Popiół i Śnieg
-
Huk broń palnej i znajomy swąd prochu rozległ się po prawicy Tomasimo gdy Klaus wycelował w zmutowaną bestię. Był blisko nich, zdecydowanie za blisko. Z tej odległości niziołek czuł zapach jego gnijącego mięsa. Czy był tak zwanym ożywieńcem? Martwym funkcjonującym jedynie dzięki magii, mimo że paść dawno temu powinien? A może moc Niszczycielskich Potęg dała mu nienaturalną odporność na choroby i zepsucie i mimo gnicia części własnego ciała trwał, niezważając na wyniszczające go od wnętrza choroby i robaki? Zielonkawa gęsta ślina ciekła po jego kłach niczym szlam z miejskiego wychodka odprowadzany do rzeki. Widok jakże obrzydliwy. Dobrze, że jeszcze nie jedli bo od tego widoku i zapachu zanosiło się na wymioty.
Tomasimo czuł strach, nie przed ugryzieniem ale przed chorobami jakie to bydle mogło roznosić, przed skutkami ugryzienia w które mogła być wplątana zgubna czarna magia Chaosu. Nic dziwnego że konia nie tknęły normalne wilki, pewnie jego krew toczyło już to samo plugastwo. Swąd chorej posoki niewyczuwalny dla ludzi czy niziołków mógł być przecież aż nazbyt oczywisty dla czułych nozdrzy zwierząt.
Pozostałe zwierzęta nie wskazywały oznak mutacji czy chorób, ale niziołek podejrzewał że proces obecny u przewodnika stada był już w jakiejś fazie i w ich organizmach. Kto z kim przystaje takim się staje, a naturalna u tych psowatych walka o przywództwo na pewno kończyła się ranami z tej zaplutej zielonkawą śliną gęby.
Klaus wycelował i trafił zmutowaną bestię w czerep, zdzierając z jej łba sporo skóry i gruchocząc kości, kula jednak nie trafiła prosto a basior nadal stał, udowadniając im że nie należy do świata zwierząt. Dopiero ponowne trafienie z procy Tomasimo, zagnieżdżające w czaszce otoczak i uszkadzające mózg położyło potwora. Ku uldze niziołka.
Jego towarzysze zareagowali błyskawicznie, nie dając wilkom czasu na reakcję, zszokowane utratą lidera i przejęciem inicjatywy przez ich przyszłe ofiary zwierzęta dały się położyć w kolejnych dziesiątkach sekund. Nie minęła minuta gdy ostatni z nich leżał na ziemi.
Teraz gdy mogli się przyjrzeć ich ciałom widzieli, że poza mutantem reszta sama ledwo stała, ich ciała były wychudzone, kości na żebrach można było policzyć patrząc z daleka. Głód musiał je trawić od dłuższego czasu, nic dziwnego że mimo ognia zdecydowały się na atak. Miały wszak do wyboru to, lub konanie z głodu na mrozie.
Niziołek rozejrzał się po okolicy, próbując w ciemności wyłowić wzorkiem resztę watahy, o ile jakaś reszta była. Nic jednak na horyzoncie nie przyciągnęło jego wzroku.
- Gnijący za życia? - zapytał Klausa zbliżając się do przywódcy stada - Czy żywy trup? - dodał zawieszając głos, słyszał o tych koszmarach ale byłby to pierwszy raz gdy miał z takim do czynienia.
- Chwała Ranaldowi że nikogo z nas nie ugryzł, nawet nie chcę myśleć jak taka rana by się paprała, o ile w taką pogodę w ogóle byśmy kogoś w chorobowej malignie dowieźli do wioski żywego. Co za przeklęte czasy.
- Musimy to spalić co nie? Żal drwa, ale raczej trzeba - zauważył niziołek.
Na te słowa Łowca Czarownc nic nie odpowiedział, jedynie z determinacją chwycił zwłoki bestii za łapę i przeciągnął dalej od namiotów, a następnie z juków wyciągnął flaszkę oliwy. Spalił zwłoki maszkary modląc się przy tym do Sigmara. Dobrze, że było dalej od obozu, Tomasimo nie chciał nawet oddychać tym co się z jego cielska będzie ulatniać.
- Widzisz Tyci co to za dziwa po świecie chodzą - rzekł po pracy niziołek siadając przed swoim namiotem obok psa. Potarmosił jego łeb chwaląc czule psinę za walkę, po czym siedział patrząc w ogień, karmiąc suchym mięsem siebie i dzielnego towarzysza.
- Wam też winszuję - wzniósł bukłak z wodą zmieszaną z winem w kierunku towarzyszy w geście toastu - rad jestem, że podróżuję wśród tak dzielnych wojów - powiedział po czym upił z bukłaku niczym z pucharu.
- Wezmę kolejną wartę, kogo budzić po? - zapytał zebranych, z których część wzięła się za skórowanie wilków, a inni szykowali posłania. Trochę miał obawy czy te pozbawione skór okrwawione cielska nie zwabią zapachem kolejnej watahy, ale może obędzie się bez walki i po prostu las do rana posprząta cielska na granicy łuny ogniska. Nie zamierzał płoszyć na siłę zwierząt, gdyby któreś chciało położyć na nich kły, byle nie na obozowiczach. Sam by tego mięsa nie jadł, na widok szefa tej bandy wilków miał duże wątpliwości czy reszta stada jest jadalna. -
Sigmar chronił przed spaczeniem, ale to Ranald chronił przed krzywdą. Było jedyną myślą Heinricha podczas całej bitwy, a kiedy padł ostatni wilk schował dagę i norsmeński topór. Musiał przyznać, może i ten cały topór nie był jakimś wielkim osiągnięciem piękna, ale by, aż nadto, praktyczny. Nadawał się do ścinania i oporządzania drzew, rozłupywania drzwi, czy czaszek. Gdyby miał jakieś większe doświadczenie w materii to i dom, czy łódź można było zbudować jak to ludy północy miały w zwyczaju. Przyznać musiał, ale nie wyrażał tej myśli na głos, mieli łeb i to doceniał. Choć częściej niż rzadziej chcieli ich, południowców, krwi, bogactw i kobiet... ale to był szczegół jak ich wiele.
Obszedł truchła, trącał butem i po zniesieniu ostatniego bliżej ognia rzekł do Łowcy Czarownic.
- Herr Sneider, pozwolenie na ściągnięcie skór i pozyskanie mięsa." - bardziej stwierdził, czy wyraził potrzebę niemalże po żołniersku
- Te zwykłe możesz sobie oprawić, jeśli masz ochotę babrać się we flakach po nocy biedny głupcze – odpowiedział. – Choć ja bym nie ufał niczemu, co przyszło tu razem z tamtym ścierwem.Nie odpowiedział, bo nie miał co. Swoje w życiu widział, a krew i flaki nie były niczym nadzwyczajnym. Trochę się upierdoli, dłonie znaczy się, prawda, ale co z tego? To tylko krew. Czy Sneider myślał, że był jakimś śmierdzącym mieszczuchem? Dał ostrożne błogosławieństwo, ale jednak, i to się liczyło.
Spojrzał pustym wzrokiem na truchła oceniając szybko wartość skór, oraz zasobność odżywczych substancji. Ich wagę i przybliżoną zdatność do spożycia. Po czym wytypował trzy wilki które były... "jego".
Spojrzał na Tomasimo. Temu zysk ze skór był całkowicie nie potrzebny. Patrząc po tym jak się nosił, charakterem, opancerzeniem, ubiorem, jasno krzyczało, że ma forsy jak lodu w środku zimy. Skoro deklarował się brać watahę...
- Oprawię parę sztuk, potem idę spać. Mięso z nich możecie wziąć, nie krępujcie się.
Powiódł wzrokiem po wszystkich. Bronie ręczne, dystansowe, jakieś zbroje... a on, gołodupiec. Jednak właśnie bycie tym gołodupcem nie raz nie dwa uratowało mu skórę, w końcu... w jego fachu nie obnosiło się bogactwem. Jakimkolwiek. Niepotrzebna uwaga to w najlepszym wypadku guz na łbie i braki w sakiewce i sprzęcie. W najgorszym? Cóż, jeśli śpieszno komuś do Morra...
Choć tęsknił za swoją kurtą skórzaną, którą musiał przehandlować. Marna strata, ale nadal bolesna. Nie mniej, skóra skórą, była bezpiecznym i nie krzyczącym za dużo elementem ochrony. Ćwieki były problematyczne... ale jeszcze uchodziły. Wiedział, aż nadto boleśnie jak bardzo Kurt by się przydał w tej chwili... Choć Kraus nie raz mu pomagał... to jednak właśnie "Kurdupel" Kurt był specem od wszelkiej zwierzyny. On jako jedyny znał się jak fachura na wszystkim co tyczyło dziczy i chyba jako jedyny potrafił rozpoznać czy zwierz był dotknięty palcem Chaosu czy nie...
Miał kilka sztuk do oprawienia... tym bardziej, że walka go obudziła. W ciemnych zaułkach duszy Heinz ubolewał nad brakami w specjalistycznym sprzęcie, ale co zrobić. Miał wybór między dagą, a szerokim nożem... daga zdecydowanie miała zbyt długie ostrze. Padło na nóż... i już się zabierał za ściąganie skór.
Mróz powoli wkradał się w kości, kiedy niestrudzenie pracował. Technika była prosta... w teorii, bo praktyka była co najmniej złośliwa. O ile ściągnął prawilnie dwie skóry i czyszczenie ich przebiegło bez zgrzytów... na tyle, że wiedział, że nadawały się na handel w mieście... w mieście! Tak ta trzecia...
Palce miał zmarznięte, zmęczenie wkradało się w kości, mięśnie i myśl... Nie raz nie dwa nóż mu się ślizgnął przy ściąganiu. Później zdecydowanie za późno zorientował się, że czyścił skórę pod złym kątem ostrza co sprawiło, że zostały chropowate ślady... Trzecia skóra była z braku lepszego słowa tragedią. Może, ale to może, uda mu się na coś wymienić w jakiejś wsi czy gospodarstwie, bo sztuka jak sztuka... Jedyne co mu przychodziło do głowy to związać rozcięcia gęsto dratwą i obszyć płótnem by zrobić ciepły koc, ale...
Siedział nad pucharem wrzątku, który już zdążył się ochłodzić podziwiając swoje dzieło spod zmęczonych powiek. Ostatni krok był za nim. Czytać, trzeci punkt. Jeden, ściągnąć skóry. Dwa, oczyścić z resztek tkanek. Trzy? Obmyć ciepłym roztworem szarego mydła pozbawiając wszelkich śladów krwi, innego tałatajstwa, oraz wstępnie "przygotować" skórę pod dalszą konserwację...
Uśmiechnął się sam do siebie na wspomnienia dawnych dni które nigdy nie miały wrócić. No bo jak? Nie zawrócisz rzeki kijem... Na wyłożonej śniegiem rozłożonej derce w głębi jamy leżały produkty uboczne. Mięso, w sporej ilości. Wilczyzna nie była zła. Może trochę... żylasta, ale mięso było mięsem. Czy potrzebowali mięsa? Tak, zawsze, a skoro myślał o mięsie...
- Myślisz, że mięso dobre? - zapytał po dłuższej chwili niziołka, który niedawno temu objął wachtę.
- Tych wilków? Verena jedna wie, ale ja bym tego kijem nie tknął. - Widziałeś przywódcę stada? Gnił za życia, plugawa zielonkawa ślina ciekła mu z pyska... - urwał nagle, wspomnienie woni basiora odebrało mu na chwilę radość z przeżuwanego suchego mięsa.
- To co go trawiło, może trawić i resztę. Jak z chorobami, wieloma możesz zarazić się na długo zanim wystąpią objawy. - dodał by zabrzmieć mądrzej i przekonać Heinricha do zmiany swoich planów, jakie by nie miał, wobec tych skór i mięsa.- ...psina to taki wilk, ale nasz wilk. - powiedział w namyśle patrząc, gdzieś w dal, w mrok - Ta Twoja kumata? Wyczuła by zarazę?
- Nie wiem i nie zamierzam sprawdzać, Verena sprzyja rozważnym - Ton Tomasimo wyraźnie zmienił się na poważniejszy, pomysł robienia z Tyciego testera chorego, a może i przeklętego mięsa, wyraźnie go obruszył - To może być ten typ zarazy od którego specem jest nasz zleceniodawca, może jemu zaproponuj kęs i zobacz jak zareaguje - skwitował
- Już dał swoją opinię. - rudzielec uśmiechnął się ponuro - Dla mnie to jak z toksyną... nic się nie dzieje, aż przyjmiesz za dużo.
Człowiek wzruszył ramionami jakby od niechcenia.
- Jest zima. Jedzenia ni ma.- Nie bądź głupcem Heinrich - przestrzegł rozmówcę - konia w lesie wilki nie tknęły a śladów choroby czy mutacji nie miał, alfa wygląda jak żywy trup, chory na jakieś plugastwo albo i zmieniony tfu - splunął - czarną magią, w lesie jakieś amulety. Życie Ci chyba niemiłe. - Jutro będziemy już w wiosce, na co Ci te skóry i mięso? - zapytał retorycznie, dla Tomasimo chciwość to też forma choroby - Jak Ci bardzo zależy, zrób test, rozłóż połacie mięsa po lesie, zobaczysz czy do rana cokolwiek je tknie. Jak nie to zacznij się modlić, bo masz całe dłonie ubabrane w ich krwi.
-Ikke bare fra ulveblod... - mruknął cicho, gorzko, do siebie Heinz i spojrzał na nizołka. Uśmiechnął się, choć nie był to uśmiech nadziei
- Na nas wszystkich czeka koniec i to Bogowie decydują. Sigmar decyduje, Verena spisuje, a Morr nas zabiera gdy wybije nasza godzina. Nic nie zrobisz.- Ikke co? Po jakiemu to? - zaciekawił się niziołek. - Masz dziwne podejście do życia, szczerze mówiąc, zawsze lepiej umrzeć ze starości niż z głupoty. - Kaplanem nie jestem by się na tym co po śmierci wyznawać, ale nie jestem pewien czy tylko Morr może nas zabrać. Gdyby tak było nie składano by ofiar nikomu innemu - zauważył dość filozoficznie Tomasimo.
Kraus patrzył na Tomasimo pustym spojrzeniem dłuższą chwilę. Patrzył na niego wzrokiem w którym nie było nic, a nawet błysk ognia zdawał się tracić swoje kolory.
- Jeśli zawiodłem Bogów... słuszna kara sięgnie mnie najpewniej już z rana. - powiedział w końcu, wychylił ostatnie krople z pucharu i wstał od paleniska.
- Ufaj Sigmarowi i szanuj Bogów, a Zło się Tobą nie zainteresuje. Sigmar będzie Ciebie chronił przed Ich spojrzeniem.Opróżnił puchar ostatnim łykiem. Większość wolała w swojej lekkomyślności toporne kufle. Heinz patrzał na to inaczej. Metalowy puchar potrafił zmieścić tyle co kufel... a zawsze można było go włożyć w ognisko i zagotować śnieg czy lód... bez żadnego problemu zdejmując z ognia improwizowanym z kawałka drewna chwytakiem...
Położył skóry na skalistej podłodze i położył na nie pałatkę. Następnie zawinął się po całości w koc i... niedługo później ogarnął go sen. Rano nie miał planów poza wyspaniem się. Zjedzeniem części podróżnej racji i napiciem się czegoś ciepłego. Proste potrzeby. proste zmartwienia...
-
Pieter Falk przez chwilę jeszcze trzymał łuk napięty, choć nie miał już do czego strzelać.
Walka skończyła się szybciej, niż zdążyła naprawdę rozgorzeć. Palce nadal pamiętały opór cięciwy. Ramiona miały w sobie tę krótką, zimną gotowość, która pojawia się, kiedy coś biegnie prosto na człowieka z zębami wyszczerzonymi w ciemności. Dopiero po kilku oddechach opuścił broń, powoli, bez pośpiechu, jakby każdy gwałtowniejszy ruch mógł jeszcze sprowokować las do odpowiedzi.
Patrzył na wilki. Na ciała zwalone w śnieg, na czerwone smugi rozmazane przy wejściu do pieczary, na parę unoszącą się z ran i z pysków, póki mróz nie zaczął odbierać im resztek ciepła. Zwykłe wilki wyglądały teraz mizerniej niż przed chwilą — chude, żałosne, głodne tak bardzo, że aż głupie. Głód potrafił zmienić zwierzę w coś, co przestawało bać się ognia, ludzi i stali. Pieter widział to wcześniej. Z ludźmi bywało podobnie.
Większy basior był czymś innym. Na niego Falk patrzył krócej. Nie dlatego, że się nie bał, ale dlatego, że zbyt długie przyglądanie się rzeczom dotkniętym skazą nigdy nie przynosiło nic dobrego. Wystarczyło zobaczyć tyle, ile trzeba było zapamiętać: zielonkawa ślina, chore ślepia, smród gnicia, który nie należał do żywej bestii. Potem już lepiej było pozwolić ogniowi zrobić swoje. Kiedy Sneider przeciągnął truchło z dala od wejścia, Pieter odwrócił głowę i splunął w śnieg. Nie z pogardy. Raczej z potrzeby pozbycia się z ust smaku, którego wcale tam nie było.
— Dobrze, że padł z daleka — mruknął bardziej do siebie niż do kogokolwiek.
Potem ruszył ku miejscu, z którego strzelał. Najpierw wrócił myślą do dwóch strzał. Jedna weszła w ciało wilka, czysto, między żebra, tam gdzie powinna. Druga uciekła w ciemność, prawdopodobnie przez dym, ruch zwierzęcia albo zwykłą złośliwość świata. Pieter nie miał w zwyczaju zostawiać po sobie rzeczy, jeśli nie musiał. Strzały kosztowały, a na trakcie wszystko, co dało się odzyskać, było warte schylenia karku.
Podszedł do martwego wilka, którego położył pierwszym trafieniem. Przykucnął, przytrzymał łapą futro i ostrożnie poruszył drzewcem. Strzała tkwiła głęboko, ale nie była złamana. Wyciągnął ją powoli, z nieprzyjemnym, mokrym oporem. Obejrzał grot w blasku ognia, potem lotki. Skrzywił się lekko.
— Ta jeszcze pójdzie — powiedział cicho.
Wytarł grot o śnieg, potem o kawałek szmaty, dokładniej niż zwykle. Po tym, co widzieli tego dnia, nawet krew zwykłego wilka nie wydawała się już całkiem zwykła.
Drugiej szukał dłużej. Wyszedł kilka kroków przed pieczarę, ale nie dalej, niż rozsądek pozwalał po zmroku. Pochylił się nisko, szukając cienkiego śladu w śniegu, miejsca, gdzie drzewce mogło wbić się pod kątem albo zniknąć między korzeniami. Ogień za plecami dawał za mało światła, a noc przed nim była gęsta i niechętna. Przez chwilę widział tylko biel, czerń pni i własny oddech. Ostatecznie poddał się, nie znalazłszy zguby.
Wrócił do ognia akurat wtedy, gdy płomienie zaczęły brać większego wilka na dobre. Smród uderzył ostrzej, tłusty, gorzki, chory. Pieter odruchowo zasłonił usta rękawem i stanął tak, żeby dym nie szedł prosto na niego. Słyszał modlitwę Sneidera, niską i twardą, bardziej podobną do wyroku niż prośby.
Pieter nie był człowiekiem modlitw. Przynajmniej nie takich, które wypowiada się głośno przy innych. Ale kiedy ogień zajął pysk bestii, a zielonkawa ślina syknęła w śniegu, Pieter przez krótką chwilę spuścił wzrok.
— Niech się spali do kości — powiedział tylko.
Kiedy Tomasimo wzniósł bukłak w niemal toastowym geście, Falk spojrzał na niego spod zmrużonych powiek. Niziołek miał w sobie tę dziwną, upartą żywotność, która bywała czasem bardziej irytująca niż hałas, ale po walce przy ogniu miała też coś kojącego. Jakby ktoś przypominał światu, że dopóki można wznieść bukłak, poprawić wąsa i pochwalić psa, dopóty noc jeszcze nie wygrała.
Pieter skinął mu krótko głową. — Dobrze strzelałeś — rzucił.
Potem spojrzał na Heinricha, który zabierał się do oprawiania wilków. Falk nie powiedział mu, żeby tego nie robił. Po ostrzeżeniu Sneidera i widoku chorego basiora każdy miał już dość rozumu, żeby wiedzieć, w co wkłada ręce. A jeśli nie miał, to żadna rada go nie ocali.
Później zajął się koniem. Podszedł do zwierzęcia spokojnie, bokiem, bez gwałtownych ruchów. Koń nadal był niespokojny po zapachu wilków, huku pistoletu i ogniu, który teraz trawił coś, czego żadne zwierzę nie powinno było widzieć. Pieter położył mu dłoń na szyi, twardą, zimną, ale pewną. Sprawdził uwiąz, potem popręg, juki, nogi i kopyta. Obejrzał, czy zwierzę nie skaleczyło się, kiedy szarpnęło podczas ataku. Przesunął palcami po rzemieniach, poprawił jeden węzeł, drugi zawiązał na nowo. Upewnił się, że koń ma dość luzu, by nie spanikować od byle ruchu, ale nie tyle, by w nocy wpakować się w ognisko albo wyrwać między drzewa. Na koniec dosypał mu paszy tyle, ile mógł bez marnotrawienia zapasów.
W takich warunkach koń nie był tylko koniem. Był ciepłem, ładunkiem, drogą powrotną i szansą na przewiezienie kogoś, kto jutro może nie mieć sił iść o własnych nogach.
Dopiero gdy zwierzę uspokoiło się nieco, Pieter wrócił do swoich rzeczy. Rozłożył śpiwór pod ścianą pieczary, w miejscu, skąd miał dobry widok na wejście, ale nie leżał bezpośrednio na linii zimnego powietrza. Podłoże było twarde, nierówne i pachniało wilgotnym kamieniem. Lepsze to niż śnieg. Gorsze niż karczemna podłoga. W sam raz na życie, które ostatnio wszystkim przypadło w udziale.
Przez chwilę patrzył na posłanie. Nie położył się. Zamiast tego wyjął z pakunku cienki sznurek. Dużo sznurka. Zwiniętego porządnie, nie dla ozdoby, lecz dla kogoś, kto wiedział, że w lesie czasem bardziej przydaje się cicha linka niż druga broń. Potem wydobył dwa niewielkie dzwoneczki.
Były małe, niepozorne. W karczmie mogłyby wisieć przy drzwiach albo przy uprzęży kuca, wydając uprzejmy, prawie śmieszny dźwięk. W nocy, przed jaskinią, mogły obudzić człowieka o jedno uderzenie serca wcześniej.
A czasem jedno uderzenie serca wystarczało.
— Zrobię potykacze — powiedział do reszty, choć nie zabrzmiało to jak pytanie. — Przed wejściem. Nisko. Z dzwonkami.
Potem wyszedł przed pieczarę, ostrożnie, z łukiem pod ręką i nożem przy pasie. Nie zapuszczał się daleko. Wybrał dwa miejsca po bokach podejścia, tam gdzie śnieg i kamienie naturalnie kierowały kroki ku wejściu. Jeden sznurek przeciągnął nisko, mniej więcej na wysokości kostki człowieka, między wystającym korzeniem a kamieniem przysypanym śniegiem. Drugi ustawił bardziej z boku, tam gdzie ktoś mógłby sądzić, że znalazł wygodniejszą ścieżkę. Dzwoneczki umocował tak, by nie brzęczały od byle podmuchu, ale odezwały się przy wyraźnym szarpnięciu.
Pracował dokładnie, jak na tak prostą rzecz.
Sprawdzał napięcie sznurka, poprawiał węzły, przysypywał ślady, odgarniał śnieg tam, gdzie zdradzałby za wiele. Nie próbował zastawić pułapki, która kogokolwiek zatrzyma. Chciał tylko, by ewentualny intruz został w porę usłyszany. Kiedy skończył, wrócił do środka i przez chwilę stał przy ogniu, grzejąc dłonie.
Spojrzał ku wejściu. Za nim noc była czarna i cicha, tylko płonące truchło większego wilka dogasało dalej, śmierdząc skazą, tłuszczem i złym omenem. Potem usiadł przy swoim śpiworze, oparł łuk blisko ręki i zaczął wycierać odzyskaną strzałę jeszcze raz, choć nie było już z niej czego ścierać. Na wszelki wypadek oczyścił ją jeszcze w ogniu. Czasem dłonie musiały robić cokolwiek, żeby głowa nie wracała tam, gdzie nie trzeba. Następnie położył się spać, prosząc towarzyszy, aby obudzić go, gdy nadejdzie jego kolej trzymania warty.
-
D Dhratlach odniósł się do tego tematu dnia
-

Bezkrwawe zwycięstwo mogło pokrzepić morale, ale tej nocy nie można było zaliczyć już do spokojnych. Nie przyszły żadne wilki, dzwoneczki przy potykaczach Pietera dzwoniły cichutko przy mocniejszych podmuchach wiatru, ale nic więcej tej nocy już nie nadeszło. Mimo wszystko sen długo nie chciał na nich zejść. Nie tak, jak powinien po ciężkim dniu marszu i krótkiej, brudnej walce. W powietrzu wisiał fetor spalenizny nijak niepodobny do tego, który mogli znać z palenisk, kuźni i zimowych izb. Był to tłusty, gryzący, kwaśny odór, stanowiący mieszankę palonego futra i czegoś chorego, co mimo oczyszczającego błogosławieństwa płomieni zdawało się nie chcieć odejść razem z dymem.
Ogień w pieczarze trzaskał cicho. Śnieg za wejściem odbijał pomarańczowy blask. Konie długo jeszcze parskały niespokojnie, ilekroć wiatr odwracał się i przynosił z zewnątrz resztki woni spalonego ścierwa. Tyci czuwał blisko Tomasimo, z łbem opartym na łapach, ale uszami pracującymi przy każdym szmerze. Sneider spał niewiele, wiercąc się nerwowo. Siedział plecami przy kamieniu, z kapeluszem zsuniętym nisko i bronią w zasięgu dłoni, tak nieruchomo, że w półmroku mógłby uchodzić za część jaskini, gdyby nie oddech i sporadyczny błysk oka spod kapelusza.
Nad ranem mróz stwardniał. Odczuli to. Zmęczenie osiadło w ciałach ciężej niż poprzedniego dnia, wdzierając się przez mięśnie do kości. Przyszedł blady, szary i nieżyczliwy świt. Światło sączyło się między drzewami, odsłaniając ślady nocnej walki. Mogli raz jeszcze spojrzeć na rozdeptany śnieg, ciemne plamy krwi, odciski łap, smugi po ciągniętych truchłach wilków, które oporządzał Heinrich... i czarną resztkę po spalonym basiorze, częściowo już przysypaną świeżym puchem.
