Krzyk Pustki
-
Marcus Holt
Holt nie odwrócił się. Gestem tylko pokazał, że Kalashikov może zatrzymać broń.
Stał przy ścianie z M41A uniesionym na sektor korytarza i patrzył w ciemność przed grupą. Kiedy mówił, mówił do korytarza, nie do Gleesona. Głos miał znowu równy i suchy - szorstki w swej nieprzyjemności. Tak jakby próbował hamować podstawowe instynkty.
-Android mimo że nie jest człowiekiem wypełnia rozkazy - powiedział. - Obecnie ma większą wartość operacyjną.
Krótka pauza.
- Wystarczyło iść zgodnie z protokołem. Oczekujesz litości od kapitana, którego rozkazy wielokrotnie sam zignorowałeś. Masz tupet chłopcze.
-
Caleb Hannigan
Cholera jasna. Nie byli ekipą ratunkową. A ostatnie szkolenie z takiej sytuacji przechodzili tylko raz przy wyrabianiu uprawnień. Lub w ogóle jeśli ktoś patent kupił. Jakże to mierziło Caleba, który widział tą wyciągniętą od losu pomocną dłoń, którą wystarczyło tylko sięgnąć przy odrobinie wysiłku. Tylko jednej pieprzonej odrobinie, którą musiał wykrzesać z tych ludzi. Obrzucił każdego spojrzeniem i powoli docierało do niego, że jedynym pewnikiem jest Adam. Crowe był ranny i już dość naraził naukowca. Sadza był wkurwiony jak rzadko. Mimo iż wykonywał rozkazy. Ale ten wkurw nie mógł rosnąć w nieskończoność. Problem odłożony w czasie. Gleeson… jak się on uchował w wojsku, które miał w papierach. Choć właściwie się nie uchował i trafił do załogi Hannigana. O dziwo kapitański zmysł, który rzadko Caleba zawodził, podpowiadał mu, że technik się rzeczywiście uspokoił. I choć nadal bredził, były to brednie zgodne z jego logiką, a nie podyktowane utratą panowania nad sobą. No właśnie. I tu pojawiał się konwojent, który ruszył na technika i w widoczny sposób bardzo źle zniósł to, że nie udało mu się obezwładnić Joshuy. Szorstki, zimny ton Holta będący fasadą kłębka nerwów był równie znamienny.
Nie. Wszyscy na kombajnie z samym kapitanem włącznie, byli podszyci własną mniej lub bardziej skrywaną frustracją w związku z obejmowanym miernym stanowiskiem na dnie drabiny Kelland.
- Dość tego panowie. - odezwał się nim technik mógł odpowiedzieć Holtowi i spojrzał na korytarz wyścielony dziwnym tworzywem i raz jeszcze na korpus androida. Trzy prawa. Takiego. Kolejne spotkania z androidami W-Y mogą nie być równie bezpieczne. Zwłaszcza, że kolejne androidy mogą być sprawniejsze... Włączył też otwarty kanał, żeby słyszano go na mostku. - Z sufitu, z wentylacji zleciał zepsuty android, a na ścianie jest jakieś czarne tworzywo poliuretanowe. Tylko tyle. Nie ma promieniowania i toksycznego wycieku. To nie jest chyba coś co nas przerasta? - w ostatnim zdaniu mimo pytania nie było oczekiwania odpowiedzi. - Niestety ta naszywka oznacza, że Wallander należał do Weyland-Yutani. A jeden syntetyk, może oznaczać ich więcej. Dlatego zmieniamy plany. Wracamy. Po drodze znajdziemy pokładowy interkom. Były przy wrotach ładowni. Przy użyciu kodu pana Purcella nadamy na cały statek wezwanie do ewentualnych rozbitków. Zostawimy komunikator przed śluzą. I wrócimy na Kardashiana. Panie Gleeson, pomoże pan panu Crowe'owi. Panie Holt, technik jest rozbrojony. Nie ma potrzeby, by szedł na przedzie. Zgadza się pan?
Pytanie tym razem oczekiwało odpowiedzi. W końcu zdał dowodzenie na Holta na pokładzie Bleinerta.
-
Marus Holt
Holt skinął głową do Hannigana krótko, raz.
Odwrócił się i przeszedł wzrokiem po grupie - szybko, metodycznie, od tyłu do przodu.
- Zmieniamy szyk - powiedział spokojnie, jakby opanował już swoje nerwy. A może decyzja o powrocie tutaj pomogła? - Adam na czole, ja za nim. Crowe kolejny. Gleeson środek, za Gleesonem Kalashnikov. Kapitan zamyka.
Spojrzał na Sadzę.
- Gleeson jest twój Panie Kalashnikov. Proszę mieć go przez cały czas w zasięgu wzroku.
- Pytanie czy bierzemy androida, możliwe, że Pan Crowe wyciągnię z tego coś więcej?
Potem zwrócił się do reszty i uniósł lufę M41A w stronę sufitu.
- Kratki wentylacyjne. Obserwujemy je. Każda. Po obu stronach korytarza i nad głową. Nie idziemy dalej dopóki nie sprawdzimy tego co jest powyżej. Tym razem nie dajemy się zaskoczyć od góry.
Zaczął iść powoli, lufa wędrująca rytmicznie od kratki do kratki wzdłuż sufitu - lewa ściana, sufit, prawa ściana. Latarka przyłbicy zatrzymywała się na każdym otworze przez pełne dwie sekundy zanim szła dalej.
-
Po usłyszeniu pierwszych słów komunikatu William zastygł na chwilę. Skradam się z tym na widoku jak debil. Na całe szczęście poruszał się w taki sposób, że kamery nie widziały co dokładnie trzyma w dłoni a przynajmniej taką miał nadzieję. Szybko wsadził przedmiot do kieszeni, przy czym uśmiechnął się głupio do kamer.
Światła zgasły, a on wyglądał jak psychopata z horroru, a przynajmniej tak mu się wydawało. W rzeczywistości bliżej mu było do ostatniego ciastka w opakowaniu.
- Panno Delilah proszę wyjść albo chociaż wyjaśnić co pani akcja ma na celu. - Wiliam zaczął nieśmiało rozmowę po tym jak samozwańczy wielki brat zdradził jego obecność. - Z jednej strony rozumiem pani wybryk. Każą nam czekać, kiedy potencjalnie połowa załogi może umrzeć. Nieludzkie prawda? Chce tylko dowiedzieć się co pani robi i dlaczego. Nie sądzę, żeby powodem była nuda, ale jeśli jednak to ona to może wspólnie pójdziemy wymusić oglądanie akcji ratunkowej? - Mówiąc to, podszedł do drzwi. Gdy skończył, ostrożnie zajrzał do środka. -
Delilah le Fey
O’Callan gadał, gadał i gadał.
