Przejdź do treści
  • Kategorie
  • Ostatnie
  • Tagi
  • Popularne
  • Świat
  • Użytkownicy
  • Grupy
Skórki
  • Jasny
  • Brite
  • Cerulean
  • Cosmo
  • Flatly
  • Journal
  • Litera
  • Lumen
  • Lux
  • Materia
  • Minty
  • Morph
  • Pulse
  • Sandstone
  • Simplex
  • Sketchy
  • Spacelab
  • United
  • Yeti
  • Zephyr
  • Ciemny
  • Cyborg
  • Darkly
  • Quartz
  • Slate
  • Solar
  • Superhero
  • Vapor

  • Domyślna (Cyborg)
  • Brak skórki
Zwiń
  1. Start
  2. Sesje Warhammer
  3. Rozgrywka
  4. Popiół i Śnieg
Popiół i Śnieg
PiołunP
Piołun jako
Mistrz Gry
Mistrz Gry
ZellZ
Zell jako
Moriz Richter
MortarelM
Mortarel jako
Pieter Falk
WiredW
Wired jako
Tomasimo Ashfield
DhratlachD
Dhratlach jako
Heinrich "Heinz" Kraus

Popiół i Śnieg

Zaplanowany Przypięty Zablokowany Przeniesiony Rozgrywka
20 Posty 5 Uczestników 415 Wyświetlenia 3 Obserwuje
  • Najpierw najstarsze
  • Najpierw najnowsze
  • Najwięcej głosów
Odpowiedz
  • Odpowiedz, zakładając nowy temat
Zaloguj się, aby odpowiedzieć
Ten temat został usunięty. Mogą go zobaczyć tylko użytkownicy upoważnieni do zarządzania tematami.
  • WiredW Niedostępny
    WiredW Niedostępny
    Wired jako Tomasimo Ashfield
    napisał(a) ostatnio edytowany przez Wired
    #2

    Tomasimo Ashfield był niziołkiem w sile wieku, co swoje przeszedł podczas najazdu Chaosu, wraz z Pieterem Falkiem służyli w Forcie Schippel, tam też przyszło im walczyć z "wojskami" Niszczycielskich Potęg, a później oczyszczać Białe Wzgórza z niedobitków zwierzoludzi, maruderów armii chaosu i innych paskudztw, które przybyły do nas z Kislevu. Groza tamtych dni do dziś potrafi go budzić w nocy, męczyć, przypominać o kruchości życia. Ostatnie miesiące odmieniły każdego, wielu posiwiało, Pieter stracił większość włosów, a Tomasimo nabawił się natręctw i kompulsywnej maniery dbania o wąsy. Konował zalecił palenie fajki, domieszki ziół do tytoniu na rozluźnienie nerwów, poszukania hobby i inne pierdolety. Hobby?! Cyrulik psia jego mać, szkoda gadać. Odkupił od wojska psa, od dawna z nim spędzał czas, a podobno obecność zwierząt koi nerwy.

    Owe wzgórza to był w dużej mierze wyłączny teren łowiecki wielkiego barona Hochlandu, księcia elektora Aldebrand Ludenhofa. Teren więc, bez oficjalnych zabudowań, dróg, czy przepraw, za to pełen mokradeł, bagien i innych naturalnych przeszkód. Idealny do ścigania regularnej armii co nie zna okolicy, dużo mniej do walki z zwierzoludźmi co się rozlazły po nieudanym oblężeniu fortu, choć i tych spora część się potopiła. Wybili tylu ilu znaleźli, modląc się do znanych bogów by łachudry nie dotarły do miasteczek i wsi Hochlandu, każdy z żołnierzy przykładał się jak mógł, wiedząc że bestie z którymi walczą, mogą spotkać albo ich, albo ich rodziny, chyba że te zdążyły się schronić w jakimś większym mieście. Na co każdy z nich miał nadzieję, ale jak wiadomo nadzieja to kapryśna pani.
    To wtedy poznał lepiej Pietera Falka, przepatrywacza jego regimentu, trzymał się go kurczowo bo był dużo niższy od reszty żołnierzy i tam gdzie inni bez problemu przechodzili moczary, on się pięknie topił, a ponad wodę wystawał jedynie jego okazały kapelusz z piórami. Od tego czasu zwali go "wodnik".

    Dosłużył w wojsku stopnia kaprala, kapelusz trzyma w klamrze emblemat regimentu i dwa pióra, dłuższe czerwone - świadczące o jednostce strzeleckiej, i niższe zielone, świadczące o jego pozycji obergefreiter'a.
    Gdy w końcu zwolnili ich ze służby tak naprawdę nie wiedzieli gdzie się podziać. Prowincja była pełna uchodźców z najprzeróżniejszych stron, tragedii ludzkich i nieludzkich, trakty pełne zbirów i oportunistów, a oni to w jednej karczmie dostawali darmowe piwo i podziękowania za służbę, a w drugiej bluzgi i obelgi, że wojska nie było wtedy gdy ta lub inna osada była w potrzebie. Szalone czasy.

    Ale jak to mówią, gdzie jest szlam tam są niziołki, i faktycznie Tomasimo swoim urokiem i wrodzoną gadatliwością szybko znajdował okazje do zarobku, a kto w tych czasach nie potrzebował błyszczków.
    Pieter i Tomasimo trzymali się od czasu wojska razem i nie wybrzydzali w zleceniach, zwierzyna schodziła szybko, a czasy były niespokojne. Prawo w wielu miejscach przestało istnieć. Ludzie nie zadawali pytań, a w obozach dla uchodźców traktowano ich jak zbawców. Byli by głupcami gdyby nie próbowali na tym zarobić.

    Handel legalnym i nielegalnym towarem szedł w najlepsze. Jak pomoc w upłynnieniu zapasów armii otrzymanych poprzez znajomych żołnierzy (kto by liczył ile tej pszenicy czy prochu było, a ile zużyto, prawda? zresztą może dostali w rozliczeniu żołdu, Tomasimo miał w sobie dość kultury by nie pytać kolegów po fachu o takie szczegóły), czasem transport bez zbędnych pytań jakiś przedmiotów (wszak kto by nie ufał tak zacnym wojom), czy też odzysk cennego dobytku z pól bitew, ruin, kurhanów i zapomnianych grobowców Gór Środkowych. Oportunizm pełną gębą, ale z klasą i honorem, nie mordowali, nie odbierali chleba głodnym, jedynie korzystali z okazji co się nadarzyły, a Ranald i inni bogowie nie omieszkali im szczęścić!

    Tomasimo był przesądnym i bogobojnym niziołkiem, zatem nie szczędził geltów na świątynie, a i część "znalezionych" przedmiotów zostawiał u kapłanów Vereny, szczególnie książki, z których sam miał niewielki pożytek. Chętnie nauczyłby się czytać i pisać, bo matka mu do głowy wbijała, że wiedza jest jak skarb, którego nikt ukraść nie może. Nie było mu to jednak dane - a to mus, gdyby chciał myśleć o karierze w wojsku i wyższych stopniach. Może kiedyś, na razie jednak niech księgi Verenie służą, a ona mu niech błogosławi, wszak sprawiedliwość często różni się od prawa. Tę naukę dobrze zapamiętał gdy był w Gruyden, świątynnej osadzie gdzie z woli barona Gregora Auerbacha wzniesiono kaplice wszystkich głównych bogów Imperium. Miejsce to święte było na wszechskroś, a budynki zachwycały wykonaniem, przepychem złota, kamieni szlachetnych oraz barwami cudnych witraży. Wiele pielgrzymek tam podążało, a wraz z nimi kapłani, kupcy i różnej maści klientela. Ashfield często tam bywał, pochodził bowiem z Dunstigfurt, wioski osadzonej we wschodniej części Drakwaldu, równo oddalonej od obecnej stolicy prowincji Hergig, byłej stolicy Talabheim, i właśnie sławnego Gruyden.

    Co więc sprawiło że utknął w karczmie tak daleko na północ, otoczony mroźną zamiecią? Biznes, po wzięciu udziału w oczyszczaniu podziemi Breder, wraz z Pieterem mieli się spotkać tu z ich znajomym specjalistą od pułapek i niekonwencjonalnego otwierania zamków, Panem Mullerem, ów dżentelmen i archeolog z zamiłowania chciał z nimi zbadać pewien grobowiec w Górach Środkowych, na północ od miejsca gdzie się znajdowali. Sam wybrał to zapomniane przez bogów miejsce jako punkt zborny, dobrze pamiętał jak opisywał im przełęcz. Sam jednak nie dotarł. Czekali na niego już tydzień i tracili nadzieję, że w ogóle się pojawi.

    Tomasimo chętnie bawił zebranych przy stole opowiadaniami, odpowiednio je cenzurując z celów jakie realizowali, ubarwiając jednak tam gdzie mógł, by zaciekawić. W przeciwieństwie do Pietera lubił rozmawiać, lubił plotki i sam niejednych był źródłem. Gadane miał za trzech, jego towarzysz zwykle milczał, czasem uśmiechnął się nieznacznie. Był to człowiek dzikich ostępów, szorstki w obyciu niczym futro dzika. Idealnie się tu uzupełniali.

    Zapowiadał się kolejny szary dzień, gdzie jedynie słowem, piwem i może grą w kości, szło jakoś nudę przegonić, gdy nagle drzwi od karczmy otworzyły się z hukiem, wlewając ziąb i nowość do zatęchłej izby.
    Łowca Czarownic z krwawiącym kapłanem Sigmara zrobili niemałe wrażenie na zebranych. Na Tomasimo również! Pomimo uznania dla klasy i szykownego kapelusza to jednak nie lubił tych fanatyków, w sumie chyba nikt ich nie lubił. Tomasimo jednak z zupełnie innych powodów niż reszta. Raz, że to byli przedstawiciele prawa o nader wysokich uprawnieniach wykraczających poza miejscowe przepisy i granice prowincji, dwa że ze wszystkich plotek jakie słyszał mógł uznać jedynie jedno - byli szaleni. Prędzej czy później Chaos z którymi walczyli pochłaniał ich dusze, wywracał umysł i odbierał logiczny ogląd na świat.

    Przy całym respekcie do ich pracy, było jedynie kwestią czasu kiedy takiemu odbije, a wtedy lepiej nie być w jego otoczeniu, czy nawet w obrębie wioski w której przebywa. Ashfield szanował to co robili, wszak po każdym najeździe Chaosu to oni w czasach pokoju wypalali ogniem i żelazem plugastwa z tych ziem, polowali na mutantów. Chronili też Imperium przed często niewidocznym wrogiem, plugawymi kultami, magami, obcokrajowcami z ich bluźnierczymi zwyczajami i religią, w skrócie byli potrzebni. Tak samo jak potrzebny jest gorąc, ogień i dym by pozbyć się pluskiew i wszy z pościeli. Nikt jednak nie chce leżeć na przypiekanym łożu.

    Gdy dwójka zniknęła za zamkniętymi drzwiami Tomasimo porozumiewawczo spojrzał na Pietera. Pora była się ewakuować. Obydwoje to rozumieli, zdając sobie sprawę z zagrożenia. Dobrze, że przybył bez obstawy zbrojnej czy strażników dróg. Niziołek pogładził psa, który wyczuł zaniepokojenie właściciela.
    - Wszystko w porządku Tyci - bo tak wabiła się bestia - wszystko w porządku - powtórzył, trochę do psa, trochę do siebie.

    Nie zdążył nic powiedzieć, gdy osiłek co niósł rannego wrócił i przekazał im wieści o bandzie zwierzoludzi w okolicy. Nic dla niego i jego towarzyszy nowego, ale tym bardziej nie chciałby zostać w karczmie do której właśnie doprowadził krwawy trop posoki kapłana. To przecież zwierzęta, mróz czy nie mróz, węch mają nie gorszy od psiego, a może i lepszy. Kwestią czasu było kiedy tu dotrą, i kwestią zgadywanek w jakiej liczbie.
    Niziołek dopił piwo i rozejrzał się po zebranych, uszami łowił plotek, ale tłuszcza nic ciekawego nie mówiła.
    - Pora w drogę, dalej od zapachu krwi tego sigmaryty - rzucił cicho przy stole do Pietera, ale i reszta siedząca obok go słyszała.

    Po chwili namysłu postanowił wstać, pójść do Łowcy Czarownic, i w ramach pomocy nad rannym wypytać skąd i dokąd zmierzają, co by się upewnić, że ich drogi więcej się nie przetną. Nie było mu to dane, ledwo się odwrócił na ławie a zobaczył obok siebie karczmarza zrzucającego na nich odpowiedzialność o którą nie prosili. Kochał barwy swego kraju, dobrze mu było w zielonym, pomagało to też w interesach i wzbudzaniu zaufania - teraz jednak mocno się zawiódł na efekcie jakie zrobiło umundurowanie.
    - Ku chwale ojczyzny - rzekł gorzko niziołek na wywód Grubera jakim to szczęściem jest towarzystwo Łowcy Czarownic i półżywej przynęty na zwierzoludzi z znakami Sigmara, z którymi chciał ich wystawić za drzwi.
    - Ale nie tylko dorzucisz coś od siebie, ale i oddasz nam to co wydaliśmy - dodał hardo Tomasimo.

    Nie wypadało odmówić Łowcy, a na pewno warto było go wysłuchać, choćby po to by dowiedzieć się więcej i skierować swoje kroki w przeciwnym kierunku. Obawiał się jednak, że jako żołnierz nie mógł zbytnio odmówić. Może próbować, ale nie słyszał o dekrecie kończącym wojnę z najeźdźcą, oczywiście nie był w czynnej służbie, no ale...

    Izba pachniała krwią i przypominała im wszystkim, że czas pokoju jeszcze nie nadszedł, po wyjściu karczmarza Klaus Sneider zaczął swoją opowieść. Opowieść przyprawioną złotem, ilością bliską rocznego żołdu. To było naprawdę sporo pieniędzy jak za kilka dni pracy. Dość rzec, że mocno zmieniało nastawienie niziołka.
    - Tomasimo Ashfield, obergefreiter regimentu strzeleckiego Fortu Schippel, armii Hochlandu - zaczął pewnie Tomasimo - a to mój towarzysz Pieter Falk, przepatrywacz, wojskowy. Za nas dwóch mogę ręczyć. - rzekł pewnie by wybrzmiało ich doświadczenie i obeznanie w walce.
    Spojrzał na Pietera, po czym na niecierpliwie stukającego w blat Łowcę Czarownic. Co za bagno, ale nie mieli wyboru, a płaca była zacna. Do tej pory źle im nie wychodziło branie tego co przynosił los.
    - Rad jesteśmy pomóc - dodał podkręcając z nerwów wąsa, dobrze wiedział że nie mają wyboru, szczególnie on w tym wojskowym płaszczu i z emblematem regimentu za klamrą na kapeluszu. Mimo że to inna prowincja, jego władza wykraczała poza takie niuanse, lepiej było brać złoto i się uśmiechać do złej gry niż go rozgniewać.
    Strażnikowi Dróg z Ostlandu mogliby powiedzieć "spierdalaj". Imperialnemu Łowcy Czarownic... już nie.
    - Jesteście więc Panie z Ostlandu? - dopytał szukając kislevskich akcentów w jego mowie - żal słyszeć o losie Wolfenburga - dodał, choć troski w tym pytaniu wiele nie było. Każda prowincja poniosła daninę krwi i nie było co się nad tym rozwodzić. Fakt jednak, ośli upór Ostlandczyków dał się we znaki najeźdźcom, choć raz ta ich tępa krasnoludzka natura zaprawiana kislevksą wódką przyniosła jakieś dobre efekty.
    - Droga powrotna to znaczy dokąd? - upewnił się, Zamek Lenkster również był w Ostlandzie, jakakolwiek władza tam urzędowała nie była to jego władza, ani jakakolwiek władza którą by chciał spotkać. Obecnie w każdym grodzie brakowało żołnierzy, a niektórym ludziom ciężko się odmawia - wliczając w to jego obecnego rozmówcę. Cierpliwie czekał na odpowiedź, zrobił też miejsce dla innych by mogli się wypowiedzieć.

    Gdy każdy podjął decyzję dodał:
    - Słyszałem o Dunkelwald, ta wioska i ziemia w okolicy należą do Kościoła Ulryka, od dekad, miejscowi narzekają na daniny na rzecz kościoła, i teraz im jeszcze poborcę przysłaliście? Czasy ciężkie Panie, głód, uchodźcy, po lasach zwierzoludzie i niedobitki armii Chaosu, nawet bez plugawego kultu by tego poborcę ubili i udawali że nigdy do nich nie dojechał. A jeśli litościwi to mogli go chcieć po prostu nastraszyć.
    - Wasz druh jest ciężko ranny. Rozumiem że zostanie tu pod opieką karczmarza? - zapytał na koniec, oceniając jak wojskowy targanie krwawiącego kapłana jako balast i proszenie się o problemy z każdym zwierzem i zwierzoczłekiem, który głodny w mroźną noc wyczuje jego krew.

    1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
    4
    • DhratlachD Niedostępny
      DhratlachD Niedostępny
      Dhratlach jako Heinrich "Heinz" Kraus
      napisał(a) ostatnio edytowany przez
      #3

      Heinrich znany jako „Heinz”, bardzo popularny sos grzybowy z Nordlandu tak przy okazji, siedział większość czasu wpatrzony w swój puchar z którego miał wrażenie nigdy nie ubywało piwa. Co było dobrą nowiną. Siedział, pił, słuchał. Nie raz nie dwa rzucił suchą uwagą, ale jako wdzięczny słuchacz nigdy nie przerywał, gdy inni mówili. Choć jego ubiór już dawno temu miał swoje lepsze dni to nadal był praktyczny. Szczególnie wełniany kubrak odznaczał się fachurą wykonania. Nie mniej i on widział lepsze dni. Nie rozstawał się również z czapką i szalem. Jakby nie patrzeć, nie było wcale, a wcale ciepło…

      Ciężko było powiedzieć ile miał lat. Był rudy, ale jego broda jawnie okazywała pierwsze oznaki starości siwiejąc na słomkowo, a jego zielone oczy były pozbawione światła. Oczy człowieka co dość widział, ale nadal nie poddawał się w pełni mrokom życia. Cerę miał zdrową, choć skrytą pod fałdami brudu, bo kto myślał o kąpieli? Zdecydowanie, wyglądał na znoszonego życiem podróżnika…

      Pamiętał jak przez mgłę, który to był wieczór gdy znowu się poniewierał? Jak ktoś przy stole zapytał go o przeszłość. Niby normalna rzecz. Był asystentem-tłumaczem Herr Magistra… Hiero… nimusa? …minusa? …magnusa? Nie pamiętał. Badali kurhany w północnym Osatlandzie. Jego pracodawca nie interesował się kruszcem. Tylko „przedmiotami kulturalnymi”. Pierdółkami takimi jak sztuka, figurki i inne pierdoły… Tak czy inaczej, zaskoczyła ich Burza Chaosu. Udało mu się uciec… od tamtej pory tułał się i dorabiał jako zielarz…

      Kiedy wkroczyli wędrowcy i okazało się, że to Łowca Czarownic z Kapłanem, mruknął gorzko:
      - Daj człowiekowi pochodnię, będzie u ciepło przez klepsydrę. Podpal pod nim stos, będzie mu ciepło do końca życia… ehh… ogrzałbym się…

      Przybysze zniknęli na zapleczu, Heinz sięgnął do swojego plecaka wydobywając dwie sakiewki, wypił piwo duszkiem i ruszył ku właściciela przybytku. Kapłan kapłanem... ale nadal człowiek, jakby nie patrzeć. Nie miał wielkiej miłości do stanu kapłańskiego, ale szanował życie. Kładąc sakiewki na stole spojrzał na oberżystę mówiąc głosem pozbawionym nadziei. Kładąc miedziaka na blacie.

      - Dwie łyżki kory na kufel wody. Gotuj ćwierć klepsydry, odcedź i przemyj ranę. Pomoże odkazić. Z igieł zrób napar i daj do picia. Wzmocni organizm. Czubata łyżka na kufel. Nalej mi jeszcze…

      Z uzupełnionym napitkiem wrócił do towarzyszy i nic nie mówiąc to pił, to patrzył w kufel, a kiedy o zgrozo, Łowca ich wezwał westchnął ciężko. Wiedział dobrze, że nie może odmówić, choć chciał się gdzieś ukryć. Miało to się zmienić, gdy Herr Sneider przedstawił swoją… ofertę. Nad wyraz korzystną, choć czuł problemy nosem. Nie mniej, był zdeterminowany się jej chwycić. Wszystko, by wyrwać się z tego miejsca i ruszyć Hergig. Pomny by trzymać język za zębami i posłusznie wykonywać rozkazy… choć przekora była w nim silna… spojrzał na wygadanego niziołka obojętnie nie pojmując o co mu chodzi. Czy starał się targować?

      - Mój topór jest na wasze usługi, Herr Sneider. – powiedział bez emocji.

      Jakby nie patrzeć, trzydzieści karli to nie była mała kwota, a jeszcze była możliwość połowy tyle. Moneta monetą… ale miał okazję wyrwać się z tego przeklętego miejsca. Chwyciłby się takiej okazji nawet i bez obietnicy grosza, a tu jeszcze mu płacili? Okazja jak się paczy… Głupi by odmówił. Pal licho, że Łowca Czarownic. Widział gorsze. Po nim? Mniej więcej wiedział czego się spodziewać. Mniej więcej… grunt to siedzieć cicho i robić co nakazują. Jak trudne to może być?

      Teraz? Miał ochotę wrócić się napić…

      Tonight, boys, we are eating like kings...

      1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
      1
      • MortarelM Niedostępny
        MortarelM Niedostępny
        Mortarel jako Pieter Falk
        napisał(a) ostatnio edytowany przez
        #4

        Pieter Falk przez dłuższą chwilę milczał. Nie dlatego, że ważył słowa szczególnie starannie. Raczej dlatego, że słowa zwykle przychodziły mu z oporem, jakby każde trzeba było wydobyć spod śniegu, błota i starego zmęczenia. Stał nieco z boku, z barkiem opuszczonym pod ciężarem własnego płaszcza, i patrzył nie na Sneidera, nie na jego kapelusz, pistolet ani sakiewkę, lecz na wyrytą w jego głowie mapę. Na drogę ukrytą pod zaspami. Na białą linię traktu, której nikt rozsądny nie szukałby teraz bez powodu. Na miejsca, gdzie las schodził bliżej drogi, a wiatr potrafił nagle ucichnąć tak, że człowiek słyszał własną krew w uszach.

        Dunkelwald.

        Znał tę nazwę. Nie była ważna dla ludzi z miast ani dla poborców, którzy woleli drogi szersze, suchsze i lepiej opisane w papierach. Ale dla kogoś urodzonego w Hochlandzie, przy Górach Środkowych, takie miejsca nie były plamami na mapie. Były wspomnieniem zapachu mokrej kory, śladów racic w śniegu, dymu z osad, których nie widać było zza drzew, dopóki człowiek prawie na nie nie wszedł.

        Falk przesunął spojrzeniem po twarzy Łowcy Czarownic. Potem po rannym kapłanie. Potem znów ku oknu, za którym zamieć skrobała szkło, jakby chciała dostać się do środka i położyć dłoń na każdym karku.

        — Dwa dni — powiedział wreszcie.

        Głos miał niski, suchy, bez chęci robienia wrażenia. Nie brzmiał jak człowiek, który chce się targować, ani jak ktoś, kto próbuje dodać sobie odwagi. Raczej jak ktoś, kto podaje wagę martwego zwierzęcia albo odległość do miejsca, gdzie znaleziono ciało.

        — Jeśli śnieg nie pójdzie wyżej. Jeśli wiatr nie zasypie wszystkiego do rana. Na wieczór drugiego dnia można być w Dunkelwaldzie. - „Można” w tych stronach znaczyło mniej więcej tyle, co „jeżeli bogowie nie zechcą dla odmiany splunąć człowiekowi w twarz”. Każdy, kto choć raz zimą wyszedł poza światło karczemnych okien, powinien to wiedzieć bez tłumaczenia.

        Pieter poprawił pas na ramieniu. Skóra zaskrzypiała cicho. W izbie było ciasno, za ciepło i za bardzo śmierdziało krwią. Nie lubił takich pomieszczeń. Człowiek stał za blisko ścian, za blisko innych ludzi, za blisko cudzych oddechów i cudzych decyzji. Na zewnątrz przynajmniej wiadomo było, skąd wieje.

        — Droga idzie starym traktem. Słabo chodzonym. Zimą prawie go nie ma. Kamienie zasypane, koleiny zasypane, drzewa wszystkie jednakowe, jak ktoś nie zna okolicy. — Przerwał na chwilę i zasępił się.

        Spojrzał krótko na Tomasimo, kiedy niziołek skończył mówić. W tym spojrzeniu było coś starego, wojskowego, niewypowiedzianego. Fort Schippel. Białe Wzgórza. Zmarznięte dłonie, nocne alarmy, mokradła, w których ludzie zapadali się po pas, a czasem głębiej. Falk pamiętał niziołczy kapelusz sterczący nad wodą jak znak drogowy postawiony przez pijanego inżyniera. Pamiętał też inne rzeczy, mniej zabawne, których nie opowiadało się przy piwie, jeśli człowiek chciał potem zasnąć.

        — Nie ma osad po drodze — dodał. — Nie takich, gdzie można zapukać i dostać miskę zupy. Jedną noc trzeba będzie spędzić na zewnątrz. Może pod skałą. Może w jamie, jeśli znajdziemy suchą i pustą.

        Słowo „pustą” zawisło w powietrzu trochę ciężej niż reszta.

        Pieter nie spojrzał wtedy na rannego kapłana, ale czuł jego obecność. Czuł ją w zapachu krwi, w mokrym płótnie, w napięciu Łowcy. Ranny człowiek zawsze zmieniał rachunek drogi. Spowalniał marsz. Przyciągał zwierzęta. Wymuszał postoje tam, gdzie nie powinno się stawać. A jeżeli krew należała do kapłana Sigmara, niesionego przez Łowcę Czarownic po ataku zwierzoludzi, rachunek robił się jeszcze brzydszy.

        — Wilki są tam zawsze — mruknął. — Zwłaszcza o tej porze. Głodne. Ciche, dopóki nie będą blisko. Orkowie… może. Ludzie gadają dużo, kiedy śnieg zamknie ich pod dachem. Zwierzoludzie… - Urwał.

        W izbie przez chwilę słychać było tylko oddech kapłana i ciche stuknięcie czegoś za ścianą. Może belka pracowała od mrozu. Może ktoś w sali głównej przesunął kufel. Falk nie odwrócił głowy, ale oczy drgnęły mu w stronę drzwi.

        — Jeśli wyszli z zamieci raz, mogą wyjść drugi raz. - Nie było w tym straszenia. Po prostu stwierdzenie faktu. Takiego samego jak to, że śnieg padał, a człowiek w końcu marzł, jeśli stał za długo bez ruchu.

