Bastion 2521 - Przez wojenne ostępy
-
Miejsce : pd-zach Ostland; pogranicze z Hochlandem; rz. Wolf; Górski Bród; okolice brodu
Czas : 2521.04.31; Wellentag; południe - wieczór
Warunki : - ; na zewnątrz: dzień - noc, zachmurzenie, sła.wiatr; chłodno (0)Duivel przyglądał się z fascynacją jak magini leczy kolejnych członków drużyny. Chyba jako jedyny nie patrzył z przerażeniem, ani nie modlił się do Bogów, by przeprosić za skorzystanie z magii. No tak, był tu przecież jedynym elfem, a reszta to ludzie, którzy według dostępnej wiedzy i mitów, byli inaczej stworzeni niż m.in. Eonirowie. Nie był też zdziwiony, że to Bolko zabił swojego towarzysza. Po tłumaczeniach Alezzi, zrozumiał też w końcu, dlaczego tak broniła kapitana Ferro. On wcale nie zwariował, a po prostu nie był sobą, a może raczej, jego wtedy tam nie było. Tak jak teraz Bolko, jego świadomość zniknęła na jakiś czas, a zostało ciało jako naczynie dla jakieś plugawej magii. Gdy szli przez piwnicę podszedł do magini i szeptem zagadał
- Pani, już rozumiem. Wtedy z Ferro, on rzeczywiście nie zwariował... A dla Bolko możemy powiedzieć historię, że to ta przeklęta tancereczka podleciała niezauważona, wyciągnęła magicznie nóż i zabiła miecznika? Ciężko w to uwierzyć, ale boję się, że ciężej żyć ze świadomością, że miało się dość spory udział w śmierci kolegi, nawet jeśli nie miało się żadnej kontroli... - mówił aż doszli do krypty.
Tam di Lucci nie odpowiedziała jeszcze elfowi, tylko poinformowała wszystkich o tym, że prawdopodobnie są w klasztorze. Większość ogarnęła chwilowa ciekawość, gdyż okazało się, że na płytach nagrobnych znajdowały się jakieś napisy. Niestety, mimo rozpoznania poszczególnych liter, nie udało się Duivelovi odczytać słów.
Minęła dłuższa chwila, grupka natrafiła na różne ślady, chwilę biegli, potem znów widzieli jakieś odrażające truchła. Elf cieszył się tylko, że to już właśnie truchła, a nie kolejny potwór do ubicia. Miał dość plugawych stworzeń na dziś. W końcu trafili na sprzymierzeńca. Duivel nie miał zamiaru się wychylać i zagadywać, ale podszedł w miarę blisko białogłowej dowódczyni. Przypatrywał się jak ta próbowała zagadać do dziwnego osobnika, ale on był niezwruszony. Dopiero gdy został nazwany 'Ultimum Spes', jego czerwona toga poruszyła się. Okazało się, ze jest tym za kogo miała go Alezzia i że udaje się na wojnę. Jedna rzecz z jego wypowiedzi wprost zmroziła elfa, aż dostał gęsiej skórki. Przeciwnik z którym mieli się zmierzyć dopiero gdzieś przy stolicy... był już tutaj! Albo sama obecność ich plugawego przywódcy sprawia, że już z takiej odległości wszystkie inne plugastwa automatycznie wiedzą gdzie mają uderzyć i są zorganizowane? W międzyczasie mag się przedstawił. Drogon brzmiało dość majestatycznie, albo może to jego osoba była na tyle przytłaczająca, że nawet wypowiedziane imię wybrzmiewało niczym grom. Do tego został wymazany. Z pamięci? Z innego królestwa? Wśród pytań w głowie Duivela wybrzmiało też - ale czy na pewno można mu ufać? Mgła zelżała. Mundo-naru podszedł bliżej magini by spytać o kolejną nurtującą go sprawę
- Droga Alezzio, czy nie powinniśmy przypadkiem poszukać Twoich rodaków z kapitanem Ferro na czele?- na koniec wypowiedzi zobaczył, że dwóch mieczników dziwnie patrzyło na niebo. Była nagle noc! Wydusił z siebie jeszcze tylko " aha " jakby to była odpowiedź na jego pytanie. Szli dalej, a drogę oświetliła im kolejny raz ... magia.
Gdy doszli do brodu, nastąpił kolejny pokaz wykonaniu Drogona. Zrobił most przy pomocy magii. Elf pierwszy raz od dawna pomyślał o swych życiowych wyborach. O tym, że cała rodzina to łowcy, którzy nie imali się magii. Nie była im obca, nie bali się jej jak zdecydowana większość elfów, ale też w ogóle z niej nie korzystali. Nie potrafili choćby najprostszego zaklęcia. Przecież można było inaczej, gdyby rodzice zabrali do Ostlandu ze sobą tylko starszego brata, a jego zostawili w Laurelorn. Wtedy miałby od kogo się uczyć magii i może potrafiłby sam wyczarować most. Gdy już był po drugiej stronie, spróbował walczyć z tymi myślami i przypomniał sobie jak bardzo podziwiał brata, który był wybitnym Leśnym Duchem (zwanym również Widmowym Obieżyświatem). Byli już praktycznie w obozie. Duivel naprawdę się ucieszył, że wrócił i będzie mógł w końcu zjeść i spać. Nie był gotowy na walkę z plugastwem, przecież mieli się zmierzyć dopiero za jakiś tydzień, gdy w końcu już wyruszą z Lenkster. Jednak po dzisiejszych przygodach już wiedział, że od teraz trzeba być gotowym każdego kolejnego dnia. Stąd też chyba chęć pożądnego snu.
Scena przy powitaniu nie bardzo przejęła elfa, wręcz nie zwracał zbytnio na nią uwagi. Cieszył się jedynie, że tajmniczy Wymazaniec nie okazał się raptusem i nie użył żadnej magii na Petrze. Zaraz wydanym przez Petrę rozkazie odwrócił się i ruszył w poszukiwaniu jedzenia. W prowizorycznej kuchni pozostały jakieś resztki po kolacji. Zjadł to co wyglądało na jeszcze zdatne i zaczął rozglądać się za miejscem do spania. Zauważył parę kusz tileańczyków co go nieco uradowało. Zawsze to więcej ludzi i strzał do tępienia plugawej zarazy. Choć elfa kusiło jeszcze, by usiąść przy ognisku i napić się jakiegoś alkoholu, to jednak położył się w jakimś w miarę ciepłym zakamarku i tak zasnął mocnym snem.
Miejsce : pd-zach Ostland; pogranicze z Hochlandem; rz. Wolf; Górski Bród; obóz oddziału Petry
Czas : 2521.04.32; Aubentag; wczesny ranek
Warunki : - ; na zewnątrz: dzieńElf obudził się wyspany jakby spał w jakimś zmatuzie dla bogatszych. Może to była kwestia zmęczenia, a może to wczorajsze leczenie magiczne tak wpłynęło na jego organizm tej nocy? Nie wiedział, ale nie było to już ważne. Odmówił poranną modlitwę, poszedł się przebrać gdzieś na uboczy, tak by nikogo nie zgorszyć i udał się w jedynie słyszne miejsce - do kuchni. Tam też spotkał Guendalinę, do której podszedł
- Dzień dobry siostro Guen. Tak z ciekawości chciałem spytać, czy jako kleryczka, potrafisz może leczyć innych? A może mogłabyś mi po prostu asystować? Wiesz, Tobias i Stefan przybyli tu wczoraj nieco ranni, a myślę, że sama Twoja obecność przy opatrywaniu mogłaby im pomóc.- uprzejmie skinął głową na koniec wypowiedzi i jeszcze po odpowiedzi kleryczki dodał, że to oczywiście po śniadaniu.
Gdy już uporał się ze śniadaniem i pomógł towarzyszom broni (wszystkim z wczorajszej wyprawy, którzy jeszcze potrzebowali leczenia), udał się do Petry aby złożyć raport.
- Szanowna Petro, zgodnie z rozkazem przyszedłem złożyć raport. Nie chcę rozwklekać historii. Walczyliśmy z bestiami, przerośniętym psem wyglądającym jakby uciekł z piekła i jego malutką skrzydlatą koleżanką, z jakimś latającym ścierwem, które lecąc wyglądało jakby pływało i dźwiękiem nas karciło. Była też obca magia, która mieszała nam w głowach przez co Alezzia była odłączona od drużyny, a kapitan Ferro nieobecny duchem. Ostatecznie Ja Tobias Stefan Hugo i jego miecznicy połączyliśmy się z maginią światła. Po wygranym starciu, przez magię straciliśmy jednego z mieczników. Ondaleźliśmy ostatecznie maga Drogona Wymazanego zwanego też Ultimum Spes. Wybił więcej tych popaprańców niż cała nasza drużyna, wydaje się być potężnym magiem i został wezwany na wojne. Aha, to już byli nasi wrogowie, Ci z którymi toczymy wojnę. Muszę siebie i chłopaków pochalić za postawę gdy brakowało nam dowódcy. Także Alezzię, bo gdy trzeba było, to świetnie poradziła sobie z Twoimi ludźmi. I elfem. To tyle szefowo, ale pozwole sobie zadać pytanie. Ferro dotarł tu w dobrym stanie? I zachowywał się jak dawniej? - Mundo-Naru skończył raport i czekał na decyzje Petry co do dalszych kroków.
-
Tobiasa zmroziły słowa świetlistej czarodziejki. Każdy, w tym zwiadowca, mógł być na miejscu miecznika i poderżnąć gardło towarzyszowi. Ot tak, jakże podstępna i potężna jest magia. Gdyby mieszkańcy Imperium zdawaliby sobie z tego sprawę, to łowcy czarownic nie mieliby co robić, bo ludzie wzięliby każdego na widły, kogo tylko podejrzewaliby o czary. No i nie mieliby nikogo kto chroniłby ich podczas najazdów istot Chaosu.
Trzech zwiadowców szło przodem razem z maginią przeczesując starą, zapadłą budowlę szukając jakiś śladów obcego maga. Według Alezzi nie było w tej chwili zagrożenia ze strony wroga ale to nie dało wiele otuchy mężczyznom, spoglądających z niepokojem we wszystkie strony. Może tylko elf czuł się bardziej swobodnie, być może jego lud bardziej niźli ludzie, odporny jest na podłe sztuczki mrocznych czarodziejów. Ślad znaleźli - i nie tylko! Dziwaczna istota rozpadała się na ich oczach i Tobias czuł zimno strachu kiedy widział to co działo się przed jego oczami. Mężczyzna który to wszystko sprawił stał jak słup soli póki Alezzia nie nazwała go Ultimum Spes. Słowa te nic dla łucznika nie znaczyły choć czuł podskórnie że jest to jakieś poważne, dumne słowo - może imię...
Mężczyzna przedstawił się, wymienił z czarodziejka kilka zdań i w końcu, z dziwnym towarzyszem oddział ruszył w drogę powrotną. Tylko co z czarownicą? Czemu nie podążamy za nią? Tego Tobias nie mógł zrozumieć. I szczerze mówiąc nie ufał czerwonemu czarodziejowi. Czarodziejka nie przebadała go Swoją magią. Skąd mamy wiedzieć czy jest po Naszej stronie czy nie?
Nie zdążył Tobias skończyć się zastanawiać kiedy musiał po raz kolejny uspokajać swe zszargane nerwy kiedy nagle, jak mrugnięcie okiem, dzień stał się nocą. Magowie mówili coś o jakiejś strefie i o czasie, jakby było to coś zupełnie naturalne. No i czarodziejski most! A już zaczął się przyzwyczajać do czarodziejskich zdolności Alezji. Ale tego już było za wiele. Zwiadowca postanowił się skupić na tropieniu i szukaniu śladów czegoś namacalnego aby nie zwariować.
Z ulgą usłyszał a potem dostrzegł w oddali obóz żołnierzy. Najwyraźniej długo nas szukali i chyba nawet dali za wygraną. Dla nich czas chyba poruszał się, wolniej?
Sen przyszedł szybko, pełen był niepokojących, mrocznych wizji, potworów, magii i latającej wrednej istotki. Gdy Tobias obudził się był spocony, mimo chłodnego poranka. Zjadł śniadanie w towarzystwie Stefana i jego psa który już dochodził do siebie. Zwiadowca poczęstował zwierzę sporym kawałkiem mięsiwa i poczochrał go dobrze za uchem - w podziękowaniu za ratunek. Pies nie rozumiał intencji ale przyjął posiłek i drapanie z entuzjazmem.
Kiedy stanął przed szefową ta zdawała się dalej być w kiepskim nastroju w jaki wpędził ją nowy przybysz.- Zachowuję się jak kawał złamasa, to fakt szefowo. I poza stworzeniem magicznie mostu nie widziałem szczególnej pomocy jaką miały nam udzielić podczas naszej walki z czarownicą. Nie ufam mu i zamierzam mieć go na oku.
A co do zwiadu - to może zacznę od początku...
-
Stefan resztkami sił wtoczył się z resztą do obozu niosąc ciało poległego towarzysza. Wierny Azur trwał cały czas przy jego nodze ale widać było że też jest potwornie zmordowany i poszedłby spać nie mniej chętnie niż jego Pan. Stefan z szacunkiem złożył ciało zabitego na ziemi przy którymś z ognisk przy których rozpoznał mieczników sierżant Theiss i przekazując im jednocześnie smutną wieść o śmierci towarzysza broni. Po tym udał się pod wóz szefowej, tracąc rozpoczynające rozmowę słowa ale załapując się na cały “występ” w wykonaniu czarownika. Arogancko popis czaroklechy spowodował że jeszcze raz przypomniał sobie wydarzenia dzisiejszego dnia, smutek z powodu utraty w ruinach towarzysza broni i to jeszcze w tak przerażający okolicznościach jak wykorzystanie przez plugawego maga jednego wojownika do zabicia drugiego niczym marionetkę. Tym bardziej pamiętał frustrację kiedy stracili trop mordercy. Po tym szaleńczy bieg w celu uratowania maga który jak się okazało miał się zadziwiająco dobrze. Jego uczucia co do czarownika nie zmieniły się znacząco od momentu spotkania mianowicie powodował on u Stefana uczucie niepokoju i zakłopotania. Wydawało się że czarownik jest na zupełnie innym “poziomie” niż oni i porusza się z Tileanką w świecie koncepcji i zasad których Jeager niemal całkowicie nie rozumiał. Chamskie zachowanie wobec ich szefowie tylko dopełniło obrazu aroganckiego bufona w głowie Stefana, niebezpiecznego aroganckiego bufona.
Stefan słyszał propozycję Hugo i Alezzi aby udać się na spoczynek i choć każda cząstka niego miała ochotę się z nimi zgodzić to ostatkiem sił dał inną sugestię:Takżę chciałbym odpocząć ale wydaje mi się że zanim zajmiemy się odpoczywaniem, należy najpierw pójść do dowódcy warty i ostrzec go żeby zachował wzmożona czujność, wystawił dodatkowych ludzi. Nasi wrogowie zaatakowali powóz jak rozumiem w celu zabicia obecnego tu Drogona tak? Czemu nie mieliby ciągnąć właśnie za nami w celu zaatakowania obozu ich cel nie został zrealizowany a nieokreślone siły do dyspozycji nadal mają, trzeba zachować czujność.
Rano Stefan wstał cały czas zmęczony, spałby dalej ale wiedział, że nie może, obiecał sobie że poszuka siostry Guendaliny i poprosi ją o odprawienie jakiegoś nabożeństwa dla zabitego miecznika. Trzeba było zadbać o chociaż najdrobniejsze ukojenie dla jego duszy. Dawało mu to także chwilę czasu na zastanowienie co on też miał do cholery powiedzieć Szefowej na temat wczorajszych wypadków?
-
Oryginalny tytuł: Tura 30 - 2521.04.33; mkt; zmierzch
Miejsce: pd-zach Ostland; Lenkster; Podzamcze; ul. Karczemna; karczma “Pod tańczącym zającem”
Czas: 2521.04.33; Marktag; zmierzch
Warunki: jasno, ciepło, gwar karczmy ; na zewnątrz: dzień - dzień, pogodnie, sła.wiatr; chłodno (0)Główna grupa

https://i.imgur.com/Pol1Pvc.jpg
Ludowe przysłowie mówiło, że bogowie pogody lubią sobie zakpić z planów śmiertelników. Okazało się, że następnego dnia po powrocie do zwiadowców i magów do obozu to powiedzenie świetnie się sprawdziło. Wedle planów z rana mieli ruszyć w dalszą drogę ku Lenkster i była realna szansa, że do zmierzchu tam dotrą. Tymczasem jak się rano rozpadało to lało przez pół dnia mocząc wszystko i wszystkich. O ile pod namiotem dało się jeszcze jakoś to wytrwać to wystarczyło wyjść nawet za potrzebą czy po posiłek na zewnątrz aby mieć wierzchnie okrycie całe mokre. Słychać było jak ciężkie, zimne krople deszczu tłuką nieustannie o płachty namiotowe z charakterystycznym dźwiękiem. Jak spadają na trawę, na ziemię, na liście w kałuże jakie wytworzyły się po ludzkich śladach. Zanim przestało to zrobiła się druga połowa dnia. Wszystko wciąż było nasiąkniętę po tej wielogodzinnej ulewie, że Petra wahała się czy wydać rozkaz do wymarszu. W końcu go wydała ale ze świadomością, że dziś do Lenkster raczej nie dotrą i tylko w obawie przed tym aby tu nie utknąć gdyby w nocy albo kolejnego dnia znów tak lało.
Rzeczywiście do zmierzchu przeszli niewiele i nie byli nawet w połowie drogi do Lenkster. Ale chociaż symbolicznie zbliżyli się do celu wędrówki. Inni zapewnie doszli do podobnych wniosków bo ruch na leśnej drodze był niewielki. A i szło się ciężko gdy świeże błoto potrafiło sięgać do połowy łydek a czasem kolan. Wozy też miały trudności i regularnie trzeba było któryś popchnąć aby wykaraskał się z błotnej pułapki. Więc gdy rozbijali wieczorny obóz wszyscy byli przemoczeni, ubłoceni i zmęczeni tymi ciężkimi warunkami a humory niezbyt dopisywały.
Ponad pół dnia wymuszonego aurą postoju jednak pozwolił rannym na odpoczynek. W połączeniu z wizytami Stefana i Duivela jacy mogli zdjąć stare opatrunki i założyć nowe oraz Alezzii jaka leczyła swoim magicznym światłem było pomogło to wrócić im siły. W sposób naturalny też pokawałkowało obóz na ich własne namioty bo jak ktoś nie miał pecha mieć warty to zwykle wolał chronić się przed ulewą wewnątrz swojego namiotu. Jedynie rano śniadanie i obiad w środku dnia wywołały większość wojaków do ogniska przy jakim kucharze rozdawali posiłki. Pod tym względem dało się poznać czemu szefowej tak bardzo zależało na krytej budzie. W tych warunkach suchy, ciepły i ogrzany wagon młodej szlachcianki jawił się jak oaza ciepła i spokoju podczas tej ulewy. I wyglądało na to, że szefowa zaprosiła Alezzię i siostrę Guendelinę do siebie zapewne aby im oszczędzić trudów bytowania w namiocie. Jednak to pokawałkowanie przez ulewę niezbyt sprzyjało rozmowom w szerszym gronie za to sprzyjało rozmowom wewnątrz namiotu. Dopiero gdy po południu zwijali obóz i maszerowali przez tą nasiąkniętą przez kilkugodzinną pluche ziemię znów widać było większość zbiorowości. I sytuacja wróciła do normy dopiero wieczorem w nowym obozie gdy znów płonęły ogniska które mocno dymiły od wilgoci ale znów widać było przy nich zgromadzonych wojaków.
Przez to wszystko sprawa wczorajszej wyprawy w głąb hochlandzkiej części lasu niejako przyschła w sposób naturalny. Rano w ta ulewa sprawiła, że trudno było aby poszczególni jej uczestnicy zjawili się u szefowej z raportem jednocześnie więc zwykle mówili z nią osobno. Ów obcy mag zniknął im niejako z oczu bo i wszyscy już chowali się w swoich namiotach. Szefowa zresztą czyniła podobnie w swojej budzie na kółkach. I jak otwarła swój wagon to coś nie było widać za jej plecami owego maga więc chyba co do odstąpienia mu swojego miejsca nie zmieniła zdania.
Mimo wszystko jednak jakieś wieści i tak się rozeszły po obozie w ciągu tych dwóch dni podróży do Lenkster. Po noclegu wciąż jeszcze na mocno nasiąkniętej wodą i błotem ziemii kolejny dzień na szczęście był znośniejszy. Z samego rana co prawda padała mżawka no ale nie miała porównania do ulewy z poprzedniego dnia. Więc szefowa zarządziła wymarsz. Okazało się, że słusznie bo z dzwon czy dwa później mżawka ustała i chociaż niebo wciąż było pochmurne i deszczowe to jednak do samego Lenkster nic z niego nie padało. A ponure mury granicznej, niegdy nie zdobytej twierdzy zobaczyli po południu. Szefowa już chciała dotrzeć na miejsce więc nawet zarządziła aby maszerować bez przerwy na obiad rzucając hasło “obiad w Lenkster” i aby zmotywować swoich wojaków obiecała podwójne porcje. To rzeczywiście podziałało i popołudniu wkraczali na Podzamcze. Wydawało się to jak powrót do domu gdy po tylu dniach wrócili do miejsca w jakim się zapisali do regimentu górskiego markgrafa, poznali się nawzajem i wspólnie ruszyli do hochlandzkiego Breder po zaopatrzenie. Chociaż skład nie był taki sam. Kogoś ubyło, kogoś przybyło. No i jak ruszali to mieli w karawanie jeden kryty plandeką wóz a wracali z kilkoma, w tym z wagonem szefowej no i całkiem sporym stadem koni, kuców i bydła. Już nawet na pierwszy rzut oka jak się na to spojrzało jak to skromnie wyglądało przed i po to widać było, że wyprawa zakończyła się sukcesem.
Po drodze dało się od Edgaro dowiedzieć co się działo u nich po rozstaniu z tą częścią grupy jaka zdecydowała się poszukać Alezzi jaka wówczas wydawała się zaginiona a jej los niepewny. Mając obezwładnionego porucznika dostali się pod wpływ jakichś czarów. Wybuchły kłótnie i bójki. Ktoś krzyknął, że to miejsce jest nawiedzone i przeklęte. Niektórzy próbowali nad tym zapanować ale tylko porucznik Ferro miał na tyle autorytetu aby to zrobić nad całym oddziałem a ten wciąż leżał prawie bez życia na ściółcę. Zwiadowców ani Alezzi nigdzie nie było widać i jakby las i wciągnął w swoje mroczne sidła. W końcu zaczęli wracać w stronę drogi i głównych oddziałów ale byli skłóceni i podzieleni. I nieźle zestrachani jak słyszeli krzyki towarzyszy z głębi lasu jakby coś ich tam dopadło. Gdy pojedynczo czy dwójkami wychodzili na drogę i dołączali do głównej karawany nie byli pewni co się stało. Edgaro skupił się na tym aby z kolegą nieść nieprzytomnego porucznika. Gdy Petra do nich podjechała na koni nie wiedział co ma jej odpowiedzieć. Ilu wróciło kuszników? Gdzie reszta? Co tam się stało? Właśnie szefowa przejęła wtedy dowodzenie i kazała się skupić Tileańczykom przy swoim wagonie. Okazało się, że trzech z nich brakuje. Sądząc po tym jak słyszeli jakieś krzyki w lesie za swoimi plecami nie spodziewali się ich zobaczyć jeszcze żywych. A co się stało z Alezzią i tymi co poszli jej szukać nikt z Tileańczyków nie wiedział. Konna milady nie była zachwycona takim sprawozdaniem i zarządziła aby Kolesnikow przysłał na ten hochlandzki brzeg paru swoich ludzi i razem z Theiss przeszukali ten cholerny, przeklęty las. Znaleźli znów te zaszlachtowane ciała załogi powozu, znaleźli dwa ciała tileańskich kuszników. Też zaszlachtowane. Znaleźli jakieś ślady zapewne konia Alezzii bo tylko ona z tej wysłanej grupy była konno. Ale prowadziły w głąb i w głąb lasu a to już połowa dnia się robiła. Theiss uznała, że dalsze poszukiwania nie mają sensu bo nic nie wskazywało, że zaginieni są tuż za najbliższym drzewem. Wracając zabrali te zaszlachtowane trupy i przy trakcie pochowali ich we wspólnym grobie. Zrobiło się południe a wciąż od grupy co poszła szukać Alezzi nie było ani widu ani słychu. Szefowa więc zarządziła dokończenie przeprawy przez Wolf. A gdy już wszystkie wozy, stada i żołnierze byli po ostlandzkiej stronie okazało się, że dnia już wiele nie zostało. Więc rozbili obóz niedaleko ale już po wschodniej tronie rzeki. Licząc, że zaginieni jeśli by mieli wrócić to też powinni się kierować na wschód i Lenkster. Co się okazało słusznym założeniem.
Przez drogę ów nowy mag czasem się rzucał w oczy a czasem nie. Przez tą ulewę to chyba wszystkim zniknął z oczu i nikt nim się za bardzo nie interesował a może nawet większość obozowiczów nie była świadoma jego obecności. W końcu zawitał do ich obozu koło północy jak większość już spała w swoich namiotach a następnego dnia chowała się przed ulewą w tych samych namiotach. Dało się go widzieć przy obiedzie gdzie wzbudził wiele zaciekawionych spojrzeń. Czerwona szata z obszernym kapturem sprawiała, że wygladał trochę jak mnich, trochę jak uczony, a trochę jak mag. Przez co jakby w naturalny sposób z jednej strony budził ciekawość a z drugiej jakoś wojacy nie kwapili się aby coś do niego zagadać. Jedynie Alezzia nie czuła się skrępowana rozmową z nim chociaż widać było, że odnosi się do niego z wielkim szacunkiem.
Kolejna scysja między nim a szefową wybuchła gdy mieli ruszać w drogę po tej ulewie. Drogor zapytał o konia. Zapewne widział całkiem spore ich stado w obozie. Petra jednak nie zgodziła się tłumaczać, że to są wojskowe konie dla wojska i dając do zrozumienia, że widocznie nie uważa maga za część tego wojska. Ten nie wyglądał na przejętego odpowiedzią. Ale jak już ruszali to dał popis swoich umiejętności. Dziwnymi słowami i gestami zaczął formować z ziemi jakąś bryłę wywołując popłoch wśród wojaków jacy wyraźnie cofnęli się od niego. Bryła ziemi kształtowana jego magią wydłużała się coś z niej wyrastało. Aż wreszcie uformowała się w dziwną, wysoką, dwunożną istotę. Podobną do niczego. Chociaż w ogólnym planie budowy do jakiegoś ptaka. Stworzenie nachyliło się i mag go dosiadł. Dziwnie to wyglądało bo z bliska wciąż było podobne do błotnistej ziemi z jakiej zostało ukształtowane. A mimo to poruszało się jak żywe stworzenie. Mag jechał tak do wieczora właściwie sam bo nikt nie śmiał się do niego zbliżyć. Może poza Alezzią ale ta miała kłopoty z opanowaniem swojego konia jaki miał opory aby zbliżyć się do dziwnego, dużego dwunożnego stworzenia i jego jeźdźca. Zaś wieczorem gdy się rozbijali na obóz po jednym słowie i geście Drogona to magiczne stworzenie na powrót rozpadło się w plamę ziemi. Jednak wojacy i tak na wszelki wypadek omijali tą plamę jakby obawiali się z nią zetknąć.
Może dlatego kolejnego ranka gdy podczas mżawki zbierali się do drogi tym razem Drogor dostał wierzchowca przez co mniej rzucał się w oczy. Skwitował to dumnym, zwycięskim uśmieszkiem i dosiadł go jak własnego. Na nim już bez większych przygód dojechał do Lenkster ale nadal trudno mu było o towarzyszy podróży. Właściwie poza świetlną magister to wszyscy pozostali woleli trzymać się od niego z daleka. A ona dla odmiany wydawała się nim zafascynowana i okazywała mu wielki szacunek.
Powrót do Lenkster jednak skutecznie odwrócił uwagę karawany od innych spraw. Ci co już tu byli wcześniej wypatrywali znajomych kątów i twarzy. Dostrzegali zmiany co się wydarzyło przez te półtora tygodnia od wyjazdu. Jak dostrzegli kogoś znajomego to się witali machaniem dłoni i pozdrawianiem. Ale parli dalej do “Zająca” gdzie od początku trójka wysłanników margrafa von Falkenhorsta miała swoją główną siedzibę. Tu przywitała ich Inez i się uściskały z Petrą na przywitanie. Zaś po ustaleniach z obsługą okazało się, że trudno będzie tak z nienacka ugościć ponad pół setki głodnego wojska więc trzeba było improwizować. Ponieważ większość z nich nie zmieściła się w i tak zatłoczonej karczmie to dwa stoły wyniesiono na podwórze karczmy i były bazą do wydawania posiłków. A miecznicy, łucznicy, halabardnicy i kusznicy rozwalili się po podwórzu ciesząc się, że szefowa dotrzymała słowa i wystawiła ten suty posiłek. Nawet jeśli trzeba było na niego poczekać z parę pacierzy a od śniadania to już kiszki ostro marsza grały. Gdy już obsługa wyniosła gary na te wyniesione stoły to była już druga połowa dnia ale wszyscy powitali to z aplauzem. Zwłaszcza jak pachniało znakomicie i każdy miał kopiastą michę gotowanej kaszy, grochu i gulaszu a nawet się trafiły jakieś kawałki boczku czy kiełbasy. Dla większości wojaków była to wystarczająca nagroda za poniesione ostatnio trudy. A wraz z posiłkiem pokazały się obie szefowe.
- Żołnierze! Udało nam się! Wypełniliśmy powierzone nam zadanie! Mieliśmy zdobyć prowiant, konie i zapasy dla naszych oddziałów i to nam się udało! Pomogliśmy bratnim oddziałów i zdobyliśmy w nich naszych towarzyszy broni! A teraz szczęśliwie wróciliśmy tutaj! Chwała nam za to! - von Falkenhorst wzniosła toast za ten sukces a wojacy zawtórowali jej radośnie. Wciąż była w swoich podróżnych ciuchach więc zwłaszcza jak stała obok Inez to kontrast był duży. Petra w swoich skórzanych spodniach i czerwonym kubraku wyglądała jak jakaś najemniczka a Inez w swojej kolorowej sukni jak szlachcianka i dama dworu. To wywołało kolejną falę radości bo żołnierze mieli satysfakcję, że szefowe ich doceniają i pamiętają o nich nie tylko gdy są potrzebni.
- Ale przez ten czas co nas tu nie było sytuacja na wschodnie zmieniła się. Pogorszyła. Wróg przedostał się do Wolfenburga. Nie wiemy czy już go oblega czy jeszcze nie ale jest już bezpośrednio pod stolicą. Dlatego odpocznijcie dzisiaj. Ale spodziewajcie się, że w najbliższym czasie ruszymy do walki z wrogiem. - kolejne wieści nie były już takie dobre. Nad pstrokatym tłumem żołnierzy zawisło ponure milczenie. Właściwie tego rozkazu wymarszu na wschód wszyscy się spodziewali odkąd zgłosili się do tych oddziałów. Ale jednak do tej pory było to jakoś w zawieszeniu i były inne sprawy bieżące. Teraz pierwszy raz oficjalnie padła wzmianka, że wkrótce będą musieli ruszyć na wojnę jaka wdarła się w ich ojczyznę.
- Ale na razie odpocznijcie. Najedzcie się i napijcie póki jest okazja! Jutro rano zapraszam dowódców oddziałów tutaj na śniadanie. Musimy omówić parę spraw. Ja i Inez będziemy jutro rozmawiać na zamku aby ustalić co robimy. A reszta niech nie opuszcza miasta. Musimy być w pogotowiu. - Petra poinformowała swoich żołnierzy o planach na dziś i jutro. Co tylko potwierdziło wcześniejsze wrażenie o gotowości do wyjazdu. Ale gdy poszły biesiada w to pogodne popołudnie zaczęła się na dobre. Zwłaszcza jak wieści się rozeszły i zaczęli się zjawiać także ci żołnierze z oddziałów jakie podczas wyprawy do Breder pozostały na miejscu. Obie strony były spragnione wieści co się działo u tych drugich.
