Sharn - Mrocznymi Scieżkami
-
Thalamer i Varok wnet znaleźli się na niebostatku. Varok, jeszcze pod wpływem działania zaklęć najemnego maga, z niejaką nieufnością przestąpił burtę barki.
– Lataliśmy i gorszymi – zauważył Thalamer, który z politowaniem spojrzał na parę skrzyń dojrzałej kapusty i nawinięte na powrozy łodygi czosnku. – Choć muszę powiedzieć, że zbiry tej ogrzej dziewki zdają się być prawdziwymi mętami mętów, zupełnie jak pewne formy szlamów, o których czytałem w tej księdzie z Korranberg…
Barka ruszyła, dwójka zaś obserwowała zwykłą przemianę scenerii, jak zniżali się coraz dalej w dół i dół. Kamienne mosty przepływały z dołu w górę, aby wizualnie stać się nieregularnym sklepieniem, sieć balkonów tworzyła nieregularne urwiska, pomiędzy którymi nierzadko rozwieszone były sznury, na których wisiało pranie. Między tym, w powietrzu szybowały gargulce dostarczające wiadomości, obok nich kurierzy i hipogryfy, każdy z nich zaś uwijał się przy swej robocie jak ukropie. Zaledwie przecznicę dalej w tym mrowiu i można było stwierdzić, że incydent w Królu Ognia był niczym więcej nad epizod w zwykłym, hektycznym dniu Miasta Wież. Światła, pochodnie mijały ich, a sceneria, w miarę zlatywania w dół przestawała wyglądać jak miasto, a coraz bardziej przybierała postać wielkiej, rzygającej dymem i ogniem maszyny.
Thalamer zabębnił palcami o burtę, nieco znudzony rozwojem wypadków. Przez chwilę kontemplował, czy powinien był zostać w Królu Ognia, jednak intuicja dyktowała mu, że powinien właśnie ulotnić się z przybytku jak najszybciej, zanim znajdzie się ktoś, kto zacznie zadawać pytania, kim jest Varok i on sam. Mag zahaczył swe oko na sigilu stabilizującym wyryty przez, zdawało się, inżyniera Domu Lyrandar. Thalamer przez parę chwil zaciekawionym, niefrasobliwym wejrzeniem lustrował glify lekko połyskujące na szybodrzewie.
Atmosfera raptownie zagęściła się wraz z nagłym wzrostem temperatury. Zapachniało żelazem i miedzią, prądy powietrzne stały się gorętsze. Sadza stała się widoczniejsza, im dalej zagłębiali się. Z początku dalekie, ale coraz bliższe dźwięki kuźni Cannith. Czarne dymy dobywały się z kominów, aby zostać wessane w zawory filtracyjne powyżej.
– Nie ma jak w domu – z krzywym uśmieszkiem Thalamer rzucił do Varoka, ten jednak milczał, jak gdyby nie usłyszał go.
Thal podrapał się po głowie. Gdzie znaleźli się, jaka to była dzielnica? Ach, tak, Złota Brama. Nie miało to żadnego znaczenia, ponieważ miejsce, w którym znaleźli się, nie miało żadnego garnizonu straży.
– Alestairze, nie mogłeś sobie znaleźć godniejszego miejsca na upadek – z przekąsem mruknął Thal w przestrzeń, to do siebie, to do towarzyszy. – W gruncie rzeczy, czemu zatrzymałeś się tak blisko? Równie dobrze mogłeś spadać sobie aż do Wrót Khyber.
Tam był Alestair! Thal zauważył upadłego detektywa dopiero po pewnym czasie i uczynił w myślach notatkę, że mniej roboty zajęłoby po prostu odcięcie głowy, jeśli w istocie miał z czasem zagospodarować jego mózg. Parę sylwetek, na podobieństwo hien, było wokół niego. Znaleźli się tutaj w samą porę.
- Byliśmy tu pierwsi, fanty są nasze, wypierdalać! – osiłek wypluwał z siebie słowa.
Thal przewrócił oczyma. Już miał ułożyć swe dłonie w kształt zaklęcia i zacząć wyśpiewywać słowa mocy, jednak rozsądek kazał mu przystanąć.
– Panie Bekhesh? – rzucił niskim głosem. – Zdajesz się przysposobiony na podobne ewentualności, bez obrazy wszak. Zanim każę Varokowi wypruć bebechy z drabów, być może wskórasz coś?
-
- To jest mój przyjaciel i jest mi witalnie potrzebny, albo jego ciało jeśli już umarł. - odpowiedział Bekhesh na zaczepkę miejscowego "kolorytu" - Mogę wam dać… 100 złotych monet żebyście sprawdzili czy nie ma was gdzie indziej. Albo mogę dać wam pracę w moim magazynie. Płaca regularna, robota fizyczna, niekwalifikowana, ale wystarczająca byście mieli dach nad głową, strawę w garnku i wódkę w kubku. - oczy goblinoida zapłonęły gdy to mówił.
Mężczyzna przyglądał mu się chwilę ze zmrużonymi oczami. Potem przeniósł wzrok na Żelo i Varoka, co pomogło mu podjąć decyzję.
- Obiecanki-macanki - prychnął, wyciągając rękę po monety - Dawaj kasę, bierz trupa i spierdalaj - jego towarzysze odsunęli się pod ściany, trzymając dłonie pod połami obszarpanych płaszczy.
- Robienie z wami interesów to czysta przyjemność - odparł hobgoblin pozbawionym emocji głosem. Odliczył równe sto monet, z swojego pozawymiarowego mieszka. Trzymając ręce na widoku, a w nich błyszczące w płomieniu pochodni złoto, ruszył w kierunku Alestaira i lidera rzezimieszków. Podał zbirowi monety i uprzejmie czekał aż ten się przesunie, dając mu dostęp do detektywa.
– To wszystko? – zapytał Thal, zezując między Bekheshem a osiłkami, a także kimkolwiek, kto mógł czaić się w ciemności alejki. – Tedy suplikuję o niezwłoczne opuszczenie tego… No. Czymkolwiek to jest.
- Ta - mruknął osiłek i dał znak ruchem głowy. Cała trójka nonszalancko opuściła zaułek, pozostawiając w nim jedynie bohaterów i nieruchomego Alestaira.
Bekhesh podszedł do leżącej sylwetki i niestety musiał przyznać, że stoi przed trupem. Połamane, powykrzywiane kończyny, plamy krwi na ubraniach tam, gdzie impet uderzeń rozerwał skórę. Nawet jeśli czarna strzała wbita w tułów nie zabiłaby go, musiał to zrobić sam upadek. Chociaż biorąc pod uwagę kolejny grot wystający z szarego gardła, to musiało być po wszystkim, zanim uderzył o powierzchnię, z białymi oczami na szarej twarzy, spoglądajacymi wciąż w stronę zasłoniętego nieba…
… zaraz, co? Szare gardło? Twarz o ledwie zarysowanych rysach i szarej skórze? Białe, pozbawione tęczówek oczy? To nie był dobrze im znany khoravar, tylko wypisz wymaluj doppler!
Bekhesh obejrzał zwłoki i bezceremonialnie zaczął je przeszukiwać. Alestair mu zaimponował i to podwójnie. Nie dość że pomyślał o tym że Scrimshaw może się na niego zasadzać, to doppler którego wynajął był na tyle dobry że hobgoblin nie zauważył różnicy. Szkoda takiego talentu.
Na pierwszy rzut oka widać było, że lokalne hieny zdołały już sobie coś uszczknąć - brakowało sakiewki, a kieszenie były opróżnione. Rzezimieszki nie zdążyły jednak znaleźć wszytej w płaszcze ukrytej kieszeni, kryjącej pozawymiarową przestrzeń. Sama w sobie była cenna, ale jej zawartość również była niczego sobie: druga sakiewka, wypełniona złotymi monetami, puzderko z zestawem fiolek i niewielki notes oprawiony w czerwoną, pokrytą runami skórę.- To nie Alestair. Jak zawsze krok przed opozycją. - powiedział, wycierając dłonie o ubranie zwłok, a następnie o chusteczkę którą wyjął z jednej z kieszeni płaszcza. Po krótkim namyśle wyrzucił ubrudzony kawałek materiału.