        Pieter przeniósł spojrzenie na Sneidera. Patrzył na niego inaczej niż większość ludzi patrzyła na Łowcę Czarownic. Bez jawnego buntu, ale też bez pokornego spuszczenia oczu. Raczej tak, jak patrzy się na źle przywiązanego konia, na zbyt świeży trop albo na drzewo nadłamane przez wichurę. Coś, co może jeszcze stać spokojnie albo zaraz spaść człowiekowi na głowę.

        — Kapłan z nami pójdzie? — zapytał w końcu. — Jeśli pójdzie, umrze po drodze albo spowolni nas tak, że noc zastanie nas w złym miejscu. - Było to niegrzeczne. Zbyt proste. Może nawet niestosowne. Pieter nie miał do takich rzeczy ręki. Nie umiał owijać prawdy w płótno, żeby wyglądała mniej paskudnie.

        — Krew przyszła tutaj razem z wami. Nie wiem, czy bestie poszły za tropem... - Falk przesunął dłonią po przerzedzonych włosach na czole, odruchowo, bez myśli. Potem opuścił rękę i spojrzał na sakiewkę Łowcy.

        Trzydzieści karlów.

        Za tyle człowiek mógł przez jakiś czas udawać, że życie nie jest tylko marszem od jednego nieszczęścia do następnego. Mógł kupić nowe buty, naprawić broń, zapłacić za dach, który nie przeciekał. Mógł też dać się zabić w śniegu za sprawę, która nie była jego sprawą, w wiosce, do której nikt rozsądny nie szedłby po zmroku. Pieter znał już takie rachunki. Zwykle wychodziły na minus.

        — Poprowadzę — powiedział krótko.

        Nie dodał „dla złota”, choć złoto miało znaczenie. Nie powiedział też „dla Imperium”, bo za dużo widział ludzi, którzy ginęli z takimi słowami na ustach i błotem w płucach. Nie powiedział „dla Sigmara”, bo nie lubił wypowiadać wielkich imion, kiedy pod paznokciami ludzi wciąż siedziała świeża krew.

        Po prostu poprowadzi. Bo znał drogę. Bo jeżeli ktoś inny spróbuje ją znaleźć, zabłądzi. Bo Dunkelwald leżał w Hochlandzie, a Hochland, choć brudny, zmarznięty i często niewdzięczny, był jego ziemią. I bo gdzieś tam, za dwoma dniami marszu, za jedną nocą pod gołym niebem, za wilkami i białą pustką traktu, coś najwyraźniej czekało.

        A Falk nie lubił rzeczy, które czekały w ciszy.

        — Ruszyć trzeba rano — dodał. — Przed świtem, jeśli wiatr siądzie. Weźmiemy liny, suchy opał, płachty, więcej jedzenia niż wygląda na potrzebne. I coś na opał, co zapali się nawet mokre. Kto ma dobre buty, niech je dziś sprawdzi. Kto nie ma, niech ukradnie albo kupi.

        Spojrzał po obecnych, na każdym zatrzymując wzrok tylko na moment. Nie szukał zgody. Raczej oceniał, kto pierwszy zacznie narzekać.

        — Na trakcie nie będzie gadania więcej niż trzeba. Nie po zmroku. Nie w lesie. Jak powiem stać, stoicie. Jak powiem zgasić światło, gasicie. Jak powiem, że coś jest nie tak… -Tu zawahał się nieznacznie. Może dlatego, że przez ułamek chwili wróciły inne śniegi, inne drzewa i inna cisza, której kiedyś nie usłuchał wystarczająco dokładnie. — …to nie pytacie od razu dlaczego.

        Dopiero wtedy cofnął się pół kroku, jakby uznał, że powiedział już więcej, niż powinien. W izbie wciąż pachniało krwią, mokrą wełną i alkoholem. Za drzwiami ludzie pewnie dalej szeptali o stosach, zwierzoludziach i nieszczęściu. Pieter Falk poprawił płaszcz na ramieniu i spojrzał jeszcze raz ku oknu. Śnieg dalej padał. Cicho, cierpliwie, jakby miał cały czas świata.

        1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
        1
        • ZellZ Niedostępny
          ZellZ Niedostępny
          Zell jako Moriz Richter
          Moderator Obsługa
          napisał(a) ostatnio edytowany przez
          #5

          Ostatnie dni spędzone na przymusowej odsiadce w karczmie nadwyrężyły nie tylko cierpliwość do upartej pogody, ale także sam mieszek jaki cierpiał brak zarobku spowodowany właśnie pogodą. Niczym rolnik, któremu pola nie dają plonów, gdy ziemia zmarznięta, tak i Moriz oszukał się kiedy szlak nie wydał grubej sakwy napchanej podatkami, gdy dojście do celu było zasypane śniegiem. Może zesłanie do tej karczmy to była jakaś kara za ukrycie pod śniegiem pozostawionych śmieci po pracy?

          Nie czuł się dobrze wśród czterech ścian i karczemnego zaduchu. Otwarta przestrzeń również nie byłaby mu miła, ale bardziej niż być zamkniętym w tym miejscu i ciągle czuć na sobie prawdziwe bądź wyobrażone spojrzenia. Początkowo złapał się na odczuwaniu większej dawki paranoi, której dopiero zdołał się pozbyć po kilku dniach bez nadziei na wyjście. Nie miał możliwości powrócić do swoich, do obozu skrytego w lesie Hochlandu i cieszyć się tym połączeniem przestrzeni ograniczonej leśnym terenem oraz obecnością mu podobnych, jacy nie ściskali się w ograniczonej drewnem przestrzeni.

          Wraz z nagłym pojawieniem się Łowcy Czarownic z ledwo żywym kapłanem Sigmara rozbudziło Richtera z marazmu przerywanego grą w karty czy kości podczas oczekiwania na zbawienie... choć chyba nie o takim zbawieniu myślał.

          A na pewno nie z rąk Łowcy Czarownic.

          Moriz Richter zwany czasami Sędzią (i to nie tylko z powodu nazwiska) nie posiadał spięć z tym typem Łowców, aczkolwiek gdy Sneider zapytał niby żartem o bycie poszukiwanym... szczerze Morizowi do śmiechu nie było, szczególnie zważając na miejsce o jakim wspomniano. Niemniej sytuacja w jakiej znalazł się ten Łowca działała na korzyść Moriza, jakiego obecność w najgorszym wypadku mogła zostać przemilczana dla wykonania ważniejszego zadania. Do tego przecież to nie tak jakby był on jakimś heretykiem czy za rękę z Chaosem szedł. Mógł głową nie tłuc o posadzki w kościołach, ale zachował jakąś człowieczą obawę przed siłami boskimi i bez powodu im nie przeciwdziałał.

          Mimo początkowych wątpliwości całość stopniała w obecności zaoferowanej zapłaty jaka zmyła z oczu Richtera niepewność, zaś wzrok Klausa Schneidera dodatkowo przypieczętował umowę. Ten człowiek nie dawał tak naprawdę opcji. On opisywał zadanie ich czekające w jakie już zostali wpisani, a zapłata była na osłodzenie i zachętę. Z jednej strony nic z tego nie mogło upewnić, że przypadkowe osoby po prostu nie zechcą zabić Łowcy i zabrać pieniędzy, gdyby zapomnieć o jego własnym doświadczeniu jakie mogłoby nastręczyć trudności. Pomijając ten fakt, to ciągle pamiętał, że i grupy banickie nie były chętne atakować grup z Łowcą Czarownic, jako że ich obecność to zawsze była złym znakiem. Oni mieli wpływy i znajomych, co chętnie wytropiliby winnych skrywających się w łatwopalnych lasach i sprawdzili czy jednak nie byli kierowani Chaosem.

          - Mogę mieć baczenie na las okalający drogę, odsiewając dźwięki głuszy od dźwięków zagrożenia dla człowieka, jakie potrafią być czasami niepokojąco podobne. - odezwał się na końcu bardzo ostrożnym głosem, jakoby ta ostrożność wryła się także i w jego słowa - Lasu nie można przeceniać ani niedoceniać. Ważne by rozumieć jego sygnały i wiedzieć z czym walczyć, a czemu w drogę wchodzić się nie opłaca.

          Banita wyniósł się z Ostlandu ponad rok temu, a parszywy los siłą postanowił go ponownie wciągać w te ziemie, jakby sam grunt wciąż pamiętał zapach krwi i chciał z powrotem winnego człowieka, który zbiegł z jego terenów.

          Writing is a socially acceptable form of schizophrenia.

          1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
          0
          • PiołunP Niedostępny
            PiołunP Niedostępny
            Piołun jako Mistrz Gry
            napisał(a) ostatnio edytowany przez
            #6

            text alternatywny

            W izbie przez chwilę nikt się nie odezwał. Knot świecy syczał cicho. Kapłan Sigmara oddychał płytko na ławie, przykryty kocem, z twarzą bladą i zapadniętą. Sneider przestał stukać palcami o blat. Nie wyglądało na to, by się namyślał. Raczej próbował ciszą wywołać w nich napięcie, co musiało być częścią jego sposobu bycia, może nawet tego, jak przeprowadzał przesłuchania. Część z nich mogła zdawać sobie sprawę, co robił i z czego to wynikało. Siedział teraz przy stole w rozpiętym kaftanie, z rękawami pobrudzonymi krwią kapłana, blady od zmęczenia, ale wciąż zwarty i czujny. Powoli przesunął wzrok po stojących przed nim wędrowcach, co samo w sobie tworzyło pewien rodzaj napięcia. Zatrzymał spojrzenie na Tomasimo. Przebłysk zaciekawienia odbił się w jego oczach, gdy niziołek przedstawił siebie i Pietera wojskowymi tytułami.

            – Fort Schippel – powtórzył. – No popatrzcie.
            Nie brzmiało to jak pochwała, ale po raz pierwszy w jego głosie pojawił się cień praktycznego uznania.
            – Przez parę ostatnich lat musieliście się napatrzeć na paskudy chaosu z bliska i nadal tu stoicie. Dobrze. Nie trzeba wam będzie tłumaczyć podstaw. To oszczędzi nam trochę czasu.
            Spojrzał na Pietera Falka dłużej niż na pozostałych. Słowa przepatrywacza o drodze, śniegu, noclegu i wilkach brzmiały może nawet profesjonalnie, a twardość, z jaką wyraził swoje instrukcje, mogłaby komuś zaimponować, ale na pewno nie Sneiderowi. Nie spodobał mu się ton mężczyzny.
            – W sprawach orientacji na trakcie będziemy cię słuchać, przepatrywaczu – powiedział w końcu, zwracając się do wszystkich, nie tylko do niego. – Obiecuję, że nie będziemy urządzać narady przy każdej zaspie. Jeśli powiesz, że droga idzie tędy, idziemy tędy. Jeśli powiesz, że trzeba stanąć, stajemy. Możesz wybrać nam miejsce na nocleg, czytać tropy zwierząt i ogólnie przeprowadzić nas cało przez las. Nie będę ci wchodził w kompetencje. Nie ulegaj jednak mylnemu wrażeniu, że idziesz z nowicjuszem lub nieopierzonym chłystkiem, ani tym bardziej, że nie wiadomo, kto tu dowodzi podczas tego zadania. Spacerów podobnych do tego, na który się wybieramy, odbyłem już dziesiątki i jeśli będę miał coś do zakomenderowania, zrobię to. Ty zaś odpowiesz wtedy, „Tak jest, panie Sneider, robi się”. Mam nadzieję, że wyraziłem się jasno? – rzekł to lodowatym, nieznoszącym sprzeciwu tonem, po czym przeniósł spojrzenie na Moriza Richtera.

            W słowach banity, który być może cieszył się teraz w duchu, że Łowca nie zna dokładniej jego przeszłości, nie było tej samej żołnierskiej pewności, co u przedmówców. Moriz zachował ostrożność człeka, który spędził w lesie dość czasu, by wiedzieć, że lepiej skupić się i nasłuchiwać niebezpieczeństw, niż później szukać własnych flaków w śniegu. Dobrze. Sneider widział w tym sens. Skoro przepatrywacz miał skupić się na drodze, ktoś taki jak Richter mógł zająć się wypatrywaniem zagrożeń. A tych Łowca spodziewał się całkiem bez liku, biorąc pod uwagę niedawną zasadzkę zwierzoludzi na jego oddział. Mógł nie lubić ludzi, którzy zbyt długo kręcili się po lasach bez nadzoru prawa, ale nie był na tyle głupi, by lekceważyć kogoś podobnego w obecnej sytuacji. Nawet jeśli twarz Moriza wydawała mu się jakoś dziwnie znajoma.
            – Dobrze – powiedział po chwili. – Będziesz miał baczenie na boki, linię drzew i wszystko, co ogólnie rzecz biorąc, nie pasuje do krajobrazu. Jeśli coś zauważysz, meldujesz mi od razu. To ważna uwaga. Zapamiętaj ją sobie. Meldujesz OD-RA-ZU. – wypowiedział ostatnie słowo z naciskiem, jakby mówił do głupiego dziecka. Nie uważał Moriza może za takowe, ale chciał dobitnie wyrazić swoją "prośbę", nawet kosztem personalnych odczuć swojego rozmówcy. – Nie po namyśle. Nie po podrapaniu się po dupie. Od razu. Nie pozwolę się więcej zaskoczyć na tej wyprawie. Nikt więcej nie zginie. Rozumiemy się?
            Rzucił to może nieco zbyt gniewnie, ale pamięć niedawnych wydarzeń wciąż była zbyt świeża, by zmieściła się w spokojniejszym tonie. Zrobił krótką pauzę, nie dlatego, że szukał bardziej obrazowych słów, lecz dlatego, że chciał, aby nie tylko Moriz, ale i reszta zapamiętała tę uwagę.

            Dopiero potem spojrzał na Heinricha. Rudowłosy młodzik stał z tym swoim pozbawionym nadziei spokojem, który mógł drażnić wielu ludzi, ale akurat nie Łowcę. Chłopak nie powiedział wiele, i dobrze, bo Sneider nie przepadał za rozgadanymi gagatkami. Faktem, że Heinrich ograniczył się do oddania topora na usługi oraz wcześniejszego zostawienia składników dla rannego kapłana, wielce sobie zaplusował. Łowca doceniał gest i dobrze wiedział, że nawet proste, domowe sposoby radzenia sobie z ranami mogły czasem zdecydować, czy człowiek obudzi się rano, czy tylko zesztywnieje pod kocem.
            – Mój topór jest na wasze usługi, Herr Sneider – powtórzył po nim Łowca Czarownic, bez kpiny, ale też bez uśmiechu. – Dobrze. Zobaczymy, ile jest wart. Dziękuję za składniki dla naszego kapłana. Zrobisz jednak dla mnie coś jeszcze, chłopcze. Dopilnujesz, by karczmarz dostał jasne polecenie, jak zajmować się rannym. Jeszcze raz, przed świtem. Albo jego kobieta, jeśli okaże się bystrzejsza od niego, co zdaje się nie jest wielkim wyczynem. Powtórzysz im, jak to gotować, czym przemywać ranę i ile dać Mannowi do picia.
            Rozkazał to, nie siląc się na podziękowania. Przynajmniej nie takie, jakich można byłoby oczekiwać od innych ludzi. Skinął tylko głową, krótko i oszczędnie. Jeśli Heinrich oczekiwał czegoś więcej, musiał zadowolić się tym.

            Po tych słowach znów spojrzał na całą czwórkę, jakby zamykał jedną część rozmowy i przechodził do następnej, ważniejszej od ludzkich uraz, ambicji oraz tego, czy ktoś poczuł się dotknięty jego tonem. Na pytanie Tomasimo o Ostland i Wolfenburg odpowiedział dopiero po chwili. Właściwie nie podobało mu się, że niziołek uznał za stosowne wiedzieć więcej na jego temat, nawet jeśli ten tylko zagadnął.
            – Nie jestem tu po to, żeby omawiać własny żywot – odparł spokojnie. – Służę teraz przy Lenkstert, bo tak przydzielono mnie po Burzy. To powinno wam wystarczyć. Siatka wykonawcza Łowców Czarownic musiała się w ostatnich latach rozrosnąć, a mistrz naszego zakonu, Herr Wulfrick, musi czasem dokonywać roszad. Ostatecznie nie ma to dla mnie większego znaczenia. Służę Imperium, nie księstwom.
            Dopiero po krótkiej pauzie dodał nieco więcej, raczej dla uporządkowania faktów niż z chęci zaspokojenia ich ciekawości.
            – Po Wolfenburgu władza w tej części Imperium robi, co może. Granice księstw zaczęły się zacierać, a mniejsze ośrodki władzy pomagają sobie nawzajem, choć pewnie minie jeszcze trochę lat, nim wszystko wróci do starego porządku. Lenkstert zbiera podatki, zapasy, zeznania i wszystko inne, co pozwala choć trochę uporządkować obecny chaos. Robi to może gorzej, niż powinien. Lepiej jednak robić to źle, niż pozwolić, żeby każda wieś uznała się za osobne księstwo z własnym prawem. Imperium musi pozostać zjednoczone, jeśli ma się sprawnie uporać z pokłosiem niedawnych bitew.
            W tej odpowiedzi nie było gniewu, ale widać było jak na dłoni, że Łowca nie ma ochoty dłużej rozwodzić się nad podobnymi zagadnieniami.
            – Pytaliście o powrót – ciągnął. – Nie muszę was zabierać z powrotem do Lenkstert, choć jeśli będzie trzeba, właśnie to zrobimy. Możemy jednak uznać, że odprowadzicie mnie do tej karczmy albo do najbliższego bezpiecznego traktu, na którym będziecie mogli odejść w swoją stronę bez mojego towarzystwa. Nie oszukujmy się, później będę potrzebował raczej kilku zbrojnych ludzi niż przewodników przez zasypane drgi. Zwłaszcza, że pogoda powinna już na dniach zelżeć. Pewnie przyjmą też mniejszy pieniądz. Teraz nie przebieram w środkach, bo jest mi pilno. Później, kiedy już wyplewimy złe nasienie z Dunkenwaldu, mogę wracać spokojniejszym tempem i zabrać ze sobą Manna. Jeśli jednak z jakiegoś powodu będę potrzebował was dalej, zapłacę osobno. Nie jestem kupcem i nie mam zamiaru spierać się o każdy dzień marszu. Na pewno nie stracicie na pomaganiu mi.
            Kiedy Tomasimo wspomniał o Dunkelwaldzie i ziemiach Ulryka, Sneider spojrzał na niego znacząco i pokręcił nosem. Nietrudno było zgadnąć, co sądzi o ewentualnych problemach z ulrykanami i że ma je, nieoględnie mówiąc, głęboko w życi.
            – Wiem, do kogo należą te ziemie – powiedział. – Ale jesteśmy w Imperium Sigmara, nie Ulryka. Rządzi nami Imperator, a jeśli temu potrzeba więcej środków, ludzie nie będą sobie wyganiać poborców. Zdaję sobie sprawę z ewentualnych utrudnień, ale zapewniam was, że ludzie będą mówić. Jeśli nie wrócę zadowolony, przyjedzie większy, znacznie mniej sympatyczny oddział. W interesie mieszkańców Dunkelwaldu leży więc to, by odpowiedzi na nurtujące mnie pytania padły szybko i sprawnie. Mam przy tym podobną nadzieje, że to znamię ciężkich czasów, a nie coś gorszego.
            Oparł dłoń o stół. Pokręcił głową, wziął oddech, a kiedy znów się odezwał, był już nieco spokojniejszy.
            – Nie jadę tam, żeby kłócić się z kapłanami Ulryka. Niech miejscowi modlą się, do kogo chcą, byle nie do złych bożków i Władców Chaosu, bo dla takich ludzi nie ma miejsca na ziemiach Imperium.
            Przez chwilę patrzył na Tomasimo, jakby ważył, czy powiedzieć coś jeszcze.
            – Nie myślcie, że wydałem już wyrok. Mimo tego, co mówi się o członkach mojego zakonu, przykładam się do swojej pracy. Może ktoś nastraszył urzędnika, bo miał dość danin. Wtedy dla winowajców i tak nie będzie lekkiego rozwiązania, ale przynajmniej sprawa okaże się zwyczajna. Jeśli jednak rośnie tam zarzewie kultu, rozkwita skaza albo ktoś z mieszkańców świadomie ukrywa plugastwo, nie będzie litości dla ludu Dunkelwaldu.
            Ostatnie słowa oznajmił zimnym, spokojnym głosem, przez co perspektywa ta wydała się tym bardziej nieprzyjemna. Czwórka bohaterów mogła nagle lepiej zrozumieć, na co się pisze i z jakim człowiekiem przyjdzie jej iść przez śnieg.
            Na pytanie o Leopolda Manna odpowiedział dopiero po spojrzeniu w stronę rannego. Kapłan leżał nieruchomo, choć nie spokojnie. Oddech miał płytki, przerywany krótkimi dreszczami. Droga bez wątpienia szybko by go zabiła.
            – Mann zostaje – rzekł Sneider. – Nie przeżyłby drogi. Gruber i jego kobieta będą go doglądać, jak już wspomniałem. Nie mam wątpliwości, że lepiej zadbają o sługę Sigmara tutaj, pod dachem, niż my na trakcie.

            Kiedy wszystko zostało już wyjaśnione, Sneider zapiął mankiet, a potem wygładził sobie koszulę. Przeszedł do podsumowania ustaleń.
            – Ruszamy skoro świt. Wierzę, że umiecie należycie przygotować się do drogi. Nie będę szczędził języka, jeśli ktoś przypomni sobie na trakcie, że zapomniał jadła albo przemokło mu krzesiwo. W sprawach drogi głos ma nasz przepatrywacz, Herr Falk. Jeśli chodzi o wypatrywanie zagrożeń, liczę na Herr Moriza. Herr Tomasimo i ty, chłopcze – zwrócił się do Heinricha – będziecie wspomagać jednego i drugiego. Pies może się przydać, jeśli trzeba będzie podjąć trop. Nawet dobrze się składa, że jest z nami.
            To powiedziawszy, spojrzał na brytana siedzącego cicho przy nodze niziołka. Zwierzę było tak spokojne, że łatwo można było zapomnieć o jego obecności, dopóki nie zauważyło się czujnie postawionych uszu i jego spojrzenia.
            – W sprawach śledztwa słuchacie mnie. Jeśli będę miał uwagi do tego, co dzieje się po drodze, również słuchacie mnie. Kto ma z tym kłopot, niech powie teraz, zanim weźmie moje pieniądze.
            Poczekał chwilę, lecz nie wyglądało na to, by ktokolwiek zamierzał się sprzeciwić, choć charakter Łowcy najprościej rzecz ujmując, nie należał do łatwych. Umowa została zawarta. Na koniec Sneider wydał każdemu po jednej błyszczącej sztuce złota w poczet zaliczki. Za mało, by opłacało się z tym zniknąć. W sam raz, by wyobrazić sobie mieszek takich monet przy pasie. Czterdzieści pięć geltów za całość zadania było kwotą niebagatelną, a niedogodność w postaci charakteru Łowcy Czarownic dało się za takie pieniądze jakoś przełknąć.

            ***

            Gdy wrócili do głównej sali, wszyscy na pozór zachowywali się tak, jakby nic się nie wydarzyło. Karty znów leżały na stole, kufle z resztką złocistej piany wróciły w dłonie, ktoś nawet próbował rzucić żartem, ale wyszło to sztucznie, a śmiech urwał się szybciej, niż się zaczął. Ludzie patrzyli ukradkiem na tych, którzy wyszli z izby Łowcy Czarownic, po czym natychmiast znajdowali sobie coś pilnego do roboty. Gruber kręcił się za kontuarem jak gospodarz mający wszystko pod kontrolą. Szło mu marnie. Wciąż zerkał ku drzwiom izby, za którymi leżał Leopold Mann, i wycierał dłonie o fartuch, choć z nerwów zdążył już doprowadzić je do idealnego stanu.

            Tomasimo wypatrzył go w mgnieniu oka i przypomniał mu, że to on wskazał ich Łowcy. Nie omieszkał również nadmienić, że kapłan zostaje pod jego dachem, a droga będzie znacznie prostsza, jeśli karczmarz użyczy im suchego drewna na rozpalenie ognia na trakcie. Dodał też łaskawie, że skoro na gospodarza i tak spadła niedola, nie będą już dusić go o zwrot za piwo. Gruber nie należał jednak do ludzi skorych do rozdawnictwa i po raz kolejny, odkąd spali pod jego dachem, zdradził się skąpstwem.
            – Drewno? – powtórzył. – Suche drewno? Pewnie. Może jeszcze pierzynkę, balię i grajka na drogę? Ludzie, czy wy chcecie, żebyśmy tu wszyscy pomarzli na śmierć? Czort jeden wie, ile jeszcze dni tej zawiei i śniegu. Tak nie może być... nie może być...
            Odrzekł stanowczo, ale niziołek mówił dalej i widać było, że powoli urabia karczmarza. Ostatecznie jednak targi przypieczętowała żona Grubera, która wyszła z kuchni, spojrzała na męża i prychnęła z politowaniem.
            – Daj im te szczapy, stary durniu. Jak zamarzną w lesie i coś im się stanie, to Łowca wróci sam. Wtedy dopiero będziesz miał po interesie.
            To podziałało lepiej niż wszystkie uprzejmości.
            Spod schodów i z zapasu przy kuchni wyniesiono zawinięty w stary worek pakunek suchych szczap. Nie były piękne ani równe, ale suche i nadawały się do szybkiego rozpalenia. Dorzucono garść łuczywa oraz trochę szmat do osłonięcia opału. Do tego doszło kilka spojrzeń Grety, która obserwując męża, parobków i nowych towarzyszy Łowcy Czarownic, jasno dawała wszystkim do zrozumienia, co sądzi o tej całej wyprawie. Gdyby dało się wzrokiem wyganiać ludzi, staliby już nocą na trakcie. Gruber jeszcze długo mamrotał, że puszczą go z torbami, że zimą nie tak łatwo o drewno i że wbrew temu, co sądzą niziołki, nie wskakuje ono samo pod siekierę.

            ***

            Wieczór minął na przygotowaniach.

            Pieter i Tomasimo pochylili się nad stołem, planując trasę. Przepatrywacz mówił mało, ale kiedy już się odzywał, każde zdanie miało praktyczne znaczenie. Nakreślił towarzyszowi drogę, tłumacząc, gdzie kamienie drogowe mogą leżeć pod śniegiem i na jakie charakterystyczne punkty w terenie trzeba będzie zwracać uwagę. Mniej więcej w połowie drogi powinni natrafić na pieczarę, w której dałoby się rozpalić ogień i spędzić noc pod osłoną skał. Pieter nie wiedział, jaki namiot i ekwipunek ma Łowca, albo czy w ogóle ma, oraz w wypadku gdyby stracił ekwipunek, to czy uda mu coś sensownego zdobyć do rana, dlatego priorytetem pozostawało odnalezienie tej jaskini przed zmrokiem.

