Przejdź do treści
  • Kategorie
  • Ostatnie
  • Tagi
  • Popularne
  • Świat
  • Użytkownicy
  • Grupy
  • Strona startowa
Skórki
  • Jasny
  • Brite
  • Cerulean
  • Cosmo
  • Flatly
  • Journal
  • Litera
  • Lumen
  • Lux
  • Materia
  • Minty
  • Morph
  • Pulse
  • Sandstone
  • Simplex
  • Sketchy
  • Spacelab
  • United
  • Yeti
  • Zephyr
  • Ciemny
  • Cyborg
  • Darkly
  • Quartz
  • Slate
  • Solar
  • Superhero
  • Vapor

  • Domyślna (Cyborg)
  • Brak skórki
Zwiń
Patronite
  1. Start
  2. Sesje inne
  3. Rozgrywka
  4. Serce tajgi [Zew Cthulhu]
Serce tajgi
GordianG
Gordian jako
Wielki Cthulhu
Mistrz Gry
KaworuK
Kaworu jako
Eleonora Croft (Anna White)
AgnesA
Agnes jako
Violet Shane
ElvisE
Elvis jako
Ren Watanabe
CyganC
Cygan jako
Walter Murdock (William Evans)
KetharianK
Ketharian jako
John Carter (Mike Dundee)

Serce tajgi [Zew Cthulhu]

Zaplanowany Przypięty Zablokowany Przeniesiony Rozgrywka
sercetajgi
116 Posty 7 Uczestników 2.6k Wyświetlenia 3 Obserwuje
  • Najpierw najstarsze
  • Najpierw najnowsze
  • Najwięcej głosów
Odpowiedz
  • Odpowiedz, zakładając nowy temat
Zaloguj się, aby odpowiedzieć
Ten temat został usunięty. Mogą go zobaczyć tylko użytkownicy upoważnieni do zarządzania tematami.
  • KaworuK Niedostępny
    KaworuK Niedostępny
    Kaworu jako Eleonora Croft (Anna White)
    napisał ostatnio edytowany przez Kaworu
    #93

    Eleonora zasiadła do stołu, bodaj jako jedyna (no dobrze, poza Renem) nie dziwiąca sią lokalnym zwyczajom.

    - Smacznego to po japońsku ikadakimasu – powiedziała, po czym zlożyła dłonie jak do modlitwy, powiedziała „ikadakimasu” i chwyciła pałeczki w dłonie.

    - Może zanim zaczniemy, parę słów o etykiecie japońskiej – zaczęła – nie podawajcie sobie rzeczy z pałeczek do pałeczek. W japonii robi się tak tylko podczas pogrzebu buddyjskiego i kojarzy się to ze śmiercią i z kościami zmarłych. Nie wbijajcie też pałeczek w ryż i zostawiajcie, to z kolej się kojarzy z ofiarami dla zmarłych, więc… też ze śmiercią. Jeśli chcecie odłożyć pałeczki, po prostu zostawcie je z boku miski – poradziła.

    Następnie zaczęła jeść – tu trochę rybki, tu trochę ryżu, dodatki, zupka, mniam mniam, wszystko przepyszne.

    ~*~

    Kontynuacja rozmowy przy obiedzie z Violet.

    - Oh, kochana, nie przejmuj się aż tak – poradziła jej Eleonora – kapitalizm jest wszechobecny, może z wyjątkiem ZSRR. Bardzo ciężko w nim nie partycypować i bardzo ciężko się od niego wyzwolić. Co więcej, nasze „oddolne’ decyzje mogą ocalić nasze sumienie, ale raczej nie zmienią całego systemu, bo to z nim jest problem. Zmiana musi zajść od góry – od polityków, biznesmenów, instytucji finansowych, nawet od systemu edukacyjnego. Ale wybory zwykłych ludzi nie mają na system kapitalistyczny najmniejszego wpływu. Dlatego nie przejmuj się zbytnio, niezależnie od tego, co teraz postanowimy albo nie, nie zbawimy bądź przeklniemy świata jako takiego.

    Gdy Eleonora usłyszała komentarz Bigby’ego o Samie i reszcie, przez chwilę wyglądała tak, jakby bardzo chciała coś powiedzieć, ale ostatecznie zdecydowała się kontynuować posiłek i przemilczeć jego wypowiedź – co najwyraźniej kosztowało ją sporo wysiłku.

    ~*~

    Eleonora czuła się w rezydencji pani antropolog jak u siebie. Sama znała dosyć dobrze antropologię, i choć znała tylko jeden język obcy (japoński) to w międzynarodowym towarzystwie była niczym ryba w wodzie. A gdy pojawiła się wizja rozmowy z pułkownikiem Kanzaburo Tanaką, pojawił się w jej głowie pewien plan.

    (Boże w Niebiosach, oby wyszło lepiej niż z tamtym japońskim wojskowym – pomodliła się w myślach, przechodząc do jego realizacji).

    - Panie szanowny – przemówiła po angielsku – pozwoli Pan, że posłuzę się angielskim, bo moja towarzyszka nie mówi po japońsku. Przybyliśmu tutaj z naszą grupą w poszukiwaniu pewnego konkretnego człowieka, który ma przebywać w tym mieście. Jest ono jednak duże, a moje poprzednie próby odnalezienia owej persony sprawiły, że… lokalni ludzie poczuli się urażeni i zareagowali emocjonalnie – była to dosyć pobieżna relacja, ale prawdziwa – Czy mógłby pan nam pomóc w znalezieniu tej osoby? Byłybyśmy bardzo wdzięczne, ale proszę się nie trudzić, jeśli to dla pana zbyt wielki wysiłek bądź problem, nie chcemy być namolne… - wyjaśniła.

    1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
    1
    • KetharianK Online
      KetharianK Online
      Ketharian jako John Carter (Mike Dundee)
      Obsługa Moderator Mecenas
      napisał ostatnio edytowany przez Ketharian
      #94

      Ulice Yokohamy


      Wspólny posiłek wprawił Johna w kompletną konsternację, kulturową obcością zarówno dań jak i metodami ich spożywania budząc ogromne zmieszanie prostolinijnego myśliwego. Chociaż nie powinien był wyjść w takich okolicznościach na prostaka większego niż czwórka pałkarzy, John z rozpaczą w oczach jął się przyglądać, co właściwie robią z tutejszym jedzeniem profesor Chance, Violet i Eleonora czy Walter, którzy nagle urośli w jego opinii do rangi prawdziwych znawców orientalnych zwyczajów.

      Egzotyczne przyprawy, nietypowa konsystencja składników i sposób przyrządzenia złożyły się na posiłek, względem którego Carter nie ważył się wydać kulinarnego osądu. To było coś innego, coś zupełnie nowego, co napełniło żołądek Alaskańczyka krzepiącym ciepłem, ale zdezorientowało zmysł smaku mężczyzny.

      Podróż nocnymi uliczkami Yokohamy do posiadłości francuskiej badaczki bynajmniej nie wyrwała myśliwego z stanu oszołomienia. Wrażenie obcości pogłębiało się w nim coraz bardziej, a wraz z nim złość na samego siebie za nie dość solidne skupienia na lekcjach japońskiego w trakcie morskiej podróży.

      Na domiar złego John zaczynał zauważać u siebie jeszcze jedno źródło irytacji, którego przyczyn nie potrafił zrozumieć, wywoływane niezmiennie za każdym razem widokiem miedzianowłosej Kalifornijki pogrążonej w żywych rozmowach z Walterem.

      Kolacja w rezydencji pani Beaumont okazała się wyzwaniem zupełnie innego rodzaju. Wśród gości było wielu białych ludzi władających angielskim, a jedzenie znacznie bardziej przypominało znajomą Johnowi kuchnię, ale osoby rozmówców stanowiły towarzystwo dalece przerastające Alaskańczyka wykształceniem i statusem społecznym. Goście pani Beaufort używali słów, których znaczenia John mógł się jedynie domyślać i poruszali tematy, o których nie miał on pojęcia.

      Czując się niczym bezbronne dziecię krążące pomiędzy obytymi ze światem dorosłymi, oddał inicjatywę w rozmowach Walterowi samemu sącząc w oszczędny sposób alkohol.

      Popieram postulat Gladina wzywający do zniszczenia 4-tej edycji WFRP!

      1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
      0
      • GordianG Niedostępny
        GordianG Niedostępny
        Gordian jako Wielki Cthulhu
        napisał ostatnio edytowany przez
        #95

        JOHN

        Goście nie wydawali się, mimo wszystko, zainteresowani dalszą konwersacją z nimi, bardziej zaabsorbowani sobą. Wobec braku udziału dwóch amerykańskich przybyszów w ich rozmowach pozostawali z boku, oglądając otoczenie. A było co podziwiać, na czele z dość wyjątkową kolekcją masek. Im dłużej patrzyli na kolekcję madame Beaumont, tym bardziej stawało się jasne, że nie była to przypadkowa zbieranina egzotycznych pamiątek. Każdy przedmiot zdawał się mieć własną historię. Wśród masek przedstawiających duchy, demony i ludzkie twarze znajdowały się również maski zwierząt, w których John rozpoznał, że są niezwykle realistyczne, choć nie są zdecydowanie trofeami myśliwskimi.
        Przed jedną z gablot zatrzymał się starszy mężczyzna o siwiejących włosach i szerokich barkach człowieka, który większość życia spędził na świeżym powietrzu, a nie w bibliotekach. W dłoni trzymał kieliszek koniaku, ale uwagę poświęcał wyłącznie drewnianej masce przedstawiającej coś, co na pierwszy rzut oka wyglądało jak pięść. Zdecydowanie nie pasowało to do całej reszty. Dopiero po bliższym przyjrzeniu można było dostrzec, że jest to coś w rodzaju prymitywnej maski ośmiornicy.
        Hmm, ciekawe... - mruknął bardziej do siebie, niż kogokolwiek innego. Odwrócił się od gabloty i spojrzał na stojącego niedaleko Johna. - Pan nie jest naukowcem, prawda? - mimo wszystko, w jego ustach niekoniecznie brzmiało to jak pytanie. - Nie wygląda pan też na wojskowego. Traper? Myśliwy? - zapytał z uśmiechem. - Jak pan myśli, co to może być? Widział pan kiedyś coś podobnego?

