Popiół i Śnieg
-
- Miejmy to kurwa z głowy. Co chcecie wiedzieć? – zapytał Bruno, rzeźnik, splatając olbrzymie ręce na torsie.
Pieter zerknął na Tomassimo porozumiewawczo, czekając aż towarzysz zacznie rozmowę. Przepatrywacz wiedział, że jeśli chodzi o prowadzenie rozmowy, to znacznie lepszy jest niziołek. Niemniej Pieter chciał pomóc wedle swoich zdolności i zaczął uważnie przyglądać się rzeźnikowi, w szczególności postanowił zwracać szczególną uwagę na to, jak Bruno będzie reagował na poszczególne pytania. Pieter miał także w zanadrzu kilka swoich pytań, z którymi czekał na odpowiedni moment.
Niziołek spojrzał i ocenił zwalistą postać rzeźnika, człowiek pracy, zapewne lubi konkrety i nie ma co silić się na kurtuazję.
- Zwą mnie Tomasimo, a mój kompan to Pieter - przedstawił się na początek, oczekując że usłyszy jego imię (dopyta gdyby rzeźnik się nie przedstawił).
- Dla jasności, nie jesteśmy członkami świty Łowcy Czarownic, choć robi wszystko by tak wyglądało, najął nas do ochrony i przeprawy przez las, zawarł jednak w kontrakcie spełnianie jego drobnych poleceń, więc póki nie wymyśli czegoś horrendalnego nie zamierzam się z nim kłócić. Mówię to bo przeszedłem się rano po wiosce i już większość z Was ma nas za jego kopie, a koleś wzbudza grozę w większości.
Zrobił pauzę, gdyby Bruno chciał coś odpowiedzieć, po czym kontynuował.
- Jesteś rzeźnikiem, zacznijmy więc od Twojego fachu, zwierzęta w wiosce zdrowe? Noc temu napadły nas wilki, przywódca stada był mutantem albo gorzej, śmierdział jak trup a chodził, zielonkawa ślina lała mu się z pyska, nie bał się ognia. Teraz słuchy mnie doszły że kruki padły w wiosce, masowo, leżą w śniegu jak otrute i oby tam były jak wyjdziemy z tej karczmy. Zauważyłeś jakieś zmiany w zwierzętach w wiosce lub mięsie jakie do Ciebie trafia?
Bruno prychnął, kiedy Tomasimo skończył tłumaczyć swoją zależność od Łowcy. Nie wyglądał na przekonanego. Właściwie wyglądał tak, jakby każde kolejne słowo niziołka utwierdzało go w przeciwnym zdaniu.
- Dobra, dobra – mruknął. – Nie jesteście z nim, tylko jedziecie z nim, robicie, co każe, i przesłuchujecie ludzi, których wam wskaże. Wielka różnica.
Poruszył ciężko ramionami i podrapał się przez rękaw po lewym bicepsie.
- Zwierzęta są zdrowe – odpowiedział. – Nic się nie zmieniło. Nic mi ostatnio nie padło i nikt nie przyniósł mięsa, które wyglądałoby gorzej niż zwykle – dodał obojętnym zimnym tonem
- Wielka, bo nie jesteśmy fanatykami co widzą tylko biel i czerń i pewnie nie każde polecenie wykonamy - odpowiedział spokojnie niziołek - macie farta że przybył z nami a nie braćmi zakonnymi czy grupą nawiedzonych siepaczy.
- Jestem żołnierzem Panie Bruno, mam swój honor. Dużo mnie różni od religijnego fanatyka i liczę że moja obecność nada jego wizycie więcej ogłady.
- A ludzie? - wrócił do tematu - Ktoś chorował dziwnie? Mieliście zaginięcia, albo kogoś dawno nie widzieliście lub zniknął nagle z wioski?
- Dotarła do mnie plotka, że poborcę podatkowego przegoniliście z sioła. Rzadko się słyszy takie wieści, to uparci ludzie. Wiadomo Ci kto, jak, i jak dawno to było oraz czemu? Brak szlamu na podatki czy coś się wydarzyło?
Bruno słuchał wywodu niziołka przewracając oczami i wykazując jawnie, że ma gdzieś jego zapewnienia. Musiał tu jednak być i musiał kręcić głową więc, kiwał potakująco bez przerywania. Dopiero gdy niziołek skończył, rzeźnik parsknął cicho.
- Ano mamy wielkiego farta, żeście przyjechali – mruknął sarkastycznie – Chyba się zesram z tego całego szczęścia.
Znów podrapał się po ramieniu, a później przeszedł dalej odpowiadając na pytanie Tomasimo.
- Ludzie chorują jak zawsze. Zima przecież jest to i ludzie nosem pociągają. Nikt ostatnio nie zniknął. Poza poborcą, skoro już o nim mowa.
Jego szczęka napięła się nieznacznie.
- Co ja mam powiedzieć? – zadumał się – No przyjechał jakiś chuj ze spasionym brzuchem i świńskimi oczkami, mówiąc nam, żebyśmy wyskakiwali z sakiewek i zaciskali pasa w najbliższych miesiącach. Chciał pieniędzy i dóbr, które dajemy świątyni. Zagroził, że skonfiskuje zwierzęta i alkohol, jeśli nie zapłacimy. Jak myślisz Panie nizoł, jak nam się to spodobało? – zapytał retorycznie i machnął olbrzymią dłonią jakby odganiał muchę.
- No nie spodobało się. Wyprowadziliśmy go ze wsi uprzejmie. Dostał parę razy po żebrach, ale szedł o własnych siłach. Zabrał konia, sakwy i tylem go widzieli.
Spojrzał Tomasimo prosto w oczy.
- Jak się bierze ludziom ostatnie co mają, to nie dziwota, że się burzą co nie?
- No nie dziwota - rzekł spokojnie niziołek - a po świątynne dary ktoś wcześniej przyjechał z Middenheimu, że nie mogliście mu ich oddać i mieć spokój?
- Jakie to dobra dajecie świątyni i jak często?
Pieter, który dotąd milczał, oparł łokcie o stół.
- Masz dzieci, Bruno?
Pytanie padło nagle. Nie miało nic wspólnego z poborcą. Nie miało nic wspólnego z podatkami. A jednak przepatrywacz patrzył na rzeźnika tak, jakby odpowiedź miała znaczenie.
Bruno podrapał się po brodzie i westchnął ciężko.
- Ze świątyni przyjeżdżają raz na kwartał. Czasem kapłan, czasem dwóch ludzi z wozem. Zabierają drewno, skóry, mięso i beczki cydru. Zależy, czego akurat potrzeba i ile wieś zdoła zebrać.
Pokręcił głową.
- Naddatek sprzedajemy, by co mieć na plecy oblec i co do garnka włożyć. Poborca chciał i to zabrać. Nie da się jednak dwa razy obedrzeć tej samej świni ze skóry.
Nagłe pytanie Pietera wyraźnie go zaskoczyło. Rzeźnik spojrzał na przepatrywacza, marszcząc krzaczaste brwi.
- Nie mam – odpowiedział po krótkiej chwili. – Ani dzieci, ani żony. A co to ma do rzeczy?
Jego głos pozostał szorstki, ale po raz pierwszy pojawiła się w nim ostrożność. Rozplótł ramiona i oparł ciężkie dłonie na stole, czekając, na dalszy ciąg.
Pieter przez chwilę milczał. – To ma do rzeczy, Bruno, że ludzie zwykle zostawiają po sobie kogoś, kto zadaje pytania - Przepatrywacz zmierzył go wzrokiem od barków po zaciśnięte dłonie. – Żonę, dzieci... kogoś, kto się upomni – Pauza przeciągnęła się nieprzyjemnie. – Ty nie masz nikogo. A wyglądasz mi na chłopa, który potrafi przyłożyć. Pewnieś nie raz to robił. - Przepatrywacz spojrzał na jego wielkie ręce. – Więc wyobraź sobie, że poborca znika. Łowca Czarownic przyjeżdża do wsi. Zaczyna szukać winnego – Wzruszył ramionami – I trafia na samotnego rzeźnika, który właśnie nam powiedział, że poborca dostał po żebrach. Jeśli ja potrafię to połączyć, to Sneider też potrafi.
Pieter pozwolił tym słowom zawisnąć w powietrzu.
- Rozumiesz już, do czego zmierzam? I żebyśmy się dobrze zrozumieli... ja nie pisałem się na żadne śledztwo. Jestem przepatrywaczem, nie śledczym. Miałem przeprowadzić ludzi przez las, odebrać zapłatę i wrócić do swoich spraw. Mam więc głęboko w dupie, czy winny okaże się rzeźnikiem, karczmarzem, kapłanem czy pastuchem - głos Pietera stwardniał. - Im szybciej znajdzie się ktoś, kto odpowie za zniknięcie poborcy, tym szybciej skończy się to całe przedstawienie, zgarnę swoje złoto i odjadę stąd w cholerę.
- Dlatego radzę ci dobrze przemyśleć odpowiedzi i przypomnieć sobie, kto naprawdę miał z tym człowiekiem największy problem. Bo jeśli winny się nie znajdzie, ktoś będzie musiał nim zostać.
Mężczyzna zesztywniał, a na twarzy wykwitł mu przykry, niebezpieczny grymas. Przez chwilę wyglądał, jakby miał wstać albo trzasnąć pięścią w stół, albo co gorsza któregoś z nich, ale spojrzał przez ramię na Sneidera i powoli, bardzo powoli, przywrócił na swoje oblicze spokojniejszy wyraz.
- Rozumiem – powiedział cicho. – A więc groźby? Chcecie ze mnie kozła ofiarnego zrobić. Tak? Samotny rzeźnik z wielkimi łapami w sam raz się nada.
Przełknął ślinę. Złość nadal siedziała mu na twarzy, ale teraz mieszała się z czymś ostrożniejszym.
- Tyle że ja nie z takich, co się zastraszyć dadzą. Do tego my tutaj pilnujemy swoich pleców. Nie jestem sam i nikt wam nie uwierzy. Wygoniliśmy poborcę całym siołem, dużą ciżbą. A za takie rzeczy nie idzie się na stryczek ani na stos.
Pochylił się odrobinę nad stołem.
- Ten przyjemniaczek na pewno o tym wie. Czego innego więc szukacie, więc przestańcie mi tu pieprzyć.
Bruno podrapał się znowu po zasłoniętym ramieniu, mocno, aż materiał rękawa napiął się pod paznokciami.
- Teraz pozwólcie, że ja wam coś powiem. Kto sieje wiatr, ten zbiera burzę. Tak jakoś tatko mówił, jak byłem mały. Jeśli będziecie dalej rozmawiać z innymi tak jak ze mną, groźbami, to możecie napytać sobie biedy. Zapamiętajcie to sobie.
Pokusił się o groźbę i chciał zobaczyć, jak ta będzie im smakować.
Tomasimo spojrzał na Pietera gdy ten zadawał pytania ale nic nie powiedział. Obawiał się, że ten blef przepatrywacza nie wyjdzie, bo większość ludzi zdaje sobie sprawę z tego czym się zajmują Łowcy Czarownic, i zwykłe morderstwa nie wchodzą w zakres ich zainteresowań.
Niemniej, pomysł nie był zły, skoro poborca zmarł po zobaczeniu czegoś czego widzieć nie powinien to może i ten co go wygonił miał inny powód niż podatki by się z nim rozprawić. Drobny blef co do tego kiedy i dlaczego zmarł Emrich.
Sytuacja jednak robiła się napięta, a Tomasimo miał zupełnie inną taktykę i starał się zjednać sobie mieszkańców. Rozgniewanie Bruno nie było mu na rękę.
- Nic nie siejemy, po prostu chcemy tego samego co Wy, szybko stąd wyjechać - starał się złagodzić sytuację Tomasimo, mówił spokojnie.
- Ja z nikogo kozła ofiarnego robić nie pozwolę, Verena i Myrmidia mi świadkiem - przywołał boginie rozsądku i honoru
- Bruno, i ja i Ty dobrze wiemy, że do sprawy poborcy by nie przysłali Łowcy Czarownic, tu się musiało coś złego wydarzyć, coś co zaalarmowało Ich zakon. Może kilka drobnych spraw zebranych do kupy, przedstawionych przez kogoś w niekorzystnym świetle. Jak nie chcemy by fanatyzm wziął górę musimy współpracować. Wyjaśnić sytuację zamiast reagować gniewem. Dobrze wiem, że nikt nie lubi jak mu się w życie z buciorami włazi, ale Kapelusznik nie wróci do swoich przełożonych mówiąc, że nic nie znalazł, wszyscy dobrze to wiemy. A od jego powrotu zależy i Twój i nasz spokój. To jak?
Poczekał dłuższą chwilę czy po namyśle rzeźnik nie zechce im jednak czegoś wyjawić. Po czym kontynuował.
- Stało Ci się coś w to ramię, że tak je drapiesz? Pokaż je, w wojsku uczyli mnie leczenia, może coś poradzę.
Pieter patrzył na Bruna przez dłuższą chwilę.
- Nie - pokręcił głow. - nie chcę zrobić z ciebie kozła ofiarnego - przepatrywacz oparł dłonie na stole.
- Kozła ofiarnego robi się z niewinnego człowieka. Ja po prostu patrzę na fakty.
Wskazał palcem blat między nimi.
- Poborca przyjechał do Dunkelwaldu. Pokłócił się z mieszkańcami. Dostał po żebrach. Został przepędzony ze wsi. I od tego czasu nikt go nie widział - zapadła chwila ciszy - To nie ja ustawiłem was w tej kolejce, Bruno. Sami się w niej ustawiliście.
Pieter kontynuował. - Jeśli człowiek zaginie po wyjściu z karczmy, podejrzewa się ostatnich ludzi, którzy z nim pili. Jeśli kupiec zginie na trakcie, pyta się tych, którzy widzieli go ostatni. A jeśli poborca przepada po tym, jak cała wieś spuściła mu łomot.. - urwał - ...to chyba rozumiesz, dlaczego każdy rozsądny człowiek zacznie od mieszkańców tej wsi.
Przepatrywacz zmrużył oczy - Mnie nie musisz przekonywać. Przekonaj Łowcę Czarownic. - Skinął głową w stronę Sneidera. - Albo jeszcze lepiej... daj nam kogoś, kto wygląda gorzej od ciebie. Bo na tę chwilę nie znam nikogo takiego.
Pieter zawiesił głos na chwilę mierząc rzeźnika wzrokiem. - Tak czy inaczej, Bruno, Herr Sneider będzie oczekiwał ode mnie raportu z tej rozmowy. Łowca będzie chciał wiedzieć, czego dowiedziałem się od człowieka, który był jedną z ostatnich osób, widzących poborcę żywym. Pytanie brzmi, czy mam przekazać, że pomogłeś nam zrozumieć sytuację... czy że przez pół rozmowy próbowałeś przekonać mnie, dlaczego to nie Ty powinieneś wisieć za śmierć poborcy.
Bruno patrzył na Pietera nieco pobłażliwie, nie okazując strachu, lecz raczej gniew. Mięsień w szczęce chodził mu twardo pod skórą. Gdyby nie Sneider siedzący w drugim kącie karczmy, pewnie rozmowa przybrałaby już zupełnie inny kształt. Taki z czerwonymi smugami krwi na blacie i czyjąś twarzą wbitą w podłogę.
- Stąd do Lenkstert jest masa drogi – powiedział w końcu ciężko. – Masa drogi, lasu, wilków i zielonoskórych. Przybył w obstawie dwóch najemników, a wracał już sam. Jeśli zginął, niech mu ziemia lekką będzie, ale sam się prosił o kłopoty.
Pochylił się nad stołem, opierając na nim szerokie dłonie.
- Nawet jeśli myśmy go ze wsi wygonili, to jakby powściągnął język, ktoś by z nim poszedł dla obstawy. Grosz pewnie jakiś miał. Zawsze znajdzie się ktoś pazerny, kto pomoże człowiekowi dojść traktem. Tylko języka powściągnąć nie chciał. Tak jak wy teraz go nie szczędzicie.
Spojrzał na Tomasimo, potem na Pietera.
- Jakie wy w ogóle macie pytania? Chcecie mi zamącić w głowie i wmówić coś, czego nie zrobiłem, chociaż każdy we wsi wam powie, że poborca poszedł wolno i cało w swoją stronę. Możecie mi grozić, ale nie będę wam bajek zmyślał.
Odetchnął przez nos. Krótko, gniewnie.
- Dostał ode mnie i paru drwali. Możecie sobie to kurwa zapisać. Nie pamiętam kto brał udział w tej przepychance, bom w gniewie był, ale inni powiedzą.
Dopiero na pytanie o ramię skrzywił się z irytacją. Przez chwilę wyglądał, jakby miał odmówić dla samej zasady, ale w końcu szarpnął za rękaw i odsłonił biceps. Skóra pod materiałem była zaczerwieniona, podrażniona, miejscami rozdrapana do drobnych strupków. Nie wyglądało to na narośl ani znamię, raczej na brzydką wysypkę albo podrażnienie.
- Wysypka – burknął – pewnie praczka źle wyprała koszulę albo zamoczyła ją w jakimś pachnącym gównie. Swędzi jak diabli. A co już żeś może myślał, że mnie chaosyckie ścierwo na ucznia wzięło? Na premię żeś liczył może jaką? – zapytał i reszty kwestii niziołka nie skomentował, bo nie ufał mu za nic.
- Już Ci Pieter tłumaczył, że na śledztwo się nie pisaliśmy - odparł poirytowany niziołek - nie tylko Wy musicie słuchać Łowcy Czarownic działającego w imieniu Imperatora.
- Nie chcesz współpracować Twój wybór, jeszcze nie widziałem sioła dla którego wizyta jego zakonu się dobrze skończyła, szczególnie gdy mieli Twoje podejście - zaakcentował mocniej ostatnie słowa.
