Sharn - Mrocznymi Scieżkami
-
Nad Środkową Durą niebo nigdy nie było do końca błękitne – stanowiło raczej mozaikę rdzawych spodów mostów i cieni rzucanych przez Górne Miasto. Deszcz, który tu docierał, był już tylko drobną, wszechobecną mżawką, która osiadała na skórzanych płaszczach przechodniów niczym lśniąca patyna, większa jego część spływała raczej jako strugi wody z wyżej położonych dachów i krawędzi, trafiając co bardziej nieostrożnych przehodniów. Przez plusk wody przebijał się głuchy stukot wind towarowych, szum przelatujących niebostatków i odgłosy pracy warsztatów, często wrzących od aktywnoście przez całą dobę.
Uliczne wiecznolatarnie, ze szkłem przybrudzonym pylem i sadzą,, rzucały na mokry bruk długie, bursztynowe refleksy, znacznie liczniejsze niż sporadyczne promienie zachodzącego słońca. Tłum był tu gęsty i jego najbardziej wyróżniającą cechą był brak wyróżnających cech, emanował wręcz anonimowością – rzemieślnicy, drobni handlarze i najemnicy o czujnych spojrzeniach mijali się bez słowa, każdy pochłonięty własnym celem - wśród innych osób, a zarazem kompletnie samotny. To nie było miejsce beznadziei, jak jego niższa dzielnica, ale twardych realiów, gdzie zapach smaru do maszyn mieszał się z aromatem potraw serwowanych prosto z ulicznych wózków.
Gdy droga przeszła w labirynt Szaleństwa Haretha, surowa geometria Dury ustąpiła miejsca architektonicznemu, nomen omen, szaleństwu. Tutejszs budowle zdawały się przeczyć zdrowemu rozsądkowi, a czasem nawet regułom geometrii – wieże wyginały się ku sobie jak starzy przyjaciele, mosty prowadziły donikąd, a wąskie, chybotliwe przejścia zawieszone nad otchłanią drżały lekko pod wpływem magii lewitacyjnej, która wydawała się być jedyną siłą trzymającą tę dzielnicę w ryzach. To miejsce miało w sobie jednocześnie coś z wesołego jarmarku i gorączkowego snu szaleńca.

Między balkonami rozpięte były liny z praniem i kolorowe, choć nieco spłowiałe proporce, które łopotały na wietrze wiejącym z niższych poziomów. Szaleństwo Hareth oferowało rozrywkę tym, którzy szukali zapomnienia, ale nie stać ich było nawet na myśl o luksusach Podnieba. Z oddali dobiegały dźwięki przeróżnych, nierzadko rozstrojonych, instrumentów, a zapach deszczu ustępował miejsca woni palonego kadzidła, wina, piwa, tytoniu i innych używek, znanych tylko wtajemniczonym. Każdy krok po ażurowych mostach przypominał fokumentnie, że w Sharn grawitacja jest jedynie sugestią, a całe życie toczy się na krawędzi.
W samym sercu tego architektonicznego chaosu, wciśnięta między dwa pochylone bloki szarego granitu, znajdowała się tawerna Król Ognia. Jej szyld – ciężka, miedziana korona, wokół której wciąż tańczyły drobne, magiczne iskry – skrzypiał miarowo na wietrze, rzucając na wejście ciepły, pomarańczowy blask. Była to latarnia dla tych, którzy chcieli na chwilę uciec przed wilgocią i cieniem Środkowej Dury.
Po pchnięciu ciężkich, dębowych drzwi, w odwiedzających uderzała fala suchego, korzennego gorąca. W centralnym punkcie sali, wewnątrz wielkiego, żelaznego pierścienia, płonął ogień, który nie dymił i nie przygasał – jego płomienie miały barwę głębokiego złota, oświetlając salę znacznie lepiej niż jakiekolwiek lampy. Jego mniejsze wersje oświetlały każdy ze stolików wewnątrz, tworząc niesamowitą grę światła i cieni. Inspiracja ognistym piekłem Fernii w wystroju była oczywista nie tylko dla znawców sfer żywiołowych.

Wnętrze było pełne gości, co akurat nie było niczym zaskakującym, biorąc pod uwagę porę dnia i pogodę na zewnątrz. „Król Ognia” był oazą w takich warunkach – miejscem, gdzie blask paleniska zacierał różnice między profesjami, a przemoczone płaszcze mogły wreszcie wyschnąć w cieple magii, która od lat stanowiła serce tej tawerny. Ale jeśli ktoś odwiedzał go latem, w trakcie Wyścigu Ośmiu Wiatrów, to obecny tłok był dla niego niczym - w końcu dzisiaj dało się przejść przez główną salę, potrącając nie więcej niż trzy osoby..
Jako jasny dowód na ogromną wielokulturowość Dury, liczne stoliki obsadzone były przez przedstawicieli niemal każdej rasy zamieszkującej Sharn, wywodzących się z przeróżnych środowisk. Lokalni tragarze z Bazaru, narzekający przy piwie na siedzących po drugiej strony sali, raczących się winem kupców. Marynarze z Domu Lyrandar hałaśliwie opijający jakieś sukcesy, ku niezadowoleniu paru gnolli i goblinów próbujących grać w karty tuż obok. Grupa urzędników, relaksująca się po ciężkim dniu przekładania papierków z miejsca na miejsce, obserwowana przez dwójkę zbrojnokutych. Przynajmniej kilku poważnych typów w w większości mokrych kapturach zaciągniętych na głowy, siedzących samotnie w nielicznych co bardziej zacienionych miejscach. Meduza w zdobionej opasce na oczy, flirtująca z wyraźnie niepewnym tego co się właśnie dzieje człowiekiem. Kilku lykanów dyskutujących zawzięcie z bogato odzianym krasnoludem, ku rozbawieniu dowcipkującego nieopodal gnomiego tercetu. Temu wszystkiem przyglądało się stojące za barem z niemal idealnie czarnego drewna małżeństwo niziolków, będące właścicielami tego przybytku - nie usługiwali gościom, ograniczając się do wydawania krótkich poleceń obsłudze, która śmigała z kuflami, kielichami, szklanicami i talerzami przystawek.
Każdy stolik w głównej sali wydawał się prezentować inną historię, z których większość miała pozostać tajemnicą. Jedna z nich warta jednak była w tym momencie większej uwagi.W oddzielnej alkowie, będącej jednocześnie tarasem wychodzącym na Centralny Płaskowyż, ustawiono większy stolik, mogący bez trudu pomieścić i do tuzina osób. Póki co widać było pojedynczą sylwetkę - na co dzień jednego z najlepszych (a swoim zdaniem najlepszy) śledczych w Sharn, postrach złoczyńców i źródło irytacji Domu Medani. A dziś? Nadawca wielu listów, postawiony pod ścianą, szukający wsparcia nawet u tych, którzy nim gardzą, pierwszy raz w życiu ...zagubiony? A może tylko takiego udający?
Alestair de Saint-Cyran rozsiadł się tak, by mieć kryte plecy i dobry widok zarówno na otwartą przestrzeń, jak i główną salę. Wokół jego twarzy kłębił się delikatny dym z jednego z jego samodzielnie skręcanych papierosów, wypełnianych mieszanką tytoniu i moce raczą wiedzieć czego jeszcze. Na blacie, obok na wpół opróżnionej szklanki, piętrzyło się kilka teczek na dokumenty. Khoravar spokojnie obserwował gości tawerny i tylko dobrze go znający wiedzieli, że za tym pozornie leniwym wzrokiem krył się umysł analizujący każdy szczegół w zastraszającym tempie - niewykluczone, że zdążył już poznać historię każdego ze stolików, każdej kłótni i dyskusji, a nawet rozwiązać problemy ich uczestników. Zamiast tego ograniczył się jedynie do wypatrzenia znajomych twarzy w tłumie i skinienia im głową w zapraszającym geście. -
Strumienie brudnej wody były rozchlustywane miarowymi krokami dwóch przybyszów Środkowej Dury. Krople były przecinane wiatrem, wirowały i lśniły w świetle wiecznych latarni, aby wreszcie upaść na kamienne ulice tego miejsca. Deszczówka płynęła miarowo w arterii rynsztoka, aby wreszcie spotkać się z brzegiem i kapać do otchłani rozciągającej się na dół. Stamtąd, skąd nadal dochodził smród Trybów.
– Raz powąchałeś, nigdy nie zapomnisz – mężczyzna, na oko ponad pięćdziesięcioletni, rzekł w przestrzeń - ni to do siebie, ni to do swego towarzysza, aby podjąć nucenie. – Hmm… Hmm… Mmm.
Thalamer był ubrany w swój zwykły, ciemnoszary płaszcz. Prosty i zgrzebny, jednak blichtrze nigdy magowi nie zależało. Jego srebrnoczarna broda, tak samo, jak odzienie wierzchnie, była ułożona i zaczesana tylko do punktu schludności i funkcjonalności.
Kroki wojennego konstruktu - Varoka - rozbryzgiwały ciemne strugi i stanowiły kontrast do lekkich i niezobowiązanych, tych, które należały do Thala. Ciemny, ponad dwumetrowy kształt sunął w milczeniu za człowiekiem, któremu uśmieszek z ust wydawał się nie mieć nigdy zejść.
Głowy napotkanych na ulicy odwracały się momentalnie, widząc, jak konstrukt wyłania się z mroku ulic, jednak wzrok gapiów nie zatrzymywał się na opancerzonej sylwetce zbyt długo. Nie warto było przyciągać uwagi tego… Czegoś. A w każdym razie, takich motywów wśród gapiów dopatrywał się Thal, któremu żal było jego własnej uwagi na coś, co mogło zwrócić uwagę na niego samego.
Znak Króla Ognia, choć przecinał mrok, nie wydał się Thalowi szczególnie zachęcający. Mag przystanął przez chwilę - gdzieś tam, nieco dalej, biegła jakaś mała sylwetka, zdaje się, złodzieja lub też złodziejki. Także i tutaj znalazło się parę oczu, które śledziły jego samego i jego towarzysza przez jakiś czas, jednak Sharn i okolice niewątpliwie widziały wielu dziwnych jegomościów i Thal nie wątpił, że nawet w Środkowej Durze jego towarzysz nie był aż tak dziwnym zjawiskiem. A w każdym razie, nie na pierwszy rzut oka…
Żar tawerny, który buchał z jej wnętrza przypomniał mu jeszcze raz o Trybach, w których ostatnimi czasy spędzał sporo czasu - mniej ciekawskich oczu, ludzie przyzwyczajeni do pewnych manier, na których mu zależało. Mniej kłopotów. Łatwiejsza szmuglerka. I inne detale.
Nagle, mżawka zewnętrza zmieniła się w wonne wnętrze tawerny, zaś hulający wiatr i zimno ustąpiły gwarowi głosów ludzkich i innych ras. Gwar, kiedy tylko Varok przekroczył próg, zniżył się i już miałby ucichnąć, kiedy nieoczekiwanie został podjęty na nowo. Thal przechylił swą głowę na jedną stronę i zlustrował otoczenie, wolno idąc przed siebie. Różnorakie akcenty, których części nie rozpoznawał - slang goblinów, klątwy z Breland. Uwagę Thala zwróciło parę lekko błyszczących amuletów przy szynku, jednak, poniechał. “Interesy, interesy” - ponaglił siebie.
