Popiół i Śnieg
-
Pieter Falk przez chwilę jeszcze trzymał łuk napięty, choć nie miał już do czego strzelać.
Walka skończyła się szybciej, niż zdążyła naprawdę rozgorzeć. Palce nadal pamiętały opór cięciwy. Ramiona miały w sobie tę krótką, zimną gotowość, która pojawia się, kiedy coś biegnie prosto na człowieka z zębami wyszczerzonymi w ciemności. Dopiero po kilku oddechach opuścił broń, powoli, bez pośpiechu, jakby każdy gwałtowniejszy ruch mógł jeszcze sprowokować las do odpowiedzi.
Patrzył na wilki. Na ciała zwalone w śnieg, na czerwone smugi rozmazane przy wejściu do pieczary, na parę unoszącą się z ran i z pysków, póki mróz nie zaczął odbierać im resztek ciepła. Zwykłe wilki wyglądały teraz mizerniej niż przed chwilą — chude, żałosne, głodne tak bardzo, że aż głupie. Głód potrafił zmienić zwierzę w coś, co przestawało bać się ognia, ludzi i stali. Pieter widział to wcześniej. Z ludźmi bywało podobnie.
Większy basior był czymś innym. Na niego Falk patrzył krócej. Nie dlatego, że się nie bał, ale dlatego, że zbyt długie przyglądanie się rzeczom dotkniętym skazą nigdy nie przynosiło nic dobrego. Wystarczyło zobaczyć tyle, ile trzeba było zapamiętać: zielonkawa ślina, chore ślepia, smród gnicia, który nie należał do żywej bestii. Potem już lepiej było pozwolić ogniowi zrobić swoje. Kiedy Sneider przeciągnął truchło z dala od wejścia, Pieter odwrócił głowę i splunął w śnieg. Nie z pogardy. Raczej z potrzeby pozbycia się z ust smaku, którego wcale tam nie było.
— Dobrze, że padł z daleka — mruknął bardziej do siebie niż do kogokolwiek.
Potem ruszył ku miejscu, z którego strzelał. Najpierw wrócił myślą do dwóch strzał. Jedna weszła w ciało wilka, czysto, między żebra, tam gdzie powinna. Druga uciekła w ciemność, prawdopodobnie przez dym, ruch zwierzęcia albo zwykłą złośliwość świata. Pieter nie miał w zwyczaju zostawiać po sobie rzeczy, jeśli nie musiał. Strzały kosztowały, a na trakcie wszystko, co dało się odzyskać, było warte schylenia karku.
Podszedł do martwego wilka, którego położył pierwszym trafieniem. Przykucnął, przytrzymał łapą futro i ostrożnie poruszył drzewcem. Strzała tkwiła głęboko, ale nie była złamana. Wyciągnął ją powoli, z nieprzyjemnym, mokrym oporem. Obejrzał grot w blasku ognia, potem lotki. Skrzywił się lekko.
— Ta jeszcze pójdzie — powiedział cicho.
Wytarł grot o śnieg, potem o kawałek szmaty, dokładniej niż zwykle. Po tym, co widzieli tego dnia, nawet krew zwykłego wilka nie wydawała się już całkiem zwykła.
Drugiej szukał dłużej. Wyszedł kilka kroków przed pieczarę, ale nie dalej, niż rozsądek pozwalał po zmroku. Pochylił się nisko, szukając cienkiego śladu w śniegu, miejsca, gdzie drzewce mogło wbić się pod kątem albo zniknąć między korzeniami. Ogień za plecami dawał za mało światła, a noc przed nim była gęsta i niechętna. Przez chwilę widział tylko biel, czerń pni i własny oddech. Ostatecznie poddał się, nie znalazłszy zguby.
Wrócił do ognia akurat wtedy, gdy płomienie zaczęły brać większego wilka na dobre. Smród uderzył ostrzej, tłusty, gorzki, chory. Pieter odruchowo zasłonił usta rękawem i stanął tak, żeby dym nie szedł prosto na niego. Słyszał modlitwę Sneidera, niską i twardą, bardziej podobną do wyroku niż prośby.
Pieter nie był człowiekiem modlitw. Przynajmniej nie takich, które wypowiada się głośno przy innych. Ale kiedy ogień zajął pysk bestii, a zielonkawa ślina syknęła w śniegu, Pieter przez krótką chwilę spuścił wzrok.
— Niech się spali do kości — powiedział tylko.
Kiedy Tomasimo wzniósł bukłak w niemal toastowym geście, Falk spojrzał na niego spod zmrużonych powiek. Niziołek miał w sobie tę dziwną, upartą żywotność, która bywała czasem bardziej irytująca niż hałas, ale po walce przy ogniu miała też coś kojącego. Jakby ktoś przypominał światu, że dopóki można wznieść bukłak, poprawić wąsa i pochwalić psa, dopóty noc jeszcze nie wygrała.
Pieter skinął mu krótko głową. — Dobrze strzelałeś — rzucił.
Potem spojrzał na Heinricha, który zabierał się do oprawiania wilków. Falk nie powiedział mu, żeby tego nie robił. Po ostrzeżeniu Sneidera i widoku chorego basiora każdy miał już dość rozumu, żeby wiedzieć, w co wkłada ręce. A jeśli nie miał, to żadna rada go nie ocali.
Później zajął się koniem. Podszedł do zwierzęcia spokojnie, bokiem, bez gwałtownych ruchów. Koń nadal był niespokojny po zapachu wilków, huku pistoletu i ogniu, który teraz trawił coś, czego żadne zwierzę nie powinno było widzieć. Pieter położył mu dłoń na szyi, twardą, zimną, ale pewną. Sprawdził uwiąz, potem popręg, juki, nogi i kopyta. Obejrzał, czy zwierzę nie skaleczyło się, kiedy szarpnęło podczas ataku. Przesunął palcami po rzemieniach, poprawił jeden węzeł, drugi zawiązał na nowo. Upewnił się, że koń ma dość luzu, by nie spanikować od byle ruchu, ale nie tyle, by w nocy wpakować się w ognisko albo wyrwać między drzewa. Na koniec dosypał mu paszy tyle, ile mógł bez marnotrawienia zapasów.
W takich warunkach koń nie był tylko koniem. Był ciepłem, ładunkiem, drogą powrotną i szansą na przewiezienie kogoś, kto jutro może nie mieć sił iść o własnych nogach.
Dopiero gdy zwierzę uspokoiło się nieco, Pieter wrócił do swoich rzeczy. Rozłożył śpiwór pod ścianą pieczary, w miejscu, skąd miał dobry widok na wejście, ale nie leżał bezpośrednio na linii zimnego powietrza. Podłoże było twarde, nierówne i pachniało wilgotnym kamieniem. Lepsze to niż śnieg. Gorsze niż karczemna podłoga. W sam raz na życie, które ostatnio wszystkim przypadło w udziale.
Przez chwilę patrzył na posłanie. Nie położył się. Zamiast tego wyjął z pakunku cienki sznurek. Dużo sznurka. Zwiniętego porządnie, nie dla ozdoby, lecz dla kogoś, kto wiedział, że w lesie czasem bardziej przydaje się cicha linka niż druga broń. Potem wydobył dwa niewielkie dzwoneczki.
Były małe, niepozorne. W karczmie mogłyby wisieć przy drzwiach albo przy uprzęży kuca, wydając uprzejmy, prawie śmieszny dźwięk. W nocy, przed jaskinią, mogły obudzić człowieka o jedno uderzenie serca wcześniej.
A czasem jedno uderzenie serca wystarczało.
— Zrobię potykacze — powiedział do reszty, choć nie zabrzmiało to jak pytanie. — Przed wejściem. Nisko. Z dzwonkami.
Potem wyszedł przed pieczarę, ostrożnie, z łukiem pod ręką i nożem przy pasie. Nie zapuszczał się daleko. Wybrał dwa miejsca po bokach podejścia, tam gdzie śnieg i kamienie naturalnie kierowały kroki ku wejściu. Jeden sznurek przeciągnął nisko, mniej więcej na wysokości kostki człowieka, między wystającym korzeniem a kamieniem przysypanym śniegiem. Drugi ustawił bardziej z boku, tam gdzie ktoś mógłby sądzić, że znalazł wygodniejszą ścieżkę. Dzwoneczki umocował tak, by nie brzęczały od byle podmuchu, ale odezwały się przy wyraźnym szarpnięciu.
Pracował dokładnie, jak na tak prostą rzecz.
Sprawdzał napięcie sznurka, poprawiał węzły, przysypywał ślady, odgarniał śnieg tam, gdzie zdradzałby za wiele. Nie próbował zastawić pułapki, która kogokolwiek zatrzyma. Chciał tylko, by ewentualny intruz został w porę usłyszany. Kiedy skończył, wrócił do środka i przez chwilę stał przy ogniu, grzejąc dłonie.
Spojrzał ku wejściu. Za nim noc była czarna i cicha, tylko płonące truchło większego wilka dogasało dalej, śmierdząc skazą, tłuszczem i złym omenem. Potem usiadł przy swoim śpiworze, oparł łuk blisko ręki i zaczął wycierać odzyskaną strzałę jeszcze raz, choć nie było już z niej czego ścierać. Na wszelki wypadek oczyścił ją jeszcze w ogniu. Czasem dłonie musiały robić cokolwiek, żeby głowa nie wracała tam, gdzie nie trzeba. Następnie położył się spać, prosząc towarzyszy, aby obudzić go, gdy nadejdzie jego kolej trzymania warty.
-
D Dhratlach odniósł się do tego tematu
-

Bezkrwawe zwycięstwo mogło pokrzepić morale, ale tej nocy nie można było zaliczyć już do spokojnych. Nie przyszły żadne wilki, dzwoneczki przy potykaczach Pietera dzwoniły cichutko przy mocniejszych podmuchach wiatru, ale nic więcej tej nocy już nie nadeszło. Mimo wszystko sen długo nie chciał na nich zejść. Nie tak, jak powinien po ciężkim dniu marszu i krótkiej, brudnej walce. W powietrzu wisiał fetor spalenizny nijak niepodobny do tego, który mogli znać z palenisk, kuźni i zimowych izb. Był to tłusty, gryzący, kwaśny odór, stanowiący mieszankę palonego futra i czegoś chorego, co mimo oczyszczającego błogosławieństwa płomieni zdawało się nie chcieć odejść razem z dymem.
Ogień w pieczarze trzaskał cicho. Śnieg za wejściem odbijał pomarańczowy blask. Konie długo jeszcze parskały niespokojnie, ilekroć wiatr odwracał się i przynosił z zewnątrz resztki woni spalonego ścierwa. Tyci czuwał blisko Tomasimo, z łbem opartym na łapach, ale uszami pracującymi przy każdym szmerze. Sneider spał niewiele, wiercąc się nerwowo. Siedział plecami przy kamieniu, z kapeluszem zsuniętym nisko i bronią w zasięgu dłoni, tak nieruchomo, że w półmroku mógłby uchodzić za część jaskini, gdyby nie oddech i sporadyczny błysk oka spod kapelusza.
Nad ranem mróz stwardniał. Odczuli to. Zmęczenie osiadło w ciałach ciężej niż poprzedniego dnia, wdzierając się przez mięśnie do kości. Przyszedł blady, szary i nieżyczliwy świt. Światło sączyło się między drzewami, odsłaniając ślady nocnej walki. Mogli raz jeszcze spojrzeć na rozdeptany śnieg, ciemne plamy krwi, odciski łap, smugi po ciągniętych truchłach wilków, które oporządzał Heinrich... i czarną resztkę po spalonym basiorze, częściowo już przysypaną świeżym puchem.
Po śniadaniu okraszonym wilczym mięsem zgasili ognisko, przysypując je śniegiem. Pieter zdjął potykacze. Moriz sprawdził konie, rzemienie, juki i broń. Skóry zabrane przez Heinricha zesztywniały od mrozu, cuchnęły wilkiem i krwią, ale część z tego, co zebrał, może się jeszcze do czegoś nada. Będzie trzeba nad tym popracować, gdy dotrą do wioski. To, co zostało z wilków, oddali naturze. Heinrich dla ułatwienia roboty wieczorem ułożył zwierzęta pokotem. Widok ten trochę tłumił apetyt przy śniadaniu, ale wyglądało na to, że padlinożercy będą zadowoleni. Parę kruków zebrało się już nawet na drzewach i czekało tylko na ich odejście.
Sneider zażyczył sobie przejrzeć ich dłonie, zwłaszcza Heinricha. Zrobił to krótko i bez czułości. Podobnie bystro przyjrzał się ich twarzom. Szukał skaleczeń, zaczerwienień, ropy, dziwnych plam, czegokolwiek, co mogłoby sugerować, że skaza Chaosu jakoś na nich przeszła. Wyglądało na to, że nic nie znalazł. W końcu po tych oględzinach dalej byli żywi. Nie ulegało wątpliwości, że gdyby coś znalazł, nie potraktowałby ich ulgowo. Pewnie nawet by nie mrugnął, gdyby trzeba było doraźnie wrazić nóż w serce. Mimo wszystko po zakończonej inspekcji nie wyglądał również na człowieka uspokojonego.
– Myjcie łapy po każdej takiej walce. Dobrze wam radzę – rzucił tylko. – Lepiej zedrzeć skórę z palców, niż czekać, aż zacznie schodzić sama.
Ruszyli. Droga do Dunkelwaldu nie niosła ze sobą żadnych niespodzianek. I dobrze, bo po nocy z wilkami nawet zwykły marsz wydawał się wystarczającą próbą. Szli wolniej, częściej niż wczoraj łapiąc zadyszkę. Kto spał, spał mało lub niespokojnie. Mimo wszystko Sneider wymagał od nich zachowania wzmożonej czujności. Łajdak posunął się nawet do tego, by ich sprawdzać, nerwowo reagując na przemykającą od czasu do czasu łanię czy daniela. Nawet bez jego prowokacji byli dość czujni. Ciemna toń gęstwin działała na wyobraźnię. Las rozciągał się po obu stronach traktu, cichy, a wiatr wiejący między gałęziami świszczał upiornie, niosąc złowróżbną melodię kniei.
Mapa Ulmanna dalej się sprawdzała. Komuś, kto nie zwraca uwagi na detale, mogło się wydawać, że chodzą w kółko. Śnieg spłaszczał krajobraz, przykrywał charakterystyczne elementy. Dlatego nawet Pieter musiał od czasu do czasu sięgnąć po mapę, by nie postradać drogi. Tak oto kilka kresek na pergaminie oszczędziło im zejścia w zły jar, kilka znaków pozwoliło odnaleźć kamień graniczny pod zaspą, a raz także stary pień z wyciętym symbolem, prawie całkiem skuty lodem i niewidoczny dla kogoś, kto nie wiedział, że powinien patrzeć właśnie tam.
Trakt z wolna schodził niżej. Dzikość lasu nie ustąpiła nagle, ale mogli zauważyć już pierwsze ślady stałej bytności miejscowych. Pomiędzy świerkami i bukami zaczęły pojawiać się nacięcia od siekier. Mogli dostrzec stare pniaki, zbutwiałe stosy gałęzi, sterty porąbanego drewna przykryte śniegiem i zapomniane sanie drwali, przewrócone na bok przy zamarzniętym rowie. W jednym miejscu mijali niską szopę, której dach zapadł się pod ciężarem śniegu. W innym – dziwnie ułożony kopiec kamieni, na którym ktoś zatknął wilczy kieł przewiązany wytartym rzemieniem. Sneider zatrzymał się przy nim na chwilę i burknął coś niezrozumiale pod nosem. Nie kazał tego zniszczyć. Zbliżali się do sioła spod znaku Ulryka i kto wie, ile podobnego tałatajstwa znajdą głębiej.
W południe przeszli przez zamarznięty strumień. Lód przy brzegach był mleczny i spękany, lecz pośrodku trzymał jeszcze na tyle mocno, by przeprowadzić konie pojedynczo. Pod nim czarna woda płynęła dalej, cicha i uparta, niosąc liście i cienkie gałązki. Później droga ponownie wspięła się łagodnie. Obeszli niski pagórek i wyłonił się przed nimi widok, który latem musiał być pewnie powodem czyjejś dumy.
Zamarznięty sad jabłoni.
Najpierw kilka drzew, potem całe rzędy. Niskie, powykręcane drzewa stały po obu stronach drogi, czarne, nagie, z gałęziami rozłożonymi jak chude palce. Śnieg leżał na nich w cienkich pasmach. Na ziemi, pod zaspami, widać było miejscami zamarznięte, zgniłe owoce, brązowe i pomarszczone, których nikt nie zdążył zebrać albo nie było komu. Niektóre wisiały jeszcze na gałęziach, twarde od mrozu, sczerniałe.Dalej stały prymitywne prasy, przykryte płachtami i śniegiem. Drewniane kadzie obrócone do góry dnem. Szopy o szerokich drzwiach, z których w cieplejsze miesiące pewnie toczono beczki. Nawet zimą, pod mrozem, dało się wyczuć pod dymem i wilgocią kwaśnawy zapach starych jabłek, sfermentowanej pulpy i drewna nasiąkniętego cydrem.
– Drwale i cydr – mruknął Sneider. – Wesoli, kurwa, sadownicy.
Zaklął, dając w powątpiewanie sielankową wizję, jaka mogła się roztaczać przed mniej pesymistycznymi członkami drużyny. Sneider przyjechał znaleźć tu kultystów i znając opinie o Łowcach Czarownic, pewnie sobie jakiegoś znajdzie, choć trzeba mu było oddać, że dotąd starał się obiektywnie patrzeć na rzeczywistość.Spojrzeli dalej. Za sadami wyłaniał się Dunkelwald. Tak naprawdę wpierw był dym. Cienki, szary, unoszący się z kilku tuzinów kominów. Potem doszło szczekanie psa, krótkie i urwane, i tak w miarę zbliżania poczęli dostrzegać niskie, strome dachy, obciążone śniegiem, skupione ciasno przy trakcie i wokół niewielkiego placu. Chaty były drewniane, ciemne od smoły i dymu, z podmurówkami z polnego kamienia. Przy wielu z nich wisiały wiązki drewna, pęki ziół, suszone skórki jabłek, stare sidła i narzędzia do pracy w lesie. Płoty stały krzywo, naprawiane tym, co akurat wieśniacy mieli pod ręką, czy to deską, kołkiem, kawałkiem sanek, czasem nawet obręczą od beczki.