- Niejeden za brak współpracy kiepsko skończył. Oni nie mają ani humoru, ani cierpliwości, za to mają władzę samego Imperatora. Mają władzę palić szlachtę na stosach. Wbij to sobie do łba.
- Ja mam tylko jedno pytanie jeszcze. Skąd w wiosce tyle wilczych szczątków, opowiedz o obrzędach w wiosce i tym jak oddajecie kult bogom.
Bruno patrzył na Tomasimo z zaciśniętymi ustami. Groźba niziołka weszła głębiej, niż rzeźnik chciałby pokazać. Nie spuścił wzroku, ale coś w jego twarzy stężało, a w wyrazie było mniej gniewu, a więcej rachowania.
- Dobra – powiedział w końcu cicho. – Przecież współpracuje. Kurwa. Wiedziałem, że wylezie z ciebie czart ty...
Ale nie dokończył zdania. Nie obraził Tomasimo tylko spuścił głowę i przesunął dłonią po stole, jakby nagle przeszkadzały mu własne palce.
- Wieszamy resztki wilków, które padły w okolicy. Stary zwyczaj. Robimy to od zawsze i dopiero teraz komuś to przeszkadza. Miejscowa rzecz, która chyba podoba się Ulrykowi, bo faktycznie watahy wokół dbają o to, by nie kręcili się bandyci. Tyle. Coś strasznego? Poza tym obrzędy Ulrykańskie jak wszędzie.
Spojrzał na Pietera, potem znów na Tomasimo.
- I co? Straszne to? Nie jest to żaden kult Chaosu, jeśli o to pytacie. Stare zwyczaje. Tak robił mój ojciec, jego ojciec i pewnie ojciec jego ojca. Kapłan Berengar tego nie zabrania. Czasem sam zachodzi do drzewa... popodziwiać. Jeśli by mnie kto pytał dodaje to wiosce surowego uroku, ale jednak uroku.
Bruno mówił już ciszej. Dalej szorstko, ale bez wcześniejszego parcia na awanturę. Dopiero wtedy zasłonił ramię poznaczone wysypką. I choć bardzo chciał, by skupili się na tym, używając drugiej ręki odsłonił coś na niej. Materiał rękawka podsunął się wraz z ruchem i na drugiej ręcę mignęła inna rana, którą zauważył tylko Pieter. Głębsza, bardziej rozdrapana, z brzegami ciemnymi i poszarpanymi. Sączyła się z niej krew tak ciemna, że w półmroku karczmy wyglądała prawie jak smoła.
Trwało to krócej niż mrugnięcie. Bruno zaraz opuścił rękę niżej i materiał znów zakrył skórę.
- Tyle wiem – burknął. – Coś jeszcze?
- Ode mnie to wszystko, dzięki za pomoc. Pieter, masz jeszcze jakieś pytanie? - zwrócił się do towarzysza zanim zwolnią przesłuchiwanego
Pieter zmrużył oczy niczym wściekła jaszczurka.
- Właściwie jest jeszcze jedna rzecz.
Skinął głową w stronę ręki Bruna.
- Ta rana na Twojej ręce, którą tak pieczołowicie zasłaniasz.
Przez chwilę patrzył na rzeźnika bez słowa.
- Pozwolisz, żeby obejrzał ją Herr Sneider.
Nie było w tym pytania.
- Akurat jest w karczmie. Załatwimy sprawę od razu.
Przepatrywacz skrzyżował ręce na piersi i rzekł w stronę Tomassimo.
- Pamiętasz, jak po walce z wilkami kazał każdemu z nas pokazać dłonie i sprawdzał, czy nie ma śladów skażenia? Bardzo skrupulatny człowiek.
Kącik ust Pietera drgnął nieznacznie w szyderczym uśmiechu.
- Oczywiście, jeśli to tylko zwykła rana, nie masz się czym przejmować. Jestem pewien, że Herr Sneider uzna ją za całkowicie zwyczajną.
Rzeźnik zastygł na moment, a potem jego twarz powoli pociemniała. Nie rumieńcem wstydu, tylko siarczystym gniewem, który wypiekł się na policzkach, niczym gorąca żagiew.
- Rana? – powtórzył cicho. – Toć to pokazywałem wam przed chwilą, że to wysypka. Coś zmyślacie? Zaraz pewnie trzecie oko i ogon pod koszulą mi wyrośnie.
Odsunął krzesło tak gwałtownie, że prawie się przewróciło.
- Dość tego. To niedorzeczne. Nie będziecie mnie tu kurwie syny rozbierać jak panienkę w burdelu.
Wstał. Był wielki nawet siedząc, ale dopiero teraz, gdy podniósł się nad blatem, naprawdę było widać, ile w nim mięsa, siły i złej woli. Rękę trzymał nisko, blisko ciała. Nie odsłonił jej. Przeciwnie, poprawił rękaw tak, by materiał zsunął się niżej.
- Powiedziałem, co miałem powiedzieć. Puszczacie mnie albo wołajcie swojego pracodawcę. Ja wracam do roboty.
Ruszył ku wyjściu z izby wspólnej, ale zrobił ledwie krok czy dwa. Po drugiej stronie karczmy Sneider podniósł głowę. Do tej pory pochylał się nad sołtysem, mówiąc do niego półgłosem i wnosząc po minie mężczyzny, skutecznie oraz pieczołowicie prowadząc swoje przesłuchanie. Teraz jego spojrzenie przeszło najpierw po Brunie, potem po Pieterze i Tomasimo. Było chłodne, uważne i nieprzyjemnie trzeźwe. Nie padło żadne pytanie, ale sens tego spojrzenia był jasny. "Czy powinienem o czymś wiedzieć?" mówiły jego oczy. Dłoń Łowcy Czarownic przesunęła się powoli ku biodrom, gdzie miał przytroczony bicz.
- Usiądź Bruno - powiedział Tomasimo na spokojnie, choć był lekko zdezorientowany wiedział dobrze że Falk nie nazwałby wysypki raną, musiał coś dojrzeć - skoro Pieter chce obejrzeć ranę którą dojrzał to ją pokaż. Po co to zamieszanie? Wolisz ją pokazać Klausowi? - skonkludował, skoro już się łowca zainteresował sytuacją. A ostrzegał że lepiej im ufać i z nimi współpracować niż czekać na Łowcę. Na wypadek nieodpowiedniego rozwoju sytuacji oparł obie stopy na ziemi i ręce tak by szybko wysunąć się zza stołu i zrobić unik.
Kiedy zauważył, że wzrok Sneidera spoczął na ich stoliku, Pieter odsunął krzesło i ruszył przez izbę.
Nie biegł. Nie było potrzeby. Szedł pewnym krokiem człowieka, który właśnie dostrzegł coś, co powinno zainteresować Łowcę Czarownic.
Zatrzymał się obok Sneidera i pochylił lekko głowę.
- Herr Sneider. Podczas rozmowy z rzeźnikiem zauważyłem na jego ramieniu ranę, której wcześniej nie pokazywał - przepatrywacz wskazał wzrokiem Bruna.
- Nie wyglądała jak zwykłe zadrapanie. Głęboka. Rozdrapana. Sączyła się z niej ciemna krew. Prawie czarna, jak smoła.
Pieter mówił spokojnie, rzeczowo, jakby składał meldunek.
- Kiedy zwróciliśmy na nią uwagę, natychmiast próbował ją ukryć i zakończyć rozmowę. Pomyślałem, że po tym, co znaleźliśmy w lesie, oraz po pańskiej ostrożności wobec ewentualnego skażenia, może zechce Pan obejrzeć ją osobiście. -

Przez krótką chwilę wszystko działo się naraz, a jednocześnie w dziwny sposób bardzo powoli. Moriz składał właśnie na ucho swój meldunek Łowcy Czarownic, kiedy głos Pietera rozciął salę. Łowca gestem przerwał Morizowi i skupił się na postaci rzeźnika oraz słowach przepatrywacza. Słuchał meldunku spokojnie, ale gdy dotarli do części o czarnej, smolistej krwi, jego twarz zmieniła wyraz. Nie był to grymas niesmaku, gniewu ani nawet żalu, jak można byłoby się spodziewać. Był to grymas triumfu, dziwny półuśmieszek. W oczach błyskały iskierki radości, dobrze widoczne teraz w półmroku karczmy.
Nie odpowiedział od razu. Przeniósł wzrok na Bruna, przybierając chłodny wyraz twarzy, obiecujący przemoc. Już w tamtej chwili było wiadomo, że kiedy się za niego zabierze, razem przedefiniują znaczenie rzeźniczego rzemiosła i okaże się, który z nich dwóch bardziej zasługuje na to miano. Bruno cofnął się o pół kroku, nie jak niemal dwumetrowy gigant, lecz bardziej jak owca zapędzona przez wilka na skraj urwiska.
– To kłamstwo – warknął. – Pierdolone kłamstwo. Niczego tam nie ma.Dłoń Łowcy Czarownic dobyła przytroczonego bicza z szybkością, której wielu mogłoby mu pozazdrościć. Skóra świsnęła w powietrzu, trzaskając ostro i niespodziewanie. Bicz owinął się wokół przedramienia rzeźnika i szarpnął z siłą, po której Bruno stracił równowagę. Nie upadł, bo był zbyt wielki i zbyt ciężki, ale zachwiał się, a jego ramię zostało wyrwane do przodu.
W następnej chwili Sneider był już przy nim, poruszając się z niebywałą gracją. W drugiej ręce trzymał pistolet. Lufa dotknęła głowy rzeźnika, tuż pod linią włosów. Metal był czarny, zimny, ale przede wszystkim, jak skonstatował Bruno, zdecydowanie zbyt blisko mózgu.
– Siadaj – rzucił oschle Sneider.
Bruno zamarł. Jeśli w jego głowie na chociaż ułamek sekundy pojawiła się myśl, by przeciwstawić się Łowcy, to umarła w momencie, gdy poczuł lufę na swoim czole. Usiadł ciężko na krześle, z twarzą pobladłą od strachu. Cała czerwień gniewu, której wcześniej był taki pełen, wyparowała z niego bez reszty. Ciemne plamy starej krwi teraz mocno kontrastowały z bladością jego twarzy.
Coś zrozumiał. Zrozumiał, że się z tego nie wywinie. Że to koniec. Bicz nadal trzymał jego rękę wystarczająco mocno, by nie zapomniał, że to koniec. Sneider nie odwrócił głowy.
– Herr Falk – powiedział. – Pilnujcie go. Jeśli spróbuje wstać, sięgnąć do drzwi albo zrobić cokolwiek poza oddychaniem, macie moje pozwolenie, by go zabić.
Potem spojrzał po pozostałych.
– Nikt następny nie wchodzi. Nikt nie wychodzi bez mojego rozkazu.
Podszedł do drzwi karczmy i zasunął rygiel. Drewno jęknęło ciężko, kiedy żelazo weszło na miejsce. Na zewnątrz ludzie czekający na przesłuchanie poruszyli się niespokojnie, choć nikt jeszcze nie wiedział, co się dzieje. Po tej akcji pewnie z tuzin uszu przyłożono do drzwi.Dopiero wtedy jego wzrok przesunął się ku Morizowi. Choć nie dał tego po sobie poznać, przypadek i rewelacje przekazane mu na ucho na temat zielarki martwiły go o wiele bardziej niż ciemna krew rzeźnika. Nawet nie dopytał, czy ten jest pewien. Nie zapytał o szczegóły. Może miał już do czynienia z podobnymi przypadkami, a może chciał odegrać się na kapłanie za wieczorną bójkę, kiedy nakrył ją i jego w kaplicy, parzących się na świętej ziemi.
– Frau Eberlin – powiedział.
Marta siedziała przy stole z Heinrichem. Przez krótką chwilę jej twarz nie wyrażała nic. Potem zrozumiała. A może tylko domyśliła się wystarczająco,
– Nie – powiedziała cicho.
Sneider ruszył ku niej. Heinrich mógł poczuć, jak cała rozmowa, wszystkie pozory formalności i zmęczona uprzejmość Marty obracają się w popiół. Zielarka odsunęła się od stołu, ale nie zdążyła wstać. Łowca chwycił ją za nadgarstek, mocno, bez brutalnego szarpania, ale też bez najmniejszej zgody na opór.
– Porozmawiamy sobie, Frau Eberlin – oznajmił lodowato.
– Nie macie prawa – syknęła Marta. – Nic mi nie jest, przecież widzieliście, że nic mi nie jest.
– Mam każde prawo, którego potrzebuję. Ja jestem tutaj prawem. Głosem Imperatora. Co ja mówię, on mówi. Co ja robię, on robi. Przyrzekałem ogniem oczyścić skazę Chaosu z tych ziem i nie będziesz mi mówić, kobieto, jak mam wypełniać swoje obowiązki.
Zielarka spróbowała wyrwać rękę. Sneider tylko ścisnął mocniej. Na tyle mocno, że aż zacisnęła zęby.
– Herr Ashfield, Herr Kraus, Herr Richter – rzucił przez ramię. – Przerwa. Polecam się napić, jeśli gospodarz znajdzie w sobie dość rozsądku, żeby nalać. Ja będę pracował. To może być przykry dźwięk, ale pamiętajcie, z czym walczymy. Chaos nie może się rozprzestrzenić po Imperium i nie zrobi tego. Po moim trupie.
W innych ustach propozycja golnięcia sobie w takich okolicznościach mogłaby zabrzmieć niemal żartobliwie. Sneider jednak po prostu wiedział, że to, co będzie robił, a czego oni będą słuchać, lepiej znosi się po paru głębszych.Marta zaczęła się szarpać naprawdę dopiero przy drzwiach prowadzących na dół.
– Pomóżcie mi – prosiła. – Na bogów, pomóżcie mi. On nie rozumie. On nie wie, co robi.
Sneider był nieugięty. Otworzył drzwi do zejścia, pociągnął ją za sobą i spojrzał jeszcze raz na izbę.
– Bez następnych przesłuchań, dopóki nie wrócę.
Marta zdążyła jeszcze odwrócić głowę. Jej zdrowe oko znalazło Moriza. Gdyby wzrok mógł zabijać, gdyby mógł przeklinać, gdyby miała w sobie trochę wiedźmich mocy, o które pewnie podejrzewał ją Sneider, rzuciłaby na niego najjadowitszą z klątw. Nienawiść wypełniała ją po brzegi, na chwilę przebijając się przez strach. Głęboka, rozpaczliwa nienawiść za to, że wskazał ją palcem, kiedy mógł przemilczeć sprawę. Potem zniknęła w ciemności piwnicy. Drzwi zamknęły się za nimi z głuchym jękiem.Przez chwilę w karczmie panowała cisza. Później dobrze pamiętali tę ciszę i im jej brakowało. Słychać było tylko ciężki oddech Bruna, skrzypienie drewna, ściszone rozmowy na zewnątrz i ciężkie, rzężące sapanie sołtysa, który siedział tam, gdzie go pozostawiono, i próbował złapać powietrze, choć krtań spięła mu obręcz strachu.
Nie minęła minuta.
Z dołu dobiegł pierwszy krzyk. Nie był to okrzyk bólu, jaki wydaje człowiek skaleczony nożem albo uderzony kijem. To było coś głębszego, bardziej rozdzierającego. Dźwięk wyrwany z gardła tak gwałtownie, że aż trudno było uwierzyć, iż należy do tej samej kobiety, która przed chwilą siedziała przy stole.Potem krzyknęła znów. Potem znów i znów. Seria nieludzkiego, mrożącego krew w żyłach, przeciągłego wycia. Nie słyszeli pytań Sneidera, jeśli w ogóle jakieś zadawał. Może nie zadawał. Może chciał ją najpierw zmiękczyć. Słyszeli tylko ten krzyk, strasznie i mrocznie działający na wyobraźnię. Co jej robił? Czy rozciął szwy i dobrał się do tego czegoś, co miała za powiekami? Czy wyłupywał oko? Darł skórę? Nie wiedzieli, ale ten krzyk nie zostawiał wiele miejsca do interpretacji. Cierpiała, ale czy dało się tego uniknąć?
– Nie! Nie, proszę! Proszę! Na Ulryka, nie! Nie rób tego! Nie! Pomocy!
W izbie ktoś z nich jęknął. Ktoś inny zaklął pod nosem. Karczmarz, który stał przy zapleczu, pobladł tak bardzo, że twarz zrobiła mu się prawie szara. Jego oczy były szerokie, wytrzeszczone, nabrzmiałe od strachu. Na usta cisnęło mu się jedno nieme pytanie, które chciał skierować w stronę przybyszy.
Co żeście uczynili?Bruno pierwszy nie wytrzymał.
– Marta! – ryknął.
Zerwał się tak gwałtownie, że krzesło poleciało za nim na podłogę. Jeśli Pieter chciał go zatrzymać, musiał działać natychmiast. Rzeźnik nie ruszył jednak na niego. Nie sięgnął po broń. Dopadł do zaryglowanych drzwi karczmy i zaczął walić pięściami w drewno.
– Ludzie! Ludzie, on ją zażyna! – wrzasnął. – Obdziera Martę żywcem ze skóry! Słyszycie?! On ją morduje!
Na zewnątrz odpowiedziało mu poruszenie. Najpierw gwar. Potem krzyk jednej osoby. Potem wielu. Może osobno bali się wyroku Łowcy Czarownic i jego osoby, ale razem? Ktoś zaczął dobijać się do drzwi. Usłyszeli odgłosy pięści i butów oraz może też trzonka jakiejś siekiery albo grubego kija. Deski zatrzęsły się w futrynie. Rygiel jęknął.
– Otwierać!
– Co tam robicie?!
– Marta!
– Otwierać, kurwa!