Był jak natrętny insekt, komar latający koło ucha. Nie miała zegarka i nie mogła policzyć ile czasu zajęły mu erudycyjne popisy, ale wyglądało na to, że prosta komenda “wracaj do kajuty” u pilota Kardashian rozciąga się w monodram liczący tysiąc słów i pięć aktów. Wyliczał obecnych na pokładzie mieszkalnym, chwalił jej pomysłowość, napomknął coś o byłej żonie, a potem przeszedł do gróźb. Na początku słuchała jego wywodów z irytacją, potem z niedowierzaniem a na końcu już tylko z rozbawieniem.
On się boi.
Przez monolog pilota przemawiała czysta histeria, maskowana zabawnymi dygresjami, ale Delilah w tym sztucznym luzie bezbłędnie wyczuła strach. O’Callan odkąd go poznała pozował na macho, ale teraz przemawiał przez niego wystraszony samiec beta. Samiec, który dostał na godzinę władzę i nie wie co z nią zrobić więc wygłasza przemówienie.
Zostało jedno pytanie i było jedynym, które ją obchodziło.
Skąd wiedział?
W spalni nie było kamer. Sprawdziła to pierwszego dnia po wejściu na pokład, zanim jeszcze rozpakowała walizkę. Przepisy zabraniały instalacji sprzętu nagrywającego w strefach prywatnych i kriogenicznych, a jednak pilot zachowywał się jakby stał tuż obok i relacjonował jej mały występek. Bezbłędnie odgadł zamiary agentki choć zanim zdążył powiedzieć choć jedno słowo, Delilah puściła dźwignię i nie potrzebowała do tego zachęty. Sama uznała, że to zły pomysł. Teraz słuchając pilota, miała ochotę zrobić na przekór. Ale to nie przysłużyłoby się jej interesom. Interesom Lasalle.
W końcu głośnik trzasnął i zamilkł a światła w spalni przygasły do awaryjnej czerwieni. Delilah nie miała już tu czego szukać. Odwróciła się plecami do kriokomór i ruszyła w kierunku śluzy.
Właśnie wtedy usłyszała czyjś głos.
— Panno Delilah proszę wyjść albo chociaż wyjaśnić co pani akcja ma na celu. Z jednej strony rozumiem pani wybryk. Każą nam czekać, kiedy potencjalnie połowa załogi może umrzeć. Nieludzkie prawda? Chce tylko dowiedzieć się co pani robi i dlaczego. Nie sądzę, żeby powodem była nuda, ale jeśli jednak to ona to może wspólnie pójdziemy wymusić oglądanie akcji ratunkowej?
Głos był za młody.
Delilah zatrzymała się w pół kroku i przebiegła w głowie listę. Hannigan, Holt, Crowe, Kalashnikov, Gleeson i syntetyk siedzieli w tej chwili we wnętrznościach napromieniowanego wraku. O'Callan i Volkov trzymali mostek. Purcell leżał za jej plecami w lodzie.
Zostawał jeden.
Pilot wymienił go w swoim monodramie, gdzieś między groźbą a komplementem. Widział go na kamerach. Powiedział mu, żeby wracał do siebie i chłopak najwyraźniej posłuchał go równie chętnie.
Biscuit.
Kolejny jasnowidz.
Dwoje ludzi na tym pokładzie odgadło jej ruch, zanim zdążyła go wykonać i żadne z nich nie miało po temu narzędzi. Albo nie była tak dobrą agentką jak jej się wydawało, ale na statku działy się rzeczy, których nie potrafiła wytłumaczyć.
Delilah wysunęła gumkę z włosów i potrząsnęła głową. Kosmyki opadły jej na ramiona. Poluzowała zamek bluzy, podniosła wyżej piersi i ruszyła w stronę drzwi pewnym krokiem.
Skoro chcą się bawić, dostaną zabawę.
Stanęła w progu dokładnie w chwili, gdy Biscuit zaglądał do środka. Chłopak cofnął się o pół kroku i otworzył usta, żeby coś powiedzieć. Zanim zdążył, spojrzała przez jego ramię. Kamera wisiała pod sufitem korytarza, dioda się paliła. Awaryjne światło odbijało się w obiektywie czerwonym punkcikiem i Delilah przez ułamek sekundy patrzyła prosto w niego.
Uśmiechnęła się do chłopaka promiennie. Oczy błyszczały w ciemnościach jak u kotki w rui.
— Co ja tu robię? A jak myślisz ty niemądry dzieciaku?
Złapała Wiliama za przód kombinezonu i przyciągnęła do siebie.
Jej wargi rozchyliły miękko i pocałowała go bez ostrzeżenia i żadnego wstępu. Pocałunek trwał krótko, lecz w tym jednym wilgotnym oddechu, chłopak dostał grzeszną obietnicę nagrody, jaka czeka na niego w ciemnych i lepkich zakamarkach statku.
Oderwała usta i została blisko. Nie spoglądała już w kamery. Wiedziała, że patrzą.
— Czułam, że za mną pójdziesz. — powiedziała niskim szeptem, ale nie na tyle cicho, żeby mikrofon korytarzowy tego nie złapał. — Nudziło mi się i liczyłam na odrobinę zabawy, zanim Hannigan pośle nas wszystkich do piekła.
Przesunęła kciukiem po jego bicepsie.
— O'Callan siedzi na kamerach i widzi, kto wchodzi i wychodzi z kajut. Więc znalazłam bardziej dyskretne miejsce, gdzie ich nie ma.
Roześmiała się.
— Niestety ten idiota wszystko zepsuł. Myślał, że idę wypuścić więźnia.
-

Pokład Bleinerta
Mężczyźni poruszali się pełnymi nerwowości ruchami, prowadzeni przez niewzruszonego w swojej mechanicznej obojętności androida. Tempo ewakuacji wyznaczał Elias, podtrzymywany pod ramię przez Joshuę i próbujący z wszelkich sił nie opóźniać grupy.
Akcja ratunkowa straciła rację bytu w obliczu tak dramatycznych odkryć, bo rodzaj uszkodzeń znalezionego w pobliżu maszynowni syntetyka Weylanda-Yutani musiał budzić trwożny respekt i niejeden członek ekipy abordażowej musiał widzieć oczami wyobraźni androida demolowanego z tak brutalną skutecznością przez innego przedstawiciela swojego rodzaju: cóż bowiem innego mogło spowodować aż tak daleko posunięte uszkodzenia?
Perspektywa konfrontacji z takim przeciwnikiem zdawała się wszystkich wręcz uskrzydlać w drodze do śluzy stanowiącej część połączenia z kombajnem, dlatego grupa ratowników znalazła się w korytarzu przylegającym do ciągu ładowni po dwóch minutach od rozpoczęcia odwrotu.
- Dodatkowy check na integralność łącznika, zanim wprowadzimy do środka doktora - polecił Hannigan odwracając głowę i spoglądając na pękniętą przyłbicę hełmu Eliasa - Nie chcę żadnych niespodzianek z mikrorozszczelnieniem w trakcie przechodzenia. Potem odcinamy łącznik i pozostajemy wyłącznie na sztywnych cumach aż po Borodino.
