niej kłami, starając się nie ulegać pokusie upicia jej krwi, a jedynie drażniąc jej skórę.- No już już… wystarczy tego dobrego.- pochwyciwszy za włosy caitifkę Nadia ze śmiechem odsunęła Ann od siebie. - A tobie tylko jedno w głowie. A potem się dziwisz, że Cyril nie chce się tulić. Opróżniłabyś go.
Puściła Ann i ruszyła przodem do drzwi, kręcąc przy tym pupą zachęcająco.
- Wracamy.
Ann nie wiedziała jak się czuje w takiej sytuacji. Sen był przyjemniejszy... ale czy mogłaby taką znajomością zyskać coś ze strony Nadii?
Bez słowa poszła za Tremere do środka.
Sytuacja w środku się zmieniła. Obecnie Garry gadał z Williamem i pozostali Kainici mieszkający w Stillwater już byli. Brakowało tylko Księcia i Clyde’a.
- Co was tak długo nie było? - zaciekawiła się Lukrecja, a Nadia zbyła ją krótkim. - Musiałyśmy sobie wyjaśnić parę spraw.
I poszła dalej.
Ann wzruszyła tylko ramionami, najwyraźniej uważając kwestię za zakończoną, niewartą roztrząsania i po prostu poszła usiąść obok Williama, zatrzymując się na razie kawałek od rozmawiającego Toreadora. Nie słyszała co mówią, zresztą to nie miało znaczenia. Po chwili bowiem wkroczył sam książę Stillwater.- Widzę że wszyscy już tu są.
Najwyraźniej Clyde nie należał do “wszystkich”.
- Więc przejdźmy do konkretów. Jak pewnie wiecie, jeden Giovanni zaginął lub zginął, a kolejny przyjechał go szukać. Co prawda możemy go formalnie przegonić, ale nie ma co antagonizować tego klanu. Niemniej nie zamierzam pozwolić mu się tu panoszyć, więc… będziemy nadzorowali ich działania. Wszyscy już wiedzą co odkrył Larry?
- Wiedzą. Nic.- stwierdziła sarkastycznie Lukrecja.Ann spojrzała na Ventrue, po czym zwróciła się do Księcia.
- Wymowne nic, bym rzekła.
- Tak. Niemniej to ich nie zniechęciło do opuszczenia naszej domeny.- odparł Joshua i wyjaśniał dalej.- Zamierzają tu zostać na czas śledztwa. Gino poinformował mnie, że zamierzają zająć kilka pomieszczeń w hotelu.
- Będą problemy żywieniowe.- zastanowiła się Lukrecja, a Smith dodał.- Klan będzie załatwiał sobie posiłki we własnym zakresie, nie wykorzystując zasobów naszej domeny. Jak dokładnie, to nie wiem… niemniej trzymam ich za słowo.
- Ma już jakieś plany, poza byciem oisef?
- Eeem… co?- zapytał Joshua, a William uściślił. - Darmozjadem.
- Nie będą darmozjadami. Będą płacić za pobyt i z pewnością Giovanni mają swoje plany, acz nie są chętni by je zdradzić. Dlatego nalegałem, by zawsze im przydzielić opiekuna i przewodnika, który zaopiekuje się grupą śledczą. I dopilnuje by nie narobili zamieszania…-
- … i nie odkryli, że na naszym terenie są jeszcze inne wampiry, których oficjalnie nie ma, prawda?- odparła złośliwie Lukrecja.
- Nie wiem o czym mówisz.- odparł z kamienną miną książę.
- Nie zgrywaj idioty. Dobrze wiemy, że z Williamem ukrywacie obecność innych Kainitów w okolicach Stillwater. Nie jesteśmy idiotami.- warknęła Lukrecja.- Przymykałam na to oko, dotąd… ale teraz, gdy jeden z nich może być potencjalnie zamieszany w to morderstwo czy porwanie, to chyba czas zagrać w otwarte karty, nieprawdaż?Caitiffka nie odezwała się. Nie wiedziała czy Lukrecja mówi o tych, co sama Ann zobaczyła... ale chciała móc obadać reakcję oskarżonych.
- Nie wiem o czym mówisz. A zakładając teoretycznie, że są takie istoty na takim terenie, to po pierwsze… mówimy tu o jednej osobie. A po drugie, wypytałbym taką osobę o… powiązania z tym klanem, tuż po zjawieniu się Giovanni. I otrzymałbym odpowiedź negatywną.- odparł zimno Smith z kamienną twarzą.
- I uwierzyłbym wpatrując się w śliczne oczka, jak każdy naiwny mężczyzna. Bo mówimy o teoretycznej kobiecie, prawda?- zadrwiła Lukrecja.
- Jednej teoretycznej kobiecie… potężnej kobiecie, której teoretycznie pewna Ventrue nie chce nacisnąć na odcisk. - stwierdził chłodno Joshua.
- To naprawdę robi nam się grupka. - wtrąciła Ann - Kobieta i dwóch mężczyzn jeszcze. Stillwater rozwija żagle? - odparła spokojnym tonem.
- Nic nie wiem o dwóch mężczyznach.- stwierdził krótko szeryf i westchnął wzruszając ramionami.- Domeny nie są szczelnymi kopułami Ann, jeśli pojedyncze lub nieliczne grupki wampirów zachowują ostrożność, to mogą się przemknąć przez jej tereny niezauważone. Tak samo jest w Nowym Jorku.Ann na chwilę zawiesiła wzrok na Williamie, gdy książę stwierdził, że "nic nie wie o dwóch mężczyznach" nie zauważając niczego.
- Mimo to powinnam, powinnyśmy… ją poznać.- odparła Lukrecja. A Smith wymienił spojrzenia z Williamem, który odpowiedział wzruszeniem ramion.
- Zobaczę co da się zrobić w tej kwestii. Jednakże… tylko ty, chyba że ktoś jeszcze chce? - zapytał Joshua wędrując spojrzeniem po reszcie osób na sali. Nikt inny się nie zgłosił. Ani Larry, ani Nadia nie byli zainteresowani.
- Mogę robić za entourage, aby Lukrecja samotnie nie szła. - spojrzała na Ventrue.
- Się zobaczy.- stwierdził Joshua i spytał. - Ufam, że każdy z was jest gotów poświęcić noc dla naszej domeny i każdego mogę wpisać w grafik jako potencjalnych przewodników?Ann zgodziła się i spojrzała na resztę.
Podobnie uczynili pozostali, acz Garry z wyraźnym wahaniem i niechęcią.- Cudownie. Jutro wyznaczę któregoś z was, a co do przyjemniejszych rzeczy. Do naszej rodziny dołączają dwoje nowych Kainitów. Jednego już znacie… -wskazał na Miracellę.
Po czym rozpoczęło się przedstawienie. Książę formalnie zapytał Patty, ta odpowiedziała. I następnie rozpoczęło się głosowanie. Książę zagłosował za siebie i Clyde’a… reszta zaś tylko w swoim imieniu. Tak, tak, tak… wszyscy się zgadzali. Caitifka też.
Ann czekała na inne przedstawienie. Obserwowała Nadię w oczekiwaniu.- Gratuluję Miracello dołączenia do naszej domeny i uznania za członka klanu Ventrue. Teraz, druga sprawa…- stuknął dłonią w drzwi dając wyraźnie znak. I drzwi się otworzyły, a do środka wszedł Clyde z wampirem o obliczu pokrytym bliznami na kształt run.

|-
- Hej… - rzekł na powitanie były Sabatnik.
- Nasz… przyjaciel co prawda nie może osiągnąć takiego statusu jak my. - wyjaśnił Joshua wzruszając ramionami. - Co do tego Tremere byli bardzo stanowczy. Znajdzie się on pod opieką miejscowych członków w tego klanu, obecnie w osobie Nadii. I będzie jej… podwładnym bez praw które ma każdy członek mojej domeny.
- Luzik. - wtrącił nowy Kainita i beknął chwilę potem, by dodać.- I tak nie lubię polityki.Na to Ann z zainteresowaniem spojrzała na Nadię. Ta miała kwaśną minę i zabijała nowego wzrokiem.
Joshua skinął głową i westchnął.- Dobra… przejdźmy do załatwienia formalności.
Charlie skinął głową. - Ok.
I zaczęło się przedstawienie i przedstawianie. Nowy nie powiedział nic nowego, czego Ann już nie wiedziała. No i zaczęło się głosowanie. Tak, tak, tak…- Nie. - odparła Nadia chłodno.
- Nie?- zdziwił się Joshua.- Przecież to wszystko jest tylko formalnością. Plany te zostały uzgodnione z Primogenem Nowego Jorku.
- No i? Głosowanie nie wymaga jednomyślności. - stwierdziła Tremere.- Nie widzę powodu, by nie zaprotestować, choćby jako manifestacji mojej niezgody na ten pomysł. Nic to nie zmieni.
- Rewolucjonistyczna nutka jest jednak w tobie. - Ann spojrzała Nadii w oczy.
- Po prostu korzystam z tego waszego wynalazku... demokracji. Działam w ramach prawa. Rewolucja… moja droga, gwałci wszelkie prawa. - wyjaśniła Tremere.
- Czy w tym momencie nie podważasz prawa pochodzącego z decyzji Regenta? - caitiffka odparła z anielskim spokojem.
- Nie muszę się zgadzać z każdą decyzją Regenta. Muszę tylko wykonywać polecenia i zalecenia. I to uczynię. - odparła chłodno wampirzyca.
- To chyba najbliżej "tak", jak możesz się spodziewać, Książę. - zwróciła się do Joshui.
- Tak, niewątpliwie… a reszta?- zapytał Joshua, reszta zagłosłowała na tak, wraz z Ann.I na tym zakończyły się wszelkie sprawy, jakie Smith postanowił załatwić tej nocy. Zebranie zmieniło się powoli w krwawą popijawę i wieczorek pokerowy. Z Nadią, Garrym, Joshuą i Williamem przy stoliku.
Ann podeszła do Lukrecji i usiadła naprzeciw kobiety, sama popijając krwawą Mary z kieliszka.
- Masz jakieś wyobrażenie członka twojej idealnej świty, pani? - zapytała usłużnie.
- Świty? Hmmm… profesjonalny wygląd byłby idealny. Elegancka fryzura, gustowny żakiet, spódnica za kolano, koszula biała najlepiej.- zadumała się Ventrue. - Gdy przyjdzie czas Miracella cię ubierze. Ma świetne wyczucie mody.
- Nie zaprotestuję. - odparła Ann z cierpliwością - Skąd masz informacje o tej osobie, do której zechciałaś iść?
- Hmm… nie domyślasz się kto to może być?- zapytała ironicznie Lukrecja popijając trunek. - Szczerze powiedziawszy, trochę blefowałam… Nie mam nic poza podejrzeniami. Niestety całe moje zasoby i kontakty lokuję w Nowym Jorku, by wiedzieć do czego bym wróciła. Tu w mieście mam tylko moje ghulice i was…- Musi być to okropne. Jakbyś była oślepiona, prawda?
- Nie…- machnęła ręką Lukrecja. - Małe intrygi i sekreciki naszego Księcia i jego Toreadorka obchodzą mnie tyle co zeszłoroczny śnieg. Stillwater to tylko tymczasowe lokum. Nie obchodzi mnie ile wampirów chowają po kątach pod warunkiem, że… nie ma z nimi kłopotów. To co się stało w związku z klanem Giovanni, świadczy o tym, że jednak jakieś problemy będą i nie czas teraz na takie tajemnice.
- Ty pani mogłaś blefować, ja z dwoma nie blefowałam. - wzruszyła ramionami - Więc jeżeli są cichaczem trzymani w Stillwater, to jest tu większa grupa. - przymrużyła oczy w rozbawieniu - Jeżeli planujemy szturmować Nowy Jork, to wolałabym wiedzieć wcześniej.
- Mogą też być szpiegami Sabatu ukrywającymi się przed nami. Jeśli Sabat tu czegoś szukał, a tak twierdzi nowy członek naszej rodziny, to oczywistym jest że wpierw wysłaliby zwiadowców. A grupa którą rozgromiliśmy, posłużyłaby do precyzyjnego uderzenia. - zastanowiła się głośno Lukrecja.
- Precyzyjniej tamtą grupą? Oni byli wystarczająco nieuważni, aby wpaść na Wilkołaki, co dopiero myśleć, że mogliby czegoś lepszego dokonać. Czy po tych latach nie nauczyli się, czemu trzeba unikać konkretnych terenów Stillwater?
- Cóż… tamci mieli pecha. Wpakowali się przypadkiem na sforę wilkołaków i utracili przywódców i wskazówki co do misji.- zaśmiała się ironicznie pytając Lukrecja.- Gdyby mieli lidera i opiekuna duchowego to może byliby bardziej dyskretni?
- Opiekun duchowy? Sabat nie wydaje mi się uduchowioną zgrają... - zapytała, nie rozumiejąc tego dokładnie.
- Cóż… określenie “inkwizytor” pasuje lepiej do tej roli, albo… komisarz polityczny. - zaśmiała się cicho Lukrecja.- Jest to osoba, która pilnuje by sfora i jej przywódca trzymali się doktryny Sabatu i wyznaczonego im zadania.
- Czyli... sami nie mają tyle we łbach, aby to ogarnąć?
- Sabat stawia na ilość, a nie na jakość jeśli chodzi o szeregowych członków. Śmiertelność wśród nich jest wysoka. - wzruszyła ramionami Ventrue. - Ale niech cię nie zmyli niska jakość tych śmieci. Starsi Sabatu są sprytni, inteligentni i bardzo niebezpieczni.
- Starsi Camarilli tak samo...
- To prawda. Jednak Camarilla mocniej stawia na Maskaradę i ogranicza znacznie przebudzenia nowych Kainitów. Najpierw trzeba uzyskać pozwolenie Księcia by przemienić śmiertelnika. W Nowym Jorku niekoniecznie oznacza to osobiste spotkanie z Księciem. Niemniej nadal taka prośba musi mu zostać przełożona choćby przez pośredników i… rozpatrzona pozytywnie. - wyjaśniała Ventrue popijając trunek. - A samowolna przemiana śmiertelnika zawsze jest karana śmiercią twórcy i zazwyczaj… potomka. Camarilla idzie w jakość, nie w ilość.
- Sabat do tego ma... unikalny sposób Przemiany. Charlie przykładem.
- Charlie jest… ciekawym przypadkiem.- przyznała Lukrecja i wzruszyła ramionami.- A co do metod Sabatu, to oni przedkładają skuteczność nad subtelność.
- Mam pytanie... - zdecydowała - Słyszałaś coś więcej o Klanach Sabatu.... Tzicośtam i Lasombra?
- Hmmm… o Diabłach słyszałam, że mistrzami w formowania ciała i wyglądają szkaradnie. Ot, takie straszenie. O klanie Lasombra wiem tylko tyle, że są jednym z najważniejszych klanów Sabatu i de facto że nim rządzą. Lasombra… - Lukrecja wzruszyła ramionami wspominając -... rzadko są na pierwszej linii, a Tzimisce są w Europie, nie tutaj.
- Ponoć w Nowym Jorku mają problem z Lasombra.
- Sabat to Lasombra… - odparła ironicznie Lukrecja.
- Często Sabat atakuje miasto?
- Hmm…. różnie to bywa.- oceniła wampirzyca.- To zależy co rozumiesz przez atak.
- Rzut Sabatu na Nowy Jork, aby przejąć.
- Raz na kilka dekad.- zaśmiała się Lukrecja i pokręciła głową.- Nie… zwykle jest kilka małych grup Sabatu nacierających w różnych miejscach jednocześnie, próbując wykonać polecone im zadania i wycofać się zanim Brujah uderzą z pełną mocą.- Pani... Abstrahując od twoich doświadczeń... - spojrzała Lukrecji w oczy - Jaki był w zwykłej relacji Książę?
- Czarujący, szarmancki i emanujący potęgą. To żmija, piękna, ale i groźna…- wyjaśniła sarkastycznie Lukrecja spoglądając na pustawy już kieliszek.
- Ty miałaś przejąć fotel Księcia po udanym coup?
- Nie. Gdyby tak było, nie siedziałabym tutaj. Nie byłam na tyle ważna, by być groźną dla Księcia. Dlatego nadal egzystuję. - odparła ironicznie Lukrecja. - Jeśli wejdziesz mu w drogę, to zginiesz bolesną śmiercią… chyba że jesteś tylko drobnym kamyczkiem na jego drodze, wtedy może cię po prostu kopnąć na pobocze.
- Temu przetrwałaś? - zapytała.
- Na to wygląda…- oceniła Lukrecja.- Czemu więc powinnam wejść w sojusz z kimś, kto upadł w Nowym Jorku i tamten Książę go zesłał? To ma szansę na kolejną porażkę, jeżeli o tym pomyślisz. - zapytała w końcu.
- Planujesz spróbować odebrać władzę Księciu? Jeśli nie to nie widzę powodu, by nie zawrzeć sojuszu. Ja planuję tam wrócić i trzymać się od spisków przeciwko niemu z daleka. Dostałam nauczkę i wyciągnęłam z niej wnioski.- odparła ironicznie Kainitka.
- Uwierzyłabym bardziej, gdybyś do "trzymać się z daleka" dodała "na razie".
- “Na razie”… jest opcją do rozważenia dopiero za dekadę lub trzy.- odparła kwaśno Lukrecja. - Wierz mi, nie chcesz mu wejść na odcisk.- Hmm... - dopiła swojej Krwawej Mary - Czy chciałabyś może więcej Mary, pani?
- Nie… natomiast chciałabym wiedzieć o czym tak długo dyskutowałaś z Nadią… na osobności? - zapytała Lukrecja z lisim uśmieszkiem.
- Ustalałyśmy relacje. - wzruszyła ramionami.
- Relacje? A jakież to relacje wymagały ustalenia? Jakie ty w ogóle masz z nią relacje? Jesteś przecież uwiązana do Cyrila. - zdziwiła się Ventrue.
- Czyli mam swoje doświadczenia z Tremere. A o relacjach... wybacz, ale nie zdradzę szczegółów.
- Czyli ja się tu uzewnętrzniam, a ty coś kryjesz przede mną? Podstępna żmijko.- zaśmiała się ironicznie Lukrecja. I wzruszyła ramionami.- A potem się dziwisz, że od razu nie rzucam ci moich planów pod nogi. Ten sam powód. Pewne rzeczy mogą być ujawnione tylko po pewnym czasie i na odpowiednim poziomie… zaufania.
- Sama wiesz, że jestem uwiązana do Cyrila. Czemu oczekujesz, że zacznę nagle mówić rzeczy, które dotyczą Tremere?
- Cyrila… nie Tremere. Lojalność Cyrila wobec swojego klanu jest… wątpliwa. - wzruszyła ramionami Ventrue. - Cyril dba tylko o jedno… o siebie.
- Wątpię by moje rozrzucanie e informacji o Tremere, było ku jego zadowoleniu. Chciałam ustalić relacje z Nadią, aby wiedzieć czego obie oczekujemy i nie następować na jej nogi.
- Rozumiem.- odparła Ventrue z podejrzliwym uśmieszkiem.- Jeżeli nie będziesz używać mojego głosu, aby bruździć, Księciu Smithowi czy Williamowi... to mamy sojusz. - zdecydowała - Nie oznacza to oczywiście, że da ci to automatycznie sojusz z Cyrilem i obejdzie jego rozkazy, ale to chyba jasne.
- Nie obchodzi mnie sojusz z Cyrilem, ani też brużdżenie miejscowym. - stwierdziła Lukrecja z uśmiechem.- Nie mamy sprzecznych celów Ann.
- Więc ustalone. - pokiwała głową.
- Mhmm… tak… wspólniczko. - mruknęła wesoło Lukrecja zadowolona z “połowu”. -
TO NIE JEST COŚ, CO OPOWIADAM NA TRZEŹWO
Po rozmowie z primogenką Ventrue, spojrzenie Ann spoczęło na Charliem. Wampir ten niespecjalnie się socjalizował. Wypiwszy kilka przygotowanych dla niego drinków, wydawał się być zadowolony z nieżycia. Przypominał caitifce Garry’ego.
- W sumie powinno mi być cię żal. - odezwała się Ann, podchodząc do "Tremere".
- Hę? - odparł niezrozumiale wampir zwracając uwagę na Ann. - Czemu?
- Twoja nowa... pani... Nadia. - skinęła w stronę grających - Zabije cię psychicznie.
- Czyli… nic nowego, tak? - Charlie nie wydawał się szczególnie przejęty.
- Wątpliwe, że nic nowego. Ona cię nienawidzi za samo istnienie, pogardza. - skrzywiła się - Za twoje zachowanie. Czy raczej brak umiejętności i samopogrążanie się.... sprawia, że sama zaczynam wątpić w sens prób bronienia cię, co ostatnio robiłam.
- Cóż…- Kainita był niewzruszony jej słowami. - Żyję.. żyłem na ulicy długo. Wiem co to nienawiść i pogarda i… myślę, że jakoś przeżyję kolejną jej porcję.
- Twoje olewcze podejście nie pomaga opinii Bezklanowców. - parsknęła - Sam robisz z siebie to zarzygane zero. To co dają inni - to zwykła pogarda, ale obrzydzenie nie jest zagwarantowane. Ogarnij się i nie dokładaj do ogólnych trudów Bezklanowców.
- Oj tam paniusiu… po co się tam tym przejmować, zwłaszcza tutaj. Skoro ona i tak ma mnie gnoić, to po co mam jej dawać satysfakcję?- zapytał retorycznie Charlie.Ann pokręciła głową. Zawsze, gdy takich widziała w Nowym Jorku, to czuła złość, że ich opinia rzutuje na jej...
- Nie następuj na odcisk nikomu, bo i wcale miłe twarze nie są miłe zawsze. - przysunęła się - A jeżeli przyszłyby ci do głowy jakieś wybryki... to pamiętaj, że wciąż mam nóż wypijający krew. Tańczyłeś z nim ciekawie, jak miałeś w plecach.
- Luzik. Nie planuję żadnych wybryków. Jestem zadowolony z tego, że nie muszę się pakować w bójki. Nie lubię walczyć. - odparł wampir unosząc dłonie w geście poddania.
Larry stał uśmiechnięty koło okna i powitał podchodzącą Ann wesoło.
- Hej… dobrze się bawisz?
- Niezbyt... -westchnęła - Jestem zła. Tylko wiesz, to taki typ złości, której nie dajesz upustu.
- Ja bym wziął porządną spluwę i poszedł do strzelnicy pod moją stacją. Aaaa… właśnie.- Larry wyjął kluczyki i podał je Ann. - Motor jest naprawiony, ale nie szalej z nim tak jak ostatnio. Nie mam magazynu pełnego części zamiennych do niego.
- Dzięki, zbawco. - wzięła kluczyki z uśmiechem - Nie będę szaleć... albo nauczę się lepiej jeździć.- pokręciła głową - Nadia poradziła, abym u ciebie spuszczała pary. Pobiła się z tobą... ona chyba chce mojej śmierci.
- Nie sądzę. Jedyne co obchodzi tą Tremere to jej równania matematyczne. Inni Kainici ją nie obchodzą. - wzruszył ramionami Larry i poklepał Ann po ramieniu.- Nie przejmuj się nią tak.
- To znaczy, że byś mnie nie ubił jeżeli bym się z tobą biła? Na komplementy ci się zebrało.
- No wiesz… w sparingu prawdopodobnie bym cię nie ubił. Prawdopodobnie…- przyznał trochę bez przekonania Larry.
- A to się nazywa prowokacja. - uśmiechnęła się Ann - Skąd wiesz czy naprawdę nie mam wielkiej siły, za którą mnie wyproszono z Nowego Jorku?
- Cóż…- wzruszył ramionami Larry i uśmiechnął się złowieszczo. - Gdybyś miała parę w łapach, byłbym mile zaskoczony. A ty rzeczywiście w niebezpieczeństwie.
- Brujah Pawlukowa i Garry postarali się, abym nie padała za szybko, niszcząc mi nerwy w ciele. To początek, co?
- No to jesteś twarda… ale nie silna. Przyjmowanie ciosów, to nie to samo co rozdawanie ich. - odparł filozoficznie Brujah.Mina Ann mówiła, że chce powiedzieć coś czego w ogóle nie powinna....
- Cóż.. - przysunęła się do ucha Larry'ego i szepnęła, wcześniej już napinając mięśnie gotowa na ból - Chyba tak źle nie mam z ciosami. Kołek…
- Miałaś farta, bo sądziłem że jesteś po mojej stronie. Nie liczyłbym na niego, gdy nie jestem odwrócony do ciebie plecami. - wzruszył ramionami Larry.
- Następnym razem użyję sztyletu. - uśmiechnęła się - I nie powinieneś zakladać, że każdy nie użyje chwytów poniżej pasa. Walczenie fair.... jest głupie.
- Nikt ci nie broni ciosów poniżej pasa podczas walki. Ale nie na sparringu. Tam walczymy grzecznie i na luzie. - wzruszył ramionami Larry. - Po to by się rozruszać, może czegoś nauczyć… i dla zabawy.
- Hmm... Czy opanowałbyś się wystarczająco, abym siłę wytrenowała z tobą? - zapytała... odważnie.
- Nie… tego cię nie nauczę, za to tłuc się tak. - stwierdził po namyśle Brujah. - Sztuczek ulicznych i łojenia skóry innym.
- Czy to nie jest to samo?
- Nie. Wbrew temu co sądzi wielu, to niezupełnie to samo. -zaśmiał się Larry.
- Wchodzę w to. - uśmiechnęła się - To i owo z ulicy umiem, ale zawsze więcej w cenie.
- Na ulicy poznaje się tylko proste sztuczki. Ja zrobię z ciebie prawdziwego wojownika.- odparł z przesadną chełpliwością Larry.
- Nie wątpię. - odparła Ann z wyuczoną pewnością - Bardzo będzie boleć?
- Eeee… chyba nie….- podrapał się po głowie Larry.
- Nieważne w sumie.- stwierdziła z zadowoleniem.
Patty nie brała aktywnego udziału w tym całym wieczorku karcianym, ograniczając się do pilnowania by wszystko było na swoim miejscu. Pod tym względem się nie zmieniła. Nadal była miła, usłużna i uprzejmie. Zupełnie nie jak Ventrue.
- Czy na pewno Lukrecja cię przemieniła? - rozległ się głos zza Miracelli.
- Skąd ta niepewność?- spytała z uśmiechem Patty.
- Jesteś zbyt uprzejma, usłużna... - Ann uśmiechnęła się z rozbawieniem.
- Rasowa dyplomatka…- zaśmiała się Miracella i skinęła głową dodając. - Mistrzyni również potrafi być taka i bywa prywatnie… Nie jest taka straszna, jak się ją bliżej pozna.
- Czyli jesteś jeszcze za młoda. Poprawi ci się. - zaśmiała się.
- Możliwe…- zaśmiała się enigmatycznie Patty i spojrzała na swoją panią.- Długo rozmawiałyście, więc chyba nie jest taka straszna? Na pewno nie tak przerażająca, jak bibliotekarka.Ann zaśmiała się.
- Ja nie mam z Nadią złych relacji.
- I nie przeraża cię ani trochę? - zapytała ironicznie Miracella.
- Przerażać? Nie... Bardziej ciekawi.
- Jedno drugiemu nie przeszkadza… - wzruszyła ramionami młoda Ventrue. - A co takiego cię w niej ciekawi?
- Nie czaruj mnie. Twojej matce się nie udało, więc tobie też nie uda.
- Doprawdy? To taka tajemnica? - zdziwiła się Miracella uśmiechając się lekko. - Nie wiedziałam, że powody twojej ciekawości wobec niej są takim sekretem.Po czym skinęła głową. - Dobrze, nie będę więc wypytywała o to.
- Chciałam cię prosić o coś... Z Lukrecją pójdę jako świta, wtedy będziecie mnie ubierać, ale czy mogłabyś mi teraz... użyczyć makijażu? Masz ubrania na stanie? Chciałabym poczuć się... bardziej kobieco.
- Cóż… chyba lepiej… wyglądać bardziej profesjonalnie… urzędniczo.- zastanowiła się głośno Patty przyglądając i wzruszyła ramionami dodając. - Nie widzę powodu by ci pomagać, więc… przyjdź do mnie, gdy nadejdzie czas.
- Teraz nie chodzi o strój dla członka świty. Tylko dla mnie. Personalnie.
- Och… no cóż… myślę że da się coś wybrać dla ciebie. Choć nie wiem czemu miałabyś zmieniać swój styl. - oceniła Miracella, nagle jej oczy rozszerzyły się gdy coś sobie uświadomiła. - Ty… ty… ty upiłaś się krwią Nadii?Ann spojrzała zdziwiona.
- Skąd ten pomysł? Ja piję inną krew.
- Jeśli ktoś chce diametralnie zmienić swój image, to czyni to dla kogoś. - westchnęła Patty zakładając kosmyk włosów za ucho. - Dlatego ja czułam potrzebę ubrać się tak jak… się ubrałam.
- Ja się nie zaczęłam ubierać jak Cyril. - sarknęła - Rozumiem, że kundle jak ja nie są widziane w lepszych strojach i nie powinny nawet o nich marzyć, ale widzisz.... Ja za życia głównie w takich dorastałam. Wybacz, że chcę się lepiej poczuć. - fuknęła, najwyraźniej urażona.
- Cyril nie jest wymagającą arystokratką jak Nadia. - mruknęła cicho Miracella, po czym głośniej dodała.- Rozumiem, aczkolwiek nie jestem pewna czy stroje jakie mogę ci zaoferować są lepsze. Bądź co bądź to Stillwater. Nie ma tu sklepów z drogą i modną odzieżą. Raczej nic ekskluzywnego nie mam w garderobie.
- Przynajmniej masz ghule... One mogą coś zdobyć.
- Ty także możesz mieć… ghule to nie potomkowie. - dodała ironicznie Miracella i wzruszyła ramionami.- Większość ghuli to koleżanki z pracy i są to ghule mojej Pani, nie moje. Zresztą co takiego możemy załatwić mając za klientelę kierowców ciężarówek?
- Może i to zastanawiające, ale nie mam chęci na ghule. Może to za blisko moim doświadczeniom.
- Rozumiem. Sama nie mam żadnego. - przyznała Miracella.
- Dam sobie radę. - machnęła ręką.
- Tak czy siak, jeśli się zjawisz… jutro, to coś powinnam dla ciebie znaleźć. Mamy podobne sylwetki. Na pewno coś modnego, ale raczej nic przerażająco drogiego. - dodała ciepło Kainitka.Ann milczała chwilę.
- Twój aktualny wygląd nie jest zły, wręcz bardzo ci pasuje, ale... - zmarszczyła brwi - Jest za bardzo jak coś, co Lukrecja by się nosiła. W co ciebie by ubrała, umalowała... Jeden z powodów mojej śmierci, bardzo odległy w konsekwencjach, to była gorejącą niechęć do życia wedle planu tradycji rodzinnej. Oczywiście głównym powodem był pechowy splot zdarzeń, ale to historia większości Bezklanowych, eh? - mruknęła ze słyszalnymi kanadyjskimi przyzwyczajeniami, których zwykle unikała.
- To wynik więzi krwi… tak to Lukrecja tłumaczy… ma minąć z czasem. - wyjaśniła Miracella. - Im więcej nocy minie tym mniejszy będę miała impuls, by ją aż tak dokładnie naśladować.
- Nigdy nie mialam ciągot do naśladowania Cyrila. Chciałam z nim być, obok...
- Możliwe… ale zastanawiałaś się kiedyś ile z twoich czynów i myśli jest twoich, a ile to wpływ twojego twórcy? Przyznaję, że to iż go nie znałaś nie ułatwia ci sprawy.- odparła w zamyśleniu Ventrue i dodała. - Ale ile z śmiertelniczki Ann… jest w wampirzycy Ann?
- Nie przesadzajmy. Sabatowego psychola chyba nie przypominam, co?
- Hmm… a kto powiedział że przemienił cię sabatowy psychol? Sabat to nie tylko zwierzęcy furiaci. - wzruszyła ramionami Patty.
- Trzeba być psycholem, aby zadźgać kogoś, aby tak się wykrwawił. - zmarszczyła brwi - Temu tak mówię.
- Trzeba, ale też nie trzeba być wampirem by to zrobić. - odparła z ironicznym uśmiechem Patty. - Tu w burdelu zdarzają się podobne historie.
- Ale przypominam ci? - zapytała grobowo.
- Był taki jeden który pokiereszował jedną z nas i uciekł przez okno.- przyznała Patty. - Lata temu.
- Co to ma do mojego Stwórcy?
- Wpływ Stwórcy jest bardziej subtelny, niż zmienianie cię w psychola. No i…- wzruszyła ramionami Miracella. - … w psychola zawsze możesz się zmienić, jeśli pozwolisz zdominować się bestii tkwiącej w tobie. Jak w każdym innym Kainicie.
- Lukrecja ci opowiada takie historyjki przed snem? - zaśmiała się.
- Większość stwórców opowiada takie historyjki swoim potomkom. Oczywiście bestia nie jest… prawdziwą istotą. To metafora głodu, który może zmienić Kainitę w dzikie zwierzę.- wyjaśniła Patty. - Jeśli nie karmimy się regularnie.
- Wtedy możesz posunąć się do wszystkiego...
- No… dlatego właśnie Sabat wrzuca takich osuszonych nieszczęśników na jedno miejsce i pozwala im ruszyć kupą na łowy. Camarilla ma wtedy masę roboty z wyłapaniem ich i zatuszowaniem takiego wydarzenia. - dodała Patty.
- Albo zakopują takich i czekają, aż grupa rozszarpie się nawzajem.
- Nie jestem zaznajomiona z ich metodami aż tak dobrze… - przyznała Patty i spytała.- Więc jak to było w twoim przypadku?Ann uśmiechnęła się krzywo.
- Porwano mnie z ulicy w Kanadzie, wciśnięto w metalowy kontener ciężarówki, gdzie było więcej porwanych. Zawieźli nas w końcu przez granicę, do wykopanej dziury, zaczęli zabijać. Próbowałam uciec, nie udało się. Dźgał mnie, abym się wykrwawiła... Reszta dość... niewyraźna. Było nas więcej niż jedna ciężarówka. Tak zakopany nowy wampir... - westchnęła - Dużo krwi.
- A co potem… się stało? Domyślasz jaki był cel w stworzeniu was?- zapytała Miracella.
- Taką ilość tworzą dla walki. Masz zginąć niszcząc wrogów Sabatu. - wzruszyła ramionami - Więc miałam zginąć, zapewne. Drugi raz.
- Ale jakoś przeżyłaś… - zamyśliła się Ventrue.
- Uciekłam w delirium. Serio, nie wiem, nie pamiętam. Cyril też nie był zadowolony z odpowiedzi. Nie mam szokujących informacji o planach Sabatu dla Lukrecji czy kogokolwiek.
- Cóż… ty i ja. Jesteśmy pionkami starszych od nas. Nie zdradzają nam swoich planów i zamierzeń. - odparła ciepło Miracella.- Myśli też.- A jak u ciebie było? Miło?
- Bardzo miło… ekstatycznie… w łóżku…- zaśmiała się cicho Patty i dodała cicho.- Za życia Lukrecja musiała być doświadczoną i wyrafinowaną kochanką.
- Myślałam, że Ventrue zawsze mają rodowód.
- Oczywiście że mają… rodowód. - zaśmiała się Patty i dodała.- Ale za życia też mają ciało i krew… i czasem ognisty temperament.
- Czyli ty za życia miałaś urodzenie?
- Ehmm… nie. Nic takiego poważnego. W moim przypadku, cóż… rodzina w Minnesocie, posiadają kurzą fermę, którą obecnie kieruje starszy brat.- zaśmiała się Miracella i dodała.- Mistrzyni po prostu nie ma dużego wyboru. Kogo innego przemieni, jeśli nie jedną z pracownic?
- Uszczupliła swoją lodówkę tak.
- Można to i tak ująć. - przyznała ze śmiechem Miracella.- Nie powinnam być złapana przez Sabat. Nie pasowałam do grupy... - westchnęła - Pech, zły wybór drogi. Przez biedniejsze dzielnice było szybciej.
- Cóż… jesteś teraz córką nocy, nieśmiertelną wampirzycą… istotą z legend.- rzekła ciepło Patty pocieszając Ann. - Więc ostatecznie chyba nie jest tak źle, prawda?
- Powiedział Ventrue do kundla. - odparła sarkastycznie - Gratulacje. Coraz lepiej ci idzie w tej skórze.
- Tutaj niewiele się różnimy. - wzruszyła ramionami Patty. - W Stillwater to nie ma znaczenia. Ba, ty jesteś nawet nieco wyżej. Bo jesteś samodzielna.
- Tylko nie przenoś tego podejścia do Nowego Jorku. Zjedzą cię za to.
- Mam wrażenie, że zjedzą i tak. Jak się słucha opowieści Lukrecji, to można pomyśleć, że Nowy Jork to bardzo mały basen z bardzo dużymi rekinami. - zaśmiała się cicho.
- Raczej to żmije. Nie przejmuj się, twój Klan to takie dupki. - wzruszyła ramionami - Raczej odradzam mięciutke podejście w Nowym Jorku jak w Stillwater. To okazywanie słabości, pogrążanie swojego wizerunku. Ventrue musi mieć standardy. - uśmiechnęła się ironicznie i przewróciła oczami - Ale to niech twoja mama ci tłumaczy.
- Cóż… mamy czas. W końcu dopiero urodziłam się… kilka dni temu.- przypomniała jej z uśmiechem Miracella.- A jak twoje relacje z Potomkiem naszego Księcia?
- Pff… Clyde ma o sobie za duże mniemanie. Joshua go nie faworyzuje. Jeśli już kogoś to swoją żonę. - wyjaśniła Patty.
- Chce cię zaciągnąć do łóżka? - zaśmiała się.
- I każdą inną pracownicę. I chce za friko.- odparła ironicznie Miracella.
- Już cię oczarował? - zapytała ze śmiechem - Lukrecję chciał.
- Chciał… to jest właściwie określenie. Ciebie chyba też chciał? I z podobnym skutkiem?- zapytała figlarnym tonem Miracella.
- Coś tam próbował zagadywać, ale byłam tak niezainteresowana, że nawet nie zauważałam. Już myślałam, że mieliście threesome - ty, Lukrecja i Clyde!
- Nie podsuwaj mu takich pomysłów, bo Lukrecja potrafi być złośliwa… więc lepiej żeby jej podpadł głupimi sugestiami. - zażartowała Miracella.
- Boisz się, że ciebie i Clyde’a by sparowała?
- Raczej, że podałaby mu na srebrnej tacy jego własne przyrodzenie.- odparła Patty z przekąsem.- Niewielka strata zważywszy, że by mu odrosło.
- Można byłoby mu znowu uciąć. - pokiwała głową z zadowoleniem.
- Z pewnością.- przyznała ze śmiechem Patty i zerknęła na Clyde’a kręcącego się koło Lukrecji. - Może nawet zobaczysz kastrację, jeśli zajdzie mistrzyni za skórę.
Było zimno, na pewno było zimno... czemu tego nie czuła?
Ann trzepała z siebie listopadowy deszcz. Trafiła wreszcie przed budynek, do którego kazał iść jej ten Cyril... Oby nie zmuszał jej do spania w noclegowniach tygodni!
Przemoknięta dziewczyna, której równie po ubraniu spływała woda co krew, zbliżała się do przytułku Szwarza. Rozdarta bluza z kapturem (jak i jeansowe spodnie) nosiła ba sobie wiele mniej lub bardziej zaschniętej krwi, szczególnie w okolicy boku. Woda nadawała brudnej tkaninie iluzje świeżych kolorów, ale nie zmywała złości, irytacji i strachu z jej oblicza. Krążyła chwilę po okolicy, zagubiona, z plamami krwi przy ustach.
Bała się... a jednocześnie była zła.
Mężczyźni siedzący przy wejściu do przytułku od razu ją zauważyli. Jeden pospiesznie wszedł do środka, drugi czekał wyraźnie aż podejdzie. Solidnie zbudowani i porządnie ubrani. Prawdopodobnie wtajemniczeni… bo widok Ann nie zrobił na nich większego wrażenia.
Podeszła ostrożnie do oczekującego, zachowując się jak zdziczałe zwierzę, ostrożnie sprawdzające teren... Obawiające się, że ktoś zaatakuje.- Na co czekasz, chodź tu.- zawołał do niej mężczyzna przy drzwiach do przytułku.
Dziewczyna obróciła się na chwilę, lustrując wzrokiem teren, po czym udała się do przytułku, zachowując nieufność w ruchach.
- Poczekaj tutaj.- odparł mężczyzna wpuszczając ją do holu budynku, po którym kręciło się paru żuli, równie brudnych i śmierdzących co ona.
- Gdzie jest Schwarz? - zapytała zniecierpliwiona, ścierając smugę rozmokłej krwi z brody.
- Szef jest zajęty, został już pewnie poinformowany o tobie. Czekaj aż cię wezwie.- odparł mężczyzna spokojnie.
- Co to, jakiś cholerny urząd? - parsknęła, wbijając się plecami w ścianę, na której zostawiła błotniste smugi.
- Przytułek. - przypomniał mężczyzna i dodał. - Szef nie lubi bałaganu i brudu.
- No to złą działkę wybrał. - sarknęła - Czego się lepszego tu spodziewał?Odpowiedzią było milczenie mężczyzny. Obserwował swoich “podopiecznych” , w tym i Ann… nie poświęcając nikomu większej uwagi.
Ann w końcu nie wytrzymała milczenia.- Chociaż płaci ci minimum krajowe? - odezwała się do człowieka, przechodząc przed niego, by zwrócił na nią uwagę.
- Praca charytatywna. - przypomniał jej mężczyzna. - To jest przytułek prowadzony przez organizację pożytku pub…-
- Hej… ty… nowa… szef już na ciebie czeka.- odezwał się męski głos z korytarza prowadzącego w głąb budynku.
- Wreszcie... - burknęła, idąc za głosem.Ruszyła wąskim korytarzem na tyły budynku. Przy wejściu do gabinetu czekał rosły mężczyzna i zaprosił ją bez słowa do środka. Tam, jak się okazało, pomieszczenie było całkowicie zaprzeczeniem reszty budynku. Żadnych odrapanych ścian, żadnych pożółkych ulotek. Dywan na podłodze solidne biurko, reprodukcje impresjonistów na ścianach i elegancki mężczyzna zasłaniający twarz perfumowaną chusteczką za burkiem. Patrzył na Ann z odrazą mówiąc.
- Ktoś ty?
- Ann Paige. - spojrzała po otoczeniu - A ty musiałeś nakraść z kasy podatników. - skrzywiła się - Nie przesadzaj. To tylko krew. I ziemia. I błoto. Chyba się już nie pocę, oui? - zapytała z trochę francuskim akcentem.
- Śmierdzisz… śmierdzisz.. - burknął mężczyzna.- A moje czułe zmysły to wszystko potęgują. A twoje imię nic mi nie mówi Kainitko.Ann wyraźnie próbowała zlokalizować to słowo w słowniku...
- Czyli "wampirzyco"? I to ty jesteś tym mięczakiem, co brudu nie lubi.... Ugh. - wykonała gest... obrzydzenia... cechą charakteru?
- Skończyłaś fochy? - odparł niespecjalnie poruszony jej zachowaniem mężczyzna.- Powiedz kim jesteś i co tu robisz?
- To ty masz fochy. - parsknęła - Dopiero w mieście się pojawiłam. Powiedziano, że będę tu mieszkać, w tym przytułku.
- Kto ci to powiedział? - zapytał mężczyzna.
- Cyril... - zamyśliła się - Cyril z Tremere.
- Acha…- zamyślił się mężczyzna i krzyknął głośno. - Bruce!Mężczyzna który pilnował drzwi wszedł do środka.
- Pokaż pannie nowe lokum. Te specjalne dla jej rodzaju. - rzekł mężczyzna i dodał. - Kwestię posiłków omówi się jutro przy okazji. Dziś już noc się powoli kończy.
Po czym gestem próbował odprawić Ann.
- Chwilę, co to ma znaczyć, dla mojego rodzaju? - zapytała nieufnie.
- Kobiet. Mamy też wspólną salę męską jeśli jesteś zainteresowana.- wyjaśnił krótko szef.
- Jasne... Po wstaniu będę głodna, wiesz? Tak baaardzo. - mruknęła.
- Bruce… niech sobie skubnie jakiegoś żula po drodze, tylko dopilnuj by go nie wysuszyła. - westchnął ciężko mężczyzna.
- Sie robi szefie. - odparł Bruce.Ann wyraźnie zadowolona, jak kot, któremu jedzenie dasz, pozwoliła się wyprowadzić.

Bezklanowa wampirzyca wróciła do rezydencji Toreadora przed nim samym. Leżała cały czas na kanapie w salonie z rozłożoną księgą od Nadii przed sobą, pozwalając płynąć niezauważalnie czasowi, będąc skupiona nad lekturą.
Po jakimś czasie posłyszała odgłos nadjeżdżającego samochodu, a potem odgłos klucza w zamku w drzwiach. William wracał do domu.
Ann usiadła na kanapie zamykając księgę i odwracając ją tyłem okładki do góry. Położyła ją obok siebie... i czekała.
William wszedł do pokoju i zauważył Ann, uśmiechnął się i ruszył do swojego pokoju. Zapewne nie chciał przeszkadzać, w tym co robiła.- Joshua kłamał wszystkim, czy ty okłamałeś mnie? - zapytała z miejsca.
- To znaczy? - zapytał William zatrzymując się.
- Zaprzeczył, że wie o dwóch mężczyznach. - patrzyła na Toreadora - Albo mu o żadnym nie mówiłeś, na jakiego trafiłam, albo on oszukuje w takiej sytuacji.
- Kłamaliśmy w jednej kwestii. W okolicy mieszka jeszcze jedna wampirzyca… i nie należy do Camarilli. Co do tych, których widziałaś, to…- wzruszył ramionami William wzdychając.- … nie wiem kim oni są. To mogą być wędrowcy, którzy zatrzymali się gdzieś w naszej domenie i starają się nie przyciągać uwagi do siebie. Gdzie się ukrywają, nie wiem. Kim są, tym bardziej nie wiem. Garry ich szuka, ale na razie bez skutku.
- To czemu nie powiedziano nic na zebraniu o nich? W tych kłopotach z Giovanni mogą brać udział, być świadkami lub faktycznie nikim... ale czemu ryzykować i odrzucać możliwości? - wstała, pozostawiając księgę na sofie i podeszła do Williama - To chyba niedobry czas na zakładanie, że zdarzają się przechodnie, ale na pewno są bez winy.
- Bo wędrowne grupy Kainitów nie są czymś niezwykłym w tych stronach. Anarchy zatrzymują się u Lukrecji czasami, a czasami w starych porzuconych chatach w lesie. Nie są warci rozważania więc w naszym gronie. Natomiast oczywiście powiadomimy o nich naszych gości i niech mają zajęcie. - wzruszył ramionami Toreador. - Uściślając zaś, to ty im powiesz, bo pewnie nekromanta zażąda dokładnego opisu ich.
- To nie problem dla mnie. Po prostu niepokoję się, że nawet naprawdę nieistotne strzępy informacji, jeżeli zostaną przemilczane, rzucą na Stillwater złe światło. Podejrzenia. W końcu ich, nawet paranoiczne spojrzenie, może rozzłościć Nowy Jork i tak dalej. Naczynia połączone, oui?
- Cieszy mnie twoja troskliwość o naszą małą społeczność. Niemniej na zebraniu nie omawialiśmy śledztwa klanu Giovanni, tylko ich obecność. - uśmiechnął się Blake. - Bo to że zginął jeden z nich, nie jest naszym problem. Tylko to że oni będą tu siedzieć i mogą napytać nam kłopotów. Dobrze będzie mieć na nich oko, jak i… delikatnie kierować ich nosy z dala od naszych spraw. A o Nowy Jork się nie martw. Nie są częścią Camarilli jak reszta klanów i szczerze mówiąc traktowało się ich tam jak zło konieczne. I pewnie nadal tak traktuje.
- Mylisz się. - odparła Ann mocniej - Fakt, że wydarzyło się to u nas automatycznie wciąga nas w całą hecę w ten czy inny sposób. Giovanni mają pieniądze i wpływy... na tyle mocne, aby nie musieć stawać po stronie żadnej z sekt... i jeżeli na zebraniu nie omawialiśmy śledztwa i możliwych dalszych ruchów oraz zagrożeń z tym związanych.... to kiedy mamy zamiar? Chcecie każdemu dać improwizować podczas spotkania? - zapytała poważnie - Najgorsze co możemy zrobić to zniechęcić do siebie nekromantów. Odbije się to na wyniku w ich oczach.
- Na razie inicjatywa jest po ich stronie Ann. Chyba że sami zaczniemy odwalać za nich brudną robotę i szukać owego zabójcy czy porywacza. - stwierdził Toreador.- Po prostu miejcie to też na widoku. - westchnęła - A kim jest ta kobieta? Była z Sabatu?
- Tak… kiedyś… to bardzo stara i bardzo potężna Kainitka. Jeśli Giovanni zechcą z nią zadrzeć, to cóż… niewątpliwie paru ich potomków skończy w kawałkach. Nie planuje się podlizywać Camarilli, więc dla wszystkich jest najlepiej jeśli… uznamy że nie istnieje. Jeśli jej obecność zostanie odkryta, ta ziemia spłynie krwią wampirów z Nowego Jorku zanim stąd ucieknie.- wyjaśnił William.
- Z jakiego Klanu jest? I czemu Lukrecja ma się bać? Tylko przez potęgę?
- Jest Ravnoską z Bliskiego Wschodu. I jest bardzo potężna, więc lepiej jej nie irytować. Sztylet który masz, dostałaś dzięki niej. Mężczyzna który ci go wręczał jest jej sojusznikiem. Nie wiem czy ghulem czy tylko kochankiem. Ale są blisko, więc… sama rozumiesz. - wyjaśnił Toreador.
- Co to za Klan? - zapytała, nie znając nazwy - Czy z Ventrue są na noże?
- Bardzo stary i niemal wymarły. Ravnos to oszuści, kłamcy i złodzieje… to stereotyp co prawda, ale nie do końca nieprawdziwy. Klątwa ich krwi zmusza ich do drobnych wykroczeń.- wyjaśnił William.
- Więc nie byliby dobrze widziani przez Ventrue, chociażby. Masz jakąś radę co do relacji z nią? Czego nie chcieć, by nasza Lukrecja robiła przy niej?
- Hmm… po prostu przypilnować, by ambicja Lukrecji nie wzięła góry nad rozsądkiem. Pewnie już miałaś okazję przekonać się, że nasza Ventrue ma tendencje do knowań.- wzruszył ramionami William.
- Ciekawe ją obserwować... Jak patrzeć czy nie spadnie inny z liny balansując na niej. - uśmiechnęła się - Edukujące doznanie.
- Nawyki z Nowego Jorku czasami przyćmiewają jej rozum. - westchnął William i dodał. - A Tanith nie ma cierpliwości do amatorskich Talleyrandów.
- Spróbuję ją powstrzymać nim zrobi krok w przód... gdzie będzie przepaść.
- Cóż… Lukrecja najwyżej dostanie po łapkach. - zaśmiał się Blake. - Może to ją coś nauczy.- William... - odezwała się niepewnie - Zakochałeś się kiedyś bez krwi będąc już Kainitą? To w ogóle dla nas możliwe?
- Tak. To jak najbardziej możliwe.- odparł ciepło Kainita i dodał.- Pociąg fizyczny to tylko jedna ze składowych miłości. Niestety… nie mam dobrego gustu jeśli chodzi o dobór… partnerów na wieczność.
- Czy takie uczucie jest tak silne, jak to z krwią?
- Nie… ale jest za to prawdziwe. Żadne uczucia nie są tak silne jak te związane z krwią. Bo to narkotyk i podkręca wszystko mocno. Tak samo…żadna euforia nie nie dorówna tej po LSD. Ale też… tylko chemia. - wzruszył ramionami William.
- To czemu teraz z nikim nie jesteś?
- Sparzyłem się na tej miłości bardzo mocno…- westchnął William.- … i boleśnie. A potem… cóż… nie spotkałem wśród śmiertelników czy nieśmiertelnych nikogo, który by poruszył właściwe struny w mej duszy. Ale…- uśmiechnął się do Ann. - … niczego nie wykluczam. A ty? Kochałaś kogoś tak… naprawdę?Ann dłużej się zastanowiła.
- Nie. - odparła - Za życia... nie miałam czasu na relacje, nawet przyjaźń. Ciągłe podróże... A po śmierci... mam Cyrila.
- No cóż… - uśmiechnął się ciepło William. - Uwierz mi. Dla nas życie nie kończy się po śmierci. Staje się tylko nieco… inne.
- Nie jestem tak optymistyczna... - westchnęła - Oby Cyril nie zostawił... Jego obecność to... niezwykłe uczucie.
- Domyślam się. Przeszedłem przez to samo. - przyznał Blake.
- Uczucie, gdy on pogłaszcze cię po głowie... Takie mocne...
- Wiem… upija jak przednie wino.- uśmiechnął się Kainita wspominając.
- Jak sobie poradziłeś?Wampir pokręcił głową i westchnął. - Tooo… długa historia. I raczej na inną noc.
- Jakąś konkretną noc?
- Taką podczas której zgarniemy jakąś pijaną osóbkę… to nie jest coś co opowiadam na trzeźwo. - odparł z uśmiechem William.
- Ty ponoć nie pijesz!
- Zazwyczaj nie, ale… jak Garry zaprasza nie wypada odmawiać.- wzruszył ramionami Toreador.
- Pewnie mnie też pijany się przyda.
- Oj tak… i naćpany… dla poprawy nastroju.- rzekł radośnie William.- A teraz do trumien, świt się zbliża.
-
Kolejnej nocy, Ann miała plany. Elegancko się ubrać i udać do Nadii. Plany, które musiały poczekać. Joshua zadzwonił. Książę poinformował Williama o swoich decyzjach. Toreador miał pomagać w śledztwie Giovanni i de facto je nadzorować i dopilnować by w swoim wścibstwie śledczy klany nie wygrzebał jakichś starych trupów z szafy. Zaś Ann miała spotkać się z Lukrecją i wraz z nią pojechać spotkać się z tajemniczą Ravnos. Miała na szczęście trochę czasu na zmianę garderoby u Miracelli. Pozostało więc wsiąść na naprawiony motor i wyruszyć do Stillwater.
Zapowiadała się pracowita noc.
Patty posiadała całkiem pokaźny zestaw strojów przydatnych w różnych sytuacjach i… do różnych fantazji. Najwyraźniej nie tylko kierowcy ciężarówek się tu stołowali. Czasem trafiał się klient o bardziej “wyrafinowanych” gustach i bardziej zasobnym portfelu. Dzięki temu miała też spory zestaw garsonek, marynarek i krótkich spódniczek… z których to Ann mogła przygotować kilka gotowych zestawów biurowej sekretarki, jakie widuje się w filmach dla dorosłych. Niemniej nadal byłby na tyle eleganckie by Ann mogła je założyć bez uczucia wstydu. To że większość z nich było podróbkami markowych ciuchów, było detalem który caitifka musiała jakoś przełknąć. Cóż… Patty nie dysponowała funduszami pozwalającymi na noc szaleństw w markowych butikach.
Lukrecja miała swoje słabości, jak się okazało. Jedną z jej słabości, była czarna lśniąca maszyna, luksusowy czarny cadillac . Wyraźnie zadbany i rzadko używany. Stojący w dużym ogrzewanym garażu. Lukrecja bardzo ceniła ten samochód, choć pewnie rzadko z niego korzystała. I drzemał w Lukrecji demon prędkości, objawiający się w gwałtownych przyspieszeniach i ostrym ścinaniu zakrętów. Lukrecja wiedziała gdzie jechać. Książę jej powiedział. Bo i czekał na miejscu.

