Przejdź do treści
  • Kategorie
  • Ostatnie
  • Tagi
  • Popularne
  • Świat
  • Użytkownicy
  • Grupy
  • Strona startowa
Skórki
  • Jasny
  • Brite
  • Cerulean
  • Cosmo
  • Flatly
  • Journal
  • Litera
  • Lumen
  • Lux
  • Materia
  • Minty
  • Morph
  • Pulse
  • Sandstone
  • Simplex
  • Sketchy
  • Spacelab
  • United
  • Yeti
  • Zephyr
  • Ciemny
  • Cyborg
  • Darkly
  • Quartz
  • Slate
  • Solar
  • Superhero
  • Vapor

  • Domyślna (Cyborg)
  • Brak skórki
Zwiń
Patronite
  1. Start
  2. Sesje Warhammer
  3. Rozgrywka
  4. Popiół i Śnieg
Popiół i Śnieg
PiołunP
Piołun jako
Mistrz Gry
Mistrz Gry
ZellZ
Zell jako
Moriz Richter
MortarelM
Mortarel jako
Pieter Falk
WiredW
Wired jako
Tomasimo Ashfield
DhratlachD
Dhratlach jako
Heinrich "Heinz" Kraus

Popiół i Śnieg

Zaplanowany Przypięty Zablokowany Przeniesiony Rozgrywka
40 Posty 5 Uczestników 905 Wyświetlenia 4 Obserwuje
  • Najpierw najstarsze
  • Najpierw najnowsze
  • Najwięcej głosów
Odpowiedz
  • Odpowiedz, zakładając nowy temat
Zaloguj się, aby odpowiedzieć
Ten temat został usunięty. Mogą go zobaczyć tylko użytkownicy upoważnieni do zarządzania tematami.
  • MortarelM Niedostępny
    MortarelM Niedostępny
    Mortarel jako Pieter Falk
    napisał ostatnio edytowany przez
    #23

    Pieter przespał resztę nocy płytko i czujnie. Nawet zmęczenie po marszu nie pozwalało mu spać spokojnie pod dachem obcych ludzi, zwłaszcza kiedy w tej samej karczmie nocował Łowca Czarownic wracający nad ranem z cudzą krwią na rękach.

    Nie powiedział jednak o tym wszystkim. Nie przy stole. Nie przy reszcie.

    Dopiero o świcie, kiedy nadarzyła się chwila na uboczu, wspomniał o tym Tomasimo półgłosem, tak by nikt postronny nie usłyszał.

    — Sneider wychodził nocą — mruknął cicho do niziołka, poprawiając popręg przy swoim koniu. — Wrócił po dłuższym czasie. Miał krew na rękawicy i mankiecie. Nie swoją.

    Tyle. Bez domysłów. Bez oskarżeń. Potem temat urwał.

    Kiedy Sneider zebrał ich rano i zaczął mówić o posłuchu, stosie i przesłuchaniach, przepatrywacz milczał przez cały czas. Stał tylko z boku, oparty lekko o ścianę, z rękami skrzyżowanymi na piersi i twarzą pozbawioną wyrazu. Nie zamierzał wdawać się z Łowcą w dyskusje.

    Gdy odprawa dobiegła końca, Pieter bez słowa zabrał swoje rzeczy i wyszedł przed karczmę.

    Mróz szczypał w policzki, ale po zaduchu izby było to niemal przyjemne. Koń przywitał go cichym parsknięciem. Przepatrywacz od razu zabrał się do roboty — sprawdził uprząż, oczyścił sierść ze zmarzniętego błota i resztek śniegu, obejrzał kopyta, poprawił pasy przy jukach. Zwierzę przeszło z nimi kawał drogi i zasługiwało na więcej troski niż większość ludzi, których Pieter spotykał na traktach. Następnie Pieter sprawdził i uporządkował ekwipunek.

    Od czasu do czasu zerkał tylko ku placowi i budzącym się mieszkańcom Dunkelwaldu, ale nie szukał rozmów. Nie ciągnęło go dziś do plotek ani do przepytywania ludzi.

    Po wszystkim usiadł przy ścianie stajni, naciągnął płaszcz mocniej na ramiona i zamknął na moment oczy, odpoczywając, póki jeszcze mogli sobie na to pozwolić.

    1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
    👁
    1
    • WiredW Niedostępny
      WiredW Niedostępny
      Wired jako Tomasimo Ashfield
      napisał(a) ostatnio edytowany przez Wired
      #24

      - Same problemy? - powtórzył jakby smakując opinię Kappela
      - Zamieszanie i owszem, ale czemu od razu problemy? - dopytał
      Kappel skrzywił się, jakby niziołek właśnie włożył mu palec w ranę. Wyglądało na to, że karczmarz miał już w życiu jakieś przykre styczności z Łowcami Czarwonic.
      - Bo z Łowcami zawsze są problemy, panie nizioł - mruknął - Jak winny jest winny, to pół biedy, bo spłonie winny. Jak winny jest niewinny, to też spłonie, dla wygody takiego kapelusznika.
      Elsbeth rzuciła mu krótkie spojrzenie, ale tym razem go nie poprawiła.
      (...)
      - Wilk to zwierzę Ulryka. Mówi się, że watahy wokół chronią nasz siół i raczej to racja. Jeśli masz olej w głowie i nie chcesz, żeby potem nocą śnił ci się Pan Zimy z toporem nad łóżkiem, to nie tykasz wilków (...) - opisywał karczmarz
      - Doprawdy? Myślałem że tylko białe wilki mają ten status, nawet kapłani Ulryka by pokazać swoje męstwo polują na wilki i noszą ich futra, czyż nie? Znaczy ja się nie znam, ale kapłana Ulryka w Gruyden widziałem i zawsze chętnie o wierze i filozofii rozmawiam, wszak w tych ciężkich czasach co nam zostaje poza wiarą - zapytał o miejscowe wierzenia, co innego mówiono na południu, może własnie ten lokalny folklor i wierzenia były podstawą donosu urzędnika...
      Kappel potarł palcem bok kubka zanim odpowiedział.
      - Pewnie, że kapłani Ulryka noszą wilcze skóry. Pewnie, że próba z wilkiem to rzecz godna, jeśli kto ma siłę, odwagę i błogosławieństwo. Tyle że co innego kapłan albo łowca, a co innego chłop z siekierą, któremu się zdaje, że jak ubije wilka pod lasem, to będzie panem zimy.
      - Wilka nie zabija się lekko – wtrąciła Elsbeth ciszej. – U nas tak mówią.
      Kappel skinął głową, zadowolony, że żona znalazła prostsze słowa.
      - Otóż to. Nie chodzi o to, że wilka tknąć nie wolno nigdy. Ulryk lubi próbę sił. Ale bez potrzeby? Dla skóry? Dla przechwałki? Nie. Tego się tu nie robi. Wilk jest zwierzęciem Pana Zimy. Jeśli zabijasz bez powodu, to może i nikt cię nie ukarze, ale my tu mamy swoje przesądy Panie nizioł. Nie ważne czy wilk biały, czy zwykły.
      Urwał, jakby sam uznał, że temat się wyczerpał.
      - Może w Gruyden gadają inaczej. Tam mają swoje zwyczaje, my mamy swoje.
      - Zapewne Panie Kappel, każde sioło ma swoje, ale nie do każdego zajeżdża Łowca Czarownic, tak se dumam, z jakiegoś powodu tu przyjechał, a odstępstwo od powszechnej w Imperium wiary brzmi dla mnie najsensowniej. Choćby to było jakieś głupie nieporozumienie powiększone przez plotki do niebezpiecznych rozmiarów - rzucił na koniec i uprzejmie się pożegnał. Nie chciał ich już więcej męczyć pytaniami, a i tak w tym temacie najwięcej wywie się od kapłana.

      https://i.imgur.com/BsVqiZn.png

      Tomasimo nie znał Łowców Czarownic, nie widywał, znał jedynie opowieści, mrożące krew w żyłach, zamykające okiennice opowieści o fanatykach bezlitośnie tępiących zakazane kulty i mutantów, działających często w myśl zabijcie wszystkich Bóg rozpozna swoich. Toteż dotychczasowa postawa Sneidera mocno go nie zaskoczyła. Widać zastraszanie miejscowych to był ich klasyczny modus operandi.
      W prywatnych rozmowach jednak Klaus wydawał się być człowiekiem surowym ale rozsądnym, wiedzącym że ludziom dużo się może wydawać, wyobrażać, a i swoje prywatne niesnaski sąsiedzkie mogą nim rozgrywać. Mówił o śledztwie, o sprawdzeniu donosów, toteż jak dobry żołnierz zaraportował mu o słowach dziecka. Nic wielkiego, informacja o tropie. Dopiero wieść od Pietera zjeżyła mu lekko włosy. A co jeśli się mylił?

      Niziołek rano wstał żwawo czując zapach domowego jedzenia, o śniadaniu nikt mu dwa razy przypominać nie musiał. Jadł obficie, podwójna porcja owsianki, jabłka, rozgrzewający ciało podgrzewany cydr.
      Ku zaskoczeniu wielu był w pełnym rynsztunku choć bez plecaka, oporządzony i gotowy do wyjścia. Spodziewał się, że Sneider od rana zaprzątnie ich porządnie do pracy, toteż jako żołnierz stawił się przygotowany należycie jak na wojskowego przystało.

      Z ciekawości po wypiciu kufla nalał odrobinę z bukłaka, chcąc obejrzeć jak ta mętna woda wygląda w świetle dnia. Upił łyk sprawdzając czy da radę pić i czy nie smakuje dziwnie. Wolał przetestować na sobie zanim da Tyciemu gdzieś w czasie postoju. Jeśli smakowała źle wypluł ostentacyjnie i zapytał Kappela o to czy testował ostatnio wodę ze studni, bo nabrała dziwnego posmaku.

      Dopiero gdy Sneider się odezwał niziołek zareagował, w przerwie między kęsami.
      - Spaliście dobrze Herr Sneider? Noc spokojna? Nic Was nie niepokoiło?
      - Nic mi do Waszych metod śledczych, ale skoro nas angażujecie to wolałbym wiedzieć więcej niż mniej.

      Tomasimo nie spodziewał się by sankcjonowany łowca zamierzał im się tłumaczyć, ale liczył że jak nie teraz to później znajdzie czas na szczerszą rozmowę, gdy Klaus skończył mówić a niziołek jeść półczłowiek rzucił do psa:
      - Tyci złap trop Klausa - wskazując na Klausa, pies ku zdziwieniu łowcy dopadł go swoim czujnym nosem po czym wrócił posłusznie do halflinga.

      Po śniadaniu i wymianie grzeczności z wszystkimi wyszedł do stajni przywitać się z swoim kucem i sprawdzić czy ma wszystkie co mu potrzeba, gdzie spotkał Pietera:
      - Prędzej czy później dowiemy się czyja to krew. Zobaczę czy w tym mrozie Tyci wywęszy gdzie był nocą, o ile zostanie w karczmie to jest szansa, że pójdzie tam gdzie był, a nie gdzie jest.
      - Zamierzam odwiedzić kapłana i dzieciaka jak i matkę co nas zaczepili wieczorem - stwierdził zostawiając Falkowi decyzję czy idzie z nim - jak są tu jakieś dziwne kulty to pewnie kapłan o nich wie, poza tym karczmarz i jego żona dobrze o nim mówią, zatem pewnie będzie miał na uwadze dobro sioła i jego ludzi.
      - Nie podobają mi się metody Sneidera, może są skuteczne, ale strach często wiąże języki równie mocno co rozwiązuje, kwestia ludzi, nie każdego da się zastraszyć, a i nie każdy zastraszony mówi z sensem w obawie o własne życie, a są i tacy co w obawie o własne życie sięgają po miecz. On chyba zapomina, że jesteśmy raptem garstką podróżnych i to w większości nieżołnierzy.

      1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
      0
      • ZellZ Niedostępny
        ZellZ Niedostępny
        Zell jako Moriz Richter
        Moderator Obsługa
        napisał(a) ostatnio edytowany przez
        #25

        Moriz postanowił odpuścić sobie picie tej nocy czy granie w karty. Zdał sobie sprawę, że cała ta podróż wraz z potrzebą ciągłego obserwowania sytuacji wokół grupy wyciągnęła z niego siły. Ostatnia warta była przewidziana dla niego samego, więc nie miał zamiaru odmówić sobie odpoczynku przed nią, tak więc postanowił szybko udać się na spoczynek jak tylko uspokoi własne potrzeby rozejrzenia się po okolicy, aby poznać możliwość ścieżki ewakuacji z miejsca w razie kłopotów. Zarwanie nocy po tej podróży było naprawdę kiepskim pomysłem zważając na przydzielenie wart, tak więc zadowoleniem wykorzystał czas snu i przyszła jego kolej obserwacje pleców towarzyszy.

        Co okazało się niestety jak jedno wielkie marnotrawstwo czasu... choć czasem lepiej stracić czas niż ryzykować stratę głowy.



        Współpraca z Łowcą Czarownic miała jedną niezaprzeczalną korzyść - nie mogli narzekać na braki pożywienia i ugoszczenia w mieścince. oczywiście cała gościnność była wymuszona i raczej nikt nie spodziewałby się szczerości, a jedynie zakwaterowanie było wędzone potrzebą zachowania głowy i tak długo grupa będzie cieszyć się jakikolwiek przyjemnościami, jak długo Sneider będzie utrzymywał swoją władzę. Oczywiście byłoby to źle widziane gdyby ludzie z tej wsi nie gościli dobrze Łowcy Czarownic, ale przecież coś tu musiało być nie tak, że Sneider zechciał się zjawić. Przecież nie chodziło po prostu o śmierć poborcy podatkowego.

        Moriz wiedział, że takie śmierci się zdarzały i zupełnie inaczej radzono sobie, a przynajmniej próbowano sobie radzić, z owymi nieprzyjemnościami na imperialnych ziemiach. Gdyby zawsze wysyłano Łowcę Czarownic Moriz na pewno by od tak się w coś podobnego nie ładował. Są w końcu sytuacje jakich należy unikać i nie wchodzić głową w środek ognia.

        Śniadanie było nieczęstym sycącym doświadczeniem, a w dodatku do wyspania - Moriz naprawdę czuł się dobrze. Dodatkowo podczas śniadania wyszło, że karypel pójdzie, możliwie z innymi, porozmawiać z matką dziecka i może dzieckiem w ich domu oraz chce z kapłanem nim Sneider się do nich doklei, więc on nie musiał się przejmować chociaż tym. Mógł już w świetle dnia poszukać jakichkolwiek poszlak, jakie zapaliłyby mu samemu sygnał ostrzegawczy, szczególnie w okolicach o jakich dziecko ich ostrzegało... a może smark będzie sam biegał poza domem i uda się go bez matki porwać na spytki?

        Writing is a socially acceptable form of schizophrenia.

        1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
        0
        • DhratlachD Niedostępny
          DhratlachD Niedostępny
          Dhratlach jako Heinrich "Heinz" Kraus
          napisał(a) ostatnio edytowany przez
          #26

          Rozmowa z Albrechtem Seiler

          Heinrich nie zwlekał długo. Skoro poranek dawał jeszcze trochę swobody, zanim Sneider zacznie przewracać wieś do góry nogami, ruszył ku dolnemu sadowi, tam gdzie karczmarz wskazał chatę Albrechta Seilera. Śnieg skrzypiał mu pod butami. Nie minęła chwila, a mijał czarne, powykręcane jabłonie, które rosły w równych rzędach. Chata Seilera stała trochę na uboczu. Niska, ciemna, z dachem przywalonym śniegiem i ścianami, przy których wisiały stare skóry, pasy, uprzęże oraz sztywne od mrozu kawałki wyprawionej skóry. Zapach garbnika, dymu i starego tłuszczu czuć było jeszcze przed progiem. Obok drewutni stary mężczyzna rąbał drwa krótkimi, oszczędnymi ruchami. Nie był może bardzo wysoki, ale szeroki w barkach.

          Miał siwą, rzadką brodę, nos czerwony od zimna, twarz pooraną zmarszczkami i małe, jasne oczy, którymi łypał podejrzliwe. Kiedy dostrzegł Heinricha, przerwał robotę w pół ruchu. Nie odłożył siekiery. Oparł tylko trzonek o pień. Spojrzał na przybysza spode łba, szybko oceniając jego twarz, ubranie i pakunki. Jeśli wyrobił sobie zdanie, jego twarz tego nie oddała.

          – Kogo licho niesie od rana? – warknął chrapliwie. – I czego chce? Nie znam Cię i nie szukam zwady, ale jeśli jest zbój z ciebie jakiś chłopcze, to źle żeś zaszedł. Nie jestem bezbronnym starcem.

          Potem splunął w śnieg, jakby samo pojawienie się obcego psuło mu smak dnia. Stał przy pniu, z siekierą pod ręką, stary, żylasty i zły na świat.

          - Heinz. Na handel witam. Karczmarz mówi, że Kurtę Skórzaną macie i dobrzy w fachu jesteście?

          Zapytał niepewnie pokazując gest otwartych dłoni i zatrzymują się na piętnaście kroków od starca. Co z tego, że już teraz ubolewał nad swoją decyzją i żałował, że nie skorzystał z pośrednictwa gospodarza?

          Starzec zmrużył oczy i przez chwilę bacznie przyglądał się Heinrichowi. Obaczył go sobie od butów po czuprynę, zatrzymując wzrok na twarzy i ubraniu. Próbował sobie handlową żyłką omiarkować, jak zacząć proponowany handel. Później westchnął i wbił siekierkę w pieniek. Bojowy duch nie opuścił go całkiem, ale przynajmniej przestał stać tak, jakby zamierzał zaraz rąbnąć go w głowę.

          – Kappel cię przysłał? – mruknął. – Dziwne. Wydało mi się, że ten stary dusigrosz mnie nie lubi.

          Splunął w śnieg, otarł nos wierzchem dłoni i podszedł o dwa kroki bliżej, ale nadal trzymał dystans. Pachniał dymem, starą skórą i kwaśnym potem.

          – Kurtę mogę mieć i jakąś mogę też wykonać, jeśli masz z czego. Od biedy mogę też uratować jakąś, co już dogorywa. Zależy, czego chcecie.

          Popatrzył na Heinza ostrzej.

          – Macie złoto, chłopcze? Bo dobra kurta kosztuje. Skóra to jedno, robota to drugie. Jeśliś przyszedł jako gołodupiec, to możesz wracać do karczmy, zanim mi siekierka wystygnie.

          Heinz podrapał się po brodzie.

          - Złotem nikt nigdy się nie najadł. - powiedział w końcu powoli nabierając odwagi, ale nadal pełen niepewności - Mam trzy wilcze skóry zdobyte w samoobronie. To aż dość, by z nich kurtę, a nawet i czepiec zrobić. Mięso dorzucę. Flaszkę gorzały...

          Przegryzł wargę czując jak kiepski to był układ, bo grosza... grosza zbytnio nie miał... jeszcze.

          - Zróbmy tak. Ja wyłożę co mam, a waćpan rzuci okiem i powie co da radę zrobić? Na moje oko to i rękawiczki skórzane się tu znajdą za to.

          Mówił z lekką nadzieją w sercu. Ściągając plecak i odwiązując rzemień który mocował skóry kładąc je na ziemi. Obok gorzałka, sprzączka od juków, wędzidło, strzemiona, mięsiwo... Topór położył dalej z boku.

          - Broń zostawię tu w dobrej wierze, że w pokojowych zamiarach jestem, ale po nią wrócę i nie jest na handel. Mi nie zależy na atrakcyjnej kurtce. Na praktycznej, na funkcjonalnej, na wytrzymałej... Tak, ale zdecydowanie nie interesuje mnie taka co na nową wygląda i "wyszła spod igły".

          Mówił, a im dłużej mówił, tym bardziej głos zdradzał, że był młodszy niż wyglądał na rzut oka. Zmęczony, smutny głos człowieka co swoje przeżył, ale jednak trwał. Głos o oczach które widziały śmierć i ta śmierć została z nim na zawsze.

          - Odejdę na parę kroków i wycenisz co z tego pokryje kurtkę, bo potrzebuję jeszcze rękawiczek. Możemy tak zrobić?

          Mężczyzna milczał chwilę. Nie wyglądał na człowieka, którego łatwo ugadać, ale kiedy Heinz odłożył topór na bok, coś w jego twarzy odrobinę zelżało. Nie ufał mu dalej, rzecz jasna, ale chyba już dawno nikt się z nim nie handryczył.

          – Złotem nikt się nie najadł? – powtórzył cierpko. – No nie wiem, chłopcze. Młode z ciebie chuchro i życia nie znasz. Jak na moje, za parę złociszy można sobie kupić naprawdę dużo soli, mięcha i siwuchy.

          Skwitował, ale rzucił okiem na te jego skóry. Przykucnął przy nich ciężko, z cichym stęknięciem w kolanach. Nie zachwycił się. To widać było od razu. Palcami sprawdzał włos, brzegi cięć, dziury, miejsca po szarpnięciach i to, jak zdjęto skórę z wilków. Potem obejrzał sobie mięso z wyraźnym brakiem przekonania.

          – Na dobrą kurtę od zera tego za mało – mruknął w końcu. – Chyba że chcecie mieć kurtę dla dziecka albo kocyk do budy dla chudego psa. Ale starą mogę przerobić. Mam jedną. Brzydka, ciężka, po człowieku, który już nie będzie po nią wracał. Da się ją podszyć, wzmocnić, zrobić kołnierz, łaty na barkach, może rękawice. Czepiec też, jeśli skóry nie pożałujemy.

          Podniósł wzrok na Heinza.

          – Gorzałkę wezmę. Sprzączki i żelastwo też. Skóry, ma się rozumieć, również. Przyjdź jutro z kolejną flaszencją, serem, bochnem i garścią srebra – zawyrokował i splunął szarą flegmą w śnieg. – To taka cena z litości, synek. Ale jak ci to ma skórę ocalić, to niech będzie. Nie będę udawał, że mam coś lepszego do roboty.

          Powiedział to, po czym raz jeszcze splunął sobie w dłoń i wyciągnął ją w stronę Heinricha, by dobić targu.

          Heinrich pomasował się po karku. Źle mu było. Źle z własnego i źle z Albrechta powodu. Prawda, był młody. Dużo za młody wieść życie które wiódł, ale? Takie było życie i z dwojga złego... Sam je wybrał.

          Wysłuchał starca do końca. Nie miał problemu żadnego z estetyką wykonania. Jednak słowo "ciężka" było ciężkim chlebem do przełknięcia. Nie mniej, czy potrzebował na teraz lepszej? Jak definiować ciężka? Ciężka bo rzemieślnik myślał, że był fizycznie słaby? Czy może ciężka, bo partacko wykonana? Jakby nie patrzeć, chciał temu człowiekowi dać odrobinę 'miodu' na obolałą duszę. Życie nikogo nie oszczędzało...

