Przejdź do treści
  • Kategorie
  • Ostatnie
  • Tagi
  • Popularne
  • Świat
  • Użytkownicy
  • Grupy
  • Strona startowa
Skórki
  • Jasny
  • Brite
  • Cerulean
  • Cosmo
  • Flatly
  • Journal
  • Litera
  • Lumen
  • Lux
  • Materia
  • Minty
  • Morph
  • Pulse
  • Sandstone
  • Simplex
  • Sketchy
  • Spacelab
  • United
  • Yeti
  • Zephyr
  • Ciemny
  • Cyborg
  • Darkly
  • Quartz
  • Slate
  • Solar
  • Superhero
  • Vapor

  • Domyślna (Cyborg)
  • Brak skórki
Zwiń
  1. Start
  2. Sesje Warhammer
  3. Rozgrywka
  4. Bastion 2521 - Przez wojenne ostępy
Bastion 2521 - Przez wojenne ostępy
Pipboy79P
Pipboy79 jako
Pipboy79
Mistrz Gry
DekaresD
Dekares jako
Dekares
MirasM
Miras jako
Miras
CioldanC
Cioldan jako
Cioldan

Bastion 2521 - Przez wojenne ostępy

Zaplanowany Przypięty Zablokowany Przeniesiony Rozgrywka
import
193 Posty 6 Uczestników 710 Wyświetlenia 4 Obserwuje
  • Najpierw najstarsze
  • Najpierw najnowsze
  • Najwięcej głosów
Odpowiedz
  • Odpowiedz, zakładając nowy temat
Zaloguj się, aby odpowiedzieć
Ten temat został usunięty. Mogą go zobaczyć tylko użytkownicy upoważnieni do zarządzania tematami.
  • DekaresD Online
    DekaresD Online
    Dekares jako Dekares
    napisał ostatnio edytowany przez JhnW
    #145

    W zajeździe po rozmowie z Szefowymi

    Stefan, słuchając ciętej odpowiedzi Petry na jego propozycję co do rozpoznania terenu, przez sekundę zastanawiał się czy ma jej odpowiedzieć kontrargumentami, ale natychmiast z tego zrezygnował, widząc jej nastawienie:
    Szanse mam do niej dotrzeć mniejsze niż gdybym chciał zburzyć mur miejski rzucając w niego grochem! - pomyślał wściekły.
    Z ulgą przyjął interwencję panny von Muller i dziękując jej za możliwość przybycia po zadanie w dniu następnym, ukłonił się obydwu i wycofał z karczmy. Po tym wrócił do stołu, przy którym czekała na niego miska z jedzeniem, starał się, aby nie okazywać żadnych emocji, kiedy mechanicznie jadł zapewne całkiem smaczny posiłek. Zapewne, ponieważ był zbyt skupiony w swoich myślach na odbytej przed chwilą rozmowie, aby zwrócić na to uwagę.

    - Oczywiście, że daleko by nie zaszedł wyruszając jutro z rana! - pomyślał zły. Byłby gotowy ruszyć na to rozpoznanie choćby natychmiast dymając przez gościniec i las całą noc, wtedy zaszedłby znacznie dalej.

    Kiedy służył pod kapitanem Steinerem szybko zorientowano się, że jest człowiekiem obytym z lasem i tropieniem, więc był z grupką sobie podobnych bezlitośnie wykorzystywany do wszelkiego rodzaju działań zwiadowczych. Nie chciał nawet próbować zliczyć liczby dni, kiedy ich oddział po dniu marszu w mrozie i deszczu ( z nim i innymi zwiadowcami zawsze zasuwającymi przed, po bokach i z tyłu oddziału, co było znacznie bardziej męczące niż zwykłe maszerowanie drogą) zatrzymywał się na zasłużony postój, ale zwiadowcy natychmiast dostawali polecenie spenetrowania terenu dookoła, a po tym przynajmniej najbliższego odcinka jutrzejszego przewidywanego marszu oddziału, jeśli nie całej trasy! Jak to możliwe, że przebywali całą trasę?

    - No cóż droga Petro, trzymaj się krzesła, żebyś z szoku nie spadła ze stołka słysząc tę tajemną wiedzę wojskową - pomyślał jadowicie.

    Mianowicie, zwiadowcy dostawali konie, żeby mogli poruszać się znacznie szybciej niż maszerujący piechurzy, oczywiście nie zawsze i nie wszyscy, ale było to dla niego tak oczywistym, że wywód jego przełożonej o tym, jak to daleko nie zajdzie piechotą, o mało nie przyprawił go o spazmy śmiechu, kiedy go usłyszał. Jeszcze żeby nie mieli koni, to by mógł zrozumieć jej połajankę, ale mieli ich teraz całkiem sporo i do tego właśnie powinny być wykorzystywane!
    W swojej wściekłości podarował już nawet kwestię tego, że Ich Wielka Przywódczyni założyła, że to zadanie chce wykonywać sam, co byłoby oczywiście głupie. Stefan założył, że wyśle pewnie na zwiad grupę, jeśli nie wszystkich Gebirgsjägerów. Wtedy nie tylko mogliby stale wysyłać gońców z meldunkami o sytuacji, ale także mogliby być oddziałem osłonowym z prawdziwego zdarzenia, zdolnym do odganiania bądź rozbijania wrogich grup zwiadowczych, aby uniemożliwić im obserwację siły i zamiarów ich pułku. Jeszcze bardziej martwiła go informacja o tym, że Petra”wiedziała”, że na drodze do Ristedt wroga nie spotkają. Miał nadzieję, że się myli i to wcale nie oznacza, że ich szefowa wierzy raportom z innych źródeł bez wysyłania własnych zwiadowców.
    Nie kwestionował profesjonalizmu ewentualnych zwiadowców, pewnie ludzi hrabiego von Hochberg, ale doświadczenie nauczyło go, żeby zawsze polegać w tych sprawach na sobie w pierwszej kolejności.
    Raz już zaliczył sytuację, gdy drogę oddziału przeczesali świetni zwiadowcy z innego oddziału i ich grupa przeszła dany odcinek bez problemu, ale ich oddział dotarł w dane miejsce bez rozciągniętego zwiadu (bo pewnemu “mądremu” oficerkowi się spieszyło i nie chciał tracić czasu na “głupoty”) i wpadł w zasadzkę zwierzoludzi ściągniętych w międzyczasie na miejsce przemarszem tego pierwszego oddziału…
    Stefan skarcił się w myślach za ciągłe czarnowidztwo i przypomniał sobie, że miał dać Petrze szansę jako ich dowódcy.
    Obiecał sobie więcej wiary w Nią… po czym odmówił krótką modlitwę do Sigmara, żeby głowa rodu von Falkenhorst jak najszybciej przybył i objął dowództwo.

    Skończył szybko jeść i zebrał się do ruszenia w drogę do domu, gdy zobaczył siedzącą na uboczu siostrę Guendalinę. Przez ostatnie dni odkładał próby bliższego poznania jej pomimo szczerych chęci zrobienia tego. Teraz niejako z pewną dawką dodatkowego animuszu, wywołanego kiepski efektem rozmowy z szefową, ruszył raźno w kierunku kapłanki siedzącej na uboczu grupy zakładając, że gorzej już być nie może, więc teraz bogowie się do niego uśmiechną, prawda?
    Siostro Guen - odezwał się przywołując na twarz jak najlepszy uśmiech, co wcale nie było trudne, biorąc pod uwagę do kogo się uśmiechał - Chciałem spytać co teraz siostra ma zamiar zrobić, skoro dotarliśmy już do Lenkster? - Na chwilę wstrzymał oddech zbierając się na odwagę, po czym ze znacznie bardziej nieśmiałym uśmiechem dodał - Pytam, bo chciałem zapytać, siostro , czy sprawiłabyś mi i mojej rodzinie ten honor i zechciałabyś przyjąć zaproszenie na obiad jutro w moim rodzinnym gospodarstwie? Jeagerowie mają najlepszą dziczyznę w całej okolicy, więc nie pożałujesz! - dodał puszczając do niej oko.


    Następny dzień w drodze na Apel

    Stefan po tym jak skończył pracę nad przygotowaniem zapasów medykamentów i popołudniu spędzonym na odpoczynku z rodziną, w dobrym nastroju maszerował na zapowiedziany apel.
    W sumie w dobrym nastroju to było źle powiedziane, Jeager był pijany ZE SZCZĘŚCIA!!!

    - ONI ŻYJĄ! - chciał krzyczeć niemal przy każdym kroku.

    Nie mógł przestać radować się z wczorajszego spotkania, nie dość że jego dwaj bliscy towarzysze dołączyli do niego i chcieli iść z nim w bój, to jak tylko zapytał ojca i wuja o swojego brata i siostrę to ci zaprowadzili go do domu, gdzie po hucznym powitaniu spotkał swoje rodzeństwo Franza i Erykę bezpiecznych! Długo słuchał o tym jak jego starszy brat został ciężko ranny w walkach i dzięki oddaniu kolegów trafił do szpitala w Wolfenburgu…pod opiekę Eryki i o tym jak ta zdecydowała, że musi jak najszybciej wywieźć brata ze stolicy, zanim tą oblegnie Wróg oraz o trudnej i niebezpiecznej drodze, jaką przebyli, aby w końcu trafić do rodzinnego domu.
    W tym euforycznym stanie ustawił się z resztą “luźnego” towarzystwa dookoła Alezzi, wpierw pozdrawiając uprzejmie zarówno znanych, jak i nowych członków grupy, po czym przedstawił swoich dwóch towarzyszy:

    - Przedstawiam moich kolegów, którzy zdecydowali się do nas dołączyć, Albrechta i Olafa Wieselów z Talabeklandu. Służyliśmy razem na południu w regimencie włóczników, są wybornymi tropicielami, świetnie walczą włócznią, poza tym kunsztowi Albrechta w zakładaniu przeróżnych pułapek może tylko dorównać sprawność jego syna w odnajdywaniu podobnych “prezentów” na szlaku… - prezentację przerwało mu wesołe szczekanie trójki psów tej samej rasy siedzących posłusznie przy ich nogach:
    - Tak Azurze, jak mógłbym zapomnieć, przedstawiam także Harpię i Gryfa - dodał wesoło wskazując na parę psów bojowych.

    Po krótkiej prezentacji Jeager skupił swoją uwagę na wymienianiu uwag na temat pozostałych nowo przybyłych. Plejada nowych towarzyszy Duivela była więcej niż ciekawa i cieszył go szczególnie obecny wśród nich medyk, ale gros jego uwagi skupiła na sobie dwójka przybyłych rycerzy.
    Miał co do nich mieszane uczucia, nie miał jakiegoś wielkiego doświadczenia z walki ramię w ramię z zakutą w blachy szlachtą, ale to, co wiedział, kazało mu być do nich sceptycznym, dopóki nie pokażą na polu bitwy, że znają się na wojaczce, a nie tylko na zadzieraniu nosa i mówieniu o tym jacy to nie są wspaniali.
    Nie był w stanie rozpoznać barw tego całego von Ellingena, co pewnie oznaczało, że nie był Ostlandczykiem. Natomiast barwy ich nowej Oliwki i nazwisko von Damnitz obiło mu się już o uszy kiedyś i brzmiało mu znacznie bardziej znajomo.
    Choć nie na tyle, aby powiedzieć o tym rodzie coś więcej poza tym, że chyba powinni się bardziej zainteresować, co też ich córki wyprawiają po gościńcu.

    - Zobaczymy, czy nada się do czegoś to dziewczę w walce, czy będzie trzeba jej pomagać błękitne łzy przerażenia ścierać z policzków, jak zobaczy pierwszego goblina i leczyć odparzony przez siodło szlachetny tyłeczek jak pojeździ parę dni non stop w siodle? - pomyślał zgryźliwie.

    Natomiast dołączenie do nich gwardzisty i krasnoluda przyjął niezwykle pozytywnie. Sam nie miał co prawda okazji walczyć u boku elity piechoty Imperium dotąd, ale to, co opowiadali mu inni, a przede wszystkim jego wuj, kazało mu spodziewać się wiele dobrego od weterana, choć czuł, że pewnie nie obejdzie się też bez niepotrzebnej pompy z jego strony, no i kolejek, które będą musieli mu stawiać wszyscy w regimencie.
    W każdym razie zanotował sobie w pamięci, aby po apelu rozpytać wśród innych członków oddziału oraz w domu, co wiedzą o wszystkich nowych nabytkach regimentu.
    Sam kierunek ich marszu wielce go nie zbulwersował, szczególnie teraz, gdy nie śpieszyło mu się aż tak bardzo do Stolicy, aby ratować siostrę. Jasnym było, że aby pobić siły wroga, będą potrzebowali znacznie większych sił niż te, które grupowały się w Lenkster. Do czasu ich skomasowania znacznie lepiej będzie podgryzać mniejsze oddziały wroga, osłabiając go w ten sposób, zamiast rzucić się na oślep na główny element wrogiej armii i dać wybić.
    Bił wszystkim nowo przybyłym brawu po równo, nie wyłączając maga, widział, co ten potrafi robić swoją magią i choć nie ufał mu, nadal czuł, że jeśli ten okaże się jednak godnym zaufania, to niewątpliwie stanie się najbardziej istotnym dodatkiem do ich regimentu.

    Równie entuzjastycznie wiwatował na wieść o awansie Renate Theiss, choć miał nadal mieszane uczucia co do tej postawy podczas starcia na bagnach… z drugiej strony sam nie miał czym się chwalić, jeśli chodzi o tamten dzień, a o sprawie porzucenia jednego z mieczników słyszał tylko od innych nie będąc bezpośrednio na miejscu, więc dawał jej o wiele więcej kredytu zaufania niż Petrze. Nagrodę z rąk dowództwa przyjął z mieszanką zaskoczenia, ale i pewnego zadowolenia. Szczególnie mieszek srebra, choć nie zapomniał też o karcie papieru, którą miał zamiar oddać na przechowanie rodzicom na dowód, że się tylko w tej armii nie obija.
    Pogratulował oczywiście wyróżnienia obydwu towarzyszom po czym widząc, że Tobias chce z nim porozmawiać, z chęcią dołączył do jego wieczornych zakupów, jako, że Duviel ze swoją wesołą gromadką ulotnił się z placu szybciej niż Stefan zdążył do niego podejść i zaproponować mu i Tobiasowi wspólny wieczór w Jeagerym gospodarstwie jako próbę zażegnania wcześniejszej wrogości.

    -Masz rację Tobiasie, musimy uważać na tego czarownika, ale z drugiej strony uważajmy, abyśmy zbytnią podejrzliwością nie zmarnowali okazji do posiadania potężnego sojusznika. Żeśmy też nie dokończyli tej sprawy w tym piekielnym zagajniku! Trzeba było dopaść tę wiedźmę, co Cię zaatakowała i na włóczni przynieść jej łeb do Lenkster. Podejrzewam, że wtedy nie mielibyśmy wątpliwości kto zamordował Gustawa.
    Po skończonych zakupach sam bądź w towarzystwie Tobiasa ruszył do domu aby dobrze się wyspać umyć, przygotować wszystko co tylko będzie potrzebne i z dobrym zapasem udać się jutro do kaplicy aby pomodlić się jeszcze przed wymarszem o pomyślność w polu.

    1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
    0
    • Pipboy79P Niedostępny
      Pipboy79P Niedostępny
      Pipboy79 jako Pipboy79
      napisał ostatnio edytowany przez JhnW
      #146

      Oryginalny tytuł: Tura 32 - 2521.05.02-03; bkt; ranek - ranek

      Miejsce: pd-zach Ostland; Ristedt; obóz przy rzece; namioty i obóz
      Czas: 2521.05.02; Bezahltag; ranek - zmierzch
      Warunki: - ; na zewnątrz: zmierzch, zachmurzenie, łag.wiatr; zimno (-5)

      Wszyscy

      Regiment von Falkenhorst wyruszył zgodnie z planem czyli kolejnego poranka. Od pogodnego świtu trwała zbiórka na błoniach, tych samych gdzie poprzedniego wieczoru odbył się apel. Zbieranie się oddziałów zajęło cały poranek i gdy trębacz dał sygnał do wymarszu kolejne oddziały ruszały z błoni w kierunku błotnistej drogi prowadzącej na wschód. Mijali graniczne domy Podzamcza i tam mieszkańcy obserwowali ich przemarsz. Niektórzy im machali, krzyczeli coś pokrzepiająco, czasem ktoś wręczył przechodzącemu wojakowi bochenek chleba, pęto kiełbasy czy butelkę wina, medalik z którymś z dobrych bogów. Ale i wielkiej fety nie było. Tubylcy przyzwyczaili się, że w ciągu ostatnich tygodni jakieś oddziały przechodziły przez miasto idąc na wschód więc ten widok im spowszedniał.

      Ledwo zostawili za soba już nieco znajome kąty w Podzamczu ponurego zamku Lenkster zanurzyli się w błotnistą, drogę jaka snuła się pod sklepieniem wiecznie mrocznego lasu. Las Cieni nie na darmo miał taką nazwę i nawet w środku słonecznego lata to nie panowała tu sielankowa atmosfera.

      https://i.imgur.com/1umbeKa.jpeg

      Droga do Rstedt mocno dała im w kość. Niby wiadomo było, że to trasa na około jeden dzień marszu więc nie jakoś strasznie daleko. Jednak pogoda nie sprzyjała. Właściwie był już z miesiąc po wiosennym przesileniu ale dziś Tall i Rhya mieli chyba zły humor bo panowała słota kojarząca się z późną jesienią. Już w nocy spadła rzęsista ulewa bo rano nogi grzęzły w błocie Podzamcza a potem na polnej drodze. Mało komu nie przemokły buty podczas gdy cały dzień musiały zanurzać się w błotnej brei i kałużach. Każdy krok powodował mlaszczący odgłos a przy wyciąganiu jeszcze wyraźniejszy. A w całej kolumnie wojska było to jeszcze zwielokrotnione przez te ponad dwie setki par nóg. Można było zazdrościć tym nielicznym konnym jakich mieli, bo u nich konie i kuce mierzyły się z tym błotem a nie oni sami. Podobnie woźnice na wozach. Te jednak co jakiś czas trzeba było pomóc wypchnąć z jakiegoś błotnego padołu. Raz w jednym koło nie wytrzymało tych przygód i pękło. Eitri jednak z pomocą paru innych całkiem sprawnie nasadził nowe koło na oś i je tam umocował.

      Przez cały dzień panowała ta jesienna słota. Wymoczyła, wychłodziła podróżnych mocno. A jak w południe mieli przerwę na popas i posiłek to akurat wyszło słońce. Tyle, że na dno wiecznie zacienionego lasu niewiele tych promieni słonecznych docierało a i tak nie było ono w stanie wysuszyć błota i kałuż jakie imało się tak ludzi jak i nieludzi więc humory niezbyt dopisywali. Wszyscy mieli mokre buty i spodnie a także wierzchnie okrycia na jakie skapywała wilgoć z drzew pod jakimi obozowali czy podróżowali. Do tego co prawda słońce się pokazało ale zerwał się całkiem silny wiatr. Miotał on nawet gałęziami o grubości męskiego ramienia więc otaczające, ponure drzewa szumiały swoją złowróżbną pieśń. W połączeniu z gwarem czynionym przez obóz pełen dwunogów i zwierząt całkiem dobrze mogły zamaskować próby podejścia przeciwnika. Pewnie dlatego Petra rozkazała z każdego oddziały wystawić warty na jego obrzeżach. Ogniska też nie było łatwo rozpalić bo nasycone wilgocią drewno nie chciało się palić. Ale jak się miało czas to można sobie było poradzić i z tą trudnością a czas akurat na to mieli. Ciepły posiłek przyjemnie rozgrzewał żołądki i poprawił humory. Plotki wzbudził barwny herold jaki mijał ich obóz jadąc na zachód. Poprosił o coś do picia bo od rana był w siodle. Porozmawiał chwilę z szefowymi przed ich wagonem. Dostał nawet miskę ciepłego gulaszu i zupy co go bardzo ucieszyło. O czym rozmawiali nie było wiadomo ale jak skończył otarł usta rękawem i prawie od razu wsiadł na siodło swojego wierzchowca i ruszył znów drogą jaką regiment pokonywał wcześniej. Oni sami wkrótce też zaczęli się zbierać a, że była ich cała masa to zabierało to więcej czasu niż gdy chodziło o parę osób czy nawet jeden oddział.

      Druga połowa marszu była nie mniej ciężka niż pierwsza. Mokre buty, nogawki do kolan zwykle też, zmarznięte dłonie, co chwila ktoś pokasływał lub spluwał w bok. W marszu próbowano się rozgrzać paląc fajki co zdawało się namiastką ogniska. Ale wyjścia nie było, trzeba było wkładać nogi w to leśne błoto i je wyciągać aby dawać kolejny krok. Nie było więc dziwne, że gdy konni Gebirgsjaeger przynieśli pod koniec dnia wieści, że już widać rogatki Ristedt powitano to z okrzykami radości. zza kolejnego zakrętu dojrzeli rogatki Ristedt powitano to okrzykami radości. Jak się okazało była to radość przedwczesna.

      Ristedt było niewielkim miasteczkiem lub jak mawiali złośliwi sąsiedzi nieco większą wioską. Można tak było sądzić bo trzon miejscowości otoczony był wałem ziemnym zwieńczonym palisadą co nadawało mu nieco archaicznego i wiejskiego charakteru. Większość domów też była drewniana. I przepełniona. Miasteczko leżało o dzień bliżej do Wolfenburga więc było tu podobnie pełno różnorodnego wojska i uciekinierów jak w Lenkster. Tylko tam zbierany regigmen górskiego margrafa niejako wyrósł na miejscu i miał już swoje kwatery. Tu zaś zderzył się z podobną sytuacją i odbił jak od ściany. Wszelkie chaty, domy, zajazdy, podwórka, stodoły były już pozajmowane przez takich samych jak oni tyle, że przybyłych wcześniej. Miasteczko pękało w szwach od tych tłumów jakich mogło być nawet więcej niż tubylców.

      Kolumna regimentu wtoczyła się w ten galimatias jakim nikt nie zarządzał. I zaległa przed jedną z bram w tym ziemnym wale za jakim było serce Ristedt. Obie szefowe ruszyły do wnętrza aby się zorientować w sytuacji gdzie by można umieścić ponad dwie nowe setki zbrojnego luda jak tu chyba nie było miejsca dla dziesięciokrotnie mniejszej liczby przybyszy. Wróciły z kilka pacierzy później z niezbyt wyraźnymi minami. Rozkazały ruszyć nad rzekę i tam rozbić obóz. Wolały mieć wszystkie swoje siły na miejscu jak następnego dnia pewnie będą ruszać dalej. A zbieranie rozproszonych na po całym miasteczku pojedynczych żołnierzy oddziałów mogłoby zabrać i dobre pół dnia. Jednak przez ich wojsko przeszedł pomruk niezadowolenia. Po całym dniu marszu przez ten ponury las, wciągające błoto i wręcz jesienną słotę wszyscy mieli nadzieję wygrzać się w cieple suchej izby i tam zasnąć na noc. A tu chociaż dotarli na miejsce znów szykował się nocleg pod namiotami jakie trzeba było rozbijać na tej nasączonej wilgocią glebie. Ale rozkaz to rozkaz. Więc dowódcy oddziałów krzykiem i gwizdkami rozruszali swoich wojaków aby zrobić ten ostatni wysiłek. I przemaszerowali przez Ristedt właściwie wychodząc z niego ku rzece Wolf. Tam się zaczęli rozbijać na noc. Gdy skończyli była już końcówka dnia. Do zachodu słońca został dzwon, może dwa i kolejny zanim się zrobi całkiem ciemno. Co więcej zbierały się chmury i niektórzy wieszczyli, że coś z nich zacznie padać. Więc większość czekała aż kuchnia zrobi swoje i zaserwuje kolację i mało kto miał ochotę szukać przygód w samym zatłoczonym Ristedt. Większość próbowała ogrzać się przy rozpalonych ogniskach i odpocząć po całym dniu znoju. Zdejmowali buty, portki, onuce i ustawiali przy ogniu aby je wysuszyć. W samym centrum obozu stał wagon szefowych jaki wpadał w oko swoją regularną bryłą przewoźnego domu. Oraz dwa barwne namioty obojga konnych szlachciców i ich świty. Reszta miasteczka namiotowego była bardziej standardowa bo należała do zwykłych wojaków. Jak zwykle pewne zamieszanie wywołał mistrz Drogon. Nie miał własnego namiotu a do żadnego nie został zaproszony. To mu jednak nie przeszkadzało. Za pomocą swojej sztuki ziemia wytworzyła dla niego coś w rodzaju małej chaty zadziwiając obserwatorów. Mag nic sobie nie robiąc z tej reakcji otworzył ziemne drzwi, wszedł do środka i zniknął im z widoku. Chata nie miała żadnych okien więc nie było widać co tam się dzieje w środku. Za to wydawało się, ze ta ziemia z jakiej uformował ściany i reszty lekko się porusza i faluje. Wywoływało to bojaźń u zwykłych żołnierzy i starali się od niej trzymać jak najdalej. Jak zresztą od samego maga tak samo. Podczas całego dnia podróży nikt nie kwapił się podejść do jego wierzchowca i chyba tylko Alezzia czuła się przy nim swobodnie i najczęściej jechała obok niego.

      Jednak gdy nad obozem już rozeszły się smakowite zapachy z kuchni przyszedł do nich ktoś kto wywołał spore zamieszanie. Mimo, że był w samych sandałach i w skromnym odzieniu zdawał się nie zwracać uwagi na otaczającą go marność i słotę.

      link: https://i.imgur.com/WxJ5uTs.jpeg

      - Witajcie bracia i siostry! Usłyszałem zacne nowiny, że idziecie do boju z naszym odwiecznym wrogiem! Chwała wam! Ja, Teodebert postanowiłem do was dołączyć! Razem rozgromimy naszego wroga w imię Sigmara! Sigmar vult! - eremita płonął ogniem wiary i nie dało się przegapić długiego cepa bojowego jaki dzierżył w dłoni. Chociaż za ubranie służył mu jakiś postrzępiony mnisi habit do jakiego były przyczepione woskowe pieczęcie z modlitwami i symbolami komety, młota i wielu innych o znaczeniu religijnym to wydawało się, że wiara rozgrzewa go wewnętrznym ogniem czyniąc nieczułym na błoto i wiosenną słotę.

