Bastion 2521 - Przez wojenne ostępy
-
Gdy Kolesnikow dzielił oddział, Duivel rozejrzał się po twarzach kompanów. Szukał konkretnych rzeczy - spokojnych oczu i równego oddechu. Nie kogoś kto jest najsilniejszy ani najgłośniejszy. Wskazał na Jurgena i Olivera. Z tego co elf kojarzył, to obaj ruszali się wczoraj w nocy tak jakby mieli czas, do tego bez większej paniki. To wystarczyło.
Tak maszerowali, a droga była złowieszczo pusta... przynajmniej od żywych istot. Do tego w pewnym momencie z głębi lasu doszło wycie rogu, elf zatrzymał się bez słowa. Odwrócił głowę lekko w lewo. Czekał. Gdy róg odezwał się drugi raz, zmrużył oczy. To samo miejsce, albo bardzo bliskie. Ktoś tam stał i wzywał. Nie ścigał, nie atakował. Wzywał. Tylko po co? Czyżby już chcieli na nich się rzucić?– Jedno miejsce – powiedział cicho do Jurgena. – Nie otoczyły nas. Jeszcze.
Ruszyli dalej.
Spalony zajazd Duivel zobaczył wcześniej niż reszta oddziału. Zatrzymał się na skraju pogorzeliska i przez chwilę po prostu stał. Zapachy dobrze znał. Drewno, słoma, spalona skóra, zepsute mięso. Wszystko razem. To było złe połączenie. Gdy dołączył Kolesnikow i wydał rozkaz sprawdzenia terenu, elf kiwnął głową i wszedł do 'środka'.
Szedł ostrożnie między ciałami. Odczytywał to pobojowisko tak jak czytałby tropiony ślad - gdzie stali, skąd przyszli, kto gdzie padł. Walczyli porządnie ci z tawerny. Dłużej niż się spodziewali napastnicy, pewnie. Szkoda, że się nie udało... Stodoła była ostatnia do sprawdzenia. I tam go zobaczył.
Krasnolud leżał przy ścianie jak zmasakrowany trup. Blond broda ufryzowana z jakąś dawną starannością, kompletnie absurdalną w tym miejscu. Kolczuga porządna. Chyba zmiażdżona czaszka - ale klatka piersiowa się unosiła. Minimalnie, ale się unosiła.
Duivel przykucnął obok niego. Dwa palce na szyi. Puls był. Słaby i nieuważny, jakby sam się wahał czy zostać. Elf wstał i wyszedł przed stodołę. Tam zauważył, że Tobias i Stefan trafili na jakiś trop. Dostrzegł rzeczywiście jakieś ślady, prawdopodobnie należące do jednej osoby. Jednak skupiony był na czym innym.– Kolesnikow! – zawołał normalnym głosem, bo nie było sensu krzyczeć. – Żywy krasnolud. Potrzebuje kogoś co się zna na ranach, i to teraz.
Wrócił do środka i zaczął to co umiał - oczyścić rany z tego co najgorsze, sprawdzić czy kości czaszki są wgniecione czy tylko rozbite. Przy tej ostatniej rzeczy lepiej by tu był Stefan. Ale robił co mógł.
– Słyszysz mnie? – mruknął do krasnoluda, pracując. – Nie wiem jak masz na imię. Ja jestem Duivel. Nie umieraj jeszcze. – Powiedział to po elficku, bo po ludzku brzmiałoby zbyt poważnie. Albo zbyt miękko. Po elficku brzmiało tak jak chciał aby zabrzmiało, czyli rozkaz wydany komuś kto ma jeszcze wybór.
– Nawet krasnolud nam się przyda – dodał chwilę później, już po Reikspielsku, jakby poprawiał się po namyśle. Komentarz miał być złośliwy, bo co innego miałoby pobudzić krasnoluda, jak nie nabijający się z niego elf? Jednak tonu głosu nie udało mu się zmanipulować - był smutny i empatyczny zarazem.
Gdy reszta weszła do stodoły i zaczęli się kręcić wokół, elf uniósł głowę do Kolesnikowa.
– Powiedz proszę Stefanowi żeby tu przyszedł jak skończy na zewnątrz. I trzeba będzie zdecydować czy bierzemy go ze sobą czy zostawiamy kogoś przy nim. Samego tu nie można go zostawić. – Zmierzył wzrokiem ścianę przy wyjściu. – Tymi tropami na zewnątrz też trzeba się zająć. Wiem tylko, że to raczej jedna osoba, nieciężka, już po walce tam chodziła. Tobias i Stefan lepiej je widzieli. Warto sprawdzić dokąd prowadzą, no i czy przypadkiem to nie stamtąd ten róg słyszeliśmy? No, ale najpierw to.... – wskazał wzrokiem krasnoluda.
-
Przygotowania do wymarszu z obozu:
Stefan pośpiesznie przemywał się mokrą szmatą przy wozie na który z Wieselami załadowali szybko swój dobytek. Zdecydował, że musi choć trochę doprowadzić się do porządku aby nie śmierdzieć mieszanką spalenizny i krwi na 50 metrów dookoła, nie chciał ułatwiać roboty plugastwu w wywąchaniu ich podczas rozpoznania.
Starał się odpuścić bycie wściekłym na dowództwo, ale musiał przyznać że słabo mu to wychodziło:
-Czy spodziewałem się że macie zagon kawalerii? Nie, ale nie pogniewałbym się gdybyś miała chociaż gram rozumu… - pomyślał Jeager przypominając sobie odpowiedź szefowej na jego całkiem sensowną prośbę o przydzielenie posłańców. Mullerowa przynajmniej darowała sobie durne komentarze, za co był jej wdzięczny bo gdyby ta też zaczęła wygłaszać swojej uwagi na podobnym poziomie to Ostlandczyk by chyba nie utrzymał spokojnego wyrazu twarzy i wygarnął obydwu co myśli o ich pomyślunku jeśli chodzi o organizację rozpoznania.
Wspomniał jeszcze rozmowę z Kolesnikowem która poszła mu równie “dobrze” co z szefowymi regimentu, starał się go przekonać, że nie stracą wiele czasu na zaproponowaną przez niego zmyłkę, a może udać im się udać wyprowadzić wroga w polę, a nawet złapać jakiegoś języka ale jego imiennik był nieugięty więc szybko odpuścił.Przetarł się ostatni raz i zaczął ubierać świeże ubranie zdjęte z wozu ,jednocześnie przyglądając się rzeczą które przygotował do wymarszu. Chyba niczego nie zapomniał, a także niczego więcej nie mógł już zostawić. Jeszcze raz sprawdził czy uzupełnione w kołczanie strzały gładko dają się wyciągać, upewnił się że manierka jest cała pełna aby woda w niej nie chlupotała podczas ruchu, po czym usatysfakcjonowany zarzucił na siebie wszystko i ruszył ze swoim ludźmi do punktu zbiórki.
Po drodze zatrzymali się tylko przy ponurym spektaklu przygotowywanych do pochówku towarzyszy broni poległych w nocnym ataku.
Stefan przykląkł przy rzędzie ciał razem z Wieselami:
-Poprowadź ich do bram swego ogrodu Morrze, daj im spokój po śmierci wywalczony w ogniu odważnej walki - rozpoczął modlitwę po czym zamilkł, zabici byli przykryci kocami a mimo tego czuł ich oskarżycielskie spojrzenia na sobie, oskarżające go że oni zginęli kiedy on przeżył.- Powinienem był zająć się wczoraj założeniem pułapek wokół obozu - wyrzucił sobie po raz kolejny w myślach tego dnia, po czym wstał z kolan i po skinięciu na towarzyszy ruszył do zbierających się zwiadowców.
Podczas dobierania myśliwych zdecydował, że pozwoli reszcie wybrać sobie ludzi jako że będą bardziej narażeni na ataki wrogów niż on idąc w centrum z sierżantem.
Miejsce masakry na drodzę
- Panie sierżancie, weźmy ich chociaż ułóżmy na poboczu drogi jak ludzi i odmówmy modły do Morra żeby ich dusze miały szansę przejść bramy Jego Ogrodu, to nie zajmie długo, a po za tym chyba i tak musimy zepchnąć z drogi te wozy żeby udrożnić drogę dla regimentu, prawda? - Jeager rzucił do sierżanta jednocześnie ściągając z jednego z wozów porzucony koc i zabierając się do paskudnej roboty ułożenia na nim najbliższego z ciał zamordowanych i przeciągnięcia go na pobocze drogi. Skoro chciał przekonać ich do zrobienia tego co należy zrobić to wypadało żeby dał przykład.
Zajęcie było upiorne, choć na makabryczny sposób pochodzenie jednej z rodzin z północy odrobinę ułatwiło im zadanie, dzięki odmiennym od imperialnych strojach miał niemal pewność, że udało im się ułożyć koło siebie członków poszczególnych rodzin.
Stefan przez chwilę nie zdołał powstrzymać emocji i po jego policzku popłyneła łza gdy ułożył koło matki małą dziewczynkę. Znalazł ją zmasakrowaną pod wozem, do samego końca powolnej agonii ściskającą swoją szmacianą lalkę. Kiedy spojrzał jej w twarz zamarł z przerażenia, dziewczynka była łudząco podobna do jednej z jego małych siostrzyczek.
- Nie pozwolę by i Ciebie spotkało to samo Agatko obiecuję - obiecał sobie zabierając się za ułożenie kolejnego ciała.
Spalony zajazd
Stefan po opuszczeniu miejsca poprzedniej masakry cały czas był ponury, szczególnie po tym jak uświadomił sobie, że nie tylko szefowe słabo znają się na organizacji rozpoznania i właściwym przesyłaniu pomiędzy zwiadowcami i głównym oddziałem informacji. Ewidentnie on też był idiota bo dopiero po tym jak usłyszeli zwierzoludzi nawołujących się odgłosami z rogów uświadomił sobie, że przecież oni moga robić dokładnie to samo i jak tylko wrócą do oddziału to trzeba ustalić jakiś system znaków sygnałowych który pozwoli im przesyłać rogami jakieś proste meldunki do regimentu i z powrotem:
- Oczywiście zakładając, że już takiego systemu nie ma, tylko Ty o nim nic nie wiesz durniu! - przywalił sobie w myślach jednocześnie spoglądając na niesiony przez jednego z Hochlandczyków róg myśliwski.
Jego połajankę przerwało dotarcie do spalonego zajazdu, jak przez mgłę przypominało mu się że kiedyś tu był z rodziną gdy zmierzali do stolicy zawieść jego siostrę na nauki do świątyni Panii Miłosierdzia ale nie pamiętał o tym miejscu absolutnie nic więcej po za tym, że się tu na chwilę zatrzymali.Atakujący ich nozdrza zapach nie pozostawiał złudzeń co do tego, że czeka ich kolejna scena masakry, Stefan słysząc rozkazy Kolesnikowa skinął tylko głową na potwierdzenie i ruszył ze swoimi ludźmi orazpsami naprzód we wskazane miejsce, zostawiając na ziemi plecak i biorąc ze sobą tylko włócznie, tarczę i nóż.
To co zastali było dokładnie tym czego się obawiał, widział już wiele takich masakr w życiu ale i tak w pewnym momencie o mało nie zwymiotował. Pomogła mu recytowana w myślach modlitwa i dająca odrobinę otuchy świadomość że tutaj ludzie przynajmniej w większości zginęli w walce a nie torturowani, no i przynajmniej udało im się zadać bydlętom całkiem przyzwoite straty.
Miał już zamiar iść do stodoły w której widział znikającego elfa gdy jego uwagę przykuł jeden ze śladów, był inny niż pozostałe, chyba świeższy?
Spojrzał na stojącego nieopodal Tobiasa i gdy ten zwrócił na niego swój wzrok wskazał włócznią ślady na ziemi i kierunek w którym z grubsza wydawały się biec.- Chyba coś mamy - powiedział cicho do swoich towarzyszy po czym zaczął powoli iść za tropem biegnącym za spalony zajazd.
Zachęcił Azura żeby ten spróbował podjąć trop i ten wydawał się iść za czymś zapachem. Po chwili ujrzał jak sądził ziemiankę i miał właśnie wydać swoim ludziom rozkazy żeby ją otoczyć i przeszukać gdy nagle za plecami usłyszał nawoływanie elfa o odnalezieniu rannego krasnoluda.
Błyskawicznie podjął decyzje i ruszył w stronę stodoły mówiąc do swoich ludzi: - Idę pomóc temu rannemu w stodole, słuchajcie się Tobiasa póki nie wrócę, Albrechcie proszę pobiegnij po moje rzeczy i przynieś do mnie.
Po tym ruszył biegiem do stodoły dochodząc tam w porę żeby słyszeć słowa Duivela na temat tego co zrobić z rannym i tropem. - Już jestem Duivelu, pokażcie mi tego rannego - Stefan podszedł do krasnoluda i zaczął ostrożnie badać potężną ranę głowy.
- Rzeczywiście mamy na zewnątrz dobry trop i doprowadził nas do jakiejś ziemianki za stodołą. Nie miałem czasu jej sprawdzić bo przybiegłem tutaj
Stefan jednocześnie mówił do obecnych i oglądał krasnoluda który nie rokował dobrze, ledwo dychał a rana była tak rozległa, że Stefan dawał sobie może dziesięć procent szans na to żeby prawidłowo przeprowadzić leczenie jakiego ten potrzebuje żeby przeżyć następną godzinę… .
W międzyczasie Albrycht przyniósł mu jego plecak i bez słowa podał mu jego torbę z medykamentami, za którą Stefan podziękował mu cicho.
- Prędzej go wykończę w cierpieniach niż mu pomogę w tych warunkach, chyba, że… - Otlandczyk spojrzał na małą fiolkę w swoim zestawie medykamentów. Trzymał tą miksturę jako swoją ostatnią deskę ratunku, poprzednie uratowały go w obliczu niemal pewnej zguby i wiedział, że zdobycie nowych będzie prawdziwym cudem, ale po zobaczeniu dzisiaj tak wielu okrucieństw nie mógł pozwolić na śmierć kolejnej osoby, nawet nieznajomego krasnoluda, wiedząc że miał możliwość pomóc
Chwycił fiolkę mówiąc do Wiesela: - Przytrzymaj mu głowę i rozchyl usta, nie możemy uronić ani kropli.
Mechanika
Stefan podaje Krasnoludowi swoją ostatnią miksturę leczącą:
rzut na k6 leczenia:
https://orokos.com/roll/1075349 wynik 5 - Powinienem był zająć się wczoraj założeniem pułapek wokół obozu - wyrzucił sobie po raz kolejny w myślach tego dnia, po czym wstał z kolan i po skinięciu na towarzyszy ruszył do zbierających się zwiadowców.
-
Pomysł Stefana wydawał się Tobiasowi dobry, wiec zimna odmowa Petry i widok speszonego towarzysza dotknęła łucznika. Po wydaniu przez szefową rozkazów wymarszu, Tobias podszedł do Stefana i poklepując go po plecach powiedział - 'Panie szefowe nie po raz pierwszy wydają się mieć wątpliwe zrozumienie sytuacji Stefan. Nic na to nie poradzimy, ale wiedz że masz moje poparcie w tej kwestii.' Uśmiechnął się przy tym po czym ruszył zabrać swoje rzeczy spod wozu. Po raz kolejny zwiadowcy szli ku nieznanemu, wróg mógł się czaić wszędzie a ślady jego przejścia nie można było przegapić...
Najgorsze przeczucia Tobiasa niedługo się sprawdziły, kiedy jemu i jemu kompanom na tyłach pochodu dano znak będący ostrzeżeniem i informacją o poległych na drodze. Minęli wozy w milczeniu choć kilku z nich pokręciło ze smutkiem głową, że muszą zostawić ciała tam gdzie leżały. Wszyscy natomiast zwiększyli czujność i wsłuchiwali się w las i wypatrywali najdrobniejszego ruchu w kniei.
Ale dopiero widok 'Leśnego Dzbana' sprawił, że krew zaczęła naprawdę szybciej krążyć w żyłach łowcy i zapewne w żyłach reszty drużyny.