          No, a skóry, gdyby miał się ich trzymać, to i tak poszłyby na straty najpewniej. Nie miał sposobności i czasu wysuszyć ich na dalszą drogę... Może i była zima, i dotrwałyby do miasta, ale... za cholerę nie wiedział jak daleko to było, a kurta? Kurta mogła być ciężka, ale to był półśrodek na teraz... Przynajmniej, aż zawita do Hargig... czy gdziekolwiek do większej cywilizacji, ale nadal, docelowo Hargig...

          Spojrzał na starca, splunął na dłoń i uścisną prawicę człowieka co też miał swoje demony, które się go trzymały i nie odpuszczały u drzwi...

          - Zdaję się na waszą fachurę. - powiedział - Teraz ogólny posłuch. Herr Sneider, przedstawiciel Korony "zaprasza". Równie dobrze można się napić czekając.

          Nieznaczny uśmiech zawitał na jego twarzy widząc w starcu kogoś kim po części sam mógł być. Jakąś bratnią duszę skrzywdzoną przez świat. Przeszłość rzucała naprawdę długie cienie...

          - Ja stawiam, Herr Albrecht.

          And if my lack of fear bring the death of me
          Let the Spirits of my Ancestors envelop me!

          1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
          0
          • PiołunP Niedostępny
            PiołunP Niedostępny
            Piołun jako Mistrz Gry
            napisał(a) ostatnio edytowany przez Piołun
            #27

            text alternatywny

            Sok z jabłka spłynął po brodzie Sneidera, zanim ktokolwiek sensownie odpowiedział. Łowca po niemożliwie długiej chwili otarł go leniwie kciukiem. Potem skinął na dwóch parobków Kappela, którzy akurat pilnie sprzątali drugi kąt izby, starając się, jak tylko mogli, zlać z otoczeniem. Na nieszczęście dla nich, nie udało im się.
            – Wy dwaj pójdziecie ze mną. Odwiedzimy mieszkańców i zaprosimy ich na pogawędkę w karczmie.
            Nie zapytał, czy mają czas. Pewnie nawet go to nie obchodziło. Jeden z parobków spojrzał na Kappela, drugi na Elsbeth, ale żadne z gospodarzy nie powiedziało niczego, co mogłoby uratować ich od obowiązku towarzyszenia Łowcy. Właściwie karczmarz tylko przełknął ślinę i odwrócił wzrok ku kuflom, które wyczyścił poprzedniego wieczora, po czym zabrał się za ich ponowne polerowanie. Jego żona z kolei obrała inną taktykę. Udawała, że w ogóle nic się nie stało. Zniknęła za szynkwasem i po chwili wróciła, stawiając na stole dzban z gorącą herbatą.
            – Pijcie, póki ciepła. Z bylicą, miętą i jabłkową skórką. To pokrzepiający napar rodzinnej receptury – rzuciła i mrugnęła zalotnie do Heinricha, kiedy jej mąż nie patrzył.
            Herbata była gorzkawa, kwaśna i trochę ziemista, ale rozchodziła się po trzewiach przyjemnym ciepłem. Przydałoby się jej trochę miodu, ale nikt go nie podał. Nalała jej każdemu bez pytania, choć większość osób w izbie sprawiała wrażenie, jakby wolała teraz coś mocniejszego. Towarzystwo Sneidera tak działało na ludzi.

            Tomasimo nie dostał odpowiedzi na swoje pytanie. Nie całkiem. Łowca łypnął na niego i odburknął coś, że "to jego sprawa co robi po nocy", a na komentarz o metodach śledczych, swoim zwyczajem odrzekł "że jak będą informacje odnośnie śledztwa, to się o nich dowiedzą". Bardzo elokwetnie Łowca dał mu do zrozumienia, żeby się nieinterosował. Świetny pracodawca, nie ma co. Zmienił obiek rozważań i nalał odrobinę wody ze swojego bukłaka oraz obejrzał ją w świetle dnia. Kwestia wody też zajmowała mu umysł. Już wieczorem nie wyglądała zachęcająco, ale teraz było to wyraźniejsze. Nie była mętna jak błoto ani zielona od stęchlizny. Raczej szarawa. Smak miała zimny, metaliczny, z gorzkim posmakiem w ostatniej nucie. Jeśli niziołek zapytał o wodę karczmarza, ten wzruszył ramionami.
            – Zimowa woda – mruknął. – Zawsze trochę bierze od kamienia. Nikt jeszcze od niej nie umarł, panie nizioł.
            Stwierdził i nie wracał już do tematu.

            Gdy kończyli śniadanie, Sneider miał już na sobie płaszcz i kapelusz. Dwaj parobcy stali przy drzwiach w zimowych kurtach z kwaśnymi minami. Całą swoją postawą dawali wyraz niezadowoleniu z polecenia, ale Łowca zdawał się tego w ogóle nie zauważać. Wyszedł z nimi na mróz i przez okno można było zauważyć, jak idzie do pierwszych drzwi w siole, wydając parobkom polecenie, by kołatali do sąsiadów. Nie wyglądało, by musiał nakłaniać kogokolwiek do swojej woli. Czekał, aż ktoś otworzy, mówił kilka zdań i szedł dalej. Wieś zaczęła poruszać się niespokojnie. Psy szczekały krótko i milkły, gdy Sneider przechodził blisko nich. Wychodziło na to, że zwierzęcy instynkt ostrzegał przed nowym typem drapieżnika w okolicy. To był nieprzyjemny poranek dla ludu Dunkelwaldu. Początek dnia, który miał dużo zmienić w ich życiu.

            https://i.imgur.com/BsVqiZn.png

            Henrich

            Albrecht skrzywił się na wieść o ogólnym posłuchu. Zmrużył groźnie oczy i splunął raz jeszcze na ziemię brudną plwociną.
            – Posłuch, kurwa jego mać – mruknął. – Za stary jestem na to, by jakieś młode szczyle, nawet królewskie szczyle, mnie na rozmówki wzywały. Walczyłem dla Imperium w czasach, gdy ten Łowca Czarownic wyciągał sobie jeszcze smarki z nosa i wkładał je sobie do dupy. Na rozmówki będzie wzywać. Patrzcie jaki…
            I tak narzekał jeszcze dalej, ale wraz z potokiem słów widać było, że zbiera się do drogi. Potrzebował tylko dać upust swojemu niezadowoleniu, a na nieszczęście Heinricha ten był akurat pod ręką, by go wysłuchać.
            – No dobrze. Pójdziem. Ale nie omieszkam powiedzieć Łowcy, co myślę o takim zachowaniu. Nie będzie nikt na rozmówki wzywać starego Albrechta Seilera. Oj, nie będzie.
            I to obiecawszy, poszli. Pozbierał rzeczy z ganku, schował siekierkę, skóry Heinricha zaniósł do domu i zawarł drzwi na duży, mosiężny klucz. Potem narzucił na siebie kożuch, zgarnął czapkę i ruszył z Heinrichem w stronę placu.

            Szli wolno, bo Seiler nie zamierzał spieszyć się dla niczyjej wygody. Miał być to ostatni przejaw buntu przeciw wezwaniu Łowcy Czarownic i nieco dziecinnie małostkowe zachowanie ze strony starca. Może było trochę prawdy w tym, że na starość w części zachowań upodabniamy się do dzieci? Po drodze mamrotał coś pod nosem o podatkach, ludziach ze wsi i o tym, ile to on dobrego nie zrobił dla sioła. O tym, że kiedyś to było, że starych się nie szanuje, że kiedyś bardziej ganiano dzieci rózgą, a teraz to rozpuszczone tałatajstwo. Jednym słowem ględził, a Heinz musiał, chcąc nie chcąc, słuchać starczych narzekań. Wszystko urwało się jednak nagle, gdy nadepnął na coś pod śniegiem.

            To było coś dziwnego. Nie pękło jak gałąź. Nie chrupnęło jak lód. Ustąpiło miękko, obrzydliwie, z głuchym trzaskiem drobnych kości. Kiedy odsunął but i rozgarnął śnieg, zobaczył kruka. Martwego. Ptak leżał na boku, czarny, z piórami posklejanymi od szronu i błota. Dziób miał lekko otwarty. Jedno skrzydło sterczało nienaturalnie, przysypane cienką warstwą śniegu. Nie wyglądał na rozszarpanego przez lisa ani trafionego kamieniem. Po prostu padł, jakby zabrakło mu życia.
            Seiler zaklął krótko.
            – Nie ruszaj go gołą ręką chłopcze.

            text alternatywny

            Dopiero gdy Heinrich rozejrzał się uważniej, zobaczył następne. Jeden pod płotem. Dwa przy zaspie obok starej beczki. Kolejny wśród zmarzniętych chwastów. Czarne kształty leżały tu i tam, częściowo przykryte śniegiem. Im dłużej patrzył, tym więcej ich dostrzegał. Dwadzieścia. Może trzydzieści. Jak mógł nie zauważyć ich wcześniej? Czy spadły niedawno? Część z nich leżała bliżej sadu, część przy drodze ku starej prasie, kilka bezpośrednio pod nagimi gałęziami jabłoni. Martwe kruki znaczyły śnieg plamami czerni.
            Albrecht stał bez ruchu. Cała złość odpłynęła z jego twarzy, zostawiając wyraz głębokiej konsternacji.
            – Nie widziałem ich wczoraj. Co się im stało? – zapytał lekko drżącym głosem.
            Nie wyglądał już tak pewnie i butnie. Właściwie im dłużej Heinrich przyglądał się jego twarzy, tym większe miał wrażenie, że stary Albrecht… po prostu się bał.

            https://i.imgur.com/BsVqiZn.png

            Moriz

            Mężczyzna, korzystając z porannego zamieszania, ruszył w stronę placu i drzewa obwieszonego wilczymi kośćmi i wstążkami. Nie pchał się pod kaplicę z Tomasimo, bo czuł, że niziołek nie wywie się za dużo. Kapłani to wyniośli, zgorzkniali ludzie, którzy rzadko dzielą się swoimi sekretami. Dzieci były inne i tu właśnie upatrywał swojej szansy. Dziecięca szczerość i prawdomówność była odświeżająca i wydawała się najprostszym sposobem, by wywiedzieć się, co w trawie piszczy, jeśli można było sobie pozwolić na taką analogię. Po kilku minutach błądzenia po wsi odnalazł Johana między domami, niedaleko drzewa.
            Nie był sam.

            Była z nim dwójka innych dzieci. Dziewczynka w wełnianej chuście i drugi chłopiec, młodszy albo po prostu mniejszy, z policzkami czerwonymi od zimna. Bawili się. Tak przynajmniej można było to nazwać, jeśli człowiek miał w sobie wystarczająco dużo dobrej woli. Chłopcy zbierali patyki, łamali je na krótsze kawałki i układali wokół dziewczynki, która stała na niewielkim, ubitym kopczyku śniegu z miną tak naburmuszoną, że wyglądała bardziej na urażoną niż przestraszoną. Ręce miała związane z przodu cienkim sznurkiem. Związane po dziecięcemu, luźno i krzywo. Mogłaby wysunąć dłonie w każdej chwili, gdyby tylko uznała, że zabawa przestała jej odpowiadać.
            – Nie tak – powiedział Johan do młodszego chłopca. – Patyki muszą być niżej. Jak dasz wysoko, to się od razu przewróci.
            – Ja nie chcę być czarownicą – burknęła dziewczynka.
            – Nie jesteś czarownicą. Jesteś ofiarą dla przebłagania bogów.
            – To jeszcze gorzej.
            – Nie marudź. Wczoraj ja byłem mutantem.

            text alternatywny

            Młodszy chłopiec parsknął śmiechem, ale zaraz zerknął w stronę domów, jakby nawet w zabawie wiedział, że pewnych słów nie powinno się mówić zbyt głośno. Na ziemi leżały jeszcze dwa kawałki kory, kilka wilczych kostek i stary, pęknięty kubek, do którego dzieci nasypały śniegu, który zaczął już topnieć. Co miał przedstawiać? Mogła to być woda święcona, krew lub cokolwiek, co w dziecięcej głowie pasowało do palenia na stosie. Nad nimi wisiały martwe gałęzie Wilczego Drzewa, poruszając lekko kośćmi i wstążkami.
            Johan pierwszy zauważył Moriza. Przestał układać patyki. Nie uciekł, ale zesztywniał i wyglądał na wystraszonego oraz może trochę… zaciekawionego. Dziewczynka wykorzystała moment i zdjęła z rąk sznurek.
            – To głupia zabawa. Idę do domu – powiedziała i odeszła dalej naburmuszona, znikając za krawędzią jednego z domów.
            Johan nie zwrócił na nią uwagi. Wpatrywał się tylko w Moriza.
            – Mama mówiła, że mam z wami nie gadać – powiedział w końcu, choć nie zapowiadało się na to, by był grzecznym chłopcem. Chyba nie miał zamiaru posłuchać rodziców w tej kwestii.

            https://i.imgur.com/BsVqiZn.png

            Tomasimo

            Tymczasem niziołek dał Tyciemu powąchać ślad Sneidera. Pies nad wyraz szybko podjął trop, co musiało oznaczać, że woń Łowcy się odznacza. Dobrze. Wyglądało na to, że zadanie będzie łatwiejsze, niż myślał. Pies najpierw zakręcił się przy wejściu do karczmy, potem przy schodach, później znów przy progu, a w końcu wyszedł na zewnątrz. Plac okazał się pewnym wyzwaniem. Nocne wyjście Łowcy mieszało się tu z porannym ruchem mieszkańców, zapachem koni, dymu, mokrej słomy i wszystkich tych drobnych rzeczy, które dla ludzkiego nosa były tylko wiejskim odorkiem, a dla psa bardzo skomplikowanym bukietem zapachów. Tyci szukał. Krążył, wracał, raz poszedł w stronę studni, raz odbił ku dębowi, potem zatrzymał się i prychnął. W końcu jednak wybrał. Poprowadził Tomasimo ku ścieżce na górkę. Tam śnieg był mniej rozdeptany, a ślady z nocy i poranka nie zdążyły się rozwiać ani zmieszać z czymś innym. Ścieżka prowadziła do kaplicy. Była węższa niż droga między domami i miała w sobie coś uporczywego, bo prowadziła lekko pod górę i była kamienista.

            Po drodze Tomasimo zauważył więcej wilczych szczątków. Nie tyle, co przy dębię. Tam ozdoby stanowiły kwestię obyczaju, który wzmacniał wspólne miejsce. Tutaj kości i kły wisiały rzadziej, bardziej dyskretnie, przy krzewie, na gałęzi, przy jednym z niskich słupków wyznaczających drogę. Czasem był to pojedynczy kieł na rzemieniu. Czasem kilka drobnych kostek związanych sznurkiem. Czasem pazur, wypłowiały od zimy, niemal zlewający się ze śniegiem. Nie wyglądało to jak ozdoba. Bardziej jak znaki mające wzmacniać pamięć drogi do uświęconego miejsca. Czemu nie zauważył ich wczoraj? Czy był aż tak zmęczony?

            Gdy dotarł, kaplica była zamknięta. Drzwi milczały tak samo jak poprzedniego wieczora. Drewniana wilcza głowa nad wejściem patrzyła spod znad wejściowego łuku bez wyrazu. Tyci obszedł próg, powąchał deski, potem przeniósł nos ku ścieżce prowadzącej do małej chaty obok. Tam zapach był świeższy. Tomasimo zapukał. Przez chwilę nie było odpowiedzi. Potem coś ociężale poruszyło się w środku. Deski jęknęły. Ktoś odsunął rygiel powoli, bez pośpiechu, i drzwi uchyliły się.

            Ojciec Berengar Holtz stał w progu w białej nocnej szacie, narzuconej niedbale na starcze ciało. Był bosy, a właściwie prawie bosy, bo jedną stopę miał wsuniętą w stary chodak. Drugiego widocznie nie znalazł, wstając. Twarz miał surową, pooraną wiekiem i zmęczeniem, lecz to nie wiek rzucał się najbardziej w oczy. Miał podbite oko. Jedna powieka była spuchnięta, ciemna od świeżego sińca. Warga brzydko mu nabrzmiała. Na białej koszuli widać było kilka plam krwi, niewielkich, ale wyraźnych, jakby pociekło mu z nosa albo ust i nie zdążył wszystkiego obmyć. Nie wyglądał jak po karczemnej bójce. Raczej jak ktoś, kogo zaskoczono i kto dostał kilka razy, ale bardzo konkretnie. Kapłan spojrzał na Tomasimo, potem na psa, a na twarzy wyrósł mu nieprzyjazny grymas.
            – Czego? – spytał chrapliwie.

            https://i.imgur.com/BsVqiZn.png

            Pieter

            Przepatrywacz oddał się bardziej przyziemnym obowiązkom i nie miał ochoty na zadania dla chętnych. Łowca zapłaci im za ten wypad i drobną pomoc na miejscu, ale dręczenie biednych ludzi pytaniami, jeśli ten wyraźnie im tego nie rozkazał, nie było w jego stylu. Został w karczmie, a później zajrzał do stajni zadbać o swojego wierzchowca. Ten koń był warty więcej niż całe zlecenie i nie zamierzał go zaniedbać. Pracował w ciszy, a jego koń nie prychał ani nie parskał. Może dlatego z taką łatwością zauważył postać wchodzącą ukradkiem do stajni.

            To był trzeci z parobków. Ten sam, który kręcił się poprzedniego wieczora w gospodzie. Tego Sneider szczęśliwie nie zagonił do obchodu wsi, ale dlaczego tutaj zajrzał? Pieter przyjrzał mu się, a chłopak na razie go nie widział. Był chudy, z włosami przyklapniętymi od wilgoci i rękami czerwonymi od zimna. Wszedł do stajni z naręczem siana, ale zamiast od razu rzucić je do żłobu, zaczął zerkać na konie, juki i sprzęt. Nie grzebał jeszcze, ale Pieter odniósł wrażenie, że się do tego przymierzał. Przepatrywacz zastygł i przypatrywał się chłopakowi, aż ten zrobił wyraźny ruch, którego nie dało się z niczym pomylić. Nachylił się ku pakunkom, otworzył juki i zaczął w nich grzebać. Coś, jakiś szósty zmysł kazał mu się jeszcze obejrzeć i wtedy ich spojrzenia się skrzyżowały. Chłopak zorientował się za późno. Zamarł z ręką w pół drogi, jak mysz przyłapana na worze mąki.
            – Ja tylko przyszedłem z sianem, panie – powiedział szybko.

            Może umiał kłamać. Dobre kłamstwo zawiera część prawdy, bo faktycznie przyszedł z sianem, ale nijak nie mógł się wybronić tymi słowami. Na gust Pietera jego ręka była zbyt głęboko w sakwach, by to mogło przejść. Napięcie narastało. Cisza stawała się niezręczna. W stajni jeden z koni przestąpił z nogi na nogę. Parobek przełknął ślinę.
            – Nie chciałem nic ukraść, panie, po prostu we wsi mówią, że drogi są nieprzejezdne. Żeście nie mogli przyjechać stąd, skąd twierdzi Łowca. Chciałem sprawdzić – tłumaczył się, ale Pieter dalej bezlitośnie patrzył na niego, potęgując napięcie i wzmagając u chłopaka potrzebę dalszego tłumaczenia.

            – Jeśliście przybyli z Łowcą, powinniście być wojskowymi z Lenkster, ale przepraszam za język, panie, ni chuja nimi nie jesteście. Kurt mówi, że równie dobrze możecie być grupą zbirów, którzy się podszywają. Że sam Łowca może podszywać się pod urząd, zdejmując z trupa ubrania i oręż.
            To brzmiało już sensowniej, ale dalej trudno było ocenić, czy chłopak kłamie jak z nut, czy rzeczywiście mieszkańcy przez noc spreparowali sobie konspiracyjną teorię. Co by nie było, parobek na tym nie skończył. Za wyjaśnieniem kryła się również prośba o litość.
            – Nie mówcie proszę Panu Kappelowi, że zaglądałem do waszych juków. Błagam pana. Zedrze mi skórę. Jeśliście przybyli w uczciwej sprawie, rozumiecie nasze obawy, prawda?
            Spróbował ostatniej karty i zamilkł. Nie miał już nic do dodania. Obserwował czujnie Pietera, wahając się między pokorą, a szybką ucieczką.

            https://i.imgur.com/BsVqiZn.png

            Na zewnątrz wieśniacy wyłazili powoli i niechętnie z chat na rozkaz Sneidera. Jedni szli do karczmy od razu, posłusznie i z pochylonymi głowami. Inni zwlekali, stali przy furtkach, udawali, że muszą jeszcze zamknąć kury, przynieść drwa albo zrobić coś jeszcze innego. Parobcy prowadzeni przez Łowcę pukali do kolejnych drzwi. Kappel wyglądał zza okna własnej gospody ze strapioną miną. Godzina, którą Łowca wyznaczył im na własne sprawunki, kurczyła się szybko.

            Nad Dunkelwaldem osiadły ciężkie, ciemne chmury, dusząc i tak wątłe, mętne światło, które sączyło się z zimowego nieba. Sprawa stawała się coraz bardziej gęsta, a wątki odrywały się od miodu prawdy plastrami. Martwe kruki przy sadzie. Dzieci bawiące się w stos pod Wilczym Drzewem. Pobity kapłan Ulryka. Miejscowy złodziejaszek zaglądający im do juków. A ponad tym wszystkim Sneider, chodzący od drzwi do drzwi, z dwoma parobkami za plecami, zapraszający nieuprzejmie na spytki.

            To nie miało szans skończyć się dobrze, ale najgorsze… miało dopiero nadejść.

            1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
            👁
            3
            • MortarelM Niedostępny
              MortarelM Niedostępny
              Mortarel jako Pieter Falk
              napisał(a) ostatnio edytowany przez
              #28

              Pieter odprowadził wzrokiem Sneidera wychodzącego z karczmy. Nie współczuł parobkom. Łowca wybrał ich sobie jak woźnica wybiera konie do zaprzęgu, bez pytania o zdanie i bez zainteresowania tym, czy mają na to ochotę. Kiedy drzwi się zamknęły, przepatrywacz dopił herbatę i bez słowa wyszedł do stajni. Tam było ciszej.

              Koń podniósł łeb na jego widok i prychnął cicho. Pieter od razu zabrał się do roboty. Sprawdził popręg, obejrzał kopyta, poprawił derkę i przeczesał dłonią sierść na karku zwierzęcia. Po ostatnich dniach bardziej ufał koniowi niż większości ludzi spotkanych po drodze. Dlatego tak szybko zauważył ruch przy jukach. Nie odezwał się od razu, ale stał nieruchomo, obserwując chłopaka przez dłuższą chwilę.

              Parobek jeszcze go nie dostrzegł. Najpierw rozglądał się po stajni. Potem po koniach. Wreszcie po pakunkach. A potem wsunął rękę do juków. Dopiero wtedy Pieter nieco się poruszył. Nie gwałtownie. Jeden krok, potem drugi. Parobek obejrzał się i zamarł, gdy jego wzrok napotkał spojrzenie Pietera.