      - O tak! Sigmar poddaje nas próbie! Ale wytrwajmy! To jest apokalipsa naszych czasów jakiej musimy sprostać! Patrzymy na błogosławionego Magnusa Pobożnego! To jest wzór do naśladowania! Tak właśnie musimy postąpić tak samo jak nasi wspaniali przodkowie! My jesteśmy puchem marnym, nasze życie jest tylko wtedy coś warte gdy oddać je na chwałę Sigmara i w obronie jego Imperium! Ave Sigmar! A teraz zaśpiewajmy razem! Sigmar jest moim mieczem i tarczą… - Teodebert był świetnym mówcą i miał zadatki na ulicznego kaznodzieję. Bo gdy zaintonował psalm pochwalny na cześć boskiego patrona jakiemu postanowił się poświęcić całkiem sporo osób zaczęło śpiewać razem z nim. Dał się słyszeć nowy płomień wiary i nadziei w tym zmęczonym, mokrym, głodnym i wymarzniętym tłumie jaki do tej pory zachowywał się dość apetycznie. Jak skończyli rozległ się gong wzywający na kolację. Więc przy wozie kuchennym ustawiły się długie kolejki z miskami w dłoniach a i zaproszono Teodeberta aby zjadł razem z nimi. Poza tym byli ciekawi kim jest no i czy ma jakieś wieści z wojny.

      Duivel

      Obie szefowe na wieczornym apelu wydawały się być mocno zdziwione pstrokatą i różnorodną grupą jaką im przedstawił elf. Ale po chwili namysłu przystały na to aby ich zrekrutować. Na papiery jednak miał być czas rano. I rzeczywiście gdy rano przyszli do “Zająca” lady Inez brała każdego z nich na krótą rozmowę i zapisywała coś w swojej księdze. Poszło chyba dość gładko bo żadnego z tej czwórki nie odrzuciła więc oficjalnie zostali żołnierzami górskiego margrafa. Ale wedle słów Inez to Duivel był za nich odpowiedzialny i miał za nich odpowiadać. Wszystko to odbyło się nieco w pośpiechu bo jeszcze trzeba było udać się na błonie gdzie miała się odbyć zbiórka całego regimentu.

      Droga z Lenkster do Ristedt okazała się bardzo ciężka ze względu na lepkie błoto jak i wilgotną aurę. Nawet zdarzały się okresy silniejszego wiatru jaki utrudniał albo nawet uniemożliwiałby sensowne strzelanie z łuku. Skoro bez trudu miotał gałęziami grubymi jak udo dorodnego męża to i wypuszczoną strzałę by posłał nie tam gdzie by łucznik chciał. A i wilgoć szkodziła lotkom i cięciwom. Wszystko to stawiało pod znakiem zapytania główną broń wszystkich łuczników. Ale na szczęście nie trzeba było jej używać.

      Gdy pod koniec dnia Duivel dotarł do Ristedt miał mokre i ubłocone buty i spodnie do kolan. Był zmęczony i najchętniej zaszyłby się w jakimś ciepłym i suchym kącie. Ale okazało się, że miasteczko nad rzeką Wolf jest niemiłosiernie zatłoczone więc szefowe zarządziły rozbicie obozu obok, nad tą rzeką właśnie. Potem wieczorem spadła na to wszystko ulewa jaka padała aż zasnął. A rano znów padało chociaż mżawka a nie ulewa. Jemu samemu pulsowało w skroniach i czuł początki przeziębienia. Zdawał sobie sprawę, że nie jest w swojej najlepszej formie. A jeszcze wezwano go do wagonu szefowej.

      Tobias

      Mieszkaniec Smallhof zorientował się dość szybko, że po apelu już było zbyt późno aby chodzić po straganach czy sklepach. Te pierwsze były już zwinięte te drugie zamknięte. Jeszcze tylko w przepełnionych karczmach drzwi stały otworem. Dobrze, że zrobił większość swoich zakupów przed zmierzchem i apelem.

      Ostatni ranek w Lenkster odnalazła go Olga. Uściskała mocno życząc mu szczęścia i wręczyła tani medalik z czaszką jelenia jaki był symbolem Taala. A ten był panem leśnej zwierzyny, łowów i łowców. Oraz torbę z solidną wałówą na drogę. Porozmawiali przez chwilę sam już nie wiedział o czym. A potem musiał ją zostawić gdy wojsko ustawiało się do porannego aplelu. Widział ją jeszcze potem jak wychodzili z błoni gdy machała do niego krzycząc coś na pożegnanie.

      Potem była długa, mokra i błotna droga do Ristedt. Właściwie dotarli tam przed zmierzchem tak jak to było w planie. Ale byli wszyscy strasznie zmordowani tą drogą. On na pewno. Zresztą te nowe buty miał całkiem mokre i ubłocone. Chociaż w środku były jeszcze suche. Bo jak widział po sąsiednych ogniskach to inni mieli z tym więcej kłopotów. Niemniej jak się rano obudził okazało się, że znów pada tak jak wieczorem tylko mżawka a nie ulewa. Nie wyspał się, był zmęczony i pokasływał co wyglądało na początek przeziębienia. A jeszcze się okazało, że został wezwany do wagonu szefowej. Chociaż nie tak od razu i z przystankiem na śniadanie przy wozie kuchennym. A tam się okazało, że wezwano nie tylko jego.

      Stefan

      Stefana obudziło potrząśnięcie za ramię. Ktoś przyszedł do jego namiotu i obudził go z wezwaniem do wagonu szefowych. Ale nie tak od razu bo miał wcześniej iść do wozu kuchennego gdzie mieli im wydać posiłek wcześniej niż reszcie. Jak posłaniec wyszedł Ostlandczyk stwierdził, że jest w kiepskim nastroju. Głowa go bolała, czoło miał zbyt ciepłe i spocone i w ogóle po tej wczorajszej przeprawie przez las to chyba zaczynał łapać początek przeziębienia. Ta przeprawa dała mu w kość. Rano odkrył, że spodnie i buty moczone cały dzień w błocie i kałużach przeschły w cieple ogniska ale nie do końca. Nie wkładało się ich zbyt przyjemnie. Gdyby nie padało i miałby chodzić po suchym to by doschły na nim. Ale bez wychodzenia z namiotu słyszał jak mżawka monotonnie o niego łomocze. Znów padało.

      Wbrew swoim obawom jakie kotłowały mu się w głowie nie wyartykułowane w rozmowie z szefowymi nic ich nie napadło podczas drogi do Ristedt. Ale też cały regiment liczył jakieś dwie setki zbrojnego luda więc standardowa banda zdolna napaść na kuriera, powóz, kawalkadę uchodźców albo pojedynczy oddział mogła przemyśleć sprawę jeszcze raz widząc tak silnego i licznego przeciwnika. Na miejsce przeznaczenia dotarli nieatakowani. Ale błoto, wilgoć i pogoda dała im w kość. Jemu samemu też co właśnie to odczuwał. Na pocieszenie miał wspomnienie z obiadu ze swojego ostatniego dnia na Podzamczu Lenkster. Siostra Guendalina przyjęła jego zaproszenie na obiad. I popołudnie mógł spędzić w jej miłym towarzystwie. Ona sama jednak zostawała w Lenkster. Musiała być posłuszna rozkazom przełożonych a czekała na jakieś listy jakie miała zawieźć z powrotem do swojej przeoryszy w Hochlandzie.

      Za to gdy wrócił do domu ze spotkania z Tobiasem i resztą to domownicy już spali. Ale rano nim wyruszył na apel mógł im się pochwalić listem od szefowych. I wzbudził tym ich szczery podziw i dumę. Cieszyli się, że ich syn tak się zasłużył w nowym regimencie, że nawet w dowództwie to zauważyli i wystawili mu ten papier i to tak przy wszystkich, przed całym regimentem, no no… Rzadko to się zdarzało, chyba pierwszy taki list w ich wsi to było się czym chwalić nawet jak już ich syn i brat odjedzie. No i właśnie pożegnali go też a nawet odprowadzili na te błonie. Tam uściskali go jeszcze i machali na pożegnanie nim stracił ich z oczu wśród sylwetek na tle pierwszych domów Podzamcza.

      Od towarzyszy jeszcze w Lenkster wiele się o tej dwójce rycerzy nie dowiedział. Zapewne dlatego, że pospólstwo niezbyt się orientowało w sprawach zakutych w pierwszorzędną stal szlachty a ta niezbyt zwracała na nie uwagę. W każdym razie wychodziło na to, że Herr von Ellingen pochodzi z Middelnheim. Skąd dokładnie to nie było wiadomo. I przybył tutaj ze swoją świtą szukając wojennej sławy no i jakoś dogadał się z lady Inez, że zgodził się dołączyć do regimentu. O Frau von Damnitz było więcej plotek bo w Ostlandzie nie było zbyt wiele dam co przywdziewały zbroję. Ale ród von Damnitz pochodził gdzieś tam z północnego wybrzeża Ostlandu i pogranicza z Kislevem i mieli całkiem sporo morskich tradycji. Jednak chociaż lud morza zwykle był bardziej elastyczny niż tutaj w głębi lądu to i tam rzadko kobiety parły do kariery wojennej chociaż i tak chyba częściej niż w trzewiach kontynentu. I jakieś plotki o kobiecie - rycerzu z północy słyszano ale zwykli wojacy nie byli pewni czy chodziło właśnie o lady von Damnitz czy jakąś inną. W każdym razie rycerski duet przetrwał tą ciężką drogę do Ristedt bez widocznych przygód i uszczerbku i jak nawet któreś się mazgaiło to Stefan tego nie dostrzegł a i nie było takich plotek. Co ich widział to jechali prosto w siodle w swoich zbrojach i chyba rozmawiali ze sobą, czasem z szefowymi bo konnych było w kolumnie tyle co kot napłakał to niejako byli skazani na swoje towarzystwo.

      Miejsce: pd-zach Ostland; Ristedt; obóz przy rzece; namioty i obóz
      Czas: 2521.05.03; Konistag; ranek
      Warunki: - ; na zewnątrz: dzień, mżawka, umi.wiatr; b.zimno (-10)

      Wszyscy

      Kolejny dzień zaczął się od stukania kropel deszczu o płachty namiotowe i niezbyt dobrym samopoczuciem. Właściwie to żaden z trójki zwiadowców tak najchętniej to by w ogóle nie wstawał tylko pospał jeszcze trochę w ciepłym legowisku ze swoich koców. Siąpili nosami, pulsowało im w skroniach i byli dość zaspani. A jednak to właśnie im zapowiedziano wezwanie do wagonu szefowych. Dlatego kuchnia wydała im posiłki trochę wcześniej nim się zaczęła ustawiać do nich poranna kolejka. Podobnie jak banitom Kolesnikova jacy też jeszcze nic nie wiedzieli o co chodzi ale ich herszta też wezwano.

      - Oho! Wojsko przypomniało sobie o naszym istnieniu! Czyli znów władują nas w jakichś syf! - zaśmiał się rubasznie brodaty Hochlandczyk pomiędzy jedną a drugą łyżką zupy. Wkrótce miało się okazać czy miał rację. Obóz właśnie zaczynał zbierać się przy kuchni od Ristedt i sąsiedniej wioski słychać było pianie kogutów a na to wszystko padała monotonna mżawka skutecznie mocząc wszystko i wszystkich co nie było pod namiotami. W nocy zresztą też padało. Tak jak to ktoś mówił jeszcze przed zmierzchem z tych zbierających się chmur lunęło całkiem porządnie. Więc zasypiało się tak samo jak się budziło czyli z łomotem kropel o płachty namiotu. Tylko intensywniejszym niż o poranku. A czwórka mężczyzn stawiła się przed wagonem obu szefowych. Gdy się ozwali drzwi otworzyła szefowa która preferowała spodnie. Przemówiła do nich ze stopni swojego wagonu. Narzuciła na siebie ten czerwony kubrak w jakim często podróżowała a żywy kolor łatwo wpadał w oko.

      - Jesteście. To dobrze. Jak wiecie musimy się przeprawić przez Wolf. - wskazała głową w stronę rzeki przy jakiej nocowali. Teraz widać było całkiem wartki nurt na jakim rozbijały się kręgi mżawki.

      - Nam to trochę zajmie. Jest mało łodzi. Was przewiezie Wasilij. - wskazała na jakiegoś chłopa odzianego w zużytą kapotę podszytą baranem i kapeluszem o szerokim rondzie jaki chronił głowę przed deszczem ale też zasłaniał sporą część twarzy.

      - Na drugim brzegu pomaszerujecie do Wendorf. Pierwszy dzień powinniście iść w dół rzeki, jak na Kienbaun. A gdzieś w połowie jest odnoga na wschód, właśnie do Wendorf. Od tego rozwidlenia to też jakiś dzień drogi. Sprawdzicie dla nas czy da się tam dostać. Tu w Ristedt nie ma wroga, nic co by nam mogło nam na poważnie zaszkodzić. Na pewno są pod Grunackeren ale to jeszcze dalej na wschód. A w Wendorf nie wiadomo. Właściwie po przekroczeniu rzeki wkraczacie w niezbadany teren. Weźcie potrzebne zapasy bo póki się znów nie spotkamy nie będziecie mogli się u nas stołować. Tu macie list, że pracujecie dla mnie i jesteście częścią naszych oddziałów. Może on wam pomóc ale nie wszyscy respektują takie glejty. - Petra von Falkenhorst streściła im ich nowe zadanie. Mieli dołączyć do oddziału Kolesnikova i zrobić rozpoznanie trasy jaką miał podążać regiment. Docelowo miał dotrzeć do Grunackeren aby przerwać jego oblężenie ale z Ristedt to było kilka dni marszu błotnistymi drogami przez pradawny Las Cieni w jakim i bez żadnej wojny nie było bezpiecznie. Co prawda jakieś dwie setki zbrojnych to nie musiało się obawiać ataku przygodnej bandy zbójców, orków czy zwierzoludzi ale na pojedynczy oddział łuczników już ktoś mógł się pokusić nawet jeśli nie poważyłby się na cały regiment. A i wojenny czas powodował zamieszanie i zbieranie się różnych potworności w większe bandy jakie rzadko zdarzały się w trakcie pokoju. Wielką niewiadomą stanowiły bandy grasantów z inwazyjnej armii. Wiadomo było, że gdzieś pewnie są, plądrują i rabują ale jak liczne, silne czy gdzie tego na razie żadnych wieści nie było.

      - Dostaniecie też przewodnika jaki zna drogę do Wendorf. - dorzuciła stojąca na schodkach swojego wozu szefowa. Jeśli nawet coś chciała dodać jeszcze to niezdążyła. Bo gdzieś z obozu doszły ich wrzaski jakiejś awantury.

      - Herezja! Kultysta! Heretyk! Dobrzy ludzie! Czy nie widzicie tej abominacji!? To przez takich jak on mamy upadek naszych czasów i obyczajów! Tolerowaliśmy tą herezję i to było naszym błędem! Trzeba ją wyplenić z naszej żyznej ziemi! Z naszej wiary i życia! - Teodebert krzyczał na całe gardło wskazując na czerwonego maga. Ten właśnie złożył swoją ziemną, magiczną chatę co wyglądało jakby ta właśnie spłynęła z powrotem na ziemię zamieniając się w kolejną plamę błota. To chyba właśnie zwróciło uwagę wiernego. Pokazywał palcem na mężczyznę w czerwonych szatach. Ten zachowywał spokój i przypatrywał się oponentowi spod swojego obszernego kaptura. Dookoła stali w tej mżawce żołnierze z różnych oddziałów co właśnie szli stanąć w kolejcę na śniadanie albo wracali z pełnymi, parującymi w zimnym powietrzu miskami. Zaskoczeni tym widowiskiem jeszcze nie wiedzieli jak powinni zareagować.

      W pewnym momencie mag wykonał ruch ręką. I krzykacz zapadł się w ziemię do połowy sylwetki! To wywołało szmer zaskoczenia i strachu wśród obserwatorów. Zaskoczyło chyba nawet Teodeberta bo na chwilę zamilkł. Ale szybko odzyskał werwę.

      - Widzicie?! Widzicie?! Jak podstępnie atakuję sługę bożego?! Będziecie tak stać i na to pozwalać?! Sigmar wszystko widzi! - krzyczał rozgniewany wierny. Przez żołnierzy przeszedł szmer. Zapewne niechętnie naraziliby się na gniew boskiego opiekuna Ostlandu ale też nie byli pewni jak to by było zadrzeć z magiem o niewiadomym potencjale. Przerwał im gwizdek szefowej.

      - Starczy tego! Rozejść się do swoich zajęć! Czy mam wam znaleźć zajęcia?! - krzyknęła gromko a to, że była w czerwonym kubraku i na podwyższeniu schodów sprawiało, że trudno jej było nie dostrzec. Słysząc polecenie szefowej sierżanci przejęli pałeczkę i zaczęli rozganiać zbiegowisko do swoich namiotów i ognisk. Bo ci z kolejki nie ryzykowali z utraty w niej miejsca skoro jeszcze mieli puste miski.

      - To jest wasz przewodnik. Teodebert. Mówi, że tu nauczał i zna drogę. Wyciągnijcie go z tej ziemi i zabierzcie ze sobą. Bierzcie tylko to co nie będzie was opóźniać, żadnych wozów i ciężkich pakunków tylko to co możecie unieść sami. - lady von Falkenhorst dokończyła przedstawienie zadania jakie miała dla swoich zwiadowców. Wręczyła list i sakiewkę z Kolesnikovowi. - To na noclegi i podobne wydatki. Abyście nie przynieśli wstydu regimentowi. Jesteśmy nowym regimentem i dopiero wyrabiamy sobie markę jaką inne już mają od dawna. Dlatego zależy nam na opinii. Gwałty, rabunki, grabieże nie będą tolerowane. - dodała wyjaśniająco na co przeznacza ową sakiewkę.


      Mecha 32

      Pogodoodporność (ODP + skille)

      Tobias ODP 40
      Stefan ODP 45
      Duivel ODP 40
      Surwiwal +10 (Tobias, Stefan, Duivel)
      wędrowiec +10 (Tobias, Duivel)
      temperatura: zimno -5 (wszyscy)
      wilgoć i błoto -20 (wszyscy)

      rzut: https://orokos.com/roll/1001291 93

      Tobias 40+10+10-5-20=35; 35-93=-58 > du.por = mod -15, lekkie przeziębienie

      Stefan 45+10-5-20=30; 30-93=-63 > du.por = mod -15, lekkie przeziębienie

      Duivel 40+10+10-5-20=35; 35-93=-58 > du.por = mod -15, lekkie przeziębienie

      1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
      0
      • DekaresD Online
        DekaresD Online
        Dekares jako Dekares
        napisał ostatnio edytowany przez JhnW
        #147

        Backertag; popołudnie; Lenkster

        Jeager skończył zdawać krótki raport z pannie Inez z tego co udało mu się znaleźć dla regimentu do zakupu i po chwili wahania dodał jeszcze jedna rzecz:

        - Chciałem jeszcze powiedzieć o jednej rzeczy Pani… - tutaj uśmiechnął się trochę przepraszająco - Podczas zakupów udało mi się dokonać jeszcze jednego zakupu we własnym zakresie Pani - wyciągnął z kieszeni małą buteleczkę z sugestywnie wyrytym na niej wizerunkiem pająka - To trucizna do smarowania broni, jad wielkiego pająka z okolicznych lasów, mam nadzieje, że bardzo posmakuje naszym “miłym gościom” z północy. Wolałem wspomnieć Panią że coś takiego kupiłem. Zanim znajdziecie to u mnie przypadkiem w plecaku i pomyślicie, że zamierzam Panią albo komuś innemu z regimentu to dolać do jedzenia w ramach “dbania” o wasze zdrowie.

        - No to dobrze, że mówisz. Będziemy wiedzieć od kogo zacząć szukanie jeśli zaczną się przypadki trucicielstwa. - odparła szefowa w spódnicy biorąc do ręki buteleczkę z wizerunkiem pająka. Oglądała ją chwilę czytając dość skromnie opisaną etykietę i wzięła ją pod światło potrząsając nieco. W końcu oddała ją włócznikowi. Nie był właściwie pewien czy sobie chciała zażartować z niego czy nie.

        - No cóż, uważaj z tym. Nie chcę jakichś przypadków zatrucia pajęczym jadem w naszych szeregach. Jesteś odpowiedzialny za tą buteleczkę. - widocznie nie miała nic przeciwko temu aby posiadał taki sprzęt ale czyniła go odpowiedzialnym za jego przechowywanie i użycie.
        - Tak Jest! -odparł Jeager chowając buteleczkę do swojej torby.

        Bezahltag, ranek, Lenkster przed wymarszem regimentu

        Stefan wyszedł z świątyni Sigmara w której modlił się o odwagę i powodzenia wyprawy wojenne w której brał udział.
        Rozejrzał się dookoła szukając wzrokiem widoku pewnej pięknej osóbki… i nie zawiódł się, młoda kapłanka Rhyii czekała na niego w umówionym wczoraj miejscu.
        Stefan nie tracąc czasu szybko przeszedł ulicę do miejsca gdzie stała kłaniając się jej nisko i całując ją w dłoń:

        - Miło siostrę widzieć - powiedział uśmiechając się do kapłanki, szybko jednak przeszedł do sedna sprawy dla której ściągnął niewiastę w to miejsce o tak wczesnej porze, oczywiście poza okazją do ponownego zobaczenia się z coraz bardziej podobającą mu się dziewczyną:
        - Nasz regiment za chwilę wyrusza do Ristedt które jest o dzień drogi na wschód stąd, po tym mamy ruszyć na południe południowy-wschód najpierw do Wendorf a po tym do Grunackeren które ma być oblężone. Jeśli jakoś mógłbym przysłużyć się siostrze w którymś z tych miejsc np. dostarczając jakąś wiadomość to jestem do usług Guen.

        - Dziękuję za propozycję. Ale nic nie przychodzi mi do głowy. Nie jestem z tych okolic. Nie znam tu nikogo. Muszę tu czekać na odpowiedź a jak przyjdzie będę zapewne wracać do mojej przeoryszy. Jestem tylko skromną nowicjuszką i winnam posłuszeństwo starszym. - skłoniła lekko głowę gdy wspomniała o owych przełożonych a trochę wcześniej zastanawiała się chwilę nad odpowiedzią. Nim pokręciła przecząco głową posyłając rozmówcy przepraszające spojrzenie.

        Stefan uśmiechnął się do niej wyrozumiale, odpowiadając:

        - To zrozumiałe, zakładałem że mogłabyś spytać się swoich przełożonych tutaj zanim wymaszeruje czy nie potrzebują dostarczenia jakiejś wiadomości do tych miejsc które wymieniłem, lepiej żeby wysłały tam kogoś takiego jak ja niż narażały inne nowicjuszki albo tym bardziej Ciebie? Oczywiście powiedz jeśli narzucam się zbytnio, potrafię być Dość nadgorliwy.

        - Nie znam planów moich przełożonych. Udam się tam gdzie mi polecą. Jednak nic nie wiem aby mieli dla mnie jakieś plany związane z tymi miastami o jakich mówisz. - młoda kapłanka rozłożyła dłonie i pokręciła głową w przeczącym geście. Widocznie stała za nisko w hierarchii aby wiedzieć coś na temat planów stojącej ponad nią w hierarchii.

        - Rozumiem, dość już o tym - Stefan uśmiechnął się do niej lekko zniecierpliwiony i zaniechał dalszego indagowania skoro i tak nie odpowiadała na zadawane przez niego pytanie. W końcu nie pytał się jej o to czy coś wie na temat planów swoich przełożonych tylko, że mogłaby się jeszcze o nie spytać o przed jego wymarszem z Lenkster.
        - Mogę młodą nowicjuszkę w taki wypadku zaprosić chociaż na krótki spacer do obozu zanim ruszymy na wojnę?

        Skinęła głową i ruszyła obok niego. Szli przez poranek i błotniste ulice Podgrodzia jakie błyszczały się w porannym słońcu od wilgotnego błota i kałuż jakie na nich zalegały. Mieszkańcy otwierali swoje sklepy, kramy i warsztaty. Dzień się zaczynał ale dla regimentu górskiego margrafa miał to być ostatni poranek u stóp ponurej, granicznej twierdzy. Zapewne także wewnątrz niej ci którzy decydowali o tej kampanii jeszcze spali lub dopiero zaczynali swój dzień. Więc wątpliwe było aby skromna nowicjuszka odważyła się tam komuś zawracać głowę osobom znacznie ważniejszym od siebie.

        Bezahltag ,wymarsz z Lenkster

        Jeager raźno maszerował w ulicami Lenkster z resztą swoich towarzyszy kierując się w kierunku wyjścia z miasteczka które pokieruje ich w kierunku na Ristedt. Koło jego nogi wesoło biegał Azur razem z pozostałymi dwoma psami. Właśnie dotarli do miejsca o którym mówił wczoraj z ojcem i zobaczył ich wszystkich. Cała jego rodzina stała tam pod ścianą “Wędrowca” prowadzonego przez Jorga i Katrinę Sommer. Jego rodzice, wuj Hans wraz z żoną Helgą piątką ich dzieci no i jego własne rodzeństwo w skromnej liczbie siedmiu od najmłodszej piecioletniej siostrzyczki Nadii do Franza który przybył pomimo ran które sam odniósł i siedział tam teraz na krześle z małym synkiem na kolanach i żoną u boku. kiedy go dostrzegli zaczęli machać mu i pozdrawiać go w imieniu Sigmara.
        Odpowiedział im równie entuzjastycznie śmiejąc się na widok najmłodszych sióstr Agatki i Nadii próbujących się wyślizgnąć rodzicom i przybiec do niego żeby się z nim zapewne bawić.
        Zakręciła mu się łezka w oku wiedząc, że może ich widzieć już po raz ostatni. Ale dało mu to tylko większą motywację do tego aby tym mocniej walczyć z wrogami nadjeżdżającymi ich ziemię, ich Ostland.
        Kiedy w końcu jego rodzina ostatecznie znikła mu z oczu wrócił myślami do zadania przed nimi, jasnym było, że rozbijając siły wroga oblegające Grunackeren pomogą nie tylko mieszkańca tego miasta ale i oblężonej stolicy jeśli uda im się po za tym rozbić więcej band grasantów łupiących pomniejsze miasta i wioski to może im się udać zmusić wroga do przerwania oblężenia stolicy. W końcu oblegający muszą skądś brać jedzenie a że raczej nie słyszał aby łupieżcy choasu mieli jakieś linie zaopatrzenia przesyłającą im potrzebne zapasy i północnych pustkowi to tylko łupienie okolicy mogło ich wyżywić. Do takiej kampanii jednak trzeba było działać szybko i zdecydowanie. Miał nadzieję że ich dowództwo będzie w stanie narzucić takie tempo działań. kKedy powoli wymaszerowali z granic Lekster miał też nadzieję że sąpiący deszcz da sobie w końcu spokój i pozwoli wyschnąć drodzę, bo z każdym krokiem jaki oddalał ich od jego rodzimego miasteczka coraz bardziej zapadali się w błoto, co nie sprzyjało szybkiemu i zaskakującemu manewrowi.