W eterze rozległy się zdawkowe mruknięcia i chrząknięcia będące substytutem potwierdzeń odbioru rozkazów.
- Panie O’Collan, za minutę rozpoczniemy proces otwierania śluzy - rzucił do radia Hannigan - Status Kardashiana?
- Mamy tu pewien problem, który może zaczekać do pana powrotu - odpowiedziała Nadia ubiegając pilota - Jesteśmy gotowi na wasze przyjęcie. Status Eliasa?
- Będę żył - rzucił w eter doktor Crowe - Nie cierpię na nic, czego nie wyleczy setka spirytusu.
- Dyscyplina radiowa - powiedział kapitan zatrzymując się przy jednym z interkomów wbudowanych w futryny mijanych jedne pod drugich włazów ładowni. Przyciski na jego budowie nie były opisane, a pojedyncza dioda paliła się na pomarańczowo.
Hannigan odezwał wzrok od interkomu, zerknął w stronę widocznej dwadzieścia metrów dalej śluzy łączącej Bleinerta z Kardashianem.
- Kontrola integralności i ruszamy, pierwszy doktor Crowe z asystą - rzucił z ostentacyjną oschłością do Joshui.
Nagły jęk hydraulicznych przekładni osadził wszystkich w miejscu, sparaliżował mięśnie w jednej sekundzie. Segment korytarza z wejściem do śluzy zniknął z oczu mężczyzn jakby nigdy nie istniał, zamknięty opuszczoną z sufitu przeciwpożarową kurtyną, która przyległa szczelnie do ścian i podłogi korytarza.
- Co do chuja?! - zawył Gleeson puszczając z wrażenia ramię doktora - Co to kurwa jest?
Hydrauliczne przekładnie jęknęły ponownie wieszcząc otwarcie wejścia, tą samą szargającą nerwy nutą, co chwilę wcześniej.
Wejście do ładowni na wysokości Hannigana stanęło bez ostrzeżenia otworem, z miejsca przyciągając wzrok ratowników czernią swojego pogrążonego w ciemności wnętrza.
-
Elias próbował skupić wzrok na Adamie, ale snop diagnostycznej latarki sprawiał, że ból pod czaszką pulsował jeszcze mocniej. Zmrużył oczy i odruchowo odsunął głowę. Nie miał najmniejszej pieprzonej ochoty na badanie, ale wiedział, że android tak po prostu nie odpuści.
– Elias Crowe – odpowiedział, siląc się na rzeczowy ton. – Naukowiec. Ten stary zrzęda, którego wszyscy tak lubią. Właśnie próbował zabić mnie element wentylacji.
Przy pytaniu o datę zawahał się wyraźnie. Podał dzień, poprawił się, a potem machnął ręką z irytacją, natychmiast żałując gwałtownego ruchu. Dalej kręciło mu się trochę w głowie.
– Jesteśmy na Bleinercie. Dolne pokłady, sekcja napędowa… chyba. A przyczyną urazu była krata, która postanowiła sprawdzić jakość mojego hełmu. – rzucił, biorąc głębszy oddech.
– Drzewo. Dom… – zmarszczył brwi. – Rzeka. Tak, rzeka.
Powtórzył za Adamem trzy słowa, choć ostatnie wymówił dopiero po krótkiej pauzie. Kiedy android polecił mu przejść kilka kroków, Crowe podniósł się ostrożnie. Pierwszy zrobił pewnie, przy drugim zachwiał się i musiał oprzeć dłoń o ścianę. Do nosa trafił palcem za drugim podejściem.Nie trzeba było być syntetykiem medycznym, żeby zauważyć, że wszystko nie było z nim w porządku. Mdłości powoli ustępowały, ale obraz nadal od czasu do czasu tracił ostrość, a metaliczne głosy w radiu brzmiały, jakby dochodziły z końca bardzo długiego tunelu. Typowe objawy wstrząśnienia mózgu. Przechodził coś podobnego w młodości. Nadwrażliwość na dzwięki, dawała mu się we znaki, a kłótnia wokół broni Joshuy tylko pogarszała sprawę. Elias zacisnął powieki, gdy kolejne głosy zaczęły nakładać się na siebie.
– Czy możecie przestać przez chwilę warczeć na siebie? – wychrypiał. – Dajcie sobie po buziaku i chodźmy stąd. I bez tego mam wrażenie, że czaszka zaraz mi się rozpadnie.
Nie próbował rozstrzygać, kto miał rację. Był naukowcem i z racji poglądów miał awersje do broni. Poza tym Hannigan uciął spór, zanim Crowe zdążył dodać coś jeszcze. Decyzję o odwrocie przyjął bez protestu.– Mądrze – powiedział tylko. – Nie będę udawał, że mi się tu podoba. Zresztą cokolwiek pokiereszowało tego przyjemniaczka... – wskazał na androida Weyland-Yutani – ...daje nam prawdo do wycofania się? Warunkiem udzielenia pomocy jest zdaje się dbanie przede wszystkim o własne bezpieczeństwo.
Na pytanie Holta spojrzał w stronę zniszczonego syntetyka. Choć android był oględnie mówiąc zniszczony, te cudeńka można było podpiąć do czegokolwiek w stacji naprawczej. Być może nie miał ochoty na dalszy spacer, ale to nie znaczy, że nie ciekawiło go co tu zaszło.– Oczywiście, że Pan Crowe coś z tego wyciągnie. – podsumował żartobliwie.
– Nawet jeśli rdzeń poznawczy jest martwy, mogą zostać logi pomocnicze, identyfikator jednostki, zapis ostatnich poleceń albo dane z lokalnych systemów. Istnieje szansa, że podpięcie modługu głowy do zasilania sprawi nawet, że będziemy mogli z nim porozmawiać. W każdym razie, jeśli możemy zabrać cały korpus bez ryzyka, że to nas spowoloni to bierzmy go. Jeśli nie, Adam powinien wymontować moduł pamięci albo głowę.
Przesunął wzrok na czarny nalot ciągnący się po ścianach. Nie podobało mu się to, bo nie wiedział co to jest. Kiedy Holt ustalił nowy szyk, Elias ruszył za nim i Adamem. Pierwsze kroki stawiał ostrożnie. Gdy podłoga ponownie lekko odpłynęła mu spod nóg, nie protestował, kiedy Joshua znalazł się przy jego boku. Oparł dłoń o jego ramię dla równowagi.
– Dzięki Gleeson – mruknął. Ruszajac dalej, zerkał co kilka kroków ku kratkom wentylacyjnym. Tym razem nie zamierzał ignorować żadnej z nich.
Elias stracił podparcie, kiedy Joshua puścił jego ramię. Zachwiał się mocno, ale zdołał oprzeć bark o ścianę i nie runąć na podłogę. Przez moment świat znowu odpłynął mu na bok, a pulsujący ból pod czaszką odezwał się ze zdwojoną siłą. Na komendę Holta docisnął się do ściany razem z resztą. Nie miał broni, więc zamiast tego uniósł rękę, odruchowo osłaniając przyłbicę, i próbował skupić wzrok na czarnej przestrzeni ładowni.
