Bastion 2521 - Przez wojenne ostępy
-
Tobias powoli dochodził do siebie. Mimo że był nieźle poturbowany walką z ogarem chaosu i upadkiem z drzewa, czuł jak wracają mu siły. Co było w tym cierpkim, lepkim płynie który podał mu Stefan Jeager? Czuł się prawie jak po legendarnym krasnoludzkim 'Ale' którego kiedyś spróbował, tylko tamto smakowało o niebo lepiej.
Dzięki - ukłonił się Stefanowi, a na wzmiankę o matkowaniu tylko parsknął śmiechem. - Żebyś wiedział Stefan, że przeszło mi to przez głowę - od teraz będę się trzymał blisko Was.
Tobias chwycił dłoń drugiego zwiadowcy, który pomógł mu się podnieść z ziemi. Kiedy wszyscy zostali opatrzeni, w tym Azur. Żołnierze ruszyli niepewnie przed siebie, licząc że gdzieś tam znajduje się Tileańska czarodziejka. Las był dziwnie cichy i Tobias słyszał tylko brzęk zbroi i ekwipunku, dość głośny by ściągnąć na ich głowy kolejną bestię. Gdy nagle zamiast ciszy - jakby po przekroczeniu jakiejś magicznej zasłony - dotarł do ich uszu hałas, mężczyźni skulili się, choć bardziej z zaskoczenia niż strachu. Choć strach przyszedł niedługo później. Kiedy wszyscy rozglądali, wędrując w dziwnie wysokiej trawie Tobias próbował wyłuskać wśród dziwnych dźwięków tego który by się do nich zbliżał, zwiastując atak. Nie wiedział co i skąd ale miał przeczucie że coś zaraz ich zaatakuje. Łuk miał gotowy do strzału - odzyskał go Duivel ściągnąwszy go z drzewa. Rana na ramieniu przeszkadzała mu mniej niż powinna, Tobias rozglądał się na wszystkie strony, gotowy natychmiast wypuścić strzałę. Wypalone ślady na ziemi i drzewach nie wróżyły nic dobrego, ale sprawiły że Tobias spojrzał w górę, w samą porę by dostrzec dziwny kształt nisko na niebie. Jakiś mężczyzna krzyknął coś zauważając. Tobias napiął łuk mocno końcem strzały rysując ślad w powietrzu, próbując ocenić szybkość obiektu który się do nich zbliżał. Poczuł drżenie pod stopami i ukłucie na karku, tam gdzie wianek od kapłanki dotykał jego szyi. Wypuścił z płuc powietrze i w tym samym momencie strzała poleciała w kierunku kształtu który Tobiasowi zaczął przypominać płaskie stworzenie które jak ryba sunęła w powietrzu. Zwiadowca sięgnął po kolejną strzałę i próbował posłać kolejny pocisk w stronę dziwnego potwora, kiedy ów wydał z siebie przerażający jęk. -
Stefan starał się jak najlepiej asystować Duivelowi w trakcie opatrywania rannych, jednocześnie wypytując Tobiasa o to czego się dowiedział w trakcie ich zwiadu. Okropne rany zadane przez pokonaną przez nich bestie widziane z bliska szybko przypomniały mu o badanym wcześniej w lesie ciele.
- Nie ma co, ta bestia zagryzła jednego z tych biedaków których znaleźliśmy nad rzeką, rany są niemal identyczne. - rzucił do towarzyszy podając jednocześnie jeden ze swoich ostatnich opatrunków elfowi.
Widząc powagę ran swoich towarzyszy Stefan musiał podjąć ważną decyzje, w swojej torbie miał medykament znacznie cenniejszy nich jakiekolwiek znane mu opatrunki. Ostatni eliksir leczący który posiadał zaciążył mu w ręce kiedy sięgnął po niego do torby, drogi i rzadki środek miał być przez niego używany oszczędnie, tylko w ostateczności. Użyty przez niego na bagnach wyratował go spod pstrzału zwierzoludzi dając mu na tyle sił aby mógł dotrwać do przybycia pomocy. Czy powinien go zużywać teraz czy zostawić go na później kiedy ktoś będzie śmiertelnie ranny albo on sam będzie potrzebował pomocy?
Wojownik zacisnął rękę na flakonie po czym wydobył go z torby i dał Tobiasowi do wypicia pomagając mu aby ten nie uronił ani kropli.- Pij Tobiasie, to postawi Cię na nogi... - w momencie kiedy mówił te słowa usłyszał skowyt Azura i odwrócił się zmartwiony w kierunku swojego psa...który właśnie ugryzł elfa próbującego opatrzyć jego ranny. Stefan sklął się w duchu za to, że pozwolił elfowi zacząć go opatrywać bez jego udziału.
- Azur! spokojnie! -doskoczył do psa i zaczął do uspokajać aby dalej nie gryzł swojego dobrodzieja, będą jednocześnie urzeczony postawą elfa który przyjął ranę bez najmniejszego protestu i spokojnie obgłaskiwał psa aby móc mu pomóc:
- Wybacz Duvielu powinienem był tu być aby Ci pomóc i go uspokoić.Kiedy ruszyli w dalszą drogę Jeager zajął miejsce na czele oddziału starając się wyłapywać swoim czułym słuchem nawet najmniejszy szmer w nienaturalnej ciszy która ich ogarnęła aby wykryć ewentualne zagrożenie. Tym bardziej poczuł się wstrząśnięty gdy nagle, bez najmniejszego ostrzeżenia zostali zaatakowani kakofonią dźwięków niczym żywcem wyjętych z bitwy dwóch ścierających się armii! Stefan był z początku całkowicie zdezorientowany zasłonił się swoją tarczą i nadstawił włócznię czekając na nieunikniony atak...który nie nadszedł.
Ochłonąwszy odrobinę po wstępnym szoku tego doznania i słysząc coraz bardziej spanikowane głosy żołnierzy. Zajął się uspokajaniem ich aby iskra nieporządku nie rozpaliła się w pożar odwrotu:- Spokojnie Panowie! Spokojnie! Racja to kolejne magiczne sztuczki, Duviel dobrze mówi, że przekroczyliśmy jakąś barierę, pamiętacie co mówiła Alezzia o jakiś magicznych machlojkach z czasem się tutaj wyprawiających? Te odgłosy to pewnie jakiś efekt tych machloj, dziwactwo mogące być groźne bo pomoże wrogowi podejść do nas niesłyszanym i pewnie nic więcej. Odwagi Panowie i idziemy naprzód, pomóc Alezzii!
Stefan miał nadziej, że zabrzmiał przekonywująco na temat małej szkodliwości tego co sie dookoła nich dzieje bo tak na prawdę nie był niczego pewien, tylko chciał dodać im trochę otuchy. idąc wydeptaną ścieżką tak się właśnie zamyślił co im tu jeszcze powiedzieć żeby ich podtrzymać na duchu, że przez chwilę przestał obserwować okolicę uważnie, wystarczyła ona do spowodowania nieszczęścia a raczej nieszczęść. Z jednej strony Jeager kompletnie nie zauważył zbliżającego się do nich monstra i za pewnie wziąłby na siebie pierwszą skoncentrowaną dawkę sonicznego ataku będąc całkowicie niszego nie świadomy …gdyby nie drugie “nieszczeście” które spotkało go Absulutnie nie z jego Winy czyli to, że potknął się o wystający korzeń i wyłożył się na ścieżce jak kłoda wprost idealnie unikając w ten sposób wspomnianego ataku w myśl odwiecznej zasady rządzącej światem, że Głupi Mają Szczęście.
Nie zmieniało to faktu, że soniczny krzyk pozbawił Stefana słuchu na dłuższą chwilę, dlatego wołanie Duviela aby biec w kierunku snopa światła w zasadzie nie zostało przez niego zarejestrowane i w związku z tym, że Jeager zdołał zobaczyć tylko zamazaną sylwetkę latającego stwora znikającego w mroku i efekt jego ataku w postaci licznych obrażeń wśród reszty, jedyne do czego był zdolny w chwili w której wstawał z ziemi i sięgał po leżący koło niego łuk to wykrzyczenie:- Rozproszyć się dwójkami!, Niech nie ma możliwość zaatakowania wszystkich naraz znowu, tylko nie rozłaźcie się na tyle żebyśmy się nie pogubili! Zastrzelmy Dziada! -jednocześnie skierował się w kierunku grubszego drzewa aby zyskać dzięki niemu choć trochę osłony, drzewo które wybrał całkowicie przypadkowo kierowało go z grubsza w kierunku w którym ruszył elf.
-
Oryginalny tytuł: Tura 26 - 2521.04.31; wlt; południe
Miejsce: pd-zach Ostland; pogranicze z Hochlandem; rz. Wolf; Górski Bród; okolice brodu
Czas: 2521.04.31; Wellentag; południe
Warunki: - ; na zewnątrz: dzień, zachmurzenie, sła.wiatr; chłodno (0)Główna grupa
Tobias i Duivel zareagowali błyskawicznie na latające zagrożenie. Reszta go nie spostrzegła a gdy atak nastąpił już zwijała się z bólu od tego skrzekliwego ataku. Obaj łucznicy wypuścili swoje strzały i pierzaste pocisku pomknęły w górę. Ale bez efektu. Do tego Tobiasowi pękła cięciwa. Miał co prawda zapasową w przypinanej kieszonce przy swoim pasie. Ale potrzebował czasu aby ją naciągnąć ponownie. Póki to się nie stanie to na takie ataki latającego straszydła był tak samo bezbronny jak miecznicy albo Stefan. Wszyscy oberwali od tego nietypowego ataku ale niektórzy lżej a inni mocniej.
- Co to było?! - krzyknął któryś ze zdezorientowanych mieczników który widocznie nie dostrzegł co ich zaatakowało.
- Uciekajmy stąd! To jakieś przeklęte miejsce! - zawtórował mu inny.
- Przestańcie się mazgaić! Sprawdzimy tylko to miejsce i jak nie będzie magiczki to wracamy! No już! Zbierać się chłopy! - Hugo chociaż krwawił z nosa i trzymał się za bolący brzuch więc nie wyglądał tak dobrze jak przed atakiem ale zdołał jakoś przekonać swoich ludzi aby przeszli jeszcze ten kawałek dali. Jednak ich wytrzymałość wydawała się być bliska kresu. Zwłaszcza jak mieli do czynienia z przeciwnikeim przeciwko któemu nie bardzo było jak walczyć.
Miecznicy ruszyli mniej więcej za elfem i pewnie nadzieją na spotkanie świetlistej milady jaka znała się na tej całej dziwnej i strasznej magii. Stefan czy Tobias jak nie chcieli zostać sami musieli podąrzać za nimi. Jaeger mógł sobie darować zastawianie się włócznią bo latający stwór latał gdzieś przy koronach drzew. Może trochę ponad, może nie. Ale na pewno powyżej zasięgu broni do bezpośredniego starcia. Jedynie gdyby nabrała go ochota na szarżę z powietrza taki manewr z włócznią dawał nadzieję, że coś pomoże.
- Gdzie ona jest? - zapytał któryś z mieczników. Rzeczywiście samej di Lucci nie było coś widać. Szli na oko tam gdzie chyba wcześniej widać było to błyskające ku nieby światło. Też nie byli pewni czy to rzeczywiście ona czy jakieś sztuczki plugawej magii. Jednak na razie jeszcze byli skłonni to sprawdzić. W tej bardzo mglistej scenerii trudno było ocenić odległość. Zwłaszcza jak mgła zaczynała skrywać okolicę już kilkanaście kroków od nich a ze dwa czy trzy tuziny dalej to już w ogóle nie było nic widać.
- Ale świństwo. - mruknął jeden z żołnierzy widząc plamę jakiejś obrzydliwej mazi. Zresztą śmierdziała też obrzydliwie a nad nią unosiły się tłuste, brzęczące muchy. Cała grupka ominęła to o kilka kroków. Mijali kolejne młode drzewka, kępy krzaków nerwowo wypatrując zagrożenia jakie mogło wyskoczyć ze środka. I często zerkając w niebo. To znaczy w górę, tam gdzie powinno być niebo ale zamiast tego była tylko mglista kopuła. Stąd jednak mógł wrócić kolejny atak tego latającego straszydła.
- Cicho! Słyszycie? - któryś z wojaków zastopował resztę. I gdy klekot ekwipunku i kroków umilkł dało się słyszeć rżenie konia. Słyszeli też inne dźwięki które jednak trudno było zinterpretować skąd mogą pochodzić. Co jednak pogłębiało atmosferę niepokoju i niewytłumaczalnego zagrożenia. Wskazywało, że nie są tu sami. To ciężkie, charczące, końskie rżenie było pierwszym w miarę znanym odgłosem. Po jakimś czasie znaleźli konia. To był koń Alezzi, dało się poznać po rzędzie. Leżał jednak na boku i ciężko dyszał. Krwawił z nozdrzy i pyska. Wyglądał na ciężko chorego albo rannego.
Mgła jakby nieco zrzedła i dostrzegli proste linie zwiastujące jakąś konstrukcję. Tam wśród tych nieznanych ruin znaleźli Alezzię. Już nie była taka nieskazitelnie czysta i schludna jak wcześniej. Siedziała na dawnym klepisku porośnietym obecnie trawą przemieszaną z kałużami wody i błotem. Z ust i nosa ciekła jej krew jaką pewnie co jakiś czas ścierała bo dłoń i rękaw jasnej sukni też miała zakrwawione. Co jakiś czas z ust i nosa pojawiały się banieczki krwawej piany o uczona dyszała ciężko podobnie jak jej koń. Mimo to z jej oczu biła determinacja.
- Jesteście… - wyharczała i zamilkła na kilka oddechów. - On tu jest. Albo ona. Ktoś od nas. Z Kolegium. Wyczuwam jego moc. Wciąż walczy. - wychrypiała ciężko i znów zamilkła aby nabrać siły.
- Walczy z plugastwem. Musimy mu pomóc. To potężny sojusznik. Sami widzicie… Tyle czasu… A sługi ciemności nie mogą dać mu rady… - dorzuciła i zrobiła ciężki ruch ręką jakby chciała wskazać dookoła.
- Tu lata jeden z nich… Ale nie mogę go sięgnąć. Za wysoko. - wysapała znowu wskazując tym razem gdzieś do góry. - Musimy się zaczaić. Tam są schody. - wskazała gdzieś w bok dawnych ruin.

https://i.imgur.com/0frqhrB.jpg
Gdy tam spojrzeli rzeczywiście było widać jakieś nie wiadomo jak stare kamienne schody jakie prowadziły gdzieś w górę. Porośnięte mchem i z kępkami trawy. Trudno było teraz stwierdzić co to niegdyś mogło być.
- Pomóżcie mi wejść na górę. Może z góry go sięgnę. Zaskoczę. Tylko ktoś musi zostać tutaj. Na dole. Aby go zwabić. - wysapała zaczerwieniona z wysiłku uczona. Twarz miała pokrytą nie tylko krwią z ust i nosa ale też błotem i drobnymi zadrapaniami.
-
Złowrogi cień sunący ma głowami był coraz większy i Tobias wypuścił powietrze z płuc tuż przed strzałem. Ale ten nie nastąpił.
- Czyżby Bogowie mnie przeklęli? - pomyślał gdy łuczysko szarpnęło jego ramieniem, gdy pozbawione cięciwy gwałtownie wyprostowało się. Chwilę później już kulił się starając się chronić uszy przed przeraźliwym skrzekiem demonicznej istoty.
Kiedy oddaliła się i ból w głowie i uszach ustał Tobias szybko pozbierał się i rozejrzał wokół. Mężczyźni wokół byli żywi, ranni ale żywi. Ktoś krzyknął, dopiero po chwili dotarło do Tobiasa co. Wszyscy ruszyli przed siebie w gęstą mgłę. Łucznik spojrzał na pękniętą cięciwę i wymacał w kieszonce zapas który zawsze nosił ze sobą. - Uff, jest.
Dotarli w końcu do jakiś ruin, wśród których znaleźli Tileańską czarodziejkę. Tobias podziękował w duchu Taalowi. Kto by się spodziewał że zwiadowca będzie się cieszył na widok maga. Wujaszek by go skarcił za samą myśl. Nie wyglądała dobrze, ale w jej oczach ciągle można było dostrzec siłę i hardość.