              — Ja tylko przyszedłem z sianem, panie. - Parobek rzekł naprędce.

              Pieter spojrzał najpierw na siano. Potem na rękę parobka tkwiącą w pakunkach. W końcu wrócił wzrokiem do twarzy chłopaka.

              — Doprawdy? - Nie podniósł głosu. — Jeśli chciałeś sprawdzić, kim jesteśmy, mogłeś zapytać. Grzebanie w cudzych rzeczach to zły sposób na zdobywanie odpowiedzi. - Pieter zrobił krok bliżej.

              — Posłuchaj mnie teraz uważnie. Nie powiem Kappelowi, ale od tej chwili będziesz pilnował naszych rzeczy. Kiedy nas nie będzie, masz mieć na nie oko. Nie interesuje mnie, czy to dzieciaki, pijacy, włóczędzy czy twoi koledzy. Jeśli ktoś będzie się tu kręcił, przepędzisz go. - Rzekł stanowczo Pieter. — A jeśli coś zginie, wtedy nie będę prowadził żadnego śledztwa. Nie będę szukał winnych. Nie będę sprawdzał śladów, tylko potraktuję ciebie jako złodzieja. - Przepatrywacz zagroził parobkowi.

              -Właśnie przyłapałem cię z ręką w naszych jukach. Sam więc postawiłeś się na pierwszym miejscu listy podejrzanych. Tam skąd pochodzę złodziejom ucina się ręce. - dodał złowieszczo.

              Przez chwilę patrzyli jeszcze na siebie w milczeniu. W końcu Pieter odwrócił się do konia i poprawił popręg. — No, skoro już sobie wszystko wyjaśniliśmy, to zjeżaj stąd albo cię smagnę batem. — Syknął Pieter.

              Przepatrywacz nie był pewien, czy chłopak rzeczywiście kierował się wyłącznie ciekawością. Nie miało to jednak większego znaczenia. Od tej chwili wiedział już, że warto mieć na niego oko.

              O całej sprawie nie zamierzał robić zamieszania. Nie interesowało go bieganie do Kappela ani zawracanie głowy Sneiderowi. Gdy jednak nadarzy się okazja, wspomni o tym Tomasimo. Niziołek miał łeb na karku, a poza tym był jednym z niewielu nieludzi w tej wyprawie, którym Pieter ufał choć odrobinę bardziej niż reszcie. Ot, krótka informacja. Bez plotkowania i bez sensacji. To była wiedza, którą warto było mieć.

              1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
              👁
              1
              • DhratlachD Niedostępny
                DhratlachD Niedostępny
                Dhratlach jako Heinrich "Heinz" Kraus
                napisał(a) ostatnio edytowany przez Dhratlach
                #29

                Karczma, poranek

                Heinz dostrzegł gest karczmarki i nawet uśmiechnął się krótko i nieznacznie. Nie do niej, do siebie. Do siebie... ponieważ wiedział dobrze, że to nie miało sensu. Żadnego. Nie miał czasu, ani chęci, na bliższe znajomości. Nie ważne jak cudowne by nie były. Nie ważne, że właśnie to mogło go uratować od jego myśli i uczuć, które towarzyszyły mu dzień i noc.

                Zanurzył pysk w cierpkiej herbacie mentalnie dokładając kolejną cegiełkę do muru który stworzył wokoło swojego serca. Nie wiedział nawet czy bije w ten sposób. Czy jeszcze potrafi. Skryte zza murem żałości, rozpaczy i złych wyborów... nie słyszał go. Tak wysoki i gruby ten mur był. Czy jeszcze tam było? Jego... serce? Była w tym piękna, życiowa prawda... Wiedział, że nigdy nie zabije, ale też już nigdy nie rozsypie się w pył...

                Krucze sprawy i Albrecht

                Heinrich patrzał na kruki. Zimno, obojętnie, bez zainteresowania tym swoim pustym wzrokiem, w którego oczach przejawiał się lekkie iskry życia. Serce biło mu szybciej i to nie w dobrym tego słowa znaczeniu. Nie była to ekscytacja, bardziej instynkt każący sięgnąć po broń, choć nie czuł się zagrożony. przy najmniej nie teraz, jeszcze.

                Spojrzał na starca. Heinz był zmęczony i było to po nim widać. Znoszony. Jak stare buty, które widziały za dużo drogi, ale w swojej niewygodzie i wątpliwej użyteczności nad wyraz były wygodne by je zmienić, a wszystko dlatego, bo były łącznikiem-wspomnieniem dawnych czasów.

                - Musimy być ostrożni, Herr Albrecht. - powiedział ochryple tak jakby powtarzał te słowa w nieskończoność - Muszę zapytać, działy się jakieś niecodzienne rzeczy w ciągu ostatniego roku?

                Zaczynał mieć dość tej całej mieściny. Zdecydowanie już dawno wyczerpał swój limit socjalizacji i ogólnego gadania. Chciał usiąść. Chciał się napić. Chciał odpocząć i pójść spać snem, który jakby Morr dał zabrałby go... ale nie, Kruki pomarły... nie było komu zanieść jego duszę do Ogrodów...

                Było wiele rzeczy którymi Kraus szczerze i z całego serca gardził, a nawet i nienawidził. Jedną z nich były przesądy, ale nawet on nie był w stanie się uchronić przed niepokojem. Tam, w głębi. Masowa śmierć Strażników Ogrodów? Posłańców Pana Snów? To nie wróżyło, a i wróżbami też gardził, dobrze. Czuł to w kościach i nie było to dobre uczucie. Tym bardziej, że musiały pomrzeć lada chwila temu. nie było sił na tym świecie, by ich nie dostrzegł wcześniej...

                Seiler długo nie odpowiadał. Stał nad krukami z czapką naciągniętą nisko na uszy. Po jego minie można było wnosić, że żałował, iż wybrał się z Heinzem. Zdecydowanie wolałby raczej machać siekierką i pracować nad jego kurtą, od czasu do czasu pociągając z gąsiora z siwuchą.

                – Niecodzienne? – powtórzył cicho. – Po burzy, jaka przetoczyła się przez Imperium, wszystko jest niecodzienne, chłopcze. Ale jeśli pytasz, czy często znajdujemy stada martwych ptaków w polu, to nie. To coś nowego.
                Podsumował i przełknął ślinę. Rozejrzał się po sadzie, próbując obaczyć, czy nie czyha tam gdzieś, między drzewami, więcej dziwactw.

                – Może żerowały na czymś, co im zaszkodziło? – zaproponował przytomnie.

                Kraus uśmiechnął się w duchu. Jak nic, jego "głupie pytanie" podziałało zbawiennie na serce Seilera. Pamiętał o Burzy, choć w jego fachu, czy życiu, niewiele ona zmieniła. Zawsze była. Tak czy inaczej, byli tam i jak zwykle ryzykowali życiem, zdrowiem i przytomnością umysłu... Rzeczy które widział i przeżył. Może nie wierzył w przesądy i większość wierzeń miał gdzieś, to jednak... magia istniała. Istniała i była przesiąknięta złem do szpiku kości. Tak. Klątwy istniały...

                - Może. - powiedział i spojrzał na martwe ptaczyska okiem człowieka o wielu rzeczach nie mówił. Dlatego bo wiedział. Niewielkie coś, ale jednak i ta wiedza nie była zdrowa. Była niebezpieczna. Sprowadzała na człowieka problemy. O wieleurzeczach nie mówiło się głośno, o wielu więcej? Lepiej było być ich całkowicie nieświadomym...

                Tu nie widział nic naturalnego. Widział klątwę. Widział czarostwo. Widział plugawy palec jakiegoś Niszczycielskiego, plugawego czy zapomnianego Bóstwa. Widział coś co przybyło z nimi, albo ujawniło się po ich przybyciu. Nie ważne co było prawdą... Prawdę którą znał nie napawała optymizmem. Z doświadczenia jednak wiedział jedno i jednego był pewien. Jak już zło się zaczęło ujawniać... to było jak dziki pies co obnaża kły zaraz przed atakiem...

                - Być może...

                Seiler spojrzał na Heinricha spod krzaczastych brwi. Wiedział, że chłopak nie wykrztusił wszystkiego, co mu chodziło po głowie, ale nie miał zamiaru nic z niego wyciągać. Był stary i nie strzępił języka po próżnicy. Martwe ptaki to kłopoty, a od kłopotów najlepiej trzymać się z daleka.

                – No dobrze – mruknął. – Co by nie było, lepiej nie stać nad tym ptaszyskami jak dwa głupie capy. Nic tu po nas.

                Cofnął się o krok od najbliższego kruka, a później zrobił parę kroków w stronę wioski starannie omijając truchła ptaków.

                – Do karczmy. Niech Łowca sam sobie na to obaczy to znalezisko, skoro taki z niego tępiciel złego. Ja swoje lata przeżyłem i nie mam zamiaru dokładać sobie do listy kłopotów ptasiej zarazy.

                Poprawił kożuch, splunął w bok i ruszył szybciej niż wcześniej, choć dalej. Chęć oddalenia się od ptaków dodała chyżości starym gnatom.

                Nie minęła chwila, a ramię w ramię ze Starcem kroczył Tłumacz, który miał przegniłe przeczucie. Cokolwiek tu się działo... nie było dobrze.

                Rozmowa ze Sneiderem

                Albrecht szedł obok Heinricha, aż do placu, ale gdy tylko zobaczył czarny kapelusz Sneidera przesuwający się między chatami, zwolnił. Cała jego wcześniejsza buta wyparowała. Już nie wyglądał jakby zamierzał powiedzieć Łowcy, co myśli o tym jego wezwaniu na spytki.

                – No... – mruknął, poprawiając kożuch. – Będzie tego. Pójdę do karczmy. Nie będę przeszkadzał urzędowym rozmowom.

                Powiedział lekko łamiącym się głosem, niezbyt pewnie. Chciałby może brzmieć godnie, ale coś nie wychodziło. Może widok budowanego na placu stosu odebrał mu ikrę odwagi. Odsunął się od chłopaka pół kroku, potem cały krok, a w końcu ruszył w stronę karczmy. Sneider stał przy jednej z chat i czekał, aż parobek zakołacze do drzwi. Drugi z pomocników przestępował z nogi na nogę parę kroków dalej, czerwony od mrozu i niezadowolenia.
                Łowca odwrócił głowę, gdy Heinrich podszedł bliżej.

                – Coś ważnego? – spytał mierząc Henricha uważnym spojrzeniem.

                Rudy spoglądał pustym spojrzeniem na Łowcę.

                - Sad. Strażnicy Ogrodów polegli. Cała chmara. - powiedział niegłośno i bez emocji. Nie było co więcej dodać, chyba, że Sneider by coś chciał wiedzieć.

                Sneider zatrzymał się w pół kroku i spojrzał na Heinricha. Przez moment milczał, próbując dojść przyczyny tego o czym mówił mu chłopak, ale nagle na jego twarzy pojawił się wyraz zrozumienia. Coś sobie przypomniał.

                – Musiały żerować na jakimś padłym zwierzoczłeku – powiedział sucho. – Zdarza się. Zwłaszcza zimą. Głodne ptactwo tyka się spaczonego mięsa, a potem pada. Albo nie pada i... ciągnie je na północ. – dokończył.
                Jego wzrok powędrował za Heniza, mając nadzieje, że dojrzy coś z miejsca w którym stoi, ale byli za daleko. Westchnął.

                – Dobrze, żeście mi powiedzieli. Zostawimy to na razie. Niech nikt tego nie zbiera, póki nie skończę z ludźmi. Potem obejrzę. Jeśli trzeba, spalimy każde truchło. – zakomenderował.

                – Coś jeszcze? – zapytał.

                - To wszystko, Herr Sneider. - odpowiedział Heinz, choć w głowie miał dość myśli które potrzebowały wody na młyn zrozumienia, a przez wodę miał na myśli... alkohol.

                Jak wykoncypował, tak poczynił. Siedział w karczmie pijąc piwo... i zaczynał wątpić czy Łowca Łowcą był, czy po prostu doszedł do niegroźnej konkluzji zbyt wcześnie, czy może ukrywał swoje właściwe myśli. Ta wątpliwość była tym co powstrzymało rudego przed sprostowaniem wypowiedzi. Nie ważne co by nie zrobił i tak nie był zadowolony.

                Był w obcym miejscu, wśród obcych ludzi do których przybył z obcymi ludźmi. Nie ufał i nawet nie lubił ich, ale był czas by się przekonać. Czekał, w gotowości by wymienić się faktami z resztą. "Strażnicy Ogrodów polegli" i nic na to nie mógł poczynić... tylko być wielokrotnie bardziej czujnym.

                And if my lack of fear bring the death of me
                Let the Spirits of my Ancestors envelop me!

                1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                1
                • WiredW Niedostępny
                  WiredW Niedostępny
                  Wired jako Tomasimo Ashfield
                  napisał(a) ostatnio edytowany przez Wired
                  #30

                  Tomasimo wyszedł z karczmy próbując nie dawać poznać po sobie, że go Klaus wkurwia.
                  Ewidentnie miał ich za nic, jak i ich bezpieczeństwo, byli jedynie narzędziem w jego misji. On zaś miał sporo wątpliwości co do metod i samego Łowcy. Byli obcymi w jakiejś bogu ducha winnej wiosce, z której nawet ucieczka nie uchroniła poborcy podatkowego od śmierci. Mieli mieć prawo pytać, żądać a on jeśli chciał nimi dowodzić powinien wziąć pod uwagę ich poglądy, no chyba że chce być sam i każdemu grozić, co prędzej skończy się wyniesieniem ich na taczkach za obręb sioła niż jakimkolwiek sensownym śledztwem.

                  Zimne powietrze po wyjściu z budynku dobrze zrobiło niziołkowi, a spacer z Tycim tam gdzie go węch powiedzie brzmiał jak dobry początek dnia. Psu się należało, a i Tomasimo potrzebował rozchodzić myśli.
                  Obrana przez psa ścieżka prowadząca do kaplicy była bogata w kości, kły, szczątki wilków. Jak na lokalną wiarę w to że każdy wilk jest zwierzęciem Ulryka to strasznie dużo szczątków tych zwierząt tu mieli - zauważył niziołek. Pies obszedł poświęcony przybytek i szybko za tropem skierował się do małej chaty obok. Tomasimo zapukał...
                  - Czego? - rzucił wkurzony od progu kapłan z solidnymi śladami obicia mordy, zapewne przez Klausa.
                  - Modlitwy i dobrego słowa - odpowiedział niziołek zmieszany widokiem zakrwawionej twarzy kapłana.
                  - Wybaczcie ojcze Berengar, że nachodzę o tak wczesnej porze, ale nie mamy dużo czasu, Łowca Czarownic przybył do sioła.
                  - Choć mniemam że już mieliście nieprzyjemność zamienić z nim zdanie - zrobił pauzę - mogę wejść? Nie zajmę dużo czasu.
                  - Zwą mnie Tomasimo Ashfield, jestem żołnierzem Hochlandu, a właściwie byłem bo już po wojnie i nas tymczasowo zwolnili ze służby.
                  - Łowca wzywa na posłuch do karczmy, buduje stos, liczę że uda mi się znaleźć powód jego przybycia zanim pomyśli o jego podpaleniu - dodał.
                  - Chcę pomóc wiosce ojcze, czasy niespokojne po wojnie, ludzie biedni i zdesperowani, cokolwiek go tu przywiało zapewne nie wymaga palenia ludzi. Pomóżcie proszę - rzekł niziołek patrząc w oczy hardego starca, chcąc dać mu do zrozumienia że nie jest wrogiem.
                  - Noc temu stado wilków nas zaatakowało, ten co im dowodził był chyba mutantem, albo gorzej, śmierdział jak trup, chorobliwa zielonkawa ślina ciekła mu z paszczy, gnił za życia albo i dawno temu umarł a jakaś nienaturalna siła trzymała go w tym świecie.
                  - Dużo wilczych kłów w wiosce, a podobno na nie nie polujecie, zwierzęta Pana Zimy chorują w okolicy? A może widzicie ojcze w tym omen jaki? - zapytał Ulrykanina licząc że go tematem wiary jakoś zainteresuje.

                  Berengar nie odsunął się od drzwi. Stał w progu jak stary pies, którego ktoś zdzielił kijem, ale który mimo to nie zamierza ustąpić. Spojrzał na Tomasimo spod spuchniętej powieki, potem na Tyciego, a później znów na niziołka.
                  – Wejść? – powtórzył chrapliwie. – Nie. Kategorycznie kurwa nie.
                  Drzwi nie zamknęły się jednak od razu. Kapłan opierał jedną dłoń o framugę, drugą przytrzymywał przy piersi rozchełstaną nocną szatę. Widać było, że nie miał ochoty stać na zimnie, ale jeszcze mniej miał ochotę zaprosić Tomasimo do środka.
                  – Łowca Czarownic przybył do sioła? – prychnął – Co ty nie powiesz? Wiem. Przyszedł do mnie w nocy. Przysłał go jakiś niziołek, jak sam rzekł. A że drugiego niziołka w tej zapomnianej osadzie na końcu świata nie ma, to chyba nie muszę pytać, komu zawdzięczam tę uprzejmość.
                  Jego głos był niski i zdarty. Każde słowo musiało przejść przez spuchniętą wargę i przez to brzmiało jeszcze bardziej nieprzyjemnie.
                  – Chcesz pomóc wiosce? To miej baczenie na swojego kolegę. Gaduła z ciebie, panie Ashfield. I impertynent, skoro wpraszasz się do moich progów po tym, coś odwalił.
                  Kiedy Tomasimo wspomniał o stosie, Berengar uśmiechnął się krzywo, bez cienia wesołości.
                  – Stos. Oczywiście. Sigmaryci kochają swoje stosy. Nie zapłonie jednak w mojej wsi. Niech zada swoje pytania i spierdala.
                  Na wzmiankę o wilkach twarz kapłana na chwilę stężała. Nie wyglądał, jakby uznał to za głupstwo. Przeciwnie. Mimo to nie odpowiedział od razu. Popatrzył ponad ramieniem Tomasimo, ku zamkniętej kaplicy i kościom wiszącym przy ścieżce.
                  – Kły w wiosce są stare. Większość przynajmniej. Kościół wystąpił o te ziemie, ponieważ miejscowi zawsze byli blisko Ulryka i dbali o miejscowe watahy. Jest tu parę zabobonów, ale wszystko to bliskie jest Panu Zimy. Tak było wcześniej i tak jest teraz. Nie musicie mnie uczyć naszych zwyczajów, panie żołnierzu z Hochlandu.
                  Splunął w bok, ale zaraz skrzywił się z bólu, bo spuchnięta warga przypomniała mu o nocy.
                  – Czy wilki chorują? Nic mi nie wiadomo, ale może który pogryzł jakieś zwierzę lub kreaturę Chaosu. Mało ich mamy teraz w okolicy? Plotek nie słyszeliście? Zwierzęta zimą marnieją, głodują, żrą, co popadnie, i rzucają się na różne stworzenia. Nie pomyśleliście o tym? – zapytał i trzeba mu było oddać, że argument był nie do zbicia.
                  Przez chwilę milczał. Złość nie zeszła mu z twarzy. Właściwie przeszła w bardziej surowy grymas. Ostatnie słowa rzucił z jawną goryczą.
                  – A jeśli tak bardzo przeszkadzało wam, że stary kapłan oddaje się nocą cielesnym uciechom z niewiastą, to powiem jasno. Moja sprawa, gdzie to robię i z kim. Nie będę się tłumaczył przed Łowcą albo niziołkiem, który posyła na mnie drabów w nocy.
                  Pochylił się odrobinę. W tym ruchu kryło się ostrzeżenie.
                  – Jeśli jeszcze raz naślecie na mnie kogoś w nocy, to będzie wasz koniec, panie Ashfield. Może nie tylko w tej wsi. Możecie być żołnierzem Hochlandu, ale nie macie tutaj mocy. Proszę sobie wziąć radę do serca, które tak łaknie słów i modlitwy kapłana.
                  Berengar cofnął się pół kroku, jakby rozmowa dobiegła końca.
                  – Na posłuch przyjdę, jeśli uznam, że warto. A teraz zabierzcie psa spod mojego progu i dajcie mi się ubrać – powiedział, po czym trzasnął drzwiami.

                  Widząc, że grzecznością nic nie wskóra niziołek zmienił ton:
                  – Nikogo na Was nie nasyłałem, niedorzeczność! - zaoponował niziołek - i to nie mój kolega, wynajął mnie do przeprawy przez las.
                  – Dziecko nas ostrzegło, by w nocy do kaplicy się nie zbliżać, z racji że nowi w siole to informacją się podzieliliśmy.
                  – Szczerze chuj mnie obchodzi kogo chędożycie po nocach, wyglądam Wam na Sigmaryckiego fanatyka głoszącego purytanizm obyczajów?
                  – Dziwne że Sigamrycie co chce stosy w Waszej wiosce rozpalać tak ufacie, że mi nawet grozić chcecie, ja Wam gęby nie obiłem - zakończył temat nocnej wizyty Łowcy u kapłana.

                  – Ojcze Berengar, z jakiegoś powodu ten Łowca Czarownic tu jest, możemy się tego dowiedzieć po mojemu, rozmawiając, szukając powodów mutacji wilków, albo zostawić to Sigmarycie i jego stosom, wybierzcie rozsądnie, nie uśmiecha mi się patrzeć jak ludzie płoną tylko dlatego że Wam kto gębę i kuśkę obił i nie chcecie współpracować.
                  – Plotka głosi że jakiegoś poborcę podatkowego przegnano z okolicy, ni chuja to sprawa dla Łowców, chyba że go po wizycie w Waszym siole znaleźli w stanie takim jak my wczoraj wilki. Wiecie co się wydarzyło? - zaryzykował jeszcze jedno pytanie Tomasimo.
                  – Jak nie przyjdziecie na posłuch to pewnie przyjdzie do Was, moim zdaniem nie ma co zaogniać tej relacji ale zrobicie co uważacie, dobrego dnia dobrodzieju - dodał i uchylił lekko kapelusz żegnając się.

                  Drzwi chaty kapłana trzasnęły Tomasimo przed nosem.
                  – Choć Tyci, czas na nas - powiedział do psa i zawrócił w stronę kaplicy, planując porozmawiać z matką dziecka albo i samym dzieckiem, wielki błąd że nie zaczął od nich.