Po śniadaniu okraszonym wilczym mięsem zgasili ognisko, przysypując je śniegiem. Pieter zdjął potykacze. Moriz sprawdził konie, rzemienie, juki i broń. Skóry zabrane przez Heinricha zesztywniały od mrozu, cuchnęły wilkiem i krwią, ale część z tego, co zebrał, może się jeszcze do czegoś nada. Będzie trzeba nad tym popracować, gdy dotrą do wioski. To, co zostało z wilków, oddali naturze. Heinrich dla ułatwienia roboty wieczorem ułożył zwierzęta pokotem. Widok ten trochę tłumił apetyt przy śniadaniu, ale wyglądało na to, że padlinożercy będą zadowoleni. Parę kruków zebrało się już nawet na drzewach i czekało tylko na ich odejście.
Sneider zażyczył sobie przejrzeć ich dłonie, zwłaszcza Heinricha. Zrobił to krótko i bez czułości. Podobnie bystro przyjrzał się ich twarzom. Szukał skaleczeń, zaczerwienień, ropy, dziwnych plam, czegokolwiek, co mogłoby sugerować, że skaza Chaosu jakoś na nich przeszła. Wyglądało na to, że nic nie znalazł. W końcu po tych oględzinach dalej byli żywi. Nie ulegało wątpliwości, że gdyby coś znalazł, nie potraktowałby ich ulgowo. Pewnie nawet by nie mrugnął, gdyby trzeba było doraźnie wrazić nóż w serce. Mimo wszystko po zakończonej inspekcji nie wyglądał również na człowieka uspokojonego.
– Myjcie łapy po każdej takiej walce. Dobrze wam radzę – rzucił tylko. – Lepiej zedrzeć skórę z palców, niż czekać, aż zacznie schodzić sama.
Ruszyli. Droga do Dunkelwaldu nie niosła ze sobą żadnych niespodzianek. I dobrze, bo po nocy z wilkami nawet zwykły marsz wydawał się wystarczającą próbą. Szli wolniej, częściej niż wczoraj łapiąc zadyszkę. Kto spał, spał mało lub niespokojnie. Mimo wszystko Sneider wymagał od nich zachowania wzmożonej czujności. Łajdak posunął się nawet do tego, by ich sprawdzać, nerwowo reagując na przemykającą od czasu do czasu łanię czy daniela. Nawet bez jego prowokacji byli dość czujni. Ciemna toń gęstwin działała na wyobraźnię. Las rozciągał się po obu stronach traktu, cichy, a wiatr wiejący między gałęziami świszczał upiornie, niosąc złowróżbną melodię kniei.
Mapa Ulmanna dalej się sprawdzała. Komuś, kto nie zwraca uwagi na detale, mogło się wydawać, że chodzą w kółko. Śnieg spłaszczał krajobraz, przykrywał charakterystyczne elementy. Dlatego nawet Pieter musiał od czasu do czasu sięgnąć po mapę, by nie postradać drogi. Tak oto kilka kresek na pergaminie oszczędziło im zejścia w zły jar, kilka znaków pozwoliło odnaleźć kamień graniczny pod zaspą, a raz także stary pień z wyciętym symbolem, prawie całkiem skuty lodem i niewidoczny dla kogoś, kto nie wiedział, że powinien patrzeć właśnie tam.
Trakt z wolna schodził niżej. Dzikość lasu nie ustąpiła nagle, ale mogli zauważyć już pierwsze ślady stałej bytności miejscowych. Pomiędzy świerkami i bukami zaczęły pojawiać się nacięcia od siekier. Mogli dostrzec stare pniaki, zbutwiałe stosy gałęzi, sterty porąbanego drewna przykryte śniegiem i zapomniane sanie drwali, przewrócone na bok przy zamarzniętym rowie. W jednym miejscu mijali niską szopę, której dach zapadł się pod ciężarem śniegu. W innym – dziwnie ułożony kopiec kamieni, na którym ktoś zatknął wilczy kieł przewiązany wytartym rzemieniem. Sneider zatrzymał się przy nim na chwilę i burknął coś niezrozumiale pod nosem. Nie kazał tego zniszczyć. Zbliżali się do sioła spod znaku Ulryka i kto wie, ile podobnego tałatajstwa znajdą głębiej.
W południe przeszli przez zamarznięty strumień. Lód przy brzegach był mleczny i spękany, lecz pośrodku trzymał jeszcze na tyle mocno, by przeprowadzić konie pojedynczo. Pod nim czarna woda płynęła dalej, cicha i uparta, niosąc liście i cienkie gałązki. Później droga ponownie wspięła się łagodnie. Obeszli niski pagórek i wyłonił się przed nimi widok, który latem musiał być pewnie powodem czyjejś dumy.
Zamarznięty sad jabłoni.
Najpierw kilka drzew, potem całe rzędy. Niskie, powykręcane drzewa stały po obu stronach drogi, czarne, nagie, z gałęziami rozłożonymi jak chude palce. Śnieg leżał na nich w cienkich pasmach. Na ziemi, pod zaspami, widać było miejscami zamarznięte, zgniłe owoce, brązowe i pomarszczone, których nikt nie zdążył zebrać albo nie było komu. Niektóre wisiały jeszcze na gałęziach, twarde od mrozu, sczerniałe.Dalej stały prymitywne prasy, przykryte płachtami i śniegiem. Drewniane kadzie obrócone do góry dnem. Szopy o szerokich drzwiach, z których w cieplejsze miesiące pewnie toczono beczki. Nawet zimą, pod mrozem, dało się wyczuć pod dymem i wilgocią kwaśnawy zapach starych jabłek, sfermentowanej pulpy i drewna nasiąkniętego cydrem.
– Drwale i cydr – mruknął Sneider. – Wesoli, kurwa, sadownicy.
Zaklął, dając w powątpiewanie sielankową wizję, jaka mogła się roztaczać przed mniej pesymistycznymi członkami drużyny. Sneider przyjechał znaleźć tu kultystów i znając opinie o Łowcach Czarownic, pewnie sobie jakiegoś znajdzie, choć trzeba mu było oddać, że dotąd starał się obiektywnie patrzeć na rzeczywistość.Spojrzeli dalej. Za sadami wyłaniał się Dunkelwald. Tak naprawdę wpierw był dym. Cienki, szary, unoszący się z kilku tuzinów kominów. Potem doszło szczekanie psa, krótkie i urwane, i tak w miarę zbliżania poczęli dostrzegać niskie, strome dachy, obciążone śniegiem, skupione ciasno przy trakcie i wokół niewielkiego placu. Chaty były drewniane, ciemne od smoły i dymu, z podmurówkami z polnego kamienia. Przy wielu z nich wisiały wiązki drewna, pęki ziół, suszone skórki jabłek, stare sidła i narzędzia do pracy w lesie. Płoty stały krzywo, naprawiane tym, co akurat wieśniacy mieli pod ręką, czy to deską, kołkiem, kawałkiem sanek, czasem nawet obręczą od beczki.
Pośrodku osady znajdowała się studnia z daszkiem, obok niej stary dąb, martwy albo prawie martwy, z pniem obwieszonym wyblakłymi wstążkami i, jakże by inaczej, wilczymi kłami. Na północ od placu, wyżej, między ciemnymi pniami, majaczyła kaplica. Nie była duża. Kamienna podstawa, drewniana górna część, stromy dach, wilcza głowa wyrzeźbiona nad wejściem albo tylko przybita pod daszkiem. Z tej odległości trudno było ocenić. W gasnącym świetle wyglądała jak coś, co bardziej pilnuje wsi, niż jej błogosławi.
Ludzie nie wychodzili im naprzeciw. Twarze pojawiały się w oknach i znikały. Ktoś uchylił drzwi, zobaczył kapelusz Sneidera i zamknął je powoli, jakby szybki zryw już mógł zostać uznany przez Łowcę Czarownic za przewinę. Dwóch parobków przy stosie drewna przerwało robotę. Jeden odruchowo zdjął czapkę. Drugi nie zdążył, więc pierwszy szarpnął go za rękaw. Dziecko przebiegające między chatami zamarło na środku drogi, po czym uciekło za płot. Gdzieś za stodołą zaszczekał pies, ale zaraz ktoś syknął na niego ostro. Sneider nie komentował. Być może był przyzwyczajony do podobnie ciepłych przywitań. Szedł środkiem drogi, spokojnie, roztaczając groźną aurę, która sprawiała, że ludziom jeżył się włos na skórze.
– Mus nam karczmy trzeba – powiedział tylko. – Zmierzcha, a za nami długi dzień. Rano zaczniemy właściwie. Zresztą ludzie przez noc mają brzydki zwyczaj chować swoje sekrety na prędce, przez co następnego dnia łatwiej je odkryć. Głupcy nie rozumieją, że nie czytam w myślach. Pewnych rzeczy bym się nie domyślił, gdyby nie próbowali ich tak niezdarnie ukryć. To była jedna z moich pierwszych lekcji jako Łowcy Czarownic. Zapamiętajcie sobie. Bardzo życiowe.
Wyłożył i poszedł w stronę największego budynku we wsi.
Karczma stała przy placu, większa od pozostałych budynków, tak jak podejrzewał, choć była przy tym tylko trochę mniej biedna. Nosiła nazwę Pod Kwaśnym Jabłkiem, wymalowaną nierównymi literami na desce wiszącej nad drzwiami. Na szyldzie ktoś kiedyś namalował zielonkawe jabłko z wykrzywioną miną i kropelką soku przy ogonku. Farba spłowiała, ale grymas owocu jakoś oparł się pogodzie. Przynajmniej na razie. Pod szyldem zwisały dwa małe, zamarznięte wianuszki z gałązek jabłoni.
Budynek miał szeroką izbę od frontu, niskie okna z mętnymi szybkami i dobudowaną stajnię po lewej stronie. Z tyłu widać było większą szopę albo skład, zapewne na beczki, narzędzia i zapasy. Przy jednej ścianie stały trzy opróżnione beczki po cydrze, teraz przysypane śniegiem. Z komina unosił się dym, a spod drzwi sączyła się wąska smuga ciepłego światła. Sneider wszedł pierwszy. Otworzył drzwi, wszedł do środka i zniknął w pomarańczowym świetle, zostawiając na zewnątrz resztę drużyny z końmi, psem i jukami.
Wtedy wydarzyło się coś niespodziewanego, co sprawiło, że kilku z nich mogło napiąć nerwowo mięśnie, a dłoń instynktownie ruszyła w stronę rękojeści. Za ich plecami odezwał się chłopiec. Mógł mieć dziewięć, może dziesięć lat. Stał w za dużej kurcie, pewnie po bracie, z czerwonym nosem, w czapce naciągniętej prawie na oczy. Pojawił się tak cicho, jakby od dawna stał między studnią a martwym dębem, tylko wcześniej nikt nie zwrócił na niego uwagi.
– Nie idźcie nocą do kaplicy – powiedział.
Krótko. Trochę tak, jak dziecko mówi rzecz zasłyszaną od dorosłych, której nie powinno powtarzać, ale jednak powtarza, bo leży to w dziecięcej naturze. Nim ktokolwiek zdążył dobrze odpowiedzieć, z najbliższej chaty wyszła kobieta w grubej spódnicy i chustce. Nie biegła, ale szła szybko. Chwyciła chłopca za rękę, przyciągnęła do siebie i spojrzała po podróżnych z wymuszonym, nerwowym uśmiechem.
– Bujną ma wyobraźnię – powiedziała. – Dzieciaki tak mają. Johan, co ci mówiłam o zaczepianiu ludzi i bajaniu na jawie, co? Przepraszamy bardzo. Prawda, Johan?
Bardziej oznajmiła, niż zapytała. Chłopiec chciał jeszcze coś powiedzieć, ale ścisnęła mu dłoń mocniej.
– Do domu.
Pociągnęła go za sobą. Drzwi zamknęły się chwilę później, niezbyt głośno, ale ostatecznie. W oknie poruszyła się firanka, po czym zgasło światło. To było dziwne... ale zanim ktokolwiek zdążył skomentować, z wnętrza karczmy dobiegł głos Sneidera.
– Wprowadzać konie do stajni. Na Sigmara, pizga jak w Nordlandzie. Ruszajcie się.
Ponaglił ich i trzasnął drzwiami.Stajnia przy Kwaśnym Jabłku była niska, ciepła tylko od stłoczonych w niej zwierząt, ale po całym dniu marszu nawet taki dach zdawał się dobrodziejstwem. W środku stały już dwa miejscowe konie, parę krów, mały wózek, trochę narzędzi i beczki ustawione pod ścianą. Przy żłobach leżały jabłkowe wytłoki, zamarznięte w brązowawe bryły. Kuc Tomasimo stanął blisko przy koniach, jakby chciał podkraść trochę ich ciepła. Tyci obwąchał próg, prychnął na kota siedzącego na belce i wrócił do swojego pana.
Wnętrze gospody było niskie, zadymione i ciemniejsze, niż zapowiadało światło pod drzwiami. Główna izba miała szerokie palenisko po prawej stronie, z kamiennym okapem czarnym od sadzy. Przed nim stały dwie długie ławy i ciężki stół porysowany nożami, kuflami oraz śladami po latach częstego użytkowania. Po lewej znajdował się szynkwas, solidny, toporny, zrobiony chyba z tego samego drewna, z którego miejscowi stawiali mostki nad strumieniami. Za nim wisiały cynowe kubki, gliniane dzbany, kilka pękatych butli i mała beczułka z zatkniętym kranikiem. W powietrzu unosił się zapach dymu, kwaśnych jabłek a jakże, mokrej wełny, tłuszczu i piwa.
W głębi izby były schody prowadzące na piętro. Wąskie, skrzypiące, z poręczą wygładzoną od rąk. Pod schodami stały beczki i kosze. Za izbą główną widać było uchylone drzwi do kuchni, skąd dochodził odgłos mieszania w garnku i zapach cebuli smażonej na tłuszczu. Dalej musiały być komory, spiżarnia i zejście do piwnicy, bo z podłogi przy ścianie wystawała ciężka klapa z żelaznym uchwytem. Przy niej leżała mokra szczotka, jakby ktoś niedawno próbował zetrzeć ślady błota albo rozlanego napitku.
W izbie siedziało kilku miejscowych. Drwal z ręką w opatrunku. Stara kobieta otoczona rzędem pustych butelek. Dwóch młodych mężczyzn pochylonych nad miską polewki. Kiedy weszli obcy, rozmowy urwały się nierówno. Gdy jednak do środka wszedł Sneider, efekt był podobny jak sprzed dwóch dni. Bohaterowie mogli zacząć sobie wyobrażać, że Łowca ma już wyuczone tiki i przygotowaną paletę groźnych min, którymi częstuje innych, wszystko specjalnie przygotowane na takie właśnie wejścia.
Karczmarz był człowiekiem niskim i szerokim, z policzkami czerwonymi od dymu z ognia w palenisku. Miał fartuch przewiązany pod brzuchem, rzadką brodę i kalkulujący wzrok. Obok niego krzątała się kobieta znacznie szczuplejsza, o niesłychanej urodzie. Widać, jakaś swatka dodała sobie jeden do jednego i zabrączkowała miejscową piękność z obrotnym karczmarzem. Widok dość częsty i dla niektórych przykry. To ona pierwsza spojrzała na broń, potem na buty, potem na kapelusz Sneidera.
– Miejsca potrzebujemy – powiedział Łowca Czarownic, zdejmując rękawice. – Zabawimy u was na parę dni.
Karczmarz przełknął ślinę.
– Miejsce jest, panie. Trochę ciasno, bo zima, ludzie po drogach, drwale z lasu, ale coś się znajdzie.
– Ja nie pytałem, czy się znajdzie, ale miło, żeście trochę bardziej rezolutni i nie muszę sięgać po metody perswazji. Ile będzie?
To pytanie padło zbyt szybko, żeby karczmarz zdążył udawać gościnność.
– Za dwie izby na górze... – zaczął ostrożnie. – Trzy szylingi od głowy. Stajnia osobno. Ogień, posłanie, wieczerza... napitek, jeśli trzeba. Cydr mamy własny, choć kwaśny, jak nazwa każe. Lepszy latem, zimą już bardziej dla odważnych.
Sneider spojrzał na niego bez uśmiechu.
– Trzy szylingi od głowy?
Karczmarz odchrząknął.
– Czysta izba, panie. Dach nie cieknie. Prawie. Zimą wszystko drogie. Taki urok zimowych zagajniczków.
Przy szynkwasie ktoś parsknął cicho, ale zaraz udał kaszel.
Sneider oparł rękawice na blacie.
– Dobrze. Nie będziemy się targować jak przekupy na targu. Mam nadzieję, że siennik nie gryzie, inaczej sobie pogadamy.
– A nie gryzie, nie gryzie – odpowiedział karczmarz po chwili niepewnie. – Chyba że ktoś sam ze sobą pchły przyniesie. To zadbany przybytek.
Żona za jego plecami zamknęła oczy na krótką chwilę. Wyglądała na zmartwioną i chyba modliła się do wszystkich bogów, żeby jej mąż się już zamknął.
Sneider patrzył na niego długo, ważąc chyba, czy nie poczuć się urażonym, ale nie okazał się tak małostkowy. Zamiast tego uśmiechnął się, ale nie był to uśmiech, który chciałoby się oglądać często, i nie miał w sobie nic z życzliwości. Potem przesunął wzrok po izbie, po miejscowych twarzach, po schodach, po klapie do piwnicy, po koszach z jabłkami i po drzwiach kuchni.
– Jedna izba dla mnie. Druga dla moich towarzyszy. Stajnia dla zwierząt. Wieczerza. Wrzątek. I nikogo obcego na piętrze.
Karczmarz otworzył usta.
– Dobry panie, jak to nikogo obcego na piętrze?! To ja muszę ludzi poprzenosić, a jak poprzenosić, to będzie gadane, a jak będzie gadane...
– To będzie gadane... niezbyt mnie to obchodzi. Jutro dopiero sobie pogaworzę z ludźmi – oznajmił, a po sali przebiegły nerwowe szepty. Część ludzi zmroczonych alkoholem dopiero teraz pojęła, dlaczego Łowca Czarownic zawitał do Dunkelwaldu i chyba miała ochotę szybko sprawdzić, czy nie ma czegoś pilnego do roboty w domu.
Przez chwilę stali naprzeciw siebie przy szynkwasie. Za oknami Dunkelwald ciemniał, a śnieg zaczął znów osiadać na szybach drobnymi, mokrymi plamkami. W głównej izbie nikt nie wrócił jeszcze do rozmowy. Wszyscy czekali.
Karczmarz w końcu westchnął.
– Dobrze. Podejrzewam, że interes i tak będzie wystawiony na małą próbę przez parę dni. Nie obraźcie się, panie, ale wizyty ludzi z waszego szlachetnego zakonu szybko zabijają interesy.
– Zapewniam, że nie tylko interesy. Ale nie bójcie się. Nie będziecie stratni. Pod koniec zostawię zadatek za to, że nie utrudniacie. Sowitą premię. Więcej, niż byście wycisnęli z miejscowych przez te parę dni. To wszystko. A teraz do dzieła.Karczmarzowi nie trzeba było powtarzać. Porwał żonę na zaplecze, zaprzągł parę parobków do szykowania wszystkiego i nie było go widać przez chwilę. W tym czasie karczma opustoszała całkiem i zaledwie po kwadransie mogli „cieszyć się” niespotykaną nigdy wcześniej prywatnością. Karczma na wyłączność? Można by to było polubić, gdyby nie towarzyszyła temu opustoszeniu taka mroczna atmosfera. Łowca podszedł do nich i przekazał klucz od właściciela, mierząc ich uważnym spojrzeniem. Każdemu spojrzał w oczy i nie odwrócił wzroku. Na wargach wykwitł mu lekko niepokojący półuśmieszek.
– Dobrze mi się na razie z wami współpracuje. To odświeżające. Wyśpijcie się, ale trzymajcie dla porządku wartę w swojej izbie. Nie zapominajcie, po co tu jesteśmy. Jutro zabierzemy się do pracy. Wejdziecie trochę w moje buty i też sobie popytacie. Jeśli nie macie pytań, to idę udać się na spoczynek.
Zapytał i czekał na ich kwestie, całkowicie ignorując fakt, że sam dla siebie wybrał osobną izbę i trudno mu będzie przez to dostosować się do własnej rady. No nic, może miał inne sposoby na zachowanie czujności w nocy. -
Ranek przyszedł nieubłaganie. Heinz oceniał chłodnym okiem posiłek przy posiłku starając się ocenić zasadność swojej nocnej decyzji. Prawda była okrutne... wiedział, że więcej by zyskał odpuszczając sobie mięso i skupiając się tylko na skórach. Te wilki... pod każdym względem były mizerne w pożywienie. Nie zdziwiłby się, gdyby były tak wygłodzone i zdesperowane, że nawet huku broni palnej się nie przestraszyły i mimo wszystko atakowały. Ostatni zryw przed śmiercią z głodu. No może poza tym ostatnim co chciał zwiać. Nie miał wątpliwości, musiał być nad wyraz kumaty, ale co zrobić? Dorżnęli watahę...
Siedział przy ognisku ogrzewając swoje kości pieczonym sercem wilka i ciepłą wodą z pucharu. Nie żałował. Może i stracił cenny zarobek, ale jednak, co mięso, to mięso... a mięso było ważne i cenne. Czuł jak odwaga i żelazna wilcza wola wypełnia jego duszę z każdym, nad wyraz smacznym, kęsem kiedy spożywał swój posiłek. Nawet się uśmiechał w zadowoleniu. Nieznacznie, ale jednak. Próbował nakłonić innych do posiłku na mięsie podając im pieczyste, ale... nie byli widocznie przekonani. Ryzyko spaczenia? Może, ale w życiu jadł gorsze rzeczy. O wiele gorsze musiał przyznać przed sobą, ale takie było życie na drodze. Wątroby wilcze były zdrowe na jego oko i to mu wystarczało by zdecydować się zjeść co pozyskał nie tak dawno temu.
Droga do sławiennej wsi mijała mu nad wyraz szybko, choć zmęczenie wkradało się w kości. Jedyne czego pragnął to zawinąć się w koc i... nie myśleć o wydarzeniach nocy. Na wszystko, zawsze, był odpowiedni czas, moment. na szlaku? Nie mógł sobie pozwolić na luksus wędrujących, skotłowanych myśli.
Sneider testował ich czujność jakby jeszcze spali. Nie mówił nic. Mieli ustną umowę i zamierzał się z niej wywiązać. Honor złodzieja, czy coś w ten deseń. Jakby to miało jakiekolwiek znaczenie. Czy miało? Nie wiedział i nie chciał wiedzieć. Czasami najlepiej było nie wiedzieć. Liczyła się suma zysków i strat. Nic więcej. Nic mniej, a największe szanse na zarobek były trzymając się Łowcy Czarownic. Czym było parę dni, może tydzień, pod jego komendą, kiedy mógł dołożyć kolejną cegiełkę do swojego planu na przyszłość? Tak, miał plany, odległe, nawet bardzo, ale nie narzekał. Rok za rokiem był bliżej i bliżej. Pewnego dnia... pewnego dnia...
Widok sadu i cydrowni nie napawał optymizmem, ale był dobrym wyznacznikiem tego, że byli blisko. Bardzo blisko celu ich podróży. Co prawda Heinrich miał wątpliwości... co zmusiło ludność do porzucenia sadów i jak widać całkiem prężnie działającej placówki obróbki jabłek na cele relaksacyjne? To mu nie pasowało. Czuł pismo nosem, że ta osada była przegnita do cna, albo żyła w strachu przed czymś. Jedno i drugie było złem. Może nie było to zło do jakiego nawykł, al...
- Drwale i cydr – mruknął Sneider – Wesoli, kurwa, sadownicy.
- Można powiedzieć, że lubią się się zdrowo narąbać... - mruknął do siebie półgębkiem rudzielec, ale nie wchodził w dalszą dysputę.
Wieś nie była nadzwyczajna. Była... przeciętna pod każdym względem. Jedyne na co zwrócił bacznie uwagę to to, że ludzie wieszali zioła. Nie tylko na płocie, ale i przy drzwiach i oknach też. Oznaczało to najpewniej to, że chcieli się chronić przed złem i choć nie było to nic nadzwyczajnego... to obiecał sobie sprawdzić te ziołowe wiązanki z samego rana w świetle dnia. Miał kompetencje do tego jako zielarz. W końcu wokoło ziół było wiele przesądów, które nie raz, nie dwa i zdecydowanie za często... były słuszne.
Martwy dąb był świadectwem tego jak ludzie radzili sobie ze strachem. Może Kraus nie był jakimś uczonym... za co był wdzięczny kołu losu, bo pomimo szacunku do pisma... to jednak wolał być... normalny. Cokolwiek by to nie znaczyło. W jego oczach/ Ci wymuskani uczeni i ich żaki były w większości zniewieściałe i słabe. Ślepo przekonane o swojej wielkości, choć tak naprawdę gówno wiedzieli o życiu. Fascynujące co kilka przeczytanych książek, klepanie po plecach od im podobnych i inne bzdety mogły zrobić z człowiekiem...
Tak czy inaczej dąb opowiadał historię. W jego oczach? Historię strachu i dumnej przekory wobec zagrożenia. Nie miał pewności co do wstążek. Mogły być świadectwem żałoby po tych co odeszli, albo nadzieją, że bogowie zauważą. Wilcze amulety jednak mówiły jasno o osadzie. Jej strachu, albo oddaniu Ulrykowi. prędzej to pierwsze, bo patrząc po ilości... cóż, to już zakrawało na małą z nimi wojenkę, a Wilczy Pan raczej nie byłby zadowolony z ich, miejscowych, pogromów jego świętych zwierząt.
– Nie idźcie nocą do kaplicy – powiedział młodzik który może nawet nie miał dziesięciu lat. Może... bo było ciemno. Usadowiony między strategicznym miejscem jakim była studnia, a martwe drzewo... było co najmniej ciekawym wydarzeniem. Tym ciekawszym, że najwidoczniej jego matka zdecydowała się wszystkiemu zaprzeczać. Heinz nie był znawcą ludzi, ale to było co najmniej podejrzane. Dorośli ukrywali prawdę. Co do tego był... pewien.
Nic nie powiedział tylko udał się do karczmy. Tam, będąc świadkiem rozmowy Sneidera z gospodarzem chłoną każde słowo i każdą mimikę. Każdy ton. Jego grupa się rozsypała i wiedział dobrze, że mógł liczyć tylko na siebie, a to oznaczało, że musiał uczyć się szybko jeśli chciał się utrzymać na wodzie. Nie było "Kafki" który by świecił za wszystkich oczami i dobijał targów, zdobywał tropy i zlecenia. Prawda, towarzyszył mu jako ochrona, ale... nie zwracał szczególnej uwagi na "sztukę w ludzi".
Nie mniej, musiał przyznać, że żonka była niczego sobie. Piękno było piękne... ponieważ przemijało. Jak wszystko. Jak natura. Nie były mu obce małżeństwa aranżowane i inne swatania. Sam jednak nie miał na nie czasu, ani nawet chęci. Ponura rzeczywistość i tryb życia na drodze jawnie utrudniały osiadły tryb życia, który... nie był dla zielonookiego. Nie miał czasu na przyjemne rozproszenia. Tym bardziej... no właśnie... był zajęty i nie było w jego sercu miejsca na kogoś nowego. Był wierny...