Trochę im zajęło meandrowanie w lesie, bo jak się okazało tajemnicza Ravnoska mieszkała na uboczu. Za to w całkiem wygodnej choć małej, eleganckiej chatce . Coś co bogata osoba wynajęłaby by wypocząć z dala od zgiełku miasta i… przede wszystkim od paparazzi.-|
Ta Kainitka musiała być bogata, mieszkała lepiej niż William. Wóz policyjny szeryfa już tam stał. Pozostało zatrzymać się koło niego, pójść krętą ścieżką do schodów. Potem po schodach na górę i do drzwi.
Weszli tam we trójkę, Joshua zapukał dla formalności. Po czym wszedł do środka.
W środku elegancka nowoczesność ustąpiła egzotycznemu miszmaszowi średniowiecza, bliskiego wschodu a nawet nutkom kultury Indii. Wszędzie wzorzyste dywany, posążki różnych hinduskich bogów i demonów. Arabeski zdobiły ściany, a u powały dziesiątki ziół się suszyło. Wszędzie leżały też różnego rodzaju amulety z różnych kultur, średniowieczny oręż. I święte obrazki zarówno wywodzące się z zachodniego chrześcijaństwa jak i ikony były porozwieszane na ścianach.- Gospodarz tego domu wierzy, że wsparcia należy szukać w każdym miejscu. Cóż, gdy się gra w ruletkę z losem… warto inwestować w zwiększenie prawdopodobieństwa na swoją korzyść.- zmysłowy głos wyrwał trójkę Kainitów z rozglądania się po salonie.
Kanapa która przed chwilą była pusta, teraz była zajęta przez bladoskórą kobietę o kasztanowych włosach i zdecydowanie nieludzkim spojrzeniu. Jej egzotyczny strój zdradzał zainteresowania bliskim wschodem, a siedzący na ramieniu kruk, sugerował klan do którego należała.
- Obecnie nazywam się Jaine Love.- rzekła na powitanie. - Siadajcie gdzie chcecie i powiedzcie do was do mnie sprowadza?
-

TĘSKNOTA ZA UCZUCIAMI
Lukrecja usiadła z gracją starając się swoją zdominować otoczenie i przejąć kontrolę nad sytuacją.
- To chyba zrozumiałe czego chcemy. Sytuacja zrobiła się skomplikowana. Popełniono zbrodnię na naszym terenie. Zbrodnię wobec klanu Giovanni. I oni nie odpuszczą tej sprawy, zaczną grzebać w Stillwater. Oczywistym jest więc, że mogą przy tej okazji wygrzebać jakieś brudy… więc nasza mała społeczność powinna wiedzieć o tych brudach zanim Giovanni je znajdą. Czyż… nie… tak? - podkreśliła ostatnie słowa.
- I ja mam być tym brudem?- stwierdziła Kainitka. - Ravnos nie jest jednym z klanów Sabbatu.
- Są Ravnos antitribu.- wtrąciła Lukrecja, a Jaine rzekła z uśmiechem.- Są i Ventrue antitribu… do czego zmierzasz?
- To że się ukrywasz daje powody do podejrzeń, także u Giovanni. Wolałabym wiedzieć powody ukrywania się, jak i zostania w jednym miejscu tak… długo. - odparła Lukrecja spoglądając wprost w oczy wampirzycy. Ta roześmiała się beztrosko.- Zostałam tu, bo jestem zmęczona… wędrowaniem. Może nie wyglądam, ale mam swoje lata. I od czasu do czasu potrzebuję odpocząć. Przez stulecie lub półtora.Ann wyraźnie była zaciekawiona klimatem zarysowanym przed nią. Obserwowała ten szalony nieporządek formy, jednocześnie doceniając jego wyjątkowość w tym bałaganie. Zagięcia cieni tym bardziej nadawały tajemniczości miejscu....
- Pani Borgia chce tylko przekazać swoje zaniepokojenie rozwijającą się sytuacją, pani. - młoda wampirzyca wyjaśniła spokojnie - Stillwater staje na celowniku, czy tego chcemy czy nie. Giovanni nie będą przebierali w środkach, aby nikogo nie urazić, a wraz z nimi Nowy Jork. Nie jest ważna niczyja osoba, gdy szuka się kozła ofiarnego. Stąd zaniepokojenie czy niektóre nasze ruchy nie zostaną podciągnięte pod podrobiony dowód w tej sytuacji, a dla zbyt wielu samo "zmęczenie podróżą" będzie przyznaniem się do winy gdy zaczną szukać na oślep. Domena nie może udawać, że tego nie ma, a mieszkańcy tym bardziej nie powinni, pani.
- Nowy Jork i tamtejszy Książę pała do Giovannich tą samą miłością co wy. O czym pani Lukrecja doskonale wie. Wszak była blisko niego, nadzorując jego finanse… nieprawdaż? - zapytała retorycznie Jaine zerkając na Ventrue. Ta prychnęła tylko gniewnie. Po czym Ravnoska kontynuowała. - Oczywiście postaram się pomóc w tropieniu owego… napastnika. Im szybciej Giovanni zakończą tu swoje interesy, tym lepiej dla wszystkich.
- Znaczy… będziesz im wróżyć. Trudno to uznać za pomoc.- odparła Lukrecja, a Jaine wzruszyła ramionami dodając.- Specyficzne warunki jakie panują w okolicy czynią przewidywanie przyszłości tutaj bardziej skutecznym. Choć oczywiście nie można na liczyć na stuprocentową skuteczność takich wróżb.
- Trzymajmy się każdej możliwości. - stwierdziła Ann - Nawet jeżeli nie jest stuprocentowa, nawet jeżeli to ledwo mżonka... Nie mamy nic lepszego w tym momencie. - stwierdziła do Lukrecji - W Stillwater.... coś jest. Nieważne czy i jak bardzo wydaje się fantastyczne. W tym momencie nie posiadamy luksusu wyboru, więc nie możemy jakiejkolwiek opcji skreślać, skoro mamy ich tak mało. Giovanni chcą coś otrzymać i będą szukać. Najgorzej ich samopas puścić.
- Joshua… pozwalasz na to?- zapytała Ravnos zwracając się do Księcia, który nie wtrącał się dotąd w rozmowę. - Will ich pilnuje.
- To na razie powinno wystarczyć. - wzruszyła ramionami Jaine. - Will jest silniejszy niż się z pozoru wydaje. Usadzi ich bez problemu.- Sztywniak który przyjechał nie jest chyba ich śledczym. To urzędniczyna z natury.- stwierdziła Lukrecja. - Ktoś pewnie od nich przyjedzie, ktoś kto przejmie śledztwo. Przypuszczam, że Szkaradziec.
- Szkaradziec? - zapytała młodziutka kainitka, nie wiedząc kto zacz.
- Miejscowy “specjalista” klanu od rozwiązywania problemów. Wyjątkowo twardy Kainita. Przetrwał wyrafinowane tortury z rąk Tzimisce zachowując rozum… w miarę. Ale twarz ma potwornie oszpeconą. - wyjaśniła Lukrecja wzdrygając się na wspomnienie owego wampira.- Rzadko go wyciągają z enklawy w Nowym Jorku, ale jeśli ktoś się będzie nadawał do rozwiązania tego problemu to właśnie on.
- To nie będzie rozwiązanie problemu, tylko wybranie na oślep winnego, byle był. - stwierdziła Ann.
- Cóż… to będzie dobra osoba do wykonania roboty wedle Giovannich. Tak przypuszczam.- zaśmiała się sarkastycznie Lukrecja i zaczęła opowiadać.- Szkaradźca widziałam tylko raz. Jakaś pomniejsza banda Sabatu okradła klan z jego towarów. Wytropił ją, odzyskał to co zostało i cóż… wytapetował flakami i krwią winowajców ich magazyn. Ku przestrodze dla innych Sabatników.
- Zapowiada się emocjonujący czas. - westchnęła bezklanowa.
- Szkaradziec pod odrażającą twarzą zachowuje pozory normalności, potrafi być kulturalny i sensowny. To nie jest dzika bestia, ale… według mnie, nie wszystkie klepki zdołał ocalić. Pewnej nocy, po prostu mu odbije całkiem i trzeba go będzie… uśpić na wieki. Takie jest moje zdanie.- zamyśliła się Lukrecja.
- Och. - caitiffka wzruszyła ramionami - Czyli... jak Larry.
- Nie… zdecydowanie jak Larry. Larry to furiat, tamten ma… traumę. - zaprzeczyła Ventrue.
- Pożyjemy… zobaczymy… skoro Giovanni chcą szukać zabójców, to pewnie przede wszystkim na tym się skupią. Ten klan potrafi być subtelny i stara nie robić sobie wrogów. - oceniła Jaine Love.Ann spojrzała na Joshuę.
- Czy Giovanni coś bardziej niepokojącego do ciebie przekazali, Książę? Żądają przymusowego dziesiątkowania za każdy tydzień bez wyniku?
- Na razie nie. Chcą prowadzić śledztwo w mojej domenie i zgodzili się na nadzór owego śledztwa w zamian za… cóż… wolną rękę co do jego prowadzenia. W rozsądnych granicach oczywiście.- wyjaśnił Joshua. - Przewodnik taki jak Will będzie pilnował, co by nie przesadzili w swoich działaniach.
- Zakładasz, że jakich by mogli chcieć się dopuścić?
- Nie wiem… jeśli zechcą obudzić cały cmentarz umarlaków, to William jest dość silny na tyle by to im wyperswadować. Albo Larry.- uśmiechnął się ironicznie Smith, a Love dodała.- Tak czy siak, społeczność domeny może liczyć na moją pomoc, jak i moich sojuszników.Spojrzała na Ann. - Zakładam że sztylet spełnia pokładane w nim nadzieje?
Następnie zwróciła się do Lukrecji. - Niemniej nie dołączę do waszej grupki jako jeden z uczestników spotkań i podejmowania decyzji. Wolę się nie wychylać i wolelibyście bym się nie wychylała. I przypuszczam że Książę oraz Primogeni Nowego Jorku też wolą udawać, że mnie nie ma w okolicy.
Ann skinęła wdzięcznie Ravnosce, gdy ta o sztylecie powiedziała.- Tak powinno być najbezpieczniej. Nie ma co rozbudzać starych wampirów z Nowego Jorku z komfortowego snu o intrygach. Nie zaburzajmy ich istnień naszą obecnością, to mniejsza szansa na zwrócenie niechcianej uwagi na nas. Chyba wolimy to utrzymać w takim stanie. - wampirzyca nie mówiła wprost do nikogo, jednocześnie zahaczając niby mimochodem o Lukrecję i Jaine.
- Jeśli sprzyja nam szczęście, to ten kto napadł na Giovanni już prysnął z okolic Stillwater, a wtedy… oni udadzą się za nim. - podsumowała Jaine, a Lukrecja wtrąciła.- Tooo tylko nuda trzyma cię tutaj. Tylko nuda sprawiła, że ukrywasz się właśnie na tym… zadupiu… epicentrum nudy? To trochę nielogiczne według mnie.
- Lepsza nuda niż niebezpieczeństwo. - zwróciła się do Lukrecji - Dobrze wiemy, że lepiej nawet te nudne momenty mieć niż stawać naprzeciw zagrożeniom nieprzygotowanym jak by się chciało. Można w ciszy się przygotować na inne czasy, czy też odpoczywać - jak kto woli. Byle bez bezcelowych niesnasek. Nie marnujmy sił.
- Jak już… wspomniałam, to miejsce sprzyja wróżeniu. A że za życia, byłam świątynną wyrocznią, to czuję się tu niemal jak w domu. - wyjaśniła Jaine z uśmiechem na obliczu.
- To dzięki temu ofiarowałaś mi sztylet, pani? - zapytała bezklanowa.
- To był jeden z powodów.- przyznała Jaine z uśmiechem i dyskretnie zerknęła na zegarek.- Nie chciałabym za bardzo popędzać, ale… wkrótce muszę zbierać się do roboty. Więc… macie jakieś pytania na które mogę odpowiedzieć?
- A są takie na które nie możesz?- spytała Lukrecja.
- Och… sporo. Zwłaszcza dotyczących mojej przeszłości jak i moich sekretów. Ale jako Ventrue powinnaś to rozumieć.- odparła z jadowitym uśmiechem Love.
- Wydaje mi się, że każdy kainita w którymś momencie trwania to rozumie, a nie ma sensu rozdrapywać cudzych sekretów, gdy zależy nam na obopólnej współpracy i spokoju w Stillwater, prawda? - retorycznie zapytała młodziutka wampirzyca.
- Tak.- odparła Lukrecja wstając i rzucając Jaine jednoznaczne spojrzenie. “Będę cię miała na oku”: mówiła jej mina.Ann również wstała.
- Dziękuję za rozmowę i sztylet. Przydał się bardzo. - skłoniła lekko głowę Ravnosce - Czy oczekujesz jego zwrotu?
- Nie. Nie był mi przeznaczony. Poza tym… nie używam broni w walce. - odparła Jaine wzruszając ramionami.Caitiffka skinęła na koniec, nim pożegnawszy się ruszyła za Lukrecją, idąc dumnym krokiem dobrze ułożonej dziewczyny.
Lukrecja wsiadła za kółko, poczekała aż Ann zasiądzie obok. I gdy tylko Caitifka zapięła pasy ruszyła z kopyta wyładowując skumulowaną frustrację na ostrym ścinaniu zakrętów. Dobrze że ruch w okolicy był znikomy, bo taka jazda aż prosiła się o finał w postaci wypadku drogowego.
- Pani. - Ann odezwała się po chwili szaleńczej jazdy - Czy Jaine jest naprawdę warta twojej złości?
- Nie jestem wściekła. Kto powiedział że jestem? Jestem wręcz przykładem samokontroli i opanowania.- powiedziała zgrzytając zębami Ventrue.- I Jaine nie jest warta mojej uwagi. Zadufana w sobie oszustka.
- Szczerze, nie sądzę aby okazywała wystarczająco zadufania by naruszyć twoje nerwy."Czy była bardziej zadufana niż ty... "
Lukrecja posłała Ann złowieszcze spojrzenie, ale nie raczyła odpowiedzieć. Dobrze że była o wiele lepszym kierowcą od Ann. W innym przypadku caitifka ponownie zaliczyłaby lądowanie w przydrożnym rowie.- Czy nie powinnaś być zadowolona z przerwania nudy, pani?
- Spokój i cisza jest dobrą glebą dla intryg, które tkasz. Tego typu zamieszania mogą przypadkiem pokrzyżować ci szyki.- wyjaśniłą Ventrue.
- Ravnoska nie działała już dłuższy czas, a nie wydaje się chcieć zwracać uwagi.
- Ravnosi to kłamcy, oszuści, złodzieje… i ta reputacja jest słusznie zasłużona. Klątwa ich krwi zmusza ich do popełniania takich… wybryków.- odparła chłodno Lukrecja. - Nigdy nie ufaj ślepo temu klanowi. W ich słowach zawsze wplecione jest jakaś… jak oni to nazywają? Nieścisłość.
- Brzmi jak polityczna poprawność, której użyje się by przemycić coś między słowami umowy.
- W ich przypadku to nie jest nic tak niewinnego. - stwierdziła sarkastycznie Lukrecja.
- Wybacz pani, ale w przypadku umów z innymi Klanami, czy chociaż z Ventrue też nie ma nic niewinnego. Może być inna klasa, styl, w jakim zostaniesz przerobiony, ale niebezpieczeństwo zawsze zostaje.
- Nie rozumiesz sedna tej kwestii… Ravnosi to kompulsywni kłamcy i złodzieje. Mają przymus kraść i kłamać nawet jeśli nie jest to w ich interesie. - westchnęła wampirzyca.
- Chyba nie chcesz przez to uczynić szkody Ravnosce? - zapytała.
- Książę zabronił. Zresztą… nie jestem pewna czy byłabym w stanie. - oceniła na zimno Lukrecja.
- Nie wpadajcie na siebie i wszystko będzie dobrze. - pocieszyła Lukrecję - Przeżyłaś Księcia Nowego Jorku, co tam Ravnoska.
- Zobaczymy… - westchnęła ciężko Lukrecja zwalniając, bo zbliżały się już do centrum miasta.Dojechały do garażu otwieranego na pilota i po chwili skarb Lukrecji został w nim zaparkowany. Ventrue wysiadła z pojazdu i przeciągnęła się.
- Ugh… potrzebuję prysznica i przekąski.- rzekła do siebie.

Po pożegnaniu Lukrecji, bezklanowa skierowała się w stronę biblioteki, uważając przy okazji, by nie zwracać uwagi na siebie. Faktycznie ploty Ventrue nie były im potrzebne.
Nie miała ustalonego planu, gdy naciskała dzwonek w bocznych drzwiach biblioteki, ale... przynajmniej było interesująco.
- Zamknięte.- odezwał się znajomy głos Nadii, który pod wpływem ostatnich wydarzeń brzmiał w uszach caitifki seksownie i władczo.
- Chciałaś żebym przyszła, to jestem. - odparła lekko Ann.
- Hmm… już otwieram… - odparła Nadia i drzwi rzeczywiście się otworzyły, przez które Ann od razu przeszła, kierując się do pomieszczeń Nadii.Wampirzyca jak zwykle zajmowała się pracą nad równaniami głęboko w swoim leżu. Zerknęła na Ann dodając.
- Wyglądasz… ładnie, acz spodziewałam się czegoś bardziej… bo ja wiem… prowokującego?
- Niańczyłam Ventrue, by nie odpaliła swojego poczucia uprzywilejowania. Nie ubierałam się jak jej buffet. - stwierdziła.
- Cóż… i tak byłabyś dla niej niestrawna… prawda? - zażartowała Nadia i wróciła do tworzenia formuł w excelu. - Jakiż to powód był tego… niańczenia?
- Żeby swoim ego nie stanęła na ego silniejszego. - wzruszyła ramionami - A co? Zazdrosna, że czas na nią poświęciłam?
- Zapominasz że ja nie upiłam twojej krwi… musiałabyś mnie rozkochać w sobie staromodnymi sposobami. - zaśmiała się ironicznie Nadia i pokręciła przecząco głową. - Bardziej współczuję. Znam Lukrecję dłużej niż ty i wiem, że potrafi być męczącą snobką.
- Na każdego snoba jest jakiś sposób. Za życia widziałam ich wielu, jeden gorszy od drugiego. - oparła się o kant biurka - Trochę wyparował pierwszy urok krwi, co dało mi bardziej trzeźwe spojrzenie. Plusy i minusy takiej aktywności. - urwała.
- Z czasem urok powinien całkiem osłabnąć. Ach… i po co szykowałam dekolt dla ciebie, skoro w niego nie spojrzysz?- skłamała, bo Ann odruchowo zerknęła za monitor przekonała się że koszula Nadii zapięta była całkiem pod szyję i żadnego dekoltu nie było.
- Plusem jest, cóż, rozrywka. Zajęcie się czymś. Emocją. - przechyliła głowę - Minusem natomiast... poniżenie. Przypomniało mi to te "lekcje" Cyrila. Nic fajnego, jedynie drażniącego. Z drugiej strony co mi zostaje prócz żalu, że nawet cień uczucia nie jest mi okazywany? - zamyśliła się - Co by mi dała taka relacja z tobą, Nadia?Tremere poprawiła okulary i spojrzała na Ann. - Nic. Bo nie jestem dobrym materiałem na romantyczną relację. Niemniej, ty możesz się zakochać, tak normalnie, po ludzku. Ja oczywiście odpadam. Lukrecji nie polecam. Książę ma żonę, a William… cóż… pewnie się domyślasz, że nie jesteś w jego typie. Natomiast Patty, Larry… ostatecznie Clyde. Albo jakiś śmiertelnik.
- Pytam co dla mnie będzie miłego w relacji. Miłości nie szukam, nie pokładam nadziei w tym.
- A czego oczekujesz? I jak długo? Zauroczenie z ciebie wyparuje po paru miesiącach. - odparła Nadia wracając do pisania.
- Chcę żeby było ekscytująco. Chcę by istnienie nie było takie... nieznośnie nudne, nijakie.
- Nie wiem czy spełniam te kryteria. Uważam się za nudną osobę. Ekscytacja umarła wraz z moim życiem.- Nadia wstała i spojrzała w oczy Ann, pochwyciła ją nagle za włosy i przyciągnęła ku sobie całując drapieżnie i zachłannie usta. Muskała wargi kłami, ale uważała by ich nie zranić.Uśmiechnęła się po pocałunku i dodała. - Gdy cały ten urok już całkiem się z ciebie ulotni, to Patty i jej koleżanki mają w tym wprawę większą niż ja.
-... Zgadzam się. Na teraz.- Pozostaje jeszcze odpowiedzieć na pytanie: co ja będę miała z mojego poświęcenia? - uśmiechnęła się ironicznie Nadia odsuwając się od Ann.
- To to będzie poświęcenie dla ciebie? - zapytała udając urażoną.
- Tak. Nie jestem wszak upojona twoją krwią, a choć potrafię docenić piękno i elegancję. To mój zachwyt jest czysto intelektualny i estetyczny. - odparła Nadia przyglądając się twarzy Ann.
- Zawsze możemy zaradzić kwestii twojego braku upojenia moją krwią... - uśmiechnęła się zadziornie.
- Jest to wielka pokusa… - odpowiedziała z lekkim wahaniem Nadia. - Pokusa dla każdego Kainity by wysuszyć swojego pobratymca. Oj, uważaj by jej nie ulec.Usiadła za komputerem starając się odzyskać równowagę ducha.
- To tylko jedno picie. Nie dam ci dużo przecież. - usiadła na biurku obok Nadii, patrząc na nią z góry.
- Wystarczy by mnie nieco uzależnić i uczynić z tego całkiem intensywny romans…- odparła ze śmiechem Nadia i spojrzała na Ann. Pokręciła głową. - Pokusa duża, ale… może się zrobić naprawdę gorąco. A obecnie, lepiej dla naszej małej społeczności, bym potrafiła myśleć chłodno. Cała ta heca z Giovanni… nie zachęca do takich eksperymentów.Ann westchnęła.
- Może masz rację. Szalony czas. - spojrzała uważniej na Tremere - Zastanawiałam się nad jedną kwestią. Hipotetycznie, jeżeli powróciłabyś do Nowego Jorku... czy automatycznie zaczęłabyś mnie traktować jak nowojorczyk klanowy kundla?
- Nie mam czasu na uprzedzenia. - stwierdziła wampirzyca. - Pochodzenie nie ma dla znaczenia.
- Wiesz, że to mogłaby być kwestia utrzymania poważania w Klanach, a na pewno Starsi nie patrzyliby przychylnie. - wzruszyła ramionami - Patty może słodzić teraz, ale gdyby na większej arenie stanęła przed wyborem... Ventrue mają "gust" i nie ścierpią miękkiego współklanowca. Zakładam, że podobnie jest u Tremere?
- Po pierwsze… ja mam poparcie Augusto i głęboko w dupie resztę Starszych mojego klanu w Nowym Jorku. A oni mają w dupie mnie. Nie jestem szczególnie poważana przez resztę mimo, że większość z nich nie dorasta mi do pięt. Ergo nie ma dla mnie znaczenia ich zdanie na mój temat.- wyjaśniła wampirzyca wracając do pracy.- A po drugie… za bardzo się przejmujesz tym co myślą inni. Pamiętaj, że inaczej możesz być traktowana na pokaz… a inaczej mogą się kształtować wasze sekretne relacje.- Do tej pory pokazywano mi dokładnie, na jakie jedyne relacje z klanowcami może liczyć bezklanowy. - mruknęła - Uległość służebna lub Ostateczna Śmierć, z czego pierwsze wymaga łaskawego wampira, który się... zaopiekuje.
- Patty jest córką Lukrecji. Wampirzycy ze Stillwater, zdrajczyni na której ciąży zbrodnia uczestnictwa w nieudanym spisku. Raczej nie zostanie powitana wśród nowojorskich Ventrue z otwartymi ramionami, tym bardziej że atutów nie wnosi żadnych.- zaśmiała się sarkastycznie Nadia.- Przyda się jej każdy sojusznik tam. Nawet zniewolona przez Tremere caitifka. Która przynajmniej zna zasady ulicy, w przeciwieństwie do biednej Miracelli.
- Wybacz, że jestem sceptyczna. Nie ufa się na ślepo kainitom. - wzruszyła ramionami.
- Hmmm… to prawda. Niemniej błędnie zakładasz że ta zasada, dotyczy tylko ciebie. Także i biedna Patty nie będzie tam godna zaufania. Wszyscy będą ją uważać za pionek i szpiega Lukrecji, słusznie zresztą. Choć według mnie robić będzie w Nowym Jorku za zasłonę dymną dla naszej miejscowej primogenki. - stwierdziła z przekąsem Nadia.
- To czemu masz taką złą renomę? Czemu cię nie lubią w Nowym Jorku? - zapytała nagle.
- Ponieważ magia krwi, którą władam, za bardzo im cuchnie Sabatem. I tak naprawdę jestem tu tylko dlatego, że Augusto wyciągnął mnie z Rosji. Nie znają mojego pochodzenia i nie ufają moim słowom.- wzruszyła ramionami Nadia.- A ja… jak już zauważyłaś, nie dbam o ich opinię. I nie jestem… dyplomatyczna. Nie mam bowiem cierpliwości do głupców.
- Mnie uczono być cierpliwą do każdego, robić dobre wrażenie i benefity tak gwarantować. W sumie... przydaje się i po życiu.
- Mnie nieżycie nauczyło być czujną. I że dekapitacja wrogów, to najlepszy sposób zagwarantowania sobie zwycięstwa.- odparła Nadia uśmiechając się szeroko i odsłaniając kły. - Ale rewolucji i wojny domowej nie zdołasz przetrwać będąc miłą i ugodową dla wszystkich.
- Zdołam przekonać rewolucjonistę, że jestem jego ważnym zasobem i użytecznym sojusznikiem, nawet jeżeli będę nieoficjalnie działać przeciw niemu. Programowanie społeczne jest ciekawą taktyką.Nadia spojrzała z ukosa na Ann i zaśmiała się.
- Tak. Z pewnością.
- Więc... Czy coś dzisiejszej nocy mamy zamiar robić? - wychyliła się do Nadii i ucałowała ją w szyję - Czy nie?
- A bardzo chcesz? Myślałam, że już ci nieco uczucia wywiało.- spytała retorycznie Nadia przyglądając się Ann. - O ile… gotowa jesteś dać się skrępować, to… tak.
- Przyszłam tu i nudzę się trochę, więc czemu nie? Mogę spróbować. Uczucie czy nie... mniejsza sprawa. - uśmiechnęła się.
- Posłuszeństwo… będzie nagradzane.- Nadia ujęła podbródek Ann i pocałowała ją znów. Po czym wstała.- Mam nadzieję, że bieliznę wybrałaś ładną i seksowną. Bo jak się przekonasz… moja taka jest.
Powinna była się spodziewać na co się godzi... a może spodziewała się? Może tylko trwała w zaprzeczeniu?
Nadia zabrała Ann do niedużego pokoiku, który oczekiwał już na ofiarę. Wpierw Bezklanową pozbawiono ubrań pozostawiając ją jedynie w bieliźnie, której pracownice Lukrecji by się nie powstydziły. Gdy młoda wampirzyca położyła się z własnej woli na łóżku, Tremere wyciągnęła spod niego grube pęta liny, którą poczęła krępować niestawiającą oporu dziewczynę. To był moment, gdy Ann zaczęła odczuwać obawę, będąc całkowicie zdana na łaskę i unieruchomioną sznurem.
Ale to był dopiero początek.
Uczucia jakie rozpaliła wtedy w niej Nadia były... znajome i całkiem nowe. Wydawało się, że to ciało ożyło i łapczywie nastawiło się na przyjemność, jaką za życia odczuwała... a jednocześnie Ann wiedziała, że to ciało jest martwe. Gorąc zdawał się rozlewać po skórze, powodować drżenie i sapnięcia... ale to była tylko iluzja, którą stworzył umysł młodej wampirzycy wciąż pamiętającej życie.
A co ważniejsze, smak krwi Nadii.W normalnych okolicznościach nie pozwalałaby siebie tak poniżać, oddawać się we władanie. Dziś oddała się Nadii i co gorsza, wiedziała że odda się znowu. Chciała, choć nie powinna...
Ale krew...Z przyzwyczajenia wzięła głębszy oddech, aby uspokoić myśli. Jej własna wzburzona Vitae tchnęła iluzję życia w ciało, pozwoliła mu reagować. Ann poczuła ciepło na policzkach, gdy blady rumieniec wstąpił na jej twarz. Nadia...
Jak to dobrze, że Cyril nie był nigdy zainteresowany. Mógł tak wiele nakazać i Bezklanowa by wykonała polecenie z uśmiechem na ustach, dziękując mu za wykorzystanie.
Z Nadią było inaczej. Nikt nie oszukiwał, nie zmusił do wypicia krwi. Sama Ann otworzyła się na oferowaną przyjemność za cenę uległości... i mogła przestać w tym partycypować. Cyril by jej nie dał odejść, nawet jeżeli by chciała, a uległość do niego... Nie miała nawet szczypty radości, co najwyżej uśmiech na fałszywą miłość lub radość przez łzy.Wróci do Nadii, jak ta zadzwoni. Odda się jej we władanie, jak sobie rosjanka zażyczy. Wstyd było przyznać, ale to położenie podobało się Ann... jednak tylko w łóżku.
No i Nadia... miała coś w sobie...
Lub to jej krew.A nawet jeżeli nie wszystko co ją czeka będzie tak miłe jak dziś... interesy wymagają czasem poświęceń.

Podróż na stację benzynową zajęła jej nieco czasu i sporo samokontroli. W końcu jednak znalazła się przed nią. W sklepiku pracował obecnie jeden z masywnych pomocników i obsługiwał właśnie jakichś dwóch harleyowców.
Ann weszła do sklepiku, ogarnęła wzrokiem harleyowców (czy Ameryka tylko miała takich zarośniętych misiów na dymiących maszynach?) i stanęła tak, aby dać "klienteli" załatwić sprawunki.
Trwało to chwilę nim skończyli. Byli nieco bladzi i nieco kościści… jak na typowych wytatuowanych i brodatych mięśniaków w skórach.
Bezklanowa podeszła bliżej jak skończyli i zapytała ghula:- Gdzie jest szef?
- Zajęty. Na zapleczu. - padły krótkie słowa.
- Jak bardzo zajęty? I czym? - Ann spojrzała w stronę zaplecza pytając pro forma, bo podjęła decyzję.
- Finansami. Bardzo zajęty… nie lubi księgowości.- wzruszył ramionami ghul.
- Och. - stwierdziła wampirzyca po czym niezrażona skierowała się na zaplecze.I zobaczyła widok rodem z lat osiemdziesiątych. Biurka, papierzyska, segregatory i klnący nad arkuszami Brujah z kalkulatorem w ręku.
- Urząd Skarbowy Stillwater przekazał ponaglenie rękoma Joshui? - zapytała z rozbawieniem Ann, wchodząc do pomieszczenia.
- Capone poszedł siedzieć przez podatki, a ja wolę być czysty w tej kwestii. Nie ma co się rzucać w oczy urzędasom. - wyjaśnił Larry wzruszając ramionami.
- A w ogóle masz pojęcie co robisz czy liczbami czarujesz tylko? - podeszła bliżej, by spojrzeć na papiery.
- Mam pojęcie. To znaczy, wiem jak się rozliczać. Nie kombinuję z liczbami jak ci najemni kanciarze Williama. - wzruszył ramionami Larry.
- Hm, to nie ja za życia miałam siedzieć w tym, ale wiem wystarczająco jak robić liczby dobrze. Mogę pomóc kochanemu szefowi.
- Jeśli chcesz…- odparł z uśmiechem Brujah robiąc miejsce dziewczynie. A samemu przesiadając się na krzesło obok.Ann usiadła na miejscu patrząc krytycznie na papiery.
- Och tak. Powiew dawnych lat biurokracji. - po czym zabrała się za ogarnianie finansów biznesu Larry'ego.
- Mhmm… nie zarabiam zbyt wiele, ale wystarczy na utrzymanie iluzji.- przyznał wampir.
Wróciła tuż przed świtem. Auto Toreadora już było w garażu, więc i William wrócił do swojej siedziby. Zastała go na piętrze, robiącego zamieszanie w sypialni. Zapewne dla wynajętej pomocy domowej, co by nie zastała zbyt uporządkowanego mieszkania do posprzątania.
- Przyda się wysypać ziemię z doniczki na dywan. Zajmie trochę posprzątanie. - odparła zaglądając do pokoju - Dobrą noc miałeś?
- Na tyle na ile można mieć było rozkoszując się towarzystwem sztywnego trupa… i jego zombie ochroniarza.- odparł cierpko Blake i dodał. - Nie chcę robić jej kłopotu. Po prostu łóżka powinny wyglądać na używane.
- Przeturlałam się po swoim. Masz niesforną siostrzenicę pod dachem, wujku. - uśmiechnęła się - Co w sumie zdechlak dziś robił?
- Włóczył się po okolicy w miejscu wypadku, gadał do siebie i przez telefon. Zbierał “dowody” i “poszlaki” . Był dość nerwowy. Odniosłem wrażenie, że ktoś inny przejmie tą całą robotę. Zresztą… sama wyrobisz sobie zdanie na temat naszego gościa. Jest tobą zainteresowany .- odparł w zadumie William.
- Zapytał o mnie tak bez powodu? Chyba nie był informowany jeszcze o moich "spotkaniach" nieznajomych w Stillwater?
- Najwyraźniej jednak dotarły do niego wieści o twoich… spotkaniach. I chciał się spotkać w tej sprawie z tobą. Całkowicie na przyjaznej stopie.- odparł Blake spoglądając na dziewczynę. - I po prostu wypytać o nie, “przy kubku kawy”… jak to ujął.
- Brzmi ekscytująco. - spojrzała na Williama - Nie, nie ufam mu w najmniejszym stopniu, ale zawsze coś ciekawego.
- Nie chcę zabrzmieć jak adwokat diabła, ale z doświadczenia wiem, że dobrze być dłużnikiem klanu Giovanni. Oni spłacają swoje długi, zawsze. Więc… jutro będziesz miała okazję załatwić sobie przysługę u tego klanu. - ocenił Toreador.Kolejny o przysługach u Giovanni... I tak pewnie Cyril zaraz by ją na siebie wykorzystał.
- Wiadomo kiedy chce mnie porwać? - zapytała.
- Jutro… u Lukrecji. I nie porwie. Nie ma zamiaru się ruszać z siedziby Ventrue.- wyjaśnił Toreador.
- Lukrecja mówiła, że pewno pałeczkę przejmie Szkaradziec.
- Szkaradziec… nie jest dyplomatą. Nic więc dziwnego, że nasz obecny gość chce jak najwięcej roboty zrobić zanim… tamten się pojawi. Oczywiście jeśli Lukrecja ma rację… a przez rację mam na myśli jakiś cynk z Nowego Jorku. - rzekł nieco ironicznie Blake.
- Co ten Szkaradny może chcieć? Bić nas, aż nie wymyślimy czegoś ciekawego? - parsknęła.
- Nie… będzie robił to samo co obecny, tylko że Szkaradziec jest bardziej doświadczony, bardziej potężny… i ma… cóż, poza paskudną gębą, która może przerazić Nosferatu, lekko obluzowaną piątką klepkę. Co czyni go deczko nieprzewidywalnym. - wyjaśnił Blake.
- Zapowiada się niezapomniany okres. - westchnęła - Jutro zjawię się u Lukrecji, żeby mieć załatwioną rozmowę ze sztywniakiem.- Jeśli osłodzi ci to nieco najbliższe noce, to zamierzam cię porwać na jedną noc. Do Nowego Jorku. - rzekł wesoło William.
- Och? - bezklanowa zdziwiła się - Myślałam, że nie jestem w twoim typie. - uśmiechnęła się rozbawiona - To ma być randka w metropolii?
- Gorzej… przyjęcie u Toreadorów. - westchnął ciężko William. - Primogenka Wielkiego Jabłka zaprasza primogena Stillwater. Nie wiem po co… ostatni raz tam byłem chyba… po drugiej wojnie światowej?
- I potrzebujesz moralnego supportu siostrzenicy?
- I przewodnictwa. Jak już wspomniałem, od dziesięcioleci tam nie byłem. Spodziewałem się, że już o mnie zapomnieli. Więc obecny telefon jest… lekko niepokojący. - odparł Blake i wzruszył ramionami. - Niemniej bardziej od moralnego supportu, przyda mi się przewodnik po mieście.
- Nie ma sprawy. Mogę być votre majordome. Wiesz, żeby nie było, że z kimkolwiek się włóczysz. - Ann odparła ze spokojem.
- Przymusu nie ma z mojej strony. Jestem pewien że La Bella chętnie podeśle mi przewodnika, żebym przypadkiem się nie zgubił. - zaśmiał Toreador.- I przypadkiem nie poszedł tam gdzie nie powinienem. I oczywiście informował ją o wszystkich moich ruchach. Bo się ona troszczy o gościa.
- Ranisz mą duszę, jeżeli chcesz mi odebrać taką okazję. - położyła dłoń na sercu - Idziemy do House of Arts czy Primogenka ma inną miejscówkę?
- Neue Galerie New York , więc dość prestiżowo.- odparł z uśmiechem Blake.
- Wysłali ci ładne zaproszenie? Ładnych słów użyli chociaż?
- Bardzo. La Bella potrafi słodzić. - odparł Toreador z uśmiechem.
- La Bella to....? - zapytała.
- Elena Belle Dubois, dla przyjaciół La Bella, więc… lepiej tak do niej nie mów.- wyjaśnił William grożąc żartobliwie palcem.- Jako nastolatka miałam fazę na nią. - zamyśliła się - A nastoletni umysł umie rzeczy wymyślić nocami, tak... - pokiwała głową - Wiesz o czym mówię.
- Nie ty jedyna. La Bella… ma charyzmę przez duże CH.- pocieszył ją Toreador. - Po prostu całkowicie fascynuje sobą.
- Przeszło mi. - wzruszyła ramionami - Była nastoletnia trauma, ale nie przebywałam tak często tutaj, aby w niej utonąć. - spojrzała na Williama - Masz pomysł czemu nagle zapałano potrzebą zobaczenia cię na miejscu? To jakiś family reunion będzie?
- Cóż… nie mam pojęcia czemu chce się ze mną spotkać. Nie jestem jej do niczego potrzebny, skoro nie byłem przez ostatnie dziesięciolecie. Nie wiem co się zmieniło. A poza tym… moje relacje z La Bellą są… - wampir wyraźnie spochmurniał. - … eemm, skomplikowane.
- Więc ona nie jest twoją przyjaciółką?
- Szczerze? - William usiadł na łóżku i zamyślił się. - Między mną i La Bellą było całe spektrum ludzkich relacji. Obecnie jesteśmy… oficjalnie przyjaciółmi, nieoficjalnie w dobrych stosunkach.
- Chyba nie było między wami romantycznych relacji? - usiadła obok Williama.
- Była… platoniczna fascynacja… niemniej powinnaś kierować swoje podejrzenie w przeciwnym kierunku. - Blake zamilkł na moment, zamyślił się. - Pewnie prędzej czy później się dowiesz tego, więc powiem ci wprost. Dubois… zabiła mojego potomka.Ann skrzywiła się lekko.
- Czemu to zrobiła?
- Polityka, moja droga. To było w czasach, gdy obecny Książę, nie był jeszcze księciem Nowego Jorku, a La Bella nie była primogenką. - wyjaśnił William wzdychając. - W tamtych czasach, ja stałem po stronie… w sumie żadnej. Nie popierałem buntowników, ale też nie stanąłem stanowczo po stronie ancien régime Nowego Jorku.Caitiffka milczała chwilę.
- Jaką ty miałeś pozycję w Nowym Jorku?
- Kiedyś… bardzo wysoką, moja droga. Tak jak wszyscy Toreadorzy. Niemniej jeszcze większe miałem wpływy w samym mieście. Ale kiedyś… Nowy Jork był znacznie mniejszy.- wyjaśnił pół żartem pół serio Toreador.
- Odeszłeś z miasta po tym jak La Bella zabiła twojego Potomka? - zastanowiła się - Czy może nie tyle co Potomka... co miłość?
- Cóż… gdy ginął z jej rąk, nie był już moją miłością. Nasze drogi rozeszły się dwa dziesięciolecia wcześniej. - machnął ręką William. - Mam pecha do potomków.
- Czujesz do niej urazę za to? Złość?
- W sumie… to nie. Tamto to przeszłość, a La Bella nigdy nie była moim osobistym wrogiem. I nie pastwiła się nad moim potomkiem. Z tego co wiem, jego śmierć była szybka.- wyjaśnił William wzruszając ramionami.
- Ale masz z tyłu głowy, że to nagłe zaproszenie może mieć... mniej przyjemne pobudki niż nawiązanie kontaktu ze starym przyjacielem. Może ona sądzi, że jesteś wciąż zgorzkniały i chcesz zemsty na niej?
- Hmm… cóż… wtedy powinna spróbować zaprosić mnie lata wcześniej. I tak… możliwe, że chce mnie ubić. - wzruszył ramionami Blake i spojrzał na Ann. - W takim przypadku, uciekaj od razu z miejsca. Ja sobie poradzę. La Bella mimo wszystko assamitką nie jest, a ja radziłem sobie nawet z zabójcami z tego klanu.
- Kim ty byłeś, że nasyłano na ciebie assamitów? - uniosła brew.
- Krzyżowcem na Morzu Śródziemnym. Dawne czasy…- zaśmiał się Toreador. -... w czasach, gdy należałem do Zakonu Maltańskiego idea krucjat powoli już zamierała. Ale nadal były tarcia między wschodem i zachodem. I między Kainitami pochodzącymi z różnych kultur.
- Mówisz żebym uciekała... To nie tak, że Toreadorzy potrafią być szybcy. - sarknęła.
- Jeśli La Bella rzeczywiście chce mnie zabić, to będzie musiała skupić wszystkie swoje zasoby na mnie. To jest twoje okienko na rejteradę. - odparł wampir głaszcząc Ann po włosach. - Słaba caitifka nie jest warta wysiłku polowania na nią. W tym twoja szansa.
- Zakładasz, że La Bella woli walczyć jeden na jednego, co? - wzruszyła ramionami - Jeżeli jesteś tak silny to tym bardziej przeciwnik musiałby być durniem, aby chcieć cię zdjąć przynajmniej bez obstawy.
- Obawiam się że Dubois nie jest głupia, ani na tyle dumna by walczyć jeden na jednego. To słodka intrygantka. - westchnął William i rzekł pocieszająco. - Wątpię jednak by chciała mnie zabić. O wiele wygodniej byłoby jej nająć jakichś zbirów i napaść mnie tutaj, niż.. robić zamieszanie w Nowym Jorku. Jestem primogenem Stillwater, a choć to jest dziura bez znaczenia, to tytuły… mają znaczenie dla starszyzny w Nowym Jorku. I Smith może upomnieć się o ukaranie mojego zabójcy.
- Zakładajmy, że nie ma nadziei popsuć nam tych wakacji. O mnie się nie martw teraz, będę czujna jak to na ulicach Nowego Jorku nauczono. Czyli bardzo.
- Nie martwię się. Wiem że sobie poradzisz. Wiem że sobie poradzimy. - stwierdził z uśmiechem Blake.- Jak w sumie mam do niej się zwracać, jak podchodzić? - zapytała - Po śmierci jej nie widziałam, a za życia nasze relacje były bardziej... no, byłam córką ludzi, z którymi się interesy robiło, a przyszłą spadkobierczynią. - zmarszczyła brwi - W sumie ciekawe czy moja część spadku wciąż czeka, skoro tak nie do końca umarłam. Nawet pewnie nie dotarli, że mnie zabito... I ciekawe też kto z kainitów trzyma łapy na biznesie. Nie odpuszczonoby intratnego międzynarodowego interesu dla mortali z dobroci martwego serca.
- Miss Dubois wystarczy… - odparł z uśmiechem i westchnął cicho.- Ach… lubimy sądzić, że jesteśmy szczytowymi drapieżnikami i władcami świata, ale prawda jest taka że na szczycie… jest duża konkurencja. W Świecie Mroku czają się wilkołaki i inni zmiennokształtni, tkają swoje intrygi magowie, w sarkofagach kryją się mumie i… cóż, sama miałaś chyba okazję się przekonać na wyprawie z Nadią, że bycie Kainitką nie czyni niezniszczalną. Możliwe więc że to nie Kainici pociągają za sznurki twojej rodziny.
- Mumie? - Ann była w szoku i pokręciła głową - A kto tam moimi trzęsie... byle mocno trząsł. - nisko warknęła.
- Tak, mumie… one i Wyznawcy Seta, wampiry pochodzące ze starożytnego Egiptu istnieją. Acz mała jest szansa byś spotkała ich w stanie Nowy Jork. - odparł Toreador i dodał. - Świat jest pełen cudów… lub koszmarów których jako śmiertelnik nie zobaczysz nigdy. Jeśli masz szczęście. Jeśli pecha, to oglądasz skrawek naszego świata tuż przed śmiercią.
- Ja poznałam dni przed śmiercią. - nastroszyła się - Sabat był taki sam za twoich czasów?
- Inny… Sabat zmieniał się z czasem, ewoluował… tak jak Camarila, Anarchy i klany. Jesteśmy bardziej odporni na zmiany… ale nawet my musimy iść z duchem czasu i postępem ludzkości.- przyznał William.
- Też masowo przemieniali?
- Zależy kiedy, zależy jak…- odparł enigmatycznie Toreador zamyślając się. - … szczerze mówiąc nie pamiętam, kiedy to stało się to jednym z ich zwyczajów. A nie tylko koniecznością wynikającą z okoliczności. Z tego co słyszałem, zanim powstał Sabat i Camarilla, niektóre klany stosowały nagminnie taką taktykę… Tzimisce najczęściej i czasem Gangrele najeżdżały na wioski przemieniając wszystkich w celu przygotowania mięsa armatniego przed ważną wyprawą.
- A Starsi zachowują się, jakby to była wina Bezklanowych, że istnieją. Jakby to nie Klanowi tworzyli…
- Wina nie leży w twojej… bezklanowości, a w tym że powstałaś nielegalnie. Śmierć grozi nie tylko powstałemu tak wampirowi, ale i jego stwórcy. Na tworzenie potomka trzeba mieć zawsze pozwolenia miejscowego Księcia, który pilnuje tego by Kainici nie wyludnili populacji śmiertelników. - wyjaśnił Toreador.
- Czyli jako Książę... chciałbyś mnie ubić?
- Nie jestem aż tak przesądny.- odparł ze śmiechem Blake i wzruszył ramionami. - Joshua też nie.
- A La Bella?
- Też nie… - zaprzeczył Blake. - Mimo uduchowionej maski artystki, miss Dubois jest osobą stąpającą twardo po ziemi.- Cyril twierdzi, że tylko jego wpływy mnie chronią... Myślisz, że to prawda?
- I tak, i nie. Jesteś jego… protegowaną, a nie samotnym wampirem, nad którym nie ma kontroli. I którego trzeba ubić w ramach czystek sanitarnych. Aczkolwiek pewną dozę protekcji uzyskałabyś dołączając do którejś z band Anarchów lub schodząc do kanałów. Papa Roach nadal chyba prowadzi nabór do swojej sekty, prawda?- zapytał na koniec William.
- Tak... choć o nim później sama się dowiedziałam. - westchnęła - Cyril... może innego słowa by użył niż protegowana. Wiesz, czasem da się spojrzeć kawałek pod maskę. - wyraźnie wampirzyca czasami mogła otrząsnąć się z miłości?
- Czasem… tak. - potwierdził Blake i wstał z łóżka.- No cóż… nie ma się co martwić. Cyril jest… jaki jest. Są gorsi od niego, wierz mi. A na nas już chyba czas.
- Tak... niestety sen czeka. - również wstała - Kiedy mamy jechać?
- Pojutrze…- odparł z uśmiechem Blake. - …masz czas na załatwienie sobie eleganckiej kreacji.
-