        Po jakimś czasie do pogrążonego w rozmowie Johna zbliżył się, wyrosły jak spod ziemi, Chance.
        Przepraszam, czy mogę panom przeszkodzić? - zabrał ze sobą Johna, nie czekając na odpowiedź.
        Nie podoba mi się to... - wybełkotał Chance przez zęby, gładząc się po zmierzwionej brodzie. - Pan Watanabe powinien być tu już dawno temu. Raczej się nie zgubił... A pan ma tu ze wszystkich największe doświadczenie, jeśli chodzi o tropienie. Niech pan weźmie ze sobą naszych... gości - tu wskazał na Reda i jego bandę - i poszuka pana Watanabe, dobrze? Ten chłopak wam pomoże - wskazał na młodego Japończyka w mundurze, którego widzieliście wcześniej przy pułkowniku, zapewne jego adiutanta. - Dość dobrze mówi po angielsku. Zna też okolice.

        WALTER

        Uwadze inżyniera nie ubiegło, że madame Beaumont coraz częściej pojawia się tam, gdzie akurat jest on, i niemal zawsze go zagaduje. Za każdym razem jednak zostawała przy nim zdecydowanie dłużej, niż nakazywałaby tego zwykła uprzejmość. W końcu, kiedy większość gości była zajęta rozmowami, a John wraz z "pałkarzami" i japońskim żołnierzem zbierali się do wyjścia, madame znów pojawiła się przy Walterze z kieliszkiem ciemnoczerwonego wina w dłoni.
        Ja powiem wam coś, monsieur Valteghr - zaczęła, zaciągając i bełkocąc lekko, przyglądając mu się roziskrzonymi oczami umieszczonymi głęboko nad czerwonymi niemal jak jej wino policzkami z lekkim rozbawieniem. - Pan jes sdesidowanie najbaghrziej interesująsim śłowiekiem na tim psijęsiu... - po chwili uniosła rękę. - Nie, nie, pghrosię nie mówiś teghraz "a professeur Stephenson? a monsieur Chance?" Nie, pghrosię pana, oni wsissi baghrzo siekawi. Ale są dokładni tasi jakich spoziewałabim się spotkaś na takim psijęsiu. A pan nie... - jej spojrzenie zatrzymało się na jego oczach, a cała reszta jej osoby przysunęła się do Waltera, stykając się z nim biodrem tak, że mógł poczuć zapach słodkiego wina wydobywający się z jej ust wraz z każdym, coraz szybszym oddechem.
        Podoba si panu moja koleksja masek? - zapytała, unosząc znów kieliszek wina do swoich ust i przechylając go lekko. - Armagnac. Pghrosto z fransuskich winnis. Tutaj takich nie ma... Ja go psiwiosła jeśsie psied chrisisem. Pghrawdziwy skarb - znów upiła łyk wina. - Dokghładni tak, jak pan... - zrobiła słodką minę niczym nastolatka, umieszczając swoją głowę na jego ramieniu. - Jeśli pan chse zobasić, to ja na góghrze mam o wiele więksią i ładniejsią koleksję, niś to tutaj... Chse pan pójś se mną na piętghro? - szepnęła wprost do jego ucha tak blisko, że Walter mógł niemalże poczuć jej wargi na swoich małżowinach.

        VIOLET I ELEONORA

        Tanaka wysłuchał Eleonory bez przerywania, cały czas opierając się o ścianę i obracając w dłoniach niewielką porcelanową czarkę po sake.
        Nakamura Kazuo... - powtórzył powoli. - Interesujące. I... niebezpieczne - uśmiechnął się lekko, niemalże konspiracyjnie. - Widzi pani...* - ciągnął, zbliżając się do niej powoli. - Japonia jest krajem uporządkowanym. Ludzie nie znikają tu bez śladu, a jeśli znikają, to na ogół jest ku temu powód. - stanął tuż przy Eleonorze i spuścił wzrok, mierząc ją od stóp do głów. - Otóż... - zaczął ponownie, delikatnie chwytając palcem jej dłoń. - Może i mógłbym panienkom pomóc. Mam pewne znajomości. Urzędnicy często robią się o wiele bardziej rozmowni, gdy wypytuje ich oficer armii Jego Cesarskiej Mości. - uśmiechnął się szeroko, puścił jej rękę i spojrzał nieco radośnie na Violet. - Ale, ale. Dziś wieczorem nie mam ochoty na rozmawianie o papierach. Madame Beaumont ugościła nas na przyjęciu, skorzystajmy więc z niego! Co by panienki powiedziały na mały spacer? - i nie czekając na odpowiedź, chwycił obie kobiety pod ramię i wyszedł z nimi do ogrodu.
        No dobrze, to tutaj możemy już porozmawiać bardziej otwarcie... - powiedział, kiedy znaleźli się w alejkach wzdłuż kwitnących drzew wiśniowych, stojąc pomiędzy kobietami i obejmując je wzdłuż bioder. - Piękny wieczór, prawda? Ciepły i bezchmurny, niemal wymarzone warunki na taką przechadzkę. A co się tyczy naszej umowy... zrobimy tak - rozejrzał się dookoła, upewniając się, że nikogo nie ma w pobliżu. - Chyba widziały panie kolekcję masek madame. Imponująca, prawda? Jednak w rzeczywistości jest o wiele... ciekawsza, niż wydawałoby się na pierwszy rzut oka. Znajduje się tam pewien... wyjątkowy eksponat. Z tego, co wiem, dopiero co został przez madame zamówiony. Zatem którakolwiek to jest maska, jest zdecydowanie tą najnowszą. Chciałbym się czegoś na jej temat dowiedzieć. Jeśli pomogą mi panienki zaspokoić moją ciekawość, zobaczę co da się zrobić w sprawie pańskich poszukiwań...

        1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
        ♥ 😱 😯
        1
        • KaworuK Niedostępny
          KaworuK Niedostępny
          Kaworu jako Eleonora Croft (Anna White)
          napisał ostatnio edytowany przez Kaworu
          #96

          Eleonora patrzyła na pana Tanakę i słuchała go w skupieniu. Czy było jednak możliwe, by ten człowiek był w stanie im pomóc? To by bardzo posunęło do przodu ich poszukiwania, i wreszcie dało Eleonorze jakiś sukces w misji, którą, obawiała się, tylko spowalniała swoją niekompetencją.

          Z bijącym sercem w piersi, mając u swych stóp Violet, Eleonora ruszyła za wojskowym do ogrodu.

          Wieczór był ciepły, a ogrody francuskiej antropolog piękne i okazałe. Miło było być w takim miejscu, miło było rozmawiać z japońskim wojskowym o celu ich misji i miło było się cieszyć na pomoc która miała nadejść.

          To jest… do momentu, aż eleonorze wyjaśniono, w jaką grę gra jej rozmówca...

          Eleonora wysłuchała pana Tanaki. Bardzo, bardzo ostrożnie.

          - Ah... - zaczęła - Więc mamy napaść na własność naszej gospodarzyni, tak? Tak pan to widzi, panie Tanaka? - spytała, rzucając pioruny z oczu - Czy gościnność nie jest japońską domeną?

          - To by było na tyle, uważam. Do widzenia panu - odwróciła się i odeszła na pięcie.

          Była wprost wściekła. Zostali zaproszeni na tak wystawne przyjęcie, wśród gości było tyle znakomitości i uczonych, a ten tutaj chciał, by one elonora i Violet, włamały się do jej sekretnych komnat i ukradły z nich cenny eksponat muzealny. Nosz! Co za tupet ma ten człowiek!

          Po pierwsze, to co proponował to poważne pogwałcenie zasad gość – gospodarz, ale także… gdyby zostały złapane – oh, z pewnością zostałyby złapane! – on, ten tchórz kompletny, miałby czyste łapki, a Violet i Eleonora problemy z prawem w jego miejsce.

          Boże, co za oślizgły wąż!

          Tak więc Eleonora wracała na przyjęcie, przechodząc przez ogród, coraz szybsza i coraz bardziej wściekła na tego człowieka i to, jakim okazał się być rodzajem osoby. Boże, za jakie grzechy? – pytała samą siebie, nieźle wkurzona.

          1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
          0
          • CyganC Niedostępny
            CyganC Niedostępny
            Cygan jako Walter Murdock (William Evans)
            napisał ostatnio edytowany przez
            #97

            Towarzystwo jakim otoczony był Walter niezbyt go pociągało. Takie wystawne bankiety były dobre dla niego tylko, że sprzed dziesięciu lat. Obecnie wolał udać się do baru w deszczowy wieczór i pogawędzić z barmanem lub kimś wiedzącym więcej niż on sam. Na jego nie szczęście musiał wystawić się na ten dyskomfort. W głowie dalej siedziały mu plany limuzyny dla towarzysza Yeticzenko, a skoro los dał mu szanse na znalezienie sponsora to grzechem było nie skorzystać. Zadanie byłoby znacznie prostsze z Renem przy sobie, ale ten musiał zniknąć w najważniejszym momencie. Przez taki obrót spraw Walter był skazany wyłącznie na swoją kompetencję w fachu i urok Violet, lecz żeby ich użyć najpierw trzeba znaleźć potencjalny cel.

            Szukanie go okazało się znacznie trudniejsze niż zakładał. Jedynymi osobami z jakimi dłużej porozmawiał była dwójka handlarzy, ale gdy inżynier tylko zaczął rozmowę o technologii i maszynach szybko dostrzegł w nich niechęć do dalszej konwersacji. Ich strata. pomyślał i ruszał na dalsze poszukiwania inwestora. W przerwach od przeszukiwania ludzi i smakowanie zagranicznych przekąsek, cały czas zaczepiała go madame Beaumont. Na początku były to zwykłe pogawędki czym się pan zajmuje? Jak podoba się panu przyjęcie? Czy przekąski smakują? Zwykła gościnność, ale z każdym podejściem madame zdawała się bardziej przymilająca i wręcz podekscytowana rozmową. Jedyne z czym Walter mógł to porównać to jak on patrzył i słuchał swojego mentora Borisa. Murdock zdążył się przyzwyczaić do tego zachowania. I wtedy kabelki w jego mózgu się połączyły, idealny inwestor właśnie opiera głowę na jego ramieniu. -Jak mógłbym odmówić. Powiem pani w sekrecie, że nie przepadam za takimi obszernymi bankietami. - po tych słowach wstał i wystawił dłoń, aby pomóc wstać swojej rozmówczyni. -Nie wiem nawet jak podziękować pani za tą propozycję. - dodał mając na myśli wyłącznie wdzięczność za spokojniejsze miejsce i możliwość ujrzenia tajnej kolekcji. Na nieszczęście madame Walter nie za dobrze czytał między wierszami.