Posiłek był przyjemnością. Choć Łowca stawiał to nie miał zamiaru nadwyrężać gościnności. Nie mniej, zastanawiał się w duchu... nad naturą tego miejsca. Nie wydawało się być zagrożeniem... przynajmniej nie teraz...
- Wezmę pierwszą wartę. - oznajmił towarzyszom.
Wiedząc, że ma do rozmówienia się karczmarzem nie napawało go to nadzieją. Jak byłoby łatwiej mieć "Kafkę" u boku! Niby mógłby zlecić rozmowy komuś innemu by działał w jego imieniu, ale komu? Niziołek był nad wyraz rozgadany i zdecydowanie zbyt pewny siebie... poza tym... coś mu tu śmierdziało i nie były to jego stopy... raczej. Coś było w powietrzu. Jak butwiejące drzewo.
-
Tomasimo przejął wartę po Morizie i w ciszy, z psem u boku obserwował otoczenie, rozmyślając jaki świat przyszło im odziedziczyć po wojnie. Plugastwo w lasach, ruiny w obejściach, całe wioski wycięte w pień. Tragedia. Jak zawsze najgorzej ma państwo na terenie którego toczyła się wojna. Może powinni więc najechać Norskę? Tam stawiać warownie? Bliżej wroga...
Dumał paląc fajkę i w ciszy obserwował wiatr przerzucający śnieżny pył. Tytoń niestety nie głuszył zapachu spalanego alfy, chorego, gnijącego a pewnie i zmutowanego cielska wielkiego basiora. Największy z nich, to też ciekawe, najsilniejszy z nich pierwszy uległ zmianom, zupełnie inaczej niż w przypadku chorób gdzie zdrowy wielki chłop o sporej tężyźnie fizycznej zwykle choruje później niż mały, wychodzony i osłabiony żebrak.
Zależność warta odnotowania... na szczęście był mały, nawet jeśli dość wysoki jak na niziołka.
Obudził Pietera na kolejną zmianę, obmył siebie i psa w śniegu na tyle na ile dało radę i widział w nocy, po czym schował się z Tycim do małego namiotu. Ustawionego w poprzek wejścia do pieczary, tak by ewentualny wiatr dął w jego bok. Nieduża wielkość konstrukcja, podwójny koc wypełniony wełną oddzielający ich od zimnej skały i futro psa obok szybko przełożyły się na ciepło, komfortowe na tyle by wreszcie usnął.
Dopiero rano wychylając łeb z powrotem na nieżyczliwy świt przypomniał sobie jaką mają porę roku. Mróz po nocy trzymał srogo wykrzywiając ich twarze w grymasie niezadowolenia, słońce wstało niedawno i nie zdążyło jeszcze ogrzać choć odrobinę okolicy, a ognisko przygasającym ogniem prosiło o nowe drwa.
Tomasimo wodą z odrobiną wina z bukłaka przemył twarz, jak co rano wyjął swój przybornik do brody i przejrzał się w nim poprawiając zakręconego lekko wąsa olejkami, chroniąc swój bujny zarost przed mrozem.
Nalał psy wody z bukłaka do drewnianej miski i zostawił kilka kawałków suszonego mięsa obok, samemu pijąc bezpośrednio z niego i zagryzając tym samym mięsem. Z worków zwisających po bokach kuca wyjął obrok i rozsypał przed swoim i Pietera wierzchowcem. Po czym usiadł przeżuwając posiłek i ogrzewając się przy nowo rozpalonym ogniu. Tej nocy spał w zbroi, w ubraniu, po wojskowemu, ale że dopiero pierwsza dobra to raczej jeszcze nie śmierdział. Dzień góra dwa i będą w karczmie by się porządnie odświeżyć - pomyślał.
Przed ruszeniem w drogę Łowca Czarownic zażyczył sobie inspekcję swojego nowego oddziału, a szczególnie dłoni.
- Myjcie łapy po każdej takiej walce. Dobrze wam radzę - rzucił tylko. - Lepiej zedrzeć skórę z palców, niż czekać, aż zacznie schodzić sama.
- Niech żyje muszkiet i Hochlandzka myśl techniczna! - odrzekł pogodnie Tomasimo, który tak samo jak jego kompan z wojska walczyli bronią dystansową, co prawda nie palną, ale na jedno wychodzi, wojna ich już nauczyła... poza tym chciał rozweselić zebrane towarzystwo, żołnierzy nie powinno się tak straszyć bo stracą zapał do walki z plugastwem.
Powoli, aczkolwiek skutecznie, dzięki mapie, zbliżali się do wioski. Droga była nużąca i zimna, a po wydarzeniach nocy nikomu z nich na rozmowy się nie zbierało. Toteż podróżowali w milczeniu.
O ile sad i sezonowe wytaczanie cydru nie zrobiły na Ashfieldzie wrażenia, to sama wioska z starym dębem obwieszonym kłami już tak. Przestroga czy pamiątka? Obejrzał się na kaplicę po drugiej stronie i nagle zrozumiał. Pewnie składają Ulrykowi ofiary z wilka. Słyszał że kapłani Ulryka w zwyczaju mieli nosić futra własnoręcznie ubitego zwierza, pewnie więc i na różne święta mieli podobne zwyczaje. Interesujące.
Hm... zasępił się niziołek. Tomasimo był przesądny, dopiero co ich zaatakowało stado zmutowanego wilka. Czyżby omen problemów jakie mieli spotkać w tym siole? Nic jednak reszcie nie powiedział.
Zmierzchało, robiło się coraz zimniej a dzień wcale do ciepłych nie należał. Jakby z najeźdźcą do Imperium wkroczyła Norska pogoda, ta jednak najwidoczniej nie chciała szybko odejść. Ulubiona pogoda Ulryka -pomyślał Tomasimo.
Odprowadził kuca do stajni, sypiąc mu trochę więcej obroku, spisał się, mógł wreszcie w cieple odpocząć.
Następnie wkroczył do karczmy sam się ogrzać. Wnętrze było niskie i zadymione, ale dzięki temu mniej ognia było potrzebne by ogrzać domostwo. Szerokie palenisko zapraszało płomykami i żarem jaki od niego bił, zaś rozgrzane powietrze unosiło się do góry, ogrzewając piętro gdzie spali goście.
Zapowiadało się miło, przez chwilę, potem odezwał się Sneider. Złotousty jak na łowcę czarownic przystało. Jak chciał miejscowych wystraszyć to już mu się udało, do rana cała wioska będzie o nim szeptać.
Zastraszony karczmarz zabrał urodziwą żonkę na zaplecze i zaczął się uwijać, goście uciekli. Jeśli liczyli na poznanie kogokolwiek lub czegokolwiek o wiosce przy kufelku cydru to mogli zapomnieć.
Na koniec z kluczami do izb podszedł do nich Klaus oddając im jeden z nich i upominając o wartach.
- Jak warty to na korytarzu, skoro chcesz osobną izbę - odrzekł ściszonym głosem niziołek - oby wewnętrzne okiennice dało się zamknąć.
- Co do pytań, na piętrze Ci powiem.
Gdy weszli do izby Łowcy Tomasimo opowiedział historię z dzieciakiem ostrzegającym przed kaplicą i że zamierza tam się wybrać po posiłku i zagadaniu do karczmarza, nie czekając na poranek. Przemilczał, że dlatego że Klausa kapelusz jak i sposób doboru słów zbyt wiele osób nie skłoni do serdecznej rozmowy, na jaką liczył.
Gdy już dobrali łóżka, zaryglowali okiennice, zostawili plecaki i torby a Heinz zaczął swoją wartę zszedł z Tycim na dół, prosząc o kufel cydru i miskę wody dla psa, zagadując do karczmarza i jego małżonki jeśli była obok.
- Wybaczcie kapelusznikowi dobry człowieku, nerwowy jest bo zeszłej nocy napadły nas wilki. Jeden z nich chory był, paskudnie, a wiecie jak jego zakon patrzy na świat, wszędzie próbują dojrzeć więcej zła niż jest na świecie. - powiedział niziołek lekko uśmiechając się znad kufla.
- Wyśpi się w ciepłym to spogodnieje. Najął nas do ochrony na szlaku. Słusznie bo po wojnie jeszcze mniej bezpieczniej na drogach i bezdrożach niż wcześniej. Płaci też dobrze, więc o interes nie macie co się martwić - dodał patrząc czy pocieszy tym karczmarza.
- Nalejcie sobie też cydru dobrodzieju, i małżonce, dzień się skończył, ja stawiam - rzekł Tomasimo wyciągając szlam, bo nie był pewien czy wierzą że im Łowca na koniec zapłaci.
- Wasze sioło oddane Ulrykowi jak widzę. Lata już będą jak z kapłanem Ulryka rozmawiałem. W Gruyden bo ja z południa. Macie tu miejscowego kapłana?
- Obrazi się gdybym go teraz odwiedził i zapytał czy w tym ataku wilków jaki omen się nie kryje? - zapytał sondując co sądzą o chodzeniu późnym wieczorem do świętego przybytku, o czym wspomniało im dziecko spod karczmy.
-Ten dąb na środku wioski z wstążkami i kłami robi wrażenie, wybaczcie laikowi, bo ja na wierzeniach się mocno nie wyznaję, one ku pamięci czy z jakiego powodu?
- Bezpiecznie tu w ogóle? Coś się ostatnio ciekawego działo? - ciągnął za język niziołek na tyle na ile skorzy byli do rozmowy, chcąc by jego pogodna natura i chęć do wydawania pieniędzy zmazała kiepskie wrażenie jakie wywołał łowca czarownic, a gdy kufel był pusty wziął Tyciego i wyszedł na zewnątrz, zbić chłodem efekt alkoholu, obejść zajazd i zobaczyć czy kto się karczmą po ich przyjeździe nie zainteresował. Goście co wyszli pewnie już rozpowiedzieli każdemu kogo spotkali kto do ich wioski zawitał. Zamierzał też pochodzić po wiosce trochę, porozmawiać jak kogoś spotka, przyjrzeć się kłom i póki noc na dobre nie zapadła zapukać do kaplicy. W przeciwieństwie do ludzi całkiem dobrze widział nocą. To dawało mu jakąś przewagę o tej porze dnia. -
Noc dłużyła się bardziej, niż powinna. Po walce nikt nie wrócił już do pełnego spokoju, nawet jeśli zmęczenie w końcu zmusiło ludzi do snu. Pieter spał płytko, bardziej nasłuchując niż odpoczywając. Co jakiś czas budził go trzask drewna, ruch konia albo cichy dźwięk własnych dzwoneczków poruszonych przez wiatr. Za każdym razem ręka odruchowo odnajdywała łuk. Ale alarm nie odezwał się naprawdę ani razu. Las tym razem ich oszczędził.
Świt przyszedł ponury i zimny. Ogień dogorywał już tylko czerwonym żarem, a powietrze w pieczarze miało ciężki zapach dymu, wilgotnych skór i krwi wilków, której mimo śniegu nie dało się całkiem pozbyć. Na zewnątrz panowała sina szarość. Niebo wyglądało jak brudna blacha zawieszona nad lasem.
Pieter podniósł się pierwszy albo prawie pierwszy. Zwinął śpiwór, sprawdził linki z dzwoneczkami i wyszedł obejrzeć konia. Zwierzę przetrwało noc dobrze, choć nadal było niespokojne. Falk poprawił uprząż, obejrzał kopyta i dał mu chwilę spokoju, głaszcząc kark grubą rękawicą. Dopiero wtedy wrócił bliżej ognia.
I wtedy poczuł ten zapach. Tłuszcz, mięso... smażone mięso. Heinrich siedział przy ogniu jak gdyby nigdy nic, obracając nad płomieniem kawałki wilczego mięsa. Skwierczały cicho nad ogniem, tłuszcz kapał na żar i syczał. Zapach był ciężki, dziki i nieprzyjemny. Pieter zatrzymał się w pół kroku. Przez chwilę tylko patrzył. Na mięso, na Heinza, na wilczą skórę leżącą obok.
Potem powoli podszedł bliżej ognia, ale usiadł po drugiej stronie niż rudowłosy. Wyciągnął własny suchy prowiant i odgryzł kawałek twardego chleba, jakby demonstracyjnie wybierał nawet czerstwy chleb zamiast tego, co smażyło się nad ogniem. Milczał długo. W końcu splunął w bok.
— Psojad...— rzucił cicho, wykonując zabobonny gest odpędzania złego.
Nie podniósł głosu. Nie próbował wywoływać kłótni. Powiedział to tonem człowieka stwierdzającego coś oczywistego. Jego spojrzenie przesunęło się po wilczym mięsie. Po tych słowach zamilkł znowu i zajął się sprawdzaniem łuku oraz cięciwy, jakby temat przestał go interesować. Ale od tej chwili patrzył na Heinza inaczej. Jak na kogoś, komu głód albo bieda dawno już odebrały część człowieczeństwa.
Pieter Falk jadł śniadanie powoli. Nie dlatego, że mu smakowało. Po prostu po nocy spędzonej w pieczarze ciało potrzebowało czasu, żeby przypomnieć sobie, że nadal należy do żywych. Siedział blisko ognia, z ramionami lekko pochylonymi, i żuł twardy kawałek chleba, który w ustach zmieniał się bardziej w obowiązek niż w posiłek.
Kiedy Sneider zażądał oględzin dłoni, Falk bez słowa wyciągnął ręce. Nie wyglądał na urażonego. Właściwie nie wyglądał na nic szczególnego. Pozwolił Łowcy obejrzeć palce, kostki, skórę przy paznokciach, a potem tylko zacisnął dłonie z powrotem w rękawicach. Nie trzeba było mu tłumaczyć, że skaza potrafi wejść w człowieka przez ranę mniejszą niż zadrapanie od ciernia. Widział już rzeczy, które zaczynały się od plamki, swędzenia, dziwnego ciepła pod skórą. Widział ludzi, którzy jeszcze rano wyglądali jak ludzie, a wieczorem już nikt nie chciał wymówić ich imienia.
Ruszyli.
Drugi dzień marszu był gorszy, choć droga wydawała się łatwiejsza. Może właśnie dlatego. Pierwszego dnia człowiek idzie jeszcze na uporze, świeżym strachu i obietnicy zapłaty. Drugiego ciało zaczyna wystawiać rachunek. Stopy robią się cięższe, pasy bardziej wrzynają się w ramiona, zimno znajduje nowe szczeliny pod ubraniem, a myśli nie idą już prosto, tylko zataczają powolne kręgi wokół rzeczy, których lepiej było nie rozgrzebywać.
Pieter prowadził bez gadania. Mapa Ulmanna pomagała. Nie ufał jej całkiem, ale korzystał z niej częściej, niż miałby ochotę przyznać. Parę kresek na pergaminie potwierdzało to, co pamiętał z własnych dróg, a parę innych korygowało wspomnienia, które śnieg i lata zdążyły rozmyć. Raz zatrzymał grupę przy miejscu, gdzie trakt zdawał się iść prosto, ale mapa i układ drzew mówiły co innego. Odgarnął śnieg przy wykrocie i znalazł kamień, dokładnie tam, gdzie powinien być. Innym razem ominął jar, który z góry wyglądał łagodnie, ale w środku mógł ich kosztować godzinę omijania trudnego terenu, jeśli nie więcej.
Gdy las zaczął się zmieniać i pojawiły się pierwsze ślady stałej ludzkiej pracy, zwolnił nieznacznie. Nacięcia od siekier, stare pniaki, drewno przykryte śniegiem, przewrócone sanie. Wszystko to mówiło, że Dunkelwald nie był już tylko nazwą i dymem gdzieś przed nimi. Był blisko. A bliskie osady miały swoje własne ślady, inne niż las.
Przy kopcu kamieni z wilczym kłem zatrzymał wzrok na dłużej. Nie podszedł od razu. Spojrzał tylko, zapamiętał rzemień, wysokość kamieni, stronę, ku której zwisał kieł. Miejscowi robili takie rzeczy z jakiegoś powodu. Może dla Ulryka. Może przeciw wilkom. Może po to, żeby dodać sobie odwagi, kiedy nocą słyszało się wycie z lasu. W Hochlandzie ludzie rzadko wieszali zęby, kości i wstążki dla ozdoby.
— Dużo wilczych znaków — mruknął półgłosem do Tomasimo, kiedy ruszyli dalej. — Po ostatniej nocy nie podoba mi się to. — Lepiej, żeby mieszkańcy tej wioski pilnowali swoich kundli. - zerknął z ukosa na Heintza.
Kiedy zobaczyli Dunkelwald, Pieter nie poczuł ulgi. Dym z kominów powinien oznaczać dach, ogień i ludzi. Po dwóch dniach marszu przez śnieg człowiek powinien przyjąć taki widok z wdzięcznością. Falk patrzył jednak na wieś tak, jak patrzy się na ślad w śniegu: najpierw kształt, potem głębokość, potem kierunek, a dopiero na końcu pytanie, kto go zostawił.
Studnia, martwy dąb, wstążki, wilcze kły, ludzie znikający z okien, drzwi zamykane powoli. Pieter nic nie powiedział, ale poprawił pas z bronią.
Gdy chłopiec odezwał się za ich plecami, Falk odwrócił się szybciej, niż powinien człowiek zmęczony całym dniem marszu. Nie sięgnął po broń, ale ręka zatrzymała się blisko pasa. Spojrzał na dziecko, potem na kobietę, która pojawiła się chwilę później i zabrała je do domu.
— Dzieci rzadko wymyślają takie rzeczy — powiedział cicho do towarzyszy.
|=W stajni zajął się koniem, zanim wszedł do karczmy. Rozsiodłał go, sprawdził grzbiet, podał obroku tyle, ile należało i obejrzał miejsce przy żłobie. Nie lubił zostawiać zwierzęcia byle gdzie, a jeszcze mniej lubił stajnie, w których za dużo rzeczy stało pod ścianami. Beczki, narzędzia, wózek, miejscowe konie, krowy, zamarznięte jabłkowe wytłoki. Dopiero po upewnieniu się, że koń ma się dobrze wszedł do środka.
Izba karczmy "Pod Kwaśnym Jabłkiem" była ciepła, zadymiona i kwaśna od jabłek, mokrych ubrań oraz ludzkiego potu. Pieter nie zdejmował płaszcza od razu. Stanął bliżej ściany, tak by widzieć drzwi, schody i klapę w podłodze. Patrzył po twarzach miejscowych, czytając emocje wstępujące na ich twarze.
Sneider zrobił to, co Sneider zwykle robił. Wszedł i sprawił, że ludzie przypomnieli sobie wszystkie winy, nawet te, których nie mieli. Falk słuchał rozmowy przy szynkwasie bez komentarza. Nie lubił sposobu, w jaki Łowca przepychał się przez ludzi samą obecnością, ale musiał przyznać, że działało. Karczma pustoszała szybciej niż las po pierwszym wystrzale. To też miało swoją cenę.
Ludzie zastraszeni mówili mniej. Albo mówili to, co ich zdaniem chciał usłyszeć człowiek w kapeluszu. Kiedy Sneider przekazał im klucz i wspomniał o wejściu w jego buty, Pieter spojrzał na niego bez szczególnego entuzjazmu.
Potem zerknął na Tomasimo, który już planował rozmowy, cydr, kaplicę i pewnie jeszcze plotki z połową wsi, zanim reszta zdąży rozpiąć pasy. Falk znał ten wyraz twarzy niziołka. Ashfield miał zamiar iść między ludzi i wyciągać z nich słowami informacje tak, jak inni wyciągali drzazgi z dłoni.
W izbie, którą im przydzielono, Pieter najpierw podszedł do okna. Sprawdził okiennice, rygiel, szczeliny i to, czy dało się przez nie zajrzeć z zewnątrz. Potem obejrzał drzwi, zawiasy i zamek. Dopiero później odłożył rzeczy. Posłanie wybrał blisko ściany, z widokiem na wejście, ale nie pod samym oknem. Łuk postawił tak, by sięgnąć po niego bez wstawania. Mapę Ulmanna schował głęboko, zawiniętą i zabezpieczoną przed wilgocią.
Na pytanie o warty nie protestował.
— Wezmę drugą — powiedział po Heinrichu. — Albo tę po Tomasimo.
Spojrzał jeszcze raz w stronę korytarza.
— Warta na korytarzu ma sens. Jak ktoś będzie szedł do izby Sneidera, usłyszymy. Jak do naszej, też.
Gdy Tomasimo zszedł na dół, Pieter nie poszedł za nim od razu. Został chwilę w izbie, porządkując rzeczy bardziej z nawyku niż z potrzeby. Potem wyszedł na korytarz i stanął w przejściu, skąd mógł słyszeć część rozmowy z dołu, choć nie próbował w niej uczestniczyć. Niziołek nadawał się do tego lepiej. Pieter swoją obecnością częściej zamykał ludziom usta, niż je otwierał.
Po pewnym czasie zszedł jednak do stajni. Jeszcze raz sprawdził konia. Nie dlatego, że coś musiało być nie tak, lecz dlatego, że w nowym miejscu lepiej było upewnić się dwa razy. Przesunął dłonią po uprzęży, zerknął na miejscowe zwierzęta, na beczki, na wytłoki, na kota siedzącego gdzieś wysoko. Potem zatrzymał się przy wejściu i spojrzał na plac lustrując go wzrokiem.
Pieter stał tak przez dłuższą chwilę. Pomyślał o sytuacji z dzieciakiem. Nie lubił kaplic nocą. Nie lubił też dzieci, które ostrzegały przed nimi obcych tuż po ich przyjeździe.
Wrócił do karczmy bez pośpiechu. Zatrzymał się przy drzwiach, otrzepał śnieg z butów i obejrzał izbę jeszcze raz, jakby próbował zapamiętać układ ław, schodów, szynkwasu, kuchni i klapy prowadzącej w dół.
Dopiero wtedy wrócił do przydzielonej jej izby, próbując zasnąć i zregenerować się po podróży.
-

Jako że Sneider miał plan szybkiego ułożenia się do snu, a niziołek chciał z nim zamienić słowo, musiał chcąc nie chcąc zacząć od spaceru na górę z Łowcą. Izba na piętrze była niska, ciasna i pachniała starym drewnem oraz mokrą wełną. Mimo, iż sala główna na dole była rozgrzana aż do przesady, ciepło stamtąd nie docierało tutaj zbyt dobrze. Było chłodnawo i Łowca będzie musiał zrobić pożytek z koców i pledów. Posłania stały blisko siebie, okno miało ciężkie okiennice i prosty rygiel, a deski podłogi skrzypiały. Nie było możliwości wyjść w nocy po cichu, co, jak niziołek odczytywał z grymasu na twarzy Łowcy, nie podobało mu się. Nie była to może luksusowa komnata, ale po dwóch dniach marszu w śniegu i nocy w zadymionej jaskini było z czego się cieszyć.
Sneider wpuścił go do swojej izby tylko na chwilę, kiedy Tomasimo wspomniał, że ma do przekazania coś, co lepiej powiedzieć na osobności. Pomieszczenie, które wybrał dla siebie Łowca, było mniejsze niż ich, jak przekonał się później, ale położone przy korytarzu tak, że dawało dobry widok na schody. Kiedy wszedł, zrazu zaczął wykładać rzeczy ze swojego ekwipunku na stół. W ten sposób jego kapelusz, rękawice, pistolet i kilka drobiazgów wyjętych z sakiew szybko znalazły się na blacie. Miecz oparł o ścianę w zasięgu ręki, a później usiadł, wysłuchując tego, co miał do powiedzenia niziołek. O dziwo informacje o chłopcu przy studni i jego słowach nie odmalowały na jego obliczu widocznego zaskoczenia. Nie przerwał mu aż do końca, a później popatrzył na niziołka spod zmęczonych powiek.
– Dzieci czasem powtarzają to, czego dorośli boją się powiedzieć – rzekł w końcu. – A czasem plotą trzy po trzy, bo ktoś je nastraszył dla zabawy. Rano ustalimy, które z tych dwóch.
Choć wyglądało, jakby zbagatelizował sprawę, niziołek mógł zauważyć, że odnotował sobie coś w głowie oraz że coś zmieniło się w jego spojrzeniu.
– Dobrze, że mi jednak o tym powiedzieliście. To ważne. Będę potrzebował podobnej bystrości, kiedy rano zaczniemy właściwą robotę – dodał. – A teraz dajcie mi proszę spocząć. Dzień mnie znużył – powiedział, po czym odprawił go krótkim ruchem dłoni.Kiedy wrócił, na dole Kwaśnego Jabłka było już pusto, nie licząc jego towarzyszy, karczmarza, żony gospodarze i jednego parobka. Nie trzeba było nikogo wypraszać. Wieść o przybyciu Łowcy Czarownic zrobiła swoje. Karczmarz miał na nazwisko Kappel, co wyszło w czasie introdukcji po tym, jak Tomasimo poszedł z Łowcą na górę. Jego żona przedstawiła się jako Elsbeth. Grupa posiliła się w międzyczasie ciepłą strawą. Zebrali się na górę, idąc śladem Sneidera. Dzień także ich znużył. Zanim jednak poszli, było widać, że Heinrich długo wpatruje się w okno, obserwując wieś. Szczególnie zainteresowały go zioła, które były jego konikiem, ale dumał też długo nad gałęziami drzewa obwieszonego kośćmi i wstążkami. W końcu jednak ustąpił, dając pole zmęczeniu. Miał zabrać pierwszą wartę, więc zabrał się za to. Przed snem miał jeszcze zejść na dół, zamienić słowo z karczmarzem i może wychylić jakiś trunek na dobry sen, ale na razie oddał prym niziołkowi, który ewidentnie był żywo zaintrygowany całą sytuacją. Niebezpiecznie mocno zdaniem Heinricha, ale każdy miał prawo robić ze swoim życiem to, co chciał.

Gdy Tomasimo zszedł z Tycim, rezygnując z porcji snu podczas wartą Heinricha, karczmarz krzątał się teraz za szynkwasem, udając, że tak właśnie wygląda zwyczajny wieczór w jego gospodzie. Elsbeth zbierała kubki po tych, którzy wyszli w pośpiechu, i co jakiś czas zerkała ku schodom. Tomasimo miał w sobie dość rozumu, by nie zaczynać jak Łowca. Kufel cydru, drobna moneta, uprzejmy ton i dobre maniery mogły zdziałać więcej niż to, co zaprezentował Sneider. Zresztą niziołek nie miał takiej pozycji, by próbować inaczej. Kappel wysłuchał jego zapytania, przybierając bardzo ostrożny, czujny wyraz twarzy. Nie wiedział, kim są do końca towarzysze Łowcy i nawet jeśli przedstawili się wcześniej, trzeba było ich traktować z dozą ostrożności.
– Nerwowy, mówicie? – powtórzył karczmarz, kiedy Tomasimo wspomniał o Sneiderze i wilkach. – Panie nizioł, nerwowy to ja jestem. Zwłaszcza jak mi beczka skwaśnieje przed festynem albo jak świnia zachoruje przed ubiciem. On jest… – urwał i zerknął ku schodom. – ...On jest beczką prochu postawiona blisko płonącego domu. Będą z tego same problemy. Same problemy – powtórzył, czyszcząc cynowy kubek, który już błyszczał jak nowy.Elsbeth postawiła na stole kubki i dzban z cydrem. Zapach napitku był ostry, kwaśny, jabłkowy i trochę ziemisty. Widać zima nie zdołała do końca wygonić z niego smaku jesieni. Nie był to szlachetny napitek, ale raczej coś, co miejscowi pili po pracy. Dla Tomasimo było jednak w sam raz.
