Przejdź do treści
  • Kategorie
  • Ostatnie
  • Tagi
  • Popularne
  • Świat
  • Użytkownicy
  • Grupy
  • Strona startowa
Skórki
  • Jasny
  • Brite
  • Cerulean
  • Cosmo
  • Flatly
  • Journal
  • Litera
  • Lumen
  • Lux
  • Materia
  • Minty
  • Morph
  • Pulse
  • Sandstone
  • Simplex
  • Sketchy
  • Spacelab
  • United
  • Yeti
  • Zephyr
  • Ciemny
  • Cyborg
  • Darkly
  • Quartz
  • Slate
  • Solar
  • Superhero
  • Vapor

  • Domyślna (Cyborg)
  • Brak skórki
Zwiń
  1. Start
  2. Sesje WoD
  3. Rozgrywka
  4. Sezon 2.1
Martwe Wody
AbishaiA
Abishai jako
XXI
Mistrz Gry
ZellZ
Zell jako
Ann Paige

Sezon 2.1

Zaplanowany Przypięty Zablokowany Przeniesiony Rozgrywka
import
48 Posty 2 Uczestników 297 Wyświetlenia
  • Najpierw najstarsze
  • Najpierw najnowsze
  • Najwięcej głosów
Odpowiedz
  • Odpowiedz, zakładając nowy temat
Zaloguj się, aby odpowiedzieć
Ten temat został usunięty. Mogą go zobaczyć tylko użytkownicy upoważnieni do zarządzania tematami.
  • AbishaiA Niedostępny
    AbishaiA Niedostępny
    Abishai jako XXI
    napisał(a) ostatnio edytowany przez JhnW
    #32

    Koszmary były codziennością, gdy zamykała swoje oczy. Koszmary były czymś do czego przywykła, gdy przebywała w swoim… leżu. Były jednak też dobrze jej znajome jeśli chodzi o temat. Powtarzalne i rutynowe.
    Nie ten.

    https://www.youtube.com/watch?v=uYnCPLTSaps

    Zanurzona cała w wodzie… unosząca się jak utopiony trup. I tak samo bezwładna. Nie mogła się ruszyć, nie mogła powiedzieć. Próbowała, krzyczała nawet, ale woda wypełniająca jej płuca tłumiła wszelkie dźwięki. Nie wiedziała jak głęboko jest. Nie widziała powierzchni, tylko ciemność. Może była noc, a może na tę głębokość światło już nie docierało.
    Słyszała dźwięki, ni to mowę, ni to muzykę. Coś mówiły jej, coś ważnego… gdyby rozumiała ten “język”. Była jednak pewna, że coś… coś się… zbliżało.
    Istota była gigantyczna… Ann nie była nawet w stanie dostrzec całej jej sylwetki.
    |-Wielka pseudo-ryba z mackami i łapami zbliżyła się do niej. Trzymała coś w jednej macek… “mówiła” tą dziwną melodią, wskazywała na grawerowany kamień? Obelisk? Totem?-|
    Ale przecież Ann nie wiedziała o chodzi? A nawet gdyby wiedziała, to nie potrafiła odpowiedzieć.
    A potwór wydawał się coraz bardziej poirytowany? Jej brakiem reakcji? Potrząsał energicznie kawałkiem rzeźbionego kamienia, aż w końcu w nagłym ruchu… “zaatakował”. Choć właściwym określeniem byłoby: Połknął Ann jak małą frytkę!
    Teraz naprawdę znalazła się w czarnej mrocznej czeluści, w której zginie!

    Obudziła się nagle… ale i później niż powinna. William już się obudził dwie godziny temu, a i Joshua też się obudził i zdążył nawet przyjechać. Rozmawiał z Toreadorem o tym co się wydarzyło w Nowym Jorku. Mina księcia była kwaśna.

    - Więc to jego plan. Grupki konkurujących ze sobą łowców, którzy oficjalnie będą współpracować.- podsumował na koniec. - Ryzykowny.-
    - Mimo wszystko to nie sfora Sabatu. Nie planują jego obalenia, tylko polują na jedzenie. Są sprytniejsze niż zwykli Kainici opanowani przez Bestię, ale to nadal tylko drapieżniki.- rzekł William popijając “winko”. - Uznał, że szeryf za bardzo by się wzmocnił realizując swój plan, więc użył Primogenów przeciw niemu. Jestem pewien że odpowiednie ploteczki trafiły do odpowiednich uszu przed całym zebraniem.-
    - Żeby tylko ta “polityka” nie zagroziła całym łowom.- stwierdził Joshua i potarł czoło.- Znaleźliśmy trupy w lesie… wyssane do cna i z poodrywanymi głowami. Profesor i studenci z Nowego Jorku którzy zrobili sobie nielegalne nocowanko. Amatorzy gwiazd… sądząc z porozrzucanych teleskopów. -
    - Papa Roach proponował wypuszczenie Barabasa.- wtrącił cicho Toreador, wywołując odrazę na obliczu Joshui.- Chyba się nie zgodzili?-

    Zaśmiał się Toreador.- Nie… trzeba przyznać że Papa Roach potrafi im napędzić stracha.-

    - Wysłannicy Księcia wrócili do Nowego Jorku, ale Piękna wspomniała, że jeszcze tu wrócą… w ramach współpracy.- westchnął Joshua.
    - Węszyła za Ravnoską?- zapytał Toreador.
    - Nadia twierdzi że nie. Że ona i jej Gangrel zachowywali się grzecznie w mojej domenie.- odparł książę.
    - Coś jeszcze nowego?- zapytał William.
    - Nadia się cieszy z nowych map kopalni. Lukrecja zaczyna się nudzić… Larry narzekać… wszystko po staremu. - ocenił książę.
    - Nadal penetrujecie szyby?- zapytał Blake.
    - Dla zabicia czasu bardziej niż w nadziei na sukces. - potwierdził Joshua. - Poza tym Larry potrzebuje zajęcia, by… nie wpadać na głupie pomysły.-
    - Takie jak szukanie pomsty na draugach?- zapytał retorycznie William.
    - Tak… i to pewnie w pojedynkę.- Joshua zaśmiał się i obaj Kainici zauważyli wchodzącą do kuchni Ann.
    - Dobrze się baw…- nagle komórka szeryfa zadzwoniła, ten odebrał. - Słucha… hallo… przerwało połączenie.-

    Westchnął i rzekł do obojga.- Skorzystam z twojego telefonu William, zaraz wracam.-

    1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
    0
    • ZellZ Niedostępny
      ZellZ Niedostępny
      Zell jako Ann Paige
      Moderator Obsługa
      napisał(a) ostatnio edytowany przez JhnW
      #33


      ZŁAMANE SERCA STILLWATER


      Nie spodziewała się takiego koszmaru.

      Kiedy się z niego wybudziła miała wrażenie, że ciągle otaczają ją ściany żołądka bestii. Bała się. Rzucała na łóżku jakby otoczona pętami niepozwalającymi jej wykonać ruchu. Minęło dużo czasu nim uspokoiła się na tyle, aby wstać i ruszyć do góry w stronę kuchni. Miała nadzieję, że zaraz spotka Williama i ten ją obroni.

      Podeszła blisko do Toreadora, gdy Joshua zostawił dwójkę samą. William widział wręcz wylewający się strach z dziewczyny, jakby była to płynna emocja. Ann zdawała się nie reagować na jakiekolwiek słowa, a jedynie przytuliła się mocno do wampira obejmując go jako dziecko rodzica, gdy szukało opieki.
      William zobaczył szkarłat krwawych łez spływający po policzkach dziewczyny patrzącej niewidzącym wzrokiem, której drżący głos szeptał wciąż i wciąż te same słowa.

      - Zbliża się... Zbliża…
      - Co się zbliża? Kto się zbliża?- zdziwił się mężczyzna tuląc czule zatrwożoną wampirzycę.

      Dziewczyna nie odpowiedziała od razu, a dopiero po chwili.

      - Widziałam go... Potwora z jeziora... nie mogłam zareagować, ale on do mnie mówił... Tylko nie rozumiałam tych dźwięków... - wtuliła się mocniej brudząc jego koszulę - Mój brak reakcji go irytował, bo się jej spodziewał…
      - Ann… to był tylko koszmar. Nic prawdziwego. On zsyła je tym… którzy są wrażliwi… - wyjaśnił Toreador tuląc ją do siebie.- … i ich umysły przechodzą na drugą stronę. Ale to tylko ułuda. Nic więcej poza nią nie jest w stanie zrobić.
      - Czemu wy nie wierzycie, że to problem? - zapytała płaczliwie.
      - Bo to nie nasz problem. Tylko wilkołaków. Oni czuwają nad jego więzieniem i jeśli pojawiłyby się problemy przekraczające ich możliwości, to z pewnością powiadomili nas. Miejscowe plemię nie wstydzi się szukać pomocy u nas.- przypomniał jej Toreador.
      - Nie rozumiecie... To też nasz problem. - stwierdziła uparcie.
      - Ann… nie pozwól by użył on lęku do manipulowania tobą.- westchnął William.

      Ann skuliła głowę w smutku.

      - Jak chcesz…

      - Ann… niby co mamy zrobić w związku z tym potworem? Jest na innym planie egzystencji.- przypomniał jej Kainita.- A ty… jesteś zaskakująco podatna na jego wpływ. I to bez prochów, którymi faszeruje się Garry. Możliwe, że… wiesz, dysponujesz Nadwrażliwością.

      Dziewczyna wzruszyła ramionami.

      - Nie wiem.... Umiem się ukrywać. I cienie używać.
      - Możliwe że jesteś w stanie dostrzegać więcej niż inni, co by tłumaczyło twoje… wizje mieszkańca jeziora. - wyjaśnił William.
      - Ty też umiesz? - zapytała.
      - Trochę… nie jestem w tym mistrzem, ale opanowałem podstawy. - odparł z uśmiechem Blake.
      - To mówił do ciebie?
      - Próbował… czasami próbuje nadal. Osoby wrażliwe w Stillwater mają o nim sny. Je nie jestem wyjątkiem od tej reguły.- potwierdził Toreador.
      - To kto ma?
      - Garry na pewno. Ravnoska… może…- wzruszył ramionami Blake.- Poza Garrym nikt się nie przyznał.
      - Ale nawet ty nie traktujesz tego poważnie. - odparła z pretensją w głosie.
      - Traktuję, tyle że jestem za stary by dać zmanipulować koszmarami zsyłanymi przez bezradny byt. Bo tylko to jest w stanie zrobić w tej chwili. Mieszać w głowie za pomocą snów.- wyjaśnił tulący ją mężczyzna. - To że nie ulegam panice, nie oznacza że nie biorę sprawy na poważnie.
      - Ale... To się zbliża... - narzekała - I nigdy tego wcześniej nie widziałam ani do mnie nie gadało.
      - Nie daj się zmanipulować jego kłamstwom Ann. - stwierdził stanowczym głosem Toreador.- On próbuje namieszać ci w głowie.

      - A w sumie skąd mam mieć pewność, że to ty nie próbujesz mi namieszać? - odbiła piłeczkę uśmiechając się wrednie.
      - W takim razie powiedz co powinniśmy zrobić? - zapytał retorycznie William.
      - Załatwić ten problem! Skończyć to czego nie mogły wilkołaki z tamtych czasów!
      - Tylko, że nie możemy dotrzeć do potwora. Jest w innym miejscu, niedostępnym dla nas.- przypomniał jej Blake.
      - Mamy maga!
      - No i ? Przypomnieć ci co powiedzieli inni magowie z którymi konsultowaliśmy sytuację? Potrzebujemy wielu potężnych magów. Jeden… nie wystarczy, oczywiście o ile się zgodzi. - powątpiewał William.
      - Mamy wilkołaki.
      - Cóż… gdyby mogły go zabić, zrobiłyby to dawno. - wyjaśnił Kainita.

      Ann puściła Williama i poszła do umywalki w kuchni obmyć twarz.
      A Toreador tylko westchnął ciężko.

      Wkrótce pojawił się sam książę Stillwater.

      - Jest problem ze szpitalem. Mag twierdzi że coś z niego uciekło. - rzekł na powitanie. Potarł podstawę nosa.- Powinienem to przewidzieć, dziś jest krwawy księżyc.

      Ann wróciła zaplamioną krwią bluzką, jak i trochę plam miał na ubraniu William.

      - To co robimy?
      - Na razie… jedziemy obejrzeć sytuację. Zadzwoniłem już do Garry’ego. Wyśle swoje czujki. Miejmy nadzieję, że zlokalizujemy uciekiniera jeszcze tej nocy.- wyjaśnił Joshua.
      - Mag będzie? - zapytała nagle.
      - Powinien być, skoro dzwonił.- zastanowił się Brujah.
      - Zmienię bluzkę i już mogę jechać! - dziewczyna rzuciła i kierowała się do swojego pokoju.
      - Jaki entuzjazm…- to zdążyła usłyszeć nim zniknęła obu mężczyznom z pola widzenia. Głos należał do Joshui.

      Czekali na nią na dworze. Przy samochodach.

      Samej dziewczynie nie zajęło długo odnalezienie odpowiednio wystrzyżonej w dekolcie bluzki, którą na koniec zasłoniła cieplejszą bluzą. Chyba tylko dla niepoznaki…

      - Gotowa?- zapytał William, podczas gdy Joshua już wsiadał za kierownicę swojej policyjnej terenówki.
      - Oczywiście! - sama wampirzyca wskoczyła na miejsce obok Księcia, najwyraźniej nie zastanawiała się nad żadną hierarchią.

      Szeryf ruszył, a William za nim. Jazda była długa i przerywana jedynie meldunkami z centrali i innych patroli. Joshua odpowiadał profesjonalnie i beznamiętnie. Całkowicie oddawał się swojej roli nocnego szeryfa Stillwater.
      W końcu padł jakiś policyjny kod z radia i szeryf odpowiedział.

      - Ok. Już tam jadę. - i spojrzał na Ann.- Będziemy musieli nadrobić drogę, mamy stłuczkę i kłótnię. Do centrali zadzwoniła jedna z pasażerek.
      - Jasne. - wzruszyła ramionami - Ktoś umiera?
      - Jeszcze nie. Ale ktoś może skończyć w szpitalu, jeśli się nie pospieszymy. To dwa gorącokrwiste byczki. - odparł ironicznie Joshua zawracając, a William podążył za nim.
      - A jeżeliby mieli broń i do nas strzelili? Mamy grać?
      - Nie mają broni. Tylko za dużo procentów we krwi.- zaśmiał się Smith.- Nie spotkałaś ich, bo nie odwiedzają przybytku Lukrecji. Ta dba o to by jej… “hotel” miał klasę. Są jeszcze inne wódopoje w Stillwater, znane głównie Larry’emu i mnie.-

      Po tych słowach wampir zamilkł i przyspieszył nieco włączając sygnalizację świetlną. Will ruszył za nim.

      Dotarli po piętnastu minutach. Sytuacja była prosta. Dwie terenówki zahaczyły o siebie. Była stłuczka i dwóch facetów obwiniających się nawzajem o nią. Duzi, zarośnięci, podpici i agresywni. Kłócili się głośno i rwali do rękoczynów. Połowica jednego z nich pijanych głosem zachęcała swojego samca do boju. Druga nie opuściła auta obserwując z dezaprobatą całe to widowisko i zerkając na komórkę.
      Szeryf zatrzymał wóz, wysiadł i ruszył do kłócących się mężczyzn. Stanął pomiędzy nimi i zaczął stanowczym głosem uspokajać ich. Obaj mężczyźni zbledli i zaczęli się nawzajem oskarżać, jak chłopcy przyłapani na bójce przez nauczyciela. Cóż… w sumie niby byli.
      Joshua spisał na notatniku ich wstępne zeznania i kazał się zgłosić jutro do biura szeryfa, by całą sprawę tam załatwić. Nie podobało się to żadnemu z nich, ale nie byli w stanie zaprotestować.
      Mężczyźni wsiedli do swoich i wraz z połowicami zaczęli się rozjeżdżać.
      A Smith wrócił do swojego pojazdu i odetchnął z ulgą.

      - Lubię takie problemy.
      - Trochę nudne. Brakuje krwi i emocji. - westchnęła Ann.
      - Za to nic nam tu nie grozi. Nie ryzykujesz utraty kończyny czy życia.- odparł szeryf ruszając. - Czego nie można powiedzieć o naszym następnym spotkaniu.
      - Kończyny odrosną. - wzruszyła ramionami.
      - Ale wspomnienie bólu odrywanej kończyny… nie… Ciało się zagoi, ale nie umysł… on zbiera każdą z tych blizn. - wyjaśnił Kainita.
      - Mam już ich trochę... Choć nikt mi nie urwał kończyny. Ale przynajmniej mamy ciebie obok!
      - Nie są to przyjemne rzeczy do kolekcjonowania. - odparł Joshua przyspieszając nieco i wyłączając sygnalizację.
      - Co cię nie zabije, to cię wzmocni?
      - Nie zawsze to prawda. Nie w przypadku każdego… niekiedy trauma takich ran, może zamieszać Kainicie w głowie. Widziałem Brujah którzy nie wytrzymali takiej presji i popadli w obłęd. Nasze ciała są niezmienne, ale nie nasze umysły.- wyjaśnił Kainita.

      - Ja ciągle pamiętam... swoją Przemianę. A raczej pamiętam co wtedy czułam. Ból, strach... - westchnęła - Ten dupek zabijał mnie z jakąś cholerną satysfakcją. Jakby mu to sprawiało radość. A później Cyril... - zamilkła zaciskając szczęki.
      - Cały garnizon został późną nocą… wezwany na polecenie jakiegoś ważnego oficera Konfederacji. Nocna inspekcja. Staliśmy w rzędzie, a wtedy rzucili się na nas ze wszystkich stron. Część zabili by nasycić głód, resztę przemienili i posłali na linię wroga. Pamiętam czerwień i głód… niewiele więcej potem. Niedobitków, w tym mnie zebrali i posłali pod opiekę jednego z nauczycieli, który miał nas nauczyć praw Sabatu.- wspomniał swoją przemianę Joshua.
      - Ja pamiętam jak zanim nas zabili to wozili w zamkniętych ciężarówkach by nazbierać nas więcej. Później mnie i kilku innych wyrzucili w mieście na drodze do Nowego Jorku. Jedyne co widzieliśmy, że jesteśmy głodni. A ja w sumie po po tym nowym wampirze.... nie wiedziałam w sumie co się dzieje. Tak naprawdę też nie wiem jak nie utłukła mnie Camarilla. Jak mnie po prostu nie znaleźli... ale wiem, że Sabat w ogóle nie miał zamiaru nas uczyć niczego. Tylko, abyśmy umarli.
      - Tak bywa. - przyznał Smith po chwili milczenia. - Najpierw jest test ognia. Ci którzy przeżyją i zostaną znalezieni mają szansę dołączyć do Sabatu. Reszta prędzej czy później, gryzie piach.
      - Szansę? To nie dostają się od razu?
      - Sabat nikomu nie daje forów. - wyjaśnił Joshua.- Nie chowa się jak mięciutka Camarilla za korupcją ludzi, więc musi być twardy.-

      A potem spojrzał na Ann dodając z ironią.- A przynajmniej tak twierdzi.

      - A jest inaczej? - zapytała z ciekawością.
      - Sabat wywodzi się z ludzi… tak jak Camarilla. I wraz z nimi przynosi do siebie wszystko co ludzkie. Namiętności, urazy, wady i słabości… nepotyzm… też.- odparł cierpko Smith.- Mają inne ideały niż Camarilla inne cele, ale słabe punkty są podobne.
      - Co się dzieje skoro od razu cię do Sabatu nie biorą?
      - Są różne rodzaje werbunku Ann. W większości przypadków jest on personalny, tak jak Camarilli. - wzruszył ramionami Joshua.- Musisz zrozumieć, że w naszym przypadku to nie było planowane. Ty przeżyłaś i uciekłaś… ja zostałem znaleziony i zwerbowany.
      - Zastanawiam się po prostu czasami jak bardzo inaczej byłoby, gdyby mnie znaleźli i zwerbowali. - zamyśliłaś się - Oczywiście zależnie od sytuacji w jakiej jestem taką mam odpowiedź.
      - Trudno powiedzieć. - przyznał Brujah spoglądając na wynurzający się zza drzew mroczny cień zabudowań szpitala. Ann mogłaby przysiąc, że cały budynek… wibruje lekko rozmazując swoje kontury w ciemnościach nocy.

      Vincent już na nich czekał ubrany w puchową kurtkę i palący papierosa. Zapewne nie pierwszego. Oparty plecami o swoją terenówkę zerkał to na ruinę, to na nadjeżdżające pojazdy.
      Przywitał ich słowami. - Nie spieszyło się wam.

      - Zatrzymały nas obowiązki nocnego szeryfa. - odezwała się pierwsza.
      - Nie ma od tego zastępców?- zapytał mag. A Joshua wzruszył ramionami. - Oficjalnie to ja jestem zastępcą mojej żony.

      Spojrzał na budynek i spytał.- Jaka sytuacja?-

      - Coś się przedarło. Coś silnego i coś… nieżywego. - odparł Vicent zaciągając się papierosem.- Aczkolwiek tego drugiego nie jestem pewien. To coś po prostu może nie wpasowywać w nasze definicja życia.
      - Chyba nie wampir? - zdziwiła się.
      - Nie wiem… niby entropia stanowiła część wzorca tego stworzenia, co mogłoby coś takiego sugerować, ale… to zbyt mało poszlak.- zastanowił się mag rozważając.
      - To nie mogły być nasze draugi.- odparł szeryf, a William zastanowił się. - To jest myśl, gdyby je tu zwabić…-
      - Nie radziłbym traktować tego miejsca, jako kosza na wasze nadnaturalne śmieci.- odparł Vincent i dodał.- Znalazłem ślady… tego stworzenia… stworzeń. Wydaje się że raz ma dwa, raz trzy… raz cztery nogi.
      - Nie możesz tego znaleźć swoimi kartami? - zapytała - I to prawie brzmi jak zagadka Sfinksa z Króla Edypa.
      - I tak i nie… mogę spróbować namierzyć jego wzorzec w danej chwili. Niemniej jeśli się przemieszcza, to w kolejnej chwili…- wzruszył ramionami Vincent. Po czym wskazał palcem kierunek.- Ruszył tam.

      - Garry przyjedzie za jakieś piętnaście minut z tropiącymi zwierzynę… “pieskami”. Dołączysz oczywiście do polowania panie LaCroix.- brzmiało to w ustach szeryfa bardziej jak “uprzejma” sugestia niż zapytanie.
      - Oczywiście, aczkolwiek nie oczekujcie po mnie zbyt wiele. Nie jestem znawcą Sił i kiepski ze mnie bojowy mag.- wzruszył ramionami Vincent ignorując ukrytą pod słowami szeryfa delikatną groźbę.

      Ann uchwyciła Vincenta pod ramię.

      - Będzie dobrze.
      - Z czym dokładnie do czynienia mamy Magu?- zapytał William, zaś szeryfa komórka zadzwoniła nagle i ten odszedł na stronę.
      - Nie wiem. Po pierwsze nie jestem ani znawcą, ani badaczem zaświatów. Po drugie to coś nie wypełzło zza Rękawicy, tylko z tej mozaiki zmieniających się wymiarów za nami. To mógł być jeden z dziesiątków nieznanych nam światów działających na zasadach całkowicie odmiennych od naszych. - wyjaśnił Vincent gasząc papierosa.
      - Jaine Love dołączy do łowów i każe nam czekać. Jej karty twierdząc, że odór śmierci wisi w powietrzu.- wtrącił Joshua dołączając do rozmówców.
      - To mógłby być Giovanni czy inny nekromanta? - zgadywała.
      - Nie wiem. Może? Jej wróżby są równie czytelne co majaki Garry’ego.- wzruszył ramionami Joshua.- Choć wątpię by Giovanni interesowali się akurat tym miejscem. Szpital nawet Tremere unikają szerokim łukiem.-
      - Loża z Nowego Jorku też nie lubi tego miejsca. - wtrącił LaCroix.- Dlatego my musimy się nim zajmować.
      - Więc mamy czekać teraz? - zapytała przytulona do maga, co ten przyjął z pewną dozą udawanej obojętności. Joshua wzruszył ramionami. - Jaine brzmiała wyjątkowo… poważnie zaniepokojona. Nie radziłbym lekceważyć jej ostrzeżeń, gdy jest w takim stanie.
      - Ja nie zamierzam. Zawsze będzie czas być rozluźnionym jak będzie bezpieczniej. - westchnęła - Koszmary w dzień, noc też nieciekawa…
      - To prawda. Willam ty masz przy sobie jakąś broń?- zapytał Joshua.
      - Tylko mój miecz.- przyznał Toreador.
      - Ja mam w wozie, drugi rewolwer i śrutówkę. Nic więcej. Ann?- zapytał szeryf.

      - Glock i ten magiczny sztylet co krew zjada, od pseudo maga.
      - Powinnaś uważać z darami od czarowników. Są zdradliwe, tak jak oni sami.- poradził jej Vincent.
      - Wiem, że muszę go zawsze karmić, inaczej mnie atakuje.
      - To igranie z ogniem, ta ich pseudomagia.- ocenił Vincent. A Blake dodał.- A to tam, nie?-
      - Z tego co czytałem w raportach, byłeś tam. Wiesz że to nie nasza robota, tylko tego… infernalisty?- zapytał retorycznie Vincent.
      - Jestem tylko rycerzem. Na mistycyzmie się nie znam.- przyznał Toreador .- Dla mnie to wszystko jedna i ta sama magia.-
      - I to co robią Tremere… też?- zapytał LaCroix.
      - Też. - przyznał wprost Blake.
      - Nie mów tego Nadii, bo cię wyśmieje. - zwróciła się do Williama wtulona w człowieka - Ponoć Tremere robią co innego niż żywi. I martwi nie mogą tego, co żyjący. Z drugiej strony... Czy twoja szybkość i moje cienie nie wyglądają jak jakaś magia?
      - Czyż to co robi Copperfield nie wygląda jak jakaś magia? - zapytał retorycznie Vincet zapalając kolejnego papierosa. - To, że coś wygląda jak magia, nie oznacza z automatu że magyią jest. -
      - Nasze umiejętność tkwią w krwi, darze od Kaina i jego potomków, protoplastów pierwszych trzynastu klanów. To nie jest magia ludzi czy demonów.- wyjaśnił Blake.
      - Nie do końca chce mi się wierzyć, że wampiry nie mogą korzystać z magii. - spojrzała na Vincenta - Po prostu nie chcecie się dzielić ci wiedzą jak Tremere.
      - Magię czerpię poprzez awatara… upiornego duszka lub moją personalną ułudę. Interpretację dobierz sobie sama. Jak chcesz mogę nauczyć cię malować mistyczne znaki, ale co ci to da? Skoro zwykły śmiertelnik uczony od dziecka tego samego nie sprawi, że staną się magiczne dopóki nie przebudzi się jego awatar, to… czego ty się spodziewasz? Jak chcesz mogę nauczyć cię malowania run i glifów.- wzruszył ramionami mag.- Przynajmniej będziesz miała zajęcie.
      - To choć tego mnie naucz. Może dzięki temu Przebudzi się mój Avatar.

      Vincent westchnął i po kucnięciu zaczął rysować znaki na śniegu. Prostackie linie i kreski łączące się w znaki.

      - To runa Dagaz, wiąże się ze światłem i słońcem, ale nie wykorzystuję jej w ten sposób. Jest też runą powodzenia, więc używam jej tam gdzie potrzebuję podbić swoje sznase. To Algiz, tej używam głównie jako obrony choć ma też inne zastosowania.- tłumaczył LaCroix.
      - Nie zauważyłem byś korzystał z nich. - zaciekawił się William.
      - Bo nie korzystam z nich. Nie na polu walki i nie w locie… nie ma wtedy czasu na zabawę w malowanie. - wyjaśnił mag.- Runy wkomponowałem w znaki którymi otoczyłem szpital. Run używam do magii rytualnej, która wymaga więcej czasu i przygotowań, dając potężniejsze efekty i trwające dłużej niż kilka chwil.

      Ann w tym momencie wyjęła z kieszeni malutki notatnik wraz z kawałkiem ołówka, aby tak przerysowywać pokazane znaki.

      - Jestem pewien, że widziałem je w wiccańskim sklepie.- skomentował rysunki maga Blake.
      - No z pewnością widziałeś. Nie jest to taka wielka tajemnica. Prawda jest taka, że praktyki magiczne wywodzą się ze starych tradycji, których tajemnice są dość powszechnie znane. - odparł LaCroix. - Symbolika ich wryta w rozumienie świata przez populację Śpiących ułatwia ich wykorzystywanie. Działają, bo głęboko w podświadomości ludzie wierzą że działają.-

      Wzruszył ramionami.- Dla maga sposobem czarowania może być kod binarny i ci z Technokracji tak czarują. Ja sam pewnie mógłbym używać Plam Roshasha do czarowania, ale mojemu awatarowi odpowiada ugruntowana symbolika i karty.

      - To ten Avatar nie słucha cię? - zdziwiła się.
      - To nie dżin, tylko duchowy przewodnik. Oczywiście byłoby łatwiej gdyby Tarot nie był parszywym niemową i nie odpowiadał rebusami.- warknął pod nosem Vincent spoglądając z wyrzutem na pobliskie drzewo.
      - Pouczysz mnie, prawda? Czasem w swoim domu…
      - Tak. Tak. Jak chce ci się poznawać te wszystkie symbole magiczne. Nie gwarantuję, że to coś ci da. Jestem raczej pewien, że to marnowanie twojego czasu… ale jesteś wampirzycą. Czasu to akurat masz w nadmiarze. - odparł Vincent wstając.
      - Ty też byś mógł czas mieć. Magią i innymi sposobami…
      - Doprawdy? - uśmiechnął się ironicznie LaCroix i zaciągnął się dymem. - Tak to obecnie Tremere próbują kusić magów do swojej sekty?-

      Zaśmiał się dodając.- Jako Tremere straciłbym wszystko co cię tak fascynuje. Całą moją magiyę.

      - Nie jestem Tremere, a i Nadia mi powiedziała co straciła kiedy została Przemieniona, więc nie o tym mówię.
      - Moja rodzina powiązana jest klanem Ventrue poprzez więzy rodowe, więc wiem o co chodzi w byciu ghulem. Nie interesuje mnie to.- wzruszył ramionami mag. - Lubię niezależność. Gdybym nie lubił to… nie trafiłbym tutaj.

      Ann wzruszyła ramionami.

      - Po prostu mówię. Masz magię w końcu.
      - Na razie śmierć ze starości nie jest tą która mi grozi. - wzruszył ramionami Vincent.

      Ann znowu przykleiła się do maga mrucząc cichutko zadowolona z przytulenia... Nawet pasywnego.

      - A ty nic nie powiesz na ten temat? - Toreador zwrócił się dla zabicia czasu do szeryfa.
      - Nie. Ja w przeciwieństwie do was jestem żołnierzem, a nie filozofem. Nie potrzebuję wiedzieć czemu zapala się proch na panewce. Wystarczy mi, że wiem jak przygotować ładunek i w kogo strzelić. Czy nasza moc pochodzi z krwi magii, sików krasnoludków…- Joshua wzruszył ramionami.- Póki działa… może być nawet błogosławieństwem Księżyca.

      Ann za to spojrzała znowu na człowieka zainteresowana innym tematem.

      - Czy jak mak traci duszka to coś się z nim dzieje? Z tym magiem, nie duszkiem.
      - Po pierwszę traci magyię. Bez awatara nie można czarować. Po drugie… to traumatyczne przeżycie. I może zostać Wyciszonym… - wyjaśnił Vincent. - Zabicie awatara to największa znana memu rodzajowi. A Wyciszenie… to rodzaj obłędu, najczęściej katatonia, ale czasem może być znacznie gorzej.
      - Czyli tacy byli magowie po przemianie w Tremere bardzo cierpią psychicznie?
      - Nie wiem. Chyba nie… choć oczywiście strata awatara boli.- Vincent zastanowił się.- Właściwie to nie jest pytanie do mnie. Czy ta twoja Tremere nie była magiem przed przemianą? Jakiej Tradycji była?
      - Jakiś Chór. - zastanowiła się - Ona zawsze z całą siłą zaprzecza, że w ogóle jakkolwiek ją to wszystko boli psychicznie. Ja w to nie wierzę, według mnie próbuje zakląć rzeczywistość pokazując jedynie jaką kurwą jest dla wszystkich.
      - Chórzystka? Nie wyglądała mi na członkinię Niebiańskiego Chóru.- zamyślił się mag i wzruszył ramionami. - Z drugiej strony… nie miałem okazji z nią długo przebywać.
      - Fajna jest, chociaż suka straszna. Najwyraźniej też za życia nie była za miła, za co ją jej mentor strofował. - wyjaśniła - Sądzę, że ten co ją Przemienił bardzo nie musiał się trudzić nad przekonaniem jej. Umierała jakoś w moim wieku, gdy jej wypruto flaki. Wątpię by była w stanie przemyśleć jakąkolwiek decyzję wtedy.
      - Przypuszczam, że wybór między śmiercią a przemianą był prosty dla niej.- przyznał Vincent, a potem spojrzał w tym samym kierunku co pozostali obserwując światła zbliżającego się pojazdu Garry’ego.
      - Nie wiem czy wtedy w ogóle wiedziała co to za sobą niesie. - wzruszyła ramionami i wróciła do przytulania Vincenta.
      - Może…- odparł Vincent, nim auto się zatrzymało i wysiadł z niego Garry oraz jego trzy wilki, a także Ravnoska ze śmiechem mówiąc.- Przypominają mi się moje podróże po Europie w cygańskim taborze. Też było ciasno, też bujało na wybojach i też śmierdziało sierścią i moczem psa. Kochanie musisz w końcu o siebie zadbać i o swoje zwierzęta też. Dzikość ma urok jedynie na dwóch pierwszych randkach.-
      - Daj spokój… ja jestem zatwardziałym kawalerem.- odparł ze śmiechem Gangrel i zwrócił się do reszty.- No to jaka jest sytuacja? Wiemy coś o potworze? Mamy plan?-
      - Tam są ślady… mamy jedno stworzenie lub kilka stosujących indiańskie sztuczki.- poinformował Joshua wskazując ślady, a Gangrel posłał tam swoje wilki.
      - Wszyscy gotowi na konfrontację, bo ta będzie tej lub następnej nocy.- odparł as z nieco wymuszonym uśmiechem Jaine. Widać było trochę, że jest spięta.

      - Co wywróżyłaś? - Ann zapytała Ravnoski.
      - Kłopoty… duże kłopoty. - przyznała wprost Jaine.
      - I tylko tyle? - Ann była zawiedziona.
      - Śmierć…- westchnęła ciężko Jaine.
      - Jeśli oczekujesz po niej większej dokładności to nawet magowie parający się czasem rzadko dają precyzyjne odpowiedzi. - wtrącił Vincent.
      - A nie chodzi po prostu o wampiry? Nie o śmierć każdego z nas? - mruknęła nieprzekonana bezklanowa.
      - Śmierć… ktoś zginie… coś zginie… coś się zakończy. I tak, chodzi o krwiopijcę. Ta lub kolejna noc zakończy się zgonem. - westchnęła ciężko Jaine.
      - Chyba że zostaną zmienione warunki wstępne, dlatego tu jesteś prawda?- zapytał retorycznie Vincent, podczas gdy Garry i jego wilki zabrały się za tropienie. - Przyszłość będzie taka jaką wywróżyłaś tak długo jak sytuacja wyjściowa będzie niezmieniona. Zakładasz, że ciebie tu nie było, w tym układzie jaki z kart wywróżyłaś.-
      - Bardziej… mam nadzieję.- westchnęła Jaine.
      - I tak musimy się tym zająć. - stwierdziła młoda wampirzyca - Chyba, że macie inne pomysły?

      - Moi przyjaciele złapali trop! Możemy ruszać! - krzyknął do przyjaciół Garry i ruszył przodem. Reszta za nim, w tym Vincent z wyraźną niechęcią.
      - Będę cię bronić. Uszy do góry. - odezwała się dziewczyna do maga, gdy podążali za Garrym.

      Mag tylko kwaśno się uśmiechnął, gdy ruszyli przez las podążając za wilkami. Poruszali się wolniej niżby chcieli, bowiem śniegu było sporo i te zaspy spowalniały ich. Było oczywiście i dość pewnie mokro i niewygodnie Vincentowi, ale co najgorsze… nadnaturalna szybkość najsilniejszych członków grupy mogła być dość ograniczona przez ten trudny teren.
      Minęła godzina podążania za wilkami i jak na razie… bez powodzenia. Śladem co prawda podążali, ale stwora/stworzeń nie widzieli.

      - Nie możesz nam zrobić za magiczny kompas, czy coś? - zapytała Ann Vincenta.
      - I wskazywać ten sam kierunek co wilki? Problemem nie jest…- w przeciwieństwie do pozostałych członków wyprawy Vincent się męczył i teraz zmęczony zaczął dyszeć.- Zróbmy przerwę.

      Ann spojrzała na Szeryfa.

      - Mógłbyś trochę ponieść nam maga?
      - W sumie.- zastanowił się Joshua i wzruszył ramionami.- Czemu nie.-
      - Czemu nie. I tak bardziej poniżony już być nie mogę.- westchnął dramatycznie Vicent grzecznie dając się wziąć na barana.
      - Wynagrodzę ci to później. - zachichotała dziewczyna.

      Minęło kolejne pół godziny nim w końcu zauważyli go. Potwór był… nie do opisania. Nie do zrozumienia. Ann spoglądała na amalgamat dwóch lub trzech ciał. Ludzkich? Wampirzych. Jeden lub dwa torsy… zmienna ilość rąk, twarzy. Usta, nosy przenikały przez siebie. Oczy pojawiały się i znikały gdy się ruszał. Tak zmienna masa kończyn była jakoś znajoma… tym bardziej że potwór nie składał się z części ciał, tylko te jakby przenikały przez siebie?

      - To nie jest inna istota. To nawet nie jest istota. To jest kilka istot zajmujących tę samą przestrzeń fizyczną w tym samym czasie. - wyjaśnił mag.- Dlatego tak przenikają przez siebie.

      Ann wyraźnie nie wiedziała co z tym fantem zrobić.

      - Może... Poznajecie kogoś z tych zaginionych Kainitów? Co wam zniknęli ze Stillwater. - zgadywała.
      - Czasami wygląda jak …bladolicy przywódca anarchów. Ten co mi zwiał do szpitala. - przypomniał sobie Joshua wspominając.- Czasami.
      - To może być w tym on. - wzruszyła ramionami - Więc... Co z tym robimy?
      - Tak czy siak, trzeba go zabić. Pytanie tylko … jak.- przyznał Joshua .- Obserwując jak stwór chaotycznie się miota co chwila zmieniając nieco postać, gdy kolejny “fragment” istoty zastępował obecne. Towarzyszyły temu nieludzkie jęki i wycia.
      - Teraz już wiesz czemu należy omijać szpital w nocy.- wtrącił William zwracając się do Ann.
      - Miotacz ognia by się przydał. - spojrzała na Joshuę - Może niech Nadia go tu kopnie.
      - Na razie sprawdźmy czy boi się ognia.- rzekła Jaine i wykonała kilka gestów dłonią jakby coś tkała. Wokół potwora zaczęła eksplodować ziemia, tworząc ścianę płomieni. Co sprawiło, że się cofnął w przestrachu.
      - Przynajmniej boi się. - oceniła efekt swoich działań. - To zawsze coś.
      - Nawet jeżeli by się nie bał to przecież i tak by płonął pięknie. - stwierdziła i spojrzała na maga - Chyba, że ty byś mógł go ogniem potraktować?
      - Nie używam sił, ani ona też. To nie jest magia Tremere tylko ułuda Ravnosów. Sztuczka ze światłem i cieniem. Kłamstwo.- wyjaśnił Vincent ćmiąc papierosa.- Wielce przekonujące kłamstwo.-

      Tymczasem stwór bełkocząc coś pod nosem cofnął się i zauważył obserwującą go grupkę wampirów. Wilki Garry’ego cofnęły się z podkulonymi ogonami, gdy stwór ruszył w ich kierunku.
      Ann też się cofnęła patrząc co inni robią.

      Joshua i William stanęli przed nimi. Toreador z mieczem w ręku, Brujah sięgnął po służbowy rewolwer i zaczął strzelać.
      Te kule chyba nie uczyniły mu szkody. Wincent sięgnął do kart, przetasował i zaczął wyciągać. Jedną, drugą, trzecią. Mając “wachlarz” z trzech kart, wykonał zamach ręką przecinając powietrze i tworząc srebrzystą szczelinę przed sobą, wsunął w nią dłoń z kartami. Ta znikła, a potwór zawył z bólu i zaskoczenia… bo coś rozrywało jego od wewnątrz strukturę, niszczyło ją jak trąd.
      Ann wygląda na bardzo zafascynowaną działaniem maga. Sama zdawała się ograniczyć do kibicowania.
      Cokolwiek Vincent robił, to działało. Potwór zaczął kręcić się w kółko, rozrywany i korodowany od środka. Niemniej sztuczka wiele maga kosztowała, robił się coraz bardziej blady i coraz bardziej spocony.
      William rzucił się do przodu uzbrojony w miecz i gotów, by sprawdzić jego użyteczność. Nie był tak szybki jak zazwyczaj. Miękki śnieg spowalniał jego bieg. Niemniej zabijany od środka stwór, niespecjalnie się mógł się bronić. Pierwszy zamach mieczem przeszedł przez ciało stwora nie trafiając na żadne przeszkody i nic mu nie czyniąc. Ale kolejny uciął połowę materializującej się głowy. Jednej z głów.
      Ann początkowo przymierzała się do strzału, ale zrezygnowała mając problemy z celowaniem przy szybkich wampirach. Z zaniepokojeniem patrzyła na stan człowieka.
      Potwór odskoczył i sięgnął po broń. Po dwa pistolety i jedno uzi. Każde trzymane przez inną dłoń zaczęło wystrzeliwać pociski których Williamowi nie było łatwo uniknąć. Niemniej gdy jeden Blake unikał… pozostałe dwa zaatakowały. Gdyż nagle, nie wiadomo skąd, pojawiły się dwie kopie Toreadora. Sterowane delikatnymi ruchami palców Ravnoski. I choć nie mogły uczynić mu krzywdy, to potwór tego nie wiedział.
      Najważniejsze że ta trójka odciągała uwagę potwora, od prawdziwego sprawcy jego agonii. Mag nadal trzymał dłoń stworzonej przez siebie szczelinie i coś… tam… robił. Coś co zabijało “trójwampira”.
      Ann jedynie wstała tak, aby potwór nie zauważył maga. Wiedziała że w tym momencie bardziej nie pomoże silniejszym wampirom.
      Kolejna ręka, kolejna broń. Nagle stwór zawył, gdy jego ręka dosłownie odpadła oderwawszy się od jego… ciała. I spadła na ziemię. Stwór się zachwiał coraz bardziej rozsypując.
      Dla Vincenta musiała to być ciężka przeprawa, bo chwiał się lekko na nogach i mimo zimna cały był spocony.
      Dziewczyna starała się być w pogotowiu i w razie czego móc go przytrzymać.
      Mimo sztuczek Jaine, William nie uniknął wszystkich strzałów trójwampira. Jedna z kul trafiła go w bark… strzał jak i efekt był porażający. Toreadora odrzuciło do tyłu i zwinął się z bólu.
      Czemu? Przecież to była tylko kula z pistoletu. Takie strzały powinien z siebie strząsnąć niczym krople deszczu płaszcza.
      Potwór tymczasem się zachwiał i upadł podcięty… jego kawałki odpadały od korpusów i rozkładały się w przyspieszonym tempie. Potwór przegrywał, ale i Vincent słabł coraz bardziej.

      Zacisnął jednak zęby i drugą dłonią oparł się o Ann.
      Dziewczyna wzięła na siebie przytrzymywanie całej jego ciężkości, aby w ten sposób człowiek nie musiał wysilać swoich mięśni.

      - Trzymam cię. - wyszeptała mu do ucha.
      - Mhmm…- oparł z trudem mag i machnął ręką. Potwora rozerwało na kawałki.

      A sam Vincent osunął się na śnieg.- Cholera… to była kosztowna… zabawa.
      Ann uniosła Vincenta, by ten nie marzł na śniegu.
      A Garry, Joshua i Jaine pobiegli do leżącego w śniegu który najwyraźniej cierpiał z powodu postrzału.
      Ann podchodziła powoli w stronę Williama.

      - To była inna broń niż zwykły pistolet?
      - Wyglądał jak zwyczajny pistolet.- zdziwił się szeryf.
      - Ale istniał wielofazowo, jak sam potwór. Pocisk też… nie dosięgłby go, gdyby poruszał się tylko w naszym wymiarze.- wydusił z siebie Vincent, sięgnął po talię. Przetasował. Wyciągnął kartę i nakrył nią dłoń. - Hokus pokus diplodocus.-

      Odsłonił dłoń w której leżała lekko wibrująca kula. - Mocno nasycona entropią.

      - Co to znaczy? - zapytała Ann.
      - Entropia to ostatecznie rozpad tego co istnieje… ta kula więc rozkładała to co ją otaczało. Ciało postrzelonego wampira. - Vincent schował karty i sięgnął po papierosa i zapalniczkę.- Szkoda że nie znam sił. Łatwiej wtedy zapalić.
      - William się sam uleczy, prawda? - zapytała z troską.
      - Prawdopodobnie… tak.- przyznał Vincent chowając kulę do kieszeni i ćmiąc papierosa.- Nie szukajcie takie potwora przez następne parę nocy. Ten numer kosztował mnie sporo.
      - Will... Jak się czujesz? - wampirzyca zapytała zmartwiona.
      - Żywy.- przyznał Toreador z bladym uśmiechem.- Zabolało jakbym naprawdę był żywy.-

      Joshua z Garrym pomogli mu wstać.
      Gangrel zwrócił się żartobliwie do Ravnoski.- Chyba twoja przepowiednia się sprawdziła. Zginął wampir, a właściwie trzy wampiry w jednym.

      - Trzeba się postarać by dziś i jutro nie zginęło więcej. - odparła Ann - przynajmniej nie z naszej paczki.
      - Czuję się lepiej.- przyznał Toreador uśmiechając się ciepło. A Vincent zamknął oczy i zaciągnął się dymem.- Na mnie nie liczcie, co zrobiłem to zrobiłem. Na więcej mnie nie stać, zużyłem wszystkie sztuczki.
      - Musimy dać magowi odpocząć. - pogładziła Vincenta po głowie.
      - Wracajmy do pojazdów. Wolę nie tykać szczątków… tego czegoś. Może rankiem gdy wpływ księżyca ustanie, rozpadną się same.- zadecydował Joshua.

      - Zabieram go ze sobą, Will. - odezwała się Ann.
      - Lepiej odnieść do domu. Pewnie ma tam jakieś mikstury i amulety. U mnie nic takiego nie ma.- odparł Toreador, gdy tak szli w kierunku pojazdów.
      - Ale on potrzebuje opieki. Śmiertelni są bardzo delikatni. - mruknęła.
      - Niewątpliwie… ale nie naszej opieki.- odparł Toreador. - Damy znać Lukrecji to kogoś podeśle.
      - Więc mówisz, że lepsza byłaby jakaś podesłana dziwka z burdelu niż ja? - zapytała z urazą.
      - Podesłana dziwka z burdelu nie skusi się go possać. A i też nie będzie spała za dnia, kiedy pomoc będzie mu potrzebna.- stwierdził stanowczo William.- Poza tym Lukrecja nie ma dziwek, tylko kurtyzany. Jest w tym pewna różnica.

      Ann wyglądała jakby William ją spoliczkował.

      - Ale... nie jestem pozbawiona samokontroli…
      - Ann… znam głód i jego pokusy. Lepiej nie testować swojej siły woli niepotrzebnie. Można się zawieźć na sobie.- westchnął Toreador, a Vincent zbyt zmęczony walką tylko ćmił papierosa.

      Ann wymruczała coś niewyraźnie, bardzo niezadowolona. Jakby nastolatka, której odmówiono nocowania u chłopaka.

      Ruszyli do pojazdów, po tym jak Joshua oznaczył teren gdzie padł potwór. William wydawał się słabszy i często musieli stawać z jego powodu. Męczył się, co napawało go pewnym rodzajem masochistycznej satysfakcji. Ludzki i ludzkie zmęczenie. Minęły wszak wieki odkąd je czuł.

      - Jeżeli masochizm cię kręci to polecam poprosić Nadię by się tobą zajęła. - powiedziała Ann.
      - Nie zrozumiesz… musiałabyś być… starsza. Kilka wieków starsza.- odparł William blado się uśmiechając.

      Ann wzruszyła ramionami.

      - Jeżeli tak mówisz....

      Dotarli wkrótce do pojazdów. Wsiedli i ruszyli. Ann u Williama, bo Toreador nie mógł prowadzić. Rana nadal dawała mu się we znaki, choć nie tak mocno odkąd kula została magicznie usunięta. Caitifka musiała zawieźć go do domu.
      Nie mówiła niczego podczas podróży, wyraźnie pogrążona w swoich myślach... i może w swoim żalu.
      Noc powoli się kończyła, więc Ann pozostawała tęsknota za magiem. Niemniej ta noc się kończyła, a jutrzejsza miała się zacząć słodką obietnicą, przyjęcia u Primogenki Toreadorów. Choć sama nie mogła udać się do Nowego Jorku ponad wyznaczoną jej ilość razów, tooo… ten zakaz nie dotyczył zaproszeń od prominentnych wampirów, a takim wszak była La Bella.