– Świetnie – mruknął. – Po prostu, kurwa, świetnie – zaklął po części z irytacji, po części po to, by pozbyć się narastającego poczucia strachu i bezradności.Nie wychylał się. Nie próbował zaglądać przed Holta ani Adama. Po ostatnim spotkaniu z kratownicą stracił resztki bohaterskiego zapału. Zerknął tylko w stronę kurtyny, potem z powrotem ku ładowni.
– To nie wygląda na przypadek – wyartykułował to, co zdawał się widzieć na twarzach innych, a na pewno Holta.
Przesunął dłoń po ścianie, szukając stabilniejszego oparcia.
– Joshua, wróć tu, proszę – rzucił bez odrywania wzroku od otwartych wrót. – Jeśli mam stąd wyjść o własnych nogach, będziesz mi jeszcze potrzebny. -
Marcus Holt
Kurtyna opadła z hukiem.
Holt był przy ścianie zanim echo przekładni ucichło - jeden krok w bok, plecy do betonu, M41A uniesiony, lufa w stronę kurtyny. Serce uderzyło raz mocniej niż powinno i przestało.
Potem wrota ładowni stanęły otworem.
- Ściana! - warknął przez radio, krótko, bez tłumaczenia. - Wszyscy do ściany, broń w stronę ładowni!
Sam już tam był. Latarka przyłbicy uderzyła snopem światła w czerń otwartego wejścia - systematycznie, od podłogi do sufitu, od lewej do prawej. Palec przy kabłąku. Oddech równy, kontrolowany, wbrew temu co ciało chciało robić.
Kurtyna przeciwpożarowa. Automatyczna. Czujnik albo ręczne wyzwolenie.
Kurwa. To zbyt duży przypadek. To było ręczne wyzwolenie.
-
Caleb Hannigan
- Mech załadunkowy? Syntetyk wojskowy z Bleinerta? To mogło być cokolwiek - Hannigan bezlitośnie racjonalizował przyczynę uszkodzeń androida. Osobiście bardziej niż tego co dokonało zniszczeń, obawiał się samych syntetyków W-Y. Z drugiej strony... jeśli udałoby im się oddać wojsku dane z tej jednostki... Nawet korporacja by nie ruszyła takiej protekcji... - Między załogami doszło do walki. Powody jego stanu można mnożyć bez końca. Ale dobrze. Weźmy go. Tylko bez podłączania do centralnej sieci. Nie chcę mieć śladu tego czegoś w danych Opiekuna. Panie Kalashnikov. Da radę zrobić na szybko uprząż? Wezmę go jak plecak.
- Spokój - gestem ręki kazał załodze by nie panikowała. Jednocześnie cały czas wpatrywał się w wejście do ładowni wodząc wzrokiem za smugami latarki, która z miernym efektem rozganiała mrok - Blokada zapadła po teście hermetyki. To usterka mechaniczna. Panie Kalashnikov... wziął pan młotoklucz? Panie Gleeson, proszę spróbować włączyć oświetlenie...
-
Siergiej Nikołajewicz Kalashnikov. Sadza.

Bleinert
Sadza spojrzał na androida, potem na kapitana.
— Uprząż? Da się.
Bez dalszych wyjaśnień, w dużo lepszym nastroju niż chwilę wcześniej — myśląc już tylko o tym, żeby jak najszybciej wrócić na Kardashiana, odpiął od pasa zwój taśmy technicznej i ciężki nóż monterski. Rozejrzał się po korytarzu. Przy jednej ze ścian wisiały pasy mocujące ładunek, a przy przewróconym wózku transportowym walały się dwa napinacze z zapadkami.
— Nawet lepiej.
Jednym ruchem przeciął uszkodzony pas, wyrwał z niego metalową klamrę i zaczął pracować. Ręce poruszały się szybko, niemal odruchowo. Skrzyżował dwa pasy na wysokości łopatek androida, trzeci przeprowadził pod pachami, czwarty opasał biodra. Wszystko spiął napinaczami i dla pewności zabezpieczył taśmą techniczną.
Co chwilę szarpał całość z całej siły, jakby chciał urwać syntetykowi pozostałą kończynę.
— Jak wytrzyma separator rudy, wytrzyma i jego.
Przykucnął jeszcze na moment i zrobił dwie pętle z taśmy, tworząc coś na kształt szelek.
— Tu ręce. Tu nogi. Ciężar pójdzie na biodra, nie na kręgosłup.
Wstał, otrzepał rękawice z pyłu i kleju.
— Gotowe.
Spojrzał na kapitana.
— W kopalni nosiliśmy tak pompy, silniki... i ludzi. Android nie będzie marudził bardziej od górnika.
Nagły huk opadającej kurtyny zatrzymał Sadzę w pół kroku.
— Job twoju mać...
Odruchowo odwrócił się w stronę śluzy.
Była.
Jeszcze sekundę temu.
Teraz zamiast niej korytarz kończył się gładką, stalową kurtyną przeciwpożarową.
— Nu konieczno... Jeszcze tego brakowało.
Nie oglądał się za siebie.
Najpierw droga odwrotu.
Dopiero potem reszta.
— Adam! — rzucił przez radio wyrywając się przed Starego. — Detektor. Ładownia.
Krótko. Hasłowo.
Nie czekając na odpowiedź, zsunął z pasa swój ciężki młoto-klucz. Narzędzie ważyło dobre kilka kilogramów; z jednej strony miało masywny bijak, z drugiej hakowaty klucz do zaworów i awaryjnych mechanizmów. W kopalni otwierano nim wszystko, co nie chciało się otworzyć po dobroci.
Sadza wsunął hak w szczelinę przy dolnej krawędzi kurtyny.
— No dalej... pokaż, gdzie cię boli...
Zapierał się całym ciałem. Kombinezon zatrzeszczał. Mięśnie karku napięły się jak stalowe liny.
Nic.
Spróbował jeszcze raz. Tym razem uderzył obuchem w krawędź przegrody, potem natychmiast wsadził hak głębiej i szarpnął z całej siły.
Metal zadudnił głucho.
Kurtyna nawet nie drgnęła.
— Blin... Wojskowe.
W kopalni takie sztuczki działały. Awaryjne grodzie miały mechaniczne zwolnienia właśnie na wypadek zaniku zasilania. Tutaj projektował je ktoś, kto najwyraźniej zakładał, że naprzeciw stanie równie uparty górnik.
— Dobra. Po dobroci nie chcesz...
Odpiął od plecaka kompaktowy plazmowy palnik serwisowy. Krótka rękojeść, przewód zasilający do niewielkiego modułu energetycznego przypiętego do pasa. Narzędzie przeznaczone było do cięcia belek, rur i zaspawanych zawiasów podczas prac kadłubowych — działało równie dobrze w atmosferze, jak i w próżni.
Aktywował urządzenie. Przyciemnił wizjerę hełmu.