– Zawsze dobrze świadczy o kimś, jeśli nie zaciąga u kogoś rachunku – powiedziała kobieta na chęć zapłaty niziołka i szybko zebrała monety. – Proszę bardzo – dodała, po czym nalała sobie, jemu i swojemu mężowi. Bogowie świadkiem, że tego potrzebowali po wizycie Łowcy.Tomasimo zrobił, co mógł, żeby rozmowa nie skończyła się na zaglądaniu do cynowego kubka. Zagadnął o wieś, o kaplicę, o wilki, o dąb na placu i o to, czy miejscowy kapłan obraziłby się za późną wizytę. Elsbeth słuchała, sącząc cydr, ale karczmarz zaszarżował na kubek i szybko go opróżnił.
– Naszym duchowym dobrodziejem jest kapłan Berengar Holtz – powiedział karczmarz. – Powiernik prawdy Ulryka. Twardy. Stary. Nie taki stary, żeby nie mógł komuś przyłożyć, gdy trzeba. Wiecie, panie nizioł, kapłani Ulryka nigdy tak naprawdę nie tracą ikry. To coś związanego z ich wiarą. W każdym razie to porządny człek. Mieszka w kaplicy.
– W chacie obok – sprostowała Elsbeth. – Ale więcej czasu spędza tam niż u siebie.
– No właśnie mówię.
– Nie. Gadasz, że w kaplicy, ty stary capie. W kaplicy się nie mieszka.
Kappel zacisnął usta, ale nie zganił żony. Widać było w tej interakcji stary, dobry układ małżeński. Na pytanie o wizytę po zmroku oboje zareagowali prawie tak samo. Kappel spojrzał w kubek, Elsbeth ku oknu.
– Po ciemku do kaplicy się nie chodzi – powiedziała.
– Bo zamknięta – dodał szybko karczmarz.
– Herr Berengar nie lubi, jak mu się przeszkadza przy modłach.
Zapadła krótka cisza. W palenisku pękło polano, sypiąc garścią iskier pod czarne od sadzy sklepienie kominka. Przez chwilę słychać było tylko bulgot czegoś gęstego w garnku za drzwiami kuchni i ciche skrobanie myszy za ścianą. Kappel poprawił kubek na blacie, choć stał prosto. Elsbeth odwróciła wzrok ku oknu, za którym śnieg lepił się do szyby.Po chwili rozmowa skierowała się na temat miejscowego dębu. Słychać było ulgę w ich głosach i radość ze zmiany tematu.
– A to jest Wilcze Drzewo – rzekł Kappel. – Ludzie przywiązują się do starych drzew, panie nizioł, a ten dąb ma symboliczne znaczenie dla naszej wsi. Jest starszy od karczmy, oczywiście jest też starszy ode mnie, ale także od mojego ojca i ojca mojego ojca. To szlachetne drzewo i nasi przodkowie wybudowali wokół niego osadę. Chyba tak się kiedyś robiło, co nie? – zapytał. Tomasimo widział większy kawałek świata i mógł mieć z czymś takim do czynienia.
– Kły i kości pochodzą z trucheł wilków, które padły w okolicy naszej osady – dodała Elsbeth. – Część przejezdnych myśli, że to trofea z polowań, ale nie. Jeśli nie musimy, nie poluje się tutaj na wilki.
Karczmarz podrapał się po brodzie.
– Wilk to zwierzę Ulryka. Mówi się, że watachy wokół chronią nasz siół i raczej to racja. Jeśli masz olej w głowie i nie chcesz, żeby potem nocą śnił ci się Pan Zimy z toporem nad łóżkiem, to nie tykasz wilków. Zdarza się, że parę głodnych takich czyha na jakąś owcę lub dziecko, to wiadomo, człek musi bronić swego, ale tak to nie. Nie zabijamy. Jak znajdziesz padłego w lesie, bierzesz co lepszego zostało. Wieszasz to na dębie. To znak, że jesteśmy częścią tych stron. Że prosimy, by Ulryk otaczał pieczą Dunkelwald.
– Hołd – powiedziała Elsbeth prościej.
– Toż mówię, że hołd. Tak, hołd też, ale i przestroga dla wrogów naszego sioła, panie nizioł. Jedno drugiego nie wyklucza.Na wzmiankę o zagrożeniach Kappel podrapał się po łysej głowie. Miejscowi mieli pewną legendę i ten miał zamiar ją wyłożyć. Jako karczmarz obsługujący czasem nie-miejscowych miał swoją ulubioną opowiastkę.
– Jest w naszych stronach legenda, panie nizioł. Biały wilk, którego widziało wielu miejscowych. Wielki ponad wszelką miarę. Bardziej stwór niż zwierzę. Co parę lat znajdzie się jakiś głupiec, który uzna, że jest najlepszym wśród naszych łowców. Chłopiec pragnący chwały. Bierze włócznię i łuk, a potem idzie zapolować na białego wilka. Mówią, że jak go zabijesz sam, w równej walce, to Ulryk spojrzy na ciebie łaskawiej. Jeden człowiek, jedno zwierzę. Kto mocniejszy, ten wraca.
– Większość nie wraca – rzuciła Elsbeth, upijając łyk cydru.
– Tak. Większość nie wraca, ale cześć przypałęta się się z powrotem – dodał Kappel. – Ale najczęściej całe te łowy chuja dają i chłopaki wracają z niczym z podmrażanymi palcami. Wilk nie pokazuje się każdemu Panie Nizoł i rzadko można go spotkać.To było wszystko. Tomasimo mógł zagadywać ich dobry cały wieczór, ale chciał też rozejrzeć się po okolicy, dlatego gdy skończył wypytywanie, posiedział jeszcze chwilę z karczmarzem i jego żoną, wychylił trochę cydru i pod pretekstem przejścia się, wyszedł z Tycim na zewnątrz. Igiełki mrozu zrazu zaczęły kąsać jego twarz. Plac był pusty. W oknach tliły się wątłe światła świec, ale tylko w nielicznych. Wieś kładła się szybko albo, co bardziej prawdopodobne, wcześniej wstawała, nawet w zimie. Nad dachami wisiał dym ulatniający się z kominów. Śnieg na drodze zmienił się w szarobrązową breję. Nikt nie stał jawnie pod oknem. Zdawało się, że wieś nie zwraca uwagi na przybycie obcych, chociaż kiedy Tomasimo obchodził karczmę, jedna okiennica po drugiej stronie placu domknęła się wolno, prawie bez dźwięku.
Studnia działała, choć późne zebranie się do niech trochę utrudniło Tomasimo sprawę. Wiadro przymarzło do obrzeża i trzeba było trochę nim szarpnąć, zanim puściło. Nabrał wody do bukłaka, lecz nie był na tyle spragniony, by jej spróbować. Była za zimna i trochę mętna, więc wymieszał ją z cydrem, który zabrał z karczmy. Trochę lichych procentów mogło zwalczyć zły posmak. Była to powszechna praktyka.
Gdy nabierał wody, wpatrywał się kątem trochę na dąb, który stał obok. Kły i kości poruszały się lekko na wietrze jak ciche, kościane dzwoneczki. Były różnorodne. Część z nich była stara, wyblakła, niemal biała. Inne były ciemniejsze, młodsze, ale żadne nie wyglądały na świeżo odarte z ciała, co pewnie trzeba było tłumaczyć niedawnymi strasznymi warunkami pogody. Nie było krwi. Nie było smrodu. Tylko kości, sznurki, rzemienie, trochę wstążek. Niektóre z wstążek wyglądały na nowe, ale tylko parę. Zawiązane mocniej, mniej wypłowiałe od reszty. Może ktoś niedawno prosił Ulryka o opiekę.
Tyci krążył przy nodze Tomasimo, węszył, czasem podnosił łeb ku kaplicy na górce. Kaplica była ciemna. Ścieżka prowadząca do niej wspinała się między drzewami i płotem, częściowo przysypana śniegiem, ale nie całkiem dziewicza. Ktoś przechodził tam za dnia, może więcej niż jedna osoba. Drzwi były zamknięte. Nad nimi, w słabym świetle wieczoru, widać było prostą, drewnianą głowę wilka, wyciosaną ciężką ręką miejscowego człowieka. Rzeźba odznaczała się jakąś surową powagą. Tomasimo zapukał w odrzwia, ale odpowiedziała mu cisza.
Mógł przyłożyć ucho do drzwi. Jeśli tak, nie było kroków po drugiej stronie. Kapłan, jeśli się modlił, musiał to robić w absolutnej ciszy. Tomasimo słyszał tylko wiatr między gałęziami, odległe skrzypienie drewna i dyszenie swojego psa, który stał obok z uszami postawionymi wysoko. Podszedł również do chaty obok kaplicy, ale tam także nie było znaków życia. Nici z przywitania się i sprawdzenia, co tam u kapłana. Jeśli dziecko ostrzegające, by nie iść do kaplicy nocą, miało rację, albo nie była to ta noc, albo było jeszcze za wcześnie. Kapłan był tego wieczora gdzie indziej lub usilnie udawał, że nie ma go na miejscu, przez co upewnienie się o jego obecności równało się z wtargnięciem. Po powrocie do karczmy Tomasimo wplątał się w łańcuch wart. I tak był stratny nieco o swoją część snu, toteż śpieszno mu było przymknąć powieki.

Tymczasem Heinrich po skończeniu swojej kolejki w łańcuchu wart mógł prowadzić własne rozeznanie po swojemu. Nie miał może zdolności Tomasimo w kwestii urabiania sobie ludzi, ale też nie zaczął od tego. Czekając na sposobność, zszedł na dół i wyłożył dobra zdobyte ostatniej nocy, czyli głównie skóry i mięso. Wyjaśnił, że potrzeba mu skórzanej kurty, a na pewno ktoś miejscowy zna się na robocie. Kappel znacznie częściej prowadził dysputy o takich sprawach i nie miał problemu pokierować go tam, gdzie trzeba.
– Kurtę? – powtórzył karczmarz, oglądając Heinricha od góry do dołu. – U mnie raczej nie, ale wiem, do kogo was posłać.
Jego żona wychyliła się z kuchni, gdzie kończyła już doprowadzać przestrzeń do porządku.
– Albrecht Seiler pewnie da mu najlepszą. Stary łajdak ubrał połowę myśliwych w siole. Nie wiem, co poczniemy, gdy go zabraknie – powiedziała Elsbeth.
Kappel westchnął.
– Tak. Seiler. Mieszka przy dolnym sadzie, bliżej starej prasy. Ma tam swoją chatkę. Nie słuchajcie jednak mojej żony. Kiedyś robił porządne rzeczy. Kurtki dla drwali, rękawice, pasy, łaty, kołnierze, co kto potrzebował. Teraz więcej łata niż szyje, bo ludziom brakuje monet. Jak mu pokażecie skóry i coś dorzucicie, może obejrzy. Może ma starą kurtę do przerobienia, a może pośle was w diabły. Stary maruda już tak często do nas nie zachodzi, tylko jak mu czegoś trzeba.Heinrich podziękował i raz jeszcze wyjrzał przez okno jak wcześniej. Pęki ziół zawieszone tu i tam w takiej ilości nie dawały mu spokoju. W Imperium zielarstwo działało prężnie, ale w Dunkelwaldzie miało się wrażenie, że ludzie dostali lekkiego hopla. Zioła dawano głównie w przejściach oraz przy oknach, jakby kiedyś jakiś guślarz poradził im, jak wystrzegać się „złego” w ogólnym tego słowa znaczeniu, a fakt, że czuli oni taką żywą potrzebę ochrony, był niepokojący.
Heinrich wrócił do karczmarza i próbował się wywiedzieć podobnych rzeczy jak jego poprzednik, ale jego własna wiedza powiedziała mu w zasadzie to, co chciał wiedzieć. Jako że nie znalazł żadnej osoby do rekonesansu, a też tak późnym wieczorem miało to mały sens, zdecydował się na regeneracyjny sen i wcześniejszą pobudkę. Przechylając kieliszek z karczmarzem, udał się na górę, gdzie przespał resztę nocy.

Jeśli warta w korytarzu karczmy miała sens, to Pieter nie do końca go dostrzegał. Schody skrzypiały, drzwi do izby Sneidera znajdowały się niedaleko, jedyne przejście do ich izby dawało się obserwować z głównej sali, gdzie przynajmniej biło jeszcze ciepło paleniska i zawsze świeciło się parę kaganków. Zanim rozpoczęli warty, sprawdził okiennice. Były w porządku, zamykano je od środka i zamknięcie było solidne. Każdy z nich ułożył broń na wszelki wypadek niedaleko posłania, choć wydawało się, że to zbytek ostrożności. Kto chciał spać, spał. Kto miał czuwać, czuwał. Pod podłogą czasem pękło świeżo dodane polano do ognia, gdzieś w stajni koń parsknął głośniej, a kuchnia działała, póki Elsbeth nie uznała, że wszystko błyszczy i pora udać się na spoczynek. Prawdopodobnie warta Pietera byłaby nudna, ale gdzieś w środku niej otworzyły się drzwi od izby Sneidera. Łowca wyszedł w płaszczu, kapeluszu i rękawicach. Miał broń przy pasie, ale nie wyglądał, jakby ruszał na bitwę. Skinął w stronę przepatrywacza. Nie wyjaśnił niczego. Zszedł po schodach, a chwilę później drzwi wejściowe skrzypnęły cicho i zamknęły się za nim.

Długo nie wracał. Minął czas, w którym człowiek zdążyłby wyjść za karczmę, ulżyć sobie i wrócić. Pieter mógł zastanawiać się, gdzie poszedł Łowca, ale to wymagałoby obudzenia reszty, być może po nic. Czekał, a różnica między tym, czy warto kogoś alarmować, a nie, zacierała się. Kiedy już mógł mieć ochotę kogoś obudzić, drzwi karczmy na dole otworzyły się. Sneider wrócił i wczłapał się na górę ciężko po schodach. Przepatrywacz mu się przyjrzał i nie uszło jego uwagi, że ten był lekko ubrudzony krwią. Na palcach, przy mankiecie i na jednej rękawicy ciemniały smugi, które nawet w słabym świetle korytarza trudno było wziąć za błoto. Śnieg topniał mu na ramionach. Twarz miał bladą i zaciętą. Coś w jego wzroku mówiło, że jeśli Pieter chciałby to przegadać, należało zrobić to rano.

Moriz nie szukał tej nocy kontaktu, ani nie myślał zaglądać do dzbana. Po całym dniu marszu i wszystkim, co wydarzyło się poprzedniego wieczora przy pieczarze, miał dość rozsądku, by zażyć zasłużonego odpoczynku. Zjadł skromnie, wypił tyle, ile trzeba było, żeby przepłukać gardło, i trzymał się raczej ubocza, z plecami blisko ściany oraz wzrokiem przesuwającym się po drzwiach, oknach i schodach, swoim zwyczajem wypatrując niebezpieczeństw. Tych jednak nie było, karczma rzeczywiście opustoszała tej nocy.
Przed snem wyszedł jeszcze na krótko na zewnątrz, bardziej z nawyku sprawdzania przestrzeni oraz z potrzeby układania sobie drogi ucieczki z każdego miejsca, w którym przyszło mu spać. Zawsze może się przydać. Nigdy nie wiadomo. Obejrzał pobieżnie obejście, linię płotów, stajnię i drogę prowadzącą ku placowi. Dunkelwald wydawał się spokojnym miejscem i po prawdzie mówiąc, gdyby nie historia Łowcy, w ogóle nie wchodziłby w stan gotowości. Udzielała mu się jednak podejrzliwość ich pracodawcy. We wsi było zbyt cicho, a on stale miał wrażenie bycia obserwowanym.
Po spacerze przed snem wrócił do reszty i zadeklarował ostatnią wartę. Nie pił więcej. Chciał się wyspać, jeśli bogowie i ludzie pozwolą, bo rano zamierzał odnaleźć chłopaka, który ostrzegł ich przed kaplicą, i przepytać go bez matki stojącej nad karkiem. Tymczasem pora była zamknąć oczy i czekać na swoją wartę. Kiedy został obudzony przez Pietera, ułożył się wygodnie na korytarzu i próbował łypać na kąty, ale karczma naprawdę spała i nic nie wydarzyło się podczas jego warty. Co za strata czasu.

Gospodarze w Kwaśnym Jabłku wstawali wcześnie. Po otwarciu oczu, zrazu z dołu doszedł ich zapach owsianki, cebuli, dymu i kwaśnej woni cydru, który musiał tak dobrze wsiąknąć w drewniane sklepienie karczmy, że pewnie nie dałoby się go wygnać nawet pożarem. Na placu przed gospodą widać było, że wieś także się budzi. Parę osób zaszło po wodę do studni, starsza kobiecina rozstawiała kram z jajkami, ktoś wyszedł z koszykiem po drewno, które opierało się odłogiem o jego dom. Nie działo się nic alarmującego.
Sneider był już na nogach. Nie wspomniał o nocnym wyjściu. Ręce miał czyste, może lekko zaczerwienione, ale na pewno nie poranione, co znaczyło, że wczorajsza krew na dłoniach nie była jego, co odnotował Pieter. Nie wyglądał na wypoczętego i zregenerowanego, ale głos miał przytomny i rzetelny.
– Przed południem zaczynamy – oznajmił. – Gdzieś za godzinkę, półtorej. Róbcie, na co macie ochotę, ale później będę was potrzebował. Jeśli kogoś spotkacie, możecie powiedzieć, że korona wzywa lud na ogólny posłuch. Karczma będzie naszym domem spytek. Możecie jawnie mówić, że Łowca Czarownic wzywa. Kto się nie zjawi o czasie, może się liczyć z karą i tym, że sam zapukam. Ludzie z reguły nie lubią, gdy pukam do ich drzwi, więc liczę, że stawią się tłumnie.Spojrzał po nich kolejno.
– Bawcie się dobrze. Mam przeczucie, że to będzie dobry dzień. Koniecznie odnotujcie, jeśli zobaczycie kogoś uciekającego chyłkiem. Najmę kogoś do budowy symbolicznego stosu. Nawet jeśli go nie użyję, to wielce działa na wyobraźnię. Kto wie, może wszystko wyjaśni się szybko i ogrzejemy się dziś wieczorem wspólnie w blasku ognia na zewnątrz. No dobrze. To wszystko.
Oznajmił i wgryzł się w zielono-czerwone jabłko, a sok wypłynął mu z kącików ust i spłynął po brodzie. -
Pierwsza warta.
Bo jak by inaczej? Heinz specjalnie ją wybrał, bo wiedział, że jeżeli cokolwiek miało się wydarzyć… wydarzy się właśnie na niej. Nie mylił się. Niziołek jak zszedł na dół tak nie wrócił przez długi czas. Co prawda przysłuchiwał się rozmowie na dole i jak już słowa ucichły liczył, że przyjdzie jak dobry człowiek pójść spać, ale nie! Niziołek to nie człowiek. Tak samo jak pies to nie wilk. Nie bez powodu w Imperium uważano inne rasy, a niziołków w szczególności, za niższy byt… dosłownie i w przenośni…
Po czasie? Nawet zszedł na dół, ale już go tam nie było. Tak samo jak gospodarza zresztą. Wybył w ciemności nocy i prawdę mówiąc nie podobało mu się to. Przypomniał sobie jak się Tomasimo przedstawiał… Kapral czy coś. Heinz nie był biegły w wojsko, ale nadal to powinno być poniżej sierżanta. Powinno, choć jak jeden się nosił. Coś było poważnie nie tak w historii. Jakim cudem wypuścili go z wojska z pełnym rynsztunkiem? Te kapelusz był też co najmniej podejrzany… coś było nie tak… a że Heinz pochodził z Nordlandu tak nie przepadał za wymuskanymi fircykami…
Nie mówiąc o tym z jaką swobodą nieobecny epatował mówiąc o ofiarach dla Niszczycielskich potęg… oraz powątpiewaniem w to, czy wszystkie dusze trafiają do Ogrodów Morra! Było to… niepokojące i nawet Kraus zastanawiał się, czy nie powinien poinformować o fakcie Łowcę… Póki co jednak, zastanawiał się. Znał ich za dobrze. Łowców Czarownic, znaczy się. Na tyle na ile jego zdecydowanie zbyt długo trwające życie pozwalało ich zrozumieć. Nie miał zamiaru spłonąć za fałszywe obrażenia…
„Przynajmniej byłoby Ci ciepło, nie?”
Myśl wywołała u niego krzywy uśmiech. Prawie grymas zadowolenia, który jak się pojawił tak zniknął kiedy pojawiły się przed jego oczami wspomnienia, a uczucia dawnych dni raz jeszcze odżyły w jego sercu ciągnąc go na dno. Na same dno pustki, smutku i beznadziei które zdawały się towarzyszyć mu od zawsze. Nie pamiętał innych dni. Nie miał, jako tako, wspomnień. Jedynie urywki. Okres całkowitej pustki i to co teraz. Za wyjątkiem tego jednego dnia. Go pamiętał w szczególe. Jednak, na przekór wszystkiemu i wszystkim żył. Na przekór światu, na przekór ludziom, rasom, bogom i bezgranicznej pustki która wołała go aby...
Tomasimo nie pojawiał się już dłuższy czas. Prychnął. Ni to w irytacji, ni w rozbawieniu. Wspomniał właśnie słowa Pietera. Takiemu to dobrze. Nie umknęło mu, że dogadywał się z niziołkiem. Jak nic, znali się. Najpewniej jadł z ręki kurdupla i nigdy głodu nie zaznał. Czy trudu. Mości pan niziołek i jego ludzki parobek… że też świat stanął na głowie… Oczywiście, nie umknęło Heinrichowi bycie nazwanym „psojadem”, oraz gest przeciw złemu. Zignorował to wtedy i miał w poważaniu teraz. Nawet mało uwagi temu poświęcał. Pies to nie wilk. Tak jak niziołek to nie człowiek, a jeśli Jeździec miał inne zdanie to miał bardzo… skrajnie łagodne spojrzenie na naturę rzeczy. Liczyło się tylko przetrwanie, a w przetrwaniu nie było miejsca na sentymenty!
Chciał się napić. Raz jeszcze poczuć krążący w żyłach alkohol. To cudowne otępienie. Ten łagodny szum niczym morskie fale kojące myśli i uczucia, zabierające je w głębiny i pozostawiające ciszę i spokój… Chciał, ale nie mógł. Miał wartę. Z wartami było o tyle zabawnie, przynajmniej z jego doświadczenia, że nic nigdy się nie działo… do czasu, aż przestałeś być czujnym. Taka ironia losu. Będziesz się nudził na śmierć, ale jeśli tylko się rozproszysz to… no właśnie. Nie było co się dekoncentrować. Zresztą, mała cena za, w miarę, spokojny sen…
Poranek
Heinz miał… przegniłe przeczucie. Nie wiedział, co Łowca kombinuje, ale… był nader szybki do wydawania osądu. Coś musiało się wydarzyć, ale co było dla niego niepojętym. Coś musiało się stać w mrocznych czeluściach nocy. Czeluściach, które Heinrich wolałby przepić… To było złe. Na wskroś złe i zastanawiał się czy byli po dobrej stronie. Co gorsze?
- Ten Dąb to miejsce graniczne dawnych wierzeń Ulrykańskich i Taalickich. – powiedział podnosząc zrezygnowany wzrok znad kufla – Miejsce próśb i błagań ku Bogom. Niejedno takie w tych stronach się znajdzie.
Wziął większy łyk cydru pozwalając chwili ciszy zapaść, a mu gardło ukoić. Co jak co, ale nadal miał nadzieję uratować ludzi od stosu. Tak szybkie sądy nigdy nie kończyły się dobrze.
- Zioła przy odrzwiach i okiennicach, na płotach, to nic nadzwyczajnego. – powiedział patrząc w kufel - Zwykłe nawiązki. Czy to użytkowe, czy przeciw robactwu, ale też przeciw ogólnemu złu. Trochę ich jest i więcej niż normalnie, więc z czymś mogą się mierzyć, ale to nadal nic nadzwyczajnego ponad to co widziałem. Zobaczę co jeszcze da radę ustalić.
Wrócił do jedzenia. Milczał. Nie miał ochoty na pogaduszki. Mieli godzinę? Nie było to optymistyczne. Brzmiało tak jakby Sneider już podjął decyzję. Co do jasnej cholery wydarzyło się tej nocy? Jakie mroczne moce maczały swoje brudne palce w całej tej sprawie? Nie wiedział i nie wiedział, czy chce wiedzieć…
Jadł powoli, nieśpiesznie. Żując niechętnie każdy kęs. Jakoś tak, czuł się… podle. Nie miał jednak luksusu czasu, czy jakiegokolwiek innego. Przyszło tylko dowiedzieć się u Albrechta Sailer w sprawie kurty. Co do tego miał bardziej niż silne przeczucie, że się przyda. Nie lubił takich przeczuć. Zwiastowały problemy, zło, kłopoty i te zawirowania losu, które rzadko przynosiły dobre wieści, czy ukojenie… Nie mniej, godzina to było dość. Mógł spokojnie upewnić się co do ziół które widział. Jeśli rzeczywiście były tu gusła… Nie, wolał o tym nie myśleć…
-
Pieter przespał resztę nocy płytko i czujnie. Nawet zmęczenie po marszu nie pozwalało mu spać spokojnie pod dachem obcych ludzi, zwłaszcza kiedy w tej samej karczmie nocował Łowca Czarownic wracający nad ranem z cudzą krwią na rękach.
Nie powiedział jednak o tym wszystkim. Nie przy stole. Nie przy reszcie.
Dopiero o świcie, kiedy nadarzyła się chwila na uboczu, wspomniał o tym Tomasimo półgłosem, tak by nikt postronny nie usłyszał.
— Sneider wychodził nocą — mruknął cicho do niziołka, poprawiając popręg przy swoim koniu. — Wrócił po dłuższym czasie. Miał krew na rękawicy i mankiecie. Nie swoją.
Tyle. Bez domysłów. Bez oskarżeń. Potem temat urwał.
Kiedy Sneider zebrał ich rano i zaczął mówić o posłuchu, stosie i przesłuchaniach, przepatrywacz milczał przez cały czas. Stał tylko z boku, oparty lekko o ścianę, z rękami skrzyżowanymi na piersi i twarzą pozbawioną wyrazu. Nie zamierzał wdawać się z Łowcą w dyskusje.
Gdy odprawa dobiegła końca, Pieter bez słowa zabrał swoje rzeczy i wyszedł przed karczmę.
Mróz szczypał w policzki, ale po zaduchu izby było to niemal przyjemne. Koń przywitał go cichym parsknięciem. Przepatrywacz od razu zabrał się do roboty — sprawdził uprząż, oczyścił sierść ze zmarzniętego błota i resztek śniegu, obejrzał kopyta, poprawił pasy przy jukach. Zwierzę przeszło z nimi kawał drogi i zasługiwało na więcej troski niż większość ludzi, których Pieter spotykał na traktach. Następnie Pieter sprawdził i uporządkował ekwipunek.
