Serce tajgi [Zew Cthulhu]
-
Widząc, a raczej nie widząc osoby która by rzuciła mi się w oczy. Wewnętrznie westchnąłem. Podskórnie czułem że drzwi które nie mają ruchu kryją w sobie tajemnicę. Tylko nie wiedziałem czy moją, czy nie. Ale wizdziałem jak kelnerzy chodzili tam i z powrotem jakby tam była prywatna sala. Nie czekając dłużej, poprawiłem już i tak dobrze wyglądający garnitur, poszedłem w tamtą stronę z zamieram przejścia przez drzwi. Miałem pewność siebie taką aby jak kto nie mnie spojrzy miał uczucie że wiem co robię i po co tu jestem
-
ELEONORA, VIOLET I WALTER
Madame wstała, chwiejąc się i potykając o własne nogi, ale w końcu doprowadziła się do pionu. Przez cały czas kiwała głową, choć trudno było stwierdzić, czy uważnie śledzi jego argumentację, czy to po prostu jej sposób na podtrzymanie równowagi.
Japonistka, antropolożka... - mamrotała bełkotliwie - ...jakieś to nagromadzenie trudnych słów jak na jeden wieczór... - zachichotała i machnęła dłonią. - No dobrze, niech wejdą.
Kiedy Violet i Eleonora ponownie weszły do pokoju, madame siedziała na skraju biurka. Obok niej stał cały zaczerwieniony jak dojrzałe jabłko Walter, a maska spoczywała luźno na blacie, odwrócona wewnętrzną stroną ku górze. Madame trzymała w dłoni kolejny kieliszek armaniaku, choć znaczna jego część zdążyła już rozlać się na jej palce.
Panienki wejdą, bez obaw. Pan Walter jest już suchy. W przeciwieństwie do mnie... - zaniosła się gwałtownym śmiechem. - A maska jest tutaj. Ponoć panienki bardzo interesuje...
Maska z bliska wyglądała jeszcze bardziej osobliwie. Jej zewnętrzna strona przedstawiała zdeformowaną twarz, której dolna część przechodziła w krótkie, grube wypustki przypominające ramiona ośmiornicy. Ciemne drewno było miejscami popękane, wytarte i przebarwione. Na wewnętrznej stronie znajdowały się znaki naniesione ciemnoczerwonym barwnikiem. Tworzyły trzy pionowe rzędy zapisane od góry ku dołowi.
Eleonora potrzebowała dłuższej chwili, aby w ogóle zacząć je rozpoznawać. Nie był to zapis używany we współczesnym języku japońskim. Kształty znaków były archaiczne, a niektóre z nich różniły się znacznie od ich obecnych form. Pismo przypominało dawne teksty sino-japońskie, z którymi Eleonora zetknęła się podczas studiowania najstarszych kronik, inskrypcji religijnych oraz reprodukcji średniowiecznych rękopisów. Niektóre znaki znała także z opisów dawnych widowisk i zachowanych tekstów związanych z teatrem nō. W tego rodzaju zapisach znaki chińskie mogły być stosowane zarówno ze względu na swoje znaczenie, jak i brzmienie. Ich sens zależał więc często od tego, czy odczytywano je osobno, czy łączono z sąsiednimi.
Pierwszy rząd zawierał dwa znaki. Odczytane osobno nie dawały żadnego, jednoznacznego znaczenia. Razem tworzyły jednak stare wyrażenie, które można było przetłumaczyć jako "stawać się" lub "przybierać postać".
Drugi rząd składał się z siedmiu znaków. Cztery pierwsze można było odczytać jako "z powodu braku" lub podobnie. Pozostałe trzy były już nieco bardziej problematyczne. Odczytane wszystkie razem tworzyły słowo "możliwość". Jeśli przyjąć taką interpretację, cały drugi rząd oznaczałby wówczas "z powodu braku możliwości". Problem polegał jednak na tym, że nie był to jedyny możliwy sposób odczytania tego tekstu. Jeśli inaczej podzielić znaki, dwa pierwsze z ostatniej trójki mogły równie dobrze oznaczać "umiejętność" lub "zdolność". Wówczas ostatni znak pozostawałby osobno. Eleonora rozpoznała w nim archaiczny znak, który w dawnych tekstach używany był do oznaczenia samego teatru nō. Jednak równie dobrze mogła to być gra słów, ponieważ sama ta nazwa znaczy właśnie "umiejętność". Była to więc kwestia otwarta do interpretacji. Tym bardziej, że wobec braku wyraźnych odstępów czy znaków pomocniczych Eleonora nie potrafiła jednoznacznie ustalić jednej, niepozostawiającej wątpliwości wersji.
Trzeci rząd zawierał pięć znaków. Każdy z nich można było odczytać oddzielnie. Kolejno oznaczały:- maskę teatralną lub rekwizyt (generalnie tym znakiem oznaczano wszelkie rekwizyty w teatrze nō traktowane jako całość)
- "założyć" lub "nałożyć"
- "ofiara" lub "danina", czy właściwie jakakolwiek forma podatku, haraczu czy rzeczy o podobnym znaczeniu
- "krew"
- "marzenie" lub "sen", ewentualnie wszystkie słowa o podobnym znaczeniu.
Na tym kończyły się rzeczy, których Eleonora mogła być pewna. Sam zapis nie wskazywał w jaki sposób poszczególne rzędy należało ze sobą połączyć ani jak stworzyć z nich jeden spójny tekst, ani nawet czy one jakąkolwiek spójną całość tworzyły.
JOHN
Yashinoto skinął głową i poprowadził Johna i towarzyszących mu mężczyzn w stronę najbliższego komisariatu. Budynek znajdował się zaledwie kilka ulic dalej, przy ruchliwej drodze prowadzącej ku dzielnicy portowej. Był niewielki, parterowy, z białymi ścianami przeciętymi ciemnymi drewnianymi belkami i wywieszoną nad wejściem flagą Japonii tabliczką z pionowymi, czarnymi znakami. Przed drzwiami stały dwa rowery, a nieco dalej przywiązany do słupa policyjny koń leniwie odganiał ogonem muchy.
Wnętrze komisariatu było ciasne i duszne. Za drewnianą ladą siedział policjant w granatowym mundurze, zapisujący coś w grubej księdze. Na ścianach wisiały urzędowe obwieszczenia, portret cesarza oraz mapa okolic portu, na której oznaczono coś kolorowymi szpilkami.
Yashinoto podszedł do lady i rozpoczął rozmowę po japońsku. John uchwycił jedynie nazwisko Watanabe. Dyżurny uniósł wzrok znad księgi, spojrzał na cudzoziemców i, choć na początku zdawał się być im niechętny, w miarę kolejnych wyjaśnień przewodnika wyraz jego twarzy i ton głosu się zmieniał, przechodząc ze znudzenia przez zaskoczenie w zrozumienie.
Pyta, kim pan jest dla pana Watanabe - Yashinoto w końcu zwrócił się do Johna, tłumacząc słowa policjanta. - I dlaczego pan go szuka.
Po odpowiedzi Johna funkcjonariusz przez chwilę milczał. Następnie poprosił, aby pokazano mu dokumenty podróżne. Obejrzał je uważnie, szczególnie długo zatrzymując wzrok na australijskich paszportach, a potem zapytał o cel ich pobytu w Japonii. Na odpowiedź Johna zwrócił tylko oczy ku górze i parsknął tak, jakby od razu rozpoznał w tym blef. Zaczął coś mówić szybko po japońsku. Traper nie rozumiał ani słowa, ale nawet jemu nie umknęło wypowiedziane przez funkcjonariusza Kazuo Nakamura.
Mówi, że spotkał się z panem Watanabe w urzędzie meldunkowym. Pan Watanabe szukał tam kogoś o nazwisku Kazuo Nakamura. Czy mówi to panu coś? - zwrócił się do Johna jego przewodnik. Alaskańczyk stał tam jak wryty, ale w końcu kiwnął głową, zapewne w nadziei, że być może uda mu się dowiedzieć czegoś nie tylko o Renie, ale może i o prawdziwym celu ich przybycia do kraju kwitnącej wiśni.
Po chwili policjant się uspokoił. Wziął głęboki oddech, wyjął z kieszeni paczkę papierosów, zapalił jednego, po czym zaoferował każdemu obecnemu. Zaczął mówić spokojnie i nieco nostalgicznie, a Akita, któremu przecież John nie powiedział nic o Nakamurze, więc ten nie miał prawa tego wszystkiego wiedzieć, tłumaczył jego słowa, zapewne uznając ten wątek za istotny dla trapera:
Mówi, że znał Nakamurę. Nie osobiście bardzo dobrze, ale znał. Ich ojcowie służyli razem podczas wojny z Rosją. Jego ojciec wrócił, ale Nakamura dostał się do rosyjskiej niewoli i został zesłany na Syberię. Wrócił niedługo później, podczas rewolucyjnego chaosu, który ogarnął Rosję w 1905 roku. Potem, przez pewien czas, utrzymywali kontakt. Jednak Nakamura nie przypominał już tego człowieka z czasów wojny. Według jego ojca, Nakamura kompletnie stracił zmysły po powrocie z Syberii. Nie wie, o co dokładnie chodziło, ale zawsze potem twierdził, że widział tam coś strasznego, cokolwiek to znaczy, i że tego nie da się zapomnieć. Zapewne Rosjanie coś mu zrobili. Miał już zawsze taki błądzący wzrok, jakby nieobecny, wciąż również biło od niego ciepło, takie dosłowne. Aż strach pomyśleć, co ci słowiańscy barbarzyńcy robią z ludźmi...