            1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
            1
            • KetharianK Online
              KetharianK Online
              Ketharian jako John Carter (Mike Dundee)
              Obsługa Moderator Mecenas
              napisał(a) ostatnio edytowany przez
              #98

              Bankiet w stylu francuskim


              Jak dalece John nie czułby się wyobcowany na kolacji z udziałem tak dziwacznych gości, pomysł profesora, aby myśliwy udał się w towarzystwie grubiańskich Kalifornijczyków na poszukiwania Watanabe zdjął go jeszcze większym dreszczem.

              I ta nieprawdopodobna sugestia, jakoby doświadczenie w tropieniu zwierząt miało w jakimkolwiek stopniu ułatwić odnalezienie zaginionego Japończyka w morzu innych Japończyków w ich własnym kraju, w którym Carter niczego nie rozumiał.

              Profesor Chance po raz kolejny nie zawiódł demonstrując swoją przerażającą prostolinijność i naiwność.

              John zastanawiał się przez chwilę, czy aby nie wyperswadować pryncypałowi pomysłu, aby zabierać do towarzystwa na ulicach Yokohamy Reeda i jego kompanów - ale jakiś błysk w oku profesora sprawił, że myśliwy przyjął ten uciążliwy nadbagaż z niemym westchnieniem. Wiele pozwalało domniemywać, że Chance chciał wykorzystać dowolny pretekst, aby pod pozorem poszukiwań Watanabe uwolnić siebie i innych gości eleganckiego przyjęcia od kwartetu chamskich z natury pałkarzy.

              - Jak pan sobie życzy - powiedział Alaskańczyk skrywając swój dyskomfort pod maską zawodowej obojętności - Mam nadzieję, że szybko odnajdziemy Rena.

              Nie czekając na odpowiedź profesora John odwrócił się w stronę młodego Japończyka mającego posłużyć mu za przewodnika. Jego wzrok padł niejako przy okazji na kolekcję niezwykłych masek gospodyni i zatrzymał się na tej, która już wcześniej zwróciła jego uwagę - tej o osobliwej formie kojarzącej się z ośmiornicą.

              John nigdy nie wyłowił z wód Alaski ośmiornicy, w San Francisco zresztą też; ale mimo to przyglądając się masce odniósł wrażenie, że jej kształt budzi w jego podświadomości jakieś nieokreślone wspomnienie, pełne rozmytych kształtów i niepokojących dźwięków.

              Odrywając spojrzenie w drodze ku przewodnikowi zdusił w sobie irracjonalne przeświadczenie, że jego instynkt desperacko próbował mu o czymś przypomnieć.

              - Czeka nas mały spacer - powiedział półgłosem zatrzymując się obok obficie nadużywającego alkoholu Reeda - Polecenie profesora. Szef płaci, szef każe. Zbierz chłopaków, czeka nas nocny spacer, tylko bez wygłupów, podobno tutejsza policja jest bardzo nerwowa.

              Popieram postulat Gladina wzywający do zniszczenia 4-tej edycji WFRP!

              1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
              1
              • AgnesA Niedostępny
                AgnesA Niedostępny
                Agnes jako Violet Shane
                napisał(a) ostatnio edytowany przez
                #99

                Violet z zainteresowaniem przysłuchiwała się rozmowie prowadzonej przez Eleonorę z pułkownikiem, nie chcąc się wtrącać, by nie powiedzieć nic nieodpowiedniego. Najwidoczniej sprawienie sobie eleganckich kimon zaowocowało zainteresowaniem wśród płci przeciwnej. Poczuła się nieco niezręcznie, gdy mężczyzna wyprowadził je na zewnątrz, obejmując w pasie. Nie przywykła do takiej poufałości, a tym bardziej nie spodziewała się jej po Japończyku. Eleanora jednak zdawała się nie zwracać na to uwagi, pochłonięta rozmową o interesach.

                Zaskoczyło ją jak gwałtownie jej towarzyszka zareagowała na ofertę mężczyzny. Odsunęła się od niego gwałtownie, wykrzykując co o tym myśli i pospiesznie oddaliła się w stronę budynku, pozostawiając Violet sam na sam z pułkownikiem.

                -Niech Pan wybaczy - wskazała głową na oddalającą się koleżankę, delikatnie wyswobadzając się z obejmującej ją ręki pułkownika - Eleonora jest już chyba nieco zmęczona. Nie zdążyliśmy jeszcze wypocząć i stanąć pewnie na stałym lądzie po tej długiej podróży. Być może coś źle zrozumiała. Rozumiem, że chce Pan po prostu dowiedzieć się czegoś więcej na temat tego eksponatu? W tej pokaźnej kolekcji niewprawnemu oku może być trudno dostrzec najnowszy nabytek, może wie Pan cokolwiek, co mogłoby pomóc go rozpoznać?

                Zadanie nie wydawało się szczególnie trudne. Może nie licząc ewentualnej bariery językowej, w której przypadku pomoc Eleonory mogłaby być nieoceniona. Wystarczyło zagrać żywe zainteresowanie kolekcją, które pewnie pochlebi jej właścicielce. Violet zastanawiała się, czemu pułkownik nie chce przyznać się do swojego zainteresowania sztuką w tym towarzystwie. Może to nietaktowne w japońskiej kulturze? A może chodzi o podejrzenie popełnienia jakiegoś przestępstwa? Kradzieży? Przemytu? Violet zabłysły oczy na samą myśl o tym.

                1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                ♥
                1
                • GordianG Niedostępny
                  GordianG Niedostępny
                  Gordian jako Wielki Cthulhu
                  napisał(a) ostatnio edytowany przez
                  #100

                  ELEONORA I VIOLET

                  Pułkownik Tanaka przez dłuższą chwilę odprowadzał Eleonorę wzrokiem. Na jego twarzy nie pojawiło się ani oburzenie, ani urażona duma. Wręcz przeciwnie. Dopiero kiedy sylwetka dziewczyny zniknęła pomiędzy drzewami, zwrócił się do Violet i uśmiechnął się szeroko.
                  Panna White jest... kobietą o silnych zasadach i potężnym kręgosłupie moralnym - powiedział spokojnie, jakby od niechcenia. - A to cechy w dzisiejszych czasach coraz rzadsze, a przez to godne szacunku! Obawiam się jednak, że źle zrozumiała moje intencje... - odwrócił wzrok i pokierował Violet w stronę mostku nad strumykiem, który szumiał dźwięcznie przy akompaniamencie świerszczy.
                  Nigdy, absolutnie nigdy nie prosiłbym damy o kradzież - mówił do Violet, przyglądając jej się łagodnie przez całą drogę. - Madame Beaumont jest moją dobrą znajomą. Gdybym chciał otrzymać od niej jakiś eksponat, zwyczajnie bym o niego poprosił. Dzielimy pasję do etnologii, zwłaszcza do masek pochodzących z różnych kultur. A madame ostatnio weszła w posiadanie jednej. Bardzo starej, podobno pochodzącej z dalekiej północy. Nie wystawia jej publicznie ani nie wspomina o niej gościom. Na ścianie wisi tylko jej replika, a oryginał... jest gdzieś w willi. Kiedy raz zapytałem ją o tę maskę mimochodem, zręcznie wywinęła się z rozmowy i zmieniła temat... - uśmiechnął się lekko, zbliżając się nieco do Violet z wypiętą piersią. - To chyba po prostu... zawodowa ciekawość. W wojsku człowiek szybko uczy się, że im bardziej ktoś czegoś pilnuje, tym bardziej chce się dowiedzieć dlaczego... - przybliżył się do niej tak bardzo, że mogła poczuć jego wąsy na uchu, po czym szepnął: - Więc gdyby panienka była w stanie choćby dowiedzieć się co to dokładnie jest, byłbym bardzo wdzięczny. A jeżeli madame pozwoliłaby panience przynieść ją choćby na kilka minut... obiecuję obejrzeć ją z najwyższą ostrożnością i natychmiast oddać. Nikt, poza nami, nie musiałby nawet wiedzieć, że opuściła swoje miejsce.
                  Potem, jak gdyby nigdy nic, znów się uśmiechnął i dał znak do powrotu w kierunku willi. Wrócił jednocześnie do wcześniejszego tematu.
                  Co się zaś tyczy pana Nakamury... - odezwał się w końcu, nieco bardziej oficjalnym tonem - ...dotrzymam słowa. Jutro z samego rana wyślę zapytanie do ludzi, którzy mogą wiedzieć o nim więcej. Nie mogę obiecać sukcesu, ale mogę obiecać, że spróbuję. Niech panienka potraktuje to jako... wyraz mojej wdzięczności za dzisiejszą rozmowę. Niezależnie od tego, jaką decyzję panienka podejmie w sprawie maski.