LEKCJA POKORY
Kara. Zapowiedział ją. Zawiodła go i miała zostać ukarana stosownie do winy. Zawiniła pychą i miała zostać nauczona pokory. I to… miało ją nauczyć.
Paczuszka zawierała strój pokojówki, wraz z bielizną. Strój pokojówki, jaki można było kupić w seksshopie. Co prawda gustowny strój, żadnego lateksu czy udziwnień, ot strój pokojówki jaki można było założyć na frywolny, lub nawet zwykły bal przebierańców. Pomijając oczywiście spory dekolt i fakt, że spódniczka kończyła się powyżej podwiązek.Ann była wściekła. Jak on śmiał?! Była w końcu z poważanej rodziny... choć jego to wyraźnie nie obchodziło. Pewnie nawet nie wiedział.
I gdy do niego dotarła, miała zamiar mu przekazać niezadowolonie...- Śnisz, że założę to. - rzuciła Cyrilowi paczuszkę pod nogi, wściekła wparowując do niego - ŚNISZ!
- Nie śnię już od dawna. A ty to założysz. Skąd to unoszenie się dumą?- zapytał ironicznie Cyril. - I gdzie była ta dumna wampirzyca, gdy chowałaś się za śmietnikiem jak śmierdzący szczur? Doprawdy, powinnaś się nauczyć kiedy możesz pozwolić sobie na takie wyskoki, a kiedy nie… a ten strój będzie właśnie taką lekcją.
- Daruj sobie takie lekcje. Nie założę tego, nie jestem twoją zabawką! - fuknęła młoda wampirzyca - A kara bez sensu. Ten kainita nie wiedział gdzie jego miejsce, a ja się tak nie pozwolę traktować. On odnosił się do mnie, jak do śmiecia! - fuknęła.
- Odnosił się do ciebie właściwie… to ty nie wiedziałaś, gdzie twoje miejsce.- odparł chłodno Cyril wstając. - Jesteś małą rybką w dużym stawie pełnym rekinów i chronią cię moje wpływy, ale jeśli twoje wyskoki mają narażać moje interesy to następnym razem cię porzucę i zostaniesz pożarta na moich oczach. Chyba, że tego właśnie chcesz? Woda sodowa uderzyła ci do głowy i myślisz, że sobie poradzisz bez mojego parasola ochronnego? Tak jak sobie poradziłaś z moim uczniem? Czy Brujah na ulicy? Czy wtedy w kanałach też sobie byś sama poradziła… bez Fincha chroniącego twój zadek?
- Właściwie... Nauczyłeś się żartować, co? - parsknęła - Brujah i tak mnie atakują, więc twój parasol słaby.
- Taka się nagle twarda zrobiłaś? Niech ci będzie. Albo zobaczę cię w mundurku, albo… wyrzucę na zbity pysk i u Księcia odwołam opiekę nad tobą. Wtedy dopiero się przekonasz czym to jest sfora Brujah dysząca ci za plecami. - rzekł cierpko Cyril przyglądając się dziewczynie.- Tylko szybko podejmij decyzję, mam wielu uczniów i podopiecznych… i nie mam czasu do stracenia.Dziewczyna otworzyła szeroko oczy.
- Ty... - pokręciła głową w niedowierzaniu - Ty skurwielu…
- Jeśli uważasz że czerpię z tego jakąś podnietę, to cię niestety rozczaruję. - zadrwił Cyril i zerknął na zegarek. - I z łaski swojej pospiesz się z decyzją. Nie każdy ma tak jak ty dużo czasu do stracenia. Jestem oczekiwany, a ty masz pójść ze mną.
- Cyril... Poniżysz mnie... - była zła i pozbawiona opcji.
- Na tym to polega. Lekcja pokory wymaga poniżenia. Lekcja samokontroli wymaga sytuacji wzbudzającej gniew, no i może wreszcie nauczysz się trzymać język za zębami, wiedząc, że osoby, które spotkasz mogą cię zabić, zanim zdążę ich uświadomić, że jesteś pod moją opieką.- odparł chłodno wampir. - Cóż… będzie to strata dla nas obojga, choć ja przynajmniej zobaczę kreatywne użycie Sfer.Nie wiedziała o czym mówi Tremere, ale w tym momencie nie było to istotne.
- Pójdę z tobą, ale... nie w tym! - wskazała na paczuszkę leżącą na ziemi - Urodziłam się lepiej niż to....
- Nie… pójdziesz w tym, albo radź sobie sama. Bez domu, bez opieki, bez koterii… zawsze możesz zwiać do kanałów i jeśli zdołasz dotrzeć do Malkavian, to zaczniesz radośnie bełkotać kolejne teorie spiskowe w radosnej trzódce Papy Roacha. - odparł zimno Cyril i dodał.- Jeszcze tego nie rozumiesz? To nie ty tu jesteś od stawiania warunków, tylko ja.Przetarła oczy kręcąc głową. Nachyliła się do paczuszki, by ją podnieść, a jej twarz wyrażała ból braku wyboru zmieszany ze złością.
- Zapamiętam to... - warknęła.
- Mam nadzieję. Co to za lekcja, z której nie wyciąga się wniosków? - odparł beznamiętnie Cyril i spojrzał na zegarek.- Tylko się pospiesz.
Ann wróciła przebrana... z wyraźnym poniżeniem na twarzy. Zachowywała się jak kot ubrany dla rozrywki właściciela.
- Nienawidzę cię... - warknęła w stronę Cyrila.
- Doprawdy? Ale to nie ja wpakowałem cię w tą sytuację, tylko twój język. Gdybyś nie mieliła nim tak ostro, to byś nie stała tu w fikuśnej spódniczce i fartuszku. - Cyril rzucił jej szary prochowiec i kapelusz. Przynajmniej poniżenia na ulicy planował jej oszczędzić.
- Nie zdarzyło się nic strasznego... To ten dupek ukolorował. Delikatne ego. - założyła prochowiec - Gdzie idziemy?
- Do klubu dla dżentelmenów. Czas byś odpracowała swój dług.- warknął oschle stary wampir.- Nic się strasznego tobie nie stało, bo koszt twojego pyskowania potrącono z mojej puli zasobów. TYLKO dlatego nic ci się nie stało. I nie ma znaczenia czy tamten przesadzał czy nie, nie ma znaczenia, że to straszny dupek. Wśród Kainitów pełno jest dupków. Jednych możesz ignorować, ale przed innymi należy się płaszczyć… a ty tego nie zrobiłaś.
- I co on by mi zrobił? Co tobie? Będzie płakał ze złości? - parsknęła nakładając kapelusz.
- Prawdopodobnie wyrwałby ci serce. - stwierdził krótko Cyril.- I dosłownie zanim zdążyłabyś to zauważyć. Jest potężniejszym dupkiem niż ty.
- Jak teraz ma wyglądać? - zapytała głucho.
- Będziesz ładnie… wyglądać, ładnie się uśmiechać, usługiwać… głównie to podawać ciasteczka i napoje śmiertelnikom. No i usta mieć zamknięte.- wyjaśnił Cyril wzruszając ramionami. - Robić za kelnerkę.
- Powiedziałeś komuś o mnie?
- Znaczy… że jesteś Kainitką? Pewnie się domyślą, pewnie to ich nie obejdzie.- wzruszył ramionami Cyril wsiadając do swojego cadillaca.
Ann nigdy nie była w takim miejscu. To miejsce cuchnęło… naftaliną i starością. Było wiekowe. Fasada budynku była w stylu kolonialnym. Portier w skrojonym z elegancją mundurze był czarnoskóry. Wszystko to aż prosiło się o pikiety lewicowych aktywistów pod drzwiami, albo chociaż jakieś graffiti na ścianach, albo żebraków… bo wchodzący do środka dżentelmeni wyglądali na bogatych i wpływowych. Ale nie… okolica była spokojna, a przechodnie ignorowali budynek. Ann znała ulice w tej części miasta. Było tu kilka modnych butików z odzieżą, ale tego budynku nie kojarzyła w ogóle. Ale przecież musiała go mijać wielokrotnie, wszak nie zbudowano go wczoraj, wprost przeciwnie… to raczej miasto obrosło go ze wszystkich stron.
Wzdrygnęła się. Jak nisko miała upaść dziewczyna ze szlacheckiej francuskiej rodziny?
- Ty naprawdę jesteś mizoginistycznym, starym snobem... - mruknęła do Cyrila.
- Prawdziwym arystokratą, a nie jednym z tych nowoczesnych książątek którym, jedynie pozostała błękitna krew w żyłach zastępująca przy okazji zupełny brak klasy.- poinformował ją starzec.
- Zwykłym zakompleksionym staruchem, który buduje swoje ego na poniżaniu innych.
- Twoja opinia by mnie obruszyła, gdybyś cokolwiek znaczyła. Ale nie znaczysz…- wzruszył ramionami wampir.Ann nie odpowiedziała.
W środku było dalej stylowo i kolonialnie. Tu Ann musiała zdjąć ten prochowiec i pokazać się publicznie. I wzbudzić umiarkowane zainteresowanie i ledwie parę drwiących uśmieszków.
Służba tu była ubrana podobnie. Od kelnerki miała dłuższą spódnicę, ale to była jedyna różnica między ich a Ann garderobą.
Tutejsi bywalcy, bardziej niż Ann byli zainteresowani snookerem, cygarami, lekturą książek i gazet.[MEDIA]https://www.washingtonian.com/wp-content/uploads/2015/04/20150428.socialclubs_lede-995.jpg[/MEDIA]
Oraz oczywiście… rozmową. Ann stała się szybko dla nich niewidzialna, jak reszta służby. Co najwyżej przywoływali ją palcami oczekując że doleje im alkoholu do kieliszków, zapali cygaro czy wykona inną podobną czynność.
Wzrok Ann był przesiąknięty pogardą. Była obrzydzona i zła na Cyrila. Ogarnęła wzrokiem próbując określić, kto jest śmiertelny. Cóż… goście wszyscy niemal byli po sześćdziesiątce, starzy i zasuszeni. Krwi nie pili, konserwowali się whisky i innymi drogimi trunkami.
Ani chybi to obleśne mumie trzymające pokojówki w piwnicach i stawało im od pejczy i łańcuchów.- Będziesz usługiwała mnie i moim przyjaciołom w jednej sali. To nic trudnego, przynieś, odnieś, podaj… wszystko z uśmiechem przyklejonym do twarzy i ignorowaniem macania po udach i tyłku. Choć nie liczyłbym na to. - zażartował ironicznie Cyril wyjaśniając jej obowiązki.- I z ustami zasznurowanymi. Jedyne co wolno ci powiedzieć, to… “Oczywiście sir, zaraz podam”. I podobne komunikaty. Zrozumiałaś?
- Naprawdę sądzisz, że będę uległa dla tych impotentów? - syknęła przez zęby.
- Jeśli chcesz aby nasza dalsza współpraca trwała, to tak… będziesz uległa i będziesz się uśmiechała. To test… ostatnia twoja szansa. - odparł beznamiętnie Cyril. - Na co mi nieużyteczne narzędzie?
- Zrezygnuj z tego... - szepnęła błagalnie - To nie skończy się dobrze…
- Nie. Czas żebyś nauczyła się trzymać nerwy na wodzy, a język za zębami. Pamiętaj, że większość tych… impotentów, może zgasić twoją nieśmiertelną iskrę niczym płomień świecy.- odparł Tremere. - Może to cię zmotywuje.
- I jeszcze żyjący tu są…
- No i ? Doprawdy… przywiązujesz sprawę do detali nie mających znaczenia. Nikogo nie obchodzi twój stan. - westchnął stary wampir.
- Miejmy to za sobą…
- Mhmm…- Cyril ruszył przodem, a Ann za nim.
Przyszło jej usługiwać starym prykom, z uśmiechem na ustach gotującym się gniewem pod powiekami. Robota uciążliwa nie była, za to prosta i nudna. Ot, podaj, odnieś, napełnij i zapal podstawione cygaro lub fajkę. Nie mogła się nawet wykazać swoimi talentami oratorskimi i zdolnościami do manipulacji, bo… wszelkie jej odzywanie się kończyło się karcącymi spojrzeniami. Panowały tu stare kolonialne zasady, służba nie była ludźmi tylko ruchomymi narzędziami. Miała się ładnie prezentować i wykonywać zadania. Jedynie odzywki jakie tolerowano, to “Yes sir” i “Yes ma’am.” Ba, do Ann najczęściej nikt się nie odzywał, by nie przerywać rozmowy… Za to stosowano gesty, pokazywano co ma wynieść, co ma przynieść, co napełnić. Popędzano ją klepnięciami, jak niesforną klacz. Rozmowa starych pryków z początku interesująca, szybko stała się nużącym bełkotem. Problem polegał na tym, że Cyril i jego kółeczko wzajemnej adoracji rozmawiali stosując terminy i porównania całkowicie dla nich zrozumiałe, ale dla niewtajemniczonej Ann… cóż, równie dobrze mogliby mówić o teorii strun czy fizyce jądrowej. Zrozumiałaby tyle samo. Jedyne co udało się jej wywnioskować to to że mówili o magicznych praktykach i tradycjach dawno wymarłych cywilizacji lub takich, o których nie wiedziała. Terminy wpadały jej jednym, a wypadały drugim uchem… co za męczący, poniżający i bezproduktywny oraz bardzo długi wieczór.
Ann zachowywała się bardzo posłusznie i nie okazywała niechęci gościom, wykonując polecenia i głównie milcząc, nawet gdy popędzano ją klepnięciami. Jedynie, gdy skrzyżowała wzrok z Cyrilem mógł on zobaczyć jej złość i odrazę, co zaraz ukryła pod maską dla gości. Na zakończenie spotkania skłoniła się podlegle znajomym Cyrila nim poszła za starym Tremere.
Dopiero na zewnątrz, gdy odsunęli się poza zasięg uwagi, Ann wykonała swój ruch.
Pociągnęła Cyrila na bok i pchnęła go na ścianę, trzymając za kołnierz pod szyją.
- Skurwiel... - poniżona wampirzyca warknęła nisko.
- Na kolana.- burknął wampir i kolana Ann się ugięły gdy opadała przed nim. Starzec wyrwał kołnierz z jej chwytu i patrzył jak caitifka przed nim klęka.- Myślisz, że masz prawo do humorków? Jesteś nikim. Słabą i tchórzliwą Kainitką. Nie możesz sobie pozwolić na takie wyskoki, zwłaszcza wobec stojących wyżej od ciebie w hierarchii. Nie jestem ulicznym krwiopijcą, byś mogła mi grozić. Zapamiętaj to sobie, bo następnym razem nie będę tak wyrozumiały.
- Jestem kainitą, jak ty. Nie pozwolę się tobie czy nikomu innemu traktować jak śmieć. - warknęła wściekle.
- Nie… nie jesteś taka jak ja. Jesteś młoda, słaba i niedoświadczona. I jeśli chcesz dożyć następnego stulecia naucz się właściwie oceniać swoje możliwości i szanse. Inaczej będziesz miała szczęście jeśli tylko zakończysz taki wyskok na klęczkach. - odparł złośliwie wampir spoglądając na Ann z góry. - Przeżyj trzy stulecia, rozwiń swoją potęgę, a wtedy pogadamy o tym czy dotarłaś do mojego poziomu… czy nadal jesteś jedną z tych krwiopijców, którzy muszą służyć by istnieć dalej.- Ty też nie dotarłeś wysoko, podnóżku Regenta. - wyrzuciła z siebie.
I została spoliczkowana za tą uwagę.
- Nadal wyżej od ciebie, skoro tu klęczysz przede mną i na mojej łasce.
- Łasce... - prychnęła - To czy ty jesteś na łasce Augusto?
- Jest regentem trzeciego kręgu. Najwyższego kręgu w Nowym Jorku. Jest zwierzchnikiem wszystkich członków mego klanu. Nie jestem na jego łasce, tylko jego podwładnym. Gdyby mógł się mnie pozbyć, to by to dawno zrobił. Ty natomiast… - odparł uśmiechając się złowieszczo.-... jesteś pod moją opieką. Ja oceniam, czy przestrzegasz zasad Maskarady i postępujesz tak jak powinien członek Camarilli. Mogę cię po prostu zabić i skłamać, że knułaś z Sabatem. Twoja egzystencja jest na mojej łasce. Pojmujesz różnicę caitifko? Czy mam ci przeliterować?
- Ja mam z tobą współpracę. Ty jesteś sługą regenta. - prychnęła.
- Nie. Ja łożę za twoją lojalność wobec Camarilli i w każdej chwili mogę cię unicestwić. Rozbestwiłaś się przez ostatnie kilka miesięcy.- stwierdził znużonym głosem starzec.- Bo zaczęłam dbać o swoją godność? - zapytała prześmiewczo - Pokazuję, że nie dam sobą pomiatać?
- Bardzo o nią dbasz… klęcząc przede mną jak niewolnica. - zakpił Cyril i pstryknął palcem nos Ann. - Skoro dbasz o godność, to dbaj o nią rozsądnie. Nie pyskuj potężniejszym od siebie, jeśli chcesz dożyć następnej nocy.Fuknęła, chcąc wstać. Ale nie mogła.
- Czemu tak cię zabolało, że postawiłam się tamtemu wampirowi?
- Bo musiałem ratować sytuację i narażać swoje interesy, by ratować twoją skórę. - burknął Cyril spoglądając z góry. - Bo nie myśl sobie, że wyszłaś bez szwanku, tylko dzięki swojemu językowi. To ja musiałem nadstawiać kark za ciebie.
- Co niby zrobiłeś?
- Skorzystałem z wpływów, by tamten zaniechał zabicia cię podczas najbliższej nocy. - odparł stary Tremere. - Osobiście lub przez najemników… ot, taka kara dla tych, którzy przekraczają granice. Jak ty.
- I czemu na tyle ci zależało? - wampirzyca powoli uspokajała się.
- Nie lubię nie mieć racji. I nie lubię tracić interesów, w które zainwestowałem czas i wpływy. - wyjaśnił spokojnie Kainita.
- Racji?
- Nieważne. - Starzec ruszył w kierunku samochodu, po chwili przypominając sobie że Ann nadal klęczy. - Możesz wstać.Ann szybko wstała i poszła za Cyrilem.
- Spłaciłam dziś ten dług? Zachowywałam się jak miałam? - zapytała kwaśno.
- Tak. Postaraj się nie musieć kolejny raz go zaciągać. Niemniej strój zachowaj. A nuż ci się przyda. - zadrwił ironicznie Tremere.
-
Po ponurym i męczącym śnie z którego Ann wybudziła się z trudem zaczęła się bardzo “ciekawa” noc. Wszak miała spotkać z przedstawicielem klanu Giovanni, klanu którym straszono młode wampiry. Wedle Williama nie miała się czym martwić. Giovanni są może potężni, ale nie zaryzykują otwartego konfliktu ze Stillwater. Brzmiało to może i pewnie w ustach Williama, ale Ann jakoś nie wierzyła jego argumentom. Bo kogo obchodziło to miejsce i grupka wampirów tworząca miejscową społeczność. Nawet jeśli byli dość potężni.Niemniej Ann miała powody, by nie przejmować się za bardzo spotkaniem z Giovanni. Wszak jedynie co chcieli od niej, to odpowiedzi na pytania. Odpowiedzi które mogła im udzielić bez zatajania czegokolwiek. Wszak ich przedstawiciela interesowała zbrodnia, z którą ani Ann ani Cyril nie mieli nic wspólnego.
Poza tym… miała wszak ważniejsze sprawy na głowie. Kiecka na imprezę u Miss Dubois. Ann dobrze znała tego typu rauty. Wiedziała jak się na nie ubierać. Problem w tym, że nie miała w co… Potrzebny był jest szykowny strój, a choć Miracella miała mnóstwo ładnych sukienek, to niestety były zbyt biedne i zbyt prostackie jak na imprezę w Neue Galerie New York. Potrzebne było ubranie z odpowiednim imieniem doczepionym do niego: Gucci,Yves Saint Laurent itd.
Penny była za biedna na takie ciuszki. Więc trzeba było znaleźć inne źródło. A więc… Lukrecja lub Nadia. Co prawda ta druga miała gust państwowej urzędniczki (przynajmniej jeśli chodzi o ubrania, bo bieliznę lubiła bardzo luksusową) to był to jednak gust wysoko postawionej i dobrze opłacanej urzędniczki.
Problem w tym, że żadna z tych wampirzyc nie wydawała się chętna podzielić swoją garderobą z biedną caitifką.
No i pozostawała jeszcze jedna kwestia.Cyril. Tremere zabronił jej wracać do Nowego Jorku. Ann więc poprosiła o pomoc Williama. Co by wytłumaczył Cyrilowi sytuację w jakiej się znalazła. I Toreador się zgodził zapewniając dziewczynę, że załatwi wszystko z Tremere i to nie jest żaden problem.
“Pąsowa Róża” była dziś pustawa, gdzieś niemal wyparowali miejscowi, a i wampirów nie było wielu. Za to było kilku smutnych panów w szarych Jazzowa i bluesowa muzyka dochodząca z podium była oniryczna.
https://www.youtube.com/watch?v=kBn_lQBh9JA
A i sami muzycy wyglądali na lekko otumanionych. Jakby jedynie ciałami tu byli, zaś umysły znajdowały się na innym planie egzystencji. Marionetki kierowane przez inną obcą siłą. Co nie przeszkadzało im w graniu kolejnych kawałków. Niemniej Ann poczuła się nieswojo wchodząc do środka, zupełnie jakby trafiła do innego miejsca, innego czasu… innego świata. Nie było nikogo poza Lukrecją z Kainitów. Ta siedziała przy barze pijąc “krwawą mary” i rozmawiając z barmanką. Na widok wchodzącej Ann skinęła ku niej palcem zapraszając do siebie.
A gdy już ona podeszła rzekła cicho.- Na górze, Larry stoi przy drzwiach, przez które masz przejść. W razie czego krzycz, tylko głośno. To przybędzie na pomoc.- odparła Lukrecja i widząc nieme pytanie na obliczu Ann westchnęła tylko. - Lorerai ma dziś… fazę. Nie przejmuj się tym. Pewnie źle reaguje na tylu ghuli od truposzy. Idź zrobić swoje, a potem pogadamy.
Po czym popędziła ją gestem dłoni. Ann nie pozostało nic innego tylko zrobić to co jej polecono. Jak zwykle była dziewczyną na posyłki. Dobrze przynajmniej, że tu ją choć trochę szanowano.

Larry czekał na górze, opierając się z nudów o ścianę w korytarzu i grając na … chyba gameboyu ?. Uśmiechnął do niej i rzekł. - Tam.
Skinął głową na drzwi obok niego. - Pospiesz się i…nie daj się zastraszyć.
I tyle w kwestii instrukcji.
|-Weszła. Pokój hotelowy, jak każdy inny. Ten był obity czerwonym zamszem i z kotarami zaciągniętymi mocno. W środku przy stole siedział Giovanni. Wyglądał tak sztywno , jak wtedy gdy zobaczyła po raz pierwszy. Woskowa figura za stolikiem. Jednak to nie on wywołał zimny dreszcz na jej ciele, a stojący przy oknie ochroniarz. Wysoki, o bladej skórze i wodnistym spojrzeniu. Ubranie wisiało na nim jak na wieszaku, modny garnitur we włoskim stylu. W sam raz na ubranie pogrzebowe. Ann wzdrygnęła się na tę myśl… ale cóż… pierwszy widziała żywego trupa. Bo ten mężczyzna nie był żywy. Stojąc w kącie przypominał eksponat z Muzeum Figur Woskowych Madame Tussaud, tyle że one tak nie cuchnęły formaliną jak ten typ. I żadna ilość markowego dezodorantu nie mogła tego faktu zamaskować.- Przejdźmy może do rzeczy.- rzekł tymczasem Kainita wstając i podchodząc do Ann. I podał jej wizytówkę. - Możesz mi mówić Gino.
I tak samo było na wizytówce. Gino Piscatoni,GENEX S.A. IMPORT-EXPORT , numer telefonu i zastrzeżenie: “Dzwonić po zmierzchu”.
- Ty masz okazję do opowiedzenia swoich historii, ja mam czas na ich wysłuchanie i zadanie paru pytań, więc może… zaczynajmy?- próbował być przyjazny, ale wydawał się sztywny. A i obecność zombie w kącie pokoju trochę psuło nastrój.
-
formatowanie doedytuję później
- W sumie to nieoczekiwane spotkanie dla mnie. - schowała w kieszeni wizytówkę, mówiąc lekkim tonem - Kto ci o mnie powiedział? Z ciekawości pytam.
- Cóż... Giovanni szczyci się dyskrecją w interesach, więc poznane sekrety zachowujemy dla siebie. Także twoje. - odparł dyplomatycznie nekromanta uśmiechając się lekko… wyglądał niczym upiorna wersja partnera Barbie. Taki Ken dla młodocianych ghotek.
- Ważne trzymać się reguł biznesu w interesach. - stwierdziła spokojnie z pewnością i... jakimś uznaniem? - Nie posiadam rozwiązania tej zagadki, ale mam nadzieję, że moje informacje cokolwiek pomogą. - dodała przepraszająco.
- Może być pani pewna, że pani sekrety są i naszymi sekretami. Proszę usiąść.- zaproponował wampir sam- wracając na swoje miejsce.
- Z tego co wiem, była pani na miejscu wypadku?
- Dokładnie. - Ann usiadła naprzeciw Giovanniego - Przybyłam wraz z Williamem Blakiem na miejsce wypadku, gdzie już był Książę Smith.
- Proszę mi o tym opowiedzieć, co pani zobaczyła, usłyszała, co przyszło pani do głowy. Wtedy i obecnie.- odparł Kainita włączając dyktafon.Ann opowiedziała o wyglądzie miejsca, o tym że poznała klan dzięki drzwiom samochodu. Opisała jak z bestią ze szpitala walczyli później.
- Wiedziałam, że to nie będzie bez echa, ale myślałam, że to wina stwora.
- Mhmm… - odparł Giovanni spoglądając na Ann. Przez chwilę myślał nim rzekł. - Walczyłaś z tym potworem, więc zapewne wyrobiłaś sobie o nim zdanie?
- Nie jestem wojowniczką. Miałam wsparcie dwóch silnych Spokrewnionych, więc stwór nie podołał, ale też nie padł, tylko uciekł. Nie umiem zawyrokować jak wielkim byłby zagrożeniem dla kogoś innego.
- Unikasz… odpowiedzi. Niepotrzebnie. Nie zamierzam pociągać do odpowiedzialności jeżeli twoja ocena zagrożenia okaże się błędna. Każdy ma prawo się mylić. - stwierdził Gino po długim namyśle.
- Mówienie, że dla mnie byłoby to konkretne zagrożenie nie jest miłe do przyznania głośno. - westchnęła - Był szybki, głodny i wytrzymały. Uparty. Zgaduję... że byłoby to średnie zagrożenie dla wielu?
- Dla wielu… nie dla wszystkich. I najwyraźniej nie tak duże, skoro trójka Kainitów dała mu radę.- odparł mężczyzna pocierając podbródek. - Ofiara ataku podróżowała z silniejszą obstawą.
- Temu później zaczęłam się zastanawiać czy to na pewno ten stwór był. Zobaczyłam w mieście i obrzeżach dwóch nieznajomych... choć jednego bardziej przelotnie, już po pana przyjeździe. - zaczęła ze spokojem - Między drzewami na drodze do... sekty Garry'ego, gdy jechałam samochodem z Tremere. - zmarszczyła brwi przypominając sobie - Mężczyzna w wojskowym khaki, łysy. Blady... Biały wręcz. Jak kości.
- Koło siedziby miejscowego Gangrela. Iiinteeresuujące.- zadumał się Giovanni składając dłonie jak do modlitwy. - Miejscowi Kainici zdają się nie wiedzieć za wiele o nich.
- Zwierzaki Garry'ego nic nie wywęszyły, a Garry... - westchnęła - Wtedy był wystarczająco opity krwią wyznawców, aby rozumieć gdzie ma głowę. - spojrzała podłamana - Narkotyki i Garry to miłości tych ludzi. Tremere non stop w bibliotece, Ventrue tutaj.
- Można powiedzieć, że cała Domena nie jest trzymana mocno w stalowej rękawicy. Jak zapewne powinna być. - odparł Giovanni i spoglądając na Ann, spytał. - Czym są ci łysi, według miejscowych?
- Wędrowne potwory? Nie dostałam jakiejś konkretnej odpowiedzi. - wzruszyła ramionami - Ten drugi... był inny. Zobaczyłam go jak pojawiłam się w mieście... - Ann na wspomnienie zrobiła się lekko nerwowa.
- Mhmm… więc jakie jest twoje zdanie na temat tych łysych typków?- zapytał Gino.
- Jeżeli ciągle są... Są niebezpieczni. - objęła się ręką - Ten pierwszy mnie obserwował jak... drapieżnik. Zagrożenie. Odszedł... przez ciemny zaułek... jakby... - pokręciła głową - Nagle pojawił się w innym miejscu dalej. I dalej.
- Intrygujące…- zamyślił się Gino i spytał. - Czujesz się… bezpieczna w tym mieście?
- Samotnie? Ostrożna poza centrum. Z innymi pewniej i głównie z innymi jestem. Tu bywa... taka niepokojąca atmosfera.
- Tutejsi… wydają się rozleniwieni. Uważają, że siedząc z boku są bezpieczni, bo nikt nie zwraca na nich uwagi. Prędzej czy później zapewne czeka ich brutalne przebudzenie.- ocenił Kainita.
- Ostatnio przyszedł Sabat. - przypomniała sobie - Najpierw na Lupiny wpadł, po tym my dokończyliśmy. Ale tak, leniwo tu się istnieje. - skrzywiła się - Nie wiem czemu, ale nie jestem tak spokojna...
- Miasto uczy czujności. Nie dzicz. - wyjaśnił swój punkt widzenia Giovanni.- W dziczy są proste wnyki, w mieście… pułapki są bardziej… wyrafinowane i zdradzieckie. Tutejsi odwykli od czujności.- Czy masz jeszcze pytania do mnie?
- Hmm… wybacz, chyba już żadnych. - przyznał Gino i spojrzawszy na Ann dodał. - A ty? Nie masz mi nic więcej do powiedzenia?Bądź przydatna...
- Może już doświadczyłeś lub doświadczysz. To miejsce niektórym sprowadza sny... Sama mam normalnie, ale tu... jakoś bardziej obce. Gangrel też i chyba większość z raz miała.
- Hmmm… otrzymałem raporty Tremere na temat tutejszych miejsc. Szpitala i piramidy. Można je podsumować jednym zdaniem. Pod żadnym pozorem tam nie wchodzić. - znowu sztuczny uśmiech na jego obliczu się pojawił. - Niemniej dziękuję za opowieść o snach. O tym nigdzie nie napisano.Ann skinęła głową.
- Jeżeli będziesz potrzebował czegoś, to ja mogę pomóc... lub spróbować pomóc. Każda możliwość na rozmycie tej nudy jest poszukiwana.
- Będę o tym pamiętał. A ty pamiętaj… Giovanni pamiętają o swoich długach wobec innych Kainitów. I zawsze je spłacają. - odparł z bladym uśmiechem Gino.
Ann zeszła na dół do baru z zamiarem wyciągnięcia od Lukrecji bezsensownie drogiego ubrania. Zachowywała się bardzo spokojnie po rozmowie z Giovannim.
Na dole Ventrue rozmawiała właśnie z Nadią. Obie wampirzyce zachowywały się dość powściągliwie. Temat więc musiał być delikatny.
Nadia poza biblioteką? Co to za święto?
Sama Ann stanęła kawałek od kobiet… choć w zasięgu słuchu dowiadując się tematu tego spotkania. Ich rozmowa dotyczyła owej Ravnoski i tego, jak duże stanowi zagrożenie dla Stillwater i dla samych wampirzyc. Nadia była bardziej ciekawa detali dotyczących i mniej zaniepokojona Jaine Love.
Bezklanowa podeszła do obu i spojrzała na Nadię.- Zalało bibliotekę?
- Zrobiłam sobie małą przerwę… by wybadać najnowsze ploteczki. - stwierdziła beznamiętnie Tremere.
- Ty i ploteczki? - zapytała bez przekonania.
- Dobrze być dobrze poinformowaną. A jeszcze lepiej, gdy wymaga to minimum wysiłku.- wyjaśniła Nadia i wskazała na Lukrecję. - A ona lubi zbierać informacje.
- Cóż poradzić… jestem niezastąpiona.- odparła z uśmiechem Ventrue.
- Przynajmniej w Stillwater.- odgryzła się bibliotekarka. - Jak poszło spotkanie z nekromantą i sformalizowanym kochankiem?
- Sformalizowanym kochankiem? - zapytała.
- No… wykąpanym w formalinie… taki żart.- stwierdziła Nadia i spojrzawszy na obie wampirzyce westchnęła. - Obracam się w towarzystwie nieuków.
- Lub o innym poczuciu humoru. - Ann pokręciła głową - Było w sumie dobrze.
- No cóż… nie może sobie pozwolić na groźby. Jest poza swoim terytorium.- stwierdziła z satysfakcją Nadia.
- Będę chciała z tobą porozmawiać. - odezwała się do Lukrecji.
- Hmm… o czym? - zapytała zdziwiona Ventrue.
- O garderobie. - lekko odparła.
- Ciekawy temat… ale dlaczego ja?- zapytała Lukrecja wyraźnie zdziwiona, podobnie jak Nadia. Tremere przyglądała się Ann podejrzliwie.
- Jutro na noc jadę do Nowego Jorku. - zakończyła wrednie.
- Hmmm… och jak ci zazdroszczę. Jakiż to powód? - wampirzyca starała się zabrzmieć sarkastycznie i wydawać się niezainteresowaną.
- Primogenka wystosowała zaproszenie. - uśmiechnęła się.
- Która to primogenka interesuje się ku… caitifką ze Stillwater? - odparła Lukrecja ponuro.
- Elena Belle Dubois. Wątpię by mną, choć za życia… poznałam ją.
- Ja też wątpię. Więc czemu cię zaprasza? - wypytywała Lukrecja.
- Nie wiem czy chcesz o tym tak oficjalnie rozprawiać… - spojrzała Lukrecji w oczy.
- Wiem kiedy jestem niemile widziana.- wtrąciła Nadia i dodała zjadliwie.- Kontynuujcie swój romansik.
- Czyżbyś była zazdrosna, moja droga? - zapytała przesłodzonym tonem Ventrue.
- Nie bywam zazdrosna o kobiety czy mężczyzn. O księgi tak… nie o śmiertelnych czy Kainitów. - odparła na pożegnanie Tremere i odwróciła się, by ruszyć do wyjścia z budynku. Po drodze pomachała im na pożegnanie.Ann spojrzała na Lukrecję.
- Może pójdziemy do ciebie, pani? Lepsza atmosfera.
- Chodźmy. - zgodziła się Lukrecja i ruszyła przodem. Po chwili obie mogły się już rozkoszować atmosferą gabinetu Ventrue.
- Sprawa prosta. Idę na toreadorskie przyjęcie w Neue Galerie New York i potrzebuję kreacji… drogiej. Jakie ty masz.
- Dlaczego jednak ja miałabym ci taką dać?- zapytała z kamienną twarzą Lukrecja.
- Bo zależy ci, aby nie być przypisywana do obdartusa ze Stillwater i... ten caitiff może zadziałać też w mieście na twój zysk, odpowiednie informacje zdobyć dla ciebie, zrobić to, czego ty stąd nie możesz. Nawet jeżeli o zawiązaniu odpowiednich kontaktów mowa.
- Moja droga. Ja mam swoje kontakty w mieście… - zaśmiała się ironicznie Lukrecja. - A poza tym, ty jesteś caitifką… nie Ventrue. Nie masz ze mną żadnych oficjalnych powiązań.Machnęła ręką dodając. - Co do informacji i przysług… może i rzeczywiście jest tu płaszczyzna na dogadanie się. Ale wpierw…- skupiła wzrok na Ann. -... zacznij mówić do rzeczy. Żadnych półsłówek czy sugestii. O co chodzi z tym przyjęciem?
- Niespodziewanie Elena wystosowała zaproszenie do nikogo innego jak William, a on chce bym mu towarzyszyła. - odparła z zadowoleniem - Wiedząc, że Nowy Jork ma teraz kłopoty... to będzie ciekawe.
- Hmm… i niepokojące dla nas. Will to jeden z ważniejszych… atutów naszej społeczności. Jeśli zdoła go ściągnąć do siebie... - zadumała się Lukrecja.
- Jak bardzo ważny? - zapytała spokojnie.
- Bardzo ważny… nie tylko jako solidny wojownik, ale też jako organizator. No i pół miasta należy do niego.- przypomniała jej Lukrecja. - Jest właścicielem około 60% nieruchomości w mieście. W tym i biblioteki? I mojego hotelu.
- Czego dokładnie się boisz?
- Nie wiem. Pod tą słodką buzią, kryje się podstępna manipulatorka. Na nasze szczęście nie przepada specjalnie za przemocą i brzydzi się przelewem krwi. Co nie znaczy, że całkiem odrzuca te opcje.- westchnęła Lukrecja i wzruszyła ramionami.- Wiem, że ona i Will mają… wspólną historię.
- Och, o to chodzi. Tak, rozmawialiśmy z Williamem o kwestii możliwej chęci sprzątnięcia go. - wzruszyła ramionami - Potomka sprzątnęła to i Ojca może chcieć... Wątpliwe, ale mam na uwadze. - zamyśliła się - A pod słodką buzią kryją się też... inne rzeczy.
- Och… niewątpliwie. Romantyczka, niepoprawna uwodzicielka, artystka… znam wszystkie jej oblicza. I nie wiem które jest prawdziwe, a które jest pozą. - stwierdziła sceptycznie Ventrue.
- Nie widziałam jej po śmierci, więc czeka nowe doświadczenie. - spojrzała na Lukrecję - A wracając do sedna odnośnie sukni…
- Och… możliwe, że cię nie zapamiętała. A na pewno… nie będziesz aż tak znacząca. - dodała z ironią Lukrecja.- Jak już wspomniałam, Elena uwodzi wręcz hurtowo.
- Nie, nie... - zaśmiała się cicho - Nie mówię o doświadczeniu obopólnym czy dla niej, a dla mnie. Taka samolubna radość. Porównać odczucia obu światów.
- Z pewnością będą nieco słabsze. Mamy silniejszy wpływ na śmiertelników niż na siebie nawzajem. - oceniła Lukrecja i dodała. - Choć powierzchownie nadal uprzejma i przyjazna w odbiorze Kainitka.- Rozumiesz czemu tak istotne jest mieć odpowiednią kreację. - powiedziała wprost.
- Odpowiednią… czy taką, którą chcesz przyćmić miejscowych? Jeśli to drugie, to twoja strategia ma wyraźne braki. Nie ma co drażnić próżnych Toreadorów. - skwitowała ironicznie doświadczona wampirzyca.
- Odpowiednią z odpowiednią metką. - miała na końcu języka powiedzieć coś o tym, że Ventrue mówi o czyjejś próżności, ale ugryzła się w język.
- Nie powinnaś raczej postawić na skromność i nie rzucanie się w oczy? Garderoba Miracelli z pewnością na to wystarczy. - Lukrecja najwyraźniej niespecjalnie potrafiła rozstać się ze swoją garderobą.
- Takie zaproszenie nie zdarza się co dekadę. - uśmiechnęła się - Po zdjęciu oddam ci, pani, dopiero po wyczyszczeniu w pralni odpowiednimi środkami.
- I mamy honorować łaskę Toreadorki wystrzałowym strojem? - burknęła Lukrecja gniewnie, być może zazdrosna o to, że Ann jechała. A ona sama nie.
- Czy zaprasza się Williama z łaski? - zapytała niewinnie.
- Pfff… jego nie. On jest zapraszany z powodu wyrafinowania primogenki. Ty jednak jesteś już przyjmowana z łaski. - mruknęła Ventrue.- Więc... Co byś chciała bym zrobiła dla ciebie w Nowym Jorku, pani? - gładko przeszła w inny temat, głaszcząc próżność Ventrue.
- No właśnie… nie wiem. Nie mam w tej chwili konkretnego pomysłu… - zamyśliła się Lukrecja pocierając palcami podstawę nosa. - Twój wyjazd jest dla mnie sporą niespodzianką. Muszę to przemyśleć. Zróbmy tak. Zostawię u Miracelli strój wraz z instrukcjami dla ciebie, lub ona coś ci wybierze ze swoich ciuszków jeśli żadnych instrukcji nie będę miała. Może być?
- Hm... - zamyśliła się - Nie. - uśmiechnęła się - To, czy coś wymyślisz, nie ma znaczenia czy ze swojej garderoby dasz. Czemu to ma być mój problem, jak nie wpadniesz na nic do jutra?
- A masz jakieś inne potencjalne źródło markowej garderoby?- zapytała Lukrecja powątpiewając wyraźnie.
- Nie chcę zostać do wiatru wystawiona, a tak skonstruowana umowa ma dużą szansę tym się zakończyć. - wyjaśniła - Więc nie wkręcaj mnie w takie kruczki, pani. Jeżeli nie dostanę wskazówek, to i tak informacje o przebiegu spotkania dostaniesz, jeżeli swojej markowej garderoby mi użyczysz.
- Nie wiem czy będą coś warte. Drama wokół Williama obchodzi mnie tylko w tej kwestii, czy on wróci tu bezpiecznie. Aby tego się dowiedzieć, nie potrzebuję twojego raportu. - westchnęła Ventrue.
- Nie wiesz też czy nie będą nic niewarte. - wskazała - Ubrania są ważniejsze w tym momencie?
- Oczekujesz zaufania ode mnie, ale sama w ogóle mi nie ufasz? - zapytała ironicznie Lukrecja sięgając po zapalniczkę i papierosa w cygarniczce.
- Zaufania w czym? Że nie zniszczę kreacji? - zapytała z pewnym rozbawieniem - Przecież tylko bym na tym straciła na relacjach w Stillwater, gdzie wracam. To samo, gdybym nie przekazała informacji. Zyski i straty muszą się co najmniej balansować, aby na to drugie się godzić.Wampirzyca zapaliła papierosa, zaciągnęła się dymem. Milczała. I to dość dużo czasu zajęło jej to milczenie.
- Zaufania… we wszystkim. - westchnęła i spojrzała na Ann. - Przychodzisz do mnie i żądasz wydania stroju, jakbym była jakąś ruchomą wypożyczalnią smokingów. Ubrania to bardzo osobista kwestia dla kobiety. Sama o tym wiesz… - kręciła i to bardzo. Wydmuchała kółko dymu. - Niemniej, w ramach dobrej woli… i w ramach naszego małego przymierza, otrzymasz jutro kreację. Miracella ją dopasuje stosując siebie za miarę, bo wszak macie podobną budowę ciała.
- Proszę, nie żądam. - westchnęła - Ranisz mnie stwierdzeniami, że chcę wykorzystać posiadane przez ciebie, pani, płynące bonusy ze szlachetnego urodzenia i klanowej przynależności. Oferuję w zamian za taką łaskawość informacje, jakie mogę zdobyć. - spojrzała zasmucona słowami Lukrecji.
- Och… - zaśmiała się ironicznie Ventrue.- A ty obrażasz moją inteligencję jeśli próbujesz mnie oszukać i dalej brniesz w kłamstwa. Bądź… okazuje się że pokładałam zbyt wiele wiary w twój potencjał. Jesteśmy podstępnymi drapieżnikami moja droga… i twoja prośba nie brzmiała dość ulegle, by być… wiarygodna.
- A gdzie węszysz kłamstwo? - zapytała, chyba dość zadowolona z tego przerzucania się z Ventrue - I możliwie sporą część uległego zachowania pochłaniają interakcje z kimś innym... Przepraszam za to.
- Stillwater cię wyraźnie zmienia. Zrobiłaś się zadziorna. - odgryzła się Lukrecja i zaciągnęła dymem. - Ale nie zapomnij gdzie będziesz. W Nowym Jorku uważaj bardziej na słowa i postawę caitifko. Tu nic nie grozi, tam… o ile książę może się upomnieć o swoją prawą rękę, o tyle ty… cóż, ty jesteś mimo wszystko kimś kogo można spisać na straty. Nie zapominaj o tym.
- Zdaję sobie sprawę z tego. - odparła - Istnienie w Nowym Jorku uczy dobrze przetrwania na każdym poziomie miasta.
- Zobaczymy… kiedy wrócisz z niego. - uśmiechnęła się Lukrecja i zaćmiła papierosa. - To… już wszystko o czym chciałaś ze mną rozmawiać?
- Nie wszystko. - Ann spojrzała z zaciekawieniem - Wiadomo ci o snach nawiedzających przebywających w Stillwater? Doświadczyłaś ich osobiście?
- Ty znowu o tych bzdurach?- westchnęła sarkastycznie Lukrecja i dodała nerwowo.- Tak. Miałam sny. Nie uważam ich jednak za coś… ważnego czy znaczącego. I nie bardzo widzę powodu nadawania im znaczenia. Te całe wróżenie Garry’ego czy tej Jaine… to fajerwerki mające zauroczyć naiwnych. I odciągnąć ich uwagę od ważnych spraw. Nie dawaj się tej Ravnosce wodzić za nos, tylko dlatego że miałaś jakieś dziwne majaki.
- W sumie mam je częściej niż często. - pokręciła głową - I jak rozumiem nie uważasz też, że ci obcy co ich widziałam to problem?
- Na razie nam nie sprawiają kłopotu. Zresztą od takich problemów to my mamy szeryfa.- wzruszyła ramionami Ventrue.
- I nie czujesz niepokojącej atmosfery tego miejsca?
- Nie jestem Toreadorką, ani Malkavianką by… chłonąć atmosferę. Za długo mieszkasz z Willem, zaczyna ci się udzielać jego melancholia. Może czas znaleźć sobie własne lokum? - zapytała sceptycznie wampirzyca zerkając na Ann i wydmuchując dym.
- Udziela mi się moja czujność. - burknęła - Rozumiem, że ty nie czujesz zagrożenia?
- A ty czujesz? Powiedz mi moja droga caitifko. Czy poza wyprawami w jakie pakowałaś się dobrowolnie i z pełną świadomością… czy poza nimi, byłaś atakowana? - zapytała Lukrecja przyglądając się bacznie Ann. - Jest wiele zagrożeń w Stillwater, ale w przeciwieństwie do Nowego Jorku, tu niebezpieczne miejsca są dobrze wszystkim znane. I wystarczy ich unikać.
- Nie trzeba być atakowanym, aby wyczuwać czające się niebezpieczeństwo poza znanymi miejscami… - burknęła rozczarowana reakcją.
- Jesteś przewrażliwiona. Zaczynasz szukać duchów.- machnęła ręką stara wampirzyca. - Ostrożność jest zaletą, ale wrogów mamy wśród naszego rodzaju i w Nowym Jorku. Nie tutaj. Stillwater nikt się nie interesuje… nawet Sabat.
- I wcale nie szukał czegoś teraz…
- Ktoś im zginął w okolicy… o ile dobrze pamiętam. Samo Stillwater ich nie interesowało najwyraźniej. - przypomniała wampirzyca.- Możliwe że to było tylko kolejne miejsce do odhaczenia na ich mapie drogowej.
- Naprawdę nie chcesz zobaczyć zagrożeń… - pokręciła głową.
- No to mi je pokaż Ann. Pokaż wszystkim te zagrożenia. Tylko niech będą czym się więcej niż dymem na pokazie magika. - westchnęła sarkastycznie wampirzyca. - Pokaż coś więcej niż majaki naćpanego gangrela i koszmary senne.
- Kiedy zaczniesz widzieć może być za późno…
- Uważaj, żebyś ty nie przegapiła prawdziwych wrogów, bujając w obłokach w poszukiwaniu wyimaginowanych. - odparła ironicznie Lukrecja.
Mogła się spodziewać zaprzeczania Lukrecji, a jednak... czuła się zawiedziona słowami Ventrue. Larry'ego nawet nie wiedziała czy pytać o kwestię. On byłby zadowolony, gdyby w Stillwater było zagrożenie, ale najprawdopodobniej uznałby, że po prostu Ann wystraszyła się czegoś małego...
Larry siedział na dole przy barze, gdy Ann zeszła już od Lukrecji. Bezklanowa podeszła do niego i usiadła na krześle obok.
- Znowu pilnujesz Giovanni? Mieliśmy się chyba wymieniać.
- Już nie… teraz szefu ich zabawia. Szeryf ich przejął. - odparł z uśmiechem Larry. - Nie wrzeszczałaś, więc nie miałem powodu wkroczyć… a bardzo chciałem.
- Przepraszam, że zawiodłam twoje nadzieje. - wymusiła smutny ton - Ale nie było potrzeby. W sumie dobrze poszło. - wzruszyła ramionami.
- Szkoda. W Nowym Jorku straszą tymi zboczeńcami w niemal każdym klanie. A nigdy nie miałem okazji przekonać się, co w nich strasznego. - odparł Larry uśmiechając się drapieżnie.Caitiffka odparła się na kontuarze.
- Kiedy powalczymy dla nauki?
- Teraz? - zapytał Larry.
- Gdzie?
- Chodźby na tyłach hotelu. - wzruszył ramionami Larry.
- Więc chodźmy.
Z tyłu budynku, było ciemno, brudno, nieprzyjemnie. Przypominało to Ann uliczki Brooklynu i Bronxu. Larry wykonał kilka ruchów ramionami rozgrzewając się i mówiąc.
- Pewnie uczyłaś się różnych sztuczek samoobrony, co? Dobra rzecz na ludzi. Nie na Kainitów. My nie przejmujemy się kopniakiem w krocze, walnięciem w nerki i tym podobnymi. Nauczę cię paru sztuczek na nasz rodzaj. Ale wpierw… muszę wycenić twój potencjał.
- Głównie się broniłam... lub próbowałem się bronić przed Brujah od Primogena. - westchnęła - A to bardziej dramatyczna próba ucieczki.- Więc się… broń! - Larry zaatakował nagle, skracając dystans i uderzając pięścią w twarz Ann. Posłał Kainitkę w powietrze i prosto w śmietnik. Walnęła całym ciałem. Gdyby nie trening Garry’ego to by właśnie wypluwała zęby ze złamanej żuchwy.
- Nie jesteśmy tu, by gadać… tylko by działać. Więc wstawaj i walcz.- odparł z uśmiechem Brujah.Ann wstała, wyraźnie rozdrażniona.
Wampir doskoczył do niej i zaczęła się bolesna i długa młócka. Larry niespiesznie zwiększał tempo, uderzając raz po raz… unikając jej ciosów, kontrując je i uśmiechając się przy tym. I dając Ann fory. Dziewczyna miała wrażenie w dodatku, że Larry nie przykłada się do walki i zwiększa tempo tylko wtedy, gdy Ann starała się bardziej. Niemniej wkrótce… kolejna seria ciosów powaliła ją znów na ziemię. I tym razem dziewczyna nie miała sił się podnieść.- No… coś tam umiesz i uparta jesteś… jest dla ciebie nadzieja. - stwierdził Larry na końcu.
- Uhh... - przetarła oczy - To za każdym razem... będzie takie lanie, co? - uniosła się na nogi.
- Coś w tym rodzaju. Niemniej na kolejnych laniach to ty się będziesz uczyła. Póki co uczyłem się ja. - stwierdził bezceremonialnie Kainita.
- Jak mnie nie ubić?
- Czego cię trzeba nauczyć. - wzruszył ramionami Larry.
- I czego będę się uczyć? - zapytała ciekawsko.
- Jak walczyć ze swoim rodzajem, bez czarnoksięskich sztuczek.- odparł Larry ze złowieszczym uśmiechem.
- Nie mogę się doczekać. - uśmiechnęła się.
- Jutro u mnie? - zapytał Larry.
- Jutro jestem niedostępna. William porywa mnie na imprezę w Nowym Jorku.
- Hmm… fajnie. To pojutrze więc. - odparł z uśmiechem Larry.Ann spojrzała zaciekawiona na Brujah.
- Larry, czy ty też doświadczyłeś w Stillwater tych... nieprzyjemnych snów?
- Nie wiem… może? Nie jestem uduchowiony jak Garry i nie przywiązuję uwagi do snów, do koszmarów też nie. - wzruszył ramionami Kainita.
- Ale jesteś w stanie powiedzieć, że miałeś jakieś koszmary o podobnej sobie tematyce?
- Hmm… nie bardzo. Nie zapamiętuję ich, bo nie zwracam na nie uwagi. Nie jestem jakimś mięczakiem, by prowadzić dzienniczek - senniczek. - zaśmiał się chrapliwie Larry i spojrzał na dziewczynę mówiąc. - Nie jestem miękiszonem w garniturku, tylko prostym facetem. Szeryf pokazuje kogo lać, to leję. Nie zastanawiam się po co i czemu mam prać.
- Jeziora i czarnych macek nie kojarzysz?
- Hmmm… nie. - odparł Brujah pogodnie.
- Zjadłbyś pewnie na śniadanie, a nie koszmary z tym miał. - westchnęła.
- Pewnie… a nie… nigdy nie lubiłem sushi i reszty azjatyckiego żarcia. - zadumał się Larry.
Nadchodził czas świtu. William był już u siebie, zajęty oglądaniem telewizji. Głównie dla zabicia czasu, czekając aż Ann się zjawi.
Caitiffka weszła prężnym krokiem do pokoju i zasiadła przed telewizorem obok Willa na kanapie.- Wyrwałam od Lukrecji kreację.
- To spory sukces, zważywszy jak bardzo ceni swoją garderobę. - odparł ciepło Toreador.
- Było ciężko. Mam nadzieję że nie zechce wyrolować na koniec.
- Jeśli jej nie rozzłościłaś może… nie zrobi jakiegoś… dowcipu. - odparł William z uśmiechem.
- Najwyżej ja będę rozzłoszczona... - fuknęła - Przynajmniej rozmowa z Giovannim nie była zła.
- To miło, że było miło. Dla mnie… zawsze było niezbyt wygodnie rozmawiać z nimi. - odparł Blake. - Zawsze było to wrażenie… eeemmm… jakby to… powiedzieć… obcości.- Powiedział coś, co i mnie chodziło po głowie. - spojrzała poważnie na Williama - Czemu ty i reszta z takim maniakalnym uporem zaprzeczacie czemukolwiek co się złego czai w Stillwater?
- Bo widzisz… moja droga, mylisz nieco perspektywy. Rozmawiałaś nieco z Wilkołakami. Wiesz już co to Umbra? - zapytał Toreador.
- Powiedzmy. Co to ma do rzeczy?
- Dużo… skoro nie wiesz co to ma do rzeczy. Umbra to świat obok naszego świata. Dokładnie ci tego nie wytłumaczę. Wilkołaczy mistycyzm jest ciężkostrawny, a o szczegóły magów nie wypytywałem. Niemniej ów potwór jest właśnie w Umbrze za Zasłoną. - zaczął wyjaśniać William splatając dłonie. - A to pewien problem dla nas, bo… nie potrafimy przejść przez Zasłonę. Umbra jest dla nas całkowicie niedostępna. Wilkołaki potrafią, magowie też… ale nie my. Jak chcesz pokonać bestię, do której nie da się dotrzeć?
- William, czy ty tego nie czujesz?Jak zagrożenie się czai? Mocniejsze niż wcześniej? Co jeżeli bestia umie sama do nas się dostać?
- Rzecz w tym, że nie może. Tak twierdzi Garry, bo tak twierdzą wilkołaki, które go pilnują. Wedle nich poziom magii jest za niski. - wyjaśniał dalej Toreador. - Nie wiem dokładnie jak mierzą to futrzaki, wedle magów… wszystko zależy od wiary uśpionego tłumu ludzi. Jeśli śmiertelnicy wierzą, że smoki latają w górach, to… smoki rzeczywiście zaczną latać w górach przyciągnięte ich wiarą. Jeśli nie… smoki będą spały ukryte za zasłoną w Umbrze czekając, aż magia… czy też wierzenia ludzi pozwolą im wejść do naszego świata. Takoż jest i z potworem z jeziora, żyje w legendzie. Ale kto dziś wierzy w bajki?
- Widziałam tych obcych, ale zaprzeczacie, że są problemem. Sny szaleją, czuje się zagrożenie... Czemu zaprzeczacie?
- Ponieważ, nie wiemy czym są. Możliwe, że to jakieś wędrowne anarchy, które zrobiły tu sobie postój. Sny zaś szalały zawsze… zanim się jeszcze pojawiłaś. Osoby bardziej wrażliwe odczuwały je mocniej. - wzruszył ramionami Toreador.- A twoich obcych… szukają zwierzaki Garry’ego i wypatruje szeryf. Nic więcej nie da się zrobić. No chyba, że uda się coś konkretnego wywróżyć, ale… wizje są kapryśnymi przewodnikami.- Wiesz kto to Barabas z Nowego Jorku? - zapytała trochę poirytowana.
- Kojarzę… nigdy nie spotkałem go osobiście. - przyznał Blake.
- Trafiłam kiedyś na jego celę w kanałach. Widziałam go, a on mnie. Sposób, w jaki mnie obserwował... jak drapieżnik zaciekawiony myszką, którą by chciał się pobawić... zamęczyć ją na śmierć. - skrzywiła się - l moja własna natura była przerażona, skulona pod ścianą. - spojrzała Toreadorowi w oczy - Podobne doznanie miałam, gdy obserwował mnie nieznajomy po przybyciu do Stillwater. To nie był zwykły anarch, William. Był... Zagrożeniem. Nie odczułam po prostu strachu. On przeraził moją naturę wampira, jak mógłby zrobić to ogień…
- Jesteś młoda… słaba jeszcze. To zrozumiałe. I ja spotykałem takich osobników w swoim życiu. Są groźni, ale… są tylko Kainitami. Czymś co znamy, czymś co możemy zabić.- wyjaśnił Blake ciepło. - Nie twierdzę, że nie są niebezpieczni, ale daleko im do bytów których istnienia nie potrafimy pojąć.
- Gdy Brujah się bawili mną, wykorzystując zgniatarkę śmieci... to nie był ten strach. Gdy mnie szukali, by połamać kości... to też nie to było. - spojrzała zaniepokojona na Williama - Nie ignorujecie tego, choćby przez ostrożność.
- Nie ignorujemy, ale to nie Nowy Jork. Nasza liczebność jest niewielka. Wpływy wśród miejscowej społeczności niby spore, ale sama… społeczność za wiele nie może. Nasze możliwości są… ograniczone. - wyjaśnił cicho Toreador.
- Więc po prostu czekamy aż coś się stanie? - zapytała z lekką irytacją.
- Poruszyłem parę moich wtyczek w Nowym Jorku i czekam na wyniki. Poza tym… tak. Chyba że masz jakiś pomysł lub wątek za którym możemy ruszyć. Choć w zasadzie to nie czekamy, aż coś się stanie. Czekamy aż Giovanni w coś wdepnie i to na nim skupi się pierwsze uderzenie… a my będziemy się temu przyglądać i jeść popcorn… i wyciągać wnioski. Po co my mamy się narażać, skoro on i jego rodzina z chęcią wystawią się na pierwszy ogień?- zapytał żartobliwie William na koniec.Ann westchnęła.
- Czy ty też masz te... koszmary?
- Czasami zdarzają mi się. Acz nie sądzę by były rzeczywiście wizjami przyszłości. Po prostu ów byt nie mogąc zrobić nic innego, miesza nam w głowach. - stwierdził spokojnie Toreador.
- A czy wiecie czym jest ten byt?
- Cóż… poczekaj - Toreador wstał i wyszedł z pokoju. Wrócił po paru minutach z książką pod tytułem: “Legendy ludu Mohikan”. - Szczegóły znajdziesz na zaznaczonej stronie. Ogólnie jest to duch-bóstwo wypaczone przez własną chciwość. U Indian bowiem nie ma aż tak dużej różnicy między bóstwem a duchem.Ann zaczęła przyglądać książkę.
- Jeżeli to jakiś stwór, duch, a nie człowiek, wampir czy wilkołak nawet... to czemu nie zajmą się nim magowie? Oni chyba byliby w tym lepsi.
- Gdy zjawi się nasz gość, to pewnie wytłumaczy ci dokładniej. Albo Nadia by mogła, wszak za życia należała do tej kliki. Niemniej… magowie nie są bohaterskimi obrońcami tej rzeczywistości i generalnie nie ruszają się ze swoich siedzib, chyba że naprawdę nie mają innego wyboru. Niech cię nie zmyli ich troska o szpital. Wynika ona z faktu, że ten… fenomen jest wynikiem ich błędnych działań. - odparł Toreador.- I zajmują się nim z poczucia obowiązku oraz winy.
- Czy ten duch może też zagrażać wampirom z Nowego Jorku? Wtedy by się ruszyć mogli…
- Nie jestem pewien czy obejmuje całe Stillwater. Na pewno jezioro i jego okolice, ale nie dalej…- wzruszył ramionami wampir.- William... Czy widziałeś kiedyś naocznie aktualnego Księcia Nowego Jorku? - zapytała zaciekawiona.
- I poprzedniego. I poprzedniego. Zapominasz że mimo młodziutkiej buzi jestem bardzo bardzo stary. - odparł ze śmiechem poeta.
- On serio jest taki straszny?
- Nie straszy aparycją, czy zachowaniem. To wyrafinowany, przystojny i kulturalny mężczyzna. Niestety potrafi postępować wobec wrogów z wyrachowanym okrucieństwem. I to rzeczywiście wzbudza przerażenie. - przyznał melancholijnie Toreador. - Jeśli nie nadepniesz mu na odcisk, to przekonasz się jak bardzo czarujący i ujmujący być potrafi. Jeśli jednak… nadepniesz, to niech Bóg ma cię w swojej opiece.Caitiffka spojrzała uważniej na Williama.
- Podoba ci się?
- Jego oblicze tak, jego sympatyczne podejście też. Ale nie jego dusza zimnego gada. - westchnął Blake i dodał. - Cóż… poza tym, jest hetero.
- Pytałeś go? - nie opanowała się.
- Takich rzeczy można się dowiedzieć, bez bezpośredniego pytania potężnego Ventrue. - zaśmiał się Kainita i dodał. - Uwodzi śmiertelniczki, ignorując mężczyzn.
- Na ile lat wygląda?
- Trzydziestoletni brunet o lekko falujących włosach, obliczu mrocznego anioła i sylwetce rzymskiego centuriona. Którym ponoć kiedyś był. - westchnął William z uśmiechem.
- Więc... naprawdę ma aż tyle lat? - zapytała ciekawa.
- Tak sugeruje i tak mówią. Osobiście, jestem gotów uwierzyć. Jest bardziej wiarygodny niż nasza Lukrecja. - przyznał Toreador.
- Musiałeś znać też tego poprzedniego Księcia, Toreadora. Jaki on był?
- Był… rozczarowaniem. Wspaniały na początku, ufny, piękny… idealista. Był cudowny. Ale miasto i jego polityka go pożarły… albo po prostu ja się dałem nabrać na pozory. - westchnął ciężko William pocierając dłonią czoło. - Stał się z czasem taki jak obecny Książę. Tylko mniej subtelny i mniej wyrafinowany.
- Obecny był jego zgubą, tak?
- Tak. Przewroty na szczycie władzy zdarzają się od czasu do czasu w naszej społeczności. Wszak nie można liczyć na przemianę pokoleń. - przypomniał jej wampir.Ann spojrzała podejrzliwie na Williama.
- Istniałeś tak długo pod wieloma Książętami Nowego Jorku i... nawet nie byłeś Primogenem? - zapytała zaskoczona.
- Cóż… - odparł Blake z uśmiechem. - … tego nie powiedziałem. Byłem i jednym i drugim.
- Jednym i... drugim? - Ann patrzyła uważnie.
- Tak. - przyznał Kainita i wzruszył ramionami. - Pamiętaj jednak, że jest duża różnica między Księciem Londynu a Księciem Bakewell.Ann uśmiechnęła się.
- Czy z tą wiedzą powinnam zacząć używać tytulatury w kontaktach z tobą?
- Eks-arystokracja nikogo nie obchodzi. Nawet dzisiejsi Kainici nie dbają o szlacheckie tytuły swoich Starszych. - zażartował William.
- Ale Księcia Księciem będą nazywać. - wyglądała na zaciekawioną - Które miasto było twoje?
- Stillwater. Jestem jego pierwszym Księciem. - rzekł z uśmiechem Toreador. - Dziwne że na to nie wpadłaś.
- I teraz dzielisz Stillwater z Joshuą?
- Nie. On jest teraz Księciem, a ja mu pomagam. Jak już wspomniałem… znużyły mnie przepychanki na szczycie. Ale najwyraźniej nawet gdy sam trzymam się z dala od polityki, ona znów wyciąga po mnie szpony. - westchnął Toreador. - Dlatego jedziemy do Nowego Jorku.
- Więc skoro i tak polityka nie może cię opuścić, to nie ma sensu jej unikać. - pokiwała głową.
- To błędne myślenie. Różnica polega na tym, czy chcesz płynąć na powierzchni czy też dać wciągnąć pod wodę i utonąć. - stwierdził Toreador.- Chciałabym cię zobaczyć w szlacheckim, pozłacanym ubraniu z kilka wieków wstecz. Oczywiście europejskim. - doprecyzowała.
- Za moich czasów… stroje były śmieszne. Poza tym nie jest aż tak dobrze urodzony. Jestem potomkiem ubogiej rodziny szlacheckiej. To Nadia ma rodowód niczym koń czystej krwi. I dlatego się tak pewnie zachowuje. - zaśmiał się Wiliam. Po czym doprecyzował. -A Primogenem Toreadorów to nadal tu jestem. Ty pewnie byłabyś swoich… ale Starsi Nowego Jorku nie lubią konkurencji.
- Primogen Bezklanowcow... To brzmi... Prawie jak karykatura pozycji. - roześmiała się.
- Ponoć tacy się zdarzają. Takie słyszałem plotki. A sam Książę pewnie nie miałby nic przeciwko temu. Wdzięczny za darowane stanowisko pionek, bywa użyteczny. Ale… to antagonizowanie Starszyzny i pozostałych Primogenów.- wyjaśnił Toreador.
- Ale kiedyś chyba Książęta ubierali się wytwornie, tak bardziej?
- Kainici… ubierają się tak jak dyktuje moda śmiertelnych.- stwierdził z uśmiechem Blake. - A Książęta zawsze ubierają się wytwornie. Stosownie do okazji. A jutro zobaczysz mnie w smokingu. Wyglądam jak smarkacz… przemieniono mnie za wcześnie.
- Ile miałeś lat?
- Tyle ile widzisz przed sobą. My się nie starzejemy i nie młodniejemy. Z wyjątkiem Nosferatu, my pozostajemy takimi jakimi byliśmy. - przypomniał jej wampir.
- Będziesz wyglądał jakbyś szedł na prom.
- Niestety… tak. - uśmiechnął się nieśmiało Kainita.-Mówisz, że masz dość polityki. Była aż taka w Stillwater?
- Nie… nie była. Ale polityki miałem już dość, gdy byłem w Europiem, a potem… w Nowym Amsterdamie. - odparł kwaśno Kainita.
- To czemu oddałeś stanowisko w Stillwater?
- Polityka. - wzruszył ramionami William i dodał.- Pamiętaj że to były ciężkie i skomplikowane czasy. Wojna secesyjna namieszała nie tylko wśród śmiertelnych… niemniej szczegóły muszą zaczekać na inną noc. Ta już się powoli kończy.
- Dobrze,dobrze, później pomęczę. ‐ zanim zaczęła odchodzić zapytała jeszcze - Pokażesz mi kiedyś swoją poezję?
- Jeśli masz czas i ochotę. - podekscytował się Kainita. - Gdzieś tam mam tomiki. Tylko… ty chyba już masz lekturę. Księgę od Nadii?
- Szybko przechodzę, a na twoją poezję zawsze znajdę czas. - odparła radośnie.Nagle została sama, bo William stał się rozmytą plamą i zniknął. Pojawił się kilka sekund później… z trzema grubymi tomikami “Poezji renesansowej Anglii”.
- Och... - wzięła w ręce tomy - To wszystko tylko twoja twórczość?
- Tak… pod różnymi nazwiskami, ale tak… to głównie moja twórczość. - odparł dumnie Blake. - Sama książka też jest mojego autorstwa.
- Mogę na jutrzejszą podróż jeden z nich wziąć?
- Tak. Jeśli chcesz.- odparł z uśmiechem wampir zachowując się niemal jak małe dziecko.
- Rozmawiałeś z Cyrilem? - Will był słodki... Dzieciak z wyglądu i zachowania.
- Sprawa załatwiona. - odparł krótko Will.- Był bardzo zajęty, więc zgodził się bez rozwodzenia się nad tym faktem. Masz się tylko mnie trzymać, a nie wędrować samotnie po mieście.
- Żadnych wypadów samotnych?- westchnęła - słaby urlop... A może jednak z tobą uda mi się pójść gdzieś poza snobistyczną galerię.
- Będziemy tam tylko jedną noc. - przypomniał jej Toreador. -
Kolejna noc zapowiadała się ekscytująco i wymagała pośpiechu od Ann. Trzeba się było szybko ubrać, szybko pojechać do Elizjum Lukrecji, odebrać sukienkę… zrobić fryzurę i makijaż. I nie rozbić się na drzewie po drodze. O nie… Ann nauczyła się na swoich błędach, że drogi tutaj bywają zdradzieckie, a ona nie jest aż tak dobrym kierowcą jak sądziła.
Niemniej udało się dotrzeć w miarę szybko i w miarę bezpiecznie.
“Pąsowa Róża” przestała być dla Ann dziwacznym Elizjum, a stało się budynkiem do którego wpadało się bez pytania i bez problemów. Lukrecja nadal była niedostępna władczynią tego przybytku. Ale Patty/Miracella już nie. Ta Ventrue po przemianie nadal pozostała miła i sympatyczna i bardzo pomocna. I u niej właśnie miała być sukienka wybrana dla Ann. I rzeczywiście tam była. Modna, ładna, szykowna i od Versace. Choć Ann trudno było sobie wyobrazić Lukrecję w niej. Miracella też była w pokoju, z entuzjastycznym uśmieszkiem i perfumami, oraz całym pudełkiem grzebieni… i planami zmiany Ann w bóstwo.
Cóż… udało się jej.