Uderzenie za uderzeniem. Drzwi chodziły razem z futryną, jakby cała karczma nagle zaczęła drżeć przed gniewem furii osadników. Z dołu znów dobiegł krzyk. Tym razem ochrypły, zdarty, słabszy i przez to jeszcze gorszy.Bohaterowie mogli spojrzeć po sobie. Wystarczyło jedno takie porozumiewawcze spojrzenie, by zrozumieć, że jeśli ciżba wedrze się do środka, nikt nie będzie pytał grzecznie, co dzieje się z zielarką. Nikt nie będzie czekał na wyjaśnienia. Nagle zrozumieli, że w tej izbie przebywają ludzie Łowcy Czarownic. Najemnicy, którzy wzięli jego ociekające czerwienią złoto. Obcy. Ci, którzy przesłuchiwali. Ci, którzy śmieją się z paleń na stosach, grożą stajennym ucinaniem rąk, biją w nocy kapłanów, węszą, szukając haków na żony i dzieci. Może nie była to prawda. Ale z prawdą zawsze i wszędzie ten sam problem. Każdy ma swoją.
Nagle ciżba z zewnątrz naparła na drzwi. Drużyna musiała działać. Może byli to tylko wieśniacy, a nie zaprawione wojsko, ale przez to było chyba tylko gorzej. Drwale mieli siekiery, hodowcy widły, a kobiety kuchenne noże. Może nie przy sobie, ale jeśli ktoś z nich by pomyślał i zaczął ich organizować, byłoby krucho. Gdzieś za nimi drzwi prowadzące na zaplecze karczmy trzasnęły głucho. Karczmarz zniknął za nimi, ale ostatnie, co po sobie zostawił, to łypiące mieszaniną żalu i strachu oczy. On też ich winił i raczej nie otworzy swoich drzwi po dobroci.
Dłonie Bruna znalazły się jakoś bliżej rygla, co natychmiast zaalarmowało Pietera. Jeśli miałby go powstrzymać, musiałby to zrobić bronią. Ktoś spojrzał na otwarte okiennice, kiedy za oknami zaczęli zbierać się ludzie, zastanawiający się nad wybiciem bądź co bądź drogiego szkła. Niemniej nie będą zastanawiać się wieczność. Szyby, choć małe i brudne, mogły pęknąć od kamienia albo obucha pałki. Ktoś inny z drużyny pomyślał przytomnie, że na piętro też dałoby się wejść z zewnątrz, jeśli ktoś przyniósłby drabinę. Tomasimo ze złością mógł spojrzeć w stronę drzwi do piwniczki. Te dalej stały zamknięte, tłumiąc kolejne wrzaski Marty, które niosły się po karczmie jak dźwięk z najgorszego koszmaru. Sneider. To Łowca ich tak urządził. "Trzeba było być rozsądnym i podziękować mu za ofertę pracy." mógł pomyśleć ktoś znich, albo pomyśleć coś zbliżonego. Niezależnie jednak od tego, co działo się w umysłach każdego z nich, wszystkim bez wyjątku zamajaczyło jedno dodatkowe, podstawowe pytanie.
Jak wszystko mogło się tak spierdolić?
-
Scena zaraz po zabraniu Marty
Drzwi do piwnicy się zatrzasnęły i nim padł pierwszy krzyk... Heinrich patrzył na Moriza z jadem i wściekłością która nijak pasowała do jego zwyczajnego wypalenia emocjonalnego.
- Co żeś najlepszego zrobił, durniu... - zasyczał z nienawiścią godną lepszej sprawy w stronę swojego towarzysza niedawnego przesłuchania. Padł drugi krzyk... - ...nie znasz ich metod. Im nie zależy na prawdzie... wystarczy... Posądzenie!
Jeżeli Heinrich sądził, że wywoła mocną reakcję u Moriza to się oszukał. Nie wyglądał jakby wina go trawiła. Szczerze próbował skupiać się na innych wydarzeniach niż krzykach kobiety.
- Wiedziałeś na co się piszesz. - mruknął zimno - Za późno na bycie świętym. Trzeba utrzymać wejście.
— A skąd wiesz, że nie znają prawdy? —odezwał się Pieter, nie odrywając wzroku od drzwi.
— Widzieliśmy zmutowanego wilka. Widzieliśmy czarne rany. Widzieliśmy martwe kruki spadające z nieba. W lesie wiszą pogańskie znaki, a ludzie na widok Łowcy Czarownic zachowują się jak szczury, którym ktoś zajrzał do nory. - Przepatrywacz spojrzał krótko na Heinricha.
— Jeśli w tej wsi siedzi kult, to właśnie tak wygląda. Najpierw każdy jest niewinny. Potem znajdują ołtarz. A potem okazuje się, że pół wsi wiedziało i milczało.
- Spokój! - rzekł Tomasimo donośnym głosem jakby nadal był kapralem podczsd wojny.
- Przecież jej nie zabije - dodał spokojniej i spojrzał na Bruno
- Moriz, co rzekłeś Łowcy? Kappel jest tu tylne wyjście? - po żołniersku zbierał informacje. O życie Marty się nie martwił, ale to była kochanica Berengara i na pewno gdy ją ujrzy po to będą problemy, może i wieś przeciw nim nastawi.
Ashfield skupił wzrok na rzeźniku pilnowanym przez Pietera, Ci poza karczmą raczej mało co słyszą, a i tak dzielą ich zaryglowane drzwi.
- Prawdę. Że ta kobieta udaje tylko brak oka, bo widziałem jego ruch pod szwami. A przynajmniej ruch czegoś jak oka. - odparł rozbawiony w duchu, że karypel wszedł w dowodzenie.
- Nie każde dziecko rodzi się zdrowe. Nie każdy dorosły wyrasta ze swojej choroby. - powiedział lekko warcząc Heinz - To fanatyk, oprawca i zwyrodnialec. Za nic ma metody śledcze. On tylko chce spalić ten świat w imię swojej ideologii... nie widzicie tego?
-Nie dość, że psojad, to jeszcze delikatny.- parsknął Pieter. — Jak ci tak żal każdego garbatego, ślepego i pokręconego przez Chaos, to może sam zacznij sprawdzać, gdzie kończy się choroba, a zaczyna spaczenie. Jak kiedyś zobaczysz chłopa z rogami, to pewnie też uznasz, że taki się urodził i nie należy go oceniać... - dodał.
Karczmarz Kappel nie przysłuchiwał się ich rozmowie. Właściwie wydawało się, że całkowicie pogrążył się we własnych myślach, tępo i oniemiale patrząc w stronę swojej piwniczki. Pytanie rzucone przez niziołka odbiło się od niego jak groch od ściany. Karczmarz jeśli zdawał sobie jakoś sprawę, że go zagadnięto, całkowicie zignorował Tomasimo, choć bardziej prawdopodobnym było, że po prostu był w szoku, na wskutek tego co doszło. Miał jeszcze na sobie spojrzenie Marty błagającej także jego, by coś uczynił. Jakoś jej pomógł.
- Oh? Specjalista się znalazł. - Heinz wbił gniewnie pogardliwe spojrzenie w Pietera - Może zejdziesz na dół i się poprzyglądasz. Nóż się czegoś nauczysz o spaczeniu... Wszyscy wiemy, że nie masz jaj. Nikt z was nie ma.
Następnie dodał z jadowitą drwiną.
- Ot, biedne żołnierzyki co "tylko wykonują rozkazy", a co złego to nie oni i patrzą by kasa się zgadzała... Udowodnijcie, że się mylę!Pieter wzruszył ramionami na słowa Heinricha. Następnie zwrócił się do Tomassimo i Moritza - Panowie, wygląda na to, że wynagrodzenie od łowcy będziemy dzielić na troje.
- Heinz, kurwa, weź już zamknij rzyć, burzysz morale w oddziale! - zwrócił się do Heinricha.
- Nie masz podstaw do swoich oskarżeń rudzielcu - dodał z śmiertelną powagą wojskowy przypominając sobie że Kraus nie jest żołnierzem - jak Ci robota zbrzydła to odejdź póki masz czas, za zdradę będzie kara.
- Kappel! - krzyknął niziołek do karczmarza by zmienić temat - pytałem o możliwe drogi wyjścia z tego przybytku! - powiedział i ruszył w kierunku szynkwansu.
- Nalej też nam cydru gospodarzu - dodał łagodniej ale wciąż głośno - dla sołtysa i siebie też, niech alkohol ukoi nerwy.
Karczmarz po ponagleniu wyrwał się z marazmu i łypnął na niziołka wzorkiem w którym mieszała się złość na niziołka, gniew w stosunku do całej tej sytuacji i strach, jaki wywołał w nim Sneider.
-Sami sobie nalejcie. Dzban macie na ladzie. - odpowiedział niechętnie, ignorując pytanie niziołka o inne wyjścia z karczmy. Tomasimo jednak wiedział, że jest takowe z tyłu. Obchodził wczoraj karczmę w drodze do kaplicy i widział je. Pozostawało niejasnym, dlaczego Kappel nie odpowiedział mu na pytanie.
Gardłowy pomruk gniewu wydostał się z gardła Krausa kiedy odwrócił głowę patrząc na piwnicę. Milczał chwilę z twarzą odwróconą, ukrytą, by w końcu na nich spojrzeć chłodnym, bezdusznie okrutnym, kalkulującym okiem na "swój oddział".
- Nie było was tam. Nie znacie ich metody. - powiedział tylko szorstko i lodowato. Bardziej lodowato niż mróz na zewnątrz w czasie wilgotnej burzy śnieżnej - Jestem jeden, was jest trzech. Może kiedyś zrozumiecie. Im szybciej, tym lepiej... dla was i nas wszystkich...
Rudobrody nie miał zamiaru pić piwa. Nie miał nawet zamiaru siedzieć przy stole ze swoimi towarzyszami... którzy ślepo ufali osądowi "autorytety". Ślepe owce prowadzone na rzeź. On wiedział lepiej. Był tam. Swoje przeżył... ale nie mógł zrobić nic.... Był wściekły. Gotowało się w nim pod maską obojętnego chłodu, która wisiała na włosku. Nie widzieli oznak, które dawał Łowca.. Jawnych, otwartych, zdradzających go.
Siedział przy drzwiach wejściowych, opadły na oparcie ze skrzyżowanymi rękoma na piersi i zamkniętymi oczami. Czasami zło... ukrywało się pod płaszczykiem sprawiedliwości. Częściej niż rzadziej, właściwie. Co do Sniedera nie miał wątpliwości. Co do reszty? Był zawiedziony... ich ślepym oddaniem, posłuszeństwem.
W głębi duszy miał przegniłe przeczucie i wiedział, że to był zaledwie początek problemów. Nie mówił nic. Nie wydawał żadnego dźwięku. Miał tylko jedną nadzieję... wyjść z tego żywym. Nie dołączył do Łowcy dla złota, choć je bardzo lubił. Chciał tylko wyrwać się z pułapki jaką była tamta oberża. Wrócić do cywilizacji... nie pisał si na skazywanie ludzi na męki, na śmierć, na terror... prawdę mówiąc, był gotów przymknąć oko... był gotów... ale oni?
Zawiódł się na nich. Byli "wierni przedstawicielowi prawa", który stawiał się ponad prawo i wierzył, że jest ponad nim. Że jego słowo to słowo samego Sigmara? To była heresja! ...ale co z tego... oni tego nie widzieli. Ślepcy, który zabili by własną matkę dla garści miedziaków, a co złego to nie oni...
Zagryzł zęby i zacisnął dłonie. Ból wbijających się w ciało paznokci koił targające nim emocje... Chciał się napić. Sponiewierać. Chwycić bat i wybatożyć własne plecy prosząc Bogów o wybaczenie... Ból koił ból. Oczyszczał myśli, lecz teraz nie było na to czasu, ani możliwości. Kolejny grzech, kolejna mała śmierć...
...i nagle... rozległy się krzyki.
-
Krzyki Marty niosły się po karczmie niczym zawodzenie potępionej duszy. Pieter usłyszał harmider, który dobiegał z podwórza przed karczmą. Następnie wszystko potoczyło się błyskawicznie. Tłum naparł na drzwi, rygiel zatrzeszczał, a Bruno ryknął do ludzi na zewnątrz jak byk prowadzony na ubój. Wtem przepatrywacz zobaczył dłoń rzeźnika. Była już przy ryglu! Pieter nie zawahał się ani przez ułamek sekundy. Lewa ręka powędrowała do pasa. Kciuk wsunął się pod skórzaną pętlę mocującą bicz. Powolny, wyćwiczony ruch. Żadnej paniki. Żadnego szarpania.
Pstryk. Rzemień puścił. Pieter wysunął bicz jednym płynnym ruchem, pozwalając, by ciężar skórzanych splotów rozwinął się swobodnie wzdłuż nogi. Przez moment wyglądało to niemal leniwie. Jakby miał przed sobą kolejny dzień ćwiczeń. Palec wskazujący przesunął się po rękojeści. Poprawił chwyt, wyważył ciężar, wycelował, oceniał odległość.
Rzeźnik był wielki, ale szyja pozostawała szyją. Pieter wypuścił powietrze z płuc, świst przeciął izbę. Bicz nie uderzył, nie strzelił, nie rozciął skóry. Końcówka przecięła powietrze tuż obok głowy Bruna i owinęła się wokół jego karku z precyzją człowieka, który przez lata trafiał strzałą w poruszający się pomiędzy drzewami cel.
Dopiero wtedy szarpnął. Nie rękami, całym ciałem. Ciężar przeniósł na tylną nogę, biodra skręciły się gwałtownie, plecy napięły. Bruno był silniejszy i cięższy, ale nie był przygotowany. Poczuł nagłe szarpnięcie i stracił równowagę dokładnie w chwili, gdy próbował dosięgnąć rygla. Nogi uciekły spod jego ciała, a ręce rozłożyły się odruchowo. Runął na podłogę z hukiem, który niemal zagłuszył kolejne uderzenie tłumu w drzwi.
Pieter natychmiast cofnął się o pół kroku, Bicz pozostał napięty. Nie zaciskał go mocniej. Nie próbował dusić. Mógł, ale nie chciał. Jeszcze nie. Pieter przez chwilę patrzył z góry na leżącego rzeźnika. Twarz przepatrywacza pozostała całkowicie obojętna.
— Leż. - Powiedział to spokojnie. Niemal cicho.
-
Chaos. Niszczycielskie Potęgi. Ashfield do dziś miewał koszmary. Ostatnie lata wypaliły piętno na jego oczach i duszy. Widział ogrom cierpienia, typowego dla wojny, ale również wojowników poznaczonych mutacjami, zwierzoludzi, bestie, i różne inne kreatury co przyszły od strony Kislevu w jednym celu - zabijać. Chaos kojarzył mu się z szarańczą, niszczycielską chmarą co rozlewa się z Północy, a jednak Imperium zaatakowały wojska, barbarzyńskie ale nadal wojska, dużo lepiej zorganizowane niż goblińskie hordy. Z jasnym przywódcą i magią. Na szczęście bez odpowiedniej inżynierii by sprostać fortyfikacjom Imperium. W czasie wojny nie miał wiele czasu do rozmyślań na ile inteligentni są jego wrogowie i co sprawia że posiadanie np. szczypiec kraba zamiast ręki im nie przeszkadza. Może nie mieli wyboru?
Dla Łowcy Czarownic to była zaraza do wyplenienia, skaza na tkance Imperium co rozlała się po lasach wraz z niedobitkami. I słusznie, bo każda choroba nie leczona w zarodku zaczyna trawić całe ciało. Tomasimo jednak bardziej interesował filozoficzny aspekt problemu. Kapłani mawiali że Chaos to choroba duszy, że zaczyna się od drobnych złych myśli, uleganiu deprawacji i dążeniu do zachcianek, braku dyscypliny. Czy była to prawda, czy jedynie nagonka by lud żył pobożnie i zgodnie z obyczajami? Tego nie wiedział nikt, ale mutacje istniały, tak samo jak ukryte kulty zakazanych bogów. Mimo że ewidentnie ich wyznawanie dawało ohydne mutacje. Rozsądek Tomasimo tego nie pojmował.
Klaus zniknął w podziemiach karczmy i każdy spodziewał się, że nie będzie to dla Marty przyjemne. Ci ludzie byli znani z brutalności, tortur i podejścia że lepiej zabić niewinnego niż dać Chaosowi szansę przeżycia i zagnieżdżenia się w Imperium. Nic dziwnego więc, że jak tylko ich nie było, reszta zaczęła wymieniać się informacjami. Rozmowa nie była przyjemna i niziołek po usłyszeniu o oku spodziewał się że Sneider rozetnie jej powiekę, a może i torturami będzie wymuszał co i czemu ukrywa. Nie ruszało go to, dziewka nie była mu bliska, a skaza mogła się rozprzestrzeniać na innych i jeśli była mutantem należało zrobić z tym porządek.
Wiedział jednak, że miejscowi tego nie zrozumieją, a już na pewno nie Berengar, jej kochanek, kapłan...
Heinz też nie rozumiał, młody rudzielec zdawał się być całkowicie przeciwny temu co właśnie się wydarzyło. Czemu więc brał w tym udział? Czemu przy swoich poglądach podjął się tego zlecenia?
Będzie trzeba na niego uważać, oby strach przed karą był silniejszy niż jego porywy współczucia.
Niziołek miał dość rozmów, a narastające napięcie nie pomagało, skierował więc swoje kroki do szynkwansu, gdzie widocznie obrażony na rozwój sytuacji Kappel nie chciał nawet polać i przynieść im cydru.
I wtedy rozległy się krzyki, przeraźliwe krzyki i błaganie o pomoc kobiety. Jeden, drugi, kolejne.
