[WFRP 2ed] Bögenhafen
-
Kurt słuchał Boscha uważniej niż zwykle.
Nie wszystkiego rozumiał, ale tym razem coś brzmiało inaczej. Nie jak gadanie urzędnika. Bardziej jak kazanie kapłana po kilku kuflach wina.
-Sigmar się nad nami zmiłował. - Kurt spojrzał na glejt z pieczęcią, potem na worek z jedzeniem, a później na świątynię za plecami Hieronima. Jeszcze niedawno siedział w celi i czekał, aż ktoś go spali albo zatłucze. Teraz miał miecz i worek jedzenia.
To było dziwne. Bardzo dziwne. Wziął worek bez słowa i zarzucił go sobie na ramię. Ciężar był przyjemny.
-Może ten Sigmar naprawdę patrzy?- Zamyślił się.
Kurt nigdy się nad tym nie zastanawiał. Bogowie byli od tego, żeby kapłani mieli o czym gadać, a ludzie gdzie zanosić monety przed bitwą. Ale odkąd wszystko się posypało, dziwne rzeczy działy się jedna po drugiej. Szaleniec w celi. Ludzie chodzący jak stado opętanych. Strażnik, który dostał młotem tak, że normalnemu człowiekowi odpadłaby połowa ciała, a dalej próbował zabijać. I jeszcze oni. Żywi.
Kurt podrapał się po szczęce.
– Może faktycznie nas pilnuje. - Szepnął pod nosem.
Nie wiadomo było, czy mówi o Boschu, Zygfrydzie czy samym Sigmarze.
Spojrzał na worek z jedzeniem, potem na glejt. Przez chwilę milczał, patrząc gdzieś ponad płomieniami stosu.
– Świętobliwy ojciec Zygfryd wspomniał, że powinniśmy iść na północny-zachód? – mruknął wolniej. – Któż w takim razie miałby wątpić w jego słowa? - Zapytał retorycznie i spojrzał po reszcie.
-
Ergo słuchał Hieronima, słuchał i uśmiechał się i głową kiwał z każdym słowem, które mamlał dziadyga. Miał ochotę pogonić go kijem jako zwyczaj kazał dziada gonić. Ale umiał docenić przedstawienie. I nie miał kija. Za to Hieronim chyba miał, bo się Kurtowi tak na oko udzieliło to całe sigmarowanie.
- Radujcie się albowiem mocą mojego autorytetu zaraz się zesram! - zawołał Ergo głosem świetnie imitującym Hieronima, po czym parsknął już własnym sumowym śmiechem - Zaszczyt sraszczyt, Grimmig srimmig. Rzekłem, że mogę się bawić w ten świątynny cyrk, byle zwiać z tej dziury. Ale ty tu dziadu nie strosz piór jak kapucyn, bo posłuszeństwa to możesz wołać co najwyżej od swoich wszów. Albo fujary. Elfa powiesili nie za to, że kradł, a za to, że dał się złapać. Wszyscyśmy tu jednako "niewinni". No może poza Lindeczką. - co rzekłszy spojrzał na dziewczynę, która pracowicie wykonywała polecenie Ulricha, tak jak sam Ergo nie do końca rozumiejąc zapewne po jaką cholerę - Żarcia w mieście w bród. A i ten glejt to rzecz niepewna. Byle sierżancina jak będzie mieć zły humor, a będzie, bo wolałby patrol gdziekolwiek byle nie w mieście, to jak mu tym glejtem zaczniesz wymachiwać, to się nim podetrze, a potem ci go zeżreć karze. Wszystko jedno gdzie pójdziemy. Wszędzie będą posrańcy. Omijałbym główne ulice i napewno rynek. A najbliżej stąd mamy do przeprawy strażników. Pamiętacie mapę ze strażnicy?... Tee gruby, po co ona to właściwie dzierga te kółka?
Nie wytrzymał w końcu z pytaniem do Ulricha, patrząc na robotę dziewczyny. -
Nadja nie odpowiedziała mytnikowi słowem, ale jej przewrócenie oczami wyrażało opinię jaką teraz o nim miała.
-
Słowa, słowa, słowa...
Słowa padały jedno po drugim, a Oswald zastanawiał się, czy wielomówni kompani mają zamiar długo jeszcze wymieniać poglądy.
- Nie znam miasta na tyle, którędy iść - powiedział, gdy nastąpiła chwila ciszy - i czy ten północny zachód jest lepszy od innych kierunków świata. Gdzie jest bliżej, do portu, czy do bramy? -
Dziedziniec świątyni w Bögenhafen
Mamroczący pod nosem dziękczynne słowa i kłaniający się w pas mytnik wyszedł czym prędzej z komnaty nie chcąc dawać Zygfrydowi czasu na zmianę decyzji. Audiencja spełniła w dużej kierze oczekiwania Hieronima, w szczególności zaś wręczone mu pismo.