            Tomasimo palił fajkę, kręcił wąsa, dopytywał o szczegóły i układał sobie w głowie listę rzeczy potrzebnych do przeprowadzenia tej eskapady, która z każdą chwilą wydawała się coraz mniej rozsądnym sposobem na zarobienie, bądź co bądź, całkiem sporej ilości szmalu. Tyci leżał przy jego nodze i unosił łeb za każdym razem, gdy ktoś za mocno trzasnął drzwiami.

            Moriz Richter kręcił się po obejściu i zapleczu karczmy, wypytywał gości i szukał wszystkiego, co mogło się przydać w trasie. Udało mu się zdobyć starą końską derkę oraz lichy koc, ciężki od zapachu stajni. Nie dawały one wprawdzie wygody, ale mogły okazać się cenne, kiedy zimno zacznie wchodzić w kości. Porządnego namiotu ani śpiwora nie było. Gruber roześmiał się na samą wzmiankę, jakby Moriz poprosił go o osobną komnatę z piecem i służącą do podawania grzanego wina. Dodatkowych strzał też nie znalazło się wiele, a te, które wyciągnięto z kąta przy składziku, wyglądały tak, jakby ktoś przechowywał je z myślą o strzelaniu do szczególnie cierpliwych drzwi. Za to wśród rzemieni, drutów, haczyków, starych gwoździ, sprzączek i kawałków cienkiego sznura znalazło się dość drobiazgów, by człowiek obeznany z lasem mógł z nich zrobić sidło. Gruber naprawdę chciał zobaczyć, jak Moriz zamierza się do tego zabrać, choć po prawdzie bardziej z niedowierzania niż z ciekawości.

            Heinz zjadł, wypił swoje piwo i przekazał jeszcze raz, jak użyć zostawionych składników. Greta słuchała z miną zdradzającą, że nie ufa ani ziołom, ani kapłanom, a jej polewka i trochę dobrego tłuszczyku na pewno więcej dadzą choremu niż jakieś leśne badyle. Niemniej powtórzyła instrukcję poprawnie. Gruber stał obok i udawał, że też zapamiętuje, ale rudowłosy chłopak nie dawał temu szczególnej wiary.

            Noc była niespokojna, ale obyła się bez ekscesów. Żadni zwierzoludzie nie napadli na karczmę, choć przez pół wieczoru mówiono o tym, co należałoby zrobić, gdyby jednak przyszli. Ostatecznie nikt nie przedsięwziął szczególnie drastycznych środków ostrożności. Ktoś sprawdził stajnię. Ktoś podłożył drewno pod drzwi. Kilku gości piło dłużej, niż powinno, bo nie chcieli przymykać oczu przy widmie napadu. Gruber zmusił swoich parobków, by czuwali na zmianę i wyglądali przez okno, co przyjęli z minami ludzi przekonanych, że jeśli bestie naprawdę wyjdą z lasu, pierwszym i ostatnim pożytkiem z ich czuwania będzie możliwość pokrzyczenia sobie trochę przed śmiercią.

            Z izby na parterze dobiegał czasem zduszony jęk kapłana, który cierpiał w gorączce i majaczył przez sen. Sneider większość nocy spędził w pokoju z rannym, parę razy wychodząc po świeżą wodę, czyste płótno albo coś do jedzenia. Za każdym razem jego pojawienie się wywoływało niepokój na sali. Rozmowy cichły a spojrzeniami uciekano do kufli. Ostatecznie jednak zmęczenie zrobiło swoje, a karczmę stopniowo zdusiła noc.

            ***

            Świt przyszedł szary i niechętny. Choć bardzo tego chcieli, nie było w nim nic z pięknego brzasku ani choćby obietnicy lepszego dnia. Było zimno. Twarde, jaskrawe światło odbijało się w brudnych szybach, a śnieg przez noc wygładził obejście.

            text alternatywny

            Heinz wstał wcześnie. Zjadł, wypił, co miał wypić, i ruszył za karczmę oraz ku najbliższym drzewom, szukając kory brzozy, huby i czegokolwiek suchego, co mogło posłużyć za rozpałkę. Mimo że mieli już zapas od karczmarza, być może bardziej ufał własnym sposobom. Wrócił po pewnym czasie zziębnięty i wyraźnie niezadowolony. Śnieg przykrył wszystko zbyt grubą warstwą, a to, co wystawało ponad biel, było oblodzone, mokre albo zwyczajnie bezużyteczne. Las nie dał mu tego ranka niczego wartego zabrania.
            – Gówno nie rozpałka – oceniła Greta, gdy zobaczyła to, co mimo wszystko zdecydował się przynieść, po czym podała mu miskę czegoś ciepłego.

            Tomasimo zjadł porządne śniadanie. Zrobił to raczej z rozsądku niż z samej dziury w żołądku. Podejrzewał, całkiem słusznie, że na trasie nie będzie wielu okazji, by spokojnie napełnić brzuch. Tyci też dostał swoje, koń został nakarmiony i przygotowany, juki sprawdzone. Pieter obejrzał uprząż, pakunki, stan butów, a potem zapatrzył się w niebo, próbując odczytać z chmur, jaka pogoda szykuje się na dziś. Zapowiadało się lepiej, niż można było oczekiwać po nocnej zawiei. Chmur było mniej, a ostre słońce odbijało się od białych połaci śniegu tak mocno, że szybko trzeba było zmrużyć oczy. Moriz miał przy sobie derkę, rzemienie i zebrane poprzedniego wieczoru drobiazgi. Gruber wydał im drewno z taką miną, jakby każda szczapka miała imię i należała do jego najbliższej rodziny.

            Sneider pojawił się gotowy do drogi. Miał płaszcz zapięty wysoko, kapelusz nasunięty na czoło, a pod oczami ciemne ślady niewyspania. Na plecach niósł wypchany pakunek, w którym pobrzękiwały i przesuwały się rzeczy uznane przez niego za potrzebne. Sądząc po odgłosach niezadowolenia dochodzących z głębi karczmy, Łowca Czarownic nie tyle zaopatrzył się, ile zarekwirował wszystko w imię sprawy, za jaką uznawał swoją misje. Było to złodziejstwo najwyższej klasy, tyle że w białych rękawiczkach, ale nikt się jednak nie sprzeciwił. Zanim wyszedł do pozostałych, zatrzymał się jeszcze przy drzwiach izby, w której leżał Mann. Nie wszedł do środka. Stał tylko przez chwilę, z dłonią opartą o drewno, jakby nasłuchiwał oddechu zza desek. Potem poprawił rękawicę, odwrócił się i ruszył do wyjścia.

            Na zewnątrz uderzył ich mróz. Wszedł pod kołnierze, w rękawy płaszczy i między palce, szybko przypominając, że ciepło karczmy, choć trąciło piwem, dymem i ludźmi, było jednak ciepłem. Dym z komina snuł się nisko, po chwili rwany przez wiatr na brudne strzępy. Obejście skrzypiało pod butami. Konie nie wyglądały na zachwycone tym, że ktoś postanowił wyprowadzić je z stajni, w której może nie buchało ognisko, ale ściany dawały schornienie od zimnego wiatru. Tyci stanął przy nodze Tomasimo, otrzepał łeb ze śniegu, który spadł na niego płatem z brzegu daszku i spojrzał ku wejściu karczmy z nieco smutnymi oczyma.

            Droga prowadząca do lasu była ledwie widoczna, przysypana i nierówna. Tam, gdzie powinny ciągnąć się koleiny, leżała biała, zdradliwie gładka warstwa śniegu. Dalej, między pniami, trakt zwężał się i ginął w cieniu. Drzewa stały ciężkie od białych czap. Łatwo było dać się zwieść tej spokojnej bieli, ale każdy, kto choć trochę włóczył się po kniejach w takich warunkach, wiedział, jak szybko zacznie odbierać siły. Nogi będą zapadać się w śnieg, oddech stanie się cięższy, a przemoczone od potu ubranie zacznie lepić się do skóry pod płaszczem.

            ***

            Pierwsze godziny marszu wiały nudą i nie miały nic wspólnego z przygodą, jeśli któryś z nich miał na takową ochotę. I dobrze, bo przygoda zimą, w takich warunkach, częściej oznaczała śmierć niż uroczą chwilę, jakimi bardowie karmili tłuszczę w karczmach. Szli w milczeniu, zatrzymując się tylko po to, by sprawdzić kierunek, poprawić pakunek albo dać chwilę odpoczynku sobie lub koniom. Pieter prowadził ich pewnie, choć właściwie nikt poza nim nie rozumiał, czym się kieruje. Moriz trzymał wzrok na bokach traktu. Tomasimo pilnował konia i Tyciego. Heinz szedł z resztą, starając się zachować czujność. Sneider milczał, spełniając tym samym obietnicę złożoną poprzedniego wieczoru Pieterowi. Naprawdę nie wtrącał mu się w przeprawę.

            Bliżej południa Tyci zatrzymał się nagle. Nie szczeknął. Stanął tylko z uniesionym łbem, sztywno postawionymi uszami i nosem skierowanym ku zaspie pod pochylonym świerkiem. Koń parsknął, cofnął uszy i przestąpił niespokojnie. Przez chwilę widać było jedynie śnieg, kilka ciemnych gałęzi i cień między drzewami. Dopiero po chwili Pieter dostrzegł skórzany pas wystający spod bieli.

            text alternatywny

            Pod zaspą leżał koń. A właściwie jego truchło. Śnieg wokół niego był stratowany, rozrzucony i miejscami głęboko poorany kopytami, jakby zwierzę długo walczyło, zanim osunęło się na bok. Widać było też szkarłatne plamy, które cienka warstwa bieli przykryła nieskutecznie i niedbale. Szyja konia była nienaturalnie wygięta, pysk oblepiony zamarzniętą pianą, jedno oko otwarte i matowe. Siodło przekręciło się pod brzuch, pasy były zerwane, strzemię wciągnięte w zaspę. Na boku widniała szeroka, brzydka rana, zbyt poszarpana jak na zwykły upadek i zbyt głęboka jak na ślady wilków żerujących już po śmierci. Krew zamarzła w ciemnych smugach na sierści i uprzęży.

            Sneider podszedł, odgarnął śnieg z jednego z pasków i znalazł mały metalowy znacznik przytroczony do rzędu. Przez chwilę patrzył na niego bez słowa.
            – Koń Ulmanna – powiedział.
            Nie dodał, kim był Ulmann. Nie musiał. Zwierzę musiało zerwać się podczas zasadzki, ponieść rannego jeźdźca albo uciec już bez niego, a potem biec przez las, kierowane bólem i paniką, aż wyszło na trakt prowadzący ku Dunkelwaldowi. Dotarło dalej niż część ludzi z eskorty Sneidera.

            Wokół padliny znać było ślady: rwane odciski kopyt, częściowo zasypane nocnym śniegiem, oraz drobniejsze tropy łap przy boku i zadzie zwierzęcia. Wilki albo coś podobnego przyszły, znalazły mięso i odeszły. Nie wszystkie tropy wyglądały jednak staro. Kilka zachowało ostre krawędzie tam, gdzie wiatr zdarł z wierzchu sypką warstwę śniegu.

            Tyci patrzył nie na konia, ale między drzewa. Niziołek spojrzał w to samo miejsce co jego pies, lecz w ścianie obleczonych bielą pni nie dało się dostrzec niczego konkretnego. Gdyby pupil zobaczył tam wyraźne zagrożenie, pewnie szczekałby albo rwał się do przodu, ale on tylko patrzył w tamtą stronę, napięty i cichy. Trwało to jeszcze przez chwilę, po czym zwierzę straciło zainteresowanie. Moment później śnieg zaczął znów drobno prószyć, osiadając na grzbiecie martwego konia, uprzęży, tropach i ciemnej, szkarłatnej ranie.

            Sneider wstał, otrzepał śnieg z płaszcza i ponuro rozejrzał się po okolicy.
            – Nic tu po nas – rzekł. – Jeśli potraficie odczytać coś ze śladów, zróbcie to. W przeciwnym razie idziemy dalej. Nie wiem, czy koń padł od rany odniesionej przy zasadzce, czy później, ale rozwiązanie tej zagadki niewiele nam da, jeśli zmarnujemy tu zbyt dużo dnia. Priorytetem jest dojście do miejsca na nocleg. Nie chcę, żeby ciemność zastała nas nieprzygotowanych.
            Spojrzał po reszcie, oczekując albo szybkiego zbadania śladów, albo dalszego marszu.

            1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
            1
            • WiredW Niedostępny
              WiredW Niedostępny
              Wired jako Tomasimo Ashfield
              napisał(a) ostatnio edytowany przez Wired
              #7

              Szary zimowy świt skradał się do okien. Tomasimo nie spał. Przekleństwo wojska, zawsze budził się przed świtem. Tej nocy nie miał koszmarów i spał całkiem dobrze, co go miło zaskoczyło, może zasługa kapłana w dolnej izbie? Sama obecność świętego męża mogła wpływać na okolicę, nawet jeśli nie był to jego ulubiony bóg. Zresztą, Tomasimo od wielu lat twierdził, że mniej ważne od tego czy wierzysz w boga jest to czy bóg wierzy w Ciebie, kim jest, i czy ma wobec Ciebie szczególne plany. Bo czym jest wola człowieka czy niziołka wobec potęgi najwyższych? Miał jedynie nadzieję, że Oni nie grają ich życiem, niczym w kości, jak to powiedział mu kiedyś pewien cyniczny bard, a jeśli grają, to oby jego gracz miał dobre rzuty i normalne ręce zamiast macek. Brrr... otrząsnął się z migawki wspomnień o mutantach, których stosy podpalali po walce. Powykręcane ciała, pełne dodatkowych oczu, dziobów, szczypiec i macek. Przerażające. A jednak, walczyli po stronie zwierzoludzi i robili z swoich pokracznych ciał użytek w każdej bitwie, nie traktowali mutacji jako przekleństwa, nie wołali o pomoc. Nie szukali odkupienia... kto wie, może nawet byli z nich dumni? W zmianach poczynionych na ich ciałach dostrzegali dotyk boga, bycie wybrańcem? Do dziś nie potrafił tego zrozumieć...

              Przemył twarz w misie z wodą przygotowanej dzień wcześniej by odgonić myśli i przywrócić się do teraźniejszości Woda była zimna, wychłodzona powietrzem przechodzącym przez nieszczelne okiennice. W sam raz by go orzeźwić. Wyjął swój przybornik i rozczesał brodę i wąsy, lekko podciął i nasączając olejkiem zakręcił je jak co rano. Wypolerowany kawałek metalu służący za lusterko mówił mu, że jest dobrze. Chciał mu wierzyć. Następnie wziął szczoteczkę i wyczyścił buty oraz kolczugę, ubrał się starannie i zszedł na dół na śniadanie.

              Jako kapral nie raz słyszał donosy, że niektórzy z świeżaków twierdzą, że mu odbija, że ubłoceni i zmęczeni nie powinni obrywać po mordzie i robić karnych pompek za to że guzik niedopięty, buty brudne czy włos nie przystrzyżony. Że się wyżywa na młodszych. Tomasimo jednak wierzył, że magia jest w pracy, której staramy się unikać. Że dyscyplina kształtuje się przez rutynę i postawę, a ta ostatnia powinna nas odróżnić od ubłoconych i brudnych zwierząt i sług Chaosu z jakimi walczymy. Że jak z oddali nie widać po Tobie czy jesteś żołnierzem imperium czy zachlapanym krwią i brudem wojownikiem chaosu, to znaczy że blisko Ci do zostania tym drugim.

              Jedząc solidną jajecznicę i zagryzając suchym już chlebem, rozglądał się po karczmie, w jadalni było kilku śpiących pijaczków, którzy w porę nie przenieśli się do wspólnej izby na sen. Ogień radośnie skierkał w kominku, a żona karczmarza właśnie podała mu grog, który rozgrzewał jego trzewia.
              Do stołu dosiadł się Heinz, małomówny rudzielec, który też jak widać nie mógł spać po świcie. Widocznie zziębnięty musiał zapragnąć sprawdzić pogodę. Przyniósł jakieś badyle, mech wysuszony w jakiejś dziupli i trochę kory drzewnej, kładąc to wszystko na stole.
              - Gówno nie rozpałka – oceniła Greta dając mu miskę ciepłej strawy. Tomasimo nie skomentował.
              Pytanie o pogodę było bez sensu, zresztą już zorientował się, że nie jest to człowiek co lubi rozmawiać czy dzielić się przeszłością. Pozostało więc obserwować. Wyciągać wnioski z postawy i czynów.
              Weźmy na przykład te badyle gdy mamy zapas suchego drwa od karczmarza, może wstał wcześnie i nie miał czym zająć rąk, w końcu prędzej czy później wyschną i będzie z nich użytek. A może nie był pewien czy i jak długo będzie nam towarzyszył? Może miał własne plany i po którejś nocy go więcej nie zobaczymy, może zostawi ich chudszych o sakiewki?
              - Hmm... - rzekł do własnych myśli niziołek, kończąc posiłek
              - Zajrzę do stajni - oznajmił przerywając milczenie.
              - Chodź Tyci. Pora przywitać dzień - rzekł do psa co kończył pałaszować resztki z wczoraj wrzucone mu do misy.

              Zanim weszli do stajni oporządzić kuca mróz uderzył ich solidnie w twarz. Nawet pies, kislevski owczarek, był niezadowolony. Pan Zimy solidnie dawał do zrozumienia kto ma władzę nad tą krainą. Stajnia była tylko chwilowym wybawieniem. Wkrótce wszyscy zebrali się przed zajazdem. Tyci otrzepując się z płata śniegu co spadł na niego z dachu z tęsknym wzrokiem wskazywał swojemu panu na drzwi do ciepłej izby, którą zostawiali za sobą.
              - Hahahaha - wybuchł śmiechem Ashfield - a podobno kislevskie owczarki lubią zimę.
              Pogładził psa po łbie, i poszedł jeszcze na chwilę do karczmy.
              - Pilnuj - rzekł do niego odchodząc. Bardziej na pokaz niż z potrzeby, by inni zobaczyli co się stanie gdyby podeszli do jego kuca z wypchanymi jukami, gdy go nie ma w pobliżu.

              Ku ich zaskoczeniu podziękował Gruberowi i jego żonie za gościnę, pochwalił jedzenie i napitek oraz dał dwa szylingi napiwku. Gest rzadko spotykany w tych czasach i miejscu. Po czym uśmiechając się szeroko, podniósł lekko kapelusz schylają głowę w geście pożegnania i wyszedł z karczmy. Doczepił do siodła stary worek od Grubera z drewnem, łuczywem i szmatami, wsiadł na kuca i spojrzał na pozostałych. Był gotowy do drogi. Jak i reszta. Ruszyli.

              Spojrzał w niebo i prowadził zwierzę za koniem Falke. Chmur było mniej niż wczoraj, co sugerowało mniejsze opady, ale i zimniejszą noc. Jak zawsze trzymał się pleców przepatrywacza. W drodze rozglądał się bawiąc załadowaną procą, gotowy zdzielić pierwszego gościa co wychyli się nieproszony z lasu.
              Za końmi szła reszta, śniegu napadało sporo, zwierzęta torowały im drogę. Miały też talent do nie stawiania łap byle gdzie. Jak? Tomasimo chciałby wiedzieć. Tyle razy co ugrzązł w śniegu czy błocie gdy stanął nie tam gdzie trzeba, a jego kuc czy pies jakoś nigdy. Tyci szedł obok, radośnie z otwartym pyskiem łapał lekko prószące śnieżki, czujnie towarzysząc swemu panu. Co pewien czas rzucał się trochę dalej od grupy, przystawał, nasłuchiwał. Po czym wracał do Tomasimo i maszerował dalej.

              Aż w końcu coś znalazł. Pieter po psie pierwszy wypatrzył w zaspie wystający rzemień. Górka śniegu była wyższa niż okoliczne, i najwidoczniej coś skrywała. Zeszli z wierzchowców. Pod zaspą leżał koń. Znaczy zwłoki. Szyja była nienaturalnie wygięta, a na boku głęboka poszarpana rana. Zbyt głęboka jak na wilki.

              - Koń Ulmanna - stwierdził sucho Łowca Czarownic.
              Pieter pochylił się nad truchłem znajdując mieszek i tubę z mapą. Ani jedno ani drugie mu się już nie przyda. Przez myśl mu przeszło, czy aby Łowca nie zarekwiruje chociaż pieniędzy, by oddać rodzinie poległego. A może podzielą jak łupy? Wszak stali się najemnikami, a Ci zwykle dzielili udział procentowo zależnie od ich ilości i rangi.
              Nie był to jednak czas na takie pytania. Skoro inni badali zewłok Tomasimo odruchowo rozejrzał się szukając zagrożenia i zobaczył że jego pies czujnie obserwuje jedno miejsce w lesie. Coś wyczuł, może coś usłyszał. Nic co by go zaalarmowało najwidoczniej bo po chwili spojrzał na niziołka i wrócił do reszty.
              - Tyci urwisie, gdybyś tylko umiał mówić - powiedział cicho niziołek.
              Tomasimo nie zamierzał tego ignorować i poszedł w stronę wskazaną przez psa. Sam nie wiedząc czego szuka, może coś w śniegu leży i pachnie tak że tylko pies wyczuwa, może jakieś ślady znajdzie.

              Na jednym z drzew, mniej więcej na wysokości piersi dorosłego człowieka, ktoś wyciął w korze prosty znak. Nie był świeży, ale nie wyglądał też na bardzo stary. Łatwo było go przeoczyć wzrokiem. Znak wycięto nożem głęboko w korze. Składał się z kilku krótkich nacięć i jednej dłuższej kreski, zrobionych w sposób zbyt celowy, by uznać je za przypadkowe zadrapanie. Tomasimo już miał się odezwać, ale zanim zdążył Sneider odbierając jakiś papier od Moriza postanowił ich okłamać.
              - Kawałek raportu polowego – powiedział łowca czarownic kończąc czytać podany mu pergamin, wyraźnie zirytowany – Dobrze, że nie wpadł w niepowołane ręce.
              - Raportu? - powtórzył dodając wręcz teatralne zdziwienie Tomasimo - wyruszając z Ostlandu, z zamku Lenkster, do zabitej dechami dziury w sąsiedniej prowincji, Dunkelwald, zabrał ze sobą raport wojskowy? - pytanie było retoryczne, Ashfield nie oczekiwał odpowiedzi, ale oczekiwał od ich zleceniodawcy trochę więcej szacunku i nie robienia z nich idiotów. Nie sądził też by jakikolwiek stary raport mógł tak zirytować łowcę czarownic.
              - Ktoś tu był, oznaczył ten teren dla innych, to chyba znaki łowców - oznajmił reszcie pokazując nacięcia na drzewie - Ktoś z Was wie co znaczą?
              - To że zostawił papier nie znaczy, że go nie czytał - dodał na koniec, gdyby znaczenie jego słów nie było jasne.

              Widząc, że Heinrich idzie dalej w las zostawił ten kierunek i przeszedł obok, przyglądając się porytej kopytami ziemi. Szukał śladów krwi, kierunku skąd szedł koń, jeśli naprawdę został ranny w bitwie i dotarł tu ostatkiem sił, to by znaczyło że krwawił od przełęczy. Niziołek nie znał się na zwierzętach na tyle, ale znał się na ranach, a ta na koniu była na tyle głęboka, że nie sądził by była tą którą zadano mu podczas bitwy.

              W porytej kopytami ziemi zamiast krwi znalazł gwizdek, niewielki kościany, możliwe że nie na ludzi, a na zwierzęta, przydatny do wielu rzeczy, od wydawania komend na większe odległości po sianie popłochy w szeregach koni gdy dmuchniesz mocniej a nieprzyzwyczajone do dźwięku niesłyszalnego dla ludzi zwierzęta zechcą uciec od źródła powalając przy tym jeźdźców. Dość wyszukana zabawka, tresowanie zwierząt to sztuka.

              - Sądzicie że dotarł z tą raną aż z przełęczy? - zapytał Klausa
              - Spora rana, głęboka, a nie widać jakiejś większej ścieżki z krwi, ziemia w około rozorana jakby z czymś walczył.
              - Co gorsza nie ruszony przez wilki, one czują krew z ogromnych odległości i nie wybrzydzają, tu przecież bufet jak się patrzy, z setka kamieni mięsa.
              - Obróćmy go, zobaczmy co pod nim - zaproponował, a gdy inni spojrzeli na niego niepewnie dodał - może jaki juk czy torba zaczepiona do siodła - choć obecnie równie ciekaw był samych ran zwierzęcia i czemu nic go nie zjadło, lub chociaż nie nadgryzło.

              1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
              1
              • DhratlachD Niedostępny
                DhratlachD Niedostępny
                Dhratlach jako Heinrich "Heinz" Kraus
                napisał(a) ostatnio edytowany przez
                #8

                Heinz wiedział, aż nadto dobrze, jak bezlitosna była łaska Taala, lub raczej jej brak. jakby nie patrzeć był to dość... krnąbrny bóg i jego uwaga była mocno selektywna. Jak tak o tym myślał, gdy wracał z przemoczonym drwem... to wszyscy bogowie tacy byli. Nieczuli. No, może za wyjątkiem Ranalda. Tego łaska była namacalna. Co prawda, żaden bóg nigdy nie odpowiedział na jego modlitwy i powątpiewał momentami czy to przypadkiem nie ludzkie wymysły... ale prawda była okrutna. Kapłani czynili cuda. Ranald jednak miał to do siebie, że sprzyjał wszystkim. Jednym mniej, innym bardziej, ale jednak. Nawet nie trzeba było się specjalnie modlić... tylko spróbować jeszcze raz i poprosić. Ot, tak po ludzku. Poprosić. Nawet bez wzywania jego imienia.

                Miska ciepłej, cienkiej, piwnej polewki którą dobra kobiecina go poczęstowała była miłą odmianą i posłał jej słaby uśmiech przyjmując tą odrobinę nadziei w ludzkość z wdzięcznością. Może jednak była dla nich wszystkich jeszcze nadzieja? Jakaś? Nikła? Dogasająca i targana zmiennymi wiatrami losu, dumą i sknerstwem wielu, ale... jednak jakaś? Trochę żył. Trochę widział. Trochę przeszedł, a jednak... jednak gdzieś na tym podłym świecie byli dobrzy ludzie. Tacy zwykli. Przyziemni. Jak on... bo mi wyżej w hierarchii tym... ehh...