Powietrze przeszył wysoki, syczący gwizd, a z dyszy wysunął się oślepiająco biało-niebieski łuk plazmy.
— Odsunąć się.
Przyłożył palnik do krawędzi kurtyny i zaczął prowadzić go powoli wzdłuż spawu.
— Zobaczymy, kto kogo...
-
Davy O'Collan - Mostek Kardashiana
Davy parsknął śmiechem, odchylając się w fotelu pilota.
— No i proszę… Cały ten alarm, blokada pokładu, moje piękne przemówienie, a pani La Fey najwyraźniej urządziła sobie romantyczną wycieczkę po kriopokładzie. I ja mam się na to nabrać… z drugiej strony to zawsze miło sobie popatrzeć…
Przełączył kanał na taktyczny, a uśmiech momentalnie zniknął z jego twarzy.
— Grupa abordażowa, tu mostek. Proszę o SITREP. Jak wygląda wasza sytuacja ? Czy możemy wam jakoś pomóc ?
-
W drodze powrotnej Gleeson trzymał się blisko Eliasa. Starszy wiekiem doktor wciąż był wyraźnie wstrząśnięty uderzeniem ciężkiej kraty i makabrycznym widokiem zmasakrowanego syntetyka. Joshua, czując dziwną solidarność z kimś równie nieprzystosowanym do bojowych warunków, podtrzymywał go ramię.
— Spokojnie, doktorze, już po wszystkim — mruczał pod nosem, dodając otuchy bardziej jemu, niż sobie. — Zbieramy się z tego bagna. Jeszcze parę skrzyżowań i będziemy z powrotem na naszej łajbie i...
Jego słowa utonęły w ogłuszającym wizgu przesuwanych zawiasów.
Z sufitu korytarza, tuż przed ich twarzami, z potwornym zgrzytem pneumatyki zjechała potężna, stalowa kotara przeciwpożarowa. Gruba gródź uderzyła w pokład z taką siłą, że wibracje przeszły przez podeszwy ich magnetycznych butów. Droga ewakuacyjna na Kardashiana została w ułamku sekundy całkowicie odcięta.— Co do chuja?! — zawył Gleeson puszczając z wrażenia ramię doktora. — Co to kurwa jest?
Zanim ktokolwiek zdołał zareagować na tę blokadę, w ścianie obok rozległ się głuchy syk zwalnianych uszczelek. Ciężkie, boczne drzwi prowadzące do nieznanej części magazynowej powoli rozsunęły się na boki, odsłaniając absolutną, ziejącą chłodem ciemność.
Konsternację Joshuy przerwał opanowany, choć ostry głos Hannigana.— Panie Gleeson, proszę spróbować włączyć oświetlenie...
Oddech Joshuy znów stał się tak płytki, że niemal dławił się powietrzem ze skafandra. Wpadł w lekką histerię, nerwowo omiatając snopem latarki stalową barierę przed nimi i otwartą paszczę magazynu.
— Włączyć oświetlenie?! Kapitanie, my jesteśmy w pułapce! Ktoś nas tu... — krzyknął, ale nagle jego inżynieryjny umysł, zmuszony do pracy na najwyższych obrotach, zaskoczył. Zamarł. Opuścił światło latarki i odwrócił się gwałtownie do reszty.
— Czekajcie... to nie ma sensu. To nie jest żadna automatyczna odpowiedź systemu. Procedura przeciwpożarowa izoluje strefy, żeby odciąć ogień od tlenu! Nigdy, pod żadnym pozorem, nie otwiera bocznych śluz do innych sektorów, bo to natychmiast dotleniłoby pożar! To nie jest przypadek! Ktoś tu ingeruje ręcznie!Spojrzał gorączkowo na syntetyka, szukając potwierdzenia swoich obaw.
— Adam! Czy Bleinert posiada system klasy "Matka"? Jakąś centralną sztuczną inteligencję, która mogła nadpisać lokalne protokoły bezpieczeństwa? Albo... czy jest tu główne sterowanie, do którego ktoś się właśnie włamał?!
Nie czekając na analityczną odpowiedź androida, Joshua chwycił Eliasa za ramię, przyciągając go do siebie. Odzyskana wcześniej pewność siebie mieszała się teraz z desperacją, każąc mu działać, zanim paranoja znów zamrozi mu krew w żyłach.
— Idziesz ze mną, doktorze. Trzymamy się razem, nie odstępujesz mnie na krok. Spróbujemy znaleźć zasilanie awaryjne i przywrócić światło w tym magazynie. Ale ani mi się waż zostawać z tyłu w tych ciemnościach.
-

Korytarz na środkowym pokładzie tendera
- Nie posiadam wiedzy na temat inteligentnego oprogramowania kontrolnego tej jednostki - odpowiedział Adam odwracając głowę w stronę Joshui - Rejestruję kilkanaście zabezpieczonych sieci bezprzewodowych, ale nie jestem w stanie się do nich podłączyć bez dwustopniowej autoryzacji. Nie rejestruję sygnału zwrotnego na zaproszenie do cyfrowego kontaktu. Konkluzja: jeśli monitoruje nas inteligentny kontroler, nie jest na tym etapie zainteresowany kontaktem.
- Kurwa, jesteśmy w czarnej dupie - jęknął Gleeson obejmując Eliasa opiekuńczym gestem w pasie.
Włączony przez Sadzę palnik rzygnął długim na dłoń niebieskobiałym płomieniem, który w kilka sekund spopielił pokrywającą roletę farbę i zaczął rozgrzewać ukryty pod nią metal.
- Ile potrzebujesz czasu, że wypalić przejście? - w radiu zatrzeszczał głos Holta, obserwującego z gotową do strzału bronią wciąż otwarte drzwi do sąsiedniej ładowni - Wystarczy ci paliwa?
- Nic się nie martw, malczik - mruknął w odpowiedzi klęczący przed roletą pierwszy oficer - Robiłem takie rzeczy, zanim skończyłeś szkołę. To jest konstrukcja wojskowa, ale palnik przetopi wszystko, w swoim czasie. Daj mi piętnaście minut.
- Co ją aktywowało? - w eterze rozległ się płynący z mostka Kardashiana głos Nadii - Naciskaliście cokolwiek?
- W tym nie ma żadnego przypadku, Gleeson ma rację - Marcus ubiegł w odpowiedzi kapitana - Jedne przejście zamknięte, drugie symultanicznie otwarte. Ktoś to zrobił z premedytacją. Ktoś próbuje nas zaganiać jak stado owiec. Adam, detektor?
Android stanął w progu drzwi ładowni i uniósł trzymany w rękach detektor emitując naciśnięciem guzika kolejny sygnał namiernika.
- Co tam widzisz? - zapytał Holt przekrzywiając ukrytą w hełmie głowę w zamiarze zajrzenia w bezpieczny sposób do środka ładowni. Snop światła włączonej nahełmowej latarki wyłonił z głębokiego mroku zarysy umocowanych w podłogowych i ściennych zaczepach kontenerów.
