Przejdź do treści
  • Kategorie
  • Ostatnie
  • Tagi
  • Popularne
  • Świat
  • Użytkownicy
  • Grupy
Skórki
  • Jasny
  • Brite
  • Cerulean
  • Cosmo
  • Flatly
  • Journal
  • Litera
  • Lumen
  • Lux
  • Materia
  • Minty
  • Morph
  • Pulse
  • Sandstone
  • Simplex
  • Sketchy
  • Spacelab
  • United
  • Yeti
  • Zephyr
  • Ciemny
  • Cyborg
  • Darkly
  • Quartz
  • Slate
  • Solar
  • Superhero
  • Vapor

  • Domyślna (Cyborg)
  • Brak skórki
Zwiń
  1. Start
  2. Sesje Warhammer
  3. Rozgrywka
  4. Popiół i Śnieg
Popiół i Śnieg
PiołunP
Piołun jako
Mistrz Gry
Mistrz Gry
ZellZ
Zell jako
Moriz Richter
MortarelM
Mortarel jako
Pieter Falk
WiredW
Wired jako
Tomasimo Ashfield
DhratlachD
Dhratlach jako
Heinrich "Heinz" Kraus

Popiół i Śnieg

Zaplanowany Przypięty Zablokowany Przeniesiony Rozgrywka
20 Posty 5 Uczestników 415 Wyświetlenia 3 Obserwuje
  • Najpierw najstarsze
  • Najpierw najnowsze
  • Najwięcej głosów
Odpowiedz
  • Odpowiedz, zakładając nowy temat
Zaloguj się, aby odpowiedzieć
Ten temat został usunięty. Mogą go zobaczyć tylko użytkownicy upoważnieni do zarządzania tematami.
  • DhratlachD Niedostępny
    DhratlachD Niedostępny
    Dhratlach jako Heinrich "Heinz" Kraus
    napisał(a) ostatnio edytowany przez Dhratlach
    #11

    Hkucnął przy truchle. Heinz spojrzał przelotnie na niziołka pustym, obojętnym spojrzeniem. Jego głos pozbawiony emocji, kiedy pracował. Metodycznie.

    - Plugastwo rozpoznam wszędzie. - mówił nieśpiesznie, nawet lakonicznie - Żaden porządny obywatel Imperium nie sięga po czarnoksięskie zabobony. Nie ważne jakie miałby intencje...

    Kilka szybkich cięć wyzwoliło strzemiona, które trafiły do bocznej przegródki plecaka, oraz czaprak... w kiepskim stanie, który to zwinął i przytroczył z kocem. Do tego wędzidło i sprzączka. Dłuższy kawałek rzemienia.... .

    - ...oddać się zabobonnym praktykom guślarskim to jak sprzedać swoją duszę. Kawałek po kawałku, niezauważalnie, aż ostatecznie... Nie ma nic co możnaby ratować. Tylko wiara w Sigmara może ocalić człowieka, choćby za wstawiennictwem Dobrych Bogów, ale jednak. Sigmara.

    Tonight, boys, we are eating like kings...

    1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
    0
    • ZellZ Niedostępny
      ZellZ Niedostępny
      Zell jako Moriz Richter
      Moderator Obsługa
      napisał(a) ostatnio edytowany przez
      #12

      Podróż zaczęła się typowo, jak to na zmarzniętych terenach Imperium i szczerze nawet widok zamarziętego końskiego truchła nie zrobił na Moritzie wrażenia. Gdyby nie fakt, że Łowca Czarownic został napadnięty przez zwierzoludzi nie byłoby nic niepokojącego. Ot, może zwierzęta, bandyci, wrogowie, naturalne przeciwności losu. To nadnaturalne dopiero były niepokojące.
      A skoro towarzyszyli Sneiderowi właśnie tych nadnaturalnych wypadało się głównie spodziewać.

      Banita nie patrzył per se na konia, ale rozglądał się po tropach przy nim powstałych.
      Moriz nie zdołał odczytać tropów w rozdeptanym, częściowo zasypanym śniegu. Zauważył jednak coś innego. Kilka kroków od truchła, wciśnięty w brudny śnieg, leżał niewielki, porwany kawałek pergaminu. Mróz usztywnił go na tyle, że łatwo mógłby pęknąć w palcach. Ten jednak ujął go delikatnie. Na pergaminie widniało pismo, lecz dla Moriza znaki były tylko niezrozumiałym ciągiem kresek i zawijasów. Sneider dostrzegł fragment niemal od razu.
      – Pokażcie to – rozkazał krótko.
      Wyciągnął rękę po pergamin szybciej, niż kazałaby zwykła ciekawość.

      Sneider wziął fragment pergaminu ostrożnie. Przez chwilę czytał w milczeniu, a jego twarz coraz bardziej wykrzywiała się w przykrym grymasie irytacji. Potem zaklął cicho pod nosem.
      – Kawałek raportu polowego – powiedział w końcu, składając pergamin. – Dobrze, że nie wpadł w niepowołane ręce.
      Nie wyjaśnił nic więcej. Wsunął fragment głęboko za poły płaszcza, tak starannie, jak chowa się rzecz, której nie zamierza się już nikomu pokazywać. Mina Łowcy Czarownic sugerowała jasno, że cokolwiek zapisano na tym skrawku, Sneider uznał to za sprawę swoją, urzędową i niepodlegającą dyskusji.

      Moriz nie miał ochoty dyskutować w tej kwestii i nie widział powodu. Sztuki czytania nigdy nie zaznał, więc mógł jedynie podziewać jak zostały postawione te szlaczki na papierze oraz dziwić się umiejętności ich rozszyfrowania tak szybko i łatwo. Cokolwiek tak było okazało się na tyle istotne, aby ich pracodawca skrupulatnie zabrał się za jej ukrycie przed wszystkimi, jednocześnie rad, że nikt więcej nie położy na niej łap.

      Kiedy reszta zabrała się za przeszukiwania truchła (jakie wpierw musiała namęczyć się by przekręcić na drugi bok) nauczony paranoją banita po prostu obserwował otoczenie i każdy ruch ich otaczający. Niech oni się bawią w poszukiwanie skarbów ukrytych pod końskim cielskiem, on wolał mieć baczenie na las ich zawsze obserwujący. Lepiej upewnić się, że nie jest w tym większe zainteresowanie niż mógłby okazać wiatr czy skrywający się przed nimi zwierz.
      Tak na wszelki wypadek.

      Writing is a socially acceptable form of schizophrenia.

      1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
      0
      • PiołunP Niedostępny
        PiołunP Niedostępny
        Piołun jako Mistrz Gry
        napisał(a) ostatnio edytowany przez Piołun
        #13

        text alternatywny

        Sneider wysłuchał uwag swoich najemnych pomocników. Zrazu widać było, że kontent był z ich kompetencji, lecz nie zamierzał nikomu za to dziękować. Stał przy martwym koniu, cierpliwie czekając, aż skończą swoje oględziny. Wiatr poruszał połami jego odzienia. Śnieg osiadał mu na rondzie, na rękawach i na rękojeści miecza. Nie zwracał jednak na niego uwagi, a właściwie sprawiał wrażenie, jakby mróz był tylko kolejną niedogodnością, którą należało odnotować i zignorować. Na słowa Tomasimo o raporcie spojrzał na niziołka ostro, z karcącą iskierką gniewu w oczach.

        – Nie prosiłem was o komentarz, Herr Ashfield – powiedział. – Nasz przepatrywacz sporządzał raport na użytek Lenkster. Miał zrelacjonować problemy na szlaku, który właśnie przemierzamy. Zawarł w nim coś, czego nie powinien i, jak rzekłem, dobrze, że nie trafiło to do nieodpowiednich person. Odniosłem nieprzyjemne wrażenie, że zarzucacie mi kłamstwo, Herr Ashfield. Nie nawykłem puszczać takich afrontów mimo uszu. Radzę spętać swój język, bym nie pogłębił tego wrażenia bardziej. Jeśli uznam, że treść tego skrawka pergaminu lub innego jest wam potrzebna do zachowania życia, dowiecie się.

        Uderzył palcem w poły płaszcza, pod którymi zniknął fragment pergaminu. To ucinało temat. Gdy Pieter wspomniał o mapie, Sneider odwrócił ku niemu głowę. Spojrzał najpierw na tubę, potem na przepatrywacza, a dopiero później na zasypany trakt i las, który stał wokół nich cierpliwie, cicho, bez cienia pośpiechu.
        – Nie zgubcie jej – oznajmił w końcu. – Po zakończeniu misji ją skonfiskuję. W Lenkster pewnie się ucieszą, że nie trzeba kopiować nowej. To żmudne zajęcie.

        Potem przeniósł wzrok na znak wycięty w korze drzewa. Podszedł bliżej, stanął przed pniem i przyjrzał się nacięciom. Nie dotykał ich. Po prostu patrzył, jakby w kilku krótkich kreskach próbował odczytać charakter człowieka, który je zostawił. Znak był prosty, ale odnosiło się wrażenie, że ma przed czymś ostrzegać, albo taką wersję wykoncypował sobie Łowca przez wzgląd na scenerie, która ich otaczała.
        – Znak łowców, bez wątpienia – rzekł wreszcie. – Na moje to ostrzeżenie, choć tylko zgaduję.
        Ostatnie zdanie zabrzmiało sucho, ale uczciwie. Łowca chyba nie miał w zwyczaju przypisywać sobie umiejętności lub znamion wiedzy, których nie posiadał. Było to trochę pocieszające. Ktoś inny z podobnymi uprawieniami mógłby pomyśleć, że ma licencje na wszelką prawdę.
        Przypatrzył się gwizdkowi, który odnalazł Tomasimo. Obrócił go w palcach, przyjrzał się otworom, pożółkłej kości i prostym nacięciom po nożu.
        – Mógł być Ulmanna, choć nie widziałem, by go używał. Zdolniejsi przepatrywacze używają podobnych drobiazgów do koni, które poddano tresurze, by rozumiały sygnały. Niech ci służy – rzucił zdawkowo do niziołka.

        Gdy Heinrich poinformował ich o guślarskich amuletach, twarz Łowcy zmieniła się wyraźniej. Podszedł we wskazane miejsce, tylko kilka kroków poza linię traktu, tak by zobaczyć zawieszone między drzewami drobiazgi. Patyczki związane brudnym sznurkiem. Kostki. Ciernie. Mała ptasia czaszka, która obracała się lekko na wietrze, jakby martwy kruk próbował nadal wyglądać jednym pustym oczodołem między gałęzie. Łowca długo nic nie mówił. Spojrzał na Heinricha. W jego oczach pojawiło się coś, co mogło być wyrazem aprobaty, choć jak zwykle szafował nią oszczędnie.

        – Dobrze, żeście to zauważyli. Spalimy to przed pójściem dalej. I tak zaczyna powoli się ćmić, więc pójdziemy dalej z pochodnią – zarządził, choć można było dyskutować, czy poruszanie się w ten sposób nie uczyni ich bardziej widocznymi. Z drugiej strony wejście po ciemku w niedźwiedzie sidła mogło się okazać dalece bardziej przykrą niespodzianką, a ogień odstrasza zwierzęta, więc ostatecznie podróż z pochodnią wygrała. Później wrócił na trakt i spojrzał na truchło konia. Gdy padła propozycja brania mięsa, skrzywił się ledwie dostrzegalnie.
        – Nie.
        Powiedział to spokojnie, bez cienia wahania.
        – Nie będziemy brali mięsa z konia, który padł po starciu ze zwierzoludźmi, leżał nocą przy lesie, nie został porządnie ruszony przez wilki, a obok którego wiszą guślarskie śmieci. Nie bądźcie głupcami. Zwierzęta musiały wyczuć spaczenie w posoce i zostawiły truchło. Po prawdzie radziłbym wam dobrze oczyścić ręce. Skaza jest podstępna. Czasem sam kontakt ze skażoną krwią starcza. Widywałem już takie przypadki – przestrzegł ich po tym, jak właściwie kończyli przewracać konia na bok.

        Z premedytacją pozwolił im działać. Patrzył bez entuzjazmu na wysiłek, z jakim ciało martwego zwierzęcia odrywało się od zmarzniętej brei. Mięso puściło w końcu z głuchym, mokrym odgłosem, a z drugiej strony ukazały się rozorane juki, stwardniała skóra, przymarznięte pasy i rzeczy zbyt zniszczone, by wzbudzić większą radość. Heinrich wydobył strzemiona, wędzidło, sprzączkę, dłuższy rzemień i czaprak w stanie dalekim od przyzwoitości. Sneider nie protestował.
        – To możecie zabrać – rzekł. – Ale nie grzebcie w tym dłużej, jeśli macie szacunek do swojej świętej duszy.
        Jeszcze raz spojrzał na znak wycięty w drzewie, na amulety wiszące dalej między pniami, na śnieg, który zaczynał przykrywać końskie oko.
        – Ruszamy.
        Nie zapytał, czy są gotowi. Pewnie miał to głęboko gdzieś. W głosie miał ten sam surowy ton co poprzedniego wieczora. Tylko teraz pod spodem pobrzmiewało coś jeszcze. Niepokój. Bardzo dobrze zakopany, ale jednak obecny.

        Pieter złożył mapę i zabezpieczył tubę. Tomasimo schował gwizdek, jeśli go zatrzymał. Heinrich przytroczył do siebie wydobyte resztki końskiego rzędu. Moriz przez cały czas miał baczenie na las, choć nic nie zapowiadało, by było to teraz potrzebne. Wziął sobie jednak wyjątkowo do serca ciężar tego zadania, co spotykało się co jakiś czas z pomrukami ze strony Łowcy Czarownic. Ktoś obdarzony bujną wyobraźnią mógłby nawet stwierdzić, że słyszy w nich nutę zadowolenia.

        text alternatywny

        Ruszyli dalej. Droga z każdą kolejną godziną robiła się gorsza. Każdy kolejny krok odbierał trochę więcej niż poprzedni. Śnieg leżał miejscami głęboko, z wierzchu zwarty i twardy, pod spodem zdradliwie sypki. Kto postawił stopę źle, zapadał się po łydkę albo kolano i musiał wydobywać nogę z cichym przekleństwem, które para zamieniała zaraz w biały obłok. Konie szły ostrożniej. Kuc Tomasimo parskał z urazą. Tyci natomiast poruszał się lepiej od ludzi, czasem wybiegając kawałek naprzód, czasem wracając do pana, raz po raz wkładając nos w śnieg. Zdawał się mieć niewyczerpywalne pokłady energii.

        text alternatywny

        Las ciągnął się po obu stronach traktu, gęsty i ciemny mimo białych czap. Świerki uginały gałęzie od śniegu, nagie buki stały sztywno jak kolumny w opuszczonej świątyni, a martwe krzewy przy drodze sterczały spod zasp jak palce zmarłych, zagrzebanych płytko pod ziemią. Czasem z gałęzi osuwał się płat śniegu, spadał z cichym szmerem i sprawiał, że któryś z ludzi odruchowo spoglądał w tamtą stronę. Czasem gdzieś daleko stuknął dzięcioł albo pękła kora od mrozu. Poza tym było cicho.

