Przejdź do treści
  • Kategorie
  • Ostatnie
  • Tagi
  • Popularne
  • Świat
  • Użytkownicy
  • Grupy
  • Strona startowa
Skórki
  • Jasny
  • Brite
  • Cerulean
  • Cosmo
  • Flatly
  • Journal
  • Litera
  • Lumen
  • Lux
  • Materia
  • Minty
  • Morph
  • Pulse
  • Sandstone
  • Simplex
  • Sketchy
  • Spacelab
  • United
  • Yeti
  • Zephyr
  • Ciemny
  • Cyborg
  • Darkly
  • Quartz
  • Slate
  • Solar
  • Superhero
  • Vapor

  • Domyślna (Cyborg)
  • Brak skórki
Zwiń
  1. Start
  2. Sesje Warhammer
  3. Rozgrywka
  4. Bastion 2521 - Przez wojenne ostępy
Bastion 2521 - Przez wojenne ostępy
Pipboy79P
Pipboy79 jako
Pipboy79
Mistrz Gry
DekaresD
Dekares jako
Dekares
MirasM
Miras jako
Miras
CioldanC
Cioldan jako
Cioldan

Bastion 2521 - Przez wojenne ostępy

Zaplanowany Przypięty Zablokowany Przeniesiony Rozgrywka
import
193 Posty 6 Uczestników 709 Wyświetlenia 4 Obserwuje
  • Najpierw najstarsze
  • Najpierw najnowsze
  • Najwięcej głosów
Odpowiedz
  • Odpowiedz, zakładając nowy temat
Zaloguj się, aby odpowiedzieć
Ten temat został usunięty. Mogą go zobaczyć tylko użytkownicy upoważnieni do zarządzania tematami.
  • Pipboy79P Niedostępny
    Pipboy79P Niedostępny
    Pipboy79 jako Pipboy79
    napisał ostatnio edytowany przez JhnW
    #162

    Oryginalny tytuł: Tura 36 - 2521.05.04; bkt; popołudnie

    Miejsce: pd-zach Ostland; Las Cieni; droga Speck - Wendorf; leśna droga
    Czas: 2521.05.04; Angestag; ranek - popołudnie
    Warunki: - ; na zewnątrz: półmrok, zachmurzenie, łag.wiatr; ziąb (0)

    Wszyscy

    Jaeger miał ochotę ścigać uchodzących przeciwników. Zebrał ze sobą Olafa i we dwóch zostawili za sobą krwawiące czworonogi i ruszyli w głąb lasu. Przebiegli może pół setki kroków gdy dotarli do świeżych śladów na ziemi. Chociaż deszcz wciąż padał to nie był w stanie tak szybko ich zatrzeć. Widać było na nich charakterystyczne ślady kopyt. A doświadczone oko tropicieli od razu rozpoznało dwunożny chód. Czyli pewnie zaatakowali ich zwierzoludzie lub podobne im mutanty. Krzyknął w stronę drogi przez tą ten monotonny stukot kropel deszczo o omszałą korę drzew czy liści. Przy okazji zorientował się, że nikt inny nie ruszył ich śladem. Byli tylko we dwóch. Widać było stąd przesiekę i ludzkie kształty towarzyszy na drodze. We dwóch to słabo wyglądały te kalkulacje bo uchodzacych sylwetek było ze dwie pary.

    - Wracać! - krzyknął Kolesnikow. Chyba nie do końca zbaraniał jak go posądzał Duivel. Raczej musiał zorientować się jak wygląda sytuacja. Zanim przyszedł ze swoimi ludźmi z końca kolumny to wiedział tylko jak to wyszło u Tobiasa na tyłach.

    - Miejsce na nich oko. Jakby próbowali wrócić. Wtedy drzyjcie japę i róbcie swoje. - poklepał ich po ramieniu widząc, że nikt z ostatniej trójki nie oberwał. Zanim wrócił do centrum szyku to jego imiennik już zdążył pod wpływem gniewu ruszyć w pogoń za uchodzącymi przeciwnikami a Duivel wykrzyczeć mu pytanie. Herszt hochlandzkich banitów rozejrzał się po drodze. Widział na poboczu psie pobojowisko i Albrechta jaki z Azurem wrócił na drogę. A z przodu trójka elfów skupiła się wokół ranionej strzałami kuzynki. Wtedy doszedł ich okrzyk Jeagera jaki krzyczał, że to zwierzoludzie. Wydawało się, że wszystko się dzieje na raz w tym samym czasie.

    Opanowanie pobojowiska zajęło pacierz albo i dwa. W miarę jak deszcz chłodził emocje i sytuacja stawała się coraz klarowniejsza. Herszt hochlandzkiej bandy zbirów zgodził się z pomysłem Stefana aby obstawić teren czujkami. Oraz nie przeszkadzał jak Duivel razem z jego pomocą udzielał pomocy rannym. Okazało się, że z dwunogów najpoważniej została ranna Eponia. Nieco lżej Albrecht. Za to z trzech psów początkowo wyglądało, że został im tylko zakrwawiony i zdyszany Azur. Ale nie. Okazało się, że Harpia jeszcze dycha chociaż ledwo powłówczyła łapami. Myśliwi zastanawiali się nawet czy da radę iść dalej. Czy może lepiej ją zostawić albo dobić aby się nie męczyła. No albo zrobić jakieś włóki aby ją wlec za sobą.

    - Zdejmować to ale już! - huknął czarnobrody heresz leśnych banitów wskazując na konia komunikacyjnego jakiego przydzieliła im szefowa. W błoto poleciały pakunki z zabranym prowiantem, dzbany z winem, koce i reszta zbranych bambetli jakie do tej pory wiózł koń na swoim grzbiecie. Razem z tym co każdy z grupy zabrał na własnym grzbiecie miały zapewnić względną samowystarczalność na kilka następnych dni. Teraz jednak były inne priorytety więc te paczki i torby wylądowały w błocie. Stefan zgodził się aby to Eponia zawiozła wiadomość o zasadzce do reszty regimentu. Trudno było powiedzieć ile jej to zajmie a więc i kiedy można by się jej spodziewać z powrotem. Hochlandczyk szacował, że pewnie tak jak wczoraj mogą mieć dzwon, dwa albo trzy marszu od czoła regimentu. Więc konno z połowę tego. Ale odkąd rano zanurzyli się w słoneczny jeszcze wówczas las i stracili z oka resztę macierzystej jednostki to i nie mieli pojęcia jaka odległość ich dzieli.

    - Zbieramy się. Idziemy dalej. Nie będziemy się ganiać ze zwierzoludźmi po lesie zwierzoludzi. Mamy sprawdzić drogę do Wendorf. - zdecydował w końcu Kolesnikow gdy już ranni zostali opatrzeni, złapano oddech i przepłukano gardła i napełniono żołądki porzuconymi zapasami. Wędzone ryby, kiszona kapusta, po kawałku kiełbasy dało się zjeść od ręki bez gotowania. Zwłaszcza jak się je popiło winem. Więc ruszyli dalej.

    Z pacierz czy dwa później deszcz przestał padać. Chociaż wszystko co zmoczył do tej pory nadal było mokre. Ubrania, cięciwy, drzewa i błoto pod nogami. Cały czas skapywały z góry krople wilgoci. Ciężko się szło w tak rozmiękłej ziemi. Zrobiło się nawet jakby chłodniej. A może tak się tylko wydawało grupie jaka wydawała się niknąć na dnie tego ponurego lasu. Krótki odpoczynek i szybki posiłek zaraz po walce pomogły poprawiły humory na krótko. Gdy ruszyli w dalszą drogę las znów zdawał się tłamsić idące po jego dnie podróżnych.

    link: https://i.imgur.com/7GXpciM.jpeg

    - Daleko jeszcze do tego Wendorf? - zapytał któryś ze zbójników Kolesnikowa. Raczej aby czymś zagłuszyć tą leśną głuszę. Rozmawiali niewiele i głównie szli w ciszy świadomi, że gdzieś ci zwierzoludzie przecież uciekli i żadnego nie udało im się ubić. Z tego co się dowiedzieli w Ristedt i Speck wynikało, że powinno dać się dotrzeć przed zmrokiem do tego miasteczka. A ta pogoda i chwilowa potyczka aż tak ich nie opóźniły aby było to niemożliwe. Dało się wyczuć, że wojacy chętnie by się schronili przed niebezpieczeństwami mrocznej puszczy w solidnych, oświetlonych i ogrzanych murach cywilizacji. Równie często zerkali w tył oczekując pojawienia się czoła kolumny rodzimego regimentu. Wiadomo było, że jakaś pojedyncza banda zwierzoludzi może się pokusić o atak na ich jednostkę zwiadowczą ale pewnie przemyśli sprawę ataku na cały regiment. W tej materii liczebność zdawała się zwiększać poczucie bezpieczeństwa.

    - Idziemy aż dojdziemy. Albo coś się stanie. Rozglądajcie się. Te kozie syny wciąż gdzieś tu mogą się na nas czaić. - Kolesnikow wydawał się być skoncentrowany tak samo jak reszta jego ludzi ale nie tracił z oczu celu z jakim wysłano ich grupę. Nadal na czele szła dwójka elfów bo Eponia jeszcze nie wróciła, na tyłach Tobias z Johanem i Karlem a po bokach Urlich i Jeager.

    Idący w lesie flankerzy natrafili na podejrzane barwy w głębi lasu. Bo z drogi to nawet elfy nie wypatrzyły tego wszystkiego. Deszcz jaki dopiero co przestał padać skutecznie zatarł ślady i leśna przesieka była jak dziewicza. Jak ostrożnie je sprawdzili okazało się, że to trupy. Zawołali resztę i ci też mogli obejrzeć to miejsce kaźni. Ciała były względnie świeże, pewnie z wczoraj bo już były trupioblade i sztywne ale jeszcze nie śmierdziały trupem. Wyglądało, że zwierzoludzie dopadli i zmasakrowali grupę podróżnych. Część ciał była przywiązana do pni drzew i nosiła ślady tortur. Na wszystkich widać było ślady bolesnej agonii.

    - Bydlaki. - splunął któryś z myśliwych widząc te ślady masakry. Ale tak samo jak ze zbeszczeszczoną figurą Sigmara Wędrowca nie mieli narzędzi aby zorganizować pobieżny chociaż pochówek. Herszt banitów przeznaczył krótki postój na przeszukanie okolicy i modlitwę ale nie chciał się zatrzymywać na dłużej. Wrócili na drogę i ruszyli dalej w jeszcze bardziej ponurych nastrojach. Odkąd się zgłosili do górskiego regimentu pierwszy raz bezpośrednio spotykali się z okropieństwami wojny z odwiecznym wrogiem. Niby wszyscy zdawali sobie sprawę ale co innego mieć coś w świadomości a co innego mieć to samo tuż przed oczami i na wyciągnięcie ręki. Zostawili to jednak za sobą i szli dalej ku Wendorf. W pewnym momencie to idący na czele elfi duet gdy wyszli zza kolejnego zakrętu dostrzegł coś nietypowego. Coś jakby krzaki. Prawie wysokości człowieka. Tylko w poprzek drogi. Gdy Kolesnikow ze swoimi ludźmi zrównali się z nimi też obserwowali to przez dłuższą chwilę.

    - Przesieka. Zrobili przesiekę. Jak jej pilnują to mamy gotową zasadzkę. - uznał w końcu herszt Hochlandczyków. Mogło tak być. Krzaki raczej nie wyrosłyby z dnia na dzień akurat na środku drogi. Chociaż z tej odległości nie było widać zbyt wielu detali to jednak mogła to być celowa przeszkoda wzniesiona aby zablokować drogę przez las. Za to w głębi lasu widać było jakieś omszałe ruiny jakie przykuwały wzrok w tej leśnej pustce.

    link: https://i.imgur.com/7SmKGRp.jpeg

    Nie było widać tam jednak widać żadnego ruchu. Chociaż były bliżej niż te zasieki z krzaków przed nimi. No i na poboczu. Tobias z Johanem i Karlem nie zdążyli jeszcze zbliżyć się do nich i sprawdzić co ich tak zatrzymało gdy sami dostrzegli ruch za swoimi plecami. Zza zakrętu jaki niedawno pokonali wyłonił się konny. Za nim kilku kolejnych. I bez pośpiechu zbliżali się w ich stronę. Widać było, że to jakiś konny oddział ale na grabieżców Chaosu nie wyglądali. Właściwie to wysoki, ścięty kapelusz wyglądał całkiem znajomo.

    Wkrótce pół tuzina jeźdźców dojechało do piechurów. A z bliska okazało się, że noszą barwy Zakonu Oczyszczającego Płomienia. Jakich pospólstwo najczęściej zwało łowcami czarownic lub inkwizytorami. I drżało przed nimi. Zresztą widać było dreszcze niepokoju gdy Kolesnikow i jego banici też ich rozpoznali z bliska.

    - Diabli ich tu nadali. - sarknął cicho póki jeszcze nie dojechali do nich w zasięg swobodnej rozmowy. Ale widać było pewną nerwowość w ruchach i spojrzeniach jego i jego ludzi. Nic dziwnego. Każdy z nich miał wrażenie, że gdy główny jeździec ich mijał i posłał im uważne spojrzenie z siodła to prześwidrował go na wylot. Razem z wszelkimi grzechami i uchybieniami.

    link: https://i.imgur.com/lJclEMe.jpeg

    Mało kto mógł wytrzymać ten świdrujący wzrok starego łowcy czarownic. Nie zdzierżył tego ani Tobias, ani Stefan, ani Duivel. Zresztą jak dało się dojrzeć to i Kolesnikow nerwowo spuścił wzrok i nie wiedział co zrobić z rękami.

    - Pochwalony wasza miłość. - wymamrotał w końcu speszonym tonem. Ale nie tylko sam ponury łowca czarownic zwracał uwagę w tym kilkuosobowym orszaku. Poza jeźdźcami był jeden pieszy. I to całkiem znajomy.

    - Towarzysze! Bracia! Pomiłujcie! Powiedzcie jak było z tą figurą naszego kochanego Sigmara! - zawołał błagalnie Teodebert. Miał związane w nadgarstku ręcę i przywiązane postronkiem do jednego z siodeł jeźdźców.

    - Milcz zaprzańcu. - fuknął na niego brodacz w przyciętym kapeluszu. - Jeszcze będziesz miał okazję do mówienia. Obiecuję ci to. - rzekł oschle a kaznodzieja struchlał i był bliski płaczu.

    - Jestem Burchard Munzel. Śledczy z Ognistego Płomienia. - przedstawił się kapelusznik po tym małym wtrąceniu. Potwierdzając niejako, że pierwsze wrażenie jakie wywarł na piechurach było słuszne. - A wy kim jesteście? - zapytał patrząc na nich spod ronda swojego kapelusza.

    - My… ee… z regimentu wasza ekscelencjo. - wymamrotał Stefan próbując dać składną odpowiedź. Ale widać było, że jest zestresowany ponurą opinią śledczych. Nawet jak rozmawiał z którąś z szefowych nie był tak zbity z pantałyku.

    - Z jakiego regimentu? - zapytał śledczy zaciskając usta w wąską linię. Widać było, że nie spodobała mu się taka poplątana odpowiedź. Zwłaszcza jak Kolesnikow i większość widocznych przy nim osób wyglądali jak banda leśnych zbirów.

    - Ja… Ja tu mam papier! - wyrzucił z siebie Kolesnikow w nagłym przypływie olśnienia. I gorączkowo zaczął sięgać do torby. Po chwili wręczył złożony dokument jaki na drogę dała im Petra jeszcze w Ristedt. To zaabsorbowało śledczego na czas czytania.

    - Jak cię zwą? - zapytał konny nie odwracając wzroku z czytanej kartki. Jego ludzie patrzyli dookoła po otaczających ich łucznikach.

    - Stefan wasza miłość. Z Hochlandu wasza miłość. - dodał usłużnie herszt banitów. Ten skinął głową ale nie odpowiedział od razu kończąc czytać dokument.

    - Czyli regiment von Falkenhorst. Dobrze. - widać papier chociaż chwilowo go zadowolił bo oddał go Stefanowi. Ten skwapliwie go schował z powrotem do torby. - Znacie tego człowieka. - zwrócił się łowca znów wywołując nerwowość u pieszego rozmówcy. Bo wskazał na Theoberta jaki był przymocowany na postronku do jednego z jego ludzi.

    - Znam to może za dużo powiedziane wasza miłość. Podróżowaliśmy razem. A co przeskrobał? Jeśli można wiedzieć oczywiście. - widać było, że Kolesnikow obawia się władować w tarapaty widząc kaznodzieję prowadzonego jak więźnia.