Pośrodku osady znajdowała się studnia z daszkiem, obok niej stary dąb, martwy albo prawie martwy, z pniem obwieszonym wyblakłymi wstążkami i, jakże by inaczej, wilczymi kłami. Na północ od placu, wyżej, między ciemnymi pniami, majaczyła kaplica. Nie była duża. Kamienna podstawa, drewniana górna część, stromy dach, wilcza głowa wyrzeźbiona nad wejściem albo tylko przybita pod daszkiem. Z tej odległości trudno było ocenić. W gasnącym świetle wyglądała jak coś, co bardziej pilnuje wsi, niż jej błogosławi.
Ludzie nie wychodzili im naprzeciw. Twarze pojawiały się w oknach i znikały. Ktoś uchylił drzwi, zobaczył kapelusz Sneidera i zamknął je powoli, jakby szybki zryw już mógł zostać uznany przez Łowcę Czarownic za przewinę. Dwóch parobków przy stosie drewna przerwało robotę. Jeden odruchowo zdjął czapkę. Drugi nie zdążył, więc pierwszy szarpnął go za rękaw. Dziecko przebiegające między chatami zamarło na środku drogi, po czym uciekło za płot. Gdzieś za stodołą zaszczekał pies, ale zaraz ktoś syknął na niego ostro. Sneider nie komentował. Być może był przyzwyczajony do podobnie ciepłych przywitań. Szedł środkiem drogi, spokojnie, roztaczając groźną aurę, która sprawiała, że ludziom jeżył się włos na skórze.
– Mus nam karczmy trzeba – powiedział tylko. – Zmierzcha, a za nami długi dzień. Rano zaczniemy właściwie. Zresztą ludzie przez noc mają brzydki zwyczaj chować swoje sekrety na prędce, przez co następnego dnia łatwiej je odkryć. Głupcy nie rozumieją, że nie czytam w myślach. Pewnych rzeczy bym się nie domyślił, gdyby nie próbowali ich tak niezdarnie ukryć. To była jedna z moich pierwszych lekcji jako Łowcy Czarownic. Zapamiętajcie sobie. Bardzo życiowe.
Wyłożył i poszedł w stronę największego budynku we wsi.
Karczma stała przy placu, większa od pozostałych budynków, tak jak podejrzewał, choć była przy tym tylko trochę mniej biedna. Nosiła nazwę Pod Kwaśnym Jabłkiem, wymalowaną nierównymi literami na desce wiszącej nad drzwiami. Na szyldzie ktoś kiedyś namalował zielonkawe jabłko z wykrzywioną miną i kropelką soku przy ogonku. Farba spłowiała, ale grymas owocu jakoś oparł się pogodzie. Przynajmniej na razie. Pod szyldem zwisały dwa małe, zamarznięte wianuszki z gałązek jabłoni.
Budynek miał szeroką izbę od frontu, niskie okna z mętnymi szybkami i dobudowaną stajnię po lewej stronie. Z tyłu widać było większą szopę albo skład, zapewne na beczki, narzędzia i zapasy. Przy jednej ścianie stały trzy opróżnione beczki po cydrze, teraz przysypane śniegiem. Z komina unosił się dym, a spod drzwi sączyła się wąska smuga ciepłego światła. Sneider wszedł pierwszy. Otworzył drzwi, wszedł do środka i zniknął w pomarańczowym świetle, zostawiając na zewnątrz resztę drużyny z końmi, psem i jukami.
Wtedy wydarzyło się coś niespodziewanego, co sprawiło, że kilku z nich mogło napiąć nerwowo mięśnie, a dłoń instynktownie ruszyła w stronę rękojeści. Za ich plecami odezwał się chłopiec. Mógł mieć dziewięć, może dziesięć lat. Stał w za dużej kurcie, pewnie po bracie, z czerwonym nosem, w czapce naciągniętej prawie na oczy. Pojawił się tak cicho, jakby od dawna stał między studnią a martwym dębem, tylko wcześniej nikt nie zwrócił na niego uwagi.
– Nie idźcie nocą do kaplicy – powiedział.
Krótko. Trochę tak, jak dziecko mówi rzecz zasłyszaną od dorosłych, której nie powinno powtarzać, ale jednak powtarza, bo leży to w dziecięcej naturze. Nim ktokolwiek zdążył dobrze odpowiedzieć, z najbliższej chaty wyszła kobieta w grubej spódnicy i chustce. Nie biegła, ale szła szybko. Chwyciła chłopca za rękę, przyciągnęła do siebie i spojrzała po podróżnych z wymuszonym, nerwowym uśmiechem.
– Bujną ma wyobraźnię – powiedziała. – Dzieciaki tak mają. Johan, co ci mówiłam o zaczepianiu ludzi i bajaniu na jawie, co? Przepraszamy bardzo. Prawda, Johan?
Bardziej oznajmiła, niż zapytała. Chłopiec chciał jeszcze coś powiedzieć, ale ścisnęła mu dłoń mocniej.
– Do domu.
Pociągnęła go za sobą. Drzwi zamknęły się chwilę później, niezbyt głośno, ale ostatecznie. W oknie poruszyła się firanka, po czym zgasło światło. To było dziwne... ale zanim ktokolwiek zdążył skomentować, z wnętrza karczmy dobiegł głos Sneidera.
– Wprowadzać konie do stajni. Na Sigmara, pizga jak w Nordlandzie. Ruszajcie się.
Ponaglił ich i trzasnął drzwiami.Stajnia przy Kwaśnym Jabłku była niska, ciepła tylko od stłoczonych w niej zwierząt, ale po całym dniu marszu nawet taki dach zdawał się dobrodziejstwem. W środku stały już dwa miejscowe konie, parę krów, mały wózek, trochę narzędzi i beczki ustawione pod ścianą. Przy żłobach leżały jabłkowe wytłoki, zamarznięte w brązowawe bryły. Kuc Tomasimo stanął blisko przy koniach, jakby chciał podkraść trochę ich ciepła. Tyci obwąchał próg, prychnął na kota siedzącego na belce i wrócił do swojego pana.
Wnętrze gospody było niskie, zadymione i ciemniejsze, niż zapowiadało światło pod drzwiami. Główna izba miała szerokie palenisko po prawej stronie, z kamiennym okapem czarnym od sadzy. Przed nim stały dwie długie ławy i ciężki stół porysowany nożami, kuflami oraz śladami po latach częstego użytkowania. Po lewej znajdował się szynkwas, solidny, toporny, zrobiony chyba z tego samego drewna, z którego miejscowi stawiali mostki nad strumieniami. Za nim wisiały cynowe kubki, gliniane dzbany, kilka pękatych butli i mała beczułka z zatkniętym kranikiem. W powietrzu unosił się zapach dymu, kwaśnych jabłek a jakże, mokrej wełny, tłuszczu i piwa.
W głębi izby były schody prowadzące na piętro. Wąskie, skrzypiące, z poręczą wygładzoną od rąk. Pod schodami stały beczki i kosze. Za izbą główną widać było uchylone drzwi do kuchni, skąd dochodził odgłos mieszania w garnku i zapach cebuli smażonej na tłuszczu. Dalej musiały być komory, spiżarnia i zejście do piwnicy, bo z podłogi przy ścianie wystawała ciężka klapa z żelaznym uchwytem. Przy niej leżała mokra szczotka, jakby ktoś niedawno próbował zetrzeć ślady błota albo rozlanego napitku.
W izbie siedziało kilku miejscowych. Drwal z ręką w opatrunku. Stara kobieta otoczona rzędem pustych butelek. Dwóch młodych mężczyzn pochylonych nad miską polewki. Kiedy weszli obcy, rozmowy urwały się nierówno. Gdy jednak do środka wszedł Sneider, efekt był podobny jak sprzed dwóch dni. Bohaterowie mogli zacząć sobie wyobrażać, że Łowca ma już wyuczone tiki i przygotowaną paletę groźnych min, którymi częstuje innych, wszystko specjalnie przygotowane na takie właśnie wejścia.
Karczmarz był człowiekiem niskim i szerokim, z policzkami czerwonymi od dymu z ognia w palenisku. Miał fartuch przewiązany pod brzuchem, rzadką brodę i kalkulujący wzrok. Obok niego krzątała się kobieta znacznie szczuplejsza, o niesłychanej urodzie. Widać, jakaś swatka dodała sobie jeden do jednego i zabrączkowała miejscową piękność z obrotnym karczmarzem. Widok dość częsty i dla niektórych przykry. To ona pierwsza spojrzała na broń, potem na buty, potem na kapelusz Sneidera.
– Miejsca potrzebujemy – powiedział Łowca Czarownic, zdejmując rękawice. – Zabawimy u was na parę dni.
Karczmarz przełknął ślinę.
– Miejsce jest, panie. Trochę ciasno, bo zima, ludzie po drogach, drwale z lasu, ale coś się znajdzie.
– Ja nie pytałem, czy się znajdzie, ale miło, żeście trochę bardziej rezolutni i nie muszę sięgać po metody perswazji. Ile będzie?
To pytanie padło zbyt szybko, żeby karczmarz zdążył udawać gościnność.
– Za dwie izby na górze... – zaczął ostrożnie. – Trzy szylingi od głowy. Stajnia osobno. Ogień, posłanie, wieczerza... napitek, jeśli trzeba. Cydr mamy własny, choć kwaśny, jak nazwa każe. Lepszy latem, zimą już bardziej dla odważnych.
Sneider spojrzał na niego bez uśmiechu.
– Trzy szylingi od głowy?
Karczmarz odchrząknął.
– Czysta izba, panie. Dach nie cieknie. Prawie. Zimą wszystko drogie. Taki urok zimowych zagajniczków.
Przy szynkwasie ktoś parsknął cicho, ale zaraz udał kaszel.
Sneider oparł rękawice na blacie.
– Dobrze. Nie będziemy się targować jak przekupy na targu. Mam nadzieję, że siennik nie gryzie, inaczej sobie pogadamy.
– A nie gryzie, nie gryzie – odpowiedział karczmarz po chwili niepewnie. – Chyba że ktoś sam ze sobą pchły przyniesie. To zadbany przybytek.
Żona za jego plecami zamknęła oczy na krótką chwilę. Wyglądała na zmartwioną i chyba modliła się do wszystkich bogów, żeby jej mąż się już zamknął.
Sneider patrzył na niego długo, ważąc chyba, czy nie poczuć się urażonym, ale nie okazał się tak małostkowy. Zamiast tego uśmiechnął się, ale nie był to uśmiech, który chciałoby się oglądać często, i nie miał w sobie nic z życzliwości. Potem przesunął wzrok po izbie, po miejscowych twarzach, po schodach, po klapie do piwnicy, po koszach z jabłkami i po drzwiach kuchni.
– Jedna izba dla mnie. Druga dla moich towarzyszy. Stajnia dla zwierząt. Wieczerza. Wrzątek. I nikogo obcego na piętrze.
Karczmarz otworzył usta.
– Dobry panie, jak to nikogo obcego na piętrze?! To ja muszę ludzi poprzenosić, a jak poprzenosić, to będzie gadane, a jak będzie gadane...
– To będzie gadane... niezbyt mnie to obchodzi. Jutro dopiero sobie pogaworzę z ludźmi – oznajmił, a po sali przebiegły nerwowe szepty. Część ludzi zmroczonych alkoholem dopiero teraz pojęła, dlaczego Łowca Czarownic zawitał do Dunkelwaldu i chyba miała ochotę szybko sprawdzić, czy nie ma czegoś pilnego do roboty w domu.
Przez chwilę stali naprzeciw siebie przy szynkwasie. Za oknami Dunkelwald ciemniał, a śnieg zaczął znów osiadać na szybach drobnymi, mokrymi plamkami. W głównej izbie nikt nie wrócił jeszcze do rozmowy. Wszyscy czekali.
Karczmarz w końcu westchnął.
– Dobrze. Podejrzewam, że interes i tak będzie wystawiony na małą próbę przez parę dni. Nie obraźcie się, panie, ale wizyty ludzi z waszego szlachetnego zakonu szybko zabijają interesy.
– Zapewniam, że nie tylko interesy. Ale nie bójcie się. Nie będziecie stratni. Pod koniec zostawię zadatek za to, że nie utrudniacie. Sowitą premię. Więcej, niż byście wycisnęli z miejscowych przez te parę dni. To wszystko. A teraz do dzieła.Karczmarzowi nie trzeba było powtarzać. Porwał żonę na zaplecze, zaprzągł parę parobków do szykowania wszystkiego i nie było go widać przez chwilę. W tym czasie karczma opustoszała całkiem i zaledwie po kwadransie mogli „cieszyć się” niespotykaną nigdy wcześniej prywatnością. Karczma na wyłączność? Można by to było polubić, gdyby nie towarzyszyła temu opustoszeniu taka mroczna atmosfera. Łowca podszedł do nich i przekazał klucz od właściciela, mierząc ich uważnym spojrzeniem. Każdemu spojrzał w oczy i nie odwrócił wzroku. Na wargach wykwitł mu lekko niepokojący półuśmieszek.
– Dobrze mi się na razie z wami współpracuje. To odświeżające. Wyśpijcie się, ale trzymajcie dla porządku wartę w swojej izbie. Nie zapominajcie, po co tu jesteśmy. Jutro zabierzemy się do pracy. Wejdziecie trochę w moje buty i też sobie popytacie. Jeśli nie macie pytań, to idę udać się na spoczynek.
Zapytał i czekał na ich kwestie, całkowicie ignorując fakt, że sam dla siebie wybrał osobną izbę i trudno mu będzie przez to dostosować się do własnej rady. No nic, może miał inne sposoby na zachowanie czujności w nocy. -
Ranek przyszedł nieubłaganie. Heinz oceniał chłodnym okiem posiłek przy posiłku starając się ocenić zasadność swojej nocnej decyzji. Prawda była okrutne... wiedział, że więcej by zyskał odpuszczając sobie mięso i skupiając się tylko na skórach. Te wilki... pod każdym względem były mizerne w pożywienie. Nie zdziwiłby się, gdyby były tak wygłodzone i zdesperowane, że nawet huku broni palnej się nie przestraszyły i mimo wszystko atakowały. Ostatni zryw przed śmiercią z głodu. No może poza tym ostatnim co chciał zwiać. Nie miał wątpliwości, musiał być nad wyraz kumaty, ale co zrobić? Dorżnęli watahę...
Siedział przy ognisku ogrzewając swoje kości pieczonym sercem wilka i ciepłą wodą z pucharu. Nie żałował. Może i stracił cenny zarobek, ale jednak, co mięso, to mięso... a mięso było ważne i cenne. Czuł jak odwaga i żelazna wilcza wola wypełnia jego duszę z każdym, nad wyraz smacznym, kęsem kiedy spożywał swój posiłek. Nawet się uśmiechał w zadowoleniu. Nieznacznie, ale jednak. Próbował nakłonić innych do posiłku na mięsie podając im pieczyste, ale... nie byli widocznie przekonani. Ryzyko spaczenia? Może, ale w życiu jadł gorsze rzeczy. O wiele gorsze musiał przyznać przed sobą, ale takie było życie na drodze. Wątroby wilcze były zdrowe na jego oko i to mu wystarczało by zdecydować się zjeść co pozyskał nie tak dawno temu.
Droga do sławiennej wsi mijała mu nad wyraz szybko, choć zmęczenie wkradało się w kości. Jedyne czego pragnął to zawinąć się w koc i... nie myśleć o wydarzeniach nocy. Na wszystko, zawsze, był odpowiedni czas, moment. na szlaku? Nie mógł sobie pozwolić na luksus wędrujących, skotłowanych myśli.
Sneider testował ich czujność jakby jeszcze spali. Nie mówił nic. Mieli ustną umowę i zamierzał się z niej wywiązać. Honor złodzieja, czy coś w ten deseń. Jakby to miało jakiekolwiek znaczenie. Czy miało? Nie wiedział i nie chciał wiedzieć. Czasami najlepiej było nie wiedzieć. Liczyła się suma zysków i strat. Nic więcej. Nic mniej, a największe szanse na zarobek były trzymając się Łowcy Czarownic. Czym było parę dni, może tydzień, pod jego komendą, kiedy mógł dołożyć kolejną cegiełkę do swojego planu na przyszłość? Tak, miał plany, odległe, nawet bardzo, ale nie narzekał. Rok za rokiem był bliżej i bliżej. Pewnego dnia... pewnego dnia...
Widok sadu i cydrowni nie napawał optymizmem, ale był dobrym wyznacznikiem tego, że byli blisko. Bardzo blisko celu ich podróży. Co prawda Heinrich miał wątpliwości... co zmusiło ludność do porzucenia sadów i jak widać całkiem prężnie działającej placówki obróbki jabłek na cele relaksacyjne? To mu nie pasowało. Czuł pismo nosem, że ta osada była przegnita do cna, albo żyła w strachu przed czymś. Jedno i drugie było złem. Może nie było to zło do jakiego nawykł, al...
- Drwale i cydr – mruknął Sneider – Wesoli, kurwa, sadownicy.
- Można powiedzieć, że lubią się się zdrowo narąbać... - mruknął do siebie półgębkiem rudzielec, ale nie wchodził w dalszą dysputę.
Wieś nie była nadzwyczajna. Była... przeciętna pod każdym względem. Jedyne na co zwrócił bacznie uwagę to to, że ludzie wieszali zioła. Nie tylko na płocie, ale i przy drzwiach i oknach też. Oznaczało to najpewniej to, że chcieli się chronić przed złem i choć nie było to nic nadzwyczajnego... to obiecał sobie sprawdzić te ziołowe wiązanki z samego rana w świetle dnia. Miał kompetencje do tego jako zielarz. W końcu wokoło ziół było wiele przesądów, które nie raz, nie dwa i zdecydowanie za często... były słuszne.
