Popiół i Śnieg
-
Kraus miał proste zadanie. Pilnować, więc pilnował... ale pilnować na sucho nie wypadało... Chodził więc sprawdzał, upewniał się i jakoś tak zawędrował w okolice szynkwasu... a tam? Skarb. Pieprzony cholerny skarb obiecujący słodką beztroskę... Uśmiechnął się łagodnie. Prawda prawdą ciężki wybór... Chciwa strona jego natury mówiła zajumać i sprzedać, ale z drugiej strony? Wiedział, że było to dobre, a okazja napić się czegoś takiego szybko się nie nadarzy... Dumał więc i w ten, błysk. Oko powędrowało w stronę sali głównej... Parę kroków od niego...
Kiedy podniósł przedmiot poczuł jakby jego dusza miała zamiar wyrwać się z jego ciała razem z krwią. Znał ten symbol, aż nadto dobrze.... Pan Krwi i Czaszek... Z trudem przełknął ślinę. To nie wróżyło nic, a nic dobrego. W innych okolicznościach? Znaleźliby kupca... który dałby sporo złota... lecz teraz? Teraz wiedział jedno, jeśli tu były Krwawe sługi to mieli przerąbane. Khornici to byli jedyni słudzy Chaosu z którymi nie było najmniejszych szans na dogadanie się i wyłganie przed kłopotami...
Była tylko jedna opcja tego co należało zrobić. Jedna jedyna ze wszystkich zdająca się być słuszną. Włożył pierścień głęboko w kieszeń. Potrzebował przekazać wieści Sneiderowi...
-

Błysnęły ostrza siekier i walka rozpoczęła się gwałtownie, szybko przybierając jednak bardziej formę rzezi niż uczciwej potyczki. Od początku było wiadomo, że drużyna wspierająca Łowcę Czarownic ma przewagę, lecz nikt nie mógł przewidzieć, że wszystko potoczy się aż tak krwawo.
Sneider ruszył pierwszy. Dopadł Berengara, zanim kapłan zdążył dokończyć wezwanie do Ulryka, i zasypał go serią szybkich, brutalnych ciosów. Topór błysnął raz, potem drugi, ale modlitwa urwała się pod naporem kordelasa i okutych rękawic. Po kilku chwilach kapłan chwiał się już na nogach, oszołomiony, z twarzą zalaną krwią i bez większych szans, by powrócić do rozpoczętego zaklęcia.
Wtedy huknął garłacz. Tomasimo podszedł bliżej i wypalił nisko, niemal po ziemi, starając się nie posłać odłamków w stojących półkolem mieszkańców. Dym buchnął szeroką chmurą, śnieg wystrzelił spod nóg walczących, a ostre drobiny przeorały plac. Berengar dostał najmocniej, wcześniej już zamroczony uderzeniami Sneidera. Pozostali odskoczyli w ostatniej chwili, bardziej dzięki instynktowi niż rozwadze. Parę osób w tłumie krzyknęło i cofnęło się, lecz krąg ludzi nadal zagradzał skazanym drogę ucieczki. Część gapiów patrzyła z osłupieniem, jak śnieg na ich oczach zabarwia się szkarłatem krwi.
Pieter przez większość starcia nie opuszczał swojego miejsca. Trzymał łuk w gotowości i wypuszczał strzały wtedy, gdy dostrzegał choćby wąską linię pomiędzy walczącymi. Strzelał jednak nisko i ostrożnie, świadomy, że każdy chybiony pocisk może znaleźć się w piersi któregoś z gapiów. Przez to jego strzały głównie wbijały się w ziemię albo zmuszały trójkę skazańców do pozostania blisko siebie. Z tyłu głowy musiała tkwić im myśl, że jeśli spróbują się rozproszyć, łucznik bez większego problemu zacznie przebijać ich kolejno grotami. Sama jego obecność wystarczała więc, by trzymać ich w szachu.
Tomasimo po wystrzale wycofał się na bezpieczniejszą pozycję i sięgnął po procę. Kamienie świstały nad placem, ginąc pośród krzyków, szczęku stali i tupotu nóg. Moriz tymczasem skupił się na Albrechcie. Starzec bronił się twardo jak na kogoś, komu niemal odrąbano dłoń, lecz bez siekiery nie miał już większych szans. Tyci dopadł go z boku, szarpiąc za nogę i przewracając w śnieg, a Moriz nie dawał mu chwili na złapanie oddechu. Albrecht próbował jeszcze walczyć, ale rany i upływ krwi szybko zrobiły swoje. W końcu osunął się na ziemię i już się nie podniósł.
Najdłużej trzymała się Greta. Ranna, zmęczona i otoczona, wciąż nie chciała wypuścić wideł. Broniła się desperacko, odpychając drzewcem miecze i kordelas, cofając się krok po kroku, ślizgając na ubitym śniegu i własnej krwi. Sneider ciął raz za razem, Moriz próbował zajść ją z boku, a Tyci rzucał się do nóg. Mimo to kobieta za każdym razem znajdowała jeszcze dość siły, by odtrącić cios, uskoczyć albo zasłonić się widłami.
Przez kilka chwil wyglądało to niemal nierealnie. Karczmarka, która nigdy nie ćwiczyła z bronią, powstrzymywała doświadczonych wojowników samą rozpaczą i wolą życia. W końcu nie stal ją pokonała. Kamień Tomasimo trafił ją w plecy, gdy całą uwagę skupiała na Sneiderze. Uderzenie było ciężkie i głuche, dość silne, by przebić się przez mięśnie i dosięgnąć jej serca. Greta zachwiała się, jeszcze przez moment ściskając widły, po czym krew buchnęła jej z ust. Po zaledwie krótkiej chwili również padła martwa na ziemię, nie wypuszczając broni aż do samego końca.
Kiedy upadła, plac ucichł niemal od razu. Przez chwilę nie było słychać nic poza ciężkim oddechem walczących, szczekaniem Tyciego oraz odgłosami wierzgającego w śniegu kapłana. Sneider zakończył jego opór jednym wyważonym kopnięciem w głowę.
– Walczą jedynie winni. Skaza Chaosu zawsze próbuje przetrwać w swoim nosicielu. Człowiek prawdziwej wiary przyjąłby oczyszczenie ognia – oznajmił, po czym pochwycił Berengara i zaczął ciągnąć go w stronę stosów przygotowanych wcześniej za dnia. Z jakiegoś powodu wieśniacy pozostawili je nietknięte.
Heinrich wyszedł z karczmy akurat wtedy, gdy odgłosy walki zaczęły cichnąć. Wszystko poszło szybko. Na placu nie szczękała już stal, ale krwi było pod dostatkiem. Ciemne, szkarłatne plamy karmiły biel śniegu, rozlewając się coraz szerzej. Greta Kappel, karczmarka, leżała nieruchomo zaledwie kilka kroków od Albrechta. Starzec spoczywał na boku, z jedną ręką wyciągniętą przed siebie, jakby do ostatniej chwili próbował sięgnąć po broń. Tyci kręcił się w pobliżu, pobudzony zapachem krwi i zamieszaniem, lecz Tomasimo zdążył już przywołać go do siebie. Widok okaleczonej kobiety był odrażający, ale to martwy Albrecht zatrzymał Heinza w miejscu.
Jeszcze tego samego ranka rozmawiał z nim o nowej kurcie. Starzec marudził na jakość skóry i kłócił się o zapłatę. Znał swoje rzemiosło i traktował je poważnie, a na ile Heinrich mógł ocenić, był zwyczajnym uczciwą pijaczyną. Nikomu szczególnie nie wadził i mieszkał na skraju wioski. Teraz leżał martwy w śniegu, a dodatkowe uszy, które przez skrywał pod futrzaną czapką, wystawały spomiędzy siwych włosów. Czy naprawdę tylko tyle wystarczyło, by można go było zaszlachtować? Heinrich nie wiedział, czy taka mutacja czyniła go potworem. Nie wiedział nawet, czy starzec kiedykolwiek wyrządził komuś krzywdę. Wiedział jedynie, że kilka godzin wcześniej rozmawiali jak dwaj zwyczajni ludzie, a teraz Albrecht nie zrobi już nikomu żadnej kurty ani nie wychyli kolejnej siwuchy.
Berengar żył, choć ledwie pozostawał przytomny. Klęczał z rękami skrępowanymi za plecami, z rozciętą twarzą i krwią zastygającą w brodzie. Ktoś odebrał mu topór. Sneider stał niedaleko, trzymając kordelas opuszczony wzdłuż nogi i obserwując mieszkańców, jakby nadal spodziewał się kolejnego ataku. Marta i Bruno siedzieli obok siebie na zdeptanym śniegu. Oboje mieli związane ręce i kneble w ustach. Zielarka patrzyła na martwą Gretę, rzeźnik na Albrechta. Ich szeroko otwarte oczy wyrażały niedowierzanie, ale także rezygnację. Sąd już się dokonał i nie było dla nich odwrotu, nawet jeśli nie zgadzali się z werdyktem. Nie próbowali się szarpać.
Heinrich zatrzymał się kilka kroków od Łowcy Czarownic. W dłoni wciąż trzymał sygnet znaleziony w karczmie. Przez całą drogę na plac czuł jego ciężar, choć pierścień ważył przecież niewiele. Przekazał go Sneiderowi i wyjaśnił, gdzie go znalazł. Łowca przejął spaczone precjozum w dłoni osłoniętej rękawicą, której nie zdejmował niemal nigdy. Czerwona emalia błysnęła w świetle pochodni, a misternie wykonany znak Khorne’a natychmiast przyciągnął jego spojrzenie.
Sneider wyraźnie się wzdrygnął.
– Trzymał pan to gołą dłonią?
Heinrich spojrzał na pierścień, jakby dopiero teraz uświadomił sobie, co właściwie zrobił. Nie przyszło mu wcześniej do głowy, że samo dotknięcie przedmiotu może być niebezpieczne. Wydawało się, że trzeba by takie założyć, by mogło mu zagrażać. Nigdy nie miał do czynienia z podobnymi rzeczami i zwyczajnie nie wiedział, czego powinien się obawiać.
Sneider obrócił sygnet, przyjrzał się jego wewnętrznej stronie, a następnie ponownie zbadał znak na tarczy.
– To najprawdopodobniej jedynie ozdoba noszona przez głupca, który chciał poczuć się groźnie – powiedział. – Khorne gardzi czarami i tymi, którzy się nimi posługują, ale nie znaczy to, że wszystko oznaczone jego znamieniem jest bezpieczne. Wręcz przeciwnie. Niektóre przedmioty przesiąkają spaczeniem w inny sposób.
Spojrzał na Heinricha z mieszaniną irytacji i szczerego niepokoju.
– Mam nadzieję, Herr Kraus, że ma pan dużo szczęścia. Nigdy nie bierze się do ręki przedmiotu noszącego znak Mrocznych Bogów. Nie bez rękawic, szczypiec albo choćby kawałka skóry. Proszę natychmiast oczyścić dłonie. Gorącą wodą, popiołem, gorzałką i solą, jeśli znajdzie pan takową w gospodzie. Potem proszę się pomodlić. To może pomóc najbardziej. Żarliwa wiara w Sigmara Protektora najlepiej przeciwdziała spaczeniu. Będę miał na pana oko do końca naszej podróży, ale sądzę, że nic panu nie będzie. Dziękuję, że podzielił się pan znaleziskiem, lecz nalegam na większą ostrożność w przyszłości.Wyniósł się przy tym na wyżyny wyrozumiałości, co było dość niecodziennym zachowaniem, przynajmniej na tyle, na ile zdążyli go poznać. Czyżby krwawa walka działała na niego uspokajająco? Heinrich odruchowo potarł palce o płaszcz. Kiedy trzymał pierścień, nie czuł niczego niezwykłego, ale po całej przemowie Łowcy pojawiło się fałszywe, niemal urojone pieczenie. Opuszki palców, którymi dotykał sygnetu, zdawały się niec gorętsze.
Sneider ponownie spojrzał na znak. Następnie jego wzrok przesunął się ku Brunowi. Rzeźnik zauważył to od razu. Zaczął gwałtownie kręcić głową i wydał przez knebel kilka niezrozumiałych dźwięków. Łowca podszedł do niego, przykucnął i przez chwilę patrzył mu prosto w oczy.
– Oczywiście nie można podejrzewać człowieka wyłącznie z powodu wykonywanego zawodu – oznajmił spokojnie.
– Rzeźnik pracuje z krwią, mięsem i kośćmi, a bez jego pracy ludzie nie mieliby co jeść. To nie zbrodnia. Niemniej nauczyłem się nie lekceważyć własnych przeczuć, a moje mówi mi, że powinienem przyjrzeć się panu znacznie dokładniej.
Wyciągnął knebel z ust Bruna. Rzeźnik natychmiast zaczerpnął powietrza.
– To nie moje! – wyrzucił z siebie. – Nigdy tego nie widziałem! Przysięgam na Sigmara, Ulryka i wszystkich bogów, których chcecie! Ten pierścień nie należy do mnie!
Sneider pozwolił mu mówić przez chwilę, lecz nie wyglądał na poruszonego.
– Spokojnie. Wkrótce poznamy prawdę.
– Jaką prawdę? Powiedziałem ci już!
Łowca ponownie wepchnął knebel między jego zęby.
– Gdy do nieba wznoszą się pierwsze płomienie, a języki ognia wspinają się po ciałach skazanych, ludzie często przypominają sobie rzeczy, o których wcześniej zapomnieli. Proszę mi wierzyć, Herr Bruno. Wyciągniemy z pana prawdę.
Wcale niedaleko miejsca starcia pachołkowie Kappelów, o ironio, przygotowali wcześniej pięć stosów gotowych do podpalenia. Początkowo ogień miał zostać podłożony pod żywymi, lecz po zakończeniu walki Sneider rozkazał wykorzystać wszystkie stanowiska. Ciała Grety i Albrechta również zaciągnięto ku drewnianym konstrukcjom. Martwi nie mogli już wyznać win, ale według Łowcy ogień miał oczyścić ich tak samo jak pozostałych.
Pieter, Moriz i Tomasimo pomagali przy przenoszeniu skazanych. Berengar próbował iść o własnych siłach, choć nogi uginały się pod nim. Trudno było orzec, czy wynikało to z ran odniesionych w walce, czy z jakiegoś wewnętrznego oporu całego ciała. Marta była tak osłabiona, że niemal ciągnięto ją po śniegu. Bruno opierał się przez pierwszych kilka kroków, ale wystarczyło gwałtowne szarpnięcie więzów i widok obnażonej stali, by przestał walczyć.
Wieśniacy odprowadzali ich w ponurej ciszy. Ludzie stali po obu stronach drogi, patrząc, jak ich sąsiedzi oraz duchowy opiekun wioski, kapłan Berengar, prowadzeni są na stosy. Wielu nie uczestniczyło bezpośrednio w ich wskazaniu. Nie związali Marty, nie poturbowali kapłana ani nawet nie wskazali palcem Grety czy Albrechta. Mimo to zamknęli półkole i zagrodzili drogę ucieczki. Kiedy nadeszła chwila wyboru, postawili własne życie ponad cudzym. Dokładnie tak, jak ocenił ich Sneider.
Skazanych przywiązano do drewnianych pali. Gretę i Albrechta unieruchomiono wraz z pozostałymi, choć nie było już potrzeby wiązać ich tak dokładnie. Marta znalazła się na pierwszym stosie, Berengar na drugim, Bruno na trzecim. Ostatnie dwa zajmowali martwi. Sneider stanął przed nimi z sygnetem owiniętym w kawałek materiału.
– Posłuchajcie mnie uważnie – powiedział, kiedy wyjęto im kneble. – Właściciel tego pierścienia otrzymuje ostatnią możliwość okazania skruchy. Jeśli któryś z was przyzna, że służył Panu Czaszek i Krwi, ofiaruję mu szybką śmierć. Uwierzcie mi, choć śmierć w ogniu przynosi u kresu piękną ulgę oczyszczenia, sam proces bywa... trudny.Pokusił się o cyniczną uwagę, ale jego słowa nie trafiły na podatny grunt. Berengar patrzył na niego z pogardą. Marta miała zamknięte oczy i zdawała się nawet nie słyszeć Łowcy. Bruno oddychał ciężko przez zęby, nie mogąc zapanować nad gniewem. Jego spojrzenie płonęło nienawiścią do Sneidera i mieszkańców, którzy ostatecznie kupili sobie życie ich krwią.
Łowca czekał, lecz nikt się nie przyznał.
– Trudno – powiedział w końcu.
Rzucił płonącą żagiew na stos zielarki.Suche szczapy zajęły się szybko, a ogień zaczął wspinać się od dołu. Marta zacisnęła zęby, próbując nie krzyczeć, lecz kiedy płomienie dotarły wyżej, całe jej ciało napięło się w więzach. Krzyk, który wyrwał się z jej gardła, był znacznie gorszy niż ten, który wcześniej dochodził spod podłogi karczmy. Kobieta szarpała się bezradnie, a płomienie pożerały kolejne warstwy odzienia i ciała. Włosy kurczyły się pod wpływem gorąca, dym gęstniał, a tłum odruchowo cofał się przed żarem. Widok był upiorny, a jej krzyk, dopóki miała jeszcze siłę go wydawać, mroził ducha.
Bruno patrzył na nią z trwogą przez kilka uderzeń serca. Potem odwrócił głowę, lecz nie mógł uciec od jej głosu. Z każdą chwilą oddychał coraz szybciej. W końcu pękł.
– To mój! – wrzasnął. – Pierścień jest mój! Służyłem mu! Khorne’owi! Wszystko powiem, tylko mnie zabij! Obiecałeś szybką śmierć!
Sneider podszedł do jego stosu. Przez chwilę spoglądał na rzeźnika bez słowa.
– Obiecałem ją człowiekowi, który okaże skruchę – odpowiedział. – Pan przyznał się dopiero wtedy, gdy przestraszył się bólu.
Bruno zaczął krzyczeć, że to nieuczciwe, że Łowca dał słowo i powinien go dotrzymać. Sneider nie odpowiedział. Kolejno podpalił stosy pozostałych, a plac ponownie wypełniły obłąkańcze krzyki. W trakcie upiornej kaźni rozwinął materiał i wrzucił sygnet w płomienie trawiące stos rzeźnika. Czerwona emalia błysnęła raz, po czym pierścień zniknął pomiędzy płonącymi kawałkami drewna.
Po wszystkim na placu pozostało pięć poczerniałych konstrukcji i zwęglone resztki ciał wykrzywionych w agonii. Duszący, ciemny dym unosił się nad dachami Dunkelwaldu, niosąc przykrą woń spalonych włosów i drewna. Mieszkańcy, obserwujący ten okrutny pokaz, wyglądali, jakby w ciągu jednego wieczoru postarzeli się o całe lata. Sneider odwrócił się do nich dopiero wtedy, gdy krzyki umilkły, a płomienie zebrały swoje żniwo. Nie wygasły jeszcze całkiem, lecz biły już wysoko ku niebu.
– Zajmiecie się tym, co z nich pozostało – powiedział. – Będzie to wasza pokuta za ukrywanie mutacji i tolerowanie skażenia pośród własnych sąsiadów. Nikt nie dotknie jednak ciał przed pierwszym pianiem koguta. Do tego czasu ogień musi dokonać swojego dzieła.
Przesunął wzrokiem po bladych twarzach.
– Rozejdźcie się do domów. Spróbujcie zasnąć. To był trudny dzień dla nas wszystkich, ale wraz z jego końcem Dunkelwald może wreszcie powrócić czysty na łono Imperium.
Nikt mu nie odpowiedział. Ludzie zaczęli pośpiesznie oddalać się od Łowcy, chcąc znaleźć się możliwie jak najdalej od niego i od płonących stosów.Karczmarz Kappel, właściciel „Kwaśnego Jabłka”, siedział niedaleko, podtrzymywany przez dwóch chłopów. Zupełnie niepotrzebnie. Odzyskał przytomność przed egzekucją i widział śmierć żony od początku do końca. To go złamało i nieodwracalnie spustoszyło jego umysł oraz ducha. Patrzył przed siebie pustym wzrokiem, jakby jakaś część jego samego również została spalona na stosie. Nawet jeśli Greta nie kochała go już żarliwie, on najwyraźniej pozostawał do niej szczerze przywiązany. Sneider podszedł do niego i wyjął kajdany.
– Ten człowiek może jeszcze sprawić nam problemy – oznajmił. – Żal często prowadzi do nierozsądnych decyzji.
Zakuł nadgarstki karczmarza, lecz Kappel nie stawiał oporu. Nie próbował nawet wyrwać ręki. Pozwolił się podnieść i ruszył w stronę gospody, prowadzony przez Łowcę niczym zwierzę na targ. Nie miał już siły złorzeczyć ani pytać, dlaczego Greta musiała umrzeć.
– Spędzi noc w piwnicy – wyjaśnił Sneider drużynie. – Kiedy odjedziemy, odzyska wolność. Do tego czasu lepiej, by nie chodził po wsi z nożem i rozpaczą w sercu.
Powrót do karczmy okazał się w pewien sposób trudniejszy, niż mogli przypuszczać. Nikt nie próbował ich zatrzymać. Wieśniacy rozstępowali się przed nimi w ponurym milczeniu, ale nie było w tym ani szacunku, ani nawet strachu. Raczej coś na kształt odrazy połączonej z potrzebą odsunięcia od siebie odpowiedzialności. Zupełnie jakby mogli się tą odpowiedzialnością zarazić. Łatwiej było przecież uwierzyć, że to działania Łowcy Czarownic i jego ludzi doprowadziły do egzekucji sąsiadów, niż przyznać, że sami stali półkolem, zagradzając im drogę ucieczki. Ludzie nie lubią myśleć o sobie źle, dlatego winę chętnie przerzucali na obcych. Dano im więc przejść. Niektórzy odwracali głowy, inni śledzili drużynę wzrokiem aż do samych drzwi gospody.
Za ich plecami nadal płonęły stosy, choć ogień wyraźnie stracił już na sile. Jego blask kładł się na śniegu brudną czerwienią i wypełniał wąskie uliczki wsi nierównym, migotliwym światłem. Dym wisiał nisko, wciskał się pomiędzy domy i oblepiał ubrania ciężkim zapachem spalenizny. Nawet kiedy dotarli do karczmy, wciąż czuli go w nozdrzach. Zdawało się, że wszedł w płaszcze, włosy i skórę, a wraz z nim wszystko, czego byli świadkami. Stosy wywarły na nich większe wrażenie, niż którekolwiek z nich chciało przyznać.
Kappel szedł z nimi bez oporu. Kajdany brzęczały cicho przy każdym kroku, lecz on sam zdawał się ich nie zauważać. Głowę miał spuszczoną, wzrok wbity gdzieś pod nogi, a twarz zupełnie pustą. Kiedy wprowadzono go do karczmy i sprowadzono do piwnicy, nie próbował się wyrwać ani odezwać. Pozwolił zamknąć za sobą drzwi, jakby wszystko, co można było mu jeszcze odebrać, spłonęło już na placu.
Dopiero wtedy Sneider zebrał wszystkich w głównej izbie. W środku było ciepło, w przeciwieństwie do pogody na zewnątrz, ale nikt nie odczuwał ulgi. Ogień w palenisku przygasał, a na potrzeby spotkania wyciągnięto z prowizorycznej barykady jeden ze stołów i przywrócono go do użytku. Sneider obszedł izbę, sprawdził drzwi, zajrzał przez szczelinę w okiennicy i posłał jednego z nich na piętro, by upewnił się, że nikt tam nie został. Dopiero kiedy miał pewność, że są sami, przemówił ciszej.
– Zamknijcie gospodę i odpocznijcie kilka godzin. Obudzę was po północy. Zostało nam jeszcze jedno zadanie.Nikt nie odpowiedział od razu. Byli rozbici, a przynajmniej wyraźnie przytłoczeni tym, co wydarzyło się na placu. Widać to było w ich zachowaniu. Pieter z jakiegoś powodu wciąż trzymał łuk w dłoni, jakby nie potrafił jeszcze odłożyć go po walce. Moriz usiadł ciężko przy stole i przez chwilę patrzył w dogasający ogień paleniska. Tomasimo próbował uspokoić Tyciego, który po nadmiarze bodźców i zapachu krwi zachowywał się niespokojnie. Heinrich stał z boku, wciąż mając przed oczami twarz Albrechta i świadomość, że jeszcze tego ranka rozmawiali o nowej kurcie.
Sneider dał im chwilę na zebranie myśli i poczekał, aż wszyscy spojrzą w jego stronę.
– Wieś trzeba spalić. Wspominałem już o tym planie Herr Ashfieldowi, ale teraz mówię także wam.