                  WALTER

                  Madame Beaumont zaprowadziła Waltera na piętro. Schody wykonane były z ciemnego, wypolerowanego drewna, które skrzypiało cicho pod każdym krokiem. Im wyżej się wspinali, tym mniej było słychać rozmów gości, a coraz wyraźniej dochodziło jedynie tykanie stojącego gdzieś zegara oraz szum wiatru poruszającego gałęziami sosen za oknami. Gwar za ich plecami zaczynał stopniowo cichnąć.
                  Francuzka szła powoli, wyraźnie już rozluźniona alkoholem. Co kilka stopni musiała przytrzymać się poręczy, raz nawet zachwiała się lekko i odruchowo (a może celowo...) oparła dłoń na ramieniu Waltera z głośnym i wysokim "o!" zakończonym wybuchem śmiechu.
                  Och, wibaśsi pan... Chiba ten aghrmaniak okazał się mocniejsi, niź psipuśsiałam...
                  Na piętrze panował zupełnie inny nastrój, niż na dole. ługi korytarz oświetlały jedynie pojedyncze lampy ustawione na niewielkich stolikach. Ściany również pokrywały maski, ale było ich znacznie mniej. Sprawiały za to wrażenie starszych, bardziej niezwykłych. Niektóre wykonano z drewna tak ciemnego, że niemal czarnego, inne z kości, lakierowanego papieru lub metalu. Kilka przedstawiało zwierzęta, inne ludzkie twarze o przesadnie wydłużonych rysach. Jedna wyglądała wręcz tak, jakby wykonano ją z jednego kawałka poroża.
                  Tich nie poghkazuję gośsiom... - szepnęła madame z dumą, przybliżając się do Waltera. - Te na dole są ghrepghrezentasijne. A tutaj są moi ulubieńsi...
                  Zatrzymała się przed ostatnimi drzwiami, wyciągnęła klucz z kieszeni, nie mogąc trafić do zamka, co uznała za kolejny powód do wybuchu śmiechem. Potem jednak kolejna próba wyszła jej nadspodziewanie dobrze. Otworzyła drzwi i gestem zaprosiła Waltera do środka.
                  To pomieszczenie dość trudno było inżynierowi sklasyfikować. Pod jedną ścianą ciągnęły się regały pełne książek w kilku językach. Obok stało masywne biurko zawalone notatkami, mapami i szkicami. W rogu znajdowało się dość szerokie łóżko przykryte grubą, ciemnozieloną narzutą, a naprzeciwko niego kominek, w którym tlił się jeszcze ogień. Na komodzie stało kilka butelek francuskiego alkoholu i dwa kryształowe kieliszki, zupełnie jakby madame już wcześniej przygotowała to pomieszczenie specjalnie na taką okazję.
                  Madame wybełkotała coś po francusku, zanosząc się chichotem, po czym nalała alkoholu do kieliszków, z których jeden podała Walterowi.
                  Santé! - uniosła swój kryształ lekko i przechyliła go, wlewając jego zawartość do ust jednym, szybkim ruchem. Potem chwyciła Waltera za rękę i poprowadziła go do łóżka, na którym usiadła, ciągnąc go za sobą. Przysunęła się do niego i, ni stąd ni zowąd, zaczęła opowiadać mu o swoich wyprawach. Raz wspominała Syberię, innym razem Mongolię, później znów wracała do Japonii. Z każdym kolejnym zdaniem coraz mniej mówiąc jako poważna uczona, a coraz bardziej jako kobieta, która większość życia spędziła samotnie, nie mając komu opowiedzieć o swoim życiu. Wskazała na jedną z masek stojącą na półce, wysoko, tuż przy suficie nad drzwiami.
                  A to mój najwięksi skaghrb... - Walter mógłby przysiąc, że widział już podobną na dole. Wyraźnie wyróżniała się jednak na tle innych. Nie wiedział do końca dlaczego, ale ta maska z jakiegoś powodu wydawała mu się... żywa. Jej powierzchnia była ciemna, niemal grafitowa, a dolna część rozchodziła się w liczne, wijące się wypustki przypominające macki ośmiornicy. Drewno zdawało się nienaturalnie gładkie, jakby przez setki lat ktoś nieustannie je polerował. Oczy "ośmiornicy" zdawały się patrzeć prosto na niego, przeszywając go swoim głębokim spojrzeniem.
                  Mój najnowsi nabitek - pochwaliła się madame, kładąc mu dłoń na ramieniu, a na niej opierając swój podbródek. - Piękna, pghrawda? Nie wiem jeśsie skąd dokładnie pochodzi. Jedni mówią o Sachalinie, spsiedawca twieghrdził, zie z południowej Azji, a ktoś inni psisięgał, zie wiział podobną na Siberii.
                  Po chwili, płynnym choć powolnym ruchem osunęła się na łóżko i rozwiązała rzemyk podtrzymujący jej sukienkę u góry.
                  Ach, już dosiś na dzisiaj ghrozmów z timi wsiskimi naukowsami i finansjeghrami... Zmęsiłi mię one - jej palce przesunęły się po nieco rozpiętej sukni, coraz bardziej powiększając jej dekolt, zatrzymując się mniej więcej na linii sutków. - Teghraz mam ochotę pobiś tu tilko z panem... - wyszeptała i zdjęła but o jego nogę, po czym przesunęła stopę do jego krocza. - Zostanie pan ze mną?
                  (wykonaj rzut na spostrzegawczość)

                  JOHN

                  John ledwie skończył mówić, gdy cała czwórka spojrzała po sobie. Przez krótką chwilę panowała cisza. Biggy westchnął ciężko.
                  No dobra... - mruknął z wyraźnym zawodem. - A już myślałem, że profesor w końcu wywalił nas z tego cyrku.
                  Ciebie?
                  - prychnął Red. - Ciebie to by wywalili już przy drzwiach, jakbyś nie wlazł pierwszy.
                  -A ty byś wszedł tu z własnej woli?
                  -Ja przynajmniej umiem używać widelca...
                  -A tam, chuja umiesz.
                  -Te, zajebać ci?
                  -No to poka, jak taki zdolny jesteś!
                  -A gówno ci pokażę!
                  -Gówno i tak widzę, jak na ciebie patrzę...

                  Gdyby nie Franny, który pojawił się przy nich i stanął pomiędzy nimi, zapewne doszłoby tu do bójki.
                  Ja pierdolę, wy dwa debile nawet na pięć minut nie umiecie przestać i udawać normalnych ludzi... - westchnął.
                  No dobra już, dobra - mruknął Biggy. - To chodźta, idziemy szukać skośnookiego.
                  Szef płaci, to szef rozkazuje...
                  - westchnął Red, a Ticky tylko mu przytaknął. Całą czwórką poszli za Johnem w kierunku wyjścia z willi. Za moment dołączył do nich Japończyk wyznaczony na przewodnika.
                  Jeśli panowie są gotowi - powiedział nienagannym angielskim - to chodźmy. Im szybciej zaczniemy, tym większa szansa, że zastaniemy jeszcze otwarte urzędy albo ludzi, którzy mogli widzieć państwa przyjaciela.
                  (wykonaj rzut na tropienie, nawigację lub szczęście - wedle uznania)

                  1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                  ♥ 🆒
                  1
                  • KaworuK Niedostępny
                    KaworuK Niedostępny
                    Kaworu jako Eleonora Croft (Anna White)
                    napisał(a) ostatnio edytowany przez Kaworu
                    #101

                    Eleonora szła przed siebie, całkiem szybko, stawiając ciężkie, długie kroki – Jak on śmiał! Jak on mógł! – sapała do samej siebie pod nosem, wściekła jak rzadko kiedy. Była naprawdę wkurzona – zarówno za względu na poziom moralny pułkownika, jak i ze względu na to, jak chciał wykorzystać ją i Violet do swoich celów (a także dlatego, że wzgardził, bardzo wyraźnie, gospodarzynią przyjęcia).

                    Dopiero, gdy była już w domu pani antropolog, miała ciut szansy na ochłonięcie i przemyślenie swoich następnych ruchów.

                    Po pierwsze, z pewnym zaskoczeniem zauważyła, że Violet nie ma u jej boku. Zagryzła wargi. Violet była dorosła, ale… mimo życia w dużym mieście, była rodzajem small-town girl. Nie rozumiała wielkiego świata aż tak dobrze, a co gorsza, pułkownik był całkiem przystojny… co, jeśli zawróci młodej dziewczynie, zagubionej w obcym kraju, kompletnie w głowie?

                    Eh… nie było czasu ani sposobności, by się tym zająć.

                    Eleonora poszukiwała pani antropolog wzrokiem. Udając spokojną i nieco znudzoną, wędrowała po salach domostwa, szukając tej kobiety i jej charakterystycznego angielskiego. Niestety, nigdzie jej nie było. Z każdym kolejnym pomieszczeniem panika i desperacja w sercu Eleonory rosły. Boże, co począć?!

                    W końcu, gdy była pewna, że gospodarzyni nigdzie nie ma, podeszła do dwóch starszych mężczyzn rozmawiających po angielsku – Przepraszam? - zaczęła grzecznie – Szukam pani Beaumont. Mam do niej pewną sprawę… czy może panowie ja gdzieś widzieli?

                    1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                    1
                    • KetharianK Online
                      KetharianK Online
                      Ketharian jako John Carter (Mike Dundee)
                      Obsługa Moderator Mecenas
                      napisał(a) ostatnio edytowany przez
                      #102

                      text alternatywny


                      Nocne uliczki Yokohamy

                      Młody przewodnik posługiwał się nieskazitelnym angielskim, z wielką uprzejmością, ale zarazem powściągliwością wyprowadzając grupę obcokrajowców z posiadłości francuskiej uczonej. John żywił w duchu ogromne obawy w stosunku do grubiańskich Kalifornijczyków, gotowy pójść w zakład, że wszyscy czterej skorzystają z pierwszej lepszej okazji do zaczepek pod adresem młodego oficera. Chcąc temu zapobiec szepnął kilka słów prosto w ucho przywódcy pałkarzy, sugerując im trzymanie się o kilka kroków w tyle i wypatrywanie śladu miejscowych złodziei, którzy jakoby chętnie żerowali po zmroku na portfelach cudzoziemskich marynarzy.

                      Stając na wyłożonym kamiennymi płytkami chodniku myśliwy spojrzał ponad ramieniem na rozjaśnione światłem okna rezydencji, gdzie na eleganckich firankach tańczyły cienie bawiących na bankiecie gości. Jakakolwiek obca byłaby tego rodzaju uroczystość dla prostego mieszkańca Alaski, znienacka wydała się Carterowi znacznie lepszą alternatywą względem krążenia nocą po Yokohamie w poszukiwaniu jednego Japończyka zagubionego w morzu podobnych do niego jak kropla do kropli innych Japończyków.

                      Uderzyło go również inne uczucie, wciąż zaskakujące świeżością i budzące za każdym razem konsternację. Jego źródłem była panna Shane, obracająca się w wykwintnym towarzystwie wraz z ewidentnie wrażliwym na jej urok Walterem. John szczerze polubił małomównego inżyniera dostrzegając w nim bratnią duszę, a jednak w tej sympatii coraz ostrzej pobrzmiewała nuta dotąd Carterowi obca i budząca nieudawane zakłopotanie.

                      Była nią zazdrość, doskonale wyczuwalna w chwili, kiedy John uświadamiał sobie jak wiele byłby gotów dać, aby Chance wysłał na poszukiwania Rena właśnie Waltera, a nie jego.