        Bezahltag, gdzień w drodze do Ristedt, początek przerwy na posiłek

        Stefan dysząc ciężko przysiadł na drewnianej skrzynce którą chwilę wcześniej ściągnęli z wozu na którym trzymali z resztą ich “zbieraniny’ rzeczy. Po chwili zebrał w sobie siły aby pomimo zmęczenia i przemoczenia ściągnąć z pleców swój wysłużony plecak. Musiał się chyba cholernie szybko starzeć bo ten wydawał mu się niczym z ołowiu po całym dniu w drodze. Miał ochotę najlepiej zwalić się ze skrzynki na ziemię( a raczej prosto w błoto) i od razu zasnąć jednak zamiast tego sięgnął do plecaka po kawałek suszonego mięsa którym miał zamiar podzielić się z Azurem. Zamiast na worek z paskami mięsa jego ręka trafiła na coś znacznie twardszego po chwili ku swojemu zdziwieniu wyciągnął.z plecaka kamień który musiał ważyć z kilogram. Chwile po tym wyciągnął kolejny i kolejny… po chwili Jeager miał przed sobą mały kopczyk kamieni który spokojnie ważył z dziesięć kilogramów jak nie więcej:
        Jak do jasnej cholery, to cholerstwo trafiło do mojego plecaka!? -pomyślał Stefan nie wiedząc do końca czy ma być bardziej zły czy skołowany. Pomyślał że takiego numeru nie widział od czasu gdy “Piekielne Łasice” nie załatwiły… natychmiast poderwał wzrok w poszukiwaniu dwójki towarzyszy którzy mieli całą krasnoludzką księgę uraz zapisaną przeróżnymi kawałami wykręconymi członkom ich starego oddziału.
        Oczywiście zarówno jeden jak i drugi stali zaledwie kilka metrów od niego wyszczerzeni od ucha do ucha:

        - Co tak się patrzysz Stefanie? Przecież nam gadałeś że będzie trzeba treningi robić, no to zadbaliśmy żebyś poćwiczył w drodze zamiast teraz się dodatkowo na ten deszcz wystawiać - rzucił do niego Olaf udając troskę

        -W końcu musimy dbać o zdrowie naszego Wodza - dodał z pełnią udawanej powagi jego ojciec.
        Stefan poderwał z ziemi największy z kamieni po czym cisnął go w dowcipnisiów tak aby żadnego w żadnym wypadku nie trafić a także upewniając się że nikogo innego ani niczego innego nie ma na wybranej przez niego trasie pocisku.

        - Żeby Was demony chędożyły! Przeklęte Piekielne Łasice! - zaczął im złorzeczyć choć widać było, że oczy mu się śmieją. W końcu sam był wspólnikiem w niejednym z ich wybryków.

        Bezahltag, podczas przemarszu przez Ristedt

        Głodny i zziębnięty Stefan starał się nie złorzeczyć na głos mijanym mieszkańcom Ristadt kiedy zorientował się że Ci nie mają zamiaru ich przenocować.

        - Dranie, sami grzeją się w ciepełku przy swoich paleniskach a Ty idź i zdychaj na mrozie, a tylko nie zapomnij się pozbyć tej armii najeźdźców najpierw! - zgryźliwie myślał kiedy opuszczali obwarowanie osady.

        Pomimo zmęczenia starał się pomagać jak mógł najlepiej w rozkładaniu obozu choć powolne tempo w jakim się poruszali było dla niego powodem ciągłej irytacji. Wiedział jednak, że ślimaczenie się jest o wiele rozsądniejsze niż pośpiech który jak widział dookoła często kończył się poślizgnięciem się i wylądowaniem twarzą w błocie.
        W trakcie tego rozkładania zauważył pojawienie się w obozie kaznodziei, było to dla niego bardzo miłe zaskoczenie choć nie miał czasu ani siły aby rozmawiać z gorliwym krzewicielem wiary teraz, starał się jednak modlić po cichu razem z nim podczas wykonywania obozowych prac i to właśnie dodające sił modlitwy pozwoliły mu zmusić się do tego żeby zamiast wleźć do namioty i zasnąć w nim udać się do punktu opatrunkowego i sprawdzić czy ktoś nie potrzebuje tam jego pomocy.

        - Po tym muszę w końcu coś zjeść, bo padnę jak mucha - pomyślał idąc w kierunku namioty nie zapominając zabrać własnej miski do jedzenia na później.

        Bezahltag; zmrok; Ristedt

        Jeager przez chwilę patrzył na chatkę którą wyczarował sobie czarownik a którą wszyscy z bojaźnią omijali jakby miała ich pożreć. Po chwili zastanowienia prychnął zziębnięty po całym dniu na deszczu i trochę z ciekawości, trochę aby pokazać reszcie że nie boi się czarodzieja, a także ze szczerej uczynności podszedł do chatki i zapukał w jej drzwi wołając:

        - Mistrzu Dragorze! Tutaj Stefan Jeager wydają właśnie wieczorny posiłek, może chce mistrz coś zjeść albo potrzebuje jakiegoś naparu z ziół na rozgrzanie od tego zimna?

        Stefan z jednej strony szczerze był zainteresowany czy mag czegoś nie potrzebuje, w końcu chyba musi coś jeść i pić jak każdy inny człowiek prawda?
        Poza tym jeśli mieli z Tobiasem i resztą przekonać się czy można mu ufać to trzeba było odważyć się na przełamanie bariery strachu jaka otaczała maga.

        Przez chwilę nic się nie działo. Stał na chłodzie przy chacie jaka właściwie nawet nie miała drzwi. Dłoń ugrzęzła mu w tej ziemi i nawet nie rozległ się znany odgłos stukania w drewno. Z bliska widział jakby była to konstrukcja zrobiona z pulsującej ziemi. Jaka nieznaną siłą stała w poziomie zamiast opaść na dół. Czuł jak mu włoski na karku stają dęba. Tak samo jak na ramieniu. W nozdrzach poczuł jakiś dziwny zapach. Nie umiał go nawet nazwać. Ani określić co to jest. A jednak wydawało się, że był. Nawet na podniebieniu coś go zaswędziało jakby jakiś nowy, nieznany smak. Widział jak inne głowy żołnierzy spojrzały w napięciu w jego kierunku jak na szaleńca jaki zaraz skończy marnie. I niespodziewanie fala pulsującej ziemi spłynęła w dół jak woda. Utworzyło się regularne przejście i stanął w nich mężczyzna w czerwonym kapturze. Nie widział jego oczu a jedynie dół jego twarzy. Po zebranych rozszedł się pomruk niepewności co się teraz stanie. Zwłaszcza, że gospodarz dziwnego konstruktu chyba się zastanawiał albo oglądał swojego gościa.

        - Tak, zjadłbym coś. Czy mogę liczyć na ciebie, że przyniesiesz mi strawę? Jak widzisz trudno mi przejść niezauważonym. - odparł spod kaptura zaskakująco pogodny głos gospodarza.

        Stefan uśmiechnął się do maga, po czym odparł kłaniając się z ewidentną nutka żartu ale nie kpiny:

        - Do usług Mistrzu Dragorze! Potrzebowałbym tylko jednego niezwykle ważnego komponentu… miski szacownego maga.

        - Ah tak, miska. - zakapturzony minimalnie skinął głową co objawiło się jako ruch jego obszernego, czerwonego nakrycia głowy. Zupełnie jakby sobie przypomniał o tej drobnostce. Powiedział coś czego Stefan nie zrozumiał, uniósł do tego dłoń i ponad palcami zaczęła formować się jakaś kula czegoś. Moment później przyjęła okrągły, potem wklęsły kształt wreszcie miska była gotowa. Mag złapał ją i podał swojemu rozmówcy. Była prawie przezroczysta jak z ciemnego, zielonkawego szkła. Widać było przez nią zarys palców i dłoni jakie ją trzymały. Można było spotkać butelki z takiego szkła ale misek czy innych naczyń to Ostlandczyk jeszcze nie widział. Tajemniczy magister wyciągnął ją w stronę rozmówcy.

        Stefan po chwili pozbierał mentalnie swojej szczękę z podłogi i z delikatnym wahaniem wziął miskę od maga po czym poszedł przynieść mu posiłek.

        Dziwna miska była gładka w dotyku. Jak szkło właśnie. Do tego wydawała się lekko ciepła. Gdy odstał swoje w kolejce to chwilowo wzbudziła zainteresowanie kucharza wydającego kolację. Bo ten obejrzał z zaciekawieniem nietypowe naczynie. Ale, że jeszcze sporo wojaków czekało na swoją porcję to nalał do miski co miał i wydał ją pełną z powrotem. *
        Stefan podziękował za wydany posiłek i z pełną miską udał się powoli z powrotem do chatki maga uważając żeby nie ulać z naczynia, zatrzymał się przed wejście i zawołał koncentrują się cały czas na tym aby nie wylać jedzenia.
        -Tutaj Jeager. Przyniosłem jedzenie.
        Ściana ziemnej chaty pulsowała tak samo jak poprzednio. Dalej wydawała się szczelna i nie mieć żadnych widocznych okien ani drzwi. Po chwili czekania jej frament spłynął w dół ukazując wnętrze. Mag siedział w dziwnej pozycji a nad głową świeciły mu lewitujące kule. Promieniowały ciepłym, pomarańczowym światłem jak jakieś lampiony. Chociaż nie było widać tam żadnych świec ani nawet otworów. Gospodarz wskazał gestem aby postawić miskę na niskim stoliku przy jakim siedział. Ten również wydawał się lekko pulsować podobnie jak ściany chaty.

        - Dziękuję ci chłopcze. Masz za fatygę. - powiedział gdy Jeager postawił miskę na stoliku. Po czym wręczył mu coś co wyglądało jak jakiś koralik albo ziarenko. - Jak się trzy razy szybko potrze to zaczyna świecić. Jeśli zacznie gasnąć to znów trzeba potrzeć. - wyjaśnił mu zasadę działania tego drobiazgu.

        Stefan przez chwilę przyglądał się święcącemu koralikowi z fascynacją doceniając przydatność takiego małego źródła światła, które mogło okazać się bezcenne. Po chwili jednak zdecydował się odłożyć koralik na stolik.

        - Dziękuję Mistrzu Dragorze za tak hojną zapłatę. Ale nie przyszedłem tutaj licząc na zarobek, kierowało mną szczere zainteresowanie czy Mistrz czegoś nie potrzebuje, lubię pomagać innym… nie będę kłamał, że nie korciło mnie także żeby zobaczyć co też w swojej “dziwacznej Chatce z Piekła Rodem” wyrabia “Ten Straszny Mag” do którego wszyscy w obozie po za panną di Lucci boją się zbliżyć - dodał z odpowiednią dawką sarkazmu
        - Nie wspominając o tym że pewnie teraz jedna połowa obozu będzie mnie przez tydzień omijała szerokim łukiem co będzie samo w sobie dość zabawne aby być “godną zapłatą” za straszliwy trud przyniesienia miski strawy głodnemu gdybym jej potrzebował. Polecam się na przyszłość gdyby mistrz czegoś potrzebował, tylko z zastrzeżeniem, że mam także inne obowiązki które musze najpierw wykonać i jeśli to jeszcze nie jest oczywiste to jestem strasznym gadułą i pewnie długo nie wytrzymam w towarzystwie kogoś tak intrygującego zanim zacznę zadawać Mistrzowi sporo mniej lub bardziej inteligentnych pytań.

        Konistag; ranek; Ristedt

        Stefan starał się nie drzeć podczas słuchania szczegółów zadania które przed nimi nakreślała Petra, jednak musiał przyznać sam przed sobą, że pewnie słabo mu to szło.
        Kiedy szefowa skończyła swój monolog przerwany sceną konfrontacji pomiędzy kaznodzieją a magiem oraz odpowiedziała na pytanie elfa Stefan podniósł rękę i odchrząknął (a raczej zakasłał) aby zwrócić uwagę Petry, ta spojrzała na niego i skinęła mu głową aby mówił:

        - Dziękuje Pani, chciałem poprosić o jeszcze jedną rzecz, jeśli to możliwe to sądzę, że przydzielenie nam z jednego albo dwóch koni byłoby świetnym wzmocnieniem naszego oddziału moglibyśmy wtedy znacznie szybciej dostarczać do regimentu meldunki o sytuacji na szlaku.

        - Koń. Dobra przydziele wam jednego wierzchowca. - kobieta stojąca na stopniach swojego wagonu przemyślała przez chwile pytania swoich podwładnych. Skinęła głową zgadzając się na jedną z ich sugestii.

        Stefan miał właśnie podziękować Szefowej za przydzielenie konia i zapasów gdy właśnie przypomniał sobie potencjalnie ważną dla przeprawy przez rzekę rzecz. Przezornie obejrzał się za siebie czy nie ma w zasięgu głosu Teodeberta ponownie odezwał się do Petry:

        - Przepraszam Pani, ale właśnie przyszedł mi do głowy pomysł jak znacznie ułatwić regimentowi przeprawę przez rzekę, kiedy wracaliśmy z Panną di Lucci do obozu i zatrzymała nas rzeka, nasz nowy mag Dragor użył swoich umiejętności i stworzył bród przez rzekę. Może mógłby to powtórzyć i dzięki temu ułatwić nam wszystkim życie?

        - Zrobił bród? - zdziwiła się szefowa. Obracała to chwilę w myślach. Spojrzała w stronę magicznej chatki bez żadnych drzwi i okien. Regularna, ciemna bryła rzucała się w oczy na tle reszty namiotów. Wydawało się, że oficer chwilę walczy sama ze sobą. W końcu minimalnie wzruszyła ramionami.

        - Dobra zawołaj go. Zobaczymy. - poleciła Stefanowi. *

        - Tak jest! - odparł Jeager z entuzjazmem i odmaszerował poszukać maga, zastanawiając się po drodze nad tym, czy ewentualna pomoc czarodzieja w przeprawie poprawi stosunek reszty regimentu do niego.
        - Czaruje takie cuda, że szkoda żeby takie umiejętności się marnowały, chociażby ten dziwaczny rumak którego sobie stworzył… -myślał Jeager zbliżając się do maga aż przystanął mając kolejny pomysł który mógłby pomóc z kolei jego grupie zwiadowców w wykonaniu zadania:

        -Skoro stworzył rumaka to może mógłby nam takiego sprezentować jako dodatkowego wierzchowca na drogę, po za tym co tam w końcu słyszałem takie historie na południu o magach, może on potrafi stworzyć takiego wierzchowca który potrafi latać? Gdyby mógł wzbić się w górę mógłby zobaczyć całą okolicę niczym ptak i bardzo nam pomóc w rozpoznaniu! - pomyślał Jeager obiecując sobie że jeśli mag nie będzie zirytowany prośbą w sprawie brodu to zada podobne pytanie magowi.

        - Mistrzu Dragorze, przepraszam że przeszkadzam ale…no cóż szefowa Pana wzywa, to moja wina, przypomniałem sobie o tym jak Mistrz zbudował dla nas podczas drogi powrotnej bród przez rzekę i zasugerowałem, że może tutaj byłaby możliwość powtórzenia podobnego wyczynu dla regimentu żeby mógł szybciej i bezpieczniej przekroczyć rzekę.

        Proszę mnie nie zamieniać w żabę…ani nic innego - Słychać było w jego głosie, że stara się aby ostatnia prośba zabrzmiała jako żart ale do końca mu to nie wyszło biorąc pod uwagę jak mag chwilę wcześniej załatwił wrzeszczącego na niego Sigmaritę.

        Zastał tą samą ciemnobrązową, gładką ścianę jak wczoraj wieczorem. W dzień wydawała się jeszcze bardziej obca i nienaturalna. Jakby płynna ziemia jaka zamiast spaść na ziemię to trzymała pion wbrew prawom natury. I tak samo jak wczoraj w pewnym miejscu spłynęła tworząc otwór w jakim pokazał się mężczyzna w czerwonym płaszczu i kapturze.

        - W żabę? - zapytał jakby właśnie zastanawiał się nad tym pomysłem. Chyba przesunął się spojrzeniem po sylwetce rozmówcy ale ten z powodu kaptura gospodarza nie był tego pewien. - Nie chłopcze. Tego akurat zrobić nie potrafię. Nie moja specjalizacja. Mógłbym cię rozsypać w popiół, zagotować ci krew w żyłach, rozsadzić głowę od środka, zadusić i zmiażdżyć na kilka sposobów, utopić w ziemi jak tego krzykacza. Ale póki mnie nie zirytujesz nie widzę powodu abym miał sobie zawracać tym głowę. Moja moc i wyszkolenie nie są od tego aby marnować je na tak marne, pojedyncze jednostki. - podparł tonem leniwej pogawędki o pogodzie. Biła z niego duma i pewność siebie jakby do głowy nie brał, że ktoś tu w obozie może się z nim równać pod względem potęgi. A zwłaszcza istoty jakie nie dysponują mocą. Tak doszli do wagonu obu szefowych i czekającej przed nim grupki.

        - Tak potężna Frau General? Czyżbyś postanowiła wezwać moją majestatyczną osobę na pomoc jakiej sama nie umiesz sobie udzielić? - zapytał czerwony mag z miejsca wywołując wyraz wściekłości na twarzy von Falkenhorst. Zacisnęła usta w wąską linię i widać było, że walczy ze sobą o zachowanie kontroli. Czemu przyglądała się niewzruszona sylwetka w czerwonym kapturze.

        - Podobno umiesz robić brody przez rzekę. Przydałoby się. - warknęła sucho ledwo kontrolując swoją złość jaką momentalnie w niej wywołał. Wskazała bokiem głowy na rzekę nad jaką rozbito obóz. Mag spojrzał na przepływające fale. Nawet podszedł bliżej jakby chciał lepiej ocenić sytuację. Więc widzieli głównie jego plecy i tył kaptura.

        - Obawiam się, że z brodem byłoby więcej roboty. Nie wiem czy to byłoby takie efektywne. Ten ciągły napór nurtu na mokra ziemię… To by w końcu zmyło taki sztuczny nasyp. Ale mógłbym zrobić most. Tak, most powinien być łatwiejszy do zrobienia. - odrzekł wciąż nie odwracając się do reszty przodem.

        - Możesz zrobić most? Taki na druga stronę? Żeby przeszedł cały nasz regiment? I tabory? - Petra chciała się upewnić czy dobrze się rozumieją. Ale mimo wszystko wydawała się trochę zdziwiona takim werdyktem.

        - Tak, mogę. Ale potrzebuję czasu na przygotowania. Kilka pacierzy. Bo pewnie będziecie się guzdrać więc zwykła prowizorka nie wystarczy. Trzeba będzie ją wzmocnić. A to wymaga przygotowań. - odparł magister odwracając się do nich w końcu przodem. I mówił jakby chodziło o jakaś błahostkę. Szefowa wciąż stała na schodkach swojego wagonu i trawiła to chwilę.

        - Świetnie. Więc zrób co trzeba. Przydałby nam się taki most. - zdecydowała się mimo własnej niechęci skorzystać z pomocy maga. Ten parsknął z rozbawienia i ruszył z powrotem do swojej ziemnej chaty.

        - A wy chyba macie coś do zrobienia. - zwróciła się do czwórki zwiadoców przypominając im, że to nie zwalnia ich z otrzymanego zadania.


        Konistag Poranek w obozie Gebirgsjäger po otrzymaniu rozkazów, przed wyruszeniem na zwiad.

        Stefan truchtem podbiegł do namiotu w którym z tego co wiedział nocowała Alezzia di Lucci i zamarł na chwilę łapiąc się na tym, że o mało nie wpadł niezapowiedziany do namiotu śpiącej kobiety, po chwili zawołał przed wejściem:

        - Panno di Lucci? Tutaj Stefan Jeager, przepraszam ale muszę z Panią porozmawiać.

        Przez chwilę nic nie słyszał ale kiedy miał już zawołać kolejny raz poła namiotu uchyliła się i ukazała się za niej południowa magister jak zawsze odziana w nieskazitelną biel pomimo wszędobylskiego błota.

        - Tak Jeager, o co chodzi - powiedziała z wyraźnym akcentem.
        - Hmm trochę głupio mi prosić, ale rzecz w tym, że właśnie wyruszamy całym oddziałem z sierżantem Kolesnikovem na rozpoznanie, tylko że szczerze mówiąc zarówno ja Tobias jak i Duviel jak i pewnie z połowa zwiadowców jest porządnie chora od tego całego deszczu i ziombu…i chciałem się spytać czy Pani zdolności mogłyby nas uleczyć? - Stefan zamilkł z widocznym zakłopotaniem tym, że zawraca czarodziejce głowę czymś pozornie błahym.

        - Chorzy? No to poczekaj, narzucę coś na siebie. - magiczka uniosła brwi ze zdziwienia po czym schowała się ponownie w swoim namiocie. Jednak zaraz wyszła tylko okryta już solidnym, białym płaszczem. - Pewnie przez tą słotę. To był długi, ciężki i mokry dzień. - rzekła po drodze gdy szli przez namiotowisko. Dotarli do Kolesnikova i reszty. Jasnowłosa zaczęła chodzić między nimi, oglądać ich, badać po swojemu. W końcu jednak pokręciła głową przecząco.

        - Nic na to nie poradzę. Nie jesteście ranni. Moja moc głównie pomaga goić się ranom a wy ich nie macie. Mogę jedynie zalecić wam trzymać się ciepło i picie gorących wywarów wzmacniajacych. Ale do tego to już mnie nie potrzebujecie. - postawiła swoją diagnozę patrząc po kolei na otaczające ją twarze.

        - Dziękuję Panno di Lucci za szczere starania - odparł Stefan jako ten który przywołał ja na miejsce.

        1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
        0
        • CioldanC Niedostępny
          CioldanC Niedostępny
          Cioldan jako Cioldan
          napisał ostatnio edytowany przez JhnW
          #148

          Miejsce : pd-zach Ostland; Lenkster
          Czas : 2521.05.02; Bezahltag; świt - ranek
          Duivel obudził się bardzo wcześnie, gdyż z samego rana regiment miał wyruszyć w drogę. No, a jeszcze wcześniej mieli stawić się u szefowej aby spisać dokumenty. Jego głowa była jednak zajęta czymś innym. Usłyszał, że już sam Imperator szykuje się do wymarszu, wraz ze swoim wojksiem. Natomiast markgraf Górskiej Marchii na razie gdzieś się ukrywał. Może tak naprawdę jest on fikcyjną postacią i to Petra jest najważniejsza, ale wymyśliła bajkę o kimś ważniejszym aby nie było buntów z powodu władcy-kobiety. Może jest chory, albo stary i niedołężny? Nic nie podbudowuje moralów tak jak obecność głównodowodzącego.
          Z zamyślenia wyrwał go głos Leni. Jego koleżanka wołała wszystkich na śniadanie. Kucharka przygotowała ciepłe śniadanie dla całej szóstki. Dobra atmosfera sprawiła, że każdy z nich złapał dobry humor, co było dobrym prognostykiem przed długim marszem.
          Duivel nie miał problemu z opuszczeniem ciepłego i suchego wnętrza gospody w Lenkster. Czekał go kolejny dzień wyczerpującego marszu, tym razem do Ristedt. Zapowiadało się, że będzie to przyjemna przeprawa, gdyż wielokrotnie w swoim życiu przechodził tę trasę. Może była błotnista, ale ścieżki Lasu Cieni w tym akurat rejonie znał bardzo dobrze.
          Spakowali wszystkie niezbędne rzeczy. Na wózek załadowali cały dobytek. Między innymi kufer, gdzie znajdowały się sakiewki każdego z osobna, a także jakieś pamiątki, które zabrali z domu. 6 plecaków, a każdy z nich miał schowane w środku podstawowe zasoby niezbędne do wędrówki. Oprócz suchego prowiantu, gdyż gdy trzeba będzie to zaopatrzą się w kuchni polowej. Tak samo puste menażki, koc, zestawy ciuchów na przebranie i druga para butów, krzesiwo. Przypięty na zewnątrz był również namiot. Każdy miał też swoje własne specjalistyczne sprzęty. Kargun zabrał swój sprzęt rzemieślniczy, bo w armii zawsze przyda się kowal do bieżących napraw. Leni wzięła swój zestaw kucharski, łącznie z kilkoma ulubionymi przyprawami. Felix na szczęście zabrał swój zestaw medyka, który nabył w nieznanych okolicznościach. Ponoć to Eponia podkradła jakiemuś znanemu lekarzowi z Lenkster, ale nin jej nie udowodniono. Ona sama zaś wzięła ze sobą narzędzia złodziejskie, a jej siostra Lindara w sumie nie miała nic szczególnego ze sobą oprócz starego kota Filemona. Gdyby nie wzięła go ze sobą, ten i tak by ich odnalazł, był mocno przywiązany do mieszkańców posiadłości Manców, szczególnie do niziołki, która zawsze coś mu podrzucała do jedzenia. Felix wskoczył na kozioł, wdrapała się tam też Leni i ruszyli na zbiórkę, dość wolnym tempem, by nie drażnić ich krasnoludzkiego przyjaciela.
          Gdy dotarli do "Zająca", Duivel został na zewnątrz z koniem, a cała reszta weszła podpisać dokumenty. Na szczęście poszło gładko i cała piątka mogła już 'cieszyć' się z dołączenia do regimentu. Gdy już formalności zostały załatwione i mieli już grupką ruszać na błonia, Mundo-naru odwrócił się na pięcie i postanowił jeszcze sam zadać jeszcze pytanie, które nurtowało go od kilku tygodni. Jego towarzysze byli już na zewnątrz, więc elf wszedł do karczmy, rozejrzał się. Na szczęście przy prowizorycznym biurku siedziała Petra i Inez, a innych osób akurat nie było. Skinął głową, uśmiechnął się i podszedł bliżej kobiet.

          - Szefowo! Wybacz, że zawracam głowę, ale nurtuje mnie pewna kwestia. My już wyruszamy na wojnę, a nasz dowódca się jeszcze nie pojawił. Markgraf wedle Twych słów ma zjawić się gdy przyjdzie na to czas? Co to oznacza? Od początku nie ukrywałem, że walczę za Ostland, ale także wiem do jakiej armii się zaciągnąłem. Myślę, że jego obecność wpłynęłaby budująco, ale przede wszystkim mogłaby bardziej scalić tę … Naszą zróżnicowaną armię. Może szykuje dodatkowe regimenty? Jeśli to poufne, to oczywiście zrozumiem… - na koniec tejże wypowiedzi skłonił się w pas i lekko przechylił głowę, by zaznaczyć, że zachowuje szacunek wobec głównodowodzącej
          - Nasz margraf szykuje naszą marchię do wojny. Jest w tym niezastąpiony. Dlatego przybędzie do nas gdy nadejdzie na to odpowiedni czas. Do tego momentu reprezentujemy go my i nasz regiment.- odparła niebieskowłosa szlachcianka patrząc z góry na stojącego niżej elfa, gdyż wraz z Inez zorganizowały to prowizoryczne biurko na małej scenie, której podłoga była podniesiona do wysokości kolan.