                Nie uśmiechało mu się pracować dla Łowcy Czarownic. Ani trochę. Miał z nimi... jakby to powiedzieć delikatnie... nie lubił ich. nie lubił ich praktyk. Nie lubił ich wyniosłości. Nie lubił ich zacietwierzenia i zdecydowanie, ale to zdecydowanie, nie lubił ich za wszystko to co przekonani o swojej "wspaniałości" robili bogu winnym ludziom, bo... ot, tak, chyba. Bo ktoś. Bo coś. Nie mniej, jednak, rozumiał konieczność ich fachu. Nawet to szanował. Na swój... rozczochrany życiowymi turbulencjami sposób. Nie mniej, miał okazję się wyrwać i zarobić dobry grosz. Plus to co uzbierał do tej pory? No, to będzie niemała sumka. Nadal mało by spełniły się jego marzenia i plany, ale... byłby o ten kroczek bliżej.

                Droga była żmudna. Ciężka i paskudna. Jak to zima, co nie? Już nawet nie czuł zimna. Ot, od dawna czuł tylko wewnętrzną pustkę i ten jej okrutny chłód tam gdzie kiedyś biło szczęście młodzika którym kiedyś był. On już nie żył. Od długich lat, a każdy kolejny dzień był taki sam. Czasami zastanawiał się co go w ogóle trzyma przy życiu... i jak by świat wyglądał, gdyby nie tamte wydarzenia. Alkohol pomagał tłumić myśli. Rozgrzewał ciało. Pozwalał zapomnieć. Może nie był wytrawnym ochlapusem i jego tolerancja na alkohol nie była jakaś duża... ale nie ufał sobie po alkoholu. Pił tyle, by zapomnieć. Nie tyle by się spić w trupa. Oczywiście, nie miał problemu spijać innych... Sam jednak... nie mógł sobie na to pozwolić.

                Zaspa i truchło konia... było dla niego radosną nowiną. Lubił mięso, a te aż się prosiło o to by je zabrać. Co jak co, ale głupi by odmówił, nie? Smaczne, skwierczące, ciepłe mięsko... ahh... co tu więcej chcieć? Psina zareagowała dziwnie. Zbyt dziwnie jak na jego gust. Co to za pies co uszy strzyży i głosu nie daje? Co on, wewerkę zwęszył, czy innego zajeca? Miał przegniłe przeczucie...

                - Bierzmy mięso. - powiedział beznamiętnie i po chwili dobywając topór dodał - Sprawdzę co ta psina...

                Nie widział nic szczególnego... ale dostrzegł tą jedną rzecz która zmroziła mu krew w żyłach. Guślarskie amulety. Oj, nie, nie, nie, nie... to nie mogło się skończyć dobrze. Nie znał się na nich, ale wiedział o nich jedną, a właściwie dwie, rzeczy. Po pierwsze, mogły chronić miejsce przed złem... co by było miłe... ale druga opcja był dużo bardziej złowroga i bardziej do niego przemawiała. Mogły... zatrzymywać coś by nie wyszło. Co by pasowało, bo koń był ranny... a krwi było tyle co... no właśnie.

                Miał wracać, ale o mało nie potknął się o zasypany w śniegu korzeń i dostrzegł to. Hubę. na wpół przemoczoną. Niemalże całą pokrytą śniegiem... Hubę. Sięgnął do cholwy buta i dobył szeroki nóż. Odciął ją i "oprawił". Po krótkim, wprawnym, zabiegu miał trochę palnego materiału. Niewiele i zdecydowanie za mało by poprawić mu humor ruszył w drogę powrotną. Zasłyszając szczepki rozmowy powiedział beznamiętnie i ciszej niż wymagałaby pogoda, czy pora dnia.

                - Bierzmy co się da. Juki, czy co tam. Wykrawajmy mięso i spierdalajmy stąd. Byle szybko. - zamilkł na parę kroków jak się zbliżał i dodał ponuro spoglądając na Łowcę
                - To przeklęte miejsce. Guślarskie amulety wśród drzew.

                Tonight, boys, we are eating like kings...

                1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                2
                • MortarelM Niedostępny
                  MortarelM Niedostępny
                  Mortarel jako Pieter Falk
                  napisał(a) ostatnio edytowany przez
                  #9

                  Wieczorem Pieter nie pił więcej, niż musiał. Siedział przy stole z kawałkiem starego węgla w palcach i przez dłuższy czas przesuwał nim po blacie, znacząc krótkie linie, urwane łuki i punkty, które dla kogoś postronnego mogły wyglądać jak bezładne bazgroły. Dla niego były jednak drogą. Zasypanym traktem. Miejscem, gdzie należało trzymać się lewej strony jaru. Kamieniem drogowym, którego rano nikt nie zobaczy, bo śnieg przykrył go pewnie po sam czubek. Starą świerczyną, po której można rozpoznać zakręt, jeśli człowiek pamiętał, że jedno z drzew pękło dawno temu od pioruna i rosło teraz krzywo, jakby chciało uciec od własnego korzenia. Nie mówił dużo.

                  Tomasimo dopytywał, poprawiał coś, kręcił wąsa i co jakiś czas rzucał uwagą, która w innych okolicznościach mogłaby rozjaśnić wieczór. Pieter odpowiadał krótko. Tu bagno pod śniegiem. Tam osłonięta skała. Dalej zwężenie traktu. W połowie drogi powinna być pieczara, jeśli wejścia nie zawiało. Dobra na nocleg, bo od północy chroni ją kamień, a dym przy słabym ogniu nie powinien nieść się za wysoko.

                  Później wstał od stołu i sprawdził swój ekwipunek. Nie było w tym żadnej przesadnej ceremonii, raczej stary nawyk człowieka, który zbyt wiele razy widział, jak drobiazg decyduje o życiu. Poprawił rzemienie, obejrzał sprzączki, przeciągnął palcem po ostrzu, upewnił się, że hubka i krzesiwo są suche, a rzeczy, które powinny być pod ręką, naprawdę będą pod ręką, kiedy przyjdzie po nie sięgnąć zmarzniętymi palcami. Zwinął płaszcz tak, by nie przeszkadzał w marszu, a jednocześnie dawał się szybko narzucić na ramiona podczas postoju.

                  Z samego rana poszedł do stajni, zanim karczma na dobre się rozbudziła. Koń parsknął cicho, niezadowolony z chłodu i poruszenia o takiej porze. Pieter nie przemówił do niego pieszczotliwie. Nie miał do tego talentu. Przesunął tylko dłonią po karku zwierzęcia, sprawdził nogi, podciągnął popręg, obejrzał podkowy i uprząż. Potem uporządkował pakunki tak, żeby ciężar nie ciągnął na jedną stronę. Wszystko musiało leżeć równo. Na trakcie nierówny juk potrafił narobić więcej kłopotu niż głupi człowiek, a głupich ludzi i tak zwykle nie brakowało.

                  Kiedy wyszedł przed karczmę, spojrzał jeszcze raz na niebo. Nie wyglądało dobrze.


                  Droga od pierwszych kroków odebrała im złudzenie, że opuszczenie karczmy było początkiem przygody. Nie było w tym nic wzniosłego. Był tylko śnieg, który chrzęścił pod butami i kopytami, mróz wciskający się pod rękawy, oddech zmieniający się w białą parę oraz powolne, nużące pilnowanie, żeby iść dalej. Las nie robił nic widowiskowego. Nie ryczał, nie wył, nie wysyłał od razu potworów spomiędzy pni. Stał cicho, ciężki od bieli, obojętny na ludzi, którzy uznali, że mają dostatecznie dobry powód, by przejść przez jego gardło.

                  Pieter szedł przodem. Nie wyglądał na kogoś, kto prowadzi wielką wyprawę. Bardziej na człowieka wykonującego pracę, która dawno przestała wymagać od niego słów. Co jakiś czas zatrzymywał się, patrzył na linię drzew, na kształt zaspy, na pochylenie starego pnia albo przerwę między gałęziami. Tam, gdzie inni widzieli tylko biel i ciemne smugi lasu, on widział resztki traktu, ukryty spadek terenu, miejsce, w którym śnieg ułożył się inaczej, bo pod spodem leżał kamień albo wykrot.

                  Nie tłumaczył każdego wyboru. Czasem wskazał ręką. Czasem mruknął jedno słowo. Czasem skręcił bez zapowiedzi. Milczenie nie było przyjemne, ale było użyteczne. Po jakimś czasie każdy dźwięk zaczynał znaczyć więcej. Skrzypienie uprzęży. Parsknięcie konia. Cięższy oddech któregoś z ludzi. Szelest śniegu zsuwającego się z gałęzi. Dalekie pęknięcie drewna, które mogło być tylko mrozem, ale mogło też nie być tylko mrozem. Pieter słuchał tego wszystkiego bez szczególnej miny.

                  Spojrzał raz przez ramię na Tomasimo. Niziołek trzymał się jak zwykle lepiej, niż powinien ktoś jego wzrostu w takim śniegu. Pieter nie lubił przyznawać, że obecność psa go uspokajała, więc tego nie robił. Ale pies słyszał rzeczy, których ludzie nie słyszeli. A w lesie to wystarczało, żeby mieć dla niego szacunek.

                  Sneider milczał. To Pieter zapisał mu na plus, choć nie powiedział tego nikomu. Łowca Czarownic szedł z twarzą człowieka, który niósł w sobie więcej gniewu niż snu, ale nie przeszkadzał. Nie pytał co kwadrans, czy to na pewno dobra droga. Nie kazał zawracać przy każdej zaspie. Nie poprawiał człowieka, którego wynajął do prowadzenia. W świecie pełnym ludzi pewnych własnej racji była to cecha rzadka.


                  Pieter stał nad martwym koniem z twarzą równie nieruchomą jak śnieg zalegający między drzewami, ale oczy pracowały mu uważnie, powoli, bez pośpiechu. Nie patrzył na padlinę tak, jak patrzy człowiek, który widzi tylko mięso, skórę i zamarzniętą krew. Patrzył jak ktoś, kto próbuje odtworzyć ostatnie chwile zwierzęcia, jego strach, kierunek ucieczki, sposób, w jaki upadło, i to, co stało się później, kiedy wszystko powinno już należeć tylko do mrozu, wilków i ciszy.

                  Śnieg prószył drobno, cierpliwie, jakby chciał zakryć każdy ślad po ludzkich błędach. Falk nie lubił takiego śniegu. Za dobrze wiedział, że biel potrafi kłamać lepiej niż ludzie.

                  Przykucnął przy boku konia i przesunął wzrokiem po uprzęży. Nie dotknął od razu niczego, tylko pochylił się niżej, tak że para jego oddechu osiadła na zmarzniętej skórze zwierzęcia i zniknęła po chwili w zimnym powietrzu. Dopiero wtedy odgarnął rękawicą śnieg spod siodła.

                  Przy jednym rzemieni, tuż pod siodłem, zauważył coś, co nie pasowało do reszty. Rzemień był częściowo przerwany. Nie była to jednak poszarpana krawędź po zębach ani brzydkie rozerwanie od nadmiernej siły. Nacięcie było czyste, równe, wykonane ostrym nożem. Pieter przyglądał mu się przez chwilę, mrużąc oczy.

                  — To nie wilki — powiedział cicho. — I nie zwierzoludzie.

                  Odgarnął więcej śniegu, potem ostrożnie oderwał od skóry niewielką tubę, częściowo przymarzniętą do rzemieni. Szło opornie. Mróz trzymał mocno, jakby nawet martwe rzeczy nie chciały oddawać tego, co do nich przywiązano. W końcu skóra puściła z cichym trzaskiem. Pieter otworzył tubę i wyciągnął mapę.

                  Nie była piękna. Nie miała w sobie nic z pracy uczonego kartografa siedzącego przy świecy w ciepłej izbie. Była praktyczna, brudna, zrobiona ręką człowieka, który bardziej potrzebował trafić do celu, niż zachwycić kogokolwiek starannością kreski. Zaznaczono na niej dukty, leśne przejścia, kamienie drogowe i punkty, które dla obcego nie znaczyłyby pewnie nic, ale dla kogoś z Hochlandu mogły mówić całkiem sporo.

                  Falk patrzył na nią dłużej, niż wymagała zwykła ciekawość. Próbował rozeznać się jaką drogę przedstawiała mapa. Przesunął palcem po jednym z oznaczeń, potem po drugim. Przez moment wyglądał, jakby w głowie nakładał rysunek na las, który ich otaczał, na zasypany trakt i drogę do Dunkelwaldu.

                  Pieter podniósł wzrok na Sneidera — Ktoś chciał ją zabrać, ale nie zdążył. - Rzekł krótko.

                  Nie powiedział „ktoś rozumny”, ale to wisiało między nimi wystarczająco wyraźnie. Zwierzoludzie mogli mordować, rozrywać, palić, plugawić i zostawiać po sobie ślady, które człowiekowi śniły się później przez lata. Ale takie cięcie, w takim miejscu, przy takiej rzeczy, nie było dziełem bestii szukającej mięsa.

                  Potem Falk przesunął się bliżej zadu konia i zaczął przeszukiwać rząd. Nie było w tym zachłanności. Raczej surowa praktyka ludzi, którzy zbyt długo chodzili po miejscach, gdzie martwi zostawiali rzeczy bardziej potrzebne żywym. Pod zmarzniętą fałdą skóry i śniegu znalazł małą sakiewkę. Oderwał ją z wysiłkiem, potem rozwiązał i wysypał zawartość na dłoń.

                  Srebro. Miedź. Kościana kostka.

                  Falk obejrzał ją pobieżnie, po czym obrócił między palcami jeszcze raz, już uważniej. Kącik ust drgnął mu ledwie dostrzegalnie, ale nie był to uśmiech.

                  — Oszukiwał przy kościach — powiedział sucho, pokazując obciążoną kostkę Tomasimo, a potem reszcie. — Dwadzieścia szylingów. Piętnaście pensów.

                  Przez chwilę ważył sakiewkę w dłoni. Potem spojrzał na martwego konia, na mapę, na ślady kopyt rozrzucone w śniegu i dalej, ku drzewom, gdzie Tyci wcześniej zatrzymał wzrok.

                  Nie było w tym potępienia. Raczej zwykłe stwierdzenie faktu, może nawet cień zrozumienia. Ludzie, którzy żyli z prowadzenia innych przez las, rzadko byli święci. Święci zresztą zazwyczaj kończyli gorzej.

                  Falk wstał powoli i otrzepał rękawice ze śniegu. Dopiero wtedy przyjrzał się tropom.

                  Najpierw kopytom. Potem drobniejszym śladom łap przy boku i zadzie. Potem miejscu, gdzie koń musiał się szarpać, ranić, zapadać i próbować poderwać się z ziemi. Śnieg był już częściowo zniszczony przez nocny opad i wiatr, ale nadal dało się coś z niego wydobyć. Zbyt mało, żeby nazwać to pełną odpowiedzią. Dość, żeby nie podobało się Pieterowi jeszcze bardziej.

                  Kiedy Tomasimo wspomniał o znakach na drzewie, Pieter odwrócił głowę i popatrzył w tamtą stronę. Nacięcia w korze. Proste, celowe. Nie takie, które robi gałąź albo pazur. Słyszał o znakach łowców, drwali i ludzi, którzy chcieli zostawić wiadomość bez używania słów. Czasem oznaczały drogę. Czasem ostrzeżenie. Czasem miejsce, gdzie ktoś coś ukrył. A czasem mówiły tylko: „Tu byłem - Knut”. Pieter nie próbował udawać, że wie więcej, niż wiedział. To była jedna z niewielu uczciwości, na które mógł sobie pozwolić.

                  Słowa Heinza o guślarskich amuletach sprawiły, że Falk spojrzał w głąb lasu dłużej niż wcześniej. Nie lubił guseł. Nie dlatego, że był człowiekiem szczególnie pobożnym albo uczonym. Po prostu w górach i lasach Hochlandu człowiek uczył się szybko, że rzeczy powieszone na drzewach rzadko wiszą tam bez powodu. A powód zwykle nie był dobry.

                  — Nie brałbym mięsa — powiedział spokojnie. Spojrzał na Heinza, potem na Tomasimo. — Nie z tego miejsca.

                  Nie tłumaczył od razu, ale po chwili dodał, bo widział, że trzeba.

                  — Koń jest dziwnie ranny. Są przy nim znaki. Amulety wiszą w lesie. Nawet wilki przyszły i nie zeżarły truchła...

                  Odwrócił głowę ku martwemu zwierzęciu. Śnieg zaczynał już osiadać na jego otwartym oku, przykrywając je powoli, jakby las sam chciał zamknąć sprawę.

                  — Głodny wilk nie zostawia takiego mięsa bez powodu.

                  Pieter schował mapę z powrotem do tuby, ale nie oddał jej od razu. Trzymał ją jeszcze chwilę razem z mieszkiem z monetami i kością, jakby ważył, czy przedmioty powinny trafić w ręce Sneidera, czy pozostać u niego. W końcu spojrzał na Łowcę Czarownic.

                  — Mapa może mi się przydać. Jeśli była Ulmanna, prowadzi w tę samą stronę, w którą idziemy. Mogę ją nieść. Albo wy ją niesiecie, a ja będę mówił, kiedy trzeba spojrzeć.

                  To była najgrzeczniejsza forma sprzeciwu, na jaką Falk potrafił się zdobyć. Nie chciał kłócić się z Łowcą Czarownic nad końskim truchłem, w zimnym lesie, przy śladach czegoś, co mogło nadal być blisko.

                  Potem wskazał na sakiewkę.

                  — Pieniądze i kostka.. Wasz człowiek, wasza decyzja. - Zerkną pytająco na łowcę czarownic. Nie dodał, że martwemu pieniądze nie są już potrzebne.

                  Pieter przez moment stał nieruchomo, nasłuchując. Las był cichy, ale nie była to dobra cisza. Dobra cisza zimą ma w sobie oddech: skrzyp gałęzi, ruch śniegu, nawoływanie ptaka gdzieś daleko, pękające drewno.

                  1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                  0
                  • WiredW Niedostępny
                    WiredW Niedostępny
                    Wired jako Tomasimo Ashfield
                    napisał(a) ostatnio edytowany przez Wired
                    #10

                    - Wilki przyszły? - dopytał Pietera Tomasimo, bo nie znalazł żadnych ich śladów
                    - Ale fakt, mięsa którego leśne zwierzę zimą nie tknie bym nie jadł - zgodził się z przepatrywaczem.

                    Przewrócenie martwego konia nie było ani łatwe, ani przyjemne. Zwierzę zesztywniało od mrozu, przywarło do śniegu i lodu, a tam, gdzie krew zmieszała się z białą breją, wszystko trzymało mocniej, niż powinno. Trzeba było zaprzeć się butami, szarpnąć za rząd i włożyć w to trochę siły. Kiedy ciało w końcu puściło, wydało z siebie głuchy, mokry odgłos.

                    Druga strona nie przyniosła wielkiego odkrycia. Juki, które znalazły się pod spodem, były częściowo zmiażdżone ciężarem konia, częściowo rozorane pazurami albo kłami. Skóra stwardniała od mrozu, szwy popękały, było widać też parę rozprutych dziur które musiały powstać za sprawką zwierzoludzi. Jeśli było tam kiedyś coś cennego albo ważnego, nic po tym nie zostało.

                    - Ładnie go coś rozharatało - ocenił niezbyt fachowo niziołek.
                    - To mówicie Panie Heinrich, że amulety guślarskie wśród drzew? - zmienił temat odwracając wzrok od krwi.
                    - Nono, odważne stwierdzenie jak na towarzystwo naszego zleceniodawcy, długo w tym siedzicie że taka Wasza pewność? - rzucił pół żartem, przypominając Heinzowi z kim podróżują i zaśmiał się klepiąc go w ramię, choć był pewien że jak przystaną na postój to rudemu do śmiechu nie będzie.

                    Co gorsza przez takie gadanie Klaus mógł poczuć potrzebę wzięcia i reszty na spytki, a żaden z nich raczej do zacieśniania więzów z Sneiderem się nie garnął. Mieli zrobić swoje i wziąć kasę, dodatkowe wzbudzanie zainteresowania swoją osobą było zbędne, zdecydowanie zbędne...

                    - Kult Taala i Rhyi jest bardzo stary i ma swoje lokalne odmiany, może te talizmany zostawił ten łowca od znaków na drzewie, chcąc na znane mu sposoby odgonić zło co zalęgło się w lesie? - zaproponował mniej bluźniercze wytłumaczenie - niemniej, niech się łowca czarownic im przyjrzy, i ruszajmy, nic tu po nas - dodał i wsiadł na kuca czekając na resztę.

                    1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                    0
                    • DhratlachD Niedostępny
                      DhratlachD Niedostępny
                      Dhratlach jako Heinrich "Heinz" Kraus
                      napisał(a) ostatnio edytowany przez Dhratlach
                      #11

                      Hkucnął przy truchle. Heinz spojrzał przelotnie na niziołka pustym, obojętnym spojrzeniem. Jego głos pozbawiony emocji, kiedy pracował. Metodycznie.

                      - Plugastwo rozpoznam wszędzie. - mówił nieśpiesznie, nawet lakonicznie - Żaden porządny obywatel Imperium nie sięga po czarnoksięskie zabobony. Nie ważne jakie miałby intencje...

                      Kilka szybkich cięć wyzwoliło strzemiona, które trafiły do bocznej przegródki plecaka, oraz czaprak... w kiepskim stanie, który to zwinął i przytroczył z kocem. Do tego wędzidło i sprzączka. Dłuższy kawałek rzemienia.... .

                      - ...oddać się zabobonnym praktykom guślarskim to jak sprzedać swoją duszę. Kawałek po kawałku, niezauważalnie, aż ostatecznie... Nie ma nic co możnaby ratować. Tylko wiara w Sigmara może ocalić człowieka, choćby za wstawiennictwem Dobrych Bogów, ale jednak. Sigmara.

                      Tonight, boys, we are eating like kings...

                      1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                      0
                      • ZellZ Niedostępny
                        ZellZ Niedostępny
                        Zell jako Moriz Richter
                        Moderator Obsługa
                        napisał(a) ostatnio edytowany przez
                        #12

                        Podróż zaczęła się typowo, jak to na zmarzniętych terenach Imperium i szczerze nawet widok zamarziętego końskiego truchła nie zrobił na Moritzie wrażenia. Gdyby nie fakt, że Łowca Czarownic został napadnięty przez zwierzoludzi nie byłoby nic niepokojącego. Ot, może zwierzęta, bandyci, wrogowie, naturalne przeciwności losu. To nadnaturalne dopiero były niepokojące.
                        A skoro towarzyszyli Sneiderowi właśnie tych nadnaturalnych wypadało się głównie spodziewać.

                        Banita nie patrzył per se na konia, ale rozglądał się po tropach przy nim powstałych.
                        Moriz nie zdołał odczytać tropów w rozdeptanym, częściowo zasypanym śniegu. Zauważył jednak coś innego. Kilka kroków od truchła, wciśnięty w brudny śnieg, leżał niewielki, porwany kawałek pergaminu. Mróz usztywnił go na tyle, że łatwo mógłby pęknąć w palcach. Ten jednak ujął go delikatnie. Na pergaminie widniało pismo, lecz dla Moriza znaki były tylko niezrozumiałym ciągiem kresek i zawijasów. Sneider dostrzegł fragment niemal od razu.
                        – Pokażcie to – rozkazał krótko.
                        Wyciągnął rękę po pergamin szybciej, niż kazałaby zwykła ciekawość.

                        Sneider wziął fragment pergaminu ostrożnie. Przez chwilę czytał w milczeniu, a jego twarz coraz bardziej wykrzywiała się w przykrym grymasie irytacji. Potem zaklął cicho pod nosem.
                        – Kawałek raportu polowego – powiedział w końcu, składając pergamin. – Dobrze, że nie wpadł w niepowołane ręce.
                        Nie wyjaśnił nic więcej. Wsunął fragment głęboko za poły płaszcza, tak starannie, jak chowa się rzecz, której nie zamierza się już nikomu pokazywać. Mina Łowcy Czarownic sugerowała jasno, że cokolwiek zapisano na tym skrawku, Sneider uznał to za sprawę swoją, urzędową i niepodlegającą dyskusji.

                        Moriz nie miał ochoty dyskutować w tej kwestii i nie widział powodu. Sztuki czytania nigdy nie zaznał, więc mógł jedynie podziewać jak zostały postawione te szlaczki na papierze oraz dziwić się umiejętności ich rozszyfrowania tak szybko i łatwo. Cokolwiek tak było okazało się na tyle istotne, aby ich pracodawca skrupulatnie zabrał się za jej ukrycie przed wszystkimi, jednocześnie rad, że nikt więcej nie położy na niej łap.

                        Kiedy reszta zabrała się za przeszukiwania truchła (jakie wpierw musiała namęczyć się by przekręcić na drugi bok) nauczony paranoją banita po prostu obserwował otoczenie i każdy ruch ich otaczający. Niech oni się bawią w poszukiwanie skarbów ukrytych pod końskim cielskiem, on wolał mieć baczenie na las ich zawsze obserwujący. Lepiej upewnić się, że nie jest w tym większe zainteresowanie niż mógłby okazać wiatr czy skrywający się przed nimi zwierz.
                        Tak na wszelki wypadek.

                        Writing is a socially acceptable form of schizophrenia.

                        1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                        0
                        • PiołunP Niedostępny
                          PiołunP Niedostępny
                          Piołun jako Mistrz Gry
                          napisał(a) ostatnio edytowany przez Piołun
                          #13

                          text alternatywny

                          Sneider wysłuchał uwag swoich najemnych pomocników. Zrazu widać było, że kontent był z ich kompetencji, lecz nie zamierzał nikomu za to dziękować. Stał przy martwym koniu, cierpliwie czekając, aż skończą swoje oględziny. Wiatr poruszał połami jego odzienia. Śnieg osiadał mu na rondzie, na rękawach i na rękojeści miecza. Nie zwracał jednak na niego uwagi, a właściwie sprawiał wrażenie, jakby mróz był tylko kolejną niedogodnością, którą należało odnotować i zignorować. Na słowa Tomasimo o raporcie spojrzał na niziołka ostro, z karcącą iskierką gniewu w oczach.

                          – Nie prosiłem was o komentarz, Herr Ashfield – powiedział. – Nasz przepatrywacz sporządzał raport na użytek Lenkster. Miał zrelacjonować problemy na szlaku, który właśnie przemierzamy. Zawarł w nim coś, czego nie powinien i, jak rzekłem, dobrze, że nie trafiło to do nieodpowiednich person. Odniosłem nieprzyjemne wrażenie, że zarzucacie mi kłamstwo, Herr Ashfield. Nie nawykłem puszczać takich afrontów mimo uszu. Radzę spętać swój język, bym nie pogłębił tego wrażenia bardziej. Jeśli uznam, że treść tego skrawka pergaminu lub innego jest wam potrzebna do zachowania życia, dowiecie się.