Mała czarna leżała świetnie na caitifce, Miracella dobrała fryzurę i dodatki podkreślające urodę blondynki. Było więc całkiem nieźle. Co nie tylko Ann mogła podziwiać. Bo gdy zeszła przy barze był nie tylko Clyde, ale i Larry i… Nadia. Bibliotekarka skwitowała widok Ann drapieżnym uśmiechem. Co przypomniało caitifce, że choć Tremere nie czerpie przyjemności z intymności, to nadal czerpie satysfakcję z piękna.

William Blake nie ubrał się jak na studniówkę, w niemodny acz szykowny garnitur. Zdecydowanie lekceważył znaczenie tej imprezy, choć… może to była celowa demonstracja. Niemniej przez to wyglądali jakby się na studniówkę. Zabawnym faktem było to, że William wyglądał na młodszego od niej, co tylko podkreślało absurdalność sytuacji. Bo sugerowało, że udaje się na studniówkę z kolegą jej młodszego brata. Zapewne ubłagana przez swojego brata o to.
Do tego jechali samochodem Williama, marchewkowym fordem. Ech… sukienka Ann w ogóle nie pasowała do tego wieśniackiego pickupa. Wstyd czymś takim było jechać do Nowego Jorku.
Nowy Jork nocą.
https://www.youtube.com/watch?v=ww939k0TJ60
Jakże ona tęskniła za tym miastem świateł. Miastem które nigdy nie śpi. Miastem w którym był Cyril.

Miastem do którego wjechali marchewą Williama i przez to Ann starała się schować na fotelu i jak najmniej rzucać się w oczy. Nie tak sobie wyobrażała przybycie do miasta i przybycie na imprezkę Toreadorów. Nieważne jak szykowną sukienkę miała, jeśli wysiądą z tego… pojazdu, będą pośmiewiskiem.
- Znasz okolicę Borough Park na Brooklynie. Wiesz kto tam rządzi?- zapytał nagle znienacka Blake wyrywając caitifkę z ponurych myśli. Ann przytaknęła odruchowo. Znała bowiem tamtą okolicę… Większość centralnego Borough Park należała do Strix i Anarchów. Reszta była pod kontrolą Gangreli i Nosferatu.
- To dobrze, bo musimy tam wpaść później.- rzekł z tajemniczym uśmiechem wampir.- Więc nie powiem, bo może ci się coś przypadkiem wyrwać przy La Belli.I na tym zakończyła się rozmowa.

Na szczęście dla Ann nie pojechali od razu do Neue Galerie. Zamiast tego skręcił do podziemnego parkingu i tam dziewczyna odetchnęła z ulgą. Tam bowiem czekała na nich luksusowa czarna limuzyna wraz kierowcą w liberii i ochroniarzem. Tak to się można wybierać na przyjęcie.-|
|-Sam budynek galerii był staromodny, co podkreślało pogardę Primogenki Toreadarów dla sztuki nowoczesnej. Nie było tu miejsca dla paparazzi ani wścibskich reporterów. Wszak Kainici nie przepadali za rozgłosem. Oboje weszli po schodach prowadzących na piętro .-|
|-Tam już zgromadziła się śmietanka ghuli i ludzi wtajemniczonych w świat mroku, oraz miejscowych Kainitów. Tych z wyższej półki. Niektórych Ann znała z widzenia… z bardzo dalekiego widzenia, gdy stała kilka metrów od Cyrila i jego rozmówców. Niewielu nich osobiście… nie miała odpowiedniego statusu, czego boleśnie musiała się nauczyć. Kainici byli bardzo kastowym społeczeństwem. Samą Dubois jednak znała i szybko znalazła wzrokiem. Filigranowa blondynka rozmawiała właśnie z kimś popijając “krwawą Mary” w gustownej małej czarnej odsłaniającej ramiona i łabędzią szyję, która aż prosiła by zatopić w niej kły. Teraz gdy Ann była Kainitką ulotnił się delikatny erotyczny powab Toreadorki, ale i tak caitifce ciężko było oderwać oczy od Eleny. Każdy jej gest był pełen gracji i powabu, każdy uśmiech fascynował. Każde spojrzenie wiązało rozmówcę z nią. Charyzma Toreadorki była wręcz porażająca. Co zabawne w sali znajdowało się subtelne przeciwieństwo Primogenki. Nie była brzydka, wprost przeciwnie… była śliczna jak laleczka i bardziej filigranowa od Toreadorki, choć wydawało się to niemożliwe. Ciemnowłosa i bladolica Kainitka oblizywała wybrudzone “trunkiem” palce wyraźnie się nudziła na tym przyjęciu, tym bardziej że w przeciwieństwie do Eleny, wokół niej panowała pustka. Choć nie było w niej nic przerażającego i nieprzyjemnego. Nic w tej drobniutkiej osóbce nie budziło obaw Ann, ale cała sytuacja była… podejrzana. -

KUNDEL NA SALONACH
Bezklanowa całą drogę do Nowego Jorku poświęciła na zaznajamianie się z twórczością Williama... która była... jak słaba poezja nastolatka...
Będzie trzeba wykłamać zachwyty...
Teraz co innego jej uwagę zajmowało. Odkąd pojawili się w galerii, Ann uważnie obserwowała otoczenie i osoby zgromadzone. Była to wyuczona, wręcz automatyczna reakcja, gdy caitiffka znajdowała się wśród ważniejszych wampirów. Wzmocniła uścisk dłoni na ręce Williama, którą obejmowała ramieniem.Na przyjęciu z początku była traktowana jak typowy kwiatek do kożucha. To do Williama podchodzili Kainici, to z nim wymieniali uprzejmości i zamieniali parę słówek sugerując chęć dłuższej rozmowy później. Ann była dla nich “niewidzialna”, choć dziwili się na jej widok. Lecz zapewne spodziewali się w jej miejscu jakiegoś przystojnego młodziana. Blake był uprzejmy i grzecznie zbywał kolejnych rozmówców powoli zbliżając się do Eleny. Miss Dubois zauważywszy ich zbliżyła się energicznie i serdecznie powitała Williama.
- Dobrze cię widzieć mój drogi przyjacielu.- rzekła obejmując Toreadora i całując go w oba policzki. - Powinieneś częściej nas odwiedzać, Nowy Jork wiele traci bez ciebie.
- Wątpię bym tak ci był potrzebny. Ale dobrze i ciebie widzieć w dobrym stanie.- rzekł w odpowiedzi Blake, a Elena zwróciła uwagę na Ann.
- Ach... miss Annabelle, to miłe zaskoczenie dla mnie, że przyjęłaś pocałunek ciemności. Dobrze trafiłaś, Toreadorzy to najlepszy z możliwych do wyboru klanów, a mój drogi William to cudowny mentor.Caitifka zarumieniła się na widok blondynki, której spojrzenie znów pochłaniało ją całą. Może nie było między nimi już erotycznego napięcia, ale nadal Primogenka była osobą która swoją ujmującą osobowością dominowała otoczenie.
Słowa Primogenki od razu odsunęły od niej przyjemne wspomnienia. Ona sądziła, że Annabelle była Potomkiem Williama...- Nie wątpię, że takim jest. - uśmiechnęła się udając tym gestem spokojną fasadę - Jednak nie doznałam zaszczytu przynależności do klanu Toreador, pani.
- Nie? To do jakiego? - zdziwiła się szczerze Elena, a William szepnął dyskretnie. - Jest caitifką.
- Och… to… niefortunne wielce. - zmartwiła się Primogenka, ale po chwili dodała ciepło. - No cóż… gramy takimi kartami, jakie daje nam los Annabelle. Powinnaś już wiedzieć z naszego poprzedniego spotkania, że każdą chwilę należy wyciskać jak cytrynę… - jej palce sięgnęły do policzka Ann przesunęły się po nim i musnęły wargi budząc przyjemny dreszczyk. - ... ważne, że twoje niewinne piękno stało się wieczne i że… Blake dba o ciebie. Trzymaj się go moja droga, to świetny nauczyciel i… postaraj się go nie zawieść, tak jak zrobiły to jego dzieci.Ann skinęła głową, przymykając oczy z zadowoleniem, gdy Primogenka dotknęła jej policzka i ust. Zakładała, że możliwe dowie się od kogoś, iż ta caitiffka jest... pod opieką nie tylko Williama.

BAUDELAIRE W GALERII WAMPIRÓW
Nastoletnia dziewczyna z neutralnie niezainteresowanym spojrzeniem, obserwowała sztukę, jaką wystawiło House of Arts. Matka już jej powiedziała czemu nie chciałaby swoim znużeniem urazić kogokolwiek w okolicy, więc Annabelle starała się tego nie zrobić. Nie była pewna czy to ma być spotkanie w galerii z plusem dla niej, czy dla Christophe raczej. Optowałaby, że znalazła się tutaj dzięki "ojcowskiej radzie" niż z chęci matczynej. Choć może ojciec po prostu chciał zostać sam na sam ze starszym synem we Francji? Nie zdziwiłoby to jej.
Przechadzała się spokojnie po galerii, będąc jednak w okolicy lisiego Christophe, który miał zajmować się powiększaniem majątku poprzez zawieranie "całkowicie intratnych" umów z artystami i ich przedstawicielami) pod okiem matki - mentorki w tym dziale. Przechodząc obok brata szepnęła mu do ucha:- Olali cię. - sarknęła wrednie, ignorując zabójcze spojrzenie oczekującego Christophe.
Mijała kolejne obrazy z zupełnie innej epoki. Nikt już tak nie malował. Tła wydawały się być natchnieniem kubistów, ale postacie zdecydowanie nie wyglądały na skupiska kształtów geometrycznych. Zatrzymała się na moment przed portretem jasnowłosej kobiety w diamentowej sukni . I wtedy właśnie ogarnął ją zapach chanel no. 5. Otoczył niczym chmura.
- Wydajesz się nudzić, to chyba zrozumiałe. W twoim wieku bardziej od płócien wolałam taniec. - głos melodyjny, zmysłowy, otulający niczym mgiełka perfum. Głos kogoś tuż za nią.
"Zaczyna się... Trzeba jak najlepiej wypaść, bo czeka cię najgorsze kilka dni w roku, jeżeli podpadniesz na oczach matki..."
- Długie loty są brutalnym doświadczeniem. - Annabelle odwróciła się w kierunku głosu - Bez odespania tym bardzie....
Głos zamarł w piersi, spojrzenie Annabelle nie wiedziało gdzie się podziać. Wędrowało po szyi, schodząc na dekolt małej czarnej, wodziło po zgrabnych krągłościach piersi, a potem biodra… długie zgrabne nogi, by powrócić do ust kuszących do pocałunku… i oczu w których cała Annabelle po prostu tonęła. Kobieta była… zjawiskowa… filigranowa blondynka wręcz przytłaczająca swoją zmysłowością. Niewiele wyższa od Annabelle przyglądała się dziewczynie bawiąc szmaragdowym naszyjnikiem na szyi. Rzekła przy tym przyjaźnie.
- Nie musisz nic wyjaśniać, jesteś młoda i zainteresowana czymś innym niż stare płótna. A to przyjęcie bardziej dla starych snobów, którzy i tak widzą w tych obrazach jedynie dolary. - dodała żartem i lekko przekrzywiła głowę. - Dlatego jestem zdziwiona widokiem takiego rozkwitającego kwiatu tutaj. Mam wrażenie, że nie powinnaś tu być. Niemniej skoro jesteś, to powinnam zadbać byś miała jakieś przyjemne wspomnienia związane z tą imprezą.
Annabelle zaschło w gardle, gdy ta kobieta zaczęła... być w jej obszarze, zwróciła uwagę. W pierwszej chwili poczuła się po prostu wyprana z pomysłów jak prowadzić rozmowę. Ba, nawet jej na tym przestało zależeć! Wcześniej nie odczuwała większego pociągu do własnej płci niż przeciwnej, ale teraz... O bogowie. Oddałaby każdą chwilę, aby pozostać z tą kobietą.
- Uhm... - spróbowała wydobyć z siebie głos - To... - wzięła głębszy oddech - Towarzyszę Anette Baudelaire i Christophe Baudelaire. - skłoniła głowę, ledwo zbierając myśli - Przyjemne... - zagubiła się w tym momencie.
- Hmm… - zamyśliła się kobieta wpatrując się z zainteresowaniem w Annabelle, jakby jej wzrok przechodził przez nią na wylot. - A tak… pani Baudelaire, więc jak masz na imię mój pąku kwiatu, którego los wepchnął w ten nudny…- zachichotała cicho. -... padół snobizmu? Och, nie przejmuj się konwenansami, możesz być szczera ze mną. Ja w twoim wieku też nie lubiłam wernisaży.
- An.... - czuła, jakby umysł stał się papką - Annabelle Baude...laire... - wyrzuciła w końcu, chcąc zostać z tą osobą, być razem już zawsze, nie wracać do Francji! Chrzanić majątek!
- A pani... imię? - postarała się zebrać w sobie.
- Elena Belle Dubois, ale wystarczy Elena… lub Miss Dubois. Jak wolisz.- odparła ciepło, stojąc bardzo blisko Annabelle. W zasięgu jej dłoni!Dziewczyna czuła krążące ciepło w ciele i byłaby pewna, że rumieniec pojawił się na jej policzkach... gdyby mogła w tym momencie myśleć zupą w głowie. Starała się powstrzymać myśli nieodpowiednie sytuacji i nie wyrażać jak bardzo by chciała zostać użyta przez zjawiskową Dubois...
- Często tu... jesteś...? - zapytała, walcząc z chęciami dotknięcia Eleny.
- Powinnam… w końcu to moja galeria.- odparła z przepraszającym uśmiechem blondynka.- Wiem, wiem… nie wyróżnia się na tle konkurencji, ale cóż… są wymagane pewne standardy. Gdybym nadała temu miejscu nieco osobistego dotyku, mogłoby to odciągnąć uwagę od eksponatów. A ty… jak długo będziesz w Nowym Jorku?
- Kilka dni myślę... - jakiś zawód pojawił się w jej głosie - Zależy od postępów w interesach... - tonęła w oczach Eleny... tym razem tych na twarzy - Później... Jakieś inne miejsca... Chicago? Może będzie Quebec, Vancouver... Nie wiem dokładnie... Na długo nie jestem w jednym miejscu... - tu już wyraźnie można było wyczuć smutek w tych słowach.
- Cóż… nie bywam w Chicago, ale mogę polecić nocne kluby w Nowym Jorku, warte odwiedzenia. Z pewnością znajdziesz je bardziej interesującymi niż moja wystawa.- odparła ciepło Elena nie odrywając wzroku od Ann, której własne spojrzenie rozbierało blondynkę.
- Cokolwiek ty znajdziesz bardziej interesującego... - rozpływała się od tej uwagi - ...ja też znajdę na pewno... szczególnie z twoją obecnością... - wyszeptała rozanielona.
- Nie mogę obiecać, że się tam spotkamy. Jestem niestety zapracowaną kobietą, ale jeśli będzie okazja to… pomogę ci poznać nocne życie Nowego Jorku. - wymruczała nieco zmysłowo Elena.
- A nie mogłabym... dziś poznać nocnego życia...? - zapytała zbliżając się o pół kroku.
- Cóż… ciebie nic tu nie trzyma. Mnie jednak… - westchnęła ciężko Elena zerkając przez ramię za siebie.- ... obowiązki towarzyskie. Gospodyni przyjęcia nie może się wymknąć z niego.
- Skoro dziś nie... to kiedy? W końcu nie można zapracować się na śmierć. - zapytała ze smutkiem.Elena nachyliła się ku Annabelle i szepnęła do ucha dziewczyny adresy kilku klubów. Zapach jej perfum był intensywniejszy, a usta czasem muskały ucho Annabelle gdy tak mówiła. Następnie odsunęła się i rzekła. - Możliwe że pojawię się w którymś w ciągu najbliższych nocy. Jeśli nie… to i tak będziesz dobrze się tam bawić. A skoro o zabawie mówimy to… co właściwie lubisz robić? Jakie masz hobby?
Annabelle zadrżała, gdy usta Eleny musnęły jej ucho, a policzki mocniej zaszły rumieńcem, gdy serce zabiło jak oszalałe. Przełknęła ślinę.- Moje... hobby? - wyraźne zaskoczenie malowało się na twarzy dziewczyny - Naprawdę jesteś tym zainteresowana?
Słowa młodej Baudelaire zawierały w sobie prawdziwe zdziwienie... i nadzieję? W rodzinie bliższej czy dalszej, dziewczyna mogła być osamotniona w pokoleniu, pozbawiona krewnych o zainteresowaniach na swój wiek. Ciągłe podróże też nie dawały nadziei, iż Annabelle posiada jakikolwiek trwały krąg znajomych, a ta niesamowita kobieta mogła być... bardziej nią samą zainteresowana?
- Oczywiście, że jestem, wydajesz się być intrygującą młodą damą. A moje zainteresowania, cóż…- Miss Dubois machnęła ręką wskazując obrazy.- … są związane z malarstwem. Mimo że galerie sztuki to interes rodzinny, to sama też trochę maluję. Choć daleko mi do mistrzów.
Annabelle wyraźnie zastanawiała się nad odpowiedzią.
- Ja czasem... piszę.... - spojrzała szybko w stronę krewnych, jakby wolała by za nic nie usłyszeli - I może coś naszkicuję, ale raczej nie mam czasu na to... Plany na stanowisko w fundacji, wiesz jak to jest. - niepewnie uśmiechnęła się.
- Och… co piszesz?- Blondynka nachyliła się ku Ann, przez jej usta znalazły się całkiem blisko ust dziewczyny, a dekolt małej czarnej… prowokująco kusił do zerkania. - Poezję? Prozę? Pamiętnik?
- Uhm... - uśmiechnęła się nerwowo, lekko zerkając w dekolt, aby zaraz wrócić wzrokiem na twarz kobiety - Głównie.... - zapatrzyła się w usta Eleny - ...białą... poezję... Opisywać... - przełknęła ślinę - Uczucia...
- Brzmi intrygująco…- zamruczała nieco kocio blondynka nie odrywając spojrzenia od Ann i wędrując wzrokiem po jej szyi. Jakby chciała pochwycić ją w swoje ramiona, całować usta, a potem szyję… a potem… cóż, Ann żyła w epoce internetu i po epoce seksualnej rewolucji. Choć była dziewicą, to już dawno wiedziała wszystko o pszczółkach i kwiatuszkach. I nie tylko.
- Może... - zarumieniona Annabelle była blisko pocałowania ust Eleny - Byśmy osobiście na boku... porozmawiały...
- Mhmm… z pewnością… - zamruczała Elena uśmiechając się lekko i odsłaniając śnieżnobiałe ząbki z błyszczącymi kiełkami.- Mhmm… szefowo?- usłyszały za sobą. Elena spojrzała za siebie, na mężczyznę w czarnym garniturze i z lekko zarysowaną kaburą pod nim. Słuchawka w uchu, lustrzanki na twarzy. Typowy ochroniarz, niewątpliwie lekka przesada na nudnym przyjęciu w galerii.
- Mister Falconi uprzejmie domaga się poświęcenia czasu na rozmowę z nim, teraz. Bo zależy mu na czasie. - wyjaśnił, a zirytowana blondynka dodała.- Niech będzie. Zaprowadźcie go do gościnnego i przygotujcie butelkę mojego ulubionego wina.
- Tego z kolekcji A? - zapytał ochroniarz.
- Nieee… hmm… mam ochotę na coś bardziej treściwego w smaku. Kolekcja AB będzie w sam raz. - westchnęła i zwróciła się do Annabelle z wyraźnym smutkiem. - Przykro mi moja droga, naprawdę miałam ochotę na… rozsmakowanie się w naszej znajomości, ale póki będziesz w Nowym Jorku to zawsze jest szansa na to.Annabelle spojrzała wściekle na ochroniarza, jakby chciała go zabić wzrokiem. Spojrzała po tym na Elenę z bólem.
- To naprawdę konieczne?
- Niestety. Osób takich jak Falconi nie można ignorować. - Elena nachyliła się i pocałowała Annabelle czule… niestety tylko w policzek. - Do następnego razu moja słodka.
- Oczywiście... Interesy... - dziewczyna odparła z wyraźnym przybiciem, choć ten całus musiał jej serce znowu pobudzić do mocniejszego bicia.
- Nie uwodź mojej podopiecznej tak otwarcie. - zażartował Blake, a Kainitka z uśmiechem dodała. - A czemu nie… Nie miałabym nic przeciwko zabrać ją ze sobą i może jakąś śmiertelniczkę lub śmiertelnika, by dodać smaku takiemu spotkaniu.
- Nie wspomniałaś jeszcze, czemu zawdzięczamy twoje zaproszenie. Zakładam, że jest jakiś powód?- zapytał William.
- Ach… tak. Ostatnio pojawił się ferment w mieście. Giną wampiry powiązane z pewnym Tremere. W większości jego… przeciwnicy. - stwierdziła Primogenka niechętnie kończąc pieszczotę policzka Ann. - Imię jego dobrze ci jest znane. Nie wiem czy jego historia. Niemniej cała ta sytuacja sprawiła, że łasice wyłażą ze swoich nor i zaczynają knuć. Wolę uciąć plotki, że w związku z jego działaniami… ty możesz knuć przejęcie władzy po mnie. Bo chyba nie knujesz przewrotu pałacowego w Nowym Jorku?
- Znasz mnie. Kocham święty spokój i moje mieszkanko nad jeziorem. Nie tęsknię do zgiełku metropolii. - wzruszył ramionami Toreador.
- Wiem, wiem… ale wolę innym przypomnieć ten fakt. - westchnęła Toreadorka. - Nim będę musiała posłać siepaczy do niektórych kryjówek. Jak wiesz… wolę unikać rozlewu krwi i przemocy.To było... niepokojące. Cyril był naprawdę zagrożony... co bardzo poruszyło Ann. Nie odezwała się jednak, tłumiąc w ciszy uczucia, skrywając je za maską.
- Nie powiesz nic więcej na ten… temat?- zapytał William, a Toreadorka wzruszyła ramionami.- Nie jestem aż tak poinformowana w machlojkach klanu Tremere. A Augusto nie bywa wylewny. Spodziewałam się raczej, że ty wiesz więcej. Zresztą moim problemem nie są bezpośrednie działania Tremere, ale efekty uboczne tej sytuacji. Wśród Toreadorów jest wielu niezadowolonych z moich rządów, wielu chętnych na zmianę władzy. Brakuje im tylko jaj do działania… lub przywódcy. A ty z racji potęgi, wieku i doświadczenia byłbyś idealnym przywódcą takich buntowników. Dlatego wolałam bezkrwawo zdusić takie plany w zarodku.
- A Cynthia? - zapytał William, a Toreadorka wzruszyła ramionami. - Ona nie boi się ubrudzić rękawiczek krwią, zwłaszcza że płaci za brudną robotę komuś innemu. Książę zaś… nie muszę nic mówić, prawda?Toreador skinął głową, a potem Primogenka spytała. - Swoją drogą wiesz coś na temat…-
- Nie. Nie dopytywałem się. Sprawy Nowego Jorku mnie nie interesują. Zresztą mamy własne kłopoty.
- A tak… tak. Słyszałam. Szycha z Europy zaginęła na waszym terenie. Współczuję trochę.- po czym zwróciła się do Ann. - Wybacz moja śliczna, zaniedbujemy ciebie. Jak ci się podoba moje przyjęcie… tak sztywne jak zapamiętałaś?
- Mniej żywi goście? - uśmiechnęła się.
- Niestety… - westchnęła Primogenka. - ... i trzeba ich niańczyć. Znajdziesz tu jednak parę przystojnych przekąsek. No i… moja propozycja wspólnego posiłku jest nadal aktualna.- dodała na koniec żartem. - Choć dopiero pod koniec przyjęcia.
- À propos końca przyjęcia. Zakładam, że nie zdążymy wrócić do Stillwater przed świtem. - wtrącił Toreador, a Dubois machnęła dłonią. - Przygotowałam dla ciebie apartament na jutrzejszy dzień. Zgodnie z twoim upodobaniem, kilka woreczków AB Rh+ czeka w lodówce gotowe na jutrzejszą przekąskę przed powrotem.Ann spojrzała zaciekawiona, odważając się zapytać.
- Nie wiesz pani, czy ciągle Baudelaire robią interesy na sztuce?
- Tak. Jak najbardziej. Głównie w Europie i w Kanadzie. Tu pojawiają się rzadko. Twoje zniknięcie mocno im namieszało. - rzekła z uśmiechem Toreadorka.
- Muszą być zdewastowani.
- Chyba tak. Twoje nagłe zniknięcie wyciągnęło sporo trupów z szafy. Były podejrzenia, że któryś z braci stał za twoim nagłym opuszczeniem tego padołu.- zadumała się wampirzyca i wzruszyła ramionami.- Szczegółów nie znam, ale wiem, że dalsi krewni poczuli krew i spróbowali przejąć stery rodzinnego interesu.
- Odeszłam, gdy zrobiło się zbyt niebezpiecznie. - skrzywiła się - Ale żaden z nich mnie nie zabił... choć Christophe by był skłonny to zrobić. Oficjalne założenie jest, że umarłam?
- Zaginęłaś. Jest jakieś pięćset, siedemset tysięcy dolarów nagrody za pomoc w znalezieniu ciebie. - wspomniała Toreadorka. - Ale nie rozgłaszają tego tak bardzo i chyba pozorują poszukiwania niż naprawdę próbują cię znaleźć. Jak wspomniałam, jest z tym powiązana jakaś drama, ale… nie znam szczegółów.
- Nie powinnaś o tych faktach wspominać naszemu przyjacielowi. - szepnął cicho William do ucha Ann. - Lepiej radzi sobie z szukaniem pieniędzy, niż z ich wydawaniem i zarządzaniem. Bogactwo zawsze pakowało go w kłopoty.Ann uśmiechnęła się do Williama, dobrze o tym wiedząc.
- Czy w sumie jest ci wiadomo pani o tym, żeby ktoś z nas trzymał Baudelaire?
- Twoja rodzina siedzi we Francji. Jeśli ma patronów w Świecie Mroku, to właśnie tam. Może to być klan Kainitów, ale może to być ktoś inny. - oceniła wampirzyca i wzruszyła ramionami. - Możliwości są całkiem spore. Pewnie też dlatego… twoi bracia mają kłopoty. Nikt nie lubi nadmiernej ambicji u swych sług.
- Och, podejrzewam, że moje zniknięcie też ich w kłopotliwej sytuacji finansowo-prawnejzostawiło. - Ann zmrużyła oczy wyraźnie zadowolona.
- Prawdopodobnie. - zgodziła się z nią Dubois wzruszając ramionami.- Takie doszły mnie plotki, acz detali nie znam. Kruczki prawne nigdy nie mnie interesowały.
- Dziękuję za te informacje, pani. - skłoniła nisko głowę Primogence.
- Nie ma sprawy.- rzekła ciepło wampirzyca upijając nieco z kielicha i dodała zaciekawiona.- Jak się odnajdujesz w Stillwater? Wiem, że prowincja potrafi szybko znużyć energiczne młode Kainitki.
- Stillwater to miejsce, które nuży cię, póki niespodziewanie nie stanie się nadmiernie aktywne. Wtedy tęsknisz do tego spokoju. - stwierdziła uśmiechając się.
- Zwodniczo spokojne miejsce. - przyznała Elena. - Wymaga…Przerwała i spojrzała ponad ramieniem Williama, na Kainitów i ghuli znajdujących się za nimi. Westchnęła ciężko, niemal zgrzytając kłami gdy jej wzrok skupił się na jednym z wampirów.
|-Ubranym w szykowny smoking mężczyźnie o szaleńczym błysku w oku. Bezczelnie się uśmiechał i wydawał się zniecierpliwiony.- Przepraszam. Interesy wzywają.- mówiąc to wyjęła ze swojej torebki klucze z doczepioną karteczką. - Adres przy kluczach, podjedźcie od tyłu. Apartament wygodny i w pełni przystosowany do naszych potrzeb.
- Ritz.- przeczytał William. A Toreadorka uśmiechnęła się przepraszająco.- Do… zobaczenia więc. Bawcie się dobrze.I zaczęła się oddalać, by porozmawiać z tamtym wampirem.
Ann spojrzała na Williama.
- Kim jest ten wampir? - szepnęła do Blake'a.
- Nie mam zielonego pojęcia. Myślałem że ty go znasz. - odparł cicho Toreador. - Jest za to całkiem przystojny.
- Kainitów o wyższym statusie rzadko widuję. - przypomniała kim jest.
- Nikt ze starej gwardii.- przyznał Toreador. - Nie jestem obeznany z Kainitami, którzy pojawili się po drugiej wojnie światowej na szczytach władzy.
- Może to jeden z tych, co im się władza Dubois nie podoba?
- Mhmm… nie sądzę. Za śmiały.- odparł z uśmiechem Kainita. - Może jakiś Ventrue?
- A ona? - opisała przeciwieństwo Eleny, będące pozbawione adoratorów mimo ładnej buzi porcelanowej lalki.
- Też nie kojarzę.- odparł przepraszająco Kainita.
- Widzę, że wielu tutaj by chętnie cię porwało. Zabiegają o twoją uwagę.
- Nie mają za sobą niczego poza bogactwem. - westchnął cicho Kainita.- Nawet po śmierci najważniejsza jest pękata sakiewka.
- Myślisz, że to jedyny powód? Twoje bogactwo?
- Nie. Aczkolwiek… nie obchodzą mnie ich powody. Nie mam ochoty zadzierać z La Bellą. - wzruszył ramionami Toreador.- Nie daj się nabrać na jej urok. Może i nie lubi zabijać innych, ale nie ma żadnych skrupułów w tej materii. Jeśli uzna, że twoja śmierć jej pomoże, to zabije cię bez wahania. Może trochę porozpacza nad tym faktem później.
- Ty też na pewno umiesz wystawić ząbki. - stwierdziła.
- Z pewnością. - przyznał Toreador i spytał. - To co teraz? Wypada nam się pokręcić trochę po przyjęciu zanim je całkiem opuścimy.
- Możemy pobadać kto się pojawił na tym przyjęciu. Będą bardziej niż chętni zakręcić się wokół ciebie. Niektórych z nich kojarzę, z widzenia na odległość podczas interesów Cyrila. - szepnęła Toreadorowi do ucha - Prędzej czy później Elena dowie się, że jestem z nim powiązana.
- Nadajesz temu zbyt wiele znaczenia.- odparł z uśmiechem Toreador ruszając wraz z dziewczyną. - Osobiście wolałbym ograniczyć rozmowy z miejscowymi do minimum. Pokazaliśmy się na przyjątku, udowodniliśmy, że trzymamy… jak to mówią młodzi… sztamę z Primogenką ucinając wszelkie spekulacje na temat rewolty ze mną na czele. Jak dla mnie wystarczy.
- To ograniczaj, zobaczymy kto będzie na tyle głodny kontaktu z tobą, aby chcieć się przykleić. - cmoknęła wampira w policzek - Ale wyraźnie nie tej płci u twojego boku oczekiwali.
- To prawda. - przyznał Toreador, gdy tak się przechadzali pomiędzy gośćmi. Williama zaczepiali głównie jego znajomi i znajome… całkowicie ignorując jego towarzyszkę, próbowali wysondować jego zamiary. Blake był jednak doświadczony w tych gierkach i dyplomatycznie ich zbywał. Dla Ann byli w większości twarzami bez imion, czasami trafiali się artyści, częściej marszandzi, ale ich wampiryczna natura nie czyniła ich interesującymi. Co innego Raze, tyle że on nie był gościem na tym przyjęciu. Stał pod ścianą z kaburą widoczną pod smokingiem i robił za ochronę.- Zobacz kogo wzięli. - uśmiechnęła się do Williama - Może podejdziemy do ochroniarza? Twoja obecność mu zapewni reklamę.
- No dobra…- zgodził się uprzejmie Blake bardziej zainteresowany zadkiem przystojnego ghula towarzyszącego jakiejś Toreadorce niż kolejnymi rozmówcami. Podeszli oboje do murzyna, który uśmiechnął się odsłaniając kły. - Wyglądacie ślicznie, tylko bardzo mi się kojarzycie z maturą.
- William jest jak znajomy mojego młodszego brata. Ja ukradłam kieckę starszej siostry, a ty... - chyba prawie, prawie chciała coś o psach powiedzieć, ale połknęła język - Zazdrosny stalker?
- Hmm… bardziej kumpel ojca, który ma dopilnować by młodzik nie wlazł ci pod kieckę. - odparł z uśmiechem Gangrel. - Za stary jestem na zazdrość.
- Oczekują jakiś problemów czy ochrona to pro forma? - zapytała Gangrela.
- Standard na takich imprezach. Zawsze jacyś łowcy mogą wyskoczyć jak diabeł z pudełka. Nie macie się czym martwić. - odparł z uśmiechem Raze.
- Czy wiesz co to za porcelanowa panienka tam z boku? - zapytała opisując samotną osobę.
- To jest Piękna. Lepiej trzymać się od niej z daleka. Bestia kręci się gdzieś w okolicy, ale i bez niego jest groźna. - wytłumaczył Raze i wzruszył ramionami.- Tu robi jednak za emisariuszkę Księcia… i jego uszy oraz oczy.
- A ten wampir, do którego podeszła Primogenka? Nie wyglądała na zadowoloną z jego obecności. - zapytała, nie chcąc skupiać się na tym, że właśnie przebywa w jednym pomieszczeniu z Piękną i możliwie też Bestią.
- To samozwańczy emisariusz Papy Roacha, Malkav reprezentujący członków klanu żyjących ponad ulicą. Jak na świra całkiem do rzeczy. Ponoć patologicznie szczery gaduła… taki ma bzik psychiczny. A przynajmniej tak twierdzi. - wzruszył ramionami Raze.
- Jak się nazywa?- zapytał Blake.
- Salvatore… Salv…atore… eee… imienia nie pamiętam. Na nazwisko ma Salvatore.- zadumał się Raze.
- W sumie, czy Piękna i Bestia są często na imprezach, które ochraniasz?
- Niekoniecznie… rzadko mam tak opłacalne zlecenia jak to. - odparł Raze z uśmiechem.
- Jak w sumie dostałeś to zlecenie?
- Jak zawsze, przez skrzynkę mailową. Ci którzy powinni wiedzieć, znają mój adres.- wyjaśnił Gangrel. - Trzeba iść z duchem czasu.
- W sumie powinnam ci podziękować. Ocaliłeś mi kiedyś skórę przed Brujah, w Central Parku. Może i nie był to główny powód, aby wyrzucić ich z domeny, ale jednocześnie dałeś mi odejść w spokoju. - uśmiechnęła się - Nauczyłam się doceniać takie rzeczy.
- Hmm? Możliwe…- podrapał się po karku Raze przyglądając się Ann. - Zawsze lubiliśmy psuć zabawę pieskom Grozy.
- I temu kibicuję. - szepnęła - Masz zamiar zawitać w Stillwater niedługo?
- Jeszcze nie wiem. Może. - odparł Raze wzruszając ramionami. - Zobaczymy.Ann spojrzała na Williama.
- Długo musimy się jeszcze tu pokręcić? - zapytała go szeptem.
- Jeszcze chwileczkę, a potem znikamy.- odparł z uśmiechem Toreador, po czym pożegnał się z Razem i ruszył z Ann w głąb galerii. -