Podobno Inez zwerbowała dwóch rycerzy. Do tego jeden z nich to kobieta! To była rzadkość bo kobiety ogólnie stanowiły wyraźną mniejszość we wszelkich armiach a już zwłaszcza w tych pierwszoliniowych. Kobiet takich jak Theiss co walczyły w pierwszej linii tak jak mężczyźni było niewiele. Stąd i ta plotka o kobiecie - rycerzu wzbudziła takie niedowierzanie i sensację wśród powracających z Hochlandu. Zwłaszcza, że brzmiało to jak typowa armijna plotka. W końcu rycerze wywodzili się ze szlachty więc taka kobieta musiałaby być szlachcianką a raczej nie zdarzało się aby szlachcianki parały się wojaczką. Zwykle miały być piękne, eleganckie, dobrze wyjść za mąż i być przykładnymi żonami i matkami. A nie nosić zbroję i pędzić na wroga z kopią pod pachą. Nic dziwnego, że wielu pozostało sceptycznym czy ta plotka mogła być prawdziwa. Ale myśl, że dołączyłoby się nawet dwóch prawdziwych rycerzy do ich hufców dodawała otuchy no i prestiżu. Do tej pory właściwie mieli tylko oddziały piechoty i tylko szefowe jeździły konno. No i Gebirgsjaeger no ale oni przemieszczali się na swoich górskich kucach ale na miejscu działali już pieszo jak klasyczni zwiadowcy i lekka piechota.
Przyłączyło się też parę innych osób. Jak choćby jakiś kasnoludzki tarczownik. Na razie głównie biesiadował nie oszczędzając gardła i żołądka ale przecież krasnoludy tak mają. Wyglądał jednak na tyleż hałaśliwego co krzepkiego. Eitri wydawał się bardzo ucieszony tą informacją, że jakiś jego pobratymiec też dołączył do górskich oddziałów. Pytał o to skąd ów krasnolud jest ale tego koledzy nie wiedzieli. Zapewne jednak przyjdzie tu jutro rano bo odkąd się zaciągnął zawsze przychodził aby sprawdzić czy nie ma dla niego jakichś rozkazów. Inez do tej pory nie miała bo czekała na powrót wyprawy zaopatrzeniowej z Hochlandu. Ale teraz jak wrócili to mogło się to zmienić.
Podobnie widzieli jak grupka landsknechtów i jacyś biczownicy rozmawiali ostatnio z Inez a tak zwykle zaczynał się początek służby w wojskach margrafa von Falkenhorsta. Ale czy coś z tego wyszło czy nie tego zwykli wojacy nie wiedzieli.

https://i.imgur.com/2pOYswv.jpg
Póki co jednak dzień zrobił się pogodny, tak dla odmiany po wczorajszej ulewie i dzisiejszych chmurach. Na podwórzu “Zająca” pstrokata zbieranina wojaków biesiadowała świętując odniesione sukcesy, pijąc za pierwszych poległych i za swoje powodzenie bo tym razem wojna zdawała się już stać tuż za rogiem. Nawet jak jutro nie wyruszą z Lenkster to pewnie w kolejnych dniach już tak. Wróg stał już pod stolicą a ta wcale nie była tak daleko od ponurego zamczyska jakie górowała tutaj na wzgórzu.
-
Miejsce : pd-zach Ostland; karawana oddziału Petry
Czas : od: 2521.04.32; Aubentag; cały dzień
do: 2521.04.33; Marktag; od świtu do południaPo zdaniu raportu i sprawdzeniu zdrowia reszty, elfi zwiadowca poszedł na czaty. Sporą część życia spędził w lasach, także wiedział pod którym drzewem stanąć aby choć trochę uniknąć deszczu. Wybierał takie z rozległymi gałęziami i przechodził od jednego do drugiego. Ciężko było cokolwiek usłyszeć, bo ulewa skutecznie zagłuszały resztę otoczenia. Czasem coś w oddali było słychać, to ryk jelenia, to jakieś wycie innej zwierzyny. Nic nienaturalnego. Wpatrywał się chwilkę uważnie między drzewa, szczególnie w kierunku z którego wczorajszego dnia przyszli. Starał się patrzeć za mała latającą czarownicą, która to mąciła w głowie. Mogła poruszać się pewnie bezszelestnie, ale on już wiedział, że takowa istota jest w armii wroga. Bo tak to mniej więcej przedstawił sytuację ten mag, że przeciwnicy który z nimi walczyli to zwiad z głównej Armii Chaosu... Jednak szybko zrezygnował z dalszego zwiadu, gdyż już był przemoczony i nawet jego umiejętności zwiadowcze w niczym tu nie pomogły.
Gdy wrócił do obozu, przebrał się szybko i dyskretnie w suche ciuchy, wziął też jakiś koc i schował pod jeden z namiotów by pomodlić się do Ishy i Kurnousa, przykryty kocem aby nieco się ocieplić. Deszcz ustawał, a szefowa zawołała do dalszej podróży. Ta minęła bez szwanku. Elf nieco się wyróżniał na tle innych wojaków gdyż był mniej ubłocony. Wcześniej inni wojacy na pewno zwracali by na to uwagę i byliby zaskoczeni, ale dzięki obecności dwóch magów, to ich nieskazitelna czystość zdecydowania przebijała naturalne dyspozycje długouszych. To nawet cieszyło Duivela, gdyż nie sprowadzał na siebie więcej uwagi niż by chciał. Podróż minęła spokojnie, choć mag znów zrobił show i przeraził część ludzi. Duivel jednak znów jakby nie był wzruszony, a wręcz patrzył z szeroko otwartymi oczami. Na chwilę podszedł w miarę blisko, choć nie tak jak Alezzia, i odważył się spytać - to mówi? Potrafi walczyć? - był nad wyraz ciekawy istoty i jej przydatności dla całego wojska. W końcu rozbili obóz i elf pomógł w rozpaleniu ogniska. Sam chętnie przy nim zasiadł by chwilę chociaż pobyć z resztą wojaków. Przy pierwszej sposobności opisał wydarzenia z lasu. Gdy mówił o zmarłych, robił to z szacunkiem i wręcz zasugerował modlitwę za zmarłych, jednak poprosił by ktoś inny ją poprowadził, gdyż liczył się z tym, że nikt inny nie wierzy w tych Bogów co on. Całą opowieść starał się skrócić, pomijając nieprzyjemne szczegóły, ale podkreślił odwagę praktycznie każdego uczestnika. Nawet o kusznikach wyraził się pochlebnie, jak to zostali chronić swojego dowódcę którego zaatakował chaos. Zaznaczył, że ostatecznie i on wykazał się sporą odpornością bo wyszedł z tego cały. Po skończonej opowieści, wstał podziękował za wspólny wieczór i udał się do snu, wcześniej nieco się ogarniając...
Kolejny dzień, zaczął od modlitwy, następnie odświeżył ubranie. Założył swoje ulubione pstrokate, tak jak elfy lubiły. Tego dnia już nie zależało mu na kamuflażu, nie przypuszczał, żeby wróg teraz zdecydował się ich zaatakować, gdy już są tak blisko zamku. Od śniadania uśmiech nie schodził mu z twarzy, był mocno podekscytowany tym, że udało im się spełnić misję, a teraz czeka ich prawdziwa próba. Był mocno związany z Ostlandem, co ciężko było wytłumaczyć innym. Zarówno pobratymcy jak i inne rasy, nie mogły pojąć, że spiczasto-uszy zżył się z jakąś krainą bardziej niż z lasem. Oczywiście w całym Ostlandzie najbliżej było mu do tutejszych lasów właśnie, natury w pełni nie oszuka. Wprawdzie zaciągnął się pod sztandar Górskiej Marchii, ale był to twór na tyle nowy i dla niego dziwny, że czuł jakby walczył w armii swego ukochanego kraju. Droga mijała mu na rozmowach z innymi zwiadowcami, zarówno tymi bez dowódcy, jak i tymi pod zwierzchnictwem Kolesnikova. Z tym ostatnim też wymienił parę uprzejmości, ale nie były to jakieś poważne rozmowy. W każdym razie badał teren, bo wciąż się zastanawiał gdzie Petra go przypisze. Niestety nie mógł trafić do Renate, gdyż ta zarządzała zupełnie inną jednostką. Byli jeszcze konni górscy, ale oni z kolei byli już ewidentnie armią margrabiego, więc byłoby to troszkę ryzykowne na dłuższą metę... Bo przecież chciał przeżyć. W końcu ujrzeli swój cel podróży. Widok Lenkster bardzo ucieszył Duivela. Z trzech powodów. W końcu wyśpi się w jakimś łóżku, odwiedzi wuja i kuzynki w Ristedt oraz widok nietkniętych murów świadczy o tym, że armia Chaosu męczy się w stolicy i Ostland jeszcze nie upadł!Miejsce : pd-zach Ostland; Lenkster
Czas : 2521.04.33; Marktag; popołudnie
Warunki : - ; różne miejsca: dzieńGdy weszli na podzamcze, wśród tłumów elf nie zauważył żadnej znajomej twarzy. Nie widział Davandrel ani Olgi Ziegler ani Jotunna, nie było też wśród tłumu też Elary, Elysii ani nikogo z domu wuja Albwina. Zaczął rozmyślać, czy już ruszyli na wojnę, albo przeciwnie, udali się na zachód. Niezbyt uczestniczył też w powitaniach z resztą armii. Gdy Petra przywitała się z Inez, oświadczyły, że obiad odbędzie się za około 2 godziny i wtedy także ogłoszą najważniejsze sprawy. Elf chciał wykorzystać maksymalnie ten czas i oznajmił dowództwu, że wróci później i udał się do swojej znajomej, mieszkającej niedaleko.
Do tej pory rzadko odwiedzał Elarę w jej mieszkaniu, ale tym razem postanowił zrobić wyjątek. Ona zawsze więcej wiedziała, no i w tym roku nie zanosiło się, że za około miesiąc odbędą coroczne spotkanie w karczmie w Ristedt. Trafił tam bez problemu i po krótkim stukaniu do drzwi, niziołka otworzyła i zaprosiła Duivela do środka. Po krótkim przywitaniu, elf zasiadł w niezbyt dużym salonie, z propozycji różnych trunków, wybrał ten o najmniejszej zawartości alkoholu, czyli krasnoludzkie ale. Zaczęli sobie nieco opowiadać, elf zdążył streścić swoją podróż do Ristedt, opowiedział o zaginionym kuzynie, a także o wyprawie po zapasy dla mkg von Falkenhorsta. Elara zwyczajowo powinna opowiedzieć swoje historie, jednak niespodziewanie wstała i zawołała swoję kuzynkę do salonu...- no kolego, tym razem nie sprawię Ci tej przyjemności i nie będę mówić o swoich przygodach, a były, uwierz mi, ciekawsze od Twoich! Noo, bo jak się pewnie domyślasz, kuzynkę, którą tu przyjęłam znasz dobrze! Leni choć tu w końcu, ile mamy czekać!! .- i właśnie w tej chwili z toalety wyszła kolejna niziołka. Wyglądały bardzo podobnie, obie miały długie włosy, które jakby naturalnie się skręcały, zwijały i były jakby sfilcowane. Ciężko było określić ich kolor, gdyż te zbite ze sobą były jakby ciemno-brązowe, a te pojedyncze, które odstawały, były już sporo jaśniejsze. Leni i Duivel wpadli sobie w ramiona. Była to służka/kucharka jego wuja Albwina, która jak kilku innych bliższych pracowników, stanowiła tak naprawdę rozszerzoną rodzinę. Okazało się, że niziołka będąc w łazience słyszała opowieść elfa i po chwili przeszli do tego dlaczego ona właściwie jest u swojej kuzynki, a nie w posiadłości Albwina.
- Wuj i cioteczka udali się na zachód. Dogadali się z innymi elfimi kupcami, wynajęli najlepszych Leśnych Duchów i ruszyli. To już tydzień temu! Chodzą słucy, że przewodzi im Twój brat, także będą bezpieczni, wiesz oni nie byli tak zżyci z Ostlandem jak Ty dziwaku. Twoje kuzynki zbierają resztę rzeczy z posiadłości, a został im do pomocy woźnica i major-domus. Zresztą oni już też powinni być w drodze pod zamek i mam przygotować im wynajęte mieszkanie na przybycie. Może będą w nocy, może jutro, zależy ile rzeczy zabrali. Także drogi Duivelu, jeśli jeszcze nie ruszysz na wojnę to mogę Ci teraz pokazać gdzie możesz nas znaleźć, myślę, że jutro wieczorem na pewno. - mówiąc to wszystko Leni w tym czasie się ubierała. Opowiadanie dla niej jest prawie jak oddychanie i bez przeszkód potrafi robić inne czynności w tym czasie. Duivel oczywiście przystał na proźbę, pożegnał się z Elarą, przy okazji umawiając na spotkanie tydzień po zakończeniu wojny w karczmie w Ristedt. Podzamcze Lenkster nie było jakiś wielkich rozmiarów, także niedługo trwał wspólny spacer niziołki i elfa. Wskazała mu wejście do kamienicy, piętro i numer apartamentu, po czym Duivel obiecał, że pojawi się tu jutro, gdy tylko dowie się co i jak z wyprawą na wojnę.Sam dotarł z powrotem do karczmy "Pod tańczącym zającem" na czas. Podczas oczekiwania na posiłek, wysłuchał co do powiedzenia mają szefowe. Informacje były do przewidzenia. Po to się zaciągnął aby w końcu ruszyć na front, ale póki co ważniejszy był obiad. Był już głodny jak wilk, także cała reszta nie miała teraz znaczenia. Rozejrzał się jeszcze za kobietą rycerzem, jednak nie wypatrzył jej. Sprytnie usiadł w takim miejscu aby dostał posiłek jako jeden z pierwszych, więc nie czekał długo, a gdy dostał obiad, to od razu zabrał się za jedzenie i rozkoszował się każdym kęsem. Petra znów dotrzymała słowa i uczta była przednia.
Miejsce : pd-zach Ostland; Lenkster; Podzamcze; ul. Karczemna; karczma “Pod tańczącym zającem”
Czas : 2521.04.33; Marktag; zmierzch
Warunki : gwar karczmy ; na zewnątrz: zmierzchDuivel dosiadł się do towarzyszy w karczmie. Starał się dołączyć do rozmów, zamówił piwo, które było już jego trzecim tego wieczoru. Gdy tylko usłyszał kolejną falę plotek o kobiecie-rycerzu, szybko podjął temat, ale nieco zmienił narrację mówiąc
- Panie i Panowie, Wy tu rozmawiacie o kimś, kogo jeszcze nie ma w naszych szeregach, ale jest z nami przecież już znakomita wojowniczka, która nieraz wykazała się odwagą na wyprawie! Zdrowie Renate Theiss!! - wzniósł toast, a następnie zaczął rozglądać się za kobietami siedzącymi przed karczmą czy też w jej środku. Podróż trwała długo, a czas spędzał jedynie z mężczyznami. Nastał czas na chociażby mało znaczącą rozmowę z przedstawicielką płci pięknej, dowolnej rasy. No może nie odważyłby się zagadać do skavenki czy też zielonoskórej, ale na szczęście takowych tu nie było. To mogła być ostatnia taka biesiada przed wyruszeniem na prawdziwą wojnę, także elf oprócz zwykłej rozmowy, próbował flirtować, choć jego sztuczki sprzed jakiś pięciu lat już na pewno nie działały. Jednak to tylko go motywowało...
-
Podróż powrotna dłużyła się niemiłosiernie, na co główny wpływ miała nieustająca ulewa. Woda wsiąkała w glebę i zamieniała ją w błoto, przez co ludzie i zwierzęta z trudem stawiali krok za krokiem. A do tego dochodziły co chwila wozy, które utykały w lepkim błocie. Tobias samotnie drogę powrotną przebyłby w o połowę krótszym czasie, ale należał do oddziału tak więc poruszał się - jak inni zresztą - z prędkością najwolniejszego wśród nich. Starał się jednak dalej robić Swoje i przemierzał lasy szukając śladu zwierzoludzi i innych istot konszachtujących z Chaosem. Przynajmniej nie musiał słuchać złorzeczeń przemoczonych żołnierzy. Podczas odpoczynku, jak i inni, starał się kiedy mógł spędzić trochę czasu pod namiotem, ogrzać się i choć trochę osuszyć. Kiedy mieli zbierać się by ruszyć w dalszą drogę słychać było niesnaskę miedzy tajemniczym czarodziejem i szefową. Uśmiech mimowolnie pojawił się na twarzy Tobiasa kiedy czarodziej znów nie dostał to czego chciał. Wyglądało że nie przejął się odmową, ale pokaz jaki chwilę później zaprezentował -choć przyprawiał jednych o ciarki a innych o zachwyt - był dla łucznika kolejnych dowodem że mag nie jest zrównoważony. A zachowanie bardziej przypomina dziesięciolatka niż dorosłego mężczyzny. I to mocno Tobiasa niepokoiło. Swobodne zachowanie Alezzi przy nim nie uspokajało Zwiadowcy. Po drodzę wymienił uwagi na temat Drogona z pozostałą dwójką zwiadowców. Widok Lenkster sprawił że całe napięcie i trud podróży uszedł z ciała Tobiasa. Nareszcie odpocznie porządnie, wykąpie i przepierze ciuchy. No i odwiedzi Ducha.
W mieście - jak już zjadł i się trochę ogrzał - kupił na straganie trochę smakołyków i udał się do psiarni Zieglerów gdzie powitało go wesołe ujadanie szczeniaków które Tobias przyniósł. Psiaki bardzo cieszyły się z przybycia zwiadowcy a jeszcze bardziej kiedy każdego poczęstował smakołykiem.
- Ej! Już dziś dostały jeść młodzieńcze! - krzyknęła z udawaną złością Martha. - Cieszę się żeś zdrów i cały. Tylko wyglądasz jak siedem nieszczęść Tobiasie, wejdź do środka, z psiakami jeszcze zdążysz się pobawić. Lepiej opowiedz jak było w Ostlandzie. My - obawiam się - nie mamy dobrych wieści, wojna coraz bliżej bram Lankaster...
Tobias przenocował w psiarni, odpoczął fizycznie a spokój na chwilę powrócił do jego myśli. Opowiedział kobietom większość wydarzeń, pomijając te bardziej drastyczne i mogące sprawić, że duch obu podupadnie. Duch rósł jak na drożdżach i z zadowoleniem Tobias uznał że może z niego być równie wspaniały pomocnik zwiadowcy jak z Azura. Ze smutkiem pożegnał się z mieszkańcami i wrócił do towarzyszy. Nie poruszyły go wieści o nowych członkach i członkiniach grupy żołnierzy. Co prawda cieszył się że liczba obrońców rośnie, ale nie wywoływało to w nim euforii jak u niektórych wieść o kobiecie rycerzu. Krasnoludzki tarczownik to dobre wzmocnienie, ale chciałoby się całego regimentu takich tarczowników.
Tobias udał się do Hansa i sprawdził stan rzeczy które tam zostawił - zwłaszcza stan długiego łuku, który miał w zapasie. Poszedł za to dokupić strzały do pełnych dwóch kołczanów. Suchy, wypoczęty szedł dziarsko przez Lankaster ciekaw jakie zmiany przeszły w mieście podczas ich nieobecności. Jak przygotowane jest do obrony. Wróg oczekiwany był wszak lada dzień... -
Popołudnie po powrocie do obozowiska:
Siostra Gwendolina skończyła odprawiać nabożeństwo pogrzebowe w intencji poległego miecznika Gustawa Beckera . Stojąc w siąpiącym deszczu Stefan przypomniał sobie czego dowiedział się o zmarłym podczas powrotnego marszu nad rzekę. Nie było tego wiele, Hugo powiedział że Gustav był dobrym kompanem choć trochę krzykliwym i zbyt skorym czasami do wina, co wpakowało go kilka razy w tarapaty zarówno z ich Panią sierżant jak i strażą miejską w kilku miastach które przemierzyli w ramach swojego najemniczego życia, ale okazywana sprawność w boju i odwaga zawsze ratowały go przed poważnymi karami ze strony swojej szefowej. Bolko z ewidentnym sentymentem wspominał całkiem sporo dzikich burd w jakich mieli wspólnie z Beckerem udział po różnych karczmach. Zapytani o to jakiego boskiego patrona przede wszystkim czcił zmarły zakłopotani odpowiedzieli, że nie widzieli zbyt często aby ten się modlił ale wskazali na zakryty ubraniem wiszący na szyi zmarłego Młot Sigmara jako dowód na powszechne w Imperium stawianie Młotodzierżcy na pierwszym miejscu przez zmarłego.
Jeager rozejrzał się po zgromadzonych przy płytkim grobie żałobnikach, głównie innych miecznikach z północnej prowincji. Zapanowała chwila kłopotliwej ciszy, wszyscy wiedzieli że należałoby powiedzieć coś więcej jednak chyba nikt nie chciał być tym pierwszym. Stefan wziął głęboki oddech i zdecydował się pchnąć ceremonie dalej zanim grób który wykopali wypełni się po brzegi deszczówką:- Nie znałem tak dobrze Gustawa Beckera jak Wy - tutaj spojrzał na mieczników otaczających grób - Ale mogę powiedzieć jedno o nim, stawiając razem z nami czoła pomiotom chaosu walczył dzielnie i z determinacją, bez wahania ruszył razem z nami powalić bestie nie z tego świata, kreaturę która chciała pożreć jednego z nas. Zapamiętajmy jego odwagę i bądźmy gotowi na takie same poświęcenie jak On, a wyrzucimy te północne ścierwa z granic naszego Imperium!
Stefan schylił się i wziął garść świeżo wykopanej ziemi po czym cisnął ją na leżące w grobie ciało zawinięte w płótno.
- Gustaw Ty stary draniu, będzie nam Ciebie brakowało! - rzucił Bolko powtarzając stary gest rzucenia grudy ziemi. Nie powiedział nic więcej, ale jego słowa przepełniały szczere emocje człowieka który stracił dobrego kompana dlatego znacznie bardziej przemówiły do reszty niż oklepane przemówienie Stefana. Reszta ostatecznie zaczęła podchodzić nad skraj grobu i żegnać się z kolegą już znacznie swobodniej.
Minęła jeszcze długa chwila zanim w końcu chwycili za łopaty w siąpiącym deszczu, ale nikt nie wydawał się żałować tego czasu.
Wejście do Lenkster:
Zbliżając się do Zająca Stefan wymienił kilka uprzejmych pozdrowień z miejscowymi w tym z miejscowym kowalem, co przypomniało mu o tym że powinien go odwiedzić jutro z rana w kwestii opchnięcia mu goblińskich broni.
Jeager nie spodziewał się wielkich zysków z tej transakcji ale zawsze lepsze coś niż nic a metal to zawsze cenna rzecz dla kowala nawet jeśli pewnie nie nada się na nic innego niż przetopienie na gwoździe.
Te rozmyślania zajęły jego umysł do czasu aż wmaszerowali na plac przed zajazdem. Stefan niejako instynktownie dołączył do grupy szykującej stoły do posiłku ale kiedy dowiedział się że na ten będzie trzeba jeszcze trochę poczekać szybko wybrał się w kierunku świątyni Sigmara aby pożywić się najpierw ważniejszym duchowym pokarmem. Nie zabawił tam tak długo jakby chciał biorąc pod uwagę ogrom łask jaki otrzymał od Młotodzierżcy w trakcie wyprawy, na czele z faktem, że jeszcze w ogóle żyje! Ale zdążył pomodlić się na tyle długo aby dokonać uczciwego rachunku sumienia z ostatnich dni, obiecał poprawę swojej postawy aby więcej nie przyniósł sobie tyle wstydu jak na bagnach oraz bardziej panował nad swoim gniewem.
Wracając miał nadzieje że uda mu się jeszcze załapać na posiłek, miał zamiar najeść się szybko i o ile nie zostaną wyznaczone mu jakieś nowe obowiązki udać się jak najszybciej do swojego rodzinnego domu.
Udało mu się wrócić do zajazdu gdy rozpoczynała się przemowa Petry, ta nie wywarła na nim jakiegoś wielce pozytywnego wrażenia ale postanowił sobie w duchu dać kobiecie jeszcze szansę na poprawienie swoich dowódczych umiejętności zanim trafi u niego do szufladki z oficerami pod którymi lepiej nie służyć jeśli chce się przeżyć. Informacja o podejściu wroga tak blisko stolicy zmartwiła go do głębi ale jednocześnie pobudziła do działania. Pragnął jak najszybciej ruszyć do walki z wrogiem który zagrażał jego rodzinie. Poza tym jego zmarły przedwcześnie dowódca nauczył go, że nie wystarczy tylko utyskiwać i zrzędzić na oficerów, że źle dowodzą, jak chce się coś zmienić to należy samemu wziąć dupę do roboty i wiele rzeczy naprawić samemu.
Z tą myślą w głowie rezolutnie ruszył w kierunku miejsca w którym zniknęły obydwie szlachcianki. Po chwili rozglądania się po wnętrzu Zająca zobaczył, że siedziały sobie przy jednym z zaciszniejszych stolików w lokalu zatopione w rozmowie, zbliżając się do stolika zdołał usłyszeć wyrzucaną przez Petre wiązankę której nie powstydziłby się zaprawiony trzydziestoletnią służbą sierżant zakończoną czymś w stylu pi***ny czaroklecha!
Zdecydował się stanąć z boku stołu na baczność, na tyle blisko aby zostać zauważonym ale jednocześnie nie narzucać się zbyt nachalnie. Przeczekał tak chwilę aż Petra zwróciła na niego uwagę i zmierzyla go taksujacym spojrzenie, ewidentnie nie była zachwycona tym że ktoś im przeszkadza ale odezwała się uprzejmie:- Tak Jeager? O co chodzi?
Stefan zrobił krok naprzód, skłonił się obydwu szlachciankom jak najuprzejmiej potrafił po czym odezwał się do Petry:
- Pani, chciałem tylko… - Jeager na chwilę speszył się ewidentnie zakłopotany całą sytuacją - Rozumiem że mamy teraz chwilę odpoczynku, chciałem się tylko spytać czy nie byłoby jakiś innych zadań których mógłbym się podjąć jutro? Mówiłaś Pani, że jutro będziecie dyskutować na zamku o tym gdzie wyruszymy dalej. Pomyślałem od razu, że może trzeba by zawczasu przeprowadzić rozpoznanie trasy marszu żeby uniknąć niespodzianek które mogłyby nas spowolnić w stylu zerwane mosty albo i zagrozić bezpośrednim atakiem. Skoro wróg jest już pod stolicą znacznymi siłami to trzeba założyć, że jego zagony zwiadowców i łupieżców są już w okolicy i nie próżnują. Wychowałem się w tej okolicy więc śmiem prosić o wykorzystanie mojej wiedzy w ewentualnych działaniach na tym polu. Poza tym jeśli mógłbym się przydać w jakikolwiek inny sposób, na przykład trzeba by wykonać jakieś prace związane z przygotowaniem środków do leczenia przyszłych rannych albo pomóc przy spisywaniu jakiś dokumentów, czy po prostu pomóc ładować wozy to chciałbym się jakoś przydać - Jeager skończył swój wywód nerwowo spoglądając na obydwie szlachcianki w oczekiwaniu na odpowiedź Petry.
Wieczór gospodarstwo Jeagerów na obrzeżach Lenkster:
Stefan nareszcie doszedł do domu, zbliżając się usłyszał znajomy gwar gwar kobiet z domu, mama i siostry pewnie jak zwykle siedziały do późna przygotowując zioła i jedzenie. Pamiętał jak te obowiązki zawsze przeradzały się w przeróżnego rodzaju zabawy przynoszące jemu i reszcie dzieci tyle radości… . Zmusił się do powstrzymania się przed natychmiastowym wejściem do domu i uściskaniem wszystkich.
Z szopy, w której mężczyźni pracowali przy oprawianiu upolowanych zwierząt słychać było odgłosy zbyt dobrze mu znanej krzątaniny. Skierował się najpierw tam, aby porozmawiać z ojcem. Jeśli miał usłyszeć złe wieści to wolał, aby to tata mu je przekazał.
Czy jego siostra Eryka zdecydowała się (i zdołała) wyjechać ze stolicy zanim wróg pod nią podszedł, obawiał się, że nie zawsze podchodziła z wielką determinacją co do swoich obowiązków jako akolitka Pani Miłosierdzia.
Czy pojawiły się jakieś wieści o jego starszym bracie Franzie, albo o jego przyjacielu Hansie Peterze?
Obawa co usłyszy od ojca za drzwiami szopy zjadała go od samego rana i spowodowała, że zatrzymał się przed wejściem, oparł o ścianę i przez chwilę pozwolił się pochłonąć wspomnieniom związanym z tym miejscem. Wciągnął w płuca znajomy zapach krwi i wnętrzności, który dla innych może był odrażający, ale dla niego był miłym przypomnieniem setek dni ciężkiej, ale dającej satysfakcję pracy w rodzinnym gronie.- Wchodź do środka! A nie kryjesz się pod ścianą Młokosie! - usłyszał doskonale znany głos wuja.
Ruszył do środka wyciągając rękę w geście pozdrowienia:
- Witajcie, Niech Sigmar bę… - Stefan zamarł w połowie pozdrowienia widząc, że jego ojciec i wuj nie są sami. Przy surowym drewnianym stole do ćwiartowania mięsa siedziała z nimi dwójka mężów, ten sam kolor włosów, identyczne piwne oczy i pewnie setka inna drobnych szczegółów anatomicznych, które rejestruje się mimochodem wskazywało że są blisko spokrewnieni.
- Witaj Herr Jeager, myślałeś, że tak łatwo się nas pozbędziesz? - powiedział starszy z mężczyzn wstając i ruszając w jego stronę z paskudnie wyglądającym długim nożem ubrudzonym krwią .
Następny dzień rano, podwórze zajazdu:
Maszerując z dwójką towarzyszy i trójką psów wesoło biegających pomiędzy nimi Stefan zjawił się w Zającu kierując się czym prędzej do miejsca przebywania werbowników margrabiego von Falkenhorsta.
Podczas drogi wspominał cały czas wczorajszy wieczór w szopie, a konkretnie specyficzne powitanie Jego i Albrechta oraz Olafa , poczucie humoru całej trójki było niezwykle specyficzne dlatego cieszył się w duchu że wszystko skończyło się dla nich dobrze. W końcu Albrecht nie widział tego, że kiedy ruszył uściskać Stefana z nożem w ręku oczy ojca Stefana stwardniały a ręka powędrowała pod blat stołu w miejsce gdzie Stefan doskonale wiedział, że znajdowała się broń ojca.
Tym bardziej z rozbawieniem wspominał pełną ulgi minę ojca gdy zobaczył ich uścisk i udawana "zadźganie" syna połączone z kupą śmiechu.Zbliżając się do stołu przy którym sam zapisał się do regimentu uśmiechnął się jeszcze szerzej widząc porucznika Eryka rozmawiającego tam z Petrą .
Zatrzymał się regulaminowe kilka kroków od stołu i zamaszyście zasalutował dwójce oficerów która już od kilku sekund obserwowała jego wejście do zajazdu:- Panno von Falkenhorsta , Panie Poruczniku Eryku! Mam tu dla państwa nie byle gratkę! - Jeager szybkim ruchem odsunął się w bok i zwrócił do tyłu aby ukazać dwójkę towarzyszących mu mężczyzn:
Pozwolę sobie przedstawić Albrechta i Olafa Wieselów , jednych z lepszych żołnierzy jakich znam, wspólnie walczyliśmy kiedyś na południu. Są dobrzy z włócznią i procą, obydwoje świetnie tropią, a kunsztowi zakładania wszelakich myśliwskich pułapek Albrechta dorównuje jedynie sprawność jego syna w odnajdywaniu i omijaniu podobnych sideł ze strony wroga. Są odważni i dobrze znoszą trudy żołnierskiej służby. No i mają ze sobą te oto tu wspaniałe bestije które wywęszą i zagryzą każdego wroga - przy ostatnich słowa wskazał na dwa psy towarzyszące swoim panom.
Omawiani osobnicy stali milczącą podczas wystawiania im przez Stefana tej laurki beznamiętnie wpatrując się w jakiś punkt na ścianie, co tylko utwierdzało Stefana w przekonaniu, że najchętniej wybuchnęliby histerycznym śmiechem słuchając tych wszystkich pochwał pod swoim adresem:
-Właśnie przybyli do mnie domu w odwiedziny oraz aby zapytać się czy nie chce zaciągnąć się z nimi do jakiegoś regimentu albo chociaż wskazać im porządną jednostkę do której mogliby się zgłosić do służby. - Tutaj Jeager zrobił chwilową pauzę spoglądając na obydwoje dowódców najbardziej szelmowskim uśmiechem na jaki było go tylko stać:
-Oczywiście wiadomo że wszystkie “Porządne” jednostki z okolicy o odpowiednim Rodowodzie i Tradycji pomaszerowały już dawno na wojną albo”wycofały” się już do Hochlandu dlatego pozostało mi sprowadzić ich do naszego regimentu dekowników i maruderów aby mogli zaoferować swoje usługi.
Teraz zmienił ton zupełnie, stając się zupełnie poważny:- To świetni żołnierze, dobrzy towarzysze którzy nikogo nie porzucają na pastwę wroga, ręczę za nich własnym słowem, że nie zawiodą w chwili próby i będą świetnym dodatkiem dla naszego oddziału.