          Duivel teraz o poranku rozmyślał o tej odpowiedzi. Jak ktoś szykuję marchcię do wojny, jak nie było tej osoby ani przez chwilę przy armii albo rekrutacji. Do tego Petra ostatnio trochę sprawiała wrażenie jakby władza uderzyła jej do głowy. No cóż, to przecież tylko człowiek. Była też inna opcja. Nowy mag mógł swoim zachowaniem wywołać u dowódczyni potrzebę pokazania swojej władzy, stąd często rozmawiała z podwładnymi z konia, bądź stojąc na schodach, czy jakimś podniesieniu by patrzeć na nich z góry.

          Miejsce : pd-zach Ostland; droga do Ristedt
          Czas : 2521.05.02; Bezahltag; ranek - zmierzch
          Niestety nocna ulewa mocno utrudniła marsz całego regimentu. Do tego od rana aura znów nie sprzyjała. Zimny wiatr smagał twarze, a mżawka przenikała do ubrań, wychładzając wszystkich do szpiku kości. Droga była śliska i grząska, a każdy krok wymagał wysiłku. Duivel brnął naprzód, z trudem powstrzymując przekleństwa cisnące się na usta.
          Większość drogi spędził razem ze swoimi najbliższymi, którzy dopiero co dołączyli do niego. Jednak w różnych sytuacjach namawiał ich do pomocy reszcie. Leni oczywiście szybko odnalazła się w kuchni polowej, Kargun natomiast odkąd pomógł Eitriemu przy naprawie kół czy wyciąganiu wozów z różnych dołów - które błoto skutecznie maskowało - ewidentnie złapał z drugim krasnoludem nić porozumienia i spędzili razem trochę czasu na rozmowie. Felix natomiast chodził do wszystkich dowódców przedstawiając swoje zdolności i przekazywał im, że gdy ktoś będzie potrzebował usług lekarza, to on chętnie pomoże. Eponia i Lindara nie spoufalały się z nikim. Zdecydowanie wolały własne i Duivela towarzystwo, a gdy zostawali właśnie w trójkę, to rozmawiali w Eltharin.
          Szli dalej, a mokre i ciężkie buty obciążały nogi, a każde podejście pod wzniesienie stawał się wyzwaniem. Do tego dochodził wszechobecne błoto, które nie tylko utrudniało marsz, ale też oblepiało ubrania i buty, potęgując przy tym przemoczenie. Duivel czuł, jak lekkie zmęczenie powoli ogarnia jego ciało. Wiedział, że na drugi dzień będzie przeziębiony, bo przecież bez deszczu, taka droga nie stanowiłaby dla niego żadnego problemu
          Jedyną pociechą były krótkie postoje na odpoczynek i posiłek. Wtedy można było ogrzać się przy ognisku i osuszyć ubrania. Duivel z niecierpliwością wyczekiwał momentu, kiedy dotrą do Ristedt i będą mogli w końcu odpocząć. Zresztą jego wszyscy towarzysze byli podekscytowani, że zobaczą swój dom po raz ostatni.
          Szefowa już na miejscu i po oględzinach zdecydowała, że regiment jednak nie wejdzie do miejscowości. Ta była przepełniona przez innych wojaków, ale też przez uciekinierów ze stolicy. Wszystko to było bardzo płynne i każdej nocy się zmieniało. Kuzynki Duivela w smutku zaczęły przygotowania do rozbicia swoich namiotów i pomocy przy przygotowywaniu kuchni. Opuszając Ristedt zaledwie kilka dni temu, były gotowe zostawić wszystko za sobą, jednak nie spodziewały się takiej nostalgii będąc tak blisko domu. Myślały o chwilowym opuszczeniu grupy, żeby tylko dotknąć ścian posiadłości Manców, poczuć zapach niedawno zgaszonego pieca w środku i nacieszyć oczy. Jednak wiedziały, że ruszyły na misję odnalezienia swojego brata Hal'ila, więc obecnie muszą się podporządkować rygorowi wojskowemu. Pocieszeniem było to, że bezpośrednim przełożonym był ich kuzyn, który nieco lepiej sobie radził w kontaktach między..rasowych. Tymczasem Mundo-naru podczas rozbijania obozu podszedł do szefowej.

          - Petro, dowódczyni, proszę powiedz mi czemu nie chcieliście skorzystać z oferty mej kuzynki i pójść do domu mego wuja? Zmieściliby się tam spokojnie wszyscy dowódcy… Z drugiej strony mogłaś Pani odesłać tam tych najbardziej potrzebujących ciepła i nocy przy rozpalonym kominku.
          - Dziękuję za propozycję Duivelu ale chciałam być na miejscu razem ze swoimi żołnierzami. A nie zgłaszano mi aby ktoś był obłożnie chory czy nie nadawał się do marszu. Jakbym puściła jednego na miasto zaraz by ruszyło następnych dziesięciu. Bo jak jeden może to czemu nie inni. Chcę mieć wszystko i wszystkich w jednym miejscu skoro jutro ruszamy dalej. Nie chcę tracić pół dnia na czekanie aż wszyscy zejdą się z miasta do obozu. - szefowa odparła bez wahania. I wydawała się podobnie zmęczona i zmarznięta jak i jej wojsko. Może była mniej brudna bo jazda na końskim grzbiecie oszczędzała styczności z podłożem. Elf w sumie w pełni rozumiał tę decyzję. Postanowił jednak zagaić, ażeby szefowa pamiętała o hojnej propozycji, a także niezapomniała jego nowej ogolonej twarzy.

          Miejsce : pd-zach Ostland; Ristedt; obóz przy rzece; namioty i obóz
          Czas : 2521.05.02; Bezahltag; zmierzch
          Wieczorem, gdy Duivel z ulgą rozłożył się w namiocie, po obozie zaczął się rozchodzić zapach kolacji. Elf już przebrany w suche ciuchy, owinął się w koc by się ocieplić. Jego wcześniejsze przypuszczenia się ziściły, tyle, że wcześniej niż myślał. Kichał, charczał, czuł się nieco rozgrzany. Na szczęście to tylko przeziębienie, ale gdy tak dalej pójdzie to pod Grünackeren będzie już mógł miec zapalenie płuc. Opuścił w końcu namiot i udał się na posiłek. Wziął ze sobą też przemoczone ciuchy, które wcześniej wyżął, a teraz miał zamiar prowizorycznie rozwiesić na kilku patykach i swojej drabinie sznurowej. Zresztą było tam dość gęsto od podobnych konstrukcji.
          Zauważył w końcu dziwnego mężczyznę. Ubrany jak pustelnik jegomość zaczął przemawiać. Jego płomienne kazanie wywołało wśród żołnierzy mieszane uczucia. Niektórzy z zaciekawieniem słuchali jego słów, inni z obojętnością, ale na pewno rozruszał całe towarzystwo. Ich wspólnie odśpiewaną pieśń było słychać w każdym domostwie w okolicy.
          Duivel obserwował Teodeberta z dystansu. Nie czuł się ani poruszony jego kazaniem, ani zniechęcony. Dostrzegał w nim pewną żarliwość i wiarę, ale jednocześnie wyczuwał w nim nutę fanatyzmu. Spodziewał się trudnej relacji z tym człowiekiem, gdyż przeważnie takie mocno wierzące osoby, cechowały się wielką miłością do Boga, ale też równie dużą niechęcią do odmieńców. Nie tylko do heretyków, ale też np. do innych ras.
          Po całym zamieszaniu, odebrał swoją strawę i poszukał Sorokiny i jej wesołej kompanii. Dosiadł się jak gdyby nigdy nic i zaczął snuć opowieści o Ristedt i lasach na wschód i południowy-wschód. O potworach, które spotykał w okolicy Kienbaum. Cały ten czas siedział w kapturze, z dwóch powodów. Po pierwsze był przeziębiony, a noc była zimna jak na Sommerzeit, a do tego gdy ludzie nie widzieli jego elfich atrybutów (spiczastych uszu) jakoś zawsze łatwiej było o komunikację, czy też rozmowę. Zbliżający się deszcz skutecznie przegonił ich wszystkich do namiotów, także nie było czasu na dłuższą rozmę. Zdążył jeszcze przed pierwszymi kroplami schować wyschnięte ciuchy i drabinę na wóz pod plandekę.

          Miejsce : pd-zach Ostland; Ristedt; obóz przy rzece; namioty i obóz
          Czas : 2521.05.03; Konistag; ranek

          Poranek nie okazał się miły. Deszcz nadal padał, chociaż teraz już tylko mżył, to jednak biorąc pod uwagę dotychczasową pogodę, to oznaczało, że droga będzie jeszcze gorsza. Oby tylko rzeka Eiskalt nie wylała, bo wtedy to już musieliby iść lasem. Duivel przez przeziębienie czuł się obolały, a do tego spał całą noc skulony i ownięty w koc w taki sposób, że ciężko było się ruszyć. Zdążył się już zebrać w sobie mimo pulsującego bólu głowy, gdy nagle do jego namiotu ktoś podbiegł

          - Elfie, wstawaj! Szefowa chce widzieć Ciebie! - Duivel jeszcze słyszał, jak ten osobnik coś podobnego krzyczał do Jaegera, Waldnera i Kolesnikova. Wyszedł więc ze swojego legowiska i chyżo udał się do Petry. Okazało się jednak, że przygotowali już dla niego i innych wybrańców strawę. Na szczęście podano ciepłą zupę, która nieco ożywiła każdego.

          Zebrał się w sobie i poszedł do Petry, która od razu przeszła do rzeczy. Gdy wspomniała o przewodniku, zadziała się dziwna rzecz. Wybuchła awantura między dwoma najdziwniejszymi członkami regimentu. Elf postanowił nie reagować, gdyż stał przy szefowej i wolał nie wychylać się przed szereg. Co innego gdyby był w innym miejscu. Tak jak się spodziewał, szefowa szybko ogarnęła towarzystwo. Nie pomogła eremicie, mimo jego okrzyków o atak na sługę bożego. Za pewne Petra tak jak i Duivel widziała w magu potężnego sojusznika. Do tego okazało się, że Teodebert będzie ich przewodnikiem. Elf nie wiedział do końca jak zareagować na tę informację. Kaszel przypomniał mu jednak o pilnej sprawie. Więc gdy tylko Petra skończyła mówić, elf od razu zwrócił się do niej, a ona przeniosła swoje spojrzenie w stronę Mundo-naru.

          - Dowódczyni! - zwrócił się podniesionym tonem elf do Petry, przy okazji pociągając nosem - Wiem, że wybrałaś najlepszych zwiadowców, ale z całym szacunkiem, przed wyruszeniem przydałoby się nam jakieś medykamenty. Nie będziemy mieli ze sobą takiego zaplecza, więc przynajmniej może jakiś napar przed wyruszeniem? Widzę, że wszystkich nas ta pogoda sponiewierała, ale jako, że mamy dość ważne zadanie, to ktoś mógłby nas lekko podleczyć, prawda?-
          - No tak, weźcie coś teraz i na drogę. Tylko nie guzdrać się. Macie być na drugim brzegu zanim regiment zacznie ją forsować. - zgodziła się z jego pomysłem o ile nie spowodowałby on zbędnych opóźnień w wymarszu.

          Duivel wykorzystał chwilę, że Stefan jeszcze zagadał szefową i podszedł do ich przewodnika.

          - Chciałem się przywitać z szanownym głosicielem wiary. Mam nadzieję, że nasze różnice nie wpłynął na współpracę, wszak mamy wspólnego wroga. Nazywam się Duivel Mundo-naru, a moje nazwisko z elfickiego oznacza Czerwony byk, czyli symbol całego Ostlandu. Oczywiście lasy cienia nie są mi obce, ale bardziej inna część. W moim krótkim życiu - tu delikatny uśmiech pojawił mu się na twarzy [i]- zwiedziłem dokładnie lasy w północno-wschodniej części prowincji, ale też na wschód od Ristedt. Słyszałem, że świetnie znasz drogi Panie tutejsze tereny i będziesz naszym przewodnikiem. Znajdziemy po drodze jakieś wioski czy osady? Do Wendorf są z założenia dwa dni drogi i idealnie byłoby rozbić się w jakiejś osadzie czy wiosce. Jak dobrze pójdzie to idąc w stronę może dotrzemy do rozdroża. Masz może dobry człowieku jakieś sugestię?

          Mężczyzna o surowej twarzy nie odpowiedział od razu. Bez skrępowania obejrzał sylwetkę elfiego rozmówcy z góry na dół. - Elf. Elfy są butne, aroganckie i rozpustne. Wodzą dobrych ludzi na pokuszenie. - wycedził nieprzyjaznym tonem. - Ale ponoć walczycie po naszej stronie. To ci powiem, że po drugiej stronie jest sioło akurat aby tam przenocować w połowie drogi do Wendorf. - Teodebert wydawał się być przesycony niechęcią do elfów jaka cechowała wielu ludzi. I okazał się niechętny do współpracy z elfem. Jednak skoro byli po tej samej stronie to wycedził mu swoją odpowiedź.

          - Dziękuję- elf skinął głową jak to miał w zwyczaju i z uśmiechem na ustach odszedł od głosiciela wiary. Już wiedział, że kolejne rozmowy z Teodebertem raczej się nie odbędą. Będzie musiał znaleźć jakieś inne rozwiązanie i przekazywać swoje kwestie poprzez inne osoby, gdyż sam nie chciał wzbudzać niepokojów. Uśmiech mu nieco zrzedł, gdy przypomniał o sobie ból głowy. Doszedł szybko do kuchni i poprosił o jakiś wzmacniający napar. Felix, który był lekarzem, został już tam wcześniej sprowadzony przez Leni, która gotowała bez wytchnienia mimo, iż sama co chwilę kichała. Ta dwójka zaparzyła również odpowiednie ziółka, które miały pomóc przy przeziębieniu. Przeznaczone były dla tych w najgorszym stanie oraz dla zwiadowców, którzy lada chwila mieli ruszać dalej.

          Elf wypił w pośpiechu napar w międzyczasie krótko streścił co się dzieje swoim towarzyszom, którzy zebrali się wokół niego. Okazało się, że Eponia i Lindara wyraziły chęć podróżowania razem ze swoim kuzynem. Gdy w trójkę już skończyli pić lecznicze ziółka, pożegnali się z Leni oraz Felixem i pobiegli spakować swoj plecaki. W sumie bardziej rozpakować. Mundo-naru na wyprawę wziął tylko podstawowe rzeczy, ale zarazem niezbędne rzeczy, tak aby nie obciążać się zanadto. Nie zakładał pancerzu, a do plecaka spakował koc, prowiant na dwa dni oraz przypiął namiot i derkę, które w międzyczasie spakował mu Kargun. Oprócz tego wziął swój łuk, dwa kołczany oraz miksturę leczniczą, którą Felix przetrzymywał dla niego u wuja Albwina. Był gotowy do wymarszu. Ubrany w ten sposób na pewno nie zwalniałby grupy, ale spokojnie przetrwałby nawet najcięższą pogodę kilka dni.
          Jeszcze przed wyruszeniem w drogę, Duivel, podszedł do Kolesnikova

          - Stefanie, znowu nam przypadła ważna misja. Tym razem mamy ze sobą konia wierzchowego. Mam sugestię, żeby najlepszy jeździec z Twojej dzielnej drużyny używał go w sytuacji, gdy będziemy musieli poinformować regiment Petry o zagrożeniu, albo o jakichś innych ważnych wydarzeniach. Tak poza tymi wypadami, fajnie by było wykorzystać go jako konia jucznego. Obładować go strzałami, żarciem, czy jakimś leczniczym zielskiem. Co Ty na to?-
          - No tak, przydzieliła nam tego konia. Dobrze, że Stefan się o niego zapytał. - zgodził się herszt hochlandzkich banitów i podrapał się po swojej bujnej, czarnej brodzie jaka nadawała mu bandyckiego wyglądu. - No tak, można go załadować. Niech nie idzie na pusto. Zajmiemy się tym. - zdecydował się po krótkiej chwili namysłu.

          1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
          0
          • Pipboy79P Niedostępny
            Pipboy79P Niedostępny
            Pipboy79 jako Pipboy79
            napisał ostatnio edytowany przez JhnW
            #149

            Tobias nie raz podróżował w ciężkich warunkach. Silny wiatr i zacinający deszcz, wszechobecne zimno i wilgoć, błoto pod stopami często dawały mu się we znaki podczas zwiadów czy polowań. Nigdy jednak nie podróżował z takim obciążeniem i ścieżką którą wytyczyli mu inni. Był mokry, zziębnięty a po kilku godzinach marszu okazało się że jest przeziębiony - co najmniej. Słysząc mlaskanie w butach towarzyszy niedoli w duch dziękował sobie za przezorność i zakup nowych butów które dłużej wytrzymywały te warunki. Ale miał nadzieję na dach nad głową i suche posłanie jak już dotrą do najbliższego celu...
            Srogo się jednak zwiadowca przeliczył. Miejscowość była mała, zbyt mała by przyjąć kolejną liczną grupę żołnierzy i trzeba było rozbijać namioty na mokrej, miękkiej ziemi. Zewsząd słychać było narzekanie i złorzeczenia żołnierzy. Dopiero ciepły posiłek nieco poprawił humor wojaków. Tobias zastanawiał się czy wrogowi równie mocno doskwiera ta pogoda,ale pochodzili z północy a tam zapewne znacznie surowsze warunki panują, więc zasępił się ponownie dochodząc do wniosku że dla nich to chleb powszedni.
            Dobrze było się trochę ogrzać przy ognisku i osuszyć odzież i obuwie, choć z zadowoleniem zwiadowca uznał że buty, w takich warunkach zdały egzamin więcej niż dobrze. W środku były tylko trochę wilgotne.
            Zupełnie zignorowawszy kolejne dzieło czerwonego czarodzieja, Tobias z ciekawością słuchał natchnionego kaznodzieję Sigmara ( albo lekkiego wariata - kto jak woli). Trzeba Było mu oddać, przynajmniej część z żołnierzy wyglądała na natchnionych jego kwiecistą, odbudowującą mową. Zwiadowca nie był jednym z nich, ale cieszył się że przynajmniej część z jego kompanów poczuła się wyraźnie lepiej, a wielu nawet się uśmiechało. Nie ma nic gorszego niż niskie morale podczas wojny. Słuchając kazania poczuł, że pora na odpoczynek i udał się do namiotu zaznać zasłużonego snu.
            Tobias obudził się wcześnie ale czuł się wypoczęty, mimo lekkiego przeziębienia. Kichał od czasu do czasu i pociągał nosem. Poranek był zimny i wilgotny, ale krzątanie się ludzi w kuchni polowej niosło obietnicę pełnego brzucha. Nie był jednak pierwszym którzy mieli ochotę na śniadanie. Przywitawszy się z obecnymi żołnierzami usiadł jak najbliżej kuchni i cierpliwie czekał na ciepły posiłek.
            Szefowa wezwała Duivela, Stefana i Tobiasa i pozostałych zwiadowców i wydała rozkaz zwiadu do Wendorfu. Tobias czuł się znacznie lepiej wędrując w mniejszej liczbi. Hałasu też nie będą robić wielkiego, to może uda się wypatrzeć wroga zanim ten wypatrzy ich. Był zadowolony z przydziału choć wiedział że łatwo nie będzie, zwłaszcza jeśli pogoda się utrzyma, choć jednocześnie wiedział że pogoda może być w tym przypadku sprzymierzeńcem. Kiedy jednak nagle ktoś głośno kichnął, chyba wszyscy zwiadowcy dostrzegli dość spory problem. Jak do diaska mieli przebyć drogę niezauważeni skoro prawie całe towarzystwo jest kichające?!
            Nawet szefowa zrobiła głupią minę kiedy przyjrzała się przeziębionej ekipie zwiadowców. No ale wyjścia nie było.
            Szkoda że szefowa nie nakazała tego magowi w końcu zrobienia czegoś pożytecznego, na przykład ogrzania jak największej części ziemi, czy osuszenia ubrań, czy czegoś takiego.
            Przygotowawszy prowiant na drogę, sprawdzeniu łuku , zapasowych cięciw i ubrań, Tobias spakował plecak i stawił się w umówionym miejscu, Okazało się że przewodnikiem był kaznodzieja.
            No to nie musimy się już przejmować że kichanie żołnierzy może zwrócić uwagę wroga - pomyślał Tobias i ruszył z całą resztą przed siebie.

            1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
            0
            • Pipboy79P Niedostępny
              Pipboy79P Niedostępny
              Pipboy79 jako Pipboy79
              napisał ostatnio edytowany przez JhnW
              #150

              Oryginalny tytuł: Tura 33 - 2521.05.03-04; bkt; ranek - ranek

              Miejsce: pd-zach Ostland; pd rz. Wolf; wioska Speck; gospodarstwo
              Czas: 2521.05.03-04; Angestag; ranek - ranek
              Warunki: - ; na zewnątrz: zmierzch, zachmurzenie, łag.wiatr; zimno (-5)

              Wszyscy

              link: https://i.imgur.com/ODTAlzF.jpeg

              Poranek okazał się chłodny. Ale w przeciwieństwie do poprzedniego zamiast monotonnej mżawki dodającej ponurości tej krainie na nieboskłonie widać było słońce. Chociaż w nocy padało. Większość regimentowych zwiadowców to jednak przespała pod suchym dachem stodoły. Było nawet całkiem znośnie jak się można było umościć swoje legowisko w sianie. Może nie było to spanie w łóżku ale lepsze niż na gołej ziemi w namiocie gdzie tylko gruba derka oddzielała od ziemi. A od niej zawsze ciągnął w nocy chłód i wilgoć. A do tego całkiem wygodnego i bezpiecznego noclegu wczoraj przyczynił się Teodebert. Bo banda zarośniętych zbirów Kolesnikova przetykana tu i tam jakimiś elfami nie zrobiła chyba na gospodarzach Speck dobrego pierwszego wrażenia. Jedni za bardzo kojarzyli się z pospolitymi zbójnikami i banitami grasującymi po traktach i lasach a drudzy należeli do obcej a więc z miejsca podejrzanej rasy. W przeciwieństwie do krasnoludów jakich ludzie zazwyczaj darzyli zaufaniem może nawet większym niż do obcych przedstawicieli własnej rasy to elfy dla zwykłych mieszkańców miast i wsi prawie zawsze były elementem obcym.

              - Tu mam list od naszej kapitan. Reszta regimentu idzie za nami. - Kolesnikov z widoczną dumą pochwalił się papierem jaki rano dostał od Petry. Nie było pewne czy taki człowiek z leśnej, hochlandzkiej głuszy jak on w ogóle umie czytać. Ale tak samo pewnie było i z tutejszymi chłopami jakim pokazywał ten papier. Kiwali mądrze głowami wpatrując się w tajemne dla nich znaki i pieczęcie ale jakoś radości nie okazywali. Podobnie jak z wieści, że wkrótce reszta wojska ma się przewalić przez ich wioskę. To było normalne. Jeśli wojacy zachowywali się poprawnie i dowódcy byli w stanie utrzymać dyscyplinę to dla chłopów czy mieszczuchów oznaczało to nieplanowanych gości jakich musieli wykarmić i to zwykle całe masy. Im dłużej wojsko stacjonowało w jakimś terenie tym większe były spustoszenia a dla mieszkańców widmo głodu stawało się z każdym dniem bliższe. I to nawet jak to była sojusznicza armia. Ale często oznaczało to żołdacką samowolę. Wojsko zgarniało sobie co chciało. Kury, owce, mleko a nawet i kobiety. Więc mars na twarzy chłopów ze Speck na takie wieści nie powinien nikogo dziwić. Wtedy właśnie objawiła się moc Teodeberta.

              - Bracia! Poznajecie mnie?! To ja, Teodebert! Modliłem się tu z wami do naszego pana Sigmara gdy szedłem walczyć z wrogiem! I chwalcie jego łaskę bom znalazł bratnie dusze w tym zbożnym dziele! Ruszamy razem z woli naszego boskiego patrona naszej ojczyzny i rozkazu naszego lorda elektora! Dziś przenocujemy u was a jutro ruszamy dalej! - zawołał donośnym głosem i w końcówce wczorajszego dnia widocznie został przez nich rozpoznany a słowa ociepliły wizerunek przybyszy. Bo pomruczeli coś między sobą i wreszcie jeden z nich zaprosił ich do siebie. No ale, że nie było zbyt dużych szans aby w chłopskiej chacie pomieścić prawie dwie dziesiątki gości to udostępnił im stodołę. Banici Kolesnikova nie mieli nic przeciwko a nawet byli zadowoleni, że nie będą musieli kolejnej nocy spędzać pod namiotem. Gospodarz tylko prosił aby nie rozpalali ognia wewnątrz. Co było zrozumiałą prośbą i ognisko rzeczywiście rozpalono na podwórzu. A póki był wczesny wieczór to można było skorzystać i ze stołu i pieca póki jeszcze chłopska rodzina nie poszła spać.

              - No a gospodarzu a gdzieście córki pochowali? No śmiało, nie zrobimy im krzywdy. Może się napijemy? - zaproponował wieczorem jeden z ludzi Kolesnikova. Gospodarz zarzekał się, że nie ma żadnych córek ale banici pomachali mu gąsiorkiem przed oczami siedli razem do stołu to nawet się zrobiło wesoło i domowo. Ktoś wyjął karty i kości aby umilić sobie ten całkiem przyjemny wieczór.

              - Ej Ostland! Umiecie grać?! - zawołał Lucas z Hochandczyków trochę wesoło a trochę wyzywająco machając kubkiem z kośćmi do gry. Bo chociaż byli w Ostlandzie to większość ich grupy stanowili Hochlandczycy Kolesnikova. Skoro i tak podróżowali razem to byli skłonni zaprosić kolegów do wspólnej gry.

              - Ty Duivel. Tyś chudy co? Weź coś zagraj co? - podobnie elfa poprosił inny. Może z ciekawości a może z plotek i stereotypów o artystycznych talentach ich rasy do tańca i śpiewu. Gospodarz wyciągnął proste skrzypce i od czasu do czasu przygrywał na nich ale gdyby trafił się jakiś chętny to mógł dać na nich zagrać.