Seria nieludzkiego, mrożącego krew w żyłach, przeciągłego wycia z bólu. Znak sztuki ludzi żyjących w kazamatach lochów. Adrenalina wszystkim popłynęła do żył. Zapadła niezręczna cisza z której pierwszy wyrwał się Bruno. Wzywając pomocy parł na drzwi, Tomasimo był za daleko, zdołał wydać jedynie komendę Tyciemu.
- Tyci! Pilnuj drzwi! - wskazał wejściowe odrzwia.
Rzeźnik byłby szybszy, ale wyuczona ręka Pietera sięgnęła po bat i w jednej chwili powaliła Bruno na ziemię, ciągnąc go za kark w przeciwną stronę. Wielkie psisko szybko doskoczyło i zaczęło warczeć, stając przednimi łapami mu na ciele, między drzwiami a opasłym leżącym na plecach wielkoludem. Widok kłów owczarka kislevskiego z takiej odległości sprawiał, że wielu nabierało rozumu.
W ten zza pleców rozległ się huk i dźwięk przekręcanego zamka. Karczmarza już nie było. Jego żony pewnie też nie bo raczej by jej nie zostawił, ale niziołek nie wiedział gdzie ona właściwie jest i czy kuchnia łączy się z tyłu.
Tłuszcza usłuchała wołania Bruno i zaczęła napierać na zaryglowane drzwi. Krzycząc. Uderzenie za uderzeniem. Drzwi chodziły razem z futryną, jakby cała karczma nagle zaczęła drżeć przed gniewem furii osadników. Z dołu znów dobiegł krzyk. Tym razem ochrypły, zdarty, słabszy i przez to jeszcze gorszy.
Niziołek zaklął. Musieli działać szybko. Stojąc na środku karczmy analizował sytuację
- Heinz, Moriz, trzeba zabarykadować wyjście do stajni! Weźcie stoły i krzesła, odłamcie lub odrąbcie nogi jak trzeba, tam za piecem jest miejsce za które da się je zaklinować! - krzyknął pośpiesznie.
Sam zaś pobiegał sprawdzić drzwi za szynkwasem, szczęśliwie i te od kuchni i te którymi uciekł Kappel były zamknięte. Została więc jedynie stajnia... i okna.
- Piwnica! - przeszło mu przez myśl że może tam być kolejne wyjście, tak czy inaczej trzeba było zaalarmować Sneidera.
Biegnąc zwinnie w drugą stronę zatrzymał się przy Bruno
- Rusz się, a mój pies przegryzie Ci gardziel szybciej niż Pieter sięgnął po bat! - zagroził.
- Nikt nikogo nie morduje! - wrzasną w stronę drzwi wejściowych - Uspokójcie się! Trwa przesłuchanie! Od tego się kurwa nie umiera! - dodał, mając nadzieję że się nie myli.
- Sołtysie, opanujcie mieszkańców, wiecie dobrze co się stanie z wioską jeśli zginie w niej Łowca Czarownic! - zwrócił się do siedzącego nieopodal Otto - nie ma powodów by ginęli tu ludzie.
- Idę po Klausa - rzucił do reszty i zszedł czym prędzej do piwnicy dać mu znać że ciżba naciera na drzwi i lada moment sytuacja może wymknąć się spod kontroli.
Właściwie mieli dwa wyjścia. Bronić się na piętrze lub od strony piwnicy, korzystając z schodów by nie walczyć z zbyt wieloma na raz, albo wiać oknem aż ten poryw gniewu się naturalnie wypali. Liczył jednak że jak nie autorytet sołtysa to groźby Klausa zdołają przemówić ludziom do rozsądku. -
Heinz jak siedział przy stole tak siedział. Krzyki Marty na dole w piwnicy. Drzwi w które wpatrywał się z intensywnością, która gdyby tylko mogła rozpuściłaby je jak masło na słońcu. Ordung kurdupla... Prychnął. W rozbawionej, gorzkiej pogardzie. Tego brakowało, by nizioł wydawał mu rozkazy. W oczach Heinricha? Byli równi pod względem zatrudnienia, ale nie hierarchii społecznej, czy jako istoty bliskie bogom i naturze...
- Idę po Klausa. - rzucił ten maluczki, a krzywy uśmiech zawitał na twarzy rudego który począł mówić spokojnie nim ten dotarł do schodów.
- Nie spierdol tego. Patrz i słuchaj uważnie... - warknął w stronę Tomasimo i zaczął wstawać od stołu.
- Pomogę tylko dlatego, bo wciąż wierzę, że macie szanse. - powiedział głośniej, i ruszył w stronę drzwi do stajni.
Splunął gęstą plwociną na bok. Od gadania zaschło mu w gardle.
- Moriz! Do mnie! - Nieugięty głos, nieznający sprzeciwu, autorytarny, ostry kontrast wszystkiego co mogli widzieć w nim wcześniej. Nie kończyło się to tylko na głosie. Postura i mowa ciała człowieka co wie co robi... albo przynajmniej myśli, że wie co robi. Echo przeszłości... tak blisko mu znane...
- Szybko! Miejmy to z głowy!Jednak myśl wróciła do halflinga i aż się obejrzał za siebie. Wiedział, że jeśli by zszedł do piwnicy... To by z niej nie wrócił... Nie miał szans z Łowcą i choć nie chciał tego przyznać nawet przed samym sobą to był wdzięczny kurduplowi, że zdecydował się tam zejść. Nie ufał swoim nerwom. Zdecydowanie nie ufał...
-
Nie spodziewał się niczego innego po pracowaniu dla Łowcy Czarownic. Rozumiał jacy oni są i także zdawał sobie sprawę, że komu jak komu, ale tym konkretnym osobom nie nastaje się na odcisk. Pamiętał jak musieli z innymi banitami rezygnować z napadu na podróżnych, gdy tylko w oczy rzucił im się ten cholerny kapelusz łowcy. Nie miało to sensu, a Moriz był temu zawsze przeciwny. Słyszał historie o banitach, którzy podnieśli rękę na te osoby. Opowiadano mu przy ognisku bardziej lub mniej możliwe scenariusze, gdy był jeszcze "świeżakiem". Mógłby ktoś założyć, że wystarczy ubić jakiegoś i po sprawie... ale sprawa to dopiero się zaczynała, gdy taka próba została uczyniona. Historie o mściwej naturze Łowców były niczym dobra rozpałka na mroźne i rozwlekłe noce w lasach.
Richter nie łudził się, że byli po prostu szczurami dla całego aparatu Imperium i jak szczury płochliwie kryli się po lasach. Kąsali, gdy nadarzyła się okazja, nie mieli skrupułów zabijać żołnierzy towarzyszących karawanom przeprawiającym się przez lasy, polować na pieniądz zebrany z podatków, wykorzystywać nieszczęście podróżnych, aby zarobić na nich. Sam Moriz miał swoje ulubione cele jak i czuł satysfakcję z cierpienia niektórych społecznych szumowin, co usadziły się na szczycie, jednak...
Nie dotykało się Łowców Czarownic i nie grzebało w ich czynach. Unikało się wszystkiego, na co byli jak wściekłe ogary i wytropiliby cię w najgłębszej puszczy. Nie przyciągało się ich uwagi czy osób z nimi powiązanych. Była szansa, że skrzywdzenie jednego z tych gnojków zaalarmuje innego, a nikt nie chciałby mieć nic wspólnego z kimś, za kim ciągnie się trop dla wiecznie poszukujących herezji i mutacji.
Moriz nie miał doświadczenia w wojnach z Chaosem jak dwaj towarzysze, ale swoje widział w lasach i niczym ten szczur wiedział do czego się nie podchodzi. Mutacja zwierzyny powodowała automatyczną zmianę miejsca obozowania, jeżeli banici mieli łby na karku. Wypatrzenie śladów Zwierzoludzi było jeszcze gorszym niebezpieczeństwem.
Temu Moriz nie dziwił się słowom Pietera i Tomasino. Czy dziwił się reakcji Heinricha? Może dziwiłby się bardziej, gdyby sam nigdy nie odczuwał naiwnej wiary w zwykłego człowieka Imperium i nie zobaczył nigdy tego, co dzieje się z takim człowiekiem, gdy pozostanie sam ze sobą i swoimi osądami. Banici też byli tego ofiarami, jak i on był - jego życie pomogło mu wytworzyć skorupę jaka trzymała na smyczy odruchy jakie mogłyby się przelać w nieodpowiednich momentach.
Dzięki temu krzyki Marty zostały włożone głęboko pod skamieniałą ścianę. Moriz nie mógł wiedzieć na ile prawdziwie ocenił to jej oko, jakie usilnie ukryła, choć twierdziła, że go nie ma. Musiała mieć jakiś powód by to zrobić, a on po prostu wykonał polecenie pracodawcy, który kategorycznie nie powinien głębiej zaglądać w przeszłość Richtera. Wydanie Marty było w pewnym sensie powodowane osłonięciem siebie. Czy żałował teraz? Nie wiedział. Czy będzie żałował? Nie jeżeli wyjdzie, że miał rację.
A jeżeli nie?Głos rudzielca wybił go z myśli, choć nie zareagował mocno na zawołanie go niczym psa. Nie było czasu na niesnaski w tej chwili, więc ruszył za Heinrichem w towarzystwie odgłosów krzyków Marty.
Cel uświęca środki.
-

Ludzie napierali na drzwi karczmy, która drżała w posadach. Zupełnie jakby wielka, głodna, rozszalała bestia ryła pazurami wejście do ich schronienia. Drzwi oraz ściany wydały się im teraz jakieś żałośnie cienkie i słabe. Wszystko rozpadło się na kawałki. Na dole, za drzwiami piwnicy, Marta Eberlin krzyczała już coraz słabiej, opadając z sił. Tych sił nie brakowało jednak ciżbie, przez którą rygiel podskakiwał w zawiasach zupełnie niczym podszczypywana w tyłek dziewka. W środku karczmy każdy miał ręce pełne roboty. W sumie nie każdy, bo część bardziej skupiła się na innych rzeczach niż dokładaniu starań, by pragnąca ich krwi ciżba nie weszła do środka.
Pieter stał przy Brunie z biczem w dłoni, Tyci zaś warczał nisko, pokazując rzeźnikowi jasne kły. Bruno leżał na deskach ciężko, wściekły i upokorzony, z twarzą przekrzywioną od gniewu. Nie był człowiekiem przywykłym do tego, że ktoś rzuca nim o podłogę. Nie był też człowiekiem, który łatwo zapominał podobne rzeczy. W jego spojrzeniu, którym częstował Pietera, kryła się obietnica przemocy. Płonęła do tego stopnia, że przepatrywacz naprawdę mógł się zastanowić, czy dla własnego bezpieczeństwa dobrze jest trzymać rzeźnika przy życiu.
– Zostawcie mnie, kurwie syny – wycharczał, bardziej do wszystkich niż do kogokolwiek konkretnego. – Ona tam umiera. Nic nie zrobicie? Zajebię was, świnie. Zajebię.
Tyci odpowiedział głuchym warknięciem, jakby akurat porównanie do świni uznał za osobistą zniewagę.Sołtys Otto, dotąd skulony i blady po rozmowie ze Sneiderem, poruszył się na swoim miejscu. Wstał niezdarnie, słaniając się nieco na nogach, jakby opróżnił mały antałek. Twarz miał mokrą od potu i łez, oczy czerwone, a głos, kiedy się odezwał, zabrzmiał nieco ślisko i miękko.
– Ja... ja mogę go związać – powiedział do Pietera, zerkając na niego ostrożnie. – Dobrze go zwiążę. Porządnie. Żeby nie sprawiał kłopotów.
Bruno odwrócił głowę ku niemu tak gwałtownie, że aż bicz napiął się lekko w dłoniach Pietera.
– Ty szczurze – syknął. – Ty pierdolony, stary chuju. Ona tam wrzeszczy, a ty będziesz mnie wiązał? Mnie, kurwa?
Otto zadrżał, ale nie cofnął się. Może strach przed Sneiderem był już większy niż wstyd przed własnymi ludźmi. Może po prostu wiedział, że jeśli wieś rzuci się na Łowcę, to później przyjdą następni. Gorsi. W większej liczbie. W końcu najlepiej ze wszystkich tutaj umiał rachować i porachował sobie właśnie, co mu się najbardziej opłaca.Pod okiem Pietera sołtys zabrał się do pracy. Ręce trzęsły mu się tylko przez pierwszą chwilę. Potem, ku zaskoczeniu każdego, kto akurat patrzył, ruchy stały się szybkie, wprawne i dokładne. Krępował Bruna tak, jak mógłby robić to zawodowiec. Ręce związał mu za plecami. Lina objęła nadgarstki, a potem łokcie. Osobno spętał mu ramiona. Kolejny splot zszedł na nogi, wiążąc kostki, później kolana. Wreszcie sołtys przeciągnął sznur tak, by ograniczyć ruch tułowia. Mimo swojej masy Bruno nie mógłby się uwolnić, a na ile umiał ocenić Pieter, nigdzie nie dokonano sabotażu w tym pętaniu. Linę Otto wziął spod szynkwasu bez tracenia czasu na poszukiwania, zupełnie jakby zostawił ją tam poprzedniego dnia.
Bruno klął przez cały czas. Pluł na niego. Raz trafił go śliną w policzek. Otto nawet nie otarł twarzy. Zacisnął tylko usta i dociągnął węzeł. Było w tym coś niepokojącego. Zbyt wiele wprawy jak na człowieka, który jeszcze chwilę temu trząsł się ze strachu, ale cóż powiedzieć? Darowanemu koniowi nie zagląda się w zęby, a Pieter nie mógł tkwić długo w swoim zawieszeniu. Wyeliminowanie zagrożenia w tymczasowy, pokojowy sposób było mu na rękę, choć przyznał w duchu, że najchętniej to samo zrobiłby teraz z osobą sołysa.
Nagle odgłosy dobijania się i krzyki na zewnątrz ucichły. Słychać było oddalające się kroki, choć Pieter nie wiedział, co spowodowało przerwanie natarcia na karczmę. Tyci zawarczał jednak na drzwi, a Pieter ufał zwierzęcej intuicji. Cokolwiek się tam szykowało, nie mogło to być nic dobrego.

Heinrich i Moriz ruszyli ku przejściu prowadzącemu do stajni. Drzwi od tamtej strony nie wyglądały solidnie. Miały swoje lata, źle siedziały w futrynie i przy każdym mocniejszym podmuchu wiatru musiały jęczeć jak stara baba na mrozie. Miejsce za kominkiem dawało jednak możliwość zaklinowania ich z jednej strony. Drugą należało przycisnąć stołem, krzesłami i beczkami, których waga miała największy potencjał, ponieważ kilka solidnych Kappel miał prawie w całości napełnionych wodą i cydrem. Znaleźli je za szynkwasem, gdzie ukryty pod ladą leżał też wysłużony, nabity garłacz. Fakt, że biorący przed chwilą liny sołtys nie zawłaszczył sobie broni, świadczył poniekąd, że bardzo chce im pomóc. To albo o tym, że nie umiał się nią posłużyć, albo że nie miał do tego odwagi. Jedno z trzech. W każdym razie wzięli się do pracy szybko i bez zbytniej troski o karczemne wyposażenie.
Nie było zresztą czasu na troskę. Heinz pierwszy chwycił za brzeg stołu, choć robił to z największą niechęcią, która malowała się na jego twarzy. Drewno zaskrzypiało po deskach podłogi. Moriz pomógł mu przesunąć ciężki stół, ten sam, przy którym jeszcze niedawno spożywali śniadanie. Teraz blat poszedł bokiem pod drzwi, jedna noga trafiła w szczelinę między kamieniem a kominkiem, druga oparła się o nierówność podłogi. Trzeba było szarpnąć, kopnąć, poprawić, a później zastawić tym, co znaleźli. Moriz wsparł bark o stół, a Heinrich klinował ławę głębiej. Drewno weszło pod kątem i zablokowało się wreszcie z nieprzyjemnym trzaskiem. Było jednak jasne, że jeśli ktoś spróbuje wejść od tej strony, będzie musiał przebijać się siekierą albo taranem. Na taran nie było miejsca, więc zostawały siekiery. Drwale mieli ich mnóstwo, ale przedarcie się zajęłoby sporo czasu.
To jednak nie był koniec. Izby przyścienne miały małe okna, brudne szyby i okiennice, których raczej nikt na trzeźwo nie nazwałby solidnymi. Trzeba było je zamknąć od środka i zastawić czymkolwiek. Na wyposażenie izb składały się łóżka, sienniki oraz czasem małe, jednodrzwiowe szafy. Musiało wystarczyć.
Podczas barykadowania jednej z izb Heinrich zobaczył, jak któryś z wieśniaków majstruje już przy oknie, próbując otworzyć je bez wybijania. Szybko jednak stracił cierpliwość. Rozległ się trzask. Kamień albo obuch pałki uderzył w szybę. Szkło pękło, posypało się do środka drobnymi, zimnymi odłamkami. Do izby wdarł się podmuch mrozu i ludzka ręka. Moriz dopadł do okiennicy i zatrzasnął ją, a przynajmniej próbował, co nie było możliwe, póki ktoś nie cofnął puchnących szybko paluchów. Heinrich pomógł dosunąć łóżko i ustawić je pod klinującym kątem. Materac osunął się i spadł. Otworzył się, wysypując na ziemię sporo pierza.
Za okiennicą ktoś uderzył w ich barykadę, ale teraz drewno przyjęło cios. Zadrżało, lecz wytrzymało. W następnej izbie było podobnie, choć szybciej udało im się ją zabezpieczyć. Przestrzeń wokół nich drżała i wydawało im się, że są totalnie osaczeni, ale potem nagle, jak za dotknięciem magicznej różdżki, wszystko ucichło. Zmiana wydała się zbyt nagła, by mogła oznaczać coś dobrego, a jej równoczesność wywołała silne uczucie niepokoju. Heinz i Moriz mogli spojrzeć po sobie i wymienić zaniepokojone spojrzenia. Przez dłuższą chwilę krew w uszach szumiała im od nadmiaru adrenaliny, kiedy spróbowali zrozumieć, co się właściwie stało.