      Writing is a socially acceptable form of schizophrenia.

      1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
      0
      • AbishaiA Niedostępny
        AbishaiA Niedostępny
        Abishai jako XXI
        napisał(a) ostatnio edytowany przez JhnW
        #34

        Ghule Larry’ego przywieźli auto dla Ann na lawecie. Nie była to klasyczna limuzyna, ale niewątpliwie luksusowe auto. I bladoróżowe. Różowy cadillac. Autko dla Barbie. Larry miał poczucie humoru.-|
        A William miał opatrunki. A to już było niepokojące. Zazwyczaj bowiem ciało wampira goiło wszystkie rany jakie Kainita zaznał poprzedniej nocy. Zazwyczaj.
        Tym razem na bladym ciele William widoczny był solidny opatrunek, lekko czerwony w okolicy rany.

        - Nie martw się. Rana jest mniejsza niż wczoraj.- pocieszał ją Toreador. I może miał rację. Ale nadal była i Blake z niej krwawił.

        Niemniej Ann nie mogła zająć się tą sprawą w tej chwili. Miała samochód, miała zaproszenie, miała kieckę. Nie mogła przegapić okazji. Nie mogła też tracić czasu. Noc nie trwa wiecznie.

        Impreza odbywała się w galerii sztuki należącej do La Belli. W części w której to Primogenka prezentowała swoje ulubione dzieła swoim podwładnym. Bo Ann szybko zorientowała się że na tym przyjęciu są przede wszystkim wysoko postawieni Toreadorzy i może Ventrue. Na szczęście Raze też tu był, jak zwykle w roli ochroniarza. Był jedną z niewielu twarzy które tu znała, gdy przechodziła przez to targowisko próżności. Byli tu piękni mężczyźni i zjawiskowe kobiety. Creme de la creme nowojorskiego klanu Toreador. Ann wśród tej obfitości smakołyków, dość szybko wypatrzyła najbardziej z nich obiecujący… nie tylko delikatnością urody przypominał Williama, ale i też jego strój świadczył o nieco większej fantazji.-|
        Kiedy już skończyła się wpatrywać w niego jak w obrazek, ku swojemu zaskoczeniu, zauważyła że na przyjęciu jest jeden z braci Giovanni. Ten który nie zginął w Stillwater, albo jego kolejny “krewny”. Bo przecież mogło być ich więcej niż dwóch. Co ów przedstawiciel tego klanu robił na tym przyjęciu?
        Nie miała okazji o tym pomyśleć, bo nagle zjawiła się Elena Belle Dubois ubrana w klasyczną małą czarną i naszyjnik z pereł.

        - Ach tu jesteś moja droga. William nie skorzystał z okazji by się zjawić?- rzekła ciepło na powitanie i dodała cierpiętniczo. - Szkoda. Wojownicy są zawsze w cenie, nawet ci emerytowani.-

        Przesunęła ręką po zgromadzonych osobach w galerii.

        - Oto elita klanu Toreador w Nowym Jorku. Zbieranina… mięczaków. Niestety wielu starszych z mojego klanu gryzie już glebę. Ci których tu widzisz są słabi. Świetni w pogaduszkach, w prezencji i olśniewaniu. Ale na widok napastników będą uciekali jak banda dziewic na widok golasa.-

        Westchnęła znów ciężko. - Nie udało mi się odbudować potęgi militarnej, za bardzo polegałam na rudej.-
        |-Wskazała palcem jednego z wampirów.

        - Spójrz na niego. Baltazar Cocteau od pół roku knuje i spiskuje… od pół roku planuje intrygę przeciw jednemu z moich doradców. I co z tego? Ostatecznie my jesteśmy drapieżnikami, a nasze spiski to nie gra w szachy. Na końcu trzeba będzie rzucić się do gardła przeciwnika. Myślisz że Baltazar ma dość jaj by wyrwać zębami tchawicę innego wampira ? Nie sądzę.- pokręciła głową .- Te tutaj… są zbyt cywilizowane… draugi ich zjedzą. A ja nie mam zbyt wielu wojowników, a ci których mam… nie są godni zaufania, a skoro już mówimy o niegodnych zau…- przerwała i zwróciła się głośno do podchodzącego do nich znajomego Ann Kainity.-|
        - Lucien, jak miło cię widzieć.- rzekła na powitanie.- Ann… poznaj Luciena S. Beauregarda, mojego dobrego przyjaciela i… wielce użytecznego wampira, jak zwykł o sobie mówić.-

        1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
        0
        • ZellZ Niedostępny
          ZellZ Niedostępny
          Zell jako Ann Paige
          Moderator Obsługa
          napisał(a) ostatnio edytowany przez JhnW
          #35


          KRWAWA DEKADENCJA


          [media]https://www.lulus.com/images/product/xlarge/9941221_2024956.jpg[/media]
          Ubrana w czarną kreację Ann w milczeniu słuchała słów Eleny, A kiedy ta przedstawiła znanego Toreadora, bezklanowa uśmiechnęła się lekko.

          - Raz już wcześniej się spotkaliśmy. - skłoniła się lekko mężczyźnie.
          - Pamiętam. Panienka jest z okolicy?- zapytał uprzejmie wampir całując ją w dłoń.- Ze Stillwater?
          - Tak, w tym momencie mieszkam w Stillwater. - odparła przyjaźnie z uśmiechem.
          - Pozdrowienia więc dla wspólnej znajomej.- odparł z uśmiechem Lucien.- Trzeba przyznać ma dobry gust w doborze uczennic jak i przyjaciół. Jak ci się podoba przyjęcie naszego klanu?
          - Szczerze to dopiero przybyłam tutaj. Trochę zajmuje dotrzeć z miasteczka do Nowego Jorku. - wyjaśniła.
          - Ach.. no tak. Przekleństwo życia na prowincji.- rzekł współczująco Lucien i dodał.- Niemniej pewnie tam spokojnie i cicho, choć…- uśmiechnął się tajemniczo. - Mogę coś ciekawego podpowiedzieć w kwestii miasteczka.-

          Bella spojrzała na niego podejrzliwie.

          - Czasami jest tutaj bardziej groźnie niż być powinno. - zaśmiała się - Ale z zaciekawieniem słucham twoich słów.

          - Doszły mnie słuchy, że przez miasteczko będzie przejeżdżała ciężarówka przewożąca mleko w proszku dla niemowląt. Mleko zrobione z kokainy i być może jakiegoś innego eksperymentalnego narkotyku, ciężarówka należy do kolumbijczyków.- rzekł z uśmiechem Lucien.
          - Powiązanych?- zapytała Primogenka.
          - Z tego co wiem z nikim z miasta. Ten gang kolumbijski jest nowym graczem w mieście. Jeśli ma patronów to w rodzinnym kraju, nie tutaj.- wyjaśnił Toreador.
          - Dziękuję za informację. Nasz książo-szeryf na pewno z chęcią zajmie się tym złamaniem prawa. - odparła z wdzięcznością.
          - Drobiażdżek. W końcu czego się nie robiły dla przyjaciół mojej Primogen.- odparł dwornie Lucien.
          - Czego się nie… robi…- mruknęła pod nosem Bella przyglądając się Lucienowi.

          - A jak upływa panu czas? - zagaiła notując w pamięci reakcje Eleny.
          - Och… przyjemnie. Lubię podziwiać piękno, a tu go wszak nie brakuje.- odparł kurtuazyjnie wampir.
          - Często pan bywa na takich przyjęciach?
          - Och, nie tak często jakbym chciał. Mam dużo interesów które muszę pilnować.- odparł z uśmiechem Lucien, a Primogen mruknęła coś tylko cicho pod nosem.
          - Ostatnim razem gorąco było z tymi assamitami. Często pana miejsce przyciąga kłopoty? Bo Stillwater nie... Dopóki nie zaczyna. Jak zacznie to na poważnie.
          - Nie wygrasz niczego sensownego grając o niższe stawki. Moje przybytki i kontakty wymagają odrobiny ryzyka z mojej strony, ale musicie przyznać moje śliczne, że dostarczam towar którego nigdzie indziej nie zdobędziecie. - odparł uprzejmie Lucien. A Primogenka dodała.- Chyba że u Nosferatu lub Malkavian… lub u niektórych Ventrue.-
          - Ale za jaką cenę.- zaśmiał się wampir.

          - A cóż takiego mógłbyś mnie zaoferować? - zapytała całkowicie skupiona na mężczyźnie.
          - Wiedzę. Znam sporo plotek. - odparł z uśmiechem Lucien.
          - Głównie dotyczących kryminalnego półświatka Nowego Jorku i nadnaturalnego…- doprecyzowała Bella.
          - Och, gdyby pan pochodził po Stillwater to może by zwiększył zasób wiedzy o nadnaturalnym. - zaśmiała się Ann.
          - Doprawdy? Niczego się nie domyślasz?- zdziwił się Lucien z żartobliwym uśmieszkiem na obliczu.

          Ann zastanawiała się przez chwilę.

          - Och. - pokiwała głową - Rozumiem.
          - Lucien uwielbia jazdę po krawędzi i kiedyś będzie to go wiele kosztowało. - odparła La Bella.
          - Ale dzięki temu jestem wielce użytecznym krwiopijcą moja pani. - odparł dwornie Kainita.

          - Bycie na krawędzi jest narkotyczną rozrywką. Uczucie niesamowite, ale czasami może nie być tego warte. - wzruszyła ramionami.
          - Być może… niemniej nieżycie staje się bardzo nudne. - mężczyzna odparł z uśmiechem. - Więc trzeba pobudzić martwe ciało do życia… ekscytacją.
          - Co racja to racja. - przyznała dziewczyna, chodź miała na myśli trochę inny sposób wzbudzania tej ekscytacji.
          - Z przyjemnością się jeszcze spotkam z tobą Ann, ale w tej chwili mam wrażenie że zaczynam przynudzać.- dodał Lucien planując się pożegnać.
          - Tylko bądź grzeczny.- westchnęła Toreadorka.
          - Zgodnie z twoim życzeniem.- pożegnał się Lucien cofając się, a następnie oddalając.

          - Mam nadzieję że nie jesteś zazdrosna, że nie poświęcałem ci uwagi. - odezwała się do Eleny.
          - Zazdrość mną nie kieruje. Nieufność bardziej. Jak wspomniałam, to wielce użyteczny wampir. I dlatego jeszcze żyje. - odparła Bella i spojrzała w kierunku Ann. - Bądź zawsze czujna w jego obecności. Pozuje na Toreadora, ale nim nie jest.
          - A kim jest? - zapytała zaciekawiona.
          - Ravnosem? Assamitą? Skruszonym Sabatnikiem? Lasombrą może? Nie wiem kim jest. Wiem kim nie jest.- wyjaśniła Bella. - Nie jest członkiem Sabatu, ale ma kontakty wśród nich. Nie jest członkiem żadnej rodziny mafijnej, ale… ma personalne koneksje. Nie jest magiem, ale… znów… wie, co w trawie piszczy u magów. Jedynie od wilkołaków trzyma się z daleka.
          - Ciekawe. - stwierdziła Ann - Ach, William na razie i tak nie mógłby się pojawić. Liże pozostałości z wczorajszej walki.
          - A z kim żeście się bili? Mało kto może zmusić Williama do wysiłku w tych czasach.- Bella była zdecydowanie zdziwiona słowami caitifki.
          - Z wieloma istotami złączonymi w jedno. Z tym co weszło do szpitala jako wielu anarchistów i wyszło połączone ciałami w jednym miejscu i wielu rzeczywistościach na raz. Zadawało rany... Wielowymiarowo. I w różnych czasach.
          - Brzmi ezoterycznie. Coś dla Tremere. - oceniła Elena i dodała z troską. - Potrzebuje pomocy?
          - Na razie chyba wszystko jest pod kontrolą. Mamy też własnego maga teraz i dzięki niemu pokonaliśmy to stworzenie. Jeżeli zmieni się coś to po prostu się z tobą skontaktuję.
          - Będę wdzięczna. A i muszę cię pożegnać, jako gospodyni przyjęcia mam swoje obowiązki.- wyjaśniła z uśmiechem Primogenka.


          Sama Ann przechodziła po przyjęciu i próbowała poznać zgromadzonych. Chciała wiedzieć w jakim świecie żyją wyższe kasty wampirze i tak naprawdę umiała ochotę do nich przystać.
          Póki co wszystko wydawało się znajome. Atmosfera tutaj przypominała te wszystkie snobistyczne imprezy, których była uczestniczką za życia. Wampiry zachowywały się wobec niej kurtuazyjnie i uprzejmie acz… wyczuwała pewien dystans wobec siebie. Ich dobre maniery na pewno wywołane były faktem, że była tu z zaproszenia ich Primogenki. Ach te fałszywe uśmiechy, je również znała z czasów gdy była ciepła.
          Ann podobała się ta fasada, bo była fałszem jaki znała. Próbowała zrozumieć emocje tłumu wobec siebie, ale także wobec całej tej imprezy i obecnej Primogenki. Zastanawiała się czy w tej zbieraninie znajdą się jacykolwiek nieprzyjaźni Elenie.

          - Ach… czyż nie jest to nowy uroczy haczyk naszej Pani? Jak masz na imię ptaszyno?- usłyszała za sobą i odwracając zobaczyła owego znajomego przystojniaka o czarnych jak kruk włosach.

          Dziewczyna odwróciła się do nieznajomego tanecznym ruchem niby porcelanowa lalka ukryta w pozytywce.

          - Ann Paige. - dygnęła z wprawą.
          - Esteban Drake… sługa uniżony. - odparł dwornie wampir. - Więc, jak już zauważyłem, tylko sobie zwiedzasz. Nie natrafiłaś na koterię godną twojej osoby?
          - Nie miałabym wysuwać takich wniosków o waszej zgromadzonej tu społeczności. - zaprzeczyła - Jest to po prostu mój pierwszy raz bytności w waszym otoczeniu, aby nie zburzyć go jakimś moim zachowaniem.
          - Bardzo dyplomatyczne podejście. Urocze. Niepotrzebne.- przyznał nonszalancko mężczyzna. Przesunął dłonią po okolicy. - Witaj na targowisku próżności. Tylko tu znajdziesz tylu zapatrzonych w siebie pyszałków obu płci.
          - Zaliczasz się do nich, dobry panie? - zapytała lekko rozbawiona drocząc się z nim.
          - Skromnie powiem, że tak.- odparł “wstydliwie” wampir.
          - A dlaczego ty nie przebywasz w żadnej Koterii?
          - Kto powiedział, że nie przebywam? - odparł mężczyzna i wskazał stojącą z boku drobną wampirzycę o platynowych włosach i czarnym stroju . Która im się przyglądała z ciekawością.

          - Mogę? - Ann wsunęła rękę pod ramię wampira - Bo chętnie bym się zapoznała.
          - Oczywiście.- Esteban ruszył w kierunku kobiety. - Ann poznaj moją siostrę w ciemności Annabellę.-

          Blondynka uśmiechnęła się mówiąc. - Miło mi.

          - Z wzajemnością. - odparła Ann również uśmiechając się do... swojej imienniczki.
          - Wrzucona w kłębowisko żmij przynęto na spojrzenia. Dzisiejsza sensacjo, jutro pójdziesz w zapomnienie. Powinnaś więc skorzystać z okazji, zamiast snuć się jak widmo.- zaproponował Esteban.
          - Mój… braciszek… ma rację. To nie czas i okazja na zwiedzanie. - wtrąciła Annabella.- Ale zakładam że przybyłaś tu bez planu?
          - Bycie w miejscu, które nie ma żadnego życia społecznego potrafi wpływać źle na własne umiejętności społeczne. - Ann westchnęła ciężko - Ale uznałam, że trzeba się rozruszać, a okazja jaką zaoferowała droga Elena była nie do odrzucenia. Nasza wspólna historia w pewien sposób zobowiązuje. - rzuciła niejasną informację niby bez powodu, sama zaciekawiona jak wiele może taką grą zyskać.
          - Na pewno się rozruszałaś, wędrując po galerii. Co teraz planujesz?- zapytała blondynka, a jej brat w ciemności rzekł.- My planujemy dyskretnie się wyrwać z tego drętwego przyjęcia.
          - I co knujecie robić? - zaciekawiła się.
          - Wyskoczyć do miejsca gdzie naprawdę można się zabawić. - odparła wampirzyca. - Tutaj jest dla nas za sztywno. Nie jesteśmy jeszcze aż tak martwi.
          - Czyli gdzie? I czy to tak ładnie urywać się z zaproszenia swojej szefowej?
          - Byliśmy, rozmawialiśmy, czego oczekiwać więcej. - odparł Esteban, a Annabella rzekła z uśmiechem. - No… oczywiście do nocnego klubu. Takiego dla wtajemniczonych.
          - Kluby tracą swoją otoczkę, gdy przestajesz móc pić alkohol. - zaśmiała się.
          - Nie wiesz jak wampirzemu pić alkohol? - zapytała wyraźnie zdziwiona blondynka.
          - Wiem, ale to nie to samo pić krew kogoś kto wcześniej pił taki alkohol.
          - A nie wyglądałaś na kogoś kto nie lubi zabawy.- ocenił smutno Esteban. Annabella skinęła głową zgadzając się z nim. - Możesz tu zostać i przechadzać się po salach, albo udać się z nami. Twój wybór.

          Ann rozejrzała się. Zastanawiała się. Niby nie powinna...

          - Jak chcecie się urwać?
          - Wyjść. Po prostu. Nie jesteśmy starszymi klanu. Nie mamy znaczącej pozycji. Więc nasza obecność nie jest tu konieczna. - odparł Esteban i dodał z uśmiechem. - Jesteś tu pierwszy raz, więc tego nie zauważasz, ale klan dzieli się na tych ważnych typów o dużych wpływach i całujących ich dupy podlizujących się młodzików, a ja… już się dość dup dziś nacałowałem.

          To był bardzo ciężki wybór dla młodziutkiej wampirzycy. Niby chciałaby urwać się stąd i pójść z tymi młodymi, ale widziała, że tak naprawdę wedle prawa nie powinna w mieście przebywać. Możliwe też było, że zrobi problemy samej Elenie.
          Argh...

          - Bardzo kusicie. - przyznała z bólem - Tylko jestem w trochę bardziej skomplikowanej sytuacji. - spojrzała ze smutkiem - Nie mogę z wami pójść.
          - Twoja strata.- stwierdził blondynka i skinęła ręką na pożegnanie. A Esteban rzekł z pocieszającym uśmiechem. - Może następnym razem.
          - Bawcie się dobrze i wystarczająco grzecznie. - pożegnała ich. Po czym patrzyła jak odchodząc pozostając na przyjęciu Eleny.

          Annabelle spojrzała na jednego osobnika prócz Eleny, którego poznała. Lucien był zajęty rozmową z nieznaną wampirzycy kobietą . Przybliżyła się trochę, aby spróbować odgadnąć coś więcej z ich konwersacji.

          - Mój drogi… czego ty ode mnie oczekujesz. Twoje interesy są bardzo ryzykowne. - wzdychała wampirzyca. - Jak długo wpływy Toreadorów mają przykrywać twoje wpadki. Ile jeszcze zniesie szeryf miasta?-
          - Falconim się nie martw moja droga. On to mój problem.- odparł Lucien z uśmiechem.- Wspomniałem dziś, że wyglądasz zjawiskowo?-
          - Tak. Dwa razy już. Nie mydl mi oczu Lucienie.- mruknęła rozbawiona wampirzyca.
          - Mi tylko los naszego klanu leży na sercu. Nie ma co ukrywać. Nie zgromadzimy łowców na polowanie na draugi. - odparł cicho pseudo-Toreador.
          - Niemniej twój plan…- westchnęła wampirzyca.- Czemu ty nie dołączysz do grona potencjalnych łowców? Chętnie bym zobaczyła to gibkie ciało w śmiertelnym pojedynku z innym drapieżnikiem.-
          - Niestety zostałem stworzony do miłości, nie do wojny.- odparł żartobliwie Lucien. Czerwonooka nagle spojrzała w kierunku Ann i ta odruchowo oddaliła się bojąc że została przyłapana na podsłuchiwaniu. Niespodziewanie pobliski obraz stał się bardzo interesujący.

          Ann dłużej się przyglądała nim ponownie zaczęła przeszukiwać zgromadzenie w poszukiwaniu interesujących strzępków rozmów.
          Mijały godziny, gdy meandrowała wśród knujących, flirtujących, kłócących się koterii wampirów. Przezornie omijała starszych. Lepiej sobie nie narobić kłopotów u wpływowych wampirów. Praca dla Cyrila ją tego nauczyła. Niestety smakowitych kąsków nie miała okazji skubnąć… większość tych Kainitów nie znała, a i padające imiona podczas rozmów były jej w większości obce. Powoli zaczynała się nudzić.

          Zaczęła żałować, że nie poszła z tamtą dwójką, chodź zakładała, że mogłoby to naprawdę wplątać ją w kłopoty. Naprawdę byłaś zirytowana, że była jedynie małym kundelkiem i nie posiadała żadnych wpływów, a nie chciała za bardzo skakać po byciu przedstawicielem Joshui.
          Odsunęła się od rozmawiających najbardziej jak tylko mogła i wyciągnęła własną komórkę, aby wybrać numer do zbolałego Williama.

          - Hej. Dobrze się bawisz?- zapytał na wstępie.
          - Na pewno byłoby lepiej, gdybym nie była po prostu... - umilkła na chwilę - Po prostu sobą. A jak z twoją raną? Boli cię? Ciągle krwawi?
          - Ból jest przyjemny, bo ludzki. Rana nadal krwawi, ale Vinc po przybyciu i obejrzeniu stwierdził że z czasem to minie. Że rzeczywistość ma tendencje do tłumienia takich aberracji… szczerze powiedziawszy w połowie jego wykładu przestałem słuchać, a zacząłem potakiwać.- odparł William i dodał.- A tobie tam brakuje przede wszystkim znajomych twarzy. Przypuszczam, że La Bella cię porzuciła? To zrozumiałe. Jest gospodynią i Primogenką. Nie może cię ciągle rozpieszczać, nawet jeśli ma na to ochotę. Podejdź do niej i powiedz, że chcesz się przewietrzyć. Na pewno zrozumie i ci pozwoli.
          - A prawda, że Vinc jest uroczy? - niespodziewanie zapytała.
          - Naprawdę… chcesz żebym… wypowiadał się w kwestii urody twojego “chłopaka”?- odparł zakłopotany Toreador.- Nie wystarcza ci, że wodzę spojrzeniem za twoim ghulem?

          Ann lekko zaśmiała się.

          - Nawet nie byliśmy na żadnej schadzce. Plotkuję, by wiedzieć czy dobrze wybieram.
          - Nie jest całkiem w moim typie. Trochę za dużo kija w dupie. - odparł ze śmiechem Kainita.- Ale przystojny.
          - I umie magię. - dodała z wyraźnym podekscytowaniem w głosie.
          - Jest magiem w końcu. - przyznał William. - Nie jedynym na świecie.
          - Ale ten jest pod ręką.
          - Masz małe wymagania.- zaśmiał się Toreador.
          - Pogadam z Eleną. Ty się nie nadwyrężaj.
          - Miłej rozmowy. - odparł ciepło na pożegnanie.


          Ann szukała Eleny, jednocześnie nie chcąc jej wchodzić w rozmowę. Ta akurat kończyła rozmowę z jakimś wyniosłym, ale uprzejmym Kainitą. Caitiffka stanęła by nie przeszkadzać, ale wyraźnie oczekiwała na rozmowę z Eleną. Blondynka widząc podchodzącą Ann przerwała rozmowę i podeszła do Caitifki.

          - I jak ci się podoba przyjęcie?

          Ann uśmiechnęła się lekko.

          - Jest dość otwierające oczy. - przyznała - Kiedy jest się takim malutkim robaczkiem jak ja, wiesz…
          - Ma swój urok to przyjęcie, choć dość szybko zaczyna być nużące.- przyznała Toreadorka.
          - Miałabym prośbę... - zaczęła mówić powoli - Czy mogłabym wyjść trochę się przewietrzyć?
          - Pod warunkiem, że nie pojedziesz pod siedzibę Tremere. - zgodziła się Toreadorka. - Znasz adres hotelu w którym was gościłam, prawda? Pokój już tam na ciebie czeka. Wróć tam przed świtem, żeby Blake się nie martwił.
          - I nie będzie żadnych problemów z powodu mojej samodzielnej bytności w mieście? - zapytała już zadowolona.
          - Jesteś moim gościem oficjalnie, acz… radziłabym nie próbować testować tej kwestii i nie przyciągać uwagi prowokacjami. - wyjaśniła La Bella.
          - Słowo! - odparła radośnie - Przy innej okazji inaczej ci podziękuję.
          - Nie ma problemu.- odparła ciepło Kainitka.

          Jazda samochodem przez ulice Nowego Jorku… z początku bez celu. By przewietrzyć, uporządkować myśli. Więc zaskoczyło ją, gdy nagle radio zaczęło szumieć, a GPS szaleć… Nie spodziewała się po Larrym bubla. Jeszcze bardziej zaskoczyło ją, gdy kierownica obróciła się w jej dłoni ignorując fakt, że ją trzymała. Pedały wciskały się same. Samochód niczym opętana bestia, przyspieszył i nagle skręcił. Ann poczuła zimne ukłucie strachu. Została… porwana przez kogoś, kto potrafił opętać jej auto.
          Ann zaczęła sprawdzać czy jest w ogóle w stanie cokolwiek uruchomić i czy drzwi są zamknięte. Drzwi były zatrzaśnięte i szyby zasunięte. W końcu była zima. Auto szybko skręcało raz po raz, wyraźnie kierując się ku jakiemuś celowi meandrując uliczkami Nowego Jorku. Ann nie znała tego zakątka miasta. Jakaś dzielnica przemysłowa?
          Kundlica westchnęła ciężko i zaczęła się zastanawiać kto mógł to zrobić. Jakiś mag na pewno.... Ale który? Giovanni?
          Przez chwilę rozważała próbę wydostania się przestrzelenie szyby, ale zaraz uznała, że to będzie za duże zwrócenie uwagi przez kogoś kto w ogóle nie powinien być w tym mieście. Zostało czekać.
          Auto zatrzymało się nagle i otworzyło drzwi od strony pasażera. Silnik pozostał na chodzie, a Ann zauważyło kobietę biegnącą w jej stronę. Blondynkę ostrzyżoną na krótko, której niesforne pukle układały się na głowie i ze złotymi słuchawkami na szyi. Biegła pospiesznie w jej kierunku trzymając w rękach komórkę. Coś… humanoidalne sylwetki w garniturach, podążały za nią w pośpiechu na czworaka, niczym stado zwierząt.

          Ann patrzyła na gromadę zaskoczona szczerze nie wiedząc co tu się dzieje. I w co tak naprawdę się władowała…
          Marge wpadła do auta i zamknęła drzwi krzycząc.- Gazu! Gazu! Gazu!-
          I coś klikając na komórce.
          Stworzenia, choć wyglądały jak ludzie i poruszały się na czworaka jak zwierzęta, nie były ani jednym ani drugim. Ruchy ich kończyn były jakieś takie mechaniczne, a oblicza… bezosobowe.
          Niemniej wyglądali groźnie.
          Ann nie zadawała pytań, a po prostu ruszyła tak szybko jak tylko zrozumiała, że już jest w stanie operować samochodem. Skierowała się szybko na ulicę z dala od tej, na której się znajdowali.
          Tamci widząc że zwierzyna im ucieka ruszyli za nimi coraz bardziej zbliżając się do pędzącego wozu. Nagle jeden skoczył w górę i wylądował na dachu, impet zatrząsł całym autem. Ile on ważył.

          - Cholercia, szybciej no…- mruczała Marge coś szukając w komórce. - No gdzie jesteś.

          Wampirzyca wyglądała na trochę zirytowaną. Przycisnęła gazu i zaczęła wykonywać także ostre skręty abyś zrzucić to coś.
          Łup, łup, łup… coś kafar waliło w dach. Podczas gdy jego towarzysze próbowali osaczyć auto z obu stron.

          - Jedź w kierunku centrum. Im więcej ludzi tym większa szansa że nie będą chcieli wywoływać sensacji. - poradziła nerwowo Marge sama coś klepiąc na komórce.- nooo… dawaj dawaj.

          Ann skierowała się ku centrum sycząc z irytacją.

          - A może dadzą mi spokój jak cię po prostu wyrzucę stąd na ulicę. Oddam im.
          - No wiesz… kumpelę zostawisz na pastwę losu?- mruknęła Marge, a potem krzyknęła głośno. Gdy pięść przebiła dach wdzierając się do środka pojazdu. Pod rozdartą skórą i krwią widać było błyski metalu.
          - Użyj magii, do cholery! - krzyknęła Ann - Bądź przydatna! - zahamowała nagle ostro.
          - Daj mi jej użyć więc i nie bądź…- potwór zsunął się ciałem na maskę oraz przednią szybę, nadal jednak zahaczony ręką o dziurę w dachu. Każda istota, żywa i… nieumarła powinna odczuć takie hamowanie. Ale nie on. Jego twarz była jak oblicze manekina. Pozbawione uczuć.
          - …taka niecierp…- Marge wcisnęła ENTER na komórce i potworem zaczęły targać silne drgawki, a przez ciało przechodzić silne wyładowania elektryczne.
          - Ruszaj, ruszaj, ruszaj… -wrzeszczała Marge wciskając “przycisk” na smartfonie i wrzeszcząc. - Giń! Giń! Giń do licha!
          - Nasza Tremere by to zrobiła lepiej. - wchodząc na dumę magini w ten sposób starała się ją "motywować".
          - Wątpię… te skurczybyki są uodparniane na magyię…- burknęła Marge gniewem próbując zamaskować panikę. Przeciwnik zakrywał pole widzenie więc Ann musiała jechać na ślepo unikając pozostałych ścigających ich potworów. Ten trzymając się dachu mimo wstrząsów elektrycznych próbował rozwalić przed nią szybę i chwycić Ann za szyję.
          - Giiiiń.- kolejny wstrząs w końcu go wyłączył, a Marge w pośpiechu próbowała wypchnąć rękę z dziury w dachu.

          Zirytowana Ann sama wypchnęła rękę przez dziurę i tym samym przejechała po napastniku, gdy jej wpadł pod koła.

          - Co to ma być?!
          - Nie chcesz wiedzieć. Ja nazywam ich terminatorami, choć pewnie mają jakąś właściwą nazwę. To cyborgi Technokracji… te tutaj, należą do najbardziej prymitywnych. Taka tam ich masówka. - odparła Marge, gdy uciekały uliczkami, aż w końcu wpadły na bardziej ruchliwy zakątek. Tu oczywiście ich rozwalony wozik robił wrażenie na przechodniach, ale terminatory wolały nie zwracać na siebie uwagi. Powróciły do ludzkiej pionowej postawy i odpuściły sobie pościg.
          - Mało brakowało.- westchnęła z ulgą Marge.
          - Co przeskrobałaś? - fuknęła Ann kręcąc w kierunku hotelu... gdzie jednak nie miała zamiaru zostawiać zniszczonej bryki.
          - Oczywiście że przeskrobałam. Jestem rebeliantką walczącą z Systemem. Bojowniczką o wyzwolenie z tyranii Technokracji. Inne Fundacje mogą traktować tę Wojnę Wstąpienia jako chwyt propagandowy, ale ja… naprawdę walczę.- odparła z dumą blondynka. - Tylko nie mów nic Herbertowi. By się wściekł na mnie.

          Ann nie wyglądała jakby ją poruszała wojna z systemem... O jakimkolwiek systemie ta dziewczyna mówiła.

          - A nie przyszło ci do głowy, że w ten sposób mi możesz sprawić problemy? Bo sprawiłaś. - mruknęła i zaparkowała wóz w jednej z bocznych uliczek.
          - Oj tam… - machnęła ręką Marge.- Nie jesteś stąd i jesteś wampirem. Nie obchodzisz Technokracji. Zresztą dane które wykradłam nie są warte zachodu. To tylko miejscowa ochrona lokalnego maga. I to stojącego nisko w hierarchii. Właściwie nie przyjrzałam się dokładnie wszystkim plikom osobistym jeszcze.
          - Nie obchodzi mnie ta cała Technokracja czy inne wasze bójki w magicznym świecie. - mruknęła odwracając się do Marge - Ale to cała akcja mogła mi zaszkodzić, jako że ja w ogóle nie powinnam być w tym mieście. Zostałam zaproszona przez primogenkę jednego klanu, a teraz nie jestem z nią. I nie powinnam zwracać na siebie takie uwagi.
          - No… nie martw się. Powiesz, że cię porwałam. Zwalisz winę na mnie.- odparła pojednawczo blondynka.- I będę ci wisieć przysługę. Jak coś trzeba będzie znaleźć, daj znać mi.

          Ann zastanowiła się.

          - I dasz mi się ugryźć.
          - Co?- spytała zaskoczona blondynka.
          - Ugryźć bym wypiła trochę twojej krwi. Nie martw się. To przyjemne dla człowieka. Nie mam też żadnego zamiaru komukolwiek robić krzywdy lub Przemieniać. Nie sprowadziłabym na kogoś innego mojego losu. - wyjaśniła.
          - Nie urodziłam się wczoraj. No ale wiesz… tak bez randki? - wyszczerzyła ząbki blondynka.- Gdybym wiedziała, że jestem w twoim typie, założyłabym wyjściową kieckę. -

          Machnęła ręką.- Wsiadaj do wozu. Jedziemy do mnie. Tam się pomigdalimy.
          Ann uśmiechnęła się radośnie.

          - Wskazuj drogę.

          Magiczka wsiadła do wozu i wystukała coś na smartfonie. Na GPSie auta pojawiła trasa.

          - Masz.- dodała wzruszając ramionami.- Nie licz też na mocne uderzenie. Zużyłam sporo kwinty.

          Ann wsiadła za kółko.

          - Szczerze nie wiem co to ta kwinta. Nigdy nie spróbowałam krwi maga. - ruszyła wedle wskazówek na gps'ie - Na razie Vincent odkłada się w czasie, więc na randkę z nim nie mam szans tak szybko.
          - Też chodziłam z wampirem. Było fajnie. Jakiś czas. Ten Vincent… to kto? - zapytała Marge dla zabicia czasu.
          - To ten co został do Stillwater zesłany. Vincent LaCroix.
          - A ten… nawet przystojny. A kwinta… to to co czyni krew maga smaczniejszą. Bez niej twój Vincent nie różniłby się w smaku od śmiertelnika. Mag bez kwinty jest cóż… normalny.- wyjaśniła blondynka.
          - A co to w sumie daje wam? I jak możecie to stracić?
          - Zużywamy sięgając po potężniejszą magyię.- wyjaśniła Marge. - Odzyskujemy medytując na przykład. Ale ogólnie jest to proces powolny. Są inne sposoby… na przykład podkradanie Kwinty ze źródeł Technokracji.
          - Tremere też ją mają?
          - Tremere to te wampirze magi? Nie. Tremere używają krwi jak wy wszyscy.- odparła Marge.- Nawet zaczęli od sztuki magii krwi, a potem rozwinęli ją w inne dyscypliny.
          - A z jakim wampirem byłaś?
          - Greco. Przystojny i charyzmatyczny… wasi zwą ich Brujah. Oczywiście Anarch.- odparła z uśmiechem Marge. - Znudziliśmy się sobą, a potem coś go zjadło. Taki los.
          - I pewnie temperamentny, co?
          - Przede wszystkim świeżak, więc nie miał problemów z erekcją.- zaśmiała się Marge.

          Ann pokręcila głową.

          - Mamy takiego w Stillwater. Jeszcze może i nie da mu się wytłumaczyć, że kiedyś przestanie. Też Brujah. Uważa się za romantyka.
          - Nie można mieć wszystkiego.- mruknęła Marge, a auto Ann zajeło na tylne podwórze nieco rozpadającego się budynku mieszkalnego zajętego przez jakąś hipisowską komunę.
          - Home Sweet Home.- rzekła z uśmiechem Marge wysiadając.

          Za nią wysiadła Ann.

          - Zrobię nieco nastroju i napijemy się… ja się napiję. A potem ty zrobisz drinka. Trochę cię pomacam. Nie żebym jakoś specjalnie latała za dziewczynami, ale… sama rozumiesz, nie chcę się czuć jak dojna kro…- nagle przerwała wypowiedź i rzekła.- Cześć Stich.-

          Z kryjówki w cieniach budynku wynurzył się bladolicy Kainita. Ubrany na czarno i przekłuty tu i tam wampir spojrzał podejrzliwie na Ann i zwrócił się do Marge.- Starsi się o ciebie martwili.-

          - Jak uroczo z ich strony. Niemniej nie jestem małym dzieckiem. Nie potrzebuję opiekuna.- burknęła Marge.

          Ann spięła się widząc innego wampira. I to Nosferatu...
          Nie spodziewała się takiego problemu.

          - Starsi.- mruknął Stich i następnie rzekł. - A to kto?
          - Ann poznaj Sticha. Stich to Ann, będziemy się razem lizać i migdalić. Może mnie nawet przeleci, albo ja ją. Chcesz popatrzeć? - zapytała z szyderczym uśmiechem Marge.
          - Od kiedy jesteś lesbijką?- mruknął Stich.

          -Wtedy, kiedy jest mi to wygodnie, to biorę się i za laski. - machnęła ręką Marge.

          - Porwała mnie. - wzruszyła ramionami - Przejęła sterowanie nad moim samochodem, gdy w nim byłam. I tak zmusiła mnie do pomocy.
          - Psiakrew. Od kiedy to ratowanie biednej niewinnej dziewicy w potrzebie przestało być nagrodą samą w sobie ? - burknęła Marge.
          - Nie jesteś dziewicą Marge.- odparł wampir.
          - A ty jesteś małym podglądaczem Stich. Spływaj stąd. Nie jestem w niebezpieczeństwie.- rzekła Marge ruszając do drzwi i otwierając je.
          - Chodź.- zwróciła się do Ann.

          Ann ruszyła za zaproszeniem nie chcąc dalej teraz z Nosferatu się męczyć. Stich patrzył jak wchodzą i zamykają drzwi.
          Marge ruszyła ku schodom prowadzącym do piwnicy.

          - Mieszkam poniżej. Ci w budynku to bydło Anarchów. Możesz sobie jakichś skubnąć. Będą zachwyceni.

          Zeszła do porządnych stalowych z dwoma zamkami zwykłymi i jednym elektronicznym.
          I zaczęła je otwierać.
          Ann była milcząca i nieco zestresowana.

          - To twój pierwszy raz z dziewczyną? Mój nie, aczkolwiek… - machnęła ręką Marge.- Też nie mam dużo doświadczenia.

          Writing is a socially acceptable form of schizophrenia.

          1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
          0
          • ZellZ Niedostępny
            ZellZ Niedostępny
            Zell jako Ann Paige
            Moderator Obsługa
            napisał(a) ostatnio edytowany przez JhnW
            #36

            Siedziba Marge przypominała jej nieco leże przyjaciółki. Kilka komputerów połączonych . Mrugające monitory otaczające je ze wszystkich stron. Olbrzymia sofa robiąca za łóżko jak i siedzisko przed dużą klawiaturą i monitorem.

            - Rozgość się, a ja się czegoś napiję.- rzekła Marge i ruszyła do kuchni.
            - Nie, nie jest pierwszy. Ani za życia, ani po śmierci. - stwierdziła siadając na sofie.
            - No to coś taka przerażona. Pewnie masz większe doświadczenia niż ja. Nie daję się ssać byle komu.- usłyszała z kuchni.
            - To nie ma nic wspólnego z seksem tylko... - westchnęła - Nie sądziłam, że Nosferatu napotkam. A ten Tremere, z którym jestem powiązana... Ostro podpadł ich Klanowi. Mogą chcieć na mnie się odegrać za to.
            - Stich nie jest Nosferatu, a w promieniu najbliższych kilkunastu ulic nie napotkasz ani jednego klanowca. To terytorium Anarchów.- Marge zrzuciła już większość ciuchów i podeszła do Ann ubrana w spodnie i podkoszulek. Usiadła obok wampirzycy bezczelnie chwyciła ją za pierś i zaczęła ją ugniatać i bez większych oporów pocałowała Ann w usta.

            Ann ulżyło, gdy Marge zaprzeczyła jej obawom. Odsunęła maginię i sama zrzuciła z siebie suknię, którą ubrała na przyjęcie oraz białe długie rękawiczki do łokci.
            Gdy znowu przybliżyła się do dziewczyny ta zobaczyła, że pod piersiami Ann zabandażowana jest silnie, a i cała klatka piersiowa oznaczona jest bliznami po cięciach. Rękawiczki zaś zakrywały inne blizny i jakie spotyka się przy ranach obronnych.
            Wampirzyca pchnęła Marge na plecy przyciskając ją do sofy i unosząc jej stanik ponad piersi.
            Marge nakierował głowę Ann na swoją pierś.

            - No… kąsaj… nie przedłużajmy tego. - szepnęła.- Tylko nie… przesadzaj z tą malinką.

            Ann zamruczała z radością i bez dalszego oczekiwania ugryzła. Nie śpieszyła się zbytnio, a po prostu wypiła tyle krwi, aż udało jej się posmakować tego, co da ci mag. Uczucie było jakby wypiła naprawdę dużo krwi swojej ofiary, poczuła uczucie spełnienia i sytości. W tej jednej chwili czuła jakby była znowu żywa. Tak szczerze nie chciała tego zakończyć, po prostu chciała pić dalej!

            "Nie, przestań!"

            Ann wypuściła swoją ofiarę wydając siebie niezadowolony pomruk irytacji, ale zaraz pocałowała kobietę w usta uspokajając się sama. Była naprawdę zadowolona, naprawdę spełniona.

            - Dobrze, że się powstrzymałaś…- odparła zarumieniona Marge trzymając w jednej dłoni smartfona. - Bo mogłoby się zrobić… nieprzyjemnie.

            Po tych słowach nachyliła się i cmoknęła usta Ann.- Zabawa była przednia, ale chyba się skończyła.

            - Na pewno? - zachrypiala Ann, trochę zwierzęco.
            - Na pewno. Nie jestem bez dna i potrafię zrobić kuku wampirowi.- rzekła z uśmiechem Marge, niemniej ton jej głosu był złowieszczo zimny. - Dług spłacony.
            - Tylko część. - odsunęła się powoli starając się opanować - Zadzwonię później do ciebie, żeby dać ci czego masz szukać, hmm?
            - Pewnie. Nie ma sprawy. - odparła z uśmiechem Marge poprawiając garderobę.- Dlatego że Nosfki cię nie lubią, czy dlatego że nie potrafią znaleźć tego co szukasz?
            - Nie potrafią, a w razie czego tak pokażesz, że jesteś od nich lepsza. - założyła ubranie.
            - Tylko bierz pod uwagę, że tym razem będę pracowała sama. Nie licz na szybkie wyniki.- oceniła Marge poprawiając garderobę.

            - Jasne. Myślisz, że ten twój kumpel czatuje za drzwiami?
            - Raczej pognał donieść komu trzeba.- Marge wstała i przeciągnęła się.
            - Że jakaś z Camy je maga. - zaśmiała się wyraźnie w dobrym nastroju - Następnym razem będę lepiej przygotowana.

            Marge machnęła ręką. - Raczej doniesie Fundacji, że Marge znowu zabawiła się w komandosa nie informując nikogo. Będę miała Shiitstorm u swoich.

            - Ale chyba nie będziesz płakać?
            - Krokodylimi łzami przed starszymi mojej fundacji. Brzydka Marge znowu narobiła kłopotów.- odparła blondynka robiąc smutną minkę. - Choć przyznaję, że gdyby Wilhelm był ze mną… sytuacja wyglądałaby inaczej. Wilhelm potrafi naprawdę namieszać.
            - Wilhelm? To jest was więcej?
            - Jest nas trochę. Wilhelm to ten z podkręconymi wąsami. Specjalista od Materii i Sił. Nie tylko mechanik, ale i główne mięśnie naszej Fundacji. Jest nas trochę, ale tych mocnych z czterech poza mną… reszta to uczniowie i adepci. I sierotki którymi się opiekujemy, ale oni… nie są związani z naszą Fundacją.- wyjaśniła Marge.
            - Sierotki? - zaciekawiła się Ann zatrzymując przed drzwiami.
            - Magowie którzy przebudzili się samoistnie poza czujnymi oczami naszej społeczności. Najczęściej goci i neopoganie oraz wyznawcy New Age. Jak dla mnie ich wychowywanie to strata czasu. - wzruszyła ramionami Marge.
            - Czyli... Inni magowie ich nie szanują?
            - To skomplikowane. - machnęła ręką Marge.- Magowie niby dzielą się na różne Tradycje, ale to jak traktują sierotki zależne jest od Fundacji do której należą.
            - Wampiry, magowie... Ten sam shit. - mruknęła pod nosem.
            - Ani trochę. Wampiry mają obsesję na punkcie rodowodu. Klan i linia krwi są dla was najważniejsze. To kogo jesteś potomkiem jest ważne, którym w linii. Magów nie obchodzi twoje pochodzenie tylko to, że się wyrwałaś z społeczności Śpiących. - wyjaśniła Marge z uśmiechem.
            - A jednak traktujecie z pogardą te Sieroty.
            - Bardziej z podejrzliwością. Jak dzieciaka z odbezpieczoną śrutówką, który macha nią na prawo i lewo. - wzruszyła ramionami Marge.
            - Cokolwiek... - Ann otworzyła drzwi i wyszła.

            Kiedy Ann dotarła do hotelu umęczonym wozem po prostu ustawiła go głęboko na parkingu by nie przyciągał uwagi. Nie miała ochoty jeszcze udawać się na spoczynek. Tak rzadko mogła się pojawiać w mieście! Musiała to jakoś wykorzystać…

            Dotyk Dekadencji. Pierwszy raz była tu “sama”. Ostatnim razem przybyła tu z Miracellą i Clydem. Mieli misję do zrobienia. Teraz nie miała takiej “przepustki”. A łysy rosły Kainita łypał na potencjalnych kandydatów złowrogo. Jednych wpuszczał, innych nie. Do której grupy zaliczy Ann?

            Kiedy Ann dotarła do hotelu umęczonym wozem po prostu ustawiła go głęboko na parkingu by nie przyciągał uwagi. Nie miała ochoty jeszcze udawać się na spoczynek. Tak rzadko mogła się Ann podeszła z pewnością, jakby wiedziała, że tu przynależy. Pewność miała wyuczoną z czasów życia.
            Łysy wampir spojrzał na Ann i czekał aż… coś powie, zrobi?

            - Czy Lucien S. Beauregard już wrócił? - zapytała niby mimochodem.
            - Nie wrócił jeszcze. Masz jakiś interes do szefa?- zapytał łysy.
            - Miałam się z nim spotkać po spotkaniu z Primogenką Toreadorów, ale skoro jeszcze nie wrócił to po prostu poczekam w Dotyku. - stwierdziła wprost.
            - Nie miałem żadnego info od szefa na ten temat.- wampir stuknął palcem w słuchawkę w uchu.- Ale ok… możesz wejść do środka. Wyglądasz gorąco i jesteś ubrana jak na imprezę… pasujesz. Dam ci znać jak szef wróci i jemu też. Tylko nie rób kłopotów, bo jak zaczniesz robić, to ja stanę się twoim osobistym kłopotem… a tego nie chcesz, prawda?- zmrużył złowieszczo oczy na koniec.
            - Nawet mi do głowy coś takiego by nie przyszło. - położyła dłoń na sercu - I dziękuję, że powiadomisz. Merci.


            Została wpuszczona i trzeba przyznać, że miejsce niewiele się zmieniło. Pełno tu było muzyki, energii, napięcia seksualnego i… wampirów, ghuli i ludzi. Dotyk Dekandencji był popularny, więc czemu taka z osoba z gustem i talentem organizacyjnym, nie była uważana przez Elenę za Toreadora?
            Ann zajęła jedno z miejsc i zamówiła sobie... trunek. Oglądała zgromadzone osoby czując przyjemny dreszczyk jaki zawsze jej towarzyszył, gdy wbiła się w takie miejsce. Wiedziała, że stąpa po cienkim lodzie, ale.... co jej szkodziło w końcu być kimś?
            Na razie była kimś kogo paru przystojniaków chciało uwieść. Byli ciepli, byli zbudowani jak zawodowi gracze w football amerykański. Z pewnością byli też nieco napaleni i dość pijani. Byli przy tym w miarę grzeczni licząc na to, że ich uroda i charyzma… da szansę któremuś z nich zobaczyć jej majtki. Cóż… takich podrywaczy powinna się spodziewać w takim miejscu.
            Przez chwilę dawała im poprężyć swoją charyzmę, ale zaraz straciła nimi zainteresowanie. Miała lepszy gust, niż ta dwójka. Powiedziała im najdelikatniej jak mogła, że na kogoś innego czeka i przestała zwracać swoją uwagę.