Szukał swojego kontaktu przez parę dłuższych chwil. W gruncie rzeczy, gdzieś, z tyłu jego głowy zakiełkowała myśl, że może, może… Ale nie. Był tam. Alestair. Trochę inny niż zazwyczaj i być może nieco mniej pewny siebie, na pierwszy rzut oka.
– Zapewne obędzie się bez kłopotów – mruknął do Varoka półgębkiem, naprawdę chcąc, żeby przynajmniej w tej spelunie kłopoty dały sobie spokój.
Jowialnym krokiem podszedł w stronę alkowy, Varok zaś podążał za nim.
– Alestair – Thal rozłożył ręce. – Rzekłbym, że kopę lat, ale cholera, jakoś tak sobie myślę, że wkrótce będę cię widzieć więcej, niż bym sobie kiedykolwiek życzył.
Thal usiadł, nie przejmując się Varokiem.
– Wyglądasz okropnie, zupełnie jak ja. To co, zamówimy coś mocniejszego?
– Thal - półelf wstał i podał mu rękę z uśmiechem - Powiedziałbym, że cieszę się na twój widok, ale nie chcę zaczynać wieczoru od kłamstewek - uśmiechnął się, po czym skinął głową konstruktowi - Varok. Coś mocniejszego się przyda, ale najpierw interesy.
– Widzisz, lubię ten twój aspekt osobowości, właśnie to, tutaj – mag zabębnił palcem o krawędź stołu. – Ty po prostu wiesz, po co ja tu jestem. Między innymi. Zatem…Thal uczynił zamaszysty gest, ponaglając Alestaira.
– I wiesz też, że robię dla tych, co oferują najlepszy interes. Ten będzie dobry, hmm?
– Dla ciebie powinien być - Alestair położył dłoń na teczkach - Zlecenie jest już złożone u Kundaraków, standardowa stawka. A poza tym informacje, o których wspomniałem. Te są dla ciebie atrakcyjne, prawda?Thal milczał przez chwilę, ważąc swe słowa.
– Taak – przeciągnął nieco. – Moje plany są niezmienne, acz, rozumiesz, jestem elastyczny w dotarciu do nich. Doceniam, doceniam… Doceniam twą pamięć. W takim razie rzeknę, stawka dobra. Choć, wnioskując po tym, jak wyglądasz, zastanawiam się, czy jej nie podbić.
Thal wydał z siebie perlisty śmiech.
– Oczywiście, pewne informacje są warte każdej ceny.
-
Zegar stojący naprzeciw dużego łoża zaopatrzony był w dwa proste zaklęcia, jedno ze szkoły dywinacji, drugie z szkoły iluzji. Gdy to pierwsze obserwowało odpowiedni układ ramion zegara, aktywowało to drugie, które wywoływało małą dźwiękową iluzję. Z cichym pyknięciem sypialnię zaczęły wypełniać coraz bardziej intensywne dźwięki natury, najpierw szelest liści, do którego po chwili dołączył szum strumienia, śpiew ptaków, a w końcu łomot dzięciołowego dzioba.
Lokator miękkiego łoża był już na nogach i kończył je właśnie słać. Nie mógł spać długo, po części z powodu obowiązków, po części z powodu koszmarów które go nawiedzały. Idealnie wyprostował pościel, tak że wyglądało niemal jakby zostało przed chwilą wyprasowane i spokojnym krokiem podszedł do zegara. Pchnięcie małego guzika przerwało obwód do którego podpięty był drobniutki Smoczy Odłamek - źródło magii które napędzało zegar. Drugie wciśnięcie wsuwało go na powrót na swoje miejsce, ale ramiona zegara były już w położeniu które nie aktywowało magii. W sypialni zapadła cisza.
Humanoid wyćwiczonym, automatycznym ruchem przeszedł po eleganckiej terakocie do przepastnej trzydrzwiowej szafy i po krótkim namyśle zza każdych drzwi wyjął jakieś elementy ubioru. Lekkie lniane sportowe ubrania kryły się za pierwszymi drzwiami. Ciemno brązowe spodnie i tunika oraz kremowa koszula z wysoką stójką kryły się za drugimi. Za trzecimi był elegancki ciemno-szary płaszcz, który zdawał się skrzyć w świetle dobiegającym zza okna.
- Olarune. - powiedział sam do siebie, przerywając ponownie ciszę - Sharn budzi się kolejnego poranka. - głos mężczyzny nie był ani wysoki, ani niski, był za to spokojny, płaski, zupełnie wyprany z emocji. Jak narrator opisujący leniwie rzeczywistość. Niektórzy odbierali ten charakter mowy jako brak zainteresowania rozmową. Albo rozmówcą.
Szybkimi ruchami wsunął na swoją pomarańczowo-różową skórę sportowe ubrania, podszedł do okna i otworzył je na oścież. Kilka metrów wyżej, na ścianie przeciwległego budynku znajdowało się wypolerowane mosiężne lustro, które odbijało światło słoneczne. Kolejne było zlokalizowane bezpośrednio ponad nim, na dachu kamienicy w której mieszkał. Jeszcze dalsze kryło się wyżej i dalej, poza granicami sąsiedztwa. Jego domostwo było zbyt głęboko w Sharn by cieszyć się bezpośrednim dostępem do słońca. Było też na tyle płytko że można było ten dostęp uzyskać za odpowiednią opłatą. Chwilę stał w miejscu ciesząc się skradzionymi promieniami, oraz zimowym powietrzem omiatajacym jego skórę. Nie trwało to jednak długo. Okno zostało zamknięte wraz z cichym tyknięciem zegara, gdy długie ramię przeskoczyło na kolejną minutę.
Chwilę później był już za drzwiami i naprzeciwko czekały na niego kolejne. Przeszedł przez nie i upewnił się że są zamknięte. Tutaj panowała natomiast absolutna czerń. Nie było żadnego okna, ani żadnego źródła światła. Nie było to jednak problemem. Ogniście pomarańczowe oczy przebijały się przez niemagiczne ciemności z łatwością. Zalety bycia hobgoblinem. Spartańskie warunki tej sali nie pasowały do bogactwa sypialni. Podłoga była wykonana z chropowatego, powierzchownie ociosanego kamienia. Po bokach ustawione były ciężarki, o rosnących wartościach, a na przeciwległej ścianie umocowane były różnorodne metalowe drążki.
Mężczyzna stanął na środku sali i zaczął się rozciągać. Gdy uznał że jego mięśnie są gotowe na większe wyzwania zaczął przechodzić przez układy których nauczył się w swoich rodzinnych stronach, gdzie gotowość bojowa była zawsze konieczna. Korzystał z prostego dębowego kija jako atrapy miecza. Była to w połowie aktywność fizyczna, zdrowie dla ciała, a w połowie medytacja dla umysłu i duszy. Na sam koniec sięgnął po kilka ciężarków i wykonał podstawowe ćwiczenia, celowane na mięśnie klatki piersiowej i ramion. Jutro miał w planach ćwiczenia wzmacniające plecy i brzuch, za dwa dni nogi. A potem znowu zacznie cykl od nowa.
Gdy opuścił salę usłyszał pukanie. Niepokojący cień przebiegł przez jego twarz, który rozwiał się niemal równie szybko jak się pojawił. Podszedł do drzwi frontowych, mijając po drodze salon wraz z jadalnią i wyjrzał przez wbudowany w drzwi wizjer. Na korytarzu stała młoda, przeciętnie wyglądająca ludzka nastolatka z naręczem pakunków. Uchylił drzwi.
- Dzień dobry panie Bekhesh - zaświergotała - Pańskie zamówienie jest na samym szczycie… Luźniejszy dzień? - spytała taksując ubiór hobgoblina wzrokiem.
- Dzień dobry pani Relre. Jest pani dzisiaj… dwadzieścia minut wcześniej niż zazwyczaj. Nie zdążyłem się przebrać.
- Jasne. Kilku klientów którym dostarczamy zamówienia ostatnio wypadło z porannego obiegu. Mogę zmodyfikować trasę jeśli jest to dla pana problem?
- Rozumiem. Będę wdzięczny. - odpowiedział hobgoblin, który zdążył wziąć parujące, wykonane z lakierowanych deseczek opakowanie, odstawić je na stołek i sięgnąć po czekający tam mieszek. Wysupłał z niego kilka srebrnych monet. - Za nienaganną jakość usług. Do widzenia.
- Do jutra panie Bekhesh! - zawołała radośnie Relre i obróciła się na pięcie, by dalej walczyć o chleb.
Mężczyzna zamknął drzwi, zweryfikował czy zamek jest poprawnie zatrzaśnięty i ruszył do łazienki. Tam rozwiesił przepocone ubrania, wieczorem wrzuci je do kosza na pranie i poddał się krótkiej ablucji. Nie miał kłopotu z dostępem do wody, wodociągi Sharn przetykały niemal całe miasto (tak jak i kanały), a on miał przyjemność posiadania dwóch prywatnych kranów. Jednego w łazience i drugiego w kuchni. Gdy skończył spojrzał na swoje odbicie w srebrnym lustrze.
Para płomienno pomarańczowych oczu osadzona była w głębokich oczodołach, z wąską kreską brwi nad nimi. Skóra miała kolor pomarańczowo-różowy, raczej charakterystyczny dla hobgoblinów. Szeroki i płaski noc biegł stromo ku położonym niżej wąskim wargom, które jak zawsze zaciśnięte były w wąską kreskę. Nie były to usta przyzwyczajone do uśmiechu i w przeciwieństwie do większości swoich pobratymców jego dolne kły nie opuszczały spontanicznie warg. Całość przyozdobiona była krótkimi, zaczesanymi w tył włosami, odsłaniającymi długie, podobne do elfich, uszy.
Chwilę potem był ubrany i siedział przy stole. Tajemniczy parujący pakunek skrywał w środku coś bardzo prostego. Śniadanie. Trzy jajka ugotowane na miękko, dwie świeżo wypieczone bułki, smażone kiełbaski w sosie pomidorowym z fasolą. Nieśpiesznie wchłonął całość, posprzątał po sobie jadalnię, umył puste już opakowanie i odstawił je na kontuarze aneksu kuchennego.
Dopiero teraz był gotowy na wyzwania tego dnia. A zacząć musiał go od pracy. W zasadzie pracował niemal codziennie, dając sobie tylko jeden dzień w tygodniu na wolne. Wciąż, było to oszałamiająco dużo w porównaniu do tego jak żyła zdecydowana większość mieszkańców Sharn. Biedna Relre, która dzień w dzień odwiedzała Bekhesha z świeżutkim jedzeniem nigdy nie miała wolnego.