                  Tyci podniósł łeb, powęszył przy progu i spojrzał na swojego pana z miną. Mina wskazywała na to, że go rozumie i współczuje. Psy były najlepszymi przyjacielami ludzi i wyglądało na to, że niziołków też. Tomasimo ruszył w dół, z powrotem ku wiosce. Ścieżka spod kaplicy była wąska i śliska, miejscami wydeptana do twardego lodu, więc trzeba było uważać, gdzie stawia się stopę. Na dole Dunkelwald coraz wyraźniej zbierał się pod rozkaz Sneidera. Ludzie wychodzili z domów, w pośpiechu zarzucając płaszcze, poprawiając czapki i zamykając drzwi. Część z nich wydaje się udawała, że wszystko jest w porządku, jakby udawali się na zebranie. Druga część nie kryła się z przestrachem i chciała mieć nieprzyjemną rozmowę za sobą. Tomasimo udał się na plac za mieszkańcami.

                  Wtedy właśnie dostrzegł kobietę, która poprzedniego wieczora odciągnęła chłopca od studni. Wychodziła z jednej z chat bliżej placu. Miała na sobie ciemną, wełnianą chustę i gruby płaszcz. Jej twarz była zatroskana. Obok niej szedł mąż. Wysoki, kościsty mężczyzna o zapadniętych policzkach i spracowanych dłoniach. Kobieta trzymała go pod ramię, czerpiąc z jego bliskości wsparcie. Kierowali się do karczmy, jak wszyscy. Mężczyzna mówił coś pod nosem, zły i niewyspany, ale kobieta uciszyła go krótkim spojrzeniem. Dopiero gdy zauważyła Tomasimo schodzącego od strony kaplicy, zatrzymała się na pół kroku. Jej dłoń zacisnęła się mocniej na ramieniu męża. Rozpoznała niziołka od razu. To było widać.
                  Mąż też spojrzał w jego stronę, najpierw nieufnie, potem ostrzej.
                  – To ten? Jeden z nich? – burknął cicho.
                  Kobieta nie odpowiedziała. Patrzyła na Tomasimo i przytaknęła. Niziołek mógł podejść i się przywitać, choć instynkt podpowiadał mu, że może nie być to najlepszy pomysł. Tak czy owak droga do karczmy była jedna. Prędzej czy później będą musieli się minąć.

                  – Jeden z których? - zagaił do mężczyzny niziołek starając się wyglądać pogodnie i przyjacielsko.
                  – To że nas najął Łowca Czarownic do ochrony w podróży nie znaczy że jesteśmy z nim jakoś związani - wyjaśnił grzecznie, licząc że chociaż Ci nie będą go traktować jak zarazy i zamienią z nim słowo.
                  – Nie jest łatwo odmówić komuś kto ma takie uprawnienia... sami wiecie - dodał dając do zrozumienia że ich sytuacja wiele się nie różni.
                  – Jestem Tomasimo Ashfield, wybaczycie mi jeśli potowarzyszę Wam w drodze i zadam kilka pytań?
                  – Wasz syn nas przestrzegał przed kaplicą nocą, o co chodzi? W ogóle macie pomysł czemu Łowca chciał tu przejechać?

                  Twarz mężczyzny twardniała z każdym kolejnym słowem Tomasimo. Najpierw zniknęła z niej resztka porannego zmęczenia, potem zwykła niechęć, a na końcu została już tylko zimna, chłopska wrogość. Ręka kobiety zacisnęła się mocniej na jego ramieniu, jakby chciała go powstrzymać, ale było za późno.
                  – Uważam, że kłamiesz niziołku – powiedział mężczyzna cichym, lodowatym głosem. – Jesteś dobrym kamratem Sigmaryty. Widzę, że wracasz od strony kaplicy. Węszysz i chcesz nas na stosy brać. Jak nic nie znajdziecie, to coś sobie wymyślicie. Ty masz być tym kreatywnym? Tak. Widzę to. Mam nadzieję, że twoje krwawe złoto będzie ci ciążyć w sakiewce niziołku. – Syknął.
                  Kobieta pobladła, czując jak ciało jej męża się spina.
                  – Dieter, chodźmy.
                  Ale Dieter nie poszedł. Zrobił pół kroku w stronę Tomasimo, nie tyle groźny przez siłę, ile przez nagłą gotowość do głupiego czynu.
                  – Nie będziesz mi dziecka wypytywał niziołku, ani mojej żony zaczepiać nie będziesz. Powiem ludziom jakie z ciebie oślizgłe stworzenie. Jeśli myślisz, że oczarujesz kogoś ze wsi swoimi słowy, to się grubo mylisz. Won mi sprzed oczu! - krzyknął, a okoliczni mieszkańcy, którzy zmierzali do karczmy spojrzeli się przez ramię. Zamiast jednak czekać, aż niziołek się odsunie, sam ruszył do przodu ciągnąc żonę za sobą. Nie czekał długo. Podszedł do swoich sąsiadów i zaczął im szeptać do ucha wskazując Tomasimo palcami. Wyglądało na to, że przeczucie dobrze mu podpowiadało. Mógł sobie darować tą rozmowę.

                  Tomasimo wzruszył ostentacyjnie ramionami tak by wszyscy widzieli. Minę miał nietęgą. Spojrzał na psa. Ludzie powinni się uczyć od zwierząt. A propos, chciał zobaczyć czy woda zdrowa na jakimś małym zwierzaku, już oczami wyobraźni widział jak w wiosce rozpowiadają że zwierzynę truje. Co za los. Skierował swoje kroki do stajni, mając nadzieję że znajdzie tam kota lub mysz i jakiś spodek na który mu wody lub mleka nalewają, w stajni ciepło a i obrok sprawia że myszy szukają szczęścia. Może przy okazji spotka chłopca stajennego, pożali mu się z bycia niezrozumiałym. Służba często obrywa za nie swoje winy, więc może go zrozumie i coś doradzi, a może i widział coś co inni przeoczyli. Karczma jest tu jedna, więc poborca podatkowy i jego pewnie spotkał.

                  text alternatywny

                  Tomasimo wszedł do stajni, z Tycim przy nodze. W samej karczmie roiło się już od ludzi, ale w stajni gwar było słychać ledwo przez ścianę. W środku pachniało końmi i morkym sianem. Pieter nadal krzątał się przy swoim wierzchowcu, spokojny i skupiony na robocie, jakby nic ciekawego nie miało tu przed chwilą miejsca. Na jednej z beczek siedział kot. Szary, pręgowany, z ogonem owiniętym wokół łap. Patrzył na niziołka tak, jakby niziołek naruszył granice jego królestwa i oczekiwał od Tomasimo przeprosin. Czujne kocie oczy przypatrywały się każdemu jego ruchu.

                  – Jeszcze trochę i na widłach nas wyniosę z tej wioski, Klausowi udało się wkurwić już chyba każdego. - rzucił do towarzysza.
                  – A kapłanowi Ulryka któremu obił mordę w nocy powiedział, że ja go do niego przysłałem, no co za chuj!
                  – Ulrykanin oberwał pewnie z powodu kochanicy - dodał ciszej - schadzki w kaplicy robi.
                  – Działo się coś ciekawego? - zapytał niziołek podchodząc do kota, wystawił do przodu niespiesznie dłoń dając zwierzęciu ją powąchać i poznać że nie pachnie zagrożeniem. Może podejdzie i da się pogłaskać? Tomasimo rozejrzał się za jakąś miską czy podstawką, na pewno coś było takiego w stajni, nalał tam wody z bukłaka i podstawił kotu do picia. Zwierzę nie było płochliwe, najwidoczniej przyzwyczajone do ludzi.

                  Kot nie był zainteresowany ani miską, ani dobrymi intencjami Tomasimo. Kiedy niziołek spróbował mimo wszystko napoić go bardziej stanowczo, zwierzę zareagowało tak, jak reagują koty, kiedy się je do czegoś zmusza. Syknęło ostro, wygiął grzbiet i zaczął wierzgać z nagłą, wściekłą zajadłością. Przez chwilę w stajni wrzała walka. Kot drapnął Tomasimo po dłoni, szarpnął się, prychnął jak mały demon, po czym wreszcie napojony obficie wyrwał się z jego uchwytu. Zeskoczył na ziemię, przemknął między beczką a żłobem i wypadł ze stajni z chyżością ściganego złodzieja. Na tyle na ile mógł ocenić, woda w tych paru chwilach nie zadziałała na niego jakoś specjalnie.

                  Tomasimo poczuł na sobie wzrok Pietera, więc wyjaśnił:
                  – Woda ze studni dziwnie wygląda, podobno typowe zimą, zobaczymy czy nie zaszkodzi kotu jak wróci do stajni. Na ludzi i bydło może nie działać tak szybko jak na mniejsze organizmy.
                  To rzekłszy spojrzał na niewielkie zadrapanie dłoni oceniając czy warto na to zużywać opatrunek.
                  Wymienił się z Pieterem informacjami, poobserował kota, po czym poszedł do karczmy zobaczyć przedstawienie jakie planował Łowca.

                  text alternatywny

                  Niziołek zaszedł do karczmy gdzie było już sporo ludzi którzy nie mieli oglądać jak Łowca na placu dogląda budowy stosu, przedarł się do baru i zamówił kufel cydru.
                  – Mieliście rację Panie Kappel co do tej beczki prochu, pochodziłem trochę po wiosce, wszyscy nas tu już chyba nienawidzą tylko dlatego że z kapelusznikiem przyjechaliśmy. Psia jego krew. Próbowałem z kapłanem rozmawiać ale zatrzasnął drzwi, obwinia mnie za to że go Łowca Czarownic w nocy nawiedził, jakbym wiedział gdzie i czemu ten łazi gdy inni dawno śpią. Niech Verena ma nas w opiece.
                  – Jak dla Was to nie będzie problemem gospodarzu to doliczcie to do rachunku Łowcy, gdyby się z Wami kłócił to zapłacę jak wcześniej, ale skoro mi krwi psuje sukinkot, to niech płaci.

                  Rozejrzał się szybko po stołach i wyłapał rudego przy jednym z nich. Siedział w kącie pod ścianą, z dala od innych bo i wieśniacy nie mieli ochoty dosiadać się do obcego, ale ogólnie dobre miejsce na obserwowanie całej karczmy. Skierował tam swoje kroki i dosiadł się.
                  – Jakieś wieści po poranku? Mnie prawie Dieter nie pobił. Wszyscy mają nam za złe to co kapelusznik robi.
                  – Jakbyśmy byli jego kopiami czy mieli na niego jakiś wpływ.
                  Po czym nachylił się i cicho dodał:
                  – Kapłan ma mordę obitą, Klaus go w nocy odwiedził.

                  1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                  0
                  • ZellZ Niedostępny
                    ZellZ Niedostępny
                    Zell jako Moriz Richter
                    Moderator Obsługa
                    napisał(a) ostatnio edytowany przez Zell
                    #31

                    Zabawa dzieci powiedziała już więcej niż słowa dorosłych pewnie powiedzą. Moriz nie przeszkadzał dzieciom i nie wtrącał się w ich działania póki Johan nie zwrócił na niego uwagi i w końcu się do niego nie odezwał. Richter podszedł bliżej "stosu" i przyklęknął by bpatrzeć na dziecko z jego poziomu, a nie z góry.
                    - Kto miał być Łowcą Czarownic? - zapytał omijając w ten sposób kwestię, że mama dziecka mówiła by z nimi nie gadał.

                    Johan przez chwilę patrzył na Moriza z wyrazem dziecięcej konsternacji, jakby próbował zrozumieć, czy właśnie został przyłapany, czy zaproszony do dalszej zabawy. Chyba zadecydował, że chodzi o to drugie, bo widoczne napięcie w jego postawie i ramionach widocznie zelżało.
                    – Ja – powiedział po chwili.
                    Młodszy chłopiec, który bawił się wraz z nim spojrzał na niego z urazą.
                    Johan rozglądnął się, czy aby przypadkiem Marta nie wróciła zanim odpowie. W tym celu zerknął za Moriza. Kiedy był pewny, że nie ma jej w okolicy pokręcił przecząco głową.
                    – Z nią nie – odpowiedział. – Marta to zołza i chce grać tylko księżniczki, albo poszukiwaczki przygód.
                    Młodszy chłopiec kopnął patyk w śniegu, ale skinął, że zgadza się z kolegą.
                    – Czasem z chłopakami gramy w Łowców i mutantów. – oznajmił Johan z dużo mniejszym lękiem niż wcześniej jego kolega.
                    - A dlaczego w zabawie bogowie musieli być przebłagani? Nie kojarzę bogów, co ofiar by chcieli... ale może zapomniałem? Ty widziałeś coś takiego? - Mortiz zachęcał dziecko do wytłumaczenia mu.
                    – Głupi. Wszysycy bogowie lubią ofiary. Nawet dzieciaki to wiedzą. I nie przebła.. nie przebłaguje się ich. Tylko o coś prosi. – oznajmił młodszy z chłopców, mając problem z wymówieniem jednego słowa. Johan przytaknął marszcząc brwi. Chyba nie rozumiał, czemu Moriz zadał swoje pytanie.
                    – Chcesz z nami zagrać? Potrzebujemy nowej ofiary skoro Marta poszła. – zaproponował Johan.

                    Moriz zastanowił się chwilę. Kilka patyków i narzucony na ręce sznur nie powinny być problemem.
                    - Czemu nie. Zrobicie jak to widzieliście?
                    Johanowi oczy rozbłysły od razu. Nie dlatego, że Moriz zgodził się wejść w zabawę, ale dlatego, że ktoś dorosły potraktował ich poważnie. To było dużo lepsze niż Marta, która chciała być poszukiwaczką przygód i jej marudzenie.
                    – No to stań tutaj – powiedział Johan i wskazał miejsce na ubitym śniegu. – Ofiara stoi w środku. Nie ucieka, bo bogowie wtedy nie słuchają.
                    Młodszy chłopiec podniósł sznurek i obwinął Morizowi dłonie, co skończyło się równie niezgrabnie jak u dziewczynki. Chłopcy zaczęli układać patyki wokół Moriza, z powagą zupełnie niepasującą do ich wypieków na twarzach i chaotycznych ruchów. Johan wziął pęk kory, młodszy chłopiec wsypał trochę śniegu do pękniętego kubka i postawił go przed Richterem.
                    – To dla Pana Zimy – oznajmił Johan. – Żeby wilki nas chroniły.
                    – I żeby woda ze studni znów smakowała jak latem – dodał młodszy.
                    Johan spojrzał na niego ostro.
                    – Z wodą jest wszystko w porządku głupku. Nie marnuj woli bogów na głupoty.
                    Chłopiec pokiwał głową, a później obaj zerknęli konspiracyjnie w stronę domów, a potem na Wilcze Drzewo. Johan nachylił głowę i powiedział ciszej...
                    – Oraz, żeby znów przyjechał ten handlarz z cukierkami jak rok temu i dał nam coś słodkiego – powiedział, a na samo wspomnienie łakoci, na jego twarzy wykwitła rozmarzona błogość.
                    - Tamta kaplica jest Pana Zimy? - Moriz zapytał stojąc na wskazanym miejscu i nie wyrywając się jak i chcieli chłopcy, aby nie psuć zabawy, a jednocześnie zrozumieć czym według dzieci jest Pan Zima.
                    Chłopcy spojrzeli na Moriza jak by ten zadał jakieś głupie pytanie.
                    – Tak. Ulryk, Pan Zimy. Mama nie nauczyła cię kim on jest? - zapytali obaj zdziwieni, ale po chwili wrócili do zabawy. Johan wyciągnął z połów zimowego kubraka zapałki i spróbował podpalić patyczki, ale był zbyt mokre i zimne, by mogło się to udać.
                    - Często prosicie tak pana Zimę w wiosce? I czy jego wilki naprawdę was chronią wtedy? - zapytał - Tam gdzie żyłem nie działo się tak.

                    Konsternacja rosła w miarę rozmowy Moriza z dzieciakami. Do tego stopnia, że chłopcy zaczęli odczuwać lekkie zakłopotanie. Johan spojrzał na Moriza, a odpowiedź wybrzmiała dopiero po chwili, bo chłopcy musieli się zastanawiać nad tym, co dla innych w wiosce było oczywiste.
                    – No jak trzeba, to się prosi – powiedział. – Po lasach włóczy się dużo zielonych i zwierzoczłeków. Wilki nas chronią, ale trzeba im coś dać. Ty chyba też nie chciałbyś za darmo pracować głuptasie. Prawda? – odpowiedział chowiąc zapałki do pudełka.
                    – To się nie uda. Są do niczego. Możesz udawać, że płoniesz? – zapytał Johan Moriza.

                    Moriz był rozbawiony w duchu propozycją. Niezależnie czego dopuścił się w życiu to ani on, ani ludzie z jakimi przebywał nie zbliżali się do stosów. Powieszenie czy ścięcie - to inna sprawa, ale od Łowców Czarownic i stosów należało trzymać się z dala.
                    - Dobrze. - zgodził się - Z powodu możliwości spłonięcia należy unikać nocą kaplicy?
                    Zaczął nerwowo poruszać się w miejscu, jakby bojąc się rozpalanego pod nogami ognia i usilnie próbując go stłamsić bezskutecznie.

                    Johan zaklaskał w dłonie dając w ten sposób uznanie dla zdolności aktorskich Moriza. Parę osób idących do karczmy pokręciło z niedowierzaniem głową, obserwując co też czyni jeden z towarzyszy Łowcy.
                    – Słodki Ulryku – powiedziała jedna z kobiecin przechodząc – Czy on pokazuje dzieciom co z nami zrobią? Wiedziałam, że Łowcy Czarownic to okrutnicy, a ich pomocnicy to łotry, ale to przesada. – dokończyła.
                    – Chodź Greta. Nic tu po nas. Nie obgaduj go bo jeszcze się zeźli i ci mieczem rozpłata. Chodź... chodź Greta. – poradziła koleżance druga z starowinek i odeszły szybkim krokiem. Przeszły parę kroków, a dołączyło do nich parę innych kobiet. Wszystkie rozmawiały żywiołowo i wskazywały palcem Moriza przez plecy. Johan wybrał te właśnie chwilę, by odpowiedzieć.

                    – Nie głuptasie. Nocą nie chodzi się do kaplicy z innego powodu – kręcił głową chłopiec i poprosił konspiracyjnie Moriza, aby ten się nachylił, bo chciał mu coś powiedzieć na ucho. Moriz spełnił prośbę i przykucnął.
                    – Mama mówi, że nie wolno tam chodzi, bo Kapłan rżnie zielarke Martę. Nie wiem czemu tak mówi. Gdyby faktycznie chciał jej krzywdy to by była pocięta, a cała chodzi. Myślę, że mówią szyfrem, ale jeszcze tego nie rozgryzłem – pokiwał chłopiec, a jego młodszy towarzysz dodał...
                    – Może się w coś bawią? – zaproponował.
                    Moriz uśmiechnął się i pokiwał głową.
                    - Tak, musi być szyfr.
                    Pogłaskał Johana po głowie.
                    - Leć bawić się dalej z kolegą, ja mam trochę nudnych rzeczy dorosłych do zrobienia.



                    Przed odejściem od dzieci Moriz wyraził do nich nadzieję, że może się jeszcze kiedyś pobawią razem. Były one łatwym źródem informacji i choć trzeba było z ostrożnością brać ich słowa to jednak kłamać i wymyślać intrygi bardziej ich rodzice. Gdy wszedł do karczmy bez pośpiechu podszedł do swoich towarzyszy wyraźnie rozbawiony by szeptem im przekazać wiadomość dnia.
                    - Nie chodzi się nocą do kaplicy, bo jest tam rżnięta zielarka. Biedna kobieta. - oczy mu się śmiały w trakcie mówienia tego - Resztę przekażę jak się ten cyrk zakończy. - szepnął.

                    Writing is a socially acceptable form of schizophrenia.

                    1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                    2
                    • PiołunP Niedostępny
                      PiołunP Niedostępny
                      Piołun jako Mistrz Gry
                      napisał(a) ostatnio edytowany przez
                      #32
                      Tomasimo i Karczmarz

                      Kappel spojrzał na niziołka znad szynkwasu i przez chwilę gorączkowo coś rozważał. Wcześniej łatwo mu się komentowało Łowcę Czarownic, ale rosnący tłumek pod drzwiami jego karczmy odebrał mu nieco animuszu. Właściwie to rozważał teraz, czy zamiast odpowiadać, nie lepiej udać głuchego. Nie chciał jednak, by niziołek powtórzył swoje słowa głośniej, więc odpowiedział.
                      – Miałem rację, panie Ashfield? – mruknął, nalewając cydru. – To żadna pociecha. Akurat dzisiaj bardzo bym chciał jej nie mieć.
                      Postawił kufel przed niziołkiem i przetarł dłonie o fartuch.
                      – Drobiazg. Doliczę do rachunku. Wątpię, by się tym przejął. Tacy jak on mają głęboką kieszeń.
                      Spróbował uśmiechnąć się krzywo.
                      – Szykuje się ciężki dzień. Chyba żeby go przetrwać, sam się zaprawię – to powiedziawszy, ściągnął z kontuaru butelkę siwuchy i nalał sobie sporą porcję do cynowego kubka.
                      – Nie obraźcie się, panie Ashfield, ale wypiję za to, byście zrobili, co macie zrobić, po czym chyżo spierdalali ze wsi. Może jak przyjedziecie innym razem sami, to inaczej was przywitamy, ale teraz chętnie bym się was pozbył. – to powiedziawszy, wypił całą zawartość kubka, skwasił się i wyszedł do kuchni znaleźć coś, by przepić mocny trunek.

                      Pieter i Stajenny

                      W stajni chłopak, którego Pieter przyłapał przy jukach, zbladł jak duch, ale kiwał energicznie głową. Wizja uciętych dłoni lub bata, którym zagroził mu przepatrywacz, zadziałała na jego wyobraźnię i wzbudziła strach.
                      – Będę pilnował, panie – wyrzucił z siebie. – Będę. Przysięgam. Nikt niczego nie tknie. Ja tylko... ja nie chciałem kraść. Chciałem się tylko wywiedzieć, kto nas naprawdę odwiedził.
                      Przełknął ślinę i cofnął się o krok.
                      – Nic nie zginie. Słowo. Będę lepszy niż stróżujący pies – zarzekł się.
                      Potem chwycił niedbale porzuconą wiązkę siana, rozdał koniom do żłobów i wyniósł się ze stajni, choć obiecał zaglądać co chwila. To, jak chyżo czmychał, dało Pieterowi niejaką pewność, że chłopak spełni swoją obietnicę. Kiedy jednak niziołek odwiedził go później w stajni i opowiedział o tym, co go spotkało, przepatrywacz mógł zastanowić się, czy chłopak przypadkiem nie przekręci czegoś, rozpowiadając tłumkowi przy karczmie, jak to Pieter go postraszył i przymusił do uczciwego zadania, darowując kłopotów. Obszedł się z nim życzliwie, ale słowa można obracać i oglądać z różnych stron, a z tego, co mówił niziołek, mieszkańcy sioła już wyrobili sobie na ich temat zdanie.