'Drogo kazali zapłacić za Swoje żywota,' - Tobias powiedział cicho. 'Bogowie ich widzieli'
Oprócz śladów walki Tobias dostrzegł świeższe ślady - kogoś kto był tu już po masakrze. Łucznik podążył za tropem prawie na sam skraj lasu kiedy usłyszał wołanie Duivela do Stefana. Najwyraźniej jeden z gości gospody - krasnolud - jeszcze dychał. Kiedy zebrali się nad jego zmasakrowanym ciałem i choć Tobias zawierzał już duszę Khazalida jego własnym bogom, jego towarzysze mieli nadzieje że to nie jest czas krasnoluda na spotkanie z przodkami... -
Pomysł Stefana wydawał się Tobiasowi dobry, wiec zimna odmowa Petry i widok speszonego towarzysza dotknęła łucznika. Po wydaniu przez szefową rozkazów wymarszu, Tobias podszedł do Stefana i poklepując go po plecach powiedział - 'Panie szefowe nie po raz pierwszy wydają się mieć wątpliwe zrozumienie sytuacji Stefan. Nic na to nie poradzimy, ale wiedz że masz moje poparcie w tej kwestii.' Uśmiechnął się przy tym po czym ruszył zabrać swoje rzeczy spod wozu. Po raz kolejny zwiadowcy szli ku nieznanemu, wróg mógł się czaić wszędzie a ślady jego przejścia nie można było przegapić...
Najgorsze przeczucia Tobiasa niedługo się sprawdziły, kiedy jemu i jemu kompanom na tyłach pochodu dano znak będący ostrzeżeniem i informacją o poległych na drodze. Minęli wozy w milczeniu choć kilku z nich pokręciło ze smutkiem głową, że muszą zostawić ciała tam gdzie leżały. Wszyscy natomiast zwiększyli czujność i wsłuchiwali się w las i wypatrywali najdrobniejszego ruchu w kniei.
Ale dopiero widok 'Leśnego Dzbana' sprawił, że krew zaczęła naprawdę szybciej krążyć w żyłach łowcy i zapewne w żyłach reszty drużyny.
'Drogo kazali zapłacić za Swoje żywota,' - Tobias powiedział cicho. 'Bogowie ich widzieli'
Oprócz śladów walki Tobias dostrzegł świeższe ślady - kogoś kto był tu już po masakrze. Łucznik podążył za tropem prawie na sam skraj lasu kiedy usłyszał wołanie Duivela do Stefana. Najwyraźniej jeden z gości gospody - krasnolud - jeszcze dychał. Kiedy zebrali się nad jego zmasakrowanym ciałem i choć Tobias zawierzał już duszę Khazalida jego własnym bogom, jego towarzysze mieli nadzieje że to nie jest czas krasnoluda na spotkanie z przodkami...Tura 46 - 2521.05.05; fst; przedpołudnie
Miejsce: pd-zach Ostland; Las Cieni; okolice Wendorf; droga i zajazd “Leśny dzban”
Czas: 2521.05.05; Festag; przedpołudnie
Warunki: - ; na zewnątrz: dzień, zachmurzenie, d.sil.wiatr; chłodno (0)Zwiadowcy Kolesnikowa
- Południe się zbliża. - Kolesnikow zadarł swoją rozczochraną, czarną głowę do gory. Ponad gałęziami, widać było pochmurne niebo. Chmury sunęły szybko w rytm wiatru jaki tak by przeszkadzał łucznikom. To dawało szansę, że pogoda się zmieni. Jednak faktycznie dało się wyczuć, że zbliża się połowa dnia. - A my nawet nie doszliśmy do bram Wendorf. - Hochladnczyk splunął na ziemię. Zaczął dłubać sosnową igłą między swoimi pożółkłymi zębami. - Ile stąd do miasta? - W końcu zapytał Thiemo. Ten wzruszył ramionami i popatrzył na drogę jaka prowadziła do jego rodzinnego miasta.
- Już blisko. Bedzie ze dwa, może trzy pacierze. - Odparł bez wahania. Ale jako tubylec, pewnie znał tą okolice najlepiej z nich wszystkich.
- Jak tak dalej pójdzie to regiment nas tu zastanie zanim dojdziemy do miasta. - Sarknął herszt myśliwych. Widać było, że niezbyt przypadło mu do gustu porządkowanie napuchniętych trupów zarżniętych rodzin przy wozach. Jednak ostatecznie uległ prośbie Stefana. Za to kompletnie nie zgodził się na pomysł spychania wozów na pobocze drogi. Wymownie spojrzał na oba pojazdy. W tym jeden, leżący na burcie. Na zabite konie, wciąż przymocowane do dyszli. Teraz były tylko padliną, jaką też trzeba by zepchnąć z drogi. W końcu spojrzał jeszcze raz na swojego imiennika i ten już wiedział, że herszt nie zamierza się z tym babrać.
Teraz zaś Kolesnikow czekał na to co wyniknie z leczenia blondwłosego krasnoluda jakiego znaleźli w stodole. I nie był tak całkiem martwy, jak się na pierwszy rzut oka wydawało. A w końcu to właśnie Kolesnikow by świecił oczami przed szefowymi, jeśli by nie wypełnili zadania jakie im przydzieliły. A trudno było nie zauważyć, że sporo zwaliło się na głowę w tym spalonym zajeździe i postój zaczynał się wydłużać. Zaczęło się od znalezienia prawie martwego krasnoluda jakiego Stefan teraz próbował połatać. Potem tej dwójki z ziemianki do jakiej Stefana i Tobiasa zaprowadziły tropy na pobojowisku.Tam, nieco poza obszarem zajazdu, nieco w lesie, była ziemianka. Z wierzchu wyglądała jak porośnięty trawą pagórek i tylko schodki prowadzące w głąb, do zamkniętych drzwi. Ze środka Tobias nic niezwykłego nie usłyszał. A jak zapukał to nie było żadnej reakcji. W końcu więc razem z Wieslerami, musieli wyważyć drzwi. Ledwo się otwarły to ktoś z tej ciemości wypadł na niego, że aż się zachwiał i cofnął o krok. Dopiero w świetle dnia, zobaczył kogo niechcący złapał.

link: https://i.imgur.com/0dh5q1d.jpeg
- Ludzie?! - Rudowłosa dziewczyna wydawała się być tak samo zaskoczona jak on i stojący na górze pomocnicy Stefana. - Oh ludzie! A ja już się bałam, że to znów te pokraki! - Po tym pierwszym zaskoczeniu, objęła mocno Tobiasa i pocałowała go w policzek. I w ogóle cieszyła się, jakby wygrała los na loterii życia. Miała na imię Melinda i była tu kelnerką. Miała to szczęście, że w momencie ataku poszła do tej ziemianki przynieść wina. Tam się schowała podczas walk i bała się wychodzić później. Rzeczywiście dzisiaj rano odważyła się wyjść ale jak zobaczyła co zostało z zajazdu to uznała, że znów się schowa póki nie spotka kogoś kto ją uratuje. A właściwie ich. Bo w tej ziemiance nie była sama.

link: https://i.imgur.com/9JqfSWU.jpeg
Druga postać była diametralnie inna od rudowłosej kelnerki. Mężczyzna był całkiem dobrze ubrany a gruby łańcuch na szyi obwieszczał wszystkim, że jest ostlandzkim urzędnikiem. I to takim jaki wzbudzał powszechną niechęć. Poborcą podatkowym. Melinda cicho wyznała, że to właśnie on rano “nakłonił ją” aby wyszła sprawdzić czy kogoś na powierzchni nie ma. A gdy Tobias wyłamał drzwi, to właśnie on cisnął ją w jego ramiona bo też myślał, że to znów jacyś zwierzoludzie. Jednak w świetle dnia, gdy tylko ujrzał, że otaczają go ludzie i to żadni urzędnicy ani szlachcie, od razu buta wróciła mu na twarz.
- Kto tu jest waszym przywódcą? - Powiódł dumnie po zebranych i szybko spotkał się z Kolesnikowem. Hochlandzki banita, zbyt dumnie nie wyglądał więc nie zrobił na poborcy zbyt dobrego wrażenia.
- Jestem Jorge Schwarz. Jestem bardzo ważnym urzędnikiem tej prowincji i żądam odeskortowania mnie w bezpieczne miejsce. - Rzucił w twarz hersztowi bandy leśnych zbirów.
- Bogowie nie są nam zbyt łaskawi. Wczoraj łowca czarownic, dziś złodziej biedaków. - Beth sarknęła z irytacją i splunęła z pogardą. Wśród Hochlandczyków rozległ się złowróżbny pomruk.
- Pamiętacie jak kiedyś dorwaliśmy takiego jednego u nas? Jak już był w błocie to nie był taki butny. Zróbmy z tym to samo! - Inny z myśliwych przypomniał pozostałym coś co ich rozbawiło. Zarechotali złośliwie. A urzędnik powiódł po nich zaniepokojonym spojrzeniem.
- Gdzie masz geldy? - Inny zapytał go prosto w twarz.
- To własność elektora. Za to grożą surowe kary. - Schwarz starał się zachowywać dumnie ale chyba zorientował się, że nie trafił na szlachtę czy rycerzy. I jest wśród nich sam.
- Gadaj gdzie masz geldy. Bo się okaże, że te leśne pokraki zaszlachtowały o jedną osobę więcej. - Usłyszał w odpowiedzi od ponurych, zarośniętych twarzy leśnych rozbójników. Zrobiło się cicho. I nie wiadomo jakby się potoczyła dalej sytuacja gdyby leczony przez Stefana krasnolud nagle nie odżył. Kaszlał tak chrapliwie i głośno, że zwróciło to uwagę wszystkich co byli w stodole.
link: https://i.imgur.com/nvdCY51.jpeg
- Ah! Gazul mnie nie przyjął! Rzekł mi, że mam jeszcze tutaj ważne zadanie! Bo ja Kadrin Złoty Ogień, mam jeszcze wiele do zrobienia dla mojego klanu, przodków i bogów! Duivel skojarzył, że khazad mówi o ich bogu śmierci. - Złotowłosy krasnolud rzekł to dziarskim tonem. Nawet udało mu się wstać. Choć z pomocą paru ludzkich dłoni. Oczywiście był niższy od nich. Jednak masywna, nabita mięśniami sylwetka, budziła respekt. Przez chwilę całkiem zdominował uwagę otoczenia.
- Ha! To ty mnie postawiłeś na nogi człeczyno? - Zwrócił się do Stefana. Ten wiedział, że właściwie to tak. Chociaż raczej zadziałała mikstura lecznicza jaką wlał mu w usta niż opatrunki jakie założył mu później. Tego khazad jednak nie wiedział tylko walnął go w ramię w geście podziękowania. - Jak się zwiesz człeczyno? Muszę wiedzieć jak się nazywają ręce Gazula tym razem. - Zapytał go swoim dudniącym głosem. Chociaż krasnolud jeszcze się chwiał i widać było, że jego stan jest poważny. Wielu zwiadowców podchodziło bliżej aby zobaczyć to wszystko. W pewnym momencie Kadrin dostrzegł wśród nich elfa. Uśmiech od razu zszedł mu z twarzy i posłał staroświatowcowi uważne spojrzenie.
- No tak. Ten świat niestety nie jest doskonały. Ale nadal musimy w nim żyć. - Rzekł po chwili zastanowienia. Po kolejnej miał też okazję rozejrzeć się na pobojowisku. Dojrzał usiekane ciała przy których do tej pory leżał.
- Ah. Towarzysze mojej ostatniej walki. - Pokiwał głową gdy przyglądał im się po kolei. - Stella kowal. To ona wpadła na pomysł aby zdobyć konie i spróbować ujść tym leśnym patałachom. Ale przybiegli tutaj za nami. Dzielnie z nami stawała i swym młotem rozłupała niejeden rogaty czerep. Goswin Szybki. Zwykły bandzior ale nie dał sobie w kaszę dmuchać. Siłowaliśmy się na rękę. Twardy był. Pierwszy wyłamał drzwi na podwórze jak uciekaliśmy z knajpy. Chciał hycnąć w las ale nie zdążył. W końcu stanął razem z nami. I Urban von Ulf. Zacny rycerz z Middenheim co od lat walczył z wszelkim plugastwem dla sławny własnej a pożytku nas wszystkich. Wspaniały towarzysz do walki i biesiady. - Okazało się, że krasnolud chociaż pobieżnie zna tych co nie przetrwali ich ostatniej, wspólnej walki. Widać było, że ich los zasmucił go po patrzył w zamyśleniu na te posiekane i spuchnięte trupy po jakich teraz łaziły muchy.
- A gdzie mój młot? - Gdy westchnął i zaczął rozglądać się dookoła, to zorientował się, że nigdzie nie widać jego głównej broni. Zresztą sztyletu także. U pasa została mu tylko pusta, ozdobna pochwa. Tak samo zresztą jak po mieczu Herr von Ulfa. Krasnolud wciąż wyglądał na mocno poranionego. Zwłaszcza świeżo założone przez Stefana opatrunki, to podkreślały.- Nie możemy dłużej zwklekać. Musimy iść do miasta. Oni mogą tu zostać i poczekać na resztę regimentu. - Kolesnikow podrapał się, po zarośniętym policzku. A otaczały go osoby z jakich każda chciała przekonać go do swoich racji.
- Jako urzędnik tej prowincji, żądam eskorty. I proszę zapanować nad swoimi ludźmi. To jakaś bandycka swołocz. - Jorge Schwarz, roztropnie starał się trzymać blisko herszta wyczuwając, że jak ktoś miałby tu zapewnić mu bezpieczeństwo, to właśnie on. Złowróżbne śmiechy łuczników świadczyły, że jego ocena jest trafna i wcale nie uważają tego za obelgę.
- Pozbądźmy się tej pijawki. O gdzieś tu musi mieć geldy jakie zabrał takim jak my. I tak będzie to na zwierzoludzi. - Namawiali go inni Hochlandczycy, wyczuwając w tłustym urzędniku okazję do zarobku. Poza tym jego arogancja i bogate ubranie działało im na nerwy.
- Ten krasnolud słaby jest. Będzie nas spowalniał jeśli go zabierzemy. - Inny zwrócił uwagę na kiepski stan Kadrina. Nawet bez ran, miałby kłopot nadążania za maszerującymi ludźmi. Bo chociaż rasa krasnoludów była znana z wielu zalet to ich krótkie nogi, nie pozwalały im na szybkie przemieszczanie. A obecnie krasnolud był poważnie osłabiony ranami.
- Ja słyszałam rano jakieś dzikie wrzaski z lasu. Niedaleko. Jakby ktoś walczył. Dlatego uciekłam do ziemianki. - Melinda machnęła dłonią w ścianę ponurego lasu. Herszt spojrzał w tamtą stronę. Wygladała tak samo nijako jak każdy inny kierunek. Po czym zadarł głowę do góry, jakby sprawdzał pogodę. I czas jaki im został do zachodu słońca. Na razie nieubłaganie zbliżało się południe.
- Może niech tu zostaną i poczekają na resztę regimentu? - Rzucił inny Hochlandczyk, wskazując na dwójkę z ziemianki i ciężko rannego krasnoluda.
- Jak tu kopytni wrócą zanim dotrze reszta regimentu, to słabo ich widzę. - Odparł inny. Rzeczywiście z głębi lasu, co jakiś czas było słychać rogi myśliwskie. Ktoś tam się zbierał i nawoływał.
- Do kroćset! Gdzie mój młot?! - Kardin coraz bardziej się denerwował, że nigdzie w stodole nie widać jego głównej broni. A było bardzo realne, że zwierzoludzie ją zabrali, tak samo jak miecz von Ulfa. Ale na razie nikt nie odważył się powiedzieć tego krasnoludowi. Choć dziwne byłoby gdyby ten też się tego nie domyślał. Lider zwiadowców miał minę, jakby zbyt wiele, w zbyt krótkim czasie, zwaliło mu się na głowę. Obawiał się zmitrężyć tu zbyt wiele czasu ale do końca nie było pewne kiedy reszta regimentu wyruszy i dotrze tutaj.
Mechanika 46
Stefan leczy Kardina (INT + Leczenie)
s.poważny -20rzut: https://orokos.com/roll/1075387 85; 50-20=30; 30-85=-55 > du.por > leczy 0 HP (5+0=5/18 HP)
-
Gdy krasnolud wygłosił swoją kwestię o niedoskonałości świata, Duivel spojrzał na niego przez chwilę z tym swoim chłodnym, elfim wzrokiem.