Miejsce jego pracy nie było daleko. W obrębie swojego przepastnego mieszkania miał oddzielne pomieszczenie, wypełnione po brzegi papierem najwyższej jakości, przyborami kreślarskimi i księgami ciężkimi od wiedzy. Od teoretycznych i praktycznych zastosowań arytmetyki, przez dzieła opisujące właściwości różnych materiałów, po manuskrypty szczegółowo przedstawiające właściwości powiązanych z księżycami Eberronu planów. Wszystko czego architekt potrzebował do swojej pracy, w miejscu gdzie zasłona była wyjątkowo cienka, a magia lewitacji pozwalała na tworzenie struktur przeczących zdrowemu rozsądkowi.
Teraz projektował prosty, lecz solidny budynek mieszkalny który miał stanąć w Dolnym Menthis. Budowla celowała w biedotę, ale nie przeszkadzało to architektowi w przyłożeniu się do swojego zadania. Tym bardziej że był boleśnie świadom że jakakolwiek niedoskonałość, jakiekolwiek niedopatrzenie zostanie brutalnie wykorzystane przez jego oponentów. Dość powiedzieź że Bekhesh pracował solo i niechętnie dzielił się swoimi zyskami z Gildią Architektów, który szukała tylko wymówki by przyciąć mu skrzydła.
Nim oderwał oczy i ręce od zadania minęło kilka godzin, bez żadnych zbędnych przerw, niemal jakby był w jakimś transie. W końcu zwinął rysunek świadom upływającego czasu. Dzisiaj miał kilka obowiązków poza jego lokum, którymi musiał się zająć.
- … wśród najczęstszych błędów popełnianych podczas projektowania permanentnych przedmiotów magicznych znajdują się? - wykładowca zawiesił głos, dając sali czas na sformułowanie odpowiedzi. Starszy, niemal łysy człowiek był zgięty niemal w pół, od ciężaru swojej wiedzy. Otoczony był przez koncentryczne półokręgi ławek, pnące się ku górze, na podobieństwo amfiteatru.
- Dyssynchronia między ilością energii niezbędnej do uzyskania pożądanego efektu, a samym efektem. Większość przedmiotów jest projektowana z nadmiernym zapasem. Niedopasowanie Smoczego Odłamka do magii. Pomniejsi rzemieślnicy korzystają z dostępnego źródła energii, a nie najbardziej efektywnego. - zacytowała podręcznik młoda adeptka sztuki magicznej siedząca w jednej z pierwszych ławek.
- Dokładnie tak pani Silverstone. I jaki z tego wniosek płynie? - na sali zapadła cisza, gdy pytanie wykroczyło poza ramy tego co było opisane w podręczniku. Jak zawsze potrzeba było kogoś odważnego by dyskusja ponownie ruszyła do przodu.
- Żaden. - odezwał się Bekhesh siedzący nieco bliżej szczytu sali. - Nadmiar magii stanowi zabezpieczenie, na wypadek gdyby arkanotwórca nie wykazał się stosowną pieczołowitością podczas układania splotów i jego dzieło było niewydajne. Nie mamy praktycznego sposobu na zmuszenie twórców przedmiotów magicznych do korzystania z optymalnych rozwiązań w ich własnej dziedzinie. Jedynie duże, masowe projekty, jak te wypuszczane przez Dom Cannith mogą się pokusić o maksymalną optymalizację.
- Tak, ma pan rację panie Bekhesh. - powiedział wykładowca z westchnieniem - Ale proszę pozwolić młodszym kolegom dać czas na sformułowanie odpowiedzi.. - po tych słowach przez pomieszczenie przebiegł chichot. Bekhesh był jednym z najstarszych studentów, biorąc pod uwagę relatywne długości życia różnych gatunków. Był też jednym z niewielu którzy nie posługiwali się własną magią.
- A gdybyśmy popuścili nieco wodze fantazji i założyli że żyjemy w świecie perfekcyjnie wydajnym… - podjął wykładowca.
W ciężkim od woni dymu pomieszczeniu przebywało kilkunastu mężczyzn. Wszyscy byli ubrani nienagannie. Niektórzy z nich nosili na sobie najnowsze krzyki mody, pełne koloru i ciekawych rozwiązań krawieckich, inni mieli stroje o bardziej stonowanych kolorach, w niepoddających się upływowi czasu krojach. Ale wszystkich łączyły dwie rzeczy. Pieniądze i nienaganny status. Było to miejsce w którym warto było być. Miejsce gdzie ci którzy wiedzieli jak wygląda prawdziwa władza w mieście leniwie wymieniali się swoimi opiniami, świadomi tego że ich pozycja jest równie stabilna jak ziemia pod stopami. Ale to nie był ten moment ich spotkania.
Teraz trwała spokojna dyskusja, przełamywana tylko okazjonalnie trzaśnięciem płonącego drewna i dźwiękami oddechów zgromadzonych. Oszronione okna błyszczały w świetle zachodzącego słońca, wypełniając salę pomarańczem i długimi cieniami. Liczne fotele były ustawione wydawałoby się przypadkowo, ale tak naprawdę były mapą sojuszy, sympatii i antypatii, wiecznie falującą tapestrią pożądań, potrzeb i dostępów. Gdzieniegdzie stały również małe stoliczki, uginające się pod ciężarem wytrawnych potraw, słodkich przekąsek i alkoholu, ale one były raczej tylko ozdobą dla tego co się tutaj liczyło.
Każdy z uczestników tego spotkania miał, czy to w dłoni, czy akurat w ustach, tłuste cygaro w trakcie konsumpcji. Była to wymówka dla ich spotkań, wystarczająco podniosła i snobistyczna by zaspokoić potrzebę “bycia”, a równocześnie na tyle prosta i nie angażująca by nie była wyzwaniem.
~ Czasem trzeba się taplać w błocie wśród głupców. ~ przebiegło Bekheshowi przez myśl. Przez moment pozwolił by odbijała się od wewnętrznej powierzchni jego czaszki, po czym wypuścił ją na wolność wraz z kłębem gęstego dymu. Musiał jednak przyznać że tytoń był zwyczajnie przyjemny. W umiarkowaniu.
Jego rozmyślania zostały jednak przerwane. Ciche stukanie w jedno z pobliskich okien przykuło uwagę Bekhesha, jak i innych zgromadzonych. Za oknem, na parapecie siedział mechaniczny posłaniec o mosiężnych piórach, z uporem godnym sprawy wystukując na szkle sobie tylko znany rytm. W jednej z łap trzymał elegancką kopertę, z wytrawionym na jej powierzchni symbolem. De facto podpisem najlepszego detektywa w Sharn. Hobgoblin wiedział już że zawartość jest dla niego, od jakiegoś czasu współpracował okazjonalnie z Alestairem i z niecierpliwością wyczekiwał na informacje w pewnej interesującej go żywotnie sprawie.
Z werwą i pośpiechem raczej nie odpowiadającym jego stanowisku i charakterowi otworzył okno, wpuszczając na moment lodowate powietrze, posłaniec w sobie tylko znany sposób potwierdził tożsamość odbiorcy, przekazał list i z ciężkim metalicznym trzepotem skrzydeł ruszył dalej.
Bekheshu,
Słyszałem, że Gildia Architektów ma ostatnio problemy kadrowe, intrygujące, doceniam efektywność i efektowność.
Udało mi się zdobyć nieco informacji w sprawie, o której rozmawialiśmy - pozyskanie będzie skomplikowane, ale szczegóły lepiej przedyskutować twarzą w twarz. Przy okazji, jestem zmuszony prosić Cię o pomoc w sprawie, przed którą właśnie stanąłem. Spotkajmy się w Królu Ognia wieczorem 3. Olarune - weź kilka cygar.
Powodzenia w polowaniach,
Alestair- Wybaczcie panowie. Obowiązki wzywają. - powiedział głośno, a odpowiedziało mu echo mniej, lub bardziej szczerych pożegnań. Wiedział jednak że jak tylko zamkną się za nim drzwi ich mały klubik zacznie się zastanawiać cóż mogło być tak istotnego by Bekhesh, który z niemałym trudem wydrapał sobie dostęp do tego wąskiego grona, opuścił spotkanie przedwcześnie.
Tryby były gorące i była to w zasadzie jedyna cecha wspólna wszystkich regionów tych podziemi. Bywały suche, ale i wilgotne. Rozświetlone światłem tysiąca magicznych latarni, albo zalane w mroku, gdzie tylko leniwy blask Krwi Khyberu dawał jakiekolwiek światło. Były też najlepszym miejscem jeśli chciało się zdobyć informacje z nieco mniej szanowanych źródeł. Wśród takich okolic stał niewielki magazyn, z którego co jakiś czas wyruszali umyślni z ciężkimi pakunkami w dłoniach.
- Oi, szefie! Nie spodziewałem się ciebie w dniu dostawy! - basowy głos orka poniósł się po powierzchni małego magazynu, odbijając od ścian i tworząc raczej nieprzyjemne echo. Z pewnością nie pomagał chaos i rozgadiasz pracowników którzy biegali od ściany do ściany, pakując do wózków butelki pełne przejrzystego płynu. Gryząca woń wódki najpodlejszego sortu wypełniała pomieszczenie, rozwiewając przy tym zagadkę “co jest w szkle”.
Bekhesh zmarszczył nos, jego zazwyczaj nie wyrażająca wiele twarz wykrzywiła się w marsowym grymasie. Nienawidził nieporządku. Ale wiedział że nic nie poradzi na niedociągnięcia innych humanoidów… chyba że kupi sobie automatony by te pracowały zamiast nich. Szybko przegnał tą myśl, po kalkulacji potencjalnych zysków i strat. Zwyczajnie się to nie opłacało.
- Tharghar. Jak zawsze miło patrzeć jak panujesz nad chaosem. - powiedział wykrzywiając przy tym nieco wargi. W jego dłoni zmaterializowała się mała karteczka zapisana drobnym pismem. - Potrzebuję kilku rzeczy, zakręć się proszę za tym. Przy okazji, jakieś problemy?
- Jasne szefie. Nie, żadnych. Może trochę zmniejszył się obrót w Psim Śmiechu, tym pubie który lubią gnolle. Chłopaki mówią że ktoś ściąga z Droaamu bimber doprawiany krwią humanoidów.
- Wątpię. Między problemem z nielegalnością, dystansem i wykrzepianiem szanse na to są niskie. Spróbuj do którejś z naszych partii dodać trochę krwi ubitego wieprza i barwnika spożywczego. Potem daj im kilka butelek do degustacji. Jeśli się przyjmie sprzedaj to jako… Krew Gladiatora. Puść plotkę że do bimbru dodawana jest tytularna krew przelana w trakcie potyczek. Potem podbij cenę. Jeśli nie będą zainteresowani ustal kto robi nam konkurencję, czy w środku jest to co reklamują i daj mi informację zwrotną. Rozwiążę ten problem. - po wydaniu dyspozycji hobgoblin spędził jeszcze niemal godzinę w małym biurze na tyle magazynu, przeglądając wyjątkowo dokładnie listy przewozowe i księgi finansowe. W międzyczasie zamówienie które złożył u swojego pracownika zostało zrealizowane i dostarczone. Usatysfakcjonowany zamknął pomieszczenie na klucz i ruszył w kierunku powierzchni.