Yashinoto tłumaczył spokojnie zdanie po zdaniu. Policjant przerwał, zaciągnął się dymem i podszedł sprawdzić drzwi i okna, jakby obawiał się, że ktoś ich podsłuchuje. Po upewnieniu się, że na zewnątrz nikogo nie ma, kontynuował:
Oficjalnie Nakamura zaginął. Ot tak, po prostu, pewnego dnia rozpłynął się w powietrzu. Policja nic nie znalazła, żadnych śladów. Ale ja uważam, że Nakamura nie żyje. I mam ku temu silne podstawy... - kiedy wypowiedział to ostatnie zdanie, w jego głosie pojawiło się coś ostrzejszego. - Mój ojciec pomagał Nakamurze. Powtarzał, że ma wobec niego dług wdzięczności i musi mu pomagać. Potem Nakamura zniknął, a dwa dni później znalazłem w domu zmasakrowane ciało mojego ojca. Prawie pięćdziesiąt głębokich ran ciętych i kłutych... - odwrócił wzrok, a jego ręce stały się o wiele bardziej aktywne. - Formalnie prefektura uznała to za napad rabunkowy, ale ja w to nie wierzę. Jestem niemal pewny, że obu zabiła yakuza - policjant zrobił przerwę na kolejne zaciągnięcie się, po czym znów kontynuował. - Prowadzę w tej sprawie swoje własne śledztwo. Nie jako policjant, tylko jako prywatna osoba. Wiem, że część funkcjonariuszy przyjmuje pieniądze od ludzi z portu. Zbieram na nich papiery i próbuję dotrzeć do źródła. Udało mi się ustalić, że mafiosi spotykają się ze skorumpowanymi policjantami i urzędnikami w klubie Kurohane, i właśnie tam dyskretnie skierowałem waszego pana Watanabe. Jeśli ma działać przeciwko nim lub przynajmniej jakoś ich sprowokować do popełnienia błędu, niech to robi.
Kiedy funkcjonariusz wypowiedział następne słowa, przez twarz Akity przeszedł wyraz pewnego lęku lub przynajmniej zakłopotania. Widać było, że to, co policjant powiedział, wywołało w nim pewne niewyjaśnione odruchy.
Mówi, że współpracuje z Kempeitai, bo uważa ich za jedynych mających na tyle siły, aby uderzyć w yakuzę. Ale... później coś panu powiem - te ostatnie słowa Yashinoto zapewne skierował do Johna od siebie, nie były one tłumaczeniem tego, co powiedział policjant. Ten zgasił niedopałek i wrzucił go do popielniczki, po czym odpalił następnego papierosa.
Nie wiem, jakie były związki yakuzy z Nakamurą - mówił dalej, a Akita tłumaczył. - Wiem tylko, że po powrocie z kontynentu przywiózł ze sobą jakiś dziennik i kilka przedmiotów. Zapewne właśnie o to pokłócił się z lokalną komórką mafijną. A potem zniknął...
Funkcjonariusz przysunął do siebie kartkę papieru i nakreślił na niej parę znaków, a potem skierował ją w stronę najpierw Johna, a później Akity. Ten wziął ją i przetłumaczył kolejne słowa policjanta.
To adres tego klubu. Radzę zachować ostrożność. Nie mogę pójść tam z wami. Gdyby jacyś yakuzowie mnie tam zobaczyli, od razu zorientowaliby się, że ich obserwuję. Jeśli znajdzie pan pana Watanabe, proszę go jak najszybciej stamtąd zabrać. A jeśli dowiedział się czegoś o Nakamurze, to chciałbym to usłyszeć. Zrozumiano?
Po tych słowach, funkcjonariusz dał im znak, że mogą iść. Akita ukłonił mu się, po czym zaczął prowadzić drużynę ku wyjściu.
Proszę pana, pan mi wybaczy... - zaczął, zwracając się do Johna - ...ale jakkolwiek nie uważam yakuzy za cokolwiek godnego istnienia, tak współpraca tego człowieka z Kempeitai budzi we mnie pewne obawy. Czy pan wie, czym jest Kempeitai? - widząc wzrok Johna, który świadczył o tym, że jednak nie, Akita kontynuował. - Formalnie to coś w rodzaju żandarmerii wojskowej. Faktycznie, to banda terrorystów w rękach szowinistów. Największe menty społeczne, jakie tylko istnieją w tym kraju. Ludzie albo ślepo wierzący w te wszystkie brednie o tym, że przeznaczeniem Japonii jest rządzić całą Azją i uważający to, co oni nazywają "patriotyzmem" za uzasadnienie stosowania przemocy, albo będący skrajnymi oportunistami z absolutnym brakiem jakiegokolwiek kręgosłupa moralnego. Niedawno brutalnie pobili mojego przyjaciela, bo odmówił udziału w marszu na cześć zajęcia Mandżurii. Ode mnie i mojej rodziny trzymają się z daleka, bo wiedzą o naszych międzynarodowych koneksjach i boją się prowokować Europejczyków, niemniej jesteśmy na ich celowniku. Muszę zatem pana uprzedzić, że jeśli zdecyduje się pan na jakąkolwiek współpracę z Kempeitai, nasze ścieżki będą musiały się rozejść.
Kierując się ku wyjściu, usłyszeli jednak dochodzący z tyłu znajomy głos.
John? John, tutaj jesteśmy!
Za drewnianą kratą po drugiej stronie pomieszczenia znajdowały się trzy znajome osoby. Sam siedział na ławie z rozpiętą koszulą, pod którą widoczne były siniaki, oraz wyrazem szczerego oburzenia na twarzy. Nate chodził nerwowo od ściany do ściany, podczas gdy Rosa stała przy kracie, krzycząc do Johna. Na ladzie obok celi, gdzie leżały skonfiskowane więźniom przedmioty, John dostrzegł gęste kolumny japońskich znaków oraz wyraźny, czerwony symbol sierpa i młota.
John! Jak dobrze cię widzieć... powiedz im, proszę, że zaszło jakieś nieporozumienie! - Sam wstał z ławki i podszedł do kraty, krzycząc do trapera. Policjant pilnujący aresztu nie skomentował sytuacji ani nikogo nie zatrzymywał. Stał jedynie przy celi i obserwował scenę. Pałkarze patrzyli to na Johna, to na komunistów w celi, zanosząc się głupawym śmiechem.
W tym momencie jednak ktoś wszedł na komisariat. Miał przystrzyżony, czarny wąsik nad ustami, który zdecydowanie był jego punktem charakterystycznym. Nosił też wojskowy mundur. Podszedł do policjanta, z którym John i reszta rozmawiali, a ten powitał go serdecznie niskim ukłonem.
Ah, Tanaka-san! - tyle mniej więcej traper zrozumiał ze słów funkcjonariusza. Akita zaś patrzył na wojskowego z nieukrywaną niechęcią malującą się w oczach. Tanaka przesunął wzrokiem po zgromadzonych cudzoziemcach. Na krótką chwilę zatrzymał spojrzenie na Johnie, ale nie dał po sobie poznać, czy jego obecność go zainteresowała. Następnie zwrócił się do policjanta i powiedział kilka zdań cichym, stanowczym tonem.
John, do jasnej cholery, nie zostawiaj nas tu samych! - dobiegł ponownie głos Sama zza krat.REN
Ciężkie drzwi z matowymi szybami otworzyły się bez większego oporu. Za nimi znajdował się krótki korytarz o ścianach wyłożonych ciemnym drewnem. Jazz dobiegający z głównej sali niemal natychmiast przycichł, zastąpiony stukotem kości, szelestem kart i od czasu do czasu krótkim okrzykiem, po którym następowała salwa śmiechu albo pełne rozczarowania westchnienie. Na jego końcu stał młody mężczyzna w tradycyjnym, japońskim stroju. Cały był w kolorowych tatuażach. Spojrzał na Rena spokojnie, po czym zapytał spokojnie czego tu szuka. Po tym jednak, jak dostrzegł wizytówkę w jego ręku, jego wyraz twarzy nieco się zmienił.
Proszę za mną! - powiedział. Za drzwiami na końcu korytarza mieściła się znacznie większa sala, z której dobiegały rzeczone dźwięki. W przeciwieństwie do głównej części klubu, tu nawet nie starano się zachować pozorów zwyczajnej kawiarni. Pod schodami ustawiono stoły do kart i kości. Przy jednym z nich kilku mężczyzn obstawiało kolejne rzuty, opróżniając kieliszki mocnego alkoholu. Przy innym, elegancko ubrani kupcy grali w hanafudę, zaś dwóch milczących mężczyzn zapisywało wysokość zakładów w grubych księgach. W powietrzu wisiała gęsta warstwa dymu tytoniowego, a pod sufitem powoli obracały się szerokie wentylatory.