- Co wiesz o tej części miasta. Co ja powinienem wiedzieć? - zapytał Toreador, gdy się zapuszczali na tereny anarchów. Niestety nie mieli wyboru. Kafejka internetowa o jakże ekscentrycznej nazwie “D.Inferno” znajdowała się właśnie tutaj. Ann nigdy w niej była. Nie pamiętała nawet by kiedykolwiek widziała ją otwartą.
- Najpierw mi powiedz, czemu tu jesteśmy? - mruknęła - To tereny Anarchów... Nie chcę by moja obecność tutaj na Cyrila wpłynęła.
- Pamiętasz tę kwestię magów doglądających ruin szpitala? - przypomniał jej William.- Dostałem też od nich adres, gdy zadzwoniłem. I właśnie tam jedziemy.
- To teren Strix, nieformalnego władcy tej enklawy. Nie jest to taki władca, jak Książę, ale zawsze. - zaczęła - Sam Książę toleruje Anarchów w mieście... zazwyczaj? Są "lojalni" do Camarilli, biją z nami Sabat, a i praw przestrzegają... - uśmiechnęła się ironicznie - Tych sensownych, według nich przynajmniej. Ten teren to kilkanaście ulic, między terenami Gangreli i Nosferatu. Schroniłam się tu kilka razy i z większej czy mniejszej odległości ich widziałam. Ważne, że nie byłam niepokojona. - wytłumaczyła - Ataki Brujah Grozy na Anarchów Strix kończyły się... odwrotem Brujah, a przynajmniej ich niedobitków wiejących z podkulonymi ogonami.
- Czyli nikogo tu nie znasz? Szkoda. - Toreador skomentował ten cały wykład kilkoma słowami. Po czym dodał uśmiechając się. - Jakoś sobie poradzimy. Mam na coś szczególnie zwracać uwagę?
- Chodzę tam, gdzie chce Cyril, a od Anarchów nic nie chciał. - wzruszyła ramionami - Nie następuj na ich interesy, nie bruźdź gromadce. Zasada "żyj i pozwól żyć innym" jest w cenie. Będą ją przestrzegać tak długo, jak nie będziesz im szkodził.
- Nie powinniśmy być długo i nasze interesy nie dotyczą tego miejsca i tutejszych Kainitów. I chyba… dojeżdżamy.- rzekł Toreador zerkając przez okno. Miał rację.
- Uhm... - spojrzała na Toredora - Wiesz... czy masz może jakąś kurtkę do okrycia naszych... kreacji?
- Och… eeemm… nie pomyślałem o tym. - przyznał ze wstydem William.
- Dobra... Zawróćmy po twój wózek... Masz cokolwiek w nim do ubrania? U mnie tylko wierzchnie... Nie zakryje całej kreacji, ale cóż... - zniżyła głos zakrywając oczy - Lukrecja mnie ubije…
- Ale… ale… nie będziemy chyba nadkładać tyle drogi, co?- zapytał zasmucony Toreador.- Przecież jesteśmy już na miejscu. Załatwimy sprawę i szybko stąd się ulotnimy.
- Jeżeli na Anarchów wpadniemy, to bankowo nas za Ventrue wezmą... - westchnęła - W razie co, mogę liczyć na ciebie, jeżeli będzie trzeba odkupić kreację Lukrecji? - zapytała przybita.
- Tak, tak. Pokryję szkody i poradzę sobie z grupką anarchów bez twojej pomocy. Kainici z poziomu ulicy są zwykle młodzi, niedoświadczeni i słabi.- odparł pocieszająco Blake.
- Dobrze... Tylko nie mów im w twarz, że są słabi... - westchnęła - Załatwmy to szybko.Oboje wyszli z samochodu i ruszyli do drzwi. Ann zauważyła kamerkę przy nich i domofon, mimo że na drzwiach wisiała tabliczka “Zamknięte. Remont”. Zabawne. Chyba zawsze wisiała.
William zapukał do drzwi. Nic. Zadzwonił. Po czym rozejrzał się i skupił spojrzenie na ciemnej uliczce.- Jeden już nas obserwuje.-
Tymczasem kobiecy głos wrzasnął z domofonu.
- Czego do cholery?!
Młody głos, dziewczęcy.
Ann szturchnęła Toreadora, źeby to on gadał, a sama spojrzała w uliczkę.... i skanowała przestrzeń ulicy.- Oeil du futur dało mi na was namiary. Podobno możecie nam pomóc. - odparł Toreador.
- A czego ta banda snobów w ogóle was skierowała. No i nie wspomnieli chyba o tym, że nie jesteśmy organizacją charytatywną.- odpowiedział głos, a Toreador rzekł.- Mam pieniądze… i limuzynę.
- Limuzyna o niczym nie świadczy. Jesteście parą umarlaków.- odparł głos i dodał.- Zaraz otworzę drzwi. Żadnych głupich pomysłów. Jestem uzbrojona i obeznana z waszym rodzajem.Gdy Ann zaś próbowała przebić ciemność wzrokiem, William dodał cicho do niej.- Teraz już trójka, kobieta wygląda na niebezpieczną. Reszta to płotki.
- Świetnie... - Ann mruknęła pod nosem - Jak wygląda ta kobieta?
- Nie wiem… czytam ich aury.- wyjaśnił toreador. - Ich intensywność i naturę. Widzę sylwetki, są za daleko bym mógł przebić spojrzeniem ciemność. Znają możliwości dyscyplin.Tymczasem drzwi się otworzyły.
Stała w nich młoda dziewczyna.[media]https://i.ibb.co/ZKg6ZGp/wp6219180.jpg[/media]
O krótko ściętych jasnych włosach. Półprzeźroczysta koszulka potwierdzała obecność czarnego stanika bez ramiączek. Solidny pas trzymał kowbojską kaburę, w której tkwił spory rewolwer. Dziewczyna nosiła jeansy z naszywkami zespołów rockowych i czerwone adidasy. Oraz złote słuchawki na szyi.
- Nie myślcie, że wytrzymacie postrzał z tej zabawki.- czule dotknęła rewolwer dłonią.- Jeden strzał i będziecie rzygać śmiertelnością.
Cokolwiek to znaczyło. Za nią widać było kafejkę internetową z kilkunastoma komputerami starego typu, kineskopowe monitory, zwykłe klawiatury oraz pudełkowego obudowy komputerów. Wszystko na długich stołach i krzesłach. Oraz laptopy porozstawiane wszędzie, książki i kubki po kawie/herbacie. To było jeszcze normalne… podobnie jak półmrok. Klatki faradaya poustawiane w paru miejscach, wiązki kabli ledwo izolowanych ciągnące się wszędzie gdzie się dało. Rury w których tłoczony był ciągle żółty, niebieski i różowy płyn, zapewne układy chłodzące komputery… bo były z nimi połączone. Podobnie jak duże cewki i lampy próżniowe wielkości jabłek. I jakieś mistyczne bazgroły na ścianach. I nogi wystające spod biurka, obok skrzynki z narzędziami. Na biurku owym i obok niego, stały połączone ze sobą trzy pudła komputerów… oraz trzy duże, tym razem ekrany LCD.
- Ehm...- Ann przysunęła się do ucha Toreadora - Czy to na pewno dom maga, a nie melina zbuntowanej nastki?
- Nie mam pojęcia… nigdy nie byłem w domu maga. - odparł Toreador cicho.
- Nie jestem zbuntowaną nastką i nie jestem głucha. - burknęła blondynka, a nogi spod biurka dopowiedziały głośno.- A to nie jest ani jej dom, ani melina.Ann wzruszyła ramionami i skinęła głową pospieszająco na Toreadora.
- Your move.
- A więc… - zaczął William, ale dziewczyna mu przerwała. - Skoro Oeil de Futur was przysłali to co o nas powiedzieli?
- Że jesteście bardzo dobrzy w… grzebaniu w internecie.- przypominał sobie Blake, a dziewczyna uśmiechnęła się kwaśno przytakując. - Tak… to coś w stylu tych zapleśniałych arogantów. Wchodźcie, tylko niczego nie dotykajcie.Bezklanowa ruszyła jak William ruszył, woląc jego mieć bliżej magów.
Blondynka zamknęła za nimi drzwi, przedtem wykonując jakiś gest palcami. Następnie dodała głośno.- Więc… czego od nas oczekujecie? Bo chyba te stare pryki z Fundacji nie wspomniały o tym jak ważną robotę robimy tu w Rebelii. Nie mamy czasu niańczyć jakiś nieumarłych, tylko dlatego że ci z Futur mają wobec was dług wdzięczności.- stwierdziła bezczelnie dziewczyna.
- Kategorycznie zbuntowana nastka. - mruknęła do Toreadora.
- Nieprawda… - syknęła gniewnie blondynka i spojrzała wprost w oczy Ann. - Nie lubię cię.
- Niemniej robimy tu ważną robotą. Jesteśmy stacją nasłuchową dla innych Fundacji. Tu w sercu Technokratycznej twierdzy łatwo ich… podglądać. Cóż… łatwiej.- zaśmiał się głos spod stołu.- Psiakrew… Marge, podaj mi cewkę numer sześć. Starą przeciążyła twoja poprzednia eskapada.- Dobra… a wy mówcie czego chcecie, albo wypad.- burknęła Marge i zaczęła przekopywać kupkę złomu. - Na pewno potrzebujesz szóstki, widzę piątkę i czwórkę, może się nadadzą.
- Tylko jeśli chcesz by obieg kwintesencji rozsadził przetworniki na drugim obejściu.- odparł mężczyzna spod stołu.- Już ci przecież mówiłem o równowadze triady.
- Chcemy byście zdobyli dla nas informacje.- rzekł William. - Odnośnie pewnej firmy.
- Tylko tyle? - zaśmiała się dziewczyna i dodała. - Słuchaj koleś, nie jesteśmy bandą podrzędnych hakerów. Nie zajmujemy się duperelami. Dam ci adres w dark webie i tam sobie szukaj kogoś do trywialnych zleceń.
- No i nie pracujemy za darmo. Rachunek za prąd sam się nie zapłaci.- odezwał się mężczyzna spod biurka i znowu zaklął.- Do licha… oblałem się fluidami. Co mówiłem ci o przeglądzie uszczelek?!
- Nadia by chyba polubiła te komputery... - czekała by William wyjaśniał.
- Nie są za archaiczne dla niej?- Blake miał inne zdanie na temat. Co Marge skwitowała słowami. - Nooby dwa.
- Firma, która nas interesuje odstraszyła nosferatu i jestem gotów zapłacić sowicie za dyskretne rozeznanie się na jej temat.- rzekł William z uśmiechem.
- Oooo to… ciekawe… brzydale mają cykora? - uśmiechnęła się szeroko Marge, a męski głos spytał.- Za ile?
- Pięć tysięcy zaliczki, trzy razy więcej po wykonaniu zadania.- odparł Blake.Ann natomiast rozglądała się po pomieszczeniu,szczególną uwagę zwracając na cienie... Czy u magów też one są inne? Te tutaj nie wyróżniały się jednak niczym szczególnym.
- Więc? - spytała blondynka swojego mentora/szefa/opiekuna sprzętu. - Ja jestem zainteresowana.
- Bierzemy.- odparł mężczyzna zajęty robotą.
- Przyjmujecie czeki? - zapytał Blake, a Marge westchnęła wpatrując się w sufit. - Kolejny antyk, ale tego po Futur można było się spodziewać.
- Przyjmujemy. - potwierdził mężczyzna.
- Kiedy zakończycie zadanie?
- To zależy… od tego czy czek nie okaże się bez pokrycia. i jak skomplikowane to jest zadanie.- odparła Marge i pokazała ręką komputery. - Jak widzicie nie możemy narzekać na nadmiar rąk do pracy.
- Za taką kasę możecie to priorytetowo robić. - mruknęła.
- Naszym priorytetem jest powstrzymanie Nowego Światowego Porządku i uratowanie świata. “Rebelia” nic wam nie mówi?- burknęła blondynka.
- Mówiłem, że to bezsensowna nazwa.- wtrącił mężczyzna.
- A Dinferno było taka ynteligentnym pomysłem?- odgryzła się Marge przedrzeźniając go.
- Jeżeli wszyscy magowie mają tak urocze podejście, to już wiem czemu Nadia takie ma... - spojrzała na Williama.
- Nie przejmujcie się nią, to raczej kwestia pokolenia. Takie jest młodzieży chowanie w New Age.- odezwał się męski głos spod biurka. - Niemniej… cóż, Marge ma rację. Nie jesteśmy najemnikami, prowadzimy bardzo poważny obiekt badawczy którego znaczenie jest często niedoceniane. I żyjemy cały czas zagrożeni, ze strony Technokracji. Zajmiemy się waszym zleceniem, ale priorytet to to nie będzie. A skoro Nosferatu wam odmówili to sami rozumiecie…
- Sprawa jest śliska, delikatna i wymaga subtelnego podejścia. A subtelność jest czasochłonna.- podsumowała Marge. - Coś jeszcze macie do dodania?
- Znacie się na... Umbrze? - zapytała nagle.
- Pfff… oczywiście. - odparła blondynka urażona tym, że Ann może wątpić w ich wszechwiedzę.
- Aczkolwiek nasz specjalista od Umbry i zaświatów obecnie jest poza miastem. Szkoli dwójkę uczniów na wycieczce. - wyjaśnił głos spod biurka.- Czy jeżeli zwiększyła się intensywność snów zsyłanych przez zamkniętego w Umbrze ducha, jak i możliwie wpływa na atmosferę miejsca, to jest szansa, że się uwolni z tej Umbry?
- Oczekujesz konkretnej wypowiedzi nie podając ważnych szczegółów pozwalających ocenić zagrożenie.- odezwał się mężczyzna spod biurka.- Niemniej jeśli jakiś byt próbuje przebić Rękawicę by przejść do nas, to… zwykle nie przesyła energii od siebie, tylko próbuje ją zassać od nas. Czy te sny wywołują jakieś szaleństwo, obłęd?Ann szturchnęła Wiliama
- Ty dłużej masz z tym kontakt. Opisz ten byt, proszę.
- Co mam opisać? Nigdy go nie widziałem. Nikt go nie widział. Wilkołaki twierdzą że tam jest, ale wątpię by którykolwiek z nich zetknął się z nim osobiście. Nie przypominam sobie też przypadków obłędu. Owszem Garry czasem świruje, ale to bardziej od prochów niż od samych wizji przyszłości. - wzruszył ramionami Toreador.
- Acha…- odparł głos spod biurka. - Więc mamy stworzenie zanurzone w czasie jako aspekcie rzeczywistości. I robi za kamień uderzający w taflę wody… wywołując zmarszczki na powierzchni czasoprzestrzeni odbierane podczas snu przez śniących. Nie ma pewności czy działania tego stworzenia są celowe, czy raczej mamy do czynienia z efektem ubocznym.
- Czuć... Wszechobecne zagrożenie w mieście. Coraz mocniejsze. Jeden sen... - spojrzała na ścianę - Pokażę go wam.Cienie z pomieszczenia zaczęły się rozlewać i wypaczać, by plamami rozlać na ścianie, swoimi kształtami kreując cienisty obraz. Jeden z nich był jak sadzawka, z której zaczęły wyłaniać się macki, gotowe pochwycić.
- W śnie... chcesz podejść bliżej, choć rozumiesz, że to co cię czeka to śmierć i cierpienie, pożeranie żywcem... Ale jakbyś nie miał woli nie zanurzyć się w wodzie…
- Ktoś się powinien temu przyjrzeć.- odparł głos, już nie spod biurka.Drugi mag wylazł spod niego. I okazał się bardziej nobliwy od Marge, bardziej wiekowy. I bardziej dziwaczny w swoim garniturze i marynarce, cylindrze z goglami na nich. I z podkręcanymi wąsami.
- Wilkołaki się przyglądają.- odparł Toreador.
- Aaaa… to dobrze.- odparł z uśmiechem mag i potarł brodę.- Rozumiem twoje wzburzenie panienko, ale fakty są takie, że to nie jest robota dla pojedynczego czarownika, ale całej koterii mistrzów wspomaganych może przez Tremere, jeśli udało by się coś takiego załatwić i oczywiście przez wilkołaki. Przy obecnym kształcie rzeczywistości… ciężko obecnie o Merlinów.Ten mężczyzna także nie był tym, co wyobrażałaby sobie Ann, gdy myślała o magu...
- Czyli myślisz, że to prawdziwe zagrożenie? Nie musisz być sarkastyczny, wspominając postać z arturiańskich legend... - mruknęła poirytowana, że człowiek nie traktuje jej poważnie.
- Och… wybacz, to nasza wewnętrzna terminologia. Merlin to mag który dysponuje mityczną potęgą. Mistrz wielu sfer, który sam potrafiłby pokonać przebudzonego smoka. Obecnie, takich już nie ma wśród nas. Duże zagrożenie wymaga współpracy wielu mistrzów, a i tych nie ma zbyt wielu. - wyjaśnił mag.
- Ale uważasz, że taki byt byłby w tym momencie zagrożeniem?
- Skoro jest… nadzorowany, to pewnie nie jest w tym momencie problemem. - odparł mag pocierając dłonią brodę. - Z pewnością walka z nim byłaby niebezpieczna i gwarantowałaby ostatecznego sukcesu. Jeśli za taki sukces uważasz ostateczną eliminację. Takie byty bywają frustrująco ciężkie do zabicia i częściej opłaca się bardziej je na tyle zmęczyć, by znów zapadły w sen niż zabić.
- Mówią mi inni, że nie ma zagrożenia, ale... czuję je. - westchnęła - Jak się wzmaga ta... atmosfera. Nie umiem inaczej wytłumaczyć niż tym, że czuję to wyraźnie. A gdy jesteś martwy to uczucia robią się blade. To jest wyraźne. - skrzywiła się - To innym nie wystarczy, a zakopana w matematyce Tremere bardziej zobaczy to jako odjazdy po prochach. - Ann wyraźnie była pewna swego i reakcje innych ją frustrowały.
- Kolejna snowflake która czuje zagrożenie. Mam dla ciebie nowinę, jesteśmy zagrożeni od lat. Technokracja zaburza równowagę, zamraża świat w statycznym bursztynie i nikt z tym nic nie robi. Mimo że nagłaśniamy sytuację, przesyłamy informacje do innych fundacji to one wolą bawić się w lokalne intrygi i łechtać własne ego! - odparła gniewnie Marge, ale dalszą jej tyradę przerwał gest starszego maga.
- Nie przeczę twojemu przeczuciu wampirzyco. Po prostu stwierdzam, że obecnie nie mamy środków i możliwości by ostatecznie rozwiązać twój problem. Wejście do Umbry i walka z tym stworzeniem byłaby samobójstwem… po prostu. Znam trochę Garou i wiem, że jeśli istniałby choć cień szansy na ubicie tego stworzenia, to pognaliby z wyciem na pyskach by zdobyć chwałę choćby kosztem chwalebnej śmierci na trupie wroga, jak to na Srebrne Kły przystało. - rzekł mężczyzna przyglądając się obu Kainitom. - Skoro jednak nie gnają, to znaczy że nie sądzą, by taka wyprawa zakończyła się inaczej niż klęską. My tym bardziej nie możemy ci pomóc, gdyż nasza mała grupka skupia się bardziej na Korespondencji niż na aspektach rzeczywistości bardziej użytecznych przy twoim problemie, takim jak Duch czy Czas.
- Przecież macie specjalistę…- przypomniał Toreador.
- No… tak jakby mamy. Tyle że on jest specjalistą w naszym małym gronie. Bo ja na sferze Ducha znam się słabo, a Marge w ogóle nie ma do niej talentu.- wzruszył ramionami brodaty mag.
- Cokolwiek mówisz. - Ann mruknęła do Marge, wyraźnie zirytowana jej słowami - Więc to tyle, te informacje. - spojrzała na Williama, czekając czy ma coś do dodania.
- No cóż… dziękujemy za pomoc.- odparł Toreador i po pożegnaniu wyszli z kafejki internetowej.
- To było… owocne marnowanie czasu. Chyba. - podsumował to William.
- Mam nadzieję, że ten mag, co do ciebie przyjedzie, będzie prawdziwym magiem. - mruknęła - Jesteśmy dalej obserwowani?
- A jaki powinien być według ciebie prawdziwy mag? - zapytał ze śmiechem Toreador i skinął.- Tylko przez kobietę.
- Jak Tremere, tylko żywy? Cyril to dobry przykład. Tak maga sobie wyobrażam. - odparła - A kobiecie może po prostu się twoja chłopięca buzia podoba.
- Wątpię… - stwierdził Blake i spojrzał za siebie. - Może… po prostu pilnują tego miejsca. Może nie tylko my ubijamy z nimi interesy? W końcu siedzą, jak twierdziła Marge, w sercu wrogiego terytorium. Na miejscu tutejszych magów zawierałbym układy i sojusze gdzie tylko się da.
- Czy mamy jeszcze jakieś miejsce tu do odwiedzenia?
- Ja nie mam. Ty nie powinnaś. Lepiej będzie dla ciebie i dla Cyrila, jeśli się nie spotkacie twarzą w twarz.- rzekł Toreador szarmancko otwierając jej drzwi. Po czym zapytał.- Możesz uściślić? Dla mnie Cyril to przykład typowego Tremere, nie ma… Pod tym względem bardziej pasuje mi Nadia.
- Szaty, magiczne symbole, klasa, duma, masa ksiąg, których nie wolno ci dotknąć. - opisała wchodząc do wozu.
- Aaaa to… - uśmiechnął się wampir wsiadając po niej. - To domena starych obrządków, te nowe są bardziej… idą z duchem czasu.
- Do ciebie też taki nowoczesny buntownik przyjdzie? - zapytała gorzko - Taki z cyrku osobliwości?
- Nie wiem. - odparł Toreador, gdy ruszyli już z miejsca. - Kontaktuję się z nimi mniej więcej raz na dekadę więc… sama rozumiesz. Ponieważ to mimo wszystko są śmiertelnicy, rzadko odwiedza mnie ta sama osoba.
- Nie mają eliksirów młodości? - zapytała zaskoczona.
- Nie wszyscy. Jak ci powiedział nasz anonimowy przyjaciel, nie ma obecnie wielu mistrzów mogących stworzyć tak potężne efekty.- wyjaśnił Toreador wzdychając. - Zresztą… Tremere powstali właśnie z tego powodu. Ich protoplasta nie potrafił przedłużyć sobie życia jako śmiertelnik więc eksperymentował z wampiryzmem i stał się Kainitą. Oraz założycielem klanu.
- Nadia mówiła, że musiała jakiegoś duchowego przewodnika poświęcić i do dziś nie wie czy było warto…
- Tak… nie pamiętam jak to nazywają. Awatary czy jakoś tak. Przemiana w wampira pozbawia go i wraz z nim całej magii. Trzeba się uczyć od nowa.- stwierdził William i uśmiechnął. - A to sprawia, że nawet starzy magowie nie garną się hurtem pod skrzydła Tremere.Zamilkła i położyła głowę na szybie, patrząc na zewnątrz.
- Wyczuwam jego obecność, nawet na odległość. Mam mikrą wiedzę, w jakim kierunku jest... - spuściła wzrok - To boli... wiesz?
- Wiem. Miałem okazję czuć to nie raz.- przypomniał jej Kainita.Ann wróciła do obserwacji ulic, wciąż mając cierpienie w oczach.
- Jak skrzywdziły cię twoje dzieci?
- Zdradziły łączące nas… uczucie. Odeszły. Część z powodu ambicji, inne z powodu różnicy w poglądach. Przekonasz się, że wieczna miłość zazwyczaj trwa pół wieku.- westchnął smętnie William.- Potem… coraz więcej zaczyna was uwierać. Wady, na które przymykaliśmy oczy dziesięć lat temu, dwadzieścia lat później irytują coraz bardziej i bardziej. Starość i śmierć ze starości, to błogosławieństwo, które nam odebrano.
- Krew powinna pomóc... - spojrzała na Williama.
- Miłość nie polega na uzależnieniu od siebie drugiej osoby. Miłość polega na wzajemnej fascynacji. Czy mogę powiedzieć, że on mnie kocha… jeśli wiem, że tak naprawdę to wielbi smak mojej krwi? - zapytał retorycznie Blake.- Pragnąłem zawsze drugiej połówki, a nie… niewolnika moich uczuć.Spojrzała w oczy Toreadora.
- Ty wciąż... Odczuwasz uczucia? Bez krwi? Które nie są złością czy żądzą?
- O tak. Przyjaźń, sympatię, nostalgię… miłość. Uczucia które rodzą się z serca i myśli, a nie z ciała. Od dawna nie czułem żądzy, a gniew… już dawno się we mnie wypalił.- westchnął Toreador wspominając i spojrzał na Ann uśmiechając. - Tylko twoje ciało jest martwe, nie twój umysł, nie twoja osobowość. Te nadal żyją.
- Pozytywne uczucia z serca i myśli... posiadają dla mnie mdły kolor. Są jakby... wyblakłe. Jakby istnieją za oszronioną szybą. - zamilkła na chwilę - Odkąd mnie Przemieniono tak czuję.
- Jesteś młoda… a to, że nie miałaś czasu odwyknąć od krwi Kainowej, nie pomaga. - ocenił Blake zamyślając się. - Opita krwią czujesz wszystko intensywnie i mocno… cóż, to akurat nie dziwi. Jeśli brałaś narkotyki, to pewnie po nich czułaś się podobnie. Jednak emocje po narkotykach i po wampirzej krwi, choć silne… są fałszywe. Niemniej na ich tle to co przeżywasz teraz wydaje się słabe. Ja to rozumiem. Niemniej jesteś młoda, masz czas by przywyknąć.
- Sporo osób w galerii cię znało. - poważnie patrzyła na Williama - Kim ty byłeś w Nowym Jorku przed Stillwater?
- Byłem pierwszym Primogenem w Nowym Jorku. Niemniej musisz pamiętać, że wtedy Nowy Jork był bardziej jak Stillwater. Ba, nie nazywał się nawet tak. Wtedy nasza społeczność była mała, więc łatwo było zostać Primogenem. Potem ustąpiłem zostając prawą ręką Juliusa Thorne’a.- zadumał się Blake.- Biedak zginął z rąk kościelnych łowców.
- Kim był Julius Thorne?
- Pierwszym prawdziwym primogenem mojego klanu w Nowym Jorku. Ja w sumie byłem tylko takim prowizorycznym.- zaśmiał się wampir i dodał. - Zginął tuż przed wybuchem wojny o niepodległość.
- Kim stałeś się potem?
- Długo tylko wpływowym Toreadorem, potem Księciem Stillwater, potem wróciłem do Nowego Jorku, a potem… wróciłem do Stillwater. Nie jestem i nie byłem nigdy aż tak aktywnym politycznym graczem jak może się wydawać na pierwszy rzut. Po prostu niewiele jest Toraedorów wystarczająco potężnych by rzucić wyzwanie La Belli. - westchnął Blake.
- Czemu porzuciłeś wtedy Stillwater, twoją Domenę i wróciłeś do miasta?
- To… sercowy temat. I wolałbym uniknąć wdawania się w szczegóły. - stwierdził krótko wampir.
- Na trzeźwo. - odparła Ann.
- Po wypiciu też. - przyznał ze śmiechem Toreador.
- I kim zostałeś po powrocie tutaj? To chyba przed tym Ventrue było.
- Po prostu… wpływowym, bogatym Toreadorem.- machnął ręką William i uśmiechnął się zmieniając temat.- Tak jak ponoć ty jesteś bogata.
- Tak... w sumie tak. - westchnęła - Widać to bogactwo po mnie. Zawieszone w limbo.
- I niech tak zostanie. - stwierdził po namyśle Toreador. - W tej sytuacji pieniądze twojej rodziny przysporzyłyby ci tylko dodatkowych problemów. Poza tym, wyglądasz zachwycająco w tej sukience.
- I tak nie moja. - uśmiechnęła się - A pieniądze u mnie... to byłby problem. Najpierw je wyrwać, a później nie dać się zjeść za nie.
- To prawda. Więc… wracamy do hotelu. A jutro do Stillwater.- odparł z uśmiechem poeta.
Ann leżała na łóżku w pokoju hotelowym, jaki przygotowała Primogenka Toreadorów. Nie szczędziła VIPowskich wygód dla Williama, a caitiffka po prostu się napatoczyła nieoczekiwana, temu w pokoju było tylko jedno łóżko. Bezklanowa była przekonana, że to nie ona je zajmie - wydawało się to jasne, nie robiła sobie nawet nadziei na nic innego. Za życia oczekiwała by wygód, ale po śmierci poziom statusu spadł na łeb na szyję. Boleśnie nauczyła się, że istnieje nawet poniżej poziomu gruntu dla większości Spokrewnionych i zaczęła to brać za pewnik, nawet nie śmiejąc narzekać na minusy sytuacji.
Członkowie klanu Toreador oczekiwaliby wszystkiego, na co Ann nie miała nadziei. Dziewczyna wręcz mogła być niepewna czy otrzymałaby łaskę od członków "niżej ustawionych" klanów. Wiedziała, że i od samego Cyrila by jej nie otrzymała. Stary wampir wyrzuciłby ją na podłogę pokoju lub wręcz poza pokój, by sama sobie miejsce znalazła. Dla niego ważniejsze byłoby umiejscowienie tomów i reszty swoich rzeczy na kanapie, niż kundla.A William...
To było nieoczekiwane i zaskakujące. Nie tego została nauczona. William od początku miał zamiar oddać miejsce na łóżku Ann i nie przyjmował innej opcji. Dziewczyna ponownie poczuła się jak ktoś posiadający wartość... nie tylko wartość fortuny leżącej gdzieś w papierach, do której dobrać się nie było szans...
Oddała suknię Lukrecji do uprania przez obsługę hotelową, jednocześnie biorąc standardowe ubranie w zamianie, ot biała bluzka i szare spodnie. Nie miała zamiaru "ubrudzić" swoją osobą upranej garderoby Ventrue.
Co zaś tyczy się Williama na kanapie... trzeba będzie mu podziękować choć jedzenie na rano mu podstawiając w ładnym kieliszku czy cokolwiek tu znajdzie. I połaskotać jego artystyczną duszę oraz dumę, nawet jeżeli jego poezja była słaba nawet jak na standardy nastolatka.

-
Nowy Jork był przyjemnym snem i jak one wszystkie zakończył się przedwcześnie. Gdy wracała wraz Williamem do Stillwater, Ann mogła powątpiewać że wczorajsza noc się wydarzyła. Teraz za oknami przemieszczającego się samochodu widzieli coraz bardziej gęstniejącą ścianę lasu. Wracali do domu.
Młoda wampirzyca miała obecnie okazję i czas na rozmyślania nad swoją obecną sytuacją.
Spotkała Primogenkę Toreador i wiele się dowiedziała, ale nic z tego nie wynikło. Spotkała Magów i nieco się rozczarowała. Mimo wszystko Cyril wydawał się jej bardziej mistyczny niż “młoda gniewna” i jej przyjaciel przebieraniec. Niepokój o jej Tremere nie zmalał mimo że odległość między nimi rosła z każdym kilometrem. Jej Cyril został w coś wrobiony, tylko przez kogo?
Och… tu Ann mogłaby przytoczyć całą listę potencjalnych wrogów, a i tak nie wykorzystałaby wszystkich możliwości. Cyril nie był lubiany. Nawet sympatyczny William będący jego nieformalnym sojusznikiem zachowywał pewien dystans wobec niego.
-... karty nie wróżą dobrze. Odwrócone pięć buław i rydwan… uważaj na samochody. - mówiła Jaine Love swoim zmysłowym głosem ujawniając przyszłość jakiemuś śmiertelnikowi.- Nie dla ciebie wyścigi samochodowe Rodrigo. Nie dzisiejszej nocy przynajmniej, nie następnej. Może za trzy?- Ale dziś mam ważne spotkanie. - odpowiedział Rodrigo.
- Jedź pociągiem.- zaproponowała Ravnoska.
- Ale…- zaczął mężczyzna, niemniej Jaine Love zgasiła dalszą rozmowę.- Wybacz kotku, czas nas goni, teraz kawałek najseksowniejszego głosu jaki narodził się na tym świecie. Potem kolejny rozmówca… a właściwie rozmówczyni.I z radia rozległ się przebój Prince’a
https://www.youtube.com/watch?v=UG3VcCAlUgE
Dotarli do domu w połowie nocy. William zaraz po zatrzymaniu i opuszczeniu pojazdu, poszedł do skrzynki pocztowej i wyjął z niej dużą grubą kopertę. Westchnął ciężko, najwyraźniej spodziewając się tej przesyłki.
- Będę u siebie, jeśli bym był potrzebny. - stwierdził wampir otwierając kopertę i upewniając się co do jej zawartości. Wszedł do domu, a Ann została na razie na zewnątrz w towarzystwie psów i mając całą resztę nocy dla siebie.
-
FORMATOWANIE TBD
W pierwszej chwili myślała, że William wyjmie ze skrzynki paczkę od Cyrila... zawiodła się szybko. Ze smutkiem patrzyła na pustą skrzynkę.
Czego oczekiwałaś? Teraz musi być bardzo zajęty walką o swoje.
Ann powoli poczłapała do domu Williama, aby przed wyjazdem do Stillwater, wykonać jeden telefon, którego numer wyrył się jej w pamięci.
Ściskała słuchawkę, oczekując na połączenie.
To w sumie była sprawa sercowa... pasowało.
Musiała trochę poczekać, bo linia była zajęta. Potem musiała jeszcze czekać, aż obsługujący konsolę telefoniczną mężczyzna dopuści ją do prowadzącej. A potem...- Witaj droga Ann. Widzę w kartach, że miałaś udaną wycieczkę do Wielkiego Jabłka. - zmysłowy głos Jaine Love odezwał się w słuchawce.
- Nie rozwiązało to w sumie spraw sercowych. - głos Ann był dość cichy, trochę przybity - Chcę się dowiedzieć czy jest szansa, bym od niego otrzymała uczucia…-Hmm…- zaszeleściły jakieś papiery.- Mogę ci powiedzieć, że z pewnością coś otrzymasz. Acz nieprędko. Jednak to tylko kwestia czasu, a karty mówią że on… nie ma w tej chwili możliwości szastania… “uczuciami”.
- Nie zależy mi tylko na prezencie, ale... na czystym uczuciu. Jak kiedyś. Zmieniło się... coś da się zrobić, aby było jak dawniej?
- Skarbie… powiem ci to co mówią karty i to co mówi moje… doświadczenie. Łudzisz się, że tam u niego kiedykolwiek były uczucia. Co jest nieprawdą. - westchnęła Jaine.- Tego nie było wcześniej i nie będzie w przyszłości, bez względu na to jak się karty ułożą.
- I nie ma niczego, co mogłabym więcej zrobić? - zapytała cicho.
- Nie zmienisz natury starego drzewa. - odparła Jaine i dodała.- Ale karty mówią mi, że będzie okazja do poprawienia sobie humoru, jeśli nie dziś to jutro bądź pojutrze.
- Dziękuję... Bądź bezpieczna. - po tych słowach odłożyła słuchawkę, czując ogarniający ją żal.
W Elizjum wszystko było po staremu. Dużo śmiertelników. A z Kainitów jedynie Miracella i Clyde czarujący jakąś śmiertelniczkę, zapewne turystkę. Było głośno, ale spokojnie i wesoło.
Przybita Ann podeszła powoli do Miracelli, zdejmując plecak z pleców.- Szefowa u siebie?
- Nie… jeździ z Giovanni. I nie będzie zadowolona jak wróci, choć on sam nie jest jakoś szczególnie gburoway.- odparła Ventrue i spytała.- Jak było w Nowym Jorku? Dobrze się bawiłaś na przyjęciu Toreadorów? Jakie ono było?
- Masa osób zainteresowanych Williamem. - stwierdziła, wyjmując z plecaka paczuszkę z sukienką - Primogenka mnie poznała. Na przyjęciu Piękna była i gdzieś Bestia krążyła. - przysunęła paczkę do młodej wampirzycy - Oddaję kreację Lukrecji. Uprana, wyprasowana przez obsługę hotelową. Nie powinna narzekać.
- Zobaczymy. Możliwe że znajdzie jakiś powód do narzekania, zwłaszcza po wspólnej jeździe z Giovanni. Więc… musiałaś się dobrze bawić, skoro Primogen Toreadorów cię znała?- ciągnęła dalej Patty chowając sukienkę pod ladę.
- Zaproszenie było głównie wystosowane do Williama, ja byłam osobą towarzyszącą. Na początku Elena myślała, że jestem Dzieckiem Williama, jak sądzę. Gdy żyłam miałam z nią kontakty raz czy cztery, więc i założyła, że stałam się Toreadorem. A przyjęcie jak to nasze - polityka w większym czy mniejszym stopniu. Nie było nudno dla mnie. Interesująco.
- Załatwiliście coś na tym przyjęciu dla Stillwater? Była chyba okazja na to.- zainteresowała się młoda Ventrue.
- Że nie wciągnięto Williama w zagrywki Toreadorów. - pokręciła głową - I o firmie ze Stillwater próbujemy się dowiedzieć, skoro Nosferatu spietrali. Pozostało czekać.
- A od kogo, skoro Nosferatu nie chcą?- zapytała Miracella.
- Od zbuntowanej nastki i przebierańca, stylizującego się na steampunk. - westchnęła - Nie wiem czy to wypali.
- Od… kogo? Nie rozumiem… co takie dziwadła mogą zrobić, czego nie mogli hakerzy Nosferatu. - barmanka była coraz bardziej zdezorientowana tłumaczeniami Ann.
- Trzymaj się. Ta grupka... - ściszyła głos - To ma-go-wie. Standardy śmiertelnym zmalały. - zaśmiała się cicho.
- Acha… nigdy żadnego maga nie widziałam. Spodziewałabym się raczej dżentelmena w ciemnym garniturze lub smokingu z przypinką Illuminati lub coś w tym rodzaju.- zastanowiła się cicho Patty.
- Widziałaś w sumie dziś Larry'ego lub Nadię?
- Hmmm… Larry’ego nie. Nadia wpadła na moment. Chyba jest znów w bibliotece. - padła odpowiedź.
- Dzięki. - zastanowiła się - Mogłabyś mi zrobić jakiś makijaż czy ten poprawić? Po dwóch dniach już słabo widać go.
- Nie ma sprawy. Kiedy?- zapytała Patty.
- Nawet i teraz.
- Teraz… hmm… za pięć minut? Muszę załatwić sobie zastępstwo. Lukrecja nie lubi jak któraś z nas urywa się z roboty. - wyjaśniła Patty po chwili wahania.
- Jesteś wampirem, a ciągle obowiązuje cię plan pracy?
- Urok bycia Ventrue. Teraz nie możesz mówić że masz najgorzej. - zaśmiała się cicho Miracella.Ann uśmiechnęła się blado i spojrzała na Clyde'a.
- On tak cały czas próbuje wyrwać śmiertelniczki? - zapytała cicho - Nie ma co się dziwić, że nie jest dumą Joshui… -
- Cóż… są wampiry które tak polują. Toreadory najczęściej.- stwierdziła obojętnie Patty.
- Nie jestem pewna, czy u niego o polowanie chodzi. - zaśmiała się - Poczekam aż ustalisz grafik.
- Dobra…- odparła Ventrue i udała się w kierunku koleżanki. Kilkanaście minut później Ann wychodziła z przybytku z nowym makijażem.
Po drodze w dół, do gniazda Tremere minęła znajomego brodacza poznaczonego znakami na twarzy. Pogwizdując melancholijnie układał ciężkie tomy jeden na drugim. Najwyraźniej Nadia zrobiła z niego osiłka do prostych prac. Nie wydawał się tym zmartwiony, gdy powitał Ann skinieniem głowy.
Ann zatrzymała się przy nim.- Widzę, że jednak cię nie zamęczyła na Ostateczną Śmierć.
- Próbuje, ale jej nie wychodzi.- zaśmiał się w odpowiedzi Kainita.
- Bardzo krzyczy? - zapytała.
- Nie… woli pozę zimnej suki.- wzruszył ramionami brodacz. - I złośliwe komentarze.
- Jak więc próbuje się ciebie pozbyć?
- Wyzyskując mój czas i gnojąc mnie słowami. - odparł flegmatycznie mężczyzna. - Sabat był w tym lepszy.
- Skoro o Sabacie mowa... - oparła się o półkę - Czy cokolwiek więcej powiedzieli o tym, na kogo polować mieliście? Choć jakiś strzęp?
- E nie… po co? Nasza sfora składała się z testosteronu i kilku myślących. Ci myślący mieli wiedzę i mieli możliwość kierowania resztą w kierunku celu.- wzruszył ramionami Kainita. -My nie byliśmy noo… tymi… no… intelektualni… my byliśmy mieczem przywódców. Oni wiedzieli gdzie nas skierować i przeciw komu… i kiedy nas użyć.
- Więc pewnie sfora miała ubić?
- Ubić, porwać, podpalić… - wzruszył ramionami Kainita.- Chyba ubić kogoś… tak mi się wydaje… ale co ja tam wiem.
- Świetnie im wyszło. - pokręciła głową - Mieliście takiego meksykanina wśród swoich, miał kolce przy kłykciach. On był kimś ważniejszym?
- Enrico… eee… tak jakby? Był pupilkiem naszego padre, jego osobistym ochroniarzem.- zadumał się brodacz.- Mocny bezpośrednio w walce, ale… niespecjalnie… ynteligentny.
- Kto był Padre? I skąd on miał te kolce?
- Nasz opiekun duchowy. Każda sfora ma swojego. - zamyślił wampir i dodał. - A kolce… nie wiem i olewam. Niespecjalnie mnie to obchodziło. Po prostu miał i już.
- Zostawię cię z tomami, baw się dobrze. - odparła Ann i ruszyła dalej, do pani biblioteki.Nadia jak zwykle była zajęta swoimi obliczeniami przy komputerach. Pozornie nie zauważyła wejścia Ann do centrum swojego sanktuarium.
Ann wyjęła pożyczony tom z plecaka i położyła go na biurku przed Nadią.- Jak było w Nowym Jorku? Warto było się płaszczyć przed Lukrecją?- spytała Tremere spoglądając w górę.
- Oczywiście. - stwierdziła, opierając się o biurko, patrząc na Tremere - Pogadałam z Primogenką Toreadorów, widziałam Piękną... Bestia ponoć tam gdzieś też była.
- Pewnie pogaduszka o kolorach tapet, albo ćapcianinach ściennych martwych już pacykarzy była wielce zajmująca.- Nadia spojrzała w górę zakładając nogę na nogę. - Ale każdy lubi… co innego.
- Akurat było o niepokojach polityki, szczególnie dla Toreadorów i zabójstwach w Nowym Jorku. - wzruszyła ramionami.
- Zawsze jest tam polityka, zawsze jakieś trupy.- odparła Nadia nawet nie udając zainteresowania ploteczkami z NY. - Oczekuję ciebie jutro, w ładnej sukience i gustownej bieliźnie.
- Jasne. - Ann spojrzała w sufit, opierając się na dłoniach - A, i widziałam magów. Takich żywych.
- No… wszyscy nie wymarli i rodzą się nowi. - odparła cierpko Nadia i wzruszyła ramionami.- Jest ich trochę w Nowym Jorku. Cyril się spotyka z paroma.Westchnęła cięko. - Siadaj na biurku.
Ann usiadła patrząc na Nadię.- Przyznam, ci nie zrobili na mnie wrażenia. Jakiś przebieraniec steampunkowy i zbuntowana nastka wśród starych kompów. Pfech... Też mi magowie.
- Z pewnością… ale jak widzisz, sama też pracuję na komputerach. Nie wszyscy zatrzymali się mentalnie w osiemnastym wieku. - mruknęła Nadia, ostrożnie i nieufnie kładąc dłoń na udzie Ann i głaszcząc je leniwymi ruchami.
- Twoje kompy są nowsze. Tamte jak z muzeum osobliwości. No i ty masz jakieś magiczne rysunki tutaj. - odparła uśmiechając się niewinnie.
- Ja się znam na swojej robocie… nie jestem w końcu młodzikiem co to czaruje ledwie pięć dziesięć lat swojego życia.- odparła Nadia wodząc palcami po udzie Ann w niemal mechanicznej pieszczocie.Caitiffka zamruczała lekko.
- Potrafisz być urocza, wiesz?
- Wiem, że ci zależy na nieco… emocjonalności. To że nie odczuwam ich, nie oznacza że nie potrafię poudawać odrobinkę dla obopólnej przyjemności.- odparła Nadia spokojnie i poprawiwszy okulary dodała.- Jeśli zmienisz zdanie i się nie pojawisz, racz mnie powiadomić telefonicznie. Rozczarowana nie będę z tego powodu. Bądź co bądź obie wiemy, że to kwestia czasu, aż ci się wszystko odwidzi.
- Czyli cię to nie bawi? Ranisz mnie. - Ann spojrzała z zawodem.
- Ma to swój urok…- mruknęła wampirzyca nagle ściskając udo Ann.- W głowie planuję już zabawy tobą.Wampirzyca zamruczała na te słowa.
- To masz czas do jutra. - wymruczała każdą literę.
- Nie martw się o to…- znów wróciła do głaskania Ann po udzie. - Niemniej jeśli chcesz kogoś w sobie naprawdę rozkochać… znajdź sobie kandydata na ghula.
- Nie jestem w takiej desperacji. - zaśmiała się - Dziwne, że ty ghula nie masz.
- Mam… trójkę. Pilnują mojego leża za dnia. Każdy Kainita w Stillwater ma swoje ghule. Ty nie musisz, bo mieszkasz u Blake’a. - odparła bibliotekarka zerkając na Ann. - Po prostu w moim przypadku, są tylko moimi dziennymi strażnikami.
- Nie wiem co ja bym miała z ghulem robić. - wzruszyła ramionami - I te rednecki zniechęcają.
- Przyznaję, że cię rozumiem. To w końcu Ciemnogród.- odparła ze śmiechem Tremere.
- I tak szok, że nie ubiłaś nieudanego Tremere. Musi mieć dobrą siłę woli, że z takim spokojem znosi cię.
- Wieczny żul z niego.- odparła cierpko Nadia.
- Byś spróbowała go zmienić, co? Czy to za dużo dla ciebie? - postarała się wejść na dumę Tremere.
- Nie przeciągaj struny. Nie wiesz jak drapieżna potrafię być. A jeśli wolę zmienić ciebie… zakuć w wieczne łańcuchy upokorzenia i żądzy? Te wykute w umyśle przywiążą cię do mnie nawet, gdy zew krwi minie. - mruknęła drapieżnie wampirzyca spoglądając w oczy Ann. - Może wolę ciebie złamać i ukształtować od nowa? To jest ciekawsze wyzwanie niż jakiś tam pijaczyna.
- Więc chciałabyś mieć nade mną władzę jak Cyril? - pokręciła głową rozbawiona.
- Nie bardzo… dla Cyrila jesteś narzędziem, używa cię a potem odkłada na półkę. Ja nie potrzebuję narzędzi. Wystarczy mi to, które już mi wciśnięto. Nie… ty byś była moją zabawką. Dla zabicia nudy… - mruknęła drapieżnie odsłaniając kły. - Przyznaję, było coś nostalgicznego w posiadaniu ciebie i bawieniu się. Coś co mi przypomniało dawne dobre dni.
- Bycie w więzach twojej krwi... to byłoby straszne. Jak traktowałaś swoją kuzynkę?
- To były inne czasy i inna sytuacja. Wtedy byłyśmy kochankami…- odparła Nadia wspominając i wodząc dłonią po brzuchu Ann. -... niedoświadczony i uczącymi się od siebie. To nawet nie była pierwsza miłość, a raczej nuda i wzajemna fascynacja.
- Czy krzywdziłaś służbę swoimi... zabawami? - zapytała poważniej.
- Tak. Czasami.- przyznała wampirzyca.- Byłam młoda i znudzona i jeszcze nie znałam granic wytrzymałości ludzkiego ciała. Granic które nie wypada przekraczać.
- Pytałaś chociaż o zgodę?
- Zgodę? Byli moją własnością. Nie musiałam pytać o zgodę. To późniejszy proletariacki wymysł.- prychnęła śmiechem rosyjska arystokratka, wstała pochwyciła Ann za włosy odciągając władczo do tyłu i pocałowała jej szyję, drapieżnie wodząc kłami po skórze dziewczyny. - Myślisz, że muszę pytać o zgodę?Ann sapnęła w zaskoczeniu.
- Dałam ci ją wcześniej... ich powinnaś wtedy…
- Och… na pewno… dałaś? - zamruczała trzymając mocno za włosy Ann i całując szyję, czasami lekko nawet kąsając, ale nie tyle by upić krwi. Drugą dłonią również bawiła się ciałem Kainitki, czyniąc caitifkę swoją zabawką. - To takie… francuskie… myślenie… “Liberté, égalité, fraternité, ou la mort. “ Ile zbrodni popełniono w jego… imię.
- A ile zbrodni popełniono w jego przeciwieństwie. - zamruczała krótko na kąsanie - I w ich odwecie inne zbrodnie popełniono na zbrodniarzach i niewinnych. - sapnęła - Ty je znasz.
- To… naprawdę… słabe odgryzienie się… bardzo słabe i mętne… czyżbym cię tak bardzo rozpraszała? A przecież nawet nie sięgnęłam do majtek. - mruknęła Nadia i pocałowała namiętnie Ann i następnie wzruszyła ramionami.- Czerń należy trzymać krótko. Car Mikołaj nie trzymał i patrz jak to się dla niego skończyło. Kula w łeb w jakiejś piwniczce na Syberii.Puściła caitifkę i uśmiechnęła się łobuzersko. - Ty naprawdę chcesz być potraktowana ostro.
- Chcę ci pokazać... - pogłaskała lekko szyję - Jak bardzo twoje zachowanie do innych czyni więcej szkody niż pożytku.
- Jak bym słuchała mojego mentora w Chórze.- zaśmiała się sarkastycznie Nadia i gestem popędziła Ann. - Lepiej jak już pójdziesz, nie chcę ryzykować… że ehmm… zrobimy coś głupiego. Coś czego naprawdę mogłybyśmy żałować.
- Jeżeli chcesz bym coś nowego miała... to mi użycz. - stwierdziła wprost.
- Naprawdę chcesz nosić moją bieliznę? - zadumała się Nadia i zamyśliła uśmiechając wrednie. - Wolisz świeżą… czy może… używaną?
- Nie bądź taka cwana, o ubraniach myślę. - skrzyżowała ręce na piersi.
- Wieczorem dostaniesz zestaw do domu. Oczekuję, że założysz wszystko.- odparła w odpowiedzi Tremere.
- Oczywiście, pani. - Ann ironicznie ukłoniła się Nadii.
Ann od razu jak weszła do rezydencji Williama, skierowała się do dużego pokoju i upadła na kanapę, nawet butów wcześniej nie zdejmując. Zsunęła je z nóg dopiero chwilę po tym, jak zaczęła z plecaka wyjmować mały szkicownik, który robił jej często za notatnik. Wyciągnęła także ogryzek ołówka i jakby od niechcenia, zaczęła mazać nim po kartce.
Tę zabawę przerwało głośne wycie psów. Nawoływały się nawzajem, jak i swojego pana. William jak burza wypadł ze swojej pracowni i pospiesznie ruszył ku drzwiom wejściowym.
Dziewczyna wrzuciła szkicownik do torby i ruszyła za Williamem, bardziej spięta niż beztrosko zainteresowana.
Toreador pochwycił w przedpokoju swój ciężki miecz i ruszył kierując się słuchem. Ruszył w kierunku wyjących psów. I tam napotkali przyczynę ich wycia. Wampirzyca, w poszarpanym i nadpalonym ubraniu. Z olbrzymimi poparzeniami lewej ręki (przypominającej obecnie poskręcany kikut) i lewej połowy ciała. Poparzenia na twarzy sięgały aż do kości, ale prawa ledwie naruszona przez ogień świadczyła o tym, z kim mieli do czynienia. To Lukrecja… ciężko poparzona dowlekła się do ich chaty.- Pomóż jej wejść do środka i podaj wszystko z lodówki. Uważaj żeby cię nie ukąsiła. W tej chwili może nad sobą nie panować.- odparł Blake zamierzając chyba się rozjerzeć czy napastnicy którzy ją tak załatwili podążają jej tropem.
Caitiffka przerzuciła prawą rękę Lukrecji przez swój kark, aby kobieta mogła przenieść ciężar.
- Nie ryzykuj... - stwierdziła i pociągnęła Lukrecję do domu.
Udało się z trudem. Lukrecja była zaskakująco ciężka. I na szczęście półprzytomna, więc nie próbowała się wgryźć. Ann zaniosła ją do salonu i położyła na kanapie, sama biegnąc do kuchni, aby wrócić z ramionami trzymającymi wszystkie podpisane "dla Lukrecji" woreczki z krwią. Ann do końca nie wiedziała co się stanie jak Ventrue nie to zje, ale miała nadzieję, że William dobrze je opisał i te nie wywołają reakcji alergicznej. Wampirzyca rzuciła się na nie w szale wysysając jeden po drugim. Pochłonęła cały zapas, a jej ciało zaczęło się leczyć, choć do pewnego uzdrowienia jeszcze trochę brakowało. Przynajmniej odzyskała wzrok w drugim oku i świeciła białością kości.
- Zadzwoń do mojego hotelu, niech jutro zjawi się tu jakaś pracownica.- wyhrypiała nie do końca zaleczoną krtanią.
- Zadzwonię... ale co się stało? - Ann zapytała patrząc w stronę drzwi.
- Diabeł… to się stało. - warknęła Lukrecja.
- Taki... z Sabatu? - zapytała z nadzieją, że Ventrue nie mówi o Diable chrześcijańskim.
- Taki z Europy.- wycharczała wampirzyca.Tymczasem posłyszały otwierane drzwi, kroki.
- Chyba nikt cię nie śledził. - głos Williama z przedpokoju.
- Nikogo nie znalazłeś? A psy? - zapytała pozostając z Lukrecją, aby obejrzeć stan wampirzycy.
- Węszą po okolicy, ale chyba jesteśmy bezpieczni. Nie jestem Garry’m by móc z nimi porozmawiać.- odparł William wchodząc do pokoju i zwrócił się do Lukrecji.- Co się stało.
- To… była zasadzka. Tzimisce zaatakował z pomagierami i pokręconymi bestiami. Czekali na nas i uderzyli. Pazurami, śrutówkami, ogniem.- odparła z trudem Ventrue.
- Musieli źle przyjąć wybicie całej Sfory... - mruknęła - A Giovanni?
- Zginął… albo… nie… musiał zginąć w całym tym chaosie.- oceniła Lukrecja.
- Ale ty żyjesz… dziwne. Jeśli Sabat miałby się mścić, to raczej na tobie, niż na Giovanni. Oni są bardziej… neutralni politycznie. - zadumał się Toreador.- I wygląda na to, że nikt nie podążał za tobą, zupełnie jakby twoja śmierć czy życie były bez znaczenia.Caitiffka zamyśliła się.
- Może chodzi o to, co tylko Giovanni mógł zrobić? To w sumie są jacyś magowie, tak?
- Nekromanci…- Blake machnął ręką.- Najważniejsze jest by powiadomić Księcia. Na razie jesteśmy bezpieczni. Sabat… ten Tzimisce ma już zbyt mało czasu, by zaatakować. My musimy położyć się spać wkrótce.
- Ja zadzwonię by kogoś dla Lukrecji jutro przysłali. - powiedziała Toreadorowi - Ty do Szeryfa chcesz dzwonić? Bo jest tylko jeden telefon. Więc kto pierwszy?
- Ja zadzwonię w oba miejsca i sprawdzę zabezpieczenia domu. Ty zaprowadź Lukrecję do piwnicy. Jest tam kilka gościnnych trumien. Ja… zadzwonię jeszcze w kilka miejsc i też udam się na spoczynek. Reszta musi poczekać na następną noc. - ocenił sytuację Blake.
- Oczywiście. - skinęła głową i spojrzała na Lukrecję, po czym jeszcze odezwała się do Williama - Miałbyś coś, w co Lukrecja na teraz wejdzie?
- Może… coś ty masz. Ja dbam tylko o przekąski na wypadek jej wizyt. - uśmiechnął się niemrawo Toreador.Ann spojrzała na Ventrue i uśmiechnęła się.
- Może coś się znajdzie.- wskazała by wampirzyca poszła za nią... gdzieś w środku czując słodką ironię tej sytuacji.
-
Ugh… Ann czuła się dziwnie. Usiadła, a potem wstała. Ruszała się powoli i niezgrabnie… czuła dziwnie sztywna i ociężała. Jakby nie była w swoim ciele, jakby nie miała jego wyczucia i tak jak niemowlę uczyła się nim poruszać. Z trudem wstała łapiąc równowagę.
- Doskonale… nie spiesz moja kreacjo. Musisz przywyknąć do nowej formy. Jakże… intrygująca mi wyszłaś.- męski głos, władczy i dominujący. Nie widziała go, stał w cieniu.
I nie miało to znaczenia kim był. Ann chciała wiedzieć dlaczego czuła się tak dziwnie. Na sztywnych nogach pokuśtykała w kierunku dużego lustra. Z trudem i powoli, jakby znów uczyła się chodzić. I w końcu zobaczyła… siebie.