Środkowa Dura zalała Bekhesha zimnym strugami wody, próbującymi się dostać pod ciasno zawiazany płaszcz. Nie było to nic niezwykłego, ale daleko też było hobgoblinowi od radowania się z tego “meteorologicznego” zjawiska. O ile słońce kochał, to woda lejąca się z nieba wywoływała u niego dużą dawkę niechęci. Niechęci potęgowanej tylko przez przelewające się dookoła niego tłumy. Hobgoblin w swoich nienagannych ubraniach nie wyróżniał się. W jakiś sposób płaszcz który w mieszkaniu błyszczał magią, tutaj był przykryty cienką warstwą pyłu. Elegancko skrojona tunika i spodnie nic nie straciły z swojej wartości, ale w jakiś sposób leżały “nie tak”, przez co nie przykuwały aż tak bardzo uwagi. Poruszał się też lekko przygarbiony i na lekko przygiętych nogach, tak że jego głowa nie wybijała się ponad falujący w wiecznym rytmie żywy inwentarz Sharn. Był zwyczajnie kolejnym zwykłym mieszkańcem, podążającym w sobie tylko znanym celu.
“Król Ognia” przywital Bekhesha chętnie widzianym ciepłem i rozgadiaszem który był jednak o wiele mniej intensywny niż to co działo się na zewnątrz.. Choć nie był to przybytek który odpowiadał jego gustom, to jednak połączenie szerokiej gamy bywalców, z idealnym balansem między spontanicznością takich spotkań, a dostępem do prywatnych loż pozwalał na miłe, spędzenie czasu. Z pewnością pocieszającą informacją było też to że nie ryzykował że będzie musiał pić własne wyroby. Przeskanował tłum i momentalnie zlokalizował Alestaira, nie było to trudne, biorąc pod uwagę to że był przy nim już inny mężczyzna i gigantyczny konstrukt.
Bekhesh wyprostował się, umykającym uwadze ruchem poprawił swoje ubrania i strzepnął pył z płaszcza, ponownie stając się architektem któremu ewidentnie się powodziło. Pokonał salę, odpędzając przy tym krótkim gestem obsługę, która wysłana przez czujne oczy niziołczych włodarzy, widzała potencjał na istotny zarobek.
- Alestair. Z treści listu spodziewałem się że będzie nam towarzyszyć nieco szersze grono. Cieszę się że się nie myliłem. - stwierdził hobgoblin, witając się detektywem, chwilę później obrócił się w kierunku nieznajomego.
- Bekhesh, architekt. Miło mi. - przedstawił się, wyciągając w kierunku nieznajomego dłoń, po czym spojrzał pytająco na automaton. - Ten… byt to osoba, czy przedmiot?
- Zwę się Thalamer ir'Valkor, dla przyjaciół Thal! - mężczyzna odwzajemnił powitanie i, jeśli to tylko możliwe, uśmiechnął się jeszcze szerzej. - Ty jesteś przyjacielem, prawda? Oczywiście, że jesteś. Zatem możesz mi mówić Thal. Architekt, powiadasz? Wybornie, zawód poniekąd prawie ten sam, co ja. Ja, widzisz, doradzam inżynierom Domu Cannith.
Spojrzał na wielką zbroję za sobą. Byt dotychczas zdawał się niemal całkowicie zobojętniałym wzrokiem na scenę, jednak gest Thalamera skupił jego uwagę.
- Imię tego to Varok - z wnętrza zbroi dobył się zimny, metaliczny głos, który miał w sobie coś z żołnierskiego drylu.
I zamilkł raz jeszcze.Po powitaniu hobgoblin sięgnął dłonią do do sporego mieszka który wisiał u jego pasa, by po chwili wyjąć z wnętrza eleganckie cedrowe pudełko, które skrywało kilka cygar.
- Zapalicie? - spytał, prezentując przy tym zawartość
- Ale tylko te najlepsze - Thal z uśmiechem sięgnął do środka.
- Z miłą chęcią - odparł śledczy, sięgając do pudełeczka. Zręcznym ruchem przyciął i zapalił cygaro, zaciągając się z lubością - Lada moment powinni pojawić się kolejni - ruchem głowy wskazał na wciąż praktycznie pusty stół. -
Za wyjątkiem Bazaru i Stormhold, Dura nigdy nie była obiektem szczególnego zainteresowania Taera - pomimo faktu że niemałą część jego piwnicy zajmowały towary codziennie transportowane z portów nad rzeką. Wiedział o niej co nieco; wszak muzycy i kuglarze pod patronatem Domu działali i tutaj. Ale była dla niego jak pieczywo przy posiłku albo jak hałas w karczmie; zostałaby zauważona dopiero wtedy, gdyby nagle jej nie było.
Zdarzało mu się wykonywać tu zadania i załatwiać swoje sprawy; znał tu wielu wspaniałych mecenasów sztuki i praktycznych przedsiębiorców rozumiejący że bez zapewnienia rozrywki ich klientela przeniesie się w ciekawsze miejsca. Ale nigdy nie pojął ducha tej dzielnicy, tej głęboko osadzonej cechy która odróżniała mieszkańca jednej dzielnicy od drugiej w mieście które nie potrafiło się nawet do końca określić na jakim planie jest. Kiedy deszcz spływał po tylu głowach że zanim dotknął ziemi był bardziej potem niż deszczem, nie wystarczało wiedzieć gdzie się jest. Kiedy podmieńcy mogli przyjąć wygląd każdego, rzut oka nie wystarczał żeby upewnić się z kim ma się do czynienia. I z całą pewnością liścik od Alistaira nie wystarczał, żeby przekonać Taera że tym razem detektyw znów nie spróbuje go zostawić daleko w tyle.
Nazwiska Domów, otwierały w mieście wiele drzwi. Ale dzisiaj był już zaproszony - nota bene, z uwzględnieniem hierarchii - więc rozsądne było ściągać na siebie więcej uwagi niż to konieczne. Dzisiejszym zestawem iluzji zostały lekki płócienny płaszcz barwy cementu i równie szarobury kaftan, jak większość rzemieślników którzy musieli od czasu do czasu opuścić miasto. Opaska spinająca długie czarne włosy elfa była jedną ozdobą na jaką pozwolił sobie w tym stroju, tak jak zwykły rzemieślnik nie pozwoliłbym sobie na więcej do pracy.
Jakikolwiek bystrzejszy obserwator nie dałby się tym zmylić; na ulicach gdzie wszystkim się spieszyło, pozwolenie sobie na zwolnienie kroku już samo w sobie wyróżnikiem. Krój ubrania leżał zbyt dobrze. A w gąszczu mieszkańców przed “Królem Ognia”, nie wpadanie na przechodniów zakrwało wręcz na magiczną sztuczkę. -
Pod zadaszeniem przed Królem Ognia stał ubrany w wojskową kurtkę polową krasnolud. Breland pełne było takich osobników, choć ten konkretny wyglądał na dość zadbanego. Krótko ścięte włosy, wygolone po bokach i z tyłu, zadbana praktycznie przystrzyżona broda. Wyjął z kieszeni stalową papierośnicę i włożył do ust pieczołowicie skręconą cygaretkę samoróbkę. Odpalił ją skrzesanym z palców płomieniem. Gdy wypuścił pierwszy dymek w powietrzu roztoczył się zapach przedniego ziela. Podrapał się kciukiem po brwi. Wyglądał na zamyślonego i pogrążonego w głębokiej rozterce. Gdy zobaczył znajomą twarz w tłumie przechodniów zmierzającą w jego kierunku wyglądał na szczerze zaskoczonego. Wzniósł rękę w powitalnym geście i wyciągnął cygaretkę z ust.
- Borin? - zapytał zdziwiony podając starszemu krasnoludowi dłoń, po czym zreflektował się i oddał niedbały salut.
Borin nie miał w zwyczaju ściskać dłoni.
- Gundrik! - Makklovesenn odpowiedział z wdzięcznością - Co ty tu… ahh… detektyw ciebie zawezwał?
- Chyba nie tylko mnie, skoro wiesz że tu i o tej godzinie. - Gundrik zaciągnął się i poklepał po kieszeni by wyjąć papierośnicę - Zapalisz? Mam nerwa o to o co może chodzić. Pierwszy raz od dawna poczułem nadzieję że wszystko mi się układa a tu nagle „jest sprawa”.
- Eh… nie powinienem, ale podzielam twoje odczucia - przytaknął przyjmując cygaretkę - Wiesz, że mam historię z Alestairem. Proszenie MNIE o pomoc… brzmi jak desperacja. A ona oznacza kłopoty.
- A kto •nie ma• z nim historii? - zapytał retorycznie Gundrik chowając papierośnicę i pstrykając palcami skrzesał ogień by i Borin mógł zapalić - Mam podobne odczucia. Radził sobie z grubymi rzeczami a prośba o wsparcie to nie jego styl. A skoro jest nas więcej niż jeden… ciekawe kto jeszcze.
- Yhym… A co u Erin? Mieszkacie w końcu razem? Czy wciąż się bujacie jak te nastolatki?
Twarz młodszego krasnoluda stężała i przybrała gniewny wyraz. Zaciągnął się z wyraźną chęcią odszczeknięcia się ale wypuścił gwałtownie dym w strugi deszczu.
- Hmmm cóż… kto jak kto ale ty się napatrzyłeś na takie rzeczy to się możesz wypowiadać. - rzucił - Dobrze. Nie, nie mieszkamy. Gdy przyszło zaproszenie to chwilę wcześniej się zastanawiałem czy tego jej nie zaproponować. Wczoraj była musztra i zdołała obić mi żebra kijem. Nic jej nie mówiłem ale pewnie się domyśliła już że coś mnie trapi. A jak u twoich smyków?
- Jedni lepiej inni gorzej. Jolan – najstarszy – co za pół roku ma opuszczać Brzeg, miesza mi się w złe towarzystwo, a Ronan kończy odrabiać prace społeczne za pobicie… opowiadałem ci chyba… zbyt się wczuł w słuszną obronę Alii. A sama Alia za trzy miesiące będzie w czwartym języku biegle mówić. Ma dziewczęcie świetlaną przyszłość. Bystre jak cholera.
- Zapytam Erin jak u nich ze stażami. Bogowie. Sam nie wierzę że to powiedziałem. Ale z papierem od Sivis będzie jej dużo łatwiej.
- Hmmm… to byłoby swoiste wyzwanie. Choć jeśli ktoś ma zostać pierwszym niewidomym skrybą, to na nią bym właśnie stawiał pieniądze. Używacie dużo nagrań, dobrze pamiętam?
- Tak. Acz oni tam się mierzyli z nie takimi rzeczami to i ze ślepotą sobie poradzą. Z resztą. Jakby co to tłumacz to też dobra fucha.
- No to będę bardzo wdzięczny za twoją próbę. Dziewczę jest bardzo zdolne. Jakby była potrzeba prezentacji jej osoby to będziemy bardzo chętni.
