'U bram raju' [DD5, Greyhawk] - epizod 1
-
Randal (Mike)
Zaciskając zęby paladyn osłonił się tarcza i ruszył naprzód, świadom, że kompanie niewiele mu pomogą, gdy będą stłoczeni za jego plecami.
Nie planował ruszać w pościg za wrogiem. I być może wpaść w kolejna zasadzkę.
Chciał tylko wydostać się z przewężenia. -
Marius (Brilchan)
- Nie sądzę, żeby bestia dała nam dużo czasu na przygotowania, ale kto chcę, niech się wspina na drzewa, ja zostanę tu i spróbuje je związać walką też nie zamierzam ryzykować życia, innych, ale nie będę bawił się w odstraszanie ogniem, bo ani nie wygląda to coś naturalnie ani ze mnie czciciel Starej Wiary - odpowiedział na Dictum Seweryna.
Wiedział, że niepotrzebnie ryzykuje, ale aż go świerzbiło, żeby wypróbować nowe dary od Mistrza, z którymi się dzisiaj obudził! Mistrz dał mu kolejny okruch swej wielkiej potęgi jego istota wykraczała poza ludzkie zrozumienie a pamięć sięgała zapomnianych eonów, gdyby chciał mógłby z łatwością wypalić mózg Mariusa...
Najwyraźniej był jednak zadowolony, gdyż dziś rano Utopiec obudził się z nowym zaklęciem w głowie a jego promień stał się silniejszy nie było przy tym żadnych mów pochwalnych Mistrz był ponad takie ludzkie drobnostki.
-
Marius i Seweryn


Sycząca nad zwłokami hiena, przydybana nad śniadaniem, była w sytuacji nie do pozazdroszczenia. Trochę już zdążyła Bakluna ponadgryzać, brudząc popielate futro juchą, ale nie zdążyła jeszcze ukoić napędzonego krwią głodu. A dwunogi przyszły, w przewadze, ze swoimi kłujami i łupaczami, strasząc i sadząc się na zdobycz, przy której nie byli pierwsi.
Ten blady, który zdawał się dziwny od początku, od którego śmierdziało czymś mokrym i starym, sadził się najbardziej. Musiał być wygłodniały, ale mógłby zaczekać na swoją kolej. Trup nie był duży, ale choćby z samych kości starczyłoby soczku dla każdego...
Ale blady nie chciał się dzielić. Wystąpił przed swoich i zamruczał coś strasznie aż powietrze zadrżało, a podmuch położył tataraki przy brzegu.
Hiena najeżyła się i naprężyła, warcząc, ale drogę w głąb lądu miała odciętą. Szarość zionęła ku niej zimnym podmuchem, ale nim magia zmaterializowała się w uderzenie, sprowokowany zwierz ruszył naprzód. Czar zelektryzował powietrze i palnął mokrym chłodem po trzcinach, przyspieszając tylko bieg bestii.
Zwierz skoczył przez piach, susem którego nikt się po tak masywnej sylwetce nie spodziewał. Strażnicy próbowali strzelać, ale ludojad był szybki. Seweryn był dla Utopca ostatnią deską ratunku...
Kruszynka szczęknęła mechanicznie. Bełt poszedł z ukosa, ściął przez kosmate futro stwora. I przeszedł dalej, nie upijając nic z hienowego życia. Bestia skoczyła na Mariusa i nie było siły, żeby magik ustał. Sam impet starczyłby do powalenia i przy zwierzu o połowę lżejszym, a te mięśnie i pęd złożyły Utopca jak dywanik.
Zęby stworzone do miażdżenia kości rozprułyby skórznię niczym szmacianą zabawkę i jedyne co kapłan zdążył zrobić, to osłonić twarz i szyję rękoma, dając bestii zasłonę z gryzaków.
Potwór jednak z okazji nie skorzystał. Odbił się od przewróconego Mariusa i sypiąc piachem spod łapsk przy zakłóconej wykrętce, skoczył dalej, byle dalej od dwunogów, zostawiając ich w kurzawie i waląc w zarośla.
- Norebo z tobą, bratku! – Zaśmiał się nerwowo Jul. - Zagraj dziś w kości, póki masz falę!
Marius podniósł się szybko, teatralnie wypuszczając powietrze. Fart miał, to prawda.
Albo to Ty czuwasz, mój Panie, pomyślał.
- Dużo śladów od noża, ale są i te gryzienia, co u Grumwida. – Seweryn gruszek w popiele nie zasypiał i już był na analizach przy truposzu. - Zabity nie przez zwierza, to wszystko potem.
- To jakiś druh, waszmości? – zagadnął Gurb, zbliżając się z lewej.
- Nie-ee – zaprzeczył medyk. - Ale chodźcie wszy-scy, zobaczcie, czy aby wy go nie kojarzycie. Czy on nie z Wrót, mo-oże.
Identyfikacja po zmasakrowanej, napęczniałej twarzy nie byłaby łatwa, jeśli w ogóle możliwa. Ale też i nie była potrzebna. We Wrotach rezydowało ledwie paru Baklunów i to nie był żaden z tych. Tamci byli wszyscy starsi i potężniejszej budowy, a temu było może z dwadzieścia wiosen, kiedy zabrakło mu piasku w klepsydrze. Nie, truposz był dla wszystkich enigmą, choć zdawał się pasować do Grumwidowej opowieści.
- Pan... Panowie go chcecie brać? – zapytał niepewnie Gurb. - Może pchnąć go tam dalej do wody i ruszyć, bo hieny się jeszcze zlezą i szczęście się skończy.
- Ano – potwierdził Jul. - Jak nas ominęła jatka, to może trzymajmy się tego.
Kai, Lara i Randal

Ciosy, choćby mieliły i młóciły, Randalowi były nie pierwszyzną. Stać się częścią Zakonu Karzącej Ręki oznaczało stać jak mur. Potrafić wystać i ustać największe cięgi i nie złamać szyku, gdy kroczy się z braćmi ramię przy ramieniu, albo osłania słabszych czy rannych.
Bronson wytrzymał uderzenie, nie zluzował gardy i pod osłoną, sprawnie, przeszedł w bok, wychodząc w szerszy skrawek korytarza. Połyskliwa w świetle pochodni, lepka i podłużna sylwetka zwinęła się pod strop, uciekając poza zasięg broni, ale rycerz widział ją w półmroku, rozciągniętą między ścianą a osłoną stalaktytów.
Paladyn czuł już niemal pod dłonią ucisk drewna oszczepu, którym mógłby dosięgnąć żylastego oślizglaka, ale wolał nie ryzykować odsłonięcia się. Wiedział już, że stwór – cokolwiek to było – rusza się diabelnie szybko. Mógł spróbować wyczekać, gdy znów zaatakuje i odpowiedzieć kontrą – jeśli uda się złowić cios na tarczę i przejąć impet, to lekkie spowolnienie może starczyć, by ciąć napastnika po łapie.