                      ***

                      Przed rozpoczęciem przesłuchań bohaterowie mieli jeszcze chwilę, by zebrać się przy jednym ze stołów i wymienić wiadomości. Nie było czasu na długie opowieści, więc wymienili się faktami oraz być może wnioskami, jakie z nich wynikały. Każda z tych rzeczy osobno mogła być głupstwem, plotką albo wiejskim zabobonem, ale razem zaczynały układać się w coś niepokojącego. W końcu pogaduchy przerwał im Sneider, który otworzył drzwi, wpuszczając chłód do środka.

                      text alternatywny

                      Karczma „Pod Kwaśnym Jabłkiem” nie pomieściła całej wsi. Ludzie tłoczyli się więc przede wszystkim na zewnątrz, pod ścianą i przy obejściu, tworząc krzywy, marznący łańcuszek ciżby, która czekała na swoją kolej. Co jakiś czas drzwi uchylały się i wpuszczały do środka zimne powietrze. W izbie zostali ci, których wezwano jako pierwszych, gospodarze, drużyna i Sneider. Kappel kręcił się za szynkwasem z krzywą miną. Elsbeth siedziała w kuchni, piekąc podpłomyki, którymi miała nadzieję umilić czas przesłuchiwanym. Z jej kuchni dochodził słodki zapach oraz skwierczenie rozgrzanego tłuszczu. Zupełnie nie pasowały do aury strachu, jaka roztaczała się w izbie głównej.

                      Sneider stał przy największym stole, z rękawicami zdjętymi i położonymi równo przed sobą. Pozwolił pierwszej grupce ludzi trochę odstać i powiercić się nerwowo. Gra psychologiczna. Dopiero kiedy uznał, że wystarczy, uderzył knykciami w blat. Rozmowy ucichły nierówno, zarówno w środku, jak i na zewnątrz, blisko drzwi.
                      – Dobrze. Żeby poszło nam sprawnie, trzeba nakreślić pewien porządek rzeczy. Nie będziemy tu robić jarmarku. Będziemy prosić ludzi pojedynczo. Zaznaczajcie kreskami, ile osób przesłuchaliście. Pod koniec sprawdzę, czy zgadza się to z liczbą mieszkańców. Bierzcie po jednej osobie i dobierzcie się w grupy po dwóch. Kiedy z kimś skończycie, osoba wychodząca ma wpuszczać następną. Kilka minut na głowę, chyba że coś wyczujecie. Wtedy niezwłocznie dajcie mi znać.

                      Spojrzał na trójkę pierwszych osób w kolejce, potem na drużynę i upewnił się, że wszyscy rozumieją.
                      – Macie patrzeć uważnie. Nie tylko słuchać. Sprawdzajcie twarze, oczy, szyje. Szukajcie znamion, narośli, dziwnych blizn i odbarwień. Jednym słowem śladów choroby, wszystkiego, co mogłoby świadczyć o skażeniu albo mutacji. Jeśli ktoś drapie się pod ubraniem, chowa ręce, nie chce zdjąć czapki albo odwraca twarz, od razu zgłoście to do mnie.
                      Zerknął na drużynę, ale mówił tak, by słyszeli też mieszkańcy.
                      – Jeśli chodzi o metody i pytania, zostawiam wam wolną rękę. Popytajcie trochę o to, czy jakieś zwierzęta im nie pomarły, czy któryś z sąsiadów nie zaczął się dziwnie zachowywać, czy ktoś nie nabrał zabronionych, chaosyckich zapędów. Czemu tak naprawdę wypędzono ostatnio stąd poborcę podatkowego i tak dalej. Liczę na waszą kreatywność.

                      Zza drzwi dochodziły nerwowe odgłosy. Nie było wątpliwości, że mieszkańcy podsłuchują przez drzwi i chyba strapiło ich to, co zarządził Łowca.
                      – Kto skłamie, odpowie za to. Przyłapanym będę zdejmował skórę z pleców batem. Oczywiście za większe przewiny, a niech los broni, oddawanie czci złym bogom Chaosu, poślemy czerwonego kura pod stos z takimi.
                      Pozwolił groźbie wybrzmieć i dopiero wtedy wskazał trzy miejsca w karczmie. Przygotowane były trzy stanowiska, daleko od siebie, w różnych rogach karczmy, by przesłuchujący nie przeszkadzali sobie nawzajem.
                      – Pana sołtysa zapraszam do mnie – powiedział zimnym, stalowym głosem, a nieco lepiej odziany od reszty mężczyzna usiadł w miejscu, które wskazał mu Sneider.

                      Później odwrócił głowę ku swoim najętym pomocnikom.
                      – Ashfield i Falk. Będziecie pracować w jednej grupie i zajmiecie tamten kąt. Weźmiecie rzeźnika – wskazał przeciwległy róg gospody, po czym przesunął wzrok dalej.
                      – Richter i Kraus. Poczmychajcie sobie tam. Czeka was drugi stół. Będziecie przesłuchiwać zielarkę. Jak Sigmar pomoże, zaczynając od ważniejszych mieszkańców sioła, może szybciej się czegoś wywiemy. To wszystko. Powodzenia.
                      Nie czekał na potwierdzenie. W jego świecie rozkazy miały tę przewagę nad prośbami, że bardzo oszczędzały mu czasu. Nie minęła chwila, a wszyscy zajęli swoje miejsca zgodnie z wytycznymi.

                      ***

                      text alternatywny

                      Sołtys Otto Rauch oklapł na siedzeniu przed Łowcą. Był szeroki, krzepki, posiwiały na głowie i miał imponująco grube karczycho. Sneider znał takich ludzi, ten pokrój ludzi. Zapewne przez pół życia godził sąsiadów po bójkach, rozdzielał podatki, uciszał pijanych drwali i próbował rozładować ich spory na spokojnie. Tego ranka słowo „spokojnie” nie bardzo do niego pasowało. Miał zaciśnięte usta, pot na skroniach i mocno splecione palce. Sneider osiadł przed nim ciężko i popatrzył na niego nieprzyjemnie. Potem pochylił się lekko i zaczął z nim rozmawiać. Z drugiego końca karczmy nie dało się rozróżnić słów. Łowca mówił cicho i równo. Porzucił nawet gniewny grymas, ale zastąpiło go coś gorszego. Taka urzędowa spokojność, od której człowiek zaczynał mieć ciarki na skórze i przypominać sobie grzeszki z dalekiej przeszłości. Pozostali członkowie niechlubnego komitetu nie wiedzieli do końca, jak Łowca tego dokonał ani co powiedział rosłemu sołtysowi, ale nie minęła chwila, a Otto począł cicho szlochać.

                      Przy stole Tomasimo i Pietera usiadł Bruno, miejscowy rzeźnik. Był wielki, ale coś w jego sylwetce i sposobie poruszania mówiło im, że mógłby być szybki, a nawet niebezpieczny. Był zbity z warstw mięśni i miał biceps wielkości uda normalnej osoby. Zapewne wszystko to od lat noszenia półtusz na barkach i mięsnej diety. Karczycho i twarz miał nieco czerwone od zimna. Małe oczy, kryjące się pod krzaczastymi brwiami, były osadzone głęboko w czaszce. Odznaczał się też dużym, krzywym nosem, który kiedyś musiał zostać złamany, a potem źle złożony. Jego dłonie były szerokie, poznaczone drobnymi nacięciami i starymi bliznami. Paznokcie miał przycięte krótko, czarne przy brzegach od starej krwi. Zresztą brunatne, rdzawe plamy znaczyły obficie cały jego fartuch, którego nie zmienił na tę „odświętną okazję”. Bruno spojrzał najpierw na Pietera i Tomasimo, oceniając ich, a wnosząc po wyrazie jego twarzy, zrobili na nim raczej marne wrażenie.
                      – Miejmy to kurwa z głowy. Co chcecie wiedzieć? – zapytał, splatając olbrzymie ręce na torsie.

                      Przy stole Moriza i Heinricha pojawiła się Marta Eberlin, zielarka. Nie była stara, gdzieś w drodze między trzydziestką a czterdziestką. Miała ładne rysy twarzy, choć problemy, jakie rozwiązywała dla ludzi we wsi, zdążyły odcisnąć na niej swoje palce. Miała szczupłą, bladą twarz, przywodzącą na myśl jasny blask jutrzenki, i ciemne włosy schowane starannie pod chustą. Na gust Moriza była zawiązana zbyt starannie, jakby przed wejściem poprawiała ją kilka razy. Całość psuł jeden detal. Miała skórzaną opaskę zasłaniającą jedno oko. Pozostałym okiem, zielonkawym albo szarym, trudno było orzec w półmroku izby, patrzyła na nich uważnie. Pachniała ziołami i dymem. Roznosiła woń suszonej mięty i czegoś, co miało korzenny aromat. Przy pasie miała małą sakwę, kilka płóciennych woreczków i nożyk do korzeni. Dłonie trzymała na stole. Na jednym palcu miała świeże zadrapanie, na nadgarstku ślad po zaciśniętym sznurku albo bandażu. Usiadła powoli, z godnością. Nie wyglądała na kobietę, którą łatwo przestraszyć. Zanim spojrzała na Moriza i Heinricha, zerknęła ku drzwiom. Ojca Berengara nadal nie było.
                      Jeszcze.
                      – Normalnie lubię poznawać nowych ludzi, ale nie podoba mi się natura tego spotkania. Nie ukrywam, że chciałabym mieć je za sobą. Mam w domu masę pracy – oznajmiła i czekała na rozwój sytuacji.

                      Na zewnątrz łańcuszek mieszkańców przesunął się o krok. Podczas oczekiwania ludzie rozmawiali między sobą, wymieniając się informacjami o przybyszach. Nic, co dałoby się usłyszeć z karczmy. Były to raczej zduszone rozmowy, ale drużyna mogła odczuć, że jest na językach całej społeczności. To, co zrobili tego poranka, mogło się odbić na ich korzyść albo wręcz przeciwnie. Nie mogli jednak o tym myśleć. Trzeba było skupić się na tu i teraz. Chcąc nie chcąc, zakasali rękawy i zaczęli.

                      1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                      ♥ 👁
                      4
                      • ZellZ Niedostępny
                        ZellZ Niedostępny
                        Zell jako Moriz Richter
                        Moderator Obsługa
                        napisał(a) ostatnio edytowany przez Zell
                        #33

                        Heinrich przyglądał się kobiecie. Jej słowa były mu, aż nadto bliskie...

                        - Odwzajemniam sentyment. Nieszczęśliwie okoliczności są jakie są.- powiedział płasko, bez emocji - Heinz. Moim zadaniem jest wam pomóc, więc liczę na współpracę i muszę zapytać. Jakie najczęściej choroby dotykały mieszkańców w ciągu ostatnich lat i jakich ziół użyto przy ich leczeniu? Zdarzały się zioło-odporne schorowania? Co pomogło?

                        Moriz pozwolił rudemu towarzyszowi mówić pierwszemu. Nie był przeszczęśliwy z narzuconej na nich roboty, jako że przesłuchiwali to ci, z jakimi normalnie miałby na pieńku, a nie na odwrót, niemniej fakt przypisania zielarki wydał mu się dość zabawnym zbiegiem okoliczności... a może wcale nim nie był? Patrząc na kobietę zastanawiał się czy to co matka przekazała chłopcu nie było bardziej dosłowne niż wyglądało dla dorosłego.

                        Marta Eberlin przez chwilę patrzyła na Heinricha bez słowa. Nie wyglądała na urażoną pytaniem, ale też nie wyglądała na kobietę, która lubi tłumaczyć zawiłości swojej profesji. Zwłaszcza pod przymusem.
                        – Heinz – powtórzyła cicho, jakby sprawdzała imię na języku. – Marta. Skoro już przechodzimy sobie na „ty”.
                        Przeniosła wzrok na Moriza, zatrzymała go tam na chwilę, po czym wróciła do rudego. Zdrowe oko miała uważne, spokojne i trochę zbyt nieruchome.
                        – Najczęściej? Takie choróbska, co wszędzie. Zimą gorączki trzeba czasem zbić. Kaszel u dzieci wywabić. Zrobić okład na ropiejącą ranę albo zdusić ból makowym mlekiem, jeśli jest bardzo źle. Częste są odmrożenia. Bywa, że jakiś dom męczy biegunka. Bóle brzucha, bóle zębów, bóle krzyża, bóle głowy i moje ulubione, zażeganie słabości po tym, jak chłop za bardzo lubuje się w gorzałce. Ogólnie to, co wszędzie.
                        Mówiła spokojnie, bez popisywania się wiedzą.
                        – Na kaszel daję podbiał, tymianek, czasem miód, jeśli ktoś ma. Na gorączkę wierzbę, bylicę, napar z lipy albo czarnego bzu. Na rany krwawnik, babkę, żywokost. No chyba że rana zbyt wielka, by marnować ziele. Na brzuch miętę, piołun, kminek – wyliczyła, gładząc się po brodzie i zastanawiając, czy czegoś nie przegapiła.
                        Palcami prawej dłoni przesunęła po brzegu stołu, jakby ścierała coś niewidocznego.
                        – Ziołoodporne schorowania? Dziwne słowo. Są choroby, na które zioła nie pomagają, ale rzadko mam z takimi do czynienia. Będzie parę roków, odkąd ostatnio coś takiego się zdarzyło. Wtedy radzę do większego miasta się udać. Gołębich Sióstr szukać – dodała z nutą niechęci, kiedy przyszło jej mówić o kapłankach Shallyi, po czym poprawiła odruchowo opaskę, drapiąc się po policzku.
                        – A teraz powiedzcie mi, czego naprawdę szukacie. Bo nie wierzę, że Łowca sadza mnie tutaj po to, żebyście pytali o miętę na brzuch i krwawnik na skaleczenia.

                        - Zioła pomagają też na twoje ranki? - odezwał się wprost Moriz nie przedstawiając się.
                        Heinrich "Heinz" Kraus — 12/06/2026 13:14
                        Cień uśmiechu zawitał na twarzy Heinricha, ale głos ciągle utrzymywał bezemocjonalny.
                        - Jesteśmy bardziej podobni, niż może Tobie się zdawać. Natomiast... Co mój towarzysz pragnie powiedzieć... Prosiłbym o okazanie dłoni, przed ramion i tego co skrywasz za opaską do oględzin. Pytanie, kiedy ostatnio urodził się mutant i co z nim zrobiono? Nagradzam szybkość i szczerość odpowiedzi. Od karania jest Łowca...

                        Marta spojrzała na Moriza z wyraźną niechęcią. Jej zdrowe oko zwęziło się, a palce odruchowo przestały przesuwać po blacie.
                        – Jakie ranki? – zapytała chłodno. – Te zadrapania? Każdy uczciwie pracujący człowiek ma spracowane dłonie.
                        Na prośbę Heinricha uniosła ręce i odsłoniła rękawy. Były szczupłe, spracowane, poznaczone drobnymi skaleczeniami, plamami po sokach roślin i starymi oparzeniami. Potem podciągnęła rękawy do łokci. Poza śladem na nadgarstku i kilkoma zadrapaniami nie było tam niczego niezwykłego.
                        Kiedy Heinz wspomniał o opasce, jej twarz stężała.
                        – Dłonie i ramiona obejrzeliście. Opaski nie zdejmę – odpowiedziała. – Oko straciłam dawno temu i nie mam ochoty wystawiać pustego oczodołu na widok całej karczmy tylko dlatego, że Łowca dał wam wolną rękę.
                        Wypowiedziała to spokojnie, ale nieco szybko.
                        – Mutant nie urodził się tutaj odkąd byłam dzieckiem – dodała po chwili. – A gdyby się urodził, matka zapewne zadbałaby, żeby nikt się o tym nie dowiedział. Albo ojciec. Zwyczajowo jednak kładzie się takie niemowlęta na skraju lasu, lub głębiej.

                        - Obawiam się, że nie twoja w tym decyzja czy odsłonisz opaskę, czy nie. - odezwał się spokojnie Moriz - Nie musisz całej wioski zwoływać by oglądali, ale nam pokazać musisz. Zawsze możesz upierać się by Łowca sam przyszedł zobaczyć, choć odradzam tak mu na nerwach pogrywać. Nie masz czego się obawiać, prawda? A na pewno będziesz miała jeżeli bez powodu zmarnujesz jego czas.

                        - Uwierz, podoba nam się to tak samo jak Tobie. - powiedział z pewną łagodnością Heinz. Nie mniej szybko znów był nautralny - To formalność. Przykra, ale konieczna. Jak gorzki lek, który leczy.
                        - W międzyczasie, kiedy będziesz ujawniać swój oczodół, a to żaden powód do wstydu, mieliście jakiś gości spoza społeczności w ciągu ostatniego roku?

                        Marta przeniosła spojrzenie z Moriza na Heinricha. Jej twarz stężała, ale nie odezwała się od razu. Przez chwilę sprawiała wrażenie, jakby miała ochotę powiedzieć im obu, co sądzi o tej „formalności”, lecz krótkie spojrzenie w stronę Sneidera wystarczyło, by zmieniła zdanie.
                        – Nie mam nic do ukrycia – powiedziała chłodno. – Mam tylko dość tego, że jacyś obcy przychodzą do siołu i każą nam się obnażać. To uwłaczające.
                        Sięgnęła dłonią za głowę i rozwiązała rzemień opaski. Zrobiła to powoli, niechętnie, zaczepiając nim o włosy. Kiedy zdjęła skórzaną osłonę, nie odwróciła twarzy. Patrzyła na nich zdrowym okiem, jakby chciała sprawdzić, który pierwszy skrzywi się albo odsunie.
                        Pod opaską nie było oka. Powieki zostały zszyte grubą, ciemną nicią, a skóra wokół była blada. Rana zagoiła się dawno temu. Nie było tam świeżej krwi, ropy ani zaczerwienienia, tylko ciasno ściągnięta skóra nad pustym oczodołem.
                        A przynajmniej tak wyglądało to na pierwszy rzut oka.
                        Marta trzymała głowę nieruchomo, ale mięśnie przy szczęce miała napięte. Czekała, aż skończą oględziny.
                        – Napatrzyliście się? – zapytała. – Mogę zasłonić?
                        Dopiero wtedy odpowiedziała na pytanie Heinricha.
                        – Bywają goście, ale rzadko. Kupcy, traperzy, parę rodzin uciekających przed burzą, którzy zatrzymali się na jakiś czas. Poborcę też. Nic niezwykłego. Zwykle nie zostają na długo. Jesteśmy dość zamkniętą społecznością.
                        Jej dłoń z opaską uniosła się nieco, gotowa zasłonić ranę i wtedy Moriz to zauważył. Pod zaszytą powieką coś się poruszyło. Jakby ruch gałki ocznej pod skórą śpiącego człowieka, którego dławią akurat koszmary. Henrich chyba tego nie zauważył, ale on sam nie miał wątpliwości.

                        - Dziękuję za okazanie. - powiedział brodacz - Choć zastanawiam się... Kto tu robi za akuszerkę? Odbiera porody?
                        Morizowi nie podobało się to, co zauważył, ale nie miał zamiaru wzbudzać paniki. Nie teraz. Mogłoby sprawić, że się ukryją znowu. Chciał poinformować Łowcę Czarownic, ale może delikatniej by robactwo się nie rozlazło...
                        - I co z poborcą podatkowym? Był u was. - mruknął zimno.

                        Marta założyła opaskę z powrotem i poprawiła rzemień przy skroni, wyraźnie wzdychając i jak wiedział teraz Moriz, było to westchnienie ulgi. Dopiero wtedy odpowiedziała Heinrichowi.
                        – Ja odbieram większość porodów – powiedziała. – Jeśli ciąża przebiega źle albo dziecko nie chce wyjść, pomaga mi Greta Voller. Jest starsza, ale zna się na tym lepiej niż niejedna miejska akuszerka. Razem poradziłyśmy sobie dotąd ze wszystkim, z czym dało się poradzić.
                        Jej dłoń zatrzymała się na opasce, jakby sprawdzała, czy dobrze przylega.
                        – Nie każde dziecko rodzi się zdrowe, czy chociażby żywe. To jeszcze nie znaczy, że matka wydała na świat mutanta.
                        Na pytanie Moriza spojrzała chłodniej.
                        – Poborca przyszedł także do mnie. Pytał, podobnie jak wy o ilość dzieci w ostatnich latach, co by mu się wszystko zgadzało w tych jego... księgach.
                        Zamilkła na chwilę, a ostatnie słowo powiedziała wyraźnie ostrzej.
                        – Odesłałam go do sołtysa, bo nie mi zapisywać takie rzeczy. Później słyszałam krzyki przy placu. Kiedy wyszłam, już go wyprowadzali z siołu. Było raczej grzecznie, acz stanowczo.

                        Moriz postanowił zmienić temat.
                        - Co możesz nam opowiedzieć o kapłanie? Chyba łączy was dobra znajomość, czyż nie?
                        W tonie mężczyzny pobrzmiewała wyraźna dwuznaczność.
                        - Jeśli dobrze rozumiem... poborca przybył sam? Bez straży, czy wojska? - zapytał brodacz z nieznacznie uniesioną brwią - Ilu mniej więcej macie dorosłych w siole? Czterdziestu? Sześćdziesięciu?

                        Marta spojrzała na Moriza spod opaski. Nie spuściła wzroku, ani się nie zarumieniła jak można by się było może spodziewać. Zamiast tego tylko kącik ust drgnął jej nieprzyjemnie.
                        – Ojciec Berengar jest kapłanem tej wsi – powiedziała. – Znam go dobrze, bo trudno nie znać człowieka, który od lat dba o naszą małą społeczność.
                        Przesunęła palcem po krawędzi stołu.
                        – Jeśli pytacie, czy jest dobrym człowiekiem, odpowiedziałabym, że jest lepszym niż większość. Owszem jest trochę uparty u dumny i oraz przywykł do wygód swej roli, ale nie wykorzystuje ich.
                        Dopiero wtedy zwróciła się do Heinricha.
                        – Poborca nie przybył sam. Miał ze sobą dwóch ludzi. Najemników którzy znikneli po tym jak im zapłacił. Chyba chciał ich wynająć na drugą stronę, ale coś poszło nie tak. Nie znam szczegółów. Do mnie w każdym razie przyszedł sam.
                        Zastanowiła się krótko na pytanie o liczebność.
                        – Dorosłych? Będzie może z pięćdziesiąt dusz. A jeśli liczyć staruszków, którzy prawie z chałup nie wychodzą, pewnie byłoby więcej. Razem z dziećmi cała wieś to mniej niż setka ludzi. Mała dziura, jak pewnie już zdążyliście zauważyć.
                        Spojrzała na Heinricha uważniej.
                        – A co? Czemu pytasz?

                        - Faktycznie, niewielkie sioło. Mogliby odpuścić, przynajmniej w tym roku, bo produkujecie praktycznie na własne potrzeby. - Kraus wzruszył ramionami - Ciężko się rozwijać nie mając z czego. O przetrwaniu nie wspominając.