Stefan zamilkł czekając na jakąś odpowiedź ze strony oficerów werbowników na jego prezentację gdy niespodziewania odezwał się Albrecht:
- Pani Petro, Panie Poruczniku Eryku, opis Stefana jest może trochę przesadnym opisaniem naszych zdolności ale rzeczywiście dobrze walczy włócznią i proca oraz znamy się na tropieniu. Chcielibyśmy zaciągnąć się do waszego regimentu, Stefan wypowiadał się o nim w samych superlatywach, zachwalając jednostkę na każdym kroku....
Przez następne piętnaście minut Albrecht i Olaf zagłębili się w rozmowę z oficerami wypytując się o wszelkie meandry umowy na jaką by się zgadzali po czym zaskoczyli go zupełnie końcowym stwierdzeniem które rozpoczął Olaf:
- Te warunki wydają się nam jak najbardziej sensowne i myśli że z chęcią zasililibyśmy wasze szeregi, tylko musimy postawić jeden warunek - tutaj zrobił przerwę spoglądając na ojca, szukając u niego aprobaty do powiedzenia następnego zdania, której ten udzielił wyraźnym skinieniem głowy
- Chcemy służyć pod rozkazami tego to tutaj Stefana Jeagera, jakie on już rozkazy od szanownych oficerów i sierżantów dostanie to jego sprawa ale my chcielibyśmy zawsze walczyć zawsze razem z nim i pod jego przewodnictwem.Stefan patrzył na swoich przyjaciół z otwartymi ustami i oczami pełnymi niedowierzania, wspominali mu, że chcą byś w jednym oddziale z nim, ale ta deklaracja go zupełnie zaskoczyła.
-
Oryginalny tytuł: Tura 31 - 2521.05.01; bkt; ranek - zmierzch
Miejsce: pd-zach Ostland; Lenkster; Podzamcze; sąsiedztwo; błonia
Czas: 2521.05.01; Backertag; zmierzch
Warunki: - ; na zewnątrz: dzień, zachmurzenie, łag.wiatr; chłodno (0)Wszyscy
Dzisiejszy dzień okazał się w pełen wiosennej słoty. A słoneczny poranek wcale tego nie zapowiadał. Później jednak niebo zasnuło się chmurami z których w środku dnia spadła monotonna mżawka mocząc ten ziemski padół i dodając nowych kałuż i błota do tych które dopiero zaczynały wysychać po wcześniejszych opadach. Ale wojakom ten dzień wolny się przydał. Ci co byli miejscowy zwykle udawali się do swoich domów aby jeszcze nacieszyć się ciepłem rodzinnego domu i często zapraszali ze sobą tych z jakimi zdążyli się zaprzyjaźnić. Pozostali odsypiali trudy podróży lub wojskowej służby, bawili w karczmach i burdelach, kupowali coś na drogę. A to zapasy, a to dodatkowe groty, hełmy czy tarcze. Lub przeciwnie w fantastycznym nastroju upijali się do nieprzytomności kiepsko widząc swój żołnierski los lub kupowali jakieś zdawałoby się całkiem zbędne bibeloty. Jeden z nich wzbudził niemałą radość wśród kamratów jak kupił skądś krzykliwą, spiczastą czapkę z jakiej strasznie był dumny a jaką po zażartych targach kupił któryś z jego kamratów a zaraz potem przegrał ją przy grze w karty. Inni starali się flirtować z tutejszymi dziewczętami albo ladacznicami. Wydawało się, że wojacy bez względu na pochodzenie robią co mogą aby skorzystać z tej ostatniej chwili wytchnienia i swobodnej rozrywki. Wszyscy spodziewali się, że wobec takich wieści jakie roznosiły się po karczmach, straganach i ulicach to lada dzień ruszą na wojnę do jakiej się zaciągnęli.
A to, że w kraju szaleje wojna nawet biesiadując z kamratami wewnątrz ogrzanej karczmy nie było tak łatwo zapomnieć. Co jakiś czas widać było jak ulicą przejeżdża konny kurier w krzykliwych barwach znamionującą jego profesje jakie powinny zapewnić mu immunitet. Oni stanowili informacyjny krwiobieg armii zapewniając przesyłanie informacji pomiędzy różnymi dowódcami, obozami i garnizonami. Co jakiś czas słychać było wybuch jakichś lamentów gdy przybywała grupka uchodźców, wozy z rannymi lub pokiereszowane we wcześniejszych walkach oddziały. Zawsze otaczał ich ktoś i wypytywał o wieści ze wschodu. I rzadko były one wesołe. Powtarzało się to, że wróg dotarł wreszcie do stolicy i ją obległ. Zmieniały się tylko nazwy miasteczek i wiosek jakie zostały pochłonięte przez tą obcą hordę najeźdźców. A ich los był nieznany. Padały wieści o straszliwych potworach i okrucieństwach jakie towarzyszą najeźdźcom, płonących ogniskach na jakich palono ciała obrońców, nocnym biciu w bębny jakie snuło się daleko przez leśne ostępy i trwożyło najwaleczniejsze serca. O tabunach konnych maruderów jakie pustoszyły okolicę i czasem potrafiły się zapuścić całkiem daleko od głównej armii jaka właśnie zaczęła oblegać Wolfenburg. Zdawało się, że nie zna się dnia ani godziny gdzie może się pokazać taki czambuł ze sztandarem Gwiazdy Chaosu i ich plugawych bogów.
Te mroczne i trwożliwe wieści zderzały się jednak z kolejnymi regimentami jakie przybywały, obozowały lub przejeżdżały przez Lenkster. Widać już było nie tylko ostlandzką biel i czerń najczęściej zwieńczoną głową byka. Ale też słychać było bratni zaśpiew południowych sąsiadów z Ostermarku. Brązy i zielenie leśnych strzelców z Hochlandu. Pyszniły się pancerze ozdobione żółcią i zielenią Talabeklandu. Ba! Radośc wzbudzili odziani w reiklandzką biel dragoni jacy przybyli z cesarskiej prowincji dając dowód, że imperator nie zapomniał o swoich zaatakowanych wschodnich kresach i zamierza przyjść im z pomocą. A jak sam miłościwie panujący dobrodziej Imperator to przecież na czele całej swojej imperialnej armii a z taką siłą nic nie mogło się równać. Tylko nie tak od razu. Na razie trzeba było wytrwać z tym co się ma na miejscu.
Improwizowany z różnych oddziałów regiment górskiego margrafa von Falkenhorsta skutecznie wmieszał się w ten galimatias panujący na Podzamczu. Do południa gdy rozpadała się mżawka wszyscy mieli wolne. W obiad właściwie też. Do obiadu wróciła część z tych co jeszcze wczoraj wieczorem albo dopiero dziś rano rozeszli się do swoich lub zaprzyjaźnionych domów i gospodarstw jeśli je mieli. A część jeszcze nie. Jednak wspólny z kamratami posiłek stał się okazją do wymiany plotek i wieści. Zwłaszcza, że byli rozbici na różne karczmy i domy i jadali w podobnym a nie tym samym czasie więc jedni mogli dowiadywać się od kolejnych i przekazywać wieści kolejnym. Więc podobno szefowe już wróciły z zamku i wezwały dowódców oddziałów do siebie. Plotki tym razem okazały się prawdziwe bo ze dwa czy trzy dzwony później faktycznie dowódcy oddziałów zaczęli ściągać swoich ludzi tam gdzie obozowali a następnie już grupami maszerować ku błoniom. Czyli sporej polanie jakie zwykle koncentrowało się wojsko a teraz chociaż obrzeża już od dawna były zastawione namiotami a na pobliskich polach i lasach wyrosło całe miasteczko namiotowe i improwizowanych szałasów to wciąż główna część była pusta. Tam było wystarczająco miejsca aby zebrać cały regiment do jednego apelu.
Było już późne popołudnie lub wczesny wieczór gdy tak po kolei wszystkie oddziały regimentu zeszły się na te błonia. Chociaż było już sporo po wiosennej równonocy więc dzień był już na tyle długi, że wciąż panowało światło dnia. Chociaż pochmurne. Południowa mżawka może ustała ale niebo dalej było mocno zachmurzone.
Pierwszy raz regiment wystawiał się jako całość. Stawały obok siebie różnorodne oddziały jakie zdawały się nie mieć z sąsiadami nic wspólnego. W końcu Gebirgsjaeger jacy stanęli w centralnym miejscu wyglądali całkiem inaczej niż miecznicy Theiss czy halabardnicy Meistera. A łucznicy Kolesnikowa wyglądali jak banda leśnych banitów napadających na trakty co mocno kontrastowało z łucznikami Lechlera. Już bliżej im było do morskich zbirów Sorokiny chociaż ci nosili się na pstrokato i żaden nie był podobnie ubrany do drugiego. Tym razem w ramach regimentu stanęli też tileańscy kusznicy porucznika Ferro więc widocznie jakoś się dogadali w tej materii z szefostwem regimentu.
Niejako naturalnym torem przy Alezzii nakazano stanąć tym wszystkim “innym” jacy niezbyt pasowali do któregoś z dość jednorodnych oddziałów. A już dośc znajoma twarz konnej białogłowej i jej lśniący czystością strój był świetnym wskaźnikiem gdzie mają się ustawić. Tu trafiła trójka zwiadowców i Eitri. Ale też ci nowi. Jak choćby Drogon jakiego Alezzja niezmiennie zwracała się z wielkim szacunkiem czasem tytułując go “mistrzem”. Stanął także krajan Eirtiego czyli krasnoludzki topornik ciesząc oko swoją stalową solidnością. Oraz dwoje konnych rycerzy. Z czego jedna to rzeczywiście była kobieta ale gdy siedziała na pięknym, silnym rumaku dało się to poznać tylko gdy miała odkryty hełm. Bo gdy go zamknęła to pewnie trudno było poznać, że to żaden mąż. Podobnie imponująca sylwetka należała do pancernego gwardzisty który wbił ostrze wielkiego miecza przed sobą i na podobnie wielkim jelcu i zdradzał dość nonszalancką pozę. Do tego miał na głowie barwny beret z jeszcze barwniejszymi piórami oraz modny kubrak i spodnie z bufiastymi rękawami i nogawkami. Jednak tak zwykli dumnie i krzykliwie ubierać się gwardziści jacy powszechnie byli uznawani za najlepszą, imperialną piechotę. Dlatego władcy używali ich jako osobistej gwardii lub ciężkiego atutu jaki mógł przeważyć szalę bitwy. I chociaż rycerstwo zwykle nie przystawało z plebsem piechoty to dzisiaj widać było, że tylko jemu oboje rycerzy skłoniło z szacunkiem głowę zdając się nie zauważać reszty jaka nie była szlacheckiego pochodzenia. Alezzię zdawali się ledwie tolerować chociaż to ją szefowe wyznaczyły jako twarz i punkt zborny dla tego improwizowanego oddziału. A na Drogora zdawali się patrzeć z ledwo tajoną niechęcią chociaż powstrzymali się od komentarzy. On zaś wydawał się tak samo niefrasobliwy jak podczas podróży do Lenkster. Spod swojego krwistoczerwonego kaptura spoglądał na świat i nie wydawał się przejmować czymkolwiek i kimkolwiek. Harmider uciszył się gdy na środek tak powstałego placu wyjechała trójka wysłanników górskiego markgrafa. I już chyba znów najwięcej mówiła jego przybrana córka.
- Żołnierze! Czekaliśmy, czekaliśmy i wreszcie ten dzień nadszedł! - zaczęła krzyczeć do zebranych oddziałów z wolna przejeżdżając wzdłuż frontów każdego z oddziałów aby mieli podobną szansę ją usłyszeć. - Jutro opuszczamy Lenkster i ruszamy na wojnę! - tą najważniejszą informację na jaką wszyscy czekali krzyknęła na samym początku. Komentarzy zbyt wielu nie było. Tego większośc spodziewała się od wczoraj conajmniej i jasnym było, że nie będą wiecznie koczować pod Lenkster. Jednak do tej pory były to dość gościnne strony a ruszenie na wojenną kampanię oznaczało znój, głód, choroby, krew, kalectwo i śmierć jakie będą im odtąd towarzyszyć na dobre. Większośc jednak zaciągnęła się z własnej woli albo poczucia obowiązku może też dla wizji bogatych łupów.
- Jutro ruszamy do Ristedt! Tam przeprawimy się przez Wolf i ruszymy na południe do Wendorf! - ogłosiła ta bardziej wygadana z ich szefowych. To już poruszyło zebranych. Zapewne większość zebranych wiedziała, że najprościej jest dotrzeć do Wolfenburga maszerując na wschód, w górę rzeki Wolf. Nad nią leżała stolica ich prowincji. Więc o ile wymarsz do tej pierwszej miejscowości nikogo nie zaskoczył to dalszy kierunek południowy już tak. To wywołało szum rozmów, pytań i komentarzy. Petra dała im chwilę ale znów dała w bok wierzchowcowi i wznowiła swoją przemowę uciszając wszystkich. Dziś była ubrana na galowo. W błyszczące, czarne skórzane spodnie i czarno - czerwony kubrak godny szlachcianki. Spodnie, zwłaszcza tak obcisłe, rzadko nosiły kobiety a zwłaszcza szlachcianki ale dla jeźdźca był to bardzo wygodny wybór. Swoje nietypowe fioletowe włosy miała spięte w gruby warkocz jaki opadał na plecy tego czarno - czerwonego kubraka. Z daleka wyglądał jak niebieska, trochę ruchoma kreska poruszająca się w rytm ruchów głowy.
- Sytuacja w Wendorf jest niejasna! Widziano tam podjazdy chaosytów! Musimy się tam przedostać i wyjaśnić sprawę! A potem na wschód! Do Grunackeren! Miasto jest oblężone przez wrogie siły! Przebijemy się do nich! Przepędzimy wroga albo pomożemy naszym braciom wydostać się z matni! Tak uzgodniliśmy z hrabią Hochbergiem! To jest zadanie jakie może rozsławić nasz regiment i wspomóc inne armie w walce z odwiecznym wrogiem! - ogłosiła jakie decyzje podjęto dziś w zamku podczas narady pułkowników, możnych i generałów. Gdy zamilkła znów zrobił się szum rozmów i komentarzy. Tym razem dłuższy i głośniejszy. Wydawało się, że większośc chce o coś zapytać sąsiadów, wysłuchać ich komentarzy czy dorzucić coś swojego. Ci co nie byli stąd pytali co to za miasta o jakich mowa. Do Ristedt droga wydawała się dość klarowna. Ot, wyjść z Lenkster wschodnia drogą i cały czas iśc prosto mając po lewej rzekę Wolf. Po mniej więcej jednym dniu marszu powinni dotrzeć do miasta. To było jedno z większych miast w sąsiedztwie ponurego, granicznego zamku więc każdy kto stąd pochodził je znał i pewnie tam bywał. Rejony na południe od rzeki były już jednak znacznie mniej znane tubylcom. Były dalej no i za rzeką właśnie. Wendorf był bliżej. Od Ristedt to było dzień, może półtora drogi. Jeszcze zależało od pogody i warunków. Tylko traktu tam nie było może jakaś przesieka przez prastary las. To jednak było powszechne w całym Ostlandzie. Grunackeren było jeszcze dalej. Od Wendorf kolejne dwa lub trzy dni drogi. I to wszystko licząc oczywiście w czasie pokoju. Jak wojna i pogoda wpłynie na te warunki tego nikt nie był teraz w stanie przewidzieć. To jednak nie wszystko co szefowa miała im do zakomunikowania.
- Ale nie jesteśmy w tej walce sami! Spójrzcie kto dołączył w nasze szeregi! - zawołała gromko wskazując dłonią na grupkę jaka stała za świetlistą magister.

link: https://i.imgur.com/duUoX7E.jpeg
- Znamienici rycerze Theodor von Ellingen i Oliwia von Damnitz! Para niezrównanych rycerzy jacy swoimi kopiami zmiotą każdego przeciwnika! - szefowa przedstawiła dwójkę rycerzy którzy pod jej nieobecność zgłosili się pod sztandary margrafa. Owa dwójka dała w bok swoim pięknym wierzchowcom i dumnie wyjechała przed szereg. Na jednym ramieniu mieli zamocowane tarcze w drugiej dzierżyli kopie. I z daleka nie dało się odróżnić które z nich to mężczyzna a która to kobieta. Pancerne płyty jakim byli obleczeni skutecznie zacierał takie detale w ich sylwetek. Gdy oboje zbliżyli się do szefowej lekko skinęli jej głowami w geście szacunku i uznania jej zwierzchności. Oboje potem przejechali bez pośpiechu wzdłuż kwadratowego placu z ustawionych oddziałów po czym wrócili na swoje miejsce obok cierpliwie stojącej Inez i Olega. Ten pokaz rycerskiej wspaniałości spotkał się z oklaskami i uznaniem wojskowej braci. To była pierwsza dwójka rycerzy jaką mieli w swoich szeregach! No i wszyscy zdawali sobie sprawę z potęgi jaką dawała rozpędzona w szarży rycerska kopia. Wzrósł nieco też prestiż do tej pory typowo plebejskich oddziałów. A przecież w większości armii i bitew rycerska szarża miała znaczenie przełamujące a pancerni błękitnokrwiści stanowili ich istotną albo nawet główną składową. W ich regimencie liczebnie byli zaś jak błyszczący stalą rodzynek. No i wreszcie potwierdziło się, że to nie tylko plotki, że przystała do nich kobieta - rycerz. Co było ewenementem samym w sobie bo szlachetnie urodzone damy parały się czym innym niż wojaczką z kopią w ręku. To było typowe męskie zajęcie.

link: https://i.imgur.com/wOqnP7n.jpeg
- Także ten mocarny wojownik przystał do nas! Kurt Landknecht! Tak, ten weteran setki wojen i kampanii teraz będzie walczył razem z nami ramię w ramię! - ogłosiła Petra ze swojego konia wskazując znów na grupkę zebraną wokół świetlstej magister. Z niej majestatycznym krokiem wyszedł odziany w stal i bufiaste rękawy wojownik. Nonszalancko położył ostrze swojego wielkiego miecza na ramieniu i tak podszedł do swojego nowego dowódzcy. Nie wyglądał na młodego. Jednak ruchy miał pełne dostojnej siły i witalności. Finezyjnie zakręcone wąsy i fryzowana woda podkreślała tylko fantazję w jakiej lubowali się gwardziści. Jego przybycie też powitano z radością. Wszystkim zdawało się dodawać otuchy, że przyłączył się do nich tak doświadczony wojownik z formacji powszechnie uznawanej za elitarną. On zaś ku ich uciesze zdjął swój czarno - biały bufiasty beret z wielkimi piórami i wykonał zamaszysty ukłon jak aktor ku swojej widowni. Co niesamowicie rozbawiło wojaków. A w końcu odszedł ku tyłom gdzie już stała pozostała dwójka szefostwa i rycerski duet.

link: https://i.imgur.com/VmSJAjy.jpeg
- Tak samo zaszczycił nas swoją obecnością Hagri Bronzebeard! Ten wspaniały wojownik zacnej krasnoludzkiej rasy będzie nas wspierał swoim męstwem i orężem! - zawołała milady von Falkenhorst wskazując znów w stronę rzedniejącej grupki świetlistej magister. I tym razem na scenę improwizowanego placu wkroczył niski ale krępy wojownik. Szedł z solidną tarczą, toporem za pasem i ćmiąc finezyjną fajkę w ustach. Niemniej starannie zaplecioną miał brodę w trzy, grube solidne końcówki. I rzeczywiście nazwisko pasowało mu do koloru zarostu i włosów. Jak podszedł do szefowej pokiwał głową bez skrępowania rozglądając się po masie otaczającej ich wojska i uniósł w górę solidnie wyglądającą pięść co wywołało falę radości i wesołości. Po czym w milczeniu odkosłysał się na swoich krótkich nogach w tym samym kierunku co poprzednicy.
- Dołączył do nas mistrz wiedzy tajemnej Dragor! Jest wyszkolony w sztuce wojennej i straszliwej magii niszczęcej naszych wrogów! Będzie nas wspierał w sprawach nadzwyczajnych! - ogłosiła szefowa i za odchodzącym krasnoludem wjechał mężczyzna w czerwonej szacie jaka nadawała mu wygląd uczonego lub mnicha. Albo maga. Zbliżył się do Petry ale wywołał znacznie mniej radości i entuzjazmu niż poprzednicy. Jednak magowie zawsze wzbudzali nieufność i podejrzenia więc nie było to dziwne. On też bes skrępowania przyjął te skromne oklaski i dość niechętne mu spojrzenia. Przeczesał oczami żołnierski tłum jakby czegoś czy kogoś szukając. A może tak z ciekawości chciał sie tylko rozejrzeć? Potem uniósł dłoń w geście pozdrowienia, dał w bok wierzchowcowi i dołączył tam gdzie inni czekali już na niego.
- A teraz chciałabym nagrodzić tych co do tej pory się zasłużyli w służbie naszego margrafa! Tak, on do nas dołączy gdy przyjdzie na to czas! Ale na razie przysłał te skromne podarki jako nagrodę za wierną służbę! - zawołała już trochę ochryple szefowa na jaką spadł główny ciężar prowadzenia tej wojskowej uroczystości.
W uznaniu za dotychczasowe zasługi jej i jej ludzi sierżant Renate Theiss, dowódca mieczników dostała oficjalną pochwałę przed frontem całego oddziału oraz awans na chorążego. Co wywyższyło ją na tle dotychczasowych dowódców oddziałów podobnej wielkości. Petra wręczyła jej jakiś papier, mały pakunek gdzie były naszywki chorążego jakie Theiss powinna naszyć na dotychczasową szarfę sierżanta jaką nosiła. I niewielką szkatułkę z niewiadomą zawartością. Sama krótkowłosa blondynka wydawała się być tym zaskoczona ale przyjęła to wyróżnienie z radością. Podziękowała Petrze i obiecała dalej sumiennie wykonywać swoje obowiązki. Zaś od oddziałów, zwłaszcza mieczników, rozległa się wrzawa.
Szefowa nie zapomniała też o innych. Wezwała do siebie trójkę zwiadowców. Pogratulowała im dotychczasowej odwagi i wzorowej służby. I w podziękowaniu za nią wręczyła im złożony papier oraz po przyjemnie ciężkiej sakiewce z brzęczącą zawartością.
Wkrótce apel się skończył. Można było się rozejść do swoich kwater albo karczm. Na 9 dzwon wyznaczono zbiórkę tutaj na błoniach. Stąd regiment miał wyruszyć na wschód do Ristedt. I nie stawienie się na czas miano traktować jako niesubordynację lub próbę dezercji. A póki co wieczór wciąż był młody, właściwie nadal było jasno jak w dzień chociaż ten już miał się z wolna ku końcowi. Do zmroku pozostało jeszcze z dzwon czy dwa.
Duivel
Trudno było powiedzieć aby blond elf z nietypową dla tej rasy brodą miał jakieś doświadczenia względem czerwonego maga. Ale jak mało kto śmiał się do niego odezwać czy nawet zbliżyć to i tak wykazał się ponad przeciętną śmiałością gdy jeszcze w drodze do Lenkster odważył się odezwać do maga. Ten wtedy spojrzał na niego spod swojego obszernego, czerwonego kaptura. Przez chwilę jakby zastanawiał się co odpowiedzieć albo czy w ogóle. Bo brak integracji z pozostałymi jakoś na niego zdawał się nie wpływać.
- Nie. Nie mówi. To tylko bryła błota uformowana moją wolą. Zrobi to co jej rozkażę. - odparł z nonszalancką swobodą. I znów patrzył z grzbietu tego dziwnego błotnego stworzenia na maszerującą przed nim kolumnę albo ponury, prastary las przez który jechali a jaki wciąż skapywał na nich niedawno ustałą ulewą.
Sam Duivel nie odniósł jakichś spektakularnych sukcesów w integracji z innymi. Przystał po drodze do zbirów Kolesnikova. Owszem tolerowali go. Nikt mu niczego nie wyrzucał. A tak się zdarzało względem elfów. Ludzie uważali ich za tajemniczych a przez to w naturalny sposób podejrzanych. Zazdrościli i cenili ich urodę ale też uważali za wyniosłych i aroganckich. Zresztą podobne stereotypy o ludziach panowały także wśród jego leśnego ludu. Według nich ludzi żyli przerażająco krótko, mnożyli się jak szczury byli podobnie brudni i nieokrzesani ledwo o oczko wyżej od ich jaskiniowych, włochatych przodków. Oczywiście stereotypy stereotypami a jednak jakoś obie rasy w miarę koegzystowały obok siebie. Obok. Bo ludzie nie mieli wstępu w leśne, elfie księstwa i nawet podpisano pakty między imperialnymi władzami aby to respektować. A leśne elfy rzadko czuły potrzebę mieszania się z tymi którzy ich zdaniem nie zasługiwali na szacunek. Jednak i elfy były ciekawskie świata, zwłaszcza te młode. Zdarzali się też buntownicy podążający własną drogą czy też przy długowieczności ich rasy nie mogli się doczekać aż ktoś starszy ustąpi z upragnionego stołka. Więc raczej nie było co się spodziewać elfiej enklawy w ludzkim mieście ani na odwrót. Przy morskich wybrzeżach lub miastach położonych przy spławnych rzekach można było spotkać jakieś placówki morskich elfów z Ulthuanu ale leśny odłam elfów rzadko odczuwał potrzebę życia w zatłoczonych, ciasnych, hałaśliwych, śmierdzących ludzkich miastach. Tacy jak on i jego rodzina byli tutaj wyjątkiem a nie regułą. Więc nie było dziwne, że leśnicy Kolesnikova chyba niezbyt wiedzieli co z nim począć, czego się spodziewać, jak zagadać. Zwłaszcza, że do tej pory jakoś nie bratał się ani z nimi ani właściwie z nikim innym z oddziałów. Więc pewnie aby zyskać ich zaufanie musiałby się jakoś wykazać w ich oczach.
Teraz jak stał na tym wieczornym apelu okazało się, że faktycznie należał do nielicznych osób bez stałego przydziału. Nic dziwnego, że na czas tego apelu dostał przydział go mieszanej grupki jaką firmowała tileańska magister podobnych jak on indywidualistów jakich było za mało aby stworzyć własny oddział więc połączono ich w jedną grupkę aby nie pętali się gdzieś samopas. Dało się zauważyć, że Stefan przyszedł z jakimiś dwoma nowymi włócznikami a każdy z nich miał psa podobnego do Azura. I cała trójka wydawała się całkiem dobrze znać.
Nieco lepiej mu poszła integracja z płcią przeciwną wczoraj wieczorem. Elfia uroda dodawała mu zapewne nieco egzotyki w oczach ludzkich kobiet. Ale jeszcze nie przesądzała sprawy. Zapewne nie było im łatwo zapomnieć o ewentualnej różnicy w stopniu czy stanowisku jakie ich dzieliło od szeregowego zwiadowcy. Z Alezzią rozmawiało się całkiem przyjemnie a jej tileański akcent wciąż był wyczuwalny i dodawał jej uroku. Ale poza koleżeńską wymianą zdań nie była zainteresowana czymś więcej. Z Renate miał zbyt wielu konkurentów. Z dzielną panią miecznik każdy chciał zatańczyć, postawić kufel, porozmawiać czy wręcz poflirtować. Co w połączeniu z trudami dopiero co zakończonej podróży sprawiło, że już w połowie wieczoru przybiła swoją krótkoostrzyżoną blond głową gwoździa w stół i jej żołnierze opiekuńczo wynieśli ją z placu boju w bezpieczne miejsce. Siostrę Gwendolinę widział tylko przez chwilę. Nowicjuszka Rhyi szybko się gdzieś ulotniła po wspólnej, żołnierskiej kolacji być może ze zmęczenia a być może niezbyt mając ochotę na uczestnictwo w żołnierskich rozrywkach jakie często były zbyt śmiałe, rubaszne i prostackie dla dam z wyższych sfer. Za to poszczęściło mu się z piękną i swawolną bosman z Kisleva. Sorokina bawiła się bez skrępowania, śmiało szła w tany z tym kto ją poprosił, piła jak na Kislevitów przystało i śmiała się głośno razem ze swoimi marynarzami i towarzyszami. Z nią udało mu się wyjść na podwórze “Zająca” gdzie ona nazywała różne gwiazdozbiory po kislevsku i imperialnemu. Coś tam mu tłumaczyła czego już dzisiaj za bardzo nie pamiętał. Pamiętał jej chciwe usta na swoich i gwałtownie zdejmowane z siebie ubrania a jakiejś mrocznej szopie gdzie dopiero znaleźli chwilę dla siebie. A potem dotyk jej dłoni na swoim ciele i swoich dłoni na jej. Urwane, gorączkowe jęki i sapanie, rytmiczne skrzypienie zakurzonego drewna i przyjemność jaką sobie nawzajem dali. Ale skończyło się jeszcze w nocy. Już ubrana bosman chciała wrócić do oświetlonej i ogrzanej karczmy. A potem jej nie widział aż do teraz gdy wszyscy zebrali się do apelu. I widział jej sylwetkę jaka stała na czele swoich rzecznych, wilków po innej stronie tego improwizowanego placu. Apel się skończył. Wszyscy mieli ruszać jutro na wschód. Na wojnę.
Tobias
Tobias miał okazję się wyspać na piecu. Co prawda nie swoim no ale za to za darmo i wygodnym. Pierwszy raz spał w tak wygodnych warunkach od tych paru nocy spędzonych w Breder. A spanie w namiocie na jednym pledzie i pod jednym kocem było znośne zwłaszcza dla kogoś tak obytego z dziczą jak on. Ale jednak co łóżko to łóżko. Albo piec. Zieglerowe były podobne statusem do zwykłych chłopów więc nie mogły sobie pozwolić na luksus trzymania wolnego łóżka dla gości. Ale jak ten się trafił i to tak mile widziany to z koców zrobiły mu legowisko na piecu. Ten nawet jak już był wygaszony to wciąż trzymał przyjemne dla zmęczonego ciała ciepło. Wydawało się, że przenika ono mimo cegieł, kafli i kocy przez całe zmęczone i wystudzone ciało. Bardzo szybko zrobiło mu się tak błogo, że nie pamiętał nawet kiedy zasnął. Ale jak wstał rano czuł się silny, rześki i wypoczęty jak już dawno nie był.
- Przepraszam, że cię obudziłam. Chciałam napalić w piecu. - przeprosiła go szczupła brunetka jaka była najstarszą z żyjących córek seniorki rodu. Całkiem możliwe, że szczęk drzwiczek piecyka jakie otwarła go obudził. Ale na osłodę dostał jej ciepły uśmiech jaki sięgał zielonych oczu Olgi. - Nagotuję ci wody abyś mógł się wykąpać. - wyjaśniła już normalnym głosem skoro już i tak nie spał. Poprosiła go aby poszedł do studni po wodę na tą kąpiel. Tą balię bowiem jakoś trzeba było napełnić zimną wodą ze studni. A, żeby było przyjemniej dolać zagotowanego wrzątku aby stworzyć chociaż mniej zimną wodę.
Kąpiel i śniadanie w kobiecym towarzystwie okazało się całkiem przyjemne. Wczoraj już się trochę nagadali jak przyszedł późnym wieczorem. Już spały a przynajmniej w oknach ich chaty było ciemno. Szczekanie psów ostrzegło gospodynie o obcym kręcącym się po obejściu. Jak nie chciał się siłować z pół tuzinem solidnych ogarów jakie hodowały to musiał poczekać aż któraś z nich wyjdzie z lampą aby sprawdzić kto to tak późno się tu pęta. Jak się okazało była to Olga jaka przejęła rolę najaktwyniejszej w ich osieroconej z mężczyzn rodzinie i wyręczała matkę w tych najcięższych zadaniach. Ale jak się okazało kto przyszedł to zrobiło się całkiem miło. Najstarsza córka Marthy wpuściła go do środka a potem do chaty. Matka też wstała i zaczęły go gościć ciekawe wieści od niego. Poznał też szczeniaki jakie do nich przyniósł jakiś czas temu. Wydawały się trochę większe niż gdy je widział ostatnim razem. Ale szczeniaki szybciej rosły niż ludzkie dzieci to nie było takie dziwne. Ostatecznie jednak musieli przełożyć te rozmowy na kolejny dzień bo już zbliżała się północ i czas było spocząć. Zresztą w cieple izby Thobias też czuł jak wcześniej wypite w “Zającu” piwo i zjedzony posiłek przyjemnie rozgrzewają go od środka ale też i powieki ciążą mu coraz bardziej.