Oszczędnie ich przywitała i choć Tobias nie rozumiał większości z tego o czym mówiła, był gotów u jej boku na wszystko co czekało na nich. I może zemści się na tej małej latającej suce. Ale wpierw musiał doprowadzić Duivela łuk do porządku. Usiadł na schodach na których zaparł jeden koniec łuczyska i po tym jak zahaczył na nim cięciwę powoli zaczął go wyginać. Robił to już nie raz ale teraz czuł każdą ranę otrzymaną do tej pory i przez myśl mu przeszło że może mu się to tym razem nie udać. Walczył zaciekle z drzewcem kiedy nagle poczuł jak czyjaś ręka chwyta za łęczyńsko. Stefan po raz kolejny raz okazał się dobrym kompanem.- To kto wystawia się na wabia? rzucił Tobias. Wiem, miałem się trzymać blisko Was, to może zostaniemy z Duivelem we trzech na dole?
-
Widząc resztę grupy ruszająca biegiem za Duvielem Stefan zacisnął zęby i ruszył za nimi mając nadzieje że nie wpakują się w sytuacje gdzie od przodu spotkają kolejnych wrogów a latadło wytnie ich od tyłu.
Zrównał się krokiem z Tobiasem i razem z nim podążył za resztą rozglądając się uważnie na wszystkie strony i zwracając uwagę na reakcje Azura mogące alarmować o czyjejś obecności.Widząc śmierdzącą plamę Stefan starał się trzymać się od niej jeszcze dalej niż reszta. Nie wiedział co w niej dokładnie widział ale wywołała w nim niepokój i wspomnienia o jednym z zadań dla świątyni Pani Miłosierdzi, musiał wtedy pilnować kwarantanny wsi w której banda kultystów wywołała epidemię. Tak jak w niejednym koszmarze przypomniał sobie błagania zrozpaczonych wieśniaków chcących aby wypuszczono z osady dotkniętej straszliwą zarazą. Płacz dzieci i zawodzenie matek chcących aby ocalić chociaż ich dzieci...wszystko urywane bezwzględnym rozkazem dowódcy o tym że każe strzelać do każdego kto spróbuje opuścić wioskę. Niemal wszyscy wymarli w straszliwych męczarniach mimo pomocy udzielanej przez sługi świątyni. Te mroczne wspomnienia prześladowały go aż znaleźli biednego konia magiczki. Jeager przykląkł przy koniu i miał zamiar w pierwszej chwili skrócić jego męki ale doszedł do wniosku, że jeśli zaraz znajdą di Lucci to może ta da rade uleczyć swojego wierzchowca. Dlatego pogładził konia z troska po głowie po czym uważając na to żeby nie zostać przez niego kopnięty spróbował zabrać z konia sakwy czarodziejki pomny tego, że ta może ich potrzebować i dołączył do reszty.
Kiedy zobaczyli Alezzię wśród ruin Stefan ruszył w natychmiast w jej stronę rozglądając się uważnie w poszukiwaniu tego kto tak urządził czarodziejkę.
Przyklękając przy niej i kładąc przed nią sakwę z jej rzeczami słuchał jej słów jednocześnie cały czas na przemian obserwując okolice i przyglądając się jej rana aby przygotować się do leczenia.
Kiedy ta powiedziała że chce aby zaprowadzić ja na wieże żeby zaatakować latającego stwora Stefan szybko odpowiedział ściszonym głosem.- Pani pomożemy Ci jak tylko damy radę, ale sama chyba przyznasz, że ledwo żyjesz? Nasi ludzie też są poranieni i to jak podejrzewam m.in. przez tego samego potwora. Jeśli mamy mieć szanse pomóc temu magowi o którym mówisz Pani to musimy Cię najpierw poskładać do kupy w jakimś bezpiecznym miejscu. Czy wiesz Pani czy w tych ruinach jest bezpiecznie, nie ma żadnych wrogów?
-
Elf mknął przez mgłę choć jego bieg nie był naturalnie szybki jak zwykle. Spowalniała go gęsta mgła przez którą ciężko było coś zobaczyć, ale przede wszystkim dziwny ból głowy wciąż go otumaniał. Mijał śmierdzące bagna aż w końcu usłyszał coś co przypominało dźwięk wydawany przez konia. Znał ten przykry odgłos. W swoim krótkim elfim życiu, które dla człowieka wydawało się już wyjątkowo długie, był już obecny przy zdychającej chabecie. Nie był to nigdy miły widok, tak samo jak i teraz. Domyślił się jednak, że to koń magini, więc jest jeszcze dla niego szansa. Jeśli oczywiście i oni przeżyją. pierwszy raz od dawna został zraniony, a przyczyniło się do tego też zwykłe ugryzienie psa.
Słyszał zasobą głos Huga, który zapewne usłyszał odgłosy zdychającego konia. Jednocześnie mgła jakby zaczęła się przerzedzać, a to był raczej dobry znak. Zobaczył w końcu ją. Siedziała umorusana w błocie i krwi, ale mimo widocznego zmęczania wciąż biła od niej determinacja.- Jesteśmy Alezzio - powiedział na tyle głośno aby ona jak i reszta towarzyszy go usłyszała.
Magini opowiedziała powoli swoją historię. Duivel miał czas na przetworzenie informacji gdyż świetlista Pani ewidentnie potrzebowała czasu aby zrobić oddech. Jednak gdy wskazała na schody, a Tobias i Stefan wypowiedzieli się, to sam się otoś odezwał jakby uniemożliwiając odpowiedzenie na zadane przez towarzyszy pytania.
[i]- Panowie! Niech ktoś pomoże Tobiasowi z łukiem! Jak się z tym uporacie to zgodnie z sugestią Tobiasa, on i Stefan tu zostaną, ale ja idę na górę. Hugo wyznacz kogoś by wsparł naszą dowódczynię i pomógł jej wejść po schodach. Na miejscu liczę na pomoc z waszej stronie w opatrywaniu Pani di Luccimówił elf wielce przekonany co do tego co przekazuje innym. Nie był doświadczony w wydawaniu poleceń, ale czuł, że sytuacja wymaga zdecydowanych ruchów. Sam będąc na górze i po próbie udzielenia pierwszej pomocy magini, znów złapał za łuk i byl gotowy wystrzelić gdy tylko zauważy zbliżającego się wroga.
-
Oryginalny tytuł: Tura 27 - 2521.04.31; wlt; południe
Miejsce: pd-zach Ostland; pogranicze z Hochlandem; rz. Wolf; Górski Bród; okolice brodu
Czas: 2521.04.31; Wellentag; południe
Warunki: - ; na zewnątrz: dzień, zachmurzenie, sła.wiatr; chłodno (0)Główna grupa
Na miejscu odnalezienia bladolicej czarodziejki zapanowało zamieszanie. Chyba wszystkich w jakimś stopniu zaskoczył jej widok. Czy też może raczej stan w jakim ją znaleźli. Ciężki oddech i ból słyszalny w głosie, cierpienie wymalowane na młodej twarzy. Sama twarz i biała suknia były sponiewierane krwią, brudem i błotem. A magini już nie wydawała się tą szlachetną i pewną siebie damą jaką śmiało wykrzykiwała rozkazy z siodła. Tylko zwykłą śmiertelniczką opartą o truchło pradawnej ściany jaka gdy oberwie to dopada ją słabizna taka sama jak zwykłych wojaków. No i zabrakło jej jak i porucznika Ferro którzy zwykle odkąd odłączyli się od głównej kolumny wydawali polecenia i mieli na tyle autorytetu, że pozostali je wykonywali. Miecznicy popatrzyli na siebie nawzajem niepewni co teraz robić. Trójka zwiadowców chociaż bardziej zdecydowana to rozsypała się po różnych zajęciach. Tobias zajął miejsce na dole schodów i zaczął się mocować ze pożyczonym od elfa łukiem. Duivel powiedział aby któryś z nich mu pomógł ale Stefan ich ubiegł. Włócznik odłożył swoją główną broń i tarczę i nachylił się any pomóc koledze w tych zmaganiach z opornym kawałkiem drewna. Hugo i pozostała dwójka mieczników obserwowała te zmagania, to charczącą magiczkę, to stojącego elfa, to otaczające ich mgłę i krzaki.
- Tu ta mgła jest chyba trochę rzadsza. Dalej widać. - powiedział Hugo chyba po to aby powiedzieć cokolwiek. Leśny elf jaki chwilowo nie był niczym zajęty mógł się zgodzić z takim wnioskiem. Rzeczywiście było tu trochę dalej widać niż na tej porośniętej krzakami i młdonikiem polanie przez jaką do tej pory szli.
- To to miejsce… Niegdyś święte… Zostało zbrukane… Ale nie całkiem… Część pradawnej mocy wciąż… Promieniuje… I rozprasza część plugawych mocy… - wyszeptała magiczka potwierdzając spostrzeżenia kaprala mieczników. Ten pokiwał głową ale jak elf mógł poznać po minie to chyba sam nie był pewien czy go ucieszyła czy zmartwiła ta wiadomość. Zresztą jego chłopców podobnie.
Tobias czy Stefan byli zbyt zasapani i zaczerwienieni z wysiłku aby widzieć ich twarze. Co nie zostało powiedziane na głos to do nich nie docierała. Za bardzo pochłaniała ich walka z opornym łuczyskiem. Długotrwałe napinanie nieco je odkształciło ale nadal przypominała nieco wygiętą laskę czy tyczkę a nie łuk. Trzeba było siłą mięśni ją napiąć ponownie i potem z pomocą łuczniczych palców umocować cięciwę na swoim miejscu. Zmagali się mocno ale widocznie im się pofarciło bo już druga próba Tobiasa zaowocowała, że umieścił cięciwę na miejscu. Jeszcze trochę wysiłku aby ją tam utrwalić i wreszcie mogli się wyprostować z dumą. Czerwoni z wysiłku i z potem perlącym się na czole i plecach ale jednak łuk jaki elficki kolega pożyczył Tobiasowi znów wyglądał jak łuk. A nie nieco wykrzywiona tyczka.
Teraz Stefan mógł się zająć ranną magiczką. Podszedł do niej, uklęknął aby zobaczyć jej rany. No i zaczął wyjmować z torby potrzebne przybory. Widząc to Duivel podszedł do niego aby mu pomóc w tym zajęciu. Zawsze to było łatwiej pracować na żywym ciele lżej na cztery niż dwie ręce. Zwłaszcza jak obie osoby miały pojecie o tym co robią i mogły sie wspomagać. Jedna mogła odchylić ranę a druga ją oczyścić. Albo przejąć opatrunek z tej przeciwnej strony i oddać po tej pierwszej gdy się komuś opatrywało korpus. Tobiasowi zaś zostało towarzyszenie Hugo i jego miecznikom. Więc do niego zwrócił się Hugo.
- My nie mamy nic do strzelania. Póki ta poczwara nie będzie na wyciągnięcie miecza to nic jej nie zrobimy. - powiedział do Ostlandczyka z już naprawionym łukiem. Wymownie zamachał swoim orężem aby pokazać, że w porównaniu do zasięgu rażenia łuku to oni mają mocno ograniczone możliwości. A międzyczasie kazał jednemu wejść na szczyt wieży, dwóm pozostałym stanąć po przeciwnych stronach mniej więcej prostokątnych ruin aby mieć baczenie z każdej strony. No i mogli słuchać bolesnych posykiwań i pojękiwań opatrywanej magiczki przetykanej rozmową ze Stefanem.
- Nie wiem co to za ruiny… Koń mnie tu poniósł… Tu stawiłam opór latającemu maszkaronowi… Nie sprawdzałam ruin ale nic mnie stąd nie zaatakowało… Ten maszkaron wróci, to pewne… - wysapała jasnowłosa milady zmagając się z bólem. Opatrywanie ran nie było przyjemne dla żadnej ze stron. Zwłaszcza jak poszkodowaną była piękna, młoda kobieta to na jej cierpienie było ciężko patrzeć. Ale użyta z manierek woda wzmocniona ziołami i opatrzona bandażami wydawała się wzmacniać czarodziejkę. Z bliska było widać jak rumieńce wysiłku na jej licu powoli zaczynają blednąć a ciężki, rwany oddech nabiera regularności. Z bliska było też czuć kwiatowy aromat jej perfum jakiego do tej pory nie dało się wyczuć. I wskazywał na zakazaną zwykle bliskość na jaką poza małżonkami nie było miejsca u obyczajnych obywateli.
Ale pomogło. Alezzia di Lucci złapała się za zraniony ale już opatrzony bok i spojrzała w to miejsce. Na białej sukni wciąż było widać błoto i zacieki ale pod nią widać było świeży opatrunek. Białowłosa spojrzała w gdzieś w dal i na próbę wzięła kilka głębszych oddechów. Charczenie zniknęło z jej oddechu i to ją uspokoiła.
- Dziękuję wam. Nie wiem jakbym sobie poradziła sama. Ale to jeszcze nie koniec. Ta poczwara tu wróci. Proszę pomóżcie mi wstać. - elfa i ostlandzkiego włócznika obdarzyła bladym ale ciepłym uśmiechem. I wyciągnęła dłonie aby pomogli jej wstać. Wciąż były lepkie od brudu i własnej krwi co nieco psuło przyjemność dotyku delikatnej, kobiecej dłoni. Wstała z ich pomocą jeszcze chwiejnie i syknęła cicho z bólu. Ale gdy oparła się dłonią o ścianę to pomogło jej odzyskać równowagę.
- Już mi lepiej. Dziękuję. - powiedziała cicho. Znów wzięła głębszy oddech i popatrzyła na swoje pobrudzone błotem i krwią dłonie. Powiedziała coś cicho w dziwym języku co brzmiało jak słowo czy dwa. Jej dłonie ożyły jak rozświetlone wewnętrznym blaskiem jaki pochłaniał ten ziemski brud. I po chwili miała już dłonie tak czyste jak zawsze gdy dotąd ją spotykali. Sama magiczka uśmiechnęła się do tego jakby sprawiło jej to drobną przyjemność. Spojrzała na Stefana i Duivela.
- Jesteś ranny. Masz wewnętrzne rany. Od tego maszkarona. - odezwała się patrząc na elfa. Na jego korpus jakby była w stanie dostrzec co on ma tam w środku. Po czym znów coś powiedziała szybki i w obcym języku. Przyłożyła dłoń do jego piersi i znów spłynęło z niej światło jakie wniknęło w głąb Duivela. Ten czuł jakby tam przeniknęło do niego jakieś przyjemne ciepło. I rozlało się tam czymś kojącym. Odrętwienie i ból jaki odczuwał od ataku latającego maszkarona zbladł a w końcu całkiem ustąpił. Chociaż na zewnątrz nie widział żadnej zmiany. Zresztą Stefan jaki stał obok niego też nie. Ot kula światła wniknęła w ciało elfiego kolegi i tam zniknęła. Nic więcej nie było widać. Chwila spokoju i błogości szybko poszła w zapomnienie gdy rozległ się okrzyk któregoś z żołnierzy.
- Leci! Leci! To straszydło! Leci tutaj! - okrzyk wtargnął w scenę wewnątrz ruin. Magiczka jak się okazało odzyskała nie tylko siły fizyczne ale i zdecydowanie.
- Tobias! Zostań na dole! Utrzymaj pozycję tak długo jak dasz radę! Jeden czy dwa okrzyki powinieneś wytrzymać a potem schowaj się gdzie dasz radę! - spojrzała na tropiciela mocnym spojrzeniem. Może dlatego, że niedawno sam proponował aby tu zostać. I mogła to usłyszeć.
- Dobrze aby ktoś dotrzymał mu towarzystwa. Powinien zaatakować każdy widoczny cel ale im więcej tym większa szansa, że się skusi. - zwróciła się do dwóch zwiadowców i czwórki mieczników. Sama zaś pobiegła w górę kamiennych schodów na jakich zdążyły wyrosnąć kępki mchu i trawy.
- Wy się chłopcy schowajcie. Dobrze aby ktoś miał nas pozbierać. Jak będzie po wszystkim. - Hugo powiedział cicho i z rezygnacją do swoich mieczników. Ci wahali aię ale tylko przez chwilę. Po czym kiwnęli głowami i pobiegli schować się w głąb załomów ruin czy pod schodami. Zaś kapral mieczników stanął obok Tobiasa i wpatrywał się w zamglone niebo skąd powinno nadlecieć zagrożenie. Tak jak mówił póki wróg nie był na wyciągnięcie ostrza nie mógł nic poradzić. Ale na wabia razem z łucznikiem stanąć mógł. Ten z bliska słyszał jak ten mamrocze pod nosem. Albo się modli nerwowo ściskając dłoń na rękojeści miecza. Albo się wydawało albo słychać już było szum powietrza zwiastującego ruch.