Swoich towarzyszy zastał w tym samym miejscu, w którym ich zostawił. Świadomość tego, jakim cieszył się wśród tych ordynusów szacunkiem i poważaniem sprawiła Boschowi autentyczną przyjemność, aczkolwiek nie dał tego po sobie poznać przywołując w zamian na twarz surową minę.
- Radujcie się, albowiem Sigmar prawdziwie się nad nami zmiłował - oświadczył pełnym emfazy tonem - Czcigodny Grimmig dotrzymał obietnicy. Otrzymaliśmy glejt z lakową pieczęcią świątyni, który zapewnia nam ochronę z mocy jego autorytetu. Dostaliśmy też jadło na pięć dni, abyśmy nie opadli z sił. Czcigodny ojciec Grimmig ma nadzieję, że zdołamy wydostać się z miasta i sprowadzić tu pomoc. Wierzę, że żadnemu z was nie przypadł jeszcze w udziale równie wielki zaszczyt, ale nie oczekuję waszej wdzięczności, wystarczy mi posłuszeństwo i poświęcenie sprawie.
Hieronim podał wypełniony strawą ciężki podróżny worek w ręce Kurta, posłał mu porozumiewawcze spojrzenie, którego pozostali nie przeoczyli, ale najpewniej nie zrozumieli jego znaczenie.
- Dobry człeku, podejdź no tutaj - cesarski urzędnik przywołał do siebie kręcącego się w pobliżu strażnika - Widzisz ten glejt? Właśnie wręczył mi go sam świątobliwy ojciec Zygfryda, patrzaj tutaj na pieczęć. Wyruszamy z misją ratunkową, tędy przynieś nam żwawo ze trzy kuszę i trzy włócznie i bełtów nie zapomnij. A ty tam dziewko bukłaki z wodą naszykuj, bo my zaraz wyruszamy, aby wszystkim wam ratunek przynieść.
- Osobiście widzą mi się dwie drogi ucieczki - powiedział mytnik, kiedy grupka ułaskawionych przez kapłana skazańców znów została sama - Albo wedle słów czcigodnego Grimmiga na północny zachód albo z powrotem do portu i łodzią na wybrzeże, wszelako zdam się tutaj na wasz osąd, moglibyście w końcu zapracować na swój los.
(...)
- Dobry człeku, podejdź no tutaj - cesarski urzędnik przywołał do siebie kręcącego się w pobliżu strażnika - Widzisz ten glejt? Właśnie wręczył mi go sam świątobliwy ojciec Zygfryda, patrzaj tutaj na pieczęć. Wyruszamy z misją ratunkową, tędy przynieś nam żwawo ze trzy kuszę i trzy włócznie i bełtów nie zapomnij. A ty tam dziewko bukłaki z wodą naszykuj, bo my zaraz wyruszamy, aby wszystkim wam ratunek przynieść.
(...) -
Dziewka, do której byciem poczuwala się Linda porzuciła dwa dotychczasową pracę i pobiegła w te pędy po wodę.
Inaczej sytuacja miała się ze strażnikiem który mimo wszystko nie specjalnie chciał się podporządkować.
- Te, dziadek, a cię już do reszty @#&)@#? Ty myślisz że co?
I już widać było że ma zamiar podejść i wyjaśnic Hieronima, lecz nie uszedł nawet kroku nim ruch wykonał Kurt. Starczyło że drgnął , ręką poleciała na rękojeść i wzrok wbil się w oczy strażnika. Co prawda Hieronim mógł tego nie zauważyć i zrozumieć swoje, gdyz przywołany jegomość zerknąl na glejt i miast agresywnego zachowania chrzaknal tylko z lekka.
/- No ten ... Nie, raczej nie tak żwawo o ile w ogóle. To że idziecie z zadaniem to nie znaczy że jesteście nie wiadomo kim. Rozumiemy się?trochę kultury #&$@#!
Włócznie dwie możemy oddać, rzucać nimi można jak kto umi i kusze jedna oddac możemy, u nas i tak nikt z niej pożytku nie zrobi. I ten, to nie tak że zapomnieliśmy kim jesteśmy ani kim wy jesteście. Sytuacja jest jakaś jest, nikt z was za ciężkie przewiny nie siedział, to można działać teraz, że tak powiem we wspólnym celu.{Kusza standardowa S4
18 bełtów
2x Włócznia S, szybki, rzucana}
Wozy pełniące funkcje bramy rozjechały sie i w chwilę później byli więźniowie znów znaleźli się za murami.
