Krzyk Pustki
-
Mostek kombajnu
Widziana od dłuższego czasu w obiektywach zewnętrznych kamer kombajnu, kapsuła zbliżała się coraz bardziej do masywnego magnetycznego wysięgnika umieszczonego w górnej części kadłuba Altmayera. Siedzący w swoich fotelach Davy i Siergiej skupiali całą uwagę na strumieniu danych płynących z sensorów pomiaru odległości, bacznie obserwowani przez bezskutecznie próbującą wywołać tender Nadię. Aparatura mostku popiskiwała dźwiękami o różnych tonacjach, wielobarwne diody zapalały się bądź gasły w ściśle uporządkowanych sekwencjach.
Atmosfera nadal gęstniała.
- Skipper, manewr zakończony. Pozycja utrzymana, boczna śluza w osi, przechwycenie gotowe. Kapsuła podana na talerzu. Ster w gotowości. Przechodzę na automat - oznajmił w końcu O’Collan.
Pierwszy oficer skinął w odpowiedzi głową, skoncentrowany przez cały czas na wyprofilowanej rączce trzymanego w dłoni kontrolera wysięgnika. Zaprogramowane wcześniej urządzenie pracowało w trybie automatu, ale Siergiej gotów był w każdej chwili przejąć nad nim kontrolę manualną. Poddawane ustawicznym wibracjom delikatne sensory czasami przestawały działać w krytycznym momencie i chociaż wszystkie podzespoły kombajnu zostały poddane na Gliese starannej kalibracji, technik wolał dmuchać na zimne.
Obydwa obiekty - lecący z minimalną prędkością kombajn oraz dryfująca kapsuła ratunkowa - znalazły się w końcu obok siebie. Wprawiony w ruch wieloczłonowy wysięgnik obrócił kolejno kilka segmentów swojej teleskopowej konstrukcji, przyłożył magnetyczne chwytaki do kadłuba kapsuły i pochwyciwszy ją z mechaniczną gracją obrócił się ponownie.
Przez wnętrze kombajnu przebiegł ledwie słyszalny dźwięk wywołany zderzeniem chwytaka z kapsułą, który przywołał cień zadowolonego uśmiechu na Kalashnikova. Oprogramowanie wysięgnika poradziło sobie z przechwyceniem obiektu bez najmniejszego problemu, na żadnym etapie operacji nie wymagając ingerencji ludzkiego operatora.
Dziesięć sekund później gdzieś w tyle rozległ się drugi dźwięk, znacznie głośniejszy i zlokalizowany znacznie bliżej trójki obsługujących mostek ludzi. Załoganci Altmayera wiedzieli doskonale, co ów dźwięk oznaczał.
- Przechwycenie kapsuły zakończone, kapitanie - powiedział stojący w tyle mostka Joshua podnosząc do ust mikrofon radiowęzła - Wysięgnik docisnął ją do fartucha śluzy i zablokował w uchwytach stabilizacyjnych. Jest gotowa do otwarcia.
-
Siergiej Nikołajewicz Kalashnikov. Sadza.

Siergiej pochylił się nad konsolą, mrużąc oczy na kolejne kolumny danych. Nie ufał komputerom bardziej niż było to konieczne. Zwłaszcza gdy próbowały zgadywać, co wydarzyło się dwadzieścia osiem tysięcy kilometrów dalej.
Mechaniczne płuca zaszeleściły cicho.
— Jeśli ktoś chciał zastawić pułapkę, to miał do dyspozycji prostsze sposoby niż dryfowanie przez pół układu w kapsule ratunkowej.
Spojrzał na Hannigana.
— Plan bez zmian z mojej strony, kapitanie. Oblatywacz łapie kapsułę. Ja, Adam i Holt czekamy przy śluzie. Właz otwieramy dopiero po pańskim przybyciu.
Odwrócił się lekko w stronę Nadii.
— Nadal nic?
Pytanie było retoryczne. Gdyby przyszła odpowiedź, cały mostek już by o niej wiedział.
Westchnął ciężko.
— Nu vot... W takim razie spróbuję jeszcze światłem.
Podszedł do stanowiska odpowiedzialnego za zewnętrzne reflektory manewrowe i przez chwilę sprawdzał ustawienia.
— Jak ktoś tam jeszcze żyje, może nie mieć radia. Może nie mieć połowy statku. Ale jeśli ma oczy, to zobaczy.
Uruchomił procedurę ręcznego nadawania.
Najpierw do kapsuły.
Potem do tendera.
Powoli. Metodycznie. Tak, żeby nawet człowiek na wpół martwy z odwodnienia mógł zrozumieć przekaz.
TU USCS KARDASHIAN. ODEBRALIŚMY SOS. PROWADZIMY AKCJĘ RATUNKOWĄ. ODPOWIEDZ JEŚLI ODBIERASZ.
I jeszcze raz.
I jeszcze raz.
Cisza.
Siergiej obserwował przez chwilę obraz z kamer, gdy magnetyczny wysięgnik zamknął chwytaki na kapsule.
— Nu vot.
Tyle.
Żadnych fajerwerków. Żadnych eksplozji. Żadnych min. Przynajmniej na razie.
Kiedy rozległ się charakterystyczny huk dociskanej do śluzy kapsuły, odstawił kubek i podniósł się z miejsca.
— Ładnie ją podszedł ten nasz oblatywacz.
Rzucił jeszcze okiem na dane wyświetlane na ekranie.
Amerykańskie oznaczenia. Wojskowa kapsuła. Nadal żadnej odpowiedzi radiowej. Nadal żadnej odpowiedzi na sygnały świetlne.
To podobało mu się najmniej.
Żywi ludzie zwykle próbowali się odezwać.
Martwi nie mieli tego zwyczaju.
— Jeśli ktoś tam jest, to albo nie może odpowiedzieć, albo nie chce.
Mechaniczne płuca wypuściły cichy syk.
— I żadna z tych opcji mi się nie podoba.
Odwrócił się od konsoli.
— Idę do śluzy.
W drodze zgarnął podręczny tablet diagnostyczny i służbowy detektor ruchu. Skoro kapsuła już siedziała w fartuchu dokującym, nie widział powodu, żeby otwierać ją w ciemno.
Kilka minut później stanął obok Holta i Adama przy wewnętrznym włazie.
Skinął głową Mientowi.
— Holt.
Potem spojrzał na Syntetyka.
— Adam.
Przesunął wzrokiem po zamkniętej śluzie.
— Zanim ktokolwiek zacznie kręcić zaworami, podłączę się do panelu kapsuły. Chcę wiedzieć, czy podtrzymanie życia jeszcze działa i ilu ludzi jest wpisanych w manifest. Potem puścimy detektor ruchu.
Spojrzał na czerwone światło blokady śluzy.
— Jeśli coś tam się rusza, wolę dowiedzieć się o tym przed otwarciem włazu.
-
Podręcznikowo. Caleb Hannigan sam umiał pilotować. Robił to nawet gdy manewry wymagały drugiego pilota. Ale musiał przyznać, że nie zrobiłby podejścia lepiej niż ten pistolet. I to mimo wałęsającego się obok fotela pilota Chalplina.
- Dobrze panie O’Collan. Bardzo dobrze. Wszyscy bardzo dobrze. Niech pan utrzymuje naszą pozycję stacjonarną z dala od Bleinerta póki nie postanowimy co dalej. Gdy kapsuła zostanie zadokowana, proszę go zacząć okrążać od starburty w bezpiecznej odległości z dala od aktywnej strefy obrony, żebyśmy mogli ocenić wizualnie zniszczenia z drugiej strony.Patrzył przez chwilę na daremne wysiłki Sadzy świetlnego wywołania reakcji ze strony kapsuły, lub tendera. Nic. Napromieniowany sarkofag jak to ujął Elias. Fatalnie dla biednych marynarzy na Bleinercie. Ale to by rozwiązywało sporo problemów, bo tak jak słusznie zauważyła korpoagentka, wysokie odczyty promieniowania (jeśli się potwierdzą dla samego Bleinerta) dają solidny argument, by nie sprawdzać, czy ktoś przeżył i nie ryzykować własnego życia. Wtedy nie pozostanie do zrobienie nic więcej jak zacumować na sztywno i połączyć jednostki bez otwierania. I powoli kontynuować podróż na Borodino. Najwyżej nie dowiozą agentki Le Fey na czas. Ale wtedy stać ich na to będzie.