Mecha 27
Naciąganie cięciwy łuku (KRZ)
Tobias KRZ 40
pomoc Stefana +10razem: 40+10=50
rzut: https://orokos.com/roll/995860 32
wynik: 50-32=+12 = ma.suk > udało się naciągnać cięciwę b.szybko
Leczenie ran (INT + leczenie)
Stefan INT 40
pomoc Duivela +10
s.ciężki -20
polowy brud -10razem: 40+10-20-10=20
rzut: https://orokos.com/roll/995861 83
wynik: 20-83=-63 = du.por > mod -2 (rzut k6:6 > -2+6=+4 HP) Alezzia 6+4=10/12
-
Duivel był przekonany, że odniesione rany przeszkodzą mu w wykonywaniu prostych czynności. Tak też się działo i dlatego przy leczeniu magini jedynie asystował Stefanowi. W takich chwilach wszelkie niesnaski odchodzą na bok, liczy się większe dobro i wspólny cel. Przynajmniej tak postrzegał to elf. Pierwsza pomoc dla Alezzi przyniosła widoczne rezultaty. Najważniejsze, że mogła znów spokojnie złapać oddech.
- Jak dobrze usłyszeć poprawę- elf szybko zagadał do di Lucci gdy usłyszał jej czystszy oddech.
Magini dosłownie po chwili zwróciła się do niego i zrewanżowała się za wyleczenie. Duivel już kiedyś zaznał podobnego uczucia, gdy jego ówczesna partnerka Elysia Windrider uleczyła go po jednej z jego wypraw. Wówczas pomagał swojemu wujowi i wraz z kuzynem Hal'ilem wybrał się jako ochrona karawany kupieckiej do granicy z Hochlandem. Sama podróż przebiegała pomyślnie, ale samo przekazanie opieki nad karawaną tym razem nie poszło po ich myśli. Okazało się, że bandyci zabili ludzi najętych do ochrony w Hochlandzie i to samo chcieli uczynić z nimi. Po ciężkiej bitwie, udało im się ujść z życiem, jednak ponieśli spore straty zarówno w ludziach, towarze, jak i sami doznali licznych obrażeń. To wszystko działo się jakieś 30 lat temu, co dla elfa nie było jakoś odległą historią i stąd kojarzył to niesamowite uczucie wyleczenia dzięki magii.
Nie mógł jednak w pełni wrócić do tych wspomnień, gdyż nagle Alezzia krzyknęła. To potwór znów zmierzał w ich kierunku.- Nie traćmy czasu!! Ja biegnę za Alezzią, wy zróbcie co uważacie za słuszne...- krzyknął do Stefana i Tobiasa, a sam niewiele się zastanawiając pobiegł zaraz za maginią na górę trzymając już łuk w ręku.
Gdy już byli na miejscu, wyciągnął strzałę aby móc przymierzyć i strzelić w potwora. "Tym razem na pewno go dopadne" pomyślał pewny siebie. Dlatego też pobiegł na górę, aby wyrządzić jak najwięcej szkody bestii, która raczej nie spodziewała się, że może być zaatakowana z dwóch stron. Miał zamiar oddać mierzony strzał, a może nawet i kilka, jeśli uda mu się błyskawicznie przeładować, a raczej dobyć kolejną strzałę.
-
Stefan z wielką ulga przyjał pomoc Duviela przy opatrywaniu rannej czarodziejki, ale doskonale zdawał sobie sprawę że ich zabiegi na niewiele się zdały w obliczu wewnętrznych obrażen które odniosła cudzoziemka. Sądził że w trakcie opatrywania uda mu się zadać kobiecie kilka pytań na temat tego co się z nią działo, co mają zrobić aby pomóc wspomnianemu czarownikowi aby tylko wspomnieć o pierwszych pytaniach z brzegu które do niej miał ale szybko przekonał się że nie ma na to najmniejszych szans jeśli nie chce jej zrobić poważnej krzywdy rozpraszając swoja koncentracje.
Był więcej niż uradowany widząc, że Alezzia mimo średniej roboty jaką udało mu się wykonać przy jej obrażeniach wydała się odzyskać choć trochę sił. Właśnie miał zadać jej pytanie na temat tego komu miałaby być poświęcona świątyni, gdy czarodziejka rozpoczęła swoje magiczne zabiegi, oczyszczenie siebie samej z brudy było widowiskową ale koniec końców igraszką w porównaniu z uleczeniem(bo Stefan był pewien na pierwszy rzut oka że stan elfa znacznie się poprawił po tym co zrobiła czarodziejka) Duiviela.
Podziw dla jej magicznej sztuki zabrał mu kilka kolejnych sekund w których nie udało mu się zadać żadnych pytań, dopiero po chwili zrozumiał jak cenne były to sekundy, kiedy rozległ się alarm o zbliżającym się potworze. Stefan natychmiast poderwał się z ziemi rozglądając się oraz jednocześnie słuchając poleceń czarodziejki. Słysząc jej słowa do Tobiasa, natychmiast spojrzał na tego i przypomniał sobie szczęki tamtego potwora szarpiące jego ciało i wiedział od razu co powinien zrobić:
Ja zostanę tutaj Pani, Tobias przyda Ci się bardziej na wieży - spoglądając na myśliwego uśmiechnął się i dodał - Teraz pora na mnie żebym znalazł sobie jakiegoś nowego“przyjaciela”.
Nie tracą czasu podczas mówienia spojrzał na zostającego na dole Hugo po tym na wieże po czy pobiegł aby ustawić się tak aby znajdowali się po przeciwnych stronach wieży. Po tym oparł swoją włócznie o ścianę i z łukiem w ręku zaczął udawać że przygląda się jakimś rzeczą na ziemi aby sprawiać wrażenie zaskoczonego przez potwora w trakcie jakiś zadań. Jednocześnie rozpoczął krótką modlitwę do Sigmara w której prosi o Siłę i zwycięstwo w nadchodzącym starciu. -
Ramiona Tobiasa paliły żywym ogniem gdy cięciwa znalazła się na swoim miejscu. Przez moment łucznik bał się że otworzyły się rany zadane mu przez ogara chaosu. Podziękował Stefanowi za pomoc, wstał i napiął łuk, zadowolony z rezultatu. Po czym rozejrzał się po okolicy, wcześniej nie zawracał sobie tym głowy. Zastanawiał się co przed wiekami tu stało, czy było to ludzka czy elficka budowla, jakie historie pamięta.
Napięcie wśród żołnierzy można było - jak tą mgłę - kroić nożem. Wszyscy poza czarodziejką rozglądali się nerwowo oczekując zagrożeń dosłownie z każdego kierunku. Tileanka, po tym jak otrzymała pomoc od Duivele i Stefana (sama odwzajemniła ją, magicznie lecząc rany) wstała i spojrzała po swoich podwładnych. Miała plan. Rzuciła polecenia głosem silnym i zdecydowanym ale Tobias już wiedział, że może być to tylko dla podniesienia morale, które zostało mocno nadszarpnięte przez szaleństwo porucznika i walkę z dwoma demonami. Zwiadowca zaproponował że zostanie na dole jako ‘wabik’ na latającego stwora i zamierzał wypełnić tą rolę pokrzepiony słowami czarodziejki. A propozycję Stefana zbył uśmiechem i machnięciem ręką.- Nie bracie, tym razem staniemy razem naprzeciw tej bestii.
Stefan kiwnął porozumiewawczo głową, którą chwile później zadarł, i Tobias uczynił to samo, napinając łuk do strzału. Ciemny, niepokojący kształt ukazał się, zbliżając się do nich nieuchronnie.
-
Oryginalny tytuł: Tura 28 - 2521.04.31; wlt; południe
Miejsce: pd-zach Ostland; pogranicze z Hochlandem; rz. Wolf; Górski Bród; okolice brodu
Czas: 2521.04.31; Wellentag; południe
Warunki: - ; na zewnątrz: dzień, zachmurzenie, sła.wiatr; chłodno (0)Główna grupa
Od okrzyku ostrzegawczego jednego z mieczników Theiss upłynęła tylko chwila gdy płaski kształt ukazał sunący w powietrzu ukazał się śmiertelnikom. Duivel zdążył wbiec na pradawane schody zaraz za jasnowłosą magiczką. Stefan zdążył odłożyć tarczę i włócznię aby wymienić je na łuk i stanąć obok Tobiasa i Hugo. I tyle. Zza narożnika budynku już ukazał się ów mieniący się kolorami kształt. Szybujący w powietrzu koszmar z innego świata jaki chyba tylko przez porównanie do czegoś znajomego mógł przypominać cokolwiek. Było w nim coś tak odrażającego, obcego i jednocześnie majestycznego, że śmiertelnicy na moment zawachali się. Wcześniejsze spotkanie z tym stworem na polanie zaskoczyło ich na tyle, że nie mieli czasu przyjrzeć mu się. Dopiero teraz, jak mgła wydawała się wokół ruin rzadsza niż na polanie pozwalała dojrzeć ten kształ w całym majestacie. Stefana przeląkł ten widok. Zaschło mu w gardle i poczuł suchość w ustach na myśl z jak obcym stworzeniem mają tu do czynienia. Myśl aby dać sobie spokój i schować się gdzieś gdzie miecznicy albo gdziekolwiek indziej nagle wydała mu się całkiem rozsądna. Ale wziął się w garść i uniósł łuk aby wymierzyć w latacza chociaż brakowało mu pewności siebie jaką okazywał jeszcze przed chwilą. Tobias też miał okazję aby skorygować swoje drugie wrażenie na temat tego czegoś. Co prawda pierwszy dostrzegł to straszydło niedawno na polanie ale wtedy wszystko było zbyt szybko aby się temu czemuś przyglądać. Ot, strzelał prawie odruchowo bez zastanawiania się. Teraz jednak stwór nie zjawił się tak nagle gdy powietrze było tu czystsze i też poczuł zaniepokojenie na myśl z czym mają tu do czynienia. Jednak bez wahania zdołał unieść broń i naciągnąć cięciwę do pierwszego strzału. Nerwowe mamrotanie Hugo jaki stał obok nich i ściskał miecz w dłoni tylko potwierdzało, że na nim poczwara też wywarła spore wrażenie. Tyle, że on swoim mieczem nie miał jak jej sięgnąć.
Na wieży zaś Alezzia sapnęła cicho widząc jak potwór pojawił się ponownie. Chyba ich jeszcze nie zauważył i kierował się ku kolegom jacy zostali na zewnątrz mężnie przyjmując rolę wabika. Ale jasnowłosa wydawała się zdawać sprawę z powagi sytuacji ale trzymała nerwy na wodzy okazując przede wszystkim skupienie i dyscyplinę zachowania ciszy aby nie zepsuć planowanej zsadzki. Duivel za to nie dostrzegł w tym stworzeniu niczego więcej niż kolejnej zwierzyny do upolowania. Spokojnie naszykował strzałę ale czekał na sygnał aby nie zepsuć improwizowanego planu zasadzki.
Ta zaś zaczęła się zaraz potem gdy dwaj łucznicy na ziemi puścili cięciwy. Dwa pierzaste pociski pomknęły ku nadlatującemu zagrożeniu. Hugo krzyknął coś dla dodania im wszystkim otuchy. Wtedy też elf posłał swoją pierwszą strzałę a magiczka zaczęła śpiewać albo wierszować coś w dziwnym języku. A gdy już się zaczęło to wszystko przyspieszyło. Łucznicy napinali swoje cięciwy, sięgali po kolejne strzały widząc tą sunącą pod pokrywą mgły bestię. Magiczka śpiewała swoje zaklęcia a i stwór odpowiadał swoim sonicznym atakiem nie angażując się w bezpośrednie starcie.
Latacz nadlatywał wprost na trójkę śmiertelników. Będąc dla nich odkrytym i ruchomym celem. Ale nie zdradzał się jakąś zwrotnością i gwałtownymi manewrami więc nie był aż tak trudny do trafienia. Z pierwszej salwy tylko strzała Tobiasa uktwiła gdzieś w płaskim brzuchu latającej bestii. Alezzia zaś sapnęła z wysiłku ale to słyszał tylko Duivel jaki był obok niej na rozwalającej się klatce schodowej o dziurawych ścianach. - Oh! Silny jest. Mocno zakorzeniony. - te same ściany miały wiele wad jeśli chodzi o zapewnienie kryjówki bo liczne ubytki kamieni sprawiały dość dziurawe wrażenie. Te same dziury jednak zapewniały wgląd na zewnątrz i można było potraktować je jako gotowe strzelnice. Bystry obserwator zapewne mógłby dostrzec ukrywającą się na schodach dwójkę ale potwór albo do takich nie należał albo zbyt absorbowała go walka z tymi co zostali na zewnątrz.
Latające straszydło leciało gdzieś na wysokości na czubków drzew i dachów domów. Takie można było mieć wrażenie. Zbyt wysoko aby sięgnąć je bronią ręczną ale dla łuków to nie była jakaś straszna odległość. Zwłaszcza, że ten nadlatywał w kierunku widocznej przy ruinach trójki mężczyzn. Zaatakował z wysoka tym piskliwym krzykiem jaki jak trafił kogoś bezpośrednio to przypominał uderzenie pięścią w żołądek. Trafieni krzyczeli, zatykali uszy, kulili się i przerywali wszelkie wykonywane czynności. Z początku obaj towarzysze Stefana oberwali czymś takim. Hugo to aż się zatoczył i złapał za nos z którego pociekła strużka krwi.
Zanim się pozbierali na tyle, żeby znów wycelować łuki potwór już prawie nad nich nadlatywał. Posłali kolejne strzały, tak samo jak Duivel ze wieży. De Lucci wciąż śpiewała swoje zaklęcia zmagając się w niewidzialnym dla elfa pojedynku. Ten zresztą był zbyt zajęty strzelaniem z łuku aby przyglądać się jasnowłosej. Zanim latacz im zniknął z pola widzenia i ostrzału widać było, że kilka strzał uktwiło w jego mieniącym się fasetkowymi kolorami cielsku. Coś tam z niego wyciekło, wyparowało czy odpadło. Ale widocznie nie na tyle aby to go zwaliło na ziemię. Tobias ponownie odczuwał zmęczenie i ból z otrzymanych ran a Stefan był w podobnym stanie. Hugo miał pecha i oberwał chyba za każdym razem bo kiepsko wyglądał. Nie miał też jak odpowiedzieć na te ataki póki stwór szybował w powietrzu.
- Ja mam dość. Powodzenia. - mruknął już mocno krwawiąc z ust, nosa i uszu. Odszedł chwiejnym krokiem w stronę ruin gdzie pewnie liczył na znalezienie kryjówki przed dalszymi atakami. Duivel i Alezzia schronieni na wieży odczuwali te ataki potwora dużo słabiej. Też musieli przerywac swoje zajęcia aby złapać się za uszy i często krzyczeć z bólu ale jednak gdy te mijały po chwili oszołomienia mogli znów wracać do strzelania z łuku czy śpiewania zaklęć. Przynajmniej gdy elfowi w ostatnim ataku nie pękła cięciwa gdy posłał swoją ostatnią strzałę.
Ale to nie był koniec walki. Latacz widocznie zrobił nawrót i pojawił się ponownie. Walka zaczęła się na nowo. Teraz na dole zostali już tylko Stefan i Tobias. A na wieży Duivel został pozbawiony swojego łuku jaki bez cięciwy był bezużyteczny. Dwaj łucznicy na dole wznowili ostrzał w stronę nadlatującej bestii. Ta wydawała się mienić kolorami jeszcze bardziej niż wcześniej w jakimś złowróżbnym rytmie czy wzorze. Elf był świadkiem jak jasnowłosa ponownie zaczęła śpiewać swoje zaklęcia. Sądząc po zaciętym i sfrustrowanym wyrazie jej twarzy nie wszystko szło po jej myśli. Ale nie ustawała w wysiłkach. Potwór także nie miał zamiaru przegrać tej walki bo w swoim statecznym majestacie nadlatywał nad cele co jakiś czas wydając z siebie ten piekielny okrzyk jaki osłabiał ciało i ducha śmiertelników. W pewnym momencie zarówno żaden z naziemnych strzelców nie trafił w nadlatujący cel. Jak i latacz jakoś się przeliczył i jego krzyk rozorał ziemię i trawę obok nich nie czyniąc im większej krzywdy niż chwilowy paraliż jaki następował tuż po. Stwór przeleciał nad nimi widzieli tkwiące w nim strzały. Wydawało się, że krwawi jeszcze bardziej niż gdy mijał ich za pierwszym razem. Ale teraz znów oddalał się gdy obaj posłali swoje strzały zanim ten zniknie za rogiem. Obie przeleciały obok nie znikając gdzieś we mgle. Ale zanim straszydło zniknęło z widoku zaskrzeczało boleśnie, szarpnęło się nagle jak ryba wyciągana z wody i w syku mieszaniny obu rzeczywistości znikło z tego świata. Z wieży doszedł triumfujący okrzyk magini.