              - A ty co? Idziesz z nami? - Tobias zaś niejako nadział się na dwóch innych jacy w świetle bijącym z okien chaty szykowali fanty jakimi chcieli obdarować tutejsze panny aby zdobyć ich względy. Bo nie było pewne czy same z siebie by przyszły zwłaszcza, że już zmierzchało a grupa obcych uzbrojonych mężczyzn niekoniecznie musiała przyciągać płeć piękną sama z siebie. Więc ta dwójka miała nadzieję pomóc szczęściu i podziałać na własną rękę. A jak już trafił im się ten trzeci to mu zaproponowali możliwość dołączenia do tej wieczornej eskapady. Kolesnikov właściwie nie zabronił im opuszczać gospodarstwa to z tego korzystali.

              A po zmierzchu jak się spojrzało z piętra stodoły na południe widać było liczne ogniska. Hochlandczycy zastanawiali się czy to reszta ich regimentu. Całkiem możliwe bo szli tą samą drogą od Ristedt ale wielka kawalkada piechurów, zwierząt i wozów nie była tak mobilna jak względnie niewielka grupka zwiadowców więc widocznie nie udało im się dotrzeć do Speck. A właśnie w Speck było rozwidlenie drogi. Idąc dalej wzdłuż rzeki Wolf doszłoby się pod koniec dnia do granicznego z Hochlandem Kienbaum. Tak przynajmniej mówił Teodebert jak rozmawiał z Kolesnikovem ale tubylcy twierdzili podobnie. A odnoga jaka wiodła w głąb lasu miała iść do Wendorfu. Gdzie też powinno się dotrzeć pod koniec kolejnego dnia marszu. No i ten kolejny dzień właśnie się zaczynał.

              - Czekamy na nich? - zapytał swojego herszta któryś z jego myśliwych. Obaj i nie tylko oni spoglądali na drogę ku północy skąd wczoraj przyszli. Dziś widać było dymy ognisk. Tam pewnie była reszta ich macierzystego regimentu. Ale tak samo jak wieczorem dzieliło ich z dzwon albo dwa marszu w jedną stronę.

              - Nieee. Słyszałeś szefową. Mamy dotrzeć do Wendorf. Dała nam konia, dała nam zapasy no to nie ma co jej zawracać głowy, że nic się nie działo i jeszcze nie wracamy z Wendorf. - odparł czarnobrody po chwili namysłu. Potem odwrócił się do reszty ich pstrokatej grupy. - Dobra zbierać się! Za pacierz wszyscy tu mają być na podwórku! Do zmroku musimy być w Wendorf! - zawołał głośno. Towarzystwo bowiem i tak już kończyło śniadanie, poranne ablucje i w większości już pozbierało swoje nocne legowiska. Sam zaś podszedł do człowieka jaki ich noclegował.

              - To mówicie gospodarzu do Wendorf dalej tą drogą? - wskazał na wąską przesiekę w mrocznym lesie o jakiej rozmawiali wczoraj.

              link: https://i.imgur.com/z8zrONv.jpeg

              - A tak. Cały czas tą drogą. Pod koniec dnia powinniście dojść nią do Wendorf. - chłop skinął głową mówiąc mniej więcej to samo co wczoraj. Że jak będą szli tą drogą i nie zlezą żadną boczną odnogę to przed zmrokiem powinni dotrzeć na miejsce. W połowie drogi przy drodze będzie kapliczka Sigmara Wędrowca. No to jak do niej dojdą to mniej więcej połowa drogi będzie. Oni ze Speck czasem udawali się tam na targ ale nie tak często jak do Ristedt albo jeszcze lepiej do Kienbaum. Bo tam można było wziąć łódź a do Wendrof trzeba było iść przez las. No i cały dzień drogi no to z noclegiem tam aby wrócić na drugi dzień tutaj. Więc to kawał drogi był i z byle powodu tam się nie wybierali. A jakby nie zdążyli przed zmrokiem i zamknięciem bram to przed bramą jest Bramna. Karczma. Z bardzo zdrowymi dziewojami. No to ci co nocowali to sobie nawet potrafili chwalić ich uroki.

              - Ale mój najstarszy tam poszedł. Już się pożenił, dzieciaki ma. Fachu się nauczył, kołodziejem został. Szacowny fach, dobry brzdęk* robi. Urlich, Urlich ze Speck, tak go tam wołają. Wcześniej był na naukach ale jak wżenił się w kołodziejównę no to mu warsztat wniosła w posagu i teraz na swoim robią. Zaraz za południową bramą go mają, będziecie pewnie przez nią wchodzić. To tam zaraz za nią. A pozdrówcie ich od ojca jak ich będziecie mijać. - ojciec był wyraźnie dumny z sukcesu zawodowego najstarszego syna. Bo dla zwykłego syna chłopa ze wsi zostać kołodziejem w mieście to rzeczywiście było nie byle co. A własny warsztat w pewnie dość młodym wieku to jeszcze bardziej. Ale też nie odwiedzali się zbyt często no bo to cały dzień drogi w jedną stronę i to przez las a wiadomo, że w lesie to raczej nic dobrego poczciwego człowieka nie spotka. Przynajmniej ich gospodarz zdawał się mieć takie poglądy.

              A ta wojna pogorszyła to wszystko. Co jakiś czas przez Speck przechodziło jakieś wojsko. Zwykle na wschód, właśnie na Wendorf ale nie zawsze. Za to ze wschodu od tygodni spływali kolejni uchodźcy. Często się zatrzymywali na parę dni aby odpocząć ale, że to małe sioło tylko to potem ruszali dalej. Albo na północ do Ristedt albo na południe do Kienbaum. Ludzie ze Speck zwykle im pomagali nocując po chatach czy stodołach. Ale zdarzali się też wśród nich i złośliwcy bo w zeszłym tygodniu sąsiadowi łobuzy łódź ukradli i odpłynęli nią nie wiadomo gdzie i pewnie już nie wrócą. Ale większość to poczciwa była uciekali przed straszną wojną na wschodzie. Niekiedy to byli Kislevici co parli aż tutaj z ich kraju. Trudno było się z nimi porozumieć o ile nie trafił się ktoś kto choć trochę znał oba języki. Ale wszyscy przynosili straszne historie o tej wojnie. Co rano więc mieszkańcy Speck z trwogą spoglądali na złowrogo ciemną ścianę lasu czy z niej nie wychyla się jakiś tabun strasznych najeźdźców z północy. Na razie jednak nie. Więc dziękowali dobrym bogom i modlili się aby tak było dalej.

              Widząc, że stary zaczyna się powtarzać Stefan podziękował mu i sam poszedł przygotować się do drogi. Na podwórku już zaczynali się schodzić jego myśliwi gotując się do dalszej drogi. Byli skorzy pójść jak najdalej aby wykorzystać pogodny początek dnia zanim kapryśny Taal znów nie zrzuci im czegoś na głowy lub pod nogi.


              *brzdęk - tutaj, lokalne określenie monet

              1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
              0
              • Pipboy79P Niedostępny
                Pipboy79P Niedostępny
                Pipboy79 jako Pipboy79
                napisał ostatnio edytowany przez JhnW
                #151

                Przeziębienie powoli ustępowało kiedy Tobias siedział w izbie plecami do pieca słuchając Kolesnikowa, Teodeberta i samego gospodarza. Wdzięczny był losowi że wioski nie sięgnęły jeszcze okrutne szpony wojny i mężczyzna w miarę spokojnie opowiadał o uciekinierach ze wschodu, Swoim synu i drodze do Wendorfu. Zamierzał odpocząć jak tylko się dało i nie szwędać się z chłopakami szukając rozrywek. Nie wiadomo było jaka droga ich czeka i pogoda a ostatnie dni dały się im we znaki. Dlatego przy pierwszych oznakach znużenia zebrał się, dając innym miejsce przy piecu i udał się do stodoły i znalazłszy najsuchsze i najcieplejsze miejsce i ułożył się do snu.
                Ranek był chłodny i prawie wszyscy jeszcze spali kiedy Tobias przeciągnął się na Swoim posłaniu. Cicho wyszedł ze stodoły zabrawszy łuk i kołczan i ruszył w kierunku lasu z zamiarem zrobienia zwiadu po okolicy. Tu, w leśnej głuszy czuł się najlepiej, zdala od ludzkich siedliszczy, w pieknej dziedzinie Taala. Szedł już dłuższy czas kiedy w ciszę przerwał jakiś dźwięk, nie wydany bynajmniej przez człowieka. Zwiadowca zaczął się skradać, starając się wydawać jak najmniej dźwięku. Z kierunku w który zmierzał usłyszał ciche szamotanie przez moment i wtedy zobaczył oczy drapieżnika wpatrujące się w niego,
                z którego pyska ściekała krew ofiary którą miał pod sobą. Szamotanie dorodnej sarny kozła był dźwiękiem który Tobias usłyszał a myśliwym była samica rysia, wpatrująca się w zwiadowcę zastanawiając się zapewne czy intruz ma ochotę na jej posiłek. Człowiek uśmiechnął się pod nosem i wycofał się powoli, obserwując zwierzę, które poczuło się pewniej i zadało śmiertelny cios sarnie. Poluj w spokoju piękna - Tobias ruszył z powrotem do wioski a słysząc burczenie w brzuchu przypomniało mu jak bardzo był głodny.

                1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                0
                • CioldanC Niedostępny
                  CioldanC Niedostępny
                  Cioldan jako Cioldan
                  napisał ostatnio edytowany przez JhnW
                  #152

                  Droga do Speck przebiegła nad wyraz spokojnie. Wszyscy lekko obciążeni szli równym tempem, elfy może mogłyby nieco szybciej wędrować, ale trójka nie miała zamiaru wychylać się przed szereg. Mijali czasem grupy idące w przeciwnym kierunku, ale Mundo-naru przewidywał, że większość uchodźców udaje się do Kusel przez Kienbaum, czyli na południe. Spodziewał się większych skupisk w wiosce na rozdrożu. Chociaż ciężko było mu nazwać to rozdrożem, gdyż droga ze Speck do Wendorf niezbyt przypominała trakt prowadzący z Ristedt do Kienbaum. Po prostu ciut bardziej wydeptana ścieżka przez las. Może to była krótsza droga niż tę którą mieli do przejścia dziś, ale na pewno trudniejsza. Powinni więc jutro jeszcze więcej nadrobić nad główną grupą.

                  Już na miejscu w osadzie, wszystkie elfy starały się zostawać w cieniu. Zaciągnięte kaptury towarzyszyły im przez cały wieczór. Zapewne gdyby nie wojna z chaosem to mieszkańcy Speck mogliby przegonić ich widłami do lasu "gdzie ich miejsce". Podczas wieczornego posiedzenia poru śmielszych ludzi zaczępili go w dość stereotypowy sposób. Obok siedziały jego kuzynki, ale one jeszcze nie były dobrze znane w grupie. Nie brano ich nawet pod uwagę jeśli chodzi o wieczorne podboje. Może ze względu na odmienność rasy.

                  - Panowie, Isha i Kurnous niestety byli oszczędni jeśli chodzi o obdarowanie mnie jakimiś talentami. Ani śpiew, ani taniec, ani nawet magia. - w tym momencie złapał lekko za łuk i szczerze się uśmiechnął. - To jest mój talent i oby przekonało się o tym jak najwięcej plugastw chaosu. -

                  Po chwili elfy wstały od stału, podziękowały za wieczór i udali się na spoczynek. Lindara i Eponia zostały poproszone przez kuzyna o pierwsze zmiany podczas warty jaką zaproponował Stefan Jeager. Duivel natomiast głosił się na ostatnią, dlatego nie chciał siedzieć dłużej z resztą bandy.

                  Jeszcze przed świtem spiczastouszy wstał, ogarnął się i poszedł zmienić wartownika. Przeszedł się kawałek w głąb ścieżki, ale nie chciał też odchodzić za daleko. Ludzie wciąż migrowali i póki co nie było oznak wrogich sił.
                  Gdy wracał do wioski, widział jak przez las szedł Tobias i elf pozdrowił go z daleka.
                  W Speck podszedł jeszcze do uchodźców aby wypytać o sytuację na trakcie, w Wendorf i w Grunackeren. Chciał wiedzieć jak najwięcej by odpowiednio się dostosować do tego co mogą zastać na miejscu. Następnie wszystkie zebrane informacje przekazał Kolesnikovi. Dwie elfki dołączyły do niego i gdy już ruszali to trójką wyszli na przód. Z kapturami na głowach, tak by ludzie idący w przeciwnym kierunku nie musieli się dodatkowo głowić dlaczego te "cudaki" lezą w przeciwnym kierunku. Migranci mieli już wystarczająco dużo zmartwień. Elfy na ogół drwiły z ludzi i ich wojen, jednak teraz sytuacja była odmienna i pojawiło się uczucie współczucia u Duivela i jego kuzynek. Tymczasem skupiali się na zwiadzie i wypatrywali kapliczki Sigmara. na pewno tam przystaną na chwilę by dać czas Teo odmówić jakąś modlitwę. Oczywiście cała trójka dołączyła by do ludzi w modlitiwe, jednocześnie pozostając czujnymi.

                  1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                  0
                  • DekaresD Online
                    DekaresD Online
                    Dekares jako Dekares
                    napisał ostatnio edytowany przez JhnW
                    #153

                    Stefan z ulgą przyjął zmianę pogody która pomimo jego ostatniego zakupu nowej odzieży dla siebie i Wieselów ostro dała im się we znaki. Idąc traktem starał się czujnie obserwować drogę przed nimi choć wesołe zachowanie Azura biegającego wesoło z Harpią i Gryfem dookoła czasami dawało mu się we znaki i rzucał całej trójce jakiś patyk do aportowania.
                    Tak maszerując dotarli do Speck, które zapowiadało szanse przenocowania w komfortowych warunkach. Przysłuchując się rozmowie sierżanta z miejscowymi i jednocześnie zajmując się ich darowanym przez Petrę wierzchowcem jego nadzieje na dach nad głową zaczęły blednąć ale sytuację uratował dla nich kaznodzieja, za co Jeager w duchu podziękował Sigmarowi.
                    Jeager kiedy usłyszał rozkaz do nocowania w stodole natychmiast skierował się do Kolesnikova z zapytaniem:

                    - Panie sierżancie! - pozdrowił z wigorem przełożonego - Skoro zatrzymujemy się tu na noc to chyba czas wysłać meldunek do Panny von Falkenhorst? W końcu pod tym pretekstem wyrwałem dla nas tego konia - ostatnie zdanie dodał z porozumiewawczym mrugnięciem oka.

                    - No można wysłać. - uznał brodacz po chwili zastanowienia. Spojrzał na drogę jaką niedawno przyszli do wioski Speck. Była ona jednak pusta. Nie było wiadomo jak reszta regimentu poradziła sobie z przeprawieniem na południowy brzeg Wolf.

                    - Poczekamy jeszcze. Może się pokażą do zmroku. - herszt leśnej bandy nie wydawał się kwapić z taką inicjatywą. Zwłaszcza jak nie sposób było zgadnąć ile ich dzieli od jednostki macierzystej.

                    - Jak sobie Pan życzy sierżancie, choć muszę zauważyć, że im później ktoś wyjedzie tym większe niebezpieczeństwo w postaci wracania nocą. Ale dobra, co chciałbym Pan abym robił z moimi chłopakami, bo poza wystawieniem oczywiście wart i patroli może dobrym pomysłem byłoby znaleźć znających okolicę miejscowych żeby nam powiedzieli coś o tutejszym terenie i zagrożeniach? Po za tym jeśli są tu jacyś uchodźcy to mogą być bezcennym źródłem informacji na temat Wendorf a nawet Grunackeren, może poszukajmy ich i przepytajmy?

                    - No bardzo dobry pomysł Stefanie. Zajmij się tym. - gdy czarnobrody usłyszał co dokooptowany do oddziału jego imiennik ma do zaproponowania obrzucił jego sylwetkę z góry na dół spojrzeniem i z powrotem. Pokiwał głową w jakiej obmyślał coś pewnie ale w końcu poklepał go po ramieniu i dał mu wolną rękę w realizowaniu swoich propozycji rozmów z tubylcami.
                    - Tak Jest! Panie Sierżancie - odpowiedział Stefan, jednoczęsnie już myśląc jak tu najlepiej zachęcić miejscowych do rozmowy…
                    - No tak, na to zawsze jest zapotrzebowanie… - pomyślał spoglądając na swoją nową apteczkę.

                    Szybkim krokiem podszedł do gospodarza który wydawał mu się najznaczniejszym wśród zebranych kmieciów i zagadał wesoło:
                    Szacowny Gospodarzu! Nazywam się Stefan Jeager, chciałem jeśli nie jest to wielkim problemem zapytać się czy macie tu w Speck jakiś myśliwych których moglibyśmy wypytać się o zagrożenia na drodze? A przede wszystkim chciałem się spytać czy któryś z mieszkańców albo uchodźców nie potrzebuje opieki medycznej? Służyłem przez pewien czas w świątyni Pani Miłosierdzia więc co nieco znam się na leczeniu.

                    1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                    0
                    • Pipboy79P Niedostępny
                      Pipboy79P Niedostępny
                      Pipboy79 jako Pipboy79
                      napisał ostatnio edytowany przez JhnW
                      #154

                      Oryginalny tytuł: Tura 34 - 2521.05.03-04; bkt; ranek - południe

                      Miejsce: pd-zach Ostland; Las Cieni; droga Speck - Wendorf; leśna droga
                      Czas: 2521.05.04; Angestag; ranek - popołudnie
                      Warunki: - ; na zewnątrz: półmrok, deszcz, łag.wiatr; nieprzyjemnie (0)

                      Wszyscy

                      link: https://i.imgur.com/edAEWYl.jpeg

                      Padało. Znowu. Poranek jaki ich zastał w Speck był co prawda pochmurny ale nie padało. W nocy padało i kto miał wartę zaraz po północy to mógł o tym rano zaświadczyć. Gdy ruszyli z nadbrzeżnej wioski i wkroczyli w mroczny las to nawet się rozpogodziło. Pomiędzy ponurymi koronami drzew widać było całkiem słoneczne prześwity. Trochę tego wiosennego, słonecznego blasku docierało nawet na ubłocony, leśny padół jakim wiodła przesieka. W miarę jednak jak zbliżało się południe niebo pochmurniało ponownie. A ze dwa pacierze później spadł z tych stalowych chmur zimny deszcz znów mocząc wszystko i wszystkich. A tym razem w przeciwieństwie do tego nocnego zwiadowcy regimentu von Falkenhorst byli wystawieni na jego działanie i nie mogli zagrzebać się w sianie, otulić kocem i schronić pod dachem stodoły.

                      Poranne wycieczki wokół Speck nie przyniosły żadnych rewelacji. Ot spotkali kogoś kto wybrał się po chrust, dzieciaka wypasającego kilka chudych świń, ciekawską wiewiórkę jaka zerkała na nich z bezpiecznej gałęzi drzewa. Ale nic niezwykłego. Przygoda Tobiasa z końcówką polowania rysia na sarnę chyba było tu najbardziej ekscytujące. Las w bezpośrednim sąsiedztwie wioski nie krył w sobie żadnych niespodzianek czy niebezpieczeństw. A dalej nie było sensu iść jeśli chcieli wrócić na śniadanie i poranną zbiórkę. Przynajmniej wstali całkiem wypoczęci. Siano w połączeniu z własnymi kocami i suchością strychu stodoły całkiem przyjemnie grzało. Nawet szczeliny przez jakie czuć było chłodny, nocny powiew tego nie psuły. Na nocnych wartach też nic się nie wydarzyło godnego aby to potem opowiadać. Uśpiona wioska była monotonną, mroczną ciszą. Po północy jeszcze dodatkowo działał tak deszcz jaki usypiał i wygłuszał wszystkie słabsze dźwięki. Monotonne bębnienie kropel deszczu o dach stodoły działał kojąco. Psy po gospodarzy nie szczekały a zwykle one pierwsze wyczuwały obcego czy inne zagrożenie. Na tym właśnie zapewne bazował Kolesnikow nie widząc sensu aby mniej skuteczne dwunogi też miały nie spać skoro mieli tyle czworonożnych strażników. Nie zabronił tego robić ochotnikom ale sam nie zamierzał się tym zajmować. Do rana nic nie przerwało tej nocnej monotonii.

                      Wieczorne rozmowy Stefana z mieszkańcami czy poranne Duivela jak na okoliczności wojny to też wydawały się dość rutynowe. Owszem jak wieczorem włócznik rozpowiedział o swoich leczniczych umiejętnościach to okazało się, że roboty to ma na cały wieczór. Ledwo skończył wizytę w jednym gospodarstwie już go wołano do sąsiadów. Okazało się, że tu jest ktoś kogo boli brzuch, tam komuś złamana ręka się paskudziła, jeszcze ktoś dostał podejrzanej wysypki. Tak, miał całkiem sporo do roboty. W międzyczasie dowiadywał się historii z tym związanych. Większość była od tutejszych mieszkańców Speck. Dowiedział się jak to Hans podczas naprawy dachu spadł z niego i się potłukł, jak Gerhard w swej chytrości zeżarł coś co mu szkoda było wyrzucić i teraz to odchorowywał, jak Maria źle podeszła do krowy i ta ją kopnęła albo jak utopce wciągnęły młodego Jurgena bo tylko chodaki przy brzegu po nim zostały. Ci spoza Speck opowiadali podbne rzeczy tyle, że zwykle nie ze Speck.

                      Kislevska rodzina miała najstarszą córkę brzemienną. Jej mąż został w Kislevie powołany do wojska i nie wiedzieli co się z nim dzieje. A ona sama miała ciężarne boleści. Trudno było się z nimi dogadać bo Stefan nie mówił po kislevsku a oni w reikspiel. Na szczęście gospodarz u jaki ich przetrzymał od paru dni trochę znał wschodni język i jakoś przez niego oraz na migi próbowali się dogadywać.

                      Jakiś starzec z gromadką wnuków i dzieci jakie zgarnął po drodze pochodził z pogranicza i dotarł z tymi dziatkami aż tutaj. Chciał dotrzeć do jakiegoś miejsca gdzie było bezpiecznie aby uciec przed tą wojenną zarazą. Zastanawiał się czy wystarczy do Kienbaum czy jednak trzeba będzie opuścić granice Ostlandu i udać się za granicę. W jego mniemaniu już teraz był tak daleko od rodzinnych stron jak nigdy wcześniej i to wydawało mu się strasznie przerazające. Ale wróg jaki najechał jego rodzinne strony jeszcze bardziej więc wciąż ze swoją dzieciarnią parł na zachód.

                      W kontekście Wendorf niewiele się dowiedzieli. Dla mieszkańców Speck to było jedno z trzech okolicznych miast i to chyba to najmniej istotne bo nie dało się tam jak do Ristedt czy Kienbaum dopłynąć łodzią tylko trzeba było iść cały dzień w głąb lasu. Więc gdy tylko była taka możliwość to wybierali któreś z nadrzecznych miast a nie to trzecie. Trafił się ktoś kto był tam w Marktag na targ. Czyli musiał wyjść w Aubentag aby dotrzeć tam na wieczór, przenocować, od rana stać na targu aż do zmierzchu bo nie było szans w pół dnia wrócić do Speck. Więc dopiero w Backertag rano stamtąd wyszedł i wrócił tutaj krótko przed zmierzchem.

                      A myśliwych to w Speck nie było. Czasem ktoś zasadzał sidła na króliki czy wiewiórki ale w pańskim lesie nie można było bez zgody pana polować na coś większego. To i nie chcieli mieć kłopotów. Poza tym mieli rzekę i ryby. Co się poświadczyło i wczoraj na kolacji i dziś na śniadanie jak podano im świeże, smażone ryby i rybną polewkę. I zagrożenia no tak, banici tu byli na trakcie jesienią. Ale pan skrzyknął obławę i ich wyłapał i potem na zimowym festynie pięknie kołem kat połamał i powiesił ku przestrodze. Potem to raczej nie. Zima już była teraz się skończyła no ale wojna się zaczęła. Tam głębiej to wiadomo, zła pełno. I orki, i zwierzoludzie, i odmieńcy, i banici no ale to pod wioskę nie podchodzili. Napady no tak, czasem się zdarzały na podróżnych. Ale takiego dużego wojska to chyba nie napadną. Dla mieszkańców Speck oddział Kolesnikova jawił się jako całkiem spore wojsko.

                      Jak zareagowali na pojawienie się reszty regimentu tego już zwiadowcy nie wiedzieli bo ruszyli w tą wąską, błotnistą przesiekę. Wieczorem herszt Hochlandczyków poslał umyślnego do Petry gdy pokazały się ogniska na horyzoncie. Ten wrócił jak już było ciemno. Droga w jedną stronę konno zajęła mu kilka pacierzy więc nie chciał czekać do rana. A odpowiedź od szefowych była równie krótka jak meldunek, że wszystko na razie w porządku. Ustami posłańca kazała im ruszać z rana do Wendorf. W ten ponury poranek też widzieli ze strychu stodoły dymy z licznych ognisk regimentu. Więc tam pewnie też się sytuacja nie zmieniła. Z rana mieli jakieś dwa, trzy dzwony przewagi marszu nad nimi ale z czasem pewnie to się zwiększy bo taka duża kawalkada zwykle poruszała się bardziej ślamazarnie od małej grupki jaka nie miała ze sobą wozów, zwierząt i nie musiała czekać aż kolejny oddział zbierze się do wymarszu aby zająć swoje miejsce.

                      A jak zwiadowcy wyszli ze Speck i zagłębili się w las to stracili i ten symboliczny kontakt z macierzystym regimentem. Wedle wskazówek Teodeberta i mieszkańców mieli szansę dotrzeć do Wendrof przed zmrokiem. Wystarczyło nie zbaczać w jakieś boczne odnogi drogi jakie miały prowadzić do pojedynczych leśnych farm, siół smolarzy, leśników i tego typu miejsc zagubionych wśród leśnej głuszy niegodnych miana wioski. Przynajmniej zdaniem mieszkańców Speck. Przeszli z połowę dnia gdy się rozpadało. I jeszcze ze dwa pacierze w tym deszczu gdy znaleźli kapliczkę Sigmara Wędrowca jaka symbolicznie stanowiła półmetek pomiędzy Speck a Wendorf. Jednak tu czekała ich niemiła niespodzianka.

                      - Barbarzyńcy! Heretycy! Bluźniercy! Spalić ich! Ha! Mówiłem wam! Tolerujecie tego plugawca w swoich szeregach i zobaczcie! Zobaczycie do czego to prowadzi! Nie ma tolerancji dla takich abominacji! Trzeba je wypalić do cna ogniem i żelazem! - Teodebert w pierwszej chwili był przerażony tym odkryciem. A zaraz potem zaczął złorzeczyć na głos i podbiegł do przewróconej figury Sigmara. Była wyrzeźbiona z jednego, solidnego pnia drzewa więc rozmiarami przypominała dorodnego męża. A rysy miała z grubsza ciosane przez lokalnego artystę. Ale solidna, męska twarz, młot spoczywający u stóp mężczyzny, królewski diadem na czole i klamra pasa z kometą z dwoma płomieniami zdradzały, że to posąg Sigmara. Jednak teraz leżał on w błocie jak jakiś pachoł. I to nie mógł być przypadek. To nie deszcz podmył ziemię w jakiej on pierwotnie stał i nie wiatr go obalił. Na drewnianej piersi posągu ktoś wyrył nożem gwiazdę Chaosu. Padający deszcz nie zdołał zmyć paskudnych fekalii jakimi ktoś dodatkowo zbezcześcił posąg. Inne symbole wyryte na posągu też wyglądały złowrogo.