– Ach, jakaż szko- khm, oczywiście, Aleistairze, znowu stanąłeś na wysokości zadania! – Thalamer zakręcił wąsa. – Muszę przyznać, że niedługo człek zajrzy do spyży i znajdzie tam klona Alestaira. Mmm… Tak czy inaczej, szukamy czegoś konkretnego?
- Aż korci pytanie czy plan Alastaira zakłada pozostanie martwym przez jakiś czas - Taer, który zamiast na ciele najpierw skupił się na dojrzeniu ewentualnej kolejnej zasadzki, wrócił do towarzyszy - Na pewno nie możemy wrócić na górę z ciałem.
- A co do szukania czegoś konkretnego…spodziewałbym się jakiegoś narzędzia do śledzenia lub komunikacji, nasz niedoszły zmarły nie wydaje się zostawiać zbyt wielu rzeczy ich własnemu biegowi
- Podejrzewam że tutaj znajdziemy jakieś sugestie, ale jest oporny na próby otwarcia - Bekhesh uniósł notatnik w górę. Mówiąc to skupił na nim swoje nadnaturalne zmysły. Wyglądało to na prostą pieczęć uniemożliwiającą rozwarcie stron.
- Jest magiczny.
- Możnaby oczekiwać, że przy tak złożonych planach przewidziano więcej niż jeden sposób otwarcia, prawda? - elf wyciągnął rękę po notatnik, licząc że na jego okładce - lub w samej pieczęci - znajdzie jakieś wskazówki co do natury słowa-klucza. A jeżeli nie, to miał w głowie kilka typowych wytrychów, jak dotyk dłoni właściciela - a wciąż mieli go jeszcze przy sobie.Thalamer także zakreślił glif wykrycia magii, zarówno na ciele, jak i na dzienniku, zastanawiając się, czy nie wykryje przypadkiem czegoś więcej, niż Bekhesh.
– Prosta magia? – zapytał najemny mag, obracając swą różdżkę antymagii w palcach. – Jeno zamyka i niczego więcej? W takim razie, towarzysze broni, miałbym tutaj całkiem niezłe remedium na rozwiązanie naszego problemu. Pan pozwoli, panie Bekhesh? - w odpowiedzi hobgoblin przekazał magowi notatnik.
– Nie, nie, zostanie w dłoniach… Jeśli coś trzeba będzie zrobić…
Thalamer zakręcił swoją różdżką. Ciemnopurpurowa energia objęła lekką poświatą różdżkę, zaś Thal wyrzekł pojedyncze słowo, skierowawszy ją na dziennik. Promień, podobny wyładowaniu elektrycznemu, pomknął przez przestrzeń i dotknął dziennika, który podobnie pojaśniał nieco poświatą, szczególnie w okolicy zamka.
– Spróbujmy otworzyć, supresja magii trwa tylko pewien czas! Wynika to z nietrwałości pola antymagii…
Hobgoblin bez słowa wziął notatnik ponownie w swoje ręce. Zgromadzeni przez moment poczuli że zrobił coś “nienaturalnego”, i z nieludzkim skupieniem zaczął grzebać przy zamku za pomocą wytrychów, które wyciągnął z ukrytej po wewnętrznej stronie rękawa kieszonki.
Kilkanaście sekund i moment stresu, gdy wytrych omal nie złamał się w zamku, Bekhesh zdołał się z nim uporać. Notes stanął przed nimi otworem, ale wyglądało na to, że nie był to koniec trudności. Jego kartki zapisane były drobnym pismem w jakimś nieznanym alfabecie, a może wręcz szyfrem? To, co dało się zauważyć po szybkim kartkowaniu to fakt, że zapisano je różnymi stylami pisma - z czego jeden z nich zmieniał się z kolejnymi stronami, upodabniając do pierwszego.W tym czasie Taer przyjrzał się zwłokom. Fałszywy Alestair nie miał ze sobą nic więcej wartego uwagi, ale elfowi udało się odkryć coś innego. Doppler miał na szyi, pod uchem niewielki tatuaż przedstawiający dwie teatralne maski - nietypowa dla tej rasy permanentna modyfikacja. Sam wzór wydawał się znajomy w tym kontekście, musiał być powiązany z jakąś grupą.
- Nie wygląda mi to na szyfr który uda mi się złamać w kilka chwil. Sugeruję zostawić truchło i przenieść się do mojego studio, żeby zająć się tym w przyzwoitych warunkach.
Thalamer spojrzał na kolejne z kartek notatnika, próbując pisma i sprawdzając, czy którykolwiek z glifów mówił mu cokolwiek. Na pierwszy rzut oka upewnił się tylko, że pierwszy styl pisma jest podobny do pisma Alestaira.
– Hmm… – mag pogładził swoją wymuskaną brodę. – Tak czy inaczej okolica nie jest, khm, najlepszą pracownią do dokonywania badań odpowiednim badaczom naszego pokroju… Zaiste, przyznaję rację, panie Bekhesh, sporo prawdy jest w twych słowach. Nie mówiąc już o tym, że ta banda pospolitych chuliganów może w każdej chwili zmienić swe zdanie i napaść na nas po raz wtóry… Pfch. Znam niestety kreatury ich proweniencji. Winniśmy czym prędzej powrócić na niebostatek i przenieść nasze badania do miejsca zdatnego na przeprowadzenie badań.Tu uczynił znak w stronę Taera, który zdawał się lustrować zwłoki.
– Panie Taer? – zapytał. – Ładujmy trupa na barkę i ruszajmy.
- Nie godzi się zostawiać ciała w zaułku, ale jeżeli wylecimy na górę z dopplerem w szatach naszego niedoszłego nieboszczyka, stracimy tą drobną przewagę. Więc ładujmy, ale zróbmy przystanek żeby znaleźć jakiś całun który zakryje tego nieszczęśnika -Powoli z góry spłynęła tafla energii niosąca dwóch krasnoludzi.
- Raportujcie. - rzucił Gundrik stanowczo.
Z uwagą wysłuchał co reszta ma do powiedzenia. Spojrzał na ciało nie-Alestaira.
- Już się robi.
Otworzył jedną z kieszonek przy szelkach i wydobył z niej długi cienkopleciony sznureczek. Nasycił go magią, przywołał do siebie parę walających się w zaułku brudnych szmat które się rozplótły a potem na sznureczku zaczęły się układać i przeplatać. W ciągu kilkudziesięciu sekund „z niczego” w dłoniach krasnoluda pojawiła się niezbyt czysta płachta którą ten nakrył ciało.
- Tylko zdajecie sobie sprawę że jak jakiś mag się do niego dorwie to może z tego chopa wyciągnąć sporo nadprogramowych informacji?
– Będzie w naszym żywotnym interesie zabezpieczyć ciało – zgodził się Thal.
- Możemy je spalić i złożyć prochy w urnie. Miasto dowie się że Alestair umarł, ciało stanie się niedostępne.- zasugerował hobgoblin.
- Nie odnośmy się do tego w ogóle - zaproponował starszy krasnolud - Ciało spalimy. Po cichu pochowany w nieoznaczonym grobie i nikomu słowa nie piśniemy. Kto się jego śmierci spodziewał, ten jego śmierć zobaczy. A my będziemy działać.
Zamyślił się na moment, po czym poprawił pas.
- Teraz powinniśmy udać się do jego biura i zgarnąć wszystko co tam ma, zanim nas ktoś uprzedzi. Bo w takich sprawach, moi drodzy, pośpiech nie jest może najlepszą przyprawą, ale zwlekanie potrafi przypalić nawet całkiem dobrą okazję.
– Jeśli udamy się do jego biura, powinniśmy zrobić to wespół – zauważył Thal, kręcąc od niechcenia swą różdżką kontrczarowania. – Spodziewałbym się… Pewnych niespodzianek.