Martwy dąb był świadectwem tego jak ludzie radzili sobie ze strachem. Może Kraus nie był jakimś uczonym... za co był wdzięczny kołu losu, bo pomimo szacunku do pisma... to jednak wolał być... normalny. Cokolwiek by to nie znaczyło. W jego oczach/ Ci wymuskani uczeni i ich żaki były w większości zniewieściałe i słabe. Ślepo przekonane o swojej wielkości, choć tak naprawdę gówno wiedzieli o życiu. Fascynujące co kilka przeczytanych książek, klepanie po plecach od im podobnych i inne bzdety mogły zrobić z człowiekiem...
Tak czy inaczej dąb opowiadał historię. W jego oczach? Historię strachu i dumnej przekory wobec zagrożenia. Nie miał pewności co do wstążek. Mogły być świadectwem żałoby po tych co odeszli, albo nadzieją, że bogowie zauważą. Wilcze amulety jednak mówiły jasno o osadzie. Jej strachu, albo oddaniu Ulrykowi. prędzej to pierwsze, bo patrząc po ilości... cóż, to już zakrawało na małą z nimi wojenkę, a Wilczy Pan raczej nie byłby zadowolony z ich, miejscowych, pogromów jego świętych zwierząt.
– Nie idźcie nocą do kaplicy – powiedział młodzik który może nawet nie miał dziesięciu lat. Może... bo było ciemno. Usadowiony między strategicznym miejscem jakim była studnia, a martwe drzewo... było co najmniej ciekawym wydarzeniem. Tym ciekawszym, że najwidoczniej jego matka zdecydowała się wszystkiemu zaprzeczać. Heinz nie był znawcą ludzi, ale to było co najmniej podejrzane. Dorośli ukrywali prawdę. Co do tego był... pewien.
Nic nie powiedział tylko udał się do karczmy. Tam, będąc świadkiem rozmowy Sneidera z gospodarzem chłoną każde słowo i każdą mimikę. Każdy ton. Jego grupa się rozsypała i wiedział dobrze, że mógł liczyć tylko na siebie, a to oznaczało, że musiał uczyć się szybko jeśli chciał się utrzymać na wodzie. Nie było "Kafki" który by świecił za wszystkich oczami i dobijał targów, zdobywał tropy i zlecenia. Prawda, towarzyszył mu jako ochrona, ale... nie zwracał szczególnej uwagi na "sztukę w ludzi".
Nie mniej, musiał przyznać, że żonka była niczego sobie. Piękno było piękne... ponieważ przemijało. Jak wszystko. Jak natura. Nie były mu obce małżeństwa aranżowane i inne swatania. Sam jednak nie miał na nie czasu, ani nawet chęci. Ponura rzeczywistość i tryb życia na drodze jawnie utrudniały osiadły tryb życia, który... nie był dla zielonookiego. Nie miał czasu na przyjemne rozproszenia. Tym bardziej... no właśnie... był zajęty i nie było w jego sercu miejsca na kogoś nowego. Był wierny...
Posiłek był przyjemnością. Choć Łowca stawiał to nie miał zamiaru nadwyrężać gościnności. Nie mniej, zastanawiał się w duchu... nad naturą tego miejsca. Nie wydawało się być zagrożeniem... przynajmniej nie teraz...
- Wezmę pierwszą wartę. - oznajmił towarzyszom.
Wiedząc, że ma do rozmówienia się karczmarzem nie napawało go to nadzieją. Jak byłoby łatwiej mieć "Kafkę" u boku! Niby mógłby zlecić rozmowy komuś innemu by działał w jego imieniu, ale komu? Niziołek był nad wyraz rozgadany i zdecydowanie zbyt pewny siebie... poza tym... coś mu tu śmierdziało i nie były to jego stopy... raczej. Coś było w powietrzu. Jak butwiejące drzewo.
-
Tomasimo przejął wartę po Morizie i w ciszy, z psem u boku obserwował otoczenie, rozmyślając jaki świat przyszło im odziedziczyć po wojnie. Plugastwo w lasach, ruiny w obejściach, całe wioski wycięte w pień. Tragedia. Jak zawsze najgorzej ma państwo na terenie którego toczyła się wojna. Może powinni więc najechać Norskę? Tam stawiać warownie? Bliżej wroga...
Dumał paląc fajkę i w ciszy obserwował wiatr przerzucający śnieżny pył. Tytoń niestety nie głuszył zapachu spalanego alfy, chorego, gnijącego a pewnie i zmutowanego cielska wielkiego basiora. Największy z nich, to też ciekawe, najsilniejszy z nich pierwszy uległ zmianom, zupełnie inaczej niż w przypadku chorób gdzie zdrowy wielki chłop o sporej tężyźnie fizycznej zwykle choruje później niż mały, wychodzony i osłabiony żebrak.
Zależność warta odnotowania... na szczęście był mały, nawet jeśli dość wysoki jak na niziołka.
Obudził Pietera na kolejną zmianę, obmył siebie i psa w śniegu na tyle na ile dało radę i widział w nocy, po czym schował się z Tycim do małego namiotu. Ustawionego w poprzek wejścia do pieczary, tak by ewentualny wiatr dął w jego bok. Nieduża wielkość konstrukcja, podwójny koc wypełniony wełną oddzielający ich od zimnej skały i futro psa obok szybko przełożyły się na ciepło, komfortowe na tyle by wreszcie usnął.
Dopiero rano wychylając łeb z powrotem na nieżyczliwy świt przypomniał sobie jaką mają porę roku. Mróz po nocy trzymał srogo wykrzywiając ich twarze w grymasie niezadowolenia, słońce wstało niedawno i nie zdążyło jeszcze ogrzać choć odrobinę okolicy, a ognisko przygasającym ogniem prosiło o nowe drwa.
Tomasimo wodą z odrobiną wina z bukłaka przemył twarz, jak co rano wyjął swój przybornik do brody i przejrzał się w nim poprawiając zakręconego lekko wąsa olejkami, chroniąc swój bujny zarost przed mrozem.
Nalał psy wody z bukłaka do drewnianej miski i zostawił kilka kawałków suszonego mięsa obok, samemu pijąc bezpośrednio z niego i zagryzając tym samym mięsem. Z worków zwisających po bokach kuca wyjął obrok i rozsypał przed swoim i Pietera wierzchowcem. Po czym usiadł przeżuwając posiłek i ogrzewając się przy nowo rozpalonym ogniu. Tej nocy spał w zbroi, w ubraniu, po wojskowemu, ale że dopiero pierwsza dobra to raczej jeszcze nie śmierdział. Dzień góra dwa i będą w karczmie by się porządnie odświeżyć - pomyślał.
Przed ruszeniem w drogę Łowca Czarownic zażyczył sobie inspekcję swojego nowego oddziału, a szczególnie dłoni.
- Myjcie łapy po każdej takiej walce. Dobrze wam radzę - rzucił tylko. - Lepiej zedrzeć skórę z palców, niż czekać, aż zacznie schodzić sama.
- Niech żyje muszkiet i Hochlandzka myśl techniczna! - odrzekł pogodnie Tomasimo, który tak samo jak jego kompan z wojska walczyli bronią dystansową, co prawda nie palną, ale na jedno wychodzi, wojna ich już nauczyła... poza tym chciał rozweselić zebrane towarzystwo, żołnierzy nie powinno się tak straszyć bo stracą zapał do walki z plugastwem.
Powoli, aczkolwiek skutecznie, dzięki mapie, zbliżali się do wioski. Droga była nużąca i zimna, a po wydarzeniach nocy nikomu z nich na rozmowy się nie zbierało. Toteż podróżowali w milczeniu.
O ile sad i sezonowe wytaczanie cydru nie zrobiły na Ashfieldzie wrażenia, to sama wioska z starym dębem obwieszonym kłami już tak. Przestroga czy pamiątka? Obejrzał się na kaplicę po drugiej stronie i nagle zrozumiał. Pewnie składają Ulrykowi ofiary z wilka. Słyszał że kapłani Ulryka w zwyczaju mieli nosić futra własnoręcznie ubitego zwierza, pewnie więc i na różne święta mieli podobne zwyczaje. Interesujące.
Hm... zasępił się niziołek. Tomasimo był przesądny, dopiero co ich zaatakowało stado zmutowanego wilka. Czyżby omen problemów jakie mieli spotkać w tym siole? Nic jednak reszcie nie powiedział.
Zmierzchało, robiło się coraz zimniej a dzień wcale do ciepłych nie należał. Jakby z najeźdźcą do Imperium wkroczyła Norska pogoda, ta jednak najwidoczniej nie chciała szybko odejść. Ulubiona pogoda Ulryka -pomyślał Tomasimo.
Odprowadził kuca do stajni, sypiąc mu trochę więcej obroku, spisał się, mógł wreszcie w cieple odpocząć.
Następnie wkroczył do karczmy sam się ogrzać. Wnętrze było niskie i zadymione, ale dzięki temu mniej ognia było potrzebne by ogrzać domostwo. Szerokie palenisko zapraszało płomykami i żarem jaki od niego bił, zaś rozgrzane powietrze unosiło się do góry, ogrzewając piętro gdzie spali goście.
Zapowiadało się miło, przez chwilę, potem odezwał się Sneider. Złotousty jak na łowcę czarownic przystało. Jak chciał miejscowych wystraszyć to już mu się udało, do rana cała wioska będzie o nim szeptać.
Zastraszony karczmarz zabrał urodziwą żonkę na zaplecze i zaczął się uwijać, goście uciekli. Jeśli liczyli na poznanie kogokolwiek lub czegokolwiek o wiosce przy kufelku cydru to mogli zapomnieć.
Na koniec z kluczami do izb podszedł do nich Klaus oddając im jeden z nich i upominając o wartach.
- Jak warty to na korytarzu, skoro chcesz osobną izbę - odrzekł ściszonym głosem niziołek - oby wewnętrzne okiennice dało się zamknąć.
- Co do pytań, na piętrze Ci powiem.
Gdy weszli do izby Łowcy Tomasimo opowiedział historię z dzieciakiem ostrzegającym przed kaplicą i że zamierza tam się wybrać po posiłku i zagadaniu do karczmarza, nie czekając na poranek. Przemilczał, że dlatego że Klausa kapelusz jak i sposób doboru słów zbyt wiele osób nie skłoni do serdecznej rozmowy, na jaką liczył.
Gdy już dobrali łóżka, zaryglowali okiennice, zostawili plecaki i torby a Heinz zaczął swoją wartę zszedł z Tycim na dół, prosząc o kufel cydru i miskę wody dla psa, zagadując do karczmarza i jego małżonki jeśli była obok.
- Wybaczcie kapelusznikowi dobry człowieku, nerwowy jest bo zeszłej nocy napadły nas wilki. Jeden z nich chory był, paskudnie, a wiecie jak jego zakon patrzy na świat, wszędzie próbują dojrzeć więcej zła niż jest na świecie. - powiedział niziołek lekko uśmiechając się znad kufla.
- Wyśpi się w ciepłym to spogodnieje. Najął nas do ochrony na szlaku. Słusznie bo po wojnie jeszcze mniej bezpieczniej na drogach i bezdrożach niż wcześniej. Płaci też dobrze, więc o interes nie macie co się martwić - dodał patrząc czy pocieszy tym karczmarza.
- Nalejcie sobie też cydru dobrodzieju, i małżonce, dzień się skończył, ja stawiam - rzekł Tomasimo wyciągając szlam, bo nie był pewien czy wierzą że im Łowca na koniec zapłaci.
- Wasze sioło oddane Ulrykowi jak widzę. Lata już będą jak z kapłanem Ulryka rozmawiałem. W Gruyden bo ja z południa. Macie tu miejscowego kapłana?
- Obrazi się gdybym go teraz odwiedził i zapytał czy w tym ataku wilków jaki omen się nie kryje? - zapytał sondując co sądzą o chodzeniu późnym wieczorem do świętego przybytku, o czym wspomniało im dziecko spod karczmy.
-Ten dąb na środku wioski z wstążkami i kłami robi wrażenie, wybaczcie laikowi, bo ja na wierzeniach się mocno nie wyznaję, one ku pamięci czy z jakiego powodu?
- Bezpiecznie tu w ogóle? Coś się ostatnio ciekawego działo? - ciągnął za język niziołek na tyle na ile skorzy byli do rozmowy, chcąc by jego pogodna natura i chęć do wydawania pieniędzy zmazała kiepskie wrażenie jakie wywołał łowca czarownic, a gdy kufel był pusty wziął Tyciego i wyszedł na zewnątrz, zbić chłodem efekt alkoholu, obejść zajazd i zobaczyć czy kto się karczmą po ich przyjeździe nie zainteresował. Goście co wyszli pewnie już rozpowiedzieli każdemu kogo spotkali kto do ich wioski zawitał. Zamierzał też pochodzić po wiosce trochę, porozmawiać jak kogoś spotka, przyjrzeć się kłom i póki noc na dobre nie zapadła zapukać do kaplicy. W przeciwieństwie do ludzi całkiem dobrze widział nocą. To dawało mu jakąś przewagę o tej porze dnia. -
Noc dłużyła się bardziej, niż powinna. Po walce nikt nie wrócił już do pełnego spokoju, nawet jeśli zmęczenie w końcu zmusiło ludzi do snu. Pieter spał płytko, bardziej nasłuchując niż odpoczywając. Co jakiś czas budził go trzask drewna, ruch konia albo cichy dźwięk własnych dzwoneczków poruszonych przez wiatr. Za każdym razem ręka odruchowo odnajdywała łuk. Ale alarm nie odezwał się naprawdę ani razu. Las tym razem ich oszczędził.
Świt przyszedł ponury i zimny. Ogień dogorywał już tylko czerwonym żarem, a powietrze w pieczarze miało ciężki zapach dymu, wilgotnych skór i krwi wilków, której mimo śniegu nie dało się całkiem pozbyć. Na zewnątrz panowała sina szarość. Niebo wyglądało jak brudna blacha zawieszona nad lasem.
Pieter podniósł się pierwszy albo prawie pierwszy. Zwinął śpiwór, sprawdził linki z dzwoneczkami i wyszedł obejrzeć konia. Zwierzę przetrwało noc dobrze, choć nadal było niespokojne. Falk poprawił uprząż, obejrzał kopyta i dał mu chwilę spokoju, głaszcząc kark grubą rękawicą. Dopiero wtedy wrócił bliżej ognia.
I wtedy poczuł ten zapach. Tłuszcz, mięso... smażone mięso. Heinrich siedział przy ogniu jak gdyby nigdy nic, obracając nad płomieniem kawałki wilczego mięsa. Skwierczały cicho nad ogniem, tłuszcz kapał na żar i syczał. Zapach był ciężki, dziki i nieprzyjemny. Pieter zatrzymał się w pół kroku. Przez chwilę tylko patrzył. Na mięso, na Heinza, na wilczą skórę leżącą obok.
Potem powoli podszedł bliżej ognia, ale usiadł po drugiej stronie niż rudowłosy. Wyciągnął własny suchy prowiant i odgryzł kawałek twardego chleba, jakby demonstracyjnie wybierał nawet czerstwy chleb zamiast tego, co smażyło się nad ogniem. Milczał długo. W końcu splunął w bok.
— Psojad...— rzucił cicho, wykonując zabobonny gest odpędzania złego.
Nie podniósł głosu. Nie próbował wywoływać kłótni. Powiedział to tonem człowieka stwierdzającego coś oczywistego. Jego spojrzenie przesunęło się po wilczym mięsie. Po tych słowach zamilkł znowu i zajął się sprawdzaniem łuku oraz cięciwy, jakby temat przestał go interesować. Ale od tej chwili patrzył na Heinza inaczej. Jak na kogoś, komu głód albo bieda dawno już odebrały część człowieczeństwa.
Pieter Falk jadł śniadanie powoli. Nie dlatego, że mu smakowało. Po prostu po nocy spędzonej w pieczarze ciało potrzebowało czasu, żeby przypomnieć sobie, że nadal należy do żywych. Siedział blisko ognia, z ramionami lekko pochylonymi, i żuł twardy kawałek chleba, który w ustach zmieniał się bardziej w obowiązek niż w posiłek.
Kiedy Sneider zażądał oględzin dłoni, Falk bez słowa wyciągnął ręce. Nie wyglądał na urażonego. Właściwie nie wyglądał na nic szczególnego. Pozwolił Łowcy obejrzeć palce, kostki, skórę przy paznokciach, a potem tylko zacisnął dłonie z powrotem w rękawicach. Nie trzeba było mu tłumaczyć, że skaza potrafi wejść w człowieka przez ranę mniejszą niż zadrapanie od ciernia. Widział już rzeczy, które zaczynały się od plamki, swędzenia, dziwnego ciepła pod skórą. Widział ludzi, którzy jeszcze rano wyglądali jak ludzie, a wieczorem już nikt nie chciał wymówić ich imienia.
Ruszyli.
Drugi dzień marszu był gorszy, choć droga wydawała się łatwiejsza. Może właśnie dlatego. Pierwszego dnia człowiek idzie jeszcze na uporze, świeżym strachu i obietnicy zapłaty. Drugiego ciało zaczyna wystawiać rachunek. Stopy robią się cięższe, pasy bardziej wrzynają się w ramiona, zimno znajduje nowe szczeliny pod ubraniem, a myśli nie idą już prosto, tylko zataczają powolne kręgi wokół rzeczy, których lepiej było nie rozgrzebywać.