- Tak! Nareszcie! - krzyknęła radośnie co świadczyło, że chyba wreszcie udało jej się to co zamierzała od początku walki. Jeszcze chwilę widać było jak ta dziwna plama albo dym zawieszony w powietrzu mieni się wieloma obcymi kolorami. Ale stopniowo rzednie zaś stwora nadal nie było widać.
Magiczka zeszła po pradawnych schodach na poziom gruntu. Można było się wreszcie spotkać po walce i rozeznać jak komu poszło. Obaj łucznicy zostali ranny ale chociaż ich bolało to nie na tyle aby wyłączyło ich to z walki. Ten krzyk był dokuczliwy i w chwili ataku trudno było ustać w miejscu ale zabijał powoli i po kawałku. Atmosferę zwycięstwa zepsuły im krzyki Hugo jakie ich zwabiły do trupa jednego z mieczników. Znaleźli go pośród kolegów gdzie ukryli się w rozwalonej piwnicy dawnych ruin. Żołnierz wpatrywał się w mgłę ponad ruinami martwymi oczami i broczył krwią z poderżniętego gardła. Był martwy. Zaś dwaj jego koledzy kłócili się ze swoim kapralem, że nie mają pojęcia co tu się stało.
Mecha 28
Test strachu: latacz (SW)
Tobias SW 35; rzut: https://orokos.com/roll/996259 53; 35-53=-18 > ma.por = zaniepokojeniie 0 (zdenerwowanie)
Stefan SW 35; rzut: https://orokos.com/roll/996260 80; 35-80=-45 > śr.por = obawa -5 (stres)
Duivel SW 40; rzut: https://orokos.com/roll/996261 6; 40-6=+34 > śr.suk = zuchwałość +5
Alezzia SW 45+5+10=60; rzut: https://orokos.com/roll/996262 36; 60-36=+24 > ma.suk = wzięcie się w garść 0 (norma)
-
- Panowie, nie czas na kłótnie! Musimy rozwikłać zagadkę morderstwa, a denatem zajmiemy się po bitwie, bo na pewno nie jest skończona! Żeby Was czymś zająć to proszę jednego z Was o naprawę mojego łuku. Jeden z Was napnie ten kawał drewna, a ja nałożę cięciwę. Tobiasie i Stefanie, Panowie tu przydadzą się Wasze zdolności łowców. Co zabiło naszego towarzysza?? Tobie Hugo też spróbujemy pomóc, może Ty Pani? - elf mówił donośnie, ale spokojnie, a na końcu zwrócił się do Alezzi z lekkim skinieniem głowy wyrażającym szacunek.
Miecznicy popatrzyli na siebie i jeden z nich podszedł do blondwłosego elfa z nietypowym dla swojej rasy zarostem aby mu pomóc z tym napinaniem cięciwy. Podobnie jak niedawno Stefan pomagał Tobiasowi w podobnym przypadku. Świetlista magister zaś podeszła do zabitego żołnierza, uklękła przed nim i zaczęła go oglądać przesuwając po jego ciele dłońmi i mrużąc w skupieniu oczy. Hugo widocznie musiał poczekać.
Stefan widząc skupioną nad zabitym czarodziejkę, przybliżył się do niej i cicho wyszeptał do niej
- Pani, czy możesz sprawdzić czy ktoś wśród nas nie jest kontrolowany wrogą magią? - Po zadaniu pytania zwrócił się do elfa doniośle, chcąc dać magiczne chwile czasu na zastanowienie oraz przykryć znacznie ważniejszą konwersacje niewinną rozmową.
- Przyjrzymy się ciału, ale prosiłbym abyście w tym czasie zabezpieczyli nas przed dalszymi atakami i zabezpieczyli przejście - wskazał wymownie głowa na wyjście prowadzące w nieznane z piwnicy po czym dodał - Macie w ogóle jakieś pochodnie albo świece? Po ciemku trudno będzie tutaj coś dojrzeć wartościowegoDuivel wysłuchał Stefana i szybko odpowiedział
- Teraz naprawiam łuk, a potem chcę sprawdzić co tu się wydarzyło. Ja tam widzę tutaj dość dobrze, rozejrzę co się stało.-
Gdy w końcu udało się wygiąć odpowiednio łęczysko, a cięciwę odpowiednio napiąć na gryfach, elf przełożył broń przez plecy i zaczął rozglądać się po piwnicy. Dostrzegł liczne ślady butów w tej piwnicy, ale mniej więcej na oko elfa to pasuje do kilku osób jakie kręciły się tu jakiś czas, czyli od początku walki do teraz. Było to niepokojące, bo nie zauważył obcych śladów, a prowadziło to do przemyśleń o mieszaniu w myślach. Wzdrygnął się i rozglądał dalej. Szybko zwrócił uwagę na kilka przejść do innych piwnic, ale na razie nie chciał iść tam bez rozkazów Alezzi. Znalazł w końcu i narzędzie zbrodni, nóż miał na sobie jeszcze świeżą krew, a co gorsza wyglądał jakby znajomo. Szybko przypuszczenia Duivela się sprawdziły gdyż jeden z mieczników miał psutą pochwę na nóż. W głowie brodatego elfa pojawiły się trzy rozwiązania: mógł go zabić, bo np. denat przespał się kiedyś z jego żoną, albo znowu czarownica zaatakowała, no albo wyjątkowo dobry zabójca przyszedł po cichu, wyciągnął nóż, zabił, rzucił tu nóż i poszedł i nikt nie był w stanie tego usłyszeć. Z jego punktu widzenia, najlepiej jakby to było morderstwo z zazdrości, ale jednak był to również najmniej realny scenariusz. Zwrócił się do miecznika z pustą pochwą po nożu, jednocześnie stając tak aby zakryć nóż.
- Hej, kolego! Jak się czujesz? Głowa Cię nie boli? Hej i czemu nie masz noża?! Duivel udawał jakby dopiero teraz zobaczył brak broni. Nóż spod stopy kopnął w kierunku Alezzi, żeby pokazać co znalazł.
- Dobra, musimy wziąć się w garść i pójść w kierunku maga o którym mówiła Alezia, Pani jakie rozkazy? - wciąż jednak obserwował miecznika bez noża -
Tobias przełknął głośno ślinę widząc wyraźnie kształt istoty zbliżającej się do nich. Szeroki, wężowy kształt z błoniastymi, niby-skrzydłami, kolcami wyrastającymi obok jego otworu gębowego i na końcu długiego ogona. Łucznik zdawał sobie sprawę że patrzy na demona, kiedy końcówkę grotu skierował na błoniasty brzuch bestii. Ręka mu nieznacznie drżała ale jakimś cudem udało mu się stwora trafić. Później było już tylko gorzej. Ranna bestia zawyła przeraźliwie i z uszu Tobiasa, jak i jego towarzyszy pociekła krew kiedy wysokie tony raniły uszy żołnierzy. Wszyscy krzyczeli a najgłośniej miecznik który został ze zwiadowcami na dole. Demon przeleciał dokładnie nad nim, a kiedy bestia zawracała duży kołem obaj zwiadowcy wzięli się w garść i przygotowali kolejne pociski do strzału. Bez powodzenia tym razem. Mieli jednak nadzieję że odwrócenia uwagi stwora da jakąś przewagę ich towarzyszom na górze...
Czarodziejka chyba była zadowolona bo aż krzyknęła z zachwytu a demon zniknął. Czy został odesłany w niebyt, czy Alezzia go tylko przepędziła, tego Tobias nie mógł wiedzieć. Walka się skończyła i to było najważniejsze. Mimo że zwiadowca czuł się niezbyt dobrze sprawdził co ze Stefanem ich towarzyszem który odważnie stanął razem z nimi 'na wabia'
Wtem usłyszał - mimo dzwonów w uszach - jakąś ostrą kłótnię żołnierzy, w miejscu gdzie się ukryli. Najwyraźniej jeden oskarżał drugiego o poderżnięcie gardła drugiemu!
Wyraźny ślad krwi na nożu, który musiał należeć do jednego z żołnierzy, mówił sam za siebie. Ale Tobias podejrzewał jakieś magiczne sztuczki, jak te z sierżantem.
Magini! - zwrócił się zwiadowca do Alezzi - Czy możesz sprawdzić w jakiś sposób, czy żaden z nas nie jest pod wpływem jakiejś magii? Nie możemy kontynuować naszej misji, jeżeli w naszych szeregach jest wróg. Musimy mieć pewność że tak nie jest. -
Stefan powoli oparł się o ścianę dawnej świątyni całkowicie wyczerpany, chwilę wcześniej zobaczyli Potwora rozpływającego się w powietrzu:
- Jeszcze nie teraz… - przebiegło mu przez głowę po czym osunął się powoli po ścianie na ziemię. Jeszcze chwile temu był przekonany, że zginie tutaj walcząc z tym latającym koszmarem. Ich ataki wydawały się nie mieć w zasadzie żadnego efektu na atakującej ich kreaturze. Tego samego nie można było powiedzieć o nich samych, Jeager kiedy opadł na tyłek pochylił dotąd zapatrzoną w niebo głowę, został za to wynagrodzony wzmożonym bólem w skroniach i wartką strużką krwi cieknącą mu z nosa. Czuł wstyd z powodu swojego strachu, doskonale pamiętał strach niebezpiecznie graniczący z przerażeniem który ogarnął go na widok nadlatującej kreatury. Pamiętał każdą strzałę którą wypuścił ze swojego łuku, pamiętał jak pudłowały z powodu jego drżących rąk, wiedział, że jedyne co pozwoliło mu utrzymać pozycję i nie uciec z krzykiem to jego poczucie obowiązku i modlitwa o odwagę którą odmawiał przez całe starcie. Nie wiedział ile dokładnie tak siedział rozglądając się po okolicy i kontemplując swoje tchórzliwe zachowanie, zdawał sobie sprawę że w rzeczywistości musiała minąć tylko chwila ale dla niego wydawało się jakby siedział tak z godzinę. Dopiero pojawienie się przy nim Tobiasa chcącego sprawdzić czy wszystko z nim w porządku zmusiła go do powolnego wstania z ziemi i po podziękowaniu kompanowi za pomoc ruszył w kierunku miejsca do którego wbiegł Hugo aby sprawdzić jak ten się czuje.
Stefan nie zdążył zrobić dwóch kroków w stronę tego miejsca gdy usłyszeli dochodzące z piwnicy odgłosy zażartej kłótni, kto wie może nawet walki?
Stefan nie zastanawiał się długo chwycił ustawioną pod ścianą tarcze i włóczni i ruszył do ciemnej piwnicy. Na miejscu został przywitany makabrycznym widokiem zamordowanego towarzysza i kłócących się nad jego ciałem mieczników. Ruszył natychmiast do mężczyzny licząc na to że może jeśli spróbuję go jakoś opatrzyć to magia ich czarodziejki sprawi cud ratując go, jednak szybko zrozumiał że jego działania na nic się nie zdadzą. -
Oryginalny tytuł: Tura 29 - 2521.04.31; wlt; południe - wieczór
Miejsce: pd-zach Ostland; pogranicze z Hochlandem; rz. Wolf; Górski Bród; okolice brodu
Czas: 2521.04.31; Wellentag; południe - wieczór
Warunki: - ; na zewnątrz: dzień - noc, zachmurzenie, sła.wiatr; chłodno (0)Główna grupa
- Proszę wszystkich o spokój. Muszę się skupić. - Alezzia podniosła głowę i popatrzyła na rozsypanych po piwnicy mężczyzn. Wszyscy mniej lub bardziej oberwali podczas tej lub wcześniejszych walk. Więc oddychali ciężko a co jakiś czas ktoś stękał z boleści gdy któraś ze świeżych ran dawała o sobie znak. Byli zmęczeni i ta wyprawa odciskała na nich coraz mocniejsze tempo. I w przeciwieństwie do uzdrowionej magini brud, kurz i błoto ich się imał więc nie wyglądali już tak dobrze jak wówczas gdy schodzili z rozjeżdżonej przesieki leśnej aby ruszyć w dół górskiego strumienia.
Zabitemu miecznikowi magini jak się okazało nie potrafiła już pomóc. Odruchowo strząsnęła swoje szczupłe, zadbane dłonie z resztek krwi i podobnie przetarła nimi kolana sukni na jakiej zostały krwawe ślady. Z poderżniętego gardła zawsze było mnóstwo krwi tak też było i teraz. Żołnierz Theiss leżał już w całkiem sporej kałuży wciąż świeżej krwi. Dopiero chwilę później znów użyła swojej świetlistej magii aby oczyścić zarówno dłonie jak i ubranie. Popatrzyła jeszcze raz na nieruchome już ciało i wydawała się niepocieszona. Ale jeśli miała jakieś komentarze to zostawiła je dla siebie.
- Dobrze to poproszę was tutaj. Po kolei. Chciałabym was sprawdzić czy wszystko z wami w porządku. - odezwała się jakby idąc w sukurs prośbie Tobiasa. Ale sama podeszła do siedzącego na kawałku gruzu kaprala jaki chyba był w najcięższym stanie. Jej dłonie rozświetliły się tym ciepłym światłem jakby zapłonęły tam lampy po czym to ciepłe światło zdawało się wnikać w ciało umęczonego Hugo. Ten zakasłał raz i wydawał się najpierw trochę zdenerwowany a później zdziwiony. Z niedowierzaniem spojrzał na swoje dłonie. Dotknął nimi frontu swojej brygantyny ale pod nią bez zdejmowania nie dało się zajrzeć. Ale magiczka poprosiła go o trochę cierpliwości. Znów uniosła swoje pozornie zwykłe dłonie ale tym razem do jego skroni. Przymknęła oczy i chwilę tak stała nieruchomo co jakiś czas przesuwając dłońmi wokół jego głowy. Ten znów miał niepewną minę jak pewnie większość śmiertelników nienawykłych do obcowania z tą straszną i niebezpieczną magią. Ale nic widowiskowego się nie stało. Tileanka w końcu otworzyła oczy i podziękowała mu za cierpliwość. Po czym dała znak aby kolejni do niej podchodzi. Traktowała ich podobnie jak kaprala mieczników. Kogo dała radę to leczyła swoim ozdrowieńczym światłem i każdemu poświęcała chwilę jakby chciała coś sprawdzić w jego głowie.
- Jak się nazywasz żołnierzu? - zapytała w końcu tego żołnierza jaki miał pustą puchwę po sztylecie jaki wcześniej znalazł lefi łucznik.
- Bolko. - odparł krótko wojak niepewny czemu po tym wszystkim zwróciła się właśnie do niego.
- Weź kolegę i stańcie na zewnątrz dobrze? Tak aby nikt nas nie podszedł. Tak samo jak ostrzegliście nas przed tym nadlatującym straszydłem. Świetna robota zaskoczyłoby nas to gdyby nie wasze czujne oczy. - porposiła magini i obaj miecznicy wydawali się podbudowany taką pochwałą. Uśmiechnęli się do niej i wyszli na zewnątrz. Zamienili ze sobą dwa słowa i rozdzielili się aby każdy stał z innej strony ruin.
- Coś się stało milady? - zagaił Hugo który chyba rozpoznał, że to nie tylko o wystawienie czujek chodziło magiczce.