- Ai - przytaknął krasnolud krótko.
- Zgoda. - przyłączył się do chóru hobgoblin
- Aye. Ładujmy się na pokład. - rzucił Gundrik.
Elf bez słowa potwierdzająco skinał głową -
Chwilę wcześniej...
- A dzięki, dzięki… Wy równieżście się starali. Łatwo nam nie było, oj nie… Można się było napocić, albo kości przekrzywić..
Borin zerknął na ramię zbrojnokutego, które przed chwilą prowizorycznie opatrzył, a teraz już wyglądało jak nowe.
- Teraz, jeśli pozwolicie, wolałbym uniknąć dalszego rozlewu krwi… albo smaru. Jeśli Boromarowie dotrą tu przed strażą miejską, a na wachcie akurat trafi się kapitan bardziej…. temperamentny, to zrobi się z tego bardzo nieprzyjemna sytuacja.
Westchnął i zaczął powoli zwijać pasek narzędziowy.
- Dlatego zabierz tylu swoich, ilu zdołasz. Zbierzcie rannych i wynoście się stąd, póki jesteście w stanie. Swoją porcję przemocy dzisiaj już miałem i niemiła mi dokładka.Zbrojnokuty obejrzał się tylko w stronę zmasakrowanego trupa drugiego ochroniarza.
- Z Trzydziestki niewiele już zostało, a Syrrix tu nie ma. Kontrakt był na nią, pozostali się nie liczą - powoli podniósł się na nogi - Ale jeszcze raz dzięki, tym razem za ostrzeżenie, długo tu nie zostanę.
- No to w ramach podziękowania weźże kogo zdołasz na plecy i przenieś ich ze dwie przecznice stąd, najlepiej do jakiegoś rowu, zaułka czy innego miejsca, które zmniejszy szansę, że Boromarom w ręce wpadną. Da im to jeszcze szansę przeżyć i trochę oleju sobie między uszy wlać z wiekiem. Zaczynając od tamtej Reilru, jeśli możesz… chyba oficeruje, a takich to się gorzej traktuje.
- Dziwna prośba, ale skoro nalegasz - konstrukt wzruszył ramionami w geście, który musiał podpatrzeć u innych ras. Ruszył w stronę nieprzytomnej gnollki i z wysilkiem zarzucił ją sobie na ramię, co spotkało się z groźnym warknięciem ostatniego przytomnego gnolla. Zbrojnokuty, nie wydawał się tym przejęty - miał swoje zadanie i szedł już w stronę wyjścia.
- Ty się, Thraz, nie buntuj mi tutaj, tylko pomóż mu, bo szkoda czasu na takie przedstawienia! Chwytaj kogo możesz i ewakuujcie się stąd czym prędzej, bo jak Boromarowie się pojawią to nie na popołudniową herbatkę was zaproszą!
Gnoll przez chwilę obserwował krasnoluda z głuchym warczeniem, ale widać że wystarczyła mu na przemyślenie swojej sytuacji. Dobro sfory ostatecznie wygrało z dumą - powoli podniósł się na nogi, dźwignął leżącego jak worek ziemniaków towarzysza ruszył za zbrojnokutym.Borin obserwował wychodzącą parkę. Westchnął powątpiewając lekko czy to była dobra decyzja. Pakt Znir doceni troskę o życie swoich ludzi? Czy za słabość i “zaproszenie” uzna? Co Boromarowie pomyślą o ratowaniu żyć ich konkurentów? To plus wydarzenia z rana w Brzegu… mogło okazać się rysą na ich relacjach.
- Będzie co będzie. Najwyżej to rozwiążę…
Spojrzał dalej po Królu Ognia i do loży, gdzie chwilę temu towarzysze zlecieli ratować Alestaira.
- Proponuję się stąd zwijać jak sugeruje gospodarz. - warknął Gundrik rozluźniając się trochę.
Nadal trzymał w dłoniach swoją broń, załadowaną i gotową do strzału. Nie patrzył na Borina tylko na potencjalnych przeciwników, miejsca skąd mógł nadejść atak… smocze znamię zdążyło przygasnąć pozostawiając tylko na ramieniu kurtki wypaloną dziurę.
- Idziemy na balkon. Sprowadzę nas na dół śladem pozostałych.
- Jeśli miłe to twoim uszom… - zaczął Borin do gospodarza - …to za kilka godzin, albo jutro, jeśli sytuacja nie pozwoli, zawitać mogę i zreperować zniszczone meble. Dobry jestem w takie zabawy.
- Mam od tego fachowców na kontrakcie - odparł niziołek, niechętnie odnosząc się do propozycji.
Borin spojrzał na Gundrika, kiwnął mu głową i ruszył za nim.
Idąc zgrabnie i płynnie młodszy krasnolud omiótł jeszcze raz wzrokiem główne pomieszczenie.
- Jeden ślad młotka na tych mebelkach i ubezpieczenie szlag trafi. Tak tylko mówię. - rzucił do Borina i machnął lekko ręką na co ukształtowana w łódź tafla energii wpłynęła za krasnoludami na balkon.
- Zapraszam na pokład.
- Ah, dziękuję, dziękuję. Oddaję się w twoje ręce, kapitanie - zachichotał starszy krasnolud wchodząc na magiczny transport. -
Pozostawał jeden problem do rozwiązania - jak dyskretnie zabrać ze sobą ciało dopplera? Wykombinowana przez Gundrika płachta co prawda ładnie zasłoniła pokrwawione i połamane zwłoki, ale paradowanie przez miasto z tak charakterystycznym, lekko przeciekającym pakunkiem raczej w niczym by nie pomogło... W sukurs planowi ukrycia martwego "Alestaira" przyszedł Thalamer, który po szybkiej naradzie z Bekheshem skorzystał z zaklęcia pomniejszającego. Denat skurczył się do rozmiarów niziołczego dziecka, co pozwoliło hobgoblinowi upchnąć go w międzywymiarowej przestrzeni swojej torby. I tak z miejsca śmierci tajemniczego sobowtóra zostało jedynie wgłębienie w błocie i kilka plam krwi, które deszcze zmyje w parę minut.
Wychodząc z zaułka, zauważyli obserwujących ich z bezpiecznej odległości zbirów. Do tych, których ugadał Bekhesh dołączyło paru kolegów - jeden z nich wyjątkowo się wyróżniał, nie tylko przerośniętą wrecz muskulaturą - łysą czaszkę pokrywał mu postrzępiony wzór, dla nieobznajomionego mogący uchodzić za dziwny tatuaż. Jednak doświadczeni bohaterowie szybko doszli do wniosku, że jest on posiadaczem Smoczego Znamienia, i to wynaturzonego…
Cała grupa obserwowała w milczeniu, jak bohaterowie opuszczają ich teren, wznosząc się ponad biedotę w stronę tej części miasta, która mogła zobaczyć chociaż pojedyncze promienie zachodzącego słońca.Biuro Alestaira znajdowało się w Środkowym Menthis, w Dymnych Wieżach, dzielnicy artystów i teatrów, goszczącej także znaczną populacją Cyrańczyków, zarówno mieszkających tu od pokoleń, jak i niedawnych uchodźców (przynajmniej tych bogatszych). Nie tracąc czasu, bohaterowie złapali bezpośredni powietrzny powóz, który wysadził ich ledwie parę kładek od celu.
Pogoda nie poprawiała się, ale nocny deszcz w Środkowym Menthis nie przypominał ciężkiej, lepkiej zawiesiny z dolnych poziomów, gdzie na głowy przechodniów spływał brud i sadza z kuźni Czeluści. Tutaj, wysoko na wiszących mostach łączących kolosalne wieże, była to chłodna, drobna mżawka, oblepiająca płaszcze i zamazująca blask wiecznych latarni. Smugi wody spływające po kamiennych gzymsach odbijały seledynowe i purpurowe światło iluzorycznych afiszy, które zapowiadały przedwojenne sztuki w Teatrze Klasycznym, koncerty popularnych zespołów w Atrium, oraz występy w całej gamie mniejszych i większych teatrów, klubów i lokali.