Tomasimo zszedł do piwnicy. Schody były wąskie, strome i wilgotne, jak należało oczekiwać po kiepsko zbudowanej karczmie w okresie zimowym. Deski skrzypiały pod jego stopami, a zatęchłe, zimne powietrze trąciło starym drewnem i sfermentowanymi jabłkami. W miarę jak schodził w dół, krzyki Marty cichły, choć, jak podejrzewał niziołek, nie dlatego, że przestała cierpieć, a raczej z powodu braku sił na kolejne krzyki. Miał rację. Na dole, przed drzwiami do pustej komory piwnicy, zastało go sapanie kobiety, ciężko wypełniające ciszę. Chrapliwe, urywane i kojarzące się bardzo zwierzęco.
Przez deski przezierały smugi światła. Sneider musiał rozpalić sobie przed „pracą” świece w kandelabrach przy ścianach, bo kiedy Tomasimo otworzył drzwi, w podziemnej komorze było stosunkowo jasno. Nie do końca chciał, by tak właśnie było, bo pomieszczenie odkryło się przed nim w całej okazałości. Światło świec drżało podobnie jak targane spazmami bólu ciało Marty Eberlin.
Siedziała na krześle pośrodku piwnicy. Była związana. Nadgarstki miała ściągnięte za oparciem, kostki przywiązane do nóg krzesła, a przez pierś i ramiona przechodziły liny, przytrzymując ją do oparcia. Głowę trzymała przechyloną w bok, jakby była bliska omdlenia. Oddychała płytko, szybko, całym ciałem, z ustami uchylonymi i spierzchniętymi. Każdy jej palec wyginał się pod innym, nienaturalnym dla ludzkiej dłoni kątem. Sam widok tych palców bolał i stanowił wystarczający powód, by niziołek zrozumiał, czemu jej krzyk niósł się aż do izby.
Nie to było jednak najgorsze. Najgorsze było oko, a raczej to, co znajdowało się w oczodole. Stary szew, którym zamknięto powiekę, został brutalnie usunięty. Skóra wokół była zaczerwieniona i obolała. Powieka została otwarta, odsłaniając ślepie, które według wszelkich prawideł natury nie powinno istnieć. Tomasimo szybko wyłapał naturę upiornej nieprawidłowości. Oko, które patrzyło na niego z twarzy Marty, miało dwie źrenice. Dwie czarne szczeliny w jednej tęczówce, nieruchome przez moment, a potem poruszające się z lekkim opóźnieniem względem siebie, jakby nie mogły uzgodnić, na czym powinny skupić wzrok. W bladym świetle świec wyglądało to obrzydliwie, smutno, ale przede wszystkim strasznie.

Sneider stał obok niej. Miał podwinięte rękawy. Na dłoniach krew. Na twarzy pot i ten sam zimny, skupiony wyraz, który widzieli u niego, gdy opatrywał wcześniej Leopolda Manna. Z tym wyjątkiem, że teraz nie było w nim troski. Była pewność. Straszna, spokojna pewność człowieka, który znalazł to, czego szukał.Odwrócił głowę ku Tomasimo.
– Miałem rację, Herr Ashfield – powiedział.
Marta poruszyła ustami, ale nie wydobył się z nich żaden wyraźny dźwięk. Tylko chrapliwe sapnięcie. Sneider spojrzał na nią krótko, jak na rzecz, która na chwilę przeszkodziła w rozmowie, po czym wrócił wzrokiem do niziołka.
– Ten siół to ognisko zarazy Nurgla. Wszystko mi wyśpiewała. Nie od razu, rzecz jasna. Ale wyśpiewała.
Światło świec zadrżało i zamigotało, odbijając się na jego pistolecie leżącym na jednej z beczek.
– Coś jest w wodzie – ciągnął Sneider. – Ale nie tej ze studni. Studnia jest czysta, choć nie byli tego pewni przez jakiś czas. Zima skuła strumień, przy którym piorą praczki.
Podszedł krok bliżej Marty i chwycił ją za włosy tylko na tyle, by unieść jej głowę do światła. Oko z dwiema źrenicami poruszyło się niespokojnie. Drugie, zdrowe, było zapuchnięte od płaczu.
– Było za późno, kiedy się dowiedzieli – powiedział. – Za późno, kiedy zaczęli kojarzyć. Choroby skóry, poronienia, biegunki, plucie krwią nie były zwykłymi objawami jakiejś choroby. Zwierzęta zaczęły padać. Ludzie zaczęli się zmieniać. Więc próbowali to ukrywać. Wygonili poborcę, tuszowali fakty w księgach. Ukrywali prawdę nawet przed własnym kapłanem, który jest na tyle głupi, by nie połączyć faktów.Puścił jej włosy. Głowa Marty opadła na pierś.
– Trzeba spalić ten siół do gołej ziemi, Herr Ashfield – powiedział Sneider ciszej, ale przez to jeszcze gorzej.
– Wypalić skazę toczącą się na grzbiecie Imperium. Dom po domu.
Z góry dobiegło głuche uderzenie. Z jakiegoś powodu krzyki napierających na karczmę dopiero teraz były słyszalne w podziemiach. Sneider uniósł wzrok ku stropowi piwnicy, nasłuchując. Przez chwilę wyglądał na zirytowanego, ale na pewno nie na przestraszonego.
– Tłum? – zapytał.
Nie czekał właściwie na odpowiedź. Wziął ze stołu zabrudzoną szmatę i otarł nią dłonie, niedbale, jakby krew była tylko kolejną niedogodnością służby.
– Powinni byli zostać na zewnątrz i modlić się, żebym znalazł w sobie miłosierdzie.
Marta poruszyła się słabo na krześle.
– Nie... – wychrypiała. – Nie wszyscy...
Sneider spojrzał na nią bez litości.
– Właśnie dlatego Chaos jest niebezpieczny, Frau Eberlin. Gdybyśmy mieli miękkie, gołębie serca, skaza przemykałaby dalej, niczym płomień świecy tańczący na kurhanach. Bogowie Chaosu świętowaliby na truchle ludu Imperium. Nie. Nie pozwolę na to. Ignis sanat. Większość jest za słaba, by to zrozumieć, dlatego powstał nasz zakon. Bo zawsze znajdzie się ktoś, kto ma miękkie serce, Frau Eberlin. Może nie wszyscy są zakażeni, ale trzeba ich spalić. Spalić wszystkich. Tak. Zabijemy wszystkich, Morr rozpozna swoich.W piwnicy przez chwilę słychać było tylko jej oddech, syk świec i odległe, przytłumione odgłosy tego, co działo się na górze. Tomasimo stał w progu piwnicy, między jednym koszmarem a drugim. Za jego plecami czekała karczma, Bruno, Pieter, Tyci, Heinrich, Moriz, sołtys i ludność wsi, która może na razie nagle przestała dobijać się do głównych drzwi, ale nie miał złudzeń. Zamiast widzieć w tym dobry omen, zastanawiał się, kto ich zorganizował i na jaki pomysł za chwilę wpadną. Z drugiej strony stał Klaus Sneider, zakrwawiony, pewny siebie i gotów zrobić dokładnie to, co powiedział. Spalić Dunkelwald do gołej ziemi. Tylko jak do kurwy nędzy zamierzał tego dokonać? Nagle złoto, które obiecał im za wykonanie zadania, wydało mu się małą, ale to bardzo małą gratyfikacją za to, co miało się wydarzyć.
-
HEINZ I MORIZ
Heinz się skrzywił. Oczywiście, jak coś miało się zesrać, zesra się. Oby Randal był łaskawy...
- Wiesz, że to wszystko wasza wina? - zapytał chłodno Moriza - Łowcy to fanatycy. Rzucają ię na pierwszy ochłap podejrzenia o wszystko co wymyka się z ich wąskich ram akceptowalności. Straciliśmy szanse na rozpracowanie siatki i mamy całą wieś przeciw nam. To jest, jeśli faktycznie tu dzieje się coś złego. Oby... - przewrócił oczami - ...nizioł wrócił z dobrymi wieściami.Oczywiście "dobre wieści" to był bardzo ulotny termin, bo co w tej sytuacji mogłoby być dobre?
Rudy prychnął w irytacji, ściągnął czapkę i przeczesał włosy dłonią patrząc w sufit.
- Sigmarze miej nas w opiece.
- Nie obchodzi mnie twoja trauma z łowcami. - odezwał się Moriz zimno - Miałem od razu go informować o tym, co zobaczę i to zrobiłem. Chciałeś się bawić w detektywa z Chaosem czy innym ścierwem? Może temu trzeba takich Łowców, by nadchętni obywatele nie brali w swoje ręce rzeczy, jakich nie rozumieją.
- Zobaczymy co przyniesie nizioł... - odparł lodowato Heinz - ...zobaczymy co dalej. Teraz, sprawdźmy którędy jeszcze mogą chcieć się wedrzeć. Mam ochotę na piwo. Kto wie, czy nie moje ostatnie.
- Umiesz strzelać z tej broni z prochem? Bo tam przy szynkwasie była taka jedna nabita. Ja w ogóle nie rozumiem tych rzeczy, ale robią swoje.
- Jestem poniekąd uczonym. - odpowiedział mu brodacz - Nie żołnierzem Imperium. Przeczesajmy to miejsce, ta broń się przyda.
- Czy w sumie ten niziołek nie gadał, że jest kimś tam z armii? - przypomniał sobie Moriz - Nie zwróciłem mocnej uwagi na te wszystkie tytuły.
Kraus się skrzywił, po czym westchnął ciężko.
- Ta, wojskowy. Jakiś kapral czy coś... powinien umieć z tego skrzelić.
- To krypel się wykaże. - Moriz uśmiechnął się krzywo do siebie na wspomnienia załatwiania problemów z wojskowymi na drogach.
- Oby. - odparł ponuro Heinrich - Sprawdźmy dokładnie parter czy nie ma innych dróg wejścia. -
PO WYJŚCIU Z PIWNICY GDZIE ŁOWCA CZAROWNIC PRZESŁUCHIWAŁ ZIELARKĘ
Tomasimo wyszedł z piwnicy z nietęgą miną, cokolwiek tam zaszło musiało usiąść mu na duszy. Jego wzrok był jednak skupiony, zadaniowy. Omiótł zebranych wzrokiem, odnotowując związanie Bruno jakąś znalezioną liną i to gdzie każdy stał. Bez słowa podszedł do leżącego nieopodal schodów rzeźnika, sprawdził więzy i sztyletem rozciął mu ubranie na ramieniu by obejrzeć ranę której nie chciał pokazać.
- Dobra robota der Herren - pochwalił przygotowania - jeszcze te za szynkwasem można by czymś zastawić. Ktoś był na górze wyjrzeć z okna? Lepiej je pozamykać, mają sad to i pewnie niejedną drabinę. Nic dobrego nie wróży że ciżba na zewnątrz nagle ucichła - rzekł idąc szybkim marszem za szynkwas by podstawić pod pozostałe drzwi jakieś beczki i wreszcie napić się cydru, bardzo potrzebował się napić czegoś z procentami.
- Łowca Czarownic miał intuicję a Moriz dobre oko - rzekł w końcu to na co inni czekali - mutantka wszystko wyśpiewała.
- Pytanie czy sioło stanie po naszej stronie i pomoże nam pozbyć się kultystów... oby. - przedstawił zwięźle co ich czeka, zostawiając Klausowi pole dla szczegółów. Spojrzał przy tym jak Otto reaguje na jego słowa. Mówił, a w trakcie dostawiał beczki pod pozostałe dwoje drzwi, nie wiedział ile mieli jeszcze czasu.
Moriz odetchnął w duchu, że nie zawiodło go jego oko.
Niewiele czekając po słowach niziołka Pieter wbiegł po schodach na piętro, mijając ciemny korytarz i zamknięte drzwi pokojów. Podłoga jęczała pod jego krokami, a z dołu nadal niosły się przytłumione głosy jego kompanów oraz sołtysa i Bruna. Dopadł do okna na końcu korytarza i wyjrzał na zewnątrz.
Przed karczmą nie było już bezładnej ciżby walącej pięściami w drzwi. Ludzie cofnęli się na drugą stronę drogi, gdzie przy skleconym na prędcę podwyższeniu zebrał się gęsty tłum. Nie wyglądali już jak przestraszeni mieszkańcy, którzy w panice przyszli ratować swoją zielarkę. Teraz mieli w rękach topory, widły, siekiery, pałki i pochodnie. Płomienie chwiały się na wietrze, rzucając czerwone światło na twarze mokre od śniegu, strachu i gniewu. Na podwyższeniu stał ojciec Berengar Holtz. Kapłan Ulryka mówił do nich donośnie, z uniesioną ręką i twarzą bladą jak śnieg. Pieter nie słyszał wszystkich słów przez zamknięte okno i wiatr, ale nie musiał. Widział, jak ludzie patrzą na niego jak przemawia, a temat spotkania mógł być tylko jeden.
- Znaleźliśmy garłacza. Umiesz używać tego, prawda? - zapytał niziołka Moriz.
- Oczywiście, jesteśmy w Hochlandzie przecież, nie bez kozery mamy muszkiet na monetach - rzekł Tomasimo podkręcając wąsa zaciekawiony.
- Gdzie on? Toporna to broń i długo się ładuje, ale tłum licznie porani jednym strzałem, na tę ciżbę idealna - aż oczy mu się zaświeciły i głos podniósł.
- Za szynkwasem - Moriz wskazał kierunek - z tego co rozumiem jest naładowana, ale o więcej nie pytaj, bo to jak czarna magia.
- Cudnie - rzekł Tomasimo i zabrał się za sprawdzenie broni i obecności prochu na panewce
- Może znajdziemy pociski i proch, ale i bez tego nasze szanse rosną znacznie, głośne to i samym wyglądem straszy, nie to co moja proca - dodał.
- Dzięki Moriz - podziękował i rozejrzał się dokładniej po okolicy gdzie była broń, czy aby nie znajdzie prochu, ładunku, albo chociaż wycior i pobojczyk.
Rudzielec widocznie niezadowolony posłał Morizowi spojrzenie dezaprobaty.
- Zaraz... - zaczął ze zmarszczonym czołem Heinz - ...jak to sioło stanie po naszej stronie. Ilu ich jest. Gadaj w szczegółach co się dowiedziałeś. Niczego nie ukrywaj. Chcę wiedzieć na czym stoimy.
- Tak to, przecież nie każdy mieszkaniec jest plugawym kultystą, pokażemy im Martę w całej jej okazałości i przekierujemy ich gniew na właściwie tory - odparł Tomasimo a mówiąc to patrzył na reakcję sołtysa, był bardzo ciekawy ile stary wiedział, pewnie mógłby pomóc im zamknąć temat wskazując ludzi.
- Ilu to wie Herr Sneider, on dłużej z zielarką rozmawiał, zobaczymy czy sioło wskaże tych samych - zakończył nie chcąc więcej mówić przy Otto, ale był pewien, że po tym zdaniu zacznie kalkulować czy opłaca mu się ukrywać swoich sąsiadów. Klaus raczej nie uwierzy mu, że nie wiedział.
- Będzie trzeba uważać przy transporcie Bruno, cokolwiek sączy mu się z rany to nie jest krew i lepiej tego nie dotykać - zaczął planować jak na kaprala przystało.
- Heinz, będziesz tak miły i zastąpisz Tyciego w pilnowaniu drzwi i rzeźnika? - zapytał i przywołał psa do siebie.
- PIETER, JAK NA GÓRZE?! - krzyknął do towarzysza, nie powinien być tam sam.
Sołtys wygląda jakby rachował sobie coś w głowie. Takie szczury jak on więdzą co się szykuje i uciekają, zanim statek zaczyna tonąć. Pobladł trochę, ale oczy zdradząły zaczątki sprytnego planu. Spojrzał na Tomasimo, potem na Bruna, potem znów na niziołka i widać, że przelicza swoje szanse.
– Ja mogę pomóc – powiedział cicho, lecz już pewniej. – Jeśli nasz Szanowny Łowca Czarownic spojrzy na mnie przychylnym wzrokiem i zagwarantuje mi życie i wolność, wskażę ludzi, którzy wykazują podobne... objawy. – zaproponował. Spętany i zakneblowany Bruno szarpnął się w więzach. Tego było już za wiele.
- Jestem przekonany, że Herr Sneider przystanie na taką propozycję, ale nie mogę mówić za niego, zaraz tu będzie - odpowiedział sołtysowi niziołek, nie zamierzał odbierać mu nadziei, potrzebowali go po swojej stronie.
- Możecie przyciągnąć Bruno bliżej szynkwasu? - zapytał zarówno Otto jak i stojących bliżej kompanów - Jak ma się wiercić to niech to robi z dala od zaryglowanych drzwi - rzekł odkładając garłacz do torby na ramieniu i ładując swoją wierną procę, jakby się wyrwał to może go jednym ciosem położy, nie był jednak tego pewien, rzeźnik był olbrzymi i nie wyglądał na takiego co szybko pada.
Heinz spoglądał bacznie z góry na niziołka. Nie wyglądał na przekonanego, skrzyżował ręce na piersi.
- Ta, mogę tak zrobić - odparł krótko i ruszył w stronę rzeźnika
- NIE JEST DOBRZE! - Krzyknął Pieter z piętra karczmy.
- BĘDĄ SZTURMOWAĆ KARCZMĘ! - wrzasnął przepatrywacz.
- KAPŁAN PODBURZYŁ TŁUSZCZĘ! MAJA BROŃ I POCHODNIE!
Moriz zacisnął zęby i spojrzał na niziołka.