– Wiesz, mogłem nie wołać innych – powiedział spokojnie – mogłem dać ci spokojnie dobić się do tego twojego Gazula i mieć o jedną komplikację mniej – na chwilę urwał - ale masz rację. Świat jest niedoskonały. I lepiej żebyś był w nim ty, ranny i wkurwiony, niż kolejny pomiot Chaosu paradujący z twoją brodą na patyku. Więc tutaj jesteśmy...
Gdy krasnolud zaczął szukać młota, Duivel nie owijał w bawełnę.
– Zabrali go. Tak samo jak miecz von Ulfa. Zwierzoludzie lubią trofea, szczególnie po dobrze walczących – powiedział to bez złośliwości, raczej jak stwierdzenie faktu – Żeby odzyskać musiałbyś pójść po nich w las z gołymi rękami. Może kiedyś. Nie teraz, nie tutaj. My mamy gdzie iść, a Ty wciąż jesteś w poważnym stanie.
Gdy tam skończyli i wszyscy już znaleźli się w jednym miejscu, a Kolesnikov stwierdził, że nie ma na co czekać, wtedy elf po raz pierwszy zobaczył rudowłosą kobietę oraz jakiegoś szorstkiego jegomościa, ubranego zupełnie inaczej niż inni polegli czy ich oddział. Facet coś mówił o eskorcie i Jurgen w tym czasie króciutko streścił Duivelowi, że to poborca, że wypchnął kobietę z lepianki, że się rządzi i na pewno ma geldy, które 'my' ponoć chcemy... Po całej tej wymianie zdań Duivel wyszedł przed szereg, mając na uwadze własne przekonania co do misji, szczególnie biorąc pod uwagę szacunek jaki w jego oczach zyskała Petra po ostatniej nocnej potyczce. Jorge Schwarz zdążył kolejny już raz wyprostować kręgosłup i wyprostować łańcuch na piersi. Duivel patrzył na niego z wyraźnym niesmakiem. Gdy padły słowa krasnoluda o broni, elf odchrząknął lekko.
– Słuchajcie wszyscy – Powiedział głosem wystarczająco spokojnym, żeby wszyscy zwrócili głowę – Jesteśmy zwiadowcami regimentu Górskiej Marchii marggrafa Walthera von Falkenhorsta. Nasza misja nadana przez Petrę von Falkenhorst to dotrzeć do Wendorf i rozpoznać sytuację. Za nami idzie reszta regimentu – spojrzał na Schwarza – poborco, eskorty nie mamy, chyba, że do Wendorf idziesz z nami. Czasu nie mamy też na szukanie Twych geldów. Za to w tym nieszczęściu, los okazał się dla was łaskawy, żyjecie, a za dzwon czy dwa dotrą tu nasi. Oprócz wojaków, mamy wśród siebie kilku rycerzy, jest też kilka krasnoludów, mamy maga, łowcę czarownic, nawet elfki, ale przede wszystkim dwójkę sprawnych dowódczyń... na pewno Was nie porzucą na pastwę losu – przeniósł wzrok na Melindę – Jeśli Pani Melindo umiesz gotować, opatrywać rany albo coś innego pożytecznego, to odnajdziesz się w regimencie jak ryba w wodzie. Kadrin też będzie miał tam towarzystwo swoich. Podejrzewam, że jakaś broń się dla Ciebie znajdzie, jakiś opatrunek i będziesz wtedy bliżej odbicia swojej broni. Radzę Wam zostać w tej ziemiance i poczekać na resztę.
Odwrócił się teraz do Hochlandczyków. Kilku miało już błysk w oku jakiego Duivel dobrze się nauczył rozpoznawać wśród chciwych ludzi uzależnionych od chwilowych skoków adrenaliny.
– Panowie – Powiedział cicho, ale wyraźnie – Nie bądźcie jak on. Mamy budować sławę Górskiej Marchii, jesteśmy za to płaceni. Za okradzenie nawet najgłupszego poborcy nikt nam geldów nie dorzuci, a my chwały szefowym nie przyniesiemy – dał chwilę aby to dotarło do nich, po czym dalej przemawiał – A wróg gdzieś tam w lesie być może nas obserwuje. Być może to oni dmą w róg, bo nie myślę, że to oddział z Wendorf albo Siege Stern – tutaj sam się zaciął, jakby pomyślał o tym, czemu sami od tego nie zaczęli. Przecież to oczywiste, że trzeba przepytać ocalałych, a nie tracić czas na moralizowanie zepsutych ludzi. Znów spojrzał na trójkę ocalałych po kolei.
– Zanim pójdziemy mam do was pytanie – Ton miał inny niż przed chwilą. Rzeczowy. – Wendorf. Co wiecie o sytuacji w mieście. Słyszeliście coś o buncie? Coś o regimencie Siege Stern? Pani Melindo, może słyszała Pani coś z ostatnich dni od klientów? - Przeniósł wzrok na poborce. – Ty idziesz z tamtego kierunku? Co tam się dzieje? – Na koniec spojrzał na krasnoluda. – A ty, Kadrinie Złoty Ogniu, słyszałeś jakieś nowości o tym regimencie i sytuacji w Wendorf? Cokolwiek.
Gdy wszyscy już skończyli przedstawiać informacje, a także opinie o dalszych działaniach do Kolesnikova, elf postara się wziąć dowódcę na bok i powie mu na osobności, lub na tyle cicho by nikt nie słyszał
– Trzeba iść dalej. Tamci troje niech czekają tu na regiment. - Zmierzył wzrokiem drogę prowadzącą ku miastu. – I pomyśl też czy to już czas by wysłać kogoś z powrotem do szefowych z meldunkiem o tym co tu znaleźliśmy. Nie mamy konia, a ja wiem kto w tym oddziale biega najszybciej, ale to Twoja decyzja, szefie. – na koniec zdobył się nawet na lekkie skinięcie wobec Stefana. Był to w końcu jego szef obecnie. -
Nie tego oczekiwał Tobias kiedy wyłamał drzwiczki ziemianki. Nie grasujący kozi wróg a młoda i całkiem ładna dziewczyna wyskoczyła ze środka całując Tobiasa w policzek, miło go tym zaskakując. Szczerze się łucznik zaśmiał, sam już nie wiedząc od jakiego już czasu. Chwila trwała zdecydowanie za krótko, gdyż popsuło ją pojawienie się drugiej osoby która siedziała w ziemiance. Był to obrzydliwy w wyglądzie i słowie przedstawiciel jednej z najbardziej znienawidzonych profesji w całym Starym Świecie. Od razu zaczął się szarogęsić ale szybko chłopaki go do pionu sprowadzili. W końcu nikt nie żałowałby gdyby poborcy podatków stała się mniejsza bądź większa krzywda. Prawie doszło do linczy ale głośne pohukiwania żywego (!) krasnoluda poniosły się po okolicy. Na wszystkich Bogów - on żyje - pomyślał Tobias będą naprawdę pod wielkim wrażeniem woli życia jaką miał w Sobie przedstawiciel starszej rasy. A jego historię próby obrony zajazdu wszyscy słuchali z zaciekawieniem, może poza poborcą który - jak zauważył Tobias - zerkał co rusz w stronę spalonego zajazdu. Łucznik wykorzystał chwilę, kiedy reszta naradzała się czy zabrać ze sobą całą trójkę, by powęszyć za tropem grubasa. Ten doprowadził go do jednego, nie całkiem spalonego magazynku który był przypalony trochę wokół zamka. Wystarczająco, by łucznik szarpiąc zań, wyrwał go i otworzył magazynek na oścież. Zobaczył w środku kuferek na geldy, kiedy usłyszał dyszącą postać kuśtykającą w jego kierunku, zapach powiedział mu z kim ma do czynienia. - To, to moje! nie masz prawa tego dotykać. Zgłoszę to! Powieszą Ciebie za to! - Twoje? Zapytał spokojnie Tobias - a nie przypadkiem Elektora panującego na tych ziemiach? Jeżeli jest to podatek, to zapewne masz na to jakiś papier. - Tobias zauważył wchodzących do środka kilku jego kompanów którzy usłyszeli zdenerwowanego poborcę. - Jeżeli nie masz papierów, równie dobrze mogą to być pieniądze pochodzące z kradzieży, a wiemy chłopacy jak traktuje się szabrowników podczas wojny, hę?. Żołnierze zaśmiali się szyderczo a grubas zbladł...
-
Rozmowa z Tobiasem w obozie:
Stefan uśmiechnął się ciepło do kolegi
Dziękuję Tobiasie, na niektóre rzeczy nie mamy wpływu, taki los - ostlandczyk spojrzał jeszcze raz w kierunku wozu oficerów:
Sami już musimy tak działać żebyśmy z tego głowy unieśli i towarzyszy nie zawiedli.Akcja w riunach zajazdu
Stefan z fascynacją patrzył na z początku powolne a z czasem coraz wyrażniejsze i szybsze efekty działania leczniczej mikstury, okrutna rana na głowie krasnoluda zaczęła się…”cerować”.
Nowe zdrowe ciało pojawiało się w miejscu zmasakrowanej tkanki .
Z jednej strony był to wspaniały widok, alternatywą dla leczonego była śmierć bądź trwałe kalectwo. Jednocześnie już po chwili patrzenia, zaczęło robić mu się niedobrze od tego widoku. Instynktownie czuł, że to co widzi po prostu nie powinno mieć miejsca.
Odwrócił po chwili wzrok i zaczął zakładać na ranę opatrunek, nie miał złudzeń, że mikstura zaleczy ranę krasnoluda w pełni. Nawet przy jak najlepszym działaniu cudownego środka mężczyzna będzie potrzebował jeszcze spokojnie z tygodnia albo i dwóch opieki i wcale nie jest powiedziane, że wyzdrowieje w pełni.- Pani Miłosierdzia pomóż mi ukoić to cierpienie i zachować to życie- wyszeptał do siebie przy pracy klęcząc przy rannym.
W pewnej chwili zauważył, że na powrót jest z nimi Olaf więc odezwał się do niego:
-Sprawdziliście ten trop z Tobiasem?
Młody myśliwy przyklęknął przy nim i krótko się odezwał: - Tak, znaleźliśmy dwie osoby, kelnerkę z zajazdu i cholernego poborcę podatkowego - Wiesel aż splunął na ziemię kiedy wspomniał o mytniku,co zaciekawiło Stefana na tyle, że oderwał wzrok od opatrywanego i podniósł pytająco brew.
- Schowali się tam w trakcie ataku i ich nie znaleźli. Ten tchórz wysyłał dziewczynę na zewnątrz żeby sprawdzała czy jest bezpiecznie a jak wyłamaliśmy drzwi to wypchnął ją przez drzwi sądząc, że to pomioty. A no i jeszcze teraz żąda dla Siebie eskorty!
-Ale gnida! - zdążył pomyśleć Stefan gdy spoza stodoły zaczęły dolatywać do niego odgłosy kłótni, nie słyszał wszystkiego, ale wcześniejsze słowa kolegi o mytniku i usłyszane “Gdzie masz geldy” dały mu sporą podpowiedź na temat tego co tam się dzieje. W końcu nie od dzisiaj znał (i w dużej mierze podzielał) powszechną nienawiść do poborców podatkowych.
-To się źle skończy- pomyślał, doskonale wiedząc, że okradzenie poborcy równało się zabiciu poborcy, nikt mający choć gram intelektu w bandyckiej głowie nie zostawi przy życiu świadka takich poczynań. Jeszcze to pierwsze może by przeżył jeśli ten jest takim podłym draniem, ale drugie było dla niego nie do zaakceptowania, bo oznaczało zabicie nie tylko poborcy ale i bogom ducha winnej dziewczyny, a nawet i krasnoluda dla pewności, że nikt nic nie powie o sprawie. Na coś takiego nigdy by nie poszedł.
Wszystko to odwróciło jego uwagę od krasnoluda leżącego przed nim na ziemi, dlatego gdy ten nagle wziął głęboki oddech, zakaszlał i zaczął mu się zrywać z ziemi, kompletnie zaskoczony tym ostlandczyk aż klapnął tyłkiem na ziemię i przez moment patrzył na krasnoluda z niedowierzaniem po czym skoczył żeby delikatnie ale stanowczo go przytrzymać na ziemi, co okazało się daremnym wysiłkiem, bo z pomocą innych zwabionych do nich tymi odgłosami do stodoły, ten wstał z pozycji siedzącej i zaczął dreptać po całej stodole. - Nazywam się Stefan Jeager, Panie Kadrin i mówiąc szczerze to jestem całkiem niezłym medykiem, ale uczciwość nakazuje powiedzieć, że bardziej pomogła Ci Panie ta fiolka
”płynnego złota” niż moje umiejętności - zaczął tłumaczyć krasnoludowi sytuację, jednocześnie rzucając mu pustą fiolkę magicznej mikstury do złapania.
Wtedy ten zmarkotniał widząc elfa, Stefan miał właśnie zacząć załagadzać sytuacje gdy i sam elf włączył się do dyskusji.
-Jeszcze mi tu tylko brakuje żeby się zaczęli okładać ze względu na przedwieczne animozje!?- pomyślał, więc dodał całkiem zgodnie z prawdą: - Panie Kadrin, to właśnie nasz elfi kompan zauważył żeś Pan wcale nie trup tylko żywy i wezwał mnie do pomocy, z resztą sam zaczął Cię, panie opatrywać z troską zanim przybyłem. Z resztą, najlepiej swoją wdzięczność za pomoc mości krasnoludzie okażesz nam spokojnie siedząc i odpoczywając, jest już lepiej z raną ale nadal jesteś Panie Kadrin poważnie ranny!
Stefan z uwagą słuchał opowieści krasnoluda o walce i poległych towarzyszach oraz zaginionym orężu, mimo tego, że podobnie jak elf nie miał raczej złudzeń, że broń zabrali zwierzoludzie zdecydował się wykorzystać poszukiwania jej jako pretekst do rozładowania choć trochę sytuacji z mytnikiem. - Olafie proszę Cię bardzo o pokazanie kierunku w którym dziewczyna pokazywała, że coś słyszała w lesie. Poszukamy też śladów pomiotów biegnących ze stodoły, może uda się podjąć trop, a Pan niech siedzi i trochę odpocznie Panie Kadrin, na tą chwilę do walki mogę panu zaoferować albo którąś z tutaj porzuconych broni albo swój toporek - Stefan pokazał ręką na małą kupkę oręża którą skończył kompletować ojciec Olafa, po tym gdy skończył zdejmować ze ściany ciało nieszcześnika przybitego do niej włóczniami.
Po załatwieniu tej kwestii Stefan wyszedł do reszty, słuchał Duivela przekonywującego resztę do odpuszczenia sobie poborcy i potakiwał wspierająco choć z innych motywacji niż elf, gdy ten zabrał się do przepytywania ocalałych Stefan podjął zaraz po nim wątek i podchodząc do Beth zaczął mówić:
-Dobra koniec tego gadania! Idziecie ze mną! - pokazał ją i trzech najbliższych niej myśliwych - rozejrzymy się po okolicy w poszukiwaniu tego młota dla krasnoluda - mówiąc ostatnie słowa ustawił się plecami do poborcy żeby ten nie widział jego twarzy. Jednocześnie mrugnął porozumiewawczo do Beth mając nadzieje, że ta zrozumie że nie idą szukać tylko młota.
Nie czekając na ich reakcję zwrócił się do swojego imiennika:- Panie sierżancie jak wy jesteście tutaj zajęci wypytywaniem, to ja z Beth i moimi ludźmi rozejrzymy się po okolicy, słyszałem że nasza piękna ocalała słyszała odgłosy jakiejś potyczki to też sprawdzimy czy coś nam nie zagrażą z tamtego kierunku, długo nam nie zejdzie - puścił do herszta oko licząc na to że ten też zrozumie że chce odciągnąć część ludzi do jakiejś pożytecznej roboty z dala od poborcy podatkowego.
- Pani Miłosierdzia pomóż mi ukoić to cierpienie i zachować to życie- wyszeptał do siebie przy pracy klęcząc przy rannym.