Kai i Lara tupali w zamieszaniu, próbując zająć dogodną pozycję, by dojrzeć wroga, ale nie odsłonić się na atak. Atak zaś nadejść mógł z każdej strony...
-
Marius (Brilchan)
Marius był wstrząśnięty, ale spróbował zakryć strach młodzieńczą butą
- Nie będziemy zatruwać stojącej wody nadgniłym trupem! Gdyby to było morze to rekiny i inne stworzenia dałby sobie radę, ale skoro jesteśmy na lądzie, trzeba go zakopać w ziemi zakryć kamieniami i omodlić! Był to jednak człek czy jakbyście wy zmarli to chcielibyście, aby wasz zwłok był poniewierany? - Powiedział niedoszły kapłan i chwycił śmierdzącego trupa, aby zanieść go w kierunku wioski.
- Panie Seweryn czy coś jeszcze tutaj chcieliście obaczyć? Ja chciałem zanurzyć się w wodzie, może świeżych ryb dla nas złowić? Cóż, święte obowiązki wobec zmarłych mają pierwszeństwo!
- Będzie trzeba pożyczyć od kogoś łopatę... Przynajmniej przerobione ryty pogrzebowe przećwiczył na biednej dziewczynce z zupy.
Starał się nadrabiać dobrą miną i głośnym zdecydowanym tonem, lecz był poruszony. W myślach zmówił modlitwę dziękczynną do Osprem i Mistrza, że sam zwłokami nie został.
-
Seweryn (Rewik)
Trup Bakluna leżał w połowie na ziemi suchej, w połowie w błocku, co to na granicy jeziorka radośnie powstało.
— D...d...rugi to już raz Waszmość otarł się o kosę. — Głos Seweryna był przytłumiony, powiem zakrywał nos tkaniną swego ubrania — Osprem doprawdy ma Maestro w opiece. Czy po upa... upadku, czujecie jakiś ból w żebrach? W miejscu poprzedniego uderzenia? — zapytał sprawdzając czy bryczesy Bakluna mają kieszenie, czy jakie poukrywane znaleziska, a kiedy Utopiec zapewnił, że wszystko w porządku, przytaknął — Dziękujcie swej bogini, dziękujcie.
Zapytany o dalsze plany, wskazał coś na prawo od niego.
— Jul, sprawdźcie koszulę, o tam, tutaj, na tych pałkach. — Przeszedł na drugą stronę hienowej przekąski, człapiąc butami w błocie. Tunika jego była już naprawdę brudna, zwłaszcza do kolan, ale to od trudów także dni poprzednich. Zdobił ją też sczerniały szkarłat na skrwawionym wcześniej ramieniu. — Szukamy monet, takich takich jak wcześniej byliśmy znaleźli. Ale może i co innego znajdziemy.— Skoro ten tu to Baklun, to... — cyrulik rozciął materiał, bo zdało mu się, że znalazł ukrytą kieszeń — ...to on wraz ze szczurzym skałodrzew mieli. W faktorii mogą wiedzieć co za jeden. Może ma jakieś pamiątki, rodzinne albo co tylko dla niego typowego. Rozejrzyjcie się po okolicy, zwłaszcza przy tej ko..koszuli. W wodzie też tam, a może i dalej - ktoś mógł coś do jeziora wrzucić. — Mówiąc to samemu także zamiar taki miał.
***
Jednak nim do spełniania zamiarów tych przystąpił, zbadał zawartość sakiewki, którą był znalazł w wewnętrznej kieszeni. Prócz drobnicy, nie było tam nic więcej. Żadnej tajemniczej monety, ani godnych odnotowania bogactw. Dłonie nieboszczka obejrzał też. Był tam srebrny sygnet, przy czym "był" było jego cechą szczególną. Znalazł się prędko i skrycie w Sewerynowej tunice. I do gęby był nasz cyrulik zajrzał. Pogmerał też w kieszeni swojej, złotego zęba dopasował, głową pokiwał, lecz raczej z niezadowoleniem, pomimo to iż ten pasował.
Wreszcie z kucek powstał i samemu do wody się skierował, dłonie obmywszy, przeszedł w miejsce gdzie owa koszula w tatarakach miejsce rozpoczętych poszukiwań znaczyła.
— Widać coś tam jeszcze?
-
Kai, Lara i Randal

Czarny, pofałdowany korytarz wzrósł ratownikom na drodze pierwszym poważnym wybojem. Zasadzką oślizgłego grotołaza. Obrzydliwiec zdzielił Randala pokracznym łapskiem, jakby chciał wyrwać mu serce z piersi, ale metal kolczugi osłonił rycerza.
Paladyn jęknął i aż zgięło go do półprzysiadu, ale zmysły miał wytężone i czekał na kolejny atak, by sięgnąć przeciwnika i odpłacić mu bez zmiłowania.
Kai zsunął się bliżej zimnej, wilgotnej ściany, dając kompanom przestrzeń ruchu i unikając pierwszoliniowej brawury. Zamiast tego zanucił coś pod nosem, a ciche, uformowane w czar słowa wezbrały zaraz w piekącą kpinę.
- Szoruj ścianę ślepy szczurze! - Słowa nie były głośne, ale przez powietrze przeszły ze zgrzytem, który przyprawiał o gęsią skórkę. - Won do skorupy ślimaczy wymiocie!
Nicowane magią obelgi kłuły w uszy, choć na pajęczą pokrakę spadły bez efektu. Może pełzak potrafił wyślizgnąć się spod każdego ciężaru, może podziemia uczyniły go odpornym na proste czary, a może po prostu nie miał rozwiniętego mózgu, na który można by wpłynąć.
To ostatnie zdawało się najmniej prawdopodobne, bo w ruchach i furii ataków stwora był spryt, którego brakowało zwierzętom. Diabeł mamił unikami nim w końcu uderzył, a ruszał się tak szybko, że ciężko było czasem załapać gdzie kończy się jego rozedrgane cielsko.
Randal nie próbował uników. Osłonił się szeroką tarczą, przyjmując palnięcia na metal raz za razem, w szybkiej serii niby ataki bijącego w gruszkę boksera. Wyczekał. Złapał moment.
Dostrzegł, kiedy seria uderzeń zwolniła, a impet spadł i poluzował osłonę, waląc ostrzem po mackowatej łapie. Potwór wizgnął i natychmiast zwinął się w sobie, jakby ból rany odbił go z powrotem pod sufit.
Lepka, podobna osoczu krew skapnęła na podłoże, cuchnąć muliście i ciepło.
Pierwsza krew wroga zawsze wzmagała morale. Lara i Kai ruszyli naprzód, śmielej, przeciskając się obok stężałego za osłoną paladyna. Cała trójka wiedziała, że stwora trzeba ubić możliwie szybko, bo szczęk broni czy sam zapach juchy nieść mogły się po korytarzach hen daleko, bogowie wiedzą dokąd. Dudniąca w oddali woda tłumiła dźwięki, ale istoty, które nawykły do życia bez światła, rozwijały inne zmysły, wyczulone na choćby najmniejsze drgania podłoża czy ruchy powietrza.