- Ja Sneidera ściągnę - rzucił Moriz i nie czekając na dalsze słowa czy protesty pobiegł do piwnicy.
- PRZYJĄŁEM, PRZYNIEŚ MÓJ PLECAK SCHODZĄC! - odkrzyknął niziołek Pieterowi.
Tomasimo szybko się rozejrzał, drzwi za szynkwasem były zabarykadowane toteż najbezpieczniej było stanąć za nim i opierając garłacz o bar czekać na gniewny lud. Miał jednak nadzieję że Klaus pojawi się i otworzą drzwi pokazując wiosce mutantkę, wyprzedzając ich atak. Gdyby sam prowadził natarcie ciżby to by z drabinami wszedł przez okna na piętrze, zamiast przebijać się przez drewno. Ostatnią alternatywą było zabicie dechami całej karczmy i wrzucenie przez górne okno pochodni, próbując spalić ich z Łowcą Czarownic bez podejmowania walki, ale wtedy zabiliby też sołtysa i rzeźnika. Mroczny plan i raczej nie akceptowalny. Co prawda ani on ani chyba nikt z ich ekipy nie miał w plecakach zostawionych w izbie na piętrze jakiś cennych rzeczy, to szkoda byłoby je stracić w ogniu, zakładając, że by jednak wydostali się jakoś dołem. Co wcale nie było pewne gdyby ogień odciął im górę, na dole mieli raptem dwie izby z oknami i główne drzwi, no i stajnie, ale tam przecież zrobić pożar najłatwiej. -

Po rewelacjach, które przekazał im Pieter z piętra, przez krótką chwilę wszyscy w karczmie zamilkli. Nie był to ten dobry rodzaj ciszy. Wręcz przeciwnie. Świadomość, że na zewnątrz zbiera się uzbrojony tłum, który nie życzy im dobrze, nie napawała optymizmem. Właściwie mogli się czuć, jakby ktoś powoli nakładał im na szyje stryczek. Z każdą chwilą potrzask wokół nich zaciskał się coraz mocniej i nic, absolutnie nic, nie szło po ich myśli.
Bruno leżał skrępowany przy szynkwasie i szarpał się w więzach, ale niewiele mu to dawało. Lina trzymała mocno, co ponownie mogło budzić pytania o przeszłość sołtysa. Otto znał się na wiązaniu lepiej, niż powinien znać się prosty zarządca wsi, i zastanawiające było, skąd się tego nauczył. Rzeźnik próbował coś krzyczeć przez knebel, który chwilę wcześniej założył mu sołtys Otto, by oszczędzić sobie jego złożeczeń. Miast krzyku wychodziło więz z niego tylko wściekłe, zwierzęce charczenie. Czarna posoka sącząca się z rany na ramieniu pobłyskiwała w świetle świec. Nadal, w żadnym wypadku i w żaden sposób, nie wyglądała jak krew.
Sołtys stał nieopodal, zgarbiony i blady, ale już nie tak bezradny jak wcześniej. Oczy miał ruchliwe, wilgotne i wciąż żywo lustrował nimi otoczenie, jakby coś kalkulował i układał w głowie. Spoglądał na zmianę na Tomasimo, na schodzącego z piętra Pietera i na drzwi piwnicy, za którymi zniknął Moriz. Jego szczurza natura wyraźnie dochodziła teraz do głosu i objawiała się w całej postawie.
Heinz obserwował to z upiorną bezsilnością. Z tym strasznym poczuciem bezmocy, które może mieć tylko ktoś przekonany o własnej racji, a jednocześnie przygnieciony wolą większości prącej ku przepaści na przekór wszelkiemu rozsądkowi. Przez pryzmat własnego zwierciadła rzeczywistości widział, że to, co się dzieje, jest złe. Że pleniąc Chaos w ten sposób, sami stają się, jeśli nie gorsi od niego, to przynajmniej równie plugawi. Wiedział to, lecz nikt go nie słuchał. W jakiś sposób autorytet Sneidera i moralność jego towarzyszy przeważyły, a teraz jasne było, że ulice Dunkelwaldu spłyną krwią i zapłoną stosy. W ten czy inny sposób.

Łowca Czarownic wyszedł z piwnicy bez pośpiechu, a krok za nim szedł Moriz, który zszedł na dół, by ponaglić go do powrotu. Sneider miał teraz na sobie pełny rynsztunek podbity zbroją i broń przytroczoną do pasa. Po jednej stronie pistolet, po drugiej wyśmienitej jakości kordelas. Przez pierś przewiesił bandolier z sześcioma podejrzanie wyglądającymi fiolkami. Miał też na sobie swój płaszcz, kapelusz i to samo nieprzyjemne spojrzenie, które gościło na jego twarzy, odkąd go poznali. Na rękawicach widać było ślady krwi, choć otarł je niedbale.
Prowadził na sznurze mocno związaną Martę Eberlin. Zielarka ledwo trzymała się na nogach. Była związana, zakneblowana i tak słaba, że bez podtrzymania przewróciłaby się pewnie przy pierwszym kroku. Jej zdrowe oko było czerwone od łez i bólu, jaki musiała przeżyć na dole, a palce u dłoni w dalszym ciągu były boleśnie powyginane w różne strony. Drugim, wypaczonym okiem, z dwiema źrenicami upchniętymi jakby na siłę w jednej tęczówce, patrzyła na nich zupełnie inaczej. Jakby z gniewem. Abominacja błyskała w ogniu świec jak coś nie z tego świata.
Otto cofnął się o pół kroku. Może wiedział coś o jej mutacji, a może tylko słyszał plotki, ale na pewno nie był gotowy na widok zielarki w takim stanie. Rzeźnik Bruno zawył przez knebel. Czy wył może z przestrachu przed jej mutacją, czy z gniewu za to, jak Łowca się z nią obszedł? Było to w gruncie rzeczy bez znaczenia, bowiem Sneider nie zaszczycił go nawet spojrzeniem.
– Herr Richter przekazał mi naturę problemu – powiedział krótko. – Pójdziemy pomówić z tłuszczą. Chciałbym, by ktoś został i zabezpieczał tyły oraz bronił naszego dobytku.
Mówiąc to, zmierzył Heinricha wzrokiem, szukając na jego obliczu objawów sprzeciwu.
– Jeśli wszystko pójdzie tak, jak podejrzewam, sytuacja się uspokoi. Herr Ashfield, Herr Falk i Herr Richter, przygotujcie proszę naszych więźniów do transportu. Sołtysie, będzie pan nam towarzyszył, poświadczy pan słuszność naszej sprawy i wskaże dodatkową trójkę do egzekucji. Razem rozgromimy tą małą komórkę kultystów Nurgla, która się tutaj zalęga.Orzekł to spokojnie i rozejrzał się, sprawdzając, czy ktoś zamierza mieć problem z jego planem. Ręka spoczywająca na rękojeści miecza wskazywała, że miał pod ręką „żelazne argumenty” i nie zawaha się ich użyć w razie sprzeciwu. Mimo wszystko spojrzał raz jeszcze na Heinza, bowiem to w nim upatrywał największych przejawów buntu.
– Herr Ashfield przekazał mi, iż targają panem wątpliwości – oznajmił spokojnie. – To zrozumiałe, acz proszę pojąć, że działamy w imię większego dobra i właśnie dlatego trzeba nam będzie uczynić... mniejsze zło. Musimy być niczym medyk zamykający ranę ogniem. Albo inaczej... gdy zgnilizna toczy ciało, czasem trzeba coś amputować. To właśnie trzeba teraz zrobić.
Przerwał na moment, jakby dawał mu czas, by słowa osiadły tam, gdzie powinny.
– W każdym razie docenię pańską obecność na tyłach, jeśli nie chce się pan osobiście angażować w ten... proceder.Powiedziane było to rzeczowo. Nawet rozsądnie, jeśli ktoś oczywiście nadawał na podobnych falach jak Łowca i kierował się podobną logiką. Być może zastanawiająca była postawa Sneidera, który wyjątkowo pokusił się o perswazyjny ton, ale przy tłuszczy mającej za moment ruszyć na karczmę najwyraźniej nie chciał tworzyć rozłamu w swojej małej grupce. Dlatego właśnie dał chłopakowi wolną rękę.

Otworzyli drzwi. Mróz uderzył w ich twarze, a chwilę po nim do środka wdarły się duszące resztki dymu z licznych pochodni, porwane przez wiatr i podprowadzone pod próg „Kwaśnego Jabłka”. W odległości bez mała pięćdziesięciu kroków od karczmy stał zorganizowany tłumek mieszkańców. Byli uzbrojeni. W ich rękach dało się dostrzec topory, widły, siekiery, noże do rąbania mięsa, pałki, drągi, pochodnie i inne prowizoryczne bronie, jakie wynieśli ze swych domów. Przeważały jednak pochodnie. W świetle ognia twarze ludzi były czerwone, mokre i ściągnięte gniewem. Na podwyższeniu za nimi stał ojciec Berengar Holtz.
Kapłan Ulryka wyglądał, jakby postarzał się przez ostatnie godziny o parę lat. Twarz miał bladą, oczy zapadnięte, a głos zdarty od mówienia do ludzi, których próbował utrzymać w ryzach. Właściwie nie dało się powiedzieć, że wyglądał jak człowiek pewny zwycięstwa, ale na pewno nie brakowało mu determinacji. Kiedy jednak zobaczył prowadzoną, zmaltretowaną Martę, grymas jego twarzy zmienił się. Może wcześniej chciał zachować resztki rozsądku, ale teraz nic nie było już pewne, bowiem twarz kapłana była uosobnieniem gniewu.
Przez tłum przeszedł szmer. Najpierw niepewny. Potem gęstszy. Ktoś wykrzyczał imię zielarki, a inni zaczęli złorzeczyć Łowcy i grozić. Dwóch mężczyzn z siekierami zrobiło krok naprzód, ale zatrzymali się, widząc garłacz w dłoniach niziołka i dłoń Sneidera, która powędrowała do kabury pistoletu. Byli wściekli, ale nikt nie pragnął umrzeć głupio.
Berengar zszedł o jeden stopień z podwyższenia.
– Coście jej zrobili? – zapytał głosem tak niskim, że przez moment bardziej przypominał warczenie niż mowę.
Sneider popchnął Martę o pół kroku do przodu. Nie mocno. Tyle tylko, by światło pochodni padło na jej twarz. Knebel tłumił jej protesty, więc o jej osobie mogło mówić jedynie to, co zobaczyła reszta.
I zobaczyli.
Zdrowe oko było ludzkie, a drugie nie. Dwie źrenice poruszyły się niespokojnie w jednej tęczówce, a był to widok na tyle nieludzki, że tłum cofnął się odruchowo. To wystarczyło, by fala gniewu na moment pękła i pokazała pod spodem coś bardziej pierwotnego. Obrzydzenie. Zabobonny lęk. Wstyd. I tę straszną myśl, której nikt nie chciał wypowiedzieć. A jeśli Łowca Czarownic miał rację?
– Oto, czego broniliście – powiedział Sneider donośnie. Nie krzyczał, ale i tak jego głos niósł się dobrze po skutym lodem placu. Kości zawieszone na wilczym drzewie zadrżały nieco, gdy kontynuował.
– Oto wasza zielarka. Kobieta, która leczyła wasze dzieci, odbierała wasze porody, zaglądała do waszych domów i ukrywała przed wami swą skazę.
Berengar patrzył na Martę jak człowiek, któremu ktoś właśnie wyrwał serce i pokazał, iż było zgniłe w środku.
– To nie znaczy... – zaczął.
– Znaczy wystarczająco – uciął Sneider. – Znaczy, że broniliście mutantów, nawet jeśli nie wszyscy o tym wiedzieliście. To znaczy, że broniliście wroga, który jeszcze tak niedawno wraził ostrze w bok Imperium. Powinienem spalić tę wieś do gołej ziemi za sam fakt, iż występujecie przeciwko mnie, ale wiedzcie, że nie przyszedłem tu spalić wszystkich za grzechy kilku. Cokoliwiek by nie mówić o naszym zakonie, znam litość.Te dwa ostatnie słowa zawisły między nimi ciężko. Wieśniacy obracali głowami, patrzyli po przybyszach, zwracając uwagę na związanego rzeźnika oraz stojącego obok sołtysa, podległego teraz drużynie najemników. Otto poruszył się niespokojnie pod ich spojrzeniami, ale Sneider spojrzał na niego krótko i położył mu wolną dłoń na ramieniu.
– Mówcie, sołtysie.
Otto przełknął ślinę. Wyszedł krok do przodu, ale trzymał się bliżej Łowcy niż swoich. Miał minę człowieka, który właśnie zrozumiał, że od tej chwili nikt nie będzie już uważał go za swojego. Nieważne, po której stronie. Własne życie stawiał jednak wyżej niż cokolwiek innego, zwłaszcza takie niuanse.
– Są jeszcze inni... – zaczął, a głos mu zadrżał. – O których wiedzieliśmy. O których ja wiem. Herr Sneider dobrze uczynił, zjawiając się tutaj. Pomoże nam... postąpić właściwie. Kiedy zginą ci, których dosięgli Mroczni Bogowie, my będziemy mogli żyć dalej. Wolni od skazy. Pomogę ich wskazać, ale wy też musicie pomóc. Dla dobra wsi.
Ktoś z tłumu splunął.
– Dla dobra własnej dupy, Otto! – krzyknął ktoś z tyłu.
Paru ludzi zawtórowało mu gniewnym pomrukiem. Bruno, gdyby nie knebel i więzy, pewnie rzuciłby się teraz na sołtysa z pięściami.Sneider uniósł rękę i tłum częściowo ucichł. Nie dlatego, że miał nad nim władzę. Nie miał. Widzieli w nim oprawcę, obcego i zagrożenie. Otto nie miał jej tym bardziej. Był szczurem, który chciał sprzedać innych, przehandlować ich za własne bezpieczeństwo. W obliczu łamiącej się pewności tłumu Łowca zrobił więc coś, czego pewnie nikt się po nim nie spodziewał. Cofnął się o pół kroku i wskazał na ludzi, którzy przyszli z nim z karczmy.
– Jeśli nie przekonuje was to... – powiedział i wskazał na oko zielarki. – To może przekona was ich świadectwo. Ci ludzie nie są z waszej wsi ani z mojego zakonu. Pomagali w przesłuchaniu i widzieli na własne oczy skutki tego, co dzieje się, gdy skazę Chaosu zostawi się samą sobie. Jeśli moje słowo nic dla was nie znaczy, pytajcie ich.
Berengar spojrzał na grupkę najemnych pomocników Łowcy. Poprzedni najemnicy nie podzielali poglądów poborcy, którego przyprowadzili, i odwrócili się od niego, gdy uznali, iż to, co robi, jest niegodne. Kapłan zastanawiał się, jakie stanowisko mają ci. Spoglądał na nich z nowym, niekłamanym zainteresowaniem. Tak samo tłum, który na chwilę porzucił swoją podejrzliwość. Być może w oczekiwaniu na to, co chciał usłyszeć.
Kapłan przełknął ślinę. Głos, kiedy się odezwał, był chropawy.
– Czy waszym zdaniem, jeśli oddamy tych, których wskaże... jeśli pozwolimy wam zabrać winnych... reszta zostanie oszczędzona?
Po nim odezwała się kobieta z twarzą pooraną zmarszczkami.
– Ręczycie za to?
Ktoś inny, młodszy, z widłami w rękach, krzyknął...
– Skąd mamy wiedzieć, że nie spalicie nas wszystkich, jak tylko opuścimy broń?Pytania płynęły dalej, targane wzburzonymi wodami wątpliwości. I nagle cała oś wydarzeń nie obracała się już wokół postaci Łowcy. Uwaga nie kręciła się nawet wokół sołtysa, zielarki czy spętanego rzeźnika, którzy nie mogli dowierzyć własnym oczom. Najemnicy mogli poczuć nieprzyjemny skurcz w żołądku, bowiem ostatecznie to od tego momentu zależało, jak potoczy się sytuacja. Pewne było tylko to, że przeleje się krew i niezależnie od tego, co wybiorą, będzie ona na ich rękach. Musieli jedynie wybrać mądrze, komu jej utoczyć. Berengar Holtz patrzył na nich długo, z bólem i czymś, co mogło być ostatnią resztką nadziei.
-
Pieter milczał, słuchając kolejnych pytań mieszkańców. Nie miał jednak wątpliwości. Im dłużej podróżował z Herr Sneiderem, tym bardziej utwierdzał się w przekonaniu, że Łowca Czarownic nie działał pod wpływem gniewu ani fanatyzmu. Był rzemieślnikiem własnego fachu. Tak jak dobry kowal po jednym uderzeniu młota potrafił poznać jakość stali, a przepatrywacz po złamanej gałązce odczytać kierunek marszu zwierzyny, tak Sneider zdawał się dostrzegać ślady Chaosu tam, gdzie inni widzieli tylko zwykłych ludzi. To nie była wiedza, której można było nauczyć się z ksiąg. To były lata doświadczenia okupione widokiem rzeczy, których większość ludzi nie chciałaby zobaczyć nawet raz.
Pieter nie uważał Herr Sneidera za okrutnika. Okrucieństwo było narzędziem, nie celem. Tak samo jak myśliwy nie nienawidzi wilka, którego musi zastrzelić, tak Łowca nie nienawidził mutantów. Po prostu wiedział, że jeśli zawaha się choć raz, później zginą niewinni. Pieter znał to uczucie z lasu. Czasem należało wyciąć chore drzewo, zanim zaraza przeszła na cały bór.
Jeszcze kilka dni temu Herr Sneider wydawał mu się jedynie ponurym urzędnikiem z pistoletem i biczem. Teraz widział w nim specjalistę. Człowieka, który całe życie poświęcił tropieniu czegoś, czego zwykli ludzie nawet nie potrafili nazwać. Pieter czuł wobec niego rosnący szacunek. Jeśli ktoś miał decydować o tym, kto jest skażony, a kto nie, to właśnie ktoś taki. Nie chłopi. Nie karczmarze. Nie nawet kapłani Ulryka. Łowca Czarownic był do tego stworzony.