- To zapewne ten Bolko. Ma najsilniejsze zakłócenia. Wszyscy trzej je mają. Ten też. Ale on najsilniejsze. To efekt czarów. Zapewne jakiegoś rodzaju oszołomienia. Dlatego słabo pamiętają co się wydarzyło. Dla ofiar takiej manipulacji magicznej to wygląda jakby próbowali sobie przypomnieć coś rano z wieczoru gdy mocno się popili. Niewiele się pamięta albo nic. Gdy mag ich tak zmieszał zapewne jakoś nakłonił lub przejął kontrolę nad Bolko aby ten zabił kolegę. Chociaż fizycznie to on popełnił ten mord to nie winię go. Każdy z nas gdyby uległ takiej manipulacji zrobiłby to samo. Zwłaszcza jak ktoś nie jest szkolony w magii i odpieraniu takich ataków. Dlatego życie tego żołnierza spada na ręcę tego maga jaki ich omotał a nie tego Bolko. On był tylko jego chwilowym narzędziem. I proponuję nie wyciągać wobec nich konsekwencji. - białowłosa wyjaśniła swoim tileańskim akcentem do jakich wniosków doszła po tym całym badaniu. Dała znać, że wszystkich trzech mieczników jacy schronili się tu przed tym latającym straszydłem uważa za ofiary magicznej manipulacji.
- W takich czarach mag zwykle musi widzieć ofiarę. Nie zawsze ale często. To pomaga się skoncentrować na wybranej ofierze. A więc nie mógł być daleko. Zwłaszcza, że gdyby był gdzieś na zewnątrz zapewne ktoś z nas by mógł go dostrzec. - wyjaśniła i spróbowała się zebrać w sobie aby zacząć działać. Rozejrzała się dookoła. Sama piwnica była wielkości przeciętnego pokoju w karczmie. Z czego z jednej strony ziała dziura w prastarym murze przez jaką wszyscy tu weszli. Z drugiej też ale była o wiele mroczniejsza bo prowadziła w głąb innych piwnicznych pomieszczeń. W jakich tylko gdzieniegdzie widać było plamy światła jakie tam dochodziły przez jakieś prześwity i dziury.
- Ale z tamtej strony nikogo z nas nie było. Ja z chłopakami stałem tutaj, wy na wieży a skąd indziej nie było nikogo z nas. - zauważył Hugo wskazując, że z tej wspólnej strony na zewnątrz owszem pewnie trudno byłoby się komuś przemknąć aby trójka na ziemi i dwójka na wieży kogoś nie zauważyła. Ale z innych stron ruin to co innego. Alezzia pokiwała głową i jej dłonie rozjarzyły się ponownie jakby w każdej z nich trzymała jasną lampę. Z pomocą trójki zwiadowców ruszyli przez te częściowo zawalone, kamienne korytarze i sale. Trudno było rozpoznać co to kiedyś mogło być. Znaleźli nawet resztki jakiejś krypty z mocno już zatartymi napisami.

https://i.imgur.com/5z6KYxm.jpg
- To chyba był kiedyś jakiś klasztor. - wymamrotała magini próbująca coś odczytać z płyt nagrobnych. Duivel i Stefan rozpoznali napisy ale te jeszcze widoczne nie układały się w żaden znanych im języków. Po tym chwilowym postoju wznowili poszukiwania. I po drugiej stronie ruin nawet coś znaleźli.
Znaleźli miejsce nieco wygniecionej trawy. Zupełnie jakby ktoś tu stał czy kucał. Akurat jak przez jedną z dziur w rozwalającym się murze widać było tamto pomieszczenie w jakim schroniła się trójka mieczników. Magini też powiedziała im, że całkiem możliwe, że stąd ktoś czarował bo wyczuwała jakieś zawirowania. Chociaż oni nic takiego ani nie czuli ani nie widzieli. Stefan to nawet dopatrzył się kilku mniejszych wgnieceń trawy co mogło pasować do czyichś kroków. Raczej ten ktoś nie biegł sądząc po długości kroków. I nie mógł być zbyt wielki czy ciężki bo trop byłby wyraźniejszy. Te rozmowy i rozmyślania przerwał im suchy ale głośny trzask połączony z nie tak odległym krzykiem jakiegoś mężczyzny. Jakby coś krzyczał ale nie dało się zrozumieć co.
- To on! Ten mag z naszego Kolegium! Prędko! Musimy mu pomóc! Inaczej to wszystko pójdzie na marne! - krzyknęła tileańska magister jakby znów przypomniało jej się czemu się tu znaleźli i odzyskała chwilowo ustraconą werwę. Hugo krzyknął na swoich dwóch ostatnich ludzi i ci przybiegli po chwili. A sama białowłosa ruszyła pewnie przed siebie jakby doskonale wiedziała gdzie trzeba iść. Chociaż jej towarzysze żadnego mężczyzny nie widzieli. Ani nikogo innego. Tylko znów ta polana, krzaki, czasem jakieś wiotkie jeszcze drzewko. No i mgła w jakiej tonęła ta kraina. Szła szybko a jej towarzysze podobnie. Aż Hugo krzyknął w pewnym momencie.
- Tam! Spójrzcie tam! - wskazał swoim mieczem na zarys czegoś na granicy postrzegania. Coś tam stało. Mniej więcej ludzkich kształtów ale tak potworne, że nie mogło być człowiekiem. Karykaturalnie długie ramiona, zbyt wielka głowa z jakimś półksiężycowym wyrostkiem z prozdu. I to coś się rozpadało. Rozpadało się na ich oczach. Kawałek tu, kawałek tam jak topniejący w błyskawicznym tempie bałwan. Aż doszła ich fala niesamowitego smrodu, że aż wszyscy zaczęli kichać, zatykać nos a oczy zaczęły im łzawić. A to coś rozpadło się na kawałki i zniknęło im z oczu. Przez chwilę nie było wiadomo co dalej aż odezwała się magiczka.
- Chodźmy dalej. To już niedaleko. Uważajcie na resztki. Silne zawirowania tu są. - powiedziała zatykając nos ramieniem aby uchronić się od tego fetoru. I mniej więcej wskazała na kierunek w jakim powinni iść. Mijali ślady walki. Ale nie takiej na miecze i topory. Tylko osmolone drzewa. Drzewa pokryte jakimiś dziwnymi, kolorowymi soplami. Alezzia ostrzegła aby niczego podejrzanego nie dotykać. Starała się też omijać kałuże dziwnej, bulgoczącej mazi. Raz czy dwa minęli truchło… Właściwie nie wiadomo czego bo widać było coś podobnego do żeber czy innych kości ale wydawało się to połączone ze sobą w ogóle bez sensu i nie przypominało żadnego, znanego stworzenia. Aż w pewnym momencie któryś z mieczników sapnął. Bo w tej mgle i dymie widać było sylwetkę podobną do ludzkiej. Jak się zbliżyli jeszcze bliżej okazało się, że to chyba mężczyzna w jakiejś czerwonawej todze. Alezzia poprosiła ich aby poczekali chwilę. Sama zaś postąpiła parę kroków bliżej.
- Herr Magister? - zapytała. Ale nie widać było po obcym żadnej reakcji. Co chyba nieco zmieszało magiczkę. - Herr Magister? Jestem Alezzia di Lucci. Magister Światła. A to moi towarzysze. - przedstawiła siebie i grupkę jaka stała parę kroków za nią. Mężczyzna jednak nadal stał jakby wcale ich nie zauważał. Wpatrywał się gdzieś w ziemię kawałek przed nim jakimś pustym wzrokiem. Tileanka przez chwilę nie wiedziała co zrobić.
- Herr Magister? Znaleźliśmy wasz powóz. W strumieniu. I po śladach przyszliśmy tutaj. Do wnętrza tej czasoprzestrzennej strefy. Spotkaliśmy niezrodzonych. Ale pokonaliśmy ich. I teraz przyszliśmy tutaj. - magiczka w paru zdaniach streściła jak się tu znaleźli. I zamilkła czekając na reakcję. Obcy jednak nadal po prostu stał jakby jej w ogóle nie słyszał. Chociaż czasem zerkał to tam czy tu jakby coś usłyszał. Nawet prześlizgiwał się po kobiecie i jej towarzyszach ale nie zatrzymywał na nich spojrzenia jakby ich tu w ogóle nie było.
- Oh! Jesteś Ultimum Spes?! - w pewnym momencie tileańska magister krzyknęła z wrażenia jakby dostrzegła coś nowego w sylwetce obcego. To wreszcie go poruszyło. Bo spojrzał wprost na nią. Pierwszy raz odkąd się do niego odezwała.
- Tak. Jestem Ultimum Spes. Jadę na wojnę. Zawsze jak po mnie przychodzą to jest jakaś wojna. Albo inna katastrofa. Ale jak widzisz tym razem Odwieczny Wróg nas ubiegł i zaatakował pierwszy. - odezwał się wreszcie. Głos miał spokojny ale było w nim coś aroganckiego. A może w spojrzeniu? Trudno to było ubrać w słowa.

https://i.imgur.com/jOJvQqH.jpg
- Ah… No tak. Tak. A my służyby margrafowi von Falkenhorst. Na drodze są nasze oddziały. Wrócisz tam z nami? - świetlista magister zająknęła się zanim odpowiedziała. Jakby nie była pewna jak powinna postąpić. Ale w końcu wskazała gdzieś za siebie. Obcy wpatrywał się w nią chwilę potem tam gdzie pokazała. W końcu skinął twierdząco głową.
- A możesz już to dezaktywować? - świetlista magister wskazała okrężnym ruchem. Na co gość skinął głową i rzucił kilka rozkazujących słów w dziwnym języku. Coś zaiksrzyło i rozległ się głośny syk pękającego powietrza. Ale nie dało się zauważyć żadnej różnicy. Zrównał się z kobietą i zaczęli iść razem. Ona zaś dała znak swoim towarzyszom aby szli razem.
- Jak się nazywasz? - zapytała ich nowego towarzysza.
- Drogon. - odparł po prostu. - Ale domyślam się, że moje imię nic ci nie mówi. - zaśmiał się pod nosem jakby bawiła go ta myśl. Ona faktycznie po chwili pokiwała głową na znak, że tak właśnie jest. Zresztą jej towarzyszom to imię też nie kojarzyło się z niczym. - Nic dziwnego moja mała czarodziejko. Wymazali mnie. Może i lepiej. - stwierdził dość filozoficznym tonem. Ale sądząc po minie rozmówczyni to też niewiele jej mówiło.
Szli dalej przez tą polanę. A mgła jakby zaczęła rzednąć. Gdy dotarli do ściany lasu miecznicy zatrzymali się i pokazywali w górę. Mgła się podniosła na tyle, że wreszcie widać było niebo. Nocne niebo.
- To przez tą strefę. Byliśmy w środku. A na zewnątrz czas płynął normalnie. - wymamrotała Alezzia też zdziwiona ale chyba mniej niż koledzy. Hugo zapytał czy to ten sam dzień i noc co tu weszli ale nie była pewna.
- Powinna. Dla was kompresja powinna być krótsza. Zapewne parę godzin. - tym razem odezwał się mag. Alezzia zaczęła ten nocny las oświetlać swoim kosturem a on swoim. Bo żadnych pochodni nie mieli. W końcu opuszczali karawanę w środku dnia, jeszcze przed południem. Gdy wyszli na leśną, rozjeżdżoną kołami wozów przesiekę jaka była tu drogą to nikogo już tu nie było. Doszli do brodu granicznego, tego samego przez jaki mieli się przeprawiać dziś późnym rankiem. I tak samo woda niezmordowanie omywała wystające tu i tam kamienie szumiąc przy tym energicznie. Tylko, że była ciemna noc a nie początek dnia. Ktoś jednak usłyszał wytłumione odgłosy muzyki z drugiego, ostlandzkiego brzegu. Ale powstała dyskusja czy się przeprawiać nocą.
- To żaden kłopot. - do dyskusji wtrącił się mag. Znów coś powiedział. Ziemia zaczęła formować się u brzegu, podnosić wreszcie unosić nad wodą ciemną, grubą krechą. Aż znieruchomiała w formie przerzuconej nad rzeką kładki. Mężczyzna bez wahania wszedł na nią i zaczął iść na drugą stronę. Po chwili wahania Alezzia postąpiła podobnie.
- Chodźcie. Nie ma co obozować na trakcie samemu. - powiedziała zachęcająco do swoich towarzyszy. Po chwili zastanowienia miecznicy uznali, że ma rację i z pewną obawą wkroczyli na magiczny most. Ale potupali dla pewności w powierzchnię. Nie było zbyt głośnego dźwięku, raczej taki jakby tupać w dość miękką ziemię. Ale dało się przejść na drugą stronę. Tam po ostlandzkiej już stronie minęli truchła koni z powozu jakie ktoś zepchnął na pobocze. A zakręt czy dwa dalej ujrzeli łunę ognisk jakiegoś większego obozu. Gdy się zbliżyli jeszcze bardziej okazało się, że to reszta ich karawany. Strażnicy byli niezmiernie zdumieni ich widokiem.
- Wróciliście?! Myśleliśmy, że już po was. Szukaliśmy was ale nikogo nie znaleźliśmy. Kamień w wodę. Gdzie byliście? - pytali jeden przez drugiego. Okazało się, że to wciąż ten sam dzień co rano tyle, że był już późny wieczór, pewnie blisko północy. Więc życie obozowe już zamierało.
- Chodźmy do szefowej. - zdecydowała Alezzia już mocno zmęczonym głosem. Cały dzień intensywnych wydarzeń mocno dał jej się we znaki. I machnęła dłonią w stronę kanciastej budy na kołach gdzie Petra miała swoją przewoźną kwaterę. Zapukała tam do drzwi i dały się słyszeć kroki, zgrzyt zamka i drzwi stanęły otworem. A w nich niebieskowłosa szefowa oświetlona z wnętrza blaskiem lampy. Pierwszy raz ją widzieli w tak skromnym stroju bo była boso, w samych kalesonach i koszuli. I chyba nie spodziewała się wizyty o tak późnej porze. Ale jak ujrzała grupkę czekającą na zewnątrz do podobnie jak przed chwilą strażnicy tak i ona była zdumiona ich widokiem.
- Wróciliście? Gdzie się podziewaliście? Szukaliśmy was i nic. Ani ciał ani walki ani nic. Tylko te trupy z powozu a was to w ogóle. To kazałam w końcu jechać dalej. To myślę, że jak się jednak znajdziecie to do nas dołączycie. To gdzie byliście? - szefowa wylała z siebie potok szybkich zdań podszyty z mieszaniną zdenerwowania, irytacji i zmartwienia.
- Byliśmy w chronomonatycznej sferze piątego kręgu jaki nieskromnie się pochwalę stworzyłem ale nie sądzę aby twój prosty umysł był w stanie pojąć wyjątkowość tego rytuału zwłaszcza wykonanego podczas walki z innowymiarowcami. - odparł obcy magister tonem ociekającym wyższością. Sądząc po reakcji Alezzi chyba się tego nie spodziewała. Ponieważ światło z wnętrza wozu oświetało tył szczupłej sylwetki szefowej to niezbyt widać było jej twarz. Ale za to głos miała wystarczająco czytelny aby zrozumieć jej gniew jaki właśnie przybysz w niej wzbudził.
- Coś ty powiedział?! Sam masz prosty umysł! I kto to w ogóle jest?! - zapytała wkurzona oficer jaka do tej pory nawet nie zorientowała się w półmroku wieczoru, że jest tu ktoś nowy w tej grupie. Póki się nie odezwał.
- To jest Drogo. Mag z naszego Kolegium. To właśnie on był w tym rozbitym powozie. I znaleźliśmy go jak walczył z tymi samymi potworami co my. - Alezzia gorączkowo próbowała jakoś załagodzić sytuację.
- To chyba jedyne prawdziwe łóżko w tym obozie? To mogę je wziąć. A ty panienko chcesz to zostań a chcesz to odejdź. - mag zrobił ruch jakby próbował dojrzeć w szczelinie między stojącą w przejściu kobietą co jest za nią. I dało się dostrzec przez otwarte drzwi wozu pościelone łóżko. W suchym, ogrzanym wnętrzu to zapewne było najlepsze miejsce do spania w całym obozie.
- Coś ty powiedział?! Jak śmiesz! Ja cię chłostać każę! Jestem szlachcianką i oficerem do cholery! To moja armia! Co ty sobie wyobrażasz! - teraz udało mu się rozjuszyć głównodowdzącą tym obozem na całego. Aż tupnęła ze złości w podłogę ale, że była boso to nie było takiego efektu jak gdyby była obuta. Ale na te nocne hałasy z namiotów zaczęli wychodzić kolejni żołnierze aby sprawdzić co się dzieje.
- Mnie nie oszukasz. Wszędzie rozpoznam łotra. Ale dobrze. Może spędzimy upojną noc innym razem. - mag wzruszył ramionami i odezwał się dość obojętnym tonem. Rozejrzał się po rozstawionych namiotach jakby stracił zainteresowanie całą tą dyskusją. Zaś von Falkenhorst znieruchomiała na moment po czym znów ze złości tupnęła stopą w podłogę wozu.