Miasto było puste i ciche, można być rzec wymarłe. Efekt potęgowały plamy krwi i resztki wnętrzności ludzkich których nie dało się lub nie chciało się sprzątać.
Bohaterowie poruszali się wolniej niż normalnie, oraz zdecydowanie ciszej niż wcześniej. Do tego co jakiś czas musieli zmieniać kierunek aby ominąć grupy, lub pojedyncze, podejrzanie wyglądające osobniki. Koniec końców dotarli w pod sam gabinet Ulricha.
Budynek wyglądał tak jak kazden inny, tylko szyld z wymalowanymi piktogramami sugerował że w środku winien żerować ... znaczy urzędować ktoś parajacy się tzw medycyna ogólna. Drzwi o dziwo były całe i nawet zamknięte, podobnie okiennice a już zupełnym dziwem był fakt iż elewacja nie nosiła śladów rzucania weń łajnem.
Dwie przecznice dalej stala barykada, wysoka na że dwa sążnie i ciągnąca się wzdłuż ulicy.
Dla Ulricha
Gabinet wygląda identycznie jak go zostawiłeś, przynajmniej z zewnątrz.
Barykady wcześniej nie było. Znasz doskonale te tereny, normalnie tam jest zwykła choć nadmiernie szeroka ulica. -
Kurt szedł kilka kroków za Boschem, co jakiś czas poprawiając pas z mieczem. Broń była dobra, ale pas uwierał go w biodro przy każdym dłuższym kroku.
Bosch zaczął rozmowę ze strażnikiem, który chyba nie poznał się na glejcie, gdyż zbluzgał srogo Hieronima. Kurt przystanął obok i ponownie poprawił pas z bronią, który znowu wbił mu się w biodro. Następnie wydarzyło się coś dziwnego, czego Kurt nie mógł wytłumaczyć. Bosch spojrzał na strażnika. Nie długo. Nie groźnie. Po prostu spojrzał.
Kurt nie potrafił tego dobrze opisać, ale w tym spojrzeniu było coś takiego... świątynnego. Jak wtedy, gdy Zygfryd mówił o Sigmarze. Jak podczas modlitwy przy stosie. I nagle strażnik zmiękł. Nie od razu, ale jednak. Dał kuszę, dał włócznie, zaczął mówić rozsądniej. Kurt długo nad tym myślał. -Może właśnie tak działa Sigmar. - pomyślał, zastanawiając się, czy świątobliwy ojciec nie dostrzegł w Hieronimie czegoś, czego inni nie widzieli.
-
Na twarzy Ulricha pojawiło się coś, co mogło przypominać radość, a byłoby nią gdyby nie ogólna czujność cyrulika - więc radował się jakby instynktownie w sposób nieco bardziej ostrożny i stonowany. Przynajmniej do czasu, bo entuzjazm jego rósł wraz z każdym krokiem zbliżania się do gabinetu. Zatrzymał się kilka kroków przed nim i wskazał towarzyszom szyld nad drzwiami.

- To jest mój gabinet... a raczej był, bo po tych całych ruchankach z podatkami, to raczej był mój...
Podszedł do drzwi zakładu, proste, ciężkie, z wytartą klamką oraz przebarwionym drewnem koło klamki, sięgając może na metr. Cyrulik zaparł się o drzwi barkiem, w miejsce przebarwienia, chwycił lekko nienaturalnie klamkę i otworzył drzwi.
- Ten zamek ma problem, przydaje się wracając po pijaku... Ale niektórzy stali pacjencji znali ten sposób, to tylko recepcja. Aby nie stali w deszczu lub pukali tam gdzie usłyszę... No, chodźmy, czym chata bogata!
Powiedział lekko weselszym tonem prowadząc towarzyszy do rzeczywistej recepcji. Naprzeciw drzwi wejściowych znajdowały się drugie, zamknięte - prowadzące do wewnętrznej części gabinetu. Po prawej, pod ścianą stały dwa krzesła i dwa taborety, zapewne dla pacjentów. nad nimi wisiała pusta pułka.
- Dziwne, tutaj powinna być gablota reklamowa..
Ulrich rzucił zamyślając się, po czym skierował swój wzrok w prawą stronę poczekalni. Pod ścianą znajdowała się ciężka szafa, solidna, zamykana na klucz. Obok niej, pod oknami - zapewne w celu doświetlenia w dzień - stał większy stolik wraz z krzesłem.