Okoliczności odbierały Larze jej dudniący atut i drużynowa snajperka musiała sięgnąć po bakluński bułat, wchodząc w bezpośrednie zwarcie. Dopaść zaczepionego pod sufitem ścianołaza nie było jednak łatwo, jeśli sam nie wystawiał się pod zasięg broni.
Quatermain i Bronson chcieli uderzyć z dwóch stron, szarżując na wroga z półkola. Korytarz nie zostawiał wiele przestrzeni, ale już przestrzeń wyżej była tu wysoko wysklepiona i nie było mowy, by sięgnąć potwora nawet i z długą halabardą. No, może starczyła by pika, a to i taka z tych dłuższych, stawianych przeciw konnym.
- Rozbijże ryja, zaropiały robalu! - Zaklął z dziką soczystością Kai, aż ślina poniosła magiczne nitki ponowionego zaklęcia. On nie musiał sięgać za bydlakiem aż pod sufit. - Splącz się na supeł szkarado!
Może tym razem arsenał obelg był trafniejszy, a zagrożenie zaplątania przy mackowatej budowie stwora groźniejsze, bo upiór syknął wściekle i sprowokowany, runął na Kaia w sprężynowym ataku.
Moc barda musiała weń mocno wniknąć, bo pierwsze uderzenie, choć z bliska, było furiacko niecelne. Łapsko pacnęło w ścianę za muzykiem jak kilof, a utracone sekundy były czasem Randala.
Rycerz skoczył naprzód tnąc od góry, ukosem, by objąć cięciem możliwie najwięcej przestrzeni, by choćby dźgnąć szybkołapego drapieżcę. Nie pomylił się, wchodząc klingą głęboko i spowalniając podjęty atak.
Druga, pazurzasta, obrośnięta wypustkami łapa była już jednak w powietrzu, na drodze do Kaia i tego wyroku nie dało się uniknąć. Cios spadł na klatkę piersiową jak grom, usadzając półelfa na ziemi, czerwonego i z trudem łapiącego powietrze.
Ale nokdaun zadany Kaiowi był już ostatnim, na jaki zdobył się stwór. Raniony wcześniej, podrażniony zaklęciem i teraz zahaczony przez Bronsona, który naparł na miecz z całej siły, wróg został ściągnięty na ziemię.
I tu robotę dokończył bułat pani doktor, która powaloną bestię sieknęła prosto między oczy, dowodząc prawdziwie chirurgicznej precyzji - czy przy stole, czy w ciemnościach korytarzy Piekielnych Pieców.
Kai dostał za 5 PW. Stwór martwy. Gratuluję
-
dr Lara Quatermain (Alex Tyler)
Z jednej strony Lara wiedziała, że to zły pomysł jeszcze zanim Randal wcisnął jej łom we właz. Z drugiej cieszyła się, że był on kimś, kto gotów jest wziąć na siebie odpowiedzialność za ryzyko, na które narażona będzie reszta. Sama nie miała odwagi szafować cudzymi żywotami, jedynie własny niejako lekce sobie ważyła.
Góry wokół Drusdygg stanowiły jeden wielki ropień niepewności, który najpewniej lekkomyślnie postanowili naciąć w środku nocy.
Blondynka poprawiła okulary nie dlatego, że się zsunęły, lecz by przywrócić sobie chociaż pozór porządku. Właz z runami krasnoludzkiego klanu, którego nie znała, pachniał historią i kłopotami. Ciepły opar, który uniósł się, gdy metal wreszcie ustąpił, uderzył ją w twarz znajomą nutą — jak oddech pacjenta z gorączką lub powiew z antycznego pustynnego grobowca. Zamknięte przestrzenie, wysoka temperatura, krew na posadzce… to był zestaw objawów, który w każdym lazarecie zwiastowałby komplikacje.
Schodząc po drabince, czarnooka liczyła oddechy Randala, tak jakby ich rytm ją uspokajał.
Zawodowo nauczyła się rozpoznawać moment, w którym ból zaczyna wygrywać z wolą. Gdy pierwszy cios niespodziewanie uderzył w pierś paladyna, usłyszała, jak powietrze ucieka z niego jak z przebitego miecha. Zanim obejrzała ranę, wiedziała już, że kolczuga ocaliła mu życie — ton jęku i sposób, w jaki zachwiał się, mówiły jej więcej niż jakiekolwiek zaklęcie diagnozujące.
Nie przepadała, gdy zmuszano ją do walki wręcz na ślepo. Jej atutem była odległość, lufa, optyka, czas na ocenę wektora. Tutaj miała tylko bakluński bułat, śliską skałę pod stopami i potwora, który poruszał się jak choroba w ciele — za szybko, by ją łatwo wytropić. Kiedy lepka krew skapnęła na ziemię po pierwszym cięciu Randala, poczuła znajomy przypływ adrenalinowej koncentracji. Pierwsza krew zawsze coś zmieniała — w polu bitwy tak samo jak na sali sekcyjnej, czy polowaniu w dziczy.
Gdy stwór runął na Kaia, jej świat zwęził się do kilku punktów anatomicznych. Kąt łapy, miejsce uderzenia w klatkę barda, torsja tułowia potwora w momencie, gdy Randal wbił miecz. Zobaczyła przerwę — trwające ułamek uderzenia serca rozluźnienie mięśni, otwartą linię między oczami bestii. Wsunęła się w nią jak skalpel w skórę.
Cięcie było krótkie, czyste, prowadzone nie gniewem, lecz nawykiem. Tak samo unieruchamiała staw, czy przecinała mostek. Tylko że tutaj zamiast sterylnych narzędzi miała krew na rękawiczkach, pył w płucach i świadomość, że Piekielne Piece jeszcze nie powiedziały ostatniego słowa.
— Wszystko w porządku? — zapytała z wyczuwalną troską obu towarzyszy, przyglądając się lekarskim okiem miejscom, gdzie przyjęli ciosy.
-
Nad wodą
- Nie wiem, czy to najlepszy pomysł. – Jul skrzywił się jakby rozgryzał cytrynę. - Mamy czas na to? Te hieny, prze-sz, prze-sz, mogą zleźć się tu, no?
Gurb wzruszył ramionami i palnął o cięciwę przewieszonego na ramieniu łuku, jakby grał na kontrabasie. Dalszy wytrzeszcz kompana zbył machnięciem ręki, dając znak, że nie ma co gadać.