Wypowiedział te słowa równie spokojnie, jak wcześniej wydawał rozkaz związania skazanych. Przez chwilę jedynym dźwiękiem w izbie było trzaskanie drewna w palenisku. Słowa zawisły pomiędzy nimi i nie chciały opaść. Jeszcze kilka godzin wcześniej część z nich mogła przekonywać samych siebie, że chodzi jedynie o kilku winnych, kilku skażonych, których trzeba poświęcić dla bezpieczeństwa reszty. Teraz Sneider mówił o całej wsi, a to oznaczało spalenie naprawdę wielu ludzi. Wszystko tylko po to, by mieć pewność, że skaza nie przetrwa.– Nie możemy ryzykować. Splugawionych jest więcej i widać to jak na dłoni. Ten teatrzyk sprzed chwili miał jedynie uśpić ich czujność. W piwnicy Kappel trzyma zapas oleju wystarczający do oblania większości domów. W starej rozlewni widziałem deski i liny, zapewne pozostałości po pracy bednarzy. Wykorzystamy je do zablokowania drzwi. Ludzie muszą pozostać w środku, gdy zacznie się pożar.
Mówił o tym jak o pracy, którą należało dobrze rozplanować. Wyliczał, ile oleju może wystarczyć na jeden dom i jak rozdzielić zapasy, by nie marnować ani kropli. Drzwi otwierające się na zewnątrz zamierzał zablokować deskami ustawionymi pod kątem, te zaś, które otwierały się do środka, uwiązać za klamki. Trzeba było działać cicho, by nikogo nie zbudzić, dlatego okna mieli pozostawić w spokoju. Jeśli ktoś wydostanie się przez nie na zewnątrz, będzie trzeba go dobić, lecz zdaniem Sneidera większość nawet nie spróbuje. Człowiek podczas pożaru biegnie najpierw ku drzwiom, bo przez nie codziennie wchodzi i wychodzi, a dym odbiera siły szybciej niż najjadowitsza trucizna, tłumaczył. Nie było w jego głosie satysfakcji, ale nie było też wahania. To właśnie czyniło jego słowa jeszcze gorszymi.Spojrzał kolejno na Pietera, Moriza, Tomasimo i Heinricha. Każdemu poświęcił tyle samo czasu, jakby oceniał nie ich sumienia, lecz wytrzymałość poszczególnych ogniw jednego łańcucha.
– Teraz najważniejsze jest, by nikt się nie wyłamał. Macie pilnować siebie nawzajem. Jeśli pośród nas znajduje się słabe ogniwo, wszyscy odpowiecie za niepowodzenie planu. Nie będzie miało znaczenia, kto ostrzegł mieszkańców albo pozostawił otwarte drzwi. Odpowiedzialność spadnie na całą grupę.
Nie pytał ich o zdanie. Nie interesowało go, czy któryś z nich chciał zaprotestować. Przedstawiał decyzję już podjętą, a sposób, w jaki mówił o wzajemnym pilnowaniu, nie pozostawiał żadnych wątpliwości. Od tej chwili każdy miał być nie tylko wykonawcą planu, ale również strażnikiem pozostałych.W izbie zrobiło się jeszcze ciszej. Za oknami ktoś przechodził ulicą. Dało się usłyszeć skrzypienie śniegu pod butami, potem cichy płacz i głos kobiety próbującej uspokoić dziecko. Po chwili wszystko ponownie zamarło.
– Odpoczywajcie. Będziecie potrzebowali sił.
Sneider odwrócił się i ruszył ku schodom. Wszedł na piętro bez pośpiechu, a kilka chwil później drzwi jego izby zamknęły się za nim z głuchym trzaskiem. Na dole pozostała drużyna, wygasający ogień w palenisku i drażniąca woń spalenizny, która nie chciała opuścić ich nozdrzy. Spojrzeli po sobie. Nikt nie spieszył się do snu, nie po takiej przemowie i nie po wszystkim, czego byli świadkami. Musieli ustalić, czy naprawdę są w stanie wykonać rozkaz Łowcy. A jeśli się na to zdecydują, czy kiedykolwiek jeszcze będą potrafili spojrzeć sobie w oczy. -

Błysnęły ostrza siekier i walka rozpoczęła się gwałtownie, szybko przybierając jednak bardziej formę rzezi niż uczciwej potyczki. Od początku było wiadomo, że drużyna wspierająca Łowcę Czarownic ma przewagę, lecz nikt nie mógł przewidzieć, że wszystko potoczy się aż tak krwawo.
Sneider ruszył pierwszy. Dopadł Berengara, zanim kapłan zdążył dokończyć wezwanie do Ulryka, i zasypał go serią szybkich, brutalnych ciosów. Topór błysnął raz, potem drugi, ale modlitwa urwała się pod naporem kordelasa i okutych rękawic. Po kilku chwilach kapłan chwiał się już na nogach, oszołomiony, z twarzą zalaną krwią i bez większych szans, by powrócić do rozpoczętego zaklęcia.
Wtedy huknął garłacz. Tomasimo podszedł bliżej i wypalił nisko, niemal po ziemi, starając się nie posłać odłamków w stojących półkolem mieszkańców. Dym buchnął szeroką chmurą, śnieg wystrzelił spod nóg walczących, a ostre drobiny przeorały plac. Berengar dostał najmocniej, wcześniej już zamroczony uderzeniami Sneidera. Pozostali odskoczyli w ostatniej chwili, bardziej dzięki instynktowi niż rozwadze. Parę osób w tłumie krzyknęło i cofnęło się, lecz krąg ludzi nadal zagradzał skazanym drogę ucieczki. Część gapiów patrzyła z osłupieniem, jak śnieg na ich oczach zabarwia się szkarłatem krwi.
Pieter przez większość starcia nie opuszczał swojego miejsca. Trzymał łuk w gotowości i wypuszczał strzały wtedy, gdy dostrzegał choćby wąską linię pomiędzy walczącymi. Strzelał jednak nisko i ostrożnie, świadomy, że każdy chybiony pocisk może znaleźć się w piersi któregoś z gapiów. Przez to jego strzały głównie wbijały się w ziemię albo zmuszały trójkę skazańców do pozostania blisko siebie. Z tyłu głowy musiała tkwić im myśl, że jeśli spróbują się rozproszyć, łucznik bez większego problemu zacznie przebijać ich kolejno grotami. Sama jego obecność wystarczała więc, by trzymać ich w szachu.
Tomasimo po wystrzale wycofał się na bezpieczniejszą pozycję i sięgnął po procę. Kamienie świstały nad placem, ginąc pośród krzyków, szczęku stali i tupotu nóg. Moriz tymczasem skupił się na Albrechcie. Starzec bronił się twardo jak na kogoś, komu niemal odrąbano dłoń, lecz bez siekiery nie miał już większych szans. Tyci dopadł go z boku, szarpiąc za nogę i przewracając w śnieg, a Moriz nie dawał mu chwili na złapanie oddechu. Albrecht próbował jeszcze walczyć, ale rany i upływ krwi szybko zrobiły swoje. W końcu osunął się na ziemię i już się nie podniósł.
Najdłużej trzymała się Greta. Ranna, zmęczona i otoczona, wciąż nie chciała wypuścić wideł. Broniła się desperacko, odpychając drzewcem miecze i kordelas, cofając się krok po kroku, ślizgając na ubitym śniegu i własnej krwi. Sneider ciął raz za razem, Moriz próbował zajść ją z boku, a Tyci rzucał się do nóg. Mimo to kobieta za każdym razem znajdowała jeszcze dość siły, by odtrącić cios, uskoczyć albo zasłonić się widłami.
Przez kilka chwil wyglądało to niemal nierealnie. Karczmarka, która nigdy nie ćwiczyła z bronią, powstrzymywała doświadczonych wojowników samą rozpaczą i wolą życia. W końcu nie stal ją pokonała. Kamień Tomasimo trafił ją w plecy, gdy całą uwagę skupiała na Sneiderze. Uderzenie było ciężkie i głuche, dość silne, by przebić się przez mięśnie i dosięgnąć jej serca. Greta zachwiała się, jeszcze przez moment ściskając widły, po czym krew buchnęła jej z ust. Po zaledwie krótkiej chwili również padła martwa na ziemię, nie wypuszczając broni aż do samego końca.
Kiedy upadła, plac ucichł niemal od razu. Przez chwilę nie było słychać nic poza ciężkim oddechem walczących, szczekaniem Tyciego oraz odgłosami wierzgającego w śniegu kapłana. Sneider zakończył jego opór jednym wyważonym kopnięciem w głowę.
– Walczą jedynie winni. Skaza Chaosu zawsze próbuje przetrwać w swoim nosicielu. Człowiek prawdziwej wiary przyjąłby oczyszczenie ognia – oznajmił, po czym pochwycił Berengara i zaczął ciągnąć go w stronę stosów przygotowanych wcześniej za dnia. Z jakiegoś powodu wieśniacy pozostawili je nietknięte.
Heinrich wyszedł z karczmy akurat wtedy, gdy odgłosy walki zaczęły cichnąć. Wszystko poszło szybko. Na placu nie szczękała już stal, ale krwi było pod dostatkiem. Ciemne, szkarłatne plamy karmiły biel śniegu, rozlewając się coraz szerzej. Greta Kappel, karczmarka, leżała nieruchomo zaledwie kilka kroków od Albrechta. Starzec spoczywał na boku, z jedną ręką wyciągniętą przed siebie, jakby do ostatniej chwili próbował sięgnąć po broń. Tyci kręcił się w pobliżu, pobudzony zapachem krwi i zamieszaniem, lecz Tomasimo zdążył już przywołać go do siebie. Widok okaleczonej kobiety był odrażający, ale to martwy Albrecht zatrzymał Heinza w miejscu.
Jeszcze tego samego ranka rozmawiał z nim o nowej kurcie. Starzec marudził na jakość skóry i kłócił się o zapłatę. Znał swoje rzemiosło i traktował je poważnie, a na ile Heinrich mógł ocenić, był zwyczajnym uczciwą pijaczyną. Nikomu szczególnie nie wadził i mieszkał na skraju wioski. Teraz leżał martwy w śniegu, a dodatkowe uszy, które przez skrywał pod futrzaną czapką, wystawały spomiędzy siwych włosów. Czy naprawdę tylko tyle wystarczyło, by można go było zaszlachtować? Heinrich nie wiedział, czy taka mutacja czyniła go potworem. Nie wiedział nawet, czy starzec kiedykolwiek wyrządził komuś krzywdę. Wiedział jedynie, że kilka godzin wcześniej rozmawiali jak dwaj zwyczajni ludzie, a teraz Albrecht nie zrobi już nikomu żadnej kurty ani nie wychyli kolejnej siwuchy.
Berengar żył, choć ledwie pozostawał przytomny. Klęczał z rękami skrępowanymi za plecami, z rozciętą twarzą i krwią zastygającą w brodzie. Ktoś odebrał mu topór. Sneider stał niedaleko, trzymając kordelas opuszczony wzdłuż nogi i obserwując mieszkańców, jakby nadal spodziewał się kolejnego ataku. Marta i Bruno siedzieli obok siebie na zdeptanym śniegu. Oboje mieli związane ręce i kneble w ustach. Zielarka patrzyła na martwą Gretę, rzeźnik na Albrechta. Ich szeroko otwarte oczy wyrażały niedowierzanie, ale także rezygnację. Sąd już się dokonał i nie było dla nich odwrotu, nawet jeśli nie zgadzali się z werdyktem. Nie próbowali się szarpać.
Heinrich zatrzymał się kilka kroków od Łowcy Czarownic. W dłoni wciąż trzymał sygnet znaleziony w karczmie. Przez całą drogę na plac czuł jego ciężar, choć pierścień ważył przecież niewiele. Przekazał go Sneiderowi i wyjaśnił, gdzie go znalazł. Łowca przejął spaczone precjozum w dłoni osłoniętej rękawicą, której nie zdejmował niemal nigdy. Czerwona emalia błysnęła w świetle pochodni, a misternie wykonany znak Khorne’a natychmiast przyciągnął jego spojrzenie.
Sneider wyraźnie się wzdrygnął.
– Trzymał pan to gołą dłonią?
Heinrich spojrzał na pierścień, jakby dopiero teraz uświadomił sobie, co właściwie zrobił. Nie przyszło mu wcześniej do głowy, że samo dotknięcie przedmiotu może być niebezpieczne. Wydawało się, że trzeba by takie założyć, by mogło mu zagrażać. Nigdy nie miał do czynienia z podobnymi rzeczami i zwyczajnie nie wiedział, czego powinien się obawiać.
Sneider obrócił sygnet, przyjrzał się jego wewnętrznej stronie, a następnie ponownie zbadał znak na tarczy.
– To najprawdopodobniej jedynie ozdoba noszona przez głupca, który chciał poczuć się groźnie – powiedział. – Khorne gardzi czarami i tymi, którzy się nimi posługują, ale nie znaczy to, że wszystko oznaczone jego znamieniem jest bezpieczne. Wręcz przeciwnie. Niektóre przedmioty przesiąkają spaczeniem w inny sposób.
Spojrzał na Heinricha z mieszaniną irytacji i szczerego niepokoju.
– Mam nadzieję, Herr Kraus, że ma pan dużo szczęścia. Nigdy nie bierze się do ręki przedmiotu noszącego znak Mrocznych Bogów. Nie bez rękawic, szczypiec albo choćby kawałka skóry. Proszę natychmiast oczyścić dłonie. Gorącą wodą, popiołem, gorzałką i solą, jeśli znajdzie pan takową w gospodzie. Potem proszę się pomodlić. To może pomóc najbardziej. Żarliwa wiara w Sigmara Protektora najlepiej przeciwdziała spaczeniu. Będę miał na pana oko do końca naszej podróży, ale sądzę, że nic panu nie będzie. Dziękuję, że podzielił się pan znaleziskiem, lecz nalegam na większą ostrożność w przyszłości.Wyniósł się przy tym na wyżyny wyrozumiałości, co było dość niecodziennym zachowaniem, przynajmniej na tyle, na ile zdążyli go poznać. Czyżby krwawa walka działała na niego uspokajająco? Heinrich odruchowo potarł palce o płaszcz. Kiedy trzymał pierścień, nie czuł niczego niezwykłego, ale po całej przemowie Łowcy pojawiło się fałszywe, niemal urojone pieczenie. Opuszki palców, którymi dotykał sygnetu, zdawały się niec gorętsze.
Sneider ponownie spojrzał na znak. Następnie jego wzrok przesunął się ku Brunowi. Rzeźnik zauważył to od razu. Zaczął gwałtownie kręcić głową i wydał przez knebel kilka niezrozumiałych dźwięków. Łowca podszedł do niego, przykucnął i przez chwilę patrzył mu prosto w oczy.
– Oczywiście nie można podejrzewać człowieka wyłącznie z powodu wykonywanego zawodu – oznajmił spokojnie.
– Rzeźnik pracuje z krwią, mięsem i kośćmi, a bez jego pracy ludzie nie mieliby co jeść. To nie zbrodnia. Niemniej nauczyłem się nie lekceważyć własnych przeczuć, a moje mówi mi, że powinienem przyjrzeć się panu znacznie dokładniej.
Wyciągnął knebel z ust Bruna. Rzeźnik natychmiast zaczerpnął powietrza.
– To nie moje! – wyrzucił z siebie. – Nigdy tego nie widziałem! Przysięgam na Sigmara, Ulryka i wszystkich bogów, których chcecie! Ten pierścień nie należy do mnie!
Sneider pozwolił mu mówić przez chwilę, lecz nie wyglądał na poruszonego.
– Spokojnie. Wkrótce poznamy prawdę.
– Jaką prawdę? Powiedziałem ci już!
Łowca ponownie wepchnął knebel między jego zęby.
– Gdy do nieba wznoszą się pierwsze płomienie, a języki ognia wspinają się po ciałach skazanych, ludzie często przypominają sobie rzeczy, o których wcześniej zapomnieli. Proszę mi wierzyć, Herr Bruno. Wyciągniemy z pana prawdę.
Wcale niedaleko miejsca starcia pachołkowie Kappelów, o ironio, przygotowali wcześniej pięć stosów gotowych do podpalenia. Początkowo ogień miał zostać podłożony pod żywymi, lecz po zakończeniu walki Sneider rozkazał wykorzystać wszystkie stanowiska. Ciała Grety i Albrechta również zaciągnięto ku drewnianym konstrukcjom. Martwi nie mogli już wyznać win, ale według Łowcy ogień miał oczyścić ich tak samo jak pozostałych.
Pieter, Moriz i Tomasimo pomagali przy przenoszeniu skazanych. Berengar próbował iść o własnych siłach, choć nogi uginały się pod nim. Trudno było orzec, czy wynikało to z ran odniesionych w walce, czy z jakiegoś wewnętrznego oporu całego ciała. Marta była tak osłabiona, że niemal ciągnięto ją po śniegu. Bruno opierał się przez pierwszych kilka kroków, ale wystarczyło gwałtowne szarpnięcie więzów i widok obnażonej stali, by przestał walczyć.
Wieśniacy odprowadzali ich w ponurej ciszy. Ludzie stali po obu stronach drogi, patrząc, jak ich sąsiedzi oraz duchowy opiekun wioski, kapłan Berengar, prowadzeni są na stosy. Wielu nie uczestniczyło bezpośrednio w ich wskazaniu. Nie związali Marty, nie poturbowali kapłana ani nawet nie wskazali palcem Grety czy Albrechta. Mimo to zamknęli półkole i zagrodzili drogę ucieczki. Kiedy nadeszła chwila wyboru, postawili własne życie ponad cudzym. Dokładnie tak, jak ocenił ich Sneider.
Skazanych przywiązano do drewnianych pali. Gretę i Albrechta unieruchomiono wraz z pozostałymi, choć nie było już potrzeby wiązać ich tak dokładnie. Marta znalazła się na pierwszym stosie, Berengar na drugim, Bruno na trzecim. Ostatnie dwa zajmowali martwi. Sneider stanął przed nimi z sygnetem owiniętym w kawałek materiału.
– Posłuchajcie mnie uważnie – powiedział, kiedy wyjęto im kneble. – Właściciel tego pierścienia otrzymuje ostatnią możliwość okazania skruchy. Jeśli któryś z was przyzna, że służył Panu Czaszek i Krwi, ofiaruję mu szybką śmierć. Uwierzcie mi, choć śmierć w ogniu przynosi u kresu piękną ulgę oczyszczenia, sam proces bywa... trudny.Pokusił się o cyniczną uwagę, ale jego słowa nie trafiły na podatny grunt. Berengar patrzył na niego z pogardą. Marta miała zamknięte oczy i zdawała się nawet nie słyszeć Łowcy. Bruno oddychał ciężko przez zęby, nie mogąc zapanować nad gniewem. Jego spojrzenie płonęło nienawiścią do Sneidera i mieszkańców, którzy ostatecznie kupili sobie życie ich krwią.
Łowca czekał, lecz nikt się nie przyznał.
– Trudno – powiedział w końcu.
Rzucił płonącą żagiew na stos zielarki.Suche szczapy zajęły się szybko, a ogień zaczął wspinać się od dołu. Marta zacisnęła zęby, próbując nie krzyczeć, lecz kiedy płomienie dotarły wyżej, całe jej ciało napięło się w więzach. Krzyk, który wyrwał się z jej gardła, był znacznie gorszy niż ten, który wcześniej dochodził spod podłogi karczmy. Kobieta szarpała się bezradnie, a płomienie pożerały kolejne warstwy odzienia i ciała. Włosy kurczyły się pod wpływem gorąca, dym gęstniał, a tłum odruchowo cofał się przed żarem. Widok był upiorny, a jej krzyk, dopóki miała jeszcze siłę go wydawać, mroził ducha.
Bruno patrzył na nią z trwogą przez kilka uderzeń serca. Potem odwrócił głowę, lecz nie mógł uciec od jej głosu. Z każdą chwilą oddychał coraz szybciej. W końcu pękł.
– To mój! – wrzasnął. – Pierścień jest mój! Służyłem mu! Khorne’owi! Wszystko powiem, tylko mnie zabij! Obiecałeś szybką śmierć!
Sneider podszedł do jego stosu. Przez chwilę spoglądał na rzeźnika bez słowa.
– Obiecałem ją człowiekowi, który okaże skruchę – odpowiedział. – Pan przyznał się dopiero wtedy, gdy przestraszył się bólu.
Bruno zaczął krzyczeć, że to nieuczciwe, że Łowca dał słowo i powinien go dotrzymać. Sneider nie odpowiedział. Kolejno podpalił stosy pozostałych, a plac ponownie wypełniły obłąkańcze krzyki. W trakcie upiornej kaźni rozwinął materiał i wrzucił sygnet w płomienie trawiące stos rzeźnika. Czerwona emalia błysnęła raz, po czym pierścień zniknął pomiędzy płonącymi kawałkami drewna.
Po wszystkim na placu pozostało pięć poczerniałych konstrukcji i zwęglone resztki ciał wykrzywionych w agonii. Duszący, ciemny dym unosił się nad dachami Dunkelwaldu, niosąc przykrą woń spalonych włosów i drewna. Mieszkańcy, obserwujący ten okrutny pokaz, wyglądali, jakby w ciągu jednego wieczoru postarzeli się o całe lata. Sneider odwrócił się do nich dopiero wtedy, gdy krzyki umilkły, a płomienie zebrały swoje żniwo. Nie wygasły jeszcze całkiem, lecz biły już wysoko ku niebu.
– Zajmiecie się tym, co z nich pozostało – powiedział. – Będzie to wasza pokuta za ukrywanie mutacji i tolerowanie skażenia pośród własnych sąsiadów. Nikt nie dotknie jednak ciał przed pierwszym pianiem koguta. Do tego czasu ogień musi dokonać swojego dzieła.
Przesunął wzrokiem po bladych twarzach.
– Rozejdźcie się do domów. Spróbujcie zasnąć. To był trudny dzień dla nas wszystkich, ale wraz z jego końcem Dunkelwald może wreszcie powrócić czysty na łono Imperium.
Nikt mu nie odpowiedział. Ludzie zaczęli pośpiesznie oddalać się od Łowcy, chcąc znaleźć się możliwie jak najdalej od niego i od płonących stosów.Karczmarz Kappel, właściciel „Kwaśnego Jabłka”, siedział niedaleko, podtrzymywany przez dwóch chłopów. Zupełnie niepotrzebnie. Odzyskał przytomność przed egzekucją i widział śmierć żony od początku do końca. To go złamało i nieodwracalnie spustoszyło jego umysł oraz ducha. Patrzył przed siebie pustym wzrokiem, jakby jakaś część jego samego również została spalona na stosie. Nawet jeśli Greta nie kochała go już żarliwie, on najwyraźniej pozostawał do niej szczerze przywiązany. Sneider podszedł do niego i wyjął kajdany.
– Ten człowiek może jeszcze sprawić nam problemy – oznajmił. – Żal często prowadzi do nierozsądnych decyzji.
Zakuł nadgarstki karczmarza, lecz Kappel nie stawiał oporu. Nie próbował nawet wyrwać ręki. Pozwolił się podnieść i ruszył w stronę gospody, prowadzony przez Łowcę niczym zwierzę na targ. Nie miał już siły złorzeczyć ani pytać, dlaczego Greta musiała umrzeć.
– Spędzi noc w piwnicy – wyjaśnił Sneider drużynie. – Kiedy odjedziemy, odzyska wolność. Do tego czasu lepiej, by nie chodził po wsi z nożem i rozpaczą w sercu.
Powrót do karczmy okazał się w pewien sposób trudniejszy, niż mogli przypuszczać. Nikt nie próbował ich zatrzymać. Wieśniacy rozstępowali się przed nimi w ponurym milczeniu, ale nie było w tym ani szacunku, ani nawet strachu. Raczej coś na kształt odrazy połączonej z potrzebą odsunięcia od siebie odpowiedzialności. Zupełnie jakby mogli się tą odpowiedzialnością zarazić. Łatwiej było przecież uwierzyć, że to działania Łowcy Czarownic i jego ludzi doprowadziły do egzekucji sąsiadów, niż przyznać, że sami stali półkolem, zagradzając im drogę ucieczki. Ludzie nie lubią myśleć o sobie źle, dlatego winę chętnie przerzucali na obcych. Dano im więc przejść. Niektórzy odwracali głowy, inni śledzili drużynę wzrokiem aż do samych drzwi gospody.
Za ich plecami nadal płonęły stosy, choć ogień wyraźnie stracił już na sile. Jego blask kładł się na śniegu brudną czerwienią i wypełniał wąskie uliczki wsi nierównym, migotliwym światłem. Dym wisiał nisko, wciskał się pomiędzy domy i oblepiał ubrania ciężkim zapachem spalenizny. Nawet kiedy dotarli do karczmy, wciąż czuli go w nozdrzach. Zdawało się, że wszedł w płaszcze, włosy i skórę, a wraz z nim wszystko, czego byli świadkami. Stosy wywarły na nich większe wrażenie, niż którekolwiek z nich chciało przyznać.