-
Rozmowa z Tobiasem w obozie:
Stefan uśmiechnął się ciepło do kolegi
Dziękuję Tobiasie, na niektóre rzeczy nie mamy wpływu, taki los - ostlandczyk spojrzał jeszcze raz w kierunku wozu oficerów:
Sami już musimy tak działać żebyśmy z tego głowy unieśli i towarzyszy nie zawiedli.Akcja w riunach zajazdu
Stefan z fascynacją patrzył na z początku powolne a z czasem coraz wyrażniejsze i szybsze efekty działania leczniczej mikstury, okrutna rana na głowie krasnoluda zaczęła się…”cerować”.
Nowe zdrowe ciało pojawiało się w miejscu zmasakrowanej tkanki .
Z jednej strony był to wspaniały widok, alternatywą dla leczonego była śmierć bądź trwałe kalectwo. Jednocześnie już po chwili patrzenia, zaczęło robić mu się niedobrze od tego widoku. Instynktownie czuł, że to co widzi po prostu nie powinno mieć miejsca.
Odwrócił po chwili wzrok i zaczął zakładać na ranę opatrunek, nie miał złudzeń, że mikstura zaleczy ranę krasnoluda w pełni. Nawet przy jak najlepszym działaniu cudownego środka mężczyzna będzie potrzebował jeszcze spokojnie z tygodnia albo i dwóch opieki i wcale nie jest powiedziane, że wyzdrowieje w pełni.- Pani Miłosierdzia pomóż mi ukoić to cierpienie i zachować to życie- wyszeptał do siebie przy pracy klęcząc przy rannym.
W pewnej chwili zauważył, że na powrót jest z nimi Olaf więc odezwał się do niego:
-Sprawdziliście ten trop z Tobiasem?
Młody myśliwy przyklęknął przy nim i krótko się odezwał: - Tak, znaleźliśmy dwie osoby, kelnerkę z zajazdu i cholernego poborcę podatkowego - Wiesel aż splunął na ziemię kiedy wspomniał o mytniku,co zaciekawiło Stefana na tyle, że oderwał wzrok od opatrywanego i podniósł pytająco brew.
- Schowali się tam w trakcie ataku i ich nie znaleźli. Ten tchórz wysyłał dziewczynę na zewnątrz żeby sprawdzała czy jest bezpiecznie a jak wyłamaliśmy drzwi to wypchnął ją przez drzwi sądząc, że to pomioty. A no i jeszcze teraz żąda dla Siebie eskorty!
-Ale gnida! - zdążył pomyśleć Stefan gdy spoza stodoły zaczęły dolatywać do niego odgłosy kłótni, nie słyszał wszystkiego, ale wcześniejsze słowa kolegi o mytniku i usłyszane “Gdzie masz geldy” dały mu sporą podpowiedź na temat tego co tam się dzieje. W końcu nie od dzisiaj znał (i w dużej mierze podzielał) powszechną nienawiść do poborców podatkowych.
-To się źle skończy- pomyślał, doskonale wiedząc, że okradzenie poborcy równało się zabiciu poborcy, nikt mający choć gram intelektu w bandyckiej głowie nie zostawi przy życiu świadka takich poczynań. Jeszcze to pierwsze może by przeżył jeśli ten jest takim podłym draniem, ale drugie było dla niego nie do zaakceptowania, bo oznaczało zabicie nie tylko poborcy ale i bogom ducha winnej dziewczyny, a nawet i krasnoluda dla pewności, że nikt nic nie powie o sprawie. Na coś takiego nigdy by nie poszedł.
Wszystko to odwróciło jego uwagę od krasnoluda leżącego przed nim na ziemi, dlatego gdy ten nagle wziął głęboki oddech, zakaszlał i zaczął mu się zrywać z ziemi, kompletnie zaskoczony tym ostlandczyk aż klapnął tyłkiem na ziemię i przez moment patrzył na krasnoluda z niedowierzaniem po czym skoczył żeby delikatnie ale stanowczo go przytrzymać na ziemi, co okazało się daremnym wysiłkiem, bo z pomocą innych zwabionych do nich tymi odgłosami do stodoły, ten wstał z pozycji siedzącej i zaczął dreptać po całej stodole. - Nazywam się Stefan Jeager, Panie Kadrin i mówiąc szczerze to jestem całkiem niezłym medykiem, ale uczciwość nakazuje powiedzieć, że bardziej pomogła Ci Panie ta fiolka
”płynnego złota” niż moje umiejętności - zaczął tłumaczyć krasnoludowi sytuację, jednocześnie rzucając mu pustą fiolkę magicznej mikstury do złapania.
Wtedy ten zmarkotniał widząc elfa, Stefan miał właśnie zacząć załagadzać sytuacje gdy i sam elf włączył się do dyskusji.
-Jeszcze mi tu tylko brakuje żeby się zaczęli okładać ze względu na przedwieczne animozje!?- pomyślał, więc dodał całkiem zgodnie z prawdą: - Panie Kadrin, to właśnie nasz elfi kompan zauważył żeś Pan wcale nie trup tylko żywy i wezwał mnie do pomocy, z resztą sam zaczął Cię, panie opatrywać z troską zanim przybyłem. Z resztą, najlepiej swoją wdzięczność za pomoc mości krasnoludzie okażesz nam spokojnie siedząc i odpoczywając, jest już lepiej z raną ale nadal jesteś Panie Kadrin poważnie ranny!
Stefan z uwagą słuchał opowieści krasnoluda o walce i poległych towarzyszach oraz zaginionym orężu, mimo tego, że podobnie jak elf nie miał raczej złudzeń, że broń zabrali zwierzoludzie zdecydował się wykorzystać poszukiwania jej jako pretekst do rozładowania choć trochę sytuacji z mytnikiem. - Olafie proszę Cię bardzo o pokazanie kierunku w którym dziewczyna pokazywała, że coś słyszała w lesie. Poszukamy też śladów pomiotów biegnących ze stodoły, może uda się podjąć trop, a Pan niech siedzi i trochę odpocznie Panie Kadrin, na tą chwilę do walki mogę panu zaoferować albo którąś z tutaj porzuconych broni albo swój toporek - Stefan pokazał ręką na małą kupkę oręża którą skończył kompletować ojciec Olafa, po tym gdy skończył zdejmować ze ściany ciało nieszcześnika przybitego do niej włóczniami.
Po załatwieniu tej kwestii Stefan wyszedł do reszty, słuchał Duivela przekonywującego resztę do odpuszczenia sobie poborcy i potakiwał wspierająco choć z innych motywacji niż elf, gdy ten zabrał się do przepytywania ocalałych Stefan podjął zaraz po nim wątek i podchodząc do Beth zaczął mówić:
-Dobra koniec tego gadania! Idziecie ze mną! - pokazał ją i trzech najbliższych niej myśliwych - rozejrzymy się po okolicy w poszukiwaniu tego młota dla krasnoluda - mówiąc ostatnie słowa ustawił się plecami do poborcy żeby ten nie widział jego twarzy. Jednocześnie mrugnął porozumiewawczo do Beth mając nadzieje, że ta zrozumie że nie idą szukać tylko młota.
Nie czekając na ich reakcję zwrócił się do swojego imiennika:- Panie sierżancie jak wy jesteście tutaj zajęci wypytywaniem, to ja z Beth i moimi ludźmi rozejrzymy się po okolicy, słyszałem że nasza piękna ocalała słyszała odgłosy jakiejś potyczki to też sprawdzimy czy coś nam nie zagrażą z tamtego kierunku, długo nam nie zejdzie - puścił do herszta oko licząc na to że ten też zrozumie że chce odciągnąć część ludzi do jakiejś pożytecznej roboty z dala od poborcy podatkowego.
Tura 47 - 2521.05.05; fst; południe
Miejsce: pd-zach Ostland; Las Cieni; okolice Wendorf; zajazd “Leśny dzban”
Czas: 2521.05.05; Festag; południe
Warunki: - ; na zewnątrz: dzień, pogodnie, umi.wiatr; chłodno (0)Zwiadowcy Kolesnikowa
Kolejny pacierz spędzoy w spalonym zajeździe tylko zaognił sytuację. Jorge Schwarz, swoją tłustą sylwetką i bogatym ubraniem tylko jątrzył już samym swoim widokiem. Do tego po bandzie leśnych zbirów, rozeszła się wieść jak tchórzliwie wysługiwał się tutejszą kelnerką. Hochlandczycy wcale nie ukrywali, że chętnie by się z nim rozprawili na miejscu. Zapewne liczyli, że w wojennej zawierusze i wśród tylu trupów, jeden więcej nie zrobi różnicy. Czekali tylko na przyzwolenie ze strony swojego herszta. Ten jednak się wahał. Widać było, że na nim poborca podatkowy nie zrobił dobrego wrażenia. I zapewne zdobyłby większy posłuch u swojej bandy, gdyby dał zezwolenie na rozprawienie się z wkurzającym grubasem. Nie wiadomo na co by się zdecydował gdyby nie przemowa elfa. Gdy Duivel skończył przypominać im o słowach szefowych, że mają się zachowywać godnie i nie zbrukać sztandaru pod jakim służą to Hochlandczyk popatrzył na niego dłuższą chwilę. Pokiwał głową i popatrzył na swoich ludzi. Ale wtedy podszedl do niego jego imieninik z propozycją rozejrzenia się po okolicy.
- Dobra Stefan, weź swoich Wieselów i jeszcze ze trzech i idźcie to sprawdzić. - Przystał na jego propozycję. Ale jego samego zafrapowały odgłosy klótni z wnętrza spalonego zajazdu. Więc tam poszedł a kilku jego ludzi z ciekawości podążyło za nim. Tam zastali poborcę podatków i Tobiasa. Ten drugi domagał się oddania skrzynki jaką trzymał ten pierwszy. Pojemnik wyglądał solidnie i miał porządną kłódkę i zamek. Widząc ich Jorge od razu wskazał na Tobiasa oskarżycielskim palcem.
- Sierżancie przywołajcie do porządku swojego człowieka. To jest własność elektora. I postronni nie mają do niego dostępu. I ja oczywiście, że mam potrzebne dokumenty. O proszę. - Wyjął z niewielkiej torby jaką nosił u pasa, jakieś papiery. Rozpakował je głośno szeleszcząc i pokazał najpierw sierżantowi. Ten pokiwał mądrze głową.
- No jakiś papier to jest ale ja nie uczony. - Wzruszył obojętnie ramionami, wcale nie ukrywając swojej niechęci do poborcy. - Jak to geldy elektora to ich pilnuj. Chodźcie chłopcy, zabieramy się stąd. - Po czym odwrócił się i wyszedł ze spalonych resztek budynku. Jego banici przez chwilę jakby walczyli z pokusą bo teraz widzieli skarb na własne oczy. Jednak ostatecznie postąpili za swoim hersztem. Do końca jednak chciwość nie zeszła im z oczu.
- Woda w studni jest dobra. Napełnijcie manierki póki jest okazja. - Skoro czekali aż wróci grupa Stefana to mieli chwilę czasu na krótki odpoczynek. Rzeczywiście stopniowo to ocalała studnia ściągała ich w coraz większą grupę.
- Może wina? - Melinda okazała się obrotnym rudzielcem, jaka z owej ziemianki co ją znaleźli, przyniosła w koszyku kilka butelek wina. Co spotkało się z dużą aprobatą wśród zwiadowców. Teraz można było zmieszać w manierce wino z wodą, co było o wiele bardziej smaczne i orzeźwiające niż sama woda. Nawet krasnoludowi znalazła jakiś kufel piwa.
- Dzięki ci dzieweczko. Niech choć trochę ten trunek ukoi moje smutki. - Blondwłosy krasnolud miał teraz gruby bandaż na głowie jaki założył mu Stefan. Ale po odkryciu braku swojego młota bardzo zmarkotniał. Te parę łyków piwa, nawet jeśli tylko mętnego, ludzkiego wyrobu, pomogło mu zmniejszyć poczucie straty. - Co za złodziejskie nasienie. Wszystko kradną. Jak te przeklęte pokurcze od orków. - Biadolił nad swoją stratą. W ruinach spalonego zajazdu nie znaleźli jego broni ani niczego co by mogło ją godnie zastąpić. Więc jako prowizorkę krasnolud wziął kowalski młot Stelli. Ale też wydłubał włócznie z ciała przybitego do ściany stodoły Goswina. I ostrożnie położył jego ciało na klepisku. Zdjął z jego szyi chustę i poprosił Melindę aby zawiązała mu ją na nadgarstku. Przy Uwe znalazł parę bibelotów jakimi wszyscy wzgardzili. Wyglądało jakby ktoś w pośpiechu przeszukał ciało zabitego rycerza i co uznał za niepotrzebne to rzucał obok. Krasnolud podniósł pióro i jedwabną chusteczkę. Teraz przypatrywał im się siedząc na ławie niedaleko studni.
- To chusteczka od jego milady. Podarowała mu ją na szczęście gdy ruszał na tą wojnę. A tym piórem pisał listy i swoje poemat. - Mruczał trochę do siebie a trochę do tych co siedzieli najbliżej.Skoro większość bandy nic specjalnego nie robiła to była i okazja porozmawiać. Zwłaszcza jak Duivel zapoczątkował temat. O Wendorf wiedzieli różne rzeczy ale o tym co się działo tam teraz to nic. W końcu walki tam miały wybuchnąć dzień czy dwa temu a oni od dwóch dni albo leżeli bez życia na klepisku stodoły albo kryli się w ziemiance z trunkami.
- Ja to częściej podróżuję północną trasą, przez Risted. Tędy to rzadziej. Teraz mnie demon podkusił aby jechać właśnie tędy. Ale slyszalem, że ta północna droga wojskiem i uchodźcami zawalona. To liczyłem, że tędy uda mi się wrócić do Wolfenburga aby dołączyć do reszty mojego klanu. A to mówicie jakaś ruchawka jest teraz w Wendorf? - Złoty Ogień wydawał się dość przyzwoicie znać okolicę ale raczej bywał tu przejazdem w interesach. I o obecnej sytuacji w mieście wiedział niewiele.
- Ojej to w Wendorf jakieś walki wybuchły? Niech Shalya się nad nami zmiłuje. To mało nam nieszczęść? - Okazało się, że Melinda jest z pobliskiej wioski ale część rodziny ma w Wendorf. Więc całkiem dobrze zna najbliższą okolicę oraz same miasto. Ale z racji tego, że nie wyściubiała nosa z ziemianki przez ostatnie dwa dni to o walkach dowiedziała się właśnie teraz. I bardzo ją to zmartwiło.
- Ha! A ja czułem pismo nosem, że na coś się zanosi! - Jorge za to aż podskoczył gdy usłyszał o tym buncie. - Jak ja wyjeżdżałem z miasta aby pełnić moją trudną i pełną wyrzeczeń służbę, to czułem, że coś wisi w powietrzu. Wszyscy się lękali, że kolejne miasta wpadają w łapy tych dzikusów z północy. I mówili, że nie da się ich zatrzymać. Że zaraz podejdą pod Wolfenburg i na pewno ją zdobędą. I trzeba uciekać i się ratować. Zresztą każdego dnia na zachód szły wozy z uciekinierami. Najpierw Kislevici ale potem też i nasi, ze wschodnich kresów prowincji. - Wydawał się być z całej trójki najmniej zaskoczony tymi wieściami. Raczej jakby się potwierdziły jakieś jego wcześniejsze przypuszczenia. Był przekonany, że Konrad Mehl jest w to zamieszany. Przewodził gildii piekarzy i przed wyjazdem jak spotkał Jorge to zarzekał się, że nie zapłaci ani miedziaka na te złodziejskie, wojenne podatki. Nie podegał pod jurysdykcję Schwarza więc wtedy niezbyt go to obeszło tylko szykował się do opuszczenia miasta.
- Siege Stern? Oj to oni u nas byli parę dni temu. Dużo wojska. Szli do miasta ale potem chyba mieli iść dalej, na tą wojnę. Ale wyglądali normalnie. No krzyczeli, pili i jedli dużo ale to każde wojsko tak ma. - Kelnerka ewidentnie nie znała się na wojsku więc nawet jak na własne oczy parę dni temu widziała regiment o jaki Duivel pytał to raczej pamiętała ich jak kolejnych klientów. A w wojennym czasie to nie było nic dziwnego, że tak duży oddział przemieszczał się drogami.