        Pieter prowadził, od czasu do czasu sięgając po mapę. Wyciągał ją tylko wtedy, gdy topografia terenu zaczynała płatać mu figle. Zaznaczone na niej punkty okazały się przydatne. Jeden z kamieni drogowych rzeczywiście tkwił pod śniegiem przy starym wykrocie, niewidoczny z traktu, ale po odgarnięciu bieli dało się wyczuć twardy grzbiet pod rękawicą. Dalej był zakręt przy pękniętym świerku, którego korona dawno temu musiała zostać rozłupana przez piorun. Potem wąski jar, przez który wiatr przepychał śnieg tak zaciekle, jakby chciał pokryć go w całości.

        Mapa nie prowadziła ich jak po sznurku, ale pomagała. Potwierdzała to, co Pieter podejrzewał, prostowała to, czego nie był pewien, i parę razy oszczędziła im kluczenia, przez co spokojnie można stwierdzić, że oszczędzili godzinę albo dwie z trasy. Sneider szedł wraz z nimi w żelaznej ciszy, niemal jakby na trasie złożył śluby milczenia. Przez większą część dnia trzymał się z tyłu lub z boku, tak by widzieć i prowadzącego, i linię drzew. Nie wyglądał na zadowolonego z tego spaceru, a humor, jeśli w ogóle miał jakieś jego pokłady, zepsuł mu się od czasu odnalezienia guślarskich amuletów. Czerwona łuna pochodni jedynie nadawała jego rysom jeszcze bardziej paskudnych cieni.

        W ostatnich godzinach marszu, mimo iż był jeszcze dzień, światło słońca całkiem straciło swoją moc. Niebo nie pociemniało od razu, raczej wyblakło, jak stara szmata wyprana z koloru. Cienie pod drzewami zrobiły się dłuższe, ostrzejsze. Mróz nie zelżał, ale zmienił charakter. Rano szczypał i kąsał. Teraz zaczął pełznąć. Wchodził pod odzienie zdradziecko, ściskając w uścisku mięśnie, wsączając się do kości. Zmęczenie kładło się na barkach i udach. Naprawdę mieli już dość tej wędrówki na dzisiaj.

        Pieter w końcu zatrzymał się przy niskim skalnym występie, którego prawie nie było widać spod śniegu. Stał chwilę, patrzył na zarys zbocza, na drzewa rosnące w dziwnym półkolu i na ciemniejszą plamę między kamieniami.
        – Tu – powiedział.
        Pieczara nie była wielka. Bardziej rozpadlina w skale niż prawdziwa jaskinia, ale dawała to, czego potrzebowali. Dach nad głową, osłonę od północnego wiatru i dość miejsca, by ludzie oraz zwierzęta nie musieli spać jedni na drugich. Wejście było szerokie, półotwarte, częściowo przesłonięte zaspą i zwisającymi gałęziami. W środku pachniało zimnym kamieniem, starym dymem i wilgocią. Ktoś musiał korzystać z tego miejsca wcześniej, może drwale, może łowcy. Przy jednej ze ścian leżały czarne ślady dawnego ogniska, rozmazane i częściowo zasypane pyłem oraz zmarzniętym błotem. W głębi kamień opadał nisko, tworząc ciemny zakątek, gdzie dało się złożyć pakunki albo usiąść plecami do skały.
        Sneider wszedł do środka pierwszy tylko na tyle, by sprawdzić wzrokiem ciemność. Potem skinął głową.
        – Dobre miejsce. Znaczy się, dobre na tyle, na ile można oczekiwać od dziury w skale.

        text alternatywny

        Rozłożyli obóz szybko, bez zbytecznego gadania. Dzień uciekał, a zmrok dławił ostatnie nikłe promienie słońca. Konie przywiązano bliżej wejścia, ale nie tak, by mogły w panice stratować ludzi. Rzemienie sprawdzono dwa razy. Zwierzęta dostały paszę z juków i trochę osłony od wiatru. Kuc Tomasimo wyglądał na urażonego warunkami, ale jadł, godząc się z okolicznościami. Tyci obszedł wejście pieczary, obwąchał kamienie, śnieg i ślady starych popiołów, po czym usiadł przy Tomasimo, czujny, z kufą zwróconą ku drzewom.

        Opał od Grubera okazał się wart więcej, niż karczmarz chciałby przyznać. Suche szczapy i łuczywo przyjęły iskrę po pewnej chwili dmuchania poprzetykanego przekleństwami. Ogień najpierw był mizerny, niski, złośliwy jak leniwy parobek, który robi tylko tyle, ile musi. Potem jednak podniósł się, złapał drewno i zaczął trzaskać cicho, rozświetlając kamienne ściany pomarańczowym blaskiem. Dym przeszkadzał delektować się ciepłem w pełni. Część szła ku wyjściu, część snuła się po sklepieniu, a cześć leciała prostu na jednego z nich na zmianę, gryzła w oczy lub dusiła krtań.

        Ktoś ustawił garnek z wodą przy ogniu. Ktoś inny wyjął racje. Twardy chleb, kawałki suszonego mięsa, trochę kaszy czy czegoś innego, co po podgrzaniu mogło udawać posiłek. Sneider wydobył z własnego pakunku zawiniątko z ziołami, które nie pachniały zbyt przyjemnie.
        – Dodajcie to do garnka – powiedział. – Ale nie za dużo. Raczej nie będzie wam smakować, ale doda nam trochę sił. Sigmar jeden wie, że będziemy jej potrzebować.
        Napar, kiedy w końcu naciągnął, miał barwę brudnej słomy i smak, który faktycznie trudno było przełknąć. Mimo wszystko spływał do żołądka i rozprowadzał ciepło po zmarzniętym ciele. Zresztą po całym dniu marszu nawet takie paskudztwo trzeba było wziąć za dobrą monetę.

        Warty ustalono bez większej kłótni. Nikt rozsądny nie zamierzał spać bez czuwania po tym, jak znaleźli zmaltretowanego konia. Wejście do pieczary pozostawało zbyt szerokie, by czuć się bezpiecznie, ale dość wąskie, by przynajmniej nie musieli spodziewać się niebezpieczeństwa ze wszystkich stron naraz. Ogień ustawiono głębiej, tak by dawał światło i ciepło, ale nie wystawiał ich na widok z lasu. Pakunki ułożono pod ścianą. Kto był z nich mądrzejszy, złożył broń bliżej dłoni niż w zwyczajnych warunkach. Sneider ściągnął kapelusz tylko na chwilę, otrzepał go ze śniegu, po czym założył z powrotem. Zamierzał, zdaje się, spać na siedząco po tym, jak wszedł do śpiwora i zakrył się derką. Wyglądało na to, że nawet nocleg w pieczarze nie był dla niego wystarczającym powodem, by rozstać się z kapeluszem.

        Zmrok opadł wreszcie na las. Z początku tylko przyciemnił pnie, potem zgasił odległe przestrzenie między nimi, aż w końcu wszystko poza zasięgiem ognia stało się czarną ścianą poprzecinaną białymi smugami śniegu. Niebo za koronami drzew miało barwę zimnego ołowiu. Wiatr ucichł trochę. Ogień trzaskał. Konie przeżuwały niespokojnie paszę w obroku. Gdzieś w głębi pieczary kapała woda, drażniąc ucho jak głośno tykający zegar w nocy. Mieli właśnie ułożyć się do snu, kiedy czujny Moriz, pierwszy na warcie, zmrużył lekko oczy. Ciemne płótno nocnego krajobrazu się poruszyło. Jakimś cudem wyłowił ruch jakiegoś zwierzęcia. Tyci również odwrócił się w tamtą stronę. Nie zerwał się gwałtownie. Nie zaszczekał od razu. Podniósł łeb, przestał poruszać pyskiem i zastygł. Uszy stanęły mu wysoko. Potem z gardła wydobyło się niskie, ledwie słyszalne warczenie. Tomasimo znał swojego psa na tyle, by wiedzieć, że to nie był kaprys ani reakcja na spadający śnieg.
        – Mamy gości – mruknął Moriz głośniej. Wystarczająco głośno, by słowa przecięły obozową ciszę.
        Tyci wstał powoli, zjeżył sierść na karku i stanął przy Tomasimo. Teraz już warczał wyraźniej. Jasny zarys zębisk, który począł wyłaniać się ze zmroku, oraz odgłosy warczenia nie pozostawiały złudzeń. Zbliżała się do nich wataha wilków.

        Sneider odłożył kubek z naparem tak spokojnie, jakby spodziewał się tego od samego początku. Lewą ręką sięgnął po pistolet. Prawą po miecz. Metal wyszedł z pochwy z cichym, zimnym sykiem, który zapowiadał obietnicę krwi.
        – Broń do rąk – rzucił chrapliwie.
        Nie krzyknął. Właściwie powiedział to lodowato spokojnym głosem. Ten spokój dał im potrzebny czas. Każdy, kto jeszcze siedział, miał dość czasu, by wstać. Każdy, kto miał broń opartą o ścianę, mógł po nią sięgnąć. Każdy, kto chciał poprawić pas, odsunąć garnek, kopnąć pakunek spod nóg albo odciągnąć konie głębiej, miał na to kilka uderzeń serca. Wataha nie rzucała się jeszcze. Podchodziła mądrze. Drużyna mogła dokładnie ocenić stan drapieżników, ich liczbę i zważyć, ile mają szans, aby wyjść z tego żywi.

        text alternatywny

        Pierwszy wilk wyłonił się zza zasłony nocy cicho niczym zjawa. Był chorobliwie chudy, z żebrami rysującymi się pod brudnoszarym futrem, lecz wcale nie wyglądał przez to na słabszego. Szedł nisko, z łbem opuszczonym, z mięśniami pracującymi pod skórą i ślepiami, w których drżał odbity blask ognia. Pysk miał ciemny od śliny, a z nozdrzy ulatywała para. Za nim pojawił się drugi. Potem trzeci. Zwierzęta nie wyskakiwały z lasu, nie rzucały się zrazu do gardła. Wychodziły powoli, cierpliwie, metodycznie zamykając krąg i osaczając ich. Po bokach, między krzakami i niskimi świerkami, przemykały kolejne kształty. Raz widoczne, raz ginące w czerni pni i bieli śniegu.
        Osiem.
        Może więcej, jeśli liczyć cienie, które dało się wyłowić w głębi drzew. Co do tych jednak nie było pewności. Osiem dało się wypatrzyć na pewno, gdy poruszyły się niemal jednocześnie, zamykając przed wejściem do pieczary szeroki, głodny półkrąg.

        Ten największy wyszedł ostatni.
        Był paskudny. Nie po prostu duży, choć był większy od reszty. Nie po prostu stary, choć futro na pysku miał miejscami siwe, posklejane i nierówne. Było w nim coś wypaczonego. Grzbiet miał wysoki, łapy cięższe, łeb szerszy. Ślepia połyskiwały lekko zielonkawym blaskiem, nie tak jak oczy zwykłego zwierzęcia odbijające ogień, lecz własną, plugawą łuną. Dochodziła od niego woń gnijącego ciała. Z pyska ciekła mu ślina. Gęsta, zielonkawa, ciągnąca się nitkami, które spadały na śnieg i zostawiały w nim ciemne plamki.

        Konie poczuły nienaturalne zagrożenie od razu. Jeden szarpnął rzemieniem, drugi cofnął się gwałtownie, parskając z paniką. Kuc Tomasimo rzucił łbem, siłując się z liną, do której go przywiązano. Tyci odpowiedział pełniejszym warczeniem, stając szerzej na łapach.
        Sneider uniósł pistolet, ale nie strzelił. Jeszcze nie. Lufa skierowała się ku największemu wilkowi, a miecz w prawej dłoni Łowcy opadł nisko, gotów do cięcia, jeśli któryś z mniejszych spróbuje skoczyć przez ogień albo obejść wejście bokiem.
        – Nie rozpraszać się – powiedział zimno. – Pilnować boków. Dużego zostawcie mnie, jeśli podejdzie.
        Wilki rozchodziły się półkolem. Dwa zostały naprzeciw wejścia, trzy przesuwały się w lewo, nisko przy śniegu, prawie bezgłośnie. Kolejne szły od prawej, korzystając z krzaków i nierówności terenu. Nie wyglądały, jakby bały się ognia tak, jak powinny. Może głód był silniejszy. Może ten większy wymógł na nich posłuszeństwo alfy.

        Ciszę, jaka nastąpiła, gdy dwie grupy mierzyły się wzrokiem, można było kroić nożem. Najgłośniejsze było ognisko, w którym rozbrzmiał trzask pękającego polana. Dym wylewał się siwym warkoczem ku wyjściu, rwał na chłodzie w brudne pasma i mieszał z nocą. Wolno, by nie wzbudzić nagłego ataku, wyciągnęli broń. Każdy z nich przyglądał się już swojemu wilkowi. Wzrok obiecywał spojrzeniem przemoc, jeśli zwierzę się nie wycofa, ale zwykła determinacja nie działała na te bestie. Ktoś przesunął stopą pakunek pod ścianę. Ktoś inny odciągnął łokciem koński łeb, gdy zwierzę szarpnęło się niespokojnie na uwięzi.

        Wataha podchodziła powoli. Nie cofała się. Nie wahała. Po prostu skracała dystans, cierpliwa i drapieżna, rozciągnięta przed wejściem do pieczary niczym szczęka wygłodniałego lasu. Wtedy największy z nich otworzył pysk szerzej. Z gardła wypłynął niski, mokry warkot, bardziej przypominający pracę chorego miecha niż głos jakiegokolwiek żywego zwierza. Zielonkawa ślina oderwała się od jego kłów, spadła ciężko na śnieg i zostawiła przy łapach ciemną, parującą plamę.