- Zabierzcie mi go z oczu! A rano wszyscy do raportu! - zawołała wściekła, trzasnęła drzwiami kończąc tą niespodziewaną audiencję. Alezzia też stała jak skamieniała jakby wydarzyło się zbyt wiele i zbyt szybko. Hugo i miecznicy podobnie.
- To może… Może rzeczywiście chodźmy odpocząć. Prześpijmy się. Rano powinno się lepiej myśleć. - zaproponowała ugodowym tonem wciąż oszołomiona tą niespodziewaną awanturą.
- Chodźmy sprawdzić czy coś w kuchni nie zostało. Głodny jestem. - rzucił cicho kapral mieczników a Bolko i drugi kolega pokiwali głową na znak zgody.
-
Miejsce : pd-zach Ostland; pogranicze z Hochlandem; rz. Wolf; Górski Bród; okolice brodu
Czas : 2521.04.31; Wellentag; południe - wieczór
Warunki : - ; na zewnątrz: dzień - noc, zachmurzenie, sła.wiatr; chłodno (0)Duivel przyglądał się z fascynacją jak magini leczy kolejnych członków drużyny. Chyba jako jedyny nie patrzył z przerażeniem, ani nie modlił się do Bogów, by przeprosić za skorzystanie z magii. No tak, był tu przecież jedynym elfem, a reszta to ludzie, którzy według dostępnej wiedzy i mitów, byli inaczej stworzeni niż m.in. Eonirowie. Nie był też zdziwiony, że to Bolko zabił swojego towarzysza. Po tłumaczeniach Alezzi, zrozumiał też w końcu, dlaczego tak broniła kapitana Ferro. On wcale nie zwariował, a po prostu nie był sobą, a może raczej, jego wtedy tam nie było. Tak jak teraz Bolko, jego świadomość zniknęła na jakiś czas, a zostało ciało jako naczynie dla jakieś plugawej magii. Gdy szli przez piwnicę podszedł do magini i szeptem zagadał
- Pani, już rozumiem. Wtedy z Ferro, on rzeczywiście nie zwariował... A dla Bolko możemy powiedzieć historię, że to ta przeklęta tancereczka podleciała niezauważona, wyciągnęła magicznie nóż i zabiła miecznika? Ciężko w to uwierzyć, ale boję się, że ciężej żyć ze świadomością, że miało się dość spory udział w śmierci kolegi, nawet jeśli nie miało się żadnej kontroli... - mówił aż doszli do krypty.
Tam di Lucci nie odpowiedziała jeszcze elfowi, tylko poinformowała wszystkich o tym, że prawdopodobnie są w klasztorze. Większość ogarnęła chwilowa ciekawość, gdyż okazało się, że na płytach nagrobnych znajdowały się jakieś napisy. Niestety, mimo rozpoznania poszczególnych liter, nie udało się Duivelovi odczytać słów.
Minęła dłuższa chwila, grupka natrafiła na różne ślady, chwilę biegli, potem znów widzieli jakieś odrażające truchła. Elf cieszył się tylko, że to już właśnie truchła, a nie kolejny potwór do ubicia. Miał dość plugawych stworzeń na dziś. W końcu trafili na sprzymierzeńca. Duivel nie miał zamiaru się wychylać i zagadywać, ale podszedł w miarę blisko białogłowej dowódczyni. Przypatrywał się jak ta próbowała zagadać do dziwnego osobnika, ale on był niezwruszony. Dopiero gdy został nazwany 'Ultimum Spes', jego czerwona toga poruszyła się. Okazało się, ze jest tym za kogo miała go Alezzia i że udaje się na wojnę. Jedna rzecz z jego wypowiedzi wprost zmroziła elfa, aż dostał gęsiej skórki. Przeciwnik z którym mieli się zmierzyć dopiero gdzieś przy stolicy... był już tutaj! Albo sama obecność ich plugawego przywódcy sprawia, że już z takiej odległości wszystkie inne plugastwa automatycznie wiedzą gdzie mają uderzyć i są zorganizowane? W międzyczasie mag się przedstawił. Drogon brzmiało dość majestatycznie, albo może to jego osoba była na tyle przytłaczająca, że nawet wypowiedziane imię wybrzmiewało niczym grom. Do tego został wymazany. Z pamięci? Z innego królestwa? Wśród pytań w głowie Duivela wybrzmiało też - ale czy na pewno można mu ufać? Mgła zelżała. Mundo-naru podszedł bliżej magini by spytać o kolejną nurtującą go sprawę
- Droga Alezzio, czy nie powinniśmy przypadkiem poszukać Twoich rodaków z kapitanem Ferro na czele?- na koniec wypowiedzi zobaczył, że dwóch mieczników dziwnie patrzyło na niebo. Była nagle noc! Wydusił z siebie jeszcze tylko " aha " jakby to była odpowiedź na jego pytanie. Szli dalej, a drogę oświetliła im kolejny raz ... magia.
Gdy doszli do brodu, nastąpił kolejny pokaz wykonaniu Drogona. Zrobił most przy pomocy magii. Elf pierwszy raz od dawna pomyślał o swych życiowych wyborach. O tym, że cała rodzina to łowcy, którzy nie imali się magii. Nie była im obca, nie bali się jej jak zdecydowana większość elfów, ale też w ogóle z niej nie korzystali. Nie potrafili choćby najprostszego zaklęcia. Przecież można było inaczej, gdyby rodzice zabrali do Ostlandu ze sobą tylko starszego brata, a jego zostawili w Laurelorn. Wtedy miałby od kogo się uczyć magii i może potrafiłby sam wyczarować most. Gdy już był po drugiej stronie, spróbował walczyć z tymi myślami i przypomniał sobie jak bardzo podziwiał brata, który był wybitnym Leśnym Duchem (zwanym również Widmowym Obieżyświatem). Byli już praktycznie w obozie. Duivel naprawdę się ucieszył, że wrócił i będzie mógł w końcu zjeść i spać. Nie był gotowy na walkę z plugastwem, przecież mieli się zmierzyć dopiero za jakiś tydzień, gdy w końcu już wyruszą z Lenkster. Jednak po dzisiejszych przygodach już wiedział, że od teraz trzeba być gotowym każdego kolejnego dnia. Stąd też chyba chęć pożądnego snu.
Scena przy powitaniu nie bardzo przejęła elfa, wręcz nie zwracał zbytnio na nią uwagi. Cieszył się jedynie, że tajmniczy Wymazaniec nie okazał się raptusem i nie użył żadnej magii na Petrze. Zaraz wydanym przez Petrę rozkazie odwrócił się i ruszył w poszukiwaniu jedzenia. W prowizorycznej kuchni pozostały jakieś resztki po kolacji. Zjadł to co wyglądało na jeszcze zdatne i zaczął rozglądać się za miejscem do spania. Zauważył parę kusz tileańczyków co go nieco uradowało. Zawsze to więcej ludzi i strzał do tępienia plugawej zarazy. Choć elfa kusiło jeszcze, by usiąść przy ognisku i napić się jakiegoś alkoholu, to jednak położył się w jakimś w miarę ciepłym zakamarku i tak zasnął mocnym snem.
Miejsce : pd-zach Ostland; pogranicze z Hochlandem; rz. Wolf; Górski Bród; obóz oddziału Petry
Czas : 2521.04.32; Aubentag; wczesny ranek
Warunki : - ; na zewnątrz: dzieńElf obudził się wyspany jakby spał w jakimś zmatuzie dla bogatszych. Może to była kwestia zmęczenia, a może to wczorajsze leczenie magiczne tak wpłynęło na jego organizm tej nocy? Nie wiedział, ale nie było to już ważne. Odmówił poranną modlitwę, poszedł się przebrać gdzieś na uboczy, tak by nikogo nie zgorszyć i udał się w jedynie słyszne miejsce - do kuchni. Tam też spotkał Guendalinę, do której podszedł
- Dzień dobry siostro Guen. Tak z ciekawości chciałem spytać, czy jako kleryczka, potrafisz może leczyć innych? A może mogłabyś mi po prostu asystować? Wiesz, Tobias i Stefan przybyli tu wczoraj nieco ranni, a myślę, że sama Twoja obecność przy opatrywaniu mogłaby im pomóc.- uprzejmie skinął głową na koniec wypowiedzi i jeszcze po odpowiedzi kleryczki dodał, że to oczywiście po śniadaniu.
Gdy już uporał się ze śniadaniem i pomógł towarzyszom broni (wszystkim z wczorajszej wyprawy, którzy jeszcze potrzebowali leczenia), udał się do Petry aby złożyć raport.
- Szanowna Petro, zgodnie z rozkazem przyszedłem złożyć raport. Nie chcę rozwklekać historii. Walczyliśmy z bestiami, przerośniętym psem wyglądającym jakby uciekł z piekła i jego malutką skrzydlatą koleżanką, z jakimś latającym ścierwem, które lecąc wyglądało jakby pływało i dźwiękiem nas karciło. Była też obca magia, która mieszała nam w głowach przez co Alezzia była odłączona od drużyny, a kapitan Ferro nieobecny duchem. Ostatecznie Ja Tobias Stefan Hugo i jego miecznicy połączyliśmy się z maginią światła. Po wygranym starciu, przez magię straciliśmy jednego z mieczników. Ondaleźliśmy ostatecznie maga Drogona Wymazanego zwanego też Ultimum Spes. Wybił więcej tych popaprańców niż cała nasza drużyna, wydaje się być potężnym magiem i został wezwany na wojne. Aha, to już byli nasi wrogowie, Ci z którymi toczymy wojnę. Muszę siebie i chłopaków pochalić za postawę gdy brakowało nam dowódcy. Także Alezzię, bo gdy trzeba było, to świetnie poradziła sobie z Twoimi ludźmi. I elfem. To tyle szefowo, ale pozwole sobie zadać pytanie. Ferro dotarł tu w dobrym stanie? I zachowywał się jak dawniej? - Mundo-Naru skończył raport i czekał na decyzje Petry co do dalszych kroków.
-
Tobiasa zmroziły słowa świetlistej czarodziejki. Każdy, w tym zwiadowca, mógł być na miejscu miecznika i poderżnąć gardło towarzyszowi. Ot tak, jakże podstępna i potężna jest magia. Gdyby mieszkańcy Imperium zdawaliby sobie z tego sprawę, to łowcy czarownic nie mieliby co robić, bo ludzie wzięliby każdego na widły, kogo tylko podejrzewaliby o czary. No i nie mieliby nikogo kto chroniłby ich podczas najazdów istot Chaosu.
Trzech zwiadowców szło przodem razem z maginią przeczesując starą, zapadłą budowlę szukając jakiś śladów obcego maga. Według Alezzi nie było w tej chwili zagrożenia ze strony wroga ale to nie dało wiele otuchy mężczyznom, spoglądających z niepokojem we wszystkie strony. Może tylko elf czuł się bardziej swobodnie, być może jego lud bardziej niźli ludzie, odporny jest na podłe sztuczki mrocznych czarodziejów. Ślad znaleźli - i nie tylko! Dziwaczna istota rozpadała się na ich oczach i Tobias czuł zimno strachu kiedy widział to co działo się przed jego oczami. Mężczyzna który to wszystko sprawił stał jak słup soli póki Alezzia nie nazwała go Ultimum Spes. Słowa te nic dla łucznika nie znaczyły choć czuł podskórnie że jest to jakieś poważne, dumne słowo - może imię...
Mężczyzna przedstawił się, wymienił z czarodziejka kilka zdań i w końcu, z dziwnym towarzyszem oddział ruszył w drogę powrotną. Tylko co z czarownicą? Czemu nie podążamy za nią? Tego Tobias nie mógł zrozumieć. I szczerze mówiąc nie ufał czerwonemu czarodziejowi. Czarodziejka nie przebadała go Swoją magią. Skąd mamy wiedzieć czy jest po Naszej stronie czy nie?
Nie zdążył Tobias skończyć się zastanawiać kiedy musiał po raz kolejny uspokajać swe zszargane nerwy kiedy nagle, jak mrugnięcie okiem, dzień stał się nocą. Magowie mówili coś o jakiejś strefie i o czasie, jakby było to coś zupełnie naturalne. No i czarodziejski most! A już zaczął się przyzwyczajać do czarodziejskich zdolności Alezji. Ale tego już było za wiele. Zwiadowca postanowił się skupić na tropieniu i szukaniu śladów czegoś namacalnego aby nie zwariować.
Z ulgą usłyszał a potem dostrzegł w oddali obóz żołnierzy. Najwyraźniej długo nas szukali i chyba nawet dali za wygraną. Dla nich czas chyba poruszał się, wolniej?
Sen przyszedł szybko, pełen był niepokojących, mrocznych wizji, potworów, magii i latającej wrednej istotki. Gdy Tobias obudził się był spocony, mimo chłodnego poranka. Zjadł śniadanie w towarzystwie Stefana i jego psa który już dochodził do siebie. Zwiadowca poczęstował zwierzę sporym kawałkiem mięsiwa i poczochrał go dobrze za uchem - w podziękowaniu za ratunek. Pies nie rozumiał intencji ale przyjął posiłek i drapanie z entuzjazmem.
Kiedy stanął przed szefową ta zdawała się dalej być w kiepskim nastroju w jaki wpędził ją nowy przybysz.- Zachowuję się jak kawał złamasa, to fakt szefowo. I poza stworzeniem magicznie mostu nie widziałem szczególnej pomocy jaką miały nam udzielić podczas naszej walki z czarownicą. Nie ufam mu i zamierzam mieć go na oku.
A co do zwiadu - to może zacznę od początku...
-
Stefan resztkami sił wtoczył się z resztą do obozu niosąc ciało poległego towarzysza. Wierny Azur trwał cały czas przy jego nodze ale widać było że też jest potwornie zmordowany i poszedłby spać nie mniej chętnie niż jego Pan. Stefan z szacunkiem złożył ciało zabitego na ziemi przy którymś z ognisk przy których rozpoznał mieczników sierżant Theiss i przekazując im jednocześnie smutną wieść o śmierci towarzysza broni. Po tym udał się pod wóz szefowej, tracąc rozpoczynające rozmowę słowa ale załapując się na cały “występ” w wykonaniu czarownika. Arogancko popis czaroklechy spowodował że jeszcze raz przypomniał sobie wydarzenia dzisiejszego dnia, smutek z powodu utraty w ruinach towarzysza broni i to jeszcze w tak przerażający okolicznościach jak wykorzystanie przez plugawego maga jednego wojownika do zabicia drugiego niczym marionetkę. Tym bardziej pamiętał frustrację kiedy stracili trop mordercy. Po tym szaleńczy bieg w celu uratowania maga który jak się okazało miał się zadziwiająco dobrze. Jego uczucia co do czarownika nie zmieniły się znacząco od momentu spotkania mianowicie powodował on u Stefana uczucie niepokoju i zakłopotania. Wydawało się że czarownik jest na zupełnie innym “poziomie” niż oni i porusza się z Tileanką w świecie koncepcji i zasad których Jeager niemal całkowicie nie rozumiał. Chamskie zachowanie wobec ich szefowie tylko dopełniło obrazu aroganckiego bufona w głowie Stefana, niebezpiecznego aroganckiego bufona.
Stefan słyszał propozycję Hugo i Alezzi aby udać się na spoczynek i choć każda cząstka niego miała ochotę się z nimi zgodzić to ostatkiem sił dał inną sugestię:Takżę chciałbym odpocząć ale wydaje mi się że zanim zajmiemy się odpoczywaniem, należy najpierw pójść do dowódcy warty i ostrzec go żeby zachował wzmożona czujność, wystawił dodatkowych ludzi. Nasi wrogowie zaatakowali powóz jak rozumiem w celu zabicia obecnego tu Drogona tak? Czemu nie mieliby ciągnąć właśnie za nami w celu zaatakowania obozu ich cel nie został zrealizowany a nieokreślone siły do dyspozycji nadal mają, trzeba zachować czujność.
Rano Stefan wstał cały czas zmęczony, spałby dalej ale wiedział, że nie może, obiecał sobie że poszuka siostry Guendaliny i poprosi ją o odprawienie jakiegoś nabożeństwa dla zabitego miecznika. Trzeba było zadbać o chociaż najdrobniejsze ukojenie dla jego duszy. Dawało mu to także chwilę czasu na zastanowienie co on też miał do cholery powiedzieć Szefowej na temat wczorajszych wypadków?