    - Znaleźliśmy go przy zbeszczeszczonym posągu Sigmara Wędrowca. Z nożem w ręku. A na posągu naszego patrona już zdążył wyryć plugawe znaki. Tak go to zajęło, że nawet nie próbował uciekać na nasz widok. Ale już my go przepytamy. Wszystko wyśpiewa. - śledczy z odrazą spojrzał na pojmanego mężczyznę. I jego surowy wzrok wydawał się już w nim wypalać dziurę na wylot.

    - Ale panie! To nie ja! Już go takim znaleźliśmy! Ja tylko chciałem odciąć to plugastwo aby nie szpeciły naszego wspaniałego patrona i opiekuna! Bracia powiedzcie mu jak było! Przecież byliśmy razem! - Theobert zdawał sobie boleśnie sprawę w jakie tarapaty wpadł i spojrzał błagalnie na byłych towarzyszy.

    - Cóż innego mógłby mówić heretyk złapany na gorącym uczynku. - prychnął prześmiewczo ten mięśniak do jakiego siodła był przymocowany powróz.

    - Byliście z nim? W jakim stanie znaleźliście posąg? - zapytał surowo sędzia spoglądając na Kolesnikowa.

    - Był… Przewrócony. I zbezczeszczony. Ale nie mogliśmy nic zrobić! Dostaliśmy rozkazy od naszej przełożonej! Musieliśmy sprawdzić drogę do Wendorf! A to daleko i chcielibyśmy dotrzeć przed zmierzchem! A tu jakieś zasieki postawione w poprzek drogi! O tam, sam wasza miłość zobaczy! A dopiero co odparliśmy kozłonogich! Pognaliśmy ich precz w las! Ale mogą gdzieś tu się kręcić! - herszt banitów wyrzucił z siebie jakby bał się, że już zostanie oskarżony tak samo jak Theobert. I szybko wskazał na drogę przed sobą gdzie w oddali było widać ścianę zasieków ustawionych w poprzek drogi. Śledczy też tam spojrzał jakby dopiero teraz zwrócił na to uwagę. Jego ludzie także zaczęli się temu przyglądać ale z tej odległości nadal nie było widać zbyt wielu detali.

    - Rzeczywiście. Podejrzane. Nie powinno tu tego być. Sprawdźcie to sierżancie. - odparł po chwili przedstawiciel zakonu ścigającego kulty i herezje.

    - Oczywiście wasza miłość! - Stefan przytaknął gorliwie chyba uszczęśliwiony, że może wreszcie zakończyć tą rozmowę. Wezwał słowem i gestem swoich ludzi do siebie. I zaczął do nich mówić przyciszonym głosem.

    - Że też ich tu diabli nadali! - syknął po cichu wreszcie mogąc chociaż trochę dać upust emocjom. - Ale nie ma rady. Musimy robić co mówi. Za wysokie progi dla nas. - westchnął widocznie czując się bezsilny wobec takiego przedstawiciela władzy. - Trzeba sprawdzić te zasieki. Tylko ostrożnie. Bo te kozie syny mogą gdzieś tu się kręcić. - otarł rękawem pot z czoła i wziął głębszy oddech aby się uspokoić. Pozostali też mieli miny jakby nie mieli ochoty podpaść inkwizytorowi.

    1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
    0
    • CioldanC Niedostępny
      CioldanC Niedostępny
      Cioldan jako Cioldan
      napisał ostatnio edytowany przez JhnW
      #163

      - sierżancie! Gdzież prowiant w błoto?! Można zdjąć to bez koniecznego brudzenia...- Duivel z niedowieżaniem patrzył jak kolejne rzeczy lądują w błocie. Tak jak wina nie było mu szkoda, tak prowiant sćiągał sam z Lindarą, aby nie zmarnować tak cennego towaru. Koce mieli swoje, to o to nie dbał. Eponia swoje jedzenie już wcześniej rozdzieliła między swoją siostrę i kuzyna. Zaś łuk i resztę ekwipunku zabrała ze sobą. Po sugestii Stefana J., wzięła też ze sobą psa. Miała tylko nadzieje, że ten nie zejdzie z tego świata, podczas drogi do Alezzi.

      Mundo-naru z przyjemnością zjadł posiłek, a wcześniej starał się wystawiać łuk na przebijające się promienie słoneczne, aby cięciwa szybciej doszła do siebie. Wytarł ją też wcześniej w jakieś suche szmaty, a także porządnie otrzepał z pozostałych kropel. Lekko też napinał i puszczał, co miało spowodować szybsze wyschnięcie.

      Gdy już ruszyli w dalszą drogę, przyłączył się do różnych rozmów. Gdy usłyszał, że ludzie myślą o ciepłym schronieniu w Wendorf, to od razu wypalił

      - nie liczyłbym na to. Jak ci kozojebcy dotarli już tutaj, to całkiem możliwe, że i w Wendorf byli. Nie wiem czy przejęli miasto, ale możemy się z tym liczyć- chciał kontynuować, ale przerwała mu kuznka, która prawdopodobnie stwierdziła, że trzeba nieco sprostować ponure wizje pobratyńca
      - Miasto co najwyżej jest opustoszałe. To oznacza, że na pewno znajdziemy jakieś schronienie z kominkiem, który można rozpalić. Skupmy się jednak na drodze.- przekazała dość mocnym głosem elfka, choć widać było, że mówienie nieco grubiej i głośniej niż zwykle, sprawiło jej spory wysiłek.

      Następny odezwał się Kolesnikov, a chwilową dyskusję zakończył elf, który znów nie wysilał się na optymizm

      - dokładnie, aby myśleć o odpoczynku w Wendorf. Najpierw trzeba tam dojść!!-

      Jak na złość, po chwili wyłonił się przykry obrazek martwych ludzi. Zgodnie z poleceniem sierżanta, dwójka elfów przyłączyła się do przeczesywania okolicy. Wiązało się to z oględzinamy zwłok. Ewidentnie już ktoś obracał te martwe ciała i to w celu obłowienia się ewentualnymi monetami czy innymi przydasiami. Przy paru ciałach zobaczył też dodatkowe rane kłute na klatce piersiowej, tak jakby ktoś dobijał ledwo żywych rannych. Jakby tego bylo mało, na wskroś drogi, ktoś 'ułożył' krzaki. To ewidentnie była jakaś przesieka, która miała zatrzymać na chwilę przechodniów. Pytanie tylko skąd zwierzoludzie obserwowali swoją zasadzkę? Najprawdopodobniej polowali na ludzi uciekających ze stolicy, czyli od strony Wendorf. Tak czy siak, te rozważania i tak już nie były potrzebne, gdyż Ci co uciekli z pola bitwy, mogli już poinformować tych przy zasadzce o nadchodzącym oddziale łuczników.

      " jak nie urok to sraczka " pomysłał Duivel gdy przybyli inkwizytorzy. Miał kaptur na głowie, więc nie rzucał się od razu w oczy. Chociaż razem z Lindarą mogli trochę być wyższi od ludzi z oddziału. Nie chciał być posądzony o herezję, ze względu na bycie odmiennym od nowych przybyszy. W sumie to nie był jakimś zagorzałym wyznawcą Sigmara, pomimo urodzenia się w Ostlandzie. Znał oczywiście modlitwy i pieśni na cześć głównego bóstwa Imperium, jednak głównie swe modły kierował do Sarriel, a także osobono do Ishy i Kurnousa. Ta dwójka ostatnich bóstw to praktycznie to samo co Rhya i Taal, ale jakie to znaczenie miałoby dla inkwizycji? Najlepiej się nie wychylać, no i w ostateczności skłamać, że to Sigmar jest głównym odbiąrcą modłów. Chciał coś powiedzieć, jakoś przywitać z szacunkiem wędrowców, ale gdy usłyszał, ze nie wierzą Theobertowi i jak nerwowo odpowiada Kolesnikov, postanowił nie wychylać się przed szereg i grzecznie stać w cieniu.

      Wraz z Lindarą i poroma innymi osobami ruszyli w stronę przesieki. Taki był rozkaz, więc nie mieli zamiaru się sprzeciwiać i kwestionować panujących zasad. Chyba tylko Petra mogłaby postawić się Burchardowi, ale to i tak wątpliwe. Elfy swoją uwagę głównie kierowali na ruiny. W pewnym momencie Duivel zwrócił się do reszty

      - oprócz tych krzaczorów, musimy sprawdzić ruiny. Udam się tam z Lindarą, ale liczę jeszcze, że parę osób z nami pójdzie. W kupie siła.- . Ostatecznie weszli trochę w las i szli ostrożnie. Każdy już miał w jednej ręcę przygotowaną broń, czy to łuk czy włócznię albo szablę. Wszyscy z wielką uwagą wypatrywali wroga, ale również zerkali na główną grupę, żeby w chwili zagrożenia szybko się skontaktować aby zawołać o pomoc, albo ruszyć z odsieczą...


      Eponia pędziła na wierzchowcu, nie oglądając się za siebie. Psa ułożyła w taki sposób, by nie przyczynić się do jego osłabienia. Będąc na koniu, nie spodziewała się, że ktoś ją zaatakuje. Przecież wrogowie spłoszyli się raczej w przeciwnym kierunku, a wcześniej po drodze nie było śladów nieprzyjaciół. No oprócz tego nieszczęsnego posąga. Zmroziło ją w żyłach, gdy nagle duża grupa ludzi prowadziła jakiegoś więźnia. Okazał się nim Theobert. Nie wyglądali na wyznawców Chaosu. W sumie wręcz przeciwnie. Sprawiali wrażenie jakby należeli do jakiejś inkwizycji. Gdy się mijali krzyknęła tylko w ich stronę

      - Chwała Sigmarowi! Uważajcie dobrzy ludzie na pmioty Chaosu. Zmasakrowali mi psa! Pędzimy po jakieś leki do najbliższej osady albo regimenty von Falkenhorst!!- jej opowieść uwiarygodniły rany jakie posiadała oraz prawie martwy pies, który na tę chwilę miał akurat otwarte oczy. Grupa dziwnych ludzi na szczęście nie spowolniła Eponii. Zaczęli rozglądać się po sobie, jednak skupili się na Theo, który coś tam zaczął krzyczeć do znów rozpędzonej elfki.

      Dalsza droga minęła całkiem spokojnie i Eponia w końcu dotarła do głównej części wojaków.

      - zaskoczyli nas jeszcze przed Wendorf!!!! Lekarza, ablo maga!!!- przekazała psa pierwszej osobie, która podeszła. Ten nawet nie był w stanie zaszczekać ani warknąć na obce mu osoby. Eponia kontynuowała, gdy widziała, że Petra już jest blisko i będzie wszystko słyszeć. Elfka zeszła zmęczona i zdyszana z konia, zdołała się ukłonić i przeszła do raportowania
      - byliśmy w połowie drogi do Wendorf z tej osady na rozstaju dróg. Tam był przewrócony posąg Sigmara. Zbeszczeszczony. Theobert został przy nim, obrażony na resztę. Trochę później napadli na nas. Jeden pies padł, drugiego już leczycie, trzeci ranny. Z dwunogów najbardziej oberwałam ja, dlatego tu jestem. Przepędziliśmy ich, ale nikogo nie wzięliśmy do niewoli. Byli szybcy, pewnie zwierzoludzie. Jak tu pędziłam, to Kolesnikov zarządził postój na żarło, a potem mieli dalej do Wendorf ruszać. No i jeszcze jedno. Jak tu pędziłam, to widziałam Theo. Był zakuty w kajdany przez jakiś dziwaków, chyba inkwizytorów. Zmierzali w stronę Lindary. Znaczy się Kolesnikova. -

      Po wypowiedzeniu tych słów, oparła się zmęczona o konia. Swój prowiant przekazała dalej, więc była też głodna. Czekała na decyzje Petry, bo nie wiedziała, czy będzie pędziła z powrotem z nowymi rozkazami, czy poczeka na większą grupę, a może zostanie, a ktoś inny ruszy do Duivela i reszty.

      1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
      0
      • Pipboy79P Niedostępny
        Pipboy79P Niedostępny
        Pipboy79 jako Pipboy79
        napisał ostatnio edytowany przez JhnW
        #164

        Zwierzoludzie. Stefan potwierdził to co Tobias uważał że widział. Mała grupka na szczęście, jednak może dotrzeć do głównego stada i wrócą w większej sile. W tej sytuacji należało jak najszybciej dokończyć zwiad. No i poinformować szefową. Ale miała to zrobić kuzynka Duivela, która ranna tylko by spowalniała grupę, wzięła też najciężej rannego psiaka ze sobą. Tobias i inny podnieśli z błota bezceremonialnie zrzucone z konia pakunki, miedzy innymi z prowiantem i grupa zwiadowców ruszyła ponownie w kierunku Wendorfu.
        Szli tak z parę godzin, kiedy ekipa idąca w lesie równolegle do drogi zaczęła wołać, Tobias usłyszał wyraźnie '...jakieś trupy!' Zwiadowcy ciepło się zrobiło na te słowa i przyspieszył kroku każąc chłopakom którzy szli z nim na końcu bacznie się rozglądać. Najpierw łowca ujrzał czyjąś rękę odciętą w łokciu, kilka kroków dalej dostrzegł rozbebeszone zwłoki mężczyzny bez ręki. Wyglądał na mieszczanina, trochę pulchny leżał z wytrzeszczonymi w przerażeniu oczyma, niedaleko zaś leżała niewiasta, zapewne żona mężczyzny. Aż głośno przełknął ślinę a serce zaczęło szybciej bić kiedy Tobias pomyślał co może za chwilę ujrzeć. Ale szczęściem w nieszczęściu, dzieci nie było wśród martwych. Ciał było więcej, byli zapewne uciekinierami, ale skąd? Dokąd chcieli dotrzeć, do Wendorfu, czy raczej z stamtąd uciekali? Nie było czasu by się tego dowiedzieć gdyż szef grupy nakazał zostawić ciała w spokoju i ruszyć dalej.
        Niedługo potem znowu ktoś z przodu coś wołał podniesionym głosem. Kiedy Tobias i jego dwaj towarzysz dotarli do czoła grupy, ta rozglądała się bacznie po okolicy a przed nimi została ustawiona jakby barykada, którą ich szef błędnie nazwał przesieką. Ktoś wypatrzył niedaleko także ruiny. - Idealne miejsce na zasadzkę - pomyślał Tobias. - Co robimy szefie - ktoś zapytał i łucznik w myślach przytaknął pytającemu. Nie dane im było otrzymać odpowiedź powiem usłyszeli konie zbliżające się ku nim, a na nich jeźdźcy. Nie była to jednak zasadzka jakiej się spodziewali. Grupa ponurych łowców czarownic wyjechała na drogę prowadząc na postronku Teodeberta. Wszyscy, łącznie z Tobiasem rozpoznawszy jeźdźców spuścili wzrok ku ziemi nie chcąc zwrócić na siebie uwagi członkom Zakonu Oczyszczającego Płomienia - bo tych mieli przed sobą. Na szczęście dla reszty śledczy Burchard Munzel wolał rozmawiać z dowódcą grupy, a ten na początku jąkał się jak jakaś niemota - taka była aura łowców czarownic. Udało się ich udobruchać dokumentem potwierdzających przynależność do regimentu von Falkenhorsta, ale zadawali pytania o posążek Sigmara i Teodeberta. No i o zasieki które grupa miała właśnie zbadać. A teraz dostali rozkaz od zakonnika - je sprawdzić, na co Tobias wzruszył ramionami, bo choć nie lubił słuchać rozkazów fanatyków, ten był jak najbardziej oczywisty, wiec Tobias ruszył ostrożnie z Karlem i Johanem kierując się na lewo w kierunku lasu chcąc obejść zasieki szerokim łukiem.

        1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
        0
        • Pipboy79P Niedostępny
          Pipboy79P Niedostępny
          Pipboy79 jako Pipboy79
          napisał ostatnio edytowany przez JhnW
          #165

          Oryginalny tytuł: Tura 37 - 2521.05.04; bkt; popołudnie

          Miejsce: pd-zach Ostland; Las Cieni; droga Speck - Wendorf; leśna droga
          Czas: 2521.05.04; Angestag; południe - popołudnie
          Warunki: - ; na zewnątrz: półmrok, zachmurzenie, łag.wiatr; ziąb (0)

          Wszyscy

          - Dobra. Thomas i Jurgen idźcie z nimi. - Stefan przychylił się do pomysłu elfa aby najpierw sprawdzić widoczne na poboczu omszałe ruiny. Pozostali czekali w napięciu na to co przyniesie ten zwiad. Wydawało się, że inkwizotrskie oko wwierca im gorącą dziurę w karkach. Ale mimo wszystko jak na razie nie ingerowali w poczynania zwiadowców. Czwórka z nich ostrożnie podeszła pod te ruiny. Mógł to niegdyś być zajazd albo jakaś kapliczka. Trochę nietypowe było to, że zbudowano go z kamieni. W Ostlandzie zarośniętym przez pradawny las lubowano się w drewnie. Jak się jednak okazało teraz były puste. Chociaż poczerniałe ślady dawnych ognisk świadczyły, że czasem ktoś tu obozował. Zmurszałe ściany nadal zapewne chociaż częściowo chroniły przed wiatrem. I chociaż symbolicznie odcinały od tego co mogło kryć się w leśnej głuszy.