                        Dla Moriza sprawa z okiem była bardzo niepokojąca. Po co zielarka miałaby je ukrywać gdyby nie skrywała sekretu przed Łowcą Czarownic?
                        Hainz spojrzał na milczącego towarzysza.
                        Jak dla mnie wszystko. Masz jakieś pytania?

                        Moriz pokręcił głową i wstał z siedzenia nachylając się ku towarzyszowi by wyszeptać mu do ucha:
                        - Zajmij panią.
                        I dopiero po tym powiedział głośniej:
                        - Oddaję tobie honory.

                        Marta milczała. Nie zadano jej pytanie, a komentowanie dla podtrzymania rozmowy nie było w jej stylu. Spojrzała tylko na Moriza jakoś tak dziwnie, gniewnie, na ile dało się to oczywiście zrobić jednym okiem. Kiedy wstał, odprowadziła go wzrokiem. Jej twarz stężała jeszcze bardziej, kiedy zauważyła, że nie kieruje się ku drzwiom ani do kolejnego przesłuchiwanego, tylko w stronę Sneidera. Jej palce zacisnęły się na brzegu stołu.
                        – Coś się stało? – zapytała w końcu, cicho, ale już bez wcześniejszej uprzejmości.
                        - Łowca nakazał nam zdać niezwłoczny raport z rozmowy z waszą dwójką. - odpowiedział lakonicznie Heinz skinając głową w stronę rzeźnika kładąc na stole worek
                        - To czysta formalność - dodał wyjmując z niego kawał mięsa i odkroił z niego trzecią część porcji, by nabić ją na ostrze i skierować w stronę kobiety.
                        - Wspominałem, że nagradzam współpracę, prawda? - zapytał nader łagodnie o życzliwych, choć zmęczonych życiem, oczach

                        Moriz ruszył w stronę Sneidera i szeptem przedstawił mu co zobaczył w zachowaniu zielarki oraz, że jej zaleczone zaszycie na oku jest jedynie sposobem na uniknięcie pokazania swojego oka. Przekazał, że wyraźny ruch pod zszytą powieką.

                        Writing is a socially acceptable form of schizophrenia.

                        1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                        0
                        • WiredW Niedostępny
                          WiredW Niedostępny
                          Wired jako Tomasimo Ashfield
                          napisał(a) ostatnio edytowany przez
                          #34

                          - Miejmy to kurwa z głowy. Co chcecie wiedzieć? – zapytał Bruno, rzeźnik, splatając olbrzymie ręce na torsie.

                          Pieter zerknął na Tomassimo porozumiewawczo, czekając aż towarzysz zacznie rozmowę. Przepatrywacz wiedział, że jeśli chodzi o prowadzenie rozmowy, to znacznie lepszy jest niziołek. Niemniej Pieter chciał pomóc wedle swoich zdolności i zaczął uważnie przyglądać się rzeźnikowi, w szczególności postanowił zwracać szczególną uwagę na to, jak Bruno będzie reagował na poszczególne pytania. Pieter miał także w zanadrzu kilka swoich pytań, z którymi czekał na odpowiedni moment.
                          Niziołek spojrzał i ocenił zwalistą postać rzeźnika, człowiek pracy, zapewne lubi konkrety i nie ma co silić się na kurtuazję.
                          - Zwą mnie Tomasimo, a mój kompan to Pieter - przedstawił się na początek, oczekując że usłyszy jego imię (dopyta gdyby rzeźnik się nie przedstawił).
                          - Dla jasności, nie jesteśmy członkami świty Łowcy Czarownic, choć robi wszystko by tak wyglądało, najął nas do ochrony i przeprawy przez las, zawarł jednak w kontrakcie spełnianie jego drobnych poleceń, więc póki nie wymyśli czegoś horrendalnego nie zamierzam się z nim kłócić. Mówię to bo przeszedłem się rano po wiosce i już większość z Was ma nas za jego kopie, a koleś wzbudza grozę w większości.

                          Zrobił pauzę, gdyby Bruno chciał coś odpowiedzieć, po czym kontynuował.

                          - Jesteś rzeźnikiem, zacznijmy więc od Twojego fachu, zwierzęta w wiosce zdrowe? Noc temu napadły nas wilki, przywódca stada był mutantem albo gorzej, śmierdział jak trup a chodził, zielonkawa ślina lała mu się z pyska, nie bał się ognia. Teraz słuchy mnie doszły że kruki padły w wiosce, masowo, leżą w śniegu jak otrute i oby tam były jak wyjdziemy z tej karczmy. Zauważyłeś jakieś zmiany w zwierzętach w wiosce lub mięsie jakie do Ciebie trafia?

                          Bruno prychnął, kiedy Tomasimo skończył tłumaczyć swoją zależność od Łowcy. Nie wyglądał na przekonanego. Właściwie wyglądał tak, jakby każde kolejne słowo niziołka utwierdzało go w przeciwnym zdaniu.
                          - Dobra, dobra – mruknął. – Nie jesteście z nim, tylko jedziecie z nim, robicie, co każe, i przesłuchujecie ludzi, których wam wskaże. Wielka różnica.
                          Poruszył ciężko ramionami i podrapał się przez rękaw po lewym bicepsie.
                          - Zwierzęta są zdrowe – odpowiedział. – Nic się nie zmieniło. Nic mi ostatnio nie padło i nikt nie przyniósł mięsa, które wyglądałoby gorzej niż zwykle – dodał obojętnym zimnym tonem
                          - Wielka, bo nie jesteśmy fanatykami co widzą tylko biel i czerń i pewnie nie każde polecenie wykonamy - odpowiedział spokojnie niziołek - macie farta że przybył z nami a nie braćmi zakonnymi czy grupą nawiedzonych siepaczy.
                          - Jestem żołnierzem Panie Bruno, mam swój honor. Dużo mnie różni od religijnego fanatyka i liczę że moja obecność nada jego wizycie więcej ogłady.

                          - A ludzie? - wrócił do tematu - Ktoś chorował dziwnie? Mieliście zaginięcia, albo kogoś dawno nie widzieliście lub zniknął nagle z wioski?
                          - Dotarła do mnie plotka, że poborcę podatkowego przegoniliście z sioła. Rzadko się słyszy takie wieści, to uparci ludzie. Wiadomo Ci kto, jak, i jak dawno to było oraz czemu? Brak szlamu na podatki czy coś się wydarzyło?

                          Bruno słuchał wywodu niziołka przewracając oczami i wykazując jawnie, że ma gdzieś jego zapewnienia. Musiał tu jednak być i musiał kręcić głową więc, kiwał potakująco bez przerywania. Dopiero gdy niziołek skończył, rzeźnik parsknął cicho.
                          - Ano mamy wielkiego farta, żeście przyjechali – mruknął sarkastycznie – Chyba się zesram z tego całego szczęścia.
                          Znów podrapał się po ramieniu, a później przeszedł dalej odpowiadając na pytanie Tomasimo.
                          - Ludzie chorują jak zawsze. Zima przecież jest to i ludzie nosem pociągają. Nikt ostatnio nie zniknął. Poza poborcą, skoro już o nim mowa.
                          Jego szczęka napięła się nieznacznie.
                          - Co ja mam powiedzieć? – zadumał się – No przyjechał jakiś chuj ze spasionym brzuchem i świńskimi oczkami, mówiąc nam, żebyśmy wyskakiwali z sakiewek i zaciskali pasa w najbliższych miesiącach. Chciał pieniędzy i dóbr, które dajemy świątyni. Zagroził, że skonfiskuje zwierzęta i alkohol, jeśli nie zapłacimy. Jak myślisz Panie nizoł, jak nam się to spodobało? – zapytał retorycznie i machnął olbrzymią dłonią jakby odganiał muchę.
                          - No nie spodobało się. Wyprowadziliśmy go ze wsi uprzejmie. Dostał parę razy po żebrach, ale szedł o własnych siłach. Zabrał konia, sakwy i tylem go widzieli.
                          Spojrzał Tomasimo prosto w oczy.
                          - Jak się bierze ludziom ostatnie co mają, to nie dziwota, że się burzą co nie?
                          - No nie dziwota - rzekł spokojnie niziołek - a po świątynne dary ktoś wcześniej przyjechał z Middenheimu, że nie mogliście mu ich oddać i mieć spokój?
                          - Jakie to dobra dajecie świątyni i jak często?

                          Pieter, który dotąd milczał, oparł łokcie o stół.
                          - Masz dzieci, Bruno?
                          Pytanie padło nagle. Nie miało nic wspólnego z poborcą. Nie miało nic wspólnego z podatkami. A jednak przepatrywacz patrzył na rzeźnika tak, jakby odpowiedź miała znaczenie.

                          Bruno podrapał się po brodzie i westchnął ciężko.
                          - Ze świątyni przyjeżdżają raz na kwartał. Czasem kapłan, czasem dwóch ludzi z wozem. Zabierają drewno, skóry, mięso i beczki cydru. Zależy, czego akurat potrzeba i ile wieś zdoła zebrać.
                          Pokręcił głową.
                          - Naddatek sprzedajemy, by co mieć na plecy oblec i co do garnka włożyć. Poborca chciał i to zabrać. Nie da się jednak dwa razy obedrzeć tej samej świni ze skóry.

                          Nagłe pytanie Pietera wyraźnie go zaskoczyło. Rzeźnik spojrzał na przepatrywacza, marszcząc krzaczaste brwi.
                          - Nie mam – odpowiedział po krótkiej chwili. – Ani dzieci, ani żony. A co to ma do rzeczy?
                          Jego głos pozostał szorstki, ale po raz pierwszy pojawiła się w nim ostrożność. Rozplótł ramiona i oparł ciężkie dłonie na stole, czekając, na dalszy ciąg.
                          Pieter przez chwilę milczał. – To ma do rzeczy, Bruno, że ludzie zwykle zostawiają po sobie kogoś, kto zadaje pytania - Przepatrywacz zmierzył go wzrokiem od barków po zaciśnięte dłonie. – Żonę, dzieci... kogoś, kto się upomni – Pauza przeciągnęła się nieprzyjemnie. – Ty nie masz nikogo. A wyglądasz mi na chłopa, który potrafi przyłożyć. Pewnieś nie raz to robił. - Przepatrywacz spojrzał na jego wielkie ręce. – Więc wyobraź sobie, że poborca znika. Łowca Czarownic przyjeżdża do wsi. Zaczyna szukać winnego – Wzruszył ramionami – I trafia na samotnego rzeźnika, który właśnie nam powiedział, że poborca dostał po żebrach. Jeśli ja potrafię to połączyć, to Sneider też potrafi.

                          Pieter pozwolił tym słowom zawisnąć w powietrzu.
                          - Rozumiesz już, do czego zmierzam? I żebyśmy się dobrze zrozumieli... ja nie pisałem się na żadne śledztwo. Jestem przepatrywaczem, nie śledczym. Miałem przeprowadzić ludzi przez las, odebrać zapłatę i wrócić do swoich spraw. Mam więc głęboko w dupie, czy winny okaże się rzeźnikiem, karczmarzem, kapłanem czy pastuchem - głos Pietera stwardniał. - Im szybciej znajdzie się ktoś, kto odpowie za zniknięcie poborcy, tym szybciej skończy się to całe przedstawienie, zgarnę swoje złoto i odjadę stąd w cholerę.
                          - Dlatego radzę ci dobrze przemyśleć odpowiedzi i przypomnieć sobie, kto naprawdę miał z tym człowiekiem największy problem. Bo jeśli winny się nie znajdzie, ktoś będzie musiał nim zostać.

                          Mężczyzna zesztywniał, a na twarzy wykwitł mu przykry, niebezpieczny grymas. Przez chwilę wyglądał, jakby miał wstać albo trzasnąć pięścią w stół, albo co gorsza któregoś z nich, ale spojrzał przez ramię na Sneidera i powoli, bardzo powoli, przywrócił na swoje oblicze spokojniejszy wyraz.
                          - Rozumiem – powiedział cicho. – A więc groźby? Chcecie ze mnie kozła ofiarnego zrobić. Tak? Samotny rzeźnik z wielkimi łapami w sam raz się nada.
                          Przełknął ślinę. Złość nadal siedziała mu na twarzy, ale teraz mieszała się z czymś ostrożniejszym.
                          - Tyle że ja nie z takich, co się zastraszyć dadzą. Do tego my tutaj pilnujemy swoich pleców. Nie jestem sam i nikt wam nie uwierzy. Wygoniliśmy poborcę całym siołem, dużą ciżbą. A za takie rzeczy nie idzie się na stryczek ani na stos.
                          Pochylił się odrobinę nad stołem.
                          - Ten przyjemniaczek na pewno o tym wie. Czego innego więc szukacie, więc przestańcie mi tu pieprzyć.
                          Bruno podrapał się znowu po zasłoniętym ramieniu, mocno, aż materiał rękawa napiął się pod paznokciami.
                          - Teraz pozwólcie, że ja wam coś powiem. Kto sieje wiatr, ten zbiera burzę. Tak jakoś tatko mówił, jak byłem mały. Jeśli będziecie dalej rozmawiać z innymi tak jak ze mną, groźbami, to możecie napytać sobie biedy. Zapamiętajcie to sobie.
                          Pokusił się o groźbę i chciał zobaczyć, jak ta będzie im smakować.

                          Tomasimo spojrzał na Pietera gdy ten zadawał pytania ale nic nie powiedział. Obawiał się, że ten blef przepatrywacza nie wyjdzie, bo większość ludzi zdaje sobie sprawę z tego czym się zajmują Łowcy Czarownic, i zwykłe morderstwa nie wchodzą w zakres ich zainteresowań.
                          Niemniej, pomysł nie był zły, skoro poborca zmarł po zobaczeniu czegoś czego widzieć nie powinien to może i ten co go wygonił miał inny powód niż podatki by się z nim rozprawić. Drobny blef co do tego kiedy i dlaczego zmarł Emrich.

                          Sytuacja jednak robiła się napięta, a Tomasimo miał zupełnie inną taktykę i starał się zjednać sobie mieszkańców. Rozgniewanie Bruno nie było mu na rękę.
                          - Nic nie siejemy, po prostu chcemy tego samego co Wy, szybko stąd wyjechać - starał się złagodzić sytuację Tomasimo, mówił spokojnie.
                          - Ja z nikogo kozła ofiarnego robić nie pozwolę, Verena i Myrmidia mi świadkiem - przywołał boginie rozsądku i honoru
                          - Bruno, i ja i Ty dobrze wiemy, że do sprawy poborcy by nie przysłali Łowcy Czarownic, tu się musiało coś złego wydarzyć, coś co zaalarmowało Ich zakon. Może kilka drobnych spraw zebranych do kupy, przedstawionych przez kogoś w niekorzystnym świetle. Jak nie chcemy by fanatyzm wziął górę musimy współpracować. Wyjaśnić sytuację zamiast reagować gniewem. Dobrze wiem, że nikt nie lubi jak mu się w życie z buciorami włazi, ale Kapelusznik nie wróci do swoich przełożonych mówiąc, że nic nie znalazł, wszyscy dobrze to wiemy. A od jego powrotu zależy i Twój i nasz spokój. To jak?
                          Poczekał dłuższą chwilę czy po namyśle rzeźnik nie zechce im jednak czegoś wyjawić. Po czym kontynuował.
                          - Stało Ci się coś w to ramię, że tak je drapiesz? Pokaż je, w wojsku uczyli mnie leczenia, może coś poradzę.

                          Pieter patrzył na Bruna przez dłuższą chwilę.
                          - Nie - pokręcił głow. - nie chcę zrobić z ciebie kozła ofiarnego - przepatrywacz oparł dłonie na stole.
                          - Kozła ofiarnego robi się z niewinnego człowieka. Ja po prostu patrzę na fakty.

                          Wskazał palcem blat między nimi.
                          - Poborca przyjechał do Dunkelwaldu. Pokłócił się z mieszkańcami. Dostał po żebrach. Został przepędzony ze wsi. I od tego czasu nikt go nie widział - zapadła chwila ciszy - To nie ja ustawiłem was w tej kolejce, Bruno. Sami się w niej ustawiliście.
                          Pieter kontynuował. - Jeśli człowiek zaginie po wyjściu z karczmy, podejrzewa się ostatnich ludzi, którzy z nim pili. Jeśli kupiec zginie na trakcie, pyta się tych, którzy widzieli go ostatni. A jeśli poborca przepada po tym, jak cała wieś spuściła mu łomot.. - urwał - ...to chyba rozumiesz, dlaczego każdy rozsądny człowiek zacznie od mieszkańców tej wsi.

                          Przepatrywacz zmrużył oczy - Mnie nie musisz przekonywać. Przekonaj Łowcę Czarownic. - Skinął głową w stronę Sneidera. - Albo jeszcze lepiej... daj nam kogoś, kto wygląda gorzej od ciebie. Bo na tę chwilę nie znam nikogo takiego.

                          Pieter zawiesił głos na chwilę mierząc rzeźnika wzrokiem. - Tak czy inaczej, Bruno, Herr Sneider będzie oczekiwał ode mnie raportu z tej rozmowy. Łowca będzie chciał wiedzieć, czego dowiedziałem się od człowieka, który był jedną z ostatnich osób, widzących poborcę żywym. Pytanie brzmi, czy mam przekazać, że pomogłeś nam zrozumieć sytuację... czy że przez pół rozmowy próbowałeś przekonać mnie, dlaczego to nie Ty powinieneś wisieć za śmierć poborcy.

                          Bruno patrzył na Pietera nieco pobłażliwie, nie okazując strachu, lecz raczej gniew. Mięsień w szczęce chodził mu twardo pod skórą. Gdyby nie Sneider siedzący w drugim kącie karczmy, pewnie rozmowa przybrałaby już zupełnie inny kształt. Taki z czerwonymi smugami krwi na blacie i czyjąś twarzą wbitą w podłogę.
                          - Stąd do Lenkstert jest masa drogi – powiedział w końcu ciężko. – Masa drogi, lasu, wilków i zielonoskórych. Przybył w obstawie dwóch najemników, a wracał już sam. Jeśli zginął, niech mu ziemia lekką będzie, ale sam się prosił o kłopoty.
                          Pochylił się nad stołem, opierając na nim szerokie dłonie.
                          - Nawet jeśli myśmy go ze wsi wygonili, to jakby powściągnął język, ktoś by z nim poszedł dla obstawy. Grosz pewnie jakiś miał. Zawsze znajdzie się ktoś pazerny, kto pomoże człowiekowi dojść traktem. Tylko języka powściągnąć nie chciał. Tak jak wy teraz go nie szczędzicie.
                          Spojrzał na Tomasimo, potem na Pietera.
                          - Jakie wy w ogóle macie pytania? Chcecie mi zamącić w głowie i wmówić coś, czego nie zrobiłem, chociaż każdy we wsi wam powie, że poborca poszedł wolno i cało w swoją stronę. Możecie mi grozić, ale nie będę wam bajek zmyślał.
                          Odetchnął przez nos. Krótko, gniewnie.
                          - Dostał ode mnie i paru drwali. Możecie sobie to kurwa zapisać. Nie pamiętam kto brał udział w tej przepychance, bom w gniewie był, ale inni powiedzą.
                          Dopiero na pytanie o ramię skrzywił się z irytacją. Przez chwilę wyglądał, jakby miał odmówić dla samej zasady, ale w końcu szarpnął za rękaw i odsłonił biceps. Skóra pod materiałem była zaczerwieniona, podrażniona, miejscami rozdrapana do drobnych strupków. Nie wyglądało to na narośl ani znamię, raczej na brzydką wysypkę albo podrażnienie.
                          - Wysypka – burknął – pewnie praczka źle wyprała koszulę albo zamoczyła ją w jakimś pachnącym gównie. Swędzi jak diabli. A co już żeś może myślał, że mnie chaosyckie ścierwo na ucznia wzięło? Na premię żeś liczył może jaką? – zapytał i reszty kwestii niziołka nie skomentował, bo nie ufał mu za nic.

                          - Już Ci Pieter tłumaczył, że na śledztwo się nie pisaliśmy - odparł poirytowany niziołek - nie tylko Wy musicie słuchać Łowcy Czarownic działającego w imieniu Imperatora.
                          - Nie chcesz współpracować Twój wybór, jeszcze nie widziałem sioła dla którego wizyta jego zakonu się dobrze skończyła, szczególnie gdy mieli Twoje podejście - zaakcentował mocniej ostatnie słowa.
                          - Niejeden za brak współpracy kiepsko skończył. Oni nie mają ani humoru, ani cierpliwości, za to mają władzę samego Imperatora. Mają władzę palić szlachtę na stosach. Wbij to sobie do łba.
                          - Ja mam tylko jedno pytanie jeszcze. Skąd w wiosce tyle wilczych szczątków, opowiedz o obrzędach w wiosce i tym jak oddajecie kult bogom.

                          Bruno patrzył na Tomasimo z zaciśniętymi ustami. Groźba niziołka weszła głębiej, niż rzeźnik chciałby pokazać. Nie spuścił wzroku, ale coś w jego twarzy stężało, a w wyrazie było mniej gniewu, a więcej rachowania.
                          - Dobra – powiedział w końcu cicho. – Przecież współpracuje. Kurwa. Wiedziałem, że wylezie z ciebie czart ty...
                          Ale nie dokończył zdania. Nie obraził Tomasimo tylko spuścił głowę i przesunął dłonią po stole, jakby nagle przeszkadzały mu własne palce.
                          - Wieszamy resztki wilków, które padły w okolicy. Stary zwyczaj. Robimy to od zawsze i dopiero teraz komuś to przeszkadza. Miejscowa rzecz, która chyba podoba się Ulrykowi, bo faktycznie watahy wokół dbają o to, by nie kręcili się bandyci. Tyle. Coś strasznego? Poza tym obrzędy Ulrykańskie jak wszędzie.
                          Spojrzał na Pietera, potem znów na Tomasimo.
                          - I co? Straszne to? Nie jest to żaden kult Chaosu, jeśli o to pytacie. Stare zwyczaje. Tak robił mój ojciec, jego ojciec i pewnie ojciec jego ojca. Kapłan Berengar tego nie zabrania. Czasem sam zachodzi do drzewa... popodziwiać. Jeśli by mnie kto pytał dodaje to wiosce surowego uroku, ale jednak uroku.
                          Bruno mówił już ciszej. Dalej szorstko, ale bez wcześniejszego parcia na awanturę. Dopiero wtedy zasłonił ramię poznaczone wysypką. I choć bardzo chciał, by skupili się na tym, używając drugiej ręki odsłonił coś na niej. Materiał rękawka podsunął się wraz z ruchem i na drugiej ręcę mignęła inna rana, którą zauważył tylko Pieter. Głębsza, bardziej rozdrapana, z brzegami ciemnymi i poszarpanymi. Sączyła się z niej krew tak ciemna, że w półmroku karczmy wyglądała prawie jak smoła.
                          Trwało to krócej niż mrugnięcie. Bruno zaraz opuścił rękę niżej i materiał znów zakrył skórę.
                          - Tyle wiem – burknął. – Coś jeszcze?
                          - Ode mnie to wszystko, dzięki za pomoc. Pieter, masz jeszcze jakieś pytanie? - zwrócił się do towarzysza zanim zwolnią przesłuchiwanego

                          Pieter zmrużył oczy niczym wściekła jaszczurka.
                          - Właściwie jest jeszcze jedna rzecz.
                          Skinął głową w stronę ręki Bruna.
                          - Ta rana na Twojej ręce, którą tak pieczołowicie zasłaniasz.
                          Przez chwilę patrzył na rzeźnika bez słowa.
                          - Pozwolisz, żeby obejrzał ją Herr Sneider.
                          Nie było w tym pytania.
                          - Akurat jest w karczmie. Załatwimy sprawę od razu.
                          Przepatrywacz skrzyżował ręce na piersi i rzekł w stronę Tomassimo.
                          - Pamiętasz, jak po walce z wilkami kazał każdemu z nas pokazać dłonie i sprawdzał, czy nie ma śladów skażenia? Bardzo skrupulatny człowiek.
                          Kącik ust Pietera drgnął nieznacznie w szyderczym uśmiechu.
                          - Oczywiście, jeśli to tylko zwykła rana, nie masz się czym przejmować. Jestem pewien, że Herr Sneider uzna ją za całkowicie zwyczajną.