- Siege Stern? A tak, to najemnicy. Stacjonują u nas w Wolfenburgu. Różnych mają, i strzelców, i włóczników, i mieczników. Ale rzadko działają jaki cały regiment. Częściej poszczególne kampanie są wysyłane tam gdzie potrzeba. Pewnie tak jest i tym razem. Ta dziewka mówi, że zmierzali do Wolfenburga, tak jak i ja. Pewnie też po to aby połączyć się z resztą swoich. Kiedyś robiliśmy dla nich zamówienie na hełmy. Miało być dla wszystkich ale zaczęli kwękać, że drogo. I ostatecznie zmniejszyli zamówienie tylko dla oficerów. Jakby któryś z nich wciąż miał nasz hełm to w środku na czole, będzie miał nasz stempel. O taki. - Kadrin też kojarzył tych najemników. Ale raczej z Wolfenburga i sprzed wojny niż stąd i teraz. Nie miał pojęcia co teraz może tu robić ich kompania więc tylko dywagował, że pewnie wojna zastała ją gdzieś z dala od głównej siedziby. Pokazał im stempel swojego klanu na swojej zbroi. Stylizowany młot, kowadło i krasnoludzka głowa w tle.
- Możliwe. U nas działali jacyś oficerowie z ich regimentu. Oni stacjonowali gdzieś tam nad Talabek i Wolf. Na pograniczu z tymi leśnymi dzikusami z Hochlandu. - Jorge znów wykazał się znać nieco więcej detali. Ale złowróżbny pomruk “dzikusów z Hochlandu” przypomniał mu kto go otacza. Ledwo przyschnięta niechęć do jego grubej i bogatej osoby, znów odżyła. Więc poborca szybko próbował załagodzić sytuację. - Oczywiscie chodzilo mi tych dzikusów co chędożą kozy po lasach i kto wie co jeszcze a nie tak zacnych i dzielnych wojowników jak panowie. - Miał tylko chwilę na reakcję ale potrafił ją wykorzystać. Takie pochlebstwo na chwilę zastopowało banitów jakby musieli przemyśleć czy czują się usatysfakcjonowani.
- Kozy to chędożą Stirlandczycy ćwoku! My chędożymy owce! - Zawołał rubasznie jeden z łuczników. I to rozładowało napięcie. Chociaż ten zbiorowy, męski śmiech dał znać, że Schwarz tylko chwilowo może się czuć wśród nich bezpiecznie.
- Tak, oczywiście, że tak. O czym to ja mówiłem? - Poborca dyplomatycznie nie ciągnął tego niebezpiecznego dla niego tematu. I szybko starał się wrócić do Siege Stern. - A tak. No to oni tam stacjonowali. Ale ich kurierzy kursowali w obie strony. I do Wolfenburga i z powrotem. Tam chyba dowodził nimi kapitan Dobsteins, Dolstein, Bogstein czy jakoś tak. Teraz pewnie wracają do Wolfenburga tak jak zacny krasnolud mówi. - Tłusty poborca podatków podzielił się tym co wiedział o owym regimencie. Chociaż to wszystko też nie dotyczyło aktualnej sytuacji.
W tymczasie Stefan poszedł ze swoimi pomocnikami i dwójką Hochlandczyków tam gdzie pokazywała rudowłosa dziewczyna. Pochodzili tam ostrożnie przepatrując okolicę. Korzenie, ściółka, krzaki, pnie drzew. Ciało jakiegoś zmasakrowanego nieszczęśnika. Złota nie znaleźli. Ale znaleźli zwierzoludzi. Trzech. Martwych. Zginęli brutalną śmiercią. Z wyrwanymi tchawicami, śladami szponów jakie wypruły im trzewia, poszarpały kończyny. I obcięły łby. Teraz te wpół zwierzęce a w pół ludzkie łby wisiały uwiązane rzemieniami do niskich gałęzi drzew. A te i tak były gdzieś na wysokości pierwszego piętra. Niczym jakieś trofea lekko bujały się na wietrze. I to faktycznie nie mogło się zdarzyć dalej niż kilka dzwonów temu. Może rano albo niewiele wcześniej. To były zdecydowanie świeższe trupy niż te całe pobojwisko w zajeździe jakie się zdarzyło pewnie ze dwa dni temu.
- Wracajmy zanim to coś zainteresuje się nami. - Zaproponował szeptem Hochlandczyk rozglądając się trwożliwie dookoła. Inni też byli pod wrażeniem tej brutalnej jatki i nie wyglądali aby chcieli się spotkać z tym czymś co tak krwawo rozprawiło się z tymi zwierzoludźmi.
- Dobra, gdzie ten Stefan? Czas się zbierać. Bo nas zaraz tu nasz regiment zastanie a my dalej nawet bram miasta nie widzieliśmy. Spalę fajkę i idziemy. - To mówiąc, zaczął nabijać swoją prostą, fajkę dając symboliczny pacierz na powrót grupy Jeagera jak i pozostałym na przygotowanie się do dalszej drogi.
- A co z nami? - Melinda zapytała nieco trwożliwie, jakby bała się usłyszeć odpowiedź.
- A co tam chcecie. Ja za was nie odpowiadam. Możecie zostać i poczekać na nasz regiment. Wkrótce powinien tu nadejść. Już południe się zaczyna. - Herszt wydawał się być dość obojętny na los odnalezionej trójki. I zapewne spodziewał się, że znajdą opieke pod skrzydłami ich regimentu. Wydawał się być nieco zirytowany, że tyle czasu spędzili w tym spalonym zajeździe a nie chciał świecić oczami przed szefowymi. Po czym wyłowił z tłumu jedynego elfa w jego oddziale. - Nie ma sensu abyś tam zasuwał. Prędzej my dojdziemy do Wendorf niż ty wrócisz do obozu. I jak cię szefowe zapytają jak wygląda droga do Wendorf i same Wendorf to co powiesz? Jak już to z miasta do nich kogoś poślemy. A jak tak dalej będziemy się guzdrać to one nas tu zastaną. - Herszt nie uznawał aby stało się coś na tyle istotnego aby posyłać gońca do szefowych. Zwłaszcza jak z każdym pacierzem rosła szansa, że ich regiment właśnie rusza w drogę lub już ruszył. - Pani Miłosierdzia pomóż mi ukoić to cierpienie i zachować to życie- wyszeptał do siebie przy pracy klęcząc przy rannym.
-
Widok zmasakrowanych bestii rzeczywiście mroził krew w żyłach. Stefan nie dziwił się swoim podkomendnym że chcieli się jak najszybciej zabierać z takiego miejsca, on też by najchętniej czmychał jak najdalej stąd. Wziął jednak głęboki oddech i ręką wskazał na swoich zaufanych Wieselów aby szli za nim.
A reszcie kazał obserwować okolicę z łukami w pogotowiu.-Nie po to tu szliśmy żeby wracać do reszty bez zbadania sprawy - pomyślał dodając sobie odwagi.
Trójka ludzi i para psów ruszyła w kierunku ciał i zaczęła ostrożnie przeszukiwać okolicę w poszukiwaniu tego kto był odpowiedzialny za tak widowiskowe rozprawienie się z pomiotami, z dłońmi nerwowo zaciśniętymi na włóczniach i tarczach. Psy niemal natychmiast zwęszyły jakiś trop i widać było, że są podenerwowane zapachem który wyczuły. Kiedy byli pewni, że nic im bezpośrednio nie grozi wezwali resztę aby dołączyli do nich w przeszukiwaniu okolicy i oglądaniu ciał. Stefan wybrał tylko dwóch myśliwych do obserwowania okolicy żeby nie zostali zaskoczeni. Po chwili poświęconej na przeszukiwanie śladów po walce, przykucnął z Beth i wymienili się tym co odkryli. Poza znalezieniem miecza, który jak wydawało się musiał być łupem jednego ze zwierzoludzi, to za wiele nie odkryli, pomioty wyglądały jakby zginęły od pazurów ale nie zostały pożarte. To co ich zatłukło było wielkości człowieka, zginęli znacznie później niż Ci zmasakrowani w zajeździe, najprawdopodobniej dziś rano... mieli jeszcze kilka innych obserwacji ale nic przełomowego.
Stefan przez chwilę patrzył się w kierunku który z wigorem pokazywał mu Azur i Harpia, kierunek w którym zmierzał znaleziony przez psy trop. Chciał iść za nim i znaleźć kogoś albo coś co tak makabrycznie rozszarpało te pomioty. Ale wiedział, że musi wracać, już raz okazał sierżantowi nieposłuszeństwo na bagnach i wiedział, że musi pokazać, że można na nim polegać. Rozejrzał się jeszcze raz po pobojowisku, podał znaleziony miecz Olafowi do niesienia i rzucił cicho do Beth i Wieselów:
-Wracamy do zajazdu, zniszczmy tylko broń pomiotów przed odejściem, po drodze zabieram tamto poprzednie ciało, zatrzymacie się tam na chwilę żebym mógł je chwycić i nie zostać w tyle, Beth prowadzi, ja zamykam do ciała po tym zmienisz mnie Olafie, szybkie tempo, ale cały czas zachowujemy czujność, przekażcie reszcie żeby nie było żadnych nieporozumień - poczekał aż potwierdzili że rozumieją i przekażą reszcie jego polecenia w między czasie chwytając jedną z licho wykonanych włóczni zwierzoludzi i odłamując grot od drzewca po czym cisnął drzewiec w najbliższe krzaki a ostrze zabrał ze sobą aby rzucić je w gęstwinę kawałek dalej.
Kiedy wszyscy byli już gotowi, skinął głową na znak żeby Beth ruszyła, za nią pojedyńczo ruszali pozostali myśliwi, aż Stefan ruszył z miejsca masakry na samym końcu, co jakiś czas obracając się w celu sprawdzeniu ich tyłów.
Kiedy dotarł do ciała zmasakrowanego nieszczęśnika chwycił je i z pomocą Albrechta zarzucił je sobie na ramię i tak obładowany ruszył za resztą która tylko na chwilę przystanęła aby dać mu czas na zabranie ciała.
Ciała strasznie śmierdziało ale zacisnął zęby, przypominając sobie, że pewnie któregoś dnia też tak skończy i też będzie musiał liczyć na to że ktoś jego ciała zabierze i pochowa.
Droga do samego zajazdu gdy poruszali się szybkim marszem a momentami nawet wolnym truchtem zajęła im tylko chwilę, w porównaniu z wcześniejszym metodycznym czesaniem terenu.
Kiedy wyszedł z lasu koło spalonych budynków zobaczył palącego fajkę Kolesnikowa i po złożeniu koło innych przyniesionego z lasu ciała udał się do sierżanta zdać meldunek, rozglądając się po okolicy za jakimś zawałkiem szmaty który w połączeniu z wodą ze studni pozwoliłby mu doprowadzić się do porządku po niesieniu ciała. Zabierając po drodze Beth i Wiesielów ze sobą:
-Jakbym coś pominął albo coś wam jeszcze przyjdzie do głowy to nie wahajcie się mnie poprawiać albo dodać czegoś od siebie.
Stefan po rozmowie z dowódcą i zebraniu wszystkich swoich rzeczy podszedł do grupy ocalałych z zajazdu z zamiarem obejrzenia ich jeszcze czy pozostała dwójka nie ma jakiś obrażeń. W zamieszaniu jakie wybuchło wokół mytnika spadło to na dalszy plan i dopiero teraz się tym zdecydował zająć. Zobaczył krasnoluda siedzącego i trzymającego osobiste przedmioty które jak zrozumiał należały do zabitego rycerza:
- Panie Kadrin, jak już dotrzemy do Wendorf to możemy razem usiąść i napisać list do rodziny tego rycerza, jego rodzina i ukochana na pewno docenią jeśli dostaną informacje gdzie i w jakich okolicznościach zginął. Może jak będziemy mieć chwilę czasu w mieście to uda mi się zorganizować grupę i wrócić tutaj żeby pochować zabitych, dobrze? A tylko sprawdźmy jego dłoń czy ma tam pierścień rodowy, ten pewnie też by chcieli z powrotem dostać jego bliscy. Co do reszty to nie wiem czy uda się ustalić ich bliskich żeby ich poinformować.
-
Dopóki Stefan ze swoimi chodził po okolicy, Duivel wciąż stał przy wszystkich i myślał. Układał pomysły w głowie w taki sposób jakby te lepsze gubiły się w gąszczu słabych pomysłów i musi w końcu przekazać innym ten najlepszy. Słuchał też uważnie wcześniejszych wypowiedzi tych co przetrwali. Kelnerka mówiła dużo i chaotycznie. Poborca mówił dużo i o sobie. Krasnolud mówił mało i konkretnie. Elf jednak nie odniósł się do ich przekazanych informacji, ale podziękował za szybki raport. Następnie w końcu wydumał co ma jeszcze do przekazania i zwrócił się do trójki ocalałych.
— Zostaniecie tutaj i poczekacie na nasz regiment, tak myślę, że postanowimy — Powiedział spokojnie, ale tak żeby brzmiało jak fakt a nie pytanie.
— Pytanie czy potraficie przez te dwa, trzy dzwony nie pozabijać się nawzajem i nie wykorzystywać innych w celu skautu? — spojrzał po kolei na Melindę, Kadrína i Jorge Schwarza. Na tym ostatnim wzrok zatrzymał się nieco dłużej i chłodniej.
— Ziemianka wystarczy. Nie wyściubiajcie nosa — po tym zdaniu rozejrzał się wokół, czy inny słuchają i pomyślał, że w sumie to Koelsnikov powinien słyszeć dalszy pomysł, bo nie podejrzewa innych o posiadanie czegoś do pisania. Odwrócił się bardziej w stronę szefa i powiedział do zgromadzonych zwiadowców i ocalałych
— Ktoś ma papier? Coś do pisania? Jorge? — wypowiedział imię poborcy na końcu, bo tak naprawdę tylko jego podejrzewał o posiadanie pergaminu i jakiegoś pióra.
Przeszedł wzrokiem po twarzach. Gdy nikt nie odpowiedział wystarczająco szybko, machnął ręką i podszedł do fragmentu ściany stodoły który jako tako wyszedł z pożaru - nadpalonej, ale ciągle stojącej deski zwróconej ku drodze. Przykucnął, zebrał grudkę mokrej ziemi zmieszanej z popiołem i napisał nią grubymi literami tyle ile się dało, po Reikspielsku:
"3 ocalałych - ziemianka - kobieto krzycz 'Górska Marchia'"
— Czy lepiej na ziemi kamienie ułożyć? Na drodze ułożyć strzałkę w kierunku tego kawałka ściany? Bo te pomioty to czytać nie potrafią, nie? Myślę, że krzyknąć winna kobieta, bo łatwiej rozróżnić kobietę kobietę od kobiety pomiota... chyba? — mówił głośno, a jednocześnie otrzepał dłoń o spodnie i popatrzył na swoje dzieło z miną kogoś kto nie jest z siebie zadowolony, ale przyjmuje że mogło wyjść gorzej.
— Melindo, jak usłyszysz kobiecy głos wołający "Górska Marchia" - wychodźcie. Inaczej siedźcie cicho.Gdy wrócił Stefan z grupą i zaczął mówić co znaleźli w lesie, Duivel słuchał w milczeniu. Trzy zwierzoludzie. Świeże. Wyrwane tchawice, poszarpane kończyny. Głowy na gałęziach na wysokości pierwszego piętra. Elf wypuścił powietrze przez nos i powiedział coś po elficku czego nie tłumaczył, ale było jasne, że przeklął, to tak jakby ktoś z Kislevu powiedział 'kurwa', większość wie o co chodzi.
— Ktoś to zrobił z góry albo jest dużo wyższy od nas wszystkich razem wziętych albo rzuca martwymi ciałami ot tak sobie wysoko — Odezwał się po chwili, oczywiście już po Reikspielsku i kontynuuował
— Głowy na gałęziach na tej wysokości. Bez drabiny — Przeniósł wzrok na Kolesnikowa — Ruszajmy. I od tej chwili patrzymy też w górę, nie tylko przed siebie — Przerzucił łuk z ramienia na gotowość i widać, że był gotów do drogi. -
Jak to geldy elektora to ich pilnuj. Chodźcie chłopcy, zabieramy się stąd. - słysząc słowa przełożonego Tobias podszedł z kuferkiem do poborcy i chwilę popatrzył mu w oczy. Następnie wcisnął mu kuferek prosto w jego tłusty bamber aż grubas sapnął i ledwo zdążył chwycić jego krawędzie, ratując pieniądze przed rozsypaniem. Spojrzał z ulgą na kuferek a zaraz z nienawiścią na Tobiasa, ale ich oczy się nie spotkały gdyż łucznik szybkim krokiem opuścił budynek, nie oglądając się za siebie.