                          Uderzył palcem w poły płaszcza, pod którymi zniknął fragment pergaminu. To ucinało temat. Gdy Pieter wspomniał o mapie, Sneider odwrócił ku niemu głowę. Spojrzał najpierw na tubę, potem na przepatrywacza, a dopiero później na zasypany trakt i las, który stał wokół nich cierpliwie, cicho, bez cienia pośpiechu.
                          – Nie zgubcie jej – oznajmił w końcu. – Po zakończeniu misji ją skonfiskuję. W Lenkster pewnie się ucieszą, że nie trzeba kopiować nowej. To żmudne zajęcie.

                          Potem przeniósł wzrok na znak wycięty w korze drzewa. Podszedł bliżej, stanął przed pniem i przyjrzał się nacięciom. Nie dotykał ich. Po prostu patrzył, jakby w kilku krótkich kreskach próbował odczytać charakter człowieka, który je zostawił. Znak był prosty, ale odnosiło się wrażenie, że ma przed czymś ostrzegać, albo taką wersję wykoncypował sobie Łowca przez wzgląd na scenerie, która ich otaczała.
                          – Znak łowców, bez wątpienia – rzekł wreszcie. – Na moje to ostrzeżenie, choć tylko zgaduję.
                          Ostatnie zdanie zabrzmiało sucho, ale uczciwie. Łowca chyba nie miał w zwyczaju przypisywać sobie umiejętności lub znamion wiedzy, których nie posiadał. Było to trochę pocieszające. Ktoś inny z podobnymi uprawieniami mógłby pomyśleć, że ma licencje na wszelką prawdę.
                          Przypatrzył się gwizdkowi, który odnalazł Tomasimo. Obrócił go w palcach, przyjrzał się otworom, pożółkłej kości i prostym nacięciom po nożu.
                          – Mógł być Ulmanna, choć nie widziałem, by go używał. Zdolniejsi przepatrywacze używają podobnych drobiazgów do koni, które poddano tresurze, by rozumiały sygnały. Niech ci służy – rzucił zdawkowo do niziołka.

                          Gdy Heinrich poinformował ich o guślarskich amuletach, twarz Łowcy zmieniła się wyraźniej. Podszedł we wskazane miejsce, tylko kilka kroków poza linię traktu, tak by zobaczyć zawieszone między drzewami drobiazgi. Patyczki związane brudnym sznurkiem. Kostki. Ciernie. Mała ptasia czaszka, która obracała się lekko na wietrze, jakby martwy kruk próbował nadal wyglądać jednym pustym oczodołem między gałęzie. Łowca długo nic nie mówił. Spojrzał na Heinricha. W jego oczach pojawiło się coś, co mogło być wyrazem aprobaty, choć jak zwykle szafował nią oszczędnie.

                          – Dobrze, żeście to zauważyli. Spalimy to przed pójściem dalej. I tak zaczyna powoli się ćmić, więc pójdziemy dalej z pochodnią – zarządził, choć można było dyskutować, czy poruszanie się w ten sposób nie uczyni ich bardziej widocznymi. Z drugiej strony wejście po ciemku w niedźwiedzie sidła mogło się okazać dalece bardziej przykrą niespodzianką, a ogień odstrasza zwierzęta, więc ostatecznie podróż z pochodnią wygrała. Później wrócił na trakt i spojrzał na truchło konia. Gdy padła propozycja brania mięsa, skrzywił się ledwie dostrzegalnie.
                          – Nie.
                          Powiedział to spokojnie, bez cienia wahania.
                          – Nie będziemy brali mięsa z konia, który padł po starciu ze zwierzoludźmi, leżał nocą przy lesie, nie został porządnie ruszony przez wilki, a obok którego wiszą guślarskie śmieci. Nie bądźcie głupcami. Zwierzęta musiały wyczuć spaczenie w posoce i zostawiły truchło. Po prawdzie radziłbym wam dobrze oczyścić ręce. Skaza jest podstępna. Czasem sam kontakt ze skażoną krwią starcza. Widywałem już takie przypadki – przestrzegł ich po tym, jak właściwie kończyli przewracać konia na bok.

                          Z premedytacją pozwolił im działać. Patrzył bez entuzjazmu na wysiłek, z jakim ciało martwego zwierzęcia odrywało się od zmarzniętej brei. Mięso puściło w końcu z głuchym, mokrym odgłosem, a z drugiej strony ukazały się rozorane juki, stwardniała skóra, przymarznięte pasy i rzeczy zbyt zniszczone, by wzbudzić większą radość. Heinrich wydobył strzemiona, wędzidło, sprzączkę, dłuższy rzemień i czaprak w stanie dalekim od przyzwoitości. Sneider nie protestował.
                          – To możecie zabrać – rzekł. – Ale nie grzebcie w tym dłużej, jeśli macie szacunek do swojej świętej duszy.
                          Jeszcze raz spojrzał na znak wycięty w drzewie, na amulety wiszące dalej między pniami, na śnieg, który zaczynał przykrywać końskie oko.
                          – Ruszamy.
                          Nie zapytał, czy są gotowi. Pewnie miał to głęboko gdzieś. W głosie miał ten sam surowy ton co poprzedniego wieczora. Tylko teraz pod spodem pobrzmiewało coś jeszcze. Niepokój. Bardzo dobrze zakopany, ale jednak obecny.

                          Pieter złożył mapę i zabezpieczył tubę. Tomasimo schował gwizdek, jeśli go zatrzymał. Heinrich przytroczył do siebie wydobyte resztki końskiego rzędu. Moriz przez cały czas miał baczenie na las, choć nic nie zapowiadało, by było to teraz potrzebne. Wziął sobie jednak wyjątkowo do serca ciężar tego zadania, co spotykało się co jakiś czas z pomrukami ze strony Łowcy Czarownic. Ktoś obdarzony bujną wyobraźnią mógłby nawet stwierdzić, że słyszy w nich nutę zadowolenia.

                          text alternatywny

                          Ruszyli dalej. Droga z każdą kolejną godziną robiła się gorsza. Każdy kolejny krok odbierał trochę więcej niż poprzedni. Śnieg leżał miejscami głęboko, z wierzchu zwarty i twardy, pod spodem zdradliwie sypki. Kto postawił stopę źle, zapadał się po łydkę albo kolano i musiał wydobywać nogę z cichym przekleństwem, które para zamieniała zaraz w biały obłok. Konie szły ostrożniej. Kuc Tomasimo parskał z urazą. Tyci natomiast poruszał się lepiej od ludzi, czasem wybiegając kawałek naprzód, czasem wracając do pana, raz po raz wkładając nos w śnieg. Zdawał się mieć niewyczerpywalne pokłady energii.

                          text alternatywny

                          Las ciągnął się po obu stronach traktu, gęsty i ciemny mimo białych czap. Świerki uginały gałęzie od śniegu, nagie buki stały sztywno jak kolumny w opuszczonej świątyni, a martwe krzewy przy drodze sterczały spod zasp jak palce zmarłych, zagrzebanych płytko pod ziemią. Czasem z gałęzi osuwał się płat śniegu, spadał z cichym szmerem i sprawiał, że któryś z ludzi odruchowo spoglądał w tamtą stronę. Czasem gdzieś daleko stuknął dzięcioł albo pękła kora od mrozu. Poza tym było cicho.

                          Pieter prowadził, od czasu do czasu sięgając po mapę. Wyciągał ją tylko wtedy, gdy topografia terenu zaczynała płatać mu figle. Zaznaczone na niej punkty okazały się przydatne. Jeden z kamieni drogowych rzeczywiście tkwił pod śniegiem przy starym wykrocie, niewidoczny z traktu, ale po odgarnięciu bieli dało się wyczuć twardy grzbiet pod rękawicą. Dalej był zakręt przy pękniętym świerku, którego korona dawno temu musiała zostać rozłupana przez piorun. Potem wąski jar, przez który wiatr przepychał śnieg tak zaciekle, jakby chciał pokryć go w całości.

                          Mapa nie prowadziła ich jak po sznurku, ale pomagała. Potwierdzała to, co Pieter podejrzewał, prostowała to, czego nie był pewien, i parę razy oszczędziła im kluczenia, przez co spokojnie można stwierdzić, że oszczędzili godzinę albo dwie z trasy. Sneider szedł wraz z nimi w żelaznej ciszy, niemal jakby na trasie złożył śluby milczenia. Przez większą część dnia trzymał się z tyłu lub z boku, tak by widzieć i prowadzącego, i linię drzew. Nie wyglądał na zadowolonego z tego spaceru, a humor, jeśli w ogóle miał jakieś jego pokłady, zepsuł mu się od czasu odnalezienia guślarskich amuletów. Czerwona łuna pochodni jedynie nadawała jego rysom jeszcze bardziej paskudnych cieni.

                          W ostatnich godzinach marszu, mimo iż był jeszcze dzień, światło słońca całkiem straciło swoją moc. Niebo nie pociemniało od razu, raczej wyblakło, jak stara szmata wyprana z koloru. Cienie pod drzewami zrobiły się dłuższe, ostrzejsze. Mróz nie zelżał, ale zmienił charakter. Rano szczypał i kąsał. Teraz zaczął pełznąć. Wchodził pod odzienie zdradziecko, ściskając w uścisku mięśnie, wsączając się do kości. Zmęczenie kładło się na barkach i udach. Naprawdę mieli już dość tej wędrówki na dzisiaj.

                          Pieter w końcu zatrzymał się przy niskim skalnym występie, którego prawie nie było widać spod śniegu. Stał chwilę, patrzył na zarys zbocza, na drzewa rosnące w dziwnym półkolu i na ciemniejszą plamę między kamieniami.
                          – Tu – powiedział.
                          Pieczara nie była wielka. Bardziej rozpadlina w skale niż prawdziwa jaskinia, ale dawała to, czego potrzebowali. Dach nad głową, osłonę od północnego wiatru i dość miejsca, by ludzie oraz zwierzęta nie musieli spać jedni na drugich. Wejście było szerokie, półotwarte, częściowo przesłonięte zaspą i zwisającymi gałęziami. W środku pachniało zimnym kamieniem, starym dymem i wilgocią. Ktoś musiał korzystać z tego miejsca wcześniej, może drwale, może łowcy. Przy jednej ze ścian leżały czarne ślady dawnego ogniska, rozmazane i częściowo zasypane pyłem oraz zmarzniętym błotem. W głębi kamień opadał nisko, tworząc ciemny zakątek, gdzie dało się złożyć pakunki albo usiąść plecami do skały.
                          Sneider wszedł do środka pierwszy tylko na tyle, by sprawdzić wzrokiem ciemność. Potem skinął głową.
                          – Dobre miejsce. Znaczy się, dobre na tyle, na ile można oczekiwać od dziury w skale.

                          text alternatywny

                          Rozłożyli obóz szybko, bez zbytecznego gadania. Dzień uciekał, a zmrok dławił ostatnie nikłe promienie słońca. Konie przywiązano bliżej wejścia, ale nie tak, by mogły w panice stratować ludzi. Rzemienie sprawdzono dwa razy. Zwierzęta dostały paszę z juków i trochę osłony od wiatru. Kuc Tomasimo wyglądał na urażonego warunkami, ale jadł, godząc się z okolicznościami. Tyci obszedł wejście pieczary, obwąchał kamienie, śnieg i ślady starych popiołów, po czym usiadł przy Tomasimo, czujny, z kufą zwróconą ku drzewom.

                          Opał od Grubera okazał się wart więcej, niż karczmarz chciałby przyznać. Suche szczapy i łuczywo przyjęły iskrę po pewnej chwili dmuchania poprzetykanego przekleństwami. Ogień najpierw był mizerny, niski, złośliwy jak leniwy parobek, który robi tylko tyle, ile musi. Potem jednak podniósł się, złapał drewno i zaczął trzaskać cicho, rozświetlając kamienne ściany pomarańczowym blaskiem. Dym przeszkadzał delektować się ciepłem w pełni. Część szła ku wyjściu, część snuła się po sklepieniu, a cześć leciała prostu na jednego z nich na zmianę, gryzła w oczy lub dusiła krtań.

                          Ktoś ustawił garnek z wodą przy ogniu. Ktoś inny wyjął racje. Twardy chleb, kawałki suszonego mięsa, trochę kaszy czy czegoś innego, co po podgrzaniu mogło udawać posiłek. Sneider wydobył z własnego pakunku zawiniątko z ziołami, które nie pachniały zbyt przyjemnie.
                          – Dodajcie to do garnka – powiedział. – Ale nie za dużo. Raczej nie będzie wam smakować, ale doda nam trochę sił. Sigmar jeden wie, że będziemy jej potrzebować.
                          Napar, kiedy w końcu naciągnął, miał barwę brudnej słomy i smak, który faktycznie trudno było przełknąć. Mimo wszystko spływał do żołądka i rozprowadzał ciepło po zmarzniętym ciele. Zresztą po całym dniu marszu nawet takie paskudztwo trzeba było wziąć za dobrą monetę.

                          Warty ustalono bez większej kłótni. Nikt rozsądny nie zamierzał spać bez czuwania po tym, jak znaleźli zmaltretowanego konia. Wejście do pieczary pozostawało zbyt szerokie, by czuć się bezpiecznie, ale dość wąskie, by przynajmniej nie musieli spodziewać się niebezpieczeństwa ze wszystkich stron naraz. Ogień ustawiono głębiej, tak by dawał światło i ciepło, ale nie wystawiał ich na widok z lasu. Pakunki ułożono pod ścianą. Kto był z nich mądrzejszy, złożył broń bliżej dłoni niż w zwyczajnych warunkach. Sneider ściągnął kapelusz tylko na chwilę, otrzepał go ze śniegu, po czym założył z powrotem. Zamierzał, zdaje się, spać na siedząco po tym, jak wszedł do śpiwora i zakrył się derką. Wyglądało na to, że nawet nocleg w pieczarze nie był dla niego wystarczającym powodem, by rozstać się z kapeluszem.

                          Zmrok opadł wreszcie na las. Z początku tylko przyciemnił pnie, potem zgasił odległe przestrzenie między nimi, aż w końcu wszystko poza zasięgiem ognia stało się czarną ścianą poprzecinaną białymi smugami śniegu. Niebo za koronami drzew miało barwę zimnego ołowiu. Wiatr ucichł trochę. Ogień trzaskał. Konie przeżuwały niespokojnie paszę w obroku. Gdzieś w głębi pieczary kapała woda, drażniąc ucho jak głośno tykający zegar w nocy. Mieli właśnie ułożyć się do snu, kiedy czujny Moriz, pierwszy na warcie, zmrużył lekko oczy. Ciemne płótno nocnego krajobrazu się poruszyło. Jakimś cudem wyłowił ruch jakiegoś zwierzęcia. Tyci również odwrócił się w tamtą stronę. Nie zerwał się gwałtownie. Nie zaszczekał od razu. Podniósł łeb, przestał poruszać pyskiem i zastygł. Uszy stanęły mu wysoko. Potem z gardła wydobyło się niskie, ledwie słyszalne warczenie. Tomasimo znał swojego psa na tyle, by wiedzieć, że to nie był kaprys ani reakcja na spadający śnieg.
                          – Mamy gości – mruknął Moriz głośniej. Wystarczająco głośno, by słowa przecięły obozową ciszę.
                          Tyci wstał powoli, zjeżył sierść na karku i stanął przy Tomasimo. Teraz już warczał wyraźniej. Jasny zarys zębisk, który począł wyłaniać się ze zmroku, oraz odgłosy warczenia nie pozostawiały złudzeń. Zbliżała się do nich wataha wilków.

                          Sneider odłożył kubek z naparem tak spokojnie, jakby spodziewał się tego od samego początku. Lewą ręką sięgnął po pistolet. Prawą po miecz. Metal wyszedł z pochwy z cichym, zimnym sykiem, który zapowiadał obietnicę krwi.
                          – Broń do rąk – rzucił chrapliwie.
                          Nie krzyknął. Właściwie powiedział to lodowato spokojnym głosem. Ten spokój dał im potrzebny czas. Każdy, kto jeszcze siedział, miał dość czasu, by wstać. Każdy, kto miał broń opartą o ścianę, mógł po nią sięgnąć. Każdy, kto chciał poprawić pas, odsunąć garnek, kopnąć pakunek spod nóg albo odciągnąć konie głębiej, miał na to kilka uderzeń serca. Wataha nie rzucała się jeszcze. Podchodziła mądrze. Drużyna mogła dokładnie ocenić stan drapieżników, ich liczbę i zważyć, ile mają szans, aby wyjść z tego żywi.

                          text alternatywny

                          Pierwszy wilk wyłonił się zza zasłony nocy cicho niczym zjawa. Był chorobliwie chudy, z żebrami rysującymi się pod brudnoszarym futrem, lecz wcale nie wyglądał przez to na słabszego. Szedł nisko, z łbem opuszczonym, z mięśniami pracującymi pod skórą i ślepiami, w których drżał odbity blask ognia. Pysk miał ciemny od śliny, a z nozdrzy ulatywała para. Za nim pojawił się drugi. Potem trzeci. Zwierzęta nie wyskakiwały z lasu, nie rzucały się zrazu do gardła. Wychodziły powoli, cierpliwie, metodycznie zamykając krąg i osaczając ich. Po bokach, między krzakami i niskimi świerkami, przemykały kolejne kształty. Raz widoczne, raz ginące w czerni pni i bieli śniegu.
                          Osiem.
                          Może więcej, jeśli liczyć cienie, które dało się wyłowić w głębi drzew. Co do tych jednak nie było pewności. Osiem dało się wypatrzyć na pewno, gdy poruszyły się niemal jednocześnie, zamykając przed wejściem do pieczary szeroki, głodny półkrąg.

                          Ten największy wyszedł ostatni.
                          Był paskudny. Nie po prostu duży, choć był większy od reszty. Nie po prostu stary, choć futro na pysku miał miejscami siwe, posklejane i nierówne. Było w nim coś wypaczonego. Grzbiet miał wysoki, łapy cięższe, łeb szerszy. Ślepia połyskiwały lekko zielonkawym blaskiem, nie tak jak oczy zwykłego zwierzęcia odbijające ogień, lecz własną, plugawą łuną. Dochodziła od niego woń gnijącego ciała. Z pyska ciekła mu ślina. Gęsta, zielonkawa, ciągnąca się nitkami, które spadały na śnieg i zostawiały w nim ciemne plamki.

                          Konie poczuły nienaturalne zagrożenie od razu. Jeden szarpnął rzemieniem, drugi cofnął się gwałtownie, parskając z paniką. Kuc Tomasimo rzucił łbem, siłując się z liną, do której go przywiązano. Tyci odpowiedział pełniejszym warczeniem, stając szerzej na łapach.
                          Sneider uniósł pistolet, ale nie strzelił. Jeszcze nie. Lufa skierowała się ku największemu wilkowi, a miecz w prawej dłoni Łowcy opadł nisko, gotów do cięcia, jeśli któryś z mniejszych spróbuje skoczyć przez ogień albo obejść wejście bokiem.
                          – Nie rozpraszać się – powiedział zimno. – Pilnować boków. Dużego zostawcie mnie, jeśli podejdzie.
                          Wilki rozchodziły się półkolem. Dwa zostały naprzeciw wejścia, trzy przesuwały się w lewo, nisko przy śniegu, prawie bezgłośnie. Kolejne szły od prawej, korzystając z krzaków i nierówności terenu. Nie wyglądały, jakby bały się ognia tak, jak powinny. Może głód był silniejszy. Może ten większy wymógł na nich posłuszeństwo alfy.

                          Ciszę, jaka nastąpiła, gdy dwie grupy mierzyły się wzrokiem, można było kroić nożem. Najgłośniejsze było ognisko, w którym rozbrzmiał trzask pękającego polana. Dym wylewał się siwym warkoczem ku wyjściu, rwał na chłodzie w brudne pasma i mieszał z nocą. Wolno, by nie wzbudzić nagłego ataku, wyciągnęli broń. Każdy z nich przyglądał się już swojemu wilkowi. Wzrok obiecywał spojrzeniem przemoc, jeśli zwierzę się nie wycofa, ale zwykła determinacja nie działała na te bestie. Ktoś przesunął stopą pakunek pod ścianę. Ktoś inny odciągnął łokciem koński łeb, gdy zwierzę szarpnęło się niespokojnie na uwięzi.

                          Wataha podchodziła powoli. Nie cofała się. Nie wahała. Po prostu skracała dystans, cierpliwa i drapieżna, rozciągnięta przed wejściem do pieczary niczym szczęka wygłodniałego lasu. Wtedy największy z nich otworzył pysk szerzej. Z gardła wypłynął niski, mokry warkot, bardziej przypominający pracę chorego miecha niż głos jakiegokolwiek żywego zwierza. Zielonkawa ślina oderwała się od jego kłów, spadła ciężko na śnieg i zostawiła przy łapach ciemną, parującą plamę.

                          Ruszyli jednocześnie. Walkę zainicjował huk wystrzału z pistoletu Sneidera.

                          text alternatywny

                          Huk pistoletu Sneidera rozerwał ciszę pieczary tak gwałtownie, że konie szarpnęły się na uwięzi, a echo rozeszło się między kamieniami i czarnymi pniami lasu. Błysk wystrzału na ułamek chwili rozświetlił pysk największego wilka. Bestia zachwiała się, kiedy kula trafiła ją czysto, lecz nie padła od razu. Z jej gardła wyrwał się mokry, paskudny skowyt, bardziej gniewny niż bolesny.

                          W tej samej chwili Tomasimo puścił z procy kamień. Potem drugi. Niziołcza ręka okazała się szybka i pewna. Jeden pocisk uderzył w wilka alfa z takim trzaskiem, że bestia aż szarpnęła łbem, drugi posłał na śnieg jednego z mniejszych drapieżników. Pieter również odpowiedział strzałem, cięciwa jego łuku zaśpiewała krótko i sucho, a kolejny wilk zakotłował się w śniegu, trafiony między żebra. Moriz wycofał się głębiej, próbując utrzymać dystans i kątem oka pilnując linii wejścia, skąd wilki sunęły po bokach jak szare cienie.

                          Wataha nie cofnęła się od razu. Kilka wilków rzuciło się naprzód, nisko przy ziemi, w śniegu i dymie, próbując dopaść ludzi zanim ci zdążą na dobre ustawić obronę. Jeden z nich skoczył ku Morizowi tak gwałtownie, że przez chwilę wyglądało, iż zaraz wyrwie mu gardło albo udo. Banita uchylił się jednak w ostatnim momencie. Zęby kłapnęły w pustkę, a śmierdzący oddech bestii musnął go tylko, zostawiając po sobie zimny pot na karku i świadomość, jak niewiele zabrakło.

                          Heinrich przyjął atak bliżej ognia. Jego topór poszedł w ruch ciężko, z wprawą która wiele mówiła o zdolnościach chłopaka. Ostrze uderzało w futro, mięso i kości. Jeden z wilków dostał tak mocno, że krew opryskała śnieg przy wejściu do pieczary, a potem zwierzę zwaliło się w bok, drgając jeszcze przez chwilę.

                          Sneider po wystrzale przeszedł do miecza. Nie było brawury w jego postawie, tylko mordercza skuteczność. Stał twardo, z pistoletem dymiącym jeszcze w lewej dłoni i ostrzem w prawej, krok po kroku utrzymując wejście do pieczary. Jednego wilka ciął przez pysk i kark, drugiego odepchnął stalą, zanim poprawił ciosem w bok. Dwie bestie padły od jego ręki, a dwie kolejne odskoczyły ranne, znacząc śnieg ciemnymi smugami.

                          Tyci trzymał się blisko Tomasimo, jak przystało na dobrze najlepszego towarzysza niziołka. Gdy jeden z wilków próbował zbliżyć się do niego, brytan ruszył na niego z głuchym warczeniem, zmuszając zwierzę do odskoku i mieszając mu szyk. Tomasimo wykorzystał ten moment bez wahania. Kolejny kamień z procy trafił uciekającego wilka tak celnie, że zwierzę runęło w śnieg i już się nie podniosło.

                          Walka trwała krótko, ale była brudna i chaotyczna. Był dym, śnieg, parujące oddechy, strzały ginące w ciemności, syk ostrzy i skowyt trafionych zwierząt. Wilki próbowały okrążać wejście, lecz ogień, stal, proca, łuk i pies zrobiły swoje. Kiedy padły kolejne sztuki, a największy z nich zachwiał się pod ranami, reszta watahy straciła pewność. Jeden wilk jeszcze próbował wyrwać się bokiem, ale dopadła go szarża Moriza. Ostrze weszło głęboko i bestia osunęła się na śnieg, karmiąc biel szkarłatem krwi.

                          Sneider przez chwilę stał nad trupami wilków, z mieczem opuszczonym nisko i pistoletem wciąż trzymanym w lewej dłoni. Dopiero kiedy upewnił się, że żadne z ciał nie drgnie, schował broń i spojrzał na Heinricha. Chłopak nie marnował czasu. Ledwo było po walce a ten chyba zabierał się za oprawianie wilków.
                          – Te zwykłe możesz sobie oprawić, jeśli masz ochotę babrać się we flakach po nocy biedny głupcze – powiedział. – Choć ja bym nie ufał niczemu, co przyszło tu razem z tamtym ścierwem.

                          Potem wskazał największego wilka.
                          – Od tego wara.
                          Nie czekał na pytania. Chwycił truchło za tylną łapę, przeciągnął je kawałek dość daleko od wejścia pieczary i skrzywił się, gdy zielonkawa ślina ciągnąca się z pyska bestii zostawiła na śniegu brudną smugę. Mruczał coś pod nosem, jakieś siarczyste przekleństwa, choć nikt nie dosłyszał dokładnie. Potem wyciągnął z juków niewielką flaszę oliwy.
                          – Plugastwo – syknął. – Pieprzona chaosycka skaza. Nawet dzieci Taala nie są od niej wolne. Szlag by to.
                          Oblał ciało. Szczególnie pysk, gardło i pierś, gdzie futro było posklejane od chorej śliny i ciemnej, nienaturalnie wyglądającej krwi. Potem uklęknął na jedno kolano w śniegu, zapalił od ogniska szczapę i przez chwilę trzymał ją nad zwłokami. Popłynęły słowa modlitwy. Były niskie, twarde, prawie zagryzione między zębami.
                          – Sigmarze, młocie Imperium, stróżu człowieka, spal skazę, odpędź cień, zachowaj nas od zepsucia ciała i duszy. Niech ogień weźmie to, czego ziemia nie powinna przyjąć.
                          Przyłożył płomień.

                          Oliwa zajęła się szybko. Najpierw błysnęła nisko przy pysku, potem ogień pobiegł po futrze, chwycił bok, łapy, grzbiet. Smród przyszedł niemal od razu. Spalone włosie, gorzka tłusta woń mięsa i coś jeszcze, kwaśnego, chorego, od czego człowiek odruchowo chciał cofnąć twarz i zasłonić usta rękawem. Zielonkawa ślina na śniegu syknęła pod płomieniem, czerniejąc w brudną skorupę.
                          Sneider stał przy ogniu nieruchomo, dopóki ciało nie zajęło się porządnie, a później jak gdyby nigdy nicy wrócił do ogniska, gdzie grupa radziła nad resztą kolejności wart.