W sali przebywało kilkanaście osób. Niektórzy byli zwykłymi graczami, inni jednak uważnie obserwowali otoczenie, aby rzeczywiście wszystkich tych ludzi interesował tylko hazard. Ren zauważył również dwóch rosłych, wytatuowanych od stóp do głów mężczyzn stojących przy schodach prowadzących jeszcze wyżej. Przewodnik przeszedł pomiędzy stołami, nie zatrzymując się ani na chwilę. Gracze odsuwali krzesła, aby zrobić mu miejsce, a niektórzy z siedzących mężczyzn odpowiadali krótkimi ukłonami.
Poprowadził on Rena ku oddzielonej części sali. Stał tam niski stół otoczony miękkimi poduszkami i odgrodzony od reszty kasyna szerokim parawanem przedstawiającym czarną falę rozbijającą się o skaliste wzgórze. Przy stole siedziało trzech mężczyzn i dwie kobiety, w których Ren natychmiast rozpoznał gejsze. Jedna grała na shamisen, a druga nalewała herbatę. Dwóch młodszych mężczyzn zajmowało miejsca po bokach. Ubrani byli w wieczorowe stroje samurajskie: ciemne kimona i szerokie hakamy, i siedzieli w tradycyjny sposób, nieruchomo i z wyprostowanymi palcami. Pierwszy miał ogoloną głowę i szeroką bliznę biegnącą przez prawy policzek. Drugi wyglądał znacznie skromniej, był szczupły, w okularach o cienkich oprawkach. Trzeci mężczyzna zaś był starszy. Mógł mieć około pięćdziesięciu lat. Jego włosy, zaczesane gładko do tyłu, oraz niewielka, związana w kucyk bródka, były już częściowo siwe. Przy jego pasie spoczywała katana. W jednej dłoni trzymał niewielką czarkę sake, drugą opierał swobodnie na kolanie. Spod rękawów i kołnierzy wszystkich trzech mężczyzn wyłaniały się fragmenty barwnych tatuaży, pozwalające domyślać się, że wzory pokrywają znaczną część ich ciał. Renowi aż dech w piersiach zaparło. Spotkał się z ludźmi, których obawiał się najbardziej. Z ludźmi, którzy niegdyś sprawili, że musiał uciekać z Japonii. Może nie personalnie oni, ale tego typu ludzie. Oto stał przed yakuzą.
Przewodnik podszedł do najstarszego, ukłonił się głęboko i oddał mu kartkę odebraną Renowi. Mężczyzna spojrzał na przybysza uważnie. Przez kilka sekund nie mówił nic. W końcu jednak przemówił.
Proszę usiąść, panie Watanabe - znał jego nazwisko. Skąd? Zapewne w tej instytucji wieści szybko się rozchodzą... Wskazał wolną poduszkę po przeciwnej stronie stołu. Jedna z gejsz nalała mu czegoś, co Ren początkowo uznał (zgodnie z tradycją) za herbatę, lecz okazało się być to sake.
Muszę powiedzieć, że rzadko przychodzą do mnie ludzie tacy jak pan, panie Watanabe - kumichō mówił wyjątkowo spokojnym, ale jednocześnie głębokim głosem. - Pan, prawnik, z dobrego domu, który tyle lat poświęcił na wciąganie naszych ludzi w tarapaty... Kto by pomyślał, że zjawi się pan tu ponownie. I to z własnej woli! Niezbadane są ścieżki losu... - na jego twarzy pojawił się lekki, niemal uprzejmy uśmiech. - Proszę się jednak nie obawiać. Gdybym uważał pana za swojego wroga, nasza rozmowa wyglądałaby zupełnie inaczej. Proszę mi zatem powiedzieć, panie Watanabe, czego pan potrzebuje. Zobaczę, co uda mi się zrobić i... ile będzie pana kosztować moja pomoc. Proszę się nie krępować. -
Eleonora weszła do pomieszczenia po raz drugi. Gdy była tutaj po raz pierwszy, była wyjątkowo mocno zakłopotana i zawstydzona, ale teraz zawodowa ciekawość przytłumiła te uczucia (plus, Walter był teraz w znacznie lepszym stanie). Skiwnęła głową Madame, podeszła bliżej, chwyciła w ręce szkoło powiększające i wzięła się za rozszyfrowywanie znaków.
Milczała przez dłuższą chwilę, jeśli nie liczyć szeptania pod nosem różnych możliwych znaczeń pisma. Potem odłożyła szkło powiększające i maskę na bok, po czym przemówiła do swoich towarzyszy.
- To bardzo stare pismo japońskie i nie jestem pewna, czy odczytuję jego znaczenie poprawnie. O ile się orientuję, znaczenie brzmi „przybieranie postaci… z braku możliwości… lub braku umiejętności bądź zdolności teatru no”. Ostatnie znaki oznaczają „założenie maski teatralnej, daninę krwi i sen bądź marzenie”. Zakładam, oczywiście, że znaki należy odczytywać jako zdanie, choć nie jestem tego aż taka pewna. Przepraszam, to bardzo stara forma japońskiego, nie mam z nią aż tak wielkiego doświadczenia – wyjaśniła swoim towarzyszom.
-
Posterunek policji
John z trudem ukrył zdumienie otwartością zarówno policjanta jak i swojego tłumacza. Być może była to jakaś kulturowo niezrozumiała l chwila ich słabości, być może rozluźniając dyscyplinę świadomość mało istotnej rozmowy z podrzędnym gaijinem, a może forma chytrej manipulacji, tego Alaskańczyk nie wiedział, czuł jednak, że od właściwej odpowiedzi może zależeć wszystko włącznie z jego własnym życiem.
- Dziękuję za tak obszerne wyjaśnienia - powiedział licząc na to, że tłumacz przełoży jego słowa co do kropki na końca zdania - Ogromnie doceniam szacunek, z jakim zostałem tu potraktowany i pragnę go odwzajemnić. Udam się pod wskazany adres w nadziei, że odnajdę tam towarzysza podróży, a jeśli zdobędę informacje mogące przydać się w pańskiej pracy, niezwłocznie się nimi podzielę.
Amerykanin ukłonił się obu funkcjonariuszom na sposób podpatrzony w ciągu kilkunastu ostatnich godzin u gospodarzy miasta, boleśnie świadomy tego jak ułomnie musiał ów nieporadny gest wyglądać w ich oczach.
- Śmierć Nakamury-sana kładzie się wielkim cieniem na planach mojego pracodawcy, był on bowiem głównym powodem naszego pobytu w Kraju Wschodzącego Słońca. Sądzę, że natychmiast po odnalezieniu naszego własnego tłumacza opuścimy Yokohamę w drodze na kontynent. Raz jeszcze dziękuję za tak wielką pomoc.
Spojrzenie Cartera pobiegło w stronę zamkniętych w areszcie wywrotowców.
- Miałbym do panów jeszcze jedną prośbę, jeśli to nie będzie nadużyciem cierpliwości z mojej strony. Ci ludzie należą do naszej ekspedycji. Jeśli złamali prawo, uczynili to z nieświadomej głupoty. Chciałbym przeprosić w ich imieniu i oraz naszego wspólnego pracodawcy. Proszę nie czuć obrazy, jeśli niechcący naruszę dobre maniery i obyczaj, jednak w moim kraju zwykło się uiszczać za chuligańskie wybryki datek na zadośćuczynienie, co chętnie uczynię w imieniu tych łajdaków.
John sięgnął po schowany w wewnętrznej kieszeni kurtki portfel i wyciągnął z niego zwitek banknotów.
- Mogę zaoferować dwieście dolarów na pokrycie szkód, które ci ludzie uczynili w zamian za możliwość uwolnienia miejscowej policji od dalszego utrapienia pod ich postacią.
Położywszy pieniądze na biurku Carter ukłonił się raz jeszcze.
-
Walter siedział na łóżku zagubiony w myślach podczas gdy jego towarzyszka tłumaczyła symbole. Zastanawiał się jak Johnowi idą poszukiwania i czy Renowi nic się nie stało. Mógł sprawiać wrażenie trochę chłodnego, ale bardzo polubił prawnika. Przez chwilę też myślał nad sprawdzeniem czy nie pójść do profesora Chance, żeby sprawdzić co u niego, ale w końcu to dorosły mężczyzna, a Walter zasłużył na relaksujący wieczór po koszmarnej podróży statkiem.
Kwestia pierwszych dwóch rzędów wydaje się oczywista. - powiedział dalej siedząc na łóżku. Logiczne brzmi, że maska pozwala zyskać umiejętności jakich nam brakuje. Zapewne teatralnych, skoro na samym końcu jest zapisany symbol teatru. Można byłoby założyć, że jest to jakaś legenda, którą maska zyskała podczas jej używania. Wiecie jak coś w stylu, że każdy występ w niej był praktycznie idealny, ale tu pojawia się trzeci rząd. - powiedział po czym wstał i ruszył w stronę maski. - Jeśli przyjmiemy moją teorię z początku, trzeci rząd oznacza zapłacenia za niezwykłe możliwości jakąś ofiarą np. z kozy. Wydaje się to dość logiczne. Kapłani wypożyczają maskę i zyskują obfite dary za rzekome zesłanie talentu, a aktora przepełnia pewność siebie dzięki czemu odgrywa wspaniały spektakl. typowy "cud". - Walter zamachał palcami okazując jaką ściemą jest religia i bóstwa. Jednak można też przyjąć, że maska naprawdę działa i obdarowuje użytkownika zdolnościami. W co wątpię, ale można ją przetestować, jeśli Madame pozwoli. spojrzał na antropolożkę z lekkim uśmieszkiem. Tylko czy któraś z was słyszała o bóstwie podobnym do tej maski lub chociaż jak zazwyczaj wygląda ofiara z krwi? Nie sądzę, że zwyczajnie upuszcza się krew na maskę. Może jest jakiś rytuał lub zapisuję się umiejętność jaką chce się dostać na masce? - Mówiąc to przyglądał się masce w poszukiwaniu jakiejkolwiek wskazówki.