Pozwolił sobie na krótką myśl ile problemów by mu w życiu rozwiązał taki obrót spraw. Od równi pochyłej… być może z powrotem? Zaraz jednak przegnał tę myśl. Nie żeby się przed sobą samym wstydził wykorzystania okazji. Nie. Po prostu pod tym względem w pełni zgadzał się z Sadzą. Jeśli cokolwiek mogło pójść nie tak, to pójdzie napewno. Zwłaszcza, że zgodnie z kalendarzem mieli piątek. Co prawda 15, a nie 13, ale kosmos w żaden dzień tygodnia nie lubił ludzi. I pomyślawszy to kapitan zaraz się skrzywił wizualizując sobie pierwszą, dość poważną przeszkodę.- Pani Volkov, jeszcze jedno - zwrócił się w stronę stanowiska radiostacji - Proszę sprawdzić, czy kapsuła nie wysyła jeszcze jakiegoś innego automatycznego sygnału.
Przez chwilę wyglądał jakby zastanawiał się, czy rozwinąć tę prośbę, lub doprecyzować i ostatecznie dodał - coś dzięki czemu Bleinert odróżnił ją od wrogiej jednostki.Potem zwrócił się do ich pokładowego naukowca.
- W porządku Panie Crowe, może pan dołączyć. Ale nie chcę widzieć przy śluzie nikogo więcej. Tłok nam tam nie pomoże. A śluza boczna to nie mesa. Miejsca nie ma zbyt dużo. W razie czego zostaniecie wezwani.
Idąc korytarzami Kardashian w stronę śluzy bocznej słuchał dźwięków jakie wytwarzał kombajn. Poszycie wydawało z siebie charakterystyczne głuche odgłosy gdy Sadza przy manipulatorach sterował przechwyconym obiektem. Zawsze ile razy już Caleb nie leciał, miały w sobie coś paskudnego. Coś w rodzaju przypomnienia, że od miliardów mil śmiertelnej próżni oddziela ich raptem 2 cale stali, która fabryczne kucie widziała dziesiątki lat temu, a ostatni serwis miał za zadanie wyłącznie dopełnienie zgodności w papierach. Kelland nie miał powodu by władowywać w sprzęt więcej pieniędzy niż było to konieczne. Efekt był taki jak wszędzie i zawsze. Wszędzie niedoróbstwo i zaniedbania. Wszędzie ludzkie skurwysyństwo. I na dodatek wszędzie taka Le Fey, która tylko czekała, która niczym pies gończy korporacyjnych systemów pilnowała, by człowiek w tej machinie czuł się elementem obcym i wrażym.
Zatrzymał się nagle i skrzywił. Nie wziął pigułek od Adama. Nie było czasu. Procedura. Kurrrwa… Natłok myśli. Zawsze taki sam. Nic z niego nie rozumiał. Kompletne bagno. Jakby jego mózg musiał się wypróżnić.
Podtrzymując się ściany, przech parę chwil dochodził do siebie. W końcu ruszył dalej.
Przynajmniej jedna z wątpliwości, które miał Caleb została rozwiana gdy kapsuła okręciła się do nich widocznym oznakowaniem USS Bleinert. Nie był to uciekinier z jednostki, która eksplodowała, tylko, tak jak inni myśleli, z tendera.
- Pomysł, żeby odciąć śluzę jest dobry - przytaknął Sadzy i Crowe’owi, którzy sceptycznie patrzyli na wejście, za którym był krótki korytarz wiodący do kapsuły - Ale nie chcę się zdawać na same odczyty. Chcę mieć oczy w środku. Adam. Zakładamy, że w środku jest rozbitek. Najpewniej nieprzytomny. A jedyne czego się obawiamy to skażenie radioaktywne. Ty na nie jesteś odporny. Będziesz w śluzie z miernikiem Geigera gdy otworzymy kapsułę i dokonasz wstępnej oceny. Otwieramy.
- Kapsuła przechwycona - poinformował załogę na mostku przez interkom.
-
Śluza kombajnu, 15.08.2183, 17.24
Siergiej i Elias rozstawili swoje instrumenty przy wewnętrznym włazie, zdjęli osłonę panelu kontrolnego na ścianie korytarza odsłaniając gniazdo portu diagnostycznego połączonego z złączem kontrolnym na zewnętrznej stronie śluzy. Zakleszczona w kołnierzu wejścia kapsuła została podłączona do systemu diagnostycznego w momencie dokowania i zielone diody panelu sygnalizowały poprawny status sprzęgu elektroniki.
- Skaner podpięty - rzucił ponad ramieniem Crowe przesuwając głowę w stronę okienka we włazie i spoglądając do środka pustej jeszcze śluzy. Po jej przeciwnej stronie dostrzegł lodowaty kadłub wojskowej kapsuły, pokryty matową farbą i równymi rzędami cyfr stanowiących jakieś oznakowanie marynarki.
Skaner diagnostyczny podłączył się z cichym klikiem do gniazda czytnika, na jego wyświetlaczu pojawił się ciąg danych numerycznych przesuwających się zbyt szybko w dół ekranu, aby Siergiej zdążył je przeczytać. Sadza zdawał sobie sprawę z tego, że kapsuła pochodzenia wojskowego mogła posiadać specjalne zabezpieczenia blokujące dostęp do jej wnętrza nieupoważnionemu personelowi, ale w głębi ducha liczył na to, że wojsko nie zdecydowało się na tak drastyczne i zmniejszające szanse ocalenia rozwiązania w przypadku ekwipunku ratunkowego.
Prezentowane na ekranie skanera dane zmieniły raptownie swoją formę, przyjęły postać tablic i wykresów zwiastując ukończenie transferu danych do pamięci urządzenia.
- Podłączyłem się do modułu kontrolnego - powiedział Elias - Stężenie dwutlenku węgla mocno przekroczone, ale jeszcze nie śmiertelne. System podtrzymywania życia na wyczerpaniu. Funkcja hypersnu niedostępna… jedna chwila.
Doktor włączył licznik Geigera, skontrolował jego wskazania.
- Promieniowanie gamma poniżej pięciu misiwertów na godzinę, źródłem jest najpewniej zewnętrzne poszycie kapsuły - powiedział uspokajającym głosem - Dla świętego spokoju po zabezpieczeniu tego, kogo znajdziemy w środku proponowałbym jej prewencyjne odstrzelenie, ale nie stanowi znaczącego zagrożenia.
Kalashnikov stuknął palcem w ekran skanera otwierając interesujące go okienko.
- Panie kapitanie, kapsuła została wystrzelona z Bleinerta prawie miesiąc temu - cmoknął znacząco - Duże stężenie dwutlenku węgla to pewnie ludzka obecność. Przechodzę na detektor ruchu. Elias, jak chcesz zakaszleć to zrób teraz, tylko bystro.
Pozostawiając tkwiący wciąż w gnieździe interfejsu skaner, Siergiej złapał przewieszony przez ramię detektor ruchu i przyłożył głowicę urządzenia do lodowatej pokrywy włazu.
Głos Sadzy zauważalnie zmienił tonację, kiedy kilka sekund później mężczyzna odezwał się ponownie.
- Blyat! Słaby odczyt ruchu, ale jest! Ktoś tam żyje, kapitanie! Toster, pora na ciebie, właź do środka.
Podając Adamowi drugi licznik Geigera Siergiej klepnął androida w ramię i położył drugą dłoń na dźwigni otwierającej zewnętrzny właz śluzy.
-
Adam przyjął od Siergieja miernik promieniowania bez zbędnych słów. Urządzenie natychmiast znalazło się w jego dłoni, gdy spojrzał na dane przesyłane przez systemy statku.