- Zabezpieczony ładunek, brak śladów załogi, brak ciał, żadnych aktywnych systemów ochronnych. Włączanie wyłącznie oświetlenie techniczne - odpowiedział Adam opuszczając wzdłuż uda detektor ruchu - Doktorze Crowe, jak się pan czuje? Coś się stało?
Objuczony przytroczonym do pleców androidem w uniformie Weyland-Yutani, Hannigan odwrócił się z zauważalnym wysiłkiem w stronę Eliasa, opartego o ramię Joshui. Oficer naukowy Kardashiana przetarł kolejny raz umazaną płynami hydraulicznymi przyłbicę hełmu spoglądając jednocześnie w kierunku przejścia do sekcji maszynowni tendera.
- Słyszycie to? - zapytał próbując się nieporadnie wyrwać z uścisku Gleesona - Co to jest?
Kapitan zrobił krok w stronę naukowca nie rozumiejąc sensu słów kontuzjowanego mężczyzny. Kątem oka pochwycił charakterystyczny ruch głowy androida, zmieniającego płynnie pozycję i niewątpliwie już filtrującego kierunkowo pobierane z otoczenia dźwięki.
- Nic nie słyszę - wzruszył ramionami - Adam…
Syntetyk podniósł ponownie detektor, tym razem celując nim w wylot długiego korytarza, w którego głębi znajdowało się przejście na położony niżej poziom inżynieryjny i napędowy.
Ostry ping sygnałów zwrotnych zadźwięczał wysoką nutą w głośnikach hełmów ratowników.
Mostek Kardashiana
Kątem oka obserwując przez cały czas odciętą od hyperspalni parę pasażerów, O’Collan słuchał jednocześnie uważnie radiowych komunikatów z Bleinerta. Nadia stała przy jego fotelu, z dłonią opartą o bark pilota i głową pochyloną ku jego komputerom, na tyle blisko, aby Davy czuł delikatną woń jej perfum.
Jeśli aktywacja grodzi i drzwi nie była niemożliwym do wytłumaczeniem przypadkiem, w który żadne z nich nie wierzyło, to musiał to być niejednoznacznie wrogi akt odcinający wycofujących się ratowników od najbliższej drogi ewakuacyjnej na Kardashiana.
- Słyszycie to? - w głośnikach zatrzeszczał pełen elektronicznych zakłóceń głos, w którym Davy rozpoznał Eliasa Crowe - Co to jest?
Pilot zmienił pozycję w fotelu przysuwając się do wyświetlaczy i próbując złożyć w logiczną całość obrazy przekazywane na żywo z sześciu różnych nahełmowych kamer.
- Pogłośnij dźwięk! - rzuciła Nadia opierając się biodrem o ramię O’Collana w zamiarze odwrócenia w swoją stronę jednego z wiszących wyżej monitorów - O czym on mówi?
Davy pchnął palcami suwak głośności komunikatora i ledwie kilka sekund później ostry elektroniczny ping wbił się upiornie bolesnym echem w jego nieprzygotowane na ten soniczny atak uszy.
Lecz podobnie jak Nadia usłyszał coś, co musiał mieć na myśli doktor Crowe. Coś, co pojawiło się w tle zaalarmowanych ludzkich głosów, ostrzegawczych krzyków i stukotu butów o podłogę korytarza.
Rozbrzmiewające na granicy ludzkiej percepcji dźwięki przypominające ni to syczenie, ni to skowyt; będące absolutnie nieludzkimi w swej tonacji odgłosami, nie sprawiającymi też mechanicznego wrażenia, a przez to jeszcze bardziej przerażającymi.
Cokolwiek wydawało te dźwięki, samymi odgłosami sprawiło, że siedzący w bezpiecznej przestrzeni zamkniętego mostka kombajnu Davy oblał się w jednej chwili lodowatym potem.
-
Wiliam już zaglądał do środka, gdy nagle ujrzał błyszczące oczy tuż przed nim. Normalnie odskoczyłby jak kot od potencjalnego zagrożenia, ale przez słowa agentki nie mógł sobie na to pozwolić. Niemądry dzieciak, że niby ja. Pomyślał skupiając wzrok na twarzy agentki tak bardzo, że nawet nie zauważył ręki, która go pociągnęła. Pocałunek, a potem ta generyczna gadka. Faktycznie rzekoma próba znalezienia miejsca w wiadomym celu jest dość uniwersalną pułapką na mężczyzn, ale ten biceps to już kompletny stereotyp. Użycie tego w kierunku chuderlawego Billa tylko dowodzi, że ten cały flirt to zwykłe odwrócenie uwagi od prawdziwego celu. Chłopak stał jak słup soli obserwując ruchy Delilah, w końcu nigdy nie widomo co tym zarazem wykombinuje.
Kiedy chciał już odsunąć od siebie kobietę, usłyszał brzdęk metalu a zaraz po nim zobaczył jak drzwi lecą prosta na niego. Chciał odskoczyć, ale dłonie agentki go nie puściły, a nawet zacisnęły się jeszcze bardziej. Właśnie teraz Wiliam miał umrzeć. Nie przez zawalenie kopalni. Nie przez wybuch ani awarię statku. Miał umrzeć przez Kobietę, która była zwyczajnie silniejsza. Zamknął oczy i w głowie ujrzał swojego wujka, który powtarzał mu niezliczoną ilość razy, żeby więcej jadł, bo jak urośnie to będzie słaby i żeby uważać na kobiety a w szczególności te ładne.
- Przepraszam - powiedział w przestrzeń i pogodził się ze swoim losem. Czekał i czekał, aż w końcu otworzył oczy i ku jego zdziwieniu nie czekał na niego wujek z "a nie mówiłem" tylko Delilah. Czyli jednak piekło. Westchnął i zawiedziony usiadł opierając się przy ścianie. Normalnie to pewnie by ponarzekał na system bezpieczeństwa statku, ale teraz nie miał na to siły. Prawię umarł a na dodatek przypomniał sobie jak kruchą istotą jest. dłuższą chwilę siedział przecierając twarz, spoglądając raz na agentkę, raz na drzwi. powoli uświadamiając sobie, że to właśnie jej zawdzięcza życia, ale też i chwilowy zawał. Naukowiec raczej by odskoczył, ale sam fakt pomyślenia o nim w takiej sytuacji był dość niezwykły.
- Dziękuję. - powiedział po czym zamilknął na kolejne parę sekund lub minut.
- Jak się pani widzi pójcie na mostek, żeby wymusić obejrzenie akcji ratunkowej? Wiem, że proponuję to już drugi raz, ale może po tym wszystkim nabrała pani ochoty na zobaczenie, jak Hannigan próbuje przeżyć na cudzym statku.