- Co powiecie na mały eksperyment? Ja mogę zostać ochotnikiem. - spojrzał na kobiety zatrzymując się na Madame, bo to do niej należała decyzja. -
Gdy przeszedłem przez drzwi, które nie stawiały oporu, zobaczyłem korytarz. Odgłosy dawenej sali od razu przycichły z kliknięciem drzwi. Do moich uszy dobiegł dźwięk bardziej...itrygujący, w złym tego słowa znaczeniu. Szedłem dalej przybliżając się do młodego mężczy, do którego z poważną miną oddałem wizytówkę. Próbując zachować zimą maskę szedłem za nim chłonąc każdy szczegół który mógłby mi się później przydać, inne drzwi, ile potencjalnych ludzi, ile tych...niebezpiecznych.
Mijając stoliki, zorietowałem się gdzie jestem, baza hazartowa dla mafii. jestem w cetrum kłopotów. Niezauważalie przełkąłem ślinę. Oddychanie lekko stało się trudne przez nerwy i przez dym tytoniowy, ale musiałem wciąż zachowywać spokój.Wkońcu doszliśmy do oddaloej części sali, co jedak nie było uspokajające, gdy zobaczyłem do kogo mnie przyprowadzono. Wiedziałem o takich taułażach, i ciarki przeszedły przez moje ciało. Serce uderzyło klika razy w klace tłumiąc dźwięki. Szybko jednak odzyskałem władzę nad ciałem.
Za poleceniem usiadłem, lekko się kłoiąc z grzeczości. Gdy dostałem mały kubeczek, zorietowałem się co to jest, lecz jeszcze po nie go, choć wiedziałem że przez szacuek do gościności będę musiał po iego sięgąć. Wzmiaka o innym traktowaniu jakbym był wrogiem nie uspokoiła mnie mocno.
-Tak... Ścieszki losu są dziwnie pokręcone.- Przyzałem z lekkim uśmiechem. - Miło mi słyszeć, że nie jestem wrogiem- znów lekko uchyliłem głowę w ramach szacuku. -Zgaduję iż Panie...- Zmarszczyłem brwi, gdyż się on nie przedstawił, jak by powiedział teraz swoje imię to bym je wypowiedział i ciągął dalej -...wiesz co mnie tutaj sprowadza, raczej zrobiłeś szybkie rozeznanie gdy wręczono mi wizytówkę.- uśmiechąłem się wiedząc że to prawda -Ale rozumiem że chcesz to usłyszczeć od mnie. Poszukuję konkretego człowieka, który ma mieć informację które są nam potrzebne do podróży. -
Violet z zainteresowaniem spoglądała przez ramię Eleonory na odczytywane w skupieniu przez nią symbole, choć oczywiście znaki nic jej nie mówiły. Słowa odczytane przez kobietę zdawały się kryć za sobą fascynującą tajemnicę, dlatego dziewczyna ucieszyła się, że Walter chce wypróbować działanie maski.
-Tylko, co ona może nam dać? - zaczęła zastanawiać się na głos. - Szczególne umiejętności aktorskie chyba na niewiele się nam zdadzą. Chyba, że pomogą nam przekonać jeszcze bardziej pułk... - Violet ugryzła się w język - żołnierzy czy innych stróżów prawa, gdyby znów zdarzyło nam się nieprzyjemne spotkanie z nimi - spojrzała znacząco na Eleonorę. - A może potrafi spełnić inne marzenia? - rozmarzyła się. - Jak złota rybka albo lampa Aladyna? Jest magiczna? Czy ja też mogłabym spróbo...? - spojrzała pytająco na Waltera, wyciągając dłoń w stronę maski. Jednak urwała i zamarła w napięciu, gdy zobaczyła, że mężczyzna zakłada już maskę.
Nie tak dawną odwagę i ciekawość, zastąpił lęk. -
WALTER, ELEONORA I VIOLET
Madame Beaumont obserwowała Waltera z zainteresowaniem, siedząc na skraju łóżka z kolejnym kieliszkiem armaniaku w ręce. Jej policzki były już mocno zaróżowione, a lekko przymrużone oczy zdradzały, że alkohol zaczął coraz bardziej brać nad nią górę.
Jeśli pan chce... - zaczęła, przeciągając słowa i uśmiechając się szeroko. - ...to niech pan próbuje. Najwyżej zostanie pan aktorem... - zarechotała, oblewając się zawartością trzymanego kieliszka.
Walter uniósł maskę i przyłożył ją do twarzy. Przez pierwszą sekundę nie działo się absolutnie nic. Drewno było chłodne i gładkie. Widział Eleonorę, Violet i madame patrzące na niego, zupełnie normalnie, przez otwory na oczy. Cała ta historia zdawała się być dokładnie tym, za co inżynier ją uważał - zwykłą bajką wymyśloną przez handlarza, aby podnieść cenę egzotycznego produktu.
A potem maska zaczęła robić się ciepła. Walter początkowo mógł uznać, że to jedynie temperatura jego własnej skóry. Ta jednak powoli, lecz nieustannie rosła. Po kilku sekundach drewno stało się już nieprzyjemnie gorące, jakby się paliło, choć żadnych płomieni na nim nie było. Potem zaś... w ogóle przestało być drewnem.
Obserwatorki widziały, jak Walter najpierw zaczyna walczyć z maską, próbuje ją zdjąć, choć z jakiegoś powodu sprawiało mu to wielką trudność. Jego ciało wyglądało, jakby inżynier wpadł w obłęd. Zaczął krzyczeć i szamotać się po pokoju. Macki wyrzeźbione wokół ust nagle się poruszyły. Walter poczuł, jak przysysają mu się do szyi, a następnie we wszystkich tych miejscach - delikatne ukłucie.
Ból nie był wielki. Znacznie gorsze było to, co przyszło później. Ssanie. Nawet nie pod powierzchnią skóry - głębiej. Dziesiątki niewielkich ust wgryzły się w jego ciało. Jego serce gwałtownie przyśpieszyło. Nogi uginały się pod nim i zaczęły się trząść. Krew odpłynęła z jego twarzy tak szybko, że świat wokół zaczął mu się kołysać przed oczami. Siatka żył uwidoczniła się nagle pod skórą. A maska nabierała koloru.
Ciemne drewno maski zaczynało jaśnieć. Jego powierzchnia stała się cielista, wilgotna i miękka. Walter po chwili nie czuł już nic. Wszystkie uczucia towarzyszące przywdziewaniu maski nagle ustąpiły. Inżynier czuł się już zupełnie normalnie, a nawet... lepiej, niż normalnie. Violet, Eleonora i madame widziały zaś przed sobą... Waltera. Po prostu Waltera. Bez maski. Inżynier cały czas czuł maskę na swojej twarzy, dotykającą go w zwyczajny sposób w jaki czuje się na sobie teatralną maskę. Z zewnątrz wyglądało to jednak tak, jakby nie było już jej na twarzy Waltera, tak jakby... wrosła w nią.
A potem przyszło coś jeszcze. Coś zupełnie innego, jakby całkowicie odrealnionego. Walter poczuł nagle niezwykłą lekkość. Tak jakby zupełnie nieoczekiwanie przyszło do niego jakieś trudne do określenia przekonanie, że teraz coś, czego wcześniej mu brakowało, nagle zrobiło się dokładnie takie, jakim być powinno. Madame patrzyła na niego szeroko otwartymi oczami. Nawet nie wydawała się teraz pijana, lecz jakby... zachwycona. Violet i Eleonora szybko zrozumiały co wprawiło gospodynię w taki stan. Walter również odruchowo niemal zerknął na swoje odbicie w lustrze zawieszonym nad toaletką.
Patrzył na własną twarz, na której nie było już maski, choć czuł, że ma ją na sobie. Twarz, na którą patrzył, bez choćby najmniejszej wątpliwości należała do niego. Miał dokładnie te same oczy, włosy, szczękę, te same rysy, które widział każdego ranka podczas golenia. A jednak... wyglądał inaczej. Trudno było wskazać jedną, konkretną rzecz, która się zmieniła. Jego nos był identyczny jak wcześniej, ale jednocześnie tak jakby w jakiś niewytłumaczalny sposób bardziej pasował do twarzy. Idealnie wręcz układał się z wargami i kośćmi policzkowymi. Szczęka była ta sama, tylko jej linia wydawała się jakby znacznie bardziej wyraźniejsza. Oczy nie zmieniły swojego koloru ani kształtu, a jednak jego spojrzenie stało się jakby niemal hipnotyzujące. Każdy szczegół jego twarzy zaczął współgrać z pozostałymi z niemożliwą wręcz harmonią. Dla Waltera nie wyglądało to tak, jakby stał się nagle kimś innym. Wyglądało to tak, jakby stał się właśnie tym, kim powinien być zawsze, a nie był.