Promieniowanie: 5 mSv.
Atmosfera wewnętrzna: podwyższone stężenie dwutlenku węgla.
Temperatura kadłuba: znacznie poniżej norm operacyjnych.
Nie były to wartości alarmowe.
Ale nie były również normalne.
Kapsuła USS Bleinert pozostawała przyczepiona do zewnętrznego włazu śluzy. Gruba warstwa pancerza statku oddzielała ją od próżni, a Adam miał dostęp jedynie do tej części kadłuba, która znajdowała się bezpośrednio za grodzią śluzy.
Na moment zatrzymał się przed wewnętrznym panelem sterowania.
— Opiekunie, uruchom system nagłośnienia.
Krótka pauza.
— Głośność optymalna. Nie zakłócać pracy załogi.
Po chwili dodał:
— Włącz muzykę. Richard Wagner. Wejście Bogów do Walhalli.
W śluzie rozległy się pierwsze dźwięki orkiestry.
Adam wszedł do środka.
Ogromne wrota zamknęły się za nim z ciężkim, metalicznym hukiem. Pomieszczenie było przestronne, lecz niemal puste. Przed nim znajdował się jedynie fragment lodowatego kadłuba kapsuły, przycumowanej do zewnętrznego pierścienia dokującego.
Warstwa szronu pokrywała metal niczym cienka skorupa lodu.
Syntetyk powoli zbliżył się do włazu ratunkowego.
Miernik Geigera przesuwał wzdłuż dostępnego fragmentu poszycia, kontrolując poziom promieniowania przy zamkach, uszczelkach i mechanizmach dokujących. Trzaski urządzenia pozostawały jednostajne. Nie wskazywały na obecność niebezpiecznego źródła promieniowania.
Następnie położył dłoń na lodowatym kadłubie.
Metal był zimny niemal jak powierzchnia kriokomory.
Przez chwilę analizował dane spływające z czujników.
Brak uszkodzeń widocznych z tej strony.
Brak śladów przebicia.
Brak oznak gwałtownej dekompresji.
A jednak wewnątrz panowało wysokie stężenie dwutlenku węgla.
To oznaczało, że odpowiedzi należało szukać dalej.
Wagnerowska orkiestra narastała za jego plecami, gdy Adam stanął przed jedynym włazem kapsuły.
Spojrzał na mechanizm zamykający.
Potem na wyświetlacz miernika.
I wreszcie położył dłoń na masywnej dźwigni.
— Otwieram właz.
Jego głos rozbrzmiał spokojnie w przestrzeni śluzy.
Palce zacisnęły się na zimnym metalu.
Procedura otwarcia została rozpoczęta. -
Kiedy kapsuła została ostatecznie przechwycona i przyciągnięta do statku, większość załogi ruszyła do śluzy. Nadia nie. Przynajmniej nie od razu. Została przy stanowisku radiowym, zgodnie z procedurami. Ktoś musiał utrzymywać łączność wewnętrzną, monitorować kanały alarmowe i obserwować sytuację z perspektywy systemów pokładowych. Uruchomiła obraz z kamer śluzy na jednym z monitorów i obserwowała przygotowania załogi. Jednocześnie prowadziła nasłuch wszystkich aktywnych częstotliwości. Jeżeli kapsuła rzeczywiście należała do USS Bleinert, mogła nadal nadawać automatyczne komunikaty. Jeżeli nie należała...to równie dobrze mogła być początkiem problemów. Metalowe palce lewej dłoni wystukiwały cichy rytm o krawędź konsoli. Raz. Dwa. Trzy. Nadia nie lubiła sytuacji, w których wszystko wydawało się działać dokładnie tak, jak powinno. Po latach pracy w kosmosie nauczyła się, że właśnie wtedy najczęściej coś było nie tak.
-
Potężne zaciski magnetyczne USCS Kardashian zamknęły się z głuchym, rezonującym przez pokłady zgrzytem. Kapsuła była na pokładzie. Odczyty z głównego komputera, które Joshua zdołał wyłapać, brzmiały dla niego jak wyrok odroczony w czasie. Obiekt dryfował w przestrzeni od niemal miesiąca, tkwiąc na zaprogramowanej pozycji parkingowej równo tysiąc kilometrów od swojego macierzystego statku. To była jednoosobowa, zaawansowana technologicznie jednostka ratunkowa floty Zjednoczonych Ameryk. Sprzęt rezerwowany dla oficerów i ważnych szych.
Zamiast kręcić się przy śluzie, gdzie Sergei z Adamem (oraz resztą gapiów) szykowali się do otwarcia tej wojskowej puszki Pandory, Joshua wolał zająć się czymś, co utrzymałoby jego drżące ręce i myśli z dala od kłopotów. Skierował się prosto na mostek.
Z kapsułą bezpiecznie zamkniętą w ładowni, przyszedł czas na zbliżenie się do samego źródła problemu – wojskowego zaopatrzeniowca USS Bleinert. Kombajn górniczy, o aerodynamice i zwrotności latającej cegły, miał teraz dokonać oblotu wokół opustoszałego tendera, by ocenić jego stan z bliska.
Joshua usiadł na stanowisku nawigacyjnym obok Davy'ego O’Collana i szybko podpiął swój terminal do pomocniczej konsoli.
– Daję ci odczyty z dolnych dalmierzy, Davy – rzucił szybko, starając się, by jego głos brzmiał jak najbardziej fachowo, mimo że w środku trząsł się jak galareta. – Będę korygował wektory podejścia na prawą burtę. Uważaj, nasze sensory mają spore opóźnienie w mapowaniu tej chmury gruzu wokół niego.
Gdy O’Collan w milczeniu i pełnym skupieniu manewrował masywnym kolosem, palce Joshuy tańczyły po klawiaturze. Na zewnątrz wydawał się skupionym, w pełni pochłoniętym pracą inżynierem. W środku jednak paranoja drapała jego czaszkę od wewnątrz z intensywnością kwasu.
Przez pancerne wizjery i na ekranach powoli wyłaniała się ciemna, milcząca sylwetka zaopatrzeniowcafnertfff. W głowie Joshuy kłębiły się setki najgorszych scenariuszy. Kapsuła czekała miesiąc, tysiąc kilometrów stąd. Dlaczego akurat na takiej pozycji? Uciekali przed wyciekiem promieniowania z reaktorów? A może przed czymś gorszym?
Jego schorowane serce znowu zaczęło gubić rytm. A jeśli to nie była tylko awaria silników? Joshua wpatrywał się w mroczny, podziurawiony wrak wojskowego okrętu, wokół którego właśnie krążyli. Jeśli Bleinert padł ofiarą ataku – obojętnie czy piratów, czy czegoś zupełnie innego – napastnik wciąż mógł czaić się w mroku wśród gazowego pyłu.
Przełknął z trudem ślinę, czując w ustach gorzki smak żółci.
Prędkość zbliżania w normie... – wykrztusił, wbijając wzrok w ciągi zielonych danych na monitorze, byle tylko nie patrzeć na złowieszczą bryłę zaopatrzeniowca – Trzymaj kurs, Davy.
Wolał liczyć wektory podejścia, modlić się o to, by nie uderzyć w żaden kosmiczny gruz i dłubać w przestarzałych systemach Kardashiana, niż myśleć o tym, jak wielki błąd popełnili, wpuszczając wojskowego na własny statek.
– Mam złe przeczucia... -
Praktycznie całą odprawę Wiliam spędził w stanie pół świadomości. Co nieco go zaskoczyło. Mógłby przysiądź, że jakąś chwilę temu był w pełni sił. Najwyraźniej kolejne symptomy wybudzenia, o których jeszcze nie wiedział.