-
Oryginalny tytuł: Tura 30 - 2521.04.33; mkt; zmierzch
Miejsce: pd-zach Ostland; Lenkster; Podzamcze; ul. Karczemna; karczma “Pod tańczącym zającem”
Czas: 2521.04.33; Marktag; zmierzch
Warunki: jasno, ciepło, gwar karczmy ; na zewnątrz: dzień - dzień, pogodnie, sła.wiatr; chłodno (0)Główna grupa

https://i.imgur.com/Pol1Pvc.jpg
Ludowe przysłowie mówiło, że bogowie pogody lubią sobie zakpić z planów śmiertelników. Okazało się, że następnego dnia po powrocie do zwiadowców i magów do obozu to powiedzenie świetnie się sprawdziło. Wedle planów z rana mieli ruszyć w dalszą drogę ku Lenkster i była realna szansa, że do zmierzchu tam dotrą. Tymczasem jak się rano rozpadało to lało przez pół dnia mocząc wszystko i wszystkich. O ile pod namiotem dało się jeszcze jakoś to wytrwać to wystarczyło wyjść nawet za potrzebą czy po posiłek na zewnątrz aby mieć wierzchnie okrycie całe mokre. Słychać było jak ciężkie, zimne krople deszczu tłuką nieustannie o płachty namiotowe z charakterystycznym dźwiękiem. Jak spadają na trawę, na ziemię, na liście w kałuże jakie wytworzyły się po ludzkich śladach. Zanim przestało to zrobiła się druga połowa dnia. Wszystko wciąż było nasiąkniętę po tej wielogodzinnej ulewie, że Petra wahała się czy wydać rozkaz do wymarszu. W końcu go wydała ale ze świadomością, że dziś do Lenkster raczej nie dotrą i tylko w obawie przed tym aby tu nie utknąć gdyby w nocy albo kolejnego dnia znów tak lało.
Rzeczywiście do zmierzchu przeszli niewiele i nie byli nawet w połowie drogi do Lenkster. Ale chociaż symbolicznie zbliżyli się do celu wędrówki. Inni zapewnie doszli do podobnych wniosków bo ruch na leśnej drodze był niewielki. A i szło się ciężko gdy świeże błoto potrafiło sięgać do połowy łydek a czasem kolan. Wozy też miały trudności i regularnie trzeba było któryś popchnąć aby wykaraskał się z błotnej pułapki. Więc gdy rozbijali wieczorny obóz wszyscy byli przemoczeni, ubłoceni i zmęczeni tymi ciężkimi warunkami a humory niezbyt dopisywały.
Ponad pół dnia wymuszonego aurą postoju jednak pozwolił rannym na odpoczynek. W połączeniu z wizytami Stefana i Duivela jacy mogli zdjąć stare opatrunki i założyć nowe oraz Alezzii jaka leczyła swoim magicznym światłem było pomogło to wrócić im siły. W sposób naturalny też pokawałkowało obóz na ich własne namioty bo jak ktoś nie miał pecha mieć warty to zwykle wolał chronić się przed ulewą wewnątrz swojego namiotu. Jedynie rano śniadanie i obiad w środku dnia wywołały większość wojaków do ogniska przy jakim kucharze rozdawali posiłki. Pod tym względem dało się poznać czemu szefowej tak bardzo zależało na krytej budzie. W tych warunkach suchy, ciepły i ogrzany wagon młodej szlachcianki jawił się jak oaza ciepła i spokoju podczas tej ulewy. I wyglądało na to, że szefowa zaprosiła Alezzię i siostrę Guendelinę do siebie zapewne aby im oszczędzić trudów bytowania w namiocie. Jednak to pokawałkowanie przez ulewę niezbyt sprzyjało rozmowom w szerszym gronie za to sprzyjało rozmowom wewnątrz namiotu. Dopiero gdy po południu zwijali obóz i maszerowali przez tą nasiąkniętą przez kilkugodzinną pluche ziemię znów widać było większość zbiorowości. I sytuacja wróciła do normy dopiero wieczorem w nowym obozie gdy znów płonęły ogniska które mocno dymiły od wilgoci ale znów widać było przy nich zgromadzonych wojaków.
Przez to wszystko sprawa wczorajszej wyprawy w głąb hochlandzkiej części lasu niejako przyschła w sposób naturalny. Rano w ta ulewa sprawiła, że trudno było aby poszczególni jej uczestnicy zjawili się u szefowej z raportem jednocześnie więc zwykle mówili z nią osobno. Ów obcy mag zniknął im niejako z oczu bo i wszyscy już chowali się w swoich namiotach. Szefowa zresztą czyniła podobnie w swojej budzie na kółkach. I jak otwarła swój wagon to coś nie było widać za jej plecami owego maga więc chyba co do odstąpienia mu swojego miejsca nie zmieniła zdania.
Mimo wszystko jednak jakieś wieści i tak się rozeszły po obozie w ciągu tych dwóch dni podróży do Lenkster. Po noclegu wciąż jeszcze na mocno nasiąkniętej wodą i błotem ziemii kolejny dzień na szczęście był znośniejszy. Z samego rana co prawda padała mżawka no ale nie miała porównania do ulewy z poprzedniego dnia. Więc szefowa zarządziła wymarsz. Okazało się, że słusznie bo z dzwon czy dwa później mżawka ustała i chociaż niebo wciąż było pochmurne i deszczowe to jednak do samego Lenkster nic z niego nie padało. A ponure mury granicznej, niegdy nie zdobytej twierdzy zobaczyli po południu. Szefowa już chciała dotrzeć na miejsce więc nawet zarządziła aby maszerować bez przerwy na obiad rzucając hasło “obiad w Lenkster” i aby zmotywować swoich wojaków obiecała podwójne porcje. To rzeczywiście podziałało i popołudniu wkraczali na Podzamcze. Wydawało się to jak powrót do domu gdy po tylu dniach wrócili do miejsca w jakim się zapisali do regimentu górskiego markgrafa, poznali się nawzajem i wspólnie ruszyli do hochlandzkiego Breder po zaopatrzenie. Chociaż skład nie był taki sam. Kogoś ubyło, kogoś przybyło. No i jak ruszali to mieli w karawanie jeden kryty plandeką wóz a wracali z kilkoma, w tym z wagonem szefowej no i całkiem sporym stadem koni, kuców i bydła. Już nawet na pierwszy rzut oka jak się na to spojrzało jak to skromnie wyglądało przed i po to widać było, że wyprawa zakończyła się sukcesem.
Po drodze dało się od Edgaro dowiedzieć co się działo u nich po rozstaniu z tą częścią grupy jaka zdecydowała się poszukać Alezzi jaka wówczas wydawała się zaginiona a jej los niepewny. Mając obezwładnionego porucznika dostali się pod wpływ jakichś czarów. Wybuchły kłótnie i bójki. Ktoś krzyknął, że to miejsce jest nawiedzone i przeklęte. Niektórzy próbowali nad tym zapanować ale tylko porucznik Ferro miał na tyle autorytetu aby to zrobić nad całym oddziałem a ten wciąż leżał prawie bez życia na ściółcę. Zwiadowców ani Alezzi nigdzie nie było widać i jakby las i wciągnął w swoje mroczne sidła. W końcu zaczęli wracać w stronę drogi i głównych oddziałów ale byli skłóceni i podzieleni. I nieźle zestrachani jak słyszeli krzyki towarzyszy z głębi lasu jakby coś ich tam dopadło. Gdy pojedynczo czy dwójkami wychodzili na drogę i dołączali do głównej karawany nie byli pewni co się stało. Edgaro skupił się na tym aby z kolegą nieść nieprzytomnego porucznika. Gdy Petra do nich podjechała na koni nie wiedział co ma jej odpowiedzieć. Ilu wróciło kuszników? Gdzie reszta? Co tam się stało? Właśnie szefowa przejęła wtedy dowodzenie i kazała się skupić Tileańczykom przy swoim wagonie. Okazało się, że trzech z nich brakuje. Sądząc po tym jak słyszeli jakieś krzyki w lesie za swoimi plecami nie spodziewali się ich zobaczyć jeszcze żywych. A co się stało z Alezzią i tymi co poszli jej szukać nikt z Tileańczyków nie wiedział. Konna milady nie była zachwycona takim sprawozdaniem i zarządziła aby Kolesnikow przysłał na ten hochlandzki brzeg paru swoich ludzi i razem z Theiss przeszukali ten cholerny, przeklęty las. Znaleźli znów te zaszlachtowane ciała załogi powozu, znaleźli dwa ciała tileańskich kuszników. Też zaszlachtowane. Znaleźli jakieś ślady zapewne konia Alezzii bo tylko ona z tej wysłanej grupy była konno. Ale prowadziły w głąb i w głąb lasu a to już połowa dnia się robiła. Theiss uznała, że dalsze poszukiwania nie mają sensu bo nic nie wskazywało, że zaginieni są tuż za najbliższym drzewem. Wracając zabrali te zaszlachtowane trupy i przy trakcie pochowali ich we wspólnym grobie. Zrobiło się południe a wciąż od grupy co poszła szukać Alezzi nie było ani widu ani słychu. Szefowa więc zarządziła dokończenie przeprawy przez Wolf. A gdy już wszystkie wozy, stada i żołnierze byli po ostlandzkiej stronie okazało się, że dnia już wiele nie zostało. Więc rozbili obóz niedaleko ale już po wschodniej tronie rzeki. Licząc, że zaginieni jeśli by mieli wrócić to też powinni się kierować na wschód i Lenkster. Co się okazało słusznym założeniem.
Przez drogę ów nowy mag czasem się rzucał w oczy a czasem nie. Przez tą ulewę to chyba wszystkim zniknął z oczu i nikt nim się za bardzo nie interesował a może nawet większość obozowiczów nie była świadoma jego obecności. W końcu zawitał do ich obozu koło północy jak większość już spała w swoich namiotach a następnego dnia chowała się przed ulewą w tych samych namiotach. Dało się go widzieć przy obiedzie gdzie wzbudził wiele zaciekawionych spojrzeń. Czerwona szata z obszernym kapturem sprawiała, że wygladał trochę jak mnich, trochę jak uczony, a trochę jak mag. Przez co jakby w naturalny sposób z jednej strony budził ciekawość a z drugiej jakoś wojacy nie kwapili się aby coś do niego zagadać. Jedynie Alezzia nie czuła się skrępowana rozmową z nim chociaż widać było, że odnosi się do niego z wielkim szacunkiem.
Kolejna scysja między nim a szefową wybuchła gdy mieli ruszać w drogę po tej ulewie. Drogor zapytał o konia. Zapewne widział całkiem spore ich stado w obozie. Petra jednak nie zgodziła się tłumaczać, że to są wojskowe konie dla wojska i dając do zrozumienia, że widocznie nie uważa maga za część tego wojska. Ten nie wyglądał na przejętego odpowiedzią. Ale jak już ruszali to dał popis swoich umiejętności. Dziwnymi słowami i gestami zaczął formować z ziemi jakąś bryłę wywołując popłoch wśród wojaków jacy wyraźnie cofnęli się od niego. Bryła ziemi kształtowana jego magią wydłużała się coś z niej wyrastało. Aż wreszcie uformowała się w dziwną, wysoką, dwunożną istotę. Podobną do niczego. Chociaż w ogólnym planie budowy do jakiegoś ptaka. Stworzenie nachyliło się i mag go dosiadł. Dziwnie to wyglądało bo z bliska wciąż było podobne do błotnistej ziemi z jakiej zostało ukształtowane. A mimo to poruszało się jak żywe stworzenie. Mag jechał tak do wieczora właściwie sam bo nikt nie śmiał się do niego zbliżyć. Może poza Alezzią ale ta miała kłopoty z opanowaniem swojego konia jaki miał opory aby zbliżyć się do dziwnego, dużego dwunożnego stworzenia i jego jeźdźca. Zaś wieczorem gdy się rozbijali na obóz po jednym słowie i geście Drogona to magiczne stworzenie na powrót rozpadło się w plamę ziemi. Jednak wojacy i tak na wszelki wypadek omijali tą plamę jakby obawiali się z nią zetknąć.
Może dlatego kolejnego ranka gdy podczas mżawki zbierali się do drogi tym razem Drogor dostał wierzchowca przez co mniej rzucał się w oczy. Skwitował to dumnym, zwycięskim uśmieszkiem i dosiadł go jak własnego. Na nim już bez większych przygód dojechał do Lenkster ale nadal trudno mu było o towarzyszy podróży. Właściwie poza świetlną magister to wszyscy pozostali woleli trzymać się od niego z daleka. A ona dla odmiany wydawała się nim zafascynowana i okazywała mu wielki szacunek.
Powrót do Lenkster jednak skutecznie odwrócił uwagę karawany od innych spraw. Ci co już tu byli wcześniej wypatrywali znajomych kątów i twarzy. Dostrzegali zmiany co się wydarzyło przez te półtora tygodnia od wyjazdu. Jak dostrzegli kogoś znajomego to się witali machaniem dłoni i pozdrawianiem. Ale parli dalej do “Zająca” gdzie od początku trójka wysłanników margrafa von Falkenhorsta miała swoją główną siedzibę. Tu przywitała ich Inez i się uściskały z Petrą na przywitanie. Zaś po ustaleniach z obsługą okazało się, że trudno będzie tak z nienacka ugościć ponad pół setki głodnego wojska więc trzeba było improwizować. Ponieważ większość z nich nie zmieściła się w i tak zatłoczonej karczmie to dwa stoły wyniesiono na podwórze karczmy i były bazą do wydawania posiłków. A miecznicy, łucznicy, halabardnicy i kusznicy rozwalili się po podwórzu ciesząc się, że szefowa dotrzymała słowa i wystawiła ten suty posiłek. Nawet jeśli trzeba było na niego poczekać z parę pacierzy a od śniadania to już kiszki ostro marsza grały. Gdy już obsługa wyniosła gary na te wyniesione stoły to była już druga połowa dnia ale wszyscy powitali to z aplauzem. Zwłaszcza jak pachniało znakomicie i każdy miał kopiastą michę gotowanej kaszy, grochu i gulaszu a nawet się trafiły jakieś kawałki boczku czy kiełbasy. Dla większości wojaków była to wystarczająca nagroda za poniesione ostatnio trudy. A wraz z posiłkiem pokazały się obie szefowe.
- Żołnierze! Udało nam się! Wypełniliśmy powierzone nam zadanie! Mieliśmy zdobyć prowiant, konie i zapasy dla naszych oddziałów i to nam się udało! Pomogliśmy bratnim oddziałów i zdobyliśmy w nich naszych towarzyszy broni! A teraz szczęśliwie wróciliśmy tutaj! Chwała nam za to! - von Falkenhorst wzniosła toast za ten sukces a wojacy zawtórowali jej radośnie. Wciąż była w swoich podróżnych ciuchach więc zwłaszcza jak stała obok Inez to kontrast był duży. Petra w swoich skórzanych spodniach i czerwonym kubraku wyglądała jak jakaś najemniczka a Inez w swojej kolorowej sukni jak szlachcianka i dama dworu. To wywołało kolejną falę radości bo żołnierze mieli satysfakcję, że szefowe ich doceniają i pamiętają o nich nie tylko gdy są potrzebni.
- Ale przez ten czas co nas tu nie było sytuacja na wschodnie zmieniła się. Pogorszyła. Wróg przedostał się do Wolfenburga. Nie wiemy czy już go oblega czy jeszcze nie ale jest już bezpośrednio pod stolicą. Dlatego odpocznijcie dzisiaj. Ale spodziewajcie się, że w najbliższym czasie ruszymy do walki z wrogiem. - kolejne wieści nie były już takie dobre. Nad pstrokatym tłumem żołnierzy zawisło ponure milczenie. Właściwie tego rozkazu wymarszu na wschód wszyscy się spodziewali odkąd zgłosili się do tych oddziałów. Ale jednak do tej pory było to jakoś w zawieszeniu i były inne sprawy bieżące. Teraz pierwszy raz oficjalnie padła wzmianka, że wkrótce będą musieli ruszyć na wojnę jaka wdarła się w ich ojczyznę.