Kappel szedł z nimi bez oporu. Kajdany brzęczały cicho przy każdym kroku, lecz on sam zdawał się ich nie zauważać. Głowę miał spuszczoną, wzrok wbity gdzieś pod nogi, a twarz zupełnie pustą. Kiedy wprowadzono go do karczmy i sprowadzono do piwnicy, nie próbował się wyrwać ani odezwać. Pozwolił zamknąć za sobą drzwi, jakby wszystko, co można było mu jeszcze odebrać, spłonęło już na placu.
Dopiero wtedy Sneider zebrał wszystkich w głównej izbie. W środku było ciepło, w przeciwieństwie do pogody na zewnątrz, ale nikt nie odczuwał ulgi. Ogień w palenisku przygasał, a na potrzeby spotkania wyciągnięto z prowizorycznej barykady jeden ze stołów i przywrócono go do użytku. Sneider obszedł izbę, sprawdził drzwi, zajrzał przez szczelinę w okiennicy i posłał jednego z nich na piętro, by upewnił się, że nikt tam nie został. Dopiero kiedy miał pewność, że są sami, przemówił ciszej.
– Zamknijcie gospodę i odpocznijcie kilka godzin. Obudzę was po północy. Zostało nam jeszcze jedno zadanie.Nikt nie odpowiedział od razu. Byli rozbici, a przynajmniej wyraźnie przytłoczeni tym, co wydarzyło się na placu. Widać to było w ich zachowaniu. Pieter z jakiegoś powodu wciąż trzymał łuk w dłoni, jakby nie potrafił jeszcze odłożyć go po walce. Moriz usiadł ciężko przy stole i przez chwilę patrzył w dogasający ogień paleniska. Tomasimo próbował uspokoić Tyciego, który po nadmiarze bodźców i zapachu krwi zachowywał się niespokojnie. Heinrich stał z boku, wciąż mając przed oczami twarz Albrechta i świadomość, że jeszcze tego ranka rozmawiali o nowej kurcie.
Sneider dał im chwilę na zebranie myśli i poczekał, aż wszyscy spojrzą w jego stronę.
– Wieś trzeba spalić. Wspominałem już o tym planie Herr Ashfieldowi, ale teraz mówię także wam.
Wypowiedział te słowa równie spokojnie, jak wcześniej wydawał rozkaz związania skazanych. Przez chwilę jedynym dźwiękiem w izbie było trzaskanie drewna w palenisku. Słowa zawisły pomiędzy nimi i nie chciały opaść. Jeszcze kilka godzin wcześniej część z nich mogła przekonywać samych siebie, że chodzi jedynie o kilku winnych, kilku skażonych, których trzeba poświęcić dla bezpieczeństwa reszty. Teraz Sneider mówił o całej wsi, a to oznaczało spalenie naprawdę wielu ludzi. Wszystko tylko po to, by mieć pewność, że skaza nie przetrwa.– Nie możemy ryzykować. Splugawionych jest więcej i widać to jak na dłoni. Ten teatrzyk sprzed chwili miał jedynie uśpić ich czujność. W piwnicy Kappel trzyma zapas oleju wystarczający do oblania większości domów. W starej rozlewni widziałem deski i liny, zapewne pozostałości po pracy bednarzy. Wykorzystamy je do zablokowania drzwi. Ludzie muszą pozostać w środku, gdy zacznie się pożar.
Mówił o tym jak o pracy, którą należało dobrze rozplanować. Wyliczał, ile oleju może wystarczyć na jeden dom i jak rozdzielić zapasy, by nie marnować ani kropli. Drzwi otwierające się na zewnątrz zamierzał zablokować deskami ustawionymi pod kątem, te zaś, które otwierały się do środka, uwiązać za klamki. Trzeba było działać cicho, by nikogo nie zbudzić, dlatego okna mieli pozostawić w spokoju. Jeśli ktoś wydostanie się przez nie na zewnątrz, będzie trzeba go dobić, lecz zdaniem Sneidera większość nawet nie spróbuje. Człowiek podczas pożaru biegnie najpierw ku drzwiom, bo przez nie codziennie wchodzi i wychodzi, a dym odbiera siły szybciej niż najjadowitsza trucizna, tłumaczył. Nie było w jego głosie satysfakcji, ale nie było też wahania. To właśnie czyniło jego słowa jeszcze gorszymi.Spojrzał kolejno na Pietera, Moriza, Tomasimo i Heinricha. Każdemu poświęcił tyle samo czasu, jakby oceniał nie ich sumienia, lecz wytrzymałość poszczególnych ogniw jednego łańcucha.
– Teraz najważniejsze jest, by nikt się nie wyłamał. Macie pilnować siebie nawzajem. Jeśli pośród nas znajduje się słabe ogniwo, wszyscy odpowiecie za niepowodzenie planu. Nie będzie miało znaczenia, kto ostrzegł mieszkańców albo pozostawił otwarte drzwi. Odpowiedzialność spadnie na całą grupę.
Nie pytał ich o zdanie. Nie interesowało go, czy któryś z nich chciał zaprotestować. Przedstawiał decyzję już podjętą, a sposób, w jaki mówił o wzajemnym pilnowaniu, nie pozostawiał żadnych wątpliwości. Od tej chwili każdy miał być nie tylko wykonawcą planu, ale również strażnikiem pozostałych.W izbie zrobiło się jeszcze ciszej. Za oknami ktoś przechodził ulicą. Dało się usłyszeć skrzypienie śniegu pod butami, potem cichy płacz i głos kobiety próbującej uspokoić dziecko. Po chwili wszystko ponownie zamarło.
– Odpoczywajcie. Będziecie potrzebowali sił.
Sneider odwrócił się i ruszył ku schodom. Wszedł na piętro bez pośpiechu, a kilka chwil później drzwi jego izby zamknęły się za nim z głuchym trzaskiem. Na dole pozostała drużyna, wygasający ogień w palenisku i drażniąca woń spalenizny, która nie chciała opuścić ich nozdrzy. Spojrzeli po sobie. Nikt nie spieszył się do snu, nie po takiej przemowie i nie po wszystkim, czego byli świadkami. Musieli ustalić, czy naprawdę są w stanie wykonać rozkaz Łowcy. A jeśli się na to zdecydują, czy kiedykolwiek jeszcze będą potrafili spojrzeć sobie w oczy.Jak tylko Kraus wyszedł z karczmy wiedział, że było źle. Trupy, ranni… spojrzał na garbarza… Może i był mutantem, ale czy to czyniło go złym człowiekiem? Pewność dawnych przekonań została poddana wątpliwości. Rozmawiał z nim i był zwykłym, zwyczajnym staruszkiem. Był ludzki… tak bardzo ludzki i przyziemny… miał tylko dodatkowe uszy, ale nie. To wystarczyło by wydać na niego wyrok śmierci… jedna drobna mutacja nie z Twojej winy i dla Imperium byłeś nie tylko martwy, ale i wrogiem numer jeden…
Heinz zdał pierścień. To była jedyna logiczna droga. Dużo za wysoko ponad jego wypłatę, można rzec. To była jedna z tych drobnostek, które go przerastały, a jak coś Ciebie przerastało, szedłeś do tych wyżej. Z każdym dało się dogadać, ale nie z Khornitami. Lekcja którą jego grupa dość szczodrze i boleśnie odebrała w przeszłości…
– Trzymał pan to gołą dłonią?
Heinrich spojrzał na pierścień, jakby dopiero teraz uświadomił sobie, co właściwie zrobił. Był blady jak ściana. Czy spaczenie mogło emanować od zwykłego pierścienia? A może nie tak zwykłego? Nie przyszło mu wcześniej do głowy, że samo dotknięcie przedmiotu może być niebezpieczne. Wydawało się, że trzeba by takie założyć, by mogło mu zagrażać. Nigdy nie miał do czynienia z podobnymi rzeczami i zwyczajnie nie wiedział, czego powinien się obawiać. Dokładnie ten rodzaj niewiedzy mógł przynieść na niego zgubę….
Sneider obrócił sygnet, przyjrzał się jego wewnętrznej stronie, a następnie ponownie zbadał znak na tarczy.
– To najprawdopodobniej jedynie ozdoba noszona przez głupca, który chciał poczuć się groźnie – powiedział. – Khorne gardzi czarami i tymi, którzy się nimi posługują, ale nie znaczy to, że wszystko oznaczone jego znamieniem jest bezpieczne. Wręcz przeciwnie. Niektóre przedmioty przesiąkają spaczeniem w inny sposób.
Spojrzał na Heinricha z mieszaniną irytacji i szczerego niepokoju.
– Mam nadzieję, Herr Kraus, że ma pan dużo szczęścia. Nigdy nie bierze się do ręki przedmiotu noszącego znak Mrocznych Bogów. Nie bez rękawic, szczypiec albo choćby kawałka skóry. Proszę natychmiast oczyścić dłonie. Gorącą wodą, popiołem, gorzałką i solą, jeśli znajdzie pan takową w gospodzie. Potem proszę się pomodlić. To może pomóc najbardziej. Żarliwa wiara w Sigmara Protektora najlepiej przeciwdziała spaczeniu. Będę miał na pana oko do końca naszej podróży, ale sądzę, że nic panu nie będzie. Dziękuję, że podzielił się pan znaleziskiem, lecz nalegam na większą ostrożność w przyszłości.Jak Sneider zrobił, tak poczynił. Kwadrans. Kwadrans pieczołowicie czyścił dłonie. Może nawet nie kwadrans, a dwa? Nie wiedział, ale czuł, że aż skóra mu schodzi. Czy to od czyszczenia dłoni, czy spaczenia? Ciężko powiedziać. Jedno było pewne. Fizycznie skóra nie schodziła i nigdy nie miał tak czystych dłoni.
Byli z powrotem w karczmie. Pięciu dobrych ludzi spłonęło. Pięciu ludzi którzy mieli pech nabawić się mutacji. Czy taki był los Imperium? Zabić tych co choć trochę się różnią? Z każdą ulotną, przemijającą chwilą będąc pogrążonym w myślach Kraus dochodził do coraz to mroczniejszych wniosków… Westchnął, zdjął czapkę i przeczesał dłonią włosy. Spojrzał w stronę Łowcy.
– Wieś trzeba spalić. Wspominałem już o tym planie Herr Ashfieldowi, ale teraz mówię także wam.
Wypowiedział te słowa równie spokojnie, jak wcześniej wydawał rozkaz związania skazanych. Przez chwilę jedynym dźwiękiem w izbie było trzaskanie drewna w palenisku. Słowa zawisły pomiędzy nimi i nie chciały opaść. Jeszcze kilka godzin wcześniej część z nich mogła przekonywać samych siebie, że chodzi jedynie o kilku winnych, kilku skażonych, których trzeba poświęcić dla bezpieczeństwa reszty. Teraz Sneider mówił o całej wsi, a to oznaczało spalenie naprawdę wielu ludzi. Wszystko tylko po to, by mieć pewność, że skaza nie przetrwa.Czym była skaza i kto był winien?
– Nie możemy ryzykować. Splugawionych jest więcej i widać to jak na dłoni. Ten teatrzyk sprzed chwili miał jedynie uśpić ich czujność. W piwnicy Kappel trzyma zapas oleju wystarczający do oblania większości domów. W starej rozlewni widziałem deski i liny, zapewne pozostałości po pracy bednarzy. Wykorzystamy je do zablokowania drzwi. Ludzie muszą pozostać w środku, gdy zacznie się pożar.
Mówił o tym jak o pracy, którą należało dobrze rozplanować. Wyliczał, ile oleju może wystarczyć na jeden dom i jak rozdzielić zapasy, by nie marnować ani kropli. Drzwi otwierające się na zewnątrz zamierzał zablokować deskami ustawionymi pod kątem, te zaś, które otwierały się do środka, uwiązać za klamki. Trzeba było działać cicho, by nikogo nie zbudzić, dlatego okna mieli pozostawić w spokoju. Jeśli ktoś wydostanie się przez nie na zewnątrz, będzie trzeba go dobić, lecz zdaniem Sneidera większość nawet nie spróbuje. Człowiek podczas pożaru biegnie najpierw ku drzwiom, bo przez nie codziennie wchodzi i wychodzi, a dym odbiera siły szybciej niż najjadowitsza trucizna, tłumaczył. Nie było w jego głosie satysfakcji, ale nie było też wahania. To właśnie czyniło jego słowa jeszcze gorszymi.Cóż, ten… człowiek miał plan. Łatwość z jaką mu on przychodził była wręcz niepokojąca. Sneider, aby na pewno był sługą Imperium? Łowca…
Spojrzał kolejno na Pietera, Moriza, Tomasimo i Heinricha. Każdemu poświęcił tyle samo czasu, jakby oceniał nie ich sumienia, lecz wytrzymałość poszczególnych ogniw jednego łańcucha.
– Teraz najważniejsze jest, by nikt się nie wyłamał. Macie pilnować siebie nawzajem. Jeśli pośród nas znajduje się słabe ogniwo, wszyscy odpowiecie za niepowodzenie planu. Nie będzie miało znaczenia, kto ostrzegł mieszkańców albo pozostawił otwarte drzwi. Odpowiedzialność spadnie na całą grupę.
Nie pytał ich o zdanie. Nie interesowało go, czy któryś z nich chciał zaprotestować. Przedstawiał decyzję już podjętą, a sposób, w jaki mówił o wzajemnym pilnowaniu, nie pozostawiał żadnych wątpliwości. Od tej chwili każdy miał być nie tylko wykonawcą planu, ale również strażnikiem pozostałych.Heinrich chciał parsknąć. Wszystko wina niziołka… zawsze to była wina nizołka. Małe wredne, spaczone na umyśle i duszy od urodzenia. Dążące do przejęcia władzy nad światem gładkimi słówkami i udawaniem, że są nieszkodliwe. Niziołcza zaraza…
W izbie zrobiło się jeszcze ciszej. Za oknami ktoś przechodził ulicą. Dało się usłyszeć skrzypienie śniegu pod butami, potem cichy płacz i głos kobiety próbującej uspokoić dziecko. Po chwili wszystko ponownie zamarło.
– Odpoczywajcie. Będziecie potrzebowali sił.Kraus patrzał w ogień zbierając myśli i tłumiąc uczucia, a Klaus udał się do pokoju. To wykraczało daleko poza ich umowę z Łowcą, ale rozumiał jego zamiar. Teraz mieli sami się pilnować, albo wszyscy zginą. Ot, tak po prostu. Rozumiał zamysł. Łowca chciał ich złamać by do niego przyłączyli. Tutaj jednak był drobny szczegół…
Heinz już dawno został złamany przez życie. Czy można złamać coś dwa razy? Złamać bardziej? Myśl ulotna powędrowała do dziecka którym kiedyś był… nie odnajdując go. Stracił niemalże wszystkie wspomnienia sprzed tamtego jednego dnia. Dnia kiedy umarł po raz pierwszy i zapowiadało się, że nie ostatni. Łowcy… tak zadufani w swojej racji, że niewinnego zabiją jeśli tylko dostaną trop. Tamtego dnia umarł, a światło jego oczu odeszło… W ponurej realizacji przeszłości zdawał sobie całkowicie sprawę z jednego faktu. Faktu który tłumił usilnie i im bardziej go tłumił tym bardziej był zmęczony…
Chciał by cały świat krwawił jak on. By cierpiał jak on. Gdyby tylko mógł… spaliłby cały świat w swojej żałobie.
Przez mgłę pamiętał to co stało się po tamtym dniu. Puste zapewnienia. Żałosne pocieszanie. Zapewnienie nic nie wnoszących modlitw. Obietnica, że czas goi rany… ale wszystko to była bezlitosna tortura niczym oliwa na jego skórze gotowa zająć się ogniem. Był wściekły na nich wszystkich. Tak wściekły… a teraz?
Teraz jego towarzysze wymieniali się uprzejmościami, które go nie interesowały, a im bardziej szumiały w tle tym wyższą odrazę czuł. Do siebie, do nich, do Łowcy i do świata. Świata, który nigdy nie słuchał. Świata, który prędzej odwróci wzrok i uda, że nic się nie dzieje. Tak, jak całkiem niedawno mieszkańcy tej wioski. Jak na górze, tak na dole. Stara prawda, a jak realna...
-
- Trzeba uważać na słabe ogniwo... Przy koniu mam sieć i linę... - szepnął Pieter.
- Też sądzę że się przyda - szepnął Tomasimo do Pietera gdy wchodzili do karczmy.
Rozsiedli się wygodnie, nalali sobie cydru a Łowca po kilku żołnierskich słowach poszedł do siebie na piętro. Cichy z reguły Pieter zadrżał z ekscytacji. Przepatrywacz zdawał się być pobudzony.
-Ale dzień! A najlepsze dopiero przed nami, niezła noc się szykuje! - zagadał jak widać otwarcie popierając decyzję Klausa.
- Nic przyjemnego - odparł zmęczony i trochę wycofany bardziej niż zazwyczaj niziołek, widok płonących ciał to nie jest coś do czego można przywyknąć i stosy jeszcze tkwiły w jego głowie.
- Co o tym sądzicie? - zapytał resztę Tomasimo, chcąc wypowiedzieć się na koniec.
Moriz nie odpowiedział niziołkowi. Nawet nikogo nie zaszczycił spojrzeniem, gdy ostrzem noża wyłupywał sęk jaki najbliżej znajdował się jego miejsca przy stole. Wzrok miał skupiony na ruchu swojej dłoni poświęcając czynowi więcej uwagi niż było to konieczne.
- Moriz? Heinz? - zapytał wprost żołnierz, swojego kompana był pewien, zresztą już się wypowiedział.
Rozległo się pęknięcie drewna jak sztylet wybił kawałek sęka w stole i kilka drzazg zasiało powierzchnię blatu. Moriz ciągle milczał i wziął między dwa palce wybity sęk, jaki przysunął bliżej światła świecy dającej blask przy stole, aby zacząć ten ułamek oglądać z każdej strony w sobie tylko znanej potrzebie.
-Na Sigmara... - rzekł z niedowierzaniem Pieter obserwując milczenie kompanów.
- Milczenie to też odpowiedź- dodał Tomasimo - zrozumiem jeśli wolicie zostać w karczmie.
- Wojsko - ciągnął dalej Ashfield - wojsko ma nieraz gorsze zadania niż walka z najeźdźcą...
Ciężkie opowieści starych wiarusów wracały właśnie do niziołka który próbował ubrać problem w słowa.
- To jest ciężar, którego miałem nadzieję że nigdy nie będę dźwigał, ale skłamałbym gdybym powiedział że nie rozumiem o co chodzi - mówił powoli, chcąc by słuchaczom nie umknęło ani jedno słowo.
- Wojsko tak robi w czasie zarazy, strzelcy w około wioski i ogień pod chaty gdzie kazano się ludziom skryć w ramach kwarantanny. Najgorszy z możliwych rozkazów, Ci sami dorośli co szli do armii by chronić swoje i cudze życie muszą z rusznicy zabić każdego kto da radę uwolnić się od ognia, byle tylko nie dobiegł za blisko nich i rozprysk krwi nie zaraził regimentu. Tragedia. Najgorszy rozkaz, wypala dusze, ale jest konieczny by Imperium przetrwało, by Pan Zarazy nie zniszczył naszych miast i wiosek...
- Zielarka mówiła, że zaczęło się od strumienia, że pierwsze zmieniły się praczki, cała wioska z tej wody korzystała, wszyscy, i młodzi i starzy, dopiero gdy strumień zamarzł zaczęli korzystać z studni - dodał na koniec by zrozumieli w czym rzecz.
Moriz uśmiechnął się do swoich myśli, po czym przysunął kawalątek sęku do ognia i obserwował, jak zaczyna się jarzyć.
- Sęki. To wszystko sęki w drzewie. - puścił drewienko, jak zaczęło już parzyć mu palce i zaczął obserwować jak upada ono na stół. Drewienko niby wykałaczka.
- Zarazy z człowieka nie wydłubiesz jak sęka, wypitej skażonej wody nie wypocisz, kwestia czasu a będzie to wioska mutantów. I jeszcze ten pieprzony sygnet, skądś to Heinz wziął? Dla tych ludzi nie ma ratunku, a przynajmniej ja nie znam, jedyne co to możemy ochronić innych przed tym czym się staną.
Moriz spojrzał uważnie na Tomasino.
- Nie zaraza jest sękiem, ale ludzie z zarazą sękami.
-Sigmarze, widzisz i nie grzmisz! - zawołał Pieter. - Poeta się znalazł!
Heinz oderwał puste spojrzenie od ognia i rozejrzał się po zgromadzonych.
- Mów co chcesz, niziołku, ale ja się na Twoje gładkie słówka nie złapię - powiedział do kaprala bez krzty emocji - Gdyby tak źle ci było w wojsku już dawno byś z niego odszedł. Jednak, zostałeś w nim na tyle by dorobić się awansu. Więcej, za naszymi plecami podjąłeś decyzję za nas wszystkich bratając się z Klausem. Prawdę mówią, co mówią o niziołkach... Jeszcze niedawno miałem wątpliwości. Teraz, żadnych.
- Z wojska nie odchodzi się w czasie wojny rudy, samodzielne odejście to dezercja i za nią idzie się do Morra. Bratam się? Pod kamieniem całe życie leżałeś że nie wiesz jakie uprawnienia ma Łowca Czarownic? Myślisz że masz wybór? Jeszcze Ty z tą rudą czupryną, znajdą Cię i powieszą za pomoc kultystom szybciej niż minie księżyc. Poza tym dobrze wiesz, że on ma rację, tylko metody niekoniecznie odpowiadają tym o gołębich sercach, ale w tym wypadku innych metod nie ma. Co byś proponował?
- Jeśli sądzicie że nie podejmując działania nie podejmujecie go to jesteście naiwni, brak wykonania rozkazu kogoś z takim umocowaniem to dezercja, brak chęci walki z wrogiem i Chaosem, jeszcze teraz po wojnie.... Wy się na stos sami pchacie i tyle. - skwitował ich postawę niziołek.
Heinz spojrzał na niziołka z góry... Co wcale nie było takie trudne. Odwrócił się i po przejściu paru kroków chwycił swój plecak. Następnie udał się za kontuar za którym zniknął. Nie trwało długo, kiedy wrócił zakładają plecak.
- Idę odebrać co moje.
Nie czekając na pozostałych ruszył w kierunku wyjścia.
Moriz też uniósł się z miejsca.
- Zabiorę swoje rzeczy z góry... Ale od razu was informuję, że ja na pewno nie będę podpalał.
- Podobnie! - rzucił przez ramię Heinz otwierając drzwi i wychodząc na zewnątrz.
- Mam zamiar w drzewach pilnować czy jacyś uciekinierzy się nie zjawią - Moriz dodał dość cicho - więc się nie zdziwcie, jak wyjdę z karczmy by zająć pozycję...
- Pilnuj lepiej rudego, nic nie mówi i idzie gdzieś w cholerę, lepiej byłoby go związać. Dam znać Sneiderowi i idę się chyba położyć na chwilę. - rzekł niziołek i poszedł na górę zameldować że Moriz i Heinz nie będą brać udział w podpaleniu wioski, i co gorsza miał rację co do Heinza i nie rozumie czemu Klaus zmienił zdanie i mu powiedział co planują, raportując przebieg rozmowy dodał, że o ile Moriz dał znać że będzie w lesie patrzeć czy ktoś nie ucieka czyli na plan się zgadza, to rudy strzelił focha, wziął coś zza kontuaru i wyszedł w ciemną noc "odebrać co jego" twierdząc że na gładkie słówka się nie złapie, zarzucając Tomasimo podjęcie decyzji za niego za jego plecami.
O ile Sneider nie postanowi inaczej, niziołek planował sam lub z Pieterem sprawdzić kaplicę, dom rzeźnika i kapłana, jeśli starczy im czasu. Ten znaleziony sygnet go martwił. -
Pieter stał nieco z boku, z dłonią opartą o łuk i w milczeniu przyglądał się płonącym stosom. Nie odwracał wzroku, kiedy ogień wspinał się po drewnie, ani wtedy, gdy płomienie zaczęły obejmować ciała skazańców. Większość ludzi w takich chwilach szukała sobie innego zajęcia. Jedni spuszczali głowy, inni udawali, że poprawiają rzemienie albo rozglądają się po okolicy, byle tylko nie patrzeć. Pieter nigdy tego nie rozumiał. Jeśli śmierć już przyszła, należało patrzeć jej w twarz.