***
Pieter wyszedł o pół kroku przed pozostałych. Twarz miał spokojną, niemal chłodną. Spojrzał po mieszkańcach, zatrzymując wzrok na kapłanie.
— Ręczyć? — Na jego ustach pojawił się ledwie dostrzegalny uśmiech. — Tak. Ręczę. — Odwrócił głowę ku Herr Sneiderowi tylko na moment.
— Widziałem, co znaleźliśmy w tej wsi. Widziałem mutację na własne oczy. Widziałem czarną posokę płynącą w żyłach człowieka, który jeszcze chwilę wcześniej przekonywał nas o swojej niewinności. — Ponownie spojrzał na tłum. — Herr Sneider nie przyjechał tu mordować dla przyjemności lecz z obowiążku. Gdyby taki miał zamiar... — rozłożył ręce. — ...nie stalibyśmy teraz i nie rozmawiali. Wieś już dawno stałaby w płomieniach.
Pieter zrobił krok naprzód. — Oddajcie tych, których wskaże. Złóżcie broń. Nie utrudniajcie wykonania wyroku. A wtedy reszta wróci do swoich domów. — Przepatrywacz przez chwilę mierzył ludzi wzrokiem. — Ja za to ręczę.— dodał.
Głos miał twardy i pewny. Czy naprawdę wiedział, co zrobi Łowca Czarownic? Nie. Ale nie miało to znaczenia. W tej chwili chciał wierzyć, że uczestniczy w czymś wielkim. Że stoi po właściwej stronie. Że po raz pierwszy od dawna to on patrzy na ludzi i od jego słów może zależeć, kto będzie żył, a kto spłonie. Ta myśl nie budziła w nim lęku. Wręcz przeciwnie. Dodawała mu dziwnego, niepokojącego poczucia siły i ekscytacji.
-
Tomasimo wziął od Pietera swój plecak i z lekką ulgą spojrzał na wychodzącego z piwnicy Klausa Sneidera.
- W końcu - przeszło mu przez myśl. Czekanie na wyrok tłuszczy nie należał do najprzyjemniejszych. Jak dobrze, że nie było wśród nich wojskowych wyznawców Myrmidii, już dawno by płonęli wraz z karczmą. Sigmarczycy w większości, a już na pewno wszyscy Ulrykanie nie pochwalali takich rozwiązań taktycznych, ale nikt po fakcie nie zaprzeczy że można tak wygrać niejedną bitwę bez strat we własnych oddziałach. Umysł ponad siłę!
- Choć raz fakt że sioło należy do wyznawców Ulryka się przydało - pomyślał.
Heinz mu pewnie będzie miał za złe, że wdał się w rozmowę na jego temat z Łowcą, ale może mu później podziękuje, ominie go konfrontacja i podpalanie stosów, coś czego Tomasimo nie był pewien czy rudy dałby radę łatwo wykonać, lub chociaż biernie obserwować...
Wyszli na plac, niziołek szybko policzył ludzi i ocenił ilu by trafił na raz z garłacza.
Szedł z boku Sneidera i nic nie mówił, skupiając się na obronie i wypatrywaniu zagrożenia, albo co wyrywniejszych jednostek. Broń palna wzbudzała strach, lubił to, nie uważał ją za lepszą od sprawdzonych rozwiązań, szczególnie gdy mowa o kosztach bo nie sposób przecenić fakt, że otoczaki z rzeki były darmowe, ale naprawdę bardzo doceniał jaki efekt psychologiczny ta nowa technologia robi na polu walki.
Na pytanie kapłana Ulryka Tomasimo szukał chwilę odpowiednich słów, zaskoczony że uprzedził go Pieter.
Kto jak kto, ale małomówny Pieter? Zaprawdę, z tej strony go nie znał.
Tomasimo nie chciał kłamać, ani dawać pustych obietnic, kapłan na pewno umiał czytać ludzi.
- Posłuchajcie mnie wszyscy! - rzekł głośno do zebranych.
- Jestem żołnierzem, który przeżył Inwazję Chaosu. Widziałem jak z lasów na pomoc naszemu wrogowi wychodzili mutanci i zwierzoludzie, sam wróg w swych szeregach też od nich wolny nie był, widziałem jak pod wpływem Niszczycielskich Potęg działy się rzeczy przeczące naturze!
- I nie raz, nie dwa zastanawiałem się czemu człowiek z dziobem zamiast ust i macką zamiast ręki ramię w ramię z bestiami które ciężko opisać i magusami szepczącymi plugawe inkantacje atakuje nasz dom!
- Tak, to byli kiedyś ludzie - wskazał na zielarkę - Wasi sąsiedzi, może nawet jeszcze są, ale jak długo?!
- Spójrzcie na jej drugie oko, gdy w jednym widać rozpacz i ból, drugie niczym obce, łypie z wrogością!
- Kto lub co przez nie spogląda!? Nadal Marta zielarka? Jak długo pozwolicie jej odbierać Wasze porody? Jest tu ktoś kto mi powie kiedy zacznie łaknąć krwi? W jaką bestię się zmieni? Albo czy to zaraźliwe!?
- Na co chcecie czekać?! Aż kultystów i mutantów będzie tylu że przejmą władzę w wiosce?!
- Myślicie że jak to się dzieje, że ludzie modlą się do Pana Zarazy czy innej demonicznej kreatury?! - kontynuował - Z chciwości? Nie ma takich pieniędzy za które ktoś chciałby zesłać na siebie to ohydztwo, ale gdy już je mają, lub gdy rozpacz ściska serce gdy to dzieje się bliskim? Nagle odkrywają że nie cały świat ich opuścił i lgną do złego niczym ćma do ognia! Ignorują nauki kapłanów, myślą że są mądrzejsi, że im się uda, że Niszczycielskie Potęgi wbrew swej nazwie jak nie łaskę to chociaż dadzą im odroczenie końca ich świadomego istnienia! Powoli zatracają siebie, ulegają przemianie, nie tylko na ciele, ale i duszy oraz umyśle. Zaczynają robić rzeczy o które by siebie nigdy nie podejrzewali. Zaczynają mieć myśli i pragnienia, których nigdy nie mieli. Aż pewnego dnia, odkrywają że nie są już ludźmi i służą istotom których sługami nigdy nie chcieli zostać!
Zrobił przerwę by mogli przetrawić informację.
- Nie dajcie się zwieść! To nie są już Wasi sąsiedzi!
- I to nie jest kwestia poręczenia za słowa człowieka którego znam dwa dni! To kwestia czy chcecie ryzykować życie własne i swoich dzieci! Komu oddacie swój los?! Sigmarowi i jego słudze w postaci obecnego tu Łowcy Czarownic, czy siłom które zawładnęły ciałem Waszych sąsiadów?
- Poza tym, do kurwy nędzy, jaką alternatywę rozważaliście?! Zabicie sługi Imperium, członka zakonu Sigmara, sankcjonowanego Łowcy Czarownic?! I co dalej? Banicja po lasach w tę pierdoloną zimę, aż Was wilki zjedzą albo zwierzoludzie wypatroszą?! Ile nocy większość z Was tam wytrzyma?!
Zwrócił się w stronę kapłana:
- Chuja chcesz sobie odmrozić Berengar i całą wioskę na śmierć skazać za życie jednej dziewki która za księżyc lub dwa może nawet nie móc wymówić Twojego imienia? Tak bardzo Ci oczy pizdą zarosły?!
- Naprawdę ludzie, nie pojmuję o czym tu rozmawiamy?! - zapytał retorycznie ogół.
- Rozpalcie stos, oczyśćcie sioło i się módlcie! Módlcie o to by do zakonu Templariuszy Sigmara nigdy więcej nie dotarł choć cień informacji o Waszej wiosce!
Przełknął ślinę i dodał spokojniej choć nadal głośno by go wszyscy zebrani słyszeli:
- Tym którzy nadal wątpią dodam, to nie jest mord, to wyrok w imieniu Imperatora! Sołtys umie czytać i pisać, wraz z Łowcą sporządzą odpowiednie dokumenty, jestem pewien też że Herr Sneider nie będzie miał problemu okazać mu wszelkie papiery by potwierdzić swój mandat na tych ziemiach.
- Wierzę, że postąpicie jak prawi obywatele Imperium. - zakończył pojednawczym tonem odwołując się do ich patriotyzmu. -
Heinz czuł się jak pies. Bezdomny i opuszczony, ale czego innego mógł się spodziewać? Miał swoją historię. Swoje zaszłości z Łowcami, a przynajmniej z takim jednym. Zagryzł zęby w niemocy, bo co mógł zrobić? Niewiele tego było, ale szybki rachunek sumienia i prośba do Sigmara w duchu go pokrzepiała. Z założonymi rękoma na piersi i skrytymi skrzyżowanymi palcami prosił Randala o pomoc.
Kiedy zjawił się Herr Sneider, a za nim zielarka... zaczął się zastanawiać. Czy, aż tak zaślepiał go słuszny i sprawiedliwy, choć źle ukierunkowany gniew, że nie dostrzegł zepsucia? W sumie jak teraz o tym myślał, to historia Marty nie trzymała się kupy... Z jednej strony mówiła, że nic nie wie o mutantach, a jakby jakiś był to matka by się go pozbyła by nitk się nie dowiedział, a z drugiej później przyznała się, że odbiera porody... więc jak mogła nie wiedzieć o mutantach skoro odbierała poród? Czy może teraz myśl już mu się kołotała i coś przekręcał w swojej głowie?
Nie wiedział. Czuł się podle z sobą, bo zawiódł Młotodzierżcę w swojej rozpaczy. Teraz jednak bacznie słuchał słów Łowcy... Coś mu zgrzytało w całej tej sytuacji. Kontrast był nad wyraz wyraźny. Jeszcze przed chwilą Klaus był zaślepiony krwiożerczym zewem, a teraz? Teraz był nawet rozsądny i chłodny... Wyglądało mu to, że Łowca zdradził się ze swoją naturą, ale nadal Heinz potrafił podziwiać, a tu było co. Kontrolę nad własnymi emocjami i wyśmienitą grę aktorską...
– Herr Ashfield przekazał mi, iż targają panem wątpliwości – oznajmił spokojnie. – To zrozumiałe, acz proszę pojąć, że działamy w imię większego dobra i właśnie dlatego trzeba nam będzie uczynić... mniejsze zło. Musimy być niczym medyk zamykający ranę ogniem. Albo inaczej... gdy zgnilizna toczy ciało, czasem trzeba coś amputować. To właśnie trzeba teraz zrobić.
Przerwał na moment, jakby dawał mu czas, by słowa osiadły tam, gdzie powinny.
– W każdym razie docenię pańską obecność na tyłach, jeśli nie chce się pan osobiście angażować w ten... proceder.Heinrich skinął głową, a jego defensywna postawa nieco zelżała. Jego mimika twarzy się rozluźniła. Ostatecznie, jeśli jeden wyciągał dłoń to nie sposób jej przyjąć.
- Przypilnuje rzeczy. - powiedział spokojnie - Jeśli będę potrzebny, jestem do waszej, Herr Sneider, dyspozycji.Był zmęczony. Heretycy, mutanci, słudzy chaosu... oni wszyscy zasługiwali na łaskę śmierci. Zielarka nosiła znamię mutacji. Był to wszelki dowód który był mu potrzebny by podjąć decyzję. Nie mniej, nadal nie popierał tego do czego doprowadził Sneider, ale jeśli mógł odplątać cały ten chaos na podwórku którego był samodzielnym twórcą? Można go było uniknąć. Załatwić sprawę gładko i chirurgicznie... ale? Cóż.
Mawiali, że walcząc z bestiami trzeba uważać, by samemu nie stać się jedną z bestii, które poprzysięgło się zgładzić... Kraus przyjmował to zawieszenie broni, ale nie znaczyło to, że nie będzie obserwował Łowcy. Raz to jeszcze przypadek. Dwa, niebezpieczna zbieżność. Trzy? Pewność.
-
Powinien być zadowolony z siebie, że jego przeczucie i wzrok go nie zawiodły i nie skazał niewinnej duszy na osąd Łowcy Czarownic. W pewnym stopniu był, jednak sytuacja jaka miała miejsce wokół w pewnym stopniu zaczynała przytłaczać banitę. Nigdy wcześniej w podobnych nie uczestniczył, większość czasu skryty przez listowie lasu, ograniczony do kontaktów z grupami złożonymi z osób, jakie tak jak i on unikały przedstawicieli imperialnej władzy.
- Jeżeli byśmy mieli w zamyśle spalić na raz całą wioskę... - odezwał się jak skończył Tomasino - ...to czy nie poczekalibyśmy na osłonę nocy, by ogień rozpuścić gdy będziecie spać? Czy bylibyśmy chętni przedstawieniem własne karki na siekierę wystawiać, gdy moglibyśmy podejść do tego z głową i tę głowę zachować? - wyłożył widoczny bezsens takiego działania, jednocześnie mówiąc twardym tonem. -
Słowa Pietera trafiły do ludzi, ale nie zdołały przebić się przez cały ten gniew, strach i wzajemną nieufność. Jego poręczenie miało znaczenie i przepatrywacz mógł być pewien, że mieszkańcy je zapamiętają. Wciąż jednak było to słowo człowieka, który nie ukrywał szacunku dla Łowcy Czarownic i stał przy nim z bronią w ręku. Niektórzy słuchali, inni patrzyli na niego jak na najemnika, który skamle o mutacjach, by wyciągnąć ze sakiewki Sneidera więcej monet dla siebie.
Moriz próbował odwołać się do prostszego rozsądku. Gdyby mieli zamiar spalić całą wieś, nie staliby przecież przed uzbrojonym tłumem, wystawiając własne karki pod siekiery. Mogliby poczekać na noc, zamknąć ludzi w domach i rozniecić ogień, zanim ktokolwiek zrozumiałby, co się dzieje. Prawie nikt nie dał się jednak przekonać. Zbyt wiele było w nich gniewu, a chłodna logika tej argumentacji w ogóle do nich nie przemawiała. Właściwie takie postawienie sprawy bardziej rozjuszyło niektórych. Wychodziła z tego pewna lekcja dla Moriza. Nie należało opętanej żądzą krwi tłuszczy mówić, że można było pozabijać ich we śnie. To nie mogło rokować dobrze, bowiem część z nich, rozpalona emocjami, zrozumiała i usłyszała tylko tyle, ile chciała.
Dopiero Tomasimo przełamał ich opór. Niziołek wybrał inną strategię oratorską. Przemawiał jako żołnierz, który widział Chaos na własne oczy i nie musiał wyobrażać sobie skutków jego działania. Opowiadał o mutantach wychodzących z lasów, o ludziach walczących ramię w ramię ze zwierzoludźmi i o skazie, która nie kończyła się na zdeformowanym ciele. Każde kolejne zdanie wbijało się w ludzi jak klin. Nie przemawiał do ich dumy ani honoru. Uderzał w coś znacznie silniejszego. W strach o własne życie.
Kiedy wskazał Martę, wzrok tłumu ponownie powędrował ku jej twarzy. Dwie źrenice poruszały się w jednej tęczówce, każda jakby próbowała patrzeć w inną stronę, a widok, którego wcześniej im oszczędzała, zaszywając sobie powiekę i nosząc opaskę, coś zmienił. Tak dotkliwa mutacja poruszała coś ukrytego głęboko w duszy każdego z nich. To było nienaturalne i złe. Wszyscy to rozumieli. Paru chłopów opuściło widły, kierując ostre końce ku ziemi. Nastrój tłumu zmieniał się i pękał. Nie była to jeszcze ostateczna wiktoria, ale mimo wszystko postęp.
– On ma rację – odezwał się ktoś z drugiego szeregu. – A jeśli to się przenosi?
Pytanie zakorzeniło się w umysłach kilku osób. Ludzie zaczęli spoglądać na siebie, przypominając sobie wszystkie dziwne rzeczy z ostatnich tygodni. Widać było, że niektórzy nieznacznie próbują odsunąć się od sąsiadów. Jedna z matek przyciągnęła dzieci bliżej siebie i odsunęła się od mężczyzny stojącego obok.Kapłan Berengar widział, co się dzieje. Wysunął się bardziej do przodu, ściskając siekierę w dłoni. Ostrze pozostawało skierowane ku ziemi, ale rósł w nim bojowy duch. Za wszelką cenę chciał odzyskać inicjatywę, bowiem zrozumiał, że powoli traci posłuch wśród ludzi, których przez lata prowadził.
– To wasi sąsiedzi! – zawołał. – Ludzie, z którymi pracowaliście, jedliście i grzebaliście zmarłych! Marta leczyła wasze dzieci. Odbierała wasze porody. Co z wami? Wystarczy teraz jedno słowo obcego, by wydać ją na stos? Co z tego, że coś zmieniło się na jej ciele? Przecież to dalej nasza Marta, do cholery!
Jego głos nie trącił już kaznodziejską nutą. Brzmiały w nim desperacja oraz gniew. Próbował zatrzymać grunt osuwający mu się spod nóg, ale było już nieco za późno. Wielu wieśniaków spuściło wzrok albo odwróciło głowy, lecz nikt nie odpowiedział.Tomasimo nie musiał już niczego dodawać. Wystarczająco jasno przedstawił im drugą możliwość. Zabicie Łowcy Czarownic oznaczało otwarcie drogi mrocznym siłom. Skaza Chaosu przyciągnie w te strony zwierzoludzi, a nawet jeśli nie, prędzej czy później zjawią się kolejni ludzie Imperium. Tym razem nie z propozycją, lecz z ogniem i wojskiem. Ostatecznie nie mieli wyboru. Byli pod ścianą, a zabicie ich oraz Łowcy Czarownic sprowadziłoby na nich jedynie odroczoną w czasie zgubę.