Madame nagle odstawiła kieliszek na stolik i szła ku Walterowi zupełnie spokojnie, jakby zahipnotyzowana.
Mon Dieu... - wyszeptała. - Monsieur Walter... - urwała i zaczęła patrzeć się na niego jak na niemal jakieś bóstwo, nie umiejąc znaleźć na to słów. Violet i Eleonora najzupełniej w świecie to rozumiały. Oto stał przed nimi Walter. Ale nie ten Walter, którego znały. Ten Walter był Walterem przez duże W, i to nawet nie ze względu na to, że było to jego imię, które zapisuje się wielką literą. Wyglądał wręcz olśniewająco. Każda, nawet najmniejsza jego część, choć na pierwszy rzut oka się nie zmieniła, wprawiała w zachwyt tak wielki, że ten aż zapierał dech w piersiach. Wszystkie trzy kobiety nie mogły oderwać od niego wzroku, nie były w stanie choćby myśleć o niczym innym w obecności tak... cudownej istoty, jaką był w tej chwili Walter. Całkowicie zapomniały o Nakamurze, o profesorze Chance, o tym po co tu właściwie są. Liczył się tylko Walter i jego boska obecność tutaj.Cała trójka musi wykonać rzut na poczytalność na zasadach, które opisałem w komentarzach. W przypadku Violet i Eleonory - zdany test powoduje utratę 1 punktu poczytalności, a w przypadku Waltera utratę k6 poczytalności. Niezdany test u Violet i Eleonory powoduje utratę k6 poczytalności, a u Waltera k12 poczytalności. Zasady nabywania czasowego obłędu i traum oczywiście obowiązują. Walter (na czas noszenia maski) podnosi swoją statystykę wyglądu do 130. Oznacza to, że każdy test interpersonalny będzie w tym momencie kończył się sukcesem, ale i tak warto rzucić, bo rzut na 1/2 lub 1/5 może podnieść jeszcze bardziej jego efekt. Poza tym, Walter traci 1 punkt wytrzymałości (wypicie krwi).
JOHN
Policjant wysłuchał tłumaczenia Akity, po czym spojrzał na położone na biurko banknoty. Akita również spojrzał na nie, wybałuszając oczy. Chwilę rozmawiali po japońsku, John zauważył że policjant sprawia wrażenie nieco zakłopotanego.
Panie Carter - Yashinoto zwrócił się w końcu do Johna. - Powiedział, że nie może przyjąć tych pieniędzy i żeby nie próbował pan podobnego rozwiązania innym funkcjonariuszom, bo mogliby... opatrznie zrozumieć pańskie intencje.
Policjant przesunął banknoty z powrotem w stronę Johna.
To nie łapówka! - krzyknął Sam. - John chciał tylko...
Stul pysk, komuchu jebany - rzucił mu przez zęby Red.
Sam się zamknij, brutalu! - odpowiedział mu Sam zza krat. Ten pewnie by się rzucił do bójki (lub jakiejś jej formy), gdyby policjant nie uderzył pałką w kratę i ich nie rozdzielił, mówiąc coś szybko po japońsku. Akita zamienił z policjantem jeszcze kilka zdań. Tym razem rozmowa trwała dłużej. Funkcjonariusz pokręcił głową, wskazał na lezące na ladzie papiery, a następnie na zatrzymanych.
Nie chodzi o chuligaństwo - powiedział w końcu tłumacz. - Zatrzymano ich za prowadzenie agitacji politycznej wśród portowych robotników. Rozdawali ulotki nawołujące do... - tu spojrzał na jeden ze skonfiskowanych arkuszy - ...zjednoczenia robotników wszystkich narodów przeciwko kapitalistycznym ciemiężycielom i imperialistycznej propagandzie - Akita westchnął. - Obawiam się, że w Japonii nie jest to najlepszy sposób na... nawiązywanie znajomości.
Policjant powiedział jeszcze parę słów, a Rosa nadal próbowała przekonywać Johna do tego, że przecież nie zrobili nic złego, tylko po prostu rozmawiali z ludźmi.
Ponieważ są obcokrajowcami, formalnie grozi im deportacja, ale wcześniej... - zaczął Yashinoto, ale...
Co tu się dzieje? - przerwał mu głos z tyłu. Przy wejściu stał mężczyzna, który zanim zaczęło się to zamieszanie rozmawiał z komendantem, ale teraz przemówił po angielsku. Zdjął wojskową czapkę i trzymając ją pod pachą rozejrzał się dokładnie, omiótł wzrokiem całą scenę z wyrazem umiarkowanego zainteresowania. Yashinoto aż zesztywniał. Policjant natychmiast wyprostował się i zaczął coś wyjaśniać. Tanaka słuchał, od czasu do czasu spoglądając na Johna, potem na trójkę zatrzymanych, aż w końcu na leżące na stole ulotki. Kiedy funkcjonariusz skończył, wojskowy podszedł do lady, wziął jedną ulotkę z ręki i zaczął czytać. Powiedział coś po japońsku, na co dyżurny odpowiedział z wyraźnym wahaniem. Tanaka powtórzył swoja słowa, tym razem wyraźnie ostrzej.
Hai, Tanaka-taisa - policjant wyprostował się jeszcze bardziej. Akita stał obok Johna zupełnie nieruchomo. Jego wcześniejsza niechęć gdzieś zniknęła, kryjąc się pod powierzchnią strachu.
Ten człowiek kazał ich wypuścić - szepnął do Johna. Zamek szczęknął po tym, jak policjant przekręcił w nim kluczyk. Pierwsza wyszła Rosa, za nią Nate, a na końcu Sam, który poprawił rozpiętą koszulę i spojrzał na Tanakę z mieszaniną podejrzliwości i zaskoczenia. Tanaka zaś zwrócił się do Johna po angielsku.
Pan chyba był z tymi uroczymi dziewczynami na balu u madame Beaumont, zgadza się? - uśmiechnął się nieco. Mówił bardzo dobrze, choć z wyraźnym japońskim akcentem. Wyciągnął rękę w kierunku Johna. - Pułkownik Kenzaburo Tanaka, miło mi. Proszę wybaczyć naszym funkcjonariuszom. Japonia przechodzi ostatnio przez... ciekawe czasy. Nie wszyscy potrafią jeszcze odróżnić prawdziwych, niebezpiecznych rewolucjonistów zagrażających Cesarstwu od podróżnych z zagranicy, którzy po prostu mają zbyt wiele wolnego czasu... - spojrzał przy tym na Sama. Trudno było odgadnąć jego intencje. - Pańscy przyjaciele są wolni. Proszę jednak, aby do zakończenia pobytu w naszym kraju powstrzymywali się od działalności politycznej. Następnym razem może mnie nie być w pobliżu... Życzę państwu przyjemnego pobytu w Japonii! - ukłonił się lekko, po czym odwrócił się i ruszył w stronę policjanta, z którym John rozmawiał wcześniej. Ten zdawał się znacznie mniej zadowolony z obecności pułkownika, niż jeszcze kilka minut temu. Tanaka powiedział do niego coś cicho i wskazał drzwi prowadzące do jednego z bocznych gabinetów, za którymi za moment obaj zniknęli.
Pierdolony faszysta... - burknął Sam i splunął na ziemię.
To jest właśnie Kempeitai, panie Carter - odezwał się w końcu Akita, po którego twarzy spływały strużki potu. - Proszę zapamiętać to, co pan właśnie zobaczył. Zatrzymano troje cudzoziemców na podstawie prawa. Potem ten człowiek wszedł tutaj, powiedział kilka słów i już nagle prawo przestało obowiązywać.
Nie dodał nic więcej. Ticky tymczasem patrzył na Sama z dość dużym rozbawieniem.
I co, czerwony? Obaliliście już cesarza? - zadrwił z niego. Sam już był gotowy rzucić się do bójki z nimi, ale znów zostali powstrzymani przez policjanta. Akita westchnął ciężko i spojrzał na Johna.
Klub Kurohane znajduje się w dzielnicy portowej. Jeśli pan Watanabe naprawdę poszedł pod ten adres, prawdopodobnie właśnie tam go znajdziemy. Co pan planuje, panie Carter?REN
Kiedy Ren powiedział kogo szuka, starszy mężczyzna powoli odstawił swoją czarkę na stół i lekko podniósł wzrok.
Kazuo Nakamura... - powtórzył. Przez chwilę przyglądał się Renowi w zupełnym milczeniu. - A więc jednak... - niespodziewanie się uśmiechnął. Był to uśmiech przypominający pewien wyraz satysfakcji, kiedy ktoś usłyszy dokładnie to, czego się spodziewa. - To nazwisko pojawia się ostatnio zdecydowanie częściej, niż powinno. To... interesujący człowiek. Jeszcze bardziej interesujące jest jednak to, że po takim czasie przyjeżdża ktoś z drugiego końca świata właśnie po to, żeby go odnaleźć... I zaczyna pan od urzędu meldunkowego - uśmiechnął się lekko i upił nieco ze swojej czarki. Jeśli chciał dać Renowi znać, że on i tak o wszystkim wie, niewątpliwie właśnie to osiągnął. - Nie ganię pana, panie Watanabe. Każdy zaczyna tam, gdzie najłatwiej jest znaleźć odpowiedź. Problem polega tylko na tym, że urzędy meldunkowe są dobre tylko w znajdowaniu ludzi, którzy... powiedzmy, chcą być znalezieni.