Ślady które zostawił tajemniczy osobnik i to co zostało ze zwierzoludzi przypomniało Tobiasowi o trupach które wcześniej, podczas ich podróży napotkali. I aż ciarki przeszły łucznikowi po plecach, gdyż w pamięci wryła mu się piękna diablica, czarownica która próbował omotać Tobiasa. To mogła być podobna istota ale ktoś na usługach czarodziejskich istot. Nie wspomniał o tym, być może wywołało by to tylko spadek morale a i pewności zwiadowca nie miał co do tego.
Kiedy trwała rozmowa co do losu trójki ocalałych Tobias dał znać że rozejrzy się jeszcze po okolicy - w kierunku w który zmierzali, ale celem tak naprawdę było wyciszenie się, uspokojenie i nasłuchiwanie. Szum drzew i śpiew ptaków dawał Tobiasowi otuchy i imitację normalności. Oczywiście o ile ten śpiew było słychać, a jego brak z reguły nie oznaczał nic dobrego. -
Jak to geldy elektora to ich pilnuj. Chodźcie chłopcy, zabieramy się stąd. - słysząc słowa przełożonego Tobias podszedł z kuferkiem do poborcy i chwilę popatrzył mu w oczy. Następnie wcisnął mu kuferek prosto w jego tłusty bamber aż grubas sapnął i ledwo zdążył chwycić jego krawędzie, ratując pieniądze przed rozsypaniem. Spojrzał z ulgą na kuferek a zaraz z nienawiścią na Tobiasa, ale ich oczy się nie spotkały gdyż łucznik szybkim krokiem opuścił budynek, nie oglądając się za siebie.
Ślady które zostawił tajemniczy osobnik i to co zostało ze zwierzoludzi przypomniało Tobiasowi o trupach które wcześniej, podczas ich podróży napotkali. I aż ciarki przeszły łucznikowi po plecach, gdyż w pamięci wryła mu się piękna diablica, czarownica która próbował omotać Tobiasa. To mogła być podobna istota ale ktoś na usługach czarodziejskich istot. Nie wspomniał o tym, być może wywołało by to tylko spadek morale a i pewności zwiadowca nie miał co do tego.
Kiedy trwała rozmowa co do losu trójki ocalałych Tobias dał znać że rozejrzy się jeszcze po okolicy - w kierunku w który zmierzali, ale celem tak naprawdę było wyciszenie się, uspokojenie i nasłuchiwanie. Szum drzew i śpiew ptaków dawał Tobiasowi otuchy i imitację normalności. Oczywiście o ile ten śpiew było słychać, a jego brak z reguły nie oznaczał nic dobrego.Tura 48 - 2521.05.05; fst; południe
Miejsce: pd-zach Ostland; Las Cieni; okolice Wendorf; południowa brama
Czas: 2521.05.05; Festag; południe
Warunki: - ; na zewnątrz: dzień, pogodnie, umi.wiatr; chłodno (0)Zwiadowcy Kolesnikowa
Wieści przyniesione przez grupę Stefana, wzbudziły poruszenie u reszty. Zerkali nerwowo w stronę ponurej ściany wiecznego lasu, gdzie miały leżeć zdekapitowane ciała zwierzoludzi. Trudno było się zdecydować czy lepiej się cieszyć, że coś ich dopadło, czy jednak i zwiadowcy mogliby stać się ofiarą tego czegoś. Nic dziwnego, że Kolesnikow już dłużej nie chciał czekać w tym spalonym zajeździe, pełnym rozkładających się trupów.
- Spaliłem fajkę. Idziemy dalej. - oznajmił reszcie i ostentacyjnie wystukał popiół z fajki.
- Jak to? Chcecie nas tu zostawić? Zostawcie nam chociaż paru żołnierzy. - Jorge Schwarze wyglądał na nieźle wystrachanego, że ci zarośnięci zbrojni ewidentnie zbierają się do odejścia. Zwłaszcza, że wieści o tym, że po oklicy chodzi coś co ptrafi zarżnąć nawet zbrojnych zwierzoludzi, wcale go nie uspokoiły.
- Oni chudzi byli, może jak trafi na ciebie to mu wystarczysz na dłużej. - Zarechotał jeden z myśliwych. Co wywołało podobnie złośliwe śmiechy u jego towarzyszy. Grubas zbladł i widać było, że niechęć do poborcy nadal jest u Hochlandczyków silna. Nawet wyglądali jakby zyczyli mu kiepskiego końca ze szponów tego czegoś albo zwierzoludzi.
- Może to duch lasu ich zabił? - Melinda popatrzyła na nich ale minę też miała przestraszoną. Popatrzyli na nią nieco zdziwieni. - No duch lasu. Stare baby mówią, że jak ktoś rozgniewa las, jak zgrzeszy przeciwko Tallowi, to go dopada duch lasu. No a wiadomo, że zwierzoludzie to grzeszą cały czas. - Kelnerka wyjaśniła im lokalną legendę.
- Nic to. Jak w tej ziemiance jest dobre piwo to mogę tam siedzieć póki się nie skończy! I duch czy nie duch, jak będzie mi przeszkadzał w piciu to mu rozwalę czerep! Eh, tylko szkoda, że nie moim młotem. Zapłacą mi za to te leśne pokraki! - Krasnolud, jako jedyny z ich trójki, trzymał fason. Chociaż był w najcięższym stanie. Wciąż widać było niezdarność ruchów. I olbrzymi bandaż na głowie, założony przez Stefana. W rękach trzymał kowalski młot Stelli. Widać było, że to marna namiastka dla jego młota, ale nic lepszego nie znalazł ani on, ani zwiadowcy. Na propozycję Stefana o napisaniu listu, skinął głową. Ale skoro i tak mieli się rozdzielić to za bardzo nie przywiązywał do tego wagi.
Pozostali obserwowali jak jedyny elf w ich grupie, pisze wiadmość kawałkiem spalonego drewna. Większość zwiadowców zapewne była analfabetami więc niezbyt ich to obeszło. Melissa do której się zwrócił, pokiwała z przejęciem głową gdy powiedział jej o sposobnie na komunikację z głównymi siłami regimentu.
Tobias wybrał chwilę samotności, aby się pozbierać po tym wszystkim. Wyszedł na drogę, jaką i tak mieli wkrótce ruszać. Nie widział tych zarżniętych zwierzoludzi. Ale opowieści Stefana i myśliwych były dość barwne. Melissa mówiła coś o duchu lasu. Ale czy miała rację? Wiele wsi i miast miało takie lokalne legendy. A myśl o owej ponętnej diablicy sprawiła, że znów ujrzał jej piękne hipnotyzujące oczy i pełne usta w jakie same przywodziły na myśl niesamowite rozkosze. Aż mu się wydawało, że słyszy gdzieś echo kobiecego, swobodnego śmiechu. Gdy zamrugał oczami i rozejrzał się widział ten pradawny, ponury las. Ale w pewnym momencie dojrzał w oddali jakiś szybko poruszający się obiekt. Pewnie jakiś mały ptak. Bo na pewno nie ta mała, skrzydlata istotka służąca swojej pięknej i groźnej pani. Prawda? Usłyszał jeszcze coś. Za sobą. Jak się odwrócił dostrzegł, że to ludzie Kolesnikowa też już wyszli a drogę.
- A tu jesteś Tobias. To tak jak wcześniej. Weź dwóch ludzi i będziecie osłaniać tyły. Stefan przy mnie. Duivel na czoło. A Franc i Beth bierzecie boki. - Kolesnikow, podzielił ich szczupłe siły podobnie jak przy wyruszeniu z obozu regimentu. Po czym wznwili marsz byle jaką drogą, przez ten pradawny las.
link: https://i.imgur.com/EOArKD8.jpeg
Maszerowali pacierz za pacierzem. Wedle Thiemo z “Leśnego dzbana” do Wendorf to był jakiś dzwon marszu. Czyli całkiem niedaleko. Ale zrobiło się już południe. Wedle herszta Hochlandczyków w zajeździe też spędzili z dzwon przynajmniej. Teraz więc nie chciał się rozdrabniać i przeć prosto do wyznaczonego przez szefowe celu.
Las był podejrzanie cichy a droga pusta. W końcu im bliżej do jakiegoś miasta, tym więcej powinno być podróżnych. O tej porze to powinni wieśniacy wracać z porannej mszy w mieście. Jak ktory był bardziej religijny albo miał jakąś sprawę do załatwienia w mieście to Festag był dobrą okazją do tego. Wtedy gdzieś w południe powinni wracać do swoich wiosek. A tu nic takiego nie było. Pusta droga, bez żadnego wozu, konnego czy podróżnego. Przynajmniej pogoda się poprawiła bo wiatr osłabł. I wieczna, leśna mgła jakby zrzedła więc było widać nieco dalej niż jak ruszali z obozu.
- O to my ju prawie jestemy. - Thiemo ucieszył się, chociaż wyglądało na kolejny kawałek dziczy przez jaki maszerowali. Jednak miał rację. Jeszcze ze dwa, trzy ostatnie zakręty i widać było większe prześwity między drzewami, co oznaczało skraj lasu. A jeszcze trochę i wreszcie przed sobą zobaczyli większą, otwartą przestrzeń. Błękitne niebo nad głowami. Pierwszy raz odkąd opuścili polanę na jakiej regiment rozbił się wczoraj na obóz. To na chwilę, wszystkim poprawiło humory. Ale to nie niebo zwróciło główną uwagę. Tylko brama i mury miejskie.
link: https://i.imgur.com/AD5Qj8e.jpeg
- To jest to Wendorf? - Stefan zapytał tubylca. A ten pokiwał energicznie głową.
- A tak. Południowa brama. - Potwierdził bez wahania. I przez chwilę przypatrywali się temu wejściu. Zwiadowcy zaczęli rozmawiać ze sobą.
- Brama otwarta.
- Dzień jest to powinna być otwarta. Na noc się zamyka.
- Ale tam jakieś walki miały być.
- Może już się skończyły?
- A kto wygrał?
- Strażników nie widać.
- Może są w kanciapie. Śpią pewnie leniwe buły.
- Pusto jakoś.
- Ale kury chodzą. To nie może być tak źle.
- Przydałby się taki kurak na obiad. Już w brzuchu burczy.
- Tam dalej jakiś dym widać. Pewnie coś się pali.
- E już rzednie. Pewnie dogasa. Albo się zaczyna.Stali tak, wciąż ukryci za drzewami i obserwowali widoczny fragment murów miejskich. Mury nie wznosiły się tak potężnie jak strzeliste, szare ściany zamku Lenkster. Ale jednak nie byłoby ich łatwo zdobyć tak z marszu. Zwłaszcza jakby były bronione przez zdeterminowanych obrońców. Tylko, że a pierwszy i drugi rzut oka wydawało się, że okolica jest dość pusta. Od skraju lasu oddzielał ich pas pól i pastwisk. Raczej odkryta przestrzeń jaka powinna nie pozwolić wrogowi skrycie dostać się w pobliże miasta. Co było standardową praktyką budowy miast. Ludzie lasu, niezbyt się kwapili do miasta. Zwłaszcza jak było tak podejrzanie puste i ciche jak widzieli.
- No cóż… Mieliśmy prikaz zorientować się jak wygląda sytuacja na drodze i w mieście. - Hochlanczych z czarną, postrzępiona brodą, przyznał niechętnie. I splunął przy tym soczyście w przydrożną trawę. - Stefan weź swoich dwóch ludzi i idźcie zobaczyć tą bramę czy da się wejść do miasta. Tobias i Duivel, też idźcie z nimi. Jak kogoś spotkacie to zapytajcie jak to tam u nich wygląda. A jak da się wejść do środka, to dajcie nam znać. To do was dołączymy. - Kolesnikow chciał zacząć od tego, czy w ogóle da się wejść do miasta. I wyznaczył grupkę jaka miała to sprawdzić. Na razie jednak mieli jeszcze chwilę aby odpocząć ten kawałek co przeszli. -
Ostlandczyk przysłuchiwał się dyskusji pozostałych członków oddziału co do miasta i bramy prowadzącej do niego, klęcząc na na poboczu tak aby nie być widocznym z murów miejskich. Wysłał Wiselów i przydzielonych sobie myśliwych na lewo od drogi żeby weszli odrobinę w las i tyralierą zabezpieczyli jedną z ich flank przed potencjalnym atakiem. Widziany przez nich widok nie podobał mu się zbytnio, choć było teoretycznie możliwym, że strażnicy olewali swoje obowiązki pilnowania bramy i mogli podejść do wejścia jak do siebie to zakładanie takiej kryminalnej niekompetencji byłoby właśnie przejawem kryminalnego optymizmu na który nie mogli sobie pozwolić. Kiedy sierżant zlecił im rozpoznanie bramy, przełknął ślinę i odparł:
- Panie sierżancie, zrobimy jak Pan rozkażę ale jeśli mogę zasugerować to może pójdę sam pod tą bramę, ewentualnie z Thiemem? No bo jeśli nikogo tam nie ma to we dwójkę wejdziemy i zaraz was przywołamy takim znakiem - wykonał ręką znak który miał oznaczać zabezpieczoną bramę i brak kłopotów - A jak ktoś tam będzie jednak to dwójka idących ludzi albo jeden będzie mniej zwracało uwagę niż kilku albo cały oddział. Może z naszym Wendorfczykiem uda nam się sprzedać im jakąś bajkę o tym, że jesteśmy z jakiejś rozbitej przez pomioty karawany i że albo jesteśmy sami albo reszta ocalonych została na skraju lasu bo raz że są wyczerpani, dwa przestraszyli się dymu nad miastem i wysłali nas żeby sprawdzić co i jak. Jak będą przyjaźni i wyda się że można podchodzić to damy taki znak, jak by były kłopoty i potrzebowalibyśmy wsparcia to taki... a jak będzie to pułapka to taki żebyście nie podchodzili, a dowolny z tych znaków plus pokazana liczba to będzie znaczyć że ma podejść tyle osób co pokazuje, a nie cały oddział - Stefan zrobił przerwę na zaczerpnięcie głębszego oddechu po czym kontynuował:
- Może nawet udałoby się kogoś namówić żeby poszedł z nami pomóc wnieść naszych wyczerpanych towarzyszy do miasta i wtedy ich sobie wypytamy już tutaj, choć na to bym nie liczył. Tak czy siak, trzeba zabezpieczy okolicę żeby nas pomioty albo Ci buntownicy nie podeszli pod samym miastem. Dobrze by było żebyśmy złapali ich teraz z opuszczonymi spodniami ale lepiej założyć, że to oni na nas zakładają zasadzkę. Tak w ogóle to może zanim pójdziemy do miasta to wejdę na drzewo i rozejrzę się po okolicy? Zawsze z góry może uda się zobaczyć coś więcej niż stąd? -
Przez ostatni dzwon marszu z "Dzbana" Duivel szedł w milczeniu. Raz tylko odezwał się do Thiemo, który szedł gdzieś w środku kolumny.
— Słyszałeś kiedy w okolicy o duchu lasu? — zapytał bez wstępu. — Tym co zabija za obrazę Talla? Myślę, że lepiej być po Jego stronie, może jakaś modlitwa? — pytał, bo sam pamiętał legendy o duchu lasu, ale jednak z zupełnie innego niż byli obecnie. Sam też nie wychował się w Loren Faen i o tej legendzie wiedział prawie tyle co o pochodzeniu tej wersji nazwy najbardziej znanego lasu wśród elfów kontynentalnych. Po prostu ją znał, jak każdy elf, ale bez szczegółów jak większość z nich.
Oliver idąc dość blisko spojrzał na niego z boku, wzruszył ramionami i stwierdził nie czekając na odpowiedź tubylca
— Stare baby gadają różnie. Mmhm. - Elf więc nie drążył tematu. Poczekał jeszcze na odpowiedź od Thiemo, ale przez resztę drogi jednak co jakiś czas unosił wzrok na korony drzew.Na skraju lasu, gdy Kolesnikow dał im chwilę odpoczynku, Duivel przykucnął za ostatnimi drzewami i przez jakiś czas po prostu patrzył na miasto. Otwarta brama. Brak strażników na murach. Kury chodzące po błocie. Dym gdzieś w głębi. Pomyślał, że żywe miasto wyglądałoby inaczej. Odmówił mocno skróconą modlitwę do Sarriel, choć nie omieszkał 'pozdrowić' też Talla.