        Ruszyli jednocześnie. Walkę zainicjował huk wystrzału z pistoletu Sneidera.

        text alternatywny

        Huk pistoletu Sneidera rozerwał ciszę pieczary tak gwałtownie, że konie szarpnęły się na uwięzi, a echo rozeszło się między kamieniami i czarnymi pniami lasu. Błysk wystrzału na ułamek chwili rozświetlił pysk największego wilka. Bestia zachwiała się, kiedy kula trafiła ją czysto, lecz nie padła od razu. Z jej gardła wyrwał się mokry, paskudny skowyt, bardziej gniewny niż bolesny.

        W tej samej chwili Tomasimo puścił z procy kamień. Potem drugi. Niziołcza ręka okazała się szybka i pewna. Jeden pocisk uderzył w wilka alfa z takim trzaskiem, że bestia aż szarpnęła łbem, drugi posłał na śnieg jednego z mniejszych drapieżników. Pieter również odpowiedział strzałem, cięciwa jego łuku zaśpiewała krótko i sucho, a kolejny wilk zakotłował się w śniegu, trafiony między żebra. Moriz wycofał się głębiej, próbując utrzymać dystans i kątem oka pilnując linii wejścia, skąd wilki sunęły po bokach jak szare cienie.

        Wataha nie cofnęła się od razu. Kilka wilków rzuciło się naprzód, nisko przy ziemi, w śniegu i dymie, próbując dopaść ludzi zanim ci zdążą na dobre ustawić obronę. Jeden z nich skoczył ku Morizowi tak gwałtownie, że przez chwilę wyglądało, iż zaraz wyrwie mu gardło albo udo. Banita uchylił się jednak w ostatnim momencie. Zęby kłapnęły w pustkę, a śmierdzący oddech bestii musnął go tylko, zostawiając po sobie zimny pot na karku i świadomość, jak niewiele zabrakło.

        Heinrich przyjął atak bliżej ognia. Jego topór poszedł w ruch ciężko, z wprawą która wiele mówiła o zdolnościach chłopaka. Ostrze uderzało w futro, mięso i kości. Jeden z wilków dostał tak mocno, że krew opryskała śnieg przy wejściu do pieczary, a potem zwierzę zwaliło się w bok, drgając jeszcze przez chwilę.

        Sneider po wystrzale przeszedł do miecza. Nie było brawury w jego postawie, tylko mordercza skuteczność. Stał twardo, z pistoletem dymiącym jeszcze w lewej dłoni i ostrzem w prawej, krok po kroku utrzymując wejście do pieczary. Jednego wilka ciął przez pysk i kark, drugiego odepchnął stalą, zanim poprawił ciosem w bok. Dwie bestie padły od jego ręki, a dwie kolejne odskoczyły ranne, znacząc śnieg ciemnymi smugami.

        Tyci trzymał się blisko Tomasimo, jak przystało na dobrze najlepszego towarzysza niziołka. Gdy jeden z wilków próbował zbliżyć się do niego, brytan ruszył na niego z głuchym warczeniem, zmuszając zwierzę do odskoku i mieszając mu szyk. Tomasimo wykorzystał ten moment bez wahania. Kolejny kamień z procy trafił uciekającego wilka tak celnie, że zwierzę runęło w śnieg i już się nie podniosło.

        Walka trwała krótko, ale była brudna i chaotyczna. Był dym, śnieg, parujące oddechy, strzały ginące w ciemności, syk ostrzy i skowyt trafionych zwierząt. Wilki próbowały okrążać wejście, lecz ogień, stal, proca, łuk i pies zrobiły swoje. Kiedy padły kolejne sztuki, a największy z nich zachwiał się pod ranami, reszta watahy straciła pewność. Jeden wilk jeszcze próbował wyrwać się bokiem, ale dopadła go szarża Moriza. Ostrze weszło głęboko i bestia osunęła się na śnieg, karmiąc biel szkarłatem krwi.

        Sneider przez chwilę stał nad trupami wilków, z mieczem opuszczonym nisko i pistoletem wciąż trzymanym w lewej dłoni. Dopiero kiedy upewnił się, że żadne z ciał nie drgnie, schował broń i spojrzał na Heinricha. Chłopak nie marnował czasu. Ledwo było po walce a ten chyba zabierał się za oprawianie wilków.
        – Te zwykłe możesz sobie oprawić, jeśli masz ochotę babrać się we flakach po nocy biedny głupcze – powiedział. – Choć ja bym nie ufał niczemu, co przyszło tu razem z tamtym ścierwem.

        Potem wskazał największego wilka.
        – Od tego wara.
        Nie czekał na pytania. Chwycił truchło za tylną łapę, przeciągnął je kawałek dość daleko od wejścia pieczary i skrzywił się, gdy zielonkawa ślina ciągnąca się z pyska bestii zostawiła na śniegu brudną smugę. Mruczał coś pod nosem, jakieś siarczyste przekleństwa, choć nikt nie dosłyszał dokładnie. Potem wyciągnął z juków niewielką flaszę oliwy.
        – Plugastwo – syknął. – Pieprzona chaosycka skaza. Nawet dzieci Taala nie są od niej wolne. Szlag by to.
        Oblał ciało. Szczególnie pysk, gardło i pierś, gdzie futro było posklejane od chorej śliny i ciemnej, nienaturalnie wyglądającej krwi. Potem uklęknął na jedno kolano w śniegu, zapalił od ogniska szczapę i przez chwilę trzymał ją nad zwłokami. Popłynęły słowa modlitwy. Były niskie, twarde, prawie zagryzione między zębami.
        – Sigmarze, młocie Imperium, stróżu człowieka, spal skazę, odpędź cień, zachowaj nas od zepsucia ciała i duszy. Niech ogień weźmie to, czego ziemia nie powinna przyjąć.
        Przyłożył płomień.

        Oliwa zajęła się szybko. Najpierw błysnęła nisko przy pysku, potem ogień pobiegł po futrze, chwycił bok, łapy, grzbiet. Smród przyszedł niemal od razu. Spalone włosie, gorzka tłusta woń mięsa i coś jeszcze, kwaśnego, chorego, od czego człowiek odruchowo chciał cofnąć twarz i zasłonić usta rękawem. Zielonkawa ślina na śniegu syknęła pod płomieniem, czerniejąc w brudną skorupę.
        Sneider stał przy ogniu nieruchomo, dopóki ciało nie zajęło się porządnie, a później jak gdyby nigdy nicy wrócił do ogniska, gdzie grupa radziła nad resztą kolejności wart.

        1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
        0
        • WiredW Niedostępny
          WiredW Niedostępny
          Wired jako Tomasimo Ashfield
          napisał(a) ostatnio edytowany przez Wired
          #14

          Huk broń palnej i znajomy swąd prochu rozległ się po prawicy Tomasimo gdy Klaus wycelował w zmutowaną bestię. Był blisko nich, zdecydowanie za blisko. Z tej odległości niziołek czuł zapach jego gnijącego mięsa. Czy był tak zwanym ożywieńcem? Martwym funkcjonującym jedynie dzięki magii, mimo że paść dawno temu powinien? A może moc Niszczycielskich Potęg dała mu nienaturalną odporność na choroby i zepsucie i mimo gnicia części własnego ciała trwał, niezważając na wyniszczające go od wnętrza choroby i robaki? Zielonkawa gęsta ślina ciekła po jego kłach niczym szlam z miejskiego wychodka odprowadzany do rzeki. Widok jakże obrzydliwy. Dobrze, że jeszcze nie jedli bo od tego widoku i zapachu zanosiło się na wymioty.

          Tomasimo czuł strach, nie przed ugryzieniem ale przed chorobami jakie to bydle mogło roznosić, przed skutkami ugryzienia w które mogła być wplątana zgubna czarna magia Chaosu. Nic dziwnego że konia nie tknęły normalne wilki, pewnie jego krew toczyło już to samo plugastwo. Swąd chorej posoki niewyczuwalny dla ludzi czy niziołków mógł być przecież aż nazbyt oczywisty dla czułych nozdrzy zwierząt.

          Pozostałe zwierzęta nie wskazywały oznak mutacji czy chorób, ale niziołek podejrzewał że proces obecny u przewodnika stada był już w jakiejś fazie i w ich organizmach. Kto z kim przystaje takim się staje, a naturalna u tych psowatych walka o przywództwo na pewno kończyła się ranami z tej zaplutej zielonkawą śliną gęby.

          Klaus wycelował i trafił zmutowaną bestię w czerep, zdzierając z jej łba sporo skóry i gruchocząc kości, kula jednak nie trafiła prosto a basior nadal stał, udowadniając im że nie należy do świata zwierząt. Dopiero ponowne trafienie z procy Tomasimo, zagnieżdżające w czaszce otoczak i uszkadzające mózg położyło potwora. Ku uldze niziołka.

          Jego towarzysze zareagowali błyskawicznie, nie dając wilkom czasu na reakcję, zszokowane utratą lidera i przejęciem inicjatywy przez ich przyszłe ofiary zwierzęta dały się położyć w kolejnych dziesiątkach sekund. Nie minęła minuta gdy ostatni z nich leżał na ziemi.

          Teraz gdy mogli się przyjrzeć ich ciałom widzieli, że poza mutantem reszta sama ledwo stała, ich ciała były wychudzone, kości na żebrach można było policzyć patrząc z daleka. Głód musiał je trawić od dłuższego czasu, nic dziwnego że mimo ognia zdecydowały się na atak. Miały wszak do wyboru to, lub konanie z głodu na mrozie.

          Niziołek rozejrzał się po okolicy, próbując w ciemności wyłowić wzorkiem resztę watahy, o ile jakaś reszta była. Nic jednak na horyzoncie nie przyciągnęło jego wzroku.

          - Gnijący za życia? - zapytał Klausa zbliżając się do przywódcy stada - Czy żywy trup? - dodał zawieszając głos, słyszał o tych koszmarach ale byłby to pierwszy raz gdy miał z takim do czynienia.
          - Chwała Ranaldowi że nikogo z nas nie ugryzł, nawet nie chcę myśleć jak taka rana by się paprała, o ile w taką pogodę w ogóle byśmy kogoś w chorobowej malignie dowieźli do wioski żywego. Co za przeklęte czasy.
          - Musimy to spalić co nie? Żal drwa, ale raczej trzeba - zauważył niziołek.
          Na te słowa Łowca Czarownc nic nie odpowiedział, jedynie z determinacją chwycił zwłoki bestii za łapę i przeciągnął dalej od namiotów, a następnie z juków wyciągnął flaszkę oliwy. Spalił zwłoki maszkary modląc się przy tym do Sigmara. Dobrze, że było dalej od obozu, Tomasimo nie chciał nawet oddychać tym co się z jego cielska będzie ulatniać.

          - Widzisz Tyci co to za dziwa po świecie chodzą - rzekł po pracy niziołek siadając przed swoim namiotem obok psa. Potarmosił jego łeb chwaląc czule psinę za walkę, po czym siedział patrząc w ogień, karmiąc suchym mięsem siebie i dzielnego towarzysza.
          - Wam też winszuję - wzniósł bukłak z wodą zmieszaną z winem w kierunku towarzyszy w geście toastu - rad jestem, że podróżuję wśród tak dzielnych wojów - powiedział po czym upił z bukłaku niczym z pucharu.

          - Wezmę kolejną wartę, kogo budzić po? - zapytał zebranych, z których część wzięła się za skórowanie wilków, a inni szykowali posłania. Trochę miał obawy czy te pozbawione skór okrwawione cielska nie zwabią zapachem kolejnej watahy, ale może obędzie się bez walki i po prostu las do rana posprząta cielska na granicy łuny ogniska. Nie zamierzał płoszyć na siłę zwierząt, gdyby któreś chciało położyć na nich kły, byle nie na obozowiczach. Sam by tego mięsa nie jadł, na widok szefa tej bandy wilków miał duże wątpliwości czy reszta stada jest jadalna.

          1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
          1
          • DhratlachD Niedostępny
            DhratlachD Niedostępny
            Dhratlach jako Heinrich "Heinz" Kraus
            napisał(a) ostatnio edytowany przez Dhratlach
            #15

            Sigmar chronił przed spaczeniem, ale to Ranald chronił przed krzywdą. Było jedyną myślą Heinricha podczas całej bitwy, a kiedy padł ostatni wilk schował dagę i norsmeński topór. Musiał przyznać, może i ten cały topór nie był jakimś wielkim osiągnięciem piękna, ale by, aż nadto, praktyczny. Nadawał się do ścinania i oporządzania drzew, rozłupywania drzwi, czy czaszek. Gdyby miał jakieś większe doświadczenie w materii to i dom, czy łódź można było zbudować jak to ludy północy miały w zwyczaju. Przyznać musiał, ale nie wyrażał tej myśli na głos, mieli łeb i to doceniał. Choć częściej niż rzadziej chcieli ich, południowców, krwi, bogactw i kobiet... ale to był szczegół jak ich wiele.

            Obszedł truchła, trącał butem i po zniesieniu ostatniego bliżej ognia rzekł do Łowcy Czarownic.

            - Herr Sneider, pozwolenie na ściągnięcie skór i pozyskanie mięsa." - bardziej stwierdził, czy wyraził potrzebę niemalże po żołniersku
            - Te zwykłe możesz sobie oprawić, jeśli masz ochotę babrać się we flakach po nocy biedny głupcze – odpowiedział. – Choć ja bym nie ufał niczemu, co przyszło tu razem z tamtym ścierwem.

            Nie odpowiedział, bo nie miał co. Swoje w życiu widział, a krew i flaki nie były niczym nadzwyczajnym. Trochę się upierdoli, dłonie znaczy się, prawda, ale co z tego? To tylko krew. Czy Sneider myślał, że był jakimś śmierdzącym mieszczuchem? Dał ostrożne błogosławieństwo, ale jednak, i to się liczyło.

            Spojrzał pustym wzrokiem na truchła oceniając szybko wartość skór, oraz zasobność odżywczych substancji. Ich wagę i przybliżoną zdatność do spożycia. Po czym wytypował trzy wilki które były... "jego".

            Spojrzał na Tomasimo. Temu zysk ze skór był całkowicie nie potrzebny. Patrząc po tym jak się nosił, charakterem, opancerzeniem, ubiorem, jasno krzyczało, że ma forsy jak lodu w środku zimy. Skoro deklarował się brać watahę...