Przez kilka sekund słychać było tylko shamisen oraz dochodzące zza parawanu odgłosy kasyna. Nikt jednak nie zwracał na nie najmniejszej choćby uwagi.
Pan Nakamura pozostawił po sobie wiele pytań. I muszę wiedzieć dlaczego właściwie chce pan znaleźć pana Nakamurę. Co pana interesuje w związku z jego osobą? - odstawił czarkę i spojrzał Renowi prosto w oczy, a wyraz jego twarzy zmienił się na bardziej zimny i groźny. - Proszę powiedzieć, panie Watanabe. Słucham. -
Z początku wydawało się, że nie dzieje się nic szczególnego. Violet miała już ochotę roześmiać się z tej ich irracjonalnej powagi i obaw, gdy nagle maska zdała się ożyć, obrzydliwymi mackami wypijając się w twarz Waltera. Ktoś wrzasnął z przerażenia. Nie była pewna, która z kobiet krzyczy. A może sama też krzyczała? Sparaliżowana lękiem nie wiedziała, czy powinna rzucić się na ratunek szamocącemu się Walterowi, czy raczej chwycić Eleonorę i uciekać.
Ta przerażająca chwila, w której Violet nie była w stanie wykonać najmniejszego ruchu, zdawała się trwać wieczność. Utkwiła w Eleonorze błagalny, pełen poczucia winy wzrok. Bała się. Tak bardzo się bała, że Walterowi coś się stanie przez jej głupotę i układy z pułkownikiem. Walter zaczął się uspakajać, choć pobladł nieco. A maska... Co się właściwie stało z maską? Spadła gdzieś w tej szamotaninie? Violet nigdzie nie mogła jej dostrzec. Za to z twarzą Waltera coś było... nie tak. A raczej wręcz przeciwnie. Choć nie potrafiła wychwycić zmiany rysów, jego twarz pierwszy raz wydała się Violet naprawdę przystojna. Wcześniej, gdy inżynier uczył ją obsługi szlifierki, zupełnie nie zwróciła na to uwagi. Jednak teraz, gdy przypomniała sobie dotyk jego szorstkiej dłoni, gdy korygował jej chwyt, ogarnęło ją niespodziewane ciepło, a kolana nieco jej zmiękły. Nie mogła oderwać wzroku od jego oczu. Na chwilę przestało się liczyć wszystko, co wydarzyło się przed momentem. Niemal bezwiednie sięgnęła po aparat otrzymany od Waltera i pragnąc zatrzymać wspomnienie tej ulotnej, przecudownej chwili, zrobiła mu zdjęcie.
Na skraju umysłu Violet zamajaczyła nieprzyjemna świadomość, że nie tylko ona z ubóstwieniem wpatruje się mężczyznę. Oprzytomniała nieco i spytała rzeczowo, choć w jej głosie pobrzmiewała nadal nutka rozmarzenia i zawodu:
-Gdzie jest maska? -
Ren
Przyglądałem sie uważnie i badawczo ruchom rozmówcy próbując z jego postawy wywnioskować czy jestem w tarapatach czy nie. W sumie jestem u Yakuzy czyli muszę sie obawiać. Lecz wolałem o tym nie myśleć aż tak mocno, gdyż mógłbym zrobić coś głupiego. Kolejny raz sie spotkałem z tym określeniem że to nazwisko sie zbyt często pojawia. Czyżby aż tak byl znany? Możliwe, Możliwe też że był nie wygodny dla innych, dlatego go znają.
Gdy ocenił moje postępowanie, mimowolnie mu przytaknąłem, gdyż to była prawda. Nie mniej jednak mialem nadzieje ze urząd jednak lepiej dbał o informację. Faktem jest że kto bedzie chcial sie ukryć znajdzie sposób na to.Z tego wszystkiego zaschło mi w ustach, wziąłem czarke, upiłem łyk, ale nie mały aby nie obrazić gospodarza próba 'odhaczenia' gościnności, ale też nie głębokim, jakbym nie miał oglady.
Odłożyłem naczynie na stół, po czym znów spojrzałem na rozmówcę.
-"Cóż..."- zacząłem marszcząc brwi warząc slowa -"Pan Kazuo Nakamura jak pewnie słyszałeś opowiadał o dziwnych zjawiskach czy też istotach."- zamilklem myslac czy skłamać, ale wiedziałem ze teraz to nie ma sensu -"wraz z drużyną ktora zebrał profesor idziemy śladem naszego poszukiwacze przygód. Czy są prawdziwe czy też nie te historie, to on może podać nam miejsce na syberi gdzie byśmy mogli zacząć swoja przygodę. Może damy dowody jego słowom, a może tylko będziemy mieli niezapomniany camping surwiwalowy na tamtych terenach. Nie mniej, informacja gdzie widział owe stwory i gdzie mozna wystartować bardzo nam by sie to przydało. Oszczędziło by nam to przeszukania całej syberii -
Eleonora spoglądała na Waltera z przerażeniem w miarę, jak starał się zdjąć maskę ,która wbiła mu swoje macki (!) w jego ciało (!!!). Zastanawiała się nawet, czy do niego nie podbiec i mu nie pomóc, ale… co, jeśli zerwanie maski z jego twarzy sprawi mu większy ból?
Tak więc tylko stała i patrzyła, pełna lęku i współczucia.
Gdy jednak maska zakończyła swoje akcji, spoglądanie na Waltera stało się… znacznie przyjemniejsze?
Naprawdę, Walter był tak szalenie przystojny teraz, ciężko było od niego oderwać wzrok. Nigdy w swoim życiu Eleonora nie widziała równie przystojnego mężczyzny.
- Ja… em… - nie wiedziała co powiedzieć – na pewno istnieje jakieś racjonalne wyjaśnienie tego wszystkiego. Musi istnieć. Tylko… żadne nie przychodzi mi do głowy – przyznała rozżalona.
- Co zaś do maski, droga Violet. Ja… myślę, że Walter dalej ma ją na sobie. Nie spadła. Zmieniła jego twarz w tak przystojną, jak jest teraz. Nawet, jeśli bardzo ciężko jest nam w to uwierzyć.
- Walterze? – zwróciła się do przyjaciela – Może lepiej ją zdejmij? Nie wiemy, czy nie ma jakiś efektów ubocznych i czy dłuższe jej noszenie nie jest… szkodliwe dla organizmu, być może?
-
Cały ból związany z szarpaniną nagle zniknął, co w cale nie uspokoiło Waltera. Stał w pokoju cały zdyszany, a kobiety wokół niego zamiast wyglądać na tak samo przerażone jak on, zdawały się zadowolone? Coś było z pewnością nie tak. Inżynier z zdezorientowaną miną spojrzał w lustro by dowiedzieć się czemu każdy się tak w niego wpatruję. W odbiciu widział dowód na istnienie magii, bo jego twarz wyglądała tak dobrze, że Walter przez chwilę podejrzewał lustro o oszustwo. ledwo zdążył się obrócić, a oślepił go błysk aparatu. Wzrok tylko mu wrócił a przy nim już stała Madame.
- Czy możecie dać mi chwile? - Powiedział przytłoczony ilością bodźców Walter. Przetarł twarz i po chwili którą o dziwo dostał zaczął tłumaczyć.
- Czuje maskę na twarzy jakbym nosił zwykłą teatralną maskę. - Odpowiedział na pytanie Violet.
- Nie wiem co myśleć o tym... - Oczy Waltera nagle się rozszerzyły a on sam jakby odpłynął na chwilę. Teraz przed sobą widział tylko kartkę z treścią "Decyzje najlepiej podejmować szybko. Masz czas do wieczora. Cena jest wysoka, ale przecież warto! T." Inżynier uświadomił sobie, że ma na sobie artefakt, który ktoś inny bardzo chce.
Słowa Eleonory brzmiały bardzo rozsądnie, szkoda tylko, że Walter nie mógł ściągnąć z siebie maski nie ważne jak mocno próbował.
- Masz rację, ale chyba widziałaś, że ściągnięcie tej maski nie jest takie proste. - Zwrócił się do Eleonory - Co do tych teorii o magii też nie chce mi się w to wierzyć, ale możemy pomyśleć o tym jak już ją ze mnie ściągniemy. Jedyne co mi przychodzi do głowy to zimna woda. Maska bardzo się rozgrzała podczas transformacji, może zimno odwróci efekt? -
Uliczki Yokohamy
John opuścił posterunek z uczuciem wielkiej ulgi doprawionej lodowatym dreszczem przeczucia, że tylko dzięki dużemu szczęściu zdołał uniknąć nieszczęścia - lęk emanujący od młodego tłumacza dowodził tego dobitnie.
Myśliwy wciągnął w płuca haust przepełnionego egzotycznymi zapachami powietrza, po czym odwrócił się raptownie w stronę wyciągniętych z aresztu komunistycznych agitatorów.