Po drugiej stronie ulicy, tuż za pomostem prowadzącym pod “Króla Ognia”, wysoki, czarnowłosy elf zatrzymał się i skinął uprzejmie znajomemu krasnoludowi. Widząc że Borin rozmawia z współplemieńcem, nie podchodził bliżej a jedynie z młodzieńczą ciekawością chłonął szczegóły dookoła.
- Znasz tego typa? - zapytał Gundrik rzucając elfowi podejrzliwe spojrzenie.
Jedną z dłoni oparł przy pasie na którym miał zawieszony bezlik skórzanych kieszeni w tym dwie całkiem duże. Od jednej z nich odpiął klapkę.
Borin zmrużył oczy, wykańczając cygaretkę.
- Yhym… Taer, chyba… - wzniósł dłoń w geście niezdecydowanego pozdrowienia - Od Phiarlan. Kilka dzieciaków wepchnąłem mu na staże. Swój chłop.
- Jak chuj. - wymamrotał Gundrik wypluwając resztę tytoniu z taką siłą że poleciała za krawędź balustrady na długi lot ku dolnym poziomom.
Elf odwzajemnił pozdrowienie, przez chwilę jeszcze przyglądał się czemuś na górnych piętrach “Króla” i przebrnął przez niekończący się strumyk ludzi przed tawerną.
- Witaj Borinie, książe kuchni!. Cóż nowego u Ciebie i twoich podopiecznych? Wszak nie widzieliśmy się od noworocznych uroczystości - ukłonił się obu krasnoludom
– Taerze, pozwól: Gundrik Spiresmith d’Kundarak. Mój druh i kompan. Gundriku, oto Taer Shol d’Phrian. Mecenas sztuki i smaków, który od czasu do czasu przekupuje mnie, bym stanął przy ogniu kuchni na jego galach, przyjmując moich uczniów na staże i wystawiając ich prace w galeriach pod swoją pieczą. Dobrze cię widzieć, Taerze. Dzieci mają się świetnie, dziękuję, że pytasz. Z Filionem widziałem się niedawno. Mówił o tobie z taką estymą, że aż mnie – niczym ość w gardle – ukłuła drobna zazdrość. Zapewne dziękował ci już setki razy za daną mu szansę, ale i ja dorzucę swoje, bodaj trzecie, serdeczne podziękowania…
- My się już znamy… - stwierdził oschle Gundrik ale wyciągnął dłoń w kierunku elfa - Ze wspólnych… interesów.
- Gundrik! A więc faktycznie, spotkaliśmy się już, choć jestem zaskoczony że mnie zapamiętałeś. I, o ile mnie pamięć nie myli, nazwisko było wtedy inne. - elf bez wahania uścisnął dłoń drugiego krasnoluda, pomimo tego że imię przypomniało mu okoliczności tamtego spotkania. Przez chwilę elf wyglądał jakby jeszcze chciał coś dodać, ale rozmyślił się i odpowiedział Borinowi
- A więc to u Ciebie zniknął Filion tamtego wieczora? Przez pół dnia nie miałem skarg że ciągle okupuje sale ćwiczeń! Chłopak ma zaparcie, ćwiczy tyle ile dwóch kolejnych stażystów. A sam wiesz, że poza Znakiem i majątkiem rodziców, trzecią najlepszą rzeczą jaką można odziedziczyć jest samozaparcie.
- Ja to nazywam „wolą sprawczą”. Przyprawą, bez której żadna życiowa potrawa się nie uda. I lubię wierzyć, że wraz z innymi opiekunami w Nowym Brzegu dajemy młodym jej dobry przykład. I, naturalnie, przyznam ci rację: rzecz to upiornie wręcz ważna… Nie wiedziałem jednak, że wasza dwójka się zna. Aż się prosi zapytać… czy to znajomość olekkim charakterze, taka, którą można opowiedzieć przy stole?
- To znajomość z kategorii „to nic osobistego, to tylko interesy”. - odpowiedział cierpko Gundrik - To tylko interesy… - powtórzył w zamyśleniu z ciężkim westchnieniem - Tak to już jest… między domami.
- Też na zaproszenie? - zwrócił się do elfa.
- Jak najbardziej. Choć, jeśli miałbym dedukować, to zaproszenie to także interesy. Ale godzina jeszcze młoda, a niespodzianek już bez liku. - odpowiedział lekko na pytanie krasnoluda.
- Pan Gundrik, być może, wciąż dzierży klucz do jednej z moich nierozwiązanych zagadek - Taer lekko pokręcił głową, gestem i ogólnikami wzbraniając się przed wyciąganiem sprawy na światło dziennie w tak publicznym miejscu - Ale może bardziej będzie nadawać się do stołu historia dołączenia do domu d’Kundarak?
- Pewnie tak. Jak usłyszę czy pewni brelandczycy opuścili czy na zawsze już pozostali w Cyre. - odparł Gundrik - Nasz wspólny znajomy ma bez wątpienia gówniane poczucie humoru. Wejdziemy? Chcę mieć to już, kurwa, za sobą. - w ostatnim zdaniu zabrzmiała narastająca irytacja sytuacją.
Młodszy krasnolud poprowadził dwójkę towarzyszy przez karczmę przepychając się najpierw do baru gdzie zakupił flaszkę brandy. Znając Saint Cyrana pewnie stała już jakaś na stole ale Gundrik uważał że detektyw zawsze zamawia za mało. Zakrawało na niemożliwe by przy jego wzroście wypatrzeć zajęte przez gospodarza spotkania miejsce ale jakoś się ta sztuka udała Spiresmithowi. Wyszli na odseparowany taras. Gundrik skinął każdemu głową i bezceremonialnie przedstawił się każdemu uściskiem dłoni „Gundrik Spiresmith d’Kundarak”. Postawił flaszkę bliżej środka stołu po czym usiadł na jednym z siedzisk splatając dłonie na stole z wyraźnym oczekiwaniem. Dało się wyczuć że obecność nieznajomych mu istot jest dla niego niekomfortowa, a przeciągające się konwenanse irytujące. Nalał do szkła trunku by się napić i uspokoić nerwy.
-
Taer nieśpiesznie podążył za krasnoludami do wnętrza Króla Ognia. Został kilka kroków z tyłu za krasnoludami i pozwolił, żeby tłok i zgiełk tawerny otulił go jak magiczny płaszcz obiecujący niedostrzegalność - a przynajmniej na tak długo jak sam nie zdecyduje się zwrócić na siebie uwagi. Oddzielenie się od krasnoludów które zaraz udadzą się do najbardziej interesującego stolika w całej tawernie mogło tylko pomóc jego incognitio.
Alastair siedział juz w alkowie niczym udzielny książe, widoczny dla wszystkich i wyróżniający się tą bezcenną odrobiną przestrzeni osobistej. Ale czy ktoś jeszcze nie obserwował odwiedzających go gości
Odrobina paranoi jeszcze nikogo nie zabiła, prawda?
A jej niedobór zawsze miał taki potencjał. Zwłaszcza, że gnole i gobliny rzekomo grające w karty, nieco zbyt często zerkały na stolik Alastaira. Być może ich nerwowość wynikała czegoś więcej niż samej gry, i na przykład lyrandarskie szanty nie tyle przeszkadzały im w grze, co w podsłuchiwaniu lub nasłuchiwaniu rozkazów?
Tak samo jeden z zakapturzonych mężczyzn, ustawił się tak żeby mieć idealny widok na stolik. Samotnik, z nikim nie rozmawiał i nic nie zamawiał. Poza płaszczem zdążył już wyschnąć - lub nawet nie był na deszczu - raczej był ubrany do siedzenia w pomieszczeniach. Na co liczył? Czy umiał czytać z ruchu warg? A może oprócz prostego, praktycznego miecza na oparciu krzesła, pod tym mokrym płaszczem trzymał kuszę?Grając na czas, elf podążył za Gundrikiem do lady. Tyle że zamiast po prostu zamówić, zaczął rozpytywać o młode, słodkie wina na stanie. Jednym uchem słuchając wywodów stojącego na stołku niziołka, drugim uchem łowił rozmowy dookoła i obserwował gości. Biorąc pod uwagę, że przy stole detektywa była już trójka gości, nie byłoby grzeczne opóźniać więcej niż kilka minut. Dał niemy znak swojej eskorcie i z dzbanem w ręku ruszył do stolika.
-
Wcześniej tego dnia…
Poranki w Nowym Brzegu nie zaczynają się jedną rzeczą, a serią małych początków, które synchronizują się w rozmytą całość.
Najpierw budzi się Kogutek. Piece rozgrzewają się z tempem zaspanego żółwia. Wóz starego Barnaby’ego skrzypieniem daje znać o swoim przybyciu jeszcze nim dotrze z dostawą.
Sona otwiera mu tylne drzwi zanim jeszcze zdąży zapukać. Z Wallie’m i Irmą pracują już w środku, nim dzień się oficjalnie zaczyna. Ręce po łokcie w mące i cieście. Sona polecenia wydawała bez podnoszenia głosu i tylko kiedy musiała, a musiała rzadko. Kuchnia Kogutka działała jak naoliwiony mechanizm.
W innej części Nowego Brzegu miał miejsce inny z “początków’. Bardziej chaotyczny. Bardziej osobisty. Borin Makklovesenn nie miał luksusu rutyny. Nie miał też luksusu ośmiu godzin snu. A i sześć ich by chętnie przyjął.
Pierwsze co robił to przyjmował raport z wydarzeń w nocy. Zawsze coś się działo. Może straż o coś pytała, może ktoś się rozchorował, a czasem nawet ktoś zniknął w nocy… dlatego drugim etapem było liczenie. Nie pieniędzy, nie zasobów, a dzieci. Do tego momentu Nowy Brzeg zdążył się już obudzić.
Dziewięcioletni Ryan siedział na obszernym parapecie i czytał obrazkową książeczkę. Kaszel co kilka oddechów wyrywał się z jego krtani. Cichy, ale uporczywy.
Z dziesięcioletnią Mirą przywitał się językiem gestów i znaków i oboje zabrał ze sobą na stołówkę Kogutka. Po drodze zgarnął jeszcze niedobudzonego Brana, co znów zaczął dzień od “przepraszam”...
- … ja nie chciałem.
- Bran. - Borin przerwał mu na spokojnie
Chłopak zamilkł natychmiast. Ten sposób był ważny. Chłopiec reagował bardziej na ton niż słowa.
- Co ustalaliśmy? Hmmm?
- Że… nie zaczy-namy dnia od… przeprosin?
- Yhym i mi tu…
- Przepraszam! Pamiętałem ale…
Makklovesenn przewrócił oczami z chichotem dudniącym w jego piersi. Wytarmosił czuprynę Brana i również zabrał na śniadanie.Dzieci Nowego Dworu siedziały przy dwóch wielkich stołach, dostępnych dla klientów kogutka tylko poza porami posiłków. Prawie wszyscy już byli. Spośród bezpośrednich podopiecznych Borina brakło tylko najstarszego Jolana… ale go ostatnio często brakło. Z grup spod Tessy i Konrada nie widział Sophie i Dante’go. Ergo: frekwencja w normie. Sama Tessa też była nieobecna, odsypiała nocny dyżur.