            - Oprawię parę sztuk, potem idę spać. Mięso z nich możecie wziąć, nie krępujcie się.

            Powiódł wzrokiem po wszystkich. Bronie ręczne, dystansowe, jakieś zbroje... a on, gołodupiec. Jednak właśnie bycie tym gołodupcem nie raz nie dwa uratowało mu skórę, w końcu... w jego fachu nie obnosiło się bogactwem. Jakimkolwiek. Niepotrzebna uwaga to w najlepszym wypadku guz na łbie i braki w sakiewce i sprzęcie. W najgorszym? Cóż, jeśli śpieszno komuś do Morra...

            Choć tęsknił za swoją kurtą skórzaną, którą musiał przehandlować. Marna strata, ale nadal bolesna. Nie mniej, skóra skórą, była bezpiecznym i nie krzyczącym za dużo elementem ochrony. Ćwieki były problematyczne... ale jeszcze uchodziły. Wiedział, aż nadto boleśnie jak bardzo Kurt by się przydał w tej chwili... Choć Kraus nie raz mu pomagał... to jednak właśnie "Kurdupel" Kurt był specem od wszelkiej zwierzyny. On jako jedyny znał się jak fachura na wszystkim co tyczyło dziczy i chyba jako jedyny potrafił rozpoznać czy zwierz był dotknięty palcem Chaosu czy nie...

            Miał kilka sztuk do oprawienia... tym bardziej, że walka go obudziła. W ciemnych zaułkach duszy Heinz ubolewał nad brakami w specjalistycznym sprzęcie, ale co zrobić. Miał wybór między dagą, a szerokim nożem... daga zdecydowanie miała zbyt długie ostrze. Padło na nóż... i już się zabierał za ściąganie skór.

            Mróz powoli wkradał się w kości, kiedy niestrudzenie pracował. Technika była prosta... w teorii, bo praktyka była co najmniej złośliwa. O ile ściągnął prawilnie dwie skóry i czyszczenie ich przebiegło bez zgrzytów... na tyle, że wiedział, że nadawały się na handel w mieście... w mieście! Tak ta trzecia...

            Palce miał zmarznięte, zmęczenie wkradało się w kości, mięśnie i myśl... Nie raz nie dwa nóż mu się ślizgnął przy ściąganiu. Później zdecydowanie za późno zorientował się, że czyścił skórę pod złym kątem ostrza co sprawiło, że zostały chropowate ślady... Trzecia skóra była z braku lepszego słowa tragedią. Może, ale to może, uda mu się na coś wymienić w jakiejś wsi czy gospodarstwie, bo sztuka jak sztuka... Jedyne co mu przychodziło do głowy to związać rozcięcia gęsto dratwą i obszyć płótnem by zrobić ciepły koc, ale...

            Siedział nad pucharem wrzątku, który już zdążył się ochłodzić podziwiając swoje dzieło spod zmęczonych powiek. Ostatni krok był za nim. Czytać, trzeci punkt. Jeden, ściągnąć skóry. Dwa, oczyścić z resztek tkanek. Trzy? Obmyć ciepłym roztworem szarego mydła pozbawiając wszelkich śladów krwi, innego tałatajstwa, oraz wstępnie "przygotować" skórę pod dalszą konserwację...

            Uśmiechnął się sam do siebie na wspomnienia dawnych dni które nigdy nie miały wrócić. No bo jak? Nie zawrócisz rzeki kijem... Na wyłożonej śniegiem rozłożonej derce w głębi jamy leżały produkty uboczne. Mięso, w sporej ilości. Wilczyzna nie była zła. Może trochę... żylasta, ale mięso było mięsem. Czy potrzebowali mięsa? Tak, zawsze, a skoro myślał o mięsie...

            - Myślisz, że mięso dobre? - zapytał po dłuższej chwili niziołka, który niedawno temu objął wachtę.

            - Tych wilków? Verena jedna wie, ale ja bym tego kijem nie tknął. - Widziałeś przywódcę stada? Gnił za życia, plugawa zielonkawa ślina ciekła mu z pyska... - urwał nagle, wspomnienie woni basiora odebrało mu na chwilę radość z przeżuwanego suchego mięsa.
            - To co go trawiło, może trawić i resztę. Jak z chorobami, wieloma możesz zarazić się na długo zanim wystąpią objawy. - dodał by zabrzmieć mądrzej i przekonać Heinricha do zmiany swoich planów, jakie by nie miał, wobec tych skór i mięsa.

            - ...psina to taki wilk, ale nasz wilk. - powiedział w namyśle patrząc, gdzieś w dal, w mrok - Ta Twoja kumata? Wyczuła by zarazę?

            - Nie wiem i nie zamierzam sprawdzać, Verena sprzyja rozważnym - Ton Tomasimo wyraźnie zmienił się na poważniejszy, pomysł robienia z Tyciego testera chorego, a może i przeklętego mięsa, wyraźnie go obruszył - To może być ten typ zarazy od którego specem jest nasz zleceniodawca, może jemu zaproponuj kęs i zobacz jak zareaguje - skwitował

            - Już dał swoją opinię. - rudzielec uśmiechnął się ponuro - Dla mnie to jak z toksyną... nic się nie dzieje, aż przyjmiesz za dużo.
            Człowiek wzruszył ramionami jakby od niechcenia.
            - Jest zima. Jedzenia ni ma.

            - Nie bądź głupcem Heinrich - przestrzegł rozmówcę - konia w lesie wilki nie tknęły a śladów choroby czy mutacji nie miał, alfa wygląda jak żywy trup, chory na jakieś plugastwo albo i zmieniony tfu - splunął - czarną magią, w lesie jakieś amulety. Życie Ci chyba niemiłe. - Jutro będziemy już w wiosce, na co Ci te skóry i mięso? - zapytał retorycznie, dla Tomasimo chciwość to też forma choroby - Jak Ci bardzo zależy, zrób test, rozłóż połacie mięsa po lesie, zobaczysz czy do rana cokolwiek je tknie. Jak nie to zacznij się modlić, bo masz całe dłonie ubabrane w ich krwi.

            -Ikke bare fra ulveblod... - mruknął cicho, gorzko, do siebie Heinz i spojrzał na nizołka. Uśmiechnął się, choć nie był to uśmiech nadziei
            - Na nas wszystkich czeka koniec i to Bogowie decydują. Sigmar decyduje, Verena spisuje, a Morr nas zabiera gdy wybije nasza godzina. Nic nie zrobisz.

            - Ikke co? Po jakiemu to? - zaciekawił się niziołek. - Masz dziwne podejście do życia, szczerze mówiąc, zawsze lepiej umrzeć ze starości niż z głupoty. - Kaplanem nie jestem by się na tym co po śmierci wyznawać, ale nie jestem pewien czy tylko Morr może nas zabrać. Gdyby tak było nie składano by ofiar nikomu innemu - zauważył dość filozoficznie Tomasimo.

            Kraus patrzył na Tomasimo pustym spojrzeniem dłuższą chwilę. Patrzył na niego wzrokiem w którym nie było nic, a nawet błysk ognia zdawał się tracić swoje kolory.
            - Jeśli zawiodłem Bogów... słuszna kara sięgnie mnie najpewniej już z rana. - powiedział w końcu, wychylił ostatnie krople z pucharu i wstał od paleniska.
            - Ufaj Sigmarowi i szanuj Bogów, a Zło się Tobą nie zainteresuje. Sigmar będzie Ciebie chronił przed Ich spojrzeniem.

            Opróżnił puchar ostatnim łykiem. Większość wolała w swojej lekkomyślności toporne kufle. Heinz patrzał na to inaczej. Metalowy puchar potrafił zmieścić tyle co kufel... a zawsze można było go włożyć w ognisko i zagotować śnieg czy lód... bez żadnego problemu zdejmując z ognia improwizowanym z kawałka drewna chwytakiem...

            Położył skóry na skalistej podłodze i położył na nie pałatkę. Następnie zawinął się po całości w koc i... niedługo później ogarnął go sen. Rano nie miał planów poza wyspaniem się. Zjedzeniem części podróżnej racji i napiciem się czegoś ciepłego. Proste potrzeby. proste zmartwienia...

            Tonight, boys, we are eating like kings...

            1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
            1
            • MortarelM Niedostępny
              MortarelM Niedostępny
              Mortarel jako Pieter Falk
              napisał(a) ostatnio edytowany przez
              #16

              Pieter Falk przez chwilę jeszcze trzymał łuk napięty, choć nie miał już do czego strzelać.

              Walka skończyła się szybciej, niż zdążyła naprawdę rozgorzeć. Palce nadal pamiętały opór cięciwy. Ramiona miały w sobie tę krótką, zimną gotowość, która pojawia się, kiedy coś biegnie prosto na człowieka z zębami wyszczerzonymi w ciemności. Dopiero po kilku oddechach opuścił broń, powoli, bez pośpiechu, jakby każdy gwałtowniejszy ruch mógł jeszcze sprowokować las do odpowiedzi.

              Patrzył na wilki. Na ciała zwalone w śnieg, na czerwone smugi rozmazane przy wejściu do pieczary, na parę unoszącą się z ran i z pysków, póki mróz nie zaczął odbierać im resztek ciepła. Zwykłe wilki wyglądały teraz mizerniej niż przed chwilą — chude, żałosne, głodne tak bardzo, że aż głupie. Głód potrafił zmienić zwierzę w coś, co przestawało bać się ognia, ludzi i stali. Pieter widział to wcześniej. Z ludźmi bywało podobnie.

              Większy basior był czymś innym. Na niego Falk patrzył krócej. Nie dlatego, że się nie bał, ale dlatego, że zbyt długie przyglądanie się rzeczom dotkniętym skazą nigdy nie przynosiło nic dobrego. Wystarczyło zobaczyć tyle, ile trzeba było zapamiętać: zielonkawa ślina, chore ślepia, smród gnicia, który nie należał do żywej bestii. Potem już lepiej było pozwolić ogniowi zrobić swoje. Kiedy Sneider przeciągnął truchło z dala od wejścia, Pieter odwrócił głowę i splunął w śnieg. Nie z pogardy. Raczej z potrzeby pozbycia się z ust smaku, którego wcale tam nie było.

              — Dobrze, że padł z daleka — mruknął bardziej do siebie niż do kogokolwiek.

              Potem ruszył ku miejscu, z którego strzelał. Najpierw wrócił myślą do dwóch strzał. Jedna weszła w ciało wilka, czysto, między żebra, tam gdzie powinna. Druga uciekła w ciemność, prawdopodobnie przez dym, ruch zwierzęcia albo zwykłą złośliwość świata. Pieter nie miał w zwyczaju zostawiać po sobie rzeczy, jeśli nie musiał. Strzały kosztowały, a na trakcie wszystko, co dało się odzyskać, było warte schylenia karku.

              Podszedł do martwego wilka, którego położył pierwszym trafieniem. Przykucnął, przytrzymał łapą futro i ostrożnie poruszył drzewcem. Strzała tkwiła głęboko, ale nie była złamana. Wyciągnął ją powoli, z nieprzyjemnym, mokrym oporem. Obejrzał grot w blasku ognia, potem lotki. Skrzywił się lekko.

              — Ta jeszcze pójdzie — powiedział cicho.

              Wytarł grot o śnieg, potem o kawałek szmaty, dokładniej niż zwykle. Po tym, co widzieli tego dnia, nawet krew zwykłego wilka nie wydawała się już całkiem zwykła.

              Drugiej szukał dłużej. Wyszedł kilka kroków przed pieczarę, ale nie dalej, niż rozsądek pozwalał po zmroku. Pochylił się nisko, szukając cienkiego śladu w śniegu, miejsca, gdzie drzewce mogło wbić się pod kątem albo zniknąć między korzeniami. Ogień za plecami dawał za mało światła, a noc przed nim była gęsta i niechętna. Przez chwilę widział tylko biel, czerń pni i własny oddech. Ostatecznie poddał się, nie znalazłszy zguby.

              Wrócił do ognia akurat wtedy, gdy płomienie zaczęły brać większego wilka na dobre. Smród uderzył ostrzej, tłusty, gorzki, chory. Pieter odruchowo zasłonił usta rękawem i stanął tak, żeby dym nie szedł prosto na niego. Słyszał modlitwę Sneidera, niską i twardą, bardziej podobną do wyroku niż prośby.

              Pieter nie był człowiekiem modlitw. Przynajmniej nie takich, które wypowiada się głośno przy innych. Ale kiedy ogień zajął pysk bestii, a zielonkawa ślina syknęła w śniegu, Pieter przez krótką chwilę spuścił wzrok.

              — Niech się spali do kości — powiedział tylko.

              Kiedy Tomasimo wzniósł bukłak w niemal toastowym geście, Falk spojrzał na niego spod zmrużonych powiek. Niziołek miał w sobie tę dziwną, upartą żywotność, która bywała czasem bardziej irytująca niż hałas, ale po walce przy ogniu miała też coś kojącego. Jakby ktoś przypominał światu, że dopóki można wznieść bukłak, poprawić wąsa i pochwalić psa, dopóty noc jeszcze nie wygrała.

              Pieter skinął mu krótko głową. — Dobrze strzelałeś — rzucił.

              Potem spojrzał na Heinricha, który zabierał się do oprawiania wilków. Falk nie powiedział mu, żeby tego nie robił. Po ostrzeżeniu Sneidera i widoku chorego basiora każdy miał już dość rozumu, żeby wiedzieć, w co wkłada ręce. A jeśli nie miał, to żadna rada go nie ocali.

              Później zajął się koniem. Podszedł do zwierzęcia spokojnie, bokiem, bez gwałtownych ruchów. Koń nadal był niespokojny po zapachu wilków, huku pistoletu i ogniu, który teraz trawił coś, czego żadne zwierzę nie powinno było widzieć. Pieter położył mu dłoń na szyi, twardą, zimną, ale pewną. Sprawdził uwiąz, potem popręg, juki, nogi i kopyta. Obejrzał, czy zwierzę nie skaleczyło się, kiedy szarpnęło podczas ataku. Przesunął palcami po rzemieniach, poprawił jeden węzeł, drugi zawiązał na nowo. Upewnił się, że koń ma dość luzu, by nie spanikować od byle ruchu, ale nie tyle, by w nocy wpakować się w ognisko albo wyrwać między drzewa. Na koniec dosypał mu paszy tyle, ile mógł bez marnotrawienia zapasów.