- Banda tępych durni! - syknął zaciskając dłonie w pięści - Wynocha do hotelu, natychmiast. Do chwili wyjazdu z Japonii macie nie opuszczać swoich pokojów. Jestem odpowiedzialny za bezpieczeństwo tej ekspedycji razem z tymi tutaj dżentelmenami. Jeśli uznam, że swoją głupią bezmyślnością znowu wystawiacie na szwank powodzenie przedsięwzięcia profesora, zostaniecie wyrzuceni na zbite pyski.
Dał Samowi i jego kompanom chwilę na uświadomienie sobie, że nie żartuje, po czym machnął dłonią za siebie.
- Wynocha do hotelu, zanim zmienię zdanie.
Wciąż rozgniewany, John przeniósł swoją uwagę na Akitę, przywołał na twarz wyraz opanowania stojący w sprzeczności z targającymi nim emocjami.
- Pan wybaczy, głupota tych ludzi jest porażająca - oznajmił przepraszającym tonem - Proszę, niech nas pan zaprowadzi do tego klubu, sami ani tam nie trafimy ani nie zdołamy się porozumieć.
-
REN
Yakuza słuchał Rena w milczeniu, jedynie od czasu do czasu obracając czarkę sake pomiędzy palcami.
Rozumiem. Zatem nie sam Nakamura was interesuje, ale jego podróż na Syberię... - ciągnął, a Ren skinął głową na potwierdzenie. - A pańscy towarzysze? Co z nimi? Wiedzą, że pan tu jest? - na twarzy mężczyzny dało się odczytać lekkie zaniepokojenie.
Nie - odpowiedział Ren spokojnie. - Odłączyłem się od nich rano. Miałem znaleźć Nakamurę, a profesor z całą resztą dostał zaproszenie na przyjęcie do madame Beaumont i zapewne tam pójdą wieczorem. Dołączę do nich, jeśli... - yakuza nagle przywołał na twarz wyraz zdumienia, a jego ręka z sake znieruchomiała. Mężczyźni siedzący przy stoliku z Renem zaczęli spoglądać po sobie, jeden po drugim, co trwało być może sekundę, a potem ten, z którym Ren rozmawiał, przerwał mu:
U madame Beaumont... - powtórzył cicho. - Rozumiem. A zatem wasz profesor obraca się dziś w znacznie ciekawszym towarzystwie... - na jego twarzy pojawił się lekki uśmiech, po czym natychmiast wrócił do wcześniejszej pozy, niczym robot. - Wróćmy jednak do Nakamury. Zostawił on po sobie dziennik, który prowadził przez wiele lat. Są tam różne ciekawe zapiski. Między innymi dotyczące Syberii.
Macie go? - spytał Ren, a serce zabiło mu szybciej.
Mamy - odpowiedział spokojnie yakuza.
Mogę go dostać?
Oczywiście! - takiej odpowiedzi Ren się nie spodziewał, i tak karcąc się w duchu, że zadał to pytanie tak entuzjastycznie, zanim jego mózg zdążył powstrzymać mowę. - Oczywiście nie za darmo... - dodał yakuza szybko z uśmiechem. - A zatem zamierzacie się wybrać do Związku Radzieckiego... jak właściwie zamierzacie się tam dostać? - Ren nie spodziewał się takiego pytania. Właściwie to nawet się nad tym nie zastanawiał. Przecież to profesor Chance kieruje tą ekspedycją, więc pewnie coś zaplanował. Tylko... czy oby na pewno? Ren już dostał dziś rano świadectwo jego... lekko mówiąc, niefrasobliwości. Wcale by się nie zdziwił, gdyby Chance w ogóle nie miał żadnego planu. Chociaż z drugiej strony... przecież wszyscy dostali od niego fałszywe papiery. Te raczej nie były przeznaczone na pobyt w Japonii.
Nie wiem - odpowiedział szczerze Ren.
No właśnie... - odrzekł yakuza z uśmieszkiem na ustach. - A my wiemy, że przekroczenie granicy nie jest takie proste. Sowieci... łagodnie to ujmując, nie przepadają za cudzoziemcami kręcącymi się po ich wschodnich rubieżach. Każdego obcokrajowca uważają za potencjalnego szpiega, jak to oni nazywają, "kontrrewolucji". Zwłaszcza, jeśli taszczycie ze sobą takie wielkie skrzynie... - zaśmiał się cicho. A więc i on wiedział o przewożonej przez profesora skrzyni na giganteusa, a właściwie to o ładunku drewna... Było to o tyle niepokojące, że cały ładunek pozostał na okręcie, nie zabieraliście go ze sobą na ląd. A jednak wiedział... No cóż, yakuza naprawdę wie o wszystkim, co się dzieje w porcie. - Na szczęście, mamy pewien sposób na rozwiązanie tego problemu. I pana, panie Watanabe, w tym głowa, żeby dopilnować, aby pański profesor wybrał akurat tę zaproponowaną przez nas drogę. W przeciwnym razie uznam naszą umowę za niewypełnioną... - yakuza był uprzejmy, ale w jego głosie wyraźnie był słyszalny nacisk. - Za dwa dni z Jokohamy wyruszy barka należąca do... pewnego przedsiębiorcy, z którym utrzymuję dobre stosunki. Płynie do Władywostoku. Przewozi jakieś maszyny, narzędzia, trochę towarów przemysłowych - nie wiem dokładnie, nie znam się na tym i nie dbam o to. Kapitan jest człowiekiem, który... nie zadaje niepotrzebnych pytań, odpowiednio opłacony. A my opłacamy go od lat. Ruscy też go znają, nie będą robić problemów, o ile czegoś nie spartaczycie. Pańska ekspedycja również znajdzie się na jej pokładzie, wraz z całym wyposażeniem. Nikt nie będzie się interesował pańskim bagażem, i to po obu stronach morza - tego już dopilnuję. Ale wśród waszego bagażu musi znaleźć się jeszcze jedna skrzynia. Nie jest duża. Zostanie wmieszana w wasze wyposażenie, jeśli dobrze to pan rozegra, nawet członkowie pańskiej ekspedycji się nie zorientują. We Władywostoku spotka się pan z pewnym człowiekiem. Proszę się nie przejmować, on na pewno pana znajdzie. Odda mu pan tę skrzynię i na tym zakończy się pańskie zadanie - powiedział spokojnie, acz autorytatywnie.
A co jest w środku? - zapytał Ren, choć już spodziewał się odpowiedzi.
Ach, panie Watanabe... - po sekundzie yakuza roześmiał się cicho. - Jest pan prawnikiem. Doskonale pan wie zatem, że istnieją pytania na które czasem lepiej nie znać odpowiedzi...
Ren spuścił nieco wzrok, rozważając to wszystko. Dziennik, transport, skrzynia - naprawdę nie musiał być prawnikiem, żeby domyślić się o co w tym wszystkim chodzi. Ta sprawa cuchnęła na kilometr, ale nie można było odwracać oczu od tego jak wiele rozwiązywała. W końcu kiwnął głową na znak, że się zgadza.
Doskonale! - uśmiechnął się yakuza. Wyciągnął rękę do Rena, a ten ją uścisnął.
Co w takim razie z Nakamurą? - spytał.
Och, ależ spokojnie - yakuza kiwnął głową na jednego z siedzących obok mężczyzn. - Dostanie pan to i znacznie więcej, niż się pan spodziewał po przekroczeniu progu tego lokalu.
Po kilku minutach mężczyzna wrócił. Wręczył Renowi gruby, mocno zużyty notes oprawiony w ciemną skórę. Jego okładka była porysowana, narożniki starte, a część kartek wystawała spomiędzy innych. Ren dostrzegł na nich gęste szeregi japońskiego pisma, gdzieniegdzie przerywane rysunkami i notatkami wykonanymi innym kolorem atramentu.
Dziennik Kazuo Nakamury - powiedział spokojnie yakuza. - Od tej chwili należy do pana.
Ren przyglądał się książce, którą trzymał w drżących dłoniach. Miał to. Miał wreszcie to, po co przyjechali do Japonii. Zamierzał wydostać się stąd teraz jak najszybciej, dać to profesorowi i pchnąć wyprawę naprzód. Choć Japonia była jego ojczyzną, po tych wszystkich wypadkach nie czuł się tu zbyt pewnie. W Rosji nigdy jeszcze nie był, słyszał dużo o tym kraju, miał jednak nadzieję, że przynajmniej tam nikt nie będzie go śledził i ścigał...
Dziękuję. Zatem będę już wracał do... - Ren próbował wstać, ale yakuza cicho się zaśmiał, a drugi z mężczyzn przytrzymał go ręką.
Ach, panie Watanabe... Przychodzi pan do mojego domu po wielu latach nieobecności w Japonii, pije pan ze mną jedną czarkę sake, zawiera pan ze mną interes, dostaje ode mnie to, czego szukał od przyjazdu, a teraz chce pan natychmiast wyjść? - pokręcił głową, a potem dał jednej z gejsz znak, aby napełniła czarkę Rena. - Proszę zostać z nami. Zje pan, wypije, zagra... Kurohane jest znacznie przyjemniejszym miejscem, jeśli nie przychodzi się tu wyłącznie w interesach.