Krzyki rozchodziły się po wiosce, odbijając od ścian chat i niknąc gdzieś pomiędzy nagimi drzewami. Były przeraźliwe, rozpaczliwe i pełne bólu, a mimo to przepatrywacz odniósł niepokojące wrażenie, że brzmią znajomo. Zamknął na chwilę oczy i natychmiast wróciły obrazy sprzed lat. Nie tej wioski. Nie tych ludzi. Zupełnie innego miejsca, gdzie również płonęły drewniane zabudowania, a dym zasnuwał niebo tak szczelnie, że trudno było odróżnić dzień od nocy. Pamiętał żołnierzy biegnących z wiadrami, pamiętał konie z pianą na pyskach i ludzi próbujących wydostać się z płonących domostw, zanim padł rozkaz, którego nikt nie chciał wydać, ale wszyscy musieli wykonać. Strzelano wtedy do własnych, bo zaraza nie mogła wydostać się poza wieś. Krzyki były niemal identyczne.
Minęło tyle lat, a mimo to niektóre dźwięki wciąż potrafiły otworzyć drzwi, które od dawna powinny pozostać zamknięte. Pieter nie czuł obrzydzenia. To uczucie wypaliło się w nim dawno temu, pozostawiając po sobie jedynie chłodną ciekawość. Obserwował ogień z uwagą człowieka, który widział już dziesiątki trupów. Na wojnie panował chaos. Tutaj wszystko miało swój porządek. Ogień był narzędziem, a każdy obecny wiedział, dlaczego stoi właśnie w tym miejscu.
Coraz bardziej utwierdzał się w przekonaniu, że Herr Sneider nie był zwykłym fanatykiem, za jakiego początkowo go brał. W jego działaniach nie było miejsca na przypadek ani na ślepy gniew. Łowca od początku prowadził śledztwo tak, jak doświadczony myśliwy prowadzi zwierzynę w zastawione sidła. Pozwalał ludziom mówić, pozwalał im kłamać, a później cierpliwie obserwował, które z tych kłamstw zaczynają się rozpadać pod własnym ciężarem. Nawet wtedy, gdy wydawał rozkaz spalenia wioski, nie sprawiał wrażenia człowieka owładniętego religijną gorączką. Wyglądał raczej jak rzemieślnik wykonujący dobrze znaną sobie pracę. Ta myśl dziwnie uspokajała Pietera.
Kiedy wrócili do karczmy, przepatrywacz usiadł ciężko na ławie i przez dłuższą chwilę obracał w dłoniach gliniany kubek z cydrem. Ciepło napoju powoli wracało do zmarzniętych palców, lecz jego myśli wciąż pozostawały gdzieś na placu, pośród płonących stosów. Słuchał rozmowy towarzyszy, jednak robił to bardziej z przyzwyczajenia niż z zainteresowania. Tomasimo mówił o ciężarze rozkazów i o wojsku, Moriz próbował ubierać swoje przemyślenia w dziwne metafory, a Heinz jak zwykle szukał powodów, by się sprzeciwić. Pieter odniósł wrażenie, że każdy z nich próbuje przekonać przede wszystkim samego siebie.
On nie potrzebował usprawiedliwień. Jeżeli wojna nauczyła go czegokolwiek, to tego, że nie każdą decyzję podejmuje się po to, aby była słuszna. Niektóre podejmuje się wyłącznie dlatego, że brak decyzji kosztowałby jeszcze więcej istnień.
Dlatego, gdy Tomasimo wspomniał o ciężarze podobnych rozkazów, Pieter uniósł wzrok znad kubka i odchylił się na ławie, a jego wzrok spoczął na płomieniu świecy. Przez krótką chwilę obserwował, jak ogień pochłania knot i dopiero wtedy uświadomił sobie, że od dobrych kilku minut nie słucha już rozmowy przy stole. Patrzył jedynie w płomień, zastanawiając się, dlaczego za każdym razem, gdy ogień zabierał kolejne życie, wracały do niego wspomnienia, których od lat bezskutecznie próbował się pozbyć. Nie potrafił odpowiedzieć na to pytanie.
Gdzieś na skraju tych rozmyślań pojawiła się jednak jedna, uporczywa myśl, która nie dawała mu spokoju. Nie rozumiał postawy Heinza ani Moriza. Jeszcze bardziej niepokoiło go to, że obaj zdawali się traktować rozkaz Herr Sneidera jak coś, z czym można polemizować. Na wojnie nie dyskutowało się z rozkazami ludzi, którzy wiedzieli więcej od szeregowców. A Łowca Czarownic wiedział. Widział to już wielokrotnie. Jeżeli uznał, że wieś należy spalić, musiał mieć ku temu powody, których oni zwyczajnie jeszcze nie dostrzegali. Pieter nie potrafił zdecydować, co powinien zrobić z takim buntem. Przemilczeć go i liczyć, że to tylko chwilowe zawahanie? Czy może ostrzec Sneidera, zanim niezdecydowanie któregoś z towarzyszy zagrozi całej akcji? Sama myśl o tym była niewygodna. Coraz częściej łapał się na tym, że bardziej ufa osądowi Łowcy Czarownic niż ludziom, z którymi od kilku dni dzielił drogę, ogień i niebezpieczeństwa.
-
Powietrze pachniało płonącym ciałem, tłuszczem, włosem i drewnem. Krzyki ustały pozostawiając jedynie ten zapach palonego ludzkiego ciała i... czegoś jeszcze. Głębszego i mniej fizycznego, a bardziej psychicznego. Poczucia winy. Strachu? Żalu? Ulgi? Przerażenia lub może odrazy. Tylko do kogo? Do skazanych, czy może katów?
A może do siebie...Moriz przymrużył oczy podrażnione popiołem i gorącem sunącym od stosów. Ludzkie sylwetki majaczyły w ogniach liżących je swoimi jęzorami. Wcześniej nie widział z tak bliska podobnych egzekucji. Za dzieciaka nie spotkał się z podobnymi karami, a banici nie rozpalają ognisk tego typu, jakich wielkość mogłaby przyciągnąć uwagę. I czemu by mieli? Wyjętym spod prawa samym groził miecz czy stryczek, a Moriz mógł się tylko w duchu modlić, aby stos nie był dany nikomu z nich. Widział z odległości łuny stosów i żaden z jego kompanów nie chciał się do nich przybliżać by o sobie nie dać przypomnieć. Richter nie wiedział czy którykolwiek kompan zasługiwałby na takowy, ale zrozumiał jedno - jeżeli by taki był, grupa szybko by się go pozbyła, dla własnego bezpieczeństwa.
Zwrócił wzrok na postać Sneidera będąca niczym czarny cień na tle szalejącego ognia pożerającego skazanych ze wsi. Moriz zastanawiał się jaki trening musiał łowca przejść, by jego psychika nie była rozszarpana na kawałki po wielu sądach, jakie wykonał i wielu, jakie dopiero miały nadejść.
A może już leżała w strzępach w tym człowieku?Richter uchodził za sędziego... a przynajmniej tak go wołano. Na początku wiedzieli. Później z nazwiska... ale po dłuższym czasie nabierało to więcej sensu. Nie mógł z całą pewnością stwierdzić, że całkowicie rozumie Łowcę Czarownic, bo to byłoby kłamstwo. Moriz mógł tłumić własne emocje, mógł z pełną świadomością (co też przecież zrobił) wysyłać na śmierć z ręki Sneidera, ale wciąż był w ten sposób winien ich losu, z czym się godził. Zabijał już własnymi rękoma ludzi jakich widział szkodnikami, uważał za brud świata. Pewnie niektórzy za niewinnych by mieli... ale nie byli tacy w oczach Richtera.
Nie byli też skazani na stos w oczach Sneidera.

Zimno lasu przybocznego wiosce oferowało klarowność myślom, gdy członki dłoni i stóp domagały się więcej ciepła pośród ośnieżonych drzew. Moriz próbował rozegnać własne myśli zbierające się wokół zasłyszanych słów od ich pracodawcy.
Wieś trzeba spalić.
Mimo grubych rękawic skostniałe palce jakby w buncie nie chciały wykonywać poleceń właściciela i z ciężkością wykonywały zadanie jakiego się podjął.
Nie mogli ryzykować.
Gorący oddech czynił ślad w zimowym powietrzu. Spalenie było tylko teatrem. Tu czai się więcej... winnych. Więc muszą zapłacić wszyscy. Nawet niewinni. Nawet dzieci, z jakimi się bawił.
Dzieci, jakie nie wiedziały o niczym.Cel uświęca środki.
Czuł jak serce uderzało mu silnie w piersi i wręcz widział po parze wydostającej się z jego nozdrzy, że musiał dyszeć niczym rozjuszony niedźwiedź, gdy raz po raz dłonie odmawiały mu posłuszeństwa.
Przecież rozumiesz, Sędzio, prawda? Sam stosowałeś taką zasadę już wcześniej, sam to rozumiesz. Wiesz dobrze, że spalenie tej wioski to najlepszy wybór. Cena części za życie innych. Musi być zrobione tak.
Nawet za cenę niewinnych.
Nie wykonał polecenia niziołka. Nie widział zagrożenia w rudzielcu, a jedynie wielki ból. Musiał obadać lasy... Ludzie będą uciekać jak spłoszona zwierzyna, ale jemu głównie na jednej sztuce zależało...Tej, jaka zasłużyła.
Richter spojrzał w rozstawianą na ziemi pułapkę ii uśmiechnął się, choć pojedyńcza łza mroźnym pieczeniem oznaczyła mu strumień na policzku i obiecał jedno.
Cel uświęci środki.
-
Wieś sprawiała wrażenie wymarłej. Jedynie dym z dogasających stosów snuł się nisko pomiędzy dachami i wciskał w nozdrza. Heinrich zaświecił latarnię i ruszył od jednego domu do drugiego Było już ciemno i jedynie światło latarni oświetlało mu drogę. Nikły promyk nadziei pośród ciężkiego, ponurego mroku. Był wściekły. Tak bardzo, że nie dało się tego opisać słowami. Był wściekły i bez nadziei na lepsze. Wiedział, co trzeba uczynić i nawet? Zgadzał się. Choć nie podobało mu się to w najmniejszej kropli. Ni ksztynę! Uśmiechnął się ponuro i słabo do Mannslieba na lekko pochmurnym niebie, a chłód nocy pieścił jego ciało bezlitośnie. Coś, co jak zdawał sobie ponad wszelką miarę sprawę było dla niego dobre.
Chłód nocy pozwalał wystudzić krew. Pozwalał zebrać myśli. Okiełznać emocje, spojrzeć z boku na sprawę. Gdyby został w karczmie? Wolał nawet o tym nie myśleć. A tak szedł w dół wsi wiedząc, że kiedy wszystko jest niepewne… trzeba powrócić do tego co jest znane. Czuł żal z powodu śmierci garbarza… może mutant, ale dobry człowiek… więc kto był tu winien i jak bardzo znajomość może rzucić na wybranie mniejszego, ale słusznego zła? Przerażająca myśl… nagle okazuje się, że być człowiekiem oznaczało być człowieczym i aby zwalczać Chaos trzeba wyrzec się swojego człowieczeństwa… Jakby nie patrzeć…
Najpierw dotarł do chaty Albrechta czując przypływ nostalgii. W środku pachniało skórą, łojem i dymem. Warsztat wyglądał tak, jakby jego właściciel miał za chwilę wrócić do pracy. Narzędzia wisiały równo na ścianie, każde na swoim miejscu. Na stole znajdowały się szydła, igły, mocne nici, metalowe klamry i dwa porządne noże do skórowania. W kącie leżała duża, dobrze wyprawiona skóra jelenia, dwie mniejsze skóry kozie oraz rulon grubego futra nadającego się na podbicie zimowego odzienia. Na oparciu krzesła wisiała niedokończona kurta. Albrecht zdążył wykroić najważniejsze części i nanieść poprawki po porannych pomiarach. Na jednym z rękawów wciąż pozostawały kredowe oznaczenia, a przy kołnierzu tkwił skrawek pergaminu z krótką uwagą dotyczącą szerokości ramion. Obok warsztatu stała niewielka skrzynia, w której znajdowała się skórzana sakiewka z jedenastoma szylingami i ośmioma pensami, którą to dodał do swoich Oceniał skóry, oceniał futro… wszystko to był solidny towar warty swojej ceny. Niestety, miał ograniczone możliwości. Zabrał narzędzia. Ponad je i monety, nic więcej.
Chata Marty wyglądała zupełnie inaczej. Panował w niej nieład, który dla samej zielarki zapewne miał własny porządek. Półki uginały się pod ciężarem słojów, glinianych naczyń, zawiniątek i buteleczek. Pod sufitem suszyły się pęki roślin, a na stole stały moździerze, drewniane łyżeczki, niewielka waga oraz kilka pustych fiolek. Część preparatów opisano czytelnie, inne oznaczono jedynie kreskami i symbolami. Pośród gotowych środków znajdowały się trzy mikstury. Lek na Wszelkie Zło, Sokole Oko oraz pojedyncza porcja mikstury leczniczej. W niewielkiej skrzynce odsuniętej na tył półki przechowywano trzy trucizny. Każde naczynie opatrzono nazwą i prostym znakiem ostrzegawczym. Były to lubczyk, tojad oraz wilcza jagoda. Tłumacz brał to co znał, choć był pod niemałym wrażeniem zgromadzonych przez kobietę zapasów. Jakby nie patrzeć, chaos rządził w jej chacie niepodzielnie, a on nie miał czasu, ani cierpliwości na głębsze badania.
Ostatnia była chata Bruna. Pomieszczenie pachniało mięsem i tłuszczem, Narzędzia rzeźnicze przechowywano starannie. Na ścianie wisiał ciężki tasak oraz dwa długie noże do rozbioru mięsa. Pod stołem znajdowała się piła do kości, osełka i zestaw drobniejszych narzędzi do ostrzenia oraz naprawy rękojeści. Obok leżał hak rzeźnicki z krótkim łańcuchem i gruby skórzany fartuch. W niewielkiej skrzynce znajdowało się siedem szylingów oraz ukryta butelka mocnej gorzałki. Zabrał narzędzia i monetę. Nie mniej, nie więcej było mu potrzebne. Było „jego”.
Kiedy płomień latarni przesunął się po wnętrzu izby, w oknie naprzeciwko poruszyła się zasłona. Po drugiej stronie ulicy, w jednej z sąsiednich chat, stała kobieta. Za nią można było dostrzec dwie mniejsze sylwetki, zapewne dzieci. Cała trójka patrzyła w stronę domu rzeźnika. Odsunęli się gdy złapali kontakt wzorkowy z Henrichem, a po chwili zasłona opadła. W innym oknie mignęła czyjaś twarz. Gdzieś dalej zgasło światło. Jedna z okiennic poruszyła się lekko, choć na ulicy nie było prawie żadnego wiatru. Mieszkańcy może i zamknęli się w domach, ale część nich spozierała do sąsiadów i na ulice, jakby starając uwierzyć, że Łowca naprawdę dotrzyma słowa i zostawi ich w spokoju. Jeśli komuś nie podobały się praktyki Heinza, nikt z mieszkańców nie wyszedł, by mu przeszkodzić.
Kraus zachował kamienną twarz. Wszelki żal i wątpliwość powoli w nim dogasała kiedy robił to co niektórzy nazwaliby kradzieżą. On nie kradł. Był ponad to. Choć był Tłumaczem… to jak jeden plebs nazwałby go pogardliwie Hieną Cmentarną. Właściciele tych domostw byli martwi, a ich domy były ich grobowcami… w pewnym sensie, przynajmniej. Miał żelazną zasadę, że nie brał od żywych. Żywym to nawet był w stanie odstąpić część tego co ma, ale brać siłą, czy podstępem? Nigdy. Ostatecznie… wszyscy chcieli tylko przetrwać, a ta wieś… Jeśli Sigmar, albo Ranald widzieli w tych ludziach niewinnych to miał nadzieję, że dadzą jakiś znak. Patrząc po krukach jednak… dali jawny sygnał co to za miejsce. Jedyna myśl, która ledwo co usypiała jego roztargane sumienie.
Wracał do karczmy. Wiedział, że martwi nie będą mieli mu za złe. Sam by się nie pogniewał, gdyby ktoś zabrał z jego zimnych palców ostatniego pensa. Byleby tylko dwie monety umieścił pod językiem na ostatnią drogę. Ogień jednak był, ponad wszelkim poznaniem, najwyższym zaszczytem ze wszystkich możliwych pochówków. Spopielone ciało nie ulegało plugawej magii. Nie rozkładało się niosąc woń zepsucia, a czysta, wolna od łańcuchów ciała dusza ulatywała bezpośrednio ku bogom…
Teraz jednak, potrzebował spać. Choć świecę, choć dwie… spije się w trupa gdy dotrze do Hargig spieniężyć i zdeponować kruszec. Miał plany. Miał nadzieje… ale wszystko to kosztownym było. I nie było co ukrywać, każdy krok bliżej wolności był na wagę…! To jest, jeśli przeżyje… Jeśli przeżyje…
-

Tomasimo i Łowca
Tomasimo znalazł Sneidera na piętrze, w jednej z izb zajętych wcześniej przez Łowcę Czarownic. Drzwi pozostawały uchylone, a kiedy niziołek zajrzał do środka, Klaus siedział przy niewielkim stole, pochylony nad prowizoryczną mapą okolicy. Ciężki płaszcz zrzucił na oparcie krzesła, rękawice położył obok kałamarza, a na blacie rozłożył kilka kartek zapisanych krótkimi, oszczędnymi uwagami. Nie jawił się niziołkowi jako szczególnie przejęty, a już na pewno nie wyglądał jak człowiek, który właśnie wrócił z egzekucji pięciu osób. Miało się wrażenie, że po prostu zakończył jeden etap pracy i bez zbędnego odpoczynku zabrał się za kolejny.
Tomasimo przekazał mu przebieg rozmowy w głównej izbie. Powiedział o Morizie, który nie zamierzał brać udziału w podpalaniu wioski, ale chciał udać się do lasu i mieć oko na ewentualnych uciekinierów. Wspomniał również o Heinrichu, który także odmówił, zabrał coś zza kontuaru i wyszedł w noc, rzucając, że idzie „odebrać co jego”. Niziołek nie ukrywał przy tym własnych podejrzeń ani negatywnego nastawienia. Przypomniał o wcześniejszych wątpliwościach dotyczących rudzielca i zwrócił uwagę, że jego zachowanie w obecnej sytuacji trudno było uznać za szczególnie rozsądne.
Łowca Czarownic słuchał bez przerywania, wyjmując z połów swojego płaszcza suchą rację żywnościową i żując ją mozolnie w miarę wywodu niziołka. Ani razu nie wszedł Tomasimo w słowo. Dopiero kiedy raport dobiegł końca, odsunął krzesło, podniósł się i podszedł do okna. Szyba była zaparowana od środka, więc przetarł ją rękawem i przez chwilę patrzył na wieś. Z wysokości piętra widać było znaczną część drogi oraz kilka bocznych przejść między domami. Śnieg odbijał blade światło Mannslieba oraz ostatnie, upiorne migotanie stosów, które na placu dogasały już niemal całkowicie. W tej mętnej, niebieskawo-pomarańczowej poświacie można było jeszcze rozpoznać dwie oddalające się osobno sylwetki. Heinrich kierował się między zabudowania, Moriz zaś zmierzał w stronę skraju wsi.
Sneider patrzył na nich dłuższą chwilę, po czym westchnął przez nos z wyraźnym niesmakiem.
– Zmarnowane złoto. Na obu.
Nie było w jego głosie furii, a jedynie nuta irytacji. Prychnął, jakby dotarło do niego właśnie teraz, że narzędzia, na które wyłożył złoto, nie szczędząc żadnego grosza, okazują się wadliwe wtedy, kiedy akurat są mu najbardziej potrzebne.
– Niech idą. Nie będziemy za nimi nikogo posyłać. Nie warto.
Oderwał wzrok od okna i spojrzał na Tomasimo, który nie krył konsternacji wywołanej jego decyzją. Podobna nieroztropność zakrawała na igranie z losem, lecz Łowca miał pewną siebie minę.
– Znam się na ludziach jak mało kto, panie Ashfield. Popełniam pewne drobne błędy, ale nigdy nie mylę się co do istotnej części natury człowieka. Nie sądzę, żeby któryś pokrzyżował nam plany. Ostatecznie jakieś niepotrzebne zgrzyty sumienia mogą im nie pozwolić wziąć udziału w słusznej misji, ale nie są na tyle szaleni, by robić sobie ze mnie wroga. Herr Moriz za bardzo jest przywiązany do swojego życia, a Herr Heinrich przede wszystkim chce odmienić swój los. Nie zrobią tego, krzyżując ze mną ostrza. To nie są ludzie, którzy zmieniają świat na lepsze, ale są za to wystarczająco rozsądni, żeby wiedzieć, że nie warto otwarcie stawać przeciw woli Imperatora.Sneider wrócił do stołu i zaczął składać mapę, jakby właśnie zakończył temat.
– Jeśli chcą umyć od tego ręce, niech tak będzie. Na wszelki wypadek przed wyjazdem sprawdzę jednak ich dobytek. Wątpię, by skusili się zawłaszczyć cokolwiek spaczonego, ale nie odmówię im chciwości, która uśpi ich sumienie. Ostatecznie niech przytulą parę fantów. Lepszy taki ich los niż to, by miały zniszczeć w płomieniach. Zazwyczaj nie popieram kradzieży i zwykłem nawet za nią karać, ale ostatecznie dzisiaj skupiamy się na ważniejszych... priorytetach.
Dopiero po wypowiedzeniu tej kwestii zmienił ton na nieco spokojniejszy i mniej cierpki.
– Ty, Herr Ashfield, i Herr Falk wywiązaliście się z zadania. To zostanie uwzględnione przy zapłacie.
Tomasimo mógł zauważyć, że Sneider nie mówił tego jako pustego komplementu. Łowca Czarownic należał do ludzi, którzy rzadko rozdawali pochwały, a jeśli już to robili, zazwyczaj coś za nimi szło.
– Jak, zdaje się, wspominałem, dostaniecie też ode mnie rekomendację. Jeśli będziecie kiedyś potrzebowali listu dla oficera, kwatermistrza albo urzędnika wojskowego, moje nazwisko powinno sprawić, że sprawy rozwiążą się po waszej myśli.Kiedy Tomasimo wspomniał o zamiarze przeszukania kaplicy, domu rzeźnika i domu kapłana, Sneider nie próbował go powstrzymywać.
– Macie wolną rękę, Herr Ashfield. Tylko nie róbcie hałasu i nie pokazujcie się mieszkańcom bardziej, niż trzeba. Nie chcę, żeby ktoś zaczął zadawać pytania albo nabrał ochoty na nocny spacer.
Po chwili wskazał ruchem głowy na dół.
– Pan Falk zostaje tutaj. Ktoś musi mieć oko na gospodę i wieś. Powiedzcie mu, żeby co jakiś czas obchodził budynek, sprawdzał okna i dał znać, kiedy większość świateł pogasną. Skoro na reszcie nie można polegać, poradzimy sobie w trójkę.
Nie zabrzmiało to ani bohatersko, ani szczególnie ponuro. Sneider stwierdził po prostu fakt, po czym wrócił do swoich notatek.
Tomasimo w domu rzeźnika
Dom Bruna był pierwszym miejscem, które Tomasimo postanowił sprawdzić pod kątem wskazówek. Jeśli Bruno rzeczywiście był kultystą, musiał coś po sobie zostawić. Jakiś ślad. Jakiś dowód. Z zewnątrz budynek nie wyróżniał się niczym szczególnym spośród sąsiednich zabudowań. Niski dach, niewielkie okna, przybudówka służąca zapewne do przechowywania narzędzi i opału. Wewnątrz wciąż unosił się ciężki zapach tłuszczu i dymu. Było widać, że ktoś już wcześniej przeszukiwał pomieszczenia. Część szuflad pozostawiono wysuniętych, kilka drobnych przedmiotów zniknęło, a na podłodze ciągnęły się świeże ślady butów. Heinrich najwyraźniej interesował się przede wszystkim tym, co można było łatwo zabrać i później sprzedać albo wykorzystać. Tomasimo szukał czegoś zupełnie innego.
Przez dłuższą chwilę chodził więc po domu, zaglądał pod meble, przeglądał papiery i przyglądał się ścianom. Nic nie pasowało jednak do obrazu tajnego kultysty. Na stole leżały rachunki za mięso, sól i opał. W jednej ze skrzynek znajdowały się zapiski o zakupie dwóch świń od gospodarza z sąsiedniej wsi, w innej kilka starych rachunków, gwoździe, kawałki sznurka i zużyte sprzączki. Drobnica. W szafie wisiały robocze koszule oraz płaszcz przesiąknięty charakterystycznym zapachem rzeźni. Na półce stał tani, drewniany symbol Taala, zapewne kupiony kiedyś na jarmarku, a obok niego niewielki koń z drewna, dziecięca zabawka z odłamanym uchem, wygładzona od częstego dotykania.