                          1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                          0
                          • WiredW Niedostępny
                            WiredW Niedostępny
                            Wired jako Tomasimo Ashfield
                            napisał(a) ostatnio edytowany przez Wired
                            #14

                            Huk broń palnej i znajomy swąd prochu rozległ się po prawicy Tomasimo gdy Klaus wycelował w zmutowaną bestię. Był blisko nich, zdecydowanie za blisko. Z tej odległości niziołek czuł zapach jego gnijącego mięsa. Czy był tak zwanym ożywieńcem? Martwym funkcjonującym jedynie dzięki magii, mimo że paść dawno temu powinien? A może moc Niszczycielskich Potęg dała mu nienaturalną odporność na choroby i zepsucie i mimo gnicia części własnego ciała trwał, niezważając na wyniszczające go od wnętrza choroby i robaki? Zielonkawa gęsta ślina ciekła po jego kłach niczym szlam z miejskiego wychodka odprowadzany do rzeki. Widok jakże obrzydliwy. Dobrze, że jeszcze nie jedli bo od tego widoku i zapachu zanosiło się na wymioty.

                            Tomasimo czuł strach, nie przed ugryzieniem ale przed chorobami jakie to bydle mogło roznosić, przed skutkami ugryzienia w które mogła być wplątana zgubna czarna magia Chaosu. Nic dziwnego że konia nie tknęły normalne wilki, pewnie jego krew toczyło już to samo plugastwo. Swąd chorej posoki niewyczuwalny dla ludzi czy niziołków mógł być przecież aż nazbyt oczywisty dla czułych nozdrzy zwierząt.

                            Pozostałe zwierzęta nie wskazywały oznak mutacji czy chorób, ale niziołek podejrzewał że proces obecny u przewodnika stada był już w jakiejś fazie i w ich organizmach. Kto z kim przystaje takim się staje, a naturalna u tych psowatych walka o przywództwo na pewno kończyła się ranami z tej zaplutej zielonkawą śliną gęby.

                            Klaus wycelował i trafił zmutowaną bestię w czerep, zdzierając z jej łba sporo skóry i gruchocząc kości, kula jednak nie trafiła prosto a basior nadal stał, udowadniając im że nie należy do świata zwierząt. Dopiero ponowne trafienie z procy Tomasimo, zagnieżdżające w czaszce otoczak i uszkadzające mózg położyło potwora. Ku uldze niziołka.

                            Jego towarzysze zareagowali błyskawicznie, nie dając wilkom czasu na reakcję, zszokowane utratą lidera i przejęciem inicjatywy przez ich przyszłe ofiary zwierzęta dały się położyć w kolejnych dziesiątkach sekund. Nie minęła minuta gdy ostatni z nich leżał na ziemi.

                            Teraz gdy mogli się przyjrzeć ich ciałom widzieli, że poza mutantem reszta sama ledwo stała, ich ciała były wychudzone, kości na żebrach można było policzyć patrząc z daleka. Głód musiał je trawić od dłuższego czasu, nic dziwnego że mimo ognia zdecydowały się na atak. Miały wszak do wyboru to, lub konanie z głodu na mrozie.

                            Niziołek rozejrzał się po okolicy, próbując w ciemności wyłowić wzorkiem resztę watahy, o ile jakaś reszta była. Nic jednak na horyzoncie nie przyciągnęło jego wzroku.

                            - Gnijący za życia? - zapytał Klausa zbliżając się do przywódcy stada - Czy żywy trup? - dodał zawieszając głos, słyszał o tych koszmarach ale byłby to pierwszy raz gdy miał z takim do czynienia.
                            - Chwała Ranaldowi że nikogo z nas nie ugryzł, nawet nie chcę myśleć jak taka rana by się paprała, o ile w taką pogodę w ogóle byśmy kogoś w chorobowej malignie dowieźli do wioski żywego. Co za przeklęte czasy.
                            - Musimy to spalić co nie? Żal drwa, ale raczej trzeba - zauważył niziołek.
                            Na te słowa Łowca Czarownc nic nie odpowiedział, jedynie z determinacją chwycił zwłoki bestii za łapę i przeciągnął dalej od namiotów, a następnie z juków wyciągnął flaszkę oliwy. Spalił zwłoki maszkary modląc się przy tym do Sigmara. Dobrze, że było dalej od obozu, Tomasimo nie chciał nawet oddychać tym co się z jego cielska będzie ulatniać.

                            - Widzisz Tyci co to za dziwa po świecie chodzą - rzekł po pracy niziołek siadając przed swoim namiotem obok psa. Potarmosił jego łeb chwaląc czule psinę za walkę, po czym siedział patrząc w ogień, karmiąc suchym mięsem siebie i dzielnego towarzysza.
                            - Wam też winszuję - wzniósł bukłak z wodą zmieszaną z winem w kierunku towarzyszy w geście toastu - rad jestem, że podróżuję wśród tak dzielnych wojów - powiedział po czym upił z bukłaku niczym z pucharu.

                            - Wezmę kolejną wartę, kogo budzić po? - zapytał zebranych, z których część wzięła się za skórowanie wilków, a inni szykowali posłania. Trochę miał obawy czy te pozbawione skór okrwawione cielska nie zwabią zapachem kolejnej watahy, ale może obędzie się bez walki i po prostu las do rana posprząta cielska na granicy łuny ogniska. Nie zamierzał płoszyć na siłę zwierząt, gdyby któreś chciało położyć na nich kły, byle nie na obozowiczach. Sam by tego mięsa nie jadł, na widok szefa tej bandy wilków miał duże wątpliwości czy reszta stada jest jadalna.

                            1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                            1
                            • DhratlachD Niedostępny
                              DhratlachD Niedostępny
                              Dhratlach jako Heinrich "Heinz" Kraus
                              napisał(a) ostatnio edytowany przez Dhratlach
                              #15

                              Sigmar chronił przed spaczeniem, ale to Ranald chronił przed krzywdą. Było jedyną myślą Heinricha podczas całej bitwy, a kiedy padł ostatni wilk schował dagę i norsmeński topór. Musiał przyznać, może i ten cały topór nie był jakimś wielkim osiągnięciem piękna, ale by, aż nadto, praktyczny. Nadawał się do ścinania i oporządzania drzew, rozłupywania drzwi, czy czaszek. Gdyby miał jakieś większe doświadczenie w materii to i dom, czy łódź można było zbudować jak to ludy północy miały w zwyczaju. Przyznać musiał, ale nie wyrażał tej myśli na głos, mieli łeb i to doceniał. Choć częściej niż rzadziej chcieli ich, południowców, krwi, bogactw i kobiet... ale to był szczegół jak ich wiele.

                              Obszedł truchła, trącał butem i po zniesieniu ostatniego bliżej ognia rzekł do Łowcy Czarownic.

                              - Herr Sneider, pozwolenie na ściągnięcie skór i pozyskanie mięsa." - bardziej stwierdził, czy wyraził potrzebę niemalże po żołniersku
                              - Te zwykłe możesz sobie oprawić, jeśli masz ochotę babrać się we flakach po nocy biedny głupcze – odpowiedział. – Choć ja bym nie ufał niczemu, co przyszło tu razem z tamtym ścierwem.

                              Nie odpowiedział, bo nie miał co. Swoje w życiu widział, a krew i flaki nie były niczym nadzwyczajnym. Trochę się upierdoli, dłonie znaczy się, prawda, ale co z tego? To tylko krew. Czy Sneider myślał, że był jakimś śmierdzącym mieszczuchem? Dał ostrożne błogosławieństwo, ale jednak, i to się liczyło.

                              Spojrzał pustym wzrokiem na truchła oceniając szybko wartość skór, oraz zasobność odżywczych substancji. Ich wagę i przybliżoną zdatność do spożycia. Po czym wytypował trzy wilki które były... "jego".

                              Spojrzał na Tomasimo. Temu zysk ze skór był całkowicie nie potrzebny. Patrząc po tym jak się nosił, charakterem, opancerzeniem, ubiorem, jasno krzyczało, że ma forsy jak lodu w środku zimy. Skoro deklarował się brać watahę...

                              - Oprawię parę sztuk, potem idę spać. Mięso z nich możecie wziąć, nie krępujcie się.

                              Powiódł wzrokiem po wszystkich. Bronie ręczne, dystansowe, jakieś zbroje... a on, gołodupiec. Jednak właśnie bycie tym gołodupcem nie raz nie dwa uratowało mu skórę, w końcu... w jego fachu nie obnosiło się bogactwem. Jakimkolwiek. Niepotrzebna uwaga to w najlepszym wypadku guz na łbie i braki w sakiewce i sprzęcie. W najgorszym? Cóż, jeśli śpieszno komuś do Morra...

                              Choć tęsknił za swoją kurtą skórzaną, którą musiał przehandlować. Marna strata, ale nadal bolesna. Nie mniej, skóra skórą, była bezpiecznym i nie krzyczącym za dużo elementem ochrony. Ćwieki były problematyczne... ale jeszcze uchodziły. Wiedział, aż nadto boleśnie jak bardzo Kurt by się przydał w tej chwili... Choć Kraus nie raz mu pomagał... to jednak właśnie "Kurdupel" Kurt był specem od wszelkiej zwierzyny. On jako jedyny znał się jak fachura na wszystkim co tyczyło dziczy i chyba jako jedyny potrafił rozpoznać czy zwierz był dotknięty palcem Chaosu czy nie...

                              Miał kilka sztuk do oprawienia... tym bardziej, że walka go obudziła. W ciemnych zaułkach duszy Heinz ubolewał nad brakami w specjalistycznym sprzęcie, ale co zrobić. Miał wybór między dagą, a szerokim nożem... daga zdecydowanie miała zbyt długie ostrze. Padło na nóż... i już się zabierał za ściąganie skór.

                              Mróz powoli wkradał się w kości, kiedy niestrudzenie pracował. Technika była prosta... w teorii, bo praktyka była co najmniej złośliwa. O ile ściągnął prawilnie dwie skóry i czyszczenie ich przebiegło bez zgrzytów... na tyle, że wiedział, że nadawały się na handel w mieście... w mieście! Tak ta trzecia...

                              Palce miał zmarznięte, zmęczenie wkradało się w kości, mięśnie i myśl... Nie raz nie dwa nóż mu się ślizgnął przy ściąganiu. Później zdecydowanie za późno zorientował się, że czyścił skórę pod złym kątem ostrza co sprawiło, że zostały chropowate ślady... Trzecia skóra była z braku lepszego słowa tragedią. Może, ale to może, uda mu się na coś wymienić w jakiejś wsi czy gospodarstwie, bo sztuka jak sztuka... Jedyne co mu przychodziło do głowy to związać rozcięcia gęsto dratwą i obszyć płótnem by zrobić ciepły koc, ale...

                              Siedział nad pucharem wrzątku, który już zdążył się ochłodzić podziwiając swoje dzieło spod zmęczonych powiek. Ostatni krok był za nim. Czytać, trzeci punkt. Jeden, ściągnąć skóry. Dwa, oczyścić z resztek tkanek. Trzy? Obmyć ciepłym roztworem szarego mydła pozbawiając wszelkich śladów krwi, innego tałatajstwa, oraz wstępnie "przygotować" skórę pod dalszą konserwację...

                              Uśmiechnął się sam do siebie na wspomnienia dawnych dni które nigdy nie miały wrócić. No bo jak? Nie zawrócisz rzeki kijem... Na wyłożonej śniegiem rozłożonej derce w głębi jamy leżały produkty uboczne. Mięso, w sporej ilości. Wilczyzna nie była zła. Może trochę... żylasta, ale mięso było mięsem. Czy potrzebowali mięsa? Tak, zawsze, a skoro myślał o mięsie...

                              - Myślisz, że mięso dobre? - zapytał po dłuższej chwili niziołka, który niedawno temu objął wachtę.

                              - Tych wilków? Verena jedna wie, ale ja bym tego kijem nie tknął. - Widziałeś przywódcę stada? Gnił za życia, plugawa zielonkawa ślina ciekła mu z pyska... - urwał nagle, wspomnienie woni basiora odebrało mu na chwilę radość z przeżuwanego suchego mięsa.
                              - To co go trawiło, może trawić i resztę. Jak z chorobami, wieloma możesz zarazić się na długo zanim wystąpią objawy. - dodał by zabrzmieć mądrzej i przekonać Heinricha do zmiany swoich planów, jakie by nie miał, wobec tych skór i mięsa.

                              - ...psina to taki wilk, ale nasz wilk. - powiedział w namyśle patrząc, gdzieś w dal, w mrok - Ta Twoja kumata? Wyczuła by zarazę?

                              - Nie wiem i nie zamierzam sprawdzać, Verena sprzyja rozważnym - Ton Tomasimo wyraźnie zmienił się na poważniejszy, pomysł robienia z Tyciego testera chorego, a może i przeklętego mięsa, wyraźnie go obruszył - To może być ten typ zarazy od którego specem jest nasz zleceniodawca, może jemu zaproponuj kęs i zobacz jak zareaguje - skwitował

                              - Już dał swoją opinię. - rudzielec uśmiechnął się ponuro - Dla mnie to jak z toksyną... nic się nie dzieje, aż przyjmiesz za dużo.
                              Człowiek wzruszył ramionami jakby od niechcenia.
                              - Jest zima. Jedzenia ni ma.

                              - Nie bądź głupcem Heinrich - przestrzegł rozmówcę - konia w lesie wilki nie tknęły a śladów choroby czy mutacji nie miał, alfa wygląda jak żywy trup, chory na jakieś plugastwo albo i zmieniony tfu - splunął - czarną magią, w lesie jakieś amulety. Życie Ci chyba niemiłe. - Jutro będziemy już w wiosce, na co Ci te skóry i mięso? - zapytał retorycznie, dla Tomasimo chciwość to też forma choroby - Jak Ci bardzo zależy, zrób test, rozłóż połacie mięsa po lesie, zobaczysz czy do rana cokolwiek je tknie. Jak nie to zacznij się modlić, bo masz całe dłonie ubabrane w ich krwi.

                              -Ikke bare fra ulveblod... - mruknął cicho, gorzko, do siebie Heinz i spojrzał na nizołka. Uśmiechnął się, choć nie był to uśmiech nadziei
                              - Na nas wszystkich czeka koniec i to Bogowie decydują. Sigmar decyduje, Verena spisuje, a Morr nas zabiera gdy wybije nasza godzina. Nic nie zrobisz.

                              - Ikke co? Po jakiemu to? - zaciekawił się niziołek. - Masz dziwne podejście do życia, szczerze mówiąc, zawsze lepiej umrzeć ze starości niż z głupoty. - Kaplanem nie jestem by się na tym co po śmierci wyznawać, ale nie jestem pewien czy tylko Morr może nas zabrać. Gdyby tak było nie składano by ofiar nikomu innemu - zauważył dość filozoficznie Tomasimo.

                              Kraus patrzył na Tomasimo pustym spojrzeniem dłuższą chwilę. Patrzył na niego wzrokiem w którym nie było nic, a nawet błysk ognia zdawał się tracić swoje kolory.
                              - Jeśli zawiodłem Bogów... słuszna kara sięgnie mnie najpewniej już z rana. - powiedział w końcu, wychylił ostatnie krople z pucharu i wstał od paleniska.
                              - Ufaj Sigmarowi i szanuj Bogów, a Zło się Tobą nie zainteresuje. Sigmar będzie Ciebie chronił przed Ich spojrzeniem.

                              Opróżnił puchar ostatnim łykiem. Większość wolała w swojej lekkomyślności toporne kufle. Heinz patrzał na to inaczej. Metalowy puchar potrafił zmieścić tyle co kufel... a zawsze można było go włożyć w ognisko i zagotować śnieg czy lód... bez żadnego problemu zdejmując z ognia improwizowanym z kawałka drewna chwytakiem...

                              Położył skóry na skalistej podłodze i położył na nie pałatkę. Następnie zawinął się po całości w koc i... niedługo później ogarnął go sen. Rano nie miał planów poza wyspaniem się. Zjedzeniem części podróżnej racji i napiciem się czegoś ciepłego. Proste potrzeby. proste zmartwienia...

                              Tonight, boys, we are eating like kings...

                              1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                              1
                              • MortarelM Niedostępny
                                MortarelM Niedostępny
                                Mortarel jako Pieter Falk
                                napisał(a) ostatnio edytowany przez
                                #16

                                Pieter Falk przez chwilę jeszcze trzymał łuk napięty, choć nie miał już do czego strzelać.

                                Walka skończyła się szybciej, niż zdążyła naprawdę rozgorzeć. Palce nadal pamiętały opór cięciwy. Ramiona miały w sobie tę krótką, zimną gotowość, która pojawia się, kiedy coś biegnie prosto na człowieka z zębami wyszczerzonymi w ciemności. Dopiero po kilku oddechach opuścił broń, powoli, bez pośpiechu, jakby każdy gwałtowniejszy ruch mógł jeszcze sprowokować las do odpowiedzi.

                                Patrzył na wilki. Na ciała zwalone w śnieg, na czerwone smugi rozmazane przy wejściu do pieczary, na parę unoszącą się z ran i z pysków, póki mróz nie zaczął odbierać im resztek ciepła. Zwykłe wilki wyglądały teraz mizerniej niż przed chwilą — chude, żałosne, głodne tak bardzo, że aż głupie. Głód potrafił zmienić zwierzę w coś, co przestawało bać się ognia, ludzi i stali. Pieter widział to wcześniej. Z ludźmi bywało podobnie.

                                Większy basior był czymś innym. Na niego Falk patrzył krócej. Nie dlatego, że się nie bał, ale dlatego, że zbyt długie przyglądanie się rzeczom dotkniętym skazą nigdy nie przynosiło nic dobrego. Wystarczyło zobaczyć tyle, ile trzeba było zapamiętać: zielonkawa ślina, chore ślepia, smród gnicia, który nie należał do żywej bestii. Potem już lepiej było pozwolić ogniowi zrobić swoje. Kiedy Sneider przeciągnął truchło z dala od wejścia, Pieter odwrócił głowę i splunął w śnieg. Nie z pogardy. Raczej z potrzeby pozbycia się z ust smaku, którego wcale tam nie było.

                                — Dobrze, że padł z daleka — mruknął bardziej do siebie niż do kogokolwiek.

                                Potem ruszył ku miejscu, z którego strzelał. Najpierw wrócił myślą do dwóch strzał. Jedna weszła w ciało wilka, czysto, między żebra, tam gdzie powinna. Druga uciekła w ciemność, prawdopodobnie przez dym, ruch zwierzęcia albo zwykłą złośliwość świata. Pieter nie miał w zwyczaju zostawiać po sobie rzeczy, jeśli nie musiał. Strzały kosztowały, a na trakcie wszystko, co dało się odzyskać, było warte schylenia karku.

                                Podszedł do martwego wilka, którego położył pierwszym trafieniem. Przykucnął, przytrzymał łapą futro i ostrożnie poruszył drzewcem. Strzała tkwiła głęboko, ale nie była złamana. Wyciągnął ją powoli, z nieprzyjemnym, mokrym oporem. Obejrzał grot w blasku ognia, potem lotki. Skrzywił się lekko.

                                — Ta jeszcze pójdzie — powiedział cicho.

                                Wytarł grot o śnieg, potem o kawałek szmaty, dokładniej niż zwykle. Po tym, co widzieli tego dnia, nawet krew zwykłego wilka nie wydawała się już całkiem zwykła.

                                Drugiej szukał dłużej. Wyszedł kilka kroków przed pieczarę, ale nie dalej, niż rozsądek pozwalał po zmroku. Pochylił się nisko, szukając cienkiego śladu w śniegu, miejsca, gdzie drzewce mogło wbić się pod kątem albo zniknąć między korzeniami. Ogień za plecami dawał za mało światła, a noc przed nim była gęsta i niechętna. Przez chwilę widział tylko biel, czerń pni i własny oddech. Ostatecznie poddał się, nie znalazłszy zguby.

                                Wrócił do ognia akurat wtedy, gdy płomienie zaczęły brać większego wilka na dobre. Smród uderzył ostrzej, tłusty, gorzki, chory. Pieter odruchowo zasłonił usta rękawem i stanął tak, żeby dym nie szedł prosto na niego. Słyszał modlitwę Sneidera, niską i twardą, bardziej podobną do wyroku niż prośby.

                                Pieter nie był człowiekiem modlitw. Przynajmniej nie takich, które wypowiada się głośno przy innych. Ale kiedy ogień zajął pysk bestii, a zielonkawa ślina syknęła w śniegu, Pieter przez krótką chwilę spuścił wzrok.

                                — Niech się spali do kości — powiedział tylko.

                                Kiedy Tomasimo wzniósł bukłak w niemal toastowym geście, Falk spojrzał na niego spod zmrużonych powiek. Niziołek miał w sobie tę dziwną, upartą żywotność, która bywała czasem bardziej irytująca niż hałas, ale po walce przy ogniu miała też coś kojącego. Jakby ktoś przypominał światu, że dopóki można wznieść bukłak, poprawić wąsa i pochwalić psa, dopóty noc jeszcze nie wygrała.

                                Pieter skinął mu krótko głową. — Dobrze strzelałeś — rzucił.

                                Potem spojrzał na Heinricha, który zabierał się do oprawiania wilków. Falk nie powiedział mu, żeby tego nie robił. Po ostrzeżeniu Sneidera i widoku chorego basiora każdy miał już dość rozumu, żeby wiedzieć, w co wkłada ręce. A jeśli nie miał, to żadna rada go nie ocali.

                                Później zajął się koniem. Podszedł do zwierzęcia spokojnie, bokiem, bez gwałtownych ruchów. Koń nadal był niespokojny po zapachu wilków, huku pistoletu i ogniu, który teraz trawił coś, czego żadne zwierzę nie powinno było widzieć. Pieter położył mu dłoń na szyi, twardą, zimną, ale pewną. Sprawdził uwiąz, potem popręg, juki, nogi i kopyta. Obejrzał, czy zwierzę nie skaleczyło się, kiedy szarpnęło podczas ataku. Przesunął palcami po rzemieniach, poprawił jeden węzeł, drugi zawiązał na nowo. Upewnił się, że koń ma dość luzu, by nie spanikować od byle ruchu, ale nie tyle, by w nocy wpakować się w ognisko albo wyrwać między drzewa. Na koniec dosypał mu paszy tyle, ile mógł bez marnotrawienia zapasów.

                                W takich warunkach koń nie był tylko koniem. Był ciepłem, ładunkiem, drogą powrotną i szansą na przewiezienie kogoś, kto jutro może nie mieć sił iść o własnych nogach.

                                Dopiero gdy zwierzę uspokoiło się nieco, Pieter wrócił do swoich rzeczy. Rozłożył śpiwór pod ścianą pieczary, w miejscu, skąd miał dobry widok na wejście, ale nie leżał bezpośrednio na linii zimnego powietrza. Podłoże było twarde, nierówne i pachniało wilgotnym kamieniem. Lepsze to niż śnieg. Gorsze niż karczemna podłoga. W sam raz na życie, które ostatnio wszystkim przypadło w udziale.

                                Przez chwilę patrzył na posłanie. Nie położył się. Zamiast tego wyjął z pakunku cienki sznurek. Dużo sznurka. Zwiniętego porządnie, nie dla ozdoby, lecz dla kogoś, kto wiedział, że w lesie czasem bardziej przydaje się cicha linka niż druga broń. Potem wydobył dwa niewielkie dzwoneczki.

                                Były małe, niepozorne. W karczmie mogłyby wisieć przy drzwiach albo przy uprzęży kuca, wydając uprzejmy, prawie śmieszny dźwięk. W nocy, przed jaskinią, mogły obudzić człowieka o jedno uderzenie serca wcześniej.

                                A czasem jedno uderzenie serca wystarczało.

                                — Zrobię potykacze — powiedział do reszty, choć nie zabrzmiało to jak pytanie. — Przed wejściem. Nisko. Z dzwonkami.

                                Potem wyszedł przed pieczarę, ostrożnie, z łukiem pod ręką i nożem przy pasie. Nie zapuszczał się daleko. Wybrał dwa miejsca po bokach podejścia, tam gdzie śnieg i kamienie naturalnie kierowały kroki ku wejściu. Jeden sznurek przeciągnął nisko, mniej więcej na wysokości kostki człowieka, między wystającym korzeniem a kamieniem przysypanym śniegiem. Drugi ustawił bardziej z boku, tam gdzie ktoś mógłby sądzić, że znalazł wygodniejszą ścieżkę. Dzwoneczki umocował tak, by nie brzęczały od byle podmuchu, ale odezwały się przy wyraźnym szarpnięciu.

                                Pracował dokładnie, jak na tak prostą rzecz.

                                Sprawdzał napięcie sznurka, poprawiał węzły, przysypywał ślady, odgarniał śnieg tam, gdzie zdradzałby za wiele. Nie próbował zastawić pułapki, która kogokolwiek zatrzyma. Chciał tylko, by ewentualny intruz został w porę usłyszany. Kiedy skończył, wrócił do środka i przez chwilę stał przy ogniu, grzejąc dłonie.

                                Spojrzał ku wejściu. Za nim noc była czarna i cicha, tylko płonące truchło większego wilka dogasało dalej, śmierdząc skazą, tłuszczem i złym omenem. Potem usiadł przy swoim śpiworze, oparł łuk blisko ręki i zaczął wycierać odzyskaną strzałę jeszcze raz, choć nie było już z niej czego ścierać. Na wszelki wypadek oczyścił ją jeszcze w ogniu. Czasem dłonie musiały robić cokolwiek, żeby głowa nie wracała tam, gdzie nie trzeba. Następnie położył się spać, prosząc towarzyszy, aby obudzić go, gdy nadejdzie jego kolej trzymania warty.

                                1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                1
                                • DhratlachD Dhratlach odniósł się do tego tematu
                                • PiołunP Niedostępny
                                  PiołunP Niedostępny
                                  Piołun jako Mistrz Gry
                                  napisał(a) ostatnio edytowany przez
                                  #17

                                  text alternatywny

                                  Bezkrwawe zwycięstwo mogło pokrzepić morale, ale tej nocy nie można było zaliczyć już do spokojnych. Nie przyszły żadne wilki, dzwoneczki przy potykaczach Pietera dzwoniły cichutko przy mocniejszych podmuchach wiatru, ale nic więcej tej nocy już nie nadeszło. Mimo wszystko sen długo nie chciał na nich zejść. Nie tak, jak powinien po ciężkim dniu marszu i krótkiej, brudnej walce. W powietrzu wisiał fetor spalenizny nijak niepodobny do tego, który mogli znać z palenisk, kuźni i zimowych izb. Był to tłusty, gryzący, kwaśny odór, stanowiący mieszankę palonego futra i czegoś chorego, co mimo oczyszczającego błogosławieństwa płomieni zdawało się nie chcieć odejść razem z dymem.