Ronan kręcił się między gośćmi Kogutka, opracowując prace społeczne.
Alia czekała cierpliwie przy stole, nie otwierając oczu a jej biała laska stała obok krzesła.
Uvar wyrywał się aby wrócić do pracy, ale układ z Borinem zabraniał mu pracować zbyt dużo.
Nira jak zawsze siedziała bokiem, ukrywając swój poparzony profil perspektywą oraz zaczesanymi na niego włosami.
Makklovesenn przeszedł wzdłuż stołów, kładąc dłoń na ramieniu Uvara, by przycisnął go z powrotem do ławy. Stłumiło to jego chęć zerwania się do noszenia skrzyń.
- Najpierw śniadanie, Uvar. Praca nie ucieknie, a jak mi zemdlejesz to sam będę musiał tachać worki.
Usiadł przy środku stołu, aby być możliwie blisko wszystkich swoich podopiecznych. Pierwsi robotnicy ze Środkowej Dury zaczynali się schodzić, by szybko zjeśc gorące śniadanie i może wziąć coś na resztę dnia, przed dniem cięzkiej pracy.
Zapach smażonej cebuli i czosnku mieszały się z wilgotnym aromatem deszczy, wnoszonym na płaszczach klientów.
- Znów pan nie spał dużo, panie Borinie.
Krasnolud zatrzymał łyżkę w połowie drogi do ust i opuścił ją.
- Jesteś zbyt bystra dla własnego dobra, Alio. Zjadłaś?
- Zjadłam. I dopilnowałam by Nira też zjadła.
Wywołana dziewczyna chciała zaprotestować, ale przerwało jej gdy w tle narodził się agresywniejszy rytm. Ciężkie kroki, kierowały się do ich stolika. Ronan, co właśnie zbierał miski, zręcznie układając ich stosik na drewnianej protezie, wyprostował się gwałtownie. To Borina już zmartwiło.Odsunął miskę z owsianką i spojrzał w tył. W ich kierunku maszerował Jolan. I nie był on sam.
Za nim szło dwóch mężczyzn w skórzanych kurtkach, których spojrzenia skrywały agresję i gotowość do jej użycia. Jolan wyglądał inaczej… bardziej dziko. Borin znał ten krok. Chód człowieka gotowego do walki… a przynajmniej jego solidna imitacja.
- Jolan! - zawołał Konrad wychodząc z zaplecza, wycierając ręce w ścierkę - Gdzieś ty był? Sophie…
- Zamknij się, Konrad! - warknął Joaln z najdrobniejszym tylko zawahaniem, ale Borin widział drgnięcie gdy powstrzymał się przed spojrzeniem na swoich towarzyszy. Chłopak spojrzał na krasnoluda. - Wyprowadzam się - rzucił mu w twarz jak obelgę - Jestem tu tylko po moje rzeczy.Kogutek wcale nie ucichł. Czas nie stanął a Jolan wcale nie stał się pępkiem świata, choć Borin widział, że kilku bywalców sięgało ostrożnie, by wymacać rękojeści pałek, noży czy sztyletów. Jeden z nich wprost kierował mu pytające spojrzenie.
Uspokoił go gestem i spojrzał na Jolana. Chłopaka co jeszcze trzy lata temu bał się ciemności i chciał aby czytano mu w kółko Hucklebacka.
- Wyprowadzasz się? - powtórzył spokojnie, choć w środku spokojny wcale nie był - Jesteś pewny, że to towarzystwo - wskazał brodą na mężczyzn z tyłu - zapewni ci lepszy start, niż to co ustalaliśmy?
Jolan zaśmiał się krótko i gorzko.
- Start? Borin… oni tu oferują mi pracę, braterstwo i żywe srebro. To znacznie więcej niż miska zupy i te kretyńskie gadanie o byciu porządny obywatelem.
Ronan zrobił krok w przód. Miski na jego rękach drżały.
- Nie mów tak do niego! - warknął czternastolatek - Po tym wszystkim, co zrobił…
- Co takiego zrobił?! - Jolan odwrócił się gwałtownie - Zrobił z nas kaleki czekające na jałmużnę! Liczące, że świat będzie milusi jeśli tylko my będziemy! Alia nie widzi, ty masz kawałek drewna zamiast ręki, Bran nie potrafi nie przepraszać, a Nira…Zatrzymał się na wpół wdechu. Widział strach Niry. Wiedział co zamierzał powiedzieć i ona wiedziała także i wiedząc, że zbliża się “cios” próbowała się na niego przyszykować… odwracając poparzoną część twarzy, zasłaniając ją szalem i włosami… ale wszyscy wiedzieli, że ona nie była w stanie się na niego przygotować.
- Dość - warknął Borin wstając, nim cisza zażądałaby od Jolana by się wycofał lub dokończył. Proteza skrzypnęły nieprzyjemnie. - Chcesz odejść, to odejdziesz. Jesteś prawie dorosły. Ale nie pozwolę ci obrażać moich wychowanków i nawet nie zaszczycę komentarzem bzdur które właśnie opuściły twoje usta. Chodź do biura. Porozmawiamy jak mężczyźni, skoroś taki dorosły. I dopełnimy formalności.
Jeden z mężczyzn z tyłu splunął na podłogę.
- Nie mamy czasu na pogaduszki, dziadku. Młody idzie z nami. Teraz.Borin przeniósł wzrok na nieznajomego i wyprostował się odrobinę. Tyle wystarczyło. Nagle wyglądał nie jak zmęczony krasnolud prowadzący sierociniec, a ktoś, kto przeżył wystarczająco wiele przemocy, by nigdy więcej się jej nie przestraszyć.
- Młody ma imię. Jolan pójdzie kiedy skończymy - poinformował Borin - A jeśli jeszcze raz spluniesz w mojej kuchni, to sam nauczę cię manier tak, że żaden medykus Boromarów cię nie poskłada.
W kuchni Sona przestała siekać warzywa. Bywalcy zamarli, a kilku z nich wstało, już z dłońmi na pałkach, albo nożach… Czekając tylko na jedno słowo.Dwaj mężczyźni stanęli do siebie plecami, nagle już wcale nie tak pewni jak przed chwilą.
Jolan zawahał się. Spojrzał na swoich nowyh przyjaciół, potem na Borina i na końcu na dzieci Nowego Brzegu, z którymi spędził ostatnią dekadę.
- Idźcie do wozu - rzucił przez ramię - Muszę… muszę wziąć mój nóż. Borin… ma go w swoim sejfie.Kiedy mężczyźni wyszli siła zeszła z krasnoluda.
- Ronan, zabierz dzieci na górę.
- Ale…
- Teraz.
Alia wstała pierwsza, ale podeszła do Jolana, zostawiając swoją laskę przy stole. Borin widział jak na ostatnim kroku powinęła jej się noga, ale przed upadkiem uchroniły ją chwyt najstarszego z podopiecznych Borina. Poprawiła postawę, ale chwilę pozostała przy nim.
- Pachniesz prochem i strachem - szepnęła tak, że tylko on słyszał - Oni nie są twoją rodziną.
- Alia, ja…
- Ćśśś… - mówiła ledwie szeptem ale i tak go uciszyła - Nie mów nic co utrudni ci powrót do jedynej rodziny jaką masz.
Nie odpowiedział już. Patrzył tylko jak dzieci Nowego Brzegu znikają, jedno po drugim, za drzwiami.
Borin pozwolił Taerowi zostać przy barze. Po szybkim przywitaniu z gospodarzami skierował się do stolika przy którym już się zbierała grupa. Pamięć dawnych a i wciąż żywych… konfliktów przepłynęła przez niego, gdy wreszcie dostrzegł Alestaira. Westchnął przeciągle i usiadł na wolnym krześle. Stół na tuzon osób dawał wiele przestrzeni więc skorzystał, siadając o jedno krzesło od Gundrika. Tak aby mieć wolne miejsce po obu swoich bokach.
- Witaj Alestairze. Mam nadzieję, że powodzi ci się lepiej niż można zgadywać z treści listu - zagadnął zimno, przemycając jeszcze drobną szpilkę, po czym spojrzał na pozostałych obecnych i dopiero wtedy uśmeich zagościł na jego twarzy.
- Kojarzę część twarzy, ale z imionami już różnie… Ja jestem Borin Makklovesenn - przedstawił się, opierając łokieć o blat. - Nowy Brzeg, Kogutek i cała masa spraw, które ludzie z zadziwiającą konsekwencją zostawiają akurat mnie. Trochę jak brudne naczynia… Spojrzał po zebranych z ciężkim, ale już ciepłym westchnieniem. -
Blondwłosy elf w eleganckim stroju stał z tubą rysunków wciśniętą pod pachę i jedwabną chusteczką przyciśniętą do nosa. Wyglądał tak, jakby sama okolica dopuściła się wobec niego osobistej zniewagi.
— Postaram się mówić powoli — powiedział, rzeczywiście niemal sylabizując do rudowłosego półorka. — Gdzie jest główny inżynier?
Półork podrapał się po głowie z miną kogoś, kto rozumie każde słowo osobno, ale odmawia współpracy przy układaniu ich w sensowną całość. Impas trwał już od kilku minut.
— Pan Vii — dodał elf.
— Wii? — powtórzył półork, marszcząc czoło.
— Tak mam w dokumentach.
Elf na moment zapomniał się i odsunął chusteczkę od nosa. Przez jego twarz przemknął grymas obrzydzenia. Szybko znów osłonił twarz, po czym sięgnął za pazuchę koronkowo wykończonej marynarki i wyjął kilka kartek.
— Wedle informacji przekazanej przez Radę Dzielnicy Tryby budowę nadzoruje niejaki pan Że-lo Vii.
— Ach, Żelo. — Półork klasnął w dłonie. Najwyraźniej, podobnie jak jego rozmówca, odniósł wrażenie, że rozmawia z przygłupem. — Żelo to żaden pan. Jak mu tak wypalisz, to ci jebnie.
Ktoś z tyłu znacząco odkaszlnął.
Półork klepnął się w czoło.
— Dzie moje maniery. Panu jebnie.
Elf spojrzał skołowany na grupę robotników, wśród których półork pełnił najwyraźniej funkcję przywódcy, rzecznika i lokalnego autorytetu od gróźb.
— Jestem tu z polecenia Rady Dzielnicy i Gildii Architektów — oznajmił, próbując odzyskać godność, którą okolica systematycznie obdzierała z jedwabiu. — Chodzi o waszą inwestycję. Tę kolejkę niebłyskawicową. Te… tory.
Półork patrzył na niego z uwagą.
— Gildia Architektów nie zatwierdziła tej samowoli budowlanej — wypalił elf. — Ona może być niebezpieczna. Jestem tu, żeby sprawdzić obliczenia, projekty i rysunki. Mam też przesłuchać pana Vii.