W końcu Kolesnikov się odezwał do reszty. Znani już wszystkim Duivel Tobias i Stefan wraz z jego towarzyszami, mieli iść na zwiad. Najprawdopodobniej było to związane z tym, że owi panowie nie przynależeli oryginalnie do bandy Kolesnikova. Choć elf wolał myśleć, że po prostu są najlepsi i ich dowódca to czuje.
Gdy Jaeger wygłosił swoje przemówienie, Duivel wiedział, że Tobias będzie chciał iść tak czy siak, zresztą sam elf też nie zamierzał porzucać rozkazu.
— Stefan, z całym szacunkiem, ale nie zgrywaj znów bohatera. Idziemy jak szef powiedział, zresztą dwie osoby więcej to raczej zmiana na lepsze niż gorsze, prawda Tobias? Ja tam nie spodziewam się przyjaznych mord w środku miasta. Nie wiem czy zwierzoludzie, bo raczej by ich było słychać, ale pewnie przestraszeni ludzie, którzy dopiero co tłukli się między sobą w jakimś buncie. Mam nadzieję, że się mylę. Jednak tak czy siak, całym oddziałem byłoby ryzykownie, ale z drugiej strony małą grupką to lepiej niż sam czy we dwóch. Masz Stefan serce po dobrej stronie, ale jakby trochę aż za bardzo czasami... — nie wiedział czy inni zrozumieją jego ostatnie zdanie, ale to było obecnie totalnie nieistotne.
Zwrócił się jeszcze raz do Stefanów i Tobiasa, jakby już zostawiając za sobą sprawę negocjacji wyglądu drużyny.
— Mam propozycję jak się przedstawimy jak nas ktoś zapyta co tu robimy — Powiedział pewny siebie — Możemy powiedzieć, że znaleźliśmy żywego poborcę Jorge Schwarza w okolicach "Dzbana". Szukamy kogoś kto nam pomoże go bezpiecznie eskortować albo bezpiecznego miejsca dla Niego bo ukrywa się i nawet taki spaślak w końcu straci zapasy pokarmu. To brzmi normalnie, myślę, że nikogo nie zaalarmuje i wydaję mi się, że daje nam powód żeby zadawać pytania zamiast na nie odpowiadać, a przynajmniej rozmawiać na równi — wiedział, że taki pomysł wiąże się z brakiem oszukiwania, co przy większej ilości pytań zawsze działa pozytywnie. Nie był jednak pewny, czy w ogóle do jakiegoś spotkania dojdzie. Coś wewnątrz mówiło mu, że ktoś w mieście jest, ale nie wiadomo jak nastawiono i w jakim stanie psychicznym.
— No i Sierżancie, może złapcie co do jedzenia jak nas nie będzie? Chętnie coś później zjem, a mam obawy, że żarcia tam nie uświadczymy...
Po tym całym wywodzie sprawdził cięciwę łuku i spojrzał jeszcze raz na bramę. Wysłuchał jeszcze ewentualnych uwag w spokoju i z kamienną miną stwierdził
— Panowie, chodźmy już. Trzymajmy się tego umówionego znaku jaki pokazałeś Stefan. Jak coś będzie nie tak, to inni zauważą bez znaku, którego i tak byśmy nie mieli jak dać. Niech Bogowie mają nas w swojej opiece — powiedział i ruszył przez pastwisko spokojnym krokiem, tak jakby szedł do miasta po chleb czy w 'odwiedziny' do miejscowej tawerny. -
Mam złe przeczucia - Tobias był zaskoczony usłyszawszy własny głos mącący chwilową cisze, kiedy zwiadowcy obserwowali otwartą bramę. Dla łucznika wyglądała na porzuconą i niepokojąco cichą. Powinna być albo zawarta - jak to podczas wojny - albo strzeżona. Tu nie było nikogo, a nad murami dostrzec można było dym, bynajmniej nie z kominów. Coś się paliło, a nie było słychać hałasu z tym związanego. Stali tak przez chwilę, wryci, zaskoczeni tym widokiem. Po jakimś czasie wyklarował się plan Stefana, który ręką dał znać Tobiasowi by ten opuścił łuk, i został z resztą na zewnątrz, ale Tobias tylko się uśmiechnął i pokręcił głową. Duivel również miał inny pomysł. I czy Stefan chciał czy nie chciał, ta dwójka dołączyła do zwiadu, gotowa w osłaniać towarzyszy.
-
Mam złe przeczucia - Tobias był zaskoczony usłyszawszy własny głos mącący chwilową cisze, kiedy zwiadowcy obserwowali otwartą bramę. Dla łucznika wyglądała na porzuconą i niepokojąco cichą. Powinna być albo zawarta - jak to podczas wojny - albo strzeżona. Tu nie było nikogo, a nad murami dostrzec można było dym, bynajmniej nie z kominów. Coś się paliło, a nie było słychać hałasu z tym związanego. Stali tak przez chwilę, wryci, zaskoczeni tym widokiem. Po jakimś czasie wyklarował się plan Stefana, który ręką dał znać Tobiasowi by ten opuścił łuk, i został z resztą na zewnątrz, ale Tobias tylko się uśmiechnął i pokręcił głową. Duivel również miał inny pomysł. I czy Stefan chciał czy nie chciał, ta dwójka dołączyła do zwiadu, gotowa w osłaniać towarzyszy.
Tura 49 - 2521.05.05; fst; południe
Miejsce: pd-zach Ostland; Las Cieni; okolice Wendorf; południowa brama
Czas: 2521.05.05; Festag; południe
Warunki: - ; na zewnątrz: dzień, pogodnie, umi.wiatr; chłodno (0)Zwiadowcy Kolesnikowa
Kolesnikow machnął ręką, na zachętę, że daje zgdę aby jego imiennik wszedł na drzewo. I poczekał na dole, co przyjdzie z tych oględzin. Wejście na drzewo, niewiele Stefanowi wyjaśniło sytuację. Z większej wysokości mniej więcej zrównał się z blankami murów i zwieńczeniem wieży bramnej. Widział trochę więcej górnych pięter i dachów kamienic. Widział, że ten dym to jest gdzieś w głębi miasta a nie tuż za murami. I to tyle. Herszt Hochlandczyków wysłuchał jego propozycji samotnego zwiadu ale pokręcił głową.
- Idźcie razem. Mniejsza szansa, że was wszystkich złapią albo wystrzelają. Większa, że któremuś uda się dać dyla i powiedzieć co się stało. - Herszt wolał podtrzymać swoją decyzję, o wysłaniu kilku osób. Po chwili wahania, zgodził się aby Thiemo do nich dołączył. Chociaż widać było, że niechętnie rozstaje się z takim przewodnikiem po mieście u jakiego bram stali. Stefanowi, tak jak i pozostałym zwiadowcom, wyznaczonym do zbadania bramy, zostało przygotować się do tego zadania. Duivel miał już okazję, jeszcze w lesie porozmawiać z tubylcem o Duchu Lasu.
- A tak, Duch Lasu. Tak, tak. To tak jak ta dziewka mowiła. Stare baby gadajo, że jak ktoś zelży las. Lasu, zwierząt, leśnych duchów nie szanuje. To las się gniewa i wysyła swojego mściciela. I wtedy nie ma żartów. Potrafi nawet szlachcica na polowaniu zarżnąć. Psy się go boją i nie chcą go tropić. Albo czasem nawet służą jemu a nie swemu panu. Tak stare baby mówią. Ale jak kto niewinny i las szanuje to nie ma się czego obawiać. Jak lasu nie wypala, nie rąbie więcej niż musi, zwierząt bez potrzeby nie trzebi, plugawym bogom czci nie oddaje. To nie ma się czego obawiać. Podobno małych dzieci nie rusza. Wiadomo, bo to niewinne dziatki. Ale niektórzy mówią, że na odwrót. Ze je porywa. Jak jakie dziatek zniknie w lesie i go nie można znaleźć ani żywego, ani niezywego, to mówią, że Duch Lasu go zabrał. I magią szlaki przykrył aby nie dało się go odnaleźć. To nie dziwota, że pozarzynał te bestie z lasu. Przeca to plugastwo na dwóch nogach. Aż strach pomyśleć, że szlachta i inne czarowniki z nimi paktujo. Ale Duch Lasu ich dopadł i zarżnął. Bo jak nie on to kto? - Thiemo nawet chętnie się rozgadał o miejscowej legendzie. I chociaż tak samo jak elf, nawet ciał tych zabitych zwierzoludzi nie widział, to wydawał się być mocno przekonany, że to robota Leśnego Ducha. Ale też jakoś nie zdradzał chęci aby się zanurzyć w trzewia mrocznego lasu. Później mało było rozmów aż wyszli wreszcie na skraj lasu i ujrzeli miasto do jakiego zmierzali przez od opuszczenia Risted.
- A to ty elfie ile myślisz oglądać tą bramę? - Kolesnikow trochę się zdziwił a trochę rozbawił, słysząc jedną z ostatnich uwag Duivela. Hochlandczyk chyba nie oczekiwał, żeby ten spacer do bramy, zajął im aż tyle czasu aby dało się tutaj, przygotować posiłek.Wreszcie wyznaczona szóstka wyszła z cieniu lasu. I drogą ruszyła w kierunku bramy. Krok, za krokiem, zbliżali się do niej. A tam wciąż nie widać było żadnego ruchu. Ani w bramie, ani na murach. Trafili jednak na ślady pewnego chaosu. Przewrócony, jednoosiowy wóz. Ale bez żadnego wierzchowca. Na drodze albo obok, jakieś porzucone lub zgubione przedmioty. Część traw i młodych zbóż jakie mijali, były spalone. Tworzyły plamy spalonej czerni tuż przy ziemi i niskiej roślinności, tam gdzie się zachowały. Jak na pobliże miasta to było podejrzanie cicho. Z każdym krokiem byli bliżej murów i wieży. Imaginacja podpowiadała, że są jak na widelcu. I wystarczy jeden ukryty kusznik co ich właśnie obserwuje z okna wieży czy przez strzelnicę, aby posłać im bełta. Lub chociaż zaalarmować pozostałych. A jednak szli i szli, i nic się nie działo.
- Kuraki spokojne. - Thiemo odezwał się cicho a i tak wydawalo się to dziwne głośne. Zbliżyli się już w pobliże bramy i widzieli jak kury chodzą i dziobią ziemię. Wydawało się, że dopiero ich przybycie zakłóciło im rytm dziobania. Odbiegały gdacząc gdy się zbliżyli za bardzo. Wreszcie dotarli do samej bramy. Wciąż wyglądała na opuszczoną. Od zewnątrz nie było żadnych wejść dlatego trzeba było przejść krótkim tunelem pod nią, aby wyjść po wewnętrznej stronie. Znaleźli się w Wendorf.
link: https://i.imgur.com/rVYTFze.jpeg
Obie wieże bramne okazały się puste. Wewnątrz nich panował nieporządek, jakby ktoś splądrował to miejsce. Jeśli była tu wcześniej jakaś broń, to musiała zostać zrabowana. Thiemo sam był zdziwiony i na głos co chwila powtarzał “Co tu się stało?”. - Tu powinnn być strażnicy. Tu na dole byli mytnicy. Sprawdzali czy kto jakiego przemytu nie czyni. A na górze byli ci co po blankach chodzili. - Wyjaśnił nie swoim głosem. Zresztą można się było domyśleć, że brama normalnie była obstawiona przez straże. Wydawało się, że to wszystko wydarzyło się gwałtownie i względnie niedawno. Wczoraj, przedwczoraj albo podobnie. Ale jednak ktoś musiał być w tym mieście. Bo teraz jak byli bliżej i nie oddzielały ich mury to od strony miasta słychać było jakieś odgłosy.
-
Mając zgodę sierżanta zajął się wspinaniem na wyglądające na najbardziej perspektywiczne pod względem obserwowania murów i okolicy drzewo. Niestety bycie na górze nie pomogło mu dostrzec niczego więcej poza drobnymi szczegółami jak to, że dym pochodził gdzieś z głębi miasta.
Podczas dyskusji co do tego kto powinien iść na rozpoznanie bramy:
-Już tam nie mędrkuj o mojej bohaterszczyźnie elfie- powiedział Jaeger do Duivela gdy ten zaczął swoją odpowiedź na jego propozycję pójścia samemu albo z Wendorfczykiem do bramy, w jego oczach zagrały iskry irytacji, a może rozbawienia - Nie musisz mi przypominać o tym jak ostatnio strugałem bohatera na bagnach… tutaj sytuacja jest inna i uważam że samemu albo w dwóch byłoby lepiej iść…
Spojrzał na Tobiasa i Duivela którzy ewidentnie nie mieli zamiaru ustąpić i dodał wesołym głosem:
-Ale jak macie zamiar się uprzeć to dobrego towarzystwa nie odmówię, tylko do mnie nie przychodźcie po pomoc później jak wam dupska przerobią z tych murów na poduszki do igieł!Chwilę po tym kiedy już wszystko było gotowe aby ruszać łyknął łyk wody z manierki aby złagodzić narastającą suchość w gardle.
W pełni zgadzał się z Tobiasem co do złych przeczuć, ale starał się nie okazywać tego innym, żeby nie załamywać ich na duchu:
Dobra ruszajmy, tylko Panowie proszę starajmy się wyglądać jak najniewinniej jak się da, nie dawajmy im powodów żeby zacząć strzelać.
Mały podkład dźwiękowy do spacerku w kierunku brany w wykonaniu Stefana https://www.youtube.com/watch?v=I35OQy2AeGs
Po tym ruszył spomiędzy drzew w kierunku bramy. Starał się zająć myśli powtarzaniem sobie w myślach przygotowanej historii którą mieli sprzedać strażnikom bramy, jednocześnie jednak nieprzerwanie lustrował wzrokiem blanki w poszukiwaniu znaków czyjejś obecności. Nic nie widział, co najdelikatniej mówiąc nie polepszało jego nastroju, coraz mocniej zaciskał dłoń na niesionej w lewej ręce włóczni.
-Ktoś tam musi być i nas widzieć, nie wierzę, że zostawili by nam otwartą bramę!
Przebyli połowę drogi do bramy mijając porzucony na drodze wózek, Stefan coraz bardziej zdenerwowany zaczął się pomimo panującego chłodu pocić intensywnie. Zostało sto pięćdziesiąt metrów, Jeager czuł na sobie wzrok strażników, wyobrażał sobie jak podnoszą kuszę do strzału… .
Sto metrów.
Stefan musiał koncentrować całą swoją wolę żeby iść spokojnie i nie zacząć się zasłaniać tarczą przed spodziewanym ostrzałem który jak sądził zasypie ich w każdej chwili.Obserwował mijane spalone zbożą i nie podobało mu się to co widzi ale nie był w stanie skupić się na tyle żeby wyciągnąć głębsze wnioski z tego faktu. Mijane kury przejawiały nad wyraz duży poziom instynktu samozachowawczego uciekając przed nimi, bo biorąc pod uwagę poziom jego zdenerwowania każda która znalazłaby się w zasięgu jego buta dostałaby kopniaka za niewinność w imię rozładowania jego narastającej “frustracji”(w żadnym wypadku nie mylić z ogarniającą go paniką).
Pięćdziesiąt metrów.
- Strzelajcie dranie! A nie się z nami bawicie! - przeklinał gorączkowo w myślach wyimaginowanych strażników na murach pokonując ostatnie metry do bramy. Kiedy już przed nią stanął trochę nie wiedział co zrobić, był pewien że ktoś ich zatrzyma wcześniej albo że zaczną strzelać.
Obejrzał się na resztę po czym w końcu wzruszył ramionami, dał im sygnał żeby na moment się zatrzymali i ruszył naprzód przechodząc przez otwarte wrota coraz szybszym krokiem mając nadzieję, że nie dostanie z góry porcji wrzątku wylanego przez otwory strzeleckie które na pewno znajdowały się tuż nad nim. Starał się poruszać jak najciszej, możliwie ukryć się przed wzrokiem ewentualnych obrońców. Kiedy tylko udało mu się dotrzeć żywym do wewnętrznych wrót rozejrzał się i jako, że nie zauważył niczego niebezpiecznego przywołał resztę. Miał już na oku kolejny cel, drzwi do poszczególnych wież.