- Wygląda na brak szabrowania - mężczyzna zasępił się - skoro tak, gdzieś tutaj powinna być solidna, okuta żelazem pałka. Zwykle leżała koło stołu, to dla mojej pomocniczki. To biurko było dla Helgi, odbierała pacjentów, opisywała co z nimi, umiała nawet pisać, a przynajmniej w sposób który sama odczytywała... ciekawe co u niej... Na tą szafę nie ma niestety magicznego sposobu, a klucze miałem ja i Helga, może w mojej kwaterze znajdziemy. Są tam medykamenty od zaprzyjaźnionego aptekarza, nic specjalistycznego. Wychodząc można było od razu kupić u mnie podstawowe rzeczy, przepisane... Lub czasem nawet mi dupy nie zwracając kupić maść na poparzenie. Myślę, że coś z tego by nam się przydało, tylko bez klucza otwarcie tego cholerstwa po cichu będzie trudne. Sami wiecie, poczekalnia to strefa dostępna więc wstawiłem tam szafę nad szafy...
Cyrulik wyraźnie odprężał się będąc w swoim przybytku. Oparł się swobodnie o ścianę i zaczął.
- Tu było widać przez okna, zanim wiedziemy dalej opiszę co i jak, abyśmy się nie dali niczym zaskoczyć. Za tymi drzwiami jest mój gabinet, naprzeciwko od razu zobaczycie moje biurko i kilka szafek. Lewą stronę pomieszczenia może oddzielać kotara, tam będzie piec, stół i narzędzia do zabiegów, powinna być też świeża woda... Po lewej, koło biurka są schody. Znowu drzwi, tam mieszkałem. Wiecie, że jest to zły projekt? Już od dawna uczą na akademiach aby gabinety lekarskie robić na piętrze, wyżej to czyściej, z dala od brudu ulicy... Tylko co z tego skoro parter trzeba zagospodarować, a każdy medyk dokładnie z tych samych przyczyn woli mieszkać wyżej! Wracając, będą tam dwie izby, moja sypialnia, graciarnia i ustęp. W graciarni jest nieczynne palenisko, Helga gotowała mi u siebie. Żony się nie dorobiłem. Dziwnie tu, myślałem, że będzie zdemolowane... Szukamy głownie medykamentów, leków, alkoholu, nici, tego nam potrzeba. Jeśli nie zabrali, to u mnie w pokoju powinna być suszona szynka, mam też trochę pieniędzy w schowku, ale to ja już sam sprawdzę... To co, wchodzimy? -
Ergo słuchał cyrulika z miną żaka, który mimo upływu dobrych paru chwil, nadal nie był pewien czy trafił na właściwy wykład. Grubas był niewątpliwie w swoim świecie, który kochał i hołubił. Ważna i cenna rzecz gdy większość ludzi po prostu przeżywała z dnia na dzień. Nie był to jednak świat cyrkowca. Już wielki szyld ozdobiony ilustracjami wzbudził w nim mieszankę fascynacji z dominującą nutą obrzydzenia. Wszedł jednak za resztą do środka i dopiero po chwili wyszedł ponownie na wyludniałą ulicę.
Szaber za zgodą właściciela i jeszcze w takiej radosnej niemal rodzinnej atmosferze miał w sobie coś nieprzyjemnie zboczonego. Niewłaściwego. Ergo uznał więc, że jego towarzysze poradzą sobie w tym zadaniu bez niego. Podszedł więc do drzwi kamienicy naprzeciwko pracowni cyrulika. Nie wyglądała niestety na pracownię jubilera, ani złotnika. Ale i biedą z niej nie wiało. Zapukał grzecznie. Przecież nie był zbójem jak Ulrich!- W imieniu arcykapłana Zygfryda Grimmiga, uprasza się otworzyć - powiedział wyraźnie i stanowczo acz niegłośno co by losu nie kusić.
- Co robisz? - doszedł go zza pleców głos Lindy.Ergo wywrócił oczami zdając sobie powoli sprawę, że ocalanie niewiast w opresji wiążę się z trudnymi do przewidzenia konsekwencjami. Raz zaciukasz takiej wredną siorę kamulcem, a zaraz łazi za tobą krok w krok jak zratowany z rzeki szczeniak i łypie tymi ślepiami tego kota z bajki o ogrze.
- Ej by Cię... Dobra chodź tu. Ale ćśśś... Tamci zbierają zapasy tam. A my zbierzemy tu.
Spojrzał na kamienicę. Pierwsza próba to będzie klamka. Druga okno na piętrze. Mogłaby go Linda podsadzić... -
Oprócz papieru, który mógł być przepustką do ciekawego życia, tudzież garści jedzenia, świątynia dała im, dzięki Boschowi, nieco broni. A oręż mógł pomóc wydostać się ich małej grupce z przeklętego miasta.