Ranek więc okazał się całkiem przyjemny i słoneczny. Po kąpieli i przy śniadaniu mogli się nagadać. Olga oprowadziła go po psiarni i dzisiaj w dzień te ogary co tak skutecznie go obszczekały w nocy teraz wydawały się trochę większymi, wesoło merdającymi ogonami psiakami. Ziegler miała do nich rękę i dosłownie wydawało się, że mogą jeść z jej ręki a jak rzucała im patyk to cała sfora rzucała się aby go odnaleźć, złapać i przynieśc w zaślinionym ze szczęścia pysku swojej pani. Po tak miło spędzonej nocy i poranku szkoda było opuszczać tak gościnne progi. Ale jednak musiał wziąć swoje rzeczy i wyjśc. Obie najstarsze gospodynie uściskały go na pożegnanie i miały zatroskane miny gdy go żegnały. Ale życzyły mu jak najlepiej i powodzenia i aby udało mu się wrócić cało.
Jakby zgodnie z tym zmianą adresu zanim wrócił przez las na Przedmurze to się zachmurzuło i zrobiło się ponuro. Jednak odszukał Hansa i okazało się, że to co u niego zostawił nadal tam jest. Na straganie też nie miał większych trudności kupić nowe strzały. Aż za dużo aby je wszystkie wygodnie nieść. Jednak jeśli znów mógłby skorzystać z wozu i tam zostawić ich część podczas podróży to nie byłby żaden problem. A tak przecież podróżowali do Breder i z powrotem. Czasem widywał na ulicach znajome twarze z różnych oddziałów ale większośc była mu całkiem obca. Podzamcza widocznie nie szykowano do obrony. Nie było to dziwne skoro z założenia Zamek Lenkster zbudowano po to aby w niej miała się chronić okoliczna ludność. A ponure mury okalające szczyt niezbyt łagodnego wzgórza wyglądały tak posępnie jak solidnie.
Później wszedł do jednej z karczm na obiad. A także aby schronić się przed mżawką jaka się rozpadała i nie zachęcała do wyjścia na zewnątrz. A gdy skończył jeśc i szukał sobie zajęcia to ktoś z kolegów przyniósł wieści o tym wieczornym apelu jakie szefowe zarządziły. Musiał jakoś znaleźć sobie zajęcie do tego czasu ale gdy ten nadszedł wraz z innymi ruszył ulicami Podzamcza ku jego granicom. Aż trafił na błonia na jakich z wolna ściekali kolejni żołnierze i ich grupy. No a w końcu zaczął się ten apel. Na końcu został nawet publicznie pochwalony przez von Falkenhorst, podobnie jak w Breder. Tylko wówczas były cztery oddziały a teraz cały regiment. No i wręczyła mu jakąś zalakowany list oraz mieszek z monetami jako nagrodę za dotychczasową służbę.
Stefan
Stefan też był dzisiaj na tym wieczornym apelu. Chociaż było jeszcze widno jak w dzień. Widział mieczników Theiss i jasną plamę jej głowy na ich tle gdy stała razem z nimi. Chyba docenili jego wysiłek włożony w przyniesienie i pochowanie ich kolegi Gustawa. Pogrzeb był dość polowy i pośpieszny. Trzeba było uwinąć się odkąd ulewa co trwała z pół dnia wreszcie się skończyła do czasu aż Petra kazała zwijać obóz aby ruszać dalej ku Lenkster. Sama jednak przyszła na pogrzeb i powiedziała parę słów. Chociaż nie tyle co siostra Guendalina. Ale zapewne kapłanka miała więcej wprawy i przeszkolenia w takich ceremoniach nawet jeśli nie była morrytką.
Wczoraj wieczorem jak wrócili już do Lenkster odwiedził świątynię Sigmara na Podzamczu. O tak późnej porze było tam niewielu wiernych i nie odprawiano żadnej mszy. Co zapewniło mu kojący spokój w chłodnym półmroku świątyni z domieszką zapachu płonących lamp i świec. Miał okazję się tam pomodlić wpatrzony w surowe ale piękne i silne oblicze Młotodzierżcy wykute w kamieniu. On właśnie był patronem całego Imperium oraz Ostlandu. Na pomniku siedział w królewskiej pozie na tronie a na kolanach spoczywał mu kamienny młot gotów w każdej chwili do użycia. Sigmar bowiem był patronem wojowników i obrońców Imperium. Tym który założył ten kraj. I wyznawcy o tym pamiętali. Na poręczach kamiennego tronu i wokół nich było mnóstwo świeżych kwiatów, świec, przypiętych modlitw i innych podarków. W tych cieżkich chwilach ludzie pamiętali o swoim obrońcy i śpieszyli mu oddać cześć. Ale niekoniecznie o tak późnej porze jak tam wczoraj zaszedł.
Za to późniejsza rozmowa z obiema szefowymi nie była wcale taka przyjemna. Zwłaszcza Petra wydawała się być w kiepskim humorze i nie wydawała się zbyt szczęśliwa, że zawraca jej głowę. Inez siedziała obok i położyła swoją dłoń na jej dłoni w uspokajającym geście. To pozwoliło ochłonąć szlachciance o fioletowych włosach.
- Rozpoznanie tak? A gdzie ty chcesz iść? Gdzie dojdziesz przez pół dnia? Bo drugie pół będziesz musiał wracać tutaj. Nawet do Ristedt nie dojdziesz. A do Ristedt nie ma wroga. W każdym razie nic większego. - powiedziała starając się pewnie opanować złość jaką właśnie przeżywała. Ale nie do końca jej wyszło. Zamilkła naburmuszona. Musiał przyznać, że pod względem oceny odległości i marszruty miała rację. Ale o wrogu nic nie wiedział poza tym co wszyscy czyli, że jest pod Wolfenburgiem. Skoro ona wiedziała to musiała już się z kimś rozmówić o tym jak wygląda sytuacja.
- Może przyjdź jutro. Po śniadaniu i się dowiedz. - zaproponowała Inez łagodniejszym tonem. I druga szlachcianka na to przystała. Zresztą jak z nimi rozmawiał to już był środek wieczoru, zmierzch przechodził w noc więc i tak wiele już by nie dało się zdziałać. A jeszcze wychodziło mu zmęczenie ostatnich dni podczas tych różnorakich zmagań i trudów podróży, spana w namiocie pod chmurką i tego typu atrakcje jakie skumulowane w dłuższym czasie potrafiły dać w kość. W końcu to miała być jego pierwsza noc pod ogrzanym dachem odkąd wyruszyli z Breder parę dni temu.
Noc spędził w swoim rodzinnym domu. Gdzie jak okazało się czekała go podwójna niespodzanka w postaci starych znajomych. Ranek okazał się słoneczny i pogodny. Więc w dobrych nastrojach poszli we trójkę do Podzamcza i “Zająca”. Zastali dwójkę szefowych przy ich ulubionym stole jaki wcześniej robił im za urząd werbunkowy. Wysłuchały jego argumentów, popatrzyły na dwóch jego towarzyszy, naradziły się krótko spojrzeniami i wyraziły zgodę. Inez zaczęła spisywać jakieś papiery wypytując nowych o podobne detale jak parę tygodni temu Stefana. Gdy skończyli Albrecht i Olaf oficjalnie zostali żołnierzami regimentu górskiego margrafa.
- I zrób zakupy potrzebnych medykamentów. Tu masz 5 weksli. Zrób listę i przedstaw ją mnie. - Inez miała dla niego jedno dodatkowe zdanie. Położyła na stole kilka zapisanych kartek papieru. Jak je wziął do ręki okazało się, że to weksle ze zobowiązaniem do zapłaty i glifem górskiego margrafa odbitym pieczęcią oraz podpisem Inez. Dzięki tym papierom mógł próbować kupić towar od kupców nie płacąc im od ręki. Bo za ten weksel wystawca zobowiązywał się zapłacić w późniejszym terminie. Wiele tutaj zależało od rozpoznawalności i autorytetu tego kto wystawiał ten dokument. On sam miałby pewnie dla obcych dośc niską wiarygodność. Jak to się miało do pieczęci i pisma wysłanników margrafa to mógł się przekonać niedługo potem. Jak już wędrował po sklepach i straganach zielarzy bo apteki na Podzamczu nie było. W ciągu tych paru tygodni urzędowania w Lenkster chyba wysłannicy nie podpadli niczym tutejszym kupcom bo raczej uznawali te weksle. Chociaż dziwili się wysłannikowi bo zdaje się zwykle z przychodził z nimi ktoś inny. Więc stopniowo potrzebne rzeczy wypełniały torby i skrzynie na służbowej furmance.
Przy okazji mógł też zajść do kowala. Bo wczoraj wieczorem już było na to zbyt późno i kuźnia jak i wszystkie warsztaty rzemieślnicze jakie mijał po drodze była zamknięta. A dziś miał okazję wysypać swój gobliński złom na roboczy stół u kowala. Ten skrzywił się bo nie był to cenny łup. Oglądał każdy jeden tasak czy nóż jakie wydawały się tak samo brudne i byle jakie jak ich ostatni użytkownicy. W końcu jednak jakieś żelazo w tym było więc kowal dał za to jak za złom właśnie a nie broń czy narzędzia ale parę monet dał.
To chodzenie po mieście zajęło mu czas do obiadu. W obiad też z tego pochmurnego nieba spadła mżawka co tym bardziej nie zachęcało do wyjścia na zewnątrz. Ale szefowe jeszcze nie wróciły z zamku. Minął jeszcze dzwon czy dwa nim poszła plotka, że wróciły. A jeszcze trochę później o tym wieczornym apelu. Na nim właśnie okazało się, że ruszają na wojnę już jutro. I na wschód tak jak się chyba wszyscy spodziewali. Ale tego skrętu w Ristedt na południe to już nie. Przy okazji można było zobaczyć tych co się zaciągnęli pod sztandary margrafa podczas ich wycieczki do Breder albo dwóch nowych towarzyszy Stefana.
-
Sorokina.. rozmarzył się elf, gdy jego partnerka z tej nocy opuściła szopę. Zdążył jeszcze krzyknąć - do następnego! - bo wspólne chwile z tą ludzką kobietą okazały się zaskakująco przyjemne. Może to chwilowa abstynencja, a może charakter jednej z dowódczyń sprawił, że był wyjątkowo usatysfakcjonowany. Przespał się chwilę w nieznanym miejscu, ale wkrótce ziąb poranka okazał się zbyt wymagający by odpoczywać w spokoju. Gdy wyszedł, zdał sobie sprawę, że cały czas byli bardzo blisko tawerny. Wszystko wskazywało, że właściciele gospodarstwa w którym się znaleźli, opuścili już Lenkster w obawie przed wojną. Mijając już zabudowania przypominające miejskie, spojrzał w jedną z szyb które mijał i był dość zdziwiony. Sam już nie widział jakiejś wielkiej różnicy między swoim wyglądem, a ludzkim. Stwierdził, że trzeba natychmiast udać się pod adres, który sugerowała jego przyjaciółka dnia poprzedniego. Leni mówiła, że mieszkanie będzie dla rodziny i pracowników wuja Albwina, więc udał się tam czym prędzej. Nie otworzyła mu jego przyjaciółka, a Felix Winterborn - lekarz-amator na usługach jego wuja.
- Dzień dobry Paniczu Duivelu. Słyszeliśmy, że też tu przybędziesz, ale spodziewaliśmy się, że wieczorem. Twoje kuzynki poszły spać, odpoczywają. Leni zdążyła zrobić śniadanie po podróży, ale po nocnej wyprawie też padła z wykończenia. No, a nasz woźnica zasnął w łazience. Tu ciężko mi zwalić winę na długą podróż. Po prostu jak tu dotarliśmy to spił się jak świnia...- przywitał elfa elegancko ubrany człowiek. Jego ciuchy nie były może najwyższej jakości, ale były zadbane i, czyste i niepogięte. Sprawiało to wrażenie jakby był szlachcicem, jednak nic z tych rzeczy. Najzwyczajniej w świecie, lubił się dobrze ubrać. Pewnie dlatego, żeby osoby które spotyka nie zwracały uwagę na jego twarz. Ta, delikatnie mówiąc, nie należała do najpiękniejszych.
- Witaj Felix! Przestań mi paniczować, żaden ze mnie panicz. Każde powitanie marnujemy na te tłumaczenia, więc może już byś odpuścił co?- Duivel uśmiechnął się szeroko. Winterborn przyjrzał się lepiej swemu rozmówcy i zauważył wory pod oczami elfa i ogólne zmęczenie co widoczne było w zgarbionej postawie.
- Chodź, pokaże Ci gdzie jest moje łóżko. Ja spałem podczas podróży, także śmiało możesz się zdrzemnąć.- elf przystał na tę propozycję z radością. W tym samym stroju w którym przyszedł, padł na łoże i mgnieniu oka zasnął.=======
- Kuzynie!! Jak dobrze Cię widzieć!- wykrzyczała Lindara. Owa elfka była wysoka i smukła. Nie dałoby rady pomylić ją z człowiekiem. Kobieta miała długie blond włosy, wystające z nich spiczaste uszy. Zaraz za nią stała druga przedstawicielka Eonirów. Nieco niższa, mniej szczupła, z nieco ciemniejszym blondem na głowie, z równie spiczastymi uszami, ale też z bardzo niebieskim oczami. Ci bardziej obeznani ze światem mogli by dostrzec podobieństwo oczy niższej elfki do kamienia lapis lazuli.
- Duivel!! Jak dobrze, że wróciłeś cały!- Dodała Eponia, pełna entuzjazmu. Druga z kuzynek szybko przemknęła obok swojej starszej siostry i rzuciła się do szyi Mundo-naru, który już wstał z łóżka. Radość ich była wielka, choć całkiem niedawno się widzieli w Ristedt. Chwilę później, gdy emocje już opadły i przeszli do salonu, to siedział już tam człowiek, krasnolud i niziołka. Brzmi jak dowcip, ale jednak tak to wyglądało. Wuj Albwin nie wywyższał się ponad inne rasy, ale miał swoje stereotypy. Więc jeśli chciał rzemieślnika, to wybrał krasnoluda, następnie potrzebował kucharki, więc zatrudnił Leni - niziołkę. Nieco inna historia dotyczyła Felixa, którego Manc znalazł kiedyś podrzuconego pod drzwiami. Przygarnął do siebie i wychował, a raczej przeszkolił na lekarza - weterynarza - amatora. Krasnolud odwrócił się i spojrzał na Duivela
- Witam. Masz jakieś wieści o Hal'ilu? My nic, żaden list, żaden goniec do nas nie dotarł. Wojna przeniosła już się pod stolicę, więc może i on gdzieś obok Wolfenbura się znajdzie...- Kargun na chwilę się zamyślił i wykorzystał to Duivel by odpowiedzieć
- Cześć Kargunie. Nie, nic nie wiem też. Zresztą jak się okazało walczę o Ostland pod banderą jakiejś Górskiej Marchii Falk..cośtam. Całkiem ciekawe osobistości można spotkać w tej zbieraninie, ale w chwilach kryzysu jest wiele odważnych typów. I typiar. Chyba nigdzie dotąd nie widziałem tylu kobiet, które dowodziłby oddziałami. Do tego dziś poznamy rycerkę, która do nas dołączy!- elf opowiadał z radością o nowej armii, sam chyba nie spodziewając się, że tyle pozytywnych emocji wywoła opowiadanie o Petrze i jej podwładnych. Krasnolud słuchał uważnie, ale na koniec coś jakby go uszczypnęło, że aż na twarzy widocznie zarysował się grymas bólu
- Weź Ty w końcu się ogól. Ileż można patrzyć na to coś na twojej twarzy. Jesteś elfem, żyjesz wśród ludzi i nosisz brodę jak krasnolud. Może jeszcze wewnątrz czujesz się niziołkiem?- wszyscy inni zaczęli się trochę śmiać z Duivela
- Tak koniecznie się zgól, bo słyszałam od Twoich kuzynek, że bez brody wyglądasz jeszcze lepiej! Potem przyjdź coś zjeść, mamy jakieś resztki ze śniadania, ale też surówkę z topinamburu i zaraz będzie ryba z paster-na-KIEM- kończyła Leni swoje zdanie, biegnąc już do kuchni, jakby o czymś sobie przypomniała.
- Drogi przyjacielu rodziny, w łazience koło mniejszej miski znajdziesz moją brzytwę i smarowidło do twarzy, żebyś nie wyszedł potem cały w czerwonych kropkach. Brzytwa rano ostrzona!- wtrącił się też do rozmowy Felix. Mundo-naru po tylu radach postanowił pójść i doprowadzić swoją twarz do porządku.Po dłuższej chwili był już gotowy. Wykorzystał w pełni dostęp do wyposażonej łazienki. Ogolił się, ale także wymył i ogarnął też te najbrudniejsze ciuchy. Ubrał się w ten sam strój w jaki ubrany był w dzień rekrutacji. Jednak ubranie mocno się zmieniło. Straciło swoje kolory i już nie rzucało się w oczy tak jak dawniej. Nikt już nie pomyli go z gońcem, ale też nikt nie pomyśli 'pewnie elf' na widok persony w takich szatach. Nagale zaczęło mu się wydawać, że uszy jakby mu mniej odstają od głowy. Jednak to pewnie tylko kwestia lustra w jakim się przeglądał. Widok twarzy pozbawionej brody ucieszył go. W głębi serca pomyślał, że jednak każdy wciąż rozpozna w nim elfa. Może miał nieco inne poglądy niż większość pobratymców, może czuł dziwne przywiązanie do Ostlandu, jednak wciąż był ELFEM. Zaczął też rozmyślać skąd u niego tak odmienne zachowanie. Nawet u kuzynek, które prawie całe swoje życie mieszkają w Ristedt nie widział takiego przywiązania do kraju w którym żyły. Jedynie Hal'il rozumiał go pod tym względem. Gdy wuj Albwin wybrał drogę kupca i osiadł w miarę blisko stolicy Ostlandu przy drodze na południowy-zachód, tak jego rodzice osiedli się blisko lasu cienia w północno-wschodniej części kraju. Czasem odwiedzali ich jacyś posłańcy z 'prawdziwej ojczyzny', ale Duivel nigdy nie był wciągany w te sprawy. Pozwolono mu wraz z kilkoma innymi elfami dołączyć do ochotników którzy zapuszczali się w głąb lasu i walczyli z pomiotami Chaosu. W przeciwieństwie do starszego brata, który brał aktywny udział w dyskusjach z rodzicami i raczej nie zadawał się z innymi rasami. Ostatecznie starszy z braci został Widmowym Obieżyświatem (Ghost Strider) i ruszył w świat. Od tamtej pory praktycznie się z nim nie widywał. Elf zwany obecnie z nazwiska Mundo-naru, wychowywał się więc w zupełnie innym otoczeniu niż zdecydowana większość jego pobratymców, co mocno wpłynęło na postrzeganie świata i przywiązanie do Ostlandu. A co do przyczyn przybycia do tej krainy miał pewne teorie, a konkretnie pięć opcji. Pierwsza to wygnanie za jakieś zbrodnie czy złamanie świętych tradycji. Druga to emigracja, gdyż rodzice nie chcieli mieć nad sobą zwierzchnictwa. Trzecia to ucieczka ze względu na nieudaną próbę zwiększenia swojego statusu w społeczeństwie, a to wiązało się z dużym wstydem. Czwarta opcja to szpiegostwo ludzi, co bardziej oficjalnie brzmiało jako pokojowi wysłannicy. No i piąta opcja, czyli daleko wystawiony zwiad, który miał informować senat w Laurelorn o aktywności pomiotów Chaosu i zielonoskórych. Nie dowiedział się prawdy do tej pory, a każda z opcji wydawała mu się prawdopodobna. Wiedział tylko, że jego i kuzynostwa wspólni przodkowie nigdy nie wyszli z klasy społecznej zwanej Harioth. Czyli oryginalnie nie mieszkali w Laurelorn Forrest, a do tego przybyli tam dopiero po Wojnie o Brodę. Była to najniższa klasa społeczna ze względu na pochodzenie. Dzieci elfów z tej klasy mogły się ubiegać o awans w hierarchii, jednak rodzina Manc (tak niegdyś miał Duivel na nazwisko) nigdy się tego nie podjęła.
Tak się skupił na swoich wewnętrznych przemyśleniach, że nie kojarzył rozmów jakie odbył podczas obiadu i podczas wspólnego spaceru do obozu wojsk markgrafa von Falkenhorsta.
- Duivel, chyba odpłynąłeś gdzieś? Wróć już do nas proszę i powiedz, która to Petra. Gdzie możemy się zapisać?- pytanie Eponi wybudziło go z transu w jaki sam się przez przypadek wpędził. Wyszukał wzrokiem Alezzię i udał się w jej kierunku, bo tak wczoraj słyszał, że to ona będzie jego dowódczynią. Był rad z takiego obrotu sprawy, ale też nie mógł się na tym skupić. Jaka rekrutacja? To znaczy, że powiększona rodzina wuja również rusza z nim na wojnę? No bo cóż innego. No nic, miał czas się przeciwstawić, ale znów odpłynął w rozważania na temat emigracji rodziców. Niby to go nie ruszało, ale gdy tylko o tym zaczynał myśleć, to ... odpływał. Gdy doszedł do magini światła, przedstawił wszystkich wzajemnie. Jego nowy wygląd na pewno wzbudził trochę zamieszania, ale mniej niż jego towarzysze, z którymi mógłby otworzyć cyrk obchodny. No może brakowało jeszcze jakiegoś ogra i skavena do kompletu. Po całej ceremonii, przedstawieniu nowych twarzy w armii udał się pospiesznie do Petry i Inez wraz z piątką swoich towarzyszy.
- Petro, przede wszystkim chciałem podziękować za wyróżnienie podczas odprawy i przydział do Alezzi. Liczę też na owocną współpracę z oddziałami Kolesnikova, Theiss i Sorokiny. Tymczasem jak już zauważyłaś przyprowadziłem pięciu nowych żołnierzy pod rozkazy naszej szanownej magini. Wszyscy są z Ristedt...- tu przerwała mu Eponia
- i możemy dowództwo umieścić w Ristedt na noc w naszym domu kupieckim. Mój ojciec jest największym kupcem w okolicy, ale dom został pusty, gdyż wyruszył na zachód przed wojną. Mamy też wóz dwukołowy i konia pociągowego i możemy* dołączyć to w inwentarz armii- dodała i skinęła głową. Praktycznie w taki sam sposób jak jej kuzyn miał w zwyczaju.Lindara Manc - moja kuzynka o bardzo zwinnych palcach... w sensie potrafi wyciągnąć różne rzeczy z cudzych kieszeni.
Eponia Manc - najlepsza łuczniczka jaką poznałem w życiu. Sam ją szkoliłem i jestem w stanie przyznać, że uczeń przerósł mistrza.
Leni Leafwalker - cudowna kucharka, która przyda się w naszej kuchni polowej.
Kargun Thunderfist - kowal i woźnica w jednym. Do tego może stanowić świetne towarzystwo do picia gdyby ktoś potrzebował.
Felix Winterborn - nasz lekarz amator, czy tam weterynarz. W każdym razie wyleczy zarówno mnie, Ciebie, czy też Twojego konia.=======
Po rekrutacji cała szóstka udała się do wynajętego apartamentu w kamienicy. Duivel był zadowolony z taktyki opracowanej przez dowództwo. Nawet ucieszył się, że nie idą bezpośrednio na stolicę. Dla niego oznaczałoby to śmierć i jedynie odwleczenie maksymalnie o dzień, oblężenia stolicy. Przecież są za mali aby ruszyć armię Chaosu. Co innego sabotować ich akcje zwiadowcze i uderzyć od nieoczywistej strony. Nie do końca zgadzał się z nim Kargun, który zauważywszy, że jeśli tylu krasnoludów jest w w wojsku von Falkenhorsta, to powinno starczyć na frontowe uderzenie i zwycięstwo. Resztę żywo rozbawił tym stwierdzeniem. Do kamienicy dotarli w dobrych humorach. Kolejnego dnia mieli ruszać o godzinie 9. Duivel z Kargunem stwierdzili, że to świetna godzina, gdyż mają czas na krótką biesiadę. Starali się też określić rolę jakie mogą im przypaść w armii. Będą służyć początkowo pod Alezzią, ale gdy nadejdzie okazja, to Felix pewnie pójdzie do medyków, Leni do kuchni polowej, Kargun będzie naprawiał wszelkie miecze i zbroje gdy będzie okazja, gdyż na wóz zabrał niezbędny sprzęt. Eponia jedynie miała trochę problem z własnym przydziałem, może i była nad wyraz zręczna, ale przecież nie będzie okradać współtowarzyszy. Lindara natomiast najchętniej zostanie z Duivelem i będzie blisko reszty zwiadowców. Nie chciała też być jedynym elfem w innym oddziale, a poza tym chciała by udowodnić kuzynowi swoją wyższość jeśli chodzi o celność strzałów. Kargun zdradził jeszcze Mundo-naru, że ich wspólny przyjaciel - Jotunn, również będzie uczestniczył w wojnie, ale wraz z Elarą mają udać się na południe by dołączyć do armii Imperatora. Duivel oświadczył wszystkim, że już podczas drogi i walk będzie raczej w innych miejscach niż reszta, ale ma nadzieję, że codziennie rano uda się odmówić cichą modlitwę, każdy do swego Boga
====
*edytowane -
Otaczają Nas - pomyślał Tobias.
Kiedy zdecydowana większość sił Imperialnych kieruje się by bronić stolicy prowincji, Chaos wykorzystuje to zajmując słabiej broniące się wsie i miasteczka. Skupienie dużych sił wokół Hrabiego Elektora skazuje wielu jego poddanych na straszną śmierć, albo gorzej...
Tobias nawet ucieszył się słysząc gdzie się skierują, poza tym że dobrze znał te okolice, to będą mogli pomóc tym którzy nie zdążyli się wycofać za drugi brzeg rzeki Wolf. Ludziom którzy próbują ratować swoją rodzinę i dorobek życia. Oddział został uzupełniony przybyszami i za to w duchu Tobias dziękował bogom. Ale jednocześnie nie miał złudzeń. Nie widział wojsk margrafa jako zdyscyplinowanych, działających jak jedno ramie dzierżące miecz. Byli najemnikami i to aż nadto było widać do tej pory. Brakowało silnego lidera, którego charyzma trzymałaby wszystkich w ryzach i na tyle silnego by mieć u wszystkich całkowity posłuch. - Mieliśmy do tej pory więcej szczęścia niż rozumu. Do tego ciężko przewidzieć jak zachowają się takie indywidua jak czerwony mag, Duivel, czy Tileański przywódca kuszników. Nowi rekruci - wygląda na to - jeszcze więcej wprowadzają jeszcze więcej galimatiasu. Za dużo indywiduum (chyba zapamiętał to słowo dobrze) w całej tej ich hałastrze.
Usłyszawszy Swoje imię podające z ust szefowej Tobias poderwał się - wyrwany z nurtujących go myśli - i razem z pozostałą dwójką wystąpił na środek i otrzymał sakiewkę z przyjemnie brzęczącą zawartością i zalakowany papier - zapewne pisemna pochwała.
Po zakończonym apelu zwiadowca spędził około dwóch godzin szukając odpowiednich rzeczy na - zapewne - długą podróż. Nie wiadomo czy będzie się można w cokolwiek po drodze zaopatrzyć, wojna sprawia że część towarów znika z półek albo jest absurdalnie droga. Swoje zasłużone buty wymienił na nowe, dokupił płaszcz chroniący lepiej przed deszczem i wiatrem, uzupełnił oba kołczany i rozejrzał się za grotami do strzał - w razie czego mając ich zapas był w stanie wytworzyć dodatkowe strzały. Kupił sporo suszonego mięsa a u rzeźnika kupił całkiem sporo skrawków mięsa dla szczeniąt w psiarni. Będzie mu ich brakowało, a być może ciepłego uśmiechu i pięknych oczu Olgi jeszcze bardziej. Zanim się tak jednak udał udało mu się złapać gdzieś Stefana i zaprosić go na pogawędkę przy piwie. Podzielił się z nim Swoimi wątpliwościami co do jedności oddziału i siły przywódczej Alezzi, która zbyt ufa czarodziejowi, który nie wydaje się mieć w najmniejszym poważaniu kogokolwiek poza nim samym.- Ciągle nie wiemy kto tak naprawdę zamordował w tych ruinach naszego człowieka. A najbliżej był ten czarodziej. Musimy na niego uważać...
-
W zajeździe po rozmowie z Szefowymi
Stefan, słuchając ciętej odpowiedzi Petry na jego propozycję co do rozpoznania terenu, przez sekundę zastanawiał się czy ma jej odpowiedzieć kontrargumentami, ale natychmiast z tego zrezygnował, widząc jej nastawienie:
Szanse mam do niej dotrzeć mniejsze niż gdybym chciał zburzyć mur miejski rzucając w niego grochem! - pomyślał wściekły.
Z ulgą przyjął interwencję panny von Muller i dziękując jej za możliwość przybycia po zadanie w dniu następnym, ukłonił się obydwu i wycofał z karczmy. Po tym wrócił do stołu, przy którym czekała na niego miska z jedzeniem, starał się, aby nie okazywać żadnych emocji, kiedy mechanicznie jadł zapewne całkiem smaczny posiłek. Zapewne, ponieważ był zbyt skupiony w swoich myślach na odbytej przed chwilą rozmowie, aby zwrócić na to uwagę.- Oczywiście, że daleko by nie zaszedł wyruszając jutro z rana! - pomyślał zły. Byłby gotowy ruszyć na to rozpoznanie choćby natychmiast dymając przez gościniec i las całą noc, wtedy zaszedłby znacznie dalej.
Kiedy służył pod kapitanem Steinerem szybko zorientowano się, że jest człowiekiem obytym z lasem i tropieniem, więc był z grupką sobie podobnych bezlitośnie wykorzystywany do wszelkiego rodzaju działań zwiadowczych. Nie chciał nawet próbować zliczyć liczby dni, kiedy ich oddział po dniu marszu w mrozie i deszczu ( z nim i innymi zwiadowcami zawsze zasuwającymi przed, po bokach i z tyłu oddziału, co było znacznie bardziej męczące niż zwykłe maszerowanie drogą) zatrzymywał się na zasłużony postój, ale zwiadowcy natychmiast dostawali polecenie spenetrowania terenu dookoła, a po tym przynajmniej najbliższego odcinka jutrzejszego przewidywanego marszu oddziału, jeśli nie całej trasy! Jak to możliwe, że przebywali całą trasę?
- No cóż droga Petro, trzymaj się krzesła, żebyś z szoku nie spadła ze stołka słysząc tę tajemną wiedzę wojskową - pomyślał jadowicie.
Mianowicie, zwiadowcy dostawali konie, żeby mogli poruszać się znacznie szybciej niż maszerujący piechurzy, oczywiście nie zawsze i nie wszyscy, ale było to dla niego tak oczywistym, że wywód jego przełożonej o tym, jak to daleko nie zajdzie piechotą, o mało nie przyprawił go o spazmy śmiechu, kiedy go usłyszał. Jeszcze żeby nie mieli koni, to by mógł zrozumieć jej połajankę, ale mieli ich teraz całkiem sporo i do tego właśnie powinny być wykorzystywane!
W swojej wściekłości podarował już nawet kwestię tego, że Ich Wielka Przywódczyni założyła, że to zadanie chce wykonywać sam, co byłoby oczywiście głupie. Stefan założył, że wyśle pewnie na zwiad grupę, jeśli nie wszystkich Gebirgsjägerów. Wtedy nie tylko mogliby stale wysyłać gońców z meldunkami o sytuacji, ale także mogliby być oddziałem osłonowym z prawdziwego zdarzenia, zdolnym do odganiania bądź rozbijania wrogich grup zwiadowczych, aby uniemożliwić im obserwację siły i zamiarów ich pułku. Jeszcze bardziej martwiła go informacja o tym, że Petra”wiedziała”, że na drodze do Ristedt wroga nie spotkają. Miał nadzieję, że się myli i to wcale nie oznacza, że ich szefowa wierzy raportom z innych źródeł bez wysyłania własnych zwiadowców.
Nie kwestionował profesjonalizmu ewentualnych zwiadowców, pewnie ludzi hrabiego von Hochberg, ale doświadczenie nauczyło go, żeby zawsze polegać w tych sprawach na sobie w pierwszej kolejności.
Raz już zaliczył sytuację, gdy drogę oddziału przeczesali świetni zwiadowcy z innego oddziału i ich grupa przeszła dany odcinek bez problemu, ale ich oddział dotarł w dane miejsce bez rozciągniętego zwiadu (bo pewnemu “mądremu” oficerkowi się spieszyło i nie chciał tracić czasu na “głupoty”) i wpadł w zasadzkę zwierzoludzi ściągniętych w międzyczasie na miejsce przemarszem tego pierwszego oddziału…
Stefan skarcił się w myślach za ciągłe czarnowidztwo i przypomniał sobie, że miał dać Petrze szansę jako ich dowódcy.