Pieter prowadził bez gadania. Mapa Ulmanna pomagała. Nie ufał jej całkiem, ale korzystał z niej częściej, niż miałby ochotę przyznać. Parę kresek na pergaminie potwierdzało to, co pamiętał z własnych dróg, a parę innych korygowało wspomnienia, które śnieg i lata zdążyły rozmyć. Raz zatrzymał grupę przy miejscu, gdzie trakt zdawał się iść prosto, ale mapa i układ drzew mówiły co innego. Odgarnął śnieg przy wykrocie i znalazł kamień, dokładnie tam, gdzie powinien być. Innym razem ominął jar, który z góry wyglądał łagodnie, ale w środku mógł ich kosztować godzinę omijania trudnego terenu, jeśli nie więcej.
Gdy las zaczął się zmieniać i pojawiły się pierwsze ślady stałej ludzkiej pracy, zwolnił nieznacznie. Nacięcia od siekier, stare pniaki, drewno przykryte śniegiem, przewrócone sanie. Wszystko to mówiło, że Dunkelwald nie był już tylko nazwą i dymem gdzieś przed nimi. Był blisko. A bliskie osady miały swoje własne ślady, inne niż las.
Przy kopcu kamieni z wilczym kłem zatrzymał wzrok na dłużej. Nie podszedł od razu. Spojrzał tylko, zapamiętał rzemień, wysokość kamieni, stronę, ku której zwisał kieł. Miejscowi robili takie rzeczy z jakiegoś powodu. Może dla Ulryka. Może przeciw wilkom. Może po to, żeby dodać sobie odwagi, kiedy nocą słyszało się wycie z lasu. W Hochlandzie ludzie rzadko wieszali zęby, kości i wstążki dla ozdoby.
— Dużo wilczych znaków — mruknął półgłosem do Tomasimo, kiedy ruszyli dalej. — Po ostatniej nocy nie podoba mi się to. — Lepiej, żeby mieszkańcy tej wioski pilnowali swoich kundli. - zerknął z ukosa na Heintza.
Kiedy zobaczyli Dunkelwald, Pieter nie poczuł ulgi. Dym z kominów powinien oznaczać dach, ogień i ludzi. Po dwóch dniach marszu przez śnieg człowiek powinien przyjąć taki widok z wdzięcznością. Falk patrzył jednak na wieś tak, jak patrzy się na ślad w śniegu: najpierw kształt, potem głębokość, potem kierunek, a dopiero na końcu pytanie, kto go zostawił.
Studnia, martwy dąb, wstążki, wilcze kły, ludzie znikający z okien, drzwi zamykane powoli. Pieter nic nie powiedział, ale poprawił pas z bronią.
Gdy chłopiec odezwał się za ich plecami, Falk odwrócił się szybciej, niż powinien człowiek zmęczony całym dniem marszu. Nie sięgnął po broń, ale ręka zatrzymała się blisko pasa. Spojrzał na dziecko, potem na kobietę, która pojawiła się chwilę później i zabrała je do domu.
— Dzieci rzadko wymyślają takie rzeczy — powiedział cicho do towarzyszy.
|=W stajni zajął się koniem, zanim wszedł do karczmy. Rozsiodłał go, sprawdził grzbiet, podał obroku tyle, ile należało i obejrzał miejsce przy żłobie. Nie lubił zostawiać zwierzęcia byle gdzie, a jeszcze mniej lubił stajnie, w których za dużo rzeczy stało pod ścianami. Beczki, narzędzia, wózek, miejscowe konie, krowy, zamarznięte jabłkowe wytłoki. Dopiero po upewnieniu się, że koń ma się dobrze wszedł do środka.
Izba karczmy "Pod Kwaśnym Jabłkiem" była ciepła, zadymiona i kwaśna od jabłek, mokrych ubrań oraz ludzkiego potu. Pieter nie zdejmował płaszcza od razu. Stanął bliżej ściany, tak by widzieć drzwi, schody i klapę w podłodze. Patrzył po twarzach miejscowych, czytając emocje wstępujące na ich twarze.
Sneider zrobił to, co Sneider zwykle robił. Wszedł i sprawił, że ludzie przypomnieli sobie wszystkie winy, nawet te, których nie mieli. Falk słuchał rozmowy przy szynkwasie bez komentarza. Nie lubił sposobu, w jaki Łowca przepychał się przez ludzi samą obecnością, ale musiał przyznać, że działało. Karczma pustoszała szybciej niż las po pierwszym wystrzale. To też miało swoją cenę.
Ludzie zastraszeni mówili mniej. Albo mówili to, co ich zdaniem chciał usłyszeć człowiek w kapeluszu. Kiedy Sneider przekazał im klucz i wspomniał o wejściu w jego buty, Pieter spojrzał na niego bez szczególnego entuzjazmu.
Potem zerknął na Tomasimo, który już planował rozmowy, cydr, kaplicę i pewnie jeszcze plotki z połową wsi, zanim reszta zdąży rozpiąć pasy. Falk znał ten wyraz twarzy niziołka. Ashfield miał zamiar iść między ludzi i wyciągać z nich słowami informacje tak, jak inni wyciągali drzazgi z dłoni.
W izbie, którą im przydzielono, Pieter najpierw podszedł do okna. Sprawdził okiennice, rygiel, szczeliny i to, czy dało się przez nie zajrzeć z zewnątrz. Potem obejrzał drzwi, zawiasy i zamek. Dopiero później odłożył rzeczy. Posłanie wybrał blisko ściany, z widokiem na wejście, ale nie pod samym oknem. Łuk postawił tak, by sięgnąć po niego bez wstawania. Mapę Ulmanna schował głęboko, zawiniętą i zabezpieczoną przed wilgocią.
Na pytanie o warty nie protestował.
— Wezmę drugą — powiedział po Heinrichu. — Albo tę po Tomasimo.
Spojrzał jeszcze raz w stronę korytarza.
— Warta na korytarzu ma sens. Jak ktoś będzie szedł do izby Sneidera, usłyszymy. Jak do naszej, też.
Gdy Tomasimo zszedł na dół, Pieter nie poszedł za nim od razu. Został chwilę w izbie, porządkując rzeczy bardziej z nawyku niż z potrzeby. Potem wyszedł na korytarz i stanął w przejściu, skąd mógł słyszeć część rozmowy z dołu, choć nie próbował w niej uczestniczyć. Niziołek nadawał się do tego lepiej. Pieter swoją obecnością częściej zamykał ludziom usta, niż je otwierał.
Po pewnym czasie zszedł jednak do stajni. Jeszcze raz sprawdził konia. Nie dlatego, że coś musiało być nie tak, lecz dlatego, że w nowym miejscu lepiej było upewnić się dwa razy. Przesunął dłonią po uprzęży, zerknął na miejscowe zwierzęta, na beczki, na wytłoki, na kota siedzącego gdzieś wysoko. Potem zatrzymał się przy wejściu i spojrzał na plac lustrując go wzrokiem.
Pieter stał tak przez dłuższą chwilę. Pomyślał o sytuacji z dzieciakiem. Nie lubił kaplic nocą. Nie lubił też dzieci, które ostrzegały przed nimi obcych tuż po ich przyjeździe.
Wrócił do karczmy bez pośpiechu. Zatrzymał się przy drzwiach, otrzepał śnieg z butów i obejrzał izbę jeszcze raz, jakby próbował zapamiętać układ ław, schodów, szynkwasu, kuchni i klapy prowadzącej w dół.
Dopiero wtedy wrócił do przydzielonej jej izby, próbując zasnąć i zregenerować się po podróży.
-

Jako że Sneider miał plan szybkiego ułożenia się do snu, a niziołek chciał z nim zamienić słowo, musiał chcąc nie chcąc zacząć od spaceru na górę z Łowcą. Izba na piętrze była niska, ciasna i pachniała starym drewnem oraz mokrą wełną. Mimo, iż sala główna na dole była rozgrzana aż do przesady, ciepło stamtąd nie docierało tutaj zbyt dobrze. Było chłodnawo i Łowca będzie musiał zrobić pożytek z koców i pledów. Posłania stały blisko siebie, okno miało ciężkie okiennice i prosty rygiel, a deski podłogi skrzypiały. Nie było możliwości wyjść w nocy po cichu, co, jak niziołek odczytywał z grymasu na twarzy Łowcy, nie podobało mu się. Nie była to może luksusowa komnata, ale po dwóch dniach marszu w śniegu i nocy w zadymionej jaskini było z czego się cieszyć.
Sneider wpuścił go do swojej izby tylko na chwilę, kiedy Tomasimo wspomniał, że ma do przekazania coś, co lepiej powiedzieć na osobności. Pomieszczenie, które wybrał dla siebie Łowca, było mniejsze niż ich, jak przekonał się później, ale położone przy korytarzu tak, że dawało dobry widok na schody. Kiedy wszedł, zrazu zaczął wykładać rzeczy ze swojego ekwipunku na stół. W ten sposób jego kapelusz, rękawice, pistolet i kilka drobiazgów wyjętych z sakiew szybko znalazły się na blacie. Miecz oparł o ścianę w zasięgu ręki, a później usiadł, wysłuchując tego, co miał do powiedzenia niziołek. O dziwo informacje o chłopcu przy studni i jego słowach nie odmalowały na jego obliczu widocznego zaskoczenia. Nie przerwał mu aż do końca, a później popatrzył na niziołka spod zmęczonych powiek.
– Dzieci czasem powtarzają to, czego dorośli boją się powiedzieć – rzekł w końcu. – A czasem plotą trzy po trzy, bo ktoś je nastraszył dla zabawy. Rano ustalimy, które z tych dwóch.
Choć wyglądało, jakby zbagatelizował sprawę, niziołek mógł zauważyć, że odnotował sobie coś w głowie oraz że coś zmieniło się w jego spojrzeniu.
– Dobrze, że mi jednak o tym powiedzieliście. To ważne. Będę potrzebował podobnej bystrości, kiedy rano zaczniemy właściwą robotę – dodał. – A teraz dajcie mi proszę spocząć. Dzień mnie znużył – powiedział, po czym odprawił go krótkim ruchem dłoni.Kiedy wrócił, na dole Kwaśnego Jabłka było już pusto, nie licząc jego towarzyszy, karczmarza, żony gospodarze i jednego parobka. Nie trzeba było nikogo wypraszać. Wieść o przybyciu Łowcy Czarownic zrobiła swoje. Karczmarz miał na nazwisko Kappel, co wyszło w czasie introdukcji po tym, jak Tomasimo poszedł z Łowcą na górę. Jego żona przedstawiła się jako Elsbeth. Grupa posiliła się w międzyczasie ciepłą strawą. Zebrali się na górę, idąc śladem Sneidera. Dzień także ich znużył. Zanim jednak poszli, było widać, że Heinrich długo wpatruje się w okno, obserwując wieś. Szczególnie zainteresowały go zioła, które były jego konikiem, ale dumał też długo nad gałęziami drzewa obwieszonego kośćmi i wstążkami. W końcu jednak ustąpił, dając pole zmęczeniu. Miał zabrać pierwszą wartę, więc zabrał się za to. Przed snem miał jeszcze zejść na dół, zamienić słowo z karczmarzem i może wychylić jakiś trunek na dobry sen, ale na razie oddał prym niziołkowi, który ewidentnie był żywo zaintrygowany całą sytuacją. Niebezpiecznie mocno zdaniem Heinricha, ale każdy miał prawo robić ze swoim życiem to, co chciał.

Gdy Tomasimo zszedł z Tycim, rezygnując z porcji snu podczas wartą Heinricha, karczmarz krzątał się teraz za szynkwasem, udając, że tak właśnie wygląda zwyczajny wieczór w jego gospodzie. Elsbeth zbierała kubki po tych, którzy wyszli w pośpiechu, i co jakiś czas zerkała ku schodom. Tomasimo miał w sobie dość rozumu, by nie zaczynać jak Łowca. Kufel cydru, drobna moneta, uprzejmy ton i dobre maniery mogły zdziałać więcej niż to, co zaprezentował Sneider. Zresztą niziołek nie miał takiej pozycji, by próbować inaczej. Kappel wysłuchał jego zapytania, przybierając bardzo ostrożny, czujny wyraz twarzy. Nie wiedział, kim są do końca towarzysze Łowcy i nawet jeśli przedstawili się wcześniej, trzeba było ich traktować z dozą ostrożności.
– Nerwowy, mówicie? – powtórzył karczmarz, kiedy Tomasimo wspomniał o Sneiderze i wilkach. – Panie nizioł, nerwowy to ja jestem. Zwłaszcza jak mi beczka skwaśnieje przed festynem albo jak świnia zachoruje przed ubiciem. On jest… – urwał i zerknął ku schodom. – ...On jest beczką prochu postawiona blisko płonącego domu. Będą z tego same problemy. Same problemy – powtórzył, czyszcząc cynowy kubek, który już błyszczał jak nowy.Elsbeth postawiła na stole kubki i dzban z cydrem. Zapach napitku był ostry, kwaśny, jabłkowy i trochę ziemisty. Widać zima nie zdołała do końca wygonić z niego smaku jesieni. Nie był to szlachetny napitek, ale raczej coś, co miejscowi pili po pracy. Dla Tomasimo było jednak w sam raz.
– Zawsze dobrze świadczy o kimś, jeśli nie zaciąga u kogoś rachunku – powiedziała kobieta na chęć zapłaty niziołka i szybko zebrała monety. – Proszę bardzo – dodała, po czym nalała sobie, jemu i swojemu mężowi. Bogowie świadkiem, że tego potrzebowali po wizycie Łowcy.Tomasimo zrobił, co mógł, żeby rozmowa nie skończyła się na zaglądaniu do cynowego kubka. Zagadnął o wieś, o kaplicę, o wilki, o dąb na placu i o to, czy miejscowy kapłan obraziłby się za późną wizytę. Elsbeth słuchała, sącząc cydr, ale karczmarz zaszarżował na kubek i szybko go opróżnił.
– Naszym duchowym dobrodziejem jest kapłan Berengar Holtz – powiedział karczmarz. – Powiernik prawdy Ulryka. Twardy. Stary. Nie taki stary, żeby nie mógł komuś przyłożyć, gdy trzeba. Wiecie, panie nizioł, kapłani Ulryka nigdy tak naprawdę nie tracą ikry. To coś związanego z ich wiarą. W każdym razie to porządny człek. Mieszka w kaplicy.
– W chacie obok – sprostowała Elsbeth. – Ale więcej czasu spędza tam niż u siebie.
– No właśnie mówię.
– Nie. Gadasz, że w kaplicy, ty stary capie. W kaplicy się nie mieszka.
Kappel zacisnął usta, ale nie zganił żony. Widać było w tej interakcji stary, dobry układ małżeński. Na pytanie o wizytę po zmroku oboje zareagowali prawie tak samo. Kappel spojrzał w kubek, Elsbeth ku oknu.
– Po ciemku do kaplicy się nie chodzi – powiedziała.
– Bo zamknięta – dodał szybko karczmarz.
– Herr Berengar nie lubi, jak mu się przeszkadza przy modłach.
Zapadła krótka cisza. W palenisku pękło polano, sypiąc garścią iskier pod czarne od sadzy sklepienie kominka. Przez chwilę słychać było tylko bulgot czegoś gęstego w garnku za drzwiami kuchni i ciche skrobanie myszy za ścianą. Kappel poprawił kubek na blacie, choć stał prosto. Elsbeth odwróciła wzrok ku oknu, za którym śnieg lepił się do szyby.Po chwili rozmowa skierowała się na temat miejscowego dębu. Słychać było ulgę w ich głosach i radość ze zmiany tematu.
– A to jest Wilcze Drzewo – rzekł Kappel. – Ludzie przywiązują się do starych drzew, panie nizioł, a ten dąb ma symboliczne znaczenie dla naszej wsi. Jest starszy od karczmy, oczywiście jest też starszy ode mnie, ale także od mojego ojca i ojca mojego ojca. To szlachetne drzewo i nasi przodkowie wybudowali wokół niego osadę. Chyba tak się kiedyś robiło, co nie? – zapytał. Tomasimo widział większy kawałek świata i mógł mieć z czymś takim do czynienia.
– Kły i kości pochodzą z trucheł wilków, które padły w okolicy naszej osady – dodała Elsbeth. – Część przejezdnych myśli, że to trofea z polowań, ale nie. Jeśli nie musimy, nie poluje się tutaj na wilki.
Karczmarz podrapał się po brodzie.
– Wilk to zwierzę Ulryka. Mówi się, że watachy wokół chronią nasz siół i raczej to racja. Jeśli masz olej w głowie i nie chcesz, żeby potem nocą śnił ci się Pan Zimy z toporem nad łóżkiem, to nie tykasz wilków. Zdarza się, że parę głodnych takich czyha na jakąś owcę lub dziecko, to wiadomo, człek musi bronić swego, ale tak to nie. Nie zabijamy. Jak znajdziesz padłego w lesie, bierzesz co lepszego zostało. Wieszasz to na dębie. To znak, że jesteśmy częścią tych stron. Że prosimy, by Ulryk otaczał pieczą Dunkelwald.
– Hołd – powiedziała Elsbeth prościej.
– Toż mówię, że hołd. Tak, hołd też, ale i przestroga dla wrogów naszego sioła, panie nizioł. Jedno drugiego nie wyklucza.Na wzmiankę o zagrożeniach Kappel podrapał się po łysej głowie. Miejscowi mieli pewną legendę i ten miał zamiar ją wyłożyć. Jako karczmarz obsługujący czasem nie-miejscowych miał swoją ulubioną opowiastkę.
– Jest w naszych stronach legenda, panie nizioł. Biały wilk, którego widziało wielu miejscowych. Wielki ponad wszelką miarę. Bardziej stwór niż zwierzę. Co parę lat znajdzie się jakiś głupiec, który uzna, że jest najlepszym wśród naszych łowców. Chłopiec pragnący chwały. Bierze włócznię i łuk, a potem idzie zapolować na białego wilka. Mówią, że jak go zabijesz sam, w równej walce, to Ulryk spojrzy na ciebie łaskawiej. Jeden człowiek, jedno zwierzę. Kto mocniejszy, ten wraca.
– Większość nie wraca – rzuciła Elsbeth, upijając łyk cydru.