Z słów kapitana wydedukował, że jego status to zbędny balast, który ma nie robić problemów. Najwyraźniej z dwójki pasażerów to ja jestem tym lepszym. Miło. Szkoda tylko, że konkuruje z istnym wrzutem na dupie. I tak rozmyślając o swoim niezbyt imponującym sukcesie. Młody chłopak nie zorientował się nawet kiedy zasnął. Zazwyczaj sen był przyjemnym doświadczeniem, lecz nie tym razem. W śnie Wiliama kapsuła, którą przechwycili miała w sobie ogromne kraby. Nie wiem, czy można doświadczyć gorszego spotkania niż to. Wielkie monstra powoli zbliżały się naukowca podczas gdy ten rzucał w nie rozpaczliwie wszystkim co ma pod ręką. Niestety bez żadnego skutku. Pancerze tych wynaturzeń były zwyczajnie zbyt twarde. Koniec drogi teraz jedyne co mógł zrobić Wiliam to czekać aż wielkie szczypce zgniecie mu szyję. Kiedy już żegnał się ze światem do jego uszu dotarła wiadomość głosowa "Nie zakłócać pracy załogi".
Otworzył oczy cały spocony i przerażony rozglądając się po pomieszczeniu. To tylko sen powiedział w myślach i zgarnął z automatu coś co miało przypominać czekoladę. Nic nie stoi na przeszkodzie, żeby stał się jawą. - ta myśl przeszła bez większych emocji jak większość, ale nagle. Nic nie stoi na przeszkodzie, żeby stał się jawą. Teraz przez całe ciało Wiliama przeszła fala gorąca, niemal natychmiast po niej jego szyja cała się napięła. Znał to uczucie ten moment, w którym był przekonany, że już po nim. Niecałe dwa lata temu wpadłby w histerię. Chciałby się ukryć, uciec, a najlepiej zniknąć. Jednak teraz miał przy sobie coś co pozwala mu zachować zimną krew. Jego tatuaż symbolu yin yang na nadgarstku. Wpatrywał się w niego pustym wzrokiem jakby jego oczy patrzyły gdzieś daleko za nadgarstek. Muszę coś zrobić. Długo nie myśląc przeanalizował plan ewakuacyjny i ruszył po to co go interesowało.
-
Davy O’Collan — Mostek
Davy tylko zerknął kątem oka na Joshuę, gdy ten podpiął terminal do pomocniczej konsoli. Nie skomentował drżących dłoni. Nie było potrzeby. W kosmosie każdy miał swój sposób na strach. Jedni modlili się do Boga, inni do procedur, a jeszcze inni do tego, żeby pilot przy sterach wiedział, co robi.
— Dolne dalmierze przyjęte — rzucił spokojnie. — Widzisz? Już brzmisz jak ktoś, kto nie planuje dzisiaj umrzeć. Dobry początek.
Palce O’Collana przesunęły się po panelach. Kardhasian drgnął subtelnie, bardziej z westchnienia starych siłowników niż z ruchu, po czym zaczął powoli odchodzić od pozycji przechwycenia. Nie było w tym pośpiechu. Davy ustawił kurs tak ostrożny, że na wykresie wyglądał niemal obraźliwie wolno.
— Skipper, kapsuła zabezpieczona. Rozpoczynam oblot od starburty. Tempo spacerowe, dystans bezpieczny, nie wchodzę w aktywną strefę obrony Bleinerta.
Na ekranach sylwetka tendera rosła powoli, ciemna i nieruchoma.
Joshua przełknął ślinę i wykrztusił coś o złych przeczuciach.
Davy uśmiechnął się krzywo, nie odrywając wzroku od wektora.
— Gleeson, w próżni złe przeczucia są jak oddech. Jak ich nie masz, to znaczy, że coś z tobą nie tak.
Podał minimalną korektę RCS i ogromny kombajn obrócił się niemal z godnością.
— Ty patrz na gruz i dolne sensory. Ja dopilnuję, żeby moja dziecinka nie zrobiła Bleinertowi nieproszonego masażu burtą.
Kolejna korekta. Krótka. Precyzyjna.
— Spokojnie. Lecimy tak wolno, że jak coś nas będzie chciało zabić, najpierw zdąży się zirytować.
-
Mostek kombajnu, 15.08.2183, 17:24
Dysze silników manewrowych Altmeyera zapłonęły niebieskawą poświatą, kiedy O’Collan pchnął dźwignie wolantów. Kombajn zbliżał się coraz bardziej do uparcie milczącego zaopatrzeniowca, ignorującego ponawiane w nieskończoność radiowe wezwania Nadii.
Davy wpatrywał się w skupieniu w odczyty sensorów, podświadomie spodziewając się tego, że jakiś aktywny system obrony okrętu oświetli go znienacka promieniem lidaru - lecz tender tkwił w pustce kosmosu niczym martwa bryła metalu, niczym wymarła skorupa będąca grobowcem jej ludzkich rezydentów.
Z głośników radiowęzła - przekazujących na mostek odgłosy rozmów prowadzonych pod śluzą - popłynął znienacka dźwięk, który wypełnił swoim ostrym trzaskiem przestrzeń kabiny, szokująco dla pokładu cywilnej jednostki obcy, ale jednocześnie natychmiast rozpoznawalny dla obecnych na mostku ludzi.
Opiekun odezwał się sekundę później, swoim komunikatem utwierdzając w pewności tych załogantów, którzy niedowierzali w to, co właśnie usłyszeli.
Alarm czerwony, alarm czerwony. Strzały w prawoburtowej śluzie pasażerskiej.
Śluza kombajnu, 15.08.2183, 17.24
Poprzez śluzę przetoczył się głuchy metaliczny szczęk hydraulicznych przekładni, dołączył do niego syk kompresorów odpowiedzialnych za wyrównanie ciśnienia w obu przylegających do siebie przestrzeniach.
Pokrywa włazu kapsuły drgnęła, zaczęła się obracać na ruchomych prowadnicach odsłaniając ciemne wnętrze obiektu rozjaśniane jedynie poświatą lamp oświetlających śluzę. Zaglądający do środka przedziału ludzie widzieli kark i plecy stojącego w neutralnej pozie Adama, czekającego z nadludzkim opanowaniem na otwarcie włazu do końca.
Huk wystrzałów uderzył w ich uszy niczym udarowy młot, serią ogłuszających uderzeń metalu o metal. Kilka wystrzelonych krótką serią pocisków rozpaliło półmrok kapsuły ognikami płomieni wylotowych, rozpoczęło szaleńczy taniec rykoszetów odbijając się od ścian śluzy. Jeden z nich rozbił pokrywę którejś z lamp, inny uderzył w pancerną szybę wewnętrznego włazu śluzy pokrywając górny plaster wielowarstwowego szkła delikatną pajęczynką pęknięć.
Adam Nexus Mk 7 umknął przed pociskami z nadludzkim refleksem i szybkością syntetycznych mięśni, w ułamku chwili rozpoznając naturę majaczących przed nim kształtów. Uciekając w bok android przywarł plecami do ściany śluzy poza polem widzenia strzelca, ratując się unikiem przed serią, która najpewniej zabiłaby na miejscu wolniejszego od syntetyka człowieka.
- Długo trzeba było na was czekać, skurwysyny! - z mroku kapsuły padły dźwięczące potwornym wycieńczeniem słowa wypowiadane w wyraźnie akcentowanym angielskim - To dawajcie, który następny?!
-
Adam zareagował, zanim ostatni huk wystrzału zdążył wybrzmieć w metalowym wnętrzu śluzy.
Syntetyczne mięśnie wyrzuciły go poza linię ognia z prędkością niedostępną dla ludzkiego organizmu. Plecami przywarł do ściany obok włazu, wykorzystując masywną konstrukcję śluzy jako osłonę. Przez ułamek sekundy przeanalizował sytuację.
Uzbrojony.
Skrajnie wycieńczony.
Pobudzony stresem.
Prawdopodobnie odwodniony.
Prawdopodobnie zdezorientowany.
Nieprzewidywalny.
Słowa nieznajomego odbiły się echem od metalowych ścian.
Adam nie odpowiedział od razu.
Pozwolił, by cisza trwała kilka sekund.