                      Na ziemi było sporo śladów. Widocznie ktoś tu sobie zrobił dłuższy przystanek pewnie aby obalić i zbezcześcić ten posąg. Ale nocny i obecny deszcz uczyniły je nieczytelnymi wgłębieniami. Trudno było coś z nich odczytać. Nie dało się odczytać skąd lub dokąd przyszli. Jak wnioskował Kolesnikow zapewne nie do Speck bo by się ich spotkało a żadnych śladów po drodze nie widzieli.

                      - To co teraz? - zapytał niepewnie któryś z banitów.

                      - Mieliśmy sprawdzić drogę do Wendorf. Więc pójdziemy sprawdzić drogę do Wendorf. - odparł brodacz po chwili zastanowienia. Jego ludzie nie tryskali radością z tego powodu. A objaw świętokradztwa wyraźnie ich zdeprymował.

                      - Chcesz iść tam dalej? A jak oni tam będą? - zagadną go kolejny najwidoczniej nie uśmiechała mu się myśl spotkania z kimś takim jaki tu pewnie wczoraj buszował.

                      - Trzeba. Właśnie po to nas wysłali abyśmy sprawdzili takie rzeczy. Na razie nic nie widzieliśmy. Co chcesz zameldować? Że ktoś obalił posąg? Kto? Ilu? Co mają? Nie wiesz? No to idź się dowiedz do licha cieżkiego po co zgłaszałeś się do zwiadowców jak nie umiesz tej roboty? - herszt leśnych banitów zapytał towarzysza gdy widocznie wydawało mu się, że jest w stanie przewidzieć co mogą się ich w sztabie pytać gdyby teraz zawrócili aby o tym zameldować.

                      - Dobrze ale pomóżcie mi podnieść ten posąg. Nie możemy go tak zostawić. - Teodebert wskazał na obaloną rzeźbę jaka była wyższa od dorosłego człowieka. I wyglądała na bardzo ciężką. Nie było dziwne, że na twarzy Hochlandczyków pojawił się sceptycyzm.

                      - Zostaw to. Reszta i tak idzie za nami to go podniosą. My mamy swoją robotę do zrobienia. Idziemy dalej. - rzekł ich herszt czym wywołał istną lawinę lamentów od sigmaryty. - Nie mamy lin ani wolnych koni. Ani łopat aby wykopać nowy dół. Ten stary zobacz jak się rozmył. Trzeba wykopać nowy. Zajmie nam to tyle, że reszta nas dogoni. To nie nasza robota. - próbował tłumaczyć lider zwiadowców. Jednak Teodebert był nieprzejednany. W końcu Stefan machnął na niego reką mówiąc coś w stylu, że jak chce to niech zostanie ale reszta idzie dalej.

                      - Ty zaprzańcu! Gniew boży cię dopadnie! Zostawić tak naszego kochanego Patrona w tym chlewie i błocie! - złorzeczył im w plecy sigmaryta jaki zdecydował się zostać przy zbeszczeczonej kapliczce nawet jeśli miałby zostać sam. Jeszcze jakiś czas słyszeli jego krzyki ale te umilkły w monotonnym szumie deszczu o liście i ziemię. Jednak teraz atmosfera się zmieniła.

                      - Elfy do przodu. Stefan weź swoich i na lewo. Urlich dwóch i na prawo. Tobias weź dwóch ze sobą i zostańcie trochę z tyłu. Te zasrańce wciąż mogą gdzieś się tu kręcić. - gdy już zostali bez bogobojnej duszy Kolesnikow zaczął się zachowywać jak na dowódcę zwiadu przystało. Podzielił niezbyt liczne siły na mniejsze grupki aby nie dać się zaskoczyć. A przynajmniej zmniejszyć na to szanse.

                      Atmosfera się zmieniła. Teraz po minięciu zbezczeszczonej kapliczki ten sam las zrobił się jakiś bardziej ponury. Bardziej złowrogi. Deszcz wydawał się sprzyjać napastnikom jacy mogli się czaić za każdym kolejnym drzewem. Wydawało się, że to sam pradawny las ich obserwuje. Wwierca się wzrokiem w kark czy szyję. Ale jak się odwracali to nie byli w stanie nic dostrzec. Jakiś ruch gałęzi wywołany lekkim wiatrem czy uderzeniem kropel deszczu. I tak krok za krokiem, pacierz za pacierzem, coraz głębiej w tą leśną głuszę. Szarpało to nerwy. A na dłuższą metę było nużące. Nie dało się zbyt długo utrzymać takiej koncentracji więc zwiadowcy liczyli na swoje doświadczenie w takich sprawach. Inną sprawą było, że przy takim deszczu i wilgoci cięciwy łuków rozmiękały czyniąc je mniej użytecznymi albo w ogóle. Nawet psy idące na smyczy węszyły czujnie, strzygły uszami i wyglądały na zdenerwowane.

                      W pewnym momencie psy zaczęły warczeć i zjeżyła im się sierśc. Obnażyły kły wyczuwając jakieś zagrożenie. Zaczęły ujadać alarmując nie tylko Jeagera i jego pomocników ale i resztę grupy. Kolesnikow idący drogą w centrum grupy zatrzymał się i spojrzał w ich stronę.

                      - Co się dzieje?! - krzyknął do nich. Kuzynki Duivela też się zatrzymały rozglądając się dookoła. Podobnie jak pozostałe grupki. I zaczęło się zaraz potem gdy zasadzkowicze widocznie zorientowali się, że zostali wykryci.

                      Stefan dojrzał ruch z głębi lasu. Kilka wilczych kształtów pruło wprost na niego nie przejmując się ani mijanymi krzakami ani błotem bryzgającym spod łap. Przy tej prędkości to miał szansę wystrzelić raz czy dwa zanim go dopadną.

                      Idący ze swoimi kuzynkami Duivel też to dostrzegł. Widział z pół tuzinka wilków lub podobnych stworzeń jakie prują na nich przez leśne ostępy z lewej strony. Wydawało mu się, że za nimi dostrzega jedną czy dwie humanoidalne sylwetki jakie pewnie je właśnie spuściły ze smyczy.

                      Tobias jaki z dwoma myśliwymi szli na końcu grupy widział jak z pół tuzina ogarów pędzi ku grupce Stefana jaka była najbliżej ich celu. Ale dostrzegł też kilka innych kształtów. Tym razem humanoidalnych. Kilka z nich, jeszcze na pograniczu leśnej, deszczowej widoczności mijało ich zapewne aby odciąć im odwrót albo zaatakować od tyłu.

                      1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                      0
                      • CioldanC Niedostępny
                        CioldanC Niedostępny
                        Cioldan jako Cioldan
                        napisał ostatnio edytowany przez JhnW
                        #155

                        Trzy elfy prowadziły grupę poprzez las. Z własnej inicjatywy, ale też nikt nie protestował. Mieli iść po ścieżce i nie zbaczać z drogi, także nie było to trudne zadanie. Starali się wyłapać każdy szczegół, który by ich zanipokoił. Tak też zauważyli jakiś przewrócony posąg. Wokół było wiele rozmytych przez deszcz śladów. Gdy reszta grupy po krótkiej chwili doszła do nich, rozległ się krzyk Teodeberta. Duivel był w stanie zrozumieć wielkie oburzenie, tym bardziej, że był to jednak fanatyk. Tyle, że obarczanie tym czerwonego maga, który również niedawno dołączył do Petry i jej armii, było przynajmniej dziwne.

                        - Drogi Teodebercie, widać, że to robota plugawców i nikogo innego. Musimy uważać, skoro ich nie spotkaliśmy jeszcze, to muszą gdzieś tu być. Proponuję modlitwę do Sigmara i ruszajmy proszę dalej. Prawda dowódco?- na koniec zwrócił się do Kolesnikova.

                        Nic nie dało się zrobić z tą masywną rzeźbą. Przynajmniej nie w takiej sytuacji. Petra i jej ludzie pewnie to jutro naprawią. Albo po wojnie odbuduje się i postawi większy. Przecież ludzie lubią wielkie posągi swych Bogów. Ten już jest pomazany, pewnie trafi do jakiegoś zakonu, jako przestroga.
                        Jednak to nie był czas na przemyślenia. Trzeba ruszać dalej, szczególnie po rozmowie Stefana K. z Teo. Mundo-naru ucieszył się, że Kolesnikov myśli zupełnie jak on. Dobrze jest ufać sowjemu dowódcy. Aż śmieszne było, że na początku podejrzewał go o knucie. Może był banitą, ale wiedział gdzie jego miejsce i dla kogo obecnie pracuje. Zresztą tak samo jak Duivel i jego kuzynki.
                        Trójka elfów znów znalazła się na czele grupy, tym razem z rozkazu. Już nie odchodzili zbyt daleko do przodu, starali się być z przodu, ale nie oddalać się za daleko. Komunikacja jest najważniejsza, więc reszta winna ich albo usłuszeć, albo ujrzeć ich gesty. Byli gotowi, zarówno Lindara jak i Eponia poprawiły swoje łuki na plecach, tak by szybko mogły ich dobyć jak tylko zauważą zagrożenie. Wraz z kuzynem znali się bardzo dobrze, więc wystarczył mały gest aby wiedzieć skąd nadciąga niebezpieczeństwo. Lindara szła bardziej po lewej stronie, obserwując bacznie głównie tamtą stronę. Eponia marszowała środkiem i jej zadaniem był zwiad drogi przed nimi. Natomiast Duivel skupiał się na prawej stronie.
                        Ujadanie psów sprawiło, że cała trójka stanęła jak wryta. Mundo-naru od razu wiedział skąd ten jazgot się wziął. Akurat z jego strony zbliżał się wróg. Przeprowadzili zasadzkę, także pewnie mogą też wyskoczyć z drugiej strony, ale teraz trzeba było skupić się na tym co widział. Od razu krzyknął

                        - Na wschodzie wilki i przynajmniej dwóch człekokształtnych!!-

                        Natychmiast przygotowali swoje łuki. Lindara i Eponia również zwróciły się w prawą stronę i już widziały jak przeciwnik pędził w ich stronę. Nie czekając na rozkazy od Kolesnikova, wystrzelili niemal synchronicznie strzały. Celowali wszyscy w biegnące zwierzęta. To prawie jak strzelanie w uciekającego jelenia. Wszystko w ruchu, z tym, że ta zwierzyna biegła na nich, a konkretnie Jeagera i jego ziomków, bo byli najbardziej wysunięci na wschód. Jeszcze podczas naciągania cięciwy Duivel zwrócił się do kuzynek

                        - musimy obserwować też zachód, na zmianę- .

                        Po pierwszej salwie, znów byli gotowi do oddania strzału. Tym razem wystrzelił tylko Mundo-naru i Lindara. Eponia w tym czasie spojrzała w drugą stronę, czy przypadkiem nic nie nadciąga z zachodu.
                        Już przy zwarciu elf krzyknął

                        - Za Ostland!!!-

                        1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                        0
                        • DekaresD Online
                          DekaresD Online
                          Dekares jako Dekares
                          napisał ostatnio edytowany przez JhnW
                          #156

                          Jeager szedł razem z Wieselami zaraz za elfami na przedzie oddziału rozglądając się uważnie w poszukiwaniu kłopotów koncentrując się przede wszystkim na bokach drogi zostawiając im przód do zbadania. Chwilę wcześniej powrócił ich “najlepszy przyjaciel” deszcz w związku z czym Stefan schował swój łuk do sajdaka i zamknął zarówno nad nim jak i strzałami które niósł pokrowiec chroniący je przed zamoknięciem. Zamiast niego ściągnął z pleców tarczę z którą w połączeniu z włócznią i tak czuł się znacznie pewniej niż z łukiem.
                          Poranny zwiad dookoła wioski przyniósł mu nie małe upokorzenie gdy powrócił do wioski niosąc sporą garść jak sądził trujących grzybów, szybko jednak został wyprowadzony ze swojego błędu przez miejscową zielarkę która udowodniła mu że zebrane przez niego grzyby są tylko podobne do poszukiwanych przez niego muchomorów, w dodatku ze śmiechem powiedziała o tym innym członkom oddziału i mieszkańcom. To aż tak bardzo nie dotknęło Stefana, ale trwający ledwie sekundę błysk w oczach dwójki Piekielnych Łasic wystarczył żeby Jeager był pewny, że zbliżająca się Seria Niefortunnych Zdarzeń która go dotknie w najbliższym czasie będzie mieć grzybowe nadzienie.
                          Po chwili powrócił myślami do znacznie milszego wczorajszego wieczora w Speck kiedy leczył chorych. Zajęcie to uspokajało go przypominając spokojne dnie spędzone w świątyni Pani Miłosierdzia. Nie wziął od wieśniaków oczywiście żadnej zapłaty za leczenie choć co niektórzy próbowali mimo jego protestów. Zamiast tego wspominał o tym że jest w służbie pewnego górskiego szlachcica i że jeśli chcą komuś podziękować to mogą jemu i jego przedstawicielom okazać wdzięczność gdy Ci będą maszerować przez wieś.
                          Zaśmiał się w duchu zastanawiając się czy o takim budowaniu renomy regimentu myślała Petra wysyłając ich na zwiad i doszedł do wniosku że znacznie bardziej woli aby sztandar pod którym maszeruje był kojarzony z pomaganiem wsiom niż z ich paleniem.
                          Tak rozmyślając dotarli do półmetka swojego marszu w postaci posągu Młotodzierżcy, widząc bluźniercze zbezczeszczenie posagu Sigmara Stefana ogarnęła wściekłość, żeby nie powiedzieć morderczy szał.

                          - Te północne psy, będą błagały o szybką śmierć kiedy z nimi skończę - pomyślał wściekły, jednak już w następnej chwili postarał się wziąć głęboki oddech i pohamować swój gniew na rzecz przemyślanego działania. Cała sytuacja nieprzyjemnie pachniała mu pułapką i nie miał zamiaru pozwolić na to żeby jego oddział w nią wpadł.

                          -Sierżancie, dajcie nam chwilę, sprawdzę z Olafem czy nie ma tam jakiejś pułapki - po tym bez słowa ruszyli naprzód z młodym Wiselem, któremu przekazał w tej sytuacji dowodzenie jako o wiele lepszemu specjaliście w kwestii wykrywania podobnych rzeczy.
                          Doskonale pamiętał opowieści jego wuja na temat podobnych sytuacji, imperialni żołnierze znajdowali podobne splugawione miejsca albo okropnie zmasakrowane ciała zaginionych towarzyszy. W słusznym gniewie zaczęli przetrząsać splugawione miejsce i uruchamiali pułapkę bądź byli znienacka atakowani przez wroga który wykorzystywał ich wściekłość aby ich podejść. Szczególnie zapadła mu w pamięć historia o tym jak przy okrutnie zmasakrowanych ciałach chłopskiej rodziny rozwieszonej przy drodze którą maszerował oddział jego wuja niczym bluźniercza dekoracja. Jeden z żołnierzy wpadł na dziwną szklana kulę wypełnioną czymś zielonym. Oczywiście była to pułapka, kiedy kula została zbita wydobył się z niej zielony gaz który natychmiast ogarnął ponad dziesięciu towarzyszy jego wuja. Śmierć jaka ich dopadła była niezwykle okrutna. Dusząc się zielonym dymem wypluwali płuca, skóra pokryła im się krwawiącymi ranami jakby ktoś wylał na nich kwas. Wuj nie powiedział tego wprost nigdy ale Stefan domyślił się, że jedynym co mogli dla nich zrobić to skrócić ich męki. Dowódcy oddziału usłyszeli później od przełożonych, że to niby pułapka wykonana przez zwierzoludzi ale zarówno on jak i jego wuj powątpiewali w takie wytłumaczenie. Nigdy nie widzieli szkła wyprodukowanego przez zwierzoludzi a tym bardziej nie widział u nich magii zmieniającej powietrze w truciznę… .
                          Tym razem pomimo wściekłości jaką nim targała na widok despektu wyrządzonego podobiźnie Sigmara,ulga stwierdzili z Olafem że nie ma i żadnej pułapki.
                          Jednocześnie zaczeli razem z krzykliwym kaznodzieją czyścić jak mogli posąg z nieczystości. Jednocześnie szukali sposobu na postawienie pomnika z powrotem do pionu. Szybko jednak zgodzili się z sierżantem, że nie mają do tego odpowiednich narzędzi i skupili się na uspokojeniu i zachęcaniu do dalszej drogi z nimi kaznodziei, powołując się przede wszystkim na to aby przekonać go do pomszczenia bluźnierstwa i powstrzymania kolejnych podobnych aktów.
                          Po tym zgodnie z rozkazami dowódcy ruszyli do przodu na wyznaczonej w szyku pozycji.
                          W przeciwieństwie do co niektórych w ich oddziale(przynajmniej z tego co Stefan usłyszał z dyskusji pomiędzy sierżantem a jego ludźmi) Jeager podczas dalszego patrolu przez las wręcz nie mógł doczekać się ewentualnego spotkania z plugawcami winnymi zniszczenia posągu patrona ich Imperium. Jeager musiał sam przed sobą przyznać, że gniew pomagał mu przykryć niepokoju jaki odczuwał po zobaczeniu takiego pokazu barbarzyństwa. Te przeklęte runy jakie napastnicy wyryli na posągu przestraszyły go i nie ważne jak bardzo nie chciałby przykryć tego strachu pokazem gniewu i brawury nie mógł uciec przed tym, że obawiał się, że nie spotkają drani na swojej drodze, bo Ci właśnie maszerują w kierunku Lenkster i tam dadzą przykład podobnego barbarzyństwa. I taka perspektywa przerażała go znacznie bardziej niż ewentualność walki i z całą bandą w pojedynkę.
                          Musimy znaleźć te zwierzęta i zabić bez litości - pomyślał po raz kolejny zdając sobie doskonale sprawę, że tak naprawdę tylko przypadek albo działanie samych napastników może doprowadzić do ich spotkania. Aby uspokoić swoje coraz bardziej rozgorączkowane myśli zaczął recytować modlitwę, mając nadzieje że sam Sigmar poprowadzi ich ku sprawiedliwej zemście. Krótką chwilę po tym kiedy gdy skończył się modlić idący przed nim Azur zamarł aby po chwili zaczął ujadać w pozostałymi psami.
                          Modlitwa Jeagera została wysłuchana.

                          1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                          0
                          • Pipboy79P Niedostępny
                            Pipboy79P Niedostępny
                            Pipboy79 jako Pipboy79
                            napisał ostatnio edytowany przez JhnW
                            #157

                            Pogoda kolejny raz nie była zaskoczeniem. O tej porze roku na zmianę świeciło słońce i padał deszcz. Powietrze było rześkie i całkiem przyjemne a otaczająca żołnierzy przyroda, względny spokój dawały dziwne wrażenie, sielskie niemal. Gdzieniegdzie dawało się słyszeć jakiś żart, jakąś błogą opowieść o czasach sprzed wojny. Tobias na chwilę niemal zapomniał o wojennej zawierusze a spotkanie poranne z rysiem przypomniało mu o młodzieńczych, prostszych czasach, o gonitwą za zwierzyną, wylegiwaniu się na ciepłych, słonecznych polankach. Mimowolny uśmiech nagle pojawił się na twarzy zwiadowcy.
                            I zgasł równie szybko kiedy usłyszał krzyki Teodeberta. Do diaska - tak, ogłoś wszystkim wszem i wobec o Naszej obecności tutaj - rzekł pod nosem Tobias i dodał jeszcze parę przekleństw.
                            Ale widok tego co wprawiło fanatyka w gniew było drastyczne, temu nie mógł zaprzeczyć. Ohydna rzecz jakiej dokonali wyznawcy Mrocznych Bogów nie mogła przejść niezauważona. Część żołnierzy robiła znak młota na piersi, inni recytowali jakąś modlitwę do Swoich patronów inni przeklinali. Ale wszyscy zarazem rozglądali się po okolicy za jakimś ruchem, za obcymi śladami. Tobias szybko nałożył na łuk cięciwę i wyjął strzałę celując później w okoliczny las. Kłótnia co zrobić z drewnianym posągiem tylko zwiadowcę irytowała. Na szczęście nikt nie wykorzystał powstałego zamieszania i nie zaatakował żołnierzy. Co nie znaczy że nie czekają gdzieś niedaleko. Dowódca przydzielił wszystkim miejsca w szyku, elfy szły na przedzie ze względu na swój bystry wzrok i słuch a Tobias dostał dwóch żołnierz, Karla i Johana z którymi zamykał pochód. Droga wydawała się nagle ciemna i wąska a las ponury, wręcz wrogi. Szli u głuchej ciszy więc kiedy Tobias usłyszał nagłe warczenie psów widział że to jest ten moment, ta chwila, razem z towarzyszami przyparł na ugiętych nogach do przydrożnych drzew dających jakieś wrażenie osłony i wypatrywał źródła zagrożenia. I nagle je dostrzegł, usłyszał może wcześniej ale teraz widział wyraźnie wroga, modląc się w duchu że ten nie dostrzegł ich.
                            Karl, Johan - szepnął do dwójki jednocześnie palcem wskazując kierunek z którego grupa 4-5 mężczyzn i towarzyszące im zwierzęta starały się zakraść na tyły grupy. Chyba ich nie dostrzegli, przynajmniej taką nadzieje mieli zwiadowcy. Poczekajmy aż będą przed nami, w szerokie plecy grasantów łatwiej trafić. - szepnął Tobias i mocniej ścisnął łęczysko łuku i celując we wroga...

                            1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                            0
                            • Pipboy79P Niedostępny
                              Pipboy79P Niedostępny
                              Pipboy79 jako Pipboy79
                              napisał ostatnio edytowany przez JhnW
                              #158

                              Oryginalny tytuł: Tura 35 - 2521.05.03-04; bkt; południe

                              Miejsce: pd-zach Ostland; Las Cieni; droga Speck - Wendorf; leśna droga
                              Czas: 2521.05.04; Angestag; ranek - popołudnie
                              Warunki: - ; na zewnątrz: półmrok, deszcz, łag.wiatr; nieprzyjemnie (0)

                              Wszyscy

                              - Uciekają! - krzyknął któryś z myśliwych. W pierwszej chwili nie było to jeszcze pewne. Te sylwetki z jakimi się strzelali nie były widoczne zbyt dokładnie w głębi tej leśnej gęstwiny przenikanej deszczem. A do tego robili to samo co i strzelcy Kolesnikowa czyli chowali się za drzewami. Strzelanie się w takich warunkach okazało się skrajnie trudne. Deszcz padał już od kilku pacierzy. Rozpadał się na krótko zanim trafili na zbezczeszczony posąg Sigmara Wędrowca. Wilgoć całkiem solidnie wsiąkła w cięciwy łuków i lotki strzał sprawiając, że ta broń mocno straciła na skuteczności. Nie miała takiej siły i zasięgu jak wówczas gdy oba te składniki były suche. Strzały też jakby leniwie leciały przez ten padający deszcz i łatwiej schodziły z wybranego przez łucznika celu. To wszystko mocno osłabiało główną broń oddziału Kolesnikowa jakim były właśnie łuki. Ale pewnym pocieszeniem mogło być to, że tamci co ich zaatakowali też okazali się łucznikami. Więc im deszcz przeszkadzał tak samo jak ich przeciwnikom. W efekcie mimo, że obie strony co chwila wypuszczały jakieś strzały trafień było stosunkowo niewiele.

                              Deszcz za to nie przeszkadzał walczącym w zwarciu. Grupka Stefana rzuciła się ku drodze. Biegło się niewygodnie gdy w dłoniach trzeba było trzymać smycze szarpiących się psów, włócznie i tarcze. Biegli w stronę drogi jaka nie była taka odległa. Ledwo kilkanaście kroków. Ale jednak w dołku ściskało jak się słyszało za plecami szpony szarpiące glebę i warczenie nadbiegających bestii. Myśliwi na drodze zaczęli krzyczeć coś, wyjmować łuki i strzały ale co to Stefan ledwo rejestrował. Dobiegł z Wieslerami i psami do drogi gdzie gorączkowo musieli puścić włócznie i zrzucić z siebie pelcaki. Znów szarpiące się psy utrudniały im to wszystko. Plątały się pod nogami a kątem oka widzieli że te ogary szarżują coraz bliżej.

                              - Strzelać! Strzelać w nie! - krzyknął herszt myśliwych. Wycelował łuk a pół tuzina jego ludzi zrobiło to samo. W chwili gdy plecaki Stefana walnęły w błoto, gdy Azur okręcił mu swoją smycz wokół nóg rwąc się do boju, gdy Albrecht puścił swoją włócznię a Olaf klął nie mogąc łatwo przeciągnąć pasków plecaka przez tarczę umocowaną na ramieniu pierzaste pociski myśliwych poszybowały w las w stronę nadbiegających ogarów. Ale w tych warunkach trafienie szybkiego, ruchomego celu mokrą strzałą, lecacą w trakcie deszczu wypuszczoną przez osłabioną wilgocią cięciwą nie było takie łatwe. Chyba któryś ograr nawet dostał ale bo słychać było jakieś chwilowe warknięcie ale nie na tyle aby któryś padł czy opuścił szarżującą sforę. Stefan z Wieslerami w ostatniej chwili uporał się z pozbywaniem się zbędnego ekwipunku. Zdążyli tylko puścić psy i unieśc włócznie gdy ogary wpadły na nich z impetem i zaczęła się bezpośrednia walka.

                              link: https://i.imgur.com/qtdk8c5.jpeg

                              Na trzech tarczowników było cztery ogary. Podobnie jak obok trzy psy ludzi walczyły z czterema ogarami napastników. Stefan musiał się skupić na walce jaką toczył i nie miał pojęcia jak idzie innym. Ledwo rejestrował jakieś krzyki i ruch na drodze za sobą. Skoro nie dostał żadnej strzały w plecy ani topór nie łupnął go między łopatki to chyba nie było tak źle. Z ogarami walczyło się szybko i zajadle. Bestie były wytrenowane do walki albo nawet miały taką naturę. Atakowały bez wahania, nie bacząc na straty. Mimo wszystko czworonogom trudno było sforsować zasięg włóczni i umiejętną obronę tarczą. Stopniowo Stefan z Wieslerami punktowali je raz za razem. Chociaż Albrecht w którymś momencie krzyknął gdy któryś z wilczurów użarł go w nogę. Ostatecznie jednak to ludzie byli górą. Ostatni z psowatych brocząc krwią z zadanej w boku ranu odskoczył w tył i zamiast ponowić atak chyba zorientował się, że został sam przeciwko trzem dwunogom z długimi kijam i tarczami bo odwrócił się i dał dyla w las.