-
Delilah le Fey
Delilah nie wiedziała, co uratowało jej życie. Zwykłe szczęście? Program Ubermensch i wieloletnie, mordercze treningi, którym była poddawana od dziecka? A może pula genowa, darwinistyczna teoria selekcji naturalnej, w której słabe jednostki giną marną śmiercią a silne przekazują dalej swoje DNA? Jej ojciec, anonimowy dawca, który sprzedał Lasalle swoje nasienie mógł być wyczynowym sportowcem, może nawet olimpijczykiem. Drogim, wyselekcjonowanym materiałem genetycznym, który właśnie w stu procentach się zwrócił.
Z jednej chwili pancerne drzwi opadały, by ich zmiażdżyć, a w następnej sekundzie oboje znajdowali się już po bezpiecznej stronie korytarza. Zdała sobie sprawę, że wciąż kurczowo trzyma chłopaka za materiał jego kombinezonu. Powoli rozluźniła chwyt i cofnęła dłonie. Spojrzała na niego, a potem z jej gardła wyrwał się głośny śmiech, który poniósł się echem po statku. Przed chwilą omal nie zginęła a teraz nigdy nie czuła się bardziej żywa. Krew szumiała jej w uszach, piersi unosiły gwałtownie, serce biło głośno pompując w krwiobieg potężną dawkę surowej adrenaliny.
Przestała się śmiać dopiero, kiedy usłyszała, to jedno słowo.
Dziękuję.
William siedział oparty o ścianę i patrzył na nią a do niej w końcu to dotarło. Uratowała go. Nie tylko samą siebie, lecz drugiego człowieka. Cokolwiek ten dzieciak planował, skradając się za nią korytarzem straciło nagle znaczenie w zderzeniu z tym jednym słowem i wdzięcznością wypisaną w jego oczach. Próbowała wykrzesać z siebie chociaż odrobinę jadu, patrzeć na niego jak na uciążliwy wrzód, na bezwartościowego pionka na planszy.
Nic z tego.
Otarła wierzchem dłoni usta.
— Biorąc pod uwagę, że wymieniliśmy się przed chwilą naszymi drobnoustrojami, przeżyliśmy wspólną traumę i jesteśmy w podobnym wieku możesz mi chyba mówić po imieniu?
Zrobiła krok do przodu. Spojrzała na niego z góry, jak miała w zwyczaju patrzeć na ludzi. Tym razem nie było w tym ani pogardy ani lekceważenia.
— Wycieczka na mostek to dobry pomysł. Chętnie się dowiem, dlaczego pilot próbował nas zgilotynować. — Wyciągnęła do niego dłoń. — A ty Williamie Biscuit po drodze ładnie mi wytłumaczysz, dlaczego skradałeś się za mną i jakie to nikczemne intencje mi przypisujesz.
-
- Niepewność, to przez nią skradałem się za tobą. - powiedział Wiliam po czym chwycił jej dłoń i podniósł się z ziemi.
- Jak już mówiłem na początku. Chciałem dowiedzieć się co robisz nic więcej. W najgorszym przypadku zakładałem, że chcesz wypuścić rozbitka. Przez co wziąłem to. - Stojąc w przejściu z jednego pomieszczenia do drugiego Bill rozchylił kieszeń, w której znajdowała się gwoździarka.
- Na prawdę cieszę się, że nie musiałem ci nic zrobić. Pewnie brzmi to trochę zabawnie po całej tej akcji, ale wbrew pozorom z pistoletem w dłoni potrafię być zabójczy. - Chłopak cicho się roześmiał i ruszył dalej uświadamiając sobie, że to właśnie bezduszna agentka okazała mu największe zrozumienie. Cała załoga postrzegała kobietę jako stereotypowego korpo-szczura, którego nic nie obchodzi poza własnym celem. Sam Bill tak na nią patrzył, a teraz idzie obok niej jakby znali się od dawna. Wiliam uśmiechnął się sam do siebie przez absurd całej sytuacji i rzucił chwilę przed drzwiami mostka.
- Nie wyobrażasz sobie jak bardzo cieszy mnie twoja obecność na tym statku pełnym skąpców. -
Elias przestał się szarpać z ramieniem Joshuy i znieruchomiał. Przez chwilę naprawdę nie był pewien, czy coś usłyszał, czy to tylko jego własna czaszka postanowiła dorzucić kolejny objaw do coraz dłuższej listy. W słuchawkach mieszały się oddechy, trzaski komunikatora i syk palnika Sadzy, przez co każdy obcy dźwięk łatwo było uznać za artefakt dzwiękowy, echo albo zwykłe przesłyszenie.
– Cicho… – syknął, unosząc lekko dłoń.Przechylił głowę i spojrzał w stronę korytarza prowadzącego ku niższym pokładom. Przez moment nie wydarzyło się nic. Potem znów to wychwycił. Słabe, rozciągnięte, ledwie obecne pod szumem instalacji. Coś pomiędzy syczeniem a przeciągłym skowytem, zbyt nierównym, by pasowało do pracy pompy czy silnika. Zmarszczył brwi.
– Myślałem, że dzwoni mi w uszach po uderzeniu, ale to chyba nie to... – powiedział ciszej, ale dało się usłyszeć go na głónym kanale.Ping detektora ostatecznie rozwiał jego obawy. Elias zamarł na moment, a potem mocniej zacisnął palce na ramieniu Joshuy. Tym razem nie próbował nawet udawać, że robi to wyłącznie dla zachowania równowagi. Wpatrywał się w ciemność korytarza tak intensywnie, jakby mógł tymsamym wycisnąć więcej z gałek ocznych.
– Dobra. Czyli jednak nie zwariowałem.Syk palnika znów przeciął powietrze. Jasne światło odbiło się od ścian, a potem zgasło poza polem widzenia, pozostawiając ich ponownie w przytłumionym półmroku. Elias spojrzał na Sadzę pracującego przy kurtynie, potem na otwartą ładownię i wreszcie z powrotem w stronę sekcji napędowej. Perspektywa wyczekania pietnastu minut nagle zaczęła jawić mu się jako bardzo nieprzyjemna. Odwrócił głowę ku Adamowi.
– To chyba od strony maszynowni. Przynajmniej tak mi się wydaje.Przez chwilę milczał, nasłuchując ponownie. Niepokoiło go nie tylko to, że dźwięk był obcy. Bardziej to, że raz ginął całkowicie, a chwilę później wracał, jakby coś poruszało się poza zasięgiem światła i tylko od czasu do czasu pozwalało się usłyszeć.
– Co to może być Adam? Jakieś pomysły? Mówże... – zażądał. Może było trochę dziwne, że w obliczu zagrożenia pytał się akurat Androida, ale nie dbał teraz o swoją prywatną niechęć do elektrycznych. -
- 10 minut - oznajmił Sadza.
Jego głos przerwał na chwilę miarowe tykanie detektora, które oznaczało mające nadejść spotkanie. Hannigan uważał, że to muszą być rozbitkowie. To było najbardziej logiczne wytłumaczenie sygnałów pokonujących korytarze statku w ślad za nimi. Ale nie mógł wykluczyć również syntetyków W-Y, które będą oznaczać kłopoty. Bo jeśli doszło do starcia załóg, a wszystko na to wskazuje, że doszło, firma postara się zatrzeć wszelkie ślady po tym zdarzeniu. Tymczasem kurtyna przeciwpożarowa nieznośnie powoli, acz trzeba przyznać metodycznie, poddawała się cięciu.