Dzielnica tętniła życiem niezależnie od pory dnia i pogody. Zza uchylonych drzwi wykwintnych restauracji i salonów poetyckich dobiegały dźwięki muzyki, mieszając się z gwarem rozmów - z częstym jak na Sharn udziałem cyrańskiego dialektu. Oświetlone kolorowymi światłami mosty pełne były przechodniów, poruszających się bez typowego dla tej metropolii pośpiechu. Klienci restauracji wracający po kolacji, bywalcy teatrów zmierzający na spektakl, czy imprezowicze przenoszący się z lokalu do lokalu albo wręcz kręcący się bez celu, deszcz wydawał się być dla nich jedynie drobną niedogodnością, nadającą za to lepszy klimat dzielnicy.
Jasne iluzje oraz gwar tarasów i mostów sprawiały, że tutejsze zaułki, ledwie łapiące światło latarni, wydawały się kompletnie skryte w mroku. Co bystrzejsze oko dostrzegało kryjące się w nim postacie: imprezowiczy, których za bardzo poniosło, złodziei czyhająych na właśnie takie cele, a może dilerów oferujących bardziej ekstremalne rozrywki?
Podobny półmrok panował w korytarzach wieży Kashik, w które zagłębili się bohaterowie. Przechodząc przez tunel wycięty w ścianie można było odnieść wrażenie, że wchodzi się do innego świata. Kolorowe światła ustąpiły przytlumionemu blaskowi lamp, harmider muzyki głosów zamienił się w głuche dudnienie butów na kamiennej posadzce, zaś chłodny wiatr zastąpiony został przez duszne powietrze, przesiąknięte zapachem taniego tytoniu, kawy z nutami alkoholu i gotowanej kapusty.Poszukiwany przez drużynę lokal mieścił się kawałek dalej, wciąż na zewnętrznej, bardziej "prestiżowej" ścianie wieży. Mosiężna tabliczka, kiedyś zmatowiała aż do nieczytelności, została oczyszczona jak nigdy i napis “Alestair de Saint-Cyran. Śledczy. Tylko poważne sprawy.” dawał się odczytać z daleka. Ten szczegół, choć interesujący, nie był jednak najbardziej rzucającym się w oczy. Drewniane, częściowo oszklone drzwi do biura były uchylone, a z wewnątrz sączyła się strużka lekko drżącego światła. Uchylając je ostrożnie, bohaterowie mogli zobaczyć, że ich znajomy albo został nagle niesamowitym bałaganiarzem, albo w ciągu ostatnich paru godzin miał nieproszonych gości. Wewnątrz panowało istne pandemonium, niczym po przejściu huraganu.
Szafki na dokumenty zostały wybebeszone, a papiery zalegały na całej podłodze, zabarwione na seledynowo przez blask wpadający przez otwarte okno. Kilka teczek rozrzucono na biurku, tak jakby ktoś przeglądał je w pośpiechu w świetle pokrzywionej wiecznolampy. Golemiczne ramię leżało pod parapetem z połamanymi palcami. Na jednej ze ścian, na korkowej tablicy śledczy musiał pracować nad jakąś sprawą, rozwieszając notatki i łączące je sznurki na mapie przedstawiającej poziomy Sharn – teraz jednak wszystko było w strzępach, nici pozrywane, a schemat miasta znaczyły ślady cięcia i ognia, jakby pochlastano je czymś wyjątkowo gorącym.
Ciężko było stwierdzić na pierwszy rzut oka, czy był to niechlujne przeszukanie, prywatna zemsta, czy zwykły akt wandalizmu - pewne za to było, że nie ułatwi to przeszukiwania jego akt…
-
Podróż niebostatkiem Thalamer powitał z wdzięcznością. Choć specjalizacją najemnego maga był pewien plan związany z wojną i aspektem bitew, Thal wolał za każdym razem rzeźniczą robotę zostawiać Varokowi, samemu hołdując bardziej praktykom godnym uczonego. Oczywiście, nie oznaczało to, że Thal nie lubił rozlewać krwi. Problem z krwią polegał na tym, że brudziła ona rękawiczki, nie mówiąc już o innych płynach pochodzenia naturalnego, które trudno doprać można było na tkaninach wszelakich. Posoka bowiem, kiedy przestawała być świeża, pozostawiała brązowe plamy na białych elementach surduta.
– Martwy sobowtór ani chybi należał do Pięciu Twarzy – rzekł Thalamer do swych towarzyszy, skubiąc końcówkę wąsa. – Skoro był jeden, ciekaw jestem, ilu więcej Alestairów może biegać po ulicach Miasta Wież. Spodziewałbym się, wielu. Ten tutaj, uważacie, drodzy koledzy, może okazać się co najmniej przydatny. Powinniśmy z czasem zabezpieczyć ciało i, hm, zorientować się być może co interesujących, stricte akademickich metod sprawdzenia pamięci mózgu tudzież podobnych jemu enwironów. I, uważacie, rzecz, która wydaje mi się niebezpieczna… Tamte łachudry, zbiry i osoby pospolitego gminu. Zdawało mi się, że jeden z nich miał znamię Domu Tarkanan. Ach, niedobrze, niedobrze… Ale przynajmniej nie mieli ciała. Może być i tak, że zaczną węszyć. Hmm… I co owe szakale mogły zrabować.
Thal tylko mógł podejrzewać, co dla osobników tego rodzaju mogło oznaczać ciało spadające z wyższych poziomów miasta.
– Węszę kłopoty, które z tego wynikną – uśmiech Thala stał się nieco kwaśny, kiedy zastanawiał się nad konsekwencjami tego wszystkiego.
~
Thalamer bywał, czasem, w Centralnym Menthis. Rzadko wszakże. Choć akcent z Cyre, jego własny, brzmiał w jego uszach miło i znajomo, przypominał mu także o tym, co stało się z jego własnym krajem nie tak dawno temu. Daleko mu było także od klimatów zwykłych w tym miejscu sybarytów, których zamiłowanie sztuki często przeradzało się w entuzjazm do alchemicznego narkotyku zwanego Smoczą Krwią. Thal zaś nie ufał środkom zmieniającym umysł i ciało, poza nielicznymi, które warzyli jego przyjaciele.
Thalamer jednak doceniał jednak jedzenie i, oczywiście, kobiety, w tawernie Gwiezdny Smok.
Do Wieży Kashik zachadzał rzadko. Ponoć atrium jakieś, być może? Dobre dla dekadencji w Centralnym Menthis! Zapach tytoniu jednak sprawił, że Thalamer miał ochotę na zapalenie jednej z cygaretek Alestaira. Może w jego gabinecie zostaną jakieś, z łutem szczęścia, wcale nie oszabrowane przez nikogo?
Wolno, spodziewając się niebezpieczeństwa, Varok i Thalamer szli do lokalu Alestaira. Thalamer rzucił cicho do Varoka:
– Hejże, stary, może zostaniesz na zewnątrz i przypilnujesz, żeby nieproszone persony nie wchodziły?
Varok zwrócił swoje stalowe oblicze na Thalamera.
– Co?
– Jak przyjdzie ktoś, to nie przepuszczaj.Thal nie omieszkał uczynić też uwagi co do wyczyszczonej tabliczki:
– Hmm. Dziwna rzecz, tablica wyczyszczona na połysk… – rzekł mag, który spodziewał się, że będzie tak samo przyprószona kurzem, jak płaszcz Alestaira. – Czyżby ktoś wypolerował tablicę, żeby wiadomo było, żebyśmy przyszli tutaj? Miejmy się na baczności…
Thalamer, węsząc potencjalną zasadzkę, z początku został na zewnątrz. Zainteresował się nagle zamkiem, na który rzucił zaklęcie wykrycia magii. Zastanawiał się, czy zamek był w jakiś sposób naruszony lub też czy też nosił na sobie sygnatury jakiegoś rodzaju zaklęcia, które mogło go otworzyć.