Marius wpakował się do jeziorka na kąpiel i pławił się w chłodnej, porannej wodzie w najlepsze. Kurz i brud zniknęły w sekundę, gdy Utopiec dał nura pod grążele, wynurzając się po dłuższej chwili z mokrą czupryną i zatkanym uchem. Odprężony, spłynął na plecy i złożony na tafli patrzył jak wiatr wpędza wątłe białe chmurki na pastwisko bladego nieba. Dzień zapowiadał się pogodny. Gorący, słoneczny i suchy. Podobny wielu ostatnim, tak licznym tego lata.
- Odprawisz-odprawisz pochówek tego człowieka? – zawołał z brzegu Seweryn, ściągając błękit oczu Mariusa na ziemię. Zatracony w relaksie, kapłan spłynął pod zieleń flory i wynurzył się już bliżej brzegu, czując grunt pod nogami.
Widział, że medyk i strażnicy usypali zabitemu kopczyk z bazaltowych skrawków, których w Drusdygg nie brakowało, chowając rozerwane zwłoki przed zębami drapieżców. A przynajmniej tych mniej zapalczywych i natrętnych. Zawsze coś. W końcu liczył się gest.
- A ryby? – zapytał niepewnie kapłan, stając na piasku przy ciuchach, ważąc czy zarzucać je już, czy może ma jeszcze chwilę. Twarde spojrzenie Seweryna i parsknięcie Gurba przyspieszyły decyzję. Pływak zarzucił szaty na mokrą sylwetkę, miarkując, że do modłów nad nieboszczykiem wypada zakryć się choć odrobinę i ruszył odprawiać to, czego oczekiwano.
Ostatnie pożegnanie. Dużo ostatnio miał tych pożegnań, co sporo mówiło o naturze doliny. Marius był tu ledwie trzeci dzień, a i to niepełny, a już robił za etatowego grabarza i żałobnika. Jeśli był tu zawód dla medyka, to kapłan z ostatnim namaszczeniem w pakiecie idealnie pasował na partnera w biznesie. Seweryn powinien poważnie rozpatrzyć kandydaturę czarownika.
Modły, gesty, trochę prostej poezji marynarskich pieśni i grupa wypadowa mogła wracać do Pogorzeli. Niewiele osiągnęli, ale też nic nie stracili. Kolejny fragment Grumwidowej układanki złożony w całość – to się sprawdziło. Traper nie kłamał.
No i kąpiel. To Marius traktował jak mały sukces.
- Co żeście, panowie, wymyślili? – Varlund powitał ich na przedpolu wioski, w miejscu, gdzie przedwczoraj ubili szalejącego ettina. Ziemia dalej śmierdziała trupem i spoconym, zgniłym fetorem, który toczył giganta jeszcze za życia. Sierżant radził sobie kopcąc potężnego tytoniowego skręta. - Nie mogliście wczoraj powiedzieć, że pilno wam nad jezioro?
- Wspomniałem chyba nawet... – zastanowił się Seweryn, ale pomyślał, że tak czy owak, nie planuje się nikomu tłumaczyć. A przynajmniej nie Varlundowi. - Ale załatwiliśmy, co mieliśmy załatwić. I szybko – już jesteśmy.
- Dobrze. – Wąsacz kiwnął na zbycie sprawy i złapał mocnego sztacha. - Szykujemy się do drogi, ale przyszedł przodem wypad z Roscoe... Mają być niebawem, to i zaczekamy wszystkich.
Pogorzel znów żyła. Znów w krzątaninie, pyle i ruchu. Tymczasowo. Ale jednak.
-
Seweryn (Rewik)
Korzystając z chwili oczekiwania, Seweryn przygotował napar z jakiś znowu znalezionych ziół. Pachniał przyjemnie, choć trochę mdło. Część jego do kubka nalał, część zaś do misy w wiosce znalezionej i sadzając tak ją , jak i siebie niedaleko Sylva i Grebo nogi swe począł moczyć, bowiem pęcherze miał od wielu mil przebytych. Grebo najwyraźniej bardziej nawykły do długich podróży wymienili z nim jakąś kąśliwą, acz chyba przyjazną uwagę. Sylv zaś cały czas był jakiś markotny.
— Mojej mamy to sposób... Dla was też przygotuję — stwierdził, a może zaproponował — Nie pytałem was jeszcze czy udało się dostarczyć wtedy mój list do starosty Sa...saliny? - zagaił cyrulik Sylva, chcąc zmienić temat, który najwyraźniej nie leżał mu.
Sylv, podpiwszy coś z procentem rumiany był bardziej jeszcze niż poranne słońce. Zdawał się nie przypominać nic o liście w pierwszej chwili, acz potem odparł zgodnie ze swoją wiedzą.
— I co się z nim stało? Powieszą go? — brak zrozumienia na twarzy Grebo, zmusił go doprecyzować pytanie — Tego, cośmy na mostku znaleźli, Grumwida, pewnie na święto, c...co to w środku wrzeeeśnia ma być jako atrakcje stracą?
-
Marius Utopiec (Brilchan)
Przemyślenia na temat pochówku
Utopiec czuł się lepiej zanurzony, tęsknił za tym uczuciem, kiedyś marzył o tym, aby oddychać pod wodą jak ryba widział jak Mistrz zmienia innych w swoje sługi bezmyślnych rybo - ludzi za pomocą mazi którą wydzielał ze swojego ciała a potem łamał ich umysły jego postanowił jednak wybrać do innej służby przynajmniej na razie...
Marius miał jednak dwóch Panów! Choć zaprzedał ciało i duszę a także umysł Mistrzowi w zamian za ocalenie oraz magiczne moce jego modły wciąż był wznoszone do Osprem ze szczerą intencją. W końcu to słudzy Bogini dali mu bezpieczną przystań. Czasami żałował że nie kontynuował nauki na kapłana może byłby szczęśliwszy ? Wtedy jednak cierniem w duszy byłoby mu niewypełnienie ostatniej woli Matki teraz z perspektywy czasu widział że nie była dobrym rodzicem a jej mózg przeżarty był chorobom ale dokonał pomsty na łotrze który ją syfem zaraził choć do niczego młodej wdowy nie przymuszał siłą...
Co się stało to się nie odstanie nie było co marnować energii myślowej na rozważania o rzeczach szczególnie że energię tą najwyraźniej można było kształtować niczym moce mistyczne za pomocą jakiś tajemnych Ścieżek o których wspominał Mistrz. Czy w pewnym sensie nie był kapłanem ? Nawet jeżeli nie miał święceń niósł posługę żywym i martwym w imieniu Osprem Mistrzowi daje światło moich czynów a dla Bogini zbieram łój tam gdzie mogę aby sporządzić z nich nowe świece jak robił to za czasów posługi świątynnej.
Pocieszony tą myślą pożegnał się z jeziorem i ruszył wykonać obowiązki względem zmarłych.
W wiosce
Sierżant Varlund miał w sobie coś, takiego co, przypomniało Mariusowi jego kapitana i kapłanów nie zamierzał okazywać mu braku szacunku przed jego podwładnymi oraz robić sobie z niego wroga. Zasalutował przed nim stając na baczność.