Garbata sylwetka, skóra biała i oślizgła, usta szerokie… żabie, pełne małych ostrych kłów. Długi jęzor. Małe białe oczka. Upiór… tym była. Upiorną karykaturą człowieka.
Poczuła dłonie na ramionach.- Idealne ciało… nieprawdaż.- na wpół szyderczy na wpół obłąkany szept, blisko ucha.

Obudziła się gwałtownie, przerażona snem. Owszem, koszmary towarzyszyły jej co noc. Ale zwykle były to te same znajome koszmary. Ten… był inny. Tu, w Stillwater zdarzały się jej takie “odstępstwa” od normy.
|-Gdy wyszła z pokoju, ktoś już czekał. Ładna, elegancka blondynka, niemniej pewne detale stroju sugerowały możliwą… profesję . Ann znała ją z widzenia. Cynthia… chyba? Jedna z pracownic “Pąsowej Róży”. Niewątpliwie ghul. Blondynka odetchnęła z ulgą i przybliżyła się do Ann mówiąc cicho.- Jest… problem. Nie jesteśmy same. Tam na górze jest jakiś mężczyzna. Był tu już kiedy przyjechałam. Psy go przepuściły i wszedł jakoś do środka, ale… nie znam go. I jest w nim coś dziwnego. Mówi że jest gościem panicza Williama… ale…- westchnęła i spojrzała na pozostałe drzwi.- Nie jest pewna czy mówi prawdę, wydaje się być deczko… nawiedzony. Możesz coś… zrobić w tej sprawie?
Mogła? Musiała. Lukrecja pewnie szybko się nie przebudzi, ale William jeszcze nie wstał. Tylko ona była gotowa do walki.

Mężczyzna przebywał w salonie, ubrany gustownie, acz niedbale. Zajęty czytaniem jakiejś starej księgi i robiący notatki. Wyglądał na urzędnika albo roztrzepanego naukowca.

Nie był ani jednym, ani drugim. Ann znała go… głównie z opinii innych i czasem z widzenia. Możliwe, że nawet z nim rozmawiała. Vincent LaCroix, antykwariusz i historyk sztuki. Znany na całym świecie autorytet w kwestii średniowiecznej i renesansowej literatury. Jeśli ktoś kupował znaleziony cudownie wolumin, to właśnie Vincentowi zlecał sprawdzenie jego autentyczności. Jeśli ktoś szukał konkretnej księgi, to właśnie Vincent… mógł wiedzieć gdzie ją znaleźć. Oczywiście to kosztowało… i to sporo.
Co on tu robił?- Nie lubię być obserwowany i nie jestem materiałem na przekąskę, więc może przestaniesz się czaić ?- odezwał się nagle nie przerywając lektury.
-
Caitiffka leżała sztywno na posłaniu, wpatrzona w ciemność sufitu piwnicy. Ludzkie odruchy zaczęły zajmować ciało wampirzycy, gdy wspomnienie snu ją zalewało - bezklanowa drżała jak przerażony śmiertelnik.
To on...
Tzimisce.A tamto... to ja, czy...
...czy to przepowiednia...
...wyjaśniająca co się stało z Giovannim...?Ann zadrżała silnie, gdy lód przeszedł jej po kręgosłupie. Sny zawsze były... problemem. Wampirzyca po Przeistoczeniu nie mogła się ich pozbyć, napadały każdego dnia. Czasem zdawały się niepokąco sugerować zdarzenia, ale te w Stillwater... to przebijało je wszystkie.
A czekało na nią niecodzienne spotkanie, którego była jeszcze nieświadoma.
Wciąż spięta Ann nie przyjęła dobrze tonu mężczyzny. Zachowywał się jakby miał tu przewagę... a Ann miała tego wystarczająco.
- Jak na śmiertelnika nie znasz swojego miejsca. - mruknęła nisko - Jesteś intruzem. - stanęła bliżej za jego plecami - Wytłumacz się, bo za śniadanie zrobisz, bydło. - zagroziła, tonem jaki znała z doświadczenia. Nie da śmiertelnemu warunków stawiać!
- Jestem gościem. Zostałem zaproszony, a właściwie poproszony by rozwiązać wasz problem.- odparł flegmatycznie człowiek sięgając do kieszeni, po talię kart którą powoli tasował.
- Lubisz hazard?
- Co to za pytanie? - zmarszczyła brwi - A William potwierdzi lub zaprzeczy twojej historii. Dla mnie Wyglądasz jak zwykły śmiertelnik.
- Cóż… kto jak kto, ale Kainitka powinna wiedzieć, że pozory mylą.- odparł mężczyzna wyciągając losowo trzy karty i kładąc je na stole w kształt trójkąta. Przechylił się na ppprawo przewracając się wraz z krzesłem i… wsiąkł w powietrze. Po prostu zniknął.Wampirzyca zaczęła się obracać i rozglądać zdezorientowana. Od razu weszła w tryb walki, jeżeli okaże się, iż człowiek zechce ja zaatakować.
Zobaczyła go nagle siedzącego na stole, tylko był… eee… tak jakby eteryczny? Uśmiechał się ironicznie przyglądając jej zachowaniu.- Czyli prawdziwi magowie wciąż istnieją... - odparła nie do końca zadowolona, że jej próba zastraszenia nie wyszła.
Mag znów znikł, a Ann “usłyszała” obce myśli w swojej głowy. Obce obrazy… które formowały się w słowa “Co to znaczy, wciąż istnieją? Przecież wezwaliście przecież nas.”
- Ostatni magowie, których widziałam... - skrzywiła się - Więcej gadania i zabawek niż bycia magiem…
- Magowie to prestidigitatorzy. Nie robią sztuczek by zabawić publiczność.- usłyszała za sobą. - Mogę zapalić?
[media]http://sooguy.com/wp-content/uploads/2013/08/NinthGate_Smoke.jpg[/media]Mężczyzna sięgnął po papierosa.
- O jakich magach, mówisz?- zapytał.
- Nie ma sprawy... - zaryzykowała, bo to nie jej mieszkanie było - Nowego Jorku. Taki przebieraniec i zbuntowana nastka.
- Niewiele mi to mówi. W Nowym Jorku, tuż pod nosem Technokracji, działa kilkanaście grup magów.- odparł mężczyzna zaciągając się dymem, następnie podszedł do stołu i zebrał zostawione tam karty. - Więc… gdzie jest gospodarz? Gdzie jest William, zakładam że jesteś jego… protegowaną?
- William pewnie niedługo przyjdzie. Ja... po prostu on mnie przygarnął, to w tym sensie jestem protegowaną.
- Miło z jego strony. Rozejrzałem się wstępnie po obiekcie. Wygląda… bezpiecznie. Nie wydaje mi się by pieczęcie zostały naruszone. Z drugiej jednak strony notatki ich twórcy są mętne i chaotyczne, więc… sprawa wymaga dokładnego zbadania. Na jakiej podstawie sądzicie, że… bariera osłabła?- zapytał na koniec.- Musieliśmy walczyć z potworem, co uciekł ze szpitala. W trójkę go przegoniliśmy. - Ann teraz z jakimś zainteresowaniem na człowieka patrzyła.
- Hmm… i ten potwór był… obcy? Nie był jakimś dziwnym wilkołakiem, fomorem czy inną kreaturą z legend? - zapytał mężczyzna po chwili namysłu.
- William i Książę mówią, że był ze szpitala. To było... Jakby wielka małpa z wieloma lapami, szybka, zwinna i wyraźnie głodna. I niezbyt cierpiąca obrażenia z broni.- Interesujące. - Mężczyzna wyjął z kieszeni notatnik i zanotował słowa Ann. - Hmm… nie przedstawiłem się.
Wyciągnął dłoń ku Ann. - Jestem Vincent LaCroix.
- Ann Paige. - przyjęła dłoń maga, ciągle badając go wzrokiem - Masz w domu namalowane magiczne symbole? Biblioteki ksiąg, z którymi się nie rozstajesz? Szaty?
- Paige… nazwisko brzmi znajomo. - zamyślił się LaCroix i dodał. - Magowie też idą z duchem czasu. Mam czytnik e-booków. Książki też, ale w posiadłości. Nie wożę ich ze sobą. Cóż…- wskazał kciukiem na leżący tom.- … z małymi wyjątkami.
- Nie jesteś może tak dobrym magiem jak nasi, ale na więcej nie liczę. - dodała niewinnie.
- Zabawne, że tak sądzisz. Bowiem klan Tremere ma kompleksy na naszym punkcie.- odparł ironicznie Vincent uśmiechając się z papierosem w kąciku ust.Tymczasem do pokoju wszedł William. Toreador rzekł uprzejmie. - Witam w moim domu. Jestem William Blake, a ty?
- Vincent LaCroix z “Oeil du futur” - odparł Vincent, a wampir się uśmiechnął szerzej.- Cieszę się, że wasza organizacja nadal honoruje stare umowy.
- Zakon Hermesa nigdy nie lekceważył tradycji.- odparł uprzejmie LaCroix.
- Och, a więc to ci co skierowali do tych magów. - spojrzała na Williama.
- Oczywiście. - potwierdził Blake, a LaCroix wzruszył ramionami. - Chcieliście szukać czegoś w cyfrowej pajęczynie. Oni potrafią się w niej poruszać.
- O tych magach mówiłam. - odparła do Vincenta.
- Nie znam ich osobiście, ale ich zakonspirowana organizacja jest kompetentna jeśli chodzi o wyciąganie tajemnic z komputerów innych. - stwierdził niedbałym tonem mag, a Blake spytał. - Gdzie się zatrzymałeś i na jak długo?
- Zatrzymałem się tutaj. A na jak długo… nie wiem. Pewnie co najmniej kilka dni i nocy. Sprawdzanie czy zabezpieczenia są szczelne i odkrycie gdzie puściły, to koronkowa robota. Pośpiech przy takich zadaniach nie jest polecany. - ocenił Vincent.Ann z zaciekawieniem obserwowała maga.
- Pokażesz magię? Znikanie nie było wystarczające. - wyglądała na bardzo podnieconą opcją - Proszę.
- Nie sądzę. Sztuka nie jest czymś do zabawiania tłumów. - odparł mężczyzna ćmiąc papierosa. - Nie wspominając o tym, że naginanie praw natury może kumulować paradoks. A jego… eksplozja… cóż… przypuszczam, że szpital jest właśnie przykładem tego do czego może doprowadzić. Poza tym, nie specjalizuję się w efektownych sferach. Manipulowanie przypadkiem nie jest tak widowiskowe jak ciskanie kulami lodu za pomocą Sił.
- Ann znajdź mu jakiś pokój na piętrze. Ja zadzwonię do Księcia. Mam wrażenie, że wypadki z wczorajszej nocy spowodują dziś awaryjne zebrania naszej małej gromadki. - wtrącił William.
- Jasne. - nagle pochwyciła maga pod ramię ręki bez papierosa - Chodź, pokażę ci pokój, ustalisz jak co chcesz tam mieć. Pogadamy... - uśmiechnęła się do Vincenta.
- Jeśli chcesz zobaczyć magię, to możesz towarzyszyć mi podczas mojej roboty przy budynku. - rzekł ugodowo Vincent dając się porwać wampirzycy.Ann porwała Vincenta na piętro domu Toreadora, otwierając przed nim drzwi do jednego z pokojów.
- Nasza Tremere zebrała elektryczność z miejsca, aby porazić wszystkich w przestrzeni. - dodała z zadowoleniem - Ty byś też tak potrafił?
- Jak już wspomniałem, nie używam Sił. Nie potrafiłbym tak.- odparł mężczyzna wzruszając ramionami. - Jeśli staję do walki, to moje sztuczki są bardzo brutalne choć mało widowiskowe.
- Ale widać, że to musi być magia. - uśmiechnęła się - W sumie... czy wampirze moce to też jest magia?
- Nie… nie są. Wampirze moce wypływają z ich krwi.- wyjaśnił mag.- My zaś dosłownie zmieniamy rzeczywistość, co może się odbić czkawką, bo rzeczywistość nie lubi być zmieniana.- To czemu nie nauczycie jej rezonu? By działała jak chcecie?
- Dlatego moja droga, że Technokracja obecnie jest panuje nad Śpiącymi i jej dążenie do dominacji technologii i nauki sprawia, że mistycyzm zostaje wypchnięty z naszego świata. Nie ma już gryfów i smoków i chimer i innych mistycznych kreatur głównie z tego właśnie powodu. Maga jaką ja praktykuję jest spychana na margines.- zaśmiał się nieco smętnie Vincent.- Być może przyjdzie czas, że nie będzie już miejsca dla wampirów i wilkołaków… technologiczne i naukowe spojrzenie na świat podetnie podstawy ostatnich mitów. A może i nie… na wasze szczęście, w Hollywood wampiry i wilkołaki są popularne. Śpiący podświadomie nadal w was wierzą. W smoki już nie.
- Więc Tremere też nie powinni móc czynić magii? - wyglądała na zdziwioną - Jak dla mnie nie przejmują się spalić cię kulą ognia…
- To co oni nazywają magią, jest ich próbą naśladowania Sztuki.- westchnął Vincent.- Wiedz bowiem moja droga potęga Magyi polega na jej elastyczności. Tremere może opanować sztukę wzniecania ognia, ale Mistrz Sił może ciskać kulami ognia, lodu i błyskawic na zmianę. Tremere musi zaś opanować od nowa każdą z ścieżek taumaturgicznych, by móc robić to samo. Sztuczki Tremere jak wszystkie ścieżki krwi Kainitów są bardzo sztywne i ograniczone w użyciu.- A... czy to często się dzieje, że stajecie się Tremere? Przecież nie macie eliksirów nieśmiertelności... Tak mi mówiono.
- Cóż, tak jak wy macie swoją Golkondę do której dążycie, tak my mamy swoje wstąpienie którego z pomocą naszych awatarów chcemy osiągnąć. - odparł enigmatycznie LaCroix. - Nie wiem ilu magów decyduje się na dołączeniu do twojego klanu. Nie słyszałem o żadnym takim przypadku.Caitiffka lekko się zaśmiała.
- Nie należę do Klanu Tremere, ale mam z jego członkami dużo do czynienia. - wyjaśniła - Jedna z nich mi powiedziała, że dużo magów nie zostaje Przemienionych, ale jednak część tak. Choć nie wiem ilu z prawdziwego wyboru.
- Może tak robią w Europie ?- zastanowił się Vincent i wzruszył ramionami dodając.- Możliwe że część magów wybiera tą… ehmm… karierę, ale to raczej bliżej śmierci, jeśli już.
- Ty byś też to wybrał blisko śmierci?
- Powiem ci jak już będę rachitycznym staruszkiem.- zaśmiał się ironicznie Vincent. - Niestety, ja lubię papierosy, wino i kobiety. Nie chcę z nich rezygnować dla namiastki nieśmiertelności.- Czy... często wam się zdarza, że ktoś z was... nie umie nic poza podstawową magią? - zapytała.
- Nie bardzo rozumiem co sugerujesz. - stwierdził zdziwiony Vincent.- Cóż… rzadko który mag opanowuje wszystkie sfery, ale każdy ma swoją specjalizację. Aspekt rzeczywistości, którym potrafi manipulować lepiej niż innymi.
- Chodzi mi, czy zdarzają się magowie, którzy nie są w stanie przejść dalej niż podstawy w czarowaniu. Niezależnie jaką ścieżką.
- Hmm… nie słyszałem o takim przypadku. Jeżeli zostajesz magiem, to zawsze masz konotację w kierunku jednej ze Sfer. Owszem w pozostałych możesz ledwie liznąć podstawy, ale tą jedną zawsze opanujesz w znacznym stopniu.- zastanowił się Vincent.
- A.... magia Tremere?
- Magia Tremere nie jest Magyią. To moc krwi… jeśli nie ma do niej talentu to pewnie ma… do czegoś innego? Z tego co wiem każdy klan praktykuje co najmniej trzy różne… jak je zwą, Dyscypliny? - zastanowił się mag.
Gdy zeszła na dół William czekał już na nią z Lukrecją w stroju niewątpliwie do Ventrue należącym. Jej blond-ghulica musiała go przywieźć ze sobą.
- Pewnie cię nie zdziwi, że na książę zarządził awaryjne zebranie całego gangu Stillwater.- stwierdziła Lukrecja na powitanie.
- Podejrzewałam. - Ann spojrzała po Lukrecji - Wszystkie obrażenia zniknęły?
- Tak… i moja podopieczna jest obecnie bardzo zmęczona.- przyznała wampirzyca.
- Kiedy jest to zebranie?
- Teraz. - odparł krótko William.
- Tutaj?
- Nie… w moim Elizjum, więc jedźmy. Williamie co to za śmiertelnik kręci ci się po domu?- zapytała na koniec Lukrecja.
- Mag. - odparła Ann szybciej.
- Zajmuje się sprawą zapory wokół szpitala.- odparł William wyjaśniając.- Chodźmy.Lukrecja kiwnęła głową i pierwsza ruszyła ku drzwiom.
Ann od razu za nią ruszyła.- Uroczo ci było w moich ubraniach. Serio.
- Mi we wszystkim uroczo moja droga.- mruknęła zmysłowo zerkajac przez ramię.- I bez ubrań też wyglądam urokliwie.Blake wzruszył ramionami decydując. - Pojedziemy we trójkę moim samochodem.- Jakoś się… ściśniemy.
- Uroczo to co innego niż podniecająco. - zaśmiała się i zgodziła się z Williamem.
- Jestem zachwycająca… - stwierdziła Lukrecja, a wampir tylko pokręcił głową załamany tym gdzie podąża rozmowa.
- Przynajmniej nie dla Williama.- wyszczerzyla się.
- Ma skrzywiony gust.- oceniła zimno Ventrue, gdy podchodzili do samochodu.
Zebranie było inne niż te w których dotąd Ann uczestniczyła. Nie było stolika pokerowego, kart, przekąsek. Nastrój panował ponury i atmosferę można było kroić nożem. Nawet Garry wyglądał na… trzeźwego. Zgromadzili się tutaj wszyscy Kainici (poza Ravnoską oczywiście).
- Jak już wiecie, Tzimisce jest w naszej domenie. Nie wiemy gdzie się skrył i Garry go nie wytropi. Tzimisce znają jego Dyscyplinę i ten zapewne wie jak się ukryć przed szpiegami naszego Gangrela.- zaczął przemawiać Joshua.- Moi ghule przeszukali pobojowisko. Są tam spalone ghule Giovanniego oraz jego nieumarły. Nie ma śladu po samym Gino.
Ann spojrzała w podłogę i nagle odezwała się.
- Zmienił go…
- Zmienił? - zapytał Joshua, a wszystkie spojrzenia skupiły się na Ann.
- Tzimisce go zabrał i zrobił... z niego... coś. Możliwie... - wzdrygnęła się.
- Zgadzam się z tym, że porwał.- rzekł Smith i zwrócił się do Lukrecji.- Może opowiesz co właściwie się stało.Ventrue wzdrygnęła się i po chwili zaczęła opowiadać o wczorajszym wydarzeniu. Nie wiedziała wszystkiego, co wiedział Giovanni. Nie wiedziała czemu udał się on właśnie w tamtą część lasu. Był jednak przygotowany na konfrontację… on i jego ludzie. Niestety niewystarczająco.
Sam Tzimisce trzymał się z tyłu, gdy jego kreatura zlepiona z kilku niedźwiedzi i innych bestii rzuciła się do walki, wraz z klonami łysych typków z uzi i miotaczami ognia.- Bracia krwi. Słyszałam o nich. To klan służebny stworzony przez Tzimisce właśnie.- wtrąciła Nadia.- Hmm… czyli… nie ma oparcia w miejscowych.
- W każdym razie…- Lukrecja zaczęła opowiadać dalej o starciu, w którym była uczestniczką. Bardzo niechętną uczestniczką. Ventrue nie owijała w bawełnę od razu stwierdzając, że przede wszystkim próbowała się wydostać z pierścienia ognia i spod ostrzału sług Tzimisce. I że zaraz po przebiciu się rzuciła do pospiesznej rejterady… nie widziała więc końca tej walki.- Giovanni dopiero teraz się wkurzą.... - westchnęła francuzka.
- Z pewnością. Niemniej musimy ich poinformować… i skierować ich gniew na Tzimisce właśnie. - westchnął William drapiąc się po karku. - Powinniśmy zapewnić ich o… naszej chęci pomocy w tej kwestii.
- Nie widzę powodu byśmy się im podlizywali. - warknął Larry splatając ramiona razem.- To było ich śledztwo i ich pomagierzy. My daliśmy im miejscowych przewodników, a nie ochroniarzy. Nie nasza wina, że Piscati ugryzł więcej niż mógł przeżuć.
- Lepiej nie mieć na raz wrogiego Tzimisce i Giovanni. - mruknęła Caitiffka - Jeden na raz... A do tego czemu marudzisz Larry? Zwiększymy szanse, że też będziemy walczyć z Tzimisce.
- Ten…Tzimisz… on chyba nie jest naszym wrogiem. - wtrącił Clyde drapiąc się karku. - Jak na razie załatwił jednego Giovanni, potem drugiego… ale nikogo z nas nie ruszył. Lukrecja uszła z życiem i chyba nikt jej nie ścigał.
- Nooo… ten Tzimisce ma chyba jakieś porachunki z nekromantami.- zadumał się Garry popierając tezę Clyde’a.
- Łysego jeszcze przed aferą z Giovanni widziałam w mieście. - zastanowiła się - To co? Będziemy po prostu biernie czekać, bo może nic się nie stanie? - zapytała z lekką irytacją.
- Nie… poszukiwanie Tzimisce jest jak najbardziej w naszym interesie. - przyznał szeryf i podrapał się po karku. - Na razie jednak mamy problemy z tropami i… liczebnością. Nadio, Tzimisce to wrogowie twojego klanu. Może Augusto wzmocni nas jakimiś Kainitami, jeśli go poinformujemy o sytuacji. Może nawet podeśle gargulca, co?
- Na gargulca bym nie liczyła.- westchnęła ciężko Nadia. - Ale może jakiś mag się nam trafi… może… NIe oczekuj wiele.
- Trzeba będzie wyłożyć kasę i wynająć kogoś z nowojorskich Gangreli lub Brujah. - tym razem szeryf zwrócił się do Blake’a.Ann spojrzała na Lukrecję.
- Wiesz jak wyglądał ten Tzimizce?
- Szpiczaste rogi, kozie uszy… nieludzko… ludzka twarz o przeraźliwie wyrazistych rysach. - zamyśliła się Ventrue.- Tyle zapamiętałam, nie miałam okazji długo mu się przyglądać.
- Brujah są tani. - ocenił William.- I zazwyczaj solidni, choć nie do końca da się ich kontrolować.
- Znam Gangrela, który skusiłby się za mniejszą stawkę.- zaoferował Garry.A Larry zaś dodał. - Ewentualnie można by poprosić… Papę Roacha o pomoc. Ma swoich detektywów.
- Raze? - zapytała Garry’ego.
- Raze by się chyba zgodził, za niższą niż zwykle stawkę. Ostatnio ciągnie go w plenery. - potwierdził Gangrel, a Lukrecja dodała. - Jest jeszcze mag, który zatrzymał się u Williama. Skoro jesteśmy tak zdesperowani by rozważać pomysł korzystania z lunatyków Papy Roacha, równie dobrze możemy i jego zatrudnić.
- Nie jestem pewien czy zechce. Fundacja do której należy chyba nie ma problemów finansowych.- stwierdził po namyśle Toreador. - Co prawda, mag pozornie ubiera się niedbale, ale nadal są to ubrania z wyższej półki.Ann spojrzała na Nadię.
- Chciałabym zobaczyć naszą Tremere z tym magiem... - uśmiechnęła się wrednie.
- Nie wiem czym się ekscytujesz. W przeciwieństwie do większości młodych Tremere, ja byłam magiem i nie zamierzam się ślinić na jego widok. Ani robić głupich minek. - odparła sarkastycznie wampirzyca. - Nie mam w sobie przymusu udowodnienia mu, że ja też potrafię czarować. Bo nie żyję złudzeniami jak większość mego klanu.
- Nie o to mi chodziło. Chcę zobaczyć jak sobie z nim poradzisz, bo ma w sobie trochę dupka.
- Przecież nie będziemy go niańczyć, jeśli go zatrudnimy…- machnęła ręką Nadia z wyraźną irytacją. - Nieważne czy jest dupkiem, sybarytą, zbokiem czy satanistą. Byle by był profesjonalistą.- W kwestii… wytropienia… może… wywróżymy?- zapytał Garry, a szeryf rzekł spokojnie.- Sny może bywają profetyczne w Stillwater, ale nadal są ruletką w dodatku z nieczytelnymi liczbami, a co do… Ravnoski, możemy u niej zamówić stawianie kart, ale wiesz… precyzyjnej wróżby nie postawi. Może mag? - tu spojrzał na Nadię uznając jej doświadczenie. Ta zaś rzekła. - Jeśli włada Czasem, jak ja władałam, może zajrzeć w przyszłość i przeszłość. Nie jest to jednak łatwa sztuka i zwłaszcza jeśli chodzi o przyszłość. I może zwieść na manowce. Zwłaszcza w Stillwater, w świetle ostatnio uzyskanych informacji.
Ann wyglądała niezbyt radośnie na wspomnienie o snach.
- Może spróbujemy z Ravnoską, a po wróżbie damy ją magowi, do uzupełnienia.
- To tak nie działa.- machnęła ręką Nadia. - To nie puzzle, gdzie każdy ma własne kawałki do wstawienia.
- Cóż, skorzystanie z wróżb Jaine nic nas nie będzie kosztować, w przeciwieństwie do pomocy maga, więc zostańmy na tym.- zastanowił się Joshua, a William dodał. - Jeśli zaczniemy zwracać na siebie uwagę w Nowym Jorku rekrutując kogo popadnie, to zwrócimy uwagę Księcia. Lepiej będzie wpierw porozmawiać z nim.
- Wiesz, że to oznacza rozmowę w cztery oczy. On nie lubi takich kwestii omawiać przez coś co da się podsłuchać, lub pośredników. - westchnął ciężko szeryf, a Blake dodał zgadzając się z nim. - Niestety.- To kiedy chcesz się spotkać w Nowym Jorku z nim? - Ann zapytała Joshui.
- Na razie nie wiem. Wkrótce zapewne. Będę musiał do niego zadzwonić. Na razie… naradzamy się co do dalszych naszych planów. - zamyślił się Smith.- Załatwienie kwestii wróżby u Jaine, jest chyba najprostszym posunięciem i można załatwić od ręki. Raze i inni najemnicy z Nowego Jorku to już kwestia poruszenia naszych kontaktów w mieście Księcia. Wiem, że większość z was jakieś wpływy w Nowym Jorku nadal ma. Warto z nich teraz skorzystać.- spojrzał znacząco na Lukrecję, Nadię i Larry’ego.Caitiffka zmarszczyła brwi.
- Książę Nowego Jorku interesuje się tymi zabójstwach, a było też tam bardziej... interesujące. Figura z ciał. Może to zaplusuje nam, by go przekonać do sprawy.
- Może…- odparł nie do końca przekonany szeryf.- Wszystko to ładnie brzmi, ale…- westchnęła Ventrue. - … mam wrażenie, że omijamy najważniejszą kwestię szerokim łukiem. Mianowicie, co powiemy Giovanni i… kto z nas zgłasza się do szlachetnej roli posłańca przynoszącego złe wieści.
- Cóż…- Wiliam spojrzał na Ann.- … osobiście nawet nie wiem gdzie Giovanni mają swoją siedzibę, a niewielu z nas może wrócić do miasta.Ann najpierw spojrzała na Williama, później na resztę wampirów.
- Wy tak serio? - mruknęła zrezygnowana - Niech będzie... jak Cyril nie będzie miał nic przeciw. - spojrzała na Williama.
- Ja rozumiem twoje uzależnienie od krwi, ale bez przesady… nie musisz pytać Cyrila, o pozwolenie, by zawiązać buty. - wtrąciła Nadia sarkastycznie. - I jeśli nie chcemy… robić przedwczesnego alarmu w mieście, to musimy… unikać nawiązania kontaktu z twoim opiekunem. Jeśli jest prowadzone wobec niego śledztwo, to telefon jego jest podsłuchiwany przez brzydali.
- Wiem, że nie byłoby mu miłe, gdybym wróciła, więc wybacz, że zależy mi na jego dobru. - warknęła z irytacją do Nadii.
- Uważam, że nie musisz się o to martwić. Po pierwsze nie wracasz, tylko wpadasz z wizytą do siedziby Giovanni, a po drugie… on ma ważniejsze sprawy na głowie niż twoje pojawienie się w Nowym Jorku. Zresztą niedawno byłaś i jakoś się z tego powodu nie załamał. - wtrąciła Lukrecja wzruszając ramionami. - To dyskretna misja, idealna dla ciebie… z powodu twojej klanowej przynależności.
- Co to ma niby znaczyć? - spojrzała na Lukrecję, z nowym wyrazem: poczucia urazy.
- My wszyscy jesteśmy klanowcami, co sprawia że jesteśmy poniekąd powiązani z miejscowymi Primogenami. W niektórych przypadkach te więzi są silne, w innych bardzo luźne. Ale prawda jest taka, że żadne z nas nie wjedzie do miasta niezauważone. I odpowiednie osoby zostaną powiadomione przez wtyczki na ulicy. Żadne z nas… z wyjątkiem ciebie. Ty nie masz klanu, nie masz powiązań… jesteś jedną z niezwracających większej uwagi krwiopijców którym łaskawie zezwala się istnieć. Tak jak populacja cienkokrwistych Nowego Jorku. - wyjaśniła spokojnie Lukrecja.- Nim plotki o twoim pojawieniu dotrą na szczyty władzy… ciebie już nie będzie w mieście. Jesteś tam prawie niewidzialna.
- Lubię twoją umiejętność opisywania gównianego apartamentu jak tego, co chociaż nie ma widoku na śmietnik. - odparła wolno.
- Możesz wiecznie narzekać na słabe karty jakie dostałaś przy rozdaniu, albo nauczyć się nimi grać. - stwierdziła Ventrue. - Twój wybór moja droga. Niemniej warto korzystać także z tych niewielu plusów jakie ci daje obecna pozycja.
- Mówiłam, że pójdę. - mruknęła - Kiedy?
- Jutro zapewne. Dostaniesz wieczorem raporty z miejsca zdarzeń, co by… Giovanni mieli co czytać.- wyjaśnił szeryf i potarł podbródek.- Kolejne zebranie, pojutrze? Podsumujemy co się nam udało załatwić poprzez nasze kontakty i osobiste śledztwa. Niech każdy spróbuje zrobić co w jego mocy.Ann spojrzała na Williama.
- Mam sama motorem do miasta jechać?
- Możesz wziąć mój samochód.- zgodził się Blake, a potem spojrzał na Brujaha. - Albo Larry da ci coś ze swojej stajni.
- Larry? - spojrzała na Brujah.
- Znajdzie się coś stylowego i dyskretnego. - potwierdził Larry z uśmiechem.
- A po spotkaniu masz czas się pobić ze mną? - zapytała cicho i lekko zaczepnie.
- Czemu nie. - odparł cicho Larry wzruszając ramionami.
- To co mam powiedzieć, a co ominąć? - zapytała Joshuę.
- Nic… nie mamy nic do ukrycia w tej kwestii. - odparł szeryf. - Giovanni nie powinni odnieść wrażenia, że coś przed nimi ukrywamy.
- Mam więc wolną rękę, tak?
- Tak. - odparł Książe i zapytał.- Coś jeszcze mamy do omówienia?- Pokój i rzeczy zaginionego? - wtrąciła Patty.
- Zostawić i zapieczętować. Niczego tam nie ruszamy. Po pierwsze mogą się tam znajdować sekrety nekromantów, których zniknięcie mogłoby ich wkurzyć. A po drugie… Gino mógł tam zostawić jakiegoś strażniczego ducha. Wolałbym uniknąć walki z wściekłym bytem tego rodzaju. - zadecydował Smith.W tym momencie Ann przypomniała sobie słowa Cyrila. Na pewno byłby chętny poznać sekrety nekromantów, o bankowo... Potrząsnęła głową odganiając od siebie natrętną myśl.
- Jeszcze jakieś kwestie do omówienia? - zapytał Joshua. Nikt się nie odezwał.
- Dobra. To kończymy. William, ty pogadaj z Jaine Love, ja zajmę się jeszcze miejscem zbrodni wraz z Garrym. Reszta… ma wolną rękę w załatwianiu pomocy dla nas. - zadecydował szeryf kończąc zebranie.
Larry nie dawał Ann taryfy ulgowej. Uderzał mocno, celnie… zmuszał ją do unikania ciosów. I przewidywania przeciwnika. Twierdził, że najpierw musi nauczyć się obrony, zanim pokaże jej kilka ofensywnych sztuczek. Bili się na tyłach jego stacji benzynowej, pomiędzy starymi oponami tworzącymi niewysokie płoty.
Dziewczyna starała się unikać najlepiej jak potrafiła, ale nie ratowało to jej przed obrażeniami. Widać było tłumioną złość, którą starała się trzymać na wodzy. Nie przypominała w walce zastraszonego Bezklanowca, tylko Bezklanowca, który chciałby móc pokonać i brak siły go irytuje. Larry rzucił nią o ziemię z głuchym odgłosem. Ann warknęła gardłowo unosząc się cała poobijana. Gdy nadchodził kolejny cios, dziewczyna zaczęła unikać w ostatnim momencie.... wykorzystując tą chwilę, aby cisnąć w oczy Larry'ego trzymanym w pięści piachem z ziemi.- Niezła próba…- Larry bez problemu uniknął tej fałszywej sztuczki. - Dobra na śmiertelników.
Kopniak w kolana powalił Ann na ziemię. - Na wampirów mniej skuteczna. Może gdyby ziemia była poświęcona? Albo to była sól?
Ann zerwała się z ziemi i nie słuchając nawet końca słów Brujah wybiła rękę, chcą wbić pięść w jego nos. Wyraźnie mogła inaczej widzieć obronę.
Tyle że Larry był lepszy od niej, o wiele lepszy. I o wiele szybszy. I o wiele silniejszy. Pochwycił jej dłoń, pociągnął za nią z olbrzymią siłą i cisnął Ann niczym szmacianą lalką, śmiejąc się przy tym.
Bezklanowa przyjęła reakcję Larry’ego jak zwykłe wyzwanie, co tylko bardziej ją zmotywowało. Złamaniem kręgosłupa zajęło się błogosławieństwo Kaina, aby dziewczyna mogła dalej próbować walczyć... a raczej nie dać się znowu połamać w trakcie.“Powalczyli” jeszcze trochę, a właściwie to Larry poobijał zmotywowaną wampirzycę coraz bardziej rozczarowany jej zachowaniem. Ostatecznie przycisnął ją do ziemi mówiąc.
- Koniec na dziś. Mam jeszcze robotę do zrobienia.
- O co ci w ogóle chodzi? - zapytała patrząc z ziemi na Brujah.
- O nic. Po prostu nie mogę spędzić całej nocy na tłuczeniu się z tobą. Zwłaszcza, że nie próbujesz się nic nauczyć, tylko chcesz udowodnić sobie, że możesz zrobić krzywdę dużemu strasznemu Brujah.- odparł Larry splatając ramiona razem.Ann prychnęła.
- Czy to nie byłoby równoważne zwycięstwu? - mruknęła - Uczysz się poprzez dążenie do niego.
- Filozofię zostawiam Toreadorom. Ty masz wykonywać polecenia podczas nauki.- zaśmiał się Larry, a potem spoważniał.- A tak serio, to na dziś wystarczy prania się po pyskach. Mój czas na takie przyjemności się skończył.Dziewczyna stała na nogi z chrupotem kości.
- Jaki masz pojazd dla mnie? - zapytała masując kark.
- Jutro się dowiesz. Muszę sprawdzić co mogę ci pożyczyć. Nie martw się. To będzie porządna bryka.- zapewnił Brujah.
- Nie ma to jak marchewkowa karoca Willa?
- Blake urodził się za wcześnie by docenić prawdziwe amerykańskie muscle cary.- odparł z uśmiechem Larry.
- Podwózki do miasta mi trzeba. - stwierdziła po zastosowaniu - I sorry za dziś. Już nie będę.
- Nie ma sprawy. Któryś z moich chłopców cię podrzuci .- odparł z uśmiechem Brujah. -
Koszmary jak zwykle ją dręczyły, ale tym razem były znajome. Pobudka więc była w miarę spokojna. Tej nocy Ann miała znów udać się do Nowego Jorku, tym razem z polecenia księcia Stillwater. Nie sądziła, że przyjdzie jej tak szybko tam wrócić. Niemniej tym razem wycieczka była krótka. Musiała wrócić z powrotem tej samej samej. I dlatego mieli kolejnego gościa, oprócz Vincenta…
Bob lub Luc… nie rozróżniała ghuli Larry’ego, mimo że miała okazję pracować z nimi. Czekał na nią z autem na lawecie. I gdy wyszła mu na spotkanie odczepił wóz znajdując się na niej. A następnie podszedł do niej z kluczykami.- Niech cię nie kusi ściganie. Jego remont będzie bardziej kosztowny niż twojego motoru.- rzekł podając jej kluczyki.
Miał rację.
[media]https://i.pinimg.com/originals/aa/10/12/aa1012d8142ba1036aaa4f29c43bdfe5.jpg[/media]
Czarny podrasowany chevrolet camaro był z pewnością szybką maszyną, stworzoną do nielegalnych wyścigów. I bardzo drogą.
- Pozwoli ci uciec od kłopotów w razie czego. Ma nielegalne nitro zamontowane, przycisk jest na manetce zmiany biegów. Używać w ostateczności. Tak powiedział szef. - kontynuował pouczenie ghul, gdy caitifka oglądała cudeńku od Brujaha.