                      Chcąc odwrócić swoje myśli od osoby miedzianowłosego dziewczęcia, Alaskańczyk odwrócił głowę w stronę idącego w pełnym służbistości milczeniu przewodnika.

                      - Jak sądzę, został pan poinformowany, kogo poszukujemy. Pan Watanabe miał do nas wrócić po zmierzchu i bardzo mnie martwi jego nieobecność. Czy to miasto jest niebezpieczne po zapadnięciu nocy? Czy często dochodzi tu do wypadków komunikacyjnych? I jest to nie nietakt, gdzie nauczył się pan tak dobrze mówić po angielsku?

                      Popieram postulat Gladina wzywający do zniszczenia 4-tej edycji WFRP!

                      1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                      1
                      • CyganC Niedostępny
                        CyganC Niedostępny
                        Cygan jako Walter Murdock (William Evans)
                        napisał(a) ostatnio edytowany przez
                        #103

                        Wystrój piętra można było określić jako tajemniczy z dużą dozą ekscentryczności. Korytarz prowadzący do drzwi przypominał wejście do grobowca lub jakieś starej świątyni. Sam dobór oświetlenia sprawiał, że Walter trochę się niepokoił, a do tego te wszystkie maski. Komentarz Madame wzbudził kolejny dreszcz na skórze inżyniera. Nawet odrobinę drgnął, ale szybko się wyprostował i spojrzał z nadzieją, że kobieta tego nie zauważyła. Kolejną dziwną rzeczą jaką zauważył była ogromna gracja, jaką wykazała się antropolożka przy drugiej próbie otwarcia drzwi. Przypadek. Wszedł do środka i zobaczył dość przytulne pomieszczenie. Gdyby Walter kiedyś dorobił się Wili to pewnie jego pracowania wyglądała tak samo. Biurko do pracy, rysunków i prowadzenia notatek. Mała stylowa biblioteczka i kominek dla klimatu, a także łóżko do odpoczynku. To pomieszczenie zrobiło na inżynierze takie wrażenie, że nawet nie spostrzegł się kiedy w jego ręce znalazł się kieliszek. Madame wypiła swój jednym ruchem, natomiast Walter odpuścił sobie.

                        Chwilę ciszy przerwała niespodziewana opowieść Beaumont o podróżach. Z początku brzmiało to trochę jak raport, ale z każdym zdaniem opowieść stawała się bardziej potoczna i mniej profesjonalna. Madame zaczęła dodawać więcej swoich odczuć i zmniejszać ilość suchych faktów. Przez te parę minut Walter dostrzegł w tej kobiecie samotność. Chciał coś powiedzieć, lecz kobieta skierowała jego uwagę na maskę tak niezwykłą, wydawałoby się, że wręcz żywą. Na chwilę jego oczy zamarły na przedmiocie, ale szybko madame przywróciła mu świadomość.
                        -Oczywiście. Zostanę z panią ale, Będę szczery to dzieję się za szybko. Powiedział po czym spojrzał na Madame z nadzieję, że to zrozumie.
                        -Chciałbym najpierw panią lepiej poznać, jest pani w końcu dość tajemniczą osobą. Zaczął mówić po chwili niezręcznej ciszy.
                        -Mam pytanie które nurtuję mnie od początku przyjęcia. Co panią tak pociąga w maskach? Muszę przyznać, że pani kolekcja jest dość pokaźna, a także bardzo jakościowa. Walter po tych słowach zrobił ruch w stronę tajemniczej maski. -Czy mogę dotknąć? zapytał stojąc przed oczami ośmiornicy.

                        1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                        0
                        • LubeszL Niedostępny
                          LubeszL Niedostępny
                          Lubesz
                          napisał(a) ostatnio edytowany przez
                          #104

                          Ren Watanabe

                          Odłączyłem się od grupy jakiś czas temu. Szedłem ulicami miasta rozglądając się, a do mojej głowy wracały wspomnienia. Choć w Yatohamie byłem mało razy, to jednak widarzenia które tutaj przeżyłem były nie do zapomnienia. Kroki moje odbijały się o betonowy bruk wtapiając się w tłum przechodniów. Wiedziałem gdzie idę, do urzędu, ciało automatycznie prowadziło mnie w tamtą stronę, choć mój umysł zalewały stare obrazy wydarzeń. Spotkanie z przyjaciółmi, wspólne wypady, głebokie rozmowy i przemyślenia, plany. Miało być tak pięknie, a jednak los rzucił nam inne plany. Mój wzrok utkwiony gdzieś w dal pogrążony w zamyśle, w rosterce i zadumie. Lekki smutek mnie naszedł, próbując sobie ułożyć jak do tego doszło.

                          Z moich zamyślań wyrwał mnie hałas przejeźdzającego samochodu, przed którym nagle się zatrzymałem. Choć umysł był gdzieś indziej, ciało pamiętało i czuwało, jak to miało w zwyczaju. Rozejrzałem się upewniając że nic nie jedzie i ruszyłem dalej. Ten momen spowodał powrót mnie do rzeczywistości. Przypominając mi dlaczego znów tu jestem i co mam zrobić. Znaleźć świadka Doktora. Teraz gdy się rozejrzałem zdałem sobie sprawę że poszedłem na około, być może podświadomie chciałem iść tedy aby sobie powspominać. Zaklnąłem pod nosem na siebie, po czym wybrałem jak najkrótrzą trasę do urzędu, wiedzęc że czas który mi dano minął.

                          Otworzyłem drzwi urzędu, skanując pomieszczenie. Odnalazłem wolne okienko, przy którym nikogo nie było, a jak widziałem nie było żadnej kolejki. Podszedłem do urzędnika.
                          -Witam Pana. Chciałbym się dowiedziedzieć jednej rzeczy. Poszukuję [Nie mogę znaleźć w natłoku wiadomości Imienia i nazwiska]

                          1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                          0
                          • GordianG Niedostępny
                            GordianG Niedostępny
                            Gordian jako Wielki Cthulhu
                            napisał(a) ostatnio edytowany przez
                            #105

                            REN

                            Ren wszedł do chłodnego wnętrza urzędu, odcinając się od dźwięku ulicy ciężkimi, drewnianymi drzwiami. W środku panował charakterystyczny dla administracji porządek: długie rzędy drewnianych ławek, wysokie lady oddzielające petentów od urzędników i ściany niemal całkowicie pokryte tablicami zapisanymi pionowymi rzędami znaków. Powietrze pachniało tuszem, papierem i wilgotnym drewnem. Gdzieś z głębi pomieszczenia dochodził jednostajny stukot pieczątek oraz ciche szuranie pędzelka po papierze. Urzędnik siedzący przy okienku podniósł znad niego wzrok dopiero wtedy, kiedy Ren się odezwał.
                            Oczywiście - odpowiedział automatycznie urzędnik, kiwając głową. Nie wyglądał na szczególnie zaskoczonego. Sięgnął po niewielką kartkę, zamoczył pędzelek w atramencie i starannym pismem zanotował nazwisko. Następnie odwrócił się do stojących za nim wysokich szaf wypełnionych setkami szuflad. Przez kilka minut w pomieszczeniu słychać było jedynie szelest kartotek. Ren obserwował, jak urzędnik przesuwa kolejne przegródki, wyciąga jedną kartkę, po czym ją odkłada i sięga po następną.
                            W końcu zatrzymał się. Wyciągnął jedną z kart i zaczął ją czytać. I wówczas jego twarz zastygła w bezruchu. Trwało to może ułamek sekundy, było jednak wyraźnie zauważalne. Jego oczy przesunęły się jeszcze raz powoli po dokumencie, a potem spojrzały na Rena.
                            Proszę wybaczyć... - powiedział cicho urzędnik, a strużka potu spłynęła wolno po jego czole - ...ale muszę to skonsultować z przełożonym.
                            Skłonił się lekko i zniknął za drzwiami prowadzącymi na zaplecze, zabierając ze sobą kartkę. Ren został sam. Minęła minuta, potem druga, a potem następne dziesięć. W poczekalni nadal panował taki sam spokój, który jednak teraz stał się złowrogą ciszą. Starsza kobieta cierpliwie czekała przy sąsiednim okienku, gdzie indziej jakiś mężczyzna podpisywał dokumenty. Wszystko wyglądało normalnie. Tylko dlaczego wszystko jest tak zwyczajne i rutynowe, kiedy Renowi serce zaczęło bić coraz mocniej? Minuty wlokły się niczym godziny. Zegar na ścianie tykał, a jego cosekundowy szelest był niemal równy z co trzecim uderzeniem serca Rena.
                            Po jakimś czasie drzwi wejściowe otworzyły się. Do środka weszło dwóch umundurowanych funkcjonariuszy. Niemal w tym samym momencie w drzwiach, w których wcześniej zniknął urzędnik, pojawił się starszy mężczyzna w garniturze, trzymając w ręku kartę meldunkową.
                            Panie Watanabe - zaczął, poprzedzając to ukłonem w kierunku Rena. - Czy byłby pan uprzejmy poświęcić nam jeszcze kilka minut? Myślę, że możemy pomóc sobie nawzajem... - powiedział spokojnie, a dwóch funkcjonariuszy po chwili stało już po obu stronach Rena.
                            Odprowadzili go do niewielkiego gabinetu znajdującego się na zapleczu urzędu. Było ono skromne, ale urządzone z pedantyczną wręcz dokładnością: drewniane biurko stało idealnie równolegle do ściany, na nim leżał jedynie kałamarz, pędzel, kilka teczek i niewielka flaga Cesarstwa Japonii, a za biurkiem na ścianie wisiały portrety cesarza Hirohito i generała Hideki Tojo. Za oknem widać było fragment ulicy i przechodzących ludzi, jednak szyby były matowe, przez co wszystko wyglądało jak za mgłą.
                            Proszę sobie usiąść, panie Watanabe - urzędnik wskazał Renowi fotel naprzeciwko biurka, a sam zajął miejsce przy nim. Po obu stronach Rena stanęli policjanci. Mężczyzna zaczął przeglądać kartę meldunkową, przez dłuższą chwilę nie odzywając się ani słowem, przedłużając tym samym złowrogą ciszę.
                            Nazywam się Hiroshi Saito. Kieruję tym wydziałem - skłonił lekko głowę, po czym wziął do ręki pędzelek i zaczął wypytywać Rena o jego dane osobowe. Słuchał, wszystko skrupulatnie notując. W końcu zaczął zadawać niemal maszynowo kolejne pytania i notując odpowiedzi Rena:
                            Dlaczego poszukuje pan pana Kazuo Nakamury?
                            Czy ma pan z nim umówione spotkanie?
                            Korespondował pan z nim?
                            Czy pan Nakamura wie, że go pan poszukuje?