Od czasu do czasu zerkał tylko ku placowi i budzącym się mieszkańcom Dunkelwaldu, ale nie szukał rozmów. Nie ciągnęło go dziś do plotek ani do przepytywania ludzi.
Po wszystkim usiadł przy ścianie stajni, naciągnął płaszcz mocniej na ramiona i zamknął na moment oczy, odpoczywając, póki jeszcze mogli sobie na to pozwolić.
-
- Same problemy? - powtórzył jakby smakując opinię Kappela
- Zamieszanie i owszem, ale czemu od razu problemy? - dopytał
Kappel skrzywił się, jakby niziołek właśnie włożył mu palec w ranę. Wyglądało na to, że karczmarz miał już w życiu jakieś przykre styczności z Łowcami Czarwonic.
- Bo z Łowcami zawsze są problemy, panie nizioł - mruknął - Jak winny jest winny, to pół biedy, bo spłonie winny. Jak winny jest niewinny, to też spłonie, dla wygody takiego kapelusznika.
Elsbeth rzuciła mu krótkie spojrzenie, ale tym razem go nie poprawiła.
(...)
- Wilk to zwierzę Ulryka. Mówi się, że watahy wokół chronią nasz siół i raczej to racja. Jeśli masz olej w głowie i nie chcesz, żeby potem nocą śnił ci się Pan Zimy z toporem nad łóżkiem, to nie tykasz wilków (...) - opisywał karczmarz
- Doprawdy? Myślałem że tylko białe wilki mają ten status, nawet kapłani Ulryka by pokazać swoje męstwo polują na wilki i noszą ich futra, czyż nie? Znaczy ja się nie znam, ale kapłana Ulryka w Gruyden widziałem i zawsze chętnie o wierze i filozofii rozmawiam, wszak w tych ciężkich czasach co nam zostaje poza wiarą - zapytał o miejscowe wierzenia, co innego mówiono na południu, może własnie ten lokalny folklor i wierzenia były podstawą donosu urzędnika...
Kappel potarł palcem bok kubka zanim odpowiedział.
- Pewnie, że kapłani Ulryka noszą wilcze skóry. Pewnie, że próba z wilkiem to rzecz godna, jeśli kto ma siłę, odwagę i błogosławieństwo. Tyle że co innego kapłan albo łowca, a co innego chłop z siekierą, któremu się zdaje, że jak ubije wilka pod lasem, to będzie panem zimy.
- Wilka nie zabija się lekko – wtrąciła Elsbeth ciszej. – U nas tak mówią.
Kappel skinął głową, zadowolony, że żona znalazła prostsze słowa.
- Otóż to. Nie chodzi o to, że wilka tknąć nie wolno nigdy. Ulryk lubi próbę sił. Ale bez potrzeby? Dla skóry? Dla przechwałki? Nie. Tego się tu nie robi. Wilk jest zwierzęciem Pana Zimy. Jeśli zabijasz bez powodu, to może i nikt cię nie ukarze, ale my tu mamy swoje przesądy Panie nizioł. Nie ważne czy wilk biały, czy zwykły.
Urwał, jakby sam uznał, że temat się wyczerpał.
- Może w Gruyden gadają inaczej. Tam mają swoje zwyczaje, my mamy swoje.
- Zapewne Panie Kappel, każde sioło ma swoje, ale nie do każdego zajeżdża Łowca Czarownic, tak se dumam, z jakiegoś powodu tu przyjechał, a odstępstwo od powszechnej w Imperium wiary brzmi dla mnie najsensowniej. Choćby to było jakieś głupie nieporozumienie powiększone przez plotki do niebezpiecznych rozmiarów - rzucił na koniec i uprzejmie się pożegnał. Nie chciał ich już więcej męczyć pytaniami, a i tak w tym temacie najwięcej wywie się od kapłana.
Tomasimo nie znał Łowców Czarownic, nie widywał, znał jedynie opowieści, mrożące krew w żyłach, zamykające okiennice opowieści o fanatykach bezlitośnie tępiących zakazane kulty i mutantów, działających często w myśl zabijcie wszystkich Bóg rozpozna swoich. Toteż dotychczasowa postawa Sneidera mocno go nie zaskoczyła. Widać zastraszanie miejscowych to był ich klasyczny modus operandi.
W prywatnych rozmowach jednak Klaus wydawał się być człowiekiem surowym ale rozsądnym, wiedzącym że ludziom dużo się może wydawać, wyobrażać, a i swoje prywatne niesnaski sąsiedzkie mogą nim rozgrywać. Mówił o śledztwie, o sprawdzeniu donosów, toteż jak dobry żołnierz zaraportował mu o słowach dziecka. Nic wielkiego, informacja o tropie. Dopiero wieść od Pietera zjeżyła mu lekko włosy. A co jeśli się mylił?Niziołek rano wstał żwawo czując zapach domowego jedzenia, o śniadaniu nikt mu dwa razy przypominać nie musiał. Jadł obficie, podwójna porcja owsianki, jabłka, rozgrzewający ciało podgrzewany cydr.
Ku zaskoczeniu wielu był w pełnym rynsztunku choć bez plecaka, oporządzony i gotowy do wyjścia. Spodziewał się, że Sneider od rana zaprzątnie ich porządnie do pracy, toteż jako żołnierz stawił się przygotowany należycie jak na wojskowego przystało.Z ciekawości po wypiciu kufla nalał odrobinę z bukłaka, chcąc obejrzeć jak ta mętna woda wygląda w świetle dnia. Upił łyk sprawdzając czy da radę pić i czy nie smakuje dziwnie. Wolał przetestować na sobie zanim da Tyciemu gdzieś w czasie postoju. Jeśli smakowała źle wypluł ostentacyjnie i zapytał Kappela o to czy testował ostatnio wodę ze studni, bo nabrała dziwnego posmaku.
Dopiero gdy Sneider się odezwał niziołek zareagował, w przerwie między kęsami.
- Spaliście dobrze Herr Sneider? Noc spokojna? Nic Was nie niepokoiło?
- Nic mi do Waszych metod śledczych, ale skoro nas angażujecie to wolałbym wiedzieć więcej niż mniej.Tomasimo nie spodziewał się by sankcjonowany łowca zamierzał im się tłumaczyć, ale liczył że jak nie teraz to później znajdzie czas na szczerszą rozmowę, gdy Klaus skończył mówić a niziołek jeść półczłowiek rzucił do psa:
- Tyci złap trop Klausa - wskazując na Klausa, pies ku zdziwieniu łowcy dopadł go swoim czujnym nosem po czym wrócił posłusznie do halflinga.Po śniadaniu i wymianie grzeczności z wszystkimi wyszedł do stajni przywitać się z swoim kucem i sprawdzić czy ma wszystkie co mu potrzeba, gdzie spotkał Pietera:
- Prędzej czy później dowiemy się czyja to krew. Zobaczę czy w tym mrozie Tyci wywęszy gdzie był nocą, o ile zostanie w karczmie to jest szansa, że pójdzie tam gdzie był, a nie gdzie jest.
- Zamierzam odwiedzić kapłana i dzieciaka jak i matkę co nas zaczepili wieczorem - stwierdził zostawiając Falkowi decyzję czy idzie z nim - jak są tu jakieś dziwne kulty to pewnie kapłan o nich wie, poza tym karczmarz i jego żona dobrze o nim mówią, zatem pewnie będzie miał na uwadze dobro sioła i jego ludzi.
- Nie podobają mi się metody Sneidera, może są skuteczne, ale strach często wiąże języki równie mocno co rozwiązuje, kwestia ludzi, nie każdego da się zastraszyć, a i nie każdy zastraszony mówi z sensem w obawie o własne życie, a są i tacy co w obawie o własne życie sięgają po miecz. On chyba zapomina, że jesteśmy raptem garstką podróżnych i to w większości nieżołnierzy. -
Moriz postanowił odpuścić sobie picie tej nocy czy granie w karty. Zdał sobie sprawę, że cała ta podróż wraz z potrzebą ciągłego obserwowania sytuacji wokół grupy wyciągnęła z niego siły. Ostatnia warta była przewidziana dla niego samego, więc nie miał zamiaru odmówić sobie odpoczynku przed nią, tak więc postanowił szybko udać się na spoczynek jak tylko uspokoi własne potrzeby rozejrzenia się po okolicy, aby poznać możliwość ścieżki ewakuacji z miejsca w razie kłopotów. Zarwanie nocy po tej podróży było naprawdę kiepskim pomysłem zważając na przydzielenie wart, tak więc zadowoleniem wykorzystał czas snu i przyszła jego kolej obserwacje pleców towarzyszy.
Co okazało się niestety jak jedno wielkie marnotrawstwo czasu... choć czasem lepiej stracić czas niż ryzykować stratę głowy.
Współpraca z Łowcą Czarownic miała jedną niezaprzeczalną korzyść - nie mogli narzekać na braki pożywienia i ugoszczenia w mieścince. oczywiście cała gościnność była wymuszona i raczej nikt nie spodziewałby się szczerości, a jedynie zakwaterowanie było wędzone potrzebą zachowania głowy i tak długo grupa będzie cieszyć się jakikolwiek przyjemnościami, jak długo Sneider będzie utrzymywał swoją władzę. Oczywiście byłoby to źle widziane gdyby ludzie z tej wsi nie gościli dobrze Łowcy Czarownic, ale przecież coś tu musiało być nie tak, że Sneider zechciał się zjawić. Przecież nie chodziło po prostu o śmierć poborcy podatkowego.
Moriz wiedział, że takie śmierci się zdarzały i zupełnie inaczej radzono sobie, a przynajmniej próbowano sobie radzić, z owymi nieprzyjemnościami na imperialnych ziemiach. Gdyby zawsze wysyłano Łowcę Czarownic Moriz na pewno by od tak się w coś podobnego nie ładował. Są w końcu sytuacje jakich należy unikać i nie wchodzić głową w środek ognia.
Śniadanie było nieczęstym sycącym doświadczeniem, a w dodatku do wyspania - Moriz naprawdę czuł się dobrze. Dodatkowo podczas śniadania wyszło, że karypel pójdzie, możliwie z innymi, porozmawiać z matką dziecka i może dzieckiem w ich domu oraz chce z kapłanem nim Sneider się do nich doklei, więc on nie musiał się przejmować chociaż tym. Mógł już w świetle dnia poszukać jakichkolwiek poszlak, jakie zapaliłyby mu samemu sygnał ostrzegawczy, szczególnie w okolicach o jakich dziecko ich ostrzegało... a może smark będzie sam biegał poza domem i uda się go bez matki porwać na spytki?
-
Rozmowa z Albrechtem Seiler
Heinrich nie zwlekał długo. Skoro poranek dawał jeszcze trochę swobody, zanim Sneider zacznie przewracać wieś do góry nogami, ruszył ku dolnemu sadowi, tam gdzie karczmarz wskazał chatę Albrechta Seilera. Śnieg skrzypiał mu pod butami. Nie minęła chwila, a mijał czarne, powykręcane jabłonie, które rosły w równych rzędach. Chata Seilera stała trochę na uboczu. Niska, ciemna, z dachem przywalonym śniegiem i ścianami, przy których wisiały stare skóry, pasy, uprzęże oraz sztywne od mrozu kawałki wyprawionej skóry. Zapach garbnika, dymu i starego tłuszczu czuć było jeszcze przed progiem. Obok drewutni stary mężczyzna rąbał drwa krótkimi, oszczędnymi ruchami. Nie był może bardzo wysoki, ale szeroki w barkach.
Miał siwą, rzadką brodę, nos czerwony od zimna, twarz pooraną zmarszczkami i małe, jasne oczy, którymi łypał podejrzliwe. Kiedy dostrzegł Heinricha, przerwał robotę w pół ruchu. Nie odłożył siekiery. Oparł tylko trzonek o pień. Spojrzał na przybysza spode łba, szybko oceniając jego twarz, ubranie i pakunki. Jeśli wyrobił sobie zdanie, jego twarz tego nie oddała.
– Kogo licho niesie od rana? – warknął chrapliwie. – I czego chce? Nie znam Cię i nie szukam zwady, ale jeśli jest zbój z ciebie jakiś chłopcze, to źle żeś zaszedł. Nie jestem bezbronnym starcem.
Potem splunął w śnieg, jakby samo pojawienie się obcego psuło mu smak dnia. Stał przy pniu, z siekierą pod ręką, stary, żylasty i zły na świat.
- Heinz. Na handel witam. Karczmarz mówi, że Kurtę Skórzaną macie i dobrzy w fachu jesteście?
Zapytał niepewnie pokazując gest otwartych dłoni i zatrzymują się na piętnaście kroków od starca. Co z tego, że już teraz ubolewał nad swoją decyzją i żałował, że nie skorzystał z pośrednictwa gospodarza?
Starzec zmrużył oczy i przez chwilę bacznie przyglądał się Heinrichowi. Obaczył go sobie od butów po czuprynę, zatrzymując wzrok na twarzy i ubraniu. Próbował sobie handlową żyłką omiarkować, jak zacząć proponowany handel. Później westchnął i wbił siekierkę w pieniek. Bojowy duch nie opuścił go całkiem, ale przynajmniej przestał stać tak, jakby zamierzał zaraz rąbnąć go w głowę.
– Kappel cię przysłał? – mruknął. – Dziwne. Wydało mi się, że ten stary dusigrosz mnie nie lubi.
Splunął w śnieg, otarł nos wierzchem dłoni i podszedł o dwa kroki bliżej, ale nadal trzymał dystans. Pachniał dymem, starą skórą i kwaśnym potem.
– Kurtę mogę mieć i jakąś mogę też wykonać, jeśli masz z czego. Od biedy mogę też uratować jakąś, co już dogorywa. Zależy, czego chcecie.
Popatrzył na Heinza ostrzej.
– Macie złoto, chłopcze? Bo dobra kurta kosztuje. Skóra to jedno, robota to drugie. Jeśliś przyszedł jako gołodupiec, to możesz wracać do karczmy, zanim mi siekierka wystygnie.
Heinz podrapał się po brodzie.
- Złotem nikt nigdy się nie najadł. - powiedział w końcu powoli nabierając odwagi, ale nadal pełen niepewności - Mam trzy wilcze skóry zdobyte w samoobronie. To aż dość, by z nich kurtę, a nawet i czepiec zrobić. Mięso dorzucę. Flaszkę gorzały...
Przegryzł wargę czując jak kiepski to był układ, bo grosza... grosza zbytnio nie miał... jeszcze.
- Zróbmy tak. Ja wyłożę co mam, a waćpan rzuci okiem i powie co da radę zrobić? Na moje oko to i rękawiczki skórzane się tu znajdą za to.
Mówił z lekką nadzieją w sercu. Ściągając plecak i odwiązując rzemień który mocował skóry kładąc je na ziemi. Obok gorzałka, sprzączka od juków, wędzidło, strzemiona, mięsiwo... Topór położył dalej z boku.
- Broń zostawię tu w dobrej wierze, że w pokojowych zamiarach jestem, ale po nią wrócę i nie jest na handel. Mi nie zależy na atrakcyjnej kurtce. Na praktycznej, na funkcjonalnej, na wytrzymałej... Tak, ale zdecydowanie nie interesuje mnie taka co na nową wygląda i "wyszła spod igły".
Mówił, a im dłużej mówił, tym bardziej głos zdradzał, że był młodszy niż wyglądał na rzut oka. Zmęczony, smutny głos człowieka co swoje przeżył, ale jednak trwał. Głos o oczach które widziały śmierć i ta śmierć została z nim na zawsze.
- Odejdę na parę kroków i wycenisz co z tego pokryje kurtkę, bo potrzebuję jeszcze rękawiczek. Możemy tak zrobić?
Mężczyzna milczał chwilę. Nie wyglądał na człowieka, którego łatwo ugadać, ale kiedy Heinz odłożył topór na bok, coś w jego twarzy odrobinę zelżało. Nie ufał mu dalej, rzecz jasna, ale chyba już dawno nikt się z nim nie handryczył.
– Złotem nikt się nie najadł? – powtórzył cierpko. – No nie wiem, chłopcze. Młode z ciebie chuchro i życia nie znasz. Jak na moje, za parę złociszy można sobie kupić naprawdę dużo soli, mięcha i siwuchy.
Skwitował, ale rzucił okiem na te jego skóry. Przykucnął przy nich ciężko, z cichym stęknięciem w kolanach. Nie zachwycił się. To widać było od razu. Palcami sprawdzał włos, brzegi cięć, dziury, miejsca po szarpnięciach i to, jak zdjęto skórę z wilków. Potem obejrzał sobie mięso z wyraźnym brakiem przekonania.
– Na dobrą kurtę od zera tego za mało – mruknął w końcu. – Chyba że chcecie mieć kurtę dla dziecka albo kocyk do budy dla chudego psa. Ale starą mogę przerobić. Mam jedną. Brzydka, ciężka, po człowieku, który już nie będzie po nią wracał. Da się ją podszyć, wzmocnić, zrobić kołnierz, łaty na barkach, może rękawice. Czepiec też, jeśli skóry nie pożałujemy.
Podniósł wzrok na Heinza.
– Gorzałkę wezmę. Sprzączki i żelastwo też. Skóry, ma się rozumieć, również. Przyjdź jutro z kolejną flaszencją, serem, bochnem i garścią srebra – zawyrokował i splunął szarą flegmą w śnieg. – To taka cena z litości, synek. Ale jak ci to ma skórę ocalić, to niech będzie. Nie będę udawał, że mam coś lepszego do roboty.
Powiedział to, po czym raz jeszcze splunął sobie w dłoń i wyciągnął ją w stronę Heinricha, by dobić targu.
Heinrich pomasował się po karku. Źle mu było. Źle z własnego i źle z Albrechta powodu. Prawda, był młody. Dużo za młody wieść życie które wiódł, ale? Takie było życie i z dwojga złego... Sam je wybrał.
Wysłuchał starca do końca. Nie miał problemu żadnego z estetyką wykonania. Jednak słowo "ciężka" było ciężkim chlebem do przełknięcia. Nie mniej, czy potrzebował na teraz lepszej? Jak definiować ciężka? Ciężka bo rzemieślnik myślał, że był fizycznie słaby? Czy może ciężka, bo partacko wykonana? Jakby nie patrzeć, chciał temu człowiekowi dać odrobinę 'miodu' na obolałą duszę. Życie nikogo nie oszczędzało...
No, a skóry, gdyby miał się ich trzymać, to i tak poszłyby na straty najpewniej. Nie miał sposobności i czasu wysuszyć ich na dalszą drogę... Może i była zima, i dotrwałyby do miasta, ale... za cholerę nie wiedział jak daleko to było, a kurta? Kurta mogła być ciężka, ale to był półśrodek na teraz... Przynajmniej, aż zawita do Hargig... czy gdziekolwiek do większej cywilizacji, ale nadal, docelowo Hargig...
Spojrzał na starca, splunął na dłoń i uścisną prawicę człowieka co też miał swoje demony, które się go trzymały i nie odpuszczały u drzwi...
- Zdaję się na waszą fachurę. - powiedział - Teraz ogólny posłuch. Herr Sneider, przedstawiciel Korony "zaprasza". Równie dobrze można się napić czekając.
Nieznaczny uśmiech zawitał na jego twarzy widząc w starcu kogoś kim po części sam mógł być. Jakąś bratnią duszę skrzywdzoną przez świat. Przeszłość rzucała naprawdę długie cienie...
- Ja stawiam, Herr Albrecht.
-

Sok z jabłka spłynął po brodzie Sneidera, zanim ktokolwiek sensownie odpowiedział. Łowca po niemożliwie długiej chwili otarł go leniwie kciukiem. Potem skinął na dwóch parobków Kappela, którzy akurat pilnie sprzątali drugi kąt izby, starając się, jak tylko mogli, zlać z otoczeniem. Na nieszczęście dla nich, nie udało im się.
– Wy dwaj pójdziecie ze mną. Odwiedzimy mieszkańców i zaprosimy ich na pogawędkę w karczmie.
Nie zapytał, czy mają czas. Pewnie nawet go to nie obchodziło. Jeden z parobków spojrzał na Kappela, drugi na Elsbeth, ale żadne z gospodarzy nie powiedziało niczego, co mogłoby uratować ich od obowiązku towarzyszenia Łowcy. Właściwie karczmarz tylko przełknął ślinę i odwrócił wzrok ku kuflom, które wyczyścił poprzedniego wieczora, po czym zabrał się za ich ponowne polerowanie. Jego żona z kolei obrała inną taktykę. Udawała, że w ogóle nic się nie stało. Zniknęła za szynkwasem i po chwili wróciła, stawiając na stole dzban z gorącą herbatą.
– Pijcie, póki ciepła. Z bylicą, miętą i jabłkową skórką. To pokrzepiający napar rodzinnej receptury – rzuciła i mrugnęła zalotnie do Heinricha, kiedy jej mąż nie patrzył.
Herbata była gorzkawa, kwaśna i trochę ziemista, ale rozchodziła się po trzewiach przyjemnym ciepłem. Przydałoby się jej trochę miodu, ale nikt go nie podał. Nalała jej każdemu bez pytania, choć większość osób w izbie sprawiała wrażenie, jakby wolała teraz coś mocniejszego. Towarzystwo Sneidera tak działało na ludzi.Tomasimo nie dostał odpowiedzi na swoje pytanie. Nie całkiem. Łowca łypnął na niego i odburknął coś, że "to jego sprawa co robi po nocy", a na komentarz o metodach śledczych, swoim zwyczajem odrzekł "że jak będą informacje odnośnie śledztwa, to się o nich dowiedzą". Bardzo elokwetnie Łowca dał mu do zrozumienia, żeby się nieinterosował. Świetny pracodawca, nie ma co. Zmienił obiek rozważań i nalał odrobinę wody ze swojego bukłaka oraz obejrzał ją w świetle dnia. Kwestia wody też zajmowała mu umysł. Już wieczorem nie wyglądała zachęcająco, ale teraz było to wyraźniejsze. Nie była mętna jak błoto ani zielona od stęchlizny. Raczej szarawa. Smak miała zimny, metaliczny, z gorzkim posmakiem w ostatniej nucie. Jeśli niziołek zapytał o wodę karczmarza, ten wzruszył ramionami.
– Zimowa woda – mruknął. – Zawsze trochę bierze od kamienia. Nikt jeszcze od niej nie umarł, panie nizioł.
Stwierdził i nie wracał już do tematu.Gdy kończyli śniadanie, Sneider miał już na sobie płaszcz i kapelusz. Dwaj parobcy stali przy drzwiach w zimowych kurtach z kwaśnymi minami. Całą swoją postawą dawali wyraz niezadowoleniu z polecenia, ale Łowca zdawał się tego w ogóle nie zauważać. Wyszedł z nimi na mróz i przez okno można było zauważyć, jak idzie do pierwszych drzwi w siole, wydając parobkom polecenie, by kołatali do sąsiadów. Nie wyglądało, by musiał nakłaniać kogokolwiek do swojej woli. Czekał, aż ktoś otworzy, mówił kilka zdań i szedł dalej. Wieś zaczęła poruszać się niespokojnie. Psy szczekały krótko i milkły, gdy Sneider przechodził blisko nich. Wychodziło na to, że zwierzęcy instynkt ostrzegał przed nowym typem drapieżnika w okolicy. To był nieprzyjemny poranek dla ludu Dunkelwaldu. Początek dnia, który miał dużo zmienić w ich życiu.

Henrich
Albrecht skrzywił się na wieść o ogólnym posłuchu. Zmrużył groźnie oczy i splunął raz jeszcze na ziemię brudną plwociną.
– Posłuch, kurwa jego mać – mruknął. – Za stary jestem na to, by jakieś młode szczyle, nawet królewskie szczyle, mnie na rozmówki wzywały. Walczyłem dla Imperium w czasach, gdy ten Łowca Czarownic wyciągał sobie jeszcze smarki z nosa i wkładał je sobie do dupy. Na rozmówki będzie wzywać. Patrzcie jaki…
I tak narzekał jeszcze dalej, ale wraz z potokiem słów widać było, że zbiera się do drogi. Potrzebował tylko dać upust swojemu niezadowoleniu, a na nieszczęście Heinricha ten był akurat pod ręką, by go wysłuchać.
– No dobrze. Pójdziem. Ale nie omieszkam powiedzieć Łowcy, co myślę o takim zachowaniu. Nie będzie nikt na rozmówki wzywać starego Albrechta Seilera. Oj, nie będzie.
I to obiecawszy, poszli. Pozbierał rzeczy z ganku, schował siekierkę, skóry Heinricha zaniósł do domu i zawarł drzwi na duży, mosiężny klucz. Potem narzucił na siebie kożuch, zgarnął czapkę i ruszył z Heinrichem w stronę placu.Szli wolno, bo Seiler nie zamierzał spieszyć się dla niczyjej wygody. Miał być to ostatni przejaw buntu przeciw wezwaniu Łowcy Czarownic i nieco dziecinnie małostkowe zachowanie ze strony starca. Może było trochę prawdy w tym, że na starość w części zachowań upodabniamy się do dzieci? Po drodze mamrotał coś pod nosem o podatkach, ludziach ze wsi i o tym, ile to on dobrego nie zrobił dla sioła. O tym, że kiedyś to było, że starych się nie szanuje, że kiedyś bardziej ganiano dzieci rózgą, a teraz to rozpuszczone tałatajstwo. Jednym słowem ględził, a Heinz musiał, chcąc nie chcąc, słuchać starczych narzekań. Wszystko urwało się jednak nagle, gdy nadepnął na coś pod śniegiem.
To było coś dziwnego. Nie pękło jak gałąź. Nie chrupnęło jak lód. Ustąpiło miękko, obrzydliwie, z głuchym trzaskiem drobnych kości. Kiedy odsunął but i rozgarnął śnieg, zobaczył kruka. Martwego. Ptak leżał na boku, czarny, z piórami posklejanymi od szronu i błota. Dziób miał lekko otwarty. Jedno skrzydło sterczało nienaturalnie, przysypane cienką warstwą śniegu. Nie wyglądał na rozszarpanego przez lisa ani trafionego kamieniem. Po prostu padł, jakby zabrakło mu życia.
Seiler zaklął krótko.
– Nie ruszaj go gołą ręką chłopcze.
Dopiero gdy Heinrich rozejrzał się uważniej, zobaczył następne. Jeden pod płotem. Dwa przy zaspie obok starej beczki. Kolejny wśród zmarzniętych chwastów. Czarne kształty leżały tu i tam, częściowo przykryte śniegiem. Im dłużej patrzył, tym więcej ich dostrzegał. Dwadzieścia. Może trzydzieści. Jak mógł nie zauważyć ich wcześniej? Czy spadły niedawno? Część z nich leżała bliżej sadu, część przy drodze ku starej prasie, kilka bezpośrednio pod nagimi gałęziami jabłoni. Martwe kruki znaczyły śnieg plamami czerni.
Albrecht stał bez ruchu. Cała złość odpłynęła z jego twarzy, zostawiając wyraz głębokiej konsternacji.
– Nie widziałem ich wczoraj. Co się im stało? – zapytał lekko drżącym głosem.