– Tak. Większość nie wraca, ale cześć przypałęta się się z powrotem – dodał Kappel. – Ale najczęściej całe te łowy chuja dają i chłopaki wracają z niczym z podmrażanymi palcami. Wilk nie pokazuje się każdemu Panie Nizoł i rzadko można go spotkać.To było wszystko. Tomasimo mógł zagadywać ich dobry cały wieczór, ale chciał też rozejrzeć się po okolicy, dlatego gdy skończył wypytywanie, posiedział jeszcze chwilę z karczmarzem i jego żoną, wychylił trochę cydru i pod pretekstem przejścia się, wyszedł z Tycim na zewnątrz. Igiełki mrozu zrazu zaczęły kąsać jego twarz. Plac był pusty. W oknach tliły się wątłe światła świec, ale tylko w nielicznych. Wieś kładła się szybko albo, co bardziej prawdopodobne, wcześniej wstawała, nawet w zimie. Nad dachami wisiał dym ulatniający się z kominów. Śnieg na drodze zmienił się w szarobrązową breję. Nikt nie stał jawnie pod oknem. Zdawało się, że wieś nie zwraca uwagi na przybycie obcych, chociaż kiedy Tomasimo obchodził karczmę, jedna okiennica po drugiej stronie placu domknęła się wolno, prawie bez dźwięku.
Studnia działała, choć późne zebranie się do niech trochę utrudniło Tomasimo sprawę. Wiadro przymarzło do obrzeża i trzeba było trochę nim szarpnąć, zanim puściło. Nabrał wody do bukłaka, lecz nie był na tyle spragniony, by jej spróbować. Była za zimna i trochę mętna, więc wymieszał ją z cydrem, który zabrał z karczmy. Trochę lichych procentów mogło zwalczyć zły posmak. Była to powszechna praktyka.
Gdy nabierał wody, wpatrywał się kątem trochę na dąb, który stał obok. Kły i kości poruszały się lekko na wietrze jak ciche, kościane dzwoneczki. Były różnorodne. Część z nich była stara, wyblakła, niemal biała. Inne były ciemniejsze, młodsze, ale żadne nie wyglądały na świeżo odarte z ciała, co pewnie trzeba było tłumaczyć niedawnymi strasznymi warunkami pogody. Nie było krwi. Nie było smrodu. Tylko kości, sznurki, rzemienie, trochę wstążek. Niektóre z wstążek wyglądały na nowe, ale tylko parę. Zawiązane mocniej, mniej wypłowiałe od reszty. Może ktoś niedawno prosił Ulryka o opiekę.
Tyci krążył przy nodze Tomasimo, węszył, czasem podnosił łeb ku kaplicy na górce. Kaplica była ciemna. Ścieżka prowadząca do niej wspinała się między drzewami i płotem, częściowo przysypana śniegiem, ale nie całkiem dziewicza. Ktoś przechodził tam za dnia, może więcej niż jedna osoba. Drzwi były zamknięte. Nad nimi, w słabym świetle wieczoru, widać było prostą, drewnianą głowę wilka, wyciosaną ciężką ręką miejscowego człowieka. Rzeźba odznaczała się jakąś surową powagą. Tomasimo zapukał w odrzwia, ale odpowiedziała mu cisza.
Mógł przyłożyć ucho do drzwi. Jeśli tak, nie było kroków po drugiej stronie. Kapłan, jeśli się modlił, musiał to robić w absolutnej ciszy. Tomasimo słyszał tylko wiatr między gałęziami, odległe skrzypienie drewna i dyszenie swojego psa, który stał obok z uszami postawionymi wysoko. Podszedł również do chaty obok kaplicy, ale tam także nie było znaków życia. Nici z przywitania się i sprawdzenia, co tam u kapłana. Jeśli dziecko ostrzegające, by nie iść do kaplicy nocą, miało rację, albo nie była to ta noc, albo było jeszcze za wcześnie. Kapłan był tego wieczora gdzie indziej lub usilnie udawał, że nie ma go na miejscu, przez co upewnienie się o jego obecności równało się z wtargnięciem. Po powrocie do karczmy Tomasimo wplątał się w łańcuch wart. I tak był stratny nieco o swoją część snu, toteż śpieszno mu było przymknąć powieki.

Tymczasem Heinrich po skończeniu swojej kolejki w łańcuchu wart mógł prowadzić własne rozeznanie po swojemu. Nie miał może zdolności Tomasimo w kwestii urabiania sobie ludzi, ale też nie zaczął od tego. Czekając na sposobność, zszedł na dół i wyłożył dobra zdobyte ostatniej nocy, czyli głównie skóry i mięso. Wyjaśnił, że potrzeba mu skórzanej kurty, a na pewno ktoś miejscowy zna się na robocie. Kappel znacznie częściej prowadził dysputy o takich sprawach i nie miał problemu pokierować go tam, gdzie trzeba.
– Kurtę? – powtórzył karczmarz, oglądając Heinricha od góry do dołu. – U mnie raczej nie, ale wiem, do kogo was posłać.
Jego żona wychyliła się z kuchni, gdzie kończyła już doprowadzać przestrzeń do porządku.
– Albrecht Seiler pewnie da mu najlepszą. Stary łajdak ubrał połowę myśliwych w siole. Nie wiem, co poczniemy, gdy go zabraknie – powiedziała Elsbeth.
Kappel westchnął.
– Tak. Seiler. Mieszka przy dolnym sadzie, bliżej starej prasy. Ma tam swoją chatkę. Nie słuchajcie jednak mojej żony. Kiedyś robił porządne rzeczy. Kurtki dla drwali, rękawice, pasy, łaty, kołnierze, co kto potrzebował. Teraz więcej łata niż szyje, bo ludziom brakuje monet. Jak mu pokażecie skóry i coś dorzucicie, może obejrzy. Może ma starą kurtę do przerobienia, a może pośle was w diabły. Stary maruda już tak często do nas nie zachodzi, tylko jak mu czegoś trzeba.Heinrich podziękował i raz jeszcze wyjrzał przez okno jak wcześniej. Pęki ziół zawieszone tu i tam w takiej ilości nie dawały mu spokoju. W Imperium zielarstwo działało prężnie, ale w Dunkelwaldzie miało się wrażenie, że ludzie dostali lekkiego hopla. Zioła dawano głównie w przejściach oraz przy oknach, jakby kiedyś jakiś guślarz poradził im, jak wystrzegać się „złego” w ogólnym tego słowa znaczeniu, a fakt, że czuli oni taką żywą potrzebę ochrony, był niepokojący.
Heinrich wrócił do karczmarza i próbował się wywiedzieć podobnych rzeczy jak jego poprzednik, ale jego własna wiedza powiedziała mu w zasadzie to, co chciał wiedzieć. Jako że nie znalazł żadnej osoby do rekonesansu, a też tak późnym wieczorem miało to mały sens, zdecydował się na regeneracyjny sen i wcześniejszą pobudkę. Przechylając kieliszek z karczmarzem, udał się na górę, gdzie przespał resztę nocy.

Jeśli warta w korytarzu karczmy miała sens, to Pieter nie do końca go dostrzegał. Schody skrzypiały, drzwi do izby Sneidera znajdowały się niedaleko, jedyne przejście do ich izby dawało się obserwować z głównej sali, gdzie przynajmniej biło jeszcze ciepło paleniska i zawsze świeciło się parę kaganków. Zanim rozpoczęli warty, sprawdził okiennice. Były w porządku, zamykano je od środka i zamknięcie było solidne. Każdy z nich ułożył broń na wszelki wypadek niedaleko posłania, choć wydawało się, że to zbytek ostrożności. Kto chciał spać, spał. Kto miał czuwać, czuwał. Pod podłogą czasem pękło świeżo dodane polano do ognia, gdzieś w stajni koń parsknął głośniej, a kuchnia działała, póki Elsbeth nie uznała, że wszystko błyszczy i pora udać się na spoczynek. Prawdopodobnie warta Pietera byłaby nudna, ale gdzieś w środku niej otworzyły się drzwi od izby Sneidera. Łowca wyszedł w płaszczu, kapeluszu i rękawicach. Miał broń przy pasie, ale nie wyglądał, jakby ruszał na bitwę. Skinął w stronę przepatrywacza. Nie wyjaśnił niczego. Zszedł po schodach, a chwilę później drzwi wejściowe skrzypnęły cicho i zamknęły się za nim.

Długo nie wracał. Minął czas, w którym człowiek zdążyłby wyjść za karczmę, ulżyć sobie i wrócić. Pieter mógł zastanawiać się, gdzie poszedł Łowca, ale to wymagałoby obudzenia reszty, być może po nic. Czekał, a różnica między tym, czy warto kogoś alarmować, a nie, zacierała się. Kiedy już mógł mieć ochotę kogoś obudzić, drzwi karczmy na dole otworzyły się. Sneider wrócił i wczłapał się na górę ciężko po schodach. Przepatrywacz mu się przyjrzał i nie uszło jego uwagi, że ten był lekko ubrudzony krwią. Na palcach, przy mankiecie i na jednej rękawicy ciemniały smugi, które nawet w słabym świetle korytarza trudno było wziąć za błoto. Śnieg topniał mu na ramionach. Twarz miał bladą i zaciętą. Coś w jego wzroku mówiło, że jeśli Pieter chciałby to przegadać, należało zrobić to rano.

Moriz nie szukał tej nocy kontaktu, ani nie myślał zaglądać do dzbana. Po całym dniu marszu i wszystkim, co wydarzyło się poprzedniego wieczora przy pieczarze, miał dość rozsądku, by zażyć zasłużonego odpoczynku. Zjadł skromnie, wypił tyle, ile trzeba było, żeby przepłukać gardło, i trzymał się raczej ubocza, z plecami blisko ściany oraz wzrokiem przesuwającym się po drzwiach, oknach i schodach, swoim zwyczajem wypatrując niebezpieczeństw. Tych jednak nie było, karczma rzeczywiście opustoszała tej nocy.
Przed snem wyszedł jeszcze na krótko na zewnątrz, bardziej z nawyku sprawdzania przestrzeni oraz z potrzeby układania sobie drogi ucieczki z każdego miejsca, w którym przyszło mu spać. Zawsze może się przydać. Nigdy nie wiadomo. Obejrzał pobieżnie obejście, linię płotów, stajnię i drogę prowadzącą ku placowi. Dunkelwald wydawał się spokojnym miejscem i po prawdzie mówiąc, gdyby nie historia Łowcy, w ogóle nie wchodziłby w stan gotowości. Udzielała mu się jednak podejrzliwość ich pracodawcy. We wsi było zbyt cicho, a on stale miał wrażenie bycia obserwowanym.
Po spacerze przed snem wrócił do reszty i zadeklarował ostatnią wartę. Nie pił więcej. Chciał się wyspać, jeśli bogowie i ludzie pozwolą, bo rano zamierzał odnaleźć chłopaka, który ostrzegł ich przed kaplicą, i przepytać go bez matki stojącej nad karkiem. Tymczasem pora była zamknąć oczy i czekać na swoją wartę. Kiedy został obudzony przez Pietera, ułożył się wygodnie na korytarzu i próbował łypać na kąty, ale karczma naprawdę spała i nic nie wydarzyło się podczas jego warty. Co za strata czasu.

Gospodarze w Kwaśnym Jabłku wstawali wcześnie. Po otwarciu oczu, zrazu z dołu doszedł ich zapach owsianki, cebuli, dymu i kwaśnej woni cydru, który musiał tak dobrze wsiąknąć w drewniane sklepienie karczmy, że pewnie nie dałoby się go wygnać nawet pożarem. Na placu przed gospodą widać było, że wieś także się budzi. Parę osób zaszło po wodę do studni, starsza kobiecina rozstawiała kram z jajkami, ktoś wyszedł z koszykiem po drewno, które opierało się odłogiem o jego dom. Nie działo się nic alarmującego.
Sneider był już na nogach. Nie wspomniał o nocnym wyjściu. Ręce miał czyste, może lekko zaczerwienione, ale na pewno nie poranione, co znaczyło, że wczorajsza krew na dłoniach nie była jego, co odnotował Pieter. Nie wyglądał na wypoczętego i zregenerowanego, ale głos miał przytomny i rzetelny.
– Przed południem zaczynamy – oznajmił. – Gdzieś za godzinkę, półtorej. Róbcie, na co macie ochotę, ale później będę was potrzebował. Jeśli kogoś spotkacie, możecie powiedzieć, że korona wzywa lud na ogólny posłuch. Karczma będzie naszym domem spytek. Możecie jawnie mówić, że Łowca Czarownic wzywa. Kto się nie zjawi o czasie, może się liczyć z karą i tym, że sam zapukam. Ludzie z reguły nie lubią, gdy pukam do ich drzwi, więc liczę, że stawią się tłumnie.Spojrzał po nich kolejno.
– Bawcie się dobrze. Mam przeczucie, że to będzie dobry dzień. Koniecznie odnotujcie, jeśli zobaczycie kogoś uciekającego chyłkiem. Najmę kogoś do budowy symbolicznego stosu. Nawet jeśli go nie użyję, to wielce działa na wyobraźnię. Kto wie, może wszystko wyjaśni się szybko i ogrzejemy się dziś wieczorem wspólnie w blasku ognia na zewnątrz. No dobrze. To wszystko.
Oznajmił i wgryzł się w zielono-czerwone jabłko, a sok wypłynął mu z kącików ust i spłynął po brodzie. -
Pierwsza warta.
Bo jak by inaczej? Heinz specjalnie ją wybrał, bo wiedział, że jeżeli cokolwiek miało się wydarzyć… wydarzy się właśnie na niej. Nie mylił się. Niziołek jak zszedł na dół tak nie wrócił przez długi czas. Co prawda przysłuchiwał się rozmowie na dole i jak już słowa ucichły liczył, że przyjdzie jak dobry człowiek pójść spać, ale nie! Niziołek to nie człowiek. Tak samo jak pies to nie wilk. Nie bez powodu w Imperium uważano inne rasy, a niziołków w szczególności, za niższy byt… dosłownie i w przenośni…
Po czasie? Nawet zszedł na dół, ale już go tam nie było. Tak samo jak gospodarza zresztą. Wybył w ciemności nocy i prawdę mówiąc nie podobało mu się to. Przypomniał sobie jak się Tomasimo przedstawiał… Kapral czy coś. Heinz nie był biegły w wojsko, ale nadal to powinno być poniżej sierżanta. Powinno, choć jak jeden się nosił. Coś było poważnie nie tak w historii. Jakim cudem wypuścili go z wojska z pełnym rynsztunkiem? Te kapelusz był też co najmniej podejrzany… coś było nie tak… a że Heinz pochodził z Nordlandu tak nie przepadał za wymuskanymi fircykami…
Nie mówiąc o tym z jaką swobodą nieobecny epatował mówiąc o ofiarach dla Niszczycielskich potęg… oraz powątpiewaniem w to, czy wszystkie dusze trafiają do Ogrodów Morra! Było to… niepokojące i nawet Kraus zastanawiał się, czy nie powinien poinformować o fakcie Łowcę… Póki co jednak, zastanawiał się. Znał ich za dobrze. Łowców Czarownic, znaczy się. Na tyle na ile jego zdecydowanie zbyt długo trwające życie pozwalało ich zrozumieć. Nie miał zamiaru spłonąć za fałszywe obrażenia…
„Przynajmniej byłoby Ci ciepło, nie?”
Myśl wywołała u niego krzywy uśmiech. Prawie grymas zadowolenia, który jak się pojawił tak zniknął kiedy pojawiły się przed jego oczami wspomnienia, a uczucia dawnych dni raz jeszcze odżyły w jego sercu ciągnąc go na dno. Na same dno pustki, smutku i beznadziei które zdawały się towarzyszyć mu od zawsze. Nie pamiętał innych dni. Nie miał, jako tako, wspomnień. Jedynie urywki. Okres całkowitej pustki i to co teraz. Za wyjątkiem tego jednego dnia. Go pamiętał w szczególe. Jednak, na przekór wszystkiemu i wszystkim żył. Na przekór światu, na przekór ludziom, rasom, bogom i bezgranicznej pustki która wołała go aby...
Tomasimo nie pojawiał się już dłuższy czas. Prychnął. Ni to w irytacji, ni w rozbawieniu. Wspomniał właśnie słowa Pietera. Takiemu to dobrze. Nie umknęło mu, że dogadywał się z niziołkiem. Jak nic, znali się. Najpewniej jadł z ręki kurdupla i nigdy głodu nie zaznał. Czy trudu. Mości pan niziołek i jego ludzki parobek… że też świat stanął na głowie… Oczywiście, nie umknęło Heinrichowi bycie nazwanym „psojadem”, oraz gest przeciw złemu. Zignorował to wtedy i miał w poważaniu teraz. Nawet mało uwagi temu poświęcał. Pies to nie wilk. Tak jak niziołek to nie człowiek, a jeśli Jeździec miał inne zdanie to miał bardzo… skrajnie łagodne spojrzenie na naturę rzeczy. Liczyło się tylko przetrwanie, a w przetrwaniu nie było miejsca na sentymenty!
Chciał się napić. Raz jeszcze poczuć krążący w żyłach alkohol. To cudowne otępienie. Ten łagodny szum niczym morskie fale kojące myśli i uczucia, zabierające je w głębiny i pozostawiające ciszę i spokój… Chciał, ale nie mógł. Miał wartę. Z wartami było o tyle zabawnie, przynajmniej z jego doświadczenia, że nic nigdy się nie działo… do czasu, aż przestałeś być czujnym. Taka ironia losu. Będziesz się nudził na śmierć, ale jeśli tylko się rozproszysz to… no właśnie. Nie było co się dekoncentrować. Zresztą, mała cena za, w miarę, spokojny sen…
Poranek
Heinz miał… przegniłe przeczucie. Nie wiedział, co Łowca kombinuje, ale… był nader szybki do wydawania osądu. Coś musiało się wydarzyć, ale co było dla niego niepojętym. Coś musiało się stać w mrocznych czeluściach nocy. Czeluściach, które Heinrich wolałby przepić… To było złe. Na wskroś złe i zastanawiał się czy byli po dobrej stronie. Co gorsze?