            Wyraźnie byli rozczarowani, ale cóż… na szczęście tylko rozczarowani. Nie robili scen, nie próbowali jej przekonać. Grzecznie się oddalili zostawiając Ann samą. Caitifka nie przyciągała uwagi miejscowych wampirów. Pewnie dlatego że była jednym z nich, a Dotyk Dekadencji był terenem łowieckim Toreadorów i każdego innego wpuszczonego tu Kainity. Ci których obserwowała chętnie wdawali się w “romanse”. Byczki których spławiła, szybko trafiły pod opiekę dwóch ponętnych wampirzyc które zagarnęły ich dla siebie. To miejsce nie służyło zazwyczaj towarzyskim spotkaniom… było jak Róża, wykwintną jadłodajnią.
            Ann nie czekała długo, aż sama zaczęła szukać dla siebie odpowiedniej przekąski. Nie było co rezygnować z ciepłego jedzenia, gdy u Williama tylko mrożonki.
            |-Dość szybko zauważyła takiego przystojniaka. Niebieskie oczy, czarne włosy , rozmarzone spojrzenie i szyja która aż prosiłaby się w nią wgryźć.-|
            Człowiek poczuł jak dłonie dziewczyny oplatają się wokół jego szyi.

            - Jesteś wolny? - zapytała mruczącym głosem. Był wolny, był zaskoczony jej śmiałością, był też coraz bardziej podniecony. Jej spojrzenie i głos uwodziło go. Pozostało tylko znaleźć intymny zakątek na konsumpcję. Na szczęście ten przybytek był stworzony do takich rzeczy. Ann pamiętała o korytarzu prowadzącym do prywatnych kwater przeznaczonych… hmm… pewnie do skrywania tajemnic przed wścibskimi oczami.

            Ann z radością zaciągnęła swój przyszły posiłek do jednej z takich kwater. Nie była subtelna od razu przechodząc do rzeczy. Szybko pozbawiła mężczyzny ubrań i pozwoliła nawet jemu zobaczyć część swojego ciała. Ograniczyła się jednak tylko do pokazania swoich piersi, jako że nie chciała by zauważył zabandażowane rany. Od razu jak tylko schylił się ku biustowi kochanki ta tuliła twarz w jego szyję. W ten sposób wbiła się aby wypić upragnioną krew jednocześnie dając mężczyźnie radość spełnienia.
            Z pewnością był spełniony… i miał wybrudzoną bieliznę. Coś co nie było problemem dla Ann.


            Problem bowiem stał za drzwiami.
            Lucien opierając się o lasce o główce w kształcie paszczy węża.

            - Ponoć chciałaś się ze mną widzieć wysłanniczko… Stillwater? Lukrecji?

            Wampirzyca spodziewała się, że coś takiego się zdarzy prędzej czy później. Dobry posiłek tym bardziej był w cenie, aby poprawić swój humor, a jednocześnie zmniejszyć szansę całkowitej klapy przez zły nastrój.

            - Och, monsieur Beauregard! - odezwała się radośnie - Wybacz mi proszę ten mały trik, ale po prostu nie chciałam czekać na ulicy. Teraz nie zostałam przysłana przez Stillwater czy Lukrecję, nie tym razem przynajmniej. Choć przyznam, że nasze relacje z Lukrecją bywały... interesujące.
            - Masz tupet moja droga. Masz też wysoko postawionych przyjaciół. A ja cenię osoby z inicjatywą. Dobrze się bawisz w moim przybytku?- zapytał uprzejmie Kainita.
            - Świetnie, chylę czoła przed organizatorem tego wszystkiego. Zakładam, że Klan Toreador musi pana bardzo cenić, a niektórzy z jego członków być zazdrośni. - odparła.
            - Zazdrość innych to słodkie wino, które lubię pić. - odparł z uśmiechem Lucien obejmując ramieniem Ann i prowadząc w głąb swojego klubu. - Nie lubię być obojętny. Kochany, znienawidzony, pogardzany, uwielbiany, ale nigdy… obojętny.
            - Bycie pogardzonym jest dobre tylko jeżeli masz plecy. W innym wypadku... może być kłopotliwe. - stwierdziła dając się prowadzić - A im bardziej tobą pogardzają tym mniejszą masz szansę na start. Wszystko zależy od tego czy po prostu trafisz szczęśliwie.
            - Jesteśmy zimnokrwistymi drapieżnikami, jak węże czy krokodyle. Potrafimy zdradzić tych, których lubimy i sprzymierzyć się z tymi, którymi pogardzamy. Wszystko w imię potęgi i przetrwania. Sympatie i antypatie są niczym w polityce. A podążanie za uczuciami prowadzi na manowce. Więc bardziej martwi mnie to, że nie jestem dość silny, niż to, że mnie nie lubią.- odparł z uśmiechem wampir prowadząc caitifkę schodami na górę.
            - Jesteś zbyt nielubiany to mogą wręcz ci zabraniać zdobywania siły lub dosłownie w tym przeszkadzać. - spojrzała na drogę którą szli - Gdzie idziemy?
            - Do mojego seksloszku.- rzekł złowieszczo Kainita, po czym wybuchnął śmiechem.- Do mojego gabinetu, jaki byłby ze mnie właściciel zamku, gdybym miał loszek na pięterku?
            - Ja znam jedną Tremere, która ma seksloszki. - zaśmiała się na wspomnienie.
            - Widocznie obracasz się w dobrym towarzystwie. Dawno temu pewien klecha na ambonie opowiadał, że potwory reprezentują różne grzechy ludzkości. Wilkołaki to manifestacja gniewu, wampiry pożądania. - odparł wesoło Lucien prowadząc ją do swojego gabinetu urządzonego gustownie acz z wyraźną nutką playboya. Tapicerka na fotelach i sofie w lamparcie cętki to sugerowały.
            - Zaproponowałbym bym ci napitek, ale pewnie nie gustujesz w modelkach, a w dodatku już jesteś po posiłku.- rzekł zamykając za nimi drzwi.
            - Nie jestem dzieckiem Lukrecji czy z jej klanu, by wybrzydzać, ale tak. Najadłam się. W miasteczku w większości jem mrożone zapasy Williama lub jakieś torebki ze szpitala. - westchnęła - Obrzydło już. Nie wzbraniam się więc przed żywym posiłkiem.
            - Doskonale wiem kim jesteś. W moim biznesie warto być dobrze poinformowanym.- odparł z uśmiechem Lucien.- A co do żywego posiłku, obawiam się, że gdy ty gustujesz w chłopcach, ja preferuję dziewczynki.

            - Niestety lata po śmierci nauczyły mnie zupełnie nie marudzić. - westchnęła teatralnie - Tak naprawdę płeć nie ma dla mnie znaczenia, a raczej wybieram poprzez dostępność. To boli kiedy twoje wyuczone za życia gusta, o wiele bardziej dystyngowane musiały zostać zapomniane.
            - Niemniej jeśli jeszcze jesteś głodna, to coś załatwię.- odparł uprzejmie wampir siadając na sofie i klepiąc dłonie miejsce tuż obok.
            - Wolę nasycić się samym pańskim towarzystwem. - odparła Ann zajmując siedzisko obok wampira - Będzie bardziej sycące.
            - Pochlebstwami możesz daleko zajechać. - przyznał ze śmiechem Kainita opierając obie dłonie na lasce. - Sądząc po tym jak szybko uciekłaś przyjęcie Eleny nie przypadło ci do gustu? Nie dziwi mnie to, te oficjalne są dla pozerów ze starszyzny klanu.
            - A cóż dla takiego małego robaczka jak ja w tamtym miejscu? - odparła szczerze - Ani ja z klanu, ni z jakąś wielką pozycją, która byłaby istotna w takim miejscu.
            - Mój przybytek oferuje wiele rozrywek… szczególnie tych bardziej mrocznych i nieprzyzwoitych. Nie żartowałem z loszkiem. Tyle, że jest wynajmowany przez amatorów różnych… zabaw. Nazwa klubu chyba jest wystarczająco wymowna w tej kwestii? - zapytał retorycznie Lucien.
            - Zaiste. - przesunęła się lekko do Luciena - Ale mowa była o tamtym przyjęciu.
            - Nic… szczerze powiedziawszy… nic poza uroczą śliczną blondynką, jeśli lubisz takie ciałka w łóżku i jeszcze pamiętasz jaką przyjemność może sprawić seks.- rzekł żartobliwie Lucien palcami muskając szyję Ann.

            - Czy pamiętam... - zastanawiała się - Może trochę... ale już od jakiegoś czasu tylko Vitae porusza emocje. - wtuliła twarz w dłoń Luciena.
            - O taaak… z czasem trzeba sobie znaleźć wampirzego kochanka lub kochankę. - mruczał Lucien pieszcząc policzek Ann. - Tylko… komu zaufać w tym zimnym świecie?

            Ann cichutko mruczała.

            - To jest problem. Szczególnie w naszym społeczeństwie. - przymknęła oczy - Jedyna pewna opcja... - spojrzała mu w oczy - To Vitae.
            - Z drugiej strony. “Pewność” uważam za przereklamowany towar. Trochę niepewności dodaje życiu i nieżyciu przyprawy. - odparł z podstępnym uśmieszkiem Toreador.
            - W takim wypadku nie ma co się zastanawiać. - wzruszyła ramionami - Tylko brać i nie myśleć o konsekwencjach.
            - Niebezpieczne podejście, ale po co długi żywot jeśli spędzisz go na dygotaniu o niego.- zaśmiał się Kainita i zapytał.- Co jeszcze planujesz na tę noc? Jak jeszcze mój przybytek mógłby zapewnić ci zadowolenie z tej wizyty w Nowym Jorku?
            - Niestety ograniczę się do powrotu do hotelu Toredorów. Wiesz, ja tak naprawdę nie powinnam być w tym mieście.
            - Oczywiście, że wiem. - machnął dłonią Kainita.- Doskonale znam twoją sytuację. Nie przejmowałbym się jednak aż tak bardzo. Ani Księciu ani żadnemu z Primogenów nie zależy na trzymaniu się ściśle prawa w twojej kwestii. Nie wychylaj się to nie stracisz głowy.

            Ann przybliżyła się do mężczyzny stykając z nim nosem i prawie przylegając ciałem.

            - To może następnym razem... - wyszeptała - ...to ty mnie zaprosisz do siebie…
            - Może…- przesunął palcem po dolnej wardze dziewczyny, a gdy otworzyła usta, otarł opuszkiem palca o jej kieł. I nacisnął. Czerwona vitae spłynęła po kle na język. Ledwie kilka kropli, ale za to jakich. - … kto wie, do czego to doprowadzi.
            - Kto wie. - zamruczała.
            - Kto wie.- Kainita wycofał palec z podstępnym uśmieszkiem.

            Writing is a socially acceptable form of schizophrenia.

            1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
            0
            • AbishaiA Niedostępny
              AbishaiA Niedostępny
              Abishai jako XXI
              napisał(a) ostatnio edytowany przez JhnW
              #37

              Powrót do Stillwater był nieco kłopotliwy. Wszak wracała we wraku, z porozbijaną przednią szybą, pełnym wgnieceń i z dziurą w dachu. Autko pożyczone od Larry’ego powracało do niego w stanie niezbyt idealnym. I jazda nim nie była przyjemna, nawet jeśli nie odczuwało się zimna wywołanego dodatkową “wentylacją”.
              Niemniej po dość długiej drodze wampirzyca w końcu dotarła do celu. Do siedziby Williama. Powitały ją oczywiście psy jego, obwąchując podejrzliwie jej auto. Toreador wyszedł z domostwa by ją powitać i pierwsze co padło z jego ust to.

              - Coś ty zrobiła z autem Larry’ego? Nic ci nie jest?

              Ann westchnęła teatralnie wychodząc z auta.

              - No wiesz? Auto traktujesz jako ważniejszy niż moje zdrowie? - zakryła serce dłonią jakby to ją ubodło - Zawiodłam się na tobie…
              - Gdyby coś tobie się stało, La Bella by mnie poinformowała zawczasu. - przypomniał jej Blake. - Inną sprawą jest reakcja Larry’ego na ten widok. Bywa wybuchowy.
              - Zostałam wplątana w sprawy magów. Porwano mnie i zmuszono do uratowania tyłka jednego z nich, walcząc z dziwnie silnymi przeciwnikami. Larry zrozumie jak to była walka. - odparła.
              - Oby…- westchnął Toreador.- Ale i tak będzie zły. Nie miał okazji do rozbijania głów ostatnio.
              - Jasne, jasne... Może poproszę Joshuę, aby ze mną pojechał.
              - Ja też mogę.- odparł William otwierając drzwi do domu. - Ale to raczej Larry przyjedzie tu.
              - Och. Dziś go się zaprosi? - Ann weszła do domu.
              - A chcesz dziś?- zapytał Toreador i znów spytając zamykając za nimi.- Jak ci się podobało przyjątko?
              - Dziś byłoby najlepiej. Lepiej szybko oderwać plaster niż męczyć się z nim dłużej. - machnęła ręką - A przyjątko było... Za wysokie progi dla mnie. Ale już wiem, że twój Klan ma problem z wysłaniem kogoś do nas na polowanie.
              - Doprawdy? Ostatnie pokolenia Toreadorów nie nadają się na łowców?- zdziwił się William i uśmiechnął krzywo.- Staram się udawać zaskoczonego tymi wieściami.
              - Czyli sądzisz, że Elena nie wyśle zupełnie nikogo?
              - I w ten sposób wystawi na pośmiewisko swój klan? Wątpię.- wzruszył ramionami Kainita.- W ostateczności… Elena potrafi zabijać wampiry.
              - Chyba nie sądzisz, że Primogenka sama pójdzie? - zdziwiła się Ann.
              - Nie. Nie sądzę.- przyznał Blake i spytał.- Na kolejne przyjęcie też planujesz się udać?
              - Może tak, może nie... Zobaczę co się będzie działo. Może prędzej mnie Larry zabije? - parsknęła.
              - Może…- przyznał ze śmiechem William i zapytał, gdy doszli do salonu. - Chcesz się napić?
              - Kogo masz? - zapytała rozglądając się po salonie.
              - Lodówkę w kuchni. - Toreador nie zmienił swoich nawyków.
              - Nie wiesz co tracisz. - pokręciła głową - Zawsze byłeś taki prawiczek?
              - Oczywiście że… upuszczanie krwi jest praktyką znaną od czasów średniowiecza, ale nie było popularne nawet wtedy wśród wampirów. Przez wiele lat żywiłem się… jak ty… - wyjaśnił William. - Znam pokusę i czuję ją każdej nocy, ale szlachetność rozwija się poprzez opanowanie swoich popędów, a nie uleganiu im.
              - Świątobliwy się zrobiłeś na stare. - westchnęła.
              - Dla nas są tylko dwie drogi. Ta którą podążam ja i… cóż… koniec drugiej drogi omal nie zabił Larry’ego i ciebie. - wyjaśnił melancholijnie Toreador.
              - Co? - zdziwiła się nie rozumiejąc - Jakie drogi?
              - Nie jestem… odpowiednią osobą by to tłumaczyć. Tym bardziej, że… nieważne.- Kainita usiadł w fotelu.- Ostatecznym twoim celem… celem każdego z nas jest uwolnienie od niższych instynktów… od Bestii w nas. Nazywamy ten stan Golkondą.

              Ann patrzyła zdziwiona.

              - Ale... Nie widziałam innego, który by jak ty nie chciał jeść z ludzi. Czyli chyba nie każdy ma to za ostateczny cel.
              - Większość… -westchnął Toreador.- … jest skupiona na tym co na zewnątrz, na potędze jaką daje krew, na ambicjach, na wspinaniu się po drabinie społecznej. Ale ja jestem stary, bardzo stary i miałem czas przemyśleć. Zresztą… Joshua też rzadko pije bezpośrednio z ludzi.
              - Jesteście naprawdę dziwni... Tyle cierpienia i nic w zamian? Nawet Joshua? Sabat chyba tak nie robi.
              - Dlatego, że nie jesteśmy Sabatem. I nie chodzi o cierpienie, tylko o wstrzemięźliwość i hartowanie ducha, ale… najmłodsze pokolenia są na to zbyt miękkie. Zwłaszcza Toreadory.- odparł ironicznie William.
              - Mówię o cierpieniu Przemiany i istnienia jako wampir. Dlaczego odmawiać sobie po wszystkim co się przeszło? Szczególnie, że dajemy ludziom przyjemność wcale ich nie musząc krzywdzić. - Ann nie zgadzała się z podejściem Williama - Żywienie się ciepłą, żywą krwią daje poczucie bycia żywym samemu. - dodała z lekkim rozmarzeniem - Zapełnia pustkę w istnieniu.
              - Jestem stary Ann. Picie krwi z żywej osoby nie czyni mnie już “żywym”. Wspomnienia całkiem wyblakły. - wzruszył ramionami Blake.
              - To skąd czujesz radość?
              - Z poezji, jej czytania i pisania. Z pięknych… widoków.- odparł z uśmiechem William.- Mam szczęście być częścią bardzo uduchowionego klanu.
              - Ja czuję radość... Z krwi. Ludzi czy nawet naszej. W tym są uczucia.
              - Jesteś młoda, to typowe.- odparł wymijająco William.- Nie mierz jednak innych swoją miarą, zwłaszcza starszych Kainitów. Długie życie i akumulacja doświadczeń zmienia nas… oddala od człowieczeństwa. W tym też tkwi zagrożenie, a Bestia w nas tylko czeka na chwilę nieuwagi.
              - Wątpię by Książę tak istniał.
              - Nie daj się zwieść pozorom. Sybaryci i hedoniści nie mają długich żywotów. Uleganie namiętnościom kończy się wieczną śmiercią. Może i Książę nie żywi się krwią z woreczków, ale też nie traktuje swoich posiłków jako okazji do zażycia szczęścia. Jedzenie jest tylko jedzeniem.- wzruszył ramionami Wiliiam. - Poza tym nie jestem tu po to by narzucać ci punktu widzenia… nie spodziewaj się jednak tego, że będę twój podzielał.
              - Nie spodziewam się. Tylko tak szczerze dziwię się.
              - A nosferatu infopir cię nie dziwił ? - zaśmiał się William i dodał. - Pójdę zadzwonić do Larry’ego. Powiadomię go, że może wracać po swój wozik. I że nie jest on w idealnym stanie.
              - I żeby wziął coś na uspokojenie?
              - Coś w tym stylu…- odparł ze śmiechem Toreador. Zadzwonił i rozmawiał chwilę cicho. Po czym zakończył rozmowę z wyraźnie zakłopotaną miną.
              - Larry… jest w Róży… Jest na spotkaniu z Joshuą i Garrym. W ważnej sprawie o której nie zostałem poinformowany. - rzekł nieco grobowym tonem.
              - Co? - zdziwiła się -Nie wiedziałam, że to w ogóle możliwe. Co odwala Joshua?
              - Nie wiem… zobaczymy. - odparł William.- Może nic, może… cóż… zobaczymy.

              Westchnął. - Ostatecznie to on jest księciem. Jedziesz ze mną?

              - Przecież chyba nie sądzisz, że bym cię zostawiła. - odparła chwytając go za ramię.

              Do siedziby Lukrecji przyjechali się autem Williama. Po wejściu przy barze zauważyli Nadię pijącą “trunek” i rozmawiającą z “mów mi Jackie”, różowowłosą Kainitką, która od czasu do czasu grała w klubie Lukrecji. Rozmowa wydawał się je zajmować na tyle, że nie zauważyli wkraczającej pary.
              Blake zresztą nie tracił czasu na kurtuazję, tylko od razu udał się na zaplecze hotelu. Ann pozostało zrobić to samo. Zaczynała zresztą doskonale orientować się w labiryncie korytarzy który wypełniał ten hotel. Zadziwiające jak skomplikowany był jego plan… z pozoru niepotrzebnie, acz może w ten sposób Lukrecja chciała utrudnić życie potencjalnemu zabójcy?
              Wkrótce dotarli do pokoju z którego słychać było odgłosy rozmowy. I głosy zarówno Garry’ego jak i Joshui.

              - To jak sądzisz? Jakie są jego plany? Jakie kroki podejmie?- pytał Książę.
              - To ciężka sprawa. Sam rozumiesz… nie siedzę w jego głowie.- przyznał Gangrel.
              - Ale znasz go najlepiej z nas.- westchnął Smith. A wtedy William wkroczył do środka, z caitifką tuż za plecami.
              - Przeszkadzam w czymś?- zapytał kurtuazyjnie Blake rozglądając się po pomieszczeniu. A następnie przyglądając się Joshui, Garry’emu i wyraźnie znudzonemu Larry’emu.
              - Ależ skąd, ani trochę.- odparł Joshua zaskoczony widokiem Toreadora i Ann.
              - Coś się stało?- zapytał książę Stillwater.

              1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
              0
              • ZellZ Niedostępny
                ZellZ Niedostępny
                Zell jako Ann Paige
                Moderator Obsługa
                napisał(a) ostatnio edytowany przez JhnW
                #38


                WIDZISZ MÓJ CIEŃ?


                Ann trzymała się blisko Williama jednocześnie obejmując wzrokiem wszystkich zgromadzonych.

                - Co tam knujecie? -zapytała wprost, lekkim tonem i zwróciła się w stronę szeryfa - To musi być coś bardzo interesującego, skoro odciągnęło cię od patrolu.
                - Bardziej dywagujemy.- przyznał Joshua i wzruszył ramionami dodając. - W tym całym zgiełku umknął nam szczegół bardzo ważny. Mało który wampir w Stillwater jest związany mocno z moją domeną. Większość jest tu zesłana w ramach jakiejś kary i może być… tymczasowo zaciągnięta w szeregi klanów Nowego Jorku.
                - Mhm? - mruknęła dziewczyna jakby czekała na dalsze słowa.
                - Mhmm.- powtórzył za nią Toreador.
                - Wiemy że Groza już skompletował i posłał na nasze ziemie grupę swoich łowców. Niejaki Grigorij ich prowadzi.- wyjaśnił Joshua.- Powiadomili mnie i Larry’ego.

                -A ja im wyjaśniłem… że żaden miejski dupek nie będzie mi mówił jak mam działać na MOIM terenie.- warknął Larry. Machnął ręką. - Grigorij to jedna z prawych rąk Grozy. Ma ich zawsze kilka. Są mu psio posłuszni i zwykle bardzo silni. Ale też zazwyczaj niezbyt bystrzy i rzadko obdarzeni inicjatywą.

                - Ej, Larry. - Ann odezwała się Brujah - My możemy ich wykończyć zanim Nosferatu to zrobią. Ja byłabym za.
                - Niestety mamy świętoszków w drużynie.- wzruszył ramionami Larry i uśmiechnął się szeroko.- W innym przypadku pokazałbym tym Brujah dlaczego wypędzono mnie z Nowego Jorku.-
                - Inna sprawa to pozostałe klany. Tremere mogłyby co prawda zawezwać Nadię, ale nasza egzekutorka podobnie jak Larry, nie jest graczem drużynowym. I większość jej pobratymców nie darzy jej przyjaźnią. Lukrecja jest twarda, ale Ventrue mają lepszych wojowników. Garry…- spojrzał na hippisa.-... jeśli u Luciusa zatriumfuje rozum nad dumą, to Garry dołączy do jego łowców. Gangrele Nowego Jorku nie znają lasów.
                - Ta zabawa została stworzona dla wampirów z Nowego Jorku. - Ann wzruszyła ramionami - I niech się bawią jak chcą! Ja byłabym za tym, żeby pozwolić gromadce się wykrwawić i po prostu w razie czego dobić to co pozostanie. Po co mamy w ogóle ładować się w taką walkę? Oni mogą załatwić sprawy za nas. - spojrzała na Larry'ego - Zawsze jak jacyś miastowi przetrwają to mogą się stać różne rzeczy. To miasto jest naprawdę magiczne.
                - Nie planuję ładować się w żadne walki. Natomiast muszę nadzorować sytuację. Po naszych lasach zaczną kręcić się stada Kainitów… w bojowym nastroju. Może dojść do “incydentów”. Może się okazać, że draugi są najmniejszym naszym problemem. A naszym atutem jest… Ravnoska i zaprzyjaźniony mag. -westchnął Joshua.- To mało.

                - A propo magów… jeden przyczynił się do zdewastowania twojego auta Larry.- William zmienił temat.
                - Ach, tak. Najpierw jeden z nich mnie porwał jak byłam w samochodzie... Robiąc ze mnie swoje getaway taxi, a później był taki dziwny co chyba miał więcej maszyny niż człowieka... Mówiąc szczerze, zrobił dziurę w dachu i inne tam.
                - Serio? Przegapiłem taką okazję? - odparł rozczarowany Larry. Następnie spytał.- To ilu zabiłaś?
                - Jednego, dwóch pozostałych przestało nas gonić jak zbliżyliśmy się do centrum. - rozłożyła bezradnie ręce.
                - Jednego… chyba lepiej cię wyszkoliłem.- westchnął deczko rozczarowany Larry.
                - Nie widziałeś ich. Te rzeczy nie czuły bólu!
                - Tym lepiej… nie będą wrzeszczeć, gdy się je rozrywa.- odparł entuzjastycznie Larry potwierdzając fakt, że był deczko… szurnięty.

                - A z Torkami to chyba Lucien coś kombinuje. - stwierdziła.
                - Nie znam tego Luciena. Musiał przybyć do miasta po mojej emigracji z miasta. - wtrącił William. - Co o nim wiesz?
                - Podaje się za Toreadora, ale Elena twierdzi, że nim nie jest. Ona sama nie wie kim jest naprawdę. Posiada klub w mieście jaki mógłby się spodobać Nadii. Ogólnie gromadzi masę informacji o wszystkim.
                - Brzmi jak renegat lub agent Nosferatu pod przebraniem… - odparł Joshua i pokręcił głową. - Ale taka maskarada by nie przeszła.-
                - Jest dużo klanów i linii krwi nie dość licznych, by mieć reprezentanta w postaci Primogena. Najprawdopodobniej to Assamita. Jest ich całkiem sporo w Nowym Jorku, ale skłóconych ze sobą. - przypomniał sobie William.
                - Ma też znajomości w Sabacie. A dobrze wiemy, że skruszony z Sabatu może istnieć. - spojrzała z uśmiechem na Joshuę.
                - Skruszony jest zdrajcą… nie zachowuje znajomości w Sabacie. Może być jak Ravnos i działać na obrzeżach obu organizacji.- przyznał Joshua i zamyślił się. - Dziwne, że Elena mu ufa.-
                - Wątpię by mu ufała. Ale ma jakieś powody, by go nie zabić.- przyznał Toreador.
                - Ona go nie lubi, to jasno dawała do zrozumienia. Widziałam jak gadał z inną Toreaderką na przyjęciu... O kwestii, że w sumie Toreadorzy to wybili tych co potrafią walczyć. - Ann opisała kobietę, którą widziała.

                - Clara von Thorn.- stwierdził William i potarł podbródek.- Dobrze zapamiętaj to imię, jak i twarz. To ważna rozgrywająca w klanie Toreadorów. Zajmuje się przyziemnymi, ale ważnymi sprawami dotyczącymi funkcjonowania organizacji Toreadorów. Jest sekretarzem klanu.
                - A do tego jest przystojny... - zamyśliła się Ann uśmiechając do siebie.
                - Może… ale wygląda na to, że skórka niewarta wyprawki. - odparł William i zwrócił się do Joshui.- Wygląda na to, że mój klan szybko nie dołączy do łowów. Podobnie jak Tremere.

                - Niemniej dziwi mnie, że nie powiadomiłeś mnie o tym… małym zebraniu.- Blake znów zmienił temat.
                - Bo nie było o czym. Ot, chciałem wypytać ich o całą sytuację związaną z łowami. Wiadomo, że Gangrel i Brujah pierwsi wystawiają swoje drużyny. Spodziewam się, że Ventrue… również.- wzruszył ramionami Smith.- Doprawdy, nie muszę ci się spowiadać z każdego drobiazgu.-
                - Masz rację. Wybacz Książę że tak pochopnie wyciągnąłem wnioski.- odparł skruszonym tonem Blake.

                - Chodź Garry, niech sobie ptaszki poćwierkają.- wtrącił Larry wstając i ruszając do drzwi zwrócił się do Ann.
                - A z tobą mam do pogadania. Jesteś mi coś winna za brykę.
                - Nie mam kasy. - broniła się Ann.
                - Zapłacisz w usługach. Sądzę, że będziesz chętna do spłaty tego długu. - odparł Brujah szczerząc kły w uśmiechu.
                - Będę?
                - Pogadamy później.- zaśmiał się Larry wychodząc. A Garry podążył za nim.

                - Ja chyba też powinienem… wrócić do siebie. Dobrze że wszystko się wyjaśniło. - odetchnął z ulgą Blake.
                - Za dużo ostatnio odwiedzasz Nowy Jork. Udziela ci się tamtejsza paranoja.- zaśmiał się Smith.
                - Ja bardziej odwiedzam. - wtrąciła Ann.
                - Ty jesteś młoda, naiwna i najwyraźniej za bardzo ulegasz wpływom Larry’ego. Daje ci zły przykład.- ocenił Toreador.
                - Nie jestem naiwna... - burknęła urażonym tonem.
                - Powinnaś się już nauczyć, że magowie zawsze oznaczają kłopoty, a przystojne wampiry to zagrożenie jeśli sama Primogenka ich nie lubi. - odparł pół żartem, pół serio Toreador.
                - Nie będziesz mi mówił co mam robić... - mruknęła pod nosem ledwo słyszalnie.
                - Wprost przeciwnie…- odparł Toreador spoglądając wprost w oczy Ann. - Będę ci mówił co masz robić, co powinnaś, a czego nie… Ponieważ jestem starszy od ciebie i przeżyłem dłużej.-

                Potarł czoło. - I jeśli zamierzasz pożyć dłużej w Nowym Jorku winnaś słuchać moich rad. Tam nie jest tak bezpiecznie jak tutaj.

                - Nie jesteś moim Sire... - Ann nadęła się - I ty przecież nie siedzisz pośród wampirów z miasta, bo masz jakieś problemy z nimi.
                - Jestem kimś gorszym niż twój Sire. Jestem osobą, której zależy na tobie. - odparł Toreador. - Dla większości wampirów jesteś przeszkodą, assetem, pionkiem na szachownicy lub figurą do poświęcenia… nie pozwól im sobe młoda Ikarzyco za bardzo obrosnąć w piórka, bo słońce jest blisko i łatwo się śmiertelnie sparzyć.-
                - William poetycko przypomina ci młoda, żebyś nie lekceważyła jego słów. To, że nie siedzimy tam, nie oznacza że nie wiemy co się dzieje. Prowadzę intensywną korespondencję z Nowym Jorkiem i wiem co w trawie piszczy. Nie wspominając o szpiegach Lukrecji, która również musi się mi spowiadać. - wzruszył ramionami szeryf.
                - Wątpię, abyście byli tak chętni nic nie robić w moim wieku. - mruknęła - Wam może odpowiada zamknięcie się w tym miejscu i trwanie w błogości pozornego bezpieczeństwa od, och jak strasznej wampirzej polityki.
                - Bycie księciem nawet tak małej domeny oznacza, że zawsze jestem zamieszany w politykę.- zaśmiał się Joshua i dodał poważniej. - Dbanie o bezpieczeństwo mojej domeny oznacza, że ciąglę tkwię w tych intrygach.

                A William dodał. - A ty mylisz pozory z prawdą Ann. Polityka to nie przyjęcia i ploteczki, polityka to nie bieganie na posyłki dla starszych.
                Splótł ramiona razem. - W przypadku ludzi awansowanie jest łatwe i bezpieczne, oni się starzeją i umierają. Miejsca się zwalniają naturalnie. My nie umieramy, więc stołek na górze może zwolnić się w tylko jeden sposób. Jest tylko jeden sposób na awans w naszym społeczeństwie.

                - Lukrecja mi pokaże świat i nauczy jak wrócimy do miasta. - powiedziała z młodocianą naiwnością, jakby mówiła o bezpiecznej wycieczce - Cyril niczego nigdy nie pozwalał. Teraz mogę to sobie odebrać.

                Joshua zaśmiał się. - No tak. Miejmy nadzieję, że Lukrecja też się czegoś nauczyła przebywając tutaj. Wątpię by Książę znowu był wyrozumiały dla niej.-
                Blake westchnął ciężko. - Lukrecja i Elena mogą być wobec ciebie miłe i z pewnością nie chcą twojej szkody, ale nie miej złudzeń… bez wahania poświęcą cię dla własnego sukcesu.
                Ann fuknęła z irytacją i objęła się rękoma.

                - Czyli według was pozostaje tylko oddać się Słońcu?
                - Nie. Natomiast nie wypada ulegać złudzeniom… i być nieostrożnym. - odparł Toreador wzdychając. - I słuchać starszych, zwłaszcza gdy chcą twojego dobra.
                - To skąd mam wiedzieć, że powinnam was słuchać i na pewno nie ulegnę waszym złudzeniom? Skąd mam wiedzieć, że to wy chcecie mojego dobra i na pewno nie zdradzicie mnie jak wszyscy inni by chcieli? - okręciła logikę.

                Joshua wzruszył ramionami. - Mi możesz spokojnie nie ufać. Dla mnie ważne jest dobro mojej domeny i naszej małej społeczności. Natomiast będziesz głupiutką gąską, jeśli nie zaufasz Toreadorowi, który wykazał wyjątkowo sporo cierpliwości i empatii wobec młodej zastrachanej wampirzycy.
                Dziewczyna wiedziała, że nie jest aż tak głupia, bo gdyby była to by w tym momencie powiedziała coś o poświęceniu jakie ofiarowała słuchając i wzdychając do poezji Williama. Na szczęście jeszcze za życia wychowano ją odpowiednio, aby utrzymywać pozory wobec artystów. Nie odpowiedziała na słowa Księcia, jedynie burknąwszy coś niezrozumiale pod nosem.
                Brujah tylko zerknął na Toreadora.

                - Nic więcej nie zrobisz. Sama musi przejść swoją próbę ognia.-

                Po czym wyszedł.
                Ann spojrzała bez zrozumienia na Toreadora.

                - Jaką próbę ognia?
                - To określenie znam z czasów wojny secesyjnej. Dla każdego oddziału próbą ognia była pierwsza bitwa jaką żołnierze stoczyli. Musieli się otrzaskać z wybuchami, kulami, krwią i śmiercią. Oczywiście… nie każdy tą bitwę przeżywał, ale ci którym się udało już tak nie panikowali podczas kolejnych bitew. W twoim przypadku, musisz wpakować się w takie kłopoty na których się sparzysz…- westchnął William ciężko. - ale które przetrwasz. Coś co naprawdę nauczy cię przetrwania w naszej społeczności. Odrębną kwestią jest to, czy tą swoją próbę przeżyjesz.
                - Oczywiście, że tak. - powiedziała z butną pewnością - Przeżyłam proces przemiany przez Sabat. Ogień Tremere. Traumy zsyłane przez Cyrila. Polujących Brujah.
                - Tak. Tylko te zagrożenia widziałaś przed sobą. Mogłaś na nie zaregować. - wzruszył ramionami Toreador. - To co naprawdę groźne, przychodzi bez ostrzeżenia.

                Ann nie wyglądała na szczęśliwą.

                - Ten Lucien coś kombinuje i wiesz... W sumie mi się to podoba. Nawet nie zirytowało mnie jak dał mi kroplę swojej krwi. Ale tylko tyle.
                - Timeo Danaos et dona ferentes. - westchnął Toreador wypowiadając łacińską frazę. I spojrzał na Ann.- Powinnaś uważać na tych, którzy chętnie dzielą się z tobą krwią. Doświadczenia z Cyrilem niczego cię nie nauczyły? Albo… z Nadią? Co by się stało, gdyby chętnie pozwoliłaby ci z siebie popijać? Wciągnęłaby cię w kolejne uzależnienie… - podrapał się po podbródku.- Wiesz może czemu tego nie zrobiła? Zdziwiło mnie to wielce. Nie spodziewałem się przepuszczenia takiej okazji z jej strony.
                - Przecież już jestem związana z jednym Tremere. - odparła z naiwnością dziecka - Nie trzeba innego, A z tego co rozumiem już nikt nie może przebić więzi z nim.
                - Tak. Z odbywającym karę więzienia Tremere… będącym daleko od ciebie. - odparł William wzdychając.- To, że nie można przebić jeszcze tamtej więzi, nie oznacza że nie można cię zniewolić. Cyril daleko, a ty… rozsmakowana w Vitae jak Assamitka lub Tremere.
                - Ale czemu by miała to robić?
                - Po to by mieć wierną jak pies służkę. - machnął ręką Toreador. - Po to by utrzeć nosa Cyrilowi, wykazać się przed swoim Primogenem, zabić nudę… wiem o jej… “zabawach”. Jest wiele powodów by uzależnić od siebie innego Kainitę. W końcu to lepszy niewolnik od ghula.
                - Nie wiem... Ale mówiła, że gdyby ona wypiła mojej krwi... to stałaby się straszna... Jak japońska yandere. Wiesz, wręcz chorobliwie zazdrosna o wszystko co się wokół ciebie dzieje. I robiła cokolwiek, aby ciebie mieć w każdej sekundzie. Niezależnie od twoich chęci.
                - Nie znam się na tych nowoczesnych fetyszach, ale… tak… myślę, że rzeczywiście taka by była. Wątpię jednak by skusiła się na twoją krew Ann. Ona lubi kontrolować, a nie sama podlegać kontroli.- przyznał William.
                - Lukrecja mi powiedziała, że miałabym wypić jej krwi, jeżeli byśmy miały razem wrócić do miasta. Raz.
                - Jaka ona hojna, nieprawdaż? - zaśmiał się Toreador. - Vitae to cenny, ale i zdradliwy podarunek. Więc uważaj z nią.

                Ann spojrzała w podłogę.

                - Wiesz, że nie jestem pewna czy kiedykolwiek przestanę pić Vitae innego wampira, prawda? Nie wiem czy będę chciała pozbawić się... tych uczuć.
                - Wiesz, że z tymi uczuciami, może być jak z erekcją naszego młodego Brujah? Mogą zniknąć z czasem mimo picia Vitae. Wszystko blaknie z czasem.- odparł Blake melancholicznie.
                - Wtedy zmienię wampira! A zawsze mogę też z człowiekiem się związać, magiem! - odparła, dramatycznie chcąc się bronić.
                - Problem nie leży w dawcy… tylko w tobie. Ciało po prostu powoli zapomina jak to jest być… żywym. - wyjaśnił spokojnie Toreador.
                - Szczerze... Jeżeli Cyril nie stałby się tak abusive... - westchnęła.
                - Znam te “bóle porodowe” związane z oderwaniem od… Sire’a.- rzekł ze współczuciem Kainita.
                - Wciąż gdzieś wewnętrznie nie chcę jego krzywdy... Jakbym go kochała... choć czasem nim pogardzam i czuję złość na niego... To jednak nie czuję chęci jego krzywdy…
                - To skomplikowane co robi z nami czyjaś Vitae. Ja ci jednak tego nie wytłumaczę, nie jestem uczonym.- przyznał z uśmiechem Toreador.- Może spytaj się o to swojego przyjaciela, maga?-

                Odruchowo potarł ramię w okolicy postrzału i lekko skrzywił się z bólu.

                - Wciąż cię boli? - zapytała z troską.
                - Nadal… rana jest coraz mniejsza, ale…- odparł Toreador.- … Vincent twierdzi, że ten postrzał przywołał nieco “śmiertelności” do tego ciała i przypomniał mu dawna doznania. Nawet jeśli ograniczył wspomnienia jedynie do bólu.
                - Nie potrzebujesz więcej pomocy w domu, aby uniknąć bólu?
                - Nie zrozum tego źle… nie mam żadnych takich inklinacji erotycznych, ale… przyjemnie jest coś czuć. Nawet jeśli to ból.- przyznał wstydliwie Kainita. - Tak czuć po ludzku. Od stuleci nie czułem niczego takiego. Więc ból mi nie przeszkadza.
                - Poproś Nadię. Chętnie ci pomoże dając ból. Nawet nie seksualny. - zaśmiała się.
                - Nie sądzę by potrafiła. Ból promieniuje tylko od tej rany. Nadal nie czuję nic więcej poza dyskomfortem, gdy jestem zraniony w inne miejsca mego ciała. - odparł filozoficznie Toreador. I dodał na koniec. - Poza tym, ona mnie nie pociąga.
                - Mówiłam, że nie będzie nic seksualnie. Czy ktoś musi cię pociągać abyś czuł ból?
                - Stare wampiry nie uginają się pod ciosami nawet jeśli nie są wytrzymałe z natury. Powód tego jest prosty… nie odczuwają, bo nie pamiętają już bólu. Owszem dyskomfort jest, ale nie paraliżuje działań. - mężczyzna wzruszył ramionami i dodał pocierając kark. - Wątpię więc, by Nadia miała jakąkolwiek satysfakcję z takiego torturowania mnie.
                - A może... Gdybyś wypił czyjąś krew? - zaproponowała niepewnie.
                - Nie zależy mi aż tak na tym doznaniu.- machnął ręką Kainita. - Porozkoszuję się tym doznaniem póki go czuję, a potem pozwolę by uległo zapomnieniu.

                Pokiwała smutno głową.

                - Ja jeszcze muszę porozmawiać z Lukrecją i Nadią. Zostanę po prostu na dzień tutaj.
                - Poza tym… - dodał z uśmiechem Toreador zgadzając się na jej plany kiwnięciem głowy.- Ze wszystkich uczuć ból jest tym, za którym tęskniłem najmniej.
                - Polecam picie krwi. Cyril umiał sprawić dużo bólu... Psychicznego szczególnie.

                Ann opuściła pomieszczenia na końcu. Joshu i pozostałej dwójki wampirów już nie było. William przytulił się do niej w geście pożegnania i ruszył do najbliższego wyjścia, by opuścić miasto.
                Caitiffka pożegnała Williama i rozejrzała się za córką Lukrecji lub nią samą.
                Nie dostrzegła Lukrecji, ni Miracelli… ale zauważyła jedną z blond ghulic Ventrue. Może ona coś wiedziała?
                Ann podeszła do ghulicy i zagadała:

                - Nie wiesz gdzie znajdują się szefowe?
                - Szefowa jest w biurze, a jej protegowana… Miracella się pożywia.- wyjaśniła uprzejmie blondynka.

                Ann podziękowała za informacje i ruszyła do biura Lukrecji.

                - Momencik… szefowa zajęta. Może lepiej poczekać na Pa… na Miracellę? - blondynka podążyła za nią.
                - Zajęta czym? - zatrzymała się i przewróciła oczami.
                - Eeeem… ma gości.- odparła blondynka.- Chyba.
                - Indyjskich może? - zapytała z ironią.
                - Nie mogę powiedzieć. - mruknęła ghulica.
                - Jasne, nie ma sprawy. Poczekam na Mirkę. - usiadła przy stoliku.
                - Dobrze… Mirka tak… - zachichotała blondynka wracając do pracy za barem. A Ann odruchowo rozejrzała się po barze. Nadii już nie było, za to był protegowany księcia nieudolnie podrywając Malkaviankę. Trudno było powiedzieć komu Ann miała bardziej współczuć, jej… czy jemu.

                Za to Ann Dobrze się bawiła obserwując całą sytuację.
                Było to bowiem ciekawe doświadczenie. Clyde usiłował różnych podejść, różnych taktyk… nucąca pod nosem Jackie zdawała się nie być świadoma, że jest podrywana. Co niewątpliwie frustrowało Brujaha.

                - Eemm… ponoć mnie szukałaś.- głos Miracelli tuż za plecami zaskoczył Ann.
                - Ciii... - Ann nawet nie odwróciła się jedynie wskazując głową na scenę podrywu - Ciesz się z tego przedstawienia.

                Miracella usiadła obok. - On… chyba wie, że ona… co prawda jak na swój rodzaj… nie wydaje się być za bardzo szurnięta, ale… nie jest ona normalna.

                - On chyba tylko jedno widzi w niej. - wzruszyła ramionami - ale nie miej tak stereotypowego spojrzenia na jej klan. Ja tam tak surowo ich nie opceniam. - stwierdziła bez wstydu.
                - Nie mam żadnego spojrzenia na ten klan. Za mało o nich wiem. Znam tylko Jackie, no i byli jeszcze ci dwaj. Ten rudy był uroczy i upiorny zarazem. - wspomniała Locariusa.
                - Locariusa lubię. I wcale nie uważam, że jest tak bardzo szurnięty jak mówią. Tylko trochę!
                - Jest charyzmatyczny… Może tak naprawdę jest naprawdę Toreadorem. - zażartowała obserwując z Ann, jak Clade’owi puszczają nerwy. Jeszcze chwila a udusi tą szklankę z “bloody mary”, którą trzymał w dłoni.
                - Chciałam pogadać z Lukrecją. - odezwała się ciągle obserwując przedstawienie - Myślisz, że obejrzała już odcinek?
                - Skąd wiesz? Nie… nie chodzi o odcinek. Nie tym razem. - machnęła ręką Miracella. - Cała ta sprawa z Draugami sprawiła, że jej wiedza stała się interesująca dla… ważnych osób.
                - Lucien? - zapytała skupiona na scenie.
                - Ventrue.- odparła enigmatycznie Miracella. - Nieoficjalnie.-

                No i stało się. Szkło pękło z głośnym trzaskiem, dłoń Clyde została pokiereszowana. Popłynęła krew. Brujah przeprosił i pospiesznie udał się do łazienki by tam zająć się dłonią, a Jackie wzięła jeden kawał szkła zdobionego czerwienią. Jeden zanim reszta została uprzątnięta przez barmankę. I tę swoją zdobycz oblizała z czerwieni.

                - Może swoją wiedzę trzymać jako zakładnika, który jej pomoże powrócić do miasta. - odparła i cicho prychnęła śmiechem - Może teraz zwiększą się jego szanse.
                - Ja jestem za młoda na takie spekulacje. - zaśmiała się Miracella i wzruszyła ramionami.- Nie wiem o czym gadają teraz, ale trochę im to zajmie, aaa… o czym wy gadaliście z Joshuą?
                - O niczym bardzo ciekawym. Wiesz, po prostu dwa stare zgredy mówiły młodziutkiej jakie są stare i mądre, a ona jak jest głupia. - prychnęła.

                Miracellla zaśmiała się.

                - Nie przypominasz już tej cichutkiej wampirzycy, która przybyła tu wiosną. To całkiem pociągające.-

                Spojrzała w kierunku siedzącej i nucącej pod nosem Jackie. - Szkoda, że w Stillwater jedynym wyborem jest… Clyde.

                - Ach, w ramach oznaczenia swojego terytorium... Ten Vincent, mag, jest mój.
                - Zazdrosna jesteś o niego? To urocze.- uśmiechnęła Miracella i spojrzała na Ann.- To jak planujesz go uwieść? Masz doświadczenie z mężczyznami?
                - Nie byłam tylko z kobietami. - machnęła ręką - Po prostu ostatnio głównie z kobietami byłam, ale za życia mężczyźni. Szczerze to nie mam planu, działam instynktownie.
                - Acha… czyli byłaś podrywana przez mężczyzn, ale niekoniecznie na odwrót ? Byłaś kiedyś po drugiej stronie, próbowałaś uwieść mężczyznę?- zapytała Miracella zaciekawiona. - Jesteś ładniutka, a to nie sprzyja zbieraniu takich doświadczeń.
                - Byłam z bogatej i wpływowej rodziny. Uroda nie miała znaczenia. - zaśmiała się - Jak kogoś chciałam to go dostawałam i tyle. Nie musiałam bawić się w podrywy.
                - Tooo widać. - zaśmiała się Miracella i spytała.- I jak ci idzie podrywanie Vincenta, gdy nie masz już wpływów i bogactwa?
                - On chyba jest jak męska dziwka. Jesteśmy już trochę umówieni na randkę, choć nie mamy żadnego terminu.

                Ventrue zaśmiała się głośno. - Coś mi się zdaje, że cię zwodzi jak natrętną fankę.
                Spojrzała na Ann. - Chyba byłaś zbyt nachalna i zniechęciłaś go.
                Ann wydawała się bardzo zirytowana tymi słowami.

                - Bzdura. Co niby innego miałabym robić?
                - Rozegrać to tak, by to on nalegał na randkę, oczywiście. Wychodząc z inicjatywą wyglądasz na desperatkę.- machnęła dłonią.- Niestety sytuacja wymaga rozegrania wszystkiego na chłodno i odłożenia konsumpcji w czasie. I cóż… musiałabyś się nieco nauczyć od Lukrecji i nas, pracy dziwki. Bo my kusimy… do konsumpcji, a nie nalegamy na nią. - uśmiechnęła się wesoło.
                - Dziwki...? - odparła z wyraźnym zniechęceniem wysoko urodzonych... co było zabawne w wampirzej sytuacji.
                - No… ładne ciało to tylko narzędzie. Bezużyteczne jeśli nie umiesz się nim skutecznie posługiwać. A ty za życia najwyraźniej nie musiałaś umieć. - stwierdziła Miracella wodząc znacząco spojrzeniem po Ann.
                - Oczywiście, że nie musiałam umieć. - Ann przyjęła dumną pozę kogoś, kto wie, że jest lepszy od ciebie.
                - Od jutra więc zaczniesz się uczyć. Jeśli oczywiście chcesz uczynić z tego Vincenta swojego chłopaka. - wzruszyła ramionami Miracella.

                Ann zaczęła przez zęby kląć po francusku.

                - D.o.b.r.z.e... - wycedziła.
                - Zawsze możesz go dalej męczyć swoimi prośbami o krew w nadziei że końcu się da upić dla świętego spokoju.- oceniła Ventrue ze złośliwym uśmieszkiem. I wzruszyła ramionami. - Czyżbyś czuła się tak bardzo lepsza od nas, prowincjuszek?

                Ann wzruszyła ramionami.

                - Jesteście z Ameryki.
                - A ty niby skąd?- zdziwiła się Miracella.
                - Europa, Francja. - odparła z dumą w głosie.
                - Ja jestem potomkinią Włoszki.- odparła z dumą Ventrue. I zapytała.- Co francuski wampir robi w Ameryce?