Tomasimo sprawdził podłogę, ściany i skrzynie, lecz nie znalazł ani ukrytej komory, ani wyrytych symboli, ani ksiąg, które choćby z daleka przypominały teksty poświęcone Mrocznym Bogom. Nie było podejrzanych ołtarzy ani czegokolwiek, co kazałoby sądzić, że Bruno prowadził drugie życie poza tym, które znała cała wieś. Im dłużej niziołek przeszukiwał dom, tym bardziej rzeźnik jawił się jako człowiek szalenie pospolity. Kupował zwierzęta, liczył wydatki, martwił się ceną drewna i najwyraźniej przechowywał starą zabawkę należącą kiedyś do dziecka. Gdyby nie jego przyznanie się w obliczu ognia i znaleziony wcześniej sygnet, trudno byłoby wskazać cokolwiek, co łączyłoby go z kultem Khorne’a. Czy faktycznie nim był? Czy może w ostatniej chwili skusiła go obietnica lżejszej śmierci, której ostatecznie mu odmówiono? Dom nie udzielał odpowiedzi. Jeśli już, to zostawiał po sobie jeszcze więcej pytań.

Tomasimo w kaplicy i domu kapłana
Kaplica Ulryka stała nieco wyżej niż większość zabudowań Dunkelwaldu, na niewielkim wzniesieniu, z którego za dnia zapewne można było objąć wzrokiem sporą część wioski. Wiedział to, ponieważ całkiem niedawno odbył już drogę w tę stronę dwukrotnie. Nie miał jednak dobrej okazji przyjrzeć się kaplicy i domowi kapłana od środka. Przynajmniej nie dokładnie. Przed wejściem ktoś wcześniej odgarnął śnieg, pozostawiając po lewej stronie sporą hałdę białego puchu. W środku było niemal równie zimno jak na zewnątrz. Powietrze pachniało popiołem i wilczą sierścią, a niewielkie lampy dawały jedynie tyle światła, by odegnać mrok na parę metrów.
Wnętrze nie miało nic wspólnego z bogatymi, wystawnymi świątyniami znanymi z większych miast. Nie było tu marmuru ani barwnych fresków. Na końcu głównej izby stał prosty kamienny ołtarz, nad którym wyrzeźbiono głowę wilka. Rzeźba była stara i surowa, z głęboko zaznaczonymi oczami i wyszczerzonymi kłami. Ktoś kiedyś pomalował je na jasnoszaro, lecz farba popękała i w wielu miejscach odpadła. Na ścianach wisiały wilcze skóry oraz trzy stare chorągwie. Jedna przedstawiała białą wilczą głowę na ciemnym tle, druga nosiła ślady tak wielu zim, że wzór niemal całkowicie wyblakł, a trzecia była miejscami przypalona. Pośrodku ustawiono kilka ciężkich, prostych ław. W żelaznych misach umieszczonych w czterech kątach kaplicy pozostawały resztki popiołu. Nie były już ciepłe, ale wciąż pozostawiały po sobie zapach spalonych ziół. W misie przy wejściu znajdowała się woda, którą teraz skuło wieczorne zimno.
Tomasimo znalazł również kilka przedmiotów używanych podczas nabożeństw albo pozostawionych przez wiernych. Na ołtarzu leżał srebrny medalion z głową wilka, niewielki, lecz wykonany z prawdziwego kruszcu. Obok stały trzy znacznie tańsze amulety z kości i żelaza. Z drewnianego kołka zwisała srebrna zapinka do szaty kapłańskiej, uformowana na kształt wilczego kła. Niedaleko jednej z mis znajdował się rytualny nóż o rękojeści wykonanej z poroża, a w płóciennym woreczku leżało sześć przewierconych wilczych kłów, przygotowanych zapewne do nawleczenia na rzemyki. Przy ścianie stała jeszcze niewielka cynowa figurka wilka.
Nic z tego nie wyglądało jednak podejrzanie. Kaplica nie nosiła śladów profanacji, ukrytych symboli ani rytuałów mogących kojarzyć się z Mrocznymi Bogami. Wszystko pozostawało dokładnie takie, jakiego można było spodziewać się po wiejskiej świątyni Ulryka. Dopiero kiedy Tomasimo wspiął się po drewnianej drabinie prowadzącej do niewielkiej wieżyczki, dostrzegł, że nie jest w kaplicy sam. Moriz siedział wysoko przy dzwonie, skąd przez otwory pomiędzy belkami można było obserwować główną drogę, znaczną część wioski oraz skraj lasu. Richter zauważył niziołka, ale nie wykazywał ochoty na rozmowę. Odpowiedział jedynie krótkim skinieniem głowy i ponownie skierował uwagę na zabudowania poniżej. Tomasimo mógł więc spokojnie kontynuować swoje poszukiwania.

Moriz i kapliczka Ulryka
Z wieżyczki kaplicy Dunkelwald wyglądał inaczej niż z poziomu ulicy. Moriz widział dachy przyprószone śniegiem, ciemne przerwy pomiędzy domami, prostą linię głównej drogi oraz miejsca, w których zabudowania ustępowały połaci lasu. Z wysokości łatwiej było dostrzec ruch, ale jednocześnie pojedyncze sylwetki szybko niknęły w cieniu.
Na początku w wielu oknach wciąż paliło się światło. Mieszkańcy nie potrafili zasnąć po tym, co wydarzyło się na placu. W jednych domach ktoś chodził od okna do okna, w innych kilka osób siedziało przy stole, jeszcze gdzie indziej dziecięce sylwetki pojawiały się przy szybach, by po chwili zostać odciągnięte w głąb izby.
Moriz siedział na wieży przez długi czas. Mróz stopniowo wciskał się pod ubranie i wnikał w mięśnie oraz kości. Drewno pod jego dłonią pokrywało się szronem, metal dzwonu błyszczał matowo, a oddech zamieniał się w coraz gęstsze obłoki pary. Wieś powoli cichła. Jedno po drugim gasły światła. W kolejnych domach zasuwano firany, przymykano okiennice i wygaszano lampy. Po jakimś czasie na ulicach nie było już prawie nikogo.
Pierwszą uciekającą rodzinę Moriz zauważył tylko dlatego, że poruszali się zbyt ostrożnie. Najpierw z domu wyszedł mężczyzna z niedużym workiem przewieszonym przez ramię. Rozejrzał się po ulicy i odczekał chwilę, zanim dał znak pozostałym. Za nim pojawiła się kobieta i dwójka dzieci. Nie mieli ze sobą wiele, jedynie niewielkie pakunki i rzeczy, które można było unieść bez zwracania uwagi. Nie biegli. Trzymali się ścian i przechodzili od cienia do cienia, zatrzymując się za każdym razem, gdy gdzieś poruszył się ktoś obcy. Po kilku minutach dotarli do zachodniego skraju wsi i zniknęli między drzewami. Druga rodzina opuściła Dunkelwald mniej więcej godzinę później. Tym razem były to dwie dorosłe osoby i jedno dziecko. Wybrali niemal ten sam kierunek, prowadzący ku drodze ciągnącej się dalej na zachód, w stronę mniejszych osad i odległego Middenheimu.
Później przez dłuższy czas nic się nie działo. Moriz mógł już zacząć zakładać, że reszta mieszkańców pogodziła się z losem i zamierza zostać w domach do rana, kiedy otworzyły się drzwi domu sołtysa. Mężczyzna wyszedł sam. Nie niósł dużego tobołka, nie ciągnął sań i nie zabrał ze sobą nikogo z rodziny. Przez chwilę stał w cieniu budynku, rozglądając się po ulicy, a następnie ruszył pomiędzy chatami. Nie poszedł jednak ani na zachód, ani na wschód, jak początkowo podejrzewał Moriz. Skierował się na południe, ku najgęstszej części lasu. Richter patrzył, jak sylwetka sołtysa znika pomiędzy ostatnimi zabudowaniami. Tomasimo odszedł z kaplicy już jakiś czas temu i jeśli Moriz chciał sprawdzić, dokąd zmierza sołtys, musiał zrobić to sam. Nawet jeśli niziołek był gdzieś w pobliżu, nie miał zresztą ochoty go w to angażować.
Droga po drabinie zajęłaby zbyt wiele czasu. Kilka metrów niżej, tuż obok wejścia do kaplicy, leżała natomiast duża hałda śniegu pozostawiona po odśnieżaniu. Z góry nie wyglądała szczególnie zachęcająco, ale była wystarczająco głęboka, by zamortyzować upadek. Moriz zeskoczył. Wpadł w śnieg niemal po pas, przez chwilę walcząc o utrzymanie równowagi, lecz zaspa przyjęła ciężar jego ciała bez większej szkody. Chwilę później wydostał się na twardszy grunt i ruszył w stronę miejsca, gdzie zniknął sołtys.

Tomasimo i dom kapłana
Dom Berengara był zamknięty solidniej niż chata rzeźnika. Drzwi osadzono na grubych zawiasach, a porządny zamek nie dawał większych szans na ciche wejście. Jedno z bocznych okien zabezpieczono jednak znacznie gorzej. Przy odrobinie cierpliwości Tomasimo mógł dostać się do środka bez robienia hałasu. Wnętrze było skromne i uporządkowane. Jedna większa izba służyła Berengarowi za miejsce do pracy i codziennego życia. Stał tam ciężki stół, dwa krzesła, łóżko, skrzynia, niewielka szafa oraz półki pełne ksiąg i pergaminów. Ściany nie były ozdobione niczym poza wilczą skórą, prostym symbolem Ulryka i starą mapą Drakwaldu.
Na półkach wyróżniały się cztery księgi. Pierwsza nosiła tytuł „Zimowy Wilk” i zawierała modlitwy, hymny oraz przypowieści związane z kultem Ulryka. Rogi stron były starte, a w wielu miejscach widać było ślady częstego czytania. Druga, „O wojnach Sigmara i Teutogenów”, była ciężką kroniką w ciemnej, skórzanej oprawie. Opisywała dawne konflikty i sojusze z czasów sprzed powstania Imperium. Trzecia, „Żywoty Kapłanów Północy”, zawierała historie znanych duchownych Ulryka. Marginesy pełne były krótkich dopisków Berengara, niekiedy polemicznych, niekiedy ograniczających się do kilku znaków zapytania. Najciekawsza okazała się jednak czwarta księga. „Bestie Drakwaldu” nie wyglądały na drukowany traktat, lecz na zbiór wieloletnich zapisków. Był to pierwszy trop wskazujący na jakiekolwiek powiązanie z Chaosem, choć nić była bardzo luźna. Zapiski miały raczej badawczy charakter i nie zawierały znamion fanatyzmu, a bardziej naukowy dryg, który najwyraźniej przejawiał kapłan. Pomiędzy stronicami znajdowały się opisy zwierzoludzi, mutantów i niebezpiecznych stworzeń, na które Berengar natknął się podczas wypraw w pobliskie góry. Część zapisków była stara, ale bardzo dużo sporządzono w ciągu ostatnich dwóch lat, gdy Chaos mocniej rozplenił się po okolicy w związku z dobrze znanymi zawirowaniami, przez jakie przechodziło teraz Imperium. Tomasimo znajdował szkice, notatki o miejscach żerowania oraz krótkie uwagi dotyczące zachowań klanów zwierzoludzi. To było coś i nic zarazem. Teraz, gdy kapłan nie żył, nie mogli skonfrontować się z nim po raz wtóry, a niziołek mógł mieć na taką rozmowę niemałą ochotę.
Poza księgami Tomasimo znalazł dwie kompletne szaty kapłańskie obszyte białym futrem, kilka arkuszy pergaminu, kałamarz, zapas piór, lak, pieczęć kapłańską oraz niewielki zestaw prostych lekarstw. W skrzyni leżały bandaże, maści na odmrożenia, igły i nici. Przy ścianie stał topór, który od razu odróżniał się od reszty wyposażenia. Nie był to zwyczajny oręż codziennego użytku. Ostrze wykonano z dobrej stali, a głowicę ozdobiono srebrnymi ornamentami przedstawiającymi stylizowane wilcze głowy. Rękojeść obciągnięto ciemną skórą, a całość była utrzymana w znacznie lepszym stanie niż większość rzeczy w domu. Broń wyglądała na ceremonialną, ale nikt rozsądny nie miałby wątpliwości, że w razie potrzeby można było użyć jej również w znacznie bardziej praktyczny sposób. Jej wartość mogła sięgać... trudno było ocenić, jak wiele, ale z pewnością niemało.

Powrót Heinricha i niespokojne sny
Heinrich wrócił do gospody znacznie później. W głównej izbie zastał jedynie Pietera. Nie było potrzeby wdawać się w dłuższą rozmowę. Krótkie, oschłe przywitanie wystarczyło, by zaznaczyć, że obaj zauważyli swoją obecność. Tomasimo wciąż nie wrócił, a Sneider pozostawał na piętrze. Kraus skierował się do jednej z wolnych izb na parterze. Pomieszczenie było niewielkie, wyposażone w łóżko, stół, krzesło i małe okno wychodzące na bok budynku, obecnie zaryglowane po ich wcześniejszej akcji. Na stole stała świeca, którą zapalił zaraz po wejściu. Drżący płomień ledwo dawał radę rozświetlić izbę.
Po wydarzeniach całego dnia sen przyszedł do Heinricha szybko, niemal brutalnie, jakby organizm zwyczajnie odmówił dalszej współpracy i wykorzystał pierwszą chwilę bezruchu, by odciąć go od świata. Zasnął głębiej, niż zamierzał, bez zwykłego przejścia pomiędzy jawą a snem, bez czasu na uporządkowanie myśli. Być może dlatego to, co zobaczył później, od początku wydawało się nie tyle snem, ile czymś narzuconym z zewnątrz, obcym wobec jego własnej wyobraźni i zbyt spójnym, by można było łatwo uznać to za przypadkowy splot wspomnień.
Dunkelwald pojawił się przed nim tak wyraźnie, jakby patrzył na wieś z miejsca zawieszonego wysoko ponad dachami, lecz nie był to Dunkelwald, który znał z dotychczasowych wydarzeń. Wszystko wyglądało znajomo i jednocześnie niepokojąco obco. Układ domów pozostawał ten sam, studnia stała w tym samym miejscu, droga przecinała wieś jak wcześniej, a mimo to całość sprawiała wrażenie obrazu przekształconego przez coś obcego. Proporcje były odrobinę niewłaściwe, cienie zbyt długie, a niebo miało ciężką, bezgwiezdną barwę, w której nie można było odnaleźć ani Mannslieba, ani nawet najniklejszego światełka gwiazd.
Najbardziej rzucało się w oczy drzewo rosnące pośrodku wsi. Heinrich od razu wiedział, że patrzy na wilcze drzewo, choć w tej wizji było znacznie większe niż naprawdę. Jego pień wyrastał ponad dachy, gruby i niemal czarny, poorany głębokimi bruzdami, które w półmroku przypominały wyrżnięte w korze rany. Konary rozchodziły się szeroko nad zabudowaniami, nagie, poskręcane i ciężkie od czarnego ptactwa, które je obsiadło. Czarne pióra upstrzyły drzewo niczym nierealne, niepokojące owoce. Właściwie kruki obsiadały drzewo tak gęsto, że w niektórych miejscach całe gałęzie znikały pod czernią ich ciał. Heinrich widział setki drobnych ptaków stłoczonych obok siebie. Ich pazury zaciskały się na korze z podobną siłą, a głowy pochylały się pod tym samym kątem. Coś w tym widoku było bardziej niepokojące niż samo ich nagromadzenie. Ptaki nie zachowywały się jak ptaki. Nie przepychały się, nie skubały piór, nie podrywały do lotu i nie odpowiadały sobie ochrypłym krakaniem.
Wszystkie kruki patrzyły w stronę studni. Heinrich dopiero wtedy zauważył ogień. Początkowo był to blask odbijający się w szybach i na śniegu, ale po chwili płomienie zaczęły wychodzić spod dachów, przebijać przez okiennice i lizać drewniane ściany. Jeden dom zajmował się od drugiego, jakby ogień nie potrzebował wiatru ani iskier. W krótkim czasie cały Dunkelwald tonął w pożarze. Płonęły dachy, belki pękały z głuchym hukiem, a ciężki dym rozlewał się nad zabudowaniami i zasnuwał niebo grubą warstwą sadzy.
Pomiędzy domami poruszali się ludzie, lecz Heinrich nie potrafił rozpoznać żadnej twarzy. Widział jedynie sylwetki przecinające światło płomieni, czasem biegnące, czasem zataczające się, innym razem stojące zupełnie nieruchomo w miejscach, gdzie nikt rozsądny nie powinien zostawać. Nie słyszał krzyków. Cała scena rozgrywała się w przerażającej ciszy, jakby ogień trawił wieś za grubą szybą.
Dopiero po chwili zorientował się, że śnieg nie jest czerwony wyłącznie od płomieni. Pomiędzy koleinami i zagłębieniami terenu płynęła krew. Najpierw zachowywała się naturalnie, zbierając się w najniższych miejscach i spływając pomiędzy domami zgodnie z nachyleniem ziemi. Cienkie strużki łączyły się ze sobą, przeciskały przez śnieg i znikały pod drewnianymi płotami. W miarę jak pożar pochłaniał kolejne zabudowania, krwi przybywało, aż czerwone linie zaczęły przecinać niemal całą wieś.
Wtedy wydarzyło się coś, czego Heinrich nie potrafiłby pomylić z naturalnym ruchem cieczy. Strugi zaczęły zwalniać. Niektóre zatrzymały się całkowicie. Przez krótką chwilę krew leżała nieruchomo na śniegu, jakby coś wstrzymało jej bieg. Następnie pierwsza cienka smuga drgnęła i zaczęła przesuwać się w przeciwnym kierunku. Chwilę później zrobiła to druga, potem następna, aż cała czerwona sieć rozlana pomiędzy domami zaczęła zawracać. Krew płynęła pod górę. Nie przelewała się gwałtownie ani nie tryskała. Sunęła powoli, uporczywie, wbrew ukształtowaniu terenu, jak coś posiadającego własną wolę. Cienkie strużki łączyły się w szersze pasma, te zaś zbierały się w coraz większe potoki, aż stało się jasne, że wszystkie zmierzają w jedno miejsce. Omijały przeszkody, wspinały się po zaspach i przepływały przez koleiny, jakby znały drogę lepiej niż ktokolwiek żywy.
Zmierzały do studni. Czerwona ciecz dotarła do kamiennego cembrowania i nie zatrzymała się. Zaczęła wspinać się po jego bokach, wypełniać szczeliny pomiędzy kamieniami i przelewać przez krawędź. Kolejne strugi dołączały do poprzednich, aż cała konstrukcja wyglądała, jakby ktoś oblał ją krwią od podstawy aż po sam otwór. Potem ciecz zaczęła znikać w czarnym wnętrzu studni, pochłaniana przez ciemność tak głęboką, że nawet światło płonącej wsi nie potrafiło jej rozproszyć.
Kruki nadal siedziały na wilczym drzewie i obserwowały. Żaden nie poruszył się nawet wtedy, gdy płomienie z najbliższych domów zaczęły odbijać się czerwienią w ich czarnych oczach. Obraz zaczął się jednak powoli przesuwać, jakby spojrzenie Heinricha zostało siłą odciągnięte od wsi. Dachy i płomienie opadły niżej, a przed nim pojawiła się ciemna linia północnych gór. Ich stoki wyglądały jak jedna wielka, nieruchoma masa, niemal zlewająca się z nocnym niebem.
Na jednym ze zboczy pojawił się drobny punkt światła. Heinrich początkowo mógł wziąć go za gwiazdę albo samotne ognisko. Chwilę później obok rozbłysło drugie, potem trzecie, a po nich kolejne. Punkty układały się w nieregularną linię biegnącą w dół stoku. Z każdą chwilą było ich więcej. Kilkanaście zmieniło się w dziesiątki, dziesiątki w setki, aż cała górska grań zaczęła migotać od ruchomych świateł. Dopiero kiedy znalazły się niżej, można było rozpoznać sylwetki niosące pochodnie.
Były niewielkie, krępe, poruszały się szybko i niespokojnie. W bladym świetle śniegu dało się dostrzec zieloną skórę, długie nosy, ostre zęby i prymitywną broń unoszoną ponad głowami. Gobliny schodziły z gór całymi masami, rozlewając się po zboczach i wąskich przełęczach. Nie szły w równych szeregach, lecz w ogromnym, chaotycznym tłumie, który mimo to poruszał się w jednym kierunku. Ku dolinom. Ku wiosce.
Im więcej ich pojawiało się na stokach, tym mniej można było rozróżnić pojedyncze stworzenia. Pochodnie zaczęły zlewać się w jeden szeroki pas ognia, który wił się po zboczu niczym rozpalony grzbiet olbrzymiego zwierzęcia. Z oddali cała horda przestawała przypominać armię, a zaczynała wyglądać jak coś żywego i potężnego, co zbudziło się wysoko w górach i teraz pełzło ku Imperium, niosąc ze sobą setki małych płomieni.
W tej samej chwili kruki na wilczym drzewie poderwały się do lotu. Nie pojedynczo, lecz wszystkie naraz. Setki skrzydeł uderzyły jednocześnie, zasłaniając na moment płonącą wieś czarną chmurą. Drzewo, jeszcze przed chwilą niemal niewidoczne pod ich ciężarem, zostało nagie i puste, a ptaki wzbiły się nad Dunkelwald, zakrążyły nad studnią i ruszyły w ciemność. Wtedy wizja urwała się tak nagle, jakby ktoś zgasił światło.

Pieter i obchód wokół domów
Pieter wykonywał zadanie powierzone mu przez Sneidera cierpliwie. W powierzonej mu kwestii kryła się odpowiedzialność większa niż w przypadku pozostałych, toteż próbował wywiązywać się z niej sumiennie. Nie musiał tropić wroga w lesie ani zaglądać do cudzych domów. Jego obowiązek sprowadzał się do patrzenia, czekania i wyłapywania zmian, które dla kogoś mniej uważnego mogłyby pozostać niezauważone. Co pewien czas wychodził więc z gospody, obchodził budynek, zatrzymywał się przy drodze i spoglądał na najbliższe zabudowania, starając się zapamiętać, które okna nadal pozostają rozświetlone, gdzie poruszają się sylwetki i w których domach ludzie zaczynają już przegrywać ze zmęczeniem, a znużenie bierze górę nad niepokojem. Ostatecznie do wykonania ich planu potrzebowali, by wszyscy w wiosce spali, a Dunkelwald długo nie chciał zasnąć.
Po tym, co wydarzyło się na placu, trudno było oczekiwać, że mieszkańcy po prostu pogaszą lampy i położą się do łóżek. W wielu domach światło paliło się jeszcze długo, mimo iż świece oraz oliwa nie należały do najtańszych. Za szybami dało się dostrzec ludzi siedzących przy stołach, pochylonych ku sobie w rozmowie albo milczących tak długo, że sami zaczynali przypominać nieruchome cienie. Czasami ktoś przechodził z jednego końca izby na drugi, poprawiał zasłonę, zaglądał przez okno i natychmiast cofał się w głąb pomieszczenia. W innych miejscach dzieci pojawiały się przy szybach tylko na chwilę, zanim dorośli odciągali je od okien.
Z czasem jednak zmęczenie robiło swoje. Najpierw gasły pojedyncze świece, później całe izby tonęły w ciemności. W jednym domu ktoś zasunął ciężką firanę, w innym zatrzasnął okiennice tak gwałtownie, że dźwięk poniósł się przez pustą ulicę. Bywało też, że mieszkańcy czekali z tym do chwili, gdy zobaczyli Pietera. Wtedy ruch po drugiej stronie szyby nagle zamierał, twarz znikała, a światło po chwili przygasało. Obecność przepatrywacza wystarczała, żeby przypomnieć im, że choć Sneider zapewnił o końcu sądu, tej nocy nadal byli obserwowani. Woleli nie dawać się zapamiętać. Zabawne, że ostatecznie miało się to przyczynić do ich zguby.
Pieter nie spieszył się z wyciąganiem wniosków. Obchodził gospodę kilkukrotnie, za każdym razem zauważając, że wieś staje się cichsza i ciemniejsza. W końcu większość okien przestała świecić, a ulice opustoszały niemal zupełnie. Z pozoru Dunkelwald wreszcie zasypiał. Podczas jednego z kolejnych obchodów przepatrywacz zauważył jednak coś, co nie pasowało do tego obrazu.