- Ten Dąb to miejsce graniczne dawnych wierzeń Ulrykańskich i Taalickich. – powiedział podnosząc zrezygnowany wzrok znad kufla – Miejsce próśb i błagań ku Bogom. Niejedno takie w tych stronach się znajdzie.
Wziął większy łyk cydru pozwalając chwili ciszy zapaść, a mu gardło ukoić. Co jak co, ale nadal miał nadzieję uratować ludzi od stosu. Tak szybkie sądy nigdy nie kończyły się dobrze.
- Zioła przy odrzwiach i okiennicach, na płotach, to nic nadzwyczajnego. – powiedział patrząc w kufel - Zwykłe nawiązki. Czy to użytkowe, czy przeciw robactwu, ale też przeciw ogólnemu złu. Trochę ich jest i więcej niż normalnie, więc z czymś mogą się mierzyć, ale to nadal nic nadzwyczajnego ponad to co widziałem. Zobaczę co jeszcze da radę ustalić.
Wrócił do jedzenia. Milczał. Nie miał ochoty na pogaduszki. Mieli godzinę? Nie było to optymistyczne. Brzmiało tak jakby Sneider już podjął decyzję. Co do jasnej cholery wydarzyło się tej nocy? Jakie mroczne moce maczały swoje brudne palce w całej tej sprawie? Nie wiedział i nie wiedział, czy chce wiedzieć…
Jadł powoli, nieśpiesznie. Żując niechętnie każdy kęs. Jakoś tak, czuł się… podle. Nie miał jednak luksusu czasu, czy jakiegokolwiek innego. Przyszło tylko dowiedzieć się u Albrechta Sailer w sprawie kurty. Co do tego miał bardziej niż silne przeczucie, że się przyda. Nie lubił takich przeczuć. Zwiastowały problemy, zło, kłopoty i te zawirowania losu, które rzadko przynosiły dobre wieści, czy ukojenie… Nie mniej, godzina to było dość. Mógł spokojnie upewnić się co do ziół które widział. Jeśli rzeczywiście były tu gusła… Nie, wolał o tym nie myśleć…
-
Pieter przespał resztę nocy płytko i czujnie. Nawet zmęczenie po marszu nie pozwalało mu spać spokojnie pod dachem obcych ludzi, zwłaszcza kiedy w tej samej karczmie nocował Łowca Czarownic wracający nad ranem z cudzą krwią na rękach.
Nie powiedział jednak o tym wszystkim. Nie przy stole. Nie przy reszcie.
Dopiero o świcie, kiedy nadarzyła się chwila na uboczu, wspomniał o tym Tomasimo półgłosem, tak by nikt postronny nie usłyszał.
— Sneider wychodził nocą — mruknął cicho do niziołka, poprawiając popręg przy swoim koniu. — Wrócił po dłuższym czasie. Miał krew na rękawicy i mankiecie. Nie swoją.
Tyle. Bez domysłów. Bez oskarżeń. Potem temat urwał.
Kiedy Sneider zebrał ich rano i zaczął mówić o posłuchu, stosie i przesłuchaniach, przepatrywacz milczał przez cały czas. Stał tylko z boku, oparty lekko o ścianę, z rękami skrzyżowanymi na piersi i twarzą pozbawioną wyrazu. Nie zamierzał wdawać się z Łowcą w dyskusje.
Gdy odprawa dobiegła końca, Pieter bez słowa zabrał swoje rzeczy i wyszedł przed karczmę.
Mróz szczypał w policzki, ale po zaduchu izby było to niemal przyjemne. Koń przywitał go cichym parsknięciem. Przepatrywacz od razu zabrał się do roboty — sprawdził uprząż, oczyścił sierść ze zmarzniętego błota i resztek śniegu, obejrzał kopyta, poprawił pasy przy jukach. Zwierzę przeszło z nimi kawał drogi i zasługiwało na więcej troski niż większość ludzi, których Pieter spotykał na traktach. Następnie Pieter sprawdził i uporządkował ekwipunek.
Od czasu do czasu zerkał tylko ku placowi i budzącym się mieszkańcom Dunkelwaldu, ale nie szukał rozmów. Nie ciągnęło go dziś do plotek ani do przepytywania ludzi.
Po wszystkim usiadł przy ścianie stajni, naciągnął płaszcz mocniej na ramiona i zamknął na moment oczy, odpoczywając, póki jeszcze mogli sobie na to pozwolić.
-
- Same problemy? - powtórzył jakby smakując opinię Kappela
- Zamieszanie i owszem, ale czemu od razu problemy? - dopytał
Kappel skrzywił się, jakby niziołek właśnie włożył mu palec w ranę. Wyglądało na to, że karczmarz miał już w życiu jakieś przykre styczności z Łowcami Czarwonic.
- Bo z Łowcami zawsze są problemy, panie nizioł - mruknął - Jak winny jest winny, to pół biedy, bo spłonie winny. Jak winny jest niewinny, to też spłonie, dla wygody takiego kapelusznika.
Elsbeth rzuciła mu krótkie spojrzenie, ale tym razem go nie poprawiła.
(...)
- Wilk to zwierzę Ulryka. Mówi się, że watahy wokół chronią nasz siół i raczej to racja. Jeśli masz olej w głowie i nie chcesz, żeby potem nocą śnił ci się Pan Zimy z toporem nad łóżkiem, to nie tykasz wilków (...) - opisywał karczmarz
- Doprawdy? Myślałem że tylko białe wilki mają ten status, nawet kapłani Ulryka by pokazać swoje męstwo polują na wilki i noszą ich futra, czyż nie? Znaczy ja się nie znam, ale kapłana Ulryka w Gruyden widziałem i zawsze chętnie o wierze i filozofii rozmawiam, wszak w tych ciężkich czasach co nam zostaje poza wiarą - zapytał o miejscowe wierzenia, co innego mówiono na południu, może własnie ten lokalny folklor i wierzenia były podstawą donosu urzędnika...
Kappel potarł palcem bok kubka zanim odpowiedział.
- Pewnie, że kapłani Ulryka noszą wilcze skóry. Pewnie, że próba z wilkiem to rzecz godna, jeśli kto ma siłę, odwagę i błogosławieństwo. Tyle że co innego kapłan albo łowca, a co innego chłop z siekierą, któremu się zdaje, że jak ubije wilka pod lasem, to będzie panem zimy.
- Wilka nie zabija się lekko – wtrąciła Elsbeth ciszej. – U nas tak mówią.
Kappel skinął głową, zadowolony, że żona znalazła prostsze słowa.
- Otóż to. Nie chodzi o to, że wilka tknąć nie wolno nigdy. Ulryk lubi próbę sił. Ale bez potrzeby? Dla skóry? Dla przechwałki? Nie. Tego się tu nie robi. Wilk jest zwierzęciem Pana Zimy. Jeśli zabijasz bez powodu, to może i nikt cię nie ukarze, ale my tu mamy swoje przesądy Panie nizioł. Nie ważne czy wilk biały, czy zwykły.
Urwał, jakby sam uznał, że temat się wyczerpał.
- Może w Gruyden gadają inaczej. Tam mają swoje zwyczaje, my mamy swoje.
- Zapewne Panie Kappel, każde sioło ma swoje, ale nie do każdego zajeżdża Łowca Czarownic, tak se dumam, z jakiegoś powodu tu przyjechał, a odstępstwo od powszechnej w Imperium wiary brzmi dla mnie najsensowniej. Choćby to było jakieś głupie nieporozumienie powiększone przez plotki do niebezpiecznych rozmiarów - rzucił na koniec i uprzejmie się pożegnał. Nie chciał ich już więcej męczyć pytaniami, a i tak w tym temacie najwięcej wywie się od kapłana.
Tomasimo nie znał Łowców Czarownic, nie widywał, znał jedynie opowieści, mrożące krew w żyłach, zamykające okiennice opowieści o fanatykach bezlitośnie tępiących zakazane kulty i mutantów, działających często w myśl zabijcie wszystkich Bóg rozpozna swoich. Toteż dotychczasowa postawa Sneidera mocno go nie zaskoczyła. Widać zastraszanie miejscowych to był ich klasyczny modus operandi.
W prywatnych rozmowach jednak Klaus wydawał się być człowiekiem surowym ale rozsądnym, wiedzącym że ludziom dużo się może wydawać, wyobrażać, a i swoje prywatne niesnaski sąsiedzkie mogą nim rozgrywać. Mówił o śledztwie, o sprawdzeniu donosów, toteż jak dobry żołnierz zaraportował mu o słowach dziecka. Nic wielkiego, informacja o tropie. Dopiero wieść od Pietera zjeżyła mu lekko włosy. A co jeśli się mylił?Niziołek rano wstał żwawo czując zapach domowego jedzenia, o śniadaniu nikt mu dwa razy przypominać nie musiał. Jadł obficie, podwójna porcja owsianki, jabłka, rozgrzewający ciało podgrzewany cydr.
Ku zaskoczeniu wielu był w pełnym rynsztunku choć bez plecaka, oporządzony i gotowy do wyjścia. Spodziewał się, że Sneider od rana zaprzątnie ich porządnie do pracy, toteż jako żołnierz stawił się przygotowany należycie jak na wojskowego przystało.Z ciekawości po wypiciu kufla nalał odrobinę z bukłaka, chcąc obejrzeć jak ta mętna woda wygląda w świetle dnia. Upił łyk sprawdzając czy da radę pić i czy nie smakuje dziwnie. Wolał przetestować na sobie zanim da Tyciemu gdzieś w czasie postoju. Jeśli smakowała źle wypluł ostentacyjnie i zapytał Kappela o to czy testował ostatnio wodę ze studni, bo nabrała dziwnego posmaku.
Dopiero gdy Sneider się odezwał niziołek zareagował, w przerwie między kęsami.
- Spaliście dobrze Herr Sneider? Noc spokojna? Nic Was nie niepokoiło?
- Nic mi do Waszych metod śledczych, ale skoro nas angażujecie to wolałbym wiedzieć więcej niż mniej.Tomasimo nie spodziewał się by sankcjonowany łowca zamierzał im się tłumaczyć, ale liczył że jak nie teraz to później znajdzie czas na szczerszą rozmowę, gdy Klaus skończył mówić a niziołek jeść półczłowiek rzucił do psa:
- Tyci złap trop Klausa - wskazując na Klausa, pies ku zdziwieniu łowcy dopadł go swoim czujnym nosem po czym wrócił posłusznie do halflinga.Po śniadaniu i wymianie grzeczności z wszystkimi wyszedł do stajni przywitać się z swoim kucem i sprawdzić czy ma wszystkie co mu potrzeba, gdzie spotkał Pietera:
- Prędzej czy później dowiemy się czyja to krew. Zobaczę czy w tym mrozie Tyci wywęszy gdzie był nocą, o ile zostanie w karczmie to jest szansa, że pójdzie tam gdzie był, a nie gdzie jest.
- Zamierzam odwiedzić kapłana i dzieciaka jak i matkę co nas zaczepili wieczorem - stwierdził zostawiając Falkowi decyzję czy idzie z nim - jak są tu jakieś dziwne kulty to pewnie kapłan o nich wie, poza tym karczmarz i jego żona dobrze o nim mówią, zatem pewnie będzie miał na uwadze dobro sioła i jego ludzi.
- Nie podobają mi się metody Sneidera, może są skuteczne, ale strach często wiąże języki równie mocno co rozwiązuje, kwestia ludzi, nie każdego da się zastraszyć, a i nie każdy zastraszony mówi z sensem w obawie o własne życie, a są i tacy co w obawie o własne życie sięgają po miecz. On chyba zapomina, że jesteśmy raptem garstką podróżnych i to w większości nieżołnierzy. -
Moriz postanowił odpuścić sobie picie tej nocy czy granie w karty. Zdał sobie sprawę, że cała ta podróż wraz z potrzebą ciągłego obserwowania sytuacji wokół grupy wyciągnęła z niego siły. Ostatnia warta była przewidziana dla niego samego, więc nie miał zamiaru odmówić sobie odpoczynku przed nią, tak więc postanowił szybko udać się na spoczynek jak tylko uspokoi własne potrzeby rozejrzenia się po okolicy, aby poznać możliwość ścieżki ewakuacji z miejsca w razie kłopotów. Zarwanie nocy po tej podróży było naprawdę kiepskim pomysłem zważając na przydzielenie wart, tak więc zadowoleniem wykorzystał czas snu i przyszła jego kolej obserwacje pleców towarzyszy.
Co okazało się niestety jak jedno wielkie marnotrawstwo czasu... choć czasem lepiej stracić czas niż ryzykować stratę głowy.
Współpraca z Łowcą Czarownic miała jedną niezaprzeczalną korzyść - nie mogli narzekać na braki pożywienia i ugoszczenia w mieścince. oczywiście cała gościnność była wymuszona i raczej nikt nie spodziewałby się szczerości, a jedynie zakwaterowanie było wędzone potrzebą zachowania głowy i tak długo grupa będzie cieszyć się jakikolwiek przyjemnościami, jak długo Sneider będzie utrzymywał swoją władzę. Oczywiście byłoby to źle widziane gdyby ludzie z tej wsi nie gościli dobrze Łowcy Czarownic, ale przecież coś tu musiało być nie tak, że Sneider zechciał się zjawić. Przecież nie chodziło po prostu o śmierć poborcy podatkowego.
Moriz wiedział, że takie śmierci się zdarzały i zupełnie inaczej radzono sobie, a przynajmniej próbowano sobie radzić, z owymi nieprzyjemnościami na imperialnych ziemiach. Gdyby zawsze wysyłano Łowcę Czarownic Moriz na pewno by od tak się w coś podobnego nie ładował. Są w końcu sytuacje jakich należy unikać i nie wchodzić głową w środek ognia.
Śniadanie było nieczęstym sycącym doświadczeniem, a w dodatku do wyspania - Moriz naprawdę czuł się dobrze. Dodatkowo podczas śniadania wyszło, że karypel pójdzie, możliwie z innymi, porozmawiać z matką dziecka i może dzieckiem w ich domu oraz chce z kapłanem nim Sneider się do nich doklei, więc on nie musiał się przejmować chociaż tym. Mógł już w świetle dnia poszukać jakichkolwiek poszlak, jakie zapaliłyby mu samemu sygnał ostrzegawczy, szczególnie w okolicach o jakich dziecko ich ostrzegało... a może smark będzie sam biegał poza domem i uda się go bez matki porwać na spytki?
-
Rozmowa z Albrechtem Seiler
Heinrich nie zwlekał długo. Skoro poranek dawał jeszcze trochę swobody, zanim Sneider zacznie przewracać wieś do góry nogami, ruszył ku dolnemu sadowi, tam gdzie karczmarz wskazał chatę Albrechta Seilera. Śnieg skrzypiał mu pod butami. Nie minęła chwila, a mijał czarne, powykręcane jabłonie, które rosły w równych rzędach. Chata Seilera stała trochę na uboczu. Niska, ciemna, z dachem przywalonym śniegiem i ścianami, przy których wisiały stare skóry, pasy, uprzęże oraz sztywne od mrozu kawałki wyprawionej skóry. Zapach garbnika, dymu i starego tłuszczu czuć było jeszcze przed progiem. Obok drewutni stary mężczyzna rąbał drwa krótkimi, oszczędnymi ruchami. Nie był może bardzo wysoki, ale szeroki w barkach.
Miał siwą, rzadką brodę, nos czerwony od zimna, twarz pooraną zmarszczkami i małe, jasne oczy, którymi łypał podejrzliwe. Kiedy dostrzegł Heinricha, przerwał robotę w pół ruchu. Nie odłożył siekiery. Oparł tylko trzonek o pień. Spojrzał na przybysza spode łba, szybko oceniając jego twarz, ubranie i pakunki. Jeśli wyrobił sobie zdanie, jego twarz tego nie oddała.
– Kogo licho niesie od rana? – warknął chrapliwie. – I czego chce? Nie znam Cię i nie szukam zwady, ale jeśli jest zbój z ciebie jakiś chłopcze, to źle żeś zaszedł. Nie jestem bezbronnym starcem.
Potem splunął w śnieg, jakby samo pojawienie się obcego psuło mu smak dnia. Stał przy pniu, z siekierą pod ręką, stary, żylasty i zły na świat.
- Heinz. Na handel witam. Karczmarz mówi, że Kurtę Skórzaną macie i dobrzy w fachu jesteście?
Zapytał niepewnie pokazując gest otwartych dłoni i zatrzymują się na piętnaście kroków od starca. Co z tego, że już teraz ubolewał nad swoją decyzją i żałował, że nie skorzystał z pośrednictwa gospodarza?
Starzec zmrużył oczy i przez chwilę bacznie przyglądał się Heinrichowi. Obaczył go sobie od butów po czuprynę, zatrzymując wzrok na twarzy i ubraniu. Próbował sobie handlową żyłką omiarkować, jak zacząć proponowany handel. Później westchnął i wbił siekierkę w pieniek. Bojowy duch nie opuścił go całkiem, ale przynajmniej przestał stać tak, jakby zamierzał zaraz rąbnąć go w głowę.
– Kappel cię przysłał? – mruknął. – Dziwne. Wydało mi się, że ten stary dusigrosz mnie nie lubi.
Splunął w śnieg, otarł nos wierzchem dłoni i podszedł o dwa kroki bliżej, ale nadal trzymał dystans. Pachniał dymem, starą skórą i kwaśnym potem.
– Kurtę mogę mieć i jakąś mogę też wykonać, jeśli masz z czego. Od biedy mogę też uratować jakąś, co już dogorywa. Zależy, czego chcecie.
Popatrzył na Heinza ostrzej.
– Macie złoto, chłopcze? Bo dobra kurta kosztuje. Skóra to jedno, robota to drugie. Jeśliś przyszedł jako gołodupiec, to możesz wracać do karczmy, zanim mi siekierka wystygnie.