                Ann skrzywiła się lekko.

                - Za życia... Musiałam się szybko ewakuować by ochronić istnienie przed rodzinnymi nieporozumieniami... Przebywaliśmy w różnych miejscach na świecie, więc i wyprowadzka do Kanady nie była dla mnie niczym dziwnym. Oczywiście zrobiłam to bez wiedzy kogokolwiek, chcąc sama wszystko ogarnąć zanim wrócę do Europy. Zabito mnie już tutaj.
                - To było naiwne z twojej strony.- odparła Miracella.
                - Naiwne? Gdybym nie uciekła to by zabili mnie moi właśni bracia.
                - Naiwna ta wiara, że uciekłaś bez wiedzy kogokolwiek.- stwierdziła Miracella.- Że za bogatą panienką z Europy nie ciągnął się ogon. Ostatecznie… zginęłaś i chyba nie sądzisz, że to był przypadek? Lukrecja nie wierzy w przypadki.
                - Zabił mnie Sabat. - mruknęła grobowo - Mnie i innych jakich złapali na ulicy. A to wszystko, bo mieliśmy być ich mięsem armatnim, jeżeli oszalali z głodu wyciągniemy się na powierzchnię spod ziemnego grobu.
                - Jak wspomniałam… Lukrecja nie wierzy w przypadki, tylko w konsekwencje. I ja też. Mówisz że miałaś być mięsem armatnim. Byłaś nim? Walczyłaś z Camarillą? Zostałaś wysłana do zrealizowania jakiegoś celu?- zaczęła wypytywać Miracella.
                - Ja... - Ann zmarszczyła brwi myśląc ciężko - Nie pamiętam dobrze... Ale...
                - przymknęła oczy - Misja... Mieliśmy zająć... Być... Być... - przetarła oczy - Zatrzymać…
                - Nie była na tyle ważna, by nawet wyjaśnić wam co zrobić? A jakim cudem… przetrwałaś tą… misję? - zapytała MIracella drążąc dalej temat.

                Ann milczała kładąc dłonie na głowie. Drżała leciutko zatapiając się we wspomnieniach.

                - Mówili... Tak... Tylko co? - wydukała w stresie - To... Było jak kolejny głos. A tamten ciągle do mnie mówił i mówił... Reszta... Pojechała dalej... A my... - załkała zakrywając oczy.

                Miracella pogłaskała ją po włosach mówiąc. - Camarilla bywa bardzo biurokratyczna. Pewnie w Nowym Jorku są jakieś notatki lub informacje na temat rajdu Sabatu, w którym brałaś udział. Z pewnością William mógłby coś… zrobić w tej kwestii.

                - Do Nowego Jorku dotarłam już później, jak sprzątali po napaści... - wyszeptała.
                - Skąd dotarłaś? I w jaki sposób? - zastanowiła się Miracella.
                - Było nas dużo, wozili zamkniętych w ciężarówkach z kontenerami. Mnie pochwycili w Kanadzie, Quebec... Wiem, że ciężarówek było więcej... Nie wiem gdzie dokładnie nas zabili... Ale pamiętam... Montpellier. Tak. Tam... Tam spotkałam księcia, który mnie puścił... - niepewnie składała słowa.

                Miracella zamyśliła się przyglądając Ann. - Jestem tylko prowincjuszką ze Stillwater, ale… i tak sądzę, że coś w tym wszystkim śmierdzi. Jak w ogóle nazywał się ten książę z Montpellier? Jaki klan reprezentował?

                - Ja... Chyba... Ventrue... - Ann poczuła ukłucie paniki - Nie wiem! - uniosła głos w irytacji - Oni mnie torturowali, w końcu chcieli polać czymś łatwopalnym i podpalić! - wyrzuciła z siebie w jakiejś desperacji - Czego ode mnie chcesz?!
                - Niczego… niczego Ann.- odparła cicho i smutno Miracella. Pokręciła głową. - Słuchaj… ja nie wiem co ci się stało, tam wtedy, ale wiesz… to wszystko to podejrzana sprawa. Rozumiem, że nie chcesz do tego wracać, ale… ja sądzę, że kwestia twojej przemiany… to nie był przypadek. Tylko zbrodnia. Zbrodnia doskonała, bo bez zwłok.
                - Większość moich snów... to koszmary... Jak jestem zakopana... - uderzyła pięścią w blat stołu i załkała żałośnie.
                - Ann…- mruknęła Miracella tuląc do siebie caitifkę. - … może… chcesz się przespać ze mną? Podczas dnia, w jednym łóżku.

                Ann skinęła powoli głową.

                Wampirzyca podała caitifce chusteczkę. Tymczasem muzyka zaczęła grać i smutny głos Malkavki przecinał powietrze jak bicz.

                - Wytrzyj twarz, a ja przyniosę ci drinka, ok?- spytała przyjaźnie Miracella.

                Dziewczyna zgodziła się na propozycję, po czym po prostu wpatrzona podłogę i zaczęła smutno patrzeć samotnie.
                Ventrue wróciła z krwią i podała jej szklankę z nią.

                - Lepiej już się czujesz?

                Ann wymruczała pod nosem coś, co najpewniej było potwierdzeniem. Bardzo słabym potwierdzeniem.
                Miracella usiadła obok przyglądając się załamanej caitifce w ciszy.
                Ann powoli piła drinka, jakby w stanie odrealnienia. Miracella widziała pustkę w nieskupionym na niczym wzroku wampirzycy. Nie minęło dużo czasu, gdy córka Lukrecji zauważyła pewną zmianę.
                W trzymanym przez Ann szkle szklanki z krwią znikło odbicie caitiffki.

                - Coś nie tak… z twoim odbiciem.- odparła nieco zaniepokojona Ventrue.
                - Uhm? - Ann uniosła wzrok na Miracellę rozkojarzona.
                - Nic takiego ważnego. - odparła pospiesznie Miracella.- Coś jest nie tak z twoim odbiciem. Po prostu go nie ma… czy tak być powinno?
                - Co? - Ann wyglądała na zszokowaną i zaczęła się rozglądać za jakimś lustrem lub inną powierzchnią zapominając najwyraźniej o trzymanej szklance.
                - No… tu go nie ma.- młoda wampirzyca uprzejmie wskazała swoje odbicie… i brakujące odbicie Ann.

                Ann podążyła wzrokiem I spojrzała na szklankę. Zaraz jej wzrok stał się zirytowany.

                - Co ty odwalasz? - fuknęła do Ventrue - Chciałaś mnie wystraszyć?!

                Miracella chciała zaprzeczyć, ale gdy ponownie spojrzała na szklankę... odbicie drugiej wampirzycy tam było.

                - Nieważne. Coś mi się przewidziało.- odparła pospiesznie Miracella.- Twój nastrój się udzielił albo… coś.

                Kundlica oparła się na krześle.

                - Wiesz, to nie było śmieszne, bo przecież coś takiego mogłoby być przeciw prawom.
                - No chyba tak… z drugiej strony…- zamyśliła się Miracella.- Nie znam się za dobrze na klanowych sztukach, ale jakoś nie przypominam sobie żadnej maskującej odbicia w lustrzanych powierzchniach.
                - To mama cię nie uczyła podstaw o innych?
                - Podstaw Ventrue… sekrety innych klanów, są ich tajemnicami. Wiem co nieco, ale tylko tyle ile mojej matce udało się podejrzeć. - wzruszyła ramionami.- Każdy klan ukrywa swoje atuty.
                - Tylko to nie są atuty, a dość łatwo uznać, że wygląd Nosferatu nie jest czymś co daje im radość. Czytałam książkę od Nadii. Tam było trochę mitologii. Wiesz, Kain.
                - No… to wiem… Nosferatu są szkaradni ponoć. Żadnego nie widziałam, więc nie wiem. Malkavy szaleni. A Toreadorzy są narcyzami. Brujah furiatami, a Gangrele zdziczali.- machnęła ręką Miracella. - Lasombra rządzą Sabatem wraz z Tzimisce. Ale… Ravnos? Dopóki nie zjawiła się Jaine Love, myślałam że wymarli. Nic o nich nie wiem, bo moja matka nigdy żadnego nie spotkała dopóki nie trafiła tutaj.
                - Ej, może zapytamy Lukrecji Co sądzi o tym twoim... Przewidzeniu? - spojrzała niepewnie na Miracellę - I mówisz, że twoja matka nigdy nie widziała żadnego Ravnosa?
                - Nigdy nie wspominała o tym klanie. - zamyśliła się Miracella. - Wydaje mi się że Jaine jest pierwszą Ravnoską jaką widziała w nieżyciu.
                - To... Długi czas... - powoli odparła Ann.
                - Ano… - zamyśliła się Miracella i wzruszyła ramionami. - A teraz, gdy jestem Kainitką Lukrecja nie jest tak chętna by mnie uczyć. Dorosłam w jej oczach.
                - No nie. Czy ona nie myśli? Przecież jak jej własny potomek zrobi coś totalnie durnego z braku wiedzy to ona za to beknie.
                - Uważa że nauczyła mnie wszystkiego co powinnam wiedzieć i że nie jest moją niańką.- wzruszyła ramionami Ventrue.
                - Przecież nie posiadając wiedzy możesz ją też poniżyć swoim zachowaniem. Durna baba…
                - Jak długo ty byś uczyła potomka. Rok? Dwa lata? Trzy? Cztery? Całe swoje życie?- zapytała retorycznie Ventrue. - Kiedyś twoje dziecko musi stanąć na swoich nogach.
                - Nie wiem... Mnie chyba... Zawsze uczył Cyril... Jak go nie zawieść czy coś…
                - Acha… a z praktycznych lekcji? - zapytała Miracella. - Jak poruszać się w strukturach klanu Ve… Tremere?
                - Uczył, że jestem gorsza od nich i mam się słuchać. - wzruszyła ramionami - Dowiadywałam się jak akurat była na to sytuacja.
                - Powiem ci, co mi Lukrecja powiedziała. Tremere mają kompleks niższości wobec magów… prawdziwych magów, takich ludzkich. I na ich widok zachowują się jak uczniaki próbujący się im podlizać. - zaśmiała się cicho Miracella. - Wspomnij przy nich o tych magowych frakcjach… ja znam tylko dwie, Niebiański Chór i Werbenę. W każdym razie wspomnij o nich, a zobaczysz jak im mina zrzednie.
                - To ja znam więcej! - dumnie powiedziała Ann - Tych Werben nie.
                - Lukrecja zna albo znała jedną Werbenę w Nowym Jorku. Niebiański Chór… znała ich we Włoszech, lata temu. - wyjaśniła Miracella.
                - Setki lat temu?
                - Lata temu… Lukrecja przemieniona została wieki temu, ale stary świat opuściła w okolicy drugiej wojny światowej. Tuż przed nią lub na początku… szczegółów nie znam.- wzruszyła ramionami Kainitka.

                Ann cieszyła się, że jeszcze za życia nauczyła się maskować swoje emocje. W innym wypadku uśmiechałaby się teraz szeroko jak dziecko, które dostało za darmo cukierka.

                - Myślisz, że już można z nią pogadać?
                - Myślę, że możesz wpaść do niej na chwilę. Ale nie liczyłabym na długie pogaduszki.- wzruszyła ramionami Miracella.
                - Czasem naprawdę zastanawiam się czemu mnie nie lubi. - zaśmiała się z dużą ironią w głosie.
                - Nie bardzo. Po prostu jest bardzo zapracowaną osobą. - wyjaśniła Ventrue.
                - Serio? - mruknęła z brakiem wiary.
                - Prowadzi legalny i nielegalny biznes… praktycznie robi za księgową dla pozostałych Kainitów. Nie wspominając o jej… sprawach.- dodała na koniec enigmatycznie Ventrue.
                - Pójdę jej zepsuć humor. - machnęła ręką i wstała z krzesła.
                - Powodzenia.- odparła Miracella.

                Writing is a socially acceptable form of schizophrenia.

                1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                0
                • ZellZ Niedostępny
                  ZellZ Niedostępny
                  Zell jako Ann Paige
                  Moderator Obsługa
                  napisał(a) ostatnio edytowany przez JhnW
                  #39

                  NIE JESTEM TWOIM WROGIEM


                  Lukrecja zajęta była pracą przy komputerze, a może oglądaniem telenowel? Ann nie miała okazji dojrzeć, bo Ventrue wyłączyła go nim caitifka podeszła do biurka.

                  - Ach Ann… jak było na bibce Toreadorów? Ubaw po pachy?- zapytała na powitanie.
                  - Nie. - przysunęła sobie krzesło - Ale zobaczyłam sekretarza i klanu i poznałam się lepiej z twoim współpracownikiem.
                  - Doprawdy? Z którym to? - zapytała Lukrecja udając brak zainteresowania.
                  - Z Lucienem. - uśmiechnęła się - A później jak się urwałam z tej bibki i uniknęłam bycia w magowym chaosie wbiłam się do klubu Luciena.
                  - Coś ci się pomyliło. Lucien nie jest moim współpracownikiem. Po prostu jest użyteczny i korzystam z jego usług. - odparła Lukrecja z krzywym uśmieszkiem.
                  - Może być i to. - wzruszyła ramionami - Ale przynajmniej fajnie się oglądało jak Torki nie wiedzą co zrobić z tym, że nie mają kogo wysłać.
                  - Jakoś im nie współczuję za bardzo. - odparła z krzywym uśmieszkiem Ventrue.
                  - Lucien im jakoś poradzi.
                  - Cóż…- zamyślila się Lukrecja splatając dłonie razem i podpierając nimi podbródek. - Skoro jest Toreadorem to powinien im pomóc, prawda? Ciekawe tylko jak.
                  - Nie znam szczegółów, ale coś tam usłyszałam... - niewinnie powiedziała imitując podpieranie podbródka.
                  - Niewątpliwie coś podsł… posłyszałaś. I tym wieściom zawdzięczam twoją wizytę w moim skromnym gabinecie? - spytała Ventrue uprzejmie.

                  Ann uniosła oczy ku sufitowi w zamyśleniu.

                  - W sumie to nie. - spojrzała znowu na Ventrue - Stęskniłam się za twoją osobą, a Lucien tęsknotę wzmógł.
                  - Doprawdy?- zdziwiła się wampirzyca w zamyśleniu. - Lucien aż tak mnie chwalił, że się za mną stęskniłaś? To miłe z jego strony.
                  - Przyznam, podlizywać się to umie, nawet dobrze mu idzie. Ciekawe kim naprawdę jest.
                  - Kłamcą. - wzruszyła ramionami Lukrecja. - I doświadczonym szarlatanem.
                  - Zapewne Primogenka Toreadorów by się zgodziła z tobą. Elena uważa, że on do jej klanu nie należy.
                  - Pewnie ma rację. Kim my jesteśmy by nie zgadzać się z Primogenką jego klanu.- uśmiechnęła się Lukrecja i lekko przechyliła głowę w lewo.- Z drugiej strony… przy cyrkach jakie odstawiają Malkaviany przyjmując do klanu kolejne owieczki, Toreadory mogą przymknąć oko na jedną zabłąkaną duszyczkę. Czyli… - spojrzała wprost na Ann. - Próbujesz ze mnie wyciągnąć to kim on naprawdę jest? Cóż… mogę co nieco wiedzieć, ale wiesz… to cenny sekrecik.
                  - Jak bardzo cenny? - zapytała przechylając głowę.
                  - Dosyć cenny. Nie zagłębiałam tematu, by nie przyciągnąć niechcianej uwagi. Ale… wiem o nitce wystającej z kłębka. Nie opłacało mi się dotąd nią podążyć.- odparła lisio Lukrecja.- Twoja oferta zaś to…?
                  - Nie wystarczy moja urocza osoba? - uśmiechnęła się ślicznie - Skoro i tak w końcu mamy razem wrócić do Nowego Jorku?
                  - Twój urok wystarczy na dobrą radę. Jeśli Lucien dowie się, że próbujesz odkryć jego sekrecik, stanie się twoim wrogiem. Dlatego właśnie ja porzuciłam ów wątek. Skórka niewarta wyprawki. - wyjaśniła Ventrue.
                  - No wiesz... Coś taka niemiła? - zapytała z żalem.
                  - Jak to niemiła? Daję ci dobrą radę. To nie moja wina, że nie potrafisz jej docenić. Nie drąż tematu Luciena dla próżności czy ciekawości. No chyba że masz jakiś ukryty interes w dopytywaiu się o niego, o którym o nie wiem.- odparła Lukrecja.
                  - Niestety nie... - mruknęła niezadowolona - Jestem zbyt oddalona od polityki i wiesz, to mnie irytuje. To jak jeść tort schowany za szybą.
                  - Lucien to nie polityka… to gnój pod nią. - wzruszyła ramionami Lukrecja.- Chcesz się taplać w gnoju? To rób to na własne ryzyko i nie mów potem, że cię nie ostrzegałam. Kwestię klanowej przynależności Luciena już znasz. To Toreador. A prawda? Prawda jest gówno warta, jeśli nie przynosi zysków.

                  Po chwili milczenia Ann pokiwała głową godząc się ze zdaniem Lukrecji.

                  - Jak wrócisz do Nowego Jorku to pokażesz mi politykę?
                  - Z pewnością. - stwierdziła stanowczo Lukrecja.
                  - A jak ci idzie staranie się o to?
                  - Tooo… skomplikowane. - mruknęła Ventrue, więc raczej nie szło jej za dobrze.
                  - Może teraz się coś zmieni jak wyślą łowców. Wiesz kogo Ventrue dadzą?
                  - Mogę zgadywać, że Hrabiego… czyli Hermana Mendeza. To prawa ręka Primogenki jeśli chodzi o sprawy siłowe. Kogo on zwerbuje, to nie wiem… pewnie jakieś żądne sukcesu wampiry. - wzruszyła ramionami Lukrecja.
                  - Ten Hrabia to mocny zawodnik? - zapytała zaskoczona - Znaczy nie myślałam, że wśród Ventrue są tacy... Wiesz. Wojownicy.
                  - Ventrue to klan rycerzy… szlachetnie urodzonych wojowników. Toreadorzy poszli w artyzm, Gangrele całkiem zdziczeli, a Brujah… z każdym wiekiem upadali coraz bardziej. Ventrue to szlachta Ann.- wyjaśniła dumnie Lukrecja. - I potrafią walczyć. Przynajmniej część z nich. Spójrz na mnie… myślisz, że jestem delikatnym kwiatuszkiem, który ucieka z piskiem na widok zagrożenia?
                  - Nie... Już to przerobiłyśmy. - przyznała unosząc dłonie.
                  - Hrabia i jego podwładni nie są tak agresywni jak Brujah, ale… nie są też tak agresywni jak Brujah i nie dadzą się ponieść żarowi walki, co zwykle się dla tamtego klanu źle kończy. Hrabia jest profesjonalistą, co do jego… pomocników. Nie wiem. Żadnego nie znam, nie mam pojęcia o ich doświadczeniu bitewnym, a jedynie wyszkoleniu. - kobieta wzruszyła ramionami na koniec.
                  - A to król nie siedzi z tyłu i rzuca do przodu podwładnych i później wejdzie do walki?
                  - Królowa zostanie w Nowym Jorku. Hrabiego nie stać na porażki, więc wszystkiego dopilnuje osobiście, żadnego stania na tyłach nie będzie. - wzruszyła ramionami Lukrecja.
                  - W ogóle nie rozumiem jaki ma cel to całe przedsięwzięcie. Po co dali wszystkim klanom polować? Jaki w tym jest cel? Oczywiście prócz pozbycia się problemu w Stillwater.
                  - Problem draugów musi być rozwiązany. Książę wybrał taki sposób, który daje okazję klanom do wykazania się potęgą i bezpiecznej rywalizacji, nie wzmacnia pozycji szeryfa nowego Jorku i nie zmienia sytuacji w wolną amerykankę, nad którą nikt nie panuje… a tym byłyby krwawe łowy na nie. - wzruszyła ramionami Lukrecja.
                  - A planujesz robić coś więcej podczas tych Łowów poza byciem tutaj?
                  - A jak sądzisz, kto zajmuje się zaopatrzeniem dla tych wszystkich “łowców”. Kto załatwia im noclegi?- uśmiechnęła się Lukrecja. - Joshua może i rządzi, William ma całe miasto w kieszeni, ale jeśli chodzi o logistykę, to zwracają się do mnie.
                  - Ale jak w sumie ma wyglądać to wszystko? Wampirów będzie dużo. O wiele więcej niż jest spodziewane w Stillwater. Jak to zamierzasz ogarniać?
                  - Żonglowałam większymi stawkami w Nowym Jorku. Więc takie sprawy są dla mnie fraszką. - odparła z uśmiechem Lukrecja i dodała. - Mam już zakwaterowanie dla wszystkich zgłoszonych grup i posiłki też. Sprowadzane z Nowego Jorku. Oczywiście każdy Primogen będzie musiał pokryć koszty z własnej kieszeni. Nie ma tu darmowej wyżerki. Gdyż książę Stillwater zabronił łowów na śmiertelnych na własną rękę.

                  Ann westchnęła.

                  - No tak. Joshua jak na Brujah jest bardzo zakochany w tych ludziach…
                  - Raczej bierze swoją rolę szeryfa zbyt poważnie. Niemniej ty jesteś miejscowa. Ty możesz łowić, pod warunkiem, że nie ubijesz. - wyjaśniła Lukrecja. - Oni są przybyszami. Więc ciebie dekret księcia nie obowiązuje, ich tak.
                  - Zazwyczaj pożywiam się zbiorami Williama. Ale powiem ci coś szczerze: może ogranicza niewygodę poszukiwania kogoś na mieście, jednak w dłuższej mierze jest po prostu... Nieciekawe w smaku.
                  - To prawda. Aczkolwiek tęsknię za bardziej apetycznymi posiłkami, które były powszechnie dostępne w Nowym Jorku. Ileż można żywić kierowcami ciężarówek i innymi redneckami. - westchnęła smętnie Lukrecja.
                  - Raczej ty się takimi na pewno nie żywisz. - stwierdziła.
                  - Widziałaś wybór w barze. Wśród miejscowych nie ma wielu adonisów. Może to i lepiej… nie potrzebujemy by William znów się w kim zabujał. Ponoć ma wyjątkowego pecha do swoich kochanków. Niektórzy twierdzą, że to klątwa. - zaśmiała się Lukrecja.
                  - Teraz wzdycha do mojego ghula, co go z pieniędzy doi.
                  - Póki nie planuje go “usynowić”, póty jesteśmy bezpieczne.- wzruszyła ramionami Lukrecja.
                  - Zaskakuje mnie, że taki stary wampir, a tak obrzydliwie naiwny. - zaśmiała się.
                  - To Toreador w końcu. I to ich klanowa słabość. - wzruszyła ramionami Lukrecja.
                  - Bycie naiwnymi?
                  - Zauraczanie się czymś. Czasami krótkotrwałe pod wpływem chwili, czasami przyjmuje to kształt obsesji związanej z osobą, lub przedmiotem. Z drugiej strony, bycie naiwnym to rzeczywiście słabość tylko Williama. - wzruszyła ramionami Ventrue.
                  - Mój ghul z radością to wykorzystuje. - zaśmiała się - Nie jest zakochany w innym facecie. Jest po prostu zakochany w jego pieniądzach. Cwaniaczek. Zupełnie jakby jeden list gończy za tym wyprowadzaczem firmowych pieniędzy mu nie wystarczył.
                  - Wybrałaś więc sobie kłopotliwego ghula. - wzruszyła ramionami Lukrecja.
                  - Nie jest takim kłopotem dla mnie. Pomogłam mu zrozumieć ostatnio. - uśmiechnęła się z jakimś okrutnym zadowoleniem.
                  - Skoro tak twierdzisz. - uśmiechnęła się z przekąsem Ventrue. - Obyś się potem nie obudziła z ręką w nocniku.
                  - Ukarałem go za branie pieniędzy w moim imieniu bez mojej wiedzy. Będzie się mnie za bardzo bał, aby zrobić coś takiego ponownie. - powiedziała z nonszalancją - Dodatkowo bez mojej dobrej woli nie dostanie swojej działki.

                  Lukrecja zauważyła w zachowaniu dziewczyny coś, czego nie spodziewała się zobaczyć, gdy Ann była tym zastraszonym dzieciakiem. Czyżby była to jakaś chęć odwetu za własne cierpienia z ręki Cyrila? Jakaś pogarda wobec śmiertelnych?

                  - Tresowanie ghuli… jakie to urocze.- odparła z ironicznym uśmieszkiem Lukrecja i wzruszyła ramionami. - I typowe dla nowo przebudzonych. Pierwszy posmak władzy?
                  - Nie robię niczego innego, czego nie widziałam już u innych. - mruknęła z irytacją.
                  - Mhmm… cóż… nieśmiertelność nie uwalnia od wrodzonej głupoty. Nie wszystko warto naśladować. - stwierdziła Lukrecja.

                  Ann nie wyglądała na zadowolona słysząc słowa Lukrecji.

                  - Śmiertelnym trzeba uświadamiać gdzie ich miejsce. Jesteśmy ich lepszymi, A to czasem wymaga także bardziej twardych metod.
                  - Bardzo męskie podejście do sprawy. Bardzo… Brujah? Tremere? Raczej nie Ventrue.- zamyśliła się Lukrecja.
                  - A ty wolisz, aby cię kochali?
                  - Venture nie są prymitywnymi osiłkami, czy zaślepionymi potęgą rasistami.- zaśmiała się Lukrecja. - Jesteśmy lepsi od śmiertelnych i dlatego na pancerną pięść zakładamy aksamitną rękawiczkę. Prostacka przemoc i dyrdymały godne faszystów… nie są dla nas. Ktoś kto jest potężny, nie potrzebuje tej potęgi udowadniać… jest wszak ona widoczna.
                  - Nie chodzi o udowadnianie. Tylko bycie delikatnym może wcale nie dać dobrych długoterminowych efektów.
                  - Nie zamierzam cię przekonywać. Jesteś młoda, ucz się na własnym doświadczeniu i własnych błędach. - uśmiechnęła się ironicznie Lukrecja.
                  - Cokolwiek... - machnęła ręką Ann.

                  - Zwróć czasem też uwagę na swoje dziecko. Dziś mnie trochę zaniepokoiła, a nie sądzę że Ventrue posiadają jakieś widzenie tego czego nie ma, jak Malkavy.
                  - W jaki sposób? - zapytała Lukrecja wyraźnie zaciekawiona.
                  - Rozmawiałyśmy przy stoliku i nagle zrobiła się zdenerwowana i zaczęła mówić, że coś jest nie tak z moim odbiciem w szklance. Kiedy spojrzałam to wszystko było dobrze, a ona najwyraźniej próbowała powiedzieć, że musiało się jej przewidzieć. Spodziewałabym się czegoś takiego po innych klanach.
                  - A jakie klany znasz, które manipulują cieniami?- zapytała retorycznie Lukrecja.

                  Ann spojrzała nieufnie.

                  - Czy to podchwytliwe pytanie?
                  - Lasombra nie odbijają się w lustrach… z tego co mi wiadomo. Ani w lustrach, ani w innej powierzchni lustrzanej. To wada ich klanu, to wada ich krwi… wada, o której dobrze wiedzą i starają się unikać sytuacji w których ten fakt mógłby być dostrzeżony. Jako caitifka stworzona przez Sabat, możesz… okazyjnie manifestować ich wadę. - wzruszyła ramionami Lukrecja. - Bo wygląda na to, że dostałaś ją z całym dobrodziejstwem inwentarza.-

                  Dziewczyna zmarszczyła brwi.

                  - Ale ja zawsze widziałam swoje odbicie. Nawet teraz to tylko Miracella mi o tym powiedziała, a od zawsze cieniami... umiałam manipulować. Jesteś pewna, że to nie jest jakiś problem z twoim dzieckiem? - zapytała z lekkim zaniepokojeniem w głosie.
                  - Powiedziałam… okazyjnie…- machnęła dłonią Lukrecja.- Jeśli nie ufasz jej oczom, to cóż… może rzeczywiście coś się jej przewidziało. Jeśli nie…- wzruszyła ramionami Ventrue.- To czasem ta wada klanowa będzie się manifestować… a może inne też? Nie wiem. Popytaj kogoś kto się tym interesuje. Na pewno jacyś Tremere w Nowym Jorku, bo Nadia studiuje biblię.

                  - Jasne... Na razie zostanę tutaj. Miracella zaprosiła mnie bym z nią dziś spała.
                  - Jak miło z jej strony. Nie zmolestuj mi jej za bardzo. Ma powodzenie u klientów. - odparła żartobliwie burdelmama.
                  - Sprzedajesz swojego potomka? - zaśmiała się.
                  - Wynajmuję… to nie to samo.- odparła Lukrecja i wzruszyła ramionami.- Potomek to zasób, należy go oczywiście odpowiednio wychować i dbać o niego, ale Ann… musisz dbać o wszystkie swoje zasoby, bo możesz je stracić.
                  - Ale ludzkie ghule są do łatwego zastąpienia. - stwierdziła - Stracisz tego, możesz innego wziąć, nieprawdaż?
                  - Twoje ghule mogą też być przejęte przez innego wampira, napojone jego krwią i zwrócone przeciw tobie. - odparła Lukrecja.- To nie straty swojego ghula powinnaś się obawiać, ale jego zdrady… a im gorzej go traktujesz tym łatwiej wpadnie w łapy innego Kainity, bardziej współczującego i chętnego do nakarmienia go własną krwią. Problem z ghulami polega na tym, że my musimy spać za dnia… i wtedy jesteśmy zdani na ich łaskę i niełaskę.
                  - Ale przecież taki sługa jest uzależniony od twojej krwi, ktoś inny od tak tego nie przebije. Jaka jest różnica jeżeli chodzi o traktowanie? Jeżeli byłoby to takie łatwe to bardzo szybko bym wiele razy zdradziła Cyrila. A teraz może i już rozumiem, że jego słowa są kłamstwem, a jednak wciąż nie chcę jego krzywdy.
                  - Ty jesteś wampirem. Na nas Vitae działa mocno, wiążąc nas niewidzialnymi łańcuchami. Na ghuli zaś wpływa w inny sposób. Są uzależnieni od wampirzej krwi, ale… tożsamość ich karmiciela może być dowolna. Na szczęście mało który ghul o tym wie.- wzruszyła ramionami Ventrue.

                  Ann nie wyglądała na zadowoloną.

                  - Mówisz, że nie mogę go traktować tak jak Cyril mnie? - zapytała z jakąś żałością w głosie - A co z ghulami sabatowców? Oni na bank nie traktują dobrze ludzi.
                  - Nie wiem… nie byłam w Sabacie.- wzruszyła Lukrecja i uśmiechnęła się cynicznie. - A ciebie nie stać na pomiatanie ghulami, bo masz tylko jednego i jest on kluczowy dla twojego przetrwania. Są różne rodzaje ghuli… tych mało znaczących… można nawet zgnieść, ale tych którzy pilnują twojego łoża. Tych lepiej traktować dobrze. To w końcu ludzie, a lojalność ludzkiego narkomana… sama wiesz.
                  - Dniuję u Williama... Nie odważyłby się zrobić czegoś tam... - próbowała zaprzeczyć.
                  - Sam nie. Sam z pewnością nie. - Lukrecja uśmiechnęła się ironicznie.- Co innego, gdyby ktoś wyjątkowo brzydki ale i wyjątkowo charyzmatyczny podsunął mu pewne sugestie wraz z fiolką słodkiej Vitae i obietnicami. Ale przecież ty nie masz takich wrogów, prawda?
                  - Nie... - spojrzała podejrzliwie na lukrecję - Nie sądzę... Mam rację?
                  - Masz jeśli moi informatorzy się nie mylą. KIlka młodych Nosferatu nadal jest zagniewanych z powodu śmierci swojego patrona i tego, że Cyril jest poza zasięgiem ich zemsty. - zamyśliła się Lukrecja.
                  - Naprawdę? - odezwała się zdziwiona - Mówią ci, że jestem twoim wrogiem?
                  - Mówią, że szukają sposobu na rozładowanie swojej złości i że ty jesteś najbliższym dostępnym celem zastępczym. Nie wiem czy rzeczywiście planują ci zaszkodzić. Ale informacje już zbierają. - wzruszyła ramionami Ventrue.
                  - Nie mają nic lepszego do roboty... - mruknęła - Gonić za caitiffem …
                  - Stracili swojego patrona, opiekuna, być może nawet… ojca. - wzruszyła ramionami Lukrecja. - Ich pozycja w klanie bardzo osłabła. Mają powody by być wściekli… nie mają jednak dużego potencjału do krzywdzenia. Są młodzi jeszcze i mało potężni.
                  - To nie moja wina... - mruknęła.
                  - A kogo obchodzi sprawiedliwość, gdy pragnie się zemsty?- zapytała filozoficznie Lukrecja.

                  Ann machnęła ręką.

                  - Ważne, abyś ty w te bzdury nie wierzyła. Ja tu nie mam zamiaru zostać do końca istnienia…
                  - Zemsta jest jak najbardziej prawdziwym faktem Ann. Nielogicznym. Nierozsądnym. Ale prawdziwym. Starsi naszego rodzaju zrozumieli trywialność tego uczucia, ale młode wampiry… to już inna kwestia.- wyjaśniła Lukrecja.
                  - Więc ciągle masz zamiar zabrać mnie ze sobą do Nowego Jorku, prawda? - zapytała jakby chcąc się upewnić.

                  Lukrecja machnęła dłonią. - Oj tam… oczywiście, że tak. To, że paru nisko postawionych brzydali planuje cię zabić, to nie oznacza że mamy się ich bać. Tak czy siak, Nowy Jork nie będzie idyllą. Udajemy się w paszczę lwa.
                  Caitiffka wyraźnie się uradowała.

                  - Wcześniej też dla mnie nie był. Wiem, że inaczej, ale to mało zmienia.
                  - Możliwe że zdecydują się uderzyć tutaj w Stillwater. Poprzez… kogoś… raczej sami nie wpadną tu z wizytą. Chyba nie chcą być osobiście powiązani z twoim zgonem.- zastanowiła się Ventrue.
                  - Naprawdę uparta zgraja.
                  - Na szczęście niezbyt silna i właściwie pozbawiona wpływów. - odparła Ventrue.
                  - Jutro pogadam z Nadią o tych brzydalach. - westchnęła - Może coś dodatkowo powie.
                  - Wątpię by interesowały ją Nosferatu… lub ogólnie wampiry z Nowego Jorku interesowały. Jest ponoć asasynką klanu Tremere a jakoś… klan nie kwapi się, by zwerbować ją do polowania na draugi?- zapytała retorycznie Lukrecja z kpiącym uśmieszkiem.
                  - Sądzę, że oni nie tylko jej nie lubią, ale także się boją. - zaśmiała się - Przynajmniej nie ci najwyżej. A do tego wątpię by ona chciała brać udział w czymkolwiek, co ją odciągnie od jej poszukiwania boskiej liczby.
                  - A tak… jej obsesja. Coś…- zamyśliła się Lukrecja. - Nie znam takiego klanu, ale… słyszałam legendy o potworach których słabością bywa obsesja na jakiś temat. Na przykład na temat liczenia rozsypanego ryżu. Może Nadia jest japońskim wampirem? - zaśmiała się traktując pytanie jak dobry żart.
                  - Możemy to sprawdzić. - wyszczerzyla się - Na następnym zebraniu rozsypmy coś wokół jej stolika. Eksperyment.
                  - Można zrobić coś takiego.- przyznała Lukrecja i zamyśliła się. - Tak naprawdę jaki mamy dowód na to, że Nadia jest Tremere? Primogeni ukrywają w swoich klanach takie niecodzienne atuty, by wyciągnąć je z rękawa w odpowiedniej chwili. Papa Roach ukrywa ten fakt za mgiełką obłędu, podczas gdy reszta… cóż… musi być bardziej subtelna.

                  Writing is a socially acceptable form of schizophrenia.

                  1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                  0
                  • AbishaiA Niedostępny
                    AbishaiA Niedostępny
                    Abishai jako XXI
                    napisał(a) ostatnio edytowany przez JhnW
                    #40

                    Pobudka w nowym miejscu z nową osobą. Miracella była śliczniutka. Kusiła swoim negliżem okrytym koronką. Gdyby Ann była facetem, albo… gdyby przynajmniej była żywa, to mogłaby uznać za wyjątkową szczęśliwą osóbkę. Ale serce Ann już nie biło. I mogła jedynie okiem artysty ocenić piękno leżące w jej łóżku. Po czym rozejrzeć się dookoła i przypomnieć sobie gdzie była i dlaczego. Zaczynała się nowa noc na którą w zasadzie nie miała żadnych konkretnych planów.
                    Okazało się jednak, że ktoś inny takie plany miał. I to wobec niej.

                    Larry siedział się przy barze, w skórzanej kurtce i z papierową torbą leżącą na barze obok niego. Na widok Ann uśmiechnął się szeroko. Ale nie był to szczególnie przyjazny uśmiech. Bardziej podstępny?
                    Gestem zaprosił caitifkę do siebie. A gdy była bliżej, rzekł.- Mamy sprawę do omówienia. W końcu jesteś mi coś winna za rozwalenie bryki, nieprawdaż?
                    Ann stanęła obok wampira i skrzyżowała dłonie na piersi z niezadowolonym wyrazem twarzy.

                    - Ja niczego nie rozwaliłam. Ja uciekałam od tego co rozwaliło. - zaprotestowała.
                    - Pozwoliłaś zniszczyć moje autko. Jesteś mi coś winna. Nie martw się, spodoba ci się spłata długu. Mam nawet dla ciebie prezent.- podniósł i podał jej papierową torbę.

                    Dziewczyna spojrzała niepewnie na Larry'ego.

                    - Bo płakałeś przez te zniszczenia. - spojrzała na trzymaną torbę - Spodoba... z w twoich ust brzmi to... Niepokojąco. - powoli uchyliła torbę by zajrzeć do środka.
                    - Marudzisz.- skomentował Brujah, podczas gdy Ann zajrzała do środka torby i zobaczyła… ciuchy. Jeansowe i skórzane. Jakąś koszulę obcisłą z flaneli, jakieś “podarte” tu i tam jeansowe spodnie. Skórzaną obcisłą kurtkę jakby z reklamy piwa dla mężczyzn. Szalik. Sama torba była zbyt ciężka jak na same ciuchy. A Ann dostrzegła nawet kozaki na wysokim obcasie. Ogólnie ubrania jak z męskiej fantazji o dziewczynie harleyowca.
                    - Mam nadzieję, że będą pasować. Masz wyglądać jak naiwna zdzira która leci na motocyklistów. I która cyckami odciąga uwagę od tego co ma ukryte za plecami. - wyjaśnił Larry.
                    - Dzięki, że uznałeś, iż pasuję do roli... - stwierdziła z przekąsem - Aż przypominasz mi innego dupka z radością poniżającego mnie... - westchnęła wspominając ubranie pokojówki - Mam nadzieję, że to ma więcej na celu poza poniżaniem?
                    - Ma ci ułatwić przemycenie pistoletu, byś mogła pierwsza strzelić, ot co. - wzruszył ramionami Brujah.- Rzecz w tym, że jakiś czas temu nawiązałem interesy z Wenezuelczykami. Zwą się anakondas, albo żakarakas albo… jakaś tam wężowa nazwa. Zaczepili się w Nowym Jorku i rozkręcają narkotyczny biznes, bo mają dobrych dostawców i tanich. Zakładam że dzięki wtykom w skorumpowanej policji. Bowiem tamten kraj się wali na pysk. Póki co działają samodzielnie i uniknęli wchłonięcia przez Kolumbijczyków. Póki co…- wzruszył ramionami po chwili kontynuując wypowiedź. - A więc ci nowi chłopcy na dzielni zamówili u mnie broń, dostarczyłem. Zapłacili i zamówili znów i… przy drugiej dostawie zaczęli narzekać na jakość towaru i marudzić. Dziś po północy mam się z nimi spotkać i z tego co mówią moje wtyki w mieście, chcą mnie przykładnie ukarać, by pokazać że są twardzi i nie warto lecieć z nimi w kulki. I wybrali mnie na tą pokazówkę. Duuuży błąd.- uśmiechnął się złowieszczo Larry.- Skoro szykują na mnie pułapkę, to ja w nią wpadnę i wybiję ich prawie co do nogi. Niemniej skoro to pułapka, to potrzebuję kogoś kogo nie będą podejrzewać, że umie strzelać i będzie miał z czego. Pamiętaj, że to są śmiertelnicy nieświadomi istnienia Kainitów, a ja muszę zostawić jednego przy życiu… żeby wrócił do swoich szefów i powiedział im, że ugryźli więcej niż byli w stanie przełknąć.
                    - Mając ciebie to będzie trudne zostawić jednego przy życiu... - westchnęła.
                    - Poradzę sobie.- machnął ręką Brujah.- Trudniej będzie udawać że mogą zrobić mi krzywdę. Pistolety, karabinki AK czy Uzi. Trzeba się naprawdę postarać żeby mogły nas zranić. Broń małokalibrowa nie bywa problemem. O ile nie mają śrutówek lub czegoś z większym kopem, możesz nawet nie zauważyć gdy cię postrzelą.
                    - Wystarczy by tylko ten jeden nic nie widział. Reszta i tak zdechnie. - wzruszyła ramionami.
                    - Za dużo… komplikowania. Lepiej po prostu udawać “śmiertelników”. - machnął ręką Brujah.
                    - Niech ci będzie... - burknęła zirytowana.
                    - Jak chcesz się upewnić, że wybrany przez ciebie ludzik nie zobaczy niczego podejrzanego podczas, gdy na pozostałych się wyżyjemy. No powiedz. Oświeć mnie.- odparł prowokująco Larry.
                    - Pójdzie za cizią Larry'ego na ruchanko, a zamiast niego zobaczy gwiazdy i będzie spał. - przewróciła oczami.
                    - To nie tego rodzaju spotkanie. Nie będzie okazji na skok w bok.- wzruszył ramionami Larry.
                    - Jesteś nudny, jak Ventrue, szok. Wielki Larry Dukes trzęsie portkami przed zasadami! - drażniła się z nim.
                    - Te zasady niestety nie mogą być złamane.- wzruszył ramionami Dukes.- Dziś je złamiesz, jutro będziesz martwa. Może zabije cię nasz szeryf, może twój Toreador, może zabójca z Nowego Jorku. Niemniej ktoś cię zabije. I mnie też… i nie da nawet szansy na walkę. Łapy Księcia sięgają zaskakująco daleko, ale szeryf jego jest zaskakująco dobrze poinformowany. Widziałem już takich łamaczy zasad w moim klanie… i ich głowy odcięte od tułowia.

                    Spojrzał na Ann uśmiechając się. - Poza tym… rzeź śmiertelników bywa nudna bez ograniczeń. Gdzie tu wyzwanie?

                    - Myślałam, że chociaż ty rozumiesz. - mruknęła - Śmiertelni są słabi. My jesteśmy silni. To z zasady daje nam prawa nad nimi. - wypowiedziała grobowo.
                    - Oj tam. - machnął ręką Larry.- Wątpię by Latynosi pojęli sugestię za pierwszym razem. Pewnie przyślą grupę odwetową, a tych…- uśmiechnął się złowieszczo. -... cóż, nie zamierzam ostrzegać ich dwa razy, więc kolejną grupkę można wybić w całości i bez zabawy w przedstawienie.
                    - No dobra... - burknęła trochę jak dziecko, któremu odmówiono czekolady przed obiadem.
                    - Ok… no to skocz do pokoju, przebierz się… a i jeszcze to…- dodał sięgając do kieszeni i wyciągając paczkę gum. - Głupie siksy żują gumę, umiesz robić balony?
                    - Kiedyś umiałam.
                    - To sobie będziesz miała okazję przypomnieć sobie. Czekam w aucie.- dodał Larry z uśmiechem wstając od baru.

                    Brujah czekał na nią w starym vanie, zupełnie “przypadkowo” łatanym tu i ówdzie grubymi stalowymi płytami. Wyglądał jak gruchot, ale… jakoś te łaty przyspawane zostały w kluczowych miejscach osłaniając silnik i bak paliwa.
                    W vanie był i on i jego dwaj podwładni siedzący z tyłu. Uzbrojeni w sztucery myśliwskie z wojskowymi lunetami. I milczący, jak zawsze zresztą.

                    - Nieźle wyglądasz. - skomentował jej wygląd Larry.- Znalazłaś prezent na dnie.

                    Ann skinęła głową. Znalazła. Pod ciuchami i butami był prezent, duży pistolet z wygrawerowaną czaszką na rękojeści.

                    - Schowaj go dobrze i użyj gdy przyjdzie czas. Gdy zagwiżdżę. Strzelając trzymaj obiema dłońmi. Mocno kopie, co może cię zaskoczyć zanim się przyzwyczaisz. - wyjaśnił Larry ruszając. Uśmiechnął się. - To Latynosi z prymitywnego kraju. Nie doceniają kobiet, więc nie powinni się spodziewać, że potrafisz walczyć. Da ci to przewagę… przez pierwsze pięć minut. Potem zaczną strzelać…-

                    Jechali dalej, a Larry mówił.- … Wenezuelczycy na szczęście dostali ode mnie uzi i inną małokalibrowe zabawki. Bolesne dla śmiertelników, ale niegroźne dla nas…-
                    Powoli dojeżdżali na miejsce, gdy Larry kończył swój wykład.- …Takie laski jak ty widzieli oni w telewizji. Nie mają pojęcia o prawdziwych harleyowcach więc graj na stereotypach. Głupia lalka żująca gumę, która niemal wiesza się na swoich facecie i dumnie prezentuje cycki. Skup ich wzrok na nich, a nie zauważą pistoletu którego w nich wycelujesz.-
                    Zatrzymał się przed złomowiskiem i Luc z Bobem wysiedli by udać się poprzez śnie w kierunku ogrodzenia.
                    A Larry uruchomił silnik dodając z uśmiechem. - Przedstawienie czas zacząć.-

                    Cmentarzysko samochodów na pustkowiu.

                    https://imgbb.com/

                    Tym było tutejsze złomowisko. Całą przestrzeń dookoła wypełniały wraki aut pochodzące z ostatniego pięćdziesięciolecia. Nikt tego nie pilnował, nikt chyba nie musiał. Wszystko co było coś warte z tego złomu, już dawno zabrano.
                    Było tu cicho i upiornie. Było tu złowieszczo.
                    Idealne miejsce na “randkę” z Wenezuelskimi gangsterami. Czekali na nich w środku złomowiska. Trzy chevrolety w tym jedno camaro. Sześć osób. Mocno opatuleni z uwagi na panujące zimno i pewnie deczko wkurzeni. Ann nie mogła dojrzeć za wiele z powodu ich puchowych kurtek. Dostrzegała jedynie śniadą karnację, krótkie wąsiki bródki oraz fragmenty tatuaży na twarzach… głównie napisów.

                    - Ok… zabawę czas zacząć. - Larry rzekł ze złowieszczym uśmiechem.

                    1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                    0
                    • ZellZ Niedostępny
                      ZellZ Niedostępny
                      Zell jako Ann Paige
                      Moderator Obsługa
                      napisał(a) ostatnio edytowany przez JhnW
                      #41


                      CEL UŚWIĘCA ŚRODKI


                      Ann cmokała gumę, żując ją otwierając usta. Szła poruszając biodrami na boki i czasem robiła balon z gumy. Wyglądała na znudzoną dziunię.

                      - Larruś... Długo to będzie? - zapytała wystarczająco głośno, by doszło do uszu ludzi, gdy podeszli dostatecznie blisko uwieszając się mu na ramieniu.
                      - Niedługo lala… niedługo.- odparł głośno Larry idąc obok niej.- Załatwię tylko interesy z tymi typkami i zabawimy się w Róży.-

                      Następnie zwrócił się do gangsterów.- Ola amigos, jak wam się podoba prawdziwa zima?-

                      - Nie pieprz…- warknął jeden z nich.- Co to za lala?-
                      - To moja kobieta.- odparł Larry przytulając nagle Ann do siebie. - Prawdziwa amerykańska laska. Takich nie macie w swojej dżungli, co?-

                      Odpowiedzieli hiszpańskimi przekleństwami.

                      - Masz towar?- zapytał jeden z nich.
                      - Ano… ale wy nie macie pieniędzy. Wisicie mi za ostatnią dostawę.- przypomniał im Brujah.
                      - Bo nas oszukałeś amigo. Towar był trefny i kiepski.- odparł przywódca latynosów.
                      - Gówno prawda i dobrze o tym wiecie. - odparł dumnie Brujah. - Ja jestem uczciwym sprzedawcą. Ale krążą plotki po mieście, że wy nie jesteście uczciwymi kupującymi. Myślicie że skoro siedzę w dziczy, to ze mnie tępy redneck?-

                      I spojrzał na Ann pytając.- Nie warto próbować mnie oszukać, prawda skarbie? Powiedz im jak skończył Frankie. Ten który próbował mnie okraść.

                      - Włożyłeś mu w dupę strzelbę. - zachichotała - To było zabawne. Śpiewał dłużej niż... Billy. - westchnęła - Musiałeś użyć na niego śrutówki? Lubiłam go... I to było tylko raz! - jęknęła boleśnie.
                      - O jeden raz za dużo.- burknął Brujah zazdrosnym tonem głosu.

                      A spojrzenia części latynosów skupiły się na biuście Ann, a reszta na “rozzłoszczonym zazdrośniku”.