                                  Ogień w pieczarze trzaskał cicho. Śnieg za wejściem odbijał pomarańczowy blask. Konie długo jeszcze parskały niespokojnie, ilekroć wiatr odwracał się i przynosił z zewnątrz resztki woni spalonego ścierwa. Tyci czuwał blisko Tomasimo, z łbem opartym na łapach, ale uszami pracującymi przy każdym szmerze. Sneider spał niewiele, wiercąc się nerwowo. Siedział plecami przy kamieniu, z kapeluszem zsuniętym nisko i bronią w zasięgu dłoni, tak nieruchomo, że w półmroku mógłby uchodzić za część jaskini, gdyby nie oddech i sporadyczny błysk oka spod kapelusza.

                                  Nad ranem mróz stwardniał. Odczuli to. Zmęczenie osiadło w ciałach ciężej niż poprzedniego dnia, wdzierając się przez mięśnie do kości. Przyszedł blady, szary i nieżyczliwy świt. Światło sączyło się między drzewami, odsłaniając ślady nocnej walki. Mogli raz jeszcze spojrzeć na rozdeptany śnieg, ciemne plamy krwi, odciski łap, smugi po ciągniętych truchłach wilków, które oporządzał Heinrich... i czarną resztkę po spalonym basiorze, częściowo już przysypaną świeżym puchem.

                                  Po śniadaniu okraszonym wilczym mięsem zgasili ognisko, przysypując je śniegiem. Pieter zdjął potykacze. Moriz sprawdził konie, rzemienie, juki i broń. Skóry zabrane przez Heinricha zesztywniały od mrozu, cuchnęły wilkiem i krwią, ale część z tego, co zebrał, może się jeszcze do czegoś nada. Będzie trzeba nad tym popracować, gdy dotrą do wioski. To, co zostało z wilków, oddali naturze. Heinrich dla ułatwienia roboty wieczorem ułożył zwierzęta pokotem. Widok ten trochę tłumił apetyt przy śniadaniu, ale wyglądało na to, że padlinożercy będą zadowoleni. Parę kruków zebrało się już nawet na drzewach i czekało tylko na ich odejście.

                                  Sneider zażyczył sobie przejrzeć ich dłonie, zwłaszcza Heinricha. Zrobił to krótko i bez czułości. Podobnie bystro przyjrzał się ich twarzom. Szukał skaleczeń, zaczerwienień, ropy, dziwnych plam, czegokolwiek, co mogłoby sugerować, że skaza Chaosu jakoś na nich przeszła. Wyglądało na to, że nic nie znalazł. W końcu po tych oględzinach dalej byli żywi. Nie ulegało wątpliwości, że gdyby coś znalazł, nie potraktowałby ich ulgowo. Pewnie nawet by nie mrugnął, gdyby trzeba było doraźnie wrazić nóż w serce. Mimo wszystko po zakończonej inspekcji nie wyglądał również na człowieka uspokojonego.
                                  – Myjcie łapy po każdej takiej walce. Dobrze wam radzę – rzucił tylko. – Lepiej zedrzeć skórę z palców, niż czekać, aż zacznie schodzić sama.

                                  text alternatywny

                                  Ruszyli. Droga do Dunkelwaldu nie niosła ze sobą żadnych niespodzianek. I dobrze, bo po nocy z wilkami nawet zwykły marsz wydawał się wystarczającą próbą. Szli wolniej, częściej niż wczoraj łapiąc zadyszkę. Kto spał, spał mało lub niespokojnie. Mimo wszystko Sneider wymagał od nich zachowania wzmożonej czujności. Łajdak posunął się nawet do tego, by ich sprawdzać, nerwowo reagując na przemykającą od czasu do czasu łanię czy daniela. Nawet bez jego prowokacji byli dość czujni. Ciemna toń gęstwin działała na wyobraźnię. Las rozciągał się po obu stronach traktu, cichy, a wiatr wiejący między gałęziami świszczał upiornie, niosąc złowróżbną melodię kniei.

                                  Mapa Ulmanna dalej się sprawdzała. Komuś, kto nie zwraca uwagi na detale, mogło się wydawać, że chodzą w kółko. Śnieg spłaszczał krajobraz, przykrywał charakterystyczne elementy. Dlatego nawet Pieter musiał od czasu do czasu sięgnąć po mapę, by nie postradać drogi. Tak oto kilka kresek na pergaminie oszczędziło im zejścia w zły jar, kilka znaków pozwoliło odnaleźć kamień graniczny pod zaspą, a raz także stary pień z wyciętym symbolem, prawie całkiem skuty lodem i niewidoczny dla kogoś, kto nie wiedział, że powinien patrzeć właśnie tam.

                                  Trakt z wolna schodził niżej. Dzikość lasu nie ustąpiła nagle, ale mogli zauważyć już pierwsze ślady stałej bytności miejscowych. Pomiędzy świerkami i bukami zaczęły pojawiać się nacięcia od siekier. Mogli dostrzec stare pniaki, zbutwiałe stosy gałęzi, sterty porąbanego drewna przykryte śniegiem i zapomniane sanie drwali, przewrócone na bok przy zamarzniętym rowie. W jednym miejscu mijali niską szopę, której dach zapadł się pod ciężarem śniegu. W innym – dziwnie ułożony kopiec kamieni, na którym ktoś zatknął wilczy kieł przewiązany wytartym rzemieniem. Sneider zatrzymał się przy nim na chwilę i burknął coś niezrozumiale pod nosem. Nie kazał tego zniszczyć. Zbliżali się do sioła spod znaku Ulryka i kto wie, ile podobnego tałatajstwa znajdą głębiej.

                                  W południe przeszli przez zamarznięty strumień. Lód przy brzegach był mleczny i spękany, lecz pośrodku trzymał jeszcze na tyle mocno, by przeprowadzić konie pojedynczo. Pod nim czarna woda płynęła dalej, cicha i uparta, niosąc liście i cienkie gałązki. Później droga ponownie wspięła się łagodnie. Obeszli niski pagórek i wyłonił się przed nimi widok, który latem musiał być pewnie powodem czyjejś dumy.
                                  Zamarznięty sad jabłoni.
                                  Najpierw kilka drzew, potem całe rzędy. Niskie, powykręcane drzewa stały po obu stronach drogi, czarne, nagie, z gałęziami rozłożonymi jak chude palce. Śnieg leżał na nich w cienkich pasmach. Na ziemi, pod zaspami, widać było miejscami zamarznięte, zgniłe owoce, brązowe i pomarszczone, których nikt nie zdążył zebrać albo nie było komu. Niektóre wisiały jeszcze na gałęziach, twarde od mrozu, sczerniałe.

                                  Dalej stały prymitywne prasy, przykryte płachtami i śniegiem. Drewniane kadzie obrócone do góry dnem. Szopy o szerokich drzwiach, z których w cieplejsze miesiące pewnie toczono beczki. Nawet zimą, pod mrozem, dało się wyczuć pod dymem i wilgocią kwaśnawy zapach starych jabłek, sfermentowanej pulpy i drewna nasiąkniętego cydrem.
                                  – Drwale i cydr – mruknął Sneider. – Wesoli, kurwa, sadownicy.
                                  Zaklął, dając w powątpiewanie sielankową wizję, jaka mogła się roztaczać przed mniej pesymistycznymi członkami drużyny. Sneider przyjechał znaleźć tu kultystów i znając opinie o Łowcach Czarownic, pewnie sobie jakiegoś znajdzie, choć trzeba mu było oddać, że dotąd starał się obiektywnie patrzeć na rzeczywistość.

                                  Spojrzeli dalej. Za sadami wyłaniał się Dunkelwald. Tak naprawdę wpierw był dym. Cienki, szary, unoszący się z kilku tuzinów kominów. Potem doszło szczekanie psa, krótkie i urwane, i tak w miarę zbliżania poczęli dostrzegać niskie, strome dachy, obciążone śniegiem, skupione ciasno przy trakcie i wokół niewielkiego placu. Chaty były drewniane, ciemne od smoły i dymu, z podmurówkami z polnego kamienia. Przy wielu z nich wisiały wiązki drewna, pęki ziół, suszone skórki jabłek, stare sidła i narzędzia do pracy w lesie. Płoty stały krzywo, naprawiane tym, co akurat wieśniacy mieli pod ręką, czy to deską, kołkiem, kawałkiem sanek, czasem nawet obręczą od beczki.

                                  Pośrodku osady znajdowała się studnia z daszkiem, obok niej stary dąb, martwy albo prawie martwy, z pniem obwieszonym wyblakłymi wstążkami i, jakże by inaczej, wilczymi kłami. Na północ od placu, wyżej, między ciemnymi pniami, majaczyła kaplica. Nie była duża. Kamienna podstawa, drewniana górna część, stromy dach, wilcza głowa wyrzeźbiona nad wejściem albo tylko przybita pod daszkiem. Z tej odległości trudno było ocenić. W gasnącym świetle wyglądała jak coś, co bardziej pilnuje wsi, niż jej błogosławi.

                                  Ludzie nie wychodzili im naprzeciw. Twarze pojawiały się w oknach i znikały. Ktoś uchylił drzwi, zobaczył kapelusz Sneidera i zamknął je powoli, jakby szybki zryw już mógł zostać uznany przez Łowcę Czarownic za przewinę. Dwóch parobków przy stosie drewna przerwało robotę. Jeden odruchowo zdjął czapkę. Drugi nie zdążył, więc pierwszy szarpnął go za rękaw. Dziecko przebiegające między chatami zamarło na środku drogi, po czym uciekło za płot. Gdzieś za stodołą zaszczekał pies, ale zaraz ktoś syknął na niego ostro. Sneider nie komentował. Być może był przyzwyczajony do podobnie ciepłych przywitań. Szedł środkiem drogi, spokojnie, roztaczając groźną aurę, która sprawiała, że ludziom jeżył się włos na skórze.

                                  – Mus nam karczmy trzeba – powiedział tylko. – Zmierzcha, a za nami długi dzień. Rano zaczniemy właściwie. Zresztą ludzie przez noc mają brzydki zwyczaj chować swoje sekrety na prędce, przez co następnego dnia łatwiej je odkryć. Głupcy nie rozumieją, że nie czytam w myślach. Pewnych rzeczy bym się nie domyślił, gdyby nie próbowali ich tak niezdarnie ukryć. To była jedna z moich pierwszych lekcji jako Łowcy Czarownic. Zapamiętajcie sobie. Bardzo życiowe.
                                  Wyłożył i poszedł w stronę największego budynku we wsi.

                                  text alternatywny

                                  Karczma stała przy placu, większa od pozostałych budynków, tak jak podejrzewał, choć była przy tym tylko trochę mniej biedna. Nosiła nazwę Pod Kwaśnym Jabłkiem, wymalowaną nierównymi literami na desce wiszącej nad drzwiami. Na szyldzie ktoś kiedyś namalował zielonkawe jabłko z wykrzywioną miną i kropelką soku przy ogonku. Farba spłowiała, ale grymas owocu jakoś oparł się pogodzie. Przynajmniej na razie. Pod szyldem zwisały dwa małe, zamarznięte wianuszki z gałązek jabłoni.

                                  Budynek miał szeroką izbę od frontu, niskie okna z mętnymi szybkami i dobudowaną stajnię po lewej stronie. Z tyłu widać było większą szopę albo skład, zapewne na beczki, narzędzia i zapasy. Przy jednej ścianie stały trzy opróżnione beczki po cydrze, teraz przysypane śniegiem. Z komina unosił się dym, a spod drzwi sączyła się wąska smuga ciepłego światła. Sneider wszedł pierwszy. Otworzył drzwi, wszedł do środka i zniknął w pomarańczowym świetle, zostawiając na zewnątrz resztę drużyny z końmi, psem i jukami.

                                  Wtedy wydarzyło się coś niespodziewanego, co sprawiło, że kilku z nich mogło napiąć nerwowo mięśnie, a dłoń instynktownie ruszyła w stronę rękojeści. Za ich plecami odezwał się chłopiec. Mógł mieć dziewięć, może dziesięć lat. Stał w za dużej kurcie, pewnie po bracie, z czerwonym nosem, w czapce naciągniętej prawie na oczy. Pojawił się tak cicho, jakby od dawna stał między studnią a martwym dębem, tylko wcześniej nikt nie zwrócił na niego uwagi.
                                  – Nie idźcie nocą do kaplicy – powiedział.
                                  Krótko. Trochę tak, jak dziecko mówi rzecz zasłyszaną od dorosłych, której nie powinno powtarzać, ale jednak powtarza, bo leży to w dziecięcej naturze. Nim ktokolwiek zdążył dobrze odpowiedzieć, z najbliższej chaty wyszła kobieta w grubej spódnicy i chustce. Nie biegła, ale szła szybko. Chwyciła chłopca za rękę, przyciągnęła do siebie i spojrzała po podróżnych z wymuszonym, nerwowym uśmiechem.
                                  – Bujną ma wyobraźnię – powiedziała. – Dzieciaki tak mają. Johan, co ci mówiłam o zaczepianiu ludzi i bajaniu na jawie, co? Przepraszamy bardzo. Prawda, Johan?
                                  Bardziej oznajmiła, niż zapytała. Chłopiec chciał jeszcze coś powiedzieć, ale ścisnęła mu dłoń mocniej.
                                  – Do domu.
                                  Pociągnęła go za sobą. Drzwi zamknęły się chwilę później, niezbyt głośno, ale ostatecznie. W oknie poruszyła się firanka, po czym zgasło światło. To było dziwne... ale zanim ktokolwiek zdążył skomentować, z wnętrza karczmy dobiegł głos Sneidera.
                                  – Wprowadzać konie do stajni. Na Sigmara, pizga jak w Nordlandzie. Ruszajcie się.
                                  Ponaglił ich i trzasnął drzwiami.

                                  Stajnia przy Kwaśnym Jabłku była niska, ciepła tylko od stłoczonych w niej zwierząt, ale po całym dniu marszu nawet taki dach zdawał się dobrodziejstwem. W środku stały już dwa miejscowe konie, parę krów, mały wózek, trochę narzędzi i beczki ustawione pod ścianą. Przy żłobach leżały jabłkowe wytłoki, zamarznięte w brązowawe bryły. Kuc Tomasimo stanął blisko przy koniach, jakby chciał podkraść trochę ich ciepła. Tyci obwąchał próg, prychnął na kota siedzącego na belce i wrócił do swojego pana.

                                  Wnętrze gospody było niskie, zadymione i ciemniejsze, niż zapowiadało światło pod drzwiami. Główna izba miała szerokie palenisko po prawej stronie, z kamiennym okapem czarnym od sadzy. Przed nim stały dwie długie ławy i ciężki stół porysowany nożami, kuflami oraz śladami po latach częstego użytkowania. Po lewej znajdował się szynkwas, solidny, toporny, zrobiony chyba z tego samego drewna, z którego miejscowi stawiali mostki nad strumieniami. Za nim wisiały cynowe kubki, gliniane dzbany, kilka pękatych butli i mała beczułka z zatkniętym kranikiem. W powietrzu unosił się zapach dymu, kwaśnych jabłek a jakże, mokrej wełny, tłuszczu i piwa.

                                  W głębi izby były schody prowadzące na piętro. Wąskie, skrzypiące, z poręczą wygładzoną od rąk. Pod schodami stały beczki i kosze. Za izbą główną widać było uchylone drzwi do kuchni, skąd dochodził odgłos mieszania w garnku i zapach cebuli smażonej na tłuszczu. Dalej musiały być komory, spiżarnia i zejście do piwnicy, bo z podłogi przy ścianie wystawała ciężka klapa z żelaznym uchwytem. Przy niej leżała mokra szczotka, jakby ktoś niedawno próbował zetrzeć ślady błota albo rozlanego napitku.

                                  W izbie siedziało kilku miejscowych. Drwal z ręką w opatrunku. Stara kobieta otoczona rzędem pustych butelek. Dwóch młodych mężczyzn pochylonych nad miską polewki. Kiedy weszli obcy, rozmowy urwały się nierówno. Gdy jednak do środka wszedł Sneider, efekt był podobny jak sprzed dwóch dni. Bohaterowie mogli zacząć sobie wyobrażać, że Łowca ma już wyuczone tiki i przygotowaną paletę groźnych min, którymi częstuje innych, wszystko specjalnie przygotowane na takie właśnie wejścia.

                                  Karczmarz był człowiekiem niskim i szerokim, z policzkami czerwonymi od dymu z ognia w palenisku. Miał fartuch przewiązany pod brzuchem, rzadką brodę i kalkulujący wzrok. Obok niego krzątała się kobieta znacznie szczuplejsza, o niesłychanej urodzie. Widać, jakaś swatka dodała sobie jeden do jednego i zabrączkowała miejscową piękność z obrotnym karczmarzem. Widok dość częsty i dla niektórych przykry. To ona pierwsza spojrzała na broń, potem na buty, potem na kapelusz Sneidera.
                                  – Miejsca potrzebujemy – powiedział Łowca Czarownic, zdejmując rękawice. – Zabawimy u was na parę dni.
                                  Karczmarz przełknął ślinę.
                                  – Miejsce jest, panie. Trochę ciasno, bo zima, ludzie po drogach, drwale z lasu, ale coś się znajdzie.
                                  – Ja nie pytałem, czy się znajdzie, ale miło, żeście trochę bardziej rezolutni i nie muszę sięgać po metody perswazji. Ile będzie?
                                  To pytanie padło zbyt szybko, żeby karczmarz zdążył udawać gościnność.
                                  – Za dwie izby na górze... – zaczął ostrożnie. – Trzy szylingi od głowy. Stajnia osobno. Ogień, posłanie, wieczerza... napitek, jeśli trzeba. Cydr mamy własny, choć kwaśny, jak nazwa każe. Lepszy latem, zimą już bardziej dla odważnych.
                                  Sneider spojrzał na niego bez uśmiechu.
                                  – Trzy szylingi od głowy?
                                  Karczmarz odchrząknął.
                                  – Czysta izba, panie. Dach nie cieknie. Prawie. Zimą wszystko drogie. Taki urok zimowych zagajniczków.
                                  Przy szynkwasie ktoś parsknął cicho, ale zaraz udał kaszel.
                                  Sneider oparł rękawice na blacie.
                                  – Dobrze. Nie będziemy się targować jak przekupy na targu. Mam nadzieję, że siennik nie gryzie, inaczej sobie pogadamy.
                                  – A nie gryzie, nie gryzie – odpowiedział karczmarz po chwili niepewnie. – Chyba że ktoś sam ze sobą pchły przyniesie. To zadbany przybytek.
                                  Żona za jego plecami zamknęła oczy na krótką chwilę. Wyglądała na zmartwioną i chyba modliła się do wszystkich bogów, żeby jej mąż się już zamknął.
                                  Sneider patrzył na niego długo, ważąc chyba, czy nie poczuć się urażonym, ale nie okazał się tak małostkowy. Zamiast tego uśmiechnął się, ale nie był to uśmiech, który chciałoby się oglądać często, i nie miał w sobie nic z życzliwości. Potem przesunął wzrok po izbie, po miejscowych twarzach, po schodach, po klapie do piwnicy, po koszach z jabłkami i po drzwiach kuchni.
                                  – Jedna izba dla mnie. Druga dla moich towarzyszy. Stajnia dla zwierząt. Wieczerza. Wrzątek. I nikogo obcego na piętrze.
                                  Karczmarz otworzył usta.
                                  – Dobry panie, jak to nikogo obcego na piętrze?! To ja muszę ludzi poprzenosić, a jak poprzenosić, to będzie gadane, a jak będzie gadane...
                                  – To będzie gadane... niezbyt mnie to obchodzi. Jutro dopiero sobie pogaworzę z ludźmi – oznajmił, a po sali przebiegły nerwowe szepty. Część ludzi zmroczonych alkoholem dopiero teraz pojęła, dlaczego Łowca Czarownic zawitał do Dunkelwaldu i chyba miała ochotę szybko sprawdzić, czy nie ma czegoś pilnego do roboty w domu.
                                  Przez chwilę stali naprzeciw siebie przy szynkwasie. Za oknami Dunkelwald ciemniał, a śnieg zaczął znów osiadać na szybach drobnymi, mokrymi plamkami. W głównej izbie nikt nie wrócił jeszcze do rozmowy. Wszyscy czekali.
                                  Karczmarz w końcu westchnął.
                                  – Dobrze. Podejrzewam, że interes i tak będzie wystawiony na małą próbę przez parę dni. Nie obraźcie się, panie, ale wizyty ludzi z waszego szlachetnego zakonu szybko zabijają interesy.
                                  – Zapewniam, że nie tylko interesy. Ale nie bójcie się. Nie będziecie stratni. Pod koniec zostawię zadatek za to, że nie utrudniacie. Sowitą premię. Więcej, niż byście wycisnęli z miejscowych przez te parę dni. To wszystko. A teraz do dzieła.

                                  Karczmarzowi nie trzeba było powtarzać. Porwał żonę na zaplecze, zaprzągł parę parobków do szykowania wszystkiego i nie było go widać przez chwilę. W tym czasie karczma opustoszała całkiem i zaledwie po kwadransie mogli „cieszyć się” niespotykaną nigdy wcześniej prywatnością. Karczma na wyłączność? Można by to było polubić, gdyby nie towarzyszyła temu opustoszeniu taka mroczna atmosfera. Łowca podszedł do nich i przekazał klucz od właściciela, mierząc ich uważnym spojrzeniem. Każdemu spojrzał w oczy i nie odwrócił wzroku. Na wargach wykwitł mu lekko niepokojący półuśmieszek.
                                  – Dobrze mi się na razie z wami współpracuje. To odświeżające. Wyśpijcie się, ale trzymajcie dla porządku wartę w swojej izbie. Nie zapominajcie, po co tu jesteśmy. Jutro zabierzemy się do pracy. Wejdziecie trochę w moje buty i też sobie popytacie. Jeśli nie macie pytań, to idę udać się na spoczynek.
                                  Zapytał i czekał na ich kwestie, całkowicie ignorując fakt, że sam dla siebie wybrał osobną izbę i trudno mu będzie przez to dostosować się do własnej rady. No nic, może miał inne sposoby na zachowanie czujności w nocy.

                                  1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                  3
                                  • DhratlachD Niedostępny
                                    DhratlachD Niedostępny
                                    Dhratlach jako Heinrich "Heinz" Kraus
                                    napisał(a) ostatnio edytowany przez
                                    #18

                                    Ranek przyszedł nieubłaganie. Heinz oceniał chłodnym okiem posiłek przy posiłku starając się ocenić zasadność swojej nocnej decyzji. Prawda była okrutne... wiedział, że więcej by zyskał odpuszczając sobie mięso i skupiając się tylko na skórach. Te wilki... pod każdym względem były mizerne w pożywienie. Nie zdziwiłby się, gdyby były tak wygłodzone i zdesperowane, że nawet huku broni palnej się nie przestraszyły i mimo wszystko atakowały. Ostatni zryw przed śmiercią z głodu. No może poza tym ostatnim co chciał zwiać. Nie miał wątpliwości, musiał być nad wyraz kumaty, ale co zrobić? Dorżnęli watahę...

                                    Siedział przy ognisku ogrzewając swoje kości pieczonym sercem wilka i ciepłą wodą z pucharu. Nie żałował. Może i stracił cenny zarobek, ale jednak, co mięso, to mięso... a mięso było ważne i cenne. Czuł jak odwaga i żelazna wilcza wola wypełnia jego duszę z każdym, nad wyraz smacznym, kęsem kiedy spożywał swój posiłek. Nawet się uśmiechał w zadowoleniu. Nieznacznie, ale jednak. Próbował nakłonić innych do posiłku na mięsie podając im pieczyste, ale... nie byli widocznie przekonani. Ryzyko spaczenia? Może, ale w życiu jadł gorsze rzeczy. O wiele gorsze musiał przyznać przed sobą, ale takie było życie na drodze. Wątroby wilcze były zdrowe na jego oko i to mu wystarczało by zdecydować się zjeść co pozyskał nie tak dawno temu.


                                    Droga do sławiennej wsi mijała mu nad wyraz szybko, choć zmęczenie wkradało się w kości. Jedyne czego pragnął to zawinąć się w koc i... nie myśleć o wydarzeniach nocy. Na wszystko, zawsze, był odpowiedni czas, moment. na szlaku? Nie mógł sobie pozwolić na luksus wędrujących, skotłowanych myśli.

                                    Sneider testował ich czujność jakby jeszcze spali. Nie mówił nic. Mieli ustną umowę i zamierzał się z niej wywiązać. Honor złodzieja, czy coś w ten deseń. Jakby to miało jakiekolwiek znaczenie. Czy miało? Nie wiedział i nie chciał wiedzieć. Czasami najlepiej było nie wiedzieć. Liczyła się suma zysków i strat. Nic więcej. Nic mniej, a największe szanse na zarobek były trzymając się Łowcy Czarownic. Czym było parę dni, może tydzień, pod jego komendą, kiedy mógł dołożyć kolejną cegiełkę do swojego planu na przyszłość? Tak, miał plany, odległe, nawet bardzo, ale nie narzekał. Rok za rokiem był bliżej i bliżej. Pewnego dnia... pewnego dnia...


                                    Widok sadu i cydrowni nie napawał optymizmem, ale był dobrym wyznacznikiem tego, że byli blisko. Bardzo blisko celu ich podróży. Co prawda Heinrich miał wątpliwości... co zmusiło ludność do porzucenia sadów i jak widać całkiem prężnie działającej placówki obróbki jabłek na cele relaksacyjne? To mu nie pasowało. Czuł pismo nosem, że ta osada była przegnita do cna, albo żyła w strachu przed czymś. Jedno i drugie było złem. Może nie było to zło do jakiego nawykł, al...

                                    - Drwale i cydr – mruknął Sneider – Wesoli, kurwa, sadownicy.

                                    - Można powiedzieć, że lubią się się zdrowo narąbać... - mruknął do siebie półgębkiem rudzielec, ale nie wchodził w dalszą dysputę.


                                    Wieś nie była nadzwyczajna. Była... przeciętna pod każdym względem. Jedyne na co zwrócił bacznie uwagę to to, że ludzie wieszali zioła. Nie tylko na płocie, ale i przy drzwiach i oknach też. Oznaczało to najpewniej to, że chcieli się chronić przed złem i choć nie było to nic nadzwyczajnego... to obiecał sobie sprawdzić te ziołowe wiązanki z samego rana w świetle dnia. Miał kompetencje do tego jako zielarz. W końcu wokoło ziół było wiele przesądów, które nie raz, nie dwa i zdecydowanie za często... były słuszne.