              W takich warunkach koń nie był tylko koniem. Był ciepłem, ładunkiem, drogą powrotną i szansą na przewiezienie kogoś, kto jutro może nie mieć sił iść o własnych nogach.

              Dopiero gdy zwierzę uspokoiło się nieco, Pieter wrócił do swoich rzeczy. Rozłożył śpiwór pod ścianą pieczary, w miejscu, skąd miał dobry widok na wejście, ale nie leżał bezpośrednio na linii zimnego powietrza. Podłoże było twarde, nierówne i pachniało wilgotnym kamieniem. Lepsze to niż śnieg. Gorsze niż karczemna podłoga. W sam raz na życie, które ostatnio wszystkim przypadło w udziale.

              Przez chwilę patrzył na posłanie. Nie położył się. Zamiast tego wyjął z pakunku cienki sznurek. Dużo sznurka. Zwiniętego porządnie, nie dla ozdoby, lecz dla kogoś, kto wiedział, że w lesie czasem bardziej przydaje się cicha linka niż druga broń. Potem wydobył dwa niewielkie dzwoneczki.

              Były małe, niepozorne. W karczmie mogłyby wisieć przy drzwiach albo przy uprzęży kuca, wydając uprzejmy, prawie śmieszny dźwięk. W nocy, przed jaskinią, mogły obudzić człowieka o jedno uderzenie serca wcześniej.

              A czasem jedno uderzenie serca wystarczało.

              — Zrobię potykacze — powiedział do reszty, choć nie zabrzmiało to jak pytanie. — Przed wejściem. Nisko. Z dzwonkami.

              Potem wyszedł przed pieczarę, ostrożnie, z łukiem pod ręką i nożem przy pasie. Nie zapuszczał się daleko. Wybrał dwa miejsca po bokach podejścia, tam gdzie śnieg i kamienie naturalnie kierowały kroki ku wejściu. Jeden sznurek przeciągnął nisko, mniej więcej na wysokości kostki człowieka, między wystającym korzeniem a kamieniem przysypanym śniegiem. Drugi ustawił bardziej z boku, tam gdzie ktoś mógłby sądzić, że znalazł wygodniejszą ścieżkę. Dzwoneczki umocował tak, by nie brzęczały od byle podmuchu, ale odezwały się przy wyraźnym szarpnięciu.

              Pracował dokładnie, jak na tak prostą rzecz.

              Sprawdzał napięcie sznurka, poprawiał węzły, przysypywał ślady, odgarniał śnieg tam, gdzie zdradzałby za wiele. Nie próbował zastawić pułapki, która kogokolwiek zatrzyma. Chciał tylko, by ewentualny intruz został w porę usłyszany. Kiedy skończył, wrócił do środka i przez chwilę stał przy ogniu, grzejąc dłonie.

              Spojrzał ku wejściu. Za nim noc była czarna i cicha, tylko płonące truchło większego wilka dogasało dalej, śmierdząc skazą, tłuszczem i złym omenem. Potem usiadł przy swoim śpiworze, oparł łuk blisko ręki i zaczął wycierać odzyskaną strzałę jeszcze raz, choć nie było już z niej czego ścierać. Na wszelki wypadek oczyścił ją jeszcze w ogniu. Czasem dłonie musiały robić cokolwiek, żeby głowa nie wracała tam, gdzie nie trzeba. Następnie położył się spać, prosząc towarzyszy, aby obudzić go, gdy nadejdzie jego kolej trzymania warty.

              1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
              1
              • DhratlachD Dhratlach odniósł się do tego tematu
              • PiołunP Niedostępny
                PiołunP Niedostępny
                Piołun jako Mistrz Gry
                napisał(a) ostatnio edytowany przez
                #17

                text alternatywny

                Bezkrwawe zwycięstwo mogło pokrzepić morale, ale tej nocy nie można było zaliczyć już do spokojnych. Nie przyszły żadne wilki, dzwoneczki przy potykaczach Pietera dzwoniły cichutko przy mocniejszych podmuchach wiatru, ale nic więcej tej nocy już nie nadeszło. Mimo wszystko sen długo nie chciał na nich zejść. Nie tak, jak powinien po ciężkim dniu marszu i krótkiej, brudnej walce. W powietrzu wisiał fetor spalenizny nijak niepodobny do tego, który mogli znać z palenisk, kuźni i zimowych izb. Był to tłusty, gryzący, kwaśny odór, stanowiący mieszankę palonego futra i czegoś chorego, co mimo oczyszczającego błogosławieństwa płomieni zdawało się nie chcieć odejść razem z dymem.

                Ogień w pieczarze trzaskał cicho. Śnieg za wejściem odbijał pomarańczowy blask. Konie długo jeszcze parskały niespokojnie, ilekroć wiatr odwracał się i przynosił z zewnątrz resztki woni spalonego ścierwa. Tyci czuwał blisko Tomasimo, z łbem opartym na łapach, ale uszami pracującymi przy każdym szmerze. Sneider spał niewiele, wiercąc się nerwowo. Siedział plecami przy kamieniu, z kapeluszem zsuniętym nisko i bronią w zasięgu dłoni, tak nieruchomo, że w półmroku mógłby uchodzić za część jaskini, gdyby nie oddech i sporadyczny błysk oka spod kapelusza.

                Nad ranem mróz stwardniał. Odczuli to. Zmęczenie osiadło w ciałach ciężej niż poprzedniego dnia, wdzierając się przez mięśnie do kości. Przyszedł blady, szary i nieżyczliwy świt. Światło sączyło się między drzewami, odsłaniając ślady nocnej walki. Mogli raz jeszcze spojrzeć na rozdeptany śnieg, ciemne plamy krwi, odciski łap, smugi po ciągniętych truchłach wilków, które oporządzał Heinrich... i czarną resztkę po spalonym basiorze, częściowo już przysypaną świeżym puchem.

                Po śniadaniu okraszonym wilczym mięsem zgasili ognisko, przysypując je śniegiem. Pieter zdjął potykacze. Moriz sprawdził konie, rzemienie, juki i broń. Skóry zabrane przez Heinricha zesztywniały od mrozu, cuchnęły wilkiem i krwią, ale część z tego, co zebrał, może się jeszcze do czegoś nada. Będzie trzeba nad tym popracować, gdy dotrą do wioski. To, co zostało z wilków, oddali naturze. Heinrich dla ułatwienia roboty wieczorem ułożył zwierzęta pokotem. Widok ten trochę tłumił apetyt przy śniadaniu, ale wyglądało na to, że padlinożercy będą zadowoleni. Parę kruków zebrało się już nawet na drzewach i czekało tylko na ich odejście.

                Sneider zażyczył sobie przejrzeć ich dłonie, zwłaszcza Heinricha. Zrobił to krótko i bez czułości. Podobnie bystro przyjrzał się ich twarzom. Szukał skaleczeń, zaczerwienień, ropy, dziwnych plam, czegokolwiek, co mogłoby sugerować, że skaza Chaosu jakoś na nich przeszła. Wyglądało na to, że nic nie znalazł. W końcu po tych oględzinach dalej byli żywi. Nie ulegało wątpliwości, że gdyby coś znalazł, nie potraktowałby ich ulgowo. Pewnie nawet by nie mrugnął, gdyby trzeba było doraźnie wrazić nóż w serce. Mimo wszystko po zakończonej inspekcji nie wyglądał również na człowieka uspokojonego.
                – Myjcie łapy po każdej takiej walce. Dobrze wam radzę – rzucił tylko. – Lepiej zedrzeć skórę z palców, niż czekać, aż zacznie schodzić sama.

                text alternatywny

                Ruszyli. Droga do Dunkelwaldu nie niosła ze sobą żadnych niespodzianek. I dobrze, bo po nocy z wilkami nawet zwykły marsz wydawał się wystarczającą próbą. Szli wolniej, częściej niż wczoraj łapiąc zadyszkę. Kto spał, spał mało lub niespokojnie. Mimo wszystko Sneider wymagał od nich zachowania wzmożonej czujności. Łajdak posunął się nawet do tego, by ich sprawdzać, nerwowo reagując na przemykającą od czasu do czasu łanię czy daniela. Nawet bez jego prowokacji byli dość czujni. Ciemna toń gęstwin działała na wyobraźnię. Las rozciągał się po obu stronach traktu, cichy, a wiatr wiejący między gałęziami świszczał upiornie, niosąc złowróżbną melodię kniei.

                Mapa Ulmanna dalej się sprawdzała. Komuś, kto nie zwraca uwagi na detale, mogło się wydawać, że chodzą w kółko. Śnieg spłaszczał krajobraz, przykrywał charakterystyczne elementy. Dlatego nawet Pieter musiał od czasu do czasu sięgnąć po mapę, by nie postradać drogi. Tak oto kilka kresek na pergaminie oszczędziło im zejścia w zły jar, kilka znaków pozwoliło odnaleźć kamień graniczny pod zaspą, a raz także stary pień z wyciętym symbolem, prawie całkiem skuty lodem i niewidoczny dla kogoś, kto nie wiedział, że powinien patrzeć właśnie tam.

                Trakt z wolna schodził niżej. Dzikość lasu nie ustąpiła nagle, ale mogli zauważyć już pierwsze ślady stałej bytności miejscowych. Pomiędzy świerkami i bukami zaczęły pojawiać się nacięcia od siekier. Mogli dostrzec stare pniaki, zbutwiałe stosy gałęzi, sterty porąbanego drewna przykryte śniegiem i zapomniane sanie drwali, przewrócone na bok przy zamarzniętym rowie. W jednym miejscu mijali niską szopę, której dach zapadł się pod ciężarem śniegu. W innym – dziwnie ułożony kopiec kamieni, na którym ktoś zatknął wilczy kieł przewiązany wytartym rzemieniem. Sneider zatrzymał się przy nim na chwilę i burknął coś niezrozumiale pod nosem. Nie kazał tego zniszczyć. Zbliżali się do sioła spod znaku Ulryka i kto wie, ile podobnego tałatajstwa znajdą głębiej.

                W południe przeszli przez zamarznięty strumień. Lód przy brzegach był mleczny i spękany, lecz pośrodku trzymał jeszcze na tyle mocno, by przeprowadzić konie pojedynczo. Pod nim czarna woda płynęła dalej, cicha i uparta, niosąc liście i cienkie gałązki. Później droga ponownie wspięła się łagodnie. Obeszli niski pagórek i wyłonił się przed nimi widok, który latem musiał być pewnie powodem czyjejś dumy.
                Zamarznięty sad jabłoni.
                Najpierw kilka drzew, potem całe rzędy. Niskie, powykręcane drzewa stały po obu stronach drogi, czarne, nagie, z gałęziami rozłożonymi jak chude palce. Śnieg leżał na nich w cienkich pasmach. Na ziemi, pod zaspami, widać było miejscami zamarznięte, zgniłe owoce, brązowe i pomarszczone, których nikt nie zdążył zebrać albo nie było komu. Niektóre wisiały jeszcze na gałęziach, twarde od mrozu, sczerniałe.

                Dalej stały prymitywne prasy, przykryte płachtami i śniegiem. Drewniane kadzie obrócone do góry dnem. Szopy o szerokich drzwiach, z których w cieplejsze miesiące pewnie toczono beczki. Nawet zimą, pod mrozem, dało się wyczuć pod dymem i wilgocią kwaśnawy zapach starych jabłek, sfermentowanej pulpy i drewna nasiąkniętego cydrem.
                – Drwale i cydr – mruknął Sneider. – Wesoli, kurwa, sadownicy.
                Zaklął, dając w powątpiewanie sielankową wizję, jaka mogła się roztaczać przed mniej pesymistycznymi członkami drużyny. Sneider przyjechał znaleźć tu kultystów i znając opinie o Łowcach Czarownic, pewnie sobie jakiegoś znajdzie, choć trzeba mu było oddać, że dotąd starał się obiektywnie patrzeć na rzeczywistość.

                Spojrzeli dalej. Za sadami wyłaniał się Dunkelwald. Tak naprawdę wpierw był dym. Cienki, szary, unoszący się z kilku tuzinów kominów. Potem doszło szczekanie psa, krótkie i urwane, i tak w miarę zbliżania poczęli dostrzegać niskie, strome dachy, obciążone śniegiem, skupione ciasno przy trakcie i wokół niewielkiego placu. Chaty były drewniane, ciemne od smoły i dymu, z podmurówkami z polnego kamienia. Przy wielu z nich wisiały wiązki drewna, pęki ziół, suszone skórki jabłek, stare sidła i narzędzia do pracy w lesie. Płoty stały krzywo, naprawiane tym, co akurat wieśniacy mieli pod ręką, czy to deską, kołkiem, kawałkiem sanek, czasem nawet obręczą od beczki.

                Pośrodku osady znajdowała się studnia z daszkiem, obok niej stary dąb, martwy albo prawie martwy, z pniem obwieszonym wyblakłymi wstążkami i, jakże by inaczej, wilczymi kłami. Na północ od placu, wyżej, między ciemnymi pniami, majaczyła kaplica. Nie była duża. Kamienna podstawa, drewniana górna część, stromy dach, wilcza głowa wyrzeźbiona nad wejściem albo tylko przybita pod daszkiem. Z tej odległości trudno było ocenić. W gasnącym świetle wyglądała jak coś, co bardziej pilnuje wsi, niż jej błogosławi.

                Ludzie nie wychodzili im naprzeciw. Twarze pojawiały się w oknach i znikały. Ktoś uchylił drzwi, zobaczył kapelusz Sneidera i zamknął je powoli, jakby szybki zryw już mógł zostać uznany przez Łowcę Czarownic za przewinę. Dwóch parobków przy stosie drewna przerwało robotę. Jeden odruchowo zdjął czapkę. Drugi nie zdążył, więc pierwszy szarpnął go za rękaw. Dziecko przebiegające między chatami zamarło na środku drogi, po czym uciekło za płot. Gdzieś za stodołą zaszczekał pies, ale zaraz ktoś syknął na niego ostro. Sneider nie komentował. Być może był przyzwyczajony do podobnie ciepłych przywitań. Szedł środkiem drogi, spokojnie, roztaczając groźną aurę, która sprawiała, że ludziom jeżył się włos na skórze.