                      - Compadre…- jeden z nich zwrócił się do Larry’ego.- Wasze wiejskie zabawy są niczym w porównaniu z tym jak my rozprawiamy się z nielojalnymi współpracownikami. A ty… sprzedałeś broń naszej konkurencji.-
                      - Nie jestem twoim… compadre… Sypiam z nią.- wskazał kciukiem Ann.- I nie jestem twoim współpracownikiem. Coś ci się pomyliło. Sprzedaję zabawki każdemu. Co z nimi robią, to już nie mój problem. A wy nie jesteście i nie będziecie moimi jedynymi klientami. Nie wspominając o tym, że mam lepszych klientów od was. Takich którzy płacą za towar w terminie.-
                      - Mamy zaległą zapłatę. O ile ty masz towar w tej furgonetce, zapłacimy ci za wszystko.- odparł z fałszywym uśmiechem szef gangsterów, a Ann zauważyła że niektórzy z latynosów dyskretnie sięgnęli pod kurtki.
                      - Czy oni cię szantażują, kocie? - zamruczala do Larry'ego.
                      - Oni? - Larry wybuchł śmiechem na samą sugestię szantażu.- Nach… dzikusi z dżungli nie byliby w stanie mnie szantażować. Po prostu wiszą mi kasę i stroją fochy jak małe dziewczynki.-
                      - Jesteśmy tutaj.- warknął szef gangu.
                      - No i ? Jesteście tutaj, dąsacie, straszycie, ale kasy nie wyciągacie.- burknął Larry.
                      - Możemy coś innego wyciągnąć.- odparł szef i pstryknął palcami. Jego ludzie wyciągnęli uzi i zaczęli strzelać. Tak jak przewidział Larry… tylko jego uznali za zagrożenie. Brujah rzucił się szczupakiem pod vana i przetoczył pod nim. Gwizdnął głośno. Rozległ się huk strzałów. I jeden z gangsterów padł na ziemię z rozwaloną czaszką.

                      Ann również skoczyła za vana... nie do końca się dostosowując do reguł.

                      - Zajdę od tyłu. - rzuciła do Larry'ego pod vanem - Wy róbcie rozróbę!
                      - Co tam sobie chcesz… ale wpierw podramatyzuj nieco. O tym, że mnie porządnie zranili. Dajmy im trochę nadziei. - odparł Larry sięgając po swoją spluwę i strzelając spod auta.

                      Póki co rozproszyli się. Część próbowała dopaść Larry’ego pod wozem, część szukała snajperów ukrywających się wśród samochodowych wraków.

                      - Larry, Larry! - krzyknęła z przerażeniem w głosie - Trzymaj się! - jęknęła płaczliwie.
                      - Nie wezmą mnie żywcem! - wrzeszczał dramatycznie Larry wykazując się talentem aktorskim… pierwszoklasisty w przedstawieniu szkolnym. Nie przerywał przy tym ostrzału, nawet zdołał ranić nawet jednego z przeciwników.

                      Ann w tym momencie użyła swojej zdolności wydawania się niewidzialną. Z taką osłoną mogła wyjść zza samochodu mając zamiar przejść za atakujących.
                      Zauważyła dwóch kryjących się za autami próbujących się osłonić jakoś przed snajperami. Po chwili dostrzegła trzeciego… krwawiącego mocno. Choć trzymał broń w dłoni, nie strzelał zajęty dociskaniem ręki do mocno krwawiącej rany w okolicy płuc. Ann mimowolnie oblizała się czując słodki zapach świeżej krwi.
                      "To nie czas, to nie czas..." napominała się. Wycelowała w głowę jednego ze strzelających, mając zamiar ich obu zdjąć. Sama kryła się cieniu jednej z gór złomu.
                      Tak łatwo było zdjąć jednego z nich. Złapała się na tym, że tak naprawdę nie czuła nic w tym momencie i nie wiedziała jak powinna do tego podejść.
                      I strzeliła.
                      Prosto w głowę mężczyzny który nie wiedział o jej obecności. Strzał był śmiertelny. Z rozwaloną głową latynos upadł w śnieg. Nadal była niezauważona… “ranny” Larry ściągał na siebie uwagę, krzykami, obelgami i hukiem armaty która udawała jego pistolet.
                      Przymknęła oczy celując w następnego. Nie próbowała myśleć o martwym w śniegu. On nie był jej zmartwieniem.
                      Słaby śmiertelnik.

                      Strzeliła ponownie do drugiego strzelca. Kolejny posłaniec śmierci pognał ku nieświadomemu celowi iiii…
                      Szlag… zraniła tylko, choć boleśnie. Obrócił się. Spojrzał w jej stronę trzymając uzi.
                      Starała się wykorzystać moment, gdy człowiek jeszcze nie wycelował odpowiednio i ponownie strzeliła z nadzieją, że będzie szybsza i zdąży nim ten pośle serie.
                      Trafiła, prosto w serce, trzymając spluwę w obu dłoniach. Klatka piersiowa mężczyzny wybuchła krwią, a on sam osunął się martwy na ziemię.

                      Spojrzała na rannego latynosa i wycelowała w niego z broni choć nie strzeliła.

                      - Kumple cię zostawili, co? - odezwała się wrednym głosem.

                      Odpowiedzią jego była głośna litania, zapewne przekleństw. Ann nie była pewna, bo mężczyzna bredził w swoim rodzimym języku. Larry wyczołgał się spod vana, podszedł do niego. Wyrwał broń z jego dłoni i przyjrzał się ranie.

                      - Wyżyje… kula przeszła czysto. Nie wykrwawi się jak mu pomogę. Znajdź pozostałych, jeśli żyją i cóż… dopilnuj by nie żyli.- zadecydował.
                      - Się robi. - posłała w stronę Larry'ego całusa i kręcąc biodrami poszła za stertę samochodów by za nimi przywdziać niewidzialność, pod której osłoną udała się na poszukiwanie pozostałej trójki.

                      Udała się w głąb labiryntu samochodów na poszukiwanie ofiar. Obecnie na złomowisku było cicho. Zapewne pozostali przy życiu gansterzy próbowali odszukać snajperów nie wystawiając się przy okazji na ostrzał. Póki co nie dostrzegła ani ich, ani ghuli Larry’ego… za to poczuła słodki znajomy zapach… krew.
                      Pozwoliła swojej własnej bestii prowadzić się ku rannej ofierze. Skradać się niczym drapieżnik pod osłoną niewidoczności. Czuła podekscytowanie przed ucztą.
                      Zapach był coraz silniejszy, gdy wędrowała pomiędzy “uliczkami” wytyczonymi przez mury i murki zbudowane z samochodowych wraków. Dotarła wkrótce do celu… tyle, że latynos był martwy. Spóźniła się o pięć… może do dziesięciu minut.
                      Zamruczala z irytacją. Szczególnie, że tu wciąż zostawiał jeden...
                      Ale tu była krew!

                      Na siłę zmusiła się do odejścia od ciała. Najwyżej wróci tu po tym...

                      Niczym łowca próbowała dotrzeć po śladach jakiekolwiek mu zostawić ten ostatni latynos. Trwało to zdecydowanie zbyt długo jak na jej kończącą się cierpliwość, lecz w końcu natrafiła na trop. Usłyszała odgłosy bójki!
                      Nie czekała tylko ruszyła w tamtą stronę z wyciągniętą bronią.

                      W pośpiechu dotarła na miejsce, uzbrojona i gotowa do walki. Strzelaniną jednak nie musiała się martwić. Jeden z ghuli Larry’ego bił się na pięści z ostatnim latynosem. Ten był uzbrojony obecnie w długi nóż. Broń palna leżała w śniegu. Trudno było ocenić co tu się stało przedtem, niemniej obecnie dwóch przeciwników okrążało się nawzajem. Ghul był zraniony w tors i ramię. Latynos miał rozbity nos i podbite oko.
                      Ann wycelowała w latynosa wciąż mając na języku zapach krwi. Im szybciej to ogarnął, tym szybciej będzie mogła się najeść. Odczekała odpowiednią chwilę by strzelić do człowieka celując w jego tors.
                      Nacisnęła spust, padł strzał… celny. Polała się krew. Mężczyzna zachwiał się chwytając za klatkę piersiową. Ghul skorzystał z okazji i uderzył pięścią w zaskoczonego przeciwnika. Polało się więcej krwi, gdy gangster padł w śnieg z rozkwaszonym nosem. Ghule Larry’ego mieli pięści jak kowadła.
                      Ann nic cię czekała aż ciało ostygnie. Ze zwierzęcym podekscytowaniem wrzuciła się w stronę człowieka. Ghul Larry'ego usłyszał wydobywający się z gardła warkot uradowanej bestii, gdy ta miała już cię dobrać do broczących krwią ran.
                      Mężczyzna nie wydawał się tym specjalnie przerażony, ani zaskoczony. Otarł krew z dłoni w śnieg i przyglądał się okolicy podczas, gdy Ann żerowała. Bądź co bądź… Larry bywał gorszy jeśli chodzi o zachowywanie się.
                      Ann w tym momencie dała swojej bestii puścić się samopas. Skończyła ucztę mając na sobie wystarczająco dużo krwi niż to było konieczne.

                      - Wszyscy? - wychrypiała wstając po uczcie na nogi i ocierając twarz rękawem.
                      - Z tego co wiem, tak. Kryło się jeszcze dwóch między wrakami, ale zdjęliśmy ich przed samą akcją. Widać nie tylko my wpadliśmy na pomysł ze snajperami.- wyjaśnił sługa Larry’ego. Chyba… Luc. Mimo że Ann przebywała już kilka miesięcy w mieście, nadal nie potrafiła powiązać twarzy z imionami.
                      - Wracajmy. - wymruczała niczym zadowolona kocica... Duża kocica, co chce ci gardło rozszarpać.
                      - Ty wracaj. Ja… - wskazał na trupa i rozrzucony oręż. - Ja tu muszę posprzątać.
                      - Jak chcesz. - machnęła ręką i ruszyła w drogę powrotną.

                      Po krótkiej wędrówce przez labirynt Ann dotarła na miejsce spotkania. Tam Larry również zajmował się układaniem zwłok. Dziewczyna zauważyła, że brakuje jednego samochodu gangsterów.

                      - No i jak ci się podobało? Może to nie taka sama akcja co ta z wampirzymi motocyklistami, ale… nie zawsze stać nas na dużą imprezę.- rzekł wesoło Brujah na jej widok.

                      Dziewczyna wyglądała na bardzo zadowoloną... I bardzo umorusaną we krwi. Lukrecja by skrzywiła się na taki brak zachowania przy stole.

                      - Było świetnie. - oblizała krew z dłoni - Miałam już dość tych zakonserwowanych papek z lodówki Williama czy asortymentu z Róży.
                      - Pijaczki werbowane przez jej służki ci nie smakują? - zaśmiał się Larry i poradził.- Przetrzyj twarz i dłonie śniegiem. Wyglądasz jak ofiara napaści.
                      - Daj mi swoją kurtkę... Jesteś moim chłopakiem. - zamarudziła przecierając się śniegiem.
                      - Nic dziwnego, że William jest gejem. Mam dziewczynę przez ledwie kilkanaście minut, a już obdziera mnie z mojej własności.- rzekł Brujah zdejmując kurtkę. - Wybierz sobie jedno z aut, które pozostały jeśli chcesz jechać już teraz. My z chłopakami mamy trochę roboty z prasą hydrauliczną.
                      - Jasne, jasne. Tylko nie siedźcie za długo.
                      - Jutro podeślę kogoś po to auto, by je zezłomować. Szeryf nie lubi, gdy zostawiam jakieś ślady. Robi się wtedy bardzo zrzędliwy.- zaśmiał się Kainita.

                      Ann zajechała z powrotem do domu Williama. Powitały ją bardzo przyjazne pieski wampira, jakie już traktowały ją jako jednego z domowników. Gdy wysiadła z samochodu nie powstrzymała się przed wygłaskaniem futrzaków. Miała zamiar sprawdzić czy jej ghul ciągle będzie dla niej przydatny…
                      W domu się świeciło, więc Blake był w środku. Ann odruchowo przesunęła spojrzeniem po oknach. Salon był oświetlony, więc Toreador nie pracował nad swoją poezją. Może migdalił się z jej ghulem… lub co bardziej prawdopodobne, wzdychał w jego kierunku próbując subtelnego flirtu jak nieśmiały nastolatek? Trudno było ocenić, która opcja była bardziej żenująca.
                      Dziewczyna pokręciła głową mając zamiar zobaczyć co się tam dzieje nawet jeżeli by tego nie chciała. Tak naprawdę byłoby lepiej gdyby ich przyłapała na zwykłym seksie, a nie na wzdychaniu Toreadora.
                      Weszła do środka i od razu usłyszała.

                      - Kiedy? Piętnaście minut temu? To podejrzane. Na pewno nie człowiek. Zgadzam się z tobą.- głos Toreadora z salonu.

                      Ann zastygła. Coś ciekawego się dzieje? Postanowiła lekko się przesunąć i z odległości spróbować wychwycić o czym jest rozmowa.

                      - Nie. Nie powinieneś tam ruszyć sam.- Ann nie była w stanie usłyszeć dokładnie słów rozmówcy Williama, ale zdołała poznać głos. To szeryf dzwonił.
                      - Jak to nie możesz Larry’ego załatwić. Co on do cholery ma do roboty?- burknął William, chwila szmerów ze słuchawki. - Akurat tej nocy?Ok… cóż… może Nadia? - szmery.- No dobra… przyjedź po mnie, wyjdę pod bramę.
                      - William, wróciłam! - krzyknęła Ann trzaskając drzwiami.
                      - Hej! Jak było u Lukrecji?- zapytał przyjaźnie Toreador, po czym zwrócił się do rozmówcy. - Dziesięć minut? Ok. To na razie.
                      - Nic takiego, pewno zamknęła się znowu teraz. Ale Miracella przyjemna jak śpi się razem. - machnęła ręką.
                      - Cóż… zapewne masz rację.- odparł ciepło i rzekł wyjaśniając sytuację. - Ja będę musiał wyjść. Ktoś złożył anonimowy donos szeryfowi na temat ciała głęboko w lesie. Podał jego położenie. Rzecz w tym, że mamy zimę, a ciało leży głęboko w lesie. Żaden śmiertelnik by go nie znalazł.
                      - Brzmi interesująco. - stwierdziła - To kiedy wychodzimy? - zapytała wprost z pewnością w głosie.
                      - Za jakieś kilka minut na drogę przed posiadłością. Joshua po nas przyjedzie. Pamiętaj tylko, że w najlepszym przypadku to żart… w najgorszym, pułapka.- odparł Blake nie mając najwyraźniej nic przeciwko.
                      - Ja sądzę, że żart to w najgorszym, a pułapka w najlepszym. - wyszczerzyła się.
                      - Ann… jeśli ktoś zastawia pułapkę na wampiry, z pewnością wie jak je zneutralizować, jak je zabić. I z pewnością będzie przygotowany.- odparł ponuro William. - Wampiry… nie są nieśmiertelne.
                      - Jesteś ty i Joshua. - stwierdziła beztrosko - Jeżeli nie wystawią kogoś na waszą dwójkę na raz…
                      - Pod Akką było nas dziesięciu… uszło z życiem dwóch. Uszło z życiem…- wtrącił William sięgając po miecz.- Nie zwyciężyliśmy wtedy… uciekliśmy z podkulonymi ogonami. Nie traktuj walki beztrosko… nigdy…-

                      Ruszył do drzwi. - Ktokolwiek tam na nas czeka w tej pułapce, z pewnością przygotowany jest na większą liczbę Kainitów. Wie, że Smith nie jest głupcem i nie przyjdzie sam.

                      - Nadia by mogła też pomóc. - wtrąciła - I pod Akką byłeś młody.
                      - Nasz dziesiętnik nie był młody i kilku innych Kainitów. - westchnął Blake i dodał. - A Nadia? Znasz sposób żeby wyciągnąć ją z jej nory bez szarpania się z nią, wrzasków i marnowania kolejnych godzin? Noc nie jest wieczna.

                      Ann zastanowiła się mocno.

                      - Czegokolwiek bym nie zrobiła nie wiem czy zadziałałoby. Nadia jest uparta... Ale może warto byłoby i tak spróbować? Jeżeli naprawdę może być to aż tak niebezpieczne, to nie ma co ryzykować?
                      - Może gdybyśmy wcześniej się dowiedzieli. Może wtedy?- zastanowił się William, po czym przyjrzał się Ann.- Co ty masz na sobie? Zmieniasz styl?
                      - Podoba się? - rozłożyła ręce obracając się wokół własnej osi i pokazując za dużą skórzaną kurtkę.
                      - Chcesz szczerą czy dyplomatyczną odpowiedź?- zapytał Blake.
                      - Szczerą. - powiedziała dzielnie.
                      - Nie przepadam specjalnie za miejscowymi kanonami mody. Są zbyt… plebejskie. Kobieta w spodniach nigdy mi się nie podobała.- wzruszył ramionami William.
                      - Spodnie są wygodniejsze, a do tego tobie i tak się nie podobają kobiety. - zaśmiała się - Czy Connor dalej z ciebie kasę ciągnie?
                      - Nie. Przecież… no… nie ciągnie.- burknął w odpowiedzi Blake i dodał starając się zmienić temat.- Nie oczekuj ode mnie porad w kwestii mody. Nie jestem przyjacielem-gejem z seriali telewizyjnych. Moje gusta w kwestii mody nie przekroczyły bramy dziewiętnastego wieku.

                      Ann zaśmiała się.

                      - Skoczę szybko ciuchy zmienić. Bo pod tymi mam inne... W krwi. - radośnie rzuciła i pędem puściła się do swojego pokoiku.
                      - Zaczekam przy bramie.- odparł z uśmiechem Kainita ruszając do bramy swojej posiadłości, poprzez śnieg.

                      Wampir czekał cierpliwie przy bramie, mocno ośnieżony… Przypominał nieco zagubionego turystę, pomijając oczywiście wielki miecz który zabrał na tą wyprawę.

                      - Już jestem! - zadeklarowała dziewczyna, gdy pędem dobiegła na miejsce. Może i nie miała na sobie sukni, a standardowe własne ciuchy, jakie zawierały także spodnie. Gruba kurtka dawała iluzję potrzebną dla śmiertelników.
                      - Ten miecz wygląda dość... Nie na miejscu. Chyba, że przygotowujesz się na jakąś imprezę LARPu fantasy i po prostu masz drogie zabawki na przedstawienie.
                      - Tam gdzie się udajemy nie ma śmiertelników. Jedziemy głęboko w dzicz… o ile Smith się zjawi. Bo spóźnia się już jakieś trzy minuty.- westchnął ciężko Kainita zerkając na zegarek.

                      - A co do Connora... - Ann nagle wtrąciła widząc okazję - Czy ty ciągle go sponsorujesz?
                      - No… wiesz… no nie… nie sądzę, bym go sponsorował.- mruknął pod nosem Toreador.
                      - Ale dajesz mu prezenty i po prostu pieniądze, hm?
                      - Na drobne wydatki. I na ciebie.- wtrącił Toreador wzruszając ramionami.

                      Ku jego uldze oboje zobaczyli światła reflektorów policyjnego pojazdu. Szeryf nadjeżdżał.

                      - Na mnie? - zdziwiła się.
                      - Na mieszkanie twoje. - przypomniał jej William, podczas gdy szeryf zatrzymał się obok nich.
                      - Hej. Gotowi na przebieżkę po lesie?- zapytał zaczepnie Joshua.
                      - O ile nie będziecie biec szybciej od samochodu czy nie zostanę znowu rzucona przez drzewa…
                      - Niestety moja droga…głęboki śnieg raczej utrudnia bieganie, nawet tak szybkim Kainitom jak Blake.- wyjaśnił Joshua, gdy oboje wsiedli i w końcu ruszył z miejsca. - Zwłoki mają być głęboko w lesie. Autem tam nie dojedziemy, a i na piechotę pewnie z godzinę czasu… nam to zajmie.

                      Ann pokiwała głową czekając na puentę.

                      - Więc czeka nas spacer, podczas którego wszyscy są równi.- szeryf prowadził auto wpierw główną drogą, potem skręcił w boczną kierując się głębiej w ostępy. Jazda stawała się coraz bardziej powolna, a wyboje coraz bardziej dotkliwe.
                      - Jesteś uzbrojona, prawda?- zapytał ją Joshua.
                      - Mogłeś o tym wspomnieć podczas rozmowy z Williamem. - westchnęła teatralnie - Ale tak, mam broń. - nieznacznie wyciągnęła spod kurtki pistolet otrzymany od Larry'ego.
                      - Jedziemy głęboko w las. Podczas ciemnej nocy. Sądziłem, że to oczywiste.- odparł ze śmiechem szeryf.

                      Jechali jeszcze chwilę, nim zaspy całkowicie uniemożliwiły przejazd.

                      - No to koniec trasy… wysiadamy.- westchnął Joshua pierwszy otwierając drzwiczki.

                      Ann wyskoczyła po Księciu.

                      - Potrafię się dziwić, że nie czuję zimna... To wciąż czasem zaskakujące jak na tym się skupić.
                      - Jesteś martwa… więc nic w tym dziwnego.- odparł Joshua przedzierając się przez śnieg. Za Ann zaś szedł William. - Zimno może i nam nie grozi, ale śnieg już tak… utrudni poruszanie, więc mamy mniej czasu niż latem czy wiosną. Pospieszmy się więc.-

                      Przedzieranie się przez śnieg mimo niewrażliwości na zimno nie należało do przyjemnych. Tempo narzucone przez szeryfa było irytujące, ubranie przemakało szybko a zaspy były upierdliwe do przebycia. W końcu jednak dotarli na miejsce…

                      … Trup był. Wampir. Ann przyglądając się jego ubraniu skojarzyła stworzenie. Brujah z Nowego Jorku. Jeden z “Młodych Wilków”. Kainitów kręcących się wokół Ellswortha. Miał odpowiednią naszywkę na kurtce. Quentin opłacał hojnie lojalność i stworzył sobie taki mały gang nisko postawionych Kainitów, głównie Brujah i Ventrue, którzy wykonywali za niego brudną robotę na poziomie ulicy.
                      Stali niżej niż towarzysząca mu świta, ale bywali bardziej użyteczni.

                      - Daleko od domu... - mruknęła Ann podchodząc bliżej ciała i odwróciła się do Joshui - Spodziewałeś się gości z Nowego Jorku? Bo nasz podwójny trup to jeden z gangu na posyłki dzieciaka Księcia.
                      - Rzeczywiście daleko od domu. Co tu robi?- zastanowił się szeryf szukając tropów w okolicy.- Nie był sam… było tu kilku… ślady starcia.-

                      William zaś podszedł do trupa.- Został wyssany i uśmiercony po wyssaniu. Robota draugów.

                      - Quentin wysłał po coś grupkę swoich piesków, ale przynajmniej jeden wpadł na nasze zwierzaczki?
                      - Tylko po co… i do kogo?- zastanowił się Joshua drapiąc po podbródku i rozważając.- Na pewno nie do wilkołaków, a poza nimi… kto mógłby siedzieć głęboko w głuszy leśnej?
                      - Może miał tylko robić za zanętę? By wyciągnąć zwierzynę? - zastanowiła się - Wygrać polowanie nim nastanie? Lub zorientować się przed innymi?

                      Blake szybko sięgnął po miecz, a Ann zorientowała się czemu chwilę później. Skrzypnął śnieg i odezwał się głos.

                      - Och… przypuszczam, że powód jest bardziej przyziemny i bardziej głupi. Duma i ambicja.- Diabeł wyszedł spomiędzy drzew w swojej rogatej postaci. Tzimisce uśmiechnął się szeroko.
                      - Niektórzy sądzą, że draugi są jak noworodki Sabatu. Jak te szalone psy gończe, spuszczane ze smyczy. Skoro potrafili je ubić w mieście, to poradzą sobie i w lesie prawda? Ano… nie poradzili sobie.-
                      - Co ty tu robisz?- zapytał William, a Joshua sięgnął po śrutówkę celując w wampira.
                      - Po co ta wrogość… w końcu, to ja was powiadomiłem. I nie sądźcie że nie przybyłem tu bez mojej świty. - pstryknął palcami i dookoła trójki wampirów zaroiło się od świecących ślepi.

                      Ann nie miała radosnej miny.

                      - I złożyłeś zawiadomienie jako pomocny mieszkaniec. - sarknęła.
                      - I propozycję… - odparł uprzejmie Diabeł.- … pomocy w rozwiązaniu tego problemu. Podobnie jak wam, mnie też wadzą watachy wampirów szwendające się po okolicy udające łowców potworów.-
                      - Dlaczego mamy ci ufać?- zapytał Joshua przyglądając się rogatemu, a ten uśmiechnął się wesoło. - A czemu nie? Moje spory was nie dotyczą. Nie jesteście Giovanni. -
                      - Ale ty jesteś Sabatnikiem. - przypomniał mu Smith.
                      - A ty byłeś…- wzruszył ramionami Tzimisce. - Osobiście nie uważam, by to w czymkolwiek mi przeszkadzało. Bycie w objęciach Sabatu bywa dla mnie wygodne czasami, ale ideologie… zarówno jednej jak i drugiej strony. Bajki dla nowo przebudzonych.-
                      - Dobrze wiesz, że nie możemy współpracować z Sabatem. To mała domena. - dodał William.
                      - Oczywiście że wiem. Planuję być dyskretny w tej kwestii. Po prostu tymczasowo nasze interesy idą tą samą ścieżką. - odparł z uśmiechem Kainita.

                      Dziewczyna spojrzała na Joshuę i cicho się odezwała.

                      - Czasem cel uświęca środki, Książę... Prawda?
                      - Pakty z diabłem bywają tymi których najbardziej żałujesz. - wtrącił William.
                      - Ach… nie ufacie mi.- rzekł rozdzierającym tonem rogaty Kainita. - Nie szkodzi. Po prostu przemyślcie to. Skontaktuję się później, przekażę informacje w ramach dobrej woli. I tak wolałbym ograniczyć swoje zaangażowanie do minimum.

                      Ann nie odezwała się, bo to nie ona tu podejmowała decyzje. Swoje zdanie wyraziła…

                      - Nie sądzę byś dawał nam w tej chwili wybór. - odparł Joshua rozglądając się dookoła.
                      - Zawsze możemy się bić. Ale ja nie chcę… a wy chcecie? - zapytał troskliwie Diabeł. A Joshua dodał. - Jeśli nawet będziemy z tobą współpracować to tylko przy zachowaniu całkowitej anonimowości i dyskrecji. Nie chcemy by Giovanni zwalili się nam na głowę…- spojrzał podejrzliwie na rogacza. - Prawda?-
                      - Przysięgam na chorągiew i koronę, moje sprawy z tym klanem planuję załatwiać na ich terenie, nie tu. A wy odpuście sobie przeszukiwanie szybów kopalni, szkoda waszego czasu. Draguów tam nie ma.- odparł Tzimisce.
                      - A to nie ty ich… wypuściłeś? - zapytał William.
                      - Nie. To nie moja robota. Władze kopalni zabrały się za odgruzowywanie starych szybów i korytarzy. No i przy okazji wypuścili tego dżina z lampy. Mogę wam przesłać koordynaty miejsca, o ile chce wam się włamywać na ich teren. - odparł Diabeł.

                      Ann spojrzała wyczekująco na Joshuę, wyraźnie zainteresowana opcją.

                      - Czemu nie. - odparł Szeryf pocierając podstawę nosa. - Czemu nie…-
                      - Skoro już wszystko ustalone, nie będę przeszkadzał.- odparł Tzimisce cofając się.- Widzę że macie dużo do przemyślenia.
                      - Tak, mamy. - Ann zabrała głos wyraźnie nastawiona pozytywnie do propozycji Diabła - Jak mielibyśmy dać odpowiedź?
                      - Nie martwcie się o to.- odparł wesoło rogaty wampir.- Wszystko sam załatwię.

                      Joshua zaś wziął zwłoki na ramię i rzekł. - No to wracamy.-
                      A William skinął głową. Zaś Tzimisce uśmiechnął się szeroko odsłaniając kły.- Do zobaczenia.-
                      I sam zaczął cofać się tyłem.

                      - Wreszcie jakąś nadzieja z draugami! - Ann wyglądała na zadowoloną i pewną, że starsze wampiry zgodzą się na deal z Tzimisce.
                      - Timeo Danaos et dona ferentes.- wtrącił ponuro William zamykający pochód.

                      Joshua wzruszył ramionami. - Nie należy nadmiernie ufać temu Diabłowi. Może i mówi prawdę, może i nie… Może go tylko Nadia zirytowała przeszukiwaniem szybów.

                      - Niezależnie od tego jest to bardzo intratna inwestycja. Przecież nikt się nie dowie, a czasem trzeba zaryzykować. - zaprotestowała - Nie martw się tak, William. Cel uświęca środki.
                      - Jesteś młoda i naiwna.- stwierdził Joshua spokojnym głosem. - Ryzykujemy co noc. A że nikt się nie dowie… cóż, nie byłbym taki pewny tego faktu. Ani tej intratności. Stąpamy po lodzie w tym przypadku, po bardzo cienkim lodzie. Nie daj się zwieść, że jest bezpieczny. -
                      - Niemniej i tak zamierzasz…- zapytał Blake, a książę westchnął.- Niestety… tak. Zapewne tak. Niechętnie muszę przyznać, że im dłużej trwa ten impas tym gorzej dla nas. Trzeba się pozbyć i draugów i łowców z moich lasów.
                      - Ale co takiego może nam zrobić jeden Tzimisce? - zapytała Ann - I to taki co w Sabacie nie jest zakochany.
                      - Giovanni mogą ci opowiedzieć wiele historii o tym co może zrobić jeden Tzimisce. Zresztą widziałaś co zrobił. Nadia pewnie zna wiele historii o takich pojedynczych Tzimisce dokonujących małych zemst na jej klanie.- wyjaśnił William gdy dochodzili do wozu.- Poza tym, to nie jest byle Tzimisce… Sabat nie wysyła chłopców na posyłki za byle Kainitą.
                      - Więc go nie antagonizujmy. Nie dawajmy mu powodów to nas nie ugryzie. - wzruszyła ramionami.
                      - Oj moja biedna młodziutka wampirzyco.- westchnął William obejmując dziewczynę ramieniem i tuląc do siebie. - Nie wierz temu co od niego usłyszałaś. Nie możesz mieć pewności, że nie ma ukrytych motywów. Nie możesz być pewna tego, że nas nie okłamał. I w tym problem… nie wiemy ile z tego co powiedział jest prawdą.-

                      Smith wpakował trupa do bagażnika radiowozu i rzekł. - Wsiadajcie.

                      - Ale nie ma też pewności, że nas okłamał. - Ann mruknęła wchodząc do środka.
                      - Lepiej być nieufnym w jego przypadku i z pewnością ostrożnym.- odparł William wsiadając wraz z nią do środka.

                      “On a gathering storm comes, a tall handsome man
                      In a dusty black coat with a red right hand”

                      https://www.youtube.com/watch?v=qtJI79RlJNA

                      “You're one microscopic cog in his catastrophic plan
                      Designed and directed by his red right hand”

                      - Nieśmiertelny Nick Cave i jego świetny choć mało znany kawałek. Kto wie co kryje się za jego rymami. Moje karty wiedzą.- żartobliwy i zmysłowy głos Jaine Love rozbrzmiewał w radiu. Cóż poradzić… i William i Joshua lubili jego audycję.

                      Ann nie rozumiała, ale nie oceniała gustu starych wampirów.

                      - Tu wasza nocna wróżka Jaine Love. Która czeka na zbłąkane dusze, by przy kartach odpowiedzieć na dręczące was pytania.- mruczała. Po czym dodała. - Mamy telefon… od kobiety, hmmm… rzadko mi się zdarza. Tu Jaine Love, jakie odpowiedzi mam znaleźć dla ciebie w kartach?-
                      - Emmm… Mam na imię Rose i eeemmm… wybieram się do Stillwater na kilka dni. Odpocząć od miasta i… eech… możesz doradzić miłośniczce nocy dyskretne i wygodne miejsce noclegu? Bezpieczne? - Ann… rozpoznała ten głos. Znała go dobrze. To była Rose!

                      Rose Wilmowsky! Czemu ona dzwoniła?
                      Jaine tymczasem zaśmiała się mówiąc.- Och… to akurat mogę odkryć przed tobą bez zaglądania w karty. Polecam “Pąsową Różę”, dobre miejsce dla zagubionych dusz.

                      - Wilmowsky! - pokręciła głową - Jaki interes ma tu podwładna Szeryfa Nowego Jorku w Stillwater?
                      - Nie wiem. Nie znam z imienia wszystkich podwładnych szeryfa Nowego Jorku.- odparł zaskoczony Joshua. - Właściwie to nie wydaje mi się bym znał jakiegokolwiek. Nie wpadają tutaj by się przedstawić. Ty wydajesz się jednak wiedzieć więcej o tej kobiecie niż ja.-

                      Ann machnęła ręką.

                      - Nic takiego bardzo o niej nie wiem. Jestem kundlem, nie?
                      - Ale z wielkiego miasta, a my wsioki.- zażartował szeryf i wzruszył ramionami.- Nie wiem czego tu ta Rose szuka. Nie kojarzę kto to.
                      - Sama wiele nie wiem. Babka na posyłki Szeryfa. Uczestniczyłam z nią w strzelaninie w klubie Dotyk Dekadencji, później mnie zabrała do Williama czekającego w bryce.

                      Spojrzała na Toreadora.

                      - Była w szoku, że jeździsz takim złomem.
                      - Niektórzy nie potrafią docenić klasyki.- naburmuszył się William, a Joshua dodał. - Ma rację. Jak na Kainitę śpiącego na forsie jeździsz gratami. -

                      Smith potarł czoło dodając i zerkając na Ann.- Powinienem trzymać cię z dala Larry’ego. Ma zły wpływ na ciebie.
                      Kundlica spojrzała zaskoczona.

                      - O czym mówisz?
                      - Dowiaduję się bowiem że moja podopieczna nie dość że bierze udział w strzelaninach na terenie mojej domeny, to jeszcze łobuzuje u sąsiadów.- wyjaśnił szeryf przesadnie zatroskanym tonem… sugerującym że żartuje.
                      - Ja tylko pomagam. - naburmuszyła się.
                      - Nie wątpię… jesteś prawdziwą skautką.- dodał żartobliwie Szeryf.- To że jesteśmy martwi nie oznacza że musimy być szty…-
                      - Dwójka zgłoś się. Dwójka zgłoś się.- odezwało radio policyjne głosem jakieś kobiety.
                      - Dwójka zgłaszam się. Co się stało?- odparł Joshua.
                      - Dwójka u Ponurego Wisielca. Tylko uważaj… polała się krew.- odparła kobieta.
                      - Poradzę sobie. Dwójka over.- Joshua nacisnął pedał gazu i włączył koguta.- Sorki, zanim was odwiozę do domu, mam interwencję.

                      Ponury wisielec był knajpką znaną Ann z widzenia. Brzydki budynek z olbrzymim pozbawionym gustu neonem skrywał w sobie klasyczny pub z lat sześćdziesiątych. Przybywali tu wszyscy dla których Róża była zbyt snobistyczna. Bar wypełniał smród petów, potu i taniego piwa. Ann mogła znaleźć tu te same przekąski co u Róży, tylko bardziej cuchnące i obsikane.
                      Ventrue omijali by te miejsce szerokim łukiem, a Nosferatu… cóż… pożywiliby się z pewnością koloniami szczurów na zapleczu.
                      W tej chwili słychać było krzyki dochodzące z tego miejsca. Nie tylko grozy, ale i okrzyki zagrzewania do walki.

                      - Zaczekajcie tu. - westchnął Joshua zatrzymując się przed barem. Po czym wysiadł z radiowozu.

                      Ann wyglądała na niezadowoloną. Czemu miała czekać?

                      - Nie sądziłam, że Brujah też umieją być tacy nudni... - mruknęła do Willa, gdy Książę wysiadł. Sama dziewczyna uważnie obserwowała kiedy może wyjść niezauważona przez Joshuę.
                      - Gdy przeżyjesz stulecie lub dwa i kilka konflktów, przekonasz się że wojna… walka i rozlew krwi traci posmak. Gdy zaś dźwigasz na grzbiecie coś więcej niż tylko swój los, to przekonasz się że odpowiedzialność promuje umiar. - wyjaśnił Toreador siedząc obok niej.

                      Ann mruknęła pod nosem, wciąż czekając na moment...

                      - Idę. - zadecydowała nagle, gdy Joshua zniknął w wejściu i bez oczekiwania na przyzwolenie otworzyła drzwi.

                      W nozdrza uderzył ją zapach taniego piwa, spalonego tłuszczu, moczu, testosteronu i… krwi.
                      Bar, był taki jaki się spodziewała. Zapuszczony i brudny, ciemny… i pełen spoconych mięśniaków, pomiędzy którymi kręciły się lalunie. Niektóre stare i pokryte grubą warstwą makijażu. Inne młode i głupie. Pośrodku tego baru, w tej obecnie chwili szeryf obijał trójkę moczymordów którzy uznawszy swój spór za nieistotny w obecności przedstawiciela prawa, stanęli przeciwko niemu. Niewiele to im pomogło. Joshua wręcz musiał się hamować by nie zakończyć tej bójki podejrzenie szybko. Obecnie silnym uderzeniem pałki policyjnej w kark pozbawił przytomności pierwszego zabijaki jednocześnie unikając ciosu tulipanem od kolejnego.

                      Zaciekawiona Ann zaczęła prześlizgiwać się bliżej akcji by stanąć w cieniach i za ich pomocą skryć się przed wzrokiem obecnych. Obserwowała z zafascynowaniem, jednocześnie oczekując większego rozlewu krwi.

                      Niestety Joshua nie liczył się z jej pragnieniami. Po kilku chwilach kolejne ciosy wyeliminowały, kolejnych napastników. Wampir przykuł ich parami do baru i polecił barmanowi pilnować ich do czasu, aż przyjedzie po nich jeden z zastępców szeryfa.

                      Ann była mocno zirytowana. Z Larrym było ciekawiej...
                      Wyszła z ukrycia niezadowolona. Poczłapała w stronę samochodu kopiąc śmieci na drodze.
                      A Joshua wyszedł tuż po niej i rzekł z uśmiechem do obojga. - Teraz odwiozę was do domu.-

                      - Wreszcie.- dodał siedzący w aucie William.
                      - Miałam nadzieję na więcej akcji... - mruknęła naburmuszona kundlica.
                      - NIe dość ci rozrób na dzisiaj? Nie mów mi że z Larrym się nudziłaś.- mruknął żartobliwie Toreador, gdy ruszyli już z miejsca.
                      - Z nim nie... Choć on to nigdy nie wie kiedy trzeba przerwać. - wyjaśniła.
                      - Klątwa Brujah.- ocenił Toreador.
                      - Joshua tak nie ma…
                      - Bo jest na odwyku od dziesięcioleci. - dodał żartobliwie William. - Unika stresujących sytuacji, buduje samokontrolę.
                      - Czy z wiekiem wszystkie wampiry robią się tak nieznośnie nudne? - burknęła - Nie... To nie może tak być.
                      - Tylko te, które dożywają tego późnego wieku. Inne giną w trakcie swojego “ciekawego” życia.- odparł ironicznie Toreador.
                      - Ale chyba te bardzo stare nie są aniołkami co to nie skrzywdzą nikogo i żywią się tylko jak weganie?
                      - Hej… ja nie jeżdżę na woreczkach z krwią. To przysmak Williama. - szeryf obruszył się na taką sugestię.
                      - To Will zasugerował... Co ty w ogóle jesz? - zapytała Joshuę - Żywisz się jak normalny wampir?
                      - W Róży i czasami pożywiam się na złapanych przestępcach.- wzruszył ramionami Brujah.
                      - No widzisz? - zwróciła się do Williama - To z tobą musi być coś nie tak. Joshua rozumie co znaczy odpowiedni smak.
                      - Nie każę ci żyć moim życiem.- odparł Toreador obrażonym tonem.- Chcesz się stołować u Róży, proszę bardzo… Po prostu mnie w to nie wciągaj.
                      - No nie obrażaj się! - Ann wyszczerzyła się radośnie i puknęła Williama w klatkę - Przecież nie będę paradować w twoim domu z krwistym drinkiem w dłoni. Wystarczy mi, że nie ingerujesz w moją... - zastanowiła się - Wersję sztuki?
                      - Nie ingeruję przecież…- przypomniał jej Kainita, a wóz się zatrzymał.
                      - Dojechaliśmy do waszego domu. Wysiadajcie szybko, bo noc się kończy a ja jeszcze muszę wrócić do miasta.- wtrącił szeryf.
                      - Tylko nie przekraczaj prędkości. - rzuciła na wyjściu.
                      - W razie czego mam koguta.- przypomniał jej Brujah ze śmiechem i ruszył radiowozem z powrotem na główną drogę.

                      Writing is a socially acceptable form of schizophrenia.

                      1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                      0
                      • AbishaiA Niedostępny
                        AbishaiA Niedostępny
                        Abishai jako XXI
                        napisał(a) ostatnio edytowany przez JhnW
                        #42

                        Kolejna noc nie zapowiadała się tak ekscytująco. Tym bardziej, że tym razem przyszło jej pracować w sklepiku na stacji benzynowej Larry’ego. Ann za życia miała swoje wyobrażenia na temat wampirzej egzystencji. Siedzenie za ladą i zabijanie czasu słuchaniem radia do nich nie należało. Nocny drapieżnik sprzedający łakocie i alkohol w prowincjonalnym sklepiku? Nie spodziewała się takiej sytuacji w swoim nowym “nieżyciu”.
                        Wczorajszej nocy walczyła i polowała. Teraz… najpierw był jakiś redneck płacący za paliwo i narzekający na jego cenę. Obecnie cycata grubaska z dużym dekoltem, uważająca się za bardziej atrakcyjną niż była w rzeczywistości, robiła duże zakupy i wykłócała się o drobnostki. Ann wręcz kusiło by batoniki Marsa wepchnąć jej w gardło i patrzeć jak się krztusi i dusi. Ale nie mogła. Larry by tego nie popierał, a szeryf potępił. Prawa Maskarady należało uszanować. Nawet jeśli Bestia w jej krwi domagała się bolesnego zgonu tego pyskatego babsztyla.
                        No i… byli świadkowie. Jakiś brodacz przypominający kanadyjskiego drwala ustawił się w kolejce za babsztylem. A po nim znudzona prawniczka, której skończyły się papierosy.
                        Gdy wreszcie odprawiła całą tą gromadkę mogła wreszcie odsapnąć.
                        Tyle czasu spędzonego na duperelkach godnych śmiertelników. Nie powinna mieć ghuli służących do takich trywialnych zadań? Do zarabianie pieniędzy na jej wygodne życie?
                        Miała jednego. I okazywał się niespecjalnie użyteczny jeśli chodzi o kwestie finansowe. Bądź co bądź nim go spętała swoją krwią, był “niebieskim ptakiem”. I uzależnienie od niej nie uczyniło go bardziej pracowitą osobą.

                        Te jej rozmyślania przerwał dźwięk telefonu. Ann sięgnęła po niego i zerknęła. Miracella dzwoniła.

                        - Hej. Myślałam, że chciałabyś wiedzieć, że twoja znajoma właśnie zjawiła się w Róży. Lukrecja nie wie czemu i bardzo to ją męczy.- rzekła na wstępie tłumiąc śmiech.- Moja pani nie lubi takich sytuacji.-

                        Ann… długo nie odpowiadała, więc Miracella zapytała. - Hej… jesteś tam?-

                        - Jestem.- mruknęła Ann wpatrując się niepozorną karteczkę leżącą na blacie obok kasy. Kto ją tu zostawił? Kiedy?

                        Niby nic niezwykłego. Ot kilka liczb, kilka liter.
                        Koordynaty. Współrzędne geograficzne.
                        Ann uważnie patrzyła w karteczkę, z jakąś niechęcią ogarniając też sprawę z Miracellą.

                        - Ta? A która znajoma? Mam ich trochę. - mruknęła.
                        - No wiesz… ta z naszej wyprawy do miasta. Ja, ty i Clyde?- odparła młoda Ventrue.
                        - A co w sumie robi? - zapytała kręcąc bączka pojedynczym cukierkiem na ladzie - Po prostu tam jest i z tego powodu Lukrecja ma stres?
                        - Pupilka szeryfa przyjechała do miasta i Lukrecja nie wie czemu. Powiedz mi czemu Lukrecja nie miałaby powodu do stresu?- spytała retorycznie Miracella.- Myślałam, że może przyjechała do ciebie? Może jakoś się zgadałyście na spotkanie? Obecnie relaksuje się w loży. Zamówiła pokój na dwie noce.
                        - Nie jestem jej przyjaciółką, po prostu się znamy. - stwierdziła bezklanowa, jednocześnie próbując sprawdzić na komórce gdzie są te koordynaty - Nie podejmowałaś z nią rozmowy?
                        - No.. nie mogę teraz. Stoję przy barze.- przypomniała jej Miracella, podczas gdy Ann spoglądając we własną komórkę namierzyła obszar na google maps. Był to teren należący do miejscowej kopalni i Google nie miał zdjęć tego miejsca.
                        - Jakiś ghul powinien robić robotę, nie ty... - westchnęła ciężko, chowając do torby kartkę - Przyjadę.
                        - Eeem… jestem prawą ręką Lukrecji. Gdybym zrzuciła swoje zadanie na kogoś innego, uznałaby że nie doceniam zaufania jakim mnie obdarza. - wyjaśniła Miracella.
                        - To tylko bar w pipidowce... - westchnęła - Nie wiem co sobie roi Lukrecja, ale na pewno zdjęcie na ghula zadań nalewacza drinków nie powinno być ciosem w jej ego.
                        - To coś… więcej. Barmanka nadzoruje sytuację na sali. Pilnuje nie tylko drinków, ale i klienteli. Zarządza resztą ghuli. - wyjaśniła Miracella. - W Róży barmanka ma nie tylko obowiązki, ale i władzę.
                        - Władzę? W Stillwater? Chyba naprawdę do minimum zmniejszyła swoje wymagania…
                        - Nie ma za wielu Kainitów w Stillwater. Teraz może rządzić jednym Ventrue.- odparła żartobliwie Miracella.

                        W Róży było kilkanaście osób. Paru miejscowych, paru przejezdnych. Była ta prawniczka którą Ann obsłużyła. Ćmiła papierosy przy barze i zerkała na komórkę, zapewne czatując. Teczkę z dokumentami ustawiła obok siebie. Był też Clyde i najwyraźniej zerkał w jej kierunku. Problem w tym, że postawa owej kobiety i spojrzenie przypominało Ann Lukrecję i Nadię. A te potrafiły usadzić Clyde’a wzrokiem. I tej kobiecie też się to udawało.
                        Eeeech… Clyde jako Brujah był porażką. Pasowałby bardziej do bezklanowców kręcących się po ulicach Nowego Yorku. Z uwagi na liczną populację śmiertelników byli oni “tolerowani” tak długo jak nie zwracali na siebie uwagi. Bydła było wystarczająco w jednej z najliczniejszych metropolii świata. Musieli tylko nie wchodzić na tereny Gangreli i unikać łapanek Brujah i… jeśli mieli szczęście (tak jak Ann) znajdowali jakieś protektora. Jeśli mieli szczęście (tak jak nie Ann) to protektor okazywał się członkiem klanu Toreador lub Ventrue.
                        Clyde miał dużo szczęścia. W Nowym Yorku nie dożyłby roku, nawet będąc klanowcem. Brujah pod rządami Grozy nie tolerował mięczaków w swoich szeregach.

                        O dziwo… była też i Nadia, skryta w kącie i zajęta gapieniem się laptopa i popijaniem Krwawej Mary. Co też wyciągnęło Tremere z jej jaskini? Musiało to być coś poważnego.
                        Nadia przecież unikała opuszczania podziemi swojej biblioteki. I skoro przybyła z laptopem, to znaczy że została niechętnie oderwana od pracy. Pytanie tylko przez kogo i z jakiego powodu.

                        No i w końcu były tu też, Miracella za barem i Rose Wilmowsky przy stoliku. Przyboczna Markusa nie promieniowała autorytetem. Strój typowy dla turystki, flanelowa koszula i jeansy, również podkreślały, że Rose jest poza swoją strefą komfortu. Zerkała co chwilę na smartfona i rozglądała się niepewnie. Zachowywała się jakby była na randce w ciemno i potencjalny partner się spóźniał. A może partnerka? W sumie to Ann nie znała preferencji łóżkowych Rose. A zgon dodatkowo tłumił skutecznie libido. Czasami dość szybko, czasami dłużej… jak u Clyde’a. Niemniej Rose nie wyglądała na świeżo przemienioną Kainitkę, była niewątpliwie starsza od Ann.