Świeże ślady w śniegu. Nie prowadziły ku studni ani od jednego domu do drugiego, lecz wyraźnie w kierunku na zewnątrz wsi. Pierwszy trop zaczynał się pomiędzy dwoma chatami, w miejscu częściowo zasłoniętym przez płot i stos drewna. Było tam kilka większych odcisków butów, pomiędzy nimi zaś mniejsze, płytsze ślady dziecięcych stóp. Całość układała się w chaotyczny, ale czytelny ciąg. Ślady prowadziły na zachód. Ktoś opuścił dom nie samotnie i nie przypadkiem. To była rodzina.
Pieter ruszył kawałek dalej i po krótkim czasie natrafił na drugi podobny trop. Ten zaczynał się w innym miejscu, ale prowadził w tym samym ogólnym kierunku. Znów dorosłe kroki mieszały się z mniejszymi odciskami, a miejscami widać było głębsze zapadnięcia śniegu po kimś niosącym cięższy pakunek. Obie grupy najwyraźniej zdecydowały się nie ufać zapewnieniom Sneidera i wykorzystały noc, by spróbować wydostać się z Dunkelwaldu, zanim ktokolwiek zmieni zdanie co do ich losu.
Pieter przez chwilę obserwował ślady z miejsca, w którym znikały pomiędzy drzewami, ale nie ruszył ich tropem. Miał wyraźne polecenie i wiedział, że pogoń oznaczałaby pozostawienie gospody bez nadzoru właśnie wtedy, gdy Sneider najbardziej potrzebował kogoś na miejscu. Zamiast tego zapamiętał dwa punkty, w których rodziny opuściły zabudowania, a po powrocie do środka naniósł je węglem na prowizoryczną mapkę okolicy.
Oba kierunki zbiegały się mniej więcej ku drodze prowadzącej dalej w stronę mniejszych osad i ostatecznie ku Middenheimowi. Był to wybór zrozumiały. Jeśli mieszkańcy rzeczywiście chcieli uciec jak najdalej od Dunkelwaldu, zachód dawał im jedyną rozsądną szansę dotarcia do cywilizacji, zanim las i mróz zaczną zbierać własne żniwo. Kiedy Pieter pokazał mapkę Sneiderowi, Łowca przez dłuższą chwilę przyglądał się zaznaczonym punktom. Nie wyglądał na zaskoczonego. Przeciwnie, jakby w pewien sposób spodziewał się, że ktoś nie wytrzyma napięcia i spróbuje szczęścia w nocy.
– Zapamiętaj trasę – powiedział tylko i dalej wpatrywał się w okno. Na tym zakończył rozmowę, przynajmniej na razie. Dwie rodziny oddalały się właśnie od wioski, zapewne przekonane, że najgorsze zostawiły za sobą. Tymczasem gdzieś w górze strumienia nadal znajdowało się źródło skażenia, którego nie udało się dotąd odnaleźć, a sam Dunkelwald czekał na planowaną przez Sneidera nocną czystkę. Pieter nie wiedział jeszcze, co okaże się pilniejsze, jeśli przyjdzie wybierać pomiędzy pościgiem za uciekinierami, zbadaniem źródła zarazy a dokończeniem sprawy wioski. Wiedział jednak, że to Łowca najlepiej nakreśli priorytety.

Przygotowania Tomasimo, Pietera i Łowcy
Kiedy Tomasimo wrócił do gospody, Dunkelwald zdążył już wyraźnie przycichnąć. Wiele okien, które jeszcze godzinę wcześniej świeciły słabym, żółtawym blaskiem świec i lamp, tonęło teraz w ciemności. Gdzieniegdzie zza firan nadal przebijała smuga światła, lecz nawet tam ruch wewnątrz był coraz rzadszy. Wieś powoli poddawała się zmęczeniu po długim dniu, jakby mieszkańcy nie tyle ufali zapewnieniom Sneidera, ile zwyczajnie nie mieli już siły czuwać dłużej.
W głównej izbie gospody panował półmrok. Pieter kończył kolejny obchód, a Sneider czekał przy stole, nad którym rozłożona była prowizoryczna mapa okolicy. Tomasimo przekazał mu po kolei to, co znalazł. Dom Bruna nie krył niczego, co pasowałoby do wyobrażenia o tajnym kulcie. Kaplica Ulryka również nie nosiła żadnych śladów profanacji ani wpływu Mrocznych Bogów. W domu Berengara sprawa wyglądała nieco mniej jednoznacznie z uwagi na odnalezione notatki, lecz, jak nadmienił Tomasimo, całość znacznie bardziej przypominała makabryczny materiał badawczy niż zapiski okultystycznego fanatyka. Takie były fakty, które w gruncie rzeczy nie miały większego znaczenia. Ich przedstawienie nie odbierało wcześniejszym podejrzeniom wiarygodności.
Sneider wysłuchał wszystkiego bez większych emocji. Wyglądało na to, że mniej więcej tego się spodziewał. Kiedy skazywał ich na stos, nie miał przecież całkowitej pewności, że wina każdego ze skazanych jest równie namacalna. Mieli stanowić zasłonę dymną dla ogólnej puryfikacji wsi. Dlatego nie spodziewał się znaleźć w żadnym z miejsc odwiedzonych przez niziołka ukrytych ołtarzyków czcicieli Chaosu, ale też nie sprawiał wrażenia szczególnie uspokojonego brakiem kolejnych dowodów. Przez chwilę zadawał krótkie pytania o szczegóły, zwłaszcza o zapiski Berengara, po czym odłożył temat na później. Dla niego brak nowych śladów nie oznaczał jeszcze, że wieś była bezpieczna. Oznaczał jedynie, że tej nocy nie dowiedzieli się niczego, co zmieniałoby wcześniejszy plan.
Nie było już więc czego odwlekać. Pozostała praca. W trójkę zeszli do piwnicy gospody, gdzie Kappel przechowywał zapasy oliwy i rozmaite rzeczy potrzebne do codziennego funkcjonowania karczmy. Pomieszczenie było chłodne, wilgotne i znacznie większe, niż mogło się wydawać z poziomu głównej izby. Pod ścianami stały beczki, skrzynie i naczynia, a w powietrzu mieszały się zapachy drewna, starego alkoholu i tłustej oliwy. Kilka większych pojemników ustawiono w głębi, obok zaś znajdowały się mniejsze dzbany i bańki, które znacznie łatwiej było przenosić.
Sneider szybko znalazł również coś, co mogło ułatwić transport. W kącie, częściowo zasunięte workami i drewnianymi skrzynkami, stały niewielkie sanie. Nie były nowe. Płozy nosiły ślady wielokrotnego używania, lecz całość nadal wyglądała solidnie. Najwyraźniej zimą służyły Kappelowi do przewożenia cięższych rzeczy z magazynu albo do transportu beczek pomiędzy zabudowaniami. Przez następną dłuższą chwilę wszyscy trzej zajmowali się wyłącznie przygotowaniem ładunku. Nie była to praca efektowna. Oliwa ważyła swoje, większe naczynia trzeba było przenosić ostrożnie, a każde niepotrzebne uderzenie o podłogę mogło roznieść się po całej gospodzie. Dzbanki ustawiano ciasno obok siebie i zabezpieczano tak, żeby podczas jazdy nie przewróciły się na pierwszej nierówności. Do tego dochodziły liny i deski przygotowane wcześniej do blokowania drzwi. Część należało ułożyć na saniach, część zabrać osobno.
Całe przygotowanie miało w sobie coś szczególnie ponurego właśnie przez swoją zwyczajność. Gdyby ktoś wszedł do piwnicy i nie znał celu tej pracy, mógłby uznać, że trzech ludzi przygotowuje zapasy do podróży albo nocny transport towaru. Sneider pracował razem z nimi. Nie stał z boku i nie ograniczał się do wydawania poleceń. Pomagał przenosić naczynia, sprawdzał wiązania i kilkukrotnie poprawiał sposób ułożenia ładunku, kiedy uznawał, że coś może się przesunąć. Widać było, że nie chce pozwolić sobie na bałagan właśnie teraz, kiedy brak Moriza i Heinricha oznaczał, że każdy błąd będzie kosztował pozostałą trójkę dodatkowy czas.
W końcu sanie były gotowe. Pieter sprawdził jeszcze pasy, Tomasimo poprawił ułożenie mniejszych naczyń. Dopiero wtedy ruszyli z powrotem na górę. W gospodzie było już zupełnie cicho. Z zewnątrz nie dochodziły żadne głosy, a od strony wioski nie było słychać zupełnie nic. Jeśli dobrze się spiszą, plan Łowcy miał realne szanse powodzenia. Przez okna wpadało blade światło księżyca, które mieszało się z resztkami blasku świec.
Sneider zatrzymał się jeszcze przed wyjściem. Jego wzrok przesunął się po korytarzu i zatrzymał na drzwiach izby, w której spał Heinrich. Łowca podszedł do nich spokojnie, bez pośpiechu. Wyciągnął pęk kluczy, który nie wiadomo kiedy wcześniej odebrał właścicielowi karczmy, po czym przekręcił zamek i sprawdził klamkę. Nie sprawdził nawet wcześniej, czy chłopak sam się nie zaryglował, ale nie miało to większego znaczenia. Nie chciał, by ten udał się na nocny spacer podczas ich sprawunków.
– Nie chcę niespodzianek na ostatniej prostej – wyjaśnił dwójce, której był pewien. Nie było w tym złośliwości. Sneider nie wyglądał nawet na szczególnie zadowolonego z własnej przezorności.Chwilę później Pieter uchylił drzwi gospody. Do środka natychmiast wdarło się zimne nocne powietrze. Na zewnątrz Dunkelwald wyglądał niemal spokojnie. Dachy leżały pod równą warstwą śniegu, większość okien pozostawała ciemna, a wąskie uliczki sprawiały wrażenie pustych. Nie było widać paniki ani ruchu. Tylko kilka pozostawionych śladów w śniegu przypominało, że część mieszkańców zdecydowała się nie czekać do rana. Sneider spojrzał jeszcze raz na wieś, a potem chwycił za przód sań. Tomasimo i Pieter zajęli miejsca przy ładunku.

Przebudzenie Heinricha
Heinrich obudził się gwałtownie, jakby ktoś wyrwał go ze snu siłą. Przez pierwszych kilka sekund nie potrafił jeszcze rozdzielić tego, co wydarzyło się naprawdę, od obrazów, które dopiero co widział pod zamkniętymi powiekami. Kruki wciąż podrywały się całymi chmarami z konarów wilczego drzewa, czerwone strugi krwi pełzły po śniegu wbrew spadkowi terenu, a na północnych stokach zapalały się kolejne punkty ognia, schodzące z gór ku dolinom w długiej, wijącej się kolumnie. Dopiero znajomy kształt izby, nikły blask świecy i chłód nocnego powietrza przesączający się przez szpary w okiennicy zaczęły powoli przywracać rzeczywistości właściwe proporcje.
W pomieszczeniu panował półmrok. Świeca wypaliła się niemal do końca i tkwiła teraz w niewielkiej kałuży zastygającego wosku, rzucając na ściany słabe, drżące światło. Heinrich był zlany potem, mimo że noc zdążyła wychłodzić izbę, a jego oddech przez chwilę pozostawał cięższy, niż powinien po zwykłym przebudzeniu. Za oknem panowała głęboka noc, znacznie późniejsza, niż mógł zakładać, kładąc się tylko na krótki odpoczynek. Cisza gospody również brzmiała inaczej niż wcześniej. Nie dochodziły już rozmowy z głównej izby, nie słychać było przesuwanych stołków ani kroków kilku ludzi krążących po korytarzu. Budynek sprawiał wrażenie opustoszałego.
Kiedy Heinrich podszedł do drzwi i nacisnął klamkę, mechanizm zadziałał normalnie, lecz samo skrzydło zatrzymało się niemal natychmiast. Spróbował ponownie i poczuł wyraźny opór z drugiej strony. Nie chodziło o źle działające zawiasy, jak pomyślał w pierwszym odruchu. Ktoś zamknął go na klucz.
Nie trzeba było długo zastanawiać się nad tym, kto wydał podobne polecenie. Sneider najwyraźniej uznał, że skoro Heinrich odmówił udziału w planie, najprościej będzie wyeliminować możliwość, że w ostatniej chwili postanowi jednak w niego ingerować. To była jego pierwsza myśl. Rozwiązanie było wręcz prostackie i przez to skuteczne. Łowca Czarownic nie potrzebował go przekonywać, pilnować ani stawiać przy nim strażnika. Wystarczyło, że dobrał się do pęku kluczy karczmarza.
Miał jednak pecha w wyborze pokoju. Heinrich znał zabezpieczenie niewielkiego okna w tej izbie, ponieważ sam wcześniej miał z nim do czynienia. To on był jedną z osób barykadujących karczmę, a w pośpiechu nie przybił desek tak mocno, jak należało. Dlatego okno, choć wąskie i niewygodne, było na tyle duże, by dorosły człowiek mógł się przez nie przecisnąć. Sneider zamknął więc drzwi, ale nie zamknął Heinricha naprawdę. Jeśli Kraus chciał opuścić gospodę, przeszkodą nie było już więzienie, lecz jedynie decyzja, co zrobić po wydostaniu się na zewnątrz.
Sen nie dawał przy tym o sobie zapomnieć. Im dłużej Heinrich pozostawał w półmroku izby, tym wyraźniej wracały poszczególne obrazy. Wilcze drzewo stojące w centrum płonącej osady. Kruki obsiadające jego nagie konary tak gęsto, że miejscami tworzyły niemal czarną koronę. Krew, która zamiast spływać zgodnie z ukształtowaniem ziemi, zawracała i wspinała się ku studni, jakby sama miała własną wolę. Wreszcie ognie schodzące z gór wraz z ogromną masą zielonoskórych, tak licznych, że ich pochodnie zlewały się ze sobą.
Kruki należały do Morra. Każdy mieszkaniec Imperium wiedział tyle przynajmniej z opowieści, pogrzebowych obrzędów i znaków widywanych przy cmentarzach. To jednak nie odpowiadało na najważniejsze pytanie. Sen mógł być jedynie wynikiem wyczerpania, stresu i wydarzeń minionego dnia, które w głowie Heinricha zmieszały się ze strachem przed tym, co dopiero miało nadejść. Mógł jednak znaczyć coś więcej. Jeżeli rzeczywiście był ostrzeżeniem, pozostawiał po sobie przynajmniej dwa bardzo konkretne obrazy zagrożenia.
Ludzie Sneidera mogli jeszcze nic o tym nie wiedzieć. Być może w tej samej chwili szli już pomiędzy domami z oliwą i linami, skupieni całkowicie na wykonaniu planu, który miał zakończyć sprawę Dunkelwaldu raz na zawsze. Heinrich miał drogę na zewnątrz i wystarczająco dużo informacji, by spróbować ich odnaleźć. Równie dobrze mógł jednak uznać, że człowiek, który zamknął go w izbie niczym niesforne dziecko, sam wybrał swój los. Decyzja należała do niego. O ile jego sny miały jakąkolwiek wartość.

Moriz dogania Sołtysa
Moriz tymczasem zdołał odnaleźć trop sołtysa jeszcze na skraju wioski. W świeżym śniegu odcisnęły się głębokie ślady pojedynczego człowieka, lecz im dalej prowadziły pomiędzy drzewa, tym trudniej było je śledzić. Las na południe od Dunkelwaldu nie przypominał szerokich duktów ani wygodnych ścieżek wydeptanych przez drwali. Drzewa rosły tu gęściej, śnieg zalegał nierówno, a miejscami stare świerki splatały gałęzie tak nisko, że trzeba było schylać głowę albo omijać całe skupiska. Pod najgęstszymi koronami ziemia pozostawała niemal odsłonięta, pokryta jedynie zmarzniętym igliwiem, korzeniami i cienką warstwą lodu, przez co kolejne ślady znikały na kilkanaście kroków, zanim znów pojawiały się tam, gdzie sołtys wszedł w głębszy śnieg.
Mężczyzna wyraźnie znał teren. Nie trzymał się jednej linii ani żadnego oczywistego szlaku. Kilka razy prowadził między głazami, potem odbijał pomiędzy gęste młodniki, a w innym miejscu wykorzystał płytkie zagłębienie terenu, które z poziomu wioski pozostawało całkowicie niewidoczne. Nie wyglądało to jednak na chaotyczną ucieczkę spanikowanego człowieka. Sołtys zmierzał gdzieś konkretnie i robił to drogą, którą najpewniej znał od lat.
Moriz musiał nadrabiać dystans własnym wyczuciem terenu, czasem ścinając zakręt. Nie zawsze było to roztropne. Kilka razy trop urywał się całkowicie i dopiero po paru minutach udawało się odnaleźć kolejny odcisk na bardziej miękkim gruncie. Gdyby nie zima, najpewniej by poległ, ale sprzyjał mu śnieg, który na tym etapie nie pozostawiał większych wątpliwości co do kierunku ucieczki. Innym razem zdradzała go złamana gałązka albo przesunięta warstwa śniegu na korzeniu. Im dalej od Dunkelwaldu prowadził ślad, tym bardziej znikały wszystkie inne punkty odniesienia. Światła wioski przepadły za drzewami, droga przestała być widoczna, a las powitał go tą szczególną nocną ciszą, która napawała lękiem. Szczególnie w tych stronach. Gdzieś daleko podczas jego pościgu za sołtysem pękała zamarznięta gałąź, a czasami z głębi knieji dobiegał krótki, trudny do rozpoznania odgłos zwierzęcia.
Po dłuższym marszu Moriz zaczął jednak odnosić wrażenie, że dystans maleje. Ślady były świeższe, a w jednym miejscu w miękkim śniegu dało się nawet dostrzec, że sołtys przez chwilę zwolnił. Niedługo później pomiędzy pniami pojawił się słaby, ciepły blask, tak odmienny od zimnego światła księżyca, że trudno było go pomylić z czymkolwiek naturalnym. Początkowo wyglądał jak pojedyncza latarnia. Kiedy Moriz przesunął się kilka kroków w bok i spojrzał pomiędzy kolejnymi drzewami, dostrzegł więcej świateł. Nie były rozrzucone przypadkowo. Otaczały jedno miejsce.
Las ustąpił przed nim niewielkiej polanie ukrytej głęboko pomiędzy drzewami. Śnieg leżał tam prawie nietknięty, z wyjątkiem kilku miejsc, w których ziemię wcześniej rozkopano albo udeptywano. Sołtys ustawił latarnie nisko. Ich blask nie rozświetlał całej polany, tylko tworzył niewielkie wyspy żółtawego światła otoczone głębokim cieniem. W tej scenerii stojący pośrodku mężczyzna wyglądał jak sylwetka wycięta z ciemności. Był odwrócony plecami do miejsca, z którego nadchodził Moriz. Nie wyglądał na człowieka ukrywającego się przed pościgiem. Stał spokojnie, skupiony na czymś znajdującym się przed nim, jakby dotarcie właśnie tutaj było od początku jedynym celem jego nocnego wyjścia z Dunkelwaldu.
Dopiero kiedy Moriz znalazł lepszy kąt, zobaczył, na co mężczyzna patrzy. Przed sołtysem znajdował się stos ludzkich czaszek. Nie była to niewielka sterta kilku kości pozostawionych przez zwierzęta albo przypadkowo odkrytych w lesie. Czaszki ułożono świadomie, jedna na drugiej, w nieregularną piramidę sięgającą mężczyźnie niemal do pasa. Niektóre były stare, pożółkłe, pokryte drobnymi pęknięciami i ciemnymi nalotami. Kilka znajdowało się tam najwyraźniej od wielu lat, ponieważ śnieg i wilgoć zdążyły wygładzić ich powierzchnię. Inne wyglądały znacznie świeżej. Kość pozostawała na nich jaśniejsza, a w szczelinach można było dostrzec resztki zaschniętej tkanki, której zima jeszcze nie zdążyła całkowicie odebrać koloru. Część stosu wystawała z ziemi w taki sposób, że trudno było określić, czy wszystkie czaszki przyniesiono tutaj niedawno, czy może polana od dawna służyła komuś za miejsce składania podobnych trofeów.
Sołtys trzymał w dłoni małą fiolkę wykonaną z ciemnoczerwonego szkła. W świetle latarni naczynie wyglądało niemal tak, jakby samo świeciło rubinową łuną. Mężczyzna uniósł je nad najwyżej ułożonymi czaszkami i powoli przechylił. Ze środka wypłynęła gęsta czerwona ciecz, która rozlała się po kości, wypełniła zagłębienie jednego oczodołu, a następnie spłynęła niżej, tworząc cienkie strużki pomiędzy szczękami i pęknięciami. Sołtys mówił przy tym coś pod nosem.
Nie były to przypadkowe, rzucane bezładnie słowa. Mężczyzna wyraźnie wymawiał inkantację albo mantrę, jakby powtarzał z krótkimi przerwami fragmenty modlitwy lub wyuczonej formuły. Moriz znajdował się jednak jeszcze zbyt daleko, by rozpoznać poszczególne słowa. Mógł jedynie usłyszeć niski szept i dostrzec sposób, w jaki mężczyzna pochylał głowę nad czaszkami. Richter ruszył dalej, wykorzystując grube pnie drzew i cienie pomiędzy światłami latarni. Śnieg pomagał tłumić kroki, ale nawet tutaj nie dawał całkowitej ciszy. Pod butem mogła znaleźć się zamarznięta gałązka, a zbity puch czasami skrzypiał przy przenoszeniu ciężaru. Każdy kolejny metr odsłaniał więcej szczegółów polany, ale jednocześnie zmniejszał przestrzeń, która oddzielała go od człowieka stojącego przy stosie.
W pewnym momencie szept urwał się. Sołtys znieruchomiał z pustą już fiolką w dłoni i przez kilka długich sekund po prostu stał, lekko pochylony nad czaszkami. Nie było wiadomo, czy naprawdę coś usłyszał, czy może wyczuł obecność kogoś za plecami w sposób, którego zwykły człowiek nie powinien posiadać. W końcu powoli uniósł głowę. Najpierw obrócił ją przez ramię, a dopiero później całe ciało. Kiedy jedna z latarni oświetliła jego twarz, różnica pomiędzy człowiekiem znanym z wioski a tym stojącym teraz na polanie stała się natychmiast widoczna. Białka jego oczu były gęsto przekrwione, tak mocno, że pomiędzy czerwonymi żyłkami pozostawały jedynie niewielkie fragmenty normalnej bieli. Twarz zachowała swoje zwyczajne rysy, ale uśmiech, który pojawił się na ustach, nie miał już nic wspólnego z ostrożnym i przygnębionym sołtysem próbującym wcześniej przetrwać wizytę Łowcy Czarownic.
Mężczyzna spojrzał bezpośrednio w stronę Moriza. Przez chwilę nie powiedział nic. Jego wzrok przesunął się po sylwetce Richtera, jakby upewniał się, że rzeczywiście przybył sam.
– Muszę przyznać, że nie sądziłem, że ktoś za mną pójdzie – powiedział w końcu.
Nie brzmiał na przestraszonego. Bardziej na człowieka, któremu przytrafiła się nieprzewidziana niedogodność. Jego spojrzenie na moment powędrowało ku ciemnym drzewom za plecami Moriza, jakby sprawdzał, czy pomiędzy nimi nie porusza się nikt więcej. Dopiero wtedy ponownie utkwił wzrok w Richterze.
– Ale jesteś sam.
Na jego twarzy pojawił się szerszy uśmiech.
– To upraszcza sprawę.
Sołtys odstąpił o pół kroku od stosu czaszek i odwrócił się do Moriza już całym ciałem.
– Dalej nie pójdziesz. Krew dla boga Krwi. -
Banita mógł w tym momencie żałować, że podjął decyzję pójścia samemu za sołtysem i nie spalenia tej cholernej wsi jak chciał Sneider wraz z innymi... ale w sumie decyzji by nie zmienił nawet widząc przyszłość. Moriz miał przed oczami cel i ten cel okazywał się trafny, nawet bardziej niż mógłby przypuszczać. Często odłączał się od grup banickich, aby samotnie udać się na polowania - poborcy podatkowi na traktach, oficjele o niewielkiej ochronie, sztuki odseparowane od stada, jakie sądziły, że pieniądz i wpływy ich obronią niezależnie co mieliby na sumieniu.
I można powiedzieć, że teraz zaprowadziło go to właśnie za sołtysem.Nie odpowiedział na słowa naćpanego krwią chaosyty. Nie przyszedł tu rozmawiać czy próbować uciec. Myślał nawet wcześniej chwilę o południu, ale błędnie wybrał, więc pułapki zdały się na nic. Trudno, pomyślał, gdy dobywał miecza i sztyletu. Nie było opcji krycia się i ataku z drzew. Musiał sobie poradzić z tym, co zostało mu dane.
Skinął sztyletem w stronę sołtysa sugerując mu by podszedł, a jednocześnie sam gotował się do walki.