                – Mus nam karczmy trzeba – powiedział tylko. – Zmierzcha, a za nami długi dzień. Rano zaczniemy właściwie. Zresztą ludzie przez noc mają brzydki zwyczaj chować swoje sekrety na prędce, przez co następnego dnia łatwiej je odkryć. Głupcy nie rozumieją, że nie czytam w myślach. Pewnych rzeczy bym się nie domyślił, gdyby nie próbowali ich tak niezdarnie ukryć. To była jedna z moich pierwszych lekcji jako Łowcy Czarownic. Zapamiętajcie sobie. Bardzo życiowe.
                Wyłożył i poszedł w stronę największego budynku we wsi.

                text alternatywny

                Karczma stała przy placu, większa od pozostałych budynków, tak jak podejrzewał, choć była przy tym tylko trochę mniej biedna. Nosiła nazwę Pod Kwaśnym Jabłkiem, wymalowaną nierównymi literami na desce wiszącej nad drzwiami. Na szyldzie ktoś kiedyś namalował zielonkawe jabłko z wykrzywioną miną i kropelką soku przy ogonku. Farba spłowiała, ale grymas owocu jakoś oparł się pogodzie. Przynajmniej na razie. Pod szyldem zwisały dwa małe, zamarznięte wianuszki z gałązek jabłoni.

                Budynek miał szeroką izbę od frontu, niskie okna z mętnymi szybkami i dobudowaną stajnię po lewej stronie. Z tyłu widać było większą szopę albo skład, zapewne na beczki, narzędzia i zapasy. Przy jednej ścianie stały trzy opróżnione beczki po cydrze, teraz przysypane śniegiem. Z komina unosił się dym, a spod drzwi sączyła się wąska smuga ciepłego światła. Sneider wszedł pierwszy. Otworzył drzwi, wszedł do środka i zniknął w pomarańczowym świetle, zostawiając na zewnątrz resztę drużyny z końmi, psem i jukami.

                Wtedy wydarzyło się coś niespodziewanego, co sprawiło, że kilku z nich mogło napiąć nerwowo mięśnie, a dłoń instynktownie ruszyła w stronę rękojeści. Za ich plecami odezwał się chłopiec. Mógł mieć dziewięć, może dziesięć lat. Stał w za dużej kurcie, pewnie po bracie, z czerwonym nosem, w czapce naciągniętej prawie na oczy. Pojawił się tak cicho, jakby od dawna stał między studnią a martwym dębem, tylko wcześniej nikt nie zwrócił na niego uwagi.
                – Nie idźcie nocą do kaplicy – powiedział.
                Krótko. Trochę tak, jak dziecko mówi rzecz zasłyszaną od dorosłych, której nie powinno powtarzać, ale jednak powtarza, bo leży to w dziecięcej naturze. Nim ktokolwiek zdążył dobrze odpowiedzieć, z najbliższej chaty wyszła kobieta w grubej spódnicy i chustce. Nie biegła, ale szła szybko. Chwyciła chłopca za rękę, przyciągnęła do siebie i spojrzała po podróżnych z wymuszonym, nerwowym uśmiechem.
                – Bujną ma wyobraźnię – powiedziała. – Dzieciaki tak mają. Johan, co ci mówiłam o zaczepianiu ludzi i bajaniu na jawie, co? Przepraszamy bardzo. Prawda, Johan?
                Bardziej oznajmiła, niż zapytała. Chłopiec chciał jeszcze coś powiedzieć, ale ścisnęła mu dłoń mocniej.
                – Do domu.
                Pociągnęła go za sobą. Drzwi zamknęły się chwilę później, niezbyt głośno, ale ostatecznie. W oknie poruszyła się firanka, po czym zgasło światło. To było dziwne... ale zanim ktokolwiek zdążył skomentować, z wnętrza karczmy dobiegł głos Sneidera.
                – Wprowadzać konie do stajni. Na Sigmara, pizga jak w Nordlandzie. Ruszajcie się.
                Ponaglił ich i trzasnął drzwiami.

                Stajnia przy Kwaśnym Jabłku była niska, ciepła tylko od stłoczonych w niej zwierząt, ale po całym dniu marszu nawet taki dach zdawał się dobrodziejstwem. W środku stały już dwa miejscowe konie, parę krów, mały wózek, trochę narzędzi i beczki ustawione pod ścianą. Przy żłobach leżały jabłkowe wytłoki, zamarznięte w brązowawe bryły. Kuc Tomasimo stanął blisko przy koniach, jakby chciał podkraść trochę ich ciepła. Tyci obwąchał próg, prychnął na kota siedzącego na belce i wrócił do swojego pana.

                Wnętrze gospody było niskie, zadymione i ciemniejsze, niż zapowiadało światło pod drzwiami. Główna izba miała szerokie palenisko po prawej stronie, z kamiennym okapem czarnym od sadzy. Przed nim stały dwie długie ławy i ciężki stół porysowany nożami, kuflami oraz śladami po latach częstego użytkowania. Po lewej znajdował się szynkwas, solidny, toporny, zrobiony chyba z tego samego drewna, z którego miejscowi stawiali mostki nad strumieniami. Za nim wisiały cynowe kubki, gliniane dzbany, kilka pękatych butli i mała beczułka z zatkniętym kranikiem. W powietrzu unosił się zapach dymu, kwaśnych jabłek a jakże, mokrej wełny, tłuszczu i piwa.

                W głębi izby były schody prowadzące na piętro. Wąskie, skrzypiące, z poręczą wygładzoną od rąk. Pod schodami stały beczki i kosze. Za izbą główną widać było uchylone drzwi do kuchni, skąd dochodził odgłos mieszania w garnku i zapach cebuli smażonej na tłuszczu. Dalej musiały być komory, spiżarnia i zejście do piwnicy, bo z podłogi przy ścianie wystawała ciężka klapa z żelaznym uchwytem. Przy niej leżała mokra szczotka, jakby ktoś niedawno próbował zetrzeć ślady błota albo rozlanego napitku.

                W izbie siedziało kilku miejscowych. Drwal z ręką w opatrunku. Stara kobieta otoczona rzędem pustych butelek. Dwóch młodych mężczyzn pochylonych nad miską polewki. Kiedy weszli obcy, rozmowy urwały się nierówno. Gdy jednak do środka wszedł Sneider, efekt był podobny jak sprzed dwóch dni. Bohaterowie mogli zacząć sobie wyobrażać, że Łowca ma już wyuczone tiki i przygotowaną paletę groźnych min, którymi częstuje innych, wszystko specjalnie przygotowane na takie właśnie wejścia.

                Karczmarz był człowiekiem niskim i szerokim, z policzkami czerwonymi od dymu z ognia w palenisku. Miał fartuch przewiązany pod brzuchem, rzadką brodę i kalkulujący wzrok. Obok niego krzątała się kobieta znacznie szczuplejsza, o niesłychanej urodzie. Widać, jakaś swatka dodała sobie jeden do jednego i zabrączkowała miejscową piękność z obrotnym karczmarzem. Widok dość częsty i dla niektórych przykry. To ona pierwsza spojrzała na broń, potem na buty, potem na kapelusz Sneidera.
                – Miejsca potrzebujemy – powiedział Łowca Czarownic, zdejmując rękawice. – Zabawimy u was na parę dni.
                Karczmarz przełknął ślinę.
                – Miejsce jest, panie. Trochę ciasno, bo zima, ludzie po drogach, drwale z lasu, ale coś się znajdzie.
                – Ja nie pytałem, czy się znajdzie, ale miło, żeście trochę bardziej rezolutni i nie muszę sięgać po metody perswazji. Ile będzie?
                To pytanie padło zbyt szybko, żeby karczmarz zdążył udawać gościnność.
                – Za dwie izby na górze... – zaczął ostrożnie. – Trzy szylingi od głowy. Stajnia osobno. Ogień, posłanie, wieczerza... napitek, jeśli trzeba. Cydr mamy własny, choć kwaśny, jak nazwa każe. Lepszy latem, zimą już bardziej dla odważnych.
                Sneider spojrzał na niego bez uśmiechu.
                – Trzy szylingi od głowy?
                Karczmarz odchrząknął.
                – Czysta izba, panie. Dach nie cieknie. Prawie. Zimą wszystko drogie. Taki urok zimowych zagajniczków.
                Przy szynkwasie ktoś parsknął cicho, ale zaraz udał kaszel.
                Sneider oparł rękawice na blacie.
                – Dobrze. Nie będziemy się targować jak przekupy na targu. Mam nadzieję, że siennik nie gryzie, inaczej sobie pogadamy.
                – A nie gryzie, nie gryzie – odpowiedział karczmarz po chwili niepewnie. – Chyba że ktoś sam ze sobą pchły przyniesie. To zadbany przybytek.
                Żona za jego plecami zamknęła oczy na krótką chwilę. Wyglądała na zmartwioną i chyba modliła się do wszystkich bogów, żeby jej mąż się już zamknął.
                Sneider patrzył na niego długo, ważąc chyba, czy nie poczuć się urażonym, ale nie okazał się tak małostkowy. Zamiast tego uśmiechnął się, ale nie był to uśmiech, który chciałoby się oglądać często, i nie miał w sobie nic z życzliwości. Potem przesunął wzrok po izbie, po miejscowych twarzach, po schodach, po klapie do piwnicy, po koszach z jabłkami i po drzwiach kuchni.
                – Jedna izba dla mnie. Druga dla moich towarzyszy. Stajnia dla zwierząt. Wieczerza. Wrzątek. I nikogo obcego na piętrze.
                Karczmarz otworzył usta.
                – Dobry panie, jak to nikogo obcego na piętrze?! To ja muszę ludzi poprzenosić, a jak poprzenosić, to będzie gadane, a jak będzie gadane...
                – To będzie gadane... niezbyt mnie to obchodzi. Jutro dopiero sobie pogaworzę z ludźmi – oznajmił, a po sali przebiegły nerwowe szepty. Część ludzi zmroczonych alkoholem dopiero teraz pojęła, dlaczego Łowca Czarownic zawitał do Dunkelwaldu i chyba miała ochotę szybko sprawdzić, czy nie ma czegoś pilnego do roboty w domu.
                Przez chwilę stali naprzeciw siebie przy szynkwasie. Za oknami Dunkelwald ciemniał, a śnieg zaczął znów osiadać na szybach drobnymi, mokrymi plamkami. W głównej izbie nikt nie wrócił jeszcze do rozmowy. Wszyscy czekali.
                Karczmarz w końcu westchnął.
                – Dobrze. Podejrzewam, że interes i tak będzie wystawiony na małą próbę przez parę dni. Nie obraźcie się, panie, ale wizyty ludzi z waszego szlachetnego zakonu szybko zabijają interesy.
                – Zapewniam, że nie tylko interesy. Ale nie bójcie się. Nie będziecie stratni. Pod koniec zostawię zadatek za to, że nie utrudniacie. Sowitą premię. Więcej, niż byście wycisnęli z miejscowych przez te parę dni. To wszystko. A teraz do dzieła.

                Karczmarzowi nie trzeba było powtarzać. Porwał żonę na zaplecze, zaprzągł parę parobków do szykowania wszystkiego i nie było go widać przez chwilę. W tym czasie karczma opustoszała całkiem i zaledwie po kwadransie mogli „cieszyć się” niespotykaną nigdy wcześniej prywatnością. Karczma na wyłączność? Można by to było polubić, gdyby nie towarzyszyła temu opustoszeniu taka mroczna atmosfera. Łowca podszedł do nich i przekazał klucz od właściciela, mierząc ich uważnym spojrzeniem. Każdemu spojrzał w oczy i nie odwrócił wzroku. Na wargach wykwitł mu lekko niepokojący półuśmieszek.
                – Dobrze mi się na razie z wami współpracuje. To odświeżające. Wyśpijcie się, ale trzymajcie dla porządku wartę w swojej izbie. Nie zapominajcie, po co tu jesteśmy. Jutro zabierzemy się do pracy. Wejdziecie trochę w moje buty i też sobie popytacie. Jeśli nie macie pytań, to idę udać się na spoczynek.
                Zapytał i czekał na ich kwestie, całkowicie ignorując fakt, że sam dla siebie wybrał osobną izbę i trudno mu będzie przez to dostosować się do własnej rady. No nic, może miał inne sposoby na zachowanie czujności w nocy.

                1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                3
                • DhratlachD Niedostępny
                  DhratlachD Niedostępny
                  Dhratlach jako Heinrich "Heinz" Kraus
                  napisał(a) ostatnio edytowany przez
                  #18

                  Ranek przyszedł nieubłaganie. Heinz oceniał chłodnym okiem posiłek przy posiłku starając się ocenić zasadność swojej nocnej decyzji. Prawda była okrutne... wiedział, że więcej by zyskał odpuszczając sobie mięso i skupiając się tylko na skórach. Te wilki... pod każdym względem były mizerne w pożywienie. Nie zdziwiłby się, gdyby były tak wygłodzone i zdesperowane, że nawet huku broni palnej się nie przestraszyły i mimo wszystko atakowały. Ostatni zryw przed śmiercią z głodu. No może poza tym ostatnim co chciał zwiać. Nie miał wątpliwości, musiał być nad wyraz kumaty, ale co zrobić? Dorżnęli watahę...

                  Siedział przy ognisku ogrzewając swoje kości pieczonym sercem wilka i ciepłą wodą z pucharu. Nie żałował. Może i stracił cenny zarobek, ale jednak, co mięso, to mięso... a mięso było ważne i cenne. Czuł jak odwaga i żelazna wilcza wola wypełnia jego duszę z każdym, nad wyraz smacznym, kęsem kiedy spożywał swój posiłek. Nawet się uśmiechał w zadowoleniu. Nieznacznie, ale jednak. Próbował nakłonić innych do posiłku na mięsie podając im pieczyste, ale... nie byli widocznie przekonani. Ryzyko spaczenia? Może, ale w życiu jadł gorsze rzeczy. O wiele gorsze musiał przyznać przed sobą, ale takie było życie na drodze. Wątroby wilcze były zdrowe na jego oko i to mu wystarczało by zdecydować się zjeść co pozyskał nie tak dawno temu.


                  Droga do sławiennej wsi mijała mu nad wyraz szybko, choć zmęczenie wkradało się w kości. Jedyne czego pragnął to zawinąć się w koc i... nie myśleć o wydarzeniach nocy. Na wszystko, zawsze, był odpowiedni czas, moment. na szlaku? Nie mógł sobie pozwolić na luksus wędrujących, skotłowanych myśli.