Włócznia do rzucania zdała się Oswaldowi nieco nieudanym pomysłem... Rzucasz i zostajesz z gołymi rękami. Kusza była lepsza. Dawała szansę nie tylko utrupienia oponenta z pewnej odległości, ale i powtórzenia próby wysłania przeciwnika do królestwa Morra, gdyby pierwsza próba się nie powiodła.
Zatem Oswald zaopiekował się kuszą i bełtami.
|-* * *-|
Miasta Oswald nie znał, więc poszedł bez pytania za Ulrichem, który doprowadził ich do miejsca, gdzie, na upartego, mogliby nawet przeczekać do chwili, gdy ktoś przybędzie do miasta i uratuje tych, których da się uratować.
Albo i zabije, na wszelki wypadek, wszystkich - i chorych, i zdrowych. Więc lepiej być wtedy jak najdalej stąd.- Wchodzimy, wchodzimy - odparł na pytanie cyrulika. - Ale może potem warto jakoś lepiej się przyodziać, nim opuścimy to miasto, na które najwyraźniej zły los padł. Porządna szata byłaby dobrym dodatkiem do pisma, co je nam świątynia dała.
-
Nadja nie była bardzo zainteresowana całym tym gabinetem. Nie widziała nawet co to są za szlaczki na banerze, ale w sumie nie miała ochoty się dowiadywać patrząc po obrazkach. Uznała, że może połazić i popatrzeć jakie rzeczy pozostały w domu i w razie co zabrać przydatne z nich do podróży. Może jakiś koc, garnek czy ostały się opatrunki.
-
Bohaterowie wysłuchawszy opowieści Ulricha szybko rozdzielili się podłóg zadań.
Dla Ergo
Klamka bez problemu ruszała się góra dół, lecz nie spowodowało to otwarcia drzwi. Musiały być zamknięte w inny sposób. Zamka nie było, lub był bardzo dobrze schowany. Idąc po lini najmniejszego oporu Bohater wpierw sprawdził czy może inne okoliczne domy są otwarte lub ktoś w nich jest - z marnym skutkiem. Pozostał plan B
Linda bez cienia sprzeciwu, mimo iż sama nie była zbyt dobrze zbudowana, pomogła Sumowi wdrapać się wyżej. Bohater wspiął się na plecy stojącej doń tyłem kobiety i ledwo się nie ^%@#^#@#!! na zbity pysk. I tym razem nie była to wina dziewczyny, stała twarda jak skała, jakby przymurowana do budynku - właściwie to Sumowi przeszło przez myśl że niepozornie silna z niej babka.
Dziewczyna pomogła Ergo wstać i nieśmiałe zaproponowała zamianę ról, na co Bohater zgodził sie masując swe biodro. Linda wskoczyła na górę ze zgrabnością gazeli, z grzeczności tylko korzystając ze wsparcia Ergo i po chwili zniknęła za oknem. Cyrkowiec podrapał się po głowie, sam był raczej z tych zręcznych, a ściana płaska i bez "uchwytów".
Ciężki skobel opadł na ziemie po drugiej stronie i w drzwiach ukazała się podopieczna. Wnętrze chaty nie było zbyt bogate, a patrząc po elewacji i tak była to jedna z tych lepiej wyposażonych. W środku nie było nikogo żywego, zostały jedynie ślady szybkiej ewakuacji - większość mniejszych sprzętów była zabrana, zostały tylko te większe, których nie można, lub nie ma sensu zabierać. Kamienica miała drugie wyjście, na podwórze, na którym, na szybki rzut oka, nie znajdowało się nic cennego.
Ergo miał jeszcze chwilę czasu, reszta grupy jeszcze "zwiedzała", mogli zabrać się z Lindą za następne domostwo.
Przez otwarte drzwi Sum spostrzegł ruch na wieńcu muru. Przez ułamek sekundy widział ludzką głowę odziana w przysiągłby-na-dusze-matki hełm, której to właściciel nie był świadomy że ktoś go dostrzegł i wolałby żeby tak pozostało.
Dla Kurta i Hieronima
Bohaterowie którzy stali na zewnątrz nie mieli zbyt wiele roboty. Mieli baczenie na ulice oraz najbliższe skrzyżowania. Z ich perspektywy nie było widać muru. Było spokojnie, można by powiedzieć że za spokojnie, patrząc na to że wcześniej musieli nieźle lawirować aby uniknąć niechcianej konfrontacji. A tu ... żywej duszy.
Kurt siłą rzeczy wodził wzrokiem po ulicy. Wcześniej mijali "ludzi" albo ich ciała, lecz tutaj wyglądało to inaczej. Na klepisku i szutrze były co prawda plamy mniej lub bardziej zaschniętej krwi oraz ślady kopyt i wleczenia czegoś - zapewne ciał po - nierównym terenie. Tylko dlaczego ktoś miałby potrzebę i w ogóle pomysł aby porządkować akurat tą ulice, gdzie reszta miasta jest zawalona ciałami i miejscami nawet płonie?