Heinz podrapał się po brodzie.
- Złotem nikt nigdy się nie najadł. - powiedział w końcu powoli nabierając odwagi, ale nadal pełen niepewności - Mam trzy wilcze skóry zdobyte w samoobronie. To aż dość, by z nich kurtę, a nawet i czepiec zrobić. Mięso dorzucę. Flaszkę gorzały...
Przegryzł wargę czując jak kiepski to był układ, bo grosza... grosza zbytnio nie miał... jeszcze.
- Zróbmy tak. Ja wyłożę co mam, a waćpan rzuci okiem i powie co da radę zrobić? Na moje oko to i rękawiczki skórzane się tu znajdą za to.
Mówił z lekką nadzieją w sercu. Ściągając plecak i odwiązując rzemień który mocował skóry kładąc je na ziemi. Obok gorzałka, sprzączka od juków, wędzidło, strzemiona, mięsiwo... Topór położył dalej z boku.
- Broń zostawię tu w dobrej wierze, że w pokojowych zamiarach jestem, ale po nią wrócę i nie jest na handel. Mi nie zależy na atrakcyjnej kurtce. Na praktycznej, na funkcjonalnej, na wytrzymałej... Tak, ale zdecydowanie nie interesuje mnie taka co na nową wygląda i "wyszła spod igły".
Mówił, a im dłużej mówił, tym bardziej głos zdradzał, że był młodszy niż wyglądał na rzut oka. Zmęczony, smutny głos człowieka co swoje przeżył, ale jednak trwał. Głos o oczach które widziały śmierć i ta śmierć została z nim na zawsze.
- Odejdę na parę kroków i wycenisz co z tego pokryje kurtkę, bo potrzebuję jeszcze rękawiczek. Możemy tak zrobić?
Mężczyzna milczał chwilę. Nie wyglądał na człowieka, którego łatwo ugadać, ale kiedy Heinz odłożył topór na bok, coś w jego twarzy odrobinę zelżało. Nie ufał mu dalej, rzecz jasna, ale chyba już dawno nikt się z nim nie handryczył.
– Złotem nikt się nie najadł? – powtórzył cierpko. – No nie wiem, chłopcze. Młode z ciebie chuchro i życia nie znasz. Jak na moje, za parę złociszy można sobie kupić naprawdę dużo soli, mięcha i siwuchy.
Skwitował, ale rzucił okiem na te jego skóry. Przykucnął przy nich ciężko, z cichym stęknięciem w kolanach. Nie zachwycił się. To widać było od razu. Palcami sprawdzał włos, brzegi cięć, dziury, miejsca po szarpnięciach i to, jak zdjęto skórę z wilków. Potem obejrzał sobie mięso z wyraźnym brakiem przekonania.
– Na dobrą kurtę od zera tego za mało – mruknął w końcu. – Chyba że chcecie mieć kurtę dla dziecka albo kocyk do budy dla chudego psa. Ale starą mogę przerobić. Mam jedną. Brzydka, ciężka, po człowieku, który już nie będzie po nią wracał. Da się ją podszyć, wzmocnić, zrobić kołnierz, łaty na barkach, może rękawice. Czepiec też, jeśli skóry nie pożałujemy.
Podniósł wzrok na Heinza.
– Gorzałkę wezmę. Sprzączki i żelastwo też. Skóry, ma się rozumieć, również. Przyjdź jutro z kolejną flaszencją, serem, bochnem i garścią srebra – zawyrokował i splunął szarą flegmą w śnieg. – To taka cena z litości, synek. Ale jak ci to ma skórę ocalić, to niech będzie. Nie będę udawał, że mam coś lepszego do roboty.
Powiedział to, po czym raz jeszcze splunął sobie w dłoń i wyciągnął ją w stronę Heinricha, by dobić targu.
Heinrich pomasował się po karku. Źle mu było. Źle z własnego i źle z Albrechta powodu. Prawda, był młody. Dużo za młody wieść życie które wiódł, ale? Takie było życie i z dwojga złego... Sam je wybrał.
Wysłuchał starca do końca. Nie miał problemu żadnego z estetyką wykonania. Jednak słowo "ciężka" było ciężkim chlebem do przełknięcia. Nie mniej, czy potrzebował na teraz lepszej? Jak definiować ciężka? Ciężka bo rzemieślnik myślał, że był fizycznie słaby? Czy może ciężka, bo partacko wykonana? Jakby nie patrzeć, chciał temu człowiekowi dać odrobinę 'miodu' na obolałą duszę. Życie nikogo nie oszczędzało...
No, a skóry, gdyby miał się ich trzymać, to i tak poszłyby na straty najpewniej. Nie miał sposobności i czasu wysuszyć ich na dalszą drogę... Może i była zima, i dotrwałyby do miasta, ale... za cholerę nie wiedział jak daleko to było, a kurta? Kurta mogła być ciężka, ale to był półśrodek na teraz... Przynajmniej, aż zawita do Hargig... czy gdziekolwiek do większej cywilizacji, ale nadal, docelowo Hargig...
Spojrzał na starca, splunął na dłoń i uścisną prawicę człowieka co też miał swoje demony, które się go trzymały i nie odpuszczały u drzwi...
- Zdaję się na waszą fachurę. - powiedział - Teraz ogólny posłuch. Herr Sneider, przedstawiciel Korony "zaprasza". Równie dobrze można się napić czekając.
Nieznaczny uśmiech zawitał na jego twarzy widząc w starcu kogoś kim po części sam mógł być. Jakąś bratnią duszę skrzywdzoną przez świat. Przeszłość rzucała naprawdę długie cienie...
- Ja stawiam, Herr Albrecht.
-

Sok z jabłka spłynął po brodzie Sneidera, zanim ktokolwiek sensownie odpowiedział. Łowca po niemożliwie długiej chwili otarł go leniwie kciukiem. Potem skinął na dwóch parobków Kappela, którzy akurat pilnie sprzątali drugi kąt izby, starając się, jak tylko mogli, zlać z otoczeniem. Na nieszczęście dla nich, nie udało im się.
– Wy dwaj pójdziecie ze mną. Odwiedzimy mieszkańców i zaprosimy ich na pogawędkę w karczmie.
Nie zapytał, czy mają czas. Pewnie nawet go to nie obchodziło. Jeden z parobków spojrzał na Kappela, drugi na Elsbeth, ale żadne z gospodarzy nie powiedziało niczego, co mogłoby uratować ich od obowiązku towarzyszenia Łowcy. Właściwie karczmarz tylko przełknął ślinę i odwrócił wzrok ku kuflom, które wyczyścił poprzedniego wieczora, po czym zabrał się za ich ponowne polerowanie. Jego żona z kolei obrała inną taktykę. Udawała, że w ogóle nic się nie stało. Zniknęła za szynkwasem i po chwili wróciła, stawiając na stole dzban z gorącą herbatą.
– Pijcie, póki ciepła. Z bylicą, miętą i jabłkową skórką. To pokrzepiający napar rodzinnej receptury – rzuciła i mrugnęła zalotnie do Heinricha, kiedy jej mąż nie patrzył.
Herbata była gorzkawa, kwaśna i trochę ziemista, ale rozchodziła się po trzewiach przyjemnym ciepłem. Przydałoby się jej trochę miodu, ale nikt go nie podał. Nalała jej każdemu bez pytania, choć większość osób w izbie sprawiała wrażenie, jakby wolała teraz coś mocniejszego. Towarzystwo Sneidera tak działało na ludzi.Tomasimo nie dostał odpowiedzi na swoje pytanie. Nie całkiem. Łowca łypnął na niego i odburknął coś, że "to jego sprawa co robi po nocy", a na komentarz o metodach śledczych, swoim zwyczajem odrzekł "że jak będą informacje odnośnie śledztwa, to się o nich dowiedzą". Bardzo elokwetnie Łowca dał mu do zrozumienia, żeby się nieinterosował. Świetny pracodawca, nie ma co. Zmienił obiek rozważań i nalał odrobinę wody ze swojego bukłaka oraz obejrzał ją w świetle dnia. Kwestia wody też zajmowała mu umysł. Już wieczorem nie wyglądała zachęcająco, ale teraz było to wyraźniejsze. Nie była mętna jak błoto ani zielona od stęchlizny. Raczej szarawa. Smak miała zimny, metaliczny, z gorzkim posmakiem w ostatniej nucie. Jeśli niziołek zapytał o wodę karczmarza, ten wzruszył ramionami.
– Zimowa woda – mruknął. – Zawsze trochę bierze od kamienia. Nikt jeszcze od niej nie umarł, panie nizioł.
Stwierdził i nie wracał już do tematu.Gdy kończyli śniadanie, Sneider miał już na sobie płaszcz i kapelusz. Dwaj parobcy stali przy drzwiach w zimowych kurtach z kwaśnymi minami. Całą swoją postawą dawali wyraz niezadowoleniu z polecenia, ale Łowca zdawał się tego w ogóle nie zauważać. Wyszedł z nimi na mróz i przez okno można było zauważyć, jak idzie do pierwszych drzwi w siole, wydając parobkom polecenie, by kołatali do sąsiadów. Nie wyglądało, by musiał nakłaniać kogokolwiek do swojej woli. Czekał, aż ktoś otworzy, mówił kilka zdań i szedł dalej. Wieś zaczęła poruszać się niespokojnie. Psy szczekały krótko i milkły, gdy Sneider przechodził blisko nich. Wychodziło na to, że zwierzęcy instynkt ostrzegał przed nowym typem drapieżnika w okolicy. To był nieprzyjemny poranek dla ludu Dunkelwaldu. Początek dnia, który miał dużo zmienić w ich życiu.

Henrich
Albrecht skrzywił się na wieść o ogólnym posłuchu. Zmrużył groźnie oczy i splunął raz jeszcze na ziemię brudną plwociną.
– Posłuch, kurwa jego mać – mruknął. – Za stary jestem na to, by jakieś młode szczyle, nawet królewskie szczyle, mnie na rozmówki wzywały. Walczyłem dla Imperium w czasach, gdy ten Łowca Czarownic wyciągał sobie jeszcze smarki z nosa i wkładał je sobie do dupy. Na rozmówki będzie wzywać. Patrzcie jaki…
I tak narzekał jeszcze dalej, ale wraz z potokiem słów widać było, że zbiera się do drogi. Potrzebował tylko dać upust swojemu niezadowoleniu, a na nieszczęście Heinricha ten był akurat pod ręką, by go wysłuchać.
– No dobrze. Pójdziem. Ale nie omieszkam powiedzieć Łowcy, co myślę o takim zachowaniu. Nie będzie nikt na rozmówki wzywać starego Albrechta Seilera. Oj, nie będzie.
I to obiecawszy, poszli. Pozbierał rzeczy z ganku, schował siekierkę, skóry Heinricha zaniósł do domu i zawarł drzwi na duży, mosiężny klucz. Potem narzucił na siebie kożuch, zgarnął czapkę i ruszył z Heinrichem w stronę placu.Szli wolno, bo Seiler nie zamierzał spieszyć się dla niczyjej wygody. Miał być to ostatni przejaw buntu przeciw wezwaniu Łowcy Czarownic i nieco dziecinnie małostkowe zachowanie ze strony starca. Może było trochę prawdy w tym, że na starość w części zachowań upodabniamy się do dzieci? Po drodze mamrotał coś pod nosem o podatkach, ludziach ze wsi i o tym, ile to on dobrego nie zrobił dla sioła. O tym, że kiedyś to było, że starych się nie szanuje, że kiedyś bardziej ganiano dzieci rózgą, a teraz to rozpuszczone tałatajstwo. Jednym słowem ględził, a Heinz musiał, chcąc nie chcąc, słuchać starczych narzekań. Wszystko urwało się jednak nagle, gdy nadepnął na coś pod śniegiem.
To było coś dziwnego. Nie pękło jak gałąź. Nie chrupnęło jak lód. Ustąpiło miękko, obrzydliwie, z głuchym trzaskiem drobnych kości. Kiedy odsunął but i rozgarnął śnieg, zobaczył kruka. Martwego. Ptak leżał na boku, czarny, z piórami posklejanymi od szronu i błota. Dziób miał lekko otwarty. Jedno skrzydło sterczało nienaturalnie, przysypane cienką warstwą śniegu. Nie wyglądał na rozszarpanego przez lisa ani trafionego kamieniem. Po prostu padł, jakby zabrakło mu życia.
Seiler zaklął krótko.
– Nie ruszaj go gołą ręką chłopcze.
Dopiero gdy Heinrich rozejrzał się uważniej, zobaczył następne. Jeden pod płotem. Dwa przy zaspie obok starej beczki. Kolejny wśród zmarzniętych chwastów. Czarne kształty leżały tu i tam, częściowo przykryte śniegiem. Im dłużej patrzył, tym więcej ich dostrzegał. Dwadzieścia. Może trzydzieści. Jak mógł nie zauważyć ich wcześniej? Czy spadły niedawno? Część z nich leżała bliżej sadu, część przy drodze ku starej prasie, kilka bezpośrednio pod nagimi gałęziami jabłoni. Martwe kruki znaczyły śnieg plamami czerni.
Albrecht stał bez ruchu. Cała złość odpłynęła z jego twarzy, zostawiając wyraz głębokiej konsternacji.
– Nie widziałem ich wczoraj. Co się im stało? – zapytał lekko drżącym głosem.
Nie wyglądał już tak pewnie i butnie. Właściwie im dłużej Heinrich przyglądał się jego twarzy, tym większe miał wrażenie, że stary Albrecht… po prostu się bał.
Moriz
Mężczyzna, korzystając z porannego zamieszania, ruszył w stronę placu i drzewa obwieszonego wilczymi kośćmi i wstążkami. Nie pchał się pod kaplicę z Tomasimo, bo czuł, że niziołek nie wywie się za dużo. Kapłani to wyniośli, zgorzkniali ludzie, którzy rzadko dzielą się swoimi sekretami. Dzieci były inne i tu właśnie upatrywał swojej szansy. Dziecięca szczerość i prawdomówność była odświeżająca i wydawała się najprostszym sposobem, by wywiedzieć się, co w trawie piszczy, jeśli można było sobie pozwolić na taką analogię. Po kilku minutach błądzenia po wsi odnalazł Johana między domami, niedaleko drzewa.
Nie był sam.Była z nim dwójka innych dzieci. Dziewczynka w wełnianej chuście i drugi chłopiec, młodszy albo po prostu mniejszy, z policzkami czerwonymi od zimna. Bawili się. Tak przynajmniej można było to nazwać, jeśli człowiek miał w sobie wystarczająco dużo dobrej woli. Chłopcy zbierali patyki, łamali je na krótsze kawałki i układali wokół dziewczynki, która stała na niewielkim, ubitym kopczyku śniegu z miną tak naburmuszoną, że wyglądała bardziej na urażoną niż przestraszoną. Ręce miała związane z przodu cienkim sznurkiem. Związane po dziecięcemu, luźno i krzywo. Mogłaby wysunąć dłonie w każdej chwili, gdyby tylko uznała, że zabawa przestała jej odpowiadać.
– Nie tak – powiedział Johan do młodszego chłopca. – Patyki muszą być niżej. Jak dasz wysoko, to się od razu przewróci.
– Ja nie chcę być czarownicą – burknęła dziewczynka.
– Nie jesteś czarownicą. Jesteś ofiarą dla przebłagania bogów.
– To jeszcze gorzej.
– Nie marudź. Wczoraj ja byłem mutantem.
Młodszy chłopiec parsknął śmiechem, ale zaraz zerknął w stronę domów, jakby nawet w zabawie wiedział, że pewnych słów nie powinno się mówić zbyt głośno. Na ziemi leżały jeszcze dwa kawałki kory, kilka wilczych kostek i stary, pęknięty kubek, do którego dzieci nasypały śniegu, który zaczął już topnieć. Co miał przedstawiać? Mogła to być woda święcona, krew lub cokolwiek, co w dziecięcej głowie pasowało do palenia na stosie. Nad nimi wisiały martwe gałęzie Wilczego Drzewa, poruszając lekko kośćmi i wstążkami.
Johan pierwszy zauważył Moriza. Przestał układać patyki. Nie uciekł, ale zesztywniał i wyglądał na wystraszonego oraz może trochę… zaciekawionego. Dziewczynka wykorzystała moment i zdjęła z rąk sznurek.
– To głupia zabawa. Idę do domu – powiedziała i odeszła dalej naburmuszona, znikając za krawędzią jednego z domów.
Johan nie zwrócił na nią uwagi. Wpatrywał się tylko w Moriza.
– Mama mówiła, że mam z wami nie gadać – powiedział w końcu, choć nie zapowiadało się na to, by był grzecznym chłopcem. Chyba nie miał zamiaru posłuchać rodziców w tej kwestii.
Tomasimo
Tymczasem niziołek dał Tyciemu powąchać ślad Sneidera. Pies nad wyraz szybko podjął trop, co musiało oznaczać, że woń Łowcy się odznacza. Dobrze. Wyglądało na to, że zadanie będzie łatwiejsze, niż myślał. Pies najpierw zakręcił się przy wejściu do karczmy, potem przy schodach, później znów przy progu, a w końcu wyszedł na zewnątrz. Plac okazał się pewnym wyzwaniem. Nocne wyjście Łowcy mieszało się tu z porannym ruchem mieszkańców, zapachem koni, dymu, mokrej słomy i wszystkich tych drobnych rzeczy, które dla ludzkiego nosa były tylko wiejskim odorkiem, a dla psa bardzo skomplikowanym bukietem zapachów. Tyci szukał. Krążył, wracał, raz poszedł w stronę studni, raz odbił ku dębowi, potem zatrzymał się i prychnął. W końcu jednak wybrał. Poprowadził Tomasimo ku ścieżce na górkę. Tam śnieg był mniej rozdeptany, a ślady z nocy i poranka nie zdążyły się rozwiać ani zmieszać z czymś innym. Ścieżka prowadziła do kaplicy. Była węższa niż droga między domami i miała w sobie coś uporczywego, bo prowadziła lekko pod górę i była kamienista.