Gdy się odezwał, jego głos był spokojny i pozbawiony emocji.
— Proszę zachować spokój.
Mówił wyraźnie, nie podnosząc tonu.
— Znajduje się pan na pokładzie cywilnej jednostki ratunkowej. Nie jesteśmy personelem wojskowym i nie stanowimy dla pana zagrożenia.
W tym samym czasie jedna z jego dłoni powędrowała do podręcznej apteczki przypiętej do pasa. Bez odrywania uwagi od wejścia kapsuły odnalazł ampułkę środka uspokajającego oraz automatyczny iniektor.
Ruch był płynny i niemal niezauważalny.
— Strzelanie wewnątrz statku kosmicznego bywa niekorzystne dla wszystkich obecnych. Zalecam odłożenie broni i podjęcie rozmowy.
Klik.
Iniektor został przygotowany do użycia.
Adam schował go częściowo za osłoną własnego ciała.
— Pańska kapsuła ratunkowa została podjęta przez jednostkę cywilną. Otrzymaliśmy sygnał SOS i odpowiedzieliśmy na wezwanie.
Przez chwilę wsłuchiwał się w oddech dobiegający z wnętrza kapsuły, próbując ocenić stan nieznajomego.
— Jeżeli jest pan ranny, mogę udzielić pomocy medycznej. Jeżeli jest pan głodny lub odwodniony, również możemy rozwiązać ten problem.
Syntetyk nie poruszył się ani o centymetr.
Nie próbował zaglądać do środka.
Nie prowokował.
Jedynie czekał.
Przygotowany zarówno na rozmowę, jak i na moment, w którym wycieńczony strzelec popełni pierwszy błąd. Wtedy jeden szybki ruch wystarczyłby, by podać środek uspokajający i zakończyć sytuację bez dalszego rozlewu krwi. -
Siergiej Nikołajewicz Kalashnikov. Sadza.

Huk wystrzałów uderzył w uszy Siergieja siłą młota pneumatycznego.
Odskoczył od wizjera odruchowo, gdy po pancernej szybie rozpełzła się pajęczyna pęknięć.
— Job twoju mat'!
Przez sekundę miał przed oczami pożar na Norylsku. Ten sam błysk. Ten sam hałas. Ten sam moment, kiedy człowiek nie wie jeszcze, ilu ludzi właśnie zginęło.
Potem usłyszał głos dobiegający z wnętrza kapsuły.
Żywy.
Uzbrojony.
I sądząc po tonie głosu, spanikowany. Nawet nie chciał sobie wyobrażać jak musiał się czuć tam, zamknięty w blaszanej puszce, otoczony bezmiarem kosmosu, czekający przez cały miesiąc na śmierć.
— Holt, nie otwieraj niczego.
Rzucił to bardziej dla porządku niż z potrzeby. Mient nie wyglądał na człowieka, któremu trzeba przypominać podobne rzeczy.
Sam już dopadał panelu sterowania śluzą.
Palce przebiegły po ekranie.
— Adam, meldunek.
Nie czekając na odpowiedź wywołał procedury środowiskowe.
Pełne rozszczelnienie odpadało.
Jeżeli ten człowiek był jedynym ocalałym z tendera, mógł wiedzieć, co stało się z Bleinertem. A jeśli był szaleńcem, piratem albo zwyczajnie spanikowanym idiotą, to nadal lepiej było mieć go żywego niż martwego.
— Ograniczam ciśnienie w śluzie.
Mechaniczne płuca syknęły cicho.
— Tylko czut' - czut'.
Na ekranie zaczęły przesuwać się parametry atmosfery.
— Niech mu się odechce biegania i strzelania.
Włączył interkom.
— Załoga, tu Kalashnikov.
Spojrzał przez wizjer na częściowo otwartą kapsułę.
— Mamy jednego żywego. Uzbrojony. Otworzył ogień natychmiast po uchyleniu włazu. Adam cały. Ograniczam ciśnienie w śluzie i utrzymuję blokadę wewnętrznego przejścia.
Przerwał na moment.
— Wygląda na człowieka. I wygląda na takiego, który przeszedł właśnie przez piekło. Albo któremu pomieszało się w głowie po miesiącu izolacji. Lub jedno i drugie.
Odchylił się od panelu i podniósł głos, żeby rozbitek mógł go usłyszeć.
— Spokojnie, żołnierzu! Nikt tu nie chce cię zabić!
Krótka pauza.
— Rzuć broń i pogadamy. Dalej będziesz machał spluwą, to jedyne, co osiągniesz, to brak powietrza do oddychania.
Siergiej nie odrywał wzroku od wizjera.
Ludzie robili głupie rzeczy, kiedy byli przekonani, że umrą.
A ten człowiek najwyraźniej był o tym przekonany od bardzo, baaardzo dawna.
-
Elias nienawidził wszelkiej maści włazów. Przejścia te miały to do siebie, że oddzielały jeden problem od drugiego. Jasne, czasem chodziło tylko o to, by oddzielić ludzi od próżni, czyli w założeniu chodziło o coś dobrego, lecz czasem, tak jak teraz, chodziło o to, by oddzielić stary kombajn górniczy od wojskowej kapsuły ratunkowej, która przez miesiąc wisiała w pustce z Bóg wie jakim cargo. Jego dwa poprzednie wypadki też miały wiele wspólnego ze śluzami i warunkami po drugiej stronie. Dla uczciwości warto nadmienić, że chodziło również o problemy ze szczelnością tanich, firmowych skafandrów, ale mimo wszystko... nienawidził śluz.
Stał przy panelu z rozłożonymi instrumentami, skanerem wpiętym w gniazdo diagnostyczne i własnym wykrywaczem ruchu M314 gotowym pod ręką. Odczyty nie podobały mu się, ale przynajmniej miały sens. Podwyższony dwutlenek węgla. System podtrzymywania życia na wyczerpaniu. Gamma poniżej poziomu, którym należałoby się bardzo martwić. Było źle, ale nie katastrofalnie. Jeszcze.
Decyzja o otwarciu kapsuły zapadła szybko. Może za szybko. Elias nie powiedział tego głośno, bo miał wrażenie, iż kapitan nie jest akurat w nastroju na obiekcje i jego paranoję. Adam był w śluzie. Siergiej przy panelu. Holt trzymał straż z bronią, a jego obecność była dziwnie uspokajająca. Może nowe generacje kosmicznych traperów ufały nowoczesnej technologii albo komputerom i coraz rzadziej woziło się w pustce broń, ale on był w tej kwestii nieco staromodny i doceniał, że ktoś tu ma gnata. Lepiej być przygotowanym, niż później żałować.
Pierwszy huk sprawił, że cofnął się odruchowo od panelu. Bardziej niezgrabnie, z racji wieku. Kolejne strzały uderzyły w śluzę jak młot w stalowy bęben. Pancerna szyba wewnętrznego włazu przyjęła jeden z rykoszetów i przez jej górną część rozeszła się cienka pajęczynka pęknięć.
– Kurwa mać – syknął Crowe, bardziej ze złości niż strachu.
Nie rzucił się do włazu. Nie miał takiego zamiaru. Na studiach jeden z profesorów miał takie powiedzenie... jakże ono leciało? „Gdzie techników sześć, tam…” Nie pamiętał, ale wiedział, że nie ma co robić sztucznego tłumu. Siergiej i Holt coś wymyślą, zresztą już działali. On miał swoją robotę.Pochylił się z powrotem nad panelem, jakby właśnie ten stary kawał elektroniki był teraz jedyną rzeczą na świecie wartą zaufania. Palce przesunęły się po kontrolkach i przełącznikach. Spojrzał na ciśnienie w śluzie, poziom tlenu, dwutlenek węgla, temperaturę, promieniowanie i skład gazów po otwarciu kapsuły. Skupiał się na nieoczywistych zagrożeniach wynikających z tej sytuacji.