- Musieliśmy pochować zmarłych do trupa zaczęły się dobierać hieny nie chciałem żeby się gnolle znów zmrowiły albo wybuchła zaraza od trupa! - Krzyknął krótki raport tak jak uczono go gdy został żeglarzem.Nie czekał jednak na "spocznij", gdyż nie był bezpośrednim podwładnym Varlunda. Jego życie było sztuką kompromisów. więc uznając, że dał żołnierzowi wystarczające wyrazy szacunku przyjął pozę rozluźnioną, poprawił mokre włosy i dodał:
- Nie chciałem żeby dziki zwierz zanadto przywykł do smaku ludzi bo zacznie na nas patrzeć jak na posiłek a nie zagrożenie ale dało się przepędzić, więc nie jest jeszcze tak źle.Nie cieszyła, go perspektywa jazdy konnej ale jak mus to mus.
-
Randal (Mike)
- Gorsze razy zdarzało się mi przyjmować - odparł Randal. - Pancerz zatrzymał większość impetu. Oddalmy się stąd, bo ktoś może chcieć sprawdzić co to za hałasy.
Szybkim cięciem odrąbał stworowi łeb i kopnął go z dala od stwora.
- Dla pewności. Nawet jakby ożył to bez głowy ciężej będzie mu nam nabruździć.
-
Dławiciel, dusiołek, gardziołap, dechwionsz, ślizgon albo gumistaw, zwany po krasnoludzku hrakkirem, to czart podziemny, znany górnikom jak świat szeroki. Potwór dwunogi, sylwetki niby ludzkiej w kształcie, ale pokraczny potwornie, a paskudny przy tem.
Niewielki, a przez swój wieczny przykurcz jakby jeszcze skulony, dławiciel jest jednak bestyją wielkiej siły. Łapy obleczone ma niby to drapką siatką jak raszpla tartaczna, a przy tem lepką, dającą podpór przy każdem ruchu, choćby szedł ścianą bokiem, albo i całkiem do góry nogami.
D. czai się w mrokach, w kopalniach, kanałach i piwnicach czy gdziekolwiek tylko uda mu się wpełznąć, gdzie wiecznie ciemność i wilgoć. Szczególnej budowy, niby to gumiasty jak masa na ciasto drożdżowe, ale gdy zaciska chwyt na ofierze, ciało tężeje jakby kogo łańcuchem żelaznym spętać.
D. uderza z zasadzki jak zbójca, celując szyi, by górnika nieszczęsnego zadusić, skąd jego nazwa wzięta, ale przy tej sile jego piekielnej, zwykle starczy, że człeka trafi, a kości pomiażdży i ubije na miejscu. Wtedy zwykle najsampierw krew spija, na którą prawdziwie jest łasy, a potem dopiero, jeśli prawdziwie jest głodny, ciało szarpie tam, gdzie miększe i gdzie wgryźć się potrafi, bowiem zęby ma słabe, ludzkim podobne.
Mówi się, że d. stąd się biorą, że gdy zawał w kopalni górnikow przywali, a którzyś żywcem zostaną nim ich skała nie zadusi, albo jak nieszczęścia więcej, powietrze jest i dłuższa męka przez to, że potrafią z choroby i pragnienia zemrzeć, to ci co w godzinie próby od Pelora się odwrócą i dobra wyrzekną, prosząc złe o łaskę, zostają przeklęci, by zawsze już skuleni w ciemności człapać.
Pamiętajcie zatem, żeby zawsze imię Pana Naszego, Pelora, wielbić i w pokorze nosić na miejscu pierwszym, a gdyby nieszczęście spadło, uwięzienie i tortury, trwać wypatrując Jego woli, a samemu nie kusić złego i nie ważyć się na życie własne porywać, bo nie nasze ono, a z góry dane. Kto zaś od Światła się odwraca i waży, że jemu znane lepiej plany, co było mu zapisane w księgach żywota, ten ryzykuje zgubę wieczną, pogardę, głód nienasycony i ciemność.
ojciec Rożamb Ekklys, Ze Światłem przez mroki. Przewodnik pobożnego awanturnikaBułat sieknął pokrakę z mokrym plaskiem, zgranym z jej lepko-oślizgłą fizjonomią, lejąc bladą juchą na ziemię, skały i szaty. Lara skrzywiła usta, ale pomoc miała prymat nad porządkiem. Pobrudzona szata musiała zaczekać, ranni towarzysze nie mogli.
Albo i mogli, jak się zaraz, szczęśliwie okazało. Randal był twardy, zgrywał twardziela, albo miał solidnej roboty kolczugę. Właściwie, pewnie wszystko po trochu, ale to porządna płatnerska robota ocaliła mu życie. Nie po raz pierwszy. Siniaki i krwawą opuchliznę pod spodem mógł zgnieść. Znosił już wcześniej. Również nie raz.
Może zniósłby ją i Kai, bo przez większość życia nie cukrzył się w zbytkach. Swojego cierpienia i niewygód w ciszy by jednak nie zostawił. Teraz też, gramoląc się z ziemi, jęknął teatralnie, ale uchylił się od nadmiernej ekspresji, świadomy gdzie trafili.
Jemu lekka skórznia by nie pomogła, gdyby atak wpadł całym impetem. Czar musiał faktycznie splątać koordynację stwora, bo mimo trafienia, które wydusiło z muzyka całe powietrze, żebra i klatka były w porządku.
- Dławiciel – syknął cicho Kai, głosem jakby nieswoim, wątłym w oddechu. - Jeśli wierzyć temu, co słyszałem, to polują samotnie... Zatem chociaż tyle dobrego.
- I bogom dzięki, bo pokurcz taki, a bije jak taran. – Randal spojrzał w mrok za odkopaną głową stwora, którą odrąbał. - Chodźmy, zanim inny jaki czart tu nie zlezie.
Larę, zawsze ciekawską i żądną w swym szukaniu odpowiedzi empirii najbardziej namacalnej, ów dławiciel szalenie kusił. Przypadek tak dziwnego stworzenia – niby to kręgowca, ale o tkance i strukturze zwierząt niższych, a przy tym czaszce tak bardzo ludzkiej – musiał ciekawić.
Ale doktor Quatermain zawsze umiała porządkować priorytety. Bułat w dłoni, pochodnia w drugiej i podróżniczka ruszyła naprzód. Randal dalej kroczył pierwszy, dla pewności mając już tarczę w pogotowiu, przysłaniając nią lekko ogień pochodni, by światło nie płynęło zbyt daleko.
Kai szedł w środku, wypracowanym sposobem klepiąc czasem rycerza po ramieniu, by ten przystanął i skrył ogień, dając mu wypatrzyć co przed nimi. Elfi wzrok pozwalał mu spoglądać dalej nawet w wątłym świetle, gdzie towarzyszom skały zlewały się już w jednolitą czarną papkę.