                            W końcu, po sporządzeniu chyba czegoś w rodzaju protokołu z przesłuchania, spojrzał Renowi w oczy, odrywając wzrok od kartki, i powiedział z lekką nutką ironii w głosie:
                            To bardzo ciekawe, wie pan? Bo według naszych rejestrów pan Kazuo Nakamura od ponad roku nie mieszka pod żadnym z adresów, pod którymi był zameldowany. Oficjalnie wyprowadził się bez podawania nowego miejsca pobytu. Czy może mi pan powiedzieć skąd zna pan to nazwisko? - to ostatnie pytanie padło nieco ostrzej, niż poprzednie. Saito siedział przez chwilę nieruchomo, po czym nieznacznie się uśmiechnął. Wstał, podszedł do okna i spojrzał w nie, a po chwili zaczął mówić do Rena patrząc na niego podczas przechadzania się po całym gabinecie.
                            Panie Watanabe, proszę pozwolić udzielić sobie pewnej rady. Jest pan Japończykiem, prawda? Na to wskazuje pańskie nazwisko i akcent. Zna pan realia naszego kraju znacznie lepiej, niż pana amerykańscy towarzysze - na te słowa Renowi aż mocniej zabiło serce. Skąd ten człowiek wie skąd i z kim Ren przybył? Skąd wie, że są oni Amerykanami, choć Chance załatwił im fałszywe australijskie paszporty, do których Ren jako prawnik nie znalazł żadnych zastrzeżeń? - Dlatego proszę wyjaśnić im, że nazwisko pana Nakamury nigdy więcej nie powinno już padać publicznie. To nazwisko... sprowadza na pewnych ludzi niepotrzebne zainteresowanie. Oczywiście nie mogę zabronić państwu prowadzenia jakichkolwiek badań, Japonia jest państwem prawa. Mam jednak nadzieję, że nie będzie pan zmuszał mnie do ponownego spotkania z panem - Saito uśmiechnął się i dał znak funkcjonariuszom, by ci wyprowadzili Rena na zewnątrz.
                            Zegar wiszący na ścianie wskazywał na to, że cały pobyt Rena w urzędzie trwał nieco tylko ponad pół godziny. Jednak dla Rena była to niemal cała wieczność.
                            Kiedy policjanci wyprowadzili go na zewnątrz, jeden z nich jakby mimochodem wepchnął Renowi coś w rękę. Kiedy prawnik spojrzał na niego, funkcjonariusz mrugnął do niego okiem. W ręku Rena znajdowała się jakaś wizytówka mówiąca Klub Kurohane wraz z adresem w dzielnicy portowej Jokohamy.

                            ELEONORA I VIOLET

                            Dwaj starsi dżentelmeni przerwali rozmowę i spojrzeli na Eleonorę z pewnym zaskoczeniem.
                            Madame Beaumont? - powtórzył jeden z nich z brytyjskim akcentem. - Obawiam się, że przed chwilą opuściła salę.
                            Z jednym z pańskich towarzyszy!
                            - rzucił z lekkim uśmiechem drugi. - Z tym... lekko gburowatym, z przystrzyżonym wąsem - obaj wymienili krótkie spojrzenia i roześmiali się cicho.
                            W tej samej chwili przez salę przeszła Violet. Rozejrzała się uważnie po sali, aż w końcu złapała wzrokiem Eleonorę.

                            WALTER

                            Ręka madame już kierowała się do jej dekoltu, który najwyraźniej zamierzała rozszerzyć jeszcze bardziej. Wydawała się nieco zawiedziona brakiem okazania jej uwagi przez Waltera. Pociągnęła jednak kolejny łyk armagnaku ze swojego kieliszka, usiadłszy na łóżku, po czym odpowiedziała:
                            Maski... - wyszeptała cicho, poprawiając swoją sukienkę. - Dlaczego je zbieram? Bo każda z nich jest opowieścią o tym, kim człowiek chciałby zostać. Służyły one ludziom właściwie od zawsze, i służą do dzisiaj. Kapłan chce być bardziej mistyczny, wojownik bardziej przerażający, i to wszystko ma swoje odzwierciedlenie w maskach - wstała, odstawiła pusty kieliszek i wskazała dłonią gablotę stojącą parę kroków od łóżka. - A tamta... tamta jest moją ulubioną - powiedziała z uśmiechem, pokazując na maskę, na którą Walter zwrócił uwagę. - Pochodzi z Mandżurii. Zdobyłam ją zaledwie kilka dni temu od jakiegoś weterana. Twierdził, że jest przeklęta... - zaśmiała się cicho. - Handlarze zawsze dodają do swoich trofeów takie historie, wtedy mogą sprzedać je drożej. Ale od weteranów zawsze można kupić coś ciekawego. Często sprzedają bezcenne artefakty, które zdobyli na wojnie, za bezcen. Nie zdają sobie sprawy z ich wartości, a często są inwalidami bez środków do życia i chcą się tego jak najszybciej pozbyć - znów się zaśmiała. Szła przez pokój lekko się chwiejąc, przysiadając na biurku, na którym leżała zniszczona paczka po masce z mnóstwem kartek zapisanych pionowo azjatyckimi znakami. - Ale jeśli to tak pana interesuje, to proszę podejść i obejrzeć. Może pańskie inżynierskie oko wychwyci tu coś ciekawego...
                            możesz rzucić na spostrzegawczość i/lub okultyzm

                            JOHN

                            Młody Japończyk wysłuchał Johna uważnie, od czasu do czasu tylko przytakując.
                            Rozumiem. Jeśli pan Watanabe rzeczywiście wybrał się do urzędu meldunkowego, wiem o którym miejscu pan mówi. O tej porze urząd jest już, oczywiście, zamknięty, ale możemy zacząć właśnie tam. Być może ktoś chociaż coś widział. Chyba, że ma pan inny pomysł, w końcu pan tu dowodzi - powiedział dość poważnym tonem. - A jeśli chodzi o angielski, to urodziłem się w Londynie. Mój ojciec pracował tam przez jakiś czas. Był jednym z oficerów wysłanych na szkolenie do Wielkiej Brytanii. Zawsze mi powtarzał, że Japonia musi nauczyć się rozmawiać z zachodem.
                            Drużyna Johna opuściła posesję madame Beaumont, zostawiając za plecami ciepłe światło lampionów i gwar eleganckiego przyjęcia. Już po kilkudziesięciu metrach wszystko wydawało się zupełnie inne. Szerokie aleje dzielnicy cudzoziemskiej ustąpiły miejsca węższym uliczkom, gdzie drewniane domy stały niemal ściana w ścianę, a światło papierowych lamp odbijało się w mokrym bruku. Wieczorne powietrze było ciężkie od zapachu morza, ryb, gotowanego ryżu i dymu z węgla drzewnego.
                            Ku zaskoczeniu Johna, "pałkarze" przez pierwsze kilka minut zachowywali się zadziwiająco spokojnie. Aż za spokojnie. Biggy oglądał wystawy sklepików, jakby zastanawiał się ile mógłby zarobić na przemycie tych leżących na nich przedmiotów. Franny rozglądał się znacznie uważniej.
                            Ci policjanci jakby... bardziej prosto od naszych chodzili - mruknął, kiedy minęli patrol dwóch żandarmów.
                            Bo to Japonia, geniuszu - parsknął Red. - Tu nawet złodzieje mają swój kodeks honorowy. Nie to co u nas. Własną rodzinę by ojebali, kutasy złamane, nie mówiąc już o sąsiadach i kolegach...
                            Ticky zachichotał, choć najwidoczniej nie do końca zrozumiał żart. Młody Japończyk w końcu odezwał się do nich:
                            Prosiłbym szanownych panów o bycie nieco ciszej - na te słowa "pałkarze" spojrzeli się na niego z pewnym wyrazem zaskoczenia na twarzy. Może dlatego, że nie przywykli do tego, żeby jakiś gołowąs wydawał im polecenia, a może dlatego, że nie wiedzieli, że można się do nich zwracać tak uprzejmie.
                            No przecież kurwa jestem cicho! - Biggy rozłożył ręce.
                            To zapewne właśnie dlatego słyszałem pana z trzydziestu metrów... - odpowiedział spokojnie Japończyk.
                            Mówiłem ci... - parsknął Red, kiedy skończył rechotać.
                            Minęli grupkę małych dzieci, idących równymi dwoma rzędami, ubranych w miniaturowe mundury wojskowe i trzymających lampiony. Prowadziła ich jakaś kobieta, bez munduru, ale z miną wskazującą na wychowanie w wojskowym drylu. Dzieci recytowały jakiś wierszyk, którego nikt nie rozumiał. Młody Japończyk nie przetłumaczył im go, chyba aż tak dobrze po angielsku nie mówił, żeby tłumaczyć lirykę, powiedział jednak:
                            Jeszcze kilka lat temu czegoś takiego nie było... - westchnął. - Ale czasy się zmieniają. Teraz coraz częściej uczy się dzieci podobnych rzeczy...
                            A o czym to było?
                            - zapytał Red. Przewodnik znowu westchnął.
                            O cesarzu, o armii, o tym że dzieci muszą jak najszybciej dorosnąć, żeby służyć swojemu krajowi i budować japońskie imperium... - zasmucił się nieco. - Jeszcze niedawno słychać było wierszyki i piosenki o porach roku, o kwiatach kwitnącej wiśni albo o bohaterach dawnych legend. Teraz... coraz częściej wyglądają one właśnie tak - spojrzał na odchodzące w oddali dzieci. - W Japonii teraz wielu ludzi uważa, że "nadchodzą wielkie czasy". A wielkie czasy wymagają odpowiedniego wychowania... - nie powiedział już nic więcej. Przez dłuższą chwilę szli w milczeniu, bo nawet "pałkarze" chyba nie byli w stanie znaleźć odpowiednio głupiego żartu.
                            W końcu dotarli do szerokiego placu przed budynkiem urzędu meldunkowego. O tej porze był już zamknięty. W większości okien panowała ciemność, jedynie gdzieś na piętrze paliła się pojedyncza lampa, jakby ktoś kończył jeszcze pracę.
                            Jesteśmy na miejscu - powiedział przewodnik. - Zatem jakie plany teraz?
                            możesz rzucić na spostrzegawczość, jeśli chcesz szukać jakichś śladów, lub na cokolwiek co przyjdzie ci do głowy i będzie zgodne z twoim pomysłem na działanie

                            1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                            ♥
                            2
                            • AgnesA Niedostępny
                              AgnesA Niedostępny
                              Agnes jako Violet Shane
                              napisał(a) ostatnio edytowany przez Agnes
                              #106

                              Violet skierowała się do sali, żeby wyjaśnić Eleonorze ewidentne nieporozumienie, do którego doszło pomiędzy nią a pułkownikiem. W pierwszej chwili, gdy weszła do sali, nie mogła odnaleźć wzrokiem nikogo z ich ekspedycji. Wreszcie udało jej się pochwycić wzrok Eleonory rozmawiającej z dwoma roześmianymi mężczyznami. Przeprosiła ich grzecznie i odciągnęła towarzyszkę na bok.