Giovanni mieli w porcie swoją siedzibę, ukrytą pod przykrywką towarzystwa przewozowego. Było to miejsce które każdy dostatecznie poinformowany Kainita omijał szerokim łukiem. Kto wszedł na tereny Giovanni bez ich pozwolenia, ten nie wracał “żywy”. I to bez względu na to jaką zajmował pozycję w hierarchii Nowego Jorku. Książę tę niepisaną zasadę tolerował, bo dzięki temu Giovanni nie wtrącali się w sprawy jego Domeny i nie włączali się w miejscową politykę. Giovanni z pozostałymi klanami nie łączyło nic poza… interesami prowadzonymi z niektórymi członkami klanów. A i w tej kwestii wymagali dyskrecji i sami zachowywali milczenie.
Tyle teorii, w praktyce Ann na ulicy słyszała plotki że Giovanni robili interesy nie tylko z członkami Camarilli, ale i anarchami oraz Sabatem. Opowiada o handlu organami ludzi i Kainitów, o krwawych rytuałach, o budzeniu zmarłych i wzywaniu duchów… o konszachtach z klanami tak zdeprawowanymi, że bano wypowiadać się ich nazwy… zwano ich Czcicielami demonów. Plotki dotyczyły też ich siedziby, ta część nadbrzeża miałą być nawiedzana przez upiory i topielców uwiązanych nekromantycznymi łańcuchami do tego miejca niczym psy podwórzone. Tych nieumarłych sług obawiano się najbardzej, gdyż powszechny był pogląd że większość klanowych dyscyplin po prostu na nich nie działa. A nawet potężni Kainici obawiali się istot, przeciw którym byli bezbronni.
Choć była tu kilka razy. Choć była nieśmiertelnym drapieżnikiem nocy, to jednak to miejsce nadal budziło ciarki na jej plecach. Z pozoru nic niezwykłego. Ot droga między budynkami magazynami, prowadząca do szlabanu za którym był plac do parkowania i budynki urzędowe. Niemniej nad całym tym miejscem wisiała upiorna atmosfera… wzmacniana nocną mgłą znad oceanu.
https://www.youtube.com/watch?v=W8VYSs_XbeU
Która w okolicy gniazda Giovanni była wyjątkowo gęsta. Sama uliczka, była brudna i słabo oświetlona. Okoliczne budynki były opustoszałe, a magazyny porzucone. Ani ludzie, ani istoty świata mroku nie korzystali z tych miejsc. Coś wisiało bowiem w powietrzu. Coś niedobrego. Każdy kto tu przebywał czuł to podskórnie. Przy szlabanie była budka, w budce podstarzały otyły strażnik, pełniący bardziej rolę portiera. I zajęty czytaniem gazet. Nie on pilnował tego miejsca. Nie czyniły nawet tego kamery pozawieszane na słupach. Strażnicy byli inni, niewidoczni i nie do usłyszenia. I nie do zabicia, bo prawdziwie martwi. Tych nie można było spostrzec.
Innych tak. Ann przejechała całe miasto bez problemu i bez zaczepek. Teraz jednak dojeżdżając do celu swojej podróży natknęła się na problem. Niebieski Oldsmobille Toronado stał przy wjeździe do uliczki. Obok niego stali dwaj mężczyźni, niby zajęci pogaduszką i palący papierosa… ale ciągle zerkający na placyk przed siedzibą klanu nekromantu i na stające tam samochody. Obaj byli Kainitami, prawdopodobnie. Ann nie znała krótko obciętego blondyna w skórzanej kurtce, ale… drugi. Ten chudy i nieco zaniedbany mężczyzna w nieco w wytartej marynarce był jej dobrze znany. David Thorn, przydupas Quentina. Co on tu robi?-|
Tego Ann mogła tylko domniemywać. Zresztą ważniejszą dla niej sprawą, było to co ona sama zrobi? Jeśli po prostu pojedzie do nekromantów, to zostanie przez nich zauważona.
A przecież innej bezpiecznej drogi… nie było. -
Ann przeklęła do siebie, jak na polu jej widzenia pojawił się Thorn. Naprawdę Bezklanowcy musieli być przeklęci pechem...
Francuzka nie używała często tej posiadanej możliwości, ale teraz nie było wyjścia. Przypomniała sobie wizerunek bywalczyni Róży- Malkavianki, która czasem tam występowała, aby jej obraz "nałożyć" na swoją osobę, dla zmylenia zmysłów innych. Pamiętała jej głos, miała we wspomnieniach maniery... Pora zacząć przedstawienie.Skierowała pojazd w uliczkę, aby nią dotrzeć do Giovannich. Maskarada wydawała się działać. Obaj Kainici zwrócili na nią uwagę i wymienili się komentarzami, ale najwyraźniej muzykalna córa Malkava nie była ich celem. Co nie zmieniało faktu, że nadal “odprowadzali” ją spojrzeniami.
Ann nie przejęła się nimi, zdążając nadal w tej formie do Giovanni.
Dojechała do szlabanu, zamkniętego. Strażnik oderwał na moment spojrzenie od lektury i pulchnymi palcami odłożył gazetkę na blat.- Hmm? - spytał “elokwentnie”.
Otworzyła okno kierowcy i spojrzała na "zapracowanego" człowieka.
- Muszę spotkać się z szefem tego... interesu. Jestem ze Stillwater i chodzi o Gino.
- Mhmm…- odparł mężczyzna sięgając po telefon. - Kogo zaanonsować?
- Posłańca od Księcia Stillwater. - powiedziała.
- Poczekaj.- mężczyzna wystukał numer. Zadzwonił i przekazał słowa Ann. - Mówi że jest posłańcem Księcia Stillwater i chodzi o Gino. Tak… chyba jej chodzi o pana Pisanob. Nie wiem o co dokładnie… tak, rozumiem… i chce się widzieć z samym signore… eee… wiem… oczywiście, że wiem. Wpuścić? Ok. Przekażę. Coś jeszcze? Rozumiem.Zakończył rozmowę i podniósł szlaban.
- Główny budynek, proszę czekać w korytarzu aż ktoś przyjdzie.- wyjaśnił na koniec.
Skinęła głową i złożyła okno, po czym udała się wedle instrukcji.
Wysiadła obok budynku, aby przejść do środka gdzie miała poczekać.
W środku było ascetycznie. Nieduża poczekalnia z dwoma sofami i kilkoma krzesłami. Niski stolik na którym leżało więcej starych gazet dla zabicia nudy. I nikogo innego oprócz Ann nie było tutaj.
Ann usiadła na krześle, nie porzucając na razie iluzji. Nigdy nie było wiadomo czy ktoś znajomy się nie pojawi…
- Oczywiście zawsze szanujemy… wolę Księcia.- usłyszała męski głos i kroki dwóch osób.- Ale nasze interesy nie mają nic wspólnego z tym miastem. Świat nie kręci się wokół Nowego Jorku i Amerykanów.
|-- Zabawne deklaracje zważywszy na ostatnią waszą aktywność.- głos drugi należał do kobiety, niższej od Ann, bladej i ciemnowłosej ubranej w ciemny włoski garnitur. Spojrzała zaciekawiona na caitifkę , gdy ta znalazła się w polu jej widzenia. Towarzyszył jej wysoki i szczupły mężczyzna o nieprzeciętnie pięknym obliczu .-|
- Zapewniam, że wszelkie dokumenty jakie zostały pani przedstawione potwierdzą iż Książę nie musi się niczym martwić.- odparł z uśmiechem mężczyzna i skłonił się jej, potem Ann. A następnie opuścił je obie. Kainitka zaś przyglądała się Ann przez chwilę nim rzekła. - Proszę, proszę… nie spodziewałam się zastać służki Cyrila właśnie… tutaj.Ann westchnęła w duchu. Tyle co do tej Maskarady na mniejszą skalę...
- Też się nie spodziewałam tu musieć być. - odparła, zdejmując z siebie iluzoryczny wizerunek.
- Mogę wiedzieć co tu robisz? Nie powinnaś być w… tam? - zapytała kobieta i brzmiało to bardziej jak… Muszę wiedzieć z odrobiną niemej groźby.
- Przenoszę wieści od Księcia... tam. - odparła niezrażona - Temu jestem w mieście.
- A jakież to wieś…- zamyśliła się nieznajoma, po czym potarła czoło w zadumie.- Coś się im stało u was?Caitiffka spojrzała z pewnym zmęczeniem tymi gierkami.
- Nie jestem upoważniona do przekazywania takich informacji postronnym.
- Nie jestem… postronna. - stwierdziła czarnowłosa przeczesując palcami swoje włosy. - Odpuszczę ujawnianie mojego imienia, bo i tak ci nic nie powie. Niemniej… znasz tego, dla którego pracuję. Falconi z pewnością ucieszy się na wieść o tobie. Zawsze miał pewną słabość do wolnych elektronów.
- Obawiam się... że jesteś postronna wystarczająco, pani. - Ann podejrzewała, że góra Nowego Jorku szybko się o niej dowie... Może ona szybciej zdąży wyjechać.
- Skoro tak twierdzisz. Wiesz chyba, że Markus potrzebuje zaspokajać swoją ciekawość równie mocno co głód krwi. - odparła urażonym tonem Kainitka i wyszła z budynku nie czekając na odpowiedź caitifki.W tym momencie Ann już chciała wrócić do Stillwater... nie było szans, że sama wyda sytuację z miasteczka przydupasom Szeryfa czy Księcia Nowego Jorku. Niech Joshua się nimi kłopocze...
Zerknęła, czy mężczyzna poszedł za wampirzycą. Nie ruszył, bowiem oddalił się wcześniej gdy Ann została wciągnięta w rozmowę przez agentkę Szeryfa Nowego Jorku. Znów musiała czekać, aż przyszedł do niej blady jak upiór ghul i w milczeniu wskazał dłonią kierunek, który bez wahania obrała przygotowując się na dalsze kłopoty.Została doprowadzona do drzwi, prowadzącego do biura. Tam, w środku za biukiem siedział wysoki blady mężczyzna, o jakże zaskakującym co znajomym obliczu .-|
Ann zatrzymała się jak wryta, nie wiedząc co powinna w tej sytuacji zrobić. Czy powinna cokolwiek robić…- Jeśli dobrze zrozumiałem, jesteś wysłanniczką Stillwater i masz jakieś informacje przekazać na temat Gino? - zapytał mężczyzna wyglądający dokładnie jak… Gino.
- Uhm... Tak. - Ann pozbierała się - Sprawy się jeszcze bardziej... skomplikowały. Gino najwyraźniej na coś wpadł, ale może to sprowadziło na niego i jedną z naszych kłopoty... Gino i nasza Ventrue zostali zaatakowani, a on najpewniej skończył uprowadzony... - urwała po tym. Wolała powoli przekazywać złe wieści.
- Co? Kto śmiał.- odparł “klon” Gino, lekko tylko poruszony tymi wieściami. - Co… dokładnie się stało?
- Oboje zostali zaatakowani, gdy nasza Ventrue I on jechali samochodem... w sumie Gino nie wytłumaczył szczegółów. Ventrue ledwo uszła z istnieniem, choć miotacze ognia połowę jej ciala do kości spaliły. Gino... Ona nie widziała co dokładnie było dalej w chaosie ognia i... kreatur, ale... zakładamy, że go uprowadzono. Musiano się nim interesować. - skrzywiła się - Atakiem przewodził Tzimisce…
- Sabat? - o dziwo, klon Gino zachowywał się spokojnie. - To sprawka… Sabatu?
- Na to wygląda…
- Hmm… to niepokojące. - odparł spokojnie Giovanni, wstał od stołu i ruszył do wyjścia z biura. - Proszę tu poczekać.Zachowanie Giovanni było... niepokojące. W sumie jak cały ich Klan...
Ann czekała w pewnym napięciu.Minęło chyba pół godziny, nim drzwi się otworzyły i wszedł klon Gino, a za nim… osoba, która mogła konkurować wyglądem z nosferatu. Wysoki mężczyzna w ciemnym garniturze, w czarnym kapeluszu, na czarnych długich włosach. I twarzy jak z horroru, nieludzkie oczy i nieludzkie zęby dobrze widoczne dzięki… dziwacznemu aparatowi na “zęby”. Przyglądał się w skupieniu caitifce.
- To pan… Arturo.- przedstawił go klon Gino.
- Ann Paige... - przedstawiła się lekko skłaniając głowę. Nie spuszczała oka z... kreatury, jak i kryjąca się myszka z kota.
- A więc… twierdzisz, że Tzimisce zaatakował Gino… którego wysłaliście, bo…- tu kreatura spojrzała na klona Gino, a ten… pewnie by się teraz straszliwie pocił gdyby mógł. Niemniej odpowiedział. -... zaginął tam wysłannik z Europy.
- A przecież co mówiłem?- odparła kreatura spoglądając na Kainitę.- Co mówiłem Giacomo?Giacomo z trudem wydusił z siebie. - Że powinniśmy przygotować trasę lepiej i więcej ochroniarzy. Ale wszystko było robione w tajemnicy. Diabeł Wenecki nie mógł…-
- Nie mów mi co Diabeł Wenecki może, a czego nie… To nie ty spotkałeś się z nim twarzą w twarz. To nie ty byłeś zabawką jego parszywych mocy. - wybuchł Arturo, po czym zwrócił się do Ann.- I to… ten Tzimisce dowodził? Nie jakaś Lasombra, czy Ventrue antiribu… czy inny odszczepieniec?
- Teraz był tam Tzimisce ze swoimi kreaturami i... Braćmi Krwi? Wcześniej zniszczyliśmy Sforę Sabatu na terenie Stillwater. Nie sądziliśmy, że to nie koniec…
- To nie Sabat… to on. - odparł potworny Arturo, a następnie rzekł do Giacomo. - Ruszamy jutro.
- Nie wiem czy dostaniesz pozwolenie, a poza tym… to niekoniecznie musi być on…- zaczął Giacomo, a Arturo zwrócił się wprost do niego. - Znam jego modus operandi lepiej niż ktokolwiek na świecie. I wiem, że to on. Odeślij ją, przesłuchamy ją na miejscu. Ja muszę teraz przeprowadzić kilka rozmów.
- Dobrze Szkara…- zanim Giacomo dokończył to słowo, oberwał pięścią w nos i upadł na ziemię.
- Nigdy nie używaj tego słowa… przy mnie.- warknął gniewnie Szkaradziec, bo kim innym mógłby być?
- Przesłuchamy...? - Ann wyraźnie nie uspokoiło to słowo z ust Szkaradźca.Arturo wyszedł, a Giacomo powstał z podłogi nastawiając złamany nos.
- Dupek. - skomentował jego wyjście i zwrócił się do Ann.- Jeśli nie ma pani nic innego przekazania lub załatwienia, to… ehmm… jest pani wolna?
- Czyli... mamy pana Arturo spodziewać się jutro w Stillwater...?
- Oby nie… to znaczy… eee… nie do mnie należy ta decyzja.- odparł skonfundowany Kainita.
- Duża jest możliwość, że ma rację co do tożsamości Tzimisce?
- Cóż.. To nie Europa. Tzimisce są tu rzadkością. To klan bardzo przywiązany do ziemi. I to dosłownie. - wyjaśnił enigmatycznie Giovanni.
- Czy Stillwater ma oczekiwać reakcji Giovanni, jak za ostatnim zabójstwem? - dopytała.
- To znaczy?- zapytał Giacomo.
- Domagania wpuszczenia śledczego, jak Gino.
- To chyba zrozumiałe żądanie w świetle tych wydarzeń? - zapytał retorycznie Kainita.I zupełnie bezsensowne... kolejnego chcecie stracić?
- W razie potrzeby kontakt z Księciem Smithem zawsze dostępny. - wstała I skłoniła się.
- Dziękuję za informację.- odparł uprzejmie Giacomo, równie uprzejmie otwierając jej drzwi.Ann podeszła do drzwi, ale nim wyszła wyciągnęła z torby spięty plik raportów, który dał jej Joshua.
- To są raporty z wydarzenia. - podała je Giovanni, po czym wyszła z pomieszczenia.
- Mój klan docenia współpracę księcia Stillwater. - odparł Giacomo uprzejmie.
Ann musiała wrócić do Stillwater, choć wolała zostać w Nowym Jorku... Już w samochodzie napominała się, aby o Cyrilu nie myśleć...
Przynajmniej dwóch wampirów nie było na zewnątrz.Ann skierowała się by wyjechać z miasta i dotrzeć na czas do Stillwater. Podróż była niepokojąca spokojna i bez wypadków. Ann jechała szybko, pewnie i pogrążona we własnych myślach, pragnieniach i obawach. Skręciła nagle na kolejnym skrzyżowaniu ruszyła trasą którą znała… w teorii. Trasą patrolu Joshui. Po jakimś czasie dojrzała swój cel. Radiowóz policyjny szeryfa.
Caitiffka postanowiła wyprzedzić samochód policyjny i zajechać mu drogę. Po tym zatrzymała wóz, tak aby nie mógł drugi przejechać i wysiadła z niego.
Policyjny wóz zatrzymał się nagle i wysiadł z niego Smith mówiąc ironicznie.- Ty chyba masz numer mojej komórki?
- Nie wolno używać komórki podczas jazdy. - pogroziła palcem - I zawsze chciałam policjanta zatrzymać na drodze.
- Za to powinien być mandat. - stwierdził poważnym tonem Joshua, a następnie spytał. - Jak tam wycieczka do Nowego Jorku?
- Jego Szeryf pewnie już wie, że byłam u Giovanni. Wpadłam na jakąś jego przydupaskę.
- I tak by się dowiedział. Nic nie umyka uwadze tego gryzonia. - zamyślił się Joshua.
- Możliwe, że Książę ma jakieś zarzuty co do działalności Nekromantów w mieście. Nie znam szczegółów. - dodała.
- Dobrze wiedzieć, choć nie powiem żebym był zaskoczony. - przyznał z uśmiechem szeryf. - Niemniej to nie nasz problem. Co sami Giovanni mają do powiedzenia?- W sumie... Na razie nic pewnego. Znaczy, znowu kogoś wyślą, ale prawie na pewno Szkaradziec przyjedzie. Bardzo... zaciekawiony. - wzdrygnęła się - Ale nie było zaprzeczania Tzimisce.
- To akurat było nieuniknione. Najważniejsze, że nie mają podejrzeń co do nas. Że nie uważają nas za współpracowników tego Tzimisce.- skupił wzrok na twarzy Ann. - Bo… nie… uważają, prawda?Ann zamyśliła się i powiedziała niewinnie.
- Nie, no co ty, nie uważają nas. Może tylko ciebie?
- Może… w oczach niektórych nigdy nie uwolnisz się od przeszłości. Nieważne co byś zrobił by udowodnić, że odciąłeś się od dawnych znajomości. - ni to zaprzeczył, ni to potwierdził Joshua. I uśmiechnął się ironicznie. - Co nie zmienia faktu, że Giovanni i Sabat nie są śmiertelnymi wrogami i kontakty pomiędzy nimi, się zdarzają. Ale odpuśćmy sobie filozofowanie. Więc kogoś tu wyślą… to wszystko?- Kiedy Szkaradziec usłyszał o tym ataku... od razu stwierdził, że tu przyjedzie. I na pewno to Tzimisce, którego zna. - westchnęła - On naprawdę jest walnięty…
- Tak słyszałem. Zresztą pewnie widziałaś podpis Tzimisce na jego twarzy. Po czymś takim ciężko być normalnym, nieprawdaż? - zapytał retorycznie Smith.
- Kategorycznie... Czemu się to mu nie leczy?
- Klątwa Tzimisce. Jeśli zmienią ci ciało, to permanentnie. Pamiętasz tego typa z kolcami w dłoniach? To właśnie dzieło jednego z nich.- wyjaśnił książę.
- Ten typ mnie uderzył pięścią z tymi kolcami w twarz, więc pamiętam... - mruknęła - W takim razie... Mieli tam Tzimisce w Sforze?
- Nie… zdecydowanie nie. - odparł ze śmiechem Joshua. - Tzimisce nie chodzą na takie… wypady. A jeśli chodzą, to są dowódcami.-Spojrzała zaciekawiona.
- Widziałeś kiedyś jakiegoś na żywo? W Sabacie?
- Raz… podczas wojny secesyjnej. Dowodził swoimi kreaturami i sprzymierzonymi wampirami i mną. Potrafią walczyć w zwarciu, ale… - Smith wzruszył ramionami. - … Tzimisce są dumni i nie toczą pojedynków z byle kim. I nie da się ich tak łatwo pokonać. To co zabił William, było za słabe na Tzimisce.
- A co zabił William? - zapytała dziewczyna, ciągle mając przed oczami, że ten wampir jest taki stary…
- Tzimisce potrafią kształtować ciało jak glinę. Mogą uszkodzić cię samym dotykiem podczas walki, ale… mogą też używać tej mocy do innych celów. Uczynić twoje ciało olśniewająco piękne, lub wzmocnić je w inny sposób. Na przykład umieszczając w tobie mięśnie niedźwiedzia lub… srebrne pazury. Jako zapłatę za… przysługi. - odparł rozważając głośno szeryf.- Przypuszczam, że ten z którym walczyliście miał okazję się wykazać użytecznością dla któregoś z nich.
- Srebrne pazury by im się przydały z Wilkołakami... Szkaradziec sądzi, że to jakiś Diabeł... - zamyśliła się - Diabeł Wenecki. On chyba się nim bawił. Drugi Giovanni jest sceptyczny... choć chyba Szkaradźca to się boi, więc przy nim by nie gadał o tym.
- Nie wiem kim jest ten Wenecki Diabeł. Może William będzie wiedział, w końcu przypłynął z Europy. - stwierdził Smith w zamyśleniu. - O Szkaradźcu żem słyszał, ale wiesz… tu dotąd Giovanni nie zaglądali, więc… słyszałem te same plotki co ty.- Tak czy inaczej... Nie używajcie do niego, czy przy nim nazwy Szkaradziec. Jest... wybuchowy, zaatakował własnego klanowca, gdy ten tylko zaczął to wymawiać. Jego imię to Arturo... i na tym pozostańmy, co?
Kainita się zaśmiał. - Taki drażliwy, co? To trochę małostkowe.
- Chcemy mieć poprawne relacje z Giovanni, więc lepiej jego nie drażnić. On ma wyraźnie jakieś PTSD po tym Tzimisce. Patrząc na jego wygląd to się nie dziwię…
- Powiesz o tym na jutrzejszym zebraniu, na którym porównamy notatki i uzgodnimy kolejne kroki w związku z tym niefortunnym wydarzeniem. - zadecydował Joshua.Ann skinęła głową.
- Podjąłeś już próbę kontaktu z Księciem Nowego Jorku?
- Rozmawialiśmy. Oczywiście jest zaniepokojony tym co się u nas dzieje. I nie pomoże w niczym. - odparł sarkastycznie Kainita.
- Szokujące. - mruknęła Ann - Póki kłopoty nie ugryzą miasta, póty się nie ruszy, mam rację?
- Przypomniał o tym, że mają tam własne problemy.- wzruszył ramionami Joshua. - Ktoś morduje wysoko postawionych Kainitów.
- Z braku podejrzanych robią problemy Cyrilowi... - mruknęła niezadowolona.
- Szeryf Nowego Jorku prowadzi śledztwo. Ponoć jest solidny jeśli chodzi o swoją robotę.- dodał pocieszającym tonem Smith.
- Może... - westchnęła - Czy tylko ty, Książę, patrolujesz Stillwater? Co noc?
- Nie jestem tylko Szeryfem naszej małej społeczności. Pracuję w Stillwater jako zastępca szeryfa i mam swoje obowiązki. Za to mi państwo płaci.- zaśmiał się Joshua i wzruszył ramionami. - Nie każdy może lub lubi się obijać jak nasz Garry.
- Lub Clyde. - stwierdziła niewinnie.
- Clyde rozwozi krew i informacje. Jest użyteczny. Ale masz rację, woli się obijać.- przyznał z uśmiechem Brujah.
- Ciekawe kiedy zrozumie, że libido martwego jest... cóż. Martwe. - pokręciła głową - Wrócę do Williama.
- Pewnie za dekadę… lub dwie. - ocenił z uśmiechem szeryf. - Nie będę cię zatrzymywał, choć powinienem wlepić ci mandat.
- Lepiej mandat od ciebie niż od Clyde'a. Bałabym się jaką karę by wlepił. - uśmiechnęła się - Rachunek na konto Williama, proszę. - wsiadła do samochodu.
- Dobrze. - odparł z uśmiechem Kainita.
Ann zastała Toreadora z plikami dokumentów, długopisem i notatnikiem. Wyraźnie skupiony na czymś. Zauważył jej przybycie i nie odrywając się od roboty rzekł.- Hej… jak było w Nowym Jorku? Giovanni poczęstowali kawą i ciasteczkami?
- Krótko w sumie. - przysunęła krzesło do stolika z dokumentami - Spotkałam Szkaradźca. Uch... - westchnęła - Jutro ostrzegę wszystkich, bo zapewne on się tu pojawi, ale powiem ci już teraz - nie nazywaj go tak. Nigdy. I swojego klanowca za to zaatakował.
- Fascynujące… myślałem, że Szkaradziec to jedna z tych plotek, którą Giovanni rozprowadzają po Nowym Jorku by straszyć nimi młodych Kainitów. - odparł z odrobiną zdziwienia w głosie Blake.
- Cóż... Nie... Postaraj się nie gapić na niego... bo... to może być naturalny odruch.
- Będziemy martwić o tym później. - machnął ręką Kainita. - Myślę, że ostatnie lata uśpiły moją czujność.Ann skinęła głową na te słowa, zgadzając się w całości.
- Słyszałeś kiedyś o Diable Weneckim?
- Hmm… coś tam kiedyś usłyszałem. To miano nie jest mi obce. - zadumał się William próbując sobie przypomnieć. - Kiedy to było? Gdzie? Hmm… Chyba… tak, już wiem. To jakiś Kainita mający żale do Giovanni i jeden z niewielu, który osobiście próbuje im zaszkodzić. Tak przynajmniej słyszałem… że jest kolcem w ich zadku.
- To ten Tzimisce, który zabawił się Szkaradźcem. Ten Giovanni twierdzi, że atak u nas wygląda jak jego robota.
- Może to prawda. - wzruszył ramionami wampir. - Nie mnie to oceniać. Diabeł… był jedną z tych opowieści, którymi znudzeni wędrowcy wymieniają się przy ognisku. Nie wiem ile w tym prawdy.
- Po zobaczeniu Arturo... Wierzę.- stwierdziła poważnie.
- Jeśli to rzeczywiście Diabeł, to raczej nie musimy się martwić tym, że uderzy w nas. Jego wendetta skupia się tylko na Giovannich. - rozważał głośno Blake, stuknął długopisem o papiery.- Znalazłem dotąd trójkę podejrzanych najemców, którzy płacą sporo za wynajem moich posiadłości. I mogą być przykrywką dla Tzimisce.
- I coś mamy zamiar z tym zrobić? - zapytała - Wypowiedzenie najmu dasz?
- Oczywiście że nie… zaczniemy sprawdzać te adresy. Muszę tylko wszystkie sprawdzić. Bo ja osobiście nie wynajmuję budynków. Robi to wynajęta przeze mnie agencja.- wyjaśnił wampir. - Zwykle się w ich działania nie wtrącam.
- Nie masz tam swoich ghuli?
- I miałbym co chwila jeździć do Nowego Jorku, by ich karmić? - zaśmiał się Kainita spoglądając na Ann. - Po co? Wystarczy że im dobrze płacę. Zresztą wątpię by ghule zajmowaliby się moimi sprawami lepiej.
- Ale byłyby na pewno posłuszne. - Ann nie do końca rozumiała czemu nie chce ghuli innych, niż psy.
- Pracownicy agencji są posłuszni. Po prostu nie nadzoruję ich pracy na bieżąco. Za dużo z tym roboty.- wyjaśnił William.
- Ten Giovanni, Szkaradziec, ma się tu zjawić... Nawet jutro. - ostrzegła.
- Nic na to nie poradzimy. Zebranie też jest jutro.- stwierdził Toreador zagłębiając się w dokumenty.Ann milczała chwilę nim niespodziewanie mruknęła z lekką irytacją.
- Jesteś dupkiem.
- Co? Czemu? - zapytał zaskoczony William.
- Nie powinnam się dziwić, bo każdy z nas taki jest czasami lub zawsze, ale wziąłeś mnie z zaskoczenia. - zmarszczyła brwi - Po prostu wkopałeś mnie wczoraj w robotę z Giovanni.
- Ann… - spojrzał na dziewczynę i westchnął ciężko. -... nie przyjechałaś tu na wakacje. Jest częścią naszej małej społeczności i gdy gówno uderza w wentylator, ty także obrywasz obowiązkami.
- Jakbyś nie zauważył nie traktuje tego jak wakacje, tylko przymusową odstawkę i nie jestem zadowolona z tego. To co mnie uderzyło, to wprost traktowanie mnie jak element, który za innych zbierze cięgi. Znam to, ale usilnie chcecie mi pokazać, że nie, w Stillwater jest inaczej. Zdecydujcie się.
- I jakież to cięgi zebrałaś?- zapytał retorycznie Toreador, a następnie rzekł spokojnie. - Faktem jest, że większość z nas nie może po prostu pojechać do Nowego Jorku. Inni nie znają miasta i nie mają pojęcia gdzie Giovanni siedzą. A ja czy Smith rzucamy się w oczy. Po prostu otrzymałaś zadanie, do którego idealnie pasowałaś.
- To, że teraz nic nie było, nie zmienia faktu, że być mogło. I nie chodzi o to, że takie zadanie dostałam, ale o formę postawienia przed faktem dokonanym. Cyril może tak formułować, po nim się spodziewam. Wy takiemu podejściu do Bezklanowca, jakie mają Spokrewnieni w Nowym Jorku zaprzeczacie. To jak w końcu jest?
- Podczas czasów pokoju, możemy jak śmiertelni bawić się w demokrację - westchnął Toreador wracając do sprawdzania dokumentów. - Lecz gdy nadchodzi wojna, to wtedy demokracja schodzi na bok. Jeden jest lider wojska i jeden jest książę w swojej Domenie. Jeśli uważasz, że tylko Cyril może cię rozstawiać po kątach, to… - spojrzał na Ann.- … nie jest to prawda. Książę też może. Książę rozkazuje, my słuchamy. Primogen Tremere rozkazuje, ty słuchasz… taka jest zasada. Zła może, ale jest. Tak jest w naszym społeczeństwie. Jesteśmy bezlitośni i nieposłuszeństwo bywa karane śmiercią. Zwłaszcza w Nowym Jorku, ale to detal.
- I o to chodziło. Bym zrozumiała w czym teraz się topię. - mruknęła - Jeszcze może nie miękki cement, jak w Nowym Jorku, ale zaschnięte błoto też może być twarde. Zapamiętam.
- Poza tym dramatyzujesz za bardzo. To nie była misja samobójcza. Pojechałaś jako wysłanniczka Księcia, co daje ci pewną gwarancję bezpieczeństwa. Giovanni to jednak cywilizowane potwory.- machnął ręką William.
- Szczególnie Szkaradziec. Nie wiem co on chce ode mnie, najwyżej go na Lukrecję skieruję z tym "przesłuchaniem".
- Nim się nie przejmuj. Najwyraźniej my go nie interesujemy, tylko ten Diabeł. A Lukrecję pewnie i tak przesłucha, bez twoich sugestii.- wzruszył ramionami Toreador.
- Jeżeli ona go zezłości, to wątpię by choć jej nosa nie przestawił.
- Lukrecja jest twardsza niż się z pozoru wydaje. -Toreador nie wydawał się szczególnie przejęty takim rozwojem sytuacji.
- Mag dziś coś robił? - zapytała.
- Wiesz… nie wiem… miałem śledztwo do przeprowadzenia. I jeszcze nie skończyłem. - westchnął wampir.
- To badaj dokumenty, tym razem ja pierwsza udam się do pokoju, chyba że coś jeszcze chcesz ode mnie?
- Jutro…- odparł z uśmiechem Toreador i przeciągnął się.- Ja też wkrótce pójdę.Nic dziwnego… świt się zbliżał.
- Spokojnego snu, dobry panie. - odparła i bez oglądania się po prostu poszła do "swojego" pokoju.
Kłamstwo.
Ann zamknęła za sobą drzwi niewielkiego pomieszczenia, w którym spała.
Obłuda.
Upadła na materac z posłaniem. Nie chciała spać w trumnie. Takie zamknięcie wywoływało u niej obawę. Strach czasem, szczególnie po pobudce. Zamknięta przestrzeń była...
Niebezpieczna.
Duszna.Wzięła do ręki szkicownik pozostawiony przy materacu. Przewracała zarysowane strony.
Nie narysowała niczego sensownego od czasu śmierci. Nie napisała nic składnego. Wiedziała, że potrafi... Pamiętała, że mogła. Pamiętała szkicowanie Eleny, a teraz...Umarło, jak i ona.
Wyrwała kilka zarysowanych liniami kartek, które zgniotła i rzuciła w kąt. Skupiła wzrok na kartce, której część obrazka zaraz zarysowała w złości. Nigdy nie była w stanie go dokończyć, a teraz... teraz...
Chciała by zniknął.Wyrwała kartkę, którą podarła szaleńczo i obraz zniszczenia rzuciła w kąt, gdzie był grób dla tych skrawków podartego rysunku uczuć.
[media]https://i.pinimg.com/564x/5b/cd/68/5bcd6875ffba4a544e371765bc7319a0.jpg[/media]
To była jego wina.
Jego.
Jego.
Jego.To on ją skazał na to istnienie.
On porzucił.
On.Chciała by cierpiał jak ona.
Kundel wśród rasowych.Ann zakryła się szczelnie kołdrą z posłania.
To on... Zostawił...
Po podłodze walał się malunek zrobiony jeszcze w Nowym Jorku, którego natchnęły sny... sny...
O duszącej ziemi zmieszanej z krwią.[media]https://i.pinimg.com/564x/db/22/5d/db225d04ea546f1e77d097ab046def7a.jpg[/media]
Malunek pachnący jej zakrzepłą krwią.
-
Tonęła wśród ciał, zimnych ale poruszających się. Szepczących niewypowiedziane sekrety. Tonęła wśród trupów by umrzeć. Ale chciała żyć! Toteż z uporem przeciskała się przez oślizgłe zimne, ale ruchliwe zwłoki. Nie zważając na ich rozkład, nie zważając na ich śliskość. Nie przejmując się bólem i wysiłkiem. Pragnęła się wyrwać z tego piekła.
W końcu jedną ręką sięgnęła powierzchni, wyrwała się!
Obudziła z krzykiem. Kolejny koszmar, jeden z wielu… ale ten był… znajomy. Jak stare cuchnące ubranie. Obrzydliwe, ale przywykła do niego.
Gdy się przebudzili, maga już nie było. Mężczyzna jednak zostawił po sobie “pamiątki”. W pokoju głównym zostawił rozłożone na stole… nieduże płótna przedstawiające różne ów szpital psychiatryczny za dnia. Były to wykonane z pietyzmem pejzażyki z wyraźnie zaznaczonymi architektonicznymi szczegółami budynku. Namalowane pośpiesznie, ale fachowo. Dzieła niewątpliwie zdolnego amatora. To co je wyróżniało od innych typowych pejzaży, były machnięte krwistą czerwienią ezoteryczne symbole. Były też rozłożone plany budynku z zaznaczonymi trasami. Oraz dołączona do tego wszystkiego karteczka.
Cytat:Gdybym zaginął, przesłać to wszystko wraz z moimi rzeczami na adres.
I poniżej był rzeczywiście adres. Jakieś miejsce na Florydzie.

Kolejne zebranie, które było naradą a nie spotkaniem towarzyskim. Ann miała wrażenie, że znajduje się w innym miejscu. Gdzie ulotniła się ta dawna atmosfera nieformalnego niedzielnego pikniku? Wszyscy byli poważni i skupieni. Każdy na miarę swoich możliwości, w końcu Garry był na lekkim haju, a Larry… był Larrym.
- Więc… - zaczął zebranie Smith rozglądając się po zebranej tu społeczności Kainitów. -... Nowy Jork w osobie Księcia i Primogenów zapewnia o bacznym obserwowaniu sytuacji i wsparciu… w rozmowach z Giovanni na terenie ich domeny, gdyby zaistniały jakieś tarcia i potrzeba negocjacji. Aczkolwiek, owo wsparcie nigdy nie zostało dokładnie sprecyzowane. I równie dobrze może oznaczać dyskretne poklepanie po plecach.
- Typowe… - prychnął Larry.
- I można się było tego spodziewać.- stwierdził William. - Oficjalne wtrącanie się jednego Księcia w sprawy Domeny drugiego byłoby... źle widziane przez innych Książąt. Skoro Nowy Jork miesza w Stillwater, to czemu nie mógłby chcieć ustawiać sprawy w Waszyngtonie?
- Mógłby nieoficjalnie…- stwierdziła ironicznie Lukrecja.
- Czyli po prostu Nowy Jork powiedział dyplomatycznie "sucks to be you, nie zawracajcie nam głowy". - dodała Ann bez zdziwienia sytuacją.
- Bardziej… “that’s not our problem”, ale… do tego w sumie się sprowadza.- potwierdził Smith.
- A jak tam rozmowy z Augusto? Primogen Tremere winien być zainteresowany odwiecznym wrogiem ich klanu tak blisko… tego co ty pilnujesz. - Szeryf zmienił temat zerkając na milczącą i obojętną na wszystko Nadię. Ta zaś spojrzała po wszystkich i następnie rzekła. - Primogen Tremere z uwagą będzie się rozwojowi sytuacji w Stillwater, ale w związku z obecną problematyczną sytuacją w samym Nowym Jorku i faktem, że klan Tremere jest w nią wplątany poprzez swoich członków…- głęboki oddech i wzruszenie ramionami. -... nie może udostępnić żadnego ze swoich zasobów, dopóki sytuacja w Nowym Jorku nie zostanie ustabilizowana. Takie jest oficjalne stanowisko klanu Tremere.
- To było do przewidzenia.- westchnął William. A Joshua dodał smętnie.- No cóż… spróbowaliśmy.
- Pozostają więc najemnicy. Przyda nam się zwiększenie szeregów.- Joshua spojrzał na Larry’ego i Garry’ego. Gangrel się uśmiechnął.
- Raze zgodził się za pół stawki, przenieść się tutaj i wesprzec nas tutaj.Larry wzruszył ramionami.- Eehmm… Papa Roach… Wielki Karaluch dał wizję. Ktoś przybędzie tutaj. Detali nie znam.
Ann uśmiechnęła się krzywo.- Groza z radością zgodził się podesłać swoich ludzi, ale na konkretną akcję. Nie interesuje go wynajem swoich podwładnych na dłużej. Niemniej, spokojnie załatwimy sobie trójkę jego Brujah, gdy będą potrzebni.- dodał następnie William.
Z miny Ann nie wyzierała radość na możliwość psów Grozy w Stillwater, a jedynie widoczne było pogodzenie się z sytuacją.
- A co ze znalezieniem go ? Moi ludzie nic nie odkryli. Ogień zatarł ślady.- stwierdził Smith przyglądając się zebranym tu wampirom. A szczególnie Williamowi. Blake potarł się po karku.
- Jaine… próbowała. Nie udało się jednak wywróżyć miejsca pobytu. Odkryła, że ów Tzimisce przyczai się w kryjówce i poczeka. Jest cierpliwy. Swoją zemstę rozplanował na stulecia.
- To nieco… pomoże… chyba.- stwierdziła ironicznie Lukrecja. A Smith kontynuował.
- A mag?
- Zainteresowany. Obiecał przyjrzeć się miejscu walki z Tzimisce.- odparł Blake i potarł kark.- Ale mistrzem… nie jest nawet adeptem Czasu, więc twierdzi że podać nam pozycji Tzimisce nie jest w stanie. No i ma jeszcze swoje obowiązki.
- Zawsze to coś.- ocenił Garry.Ann odchrząknęła.
- Co do wizji, że ktoś przybędzie... To możemy mieć pewność, że przybędzie choć jedna osoba, którą wręcz pali potrzeba dorwania Tzimisce. Tego konkretnego. - l spojrzała na Lukrecję - Szkaradziec. Ale zaklinam wszystkich, jego imię to Arturo i nie myślcie używać tamtego przydomku. - pokręciła głową - Mówię szczerze.
Teraz spojrzenia wszystkich spoczęły na niej. A Szeryf rzekł.- A skoro już przy tym jesteśmy, to czas na to byś złożyła raport ze swojej misji. Co udało się ci dowiedzieć w siedzibie Giovanni? Jak zareagowali na ten drugi zgon w ich szeregach?
-

JAK UPOLOWAĆ TZIMISCE?
- Nie powinno nikogo dziwić, że Nekromanci przyjęli to "na zimno". A może tylko chcieliby mocniej, tylko nie byli w stanie? - sarknęła - Rozmawiałam z... klonem Gino. To była bardzo dziwna rozmowa. Jak tylko doszło, że może to być sprawka Sabatu, to on mnie przeprosił i opuścił pokój, aby zaraz wrócić z... ehm... Arturo. - skrzywiła się - Wystarczy spojrzeć na niego, aby wiedzieć, że nie tylko ma uszkodzoną twarz... Szybko zawyrokował, że ten Tzimisce to Diabeł wenecki, który trzyma urazę do klanu Giovanni oraz tak umęczył tego biedaka. - pokręciła głową - Kiedy pierwszy nekromanta choć zaczął wymawiać przydomek Arturo... cóż. Ten mu złamał nos. Czuję, że to mogłoby się gorzej skończyć. Niby nie było decyzji z góry, ale mamy duże szanse na Arturo w Stillwater. Chęć prawie z niego krwiście buchała...
- Cóż… wygląda na fanatyka. Takim łatwo się steruje, wystarczy machać mu przynętą przed nosem.- oceniła Lukrecja, a Larry zaśmiał ironicznie. - Czy ten Diabeł wenecki… nie powinien być w Wenecji? To chyba gdzieś w Europie, prawda?Ann wzruszyła ramionami.
- Przecież ten Tzimisce ma planować jakąś zemstę, a Diabeł wenecki ma ją do Giovanni. Abstrahując od Arturo, najwyraźniej nekromanci poważnie do kwestii tego Tzimisce podchodzą. Ponoć to może pasować do jego modus operandi.
- Noo… ale… Giovanni siedzą w Europie. Czemu miałby się mścić tutaj? W miejscu gdzie nie ma nawet ich przedstawicielstwa. - Larry uparcie drążył ten temat. Odpowiedziała mu zaś Nadia. - Wszystko zaczęło się od tajemniczej podróży i zaginięcia wysoko postawionego członka ich klanu z Europy. Z pewnością był to ktoś znaczący. Niemniej nie znamy tożsamości pierwszej ofiary, więc… pozostają nam tylko spekulacje.Smith zaś zwrócił się do Ann. - Coś jeszcze odkryłaś? Coś rzuciło ci się w oczy? Może coś wymsknęło się im podczas rozmowy?
- Arturo sugerował lepsze zabezpieczenie szychy z Europy, ale najwyraźniej go zignorowali. Ten klon Gino, Giacomo, on szczerze bał się klanowca. - zamilkła na chwilę - Cokolwiek Giovanni robią w Nowym Jorku nie podoba się zbyt Księciu. Przydupaska Szeryfa poszła ich przycisnąć, ale wątpię, aby coś wyciągnęła. Były zapewnienia, że są transparentni z Księciem i tip-top jest. Znajdował się nawet, z nią pewnie, lizodup Quentina, David Thorn. - nie mogła powstrzymać się przed określeniem.
- Kim jest Quentin?- spytała Lukrecja.
- Quentin Ellsworth, najmłodszy Potomek Księcia, Przemieniony niecały rok po ostatnim ataku Sabatu na Nowy Jork. Otacza się ghulami, słabymi wampirami ulicy... ale tylko w tych kręgach jest idolem. Wyżej raczej nie mają wysokiego mniemania o nim. Zajmuje się interesami tatusia ze śmiertelnymi.
- Aaacha… czyli płotka bez znaczenia. Książę traktuje swoich potomków gorzej niż Smith Clyde’a.- oceniła Lukrecja i zapaliła papierosa.- Ten… Ellsworth, nie jest wart naszej uwagi.
- Hej… jestem tutaj i wszystko słyszę. Uraziłaś moje uczucia.- wtrącił młody Brujah, dotąd milczący.
- Pff… nie bądź dziecinny. Uczucia zostaw żywym. - stwierdziła sarkastycznie primogenka Ventrue.- Ok… czyli chyba to wszystkie zebrane informacje. Teraz pytanie, co z nimi zrobimy i jakie zaplanujemy działania na następne noce. Niezbyt mi się podoba to że moja domena jest między młotem opętanego zemstą Tzimisce, a kowadłem Giovanni.- westchnął Joshua.
- Nie mam żadnych wpływów wśród Ventrue Nowego Jorku, więc zajmę się ugoszczeniem tego szkaradźca i reszty. Jeśli jest tak paskudny jak powiadają, to trzeba będzie go wpuścić tylnym wejściem. Dobrze że mam klucze do kanałów miasta.- westchnęła Lukrecja.
- Poszukam wśród ksiąg informacji na temat tego Diabła, skoro jest tak stary może są jakieś wzmianki o nim w europejskich kronikach. Ewentualnie… - Nadia potarła kark.- …nie mam dobrych kontaktów w Europie. Mogę wysłać prośbę do Wiednia, albo do leżących bardziej na południu placówek mego klanu. Nie ma co liczyć za bardzo na ich odpowiedź.- Jak pojawi się nasz piękny gość, to chyba dobrze będzie z nim ustalić plan... bądź co bądź doświadczył go... empirycznie. Ten fanatyzm może być przydatny w niektórych momentach. - zaproponowała Ann.
- I pozwolić mu odebrać moją zdobycz?! Czaszka tego Tzimisce ozdobi moje biurko.- wtrącił z bezczelnym uśmiechem Larry.
- Chyba nie mówisz poważnie? Przecież to stary Kainita, starszy od ciebie.- rzekł sceptycznie Joshua.- Tzimisce nie jest łatwą zdobyczą.
- Gdyby był, to byłbym bardzo rozczarowany. Z mojej strony mogę dać granatnik wojskowy ze skrzynką granatów zapalających. Zwalczyć ogień ogniem.- kontynuował Larry, a Smith pokręcił głową. - Nie… żadnego ognia, obawiam się, że sytuacja łatwo wymknęłaby się spod kontroli. Nie chcę pożarów lasów w mojej domenie.
- No dobra… mam i granaty zaczepne. Poza tym kilka pistoletów maszynowych i śrutówek. Następnym razem będziemy gotowi na jego potwory. - odparł z szaleńczym uśmiechem Larry. Dobrze, że chociaż on dobrze się bawił.
- Może komunikacja z Arturo przebiegnie ci znakomicie - on chce ubić Tzimisce, ty... po prostu ubić w walce. - Ann zwróciła się do Larry'ego.
- Nic nie rozumiesz… on jest konkurencją. Muszę dorwać tego Diabła przed nim i ubić go. O żadnej komunikacji czy współpracy nie ma tu mowy. - odparł zadziornie Kainita, a Smith tylko pokręcił głową.- Ktoś jeszcze ma jakieś pomysły?- Cóż… ja mam dwa. - wtrącił William i spojrzał na Ann. - Zauważyłem, że Bella ma do ciebie pewną słabość. Mogę ci dać jej prywatny numer telefonu. Może uda ci się wykorzystać to jakoś.
Caitiffka spojrzała zdziwiona. Czy szczerze mogła mieć wpływ na Primogenkę?
- Dobrze... - szepnęła.
- Mam też cztery adresy moich posiadłości, których najemcy wydają się podejrzliwi. Zamierzam je ostrożnie sprawdzić. Być może któryś z nich to… ukryte siedlisko Tzimisce.- dodał Toreador.
- Cóż… to jakiś trop. Potrzebujesz pomocy?- zapytał Smith.
- Nie sądzę by pomoc…- tu spojrzał na Larry’ego i Garry’ego. -... była tu potrzebna. Zamierzam być… dyskretny i ostrożny. I raczej potrzebuję pomocy osoby subtelnej w działaniu. Nie mamy takich w naszej drużynie.
- Oprócz Ann. - wtrąciła Tremere.
- Czego byś oczekiwał? - zapytała skundlona wampirzyca.
- Nic takiego, popracujemy razem.- odparł z uśmiechem Kainita i zerknął w notatki. - Jakieś Towarzystwo Okultystyczne wynajęło jedną z moich willi. Ich strona internetowa to stek ezoterycznych bredni, podobnie jak strona Garry’ego, więc przypuszczam że to jakiś kult, idealna przykrywka dla Tzimisce.
- Czy oni przypadkiem nie wyglądają jak Diabły? Takie rogate koszmarki? Czyż nie takiego zobaczyła Lukrecja?- spytał zdezorientowany Larry.
- Oni mogą wyglądać jak chcą.- odparł Smith - i mogą innych zmieniać w dowolny kształt.
- Ale chyba więcej niż jednego Diabła tu nie ma? - wtrąciła Ann.
- Diabeł Wenecki jest jeden, ale… mógł zrobić sobie potomków. - stwierdził po krótkim namyśle Smith.
- Czyli ile jest Tzimisce w Stillwater? - zdziwiła się Ann - To musiałoby ruszyć Nowy Jork, mieć wylęgarnię Tzimisce pod nosem.
- Na pewno musimy brać pod uwagę czterech do pięciu przeciwników, w tym jednego Tzimisce. Jak już wspomniałam, miał on wsparcie. - zastanowiła się Lukrecja. A Smith dodał.- Odpowiedź Księcia była jasna… za duży w tej chwili jest bajzel w samym mieście. Nie pomogą nam.
- Przyjmijmy, że jest szóstka Kainitów, to dużo gąb do wykarmienia. Mamy jakieś zaginięcia w domenie?- zapytała Nadia poprawiając okulary na nosie.
- Nie…- zaprzeczył Smith.- Co oznacza, że żywią się albo u Wilkołaków, albo na południu. U Anarchów z Fortu.
- Lub wcześniej zgarnęli jakiś ludzi i trzymają na pożywienie. W samym USA zaginięć jest zawsze w bród... - dodała Ann.
- Niemniej warto to sprawdzić. Garry pogadasz z futrzakami? - spytał szeryf, a Gangrel odparł z uśmiechem. - Jasne szefie.
- Może wizja pijaw mających chrapkę na ich plemię, sprawi że nam pomogą. - westchnął smętnie Joshua.
- Pozostaje jeszcze kierunek południowy. Kto tam teraz rządzi?- spytał William.
- Bo ja wiem… Anarchy z Fortu są nieszczególnie zorganizowane. Tam szybko liderzy się zmieniają. - wzruszył ramionami Joshua. - Unikam kontaktu z nimi, to świry.
- Ale w końcu będzie trzeba i u nich obadać, czy się nie rozplenił i tam Tzimisce. - odparła Ann.
- Kiedyś… eech… Larry… to będzie robota dla ciebie, tylko nie możesz udać się sam.- odparł Smith zerkając na Brujaha.
- Nie potrzebuję nikogo do pomocy w bójkach. - prychnął Larry, a William dodał. - I w tym problem, nie pojedziesz do Fortu by wywoływać bójki.
- Raze. - zaproponowała Bezklanowa - Ktoś musi choć mieć szansę się utrzymać nim zdoła się Larry'ego okiełznać.
- No… nie… to by było najgorsze rozwiązanie. Pozabijaliby się w drodze na miejsce.- wtrącił Garry, a Smith machnął ręką. - To… kwestia na później. Larry na razie załatw może więcej broni ciężkiej. Tzimisce potrafią robić olbrzymie bestie. Wątpię by kilka pistoletów maszynowych zrobiło wrażenie na takim behemocie.Po tych słowach Książę Stillwater spojrzał na członków swojej społeczności.
- To… chyba wszystko co mamy obecnie do omówienia. Kolejne zebranie za dwie noce.
Ann spojrzała na Tremere, a gdy ta wychodziła, podeszła i zrównała się z nią.
- Zirytowałaś mnie ostatnio. - szepnęła do kobiety.
- Więc jesteśmy kwita.- odparła zimno Kainitka nie zwracając większej uwagi na Ann.Wyprzedziła Tremerkę, aby stanąć przed nią.
- Uderzyłaś w moje relacje z Cyrilem. - warknęła - Temu nie zadzwoniłam nawet. - dodała ciszej.
- Złamałaś umowę, jesteś więc niesolidna… no i poddajesz się emocjom jak… Toreador. - stwierdziła zimno i spokojnie Nadia. - Mój czas jest cenny, a ty go zmarnowałaś. Na taki błąd mogę sobie pozwolić tylko raz.Po tych słowach obojętnie wyminęła Ann.
Ann złapała nadgarstek Nadii, gdy ta obok niej przechodziła.- Powinnaś spodziewać się konsekwencji. - mruknęła, silnie trzymając Tremere - szczególnie w takich krytycznych momentach.
- Spodziewałam się focha… jak to u każdego młodzika. Nie spodziewałam się złamania umowy. - odparła chłodno wampirzyca. - Nie zadzwoniłaś, by poinformować mnie że nie przyjdziesz, więc… nie masz już po co dzwonić czy przychodzić. I puść mnie, bo sama będziesz mogła się spodziewać konsekwencji.
- O jakiej umowie mówimy?- wtrąciła się zaciekawiona Lukrecja.Bezklanowa spojrzała z uśmieszkiem na Nadię i spojrzała na Lukrecję.
- W 2e musiałaś być największą plotkarą z gumowym uchem. - wróciła wzrokiem do Nadii - To był właśnie mój foch.
- Więc poznałaś właśnie jego konsekwencje. - odparła Tremere wyrywając się gwałtownie z uścisku dłoni Ann. - Kainitów nie stać na fochy.A Lukrecja wzruszyła ramionami - Tak to jest moja droga, gdy się pierze brudy publicznie.
Cień Ann zdawał się zadrżeć nieodpowiednio do oświetlenia, jakby zirytowany zwierzak ze złości.- Niewiele trzeba, abyś była jak entitled brat, gdy coś nie pójdzie po twojej myśli.
- Bójka! Bójka! Bójka! - zaczął skandować Larry, a książę syknął do niego cicho.- Zamknij się.Natomiast Nadia rozmasowała leniwie nadgarstek mówiąc.- Nie jestem na ciebie obrażona i nie zamierzam podstawiać ci kłód pod nogi. Po prostu nasza umowa automatycznie wygasła i tyle.
Mimo tego spokoju w tonie głosu, Ann widziała iskierki przeskakujące po włosach, jak i po ubraniu Tremere. Małe łuki elektryczne. Udając zimną obojętność temperamentna Nadia zaczynała się powoli gotować w sobie.
Kawałek cienia Ann jakby skierował się ku Nadii i mogłoby się wydawać, że machnął częścią siebie, jak łapą z pazurami w stronę cienia Nadii... a może to tylko dziwna gra światła? Tylko czemu tak dziwny kąt przybrał?- Jak przestaniesz odwalać swoje fochy, to możemy nową podpisać. - caitiffka odparła tonem dalekim od uległości, mimo słów.
- Nie ma potrzeby zawierania nowej umowy. - Tremere wzruszyła obojętnie ramionami. - Im więcej mija czasu, tym mniej jest ona potrzebna. Po prostu daj sobie spokój z nią.
- Jeżeli tak wolisz... - również wzruszyła ramionami - Pogotuj się jeszcze we własnej złości, jeżeli to ci wystarczy, bo jedna rzecz poza twoimi planami to już tak ciężkie przewinienie, że Rewolucja mu do pięt nie dorastała.Tremere westchnęła ciężko, odwróciła się plecami i rzekła spokojniejszym głosem zerkając przez ramię. - Nadajesz tej kwestii wagę większą niż ma naprawdę. Za kilka nocy, sama zrozumiesz jak bardzo nie było warto się o to kłócić.
- A to mogła być taka piękna cat fight.- westchnął z żalem Larry, a Joshua syknął. - Idiota.
- A według ciebie nie było warto?
- Mój czas jest bardzo cenny Ann. Za bardzo bym narażała się na jego marnowanie.- powtórzyła Tremere oddalając się.Ann także odwróciła się tyłem do Nadii, patrząc na Williama.
- Kiedy chcesz ustalić jak mamy współpracować? - zapytała.
- Masz szczęście, że nie doszło do bójki. Cienie by nie zdołałyby cię ukryć. Ona zawsze trafia, gdy się przyłoży.- rzekł cicho i dyskretnie Toreador. - Magia Tremere uczyniła z niej groźną wojowniczkę. Błyskawice może są bardziej widowiskowe, ale nie są najsilniejszą sztuczką w jej arsenale. - dodał głośniej. - Może zrobić dziś planowanie i odprawę i sprawdzić jutro, albo nawet dziś ruszyć od razu. Tyle że bez planu.
- I tak przecież nie chciałam się z nią bić. - nie ściszając głosu mruknęła do Toreadora - A teraz... Czy w ogóle wiemy cokolwiek o miejscu docelowym?
- Ty może nie, ale wiesz… ona bywa wybuchowa. I Cyril… twierdził, że trafiła tu z powodu tego, że… ehmm… pobiła kilku magów klanu, dosłownie.- mruknął Blake upewniając się wpierw, że Nadia się oddaliła. Ona tak… podobnie jak trójka Brujah i Gangrel. Ale nie Lukrecja.
- Dosłownie niemal upiekła żywcem jednego Tremere… nie za pomocą ognia tylko, błyskawicami niczym kurczaka w mikrofali.- wtrąciła z lisim uśmiechem Ventrue.- Więc, jakie to konszachty utrzymujesz z Nadieżdą? I czemu ja nic o tym nie wiem?
- Wystarczająco poważne, aby mogły spowodować między nami spięcia. Dosłownie, najwyraźniej. - cień Ann tym razem powrócił do swojej naturalnej formy... nudnej, nie odstającej nawet kątem padania - A jeżeli była w stanie to im zrobić... To w sumie mogła, jak miała powód. - wzruszyła ramionami z pewnością w głosie.
- Dlatego pewnie tu jest. Tremere nie mają w swoich szeregach zbyt wielu członków, którzy potrafią sobie poradzić z presją pola bitwy. Augusto z pewnością wezwie ją z powrotem, gdy gówno uderzy w wiatrak.- odparła z przekąsem Lukrecja i teatralnie dotknęła swojej piersi. - Jestem zaś urażona twoją nieufnością, myślałam że coś jest między nami.
- W co ty się wplątujesz, gdy nie patrzę? - zapytał zakłopotany tymi nowinami Toreador.
- Nie skonsumowałyśmy, więc... - wzruszyła ramionami - A zbyt wielka ufność jest wyborem głupca.
- Nad konsumpcją pomożemy ponegocjować.- wtrąciła Lukrecja z lisim uśmieszkiem, nim Wlliam jej przerwał mówiąc.- Nie mieszaj Ann w swoje małe intrygi. Nie ma dość szerokich pleców, by je przetrwać.Po czym rzekł do caitifki. - Mam plany budynku, bo w końcu należy do mnie. Mam też zebrane informacje na temat tej sekty. Ale tylko ich oficjalne mydlenie oczu, więc nie wiem co naprawdę tam robią.
- I co byś chciał tam na miejscu zrobić? - zapytała i spojrzała na Lukrecję - Taka chętna? Tylko czy to na pedofilię nie zakrawa?
- Och moja droga… pedofilia kończy się wraz osiemnastoma latami, za moich czasów kończyła się zresztą w wieku szesnastu lat. - zaśmiała się delikatnie Ventrue. - Co najwyżej możesz uznać, że mam słabość do o wiele młodszych od siebie.
- Dajcie obie spokój.- burknął Blake i rzekł do Lukrecji.- Zakładam, że w takim razie udasz się z nami, co? W ramach zemsty na Tzimisce, który cię poranił.
- Aż tak mściwa nie jestem. - odparła spokojnie Kainitka.
- To świetny pomysł! - nagle wtrąciła Ann - Będzie świetnie, odwrócisz uwagę niepożądanych obserwatorów swoim... wdziękiem i doświadczeniem.
- Walczyłam już z nim. On wie, że jestem Kainitką. - odrzekła Lukrecja niezbyt zadowolona z tego pomysłu.- Poza tym muszę przygotować pokoje dla Giovanni.
- Jeszcze nie przyjechali, a jak przyjadą to twoja córka może się tym zająć. - odparł William i dodał. - Przypuszczam, że Diabeł zna całą populację Kainitów w Stillwater. Drań się pewnie dobrze przygotował pod tym względem.
- Niech będzie. Pomogę wam. - wymruczała Lukrecja zgrzytając wręcz zębami w irytacji.
- Idealnie. - uśmiechnęła się Ann - To jak wygląda to miejsce?
- Jestem graczką zespołową w przeciwieństwie do naszej chmurnej magiczki i wspieram naszą społeczność. - stwierdziła perlistym tonem Lukrecja, a William zajrzał do notatek.- Willa z krytym basenem i klimatyzowaną piwniczką na wino, którą łatwo zamienić na kryptę dla naszego rodzaju. Trochę podobna do mojego domu, tylko bardziej…
- Bardziej tres chic - wtrąciła Lukrecja dodając ironicznie. - Ze wszystkich luksusowych domów jakie posiada, Blake upiera się mieszkać w tej swojej zapuszczonej pustelni na bezludziu. Nawet Garry ma lepsze lokum, cóż… lepsze było, nim Gangrel się tam osiedlił i je zdewastował.
- Gdyby nie mieszkał na tym bezludziu, to byś nie miała gdzie uciec. - odparła.
- Nie, moja droga. Gdyby mieszkał w innym budynku, bliżej jeziora, szybciej bym do was dotarła. - westchnęła smętnie Lukrecja, a Blake kontynuował. - Trzeba by tam się rozejrzeć, by sprawdzić czy mamy do czynienia z siedliskiem Kainity, a następnie się wycofać. Nie jestem pewien czy nasza trójka ma szansę w bezpośrednim starciu z Tzimisce i jego pomagierami. I wolałbym się o tym nie przekonywać.
- Czy Tzimisce umieją tak... bardziej widzieć? Jak Tremere czy ty? - zapytała Williama.
- Nie wiem… nie znam za dobrze tego klanu. Joshua zaś wie niewiele więcej. - westchnął Blake.- Ten zaś może mieć dostęp do Dyscyplin innych niż te powiązane z jego klanem. Za długo był cierniem w boku Giovanni, by nie nauczyć się tego i owego.
- Ten Tzimisce miałby tam robić kreatury, prawda?
- Nie wiem… ten klan potrafi tworzyć prawdziwe potwory, ale niewiele wiem na ten jego metod. A jego członkowie, których miałem okazję zobaczyć nie wyglądali na intelektualistów. - ocenił po zastanowieniu Toreador, a Lukrecja westchnęła. - Może resztę narady odłożymy do czasu, aż przejdziemy do mojego gabinetu?
- Ona lubi czuć się jak szef za biurkiem. - szepnęła do Williama... nie do końca dbając o to. by Lukrecja nie usłyszała.
- A wy lubicie zachowywać się jak dzieci. - odparła głośno Ventrue i ruszyła przodem poganiając resztę “drużyny” słowami. - Szybciej, nie mamy całej nocy.Wkrótce dotarli na miejsce, po czym Lukrecja rzeczywiście zasiadła za biurkiem.
- Tooo… jak do tego chcemy podejść?- zapytała na wstępie.
- Myślałem co by… skorzystać z okazji i bo ja wiem… podkraść się jakoś ? Mam klucze do willi.- stwierdził nieśmiało William. Wyglądało na to, że Toreador właściwie nie ma pojęcia za co chce się zabrać. - Albo na bezczela… jako… mój pracownik z dokumentami do podpisania?
- Lukrecja będzie tym pracownikiem i jak będzie zajmowała obecnych ja wślizgnę się, idealne!
- Jak dzieci… - stwierdziła z przekąsem wampirzyca siedząca za biurkiem.- … pomysł godny napalonych nastolatków. Nie, nie, nie… nic takiego nie zrobimy. Za duże ryzyko wpadki. Zaczniemy od dyskretnego obserwowania. William załatw vana, a ja skombinuję sprzęt szpiegowski. Mam trochę kamer i mikrofonów kierunkowych, trochę lornetek.
- Skąd je masz? - spytał podejrzliwie Toreador, a Ventrue zmieszała się. - Eeem… nieważne. Zostały po moich starych projektach finansowych. Słowo.
- A mimo tych zabawek nie dowiedziałaś się niczego o mnie i Nadii... - pokręciła głową.
- Cóż… nie jesteście warte wysiłku włożonego w takie szpiegowanie. - odparła z lisim uśmieszkiem Lukrecja. Po czym dodała poważnym tonem.- Sprzęt kurzy magazynie od pięciu lat. Projekt biznesowy nie wypalił, więc… zminimalizowałam straty i zostawiłam sprzęt, na wszelki wypadek.
- Po prostu wiedziałaś, że Nadia by ten sprzęt wykryła. - spojrzała na Toreadora - Gdzie miałoby się to zainstalować? Szczerze, to ciekawi mnie co jest w piwnicy.
- Nie wiem… nie jestem uzdolniony technicznie. - przyznał Blake i wzruszył ramionami. - Musimy załatwić sobie pomoc Larry’ego. I vana od niego.
- W sumie... czemu Tzimice i Tremere to wrogowie?
- Z tego co wiem, pierwsi Tremere kiedy byli jeszcze śmiertelnymi magami, porwali ważnych Tzimisce i użyli ich jako składników w rytuałach, które pozwoliły im się przemienić w Kainitów. Czy coś w tym rodzaju.- zadumał się Toreador. - Tzimisce wypowiedzieli wojnę młodemu klanowi Tremere i przegrali ją, gdy czarownicy rzucili do walki gargulce przeciw ich vozhdom. -
- Taki gargulec by nam się teraz przydał. - przyznała Lukrecja.- Czemu do tych kamerek nie weźmiemy profesjonalisty? - spojrzała po obydwojgu - Nadii.
Lukrecja jęknęła cierpiętniczo. - Ona potrafi być trudna do wyciągnięcia ze swojej norki.
- Ona ma vana, sprzęt ogarnie lepiej niż jego twórcy, a przy okazji Tzimisce kuku zrobi. Macie coś, co by chciała?
- No… nie… nic. - przyznał Blake po chwili namysłu, a Lukrecja jęknęła przeciągle. - Nadieżda potrafi być uparta jak muł i nie jest szczególnie chętna do pracy w grupie. Sama zresztą powinnaś to wiedzieć, miałaś okazję z nią działać.
- Będzie siedziała z tyłu. Z dala. - Ann zamyśliła się - Nie mam stuprocentowej pewności, ale może udałoby mi się ją choć przekonać do rozmowy w środku.William i Lukrecja popatrzyli po sobie znacząco, po czym Ventrue westchnęła mówiąc.
- Skarbie… ta gadka o cennym czasie jaką ci zaserwowała Nadia, nie jest wymówką urażonej kobiety. Nadia jest ciągle zajęta i ciągle nie ma czasu i trzeba ją wołami wyciągać z jej biblioteki. Z Larrym nie ma takiego problemu.
- Tylko w sumie co może nam dać Larry w misji, gdzie nie rozwalamy wszystkiego?
- Możemy spróbować z Nadią. - zaczął William, a Lukrecja burknęła. - Ty możesz. Ja nie planuję z nią rozmawiać. Smith dał jej zadanie które lubi, bo wymaga zagrzebania się w książkach. Powodzenia przy wyciąganiu jej spod sterty woluminów.
- Nie masz podejścia do Tremere. - Ann powiedziała wprost.
- Nadia jest trudna nawet jak na standardy Tremere.- odparła cierpko Ventrue.
- I tak spróbuję. - odparła z dumną pewnością zwycięstwa.
- W takim razie ja i William zajmiemy się szukaniem i wyciąganiem mojego sprzętu fil… szpiegowskiego. - odparła Lukrecja entuzjastycznie i z wyraźną ulgą. I wzięła skołowanego rozwojem sytuacji Williama pod pachę kierując się do wyjścia z pokoju. - Niech podjedzie od tyłu.Najwyraźniej nie zamierzała dać Ann czasu na zmianę zdania.