                          Rzeźnik zastygł na moment, a potem jego twarz powoli pociemniała. Nie rumieńcem wstydu, tylko siarczystym gniewem, który wypiekł się na policzkach, niczym gorąca żagiew.
                          - Rana? – powtórzył cicho. – Toć to pokazywałem wam przed chwilą, że to wysypka. Coś zmyślacie? Zaraz pewnie trzecie oko i ogon pod koszulą mi wyrośnie.
                          Odsunął krzesło tak gwałtownie, że prawie się przewróciło.
                          - Dość tego. To niedorzeczne. Nie będziecie mnie tu kurwie syny rozbierać jak panienkę w burdelu.
                          Wstał. Był wielki nawet siedząc, ale dopiero teraz, gdy podniósł się nad blatem, naprawdę było widać, ile w nim mięsa, siły i złej woli. Rękę trzymał nisko, blisko ciała. Nie odsłonił jej. Przeciwnie, poprawił rękaw tak, by materiał zsunął się niżej.
                          - Powiedziałem, co miałem powiedzieć. Puszczacie mnie albo wołajcie swojego pracodawcę. Ja wracam do roboty.

                          Ruszył ku wyjściu z izby wspólnej, ale zrobił ledwie krok czy dwa. Po drugiej stronie karczmy Sneider podniósł głowę. Do tej pory pochylał się nad sołtysem, mówiąc do niego półgłosem i wnosząc po minie mężczyzny, skutecznie oraz pieczołowicie prowadząc swoje przesłuchanie. Teraz jego spojrzenie przeszło najpierw po Brunie, potem po Pieterze i Tomasimo. Było chłodne, uważne i nieprzyjemnie trzeźwe. Nie padło żadne pytanie, ale sens tego spojrzenia był jasny. "Czy powinienem o czymś wiedzieć?" mówiły jego oczy. Dłoń Łowcy Czarownic przesunęła się powoli ku biodrom, gdzie miał przytroczony bicz.

                          - Usiądź Bruno - powiedział Tomasimo na spokojnie, choć był lekko zdezorientowany wiedział dobrze że Falk nie nazwałby wysypki raną, musiał coś dojrzeć - skoro Pieter chce obejrzeć ranę którą dojrzał to ją pokaż. Po co to zamieszanie? Wolisz ją pokazać Klausowi? - skonkludował, skoro już się łowca zainteresował sytuacją. A ostrzegał że lepiej im ufać i z nimi współpracować niż czekać na Łowcę. Na wypadek nieodpowiedniego rozwoju sytuacji oparł obie stopy na ziemi i ręce tak by szybko wysunąć się zza stołu i zrobić unik.

                          Kiedy zauważył, że wzrok Sneidera spoczął na ich stoliku, Pieter odsunął krzesło i ruszył przez izbę.
                          Nie biegł. Nie było potrzeby. Szedł pewnym krokiem człowieka, który właśnie dostrzegł coś, co powinno zainteresować Łowcę Czarownic.
                          Zatrzymał się obok Sneidera i pochylił lekko głowę.
                          - Herr Sneider. Podczas rozmowy z rzeźnikiem zauważyłem na jego ramieniu ranę, której wcześniej nie pokazywał - przepatrywacz wskazał wzrokiem Bruna.
                          - Nie wyglądała jak zwykłe zadrapanie. Głęboka. Rozdrapana. Sączyła się z niej ciemna krew. Prawie czarna, jak smoła.
                          Pieter mówił spokojnie, rzeczowo, jakby składał meldunek.
                          - Kiedy zwróciliśmy na nią uwagę, natychmiast próbował ją ukryć i zakończyć rozmowę. Pomyślałem, że po tym, co znaleźliśmy w lesie, oraz po pańskiej ostrożności wobec ewentualnego skażenia, może zechce Pan obejrzeć ją osobiście.

                          1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                          0
                          • PiołunP Niedostępny
                            PiołunP Niedostępny
                            Piołun jako Mistrz Gry
                            napisał(a) ostatnio edytowany przez
                            #35

                            text alternatywny

                            Przez krótką chwilę wszystko działo się naraz, a jednocześnie w dziwny sposób bardzo powoli. Moriz składał właśnie na ucho swój meldunek Łowcy Czarownic, kiedy głos Pietera rozciął salę. Łowca gestem przerwał Morizowi i skupił się na postaci rzeźnika oraz słowach przepatrywacza. Słuchał meldunku spokojnie, ale gdy dotarli do części o czarnej, smolistej krwi, jego twarz zmieniła wyraz. Nie był to grymas niesmaku, gniewu ani nawet żalu, jak można byłoby się spodziewać. Był to grymas triumfu, dziwny półuśmieszek. W oczach błyskały iskierki radości, dobrze widoczne teraz w półmroku karczmy.

                            Nie odpowiedział od razu. Przeniósł wzrok na Bruna, przybierając chłodny wyraz twarzy, obiecujący przemoc. Już w tamtej chwili było wiadomo, że kiedy się za niego zabierze, razem przedefiniują znaczenie rzeźniczego rzemiosła i okaże się, który z nich dwóch bardziej zasługuje na to miano. Bruno cofnął się o pół kroku, nie jak niemal dwumetrowy gigant, lecz bardziej jak owca zapędzona przez wilka na skraj urwiska.
                            – To kłamstwo – warknął. – Pierdolone kłamstwo. Niczego tam nie ma.

                            Dłoń Łowcy Czarownic dobyła przytroczonego bicza z szybkością, której wielu mogłoby mu pozazdrościć. Skóra świsnęła w powietrzu, trzaskając ostro i niespodziewanie. Bicz owinął się wokół przedramienia rzeźnika i szarpnął z siłą, po której Bruno stracił równowagę. Nie upadł, bo był zbyt wielki i zbyt ciężki, ale zachwiał się, a jego ramię zostało wyrwane do przodu.
                            W następnej chwili Sneider był już przy nim, poruszając się z niebywałą gracją. W drugiej ręce trzymał pistolet. Lufa dotknęła głowy rzeźnika, tuż pod linią włosów. Metal był czarny, zimny, ale przede wszystkim, jak skonstatował Bruno, zdecydowanie zbyt blisko mózgu.
                            – Siadaj – rzucił oschle Sneider.

                            text alternatywny

                            Bruno zamarł. Jeśli w jego głowie na chociaż ułamek sekundy pojawiła się myśl, by przeciwstawić się Łowcy, to umarła w momencie, gdy poczuł lufę na swoim czole. Usiadł ciężko na krześle, z twarzą pobladłą od strachu. Cała czerwień gniewu, której wcześniej był taki pełen, wyparowała z niego bez reszty. Ciemne plamy starej krwi teraz mocno kontrastowały z bladością jego twarzy.

                            Coś zrozumiał. Zrozumiał, że się z tego nie wywinie. Że to koniec. Bicz nadal trzymał jego rękę wystarczająco mocno, by nie zapomniał, że to koniec. Sneider nie odwrócił głowy.
                            – Herr Falk – powiedział. – Pilnujcie go. Jeśli spróbuje wstać, sięgnąć do drzwi albo zrobić cokolwiek poza oddychaniem, macie moje pozwolenie, by go zabić.
                            Potem spojrzał po pozostałych.
                            – Nikt następny nie wchodzi. Nikt nie wychodzi bez mojego rozkazu.
                            Podszedł do drzwi karczmy i zasunął rygiel. Drewno jęknęło ciężko, kiedy żelazo weszło na miejsce. Na zewnątrz ludzie czekający na przesłuchanie poruszyli się niespokojnie, choć nikt jeszcze nie wiedział, co się dzieje. Po tej akcji pewnie z tuzin uszu przyłożono do drzwi.

                            Dopiero wtedy jego wzrok przesunął się ku Morizowi. Choć nie dał tego po sobie poznać, przypadek i rewelacje przekazane mu na ucho na temat zielarki martwiły go o wiele bardziej niż ciemna krew rzeźnika. Nawet nie dopytał, czy ten jest pewien. Nie zapytał o szczegóły. Może miał już do czynienia z podobnymi przypadkami, a może chciał odegrać się na kapłanie za wieczorną bójkę, kiedy nakrył ją i jego w kaplicy, parzących się na świętej ziemi.
                            – Frau Eberlin – powiedział.
                            Marta siedziała przy stole z Heinrichem. Przez krótką chwilę jej twarz nie wyrażała nic. Potem zrozumiała. A może tylko domyśliła się wystarczająco,
                            – Nie – powiedziała cicho.
                            Sneider ruszył ku niej. Heinrich mógł poczuć, jak cała rozmowa, wszystkie pozory formalności i zmęczona uprzejmość Marty obracają się w popiół. Zielarka odsunęła się od stołu, ale nie zdążyła wstać. Łowca chwycił ją za nadgarstek, mocno, bez brutalnego szarpania, ale też bez najmniejszej zgody na opór.
                            – Porozmawiamy sobie, Frau Eberlin – oznajmił lodowato.
                            – Nie macie prawa – syknęła Marta. – Nic mi nie jest, przecież widzieliście, że nic mi nie jest.
                            – Mam każde prawo, którego potrzebuję. Ja jestem tutaj prawem. Głosem Imperatora. Co ja mówię, on mówi. Co ja robię, on robi. Przyrzekałem ogniem oczyścić skazę Chaosu z tych ziem i nie będziesz mi mówić, kobieto, jak mam wypełniać swoje obowiązki.
                            Zielarka spróbowała wyrwać rękę. Sneider tylko ścisnął mocniej. Na tyle mocno, że aż zacisnęła zęby.
                            – Herr Ashfield, Herr Kraus, Herr Richter – rzucił przez ramię. – Przerwa. Polecam się napić, jeśli gospodarz znajdzie w sobie dość rozsądku, żeby nalać. Ja będę pracował. To może być przykry dźwięk, ale pamiętajcie, z czym walczymy. Chaos nie może się rozprzestrzenić po Imperium i nie zrobi tego. Po moim trupie.
                            W innych ustach propozycja golnięcia sobie w takich okolicznościach mogłaby zabrzmieć niemal żartobliwie. Sneider jednak po prostu wiedział, że to, co będzie robił, a czego oni będą słuchać, lepiej znosi się po paru głębszych.

                            Marta zaczęła się szarpać naprawdę dopiero przy drzwiach prowadzących na dół.
                            – Pomóżcie mi – prosiła. – Na bogów, pomóżcie mi. On nie rozumie. On nie wie, co robi.
                            Sneider był nieugięty. Otworzył drzwi do zejścia, pociągnął ją za sobą i spojrzał jeszcze raz na izbę.
                            – Bez następnych przesłuchań, dopóki nie wrócę.
                            Marta zdążyła jeszcze odwrócić głowę. Jej zdrowe oko znalazło Moriza. Gdyby wzrok mógł zabijać, gdyby mógł przeklinać, gdyby miała w sobie trochę wiedźmich mocy, o które pewnie podejrzewał ją Sneider, rzuciłaby na niego najjadowitszą z klątw. Nienawiść wypełniała ją po brzegi, na chwilę przebijając się przez strach. Głęboka, rozpaczliwa nienawiść za to, że wskazał ją palcem, kiedy mógł przemilczeć sprawę. Potem zniknęła w ciemności piwnicy. Drzwi zamknęły się za nimi z głuchym jękiem.

                            Przez chwilę w karczmie panowała cisza. Później dobrze pamiętali tę ciszę i im jej brakowało. Słychać było tylko ciężki oddech Bruna, skrzypienie drewna, ściszone rozmowy na zewnątrz i ciężkie, rzężące sapanie sołtysa, który siedział tam, gdzie go pozostawiono, i próbował złapać powietrze, choć krtań spięła mu obręcz strachu.
                            Nie minęła minuta.
                            Z dołu dobiegł pierwszy krzyk. Nie był to okrzyk bólu, jaki wydaje człowiek skaleczony nożem albo uderzony kijem. To było coś głębszego, bardziej rozdzierającego. Dźwięk wyrwany z gardła tak gwałtownie, że aż trudno było uwierzyć, iż należy do tej samej kobiety, która przed chwilą siedziała przy stole.

                            Potem krzyknęła znów. Potem znów i znów. Seria nieludzkiego, mrożącego krew w żyłach, przeciągłego wycia. Nie słyszeli pytań Sneidera, jeśli w ogóle jakieś zadawał. Może nie zadawał. Może chciał ją najpierw zmiękczyć. Słyszeli tylko ten krzyk, strasznie i mrocznie działający na wyobraźnię. Co jej robił? Czy rozciął szwy i dobrał się do tego czegoś, co miała za powiekami? Czy wyłupywał oko? Darł skórę? Nie wiedzieli, ale ten krzyk nie zostawiał wiele miejsca do interpretacji. Cierpiała, ale czy dało się tego uniknąć?
                            – Nie! Nie, proszę! Proszę! Na Ulryka, nie! Nie rób tego! Nie! Pomocy!
                            W izbie ktoś z nich jęknął. Ktoś inny zaklął pod nosem. Karczmarz, który stał przy zapleczu, pobladł tak bardzo, że twarz zrobiła mu się prawie szara. Jego oczy były szerokie, wytrzeszczone, nabrzmiałe od strachu. Na usta cisnęło mu się jedno nieme pytanie, które chciał skierować w stronę przybyszy.
                            Co żeście uczynili?

                            Bruno pierwszy nie wytrzymał.
                            – Marta! – ryknął.
                            Zerwał się tak gwałtownie, że krzesło poleciało za nim na podłogę. Jeśli Pieter chciał go zatrzymać, musiał działać natychmiast. Rzeźnik nie ruszył jednak na niego. Nie sięgnął po broń. Dopadł do zaryglowanych drzwi karczmy i zaczął walić pięściami w drewno.
                            – Ludzie! Ludzie, on ją zażyna! – wrzasnął. – Obdziera Martę żywcem ze skóry! Słyszycie?! On ją morduje!
                            Na zewnątrz odpowiedziało mu poruszenie. Najpierw gwar. Potem krzyk jednej osoby. Potem wielu. Może osobno bali się wyroku Łowcy Czarownic i jego osoby, ale razem? Ktoś zaczął dobijać się do drzwi. Usłyszeli odgłosy pięści i butów oraz może też trzonka jakiejś siekiery albo grubego kija. Deski zatrzęsły się w futrynie. Rygiel jęknął.
                            – Otwierać!
                            – Co tam robicie?!
                            – Marta!
                            – Otwierać, kurwa!
                            Uderzenie za uderzeniem. Drzwi chodziły razem z futryną, jakby cała karczma nagle zaczęła drżeć przed gniewem furii osadników. Z dołu znów dobiegł krzyk. Tym razem ochrypły, zdarty, słabszy i przez to jeszcze gorszy.

                            Bohaterowie mogli spojrzeć po sobie. Wystarczyło jedno takie porozumiewawcze spojrzenie, by zrozumieć, że jeśli ciżba wedrze się do środka, nikt nie będzie pytał grzecznie, co dzieje się z zielarką. Nikt nie będzie czekał na wyjaśnienia. Nagle zrozumieli, że w tej izbie przebywają ludzie Łowcy Czarownic. Najemnicy, którzy wzięli jego ociekające czerwienią złoto. Obcy. Ci, którzy przesłuchiwali. Ci, którzy śmieją się z paleń na stosach, grożą stajennym ucinaniem rąk, biją w nocy kapłanów, węszą, szukając haków na żony i dzieci. Może nie była to prawda. Ale z prawdą zawsze i wszędzie ten sam problem. Każdy ma swoją.

                            Nagle ciżba z zewnątrz naparła na drzwi. Drużyna musiała działać. Może byli to tylko wieśniacy, a nie zaprawione wojsko, ale przez to było chyba tylko gorzej. Drwale mieli siekiery, hodowcy widły, a kobiety kuchenne noże. Może nie przy sobie, ale jeśli ktoś z nich by pomyślał i zaczął ich organizować, byłoby krucho. Gdzieś za nimi drzwi prowadzące na zaplecze karczmy trzasnęły głucho. Karczmarz zniknął za nimi, ale ostatnie, co po sobie zostawił, to łypiące mieszaniną żalu i strachu oczy. On też ich winił i raczej nie otworzy swoich drzwi po dobroci.

                            Dłonie Bruna znalazły się jakoś bliżej rygla, co natychmiast zaalarmowało Pietera. Jeśli miałby go powstrzymać, musiałby to zrobić bronią. Ktoś spojrzał na otwarte okiennice, kiedy za oknami zaczęli zbierać się ludzie, zastanawiający się nad wybiciem bądź co bądź drogiego szkła. Niemniej nie będą zastanawiać się wieczność. Szyby, choć małe i brudne, mogły pęknąć od kamienia albo obucha pałki. Ktoś inny z drużyny pomyślał przytomnie, że na piętro też dałoby się wejść z zewnątrz, jeśli ktoś przyniósłby drabinę. Tomasimo ze złością mógł spojrzeć w stronę drzwi do piwniczki. Te dalej stały zamknięte, tłumiąc kolejne wrzaski Marty, które niosły się po karczmie jak dźwięk z najgorszego koszmaru. Sneider. To Łowca ich tak urządził. "Trzeba było być rozsądnym i podziękować mu za ofertę pracy." mógł pomyśleć ktoś znich, albo pomyśleć coś zbliżonego. Niezależnie jednak od tego, co działo się w umysłach każdego z nich, wszystkim bez wyjątku zamajaczyło jedno dodatkowe, podstawowe pytanie.

                            Jak wszystko mogło się tak spierdolić?

                            1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                            ♥ 🆒 🔥
                            3
                            • DhratlachD Niedostępny
                              DhratlachD Niedostępny
                              Dhratlach jako Heinrich "Heinz" Kraus
                              napisał(a) ostatnio edytowany przez Dhratlach
                              #36

                              Scena zaraz po zabraniu Marty

                              Drzwi do piwnicy się zatrzasnęły i nim padł pierwszy krzyk... Heinrich patrzył na Moriza z jadem i wściekłością która nijak pasowała do jego zwyczajnego wypalenia emocjonalnego.

                              - Co żeś najlepszego zrobił, durniu... - zasyczał z nienawiścią godną lepszej sprawy w stronę swojego towarzysza niedawnego przesłuchania. Padł drugi krzyk... - ...nie znasz ich metod. Im nie zależy na prawdzie... wystarczy... Posądzenie!

                              Jeżeli Heinrich sądził, że wywoła mocną reakcję u Moriza to się oszukał. Nie wyglądał jakby wina go trawiła. Szczerze próbował skupiać się na innych wydarzeniach niż krzykach kobiety.

                              - Wiedziałeś na co się piszesz. - mruknął zimno - Za późno na bycie świętym. Trzeba utrzymać wejście.

                              — A skąd wiesz, że nie znają prawdy? —odezwał się Pieter, nie odrywając wzroku od drzwi.

                              — Widzieliśmy zmutowanego wilka. Widzieliśmy czarne rany. Widzieliśmy martwe kruki spadające z nieba. W lesie wiszą pogańskie znaki, a ludzie na widok Łowcy Czarownic zachowują się jak szczury, którym ktoś zajrzał do nory. - Przepatrywacz spojrzał krótko na Heinricha.

                              — Jeśli w tej wsi siedzi kult, to właśnie tak wygląda. Najpierw każdy jest niewinny. Potem znajdują ołtarz. A potem okazuje się, że pół wsi wiedziało i milczało.

                              - Spokój! - rzekł Tomasimo donośnym głosem jakby nadal był kapralem podczsd wojny.

                              - Przecież jej nie zabije - dodał spokojniej i spojrzał na Bruno

                              - Moriz, co rzekłeś Łowcy? Kappel jest tu tylne wyjście? - po żołniersku zbierał informacje. O życie Marty się nie martwił, ale to była kochanica Berengara i na pewno gdy ją ujrzy po to będą problemy, może i wieś przeciw nim nastawi.

                              Ashfield skupił wzrok na rzeźniku pilnowanym przez Pietera, Ci poza karczmą raczej mało co słyszą, a i tak dzielą ich zaryglowane drzwi.

                              - Prawdę. Że ta kobieta udaje tylko brak oka, bo widziałem jego ruch pod szwami. A przynajmniej ruch czegoś jak oka. - odparł rozbawiony w duchu, że karypel wszedł w dowodzenie.

                              - Nie każde dziecko rodzi się zdrowe. Nie każdy dorosły wyrasta ze swojej choroby. - powiedział lekko warcząc Heinz - To fanatyk, oprawca i zwyrodnialec. Za nic ma metody śledcze. On tylko chce spalić ten świat w imię swojej ideologii... nie widzicie tego?

                              -Nie dość, że psojad, to jeszcze delikatny.- parsknął Pieter. — Jak ci tak żal każdego garbatego, ślepego i pokręconego przez Chaos, to może sam zacznij sprawdzać, gdzie kończy się choroba, a zaczyna spaczenie. Jak kiedyś zobaczysz chłopa z rogami, to pewnie też uznasz, że taki się urodził i nie należy go oceniać... - dodał.

                              Karczmarz Kappel nie przysłuchiwał się ich rozmowie. Właściwie wydawało się, że całkowicie pogrążył się we własnych myślach, tępo i oniemiale patrząc w stronę swojej piwniczki. Pytanie rzucone przez niziołka odbiło się od niego jak groch od ściany. Karczmarz jeśli zdawał sobie jakoś sprawę, że go zagadnięto, całkowicie zignorował Tomasimo, choć bardziej prawdopodobnym było, że po prostu był w szoku, na wskutek tego co doszło. Miał jeszcze na sobie spojrzenie Marty błagającej także jego, by coś uczynił. Jakoś jej pomógł.