                              -Czemu tak nagle odeszłaś i zostawiłaś mnie z nim samą? - szepnęła z lekką pretensją w głosie. - Wydaje mi się, że źle zrozumiałaś intencje pułkownika. Prosił tylko, żebyśmy dowiedziały się czegoś o tej nowej masce. Wystarczy znaleźć madame i z nią porozmawiać. Nie ma w tym nic złego. A pułkownik jest gotowy nam pomóc niezależnie od efektu, ale pewnie informacje o masce zmotywują go jeszcze bardziej. Pomożesz? Czy mam to zrobić sama? - spytała z determinacją. - Gdzie właściwie podziała się madame? I Walter? I John? - spytała już spokojniej, rozglądając się po sali.

                              @kaworu

                              1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                              1
                              • KaworuK Niedostępny
                                KaworuK Niedostępny
                                Kaworu jako Eleonora Croft (Anna White)
                                napisał(a) ostatnio edytowany przez Kaworu
                                #107

                                Eleonora nie wiedziała, czy lubi dwójkę dżentelmenów i ich chichot, nie wiedziała też do końca, co myśleć o rewelacjach Violet.

                                - Kochana – zaczęła – Możliwe, że doszło do nieporozumienia, może tak, może nie. Wybacz, myślałam, że opuścisz tego pana razem ze mną. Ja… - zastanowiła się, co chce powiedzieć – możemy porozmawiać z Madame i możemy zapytać o tą maskę, jeśli tylko informacje są tym, na czym zależy pułkownikowi. Nie rozumiem jednak, czemu wysługuje się dwiema obcymi damami, jeśli jego intencja są naprawdę czyste… - zmarszczyła brwi – Wybacz, może naprawdę zareagowałam zbyt emocjonalnie i może naprawdę nie ma tutaj żadnego niewłaściwego zachowania. Rozmowa nie jest czymś, czego powinniśmy się wstydzić lub bać. A co do Madame… udała się z naszym Walterem w… prywatne miejsce – nie wiedziała, jak ładnie wyjaśnić Violet zachowanie dwójki mężczyzn – moglibyśmy się do nich udać, o ile nie będziemy im… przeszkadzać? – starała się uśmiechnąć, ale wyszedł jej tylko jakiś krzywy grymas.

                                1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                2
                                • AgnesA Niedostępny
                                  AgnesA Niedostępny
                                  Agnes jako Violet Shane
                                  napisał(a) ostatnio edytowany przez
                                  #108

                                  -Oh, poszli oglądać prywatną kolekcję Madame? To doskonała okazja. Wystarczy, że do nich dołączymy i zadamy parę pytań. To którędy? - spytała, rozglądając się za wyjściem. @kaworu

                                  1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                  3
                                  • LubeszL Niedostępny
                                    LubeszL Niedostępny
                                    Lubesz
                                    napisał(a) ostatnio edytowany przez Lubesz
                                    #109

                                    Ren Watanabe

                                    Gdy urzędnikodszedł w stronę wysokich szaf, w których były dane meldunkowe, nerwowo, nawet bardziej przez niecierpliwość stukałem palcem o palec. Nie nawidziłem czekać, a konkretnie w takich okienkach. Dość mocno mi się kojarzył z okienkami w więzieniach do odwiedzin. Byłem raz w takim miejscu w czasie nauki. Wspomnienia nie należały do najlepszych. Osadzeni w pomarańczowych ubraniach, z nienawistnymi spojrzeniami, i wulgaryzmami na ustach. Szuranie szuflad wspomagało pogłebienia się w przeszłości, i oczami widziałem przez chwilę archiwum właśnie więzienia czy też akt do sądu. To wtedy przygotowywaliśmy się do obrony. Sprawa właściciela jednego z hoteli była skąplikowana, i makabryczna.

                                    Z mojego umysłu wytrącił mnie nagły bezruch urzędnika, przez co lekko się nachyliłem jakbym oczekiwał że od razu powie. Jednak tamten się zawachał, co mi od razu się nie spodobało. Moje czoło zmarszczyło się z lekkiego niezadowolenia.
                                    -Ale...- Powiedziałem ale mężczyzna znikł za drzwiami zabierając kurtkę.

                                    Zabrał kurtkę.... To dziwne, chyba że przełożony o tej porze już jest w domu i musi zadzwonić. To był miało lekki sens, raczej mało prawdopodobne by było gdyby dzwonił do kogoś innego.
                                    Zacząłem krązyć tu i tam czekając na rozwój sytuacji, nie wiedząc co robić. Spoglądałem na innych, próbując dostrzec coś co mogę zrobić, czy do kogo podejść kolejnego. Jednak nie musiałem nic zrobić, lecz to co było później było jeszcze bardziej niepokojące.

                                    Mundurowi weszli i otoczyli mnie, a ja stałem jak wyryty, nie robiłem szybkich ruchów. Obróciłem się co nowo przybytego, który miał kartę meldunkową tą którą urzędnik wcześniej wyjął.
                                    -Tak...oczywiście- Odparłem, a w głosię widać było już nauczoną urzędową mowę.

                                    Podążyłem za nimi do gabinetu, który niczym się nie wyróżniał od innych tego typu pokojach. Za poleceniem usiadłem na krześlę, przyglądając się poczynaniom Hiroshiego. Podałem mu swoje prawdziwe dane, gdyż tutaj nie było co ukrywać nic.

                                    Odpowiedziałem na konkretne pytania:

                                    • Nie nie byłem umuwiony
                                    • Nie pisałem z nim
                                    • Nie, nie wie że go poszukuję
                                    • Poszukuję gdyż ma cenne informację które mogą mi być potrzebne

                                    Gdzy mężczyzna wyznał że nasz poszukiwany ukrywa się dość mocno, aż zaniemówiłem, lecz nic nie dałem po sobie poznać. Słuchałem go z ciekawością, co mógł zauważyć. Gdy zadał mi kolejne pytanie odpowiedziałem iż mam z nim związaną sprawę, i szczegółów nie mogę wyjawić. Miało to na celu lekko nakierowanie iż jestem wysłany przez rząd zza granicy,a jednocześnie nie powiedziałem że nie. Pośrednia prawda która była niedopowiedzeniem. Mój wzrok podążął za nim gdy zaczął chodzić.
                                    Jego rada nie mniej jednak brzmiała jak groźba i ostrzeżenie, ale czy przed nim czy może przed kimś jeszcze. Choć po ostatnim zdaniu mam wrażenie że to on może sprawić kłopoty.

                                    Funkcjonariusze odprowadzili mnie do wyjścia, a moje oko zachaczyło zegar pobliski. Pół godziny.... cóż dobrze że nie areszt za szukanie osoby podejrzanej.
                                    Gdy wiatr zakuł mi w twarz, poczułem dotyk w ręcę. Spojrzałem na mężczyznę w mundurzę który był jednak całkiem całkiem. Nie wiedziałe przez chwilę dlaczego dotknał mojej ręki, lecz gdy poczułem w dłoni wizytówkę, to aż serce zabiło mi mocniej. Spojrzałem jeszcze raz na przystojniaka który póścił oczko, a jak uśmiechnąłem się delikatnie i lekko ukłoniłem prawie niezauważalnie.

                                    Stukając wizytówką, zastanawiałem się co robić, czy iść tam, czy wrócić do towarzyszy. Klub Raczej prosperuje w nocy, ale może akutat teraz nasz cel tam był, gdy nie jest tłoczno. Szybkim krokiem powędrowałem w stronę dzielnicy portowej. Nie słyszałem o tym klubie, więc musiałem go sam poszukać. Nie spodziewałem się aby było go ciężko znaleźć.

                                    1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                    💚
                                    1
                                    • CyganC Niedostępny
                                      CyganC Niedostępny
                                      Cygan jako Walter Murdock (William Evans)
                                      napisał(a) ostatnio edytowany przez
                                      #110

                                      Walter delikatnie otworzył gablotę i wyjął z niej idealnie wypolerowaną maskę ośmiornicy. Oglądanie zaczął od oczu. Patrzenia na nie a bardziej w nie, można było porównać tylko do jednego - oceanu nocą. Nim dłużej go obserwujesz, tym bardziej wydaje ci się, że to on obserwuje ciebie. Dokładnie takie samo wrażenie wywoływały oczy maski. - Panie Walterze. Czy wszystko w porządku? - zapytała Madame zaskoczona tak długą przerwą w poruszaniu się inżyniera. - Tak, tylko oczy tej maski wydają się jakby żywe. - odpowiedział ewidentnie skołowany tym jak dobrze wykonana może być maska.

                                      Po tym lekkim zaskoczeniu kontynuował oglądanie. Macki, zęby i przyssawki wykonane równie dobrze jak oczy. Jak można coś takiego stworzyć? Ta myśl przechodziła mu przez głowę podczas obracanie maski na drugą stronę. Z tyłu spodziewał się gładkiego miejsca na twarz i bez zaskoczenia to też ujrzał. Chwilę się przyglądał powierzchni jakby od niechcenia, gdy nagle zauważył małe symbole zapisane czymś czerwonym. Madame. - zwrócił uwagę kobiety i podszedł powoli do biurka. Proszę spojrzeć. Na odwrocie maski są jakieś azjatyckie symbole. - powiedział przekazując maskę do rąk Madame.