Uśmiech yakuzy pozostał uprzejmy. Formalnie nie padła tu żadna groźba, ale jednak gesty mafiosów były bardzo wyraźne - właśnie otrzymał zaproszenie, któremu nie wolno odmówić. Kilka minut później siedział już przy jednym ze stolików kasyna. Dziennik Nakamury spoczywał bezpiecznie w kieszeni jego marynarki, a obok niego leżała dość spora sterta żetonów, które yakuza obiecał zapisać na swój własny rachunek. Pierwsze rozdanie poszło Renowi fatalnie, drugie nieco lepiej. Pojawiło się kolejne sake, potem sushi, gejsze grały na shamisen i siadały obok niektórych klientów, delikatnie ich masując. Czas płynął bardzo powoli. Ren stale się denerwował, bo wszystko w nim chciało opuścić ten lokal, niemniej nie mógł tego zrobić tak łatwo. W końcu przyszedł wieczór. A wraz z nim zauważył znajome twarze właśnie wchodzące do lokalu...JOHN
Akita przez chwilę patrzył za oddalającą się grupką komunistów, jakby zastanawiał się czy faktycznie wykonają polecenie Johna, po czym przeniósł z powrotem wzrok na trapera.
Oczywiście, Kurohane znajduje się niedaleko stąd - odpowiedział, wskazując kierunek. - Ale jeśli ten policjant miał rację co do tego miejsca, radziłbym zachować pewną... powściągliwość. Ludzie tego rodzaju bardzo dbają o uprzejmość i bardzo źle reagują, kiedy ktoś jej nie okazuje... - ostatnie zdanie wypowiedział nieco głośniej, spoglądając znacząco na towarzyszących Johnowi "pałkarzy".
Co się gapisz? - burknął Biggy, na co Akita jeszcze raz spojrzał na Johna znacząco, ale nie powiedział już ani słowa. Ruszył, a w ślad za nim cała reszta.
Droga prowadziła ich coraz bliżej portu. Eleganckie kamienice i sklepy ustępowały magazynom, warsztatom i niewielkim domom stojącym jeden obok drugiego. Pomiędzy nimi pojawiały się jednak lokale, które dopiero teraz zaczynały naprawdę ożywać. Papierowe lampiony rozświetlały wejścia do restauracji i herbaciarni, zza drzwi dobiegała muzyka, śmiech i brzęk szkła. Po ulicach kręcili się marynarze najróżniejszych narodowości, robotnicy portowi kończący pracę, rikszarze i elegancko ubrani mężczyźni, którym towarzyszyły kobiety - jedne z barwnych kimonach, inne w zachodnich sukniach.
Po kilkunastu minutach Akita zwolnił. Stanął przed piętrowym budynkiem stojącym pomiędzy restauracją a sklepem z importowanymi towarami. Z wnętrza dobiegały dźwięki muzyki i gwar rozmów.
To tutaj - powiedział w końcu Japończyk. - Proszę pozwolić mi mówić, kiedy pojawią się jakieś problemy. I naprawdę proszę pańskich ludzi, żeby nikogo nie zaczepiali.
Akita otworzył drzwi. Uderzyła w nich fala ciepłego, ciężkiego powietrza przesyconego dymem papierosowym, perfumami i alkoholem. Po gwarze ulicy wnętrze wydawało się niemal przytulne. Lampy osłonięte czerwonym materiałem dawały przygaszone światło, przy stolikach siedzieli Japończycy i cudzoziemcy, a na niewielkiej scenie kwartet grał spokojny jazz. Przy barze tłoczyli się marynarze, dalej kilka par tańczyło na niewielkim parkiecie. John mógłby łatwo uznać, że trafili pod zły adres. Kurohane bardziej przypominało modny nocny lokal niż miejsce spotkań organizacji przestępczej.
Kiedy John przesunął wzrokiem po sali, w końcu go zobaczył. Przy jednym ze stolików, nieco dalej od głównego parkietu, siedział Ren Watanabe. Nie był związany, pobity, nie wyglądał też na więźnia. Wręcz przeciwnie, wydawał się świetnie bawić. Przed nim stała czarka sake, kilka talerzyków z resztkami jedzenia oraz pokaźna sterta żetonów. Przy stoliku trwała właśnie jakaś gra hazardowa, a obok Rena siedziała młoda kobieta w kunsztownym kimonie, pochylająca się ku niemu i nalewająca mu alkoholu. Nieco dalej druga grała cicho na shamisenie.
Ja pierdolę... - wyrwało się Redowi. - To my pół miasta za tym skurwielem obeszliśmy, a on sobie tutaj...
Wtedy wzrok Johna i Rena napotkały się.VIOLET, ELEONORA I WALTER
Madame Beaumont przez chwilę jeszcze patrzyła na Waltera nieobecnym, rozmarzonym wzrokiem, jakby słowa o zimnej wodzie docierały do niej z ogromnym opóźnieniem.
Zimna woda... oui... oui, bien sûr... — wymamrotała wreszcie i poderwała się z łóżka nieco zbyt gwałtownie. Zachwiała się, odzyskała równowagę, po czym zniknęła za drzwiami niewielkiej umywalni. Po chwili wróciła z porcelanową misą pełną wody i postawiła ją na toaletce.
Walter zanurzył w niej dłonie, a następnie przyłożył je do twarzy. Doznał niezwykle osobliwego wrażenia. Woda nie dotknęła jego skóry.
Poczuł wyraźnie chłód rozlewający się po gładkiej powierzchni maski — tej samej, której Violet, Eleonora i madame nie były w stanie zobaczyć. Krople spływały po czymś niewidzialnym, a jednak w lustrze wyglądało to zupełnie normalnie, jakby po prostu obmywał twarz. Spróbował ponownie i tym razem poczuł coś jeszcze.
Pod opuszkami palców pojawiła się krawędź. Jeszcze przed chwilą, gdy w panice próbował zerwać maskę, nie było jej wcale. Teraz Walter bez najmniejszego problemu wsunął palce pomiędzy własną skórę a niewidzialny przedmiot. Pociągnął, a wówczas maska zeszła z jego twarzy - lekko, niemal bez oporu.
Efekt był natychmiastowy. Violet, Eleonora i madame zobaczyły, jak cudowna harmonia twarzy Waltera rozpada się w przeciągu zaledwie sekundy. Nie było żadnego błysku ani gwałtownej przemiany. Po prostu każdy szczegół wrócił na swoje dawne miejsce. Oczy były nadal tymi samymi oczami, szczęka tą samą szczęką, nos tym samym nosem, tylko nagle wszystko przestało układać się w tę niemożliwą, niemal nadnaturalną doskonałość. Przed nimi znowu stał zwyczajny Walter.
Równocześnie coś zaczęło pojawiać się w jego dłoniach. Najpierw zarys, potem cielista, wilgotna powierzchnia zaczęła ciemnieć i twardnieć. W ciągu kilku sekund trzymany przez niego przedmiot ponownie przypominał drewno. Macki znieruchomiały, przyssawki przestały wyglądać jak żywe, oczy znów stały się jedynie wyrzeźbionymi oczami. Maska ośmiornicy wróciła dokładnie do takiego stanu, w jakim znajdowała się przed eksperymentem. Na jej wewnętrznej stronie pozostała tylko jedna różnica - czerwone znaki były teraz znacznie ciemniejsze.
Madame patrzyła to na maskę, to na Waltera. Przez chwilę milczała, aż wreszcie wypaliła:
Mon Dieu... - podeszła bliżej i bezceremonialnie złapała Waltera za podbródek, oglądając jego twarz z lewej i prawej strony. - Znowu jest pan normalny... Znaczy... nie, że wcześniej pan był... - urwała, najwyraźniej orientując się, że właśnie zabrzmiała wyjątkowo nieuprzejmie. - Był pan... toujours très charmant, monsieur Walter. Tylko przed chwilą był pan... beaucoup plus - rozłożyła ręce, jakby zabrakło jej angielskiego słowa.
Dopiero teraz mogła wrócić trzeźwiejsza refleksja nad tym, czego właściwie byli świadkami. Na biurku nadal leżały papiery, w które zapakowano maskę, a pośród nich kartka, którą wcześniej zauważył Walter: Decyzje najlepiej podejmować szybko. Masz czas do wieczora. Cena jest wysoka, ale przecież warto! T.
A Violet miała jeszcze jeden problem. Pułkownik Tanaka nadal czekał w ogrodzie na odpowiedź dotyczącą przedmiotu, którego działanie właśnie zobaczyła na własne oczy.
Cześć! Wygląda na to, że jesteś zainteresowany tą rozmową, ale nie masz jeszcze konta.
Masz dość przewijania tych samych postów za każdą wizytą? Po zarejestrowaniu konta zawsze wrócisz dokładnie do tego samego miejsca, w którym byłeś wcześniej, możesz wtedy również wybrać opcję otrzymywania powiadomień nowych odpowiedziach (e-mailem lub powiadomieniem push). Będziesz też mógł zapisywać zakładki i głosować na posty, aby okazać uznanie innym członkom społeczności.
Z Twoją pomocą tez post mógłby być nawet lepszy 💗
Zarejestruj się Zaloguj się