Nie wyglądał już tak pewnie i butnie. Właściwie im dłużej Heinrich przyglądał się jego twarzy, tym większe miał wrażenie, że stary Albrecht… po prostu się bał.
Moriz
Mężczyzna, korzystając z porannego zamieszania, ruszył w stronę placu i drzewa obwieszonego wilczymi kośćmi i wstążkami. Nie pchał się pod kaplicę z Tomasimo, bo czuł, że niziołek nie wywie się za dużo. Kapłani to wyniośli, zgorzkniali ludzie, którzy rzadko dzielą się swoimi sekretami. Dzieci były inne i tu właśnie upatrywał swojej szansy. Dziecięca szczerość i prawdomówność była odświeżająca i wydawała się najprostszym sposobem, by wywiedzieć się, co w trawie piszczy, jeśli można było sobie pozwolić na taką analogię. Po kilku minutach błądzenia po wsi odnalazł Johana między domami, niedaleko drzewa.
Nie był sam.Była z nim dwójka innych dzieci. Dziewczynka w wełnianej chuście i drugi chłopiec, młodszy albo po prostu mniejszy, z policzkami czerwonymi od zimna. Bawili się. Tak przynajmniej można było to nazwać, jeśli człowiek miał w sobie wystarczająco dużo dobrej woli. Chłopcy zbierali patyki, łamali je na krótsze kawałki i układali wokół dziewczynki, która stała na niewielkim, ubitym kopczyku śniegu z miną tak naburmuszoną, że wyglądała bardziej na urażoną niż przestraszoną. Ręce miała związane z przodu cienkim sznurkiem. Związane po dziecięcemu, luźno i krzywo. Mogłaby wysunąć dłonie w każdej chwili, gdyby tylko uznała, że zabawa przestała jej odpowiadać.
– Nie tak – powiedział Johan do młodszego chłopca. – Patyki muszą być niżej. Jak dasz wysoko, to się od razu przewróci.
– Ja nie chcę być czarownicą – burknęła dziewczynka.
– Nie jesteś czarownicą. Jesteś ofiarą dla przebłagania bogów.
– To jeszcze gorzej.
– Nie marudź. Wczoraj ja byłem mutantem.
Młodszy chłopiec parsknął śmiechem, ale zaraz zerknął w stronę domów, jakby nawet w zabawie wiedział, że pewnych słów nie powinno się mówić zbyt głośno. Na ziemi leżały jeszcze dwa kawałki kory, kilka wilczych kostek i stary, pęknięty kubek, do którego dzieci nasypały śniegu, który zaczął już topnieć. Co miał przedstawiać? Mogła to być woda święcona, krew lub cokolwiek, co w dziecięcej głowie pasowało do palenia na stosie. Nad nimi wisiały martwe gałęzie Wilczego Drzewa, poruszając lekko kośćmi i wstążkami.
Johan pierwszy zauważył Moriza. Przestał układać patyki. Nie uciekł, ale zesztywniał i wyglądał na wystraszonego oraz może trochę… zaciekawionego. Dziewczynka wykorzystała moment i zdjęła z rąk sznurek.
– To głupia zabawa. Idę do domu – powiedziała i odeszła dalej naburmuszona, znikając za krawędzią jednego z domów.
Johan nie zwrócił na nią uwagi. Wpatrywał się tylko w Moriza.
– Mama mówiła, że mam z wami nie gadać – powiedział w końcu, choć nie zapowiadało się na to, by był grzecznym chłopcem. Chyba nie miał zamiaru posłuchać rodziców w tej kwestii.
Tomasimo
Tymczasem niziołek dał Tyciemu powąchać ślad Sneidera. Pies nad wyraz szybko podjął trop, co musiało oznaczać, że woń Łowcy się odznacza. Dobrze. Wyglądało na to, że zadanie będzie łatwiejsze, niż myślał. Pies najpierw zakręcił się przy wejściu do karczmy, potem przy schodach, później znów przy progu, a w końcu wyszedł na zewnątrz. Plac okazał się pewnym wyzwaniem. Nocne wyjście Łowcy mieszało się tu z porannym ruchem mieszkańców, zapachem koni, dymu, mokrej słomy i wszystkich tych drobnych rzeczy, które dla ludzkiego nosa były tylko wiejskim odorkiem, a dla psa bardzo skomplikowanym bukietem zapachów. Tyci szukał. Krążył, wracał, raz poszedł w stronę studni, raz odbił ku dębowi, potem zatrzymał się i prychnął. W końcu jednak wybrał. Poprowadził Tomasimo ku ścieżce na górkę. Tam śnieg był mniej rozdeptany, a ślady z nocy i poranka nie zdążyły się rozwiać ani zmieszać z czymś innym. Ścieżka prowadziła do kaplicy. Była węższa niż droga między domami i miała w sobie coś uporczywego, bo prowadziła lekko pod górę i była kamienista.
Po drodze Tomasimo zauważył więcej wilczych szczątków. Nie tyle, co przy dębię. Tam ozdoby stanowiły kwestię obyczaju, który wzmacniał wspólne miejsce. Tutaj kości i kły wisiały rzadziej, bardziej dyskretnie, przy krzewie, na gałęzi, przy jednym z niskich słupków wyznaczających drogę. Czasem był to pojedynczy kieł na rzemieniu. Czasem kilka drobnych kostek związanych sznurkiem. Czasem pazur, wypłowiały od zimy, niemal zlewający się ze śniegiem. Nie wyglądało to jak ozdoba. Bardziej jak znaki mające wzmacniać pamięć drogi do uświęconego miejsca. Czemu nie zauważył ich wczoraj? Czy był aż tak zmęczony?
Gdy dotarł, kaplica była zamknięta. Drzwi milczały tak samo jak poprzedniego wieczora. Drewniana wilcza głowa nad wejściem patrzyła spod znad wejściowego łuku bez wyrazu. Tyci obszedł próg, powąchał deski, potem przeniósł nos ku ścieżce prowadzącej do małej chaty obok. Tam zapach był świeższy. Tomasimo zapukał. Przez chwilę nie było odpowiedzi. Potem coś ociężale poruszyło się w środku. Deski jęknęły. Ktoś odsunął rygiel powoli, bez pośpiechu, i drzwi uchyliły się.
Ojciec Berengar Holtz stał w progu w białej nocnej szacie, narzuconej niedbale na starcze ciało. Był bosy, a właściwie prawie bosy, bo jedną stopę miał wsuniętą w stary chodak. Drugiego widocznie nie znalazł, wstając. Twarz miał surową, pooraną wiekiem i zmęczeniem, lecz to nie wiek rzucał się najbardziej w oczy. Miał podbite oko. Jedna powieka była spuchnięta, ciemna od świeżego sińca. Warga brzydko mu nabrzmiała. Na białej koszuli widać było kilka plam krwi, niewielkich, ale wyraźnych, jakby pociekło mu z nosa albo ust i nie zdążył wszystkiego obmyć. Nie wyglądał jak po karczemnej bójce. Raczej jak ktoś, kogo zaskoczono i kto dostał kilka razy, ale bardzo konkretnie. Kapłan spojrzał na Tomasimo, potem na psa, a na twarzy wyrósł mu nieprzyjazny grymas.
– Czego? – spytał chrapliwie.
Pieter
Przepatrywacz oddał się bardziej przyziemnym obowiązkom i nie miał ochoty na zadania dla chętnych. Łowca zapłaci im za ten wypad i drobną pomoc na miejscu, ale dręczenie biednych ludzi pytaniami, jeśli ten wyraźnie im tego nie rozkazał, nie było w jego stylu. Został w karczmie, a później zajrzał do stajni zadbać o swojego wierzchowca. Ten koń był warty więcej niż całe zlecenie i nie zamierzał go zaniedbać. Pracował w ciszy, a jego koń nie prychał ani nie parskał. Może dlatego z taką łatwością zauważył postać wchodzącą ukradkiem do stajni.
To był trzeci z parobków. Ten sam, który kręcił się poprzedniego wieczora w gospodzie. Tego Sneider szczęśliwie nie zagonił do obchodu wsi, ale dlaczego tutaj zajrzał? Pieter przyjrzał mu się, a chłopak na razie go nie widział. Był chudy, z włosami przyklapniętymi od wilgoci i rękami czerwonymi od zimna. Wszedł do stajni z naręczem siana, ale zamiast od razu rzucić je do żłobu, zaczął zerkać na konie, juki i sprzęt. Nie grzebał jeszcze, ale Pieter odniósł wrażenie, że się do tego przymierzał. Przepatrywacz zastygł i przypatrywał się chłopakowi, aż ten zrobił wyraźny ruch, którego nie dało się z niczym pomylić. Nachylił się ku pakunkom, otworzył juki i zaczął w nich grzebać. Coś, jakiś szósty zmysł kazał mu się jeszcze obejrzeć i wtedy ich spojrzenia się skrzyżowały. Chłopak zorientował się za późno. Zamarł z ręką w pół drogi, jak mysz przyłapana na worze mąki.
– Ja tylko przyszedłem z sianem, panie – powiedział szybko.Może umiał kłamać. Dobre kłamstwo zawiera część prawdy, bo faktycznie przyszedł z sianem, ale nijak nie mógł się wybronić tymi słowami. Na gust Pietera jego ręka była zbyt głęboko w sakwach, by to mogło przejść. Napięcie narastało. Cisza stawała się niezręczna. W stajni jeden z koni przestąpił z nogi na nogę. Parobek przełknął ślinę.
– Nie chciałem nic ukraść, panie, po prostu we wsi mówią, że drogi są nieprzejezdne. Żeście nie mogli przyjechać stąd, skąd twierdzi Łowca. Chciałem sprawdzić – tłumaczył się, ale Pieter dalej bezlitośnie patrzył na niego, potęgując napięcie i wzmagając u chłopaka potrzebę dalszego tłumaczenia.– Jeśliście przybyli z Łowcą, powinniście być wojskowymi z Lenkster, ale przepraszam za język, panie, ni chuja nimi nie jesteście. Kurt mówi, że równie dobrze możecie być grupą zbirów, którzy się podszywają. Że sam Łowca może podszywać się pod urząd, zdejmując z trupa ubrania i oręż.
To brzmiało już sensowniej, ale dalej trudno było ocenić, czy chłopak kłamie jak z nut, czy rzeczywiście mieszkańcy przez noc spreparowali sobie konspiracyjną teorię. Co by nie było, parobek na tym nie skończył. Za wyjaśnieniem kryła się również prośba o litość.
– Nie mówcie proszę Panu Kappelowi, że zaglądałem do waszych juków. Błagam pana. Zedrze mi skórę. Jeśliście przybyli w uczciwej sprawie, rozumiecie nasze obawy, prawda?
Spróbował ostatniej karty i zamilkł. Nie miał już nic do dodania. Obserwował czujnie Pietera, wahając się między pokorą, a szybką ucieczką.
Na zewnątrz wieśniacy wyłazili powoli i niechętnie z chat na rozkaz Sneidera. Jedni szli do karczmy od razu, posłusznie i z pochylonymi głowami. Inni zwlekali, stali przy furtkach, udawali, że muszą jeszcze zamknąć kury, przynieść drwa albo zrobić coś jeszcze innego. Parobcy prowadzeni przez Łowcę pukali do kolejnych drzwi. Kappel wyglądał zza okna własnej gospody ze strapioną miną. Godzina, którą Łowca wyznaczył im na własne sprawunki, kurczyła się szybko.
Nad Dunkelwaldem osiadły ciężkie, ciemne chmury, dusząc i tak wątłe, mętne światło, które sączyło się z zimowego nieba. Sprawa stawała się coraz bardziej gęsta, a wątki odrywały się od miodu prawdy plastrami. Martwe kruki przy sadzie. Dzieci bawiące się w stos pod Wilczym Drzewem. Pobity kapłan Ulryka. Miejscowy złodziejaszek zaglądający im do juków. A ponad tym wszystkim Sneider, chodzący od drzwi do drzwi, z dwoma parobkami za plecami, zapraszający nieuprzejmie na spytki.
To nie miało szans skończyć się dobrze, ale najgorsze… miało dopiero nadejść.
-
Pieter odprowadził wzrokiem Sneidera wychodzącego z karczmy. Nie współczuł parobkom. Łowca wybrał ich sobie jak woźnica wybiera konie do zaprzęgu, bez pytania o zdanie i bez zainteresowania tym, czy mają na to ochotę. Kiedy drzwi się zamknęły, przepatrywacz dopił herbatę i bez słowa wyszedł do stajni. Tam było ciszej.
Koń podniósł łeb na jego widok i prychnął cicho. Pieter od razu zabrał się do roboty. Sprawdził popręg, obejrzał kopyta, poprawił derkę i przeczesał dłonią sierść na karku zwierzęcia. Po ostatnich dniach bardziej ufał koniowi niż większości ludzi spotkanych po drodze. Dlatego tak szybko zauważył ruch przy jukach. Nie odezwał się od razu, ale stał nieruchomo, obserwując chłopaka przez dłuższą chwilę.
Parobek jeszcze go nie dostrzegł. Najpierw rozglądał się po stajni. Potem po koniach. Wreszcie po pakunkach. A potem wsunął rękę do juków. Dopiero wtedy Pieter nieco się poruszył. Nie gwałtownie. Jeden krok, potem drugi. Parobek obejrzał się i zamarł, gdy jego wzrok napotkał spojrzenie Pietera.
— Ja tylko przyszedłem z sianem, panie. - Parobek rzekł naprędce.
Pieter spojrzał najpierw na siano. Potem na rękę parobka tkwiącą w pakunkach. W końcu wrócił wzrokiem do twarzy chłopaka.
— Doprawdy? - Nie podniósł głosu. — Jeśli chciałeś sprawdzić, kim jesteśmy, mogłeś zapytać. Grzebanie w cudzych rzeczach to zły sposób na zdobywanie odpowiedzi. - Pieter zrobił krok bliżej.
— Posłuchaj mnie teraz uważnie. Nie powiem Kappelowi, ale od tej chwili będziesz pilnował naszych rzeczy. Kiedy nas nie będzie, masz mieć na nie oko. Nie interesuje mnie, czy to dzieciaki, pijacy, włóczędzy czy twoi koledzy. Jeśli ktoś będzie się tu kręcił, przepędzisz go. - Rzekł stanowczo Pieter. — A jeśli coś zginie, wtedy nie będę prowadził żadnego śledztwa. Nie będę szukał winnych. Nie będę sprawdzał śladów, tylko potraktuję ciebie jako złodzieja. - Przepatrywacz zagroził parobkowi.
-Właśnie przyłapałem cię z ręką w naszych jukach. Sam więc postawiłeś się na pierwszym miejscu listy podejrzanych. Tam skąd pochodzę złodziejom ucina się ręce. - dodał złowieszczo.
Przez chwilę patrzyli jeszcze na siebie w milczeniu. W końcu Pieter odwrócił się do konia i poprawił popręg. — No, skoro już sobie wszystko wyjaśniliśmy, to zjeżaj stąd albo cię smagnę batem. — Syknął Pieter.
Przepatrywacz nie był pewien, czy chłopak rzeczywiście kierował się wyłącznie ciekawością. Nie miało to jednak większego znaczenia. Od tej chwili wiedział już, że warto mieć na niego oko.
O całej sprawie nie zamierzał robić zamieszania. Nie interesowało go bieganie do Kappela ani zawracanie głowy Sneiderowi. Gdy jednak nadarzy się okazja, wspomni o tym Tomasimo. Niziołek miał łeb na karku, a poza tym był jednym z niewielu nieludzi w tej wyprawie, którym Pieter ufał choć odrobinę bardziej niż reszcie. Ot, krótka informacja. Bez plotkowania i bez sensacji. To była wiedza, którą warto było mieć.
-
Karczma, poranek
Heinz dostrzegł gest karczmarki i nawet uśmiechnął się krótko i nieznacznie. Nie do niej, do siebie. Do siebie... ponieważ wiedział dobrze, że to nie miało sensu. Żadnego. Nie miał czasu, ani chęci, na bliższe znajomości. Nie ważne jak cudowne by nie były. Nie ważne, że właśnie to mogło go uratować od jego myśli i uczuć, które towarzyszyły mu dzień i noc.
Zanurzył pysk w cierpkiej herbacie mentalnie dokładając kolejną cegiełkę do muru który stworzył wokoło swojego serca. Nie wiedział nawet czy bije w ten sposób. Czy jeszcze potrafi. Skryte zza murem żałości, rozpaczy i złych wyborów... nie słyszał go. Tak wysoki i gruby ten mur był. Czy jeszcze tam było? Jego... serce? Była w tym piękna, życiowa prawda... Wiedział, że nigdy nie zabije, ale też już nigdy nie rozsypie się w pył...
Krucze sprawy i Albrecht
Heinrich patrzał na kruki. Zimno, obojętnie, bez zainteresowania tym swoim pustym wzrokiem, w którego oczach przejawiał się lekkie iskry życia. Serce biło mu szybciej i to nie w dobrym tego słowa znaczeniu. Nie była to ekscytacja, bardziej instynkt każący sięgnąć po broń, choć nie czuł się zagrożony. przy najmniej nie teraz, jeszcze.
Spojrzał na starca. Heinz był zmęczony i było to po nim widać. Znoszony. Jak stare buty, które widziały za dużo drogi, ale w swojej niewygodzie i wątpliwej użyteczności nad wyraz były wygodne by je zmienić, a wszystko dlatego, bo były łącznikiem-wspomnieniem dawnych czasów.
- Musimy być ostrożni, Herr Albrecht. - powiedział ochryple tak jakby powtarzał te słowa w nieskończoność - Muszę zapytać, działy się jakieś niecodzienne rzeczy w ciągu ostatniego roku?
Zaczynał mieć dość tej całej mieściny. Zdecydowanie już dawno wyczerpał swój limit socjalizacji i ogólnego gadania. Chciał usiąść. Chciał się napić. Chciał odpocząć i pójść spać snem, który jakby Morr dał zabrałby go... ale nie, Kruki pomarły... nie było komu zanieść jego duszę do Ogrodów...
Było wiele rzeczy którymi Kraus szczerze i z całego serca gardził, a nawet i nienawidził. Jedną z nich były przesądy, ale nawet on nie był w stanie się uchronić przed niepokojem. Tam, w głębi. Masowa śmierć Strażników Ogrodów? Posłańców Pana Snów? To nie wróżyło, a i wróżbami też gardził, dobrze. Czuł to w kościach i nie było to dobre uczucie. Tym bardziej, że musiały pomrzeć lada chwila temu. nie było sił na tym świecie, by ich nie dostrzegł wcześniej...
Seiler długo nie odpowiadał. Stał nad krukami z czapką naciągniętą nisko na uszy. Po jego minie można było wnosić, że żałował, iż wybrał się z Heinzem. Zdecydowanie wolałby raczej machać siekierką i pracować nad jego kurtą, od czasu do czasu pociągając z gąsiora z siwuchą.
– Niecodzienne? – powtórzył cicho. – Po burzy, jaka przetoczyła się przez Imperium, wszystko jest niecodzienne, chłopcze. Ale jeśli pytasz, czy często znajdujemy stada martwych ptaków w polu, to nie. To coś nowego.
Podsumował i przełknął ślinę. Rozejrzał się po sadzie, próbując obaczyć, czy nie czyha tam gdzieś, między drzewami, więcej dziwactw.– Może żerowały na czymś, co im zaszkodziło? – zaproponował przytomnie.
Kraus uśmiechnął się w duchu. Jak nic, jego "głupie pytanie" podziałało zbawiennie na serce Seilera. Pamiętał o Burzy, choć w jego fachu, czy życiu, niewiele ona zmieniła. Zawsze była. Tak czy inaczej, byli tam i jak zwykle ryzykowali życiem, zdrowiem i przytomnością umysłu... Rzeczy które widział i przeżył. Może nie wierzył w przesądy i większość wierzeń miał gdzieś, to jednak... magia istniała. Istniała i była przesiąknięta złem do szpiku kości. Tak. Klątwy istniały...
- Może. - powiedział i spojrzał na martwe ptaczyska okiem człowieka o wielu rzeczach nie mówił. Dlatego bo wiedział. Niewielkie coś, ale jednak i ta wiedza nie była zdrowa. Była niebezpieczna. Sprowadzała na człowieka problemy. O wieleurzeczach nie mówiło się głośno, o wielu więcej? Lepiej było być ich całkowicie nieświadomym...
Tu nie widział nic naturalnego. Widział klątwę. Widział czarostwo. Widział plugawy palec jakiegoś Niszczycielskiego, plugawego czy zapomnianego Bóstwa. Widział coś co przybyło z nimi, albo ujawniło się po ich przybyciu. Nie ważne co było prawdą... Prawdę którą znał nie napawała optymizmem. Z doświadczenia jednak wiedział jedno i jednego był pewien. Jak już zło się zaczęło ujawniać... to było jak dziki pies co obnaża kły zaraz przed atakiem...
- Być może...
Seiler spojrzał na Heinricha spod krzaczastych brwi. Wiedział, że chłopak nie wykrztusił wszystkiego, co mu chodziło po głowie, ale nie miał zamiaru nic z niego wyciągać. Był stary i nie strzępił języka po próżnicy. Martwe ptaki to kłopoty, a od kłopotów najlepiej trzymać się z daleka.
– No dobrze – mruknął. – Co by nie było, lepiej nie stać nad tym ptaszyskami jak dwa głupie capy. Nic tu po nas.
Cofnął się o krok od najbliższego kruka, a później zrobił parę kroków w stronę wioski starannie omijając truchła ptaków.
– Do karczmy. Niech Łowca sam sobie na to obaczy to znalezisko, skoro taki z niego tępiciel złego. Ja swoje lata przeżyłem i nie mam zamiaru dokładać sobie do listy kłopotów ptasiej zarazy.
Poprawił kożuch, splunął w bok i ruszył szybciej niż wcześniej, choć dalej. Chęć oddalenia się od ptaków dodała chyżości starym gnatom.
Nie minęła chwila, a ramię w ramię ze Starcem kroczył Tłumacz, który miał przegniłe przeczucie. Cokolwiek tu się działo... nie było dobrze.
Rozmowa ze Sneiderem
Albrecht szedł obok Heinricha, aż do placu, ale gdy tylko zobaczył czarny kapelusz Sneidera przesuwający się między chatami, zwolnił. Cała jego wcześniejsza buta wyparowała. Już nie wyglądał jakby zamierzał powiedzieć Łowcy, co myśli o tym jego wezwaniu na spytki.
– No... – mruknął, poprawiając kożuch. – Będzie tego. Pójdę do karczmy. Nie będę przeszkadzał urzędowym rozmowom.
Powiedział lekko łamiącym się głosem, niezbyt pewnie. Chciałby może brzmieć godnie, ale coś nie wychodziło. Może widok budowanego na placu stosu odebrał mu ikrę odwagi. Odsunął się od chłopaka pół kroku, potem cały krok, a w końcu ruszył w stronę karczmy. Sneider stał przy jednej z chat i czekał, aż parobek zakołacze do drzwi. Drugi z pomocników przestępował z nogi na nogę parę kroków dalej, czerwony od mrozu i niezadowolenia.
Łowca odwrócił głowę, gdy Heinrich podszedł bliżej.– Coś ważnego? – spytał mierząc Henricha uważnym spojrzeniem.
Rudy spoglądał pustym spojrzeniem na Łowcę.
- Sad. Strażnicy Ogrodów polegli. Cała chmara. - powiedział niegłośno i bez emocji. Nie było co więcej dodać, chyba, że Sneider by coś chciał wiedzieć.
Sneider zatrzymał się w pół kroku i spojrzał na Heinricha. Przez moment milczał, próbując dojść przyczyny tego o czym mówił mu chłopak, ale nagle na jego twarzy pojawił się wyraz zrozumienia. Coś sobie przypomniał.
– Musiały żerować na jakimś padłym zwierzoczłeku – powiedział sucho. – Zdarza się. Zwłaszcza zimą. Głodne ptactwo tyka się spaczonego mięsa, a potem pada. Albo nie pada i... ciągnie je na północ. – dokończył.
Jego wzrok powędrował za Heniza, mając nadzieje, że dojrzy coś z miejsca w którym stoi, ale byli za daleko. Westchnął.– Dobrze, żeście mi powiedzieli. Zostawimy to na razie. Niech nikt tego nie zbiera, póki nie skończę z ludźmi. Potem obejrzę. Jeśli trzeba, spalimy każde truchło. – zakomenderował.
– Coś jeszcze? – zapytał.
- To wszystko, Herr Sneider. - odpowiedział Heinz, choć w głowie miał dość myśli które potrzebowały wody na młyn zrozumienia, a przez wodę miał na myśli... alkohol.
Jak wykoncypował, tak poczynił. Siedział w karczmie pijąc piwo... i zaczynał wątpić czy Łowca Łowcą był, czy po prostu doszedł do niegroźnej konkluzji zbyt wcześnie, czy może ukrywał swoje właściwe myśli. Ta wątpliwość była tym co powstrzymało rudego przed sprostowaniem wypowiedzi. Nie ważne co by nie zrobił i tak nie był zadowolony.
Był w obcym miejscu, wśród obcych ludzi do których przybył z obcymi ludźmi. Nie ufał i nawet nie lubił ich, ale był czas by się przekonać. Czekał, w gotowości by wymienić się faktami z resztą. "Strażnicy Ogrodów polegli" i nic na to nie mógł poczynić... tylko być wielokrotnie bardziej czujnym.
-
Tomasimo wyszedł z karczmy próbując nie dawać poznać po sobie, że go Klaus wkurwia.
Ewidentnie miał ich za nic, jak i ich bezpieczeństwo, byli jedynie narzędziem w jego misji. On zaś miał sporo wątpliwości co do metod i samego Łowcy. Byli obcymi w jakiejś bogu ducha winnej wiosce, z której nawet ucieczka nie uchroniła poborcy podatkowego od śmierci. Mieli mieć prawo pytać, żądać a on jeśli chciał nimi dowodzić powinien wziąć pod uwagę ich poglądy, no chyba że chce być sam i każdemu grozić, co prędzej skończy się wyniesieniem ich na taczkach za obręb sioła niż jakimkolwiek sensownym śledztwem.
Zimne powietrze po wyjściu z budynku dobrze zrobiło niziołkowi, a spacer z Tycim tam gdzie go węch powiedzie brzmiał jak dobry początek dnia. Psu się należało, a i Tomasimo potrzebował rozchodzić myśli.
Obrana przez psa ścieżka prowadząca do kaplicy była bogata w kości, kły, szczątki wilków. Jak na lokalną wiarę w to że każdy wilk jest zwierzęciem Ulryka to strasznie dużo szczątków tych zwierząt tu mieli - zauważył niziołek. Pies obszedł poświęcony przybytek i szybko za tropem skierował się do małej chaty obok. Tomasimo zapukał...
- Czego? - rzucił wkurzony od progu kapłan z solidnymi śladami obicia mordy, zapewne przez Klausa.
- Modlitwy i dobrego słowa - odpowiedział niziołek zmieszany widokiem zakrwawionej twarzy kapłana.
- Wybaczcie ojcze Berengar, że nachodzę o tak wczesnej porze, ale nie mamy dużo czasu, Łowca Czarownic przybył do sioła.