                              Ale okazało się, że obok ich czworonogom nie idzie tak dobrze. Z trójki jeden już padł a drugi już się słaniał na łapach. A przeciwko sobie mieli wciąż trójkę ogarów chociaż jeden też już nosił krwawe wyrwy po psich zębach. Trójka ludzi wsparła swoich psich sojuszników. Zanim ostatni z ogarów czmychnął z las to padł drugi z psów Wieslerów. A i sam Azur ciężko dyszał krwawą pianą zaś w barku ziała mu krwawa rana po ogarzych szczękach.

                              Duivel zaś z kuzynkami strzelał do tych ogarów gdy te jeszcze nadbiegały. Efektu za bardzo nie widział. Co prawda usłyszał w pewnym momencie jakieś krótkie skomlenie ale też ludzie Kolesnikova obrali ich za cel więc nie byli pewni kto mógł trafić któregoś z napastników. Wrogie wilczury zwarły się z grupą Stefana i zaczęła się tam kotłowanina. Ale w międzyczasie ci co ich wcześniej dostrzegł nieco skrócili dystans. Co więcej przykuli uwagę elfów bo właśnie ich obrali za cel. Pierwsze strzały przemknęły pomiędzy nimi. Z czego jedna trafiła Eponię. Elfka krzyknęła łapiąc się za zranione tors. Strzała wbiła jej się pod obojczyk. I wydawało się, że to przypadkowe trafienie bo większość strzał trafiała w okoliczne pnie, rozmiękniętą ziemię lub nieszkodliwie przelatywała ponad ich głowami gdzieś w dal, na drugą stronę drogi. Sam Duivel też chyba trafił któregoś. A może któraś z jego kuzynek? Trudno było w tym rozgardiaszu to potwierdzić ale gdzieś tam z głębi lasu dobiegł go krzyk boleści i jakieś zamieszanie przy jednym z pni. Tamtych było ze 4, może 5. Ale im też trudno było trafić kogoś w tych warunkach.

                              W sukurs elfom przyszedł Kolesnikow jaki posłał ku nim trzech swoich ludzi. Zapewne nie chcąc ryzykować trafienia w plecy kogoś z grupy Jaegera posłał tą trójkę błotnistą drogą w kierunku elfiej czołówki. Gdy zorientowali się skąd padają strzały też posłali im salwę. Napastnicy też to dostrzegli bo przenieśli ogień z elfickiej trójki właśnie na myśliwych. Ale zanim to się stało Eponia znów miała pecha i kolejna strzała przeszyła jej ramię na wylot. Kuzynka Duivela krzyknęła ponownie.

                              W międzyczasie skończyła się walka z ogarami. I to jakby dało sygnał napastnikom do przerwania jej. Jak to ktoś krzyknął widać było jak sylwetki odskakują w tył. Odległość w tych deszczowych warunkach była spora i tamci atakowali dość dość zachowawczo nie starając się skrócić dystansu do ostrzeliwanego przeciwnika. Teraz zaś jak większość ich ogarów padła chyba starali się urwać z walki. W tych warunkach nie było to takie trudne bo i tak byli na pograniczu leśnej widoczności.

                              U Tobiasa było dość podobie. Karl i Johan przytaknęli głowami i każdy szybko podbiegł do swojego drzewa aby zaczaić się na tych co chyba próbowali podejść oddział od tyłu. Tyle, że tamci chyba się zorientowali w tym, że zostali wykryci gdy trójka osłaniająca tyły idącej drogą grupy zniknęła za drzewami. Albo gdy w głębi lasu zaczęła się walka i to dało im sygnał do zaczęcia własnej. Przeciwnicy posłali ku Tobiasowi i jego towarzyszom swoje strzały. Te jednak okazały się całkowicie niecelne. Widząc, że zasadzka na zasadzkowiczów nie wypali Karl i Johan podjęli tą walkę strzelecką. Przeciwników było ze czterech, może pięciu. Mieli więc nad ariergardą niewielką przewagę. Ale warunki do prowadzenia ostrzału były tak kiepskie, że mało kto trafiał. Tobiasowi wydawało się, że któraś z jego strzał chyba któregoś z tamtych trafiła ale do końca nie mógł być pewien bo strzelali w nich we trzech.

                              W centrum podniósł się straszny rumor gdy grupka Stefana zwarła się z ogarami. Ale to niejako pomogło i Tobiasowi bo Kolesników z trójką swoich ludzi nie mogąc już strzelać w tą walkę ruszyli na pomoc tylnej straży. - W las! Za daleko są! - krzyknął gdy dojrzał do kogo strzela Tobias z kolegami. Więc wbiegli w ten las co dawało nadzieję, że ich łuki stanął się bardziej efektywne. Ich przeciwnicy dostrzegli nowe zagrożenie i przenieśli ogień właśnie na myśliwych. Trudno było powiedzieć czy to właśnie to czy koniec walki z ogarami ale zlało się to w jeden moment gdy ktoś krzyknął, że napastnicy uchodzą. Faktycznie tak chyba było. Widać było jak przestali strzelać i chyłkiem wycofują się ku leśnym matecznikom. Gdzieś tam znikały dwa ostatnie ogary jakie przetrwały walkę z grupą Stefana.


                              Mecha 35

                              Walka z zasadzką

                              T 00

                              Duivel i elfki (12+10+10=32 HP)
                              Stefan i Wieslerowie (12x3=36 HP)
                              Azur i psy (10x3=30 HP)
                              Tobias, Karl i Johan (15+12+12=39 HP)
                              Kolesnikow (14/14)
                              Myśliwi 01 (12x3=36 HP)
                              Myśliwi 02 (12x3=36 HP)
                              Urlich i myśliwi (12x3=36 HP)

                              Koniec T 01

                              Duivel i elfki 32/32 HP > strzela do ogarów
                              Stefan i Wieslerowie 36/36 HP > biegnie do drogi
                              Azur i psy 30/30 HP > biegnie do drogi
                              Tobias i myśliwi 39/39 HP > chowa się za drzewami
                              Kolesnikow 14/14 HP > szykuje łuki
                              Myśliwi 01 36/36 HP > szykuje łuki
                              Myśliwi 02 36/36 HP > szykuje łuki
                              Urlich i myśliwi 36/36 HP > szykuje łuk

                              Koniec T 02

                              Duivel i elfki 29/32 HP > strzela do ogarów
                              Stefan i Wieslerowie 36/36 HP > zrzuca plecaki
                              Azur i psy 30/30 HP > ujada i pęta się pod nogami
                              Tobias i myśliwi 39/39 HP > strzela do S 02
                              Kolesnikow 14/14 HP > strzela do ogarów
                              Myśliwi 01 36/36 HP > strzela do ogarów
                              Myśliwi 02 36/36 HP > strzela do ogarów
                              Urlich i myśliwi 36/36 HP > czeka

                              Koniec T 03

                              Duivel i elfki 29/32 HP > strzela do S 01
                              Stefan i Wieslerowie 36/36 HP > zwarcie z O 01
                              Azur i psy 20/30 HP > zwarcie z O 02
                              Tobias i myśliwi 39/39 HP > strzela do S 02
                              Kolesnikow 14/14 HP > strzela do S 02
                              Myśliwi 01 36/36 HP > biegnie na pn ku elfom
                              Myśliwi 02 36/36 HP > strzela do S 02
                              Urlich i myśliwi 36/36 HP > czeka

                              Koniec T 04

                              Duivel i elfki 27/32 HP > strzela do S 01
                              Stefan i Wieslerowie 33/36 HP > zwarcie z O 01
                              Azur i psy 12/30 HP > zwarcie z O 02
                              Tobias i myśliwi 39/39 HP > strzela do S 02
                              Kolesnikow 14/14 HP > biegnie na pd ku Tobiasowi
                              Myśliwi 01 36/36 HP > strzela do S 01
                              Myśliwi 02 36/36 HP > biegnie na pd ku Tobiasowi
                              Urlich i myśliwi 36/36 HP > czeka

                              Koniec T 05

                              Duivel i elfki 27/32 HP > strzela do S 01
                              Stefan i Wieslerowie 33/36 HP > zwarcie z O 02
                              Azur i psy 6/30 HP > zwarcie z O 02
                              Tobias i myśliwi 39/39 HP > strzela do S 02
                              Kolesnikow 14/14 HP > ruch w las ku S 02
                              Myśliwi 01 36/36 HP > strzela do S 01
                              Myśliwi 02 36/36 HP > ruch w las ku S 02
                              Urlich i myśliwi 36/36 HP > czeka

                              1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                              0
                              • CioldanC Niedostępny
                                CioldanC Niedostępny
                                Cioldan jako Cioldan
                                napisał ostatnio edytowany przez JhnW
                                #159

                                - Eponia!! - krzyknęła Lindara gdy tylko przeciwnicy zaczęli uciekać. Duivel początkowo chciał udać się w pościg za zwiadowcami, ale mogło to okazać się zbyteczne, gdyż wszystkich by i tak nie złapali. Było ich przynajmniej sześciu. Przez krzyk kyzunki, zauważył wreszczie elfkę z niewyraźną miną, która kucała i próbowała wyciągnąć strzały ze swojego ciała.

                                Popatrzył na Kolesnikova i krzyknął pytająco

                                - GONIMY?! - nie usłyszał jednak odpowiedzi, a ich przywódca stał jak wryty między drzewami. Zwrócił się więc do Eponii.
                                - Poczekaj, jestem w tym dość dobry, tylko muszę znaleźć jakieś przybory w naszych zestawach podróżniczych- . Elf szybko przetrzepał wszystkie plecaki swojej małej drużyny, wyciągnął niezbędny sprzęt i zaczął opatrywać starszą z kuzynek. Lindara podeszła i zaczęła pomogać na tyle ile umiała. Podawała niezbędne opatrunki czy nożyczki.
                                - Eponia, musisz lepiej modlić się do Bogów, jak tak dalej pójdzie, to ciągle Ty będziesz obrywać...- odrobina czarnego humoru zawsze była w cenie w takich sytuacjach - może z mojej perspektywy to kuszące, bo pewnie padne jako ostatni... ehh, trzymaj się, teraz trochę zaboli- kontynuował leczenie elfki, a przy koncu wyciągał strzałę. Na szczęście okazało się, że w tym całym nieszczęściu, Eponia została trafiona w bezpieczne punkty. Bezpieczne w takim sensie, że nie zostały uszkodzone nawet jej kości. Pogoń za wrogiem nie była aż tak ważna, gdy pomyślał, że rana mogłaby się już trochę zasklepić, albo co gorsze, strzały byłyby zatrute, to ratunek po jakimś czasie mógłby być dużo trudniejszy, o ile w ogóle możliwy.

                                Wiedział też, że ma ze sobą miksturę leczniczą, ale to jeszcze nie był czas na wykorzystanie jej. Po wyjęciu strzał, z pomocą Lindary jak najszybciej opatrzyli obie rany. Eponia poczuła się odrobinkę lepiej, wstała o własnych siłach, od razu dostrzegła leżące psy

                                - Duivelu! Widzisz, że te psiaki cierpią dużo bardziej, ja bym wytrzymała chwilę dłużej bez pomocy...- lekko karcącym głosem, starsza elfka z piegami na twarzy zwróciła się do Mundo-naru.
                                - Ty zawsze miałaś dobre serce dla zwierząt. Wydaje mi się, że więcej empatii odczuwasz w stosunku do czworonogów niż innych od elfów dwunogów.- zaśmiała się najmłodsza z kuzynostwa niewiasta z dziwnym kolczykiem w nosie. Gdyby był większy, to ktoś mógłby pomyśleć, że ukradła go jakiemuś bykowi.

                                Eponia zdołała jeszcze tylko uciszyć swoją siostrę, bo taka uwaga wśród niemal samych ludzi, nie była zbyt na miejscu.
                                Duivel podszedł do grupki jaka stała przy psach.

                                - i co? Żyją? Jeśli choć trochę dychają to musimy spróbować je wyleczyć.- Sam jednak zauważył, że jeden z psów już zszedł z tego świata. Azur miał najmniej obrażeń, a trzeci pies był praktycznie jedną łapą w innym świecie. Elf wiedział dobrze, że czasem taka strata to jakby stracić członka rodziny. Sam nigdy nie miał psa na stałe, ale w czasach gdy zajmował się głównie patrolowaniem lasów cienia na północy Ostlandu, często dokarmiał porzucone lub lekko zdziczałe psy. One z kolei odwdzięczały mu się swego rodzaju miłością. Może żaden nie wszedł do jego domu, ale przeważnie budował im budy w odległości jakiś 150 kroków od małej wioski w której mieszkał. Stanowiły swoisty alarm przed pomiotami chaosu. Każdy jeden lądował również blisko miejsca pochówku elfów, które zamieszkiwały osadę. W przeciwieństwie do prawdziwych mieszkańców lasów, które zawsze zostawiał na miejscu, aby przyroda sama sobie poradziła. Gdy bestie Chaosu wybijały za dużo zwierząt, to padlina stawała się cennym zasobem dla mięsożerców.

                                Stefana już nie było wśród nich, gdyż pognał wraz z Olafem za przeciwnikiem. Duivel słyszał, jak Jeager krzyczy z lasu, aby ruszyć w pościg razem z nimi, ale każdy kolejny okrzy był coraz słabszy. Elf też nie zwracał uwagi na to czy ktoś dołączył do pościgu, czy nie. Zauważył ich tymczasowego dowódcę i doskoczył do niego. Kolesnikov może wcześniej nie zrozumiał, że to jego pytają o to czy gonić, może gdyby to krzyczał, ktoś z jego drużyny to byłby przyzwyczajony do wydania rozkazu. Dlatego tym razem elf podszedł bezpośrednio do Stefana K.

                                - Sierżancie, myślę, że winniśmy ruszać dalej, ale należałoby też osiodłać konia aby jakiś jeździeć czym prędzej udał się do głównej grupy. Wrogowie są w lasach, na szczęście uciekli na wschód od drogi, czyli w przeciwną stronę od Ristedt. Nie wiemy jednak czy przez las nie idzie jakaś inna grupa zwiadowcza tych pomiotów. Eponia da sobie radę, choć mocno oberwała. Gorzej z psami, jeden padł, drugi ledwo żywy, trzeba go nieść, albo spróbować teraz uleczyć, ale czy jest na to czas? W każdym razie działajmy, żebyśmy zdążyli do Wendorf przed zmrokiem. Tam może nas czekać kolejna walka- lekko się ukłonił pod koniec. Zanim usłyszał odpowiedź, dodał jeszcze - może goniec niech poprosi o więcej opatrunków. Może też jakiś mały oddział, z pięciu ludzi na koniach do walki wręcz. Ciche poruszanie się i tak już nie ma sensu, skoro wróg wie, że idziemy tą ścieżką do Wendorf -. Teraz już czekał na rozkazy.

                                1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                0
                                • DekaresD Online
                                  DekaresD Online
                                  Dekares jako Dekares
                                  napisał ostatnio edytowany przez JhnW
                                  #160

                                  Swora kundli która na nich natarła o mało nie dopadła ich nie przygotowaniach, na szczęście miesiące wspólnych ćwiczeń w poprzednim regimencie dał Stefanowi i Wieselom potrzebną szybkość i zdecydowanie w działaniu. Widząc zbliżające się bestie Jeager w ostatniej chwili wydał komendę wypuszczenia ich własnych psów do przeciwuderzenia aby stępić impet wrogiej szarży, pomimo tego bestie uderzyły na nich z wielką furią.

                                  Tuż przed samym zderzeniem Jeager zdążył wydać z siebie okrzyk bojowy ich dawnej kompanii, okrzyk który był, podczas procesu ich dawnego kapitana wymieniany jako “jasna” oznaka Heretyckiego Zdziczenia:

                                  KREW I ŚMIERĆ!!! - wykrzyczał dumnie, wturowany przez dwóch towarzyszy z talabakheimu. Dwie bestie zaatakowały Jeagera. Jedna spróbowała kąsać jego nogi, jednak została odpędzona celnym ciosem włóczni zostawiającym na jej cielsku paskudną ranę. Druga bestia, potężny wilk o czarnej sierści skoczył mu do gardła i pewnie rozszarpał by Stefanowi tchawice gdyby ten w ostatniej chwili nie zasłonił się tarczą, wściekły wilk na moment niejako zawisł na jego tarczy zajadle kłapnął w jego stronę zębiskami i zalał Jeagera okropnym smrodem zgniłego mięsa ze swojego pyska. Ułamek sekundy później ostlandczyk pchnął z całej siły zrzucając z tarczy bestię.
                                  Reszta walki wyglądała niemal identycznie, kundle atakowały to jego nogi to skakały próbując chwycić go za gardło bądź dłoń, nie było w tym żadnej finezji czy większego pomyślunku i póki Jeager zachowywał pełną koncentrację i miał swoich towarzyszy po bokach bestie nie były w stanie zdziałać wiele przeciwko jego włóczni zadające im kolejne rany i tarczy blokującej kolejne ataki. Kilka ciosów później bestie leżały przed nimi wijąc się w agonii, a on i Wieselowie ruszyli na boki aby wesprzeć w brutalnej walce swoje czworonogi. Tam Serce Jeagera przeszył straszny żal kiedy zobaczył szamoczącego się na ziemi z przegryzionym gardłem Gryfa, z tym większą furią uderzył na kundla który był sprawcą tej zbrodni, przeszywając go swoją włócznią z taką determinacją, że ostrze prawie wyszło poczwarze drugim bokiem. Mineły sekundy i walka przynajmniej na tą chwilę dobiegła końca, ostatnie kundle podwijały ogony i uciekały a ich trzóżliwi panowie uciekali jeszcze szybciej. Wojownik błyskawicznie spojrzał po swoich towarzyszy notując ranę starszego z Wieselów oraz straszny stan psów. Jednocześnie okół swoje serce żelazem odpychając od siebie naturalny odruch niesienia im pomocy. Walka wcale nie była jeszcze skończona więc na leczenie ran przyjdzie czas później.
                                  -Olaf! Za mną! -wykrzyczał do młodszego ze swoich towarzyszy ruszając jednocześnie najszybciej jak potrafił w pościg.

                                  - Albrechcie zostań tu z psami, w moim plecaku są opartunki! Azur Zostań!- krzyknął jeszcze zanim skoncentrował się na ściganiu podłego wroga.
                                  - UCIEKAJĄ! ZA NIMI SYNOWIE SIGMARA! - wydarł się co sił w gardle gnając naprzód napędzany furią wywołaną śmiercią i okaleczeniem jego wiernego kompana ich czworonożnych podopiecznych. Sam ofiarował Harpię i Gryfa jako szczeniaki Wieselom i nie miał zamiaru odpuścić pomszczenia śmierci tego drugiego bez przelania krwi tych naprawdę za to odpowiedzialnych. Chyba że dostanie taki rozkaz.

                                  1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                  0
                                  • Pipboy79P Niedostępny
                                    Pipboy79P Niedostępny
                                    Pipboy79 jako Pipboy79
                                    napisał ostatnio edytowany przez JhnW
                                    #161

                                    W strugach deszczu trwała zażarta walka. Tobias wypuścił kolejną strzałę w kierunku zbliżającego się przeciwnika. Mimo zgiełku usłyszał ludzkie krzyki nieopodal, warknięcia i skomlenia zwierząt. Jakaś strzała trafiła celu i wróg potknął się, ale nie upadł. Nie zastanawiając się czy strzała była jego czy Johana bądź Karla, sięgnął po kolejną strzałę gdyż zbliżał się potworny, przypominający wilka czworonóg z rogami wyrastającymi spomiędzy uszu. Zanim zdążył wypuścić strzałę inna trafiła paskudę w łapę. Zwierzak zakwilił i próbował zębami ją wyjąć. Jakieś strzały padały także w kierunku Tobiasa i jego ludzi ale mijały żołnierzy nie czyniąc im krzywdy.
                                    Uciekają! - krzyknął ktoś, Tobiasowi wydawało się że to Stefan. Wrogowie na chwilę przystanęli, jakby nasłuchując po czym - jak jeden mąż - podali tyłów kierując się z powrotem w las z którego zaatakowali.
                                    Zwinni, cholera! - krzyknął Karl. Tobias przytaknął a widząc jak jego dwaj towarzysze ruszają by tamtych gonić krzyknął w ich kierunku.
                                    Stać! Do diaska! - a gdy żołnierze stanęli z zapytaniem wypisanym na twarzach zdziwienie, spokojniej dodał - Nie wiemy ilu ich tam jest, i co nas czeka w tym lesie, musimy się przegrupować, chyba nasi są ranni. Sprawdźmy najpierw co z naszymi.
                                    I ruszył ostrożnie w kierunku czoła pochodu, rozglądając się czujnie w koło.
                                    Jak się za chwilę Tobias przekonał Stefan i jeszcze ktoś udali się za wrogiem, gdy Duivel opatrywał swoją towarzyszkę, jeden z psów był martwy a drugi miał chyba wkrótce do niego dołączyć. Spojrzał na sierżanta - Polecę po niego! i ruszył z Karlem i Johanem w kierunku który wskazali mu towarzysze. W tym samym w którym udał się Stefan. Postanowił go dogonić i zawrócić.
                                    Klął przy tum w duchu...

                                    1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                    0
                                    • Pipboy79P Niedostępny
                                      Pipboy79P Niedostępny
                                      Pipboy79 jako Pipboy79
                                      napisał ostatnio edytowany przez JhnW
                                      #162

                                      Oryginalny tytuł: Tura 36 - 2521.05.04; bkt; popołudnie

                                      Miejsce: pd-zach Ostland; Las Cieni; droga Speck - Wendorf; leśna droga
                                      Czas: 2521.05.04; Angestag; ranek - popołudnie
                                      Warunki: - ; na zewnątrz: półmrok, zachmurzenie, łag.wiatr; ziąb (0)

                                      Wszyscy

                                      Jaeger miał ochotę ścigać uchodzących przeciwników. Zebrał ze sobą Olafa i we dwóch zostawili za sobą krwawiące czworonogi i ruszyli w głąb lasu. Przebiegli może pół setki kroków gdy dotarli do świeżych śladów na ziemi. Chociaż deszcz wciąż padał to nie był w stanie tak szybko ich zatrzeć. Widać było na nich charakterystyczne ślady kopyt. A doświadczone oko tropicieli od razu rozpoznało dwunożny chód. Czyli pewnie zaatakowali ich zwierzoludzie lub podobne im mutanty. Krzyknął w stronę drogi przez tą ten monotonny stukot kropel deszczo o omszałą korę drzew czy liści. Przy okazji zorientował się, że nikt inny nie ruszył ich śladem. Byli tylko we dwóch. Widać było stąd przesiekę i ludzkie kształty towarzyszy na drodze. We dwóch to słabo wyglądały te kalkulacje bo uchodzacych sylwetek było ze dwie pary.

                                      - Wracać! - krzyknął Kolesnikow. Chyba nie do końca zbaraniał jak go posądzał Duivel. Raczej musiał zorientować się jak wygląda sytuacja. Zanim przyszedł ze swoimi ludźmi z końca kolumny to wiedział tylko jak to wyszło u Tobiasa na tyłach.

                                      - Miejsce na nich oko. Jakby próbowali wrócić. Wtedy drzyjcie japę i róbcie swoje. - poklepał ich po ramieniu widząc, że nikt z ostatniej trójki nie oberwał. Zanim wrócił do centrum szyku to jego imiennik już zdążył pod wpływem gniewu ruszyć w pogoń za uchodzącymi przeciwnikami a Duivel wykrzyczeć mu pytanie. Herszt hochlandzkich banitów rozejrzał się po drodze. Widział na poboczu psie pobojowisko i Albrechta jaki z Azurem wrócił na drogę. A z przodu trójka elfów skupiła się wokół ranionej strzałami kuzynki. Wtedy doszedł ich okrzyk Jeagera jaki krzyczał, że to zwierzoludzie. Wydawało się, że wszystko się dzieje na raz w tym samym czasie.

                                      Opanowanie pobojowiska zajęło pacierz albo i dwa. W miarę jak deszcz chłodził emocje i sytuacja stawała się coraz klarowniejsza. Herszt hochlandzkiej bandy zbirów zgodził się z pomysłem Stefana aby obstawić teren czujkami. Oraz nie przeszkadzał jak Duivel razem z jego pomocą udzielał pomocy rannym. Okazało się, że z dwunogów najpoważniej została ranna Eponia. Nieco lżej Albrecht. Za to z trzech psów początkowo wyglądało, że został im tylko zakrwawiony i zdyszany Azur. Ale nie. Okazało się, że Harpia jeszcze dycha chociaż ledwo powłówczyła łapami. Myśliwi zastanawiali się nawet czy da radę iść dalej. Czy może lepiej ją zostawić albo dobić aby się nie męczyła. No albo zrobić jakieś włóki aby ją wlec za sobą.

                                      - Zdejmować to ale już! - huknął czarnobrody heresz leśnych banitów wskazując na konia komunikacyjnego jakiego przydzieliła im szefowa. W błoto poleciały pakunki z zabranym prowiantem, dzbany z winem, koce i reszta zbranych bambetli jakie do tej pory wiózł koń na swoim grzbiecie. Razem z tym co każdy z grupy zabrał na własnym grzbiecie miały zapewnić względną samowystarczalność na kilka następnych dni. Teraz jednak były inne priorytety więc te paczki i torby wylądowały w błocie. Stefan zgodził się aby to Eponia zawiozła wiadomość o zasadzce do reszty regimentu. Trudno było powiedzieć ile jej to zajmie a więc i kiedy można by się jej spodziewać z powrotem. Hochlandczyk szacował, że pewnie tak jak wczoraj mogą mieć dzwon, dwa albo trzy marszu od czoła regimentu. Więc konno z połowę tego. Ale odkąd rano zanurzyli się w słoneczny jeszcze wówczas las i stracili z oka resztę macierzystej jednostki to i nie mieli pojęcia jaka odległość ich dzieli.

                                      - Zbieramy się. Idziemy dalej. Nie będziemy się ganiać ze zwierzoludźmi po lesie zwierzoludzi. Mamy sprawdzić drogę do Wendorf. - zdecydował w końcu Kolesnikow gdy już ranni zostali opatrzeni, złapano oddech i przepłukano gardła i napełniono żołądki porzuconymi zapasami. Wędzone ryby, kiszona kapusta, po kawałku kiełbasy dało się zjeść od ręki bez gotowania. Zwłaszcza jak się je popiło winem. Więc ruszyli dalej.