                        1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                        0
                        • ZellZ Niedostępny
                          ZellZ Niedostępny
                          Zell jako Ann Paige
                          Moderator Obsługa
                          napisał(a) ostatnio edytowany przez JhnW
                          #43


                          POGADANKI W RÓŻY


                          - Incognito czy zwolnili cię? - Ann odezwała się cicho do Rose, gdy niefrasobliwe podeszła do jej stolika i stanęła bokiem do niej niby próbując udawać skrytość.
                          - Odpoczywam… z dala od rozterek Nowego Jorku. I przywożę plotki.- stwierdziła niechętnie Rose.- A co u was? Nudno? Chyba nie, skoro Kainici się… gubią w lasach.
                          - W tych ciuchach? - usiadła na krześle po drugiej stronie stołu - Nie kupili najwyraźniej mapy okolic Stillwater czy coś. Wybierz jedną z atrakcji dostępnych tutaj. Może Wielka Stopa ich zjadła.
                          - Draugi raczej. Ludzie Grozy stoczyli z nimi bój. Zabili jednego... kosztem ośmiu Brujah. - wzruszyła ramionami Rose.- Grupka Ventrue się napatoczyła na Draugi. Nie wiem czy któryś przeżył. Znaleźliśmy trupy dwóch z nichk. Reszty zaś nie… Wielka Stopa nie jest zagrożeniem. Ale dzięki tym… potyczkom, stwory nie mają interesu w zbliżaniu się do Nowego Jorku. Więc… jakiś sukces jest.-

                          Po czym spojrzała podejrzliwie na Ann.- Co złego jest w moich ciuchach?

                          - Raczej chodzi, że widać jak im daleko od twojej strefy komfortu. - zaśmiała się pod nosem - Czekasz na kogoś?
                          - Nie mogłam wyglądać jakby mnie szef posłał, to nieoficjalna wizyta.- burknęła cicho Rose i spojrzała po sobie.- Myślę, że wyglądam bardzo kobieco… bardziej niż zwykle.
                          - Więc na randkę czekasz!
                          - Na szeryfa… lub twojego Toreadora. Wolałabym nie wciągać w to… Lukrecji. Szef jej nie ufa.- wzruszyła ramionami Rose.

                          - Oni wiedzą o tobie czy po prostu masz nadzieję na szczęście?
                          - Dzisiejszej nocy liczę na szczęście. Jutro już powiadomię któregoś z nich. W końcu spędzę tu trochę czasu dla zachowania pozorów. - wzruszyła ramionami i spytała.- Ponoć… macie jakieś kontakty i interesy z futrzakami?
                          - My uczymy ich sztuczek, oni nas. Taka koegzystencja. - zaironizowała.
                          - Ta koegzystencja zainteresowała kogoś. Lożę Czarnej Róży… mówi ci to coś ? Z pewnością powinno. W końcu kręcisz się koło Tremere.- odparła Rose.

                          Ann pokiwała głową z niechęcią przypominając sobie tamte momenty.

                          - Tak... i co te staruchy chcą?
                          - Nie wiem. - wzruszyła ramionami Rose.- Wiem że próbowali się dogadać z miejslkimi wilkołakami. Bez skutku. Więc teraz mogą spróbować na prowincji. Hmmm… słyszałam, że jeden z ich mistrzów żyjący kilka pokoleń temu, był przyjacielem wilkołaków. Nie wiem czemu teraz są nastawieni niechętnie do owej loży.
                          - Myślisz, że ta Loża może chcieć nawet wbrew życzeniom wilkołaków coś zrobić?
                          - Nie wiem. Może… jedno jest pewne. Potrzebują coś od nich i próbowali to uzyskać polubownie. Teraz wiedzą, że wy macie kontakty, więc mogą spróbować przez was. Loża to stara i potężna organizacja. Bardzo bogaci i mający wiele cennych znajomości w świecie mroku, nie tylko wśród Kainitów. Lepiej na nich uważać.- wzruszyła ramionami Rose wyjaśniając. - Nie są wrodzy wobec naszego rodzaju, ale… wiele… dziwnych intryg i wypadków dziejących się w Nowym Jorku, dzieje się… z ich inspiracji, że tak powiem.
                          - Wątpię, aby ktokolwiek z nas był na tyle szalony, aby zgodzić się im pomóc zrobić cokolwiek czego wilkołaki nie chcą. - zamyśliła się i machnęła ręką - Nawet Larry.
                          - Mogłabyś się zdziwić.- zaśmiała się sarkastycznie Rose.- Ta banda magów jest bardziej śliska niż sekta Setytów. Kilka razy musiałam sprzątać po nich bajzel i… jedyne co zdołałam ucapić to parę poszlak wskazujących na tych magicznych szalbierzy. Wiedzą jak zacierać po sobie ślady i wrabiać podwykonawców.
                          - My też mamy maga. - zaśmiała się.
                          - Ich potęga nie leży w samym czarowaniu. Są całkiem sprawni w intry…- Rose przerwała, bo właśnie do stolika zbliżał się szeryf.


                          - Mam was zostawić samych czy nie macie nic przeciw byciu obserwowanym? - Ann odezwała się do Joshui, gdy ten już podszedł do stolika - Są w końcu różne kinki, a Rose nawet zmieniła styl na pasujący do domeny.
                          - Nie wiem. Co sądzisz?- Joshua zwrócił się do wampirzycy z Nowego Jorku.
                          - Możesz zostać. Ostatecznie przywożę tylko plotki.- wzruszyła ramionami Rose.

                          Ann skinęła głową z wdzięcznością i zainteresowana przysłuchiwała się.

                          - Więc… jakie plotki przynosisz?- zapytał Joshua siadając.

                          Rose westchnęła głośno. - Z pewnością cię ucieszy, że Brujah upolowali jednego drauga… wysokim kosztem co prawda.-

                          - Jestem pewien, że Groza znajdzie nowych rekrutów na ulicy.- odparł Joshua spokojnie.

                          - Pozostaje jeszcze sprawa… opuszczonej domeny. Ktoś musi ją przejąć. Zakładaliśmy, że wy…- stwierdziła Rose.
                          - Kim niby? Ustanowienie władzy wymaga… sił których nie mam. Mógłbym jak Groza po prostu przemienić paru ghuli, ale prawda jest taka, że przejęcie kontroli nad dodatkowym obszarem wymaga grupy zaufanych Kainitów. A nie pierwszych lepszych z łapanki.- odparł szeryf.
                          - Brakuje wam ludzi.- odparła Rose.
                          - Nie mów mi, że Książę użyczy paru swoich?- machnął dłonią Joshua.- Była domena Anarchów nie jest szczególnie smacznym kąskiem. To dwa małe miasteczka, parę lasów, farmy i zrujnowany fort jako siedziba. Anarchy niespecjalnie dbały o niego.-
                          - Dziecko Księcia szykuje się do jego zdobycia.- wtrąciła krótko.
                          - Które.. Drucilla? Gaspard?- zapytał Joshua.
                          - Nie. Nie. Drucilla nadal posłuje w Europie. Gaspard zaś… - wzruszyła ramionami Rose.- Konsorucjum Księcia wpakowało się w jakieś problemy ze światem Mroku w Hawajach. Jakieś Rokea wywołują tam kłopoty. Gaspard został posłany by się tym zająć.-
                          - Rokea?- zapytał Brujah, a wampirzyca odparła.- Nie mam pojęcia co to. Słyszałam tylko określenie.-
                          - Więc kto? - zapytał Joshua.
                          - Quentin.- rzekła krótko Rose.
                          - Quentin? Nie znam.- odparł szeryf po namyśle.

                          Ann nawet nie próbowała udawać. Jej mina nie sugerowała, że ma dobre mniemanie o wampirze, a jej krzywy uśmieszek miał coś w sobie z pokazania pogardy do osoby.

                          - To jeden z młodszych potomków i jak każdy młody. Głupi i popędliwy. - wzruszyła ramionami Rose i upiwszy trunku.- Uznał, że zamiast czekać na łaskę starego lepiej wybić się na niepodległość. Lepiej być królem w piekle, niż sługą w niebie… i podobne bzdurki.-
                          - Piekło to go czeka, bo ustanowienie władzy nie jest spacerkiem po parku.- ocenił Szeryf. - Wie w ogóle na co się porywa?-
                          - Wątpię. Ale ma posłuch wśród młodych gniewnych. Będzie miał swoich ludzi, a Książę będzie miał miasto oczyszczone z rebelianckiego elementu bez rozlewu krwi. Idealna sytuacja.- odparła Rose.
                          - Dla niego może… dla mnie niekoniecznie. - burknął Joshua.
                          - Jako starszy wampir możesz zawsze trzymać i tak siłę nad taką "domenką" poprzez ustanowienie Quentina wasalem. Niech zarządza tam, a tobie będzie podległym. - wzruszyła ramionami z wrednym uśmieszkiem.
                          - Mogę? Co Książę na to?- zapytał Joshua, a Rose odparła.- Musiałbyś go spytać osobiście. Z tego co wiem, to osobista inicjatywa Quentina i Książę… ani jej nie patronuje, ani się w nią nie wtrąca. Quentin werbuje Kainitów z różnych klanów co mogłoby się nie spodobać Primogenom.
                          - A teraz im się podoba?- stwierdził sceptycznie Joshua.
                          - Cóż… na razie łapie drobnicę. Wiem że Cynthia kazała wsadzić go do bagażnika i przywieźć na rozmowę. O czym gadali, to nie wiem. Niemniej wyszedł z niej żywy i nadal szuka chętnych wśród Ventrue. Unika jednak kuszenia wyżej postawionych i cennych dla Cynthii Kainitów. Groza… znasz Grozę… - wzruszyła ramionami Rose. - W przypadku reszty jest różnie.
                          - De facto nie będziesz brał odpowiedzialności za to co on sobie wymyśli i odwali. Byłby tobie podległy, więc twoją rolą byłoby bardziej wyciąganie konsekwencji, jeżeli coś by odwalił. A na początku to wręcz możesz nie życzyć sobie części z chętnych z innych Klanów, jeżeli to tak będzie gryzło jakiegoś Primogena.
                          - Z tą podległością to nie taka prosta sprawa.- machnął ręką Joshua.- Quentin to nie Brujah czy Gangrel. Tylko Ventrue. Mogę sprać go na kwaśne jabłko, ale to nie zagwarantuje jego lojalności.Będzie czekał na okazję, by przejąć władzę wbijając mi sztylet w plecy… metaforycznie.-
                          - Wątpię by Lukrecja wolała jego nad sobą niż ciebie, A to by dało trochę nowości w domenie. - Ann uśmiechnęła się - Lepiej mieć wroga blisko niż pozwolić mu w odległości knuć. A Lukrecji by się przydało zajęcie.
                          - Wątpię by Lukrecja współpracowała z potomkiem Księcia. Nie po tym, co Książę jej zrobił.- wyjaśnił Joshua.
                          - Ależ i o to chodzi! - Ann pokiwała głową - Nie ma współpracować z nim. Niech się nie nudzi i nie wypada z rytmu to niech dostanie możliwość działania naprzeciw jego intrygom jakie by chciał w ciebie wymierzyć. Zakładam, że będzie czerpała pewną satysfakcję z czynienia jego istnienia trudniejszym i kontrowania jego własnych intryg.
                          - Taaa… Stillwater i okolice to nie Nowy Jork.- zaśmiał się szeryf. - Tu nie ma miejsca na politykę. Tu… intrygi są bardziej przyziemne i brutalne. Bardziej kły i pazury wchodzą w grę niż słodkie słówka.-

                          Rose uśmiechnęła się kwaśno.- Najpierw niech Quentin opanuje nową domenę. To wcale nie jest takie proste jak mogłoby się wydawać.

                          - Więc może wszystko się zakończy szybciej niż stanie się problemem. - stwierdziła kundlica.
                          - Może…- przyznał Joshua.- … tak czy siak, będzie dużo smrodku.-
                          - Z innych spraw. Powiedz Williamowi że loża zainteresowała się wami z powodu waszych kontaktów z wilkołakami. Zrozumie.- dodała Rose.
                          - Loża?- zdziwił się joshua drapiąc się po podbródku.- “Kontakty z wilkołakami”... są grubą przesadą. Staramy się trzymać granic i nie wchodzić sobie w drogę. Nie utrzymujemy kontaktów.-
                          - I nie masz numerów wilkołaków w swojej komórce, co?- zapytała retorycznie Rose.
                          - Oczywiście, że nie.- mruknął Joshua i dodał ciszej. - Garry ma.-
                          - I oczywiście nie wiecie co się stało z zaginionymi w okolicy Kainitami. Parę grup poszukiwawczych… przepadło bez śladu.- spytała Rose.

                          Joshua spojrzał na Ann, a potem na Rose.- Znaleźliśmy trupy… cóż trupa. Draugi go zabiły.-

                          - Mogłabym zobaczyć tego trupa?- zapytała Rose, a Joshua dodał.- Już nie ma po nim śladu.-
                          - A miejsce gdzie zginął?- dopytywała się Rose.
                          - Po co? Jesteś miejskim wampirem, nie masz pojęcia o tropieniu i śladach. Gdybyś miała, to byś wiedziała, że padający wczoraj i dziś śnieg zniszczył wszelkie tropy. - wyjaśnił Joshua.

                          - Witamy na prowincji. Urocze miejsce. - Ann przewróciła oczami.
                          - Tak. Wyjątkowo…- westchnęła Rose, a Joshua spytał.- To wszystkie ploteczki jakie masz dla mnie?-
                          - Tak. - przyznała Rose z uśmiechem. - Niewiele… przyznaję.-
                          - No cóż… tak bywa. A więc,udanej nocy moje panie. Mnie obowiązki wzywają.- wampir wstał i ukłonił się, po czym ruszył do wyjścia.

                          - Muszę cię na razie przeprosić. - Ann rzuciła do Rose, po czym ruszyła zaraz za Joshuą, chcąc złapać go już nim na patrol ruszy.
                          - Masz obowiązki, Książę - zaczęła, gdy zatrzymała Joshuę przed wejściem do radiowozu - ...ale kolejna sprawa nam się pojawiła. - mówiła do niego szeptem.
                          - Obowiązki… mam tylko obowiązki. Nie daj się nabrać tak ja się dałem. Bycie księciem to gówno warty splendor. - westchnął Joshua.- Co znów się stało?
                          - Dostałam namiary. - powiedziała krótko patrząc na Joshuę.
                          - Kto je dał?- zapytał Brujah jakoś bez entuzjazmu w głosie.

                          Ann pokręciła głową.

                          - Któryś z klientów w sklepie musiał podłożyć je na ladzie, jak transakcję rozliczałam. Dziś dość sporo osób się pojawiło w jednym momencie, znalazłam karteczkę dopiero jak wszyscy poszli.
                          - Cwany lis z niego.- westchnął Joshua i spojrzał na Ann.- I co według ciebie powinniśmy zrobić z tymi cyferkami?
                          - Sprawdzić je. - odpowiedziała wprost - Na tyle ile mogłam sprawdziłam, ale nie jestem specem.
                          - Cóż… na razie daj je Nadii, zobaczymy co ona odkryje. - odparł Joshua wsiadając do radiowozu. - Zobaczymy co powie, a potem… zdecydujemy.
                          - Będzie pytać skąd to mam I co co jest. Ile mam powiedzieć?

                          Wampir zastanowił się.

                          - Im mniej tym lepiej. Ewentualnie skłam.- zadecydował w końcu. - Powiedz, że to moje zlecenie.

                          Ann skinęła głową zgadzając się.
                          Samochód szeryfa ruszył powoli zostawiając Ann przed budynkiem.


                          Ann wróciła do środka i znowu przysiadła się do Rose mówiąc z uśmieszkiem:

                          - Rozpogódź się troszkę. Jesteś tu wszak nowinką, może jakiś się zainteresuje.
                          - Nie jestem tu po to by ktoś się mną zainteresował. Z tego co wiem, miejscowe przygotowują takie obiady z tutejszych pijaczków. Może się skuszę jeśli będę głodna. Wątpię jednak by ktokolwiek tutaj skusił mnie na inicjatywę…- po czym wskazała na Clyde’a.- I powiedz temu głupkowi, żeby nie szczerzył zębów w szerokim uśmiechu. Kły mu widać.
                          - Mogę go tu przywołać to sama mu powiesz. - podśmiała się pod nosem.
                          - Boję się, że jak go tu przywołam to się nie odczepi. Przypomina taką ludzką wesz. - westchnęła Rose. - Lepiej takich nie prowokować.
                          - Sprowokowałaś go pojawiają ci się tutaj. Każdą z nas już próbował poderwać... Nawet Lukrecję.
                          - Ile on ma lat?- zapytała Rose.
                          - Około roku, może dwóch.
                          - Uch… tacy są najgorszy. Toreador?- dodała z kwaśnym grymasem Rose.
                          - Pudło. Trzymaj się mocno krzesła. - przysunęła bliżej się do Rose by móc konspiracyjnie wyszeptać - Syn Joshui.
                          - Daj spokój. Ten wymoczek jest Brujah? Ale? Dlaczego?- Rose była wyraźnie zaskoczona.
                          - Z tego co rozumiem... Jakaś potrzeba zmiany, aby mieć kogoś kto będzie nadzorował śmiertelnych... - wzruszyła ramionami - Ale tak szczerze to czasem się zastanawiam czy sam Joshua spodziewał się takiego efektu, gdy go zmieniał. I wątpię by był z niego zachwycony.
                          - Podobno są różni Brujah. Ten zdecydowanie różni się od wychowanków Grozy.- przyznała Rose drapiąc się po podbródku.
                          - Joshua też jest przecież inny. Mówił mi, że jego natura jest bardziej... Idealistyczna. Że to jeden z typów jego klanu. - wzruszyła ramionami - psy Grozy z Nowego Jorku nawet nie potrafiły zrozumieć czym jest ten ideał, za trudne słowo na ich możliwości intelektualne.

                          - Powiadają starzy Kainici że Brujah był kiedyś klanem idealistów i intelektualistów. Jeślibyś spytała Księcia o to. To on ma o nich inne zdanie. - stwierdziła z ironicznym uśmiechem Rose.
                          - Gdyby dłużej poprzebywałby z Joshuą to byłoby ciekawe doświadczenie. Książę Stillwater jest spokojniejszy niż niektórzy z innych Klanów i odznacza się pokojową naturą, co czasem jest irytujące... - mruknęła - Naprawdę ciekawy kontrast do takiego Grozy. On zdaje się chce stworzyć własne idealne miasteczko, sa propre Utopie. - Ann dodała na końcu w płynnym francuskim.
                          - Kartaginę. Ich starożytna utopia. I tylko ich. Książę zna wiele historii na temat Kartaginy. Mój szef twierdzi, że gdy Książę ma napady nostalgii opowiada o niej. Gdy on ma napady nostalgii to mój szef ma napady mdłości. Tamta Utopia Brujah była koszmarem dla wszystkich innych. - wyjaśniła cicho Rose.
                          - Ceterum censeo Carthaginem esse delendam, eh? - równie cicho odparła Ann.
                          - Książę by się pod tym podpisał. Ba, przypuszczam że się podpisał, jeśli rzeczywiście tam był. A jak pewnie wiesz… ponoć był. Ponoć jest tak stary.- przyznała cicho Rose.

                          Ann wzruszyła ramionami.

                          - Nie byłabym zdziwiona gdyby był, nie byłabym zdziwiona gdyby nie był. Jestem skora postawić na obie możliwości na raz. To dobry sposób, aby nigdy się nie mylić. - uśmiechnęła się wrednie.
                          - Cóż… Książę ma tę przewagę, że nie ma wampira który żyłby tak długo jak on twierdzi. Najstarszy jest chyba tutejszy Toreador.- wzruszyła ramionami Rose.- Lub…Ravnoska. W Nowym Jorku nie ma starszego wampira od Księcia.

                          - Nie mając nikogo na potwierdzenie czy zaprzeczenie jego słowom pozostaje przy swoim stanowisku. - spojrzała ciekawsko na Rose - Zapytam tak czysty ciekawości. Jaki Klan wypluł ciebie?
                          - Miałam być Ventrue… ale zostałam Brujah. Mój… ojczulek nie pożył długo, a Groza niespecjalnie mnie lubił, więc zwiałam dwór Księcia i związałam fortunę z Falconim.- wyjaśniła Rose.
                          - Czyli możesz być jak kobieca wersja Larry'ego!
                          - Byłam, gdy byłam młoda i głupia. Larry jest zaś i stary i głupi. Nie panuje nad swoją bestią. Jeśli chcesz być szeryfem jak twój szeryf czy mój, to musisz panować nad sobą i bestią. - odparła Rose.- Twój Książę jest więc dobrym szeryfem.
                          - Czasem nudnym. - westchnęła - Więc tak szczerze czasami lepiej się przebywa z naszym wariatem. I czemu Ventrue cię nie dziabnął w końcu? W ostatniej chwili wypadło mu niezapowiedziane spotkanie biznesowe?
                          - Nie chcę cię zanudzać szczegółami, których zresztą już nie pamiętam dokładnie. Mój niedoszły ojczulek i późniejszy mieli ze sobą na pieńku. Ja stałam się częścią vendetty którą Alberto chciał dokonać na Silvio. Ostatecznie obaj zostali zabici w wyniku tego konfliktu. - odparła kwaśno Rose.
                          - A wiesz czemu chciał cię ten Ventrue?
                          - Byłam przez lata jego zaufanym ghulem i kochanką.- wzruszyła ramionami Rose. - A przynajmniej sądziłam, że mnie kocha… Po przemianie, przejrzałam na oczy.

                          - To niesamowite uczucie, prawda? - zapytała jakimś rozmarzonym tonem patrząc w przestrzeń, jakby na chwilę zanurzając się w innym świecie.
                          - Miłość? A co… masz takie doświadczenia?- zapytała Rose.

                          Caitiffka uniosła spojrzenie na Rose.

                          - Za życia? Nie... Nie byłam zakochana, gdy żyłam. Później... Choć moje uczucie też było krwią napędzane.
                          - Gdybyś była ghulem to czułabyś mocniej i bardziej intensywnie. Ja miałam okazję posmakować każdej odmiany tego uczucia. I będąc ghulem… wydaje mi się, że wtedy czuć najmocniej.- wyjaśniła Rose rozważając głośno.
                          - A kiedy on jest zły na ciebie... - przymknęła lekko oczy - ...to czujesz każde jego słowo smagające cię niczym batem...

                          Ann pokręciła głową próbując odegnać wspomnienia.

                          - Na szczęście to już za mną. Pewna tęsknota jest nadal we mnie, ale już coraz słabsza z każdym rokiem. - dodała Rose.
                          - Jak dawno to było?
                          - Jakieś pięćdziesiąt lat temu. - przyznała Rose wspominając i zapytała.- Ile ty lat masz na karku?
                          - Mniej niż ty. Jakieś dwie dziesiątki.
                          - To młoda jesteś.- zaśmiała się Rose. - Nie martw się. To przechodzi z czasem.

                          - A ty wiesz coś więcej o nim? - dziewczyna spojrzała mocno pobudzona - O Cyrilu. Co teraz z nim się dzieje?
                          - Niewiele. - wzruszyła ramionami Rose.- Tremere wolą trzymać swoje szkielety w szafie. Niemniej żyje i ma się dobrze. Jest trzymany w wydzielonym pomieszczeniu i dali mu robotę skryby… z tego co wiem. Bo ja nie odwiedzałam, ale moi podwładni tak. I oni zdawali mi raporty. Książę nakazał go trzymać żywym, to Primogen trzyma go żywym.

                          Najwyraźniej młodej wampirzycy ulżyło, gdy chociaż dostała potwierdzenie, że nie jest na razie w niebezpieczeństwie.

                          - Naprawdę musiał zaplusować u Księcia, aby go tak bronił. - niby mimochodem rzuciła.
                          - Miał w tym swój interes niewątpliwie. - odparła ironicznie Rose.
                          - Gdy zostałam znaleziona przez Cyrila w Nowym Jorku to zadzwonił on do Księcia, aby ugadać jego pozwolenie na przyjęcie mnie. To było tuż po ataku Sabatu na miasto, nawet początkowo myślał, że jestem po prostu niedobitkiem.
                          - A nie jesteś? - zdziwiła się Rose i zamyśliła się. - Właściwie… to jak się znalazłaś w Nowym Jorku?

                          Ann chwilę milczała próbując złożyć myśli.

                          - Bo byciu przemienioną w masówce zabrano nas od razu z Kanady i wpierw wyrzucono mnie i kilku innych na tereny Montpelier. Zakładam, aby zrobić zamieszanie, bo reszta chyba do Nowego Jorku jechała. Moje wspomnienia... Ech, nie mam pewności jak w sumie to przetrwałam. Mówiąc krótko, schowałam się w jakiejś przewozówce obok towarów, a oni zmierzali właśnie do metropolii i tam wyszłam.
                          - Czyli nielegalna imigrantka. Cóż… nie pierwsza i nie ostatnia. Nowy Jork to jedna z największych metropolii na świecie. Potrafi wyżywić populację wampirów znacznie większą od tej którą da się w pełni kontrolować. - westchnęła Rose. - Nic więc dziwnego, że pełno was na ulicach. Dziwne że nie schowałaś się wśród anarchów i nie próbowałaś do nich przystać. To byłby mądry ruch.
                          - Ja wtedy nic nie wiedziałam co dokładnie ze mną się stało, nic nie rozumiałam, tylko, że są tu potwory... Ale byłam przekonana, że w metropolii się ukryje i poszukam pomocy wcześniej w szpitalu czy na policji.
                          - To miałaś więcej szczęścia niż rozumu. Ukrywanie się w Nowym Jorku nie jest ciężką zbrodnią. Złamanie Maskarady już tak.- wzruszyła ramionami Rose.
                          - Gdyby Cyril mnie nie przechwycił to pewnie poszłabym do szpitala...
                          - To rzeczywiście sporo zawdzięczasz, ale bez względu na to jak duży jest to dług… w końcu zostanie spłacony. Każdy Kainita ma swojego stwórcę i jeśli ma zostać kimś… każdy musi w końcu przeciąć pępowinę.- wyjaśniła Rose ponurym tonem.

                          - Mhm... - mruknęła jakby bez przekonania - Pewnie tak...

                          Ann kątem oka spojrzała na Nadię by upewnić się, że wciąż jest ona w zasięgu. Nadal była… i widać było, że na kogoś czekała obecnie, wyraźnie się przy tym niecierpliwiąc.

                          - A więc… to jest to twoje piekiełko z którego chcesz uciec? Widziałam gorsze.- oceniła Rose zmieniając temat.
                          - Gdy byłabyś tu dłużej to byś zrozumiała. Przez pierwszy tydzień, nawet i miesiąc jest znośnie. Później stajesz się absolutnie znudzony... - westchnęła.
                          - A jednak ktoś planuje zdobyć władzę w jeszcze większej dziurze od tej. - stwierdziła Rose i dodała. - Większość społeczności wampirzych jest takich. Nowy Jork jest tylko jedną z kilku metropolii mogących utrzymać liczną populację Kainitów. Inne miasta wymagają stanowczego pilnowania liczby wampirów. I są to mniejsze grupki w których wszyscy się znają. Tak jak tu.
                          - Czasem masz ochotę wyręczyć księcia Nowego Jorku jeżeli jesteś tu zesłany, i po prostu samemu przytulić słońce... Bo masz tak dosyć czystych nudów i beznadziei.
                          - Myślę że krew Cyrila za bardzo ubarwia ci wspomnienia z Nowego Jorku.- odparła Rose.- Życie ulicznego Kainity nie jest takie znowu wspaniałe.
                          - Ale ciągle coś musisz robić, co nie jest monotonnym trwaniem. Nawet jak trzeba uciekać przed Brujah to nie jest ten wir ciągłej szarości istnienia.
                          - Większość tego co robię, nie jest zbytnio ekscytujące. Za to śmierdzi. I metaforycznie i dosłownie.- westchnęła Rose drapiąc się po karku.- Wizyta w kostnicy jest tylko drobny przykład, moich obowiązków. Większość to przeglądanie raportów i schodzenie do różnych śmierdzących miejsc i rozmowy…- machnęła dłonią w irytacji.- Pół biedy jeśli z Nosferatu… ci są tylko brzydcy i aroganccy. Większość żuli to jednak Malkavy… i wyciągnięcie z nich czegoś wartego to frustrująca fucha.
                          - Ale i tak lepsza niż pracowanie w sklepiku na stacji benzynowej na drugim końcu nigdzie, gdzie sprzedajesz fajki, piwo i benzynę.

                          Rose zaśmiała się. - Polemizowałabym, ale cóż… trawnik jest zawsze bardziej zielony u sąsiada, nieprawdaż?

                          - Ja tęsknię za akcją... Działaniem i polityką z intrygami, które nawet jeżeli są za wysoko dla ciebie to jednak istnieją w przestrzeni. Tutaj... - westchnęła ze smutkiem.
                          - Polityka w której uczestniczysz robiąc za chłopca na posyłki?- zapytała retorycznie Rose, po czym spytała. - Powiedzmy, że trafisz do Nowego Jorku… ale jako kto? Komu będziesz służyć?

                          Ann nie wyglądała na zadowoloną z takiego określenia.

                          - Mam opcje nad jakimi na razie myślę. - mruknęła - Mam też straszliwie dużo czasu, aby nad nimi myśleć. - odpowiedziała tak naprawdę nie odpowiadając.
                          - Masz. Masz też Tremere na karku.- przypomniała jej Rose.
                          - Jeden problem na raz. - uśmiechnęła się trochę wymuszoną nutą.
                          - Jak tam… sobie uważasz.- Rose skupiła uwagę na wchodzącej osobie. No cóż… Ravnowska miała ekscentryczny gust jeśli chodzi o stroje. Niewątpliwie potrafiła przyciągnąć uwagę. I obecnie kierowała się do stolika Nadii.
                          - To może być interesujące. - szepnęła Ann.
                          - Doprawdy? Czemu?- zaciekawiła się Rose patrząc wraz z nią, na dwie rozmawiające Kainitki.
                          - Bo to Nadiuszka. Jeden zły krok w rozmowie i może się wściec na ciebie. Urocza jest. - zaśmiała się.
                          - A ta druga? Nadieższ… kojarzę z raportów. Ta wygnana Tremere?- zapytała Rose. - Tej drugiej nie znam.
                          - Jaka wygnana? Na misji Klanu jest jak nam lubi przypominać. - stwierdziła prawie bez rozbawienia. Nie wiedziała czy powinna cokolwiek więcej mówić o Ravnosce - Aż mnie zaciekawiło skąd u Nadii chęci na spotkania towarzyskie. - wstała z siedziska - Przeproszę cię by jak każdy neonata wcisnąć nos w nieswoje sprawy starszych.

                          Uśmiechnęła się na odchodne po czym bez ceregieli skierowała się do stolika z dwoma kobietami.


                          - Nadii, odkąd ty masz przyjaciółki? - odezwała się dość radośnie zarzucając ramię przez barki Tremere.

                          Nadia spojrzała złowrogo na Ann. - Nie mam… przyjaciółek. A ty… nie miałaś przypadkiem rozmawiać z tą… nową od Nosfka?-
                          Jaine Love uśmiechnęła się dodając ugodowo.- Nie bądź taka najeżona. Ona może być częścią twojego losu.-
                          Nadia westchnęła smętnie.- Wolałabym nie. Jest trochę… chimeryczna z natury.

                          - I za to mnie lubisz. - uśmiechnęła się do Nadii - A ona się interesuje Jane. - wyszeptała.
                          - Oczywiście że interesuje. Jestem Ravnos… przyciągamy kłopoty. W tym przypadku przyciągam spojrzenie ich Księcia.- przyznała Jaine z lekkim uśmiechem i melancholią w głosie.- To niestety było coś czego uniknąć nie mogłam? Podobnie jak tego co wiem.-
                          - “Wiesz”… to lekka przesada. Zobaczyłaś w kartach. Magiem nie jesteś, ni Tremere… zresztą my wróżyć nie potrafimy. - westchnęła Nadia. - Nie mam zaufania do takich wizji.
                          - A jednak z jakiegoś powodu chciałaś się spotkać... aby ci ułożyła tarota?
                          - Ech… - machnęła ręką Nadia.- Wcale nie chciałam się spotkać. Ona nalegała. Że niby coś poważnego mnie czeka w przyszłości. Jakiś wybór, jakieś spotkanie z przeszłością. Niebezpieczeństwo nade mną lub nad kimś, na kim mi zależy.-

                          Splotła dłonie razem.- Cygańskie gadanie. Kłamstewka Ravnos, ot co.-

                          - A jednak tu jesteś.- odparła z uśmiechem Jaine.
                          - Stillwater mnie zmiękczyło, ot co.- mruknęła Tremere.
                          - A tobie na nikim nie zależy, więc to ty będziesz w niebezpieczeństwie. - stwierdziła lekko Ann.
                          - Ja nie bywam w niebezpieczeństwie. To ja jestem niebezpieczeństwem dla innych.- odgryzła się Nadia.
                          - Według mnie jesteś urocza. - ostatni raz przytuliła Tremere i puściła, aby usiąść na krześle obok niej - Choć kurwia z charakteru.
                          - Jestem arystokratką. Prawdziwą rosyjską arystokratką. Nie tymi miękkimi kluchami z Albionu.- odparła dumnie Tremere.

                          - Z czym przybyła do nas wysłanniczka Księcia?- zapytała Jaine zmieniając temat.
                          - Ploteczki dla Joshui, pewnie poszpiegować co my tu robimy, typowe. W sumie to fajnie byłoby, gdybyś do niej podeszła, bo cię nie zna. Może ułożysz tarota naszemu gościowi? - Ann wyraźnie wpadła w zastanawiająco dobry nastrój.
                          - Czyżbym przeszkadzała wam w romantycznej schadzce?- zapytała żartobliwie Jaine.- Myślałam, że planujesz nawrócić Williama na właściwą ścieżkę.
                          - O czym mówisz? - zdziwiła się bezklanowa wyraźnie nie rozumiejąc o czym mówi Ravnoska.
                          - Jestem wróżbitką, kapłanką zapomnianego bóstwa. Niewiele tajemnic się przede mną ukryje. A co do ciebie. - przetasowała karty i podała Ann jedną.- To jest twoje przeznaczenie. Nie sugeruj się obrazkiem… płeć nie ma znaczenia. To co karta symbolizuje… ma.-

                          Ann spojrzała na podaną kartę, podczas gdy Jaine oddaliła się od obu kobiet.
                          |-Kobieta z mieczem w dłoni i z hełmem zrobionym z lwiego pyska. Siła.

                          Ann patrzyła z niepewnością na kartę, aby w końcu schować ją w torbie.

                          - I tak jesteś zazdrosna, że twoja arystokracja upadła, a moje życie szlachetne urodzenie wciąż trwa. - powiedziała do Nadii drocząć się.
                          - Arystokracja? Jaka arystokracja. Kanapowe pudelki bez kręgosłupa. - odparła ironicznie Nadia i spojrzawszy na Ann poradziła.- A ty… nie daj się jej. Jaine to Ravnoska. Może nie bredzi jak Malkav, ale jej słowa potrafią zmylić tak jak bełkot szaleńców. Miesza prawdę i kłamstwo w jednej kadzi. Nigdy nie ufaj Ravnosowi.
                          - Jasne, jasne. - machnęła ręką - ale aż szok że ciebie zmusiła, abyś wyszła ze swojej jamy.
                          - Mówię poważnie.- odparła Nadia.- I nie dlatego że jej nie lubię, czy też jej klanu. Ravnosi kradną, Ravnosi kłamią, Ravnosi oszukują. Nie dlatego, że są źli czy podstępni. Tylko dlatego, że taką mają skazę pozostawioną im przez przodka. To rodzaj nerwicy natręctw. Kompulsji, której ona zwalczyć nie może.
                          - Ale mimo tego na tyle cię zaciekawiła, abyś tu przyszła. - zauważyła.
                          - Jaine potrafi być przekonująca. I czasami za jej kłamstwami kryje się prawda. A choć uważam naszego śpiącego giganta zza Zasłony za dość irytujący dodatek, to… cóż… czasami sprowadza akuratne wizje na niektórych Kainitów. - machnęła dłonią Nadia z wyraźnym zrezygnowaniem.
                          - Wreszcie przyznałaś! Czyżbyś i ty miała koszmar?
                          - Coś w tym rodzaju…- machnęła dłonią Nadia i dodała spokojnie.- Nie ekscytuj się tak. Możliwe że to stworzenie w swoich snach manipuluje sferą czasu przesuwając umysły śpiących do przodu na osi temporalnej. Niemniej te wizje są skażone osobowością odbierającego wizję i niezbyt… czytelne. Poza tym, ja nie truję się tak jak Garry którego umysł jest otwartym poletkiem do zabawy dla śpiącego w jeziorze potwora.
                          - Ej, ja się nie truję, a miałam kilka snów. - zaprotestowała.
                          - Nie badałam tej sprawy zbyt dokładnie, ale … wygląda na to, że ten… byt ma fazy podczas których mocniej wpływa na mieszkańców Stillwater. Powiązane chyba z księżycem. - zastanowiła się Nadia i dodała.- Nie musisz się truć narkotykiem we krwi by mieć wizje, po prostu będziesz miała je częściej jeśli twoje mentalne bariery będą osłabione.

                          Writing is a socially acceptable form of schizophrenia.

                          1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                          0
                          • ZellZ Niedostępny
                            ZellZ Niedostępny
                            Zell jako Ann Paige
                            Moderator Obsługa
                            napisał(a) ostatnio edytowany przez JhnW
                            #44

                            Wampirzyca zaczęła przeszukiwać swoją torbę.

                            - Chcę byś coś sprawdziła... koordynaty jednego miejsca.
                            - Hmm…- Nadia spojrzała na nie w zastanowieniu.- “Sprawdziła” w jakim znaczeniu?
                            - Określiła co tam się znajduje, jak wygląda miejsce i tak dalej.
                            - Oczekujesz włamania się do systemu satelitarnego. Przynajmniej wiesz co tam mam szukać?- zapytała się wampirzyca przyglądając koordynatom.- Hmm… to gdzieś… blisko.-

                            Potarła czoło dłonią.- Nie mów mi że robisz fuchę dla futrzaków. Ostatnia wyprawa niczego cię nauczyła?

                            - Nie, nie. - zaprzeczyła - To prośba od Joshui. Nic od pchlarzy.
                            - To są koordynaty czegoś w okolicy miasta. Tylko kopalnia wymagałaby takiego wysiłku.- mruknęła Nadia. - Nie wiem czy powinniśmy się pakować w spory wilkołaków.
                            - Tobie ostatnio świetnie poszło z tym czarnym psem. - uśmiechnęła się.
                            - Ostatnio ledwo przeżyłyśmy, a ty omal nie oszalałaś z głodu. Trudno to uznać za sukces… aczkolwiek… byłyśmy na jego terenie i nieprzygotowane na konfrontację.- przyznała nie bez dumy Nadia.
                            - Dokładnie! - przyznała - Więc mogłabyś wyciągnąć z tej lokacji tyle ile zdołabyś?
                            - Nie wiem. - wymruczała Nadia.- Czuję nosem kłopoty. Ale dobra… sprawdzę w co się wpakowaliście z Joshuą. A potem na kolejnym zebraniu… zwykle wolę nie trzymać otwarcie z Lukrecją, ale tym razem… może będę musiała.
                            - O czym mówisz?

                            - Zwykle te nasze zebrania są…- wzruszyła ramionami.- … spotkaniami towarzyskimi. Niemniej teoretycznie jestem tu primogenką tak jak Lukrecja. Więc jeśli się zbuntuje i zabronimy wam grzebać przy kopalni, szeryf będzie musiał wziąć pod uwagę nasze zastrzeżenia. Larry może się dołączyć do tego… jako miejscowy primogen Brujah. To już uwagi trzech Primogenów, Joshua nie może przejść obok tego obojętnie.
                            - Och, kiełki pokazujesz. I to nawet nie krzycząc i nie bijąc.
                            - Nie myśl, że nie znam się na polityce. Zginęłabym dawno, gdybym się nie znała na intrygach. A dom Tremere to kłębowisko żmij czekających by cię ugryźć. - odparła Nadia i uśmiechnęła się.- W Nowym Jorku, tytuł primogena Stillwater nie znaczy nic, ale tu… cóż… urok małych miejscowości.
                            - Och, nie bądź taka. Tu nie ma o co drzeć kotów. Nie zmieniaj się w Luci.
                            - Nie planuję. To ostateczność. Nie nudzę się na tyle, by bawić się namiastkę polityki.- zaśmiała się Nadia. - A tobie chyba zależy na tych cyferkach? Garry chyba nie zmienił cię w miłośniczkę futrzaków?
                            - Daj spokój. - machnęła ręką - Pewnie linieją cholernie. To już lepiej mieć wytresowanego pijaka w domu, jak ty.
                            - No wiesz. Moje ghulice są dobrze ułożone.- odparła Kainitka unosząc się dumą.
                            - Ghulice może i są. Ale masz też pijaka w domu.
                            - Aaaa… ten….- przyznała niechętnie Nadia. - Staram się zapominać o jego istnieniu. Na szczęście nie narzuca się mi.

                            - Ja bym się narzucała, bo lubię patrzeć na twoje wybuchy złości i focha. - zaśmiała się złośliwie.
                            - Potrafię karać.- przypomniała jej Nadia.- Bardzo… boleśnie.
                            - Bez krwi to nie kusi. - wzruszyła ramionami - I to nie było zaproszenie!
                            - Nie ma kusić. Ma odstraszać. I na niego… odstraszanie działa.- odparła obojętnym tonem Tremere.
                            - Na Vitae mnie to kusiło.
                            - Wiem. I jeśli… sytuacja się zmieni, może znów cię kusić. Być może będę musiała cię związać krwią w ostateczności.- przypomniała jej Nadia. - Bądź co bądź, nowojorscy Tremere wolą cię mieć na oku. Nie wiadomo ile ci Cyril przypadkiem wygadał.
                            - Och, te wszystkie sekrety! - dramatycznie zasłoniła usta dłonią - Aż szok, że już nie postanowiliście mnie ubić po prostu. Tak na wszelki wypadek.
                            - Z tego co wiem... Były takie plany, ale zanim Cyril trafił do pustelni ty zyskałaś wysoko postawionych przyjaciół. - odparła szczerze Kainitka.- Masz więc dużo szczęścia.
                            - Ci przyjaciele nie spaliliby mostów z mojego powodu. Niektórzy byliby zirytowani, ale to raczej nic tak poważnego. - powiedziała z zimną szczerością.
                            - Możliwe, że masz rację. Niemniej ci przyjaciele… mogliby się poczuć zlekceważeni i cóż… dopuścić się pewnych nieprzyjemności względem mojego klanu w Nowym Jorku.- wzruszyła ramionami Tremere i uśmiechnęła się. - Ryzyko było wystarczająco duże, by pozwolić ci żyć.
                            - A ty byś była zła, gdyby mnie zabili? - zapytała słodkim głosem.
                            - Nie wiążę się emocjonalnie ni z ludźmi ni z Kainitami.- stwierdziła Nadia nie odpowiadając na pytanie.

                            Po czym zmieniła temat mówiąc. - Słyszałam, że pragniesz wrócić do Nowego Jorku. Powinnaś rozważyć do kogo tam wrócisz. Oczywiście… Dom Tremere będzie chciał cię zabezpieczyć dla siebie, niemniej… sama wiesz, że jesteś drobnym pionkiem. Ale możesz być też kartą przetargową między klanami. Zanim na stałe się tam przeniesiesz… dobrze wybierz swojego protektora i zwiąż z nim swój los. Już nie jesteś bezimienną Kainitką z ulicy.

                            - Myślałam by powrócić wraz z Lukrecją, choć ona też ma swoje za uszami. Mogłabym się przytulić do primogenki Toreadorów, ale to też są problemy. Jak w sumie traktowaliby mnie Tremere? Pewnie nie inaczej niż to robił Cyril…
                            - Trudno mi powiedzieć.- przyznała Nadia. - Zależy kto zostałby twoim opiekunem.

                            Po czym zamyśliła się. - Lukrecja… nie jestem pewien czy będzie miała okazję wrócić. Książę jest pamiętliwy, aczkolwiek ona ma inny problem… bowiem wśród Ventrue pewnie też ma wrogów. Była ważnym członkiem klanu kiedyś. Obecnie ktoś już zajmuje jej pozycję, ktoś kto niechętny będzie opuścić ów wygodny stołeczek.

                            - Ale to mrzonki na niewiadomą przyszłość... - westchnęła - Ciągle jestem tu przywiązana…
                            - Nie są to aż tak silne postronki. - odparła z uśmiechem Nadia i zamyśliła się.- Myślę że wyciągnęłabyś list polecający od Primogenki Toreadorów i bez problemu mogłabyś udać się z nim do Waszyngtonu albo San Francisco.
                            - I byłabym w nowym mieście z kartką papieru i bez sojuszników. Nadia, ja tak naprawdę nie jestem miło postrzegana z zasady w naszym społeczeństwie.
                            - Mówisz jakbyś w Nowym Jorku miała dobrą pozycję i mnóstwo przyjaciół.- odparła ironicznie Nadia i machnęła dłonią. - Nie twierdzę, że jesteś znaczącą Kainitką. Niemniej… trochę mnie irytuje twoje użalanie się nad sobą. “O ja biedna słabiutka wampirzyca, którą każdy pomiata…”-

                            Spojrzała wprost w oczy Ann uśmiechając się drapieżnie.- Ci gangsterzy… na złomowisku… też tobą pomiatali? Jeśli tak, to jak długo… nim przestali?
                            Ann wyraźnie się zirytowała.

                            - To byli ludzie, żywi, Trzoda! - warknęła - To nic nie znaczące ścierwo ma się nijak do naszego społeczeństwa.
                            - To już marzy ci się zabijanie Kainitów?- zapytała ironicznie Nadia.
                            - Co? - zapytała zaskoczona - Co to ma do rzeczy?
                            - Nie jesteś jedyną Kainitką która ma problemy w Nowym Jorku. Bandyci Grozy chętnie polują na Malkavian żyjących na ulicy, Toreadorów bawiących się w streetart i w sumie… na każdego kto wydaje się im słaby. Oczywiście nie powinni, ale Szeryf nie może być wszędzie, ani jego ludzie też…- wzruszyła ramionami Nadia. - Możesz zapytać się Rose o te niewygodne detale. I przekonać, że nie tylko ty miewasz przechlapane. Myślisz, że czemu Toreadorzy utrzymują te schroniska?

                            Ann zmarszczyła brwi.

                            - A skąd ty wiesz o złomowisku?

                            Nadia uśmiechnęła się tajemniczo.- Moja droga… moje oczy są w całym mieście. Na złomowisku są kamery. A ja… z polecenia szeryfa dbam o bezpieczeństwo. Zresztą Larry musiał zgłosić wcześniej Joshui, że będzie tam jatka. Usprawnia to sprzątanie dowodów.

                            - Czyli podglądałaś nas. - mruknęła przypominając sobie krwawą jatkę jaką urządziła dla samej krwawej jatki.
                            - Pilnowałam bardziej, na wypadek gdyby Larry ugryzł więcej niż potrafi zjeść.- wzruszyła ramionami Kainitka.
                            - I co byś zrobiła? Przez megafony nadałabyś mu, aby się uspokoił?
                            - Przede wszystkim wezwałabym Joshuę. I możliwe że nadałabym sygnał policyjnych syren przez megafony… lub… zapominasz o tym, że jestem Tremere i potrafię wycisnąć z maszyn więcej niż hakerzy Nosfków.- odparła dumnie Nadia.
                            - Nie wiem czy byś zdążyła przed tym, jak by mnie rozsmarował po ziemi.
                            - Cóż… może bym była w stanie coś… - między jej palcami przeskoczyły iskry.- … zrobić. Elektrony są szybsze od wampirów. A może nie… miałabym jednak okazję na kreatywność. Z drugiej jednak strony, skoro wiesz że zadajesz się z wyjątkowo niestabilnym Brujah to ryzyko jest ci znane.
                            - Tak, tak... - westchnęła - Niemniej z nim przynajmniej nie jest tak nudno i sztywno. Reszta was starych, prócz może Garry'ego, potrafi być okropnie sztywna jak trupy jakimi jesteśmy. Tylko zasady, zasady i jeszcze trochę zasad.

                            - Im wyżej tym więcej. Tym ważniejsze się stają… te zasady. - westchnęła Nadia dodając.- Zapomnij o romantycznym wizerunku wampira z filmowych horrorów. Nasze nieżycie niestety nie jest tak różowe jak je reklamują tanie romansidła dla nastoletnich gothek.-

                            Spojrzała na Ann pytając. - A co ci się właściwie marzy? Podrywanie przystojniaków w nocnych klubach i picie ich krwi podczas seksu?

                            - Nie. - Ann pokręciła głową - Po prostu... - ściszyła głos - To głaskanie śmiertelników... Uważanie by nie zrobić biedactwom w żaden sposób krzywdy…
                            - Doprawdy? Głaskałaś z Larrym tych gangsterów? Bo mi to nie wyglądało na mizianie.- zaśmiała się ironicznie Nadia. I dodała poważnym tonem.- To już nie są średniowieczne czasy Ann. Śmiertelnicy teraz są spisywani i pozostawiają po sobie ślady… także cyfrowe. Każde zaginięcie jest zauważane, każdy zgon odnotowywany, każdy trup badany. Teraz ludziom jest łatwiej wpaść na nasz ślad. Musimy być ostrożni. Ty musisz być ostrożna. Nadal jesteś poszukiwana.
                            - Po tym czasie pewnie sądowo zostało określone, że nie żyję. - machnęła ręką i spojrzała

                            podejrzliwie - Grzebałaś w moim życiorysie?