Obiecał sobie więcej wiary w Nią… po czym odmówił krótką modlitwę do Sigmara, żeby głowa rodu von Falkenhorst jak najszybciej przybył i objął dowództwo.Skończył szybko jeść i zebrał się do ruszenia w drogę do domu, gdy zobaczył siedzącą na uboczu siostrę Guendalinę. Przez ostatnie dni odkładał próby bliższego poznania jej pomimo szczerych chęci zrobienia tego. Teraz niejako z pewną dawką dodatkowego animuszu, wywołanego kiepski efektem rozmowy z szefową, ruszył raźno w kierunku kapłanki siedzącej na uboczu grupy zakładając, że gorzej już być nie może, więc teraz bogowie się do niego uśmiechną, prawda?
Siostro Guen - odezwał się przywołując na twarz jak najlepszy uśmiech, co wcale nie było trudne, biorąc pod uwagę do kogo się uśmiechał - Chciałem spytać co teraz siostra ma zamiar zrobić, skoro dotarliśmy już do Lenkster? - Na chwilę wstrzymał oddech zbierając się na odwagę, po czym ze znacznie bardziej nieśmiałym uśmiechem dodał - Pytam, bo chciałem zapytać, siostro , czy sprawiłabyś mi i mojej rodzinie ten honor i zechciałabyś przyjąć zaproszenie na obiad jutro w moim rodzinnym gospodarstwie? Jeagerowie mają najlepszą dziczyznę w całej okolicy, więc nie pożałujesz! - dodał puszczając do niej oko.
Następny dzień w drodze na Apel
Stefan po tym jak skończył pracę nad przygotowaniem zapasów medykamentów i popołudniu spędzonym na odpoczynku z rodziną, w dobrym nastroju maszerował na zapowiedziany apel.
W sumie w dobrym nastroju to było źle powiedziane, Jeager był pijany ZE SZCZĘŚCIA!!!- ONI ŻYJĄ! - chciał krzyczeć niemal przy każdym kroku.
Nie mógł przestać radować się z wczorajszego spotkania, nie dość że jego dwaj bliscy towarzysze dołączyli do niego i chcieli iść z nim w bój, to jak tylko zapytał ojca i wuja o swojego brata i siostrę to ci zaprowadzili go do domu, gdzie po hucznym powitaniu spotkał swoje rodzeństwo Franza i Erykę bezpiecznych! Długo słuchał o tym jak jego starszy brat został ciężko ranny w walkach i dzięki oddaniu kolegów trafił do szpitala w Wolfenburgu…pod opiekę Eryki i o tym jak ta zdecydowała, że musi jak najszybciej wywieźć brata ze stolicy, zanim tą oblegnie Wróg oraz o trudnej i niebezpiecznej drodze, jaką przebyli, aby w końcu trafić do rodzinnego domu.
W tym euforycznym stanie ustawił się z resztą “luźnego” towarzystwa dookoła Alezzi, wpierw pozdrawiając uprzejmie zarówno znanych, jak i nowych członków grupy, po czym przedstawił swoich dwóch towarzyszy:- Przedstawiam moich kolegów, którzy zdecydowali się do nas dołączyć, Albrechta i Olafa Wieselów z Talabeklandu. Służyliśmy razem na południu w regimencie włóczników, są wybornymi tropicielami, świetnie walczą włócznią, poza tym kunsztowi Albrechta w zakładaniu przeróżnych pułapek może tylko dorównać sprawność jego syna w odnajdywaniu podobnych “prezentów” na szlaku… - prezentację przerwało mu wesołe szczekanie trójki psów tej samej rasy siedzących posłusznie przy ich nogach:
- Tak Azurze, jak mógłbym zapomnieć, przedstawiam także Harpię i Gryfa - dodał wesoło wskazując na parę psów bojowych.Po krótkiej prezentacji Jeager skupił swoją uwagę na wymienianiu uwag na temat pozostałych nowo przybyłych. Plejada nowych towarzyszy Duivela była więcej niż ciekawa i cieszył go szczególnie obecny wśród nich medyk, ale gros jego uwagi skupiła na sobie dwójka przybyłych rycerzy.
Miał co do nich mieszane uczucia, nie miał jakiegoś wielkiego doświadczenia z walki ramię w ramię z zakutą w blachy szlachtą, ale to, co wiedział, kazało mu być do nich sceptycznym, dopóki nie pokażą na polu bitwy, że znają się na wojaczce, a nie tylko na zadzieraniu nosa i mówieniu o tym jacy to nie są wspaniali.
Nie był w stanie rozpoznać barw tego całego von Ellingena, co pewnie oznaczało, że nie był Ostlandczykiem. Natomiast barwy ich nowej Oliwki i nazwisko von Damnitz obiło mu się już o uszy kiedyś i brzmiało mu znacznie bardziej znajomo.
Choć nie na tyle, aby powiedzieć o tym rodzie coś więcej poza tym, że chyba powinni się bardziej zainteresować, co też ich córki wyprawiają po gościńcu.- Zobaczymy, czy nada się do czegoś to dziewczę w walce, czy będzie trzeba jej pomagać błękitne łzy przerażenia ścierać z policzków, jak zobaczy pierwszego goblina i leczyć odparzony przez siodło szlachetny tyłeczek jak pojeździ parę dni non stop w siodle? - pomyślał zgryźliwie.
Natomiast dołączenie do nich gwardzisty i krasnoluda przyjął niezwykle pozytywnie. Sam nie miał co prawda okazji walczyć u boku elity piechoty Imperium dotąd, ale to, co opowiadali mu inni, a przede wszystkim jego wuj, kazało mu spodziewać się wiele dobrego od weterana, choć czuł, że pewnie nie obejdzie się też bez niepotrzebnej pompy z jego strony, no i kolejek, które będą musieli mu stawiać wszyscy w regimencie.
W każdym razie zanotował sobie w pamięci, aby po apelu rozpytać wśród innych członków oddziału oraz w domu, co wiedzą o wszystkich nowych nabytkach regimentu.
Sam kierunek ich marszu wielce go nie zbulwersował, szczególnie teraz, gdy nie śpieszyło mu się aż tak bardzo do Stolicy, aby ratować siostrę. Jasnym było, że aby pobić siły wroga, będą potrzebowali znacznie większych sił niż te, które grupowały się w Lenkster. Do czasu ich skomasowania znacznie lepiej będzie podgryzać mniejsze oddziały wroga, osłabiając go w ten sposób, zamiast rzucić się na oślep na główny element wrogiej armii i dać wybić.
Bił wszystkim nowo przybyłym brawu po równo, nie wyłączając maga, widział, co ten potrafi robić swoją magią i choć nie ufał mu, nadal czuł, że jeśli ten okaże się jednak godnym zaufania, to niewątpliwie stanie się najbardziej istotnym dodatkiem do ich regimentu.Równie entuzjastycznie wiwatował na wieść o awansie Renate Theiss, choć miał nadal mieszane uczucia co do tej postawy podczas starcia na bagnach… z drugiej strony sam nie miał czym się chwalić, jeśli chodzi o tamten dzień, a o sprawie porzucenia jednego z mieczników słyszał tylko od innych nie będąc bezpośrednio na miejscu, więc dawał jej o wiele więcej kredytu zaufania niż Petrze. Nagrodę z rąk dowództwa przyjął z mieszanką zaskoczenia, ale i pewnego zadowolenia. Szczególnie mieszek srebra, choć nie zapomniał też o karcie papieru, którą miał zamiar oddać na przechowanie rodzicom na dowód, że się tylko w tej armii nie obija.
Pogratulował oczywiście wyróżnienia obydwu towarzyszom po czym widząc, że Tobias chce z nim porozmawiać, z chęcią dołączył do jego wieczornych zakupów, jako, że Duviel ze swoją wesołą gromadką ulotnił się z placu szybciej niż Stefan zdążył do niego podejść i zaproponować mu i Tobiasowi wspólny wieczór w Jeagerym gospodarstwie jako próbę zażegnania wcześniejszej wrogości.-Masz rację Tobiasie, musimy uważać na tego czarownika, ale z drugiej strony uważajmy, abyśmy zbytnią podejrzliwością nie zmarnowali okazji do posiadania potężnego sojusznika. Żeśmy też nie dokończyli tej sprawy w tym piekielnym zagajniku! Trzeba było dopaść tę wiedźmę, co Cię zaatakowała i na włóczni przynieść jej łeb do Lenkster. Podejrzewam, że wtedy nie mielibyśmy wątpliwości kto zamordował Gustawa.
Po skończonych zakupach sam bądź w towarzystwie Tobiasa ruszył do domu aby dobrze się wyspać umyć, przygotować wszystko co tylko będzie potrzebne i z dobrym zapasem udać się jutro do kaplicy aby pomodlić się jeszcze przed wymarszem o pomyślność w polu. -
Oryginalny tytuł: Tura 32 - 2521.05.02-03; bkt; ranek - ranek
Miejsce: pd-zach Ostland; Ristedt; obóz przy rzece; namioty i obóz
Czas: 2521.05.02; Bezahltag; ranek - zmierzch
Warunki: - ; na zewnątrz: zmierzch, zachmurzenie, łag.wiatr; zimno (-5)Wszyscy
Regiment von Falkenhorst wyruszył zgodnie z planem czyli kolejnego poranka. Od pogodnego świtu trwała zbiórka na błoniach, tych samych gdzie poprzedniego wieczoru odbył się apel. Zbieranie się oddziałów zajęło cały poranek i gdy trębacz dał sygnał do wymarszu kolejne oddziały ruszały z błoni w kierunku błotnistej drogi prowadzącej na wschód. Mijali graniczne domy Podzamcza i tam mieszkańcy obserwowali ich przemarsz. Niektórzy im machali, krzyczeli coś pokrzepiająco, czasem ktoś wręczył przechodzącemu wojakowi bochenek chleba, pęto kiełbasy czy butelkę wina, medalik z którymś z dobrych bogów. Ale i wielkiej fety nie było. Tubylcy przyzwyczaili się, że w ciągu ostatnich tygodni jakieś oddziały przechodziły przez miasto idąc na wschód więc ten widok im spowszedniał.
Ledwo zostawili za soba już nieco znajome kąty w Podzamczu ponurego zamku Lenkster zanurzyli się w błotnistą, drogę jaka snuła się pod sklepieniem wiecznie mrocznego lasu. Las Cieni nie na darmo miał taką nazwę i nawet w środku słonecznego lata to nie panowała tu sielankowa atmosfera.

https://i.imgur.com/1umbeKa.jpeg
Droga do Rstedt mocno dała im w kość. Niby wiadomo było, że to trasa na około jeden dzień marszu więc nie jakoś strasznie daleko. Jednak pogoda nie sprzyjała. Właściwie był już z miesiąc po wiosennym przesileniu ale dziś Tall i Rhya mieli chyba zły humor bo panowała słota kojarząca się z późną jesienią. Już w nocy spadła rzęsista ulewa bo rano nogi grzęzły w błocie Podzamcza a potem na polnej drodze. Mało komu nie przemokły buty podczas gdy cały dzień musiały zanurzać się w błotnej brei i kałużach. Każdy krok powodował mlaszczący odgłos a przy wyciąganiu jeszcze wyraźniejszy. A w całej kolumnie wojska było to jeszcze zwielokrotnione przez te ponad dwie setki par nóg. Można było zazdrościć tym nielicznym konnym jakich mieli, bo u nich konie i kuce mierzyły się z tym błotem a nie oni sami. Podobnie woźnice na wozach. Te jednak co jakiś czas trzeba było pomóc wypchnąć z jakiegoś błotnego padołu. Raz w jednym koło nie wytrzymało tych przygód i pękło. Eitri jednak z pomocą paru innych całkiem sprawnie nasadził nowe koło na oś i je tam umocował.
Przez cały dzień panowała ta jesienna słota. Wymoczyła, wychłodziła podróżnych mocno. A jak w południe mieli przerwę na popas i posiłek to akurat wyszło słońce. Tyle, że na dno wiecznie zacienionego lasu niewiele tych promieni słonecznych docierało a i tak nie było ono w stanie wysuszyć błota i kałuż jakie imało się tak ludzi jak i nieludzi więc humory niezbyt dopisywali. Wszyscy mieli mokre buty i spodnie a także wierzchnie okrycia na jakie skapywała wilgoć z drzew pod jakimi obozowali czy podróżowali. Do tego co prawda słońce się pokazało ale zerwał się całkiem silny wiatr. Miotał on nawet gałęziami o grubości męskiego ramienia więc otaczające, ponure drzewa szumiały swoją złowróżbną pieśń. W połączeniu z gwarem czynionym przez obóz pełen dwunogów i zwierząt całkiem dobrze mogły zamaskować próby podejścia przeciwnika. Pewnie dlatego Petra rozkazała z każdego oddziały wystawić warty na jego obrzeżach. Ogniska też nie było łatwo rozpalić bo nasycone wilgocią drewno nie chciało się palić. Ale jak się miało czas to można sobie było poradzić i z tą trudnością a czas akurat na to mieli. Ciepły posiłek przyjemnie rozgrzewał żołądki i poprawił humory. Plotki wzbudził barwny herold jaki mijał ich obóz jadąc na zachód. Poprosił o coś do picia bo od rana był w siodle. Porozmawiał chwilę z szefowymi przed ich wagonem. Dostał nawet miskę ciepłego gulaszu i zupy co go bardzo ucieszyło. O czym rozmawiali nie było wiadomo ale jak skończył otarł usta rękawem i prawie od razu wsiadł na siodło swojego wierzchowca i ruszył znów drogą jaką regiment pokonywał wcześniej. Oni sami wkrótce też zaczęli się zbierać a, że była ich cała masa to zabierało to więcej czasu niż gdy chodziło o parę osób czy nawet jeden oddział.
Druga połowa marszu była nie mniej ciężka niż pierwsza. Mokre buty, nogawki do kolan zwykle też, zmarznięte dłonie, co chwila ktoś pokasływał lub spluwał w bok. W marszu próbowano się rozgrzać paląc fajki co zdawało się namiastką ogniska. Ale wyjścia nie było, trzeba było wkładać nogi w to leśne błoto i je wyciągać aby dawać kolejny krok. Nie było więc dziwne, że gdy konni Gebirgsjaeger przynieśli pod koniec dnia wieści, że już widać rogatki Ristedt powitano to z okrzykami radości. zza kolejnego zakrętu dojrzeli rogatki Ristedt powitano to okrzykami radości. Jak się okazało była to radość przedwczesna.
Ristedt było niewielkim miasteczkiem lub jak mawiali złośliwi sąsiedzi nieco większą wioską. Można tak było sądzić bo trzon miejscowości otoczony był wałem ziemnym zwieńczonym palisadą co nadawało mu nieco archaicznego i wiejskiego charakteru. Większość domów też była drewniana. I przepełniona. Miasteczko leżało o dzień bliżej do Wolfenburga więc było tu podobnie pełno różnorodnego wojska i uciekinierów jak w Lenkster. Tylko tam zbierany regigmen górskiego margrafa niejako wyrósł na miejscu i miał już swoje kwatery. Tu zaś zderzył się z podobną sytuacją i odbił jak od ściany. Wszelkie chaty, domy, zajazdy, podwórka, stodoły były już pozajmowane przez takich samych jak oni tyle, że przybyłych wcześniej. Miasteczko pękało w szwach od tych tłumów jakich mogło być nawet więcej niż tubylców.
Kolumna regimentu wtoczyła się w ten galimatias jakim nikt nie zarządzał. I zaległa przed jedną z bram w tym ziemnym wale za jakim było serce Ristedt. Obie szefowe ruszyły do wnętrza aby się zorientować w sytuacji gdzie by można umieścić ponad dwie nowe setki zbrojnego luda jak tu chyba nie było miejsca dla dziesięciokrotnie mniejszej liczby przybyszy. Wróciły z kilka pacierzy później z niezbyt wyraźnymi minami. Rozkazały ruszyć nad rzekę i tam rozbić obóz. Wolały mieć wszystkie swoje siły na miejscu jak następnego dnia pewnie będą ruszać dalej. A zbieranie rozproszonych na po całym miasteczku pojedynczych żołnierzy oddziałów mogłoby zabrać i dobre pół dnia. Jednak przez ich wojsko przeszedł pomruk niezadowolenia. Po całym dniu marszu przez ten ponury las, wciągające błoto i wręcz jesienną słotę wszyscy mieli nadzieję wygrzać się w cieple suchej izby i tam zasnąć na noc. A tu chociaż dotarli na miejsce znów szykował się nocleg pod namiotami jakie trzeba było rozbijać na tej nasączonej wilgocią glebie. Ale rozkaz to rozkaz. Więc dowódcy oddziałów krzykiem i gwizdkami rozruszali swoich wojaków aby zrobić ten ostatni wysiłek. I przemaszerowali przez Ristedt właściwie wychodząc z niego ku rzece Wolf. Tam się zaczęli rozbijać na noc. Gdy skończyli była już końcówka dnia. Do zachodu słońca został dzwon, może dwa i kolejny zanim się zrobi całkiem ciemno. Co więcej zbierały się chmury i niektórzy wieszczyli, że coś z nich zacznie padać. Więc większość czekała aż kuchnia zrobi swoje i zaserwuje kolację i mało kto miał ochotę szukać przygód w samym zatłoczonym Ristedt. Większość próbowała ogrzać się przy rozpalonych ogniskach i odpocząć po całym dniu znoju. Zdejmowali buty, portki, onuce i ustawiali przy ogniu aby je wysuszyć. W samym centrum obozu stał wagon szefowych jaki wpadał w oko swoją regularną bryłą przewoźnego domu. Oraz dwa barwne namioty obojga konnych szlachciców i ich świty. Reszta miasteczka namiotowego była bardziej standardowa bo należała do zwykłych wojaków. Jak zwykle pewne zamieszanie wywołał mistrz Drogon. Nie miał własnego namiotu a do żadnego nie został zaproszony. To mu jednak nie przeszkadzało. Za pomocą swojej sztuki ziemia wytworzyła dla niego coś w rodzaju małej chaty zadziwiając obserwatorów. Mag nic sobie nie robiąc z tej reakcji otworzył ziemne drzwi, wszedł do środka i zniknął im z widoku. Chata nie miała żadnych okien więc nie było widać co tam się dzieje w środku. Za to wydawało się, ze ta ziemia z jakiej uformował ściany i reszty lekko się porusza i faluje. Wywoływało to bojaźń u zwykłych żołnierzy i starali się od niej trzymać jak najdalej. Jak zresztą od samego maga tak samo. Podczas całego dnia podróży nikt nie kwapił się podejść do jego wierzchowca i chyba tylko Alezzia czuła się przy nim swobodnie i najczęściej jechała obok niego.
Jednak gdy nad obozem już rozeszły się smakowite zapachy z kuchni przyszedł do nich ktoś kto wywołał spore zamieszanie. Mimo, że był w samych sandałach i w skromnym odzieniu zdawał się nie zwracać uwagi na otaczającą go marność i słotę.

link: https://i.imgur.com/WxJ5uTs.jpeg
- Witajcie bracia i siostry! Usłyszałem zacne nowiny, że idziecie do boju z naszym odwiecznym wrogiem! Chwała wam! Ja, Teodebert postanowiłem do was dołączyć! Razem rozgromimy naszego wroga w imię Sigmara! Sigmar vult! - eremita płonął ogniem wiary i nie dało się przegapić długiego cepa bojowego jaki dzierżył w dłoni. Chociaż za ubranie służył mu jakiś postrzępiony mnisi habit do jakiego były przyczepione woskowe pieczęcie z modlitwami i symbolami komety, młota i wielu innych o znaczeniu religijnym to wydawało się, że wiara rozgrzewa go wewnętrznym ogniem czyniąc nieczułym na błoto i wiosenną słotę.
- O tak! Sigmar poddaje nas próbie! Ale wytrwajmy! To jest apokalipsa naszych czasów jakiej musimy sprostać! Patrzymy na błogosławionego Magnusa Pobożnego! To jest wzór do naśladowania! Tak właśnie musimy postąpić tak samo jak nasi wspaniali przodkowie! My jesteśmy puchem marnym, nasze życie jest tylko wtedy coś warte gdy oddać je na chwałę Sigmara i w obronie jego Imperium! Ave Sigmar! A teraz zaśpiewajmy razem! Sigmar jest moim mieczem i tarczą… - Teodebert był świetnym mówcą i miał zadatki na ulicznego kaznodzieję. Bo gdy zaintonował psalm pochwalny na cześć boskiego patrona jakiemu postanowił się poświęcić całkiem sporo osób zaczęło śpiewać razem z nim. Dał się słyszeć nowy płomień wiary i nadziei w tym zmęczonym, mokrym, głodnym i wymarzniętym tłumie jaki do tej pory zachowywał się dość apetycznie. Jak skończyli rozległ się gong wzywający na kolację. Więc przy wozie kuchennym ustawiły się długie kolejki z miskami w dłoniach a i zaproszono Teodeberta aby zjadł razem z nimi. Poza tym byli ciekawi kim jest no i czy ma jakieś wieści z wojny.
Duivel
Obie szefowe na wieczornym apelu wydawały się być mocno zdziwione pstrokatą i różnorodną grupą jaką im przedstawił elf. Ale po chwili namysłu przystały na to aby ich zrekrutować. Na papiery jednak miał być czas rano. I rzeczywiście gdy rano przyszli do “Zająca” lady Inez brała każdego z nich na krótą rozmowę i zapisywała coś w swojej księdze. Poszło chyba dość gładko bo żadnego z tej czwórki nie odrzuciła więc oficjalnie zostali żołnierzami górskiego margrafa. Ale wedle słów Inez to Duivel był za nich odpowiedzialny i miał za nich odpowiadać. Wszystko to odbyło się nieco w pośpiechu bo jeszcze trzeba było udać się na błonie gdzie miała się odbyć zbiórka całego regimentu.
Droga z Lenkster do Ristedt okazała się bardzo ciężka ze względu na lepkie błoto jak i wilgotną aurę. Nawet zdarzały się okresy silniejszego wiatru jaki utrudniał albo nawet uniemożliwiałby sensowne strzelanie z łuku. Skoro bez trudu miotał gałęziami grubymi jak udo dorodnego męża to i wypuszczoną strzałę by posłał nie tam gdzie by łucznik chciał. A i wilgoć szkodziła lotkom i cięciwom. Wszystko to stawiało pod znakiem zapytania główną broń wszystkich łuczników. Ale na szczęście nie trzeba było jej używać.
Gdy pod koniec dnia Duivel dotarł do Ristedt miał mokre i ubłocone buty i spodnie do kolan. Był zmęczony i najchętniej zaszyłby się w jakimś ciepłym i suchym kącie. Ale okazało się, że miasteczko nad rzeką Wolf jest niemiłosiernie zatłoczone więc szefowe zarządziły rozbicie obozu obok, nad tą rzeką właśnie. Potem wieczorem spadła na to wszystko ulewa jaka padała aż zasnął. A rano znów padało chociaż mżawka a nie ulewa. Jemu samemu pulsowało w skroniach i czuł początki przeziębienia. Zdawał sobie sprawę, że nie jest w swojej najlepszej formie. A jeszcze wezwano go do wagonu szefowej.
Tobias
Mieszkaniec Smallhof zorientował się dość szybko, że po apelu już było zbyt późno aby chodzić po straganach czy sklepach. Te pierwsze były już zwinięte te drugie zamknięte. Jeszcze tylko w przepełnionych karczmach drzwi stały otworem. Dobrze, że zrobił większość swoich zakupów przed zmierzchem i apelem.
Ostatni ranek w Lenkster odnalazła go Olga. Uściskała mocno życząc mu szczęścia i wręczyła tani medalik z czaszką jelenia jaki był symbolem Taala. A ten był panem leśnej zwierzyny, łowów i łowców. Oraz torbę z solidną wałówą na drogę. Porozmawiali przez chwilę sam już nie wiedział o czym. A potem musiał ją zostawić gdy wojsko ustawiało się do porannego aplelu. Widział ją jeszcze potem jak wychodzili z błoni gdy machała do niego krzycząc coś na pożegnanie.
Potem była długa, mokra i błotna droga do Ristedt. Właściwie dotarli tam przed zmierzchem tak jak to było w planie. Ale byli wszyscy strasznie zmordowani tą drogą. On na pewno. Zresztą te nowe buty miał całkiem mokre i ubłocone. Chociaż w środku były jeszcze suche. Bo jak widział po sąsiednych ogniskach to inni mieli z tym więcej kłopotów. Niemniej jak się rano obudził okazało się, że znów pada tak jak wieczorem tylko mżawka a nie ulewa. Nie wyspał się, był zmęczony i pokasływał co wyglądało na początek przeziębienia. A jeszcze się okazało, że został wezwany do wagonu szefowej. Chociaż nie tak od razu i z przystankiem na śniadanie przy wozie kuchennym. A tam się okazało, że wezwano nie tylko jego.
Stefan
Stefana obudziło potrząśnięcie za ramię. Ktoś przyszedł do jego namiotu i obudził go z wezwaniem do wagonu szefowych. Ale nie tak od razu bo miał wcześniej iść do wozu kuchennego gdzie mieli im wydać posiłek wcześniej niż reszcie. Jak posłaniec wyszedł Ostlandczyk stwierdził, że jest w kiepskim nastroju. Głowa go bolała, czoło miał zbyt ciepłe i spocone i w ogóle po tej wczorajszej przeprawie przez las to chyba zaczynał łapać początek przeziębienia. Ta przeprawa dała mu w kość. Rano odkrył, że spodnie i buty moczone cały dzień w błocie i kałużach przeschły w cieple ogniska ale nie do końca. Nie wkładało się ich zbyt przyjemnie. Gdyby nie padało i miałby chodzić po suchym to by doschły na nim. Ale bez wychodzenia z namiotu słyszał jak mżawka monotonnie o niego łomocze. Znów padało.
Wbrew swoim obawom jakie kotłowały mu się w głowie nie wyartykułowane w rozmowie z szefowymi nic ich nie napadło podczas drogi do Ristedt. Ale też cały regiment liczył jakieś dwie setki zbrojnego luda więc standardowa banda zdolna napaść na kuriera, powóz, kawalkadę uchodźców albo pojedynczy oddział mogła przemyśleć sprawę jeszcze raz widząc tak silnego i licznego przeciwnika. Na miejsce przeznaczenia dotarli nieatakowani. Ale błoto, wilgoć i pogoda dała im w kość. Jemu samemu też co właśnie to odczuwał. Na pocieszenie miał wspomnienie z obiadu ze swojego ostatniego dnia na Podzamczu Lenkster. Siostra Guendalina przyjęła jego zaproszenie na obiad. I popołudnie mógł spędzić w jej miłym towarzystwie. Ona sama jednak zostawała w Lenkster. Musiała być posłuszna rozkazom przełożonych a czekała na jakieś listy jakie miała zawieźć z powrotem do swojej przeoryszy w Hochlandzie.
Za to gdy wrócił do domu ze spotkania z Tobiasem i resztą to domownicy już spali. Ale rano nim wyruszył na apel mógł im się pochwalić listem od szefowych. I wzbudził tym ich szczery podziw i dumę. Cieszyli się, że ich syn tak się zasłużył w nowym regimencie, że nawet w dowództwie to zauważyli i wystawili mu ten papier i to tak przy wszystkich, przed całym regimentem, no no… Rzadko to się zdarzało, chyba pierwszy taki list w ich wsi to było się czym chwalić nawet jak już ich syn i brat odjedzie. No i właśnie pożegnali go też a nawet odprowadzili na te błonie. Tam uściskali go jeszcze i machali na pożegnanie nim stracił ich z oczu wśród sylwetek na tle pierwszych domów Podzamcza.
Od towarzyszy jeszcze w Lenkster wiele się o tej dwójce rycerzy nie dowiedział. Zapewne dlatego, że pospólstwo niezbyt się orientowało w sprawach zakutych w pierwszorzędną stal szlachty a ta niezbyt zwracała na nie uwagę. W każdym razie wychodziło na to, że Herr von Ellingen pochodzi z Middelnheim. Skąd dokładnie to nie było wiadomo. I przybył tutaj ze swoją świtą szukając wojennej sławy no i jakoś dogadał się z lady Inez, że zgodził się dołączyć do regimentu. O Frau von Damnitz było więcej plotek bo w Ostlandzie nie było zbyt wiele dam co przywdziewały zbroję. Ale ród von Damnitz pochodził gdzieś tam z północnego wybrzeża Ostlandu i pogranicza z Kislevem i mieli całkiem sporo morskich tradycji. Jednak chociaż lud morza zwykle był bardziej elastyczny niż tutaj w głębi lądu to i tam rzadko kobiety parły do kariery wojennej chociaż i tak chyba częściej niż w trzewiach kontynentu. I jakieś plotki o kobiecie - rycerzu z północy słyszano ale zwykli wojacy nie byli pewni czy chodziło właśnie o lady von Damnitz czy jakąś inną. W każdym razie rycerski duet przetrwał tą ciężką drogę do Ristedt bez widocznych przygód i uszczerbku i jak nawet któreś się mazgaiło to Stefan tego nie dostrzegł a i nie było takich plotek. Co ich widział to jechali prosto w siodle w swoich zbrojach i chyba rozmawiali ze sobą, czasem z szefowymi bo konnych było w kolumnie tyle co kot napłakał to niejako byli skazani na swoje towarzystwo.
Miejsce: pd-zach Ostland; Ristedt; obóz przy rzece; namioty i obóz
Czas: 2521.05.03; Konistag; ranek
Warunki: - ; na zewnątrz: dzień, mżawka, umi.wiatr; b.zimno (-10)Wszyscy
Kolejny dzień zaczął się od stukania kropel deszczu o płachty namiotowe i niezbyt dobrym samopoczuciem. Właściwie to żaden z trójki zwiadowców tak najchętniej to by w ogóle nie wstawał tylko pospał jeszcze trochę w ciepłym legowisku ze swoich koców. Siąpili nosami, pulsowało im w skroniach i byli dość zaspani. A jednak to właśnie im zapowiedziano wezwanie do wagonu szefowych. Dlatego kuchnia wydała im posiłki trochę wcześniej nim się zaczęła ustawiać do nich poranna kolejka. Podobnie jak banitom Kolesnikova jacy też jeszcze nic nie wiedzieli o co chodzi ale ich herszta też wezwano.
- Oho! Wojsko przypomniało sobie o naszym istnieniu! Czyli znów władują nas w jakichś syf! - zaśmiał się rubasznie brodaty Hochlandczyk pomiędzy jedną a drugą łyżką zupy. Wkrótce miało się okazać czy miał rację. Obóz właśnie zaczynał zbierać się przy kuchni od Ristedt i sąsiedniej wioski słychać było pianie kogutów a na to wszystko padała monotonna mżawka skutecznie mocząc wszystko i wszystkich co nie było pod namiotami. W nocy zresztą też padało. Tak jak to ktoś mówił jeszcze przed zmierzchem z tych zbierających się chmur lunęło całkiem porządnie. Więc zasypiało się tak samo jak się budziło czyli z łomotem kropel o płachty namiotu. Tylko intensywniejszym niż o poranku. A czwórka mężczyzn stawiła się przed wagonem obu szefowych. Gdy się ozwali drzwi otworzyła szefowa która preferowała spodnie. Przemówiła do nich ze stopni swojego wagonu. Narzuciła na siebie ten czerwony kubrak w jakim często podróżowała a żywy kolor łatwo wpadał w oko.
- Jesteście. To dobrze. Jak wiecie musimy się przeprawić przez Wolf. - wskazała głową w stronę rzeki przy jakiej nocowali. Teraz widać było całkiem wartki nurt na jakim rozbijały się kręgi mżawki.
- Nam to trochę zajmie. Jest mało łodzi. Was przewiezie Wasilij. - wskazała na jakiegoś chłopa odzianego w zużytą kapotę podszytą baranem i kapeluszem o szerokim rondzie jaki chronił głowę przed deszczem ale też zasłaniał sporą część twarzy.
- Na drugim brzegu pomaszerujecie do Wendorf. Pierwszy dzień powinniście iść w dół rzeki, jak na Kienbaun. A gdzieś w połowie jest odnoga na wschód, właśnie do Wendorf. Od tego rozwidlenia to też jakiś dzień drogi. Sprawdzicie dla nas czy da się tam dostać. Tu w Ristedt nie ma wroga, nic co by nam mogło nam na poważnie zaszkodzić. Na pewno są pod Grunackeren ale to jeszcze dalej na wschód. A w Wendorf nie wiadomo. Właściwie po przekroczeniu rzeki wkraczacie w niezbadany teren. Weźcie potrzebne zapasy bo póki się znów nie spotkamy nie będziecie mogli się u nas stołować. Tu macie list, że pracujecie dla mnie i jesteście częścią naszych oddziałów. Może on wam pomóc ale nie wszyscy respektują takie glejty. - Petra von Falkenhorst streściła im ich nowe zadanie. Mieli dołączyć do oddziału Kolesnikova i zrobić rozpoznanie trasy jaką miał podążać regiment. Docelowo miał dotrzeć do Grunackeren aby przerwać jego oblężenie ale z Ristedt to było kilka dni marszu błotnistymi drogami przez pradawny Las Cieni w jakim i bez żadnej wojny nie było bezpiecznie. Co prawda jakieś dwie setki zbrojnych to nie musiało się obawiać ataku przygodnej bandy zbójców, orków czy zwierzoludzi ale na pojedynczy oddział łuczników już ktoś mógł się pokusić nawet jeśli nie poważyłby się na cały regiment. A i wojenny czas powodował zamieszanie i zbieranie się różnych potworności w większe bandy jakie rzadko zdarzały się w trakcie pokoju. Wielką niewiadomą stanowiły bandy grasantów z inwazyjnej armii. Wiadomo było, że gdzieś pewnie są, plądrują i rabują ale jak liczne, silne czy gdzie tego na razie żadnych wieści nie było.