          Skoro z tej strony nie groziło im żadne niebezpieczeństwo to Kolesnikow przywołał ich z powrotem. I teraz mieli razem sprawdzić tą przesiekę jaka blokowała dalszą drogę. Zapewne nie tylko inkwizytor Munzel podejrzewał, że nie jest to naturalna przeszkoda i nie przypadkiem pojawiła się na rożjeżdżonym kawałku lasu jaki służył za drogę. Z odległości jakiej zaczynali jawiła się ona nieregularna, ciemna masa czegoś. W miarę jak się zbliżali pojawiało się coraz więcej detali. Widać było coraz wyraźniej, że to celowa konstrukcja ze ściętych gałęzi. Kolesnikowa znów podzielił ich na trzy grupy. Tobiasa i jego dwóch kompanów posłał w lewo, Duivela z kuzynką i dwoma innymi w prawo a sam z resztą grupy trzymali się nieco z tyłu idąc mniej więcej naprzeciwko tej przesieki. To dawało szansę, że gdyby za nią krył się przeciwnik to któryś z oddziałów flankujących dostrzeże go zanim centralna grupa się do niej zbliży. No i ta centralna grupa mogłaby wtedy stanowić odwód czy w ataku czy obronie. A grupka łowców czarownic z uwiązanym do siodła Teodebertem z każdym krokiem zostawała gdzieś za ich plecami.

          - Stańcie trochę z przodu. - polecił Kolesnikow Stefanowi i jego pomocnikom. Uzbrojeni we włócznie i tarcze mieli iść kilkanaście kroków przed resztą łuczników aby odeprzeć ewentualny atak od czoła. Do bezpośredniego starcia nadawali się lepiej niż uzbrojeni w łuki strzelcy co najwyżej mieli jakieś pałki, topory czy kordy do samoobrony. Ich główną bronią było strzelanie.

          Im bardziej zbliżali się do tej przesieki tym bardziej napięcie rosło. Wydawało się to oczywistym miejscem na pułapkę. Gdyby ta zagroda nie była broniona byłoby ją dość łatwo obejść czy rozebrać. Ale wystarczyłby niewielki oddział strzelców aby to mocno utrudnić. Pokonywali ostrożnie krok za krokiem a nic się nie działo.

          Dla Stefana nadal wszystko było spokojnie. Nie dostrzegł ani nie usłyszał nic podejrzanego. Chociaż nerwowa atmosfera tych podchodów mu się udzielała. Tobiasowi jaki zachodził lewą flankę zasieki wydawało się w pewnym momencie, że coś dojrzał kątem oka. Jakiś ruch w głębi lasu. Jak tam spojrzał i próbował się zorientować co to może być dostrzegł bujającą się gałąź. Ktoś tam był? Ktoś ją poruszył? Nie był tego pewien. Teraz jak się tam wpatrywał nie dostrzegał tam nikogo.

          - Słyszeliście to? Chyba ktoś tam jest. - Kolesnikow zatrzymał swój oddział i wsłuchał się w otaczające ich odgłosy. Wskazał na przesiekę jaka jeszcze była ze trzy tuziny kroków przed jego grupą. Myśliwi też zaczęli nasłuchiwać czy przypadkiem dowódca ma rację czy tylko mu się zdawało.

          Duivel ani Tobias co byli w podobnej odległości od niego nie usłyszeli tych cichych słów. Ale widzieli, że jego grupa zatrzymała się i zaczęła się rozglądać i nasłuchiwać. Elf jaki prowadził swoją grupę na prawo od przesieki mógł już zorientować się dlaczego. Jeszcze nie obeszli tej przesieki ale widział już po skosie, że czają się za nią dwie grupki ogarów. Podobnych do tych z jakimi walczyli niedawno. Łącznie było ich może z pół tuzina. Parę mniej lub więcej. Jeżyły sierść i warczały prawie bezgłośnie rwąc się do boju. Aby swymi spragnionymi krwi i mięsa szczękami rwać i szarpać. Jeszcze nie atakowały zapewne czekając aż się imperialni zbliżą jeszcze bardziej do przesieki. Chociaż przy ich prędkości to już teraz mogły dopaść każdej z grup w parę chwil.


          Regiment

          Z psem na grzbiecie jechało się niewygodnie. I elfce i psu było niewygodnie. Psy nie były przystosowane do jazdy konnej i nawet nie miały chwytnych kończyn ani zadu aby się wygodnie trzymać w siodle. A co do tego ledwo żywy pies jaki opadał z sił. Musiała go całą drogę trzymać chociaż jedną ręką aby nie spadł. Co właśnie na dłuższą metę było niewygodne. I nie miała pojęcia jak daleko oddzielili się od regimentu. To trudno było zaplanować na jak szybką jazdę może sobie pozwolić jak nie wiedziała ile przyjdzie jej jechać. Koń mógł pędzić galopem względnie krótki odcinek. Na dłuższych trasach nie miało to sensu. A regiment mógł być za każdym kolejnym zakrętem leśnej drogi. Tylko nie wiadomo na którym. Trzeba było jechać do niego pacierz, dwa, trzy? A może dopiero byli pod samym Speck? Do Speck to nawet konno było pewnie ze 3 albo 4 dzwony jazdy.

          Spotkanie z jak się okazało łowcami czarownic nie poszło jej tak gładko jak myślała w pierwszej chwili. Choćby dlatego, że było ich kilku i skutecznie zatarasowali jej swobodną drogę dalej. Śledczy umysł dał o sobie znak do tego co im wykrzyczała.

          - Uspokój się kobieto. Powiedz kim jesteś. I o jakich pomiotach Chaosu mówisz. Jeśli masz czyste sumienie nie masz się czego obawiać. Znasz tego człowieka? Mów. - przywódca siedział na karym koniu i wydawał się być ponurym osobnikiem z jakim lepiej nie zadzierać. Ale to też mogła robić aura groźnej sławy jaką się cieszyła ta profesja. Burchald Munzel wyłapał jęki Teodeberta, że ten prosi ją o pomoc i wsparcie jakby ją znał więc od razu o to zapytał. A więzy na nadgarstkach sigmaryty świadczyły, że jest więźniem łowców. Wydawało się, że przesłuchuchują ją wieczność ale chyba jej wyjaśnienia ich zadowoliły na tyle, że puścili ją dalej.

          Minęła zbeszczeszczony posąg Sigmara Wędrowca przy jakim wcześniej zostawili złorzeczącego Teodeberta jaki klął Kolesnikowa ile wlezie za pozostawienie pomnika bez pomocy. Teraz nie było przy nim nikogo. I dalej leżał on w błocie na poboczu. Pojechała dalej. W końcu po kolejnym pacierzu albo dwóch natrafiła na dwóch konnych. Jak się zbliżyła bliżej rozpoznała kuce jakich używali Gebirgsjaeger i ich samych. Gdy podjechała jeszcze bliżej pozdrowili ją ciekawi co ją sprowadza. Od nich dowieidziała się, że są czujką frontu regimentu jaki powinien być jeszcze kawałek dalej. I faktycznie po dwóch czy trzech kolejnych zakrętach leśnej drogi ujrzała przód pstrokatej, maszerującej kolumny. Musiała zjechać na pobocze i mijać kolejne oddziały nim gdzieś w centrum nie dojrzała znajomej budy na kołach jaka stanowiła mobilne centrum dowodzenia obu szefowych. Gdy tam dotarła i zdała swoją pośpieszną relację im obu te naradzały się chwilę co z tym wszystkim robić.

          Zawołały Alezzię jaka podjechała do nich konno. I swoim magicznym światłem uleczyła pogryzionego psa Wieselów. Chciały wiedzieć jak to wszystko daleko stąd. A z relacji Eponii wyglądało, że około dzownu konnej jazdy. Dla piechociarzy było to więc ze dwa razy tyle. Ale nie dało się tego przyspieszyć. Zdecydowały się więc wysłać grupę konnych Gebirgsjaeger. Oni mieli szansę dotrzeć na miejsce zdarzenia najszybciej. A skoro Eponia już znała drogę to miała ich porowadzić. Uleczona wcześniej przez kuzyna zaraz po walce ze zwierzoludźmi i teraz jeszcze przez Alezzię właściwie w ogóle nie czuła efektu tych ran. Jedynie krwawe zacieki na rękawie świadczyły, że niedawno oberwała. Regiment von Falkenhorst składał się prawie wyłącznie z piechoty. Więc jak szefowe przydzieliły do tej misji ratunkowej z pół tuzina górali na kucach to była z połowa kawalerii jakimi dysponowały. Ale nawet konno znów musiało upłynąć z kilka dzwonów nim dotrą do miejsca rozstania z Duivelem i resztą grupy Kolesnikowa.

          1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
          0
          • CioldanC Niedostępny
            CioldanC Niedostępny
            Cioldan jako Cioldan
            napisał ostatnio edytowany przez JhnW
            #166

            Duivel stanął w miejscu, a Lindara od razu domyśliła się dlaczego. Thomas i Jurgen ich wyprzedzili o krok, ale elfka złapała za ich odzienie, aby nie szli dalej. Mundo-naru wziął swój łuk w dłoń, a w drugiej trzymał już strzałę. Myślał aby rozpocząć ostrzał samemu, ale z drugiej strony nie chciał wychylać się przed szereg. Spojrzał w stronę w Kolesnikova, pokazał wymownym gestem, że wróg czeka na nich za zasiekami.

            Napięcie rosło, a już lekko słyszalny warkot ogarów sprawiał, że jeżyły się włosy. Inne grupy też jakby zwolniły bądź zatrzymały się całkiem. Elf jeszcze zastanawiał się czy konni łowcy czarownic dołączą się do wspólnej walki, czy może będą się jedynie przyglądać. Thomas i Jurgen po wcześniejszych niewielkich roszadach wciąż byli jakby z przodu i chyba nie do końca im się to podobało. Rozpoczęli cichą modlitwę do Sigmara. Niestety byli na tyle blisko siebie, że chwilowo elfy musiały opierać się głównie na wzroku.

            Cała czwórka przygotowała już łuki. Dwójka ludzi zaczęła delikatnie się wycofywali, ale Lindara zaczęła robić to samo, gdyż pomyślała, że powinni się wycofać wszyscy i złożyć raport. Jej kuzyn zresztą tak samo to zintepretował. Nie domyślili się, że Jurgen i Thomas chcieli po prostu znów być za plecami elfów. Szli powolutku do tyłu, tak aby łuki mieć wycelowane w ewentualne pędzące ogary. Mundo-naru korciło aby oddać ten pierwszy strzał. Domyślał się, że ogary od razu rzuciłyby się wtedy w ich kierunku. Tyle, że skoro tam czekają, to znaczy, że ktoś nimi kieruje, ktoś z planem. Dobrze byłoby omówić taktykę z tymczasowym dowódcą, wielka szkoda, że przed zwiadem nie został wydany rozkaz jak się zachować gdy zobaczą wroga pierwsi. Czasem też zerkali w prawo, czy aby nikt nie wyskakuje z lasu. Duivel jeszcze raz popatrzył na Stefana K. i wymownie wskazał swój łuk z napiętą cięciwą, a głową wskazywał na pułapkę. Gdyby dowódca wydał rozkaz strzału, cała czwórka zaczęłaby kolejną bitwę.

            Eponia w tym czasie pędziła wraz z sześcioma Gebirgsjäger w miejsce w którym rozstała się z siostrą, kuzynem i resztą zwiadu.

            1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
            0
            • DekaresD Niedostępny
              DekaresD Niedostępny
              Dekares jako Dekares
              napisał ostatnio edytowany przez JhnW
              #167

              Jeager zajął ze swoimi ludźmi pozycję przed strzelcami Kolesnikowa umieszczająć starszego z Wieselów pośrodku formacji a samemu stając z prawej strony, chcąc aby niedawno raniony towarzysz zajmował najbezpieczniejszą centralną pozycje w ich miniaturowej formacji. W końcu zaczęli maszerować w kierunku przesieki osłaniając się tarczami i z włóczniami gotowymi do ciosu . Azur szedł powoli za nimi trzymając nos nisko przy ziemi. Zbliżając się do lekkiej fortyfikacji ostlandczyk czuł się coraz bardziej wystawiony na atak.

              Czemu idziemy na tą przesiekę od frontu zamiast obejść ją z dwóch stron tym cholernym lasem? - pomyślał ponuro rozglądając się po otaczających ich drzewach które mogły maskować i setkę wrogów dookoła. Frustracja ostatnich dni wypełnionych potyczkami z siłami chaosu rozbudzała w nim starą obsesję którą o wiele łatwiej udawało mu się trzymać na wodzy mieszkając w Nuln. Stefan spojrzał na jedno z mijanych drzew i pomyślał jak dobrze byłoby widzieć je ścięte albo podpalone! Nie miał nic przeciwko samemu drzewu ale prawda była taka że pradawne puszcze takie jak Las Cieni dusiły ludzkość pod koronami swoich drzew. Wszelcy wrogowie Imperium traktowali je jako bezpieczna przystań z której mogli siać śmierć i zniszczenie wśród ludzi po czym bezkarnie chowali się w gęstwinach. Jeager spędził większość swojego życia w lesie polując z rodziną i przyjaciółmi, znał piękno lasu i je cenił ale nie mógł zapomnieć czasu kiedy przez kilka dni trafił do południowej prowincji Averlandu, gdzie zamiast lasu przemierzał nieskończone pola uprawne i pastwiska. Marzył o tym żeby Ostland stał się podobnym miejscem wolnym od ucisku bestii chowających się wśród drzew, aby jego rodacy mogli zaznać życia innego niż ciągle przepełnionego lękiem że za najbliższego drzewa nadejdzie śmierć.
              Kiedy sierżant zatrzymał główny oddział i zaczął się rozglądać Stefan zdecydował że nie ma zamiaru robić dłużej za łatwy cel dla potencjalnych wrogów i poprowadził swoich ludzi powoli naprzód i na lewo tak aby zyskać choć trochę osłony pomiędzy drzewami oraz zachowując możliwość przechwycenia każdego wroga który zaatakował by idących za nim strzelców bądź ich.
              Dalej Kolesnikow, ruszaj się! - pomyślał wściekły, że podoficer się zatrzymał, takie oddawanie inicjatywy potencjalnym wrogom nie było dobre. Powinni albo ruszyć szybko na przesiekę albo najzwyczajniej w świecie wycofać się i podejść do zadania na nowo a nie stać w miejscu i czekać na to aż przeciwnik zajmie najdogodniejszą pozycję do zaatakowania ich.

              1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
              0
              • Pipboy79P Niedostępny
                Pipboy79P Niedostępny
                Pipboy79 jako Pipboy79
                napisał ostatnio edytowany przez JhnW
                #168

                Karl i Johan zrobili kilka kroków do przodu zostawiając Tobiasa za sobą, kiedy zorientowali się, że nagle przystanął, również się zatrzymali i przyglądali się jak ich towarzysz rozgląda się bacznie po okolicy. Dał znak by się zatrzymali i rozejrzeli - wskazał im kierunek gdzie najwyraźniej coś dostrzegł. Wpatrywali się uważnie ale nic nie dostrzegli, oznajmiając to Tobiasowi wzruszeniem ramion. Zwiadowca sam zresztą nie był pewien co widział. Poruszające się krzewy, gałęzie. Przyglądał się im znowu, nie zauważył żadnego ruchu, co upewniło go że ktoś wprawił przed chwilą je w ruch, ktoś kto otarł się o nie. Gdy jego towarzysze wpatrywali się w napięciu w niego Tobias wskazał palcami na swoje oczy a potem w kierunku miejsca gdzie zobaczył wcześniej ruch. Chwycił za strzałę i delikatnie napiął łuk. Karl i Johan zrobili to samo, rozglądając się wyczekująco, Tobias rozejrzał się jeszcze za towarzyszami którzy podchodzili do zasieków od lewej strony i od przodu, zauważył że obie grupy zatrzymały się.

                - Siedzą tam, na pewno. - pomyślał Tobias spoglądając na zasieki.

                Czekali...

                1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                0
                • Pipboy79P Niedostępny
                  Pipboy79P Niedostępny
                  Pipboy79 jako Pipboy79
                  napisał ostatnio edytowany przez JhnW
                  #169

                  Oryginalny tytuł: Tura 38 - 2521.05.04; bkt; popołudnie

                  Miejsce: pd-zach Ostland; Las Cieni; droga Speck - Wendorf; leśna droga
                  Czas: 2521.05.04; Angestag; południe - popołudnie
                  Warunki: - ; na zewnątrz: półmrok, zachmurzenie, łag.wiatr; ziąb (0)

                  Wszyscy

                  Chyba wszyscy odczuwali napięcie. Czy się stało przed zbudowaną z gałęzi zasieką czy próbowało się ją obejść pot perlił się na skroni i karku. Wydawało się, że złowrogie ślepia tego pradawnego, ponurego i owianego złą sławą lasu wpatrują się w śmiałków jacy próbowali zbadać jego tajemnice. Każdy krok wydawał się naciągać tą strunę dalej. A gdy już się zaczęło coś dziać to na całe gardło i natychmiast.