                  Sneider testował ich czujność jakby jeszcze spali. Nie mówił nic. Mieli ustną umowę i zamierzał się z niej wywiązać. Honor złodzieja, czy coś w ten deseń. Jakby to miało jakiekolwiek znaczenie. Czy miało? Nie wiedział i nie chciał wiedzieć. Czasami najlepiej było nie wiedzieć. Liczyła się suma zysków i strat. Nic więcej. Nic mniej, a największe szanse na zarobek były trzymając się Łowcy Czarownic. Czym było parę dni, może tydzień, pod jego komendą, kiedy mógł dołożyć kolejną cegiełkę do swojego planu na przyszłość? Tak, miał plany, odległe, nawet bardzo, ale nie narzekał. Rok za rokiem był bliżej i bliżej. Pewnego dnia... pewnego dnia...


                  Widok sadu i cydrowni nie napawał optymizmem, ale był dobrym wyznacznikiem tego, że byli blisko. Bardzo blisko celu ich podróży. Co prawda Heinrich miał wątpliwości... co zmusiło ludność do porzucenia sadów i jak widać całkiem prężnie działającej placówki obróbki jabłek na cele relaksacyjne? To mu nie pasowało. Czuł pismo nosem, że ta osada była przegnita do cna, albo żyła w strachu przed czymś. Jedno i drugie było złem. Może nie było to zło do jakiego nawykł, al...

                  - Drwale i cydr – mruknął Sneider – Wesoli, kurwa, sadownicy.

                  - Można powiedzieć, że lubią się się zdrowo narąbać... - mruknął do siebie półgębkiem rudzielec, ale nie wchodził w dalszą dysputę.


                  Wieś nie była nadzwyczajna. Była... przeciętna pod każdym względem. Jedyne na co zwrócił bacznie uwagę to to, że ludzie wieszali zioła. Nie tylko na płocie, ale i przy drzwiach i oknach też. Oznaczało to najpewniej to, że chcieli się chronić przed złem i choć nie było to nic nadzwyczajnego... to obiecał sobie sprawdzić te ziołowe wiązanki z samego rana w świetle dnia. Miał kompetencje do tego jako zielarz. W końcu wokoło ziół było wiele przesądów, które nie raz, nie dwa i zdecydowanie za często... były słuszne.

                  Martwy dąb był świadectwem tego jak ludzie radzili sobie ze strachem. Może Kraus nie był jakimś uczonym... za co był wdzięczny kołu losu, bo pomimo szacunku do pisma... to jednak wolał być... normalny. Cokolwiek by to nie znaczyło. W jego oczach/ Ci wymuskani uczeni i ich żaki były w większości zniewieściałe i słabe. Ślepo przekonane o swojej wielkości, choć tak naprawdę gówno wiedzieli o życiu. Fascynujące co kilka przeczytanych książek, klepanie po plecach od im podobnych i inne bzdety mogły zrobić z człowiekiem...

                  Tak czy inaczej dąb opowiadał historię. W jego oczach? Historię strachu i dumnej przekory wobec zagrożenia. Nie miał pewności co do wstążek. Mogły być świadectwem żałoby po tych co odeszli, albo nadzieją, że bogowie zauważą. Wilcze amulety jednak mówiły jasno o osadzie. Jej strachu, albo oddaniu Ulrykowi. prędzej to pierwsze, bo patrząc po ilości... cóż, to już zakrawało na małą z nimi wojenkę, a Wilczy Pan raczej nie byłby zadowolony z ich, miejscowych, pogromów jego świętych zwierząt.

                  – Nie idźcie nocą do kaplicy – powiedział młodzik który może nawet nie miał dziesięciu lat. Może... bo było ciemno. Usadowiony między strategicznym miejscem jakim była studnia, a martwe drzewo... było co najmniej ciekawym wydarzeniem. Tym ciekawszym, że najwidoczniej jego matka zdecydowała się wszystkiemu zaprzeczać. Heinz nie był znawcą ludzi, ale to było co najmniej podejrzane. Dorośli ukrywali prawdę. Co do tego był... pewien.

                  Nic nie powiedział tylko udał się do karczmy. Tam, będąc świadkiem rozmowy Sneidera z gospodarzem chłoną każde słowo i każdą mimikę. Każdy ton. Jego grupa się rozsypała i wiedział dobrze, że mógł liczyć tylko na siebie, a to oznaczało, że musiał uczyć się szybko jeśli chciał się utrzymać na wodzie. Nie było "Kafki" który by świecił za wszystkich oczami i dobijał targów, zdobywał tropy i zlecenia. Prawda, towarzyszył mu jako ochrona, ale... nie zwracał szczególnej uwagi na "sztukę w ludzi".

                  Nie mniej, musiał przyznać, że żonka była niczego sobie. Piękno było piękne... ponieważ przemijało. Jak wszystko. Jak natura. Nie były mu obce małżeństwa aranżowane i inne swatania. Sam jednak nie miał na nie czasu, ani nawet chęci. Ponura rzeczywistość i tryb życia na drodze jawnie utrudniały osiadły tryb życia, który... nie był dla zielonookiego. Nie miał czasu na przyjemne rozproszenia. Tym bardziej... no właśnie... był zajęty i nie było w jego sercu miejsca na kogoś nowego. Był wierny...


                  Posiłek był przyjemnością. Choć Łowca stawiał to nie miał zamiaru nadwyrężać gościnności. Nie mniej, zastanawiał się w duchu... nad naturą tego miejsca. Nie wydawało się być zagrożeniem... przynajmniej nie teraz...

                  - Wezmę pierwszą wartę. - oznajmił towarzyszom.

                  Wiedząc, że ma do rozmówienia się karczmarzem nie napawało go to nadzieją. Jak byłoby łatwiej mieć "Kafkę" u boku! Niby mógłby zlecić rozmowy komuś innemu by działał w jego imieniu, ale komu? Niziołek był nad wyraz rozgadany i zdecydowanie zbyt pewny siebie... poza tym... coś mu tu śmierdziało i nie były to jego stopy... raczej. Coś było w powietrzu. Jak butwiejące drzewo.

                  Tonight, boys, we are eating like kings...

                  1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                  0
                  • WiredW Niedostępny
                    WiredW Niedostępny
                    Wired jako Tomasimo Ashfield
                    napisał(a) ostatnio edytowany przez Wired
                    #19

                    Tomasimo przejął wartę po Morizie i w ciszy, z psem u boku obserwował otoczenie, rozmyślając jaki świat przyszło im odziedziczyć po wojnie. Plugastwo w lasach, ruiny w obejściach, całe wioski wycięte w pień. Tragedia. Jak zawsze najgorzej ma państwo na terenie którego toczyła się wojna. Może powinni więc najechać Norskę? Tam stawiać warownie? Bliżej wroga...

                    Dumał paląc fajkę i w ciszy obserwował wiatr przerzucający śnieżny pył. Tytoń niestety nie głuszył zapachu spalanego alfy, chorego, gnijącego a pewnie i zmutowanego cielska wielkiego basiora. Największy z nich, to też ciekawe, najsilniejszy z nich pierwszy uległ zmianom, zupełnie inaczej niż w przypadku chorób gdzie zdrowy wielki chłop o sporej tężyźnie fizycznej zwykle choruje później niż mały, wychodzony i osłabiony żebrak.

                    Zależność warta odnotowania... na szczęście był mały, nawet jeśli dość wysoki jak na niziołka.
                    Obudził Pietera na kolejną zmianę, obmył siebie i psa w śniegu na tyle na ile dało radę i widział w nocy, po czym schował się z Tycim do małego namiotu. Ustawionego w poprzek wejścia do pieczary, tak by ewentualny wiatr dął w jego bok. Nieduża wielkość konstrukcja, podwójny koc wypełniony wełną oddzielający ich od zimnej skały i futro psa obok szybko przełożyły się na ciepło, komfortowe na tyle by wreszcie usnął.

                    Dopiero rano wychylając łeb z powrotem na nieżyczliwy świt przypomniał sobie jaką mają porę roku. Mróz po nocy trzymał srogo wykrzywiając ich twarze w grymasie niezadowolenia, słońce wstało niedawno i nie zdążyło jeszcze ogrzać choć odrobinę okolicy, a ognisko przygasającym ogniem prosiło o nowe drwa.
                    Tomasimo wodą z odrobiną wina z bukłaka przemył twarz, jak co rano wyjął swój przybornik do brody i przejrzał się w nim poprawiając zakręconego lekko wąsa olejkami, chroniąc swój bujny zarost przed mrozem.
                    Nalał psy wody z bukłaka do drewnianej miski i zostawił kilka kawałków suszonego mięsa obok, samemu pijąc bezpośrednio z niego i zagryzając tym samym mięsem. Z worków zwisających po bokach kuca wyjął obrok i rozsypał przed swoim i Pietera wierzchowcem. Po czym usiadł przeżuwając posiłek i ogrzewając się przy nowo rozpalonym ogniu. Tej nocy spał w zbroi, w ubraniu, po wojskowemu, ale że dopiero pierwsza dobra to raczej jeszcze nie śmierdział. Dzień góra dwa i będą w karczmie by się porządnie odświeżyć - pomyślał.

                    Przed ruszeniem w drogę Łowca Czarownic zażyczył sobie inspekcję swojego nowego oddziału, a szczególnie dłoni.
                    - Myjcie łapy po każdej takiej walce. Dobrze wam radzę - rzucił tylko. - Lepiej zedrzeć skórę z palców, niż czekać, aż zacznie schodzić sama.
                    - Niech żyje muszkiet i Hochlandzka myśl techniczna! - odrzekł pogodnie Tomasimo, który tak samo jak jego kompan z wojska walczyli bronią dystansową, co prawda nie palną, ale na jedno wychodzi, wojna ich już nauczyła... poza tym chciał rozweselić zebrane towarzystwo, żołnierzy nie powinno się tak straszyć bo stracą zapał do walki z plugastwem.

                    text alternatywny

                    Powoli, aczkolwiek skutecznie, dzięki mapie, zbliżali się do wioski. Droga była nużąca i zimna, a po wydarzeniach nocy nikomu z nich na rozmowy się nie zbierało. Toteż podróżowali w milczeniu.
                    O ile sad i sezonowe wytaczanie cydru nie zrobiły na Ashfieldzie wrażenia, to sama wioska z starym dębem obwieszonym kłami już tak. Przestroga czy pamiątka? Obejrzał się na kaplicę po drugiej stronie i nagle zrozumiał. Pewnie składają Ulrykowi ofiary z wilka. Słyszał że kapłani Ulryka w zwyczaju mieli nosić futra własnoręcznie ubitego zwierza, pewnie więc i na różne święta mieli podobne zwyczaje. Interesujące.
                    Hm... zasępił się niziołek. Tomasimo był przesądny, dopiero co ich zaatakowało stado zmutowanego wilka. Czyżby omen problemów jakie mieli spotkać w tym siole? Nic jednak reszcie nie powiedział.

                    Zmierzchało, robiło się coraz zimniej a dzień wcale do ciepłych nie należał. Jakby z najeźdźcą do Imperium wkroczyła Norska pogoda, ta jednak najwidoczniej nie chciała szybko odejść. Ulubiona pogoda Ulryka -pomyślał Tomasimo.

                    Odprowadził kuca do stajni, sypiąc mu trochę więcej obroku, spisał się, mógł wreszcie w cieple odpocząć.
                    Następnie wkroczył do karczmy sam się ogrzać. Wnętrze było niskie i zadymione, ale dzięki temu mniej ognia było potrzebne by ogrzać domostwo. Szerokie palenisko zapraszało płomykami i żarem jaki od niego bił, zaś rozgrzane powietrze unosiło się do góry, ogrzewając piętro gdzie spali goście.

                    Zapowiadało się miło, przez chwilę, potem odezwał się Sneider. Złotousty jak na łowcę czarownic przystało. Jak chciał miejscowych wystraszyć to już mu się udało, do rana cała wioska będzie o nim szeptać.
                    Zastraszony karczmarz zabrał urodziwą żonkę na zaplecze i zaczął się uwijać, goście uciekli. Jeśli liczyli na poznanie kogokolwiek lub czegokolwiek o wiosce przy kufelku cydru to mogli zapomnieć.
                    Na koniec z kluczami do izb podszedł do nich Klaus oddając im jeden z nich i upominając o wartach.
                    - Jak warty to na korytarzu, skoro chcesz osobną izbę - odrzekł ściszonym głosem niziołek - oby wewnętrzne okiennice dało się zamknąć.
                    - Co do pytań, na piętrze Ci powiem.

                    Gdy weszli do izby Łowcy Tomasimo opowiedział historię z dzieciakiem ostrzegającym przed kaplicą i że zamierza tam się wybrać po posiłku i zagadaniu do karczmarza, nie czekając na poranek. Przemilczał, że dlatego że Klausa kapelusz jak i sposób doboru słów zbyt wiele osób nie skłoni do serdecznej rozmowy, na jaką liczył.

                    Gdy już dobrali łóżka, zaryglowali okiennice, zostawili plecaki i torby a Heinz zaczął swoją wartę zszedł z Tycim na dół, prosząc o kufel cydru i miskę wody dla psa, zagadując do karczmarza i jego małżonki jeśli była obok.
                    - Wybaczcie kapelusznikowi dobry człowieku, nerwowy jest bo zeszłej nocy napadły nas wilki. Jeden z nich chory był, paskudnie, a wiecie jak jego zakon patrzy na świat, wszędzie próbują dojrzeć więcej zła niż jest na świecie. - powiedział niziołek lekko uśmiechając się znad kufla.
                    - Wyśpi się w ciepłym to spogodnieje. Najął nas do ochrony na szlaku. Słusznie bo po wojnie jeszcze mniej bezpieczniej na drogach i bezdrożach niż wcześniej. Płaci też dobrze, więc o interes nie macie co się martwić - dodał patrząc czy pocieszy tym karczmarza.
                    - Nalejcie sobie też cydru dobrodzieju, i małżonce, dzień się skończył, ja stawiam - rzekł Tomasimo wyciągając szlam, bo nie był pewien czy wierzą że im Łowca na koniec zapłaci.
                    - Wasze sioło oddane Ulrykowi jak widzę. Lata już będą jak z kapłanem Ulryka rozmawiałem. W Gruyden bo ja z południa. Macie tu miejscowego kapłana?
                    - Obrazi się gdybym go teraz odwiedził i zapytał czy w tym ataku wilków jaki omen się nie kryje? - zapytał sondując co sądzą o chodzeniu późnym wieczorem do świętego przybytku, o czym wspomniało im dziecko spod karczmy.
                    -Ten dąb na środku wioski z wstążkami i kłami robi wrażenie, wybaczcie laikowi, bo ja na wierzeniach się mocno nie wyznaję, one ku pamięci czy z jakiego powodu?
                    - Bezpiecznie tu w ogóle? Coś się ostatnio ciekawego działo? - ciągnął za język niziołek na tyle na ile skorzy byli do rozmowy, chcąc by jego pogodna natura i chęć do wydawania pieniędzy zmazała kiepskie wrażenie jakie wywołał łowca czarownic, a gdy kufel był pusty wziął Tyciego i wyszedł na zewnątrz, zbić chłodem efekt alkoholu, obejść zajazd i zobaczyć czy kto się karczmą po ich przyjeździe nie zainteresował. Goście co wyszli pewnie już rozpowiedzieli każdemu kogo spotkali kto do ich wioski zawitał. Zamierzał też pochodzić po wiosce trochę, porozmawiać jak kogoś spotka, przyjrzeć się kłom i póki noc na dobre nie zapadła zapukać do kaplicy. W przeciwieństwie do ludzi całkiem dobrze widział nocą. To dawało mu jakąś przewagę o tej porze dnia.