- Choć mniemam że już mieliście nieprzyjemność zamienić z nim zdanie - zrobił pauzę - mogę wejść? Nie zajmę dużo czasu.
- Zwą mnie Tomasimo Ashfield, jestem żołnierzem Hochlandu, a właściwie byłem bo już po wojnie i nas tymczasowo zwolnili ze służby.
- Łowca wzywa na posłuch do karczmy, buduje stos, liczę że uda mi się znaleźć powód jego przybycia zanim pomyśli o jego podpaleniu - dodał.
- Chcę pomóc wiosce ojcze, czasy niespokojne po wojnie, ludzie biedni i zdesperowani, cokolwiek go tu przywiało zapewne nie wymaga palenia ludzi. Pomóżcie proszę - rzekł niziołek patrząc w oczy hardego starca, chcąc dać mu do zrozumienia że nie jest wrogiem.
- Noc temu stado wilków nas zaatakowało, ten co im dowodził był chyba mutantem, albo gorzej, śmierdział jak trup, chorobliwa zielonkawa ślina ciekła mu z paszczy, gnił za życia albo i dawno temu umarł a jakaś nienaturalna siła trzymała go w tym świecie.
- Dużo wilczych kłów w wiosce, a podobno na nie nie polujecie, zwierzęta Pana Zimy chorują w okolicy? A może widzicie ojcze w tym omen jaki? - zapytał Ulrykanina licząc że go tematem wiary jakoś zainteresuje.
Berengar nie odsunął się od drzwi. Stał w progu jak stary pies, którego ktoś zdzielił kijem, ale który mimo to nie zamierza ustąpić. Spojrzał na Tomasimo spod spuchniętej powieki, potem na Tyciego, a później znów na niziołka.
– Wejść? – powtórzył chrapliwie. – Nie. Kategorycznie kurwa nie.
Drzwi nie zamknęły się jednak od razu. Kapłan opierał jedną dłoń o framugę, drugą przytrzymywał przy piersi rozchełstaną nocną szatę. Widać było, że nie miał ochoty stać na zimnie, ale jeszcze mniej miał ochotę zaprosić Tomasimo do środka.
– Łowca Czarownic przybył do sioła? – prychnął – Co ty nie powiesz? Wiem. Przyszedł do mnie w nocy. Przysłał go jakiś niziołek, jak sam rzekł. A że drugiego niziołka w tej zapomnianej osadzie na końcu świata nie ma, to chyba nie muszę pytać, komu zawdzięczam tę uprzejmość.
Jego głos był niski i zdarty. Każde słowo musiało przejść przez spuchniętą wargę i przez to brzmiało jeszcze bardziej nieprzyjemnie.
– Chcesz pomóc wiosce? To miej baczenie na swojego kolegę. Gaduła z ciebie, panie Ashfield. I impertynent, skoro wpraszasz się do moich progów po tym, coś odwalił.
Kiedy Tomasimo wspomniał o stosie, Berengar uśmiechnął się krzywo, bez cienia wesołości.
– Stos. Oczywiście. Sigmaryci kochają swoje stosy. Nie zapłonie jednak w mojej wsi. Niech zada swoje pytania i spierdala.
Na wzmiankę o wilkach twarz kapłana na chwilę stężała. Nie wyglądał, jakby uznał to za głupstwo. Przeciwnie. Mimo to nie odpowiedział od razu. Popatrzył ponad ramieniem Tomasimo, ku zamkniętej kaplicy i kościom wiszącym przy ścieżce.
– Kły w wiosce są stare. Większość przynajmniej. Kościół wystąpił o te ziemie, ponieważ miejscowi zawsze byli blisko Ulryka i dbali o miejscowe watahy. Jest tu parę zabobonów, ale wszystko to bliskie jest Panu Zimy. Tak było wcześniej i tak jest teraz. Nie musicie mnie uczyć naszych zwyczajów, panie żołnierzu z Hochlandu.
Splunął w bok, ale zaraz skrzywił się z bólu, bo spuchnięta warga przypomniała mu o nocy.
– Czy wilki chorują? Nic mi nie wiadomo, ale może który pogryzł jakieś zwierzę lub kreaturę Chaosu. Mało ich mamy teraz w okolicy? Plotek nie słyszeliście? Zwierzęta zimą marnieją, głodują, żrą, co popadnie, i rzucają się na różne stworzenia. Nie pomyśleliście o tym? – zapytał i trzeba mu było oddać, że argument był nie do zbicia.
Przez chwilę milczał. Złość nie zeszła mu z twarzy. Właściwie przeszła w bardziej surowy grymas. Ostatnie słowa rzucił z jawną goryczą.
– A jeśli tak bardzo przeszkadzało wam, że stary kapłan oddaje się nocą cielesnym uciechom z niewiastą, to powiem jasno. Moja sprawa, gdzie to robię i z kim. Nie będę się tłumaczył przed Łowcą albo niziołkiem, który posyła na mnie drabów w nocy.
Pochylił się odrobinę. W tym ruchu kryło się ostrzeżenie.
– Jeśli jeszcze raz naślecie na mnie kogoś w nocy, to będzie wasz koniec, panie Ashfield. Może nie tylko w tej wsi. Możecie być żołnierzem Hochlandu, ale nie macie tutaj mocy. Proszę sobie wziąć radę do serca, które tak łaknie słów i modlitwy kapłana.
Berengar cofnął się pół kroku, jakby rozmowa dobiegła końca.
– Na posłuch przyjdę, jeśli uznam, że warto. A teraz zabierzcie psa spod mojego progu i dajcie mi się ubrać – powiedział, po czym trzasnął drzwiami.
Widząc, że grzecznością nic nie wskóra niziołek zmienił ton:
– Nikogo na Was nie nasyłałem, niedorzeczność! - zaoponował niziołek - i to nie mój kolega, wynajął mnie do przeprawy przez las.
– Dziecko nas ostrzegło, by w nocy do kaplicy się nie zbliżać, z racji że nowi w siole to informacją się podzieliliśmy.
– Szczerze chuj mnie obchodzi kogo chędożycie po nocach, wyglądam Wam na Sigmaryckiego fanatyka głoszącego purytanizm obyczajów?
– Dziwne że Sigamrycie co chce stosy w Waszej wiosce rozpalać tak ufacie, że mi nawet grozić chcecie, ja Wam gęby nie obiłem - zakończył temat nocnej wizyty Łowcy u kapłana.
– Ojcze Berengar, z jakiegoś powodu ten Łowca Czarownic tu jest, możemy się tego dowiedzieć po mojemu, rozmawiając, szukając powodów mutacji wilków, albo zostawić to Sigmarycie i jego stosom, wybierzcie rozsądnie, nie uśmiecha mi się patrzeć jak ludzie płoną tylko dlatego że Wam kto gębę i kuśkę obił i nie chcecie współpracować.
– Plotka głosi że jakiegoś poborcę podatkowego przegnano z okolicy, ni chuja to sprawa dla Łowców, chyba że go po wizycie w Waszym siole znaleźli w stanie takim jak my wczoraj wilki. Wiecie co się wydarzyło? - zaryzykował jeszcze jedno pytanie Tomasimo.
– Jak nie przyjdziecie na posłuch to pewnie przyjdzie do Was, moim zdaniem nie ma co zaogniać tej relacji ale zrobicie co uważacie, dobrego dnia dobrodzieju - dodał i uchylił lekko kapelusz żegnając się.
Drzwi chaty kapłana trzasnęły Tomasimo przed nosem.
– Choć Tyci, czas na nas - powiedział do psa i zawrócił w stronę kaplicy, planując porozmawiać z matką dziecka albo i samym dzieckiem, wielki błąd że nie zaczął od nich.
Tyci podniósł łeb, powęszył przy progu i spojrzał na swojego pana z miną. Mina wskazywała na to, że go rozumie i współczuje. Psy były najlepszymi przyjacielami ludzi i wyglądało na to, że niziołków też. Tomasimo ruszył w dół, z powrotem ku wiosce. Ścieżka spod kaplicy była wąska i śliska, miejscami wydeptana do twardego lodu, więc trzeba było uważać, gdzie stawia się stopę. Na dole Dunkelwald coraz wyraźniej zbierał się pod rozkaz Sneidera. Ludzie wychodzili z domów, w pośpiechu zarzucając płaszcze, poprawiając czapki i zamykając drzwi. Część z nich wydaje się udawała, że wszystko jest w porządku, jakby udawali się na zebranie. Druga część nie kryła się z przestrachem i chciała mieć nieprzyjemną rozmowę za sobą. Tomasimo udał się na plac za mieszkańcami.
Wtedy właśnie dostrzegł kobietę, która poprzedniego wieczora odciągnęła chłopca od studni. Wychodziła z jednej z chat bliżej placu. Miała na sobie ciemną, wełnianą chustę i gruby płaszcz. Jej twarz była zatroskana. Obok niej szedł mąż. Wysoki, kościsty mężczyzna o zapadniętych policzkach i spracowanych dłoniach. Kobieta trzymała go pod ramię, czerpiąc z jego bliskości wsparcie. Kierowali się do karczmy, jak wszyscy. Mężczyzna mówił coś pod nosem, zły i niewyspany, ale kobieta uciszyła go krótkim spojrzeniem. Dopiero gdy zauważyła Tomasimo schodzącego od strony kaplicy, zatrzymała się na pół kroku. Jej dłoń zacisnęła się mocniej na ramieniu męża. Rozpoznała niziołka od razu. To było widać.
Mąż też spojrzał w jego stronę, najpierw nieufnie, potem ostrzej.
– To ten? Jeden z nich? – burknął cicho.
Kobieta nie odpowiedziała. Patrzyła na Tomasimo i przytaknęła. Niziołek mógł podejść i się przywitać, choć instynkt podpowiadał mu, że może nie być to najlepszy pomysł. Tak czy owak droga do karczmy była jedna. Prędzej czy później będą musieli się minąć.
– Jeden z których? - zagaił do mężczyzny niziołek starając się wyglądać pogodnie i przyjacielsko.
– To że nas najął Łowca Czarownic do ochrony w podróży nie znaczy że jesteśmy z nim jakoś związani - wyjaśnił grzecznie, licząc że chociaż Ci nie będą go traktować jak zarazy i zamienią z nim słowo.
– Nie jest łatwo odmówić komuś kto ma takie uprawnienia... sami wiecie - dodał dając do zrozumienia że ich sytuacja wiele się nie różni.
– Jestem Tomasimo Ashfield, wybaczycie mi jeśli potowarzyszę Wam w drodze i zadam kilka pytań?
– Wasz syn nas przestrzegał przed kaplicą nocą, o co chodzi? W ogóle macie pomysł czemu Łowca chciał tu przejechać?
Twarz mężczyzny twardniała z każdym kolejnym słowem Tomasimo. Najpierw zniknęła z niej resztka porannego zmęczenia, potem zwykła niechęć, a na końcu została już tylko zimna, chłopska wrogość. Ręka kobiety zacisnęła się mocniej na jego ramieniu, jakby chciała go powstrzymać, ale było za późno.
– Uważam, że kłamiesz niziołku – powiedział mężczyzna cichym, lodowatym głosem. – Jesteś dobrym kamratem Sigmaryty. Widzę, że wracasz od strony kaplicy. Węszysz i chcesz nas na stosy brać. Jak nic nie znajdziecie, to coś sobie wymyślicie. Ty masz być tym kreatywnym? Tak. Widzę to. Mam nadzieję, że twoje krwawe złoto będzie ci ciążyć w sakiewce niziołku. – Syknął.
Kobieta pobladła, czując jak ciało jej męża się spina.
– Dieter, chodźmy.
Ale Dieter nie poszedł. Zrobił pół kroku w stronę Tomasimo, nie tyle groźny przez siłę, ile przez nagłą gotowość do głupiego czynu.
– Nie będziesz mi dziecka wypytywał niziołku, ani mojej żony zaczepiać nie będziesz. Powiem ludziom jakie z ciebie oślizgłe stworzenie. Jeśli myślisz, że oczarujesz kogoś ze wsi swoimi słowy, to się grubo mylisz. Won mi sprzed oczu! - krzyknął, a okoliczni mieszkańcy, którzy zmierzali do karczmy spojrzeli się przez ramię. Zamiast jednak czekać, aż niziołek się odsunie, sam ruszył do przodu ciągnąc żonę za sobą. Nie czekał długo. Podszedł do swoich sąsiadów i zaczął im szeptać do ucha wskazując Tomasimo palcami. Wyglądało na to, że przeczucie dobrze mu podpowiadało. Mógł sobie darować tą rozmowę.
Tomasimo wzruszył ostentacyjnie ramionami tak by wszyscy widzieli. Minę miał nietęgą. Spojrzał na psa. Ludzie powinni się uczyć od zwierząt. A propos, chciał zobaczyć czy woda zdrowa na jakimś małym zwierzaku, już oczami wyobraźni widział jak w wiosce rozpowiadają że zwierzynę truje. Co za los. Skierował swoje kroki do stajni, mając nadzieję że znajdzie tam kota lub mysz i jakiś spodek na który mu wody lub mleka nalewają, w stajni ciepło a i obrok sprawia że myszy szukają szczęścia. Może przy okazji spotka chłopca stajennego, pożali mu się z bycia niezrozumiałym. Służba często obrywa za nie swoje winy, więc może go zrozumie i coś doradzi, a może i widział coś co inni przeoczyli. Karczma jest tu jedna, więc poborca podatkowy i jego pewnie spotkał.
Tomasimo wszedł do stajni, z Tycim przy nodze. W samej karczmie roiło się już od ludzi, ale w stajni gwar było słychać ledwo przez ścianę. W środku pachniało końmi i morkym sianem. Pieter nadal krzątał się przy swoim wierzchowcu, spokojny i skupiony na robocie, jakby nic ciekawego nie miało tu przed chwilą miejsca. Na jednej z beczek siedział kot. Szary, pręgowany, z ogonem owiniętym wokół łap. Patrzył na niziołka tak, jakby niziołek naruszył granice jego królestwa i oczekiwał od Tomasimo przeprosin. Czujne kocie oczy przypatrywały się każdemu jego ruchu.
– Jeszcze trochę i na widłach nas wyniosę z tej wioski, Klausowi udało się wkurwić już chyba każdego. - rzucił do towarzysza.
– A kapłanowi Ulryka któremu obił mordę w nocy powiedział, że ja go do niego przysłałem, no co za chuj!
– Ulrykanin oberwał pewnie z powodu kochanicy - dodał ciszej - schadzki w kaplicy robi.
– Działo się coś ciekawego? - zapytał niziołek podchodząc do kota, wystawił do przodu niespiesznie dłoń dając zwierzęciu ją powąchać i poznać że nie pachnie zagrożeniem. Może podejdzie i da się pogłaskać? Tomasimo rozejrzał się za jakąś miską czy podstawką, na pewno coś było takiego w stajni, nalał tam wody z bukłaka i podstawił kotu do picia. Zwierzę nie było płochliwe, najwidoczniej przyzwyczajone do ludzi.
Kot nie był zainteresowany ani miską, ani dobrymi intencjami Tomasimo. Kiedy niziołek spróbował mimo wszystko napoić go bardziej stanowczo, zwierzę zareagowało tak, jak reagują koty, kiedy się je do czegoś zmusza. Syknęło ostro, wygiął grzbiet i zaczął wierzgać z nagłą, wściekłą zajadłością. Przez chwilę w stajni wrzała walka. Kot drapnął Tomasimo po dłoni, szarpnął się, prychnął jak mały demon, po czym wreszcie napojony obficie wyrwał się z jego uchwytu. Zeskoczył na ziemię, przemknął między beczką a żłobem i wypadł ze stajni z chyżością ściganego złodzieja. Na tyle na ile mógł ocenić, woda w tych paru chwilach nie zadziałała na niego jakoś specjalnie.
Tomasimo poczuł na sobie wzrok Pietera, więc wyjaśnił:
– Woda ze studni dziwnie wygląda, podobno typowe zimą, zobaczymy czy nie zaszkodzi kotu jak wróci do stajni. Na ludzi i bydło może nie działać tak szybko jak na mniejsze organizmy.
To rzekłszy spojrzał na niewielkie zadrapanie dłoni oceniając czy warto na to zużywać opatrunek.
Wymienił się z Pieterem informacjami, poobserował kota, po czym poszedł do karczmy zobaczyć przedstawienie jakie planował Łowca.
Niziołek zaszedł do karczmy gdzie było już sporo ludzi którzy nie mieli oglądać jak Łowca na placu dogląda budowy stosu, przedarł się do baru i zamówił kufel cydru.
– Mieliście rację Panie Kappel co do tej beczki prochu, pochodziłem trochę po wiosce, wszyscy nas tu już chyba nienawidzą tylko dlatego że z kapelusznikiem przyjechaliśmy. Psia jego krew. Próbowałem z kapłanem rozmawiać ale zatrzasnął drzwi, obwinia mnie za to że go Łowca Czarownic w nocy nawiedził, jakbym wiedział gdzie i czemu ten łazi gdy inni dawno śpią. Niech Verena ma nas w opiece.
– Jak dla Was to nie będzie problemem gospodarzu to doliczcie to do rachunku Łowcy, gdyby się z Wami kłócił to zapłacę jak wcześniej, ale skoro mi krwi psuje sukinkot, to niech płaci.
Rozejrzał się szybko po stołach i wyłapał rudego przy jednym z nich. Siedział w kącie pod ścianą, z dala od innych bo i wieśniacy nie mieli ochoty dosiadać się do obcego, ale ogólnie dobre miejsce na obserwowanie całej karczmy. Skierował tam swoje kroki i dosiadł się.
– Jakieś wieści po poranku? Mnie prawie Dieter nie pobił. Wszyscy mają nam za złe to co kapelusznik robi.
– Jakbyśmy byli jego kopiami czy mieli na niego jakiś wpływ.
Po czym nachylił się i cicho dodał:
– Kapłan ma mordę obitą, Klaus go w nocy odwiedził. -
Zabawa dzieci powiedziała już więcej niż słowa dorosłych pewnie powiedzą. Moriz nie przeszkadzał dzieciom i nie wtrącał się w ich działania póki Johan nie zwrócił na niego uwagi i w końcu się do niego nie odezwał. Richter podszedł bliżej "stosu" i przyklęknął by bpatrzeć na dziecko z jego poziomu, a nie z góry.
- Kto miał być Łowcą Czarownic? - zapytał omijając w ten sposób kwestię, że mama dziecka mówiła by z nimi nie gadał.Johan przez chwilę patrzył na Moriza z wyrazem dziecięcej konsternacji, jakby próbował zrozumieć, czy właśnie został przyłapany, czy zaproszony do dalszej zabawy. Chyba zadecydował, że chodzi o to drugie, bo widoczne napięcie w jego postawie i ramionach widocznie zelżało.
– Ja – powiedział po chwili.
Młodszy chłopiec, który bawił się wraz z nim spojrzał na niego z urazą.
Johan rozglądnął się, czy aby przypadkiem Marta nie wróciła zanim odpowie. W tym celu zerknął za Moriza. Kiedy był pewny, że nie ma jej w okolicy pokręcił przecząco głową.
– Z nią nie – odpowiedział. – Marta to zołza i chce grać tylko księżniczki, albo poszukiwaczki przygód.
Młodszy chłopiec kopnął patyk w śniegu, ale skinął, że zgadza się z kolegą.
– Czasem z chłopakami gramy w Łowców i mutantów. – oznajmił Johan z dużo mniejszym lękiem niż wcześniej jego kolega.
- A dlaczego w zabawie bogowie musieli być przebłagani? Nie kojarzę bogów, co ofiar by chcieli... ale może zapomniałem? Ty widziałeś coś takiego? - Mortiz zachęcał dziecko do wytłumaczenia mu.
– Głupi. Wszysycy bogowie lubią ofiary. Nawet dzieciaki to wiedzą. I nie przebła.. nie przebłaguje się ich. Tylko o coś prosi. – oznajmił młodszy z chłopców, mając problem z wymówieniem jednego słowa. Johan przytaknął marszcząc brwi. Chyba nie rozumiał, czemu Moriz zadał swoje pytanie.
– Chcesz z nami zagrać? Potrzebujemy nowej ofiary skoro Marta poszła. – zaproponował Johan.Moriz zastanowił się chwilę. Kilka patyków i narzucony na ręce sznur nie powinny być problemem.
- Czemu nie. Zrobicie jak to widzieliście?
Johanowi oczy rozbłysły od razu. Nie dlatego, że Moriz zgodził się wejść w zabawę, ale dlatego, że ktoś dorosły potraktował ich poważnie. To było dużo lepsze niż Marta, która chciała być poszukiwaczką przygód i jej marudzenie.
– No to stań tutaj – powiedział Johan i wskazał miejsce na ubitym śniegu. – Ofiara stoi w środku. Nie ucieka, bo bogowie wtedy nie słuchają.
Młodszy chłopiec podniósł sznurek i obwinął Morizowi dłonie, co skończyło się równie niezgrabnie jak u dziewczynki. Chłopcy zaczęli układać patyki wokół Moriza, z powagą zupełnie niepasującą do ich wypieków na twarzach i chaotycznych ruchów. Johan wziął pęk kory, młodszy chłopiec wsypał trochę śniegu do pękniętego kubka i postawił go przed Richterem.
– To dla Pana Zimy – oznajmił Johan. – Żeby wilki nas chroniły.
– I żeby woda ze studni znów smakowała jak latem – dodał młodszy.
Johan spojrzał na niego ostro.
– Z wodą jest wszystko w porządku głupku. Nie marnuj woli bogów na głupoty.
Chłopiec pokiwał głową, a później obaj zerknęli konspiracyjnie w stronę domów, a potem na Wilcze Drzewo. Johan nachylił głowę i powiedział ciszej...
– Oraz, żeby znów przyjechał ten handlarz z cukierkami jak rok temu i dał nam coś słodkiego – powiedział, a na samo wspomnienie łakoci, na jego twarzy wykwitła rozmarzona błogość.
- Tamta kaplica jest Pana Zimy? - Moriz zapytał stojąc na wskazanym miejscu i nie wyrywając się jak i chcieli chłopcy, aby nie psuć zabawy, a jednocześnie zrozumieć czym według dzieci jest Pan Zima.
Chłopcy spojrzeli na Moriza jak by ten zadał jakieś głupie pytanie.
– Tak. Ulryk, Pan Zimy. Mama nie nauczyła cię kim on jest? - zapytali obaj zdziwieni, ale po chwili wrócili do zabawy. Johan wyciągnął z połów zimowego kubraka zapałki i spróbował podpalić patyczki, ale był zbyt mokre i zimne, by mogło się to udać.
- Często prosicie tak pana Zimę w wiosce? I czy jego wilki naprawdę was chronią wtedy? - zapytał - Tam gdzie żyłem nie działo się tak.Konsternacja rosła w miarę rozmowy Moriza z dzieciakami. Do tego stopnia, że chłopcy zaczęli odczuwać lekkie zakłopotanie. Johan spojrzał na Moriza, a odpowiedź wybrzmiała dopiero po chwili, bo chłopcy musieli się zastanawiać nad tym, co dla innych w wiosce było oczywiste.
– No jak trzeba, to się prosi – powiedział. – Po lasach włóczy się dużo zielonych i zwierzoczłeków. Wilki nas chronią, ale trzeba im coś dać. Ty chyba też nie chciałbyś za darmo pracować głuptasie. Prawda? – odpowiedział chowiąc zapałki do pudełka.
– To się nie uda. Są do niczego. Możesz udawać, że płoniesz? – zapytał Johan Moriza.Moriz był rozbawiony w duchu propozycją. Niezależnie czego dopuścił się w życiu to ani on, ani ludzie z jakimi przebywał nie zbliżali się do stosów. Powieszenie czy ścięcie - to inna sprawa, ale od Łowców Czarownic i stosów należało trzymać się z dala.
- Dobrze. - zgodził się - Z powodu możliwości spłonięcia należy unikać nocą kaplicy?
Zaczął nerwowo poruszać się w miejscu, jakby bojąc się rozpalanego pod nogami ognia i usilnie próbując go stłamsić bezskutecznie.Johan zaklaskał w dłonie dając w ten sposób uznanie dla zdolności aktorskich Moriza. Parę osób idących do karczmy pokręciło z niedowierzaniem głową, obserwując co też czyni jeden z towarzyszy Łowcy.
– Słodki Ulryku – powiedziała jedna z kobiecin przechodząc – Czy on pokazuje dzieciom co z nami zrobią? Wiedziałam, że Łowcy Czarownic to okrutnicy, a ich pomocnicy to łotry, ale to przesada. – dokończyła.
– Chodź Greta. Nic tu po nas. Nie obgaduj go bo jeszcze się zeźli i ci mieczem rozpłata. Chodź... chodź Greta. – poradziła koleżance druga z starowinek i odeszły szybkim krokiem. Przeszły parę kroków, a dołączyło do nich parę innych kobiet. Wszystkie rozmawiały żywiołowo i wskazywały palcem Moriza przez plecy. Johan wybrał te właśnie chwilę, by odpowiedzieć.– Nie głuptasie. Nocą nie chodzi się do kaplicy z innego powodu – kręcił głową chłopiec i poprosił konspiracyjnie Moriza, aby ten się nachylił, bo chciał mu coś powiedzieć na ucho. Moriz spełnił prośbę i przykucnął.
– Mama mówi, że nie wolno tam chodzi, bo Kapłan rżnie zielarke Martę. Nie wiem czemu tak mówi. Gdyby faktycznie chciał jej krzywdy to by była pocięta, a cała chodzi. Myślę, że mówią szyfrem, ale jeszcze tego nie rozgryzłem – pokiwał chłopiec, a jego młodszy towarzysz dodał...
– Może się w coś bawią? – zaproponował.
Moriz uśmiechnął się i pokiwał głową.
- Tak, musi być szyfr.
Pogłaskał Johana po głowie.
- Leć bawić się dalej z kolegą, ja mam trochę nudnych rzeczy dorosłych do zrobienia.
Przed odejściem od dzieci Moriz wyraził do nich nadzieję, że może się jeszcze kiedyś pobawią razem. Były one łatwym źródem informacji i choć trzeba było z ostrożnością brać ich słowa to jednak kłamać i wymyślać intrygi bardziej ich rodzice. Gdy wszedł do karczmy bez pośpiechu podszedł do swoich towarzyszy wyraźnie rozbawiony by szeptem im przekazać wiadomość dnia.
- Nie chodzi się nocą do kaplicy, bo jest tam rżnięta zielarka. Biedna kobieta. - oczy mu się śmiały w trakcie mówienia tego - Resztę przekażę jak się ten cyrk zakończy. - szepnął. -
Tomasimo i Karczmarz
Kappel spojrzał na niziołka znad szynkwasu i przez chwilę gorączkowo coś rozważał. Wcześniej łatwo mu się komentowało Łowcę Czarownic, ale rosnący tłumek pod drzwiami jego karczmy odebrał mu nieco animuszu. Właściwie to rozważał teraz, czy zamiast odpowiadać, nie lepiej udać głuchego. Nie chciał jednak, by niziołek powtórzył swoje słowa głośniej, więc odpowiedział.