- Załatwmy to tu i teraz.Sołtys uśmiechnął się szerzej i bez pośpiechu sięgnął pod płaszcz. W jednej dłoni pojawił się szeroki falchion, w drugiej zaś zębaty łamacz mieczy, który od razu zdradzał, że mężczyzna nie jest żadnym przypadkowym wieśniakiem.
— Jak sobie życzysz.
Ustawił się bokiem, przeniósł ciężar na tylną nogę i ruszył ku Morizowi krótkim, pewnym krokiem. Poruszał się jak ktoś, kto znał walkę z zaułków i traktów, a wcześniejsza sprawność z liną nagle nabierała sensu. Falchion poderwał się do pierwszego cięcia, podczas gdy łamacz mieczy pozostał gotowy, by przechwycić broń Richtera.
Otto zaszarżował na banitę wyraźnie chcąc w ten sposób szybko związać go w walce i przejąć w niej inicjatywę, jaka dałaby mu przewagę nad broniącym się najemnym Łowcy Czarownic, który pojawił się samotnie przed kultystą Khorne'a. Nie wiedział jednak, że poszukiwany przez prawo banita nie planował oddać skóry łatwo, co udowodnione było już w pierwszych sekundach starcia, gdy naprzeciw planom kultysty uniknął on bez szwanku pierwszego wyprowadzonego szarżą ataku.
Richter ciął jakby wyuczonymi ciosami, jakie niby ze sprawczością dobrych bogów dosięgły ciała oddanego chaosowi sołtysa wioski, jakiego czyny pociągnęły w otchłań jej mieszkańców. Choć sztylet nie dosięgnął cielu to miecz z zabójczą precyzją wgryzł się głęboko utaczając krwi, jakiej wszak Khorne tak bardzo pragnął.Tak silne obrażenia spowodowały widoczną zmianę w sołtysie.
Który jakby mimo ich zyskał animuszu.
Gdy krew wypływała z ciała.
A śmierć była bliżej.On parł do przodu z żądzą dalszej walki.
Wydawało się, że szczęście jednak nie opuszczało Moriza, gdy po raz kolejny się nim wykazał unikając ataku rozsierdzonego kultysty. Blok sztyletem prawie przesunął się łagodnie, jakby bez żadnego wysiłku, aby od razu wyprowadzony został kolejny atak wyłączający rękę przeciwnika z walki, trzymającą falchion.
Moriz za każdym razem szczęśliwie unikał ciosów i choć mogło się to wydawać niemożliwe, to on trzymał całkowitą przewagę nad khornickim kultystą, sam nie dając sobie utoczyć ani krztyny krwi. Oczywiście cały ten taniec śmierci zaczynał męczyć i mimo sukcesów to była tylko kwestia czasu, gdy choć jeden sprawny atak dosięgnie Richtera, o czym nie zapominał, a patrzenie w przekrwione oczy Otto tylko mu przypominało o tym. Wybrał się tu sam, sam musiał to zakończyć.
Bliski śmierci kultysta wciąż się nie poddawał, gdy nadeszło nieoczekiwane rozstrzygnięcie, kiedy miecz Moriza rozpruł mroźne powietrze by posunąć gładkim jego traktem ku odkrytej szyi wyznawcy Khorne'a. Skryta w napiętych żyłach krew chlusnęła na około, gdy skrywające ją żyły spotkały się z ostrzem miecza przesuwającym się nadanym pędem by dokonać tego, czego pewnikiem on dokonywał innym, kolekcjonując dla swojego boga te wszystkie czaszki. Zaciętość i wola walki wciąż były wymalowane na twarzy kultysty, gdy odłączona od tułowia głowa upadała na ziemię plując krwią po białym puchu, zaś za nią po chwili podążyło na ziemię ciało. Moriz przez chwilę stał jakby zaskoczony swoim sukcesem, gdy zrozumiał, że cała krew oblepiająca go nie pochodzi od niego. Przesunął dłonią po twarzy by strzepnąć z powieki krople posoki, aby zrozumieć, iż tylko nałożył więcej z rękawicy. Nabrał śnieg na dłoń by nim obetrzeć twarz.
W ciszy po walce Moriz znalazł się patrząc na zasłaniany przed chwilą przez sołtysa zbudowany z czaszek ołtarz na cześć Khorne'a. Śnieg w okolicy upstrzony był krwią poległego kultysty, jaką rozlał sam najemny Łowcy Czarownic, a część jej zdawała się polecieć przez mroźne powietrze w stronę makabrycznej kaplicy. Richter wzdrygnął si, gdy doszła do niego ironia tej sceny i zrozumiał, że czynem przypodobałby się samemu bogu Chaosu z jakiego kultystą walczył. Można było nawet dochodzić, że walka była Khornowi miła i pobłogosławił on przeciwnika swojego wyznawcy, który tak wiele krwi przelał na tych ziemiach...
Richter warknął na swoje myśli odczuwając nudności do swoich myśli i do całego tego miejsca. Schylił się po dość duży kamień by z irytacją na siebie samego cisnąć nim wprost w skrzętnie ustawione czaszki i w ten sposób dokonać świętokradztwa, o ile tu było coś świętego, tego małego zakątka siły Chaosu. Nie chciał nawet zbliżać się do tej kapliczki wypaczonej wiary...
Odetchnął czując metaliczny smak na języku, choć nie miał krwi w ustach. To powietrze i ziemia przesiąknięte były krwią.
Splunął.
Przykucnął przy bezgłowym ciele sołtysa, aby sprawdzić co miało przy sobie. Bez wahania przywłaszczył jego broń, która wyglądała na posiadającą większą jakość zostawiając sztylet przy ciele. Podobnie linę przerzucił sobie przez ramię. Nie tknął kurty, skupił się na czymś ważniejszym. Delikatnie wyciągnął czerwoną fiolkę z krwią jaką Otto polewał czaszki nim wyczuł Moriza. Odłożył ją na śnieg i wykorzystując własny nóż wykroił kawałek z koszuli nieboszczyka by stworzyć prowizoryczną sakiewkę i w niej skryć pojemniczek. Może i miał rękawice, ale nie chciał chodzić z tym bardziej narażonym. Ostatecznie postanowił okrążyć parametr dla upewnienia się, że nic nie zostało przeoczone, po czym zaczął się zbierać do powrotu do wioski.
Kiedy blask przy ciele kultysty przyciągnął jego oko.
Prawie nie zauważył przedmiotu przykrytego kupką śniegu, jaki musiał wypaść właścicielowi, gdy bezgłowe ciało upadało w śnieg. Moriz nachylił się ku znalezisku by otrzepać je ze śniegu i położyć na wyciągniętej dłoni klucz wykonany z ciemnego żelaza.
Powędrował on do prowizorycznej sakwy z ubrania Sołtysa.
Zostało tylko jedno...
Droga powrotna zajęła banicie trochę dłużej. Był bardziej obciążony bronią i choć nie brał kurty to musiał zabrać coś innego.
Dowód.Z lekką ulgą zobaczył, że zdążył przed paleniem wioski. Sneider powinien wpierw dowiedzieć się co odkrył Moriz.

Richter wiedział, że cały zakrwawiony od razu nakręci pytania i nie chciał by odpowiedzi zostały wypowiedziane przedwcześnie, temu głowa sołtysa brudziła resztę jego koszuli obwiązanej liną i zarzuconej przez ramię, co zaburzało Morizowi równowagę, gdy poruszała się ona wraz z chodem.
I znaczyła co pewien czas śnieg krwią. -
Pieter pomagał układać na saniach dzbany z oliwą, deski i liny z gorliwością, której trudno byłoby się po nim spodziewać jeszcze kilka dni wcześniej. Każde wiązanie sprawdzał dwukrotnie, poprawiał położenie naczyń i pilnował, żeby nic nie uderzało o siebie podczas ciągnięcia sań. Patrząc na przygotowania Sneidera, coraz mocniej utwierdzał się w przekonaniu, że Łowca doskonale wie, co robi. Nie było w tym improwizacji ani gniewnego zrywu człowieka, który zapragnął puścić z dymem kilka chałup. Wszystko miało swoje miejsce i przeznaczenie: oliwa, deski, liny, nawet niewielkie sanie znalezione w piwnicy Kappela.
Ta zwyczajność przygotowań podobała mu się chyba najbardziej, chociaż nie potrafiłby powiedzieć dlaczego. Przypominała wojskowe szykowanie się przed nocnym wypadem, kiedy sprawdzało się cięciwę, liczyło strzały i poprawiało paski przy jukach, wiedząc doskonale, że za kilka godzin któryś z ludzi może już tego ekwipunku nie potrzebować. Pieter pamiętał takie wieczory aż nazbyt dobrze. Najgorsze były zawsze chwile oczekiwania, kiedy człowiek miał jeszcze czas na myślenie, natomiast kiedy wreszcie padał rozkaz, wszystko stawało się proste. Było zadanie, byli ludzie zdolni je wykonać i pozostawało jedynie zrobić je jak najlepiej.
Dlatego wcześniejsze odkrycie śladów uciekinierów wciąż trochę go drażniło. Dwie rodziny wymknęły się ze wsi, korzystając z ciemności. Pieter wykonał polecenie Sneidera, pozostając na posterunku zamiast ruszać za nimi w pościg, niemniej miał poczucie niedokończonej roboty. Zapamiętał jednak drogę, którą obrali uciekinierzy, dokładnie tak, jak nakazał Łowca. Jeżeli tej nocy mieli oczyścić Dunkelwald, chciał przynajmniej dopilnować, żeby kolejni mieszkańcy nie dostali podobnej szansy.
Kiedy Sneider zamknął Heinricha w jego izbie, Pieter nie zaprotestował. Przeciwnie, odczuł pewną ulgę. Zachowanie rudego nie dawało mu spokoju od czasu zjedzenia psiego mięsa, a dalszy brak zaufania jedynie pogłębił się rozmowy przy stole. Przepatrywacz coraz mniej ufał człowiekowi, który w najważniejszej chwili zaczął rozprawiać o własnym sumieniu. Sneider najwyraźniej doszedł do podobnego wniosku, skoro postanowił zabezpieczyć się przed niespodziankami.
Pieter nie zamierzał zawieść łowcy czarownic tej nocy. Jeszcze przed wyjściem sprawdził łuk, poprawił kołczan i upewnił się, że nóż łatwo wychodzi z pochwy. Przytroczył do pasa bicz, a dodatkowo na saniach przygotował sieć, aby łapać w nią ewentualnych uciekinierów. Z juków swojego konia zabrał dodatkową linę i sznurek do wiązania drzwi. Lina, deski i oliwa, które spoczęły na saniach stanowiły teraz narzędzia równie potrzebne jak broń. Pieter zamierzał wykorzystać wszystko, czego nauczyły go lata przepatrywania szlaków i podchodzenia przeciwnika. Potrafił poruszać się cicho, korzystać z ciemności, omijać miejsca, w których śnieg mógł zdradzić go głośnym chrzęstem, i obserwować budynki na tyle długo, by dostrzec ruch za oknem. Teraz zamiast podchodzić wartowników miał podchodzić śpiące domostwa.
Plan, który układał sobie w głowie, był prosty. Najpierw upewnić się, że mieszkańcy śpią, potem podejść od strony pozbawionej okien i zabezpieczyć wyjście tak, żeby zbudzony człowiek nie mógł jednym szarpnięciem otworzyć drzwi. Dopiero później przychodziła kolej na oliwę i ogień. Jeżeli gdzieś znajdzie się szpara pod drzwiami, sucha strzecha, drewutnia albo stos opału przylegający do ściany, tym lepiej. Nie chciał marnować ani czasu, ani paliwa. Skoro już mieli to zrobić, należało zrobić to porządnie i sprawić, żeby pożar przeniósł się na zabudowania szybciej, niż mieszkańcy zdążą zrozumieć, co się dzieje.
Na samą myśl Pieter poczuł znajome pobudzenie, którego nie doświadczał od zakończenia wojny. Serce biło trochę szybciej, dłonie przestały odczuwać zimno, a zmysły zdawały się wyostrzać wraz z każdym kolejnym spojrzeniem rzucanym na pogrążoną w ciemności wieś. Nie zastanawiał się, dlaczego właśnie teraz czuł się bardziej żywy niż podczas spokojnych tygodni spędzonych na trakcie. Wiedział tylko, że znał ten stan. Pamiętał go z nocy poprzedzających bitwy, z zasadzek urządzanych na maruderów Chaosu i z tych kilku strasznych chwil, kiedy stojąc pośród dymu oraz wrzasku, potrafił nagle dostrzegać każdy szczegół z niemożliwą wręcz wyrazistością.
Przez moment przed oczami stanęła mu inna wieś, znacznie większa od Dunkelwaldu, choć nie potrafił już przypomnieć sobie jej nazwy. Pamiętał za to dach pochłaniany przez płomienie, sylwetkę człowieka rzucającego się z piętra i charakterystyczny trzask, który rozległ się, kiedy ciało uderzyło o ziemię. Wspomnienie pojawiło się niespodziewanie i zniknęło równie szybko. Pieter zamrugał kilka razy, po czym zacisnął mocniej palce na burcie sań. Przez ostatnie lata nauczył się, że z podobnymi obrazami nie należało walczyć. Przychodziły, kiedy chciały, a potem odchodziły, jeśli człowiek miał przed sobą coś wystarczająco ważnego, by zająć ręce i myśli. Tej nocy zdecydowanie miał.
Kiedy uchylił drzwi gospody i spojrzał na pogrążony w ciszy Dunkelwald, przez dłuższą chwilę po prostu obserwował rząd ciemnych domostw. Jeszcze kilka godzin wcześniej widział w ich oknach światła, poruszające się sylwetki oraz dzieci odciągane przez rodziców od szyb. Teraz niemal wszystkie okna były ciemne, a mieszkańcy najwyraźniej uwierzyli, że najgorsze już minęło. Pieter uśmiechnął się pod nosem.
— Postaram się podejść pierwszy — powiedział cicho do Sneidera i Tomasimo, poprawiając rękawice. — Wyciągajcie oliwę dopiero, kiedy dam znak. Najpierw sprawdzę okna i drzwi, a jeśli będzie spokojnie, zastawię wyjścia. Nie ma sensu budzić całej wsi przy pierwszej chałupie.
Przesunął spojrzeniem po zabudowaniach, próbując już teraz wybierać najdogodniejszą drogę między nimi.
Przepatrywacz zerknął jeszcze na przygotowane deski, a potem na naczynia z paliwem. Czuł niemal dziecięcą niecierpliwość, której nie wypadało okazywać w obecności Łowcy, dlatego przybrał poważniejszy wyraz twarzy i tylko mocniej zacisnął dłonie. Chciał zobaczyć, jak dobrze przygotowany plan zaczyna działać. Chciał poczuć gorąco ognia na twarzy. Chciał usłyszeć ten szczególny łoskot zapadającego się płonącego dachu, którego nie słyszał od wojny. Przede wszystkim zaś chciał, żeby Sneider zobaczył, że powierzając mu podobne zadanie, nie pomylił się co do niego, jako człowieka.— Herr Sneider — odezwał się jeszcze, zanim ruszyli. — Proszę tylko wskazywać, które mają płonąć.
-
Heinrich, razem z plecakiem, wydostał się przez niewielkie okno i ruszył przez niemal całkowicie uśpiony Dunkelwald, trzymając się ciemniejszych przejść pomiędzy domami. Po pewnym czasie usłyszał cichy szmer przesuwanego naczynia i odgłos drewna sunącego po śniegu. Znalazł Sneidera między zabudowaniami, gdzie Łowca pomagał opróżniać baniak z oliwą do mniejszych naczyń. Sneider zauważył go pierwszy. Wyprostował się i wyraźnie spiął, choć nie sięgnął po broń. Heinrich wiedział jednak, że gdyby uznał go za zagrożenie, miecz znalazłby się w jego dłoni natychmiast. Łowca ruszył ku niemu ostrożnie i zatrzymał się kilka kroków dalej.
– Jak się pan wydostał, Herr Henrich? – zapytał szeptem. Przez moment przyglądał mu się uważnie, ale szybko dostrzegł, że Heinrich nie przyszedł wszczynać alarmu ani robić głupstw. Napięcie nieco z niego zeszło.
– Widzę, że nie przyszedł pan nam przeszkadzać. Więc słucham. O zamknięciu go w izbie nie wspomniał ani słowem. Nie przeprosił i nie tłumaczył się, jakby powód swojej decyzji uważał za całkowicie oczywisty.
– Zmienił pan zdanie? Chce nam pan pomóc? Dwójka jego pomocników, Pieter i Tomasimo obserwowali spotkanie tej dwójki z niejakim napięceim.Heinz był spokojny i zrelaksowany. Był zaledwie posłańcem i zdawał sobie z tego jak najbardziej sprawę... Nie miał żadnej sprawczej mocy. Mógł tylko zdać pełną relację. - Sigmar dał bym spał i nakazał Morrowi zesłać mi sen. Sen który dla was, Herr Sneider, jest przeznaczony. Młotodzierżcy wolą było bym się przebudził i wydostał się. - szepnął wiedząc że nocą słowo się niesie - Co podejmiecie jest już waszą rzeczą. Ja jestem tylko posłańcem.
Sneider wysłuchał całej opowieści bez przerywania. Im dłużej Heinrich mówił, tym mniej było w jego twarzy wcześniejszego napięcia, a więcej chłodnej uwagi. Dopiero gdy chłopak skończył, Łowca przez kilka chwil milczał, jakby układał w głowie nie sam sen, lecz wszystko, co wydarzyło się wcześniej.
– Kruki nie czynią jeszcze z Pana ...wizji... wiadomości od Morra. Spojrzał Heinrichowi prosto w oczy.
– Dotykał pan przedmiotów skażonych Chaosem. Był pan blisko rzeczy, których działania nie rozumiemy. A teraz, akurat tej nocy, śni się panu coś, co bardzo wygodnie przemawia przeciwko temu, co zamierzamy zrobić.
Nie brzmiało to jak oskarżenie. Raczej jak stwierdzenie faktu.
– Może pan mówić prawdę. Może pański umysł próbuje znaleźć sposób, żeby uratować tych ludzi. A może coś podsuwa panu obrazy, ponieważ chce, żebyśmy ich nie spalili. Nie wiem.
Na moment spojrzał w stronę ciemnych domostw.
– I właśnie dlatego nie zmienię planu. Dopiero wtedy wrócił wzrokiem do Heinricha.
– Jeśli z gór rzeczywiście zejdą zielonoskórzy, dokończą to, co dziś zaczniemy. Nam pozostanie zejść im z drogi, znaleźć źródło spaczenia w górę rzeki i wrócić tutaj z ludźmi, którzy będą mogli zrobić z tym porządek jak należy.
Po chwili dodał ciszej...
– Jeśli pański sen był ostrzeżeniem, przekonamy się wkrótce. Jeśli był czymś innym... tym bardziej nie zamierzam pozwolić, żeby kierował naszymi decyzjami.Heinz wysłuchał Sneidera i choć przyznawał mu rację... nie mógł się zgodzić. Pamiętał ten sen jakby nadal w nim był. Czysty, klarowny, wyraźny. To nie była sztuczka umysłu. Tego był pewien.
– Nie mniej. Jeśli to ostrzeżenie to Zielonoskórzy się nie zatrzymają i rozleją na południe. Pytanie, co aż tak cennego Niszczycielskie Potęgi chciałyby chronić właśnie tu... jeśli to ich sprawka. Znaczy się.
Zamlikł na chwilę
– Jest wiele czego nie wiemy i pytanie czy to czego się teraz podejmujemy wystarczy, by zatrzymać skażenie. Jestem człowiekiem mojego słowa. Powiedziałem, że jestem do Waszej dyspozycji... i jestem. Jednak też jestem wierny naszemu kontraktowi. Z mojej ręki, nie padnie sąd.Sneider przez moment nic nie odpowiedział. Przyglądał się Heinrichowi spokojnie, jakby bardziej ważył jego słowa niż samą treść snu.
– I dlatego właśnie nie każę panu nikogo zabijać.
Przeniósł wzrok na ciemne zabudowania.
– Kontrakt nadal obowiązuje. Pańskie zobowiązanie wobec nas również. Jeśli nie chce pan przykładać ręki do wyroku, proszę tego nie robić. Nie powiem, by takie zachowanie było wzorowym przykładem obywatela Imperium, ale zdaje sobie sprawę z ludzkich ograniczeń.
Spojrzał znowu na Heinricha.
– Co do reszty ma pan rację. Nie wiemy wystarczająco dużo. I dlatego nie zamierzam udawać, że ten ogień rozwiąże wszystko. Ma tylko odciąć nam jeden problem, zanim ruszymy za następnym. Przy odrobinie szczęścia, ogień weźmie więcej i spali parę nieczystości na raz. Można by rzec... same plusy.– Nie dziwcie mi się Herr Sneider. Wiem co jest słuszne i co jest właściwie. Niziołek… – skrzywił się na to słowo Heinrich wyraźnie dając do zrozumienia co myśli o przykurczu - … wszystko postanowił utajnić do najostatniejszej z chwil. Do waszej rewelacji. Nie miałem czasu oswoić się z sytuacją. Jak już mówiłem, jestem do waszej dyspozycji. Tylko żagwi nie przyłożę. Nie tym razem.
Nie było co więcej mówić. Wszystko wina cholernego niziołka i całej jego karłowatej rasy dwulicowych, zakłamanych, wkradających się w łaski złodziei i sykofantów… Gdyby Kraus miał wybór między spaleniem czarownicy, a całej Krainy Zgromadzenia, wybór byłby oczywisty. Jedna czarownica herezji nie czyni… cała, poślednia rasa niziołcza natomiast była wrzodem na świętej tkance Imperium. Tylko wielu tego nie widziało, albo nie chciało widzieć! Pewnego dnia… Prawda wyjdzie na jaw i jeśli Sigmar da, Heinz dożyje tego dnia!
-
Tomasimo miał mieszane uczucia po rozmowie z towarzyszami. Rudy jak zwykle wykazywał brak zrozumienia powagi sytuacji, ale i Moriz zmarkotniał. Dopiero teraz doszło do niego jak bardzo różnią się żołnierze od reszty Imperium. Szczególnie teraz, po Inwazji Chaosu. Dla reszty to była wojna jak każda inna i Ci co mieli szczęście, szczególnie siedzący bardziej na południu, mogli wręcz nie dostrzec ogromu tragedii jaka spotkała ich ojczyznę. Wielu widziało jedynie uchodźców i biedę. Skutki każdej wojny, nie widząc w tej co właśnie się zakończyła niczego szczególnego. Dla żołnierzy jednak było to doświadczenie wyjątkowe, metafizyczne wręcz, otwierające im oczy na okropności których świadkami do tej pory byli jedynie łowcy czarownic.
Nie wiedząc co zrobić, a będąc daleki od chęci wydawania samosądu. poszedł zdać raport ich pracodawcy. CO innego miał czynić?
Tomasimo w domu rzeźnika
Mimo wybrania domu rzeźnika jako pierwsze miejsce do odwiedzin, Tomasimo z niesmakiem zauważył, że ktoś go uprzedził, o czym zamierzał zawiadomić Sniedera. Ktoś ewidentnie mógł zacierać slądy powiązań między mutantem a innym członkiem tego samego kultu.
Fakt, możliwe było, że Bruno był jedynie mutantem, nie związanym z żadnym kultem, a przyznał się jedynie licząc na łagodniejszą śmierć. Spalenie żywcem to ból jakiego Tomasimo sobie nie wyobrażał i wyobrażać nie chciał. Oby Morr był dla niego łaskawy, o ile mutnaci w ogóle mają szansę trafić do Jego Ogrodów.Tomasimo w kaplicy i domu kapłana
Kaplica Ulryka napawała go trwogą. Po pierwsze nigdy nie cenił Pana Zimy, zima nie była nikomu miła, a z wilkami to on miał do czynienia tyle co wtedy gdy musiał je zabić, tak jak ostatniej nocy przed przybyciem do wioski. Po drugie i co może najważniejsze Ulryk był w oczach żołnierzy bogiem barbarzyńców, osób oddających się szałowi bitwy zapominając o dyscyplinie i rozkazach. Nie bez powodu głównymi religiami w wojsku był Sigmar jako bóg Imperium i Myrmidia, jako bogini dyscypliny, honoru, taktyki i kunsztu wojskowego. Możliwe że było to celowe działanie generalicji, biorąc pod uwagę rywalizację między Middenheim i Altdorfem, niemniej miało to sens zdaniem niziołka. Jego regiment strzelców pod patronatem Ulryka by nigdy nie zaistniał, bóg ten bowiem gardzi bronią palną i innymi zdobyczami nauki.