                            - Sprawdzałam pewne rzeczy… - przyznała Tremere pocierając podbródek. - Trochę dla na wszelki wypadek, trochę… by odpocząć od moich badań. Nie zaglądałam w akta sądowe, ale badałam inne wątki. Nadal jesteś poszukiwana w Kanadzie, aczkolwiek mam wrażenie że…- zamyśliła się.- … robią wszystko by gonić króliczka a nie go złapać. Ci detektywi szukają cię tylko na pokaz.
                            - Gdybym okazała się cała i zdrowa to mogłabym zagrozić ich fortunie. - przewróciła oczami - Fortunie moich braci, bo nie wiem czy ojciec ciągle dycha, a matka była zawsze za nimi. W sumie... - uśmiechnęła się nieprzyjemnie - Mogłabym załatwić kilka spraw rodzinnych, gdybym do nich pojechała. Bez łamania Maskarady. - dziewczyna wyglądała teraz jak zadowolony z siebie kot jaki właśnie pożarł mysz - Les morts ne parlent pas.
                            - Akurat w to upilnowanie praw Maskarady to nie wierzę. - stwierdziła sceptycznie Nadia, po czym dodała.- Obawiam się, że taki cudowny powrót do świata żywych, przyciągnąłby zbyt dużo dziennego światła ku tobie. A dobrze wiesz, co intensywne światło robi z wampirami.
                            - Więc trzeba by załatwić wszystko z cieni. - wzruszyła ramionami - Ale to tylko takie marzenia. Czy ty nie chciałabyś nie być przywiązana tymi prawami i móc we własne ręce wziąć wszystko? Nie pozwalać śmiertelnym robić co im się żywnie podoba? - zapytała nagle.

                            - Nie. Bo przeżyłam coś takiego właśnie. Gdy prawa żywych i nieumarłych stają się martwą literą, gdy anarchia tak ukochana przez Brujah staje się rzeczywistością. - odparła spokojnie Nadia. - I zapłaciłam dużą cenę ze przeży… przetrwanie. Straciłam awatara. Nie chcę wiedzieć, czym zapłacę za przetrwanie kolejnego takiego historycznego epizodu.-

                            Poprawiła okulary mówiąc.- Rzecz w tym Ann, że zawsze znajdzie się ktoś silniejszy od ciebie. I jeśli ciebie nie krępują zasady… to tym bardziej też i jego nie wiążą.

                            - Nie drażni cię nigdy, że po śmierci jesteś bardziej skrępowany prawami niż byłeś przed nią? - kontynuowała - Że nie możesz robić tak wiele... I musisz ustępować śmiertelnym choć mogłabyś dosłownie zjeść ich na śniadanie.
                            - Masz na myśli jakichś konkretnych śmiertelników czy tak ogólnie? - zapytała stara wampirzyca.
                            - Ogólnie.
                            - Ogólnie to nie przypominam sobie ani jednej nocy, podczas której byś ustępowała śmiertelnym. - odparła z przekąsem Nadia.
                            - Pracuję na stacji benzynowej i muszę być miła dla tych dupków. - fuknęła - nie mogę po prostu wyjść na miasto i pokazać im, że są niczym.

                            Nadia zaśmiała się głośno.

                            - Och skarbie. Witaj w kapitalistycznym raju. Narzekasz na to, że musisz pracować…- wzruszyła ramionami. - Znajdź sobie lepszą robotę. Lepiej płatną… może u Lukrecji. Choć pewnie z Larrym masz więcej frajdy od czasu do czasu. On potrafi sobie robić wrogów.
                            - I być dziwką?! - syknęła - Do tego tutaj też trzeba być super milusia dla żywych.
                            - Byłabyś świetną dominą… choć osobiście wolałabym cię w innej pozycji.- odparła żartobliwie bibliotekarka i zamyśliła się.- To co właściwie umiesz robić? Jaką pracą zajmowałaś gdy byłaś żywa?

                            - Pochodziłam z bogatego i szanowanego domu we Francji. - powiedziała z dumą - Byłam przygotowywana do zajmowania się public relations z moją rodziną, jak i social engineering. - pokręciła głową - Ale ukrywając się musiałam złapać się czegokolwiek i po prostu jak typowy biedak robiłam w sklepie. - powiedziała z wyraźną niechęcią.
                            - Jednym słowem, nie umiesz niczego użytecznego. Rozumiem to. - wzruszyła ramionami Nadia. - Sama też niewiele umiałam. I musiałam się wiele rzeczy nauczyć. A ty…-

                            Bibliotekarka poprawiła okulary dodając.- Może czas przestać narzekać na niesprawiedliwość świata i wziąć do nauki?

                            - Och, och. Znalazła się. - prychnęła - Zajmowałam się papierologią Larry'ego, więc z łaski swojej nie próbuj mnie pogrążać.
                            - No to znasz swoje przeznaczenie. Sklepowa na stacji benzynowej.- zakpiła Nadia i spochmurniała dodając.- A tak na poważnie, może powinnaś rozważyć jakieś formy dokształcania się? Zawsze to pozwoliłoby ci przynajmniej zabić nudę.
                            - Dobrze zajmuję się finansami... - westchnęła - Coś liznęłam z prawa i polityki... Czemu w ogóle cię to interesuje? - zapytała podejrzliwie - Cyrila nie obchodziło.
                            - A Cyril… cię znał? - zapytała retorycznie Nadia. Upiła krwawej mary dodając. - Czy też byłaś jego kolejnym pionkiem. Nauczonym podstaw Maskarady co by sobie nie narobić wstydu, a jemu kłopotu. Znam dobrze Cyrila i jego podejście do wielu spraw. I obie dobrze wiemy, że gdyby naprawdę wiedział kim jesteś to narobiłby i sobie i tobie kłopotu swoimi intrygami.
                            - Na początku nawet próbowałam kilka razy coś o sobie przekazać, ale zawsze on szybko to zbywał, a później wręcz kazał mi o tym wszystkim zapomnieć i mu nie zawracać głowy. - wzruszyła ramionami.
                            - I dobrze się stało.- przyznała Nadia z uśmiechem. - Hmm… co teraz? Co planujesz w związku z braćmi? Zabić ich? Procesować się o pieniądze? Czy coś bardziej pokręconego?

                            Ann milczała dłuższą chwilę, rozważając swoją odpowiedź. Kręciła kółko palcem po drewnie blatu.

                            - Nie. - odezwała się w końcu i spojrzała prosto w oczy Nadii - Nie chcę pieniędzy. Nie chcę im zabrać żyć. - uśmiechnęła się półgębkiem - Nic tak prostego. Nic tak szybkiego. - lód w jej oczach był widzialny - Chcę ich zniszczyć. Ich fortuny. Ich interesy. Ich rodziny. Chcę by żyli pośród śmieci wiedząc dlaczego.
                            - Zaczynasz iść drogą tego Tzimisce który zawitał do nas wiosną. Tego z obsesją na punkcie przeszłości. Nie nazwałabym tego zdrowym podejściem do życia, ale przynajmniej zrozumiałym.- przyznała Nadia i zamyślona dodała.- Przynajmniej wyciągnij nauki z porażki Cyrila. Bądź subtelna, planuj krok po kroku i nie pozwól sobie na brak cierpliwości.

                            Ann pokręciła głową ze smutkiem.

                            - Wątpię by kiedykolwiek przeszło to przez fazę marzeń. Wątpię bym ich spotkała jeszcze przed ich naturalną śmiercią. Nie jestem wpływowa.
                            - To dobre podejście. Nie ma co ganiać za zazdrosnym rodzeństwem. W końcu… nie ono cię zabiło.- odparła spokojnie Nadia. - Wykorzystali sytuację, ale nie jej nie wywołali, prawda?

                            Dziewczyna wzruszyła ramionami.

                            - Na pewno młodszy z braci był głównym powodem, że uciekłam z Francji bojąc się o własne życie. Tak, nie wątpiłabym, że mógłby mnie zabić. Co dalej? Czy skontaktowali się jako śmiertelni z Sabatem by na mnie nakierować? - powiedziała z rozbawieniem w głosie - Byłoby to dość zabawne, ale sama widzisz na ile prawdopodobne.
                            - Nie wiem… nie znam za bardzo twojego rodzeństwa. A Francja i Zachodnia Europa to bastion Camarilli.- przyznała Nadia.- Sabat tam nieliczny i słaby.

                            - To może poszukam swojego Stwórcy. - pokiwała się na krześle - Może jak go spotkam to coś mi się przypomni.
                            - A kim jest twój stwórca. Pamiętasz chociaż jak wygląda? Cokolwiek?- zapytała Tremere.

                            Zamyślenie malowało się na twarzy dziewczyny.

                            - To... Ciężkie... - powiedziała ostrożnie - Długo nie mogłam sobie nic konkretnego przypomnieć... Później... W moich koszmarach... - przetarła oczy - Słyszę głos... Jego głos... Jego śmiech, gdy ogarnia zimno... Wiem, że kpi... Ale... - ścisnęła pięść wbijając paznokcie w swoją dłoń - Nie mogę uchwycić sensu słów!
                            - To słaba więź. Równie dobrze mogłabyś wybrać się krucjatę przeciw Sabatowi do Kanady. Logicznie rzecz biorąc, w końcu ubiłabyś swojego ojca w ciemności.- odparła ironicznie Nadia.
                            - Może bym zdołała rozpoznać, chociaż ten głos... - pokręciła głową - Mógł oczywiście zginąć w ataku, ale... Sama nie jestem pewna. Musiał to być Lasombra, a oni przecież ważni w Sabacie, więc na przedzie raczej nie siedział. To są zawsze informacje.
                            - To niewiele informacji.- przyznała Nadia. - Nie wyszukam przez sieć kogoś, kogo głos tylko znasz.
                            - A mogłabyś chociaż wyszukać jakieś informacje o Lasombrze z ostatniego ataku na Nowy Jork?
                            - Pewnie… aczkolwiek nie muszę szukać. Lasombra, który sabotuje plany Księcia nazywa się Samael. To on rozdaje karty w okolicach Nowego Jorku, to on stoi za większością akcji związanych z próbami zajęcia tego miasta. - odparła Nadia wspominając.- Miałam kiedyś okazję rozwalić mu kolano. Całkiem przystojny z niego typ, deczko arogancki.

                            Ann spojrzała zaskoczona.

                            - Skąd ty to wiesz?
                            - Jestem egzekutorką klanu Tremere. - przypomniała jej Nadia.- Brałam udział w wielu akcjach bojowych. Niemniej nie wyciągaj z tego zbyt dalekich wniosków. Poprzedni przywódca Sabatu na terenie Nowego Jorku też miał na imię Samael. Nikt w Camarilli nie zna ich prawdziwych tożsamości, a że wszyscy wiedzą że sieć jest terenem łowów nowojorskich Nosferatu, to Sabat na terenie Nowego Jorku nie korzysta z internetu do komunikacji. Nie wiem też gdzie Samael się ukrywa i ilu ma obecnie podwładnych. Sabat ma wielu wrogów w Nowym Jorku i okolicach. Więc są dyskretni.
                            - Gdyby łatwo było się dowiedzieć to by już nie istnieli. - pokiwała głową - Nie daje to żadnej pewności, bo mogą być też inni, ale... To zawsze jakaś informacja. - uśmiechnęła się krótko - Przynajmniej będę miała o czym myśleć jak znowu będę tonęła w nudzie.
                            - Jest jeszcze Adria, Blademaster i Ursus … hmm… a nie… Blademastera chyba Gorgon ostatecznie ubił. To tacy… słynniejsi porucznicy Samaela. Zabili wielu chłopców Grozy.- zastanowiła się głośno Nadia.- Może jeszcze żyją, może nie… Nie brałam udziału w ostatnich imprezkach. Są Sabatnikami, ale niekoniecznie Lasombra. Może Adria… ale… może…
                            - Adria?
                            - Adria, Adrianna, Nocna Księżniczka. Suka… jak ją osobiście nazwałam.- zaśmiała się Nadia. - Ruska Kainitka, sądząc po manierach… miejski proletariat. Klęła jak szewc, popieściłam ją kilka razy prądem. Niestety nigdy śmiertelnie.
                            - A nie używała żadnych Dyscyplin?
                            - Głównie dominacji. Ta podróbka arystokratki nie lubiła osobiście brudzić sobie rączek.- wzruszyła ramionami Nadia.- Mogła być więc Lasombra… mogła być odrzutem z innego klanu. Dominacja to dość powszechna dyscyplina.

                            - Nie tęsknisz za pracą w Nowym Jorku? To o czym opowiadasz brzmi naprawdę ekscytująco…
                            - Za walką? - westchnęła Nadia. - Tu też jej mam sporo. A jak Sabat zorganizuje coś większego, to przejdzie przez nas albo atakując albo uciekając.-

                            Spojrzała na szklankę z krwią i przesunęła palcem po jej brzegu. - Zapominasz że pomiędzy akcjami Sabatu mijały miesiące a nawet lata. Takie walki nie zdarzają się co noc, a wiesz co się zdarza?-
                            Spojrzała wprost na Ann. - Docinki, złośliwości, zazdrość, pomówienia… oczywiście byłoby gorzej, gdyby się mnie nie bali. Ale to i tak było frustrujące. Nie. Nie tęsknię za gniazdem żmij, jakim była i jest siedziba Tremere. Nie bawią mnie drobne intrygi sfrustrowanych magicznych impotentów.

                            - Ale mogłaś ich ustawiać do pionu, trzymać w szachu strachem! Za każdą urazę wymierzać im kary, trzymać ich w pionie. - Francuzce najwyraźniej ten obraz bardzo podobał się.
                            - Gdyby to było możliwe, to Cyril by już nie żył.- odparła ironicznie Nadia.- Palafox go nie cierpi i gdyby mógł swobodnie wymierzać mu kary, to już dawno zakołkowałby go i zostawił w jakiejś krypcie na wieczność. Niestety nie istnieje coś takiego jak jedynowładztwo w obecnych czasach, a ja nie mogłam wymierzać kar na prawo i lewo. Klan to bagno w którym toniesz, sieć w którą zostajesz wpleciona i uwięziona. Ogranicza cię i wymusza… kompromisy. I nie sądź że u Anarchów jest lepiej. Nie jest. W Sabacie zresztą też nie.
                            - To wydaje się być o wiele lepszym istnieniem od nudnego miałkiego bytowania, gdzie każdy dzień jest kolejną kliszą poprzedniego.
                            - Doprawdy? Tak tęsknisz za ulicami Nowego Jorku i jego brudem? Cóż… niekoniecznie podzielam twoje uczucia. Bądź co bądź, prowadzę ważne badania.- przypomniała jej Tremere.- I wolę je przeprowadzać bez obecności nadętych idiotów w pobliżu. Buców którzy nie widzą wartości w nowoczesnej technologii i metodologii. I wolą nadal tkwić w średniowieczu. Nic dziwnego, że śmiertelni magowie biją ich na głowę.
                            - Nie. Nie za ulicami. - zaprzeczyła - za możliwością pięcia się i dojścia do czegoś. - wywarczała - Możliwości wyszarpania zębami pozycji... Oczywiście ktoś inny za mnie to wyszarpie, ale to inna rzecz.
                            - Na pięcie się w górę musisz być bardziej cierpliwa.- wzruszyła ramionami Nadia.- Nasza “rasa” jest bardzo statyczna… wręcz sztywna. Przetasowania zdarza…-

                            - Widzę, że gołąbeczki flirtują.- znajomy głos nadchodzącej Lukrecji przerwał wypowiedź Tremere. Ćmiąc papierosa poprzez mahoniową lufkę przyglądała się z rozbawieniem obu wampirzycom.
                            - Obejrzałaś wszystkie seriale czy przestałaś się bać zejść jak jest Rose? - zapytała bezklanowa z lekkim rozbawieniem.
                            - Ja tu pracuję. - odparła ironicznie Lukrecja.- Jestem bizneswoman.-

                            Po czym zmieniła temat.- Któraś z was… zapraszała Luciena?

                            - To chyba bardziej twoje progi. - pokręciła głową - Nie wiem jak w przypadku Nadii, ale raczej nie jest osobą która by szukała mojego towarzystwa, a ja tylko raz z nim rozmawiałam.
                            - Hmmm… ma przybyć jutro. Nie wiem czemu. I to mnie trochę niepokoi. - Lukrecja spojrzała na Rose.- Ostatnio mamy za dużo gości, przyjeżdżających tu bez konkretnego powodu.-
                            - Może to przez całą tą hecę z graugami.- wtrąciła Nadia. Lukrecja zaś mruknęła.- Może… ale Lucien mi do tej hecy nie pasuje. On nie lubi sobie brudzić rączek.
                            - Naprawdę nie podoba ci się, że są wreszcie jacyś goście ważniejsi? - mruknęła dziewczyna - Przynajmniej coś zaczyna się dziać poza sabatowymi zabawami i jakimiś kultami.
                            - Lucien nie jest ważny. Jest podejrzany. Ten dwulicowy gad przewija się na obrzeżach różnych intryg. Zupełnie nie rozumiem czemu Primogen Toreadorów trzyma go przy sobie.- odparła z dezaprobatą Lukrecja.
                            - Przynajmniej ma słodką krew. - nagle wymsknęło się Ann.
                            - Nie wątpię. Jest Toreadorem.- odparła ironicznie Lukrecja.- Dużo obiecują, mało dają.

                            - Tak mówią. - wzruszyła ramionami - Właśnie z Nadiuszką rozmawiałyśmy o pięciu się po szczeblach hierarchii.
                            - I gdzie doszłyście na tych szczebelkach? I gdzie zmierzacie? Jaka pozycja ci się marzy Ann?- zapytała Lukrecja przysiadając się.
                            - Do tego, że muszę być cierpliwa. - zaśmiała się - Chyba temu już nie podałam. Cierpliwość jest dobra dla innych. A co mi się marzy? - wzruszyła ramionami - to trudne pytanie Jak zadaje się komuś, to ponad ulicę nie wyszedł, a dopiero teraz coś się dzieje. Na pewno chciałabym być kimś o wiele więcej w Nowym Jorku.
                            - Jeśli już celować to w konkrety. - oceniła Lukrecja, a Nadia dodała sarkastycznie. - Bo wtedy wiesz kogo masz ubić, żeby dostać upragniony stołeczek. Bo na śmierć z przyczyn naturalnych liczyć nie możesz.

                            - Zostanę pierwszym Primogenem tych, co wcale nie mają rodowodu. Już widzę jak zachwyceni byliby inni z Klanów. - sama zaśmiała się na ten pomysł.
                            - Nawet jeśli uda ci się zdobyć pozycję Palafoxa, to zgadnij dla kogo ją zdobędziesz.- zażartowała Nadia. A Lukrecja spytała.- To już ją wyciągnęliście do swojej małej kliki czarowników?-
                            - Cyril ją wciągnął i przez to jest pod naszą… “opieką”.- wyjaśniła Nadia.- A przez opiekę winnaś rozumieć… nadzór.
                            - Nigdy nie wiadomo czy nagle nie zaczęłabym władać Magią Krwi, prawda? - wyszczerzyła się do Nadii.
                            - Raczej nie będziesz.- westchnęła Nadia i zobaczywszy podejrzliwie spojrzenie Lukrecji dodała.- Nie będzie. Co to za pomysły.

                            - Tak naprawdę... - przysunęła się do Lukrecji jakby miała jej wielki sekret przekazać - Tremere prowadzą na mnie eksperymenty, aby stworzyć jak najsilniejszego użytkownika Magii Krwi, przez co dowiedzą się w jaki sposób taką wiedzę wykorzystać na wzmocnienie swoich własnych członków Klanu. To tajemnica, ale już wiesz co to za bardzo ważna misja Nadii - ona po prostu ma tutaj na mnie oko.

                            Lukrecja przyjrzała się w zaciekawieniu Ann, a Nadia westchnęła. - Nie mnóżcie głupawych teoryjek, zawsze znajdzie się jakiś naiwny nowo-przebudzony który w nie uwierzy.
                            Ann uśmiechnęła się, ale nie powiedziała nic na to.

                            - A co tutaj robi Rose? Co takiego przekazała naszemu księciu?- zapytała Lukrecja zmieniając temat i spoglądając wyczekująco na Ann.

                            Ann zacmokała.

                            - Tak wprost? Bez gry wstępnej? I to na oczach innych?
                            - Nie wystarczy ci jedna kochanka? I włażenie do łóżka mojej Miracelli?- westchnęła teatralnie Ventrue.
                            - Nie wiem co ci nagadała gówniara, ale ja tego dziecka nie tknęłam w wyrku! - powiedziała z udawanym urażeniem - Po prostu mnie to boli, że najwyraźniej myślisz o mnie tak nisko. Byłaś w finansach i wiesz, że nie ma nic za darmo.
                            - Teraz tak. Nie skorzystać z takiej okazji jaką była moja słodka Miracella. Myślałam że masz lepszy gust. - odparła Lukrecja ironicznie i mruknęła.- No wiesz… żadnego zaufania do własnej partnerki biznesowej. Musimy się dzielić informacjami jeśli chcemy razem… opuścić to miasteczko.-

                            Nadia tylko prychnęła ironicznie słysząc te słowa.

                            - Widzisz? Mój Surveillant nie popiera twoich słów. - westchnęła ciężko - A do tego prócz słów i miłych zapewnień to cała ta sprawa jest dość pisana palcem na wodzie.
                            - No i? Wolisz mieć u mnie dług? Czy wymienić informacje wiedząc, że następną przysługę będziesz musiała spłacić od razu?- zaczęła się targować Lukrecja.
                            - A jaką będę miała pewność, że nie pozostawisz mnie na lodzie, gdy sama zgarniesz nagrodę?
                            - Będę potrzebowała lojalnych sojuszników w Nowym Jorku. Pewnie po ostatnich czystkach niewielu ich zostało. - zastanowiła się głośno Lukrecja. - Będę potrzebowała tam ciebie.

                            Ann spojrzała na Nadię.

                            - Tremere mogą mieć coś przeciw, prawda?
                            - A bo ja wiem…- machnęła ręką Nadia.- Każdy Kainita jest powiązany różnymi interesami z innymi wampirami i śmiertelnikami.

                            Spojrzała na Lukrecję. - A że Augusto nie darzy miłością Księcia, wątpię by mu przeszkadzał twój flircik z jego niedoszłą zabójczynią.-

                            - Nikogo nie planowałam zabijać.- oburzyła się Lukrecja.
                            - No tak… przynajmniej twierdzisz.- wzruszyła ramionami Nadia. - Zresztą mi to obojętne.

                            - Hmm... - Ann wydała się ciężko zastanawiać - Może i mam coś ciekawego do przekazania. Ale pewnie to coś co ciebie może niemiło trącić. - spojrzała na Lukrecję - Bo w sumie jest w pewien sposób związane z Księciem Nowego Jorku. - powiedziała niewinnie jednocześnie zapuszczając tak sieci.
                            - Nie mam zatargu z Księciem.- odparła Lukrecja.
                            - Twoje dawne intrygi świadczą o czymś przeciwnym.- oceniła Nadia, a Ventrue uniosła się dumą.- DAWNE intrygi. To przeszłość bez znaczenia. Zostałam ukarana i nie żywię urazy do Księcia.
                            - Przynajmniej tak długo jak ktoś to widzi. - stwierdziła bezklanowa.
                            - Nie.- machnęła dłonią Lukrecja.- Dostałam nauczkę. Nie knuć przeciw Księciu, bo to niezdrowa rozrywka.
                            - To teraz będziesz mogła przeciw jego gówniarzowi! Szczylik ubzdurał sobie bycie księciem tej domeny po anarchach. - wyjaśniła rozbawiona.
                            - Hmm… jakiś desperat. To jeszcze większa dziura niż Stillwater. I w dodatku zupełnie pozbawiona jakiejkolwiek podstawy na której można budować swoje księstwo.- zdziwiła się Lukrecja.- Kto by się chciał tam gnieździć?
                            - Poradziłam Joshule by zrobił z niego swojego podwładnego jaki będzie po prostu za niego zarządzał tamtą dziurą. - zaśmiała się wrednie - Oczywiście nie jest zachwycony, bo on by chciał spokojnego istnienia tutaj. Ja sądzę, że to będzie fajnie obserwować. Jak slapstick comedy!
                            - Raczej naruszenie Maskarady. Ukaranie winnego pewnie ci się spodoba Ann, ale sprzątanie bajzlu po nim będzie… wrzodem na tyłku.- oceniła Nadia.
                            - Niech się ten gnojek nauczy jak to jest być niczym. - Ann nawet nie ukrywała swoich niechęci do potomka Księcia.
                            - On się będzie uczył, a my dostaniemy rikoszetem.- westchnęła poirytowana Nadia.- Nie mamy takich zasobów i koneksji jak Książę Nowego Jorku. Nam trudniej będzie posprzątać brudy. Nie powinnyśmy pozwolić jakiemuś nieopierzonemu smarkowi bawić się w księcia tuż obok naszego podwórka. Żeby chociaż dostał jakiegoś doradcę, który wie z czym to się je.

                            Na te słowa Ann spojrzała na Lukrecję.

                            - Ma rację. - przyznała Ventrue spokojnie.
                            - Więc będziesz miała podopiecznego! - odezwała się do Ventrue.
                            - Na smyczy…- wzruszyła ramionami Lukrecja.
                            - Ja ci będę kibicować w tym. - wyszczerzyła się Ann.
                            - Nie wątpię.- odparła ironicznie Lukrecja, po czym wstała. - Zostawiam was teraz gołąbki. Niestety zarządzanie interesem wymaga mi poświęcenia mu nieco uwagi.
                            - Jesteś nudna. Zachowujesz się jakbyś tutaj miała interes wielkości światowej spółki. - Ann zaironizowała.
                            - Może interes mały, ale wymaga opieki i pozwala mi żyć wygodnie. - przyznała z dumą Ventrue.
                            - Książę na pewno byłby dumny, że udało ci się aż tak zmniejszyć własne wymagania.
                            - Jak się nie ma co się lubi, to się lubi co się ma. - odparła filozoficznie Nadia. A Ventrue odparła ironicznie. - Od czegoś trzeba zacząć, mam całe lata by z tej drobnej roślinki wyhodować duże drzewo. Naucz się myśleć w takiej perspektywie. Nie bądź krótkowzroczna jak Brujah.
                            - Wierzę. W końcu mówisz z doświadczenia. - Ann powiedziała półgębkiem.

                            Ventrue prychnęła tylko i odeszła. A Nadia spojrzała na Ann mówiąc krytycznie.

                            - Ty jednak powinnaś skończyć na czyjejś smyczy. Ukrywasz bowiem w sobie pierwiastek autodestrukcji.
                            - O czym mówisz? - Ann spojrzała zaskoczona.
                            - Droczysz się z nią, droczyłaś ze mną kiedy byłaś pod wpływem mojej krwi. Ty lubisz być karana. Lubisz być zdominowana… - oceniła Nadia w zamyśleniu.
                            - To nie jest prawda. - zaprzeczyła - Z tobą to było... Emm... W sumie nie wiem. - wzruszyła ramionami - Bardziej lubię to uczucie... Naginania sytuacji, znajdowania się w zagrożeniu z jakiego zdołam umknąć. To w sumie daje takie poczucie bycia nie do powalenia, wiesz?

                            - Naprawdę kusi mnie nakarmienie cię moją krwią. - westchnęła Nadia przyglądając się poważnie Ann. - Jesteś jak Larry… dziwne że jeszcze nie wskoczyłaś mu do łóżka. Macie dużo wspólnego.
                            - Jego zachowanie to już na mój gust za dużo, bo ociera się często o samobójstwo. I bez krwi nie ciągnie mnie już do spraw łóżkowych. Z krwią... Po prostu czuje się emocje z tego płynące. - wyjaśniła - A wtedy z tobą... Chyba najbardziej kręciło mnie to uczucie, że tobie sytuacja sprawiała jakąś radość.
                            - Nie wiem czemu nie przyszło do głowy, by go uwieść po to by podzielił się swoją krwią.- zadumała się Nadia i uśmiechnęła się.- Jest pewna przyjemność dla mnie płynąca z dominacji nad kimś… przyznaję. I ta przyjemność nie zanikła z popędem. Aczkolwiek jest słabsza niż kiedyś.
                            - Więc musisz mocniej dominować?
                            - Raczej… spróbować twojej krwi też… - westchnęła Nadia.- Co nie byłoby dobrym pomysłem.
                            - Żeby zacząć mieć do mnie uczucia? - zdziwiła się.
                            - Może nie zauważyłaś, ale odczytanie boskiego kodu ze świętej księgi jest moją obsesją. Chcesz być drugą?- zapytała retorycznie Nadia.- Moja miłość jest zaborcza i zazdrosna… brutalna niemal.
                            - A miałaś kiedyś kogoś?

                            - Hmm… tak. Nie skończyło się to dobrze dla niego. Dla mnie też nie. - przyznała Nadia wzruszając ramionami. - Zabiłam go.
                            - Czemu? - Ann pokręciła głową z niedowierzaniem.
                            - Miałam na jego punkcie obsesję, jestem osobą dominującą i zaborczą i… w szale zazdrości pozwoliłam Bestii na przejęcie kontroli…- Nadia zakryła dłonią twarz. - Dosłownie rozerwałam go na strzępy. Gdy do siebie doszłam… wszędzie była krew i wnętrzności i… ja pośrodku nich. Mogłam zginąć, ale ostatecznie… dwadzieścia lat odosobnienia tak jak Cyril. W praktyce dziesięć, bo Sabat zaatakował i wypuszczono mnie z pustelni bym zabijała.
                            - A więc... Och. To już po śmierci. - Ann naprawdę była w szoku - Inny Tremere?
                            - Mhmm… uczeń Augusto. Armand. Jeszcze ze starego kontynentu.- westchnęła wampirzyca.- Więź krwi jest silna jak miłość, ale są różne rodzaje miłości… różne temperamenty, moja… jest toksyczna.
                            - Byś chciała zatłuc Willa, że z nim chce mieszkać…
                            - Mhmm…- przyznała wampirzyca.- I ubiła twojego ghula zapewne.

                            Zaśmiała się.- Choć jestem potężna, to jednak nie wiem czy zdołałabym zabić Willa. On ma szansę przetrwać.

                            - A jak dawno temu zabiłaś dziecko Augusto?
                            - Chyba tuż po przybyciu do Nowego Jorku. Jakieś dwa lata po dołączeniu do tamtejszych Tremere. - zastanowiła się Nadia wspominając.
                            - Augusto chciał cię ubić za to?
                            - Nie. Nie on. Inni tak. Uznali mnie za niebezpieczną… Morderstwo to zbrodnia. Ulegnięcie Bestii to zbrodnia i słabość. Powinni mnie zabić. Augusto uznał jednak, że klan nowojorski niewiele zyska tracąc dwóch potężnych członków. Utrata jednego była wystarczajo bolesnym ciosem, więc okazano mi łaskę. I skazano tylko na odosobnienie.- wyjaśniła Nadia. - Nowojorskie klany nie przepadają za wprowadzaniem w torpor. To, według nich, marnotrawstwo potencjału ich członków.
                            - To temu się boją ciebie?
                            - Między innymi… dlatego. Poza tym zabijam zdrajców i odszczepieńców Tremere. To jest drugi powód.- wyjaśniła Nadia.- Jestem zabójczynią na usługach Augusto i tak jak Piękna Księcia zabijam tych, po których jestem wysłana.

                            - Dziwne, że tu zostałaś. Oni tam teraz nie mają swojego zabójcy, a ty tutaj siedzisz na zadupiu... A może masz na kogoś zlecenie?
                            - Cóż… nie jestem jedyną zabójczynią Domu Tremere. Jestem za to jedyną zabójczynią bezpośrednio służącą Augusto i pamiętaj Ann…- pokręciła palcem.- Nie jestem Lukrecją. Mogę wrócić do Nowego Jorku w każdej chwili. I to na tak długo na ile będę chciała. Palafox wysyła maila… ja wracam i wykonuję zadanie. A potem udaję się znów do Stillwater. Pamiętaj, nawet jeśli chcesz wrócić do Nowego Jorku, to nie chcesz zamieszkać w klanowym opactwie. Siedziba Tremere jest… niezdrowa.

                            Ann spojrzała zdziwiona.

                            - Niezdrowa? Pewnie mniej niż leżenie na bruku wśród śmieci i unikanie pachołków Grozy.
                            - Wprost przeciwnie. Na ulicy jesteś w stanie dostrzec zagrożenie zanim będzie za późno. W siedzibie Tremere nie masz takiego luksusu.- wzruszyła ramionami Nadia.
                            - Ale nie jestem Tremere. Wątpię bym była czymkolwiek więcej niż lepszym ghulem dla was.
                            - Nie wszystko co siedzi w domu Tremere jest… wampirami Tremere. - wzruszyła ramionami i uśmiechnęła się pytając. - Zapewne miałaś nieraz okazję pograć w szachy i wiesz jak ważne są figury, oraz jak liczne pionki… i że większość gry toczysz właśnie tymi pionkami. I poświęcasz je, gdy zajdzie taka potrzeba. To że nie jesteś ważna, nie oznacza, że bezużyteczna. I że nie można cię poświęcić dla swoich celów.

                            Writing is a socially acceptable form of schizophrenia.

                            1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                            0
                            • AbishaiA Niedostępny
                              AbishaiA Niedostępny
                              Abishai jako XXI
                              napisał(a) ostatnio edytowany przez JhnW
                              #45

                              Koszmary były upiorne. I znajome. Pobudka z nich była szybka i mało wstrząsająca. Myśli Ann przestały zajmowały koszmary. Miracella zadzwoniła z nowinkami. Wspomniała że właśnie ktoś nowy zjawił się w hotelu Lucien S. Beauregard. Pojawienie się tego Toreadora w mieście było samo w sobie ciekawostką. To że jednocześnie nadal była tu Rose, budziło nadzieję na ciekawe spotkanie między nimi.
                              Coś czego warto było być świadkiem.
                              Ann dobrze wiedziała że Rose i Lucien się znają. Dobrze też znała reputację Toreadora, nawet jego Primogen wypowiadała się o nim niepochlebnie.
                              Krótko mówiąc, Lucien był złym chłopcem.
                              Był też chłopcem światowym. Dlaczego więc zamierzał się zjawić w Stillwater? Co takiego kryła ostatnio ta mieścina, że ściągała znaczące postacie z Dużego Jabłka? Cóż… Ann mogła się tego dowiedzieć jadąc do Róży.

                              A to nie była jedyna niespodzianka. Ktoś jeszcze był w domu poza Williamem i ghulem Ann. Ktoś słuchający Mozarta w pokoju gościnnym. Ktoś znajomy. Jej znajomy mag Vincent . Siedział tyłem drzwi skupiony na kartach leżących przed nim. Właściwie na jednej z nich. Był zamyślony, zasępiony wręcz. Chyba jej jeszcze nie zauwa…

                              - Jak drzemka? Wyspałaś się? Oby. Bo myślałem o randce. Co ty na to?- a jednak zauważył bez spoglądania za siebie. Nadal bowiem jego wzrok przykuwały karty. A właściwie tylko jedna z nich. Całkowicie odmienna od reszty i nie pasująca do talii.

                              Karta nie służąca do gry. Raczej rycina przypominająca ilustrację z renesansowej książki. Rycerz na koniu podążający do zamku .

                              - Znasz jakieś dobre restauracje w Nowym Jorku? Bo tam się wybieramy. Znasz może… znasz na pewno jakichś miejscowych magów? Bo mam do nich interes i potrzebuję przewodniczki. - mówił żartobliwie ale twarz miał poważną. A Ann zrozumiała się że za randką kryje się interes. No tak, tego można było spodziewać się po Vincencie. Nie był typem romantyka. Nie był też nigdy tak bardzo… zaniepokojony?

                              Cokolwiek kryło się za tą kartą, wyraźnie wytrąciło go z równowagi.

                              1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                              0
                              • ZellZ Niedostępny
                                ZellZ Niedostępny
                                Zell jako Ann Paige
                                Moderator Obsługa
                                napisał(a) ostatnio edytowany przez JhnW
                                #46

                                Ann uśmiechnęła się na widok Vincenta. Mówiono jej, że ma nie nagabywać go, tylko na jego ruch czekać.

                                - Znam i restauracje, i magów. - usiadła przy stole przed mężczyzną - Tylko jaki smak maga poszukujesz? Nie mówimy o martwych, prawda?
                                - Kogoś nie z loży…- westchnął mężczyzna spoglądając na karty.- Kogoś dobrze poinformowanego, ale nie należącego do Loży Czarnej Róży.
                                - Znam taką osobę! - oparła policzek na dłoni - A ile chcesz na randkę wydać?
                                - Stać mnie na bardzo wykwintną. - przyznał Vincent składając karty w kupkę. - Najpierw mag, potem randka. Co ty na to?
                                - No dobrze... - zgodziła się i westchnęła.
                                - Załatwiłem ci przepustkę do miasta… w zasadzie to William załatwił więc nie musisz się martwić przyłapaniem przez miejscowe wampiry.- rzekł do niej Vincent i spojrzał przez ramię na nią. - Ile czasu potrzebujesz na przygotowanie się?
                                - Tyle co chwila. - wzruszyła ramionami.
                                - Dobrze… to rozgrzeję silnik auta.- odparł Mag udając się na zewnątrz.


                                Dobór stroju był o wiele łatwiejszy, gdy temperatura powietrza nie miała znaczenia. Ann spokojnie mogła więc założyć gustowną małą czarną i pończochy na podwiązkach. Niemniej należało okazać nieco zrozumienia dla aury panującej obecnie w Nowym Yorku i okolicach. Toteż do tego stroju dobrała czarne kozaki do kolana i skórzaną kurteczkę obszytą czarnym futrem. Do tego torebka ze złoceniami i złote dodatki.
                                Okazało się że Williama stać było na takie kaprysy i chętnie zakupił dla niej cały ten strój wyjściowy.
                                Idąc i spoglądając na maga, zauważyła że zrobiła oczekiwane przez siebie wrażenie.


                                Vincent podróżował dyskretnie, acz z klasą. W solidnym i ciężkim suvie koloru burgunda ze stajni Lincolna . Czekał na Ann za kierownicą, całkowicie zamyślony. Nic dziwnego, że nie zauważył jak podeszła. Lub udawał że nie zauważył.-|
                                Ann zbliżyła się w czarnej sukni wieczorowej z pomalowanymi oczami i ustami. Otworzyła przednie drzwi pasażera i usiadła na miejscu.

                                - Co się dzieje?
                                - Jest wywierany na mnie dyplomatyczny… nacisk. W bardzo starym stylu.- odparł mag ruszając samochód z miejsca. - I chętnie się dowiem, dlaczego.
                                - Jaki nacisk? Przez kogo?
                                - Przez Lożę. Sugerują pomoc w mojej sytuacji w zamian za załatwienie pewnej sprawy. I przesłali delikatną groźbę… którą zrozumieją tylko osoby takie jak ja.- sięgnął do kieszeni i podał Ann rycinę z rycerzem. - Zauważyłaś na niej coś niezwykłego?-
                                - Rycerz sugeruje zachowanie tajemnicy? I czy ta sprawa ma coś wspólnego z naszymi pieskami? - zapytała.
                                - Pytali się o wilkołaki. Liczą, że załatwię coś od nich dla nich. W zamian sugerują wdzięczność i pomoc. Tyle że…- odparł Vincent.- Nie muszę być z Nowego Jorku by wiedzieć, że ich oferta jest za hojna by była realna. No i grożą “wypadkiem” gdybym się wygadał swoim w Baton Rouge. Uważają mnie za słabego, pozbawionego silnego oparcia w rodzimej Fundacji. Mają rację w tej drugiej kwestii, ale nie w pierwszej. I nie będa byle magowie bezkarnie mi grozić.- ostatnie słowa wypowiedział tonem urażonej dumy i irytacji.
                                - Ja dostałam cynk z Nowego Jorku, że oni się pieskami interesują, więc tacy tajemniczy nie są. - wzruszyła ramionami.
                                - A wiesz… czemu się interesują? Wilkołaki to ekscentryczna banda futrzaków. Kumplują się z Werbenami, acz wątpię by loża składała się z czarownic gotujących ziółka w kociołku. Wilkołaki interesują tylko uczonych mających bzika na ich punkcie. Nie. W tym musi się coś kryć.- odparł mężczyzna.
                                - Próbowali się już dogadać z wilkołakami w metropolii, ale nie wyszło. Jeden z ich dawnych mistrzów był ich przyjacielem, ale wilki teraz do loży niechętnie są nastawione. Potrzebują od niczego, ale polubownie się nie udało.
                                - Po co Loży sojusz z futrzakami? To nie ma sensu. Interesy Magów i Wilkołaków rzadko się ze sobą schodzą. Toczy się jakaś wojna między nimi w cieniach, jakiś konflikt który by chcieli wygasić? - zapytał Vincent.
                                - Tego to już nie wiem. - wzruszyła ramionami.
                                - I tego spróbujemy się dowiedzieć.- odparł Vincent prowadząc auto. Ann znała tą drogę jak własną kieszeń i wiedziała, że pokonali już połowę trasy do Nowego Jorku. - To kim jest ten twój magiczny kontakt?
                                - Niespodzianka? - uśmiechnęła się jednocześnie wbijając treść SMSa w komórkę, którego wysłała Marge:

                                "Musimy się spotkać. Pilne. Gdzie chcesz?"
                                Odpowiedź przyszła szybko. “Zajęta jestem. Po co?”
                                "Mam dzianego co bardzo potrzebuje informacji. I dyskrecji. Znowu bawisz się z tymi dziwnymi metalakami?"
                                “Pracuję z dziaduniem nad ulepszeniami Tronu. Mam nowe zabawki ^^ “ tego się można było spodziewać po tej blondynce.
                                "Nie daj się prosić, fajny jest. Jeden z was."
                                “To niekoniecznie zaleta. Nie wszystkich magów lubię. Przyjeżdżaj do D.Inferno. Tam jestem.”
                                "Dzięki wielkie, kocham cię.
                                |--|
                                [ "
                                “Tylko moją krew kłamczucho.
                                |--|
                                ”

                                - Załatwione. W Nowym Jorku cię pokieruję. - odezwała się do Vincenta.
                                - Ok.- zgodził się mężczyzna i kierowany jej poleceniami ruszył wprost do serca domeny Anarchów.


                                Zatrzymali się w dość zakazanej okolicy, czym jednak Vincent się nie przejął. Ann zaś czuła radość z tego że znowu byli w Nowym Jorku. Jej spojrzenie powędrowało do znajomego miejsca.
                                Kafejka internetowa wyglądała na zamkniętą. Niemniej wampirzyca wiedziała, że miała ona tak wyglądać. Zamknięty, nieczynny bo nierentowny, interes nie przyciągał uwagi niewtajemniczonych.

                                Kundlica wysiadła na miejscu i poprowadziła Vincenta.

                                - Ciekawe co będziesz o tym myślał. - stwierdziła.
                                - A co powinienem myśleć? Wygląda jak nora.- ocenił mężczyzna przyglądając się fasadzie kryjówki magów.

                                Ann stanęła przed wejściem i pięścią "zapukała".
                                Raz… potem drugi… potem trzeci. Potem… w końcu drzwi się otwarły nieco.
                                I stanęła w nich drobniutka dziewczyna o pół głowy niższa od Ann.

                                Z ufarbowanymi na ciemny róż włosami i dość ostrym makijażem. Miał on dodawać zapewne wraz z gotycką koszulą powagi dziewczęciu. Ale nie dodawał, przy tak mizernym wzroście.

                                - Kim jesteście i czego tu chcecie? Nie widzicie, że zamknięte? Remanent jest.- burknęła dumnie dziewuszka.
                                - Chłopaka przeprowadziłam, filantrop chce dać wam na lepszy lokal. - powiedziała wskazując na Vincenta.
                                - Nie jesteśmy zainteresowani.- odparła dumnie dziewuszka zadzierając nosa, po części dlatego żeby okazać stanowczość. Po części dlatego, że… tylko tak mogła spojrzeć Ann w oczy.
                                - Wpuść ich Ellie. - odezwał się znajomy głos z głośników. - To klienci.-
                                - Od kiedy mamy klientów. Poza tym ile razy mam mówić… Morgana, nie Elizabeth czy Ellie.- burknęła różowowłosa głośno przepuszczając oboje. I mrucząc pod nosem.- Kiedyś ci ześlę taki koszmar Marge że się zesrasz ze strachu na VR-rze.

                                Ann z rozbawieniem przysłuchiwała się tej wymianie zdań i zerkała na reakcje Vincenta.
                                Ten tylko pokręcił głową. A głos z głośnika odzywał się.- Daj spokój z tymi ksywkami wziętymi z legend arturiańskich. To pozerstwo. Ach ta młodzież, mam rację Wilhelm?-

                                - Sama też miałaś ksywkę na początku. Jak ona brzmiała? Neonowa śm…- nagle dźwięk męskiego głosu dochodzący z głośników się urwał. Zaś Ann i Vincent weszli do głównego pomieszczenia. Pełnego komputerów, monitorów CRT i kabli.. wszędzie były kable i różne wybebeszone pudła komputerowe pełne drukowanych płytek, chipów, różnych tranzystorów i innego elektronicznego badziewia. Panował tu jeszcze większy bajzel niż Ann pamiętała z ostatniej wizyty.

                                Morgana alias Ellie zamknęła za nimi drzwi.

                                - Są w piwnicy, drzwi na prawo. Uważajcie na głowy, strop niski. I na schody… strome i z kablami rozciągniętymi wzdłuż nich.- wtrąciła.
                                - Są? - zapytała o tę liczbę mnogą.
                                - No… dziadunio i zdzira. Pracują nad Tronem.- burknęła Ellie i ruszyła do swojego kącika ukrytego za starym kontuarem, pełnego słoików i gałązek i ziółek i płynów.
                                - Chcecie herbaty?- zapytała nie zdając sobie pewnie sprawy z kim ma doczynienia. Przynajmniej jeśli chodzi o Ann.

                                Ann spojrzała na Vincenta.

                                - Ty chcesz? - wróciła spojrzeniem do kobiety - Ja mam nietolerancję pokarmową. - powiedziała uśmiechając się i lekko pokazując kły.

                                Ellie trochę zbladła na ten widok, a Vincent pokręcił głową.- Wolę kawę.-
                                Sięgnął do kieszeni po paczkę papierosów i zapalniczkę. Spojrzał na Ellie.

                                - Można?
                                - Jasne. To twoje płuca.- wzruszyła ramionami drobniutka magiczka.
                                - Co to jest ten Tron? Remake już robią tego? - zapytała wampirzyca.
                                - Gdzie tam. Pompatyczna nazwa nadana przez Marge krzesłu i zestawowi do rozszerzonej rzeczywistości. - zaśmiała się Ellie robiąc sobie herbatę, podczas gdy Vincent zapalił papierosa i zaciągnął się dymem. - Marge używa go do swojej magyi i dłubie przy nim, kiedy go nie używa. To jej zabawka.
                                - Ty nie masz tu swoich zabawek? - zapytała rozglądając się po... cieniach jakie rzucały kable.
                                - Mam.. tylko że przenośne. - odparła z uśmiechem Ellie wskazując na półki pełne słoików i ziół i korzeni znajdujące się za nią.
                                - To pewnie młoda Werbena. One są jak archetypiczne czarownice i wróżki.- wyjaśnił Vincent wtrącając się w rozmowę i puszczając kółko dymu.
                                - Myślałam, że jesteś od nich. - ogarnęła ręką pomieszczenie pełne kabli - Nie jesteś?
                                - Mnie szkoli Herb, nie dziadunio. A filozofia Wirtualnych w ogóle mi nie podchodzi. Jestem jednak członkinią Fundacji.- wyjaśniła dziewczyna.

                                Ann pokiwała głową choć tak naprawdę nie wiedziała za bardzo o czym jest mowa.

                                - Nie zawracajmy jej głowy. Pewnie już tam na nas czekają.- zaproponował Vincent gestem wskazując Ann drzwi do piwnicy.
                                - Następnym razem nie pogardzę krwią w szklance. - zażartowała nim ruszyła do piwnicy.

                                Ellie miała rację, było tu wąsko i dość ciemno. Niski sufit i strome schody nie ułatwiały zejścia na dół. Podobnie jak walające się po schodach kable mierniki i przedłużacze.
                                |-Sama piwnica była mała i ciasna. Na jej środku stało coś co kiedyś musiało być nowoczesnym fotelem dentystycznym. Obecnie było zabudowane różnymi sprzętami elektronicznymi. Jakimś białym hełmem-garnkiem na szczycie, rękawicami z czujnikami, kilkoma klawiaturami oraz monitorami. Znany Ann dziwaczny mag rozłożył właśnie jakiś elektroniczny sprzęt u podstawy tego fotela i używał spawalnicy na drukowanej płytce. Zaś Marge mierzyła jakieś wartości za pomocą kamery w komórce. Spojrzała na dwójkę gości.

                                - Aaaa… mag ze Stillwater. Co was tu sprowadza? Co to za pilna sprawa?- zapytała.

                                Kundlica spojrzała na Vincenta.

                                - Nie wstydź się, przedstaw siebie i sprawę. - powiedziała opierając się o ścianę.