– Miałem rację, panie Ashfield? – mruknął, nalewając cydru. – To żadna pociecha. Akurat dzisiaj bardzo bym chciał jej nie mieć.
Postawił kufel przed niziołkiem i przetarł dłonie o fartuch.
– Drobiazg. Doliczę do rachunku. Wątpię, by się tym przejął. Tacy jak on mają głęboką kieszeń.
Spróbował uśmiechnąć się krzywo.
– Szykuje się ciężki dzień. Chyba żeby go przetrwać, sam się zaprawię – to powiedziawszy, ściągnął z kontuaru butelkę siwuchy i nalał sobie sporą porcję do cynowego kubka.
– Nie obraźcie się, panie Ashfield, ale wypiję za to, byście zrobili, co macie zrobić, po czym chyżo spierdalali ze wsi. Może jak przyjedziecie innym razem sami, to inaczej was przywitamy, ale teraz chętnie bym się was pozbył. – to powiedziawszy, wypił całą zawartość kubka, skwasił się i wyszedł do kuchni znaleźć coś, by przepić mocny trunek.Pieter i Stajenny
W stajni chłopak, którego Pieter przyłapał przy jukach, zbladł jak duch, ale kiwał energicznie głową. Wizja uciętych dłoni lub bata, którym zagroził mu przepatrywacz, zadziałała na jego wyobraźnię i wzbudziła strach.
– Będę pilnował, panie – wyrzucił z siebie. – Będę. Przysięgam. Nikt niczego nie tknie. Ja tylko... ja nie chciałem kraść. Chciałem się tylko wywiedzieć, kto nas naprawdę odwiedził.
Przełknął ślinę i cofnął się o krok.
– Nic nie zginie. Słowo. Będę lepszy niż stróżujący pies – zarzekł się.
Potem chwycił niedbale porzuconą wiązkę siana, rozdał koniom do żłobów i wyniósł się ze stajni, choć obiecał zaglądać co chwila. To, jak chyżo czmychał, dało Pieterowi niejaką pewność, że chłopak spełni swoją obietnicę. Kiedy jednak niziołek odwiedził go później w stajni i opowiedział o tym, co go spotkało, przepatrywacz mógł zastanowić się, czy chłopak przypadkiem nie przekręci czegoś, rozpowiadając tłumkowi przy karczmie, jak to Pieter go postraszył i przymusił do uczciwego zadania, darowując kłopotów. Obszedł się z nim życzliwie, ale słowa można obracać i oglądać z różnych stron, a z tego, co mówił niziołek, mieszkańcy sioła już wyrobili sobie na ich temat zdanie.
Przed rozpoczęciem przesłuchań bohaterowie mieli jeszcze chwilę, by zebrać się przy jednym ze stołów i wymienić wiadomości. Nie było czasu na długie opowieści, więc wymienili się faktami oraz być może wnioskami, jakie z nich wynikały. Każda z tych rzeczy osobno mogła być głupstwem, plotką albo wiejskim zabobonem, ale razem zaczynały układać się w coś niepokojącego. W końcu pogaduchy przerwał im Sneider, który otworzył drzwi, wpuszczając chłód do środka.

Karczma „Pod Kwaśnym Jabłkiem” nie pomieściła całej wsi. Ludzie tłoczyli się więc przede wszystkim na zewnątrz, pod ścianą i przy obejściu, tworząc krzywy, marznący łańcuszek ciżby, która czekała na swoją kolej. Co jakiś czas drzwi uchylały się i wpuszczały do środka zimne powietrze. W izbie zostali ci, których wezwano jako pierwszych, gospodarze, drużyna i Sneider. Kappel kręcił się za szynkwasem z krzywą miną. Elsbeth siedziała w kuchni, piekąc podpłomyki, którymi miała nadzieję umilić czas przesłuchiwanym. Z jej kuchni dochodził słodki zapach oraz skwierczenie rozgrzanego tłuszczu. Zupełnie nie pasowały do aury strachu, jaka roztaczała się w izbie głównej.
Sneider stał przy największym stole, z rękawicami zdjętymi i położonymi równo przed sobą. Pozwolił pierwszej grupce ludzi trochę odstać i powiercić się nerwowo. Gra psychologiczna. Dopiero kiedy uznał, że wystarczy, uderzył knykciami w blat. Rozmowy ucichły nierówno, zarówno w środku, jak i na zewnątrz, blisko drzwi.
– Dobrze. Żeby poszło nam sprawnie, trzeba nakreślić pewien porządek rzeczy. Nie będziemy tu robić jarmarku. Będziemy prosić ludzi pojedynczo. Zaznaczajcie kreskami, ile osób przesłuchaliście. Pod koniec sprawdzę, czy zgadza się to z liczbą mieszkańców. Bierzcie po jednej osobie i dobierzcie się w grupy po dwóch. Kiedy z kimś skończycie, osoba wychodząca ma wpuszczać następną. Kilka minut na głowę, chyba że coś wyczujecie. Wtedy niezwłocznie dajcie mi znać.Spojrzał na trójkę pierwszych osób w kolejce, potem na drużynę i upewnił się, że wszyscy rozumieją.
– Macie patrzeć uważnie. Nie tylko słuchać. Sprawdzajcie twarze, oczy, szyje. Szukajcie znamion, narośli, dziwnych blizn i odbarwień. Jednym słowem śladów choroby, wszystkiego, co mogłoby świadczyć o skażeniu albo mutacji. Jeśli ktoś drapie się pod ubraniem, chowa ręce, nie chce zdjąć czapki albo odwraca twarz, od razu zgłoście to do mnie.
Zerknął na drużynę, ale mówił tak, by słyszeli też mieszkańcy.
– Jeśli chodzi o metody i pytania, zostawiam wam wolną rękę. Popytajcie trochę o to, czy jakieś zwierzęta im nie pomarły, czy któryś z sąsiadów nie zaczął się dziwnie zachowywać, czy ktoś nie nabrał zabronionych, chaosyckich zapędów. Czemu tak naprawdę wypędzono ostatnio stąd poborcę podatkowego i tak dalej. Liczę na waszą kreatywność.Zza drzwi dochodziły nerwowe odgłosy. Nie było wątpliwości, że mieszkańcy podsłuchują przez drzwi i chyba strapiło ich to, co zarządził Łowca.
– Kto skłamie, odpowie za to. Przyłapanym będę zdejmował skórę z pleców batem. Oczywiście za większe przewiny, a niech los broni, oddawanie czci złym bogom Chaosu, poślemy czerwonego kura pod stos z takimi.
Pozwolił groźbie wybrzmieć i dopiero wtedy wskazał trzy miejsca w karczmie. Przygotowane były trzy stanowiska, daleko od siebie, w różnych rogach karczmy, by przesłuchujący nie przeszkadzali sobie nawzajem.
– Pana sołtysa zapraszam do mnie – powiedział zimnym, stalowym głosem, a nieco lepiej odziany od reszty mężczyzna usiadł w miejscu, które wskazał mu Sneider.Później odwrócił głowę ku swoim najętym pomocnikom.
– Ashfield i Falk. Będziecie pracować w jednej grupie i zajmiecie tamten kąt. Weźmiecie rzeźnika – wskazał przeciwległy róg gospody, po czym przesunął wzrok dalej.
– Richter i Kraus. Poczmychajcie sobie tam. Czeka was drugi stół. Będziecie przesłuchiwać zielarkę. Jak Sigmar pomoże, zaczynając od ważniejszych mieszkańców sioła, może szybciej się czegoś wywiemy. To wszystko. Powodzenia.
Nie czekał na potwierdzenie. W jego świecie rozkazy miały tę przewagę nad prośbami, że bardzo oszczędzały mu czasu. Nie minęła chwila, a wszyscy zajęli swoje miejsca zgodnie z wytycznymi.

Sołtys Otto Rauch oklapł na siedzeniu przed Łowcą. Był szeroki, krzepki, posiwiały na głowie i miał imponująco grube karczycho. Sneider znał takich ludzi, ten pokrój ludzi. Zapewne przez pół życia godził sąsiadów po bójkach, rozdzielał podatki, uciszał pijanych drwali i próbował rozładować ich spory na spokojnie. Tego ranka słowo „spokojnie” nie bardzo do niego pasowało. Miał zaciśnięte usta, pot na skroniach i mocno splecione palce. Sneider osiadł przed nim ciężko i popatrzył na niego nieprzyjemnie. Potem pochylił się lekko i zaczął z nim rozmawiać. Z drugiego końca karczmy nie dało się rozróżnić słów. Łowca mówił cicho i równo. Porzucił nawet gniewny grymas, ale zastąpiło go coś gorszego. Taka urzędowa spokojność, od której człowiek zaczynał mieć ciarki na skórze i przypominać sobie grzeszki z dalekiej przeszłości. Pozostali członkowie niechlubnego komitetu nie wiedzieli do końca, jak Łowca tego dokonał ani co powiedział rosłemu sołtysowi, ale nie minęła chwila, a Otto począł cicho szlochać.
Przy stole Tomasimo i Pietera usiadł Bruno, miejscowy rzeźnik. Był wielki, ale coś w jego sylwetce i sposobie poruszania mówiło im, że mógłby być szybki, a nawet niebezpieczny. Był zbity z warstw mięśni i miał biceps wielkości uda normalnej osoby. Zapewne wszystko to od lat noszenia półtusz na barkach i mięsnej diety. Karczycho i twarz miał nieco czerwone od zimna. Małe oczy, kryjące się pod krzaczastymi brwiami, były osadzone głęboko w czaszce. Odznaczał się też dużym, krzywym nosem, który kiedyś musiał zostać złamany, a potem źle złożony. Jego dłonie były szerokie, poznaczone drobnymi nacięciami i starymi bliznami. Paznokcie miał przycięte krótko, czarne przy brzegach od starej krwi. Zresztą brunatne, rdzawe plamy znaczyły obficie cały jego fartuch, którego nie zmienił na tę „odświętną okazję”. Bruno spojrzał najpierw na Pietera i Tomasimo, oceniając ich, a wnosząc po wyrazie jego twarzy, zrobili na nim raczej marne wrażenie.
– Miejmy to kurwa z głowy. Co chcecie wiedzieć? – zapytał, splatając olbrzymie ręce na torsie.Przy stole Moriza i Heinricha pojawiła się Marta Eberlin, zielarka. Nie była stara, gdzieś w drodze między trzydziestką a czterdziestką. Miała ładne rysy twarzy, choć problemy, jakie rozwiązywała dla ludzi we wsi, zdążyły odcisnąć na niej swoje palce. Miała szczupłą, bladą twarz, przywodzącą na myśl jasny blask jutrzenki, i ciemne włosy schowane starannie pod chustą. Na gust Moriza była zawiązana zbyt starannie, jakby przed wejściem poprawiała ją kilka razy. Całość psuł jeden detal. Miała skórzaną opaskę zasłaniającą jedno oko. Pozostałym okiem, zielonkawym albo szarym, trudno było orzec w półmroku izby, patrzyła na nich uważnie. Pachniała ziołami i dymem. Roznosiła woń suszonej mięty i czegoś, co miało korzenny aromat. Przy pasie miała małą sakwę, kilka płóciennych woreczków i nożyk do korzeni. Dłonie trzymała na stole. Na jednym palcu miała świeże zadrapanie, na nadgarstku ślad po zaciśniętym sznurku albo bandażu. Usiadła powoli, z godnością. Nie wyglądała na kobietę, którą łatwo przestraszyć. Zanim spojrzała na Moriza i Heinricha, zerknęła ku drzwiom. Ojca Berengara nadal nie było.
Jeszcze.
– Normalnie lubię poznawać nowych ludzi, ale nie podoba mi się natura tego spotkania. Nie ukrywam, że chciałabym mieć je za sobą. Mam w domu masę pracy – oznajmiła i czekała na rozwój sytuacji.Na zewnątrz łańcuszek mieszkańców przesunął się o krok. Podczas oczekiwania ludzie rozmawiali między sobą, wymieniając się informacjami o przybyszach. Nic, co dałoby się usłyszeć z karczmy. Były to raczej zduszone rozmowy, ale drużyna mogła odczuć, że jest na językach całej społeczności. To, co zrobili tego poranka, mogło się odbić na ich korzyść albo wręcz przeciwnie. Nie mogli jednak o tym myśleć. Trzeba było skupić się na tu i teraz. Chcąc nie chcąc, zakasali rękawy i zaczęli.
-
Heinrich przyglądał się kobiecie. Jej słowa były mu, aż nadto bliskie...
- Odwzajemniam sentyment. Nieszczęśliwie okoliczności są jakie są.- powiedział płasko, bez emocji - Heinz. Moim zadaniem jest wam pomóc, więc liczę na współpracę i muszę zapytać. Jakie najczęściej choroby dotykały mieszkańców w ciągu ostatnich lat i jakich ziół użyto przy ich leczeniu? Zdarzały się zioło-odporne schorowania? Co pomogło?
Moriz pozwolił rudemu towarzyszowi mówić pierwszemu. Nie był przeszczęśliwy z narzuconej na nich roboty, jako że przesłuchiwali to ci, z jakimi normalnie miałby na pieńku, a nie na odwrót, niemniej fakt przypisania zielarki wydał mu się dość zabawnym zbiegiem okoliczności... a może wcale nim nie był? Patrząc na kobietę zastanawiał się czy to co matka przekazała chłopcu nie było bardziej dosłowne niż wyglądało dla dorosłego.
Marta Eberlin przez chwilę patrzyła na Heinricha bez słowa. Nie wyglądała na urażoną pytaniem, ale też nie wyglądała na kobietę, która lubi tłumaczyć zawiłości swojej profesji. Zwłaszcza pod przymusem.
– Heinz – powtórzyła cicho, jakby sprawdzała imię na języku. – Marta. Skoro już przechodzimy sobie na „ty”.
Przeniosła wzrok na Moriza, zatrzymała go tam na chwilę, po czym wróciła do rudego. Zdrowe oko miała uważne, spokojne i trochę zbyt nieruchome.
– Najczęściej? Takie choróbska, co wszędzie. Zimą gorączki trzeba czasem zbić. Kaszel u dzieci wywabić. Zrobić okład na ropiejącą ranę albo zdusić ból makowym mlekiem, jeśli jest bardzo źle. Częste są odmrożenia. Bywa, że jakiś dom męczy biegunka. Bóle brzucha, bóle zębów, bóle krzyża, bóle głowy i moje ulubione, zażeganie słabości po tym, jak chłop za bardzo lubuje się w gorzałce. Ogólnie to, co wszędzie.
Mówiła spokojnie, bez popisywania się wiedzą.
– Na kaszel daję podbiał, tymianek, czasem miód, jeśli ktoś ma. Na gorączkę wierzbę, bylicę, napar z lipy albo czarnego bzu. Na rany krwawnik, babkę, żywokost. No chyba że rana zbyt wielka, by marnować ziele. Na brzuch miętę, piołun, kminek – wyliczyła, gładząc się po brodzie i zastanawiając, czy czegoś nie przegapiła.
Palcami prawej dłoni przesunęła po brzegu stołu, jakby ścierała coś niewidocznego.
– Ziołoodporne schorowania? Dziwne słowo. Są choroby, na które zioła nie pomagają, ale rzadko mam z takimi do czynienia. Będzie parę roków, odkąd ostatnio coś takiego się zdarzyło. Wtedy radzę do większego miasta się udać. Gołębich Sióstr szukać – dodała z nutą niechęci, kiedy przyszło jej mówić o kapłankach Shallyi, po czym poprawiła odruchowo opaskę, drapiąc się po policzku.
– A teraz powiedzcie mi, czego naprawdę szukacie. Bo nie wierzę, że Łowca sadza mnie tutaj po to, żebyście pytali o miętę na brzuch i krwawnik na skaleczenia.- Zioła pomagają też na twoje ranki? - odezwał się wprost Moriz nie przedstawiając się.
Heinrich "Heinz" Kraus — 12/06/2026 13:14
Cień uśmiechu zawitał na twarzy Heinricha, ale głos ciągle utrzymywał bezemocjonalny.
- Jesteśmy bardziej podobni, niż może Tobie się zdawać. Natomiast... Co mój towarzysz pragnie powiedzieć... Prosiłbym o okazanie dłoni, przed ramion i tego co skrywasz za opaską do oględzin. Pytanie, kiedy ostatnio urodził się mutant i co z nim zrobiono? Nagradzam szybkość i szczerość odpowiedzi. Od karania jest Łowca...Marta spojrzała na Moriza z wyraźną niechęcią. Jej zdrowe oko zwęziło się, a palce odruchowo przestały przesuwać po blacie.
– Jakie ranki? – zapytała chłodno. – Te zadrapania? Każdy uczciwie pracujący człowiek ma spracowane dłonie.
Na prośbę Heinricha uniosła ręce i odsłoniła rękawy. Były szczupłe, spracowane, poznaczone drobnymi skaleczeniami, plamami po sokach roślin i starymi oparzeniami. Potem podciągnęła rękawy do łokci. Poza śladem na nadgarstku i kilkoma zadrapaniami nie było tam niczego niezwykłego.
Kiedy Heinz wspomniał o opasce, jej twarz stężała.
– Dłonie i ramiona obejrzeliście. Opaski nie zdejmę – odpowiedziała. – Oko straciłam dawno temu i nie mam ochoty wystawiać pustego oczodołu na widok całej karczmy tylko dlatego, że Łowca dał wam wolną rękę.
Wypowiedziała to spokojnie, ale nieco szybko.
– Mutant nie urodził się tutaj odkąd byłam dzieckiem – dodała po chwili. – A gdyby się urodził, matka zapewne zadbałaby, żeby nikt się o tym nie dowiedział. Albo ojciec. Zwyczajowo jednak kładzie się takie niemowlęta na skraju lasu, lub głębiej.- Obawiam się, że nie twoja w tym decyzja czy odsłonisz opaskę, czy nie. - odezwał się spokojnie Moriz - Nie musisz całej wioski zwoływać by oglądali, ale nam pokazać musisz. Zawsze możesz upierać się by Łowca sam przyszedł zobaczyć, choć odradzam tak mu na nerwach pogrywać. Nie masz czego się obawiać, prawda? A na pewno będziesz miała jeżeli bez powodu zmarnujesz jego czas.
- Uwierz, podoba nam się to tak samo jak Tobie. - powiedział z pewną łagodnością Heinz. Nie mniej szybko znów był nautralny - To formalność. Przykra, ale konieczna. Jak gorzki lek, który leczy.
- W międzyczasie, kiedy będziesz ujawniać swój oczodół, a to żaden powód do wstydu, mieliście jakiś gości spoza społeczności w ciągu ostatniego roku?Marta przeniosła spojrzenie z Moriza na Heinricha. Jej twarz stężała, ale nie odezwała się od razu. Przez chwilę sprawiała wrażenie, jakby miała ochotę powiedzieć im obu, co sądzi o tej „formalności”, lecz krótkie spojrzenie w stronę Sneidera wystarczyło, by zmieniła zdanie.
– Nie mam nic do ukrycia – powiedziała chłodno. – Mam tylko dość tego, że jacyś obcy przychodzą do siołu i każą nam się obnażać. To uwłaczające.
Sięgnęła dłonią za głowę i rozwiązała rzemień opaski. Zrobiła to powoli, niechętnie, zaczepiając nim o włosy. Kiedy zdjęła skórzaną osłonę, nie odwróciła twarzy. Patrzyła na nich zdrowym okiem, jakby chciała sprawdzić, który pierwszy skrzywi się albo odsunie.
Pod opaską nie było oka. Powieki zostały zszyte grubą, ciemną nicią, a skóra wokół była blada. Rana zagoiła się dawno temu. Nie było tam świeżej krwi, ropy ani zaczerwienienia, tylko ciasno ściągnięta skóra nad pustym oczodołem.
A przynajmniej tak wyglądało to na pierwszy rzut oka.
Marta trzymała głowę nieruchomo, ale mięśnie przy szczęce miała napięte. Czekała, aż skończą oględziny.
– Napatrzyliście się? – zapytała. – Mogę zasłonić?
Dopiero wtedy odpowiedziała na pytanie Heinricha.
– Bywają goście, ale rzadko. Kupcy, traperzy, parę rodzin uciekających przed burzą, którzy zatrzymali się na jakiś czas. Poborcę też. Nic niezwykłego. Zwykle nie zostają na długo. Jesteśmy dość zamkniętą społecznością.
Jej dłoń z opaską uniosła się nieco, gotowa zasłonić ranę i wtedy Moriz to zauważył. Pod zaszytą powieką coś się poruszyło. Jakby ruch gałki ocznej pod skórą śpiącego człowieka, którego dławią akurat koszmary. Henrich chyba tego nie zauważył, ale on sam nie miał wątpliwości.- Dziękuję za okazanie. - powiedział brodacz - Choć zastanawiam się... Kto tu robi za akuszerkę? Odbiera porody?
Morizowi nie podobało się to, co zauważył, ale nie miał zamiaru wzbudzać paniki. Nie teraz. Mogłoby sprawić, że się ukryją znowu. Chciał poinformować Łowcę Czarownic, ale może delikatniej by robactwo się nie rozlazło...
- I co z poborcą podatkowym? Był u was. - mruknął zimno.Marta założyła opaskę z powrotem i poprawiła rzemień przy skroni, wyraźnie wzdychając i jak wiedział teraz Moriz, było to westchnienie ulgi. Dopiero wtedy odpowiedziała Heinrichowi.
– Ja odbieram większość porodów – powiedziała. – Jeśli ciąża przebiega źle albo dziecko nie chce wyjść, pomaga mi Greta Voller. Jest starsza, ale zna się na tym lepiej niż niejedna miejska akuszerka. Razem poradziłyśmy sobie dotąd ze wszystkim, z czym dało się poradzić.
Jej dłoń zatrzymała się na opasce, jakby sprawdzała, czy dobrze przylega.
– Nie każde dziecko rodzi się zdrowe, czy chociażby żywe. To jeszcze nie znaczy, że matka wydała na świat mutanta.
Na pytanie Moriza spojrzała chłodniej.
– Poborca przyszedł także do mnie. Pytał, podobnie jak wy o ilość dzieci w ostatnich latach, co by mu się wszystko zgadzało w tych jego... księgach.
Zamilkła na chwilę, a ostatnie słowo powiedziała wyraźnie ostrzej.
– Odesłałam go do sołtysa, bo nie mi zapisywać takie rzeczy. Później słyszałam krzyki przy placu. Kiedy wyszłam, już go wyprowadzali z siołu. Było raczej grzecznie, acz stanowczo.Moriz postanowił zmienić temat.
- Co możesz nam opowiedzieć o kapłanie? Chyba łączy was dobra znajomość, czyż nie?
W tonie mężczyzny pobrzmiewała wyraźna dwuznaczność.
- Jeśli dobrze rozumiem... poborca przybył sam? Bez straży, czy wojska? - zapytał brodacz z nieznacznie uniesioną brwią - Ilu mniej więcej macie dorosłych w siole? Czterdziestu? Sześćdziesięciu?Marta spojrzała na Moriza spod opaski. Nie spuściła wzroku, ani się nie zarumieniła jak można by się było może spodziewać. Zamiast tego tylko kącik ust drgnął jej nieprzyjemnie.
– Ojciec Berengar jest kapłanem tej wsi – powiedziała. – Znam go dobrze, bo trudno nie znać człowieka, który od lat dba o naszą małą społeczność.
Przesunęła palcem po krawędzi stołu.
– Jeśli pytacie, czy jest dobrym człowiekiem, odpowiedziałabym, że jest lepszym niż większość. Owszem jest trochę uparty u dumny i oraz przywykł do wygód swej roli, ale nie wykorzystuje ich.
Dopiero wtedy zwróciła się do Heinricha.
– Poborca nie przybył sam. Miał ze sobą dwóch ludzi. Najemników którzy znikneli po tym jak im zapłacił. Chyba chciał ich wynająć na drugą stronę, ale coś poszło nie tak. Nie znam szczegółów. Do mnie w każdym razie przyszedł sam.
Zastanowiła się krótko na pytanie o liczebność.
– Dorosłych? Będzie może z pięćdziesiąt dusz. A jeśli liczyć staruszków, którzy prawie z chałup nie wychodzą, pewnie byłoby więcej. Razem z dziećmi cała wieś to mniej niż setka ludzi. Mała dziura, jak pewnie już zdążyliście zauważyć.
Spojrzała na Heinricha uważniej.
– A co? Czemu pytasz?- Faktycznie, niewielkie sioło. Mogliby odpuścić, przynajmniej w tym roku, bo produkujecie praktycznie na własne potrzeby. - Kraus wzruszył ramionami - Ciężko się rozwijać nie mając z czego. O przetrwaniu nie wspominając.
Dla Moriza sprawa z okiem była bardzo niepokojąca. Po co zielarka miałaby je ukrywać gdyby nie skrywała sekretu przed Łowcą Czarownic?
Hainz spojrzał na milczącego towarzysza.
Jak dla mnie wszystko. Masz jakieś pytania?Moriz pokręcił głową i wstał z siedzenia nachylając się ku towarzyszowi by wyszeptać mu do ucha:
- Zajmij panią.
I dopiero po tym powiedział głośniej:
- Oddaję tobie honory.Marta milczała. Nie zadano jej pytanie, a komentowanie dla podtrzymania rozmowy nie było w jej stylu. Spojrzała tylko na Moriza jakoś tak dziwnie, gniewnie, na ile dało się to oczywiście zrobić jednym okiem. Kiedy wstał, odprowadziła go wzrokiem. Jej twarz stężała jeszcze bardziej, kiedy zauważyła, że nie kieruje się ku drzwiom ani do kolejnego przesłuchiwanego, tylko w stronę Sneidera. Jej palce zacisnęły się na brzegu stołu.
– Coś się stało? – zapytała w końcu, cicho, ale już bez wcześniejszej uprzejmości.
- Łowca nakazał nam zdać niezwłoczny raport z rozmowy z waszą dwójką. - odpowiedział lakonicznie Heinz skinając głową w stronę rzeźnika kładąc na stole worek
- To czysta formalność - dodał wyjmując z niego kawał mięsa i odkroił z niego trzecią część porcji, by nabić ją na ostrze i skierować w stronę kobiety.
- Wspominałem, że nagradzam współpracę, prawda? - zapytał nader łagodnie o życzliwych, choć zmęczonych życiem, oczachMoriz ruszył w stronę Sneidera i szeptem przedstawił mu co zobaczył w zachowaniu zielarki oraz, że jej zaleczone zaszycie na oku jest jedynie sposobem na uniknięcie pokazania swojego oka. Przekazał, że wyraźny ruch pod zszytą powieką.
Cześć! Wygląda na to, że jesteś zainteresowany tą rozmową, ale nie masz jeszcze konta.
Masz dość przewijania tych samych postów za każdą wizytą? Po zarejestrowaniu konta zawsze wrócisz dokładnie do tego samego miejsca, w którym byłeś wcześniej, możesz wtedy również wybrać opcję otrzymywania powiadomień nowych odpowiedziach (e-mailem lub powiadomieniem push). Będziesz też mógł zapisywać zakładki i głosować na posty, aby okazać uznanie innym członkom społeczności.
Z Twoją pomocą tez post mógłby być nawet lepszy 💗
Zarejestruj się Zaloguj się