Kroczyli ostrożnie, powoli ważąc kroki, ale potem przyspieszyli. Korytarz ciągnął się długi kawałek, jaskiniowo nierówny wybojami i porytym stropem, ale jednocześnie na tyle prosty, by podejrzewać, że ktoś nad nim kiedyś pracował. Im dalej szli, tym głośniej słychać było spadek wody.
Zastanawiali się, czy to podziemny strumień, czy może gorące źródła jak te, których piękno zmąciła makabryczna ofiara na górze, ale wzmagający się huk szybko uświadomił ich, że pod ziemią płynie wodospad. Korytarz ciążył cały czas w dół, poszerzając się mocniej i mocniej ku naturalnej grocie aż wreszcie wypluł ratowników na szeroką, wilgotną od kropel półkę skalną.
Jaskinia była – a jakżeby inaczej – całkowicie czarna, ale świeżość w powietrzu i potęga opadu sugerowały, że przestrzeń wokół jest wielka. Wodospad dudnił z lewej, rozmywając kamień tak, że szło się przez drobne niecki wyślizgane jak brukowe kostki na targach Gradsulu. Szczęśliwie opadał za półką, po której szli, mocząc oparem, ale nie zalewając całkiem pełgających pochodni.
Ostrożni, tym razem w baczeniu na śliskość, zeszli półką w lewo, prowadzeni niżej i niżej zakrętami wyrytej w otwartej ścianie ścieżki. Skała była skuwana w nierówne boki i ciosana na tyle, by kolejne spadki dawały możliwość zejścia niżej bez konieczności skoków, czy podciągania się. Prawdziwym komfortem i odmianą od górskiego kozicowania były jednak powbijane gdzieniegdzie słupki, a czasem pełne poręcze z kutego żelaza.
Ogień odsłaniał detale oparć: prosty, przerdzewiały już metal w formie cylindrycznych pachołków bez zdobień, ale z symetrycznymi żlebieniami od ziemi do kopuły na górze. Pożarte przez korozję uchwyty na bokach gdzieniegdzie trzymały resztki łańcuchów, a gdzie indziej wspomnienia po nich. Na paru wysuniętych bardziej zakrętach trafiały się jednak pełne poręcze, dające osłonę od spadku do dziś.
W mroku czas płynął inaczej, ale cała trójka potrafiła szacować takie rzeczy, choć każde z nich nabrało wprawy w inny sposób. Randal po żołniersku potrafił mierzyć kroki, miarkując nawet odległości, które jego zdaniem przebyli. Zgadywał, że w prostej linii pewnie nie przeszli nawet mili, ale z tymi kluczeniami i zakosami mogli do niej dobijać.
Kai sądził, że od ich zejścia w ciemność gór nie upłynęło dłużej niż pół godziny. Nie raz znajdował się w sytuacjach, gdzie mimo chaosu i emocji wszędzie wokół, dodatkowy zmysł musiał odmierzać mu czas i przypominać, że czas uderzać. Albo umykać.
Lara, która znała życie w dziczy z pierwszej ręki, szacowała podobnie. Kiedy zeszła na koniec wstążki prowadzącej na dół, nad brzeg jeziora, do którego wpadał lodowaty wodospad, wiedziała, że ponad Piecami księżyc stoi pewnie w północy. Albo lekko po.
Dotarli na dół, na koniec drogi. Do niewielkiej zatoczki, gdzie skała wypuściła w mrok jeziora grzebieniastą, wyciosaną od góry groblę. Mokra, podłużna wypustka była dość szeroka, by szło nią parę osób ramię w ramię. I może tak właśnie szły, bo były tu ewidentnie.
Tak można było wnieść z naniesionego na groblę błocka. Tak można by zgadywać z urwanej tu ścieżki, która zostawiała poszukiwaczy z czarnym jeziorem przed nimi i ścianą za plecami. Dedukcja sugerowałaby, że wbite w groblę wypustki – cumy – trzymały tu łodzie. Kiedyś...
Albo całkiem niedawno. Za tym ostatnim, w bezsprzecznym dowodzie, przemawiały rozrzucone na wodzie, pływające albo zamokłe na brzegu chłopskie ciuchy. Koszule, sukmany, spodnie. Rozdarte czy porozcinane. Ale nie skrwawione.
Nie, tu nie było już juchy. Ani trupów. Nie było nikogo. Zostały tylko mokre szmaty.
-
P Panicz odniósł się do tego tematu
-
P Panicz odniósł się do tego tematu
-
31 sierpnia, 591 WR
Konni jechali ostrożnym kłusem. Rozciągnięci w długą kawalkadę, rozglądali się na boki i łypali to do tyłu, to do przodu, łowiąc najbliższych towarzyszy. Leśna ścieżyna wiła się nierówno, to wpuszczając przerzedzeniami nieco światła i przestrzeni do jazdy, to kurcząc do węża, którym ledwie wóz by przejechał.
Znali drogę. Wiedzieli, gdzie mają jechać. Sylv, Marius i Seweryn już tam byli. Prowadzili na pewniaka. Ale po ich opowieści las nie był już taki, jak wcześniej. Najwięcej zrobiły słowa Mariusa. Kapłan nie gryzł się w język i nim zaświtało, jego historie żyły już własnym życiem, a każdy strach upasł się na strachu poprzedników, którzy przekazywali wieść dalej.
Pauzy w ptasich świergotach – naturalny moment na brawa – teraz budziły niepokój. Wzmagały wzajemne spojrzenia, podnosiły w siodłach, wstrzymywały myślotok. Uszy strzygły za nieznanymi nutami, trzask gałązek zrywał ręce z uzd do kulbak i pasów.
Przebieżka, która miała być dla koni przyjemnością zmieniła się w zmorę. Zwierzętom udzielił się niepokój jeźdźców. Szły niechętnie, obijając się o siebie i parskając. Ogary, które przyprowadziła drużyna z Roscoe biegły im między nogami i powarkiwały, dodając jeźdźcom nowe źródło wybojów. Psy też musiały wyniuchać coś niedobrego. Czy chwyciły niebezpieczeństwo drzemiące w lesie, czy po prostu przejęły wiszący nad grupą strach... To miała pokazać przyszłość.
Varlund jechał z Sylvem na przedzie. Jechał dziarsko, bujając się w siodle jakby zajeżdżał pod oberżę pokazać się dziewczętom. Wstrzymał się od podgwizdywania, ale co i rusz przypalał gasnące tytoniowe skręty i cmokał, kopcąc. Nie bał się. Nie bał się, albo ludzie mieli widzieć, że się nie boi. Działało. Trochę. Dobry przykład trzymał kompanię w ryzach.
– Tu zginął pan Claude – zaraportował Sylv, gdy zajechali na skrwawioną polanę. Goblińskie trupy były rozwleczone po trawie. Nadżarte, ale niedojedzone do końca. – Tu się rozdzieliliśmy... Oni pojechali dalej, tamtędy.