W tym momencie zobaczył, jak Siergiej dopada panelu i zaczyna ograniczać ciśnienie w śluzie. Dobry pomysł, bardzo przytomny i właściwie nie wiedział, czemu sam na to nie wpadł. Może tak by było, gdyby nie był w takim szoku. Przesunął niespokojnie wzrokiem po odczytach. Ciśnienie zaczęło schodzić. Nie gwałtownie. Tylko trochę. Nie chcieli go wysłać z Kansas do krainy Oz. Miał tylko się zdrzemnąć i uspokoić.
– Dobra, Sadza. Widzę spadek – rzucił krótko, nie odrywając oczu od panelu. – Jeszcze troszkę i pójdzie w kimono. Dobra robota – pochwalił.
– Będę pilnował parametrów – zapewnił.
Nie zabierał się za uspokajanie strzelającego. Więcej głosów mogłoby go zdezorientować albo, co gorsza, mógłby poczuć się osaczony. -
Delilah le Fey
Bezczynność zabijała Delilah le Fey.
Leżała na niewygodnym materacu pryczy, trzymając nad twarzą plik zszytych kartek. Przewracała strony wstępnej umowy dla zarządu kolonii na Borodino. Dostawy syntetycznego białka i modyfikowanej genetycznie kukurydzy dla tysięcy górników. Jej osobisty bilet do awansu. Zanim trafiła na pokład Kardashian i włożyli ją do zamrażarki, tysiące razy ćwiczyła scenariusz negocjacji. Wiedziała, jak zamaskować każdy niewygodny akapit ukryty między setkami paragrafów i kiedy odwrócić uwagę od drobnego druczku przy klauzulach. Wystarczyło rozpiąć o jeden guzik za dużo a w odpowiednim momencie zmienić pozycję tak by rąbek spódnicy podwinął się i ukazał pasek czarnych jak grzech podwiązek. Mogła też zawiesić na samcach wygłodniałe spojrzenie a na nieudolne komplementy zalać policzki wyuczonym, dziewczęcym rumieńcem. A potem, gdy zaczną gubić wątek rzucić z pamięci ciągiem wyliczeń i prognoz utwierdzając ich w przekonaniu, że Lassalle przysłało profesjonalistkę. Kogoś, komu zależy na uczciwej współpracy. Kogoś, kto nie chce zrobić z nich kolejnej dojnej krowy dla korporacji i kto za złożony podpis na kontrakcie z radością pozwoli im zamknąć drzwi gabinetu od wewnątrz by na kanapie udowodnić, jak bardzo potrafi być wdzięczna. W ostatniej części rozgrywanego w głowie scenariusza widziała, jak zarządcy składają podpisy na cyrografie a zanim zorientują się, że firma pożre ich razem z talerzem ona już dawno będzie w drodze na Epsilon Eridani, negocjować kolejną umowę.
Ćwiczyła ten scenariusz tysiące razy, ale teraz nie potrafiła utrzymać koncentracji. Za każdym razem, gdy próbowała się skupić cyfry się zamazywały. Gapiła się w papier pustym spojrzeniem. Gniew na Hannigana i jego kundli wciąż pulsował jej w skroniach. Zrozumiała, że jedynym sposobem by ten łajdak zaczął chodzić na krótkiej smyczy jest znalezienie punktu nacisku. Na takich górniczych łajbach często kwitła kontrabanda i załoga Kardashian też musiała mieć swoje brudne sekreciki. Pytanie, jak je wyciągnąć? Przypomniała sobie o pilocie. Ten egomaniak kierował całym statkiem, ale nim samym sterował wyłącznie samczy popęd. Może gdyby w ciasnej sterowni zdradziła mu swoje własne brudne sekrety, wyśpiewałby jej grzeszki kapitana?
Delilah Fay nie zdążyła nakreślić nowego scenariusza, w którym załoga Kardashian kończy na jej łasce i niełasce.
Nie zdążyła, bo za ciężkimi drzwiami jej kajuty rozległy się strzały. Dobiegały gdzieś z głębi statku.
Agentka upuściła papiery na materac. Usiadła, wbijając wzrok w stalowe drzwi. Nasłuchiwała.
Nie wiedziała, kto strzela. Miała nadzieję, że Holt, bo jeśli nie Holt, to niech piekło pochłonie Caleba Hannigana. Ostrzegała tego głupca i choć robiła to we własnym interesie, mógł schować swoją dumę do kieszeni i wykazać wyobraźnią. Strzały na statku oznaczały komplikacje. Kolejne komplikacje.Jakby mało miała problemów.
Huk broni zwiastował krwawe kłopoty. Sabotaż, abordaż, przebite poszycie. Gdzieś tam w głębi Kardashian działy się rzeczy, które mogły posłać ich prosto w otchłań kosmicznej próżni. Ale le Fey przed oczami miała tylko podpisy zarządców z Borodino. Podpisy, które nigdy nie zostaną złożone. Wszystko pójdzie z dymem. Jej awans, premia i gratulacje złożone osobiście przez Edinie Lasalle. Delilah nigdy nie usłyszy z jej ust, że zamknięcie programu Übermensch było błędem. Że ona sama nie jest błędem. Że jest warta więcej niż każdy jeden Nexus MK 6.
Dotarło do niej nagle, jakie to niedorzeczne. Wycenia własne przetrwanie niżej niż przyszłe dywidendy Lasalle Bionational.
Jakbym sama była maszyną.
Wsunęła dłoń do kieszeni spodni, zaciskając palce na starym żetonie. Zgniotła myśl w zarodku, zanim nasiono zdążyło wykiełkować i rozrosnąć w niechciany chwast.
-Wątpliwości to szczelina w twoim pancerzu. Wpuścisz tam jedną myśl, a rozerwie cię od środka. - przypomniał głos Nauczyciela, wciąż odporny na czas i miesiące spędzone w kriośnie. - Nigdy nie zapominaj, są cele większe niż ty czy ja słodka Delilah. Wszyscy jesteśmy aktywami a nasza krew to zaprawa pod imperium, które przetrwa całe millenia. I istnieć będzie, kiedy po nas nie zostanie nawet pył.
Znalazła się przy wyjściu z kajuty, zanim w ogóle o tym pomyślała. Skierowała rękę na skaner biometryczny, natychmiast jednak cofnęła dłoń. Skoro zwerbowali najemnika pokroju Holta, niech on zarabia na swój żołd. Martwa agentka, leżąca w korytarzu z dziurą w głowie nie wynegocjuje już niczego.
Odwróciła się plecami do drzwi i wbiła wzrok w czujnik na suficie.
— Opiekunie, aktywacja kanału priorytetowego. Mówi Delilah le Fey, starsza negocjatorka Lassalle Bionational. Status pasażera priorytetowego statku Kardashian. Kto strzela na pokładzie i w którym sektorze? Czy sytuacja zagraża mojemu bezpieczeństwu?
Czekała na odpowiedź. Jeśli system zablokuje dostęp, powołując się na regulamin załogi, zmusi go do gadania. Korporacyjne szkolenia operacyjne obejmowały jailbreak a Opiekun był zaledwie budżetową, prymitywną imitacją Matek, które Weyland-Yutani pakowało w swoje krążowniki. Jeśli będzie trzeba, użyje odpowiednich komend głosowych i wyciągnie ze złomu bajt po bajcie.
-
Davy zacisnął szczękę.
Na mostku zapadła krótka cisza przerywana jedynie szumem systemów pokładowych i odległymi komunikatami radiowęzła. Potem usłyszał meldunek Sadzy.
Jeden żywy.
Uzbrojony.
I strzelający jak pojebany.
— Fantastycznie — mruknął pod nosem. — Wyciągamy z kosmosu rozbitka, a dostajemy w pakiecie cholerną strzelaninę.
Palce przesunęły się po panelu sensorów. Kardashian utrzymywał kurs wokół Bleinerta tempem spacerowym, zgodnie z rozkazami kapitana. Davy pilnował parametrów manewru niemal odruchowo, większą część uwagi poświęcając teraz monitoringowi.
Na jednym z ekranów pojawił się obraz śluzy. Popękana szyba. Adam przy ścianie. Reszta załogi rozstawiona przy panelach.