                  Duivel

                  Duivel nie był pewien czy Kolesnikow w ogole dojrzał jego gestykulację. Widział jego grupę po skosie i za sobą. Liczne drzewa i krzaki jakie ich dzieliły sprawiały, że ledwo byli na pograniczu jego postrzegania. Zwłaszcza, że myśliwi mieli na sobie kubraki w barwach brązów i zieleni przez co zlewały się z leśnym otoczeniem. Gdzieś wsród nich powinien być ich dowódca ale czy ten akurat patrzył na elfa i czy w ogóle zauważył co ten do niego macha tego Mandu-naru nie miał pojęcia. Zdecydował się powoli cofać razem z towarzyszami. Powoli aby nie zaalarmować tamtych za zasieką, że zostali zauważeni. Zdawało im się, że zdołali odejść tylko parę kroków gdy leśny spokój rozdarł bojowy okrzyk z wielu dzikich gardeł. A zawtórował im warczenie równie dzikich ogarów. Te wyskoczyły za zawalidrogi i ruszyły wprost na grupę Duivela. Jakie szybkie! Zdawało się, że błyskawicznie pokonują odległość i zaraz będą mieli na gardłach ich zaślinione szczęki. Czwórka łuczników zwolniła naszykowane strzały. Te przeszyły leśne powietrze. Elf miał wrażenie, że jego pocisk trafił w któregoś z ogarów. Czworonóg zawył gdy ten wszedł mu głęboko w pierś. Zwolnił i stracił swoją grację leśnego drapieżnika. Gdzieś zza plecami elf usłyszał okrzyki Kolesnikowa. I chwilę potem od strony drogi poszły strzały w stronę szarżujących ogarów. Któraś musiała trafić tego zranionego wilczura bo ten zaskamlał i przewalił się na glebę. Jednak pozostałe wciąż pędziłu ku grupie elfa i już były tuż tuż. Musiało być ich z pół tuzina co najmniej!

                  Stefan

                  Stefan zgodnie z rozkazem swojego imiennika miał blokować ewentualny atak zza zawalidrogi jaki mógł pójść na główną grupę łuczników. Razem z Wieslerami widział jak dwie mniejsze grupki zwiadowców, ta na prawo pod wodzą Duivela, ta na lewo Tobiasa krok po kroki okrążają tą przeszkodę. Zamiar herszta hochlandzkich banitów był prosty. Z obu flank mogli w względnie bezpiecznej odległości zobaczyć co jest za nią. I jeśli wróg to albo dać znać albo ostrzelać go. Tylko dzikie okrzyki jakie ich dobiegły jasno świadczyły, że nie udało im się dokończyć tego flankującego manewru. Zza zasieki na grupe elfa wyskoczyły jak z procy stado ogarów a na Tobiasa wrzeszczące, koźlonogie dzikusy. Obie grupy zwiadowców oddały swoje strzały w ich kierunku ale gołym okiem widać było, że liczebnie są mniejsze od przeciwników jacy na nich szarżowali. Za sobą Stefan usłyszał okrzyki Kolesnikowa. Rozkazał aby jedna jego grupa łuczników ostrzelała ogary a druga te dzikusy dając w ten sposób wsparcie i Tobiasowi i Duivelowi.

                  - Bierzcie ich! - krzyknął do nich Stefan wskazując ręką na dzikich jacy biegli w kierunku Tobiasa i jego dwóch towarzyszy. Bezpośrednie starcie z liczebnie przeważającym przeciwnikiem uzbrojonym w tarcze i jakaś broń kiepsko wróżyło tej trójce zwiadowców. Więc zapewne Kolesnikow chciał ich wesprzeć trójką swoich włóczników. Ledwo to krzyknął a zaraz sami znaleźli się pod ostrzałem. Gdzieś z lewej flanki drogi, z głębi lasu widać było strzelające sylwetki łuczników jakie obrały za cel największe zgrupowanie przeciwnika jakie było na drodze. Właśnie to pod wodzą Kolesnikowa. Mimo to jego myśliwi posłali swoje pierzaste pociski i w ogary i w kozich tarczowników.

                  Tobias

                  Towarzysze Tobiasa stanęli. I gdy pokazał im kierunek skinęli głowami. Też zaczęli spoglądać w tamtą stronę gotowi strzelić gdyby coś stamtąd wyskoczyło. I wyskoczyło. Ale zza zasieki a nie gdzieś tam z lasu gdzie machnęła mu niedawno poruszona gałąź. Tylko zza tych naścinanych gałęzi ułożonych w barykadę. Właśnie stąd z dzikim wrzaskiem wybiegła ku ich trójce zgraja dzikich, koźlonogich tarczowników. Posłali ku nim swoje strzały ale widział, że jedna przemknęła nieszkodliwie gdzieś ponad ich głowami a ze dwie utkwiły w ich tarczach. Za sobą usłyszał krzyki Kolesnikowa. Zaraz potem ci co zostali z nim na drodze posłali swoje strzału ku nadbiegającym, leśnym dzikusom. Ale bez wyraźnego efektu. Ta zgraja biegła niepowstrzymanie ku Tobiasowi i jego dwóm towarzyszom. Na oko to przeważali ich ze trzykrotnie więc bezpośrednie starcie z nimi zapowiadało się bardzo kiepsko. Dwunogie bestie biegły tak jakby chcieli ich odciąć od drogi i reszty towarzyszy.

                  1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                  0
                  • DekaresD Niedostępny
                    DekaresD Niedostępny
                    Dekares jako Dekares
                    napisał ostatnio edytowany przez JhnW
                    #170

                    Napięcie jakie towarzyszyło Stefanowi i Wieselom gdy powoli posuwali się do przodu w kierunku przesieki było nie do wytrzymania, czas wydawał się niemal stać w miejscu gdy krok po kroku zbliżali się do przeszkody, jednocześnie odrobinę schodząc z drogi aby zyskać chociaż trochę osłony.
                    W ciągu jednego uderzenia serca cała sytuacja odwróciła się do góry nogami przyśpieszają do niemiłosiernego galopu gdy nagle zostali zaatakowani z wielu stron jednocześnie.
                    Jaeger widział kątem bestie podobne do tych z którymi walczyli wcześniej biegnące na Duviela i jego towarzyszy ale widząc wybiegających za przesieki zwierzoludzkich zasrańców wiedział, że grupa po drugiej stronie drogi będzie musiała sobie poradzić bez jego pomocy, On, Tobias i ich ludzie i tak mają już za nadto na swojej głowie. Zanim jego imiennik zdołał wykrzyczeć do niego jakikolwiek rozkaz Stefan biegł już w kierunku atakujących pomiotów chaosu razem ze swoimi ludźmi i psem chcąc spaść na ich flankę albo nawet na tyły póki Ci byli zajęci próba dopadnięcia Tobiasa i Jego towarzyszy.

                    - Spuście psy! - rzucił tylko za siebie do sierżanta licząc na to, że chociaż tak zostanie wsparty w starciu z jak wyglądało liczniejszym wrogiem.

                    Ostatnie sekundy przed starciem Jeager poświęcił na próbę wypatrzenia czy wśród bestii jest jakiś wyróżniający się drań mogący być ich dowódcą którego Stefan mógłby próbować zabić aby złamać ich ochotę do walki.

                    1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                    0
                    • Pipboy79P Niedostępny
                      Pipboy79P Niedostępny
                      Pipboy79 jako Pipboy79
                      napisał ostatnio edytowany przez JhnW
                      #171

                      -Jak głupcy weszliśmy w pułapkę, której się spodziewaliśmy. - pomyślał Tobias wypuszczając strzałę która utkwiła w tarczy zwierzoczłeka o koziej głowie. Biegł z kilkoma podobnymi mu stworzeniami wprost na Zwiadowcę i jego dwóch towarzyszy. Liczebnie ich przewyższali, nadrabiali tym i dzikością szkolenie i dyscyplinę ludzkich oddziałów. Byli zbyt blisko by próbować strzelać ponownie a ucieczka nie wchodziła w grę. Tobias wiedział że są w beznadziejnej pozycji, dodatkowo mając gdzieś za plecami kozionogich łuczników, którzy ostrzeliwali Stefana i jego towarzyszy. Ci spuścili psy i podążyli za nimi by zaatakować te stwory które zaatakowały Tobiasa, Johana i Karla. To zmieniło znacznie sytuację bowiem zwierzoludzie to dostrzegli i zamiast pewnej szarży na trzech zwiadowców przyjęli pozycje obronne, osłaniając się od strony drogi. -Na nich! - krzyknął do towarzyszy Tobias wyciągając miecz i rzucając się na przeciwników.

                      1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                      0
                      • CioldanC Niedostępny
                        CioldanC Niedostępny
                        Cioldan jako Cioldan
                        napisał ostatnio edytowany przez JhnW
                        #172

                        Ogary były już o krok od rzucenia się do gardeł ludzi. Elfy jednak stały tuż za swoimi kompanami, także również byli narażeni na błyskawiczny atak. Dzięki temu, że oboje szpiczastouszy potrafili błyskawicznie przeładować łuk, zdążyli oddać szybki strzał i odrzucić łuk w momencie gdy ogary już zwarły się z Thomasem i Jurgenem. Dwójka z przodu odrzuciła już wcześniej swoją broń długodystansową i w ostatniej chwili dobyli własną broń długą. Myśliwi nie byli najlepsi w unikaniu ciosów, także od razu przeszli do ataku. Ucieczka nie wchodziła w drogę, więc zdecydowali, że najlepszą obroną jest atak. Jurgen od razu ruszył w stronę pierwszej grupy przerośniętych psów, natomiast Thomas rzucił się dziko na drugą grupę krzycząc ile sił w gardle - ZA SIGMARA!!! .

                        Sytuacja była na tyle dynamiczna, że początkowo ciężko było stwierdzić czy jakiś zwierz nie pobiegł za którymś drzewem i nie skoczył już na jednego z elfów, nawet nie było pewności czy ostatnie dwie strzały gdziekolwiek trafiły. Znaczy gdziekolwiek na pewno, ale czy wróg miał na tyle "szczęścia", że to miejsce okazało się ciałem któregoś z ogarów. Łuki zostały odrzucone, ale zarówno Duivel jak i Lindara nie zdołali jeszcze dobyć swoich broni do walki w zwarciu...

                        1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                        0
                        • Pipboy79P Niedostępny
                          Pipboy79P Niedostępny
                          Pipboy79 jako Pipboy79
                          napisał ostatnio edytowany przez JhnW
                          #173

                          Oryginalny tytuł: Tura 39 - 2521.05.04; bkt; popołudnie

                          Miejsce: pd-zach Ostland; Las Cieni; droga Speck - Wendorf; leśna droga
                          Czas: 2521.05.04; Angestag; południe - popołudnie
                          Warunki: - ; na zewnątrz: półmrok, zachmurzenie, łag.wiatr; ziąb (0)

                          Duivel

                          Duivel ze swoją trójką zwiadowców mieli czas strzelić raz czy dwa. A przy tak krótkiej odległości, te ogary jakie wcześniej dojrzeli za przygotowaną zasieką już pędziły na nich. Błyskawicznie pokonały odległość i do łuczników dotarało, że już na strzelanie nie ma czasu ani miejsca. Trzeba albo walczyć albo uciekać. Zacheceni okrzykiem elfa odrzucili swoje łuki i dobyli oręża. Przyjęli na siebie szarzę z pół tuzina rozpędzonych ogarów. Te wbiły się w nich z impetu i miały przewagę liczebną. Wśród korzeni i pni drzew, krzaków i mizernej trawy rozgorzała chaotyczna walka. Za mało ich było aby utworzyć jakiś jednolity front zwłaszcza przy przeważającym liczebnie przeciwniku. Więc tak naprawdę każdy ze zwiadowców musiał radzić sobie sam. Ale to na Tomasa i Jurgena spadła główna furia tego ataku. Duet elfów mógł wykorzystać to i walczyć z tymi ogarami co już nie znalazły miejsca wokół tych dwóch ludzi więc było im łatwiej.

                          Z początku szło im całkiem dobrze. Odparli pierwszy impet ataku i zaczęła się regularna wymiana ciosów pomiędzy stalą a zaślinionymi szczękami, między wyszkoleniem szermierczym a pierwotnym instynktem zabijania. Problem był w tym, że wszyscy w ich zwiadowczej czwórce raczej byli strzelcami niż szermierzami. Początkowo żadna ze stron nie mogła uzyskać przewagi. Ani czworonogi nie dały rady wyrwać komuś ochłap krwawego mięsa ani dwunogi nie mogły trafić w te ruchliwe, kudłate cielska. Nie trwało to jednak długo. Któryś z mężczyzn krzyknął boleśnie gdy w końcu osaczony przez ogary uległ natłokowi ich ciosów. Zaraz potem krzyknęła Lindara. Chociaż ogarze szczęki tylko ją drasnęły w nogę. Za to Duivielowi udało się chociaż raz trafić kudłatego przeciwnika. Wspólnym wysiłkiem udało im się powalić tego postrzelonego wcześniej strzałą. Ale to nie był koniec walki.

                          Ta okazała się być bardzo wyrównana. Padł kolejny ogar a kolejny został tak ciężko ranny, że stracił ochotę do walki. Odwrócił się i dał dyla w leśny gąszcz. Jednak i dwunodzy ponosili straty. Jeden z myśliwych padł, drugi był poważnie ranny, kuzynka Duivela też oberwała po raz kolejny. A wciąż przeciwko sobie mieli jeszcze z połowę bojowych ogarów. Wkrótce padł drugi od Kolesnikowa. Duet elfów został sam zmagając się z trójką ogarów. Walka wciąż wydawała się wyrównana i wydawało się, że lada chwila jedna ze stron przeważy szalę na swoją korzyść. Ten przełom jednak nie nadchodził. Dopiero jakieś zamieszanie od strony drogi i drugiej flanki sprawiło, że trzy ostatnie ogary odskoczyły o krok aby się rozejrzeć czy posłuchać. I zaraz potem dały dyla w las. Lindara odetchnęła ciężko z ulgą i bez skrupułów oparła się wolną dłonią o pień najbliższego drzewa. Widać było, że ma zakrwawione i poszarpane ubranie więc musiała mocno oberwać.

                          Stefan i Tobias

                          Z początku wyglądało, że żadnej ze stron jej pierwotny zamiar nie wyszedł ale też udało się nieco zaskoczyć tą drugą. Ungory jacy wybiegli zza zasieki runęli wprost na nasłuchujących zwiadowców Tobiasa. Dostali od nich strzały ale te nie uczyniły im widocznej krzywdy. Za to w międzyczasie już biegli tak aby ich odciąć od drogi i reszty imperialnych oddziałów. Ale gdy w sukurs łucznikom nadbiegła trójka włóczników Stefana posłana tam w dodatku przez jego imiennika i wsparta jeszcze trzema własnymi psami to w ostatniej chwili zmieniło to kalkulacje kopytnych. Zamiast uderzyć na osamotnionych strzelców pobiegli prosto ku nadbiegającym włócznikom. Obie grupy starły się ze sobą frontalnie. Ale prawie jednocześnie Tobias zdecydował się odrzucić łuki i zaatakować plecy ungorów jacy właśnie zwarli się z grupą Jeagera. Tyle, że znów kopytni wykorzystali swoją przewagę liczebną i zamiast nią oflankować grupę Stefana wystawili dwóch swoich w roli tylnej straży. Właśnie na nich wbiegł Tobias, Karl i Johan. W efekcie jedna z grup rogaczy została wzięta w kleszcze między ludźmi Stefana i Tobiasa. Ale nie na tyle aby którejś pokazać plecy. A tuż obok trójka myśliwskich psów zmagała się z podobną grupą ungorskich tarczowników. Gdzieś na pograniczu postrzegania słychać było okrzyki myśliwych i ungorskich strzelców ale byli zbyt zajęci bezpośrednią walką aby rejestrować co tam się dzieje.