Dla Ulricha, Oswalda oraz Nadji
W recepcji bohaterowie nie znaleźli nic co mogłoby im się przydać, chyba że akurat potrzebowaliby ławy lub szafy pancernej.
Guttenluft najpierw podszedł do szafy, z daleka wyglądała na zamkniętą, i taka tez była, lecz ktoś zapomniał zamknąć ją na klucz! Radość nie trwała długo, zawartości nie było, nie licząc pozostałości rozbitej fiolki - sądząc po zapachu, leku na sraczkę.
Zamykaniem gabinetu oraz ogólnie kolejnych pomieszczeń również nikt nie zaprzątał sobie głowy. Lekki ruch klamki wystarczył, niepotrzebne były klucze - widać ze aktualny właściciel miał jakiś zamysł opuszczając przybytek. Wszystkie drzwi stały otworem, lecz również nie chroniły nic co miałoby jakąkolwiek wartość, no może poza dwiema półlitrowymi butelczynami spirytusu do odkażania ran, które tak zwyczajnie stały na półce, zupełnie na widoku, zupełnie nie ruszone. Owszem, można było wytachać 50 litrowy gar ze schowka, od lat nieużywane chochle czy inne domowe tobołki, ale po co?
Ostatni lokator zadbał również o to aby oczyścić "zrzut medyczny", zanim opuścił to miejsce.
Jedyną szansą były tajemne schowki Cyrulika, dwa z nich były puste, na szczęście w trzecim, tym najbardziej skitranym, na najczarniejszą z godzin w dalszym ciągu mogły znajdować sie złote korony. Problem był taki że schowek ten był tak naprawdę jednorazowy, wrzucać doń można było bez problemu, lecz wydostanie zawartości wiązało się z rwaniem ściany. Tak, łom w schowku się znajdował.
-
Podłość ludzka nie zna granic. Kto to widział tak własny dom ograbić?!
Ergo minął sień i kolejne izby nie znajdując niczego godnego zawieszenia oka. Przymierzył kilka męskich kapeluszy, ale ostatecznie każdy odrzucił. Ostatecznie zadowolił się ogórkiem kiszonym w pozostawionym w kuchni glinianym słoju. Drugiego rzucił Lindzie.
- Niezłe - mruknął niewyraźnie wciąż chrupiąc warzywo, gdy niespodziewanie dojrzał na murze odzianą w szyszak głowę. Co prawda głowy nie było widać, a tylko ów szyszak, ale szyszaki raczej same bez głowy się nie przemieszczają… Chyba. Rozwikłać tej zagadki jednak nie miał już Sum jak bo szyszak pojawił się równie szybko jak zniknął.Złapał Lindę za rękę i pociągnąwszy ją za sobą wyszedł na ulicę gdzie siedzieli Kurt i Hieronim. Reszta najwyraźniej wciąż buszowała po felczerni.
- Mur chyba jacyś zbrojni patrolują - powiedział do dziadka i łysego - Ale… jakieś to dziwne. Powinni się gdzieś grupować i bić posrańców. Albo w ogóle ich tu być nie powinno. W strażnicy był plan ewakuacji… Nie podoba mi się to. I gdzie są posrańcy?
Dogryzł ogórka do końca i spojrzał w oba końce ulicy po czym nie mogąc rozsądzić tego problemu wzruszył ramionami.
- Chodź Linda. Sprawdzimy drugą kamienicę. Tak w ogóle to Ergo jestem. Patrzcie jaka z tej sikorki zwinna łasica! Dawaj, podsadzę cię. -
Kurt stał przy wejściu i wodził wzrokiem po ulicy. Nie był uczonym. Nie znał się na śledztwach. Ale całe życie pracował tam, gdzie po bójce trzeba było posprzątać bałagan. Wiedział jedno: ludzie rzadko robią coś bez powodu. Tu coś się nie zgadzało. Miasto konało, domy płonęły, na ulicach walały się trupy. A jednak właśnie ta jedna droga wyglądała inaczej. Kurt zmrużył oczy. Plamy krwi były stare. Ślady też. Ale ktoś wyraźnie przeciągał tędy ciała. Nie jedno, wiele ciał. Widać było, że wleczono je wzdłuż ulicy, a następnie do najbliżej przecznicy.
Kurt powoli przesunął dłonią po brodzie. Gdyby chodziło o porządek, sprzątano by całe miasto.
Gdyby chodziło o zarazę, spalano by zwłoki na miejscu. Ale ktoś zadał sobie trud, żeby zabrać je właśnie stąd.