Po drodze Tomasimo zauważył więcej wilczych szczątków. Nie tyle, co przy dębię. Tam ozdoby stanowiły kwestię obyczaju, który wzmacniał wspólne miejsce. Tutaj kości i kły wisiały rzadziej, bardziej dyskretnie, przy krzewie, na gałęzi, przy jednym z niskich słupków wyznaczających drogę. Czasem był to pojedynczy kieł na rzemieniu. Czasem kilka drobnych kostek związanych sznurkiem. Czasem pazur, wypłowiały od zimy, niemal zlewający się ze śniegiem. Nie wyglądało to jak ozdoba. Bardziej jak znaki mające wzmacniać pamięć drogi do uświęconego miejsca. Czemu nie zauważył ich wczoraj? Czy był aż tak zmęczony?
Gdy dotarł, kaplica była zamknięta. Drzwi milczały tak samo jak poprzedniego wieczora. Drewniana wilcza głowa nad wejściem patrzyła spod znad wejściowego łuku bez wyrazu. Tyci obszedł próg, powąchał deski, potem przeniósł nos ku ścieżce prowadzącej do małej chaty obok. Tam zapach był świeższy. Tomasimo zapukał. Przez chwilę nie było odpowiedzi. Potem coś ociężale poruszyło się w środku. Deski jęknęły. Ktoś odsunął rygiel powoli, bez pośpiechu, i drzwi uchyliły się.
Ojciec Berengar Holtz stał w progu w białej nocnej szacie, narzuconej niedbale na starcze ciało. Był bosy, a właściwie prawie bosy, bo jedną stopę miał wsuniętą w stary chodak. Drugiego widocznie nie znalazł, wstając. Twarz miał surową, pooraną wiekiem i zmęczeniem, lecz to nie wiek rzucał się najbardziej w oczy. Miał podbite oko. Jedna powieka była spuchnięta, ciemna od świeżego sińca. Warga brzydko mu nabrzmiała. Na białej koszuli widać było kilka plam krwi, niewielkich, ale wyraźnych, jakby pociekło mu z nosa albo ust i nie zdążył wszystkiego obmyć. Nie wyglądał jak po karczemnej bójce. Raczej jak ktoś, kogo zaskoczono i kto dostał kilka razy, ale bardzo konkretnie. Kapłan spojrzał na Tomasimo, potem na psa, a na twarzy wyrósł mu nieprzyjazny grymas.
– Czego? – spytał chrapliwie.
Pieter
Przepatrywacz oddał się bardziej przyziemnym obowiązkom i nie miał ochoty na zadania dla chętnych. Łowca zapłaci im za ten wypad i drobną pomoc na miejscu, ale dręczenie biednych ludzi pytaniami, jeśli ten wyraźnie im tego nie rozkazał, nie było w jego stylu. Został w karczmie, a później zajrzał do stajni zadbać o swojego wierzchowca. Ten koń był warty więcej niż całe zlecenie i nie zamierzał go zaniedbać. Pracował w ciszy, a jego koń nie prychał ani nie parskał. Może dlatego z taką łatwością zauważył postać wchodzącą ukradkiem do stajni.
To był trzeci z parobków. Ten sam, który kręcił się poprzedniego wieczora w gospodzie. Tego Sneider szczęśliwie nie zagonił do obchodu wsi, ale dlaczego tutaj zajrzał? Pieter przyjrzał mu się, a chłopak na razie go nie widział. Był chudy, z włosami przyklapniętymi od wilgoci i rękami czerwonymi od zimna. Wszedł do stajni z naręczem siana, ale zamiast od razu rzucić je do żłobu, zaczął zerkać na konie, juki i sprzęt. Nie grzebał jeszcze, ale Pieter odniósł wrażenie, że się do tego przymierzał. Przepatrywacz zastygł i przypatrywał się chłopakowi, aż ten zrobił wyraźny ruch, którego nie dało się z niczym pomylić. Nachylił się ku pakunkom, otworzył juki i zaczął w nich grzebać. Coś, jakiś szósty zmysł kazał mu się jeszcze obejrzeć i wtedy ich spojrzenia się skrzyżowały. Chłopak zorientował się za późno. Zamarł z ręką w pół drogi, jak mysz przyłapana na worze mąki.
– Ja tylko przyszedłem z sianem, panie – powiedział szybko.Może umiał kłamać. Dobre kłamstwo zawiera część prawdy, bo faktycznie przyszedł z sianem, ale nijak nie mógł się wybronić tymi słowami. Na gust Pietera jego ręka była zbyt głęboko w sakwach, by to mogło przejść. Napięcie narastało. Cisza stawała się niezręczna. W stajni jeden z koni przestąpił z nogi na nogę. Parobek przełknął ślinę.
– Nie chciałem nic ukraść, panie, po prostu we wsi mówią, że drogi są nieprzejezdne. Żeście nie mogli przyjechać stąd, skąd twierdzi Łowca. Chciałem sprawdzić – tłumaczył się, ale Pieter dalej bezlitośnie patrzył na niego, potęgując napięcie i wzmagając u chłopaka potrzebę dalszego tłumaczenia.– Jeśliście przybyli z Łowcą, powinniście być wojskowymi z Lenkster, ale przepraszam za język, panie, ni chuja nimi nie jesteście. Kurt mówi, że równie dobrze możecie być grupą zbirów, którzy się podszywają. Że sam Łowca może podszywać się pod urząd, zdejmując z trupa ubrania i oręż.
To brzmiało już sensowniej, ale dalej trudno było ocenić, czy chłopak kłamie jak z nut, czy rzeczywiście mieszkańcy przez noc spreparowali sobie konspiracyjną teorię. Co by nie było, parobek na tym nie skończył. Za wyjaśnieniem kryła się również prośba o litość.
– Nie mówcie proszę Panu Kappelowi, że zaglądałem do waszych juków. Błagam pana. Zedrze mi skórę. Jeśliście przybyli w uczciwej sprawie, rozumiecie nasze obawy, prawda?
Spróbował ostatniej karty i zamilkł. Nie miał już nic do dodania. Obserwował czujnie Pietera, wahając się między pokorą, a szybką ucieczką.
Na zewnątrz wieśniacy wyłazili powoli i niechętnie z chat na rozkaz Sneidera. Jedni szli do karczmy od razu, posłusznie i z pochylonymi głowami. Inni zwlekali, stali przy furtkach, udawali, że muszą jeszcze zamknąć kury, przynieść drwa albo zrobić coś jeszcze innego. Parobcy prowadzeni przez Łowcę pukali do kolejnych drzwi. Kappel wyglądał zza okna własnej gospody ze strapioną miną. Godzina, którą Łowca wyznaczył im na własne sprawunki, kurczyła się szybko.
Nad Dunkelwaldem osiadły ciężkie, ciemne chmury, dusząc i tak wątłe, mętne światło, które sączyło się z zimowego nieba. Sprawa stawała się coraz bardziej gęsta, a wątki odrywały się od miodu prawdy plastrami. Martwe kruki przy sadzie. Dzieci bawiące się w stos pod Wilczym Drzewem. Pobity kapłan Ulryka. Miejscowy złodziejaszek zaglądający im do juków. A ponad tym wszystkim Sneider, chodzący od drzwi do drzwi, z dwoma parobkami za plecami, zapraszający nieuprzejmie na spytki.
To nie miało szans skończyć się dobrze, ale najgorsze… miało dopiero nadejść.
-
Pieter odprowadził wzrokiem Sneidera wychodzącego z karczmy. Nie współczuł parobkom. Łowca wybrał ich sobie jak woźnica wybiera konie do zaprzęgu, bez pytania o zdanie i bez zainteresowania tym, czy mają na to ochotę. Kiedy drzwi się zamknęły, przepatrywacz dopił herbatę i bez słowa wyszedł do stajni. Tam było ciszej.
Koń podniósł łeb na jego widok i prychnął cicho. Pieter od razu zabrał się do roboty. Sprawdził popręg, obejrzał kopyta, poprawił derkę i przeczesał dłonią sierść na karku zwierzęcia. Po ostatnich dniach bardziej ufał koniowi niż większości ludzi spotkanych po drodze. Dlatego tak szybko zauważył ruch przy jukach. Nie odezwał się od razu, ale stał nieruchomo, obserwując chłopaka przez dłuższą chwilę.
Parobek jeszcze go nie dostrzegł. Najpierw rozglądał się po stajni. Potem po koniach. Wreszcie po pakunkach. A potem wsunął rękę do juków. Dopiero wtedy Pieter nieco się poruszył. Nie gwałtownie. Jeden krok, potem drugi. Parobek obejrzał się i zamarł, gdy jego wzrok napotkał spojrzenie Pietera.
— Ja tylko przyszedłem z sianem, panie. - Parobek rzekł naprędce.
Pieter spojrzał najpierw na siano. Potem na rękę parobka tkwiącą w pakunkach. W końcu wrócił wzrokiem do twarzy chłopaka.
— Doprawdy? - Nie podniósł głosu. — Jeśli chciałeś sprawdzić, kim jesteśmy, mogłeś zapytać. Grzebanie w cudzych rzeczach to zły sposób na zdobywanie odpowiedzi. - Pieter zrobił krok bliżej.
— Posłuchaj mnie teraz uważnie. Nie powiem Kappelowi, ale od tej chwili będziesz pilnował naszych rzeczy. Kiedy nas nie będzie, masz mieć na nie oko. Nie interesuje mnie, czy to dzieciaki, pijacy, włóczędzy czy twoi koledzy. Jeśli ktoś będzie się tu kręcił, przepędzisz go. - Rzekł stanowczo Pieter. — A jeśli coś zginie, wtedy nie będę prowadził żadnego śledztwa. Nie będę szukał winnych. Nie będę sprawdzał śladów, tylko potraktuję ciebie jako złodzieja. - Przepatrywacz zagroził parobkowi.
-Właśnie przyłapałem cię z ręką w naszych jukach. Sam więc postawiłeś się na pierwszym miejscu listy podejrzanych. Tam skąd pochodzę złodziejom ucina się ręce. - dodał złowieszczo.
Przez chwilę patrzyli jeszcze na siebie w milczeniu. W końcu Pieter odwrócił się do konia i poprawił popręg. — No, skoro już sobie wszystko wyjaśniliśmy, to zjeżaj stąd albo cię smagnę batem. — Syknął Pieter.
Przepatrywacz nie był pewien, czy chłopak rzeczywiście kierował się wyłącznie ciekawością. Nie miało to jednak większego znaczenia. Od tej chwili wiedział już, że warto mieć na niego oko.
O całej sprawie nie zamierzał robić zamieszania. Nie interesowało go bieganie do Kappela ani zawracanie głowy Sneiderowi. Gdy jednak nadarzy się okazja, wspomni o tym Tomasimo. Niziołek miał łeb na karku, a poza tym był jednym z niewielu nieludzi w tej wyprawie, którym Pieter ufał choć odrobinę bardziej niż reszcie. Ot, krótka informacja. Bez plotkowania i bez sensacji. To była wiedza, którą warto było mieć.
-
Karczma, poranek
Heinz dostrzegł gest karczmarki i nawet uśmiechnął się krótko i nieznacznie. Nie do niej, do siebie. Do siebie... ponieważ wiedział dobrze, że to nie miało sensu. Żadnego. Nie miał czasu, ani chęci, na bliższe znajomości. Nie ważne jak cudowne by nie były. Nie ważne, że właśnie to mogło go uratować od jego myśli i uczuć, które towarzyszyły mu dzień i noc.
Zanurzył pysk w cierpkiej herbacie mentalnie dokładając kolejną cegiełkę do muru który stworzył wokoło swojego serca. Nie wiedział nawet czy bije w ten sposób. Czy jeszcze potrafi. Skryte zza murem żałości, rozpaczy i złych wyborów... nie słyszał go. Tak wysoki i gruby ten mur był. Czy jeszcze tam było? Jego... serce? Była w tym piękna, życiowa prawda... Wiedział, że nigdy nie zabije, ale też już nigdy nie rozsypie się w pył...
Krucze sprawy i Albrecht
Heinrich patrzał na kruki. Zimno, obojętnie, bez zainteresowania tym swoim pustym wzrokiem, w którego oczach przejawiał się lekkie iskry życia. Serce biło mu szybciej i to nie w dobrym tego słowa znaczeniu. Nie była to ekscytacja, bardziej instynkt każący sięgnąć po broń, choć nie czuł się zagrożony. przy najmniej nie teraz, jeszcze.
Spojrzał na starca. Heinz był zmęczony i było to po nim widać. Znoszony. Jak stare buty, które widziały za dużo drogi, ale w swojej niewygodzie i wątpliwej użyteczności nad wyraz były wygodne by je zmienić, a wszystko dlatego, bo były łącznikiem-wspomnieniem dawnych czasów.
- Musimy być ostrożni, Herr Albrecht. - powiedział ochryple tak jakby powtarzał te słowa w nieskończoność - Muszę zapytać, działy się jakieś niecodzienne rzeczy w ciągu ostatniego roku?
Zaczynał mieć dość tej całej mieściny. Zdecydowanie już dawno wyczerpał swój limit socjalizacji i ogólnego gadania. Chciał usiąść. Chciał się napić. Chciał odpocząć i pójść spać snem, który jakby Morr dał zabrałby go... ale nie, Kruki pomarły... nie było komu zanieść jego duszę do Ogrodów...
Było wiele rzeczy którymi Kraus szczerze i z całego serca gardził, a nawet i nienawidził. Jedną z nich były przesądy, ale nawet on nie był w stanie się uchronić przed niepokojem. Tam, w głębi. Masowa śmierć Strażników Ogrodów? Posłańców Pana Snów? To nie wróżyło, a i wróżbami też gardził, dobrze. Czuł to w kościach i nie było to dobre uczucie. Tym bardziej, że musiały pomrzeć lada chwila temu. nie było sił na tym świecie, by ich nie dostrzegł wcześniej...
Seiler długo nie odpowiadał. Stał nad krukami z czapką naciągniętą nisko na uszy. Po jego minie można było wnosić, że żałował, iż wybrał się z Heinzem. Zdecydowanie wolałby raczej machać siekierką i pracować nad jego kurtą, od czasu do czasu pociągając z gąsiora z siwuchą.
– Niecodzienne? – powtórzył cicho. – Po burzy, jaka przetoczyła się przez Imperium, wszystko jest niecodzienne, chłopcze. Ale jeśli pytasz, czy często znajdujemy stada martwych ptaków w polu, to nie. To coś nowego.
Podsumował i przełknął ślinę. Rozejrzał się po sadzie, próbując obaczyć, czy nie czyha tam gdzieś, między drzewami, więcej dziwactw.– Może żerowały na czymś, co im zaszkodziło? – zaproponował przytomnie.
Kraus uśmiechnął się w duchu. Jak nic, jego "głupie pytanie" podziałało zbawiennie na serce Seilera. Pamiętał o Burzy, choć w jego fachu, czy życiu, niewiele ona zmieniła. Zawsze była. Tak czy inaczej, byli tam i jak zwykle ryzykowali życiem, zdrowiem i przytomnością umysłu... Rzeczy które widział i przeżył. Może nie wierzył w przesądy i większość wierzeń miał gdzieś, to jednak... magia istniała. Istniała i była przesiąknięta złem do szpiku kości. Tak. Klątwy istniały...
- Może. - powiedział i spojrzał na martwe ptaczyska okiem człowieka o wielu rzeczach nie mówił. Dlatego bo wiedział. Niewielkie coś, ale jednak i ta wiedza nie była zdrowa. Była niebezpieczna. Sprowadzała na człowieka problemy. O wieleurzeczach nie mówiło się głośno, o wielu więcej? Lepiej było być ich całkowicie nieświadomym...
Tu nie widział nic naturalnego. Widział klątwę. Widział czarostwo. Widział plugawy palec jakiegoś Niszczycielskiego, plugawego czy zapomnianego Bóstwa. Widział coś co przybyło z nimi, albo ujawniło się po ich przybyciu. Nie ważne co było prawdą... Prawdę którą znał nie napawała optymizmem. Z doświadczenia jednak wiedział jedno i jednego był pewien. Jak już zło się zaczęło ujawniać... to było jak dziki piec co obnaża kły zaraz przed atakiem...
- Być może...
Seiler spojrzał na Heinricha spod krzaczastych brwi. Wiedział, że chłopak nie wykrztusił wszystkiego, co mu chodziło po głowie, ale nie miał zamiaru nic z niego wyciągać. Był stary i nie strzępił języka po próżnicy. Martwe ptaki to kłopoty, a od kłopotów najlepiej trzymać się z daleka.
– No dobrze – mruknął. – Co by nie było, lepiej nie stać nad tym ptaszyskami jak dwa głupie capy. Nic tu po nas.
Cofnął się o krok od najbliższego kruka, a później zrobił parę kroków w stronę wioski starannie omijając truchła ptaków.
– Do karczmy. Niech Łowca sam sobie na to obaczy to znalezisko, skoro taki z niego tępiciel złego. Ja swoje lata przeżyłem i nie mam zamiaru dokładać sobie do listy kłopotów ptasiej zarazy.
Poprawił kożuch, splunął w bok i ruszył szybciej niż wcześniej, choć dalej. Chęć oddalenia się od ptaków dodała chyżości starym gnatom.
Nie minęła chwila, a ramię w ramię ze Starcem kroczył Tłumacz, który miał przegniłe przeczucie. Cokolwiek tu się działo... nie było dobrze.
Hello! It looks like you're interested in this conversation, but you don't have an account yet.
Getting fed up of having to scroll through the same posts each visit? When you register for an account, you'll always come back to exactly where you were before, and choose to be notified of new replies (either via email, or push notification). You'll also be able to save bookmarks and upvote posts to show your appreciation to other community members.
With your input, this post could be even better 💗
Zarejestruj się Zaloguj się