Pojedyncza lampa oświetlała drżącym światłem otoczenie, jednak Thal nadal miał dziwne przeczucie, że być może mógł być to jakiś wybieg. Spojrzał: czy były tutaj ślady walki? Czy na lampie były wgniecenia? I, cóż, na wszystkie diabły robiło tutaj ramię golema? Thal nie przypominał sobie, żeby Alestair kiedykolwiek miał do czynienia cokolwiek z konstruktami.
Wreszcie, na samym końcu, rzucił okiem na mapę ze sznurkami - typowy Aleistar, pomyślał z przekąsem Thalamer. Czy naprawdę szukanie Scrimshawa wymagało pompy tego rodzaju, znaczy się, szpilek połączonych sznurkiem. Mag ugryzł się w język, by nie wygłosić kąśliwej uwagi.
-
Thalamerowe zmniejszenie ciała było w równym stopniu praktyczne jak i niebezpieczne. Po delikatnym napięciu widocznym w skroniach maga Bekhesh zgadywał że magia której użył wymagała ciągłej koncentracji. Co oznaczało że gdyby ten ją utracił to ciało nagle zwiększyłoby swój rozmiar i wystrzeliło z pozawymiarowej torby, Khyber jeden wie czy nie rozrywając jej przy tym na strzępy, a hobgoblin zdecydowanie nie chciał być w polu rażenia uwolnionej magii łamiącej podstawowe prawa fizyki. Z tego też powodu w trakcie całej podróży Bekhesh trzymał kieszonkę w swoim pobliżu, jednak nie na swoim ciele.
Przynajmniej podróż w górę odbyła się bez zbędnych komplikatorów i dość szybko dotarli do nieco bardziej “kulturalnych” dzielnic. W klubach i barach Środkowego Menthis niebezpieczeństwa czekały na każdym kroku, od dam do towarzystwa, gotowych wycisnąć z frajera ostatnie grosze, przez ekskluzywne narkotyki i szerokie strumienie drogich alkoholi. Hobgoblin nie bywał tutaj często, jedynie w sprawach biznesowych, lub kiedy “wypadało” pojawić się na tym czy innym hicie sezonu teatralnego. Zwyczajnie uważał takie rozrywki za marnotrawstwo czasu.
Biuro Alestaira przywitało hobgoblina chaosem, na którego widok zaczęła mu drżeć powieka prawego oka. Podwinął rękawy i odłożył torbę z ciałem Alestaira na jego własnym biurku. Sięgnął do swojej drugiej pozawymiarowej torby i wyjął z wnętrza niewielki kamień Ioun, wraz z kawałkiem kredy. Naskrobał na mistycznym kamieniu jakiś symbol, a ten zaczął wysyłać z siebie fale zielonkawo-purpurowego światła, z częstotliwością równą biciu hobgobliniego serca. Kamień Ioun uniósł się w powietrze i zaczął krążyć dookoła głowy właściciela.
Fale najpierw spłynęły po Bekheshu, a w odpowiedzi część przedmiotów które nosił na sobie zaczęło się jarzyć swoim własnym światłem na kilka chwil i przygasając, do momentu aż kolejna fala z kamienia Ioun spłynęła po jego ciele. Fale biegły dalej, wdzierając się w różne zakamarki, przeczesując akta leżące na ziemi, przewrócone meble wbiegając na ciała innych współpracowników Alestaira i podobnie jak w przypadku hobgoblina i ich ekwipunek zaczynał się jarzyć odbitą magią.
Chwilę później hobgoblin przymknął na moment oczy, a zgromadzeni poczuli że ten znowu zrobił coś nienaturalnego. Nie było widać żadnych ewidentnych oznak magii, blasku mistycznych run, wycia potępionych, czy planarnych portali, ale coś ewidentnie się zmieniło. Z nieludzką szybkością i precyzją automatona zaczął przeszukiwać pomieszczenie, z falami światła płynącymi z kamienia Ioun wykazującymi źródła magii i stare aury które mogły się unosić w powietrzu.
Rozrzucone papiery niemal jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki segregowały się w rękach hobgoblina, po skupieniu rysującym się w jego oczach i nienaturalnej prędkości z jaką te się poruszały można było się domyślić że ten je naprawdę czyta, a nie tylko kartkuje. Czyta z prędkością tysięcy słów na minutę.
- Gundriku. Gdzie zdobyłeś broń którą się posługujesz? Projekt jest ciekawy. - rzucił nie odrywając wzroku od kart rozsypanych akt, jakby chciał zacząć luźną rozmowę.
-
Borin nie wszedł od razu do środka. Thalamer faktycznie miał rację przykładając uwagę do wypolerowanej tabliczki… ale na ten moment krasnolud nie podzielił się dopiero formowanymi wnioskami.
Przed przestąpieniem progu spojrzał jeszcze na Varoka. Rozważał coś powiedzieć, ale zrezygnował.
Wszedł powoli. Stawiając kroki z absolutną precyzją, omijając rozrzucone… wszystko. Strzyknął śliną widząc, że Bekesh już papiery zebrał i zdawał się je przeglądać.
- Proszę was... dajcie mi parę minut, a przez ten czas nie ruszajcie już niczego, dobrze? To nie potrwa długo.
Pochylił się oglądając zamek i jego stan. Wyważony? Może wytrychem otworzony?
Przebiegł wzrokiem po podłodze, ścianach i suficie. To pomieszczenie było opowieścią, którą tylko trzeba było odczytać w odpowiedniej kolejności. Golemicznemu ramieniu poświęcił więcej czasu. Przeanalizował jego stan, kierunki jak wyłamywane były jego palce.
Ślady na podłodze… szafka została przesunięta przed powaleniem? Trajektoria przyborów z biurka. Prawdopodobnie nie jeden długi ruch, ale wiele małych. Szybkich i chaotycznych.
Wstał i skierował wzrok na tablicę na ścianie.
Nie wyglądało mu jakby szukano tu czegoś konkretnego, ale czegokolwiek.
Ale to wstępna przed-analiza.Wziął głębszy wdech, wprowadzając siebie w stan. Skupienie przyszło jak na zawołanie. Zmarszczył brwi gdy przeszukiwał pomieszczenie…
Investigation: Investigate Area.
Survival na +19. Poświęcam minutę aby poznać wydarzenia z ostatnich rank=5 godzin.
Jeśli zdam DC o 5+ to używam skill leverage’a aby mieć Detailed Analysis.Potem poświęcam 10 minut aby aktywować trait: Meditative i z niego użyć Divination: Witness the City. Chcę się dowiedzieć co lokalsi wiedzą o wydarzeniach w biurze Alestaira. Nie oczekuję, że dostanę info co działo się w środku, ale może ktoś widział KTO, albo zna dokładną godzinę gdy szabrowali biuro. Również chciałbym się dowiedzieć kiedy tabliczka została wypolerowana.
Diplomacy +12.Mam swoją teorię, że to wciąż szwindel Alestaira i to on wyczyścił tabliczkę aby złole na pewno znaleźli jego biuro i zmyłki które im tam podrzucił =p
-
Sytuacja rozwijała się… ciekawie.
Gundrik zawsze uważał swojego przyjaciela detektywa za… cwaną bestię. Kto inny mógł realizować się w ganianiu psychopatów i zwyroli po takim miejscu jak Miasto Wież?
Podróż niebostatkiem wyraźnie rozluźniła krasnoluda. Spięty, czujny i nerwowy wydawał się teraz być na pokładzie latającej łodzi pełen wewnętrznego spokoju. Jakby… jakby był w miejscu gdzie może poczuć się swobodnie.Co innego dekadencka dzielnica. Na dźwięk cyreńskiego Gundrik co i rusz rozglądał się nerwowo sięgając do kieszeni w której schował swoją niezwykłą broń. Wciąż miał na oku monokl który nie bardzo pasował do jego sponiewieranej wojskowej kurtki. Niewątpliwie gdyby nie ekstrawaganckie towarzystwo, w tym dwu tęgich konstruktów które już pokazały na co je stać, pewnie już wybuchłaby jakaś lokalna wojenka. Gunny ostatni raz gdy tu był… uch. No gdyby nie obecność Alistara to by było słabo.