Spojrzał w głąb ulicy. Nie podobało mu się to. Za spokojnie, za czysto, za pusto. Jakby ktoś przygotował drogę.Kurt odruchowo poprawił chwyt na mieczu i wrócił do obserwacji ulicy, zwracając szczególną uwagę na ślady wleczenia ciał i kierunek, w którym prowadziły. Wiedziony wrodzoną ciekawością, Kurt postanowił ostrożnie zbadać kierunek, w którym ciągnięto ciała. Szedł ostrożnie, przy ścianach budynków, tak aby nie było go widać. Zamierzał jedynie zerknąć zza rogu, aby zbadać po cichu sytuację.
-
Ulrich westchnął ciężko. Nie był szczególnie przywiązany do dóbr materialnych, jak przystało na kogoś, kto wywodził się ze szlachty, a do tego był mimo wszystko pewny swego medycznego fachu. Zastanawiał się chwilę nad schowkiem. Ostatecznie odezwał się do towarzyszy.
- Trzeba rwać tutaj ścianę. To ja mogę sam zrobić, ważniejsze są dwie rzeczy. Jedno z was powinno stać na czatach, a drugie, pomóż mi tu pozamykać okna, drzwi i upchać szmaty w szczeliny okien. Jak będzie za głośno z zewnątrz, to na stójkach dajcie znać, to olejemy temat... -
Na ulicach Bögenhafen
Hieronim opuścił świątynię w stanie ogromnego wzburzenia i nie bez powodu mamrotał pod nosem liczne wyzwiska, które inni z racji niewyraźnej mowy urzędnika mogli wziąć za modły. Bezgranicznie buńczuczny Ergo sprawił swymi słowami, że krew się dosłownie zagotowała w starym Boschu. Człowiek dawał z siebie wszystko i wspinał się na szczyty oratorstwa, aby tym niewdzięcznym szubrawcom zapewnić jakiekolwiek szanse na przetrwanie, a oni odpłacali za to całe dobro wyłącznie wielkim pyskiem.
Ściskając w rękach włócznię Bosch strzelał na wszystkie strony oczami, w myślach wyobrażając sobie w zamian jak wbija ostry grot swego oręża pomiędzy pośladki bezczelnego Suma. Droga do przybytku Ulricha okazała się w sam raz daleka, aby mytnik wypełnił swoje myśli niebywale przyjemnymi obrazami kwiczącego przeraźliwie zbrodzienia, co w pewnym umiarkowanym stopniu poprawiło mu zwarzony wcześniej humor.
Kiedy reszta grupy jęła z upodobaniem plądrować budynek, w którym Ulrich sprawował swój zawód, Hieronim pozostał na ulicy, pamiętny tego jak szybko stado oszalałych degeneratów potrafiło osaczyć w potrzasku nie dość ostrożnego przechodnia.
I kiedy wielki Kurt bez słowa zaczął się skradać wzdłuż ulicy ku najbliższemu skrzyżowaniu, niespokojny Hieronim podążył za nim na tyle cicho, na ile pozwalały mu znoszone łapcie.
-
Jak rwać ścianę, to rwać.
Co prawda Oswald wolał cichsze metody, takie, co to nie przyciągały czyjejś uwagi, ale skoro innego wyjścia nia było... I jemu zdarzyło się onegdaj z łomem pracować.- Zabiorę się za te okna - powiedział, po czym rozejrzał się po pomieszczeniu w poszukiwaniu szmat, które mogłyby pomóc w uszczelnieniu okien. Przyciągnięcie niechcianej uwagi nie leżało w ich interesie.
-
- Niech będzie... Pooglądam miasto, nie napatrzyłam się na nie zamknięta w lochach. Straszna dziura. - rzuciła do Urlicha nim wyszła "na czaty".
-
Dla Marrrta
Ergo i Linda korzystając ze znanego sposobu dostali się do następnych trzech domów, tym razem nie marnując czasu na szykowanie strategi.
Znaleźli: suknie która w pewnych (niższych) kręgach mogłaby uchodzić za balową, oraz stylowy żupan podobnej jakości. Oba mogłyby pasować na Suma (trochę mniej) i jej towarzyszkę ( zdecydowanie bardziej), lecz dało się ukryć że pierwszy lepszy pan herbowy przegoni ich czem prędzej jeśli by tylko spróbowali wykorzystać strój do osiągnięcia swych celów. Co innego zwykły żołnierz... Drugim znaleziskiem był mnisi wór pokutny, a trzecim dość nietypowy jak na okoliczności przedmiot: lina z kotwicą do wspinaczki - zapewne udanej, jeśli ktoś by się na tym znał.