                          Dla Stefana walka była dość prosta. Szybko zorientował się, że przewyższa swojego dzikiego przeciwnika technicznie. I po mistrzowsku wykorzystuje swoją tarczę. A i miał przewagę zasięgu włóczni przeciwko toporowi. W pojedynku zapewne by z nim wygrał. Ale to nie był pojedynek. Walczyli w grupie przeciwko wrogiej grupie. A w grupie to poziom był już bardziej wyrównany. Tamci też mieli tarcze tak samo jak ostlandcy włócznicy. Zaś dla obu Wieslerów to już nie była taka łatwizna jak dla ich lidera. Stefan co jakiś czas trafiał swojego przeciwnika ale nie na tyle mocno aby go to wyłączyło z walki. Dobrze, że Tobias ze swoimi ludźmi wziął dwóch czy trzech dodatkowych zwierzoludzi na siebie bo inaczej mogliby ich oflankować dzięki przewadze liczebnej. Podobnie z drugiej strony Azur z dwoma psami myśliwych pełnił podobną rolę blokując ich flankę przed drugą grupą ungorów.

                          Jeden z Wieslerów oberwał. A potem znowu. Wciąż jednak trzymał swoją pozycję. W zamian udało im się usiec jednego a potem drugiego ungorskiego tarczownika. Został jeden przeciwko im trzem. No i tych dwóch co byli za nim, plecami do włóczników ale frontem do strzelców. Tyle, że aby się do nich dostać trzeba było powalić tego jednego. A ten się nie dawał. Twardo bronił się pomimo zalewu ciosów. Gdzieś obok co jakiś czas słychać było skomlenie ale nie było czasu się tam oglądać.

                          W pewnym momencie ich psy pękły. Było tylko widać kątem oka jak śmignął gdzieś w bok czworonożny kształt skomląc z boleści albo strachu. A to wykorzystała czwórka tarczowników drugiego stada jaka runęła na flankę Stefana i Wieslerów już czując zwycięstwo w powietrzu. Poszarpana bronią dzikich trójka włóczników zachwiała się pod tym naporem. Wróg zdobył nad nimi przewagę liczebną i zaatakował ich z flanki. Ci jednak mu się dalej odgryzali. Któryś z Wieslerów znów oberwał. Wydawało się, że zaraz ich zmiotą. Gdy niespodziewanie czterech ungorów zamiast ich dobić zawyło coś ze strachu, odwróciło się i zaczęło uciekać w głąb lasu. Stefan z Wieslerami znów mieli przeciwko sobie tego jednego, już mocno zranionego ungora z jakim walczyli od początu. Ten wzięty w kleszcze między nich a zwiadowców Tobiasa nie mógł pójść w ślady swoich dzikich pobraytmców i musiał walczyć do końca. Gdzieś za sobą Stefan usłyszał tętet kopyt o nowe, ludzkie okrzyki. Zaraz potem przejechało za nim paru jeźdźców ścigając uciekającą czwórkę ungorów. Wreszcie ten ostatni ungor padł pod ich ciosami. Przez chwilę widzieli jeszcze plecy tego co walczył z Tobiasem ale i ten został przeszyty ich ostrzami. Jak się rozejrzeli widzieli pobojowisko. Kilka nieruchomych ciał ungorów, dwa psy, jeden z Wieslerów. Plecy konnych łocwóc czarownic jacy podzielili się na dwie grupki i każda ścigała zmykających napastników.

                          Tobias też to widział. Obok niego stał jeden z jego towarzyszy. Drugi leżał ze dwa kroki dalej i nie było wiadomo czy jeszcze dycha. Rzucili się we trzech na plecy tych z jakimi starła się grupka Stefana. Ale ci w ostatniej chwili zasłonili swoje plecy dwoma tarczownikami. A te tarcze to jednak stanowiły dla nacierających całkiem skuteczną przeszkodę. I Tobias i jego dwaj koledzy mieli tylko swoje topory i miecze więc wiele z ich ciosów trafiało w te tarcze. Za to ungory potrafiły się całkiem skutecznie odgryźć. Sam Tobias z początku to poczuł na własnej skórze. Ledwo sieknął przeciwnika a jego broń przeszyła powietrze. Spudłował. Za to ungor chlasnął go na odlew w rękaw. Zabolało! Ale w walce to nie była poważna rana. Chwilę potem znów wydawało mu się, że sięgnie leśnego rogacza gdy sytuacja powtórzyła się. Tylko tym razem maczuga tamtego otarła się o jego wzmocniony kubrak zostawiając na nim rysy ale na szczęście nie przebijając go. Któryś z myśliwych padł w tym zwarciu więc zrobiło się dwóch na dwóch. Ale łucznicy nie mieli tarcz co dawało dzikusom przewagę. Bo Tobias czuł, że poziom mają dość wyrównany tylko wiele z ich ataków trafiało właśnie na te tarcze. A sami nie mieli się czym zasłonić. Więc wkrótce i drugi z myśliwych krzyknął boleśnie gdy oberwał od swojego przeciwnika.

                          W pewnym momencie zrobiło się groźnie. Ich psy albo padły albo zwiały a czwórka przeciwników jakich dotąd blokowały zwaliła się na walczącą trójkę Stefana. Wydawało się, że to przełom i to nie na korzyść imperialnych. Ale za tym wszystkim Tobias dojrzał pędzącą drogą kawalerię. To ci łowcy czarownic! Rogacze też musieli ich dostrzec bo ci co mieli już domknąć okrążenie nagle dali dyla. I znów szanse się wyrównały. Zaraz potem trójka jeźdźców przejechała o parę kroków za plecami walczących włóczników ścigając uciekających tarczowników. Druga trójka pojechała w bok, szarżując na wciąż strzelających ungorskich łuczników. Ci nie mieli ochoty na takie starcie więc też dali dyla. Zaś obie grupki piechociarzy zdołały dorżnąć resztki otoczonych tarczowników. Tobias przebił ostatniego mieczem i nagle okazało się, że kilka kroków przed sobą widzi równie zdyszanych, brudnych i zakrwawionych włóczników.

                          1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                          0
                          • CioldanC Niedostępny
                            CioldanC Niedostępny
                            Cioldan jako Cioldan
                            napisał ostatnio edytowany przez JhnW
                            #174

                            Duivel oczami wyobraźni zdołał wystrzelić strzałę, odrzucić broń i unikać bojowych psów... to jednak była tylko chwilowa wizja, gdy zobaczył jak szybko ogary zmierzają w ich stronę, pozostało tylko odrzucić broń i szykować się do walki. Ludzie dzielnie stanęli z przodu przyjmując pierwszą szarżę, jednak bestie przeważały ich liczebnie i dorwały się też do elfów. W ferworze walki ciężko było wyłapać co się dzieje, ale w końcu resztka psów uciekła.
                            Duivel w końcu mógł zobaczyć co się dzieje z jego kompanami. Niestety dwójka ludzi leżała na ziemi bez ruchu, mocno zakrwawiona, Lindara stała dzielnie na nogach, jednak czerwone plamy dawały znać, że mocno ucierpiała, zaś Mundo-Naru oprócz brudu i lekkich zadrapań, znów wyszedł cało z potyczki.

                            - Sprawdź co z nimi, nie wyglądają dobrze... - Lindara jako pierwsza doszła do siebie i odezwała się do kuzyna.

                            Łowca, posłuchał się i momentalnie ruszył do Jurgena i Thomasa. Sprawdził puls, ewentualny oddech. Mała praktyka w sztuce leczenia dała mu pewność. Obaj nie żyli. Elf był świadom poważnych ran jakie otrzymała Lindara, więc zamknął powieki ludziom i podszedł do kuzynki aby ją opatrzeć. Ta już kucała przy pniu i ciężko oddychała.
                            Duivel rozejrzał się i spostrzegł, że inkwizytorzy ruszyli za pomiotami chaosu. Pewnie dlatego te kundle uciekły w trakcie walki. Kolesnikov stał jednak dalej w miejscu, więc elf krzyknął do niego

                            - Ej, STEFAN!! Dwóch nie żyje! Lindara mocno oberwała!! Daj mi kogoś do pomocy i z bandażami!! Jakie rozkazy?!?! - krzyczał głośno i chodź wiedział, że to przełożony, to swoje rządania wyartykuował w dość mocnym tonie. Był mocno zawiedziony jego zdolnościami taktycznymi. W sumie to żałował, że nie było z nimi Petry, a tym bardziej Renate, która to sprawiała wrażenie godnej zaufania i decyzyjnej. Nie był to jednak czas na rozważania. Zaczął opatrywać swoją kuzynkę w oczekiwaniu na rozkazy i pomoc.

                            1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                            0
                            • Pipboy79P Niedostępny
                              Pipboy79P Niedostępny
                              Pipboy79 jako Pipboy79
                              napisał ostatnio edytowany przez JhnW
                              #175

                              Tobias ciężko oddychał, rana piekła ale było to tylko draśnięcie. Ciemnoczerwona posoka ściekała po stali kiedy wyciągał miecz z ciała zwierzoczłeka, musiał przy tym przytrzymać nogą ciało bestii chaosu, a jej mętniejący wzrok patrzył na zwiadowcę z wyrzutem. Nie było w nim już wściekłości i szału, tylko ból i zdziwienie. Ludzie wokół krzyczeli jedni na drugich, biegli do siebie, wszędzie było pełno krwi żołnierzy i ich wrogów. Po chwili Tobias oprzytomniał, wychodząc z szału bitwy i zaczął rozglądać się wokół. Karl stał nieopodal trzymając się za podbrzusze, skąd ściekała mu krew. Milczał kiedy myśliwy do niego podchodził, milczał z bólu, zaciskając zęby.

                              - Tutaj. Żołnierz potrzebuje pomocy! wykrzyczał Tobias odwracając się do ludzi na trakcie. I wtedy zobaczył Johana leżącego twarzą do ziemi. Doskoczył do niego i ostrożnie przewrócił go na plecy. Oczy były bez życia, szeroko otwarte, z ust płynęła wciąż krew. Poniżej Tobias dostrzegł pękniętą włócznie wystającą tuż poniżej klatki piersiowej mężczyzny. Śmierć przyszła po niego szybko, nie czuł bólu długo, za co podziękował w myślach Bogom. Zamknął Johanowi oczy i poświęcił chwilę na modlitwę do Taala i Mora.

                              Słyszał jak ktoś podbiega do Johana, klnie szpetnie i się nim zajmuje. - Zrobimy co możemy żołnierzu, wszystko będzie dobrze.. - usłyszał ale w głosie było słyszalne zwątpienie.
                              Wstał i rozejrzał się po bojowisku. Stracili kilku ludzi, kilku było poważnie rannych i Tobias zastanawiał się czy można było tego uniknąć. Oczywiście że można, Zwiadowca po raz kolejny przeklinał dowództwo za błędy, niekompetencje, przeklinał też siebie, wszak nie pierwszy raz stykał się ze zwierzoludźmi i powinien był to przewidzieć. Czy dalsza podróż do miasta miała sens? Wiedzieli już że po drodze czeka na nich wróg, niewiadomą tylko jest w jakiej liczbie. A siły zwiadowców malały, czy wystarczy by dotrzeć do Wendorfu? A jeśli tak, to czy będzie komu wrócić i przekazać wieści. Wściekł się na siebie za czarnowidztwo, ale nie dostrzegał w tym momencie jasnych punktów w zastałej sytuacji.
                              I wtedy wrócili konni Łowcy Czarownic, i Tobias przeklął po raz kolejny.

                              1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                              0
                              • DekaresD Niedostępny
                                DekaresD Niedostępny
                                Dekares jako Dekares
                                napisał ostatnio edytowany przez JhnW
                                #176

                                Jeager zwolnił swój bieg aby Wiselowie wyrównali z nim szyk zanim starli się z pomiotami chaosu.
                                -KREW I ŚMIERĆ! -zawyli razem zderzając się z przeklętym wrogiem.
                                Przeciwnik Stefana atakował go z niezwykłą wściekłością często nie zwracając uwagi na własne bezpieczeństwo co dało Ostlandczykowi kilka okazji do szybkich kontr w których zadawał mu kolejne rany, niestety Jeager nie skorzystał z kilku naprawdę dobrych momentów które pewnie zakończyłyby się ciosem w gardło albo serce i skończyły walkę z ohydną rogata kreaturą ponieważ musiał blokować ciosy które w tym czasie spadały na Albrechta, rana z wcześniejszej potyczki ewidentnie nadal dokuczała starszemu Wieselowi i był na tyle wolny, że kilka razy dostałby ciosy od swojego przeciwnika gdyby nie pomagaliby mu Stefan i Olaf.
                                Pomimo tego udało im się powoli zdobyć przewagę nad swoimi przeciwnikami na tyle, że wydawało się że zaraz spotkają się z grupą Tobiasa. Niestety wtedy stało się to co musiało nastąpić, mianowicie ich psy skończyły tak samo jak bestie pomiotów które zaatakowały ich wcześniej…zmasakrowane.
                                I tak czworonogi wytrzymały dłużej niż Stefan oczekiwał że im się uda ale nie zmieniało to obrazu sytuacji leśne pokraki natychmiast runęły na Olafa i choć ten zdołał się zwrócić do nich i przyjąć atak to zostałby po prostu zasypany ciosami gdyby nie Jego ojciec który rzucił się na napastników z furią odciągając ich uwagę od swojego syna. Zapłacił za to momentalnie otrzymując cios za ciosem.
                                W tym momencie usłyszeli za sobą tętent końskich kopyt. Zwierzoludzi tak jak przed chwilą z żądzą mordu runeli na nich spodziewając się łatwego łupu tak teraz pobledli ze strachu i rzucili się do ucieczki poza jednym który utknął pomiędzy ludźmi i z szałem zaatakował Jeagera chcąc wyrwać się z matni bądź przynajmniej zabrać któregoś wroga z sobą. Dzięki temu atakowi szału skupionemu na Stefanowi totalnie nie zauważył ataku Olafa który trafił go w brzuch i powalił na ziemię. Stefanowi pozostało tylko podejść do beczącej ze strachu kozy i wykończenia wroga pchnięciem włóczni w szyję, co zrobił z nieukrywana satysfakcją.
                                Po tym poświęcił chwilę na ocenienie sytuacji dookoła, zdusił w zarodku budząca się w nim chęć ścigania uciekających wrogów, Łowcy czarownic mający konie poradzą sobie z tym lepiej od niego.
                                Zamiast tego razem z Olafem dopadli do jego ojca aby zobaczyć czy można mu pomóc. Ten żył jeszcze na szczęście ale ledwo. Zaliczył kilka ciosów ale prawdziwym problemem była paskudna rana głowy, czaszka mężczyzny była ewidentnie rozbita, Stefan widział zbyt wiele podobnych ran zarówno na polu bitwy jak i w szpitalu w którym pomagał przy rannych i wiedział, że żeby zatrzymać śmierć w takim wypadku trzeba mieć naprawdę bezbłędne umiejętności, nie czuł się na siła dokonac tego cudu więc szybko wydobył niedawno zakupiony eliksir leczniczy i z pomocą Olafa podał go jego rannemu licząc na to że ten pomoże mu na tyle, że będzie w stanie opatrzyć pozostałe rany starszego z Wieselów.
                                Po tym delikatnie chwycili rannego i odciągnęli do kilka metrów od trucheł pomiotów chaosu.
                                Stefan nie chciał ryzykować że któraś z tych bestii nagle przestanie się tylko wić w agonalnych konwulsjach srając pod siebie a zamiast tego wsadzi im sztylet w plecy jak nie będa uważąć.
                                Przy okazji transportowaniarannego Stefan zobaczył z ulga, że dwa psy które zostały na jego rozkaz spuszczone do walki ze zwierzoludźmi choć strasznie poharatane podniosły się z ziemi i zaczęła skomleć o pomoc. O wiele gorzej wyglądał dla niego sytuacja pozostałych grup, dlatego jak tylko położyli Albrechta w wybranym przez niego miejscu odezwał się do Olafa :

                                - Biegnij do sierżanta i poproś o pomoc i namioty, niech zniosą tu wszystkich rannych żeby można ich wszystkich opatrzyć w jednym miejscu i w lepszych warunkach, ja się nim zajmę w tym czasie. - dokończył z troską spoglądając na rannego.

                                Kiedy młody Wiesel ruszył Jeager zakrzyczał do reszty:

                                - Znoście rannych Tutaj! Zajmijmy się nimi razem w jednym miejscu!

                                1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                0
                                • Pipboy79P Niedostępny
                                  Pipboy79P Niedostępny
                                  Pipboy79 jako Pipboy79
                                  napisał ostatnio edytowany przez JhnW
                                  #177

                                  Oryginalny tytuł: Tura 40 - 2521.05.04; bkt; zmierzch

                                  Miejsce: pd-zach Ostland; Las Cieni; droga Speck - Wendorf; leśna droga
                                  Czas: 2521.05.04; Angestag; zmierzch
                                  Warunki: - ; na zewnątrz: półmrok, pogodnie, powiew; ziąb (0)

                                  Wszyscy

                                  Po tym jak ostatnie walki piechociarzy skończyły się a konni łowcy czarownic przepędzili grupki kopytnych ci pierwsi mogli rozeznać się w sytuacji. Wyglądało, że walki się skończyły. Żadna z leśnych bestii nie stawiała już oporu. Co prawda niektóre czmychnęły w leśne ostępy ale mieli na karku ścigających ich konnych. A nawet zwinne, koźlonogie dwunogi nie powinny być szybsze od konnych. Ale jak szedł ten pościg to już spod zasieki nie było widać. Okazało się, że poza zawalidrogą nie kryją się żadne inne grupy rogaczy. Więc myśliwi doszli do wniosku, że kto miał się tu na nich zasadzać to już to zrobił. Można było zająć się tym co zostało na pobojowisku. Z obu flank doszły okrzyki i Duivela i Stefana o rannych towarzyszach. Kolesnikow krzykiem kazał jednej swojej czwórce ludzi obsadzić czujki wokół zgrupowania aby uniknąć przykrych niespodzianej. A z pozostałymi podszedł aby sprawdzić jak to wszystko wygląda.