- Pierdolony zamtuz. - wymamrotał - Poetycko chędożone w rzyci cyreńskie zasrane pięknoduchy.Nie zdziwiło go że biuro zostało splądrowane. Przed wejściem do środka wydobył karabin, gotowy i pochylony wkroczył jako pierwszy omiatając lufą wnętrze. Nie zauważył pułapek ani nie wyczuł by coś tu śmierdziało magią.
„Rozgościli się” w zdemolowanym biurze.
- Dajcie mnie i Borinowi moment. Poszukamy śladów. Potem pobawimy się z magią i papierami.
Gundrik wychodził z założenia że przez powszechne użycie magii większość istot przestała przywiązywać wagę do najprostszych i przyziemnych rzeczy. Drobinek materiałów, odciśniętych śladów, oznak gwałtownego wejścia… co jednak ważniejsze dla Gunny’ego… miał zawsze większą smykałkę do mechanizmów niż kamienia. Szukał więc nie tylko wskazówek ale też ukrytych skrytek.
Gdy skończył oględziny pozwolił działać magom i wynalazcom samemu wciąż lustrując otoczenie z bronią w ręku.
- Gundriku. Gdzie zdobyłeś broń którą się posługujesz? Projekt jest ciekawy. - rzucił hobgoblin nie odrywając wzroku od kart rozsypanych akt, jakby chciał zacząć luźną rozmowę.
- Samoróbka. - odparł Gundrik rozglądając się po pomieszczeniu bardziej zainteresowany na tą chwilę tym jak zabezpieczone jest pomieszczenie i w pewien sposób bezceremonialnie ignorując hobgobliński pokaz ogarniania chaosu.
Przez twarz Bekhesha przebiegł cień wątpliwości nim odezwał się ponownie - Jest zaskakująco podobna do broni wykorzystywanych w antycznym Imperium Dhaakanu. Nie miałeś może jakiegoś źródła inspiracji? Starych schematów?
- Cyre. Zabawki Cannith. - wzruszył ramionami - Zasada działania dość prosta i śmiercionośna, o dziwo, bez magii. Czysta alchemia. Tylko że bojowo nieefektywna bez masowego użycia. Majstrowałem wcześniej przy kuszach automatycznych. Zdobyłem egzemplarz broni Cannithów i pomajstrowałem przy nim. Wyszło co wyszło. Czy Cannith zgapił od Dhaakan… nie wiem. Ważne że działa.
- Fascynujące. Okazjonalnie występuje jako gościnny wykładowca na Uniwesytecie Morgrave w Katedrze Historii, liczyłem na to że pokażę studentom coś z grubsza oryginalnego. Choć ciężko liczyć na dobrze zachowane artefakty sprzed kilku tysięcy lat.
- Zabierz ich na wycieczkę po Mournlandsach. Będziesz mieć oryginalność, artefakty i niezapomniane wrażenia. ZAPAMIĘTAJĄ taką lekcję na resztę życia.
- To zbyt świeże by było moim tematem zainteresowań. Specjalizuję się w historii antycznej, łatwiej mi wymieniać legendy z epoki Dhakaanu, czy Imperium Gigantów, niż jak ma na imię poprzedni władca Brelandu. - odpowiedział hobgoblin krótko, przerzucając przy tym kolejne akta - Nie wspominając nawet o konieczności zabezpieczenia odpowiednio uczniów, zdaje się że żywe istoty nie radzą sobie tam zbyt dobrze?
- Nie radzą. Dlatego albo szybko się uczą sobie radzić albo zdychają.
- Brzmi jakbyś mówił z własnego doświadczenia. Służyłeś?
- Ta. Byłem tam, widziałem, wróciłem. - odburknął po chwili Gundrik wpatrując się w odciętą rękę zbrojnokutego.
-
Żelo nie odezwało się słowem od potyczki w Królu Ognia. Opatrzyło swoje rany. W zasadzie nawet gdy znaleźli ciało zmiennokształtnego, nie wychodziło przed szereg. Nie lubiło mówić niepytane.
W tym czasie kilkakrotnie przewijało nagranie z tawerny. Odczytywało dokumenty, które wcześniej tylko szybko kartkowało, żeby zarejestrować ich zawartość. Potem wracało do nagrania z potyczki. Suboptymalne decyzje zaowocowały większymi obrażeniami, niż zakładało. Pełna analiza błędów musiała jednak poczekać.
Potem odkryli ciało zmiennokształtnego. Żelo znów stało z boku i oglądało nagranie. Nie uchwyciło momentu trafienia Alastaira. Na zapisie było widać tylko płaszcz znikający za oknem. Za mało szczegółów.
Faktycznie wszystko wskazywało na sobowtóra.
Żelo nie nagrało obrazu Alastaira z karczmy. Dostępna pamięć miała ograniczenia i dopóki nie uda mu się jej rozbudować, musiało bardzo skrupulatnie wybierać, co było istotne, a co nie. Wtedy obraz detektywa nie został zakwalifikowany jako istotny.
Błędna decyzja.
Nieodwracalna.
W końcu, po długiej przeprawie, dotarli do gabinetu detektywa. Gabinetu wyraźnie już przez kogoś przeszukanego. Towarzysze konstrukta wzięli się za dokumenty. Żelo natomiast stało i obserwowało. W zasadzie można było odnieść wrażenie, że Varok jest dużo bardziej rozmowny niż ono.
Potężna sylwetka poruszała jedynie głową, skanując otoczenie. Żelo było w tym gabinecie dotąd dwa razy, z czego raz po to, żeby zapłacić z góry za pół roku opieki.
Czy coś zniknęło?
Z pewnością.
Pytanie jednak brzmiało: co pojawiło się nowego? Co nie pasowało do reszty?
Ktoś już przeszukiwał to miejsce. To również było informacją. Otwarta szuflada mówiła nie tylko o tym, co mogło z niej zniknąć, ale też o tym, że ktoś uznał jej zawartość za wartą sprawdzenia. Przesunięty mebel wskazywał, gdzie szukano. Nietknięty fragment gabinetu mógł być równie interesujący jak ten splądrowany.
Kilkanaście miesięcy wcześniej mordercze zbrojnokute, po przygodzie z detektywem, zostało okaleczone. Nie mogło korzystać z części możliwości własnego ciała. Podobno ludzie pozbawieni jednego zmysłu zaczynali znacznie mocniej polegać na pozostałych. W przypadku Żelo zmiana oznaczała przejście od morderczego tarana do wnikliwego obserwatora.
Zrodziła też w nim zmysł inżyniera.Żelo patrzyło na meble, szafki i ściany. Obserwowało kąty, pod jakimi łączyły się elementy konstrukcji. Szukało różnic między tym, co widziało teraz, a niedoskonałym obrazem zapisanym podczas poprzednich wizyt. W pewnym momencie nawet postukało wielkimi stalowymi palcami tu i tam, nasłuchując odpowiedzi drewna i pustych przestrzeni za nim.
Dokumenty były jednym problemem.
Alastair drugim.
Jeżeli upozorował własną śmierć, zrobił to z jakiegoś powodu. Jeżeli chciał zniknąć, pozostawienie grupy ludzi wiedzących, że nadal żyje, wydawało się błędem.
Chyba że właśnie o to chodziło.Żelo znieruchomiało.
Po raz pierwszy od bójki w karczmie odezwało się.
– Myślę, że popełniamy błąd. Alastair nie chciał, żebyśmy szukali jego śladów. Przekazał nam informacje o poszukiwanych i zbudował sobie zasłonę dymną. Oficjalnie jest martwy, a wszyscy, którzy wiedzą, że to nieprawda, są teraz tutaj. To musiało mieć jakiś cel.Żelo przez chwilę milczało.