                                Vincent nie mówiąc nic podał blondynce rycinę. Ta obejrzała ją mówiąc.- Noo… ładna i wygląda na starą. Ale wiesz… średniowiecze to nie moja działka, ja patrzę w przyszłość.-

                                - Ech… O tempora, o mores!- westchnął Vincent. - Niczego was już nie uczą?-
                                - Na pewno nie takich bzdurek.- odparła zadziornie Marge wachlując się ryciną.- Co to ma być.-
                                - To jest groźba bez groźby. Przestrzeżenie bym był dyskretny.- wyjaśnił Vincent.- Od Loży. Tej loży.-
                                - Uuuu… to musiałeś im nieźle podpaść.- odparła Marge.
                                - Wprost przeciwnie, raczej chcą czegoś ode mnie oferując w zamian bliżej niesprecyzowaną przysługę.- wyjaśnił Vincent.
                                - No… to uważaj przy podpisywaniu cyrografu. Ona ci powie jak jej szef wyszedł takim dealu z Lożą.- stwierdziła blondynka wskazując na Ann. Tymczasem Wilhelm oderwał się od swojej roboty, przechwycił rycinę i gwizdnął na jej widok.- Uu… wyraźnie nie chcą rozgłosu.
                                - Na pewno po tym jak załatwili Cyrila, a w ten sposób też innych Spokrewnionych. - mruknęła.
                                - A bo to Cyril jest jedynym naiwnym ? - zaśmiała się Marge i wzruszyła ramionami. - Nie tylko twój Tremere wchodził z nimi w konszachty. Także inni z jego klanu. I Ventrue, i Toreadorzy. Cała ta ich wpadka z Cyrilem niespecjalnie im zaszkodziła. Ostatecznie żadna strona nie chce wojny, a wampiry pakują się w łapy loży dobrowolnie.-
                                - A propos wojen, toczy się jakaś między lożą a wilkołakami ? - zapytał Vincent.
                                - Nie. Wilkołaki miejskie jeśli piorą się po pyskach to między sobą. Nie mieszają się w sprawy innych stworzeń mroku. Mają nawet jakiś sojusz z Gangrelami, ale ja wam o tym nie mówiłam, to tajemnica.- zaśmiała się blondynka.
                                - Nie mów, że ich Primogen jest tak zdesperowany, aby łasić się do nóg magom... - Ann zakryła oczy dłonią.
                                - Nie nie… to wilkołaki mają sojusz z Gangrelami. Nie magowie.- zaśmiała się Marge. - Loża nie lubi się wiązać sojuszami z organizacjami. Bardziej woli wiązać się przysługami z jednostkami, takimi jak wasz Książę. Loża użyczyła swoich magów do kryzysu związanego z Cyrilem, kryzysu do którego wywołania się przyczyniła. Ale ostatecznie to Cyril podejmował decyzje i ryzyko. I to on poniósł cenę.-
                                - A co mają wspólnego wilkołaki z Lożą?- zapytał Vincent. - Czemu magom z niej tak bardzo zależy na kontaktach z nimi?-
                                - Może chcą odnowić przyjaźń? Poprzedni szef loży był w dobrych stosunkach z wilkołakami. Przyjaźnili się. Nie wiem co się potem stało.- wzruszyła ramionami Marge.
                                - Zbrodnia się stała. Poprzedni mistrz Loży został zamordowany przez swojego następcę i jego klikę. Oficjalnie nazwano to niefortunnym wypadkiem.- wtrącił Wilhelm odrywając się od pracy. - I szybko umorzono śledztwo. Ale gdy jeszcze byłem akolitą w Loży, krążyły plotki że to nie był wypadek. Tyle że plotki to za mało… a śmierć maga łatwo upozorować na wypadek, gdy się włada Entropią i Życiem.
                                - Wy naprawdę jesteście dziwną grupą. - stwierdziła wampirzyca - Wszystkie te wasze sztuczki są dziwne.
                                - Potężne przede wszystkim.- stwierdził Wilhelm.- I jednocześnie ograniczane tym co więzi Śpiących, śmiertelnością.-
                                - Wilkołaki pewnie też podejrzewały zbrodnię?- zapytał Vincent.
                                - Pewnie tak, ale nie uznały tego za aż tak ważną sprawę, by wymierzyć sprawiedliwość. Ot, zdystansowali się od magów z Loży bardziej niż od innych magów. I mają rację. Czytaliście może Pratchetta?- zapytał Wilhelm, a Vincent skinął głową na potwierdzenie.

                                Ann natomiast pokręciła głową.

                                - Cóż… jednym z pomysłów Pratchetta była Gildia Zabójców. Osadzona głęboko w tradycji organizacja snobistycznych zabójców.- odparł Wilhelm z uśmiechem. - Wyobraź sobie moja droga archetypicznych dżentelmenów z czasów wiktoriańskich będących jednocześnie socjopatycznymi mordercami gotowymi z uśmiechem wbić nóż w plecy konkurenta.
                                - Czyli w sumie Ventrue.- odparł Vincent.
                                - Coś… coś w tym rodzaju.- odparł Wilhelm. A Marge dodała.- Nigdy nie wspominałeś że byłeś magiem w Loży.-
                                - Bo nie byłem, wyleciałem krótko po przebudzeniu. Pamiętasz co wspominałem o tradycji? Mają wiele zasad których się trzymają. Żadnych kobiet, na przykład. Żadnych czarnych, żółtych, Irlandczyków i Polaków na kierowniczych stanowiskach, żadnych magów hołdujących nowoczesnej magyi.- wyjaśniał Wilhelm.
                                - Jakiej nowoczesnej magyi? Jesteś Synem Eteru.- parsknęła ze śmiechem Marge.
                                - Dla nich to jest wystarczająco nowoczesna magyia.- wzruszył ramionami Wilhelm i kontynuował. - W każdym razie wracając do sedna sprawy. Opis tej gildii zawsze uważałem za karykaturę Loży, deczko przesadzoną jak wszystkie inne karykatury, ale… dość celną.
                                - Stare, perwersyjne dziady. - prychnęła Ann - Cyril mnie tam do nich zabierał, gdy z nimi dyskutował w tej kolonialnej herbaciarni. - skrzywiła się na wspomnienie.
                                - Stare perwersyjne… acz bardzo potężne dziady.- przyznał jej Wilhelm, a Vincent spytał.- Ale co to ma wspólnego z wilkołakami. Czemu im tak zależy na ich… kontaktach z nimi.-
                                - Mam teorię.- odparł Wilhelm i pocierając brodę rzekł.- Zwykle mistrz Fundacji umiera w miarę naturalnych okolicznościach i ma czas na przekazanie swoich odkryć i zasobów przyszłemu mistrzowi organizacji. Ale… jeśli zginął zamordowany, to taka okazja się nie nadarzyła. A z tego co wiem poprzedni mistrz nie oddał kluczy do swojej posiadłości swojemu następcy. I z tego co słyszałem… nie potrafili się tam dostać. Myślę więc, że odkryli jakieś nowe informacje co do klucza do owej posiadłości. I jest on powiązany z wilkołakami. Co, trzeba przyznać, było sprytnym posunięciem ze strony poprzedniego mistrza.

                                Ann milczała po prostu przysłuchując się.

                                - Teoretycznie, jeśli coś wilkołaczego jest częścią zaklęcia blokującego dostęp. - zastanowił się Vincent.- To rzeczywiście trudno byłoby im zreplikować coś takiego. Ciężko, o ile w ogóle jest to możliwe, symulować ich magiyę.-
                                - Brzmi jak wyzwanie.- rzekła Marge szeroko się uśmiechając.
                                - Którego nie masz co podejmować. To nie jest kod który złamiesz. Pamiętasz jak próbowałaś udowodnić młodym jaka jest z ciebie potężna magiczka? I jak się ośmieszyłaś. - odparł Wilhelm.- Wilkołaczym czarom marom najbliżej do sfery Ducha. A to działka Herba.-
                                - Ja też jestem dość biegły w tej sferze i muszę z całą świadomością stwierdzić, że wilkołacze sztuczki nie mają nic wspólnego z tym co robię. Niby możemy osiągnąć to samo, ale metody jakie stosujemy są różne jak dzień i noc.- odparł LaCroix i zamyślił się.- Da się znaleźć tą posiadłość poprzedniego mistrza?-
                                - Teoretycznie tak. Acz nie z naszymi zasobami.- przyznał Wilhelm. A Marge dodała.- Co innego Technokracja. Z ich sprzętem i satelitami… znalazłabym bez trudu. Odrobinę ryzykując co prawda.-
                                - No i musiałabyś mieć sprawny Tron. I pozwolenie Herba.- przyznał Wilhelm.
                                - Brakuje nam tylko klucza.- zastanowił się Vincent.

                                Ann podśmiała się i pokręciła głową.

                                - Byłoby naprawdę zabawne gdyby to był ten indiański bibelot jaki dostałam od Wilków!
                                - Bibelot? Wilkołaki nie rozdają bibelotów.- zaprzeczył Wilhelm i zapytał.- Co dostałaś i za co?
                                - Za zrobienie im przysługi. Dużej przysługi. Do tego przetrwałam ze znajomą czarnego wilkołaka. - odparła z dumą - Nie pamiętam jak to dokładnie wyglądało. Rzuciłam gdzieś pod ciuchy czy coś. Pewnie drewniane było. - wyraźnie nie przywiązywała wagi do tego prezentu.
                                - Jakiego czarnego wilkołaka?- zaciekawił się zarówno Wilhelm jak i Vincent.
                                - Takiego co go inny wilkołaki nie lubią, a przynajmniej te które my mamy. Nie jestem za dobra w to całe wilkołacze gadanie, ale to chyba tak i co jest okej z naszą bestią? Sama nie wiem... Wiem, że tam gdzie był wpadłyśmy w jakieś miejsce... Były tam takie bardzo dziwne pająki, wielkie i jakby mechaniczne?
                                - Technokracja.- zadumał się Wilhelm, a Marge wtrąciła.- Nie. Pentex.-
                                - Co to jest ten Pentex?- zapytał Vincent. A Wilhelm podrapał się po brodzie. - Aaaa… Czyli włamaliście się tam wpierw, a potem zbierałyście informacje na temat tego miejsca?-
                                - Pentex to zła korporacja której Wilkołaki nie lubią. Te w Nowym Jorku też.- dodała Marge wyjaśniając.
                                - I sądzicie, że serio to co trzymam w pokoju pod praniem to jakiś klucz do mistycznych skarbów? - zapytała z powątpiewaniem.
                                - Ty i większość caernów w Nowym Jorku i poza nim. - wyjaśnił Wilhelm. - Nie chodzi konkretnie o twój mistyczny podarunek, wystarczy każdy inny stworzony przez wikołaczych mistyków.-
                                - Tyle że wilkołaki niechętnie dzielą się swoimi skarbami, chyba że wyświadczysz im dużą przysługę.- wyjaśniła Marge i mówiła dalej wzdychając przy okazji.- Ja jestem na dobrej stopie z paroma futrzakami, ale… nie mogłabym nawet liczyć na pożyczenie ich skarbów.

                                Marge kontynuowała. - Przypuszczam że sama magia przedmiotu nie ma znaczenia. Jest wytrychem do tylnych drzwi ukrytych za barierami, których obecni mistrzowie Loży nie są w stanie przemóc. Dlatego tak im zależy.-

                                - Pytanie. Co z tym zrobimy?- zastanowił się Vincent, a Marge miała odpowiedź.- Oczywiście że się włamiemy. Sekrety mistrza Loży… nie kuszą cię? Bo mnie tak.
                                - Nie zapomnieliście, że jak na razie to ten klucz jest w posiadaniu wampirów Stillwater? - przypomniała bezklanowa.
                                - No to co ty zamierzasz zrobić z tym swoim bibelotem? Sztuczki wilkołaków są niekompatybilne z wampirzą magią. Być może ze ścieżką Ducha u prawdziwego w co wątpię.- odparła Marge.
                                - I słusznie. Nasza Magyia a to co uprawiają wilkołaki jest… dość różne w swoich podstawach.- przyznał Vincent po namyśle.
                                - Wiem. - Ann niefrasobliwie oparła się o ścianę - Ale rozumiecie, że nic nie ma za darmo. Ot tak nie dostaniecie ode mnie tego łakomego dla siebie kąska. Co by o mnie powiedzieli inni Spokrewnieni?
                                - Nie wiem co ty tam oczekujesz znaleźć.- odparła Marge w zamyśleniu.- Co w posiadłości maga mogłoby interesować wampirzycę. Papiery wartościowe?-
                                - Tremere. - przypomniał jej Wilhelm.- Tremere istnieją, a ona jest niewolnicą jednego z nich.-
                                - Niewolnica to nie jest właściwie określenie, choć… dość pasujące.- odparł Vincent i spojrzał na Ann. - A co ty byś właściwie chciała?

                                Określenie zbytnio nie podobało się Ann, ale... Co mogła poradzić?

                                - Dostęp jakim będę mogła też się podzielić. Nie jestem Tremere, ale sądzę, że znajdą zastosowanie do niektórych zgromadzonych tam rzeczy.
                                - Noo… to chyba oczywiste, że pójdziemy jak najliczniejszą grupą. Włamanie do domu maga, nawet z mistycznym kluczem, do bezpiecznych rzeczy nie należy. - stwierdziła entuzjastycznie Marge.
                                - Tylko należy pamiętać o dyskrecji, włamanie pod nosem najpotężniejszej Fundacji w mieście jest bardzo bardzo ryzykowne. - wtrącił Wilhelm.
                                - Dlatego potrzebowałabym wpierw skontaktować się z Tremere i ustalić wszystko. - zgodziła się.
                                - Nie. Żadnego kontaktowania się z Tremere. Część z nich siedzi w kieszeni loży i z pewnością szpieguje dla niej.- odparła Marge. - Po całym włamaniu się do posiadłości i zebraniu fantów, możesz swoje oddać komu chcesz… nawet im. Ale przed… im mniej osób wie tym lepiej.-
                                - Herba musimy wtajemniczyć.- wtrącił Wilhelm.
                                - Wcale nie musimy.- zacietrzewiła się blondynka.
                                - Potrzebny będzie ktoś od Ducha.- wtrącił znów jej wspólnik z Fundacji.
                                - Od Ducha to ja tu jestem.- odparł Vincent.
                                - Widzisz. Nie musimy martwić Herba niepotrzebnie.- rzekła Marge.
                                - Chwila, chwila. - zatrzymała rozmowę - Nie jestem magiem i nie mam rozeznania w tych wszystkich magicznych sprawach. Nie będę wiedziała co Tremere by chcieli, a co nie. Nie dam się tak wyrolować. - burknęła.
                                - Tremere to banda fanboyów, dostaną orgazmu na sam widok kapcia prawdziwego maga. Wszystko im jedno co im przyniesiesz.- oceniła dumnie Marge.
                                - Ann… co by chcieli i tak nie ma znaczenia. Nie wiemy co tam zastaniemy, nie wiemy co zdołamy zabrać. To nie zakupy w drogerii, by iść tam z listą towarów do zdobycia dla Tremere.- wyjaśnił Wilhelm.
                                - A będę mogła choć wziąć Tremere ze Stillwater?
                                - A można jej zaufać?- zapytała wprost Marge.
                                - Zapytam na to pytanie: a można ufać jakiemukolwiek wampirowi? - skontrowała Ann.
                                - Ufam Strix. - odparła Marge krótko. A Wilhelm spytał Ann. - Czy ty ufasz temu Tremere? Że będzie potrafił trzymać gębę na kłódkę do czasu wykonania misji?
                                - Ufam, że naprawdę pogardza innymi Tremere, którzy boją się jej jak cholera. W końcu ich ubija na zlecenie. - wyszczerzyła się - Ale raczej można jej ufać.
                                - Brzmi jak dobre referencje. Co jeszcze o niej wiesz?- zapytał Vincent zapalając następnego papierosa.
                                - Poznałeś ją. - przypomniała Ann - Nadia, rosjanka, ta co była magiem.
                                - Ach ta… - zastanowił się Vincent. - Wydawała mi się Tremere mającym głowę na karku. Rzadka cecha w tym klanie.
                                - I ma absolutną obsesję na punkcie liczb. Nawet szuka jakiejś boskiej liczby. - dodała.
                                - Brzmi jak obsesja chórzystki. Chyba należała do Niebiańskiego Chóru? Nieprawdaż?- zastanowił się głośno Vincent.
                                - Coś takiego mi mówiła. A do tego była zwykłą szlachecką psychopatką, co dla rozrywki torturowała służbę. - Ann powiedziała to jakby to było nic.
                                - Taaa… typowa Rosjanka.- ocenił Vincent.
                                - Tortury nie brzmią zbyt… chórzyście.- oceniła Marge sceptycznie. - Może tylko pod chórzystkę się podszywała? Eks-Infernalistka?-
                                - Tacy kończą raczej w Sabacie. Jako Antitribu.- wyjaśnił Wilhelm. A blondynka zapytała retorycznie. - Przecież nie ma Tremere Antitribu? -
                                - Tak twierdzą ci w Camarilli, ale od kiedy warto wierzyć ich kłamstwom.- zaśmiał się Wilhelm i spojrzał na Vincenta.- A co ty? Specjalista od wampirów o tym sądzisz?-
                                - Nie jestem specjalistą. Tylko dyplomatą.- mruknął Vincent i dodał.- Antitribu czarowników istnieją. Odszczepieńcy tego klanu zdarzają się rzadko, ale… zdarzają.
                                - Ostrzegam, że ona jest wybuchowa i marudna. - zaśmiała się - Ale tak. Kompetentna.
                                - No to będzie z niej druga Ellie.- wtrąciła ironicznie Marge, a Vincent dodał.- Najważniejsze by była dyskretna. Może ona… przybyć do Nowego Jorku bez przyzwolenia swojego księcia? Słyszałem że mieszkańcy Stillwater miewają z tym… kłopoty?
                                - Ona? Może. Nie jest tam de facto zesłana ponoć... Nie chce by Tremere jej dupę zawracali. - wzruszyła ramionami.
                                - Ciekawe.- zainteresował się Vincent.
                                - Tak czy siak… zanim otworzymy skarbiec, musimy go znaleźć.- wtrącił Wilhelm drapiąc się po brodzie.- Nie mamy dostępu do dokumentacji Loży.-
                                - I nie zdobędziemy. Staruchy nadal korzystając z papierowego archiwum, a ich siedziba nie posiada żadnych komputerów. Nie wspominając o podpięciu się do sieci.- westchnęła Marge i spojrzała na futurystyczny fotel.- Niemniej gdy Tron znów będzie działać mogę podpiąc się pod satelity Technokracji i spojrzeć na miasto. Określę wtedy pozycję budynku na podstawie widm aur. Tak mocno chroniona budowla musi zostawiać wyraźny ślad w Umbrze.-
                                - Tyle że dyskretne włamanie się do serwerów Technokracji wymaga ostrożności i czasu. Marge mam nadzieję, że ostatnia zabawa z ich botami nauczyła się cierpliwości?- zapytał retorycznie Wilhelm, a dziewczyna skuliła się pod tym subtelnym skarceniem.
                                - W Stillwater Nadia nam za monitoring robi. Cholera nas podgląda.
                                - Nie mówimy tu o zwykłym włamywaniu się do systemu, to dobre dla Śpiących i twojej wampirzycy. To co ja planuję to zanurzenie się w cyberprzestrzeni, jazda na strumieniu danych wślizgiwanie się cyfrowe matryce zabezpieczone glifami i zakodowane zaklęciami. Z całym szacunkiem dla talentu twojej przyjaciółki, przy mnie jest zwykłą amatorką.- pyszniła się Marge.

                                Ann zastanawiała się nad tym co usłyszała.

                                - Brzmi jakbyś w jakąś grę grała. Ta, co punkty zbierały dzieciaki ślizgając się po kolorowych strumieniach w rytm muzyki.

                                Blondynka nadęła policzki. - Ech… rzucanie pereł przed świnie.-
                                I wzruszyła ramionami. - Chciałam ci wyjaśnić, że ja nie będę pisała kodu. Ja wejdę w sieć… dosłownie.

                                - Sieć to koncept tworzony przez kod, nie prawdziwe miejsce. - odparła wampirzyca.

                                Magowie spojrzeli po sobie. Po czym odezwał się Vincent. - Już nie… Sieć to obecnie, kolejna płaszczyzna egzystencji. Kolejny świat nałożony na nasz.

                                - Jeżeli tak mówicie... - Ann nie wierzyła, ale nie miała zamiaru się sprzeczać.
                                - Taka jest prawda.- odparła Marge. A Vincent zwrócił się do Ann.- Załatwisz sprawę z Nadią? Najlepiej pod nosem Joshuy i Williama. Jak już ustaliliśmy, osoby niezaangażowane w akcję, nie powinny o niej wiedzieć.-
                                - No chyba że nie będzie wyboru.- westchnął William.
                                - W przeciwieństwie do Nadii ja ot tak nie mogę wracać do tego miasta. - przypomniała - O ile nie przetransportujecie mnie po cichu, aby totalnie nikt na to nie wpadł... To raczej muszę poprosić któregoś z nich o pomoc.
                                - Myślę że przekonam Williama do drugiej randki. Albo znajdziemy jakąś inną wymówkę. Nadia będzie cię potrzebowała do czegoś? - zastanowił się Vincent.
                                - Może... Ale ta druga randka brzmi ciekawiej! - od razu wtrąciła kundlica.
                                - Ech… niech ci będzie. Tak czy siak, chyba interesy tutaj mamy zakończone. Ile czasu potrzebujecie na znalezienie posiadłości?- zapytał Vincent.
                                - Trudno ocenić. Niemniej nie będzie to łatwe zadanie, no i musimy to zrobić dyskretnie.- zastanowiła się Marge.- Pewnie co najmniej kilka dni, może tydzień.-
                                - Dajcie znać jak skończycie.- odparł Vincent.
                                - My idziemy na randkę. - radośnie zakomunikowała Ann chwytając Vincenta pod ramię.
                                - No tak. Idziemy. - odparł Vincent zaciągając się dymem. - Gdzie idziemy?
                                - Hmm. - Ann zaczęła przypominać sobie drogie restauracje w jakich bywała za życia z rodziną - Château de Fontainebleau! - wyrzuciła z siebie nie tylko nazwę jednego z prawdziwych pałaców we Francji, ale też mało wyszukaną nazwę najdroższej francuskiej restauracji w nowym Jorku, gdzie nie tylko pieniądze, ale też interesy bogatych się lały.
                                - Nie uważasz że to trochę za ostentacyjne miejsce? Z pewnością jacyś Ventrue i Toreadorzy mają tam swoje łowisko.- zapytał mag.
                                - Mam pozwolenie tu być, a do tego pod latarnią najciemniej. Nie będą oczekiwać po kundlu idącym na salony jakiś sensownych tajemnych akcji.
                                - Jak wolisz.- wzruszył ramionami mężczyzna ruszając do schodów. A Marge i William zabrali się z entuzjazmem do ulepszania Tronu.

                                Writing is a socially acceptable form of schizophrenia.

                                1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                0
                                • ZellZ Niedostępny
                                  ZellZ Niedostępny
                                  Zell jako Ann Paige
                                  Moderator Obsługa
                                  napisał(a) ostatnio edytowany przez JhnW
                                  #47

                                  Ann radośnie poszła z magiem do samochodu.

                                  - Boisz się tego miejsca? - zapytała już w środku auta.
                                  - Którego miejsca?- zapytał mag uruchamiając auto.
                                  - Tej restauracji.
                                  - Nie. Niespecjalnie.- odparł Vincent jadąc w kierunku celu na Manhattanie. Powoli opuszczali niebezpieczną dzielnicę, obserwowani przez nieludzkie oczy miejscowych Kainitów. Paradoksalnie Ann nie musiała tu się niczego obawiać. Anarchiści mieli niepisaną umowę o wzajemnej pomocy z Rebelią. Magowie byli pod ich ochroną… ich goście pewnie też.
                                  - Nie przepadam za tak wypasionymi restauracjami, zwykle charakteryzuje ich przerost formy nad treścią. I kiepska kuchnia.- odparł kwaśno mężczyzna.
                                  - Pewnie uważasz McDonald's za lepszy wybór. - sarknęła.
                                  - Oczywiście że nie. Jestem arystokratą. Nie obżeram się śmieciowym jedzeniem. Po prostu modne restauracje są często niczym innym jak McDonald’sami dla osób z grubym portfelem i brakiem gustu. - wyraził swoje zdanie mężczyzna. I spojrzał w boczne lusterko. - Śledzą nas.

                                  Ann warknęła zirytowana.

                                  - Co tym razem? Nie mogę nawet mieć jednej randki? - fuknęła - A to nie ciebie śledzą? Może to ci metalowi? A co do restauracji... Za życia tylko do takich chodziliśmy. Po śmierci... Raczej nie sądzisz, aby kundle po restauracjach chodziły. Nie mam więc znajomości innych miejsc.
                                  - Dobra, dobra. Wyraziłem tylko swoje zdanie. Osobiście wszystko mi jedno, gdzie zjemy.- odparł Vincent sięgając do kieszeni i wyciągając kartę po karcie z niej.

                                  Wsunął jedną z nich za lusterko.

                                  - Magia? - zapytała patrząc z zafascynowaniem.
                                  - Mhmm…- mruknął mag, a w lusterku dojrzała samochód których ich śledził. Był on znacznie większy i wyraźniejszy niż powinien. Miał też przyciemniane szyby, więc nie wiadomo było kto siedział za kółkiem.

                                  Vincent ułożył z kart odwróconą “strzałkę” na panelu przednim tuż nad kierownicą. I zaczął kolejną kartą stukać delikatnie tą układankę.

                                  - Raz… dwa… trzy… teraz pecha będziesz miał… ty.- zamruczał i Ann w lusterku zobaczyła jak przednia prawa opona auta eksploduje, sprawiając że samochód gwałtownie się zatrzymał.
                                  - No to ogon mamy z głowy.- uśmiechnął się z przekąsem Vincent dłonią zgarniając karty stanowiące strzałkę.

                                  - A w sumie ty nie jesteś wygnany? - zapytała patrząc przez tylną szybę ciekawsko - I jeżeli byś znał lepszą restaurację w mieście... To proponuj.
                                  - Niezupełnie. Jestem zmuszony do mieszkania w Stillwater. Nie muszę jednak przesiadywać tam stale i jeśli moje interesy wymuszą na mnie podróż, to oczywiście… mogę na tę podróż wyruszyć. - wzruszył ramionami mężczyzna. - Bylebym wrócił do Stillwater. Obecnie bowiem jestem przywiązany do tego przeklętego szpitala za pomocą obowiązków.
                                  - A komu podpadłeś?
                                  - Zostałem obciążony śmiercią kilku młodych magów którzy eskortowali starożytny sarkofag z czasów starożytnej Mezopotamii lub Babilonu. Magowie zginęli, zabytek też zaginął. Fundacja poniosła spore straty nie zyskując nic, a ja… stałem się kozłem ofiarnym.- westchnął Vincent.
                                  - Dlaczego cię obciążyli? To dość głupie oskarżać fałszywie kogoś kto umie te magiczne rzeczy robić.
                                  - Rzecz w tym, że nie jestem w Fundacji jedyną osobą potrafiącą robić magiczne rzeczy. I nie jestem też najpotężniejszy.- odparł mag zbierając karty.- No i… tak się złożyło, że byłem pomysłodawcą tej wyprawy. Zysk mógł być wielki, to nie był byle sarkofag.
                                  - A co w nim było takiego ważnego?
                                  - To co na nim było zapisane.- odparł mężczyzna z uśmiechem.- Starożytna magia, zapomniana wiedza była wyryta na nim w postaci obrazkowej i pisma klinowego.
                                  - Kto i czemu zaatakował tych magów? Niemagiczny raczej nie miałby powodu... Chyba że fanatyk historii starożytnej.
                                  - Dobre pytanie. Nie mamy odpowiedzi.- odparł Vincent parkując.- Prawda jest taka, że “Elizabeth Dane”... statek na którym sarkofag przypłynął do Santa Monica, był pozbawiony załogi. Był statkiem widmo niczym z gotyckiego horroru. Na okręcie pozostały tylko plamy krwi. Po załodze, archeologach, moich magach… nie pozostał żaden inny ślad. A potem i sam sarkofag zniknął z muzeum.-

                                  Wysiadł z auta. - Co się dalej z nim stało to już nie wiem. Fundacja zaś była bardziej zainteresowana kłóceniem się między sobą i szukaniem kozła ofiarnego niż znalezieniem sarkofagu. Zostałem odsunięty od sprawy. Oskarżony, mimo że ofiarowałem się wyruszyć do Los Angeles i zbadać sprawę na miejscu.
                                  Ann również wysiadła z samochodu.

                                  - I te staruchy oskarżyły cię o jakąś bzdurę.
                                  - Coś w tym rodzaju.- przyznał Vincent prowadząc Ann do restauracji. Szykownej i niewątpliwie przeznaczonej dla śmietanki towarzyskiej Nowego Jorku. Zatrzymał się nagle i zapytał.
                                  - Czy wymagają tu wcześniejszej rezerwacji?-
                                  - Lub sławy i wpływów. Ale ufam, że mag coś z tym zrobi?
                                  - Nie jestem aż tak sławny i nie sądzę bym miał jakieś wpływy mogące nam załatwić stolik.- westchnął Vincent.- Więc miejmy nadzieję, że platynowa karta kredytowa wystarczy.-

                                  Okazało się, że niekoniecznie musi. Vincentowi zajmowało długo załatwianie stolika w tym przybytku, więc Ann… chcąc nie chcąc stała w przedsionku obserwując wchodzące i wychodzące pary. I wśród nich dostrzegła znajomą postać. Przystojnego wampira którego poznała niedawno.-|
                                  Ann nie ukrywała się zbytnio. Miała wszak na sobie czarną kreację wieczorowej sukni jaka uwydatniała jej własne kształty. Dopełniały ją długie aksamitne rękawiczki... Jednych z tych za jakich pomocą kryła blizny z Przeistoczenia.
                                  Szczerze to prócz tej mordki nie pamiętała nic więcej o osobniku. Posłała w jego stronę uśmiech z grzeczności.
                                  On odpowiedział uśmiechem, a że… z pewnością na kogoś czekał, zerknął na zegarek. Po czym ruszył w stronę Ann z uśmiechem tak czarującym, że mógłby stopić serduszko i zmiękczyć uda niejednej nastolatki.

                                  - Co za spotkanie. Ile to minęło odkąd myśmy…- on też ją ledwo kojarzył.
                                  - Ostatnio widzieliśmy się pomiędzy wielkimi graczami w naszym kółku społecznym. - przypomniała uprzejmie - Teraz jest pan dla przyjemności czy interesów?
                                  - Dla obu… szczerze powiedziawszy. Trzeba dbać o fanki.- uśmiechnął się wampir, a Ann pojęła jego sposób na życie. Był nieumarłym żigolo.
                                  - Więc fanki też są interesem?
                                  - Przy naszej kondycji już tylko interesem. Jak może być interesująca kobieta mająca perspektywy sięgające kilkudziesięciu lat i ledwie kilkanaście lat uroku nim uwiędnie? To nie jest sensowna partnerka na wieczność, a ty… też w interesach?- zapytał wskazując na pieklącego się Vincenta.
                                  - Akurat nie. Całkowicie przyjemność. - uśmiechnęła się - Choć chyba moja randka ma problemy przekonać obsługę by stolik dali.
                                  - To się da załatwić. Mam tu swoje wpływy.- odparł mężczyzna wyjmując komórkę. Osoba z którą rozmawiał Vincent przeprosiła go na moment, by odebrać telefon od Kainity.
                                  - Janet, hej skarbie tu Esteban. Mam tyci prośbę. Daj temu gościowi i jego przyjaciółce jakiś ładny stolik. Wiem, wiem… ale na pewno coś wymyślisz. Dzięki skarbie, będę ci winny spotkanie. Paaa… buziaczki… ja ciebie też.- po tych słowach Esteban zamknął komórkę i schował do kieszeni.- Myślę, że wkrótce zasiądziecie do kolacji.
                                  - Och, beaucoup de mercis messier! - entuzjastycznie podziękowała wampirowi.
                                  - Nie ma problemu. My Toreadory musimy się trzymać razem. - odparł z uśmiechem Esteban.

                                  Ann poczuła się w tym momencie jakby wpadła w pułapkę z jakiej nie było dobrego wyboru się wyciągnąć. Ten wampir myślał, że ona jest jego klanową, a znając Toreadorow była spora szansa, iż taki nie przyjąłby dobrze informacji, iż właśnie załatwił coś kundlowi. Nie każdy był jak William. Jednocześnie nie wiedziała czy klanowiec byłby zadowolony jakby mu prosto w twarz skłamała. Pozostało milczeć?

                                  - Wydajesz się oczekiwać kogoś? - zmieniła temat.
                                  - Cóż… tak. Śmiertelniczka. Przydatna.- wyjaśnił Esteban.
                                  - Dobre koneksje?
                                  - Też. Dobre koneksje, dobre zarobki. I bardzo miły domek. Problem stanowi tylko jej mąż, który jest… częścią tych dobrych koneksji.- odparł z pewną niechęcią Esteban.
                                  - I jest zazdrosny?

                                  -Trochę. - przyznał Esteban.

                                  - Może sam ma kochankę? Wiedza o czymś takim dałaby ci trochę spokoju. Stare, dobre zastraszanie.
                                  - To byłby wyczyn nie lada w jego stanie. Marie twierdzi że jest impotentem… dosłownie. Jakieś medyczne problemy. - wyjaśnił Esteban, a tymczasem Vincent załatwiwszy swoje sprawy udał się po Ann kierując się do obojga Kainitów.
                                  - Ten twój wygląda na zazdrośnika.- ocenił z uśmiechem Esteban, pewnie gotów użyć słynnych talentów Toreadorów na magu. Z mizernym zapewne skutkiem. Vincent znał się na sztuczkach związanych z umysłem.

                                  Ann zaśmiała się cicho.

                                  - Lub jest zły jak długo mu nie wychodziło. Ale odradzałabym próbowanie na nim toreadorskich talentów, przyjacielska rada. Magowie sprawiają duże problemy.
                                  - Flirtujesz z kimś z Loży? Niebezpiecznie pogrywasz moja droga.- odparł ze śmiechem Esteban. A tymczasem Vincent zjawił się przy obojgu, obrzucił Kainitę podejrzliwym spojrzeniem i dodał.- Stolik już jest gotowy, idziemy?
                                  - Oczywiście! - złapała Vincenta pod ramię i skinęła Estabanowi - Dziękuję za wszystko.
                                  - Zawsze do usług.- odparł szarmancko Kainita, podczas gdy zamyślony Vincent poprowadził Ann do stolika.

                                  - Uroczo wyglądasz.- wtrącił przy okazji mimochodem.

                                  Ann uśmiechnęła się z radością.

                                  - Naprawdę ci się podoba? Może to będzie bardziej prawdziwa randka.
                                  - Nie jestem ślepy i jestem koneserem piękna. Potrafię docenić twoją urodę.- odparł mag, gdy podchodzili do stolika. Odsunął jej krzesło, oczekując że na nim usiądzie i pozwoli się przysunąć do stolika.

                                  Wyraźnie zachwyciło Ann takie podejście do niej. Czegoś takiego... nie miała już od zbyt dawna. Uśmiechnęła się szczerze na słowa maga i usiadła na krześle niczym wysoko urodzona za jaką się widziała. Nieważne co mówiła Nadia.

                                  - Więc… jak ci się widzi cała ta maskarada i reguły świata mroku? Bardzo… kastowe mają podejście.- zaczął rozmowę Mag.- Choć właściwe określenie to… rządy gerontokracji.
                                  - Czy to się aż tak różni od rządów żywych? Rządzi siła rozumiana różnie. Pieniądze, wpływy, potęga... - wzruszyła ramionami - Jeżeli rządzącym brakuje więcej niż jednego... Nie będą rządzącymi długo.
                                  - To uproszczenie sprawy .- odparł Vincent z uśmiechem. - Diabeł tkwi w szczegółach. Problem z wampirami polega na tym, że te stare akulumują potęgę z każdym dziesięcioleciem. Szklany sufit dla młodych wampirów jest więc bardzo gruby i praktycznie nieprzebijalny. Próbowali coś z tym zrobić w czasach… chyba średniowiecza. Ich rewolta Anarchów podzieliła Kainitów na trzy sekty… a szklany sufit zaczął powstawać od nowa. Camarilla umocniła się w Europie i rozpleniła w USA, Sabat kontroluje Południową Amerykę i część Kanady o ile mi wiadomo. Trzyma się też chyba dobrze w południowych stanach i w Las Vegas. A Anarchy podzieliły los Indian, siedząc w małych rezerwatach. A sufit jak był tak jest i robi się coraz grubszy.
                                  - Nie mów, że na sercu ci leży kondycja naszego społeczeństwa. - cichutko zaśmiała się.
                                  - Zdecydowanie nie. Mam wystarczająco dużo problemów z własną Tradycją i innymi magami.- westchnął Vincent. - Sama widzisz jak zjednoczeni jesteśmy. Knujemy za plecami “przyjaznej” Fundacji teoretycznie stojąc po tej samej stronie. Co prawda lojalność Loży wobec… wielkiej sprawy jest dyskusyjna. Nie zdziwiłbym się, gdyby za naszymi plecami układali się z Technokracją ignorując kwestię Wojny Wstąpienia.
                                  - Jaką wojnę? Mamy teraz jakąś wojnę? - zdziwiła się - I słyszałam tę nazwę... Technokracja…
                                  - Mamy ją od dawna. To potężna wojna która toczy na najtrudniejszym polu… ideologii. Technokracja stworzyła to co cię otacza. Jej paradygmat nauki zdusił mistycyzm, wygnał duchy i magiczne stworzenia do Umbry i zmusił tradycyjnych magów do grania według ich reguł. Tradycje próbują to zwalczyć i narzucić światu nowy globalny paradygmat. A przynajmniej… to właśnie usłyszy młody mag od swojego mentora.- wyjaśnił z uśmiechem Vincent i zapalił papierosa. Tymczasem kelner podszedł do obojga z kartami dań.
                                  - Czyli... Nie lubicie nowoczesnej technologii? Radio też złe? - zapytała jedynie dla pozoru przeglądając kartę.
                                  - Gdyby to było takie proste. - zaśmiał się Vincent i zamówił danie z karty, a następnie wybrał wino. Wzruszył ramionami dodając. - Są osoby które właśnie tak do widzą. Powrót do średniowiecza, całkowite odrzucenie technologii. Są jednak w mniejszości. Zresztą widziałaś w “D. Inferno”, że nie wszyscy wybierają taką drogę.-
                                  - Ale wszyscy robią magię? - zapytała z wyraźnym pogłoskiem ekscytacji.
                                  - Tak. Wszyscy manipulują aspektami rzeczywistości, bo tym de facto jest magyia.- potwierdził Vincent.- To jaki jest paradygmat światowy wpływa głównie na fakt, komu jest łatwiej czarować.
                                  - Tremere są bardzo zapatrzeni w przeszłość. Oni uwielbiają grimuary…
                                  - Wierzą że w nich odnajdą to co stracili. Łudzą się. - ocenił kwaśno Mag.
                                  - Ale ty masz pewność, że my nie możemy mieć magii? To co robię z cieniami jest dość magiczne... - szepnęła bawiąc się kryształową szklanką.

                                  -Ech…- westchnął Vincent i potarł podstawę czoła.- Tremere swoje sztuczki nazywają magią krwi. Z magyią nie ma to nic wspólnego, ale lubią się łudzić. Ty też możesz. Jeśli uważasz że twoje nadnaturalne zdolności są magiczne, to proszę bardzo… nazywaj to magią. Z pewnością są to niezwykłe i nieludzkie zdolności. I mają tą przewagę, że nie wywołują Paradoksu. Jak chcesz możesz określać to zaklęciami, jeśli poprawi ci to humor.
                                  Ann skrzywiła się.

                                  - Ja tylko pytam... Nie musisz być od razu taki ironiczny.
                                  - Ok. Jestem przedstawicielem Zakonu Hermesa. To dość… naukowa Tradycja. Więc z całą pewnością mogę stwierdzić, że twoje sztuczki krwi nie mają nic wspólnego z założeniami i naturą magyi jaką praktykuję ja… czy też każdy inni mag. Co nie czyni ich mniej zjawiskowymi lub mniej nadnaturalnymi. Na pocieszenie mogę ci przypomnieć, że Tremere też nie praktykują magyi mimo, że szczególnie starsi członkowie tego klanu lubią się tak okłamywać.- odparł Vincent uśmiechając się i ćmiąc papierosa. - Czy taka odpowiedź ci lepiej pasuje? Po prostu przestań szukać aprobaty, zamiast tego ciesz się tym co masz. Póki masz. Na moim przykładzie widzisz, że wszystko łatwo można stracić.

                                  Ann wsparła szczękę na dłoni.

                                  - Chcesz usłyszeć coś zabawnego? - mruknęła bawiąc się kosmykiem włosów.
                                  - Co?- zapytał Vincent.
                                  - W sumie nie powinnam tego mówić... Ale z drugiej strony mój opiekun nigdy nie powiedział bym tego nie robiła. - sekundę się zastanawiała - Jeżeli dla ciebie Tremere są zabawni mówiąc, że mają magię... To co byś sądził o takim, który nawet ich magii krwi nie może pojąć? - zapytała szeptem.
                                  - To dość rzadki przypadek.- zastanowił się mężczyzna.- Magia krwi jest częścią ich linii. Owszem jako wampir teoretycznie możesz opanować każdy rodzaj sztuczki jaki zna twój rodzaj, ale zwykle najbliżej ci jest do talentów założyciela twojej linii krwi.
                                  - A taki mnie straszył magią krwi. - zachichotała.
                                  - I pewnie nigdy jej nie użył?- zapytał żartobliwie mag i zastanowił się głośno z łobuzerskim uśmiechem. - Może tak naprawdę nie był Tremere, tylko szpiegiem innego klanu?
                                  - Nie no, umiał najsłabsze moce. Po prostu nic ponad. Miał dużą, tak mówią, wiedzę teoretyczną o magii. Terroryzował mnie opowieściami o tym co może zrobić, a szczególnie że miał bardzo duże zdolności manipulacji umysłowej.
                                  - To potężny talent klanu Tremere, nie tak widowiskowy ale nie do przecenienia.- przyznał Vincent.

                                  - Więc... Jak mamy zamiar poprowadzić tą randkę? - Ann uśmiechnęła się słodko.
                                  - Trochę miłej rozmowy. Trochę poznawania siebie nawzajem. Na przykład, nie powiedziałaś mi nic o sobie. Co lubisz? Jaka muzyka wpada ci w ucho?- zapytał Vincent, podczas gdy kelner przyniósł posiłek dla maga i coś dla Ann.
                                  - Klasyczna. Tradycyjnie. W domu trzymano fason.
                                  - Brahms? Mozart? Vivaldi?- zapytał Vincent uśmiechając się półgębkiem.
                                  - Może Beethoven?
                                  - I… odkąd wyrwałaś się z domu, spod opieki… nie zainteresowałaś się niczym z własnej woli? - zapytał Vincent upijając nieco wina. - Żadną inną muzyką? Tylko to co słyszałaś w domu?
                                  - I to co słuchał Cyril. - wzruszyła ramionami - Nie miałam dużo czasu tylko dla siebie.
                                  - Teraz masz całą wieczność na odkrywanie tego co mogłabyś polubić. - poradził jej mag.
                                  - Czy wśród magów są tacy magowie pogardzani przez wszystkich innych magów? - zapytała nagle - Co uważacie ich za gorszych?
                                  - “Wiejscy czarownicy”… osoby które nie mają awatara i nie są magami, ale potrafią zmieniać rzeczywistość dzięki różnym pokrętnym metodom. Opustoszali… emo czarownicy, typowi gothci którzy opanowali swoją magyię, najnowszy nabytek XXI wieku, no i… Sieroty, magowie samouki lub… których mistrzowie zniknęli nagle w tajemniczych okolicznościach i nie wprowadzili poprawnie w świat Tradycji.- machnął ręką Vincent.- Pomijając tych pierwszych, których prewencyjnie zwalczamy nad resztą pochylamy się z troską i… protekcjonalnością. Ale tylko oficjalnie. “Prawdziwi” magowie kpią i gardzą z ukrycia tymi odrostami naszych Tradycji. Poza tym… potężniejsze Fundacje traktują z pogardą te nowsze i słabsze. Starsi magowie czują się znacznie ważniejsi od uczących się arkanów sztuki uczniów. Oficjalnie jednak nie ma pogardy między magami i jesteśmy jedną wielką szczęśliwą rodzinką… podzieloną na dwie zwalczające się frakcje.- opowiadał Vincent melancholijnie wpatrując się wino wypełniające lampkę. - Prawda jest taka, że o ile wampir musi po prostu przemienić pierwszego z brzegu śmiertelnika, to mag musi sam się przebudzić. A to nie zdarza się tak często. Więc nawet ci nowoprzebudzeni Opustoszali są zbyt cennym sojusznikiem, by otwarcie nimi pomiatać.
                                  - U nas są... Różnie granice niechęci, nienawiści, czasowych sojuszy. - stwierdziła.
                                  - Wiem. Znam te wasze klanowe urazy. - przyznał Vincent upijając wina. - Nie powinnaś się nimi tak przejmować. To tylko maska… za którą ukrywa się prawdziwe oblicze. Najgroźniejszy przeciwnik nie przychodzi z mieczem, a z uśmiechem.
                                  - Tak jak ty? - zapytała niby mimochodem, bawiąc się kieliszkiem.
                                  - Tak. Tyle że interesy magów i wampirów rzadko się przecinają. Mamy inne zainteresowania. - wyjaśnił uprzejmie Vincent.- Więc nie jestem zagrożeniem… dla ciebie. Ale dla kogoś na pewno. Nie śledzili by nas, gdybym nie był.
                                  - Masz jakiś pomysł czemu jesteś taki interesujący? Może o te wilki chodzi.
                                  - Też przypuszczam że to Loża właśnie, albo… ktoś wynajęty przez tych magów. - ocenił Vincent.- Wampiry raczej nie wchodzą w rachubę, nie miałem okazję na styczność z nowojorską społecznością krwiopijców. Wilkołaki omijam szerokim łukiem, jak każdy rozsądny człowiek robi na widok fanatycznych lunatyków.-
                                  - Nie łaź po parku po zmroku.
                                  - Nie planuję. Dobrze wiem że macie wilki za sąsiadów i draugi w ogródku.- odparł ironicznie mężczyzna kończąc posiłek.- Wracamy do Stillwater?
                                  - Mmm... - mruknęła potwierdzając, wpatrzona w człowieka jak zabujana siksa.
                                  - Straciliśmy dużo czasu na plotkowanie z magami, na dyskotekę… cóż… taniec nie jest moim talentem. A galerie i muzea są zamknięte o tej porze. I pewnie wszystkie widziałaś.- dodał wstając i sięgając po paczkę papierosów.

                                  Po czym podał jej dłoń.
                                  Przyjęła dłoń wręcz wtulając się w jego ramię.

                                  Writing is a socially acceptable form of schizophrenia.

                                  1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                  0
                                  • AbishaiA Niedostępny
                                    AbishaiA Niedostępny
                                    Abishai jako XXI
                                    napisał(a) ostatnio edytowany przez JhnW
                                    #48

                                    Powrót do domu był pospieszny, bo musieli zdążyć przed świtem. Potem Ann udała się do piwnicy i ułożyła w swoim legowisku, by znów dać się pochłonąć koszmarom.
                                    Nieprzyjemnym i przerażającym ale w znajomy sposób. I nie zepsuły jej nastroju po pobudce kolejnej nocy. Williama już nie było w jego legowisku i sądząc po odgłosach dochodzących z góry już się obudził. I przebywał w kuchni. Z radia leciała muzyka, a sam Toreador pakował do lodówki worki z krwią.

                                    - Śpioch z ciebie.- rzekł na powitanie. - Clyde zdążył już przywieźć nam nowe zapasy.-

                                    Dodał jeszcze wkładając ostatnie woreczki. - Zakładam, że dobrze się wczoraj bawiłaś? Ja też planuję bawić się dobrze.-
                                    Potarł podbródek. - Dzisiaj w nocy nadadzą “Przeminęło z wiatrem”. To mój ulubiony film. A Clark… och… Clark. Mój ulubiony aktor. Szkoda że już nie żyje. Był to bardzo sympatyczny i bardzo charyzmatyczny mężczyzna.-
                                    Spojrzał na Ann. - Może chciałabyś obejrzeć ze… A fakt, nie możesz.-
                                    Zamknął lodówkę. - Masz zadanie zlecone przez Księcia. Wczoraj Larry wywołał awanturę w Róży i pobił innego Kainitę przy okazji demolując bar oraz cóż… naginając zasady Maskarady. Obecnie siedzi w areszcie. Trzeba go stamtąd odebrać i zawieźć do jego warsztatu, gdzie ma przebywać aż do odwołania. Ma areszt domowy, a tej nocy ty masz dopilnować, by wypełnił to polecenie Księcia.-

                                    1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                    0
                                    • ZellZ Zell rozdzielił ten temat
                                    • ZellZ Zell zablokował ten temat

                                    Hello! It looks like you're interested in this conversation, but you don't have an account yet.

                                    Getting fed up of having to scroll through the same posts each visit? When you register for an account, you'll always come back to exactly where you were before, and choose to be notified of new replies (either via email, or push notification). You'll also be able to save bookmarks and upvote posts to show your appreciation to other community members.

                                    With your input, this post could be even better 💗

                                    Zarejestruj się Zaloguj się
                                    Odpowiedz
                                    • Odpowiedz, zakładając nowy temat
                                    Zaloguj się, aby odpowiedzieć
                                    • Najpierw najstarsze
                                    • Najpierw najnowsze
                                    • Najwięcej głosów


                                    • Zaloguj się

                                    • Nie masz konta? Zarejestruj się

                                    • Aby wyszukiwać zaloguj się lub zarejestruj.
                                    Powered by NodeBB Contributors
                                    • Pierwszy post
                                      Ostatni post
                                    0
                                    • Kategorie
                                    • Ostatnie
                                    • Tagi
                                    • Popularne
                                    • Świat
                                    • Użytkownicy
                                    • Grupy
                                    • Strona startowa