Sneider pozwolił tej myśli dojrzeć. Stał spokojnie, trzymając linę Marty i obserwując wieśniaków z uwagą. Z zadowoleniem zauważył, że pułapka zaczyna się zamykać. Było dokładnie tak, jak się spodziewał. Dopiero kiedy większość broni opadła, a ludzie zaczęli patrzeć na sąsiadów bardziej podejrzliwie niż na niego, zwrócił się do sołtysa.– Herr Rauch. Czas spełnić swoją część umowy. Proszę wyłuszczyć, kto jeszcze zamieszany jest w działania kultu.
Sołtys Otto przełknął ślinę. Jeszcze w karczmie wypowiadał się znacznie pewniej. Tam nie musiał patrzeć w twarze ludzi, których zamierzał sprzedać. Teraz jednak wiedział, że jeśli się zawaha, Sneider nie będzie miał żadnego powodu, by dotrzymać obietnicy. Wyszedł krok naprzód, rozejrzał się po tłumie i zaczął mówić o tych, którzy wiedzieli najwięcej, a może tylko o takich, którzy w ostatnich latach najbardziej mu się naprzykrzyli. Ostatecznie Sneider nie miał zamiaru weryfikować jego słów.– Ojciec Holtz spotykał się z Martą – powiedział Otto, nie patrząc kapłanowi w oczy. – Był z nią blisko, a wszyscy dobrze wiedzą, jak kończy się obcowanie cielesne z mutantkami. Pozwolił, by własna chuć stała się ważniejsza od jego ducha. W dodatku w swoim bluźnierstwie zapędził się na tyle daleko, by urządzać schadzki w świętej kaplicy. Zaprawdę mówię, nie jest już godzien przewodzić naszej wspólnocie i winien spłonąć na stosie.
To powiedziawszy, splunął, jakby samo mówienie o kapłanie napawało go obrzydzeniem.
Po tłumie przeszedł głuchy pomruk. Berengar spojrzał po mieszkańcach, czekając, aż ktoś zaprotestuje. Przez lata błogosławił ich dzieci, pomagał rannym i dzielił zapasy kaplicy podczas zimy. Teraz jednak ludzie unikali jego wzroku, jakby sama pamięć o tym wszystkim stała się niewygodna. Jeden z mężczyzn, odważniejszy dzięki sąsiadom stojącym za jego plecami, uniósł widły.
– Wyjdź na środek, Berengar. Nie utrudniaj tego.
Kapłan spojrzał na niego długo, a potem na resztę mieszkańców. Nikt nie ruszył się w jego stronę. Nikt też nie stanął obok niego.– Jeśli chcecie mnie zabrać, podejdźcie i zróbcie to sami – odpowiedział. – Nie będę pomagał wam udawać, że to nie wy wydajecie mnie na śmierć.
Mężczyzna z widłami nie wykonał nawet kroku. W tłumie zapadła ciężka cisza. Berengar splunął w śnieg, poprawił chwyt na siekierze i sam wyszedł przed pierwszy szereg. Nie zrobił tego jak skazaniec poddający się wyrokowi. Stanął kilka kroków od Sneidera, bokiem do Łowcy, a twarzą do własnych ludzi, jasno pokazując, że jeśli ktoś zamierza zaprowadzić go na stos, będzie musiał wcześniej go pokonać.Sneider przyjął to jedynie lekkim skinieniem głowy.
– Kto jeszcze, Herr Rauch?
Sołtys błądził wzrokiem po mieszkańcach, szukając kolejnej osoby, którą mógłby wymienić bez narażania się pozostałym. W końcu po wszystkim miał nadal mieszkać w Dunkelwaldzie i nim zarządzać. Ostatecznie jego spojrzenie zatrzymało się na żonie karczmarza.
– Greta Kappel.
Krzyk jej męża natychmiast przeciął plac.
– Nie! Otto, ty pierdolony szczurze!
Kappel zaczął przeciskać się przez tłum, ale ludzie stojący najbliżej Grety już pochwycili ją za ramiona. Kobieta szarpała się, zapierała obcasami w śniegu i już miała zacząć krzyczeć, gdy sołtys podsumował również jej występki.
– To dla ciebie pracują praczki w siole. Mały biznes na boku miał pomóc ci stać się niezależną. Chciałaś odejść od męża. Nie udawaj, że to kłamstwo, Greto. Chyba wszyscy o tym wiedzieliśmy, oprócz twojego męża. Gdy pojawiły się pierwsze podejrzenia, że z wodą jest coś nie tak, czy zaprzestałaś? Nie. Liczyło się srebro, które z tego miałaś. To twoja chciwość skazała wielu z tych ludzi na piętno Mrocznych Bogów. Za to właśnie zasługujesz na stos.Kobieta zaczęła się rzucać, wykrzykując, że niczego nie ukrywała. Oskarżała Ottona o kłamstwo, próbę ratowania własnej skóry i wydawanie niewinnych ludzi. Karczmarz rozepchnął dwóch sąsiadów i prawie dotarł do żony. Zabrakło mu kilku kroków. Chłop stojący z boku chwycił łopatę oburącz i uderzył go drewnianym trzonkiem w bok głowy. Kappel runął ogłuszony w śnieg bez jednego słowa.
Greta zawyła i próbowała wyrwać się w jego stronę, ale trzymający ją mężczyźni nie pozwolili jej nawet uklęknąć przy mężu. Tłum bezceremonialnie i brutalnie wypchnął ją w stronę kapłana, który obserwował to wszystko, nie mogąc uwierzyć w to, co się dzieje. Chcąc nie chcąc, zdyszana i zapłakana, stanęła na środku obok niego.Otto wypowiedział trzecie nazwisko.
– Stary Albrecht. Mówiliśmy ci, że wywieszanie tych guślarskich talizmanów w lasach źle się skończy. Nie wiem, na ile to, co robiłeś, sprowadziło na nas nieszczęście, ale wiem, dlaczego cały czas nosisz czapkę. Z pewnością nie dlatego, że marznie ci głowa. Myślałeś, że nikt nie zauważył, ale kilku z nas wie, że wyrosły ci dodatkowe uszy, plugawcze. Mieszkałeś na skraju wsi nie z wyboru. Nie chcieliśmy cię tutaj, a teraz w końcu odejdziesz na zawsze. Niech ogień Sigmara oczyści twoją duszę.Tym razem nikt nikogo nie popychał. Tłum rozstąpił się sam, a staruszek wyszedł spomiędzy ludzi własnym krokiem. W jednej dłoni trzymał małą siekierkę do rozłupywania drewna, w drugiej butelczynę mętnego bimbru. Pociągnął długi łyk, otarł usta rękawem i spojrzał na sołtysa z takim spokojem, że Otto mimowolnie cofnął się o pół kroku.
– Zawsze wiedziałem, że śliski chujek z ciebie, Otto – powiedział Albrecht. – Nie wiedziałem tylko, że w końcu ktoś wyposaży cię w jaja. Ciekawe, jak by ci szło, gdyby nie ta grupka.
Zmierzył wzrokiem najemników Łowcy i z ulgą przyjął fakt, że nie było wśród nich tego od kurty. Nie miał ochoty wrazić siekierki akurat w niego. Polubił chłopaka.Powiedziawszy swoje, ściągnął futrzaną czapę. W siwych włosach początkowo nie było widać niczego niezwykłego, dopóki sam ich nie odgarnął, ukazując dodatkowy zestaw uszu. Tłum zaczął szeptać, ale on nie czekał na niczyją odpowiedź. Podszedł do Berengara, skinął mu głową z szacunkiem i odwrócił się do niego plecami, tak by mogli osłaniać się wzajemnie. Kapłan wziął od niego butelkę, napił się krótko i oddał bez słowa. W tym jednym geście zawierało się wszystko.
Wokół wskazanej trójki zaczęło zamykać się półkole. Wieśniacy nie mieli odwagi podejść i ich pochwycić, ale nie zamierzali też pozwolić im odejść. Widły, siekiery i topory podniosły się nieco, tworząc nierówną ścianę z drewna i żelaza. Greta przestała się szarpać. Patrzyła tylko na leżącego w śniegu męża, oddychając szybko i płytko.
Berengar przesunął wzrokiem po mieszkańcach.
– Tchórze – powiedział cicho, lecz wszyscy go usłyszeli. – Całe lata mówiłem wam, że wilk nie przetrwa samotnie. Stado winno bronić słabszych. Wystarczyło pokazać wam ogień, a już zaczęliście gryźć swoich.
Kilku ludzi opuściło wzrok. Inni zacisnęli mocniej dłonie na broni, jakby kapłan obrażał ich samym przypomnieniem, czym właśnie się stali. Gdy jedna z kobiet wykrzyknęła, że Marta była mutantką, Berengar odpowiedział bez wahania:
– Marta nadal jest sobą. Ma w sobie dobro i troskę. Nie zasługuje na to, co chcecie jej wyrządzić.
– Skąd możesz to wiedzieć?! – padło z tłumu.
Głosy zaczęły nakładać się na siebie, a półkole poruszyło się niespokojnie. Sneider przerwał wrzawę, unosząc dłoń. Nie wszyscy ucichli od razu, ale wystarczyło, że powiedział spokojnie, iż winni zostali wskazani, a reszta wsi ma teraz możliwość okazania lojalności Imperium. Jeśli zmarnują tę szansę przez sentyment do skażonych, sami wybiorą los, przed którym próbowali się uchronić.
Berengar odwrócił się do niego.
– Nie masz tu władzy.
Sneider rozejrzał się po mieszkańcach, którzy jeszcze chwilę wcześniej stali za kapłanem, a teraz otaczali go z bronią w dłoniach.
– Chyba się mylisz. Jak mówiłem wcześniej, to ja jestem tutaj prawem – odpowiedział. – Herr Falk. Herr Richter oraz Herr Ashfield. Zabezpieczcie skazanych. Bez zbędnej krwi, jeśli okażą rozsądek.Tomasimo stał obok z garłaczem. To jego słowa złamały opór tłumu i pozwoliły mieszkańcom uwierzyć, że wydanie trojga sąsiadów było koniecznością, wręcz ich powinnością, a nie zdradą. Teraz ci sami ludzie obserwowali, co zrobi. Widząc bojowe nastawienie trójki wyznaczonych na śmierć, podniósł broń wyżej. Pieter i Moriz również dobyli oręża, czując, co się szykuje.
– Proszę nie utrudniać, ojcze Berengar – powiedział Sneider. – To i tak przesądzone. O wiele godniej umrzeć w oczyszczających płomieniach.
Kapłan poprawił chwyt na siekierze. Albrecht dopił resztę bimbru, rzucił butelkę w śnieg i stanął szerzej, osłaniając Gretę oraz plecy kapłana. Kobieta pochwyciła z ziemi widły, które ktoś wcześniej porzucił w rezygnacji.
– Tylko spróbujcie – mruknął Berengar. – Kto pierwszy?
Grał na czas. Zaraz po zadaniu pytania zaczął mamrotać słowa modlitwy. Czyżby prosił Ulryka o błogosławieństwo? Za chwilę mieli się przekonać. Sneider przekazał sznur trzymający Martę jednemu ze swoich ludzi i dobył kordelasa. Ostrze błysnęło, odkrywając nagą stal. Później wszystko wydarzyło się bardzo szybko. Wskazani na śmierć, choć pozostawali w mniejszości, rzucili się do ataku.
Heinrich został w karczmie sam, jeśli nie liczyć tego, co pozostało po gwałtownych wydarzeniach ostatniej godziny. Głosy z placu docierały do środka stłumione przez ściany i zamknięte okiennice. Czasami dochodził go jakiś krzyk, ale Heinz nie próbował rozróżniać słów. Nie potrzebował kolejnych powodów, by czuć się źle. Snując się po izbie, próbował zebrać myśli. Przesunął krzesło, poprawił jedną z barykad, sprawdził drzwi za szynkwasem, choć dobrze wiedział, że wszystko było zabezpieczone. Robił cokolwiek, byle tylko zająć ręce i nie zastanawiać się nad tym, co właśnie działo się na placu.
Za ladą odkrył niewielkie drzwiczki, które na pierwszy rzut oka wyglądały jak część obicia. Zamek był otwarty, być może Kappel nie zdążył go zamknąć, gdy wszystko zaczęło się walić. W środku, za kilkoma pospolitymi flaszkami i dzbankiem kwaśnego cydru, znajdował się prywatny zapas karczmarza. Trzy butelczyny od razu przyciągały wzrok. Pierwsza zawierała brandy dobrego rocznika, ciemną i klarowną, z wytartą, ale wciąż czytelną etykietą. Druga kryła w sobie stary dwójniak, ciężki i słodki, przeznaczony raczej dla bogatych kupców niż wiejskich pijaczków. Trzecia była najmniejsza, wykonana z grubego, zielonkawego szkła i opatrzona krasnoludzkimi znakami. Potrójnie destylowana siwucha. Trunek, którym można było człowieka rozgrzać albo zwalić z nóg, zależnie od liczby wychylonych szklaneczek i głowy pijącego.
Razem musiały być warte małą fortunę. Pewnie z pół tuzina złociszy. Kappel najwyraźniej odkładał je na wesele, pogrzeb, wizytę ważnego gościa albo dzień, w którym świat miał się skończyć. No cóż. To ostatnie wcale nie musiało być dla niego tak odległe. Heinrich przez dłuższą chwilę patrzył na butelki. Kuszące. Cierpliwe. Obiecujące kilka godzin spokoju, podczas których nic nie będzie miało większego znaczenia. Wystarczyło sięgnąć, wyrwać korek i pozwolić, by alkohol uciszył sumienie, strach oraz wszystkie myśli, których prawdopodobnie nie chciał teraz doświadczać.
Kiedy rozważał, czy nie odpieczętować którejś z butelczyn, zauważył błysk na podłodze. Coś leżało pod skrajem stołu, częściowo zasłonięte przez nogę przewróconego stołka. Heinrich schylił się i podniósł niewielki przedmiot. Był to pierścień. Konkretniej srebrny sygnet, ciężki jak na swój rozmiar i wykonany z zaskakującą precyzją. Na jego tarczy znajdował się misternie wyrzeźbiony znak, którego linie wypełniono ciemnoczerwoną emalią. Heinrich potrzebował tylko chwili, by go rozpoznać.
Symbol Khorne’a.
Niemal wyrzucił sygnet z dłoni. Palce rozluźniły się odruchowo, ale pierścień nie spadł. Został na jego skórze, zimny i ciężki, jakby ważył znacznie więcej, niż powinien. Skąd się tutaj wziął?
W ciągu ostatniej godziny wszyscy poruszali się po karczmie. Przesuwali stoły, barykadowali drzwi, biegali do piwnicy i na piętro. Sołtys klęczał przy Brunie i go wiązał. Pieter stał przy wejściu. Tomasimo krążył za szynkwasem. Moriz pomagał przy oknach. Sneider przechodził tędy przynajmniej kilka razy. Sygnet mógł wypaść każdemu. Równie dobrze mógł jednak leżeć tutaj od wczoraj. Od tygodnia. Od miesięcy.
Heinrich stał pośrodku karczmy z symbolem Boga Krwi w dłoni. Nagle butelki z alkoholem wydały mu się jeszcze bardziej kuszące. Z zewnątrz dochodziły krzyki ludzi, a wrzawa narastała coraz bardziej. Nie był już pewien, o co w tym wszystkim właściwie chodziło, ale jednego był pewien. Zabrnęło to za daleko.
-
Kraus miał proste zadanie. Pilnować, więc pilnował... ale pilnować na sucho nie wypadało... Chodził więc sprawdzał, upewniał się i jakoś tak zawędrował w okolice szynkwasu... a tam? Skarb. Pieprzony cholerny skarb obiecujący słodką beztroskę... Uśmiechnął się łagodnie. Prawda prawdą ciężki wybór... Chciwa strona jego natury mówiła zajumać i sprzedać, ale z drugiej strony? Wiedział, że było to dobre, a okazja napić się czegoś takiego szybko się nie nadarzy... Dumał więc i w ten, błysk. Oko powędrowało w stronę sali głównej... Parę kroków od niego...
Kiedy podniósł przedmiot poczuł jakby jego dusza miała zamiar wyrwać się z jego ciała razem z krwią. Znał ten symbol, aż nadto dobrze.... Pan Krwi i Czaszek... Z trudem przełknął ślinę. To nie wróżyło nic, a nic dobrego. W innych okolicznościach? Znaleźliby kupca... który dałby sporo złota... lecz teraz? Teraz wiedział jedno, jeśli tu były Krwawe sługi to mieli przerąbane. Khornici to byli jedyni słudzy Chaosu z którymi nie było najmniejszych szans na dogadanie się i wyłganie przed kłopotami...
Była tylko jedna opcja tego co należało zrobić. Jedna jedyna ze wszystkich zdająca się być słuszną. Włożył pierścień głęboko w kieszeń i ruszył na zewnątrz. Potrzebował przekazać wieści Sneiderowi...
Cześć! Wygląda na to, że jesteś zainteresowany tą rozmową, ale nie masz jeszcze konta.
Masz dość przewijania tych samych postów za każdą wizytą? Po zarejestrowaniu konta zawsze wrócisz dokładnie do tego samego miejsca, w którym byłeś wcześniej, możesz wtedy również wybrać opcję otrzymywania powiadomień nowych odpowiedziach (e-mailem lub powiadomieniem push). Będziesz też mógł zapisywać zakładki i głosować na posty, aby okazać uznanie innym członkom społeczności.
Z Twoją pomocą tez post mógłby być nawet lepszy 💗
Zarejestruj się Zaloguj się