– Zmiennokształtny dostarczył nam dokumenty i zginął, podtrzymując przekonanie o śmierci Alastaira. Jeżeli było to częścią planu, szukając Alastaira zbyt dokładnie, możemy ten plan zepsuć.
Czerwone punkty udające oczy przesunęły się po splądrowanym gabinecie.
– Być może właśnie uwaliliśmy prowokację mającą na celu złapanie Scrimshawa. -
Wśród swoich krewniaków, Taer był uznawany za młodego, skorego do działania i szybkich wniosków; jego śledztwa trwały miesiącami, ale rzadko latami.
Jak po raz kolejny się okazało, Sharn nie było specjalnie skłonne do przestawienia się na elfie tempo.
Sytuacja rozwijała się szybko, zbyt szybko. W mniej niż wachtę od morderstwa, ktoś już zdążył dogłębnie przetrząsnąć biuro Alistaira. Być może nawet zaczął jeszcze przed jego "śmiercią".Kiedy Gundrik zabezpieczył pomieszczenie - co, biorąc pod uwagę ilość trupów do tej pory, było rzeczą nad zwyczaj praktyczną - łagodnym gestem zgłosił swój akces do szukania śladów. Być może z racji jego talentów w tym zakresie Alistair poprosił ród o jego pomoc. Lub niekoniecznie, patrząc jak sprawni byli jego towarzysze.
- Obawiam się, że teraz to i kłopoty zwęszyły nas - odpowiedział Thalamerowi - Między tymi którzy widzieli nas w Królu Ognia, domem Tarkanan i kto wie kim obserwującym nas teraz, nikt nie uwierzy że nie jesteśmy tego częścią. - Nawiasem, daj znać jak kogoś zobaczysz - zwrócił się do czarodzieja ostrożnym krokiem wchodząc za nowymi towarzyszami do środka, starając się jak najmniej wpłynąć na ewentualne ślady. Na to też będzie czas. A tym, na co nie było czasu, było łapanie ulotnych śladów magii.
- To zaklęcie niczego nie naruszy - uspokoił Borina, zaczynając łapać aury.
Najpierw Divination/Divine/standardowe + Divination/Divine/Mind/Divine Charm + Divination/Divine/Fate/Divine Fate - łapanie aur magii. Alistair nie umarł wcale tak dawno, więc może coś się jeszcze złapie.
Scrutinize + Educated Hunch na pomieszczenie; szuka pod czterema kątami: informacji o tym kto przeszukiwał gabinet - np wzrostu, wagi siły z układu przedmiotów i uszkodzeń ale też przedmiotów które mogłby uchwycić jakiś ślad typu odcisk buta na czymś rozlanym albo palca na zakurzonym dokumencie czy magiczna kamera; informacji o czasie i skali wejścia - śladów na zamku, poziomu paliwa w lampie, tego czy ogień na schemacie miasta zdążył zwęglić mniej czy więcej mapy, po trzecie, śladów czy nie zostawiono tu jakich niespodzianek typu magicznej pluskwy czy chowańca siedzącego w kąciku. Po czwarte - czy znaleziono to, czego szukano - np pozostawiając cześć gabinetu nieprzetrząśniętą
Biorąc pod uwagę zniszczenia i czas zdarzeń, miał dwie, nie wykluczające się wzajemnie, hipotezy. Albo bałagan był wprost częścią misternego planu własnej śmierci, albo jego przewidywalną konsekwencją. W tej pierwszej hipotezie, pokój miałby zawierać niewiele wartościowych informacji - być może nawet nie było włamania. Ale w drugiej - w drugiej mogły by tu pojawić się tropy. Tropy tego, kto zlecił całą ucieczkę, i kto chciał pozbyć się śledczego dyszącego mu na kark.
Kiedy jego pozostali skończyli delikatną część pracy, przyszedł czas na żmudne detektywistyczne rzemiosło. Kolorowe zasłonki na lampę. Pędzelki do kurzu i tusz odbijający wzór na papierze . Miarki i tabele opisującą różne grubości ostrzy noża. Co chwila ocierając i czyszcząc rękawice odbierał też dokumenty posortowane magią Bekhesha - wszak w nocy będzie je trzeba przeczytać, razem z pozostałymi notatkami.
- Mam obawy czy chodzi tu tylko o Scrimshawa. I obawę, że ktokolwiek to zrobił, zostawił kogoś na czatach żeby posłuchać kto z czym tu przyjdzie - odpowiedział na obawę Żelo, szukajac jakiegoś śladu zrozumienia dla tego co nie wypowiedział głośno w czerwonych oczach. U ludzi było wiadomo czego szukać, ale u zbrojnokutych?
-
Thalamer
Jeśli wyczyszczenie tabliczki było celowym zabiegiem zwracającym uwagę, to efekt był pełnym sukcesem. Od jakiegoś czasu czyszczono ją regularnie, a sądząc po braku smug, używano pewnie magii czyszczącej. Zarówno ona, jak i zamek nie emanowały żadnymi pozostałościami aur magicznych, co w przypadku tego drugiego było akurat znaczące. Alestair z pewnością miał solidne magiczne zabezpieczenia przed ewentualnym włamem do biura – prywatność była dla niego znacznie ważniejsza niż ładna tabliczka koło drzwi. Wyglądało więc na to, że ktokolwiek się tu włamał, rozbroił je z dużą wprawą, a następnie z podobną wprawą poradził sobie z samym zamkiem, na którym nie było widać żadnego śladu po brutalnych próbach wyłamania.
Dodatkowe poszukiwania przyniosły efekty – w opróżnionej szufladzie biurka wciąż znajdowało się ozdobne puzderko, które zapamiętał z ostatniej wizyty u detektywa, kiedy świętowali zakończenie zlecenia. Otwierając je, poczuł wspaniały zapach aiundańskiego tytoniu z delikatną domieszką liści lodret. Większość cygaretek zniknęła, ale ocalało ich przynajmniej kilkanaście.Borin
Pierwsza teoria o tym, czego tu szukano, szybko upadła przy dłuższej analizie. Intruzi, a sądząc po śladach, kierunku przesuwania mebli i trajektorii przedmiotów zrzucanych z biurka musiało być ich trzech, przyszli tu w konkretnym celu, a nie tylko by zrobić bałagan. Ewidentnie czegoś szukali, chociaż prawdopodobnie nie mieli stuprocentowej pewności, gdzie to coś się znajduje. Poturbowania makabrycznego trofeum dokonano na sam koniec, przed opuszczeniem biura – była to jedyna bezsprzecznie bezcelowa rzecz, jaką zrobili włamywacze.
Wsłuchanie się w głosy miasta potwierdziło te nowe przypuszczenia. Niecałą godzinę po tym, jak Alestair opuścił biuro (zapewne udając się na kolację), do środka wparowały trzy zamaskowane osoby – dwoje o ludzkich wymiarach, jedna znacznie niższa.
Sama tabliczka? Alestair zaczął dbać o jej czystość jakieś 3-4 miesiące temu.Bekhesh
Możliwość przeczytania stron tekstu w mgnieniu oka była niezastąpiona – jednak zdobycie informacji nie było tożsame z jej skatalogowaniem i przyswojeniem wiedzy. W biurze rozrzucono setki kartek pochodzących z akt kilkudziesięciu spraw, które z początku zdawały się być kompletnym chaosem, od którego pękała głowa. Na szczęście Alestair znakował strony według jakiegoś pokręconego systemu, którego zrozumienie było i tak dla Bekhesha znacznie łatwiejsze niż zgadywanie, co jest kontynuacją czego – zadanie tym trudniejsze, że włamywacze zabrali ze sobą sporą część dokumentów i wszystkie pozostałe akta były niekompletne.