                                      Z pacierz czy dwa później deszcz przestał padać. Chociaż wszystko co zmoczył do tej pory nadal było mokre. Ubrania, cięciwy, drzewa i błoto pod nogami. Cały czas skapywały z góry krople wilgoci. Ciężko się szło w tak rozmiękłej ziemi. Zrobiło się nawet jakby chłodniej. A może tak się tylko wydawało grupie jaka wydawała się niknąć na dnie tego ponurego lasu. Krótki odpoczynek i szybki posiłek zaraz po walce pomogły poprawiły humory na krótko. Gdy ruszyli w dalszą drogę las znów zdawał się tłamsić idące po jego dnie podróżnych.

                                      link: https://i.imgur.com/7GXpciM.jpeg

                                      - Daleko jeszcze do tego Wendorf? - zapytał któryś ze zbójników Kolesnikowa. Raczej aby czymś zagłuszyć tą leśną głuszę. Rozmawiali niewiele i głównie szli w ciszy świadomi, że gdzieś ci zwierzoludzie przecież uciekli i żadnego nie udało im się ubić. Z tego co się dowiedzieli w Ristedt i Speck wynikało, że powinno dać się dotrzeć przed zmrokiem do tego miasteczka. A ta pogoda i chwilowa potyczka aż tak ich nie opóźniły aby było to niemożliwe. Dało się wyczuć, że wojacy chętnie by się schronili przed niebezpieczeństwami mrocznej puszczy w solidnych, oświetlonych i ogrzanych murach cywilizacji. Równie często zerkali w tył oczekując pojawienia się czoła kolumny rodzimego regimentu. Wiadomo było, że jakaś pojedyncza banda zwierzoludzi może się pokusić o atak na ich jednostkę zwiadowczą ale pewnie przemyśli sprawę ataku na cały regiment. W tej materii liczebność zdawała się zwiększać poczucie bezpieczeństwa.

                                      - Idziemy aż dojdziemy. Albo coś się stanie. Rozglądajcie się. Te kozie syny wciąż gdzieś tu mogą się na nas czaić. - Kolesnikow wydawał się być skoncentrowany tak samo jak reszta jego ludzi ale nie tracił z oczu celu z jakim wysłano ich grupę. Nadal na czele szła dwójka elfów bo Eponia jeszcze nie wróciła, na tyłach Tobias z Johanem i Karlem a po bokach Urlich i Jeager.

                                      Idący w lesie flankerzy natrafili na podejrzane barwy w głębi lasu. Bo z drogi to nawet elfy nie wypatrzyły tego wszystkiego. Deszcz jaki dopiero co przestał padać skutecznie zatarł ślady i leśna przesieka była jak dziewicza. Jak ostrożnie je sprawdzili okazało się, że to trupy. Zawołali resztę i ci też mogli obejrzeć to miejsce kaźni. Ciała były względnie świeże, pewnie z wczoraj bo już były trupioblade i sztywne ale jeszcze nie śmierdziały trupem. Wyglądało, że zwierzoludzie dopadli i zmasakrowali grupę podróżnych. Część ciał była przywiązana do pni drzew i nosiła ślady tortur. Na wszystkich widać było ślady bolesnej agonii.

                                      - Bydlaki. - splunął któryś z myśliwych widząc te ślady masakry. Ale tak samo jak ze zbeszczeszczoną figurą Sigmara Wędrowca nie mieli narzędzi aby zorganizować pobieżny chociaż pochówek. Herszt banitów przeznaczył krótki postój na przeszukanie okolicy i modlitwę ale nie chciał się zatrzymywać na dłużej. Wrócili na drogę i ruszyli dalej w jeszcze bardziej ponurych nastrojach. Odkąd się zgłosili do górskiego regimentu pierwszy raz bezpośrednio spotykali się z okropieństwami wojny z odwiecznym wrogiem. Niby wszyscy zdawali sobie sprawę ale co innego mieć coś w świadomości a co innego mieć to samo tuż przed oczami i na wyciągnięcie ręki. Zostawili to jednak za sobą i szli dalej ku Wendorf. W pewnym momencie to idący na czele elfi duet gdy wyszli zza kolejnego zakrętu dostrzegł coś nietypowego. Coś jakby krzaki. Prawie wysokości człowieka. Tylko w poprzek drogi. Gdy Kolesnikow ze swoimi ludźmi zrównali się z nimi też obserwowali to przez dłuższą chwilę.

                                      - Przesieka. Zrobili przesiekę. Jak jej pilnują to mamy gotową zasadzkę. - uznał w końcu herszt Hochlandczyków. Mogło tak być. Krzaki raczej nie wyrosłyby z dnia na dzień akurat na środku drogi. Chociaż z tej odległości nie było widać zbyt wielu detali to jednak mogła to być celowa przeszkoda wzniesiona aby zablokować drogę przez las. Za to w głębi lasu widać było jakieś omszałe ruiny jakie przykuwały wzrok w tej leśnej pustce.

                                      link: https://i.imgur.com/7SmKGRp.jpeg

                                      Nie było widać tam jednak widać żadnego ruchu. Chociaż były bliżej niż te zasieki z krzaków przed nimi. No i na poboczu. Tobias z Johanem i Karlem nie zdążyli jeszcze zbliżyć się do nich i sprawdzić co ich tak zatrzymało gdy sami dostrzegli ruch za swoimi plecami. Zza zakrętu jaki niedawno pokonali wyłonił się konny. Za nim kilku kolejnych. I bez pośpiechu zbliżali się w ich stronę. Widać było, że to jakiś konny oddział ale na grabieżców Chaosu nie wyglądali. Właściwie to wysoki, ścięty kapelusz wyglądał całkiem znajomo.

                                      Wkrótce pół tuzina jeźdźców dojechało do piechurów. A z bliska okazało się, że noszą barwy Zakonu Oczyszczającego Płomienia. Jakich pospólstwo najczęściej zwało łowcami czarownic lub inkwizytorami. I drżało przed nimi. Zresztą widać było dreszcze niepokoju gdy Kolesnikow i jego banici też ich rozpoznali z bliska.

                                      - Diabli ich tu nadali. - sarknął cicho póki jeszcze nie dojechali do nich w zasięg swobodnej rozmowy. Ale widać było pewną nerwowość w ruchach i spojrzeniach jego i jego ludzi. Nic dziwnego. Każdy z nich miał wrażenie, że gdy główny jeździec ich mijał i posłał im uważne spojrzenie z siodła to prześwidrował go na wylot. Razem z wszelkimi grzechami i uchybieniami.

                                      link: https://i.imgur.com/lJclEMe.jpeg

                                      Mało kto mógł wytrzymać ten świdrujący wzrok starego łowcy czarownic. Nie zdzierżył tego ani Tobias, ani Stefan, ani Duivel. Zresztą jak dało się dojrzeć to i Kolesnikow nerwowo spuścił wzrok i nie wiedział co zrobić z rękami.

                                      - Pochwalony wasza miłość. - wymamrotał w końcu speszonym tonem. Ale nie tylko sam ponury łowca czarownic zwracał uwagę w tym kilkuosobowym orszaku. Poza jeźdźcami był jeden pieszy. I to całkiem znajomy.

                                      - Towarzysze! Bracia! Pomiłujcie! Powiedzcie jak było z tą figurą naszego kochanego Sigmara! - zawołał błagalnie Teodebert. Miał związane w nadgarstku ręcę i przywiązane postronkiem do jednego z siodeł jeźdźców.

                                      - Milcz zaprzańcu. - fuknął na niego brodacz w przyciętym kapeluszu. - Jeszcze będziesz miał okazję do mówienia. Obiecuję ci to. - rzekł oschle a kaznodzieja struchlał i był bliski płaczu.

                                      - Jestem Burchard Munzel. Śledczy z Ognistego Płomienia. - przedstawił się kapelusznik po tym małym wtrąceniu. Potwierdzając niejako, że pierwsze wrażenie jakie wywarł na piechurach było słuszne. - A wy kim jesteście? - zapytał patrząc na nich spod ronda swojego kapelusza.

                                      - My… ee… z regimentu wasza ekscelencjo. - wymamrotał Stefan próbując dać składną odpowiedź. Ale widać było, że jest zestresowany ponurą opinią śledczych. Nawet jak rozmawiał z którąś z szefowych nie był tak zbity z pantałyku.

                                      - Z jakiego regimentu? - zapytał śledczy zaciskając usta w wąską linię. Widać było, że nie spodobała mu się taka poplątana odpowiedź. Zwłaszcza jak Kolesnikow i większość widocznych przy nim osób wyglądali jak banda leśnych zbirów.

                                      - Ja… Ja tu mam papier! - wyrzucił z siebie Kolesnikow w nagłym przypływie olśnienia. I gorączkowo zaczął sięgać do torby. Po chwili wręczył złożony dokument jaki na drogę dała im Petra jeszcze w Ristedt. To zaabsorbowało śledczego na czas czytania.

                                      - Jak cię zwą? - zapytał konny nie odwracając wzroku z czytanej kartki. Jego ludzie patrzyli dookoła po otaczających ich łucznikach.

                                      - Stefan wasza miłość. Z Hochlandu wasza miłość. - dodał usłużnie herszt banitów. Ten skinął głową ale nie odpowiedział od razu kończąc czytać dokument.

                                      - Czyli regiment von Falkenhorst. Dobrze. - widać papier chociaż chwilowo go zadowolił bo oddał go Stefanowi. Ten skwapliwie go schował z powrotem do torby. - Znacie tego człowieka. - zwrócił się łowca znów wywołując nerwowość u pieszego rozmówcy. Bo wskazał na Theoberta jaki był przymocowany na postronku do jednego z jego ludzi.

                                      - Znam to może za dużo powiedziane wasza miłość. Podróżowaliśmy razem. A co przeskrobał? Jeśli można wiedzieć oczywiście. - widać było, że Kolesnikow obawia się władować w tarapaty widząc kaznodzieję prowadzonego jak więźnia.

                                      - Znaleźliśmy go przy zbeszczeszczonym posągu Sigmara Wędrowca. Z nożem w ręku. A na posągu naszego patrona już zdążył wyryć plugawe znaki. Tak go to zajęło, że nawet nie próbował uciekać na nasz widok. Ale już my go przepytamy. Wszystko wyśpiewa. - śledczy z odrazą spojrzał na pojmanego mężczyznę. I jego surowy wzrok wydawał się już w nim wypalać dziurę na wylot.

                                      - Ale panie! To nie ja! Już go takim znaleźliśmy! Ja tylko chciałem odciąć to plugastwo aby nie szpeciły naszego wspaniałego patrona i opiekuna! Bracia powiedzcie mu jak było! Przecież byliśmy razem! - Theobert zdawał sobie boleśnie sprawę w jakie tarapaty wpadł i spojrzał błagalnie na byłych towarzyszy.

                                      - Cóż innego mógłby mówić heretyk złapany na gorącym uczynku. - prychnął prześmiewczo ten mięśniak do jakiego siodła był przymocowany powróz.

                                      - Byliście z nim? W jakim stanie znaleźliście posąg? - zapytał surowo sędzia spoglądając na Kolesnikowa.

                                      - Był… Przewrócony. I zbezczeszczony. Ale nie mogliśmy nic zrobić! Dostaliśmy rozkazy od naszej przełożonej! Musieliśmy sprawdzić drogę do Wendorf! A to daleko i chcielibyśmy dotrzeć przed zmierzchem! A tu jakieś zasieki postawione w poprzek drogi! O tam, sam wasza miłość zobaczy! A dopiero co odparliśmy kozłonogich! Pognaliśmy ich precz w las! Ale mogą gdzieś tu się kręcić! - herszt banitów wyrzucił z siebie jakby bał się, że już zostanie oskarżony tak samo jak Theobert. I szybko wskazał na drogę przed sobą gdzie w oddali było widać ścianę zasieków ustawionych w poprzek drogi. Śledczy też tam spojrzał jakby dopiero teraz zwrócił na to uwagę. Jego ludzie także zaczęli się temu przyglądać ale z tej odległości nadal nie było widać zbyt wielu detali.

                                      - Rzeczywiście. Podejrzane. Nie powinno tu tego być. Sprawdźcie to sierżancie. - odparł po chwili przedstawiciel zakonu ścigającego kulty i herezje.

                                      - Oczywiście wasza miłość! - Stefan przytaknął gorliwie chyba uszczęśliwiony, że może wreszcie zakończyć tą rozmowę. Wezwał słowem i gestem swoich ludzi do siebie. I zaczął do nich mówić przyciszonym głosem.

                                      - Że też ich tu diabli nadali! - syknął po cichu wreszcie mogąc chociaż trochę dać upust emocjom. - Ale nie ma rady. Musimy robić co mówi. Za wysokie progi dla nas. - westchnął widocznie czując się bezsilny wobec takiego przedstawiciela władzy. - Trzeba sprawdzić te zasieki. Tylko ostrożnie. Bo te kozie syny mogą gdzieś tu się kręcić. - otarł rękawem pot z czoła i wziął głębszy oddech aby się uspokoić. Pozostali też mieli miny jakby nie mieli ochoty podpaść inkwizytorowi.

                                      1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                      0
                                      • CioldanC Niedostępny
                                        CioldanC Niedostępny
                                        Cioldan jako Cioldan
                                        napisał ostatnio edytowany przez JhnW
                                        #163

                                        - sierżancie! Gdzież prowiant w błoto?! Można zdjąć to bez koniecznego brudzenia...- Duivel z niedowieżaniem patrzył jak kolejne rzeczy lądują w błocie. Tak jak wina nie było mu szkoda, tak prowiant sćiągał sam z Lindarą, aby nie zmarnować tak cennego towaru. Koce mieli swoje, to o to nie dbał. Eponia swoje jedzenie już wcześniej rozdzieliła między swoją siostrę i kuzyna. Zaś łuk i resztę ekwipunku zabrała ze sobą. Po sugestii Stefana J., wzięła też ze sobą psa. Miała tylko nadzieje, że ten nie zejdzie z tego świata, podczas drogi do Alezzi.

                                        Mundo-naru z przyjemnością zjadł posiłek, a wcześniej starał się wystawiać łuk na przebijające się promienie słoneczne, aby cięciwa szybciej doszła do siebie. Wytarł ją też wcześniej w jakieś suche szmaty, a także porządnie otrzepał z pozostałych kropel. Lekko też napinał i puszczał, co miało spowodować szybsze wyschnięcie.

                                        Gdy już ruszyli w dalszą drogę, przyłączył się do różnych rozmów. Gdy usłyszał, że ludzie myślą o ciepłym schronieniu w Wendorf, to od razu wypalił

                                        - nie liczyłbym na to. Jak ci kozojebcy dotarli już tutaj, to całkiem możliwe, że i w Wendorf byli. Nie wiem czy przejęli miasto, ale możemy się z tym liczyć- chciał kontynuować, ale przerwała mu kuznka, która prawdopodobnie stwierdziła, że trzeba nieco sprostować ponure wizje pobratyńca
                                        - Miasto co najwyżej jest opustoszałe. To oznacza, że na pewno znajdziemy jakieś schronienie z kominkiem, który można rozpalić. Skupmy się jednak na drodze.- przekazała dość mocnym głosem elfka, choć widać było, że mówienie nieco grubiej i głośniej niż zwykle, sprawiło jej spory wysiłek.

                                        Następny odezwał się Kolesnikov, a chwilową dyskusję zakończył elf, który znów nie wysilał się na optymizm

                                        - dokładnie, aby myśleć o odpoczynku w Wendorf. Najpierw trzeba tam dojść!!-

                                        Jak na złość, po chwili wyłonił się przykry obrazek martwych ludzi. Zgodnie z poleceniem sierżanta, dwójka elfów przyłączyła się do przeczesywania okolicy. Wiązało się to z oględzinamy zwłok. Ewidentnie już ktoś obracał te martwe ciała i to w celu obłowienia się ewentualnymi monetami czy innymi przydasiami. Przy paru ciałach zobaczył też dodatkowe rane kłute na klatce piersiowej, tak jakby ktoś dobijał ledwo żywych rannych. Jakby tego bylo mało, na wskroś drogi, ktoś 'ułożył' krzaki. To ewidentnie była jakaś przesieka, która miała zatrzymać na chwilę przechodniów. Pytanie tylko skąd zwierzoludzie obserwowali swoją zasadzkę? Najprawdopodobniej polowali na ludzi uciekających ze stolicy, czyli od strony Wendorf. Tak czy siak, te rozważania i tak już nie były potrzebne, gdyż Ci co uciekli z pola bitwy, mogli już poinformować tych przy zasadzce o nadchodzącym oddziale łuczników.

                                        " jak nie urok to sraczka " pomysłał Duivel gdy przybyli inkwizytorzy. Miał kaptur na głowie, więc nie rzucał się od razu w oczy. Chociaż razem z Lindarą mogli trochę być wyższi od ludzi z oddziału. Nie chciał być posądzony o herezję, ze względu na bycie odmiennym od nowych przybyszy. W sumie to nie był jakimś zagorzałym wyznawcą Sigmara, pomimo urodzenia się w Ostlandzie. Znał oczywiście modlitwy i pieśni na cześć głównego bóstwa Imperium, jednak głównie swe modły kierował do Sarriel, a także osobono do Ishy i Kurnousa. Ta dwójka ostatnich bóstw to praktycznie to samo co Rhya i Taal, ale jakie to znaczenie miałoby dla inkwizycji? Najlepiej się nie wychylać, no i w ostateczności skłamać, że to Sigmar jest głównym odbiąrcą modłów. Chciał coś powiedzieć, jakoś przywitać z szacunkiem wędrowców, ale gdy usłyszał, ze nie wierzą Theobertowi i jak nerwowo odpowiada Kolesnikov, postanowił nie wychylać się przed szereg i grzecznie stać w cieniu.

                                        Wraz z Lindarą i poroma innymi osobami ruszyli w stronę przesieki. Taki był rozkaz, więc nie mieli zamiaru się sprzeciwiać i kwestionować panujących zasad. Chyba tylko Petra mogłaby postawić się Burchardowi, ale to i tak wątpliwe. Elfy swoją uwagę głównie kierowali na ruiny. W pewnym momencie Duivel zwrócił się do reszty

                                        - oprócz tych krzaczorów, musimy sprawdzić ruiny. Udam się tam z Lindarą, ale liczę jeszcze, że parę osób z nami pójdzie. W kupie siła.- . Ostatecznie weszli trochę w las i szli ostrożnie. Każdy już miał w jednej ręcę przygotowaną broń, czy to łuk czy włócznię albo szablę. Wszyscy z wielką uwagą wypatrywali wroga, ale również zerkali na główną grupę, żeby w chwili zagrożenia szybko się skontaktować aby zawołać o pomoc, albo ruszyć z odsieczą...


                                        Eponia pędziła na wierzchowcu, nie oglądając się za siebie. Psa ułożyła w taki sposób, by nie przyczynić się do jego osłabienia. Będąc na koniu, nie spodziewała się, że ktoś ją zaatakuje. Przecież wrogowie spłoszyli się raczej w przeciwnym kierunku, a wcześniej po drodze nie było śladów nieprzyjaciół. No oprócz tego nieszczęsnego posąga. Zmroziło ją w żyłach, gdy nagle duża grupa ludzi prowadziła jakiegoś więźnia. Okazał się nim Theobert. Nie wyglądali na wyznawców Chaosu. W sumie wręcz przeciwnie. Sprawiali wrażenie jakby należeli do jakiejś inkwizycji. Gdy się mijali krzyknęła tylko w ich stronę

                                        - Chwała Sigmarowi! Uważajcie dobrzy ludzie na pmioty Chaosu. Zmasakrowali mi psa! Pędzimy po jakieś leki do najbliższej osady albo regimenty von Falkenhorst!!- jej opowieść uwiarygodniły rany jakie posiadała oraz prawie martwy pies, który na tę chwilę miał akurat otwarte oczy. Grupa dziwnych ludzi na szczęście nie spowolniła Eponii. Zaczęli rozglądać się po sobie, jednak skupili się na Theo, który coś tam zaczął krzyczeć do znów rozpędzonej elfki.

                                        Dalsza droga minęła całkiem spokojnie i Eponia w końcu dotarła do głównej części wojaków.

                                        - zaskoczyli nas jeszcze przed Wendorf!!!! Lekarza, ablo maga!!!- przekazała psa pierwszej osobie, która podeszła. Ten nawet nie był w stanie zaszczekać ani warknąć na obce mu osoby. Eponia kontynuowała, gdy widziała, że Petra już jest blisko i będzie wszystko słyszeć. Elfka zeszła zmęczona i zdyszana z konia, zdołała się ukłonić i przeszła do raportowania
                                        - byliśmy w połowie drogi do Wendorf z tej osady na rozstaju dróg. Tam był przewrócony posąg Sigmara. Zbeszczeszczony. Theobert został przy nim, obrażony na resztę. Trochę później napadli na nas. Jeden pies padł, drugiego już leczycie, trzeci ranny. Z dwunogów najbardziej oberwałam ja, dlatego tu jestem. Przepędziliśmy ich, ale nikogo nie wzięliśmy do niewoli. Byli szybcy, pewnie zwierzoludzie. Jak tu pędziłam, to Kolesnikov zarządził postój na żarło, a potem mieli dalej do Wendorf ruszać. No i jeszcze jedno. Jak tu pędziłam, to widziałam Theo. Był zakuty w kajdany przez jakiś dziwaków, chyba inkwizytorów. Zmierzali w stronę Lindary. Znaczy się Kolesnikova. -

                                        Po wypowiedzeniu tych słów, oparła się zmęczona o konia. Swój prowiant przekazała dalej, więc była też głodna. Czekała na decyzje Petry, bo nie wiedziała, czy będzie pędziła z powrotem z nowymi rozkazami, czy poczeka na większą grupę, a może zostanie, a ktoś inny ruszy do Duivela i reszty.

                                        1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                        0
                                        • Pipboy79P Niedostępny
                                          Pipboy79P Niedostępny
                                          Pipboy79 jako Pipboy79
                                          napisał ostatnio edytowany przez JhnW
                                          #164

                                          Zwierzoludzie. Stefan potwierdził to co Tobias uważał że widział. Mała grupka na szczęście, jednak może dotrzeć do głównego stada i wrócą w większej sile. W tej sytuacji należało jak najszybciej dokończyć zwiad. No i poinformować szefową. Ale miała to zrobić kuzynka Duivela, która ranna tylko by spowalniała grupę, wzięła też najciężej rannego psiaka ze sobą. Tobias i inny podnieśli z błota bezceremonialnie zrzucone z konia pakunki, miedzy innymi z prowiantem i grupa zwiadowców ruszyła ponownie w kierunku Wendorfu.
                                          Szli tak z parę godzin, kiedy ekipa idąca w lesie równolegle do drogi zaczęła wołać, Tobias usłyszał wyraźnie '...jakieś trupy!' Zwiadowcy ciepło się zrobiło na te słowa i przyspieszył kroku każąc chłopakom którzy szli z nim na końcu bacznie się rozglądać. Najpierw łowca ujrzał czyjąś rękę odciętą w łokciu, kilka kroków dalej dostrzegł rozbebeszone zwłoki mężczyzny bez ręki. Wyglądał na mieszczanina, trochę pulchny leżał z wytrzeszczonymi w przerażeniu oczyma, niedaleko zaś leżała niewiasta, zapewne żona mężczyzny. Aż głośno przełknął ślinę a serce zaczęło szybciej bić kiedy Tobias pomyślał co może za chwilę ujrzeć. Ale szczęściem w nieszczęściu, dzieci nie było wśród martwych. Ciał było więcej, byli zapewne uciekinierami, ale skąd? Dokąd chcieli dotrzeć, do Wendorfu, czy raczej z stamtąd uciekali? Nie było czasu by się tego dowiedzieć gdyż szef grupy nakazał zostawić ciała w spokoju i ruszyć dalej.
                                          Niedługo potem znowu ktoś z przodu coś wołał podniesionym głosem. Kiedy Tobias i jego dwaj towarzysz dotarli do czoła grupy, ta rozglądała się bacznie po okolicy a przed nimi została ustawiona jakby barykada, którą ich szef błędnie nazwał przesieką. Ktoś wypatrzył niedaleko także ruiny. - Idealne miejsce na zasadzkę - pomyślał Tobias. - Co robimy szefie - ktoś zapytał i łucznik w myślach przytaknął pytającemu. Nie dane im było otrzymać odpowiedź powiem usłyszeli konie zbliżające się ku nim, a na nich jeźdźcy. Nie była to jednak zasadzka jakiej się spodziewali. Grupa ponurych łowców czarownic wyjechała na drogę prowadząc na postronku Teodeberta. Wszyscy, łącznie z Tobiasem rozpoznawszy jeźdźców spuścili wzrok ku ziemi nie chcąc zwrócić na siebie uwagi członkom Zakonu Oczyszczającego Płomienia - bo tych mieli przed sobą. Na szczęście dla reszty śledczy Burchard Munzel wolał rozmawiać z dowódcą grupy, a ten na początku jąkał się jak jakaś niemota - taka była aura łowców czarownic. Udało się ich udobruchać dokumentem potwierdzających przynależność do regimentu von Falkenhorsta, ale zadawali pytania o posążek Sigmara i Teodeberta. No i o zasieki które grupa miała właśnie zbadać. A teraz dostali rozkaz od zakonnika - je sprawdzić, na co Tobias wzruszył ramionami, bo choć nie lubił słuchać rozkazów fanatyków, ten był jak najbardziej oczywisty, wiec Tobias ruszył ostrożnie z Karlem i Johanem kierując się na lewo w kierunku lasu chcąc obejść zasieki szerokim łukiem.

                                          1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                          0

                                          Hello! It looks like you're interested in this conversation, but you don't have an account yet.

                                          Getting fed up of having to scroll through the same posts each visit? When you register for an account, you'll always come back to exactly where you were before, and choose to be notified of new replies (either via email, or push notification). You'll also be able to save bookmarks and upvote posts to show your appreciation to other community members.

                                          With your input, this post could be even better 💗

                                          Zarejestruj się Zaloguj się
                                          Odpowiedz
                                          • Odpowiedz, zakładając nowy temat
                                          Zaloguj się, aby odpowiedzieć
                                          • Najpierw najstarsze
                                          • Najpierw najnowsze
                                          • Najwięcej głosów


                                          • Zaloguj się

                                          • Nie masz konta? Zarejestruj się

                                          • Aby wyszukiwać zaloguj się lub zarejestruj.
                                          Powered by NodeBB Contributors
                                          • Pierwszy post
                                            Ostatni post
                                          0
                                          • Kategorie
                                          • Ostatnie
                                          • Tagi
                                          • Popularne
                                          • Świat
                                          • Użytkownicy
                                          • Grupy
                                          • Strona startowa