- Dostaniecie też przewodnika jaki zna drogę do Wendorf. - dorzuciła stojąca na schodkach swojego wozu szefowa. Jeśli nawet coś chciała dodać jeszcze to niezdążyła. Bo gdzieś z obozu doszły ich wrzaski jakiejś awantury.
- Herezja! Kultysta! Heretyk! Dobrzy ludzie! Czy nie widzicie tej abominacji!? To przez takich jak on mamy upadek naszych czasów i obyczajów! Tolerowaliśmy tą herezję i to było naszym błędem! Trzeba ją wyplenić z naszej żyznej ziemi! Z naszej wiary i życia! - Teodebert krzyczał na całe gardło wskazując na czerwonego maga. Ten właśnie złożył swoją ziemną, magiczną chatę co wyglądało jakby ta właśnie spłynęła z powrotem na ziemię zamieniając się w kolejną plamę błota. To chyba właśnie zwróciło uwagę wiernego. Pokazywał palcem na mężczyznę w czerwonych szatach. Ten zachowywał spokój i przypatrywał się oponentowi spod swojego obszernego kaptura. Dookoła stali w tej mżawce żołnierze z różnych oddziałów co właśnie szli stanąć w kolejcę na śniadanie albo wracali z pełnymi, parującymi w zimnym powietrzu miskami. Zaskoczeni tym widowiskiem jeszcze nie wiedzieli jak powinni zareagować.
W pewnym momencie mag wykonał ruch ręką. I krzykacz zapadł się w ziemię do połowy sylwetki! To wywołało szmer zaskoczenia i strachu wśród obserwatorów. Zaskoczyło chyba nawet Teodeberta bo na chwilę zamilkł. Ale szybko odzyskał werwę.
- Widzicie?! Widzicie?! Jak podstępnie atakuję sługę bożego?! Będziecie tak stać i na to pozwalać?! Sigmar wszystko widzi! - krzyczał rozgniewany wierny. Przez żołnierzy przeszedł szmer. Zapewne niechętnie naraziliby się na gniew boskiego opiekuna Ostlandu ale też nie byli pewni jak to by było zadrzeć z magiem o niewiadomym potencjale. Przerwał im gwizdek szefowej.
- Starczy tego! Rozejść się do swoich zajęć! Czy mam wam znaleźć zajęcia?! - krzyknęła gromko a to, że była w czerwonym kubraku i na podwyższeniu schodów sprawiało, że trudno jej było nie dostrzec. Słysząc polecenie szefowej sierżanci przejęli pałeczkę i zaczęli rozganiać zbiegowisko do swoich namiotów i ognisk. Bo ci z kolejki nie ryzykowali z utraty w niej miejsca skoro jeszcze mieli puste miski.
- To jest wasz przewodnik. Teodebert. Mówi, że tu nauczał i zna drogę. Wyciągnijcie go z tej ziemi i zabierzcie ze sobą. Bierzcie tylko to co nie będzie was opóźniać, żadnych wozów i ciężkich pakunków tylko to co możecie unieść sami. - lady von Falkenhorst dokończyła przedstawienie zadania jakie miała dla swoich zwiadowców. Wręczyła list i sakiewkę z Kolesnikovowi. - To na noclegi i podobne wydatki. Abyście nie przynieśli wstydu regimentowi. Jesteśmy nowym regimentem i dopiero wyrabiamy sobie markę jaką inne już mają od dawna. Dlatego zależy nam na opinii. Gwałty, rabunki, grabieże nie będą tolerowane. - dodała wyjaśniająco na co przeznacza ową sakiewkę.
Mecha 32
Pogodoodporność (ODP + skille)
Tobias ODP 40
Stefan ODP 45
Duivel ODP 40
Surwiwal +10 (Tobias, Stefan, Duivel)
wędrowiec +10 (Tobias, Duivel)
temperatura: zimno -5 (wszyscy)
wilgoć i błoto -20 (wszyscy)rzut: https://orokos.com/roll/1001291 93
Tobias 40+10+10-5-20=35; 35-93=-58 > du.por = mod -15, lekkie przeziębienie
Stefan 45+10-5-20=30; 30-93=-63 > du.por = mod -15, lekkie przeziębienie
Duivel 40+10+10-5-20=35; 35-93=-58 > du.por = mod -15, lekkie przeziębienie
-
Backertag; popołudnie; Lenkster
Jeager skończył zdawać krótki raport z pannie Inez z tego co udało mu się znaleźć dla regimentu do zakupu i po chwili wahania dodał jeszcze jedna rzecz:
- Chciałem jeszcze powiedzieć o jednej rzeczy Pani… - tutaj uśmiechnął się trochę przepraszająco - Podczas zakupów udało mi się dokonać jeszcze jednego zakupu we własnym zakresie Pani - wyciągnął z kieszeni małą buteleczkę z sugestywnie wyrytym na niej wizerunkiem pająka - To trucizna do smarowania broni, jad wielkiego pająka z okolicznych lasów, mam nadzieje, że bardzo posmakuje naszym “miłym gościom” z północy. Wolałem wspomnieć Panią że coś takiego kupiłem. Zanim znajdziecie to u mnie przypadkiem w plecaku i pomyślicie, że zamierzam Panią albo komuś innemu z regimentu to dolać do jedzenia w ramach “dbania” o wasze zdrowie.
- No to dobrze, że mówisz. Będziemy wiedzieć od kogo zacząć szukanie jeśli zaczną się przypadki trucicielstwa. - odparła szefowa w spódnicy biorąc do ręki buteleczkę z wizerunkiem pająka. Oglądała ją chwilę czytając dość skromnie opisaną etykietę i wzięła ją pod światło potrząsając nieco. W końcu oddała ją włócznikowi. Nie był właściwie pewien czy sobie chciała zażartować z niego czy nie.
- No cóż, uważaj z tym. Nie chcę jakichś przypadków zatrucia pajęczym jadem w naszych szeregach. Jesteś odpowiedzialny za tą buteleczkę. - widocznie nie miała nic przeciwko temu aby posiadał taki sprzęt ale czyniła go odpowiedzialnym za jego przechowywanie i użycie.
- Tak Jest! -odparł Jeager chowając buteleczkę do swojej torby.Bezahltag, ranek, Lenkster przed wymarszem regimentu
Stefan wyszedł z świątyni Sigmara w której modlił się o odwagę i powodzenia wyprawy wojenne w której brał udział.
Rozejrzał się dookoła szukając wzrokiem widoku pewnej pięknej osóbki… i nie zawiódł się, młoda kapłanka Rhyii czekała na niego w umówionym wczoraj miejscu.
Stefan nie tracąc czasu szybko przeszedł ulicę do miejsca gdzie stała kłaniając się jej nisko i całując ją w dłoń:- Miło siostrę widzieć - powiedział uśmiechając się do kapłanki, szybko jednak przeszedł do sedna sprawy dla której ściągnął niewiastę w to miejsce o tak wczesnej porze, oczywiście poza okazją do ponownego zobaczenia się z coraz bardziej podobającą mu się dziewczyną:
- Nasz regiment za chwilę wyrusza do Ristedt które jest o dzień drogi na wschód stąd, po tym mamy ruszyć na południe południowy-wschód najpierw do Wendorf a po tym do Grunackeren które ma być oblężone. Jeśli jakoś mógłbym przysłużyć się siostrze w którymś z tych miejsc np. dostarczając jakąś wiadomość to jestem do usług Guen.- Dziękuję za propozycję. Ale nic nie przychodzi mi do głowy. Nie jestem z tych okolic. Nie znam tu nikogo. Muszę tu czekać na odpowiedź a jak przyjdzie będę zapewne wracać do mojej przeoryszy. Jestem tylko skromną nowicjuszką i winnam posłuszeństwo starszym. - skłoniła lekko głowę gdy wspomniała o owych przełożonych a trochę wcześniej zastanawiała się chwilę nad odpowiedzią. Nim pokręciła przecząco głową posyłając rozmówcy przepraszające spojrzenie.
Stefan uśmiechnął się do niej wyrozumiale, odpowiadając:
- To zrozumiałe, zakładałem że mogłabyś spytać się swoich przełożonych tutaj zanim wymaszeruje czy nie potrzebują dostarczenia jakiejś wiadomości do tych miejsc które wymieniłem, lepiej żeby wysłały tam kogoś takiego jak ja niż narażały inne nowicjuszki albo tym bardziej Ciebie? Oczywiście powiedz jeśli narzucam się zbytnio, potrafię być Dość nadgorliwy.
- Nie znam planów moich przełożonych. Udam się tam gdzie mi polecą. Jednak nic nie wiem aby mieli dla mnie jakieś plany związane z tymi miastami o jakich mówisz. - młoda kapłanka rozłożyła dłonie i pokręciła głową w przeczącym geście. Widocznie stała za nisko w hierarchii aby wiedzieć coś na temat planów stojącej ponad nią w hierarchii.
- Rozumiem, dość już o tym - Stefan uśmiechnął się do niej lekko zniecierpliwiony i zaniechał dalszego indagowania skoro i tak nie odpowiadała na zadawane przez niego pytanie. W końcu nie pytał się jej o to czy coś wie na temat planów swoich przełożonych tylko, że mogłaby się jeszcze o nie spytać o przed jego wymarszem z Lenkster.
- Mogę młodą nowicjuszkę w taki wypadku zaprosić chociaż na krótki spacer do obozu zanim ruszymy na wojnę?Skinęła głową i ruszyła obok niego. Szli przez poranek i błotniste ulice Podgrodzia jakie błyszczały się w porannym słońcu od wilgotnego błota i kałuż jakie na nich zalegały. Mieszkańcy otwierali swoje sklepy, kramy i warsztaty. Dzień się zaczynał ale dla regimentu górskiego margrafa miał to być ostatni poranek u stóp ponurej, granicznej twierdzy. Zapewne także wewnątrz niej ci którzy decydowali o tej kampanii jeszcze spali lub dopiero zaczynali swój dzień. Więc wątpliwe było aby skromna nowicjuszka odważyła się tam komuś zawracać głowę osobom znacznie ważniejszym od siebie.
Bezahltag ,wymarsz z Lenkster
Jeager raźno maszerował w ulicami Lenkster z resztą swoich towarzyszy kierując się w kierunku wyjścia z miasteczka które pokieruje ich w kierunku na Ristedt. Koło jego nogi wesoło biegał Azur razem z pozostałymi dwoma psami. Właśnie dotarli do miejsca o którym mówił wczoraj z ojcem i zobaczył ich wszystkich. Cała jego rodzina stała tam pod ścianą “Wędrowca” prowadzonego przez Jorga i Katrinę Sommer. Jego rodzice, wuj Hans wraz z żoną Helgą piątką ich dzieci no i jego własne rodzeństwo w skromnej liczbie siedmiu od najmłodszej piecioletniej siostrzyczki Nadii do Franza który przybył pomimo ran które sam odniósł i siedział tam teraz na krześle z małym synkiem na kolanach i żoną u boku. kiedy go dostrzegli zaczęli machać mu i pozdrawiać go w imieniu Sigmara.
Odpowiedział im równie entuzjastycznie śmiejąc się na widok najmłodszych sióstr Agatki i Nadii próbujących się wyślizgnąć rodzicom i przybiec do niego żeby się z nim zapewne bawić.
Zakręciła mu się łezka w oku wiedząc, że może ich widzieć już po raz ostatni. Ale dało mu to tylko większą motywację do tego aby tym mocniej walczyć z wrogami nadjeżdżającymi ich ziemię, ich Ostland.
Kiedy w końcu jego rodzina ostatecznie znikła mu z oczu wrócił myślami do zadania przed nimi, jasnym było, że rozbijając siły wroga oblegające Grunackeren pomogą nie tylko mieszkańca tego miasta ale i oblężonej stolicy jeśli uda im się po za tym rozbić więcej band grasantów łupiących pomniejsze miasta i wioski to może im się udać zmusić wroga do przerwania oblężenia stolicy. W końcu oblegający muszą skądś brać jedzenie a że raczej nie słyszał aby łupieżcy choasu mieli jakieś linie zaopatrzenia przesyłającą im potrzebne zapasy i północnych pustkowi to tylko łupienie okolicy mogło ich wyżywić. Do takiej kampanii jednak trzeba było działać szybko i zdecydowanie. Miał nadzieję że ich dowództwo będzie w stanie narzucić takie tempo działań. kKedy powoli wymaszerowali z granic Lekster miał też nadzieję że sąpiący deszcz da sobie w końcu spokój i pozwoli wyschnąć drodzę, bo z każdym krokiem jaki oddalał ich od jego rodzimego miasteczka coraz bardziej zapadali się w błoto, co nie sprzyjało szybkiemu i zaskakującemu manewrowi.Bezahltag, gdzień w drodze do Ristedt, początek przerwy na posiłek
Stefan dysząc ciężko przysiadł na drewnianej skrzynce którą chwilę wcześniej ściągnęli z wozu na którym trzymali z resztą ich “zbieraniny’ rzeczy. Po chwili zebrał w sobie siły aby pomimo zmęczenia i przemoczenia ściągnąć z pleców swój wysłużony plecak. Musiał się chyba cholernie szybko starzeć bo ten wydawał mu się niczym z ołowiu po całym dniu w drodze. Miał ochotę najlepiej zwalić się ze skrzynki na ziemię( a raczej prosto w błoto) i od razu zasnąć jednak zamiast tego sięgnął do plecaka po kawałek suszonego mięsa którym miał zamiar podzielić się z Azurem. Zamiast na worek z paskami mięsa jego ręka trafiła na coś znacznie twardszego po chwili ku swojemu zdziwieniu wyciągnął.z plecaka kamień który musiał ważyć z kilogram. Chwile po tym wyciągnął kolejny i kolejny… po chwili Jeager miał przed sobą mały kopczyk kamieni który spokojnie ważył z dziesięć kilogramów jak nie więcej:
Jak do jasnej cholery, to cholerstwo trafiło do mojego plecaka!? -pomyślał Stefan nie wiedząc do końca czy ma być bardziej zły czy skołowany. Pomyślał że takiego numeru nie widział od czasu gdy “Piekielne Łasice” nie załatwiły… natychmiast poderwał wzrok w poszukiwaniu dwójki towarzyszy którzy mieli całą krasnoludzką księgę uraz zapisaną przeróżnymi kawałami wykręconymi członkom ich starego oddziału.
Oczywiście zarówno jeden jak i drugi stali zaledwie kilka metrów od niego wyszczerzeni od ucha do ucha:- Co tak się patrzysz Stefanie? Przecież nam gadałeś że będzie trzeba treningi robić, no to zadbaliśmy żebyś poćwiczył w drodze zamiast teraz się dodatkowo na ten deszcz wystawiać - rzucił do niego Olaf udając troskę
-W końcu musimy dbać o zdrowie naszego Wodza - dodał z pełnią udawanej powagi jego ojciec.
Stefan poderwał z ziemi największy z kamieni po czym cisnął go w dowcipnisiów tak aby żadnego w żadnym wypadku nie trafić a także upewniając się że nikogo innego ani niczego innego nie ma na wybranej przez niego trasie pocisku.- Żeby Was demony chędożyły! Przeklęte Piekielne Łasice! - zaczął im złorzeczyć choć widać było, że oczy mu się śmieją. W końcu sam był wspólnikiem w niejednym z ich wybryków.
Bezahltag, podczas przemarszu przez Ristedt
Głodny i zziębnięty Stefan starał się nie złorzeczyć na głos mijanym mieszkańcom Ristadt kiedy zorientował się że Ci nie mają zamiaru ich przenocować.
- Dranie, sami grzeją się w ciepełku przy swoich paleniskach a Ty idź i zdychaj na mrozie, a tylko nie zapomnij się pozbyć tej armii najeźdźców najpierw! - zgryźliwie myślał kiedy opuszczali obwarowanie osady.
Pomimo zmęczenia starał się pomagać jak mógł najlepiej w rozkładaniu obozu choć powolne tempo w jakim się poruszali było dla niego powodem ciągłej irytacji. Wiedział jednak, że ślimaczenie się jest o wiele rozsądniejsze niż pośpiech który jak widział dookoła często kończył się poślizgnięciem się i wylądowaniem twarzą w błocie.
W trakcie tego rozkładania zauważył pojawienie się w obozie kaznodziei, było to dla niego bardzo miłe zaskoczenie choć nie miał czasu ani siły aby rozmawiać z gorliwym krzewicielem wiary teraz, starał się jednak modlić po cichu razem z nim podczas wykonywania obozowych prac i to właśnie dodające sił modlitwy pozwoliły mu zmusić się do tego żeby zamiast wleźć do namioty i zasnąć w nim udać się do punktu opatrunkowego i sprawdzić czy ktoś nie potrzebuje tam jego pomocy.- Po tym muszę w końcu coś zjeść, bo padnę jak mucha - pomyślał idąc w kierunku namioty nie zapominając zabrać własnej miski do jedzenia na później.
Bezahltag; zmrok; Ristedt
Jeager przez chwilę patrzył na chatkę którą wyczarował sobie czarownik a którą wszyscy z bojaźnią omijali jakby miała ich pożreć. Po chwili zastanowienia prychnął zziębnięty po całym dniu na deszczu i trochę z ciekawości, trochę aby pokazać reszcie że nie boi się czarodzieja, a także ze szczerej uczynności podszedł do chatki i zapukał w jej drzwi wołając:
- Mistrzu Dragorze! Tutaj Stefan Jeager wydają właśnie wieczorny posiłek, może chce mistrz coś zjeść albo potrzebuje jakiegoś naparu z ziół na rozgrzanie od tego zimna?
Stefan z jednej strony szczerze był zainteresowany czy mag czegoś nie potrzebuje, w końcu chyba musi coś jeść i pić jak każdy inny człowiek prawda?
Poza tym jeśli mieli z Tobiasem i resztą przekonać się czy można mu ufać to trzeba było odważyć się na przełamanie bariery strachu jaka otaczała maga.Przez chwilę nic się nie działo. Stał na chłodzie przy chacie jaka właściwie nawet nie miała drzwi. Dłoń ugrzęzła mu w tej ziemi i nawet nie rozległ się znany odgłos stukania w drewno. Z bliska widział jakby była to konstrukcja zrobiona z pulsującej ziemi. Jaka nieznaną siłą stała w poziomie zamiast opaść na dół. Czuł jak mu włoski na karku stają dęba. Tak samo jak na ramieniu. W nozdrzach poczuł jakiś dziwny zapach. Nie umiał go nawet nazwać. Ani określić co to jest. A jednak wydawało się, że był. Nawet na podniebieniu coś go zaswędziało jakby jakiś nowy, nieznany smak. Widział jak inne głowy żołnierzy spojrzały w napięciu w jego kierunku jak na szaleńca jaki zaraz skończy marnie. I niespodziewanie fala pulsującej ziemi spłynęła w dół jak woda. Utworzyło się regularne przejście i stanął w nich mężczyzna w czerwonym kapturze. Nie widział jego oczu a jedynie dół jego twarzy. Po zebranych rozszedł się pomruk niepewności co się teraz stanie. Zwłaszcza, że gospodarz dziwnego konstruktu chyba się zastanawiał albo oglądał swojego gościa.
- Tak, zjadłbym coś. Czy mogę liczyć na ciebie, że przyniesiesz mi strawę? Jak widzisz trudno mi przejść niezauważonym. - odparł spod kaptura zaskakująco pogodny głos gospodarza.
Stefan uśmiechnął się do maga, po czym odparł kłaniając się z ewidentną nutka żartu ale nie kpiny:
- Do usług Mistrzu Dragorze! Potrzebowałbym tylko jednego niezwykle ważnego komponentu… miski szacownego maga.
- Ah tak, miska. - zakapturzony minimalnie skinął głową co objawiło się jako ruch jego obszernego, czerwonego nakrycia głowy. Zupełnie jakby sobie przypomniał o tej drobnostce. Powiedział coś czego Stefan nie zrozumiał, uniósł do tego dłoń i ponad palcami zaczęła formować się jakaś kula czegoś. Moment później przyjęła okrągły, potem wklęsły kształt wreszcie miska była gotowa. Mag złapał ją i podał swojemu rozmówcy. Była prawie przezroczysta jak z ciemnego, zielonkawego szkła. Widać było przez nią zarys palców i dłoni jakie ją trzymały. Można było spotkać butelki z takiego szkła ale misek czy innych naczyń to Ostlandczyk jeszcze nie widział. Tajemniczy magister wyciągnął ją w stronę rozmówcy.
Stefan po chwili pozbierał mentalnie swojej szczękę z podłogi i z delikatnym wahaniem wziął miskę od maga po czym poszedł przynieść mu posiłek.
Dziwna miska była gładka w dotyku. Jak szkło właśnie. Do tego wydawała się lekko ciepła. Gdy odstał swoje w kolejce to chwilowo wzbudziła zainteresowanie kucharza wydającego kolację. Bo ten obejrzał z zaciekawieniem nietypowe naczynie. Ale, że jeszcze sporo wojaków czekało na swoją porcję to nalał do miski co miał i wydał ją pełną z powrotem. *
Stefan podziękował za wydany posiłek i z pełną miską udał się powoli z powrotem do chatki maga uważając żeby nie ulać z naczynia, zatrzymał się przed wejście i zawołał koncentrują się cały czas na tym aby nie wylać jedzenia.
-Tutaj Jeager. Przyniosłem jedzenie.
Ściana ziemnej chaty pulsowała tak samo jak poprzednio. Dalej wydawała się szczelna i nie mieć żadnych widocznych okien ani drzwi. Po chwili czekania jej frament spłynął w dół ukazując wnętrze. Mag siedział w dziwnej pozycji a nad głową świeciły mu lewitujące kule. Promieniowały ciepłym, pomarańczowym światłem jak jakieś lampiony. Chociaż nie było widać tam żadnych świec ani nawet otworów. Gospodarz wskazał gestem aby postawić miskę na niskim stoliku przy jakim siedział. Ten również wydawał się lekko pulsować podobnie jak ściany chaty.- Dziękuję ci chłopcze. Masz za fatygę. - powiedział gdy Jeager postawił miskę na stoliku. Po czym wręczył mu coś co wyglądało jak jakiś koralik albo ziarenko. - Jak się trzy razy szybko potrze to zaczyna świecić. Jeśli zacznie gasnąć to znów trzeba potrzeć. - wyjaśnił mu zasadę działania tego drobiazgu.
Stefan przez chwilę przyglądał się święcącemu koralikowi z fascynacją doceniając przydatność takiego małego źródła światła, które mogło okazać się bezcenne. Po chwili jednak zdecydował się odłożyć koralik na stolik.
- Dziękuję Mistrzu Dragorze za tak hojną zapłatę. Ale nie przyszedłem tutaj licząc na zarobek, kierowało mną szczere zainteresowanie czy Mistrz czegoś nie potrzebuje, lubię pomagać innym… nie będę kłamał, że nie korciło mnie także żeby zobaczyć co też w swojej “dziwacznej Chatce z Piekła Rodem” wyrabia “Ten Straszny Mag” do którego wszyscy w obozie po za panną di Lucci boją się zbliżyć - dodał z odpowiednią dawką sarkazmu
- Nie wspominając o tym że pewnie teraz jedna połowa obozu będzie mnie przez tydzień omijała szerokim łukiem co będzie samo w sobie dość zabawne aby być “godną zapłatą” za straszliwy trud przyniesienia miski strawy głodnemu gdybym jej potrzebował. Polecam się na przyszłość gdyby mistrz czegoś potrzebował, tylko z zastrzeżeniem, że mam także inne obowiązki które musze najpierw wykonać i jeśli to jeszcze nie jest oczywiste to jestem strasznym gadułą i pewnie długo nie wytrzymam w towarzystwie kogoś tak intrygującego zanim zacznę zadawać Mistrzowi sporo mniej lub bardziej inteligentnych pytań.Konistag; ranek; Ristedt
Stefan starał się nie drzeć podczas słuchania szczegółów zadania które przed nimi nakreślała Petra, jednak musiał przyznać sam przed sobą, że pewnie słabo mu to szło.
Kiedy szefowa skończyła swój monolog przerwany sceną konfrontacji pomiędzy kaznodzieją a magiem oraz odpowiedziała na pytanie elfa Stefan podniósł rękę i odchrząknął (a raczej zakasłał) aby zwrócić uwagę Petry, ta spojrzała na niego i skinęła mu głową aby mówił:- Dziękuje Pani, chciałem poprosić o jeszcze jedną rzecz, jeśli to możliwe to sądzę, że przydzielenie nam z jednego albo dwóch koni byłoby świetnym wzmocnieniem naszego oddziału moglibyśmy wtedy znacznie szybciej dostarczać do regimentu meldunki o sytuacji na szlaku.
- Koń. Dobra przydziele wam jednego wierzchowca. - kobieta stojąca na stopniach swojego wagonu przemyślała przez chwile pytania swoich podwładnych. Skinęła głową zgadzając się na jedną z ich sugestii.
Stefan miał właśnie podziękować Szefowej za przydzielenie konia i zapasów gdy właśnie przypomniał sobie potencjalnie ważną dla przeprawy przez rzekę rzecz. Przezornie obejrzał się za siebie czy nie ma w zasięgu głosu Teodeberta ponownie odezwał się do Petry:
- Przepraszam Pani, ale właśnie przyszedł mi do głowy pomysł jak znacznie ułatwić regimentowi przeprawę przez rzekę, kiedy wracaliśmy z Panną di Lucci do obozu i zatrzymała nas rzeka, nasz nowy mag Dragor użył swoich umiejętności i stworzył bród przez rzekę. Może mógłby to powtórzyć i dzięki temu ułatwić nam wszystkim życie?
- Zrobił bród? - zdziwiła się szefowa. Obracała to chwilę w myślach. Spojrzała w stronę magicznej chatki bez żadnych drzwi i okien. Regularna, ciemna bryła rzucała się w oczy na tle reszty namiotów. Wydawało się, że oficer chwilę walczy sama ze sobą. W końcu minimalnie wzruszyła ramionami.
- Dobra zawołaj go. Zobaczymy. - poleciła Stefanowi. *
- Tak jest! - odparł Jeager z entuzjazmem i odmaszerował poszukać maga, zastanawiając się po drodze nad tym, czy ewentualna pomoc czarodzieja w przeprawie poprawi stosunek reszty regimentu do niego.
- Czaruje takie cuda, że szkoda żeby takie umiejętności się marnowały, chociażby ten dziwaczny rumak którego sobie stworzył… -myślał Jeager zbliżając się do maga aż przystanął mając kolejny pomysł który mógłby pomóc z kolei jego grupie zwiadowców w wykonaniu zadania:-Skoro stworzył rumaka to może mógłby nam takiego sprezentować jako dodatkowego wierzchowca na drogę, po za tym co tam w końcu słyszałem takie historie na południu o magach, może on potrafi stworzyć takiego wierzchowca który potrafi latać? Gdyby mógł wzbić się w górę mógłby zobaczyć całą okolicę niczym ptak i bardzo nam pomóc w rozpoznaniu! - pomyślał Jeager obiecując sobie że jeśli mag nie będzie zirytowany prośbą w sprawie brodu to zada podobne pytanie magowi.
- Mistrzu Dragorze, przepraszam że przeszkadzam ale…no cóż szefowa Pana wzywa, to moja wina, przypomniałem sobie o tym jak Mistrz zbudował dla nas podczas drogi powrotnej bród przez rzekę i zasugerowałem, że może tutaj byłaby możliwość powtórzenia podobnego wyczynu dla regimentu żeby mógł szybciej i bezpieczniej przekroczyć rzekę.
Proszę mnie nie zamieniać w żabę…ani nic innego - Słychać było w jego głosie, że stara się aby ostatnia prośba zabrzmiała jako żart ale do końca mu to nie wyszło biorąc pod uwagę jak mag chwilę wcześniej załatwił wrzeszczącego na niego Sigmaritę.
Zastał tą samą ciemnobrązową, gładką ścianę jak wczoraj wieczorem. W dzień wydawała się jeszcze bardziej obca i nienaturalna. Jakby płynna ziemia jaka zamiast spaść na ziemię to trzymała pion wbrew prawom natury. I tak samo jak wczoraj w pewnym miejscu spłynęła tworząc otwór w jakim pokazał się mężczyzna w czerwonym płaszczu i kapturze.
- W żabę? - zapytał jakby właśnie zastanawiał się nad tym pomysłem. Chyba przesunął się spojrzeniem po sylwetce rozmówcy ale ten z powodu kaptura gospodarza nie był tego pewien. - Nie chłopcze. Tego akurat zrobić nie potrafię. Nie moja specjalizacja. Mógłbym cię rozsypać w popiół, zagotować ci krew w żyłach, rozsadzić głowę od środka, zadusić i zmiażdżyć na kilka sposobów, utopić w ziemi jak tego krzykacza. Ale póki mnie nie zirytujesz nie widzę powodu abym miał sobie zawracać tym głowę. Moja moc i wyszkolenie nie są od tego aby marnować je na tak marne, pojedyncze jednostki. - podparł tonem leniwej pogawędki o pogodzie. Biła z niego duma i pewność siebie jakby do głowy nie brał, że ktoś tu w obozie może się z nim równać pod względem potęgi. A zwłaszcza istoty jakie nie dysponują mocą. Tak doszli do wagonu obu szefowych i czekającej przed nim grupki.
- Tak potężna Frau General? Czyżbyś postanowiła wezwać moją majestatyczną osobę na pomoc jakiej sama nie umiesz sobie udzielić? - zapytał czerwony mag z miejsca wywołując wyraz wściekłości na twarzy von Falkenhorst. Zacisnęła usta w wąską linię i widać było, że walczy ze sobą o zachowanie kontroli. Czemu przyglądała się niewzruszona sylwetka w czerwonym kapturze.
- Podobno umiesz robić brody przez rzekę. Przydałoby się. - warknęła sucho ledwo kontrolując swoją złość jaką momentalnie w niej wywołał. Wskazała bokiem głowy na rzekę nad jaką rozbito obóz. Mag spojrzał na przepływające fale. Nawet podszedł bliżej jakby chciał lepiej ocenić sytuację. Więc widzieli głównie jego plecy i tył kaptura.
- Obawiam się, że z brodem byłoby więcej roboty. Nie wiem czy to byłoby takie efektywne. Ten ciągły napór nurtu na mokra ziemię… To by w końcu zmyło taki sztuczny nasyp. Ale mógłbym zrobić most. Tak, most powinien być łatwiejszy do zrobienia. - odrzekł wciąż nie odwracając się do reszty przodem.
- Możesz zrobić most? Taki na druga stronę? Żeby przeszedł cały nasz regiment? I tabory? - Petra chciała się upewnić czy dobrze się rozumieją. Ale mimo wszystko wydawała się trochę zdziwiona takim werdyktem.
- Tak, mogę. Ale potrzebuję czasu na przygotowania. Kilka pacierzy. Bo pewnie będziecie się guzdrać więc zwykła prowizorka nie wystarczy. Trzeba będzie ją wzmocnić. A to wymaga przygotowań. - odparł magister odwracając się do nich w końcu przodem. I mówił jakby chodziło o jakaś błahostkę. Szefowa wciąż stała na schodkach swojego wagonu i trawiła to chwilę.
- Świetnie. Więc zrób co trzeba. Przydałby nam się taki most. - zdecydowała się mimo własnej niechęci skorzystać z pomocy maga. Ten parsknął z rozbawienia i ruszył z powrotem do swojej ziemnej chaty.
- A wy chyba macie coś do zrobienia. - zwróciła się do czwórki zwiadoców przypominając im, że to nie zwalnia ich z otrzymanego zadania.
Konistag Poranek w obozie Gebirgsjäger po otrzymaniu rozkazów, przed wyruszeniem na zwiad.
Stefan truchtem podbiegł do namiotu w którym z tego co wiedział nocowała Alezzia di Lucci i zamarł na chwilę łapiąc się na tym, że o mało nie wpadł niezapowiedziany do namiotu śpiącej kobiety, po chwili zawołał przed wejściem:
- Panno di Lucci? Tutaj Stefan Jeager, przepraszam ale muszę z Panią porozmawiać.
Przez chwilę nic nie słyszał ale kiedy miał już zawołać kolejny raz poła namiotu uchyliła się i ukazała się za niej południowa magister jak zawsze odziana w nieskazitelną biel pomimo wszędobylskiego błota.