Dobrych kilkanaście minut później hobgoblin miał przed sobą kilka równiutkich stert posegregowanych akt, a jego głowa aż huczała od informacji. Udało mu się podzielić je na kilka grup: sprawy cywilne, zlecenia od Domów, sprawy kryminalne, zarówno oficjalne i nieoficjalne, a także akta ważnych zdaniem śledczego osób. Ta ostatnia, zawierająca oczywiście notatki na temat wszystkich obecnych teraz w biurze, została najbardziej ogołocona. Niemal tak samo, jak jeszcze jedna sterta, wydzielona przez Bekhesha na samym początku: akta spraw związanych z uciekinierami z feralnego transportu. Z tych zostało naprawdę niewiele:Scrimshaw – Zapiski na temat używanego sprzętu: wytwarzane i umagiczniane na zamówienie strzały z czarnodrzewu (na marginesie dopisek „Mendyrian?”) oraz zjadliwe mieszanki trucizn (wielu dostawców w Trybach). Ustalenia odnośnie potencjalnych kryjówek, wskazujące na przynajmniej tuzin różnych lokacji rozsianych po Sharn. Notatka sugerująca skontaktowanie się z kalashtar Quelltrai w celu skorzystania z jej pomocy przy prowokacji.
Taklinn Soldorak – Lista towarów, które szmuglowali do Sharn. Niespójne, szalone wręcz relacje ofiar Taklinn, którym udało się przeżyć eksperymenty, a które obecnie przebywają w Domu Leczenie Kurali w Clifftop. Relacja wskazuje lokalizację pełnego potworności laboratorium we Wrotach Khybera. Na marginesie dopisane „powinno się to wypalić, ale nie chcę tam wracać”.
Gersi ir’Cannith – Miejsca, w których pracowała: Eston, Cannith Wschód, Whitehearth, Stalownia Przemysłowa w Popiołach. Fragment stenogramu z przesłuchania, podczas którego przekonuje, że musiała zrobić co zrobiła, by powstrzymać kolejny Dzień Żałoby, a zbrojnokuci po „operacji” są na pewno szczęśliwsi, bez trosk.
Mange – Cała strona niedokończonych rozważań na temat tego, czy jest jedynie lykanem, czy pełnoprawnym wilkołakiem. Kalendarium faz księżyców zestawione z relacjami świadków – wyniki niekonkluzywne. Lista kilkunastu nazwisk jego kapitanów z dopiskami o statusie – siedmiu siedzi, pięciu nie żyje, czterech zniknęło podczas obławy.
Wampir z Northedge – Szkice przedstawiające wzory skaryfikacji. Notatka z rozmowy z Lanem Hazalem – mężem jednej z ofiar, który jest pewien, że nie ma tu żadnych wątków religijnych, a jedynie jakiś kompletny szaleniec (w kontrze do głośnych powiązań z Krwią Vol). Adres opuszczonej willi w Northedge, której używał jako kryjówki.
Taer
Badanie aur okazało się mało owocne. Poza wiecznolampą brakowało tu żadnych aur magicznych – co samo w sobie było nietypowe, gdyż Alestair zwykle miał pod ręką przynajmniej kilka magicznych gadżetów. Przynajmniej miał pewność, że nie zostawiono tu żadnych pułapek, czujek czy pluskiew. Pozostałe auromantyczne badania również nie przyniosły efektów, więc trzeba było przerzucić się na zwyczajne metody.
Gabinet był całkowicie zdewastowany, ale Taer miał silne przeczucie, że poza ewidentnym poszukiwaniem czegoś, chaos był tu celem samym w sobie. Jego uwagę zwróciła tablica: ktoś bardzo przyłożył się do zniszczenia jej, wykonując kilkanaście szybkich cięć prostym ostrzem, wzmocnionym najpewniej magią ognia. Zwyczajny lub alchemiczny ogień nie wchodził w grę - płomienie nie rozprzestrzeniały się zbyt daleko od linii cięcia, więc nie było mowy o celowym opalaniu lub rozbryzgach płonącego płynu.Gundrik i Żelo
Znając Alestaira nieco bliżej niż pozostali, dwaj weterani wiedzieli, jak szukać czegoś, co naprawdę chciałby ukryć. Jak można było spodziewać się po paranoiku, którego plany mają własne plany, biuro miało przynajmniej kilka skrytek. Trzy pierwsze, w biurku i podeście pod golemiczną ręką były proste do znalezienia, co udało się włamywaczom – ale o to właśnie chodziło, wewnątrz z pewnością było zaledwie kilka pierdół, trochę monet, może jakieś nieważne (lub fałszywe) dokumenty. Ich zadaniem było zadowolić przeszukującego, ale jednocześnie wzbudzić podejrzliwość tych bystrzejszych: w końcu poszło aż za łatwo, więc musi tu być coś więcej.
Tak też było: w ścianie nad framugą znajdowała się kolejna skrytka, wydrążona w kamieniu. Ta również została opróżniona, co z pewnością nasyciło ciekawość i chciwość włamywaczy. Takie było właśnie jej przeznaczenie: zniechęcić do dalszego przeszukiwania. Przecież w biurze nie byłoby kolejnej ukrytej przestrzeni, prawda?
Ostatecznie, tak też było – piąta skrytka była tuż za oknem, pod zdejmowanym fragmentem parapetu. Wewnątrz znajdowała się jedynie niewielka karteczka zapełniona symbolami, literami i cyframi, ani chybi klucz do jakiegoś szyfru.Pół godziny później
Bekhesh właśnie kończył katalogować sterty papieru, gdy z korytarza zaczęły dobiegać nowe hałasy. Głośny stukot metalu o kamień, następnie kilka głośnych okrzyków, poprzedzających cichszą wymianę zdań między Varokiem a kimś o bardzo władczym głosie. Kolejnym odgłosem były ciężkie kroki konstrukta i jego pełne irytacji słowa, gdy pojawił się w zasięgu wzroku:
- Tutejsi stróże, niezbyt zadowoleni
Gdy przekazał wiadomość, oparł się o ścianie, a w jego postawie widać było niezadowolenie.
Minęła go trójka strażników miejskich, odzianych w przepisowe kolczugi i hełmy, z gizarmami zarzuconymi na ramię. Prowadził ich siwiejący, acz wciąż ciemnowłosy mężczyzna o bladej karnacji z dystynkcjami sierżanta widocznymi na poniszczonym prochowcu, zarzuconym niedbale na pancerz. Przez chwilę wodził przemęczonymi, podkrążonymi oczami po biurze Alestaira, zanim nie odezwał się nieco ochrypłym głosem:
- Czy ktoś może mi łaskawie wyjaśnić, co właśnie odpierdala się na miejscu zbrodni? – zapytał, bardziej zniechęcony niż zdenerwowany.
Borin, Taer i Żelo szybko połączyli niechlujną aparycję i radosne usposobienie z konkretnym nazwiskiem. Sierżant Baelen Cord, za plecami nazywany Prochem, był jednym z bardziej charakterystycznych przedstawicieli prawa z Menthis. Przeszedł szkolenie w specjalizującej się w arkanokryminalistyce Poczerniałej Księdze, ale powody, dla których wrócił z tej elitarnej jednostki do szlifowania krawężników, były obiektem plotek i niestworzonych historii. Miał reputację nieprzekupnego, upartego i swarliwego, ale skutecznego – z pewnością miał lepszą opinię wśród szeregowych strażników niż przełożonych, którzy często oddelegowywali go do paskudniejszych i ryzykownych spraw.
Cześć! Wygląda na to, że jesteś zainteresowany tą rozmową, ale nie masz jeszcze konta.
Masz dość przewijania tych samych postów za każdą wizytą? Po zarejestrowaniu konta zawsze wrócisz dokładnie do tego samego miejsca, w którym byłeś wcześniej, możesz wtedy również wybrać opcję otrzymywania powiadomień nowych odpowiedziach (e-mailem lub powiadomieniem push). Będziesz też mógł zapisywać zakładki i głosować na posty, aby okazać uznanie innym członkom społeczności.
Z Twoją pomocą tez post mógłby być nawet lepszy 💗
Zarejestruj się Zaloguj się