                                  - Dzielni chłopcy. Mężnie stawali. - rzekł ze smutkiem widząc zagryzionych i rozszarpanych wilczymi kłami Tomasa i Jurgena. Przyklękł przy nich, sprawdził oddech ale szklisty wzrok na zmasakrowanych, bandyckich twarzach wskazywał, że nie ma już dla nich nadziei. Potem ruszył na przeciwną stronę aby zobaczyć jak to wygląda u łuczników i włóczników. Tu też mieli straty. Los Karla wydawał się już przesądzony ale starszego Wieslera jeszcze rokował, że może da się go uratować.

                                  - Dawać chłopcy! Brać się za namioty! Rozbijać! A ty i ty rozpalcie ognisko i przygotujcie wody! - krzyknął na swoich ludzi wspierając tym prośbę swojego imiennika. Widocznie zawierzył jego umiejętnościom cyrulika. Ubrani w brązy i zielenie banici rozbiegli zdawałoby się chaotycznie po okolicy. Ale jednak widać było, że mają w tym wprawę. Ścinali gałęzie na szkielet namiotu, rozpięli wyjęte z plecaków płachty, rozwiesili je na tej konstrukcji, wbili pętle w ziemię aby sie trzymały. A inni znaleźli jakiś strumyk i nieśli w kociołkach używanych normalnie do gotowania strawy wodę. Ogień też udało im się całkiem sprawnie rozpalić. Gdzieś na tym etapie zastali ich powracający z leśnych ostępów łowcy czarownic Brurchalda Munzela.

                                  - Sierżancie proszę do mnie. - odezwał się z siodła ponury łowcza czarownic wzywając do siebie Kolesnikowa. Ten ruszył do niego niezwłocznie ale znów widać było jawną obawę wypisaną na twarzy jaką budził w nim ten konny przedstawiciel profesji o strasznej reputacji. Tym razem jednak dowódca łowców chciał raportu jak poszło piechociarzom.

                                  - Trzech zabitych, kilku rannych. Właśnie chłopcy ich łatają wasza miłość. - odparł usłużnie herszt banitów wskazując na właśnie rozbite namioty i grupkę poszkodowanych jaka się wokół nich zebrała. Złowieszczy konny nie skomentował tego słowem tylko w milczeniu obserwował swoim bacznym spojrzeniem grupkę. Mało kto był w stanie zdzierżyć jego spojrzenie i jakoś dziwnym trafem większość spoglądała akurat w inną stronę.

                                  - Harold pomóż im. - rzucił krótko do jednego ze swoich ludzi. Starszy mężczyzna skinął głową i zsiadł z siodła. Odpiął z olstrów jakaś torbę i podszedł do namiotu. W nim już Stefan rozkładał swoje narzędzia a Duivel czekał aby się zabrać do pomocy.

                                  - Witam. Widzę, że będziemy dzisiaj razem pracować. - rzekła na przywitanie też stawiając przy sobie swoją torbę. - Ładne cacko. - rzekł z uznaniem gdy widocznie poznał się na jakości jego przyborów cyrulika jakie niedawno kupił w Lenkster. Potem jednak mieli sporo pracy w tym improwizowanym punkcie opatrunkowym. Rannych było całkiem sporo. Od drobnostek z jakimi skończyli Tobias czy młodszy Wiesler po krytyczny stan w jakim był starszy Wiesler. Przez co niezbyt zdawali sobie sprawę co się działo poza płachtami namiotu. Na trzy pary rąk jakie znały się na tej robocie to faktycznie szło to znacznie sprawniej. I było widać, że Harald nie robi tego pierwszy raz, widać było w jego postawie i ruchach.

                                  - Dobrze stawaliście przeciwko przeważającemu liczebnie wrogowi. Tak właśnie trzeba. Bez strachu i wątpliwości stawać przeciwko odwiecznemu wrogowi. - łowca heretyków chociaż nie tracił nic ze swojego złowieszczego wyglądu to jednak zaskoczył piechociarzy gdy oszczędnie ale jednak ich pochwalił. Stefanowi wyraźnie ulżyło i się nawet trochę rozpogodził. Zwłaszcza jak większość łowców zsiadła z koni i zaczęła oglądać pobojowisko. Tak zabitych imperialnych jak i wrogów. Coś sobie pokazywali, rozmawiali półgłosem ale nikt z myśliwych za bardzo nie miał ochoty wchodzić im w paradę i mimo pochwały z ust ich szefa trzymali się na zauważalny dystans. Co chyba odpowiadało obu stronom bo ludzie Munzela też jakoś za bardzo nie dążyli do fraternizacji. A każdy z nich wydawał się być spod innej gwiazdy ale każdy wyglądał na krzepkiego i bystrego. Krzepki osiłek z dwuręczem w olstrze. Zamaskowany mężczyzna z łukiem albo młoda kobieta. Wyglądali na całkiem zgranych i, że wiedzą co robią chociaż niekoniecznie mieli ochotę się tym podzielić. Zwłaszcza ciała zabitych zwierdzoludzi zdawały się przykuwać ich uwagę.

                                  Ich grupka jeszcze rozprawiała o czymś półgłosem gdy od strony drogi dał się słyszeć okrzyk czujki - Ktoś jedzie! - co postawiło na nogi wszystkich co nie byli w namiocie z rannymi. Po chwili i reszta jak spojrzała wzdłuż drogi dojrzała jakichś konnych wyłaniających się zza zakrętu. Od strony Speck skąd sami przybyli. Jeszcze trochę niepewności i dało się rozpoznać charakterystyczne krótkonogie kuce górali. A po chwili podjechali na tyle blisko, że okazało się, że to Eponia i pół tuzina gebirgsjaeger prowadzone przez Gretę. Przybyli już ze dwa albo trzy pacierze po zakończeniu walki. I przywieźli wieści, że reszta regimentu maszeruje za nimi no ale oczywiście jak była tam prawie sama piechota i jeszcze nieruchawe wozy taborowe to musiało trochę potrwać zanim tu dotrą. Sami zaś byli ciekawi co tu się stało. Ale Munzel nie był zbyt wylewny.

                                  - Uprzątnijcie to. Trzeba zrobić przejście dla reszty regimentu. - rozkazał Munzel wskazując na świeżo ściete gałęzie jakie ustawiono w zawalidrogę. Przez co nie dało się tą leśną drogą przejechać swobodnie. Greta nie zamierzała dyskutować z groźnie wyglądającym łowcą czarownic i szybko wskazała na swoich górali. Ci z pomocą swoich kucy albo rąk zaczęli metodycznie rozwalać tą przeszkodę.

                                  Medycy uporali się w końcu ze swoimi poszkodowanymi. Harald skłonił głową obu towarzyszom i zaczął obmywać zakrwawione ręcę. Gdy skończył zwrócił się do Stefana. - Widzę, że jesteś bardzo zaangażowany. To dobrze. Myślę, że to może ci się przydać. - powiedział wyjmując ze swojej torby jeden flakon i podał go włócznikowi. Gdy ten przeczytał etykietę zorientował się, że to podobna mikstura jak niedawno zużył aby wyratować Albrechta. Łowca zaś wyszedł na zewnątrz wracając do swoich towarzyszy. Ostatecznie udało im się ustabilizować stan rannych ale o ile ktoś nie był ledwo draśnięty to stan pozostałych wyglądał na całkiem poważny. Szczęśliwie udało się Lindarę postawić na nogi tak, że wydawała się w prawie jakby wcale nie oberwała podczas walki. Więcej w tej chwili nie byli w stanie zrobić. Zostawało poczekać do rana i modlić się do bogów aby byli łaskawi dla poszkodowanych.

                                  Minęło jeszcze ze dwa czy trzy pacierze. Gdy czujki znów dały znać, że ktoś nadchodzi od strony Speck. Tym razem była to piechota. I jak szybko się okazało były to główne siły regimentu von Falkenhorst. Co wywołało widoczną falę ulgi i radości u myśliwych i górali widząc czołówkę macierzystej jednostki. Zgiełk wielu dziesiątek nóg, odgłosy zwierząt, wozów czyniły swojski tumult. Zaś gdy czoło dotarło do już prawie rozwalonej zasieki doszło do spotkania dowódców. Munzel bowiem bez ceregieli podjechał do czołówki i zapytał głośno kto tu dowodzi. Po chwili gdzieś z centrum nadjechały konno obie szefowe. Stefan stał niepewnie nieco z boku nie bardzo chyba wiedząc co powinien zrobić przy takich szarżach o wiele wyższych od niego. Więc podobnie jak jego zbóje obserwował to spotkanie pół tuzina konnych łowców i dwójki szefowych w eskorcie dwojga niedawno zwerbowanych rycerzu i paru gebirgsjaeger na swoich górskich kucach.

                                  - Petra von Falkenhorst. I Inez von Muller. W służbie margrafa Walthera von Falkenhorst. - z duetu dowodzącego Petra jak zwykle pierwsza zabrała głos przedstawiając siebie i swoją towarzyszkę. O ile Inez w swojej sukni wyglądała niczym jakaś szlachcianka lub uczona na konnej przejażdżce to jej koleżanka w czerwonej brygantynie jaką kupiła w Breder sprawiała wrażenie konnej kuszniczki lub najemniczki. Tylko oficera a nie takiej pierwszej, lepszej.

                                  - Brurchald Munzel. W służbie Sigmara pod patronatem Oczyszczającego Płomienia. - odparł oschle dowódca łowców czarownic jakby rozmowa z oficerami nie robiła na nim większego wrażenia. Za to teraz obie młode szefowe jakby zbladły gdy zorientowały się z kim rozmawiają. Ale obie panowały nad sobą lepiej niż Kolesnikow co miał maniery prostego zbója rabującego na traktach i nie był zbyt subtelny w obyciu.

                                  - Ah tak. Miło nam niezmiernie. - powiedziała szybko Petra próbując jakoś zatuszować ten moment utraty pewności i wymiany szybkich spojrzeń z koleżanką.

                                  - Cieszymy się, że dobrzy bogowie spotkali nas ze sobą w tak trudnych czasach. Dostałyśmy wiadomość o zasadzce zwierzoludzi więc spieszyliśmy jak się dało aby was wesprzeć. A jeśli można zapytać waszą miłość co sprowadza w te strony? Bo w Ristedt nic nam o was nie mówili. - Inez za to jak zwykle okazała się bardziej elokwentna od koleżanki i udało jej się z gracją przełknąć to z kim mają do czynienia.

                                  - Śledztwo. Właśnie o tym chciałbym z wami porozmawiać. - odparł niewzruszony pogromca heretyków. Obie szlachcianki spojrzały po sobie i pokiwały zgodnie głowami.

                                  - To zapraszamy do naszego wagonu. Tam nam nikt nie powinien przeszkadzać. - Petra zaprosiła łowcę gestem w dal stojącej już kolumny. Ten skinął głową i ruszyli wzdłuż niej. Zaś po ich odjeździe jakby i u obserwatorów napięcie chociaż trochę opadło.

                                  - Nic dobrego z tego nie będzie. Z tymi fanatykami zawsze są kłopoty. Zawsze znajdą paragraf aby kogoś powiesić albo spalić. - zajęczał cicho Kolesnikow do swoich towarzyszy. Chociaż ulżyło mu, że to nie na nim już skupia się uwaga łowców to jednak miał mało szczęśliwą minę.

                                  - Teraz to już szefowe się nim zajmą. To już nie nasza sprawa. - rzekł z nadzieją Urlich też odprowadzając wzrokiem odjeżdżającą trójkę.

                                  - Co tu się działo? - w międzyczasie podjechał do nich Erik i cicho zapytał wskazując na już prawie rozwaloną zasiekę, trupy ungorów i trzy przykryte kocami ciała zabitych myśliwych. No i na barwną grupkę łowców czarownic jaka wciąż tu się kręciła. Aby się lepiej rozmawiało podał im swój bukłak. Pełen jak się okazało jakiejś owocowej nalewki, nieco kwaskowatej w sam raz do gaszenia pragnienia. A i ponad prześwitami mrocznego lasu widać było błękit nieba jakby się przejaśniło. Kolesnikow i jego grupa mieli okazję porozmawiać nie tylko z Erikiem ale właściwie z każdym z kolumny.

                                  Po jakimś czasie widać było jak Munzel wrócił z powrotem na czoło kolumny dołączając do swojej grupy. I o czymś z nimi rozmawiał. Zaś posłaniec wezwał do wagonu szefowych Kolesnikowa i chyba wszystkich dowódców oddziałów bo widać było jak tam idą wzdłuż kolumny. Czarnobrody cmoknął niezbyt ucieszony, splunął przez ramię i bez słowa ruszył na to wezwanie.


                                  Mechanika 40

                                  Leczenie ran (INT + Leczenie)

                                  Stefan INT 45
                                  pomoc Duivela +10
                                  pomoc Harolda +10
                                  stan rannych 0/-10/-20/-30/-40

                                  Tobias; mod 0 > ma.suk = 1+k6 > +4 HP = 13+4=15/15 HP (s.zdrowy; mod 0)
                                  Johan; mod -30 > remis = -1+k6 > +2 HP = 2+2=4/12 (s.ciężki; mod -20)
                                  Olaf; mod 0 > ma.suk = 1+k6 > +4 HP = 10+4=12/12 HP (s.zdrowy; mod 0)
                                  Albrecht; mod -40 > ma.por = -1+k6 > +2 HP = 0+2=2+3=5/12 HP (s.ciężki; mod -20)
                                  Pies 1; mod -30 > śr.por = -2+k6 > +1 HP = 2+1=3/10 HP (s.ciężki; mod -20)
                                  Pies 2; mod -30 > śr.suk = 2+k6 > +5 HP = 2+5=7/10 HP (s.ranny; mod -10)
                                  Lindara; mod -10 > śr.suk = 2+k6 > +5 HP = 5+5=10/10 HP (s.zdrowy; mod 0)
                                  Kolesnikow 1; mod -20 > śr.por = -2+k6 > +1 HP = 6+1=7/12 HP (s.ranny; mod -10)
                                  Kolesnikow 2; mod -20 > ma.por = -1+k6 > +2 HP = 5+2=7/12 HP (s.ranny; mod -10)

                                  1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                  0
                                  • DekaresD Niedostępny
                                    DekaresD Niedostępny
                                    Dekares jako Dekares
                                    napisał ostatnio edytowany przez JhnW
                                    #178

                                    Stefan podniósł wzrok znad opatrywanego przez siebie i Duiviela Albrechta słysząc słowa powitania od jednego z pomocników łowcy czarownic który jak widać chciał im pomóc z rannymi, Stefan uśmiechnął się z wdzięcznością wymalowaną na twarzy:

                                    - Witam. Dziękujemy za pomoc! - na tym jednak zakończył uprzejmości przechodząc od razu do rzeczy wskazując na rannego - Mamy tu kilka ran, poważnym problemem jest ta rana głowy, jeśli nie zatrzymamy…


                                    Stefan otarł twarz przedramieniem mając nadzieje że to nie jest całe pokryte krwią i brudem chwile po tym jak skończyli opatrywać ostatniego rannego, był zmęczony i w pełni świadom tego, że w wielu wypadkach nie popisał się podczas leczenia… z drugiej strony nikt nie umarł w namiocie i raczej nie zapowiadało się na to żeby miał umrzeć więc nie poszło mu tragicznie.
                                    Ukląkł i odmówił dziękczynne modlitwy zarówno do Sigmara jak i Pani Miłosierdzia. Nieznany mu medyk właśnie skończył myć zakrwawione dłonie i odezwał się do niego z pochwałą, Stefan w odpowiedzi uśmiechnął się ewidentnie zakłopotany i odparł:

                                    - Nie bardziej zaangażowany nich Pan czy Duiviel…nie było dotąd czasu się przedstawić, nazywam się Stefan Jaeger, jeszcze raz dziękuję za pomoc - wyciągnął do medyka rękę szybko przypominając sobie, że jest cały w krwi i zatrzymując rękę z przepraszającym spojrzeniem po którym natychmiast zabrał się za zmywanie krwi.