Sierżant poklepał tropiciela po plecach, jakby starszak pocieszał kumpla przy kieliszku. Żołnierz znał smak porażki. Wiedział, co to śmierć. Także śmierć dowódcy. Miał gest suchy jak zimowa trawa i nic poza tym. Nie wierzył w słowa.
– Panie Kroll, zdajemy się na wasze pieski. – Spojrzenie wąsacza mimo woli powędrowało na poniewierające goblińskie truchło bloodhoundy. – Dajcie im trop i ruszajmy.

Droga pod górę poszła prędko. Górskie wiatry i wyziewy gorących źródeł wywietrzyły trop porwanych, ale ślady Randala, Kaia i Lary były jeszcze świeże. W miarę. Dość, by Sylv z pomocą Krolla gładko poprowadził odsiecz najszybszą drogą.
Znaleźli ich nieco po południu, gdy słońce weszło w największy wygrzew, a wiatr zelżał, wzmagając echo każdego dźwięku. Góry niosły stukot podkutych koni, niepewne kroki i rozmowy. Z jednej i z drugiej strony.
– Tutaj! – Usłyszeli gdzieś z dołu, z kotlinki, którą kosodrzewina obrosła jak cierniowa korona.
Już wcześniej usłyszeli rżenie konia, ale teraz mieli pewność.
– To półelf – rzucił sucho Seweryn. – Zachowajmy jescze... Ostrożność - doradził.
Marius wiedział, skąd rozwaga i chłód cyrulika, ale sam nie ważył ryzyka. Może wiedział, że tym razem Kai mówi swoim głosem, a może czuł, że jest mu coś winien. Jemu i reszcie, która przebyła noc w górach.
– Ahoj! – Kapłan wynurzył się zza osłony krzewów i wpadłby do niecki w dole, gdyby nie kostropata gałąź na skraju. – Oj... Potrzebujecie pomocy... Chodźcie, trzeba ich wciągnąć na górę!
– Nie trzeba – zadudnił zimno głos Randala. – Sumienie ruszyło?
Paladyn zebrał się z ziemi i rzucił w głąb kotliny kijek, którym się drapał. Wyglądał na poobijanego i zmęczonego, ale nie krwawił. Był cały.
Kai na pierwszy rzut oka wyglądał gorzej, ale może to przez to, że zrzucił buty i ciuchy, zostając w samych spodniach, a na jego chudym, spoconym i poranionym ciele obraz porażki rysował się mocniej.
Najsłabiej miała się jednak Lara, która leżała na sienniku, z poduszkami pod głową zrolowanymi z szat towarzyszy. Już normalnie była alabastrowa, ale teraz jaśniała jak pobielana chata. Oddychała płytko, ze wzrokiem spuszczonym nisko i niezdrowo ciemnymi, siniejącymi aureolami wokół oczu.
Żyła jednak. Żyła i widać duch wojowniczki jej nie opuścił, bo widząc jak Marius wyrasta u góry, podparła się na łokciach i przysiadła oparta o skałę, machając przybyszom.
W kotlince rozbili obóz, korzystając z tego, że rzęsa kosodrzewiny zawisła nad schronieniem, dając osłonę od słońca i gorącego, niosącego pył i siarkowe wyziewy wiatru. Został im jeden koń, który prychał wesoło, czując, że głód dobiega końca.
Rycerz i bard pomogli Larze wywlec się na ścieżkę ponad dolinką, a Sylv i ludzie Varlunda zebrali rozłożone przedmioty grupy i wyprowadzili na powierzchnię kasztankę, której zaraz wróciła werwa. Widać z nią przyroda obeszła się delikatniej niż z dwunogami.
Drugi koń znalazł się też niedługo potem – spłoszony wlazł na grań na końcu jednej ze ścieżek i nie potrafił wrócić, a zmęczona grupa wypadowa nie miała siły go ściągnąć. Ze wsparciem żołnierzy ratunek przyszedł sprawnie. Trzeciego już nie znaleźli. Przepadł po tym, jak wszystkie trzy, pozostawione bez opieki, zerwały się w nocy, zbiegając w dół przełęczy.
– Widać, że ciężka noc za wami, moi państwo. – Varlund podszedł do znalezionych ratowników, zdejmując czapkę i dygając lekko przed Larą. – Napijcie się, posilcie i dajcie chyżo znać, czy złapaliście ślad wieśniaków z Pogorzeli... Myśmy tą grupą, którą przysłano wam sukurs. Jestem Varlund, ci żołnierze w mojej pieczy. A to pan Kroll, prowadzi oddział z Roscoe.
Masywny chłop w przetartej przeszywanicy kiwnął głową i na moment zdjął skórzany kapelusz, przydając szarej okolicy kolor swymi rudymi, ledwo co ulizanymi do tyłu strąkami.
– Dajcie się obejrzeć, bo w-widzę, że ran doznaliście. – Seweryn wynurzył się spośród ciekawskich, niosąc pod pachą swój lekarski tobołek. Najsłabsza, Lara była naturalnym celem. – Musicie pić dużo, to na pewno... Ale i pokażcie, to zaraz uradzę co więcej zda się...
– Maestro Seweryn niech swoje robi, a wy, państwo, rzeknijcie coście znaleźli? – Varlund przysiadł obok osadzonej na kocach trójki i dojrzał, by każdy dostał solidny bukłak. – Będzie kogo ratować jesczcze?
Randal spojrzał w oczy sierżanta, wypuszczając słowa z ust jakby trzeba było wyciągać je spod imadła.
– To... Trudna sprawa.
Płomień pochodni drgał nerwowo wśród oparów wilgoci, skracając pole widzenia do obłych plam ledwie na krok czy dwa na bok. Poza tym ciemność, szum i dudniąca woda. Szli nabrzeżem u stóp skalnego uskoku, przykurczeni, by dać opór zimnu i wodzie, które zasadzały się na ich światło.
Nie doszli daleko. Kamienna grzęda schodziła w toń, nie dając żadnych nadziei na obejście jeziora. Gorzki powrót nasiąkł strachem, gdy ognie zgasły pod nagłym podmuchem. Nasiąkłe wilgocią żagwie mogły już nie zapłonąć...
Dobrze, że Kai mógł odwołać się do swych sztuk, które jeszcze parę dni temu skrywał przed większością świata. Prosty czar zapalił pochodnie na nowo i delikatne tupanie naprzód odżyło. Trio poszukiwaczy, odważnych ratowników, teraz przygarbionych i przygiętych grozą, że zapadną tu w mrok, a pamięć o nich zginie, podjęło marsz.
Drugi skraj skalnej, nadwodnej półki, która robiła za naturalną przystań, kończył się zaraz za wiodącymi w górę schodami. Nie było innej ścieżki. Woda była zimna. I... Zapewne głęboka.