                    1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                    0
                    • MortarelM Niedostępny
                      MortarelM Niedostępny
                      Mortarel jako Pieter Falk
                      napisał(a) ostatnio edytowany przez Mortarel
                      #20

                      Noc dłużyła się bardziej, niż powinna. Po walce nikt nie wrócił już do pełnego spokoju, nawet jeśli zmęczenie w końcu zmusiło ludzi do snu. Pieter spał płytko, bardziej nasłuchując niż odpoczywając. Co jakiś czas budził go trzask drewna, ruch konia albo cichy dźwięk własnych dzwoneczków poruszonych przez wiatr. Za każdym razem ręka odruchowo odnajdywała łuk. Ale alarm nie odezwał się naprawdę ani razu. Las tym razem ich oszczędził.

                      Świt przyszedł ponury i zimny. Ogień dogorywał już tylko czerwonym żarem, a powietrze w pieczarze miało ciężki zapach dymu, wilgotnych skór i krwi wilków, której mimo śniegu nie dało się całkiem pozbyć. Na zewnątrz panowała sina szarość. Niebo wyglądało jak brudna blacha zawieszona nad lasem.

                      Pieter podniósł się pierwszy albo prawie pierwszy. Zwinął śpiwór, sprawdził linki z dzwoneczkami i wyszedł obejrzeć konia. Zwierzę przetrwało noc dobrze, choć nadal było niespokojne. Falk poprawił uprząż, obejrzał kopyta i dał mu chwilę spokoju, głaszcząc kark grubą rękawicą. Dopiero wtedy wrócił bliżej ognia.

                      I wtedy poczuł ten zapach. Tłuszcz, mięso... smażone mięso. Heinrich siedział przy ogniu jak gdyby nigdy nic, obracając nad płomieniem kawałki wilczego mięsa. Skwierczały cicho nad ogniem, tłuszcz kapał na żar i syczał. Zapach był ciężki, dziki i nieprzyjemny. Pieter zatrzymał się w pół kroku. Przez chwilę tylko patrzył. Na mięso, na Heinza, na wilczą skórę leżącą obok.

                      Potem powoli podszedł bliżej ognia, ale usiadł po drugiej stronie niż rudowłosy. Wyciągnął własny suchy prowiant i odgryzł kawałek twardego chleba, jakby demonstracyjnie wybierał nawet czerstwy chleb zamiast tego, co smażyło się nad ogniem. Milczał długo. W końcu splunął w bok.

                      — Psojad...— rzucił cicho, wykonując zabobonny gest odpędzania złego.

                      Nie podniósł głosu. Nie próbował wywoływać kłótni. Powiedział to tonem człowieka stwierdzającego coś oczywistego. Jego spojrzenie przesunęło się po wilczym mięsie. Po tych słowach zamilkł znowu i zajął się sprawdzaniem łuku oraz cięciwy, jakby temat przestał go interesować. Ale od tej chwili patrzył na Heinza inaczej. Jak na kogoś, komu głód albo bieda dawno już odebrały część człowieczeństwa.

                      Pieter Falk jadł śniadanie powoli. Nie dlatego, że mu smakowało. Po prostu po nocy spędzonej w pieczarze ciało potrzebowało czasu, żeby przypomnieć sobie, że nadal należy do żywych. Siedział blisko ognia, z ramionami lekko pochylonymi, i żuł twardy kawałek chleba, który w ustach zmieniał się bardziej w obowiązek niż w posiłek.

                      Kiedy Sneider zażądał oględzin dłoni, Falk bez słowa wyciągnął ręce. Nie wyglądał na urażonego. Właściwie nie wyglądał na nic szczególnego. Pozwolił Łowcy obejrzeć palce, kostki, skórę przy paznokciach, a potem tylko zacisnął dłonie z powrotem w rękawicach. Nie trzeba było mu tłumaczyć, że skaza potrafi wejść w człowieka przez ranę mniejszą niż zadrapanie od ciernia. Widział już rzeczy, które zaczynały się od plamki, swędzenia, dziwnego ciepła pod skórą. Widział ludzi, którzy jeszcze rano wyglądali jak ludzie, a wieczorem już nikt nie chciał wymówić ich imienia.

                      Ruszyli.

                      Drugi dzień marszu był gorszy, choć droga wydawała się łatwiejsza. Może właśnie dlatego. Pierwszego dnia człowiek idzie jeszcze na uporze, świeżym strachu i obietnicy zapłaty. Drugiego ciało zaczyna wystawiać rachunek. Stopy robią się cięższe, pasy bardziej wrzynają się w ramiona, zimno znajduje nowe szczeliny pod ubraniem, a myśli nie idą już prosto, tylko zataczają powolne kręgi wokół rzeczy, których lepiej było nie rozgrzebywać.

                      Pieter prowadził bez gadania. Mapa Ulmanna pomagała. Nie ufał jej całkiem, ale korzystał z niej częściej, niż miałby ochotę przyznać. Parę kresek na pergaminie potwierdzało to, co pamiętał z własnych dróg, a parę innych korygowało wspomnienia, które śnieg i lata zdążyły rozmyć. Raz zatrzymał grupę przy miejscu, gdzie trakt zdawał się iść prosto, ale mapa i układ drzew mówiły co innego. Odgarnął śnieg przy wykrocie i znalazł kamień, dokładnie tam, gdzie powinien być. Innym razem ominął jar, który z góry wyglądał łagodnie, ale w środku mógł ich kosztować godzinę omijania trudnego terenu, jeśli nie więcej.

                      Gdy las zaczął się zmieniać i pojawiły się pierwsze ślady stałej ludzkiej pracy, zwolnił nieznacznie. Nacięcia od siekier, stare pniaki, drewno przykryte śniegiem, przewrócone sanie. Wszystko to mówiło, że Dunkelwald nie był już tylko nazwą i dymem gdzieś przed nimi. Był blisko. A bliskie osady miały swoje własne ślady, inne niż las.

                      Przy kopcu kamieni z wilczym kłem zatrzymał wzrok na dłużej. Nie podszedł od razu. Spojrzał tylko, zapamiętał rzemień, wysokość kamieni, stronę, ku której zwisał kieł. Miejscowi robili takie rzeczy z jakiegoś powodu. Może dla Ulryka. Może przeciw wilkom. Może po to, żeby dodać sobie odwagi, kiedy nocą słyszało się wycie z lasu. W Hochlandzie ludzie rzadko wieszali zęby, kości i wstążki dla ozdoby.

                      — Dużo wilczych znaków — mruknął półgłosem do Tomasimo, kiedy ruszyli dalej. — Po ostatniej nocy nie podoba mi się to. — Lepiej, żeby mieszkańcy tej wioski pilnowali swoich kundli. - zerknął z ukosa na Heintza.

                      Kiedy zobaczyli Dunkelwald, Pieter nie poczuł ulgi. Dym z kominów powinien oznaczać dach, ogień i ludzi. Po dwóch dniach marszu przez śnieg człowiek powinien przyjąć taki widok z wdzięcznością. Falk patrzył jednak na wieś tak, jak patrzy się na ślad w śniegu: najpierw kształt, potem głębokość, potem kierunek, a dopiero na końcu pytanie, kto go zostawił.

                      Studnia, martwy dąb, wstążki, wilcze kły, ludzie znikający z okien, drzwi zamykane powoli. Pieter nic nie powiedział, ale poprawił pas z bronią.

                      Gdy chłopiec odezwał się za ich plecami, Falk odwrócił się szybciej, niż powinien człowiek zmęczony całym dniem marszu. Nie sięgnął po broń, ale ręka zatrzymała się blisko pasa. Spojrzał na dziecko, potem na kobietę, która pojawiła się chwilę później i zabrała je do domu.

                      — Dzieci rzadko wymyślają takie rzeczy — powiedział cicho do towarzyszy.

                      |=W stajni zajął się koniem, zanim wszedł do karczmy. Rozsiodłał go, sprawdził grzbiet, podał obroku tyle, ile należało i obejrzał miejsce przy żłobie. Nie lubił zostawiać zwierzęcia byle gdzie, a jeszcze mniej lubił stajnie, w których za dużo rzeczy stało pod ścianami. Beczki, narzędzia, wózek, miejscowe konie, krowy, zamarznięte jabłkowe wytłoki. Dopiero po upewnieniu się, że koń ma się dobrze wszedł do środka.

                      Izba karczmy "Pod Kwaśnym Jabłkiem" była ciepła, zadymiona i kwaśna od jabłek, mokrych ubrań oraz ludzkiego potu. Pieter nie zdejmował płaszcza od razu. Stanął bliżej ściany, tak by widzieć drzwi, schody i klapę w podłodze. Patrzył po twarzach miejscowych, czytając emocje wstępujące na ich twarze.

                      Sneider zrobił to, co Sneider zwykle robił. Wszedł i sprawił, że ludzie przypomnieli sobie wszystkie winy, nawet te, których nie mieli. Falk słuchał rozmowy przy szynkwasie bez komentarza. Nie lubił sposobu, w jaki Łowca przepychał się przez ludzi samą obecnością, ale musiał przyznać, że działało. Karczma pustoszała szybciej niż las po pierwszym wystrzale. To też miało swoją cenę.

                      Ludzie zastraszeni mówili mniej. Albo mówili to, co ich zdaniem chciał usłyszeć człowiek w kapeluszu. Kiedy Sneider przekazał im klucz i wspomniał o wejściu w jego buty, Pieter spojrzał na niego bez szczególnego entuzjazmu.

                      Potem zerknął na Tomasimo, który już planował rozmowy, cydr, kaplicę i pewnie jeszcze plotki z połową wsi, zanim reszta zdąży rozpiąć pasy. Falk znał ten wyraz twarzy niziołka. Ashfield miał zamiar iść między ludzi i wyciągać z nich słowami informacje tak, jak inni wyciągali drzazgi z dłoni.

                      W izbie, którą im przydzielono, Pieter najpierw podszedł do okna. Sprawdził okiennice, rygiel, szczeliny i to, czy dało się przez nie zajrzeć z zewnątrz. Potem obejrzał drzwi, zawiasy i zamek. Dopiero później odłożył rzeczy. Posłanie wybrał blisko ściany, z widokiem na wejście, ale nie pod samym oknem. Łuk postawił tak, by sięgnąć po niego bez wstawania. Mapę Ulmanna schował głęboko, zawiniętą i zabezpieczoną przed wilgocią.

                      Na pytanie o warty nie protestował.

                      — Wezmę drugą — powiedział po Heinrichu. — Albo tę po Tomasimo.

                      Spojrzał jeszcze raz w stronę korytarza.

                      — Warta na korytarzu ma sens. Jak ktoś będzie szedł do izby Sneidera, usłyszymy. Jak do naszej, też.

                      Gdy Tomasimo zszedł na dół, Pieter nie poszedł za nim od razu. Został chwilę w izbie, porządkując rzeczy bardziej z nawyku niż z potrzeby. Potem wyszedł na korytarz i stanął w przejściu, skąd mógł słyszeć część rozmowy z dołu, choć nie próbował w niej uczestniczyć. Niziołek nadawał się do tego lepiej. Pieter swoją obecnością częściej zamykał ludziom usta, niż je otwierał.

                      Po pewnym czasie zszedł jednak do stajni. Jeszcze raz sprawdził konia. Nie dlatego, że coś musiało być nie tak, lecz dlatego, że w nowym miejscu lepiej było upewnić się dwa razy. Przesunął dłonią po uprzęży, zerknął na miejscowe zwierzęta, na beczki, na wytłoki, na kota siedzącego gdzieś wysoko. Potem zatrzymał się przy wejściu i spojrzał na plac lustrując go wzrokiem.

                      Pieter stał tak przez dłuższą chwilę. Pomyślał o sytuacji z dzieciakiem. Nie lubił kaplic nocą. Nie lubił też dzieci, które ostrzegały przed nimi obcych tuż po ich przyjeździe.

                      Wrócił do karczmy bez pośpiechu. Zatrzymał się przy drzwiach, otrzepał śnieg z butów i obejrzał izbę jeszcze raz, jakby próbował zapamiętać układ ław, schodów, szynkwasu, kuchni i klapy prowadzącej w dół.

                      Dopiero wtedy wrócił do przydzielonej jej izby, próbując zasnąć i zregenerować się po podróży.

                      1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                      0

                      Hello! It looks like you're interested in this conversation, but you don't have an account yet.

                      Getting fed up of having to scroll through the same posts each visit? When you register for an account, you'll always come back to exactly where you were before, and choose to be notified of new replies (either via email, or push notification). You'll also be able to save bookmarks and upvote posts to show your appreciation to other community members.

                      With your input, this post could be even better 💗

                      Zarejestruj się Zaloguj się
                      Odpowiedz
                      • Odpowiedz, zakładając nowy temat
                      Zaloguj się, aby odpowiedzieć
                      • Najpierw najstarsze
                      • Najpierw najnowsze
                      • Najwięcej głosów


                      • Zaloguj się

                      • Nie masz konta? Zarejestruj się

                      • Aby wyszukiwać zaloguj się lub zarejestruj.
                      Powered by NodeBB Contributors
                      • Pierwszy post
                        Ostatni post
                      0
                      • Kategorie
                      • Ostatnie
                      • Tagi
                      • Popularne
                      • Świat
                      • Użytkownicy
                      • Grupy