- Tak Jeager, o co chodzi - powiedziała z wyraźnym akcentem.
- Hmm trochę głupio mi prosić, ale rzecz w tym, że właśnie wyruszamy całym oddziałem z sierżantem Kolesnikovem na rozpoznanie, tylko że szczerze mówiąc zarówno ja Tobias jak i Duviel jak i pewnie z połowa zwiadowców jest porządnie chora od tego całego deszczu i ziombu…i chciałem się spytać czy Pani zdolności mogłyby nas uleczyć? - Stefan zamilkł z widocznym zakłopotaniem tym, że zawraca czarodziejce głowę czymś pozornie błahym.- Chorzy? No to poczekaj, narzucę coś na siebie. - magiczka uniosła brwi ze zdziwienia po czym schowała się ponownie w swoim namiocie. Jednak zaraz wyszła tylko okryta już solidnym, białym płaszczem. - Pewnie przez tą słotę. To był długi, ciężki i mokry dzień. - rzekła po drodze gdy szli przez namiotowisko. Dotarli do Kolesnikova i reszty. Jasnowłosa zaczęła chodzić między nimi, oglądać ich, badać po swojemu. W końcu jednak pokręciła głową przecząco.
- Nic na to nie poradzę. Nie jesteście ranni. Moja moc głównie pomaga goić się ranom a wy ich nie macie. Mogę jedynie zalecić wam trzymać się ciepło i picie gorących wywarów wzmacniajacych. Ale do tego to już mnie nie potrzebujecie. - postawiła swoją diagnozę patrząc po kolei na otaczające ją twarze.
- Dziękuję Panno di Lucci za szczere starania - odparł Stefan jako ten który przywołał ja na miejsce.
-
Miejsce : pd-zach Ostland; Lenkster
Czas : 2521.05.02; Bezahltag; świt - ranek
Duivel obudził się bardzo wcześnie, gdyż z samego rana regiment miał wyruszyć w drogę. No, a jeszcze wcześniej mieli stawić się u szefowej aby spisać dokumenty. Jego głowa była jednak zajęta czymś innym. Usłyszał, że już sam Imperator szykuje się do wymarszu, wraz ze swoim wojksiem. Natomiast markgraf Górskiej Marchii na razie gdzieś się ukrywał. Może tak naprawdę jest on fikcyjną postacią i to Petra jest najważniejsza, ale wymyśliła bajkę o kimś ważniejszym aby nie było buntów z powodu władcy-kobiety. Może jest chory, albo stary i niedołężny? Nic nie podbudowuje moralów tak jak obecność głównodowodzącego.
Z zamyślenia wyrwał go głos Leni. Jego koleżanka wołała wszystkich na śniadanie. Kucharka przygotowała ciepłe śniadanie dla całej szóstki. Dobra atmosfera sprawiła, że każdy z nich złapał dobry humor, co było dobrym prognostykiem przed długim marszem.
Duivel nie miał problemu z opuszczeniem ciepłego i suchego wnętrza gospody w Lenkster. Czekał go kolejny dzień wyczerpującego marszu, tym razem do Ristedt. Zapowiadało się, że będzie to przyjemna przeprawa, gdyż wielokrotnie w swoim życiu przechodził tę trasę. Może była błotnista, ale ścieżki Lasu Cieni w tym akurat rejonie znał bardzo dobrze.
Spakowali wszystkie niezbędne rzeczy. Na wózek załadowali cały dobytek. Między innymi kufer, gdzie znajdowały się sakiewki każdego z osobna, a także jakieś pamiątki, które zabrali z domu. 6 plecaków, a każdy z nich miał schowane w środku podstawowe zasoby niezbędne do wędrówki. Oprócz suchego prowiantu, gdyż gdy trzeba będzie to zaopatrzą się w kuchni polowej. Tak samo puste menażki, koc, zestawy ciuchów na przebranie i druga para butów, krzesiwo. Przypięty na zewnątrz był również namiot. Każdy miał też swoje własne specjalistyczne sprzęty. Kargun zabrał swój sprzęt rzemieślniczy, bo w armii zawsze przyda się kowal do bieżących napraw. Leni wzięła swój zestaw kucharski, łącznie z kilkoma ulubionymi przyprawami. Felix na szczęście zabrał swój zestaw medyka, który nabył w nieznanych okolicznościach. Ponoć to Eponia podkradła jakiemuś znanemu lekarzowi z Lenkster, ale nin jej nie udowodniono. Ona sama zaś wzięła ze sobą narzędzia złodziejskie, a jej siostra Lindara w sumie nie miała nic szczególnego ze sobą oprócz starego kota Filemona. Gdyby nie wzięła go ze sobą, ten i tak by ich odnalazł, był mocno przywiązany do mieszkańców posiadłości Manców, szczególnie do niziołki, która zawsze coś mu podrzucała do jedzenia. Felix wskoczył na kozioł, wdrapała się tam też Leni i ruszyli na zbiórkę, dość wolnym tempem, by nie drażnić ich krasnoludzkiego przyjaciela.
Gdy dotarli do "Zająca", Duivel został na zewnątrz z koniem, a cała reszta weszła podpisać dokumenty. Na szczęście poszło gładko i cała piątka mogła już 'cieszyć' się z dołączenia do regimentu. Gdy już formalności zostały załatwione i mieli już grupką ruszać na błonia, Mundo-naru odwrócił się na pięcie i postanowił jeszcze sam zadać jeszcze pytanie, które nurtowało go od kilku tygodni. Jego towarzysze byli już na zewnątrz, więc elf wszedł do karczmy, rozejrzał się. Na szczęście przy prowizorycznym biurku siedziała Petra i Inez, a innych osób akurat nie było. Skinął głową, uśmiechnął się i podszedł bliżej kobiet.- Szefowo! Wybacz, że zawracam głowę, ale nurtuje mnie pewna kwestia. My już wyruszamy na wojnę, a nasz dowódca się jeszcze nie pojawił. Markgraf wedle Twych słów ma zjawić się gdy przyjdzie na to czas? Co to oznacza? Od początku nie ukrywałem, że walczę za Ostland, ale także wiem do jakiej armii się zaciągnąłem. Myślę, że jego obecność wpłynęłaby budująco, ale przede wszystkim mogłaby bardziej scalić tę … Naszą zróżnicowaną armię. Może szykuje dodatkowe regimenty? Jeśli to poufne, to oczywiście zrozumiem… - na koniec tejże wypowiedzi skłonił się w pas i lekko przechylił głowę, by zaznaczyć, że zachowuje szacunek wobec głównodowodzącej
- Nasz margraf szykuje naszą marchię do wojny. Jest w tym niezastąpiony. Dlatego przybędzie do nas gdy nadejdzie na to odpowiedni czas. Do tego momentu reprezentujemy go my i nasz regiment.- odparła niebieskowłosa szlachcianka patrząc z góry na stojącego niżej elfa, gdyż wraz z Inez zorganizowały to prowizoryczne biurko na małej scenie, której podłoga była podniesiona do wysokości kolan.Duivel teraz o poranku rozmyślał o tej odpowiedzi. Jak ktoś szykuję marchcię do wojny, jak nie było tej osoby ani przez chwilę przy armii albo rekrutacji. Do tego Petra ostatnio trochę sprawiała wrażenie jakby władza uderzyła jej do głowy. No cóż, to przecież tylko człowiek. Była też inna opcja. Nowy mag mógł swoim zachowaniem wywołać u dowódczyni potrzebę pokazania swojej władzy, stąd często rozmawiała z podwładnymi z konia, bądź stojąc na schodach, czy jakimś podniesieniu by patrzeć na nich z góry.
Miejsce : pd-zach Ostland; droga do Ristedt
Czas : 2521.05.02; Bezahltag; ranek - zmierzch
Niestety nocna ulewa mocno utrudniła marsz całego regimentu. Do tego od rana aura znów nie sprzyjała. Zimny wiatr smagał twarze, a mżawka przenikała do ubrań, wychładzając wszystkich do szpiku kości. Droga była śliska i grząska, a każdy krok wymagał wysiłku. Duivel brnął naprzód, z trudem powstrzymując przekleństwa cisnące się na usta.
Większość drogi spędził razem ze swoimi najbliższymi, którzy dopiero co dołączyli do niego. Jednak w różnych sytuacjach namawiał ich do pomocy reszcie. Leni oczywiście szybko odnalazła się w kuchni polowej, Kargun natomiast odkąd pomógł Eitriemu przy naprawie kół czy wyciąganiu wozów z różnych dołów - które błoto skutecznie maskowało - ewidentnie złapał z drugim krasnoludem nić porozumienia i spędzili razem trochę czasu na rozmowie. Felix natomiast chodził do wszystkich dowódców przedstawiając swoje zdolności i przekazywał im, że gdy ktoś będzie potrzebował usług lekarza, to on chętnie pomoże. Eponia i Lindara nie spoufalały się z nikim. Zdecydowanie wolały własne i Duivela towarzystwo, a gdy zostawali właśnie w trójkę, to rozmawiali w Eltharin.
Szli dalej, a mokre i ciężkie buty obciążały nogi, a każde podejście pod wzniesienie stawał się wyzwaniem. Do tego dochodził wszechobecne błoto, które nie tylko utrudniało marsz, ale też oblepiało ubrania i buty, potęgując przy tym przemoczenie. Duivel czuł, jak lekkie zmęczenie powoli ogarnia jego ciało. Wiedział, że na drugi dzień będzie przeziębiony, bo przecież bez deszczu, taka droga nie stanowiłaby dla niego żadnego problemu
Jedyną pociechą były krótkie postoje na odpoczynek i posiłek. Wtedy można było ogrzać się przy ognisku i osuszyć ubrania. Duivel z niecierpliwością wyczekiwał momentu, kiedy dotrą do Ristedt i będą mogli w końcu odpocząć. Zresztą jego wszyscy towarzysze byli podekscytowani, że zobaczą swój dom po raz ostatni.
Szefowa już na miejscu i po oględzinach zdecydowała, że regiment jednak nie wejdzie do miejscowości. Ta była przepełniona przez innych wojaków, ale też przez uciekinierów ze stolicy. Wszystko to było bardzo płynne i każdej nocy się zmieniało. Kuzynki Duivela w smutku zaczęły przygotowania do rozbicia swoich namiotów i pomocy przy przygotowywaniu kuchni. Opuszając Ristedt zaledwie kilka dni temu, były gotowe zostawić wszystko za sobą, jednak nie spodziewały się takiej nostalgii będąc tak blisko domu. Myślały o chwilowym opuszczeniu grupy, żeby tylko dotknąć ścian posiadłości Manców, poczuć zapach niedawno zgaszonego pieca w środku i nacieszyć oczy. Jednak wiedziały, że ruszyły na misję odnalezienia swojego brata Hal'ila, więc obecnie muszą się podporządkować rygorowi wojskowemu. Pocieszeniem było to, że bezpośrednim przełożonym był ich kuzyn, który nieco lepiej sobie radził w kontaktach między..rasowych. Tymczasem Mundo-naru podczas rozbijania obozu podszedł do szefowej.- Petro, dowódczyni, proszę powiedz mi czemu nie chcieliście skorzystać z oferty mej kuzynki i pójść do domu mego wuja? Zmieściliby się tam spokojnie wszyscy dowódcy… Z drugiej strony mogłaś Pani odesłać tam tych najbardziej potrzebujących ciepła i nocy przy rozpalonym kominku.
- Dziękuję za propozycję Duivelu ale chciałam być na miejscu razem ze swoimi żołnierzami. A nie zgłaszano mi aby ktoś był obłożnie chory czy nie nadawał się do marszu. Jakbym puściła jednego na miasto zaraz by ruszyło następnych dziesięciu. Bo jak jeden może to czemu nie inni. Chcę mieć wszystko i wszystkich w jednym miejscu skoro jutro ruszamy dalej. Nie chcę tracić pół dnia na czekanie aż wszyscy zejdą się z miasta do obozu. - szefowa odparła bez wahania. I wydawała się podobnie zmęczona i zmarznięta jak i jej wojsko. Może była mniej brudna bo jazda na końskim grzbiecie oszczędzała styczności z podłożem. Elf w sumie w pełni rozumiał tę decyzję. Postanowił jednak zagaić, ażeby szefowa pamiętała o hojnej propozycji, a także niezapomniała jego nowej ogolonej twarzy.Miejsce : pd-zach Ostland; Ristedt; obóz przy rzece; namioty i obóz
Czas : 2521.05.02; Bezahltag; zmierzch
Wieczorem, gdy Duivel z ulgą rozłożył się w namiocie, po obozie zaczął się rozchodzić zapach kolacji. Elf już przebrany w suche ciuchy, owinął się w koc by się ocieplić. Jego wcześniejsze przypuszczenia się ziściły, tyle, że wcześniej niż myślał. Kichał, charczał, czuł się nieco rozgrzany. Na szczęście to tylko przeziębienie, ale gdy tak dalej pójdzie to pod Grünackeren będzie już mógł miec zapalenie płuc. Opuścił w końcu namiot i udał się na posiłek. Wziął ze sobą też przemoczone ciuchy, które wcześniej wyżął, a teraz miał zamiar prowizorycznie rozwiesić na kilku patykach i swojej drabinie sznurowej. Zresztą było tam dość gęsto od podobnych konstrukcji.
Zauważył w końcu dziwnego mężczyznę. Ubrany jak pustelnik jegomość zaczął przemawiać. Jego płomienne kazanie wywołało wśród żołnierzy mieszane uczucia. Niektórzy z zaciekawieniem słuchali jego słów, inni z obojętnością, ale na pewno rozruszał całe towarzystwo. Ich wspólnie odśpiewaną pieśń było słychać w każdym domostwie w okolicy.
Duivel obserwował Teodeberta z dystansu. Nie czuł się ani poruszony jego kazaniem, ani zniechęcony. Dostrzegał w nim pewną żarliwość i wiarę, ale jednocześnie wyczuwał w nim nutę fanatyzmu. Spodziewał się trudnej relacji z tym człowiekiem, gdyż przeważnie takie mocno wierzące osoby, cechowały się wielką miłością do Boga, ale też równie dużą niechęcią do odmieńców. Nie tylko do heretyków, ale też np. do innych ras.
Po całym zamieszaniu, odebrał swoją strawę i poszukał Sorokiny i jej wesołej kompanii. Dosiadł się jak gdyby nigdy nic i zaczął snuć opowieści o Ristedt i lasach na wschód i południowy-wschód. O potworach, które spotykał w okolicy Kienbaum. Cały ten czas siedział w kapturze, z dwóch powodów. Po pierwsze był przeziębiony, a noc była zimna jak na Sommerzeit, a do tego gdy ludzie nie widzieli jego elfich atrybutów (spiczastych uszu) jakoś zawsze łatwiej było o komunikację, czy też rozmowę. Zbliżający się deszcz skutecznie przegonił ich wszystkich do namiotów, także nie było czasu na dłuższą rozmę. Zdążył jeszcze przed pierwszymi kroplami schować wyschnięte ciuchy i drabinę na wóz pod plandekę.Miejsce : pd-zach Ostland; Ristedt; obóz przy rzece; namioty i obóz
Czas : 2521.05.03; Konistag; ranekPoranek nie okazał się miły. Deszcz nadal padał, chociaż teraz już tylko mżył, to jednak biorąc pod uwagę dotychczasową pogodę, to oznaczało, że droga będzie jeszcze gorsza. Oby tylko rzeka Eiskalt nie wylała, bo wtedy to już musieliby iść lasem. Duivel przez przeziębienie czuł się obolały, a do tego spał całą noc skulony i ownięty w koc w taki sposób, że ciężko było się ruszyć. Zdążył się już zebrać w sobie mimo pulsującego bólu głowy, gdy nagle do jego namiotu ktoś podbiegł
- Elfie, wstawaj! Szefowa chce widzieć Ciebie! - Duivel jeszcze słyszał, jak ten osobnik coś podobnego krzyczał do Jaegera, Waldnera i Kolesnikova. Wyszedł więc ze swojego legowiska i chyżo udał się do Petry. Okazało się jednak, że przygotowali już dla niego i innych wybrańców strawę. Na szczęście podano ciepłą zupę, która nieco ożywiła każdego.
Zebrał się w sobie i poszedł do Petry, która od razu przeszła do rzeczy. Gdy wspomniała o przewodniku, zadziała się dziwna rzecz. Wybuchła awantura między dwoma najdziwniejszymi członkami regimentu. Elf postanowił nie reagować, gdyż stał przy szefowej i wolał nie wychylać się przed szereg. Co innego gdyby był w innym miejscu. Tak jak się spodziewał, szefowa szybko ogarnęła towarzystwo. Nie pomogła eremicie, mimo jego okrzyków o atak na sługę bożego. Za pewne Petra tak jak i Duivel widziała w magu potężnego sojusznika. Do tego okazało się, że Teodebert będzie ich przewodnikiem. Elf nie wiedział do końca jak zareagować na tę informację. Kaszel przypomniał mu jednak o pilnej sprawie. Więc gdy tylko Petra skończyła mówić, elf od razu zwrócił się do niej, a ona przeniosła swoje spojrzenie w stronę Mundo-naru.
- Dowódczyni! - zwrócił się podniesionym tonem elf do Petry, przy okazji pociągając nosem - Wiem, że wybrałaś najlepszych zwiadowców, ale z całym szacunkiem, przed wyruszeniem przydałoby się nam jakieś medykamenty. Nie będziemy mieli ze sobą takiego zaplecza, więc przynajmniej może jakiś napar przed wyruszeniem? Widzę, że wszystkich nas ta pogoda sponiewierała, ale jako, że mamy dość ważne zadanie, to ktoś mógłby nas lekko podleczyć, prawda?-
- No tak, weźcie coś teraz i na drogę. Tylko nie guzdrać się. Macie być na drugim brzegu zanim regiment zacznie ją forsować. - zgodziła się z jego pomysłem o ile nie spowodowałby on zbędnych opóźnień w wymarszu.Duivel wykorzystał chwilę, że Stefan jeszcze zagadał szefową i podszedł do ich przewodnika.
- Chciałem się przywitać z szanownym głosicielem wiary. Mam nadzieję, że nasze różnice nie wpłynął na współpracę, wszak mamy wspólnego wroga. Nazywam się Duivel Mundo-naru, a moje nazwisko z elfickiego oznacza Czerwony byk, czyli symbol całego Ostlandu. Oczywiście lasy cienia nie są mi obce, ale bardziej inna część. W moim krótkim życiu - tu delikatny uśmiech pojawił mu się na twarzy [i]- zwiedziłem dokładnie lasy w północno-wschodniej części prowincji, ale też na wschód od Ristedt. Słyszałem, że świetnie znasz drogi Panie tutejsze tereny i będziesz naszym przewodnikiem. Znajdziemy po drodze jakieś wioski czy osady? Do Wendorf są z założenia dwa dni drogi i idealnie byłoby rozbić się w jakiejś osadzie czy wiosce. Jak dobrze pójdzie to idąc w stronę może dotrzemy do rozdroża. Masz może dobry człowieku jakieś sugestię?
Mężczyzna o surowej twarzy nie odpowiedział od razu. Bez skrępowania obejrzał sylwetkę elfiego rozmówcy z góry na dół. - Elf. Elfy są butne, aroganckie i rozpustne. Wodzą dobrych ludzi na pokuszenie. - wycedził nieprzyjaznym tonem. - Ale ponoć walczycie po naszej stronie. To ci powiem, że po drugiej stronie jest sioło akurat aby tam przenocować w połowie drogi do Wendorf. - Teodebert wydawał się być przesycony niechęcią do elfów jaka cechowała wielu ludzi. I okazał się niechętny do współpracy z elfem. Jednak skoro byli po tej samej stronie to wycedził mu swoją odpowiedź.
- Dziękuję- elf skinął głową jak to miał w zwyczaju i z uśmiechem na ustach odszedł od głosiciela wiary. Już wiedział, że kolejne rozmowy z Teodebertem raczej się nie odbędą. Będzie musiał znaleźć jakieś inne rozwiązanie i przekazywać swoje kwestie poprzez inne osoby, gdyż sam nie chciał wzbudzać niepokojów. Uśmiech mu nieco zrzedł, gdy przypomniał o sobie ból głowy. Doszedł szybko do kuchni i poprosił o jakiś wzmacniający napar. Felix, który był lekarzem, został już tam wcześniej sprowadzony przez Leni, która gotowała bez wytchnienia mimo, iż sama co chwilę kichała. Ta dwójka zaparzyła również odpowiednie ziółka, które miały pomóc przy przeziębieniu. Przeznaczone były dla tych w najgorszym stanie oraz dla zwiadowców, którzy lada chwila mieli ruszać dalej.
Elf wypił w pośpiechu napar w międzyczasie krótko streścił co się dzieje swoim towarzyszom, którzy zebrali się wokół niego. Okazało się, że Eponia i Lindara wyraziły chęć podróżowania razem ze swoim kuzynem. Gdy w trójkę już skończyli pić lecznicze ziółka, pożegnali się z Leni oraz Felixem i pobiegli spakować swoj plecaki. W sumie bardziej rozpakować. Mundo-naru na wyprawę wziął tylko podstawowe rzeczy, ale zarazem niezbędne rzeczy, tak aby nie obciążać się zanadto. Nie zakładał pancerzu, a do plecaka spakował koc, prowiant na dwa dni oraz przypiął namiot i derkę, które w międzyczasie spakował mu Kargun. Oprócz tego wziął swój łuk, dwa kołczany oraz miksturę leczniczą, którą Felix przetrzymywał dla niego u wuja Albwina. Był gotowy do wymarszu. Ubrany w ten sposób na pewno nie zwalniałby grupy, ale spokojnie przetrwałby nawet najcięższą pogodę kilka dni.
Jeszcze przed wyruszeniem w drogę, Duivel, podszedł do Kolesnikova- Stefanie, znowu nam przypadła ważna misja. Tym razem mamy ze sobą konia wierzchowego. Mam sugestię, żeby najlepszy jeździec z Twojej dzielnej drużyny używał go w sytuacji, gdy będziemy musieli poinformować regiment Petry o zagrożeniu, albo o jakichś innych ważnych wydarzeniach. Tak poza tymi wypadami, fajnie by było wykorzystać go jako konia jucznego. Obładować go strzałami, żarciem, czy jakimś leczniczym zielskiem. Co Ty na to?-
- No tak, przydzieliła nam tego konia. Dobrze, że Stefan się o niego zapytał. - zgodził się herszt hochlandzkich banitów i podrapał się po swojej bujnej, czarnej brodzie jaka nadawała mu bandyckiego wyglądu. - No tak, można go załadować. Niech nie idzie na pusto. Zajmiemy się tym. - zdecydował się po krótkiej chwili namysłu. -
Tobias nie raz podróżował w ciężkich warunkach. Silny wiatr i zacinający deszcz, wszechobecne zimno i wilgoć, błoto pod stopami często dawały mu się we znaki podczas zwiadów czy polowań. Nigdy jednak nie podróżował z takim obciążeniem i ścieżką którą wytyczyli mu inni. Był mokry, zziębnięty a po kilku godzinach marszu okazało się że jest przeziębiony - co najmniej. Słysząc mlaskanie w butach towarzyszy niedoli w duch dziękował sobie za przezorność i zakup nowych butów które dłużej wytrzymywały te warunki. Ale miał nadzieję na dach nad głową i suche posłanie jak już dotrą do najbliższego celu...
Srogo się jednak zwiadowca przeliczył. Miejscowość była mała, zbyt mała by przyjąć kolejną liczną grupę żołnierzy i trzeba było rozbijać namioty na mokrej, miękkiej ziemi. Zewsząd słychać było narzekanie i złorzeczenia żołnierzy. Dopiero ciepły posiłek nieco poprawił humor wojaków. Tobias zastanawiał się czy wrogowi równie mocno doskwiera ta pogoda,ale pochodzili z północy a tam zapewne znacznie surowsze warunki panują, więc zasępił się ponownie dochodząc do wniosku że dla nich to chleb powszedni.
Dobrze było się trochę ogrzać przy ognisku i osuszyć odzież i obuwie, choć z zadowoleniem zwiadowca uznał że buty, w takich warunkach zdały egzamin więcej niż dobrze. W środku były tylko trochę wilgotne.
Zupełnie zignorowawszy kolejne dzieło czerwonego czarodzieja, Tobias z ciekawością słuchał natchnionego kaznodzieję Sigmara ( albo lekkiego wariata - kto jak woli). Trzeba Było mu oddać, przynajmniej część z żołnierzy wyglądała na natchnionych jego kwiecistą, odbudowującą mową. Zwiadowca nie był jednym z nich, ale cieszył się że przynajmniej część z jego kompanów poczuła się wyraźnie lepiej, a wielu nawet się uśmiechało. Nie ma nic gorszego niż niskie morale podczas wojny. Słuchając kazania poczuł, że pora na odpoczynek i udał się do namiotu zaznać zasłużonego snu.
Tobias obudził się wcześnie ale czuł się wypoczęty, mimo lekkiego przeziębienia. Kichał od czasu do czasu i pociągał nosem. Poranek był zimny i wilgotny, ale krzątanie się ludzi w kuchni polowej niosło obietnicę pełnego brzucha. Nie był jednak pierwszym którzy mieli ochotę na śniadanie. Przywitawszy się z obecnymi żołnierzami usiadł jak najbliżej kuchni i cierpliwie czekał na ciepły posiłek.
Szefowa wezwała Duivela, Stefana i Tobiasa i pozostałych zwiadowców i wydała rozkaz zwiadu do Wendorfu. Tobias czuł się znacznie lepiej wędrując w mniejszej liczbi. Hałasu też nie będą robić wielkiego, to może uda się wypatrzeć wroga zanim ten wypatrzy ich. Był zadowolony z przydziału choć wiedział że łatwo nie będzie, zwłaszcza jeśli pogoda się utrzyma, choć jednocześnie wiedział że pogoda może być w tym przypadku sprzymierzeńcem. Kiedy jednak nagle ktoś głośno kichnął, chyba wszyscy zwiadowcy dostrzegli dość spory problem. Jak do diaska mieli przebyć drogę niezauważeni skoro prawie całe towarzystwo jest kichające?!
Nawet szefowa zrobiła głupią minę kiedy przyjrzała się przeziębionej ekipie zwiadowców. No ale wyjścia nie było.
Szkoda że szefowa nie nakazała tego magowi w końcu zrobienia czegoś pożytecznego, na przykład ogrzania jak największej części ziemi, czy osuszenia ubrań, czy czegoś takiego.
Przygotowawszy prowiant na drogę, sprawdzeniu łuku , zapasowych cięciw i ubrań, Tobias spakował plecak i stawił się w umówionym miejscu, Okazało się że przewodnikiem był kaznodzieja.
No to nie musimy się już przejmować że kichanie żołnierzy może zwrócić uwagę wroga - pomyślał Tobias i ruszył z całą resztą przed siebie. -
Oryginalny tytuł: Tura 33 - 2521.05.03-04; bkt; ranek - ranek
Miejsce: pd-zach Ostland; pd rz. Wolf; wioska Speck; gospodarstwo
Czas: 2521.05.03-04; Angestag; ranek - ranek
Warunki: - ; na zewnątrz: zmierzch, zachmurzenie, łag.wiatr; zimno (-5)Wszyscy

link: https://i.imgur.com/ODTAlzF.jpeg
Poranek okazał się chłodny. Ale w przeciwieństwie do poprzedniego zamiast monotonnej mżawki dodającej ponurości tej krainie na nieboskłonie widać było słońce. Chociaż w nocy padało. Większość regimentowych zwiadowców to jednak przespała pod suchym dachem stodoły. Było nawet całkiem znośnie jak się można było umościć swoje legowisko w sianie. Może nie było to spanie w łóżku ale lepsze niż na gołej ziemi w namiocie gdzie tylko gruba derka oddzielała od ziemi. A od niej zawsze ciągnął w nocy chłód i wilgoć. A do tego całkiem wygodnego i bezpiecznego noclegu wczoraj przyczynił się Teodebert. Bo banda zarośniętych zbirów Kolesnikova przetykana tu i tam jakimiś elfami nie zrobiła chyba na gospodarzach Speck dobrego pierwszego wrażenia. Jedni za bardzo kojarzyli się z pospolitymi zbójnikami i banitami grasującymi po traktach i lasach a drudzy należeli do obcej a więc z miejsca podejrzanej rasy. W przeciwieństwie do krasnoludów jakich ludzie zazwyczaj darzyli zaufaniem może nawet większym niż do obcych przedstawicieli własnej rasy to elfy dla zwykłych mieszkańców miast i wsi prawie zawsze były elementem obcym.
- Tu mam list od naszej kapitan. Reszta regimentu idzie za nami. - Kolesnikov z widoczną dumą pochwalił się papierem jaki rano dostał od Petry. Nie było pewne czy taki człowiek z leśnej, hochlandzkiej głuszy jak on w ogóle umie czytać. Ale tak samo pewnie było i z tutejszymi chłopami jakim pokazywał ten papier. Kiwali mądrze głowami wpatrując się w tajemne dla nich znaki i pieczęcie ale jakoś radości nie okazywali. Podobnie jak z wieści, że wkrótce reszta wojska ma się przewalić przez ich wioskę. To było normalne. Jeśli wojacy zachowywali się poprawnie i dowódcy byli w stanie utrzymać dyscyplinę to dla chłopów czy mieszczuchów oznaczało to nieplanowanych gości jakich musieli wykarmić i to zwykle całe masy. Im dłużej wojsko stacjonowało w jakimś terenie tym większe były spustoszenia a dla mieszkańców widmo głodu stawało się z każdym dniem bliższe. I to nawet jak to była sojusznicza armia. Ale często oznaczało to żołdacką samowolę. Wojsko zgarniało sobie co chciało. Kury, owce, mleko a nawet i kobiety. Więc mars na twarzy chłopów ze Speck na takie wieści nie powinien nikogo dziwić. Wtedy właśnie objawiła się moc Teodeberta.
- Bracia! Poznajecie mnie?! To ja, Teodebert! Modliłem się tu z wami do naszego pana Sigmara gdy szedłem walczyć z wrogiem! I chwalcie jego łaskę bom znalazł bratnie dusze w tym zbożnym dziele! Ruszamy razem z woli naszego boskiego patrona naszej ojczyzny i rozkazu naszego lorda elektora! Dziś przenocujemy u was a jutro ruszamy dalej! - zawołał donośnym głosem i w końcówce wczorajszego dnia widocznie został przez nich rozpoznany a słowa ociepliły wizerunek przybyszy. Bo pomruczeli coś między sobą i wreszcie jeden z nich zaprosił ich do siebie. No ale, że nie było zbyt dużych szans aby w chłopskiej chacie pomieścić prawie dwie dziesiątki gości to udostępnił im stodołę. Banici Kolesnikova nie mieli nic przeciwko a nawet byli zadowoleni, że nie będą musieli kolejnej nocy spędzać pod namiotem. Gospodarz tylko prosił aby nie rozpalali ognia wewnątrz. Co było zrozumiałą prośbą i ognisko rzeczywiście rozpalono na podwórzu. A póki był wczesny wieczór to można było skorzystać i ze stołu i pieca póki jeszcze chłopska rodzina nie poszła spać.
- No a gospodarzu a gdzieście córki pochowali? No śmiało, nie zrobimy im krzywdy. Może się napijemy? - zaproponował wieczorem jeden z ludzi Kolesnikova. Gospodarz zarzekał się, że nie ma żadnych córek ale banici pomachali mu gąsiorkiem przed oczami siedli razem do stołu to nawet się zrobiło wesoło i domowo. Ktoś wyjął karty i kości aby umilić sobie ten całkiem przyjemny wieczór.
- Ej Ostland! Umiecie grać?! - zawołał Lucas z Hochandczyków trochę wesoło a trochę wyzywająco machając kubkiem z kośćmi do gry. Bo chociaż byli w Ostlandzie to większość ich grupy stanowili Hochlandczycy Kolesnikova. Skoro i tak podróżowali razem to byli skłonni zaprosić kolegów do wspólnej gry.
- Ty Duivel. Tyś chudy co? Weź coś zagraj co? - podobnie elfa poprosił inny. Może z ciekawości a może z plotek i stereotypów o artystycznych talentach ich rasy do tańca i śpiewu. Gospodarz wyciągnął proste skrzypce i od czasu do czasu przygrywał na nich ale gdyby trafił się jakiś chętny to mógł dać na nich zagrać.
- A ty co? Idziesz z nami? - Tobias zaś niejako nadział się na dwóch innych jacy w świetle bijącym z okien chaty szykowali fanty jakimi chcieli obdarować tutejsze panny aby zdobyć ich względy. Bo nie było pewne czy same z siebie by przyszły zwłaszcza, że już zmierzchało a grupa obcych uzbrojonych mężczyzn niekoniecznie musiała przyciągać płeć piękną sama z siebie. Więc ta dwójka miała nadzieję pomóc szczęściu i podziałać na własną rękę. A jak już trafił im się ten trzeci to mu zaproponowali możliwość dołączenia do tej wieczornej eskapady. Kolesnikov właściwie nie zabronił im opuszczać gospodarstwa to z tego korzystali.