— Gildia Architektów nie zatwierdziła też tamtego sracza. — Półork wskazał niewielką budkę zbitą z desek, z której korzystali robotnicy z pobliskiej huty. — Zechce pan sprawdzić, czy szerokość odpływu jest zadowalająca?
— Eee… — Elf wydał z siebie dźwięk zawieszony gdzieś między zaskoczeniem a rezygnacją.
— Nalegam.
Półork zbliżył się o krok. Elf cofnął się odruchowo, lecz niezbyt daleko, bo pozostali robotnicy zdążyli już utworzyć wokół niego krąg.
— Pan napisze w protokole, że pan Żelo był dziś niedostępny — powiedział półork. — Wpadnie pan za kwartał. Umówimy spotkanie.
— Ale…
Elf spróbował zaprotestować, lecz półork wskazał znacząco pobliską latrynę. Gest ten dość szybko ugasił zapał młodego inspektora z Gildii Architektów.
Kiedy blond elf oddalił się szybkim, sztywnym krokiem, półork odprowadził go wzrokiem, a potem odwrócił się do towarzyszy.
— Dobra. Kto widział Żelo?
— Rano montowało tory na kładce da Varr — odezwał się niski mężczyzna z twarzą umazaną sadzą.
— I czemu mu nie pomogliście?
— Kładka się zerwała.
Półork otworzył szeroko oczy.
Najpierw rozległa się wesoła muzyka. Chwilę później dołączył do niej głos barda śpiewającego skoczną, wyjątkowo głupią piosenkę o księżniczkach, wieżyczkach, zaklęciach i decyzjach życiowych, które powinny zostać objęte nadzorem medycznym.
Melodia była przyjemna, rytm prosty, tekst pozbawiony większych ambicji. Całość wypełniała głowę Żelo z natrętną pogodą jarmarcznej kapeli.
— Osiągnięto osiemdziesiąt dziewięć procent integracji. Procedura naprawcza kontynuowana — oznajmił zimny, metaliczny głos, na moment zagłuszając muzykę.
Bard wrócił po chwili z refrenem, w którym świat dzielił się na kwiaty, półświatki i rzeczy niewarte dłuższej uwagi.
Żelo uruchomiło sensory wizualne.
Leżało na dachu jakiegoś zabudowania. Wokół panowała ciemność. Gdzieś wysoko, ponad poszarpaną linią murów i kominów, migotała czerwonawa poświata wiecznych latarni.
— Wycisz muzykę. Co się stało?
— Wygaszenie funkcji ruchowych na skutek rozległych uszkodzeń.
Wielkie metalowe ciało podniosło się ze zgrzytem. Obok leżały kawałki mostu, belki, kamień i powyginane szyny. Żelo potrzebowało kilku sekund, żeby odtworzyć ciąg zdarzeń. Kładka. Tor. Pęknięcie. Spadanie.
— Zakończono proces naprawy — zakomunikował głos.
Osłona na udzie maszyny odsunęła się z sykiem i wypluła dwa puste pojemniki, z których unosiła się para.
— Konieczność uzupełnienia systemów naprawczych.
Osłona zamknęła się.
— Przypominam o dzisiejszym spotkaniu.
— Ile leżałom?
— Kilka godzin. Prawdopodobnie około czterech.
— Dziękuję. Starczy odpoczynku. Puść muzykę od początku.
Grupa robotników zebrała się z latarniami wokół osuwiska. Fragment torowiska wraz z mostem faktycznie runął w dół, zostawiając po sobie wyrwę, z której bił chłód i zapach mokrego kamienia.
— I nikt z was nie wpadł na pomysł, żeby po niego iść? — zapytał półork.
Był najwyraźniej nie tylko najbardziej rozgarnięty w grupie, lecz także najwyżej postawiony. Nieszczęścia budowlane miały tę zaletę, że szybko ujawniały hierarchię.
— Tak hukło, że nie mógł przeżyć — powiedział jeden z robotników. — Połamał się na pewno.
— Przecież on nie ma kości. W zasadzie nie wiem, co on tam ma, ale za wiele słyszałem, żeby uwierzyć, że upadek kilka pięter w dół go zabije. Podobno kiedyś tak go poturbowali, że został z niego sam kadłubek, a i tak przeżył. I to podobno dopiero po tamtym wszystkim słuch po nim zaginął.
— No ale z takiej wysokości? — Wytatuowany na twarzy człowiek poświecił latarnią w otchłań, jakby chciał nadać swoim słowom odpowiednią głębię.
— Trzeba odbudować kładkę — rozległ się niski głos.
Dobiegał z ciemności. Brzmiał, jakby ktoś mówił z głębi zbroi, a każde słowo ocierało się po drodze o stal.
— Żelo! — Półork odwrócił się i uśmiechnął szczerze. — Jak dobrze cię widzieć.
Ruszył w stronę potężnego konstrukta. Pozostali robotnicy nagle zaczęli wyglądać, jakby próbowali zmniejszyć się o kilka rozmiarów.
— Przed dalszą pracą weźcie uprzęże do pracy na wysokości — powiedziało Żelo. — W nowej kładce dodajcie więcej zbrojenia. Szacuję, że odbudowa opóźni prace o kilkanaście dni. Nikt nie będzie zadowolony. Rif, przejmiesz moje obowiązki. Muszę udać się na spotkanie.
Półork zatrzymał się w pół kroku.
— Spotkanie z Gildią Architektów?
— Nie. Skąd ten pomysł?
— Był tu dzisiaj jakiś elf. Gadał coś o samowoli budowlanej.
— Pogoniłeś go, Rif?
— Tak.
— I tak trzymać. Dziękuję. Mam nadzieję wrócić przed wieczorem.
Żelo ruszyło dalej.
— Jeszcze jedno — powiedział Rif.
Konstrukt zatrzymał się.
— Masz na nazwisko Wii?
— Vii — odpowiedziało echo z wnętrza stalowej konstrukcji. — Siódmy. VII.
Rif uniósł brwi.
— Jesteś szlachcicem?
— Nie. Jestem siódmą wersją. A coś trzeba było wpisać w rubryce „nazwisko”. Bez nazwiska traktowano mnie jak rzecz.
— Aaa — powiedział Rif.
Odpowiedź wyraźnie nie rozjaśniła mu wiele.
Żelo rzadko opuszczało Niską Durę. Deszczu nie doświadczyło od miesięcy. Teraz szło powoli, choć wiedziało, że już się spóźniło. Mżawka zmieniała pył osiadły na pancerzu w ciemne smugi. Nie zdążyło wrócić, żeby się oczyścić, ale nie zakładało też kilku godzin leżenia na gruzach oberwanej kładki. W planie dnia brakowało punktu „upadek z wysokości”. To niedopatrzenie należało kiedyś naprawić.
Czuło na sobie spojrzenia nielicznych przechodniów. W Shran żyły tysiące takich jak Żelo: wojną wykutych maszyn bojowych, którym po wszystkim kazano nauczyć się codzienności. Niby wojna dawno się skończyła. Niby mogły prowadzić własne życie, bez rozkazów i przemocy. Ale każdy znał kogoś, kto znał kogoś, kto podobno widział konstrukta mordującego ludzi na ulicy z zimną krwią.
Żelo nigdy nie poznało żadnego takiego konstrukta.
Gdybym było zlepkiem mięsa i posoki, pewnie też bałobym się niestworzonych historii, pomyślało. Ludzie są krusi. Krasnoludy, elfy, nawet półorki są kruche. Pył na wietrze historii, tylko głośniejszy i bardziej przekonany o własnym znaczeniu.
Większość konstruktów w Shran próbowała upodobnić się do ludzi. Nosiły płaszcze, kapelusze, rękawice. Ukrywały sztuczne twarze pod kapturami. Żelo nie widziało w tym sensu. Było dumne z tego, czym jest. Poza tym miało siedem stóp wzrostu i ważyło siedemset pięćdziesiąt funtów. Takie parametry ograniczały zarówno dobór ubrań, jak i możliwości dyskretnego wmieszania się w tłum.
Sam tłum zresztą rozstępował się przed nim bez zachęty.
Żelo oglądało okolicę. Wiedziało, gdzie patrzeć. Szybko zauważało runy utrzymujące zaklęcia w ścianach budynków. Czasem było ich zbyt dużo, nakładanych chaotycznie jedna na drugą, aż kamień drżał od nadmiaru cudzych poprawek. Innym razem budynek przechylał się, bo arkaniczny znak został uszkodzony i nikt nie uznał tego za pilne, dopóki dach nie postanowił poznać chodnika.
Sharan było miastem prowizorki. Wszyscy to wiedzieli. Nieliczni tylko potrafili policzyć, kiedy prowizorka zmieni się w katastrofę.
Gdy Żelo dotarło do karczmy „Król Ognia”, mżawka zmyła już prawie cały pył z jego pancerza. Pchnęło drzwi i weszło do środka.
Wewnątrz panował zgiełk typowy dla takich lokali: rozmowy, śmiech, brzęk naczyń, trzask drewna w palenisku i zapach piwa rozlanego dawniej niż większość obecnych chciałaby przyznać.
— Nie ma muzyki — mruknęło Żelo.
— Dopasowuję utwór z dotychczasowych nagrań — odpowiedział głos w jego głowie.
Po chwili wewnętrzną ciszę wypełnił śpiew elfki i jej kapeli: taneczny, pewny siebie, natrętnie błyszczący. Piosenka była o wejściu do sali tak efektownym, że wszystkie spojrzenia musiały się poddać.
Goście karczmy zaczęli się rozstępować.
W głowie Żelo bęben wybijał rytm. Elfka przeciągnęła refren z satysfakcją osoby, która nigdy nie musiała przejmować się nośnością podłogi.
Żelo zatrzymało się kilka kroków od wejścia.
Jedynym ubraniem, jakie miało na sobie, był szeroki pas okalający biodra. Wbrew temu, czego można było spodziewać się po maszynie stworzonej do zabijania, przy pasie nie wisiała żadna broń. Był za to sporej wielkości klucz nastawny, który amator mógłby pomylić z bronią obuchową. Profesjonalista dostrzegłby raczej jego nieporęczność. Profesjonalista, rzecz jasna, musiałby najpierw przestać się bać.
Ciało Żelo trudno było odróżnić od zbroi. Stanowiły jedną całość: czarną, mokrą od deszczu, przeciętą czerwonymi elementami malowania. Czerwień miała kiedyś nadawać pancerzowi groźniejszy wygląd. Projektant zapewne był zadowolony z siebie przez kilka ostatnich sekund przed pierwszą bitwą.
Na napierśniku widniał wyraźnie wytarty napis. Dało się odczytać tylko kilka liter.
Żel...
O...
Dopełnieniem całości była twarz, a raczej jej brak. Bardziej hełm niż oblicze. Bez ust, bez nosa, bez mimiki. Tylko trzy czerwone punkty, które sprawiały wrażenie oczu. Teraz powoli lustrowały pomieszczenie, podczas gdy pomieszczenie równie dokładnie lustrowało Żelo.
Wewnętrzny refren trwał dalej, wyjątkowo dobrze dopasowany do sytuacji.