- Pani Volkov, proszę zlokalizować następny, najbliższy właz dokujący. Nie przepinajcie się jeszcze, ale bądźcie gotowi. Ktoś idzie w naszym kierunku.
- Panie Gleeson, proszę aktywować ten panel sterujący. A jak się nie da, odłączyć blokadę i włączyć manualne sterowanie otwieraniem ładowni.
Wyprostował się ciężko, zaczynając odczuwać ciężar androida na plecach.
-
Delilah le Fey
Agentka popatrzyła na gwoździarkę. Chłopak wydawał się całkowicie szczery i jeśli grał jakąś rolę, nie wyczyła w nim nuty fałszu. Z definicji nie ufała ludziom, bo z definicji każdy miał ukryte intencje zwłaszcza Delilah le Fey tu jednak nie potrafiła się ich dopatrzyć. Wyglądało na to, że drugi pasażer rzeczywiście szuka cichego sojuszu. A może jeszcze czegoś więcej.
— Zdecydowanie nie chciałabym zostać przewiercona gwoździarką pneumatyczną — skomentowała jakby od niechcenia. — Ból potrafi być przyjemny, ale nawet ja mam swoje granice.
Kiedy usłyszała jego wyznanie, na moment skamieniała. Słyszała w życiu wiele komplementów, głównie fałszywych, ale nie znała człowieka, który cieszyłby się z towarzystwa przedstawicielki firmy. Równie dobrze mógł przyznać, że lubi wsadzać język w gniazdo skorpionów i brzmiało by to tak samo niedorzecznie. Szubrawcy pokroju Hanningaha traktowali ją jako przykrą konieczność, pijawkę w drogim garniturze i zdążyła się już do tego przywyczaić.
Natychmiast zdusiłe ciepło, które zaczęło się rozlewać się trucizna. Zastąpił je lód.
— Muszę cię lojalnie ostrzec William. — zaczęła patrząc mu w oczy. — Nie przywiązuj się do mnie zbyt mocno. Wszystko co słyszałeś o agentach korporacji to kłamstwa. Jesteśmy jeszcze gorsi. Mój interes jest prosty. Mam dotrzeć na Borodino w jednym kawałku i podpisać tam kontrakt. Twój interes to po prostu przeżyć tę podróż. Niestety, z jakiegoś powodu kapitan postanowił zaryzykować życie nas wszystkich. Więc przygotuj się. Kiedy dotrzemy na mostek, może zrobić się bardzo nieprzyjemnie.
Delilah odwróciła się w stronę dziobu. Ruszyli korytarzem obok siebie, oświetlani wyłącznie przez lampy awaryjne. Zatrzymali się przed pancernymi drzwiami prowadzącymi do sekcji dowodzenia. Wrota nie otworzyły się automatycznie. Dioda dostępu na panelu świeciła na czerwono. O’Callan musiał prewencyjnie zaryglować cały pokład. Nie miała zamiaru bawić się z nim w kotka i myszkę i tracić czasu na przepychanki słowne. Podniosła głowę w stronę sufitu.
— Opiekunie. Wyjaśnij pilotowi O'Collanowi moją rolę i wynikające z niej obowiązki. Potwierdź, że oficjalnie działam jako Niezależny Obserwator Wewnętrzny i prowadzę śledztwo w związku z rażącym działaniem na szkodę Kelland Mining. Zablokowanie mi dostępu do mostka kapitańskiego stanowi utrudnianie audytu.
-

Pod drzwiami mostka Kardashiana
Delilah le Fey wbiła spojrzenie w opancerzone drzwi mostka czekając na odpowiedź inteligentnego asystenta załogi, wodząc wzrokiem po rzędach naniesionych na gruby metal technicznych oznakowań.
- Realizacja wniosku niemożliwa - z głośników ukrytych w ścianach korytarza popłynął elektroniczny głos Opiekuna - Na mocy dyrektywy kapitana na czas trwania operacji z podwyższonym ryzykiem zagrożenia zdrowia i życia obowiązują zaostrzone procedury dostępu do funkcji inteligentnego wsparcia załogi. Pani wniosek zostanie zrealizowany po obniżeniu stopnia stanu zagrożenia.
Przedstawicielka Lasalle uniosła w wystudiowany sposób brwi, tym umiarkowanym gestem demonstrując światu swoją ogromną dezaprobatę dla decyzji AI. W myślach zaczęła układać odpowiedź merytoryczną wystarczająco daleko, aby ponownie spróbować przełamać opór Opiekuna, wówczas jednak głośniki radiowęzła trzasnęły w charakterystyczny sposób i popłynął z nich wyraźnie zdenerwowany głos Nadii Volkovej.
- Pani le Fey, nie jest pani upoważniona do wejścia w strefę zastrzeżoną - oznajmiła impertynenckim tonem kobieta, która od pierwszej chwili wspólnego pobytu na statku wydawała się Delilah wyjątkowo antypatyczną - Proszę się udać do swojej kabiny i pozostawać w niej do odwołania.
Korporacyjna negocjatorka słuchała poleceń z kamienną miną, ale jej uwaga skupiała się na dźwiękach tworzących tło dla słów Nadii Volkovej, płynące z osobnego systemu łączności i dobrze słyszalne ze względu na podwyższoną głośność komunikatora.
Rozbrzmiewające w tle ludzkie głosy wibrowały pełnym stresu niepokojem.
Gleeson, ile jeszcze? Panel!
Gdzie oni są?! Sadza, pośpiesz się, do kurwy nędzy!
I w tym momencie Delilah le Fey usłyszała coś jeszcze: przeciągły niski dźwięk, którego nie była w stanie w żaden sposób sklasyfikować, a który w pierwszej chwili uznała za kuriozalny przykład zakłóceń radiowego połączenia.
Tak, to było najbardziej racjonalne wyjaśnienie dla dźwięku, który wbrew zdrowemu rozsądkowi mógł się niektórym kojarzyć ze zwierzęcym sykiem płynącym z gardzieli stworzenia, które nie miało żadnego związku z gatunkiem ludzkim.
Głośniki trzasnęły krótko obwieszczając wyłączenie radiowęzła.
Cześć! Wygląda na to, że jesteś zainteresowany tą rozmową, ale nie masz jeszcze konta.
Masz dość przewijania tych samych postów za każdą wizytą? Po zarejestrowaniu konta zawsze wrócisz dokładnie do tego samego miejsca, w którym byłeś wcześniej, możesz wtedy również wybrać opcję otrzymywania powiadomień nowych odpowiedziach (e-mailem lub powiadomieniem push). Będziesz też mógł zapisywać zakładki i głosować na posty, aby okazać uznanie innym członkom społeczności.
Z Twoją pomocą tez post mógłby być nawet lepszy 💗
Zarejestruj się Zaloguj się