A po zmierzchu jak się spojrzało z piętra stodoły na południe widać było liczne ogniska. Hochlandczycy zastanawiali się czy to reszta ich regimentu. Całkiem możliwe bo szli tą samą drogą od Ristedt ale wielka kawalkada piechurów, zwierząt i wozów nie była tak mobilna jak względnie niewielka grupka zwiadowców więc widocznie nie udało im się dotrzeć do Speck. A właśnie w Speck było rozwidlenie drogi. Idąc dalej wzdłuż rzeki Wolf doszłoby się pod koniec dnia do granicznego z Hochlandem Kienbaum. Tak przynajmniej mówił Teodebert jak rozmawiał z Kolesnikovem ale tubylcy twierdzili podobnie. A odnoga jaka wiodła w głąb lasu miała iść do Wendorfu. Gdzie też powinno się dotrzeć pod koniec kolejnego dnia marszu. No i ten kolejny dzień właśnie się zaczynał.
- Czekamy na nich? - zapytał swojego herszta któryś z jego myśliwych. Obaj i nie tylko oni spoglądali na drogę ku północy skąd wczoraj przyszli. Dziś widać było dymy ognisk. Tam pewnie była reszta ich macierzystego regimentu. Ale tak samo jak wieczorem dzieliło ich z dzwon albo dwa marszu w jedną stronę.
- Nieee. Słyszałeś szefową. Mamy dotrzeć do Wendorf. Dała nam konia, dała nam zapasy no to nie ma co jej zawracać głowy, że nic się nie działo i jeszcze nie wracamy z Wendorf. - odparł czarnobrody po chwili namysłu. Potem odwrócił się do reszty ich pstrokatej grupy. - Dobra zbierać się! Za pacierz wszyscy tu mają być na podwórku! Do zmroku musimy być w Wendorf! - zawołał głośno. Towarzystwo bowiem i tak już kończyło śniadanie, poranne ablucje i w większości już pozbierało swoje nocne legowiska. Sam zaś podszedł do człowieka jaki ich noclegował.
- To mówicie gospodarzu do Wendorf dalej tą drogą? - wskazał na wąską przesiekę w mrocznym lesie o jakiej rozmawiali wczoraj.

link: https://i.imgur.com/z8zrONv.jpeg
- A tak. Cały czas tą drogą. Pod koniec dnia powinniście dojść nią do Wendorf. - chłop skinął głową mówiąc mniej więcej to samo co wczoraj. Że jak będą szli tą drogą i nie zlezą żadną boczną odnogę to przed zmrokiem powinni dotrzeć na miejsce. W połowie drogi przy drodze będzie kapliczka Sigmara Wędrowca. No to jak do niej dojdą to mniej więcej połowa drogi będzie. Oni ze Speck czasem udawali się tam na targ ale nie tak często jak do Ristedt albo jeszcze lepiej do Kienbaum. Bo tam można było wziąć łódź a do Wendrof trzeba było iść przez las. No i cały dzień drogi no to z noclegiem tam aby wrócić na drugi dzień tutaj. Więc to kawał drogi był i z byle powodu tam się nie wybierali. A jakby nie zdążyli przed zmrokiem i zamknięciem bram to przed bramą jest Bramna. Karczma. Z bardzo zdrowymi dziewojami. No to ci co nocowali to sobie nawet potrafili chwalić ich uroki.
- Ale mój najstarszy tam poszedł. Już się pożenił, dzieciaki ma. Fachu się nauczył, kołodziejem został. Szacowny fach, dobry brzdęk* robi. Urlich, Urlich ze Speck, tak go tam wołają. Wcześniej był na naukach ale jak wżenił się w kołodziejównę no to mu warsztat wniosła w posagu i teraz na swoim robią. Zaraz za południową bramą go mają, będziecie pewnie przez nią wchodzić. To tam zaraz za nią. A pozdrówcie ich od ojca jak ich będziecie mijać. - ojciec był wyraźnie dumny z sukcesu zawodowego najstarszego syna. Bo dla zwykłego syna chłopa ze wsi zostać kołodziejem w mieście to rzeczywiście było nie byle co. A własny warsztat w pewnie dość młodym wieku to jeszcze bardziej. Ale też nie odwiedzali się zbyt często no bo to cały dzień drogi w jedną stronę i to przez las a wiadomo, że w lesie to raczej nic dobrego poczciwego człowieka nie spotka. Przynajmniej ich gospodarz zdawał się mieć takie poglądy.
A ta wojna pogorszyła to wszystko. Co jakiś czas przez Speck przechodziło jakieś wojsko. Zwykle na wschód, właśnie na Wendorf ale nie zawsze. Za to ze wschodu od tygodni spływali kolejni uchodźcy. Często się zatrzymywali na parę dni aby odpocząć ale, że to małe sioło tylko to potem ruszali dalej. Albo na północ do Ristedt albo na południe do Kienbaum. Ludzie ze Speck zwykle im pomagali nocując po chatach czy stodołach. Ale zdarzali się też wśród nich i złośliwcy bo w zeszłym tygodniu sąsiadowi łobuzy łódź ukradli i odpłynęli nią nie wiadomo gdzie i pewnie już nie wrócą. Ale większość to poczciwa była uciekali przed straszną wojną na wschodzie. Niekiedy to byli Kislevici co parli aż tutaj z ich kraju. Trudno było się z nimi porozumieć o ile nie trafił się ktoś kto choć trochę znał oba języki. Ale wszyscy przynosili straszne historie o tej wojnie. Co rano więc mieszkańcy Speck z trwogą spoglądali na złowrogo ciemną ścianę lasu czy z niej nie wychyla się jakiś tabun strasznych najeźdźców z północy. Na razie jednak nie. Więc dziękowali dobrym bogom i modlili się aby tak było dalej.
Widząc, że stary zaczyna się powtarzać Stefan podziękował mu i sam poszedł przygotować się do drogi. Na podwórku już zaczynali się schodzić jego myśliwi gotując się do dalszej drogi. Byli skorzy pójść jak najdalej aby wykorzystać pogodny początek dnia zanim kapryśny Taal znów nie zrzuci im czegoś na głowy lub pod nogi.
*brzdęk - tutaj, lokalne określenie monet
-
Przeziębienie powoli ustępowało kiedy Tobias siedział w izbie plecami do pieca słuchając Kolesnikowa, Teodeberta i samego gospodarza. Wdzięczny był losowi że wioski nie sięgnęły jeszcze okrutne szpony wojny i mężczyzna w miarę spokojnie opowiadał o uciekinierach ze wschodu, Swoim synu i drodze do Wendorfu. Zamierzał odpocząć jak tylko się dało i nie szwędać się z chłopakami szukając rozrywek. Nie wiadomo było jaka droga ich czeka i pogoda a ostatnie dni dały się im we znaki. Dlatego przy pierwszych oznakach znużenia zebrał się, dając innym miejsce przy piecu i udał się do stodoły i znalazłszy najsuchsze i najcieplejsze miejsce i ułożył się do snu.
Ranek był chłodny i prawie wszyscy jeszcze spali kiedy Tobias przeciągnął się na Swoim posłaniu. Cicho wyszedł ze stodoły zabrawszy łuk i kołczan i ruszył w kierunku lasu z zamiarem zrobienia zwiadu po okolicy. Tu, w leśnej głuszy czuł się najlepiej, zdala od ludzkich siedliszczy, w pieknej dziedzinie Taala. Szedł już dłuższy czas kiedy w ciszę przerwał jakiś dźwięk, nie wydany bynajmniej przez człowieka. Zwiadowca zaczął się skradać, starając się wydawać jak najmniej dźwięku. Z kierunku w który zmierzał usłyszał ciche szamotanie przez moment i wtedy zobaczył oczy drapieżnika wpatrujące się w niego,
z którego pyska ściekała krew ofiary którą miał pod sobą. Szamotanie dorodnej sarny kozła był dźwiękiem który Tobias usłyszał a myśliwym była samica rysia, wpatrująca się w zwiadowcę zastanawiając się zapewne czy intruz ma ochotę na jej posiłek. Człowiek uśmiechnął się pod nosem i wycofał się powoli, obserwując zwierzę, które poczuło się pewniej i zadało śmiertelny cios sarnie. Poluj w spokoju piękna - Tobias ruszył z powrotem do wioski a słysząc burczenie w brzuchu przypomniało mu jak bardzo był głodny. -
Droga do Speck przebiegła nad wyraz spokojnie. Wszyscy lekko obciążeni szli równym tempem, elfy może mogłyby nieco szybciej wędrować, ale trójka nie miała zamiaru wychylać się przed szereg. Mijali czasem grupy idące w przeciwnym kierunku, ale Mundo-naru przewidywał, że większość uchodźców udaje się do Kusel przez Kienbaum, czyli na południe. Spodziewał się większych skupisk w wiosce na rozdrożu. Chociaż ciężko było mu nazwać to rozdrożem, gdyż droga ze Speck do Wendorf niezbyt przypominała trakt prowadzący z Ristedt do Kienbaum. Po prostu ciut bardziej wydeptana ścieżka przez las. Może to była krótsza droga niż tę którą mieli do przejścia dziś, ale na pewno trudniejsza. Powinni więc jutro jeszcze więcej nadrobić nad główną grupą.
Już na miejscu w osadzie, wszystkie elfy starały się zostawać w cieniu. Zaciągnięte kaptury towarzyszyły im przez cały wieczór. Zapewne gdyby nie wojna z chaosem to mieszkańcy Speck mogliby przegonić ich widłami do lasu "gdzie ich miejsce". Podczas wieczornego posiedzenia poru śmielszych ludzi zaczępili go w dość stereotypowy sposób. Obok siedziały jego kuzynki, ale one jeszcze nie były dobrze znane w grupie. Nie brano ich nawet pod uwagę jeśli chodzi o wieczorne podboje. Może ze względu na odmienność rasy.
- Panowie, Isha i Kurnous niestety byli oszczędni jeśli chodzi o obdarowanie mnie jakimiś talentami. Ani śpiew, ani taniec, ani nawet magia. - w tym momencie złapał lekko za łuk i szczerze się uśmiechnął. - To jest mój talent i oby przekonało się o tym jak najwięcej plugastw chaosu. -
Po chwili elfy wstały od stału, podziękowały za wieczór i udali się na spoczynek. Lindara i Eponia zostały poproszone przez kuzyna o pierwsze zmiany podczas warty jaką zaproponował Stefan Jeager. Duivel natomiast głosił się na ostatnią, dlatego nie chciał siedzieć dłużej z resztą bandy.
Jeszcze przed świtem spiczastouszy wstał, ogarnął się i poszedł zmienić wartownika. Przeszedł się kawałek w głąb ścieżki, ale nie chciał też odchodzić za daleko. Ludzie wciąż migrowali i póki co nie było oznak wrogich sił.
Gdy wracał do wioski, widział jak przez las szedł Tobias i elf pozdrowił go z daleka.
W Speck podszedł jeszcze do uchodźców aby wypytać o sytuację na trakcie, w Wendorf i w Grunackeren. Chciał wiedzieć jak najwięcej by odpowiednio się dostosować do tego co mogą zastać na miejscu. Następnie wszystkie zebrane informacje przekazał Kolesnikovi. Dwie elfki dołączyły do niego i gdy już ruszali to trójką wyszli na przód. Z kapturami na głowach, tak by ludzie idący w przeciwnym kierunku nie musieli się dodatkowo głowić dlaczego te "cudaki" lezą w przeciwnym kierunku. Migranci mieli już wystarczająco dużo zmartwień. Elfy na ogół drwiły z ludzi i ich wojen, jednak teraz sytuacja była odmienna i pojawiło się uczucie współczucia u Duivela i jego kuzynek. Tymczasem skupiali się na zwiadzie i wypatrywali kapliczki Sigmara. na pewno tam przystaną na chwilę by dać czas Teo odmówić jakąś modlitwę. Oczywiście cała trójka dołączyła by do ludzi w modlitiwe, jednocześnie pozostając czujnymi. -
Stefan z ulgą przyjął zmianę pogody która pomimo jego ostatniego zakupu nowej odzieży dla siebie i Wieselów ostro dała im się we znaki. Idąc traktem starał się czujnie obserwować drogę przed nimi choć wesołe zachowanie Azura biegającego wesoło z Harpią i Gryfem dookoła czasami dawało mu się we znaki i rzucał całej trójce jakiś patyk do aportowania.
Tak maszerując dotarli do Speck, które zapowiadało szanse przenocowania w komfortowych warunkach. Przysłuchując się rozmowie sierżanta z miejscowymi i jednocześnie zajmując się ich darowanym przez Petrę wierzchowcem jego nadzieje na dach nad głową zaczęły blednąć ale sytuację uratował dla nich kaznodzieja, za co Jeager w duchu podziękował Sigmarowi.
Jeager kiedy usłyszał rozkaz do nocowania w stodole natychmiast skierował się do Kolesnikova z zapytaniem:- Panie sierżancie! - pozdrowił z wigorem przełożonego - Skoro zatrzymujemy się tu na noc to chyba czas wysłać meldunek do Panny von Falkenhorst? W końcu pod tym pretekstem wyrwałem dla nas tego konia - ostatnie zdanie dodał z porozumiewawczym mrugnięciem oka.
- No można wysłać. - uznał brodacz po chwili zastanowienia. Spojrzał na drogę jaką niedawno przyszli do wioski Speck. Była ona jednak pusta. Nie było wiadomo jak reszta regimentu poradziła sobie z przeprawieniem na południowy brzeg Wolf.
- Poczekamy jeszcze. Może się pokażą do zmroku. - herszt leśnej bandy nie wydawał się kwapić z taką inicjatywą. Zwłaszcza jak nie sposób było zgadnąć ile ich dzieli od jednostki macierzystej.
- Jak sobie Pan życzy sierżancie, choć muszę zauważyć, że im później ktoś wyjedzie tym większe niebezpieczeństwo w postaci wracania nocą. Ale dobra, co chciałbym Pan abym robił z moimi chłopakami, bo poza wystawieniem oczywiście wart i patroli może dobrym pomysłem byłoby znaleźć znających okolicę miejscowych żeby nam powiedzieli coś o tutejszym terenie i zagrożeniach? Po za tym jeśli są tu jacyś uchodźcy to mogą być bezcennym źródłem informacji na temat Wendorf a nawet Grunackeren, może poszukajmy ich i przepytajmy?
- No bardzo dobry pomysł Stefanie. Zajmij się tym. - gdy czarnobrody usłyszał co dokooptowany do oddziału jego imiennik ma do zaproponowania obrzucił jego sylwetkę z góry na dół spojrzeniem i z powrotem. Pokiwał głową w jakiej obmyślał coś pewnie ale w końcu poklepał go po ramieniu i dał mu wolną rękę w realizowaniu swoich propozycji rozmów z tubylcami.
- Tak Jest! Panie Sierżancie - odpowiedział Stefan, jednoczęsnie już myśląc jak tu najlepiej zachęcić miejscowych do rozmowy…
- No tak, na to zawsze jest zapotrzebowanie… - pomyślał spoglądając na swoją nową apteczkę.Szybkim krokiem podszedł do gospodarza który wydawał mu się najznaczniejszym wśród zebranych kmieciów i zagadał wesoło:
Szacowny Gospodarzu! Nazywam się Stefan Jeager, chciałem jeśli nie jest to wielkim problemem zapytać się czy macie tu w Speck jakiś myśliwych których moglibyśmy wypytać się o zagrożenia na drodze? A przede wszystkim chciałem się spytać czy któryś z mieszkańców albo uchodźców nie potrzebuje opieki medycznej? Służyłem przez pewien czas w świątyni Pani Miłosierdzia więc co nieco znam się na leczeniu. -
Oryginalny tytuł: Tura 34 - 2521.05.03-04; bkt; ranek - południe
Miejsce: pd-zach Ostland; Las Cieni; droga Speck - Wendorf; leśna droga
Czas: 2521.05.04; Angestag; ranek - popołudnie
Warunki: - ; na zewnątrz: półmrok, deszcz, łag.wiatr; nieprzyjemnie (0)Wszyscy

link: https://i.imgur.com/edAEWYl.jpeg
Padało. Znowu. Poranek jaki ich zastał w Speck był co prawda pochmurny ale nie padało. W nocy padało i kto miał wartę zaraz po północy to mógł o tym rano zaświadczyć. Gdy ruszyli z nadbrzeżnej wioski i wkroczyli w mroczny las to nawet się rozpogodziło. Pomiędzy ponurymi koronami drzew widać było całkiem słoneczne prześwity. Trochę tego wiosennego, słonecznego blasku docierało nawet na ubłocony, leśny padół jakim wiodła przesieka. W miarę jednak jak zbliżało się południe niebo pochmurniało ponownie. A ze dwa pacierze później spadł z tych stalowych chmur zimny deszcz znów mocząc wszystko i wszystkich. A tym razem w przeciwieństwie do tego nocnego zwiadowcy regimentu von Falkenhorst byli wystawieni na jego działanie i nie mogli zagrzebać się w sianie, otulić kocem i schronić pod dachem stodoły.
Poranne wycieczki wokół Speck nie przyniosły żadnych rewelacji. Ot spotkali kogoś kto wybrał się po chrust, dzieciaka wypasającego kilka chudych świń, ciekawską wiewiórkę jaka zerkała na nich z bezpiecznej gałęzi drzewa. Ale nic niezwykłego. Przygoda Tobiasa z końcówką polowania rysia na sarnę chyba było tu najbardziej ekscytujące. Las w bezpośrednim sąsiedztwie wioski nie krył w sobie żadnych niespodzianek czy niebezpieczeństw. A dalej nie było sensu iść jeśli chcieli wrócić na śniadanie i poranną zbiórkę. Przynajmniej wstali całkiem wypoczęci. Siano w połączeniu z własnymi kocami i suchością strychu stodoły całkiem przyjemnie grzało. Nawet szczeliny przez jakie czuć było chłodny, nocny powiew tego nie psuły. Na nocnych wartach też nic się nie wydarzyło godnego aby to potem opowiadać. Uśpiona wioska była monotonną, mroczną ciszą. Po północy jeszcze dodatkowo działał tak deszcz jaki usypiał i wygłuszał wszystkie słabsze dźwięki. Monotonne bębnienie kropel deszczu o dach stodoły działał kojąco. Psy po gospodarzy nie szczekały a zwykle one pierwsze wyczuwały obcego czy inne zagrożenie. Na tym właśnie zapewne bazował Kolesnikow nie widząc sensu aby mniej skuteczne dwunogi też miały nie spać skoro mieli tyle czworonożnych strażników. Nie zabronił tego robić ochotnikom ale sam nie zamierzał się tym zajmować. Do rana nic nie przerwało tej nocnej monotonii.
Wieczorne rozmowy Stefana z mieszkańcami czy poranne Duivela jak na okoliczności wojny to też wydawały się dość rutynowe. Owszem jak wieczorem włócznik rozpowiedział o swoich leczniczych umiejętnościach to okazało się, że roboty to ma na cały wieczór. Ledwo skończył wizytę w jednym gospodarstwie już go wołano do sąsiadów. Okazało się, że tu jest ktoś kogo boli brzuch, tam komuś złamana ręka się paskudziła, jeszcze ktoś dostał podejrzanej wysypki. Tak, miał całkiem sporo do roboty. W międzyczasie dowiadywał się historii z tym związanych. Większość była od tutejszych mieszkańców Speck. Dowiedział się jak to Hans podczas naprawy dachu spadł z niego i się potłukł, jak Gerhard w swej chytrości zeżarł coś co mu szkoda było wyrzucić i teraz to odchorowywał, jak Maria źle podeszła do krowy i ta ją kopnęła albo jak utopce wciągnęły młodego Jurgena bo tylko chodaki przy brzegu po nim zostały. Ci spoza Speck opowiadali podbne rzeczy tyle, że zwykle nie ze Speck.
Kislevska rodzina miała najstarszą córkę brzemienną. Jej mąż został w Kislevie powołany do wojska i nie wiedzieli co się z nim dzieje. A ona sama miała ciężarne boleści. Trudno było się z nimi dogadać bo Stefan nie mówił po kislevsku a oni w reikspiel. Na szczęście gospodarz u jaki ich przetrzymał od paru dni trochę znał wschodni język i jakoś przez niego oraz na migi próbowali się dogadywać.
Jakiś starzec z gromadką wnuków i dzieci jakie zgarnął po drodze pochodził z pogranicza i dotarł z tymi dziatkami aż tutaj. Chciał dotrzeć do jakiegoś miejsca gdzie było bezpiecznie aby uciec przed tą wojenną zarazą. Zastanawiał się czy wystarczy do Kienbaum czy jednak trzeba będzie opuścić granice Ostlandu i udać się za granicę. W jego mniemaniu już teraz był tak daleko od rodzinnych stron jak nigdy wcześniej i to wydawało mu się strasznie przerazające. Ale wróg jaki najechał jego rodzinne strony jeszcze bardziej więc wciąż ze swoją dzieciarnią parł na zachód.
W kontekście Wendorf niewiele się dowiedzieli. Dla mieszkańców Speck to było jedno z trzech okolicznych miast i to chyba to najmniej istotne bo nie dało się tam jak do Ristedt czy Kienbaum dopłynąć łodzią tylko trzeba było iść cały dzień w głąb lasu. Więc gdy tylko była taka możliwość to wybierali któreś z nadrzecznych miast a nie to trzecie. Trafił się ktoś kto był tam w Marktag na targ. Czyli musiał wyjść w Aubentag aby dotrzeć tam na wieczór, przenocować, od rana stać na targu aż do zmierzchu bo nie było szans w pół dnia wrócić do Speck. Więc dopiero w Backertag rano stamtąd wyszedł i wrócił tutaj krótko przed zmierzchem.
A myśliwych to w Speck nie było. Czasem ktoś zasadzał sidła na króliki czy wiewiórki ale w pańskim lesie nie można było bez zgody pana polować na coś większego. To i nie chcieli mieć kłopotów. Poza tym mieli rzekę i ryby. Co się poświadczyło i wczoraj na kolacji i dziś na śniadanie jak podano im świeże, smażone ryby i rybną polewkę. I zagrożenia no tak, banici tu byli na trakcie jesienią. Ale pan skrzyknął obławę i ich wyłapał i potem na zimowym festynie pięknie kołem kat połamał i powiesił ku przestrodze. Potem to raczej nie. Zima już była teraz się skończyła no ale wojna się zaczęła. Tam głębiej to wiadomo, zła pełno. I orki, i zwierzoludzie, i odmieńcy, i banici no ale to pod wioskę nie podchodzili. Napady no tak, czasem się zdarzały na podróżnych. Ale takiego dużego wojska to chyba nie napadną. Dla mieszkańców Speck oddział Kolesnikova jawił się jako całkiem spore wojsko.
Jak zareagowali na pojawienie się reszty regimentu tego już zwiadowcy nie wiedzieli bo ruszyli w tą wąską, błotnistą przesiekę. Wieczorem herszt Hochlandczyków poslał umyślnego do Petry gdy pokazały się ogniska na horyzoncie. Ten wrócił jak już było ciemno. Droga w jedną stronę konno zajęła mu kilka pacierzy więc nie chciał czekać do rana. A odpowiedź od szefowych była równie krótka jak meldunek, że wszystko na razie w porządku. Ustami posłańca kazała im ruszać z rana do Wendorf. W ten ponury poranek też widzieli ze strychu stodoły dymy z licznych ognisk regimentu. Więc tam pewnie też się sytuacja nie zmieniła. Z rana mieli jakieś dwa, trzy dzwony przewagi marszu nad nimi ale z czasem pewnie to się zwiększy bo taka duża kawalkada zwykle poruszała się bardziej ślamazarnie od małej grupki jaka nie miała ze sobą wozów, zwierząt i nie musiała czekać aż kolejny oddział zbierze się do wymarszu aby zająć swoje miejsce.
A jak zwiadowcy wyszli ze Speck i zagłębili się w las to stracili i ten symboliczny kontakt z macierzystym regimentem. Wedle wskazówek Teodeberta i mieszkańców mieli szansę dotrzeć do Wendrof przed zmrokiem. Wystarczyło nie zbaczać w jakieś boczne odnogi drogi jakie miały prowadzić do pojedynczych leśnych farm, siół smolarzy, leśników i tego typu miejsc zagubionych wśród leśnej głuszy niegodnych miana wioski. Przynajmniej zdaniem mieszkańców Speck. Przeszli z połowę dnia gdy się rozpadało. I jeszcze ze dwa pacierze w tym deszczu gdy znaleźli kapliczkę Sigmara Wędrowca jaka symbolicznie stanowiła półmetek pomiędzy Speck a Wendorf. Jednak tu czekała ich niemiła niespodzianka.
- Barbarzyńcy! Heretycy! Bluźniercy! Spalić ich! Ha! Mówiłem wam! Tolerujecie tego plugawca w swoich szeregach i zobaczcie! Zobaczycie do czego to prowadzi! Nie ma tolerancji dla takich abominacji! Trzeba je wypalić do cna ogniem i żelazem! - Teodebert w pierwszej chwili był przerażony tym odkryciem. A zaraz potem zaczął złorzeczyć na głos i podbiegł do przewróconej figury Sigmara. Była wyrzeźbiona z jednego, solidnego pnia drzewa więc rozmiarami przypominała dorodnego męża. A rysy miała z grubsza ciosane przez lokalnego artystę. Ale solidna, męska twarz, młot spoczywający u stóp mężczyzny, królewski diadem na czole i klamra pasa z kometą z dwoma płomieniami zdradzały, że to posąg Sigmara. Jednak teraz leżał on w błocie jak jakiś pachoł. I to nie mógł być przypadek. To nie deszcz podmył ziemię w jakiej on pierwotnie stał i nie wiatr go obalił. Na drewnianej piersi posągu ktoś wyrył nożem gwiazdę Chaosu. Padający deszcz nie zdołał zmyć paskudnych fekalii jakimi ktoś dodatkowo zbezcześcił posąg. Inne symbole wyryte na posągu też wyglądały złowrogo.
Na ziemi było sporo śladów. Widocznie ktoś tu sobie zrobił dłuższy przystanek pewnie aby obalić i zbezcześcić ten posąg. Ale nocny i obecny deszcz uczyniły je nieczytelnymi wgłębieniami. Trudno było coś z nich odczytać. Nie dało się odczytać skąd lub dokąd przyszli. Jak wnioskował Kolesnikow zapewne nie do Speck bo by się ich spotkało a żadnych śladów po drodze nie widzieli.
- To co teraz? - zapytał niepewnie któryś z banitów.
- Mieliśmy sprawdzić drogę do Wendorf. Więc pójdziemy sprawdzić drogę do Wendorf. - odparł brodacz po chwili zastanowienia. Jego ludzie nie tryskali radością z tego powodu. A objaw świętokradztwa wyraźnie ich zdeprymował.
- Chcesz iść tam dalej? A jak oni tam będą? - zagadną go kolejny najwidoczniej nie uśmiechała mu się myśl spotkania z kimś takim jaki tu pewnie wczoraj buszował.
- Trzeba. Właśnie po to nas wysłali abyśmy sprawdzili takie rzeczy. Na razie nic nie widzieliśmy. Co chcesz zameldować? Że ktoś obalił posąg? Kto? Ilu? Co mają? Nie wiesz? No to idź się dowiedz do licha cieżkiego po co zgłaszałeś się do zwiadowców jak nie umiesz tej roboty? - herszt leśnych banitów zapytał towarzysza gdy widocznie wydawało mu się, że jest w stanie przewidzieć co mogą się ich w sztabie pytać gdyby teraz zawrócili aby o tym zameldować.
- Dobrze ale pomóżcie mi podnieść ten posąg. Nie możemy go tak zostawić. - Teodebert wskazał na obaloną rzeźbę jaka była wyższa od dorosłego człowieka. I wyglądała na bardzo ciężką. Nie było dziwne, że na twarzy Hochlandczyków pojawił się sceptycyzm.
- Zostaw to. Reszta i tak idzie za nami to go podniosą. My mamy swoją robotę do zrobienia. Idziemy dalej. - rzekł ich herszt czym wywołał istną lawinę lamentów od sigmaryty. - Nie mamy lin ani wolnych koni. Ani łopat aby wykopać nowy dół. Ten stary zobacz jak się rozmył. Trzeba wykopać nowy. Zajmie nam to tyle, że reszta nas dogoni. To nie nasza robota. - próbował tłumaczyć lider zwiadowców. Jednak Teodebert był nieprzejednany. W końcu Stefan machnął na niego reką mówiąc coś w stylu, że jak chce to niech zostanie ale reszta idzie dalej.
- Ty zaprzańcu! Gniew boży cię dopadnie! Zostawić tak naszego kochanego Patrona w tym chlewie i błocie! - złorzeczył im w plecy sigmaryta jaki zdecydował się zostać przy zbeszczeczonej kapliczce nawet jeśli miałby zostać sam. Jeszcze jakiś czas słyszeli jego krzyki ale te umilkły w monotonnym szumie deszczu o liście i ziemię. Jednak teraz atmosfera się zmieniła.
- Elfy do przodu. Stefan weź swoich i na lewo. Urlich dwóch i na prawo. Tobias weź dwóch ze sobą i zostańcie trochę z tyłu. Te zasrańce wciąż mogą gdzieś się tu kręcić. - gdy już zostali bez bogobojnej duszy Kolesnikow zaczął się zachowywać jak na dowódcę zwiadu przystało. Podzielił niezbyt liczne siły na mniejsze grupki aby nie dać się zaskoczyć. A przynajmniej zmniejszyć na to szanse.
Atmosfera się zmieniła. Teraz po minięciu zbezczeszczonej kapliczki ten sam las zrobił się jakiś bardziej ponury. Bardziej złowrogi. Deszcz wydawał się sprzyjać napastnikom jacy mogli się czaić za każdym kolejnym drzewem. Wydawało się, że to sam pradawny las ich obserwuje. Wwierca się wzrokiem w kark czy szyję. Ale jak się odwracali to nie byli w stanie nic dostrzec. Jakiś ruch gałęzi wywołany lekkim wiatrem czy uderzeniem kropel deszczu. I tak krok za krokiem, pacierz za pacierzem, coraz głębiej w tą leśną głuszę. Szarpało to nerwy. A na dłuższą metę było nużące. Nie dało się zbyt długo utrzymać takiej koncentracji więc zwiadowcy liczyli na swoje doświadczenie w takich sprawach. Inną sprawą było, że przy takim deszczu i wilgoci cięciwy łuków rozmiękały czyniąc je mniej użytecznymi albo w ogóle. Nawet psy idące na smyczy węszyły czujnie, strzygły uszami i wyglądały na zdenerwowane.
W pewnym momencie psy zaczęły warczeć i zjeżyła im się sierśc. Obnażyły kły wyczuwając jakieś zagrożenie. Zaczęły ujadać alarmując nie tylko Jeagera i jego pomocników ale i resztę grupy. Kolesnikow idący drogą w centrum grupy zatrzymał się i spojrzał w ich stronę.
- Co się dzieje?! - krzyknął do nich. Kuzynki Duivela też się zatrzymały rozglądając się dookoła. Podobnie jak pozostałe grupki. I zaczęło się zaraz potem gdy zasadzkowicze widocznie zorientowali się, że zostali wykryci.
Stefan dojrzał ruch z głębi lasu. Kilka wilczych kształtów pruło wprost na niego nie przejmując się ani mijanymi krzakami ani błotem bryzgającym spod łap. Przy tej prędkości to miał szansę wystrzelić raz czy dwa zanim go dopadną.
Idący ze swoimi kuzynkami Duivel też to dostrzegł. Widział z pół tuzinka wilków lub podobnych stworzeń jakie prują na nich przez leśne ostępy z lewej strony. Wydawało mu się, że za nimi dostrzega jedną czy dwie humanoidalne sylwetki jakie pewnie je właśnie spuściły ze smyczy.
Tobias jaki z dwoma myśliwymi szli na końcu grupy widział jak z pół tuzina ogarów pędzi ku grupce Stefana jaka była najbliżej ich celu. Ale dostrzegł też kilka innych kształtów. Tym razem humanoidalnych. Kilka z nich, jeszcze na pograniczu leśnej, deszczowej widoczności mijało ich zapewne aby odciąć im odwrót albo zaatakować od tyłu.
Hello! It looks like you're interested in this conversation, but you don't have an account yet.
Getting fed up of having to scroll through the same posts each visit? When you register for an account, you'll always come back to exactly where you were before, and choose to be notified of new replies (either via email, or push notification). You'll also be able to save bookmarks and upvote posts to show your appreciation to other community members.
With your input, this post could be even better 💗
Zarejestruj się Zaloguj się