— Tylko mi tam kurwa nie przestrzelcie poszycia — rzucił do interkomu. — Kardhasian i tak ma już wystarczająco dużo problemów bez dodatkowych dziur.
Przełączył kolejną kamerę.
Jeżeli facet był jedynym ocalałym z Bleinerta, mógł mieć odpowiedzi, których wszyscy szukali.
Jeżeli był wariatem…
Cóż, od tego mieli Holta.
— Opiekunie, priorytet dla mostka. Wszystkie kamery sektora śluzy na mój ekran.
Oparł się głębiej w fotelu pilota.
— No dalej, kolego — mruknął, obserwując obraz z monitoringu. — Powiedz nam, co do cholery stało się na tym tenderze.
-
Pajęczyna pęknięć pojawiła się niemal przed obliczem Caleba gdy rozbitek otworzył ogień, a śluza zagrała gamą odgłosów odgniatanej blachy. Zewnętrzne poszycie wytrzymywało zderzenie z kosmicznym gruzem wielkości buldożera. Ale wewnętrzne powłoki były bardziej miękkie i mniej przystosowane do strzelaniny.
Adam uskakuje na bok. Sadza reaguje błyskawicznie. Jest już przy panelu rozdzielczym. A Caleb Hannigan stoi przed wejściem do śluzy i patrzy w naruszoną strukturę plastalowego szkła. Ciemność we wnętrzu kapsuły. Gdzieś tam majaczy ruch. Android w ukryciu przed napastnikiem przygotowuje się do konfrontacji.
Caleb odwraca się do Sadzy i skinieniem głowy daje zgodę na kontynuowanie dehermetyzowania. Nie potrwa to długo, ale nie dość szybko, by napastnik nie uszkodził bezcennego androida, albo samej śluzy.
- Jeśli nie rzuci broni, wyłączyć w śluzie oświetlenie na mój znak, panie Kalashnikov.
Trzeba było zwiększyć szanse Adama, który lepiej widział i słyszał w ciemności niż ludzie. Podniósł rękę obserwując wydarzenia w śluzie. -
Śluza kombajnu, 15.08.2181, 17.26
Zmodyfikowany przez Siergieja program dehermetyzacji pracował na najniższych możliwych ustawieniach, wypuszczając ze śluzy tlen w tak powolnym tempie, że zamknięty w niej człowiek musiałby mieć ogromne szczęście, by stać się świadomym tego procesu.
W korytarzu zapadła ciągnąca się pozornie w nieskończoność cisza, szargająca napięte jak postronki nerwy ludzi stłoczonych po wewnętrznej stronie wejścia. Uzbrojony w broń palną szaleniec milczał, być może próbując się przekonać samego siebie do słów Adama, a może knując coś jeszcze bardziej obłąkanego.
- Uwaga, przemieszcza się - ostrzegł ściszonym głosem Elias, który z wszelkich sił starał się dzielić uwagę pomiędzy widok za uszkodzoną pancerną szybą i ekran detektora ruchu - Bardzo powoli idzie w naszą stronę…
- Panie Kalashnikov, jak z tym prądem? - mruknął Hannigan zerkając z ukosa na pierwszego oficera, łączącego się zdalnie poprzez swój służbowy tablet z modułem kontroli zasilania na mostku statku.
- Minuta, kapitanie - odpowiedział półgłosem Sadza - Trzeba autoryzować kilka sub-komend, nie przyśpieszę tego.
- Kapitanie, poproszę o status! - w eterze rozległ się zdenerwowany głos czuwającego na mostku Gleesona, zanim jednak Hannigan zdążył cokolwiek odpowiedzieć, przy włazie kapsuły coś się poruszyło.
Kapitan dostrzegł w półmroku jakiegoś człowieka wyglądającego z wnętrza kapsuły ponad lufą ściskanego kurczowo karabinu. Słabe oświetlenie i odległość nie pozwalały dojrzeć wszystkich szczegółów jego aparycji, ale dowódca kombajnu gotów był pójść w zakład, że człowiek miał na sobie strój przywodzący na myśl sponiewierany wojskowy uniform.
- Skąd mam wiedzieć, że nie łżesz?! - krzyknął poprzez śluzę rozbitek, a w jego głosie mieszały się nuty ogromnej podejrzliwości, skrajnego wyczerpania i niepewnej nadziei - Możesz być jednym z nich! Może wciągnęliście kapsułę z powrotem? Chcecie wykończyć nas wszystkich?
Mężczyzna w poszarpanym wojskowym kombinezonie przykucnął kilka kroków od progi włazu, wymierzył lufę trzymanego trzęsącymi się rękami Armata M41A w kierunku, w którym ukrywał się android. Sadza zerknął na ekran panelu kontrolnego wentylacji, mruknął coś po rosyjsku pod nosem wyświetlając na ekranie tabletu schemat sieci elektrycznej kombajnu.
Objętość tlenu w powietrzu wewnątrz śluzy spadła do trzynastu procent.
- Nie wiecie, co się stało?! - krzyknął ponownie człowiek w kombinezonie - Naprawdę nie jesteście z Bleinerta? Ani z Wallandera? To skąd się tutaj wzięliście?! Jak mnie znaleźliście?!
Rozbitek zrobił kolejne dwa kroki do przodu, przypominając mową swojego ciała wyczerpane drapieżne zwierzę, które przywiedzione na skraj życia i śmierci wciąż gotowe było boleśnie kąsać. Pokryty popielatą farbą pulsacyjny karabinek nadal mierzył w krawędź włazu od strony kryjówki Adama.
Hannigan oszacował w myślach, że jeszcze dwa kroki wystarczą, aby stając w progu kapsuły wojskowy złapał w celownik Armata postać tkwiącego w absolutnym bezruchu androida.
- Tlen jedenaście procent - zameldował ściszonym głosem Kalashnikov, spojrzał porozumiewawczo na kapitana - Odłączenie prądu za pięć, cztery…
Przesuwając twarz do okienka Caleb przyjrzał się uważniej rozbitkowi, dostrzegł jego nienaturalnie bladą skórę, zmierzwione i posklejane potem płowe włosy, poczerniałe plamy na uniformie będące najpewniej pozostałością po wycieku oleju hydraulicznego. Albo rozbryzganej zakrzepniętej krwi.
- Ilu was jest i skąd się tu wzięliście?! - wycieńczony mężczyzna słaniał się na nogach, ale wciąż nie przejawiał ochoty do zabezpieczenia broni, a tym bardziej do jej odłożenia.
Ręka kapitana opadła w dół.
W śluzie zgasły wszystkie lampy. Nagłą ciemność rozpalił pojedynczy płomień wystrzału, zbyt krótkotrwały, aby jego poświata wyłoniła z mroku szczegóły szczepionych ze sobą w szamotaninie ciał.
- Adam, status! - wyrzucił z siebie kapitan próbując cokolwiek dostrzec w czarnej jak noc przestrzeni śluzy..
-
Nagle pełną napięcia ciszę na mostku rozdarł dźwięk, którego Joshua miał nadzieję już nigdy w życiu nie usłyszeć. Przez otwarte kanały interkomu, a może echem niosącym się przez szyby wentylacyjne z niższych pokładów, przebił się głuchy terkot. Krótkie, urywane serie o charakterystycznym, niepokojąco wysokim tonie. Karabin pulsacyjny. Dźwięk, który wwiercał się w mózg każdego, kto spędził choćby kilka dni w koszarach Colonial Marines.
Zaraz potem z głośników ryknął głos kapitana Hannigana, ogłaszający czerwony alarm i potwierdzający to, co wyćwiczone ucho Gleesona już wyłapało – na statku padły strzały.
Wojskowe szkolenie wzięło górę nad paraliżującym strachem. Joshua uderzył dłonią w panel kontrolny przy grodzi, odruchowo i nerwowo blokując główne wejście na mostek. Pulsujące, czerwone światła awaryjne zalały centrum dowodzenia, a ciężkie pancerne wrota zasunęły się z głośnym sykiem uszczelek.