                                      Kiedy kobieta była zajęta symbolami, oczy Waltera powędrowały na biurko, na którym znajdowały się kartki z bardzo podobnymi symbolami, a może nawet i identycznymi. W gromadzie obcych znaków ujrzał mniejszą kartkę z treścią zapisaną w angielskim - "Decyzje najlepiej podejmować szybko. Masz czas do wieczora. Cena jest wysoka, ale przecież warto! T." Dość tajemnicza wiadomość. Pomyślał zaciekawiony inżynier, aczkolwiek nie zapytał o tą notatkę. Gdyby Madame chciała pomocy lub rady sama by o to poprosiła. Walter nie był chamem, żeby narzucać swoją pomoc.

                                      1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                      1
                                      • KetharianK Online
                                        KetharianK Online
                                        Ketharian jako John Carter (Mike Dundee)
                                        Obsługa Moderator Mecenas
                                        napisał(a) ostatnio edytowany przez
                                        #111

                                        Urząd meldunkowy w Yokohamie


                                        John Carter przyjrzał się uważnie jedynemu oknu budynku, w którym pełzała poświata słabego oświetlenia, po czym przeniósł spojrzenie na młodego Akitę Yashinoto.

                                        - Szczęście wydaje się nam sprzyjać - powiedział kiwając nieznacznie głową - Ktoś jeszcze nie wyszedł do domu. Z oczywistych powodów muszę zdać się na pana pomoc, panie Yashinoto. Czy zechce pan zwrócić na siebie uwagę tego zacnego urzędnika, który okazał się tak pracowitym człowiekiem?

                                        Popieram postulat Gladina wzywający do zniszczenia 4-tej edycji WFRP!

                                        1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                        0
                                        • GordianG Niedostępny
                                          GordianG Niedostępny
                                          Gordian jako Wielki Cthulhu
                                          napisał(a) ostatnio edytowany przez Gordian
                                          #112

                                          WALTER, VIOLET I ELEONORA

                                          Madame Beaumont ostrożnie wzięła maskę z rąk Waltera i przyjrzała się czerwonym znakom znajdującym się na jej wewnętrznej stronie.
                                          Hmm... - zmarszczyła lekko brwi. - Nie przypominam sobie, żeby handlarz wspominał o czymś takim...
                                          Nie zdążyła jednak wyjaśnić, czego handlarz jej nie wyjaśnił, bo w tej chwili zahaczyła udem o krawędź biurka, a jej ręka z kieliszkiem pełnym armagnaku przechyliła się. Bursztynowy płyn rozlał się szeroką smugą prosto na spodnie inżyniera.
                                          Mon Dieu! - wykrzyknęła Beaumont. - Panie Walterze, strasznie pana przepraszam... - choć jej twarz na to nieszczególnie wskazywała, bo zaniosła się chichotem. - Proszę się nie ruszać, coś na to zaradzę...
                                          Nie czekając na odpowiedź, odłożyła pusty kieliszek i niemal odruchowo uklękła przed nim. Wzięła niewielką, haftowaną chusteczkę, którą trzymała w małej kieszeni jej sukienki, i zaczęła energicznie osuszać nią plamę na nogawce spodni, mrucząc pod nosem kolejne melodyjne francuskie zwroty, zabarwione dodatkowo mrukliwym głosem osoby pod wpływem alkoholu.
                                          I w tej właśnie chwili rozległo się ciche pukanie do drzwi. Madame najwidoczniej go nie usłyszała, bo nie zareagowała. Podobnie Walter, stojący tyłem do drzwi. Wobec braku odpowiedzi, Violet i Eleonora uchyliły je lekko i weszły do pomieszczenia.
                                          Zastały w nim Waltera, stojącego tyłem do nich, oraz klęczącą przed nim madame, która wykonywała energiczne ruchy ręką w okolicy krocza inżyniera, do tego mamroczącą pod nosem coś po francusku. Madame dopiero po chwili zdała sobie sprawę z nowych gości. Trudno było powiedzieć, czy zdaje sobie sprawę z tego jak ta scena musi wyglądać z perspektywy osób, które dopiero weszły do pomieszczenia...
                                          Czy panienki czegoś potrzebują? - spytała, zerkając na nie swoim figlarnym wzrokiem, nie przerywając pracy nad spodniami Waltera, który dopiero w tej chwili zorientował się, że ktoś wszedł do pokoju.

                                          REN

                                          Opuszczając urząd, Ren spojrzał jeszcze raz na kawałek kartki spoczywający w jego dłoni. Klub Kurohane. Nazwy tej nie kojarzył. Nie było też żadnych innych informacji, poza adresem tego miejsca. Musiał wrócić do dzielnicy portowej.
                                          Im bardziej Ren się do niej zbliżał, tym bardziej zmieniało się otoczenie. Szerokie ulice ustępowały miejsca gęstszej zabudowie magazynów, składów i warsztatów. W powietrzu unosił się zapach smoły, soli, ryb oraz mokrych lin okrętowych. Co chwilę mijał marynarzy schodzących ze statków pod obcymi banderami, robotników pchających ciężkie wózki z towarem i riksze przeciskające się pomiędzy pieszymi. Nieco dalej port przechodził jednak w zupełnie inną dzielnicę.
                                          Zamiast magazynów pojawiły się niewielkie restauracje, herbaciarnie i lokale z kolorowymi szyldami. Nad ulicami wisiały lampiony, mimo że słońce wciąż znajdowało się wysoko. Z wnętrza jednego z budynków dobiegały dźwięki saksofonu i fortepianu. Kilka kobiet w zachodnich sukniach śmiało się przy wejściu, podczas gdy elegancko ubrani mężczyźni prowadzili ożywione rozmowy po japońsku, angielsku i chińsku. Adres się zgadzał. Na ciemnym, lakierowanym szyldzie Ren spostrzegł napis Klub Kurohane.
                                          Budynek wyglądał na dość elegancki lokal. Przy wejściu portier w skrojonym garniturze kłaniał się lekko każdemu, kto wchodził do środka. Tam zaś panował półmrok. Powietrze było ciężkie od zapachu tytoniu, perfum i świeżo mielonej kawy. Gdzieś z głębi sali cicho sączył się jazz, choć w tym momencie scena była pusta, a muzyka dobiegała z gramofonu. Większość stolików była zajęta, choć lokal nie sprawiał wrażenia zatłoczonego. Kilku marynarzy grało w karty, dwóch europejskich kupców prowadziło cichą rozmowę nad filiżankami kawy, a w głębi sali trzech starszych Japończyków rozgrywało partię go z takim skupieniem, jakby od wyniku zależało ich życie.
                                          Po lewej stronie znajdował się długi bar z rzędami zachodnich alkoholi ustawionych na półkach. Za nim pracował barman o kamiennej twarzy. Po prawej stronie kilka szerokich schodów prowadziło na antresolę z balkonem. Tam ustawiono ciężkie drewniane drzwi z matowymi szybami. Co jakiś czas znikał za nimi któryś z gości, aby po chwili wrócić. Ren zauważył również jeszcze jedne drzwi. Niepozorne, niemal ukryte za ozdobnym parawanem przedstawiającym stado kruków unoszących się nad górskim krajobrazem. Od czasu do czasu któryś z kelnerów przechodził przez nie z tacą, lecz żaden z gości nawet nie próbował się tam kierować.
                                          Nikt zdawał się nie zwracać na Rena najmniejszej uwagi. Tak się przynajmniej wydawało...

                                          JOHN

                                          Oczywiście! - Japończyk skinął głową i podszedł do ciężkich drzwi urzędu. Kilkakrotnie zastukał drewnianą kołatką zawieszoną obok wejścia. Przez dłuższą chwilę nie działo się nic. Dopiero po kilkudziesięciu sekundach za mlecznym szkłem zamajaczyła sylwetka człowieka z lampą oliwną i rozległ się zgrzyt rozszerzających się drzwi.
                                          W szczelinie pojawiła się twarz starszego mężczyzny w okrągłych okularach. Spojrzał na młodzieńca, potem na resztę. Rozmawiali chwilę po japońsku, czego John i "pałkarze" nie byli w stanie do końca zrozumieć. Ton pozostawał spokojny, choć po kilku zdaniach starzec wyraźnie spoważniał. Rozmowa trwała może ze dwie minuty. W końcu urzędnik westchnął, kiwnął głową z krótkim sayonara i zamknął drzwi. Przewodnik odwrócił się do Johna.
                                          Powiedział, że wspomniany człowiek był tu dzisiaj w południe. Rozmawiał z kierownikiem wydziału i wyszedł w towarzystwie dwóch policjantów... - powiedział spokojnie Japończyk. - Chce pan iść na policję, panie Carter? Czy ma pan inny plan?

                                          1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                          1

                                          Cześć! Wygląda na to, że jesteś zainteresowany tą rozmową, ale nie masz jeszcze konta.

                                          Masz dość przewijania tych samych postów za każdą wizytą? Po zarejestrowaniu konta zawsze wrócisz dokładnie do tego samego miejsca, w którym byłeś wcześniej, możesz wtedy również wybrać opcję otrzymywania powiadomień nowych odpowiedziach (e-mailem lub powiadomieniem push). Będziesz też mógł zapisywać zakładki i głosować na posty, aby okazać uznanie innym członkom społeczności.

                                          Z Twoją pomocą tez post mógłby być nawet lepszy 💗

                                          Zarejestruj się Zaloguj się
                                          Odpowiedz
                                          • Odpowiedz, zakładając nowy temat
                                          Zaloguj się, aby odpowiedzieć
                                          • Najpierw najstarsze
                                          • Najpierw najnowsze
                                          • Najwięcej głosów


                                          • Zaloguj się

                                          • Nie masz konta? Zarejestruj się

                                          • Aby wyszukiwać zaloguj się lub zarejestruj.
                                          Powered by NodeBB Contributors
                                          • Pierwszy post
                                            Ostatni post
                                          0
                                          • Kategorie
                                          • Ostatnie
                                          • Tagi
                                          • Popularne
                                          • Świat
                                          • Użytkownicy
                                          • Grupy
                                          • Strona startowa