                              - Oh? Specjalista się znalazł. - Heinz wbił gniewnie pogardliwe spojrzenie w Pietera - Może zejdziesz na dół i się poprzyglądasz. Nóż się czegoś nauczysz o spaczeniu... Wszyscy wiemy, że nie masz jaj. Nikt z was nie ma.
                              Następnie dodał z jadowitą drwiną.
                              - Ot, biedne żołnierzyki co "tylko wykonują rozkazy", a co złego to nie oni i patrzą by kasa się zgadzała... Udowodnijcie, że się mylę!

                              Pieter wzruszył ramionami na słowa Heinricha. Następnie zwrócił się do Tomassimo i Moritza - Panowie, wygląda na to, że wynagrodzenie od łowcy będziemy dzielić na troje.

                              - Heinz, kurwa, weź już zamknij rzyć, burzysz morale w oddziale! - zwrócił się do Heinricha.

                              - Nie masz podstaw do swoich oskarżeń rudzielcu - dodał z śmiertelną powagą wojskowy przypominając sobie że Kraus nie jest żołnierzem - jak Ci robota zbrzydła to odejdź póki masz czas, za zdradę będzie kara.

                              - Kappel! - krzyknął niziołek do karczmarza by zmienić temat - pytałem o możliwe drogi wyjścia z tego przybytku! - powiedział i ruszył w kierunku szynkwansu.

                              - Nalej też nam cydru gospodarzu - dodał łagodniej ale wciąż głośno - dla sołtysa i siebie też, niech alkohol ukoi nerwy.

                              Karczmarz po ponagleniu wyrwał się z marazmu i łypnął na niziołka wzorkiem w którym mieszała się złość na niziołka, gniew w stosunku do całej tej sytuacji i strach, jaki wywołał w nim Sneider.

                              -Sami sobie nalejcie. Dzban macie na ladzie. - odpowiedział niechętnie, ignorując pytanie niziołka o inne wyjścia z karczmy. Tomasimo jednak wiedział, że jest takowe z tyłu. Obchodził wczoraj karczmę w drodze do kaplicy i widział je. Pozostawało niejasnym, dlaczego Kappel nie odpowiedział mu na pytanie.

                              Gardłowy pomruk gniewu wydostał się z gardła Krausa kiedy odwrócił głowę patrząc na piwnicę. Milczał chwilę z twarzą odwróconą, ukrytą, by w końcu na nich spojrzeć chłodnym, bezdusznie okrutnym, kalkulującym okiem na "swój oddział".

                              - Nie było was tam. Nie znacie ich metody. - powiedział tylko szorstko i lodowato. Bardziej lodowato niż mróz na zewnątrz w czasie wilgotnej burzy śnieżnej - Jestem jeden, was jest trzech. Może kiedyś zrozumiecie. Im szybciej, tym lepiej... dla was i nas wszystkich...

                              Rudobrody nie miał zamiaru pić piwa. Nie miał nawet zamiaru siedzieć przy stole ze swoimi towarzyszami... którzy ślepo ufali osądowi "autorytety". Ślepe owce prowadzone na rzeź. On wiedział lepiej. Był tam. Swoje przeżył... ale nie mógł zrobić nic.... Był wściekły. Gotowało się w nim pod maską obojętnego chłodu, która wisiała na włosku. Nie widzieli oznak, które dawał Łowca.. Jawnych, otwartych, zdradzających go.

                              Siedział przy drzwiach wejściowych, opadły na oparcie ze skrzyżowanymi rękoma na piersi i zamkniętymi oczami. Czasami zło... ukrywało się pod płaszczykiem sprawiedliwości. Częściej niż rzadziej, właściwie. Co do Sniedera nie miał wątpliwości. Co do reszty? Był zawiedziony... ich ślepym oddaniem, posłuszeństwem.

                              W głębi duszy miał przegniłe przeczucie i wiedział, że to był zaledwie początek problemów. Nie mówił nic. Nie wydawał żadnego dźwięku. Miał tylko jedną nadzieję... wyjść z tego żywym. Nie dołączył do Łowcy dla złota, choć je bardzo lubił. Chciał tylko wyrwać się z pułapki jaką była tamta oberża. Wrócić do cywilizacji... nie pisał si na skazywanie ludzi na męki, na śmierć, na terror... prawdę mówiąc, był gotów przymknąć oko... był gotów... ale oni?

                              Zawiódł się na nich. Byli "wierni przedstawicielowi prawa", który stawiał się ponad prawo i wierzył, że jest ponad nim. Że jego słowo to słowo samego Sigmara? To była heresja! ...ale co z tego... oni tego nie widzieli. Ślepcy, który zabili by własną matkę dla garści miedziaków, a co złego to nie oni...

                              Zagryzł zęby i zacisnął dłonie. Ból wbijających się w ciało paznokci koił targające nim emocje... Chciał się napić. Sponiewierać. Chwycić bat i wybatożyć własne plecy prosząc Bogów o wybaczenie... Ból koił ból. Oczyszczał myśli, lecz teraz nie było na to czasu, ani możliwości. Kolejny grzech, kolejna mała śmierć...

                              ...i nagle... rozległy się krzyki.

                              And if my lack of fear bring the death of me
                              Let the Spirits of my Ancestors envelop me!

                              1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                              0
                              • MortarelM Niedostępny
                                MortarelM Niedostępny
                                Mortarel jako Pieter Falk
                                napisał(a) ostatnio edytowany przez
                                #37

                                Krzyki Marty niosły się po karczmie niczym zawodzenie potępionej duszy. Pieter usłyszał harmider, który dobiegał z podwórza przed karczmą. Następnie wszystko potoczyło się błyskawicznie. Tłum naparł na drzwi, rygiel zatrzeszczał, a Bruno ryknął do ludzi na zewnątrz jak byk prowadzony na ubój. Wtem przepatrywacz zobaczył dłoń rzeźnika. Była już przy ryglu! Pieter nie zawahał się ani przez ułamek sekundy. Lewa ręka powędrowała do pasa. Kciuk wsunął się pod skórzaną pętlę mocującą bicz. Powolny, wyćwiczony ruch. Żadnej paniki. Żadnego szarpania.

                                Pstryk. Rzemień puścił. Pieter wysunął bicz jednym płynnym ruchem, pozwalając, by ciężar skórzanych splotów rozwinął się swobodnie wzdłuż nogi. Przez moment wyglądało to niemal leniwie. Jakby miał przed sobą kolejny dzień ćwiczeń. Palec wskazujący przesunął się po rękojeści. Poprawił chwyt, wyważył ciężar, wycelował, oceniał odległość.

                                Rzeźnik był wielki, ale szyja pozostawała szyją. Pieter wypuścił powietrze z płuc, świst przeciął izbę. Bicz nie uderzył, nie strzelił, nie rozciął skóry. Końcówka przecięła powietrze tuż obok głowy Bruna i owinęła się wokół jego karku z precyzją człowieka, który przez lata trafiał strzałą w poruszający się pomiędzy drzewami cel.

                                Dopiero wtedy szarpnął. Nie rękami, całym ciałem. Ciężar przeniósł na tylną nogę, biodra skręciły się gwałtownie, plecy napięły. Bruno był silniejszy i cięższy, ale nie był przygotowany. Poczuł nagłe szarpnięcie i stracił równowagę dokładnie w chwili, gdy próbował dosięgnąć rygla. Nogi uciekły spod jego ciała, a ręce rozłożyły się odruchowo. Runął na podłogę z hukiem, który niemal zagłuszył kolejne uderzenie tłumu w drzwi.

                                Pieter natychmiast cofnął się o pół kroku, Bicz pozostał napięty. Nie zaciskał go mocniej. Nie próbował dusić. Mógł, ale nie chciał. Jeszcze nie. Pieter przez chwilę patrzył z góry na leżącego rzeźnika. Twarz przepatrywacza pozostała całkowicie obojętna.

                                — Leż. - Powiedział to spokojnie. Niemal cicho.

                                1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                👁
                                1
                                • WiredW Niedostępny
                                  WiredW Niedostępny
                                  Wired jako Tomasimo Ashfield
                                  napisał(a) ostatnio edytowany przez Wired
                                  #38

                                  Chaos. Niszczycielskie Potęgi. Ashfield do dziś miewał koszmary. Ostatnie lata wypaliły piętno na jego oczach i duszy. Widział ogrom cierpienia, typowego dla wojny, ale również wojowników poznaczonych mutacjami, zwierzoludzi, bestie, i różne inne kreatury co przyszły od strony Kislevu w jednym celu - zabijać. Chaos kojarzył mu się z szarańczą, niszczycielską chmarą co rozlewa się z Północy, a jednak Imperium zaatakowały wojska, barbarzyńskie ale nadal wojska, dużo lepiej zorganizowane niż goblińskie hordy. Z jasnym przywódcą i magią. Na szczęście bez odpowiedniej inżynierii by sprostać fortyfikacjom Imperium. W czasie wojny nie miał wiele czasu do rozmyślań na ile inteligentni są jego wrogowie i co sprawia że posiadanie np. szczypiec kraba zamiast ręki im nie przeszkadza. Może nie mieli wyboru?
                                  Dla Łowcy Czarownic to była zaraza do wyplenienia, skaza na tkance Imperium co rozlała się po lasach wraz z niedobitkami. I słusznie, bo każda choroba nie leczona w zarodku zaczyna trawić całe ciało. Tomasimo jednak bardziej interesował filozoficzny aspekt problemu. Kapłani mawiali że Chaos to choroba duszy, że zaczyna się od drobnych złych myśli, uleganiu deprawacji i dążeniu do zachcianek, braku dyscypliny. Czy była to prawda, czy jedynie nagonka by lud żył pobożnie i zgodnie z obyczajami? Tego nie wiedział nikt, ale mutacje istniały, tak samo jak ukryte kulty zakazanych bogów. Mimo że ewidentnie ich wyznawanie dawało ohydne mutacje. Rozsądek Tomasimo tego nie pojmował.

                                  Klaus zniknął w podziemiach karczmy i każdy spodziewał się, że nie będzie to dla Marty przyjemne. Ci ludzie byli znani z brutalności, tortur i podejścia że lepiej zabić niewinnego niż dać Chaosowi szansę przeżycia i zagnieżdżenia się w Imperium. Nic dziwnego więc, że jak tylko ich nie było, reszta zaczęła wymieniać się informacjami. Rozmowa nie była przyjemna i niziołek po usłyszeniu o oku spodziewał się że Sneider rozetnie jej powiekę, a może i torturami będzie wymuszał co i czemu ukrywa. Nie ruszało go to, dziewka nie była mu bliska, a skaza mogła się rozprzestrzeniać na innych i jeśli była mutantem należało zrobić z tym porządek.

                                  Wiedział jednak, że miejscowi tego nie zrozumieją, a już na pewno nie Berengar, jej kochanek, kapłan...
                                  Heinz też nie rozumiał, młody rudzielec zdawał się być całkowicie przeciwny temu co właśnie się wydarzyło. Czemu więc brał w tym udział? Czemu przy swoich poglądach podjął się tego zlecenia?
                                  Będzie trzeba na niego uważać, oby strach przed karą był silniejszy niż jego porywy współczucia.

                                  Niziołek miał dość rozmów, a narastające napięcie nie pomagało, skierował więc swoje kroki do szynkwansu, gdzie widocznie obrażony na rozwój sytuacji Kappel nie chciał nawet polać i przynieść im cydru.

                                  I wtedy rozległy się krzyki, przeraźliwe krzyki i błaganie o pomoc kobiety. Jeden, drugi, kolejne.
                                  Seria nieludzkiego, mrożącego krew w żyłach, przeciągłego wycia z bólu. Znak sztuki ludzi żyjących w kazamatach lochów. Adrenalina wszystkim popłynęła do żył. Zapadła niezręczna cisza z której pierwszy wyrwał się Bruno. Wzywając pomocy parł na drzwi, Tomasimo był za daleko, zdołał wydać jedynie komendę Tyciemu.
                                  - Tyci! Pilnuj drzwi! - wskazał wejściowe odrzwia.
                                  Rzeźnik byłby szybszy, ale wyuczona ręka Pietera sięgnęła po bat i w jednej chwili powaliła Bruno na ziemię, ciągnąc go za kark w przeciwną stronę. Wielkie psisko szybko doskoczyło i zaczęło warczeć, stając przednimi łapami mu na ciele, między drzwiami a opasłym leżącym na plecach wielkoludem. Widok kłów owczarka kislevskiego z takiej odległości sprawiał, że wielu nabierało rozumu.

                                  W ten zza pleców rozległ się huk i dźwięk przekręcanego zamka. Karczmarza już nie było. Jego żony pewnie też nie bo raczej by jej nie zostawił, ale niziołek nie wiedział gdzie ona właściwie jest i czy kuchnia łączy się z tyłu.

                                  Tłuszcza usłuchała wołania Bruno i zaczęła napierać na zaryglowane drzwi. Krzycząc. Uderzenie za uderzeniem. Drzwi chodziły razem z futryną, jakby cała karczma nagle zaczęła drżeć przed gniewem furii osadników. Z dołu znów dobiegł krzyk. Tym razem ochrypły, zdarty, słabszy i przez to jeszcze gorszy.

                                  Niziołek zaklął. Musieli działać szybko. Stojąc na środku karczmy analizował sytuację
                                  - Heinz, Moriz, trzeba zabarykadować wyjście do stajni! Weźcie stoły i krzesła, odłamcie lub odrąbcie nogi jak trzeba, tam za piecem jest miejsce za które da się je zaklinować! - krzyknął pośpiesznie.

                                  Sam zaś pobiegał sprawdzić drzwi za szynkwasem, szczęśliwie i te od kuchni i te którymi uciekł Kappel były zamknięte. Została więc jedynie stajnia... i okna.

                                  - Piwnica! - przeszło mu przez myśl że może tam być kolejne wyjście, tak czy inaczej trzeba było zaalarmować Sneidera.

                                  Biegnąc zwinnie w drugą stronę zatrzymał się przy Bruno
                                  - Rusz się, a mój pies przegryzie Ci gardziel szybciej niż Pieter sięgnął po bat! - zagroził.
                                  - Nikt nikogo nie morduje! - wrzasną w stronę drzwi wejściowych - Uspokójcie się! Trwa przesłuchanie! Od tego się kurwa nie umiera! - dodał, mając nadzieję że się nie myli.
                                  - Sołtysie, opanujcie mieszkańców, wiecie dobrze co się stanie z wioską jeśli zginie w niej Łowca Czarownic! - zwrócił się do siedzącego nieopodal Otto - nie ma powodów by ginęli tu ludzie.
                                  - Idę po Klausa - rzucił do reszty i zszedł czym prędzej do piwnicy dać mu znać że ciżba naciera na drzwi i lada moment sytuacja może wymknąć się spod kontroli.

                                  Właściwie mieli dwa wyjścia. Bronić się na piętrze lub od strony piwnicy, korzystając z schodów by nie walczyć z zbyt wieloma na raz, albo wiać oknem aż ten poryw gniewu się naturalnie wypali. Liczył jednak że jak nie autorytet sołtysa to groźby Klausa zdołają przemówić ludziom do rozsądku.

                                  1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                  1
                                  • DhratlachD Niedostępny
                                    DhratlachD Niedostępny
                                    Dhratlach jako Heinrich "Heinz" Kraus
                                    napisał(a) ostatnio edytowany przez
                                    #39

                                    Heinz jak siedział przy stole tak siedział. Krzyki Marty na dole w piwnicy. Drzwi w które wpatrywał się z intensywnością, która gdyby tylko mogła rozpuściłaby je jak masło na słońcu. Ordung kurdupla... Prychnął. W rozbawionej, gorzkiej pogardzie. Tego brakowało, by nizioł wydawał mu rozkazy. W oczach Heinricha? Byli równi pod względem zatrudnienia, ale nie hierarchii społecznej, czy jako istoty bliskie bogom i naturze...

                                    - Idę po Klausa. - rzucił ten maluczki, a krzywy uśmiech zawitał na twarzy rudego który począł mówić spokojnie nim ten dotarł do schodów.

                                    - Nie spierdol tego. Patrz i słuchaj uważnie... - warknął w stronę Tomasimo i zaczął wstawać od stołu.

                                    - Pomogę tylko dlatego, bo wciąż wierzę, że macie szanse. - powiedział głośniej, i ruszył w stronę drzwi do stajni.

                                    Splunął gęstą plwociną na bok. Od gadania zaschło mu w gardle.

                                    - Moriz! Do mnie! - Nieugięty głos, nieznający sprzeciwu, autorytarny, ostry kontrast wszystkiego co mogli widzieć w nim wcześniej. Nie kończyło się to tylko na głosie. Postura i mowa ciała człowieka co wie co robi... albo przynajmniej myśli, że wie co robi. Echo przeszłości... tak blisko mu znane...
                                    - Szybko! Miejmy to z głowy!

                                    Jednak myśl wróciła do halflinga i aż się obejrzał za siebie. Wiedział, że jeśli by zszedł do piwnicy... To by z niej nie wrócił... Nie miał szans z Łowcą i choć nie chciał tego przyznać nawet przed samym sobą to był wdzięczny kurduplowi, że zdecydował się tam zejść. Nie ufał swoim nerwom. Zdecydowanie nie ufał...

                                    And if my lack of fear bring the death of me
                                    Let the Spirits of my Ancestors envelop me!

                                    1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                    0
                                    • ZellZ Niedostępny
                                      ZellZ Niedostępny
                                      Zell jako Moriz Richter
                                      Moderator Obsługa
                                      napisał(a) ostatnio edytowany przez
                                      #40

                                      Nie spodziewał się niczego innego po pracowaniu dla Łowcy Czarownic. Rozumiał jacy oni są i także zdawał sobie sprawę, że komu jak komu, ale tym konkretnym osobom nie nastaje się na odcisk. Pamiętał jak musieli z innymi banitami rezygnować z napadu na podróżnych, gdy tylko w oczy rzucił im się ten cholerny kapelusz łowcy. Nie miało to sensu, a Moriz był temu zawsze przeciwny. Słyszał historie o banitach, którzy podnieśli rękę na te osoby. Opowiadano mu przy ognisku bardziej lub mniej możliwe scenariusze, gdy był jeszcze "świeżakiem". Mógłby ktoś założyć, że wystarczy ubić jakiegoś i po sprawie... ale sprawa to dopiero się zaczynała, gdy taka próba została uczyniona. Historie o mściwej naturze Łowców były niczym dobra rozpałka na mroźne i rozwlekłe noce w lasach.

                                      Richter nie łudził się, że byli po prostu szczurami dla całego aparatu Imperium i jak szczury płochliwie kryli się po lasach. Kąsali, gdy nadarzyła się okazja, nie mieli skrupułów zabijać żołnierzy towarzyszących karawanom przeprawiającym się przez lasy, polować na pieniądz zebrany z podatków, wykorzystywać nieszczęście podróżnych, aby zarobić na nich. Sam Moriz miał swoje ulubione cele jak i czuł satysfakcję z cierpienia niektórych społecznych szumowin, co usadziły się na szczycie, jednak...

                                      Nie dotykało się Łowców Czarownic i nie grzebało w ich czynach. Unikało się wszystkiego, na co byli jak wściekłe ogary i wytropiliby cię w najgłębszej puszczy. Nie przyciągało się ich uwagi czy osób z nimi powiązanych. Była szansa, że skrzywdzenie jednego z tych gnojków zaalarmuje innego, a nikt nie chciałby mieć nic wspólnego z kimś, za kim ciągnie się trop dla wiecznie poszukujących herezji i mutacji.

                                      Moriz nie miał doświadczenia w wojnach z Chaosem jak dwaj towarzysze, ale swoje widział w lasach i niczym ten szczur wiedział do czego się nie podchodzi. Mutacja zwierzyny powodowała automatyczną zmianę miejsca obozowania, jeżeli banici mieli łby na karku. Wypatrzenie śladów Zwierzoludzi było jeszcze gorszym niebezpieczeństwem.

                                      Temu Moriz nie dziwił się słowom Pietera i Tomasino. Czy dziwił się reakcji Heinricha? Może dziwiłby się bardziej, gdyby sam nigdy nie odczuwał naiwnej wiary w zwykłego człowieka Imperium i nie zobaczył nigdy tego, co dzieje się z takim człowiekiem, gdy pozostanie sam ze sobą i swoimi osądami. Banici też byli tego ofiarami, jak i on był - jego życie pomogło mu wytworzyć skorupę jaka trzymała na smyczy odruchy jakie mogłyby się przelać w nieodpowiednich momentach.

                                      Dzięki temu krzyki Marty zostały włożone głęboko pod skamieniałą ścianę. Moriz nie mógł wiedzieć na ile prawdziwie ocenił to jej oko, jakie usilnie ukryła, choć twierdziła, że go nie ma. Musiała mieć jakiś powód by to zrobić, a on po prostu wykonał polecenie pracodawcy, który kategorycznie nie powinien głębiej zaglądać w przeszłość Richtera. Wydanie Marty było w pewnym sensie powodowane osłonięciem siebie. Czy żałował teraz? Nie wiedział. Czy będzie żałował? Nie jeżeli wyjdzie, że miał rację.
                                      A jeżeli nie?

                                      Głos rudzielca wybił go z myśli, choć nie zareagował mocno na zawołanie go niczym psa. Nie było czasu na niesnaski w tej chwili, więc ruszył za Heinrichem w towarzystwie odgłosów krzyków Marty.

                                      Cel uświęca środki.

                                      Writing is a socially acceptable form of schizophrenia.

                                      1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                      1

                                      Cześć! Wygląda na to, że jesteś zainteresowany tą rozmową, ale nie masz jeszcze konta.

                                      Masz dość przewijania tych samych postów za każdą wizytą? Po zarejestrowaniu konta zawsze wrócisz dokładnie do tego samego miejsca, w którym byłeś wcześniej, możesz wtedy również wybrać opcję otrzymywania powiadomień nowych odpowiedziach (e-mailem lub powiadomieniem push). Będziesz też mógł zapisywać zakładki i głosować na posty, aby okazać uznanie innym członkom społeczności.

                                      Z Twoją pomocą tez post mógłby być nawet lepszy 💗

                                      Zarejestruj się Zaloguj się
                                      Odpowiedz
                                      • Odpowiedz, zakładając nowy temat
                                      Zaloguj się, aby odpowiedzieć
                                      • Najpierw najstarsze
                                      • Najpierw najnowsze
                                      • Najwięcej głosów


                                      • Zaloguj się

                                      • Nie masz konta? Zarejestruj się

                                      • Aby wyszukiwać zaloguj się lub zarejestruj.
                                      Powered by NodeBB Contributors
                                      • Pierwszy post
                                        Ostatni post
                                      0
                                      • Kategorie
                                      • Ostatnie
                                      • Tagi
                                      • Popularne
                                      • Świat
                                      • Użytkownicy
                                      • Grupy
                                      • Strona startowa