Dla Morta i Keta
Kurt, a w ślad za nim również i Hieronim udali się w kierunku wleczonych ciał. Minęli kilka domów, skręcili w boczną przecznice, a następnie w mniejszą uliczkę. Tam dostrzegli kupę ... ciał. Ktoś zadał sobie trud aby zabrać je z głównej ulicy i zatachać tu, w osłonięty budynkami zaułek. W pewnym momencie góra się poruszyła, wyszedł z niej nieświadomy obecności bohaterów, mały skórczony człowieczek. Ubrany był w najgorsze szmaty oraz nawet biała opaską przewieszoną przez bark i biodro. Od razu było widać czym zajmował się ów jegomość, w rekach trzymał fanty, które teraz skrzętnie chował do torby.
Dla Arbuza
Ulrich starał się rozbierać ścianę najciszej jak tylko się dało. Po dłuższym czasie wyciągnął ze skrytki ... 24 złote korony
Dla Krema
Oswald uszczelnił okno oraz drzwi i zadbał o obserwacje po swojej stronie. Po chwili, na murze, dostrzegł głowę przyodzianą w hełm, który znikł tak samo szybko jak się pojawił. Po chwili kolejny, i znów, jeszcze z najmniej trzy razy - Braun nie był pewny czy było to pięciu ludzi czy jeden chodzący po nierównym terenie. Poza tym, mimo zamknietego i uszczelnionego okna usłyszał charakterystyczny dzwięk napinanej kuszy. Chociaż ... może to Ulrich akurat wyciągał gwóźdź? Nie bylo kogo poprosić o powtórzenie.
Dla Zell
Ulica była pusta, nudna i czysta - nawet jak na warunki tego śmierdzącego nadmorskiego miasta. jedynym zajęciem Nadji było obserwowanie jak Sum i Ta Nowa plądrują kolejny dom. Linda wspinała się po prawie pionowej ścianie zupełnie jakby robiła to całe życie. Z taka kocią gibkością oraz niewinna twarzyczką mogłaby zrobić karierę w armii. Ah ... podróżowanie z wojskiem nie było takie złe, owszem mokre i zapleśniałe namioty rozstawione na mokrej glinie nie były zbyt przyjemne, ale już tętent kopyt jazdy na suchym klepisku jak najbardziej. Ziemia wtedy tak przyjemnie wibrowała, zupełnie jak ... %&%$f@$! teraz!
-
Kurt przywarł do ściany budynku i obserwował nieznajomego spomiędzy desek zabitego okna. Nie spieszył się. Przez ostatnie dni nauczył się już, że w Bögenhafen pośpiech często kończył się czyjąś śmiercią.
Mężczyzna nie przypominał tych szaleńców, którzy włóczyli się po ulicach. Poruszał się pewnie i celowo. Nie miotał się bez ładu, nie wyglądał też na kogoś opętanego nagłym szałem. Przeciwnie, sprawiał wrażenie człowieka, który znalazł sobie zajęcie i wykonywał je z pełnym skupieniem.
Kurt przyglądał się, jak tamten wyciąga kolejne przedmioty z kieszeni i sakiewek zmarłych, po czym chowa je do własnej torby. Sam widok nie robił na nim większego wrażenia. Widział już ludzi robiących gorsze rzeczy dla mniejszych korzyści.
Bardziej zastanawiała go sama sterta ciał. Nie była przypadkowa. Ktoś poświęcił czas i siły, żeby zwlec trupy z ulicy właśnie tutaj. W miejsce ukryte pomiędzy budynkami, niewidoczne z głównych traktów. To oznaczało jakąś formę planu.
Kurt zerknął na Boscha. Jeszcze niedawno widział w nim tylko urzędnika. Teraz coraz częściej zastanawiał się, czy Sigmar nie przemawia czasem przez takich ludzi. Sigmar był silny. Kurt szanował siłę. Świątobliwy ojciec Zygfryd służył Sigmarowi, a Hieronim służył świątobliwemu ojcu. To był porządek, który Kurt rozumiał. Czekał więc cierpliwie, co Sigmar nakaże mu ustami Hieronima.
Cześć! Wygląda na to, że jesteś zainteresowany tą rozmową, ale nie masz jeszcze konta.
Masz dość przewijania tych samych postów za każdą wizytą? Po zarejestrowaniu konta zawsze wrócisz dokładnie do tego samego miejsca, w którym byłeś wcześniej, możesz wtedy również wybrać opcję otrzymywania powiadomień nowych odpowiedziach (e-mailem lub powiadomieniem push). Będziesz też mógł zapisywać zakładki i głosować na posty, aby okazać uznanie innym członkom społeczności.
Z Twoją pomocą tez post mógłby być nawet lepszy 💗
Zarejestruj się Zaloguj się