Żelo dostrzegło w końcu stół na podwyższeniu. Duży, solidny, okolony dymem i grupą osób, które z pewnością uważały, że okolony dymem stół dodaje im powagi.
Osobnicy różnych biologicznych konfiguracji wydzielają toksyczny dym w zamkniętej przestrzeni, jednocześnie próbując sprawiać wrażenie, że kontrolują sytuację. Ludzie są fascynująco nieefektywni.
Podeszło do stołu i skinęło głową na powitanie.
Żadne z krzeseł nie wyglądało tak, jakby było gotowe na jego przybycie. Żelo oceniło ich konstrukcję, nośność i przewidywany czas istnienia pod jego ciężarem. Wynik nie uzasadniał eksperymentu. Zdecydowało się stanąć obok drugiego obecnego konstrukta.
Cieszyło się, że nie jest ostatnie.
Przy stole nadal pozostawało wiele wolnych miejsc.Jeden z mężczyzn przy stole ukłonił się lekko i przedstawił, a potem zapytał giganta ze stali:
— Jesteś rzeczą, czy osobą?
— Jestem osobą. Moje imię to Żelo. A ty jesteś rzeczą czy osobą?
Po tonie konstrukta trudno było poznać czy stara się odwzajemnić uszczypliwość, czy też jest szczerze zainteresowany.
— Z perspektywy wieków jestem rzeczą, z introspekcji uważam się za osobę. Bekhesh. Miło poznać. -
Przywitawszy się z każdym, Alestair czekał jeszcze w milczeniu, wpatrując się w puste miejsca przy stole. W jego postawie widać było dobrze ukrywane zdenerwowanie. Na poręczy balkonu usadowił się mechaniczny posłaniec, dokladnie ten sam, który niedawno roznosił wszystkim obecnym zaproszenia.
Detektyw spojrzał na niego, po czym ruszył do stołu.
- Cóż - westchnął, siadając przy stole - Najwyraźniej nikt więcej nie zdecydował się dołączyć. Przejdźmy zatem do rzeczy. Na początek małe wprowadzenie - zapowiedział, wpatrując się w siódemkę, która odpowiedziała na jego zaproszenie.
- Słyszeliście pewnie o tym karambolu na Moście Dorgana sprzed kilku dni? Nieprawdopodobny wypadek, zbiegli przestepcy, Straż ma wszystko pod kontrolą? - opróżnił swoją szklankę i uzupełnił trunkiem kupionym przez Gundrika - Typowe bzdury z Inquisitive, żeby nie wywołać paniki. Bo Straż jest baardzo daleko od kontroli. Fakt, złapali kilka płotek, ale za nic nie przyznają, kto jeszcze uciekł. Bo i nie do końca te osoby powinni być w tym transporcie - to i kwestia “przypadkowości” tej sytuacji są do zbadania w wolnej chwili. A tych się nie spodziewam w najbliższym czasie, biorąc pod uwagę, kto wciąż pozostaje na wolności.
Sprawnym ruchem, niczym krupier rozdający karty, pchnął w stronę swoich gości trzymane dotąd pod ręką teczki. Gestem zachęcił, by je przejrzeli, samemu rozsiadając się na krześle i sącząc powoli brandy ze skupioną miną.
Każda z teczek prezentowała się podobnie: zdjęcie delikwenta i krótki, w większości mrożący krew w żyłach opis ich “dokonań”.Scrimshaw, zwany Kościanym Gargulcem lub Kościejem

Gargulec
Pochodzenie: Droaam
Wiek: 47 lat
Cechy szczególne: Skóra barwy kości słoniowej (rodzaj bielactwa?)
Skazany za:- Wielokrotne morderstwa
- Zniszczenia infrastruktury
- Terroryzm
Zabójca na zlecenie - żadnej z 23 potwierdzonych ofiar nie zabił, cytując, “za darmochę”. Morderstwa wydaje się traktować jak sport i powód do dumy w przypadku wyjątkowo udanych. Nie jest powiązany z żadnymi zorganizowanymi grupami, pracuje dla tych, którzy płacą, bez wybrzydzania.
Powtarzalny sposób działania, celne strzały z ukrycia w miejscu publicznym, w ciągu dnia. Wywoływana tym panika sprawiała mu ogromną przyjemność, a do tego ułatwia ucieczkę.
Udało się go złapać dopiero po prowokacji z Quelltrai w roli przynęty.Taklinn Soldorak

Krasnolud
Pochodzenie: Mror
Wiek: niepewny, przynajmniej 130 lat
Cechy szczególne: Widoczny symbiot dłoni i oka
Skazani za:- Przemyt
- Porwania
- Znaczne uszkodzenia ciała
- Morderstwa
Jeśli miałbym kogokolwiek nazwać mianem szalonego naukowca, to właśnie ich. Chorobliwa fascynacja istotami zwanymi daelkyrami wzięła się pewnie z długiej historii walk z klanem Soldorak, ale coś wymknęło się spod kontroli zdrowego rozsądku. Klan milczy w ich sprawie, próby zdobycia informacji spełzły na niczym.
Przemyt nielegalnych substancji do Sharn był tylko wstępem do porwań w celu przeprowadzania odrażających eksperymentów na inteligentnych istotach - biorąc pod uwagę to, co zastałem w laboratorium w Trybach, ci którzy ich nie przeżyli mieli szczęście.
Efekty tych udanych widać gołym okiem, a dzięki licznym symbiotom są znacznie niebezpieczniejsi niż może się wydawać.Gersi Ir’Cannith

Człowiek
Pochodzenie: Cyre
Wiek: 35 lat
Cechy szczególne: brak
Skazana za:- Okaleczenia
- Kradzieźe
- Niszczenie mienia Domu
Dawna pracownica Kuźni Stworzenia w Whitehearth - udało jej się przetrwać Dzień Żałoby, obecnie wypadła z łask Domu Cannith. Sympatyczna i wygadana, intrygująca rozmówczyni, aż ciężko uwierzyć, że odpowiada za poważne i permanentne okaleczenie przynajmniej ósemki zbrojnokutych. Wedle jej słów, stworzenie ich jako istot z duszą było poważnym błędem i sprowadziło zagładę na Cyre, a ona nie pozwoli, by ten kataklizm uderzył też w Sharn. Jedynym rozwiązaniem jest odebranie im dusz, czyli umysłu i wolnej woli.
Dom Cannith oficjalnie odciął się od jakichkolwiek powiązań z nią dopiero gdy niemal zniszczyła jeden z ich zakładów produkcyjnych. Dupki.Mange

Lykan
Pochodzenie: Sharn
Wiek: 29 lat
Cechy szczególne: tatuaże na dłoniach, blizna pod okiem, wydatne kły
Skazany za:- Kierowanie grupą przestępczą
- Wymuszenia
- Pobicia
- Morderstwa
- Bezczeszczenie zwłok
Zaczynał jako mięśniak do wynajęcia, wyrabiając sobie reputację na tyle paskudną, że szybko przyciągnął do siebie grupę równie nieprzyjemnych typów. Przez dobre kilka miesięcy trzęśli sporym kawałem Trybów, wprowadzając tam istne prawo dżungli. Albo podporządkowywałeś się Mange’owi, albo w najlepszym razie kończyłeś poturbowany z połamanymi nogami. Jeśli byłeś konkurentem albo nieostrożnym strażnikiem miejskim, mogłeś skończyć pożarty. Dosłownie.
Klan Boromar i Kościół Srebrnego Płomienia byli równie zainteresowani próbami ujęcia go, co zdarza się wyjątkowo rzadko. Gdyby mi się nie udało, pewnie skończyłoby się lokalną krucjatą.Wampir z Northedge

Khoravar
Pochodzenie: Nieznane
Wiek: Nieznany, najpewniej poniżej setki
Cechy szczególne: skaryfikacje pokrywające całe ciało
Skazany za:- Wielokrotne morderstwa ze szczególnym okrucieństwem
- Dewastacja obiektów religijnych
- Bezczeszczenie zwłok
Absolutny szaleniec - jest przekonany, że jest dziedzicem Znamienia Śmierci i mesjaszem Krwi Vol, który udowodni, że nieśmiertelność można uzyskać poprzez krew. Chwila rozmowy wystarcza, żeby mieć pewność o jego kompletnej niepoczytalności, i żeby chcieć wyszorować sobie mózg w ługu. Nie udało się z niego wyciągnąć nawet informacji odnośnie imienia czy pochodzenia, wydawał się nie przejmować tak prozaicznymi rzeczami.
Zabił niemal tuzin osób różnych ras, a każde morderstwo poprzedzał wielodniowymi torturami - zwłoki rozwieszał w świątyniach w Northedge, kompletnie pozbawione krwi, która to z kolei służyła mu za farbę do “ozdabiania” tych przybytków. Zdolny sangwimanta, odniosłem wrażenie, że te skaryfikacje mają realny wpływ na jego fizyczną formę.Po kilku minutach milczenia i opróżnieniu szklanki, Alestair wstał i oparł się o balkon, otwierający się na przestwór Sharn.
- Interesujące typy, czyż nie? - zapytał z kpiącym uśmiechem, za którym krył się niepokój - To były jedne z trudniejszych spraw, z którymi miałem do czynienia, a teraz ta banda świrów i zwyroli panoszy się po mieście, w tym samym momencie. Teraz jest już pewnie jasne, czemu was zaprosiłem - widać było, że zbiera się w sobie do powiedzenia czegoś bardzo nieprzyjemnego - Potrzebuję waszej pomocy. Dorwanie każdego z nich osobno nie byłoby problemem, ale potrzeba do tego czasu, w którym pozostali mogą działać do woli. Z wami mam szansę wyłapać ich jednego po drugim, nie dając im wytchnienia. A w międzyczasie musimy się dowiedzieć, kto zorganizował ten przewóz i wypadek, dlaczego gazety skrupulatnie milczą o takim temacie dekady, i jaki jest cel w tym wszystkim, poza oczywistym graniem mi na nosie - ego detektywa znowu dało o sobie znać, nawet pomimo poważnej sytuacji i stresu. Spojrzał w górę, w stronę unoszącego się nad metropolią Podnieba.
- Chyba nie zdziwiłbym się, gdyby to jakaś banda stamtąd postanowiła dla zabawy podpalić miasto i robić zakłady, co się stanie - machnął ręką, odpychając się od barierki - Co kilka głów to nie jedna, razem może uda nam się to rozwiązać, zanim zginie zbyt wiele osób. I co wy na to? - zapytał w końcu, patrząc po kolei na każdą twarz (lub jej odpowiednik) - Mogę na was liczyć? Jeśli macie jakieś pytania, pytajcie.
Hello! It looks like you're interested in this conversation, but you don't have an account yet.
Getting fed up of having to scroll through the same posts each visit? When you register for an account, you'll always come back to exactly where you were before, and choose to be notified of new replies (either via email, or push notification). You'll also be able to save bookmarks and upvote posts to show your appreciation to other community members.
With your input, this post could be even better 💗
Zarejestruj się Zaloguj się