                                    Przy tej czynności podszedł do niego wspomniany medyk z swoim cennym prezentem dla niego.

                                    - Dziękuję, Panie, nie zasłużyłem, ale obiecuję dobrze ją wykorzystać… - zażenowany tak drogim prezentem Jeager odłożył cenną miksturę na ziemię i zaczął myśleć jak mógłby się odwdzięczyć swemu dobrodziejowi:

                                    Nie mam nic równie cennego ale może przydałyby się wam jakieś zioła, mam trochę w swoich zapasach na wozie w regimencie?


                                    Chwilę po tym gdy medyk łowców czarownic ich opuścił Jaeger podszedł do Duiviela z miksturą którą otrzymał przed chwilą:

                                    - Dziękuję Ci za świetną pomoc przy rannych Duivielu…to powinno przypaść Tobie- powiedział wręczając miksturę elfowi z którym może zbytnio się nie lubili ale Jeager nigdy nie zapomniał jego pomocy na bagnach i chciał w końcu chociaż trochę zacząć spłacać swój dług wdzięczności wobec niego.


                                    Jeager spędził jeszcze chwilę przy namiocie z rannymi czyszcząć i porządkując swój sprzęt medyczny. Po czym podszedł do każdego z zaangażowanych w udzielanie pierwszej pomocy i przyszykowanie punktu opatrunkowego aby im podziękować za pomoc. Przy okazji rozpytał się czego dowiedzieli się w międzyczasie o okolicy inni, w czasie kiedy on był skupiony na leczeniu. Po tym poprosił Olafa o pomoc i razem z nim i Azurem udał się do ruin aby przeszukać je dokładnie.
                                    Wśród rozpadających się murów to młody Wisel zamienił się w mistrza i przewodnika natomiast Jeager stał się jego uczniem z uwagą przyglądającym się Olafowi kiedy ten badał różne zakamarki ruin w poszukiwaniu jakiś ukrytych rzeczy. Widać było że skupienie się na tym zajęciu było dla niego dobrym sposobem na odwrócenie uwagi od krwawego starcia które dopiero co stoczyli oraz ciężkich ran które odniósł jego ojciec.

                                    Jeager zebrał w sobie całą dostępną odwagę i ruszył w kierunku przywódcy łowców czarownic aby porozmawiać z nim. Podchodząc do ponurego mężczyzny zasalutował:

                                    - Panie, chciałem podziękować za pomoc zarówno w walce z Pomiotami jak i za przysłanie swojego medyka do pomocy- Jeager pochylił głowę przed łowcą czarownic w geście wdzięczności. Po tym z lekkim wahaniem odezwał się ponownie starając się spojrzeć na łowcę i nie okazywać strachu:
                                    - Muszę także ośmielić się zapytać o waszego więźnia Theoberta…wcześniej nie było na to czasu Panie, bo musieliśmy oczyścić tą przesieke z pomiotów, ale teraz chciałem się Panie spytać czy można jakoś pomóc w rozwiązaniu jego sprawy? Słyszałem że sierżant Kolesnikow pokrótce opisał Panu sprawę wcześniej. Jeśli chciałbyś Śledczy to mogę opisać całą naszą drogę tutaj i wszystkie zajścia przy posągu Naszego Pana Sigmara i jak to wyszło że Theobert został tam aby zająć się posągiem. Jeśli będziesz chciał Panie to mogę także spisać zeznanie na piśmie…tylko że do tego będę potrzebował poczekać na przybycie reszty regimentu i zabrać stamtąd swoje przybory do pisania.

                                    1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                    0
                                    • CioldanC Niedostępny
                                      CioldanC Niedostępny
                                      Cioldan jako Cioldan
                                      napisał ostatnio edytowany przez JhnW
                                      #179

                                      Elf zajął się swoją ranną kuzynką. Dwójka trupów mogła poczekać... i tak nic więcej nie można było zrobić. Ich tymczasowy dowódca w końcu zaczął zarządzać grupą, nawet podszedł w miejsce gdzie Tomas i Jurgen leżeli bez ruchu. Wyglądało jakby chciał się upewnić, że na pewno nie da się już im pomóc.Jedyna rzecz jaką można było zrobić dla martwej dwójki, to godnie ich pochować. To też musiało zaczekać, gdyż Stefan zaczął organizować sprzęt i namioty, by pomóc innym poszkodowanym.

                                      Do Duivela i Jeagera dołączył jeden z łowców czarownic. We trzech 'prace' szły dość szybko. Elf w pewnym momencie zagadał do Harolda.

                                      - Powiedz mi szanowny łowco, jak rozpoznajecie heretyków? Bo powiem szczerze, że ten cały Theo, którego pojmaliście przy przewróconym pomniku, to niedawno do nas dołączył i przez ostatni miesiąc nie widziałem nikogo aż tak żarlwiie przemawiającego w imię Sigmara. Zdziwiłem się widząc go podejrzanego o zniszczenie posągu, a nawet lekko rozbawiło biorąc pod uwagę poziom jego wiary. Bo wiesz, ja mogę za niego poświadczyć. Charakter ma trudny, ale potrafił nas wszystkich zmotywować żarliwą modlitwą- .

                                      W trakcie rozmowy zdołali podleczyć kolejną osobę i pracowali dalej.

                                      Lindara w tym czasie, z nowymi siłami, poszła na czaty wraz z jednym z ludzi Kolesnikova. Z jednej strony była ciekawa czy pomioty chaosu nie szykują kolejnej zasadzki, a z drugiej chciała zobaczyć czy jej siostra przypadkiem nie wraca z odsieczą. Okazało się, że Elfka miała dobre przeczucie, gdyż po kilku chwilach, krzyknęła - Ktoś jedzie! - . Dało wyczuć się entuzjazm w jej głosie, gdyż ewidentnie słyszała odgłos końskich kopyt. Raczej łatwo było odróżnić ten stukot od różnych pół-ludzi z lasu, którzy przecież często również mieli kopyta.

                                      Eponia wróciła cała i zdrowa i była wielce uradowana, że jej siostra również jest w dobrym stanie, choć ubranie wskazywało na coś innego. Ich powitanie szybko przerwał Munzel - dowódca łowców czarownic - który wydał rozkazy. Mimo, że nie był jakkolwiek związany z grupą Petry, to wszyscy grzecznie posłuchali, łącznie z Gretą, która przecież zarządzała wszystkimi gebirgsjaeger. Jako, że Lindara stała teraz koło nich, to również poszła wykonać polecenia Munzel'a.

                                      Duivel wykorzystał wolną chwilę, by bardzo dokładnie przyjrzeć się ruinom w których już wcześniej był. Przeszukał też najbliższe okolice, gdzie trwały walki, a następnie drogę ucieczki i gonitwy. Może akurat któryś z łowców przeoczył coś drogocennego, bądź ważnego. Wrócił do grupy, gdy przybyła Petra, Inez i cała reszta wojaków. Serdecznie uśmiehnął się do Sorokiny, gdy ta przechodziła obok i z dużym uśmiechem skinął głową. Szybko znalazł też Alezzię i nowego maga. Zbliżył się do nich i zagadał z pewną dozą nieśmiałości, ale wzrokiem nie uciekał od ich spojrzeń

                                      - Szanowni magowie, mamy kilku rannych, niektórym z nich przydałaby się dodatkowa pomoc. Proszę, jak zechcecie pomóc, to tam jest namiot w którym leżą ranni... - tu Duivel wskazał w kierunku prowizorycznej siedziby medyków.

                                      Elf następnie udał się do swoich przyjaciół, uściskał się z Leni, która od razu poczęstowała go jakimś zachomikowanym jedzeniem, Kargun już zabrał się do naprawy zbroi uczestników walki, ale znalazł czas na przyjacielski uścisk dłoni z elfem. Na koniec Mund-naru znalazł Feliksa, którego odesłał do namiotu z rannymi, gdyż jako lekarz-amator mógł się w końcu wykazać. Może jeszcze nie dziś, ale jutro rano z pewnością będzie dużym wzmocnieniem 'sanitariuszy'

                                      Elf zauważył zgromadzenie ludzi, gdzie Kolesnikov chyba zaczął opowiadać o wydarzeniach podczas zwiadu. Posłaniec zakłócił opowieść, wzywając Stefana do Petry i Inez. Duivel podszedł do Erika, poprosił o łuka trunku z bukłaku i oznajmił, że chętnie dokończy opowieść o walkach z pomiotami chaosu...

                                      1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                      0
                                      • Pipboy79P Niedostępny
                                        Pipboy79P Niedostępny
                                        Pipboy79 jako Pipboy79
                                        napisał ostatnio edytowany przez JhnW
                                        #180

                                        Oryginalny tytuł: Tura 41 - 2521.05.04; bkt; zmierzch - wieczór

                                        Miejsce: pd-zach Ostland; Las Cieni; droga Speck - Wendorf; leśna droga
                                        Czas: 2521.05.04; Angestag; zmierzch - wieczór
                                        Warunki: - ; na zewnątrz: półmrok, zachmurzenie, d.sil.wiatr; zimno (-5)

                                        Wszyscy

                                        link: https://i.imgur.com/PoT66tQ.jpeg

                                        Pod mroczne już niebo czasem strzelały iskry z ognisk. Większość drewna jakie udało się zebrać na ogniska była wilgotna więc nie było to dziwne. Tak samo jak to, że mocno dymiły a całkiem silny wiatr niósł ten dym w stronę obozowiczów, namiotów i niknął gdzieś w zapadających ciemnościach coraz mroczniejszego lasu. Trochę bowiem czasu minęło odkąd szefowe naradziły się z łowcami nagród a potem wezwały do siebie dowódców poszczególnych oddziałów. Co tam było mówione to ludzie Kolesnikowa dowiedzieli się gdy czarnobrody herszt leśnych banitów wrócił z tego zebrania.

                                        - Idziemy dalej. Niedaleko ma być jakaś polana. Tam rozbijemy się na noc. Jutro ruszymy dalej do Wendorf. - Stefan nie bawił się w finezję i po prostu streścił im co tam było na tym zebraniu. Z rachunków bowiem wynikało, że do miasta był może dzwon, może, dwa, może trzy marszu. Właściwie nie tak daleko. Pewnie byłaby szansa dotrzeć tam do zmroku. Tylko właśnie do zmroku też było podobnie. Więc gdyby im się nie poszczęściło i okazali się wolniejsi albo cel podróży był nieco dalej to trzeba by już maszerować w zapadającym zmierzchu lub rozbijać się na noc w tych niezbyt sprzyjających okolicznościach. A do tego czynnikiem trudnym do przewidzenia była aktywność zbrojnych band zwierzoludzi w tym terenie. Czy to były już forpoczty armii najeźdźców czy jakieś lokalne bandy tego nikt nie był pewien. Ale ich aktywności jaką się dzisiaj wykazali też nie dało się pominąć w tych rachubach. I biorąc to wszystko pod uwagę dowódcy wielu oddziałów woleli przenocować i nie pchać się w ciemno do przodu a obie szefowe przychyliły się do tego zdania.

                                        Po całym dniu marszu nogi już domagały się odpoczynku a żołądki jedzenia. Więc i zwykli żołnierze chętnie powitali myśl, że spoczynek będzie prędzej niż później. Gdy dowódcy zadęli w gwizdki kolumna zebrała się w sobie i ruszyła dalej. Myśliwi Kolesnikowa szli teraz wzdłuż niej pojedynczo albo parami aby zabezpieczyć bardzo rozciągniętym szpalerem czujek przed przykrymi niespodziankami. Zaś konni górali przejęli rolę oddziału czołowego. Zwykle od frontu kolumny nie było ich widać.

                                        Tak przeszli z pacierz, dwa lub trzy zanim dotarli do polany jaka była w stanie pomieścić chociaż większość kolumny. Tutaj po kolei wchodziły kolejne oddziały i szukano miejsca na noc. Powstał typowy dla każdego wieczoru rozgardiasz. Część wojaków poszła w obrzeża lasu szukać drewna na ogniska, część rozbijała namioty, inni palikowali zwierzęta, kuchnia szykowała się do przygotowania posiłku a ostmarscy ochotnicy Glazkowa zostali wyznaczeni jako straż tego wszystkiego. Zanim z tym wszystkim się uporano dzień rzeczywiście skończył się i ponad głowami zaczął się zmierzch. Coraz mniej było światła słonecznego a coraz więcej tego od ognisk. Zerwał się jednak całkiem silny wiatr jaki szarpał kapturami, włosami i płachtami namiotowymi. No i nawiewał ten dym z ognisk prosto w twarz. Jednak ogień koił oko i ducha, grzał zmarznięte dłonie a w miskach parowała gorąca strawa. Ta przyjemnie spływała po przełyku do żołądka gdzie syciła i rozgrzewała od środka. Nawet jeśli kasza z gęstym sosem, kawałkami kiełbasy nie była zbyt wyrafinowana to jednak spełniała swoje zadanie. Pomagała odpocząć po tych wszystkich dzisiejszych trudach marszu przez tą dziką krainę. Podobnie jak ogień przed namiotami i obecność towarzyszy, także tych z innych oddziałów. Teraz była okazja aby porozmawiać z nimi czy przemyśleć sobie wcześniejsze rozmowy.

                                        Starszy wiekiem cyrulik od łowców czarownic wyraził uprzejme i stonowane zainteresowanie ziołami jakie Stefan mógłby użyczyć. Chociaż bez wylewności. Zresztą później się rozstali gdy Harold wrócił na grzbiet swojego wierzchowca i grupy swoich kamratów.

                                        Podobnie razem z elfem wpadli na pomysł aby rozejrzeć się po ruinach. Sądząc po kształcie i wielkości musiał to być kiedyś przydrożny zajazd czy coś podobnego. Kamienne ściany wciąż jeszcze w większości stały chociaż dawno porósł je mech, kępki trawy, zarosły krzakami i wyrosło jakieś drzewko a zamiast podłogi miały dywan z przegniłych liści jaki szurał przy każdym kroku. Trochę obok znaleźli zarys fundamentów czegoś większego, pewnie stajni. Obecnie już w ogóle nie widocznej spod warstwy trawy i liści zalegających na dnie lasu. Póki się o nie ktoś nie potknął. Sądząc po widocznych osmaleniach na starych belkach to zapewne budynek się spalił. Dawno temu.

                                        A jednak gdy już mieli wracać to w głębi lasu dostrzegli jakąś plamę koloru jaka nie pasowała do tego ponurego dnia lasu. Gdy ostrożnie podeszli bliżej dostrzegli barwę ubrania. To był jakiś człowiek przywiązany do pnia jednego z drzew. Właściwie jego ciało. Bezgłowe ciało. Brudne, zakrwawione i widocznie poddane torturom co świadczyły liczne rany. Czarno - biała kratownica ubrania sugerowała, że musiał to być ktoś w służbie ostlandzkiej, pewnie żołnierz lub urzędnik. Jego głowę czy też raczej osmoloną czaszkę znaleźli zawieszoną na sąsiednim drzewie. Wisiała tam niczym makabryczne trofeum.

                                        link: https://i.imgur.com/6ukRbqG.jpeg

                                        Mimo to znaleźli oprócz rozsypanych rzeczy jakie należały do tego nieszczęśnika także skórzaną tubę w jakiej zwykle przewożono listy. Ta też na to wskazywała i chyba została przegapiona bo znaleźli ją przy korzeniu drzewa. I to, że wciąż miała pieczęć z jakimś ostlandzkim herbem. Dało się poznać po wizernunku byczej głowy. Lak nie był zerwany więc mimo tragedii jaka się tu rozegrała tuba nie była jeszcze otwierana.

                                        Gdy zaś Stefan zebrał się na odwagę aby podejść do przywódcy łowców heretyków ten ponury człowiek spojrzał na niego w dół spod szerokiego ronda kapelusza. Kryło ono jego twarz w cieniu przez co wydawał się jeszcze bardziej groźny i tajemniczy. Zwłaszcza jak siedział w siodle a się patrzyło w górę gdy się było piechurem. Burchald Munzel wysłuchał propozycji Jaegera i skinął głową.

                                        - Dobrze Stefanie Jeagerze. Cieszy mnie twoja postawa i chęć współpracy. Spisz swoje zeznania jeśli potrafisz. Jeśli nie zgłoś się do Harolda, pomoże ci w tym. I gdy będziesz miał gotowy ten papier przynieś mi go. - odparł surowym i oschłym tonem chociaż zachował spokój. Niemniej uznał też zapewne rozmowę za zakończoną bo nie kontynuował jej dalej. Dopiero teraz, przy ognisku jak mieli okazję spocząć Ostlandczyk miał okazję aby się nad tym zastanowić przed snem.