                                    Martwy dąb był świadectwem tego jak ludzie radzili sobie ze strachem. Może Kraus nie był jakimś uczonym... za co był wdzięczny kołu losu, bo pomimo szacunku do pisma... to jednak wolał być... normalny. Cokolwiek by to nie znaczyło. W jego oczach/ Ci wymuskani uczeni i ich żaki były w większości zniewieściałe i słabe. Ślepo przekonane o swojej wielkości, choć tak naprawdę gówno wiedzieli o życiu. Fascynujące co kilka przeczytanych książek, klepanie po plecach od im podobnych i inne bzdety mogły zrobić z człowiekiem...

                                    Tak czy inaczej dąb opowiadał historię. W jego oczach? Historię strachu i dumnej przekory wobec zagrożenia. Nie miał pewności co do wstążek. Mogły być świadectwem żałoby po tych co odeszli, albo nadzieją, że bogowie zauważą. Wilcze amulety jednak mówiły jasno o osadzie. Jej strachu, albo oddaniu Ulrykowi. prędzej to pierwsze, bo patrząc po ilości... cóż, to już zakrawało na małą z nimi wojenkę, a Wilczy Pan raczej nie byłby zadowolony z ich, miejscowych, pogromów jego świętych zwierząt.

                                    – Nie idźcie nocą do kaplicy – powiedział młodzik który może nawet nie miał dziesięciu lat. Może... bo było ciemno. Usadowiony między strategicznym miejscem jakim była studnia, a martwe drzewo... było co najmniej ciekawym wydarzeniem. Tym ciekawszym, że najwidoczniej jego matka zdecydowała się wszystkiemu zaprzeczać. Heinz nie był znawcą ludzi, ale to było co najmniej podejrzane. Dorośli ukrywali prawdę. Co do tego był... pewien.

                                    Nic nie powiedział tylko udał się do karczmy. Tam, będąc świadkiem rozmowy Sneidera z gospodarzem chłoną każde słowo i każdą mimikę. Każdy ton. Jego grupa się rozsypała i wiedział dobrze, że mógł liczyć tylko na siebie, a to oznaczało, że musiał uczyć się szybko jeśli chciał się utrzymać na wodzie. Nie było "Kafki" który by świecił za wszystkich oczami i dobijał targów, zdobywał tropy i zlecenia. Prawda, towarzyszył mu jako ochrona, ale... nie zwracał szczególnej uwagi na "sztukę w ludzi".

                                    Nie mniej, musiał przyznać, że żonka była niczego sobie. Piękno było piękne... ponieważ przemijało. Jak wszystko. Jak natura. Nie były mu obce małżeństwa aranżowane i inne swatania. Sam jednak nie miał na nie czasu, ani nawet chęci. Ponura rzeczywistość i tryb życia na drodze jawnie utrudniały osiadły tryb życia, który... nie był dla zielonookiego. Nie miał czasu na przyjemne rozproszenia. Tym bardziej... no właśnie... był zajęty i nie było w jego sercu miejsca na kogoś nowego. Był wierny...


                                    Posiłek był przyjemnością. Choć Łowca stawiał to nie miał zamiaru nadwyrężać gościnności. Nie mniej, zastanawiał się w duchu... nad naturą tego miejsca. Nie wydawało się być zagrożeniem... przynajmniej nie teraz...

                                    - Wezmę pierwszą wartę. - oznajmił towarzyszom.

                                    Wiedząc, że ma do rozmówienia się karczmarzem nie napawało go to nadzieją. Jak byłoby łatwiej mieć "Kafkę" u boku! Niby mógłby zlecić rozmowy komuś innemu by działał w jego imieniu, ale komu? Niziołek był nad wyraz rozgadany i zdecydowanie zbyt pewny siebie... poza tym... coś mu tu śmierdziało i nie były to jego stopy... raczej. Coś było w powietrzu. Jak butwiejące drzewo.

                                    Tonight, boys, we are eating like kings...

                                    1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                    0
                                    • WiredW Niedostępny
                                      WiredW Niedostępny
                                      Wired jako Tomasimo Ashfield
                                      napisał(a) ostatnio edytowany przez Wired
                                      #19

                                      Tomasimo przejął wartę po Morizie i w ciszy, z psem u boku obserwował otoczenie, rozmyślając jaki świat przyszło im odziedziczyć po wojnie. Plugastwo w lasach, ruiny w obejściach, całe wioski wycięte w pień. Tragedia. Jak zawsze najgorzej ma państwo na terenie którego toczyła się wojna. Może powinni więc najechać Norskę? Tam stawiać warownie? Bliżej wroga...

                                      Dumał paląc fajkę i w ciszy obserwował wiatr przerzucający śnieżny pył. Tytoń niestety nie głuszył zapachu spalanego alfy, chorego, gnijącego a pewnie i zmutowanego cielska wielkiego basiora. Największy z nich, to też ciekawe, najsilniejszy z nich pierwszy uległ zmianom, zupełnie inaczej niż w przypadku chorób gdzie zdrowy wielki chłop o sporej tężyźnie fizycznej zwykle choruje później niż mały, wychodzony i osłabiony żebrak.

                                      Zależność warta odnotowania... na szczęście był mały, nawet jeśli dość wysoki jak na niziołka.
                                      Obudził Pietera na kolejną zmianę, obmył siebie i psa w śniegu na tyle na ile dało radę i widział w nocy, po czym schował się z Tycim do małego namiotu. Ustawionego w poprzek wejścia do pieczary, tak by ewentualny wiatr dął w jego bok. Nieduża wielkość konstrukcja, podwójny koc wypełniony wełną oddzielający ich od zimnej skały i futro psa obok szybko przełożyły się na ciepło, komfortowe na tyle by wreszcie usnął.

                                      Dopiero rano wychylając łeb z powrotem na nieżyczliwy świt przypomniał sobie jaką mają porę roku. Mróz po nocy trzymał srogo wykrzywiając ich twarze w grymasie niezadowolenia, słońce wstało niedawno i nie zdążyło jeszcze ogrzać choć odrobinę okolicy, a ognisko przygasającym ogniem prosiło o nowe drwa.
                                      Tomasimo wodą z odrobiną wina z bukłaka przemył twarz, jak co rano wyjął swój przybornik do brody i przejrzał się w nim poprawiając zakręconego lekko wąsa olejkami, chroniąc swój bujny zarost przed mrozem.
                                      Nalał psy wody z bukłaka do drewnianej miski i zostawił kilka kawałków suszonego mięsa obok, samemu pijąc bezpośrednio z niego i zagryzając tym samym mięsem. Z worków zwisających po bokach kuca wyjął obrok i rozsypał przed swoim i Pietera wierzchowcem. Po czym usiadł przeżuwając posiłek i ogrzewając się przy nowo rozpalonym ogniu. Tej nocy spał w zbroi, w ubraniu, po wojskowemu, ale że dopiero pierwsza dobra to raczej jeszcze nie śmierdział. Dzień góra dwa i będą w karczmie by się porządnie odświeżyć - pomyślał.

                                      Przed ruszeniem w drogę Łowca Czarownic zażyczył sobie inspekcję swojego nowego oddziału, a szczególnie dłoni.
                                      - Myjcie łapy po każdej takiej walce. Dobrze wam radzę - rzucił tylko. - Lepiej zedrzeć skórę z palców, niż czekać, aż zacznie schodzić sama.
                                      - Niech żyje muszkiet i Hochlandzka myśl techniczna! - odrzekł pogodnie Tomasimo, który tak samo jak jego kompan z wojska walczyli bronią dystansową, co prawda nie palną, ale na jedno wychodzi, wojna ich już nauczyła... poza tym chciał rozweselić zebrane towarzystwo, żołnierzy nie powinno się tak straszyć bo stracą zapał do walki z plugastwem.

                                      text alternatywny

                                      Powoli, aczkolwiek skutecznie, dzięki mapie, zbliżali się do wioski. Droga była nużąca i zimna, a po wydarzeniach nocy nikomu z nich na rozmowy się nie zbierało. Toteż podróżowali w milczeniu.
                                      O ile sad i sezonowe wytaczanie cydru nie zrobiły na Ashfieldzie wrażenia, to sama wioska z starym dębem obwieszonym kłami już tak. Przestroga czy pamiątka? Obejrzał się na kaplicę po drugiej stronie i nagle zrozumiał. Pewnie składają Ulrykowi ofiary z wilka. Słyszał że kapłani Ulryka w zwyczaju mieli nosić futra własnoręcznie ubitego zwierza, pewnie więc i na różne święta mieli podobne zwyczaje. Interesujące.
                                      Hm... zasępił się niziołek. Tomasimo był przesądny, dopiero co ich zaatakowało stado zmutowanego wilka. Czyżby omen problemów jakie mieli spotkać w tym siole? Nic jednak reszcie nie powiedział.

                                      Zmierzchało, robiło się coraz zimniej a dzień wcale do ciepłych nie należał. Jakby z najeźdźcą do Imperium wkroczyła Norska pogoda, ta jednak najwidoczniej nie chciała szybko odejść. Ulubiona pogoda Ulryka -pomyślał Tomasimo.

                                      Odprowadził kuca do stajni, sypiąc mu trochę więcej obroku, spisał się, mógł wreszcie w cieple odpocząć.
                                      Następnie wkroczył do karczmy sam się ogrzać. Wnętrze było niskie i zadymione, ale dzięki temu mniej ognia było potrzebne by ogrzać domostwo. Szerokie palenisko zapraszało płomykami i żarem jaki od niego bił, zaś rozgrzane powietrze unosiło się do góry, ogrzewając piętro gdzie spali goście.

                                      Zapowiadało się miło, przez chwilę, potem odezwał się Sneider. Złotousty jak na łowcę czarownic przystało. Jak chciał miejscowych wystraszyć to już mu się udało, do rana cała wioska będzie o nim szeptać.
                                      Zastraszony karczmarz zabrał urodziwą żonkę na zaplecze i zaczął się uwijać, goście uciekli. Jeśli liczyli na poznanie kogokolwiek lub czegokolwiek o wiosce przy kufelku cydru to mogli zapomnieć.
                                      Na koniec z kluczami do izb podszedł do nich Klaus oddając im jeden z nich i upominając o wartach.
                                      - Jak warty to na korytarzu, skoro chcesz osobną izbę - odrzekł ściszonym głosem niziołek - oby wewnętrzne okiennice dało się zamknąć.
                                      - Co do pytań, na piętrze Ci powiem.

                                      Gdy weszli do izby Łowcy Tomasimo opowiedział historię z dzieciakiem ostrzegającym przed kaplicą i że zamierza tam się wybrać po posiłku i zagadaniu do karczmarza, nie czekając na poranek. Przemilczał, że dlatego że Klausa kapelusz jak i sposób doboru słów zbyt wiele osób nie skłoni do serdecznej rozmowy, na jaką liczył.

                                      Gdy już dobrali łóżka, zaryglowali okiennice, zostawili plecaki i torby a Heinz zaczął swoją wartę zszedł z Tycim na dół, prosząc o kufel cydru i miskę wody dla psa, zagadując do karczmarza i jego małżonki jeśli była obok.
                                      - Wybaczcie kapelusznikowi dobry człowieku, nerwowy jest bo zeszłej nocy napadły nas wilki. Jeden z nich chory był, paskudnie, a wiecie jak jego zakon patrzy na świat, wszędzie próbują dojrzeć więcej zła niż jest na świecie. - powiedział niziołek lekko uśmiechając się znad kufla.
                                      - Wyśpi się w ciepłym to spogodnieje. Najął nas do ochrony na szlaku. Słusznie bo po wojnie jeszcze mniej bezpieczniej na drogach i bezdrożach niż wcześniej. Płaci też dobrze, więc o interes nie macie co się martwić - dodał patrząc czy pocieszy tym karczmarza.
                                      - Nalejcie sobie też cydru dobrodzieju, i małżonce, dzień się skończył, ja stawiam - rzekł Tomasimo wyciągając szlam, bo nie był pewien czy wierzą że im Łowca na koniec zapłaci.
                                      - Wasze sioło oddane Ulrykowi jak widzę. Lata już będą jak z kapłanem Ulryka rozmawiałem. W Gruyden bo ja z południa. Macie tu miejscowego kapłana?
                                      - Obrazi się gdybym go teraz odwiedził i zapytał czy w tym ataku wilków jaki omen się nie kryje? - zapytał sondując co sądzą o chodzeniu późnym wieczorem do świętego przybytku, o czym wspomniało im dziecko spod karczmy.
                                      -Ten dąb na środku wioski z wstążkami i kłami robi wrażenie, wybaczcie laikowi, bo ja na wierzeniach się mocno nie wyznaję, one ku pamięci czy z jakiego powodu?
                                      - Bezpiecznie tu w ogóle? Coś się ostatnio ciekawego działo? - ciągnął za język niziołek na tyle na ile skorzy byli do rozmowy, chcąc by jego pogodna natura i chęć do wydawania pieniędzy zmazała kiepskie wrażenie jakie wywołał łowca czarownic, a gdy kufel był pusty wziął Tyciego i wyszedł na zewnątrz, zbić chłodem efekt alkoholu, obejść zajazd i zobaczyć czy kto się karczmą po ich przyjeździe nie zainteresował. Goście co wyszli pewnie już rozpowiedzieli każdemu kogo spotkali kto do ich wioski zawitał. Zamierzał też pochodzić po wiosce trochę, porozmawiać jak kogoś spotka, przyjrzeć się kłom i póki noc na dobre nie zapadła zapukać do kaplicy. W przeciwieństwie do ludzi całkiem dobrze widział nocą. To dawało mu jakąś przewagę o tej porze dnia.

                                      1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                      0
                                      • MortarelM Niedostępny
                                        MortarelM Niedostępny
                                        Mortarel jako Pieter Falk
                                        napisał(a) ostatnio edytowany przez Mortarel
                                        #20

                                        Noc dłużyła się bardziej, niż powinna. Po walce nikt nie wrócił już do pełnego spokoju, nawet jeśli zmęczenie w końcu zmusiło ludzi do snu. Pieter spał płytko, bardziej nasłuchując niż odpoczywając. Co jakiś czas budził go trzask drewna, ruch konia albo cichy dźwięk własnych dzwoneczków poruszonych przez wiatr. Za każdym razem ręka odruchowo odnajdywała łuk. Ale alarm nie odezwał się naprawdę ani razu. Las tym razem ich oszczędził.

                                        Świt przyszedł ponury i zimny. Ogień dogorywał już tylko czerwonym żarem, a powietrze w pieczarze miało ciężki zapach dymu, wilgotnych skór i krwi wilków, której mimo śniegu nie dało się całkiem pozbyć. Na zewnątrz panowała sina szarość. Niebo wyglądało jak brudna blacha zawieszona nad lasem.

                                        Pieter podniósł się pierwszy albo prawie pierwszy. Zwinął śpiwór, sprawdził linki z dzwoneczkami i wyszedł obejrzeć konia. Zwierzę przetrwało noc dobrze, choć nadal było niespokojne. Falk poprawił uprząż, obejrzał kopyta i dał mu chwilę spokoju, głaszcząc kark grubą rękawicą. Dopiero wtedy wrócił bliżej ognia.

                                        I wtedy poczuł ten zapach. Tłuszcz, mięso... smażone mięso. Heinrich siedział przy ogniu jak gdyby nigdy nic, obracając nad płomieniem kawałki wilczego mięsa. Skwierczały cicho nad ogniem, tłuszcz kapał na żar i syczał. Zapach był ciężki, dziki i nieprzyjemny. Pieter zatrzymał się w pół kroku. Przez chwilę tylko patrzył. Na mięso, na Heinza, na wilczą skórę leżącą obok.

                                        Potem powoli podszedł bliżej ognia, ale usiadł po drugiej stronie niż rudowłosy. Wyciągnął własny suchy prowiant i odgryzł kawałek twardego chleba, jakby demonstracyjnie wybierał nawet czerstwy chleb zamiast tego, co smażyło się nad ogniem. Milczał długo. W końcu splunął w bok.

                                        — Psojad...— rzucił cicho, wykonując zabobonny gest odpędzania złego.

                                        Nie podniósł głosu. Nie próbował wywoływać kłótni. Powiedział to tonem człowieka stwierdzającego coś oczywistego. Jego spojrzenie przesunęło się po wilczym mięsie. Po tych słowach zamilkł znowu i zajął się sprawdzaniem łuku oraz cięciwy, jakby temat przestał go interesować. Ale od tej chwili patrzył na Heinza inaczej. Jak na kogoś, komu głód albo bieda dawno już odebrały część człowieczeństwa.

                                        Pieter Falk jadł śniadanie powoli. Nie dlatego, że mu smakowało. Po prostu po nocy spędzonej w pieczarze ciało potrzebowało czasu, żeby przypomnieć sobie, że nadal należy do żywych. Siedział blisko ognia, z ramionami lekko pochylonymi, i żuł twardy kawałek chleba, który w ustach zmieniał się bardziej w obowiązek niż w posiłek.

                                        Kiedy Sneider zażądał oględzin dłoni, Falk bez słowa wyciągnął ręce. Nie wyglądał na urażonego. Właściwie nie wyglądał na nic szczególnego. Pozwolił Łowcy obejrzeć palce, kostki, skórę przy paznokciach, a potem tylko zacisnął dłonie z powrotem w rękawicach. Nie trzeba było mu tłumaczyć, że skaza potrafi wejść w człowieka przez ranę mniejszą niż zadrapanie od ciernia. Widział już rzeczy, które zaczynały się od plamki, swędzenia, dziwnego ciepła pod skórą. Widział ludzi, którzy jeszcze rano wyglądali jak ludzie, a wieczorem już nikt nie chciał wymówić ich imienia.

                                        Ruszyli.

                                        Drugi dzień marszu był gorszy, choć droga wydawała się łatwiejsza. Może właśnie dlatego. Pierwszego dnia człowiek idzie jeszcze na uporze, świeżym strachu i obietnicy zapłaty. Drugiego ciało zaczyna wystawiać rachunek. Stopy robią się cięższe, pasy bardziej wrzynają się w ramiona, zimno znajduje nowe szczeliny pod ubraniem, a myśli nie idą już prosto, tylko zataczają powolne kręgi wokół rzeczy, których lepiej było nie rozgrzebywać.

                                        Pieter prowadził bez gadania. Mapa Ulmanna pomagała. Nie ufał jej całkiem, ale korzystał z niej częściej, niż miałby ochotę przyznać. Parę kresek na pergaminie potwierdzało to, co pamiętał z własnych dróg, a parę innych korygowało wspomnienia, które śnieg i lata zdążyły rozmyć. Raz zatrzymał grupę przy miejscu, gdzie trakt zdawał się iść prosto, ale mapa i układ drzew mówiły co innego. Odgarnął śnieg przy wykrocie i znalazł kamień, dokładnie tam, gdzie powinien być. Innym razem ominął jar, który z góry wyglądał łagodnie, ale w środku mógł ich kosztować godzinę omijania trudnego terenu, jeśli nie więcej.

                                        Gdy las zaczął się zmieniać i pojawiły się pierwsze ślady stałej ludzkiej pracy, zwolnił nieznacznie. Nacięcia od siekier, stare pniaki, drewno przykryte śniegiem, przewrócone sanie. Wszystko to mówiło, że Dunkelwald nie był już tylko nazwą i dymem gdzieś przed nimi. Był blisko. A bliskie osady miały swoje własne ślady, inne niż las.

                                        Przy kopcu kamieni z wilczym kłem zatrzymał wzrok na dłużej. Nie podszedł od razu. Spojrzał tylko, zapamiętał rzemień, wysokość kamieni, stronę, ku której zwisał kieł. Miejscowi robili takie rzeczy z jakiegoś powodu. Może dla Ulryka. Może przeciw wilkom. Może po to, żeby dodać sobie odwagi, kiedy nocą słyszało się wycie z lasu. W Hochlandzie ludzie rzadko wieszali zęby, kości i wstążki dla ozdoby.

                                        — Dużo wilczych znaków — mruknął półgłosem do Tomasimo, kiedy ruszyli dalej. — Po ostatniej nocy nie podoba mi się to. — Lepiej, żeby mieszkańcy tej wioski pilnowali swoich kundli. - zerknął z ukosa na Heintza.

                                        Kiedy zobaczyli Dunkelwald, Pieter nie poczuł ulgi. Dym z kominów powinien oznaczać dach, ogień i ludzi. Po dwóch dniach marszu przez śnieg człowiek powinien przyjąć taki widok z wdzięcznością. Falk patrzył jednak na wieś tak, jak patrzy się na ślad w śniegu: najpierw kształt, potem głębokość, potem kierunek, a dopiero na końcu pytanie, kto go zostawił.

                                        Studnia, martwy dąb, wstążki, wilcze kły, ludzie znikający z okien, drzwi zamykane powoli. Pieter nic nie powiedział, ale poprawił pas z bronią.

                                        Gdy chłopiec odezwał się za ich plecami, Falk odwrócił się szybciej, niż powinien człowiek zmęczony całym dniem marszu. Nie sięgnął po broń, ale ręka zatrzymała się blisko pasa. Spojrzał na dziecko, potem na kobietę, która pojawiła się chwilę później i zabrała je do domu.

                                        — Dzieci rzadko wymyślają takie rzeczy — powiedział cicho do towarzyszy.

                                        |=W stajni zajął się koniem, zanim wszedł do karczmy. Rozsiodłał go, sprawdził grzbiet, podał obroku tyle, ile należało i obejrzał miejsce przy żłobie. Nie lubił zostawiać zwierzęcia byle gdzie, a jeszcze mniej lubił stajnie, w których za dużo rzeczy stało pod ścianami. Beczki, narzędzia, wózek, miejscowe konie, krowy, zamarznięte jabłkowe wytłoki. Dopiero po upewnieniu się, że koń ma się dobrze wszedł do środka.

                                        Izba karczmy "Pod Kwaśnym Jabłkiem" była ciepła, zadymiona i kwaśna od jabłek, mokrych ubrań oraz ludzkiego potu. Pieter nie zdejmował płaszcza od razu. Stanął bliżej ściany, tak by widzieć drzwi, schody i klapę w podłodze. Patrzył po twarzach miejscowych, czytając emocje wstępujące na ich twarze.

                                        Sneider zrobił to, co Sneider zwykle robił. Wszedł i sprawił, że ludzie przypomnieli sobie wszystkie winy, nawet te, których nie mieli. Falk słuchał rozmowy przy szynkwasie bez komentarza. Nie lubił sposobu, w jaki Łowca przepychał się przez ludzi samą obecnością, ale musiał przyznać, że działało. Karczma pustoszała szybciej niż las po pierwszym wystrzale. To też miało swoją cenę.

                                        Ludzie zastraszeni mówili mniej. Albo mówili to, co ich zdaniem chciał usłyszeć człowiek w kapeluszu. Kiedy Sneider przekazał im klucz i wspomniał o wejściu w jego buty, Pieter spojrzał na niego bez szczególnego entuzjazmu.

                                        Potem zerknął na Tomasimo, który już planował rozmowy, cydr, kaplicę i pewnie jeszcze plotki z połową wsi, zanim reszta zdąży rozpiąć pasy. Falk znał ten wyraz twarzy niziołka. Ashfield miał zamiar iść między ludzi i wyciągać z nich słowami informacje tak, jak inni wyciągali drzazgi z dłoni.

                                        W izbie, którą im przydzielono, Pieter najpierw podszedł do okna. Sprawdził okiennice, rygiel, szczeliny i to, czy dało się przez nie zajrzeć z zewnątrz. Potem obejrzał drzwi, zawiasy i zamek. Dopiero później odłożył rzeczy. Posłanie wybrał blisko ściany, z widokiem na wejście, ale nie pod samym oknem. Łuk postawił tak, by sięgnąć po niego bez wstawania. Mapę Ulmanna schował głęboko, zawiniętą i zabezpieczoną przed wilgocią.

                                        Na pytanie o warty nie protestował.

                                        — Wezmę drugą — powiedział po Heinrichu. — Albo tę po Tomasimo.

                                        Spojrzał jeszcze raz w stronę korytarza.

                                        — Warta na korytarzu ma sens. Jak ktoś będzie szedł do izby Sneidera, usłyszymy. Jak do naszej, też.

                                        Gdy Tomasimo zszedł na dół, Pieter nie poszedł za nim od razu. Został chwilę w izbie, porządkując rzeczy bardziej z nawyku niż z potrzeby. Potem wyszedł na korytarz i stanął w przejściu, skąd mógł słyszeć część rozmowy z dołu, choć nie próbował w niej uczestniczyć. Niziołek nadawał się do tego lepiej. Pieter swoją obecnością częściej zamykał ludziom usta, niż je otwierał.

                                        Po pewnym czasie zszedł jednak do stajni. Jeszcze raz sprawdził konia. Nie dlatego, że coś musiało być nie tak, lecz dlatego, że w nowym miejscu lepiej było upewnić się dwa razy. Przesunął dłonią po uprzęży, zerknął na miejscowe zwierzęta, na beczki, na wytłoki, na kota siedzącego gdzieś wysoko. Potem zatrzymał się przy wejściu i spojrzał na plac lustrując go wzrokiem.

                                        Pieter stał tak przez dłuższą chwilę. Pomyślał o sytuacji z dzieciakiem. Nie lubił kaplic nocą. Nie lubił też dzieci, które ostrzegały przed nimi obcych tuż po ich przyjeździe.

                                        Wrócił do karczmy bez pośpiechu. Zatrzymał się przy drzwiach, otrzepał śnieg z butów i obejrzał izbę jeszcze raz, jakby próbował zapamiętać układ ław, schodów, szynkwasu, kuchni i klapy prowadzącej w dół.

                                        Dopiero wtedy wrócił do przydzielonej jej izby, próbując zasnąć i zregenerować się po podróży.

                                        1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                        0

                                        Hello! It looks like you're interested in this conversation, but you don't have an account yet.

                                        Getting fed up of having to scroll through the same posts each visit? When you register for an account, you'll always come back to exactly where you were before, and choose to be notified of new replies (either via email, or push notification). You'll also be able to save bookmarks and upvote posts to show your appreciation to other community members.

                                        With your input, this post could be even better 💗

                                        Zarejestruj się Zaloguj się
                                        Odpowiedz
                                        • Odpowiedz, zakładając nowy temat
                                        Zaloguj się, aby odpowiedzieć
                                        • Najpierw najstarsze
                                        • Najpierw najnowsze
                                        • Najwięcej głosów


                                        • Zaloguj się

                                        • Nie masz konta? Zarejestruj się

                                        • Aby wyszukiwać zaloguj się lub zarejestruj.
                                        Powered by NodeBB Contributors
                                        • Pierwszy post
                                          Ostatni post
                                        0
                                        • Kategorie
                                        • Ostatnie
                                        • Tagi
                                        • Popularne
                                        • Świat
                                        • Użytkownicy
                                        • Grupy