Ann z wahaniem nacisnęła dzwonek do biblioteki, do której dotarła dość szybko po spotkaniu w Róży.
- Biblioteka jest zamknięta o tej porze. - znajomy głos, znajomy ton odezwał się po kilku długich minutach.
- Wiem. - odezwała się Bezklanowa - Ale przyszłam do ciebie, nie do biblioteki.
- Jestem u siebie. - drzwi otworzyły się po tych słowach.Ann ruszyła do środka, ku znajomym terenom podziemia. Nie miala planu, ale to może i lepiej.
Bibliotekarka była dosłownie zasypana księgami. Tym razem jej komputery były wyłączone, a ona sama przeglądała kolejne księgi od czasu do czasu robiąc notatki. Nie poświęciła zbliżającej się Ann wiele uwagi.
Młoda wampirzyca podeszła do Nadii i zajrzała przez ramię Tremere do trzymanej przez nią książki.- Klan Tremere by przyklasnął.
- Mhmm… z pewnością.- mruknęła Kainitka odrywając się od zapisanej gotyckim pismem księgi. Tekst był mieszaniną starofrancuskiego i łaciny… ze szczyptą szyfrów i niejasnych odniesień.
- Zakładam, że masz konkretny powód przybycia tutaj?- zapytała Tremere zerkając na Ann.
- Tak. - spojrzała na twarz kobiety - Powinnam jednak zacząć od czegoś innego. - westchnęła, po czym uklękła na jedno kolano przed Nadią - Przepraszam za dziś. I wtedy.
- Przeprosiny przyjęte, ale nie masz przypadkiem czegoś do zrobienia? Ja mam… zlecenie od naszego Księcia. - stwierdziła Kainitka wracając do czytania księgi. - Które rozwaliło mi co prawda moje plany na ten wieczór, ale Księciu się nie odmawia.
- Chyba, że przesuwa w czasie, aby inną rzecz wykonać.
- Doceniam gest przeprosin, naprawdę doceniam. Niemniej jeśli nie masz nic do dodania… to ja mam dużo ksiąg do przejrzenia. - przypomniała Nadia.
- Mówię szczerze. Williamowi by się przydała twoja umiejętność okiełznania urządzeń do szpiegowania, a tobie bardziej nowoczesne środowisko. Będziemy sprawdzać jedną z podejrzanych rezydencji, na obecność Tzimisce. Mamy sprzęt od Lukrecji, ale to tyle. Proszę, pomóż nam w tym.
- Preferuję badania nad… akcję w terenie. Nawet jeśl te badania są analogowe. - stwierdziła wampirzyca wyjaśniając sytuację. - Poza tym… nie wierzę, że Tzimisce kryje się w willi wynajętej od Williama. Nie widzę powodu marnować mój potencjał na podglądanie śmiertelników robiących swoje… śmiertelnicze sprawy.
- Nawet jeżeli nie ma tam wampira, to mogą być jego przydupasy. - spojrzała błagalnie na Nadię - Lukrecja będzie miała radochę, gdy nie przyjdziesz, cholerna baba, co nawet pornola wydać nie umie…Nadia spojrzała na Ann i spytała poważnie. - Naprawdę obchodzi cię, co sobie pomyśli ta pozbawiona wpływów sfrustrowana Ventrue? Nie masz większych zmartwień?
- Nie chcę by wyszło na jej. - stwierdziła szczerze - No i jeżeli ty nie przyjedziesz, to oni chcą brać Larry'ego, jako kogoś lepszego w tej sprawie. Larry w tej misji... - prychnęła.
- Nie zamierzam tracić mojego cennego czasu na podglądanie jakichś napalonych nastolatków bawiących się w sekskult, jak ci zboczeńcy od Garry’ego, ale… - Nadia uniosła palec w górę. - ... mogę wam skonfigurować sprzęt od Lukrecji i zostawić instrukcje co do jego używania, co byście Larry’ego nie potrzebowali. Oczywiście jeśli w zamian skończysz to ględzenie mi nad uchem.Ann uśmiechnęła się do Nadii.
- Pożyczysz nam też swojego vana?
- Przeciągasz struny mojej cierpliwości…- mruknęła złowieszczo Tremere i westchnęła.- Vana… oraz żula dorzucę. Męczenie go jest i tak… męczące, bo jego zalany krwią z alkoholem umysł nie potrafi docenić moich docinków.
- Dzięki wielkie. - szczęśliwa Bezklanowa skłoniła się Nadii - Jesteś niezastąpiona.
- Oczywiście, że jestem. - przyznała bez śladu dumy Tremere. Jakby stwierdzała oczywisty fakt. - Czekam na parkingu za 15 do 20 minut. Nie spóźnijcie się. Nie cierpię braku punktualności.
- Podjechałabyś z tyłu do Lukrecji? Tam trzyma swój sprzęt.
- Niech będzie… ale jesteście mi coś winne. Obie… - burknęła gniewnie Nadia.
- Oczywiście, zrobię co będziesz chciała. - odparła miękko.
- Już to gdzieś słyszałam.- odparła wampirzyca i machnęła ręką. - No, nie trać więcej czasu. I mojego, i swojego.
Na miejscu Ann zastała Williama i Clyde’a wynoszącego z budynku, jakieś skrzynie i opakowania. Było tego nieco i oba wampiry miały co robić. Lukrecja, oczywiście dyrygowała nimi.
Caitiffka podeszła do Lukrecji, aby z zadowoleniem oświadczyć:- Nadia tu podjedzie.
Lukrecja tylko prychnęła, wyraźnie rozczarowana przebiegiem sytuacji, ale za to William usłyszawszy przy okazji te słowa zapytał. - A więc udało ci się przekonać, by dołączyła do nas?
- Pożyczy nam vana, wyjaśni technologię i dorzuci nam zapijaczonego "Tremere", ale więcej nie naciskałam... szczególnie, że ktoś tu by jej obecności nie chciał. - zerknęła w stronę Lukrecji.
- Ach… doprawdy… przesada. - prychnęła znów Ventrue.- Ja jestem bardzo przyjacielska i otwarta. I graczem drużynowym.
- Tak długo, jak długo jesteś szefem? - Ann odwróciła się do wampirzycy.
- Nie moja wina, że tylko ja tu jestem kompetentnym przywódcą.- wzruszyła ramionami Lukrecja, uśmiechając się niewinnie. A Blake rzekł ciepło. - Nieważne kto tu dowodzi, dopóki zadanie jest wykonane.Ann podeszła bliżej Ventrue i szepnęła.
- Byłaś reżyserką czy aktorką projektu, pani? - zapytała z niewinnym uśmiechem.
- Reżyserką… - Lukrecja odparła urażonym tonem i z wyraźnym zaskoczeniem na obliczu. I mruknęła groźnie.- A ty na wiele sobie pozwalasz, Stillwater wyraźnie źle na ciebie wpływa.
- Chcę wiedzieć czemu nie wypaliło. Gdybyś była aktorką to byłoby złoto przecież. - wzruszyła ramionami - W Internecie zrobiłoby furorę, duża kasa by płynęła.
- Zdziwiłabyś się. - zaśmiała się sarkastycznie Lukrecja.- Bo to właśnie przez internet, biznes nie wypalił.
- Już jedzie.- wtrącił tymczasem Blake. I rzeczywiście van Nadii powoli wjeżdżał na tyły hotelu. Za kierownicą siedział brodacz ignorujący gniewne pofukiwania ponurej jak noc pasażerki.
- Mogłaś złe medium wybrać. - spojrzała na podjeżdżający van z uśmiechem.
- Nie sądzę… po prostu nie ma z tego takiej kasy jak kiedyś. Za dużo amatorek się pałęta.- westchnęła rozdzierająco Lukrecja. A tymczasem Nadia wysiadła z wozu i spojrzała na skrzynie.
- To… to? - zapytała powątpiewająco.Ann skinęła głową, dając spotlight dla Lukrecji.
- Hejka…- przywitał się radośnie Charlie nie wychodząc z pojazdu. A Nadia zaczęła otwierać skrzynie i analizować ich zawartość.
- Lukrecjo… chodź tutaj.- skinęła dłonią ku Ventrue. Ta podeszła i zaczęła rozmawiać cicho z Tremere, choć sądząc ich mimiki rozmowa była bardzo ożywiona.Blake uśmiechnął się podchodząc do Ann i mówiąc. - Potrafią stworzyć zgrany duecik, gdy nie próbują się pozagryzać.
- To nawet urocze. - odparła z uśmiechem - Jak było, gdy wyszłam z Róży?
- Tak jak widziałaś… Lukrecja zwerbowała Clyde’a i zagoniła nas do roboty. Jakbyśmy byli jej sługami. - zaśmiał się cicho Blake. - W tym rzeczywiście przypomina renesansowe damy, pod które się podszywa.
- Dziwię się, że z takim spokojem pozwalasz innym sobą pomiatać. Jesteś powyżej przecież. - stwierdziła.
- Jestem też rycerzem i pamiętam kodeks, jak i chansons de geste. - odparł z uśmiechem Toreador. - A to oznacza rycerskość i szarmanckość wobec płci pięknej. Lukrecja… lubi to wykorzystywać.
- Książę Nowego Jorku też jej okazał rycerskość - spojrzała na kobiety przy pudłach - Nie zniszczył jej.
- Jeśli to prawda co o nim słyszałem, to Książę jest starszy niż pojęcie rycerskości czy… chrześcijaństwa. A świat pogaństwa był bezlitosny. Pogański światopogląd… to kult siły. - westchnął William.Ann nie skomentowała, bo jakoś nie mogła tego podejścia krytykować. Ciekawe...
Ann obserwowała kobiety.Tymczasem do obojga podszedł Charlie. Pies Tremere uśmiechnął się i rzekł. - Eemmm… jak wiecie ja tu noo…- beknął głośno.-... wy jestem i nie wiem jak tu się u was załatwia te sprawy. Nikt mnie w nic nie wtajemniczył, więc… eee… wypada rzec, że… ja tak nie bardzo… lubię palić żywe istoty. Wiem, że niby jestem ze strasznego Sabatu, ale… byłem tam krótko i… nie jestem dobry w celowaniu ogniem. Klecha doradzający szefowi twierdził, że jeszcze za dużo we mnie człowieka.
Ann spojrzała zdziwiona.- Palić... żywych?
- Żywych… martwych… no… ruszających się. Miałem być potężną bronią mojej sfory, ale… przyłapaliście nas w czasie mojego szkolenia. I po stracie obu przewodników. - odparł brodacz wzruszając ramionami. - Wiem, że potrafię być przerażający, ale… nie jestem wojownikiem i nie lubię walczyć. I używać ognia.
- Sumienie to rzecz, którą Sabat próbuje zabić w nas, ale Camarilla ceni… cóż, przynajmniej w przypadku co najmniej jednej drogi ku Golgocie. - odparł z uśmiechem William.
- Drogi ku czemu?- zapytał Charlie, ale Blake machnął ręką. - Nieważne. Nie musisz się martwić, obecne zadanie to misja zwiadowcza, a twoją jest rola kierowcy co najwyżej.
- I staraj się nie używać ognia przy mnie... gdy nie ma potrzeby. - dodała Ann - Mam... złe doświadczenia z nim i mogę z automatu cię zaatakować.
- Luzik szefowo… jestem całkiem zadowolony z bycia kierowcą i nie planuję rozpalać ognisk.- odparł z uśmiechem Charlie. - To… eee… o co chodzi z tą całą misją zwiadowczą?
- Widziałeś kiedyś w Sabacie Tzimisce? Te wampiry co ciała modelują? I potwory robią?
- Nie wiem nawet co to jest Tzimisce… ale był jeden taki co się chwalił, że jego pięści są robione na zamówienie. W zamian za przysługę.- rzekł Charlie, po czym wskazał na Williama.- Ty go chyba przyszpiliłeś do ściany.
- No to taki się zagnieździł gdzieś tutaj. Szukamy go, bo pozwolenia nie ma, a do tego atakuje przejezdnych i tamtą - wskazała na Lukrecję - też zaatakowałał. Musimy obadać podejrzane rezydencje... subtelnie. Szpiegowsko.
- Suuuperr… zawsze chciałem być szpiegiem, gdy byłem mały. A potem… wszystko trafił szlag. - odparł melancholijnie eks-sabatnik.
- Charlie! - wrzasnęła Nadia, a mężczyzna wzruszył ramionami żegnając.- A propo szlagu, moja cholera mnie wzywa. Trzymajta się.Ann zerknęła na Williama kręcąc głową.
- Wyobrażasz sobie, że Nadia poddała się, bo Charlie nie reaguje na jej dręczenie go?
- Wyobrażam…- potwierdził z uśmiechem Kainita. - On ma umysł całkowicie czysty od zmartwień. Tak jak Garry… pewnie się polubią.
- Mówiłeś, że Bella ma do mnie słabość... Serio? To Primogen jednak.
- Bella jest sentymentalna. Potrafi być bezwzględna i bezlitosna. Ale nie lubi być zmuszana do takich zachowań. Dlatego właśnie nas zaprosiła. By ukrócić wszelkie inicjatywy buntu u swoich podwładnych włączające mnie w ich intrygi. Hartley z kolei użyłaby mnie, do namierzenia potencjalnych buntowników i brutalnego ich wybicia.- wyjaśnił Blake sięgając do kieszeni po notatnik z długopisem. - Słabość to może za dużo powiedziane. Polubiła cię, więc… może ci ewentualnie pomóc, jeśli się do niej zgłosisz z problemem. Szansa niewielka, ale istnieje.
- William... w sumie mnie dręczy to odkąd mnie zabito.... Czy to normalne, że wampiry tracą... umiejętności po śmierci? Artystyczne. I jak Toreadorzy wciąż je zachowują? Umiałam pisać o emocjach, rysować lepiej, a teraz... ech, czasem mnie drażni wynik. - mruknęła przybita.
- Toreadorzy… nie tracą… ale ich sztuka też zostaje… skażona mrokiem. Artyzm wychodzi z duszy. A my… nie mamy duszy. - odparł melancholijnie Kainita.
- Przecież zjadając innego wampira, zjadasz jego duszę. Tak mówiłeś.
- Masz rację…- przyznał z uśmiechem Toreador i pokręcił głową.- Wybacz mi moją niedoskonałość w tych sprawach. Nie jestem myślicielem naszego rodzaju. Nadia ci opowiadała o sobie, o tym co straciła stając się Tremere?
- Jakiegoś duchowego przewodnika.
- Część duszy, bardzo ważną dla niej. My, zwykli śmiertelnicy też tracimy jakąś ważną część duszy. Tą ludzką. Będąc Kainitką musisz starać się zapanować nad sobą, bo w miejsce utraconego człowieczeństwa wkrada się Bestia… mroczne instynkty bezlitosnego drapieżnika. Im dłużej istniejesz, tym większa jest szansa, że kolejne krople człowieczeństwa wyciekną z ciebie jak z dziurawego wiadra. To jest właśnie ta ludzka dusza, którą tracimy z przemianą. Pozostaje nasz charakter i bestia czająca się pod skórą. To pochłaniasz pożerając innego Kainitę. - wyjaśnił William i dodał z uśmiechem. - Mam nadzieję, że mój mały wykład był zrozumiały… jak wspomniałem, jestem poetą nie myślicielem czy uczonym naszego rodzaju.
- Bella miała rację, że jesteś świetnym nauczycielem. - pokiwała głową - Moje szkice... czasem idą w stronę, której nie chciałam, a słowa się nie składają jak chcą myśli. Jak ty sobie radzisz?
- Pozwalam instynktom i intuicji iść swoją drogą. Artysta nie kieruje swoją sztuką, to natchnienie kieruje nim. Idź z prądem.- rzekł ciepło Kainita.- Sztuka nie jest nic warta, jeśli jest zaplanowana z góry. To samo potrafią komputery przecież robić.
- Jeżeli Bella wciąż ma, to posiada szkic siebie, jaki jej zostawiłam. I trochę zapisanych słów. W sumie reszta może jest gdzieś we Francji, o ile nie zniszczono co było moje, więc tylko u niej mogło pozostać wspomnienie życia.
- Jak już wspomniałem, jest bardzo sentymentalna. Zatrzymuje wszystkie pamiątki.- uśmiechnął się William. I do obojga dotarł krzyk Lukrecji.
- Hej… ptaszki, przestańcie flirtować i wsiadajacie. - wrzasnęła Lukrecja z szoferki. Charlie już siedział za kółkiem vana, a sprzęt Ventrue, pewnie był już spakowany.
- Jest dla mnie za stary! - Ann odkrzyknęła do Ventrue, ruszając do vana. -
BELSAMETH NECTU CALACH NECOHO!
Willa do której dojeżdżali była duża i mhroczna. I tak jak siedziba Williama, z dala od miasteczka. Ann widziała ją przez lornetkę z noktowizorem, bowiem pomiędzy willą a drogą którą jechali, była brama. Zamknięta i z małą kamerką przy niej.
- Będzie trzeba pokombinować.- oceniła Lukrecja, gdy mijali bramę.
- Jedź kawałek, a potem skręć w las.- stwierdziła Ventrue przejmując znów przywództwo w tym małym teamie.
- Sie robi.- rzekł Charlie wykonując jej polecenia.Ann czekała cierpliwie, ale wyglądała uważnie przez okna, jakby z obawą oczekując kłopotów.
- Wygląda na to, że poważnie traktują ochronę budynku.- ocenił William, gdy się już zatrzymali. - Ale willa ma tylko proste ogrodzenie dookoła. Możemy sprawdzić czy… wszędzie są kamery. Jeśli nie ma gdzieś, to nie powinnyśmy mieć problemów z jego pokonaniem.
- Nie oszukam kamer sposobem Nosferatu, ale mam pomysł jak to zastąpić... - stwierdziła Bezklanowa - Zgaduję, że sprzęt... szpiegowski, nie zawierał małego zestawu do komunikacji? - zapytała Lukrecji.
- Niestety. Mamy tylko mikrofony kierunkowe. - odparła Lukrecja, a William wysiadł z vana.
- Najpierw znajdę te kamery, a potem się zobaczy…Następnie rozmył się i znikł zostawiając za sobą ślad poruszonych pędem liści.
- Nadia twierdziła, że tu sobie sekskult zrobiono... Chociaż ten sprzęt byłby w klimacie.
- Sekskult jest dobrą przykrywką dla Kainitów, choć nie sądzę by Tzimisce się w nich babrał. To nie w ich stylu, może Lasombry.- oceniła Ventrue, choć Ann była pewna że pierwszy Diabeł którego spotkała w nieżyciu to był ten który ją i Gino zaatakował.
- A widziałaś kiedyś Lasombrę, pani? - zapytała z ciekawością.
- O tak. I zabiłam ją wtedy.- odparła z pewną satysfakcją Lukrecja.- Nie było to łatwe, ale na szczęście dla mnie… ona była bardzo pewna siebie.
- Opowiedz mi o tym, proszę. - poprosiła zafascynowana.
- Była to jedna z tych akcji Sabatu.- Próbowali się dostać do elizjum, w którym akurat byłam. Zaczęli wyrzynać ochroniarzy, moich i Sabine. Luca stawiał się mocno próbując nas obronić. Twardy był z niego typ…- zamyśliła się Lukrecja wspominając.- … i przystojny. Wielu próbowało go pokonać i .. tym razem się udało. Sabine padła chwilę później… mnie rozharatała brzuch, więc upadłam brocząc krwią i udając umiera…-Wypowiedź przerwało przybycie Williama.- Nie ma innych kamer. Pewnie uznali, że ta przy wejściu wystarczy. Natomiast kilku ochroniarzy krąży po terenie posiadłości. Chyba uzbrojeni. Wyglądają na śmiertelników.
- Sekskult raczej by uzbrojonych ochroniarzy nie miał... - odparła z niechęcią porzucając temat Lasombr.
- Och… żebyś się nie zdziwiła.- odparła ironicznie wampirzyca. - Wszystko zależy od struktury kultu i ehmm… tego, czy mówimy o jednym przywódcy, czy wewnętrznym kręgu sponsorów.
- Mówisz z doświadczenia? - zapytała cicho, podśmiewając się - Wybacz.
- Tak. Mówię to z doświadczenia. Doświadczyłam tego we Włoszech za czasów Mussoliniego. - odparła poważnym tonem Lukrecja.- Tak czy siak… dałoby się podkraść do budynku.- ocenił Blake.
- Ktoś chce iść ze mną? - zapytała pro forma.
- Ja mogę iść.- zaoferował się William, a Lukrecja dodała.- W razie kłopotów dzwońcie. Charlie zrobi ogniową dywersję.
- Wolał…- zaczął Panders, a Lukrecja powtórzyła z naciskiem.- Charlie zrobi ogniową dywersję, a ty Williamie, trzymaj się z tyłu. Będziesz jej przeszkadzał w robocie, więc zostań po naszej stronie płotu.
- Co w ogóle mam zrobić? Zabić ochroniarzy? - zapytała dość bez przejęcia.
- Żadnego zabijania. Nie wiemy czy to na pewno siedziba Tzimisce. Po prostu zakradnij się i nagraj… wszystko.- zadecydował Blake, a Lukrecja podała Ann sprzęt.- Mikrofon kierunkowy, kamera z trybem noktowizyjnym. Dasz sobie radę.
- Mam tylko na zewnątrz posiadłości czy próbować wejść do środka?
- Jeśli uznasz, że możesz… to wejdź do środka.- odparł William. - Jeśli nie będzie to za bardzo ryzykowne. Rozkład pomieszczeń jest podobny do tego w moim domu, ale jeśli chcesz mapę, to ją mam.
- Przyda się, a na pewno do piwniczki chcę zajrzeć. - odparła.
- W razie czego możesz wezwać nas na pomoc. Śmiertelnicy, a nawet ghule, nie powinny stanowić dla ciebie zagrożenia. Ale jeśli napotkasz Kainitę, Tzimisce czy innego… wycofaj się natychmiast. - odparł Toreador.- Czy ten sprzęt jest podłączony tak, abyście zobaczyli w vanie co nagrywa?
- Tak twierdzi Nadia. Przekonamy się.- odparła Lukrecja z przekąsem.
- Zobaczmy teraz.Ann zaczęła sprawdzać i mikrofony, i kamery, ich podłączenie do vana.
Lukrecja zasiadła na miejscu Nadii i włączyła sprzęt ekscentrycznej Tremere.- Wszystko działa. Powodzenia.
Ann skinęła głową i wzięła cały "sprzęt szpiegowski". Widoczny cień caitifki okręcił się wokół niej pozostawiając sylwetkę wampirzycy bez naturalnego cienia pod nią, jednocześnie czyniąc jej ciało cięższe do zauważenia w mroku. Bez oczekiwania, młoda Kainitka wyskoczyła z vana.

Do płotu oboje dotarli bez problemu. Tam William podsadził ją, by mogła zwinnie przeskoczyć. A gdy znalazła się po drugiej stronie, Ann zauważyła strażników krążących po posesji. Trzech. Garnitury z wybrzuszeniem sugerującym broń palną, ale bez słuchawek w uszach. Wyglądali na najemnych ochroniarzy.
Ann miała pewne doświadczenie w podobnych zadaniach. Korzystała z ludzkiej ślepoty w mroku, aby wraz z cieniami zlewać się z tłem. Kiedy człowiek za blisko podchodził zastygała w miejscu, aż zagrożenie nie minęło. Używała sprzętu będąc poza zasięgiem ochrony. Własny telefon całkowicie wyciszyła by nawet wibrowanie jej nie ujawniło. Musiała wejść do środka.Co okazało się absurdalnie proste gdy dotarła do patio na tyłach willi, mijając po drodze flirtującą parkę. Mężczyzna czarował słówkami dziewczynę młodszą od niego o pięć lat i kusił tym, że dobrze zna oświeconego i może załatwić jej prywatne spotkanie. Bogaty, łysiejący i bezczelny typek. Dziewczyna była jedną z tych młodych i nie naiwnych. Miała dziwne tatuaże na przedramionach, szeregi dziwacznych znaków przypominających jakieś pismo, którego Ann nie znała. I choć wydawała się spijać jego słowa z ust, to… przypominało to bardziej grę aktorską niż szczery zachwyt. Niemniej ważne było to, że… drzwi do willi były po prostu otwarte.
Ann nagrywała obraz i dźwięk, skupiając się na dziewczynie. Wykorzystując pozorną niewidzialność, ruszyła by udać się do środka otoczona cieniami.W środku było więcej biznesmenów i bizneswoman wymieszanych z przystojnymi modelami obojga płci oraz zakapturzonych sług, kręcących się tu i tam. Toczyły się ciche rozmowy na temat rytuału. Padały ezoteryczne słowa typu Ptah, Sekhmet, Ziggurat, Belsameth… ale jakoś młodej wampirzycy trudno było dotrzeć do sensu typu wypowiedzi. Cokolwiek czcił ten kult było, albo bardzo starożytne, albo bardzo pokręcone, albo bardzo mętne. Albo wszystko na raz. W środku było całkiem sporo osób, więc wampirzyca musiała się wykazać swoimi talentami w ciasnych korytarzach, gdy mijała rozmawiające pary. Niemniej w budynku poziom czujności kultystów był bliski zera.
To nie był sekskult... Ale kult mimo wszystko. Ann nagrała niektóre twarze, wizerunki w pomieszczeniach nim skierowała się ku piwnicy.
Przy wejściu piwnicy było dwóch “strażników” w długich zakapturzonych szatach. Pilnowali wejścia i mieli przy sobie klucze do niej. I ceremonialne tasaki. Ktoś równie zakapturzony wyszedł z niej na oczach Ann, a ta poczuła słodką woń dochodzącą z piwnicy. Świeżo rozlanej… krwi.
Ann czuła obawę, ale też ekscytację Przechodząc obok jednego ze strażników zabrała mu klucz uwieszony pasa i trzymając rękę na schowanym sztylecie wślizgnęła się do środka.Zeszła jakby do innego świata. Krok po kroku opuszczała XXI wiek zanurzając się w średniowieczu. A przynajmniej filmowym dekoracjom filtrującym średniowiecze przez okulary hollywoodzkich reżyserów. Ściany udawały kamienne ściany z otoczaków, ale Ann była pewna że pod kawałkami kamieni krył się zwyczajny żelbeton. Schody były drewniane, na ścianach wisiały pochodnie, przykute łańcuchami do nich. Znaki pokrywały ściany, dziwne i chaotyczne. Ann nie rozpoznawała ich. Zapach krwi robił się coraz intensywniejszy przy każdym kroku. I ta krew była po części rozlana na środku podłogi dużej sali, na dziwacznym ołtarzu w kształcie pseudo-babilońskiego demona. Znaków było tu więcej, reszta krwi zebrana była w pięciu czarach przed wizerunkiem łączącym szatana ala LaVey z egipskim bóstwem i mezopotamską stylistyką. Dziwaczny koszmarek stylów i motywów. Były tu też nieduże drzwi prowadzące z tej sali do… tego Ann nie wiedziała.
Dziewczyna nagrywała wszystko w najmniejszym szczególe, także niepokojącą ciszę rozlaną w pomieszczeniu i za drzwiami. Spojrzała na swój telefon, czy wiadomości jej nie wysłano.
Komórka nie zawierała żadnych SMSów, za to Ann usłyszała dźwięk otwieranych drzwi. Ktoś schodził schodami, co najmniej trzy pary stóp.
Ann przylgnęła do ściany mając schowany sprzęt pod kurtką, jedynie pozwalając by obiektyw kamery wystawał. Zastygła w bezruchu otoczona cieniami.- Oby tym razem się udało. Mam dość dźwigania kolejnych porażek. - usłyszała męski głos, a potem kobiecy. - Cierpliwości ci brakuje? Nie od razu świat zbudowano.
Wpierw zeszła zakapturzona kobieta, tuż za nią dwóch mężczyzn w zakapturzonych szatach niosło na ramionach trzeciego mężczyznę. Rozebranego do naga, pomalowanego w dziwne znaki i linie przypominające… instrukcję jak ciąć.
- Cierpliwości i szczęścia. Ostatnio omal nas policja nie złapała. - odezwał się jeden z nich, gdy zaczęli nieprzytomnego golasa przywiązywać do ołtarza.
- Ale nie przyłapano. Prorok mówi wszak, że dopóki droga nie zostanie otwarta kroczący ku niej pozostaną w ukryciu.- odparła natchnionym głosem nadzorująca mężczyzn kobieta.Caitiffka nie drgnęła. Za życia pewnie byłaby przejęta losem człowieka, ale teraz... bardziej zależało jej na nagraniu.
- Taaa… jasne. Ciebie tam nie było Carrie.- burknął mężczyzna.
- Nie podważaj słów proroka, bo sam skończysz na ołtarzu.- warknęła kobieta i rzekła. - Idziemy, czas rytuału jest bliski . Czas zebrać wiernych i powiadomić proroka.Po czym ruszyła przodem, a dwójka jej pomagierów za nią.
Bezklanowa była rozbita. Niby nie znalazła Tzimisce, ale...
Poruszyła się dopiero, gdy śmiertelnicy znikli jej z oczu, aby w cieniach przejść do skrępowanej ofiary i móc ją dokładniej obejrzeć.- Echta… achura, tum atak… amarur…- nieprzytomny mężczyzna wydawał się być nafaszerowany jakąś mieszanką prochów. Pogrążony w narkotycznym śnie bełkotał coś bez sensu. Jakieś dwadzieścia siedem lat, w miarę przystojny. Ogolony… wszędzie poza włosami na głowie.
Wampirzyca odsunęła się od śmiertelnika i podeszła do zamkniętych drzwi. Skuliła się nim spróbowała powoli je uchylić.
Za nimi nie było nic strasznego. Przynajmniej z początku. Był tam bowiem schowek na wyposażenie tej świątyni i utensylia używane do rytuału. Na wieszakach wisiały szaty z kapturami, na półkach leżały rytualne noże i misy i czary. Tu też stały srebrne świeczniki, obok pudełek z świeczkami. Było też blade ciało, pocięte i pozbawione krwi. Też młody mężczyzna.Ann wysunęła komórkę, aby napisać wiadomość do Williama. Nie chciała zaburzać ciszy tego miejsca.
"Nie wiem co oni tu robią, chyba nie ma nic wspólnego z naszym, ale zostałabym więcej zrozumieć. Chyba że macie inne pomysły?"
Wysłała, aby po chwili dodać w następnej wiadomości:
"Powiadomcie Joshuę co tu się odwala."
Odpowiedź Blake’a przyszła po kilku minutach.
“Nie narażaj się. Może to nie siedlisko wampira, ale uzbrojeni śmiertelnicy też potrafią być niebezpieczni.”
Wysłała wiadomość i domknęła drzwi tak, jak były poprzednio, nim usadowiła się przy ścianie wyjścia z pomieszczenia, czekając na powrót zakapturzonych i dalsze wydarzenia.
"Będę się trzymała bezpiecznie, blisko wyjścia. Umknę jeżeli ta krwawa orgia się w coś konkretnego przerodzi."
Powoli zaczęli schodzić się uczestniczy, jedni zakapturzeni, inni bez tych strojów. Odruchowo zajmowali już pewnie wcześniej wyznaczone miejsca, co uświadomiło Ann, że… może pojawić się problem. Potrafiła być niewidoczna w cieniach… ale nie była bezcielesna. A wyglądało, że na tej ceremonii będzie panował ścisk. I może zostać wykryta.
Korzystając z tego małego chaosu, jaki powstał przy wchodzeniu, wampirzyca wyszła z sali, aby skierować się do schowka i z niego wyjąć przebranie z kapturem, po założeniu którego będzie mogła się ujawnić i zająć bardziej widoczną pozycję.
Powoli zaczęli się schodzić uczestnicy, część była w szatach. Inni ubrani bardziej codziennie, w sukienki, garnitury. Ci pewnie byli szeregowymi członkami, podczas gdy zakapturzeni robili za wtajemniczonych/obsługę tego miejsca. Widać było wyraźną hierarchię. Ann, będąc jedną z wielu w tym ścisku jakoś nie rzucała się oczy.
Caitiffka imitowała zachowanie jej podobnych, oczekując na... w sumie nie wiedziała na co.Rozpoczęły się zaśpiewy w nieznanym Ann języku, przypominało to trochę imitację arabskich języków, trochę gulgotanie indorów. Brzmiało egzotycznie… to pewne. Ann nie była pewna, czy ktokolwiek tutaj rozumie to co właściwie mówił, ale… widziała ich oczy, widziała w nich znajomą żądzę: władzy, przygody, nadnaturalnego. Widziała w nich znajomy obłęd. Ten sam jaki był powszechny na ceremoniach Papy Roacha, choć… zdecydowanie bardziej stonowany.
W końcu zszedł sam.. mistrz ceremonii. Nie nosił co prawda mnisich szat z kapturem jak reszta, ale za to ubierał się na zielono, zielony garnitur i spodnie i płaszcz z postawionym wysoko kapturem. Brodaty mężczyzna o przeciętnej fizjonomii i spojrzeniu pełnemu szaleństwa. Jeśli jest Kainitą to z pewnością nie Tzimisce. Taki wzrok mają Malkavy. Ann wystarczająco długo przebywała z Marge, by wyłapać ten detal.
Podszedł do więźnia/ofiary i wyciąnął dłonie w górę.- Bracia i siostry, Oświeceni i Wybrani. Ci którzy będą władać tym światem, gdy upadną rządy i rozsądek, gdy Pradawny wróci z wygnania, a my uwolnieni od okowów moralności będziemy władać przez wieczność masą ludzką w jego imieniu. Bracia i siostry dziś nastał kolejny krwawy księżyc, gwiazdy ustawiły się astralnym porządku i nadszedł czas objawienia.
- Belsameth nectu calach Necoho! - wykrzyknął tłumek, a Ann wraz z nimi udawała, że wrzeszczy.
- Oświeceni i Wybrani… nastał czas objawienia.- Prorokowi, bo to pewnie on był, podatno rytualny miedziany sztylet. Zaczął nacinać skórę mężczyzny, który pojękiwał w ekstazie.- Dziś pięcioro z nas napije się somy i zacznie prorokować.Wszystko to było… dziwne. Niby ten prorok powinien się okazać oszustem wykorzystującym naiwnych, ale… to było zbyt realne na oszustwo. Ten mężczyzna wierzył w to co mówił i swoją wiarą zarażał innych… jak Papa Roach.
Ann pamiętała, że to bullshit dla ludzi, a ten wampir... on robi ghule? Czy chce wampiry pod nosem Joshui?
Mamrocząc zaklęcia pod nosem przywódca kultu rył linie na ciele wijącego się mężczyzny. Nozdrza Ann rozszerzyły się, język nerwowo oblizał wargi. Krew.. świeża ciepła posoka popłynęła, Kainitka poczuła zapach i głód… się obudził.
Wampirzyca zamknęła oczy i wbiła paznokcie w dłoń. Takie nęcące, ale musiała się powstrzymać.- Wybrańcy wystąpcie.- rzekł prorok. I pięcioro wystąpiło. Przed nimi postawiono czary, w których znajdowała się mieszanka jakichś ziół i proszków.
Prorok wziął od sługi zakrzywiony miecz i… jednym zamachem zdekapitował ofiarę. Krew buchnęła szerokim strumieniem wypełniając swoim słodkim odorem całą salę. Strugi trafiły na czary zalewając mieszankę substancji i taką “somę” wybrańcy zaczęli pić, a prorok… przyglądał się temu .-|
Ann ugryzła swoją wargę i skupiła wzrok tylko na Proroku.
Ten przyglądał się swoim wyznawcom, chłeptającym posokę z ziołami niczym psy. Nie interesowała go marnująca się słodka, słodka krew.
Nie była małym krwiopijcą. Powstrzymywała Bestię. Miała misję.Wyznawcy upici mieszanką rzeczywiście zaczęli przepowiadać… jeśli tak można nazwać ten ciąg nie powiązanych słów i fraz, które to zakapturzone skryby zapisywały, a tłum reagował na nie ekstatycznymi okrzykami.
- Pradawny przemówił ustami wybranych. Chwalmy nadchodzącego! - krzyknął głośno Prorok, a tłum odpowiedział mu znaną już Ann frazą.
- Belsameth nectu calach Necoho!I ceremonia miała się ku końcowych. Zakapturzeni zabrali się za porządki. Wyniesiono półprzytomnych wybranych,czary postawiono przed posągiem, ciało odpięto od ołtarza, doczepiając mu za pomocą szydła odciętą głowę. Chyba po to żeby się nie zgubiła przed utylizacją. I tak trupa zaniesiono do martwego kolegi w schowku. A tłumek… powoli zaczął się opuszczać salę idąc w górę po schodach.
Ann z niezadowoleniem opuszczała miejsce pełne krwi. Musiała znowu się skryć i wrócić do swoich... głodna krwi.
Bez problemu opuściła salę, a po tym i budynek. Otulając się cieniami skierowała się ku ogrodzeniu, które ostatnio przekroczyła. Chciała już wrócić do vana…
Blake czekał przy ogrodzeniu na Ann, a gdy już zdołała przybyć, zapytał.
- Wszystko w porządku? Co tam się stało? Długo cię nie było.
- Powinniście mieć nagrania. Trzeba Księciu je pokazać i Nadii. - stwierdziła otulona cieniem - Ten Prorok to Malkavianin. Krwawy Kult zrobił, chce coś wezwać przez ofiary. - wzruszyła ramionami.
- Nie powinno tu być żadnych Malkavów… chyba, że to Anarch lub Sabatnik.- odparł zaskoczony Kainita.- Mamy nagrania, ale te nagle się urwały.Gdy pojawili się pierwsi kultyści, wtedy caitifka już nie mogła nagrywać bez narażenia się na zdemaskowanie.
- Musiałam przerwać nagrywanie... pokażę co nie zostało nagrane. - machnęła ręką - Nie mów, że się martwiłeś?
- Wszyscy się martwiliśmy. Jest nas mało, musimy trzymać się razem.- William chyba kłamał. Charlie był zbyt napruty by się martwić, a Lukrecja… była Lukrecją przecież. Biorgia wannabe, takie się nie martwią, nieprawdaż?
- Te małe kłamstewka... - zaśmiała się cicho i ruszyła do vana.
- To nie jest kłamstwo. To kwestia założenia sytuacji w oparciu o… noo… te… ehmm… no… niezbyt solidne dowody.- odparł Blake podążając za Ann.
Rzeczywiście, Lukrecja nie wyglądała na zmartwioną. Bardziej na znudzoną.
- Musiałaś siedzieć tam tak długo?- zapytała.
Ann podeszła do Lukrecji i położyła dłoń na jej dłoni.
- Następnym razem ty możesz iść. - mruknęła, a zimny cień spłynął z niej jak woda, zahaczając o skórę Ventrue.
- Sądząc po wystroju to coś dla Nadii, albo dla konwentu wiedźm. Może następnym razem takie sprowadzisz Williamie?- uśmiechnęła się jadowicie Lukrecja spoglądając na Toreadora. - Zamiast maga. Może będą bardziej pomocne. A może jakieś ukrywasz oprócz tej Ravnoski?
- Potrafisz być bardziej marudna niż Nadia. Daj mu spokój królewno. - mruknęła.
- Co więc tam widziałaś?- mruknęła Ventrue.- Warto było na to tracić większość tej nocy?
- Krwawy Kult chcący coś przyzwać, pod wodzą Malkavianina mordującego porwanego na ołtarzu. - mruknęła.
- Niech… to szlag… to już wolę Tzimisce. Malkav potężny na tyle, by zrobić sobie pod naszym nosem kult to duże kłopoty. - Ann miała wrażenie, że Lukrecja lekko zbladła.
- Boi się Błękitna Krew? - zapytała trochę prześmiewczo.
- Mierzyłaś kiedyś swoje siły z jednym z nich? Och, warto mieć po swojego stronie taką świruskę, ale wierz mi… nie chcesz walczyć z nimi twarzą w twarz. Oni zarażają swoim obłędem. To gorsze niż wszystko co może rzucić w ciebie Tzimisce. Wierz mi.- mruknęła ponuro Lukrecja. A William dodał.- Śmiem wątpić. Nie wiesz czym potrafią rzucać Tzimisce.
- Tzimisce znasz tylko z tego jednego spotkania... którego w sumie spotkaniem nie można nazwać. Malk przypominał w swoim zachowaniu Papę Roacha, ale jego wpływ nie był tak silny. - spojrzała na Toreadora - Wolę całość przekazać jak wszyscy będą, żeby się nie rozdrabniać. - pokręciła głową - Nie wiem co Prorok próbuje przyzwać, ale czuję, że to nie jest tylko w jego obłędzie. Coś się czai... i to nie jedynie Tzimisce.
- Dzisiaj za późno na zebrania. Poinformowałem Księcia, ten posłał wici do Papy Roacha by upewnić, że ten Malkav nie jest jego. Jeśli jest, sprawa robi się “dyplomatyczna”. Nie możemy najechać na chatę i wymordować ich wszystkich. - te słowa brzmiały dziwnie w ustach, łagodnego wszak i delikatnej budowy, Williama.
- I tak można to skontrolować. - odparła Ann - Ten kult nie jest ciężki do wejścia jak mnie się udało. Kultyści mają zerową ochronę i ogląd na zagrożenia.
- Czują się tu bezpieczni. Nic w tym dziwnego. Kto by zaglądał? Nawet Smith i jego chłopcy tu się nie zjawiają. - przyznał Blake i spojrzał na Ann. - Nie zrobiłaś niczego, co mogłoby zasugerować im, że ktoś się do nich zakradł?
- Nic co nie zostałoby zwalone na ludzkie niedbalstwo. - wzruszyła ramionami.- No to wracamy, na tę noc zrobiliśmy wszystko co mogliśmy.- westchnął Toreador. A Lukrecja mruknęła. - Skoro to Malkav to Garry może tu rozstawić zwierzęce czujki. Dam mu znać po powrocie.
- Pokażę wam go, jak pamiętam. - wzruszyła ramionami - I cały seans jaki rozgrywał się po przerwaniu nadawania.
- Skarbie… jeśli uważasz, że znamy z twarzy każdego Malkava kryjącego się w kanałach Nowego Jorku, to masz o nas naprawdę kiepskie zdanie.- zaśmiała się Ventrue i machnęła ręką. - No… ale pokaż co tam zobaczyłaś.
- Nie liczę, że znacie, ale portret można pokazać późnieję, że młoda Ventrue mogła kiedyś takiego w Elysium widzieć, bo ma lepszą kontrolę nad miejscem mamusi niż ona sama, prawda? - sarknęła patrząc Lukrecji w oczy.
- Róża w Stillwater jest pierwszym Elizjum pod moją kontrolą. Nie zajmowałam się tak poślednimi sprawami w Nowym Jorku.- odparła ironicznie Lukrecja. - Jeśli już musisz wiedzieć, to pracowałam blisko mojej Primogen i samego Księcia.
- To spadłaś z wysokiego konia paniusiu.- wtrącił milczący dotąd Charlie.
- Nawet nie wiesz na co się nabila po spadnięciu. - dodała do Charliego.
- Na was… - syknęła złośliwie lekko poirytowana Lukrecja chcąc uciąć tą dyskusję.- Jak masz pokazywać, to pokazuj… choć nie musisz, bo jutro powtórzysz swoją szopkę przed całym naszym gangiem.
- Nie mam zamiaru w tej sekundzie, jutro dopiero. - odparła spokojnie - Wybacz, sensu tylko dla ciebie za darmo nie zrobię. Dla Willa mogłabym, ale on raczej wie jakie to bez sensu w tym momencie.
- Skoro więc zmarnowaliśmy tyle czasu na gadanie, to… Charlie pakuj się za kierownicę, a reszta do vana. Wracamy do domu. - zadecydowała Ventrue wsiadając na miejsce obok kierowcy. - Zanim zostaniemy zauważeni.Caitiffka wskoczyła do vana siadając na swoim miejscu.
- Tak jest, proszę pani. Opowiedz dalej o zabiciu Lasombry.
- Nie jestem w nastroju na opowieści. - odparła Lukrecja, a Charlie powoli ruszył cofając wóz w kierunku drogi.
- Eeee… to podrzucić was przed bramę waszego domu, czy zawieźć z powrotem do Stillwater?- spytał Williama, a ten spojrzał na Ann.
- Przecież i tak nasze pojazdy przy Róży zostały. - przypominała Williamowi.
- Mogą zostać odprowadzone przez ghule Lukrecji podczas dnia. - rzekł Toreador.
- Nie chcę by jakieś ghule dotykały mojego motocyklu. - niespodziewanie odezwała się Bezklanowa, którą samą ten wybuch chyba zdziwił, więc dodała z niechęcią - Znaczy... Nie wiem czy chcę…
- Słyszałeś dumną caitifkę. Jedziemy do Stillwater.- burknęła Lukrecja z ironicznym uśmieszkiem. I Charlie ruszył w drogę powrotną.
Wrócili dość późno. Świt zbliżał się nieuchronnie. William zaś był wyraźnie zamyślony, gdy przekraczali próg domu.
- Dziś było... interesująco. - odezwała się Ann po wejściu - A to dopiero pierwsza rezydencja.
- Liczę że kolejne były nudne. Zdarzało mi się wynajmować budynki Kainitom z Nowego Jorku i ludziom mafii i raz nawet Giovanni przez miesiąc. Dyskrecja to jedna z zalet Stillwater. Ale też… i wada, jak dziś widziałaś. - westchnął ciężko i smętnie Blake.
- Stillwater to jak dobre miejsce na szemrane sprawki. I to nawet może być poza uwagą kogokolwiek. Kiepsko dla Domeny. De facto ktoś może pluć na zasady i Księcia, a i tak pewnie uniknie problemów.
- Wstyd mi to rzec, ale dobrze zarabiam na tym fakcie. - westchnął ciężko Blake. - Dyskrecja jest drogim luksusem. I najczęściej nie ma problemów z gośćmi. W ich interesie jest nie wychylać się, bo przecież to co planują i robią nie dotyczy naszej nudnej mieściny.
- Ale są też inni.
- Tak. Są. - westchnął ciężko wampir.- Co nie uwalnia mnie od odpowiedzialności za me czyny i niedopatrzenia.
- Chcesz wrócić do bycia Księciem?
- Nie… nie bardzo. - machnął ręką Toreador. - Nawet w takim Stillwater to parszywa fucha. Ci wszyscy ambitni Kainici pokroju Lukrecji nie wiedzą w co się chcą wpakować.
- Książę Nowego Jorku chyba tak nie myśli.
- Nie wiem co myśli Książę Nowego Jorku.- odparł ironicznie William. - I nie obchodzi mnie to.
- Ale Stillwater przydałyby się... mocniej ustanowione zasady.
- Doprawdy? A kto by je egzekwował? Ty?- zapytał ciepło William. - Rządy twardej ręki nie sprawdzą się w każdym miejscu. Według mnie, nie sprawdzają się w Nowym Jorku. To nadal kłębowisko węży.
- Czy wszędzie takie kłębowisko nie będzie? W tej metropolii chociaż się boją konsekwencji.
- A tutaj jest takie kłębowisko? - zapytał Kainita.
- Nie, to miejsce zsyłki. Co nie znaczy, że Stillwater jest bezpieczne od knowania żmij z metropolii lub spoza. To świetna miejscówka na interesiki pokrętne. Prawa nie tyle mają trzymać mieszkańców Stillwater, co Stillwater przed wpływem innych.
- Wiem o tym. Dlatego też tamten Malkav zostanie ukarany bez względu na to czy jest członkiem trzódki Papy Roacha czy nie. I Primogen mimo swojego obłędu, będzie pewnie tego świadom. Niemniej… wszystko musi odpowiednio zrobione. Papa Roach musi wiedzieć czemu jego podopieczny zostanie ścięty. Tego wymaga dyplomacja. - odparł stanowczo Toreador.
- Jeżeli w ogóle jest on z Camarilli...
- Wtedy nie będziemy się musieli bawić w dyplomację, tylko zabijemy jak psa którym jest. - stwierdził Kainita wzruszając ramionami. - Osobiście nie obchodzi mnie pod jaką organizację się podpina. Sukinsyn zapłaci za swoje czyny.- Na pewno zbiera ludzi nie tylko ze Stillwater. Tam było dużo biznesowych, żądnych potęgi...
- No cóż… w takim razie zwolni się sporo wakatów wśród menedżerów średniego szczebla.- William wydawał się tym faktem nieporuszony.
- Tylko skąd on tylu bierze? Ludzie z metropolii się tak dają?
- Jeśli jesteś osobą…menedżerem średniego szczebla w dużej firmie, w końcu docierasz do ściany, której nie przebijesz. Za tą ścianą są stanowiska zajmowane przez protegowanych stojących na samym szczycie. Stanowiska których nigdy nie osiągną za pomocą zwyczajnych metod.- wyjaśnił smutno Blake.- Widziałem to wiele razy, chciwość i ambicja popychają do ryzykownych kroków… zarówno śmiertelników jak i Kainitów.
- Jak Lukrecję. - stwierdziła.
- Jak Lukrecję… - przyznał William z uśmiechem.- Nie umiem wyjaśnić, ale... Ten kult to większa sprawa. - zmarszczyła brwi.
- Możliwe. - odparł Toreador.- Ale my mamy zdjęcia i maga, który może je ocenić i tym się zainteresować. I Nadię. I potencjalne wsparcie od Papy Roacha, oprócz tego które nam obiecał.
- A Tzimisce?
- Gdy Giovanni przyjadą to się nim zajmą, do czasu aż my usuniemy ten kult z powierzchni ziemi. Nie potrwa to dłużej niż jedną noc. Może dwie. - machnął ręką Toreador.- Wszystko w swoim czasie. Na szczęście dla nas… on rzeczywiście nie interesuje się społecznością Stillwater.- To podasz mi numer prywatny do Eleny? - przypomniała - I czy ona nie będzie niezadowolona, że podajesz go bez jej wiedzy?
- Tak. Podam. - odparł z uśmiechem Blake i dodał. - Wspomniałem jej, że możesz do niej zadzwonić. Nie miała nic przeciw.
- Świetnie. - uśmiechnęła się wyraźnie zadowolona - O co się ciebie ona pytała ostatnio? O co miałeś się zainteresować?
- Sytuacja tutaj prywatnie ją niepokoi. Nawet jeśli oficjalnie zamierza zachować neutralność.- wyjaśnił cicho Toreador.
- Pytała o Nowy Jork.
- Aaaa to… nie domyśliłaś się? To kto jest twoim patronem, nie jest tajemnicą dla elity wielkiego jabłka. Pytała się czy przypadkiem nie wiem czegoś więcej na temat wydarzeń. Może Cyrilowi coś się wymknęło, a potem tobie… - odparł żartobliwie Kainita.- Falconi spowiada się tylko samemu Księciu.
- Naprawdę się uparli na niego... - westchnęła - To jak polowanie na czarownice.
- Oficjalnie jest jedynym wspólnym mianownikiem wszystkich mordów. Nikt nie mówi że jest zabójcą, nikt że ofiarą… ale niewątpliwie jest jakoś wplątany w to. - wyjaśnił William i spróbował ją pocieszyć. - A może jest tylko zasłoną dymną szeryfa, by odciągnąć uwagę innych od śledztwa.
- Niech Szeryf się odczepi od Cyrila. To się już niedorzeczne robi! - sytuacja wyraźnie drażniła Ann.
- Nic na to poradzić nie możemy. Zresztą wiemy tyle samo co ulica na temat samego śledztwa. Czyli… nic. - stwierdził cicho Toreador.- Dzwoniłam do Ravnoski... - spojrzała w ziemię - Czemu wy wszyscy mnie okłamujecie? - zapytała poważnie.
- To znaczy? Jak cię okłamujemy ? - zapytał William troskliwie.
- Że Cyril mi nigdy nie okaże i nie okazywał uczucia.
- Jeśli się mylimy. Bo nie jest kłamstwem, wyrażanie własnej opinii. Jeśli się mylimy, to… po co pytasz o to? Jeśli uważasz, że Cyril okazywał ci, bądź okaże uczucia… to jakie znaczenie ma opinia innych?- zapytał retorycznie Toreador.
- Chciałam by powiedziała co mam zrobić by dalej kochał... bo kocha. Jakby mu nie zależało na mnie jak na dziecku to by nie przygarnął, prawda?William długo milczał i spojrzał zakłopotany na bok. - Cóż, pewnie miał swoje ważne powody. A wróżki zerkają w przyszłość… widzą przeszkody, a nie rozwiązania.
- Jakie ważne powody? - przysunęła się bliżej wampira.
- Nie wiem. Nie mam pojęcia. Nie siedzę w jego głowie.- odparł pospiesznie Toreador.
- Postanowił zużyć swoje zasoby, aby mnie uchronić przed śmiercią z rąk innego wampira, więc musi mu zależeć. Ponoć z kimś się założył o mnie... ale to oznacza, że jestem na tyle ważna dla niego, aby poświęcił coś za mnie!
- Z pewnością…- zgodził się z nią Kainita.Ann patrzyła z irytacją na Williama.
- Ty wiesz coś więcej o sytuacji. - stwierdziła.
- Nie. Nie wiem. Po prostu znam Cyrila dłużej niż ty. - westchnął Blake smutno. - I on traktuje ludzi i Kainitów w kategoriach szachów. Czasem… warto poświęcić ważną figurę, by pionek stojący w odpowiednim polu, przetrwał.Francuzka jedynie pokręciła głową niezadowolona z sytuacji, silnie zaprzeczając rzeczywistości.
- Bez niego świat byłby szary i bez sensu dla kundla. - rzuciła i silnie odwróciła się odchodząc do siebie.
- Znam to uczucie. - odparł Wilhelm i dodał.- Jeśli wierzysz w to że cię kocha, to walcz o tą miłość, ale nie spodziewaj się że ktokolwiek da ci prostą receptę na rozwiązanie twoich problemów. Nawet za życia nic takiego się nie zdarza. A teraz chodźmy spać. Świt już niedaleko.
Hello! It looks like you're interested in this conversation, but you don't have an account yet.
Getting fed up of having to scroll through the same posts each visit? When you register for an account, you'll always come back to exactly where you were before, and choose to be notified of new replies (either via email, or push notification). You'll also be able to save bookmarks and upvote posts to show your appreciation to other community members.
With your input, this post could be even better 💗
Zarejestruj się Zaloguj się