– Mostek zamknięty i zabezpieczony! – krzyknął w stronę komunikatora, informując załogę, nie czekając nawet na potwierdzenie odbioru.
Gleeson drgnął gwałtownie, odrywając wzrok od konsoli. W jego oczach widać było z trudem opanowywaną panikę.
– Davy, patrz na ekrany – warknął Gleeson, starając się za wszelką cenę opanować drżenie własnego głosu – Zachowaj spokój i kontynuuj kurs. Masz utrzymać wektor! Jeśli z tego stresu przywalimy w tendera, to i tak nie będzie miało znaczenia, kto i z czego do nas strzela!
Joshua zerwał się z miejsca. Jego prawa dłoń nawykowo powędrowała do biodra, a palce zacisnęły się na pustym powietrzu, szukając znajomej rękojeści pistoletu. Zaklął szpetnie pod nosem. Nie miał przy sobie broni. Był pieprzonym inżynierem na starej górniczej łajbie, a nie trepem na patrolu bojowym.
Szybkim ruchem sięgnął do pasa i wyszarpnął ciężki, solidny klucz francuski ze stali węglowej. Dobre i to.
Przywarł plecami do ściany tuż obok zablokowanych drzwi, oburącz ściskając narzędzie, gotów zdzielić nim każdego, kto przekroczy próg.
– Leć dalej, Davy! Ja cię osłaniam, obronię nas! – rzucił w stronę pilota, choć sam nie był do końca pewien, czy zdołałby zatłuc kluczem kogokolwiek w pancerzu taktycznym.
Jego umysł pracował na najwyższych obrotach, napędzany czystą adrenaliną i charakterystyczną dla niego paranoją. Jak to w ogóle możliwe? Przecież to była jednoosobowa kapsuła! Skąd na pokładzie strzelec z karabinem pulsacyjnym?
Ale zaraz... Joshua zmrużył oczy w czerwonym półmroku. Teoretycznie, gdyby wyrzucili część żelaznych racji, zdemontowali sprzęt medyczny i zrezygnowali z systemów amortyzujących, w środku spokojnie mogłoby się pomieścić dwóch... powiedzmy, wyjątkowo niskich ludzi.
A nawet trzech! Przypomniał sobie nagle pewną miejską legendę, którą zasłyszał od pijanych dokerów w kolonii – opowieść o tym, jak to z wraku małej sondy badawczej wyskoczyło trzech wściekłych, niskorosłych zabójców, którzy z zaskoczenia wyrżnęli połowę obsady stacji przekaźnikowej. Bzdura, prawda? Zwykła barowa bajka. A jednak w tej konkretnej chwili, zaciskając spocone dłonie na zimnej stali klucza francuskiego i czekając, aż ktoś zacznie przepalać drzwi na mostek, Joshua Gleeson wcale nie uważał tej historii za śmieszną. Zrozumiał, że w kosmosie nie ma rzeczy niemożliwych. -
Ciemność pochłonęła wnętrze kapsuły.
Adam pozostał nieruchomy przy grodzi śluzy, nasłuchując.
Nie potrzebował światła.
Wystarczały mu dźwięki.
Oddech.
Szum poruszającego się ciała.
Metaliczne stuknięcie kolby o poszycie.
Dane spływające z czujników statku pozwalały mu na bieżąco aktualizować model sytuacji.
Poziom tlenu spadał.
Tętno napastnika rosło.
Oddech stawał się coraz szybszy i bardziej urywany.
Panika.
Hiperwentylacja.
Przyspieszone zużycie resztek dostępnego powietrza.
Syntetyk przeprowadzał kolejne kalkulacje.
Człowiek w takim stanie traci zdolność logicznego myślenia.
Następnie koordynację ruchową.
W końcu przytomność.
Pozostawało jedynie wybrać właściwy moment.
W ciemności rozległ się kolejny hałas.
Tym razem cięższy.
Jakby ktoś osunął się o ścianę.
Adam ruszył.
Bez ostrzeżenia.
Bez zawahania.
W jednym płynnym ruchu przekroczył właz kapsuły.
Wnętrze było niemal całkowicie ciemne.
Dla niego nie miało to znaczenia.
Dostrzegł sylwetkę mężczyzny próbującego utrzymać broń w drżących dłoniach. Napastnik ledwie stał na nogach.
Jeden krok.
Chwyt za lufę.
Skręt.
Karabin został wyrwany z osłabionych rąk, zanim jego właściciel zdążył zareagować.
Druga dłoń Adama zacisnęła się na przedramieniu mężczyzny, odbierając mu równowagę.
Napastnik próbował się szarpnąć.
Bezskutecznie.
Wycieńczony brakiem tlenu organizm nie był w stanie przeciwstawić się sile syntetyka.
Mężczyzna osunął się bezwładnie.
Adam podtrzymał go jeszcze przed uderzeniem o pokład.
— Zagrożenie wyeliminowane — powiedział spokojnie.
Kilka sekund później w kapsule rozbłysły awaryjne lampy.
Czerwone światło wypełniło wnętrze.
Właz otworzył się szerzej.
Z mroku wyłoniła się sylwetka syntetyka.
Na jednym ramieniu niósł nieprzytomnego pasażera kapsuły niczym ważący niewiele pakunek. W drugiej dłoni trzymał zabezpieczony karabin.
Spokojnym krokiem opuścił wnętrze kapsuły i wszedł do śluzy.
Czerwone światła alarmowe odbijały się od białego kombinezonu medycznego.
Przez chwilę panowała cisza.
Adam spojrzał przez grube okna obserwacyjne.
Po drugiej stronie grodzi stała załoga.
Obserwowali każdy jego ruch.
Syntetyk bez pośpiechu odłożył zabezpieczoną broń na pokład śluzy.
Następnie uniósł wzrok.
I wykonał gest rzadko spotykany u androidów.
Uniósł kciuk do góry.
Krótki, jednoznaczny sygnał.
Sytuacja znajdowała się pod kontrolą. -
Przez kilka sekund Caleb musiał być pewny, że ryzyko nie skończy się utratą androida. Oczywiście nie mógł być. Ale na tym polega bycie kapitanem. Na szczęście Adam poradził sobie doskonale. Teraz on odezwał się przez interkom na wszystkich kanałach.
- Rozbitek rozbrojony i obezwładniony. Przenosimy do ambulatorium.
Odłożył słuchawkę i spojrzał na Holta i Sadzę.
- Panowie… wiecie co robić. Dołączę w ambulatorium. Panie Crowe, proszę przeszukać kapsułę i sprawdzić, czy kapsuła odbiera nasze wezwania i ten człowiek celowo je zignorował.
Wrócił na mostek co zajęło mu kilka chwil. Chciał przekonać się czy w tym czasie Davy i Nadia odkryli coś więcej w sprawie Bleinerta. Zachowanie żołnierza było co najmniej dziwne. Zasadzenie się na nich z bronią. Nierozpoznanie. Kapsuła pochodziła z Bleinerta, ale sam żołnierz zdawał się nie należeć do jego załogi. Wspomniał też o Wallenderze. Być może w bazie danych jednostek Opiekuna figurował taki statek? No i pozostawała kwestia strefy ochrony aktywnej… Tych wszystkich spraw procedura nie przewi…
- Kto odciął mostek?!
Cześć! Wygląda na to, że jesteś zainteresowany tą rozmową, ale nie masz jeszcze konta.
Masz dość przewijania tych samych postów za każdą wizytą? Po zarejestrowaniu konta zawsze wrócisz dokładnie do tego samego miejsca, w którym byłeś wcześniej, możesz wtedy również wybrać opcję otrzymywania powiadomień nowych odpowiedziach (e-mailem lub powiadomieniem push). Będziesz też mógł zapisywać zakładki i głosować na posty, aby okazać uznanie innym członkom społeczności.
Z Twoją pomocą tez post mógłby być nawet lepszy 💗
Zarejestruj się Zaloguj się