Noa
Pod wieżą było cicho i spokojnie. Wiatr poruszał trawą, zerwana linka przy antenie stukała o maszt w nierównym rytmie, a uchylone drzwi skrzypiały lekko przy każdym mocniejszym podmuchu. Nic więcej. A jednak głos był wyraźny.
— Ej, Cohen.
Nie z wieży. Nie zza pleców. Nie z żadnego miejsca, które dałoby się wskazać. Po prostu był. Znajomy. Niepokojąco znajomy. Noa stał nieruchomo, walcząc z odruchem odwrócenia głowy. Chwilę później usłyszał jeszcze coś. Nie słowa. Krótkie parsknięcie śmiechem. Takim, jakie pamięta się po latach bardziej niż twarz właściciela.
I wtedy wszystko ucichło. Jakby nic się nie wydarzyło. Wieża stała przed nim tak samo opuszczona jak wcześniej. Drzwi kołysały się na wietrze. Ognisko dogasało. Żadnego ruchu. Żadnych sylwetek. Daleko za sobą dostrzegł Corleya i Liorę. Zostali tam, gdzie kazał. Obserwowali, coś między sobą szeptali ale zbyt cicho by doszło to do uszu Cohena.
Jeżeli miał znaleźć odpowiedzi, były przed nim. Na górze. W strażnicy. Nie w głosach. Nie we wspomnieniach. W wieży.
Wół
Powrót był znacznie szybszy niż droga w dół. Dzieciaki szły jak we śnie, obolałe od kilku solidnych uderzeń Ivana, ale przytomne i przede wszystkim żywe. Im wyżej się wspinali, tym bardziej wracały znajome odgłosy Jaru. Szum generatorów. Odległe rozmowy. Stukanie narzędzi. Zwykłe dźwięki. Prawdziwe.
Na jednym z wyższych poziomów czekała już grupka ludzi. Najpierw rodzice. Potem sąsiedzi. Potem wszyscy ci, którzy jeszcze godzinę temu byli przekonani, że dzieciaki przepadły na dobre. Ktoś zaczął płakać. Ktoś inny ściskał syna tak mocno, że ten zaczął protestować. Hanka bez słowa oddała ostatniego z młodych pod opiekę rodziny.
— Idę do Agi. — rzuciła tylko.
Nie wyglądała najlepiej. Oczy miała czerwone, a głos nadal odrobinę drżał. Nie czekała na odpowiedź. Po prostu odeszła. Ivan również nie zamierzał świętować.
— Jak ktoś będzie chciał schodzić niżej, to niech najpierw przyjdzie po mnie. — mruknął. — A najlepiej niech nie schodzi. - po czym zniknął równie szybko, jak się pojawił. Dopiero wtedy Wół zorientował się, że nadal coś trzyma pod pachą. Segregator. Spojrzał na niego ze zdziwieniem.
— Oż kurde...
Jakim cudem taszczył go przez pół drogi? Nie pamiętał. I właśnie wtedy ktoś zwrócił na niego uwagę.
— Co tam masz, bohaterze?
Bran stał kilka kroków dalej. Wzrok miał wbity nie w Woła, ale w nadpalone kartki wystające spomiędzy okładek.
— Pokaż.
Fruwacz
Droga powrotna dłużyła się bardziej niż wcześniej. Może przez niewyspanie. Może przez myśli. Słońce powoli wspinało się nad skały, a Fruwacz szedł znajomym korytem wyschniętej rzeki, co jakiś czas odruchowo sprawdzając horyzont. Nic się nie zmieniło. Te same kamienie. Ten sam pył. Te same pustkowia. A jednak wszystko wydawało się trochę inne.
Przez większość życia problemy były proste. Znajdź jedzenie. Znajdź wodę. Znajdź bezpieczne miejsce do spania. Nie daj się zabić. Teraz nagle pojawili się ludzie, którzy rozmawiali o rzeczach sprzed wojny tak, jakby wydarzyły się wczoraj. Chór. D-14. Denver. Wielki Komandor. Bartho.
Słowa krążyły mu po głowie jak muchy nad padliną.
Westchnął ciężko.
— Oż ja pierdolę...
To było chyba najlepsze podsumowanie całej sytuacji. Przez chwilę zastanawiał się, jak opowie o tym reszcie.
Potem przypomniał sobie Woła. Przez kilka minut próbował wymyślić wersję, przy której wielkolud nie wybuchnie śmiechem. Nie wymyślił.
Potem przypomniał sobie Noa. Tutaj problem był odwrotny. Cohen prawdopodobnie uwierzy w każde słowo. Potem zacznie zadawać pytania. Dużo pytań. To było chyba jeszcze gorsze.
Pod wieczór dostrzegł znajome skały. Czuł na sobie wzrok strażników i widział odbijające się od szkieł lornetki świetlne zajączki. Jar był już niedaleko. A wraz z nim konieczność wytłumaczenia wszystkim, że pojechał spotkać się z ludźmi, których nikt nie rozumie, rozmawiał z człowiekiem, którego wszyscy się boją, a wrócił z informacją o miejscu oddalonym o setki kilometrów. I że to wszystko miało jakiś sens.
Przynajmniej miał nadzieję, że miało.