- Ale na razie odpocznijcie. Najedzcie się i napijcie póki jest okazja! Jutro rano zapraszam dowódców oddziałów tutaj na śniadanie. Musimy omówić parę spraw. Ja i Inez będziemy jutro rozmawiać na zamku aby ustalić co robimy. A reszta niech nie opuszcza miasta. Musimy być w pogotowiu. - Petra poinformowała swoich żołnierzy o planach na dziś i jutro. Co tylko potwierdziło wcześniejsze wrażenie o gotowości do wyjazdu. Ale gdy poszły biesiada w to pogodne popołudnie zaczęła się na dobre. Zwłaszcza jak wieści się rozeszły i zaczęli się zjawiać także ci żołnierze z oddziałów jakie podczas wyprawy do Breder pozostały na miejscu. Obie strony były spragnione wieści co się działo u tych drugich.
Podobno Inez zwerbowała dwóch rycerzy. Do tego jeden z nich to kobieta! To była rzadkość bo kobiety ogólnie stanowiły wyraźną mniejszość we wszelkich armiach a już zwłaszcza w tych pierwszoliniowych. Kobiet takich jak Theiss co walczyły w pierwszej linii tak jak mężczyźni było niewiele. Stąd i ta plotka o kobiecie - rycerzu wzbudziła takie niedowierzanie i sensację wśród powracających z Hochlandu. Zwłaszcza, że brzmiało to jak typowa armijna plotka. W końcu rycerze wywodzili się ze szlachty więc taka kobieta musiałaby być szlachcianką a raczej nie zdarzało się aby szlachcianki parały się wojaczką. Zwykle miały być piękne, eleganckie, dobrze wyjść za mąż i być przykładnymi żonami i matkami. A nie nosić zbroję i pędzić na wroga z kopią pod pachą. Nic dziwnego, że wielu pozostało sceptycznym czy ta plotka mogła być prawdziwa. Ale myśl, że dołączyłoby się nawet dwóch prawdziwych rycerzy do ich hufców dodawała otuchy no i prestiżu. Do tej pory właściwie mieli tylko oddziały piechoty i tylko szefowe jeździły konno. No i Gebirgsjaeger no ale oni przemieszczali się na swoich górskich kucach ale na miejscu działali już pieszo jak klasyczni zwiadowcy i lekka piechota.
Przyłączyło się też parę innych osób. Jak choćby jakiś kasnoludzki tarczownik. Na razie głównie biesiadował nie oszczędzając gardła i żołądka ale przecież krasnoludy tak mają. Wyglądał jednak na tyleż hałaśliwego co krzepkiego. Eitri wydawał się bardzo ucieszony tą informacją, że jakiś jego pobratymiec też dołączył do górskich oddziałów. Pytał o to skąd ów krasnolud jest ale tego koledzy nie wiedzieli. Zapewne jednak przyjdzie tu jutro rano bo odkąd się zaciągnął zawsze przychodził aby sprawdzić czy nie ma dla niego jakichś rozkazów. Inez do tej pory nie miała bo czekała na powrót wyprawy zaopatrzeniowej z Hochlandu. Ale teraz jak wrócili to mogło się to zmienić.
Podobnie widzieli jak grupka landsknechtów i jacyś biczownicy rozmawiali ostatnio z Inez a tak zwykle zaczynał się początek służby w wojskach margrafa von Falkenhorsta. Ale czy coś z tego wyszło czy nie tego zwykli wojacy nie wiedzieli.

https://i.imgur.com/2pOYswv.jpg
Póki co jednak dzień zrobił się pogodny, tak dla odmiany po wczorajszej ulewie i dzisiejszych chmurach. Na podwórzu “Zająca” pstrokata zbieranina wojaków biesiadowała świętując odniesione sukcesy, pijąc za pierwszych poległych i za swoje powodzenie bo tym razem wojna zdawała się już stać tuż za rogiem. Nawet jak jutro nie wyruszą z Lenkster to pewnie w kolejnych dniach już tak. Wróg stał już pod stolicą a ta wcale nie była tak daleko od ponurego zamczyska jakie górowała tutaj na wzgórzu.
-
Miejsce : pd-zach Ostland; karawana oddziału Petry
Czas : od: 2521.04.32; Aubentag; cały dzień
do: 2521.04.33; Marktag; od świtu do południaPo zdaniu raportu i sprawdzeniu zdrowia reszty, elfi zwiadowca poszedł na czaty. Sporą część życia spędził w lasach, także wiedział pod którym drzewem stanąć aby choć trochę uniknąć deszczu. Wybierał takie z rozległymi gałęziami i przechodził od jednego do drugiego. Ciężko było cokolwiek usłyszeć, bo ulewa skutecznie zagłuszały resztę otoczenia. Czasem coś w oddali było słychać, to ryk jelenia, to jakieś wycie innej zwierzyny. Nic nienaturalnego. Wpatrywał się chwilkę uważnie między drzewa, szczególnie w kierunku z którego wczorajszego dnia przyszli. Starał się patrzeć za mała latającą czarownicą, która to mąciła w głowie. Mogła poruszać się pewnie bezszelestnie, ale on już wiedział, że takowa istota jest w armii wroga. Bo tak to mniej więcej przedstawił sytuację ten mag, że przeciwnicy który z nimi walczyli to zwiad z głównej Armii Chaosu... Jednak szybko zrezygnował z dalszego zwiadu, gdyż już był przemoczony i nawet jego umiejętności zwiadowcze w niczym tu nie pomogły.
Gdy wrócił do obozu, przebrał się szybko i dyskretnie w suche ciuchy, wziął też jakiś koc i schował pod jeden z namiotów by pomodlić się do Ishy i Kurnousa, przykryty kocem aby nieco się ocieplić. Deszcz ustawał, a szefowa zawołała do dalszej podróży. Ta minęła bez szwanku. Elf nieco się wyróżniał na tle innych wojaków gdyż był mniej ubłocony. Wcześniej inni wojacy na pewno zwracali by na to uwagę i byliby zaskoczeni, ale dzięki obecności dwóch magów, to ich nieskazitelna czystość zdecydowania przebijała naturalne dyspozycje długouszych. To nawet cieszyło Duivela, gdyż nie sprowadzał na siebie więcej uwagi niż by chciał. Podróż minęła spokojnie, choć mag znów zrobił show i przeraził część ludzi. Duivel jednak znów jakby nie był wzruszony, a wręcz patrzył z szeroko otwartymi oczami. Na chwilę podszedł w miarę blisko, choć nie tak jak Alezzia, i odważył się spytać - to mówi? Potrafi walczyć? - był nad wyraz ciekawy istoty i jej przydatności dla całego wojska. W końcu rozbili obóz i elf pomógł w rozpaleniu ogniska. Sam chętnie przy nim zasiadł by chwilę chociaż pobyć z resztą wojaków. Przy pierwszej sposobności opisał wydarzenia z lasu. Gdy mówił o zmarłych, robił to z szacunkiem i wręcz zasugerował modlitwę za zmarłych, jednak poprosił by ktoś inny ją poprowadził, gdyż liczył się z tym, że nikt inny nie wierzy w tych Bogów co on. Całą opowieść starał się skrócić, pomijając nieprzyjemne szczegóły, ale podkreślił odwagę praktycznie każdego uczestnika. Nawet o kusznikach wyraził się pochlebnie, jak to zostali chronić swojego dowódcę którego zaatakował chaos. Zaznaczył, że ostatecznie i on wykazał się sporą odpornością bo wyszedł z tego cały. Po skończonej opowieści, wstał podziękował za wspólny wieczór i udał się do snu, wcześniej nieco się ogarniając...
Kolejny dzień, zaczął od modlitwy, następnie odświeżył ubranie. Założył swoje ulubione pstrokate, tak jak elfy lubiły. Tego dnia już nie zależało mu na kamuflażu, nie przypuszczał, żeby wróg teraz zdecydował się ich zaatakować, gdy już są tak blisko zamku. Od śniadania uśmiech nie schodził mu z twarzy, był mocno podekscytowany tym, że udało im się spełnić misję, a teraz czeka ich prawdziwa próba. Był mocno związany z Ostlandem, co ciężko było wytłumaczyć innym. Zarówno pobratymcy jak i inne rasy, nie mogły pojąć, że spiczasto-uszy zżył się z jakąś krainą bardziej niż z lasem. Oczywiście w całym Ostlandzie najbliżej było mu do tutejszych lasów właśnie, natury w pełni nie oszuka. Wprawdzie zaciągnął się pod sztandar Górskiej Marchii, ale był to twór na tyle nowy i dla niego dziwny, że czuł jakby walczył w armii swego ukochanego kraju. Droga mijała mu na rozmowach z innymi zwiadowcami, zarówno tymi bez dowódcy, jak i tymi pod zwierzchnictwem Kolesnikova. Z tym ostatnim też wymienił parę uprzejmości, ale nie były to jakieś poważne rozmowy. W każdym razie badał teren, bo wciąż się zastanawiał gdzie Petra go przypisze. Niestety nie mógł trafić do Renate, gdyż ta zarządzała zupełnie inną jednostką. Byli jeszcze konni górscy, ale oni z kolei byli już ewidentnie armią margrabiego, więc byłoby to troszkę ryzykowne na dłuższą metę... Bo przecież chciał przeżyć. W końcu ujrzeli swój cel podróży. Widok Lenkster bardzo ucieszył Duivela. Z trzech powodów. W końcu wyśpi się w jakimś łóżku, odwiedzi wuja i kuzynki w Ristedt oraz widok nietkniętych murów świadczy o tym, że armia Chaosu męczy się w stolicy i Ostland jeszcze nie upadł!Miejsce : pd-zach Ostland; Lenkster
Czas : 2521.04.33; Marktag; popołudnie
Warunki : - ; różne miejsca: dzieńGdy weszli na podzamcze, wśród tłumów elf nie zauważył żadnej znajomej twarzy. Nie widział Davandrel ani Olgi Ziegler ani Jotunna, nie było też wśród tłumu też Elary, Elysii ani nikogo z domu wuja Albwina. Zaczął rozmyślać, czy już ruszyli na wojnę, albo przeciwnie, udali się na zachód. Niezbyt uczestniczył też w powitaniach z resztą armii. Gdy Petra przywitała się z Inez, oświadczyły, że obiad odbędzie się za około 2 godziny i wtedy także ogłoszą najważniejsze sprawy. Elf chciał wykorzystać maksymalnie ten czas i oznajmił dowództwu, że wróci później i udał się do swojej znajomej, mieszkającej niedaleko.
Do tej pory rzadko odwiedzał Elarę w jej mieszkaniu, ale tym razem postanowił zrobić wyjątek. Ona zawsze więcej wiedziała, no i w tym roku nie zanosiło się, że za około miesiąc odbędą coroczne spotkanie w karczmie w Ristedt. Trafił tam bez problemu i po krótkim stukaniu do drzwi, niziołka otworzyła i zaprosiła Duivela do środka. Po krótkim przywitaniu, elf zasiadł w niezbyt dużym salonie, z propozycji różnych trunków, wybrał ten o najmniejszej zawartości alkoholu, czyli krasnoludzkie ale. Zaczęli sobie nieco opowiadać, elf zdążył streścić swoją podróż do Ristedt, opowiedział o zaginionym kuzynie, a także o wyprawie po zapasy dla mkg von Falkenhorsta. Elara zwyczajowo powinna opowiedzieć swoje historie, jednak niespodziewanie wstała i zawołała swoję kuzynkę do salonu...- no kolego, tym razem nie sprawię Ci tej przyjemności i nie będę mówić o swoich przygodach, a były, uwierz mi, ciekawsze od Twoich! Noo, bo jak się pewnie domyślasz, kuzynkę, którą tu przyjęłam znasz dobrze! Leni choć tu w końcu, ile mamy czekać!! .- i właśnie w tej chwili z toalety wyszła kolejna niziołka. Wyglądały bardzo podobnie, obie miały długie włosy, które jakby naturalnie się skręcały, zwijały i były jakby sfilcowane. Ciężko było określić ich kolor, gdyż te zbite ze sobą były jakby ciemno-brązowe, a te pojedyncze, które odstawały, były już sporo jaśniejsze. Leni i Duivel wpadli sobie w ramiona. Była to służka/kucharka jego wuja Albwina, która jak kilku innych bliższych pracowników, stanowiła tak naprawdę rozszerzoną rodzinę. Okazało się, że niziołka będąc w łazience słyszała opowieść elfa i po chwili przeszli do tego dlaczego ona właściwie jest u swojej kuzynki, a nie w posiadłości Albwina.
- Wuj i cioteczka udali się na zachód. Dogadali się z innymi elfimi kupcami, wynajęli najlepszych Leśnych Duchów i ruszyli. To już tydzień temu! Chodzą słucy, że przewodzi im Twój brat, także będą bezpieczni, wiesz oni nie byli tak zżyci z Ostlandem jak Ty dziwaku. Twoje kuzynki zbierają resztę rzeczy z posiadłości, a został im do pomocy woźnica i major-domus. Zresztą oni już też powinni być w drodze pod zamek i mam przygotować im wynajęte mieszkanie na przybycie. Może będą w nocy, może jutro, zależy ile rzeczy zabrali. Także drogi Duivelu, jeśli jeszcze nie ruszysz na wojnę to mogę Ci teraz pokazać gdzie możesz nas znaleźć, myślę, że jutro wieczorem na pewno. - mówiąc to wszystko Leni w tym czasie się ubierała. Opowiadanie dla niej jest prawie jak oddychanie i bez przeszkód potrafi robić inne czynności w tym czasie. Duivel oczywiście przystał na proźbę, pożegnał się z Elarą, przy okazji umawiając na spotkanie tydzień po zakończeniu wojny w karczmie w Ristedt. Podzamcze Lenkster nie było jakiś wielkich rozmiarów, także niedługo trwał wspólny spacer niziołki i elfa. Wskazała mu wejście do kamienicy, piętro i numer apartamentu, po czym Duivel obiecał, że pojawi się tu jutro, gdy tylko dowie się co i jak z wyprawą na wojnę.Sam dotarł z powrotem do karczmy "Pod tańczącym zającem" na czas. Podczas oczekiwania na posiłek, wysłuchał co do powiedzenia mają szefowe. Informacje były do przewidzenia. Po to się zaciągnął aby w końcu ruszyć na front, ale póki co ważniejszy był obiad. Był już głodny jak wilk, także cała reszta nie miała teraz znaczenia. Rozejrzał się jeszcze za kobietą rycerzem, jednak nie wypatrzył jej. Sprytnie usiadł w takim miejscu aby dostał posiłek jako jeden z pierwszych, więc nie czekał długo, a gdy dostał obiad, to od razu zabrał się za jedzenie i rozkoszował się każdym kęsem. Petra znów dotrzymała słowa i uczta była przednia.
Miejsce : pd-zach Ostland; Lenkster; Podzamcze; ul. Karczemna; karczma “Pod tańczącym zającem”
Czas : 2521.04.33; Marktag; zmierzch
Warunki : gwar karczmy ; na zewnątrz: zmierzchDuivel dosiadł się do towarzyszy w karczmie. Starał się dołączyć do rozmów, zamówił piwo, które było już jego trzecim tego wieczoru. Gdy tylko usłyszał kolejną falę plotek o kobiecie-rycerzu, szybko podjął temat, ale nieco zmienił narrację mówiąc
- Panie i Panowie, Wy tu rozmawiacie o kimś, kogo jeszcze nie ma w naszych szeregach, ale jest z nami przecież już znakomita wojowniczka, która nieraz wykazała się odwagą na wyprawie! Zdrowie Renate Theiss!! - wzniósł toast, a następnie zaczął rozglądać się za kobietami siedzącymi przed karczmą czy też w jej środku. Podróż trwała długo, a czas spędzał jedynie z mężczyznami. Nastał czas na chociażby mało znaczącą rozmowę z przedstawicielką płci pięknej, dowolnej rasy. No może nie odważyłby się zagadać do skavenki czy też zielonoskórej, ale na szczęście takowych tu nie było. To mogła być ostatnia taka biesiada przed wyruszeniem na prawdziwą wojnę, także elf oprócz zwykłej rozmowy, próbował flirtować, choć jego sztuczki sprzed jakiś pięciu lat już na pewno nie działały. Jednak to tylko go motywowało...
Hello! It looks like you're interested in this conversation, but you don't have an account yet.
Getting fed up of having to scroll through the same posts each visit? When you register for an account, you'll always come back to exactly where you were before, and choose to be notified of new replies (either via email, or push notification). You'll also be able to save bookmarks and upvote posts to show your appreciation to other community members.
With your input, this post could be even better 💗
Zarejestruj się Zaloguj się