Było też jeszcze coś, nieodparte i wrogie uczucie, że ta kaplica wcale nie była oddana Ulrykowi. Niziołek na to dowodów nie miał, poza faktem, że nigdy nie widział tylu szczątków wilków i kłów co w tej wiosce, ani nie słyszał by kapłan odważył się spółkować z dziewką w świętym miejscu, szczególnie mając obok zaraz dom. Czy możliwe było, że kaplica ta została celowo zbezczeszczona? Ku chwale Mrocznych Potęg?
Cóż, nic na to nie wskazywało, nie po wnętrzu kaplicy.
Niziołek zdecydował się zabrać co cenniejsze, srebrny amulet i przypinkę do szat. Medalion odda w napotkanej świątyni Ulryka, której będzie pewien, niech służy prawowitemu kapłanowi, a przypinkę sprzeda.
Znalazł też Moriza, miło wiedzieć, że nadal nie uciekł z osady.
Dom Berengara był kolejnym przystankiem na drodze Tomasimo, jeśli kapłan przewodniczył lub zatajał istnienie kultu chaosu, zapewne coś schował u siebie przed oczami reszty wioski.
Jedno z bocznych okien zabezpieczono jednak znacznie gorzej. Przy odrobinie cierpliwości Tomasimo mógł dostać się do środka bez robienia hałasu. Wnętrze było skromne i uporządkowane. Jedna większa izba służyła Berengarowi za miejsce do pracy i codziennego życia. Stał tam ciężki stół, dwa krzesła, łóżko, skrzynia, niewielka szafa oraz półki pełne ksiąg i pergaminów. Ściany nie były ozdobione niczym poza wilczą skórą, prostym symbolem Ulryka i starą mapą Drakwaldu.
Mapę niziołek starannie złożył i zabrał. Pieter się ucieszy, mapy to cenna rzecz, a szkoda by spłonęła wraz z chatą. Tak samo księgi, Tomasimo zabrał je wszystkie, nic mu po nich, ale może kupi sobie za nie przychylność napotkanej świątyni Vereny, albo sprzeda komu trzeba za większy szlam.
Jedynie miał wątpliwości co do tej ostatniej, pełnej rysunków zwierzoludzi i innych bestii. Niewiele mógł z niej wyczytać, bo czytać nie umiał, ale same obrazki i zaznaczone miejsca na prowizorycznych mapach dawała mu do zrozumienia, że kapłan dokumentował istoty występujące w okolicy. Cenna informacja dla każdego łowcy i podróżnika. Pozbierał wszelkie notatki jakie znalazł, przyjdzie czas jakiś kapłan Vereny mu powie co tam jest.
Zabrał także pergamin, kałamarz i zapas piór - jak miał marzyć o karierze oficerskiej musiał w końcu zacząć trenować tę trudną sztukę kaligrafii.
Nie omieszkał ukraść również zestawu leków, bandaży, maści na odmrożenia i igły oraz nici. Oraz topór. piękny topór. Kto wie ile warty Może Pieter zrobi z niego użytek, ale na razie lepiej schować go głęboko w rzeczach i nie pokazywać nikomu, tak samo jak amuletu z kaplicy. Szaty kapłańskie po namyśle też wziął, choć czuł, że będą z tego problemy, ale były dobrej jakości i pewnie niemało warte. Może sprzedadzą je gdzieś na uboczu, jak nie to ofiarują jakiejś świątyni.
Kiedy Tomasimo wrócił do gospody, Dunkelwald zdążył już wyraźnie przycichnąć. Wiele okien, które jeszcze godzinę wcześniej świeciły słabym, żółtawym blaskiem świec i lamp, tonęło teraz w ciemności.
Nastał czas pracy, nieprzyjemnej acz koniecznej pracy.
Tomasimo dał znać, że zastał Moriza w kaplicznej wieży, co by go nie spopielili ani nie odcięli od ucieczki rozpalając ogień w około. przypomniał także obecnym przy stole o stajni i ich wierzchowcach. trzeba je wyprowadzić z wioski i przywiązać poza w miejscu do którego się zbiorą po skończeniu podpalania.
Na zamknięcie Heinza w pokoju jedynie skinął z aprobatą głową.
Odstawili konie i kuca po cichu poza obręb wioski, z tej strony z której mieli kończyć podpalenia. Tomasimo zabrał z juk linę, nada się do wiązania klamek jak jakie znajdzie na podwójnych drzwiach. Miał 20m liny, a pod pyskiem psa dodatkową oliwę, gdyby była potrzebna. Tyci dzielnie i w milczeniu, zgodnie z rozkazem pana, nie odstępował go o krok. Bardziej karny niż niejeden żołnierz.
Niziołek zaś przed wyjściem z karczmy, zdjął z siebie kolczy pancerz, chowając go do worka przywiązanego do siodła, nie chciał hałasować zbroją podczas nocnej akcji.
- Ku chwale Imperium - rzekł do towarzysz czystki i siebie samego, przypominając wszystkim po co to robią.
Tomasimo ugryzł się w język i nie komentował uwag rudego, jako kapral dobrze wiedział, że nie czas na rozdmuchiwanie awantury, a należało skupić się na zadaniu, z tym co mieli, zarówno pod względem przedmiotów jak i dostępnych ludzi. Dodatkowa para rąk wydawała się bezcenna. Nawet jeśli należała do podejrzanego typa co w gęstym lesie rozpoznaje talizmany guślarzy, a w nocy śni obłędne sny. Poza tym lepiej było trzymać go blisko siebie, niż pozwolić chodzić bez celu, jeszcze się gdzie potknie i narobi hałasu.
- Eh, Herr Heinrich - westchnął niziołek.
- Tylko żagwi? Pomożecie oblewać oliwą domy, wkładać drewno pod drzwi by je blokować, wiązać gałki na drzwiach sznurem konopnym, zamykać zewnętrzne okiennice o ile ktoś je zostawił otwarte w ten mróz i robić wszystko inne co przybliży nas do realizacji tego obowiązku jaki spadł na nasze barki? Faktycznie zamiast stać obok pomożecie nam chronić Imperium? - zapytał cicho patrząc mu śmiertelnie poważnie w oczy. -
Łowca nie zamierzał więcej strzępić języka na przekomarzania między Tomasimo a Heinrichem. Jeśli to, że obaj nie pałali do siebie sympatią, kiedykolwiek budziło jakieś wątpliwości, to te rozwiały się w ciągu ostatnich paru godzin.
– Dosyć tego – przerwał dyskusję, która mogła zaraz rozgorzeć. – Herr Heinrich pomoże nam z saniami. To wystarczy.
Oznajmił to i wskazał na sanie, na które wyłożyli słoje z oliwą, liny i drewniane lagi. Łowca najwyraźniej uznał, że ciągnięcie sań najmniej obciąży sumienie chłopaka, a i tak ktoś musiał to robić.
– Jesteśmy już prawie na finiszu. Skupcie się – zarządził i odszedł do wspomnianych sań, wyciągając z nich kolejną porcję oliwy.Nie zdążyli jednak odejść daleko, kiedy pomiędzy domami pojawiła się samotna sylwetka. Z początku dało się dostrzec jedynie człowieka idącego od strony południowego skraju wsi, cięższym niż zwykle krokiem i nieco przechylonego pod ciężarem niesionego pakunku. Dopiero gdy wszedł w słaby blask lampy osłoniętej dłonią Pietera, można było rozpoznać Moriza. Krew zaschła mu na ubraniu ciemnymi smugami, znaczyła rękawice i twarz, choć po sposobie, w jaki szedł, trudno było dopatrzyć się ran. Na ramieniu niósł owinięty materiałem ciężar, który przy każdym kroku kołysał się nieprzyjemnie, zostawiając za nim pojedyncze czerwone krople na śniegu.
Sneider przerwał pracę przy baniaku i patrzył, jak Richter zbliża się bez słowa. Nie zapytał od razu, co się wydarzyło. Wzrok Łowcy przesunął się po dodatkowej broni, zabrudzonej krwią odzieży, prowizorycznej sakwie i wreszcie zatrzymał na zawiniątku. Dopiero kiedy materiał został odsłonięty i martwa twarz sołtysa spojrzała szklistymi, nadal przekrwionymi oczami, Sneider przykucnął przy głowie. Przez dłuższą chwilę oglądał ją w milczeniu, jakby próbował pogodzić ten widok z człowiekiem, którego jeszcze niedawno przesłuchiwał przy stole. Na jego twarzy nie odmalowała się jednak satysfakcja, jak można byłoby się spodziewać. Raczej irytacja kogoś, kto właśnie odkrył, że przeciwnik przez cały czas stał tuż obok i zdołał go przechytrzyć.
– Drań.Wysłuchał relacji Moriza bez przerywania. Reszta też bez trudu mogła to sobie wyobrazić. Spowita cieniem polana, stosy czaszek, rytuał, fiolka z krwią, nienaturalne ożywienie sołtysa podczas walki. Każdy kolejny szczegół sprawiał, że twarz Sneidera stawała się coraz bardziej napięta. Fiolkę kazał pozostawić zamkniętą, a ciemny klucz obejrzał tylko przez materiał, nie dotykając go bez potrzeby. Przez moment obracał go w dłoni przez tkaninę, jakby już zastanawiał się, do czego może pasować, po czym skinął Morizowi, by schował go z powrotem.
– Radzę go wyrzucić. Cokolwiek sołtys tej przeklętej wsi chciał ukryć w swoich kufrach, nie warto po to sięgać.Dopiero wtedy Łowca ponownie spojrzał na głowę Otto. Jego szczęka zacisnęła się lekko, a wzrok zatrzymał na martwej twarzy dłużej, niż było to konieczne. Najwyraźniej wracał pamięcią do wcześniejszego przesłuchania, do odpowiedzi udzielanych bez zawahania i do wszystkich drobnych gestów, na które zwykle zwracał uwagę.
– Był dobry. Autentyczny w każdym calu. Będę musiał bardziej się postarać następnym razem – odezwał się, a w jego słowach pobrzmiewał cień wstydu.
Kiedy podniósł wzrok na Moriza, w jego spojrzeniu coś się zmieniło. Był w nim szacunek. Pochwała, która następnie wyszła z jego ust, wybrzmiała krótko, acz szczerze.
– Dobra robota, Herr Richter. Byliście bardziej przenikliwi ode mnie. Gdybyście za nim nie poszli, ten skurwysyn dalej szerzyłby Chaos na ziemiach Imperium.Sneider wyprostował się i omiótł spojrzeniem ciemne domostwa Dunkelwaldu. Kilka chwil wcześniej wieś była dla niego miejscem podejrzanym, skażonym i zbyt niebezpiecznym, by pozostawić ją nietkniętą. Teraz otrzymał następny dowód. Sołtys, człowiek stojący na samym szczycie lokalnej społeczności, potrafił przez cały czas ukrywać swoje oddanie kultowi Khorne’a. Jeśli udało się to jemu, nie sposób było powiedzieć, ilu innych mieszkańców równie dobrze skryło swoją naturę.
– To kończy wszelkie wątpliwości. Nie wiemy, kto jeszcze o tym wiedział. Nie wiemy, kto pomagał. Nie wiemy nawet, ilu z nich już zostało skażonych. Jeśli ukrywają się równie sprawnie, nie możemy puścić nikogo żywego.
Na chwilę zatrzymał spojrzenie na Heinrichu. Nie było w nim złośliwości, raczej suche przypomnienie, że wcześniejsza rozmowa o wątpliwościach właśnie dostała nowe tło. Potem Sneider odwrócił się z powrotem ku wsi, gdzie za ciemnymi oknami ludzie nadal spali albo próbowali spać po wydarzeniach minionego dnia.
– Dunkelwald musi spłonąć. Trzeba wypalić go do gołej ziemi.Nie było już czego omawiać. Długo jeszcze oblewali domy oliwą, wiązali drzwi i blokowali wyjścia. Tam, gdzie istniała obawa, że ktoś mógłby ich usłyszeć, czyli głównie najbliżej okien i na skrzypiących gankach domów, posyłali Pietera, który całkiem sprawnie się skradał, a przynajmniej miał w tym najlepszy dryg z całej drużyny. Gdy skończyli, Sneider wyznaczył ścieżkę, którą mieli biec między domami, by zatoczyć pełen krąg ognia i wrócić do punktu wyjścia. Moriz oraz Heinrich nie mieli brać udziału, ale już wykonali swoją część. Palenie mieli rozpocząć od strony drewutni, gdzie pod ścianą przez całą zimę składowano suche szczapy. Oliwa sączyła się ciemnymi pasmami po drewnie, wsiąkała pomiędzy belki i znikała pod warstwą starej słomy. Wszystko odbywało się jeszcze w ciszy tak głębokiej, że słyszeli skrzypienie własnych butów na śniegu. Wewnątrz chaty ktoś kaszlnął przez sen. Gdzieś dalej zaszczekał pies, ale po chwili ucichł. Sneider odsunął się od ściany, upewnił się, że wszyscy znajdują się w bezpiecznej odległości, i przyłożył pierwszą z przygotowanych pochodni.
Przez kilka sekund płomień był mały, niemal niepozorny. Pełznął po nasączonych oliwą szczapach, jakby dopiero szukał miejsca, którego mógłby się uchwycić. Potem znalazł szczelinę pod belką. Ogień skoczył wyżej, rozlał się wzdłuż ściany i w ciągu kilku uderzeń serca dotarł do strzechy. Suche drewno odpowiedziało trzaskiem, a pierwszy jęzor płomienia wzbił się ponad dach. Pobiegli w trójkę, częstując pochodniami nasączone oliwą ściany. Kolejne domy przyjmowały ogień łatwiej. Pomarańczowy blask odbijał się od śniegu i ścian, przez co noc zaczęła tracić swoją ciemność. Cienie ludzi rosły na fasadach i wyginały się wraz z każdym ruchem płomieni. Nad dachami unosiły się pierwsze iskry, powietrze pachniało dymem, oliwą i rozgrzaną żywicą, a z każdą chwilą robiło się cieplej, choć jeszcze kilka kroków dalej mróz nadal szczypał odsłoniętą skórę.
Pierwszy krzyk rozległ się z domu stojącego przy głównej drodze. Najpierw był krótki i urwany, bardziej zaskoczony niż przerażony, a chwilę później któryś z nieszczęsnych mieszkańców zaczął walić w drzwi od środka. Drewno zadrżało w zawiasach. Usłyszeli głos kobiety, później mężczyzny i następne uderzenia, coraz gwałtowniejsze, kiedy dym musiał już dostać się do izby. W sąsiednim domu rozbito okno. Szkło wysypało się na śnieg, a z wnętrza wydostała się chmura czarnego dymu, lecz jego domownikowi zabrakło sił, by szarpać się z drewnianą ramą. Dunkelwald budził się w piekle, a wraz z każdą kolejną chwilą chaos rozlewał się coraz szerzej. Ludzie nawoływali krewnych, dzieci płakały, zwierzęta szarpały się w zagrodach, a gdzieniegdzie słychać było ciężkie uderzenia narzędzi o drzwi i ściany. Płomienie przechodziły z budynku na budynek szybciej, niż mogła temu przeciwdziałać jakakolwiek wiejska straż. Suche strzechy łapały od iskier, składy drewna zamieniały się w ogniska, a nad osadą wyrosła szeroka łuna widoczna zapewne z wielu mil.
Wtedy zaczął padać śnieg. Najpierw pojedyncze płatki pojawiły się w świetle pożaru, drobne i niemal niewidoczne. Im bliżej znajdowały się płomieni, tym szybciej znikały, topniejąc jeszcze w powietrzu. Dalej od domów osiadały spokojnie na ziemi oraz na płaszczach i ramionach drużyny wpatrującej się pośród krzyków w swoje dzieło zniszczenia. Nad wsią śnieg mieszał się z popiołem i czarnymi strzępami spalonej strzechy, przez chwilę dla oczu obserwujących zlewając się w jedno. Strasznie i makabrycznie wyglądał ten taniec ognia i śniegu, gdy wiedzieli, że za parę godzin z wsi pozostanie jedynie Popiół i Śnieg.
W chaosie łatwo było przeoczyć ruch na zachodnim skraju osady. Sześć sylwetek przebiegło pomiędzy dwoma płonącymi zabudowaniami, wykorzystując miejsce, w którym ogień nie zamknął jeszcze drogi. Pięciu dorosłych mężczyzn i stara kobieta. Miejscowi drwale. Bracia, podobni do siebie w sposobie poruszania się i szerokich barkach, choć dzieliło ich dobre dwadzieścia lat. Najmłodszy ledwie przekroczył dwudziestkę, najstarszemu siwizna zdążyła już wejść w brodę. Dwóch niosło ciężkie siekiery do rąbania drewna. Trzeci miał nóż. Pozostali podpierali osłabioną matkę, której nogi grzęzły w śniegu i która ledwie nadążała za synami.

Nie mieli zapasów, a na grzbiety zdążyli narzucić jedynie zimowe opończe. Staruszka była owinięta kocem narzuconym najwyraźniej prosto na nocną koszulę. Jeden z braci miał tylko worek przewieszony przez ramię. Uciekali z tym, co zdołali porwać w kilka chwil od chwili, kiedy obudził ich dym. Dopiero gdy wydostali się spomiędzy zabudowań, dostrzegli stojących na ich drodze uzbrojonych ludzi. Najstarszy zatrzymał się pierwszy, niemal wpadając na prowadzącego pod ramię matkę brata. Reszta stanęła zaraz za nim, ciężko dysząc i oglądając się nerwowo na pożar, który odcinał drogę powrotną. Najmłodszy uniósł siekierę. Trzymał ją przed sobą obiema rękami i próbował udawać pewnego siebie, choć drżały mu dłonie.
– Zejdźcie nam z drogi.Sneider przez moment nie odpowiedział. Spojrzał po twarzach mężczyzn, zatrzymując się na każdym z nich na krótką chwilę, jakby próbował odnaleźć choć jeden znak, który ułatwiłby mu decyzję. Potem jego wzrok przesunął się na staruszkę. Kobieta drżała nie tylko z zimna, ale też ze strachu, przyciskając koc do szyi i usiłując nadążyć wzrokiem za tym, co działo się wokół. Na twarzy Łowcy odmalował się przykry grymas. Biła od niego aura zmęczenia i jakaś ponura świadomość, że końcówkę akcji trzeba będzie rozwiązać stalą. Ostrze miecza wysunęło się z pochwy z cichym metalicznym szelestem.
– Nie powinniście byli wychodzić.Jeden z braci splunął w śnieg. Gniew przez moment zwyciężył w nim strach. Zacisnął dłonie na stylisku siekiery i zrobił pół kroku naprzód, ale pozostali natychmiast go przytrzymali. Za jego plecami płonął dom, który jeszcze kilka godzin temu mógł należeć do kogoś z ich rodziny.
– A więc nic nie warte jest słowo Łowcy Czarownic. Jebał cię pies, zdradziecka kanalio – wyrzucił z jadem jeden z synów starowinki.
Sneider nie próbował zaprzeczać ani zasłaniać się wyższą potrzebą. Ostatecznie zdanie trupa nie miało wielkiej wartości, a to, że mężczyzna zginie, nie ulegało wątpliwości.
– Tak będzie najlepiej, synu. Jeszcze dzisiaj ułożysz się miękko w Ogrodach Morra. Stań mężnie do ostatniej walki.Najstarszy drwal wysunął się przed pozostałych i stanął pomiędzy Sneiderem a matką. Nie wyglądał na kogoś, kto wierzy w szansę wygranej, ale chyba uznał, że skoro nie ma już dokąd uciekać, to przynajmniej sam zdecyduje, gdzie umrze. Kiedy odezwał się ponownie, w jego głosie było więcej desperacji niż gniewu.
– My nic nie zrobiliśmy.
Sneider zawahał się na tyle krótko, że niemal można było to przeoczyć. Spojrzał na pięciu braci, potem na staruszkę, a wreszcie na płonące za nimi zabudowania. Właśnie w tym tkwił problem. Nie wiedział, czy ci ludzie zrobili cokolwiek. Nie miał dowodu, że służyli Chaosowi, ale jeszcze godzinę wcześniej nie miał go również wobec sołtysa. Otto także był człowiekiem, który niczym się nie zdradził.
– Być może. Ale i tak zginiecie. Jeśli bym was puścił, a choć jeden z was poniesie w sobie to samo plugastwo, które znaleźliśmy tutaj, to wszystko, co zrobiliśmy tej nocy, nie będzie nic warte. Cała ta krew i śmierć pójdą na nic.
Sneider wyłuszczył tę prawdę spokojnie, choć z wyraźnym ciężarem w głosie.Za nimi z hukiem zapadł się dach jednego z domów. Słup iskier wzbił się ku niebu i na kilka chwil oświetlił całą ulicę niemal jak dzień. Drwale odruchowo obejrzeli się za siebie, a wtedy coś innego przyciągnęło uwagę stojących na skraju wsi. Na północy, wysoko ponad linią lasu, pojawił się pojedynczy punkt światła. Przez chwilę można było wziąć go za odległe ognisko albo osamotnioną jasną gwiazdę wyłaniającą się spomiędzy chmur. Potem pojawiło się drugie źródło światła. Potem trzecie. Następne zapalały się jedno po drugim, aż nagle zrozumieli, na co patrzą. Pochodnie poruszały się. Dziesiątki świateł sunęły w dół zbocza, czasem znikając za drzewami, by po chwili pojawić się niżej. Za nimi wychodziły kolejne, rozsiane szerokim pasem po górskim stoku. Nie tworzyły wojskowego szyku, ale wszystkie zmierzały w jednym kierunku. Powoli, nierówno, a jednak z nieubłaganą jednostajnością wielkiej masy schodziły ku dolinie. Ku Dunkelwaldowi.
Sneider patrzył na góry dłuższą chwilę, a jego twarz wyraźnie stężała. Śnieg osiadał na rondzie kapelusza i ramionach płaszcza, podczas gdy pomarańczowy blask płonącej osady oświetlał jedną stronę jego twarzy. To, co jeszcze kilka minut wcześniej było tylko częścią snu opowiedzianego przez Heinricha, właśnie otrzymało niepokojąco rzeczywiste potwierdzenie. Łowca zerknął na Krausa krótko, uważnie.
– Wygląda na to, Herr Kraus, że po tym wszystkim musi pan odwiedzić kruczego kapłana. Morr wyraźnie panu sprzyja. Ciekawe.
Choć nie znał prawdziwej profesji chłopaka, miał swoje podejrzenia, a w tym kontekście wizja nabierała istotnie interesującego znaczenia. Jego spojrzenie powędrowało z powrotem ku górom, gdzie liczba świateł nadal rosła. Dopiero po chwili zmrużył oczy, oceniając odległość i tempo marszu. Nie trzeba było być doświadczonym zwiadowcą, by zrozumieć, co ściągnęło uwagę istot znajdujących się na zboczu. Łuna nad wioską była widoczna z daleka. Mieli jednak jeszcze trochę czasu.Drwale również patrzyli już ku górom. Najstarszy odwrócił głowę i na kilka chwil zupełnie zapomniał o Sneiderze. Gniew zszedł z jego twarzy, ustępując miejsca czemuś znacznie pierwotniejszemu. Jeden z młodszych powiedział coś cicho do matki, której usta zaczęły poruszać się w bezgłośnej modlitwie. Płatki śniegu osiadały jej na włosach. Za plecami rodziny kolejne zabudowania zajmowały się ogniem. Sneider przestał wpatrywać się w zbocze i jego surowe spojrzenie wróciło do drwali. Sytuacja zmieniła się nieco, ale jego decyzja nie. Jeśli cokolwiek, widok schodzących z gór świateł tylko odebrał im czas, który wcześniej mieli na dokończenie pracy. Zacisnął dłoń mocniej na rękojeści miecza, ustawił się nieco bokiem i zrobił krok naprzód. Tym razem nie zwrócił się do mieszkańców. Jego głos był skierowany do ludzi, których przez ostatnie dni prowadził.
– Panowie, do broni. Trzeba nam załatwić tę sprawę szybko i ruszyć w górę rzeki.
Nie obejrzał się, by sprawdzić, kto z nich ruszy. Spojrzenie Sneidera pozostało wbite w pięciu drwali stojących przed matką, a miecz uniósł się powoli do pozycji gotowej do walki.
– Kończymy robotę – rzucił jeszcze, zanim porwał go wir walki.
Cześć! Wygląda na to, że jesteś zainteresowany tą rozmową, ale nie masz jeszcze konta.
Masz dość przewijania tych samych postów za każdą wizytą? Po zarejestrowaniu konta zawsze wrócisz dokładnie do tego samego miejsca, w którym byłeś wcześniej, możesz wtedy również wybrać opcję otrzymywania powiadomień nowych odpowiedziach (e-mailem lub powiadomieniem push). Będziesz też mógł zapisywać zakładki i głosować na posty, aby okazać uznanie innym członkom społeczności.
Z Twoją pomocą tez post mógłby być nawet lepszy 💗
Zarejestruj się Zaloguj się