                                        Także Duivel miał okazję aby wspomnieć swoją krótką rozmowę z Haroldem. - Jak rozpoznać heretyka… - powtórzył pytanie elfa jakby go rozbawiło. - Mam nadzieję, że nie oczekujesz prostej, uniwersalnej odpowiedzi jaka będzie zdolna dopasować się do każdej sytuacji. - odparł po tej krótkiej chwili zastanowienia. Ale mimo to podzielił się swoim doświadczeniem. Jego zdaniem wiele mówiło podejrzane zachowanie jak choćby nie celebrowanie mszy, modlitwy, podważanie autorytetu władz świeckich i świątynnych. Bardzo pomocne były tutaj czujne oczy prawych obywateli jacy nie mogli ścierpieć takiego niegodnego zachowania. Potem łowcy mogli sami zweryfikować takie spostrzeżenia.

                                        - A z tym Thedebertem to sprawa wyglądała dość prosto. Przewalony, zbeszczeszczony posąg Sigmara ze świeżo wyciętymi bluźnierstwami i pochylający się nad nim mąż z nożem w dłoni. Oczywiście, że zarzekał się, że to nie jego sprawka ale każdy heretyk by się tak tłumaczył. Więc nie można było mu puścić tego płazem i został zatrzymany do wyjaśnienia. No ale sprawa już się wyjaśniła więc jest wolny. - Harold nie wydawał się zbyt przejęty owym zdarzeniem. I bez skrępowania wyjaśnił punkt widzenia i motywacje jego grupy. I widocznie tak było po naradzie dowódców Theoberta rozwiązano i puszczono wolno. Ten zaś nie zdradzał żalu do łowców heretyków tylko radość, że nie zginie uznany za bluźniercę co wydawało mu się chyba bardzo straszne. Zresztą tą końcówkę drogi do polany i już przy kolacji cały czas kręcił się przy grupce konnych stróżów prawa.

                                        Alezzia przychyliła się do prośby Duivela i poszła do namiotu zmajstrowanego przez myśliwych Kolesnikowa. Tam użyła swojej świetlnej magii leczącej jaka sprawiła, że stan rannych widocznie się poprawił. Prawie wszyscy nagle wstali niczym cudowni ozdrowieńcy. Rany też zniknęły lub mocno się zabliźniły. Przez co gdy Feliks już tam zaszedł to właściwie po robocie cyrulików i potem magiczki właściwie nie miał już nic do roboty. Poza tym i tak narada się już skończyła i padły rozkazy aby zwijać ten namiot i ruszać dalej.

                                        Elf przez moment widział bosman rzecznych marines. Ale ta szła ze swoimi rzecznymi wilkami i odpowiedziała na jego pozdrowienie uśmiechem i skinieniem głowy. Nie indagowała go jednak.

                                        Za to pewne poruszenie w świeżo rozbitym obozie wywołało spotkanie łowcy czarownic z tajemniczym, czerwonym magiem. Zapewne też nie przypadkowo skoro przy Munzelu kręcił się Theodebert. A może i nie bo z drugiej strony magister w czerwonym płaszczu ozdobionym złotymi i czarnymi tajemniczymi znakami jakie podróżował konno nie był aż tak trudny do wyłuskania w tej pieszej masie jaką była kolumna. Zaś charakterystyczne ubranie zdradzało jego nietuzinkowa profesję.

                                        - Chciałbym zobaczyć twoją licencję magu. - zaczął Munzel podchodząc do mistrza Drogora jaki właśnie zsiadł ze swojego wierzchowca. Obejrzał się ku grupce łowców jaka właśnie nadeszła. Spod czerwonego kaptura jego twarz nie była zbyt widoczna przez co wyglądał dość tajemniczo by nie rzecz złowrogo.

                                        - Obawiam się, że nie mam. - odparł bez ceregieli mag. To chyba poruszyło łowców a Thedebert wskazał go oksarżycielskim palcem.

                                        - Heretyk! Bluźnierca! Sprzedawczyk! To szpieg najeźdźców, spalić go! - wykrzyczał jakby wrócił do konfliktu z magiem jaki miał już w Ristedt rano. Tylko wtedy był sam a teraz stał obok łowców heretyków.

                                        - Milcz. - rzucił mu krótko Munzel uciszając gorliwego sługę swojego patrona. - Czemu nie masz licencji? Chyba znasz obowiązujące prawo dotyczące magistrów? - głos śledczego stał się jeszcze bardziej cierpki.

                                        - A tak, coś mi się obiło o uszy. Nigdy nie mam głowy do dupereli. Jakieś karteluszki tu czy tam. Kto by na to zwracał uwagę? - odparł zakapturzony diametralnie odmiennym tonem. Wydawał się mówić jakby chodziło o błahostkę. Ale przysłuchujący się nie byli zaznajomieni ani z magią ani prawem ich dotyczących to nie byli w stanie ocenić ważkości tych argumentów.

                                        - On z nas kpi! - rzucił mięśniak z grupy łowców wyraźnie wzburzony takim zachowaniem maga.

                                        - Brak tej karteluszki może ci przysporzyć wiele kłopotów. Każdy mag w tym kraju powinien mieć swoją licencję ze sobą do okazania odpowiednim władzom i urzędnikom. Inaczej może zostać za nielegalnego czarokletę i ponieść tego konsekwencję. - Munzel nie tracił zimnej krwi i monotonnym głosem poinformował maga o jego prawach.

                                        - Rzeczywiście. Brzmi poważnie. - zgodził się uprzejmie czerwony mag i mimo kaptura widać było jak zgodnie kiwa głową.

                                        - Proszę o wybaczenie wasza miłość! Mistrz Drogor został napadnięty podczas podróży. I stracił cały swój dobytek. To był celowy atak aby go zlikwidować zanim wspomoże nasze siły w walce z najeźdźcą. - do dyskusji dołączyła Alezzia jaka weszła na scenę szybkim krokiem stając obok czerwonego maga.

                                        - Ona z nim współpracuje. Zawsze go broni i tłumaczy. Myślę, że ją też trzeba by sprawdzić. Mogą być w zmowie. - podpowiedział gorliwie Theodebert rzucając oskarżycielksie spojrzenie na młodą magiczkę. - Ja bym sprawdził ich wszystkich. Dwójka kuglarzy a kapłana nie mają żadnego. To podejrzane. A te ich dwie co nimi rządzą też trzeba sprawdzić. Niby jakiegoś barona z gór o jakim nikt nie widział i nie słyszał. To podejrzane. - eremita wyrzucał z siebie szybkie zdania napiętnowane niechęcią. A do magów wręcz pałał żywą nienawiścią.

                                        - Kazałem ci zamilnąć. - odparł sucho Munzel nie poświęcając mu nawet spojrzenia. To koncentrował na dwójce magów jaka stała kilka kroków dalej. - A ty masz swoją licencję? Chciałbym ją zobaczyć. - zwrócił się do młodej błondynki. Ta gorliwie pokiwała głową, sięgnęła do torby i podchodząc do śledczego wyjęła jakiś papier. Ten przechylił go w stronę najbliższego ogniska i zaczął czytać. Na tym zastały ich obie szefowe jakich pewnie też ściągnęło tu coraz większe zbiegowisko i wrzawa. Obie przyjechały konno.

                                        - Co tu się dzieje? - zapytała Petra widząc to zamieszanie ale pewnie nie mogąc w lot zorientować się o co chodzi.

                                        - Śledczy sprawdza nam licencję. Niestety licencja mistrza Drogona została w zniszczonym wozie. Tam w strumieniu na brodzie z Hochlandem. No i mistrz w tej chwili nie ma tych dokumentów. - wyjaśniła szybko młodsza magister korzystając, że lider łowców czytał dokument jaki mu właśnie podała.

                                        - Twoja licencja jest w porządku. - odparł Bruchald oddając białogłowej jej dokument. Widocznie go usatysfakcjonował. - Jednak ten mężczyzna nie ma licencji. A w świetle prawa oznacza to, że jest dzikim magiem. A tacy powinni natychmiast zgłosić się do pierwszego licencjonowanego urzędu w celu sprawdzenia i weryfikacji. Jeśli tego nie zrobią są uznawani za heretyków i czarnoksiężników. - rzekł śledczy wskazując na maga w ozdobnym, czerwonym płaszczu. Jakby chciał i jego i zebranych poinformować jak działa prawo w tym zakresie.

                                        - A czy my możemy o tym spokojnie porozmawiać? Zapraszam do naszego wagonu. - odezwała się milcząca do tej pory Inez.

                                        - Nie daj im się zwieść panie! Trzeba zwaczać tą herezję na każdym kroku! One go chronią! Już w Ristedt nic nie zrobiły jak zwracałem im na to uwagę! - krzyknął wzburzony biczownik prosząc śledczego o interwencji w sprawie jawnej herezji. Przynajmniej tak to pewnie wyglądało w jego oczach. Wielu zwykłych ludzi jednak obawiało się magii i magów. Więc dało się wyczuć, że wielu wojaków chętnie pozbyłoby się czerwonego maga ze swoich szeregów. Na razie jednak nie wtrącali się w rozmowy ważniejszych od siebie przybierając postawę wyczekującą. Burchald też to widział i posłał obu konnych kobietom zagadkowe spojrzenie. Wreszcie jednak po tej pełnej napięcia chwili skinął głową i ruszył za nimi. Podobnie jak Harold. Cała czwórka po chwili zniknęła wewnątrz wagonu szefowych. Zaś w naturalny sposób zbiegowisko wokół magów zaczęło wracać do swoich spraw. Zwłaszcza, że gong od kuchni obwieścił początek kolacji. Nad polaną panowało już raczej nocne niż dzienne niebo. Do tego pochmurne jakby znów miało zacząć padać. Nie przeszkodziło to jednak wojsku z apetytem spałaszować wreszcie coś ciepłego. A potem coraz więcej z nich udawało się do swoich namiotów aby udać się na spoczynek. Obóz stopniowo cichł. Jedynie czujki z milicji Wurfer na jego obrzeżach nie mogły sobie pozwolić na odpoczynek.

                                        1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                        0
                                        • DekaresD Niedostępny
                                          DekaresD Niedostępny
                                          Dekares jako Dekares
                                          napisał ostatnio edytowany przez JhnW
                                          #181

                                          Jeager przykląkł przy ciele zamęczonego mężczyzny w barwach Ostlandu.

                                          - Pochowamy cię godnie, przyjacielu - pomyślał rozglądając się po okolicy aby po chwili wyciągnąć spomiędzy korzeni drzewa tubę na listy.
                                          - Zanieśmy to dowódcą, po tym przyjdziemy zabrać ciało żeby pochować je z naszymi zabitymi. Lepiej nic nie ruszajmy na wypadek gdyby śledczy chciał zbadać to miejsce - Stefan wstał szybko ruszając szybkim krokiem w kierunku demontowanej przesieki.

                                          Kiedy dotarł na miejsce rozejrzał się poszukując wzrokiem dowódców poszczególnych oddziałów po czym zawołał do nich:

                                          - Panno Herschel! Panie Kolesnikov! Panie śledczy Munzel! Znaleźliśmy ciało w lesie! Proszę uprzejmie podejdźcie tutaj - prosił wybierając miejsce które mniej więcej stawiało go pomiędzy trzema dowódcami. Kiedy Ci podeszli Jeager zaczął wyjaśniać sytuację wymownie wskazująć palcem kierunek w którym leżało ciało:
                                          - Przeszukiwaliśmy z Duvielem i Olafem ruiny w poszukiwaniu śladów obozu pomiotów, gdy wypatrzyliśmy za nimi miejsce kaźni, jest tam ciało mężczyzny w barwach Ostlandu, był bardzo torturowany, może przesłuchiwany? Znaleźliśmy niedaleko ciała tubę na listy, pieczęć jest nienaruszona, mogę w razie czego otworzyć go i odczytać - wymawiając ostatnie słowa pokazał obecnym wspomnianą tubę pokazując na nienaruszoną pieczęć - Ciała i pozostałych rzeczy na miejscu staraliśmy się na tyle ile się dało nie ruszać, gdybyście Pani i Panowie chcieli się mu przyjrzeć zanim weźmiemy je do pochowania - ostatnie słowa najbardziej kierował w kierunku śledczego który wydawał mu się potencjalnie najbardziej zainteresowanym potencjalnym zbadaniem miejsca kaźni.


                                          Polana na której rozbijają obóz

                                          Stefan zmęczony całym dniem maszerowania i walki rozejrzał się po polanie, miał wielką ochotę po prostu położyć się spać tak jak stał. Jednak rozkazy jakie słyszał od sierżantów wzbudziły jego zaniepokojenie:

                                          - Te ogniska zaledwie parę mil od potencjalnie zajętego przez wroga miasta mogą nie być najlepszym pomysłem… - Ostlandczyk przez chwilę myślał co z tym zrobić, po ostatniej burze jaką dostał za wykazywanie inicjatywy nie miał wielkiej ochoty na powtórkę, z drugiej strony wolał także dożyć następnego dnia a nie zginąć w nocnym ataku wroga więc po chwili namysłu zdecydował się udać do panny von Muller jako bardziej uprzejmej z dwóch dam oficerów. Stefanowi udało się złapać ją względnie oddzieloną od reszty żołnierzy, dzięki czemu miał nadzieje że nikt nie usłyszy ich konwersacji, nie chciał w końcu publicznie podważać rozkazów przełożonych:
                                          - Przepraszam, Panno von Muller, czy mogę poprosić panią na słowa? - Kiedy młoda szlachcianka skinęła mu głową na zgodę podszedł bliżej i z widocznym podenerwowaniem zaczął mówić:
                                          - Proszę pani nie chcę być malkontentem szukającym dziury w całym ale… obawiam się, że rozpalanie ognisk tak blisko miasta może być niebezpieczne. Jeśli Wendorf jest zajęte przez nieprzyjaciela to w najlepszym przypadku będą świadomi naszej obecności, w najgorszym zaatakują nas w nocy jak tylko zgromadzą siły. Dlatego ośmielam się zasugerować żebyś przemęczyli się przez noc bez ognisk…- Jeager widocznie zamyślił się na chwilę po czym dodał śpiesznie - albo postąpimy dokładnie odwrotnie i rozpalimy dwa, trzy albo i cztery razy więcej ognisk niż potrzeba. Powinno to zmylić ewentualnych zwiadowców wroga, zwiększając nasze siły kilkukrotnie, trzeba by do tego porozkładać przy tych ogniskach trochę worków z zapasami z wozów i po przykrywać je kocami czy płachtami żeby udawały śpiących żołnierzy - Jeager skończył snuć swoje pomysły patrząc z wyczekiwaniem na Inez jak oceni jego propozycje.


                                          Konfrontacja pomiędzy magiem i łowcami

                                          Stefan nie słyszał dokładnie wszystkich słów w rozwijającej się konwersacji, ale niesłychana nonszalancja i pycha Drogona osłabiły Ostlandczyka nie chcącego widzieć walk pomiędzy sojusznikami. Tym bardziej wściekł się gdy usłyszał podłe podjudzanie Thedeberta :

                                          - Podła wesz jeszcze parę drzonów temu błagał o litość i wstawianie się za nim, a teraz sam podjudza do palenia na stosie! - pomyślał wściekle Jeager . Słyszał też dobrze rozkaz łowcy czarownic uciszający fanatyka i zdecydował się wykorzystać sytuacje. Kiedy gad drugi raz zaczął się drzeć Ostlandczyk ruszył w jego kierunku zbliżając się od tyłu. W chwili kiedy padalec po raz trzeci zaczął krzyczeć Jeager położył mu rękę na ramieniu i odezwał się cicho:
                                          - Sługa naszego Pana kazał Ci milczeć, zamkniesz się sam, czy potrzebujesz pomocy? - Ostatnie słowa wsparł zaciśnięciem pięści i błyskiem w oku który jasno wskazywał, że ma nadzieję na to, że fanatyk da mu powód do rękoczynów.

                                          1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                          0

                                          Hello! It looks like you're interested in this conversation, but you don't have an account yet.

                                          Getting fed up of having to scroll through the same posts each visit? When you register for an account, you'll always come back to exactly where you were before, and choose to be notified of new replies (either via email, or push notification). You'll also be able to save bookmarks and upvote posts to show your appreciation to other community members.

                                          With your input, this post could be even better 💗

                                          Zarejestruj się Zaloguj się
                                          Odpowiedz
                                          • Odpowiedz, zakładając nowy temat
                                          Zaloguj się, aby odpowiedzieć
                                          • Najpierw najstarsze
                                          • Najpierw najnowsze
                                          • Najwięcej głosów


                                          • Zaloguj się

                                          • Nie masz konta? Zarejestruj się

                                          • Aby wyszukiwać zaloguj się lub zarejestruj.
                                          Powered by NodeBB Contributors
                                          • Pierwszy post
                                            Ostatni post
                                          0
                                          • Kategorie
                                          • Ostatnie
                                          • Tagi
                                          • Popularne
                                          • Świat
                                          • Użytkownicy
                                          • Grupy
                                          • Strona startowa