Lara odetchnęła ciężko i dla naukowej pewności wetknęła długi łom w zimną taflę. Woda była świeża, czysta, omotana wokół parą wodną z opadu. Ale pani doktor odliczała każdy ułamek sekundy do chwili, gdy będzie mogła już wyrwać dłonie poza toń. Zebrała się z kolan i szybko odeszła na wiodące wyżej stopnie. Ruszyła w górę chwiejnie, szybciej niż w jej zwyczajowym pewnym, gibkim i eleganckim marszowym kroku, dziękując sobie, że już po.
Woda była głęboka. Lara nie chciała wiedzieć już jak bardzo. Czuła, że jest cała przemoczona, a opar osiadał na niej niby spojrzenia zza węgła. Niedobre, niepewne, niknące, gdy poświęcić im wzrok.
Randal, Lara i Kai ruszyli z powrotem, kilkakrotnie jeszcze korzystając z mocy barda, który musiał przywracać pochodniom słabnący płomień. Jego magia nie potrafiła wyczarować ognia sama z siebie. Umiał wykrzesać go z najmniejszej iskry, jeśli było tam jeszcze coś, co mogło zapłonąć. Ale nasączone oliwą pochodnie, nawet zwinięte pod szaty, ukrywane od podmuchu wodospadu, były coraz bardziej mokre.
Gdy dotarli na górę, do korytarza, skąd wyszli, płonęła już tylko jedna. Ogień pełgał coraz słabiej i modlili się, by wytrzymał do końca ścieżki. Droga była pełna wybojów, nierówności, szczerb, wyżłobień i niecek. Półelf zdecydował, że pójdzie pierwszy. Narażał się... Ale on widział najlepiej.
Szli powolutku, trzymając się jedno drugiego, mokrzy od wilgoci jaskini i własnego potu.
A ogień w końcu zgasł. Zgasł i nie dał się już przywrócić.
Zostało im polegać na wątłym powidoku Kaia, który sam już nie wiedział, czy wiedzie ich wedle tego, co niknie mu przed oczami, czy wizji spod powiek, które zostają zamknięte.
Nie wiedzieli, ile im zeszło na ślepej tułaczce przez korytarz, ale kiedy dotarli w zasięg słabego światła Luny, które wpadało przez zdjęty właz, czuli jakby minęły lata. Nie widzieli się dobrze, ale w szarych sylwetkach jaśniała im siwizna, a w twarzach odcinały się zmarszczki. Jakiż był ich szok, gdy na powierzchni dojrzeli, że choć zmarnieli na twarzach jak po głodówce, dojrzana starość była tylko omamem steranych umysłów.
Zmartwiali niemal od chorej gry na zmysłach, które przez godziny wbijała w nich ciemność, nie mieli już siły by zrobić cokolwiek więcej. Randal, pchany chyba jedynie boską łaską patrona, zdołał zebrać ostatek mocy i zepchnąć właz z powrotem na swoje miejsce. Niezdolni, by wspiąć się z powrotem, ani by zleźć niżej, wszyscy troje zalegli ciałami na pokrywie. Liczyli, że choć swoim, martwym ciężarem utrudnią gatunkom podziemi wyjście na żer...

- Dotarliśmy tak daleko jak się dało. Ktoś porwał ich w głębiny... Przepłynęli podziemne jezioro, ale my musieliśmy zostać na brzegu. – Randal splunął na kępę trawy, zły na samo wspomnienie własnej niemocy. - Zejść tam jest cięzko, ale da się... Ale trzeba mieć jak przepłynąć. Oni mieli.
– Nie trafiliśmy ich śladów, ale właz, te monety, które widzieliście... Schody i poręcze w korytarzu. – Lara wyglądała lepiej z każdą minutą, ale cienie wokół oczu pewnie miały z nią zostać na wiele dni. – To sugeruje, że za porwaniem mogą stać... Z ogromnym prawdopodobieństwem stoją szare krasnoludy. Duergarowie. To podziemna rasa. Słyszałam, że handlują niewolnikami... Ale nie wiedziałam, że bytują w tej okolicy.
Varlund podczas opowieści spalił całego ćmika i teraz już żuł tylko mokrą końcówkę, ważąc myśli.
– Co zatem radzicie robić dalej? - Sierżant pochylił się ku drużynie, zniżając głos. – Zrobim co trzeba, choć ludzie... Będą się bali. Z tego, co mówicie, to nie na takich jak oni to sprawunki...
- Na pewno trzeba mieć tam światło. Duuuużo światła – zapewnił Kai, a towarzysze pokiwali jak w hipnozie. - I jak się przeprawić przez wodę. Najlepiej do jednego i drugiego, żeby była magia...
- Magia? - zdziwił się Kroll, który dotąd przysłuchiwał się wszystkiemu w ciszy.
- Ano – zgodził się z ulgą Varlund. - Nie na nasze to głowy i pewno magika trzeba... No nic. Wskażecie, gdzie ten właz, to zawali się kamieniami, by nic nie wylazło, ni wlazło...
Randal i Kai spojrzeli po sobie, a paladyn fuknął, ale wstrzymał słowa.
– Tyle możem zrobić teraz. Sami mówicie – rozgrzeszył się żołnierz. – Łodzie trzeba albo wystrugać, albo ściągnąć aż z Czarnorogu czy Zawoju... To i tak dwa dni najmniej zejdzie. No i do pana starosty donieść, co i jak. Niech radzi z mistrzem Weldem, on na magii się wyznaje, to jemu tu władza.
Lara zebrała się z ziemi i zaczęła zbierać swoje tobołki, zarzucając je do juków wolnego konia. Ruchy ciągle miała niemrawe, jakby uczyła się wszystkiego na nowo.
– Pan Varlund ma rację, choć i mi ciężko się z tym pogodzić... By się tam przeprawić, trzeba dobrego przygotowania. My zrobiliśmy, co w naszej mocy. Czas, żeby pan Salina sięgnął po więcej środków. – Lekarka oparła się o konia z przyjemnością gładząc miękką sierść na szyi zwierzaka. Takie doświadczenia jak to, które przeszli wzmagały radość z prostych rzeczy. Kusiły do zwykłego życia. Kazały zeń czerpać, póki trwa. - Zrobiliśmy swoje. Teraz dopilnujmy, by zrobiła i reszta.
Drużyna i dowódcy oddziału pokiwali sobie głowami na potwierdzenie, jakby cała sytuacja wymagała jakiejś niemej kropki od każdego z rozmówców.
- I jeszcze jedno, panie Varlund. – Lara musiała to dodać. - Ten gigant, to porwanie, gobliny... Coś poruszyło te góry. Wszyscy musimy się teraz mieć na baczności, bo to nie wygląda na koniec.
Tak, zaszumiał kojąco głos w głowie Mariusa. To dopiero początek.
KONIEC
(acz ciąg dalszy nastąpi...)
-
P Panicz odniósł się do tego tematu