Jak tylko Thiemo zaczął swoją gadaninę podniósł dłoń do ust aby nakazać mu ciszę. Musieli pozostać niezauważeni jak najdłużej
Kiedy później o tym myślał następne minuty zbijały mu się w pamięci jako zlepek chaotycznych scen. Podzielili się na dwie grupy i wpadli jednocześnie do obydwu wież które też okaząły się otwarte.
Z niedowierzaniem biegli w górę po schodach wieży przeczesując fortyfikację i przekonująć się że ta jest całkowicie opustoszała i splądrowana. Ale jednocześnie nie wyglądało na to żeby ktoś ją zdobył w walce tylko po prostu pośpiesznie zrabował. Kiedy tylko po dotarciu na szczyt lewej wieży dostał potwierdzenie od reszty że druga wieża też jest pusta, nabrał powietrza i zmusił się od opanowania.
Cały czas spodziewał się podczas wchodzenia na kolejne stopnie, że zaraz ich zaatakują i że obrońcy po prostu chcieli ich wciągnąć za mury żeby reszta nie widziała co się z nimi stało. Teraz musiał w końcu przed sobą przyznać że naprawdę udało im się zająć bramę bez żadnej walki.
-Lepiej weź się w garść, bo zaraz może się okazać że może bramę zdobyliście ale zaraz ją stracicie w kontrataku! - zganił się, po czym cicho ale zdecydowanie rozkazał Wieselom:
- Biegnijcie na dół i zawrzyjcie najpierw wewnętrzne wrota a po tym drzwi do obydwu wież, prawą wieże zabarykadować na stałe! - kiedy mówił jednocześnie podszedł na wieży do blanków spoglądających na zewnątrz i pomachał do reszty oddziału aby zwrócić ich uwagę. Po tym wyciągnął rękę aby pokazać im ustalony znak mający ich poinformować że droga wolna i mogą dołączyć ale w połowie gestu zamarł właśnie uświadamiając sobie, że wezwanie całego oddziału do środka to może być fatalna pomyłka ale jednocześnie potrzebują posiłków do utrzymania bramy… po sekundzie namysłu pokazał znak że droga wolna ale dodał jednoczęśnie ustalony znak żeby przysłali tylko trzech ludzi. Obrócił się na pięcie i zamachał do Duviela i Tobiasa na drugiej wieży.
- Chłopaki zawrą wszystkie wrota i drzwi, proszę obserwujcie z wieży czy nic się nie zbliżą - rzucił do ntowarzysze najciszej jak się dało.
Po tym ruszył biegiem po schodach w dół nie czekając nawet na odpowiedź, do drzwi prowadzących na mury lewej wieży i zawarł je na głucho, jednocześnie prosząc Thiemo żeby zajął się zabarykadowaniem podobnego wyjścia po prawej stronie bramy. Zbiegł na dół, minął zajmujących się barykadowaniem towarzyszy wspominając im że zaraz powinni dostać posiłki, po czym zrzucił z siebie przy wrotach na zewnątrz łuk, plecak i tarczę. Tylko z włócznią w ręku ruszył najszybszym biegiem na jaki mógł się zdobyć w kierunku skraju lasu, z Azurem wesoło biegającym dookoła jako towarzystwo. Droga która pokonywana spacerkiem wcześniej zajęła im kilka minut, teraz sprint trwał tylko chwilę i był już wśród drzew przy sierżancie:- Nie mogę… w to uwierzyć!... - wyrzucił z siebie ciągle łapiąc powietrze - brama jest pusta!...splądrowana…ale nie jak po walce…barykadujemy się w środku, przybiegłem tutaj bo dopiero…na wieży sobie uświadomiłem…, że chyba najlepiej by było żebyśmy zostawili tu posterunek na skraju lasu, tak z trzech ludzi może? Żeby mogli odpowiednio wcześniej zatrzymać regiment jak nadejdzie i wprowadzić ich w to co wiemy. No i jak byśmy zostali w tej bramie otoczeni to zawsze będą mogli ruszyć do regimentu żeby jak najszybciej sprowadzić odsiecz, Panie sierżancie.
-
Gdy Thiemo skończył swoją tyradę o Duchu Lasu, Duivel przez chwilę milczał, jakby ważył słowa tubylca. Wreszcie skinął głową.
— U nas, w rodzinnych stronach, też się takie duchy chowają. Nawet imię to samo - Duch Lasu, a sens chyba ten sam - las się broni, kiedy ktoś go zdradzi czy zaatakuje — powiedział spokojnie, po czym dodał, patrząc jeszcze w stronę lasu za nimi — Dzięki za wytłumaczenie, Thiemo. I kimkolwiek czy czymkolwiek to jest... cokolwiek zarzynało tamte bestie, zrobiło nam dziś przysługę. Zawsze to lepiej gdy jest mniej tych pomiotów na świecie...
Nie zareagował na to, że Stefan wcześniej uciszał gestem gadatliwego Wendorfczyka. Mieli przecież zachowywać się normalnie, a on i tak dawno już przywykł nie odpowiadać na każdy gest towarzyszy. Myślał raczej o czym innym - o wysokości, na jakiej ponoć wisiały głowy zwierzoludzi. O czymś, co albo lata, albo jest wyższe od nich wszystkich razem wziętych. Wolał wierzyć, że to Duch Lasu, przyjazny, a przynajmniej obojętny wobec regimentu maszerującego przez jego ziemie, niż że gdzieś tam czeka coś, co zabija bez różnicy komu i Jego kuzynki, znajomi i szefowe także mogły być narażone.
Kury go zaskoczyły. Na tyle, że myśli całkowicie zmieniły bieg. Zwierzęta zaskoczyły go nie tym, że były dość ciche i spokojne, ale tym że w ogóle żyły. Bo cała reszta miasta wyglądała jakby niezbyt żywo...
Wchodząc do miasta wszedł zaraz za Stefanem, ale nie wbiegł do wieży jak Jaeger i Jego pomocnicy. Rozglądał się, patrzył za śladami walki albo chociaż jakieś wskazówki czy stoją za tym pomioty chaosu, czy jednak to wynik buntu. Wszedł do wieży i przeszukiwał ją metr po metrze, cicho i uważnie. Szukał czegoś więcej niż tylko splądrowanych kątów i porzuconej broni - jakiegoś śladu, który powiedziałby, co się tu, do diaska, stało. Było pusto i nie był to czas na zwiedzanie, zresztą jeden z Wiselów chyba zdążył już obiec całą wieżę, jakby się podzielili i każdy badał inną.
Na zewnątrz znów spotkał Thiemo który wciąż w lekkim szoku powtarzał to samo, jednak na widok innych kompanów wyjawił co tu zawsze się działo. Było to wszystko niepokojące, szczególnie, że jakieś odgłosy od środka miasta były słyszalne. Jeszcze nie wiedział co to dokładnie a próbę wsłuchania się przerwał mu Stefan, choć elf nie był w stanie zrozumieć co mówi albo krzyczy, gdyż robił to z jakiejś wysokości.
Po chwili zaskoczyli go Wiselowie, zajęci ryglowaniem bramy i barykadowaniem drzwi jednej z wież. Nie do końca rozumiał, co się dzieje - wolał skupić się na odgłosach dobiegających z głębi miasta. Próbował rozpoznać w nich coś znajomego. Swoich. Albo zwierzoludzi. Widok splądrowanych wież nie napawał go optymizmem.
Właśnie wtedy zobaczył, jak Stefan Jeager wybiega z jednej z wież, pędem coś mówił do barykadująych drzwi Wiselów, biegnie wciąż w stronę bramy i zrzuca łuk, plecak i tarczę i udaje się w stronę lasu.
Zwrócił się do stojących przy nim Weaselów, głos miał twardy.
— Ej wy, co tu kurwa się dzieje?! Mieliśmy zrobić rekonesans, a wasz kolega gdzieś biega jak oparzony, a wy ryglujecie drzwi? Dobrze, że reszty ciuchów nie zdjął. Zostawcie to, przecież my nawet nie wiemy, kto siedzi w środku miasta. Zamkniecie bramę, reszta naszych zostanie na zewnątrz, a nas ktoś zaskoczy od środka... i co wtedy?
Nie czekając długo na odpowiedź, odwrócił się do Thiemo.
— Ten dym, co tam jest? Jakaś karczma? Rathaus? A może znasz tu kogoś blisko bramy, kogo moglibyśmy zawołać po imieniu? — do niego mówił spokojnie z pewnym ciepłem w głosie. Spojrzał na niego uważnie. Wendorfczyk pomógł im już nieraz, znał to miasto, więc jeśli ktoś miał tu jeszcze jakichś znajomych, to właśnie on.
Czekał na odpowiedź, jednym uchem wciąż nasłuchując, czy Stefan Jeager nie woła o pomoc jak na bagnach. Wzrok miał natomiast skierowany w głąb miasta, świdrował każdy zakamarek... -
Tobias przeszedł przez bramę jako ostatni rozglądając się po blankach za jakimś ruchem na górze. Nic nie zauważył więc ruszył dalej z nisko pochyloną głową, starając się znaleźć dla siebie jakiejś osłony w razie ataku strzeleckiego. Oprócz samych budynków dobrą osłonę dawały skrzynie i beczki porozrzucane tu i ówdzie, czy wóz leżący gdzieś na ulicy. W najbliższej okolicy było raczej cicho a zwierzęta zachowywały się dość spokojnie. nie zostały zabrane ani zabite co było zagadką. Może mieszkańcy uciekali przed wrogiem w pośpiechu i nie mieli czasu zabrać biegający luzem drób a wróg był naprawdę blisko. To by tłumaczyło pozostawione zwierzęta, ale że wróg nie zabił albo zabrał na posiłek, tego Tobias nie mógł zrozumieć. To było naprawdę dziwne.
Tobiasowi przeszła nagła myśl przez głowę - Czarodziejstwo! - pomyślał. Ktoś mógł zaczarować mieszkańców i poszli bezwolnie jak barany. Naturalny strach przed magią podsuwał łucznikowi różne wersje wydarzeń.
Otrząsnął się słysząc Stefana wydającego polecenia pozostałym zwiadowcom. Nie wszystkie rozkazy wydawały się rozsądne, w końcu mieliśmy zrobić zwiad, podejść jak najbliżej się da i najszybciej jak się da ocenić sytuację i zawiadomić dowództwo a i tak już przy karczmie dużo czasu zmitrężyliśmy. Jak tak dalej pójdzie to dogonią nas a i tak nie będziemy mieli dla nich żadnych nowych wieści poza tym co i tak już zobaczą.
Podzielił się to myślą z chłopakami - Powinniśmy udać się małymi grupkami - najlepiej po dwóch - w kierunku centrum miasta, skąd dochodzą odgłosy i zobaczyć co się tu dzieje. Zaglądać do mijanych domostw by upewnić się że nikogo w nich nie ma i przeć na przód bo czas ucieka. - Nie mam racji Duivel? -
Tobias przeszedł przez bramę jako ostatni rozglądając się po blankach za jakimś ruchem na górze. Nic nie zauważył więc ruszył dalej z nisko pochyloną głową, starając się znaleźć dla siebie jakiejś osłony w razie ataku strzeleckiego. Oprócz samych budynków dobrą osłonę dawały skrzynie i beczki porozrzucane tu i ówdzie, czy wóz leżący gdzieś na ulicy. W najbliższej okolicy było raczej cicho a zwierzęta zachowywały się dość spokojnie. nie zostały zabrane ani zabite co było zagadką. Może mieszkańcy uciekali przed wrogiem w pośpiechu i nie mieli czasu zabrać biegający luzem drób a wróg był naprawdę blisko. To by tłumaczyło pozostawione zwierzęta, ale że wróg nie zabił albo zabrał na posiłek, tego Tobias nie mógł zrozumieć. To było naprawdę dziwne.
Tobiasowi przeszła nagła myśl przez głowę - Czarodziejstwo! - pomyślał. Ktoś mógł zaczarować mieszkańców i poszli bezwolnie jak barany. Naturalny strach przed magią podsuwał łucznikowi różne wersje wydarzeń.
Otrząsnął się słysząc Stefana wydającego polecenia pozostałym zwiadowcom. Nie wszystkie rozkazy wydawały się rozsądne, w końcu mieliśmy zrobić zwiad, podejść jak najbliżej się da i najszybciej jak się da ocenić sytuację i zawiadomić dowództwo a i tak już przy karczmie dużo czasu zmitrężyliśmy. Jak tak dalej pójdzie to dogonią nas a i tak nie będziemy mieli dla nich żadnych nowych wieści poza tym co i tak już zobaczą.
Podzielił się to myślą z chłopakami - Powinniśmy udać się małymi grupkami - najlepiej po dwóch - w kierunku centrum miasta, skąd dochodzą odgłosy i zobaczyć co się tu dzieje. Zaglądać do mijanych domostw by upewnić się że nikogo w nich nie ma i przeć na przód bo czas ucieka. - Nie mam racji Duivel?Tura 50 - 2521.05.05; fst; południe
Miejsce: pd-zach Ostland; Las Cieni; okolice Wendorf; południowa brama
Czas: 2521.05.05; Festag; południe
Warunki: - ; na zewnątrz: dzień, pogodnie, umi.wiatr; chłodno (0)Zwiadowcy Kolesnikowa
- No rzeczywiście. Splądrowane a żadnych ciał nie ma. - Sierżant Hochlandczyków mruknąl w zamyśleniu. Bez pośpiechu wyjął swoją prostą fajkę, zaczął ja nabijać bagiennym zielem jakby to pomagało mu zebrać myśli. Oparł się o blanki jaki przebiegał pomiędzy dwiema bramnymi wieżami. Więc jak podniósł głowę to miał niezlą perspektywę na Wendorf. Jak już nabił fajkę to odłożył ją na mur i tak samo flegmatycznie zaczal wyjmować pojemnik z żarem. To, że w wieżach były paleniska to wszyscy widzieli ale były zimne od dawna. Więc nie dało się uzyć ich żaru aby odpalić fajkę. Teraz ten kudłaty Hochlandczyk, jak już obszedł obie wieże, miał minę podobnie zdziwioną jak niedawno czata jaką wysłał do jej sprawdzenia. Widać też się tego nie spodziewał mimo, że już pod lasem Stefan jak przybiegł to mu zameldował co tam mniej więcej znaleźli.
- Nikogo nie ma? Znaczy żywych? Czyli same trupy? - Coś takiego powiedział jak tylko Jaeger skończył mówić. Widocznie też mu się w głowie nie mieściło, że brama może stać rozwarta i pusta. Zapewne więc spodziewał się, że strażnicy zginęli w walce. Stefan musiał mu to dodatkowo wyjaśnić ale całkiem przekonał się dopiero teraz, jak sam miał okazję rozejrzeć się tutaj na własne oczy. Teraz musiał zapalić fajkę, jakby to pomagało mu się namyślić co robić dalej. Jeszcze pod lasem, przystał na sugestię Ostlandczyka aby zostawić paru ludzi dla reszty regimentu. Po namyśle się z tym zgodził. Zostawił Franca jaki do tej pory zwykle obstawiał flanki maszerującego oddziału i jeszcze dwóch innych myśliwych. Potem razem z większością swojej bandy, ruszył w stronę wież. Gdy Stefan wskazał na przewrócony wóz, leżący niedaleko bramy, czarnobrody machnął tylko ręką.
- Chcesz to sprawdź. - Dając znać, że dotarcie do bramy interesuje go bardziej. Ze dwóch ludzi jednak i tak zainteresowało się czy nie ma tam nic ciekawego. To musiał być pojazd jakichś uchodźców bo wyglądało, że spakowano tu dobytek chłopskiej rodziny. Większość rzeczy nie rzucała się w oczy. Ale znaleźli zwój liny, odświętny kożuch w dobrym stanie, ikonę z wizerunkiem Talla ze znanej świątyni blisko kislevskiej granicy, kolorowe wstążki jakie myśliwi mieli nadzieję zdobyć przychylność niewiast, mocną siekierę do rąbania drewna i parę innych bibelotów.
Hochlandczyków najbardziej ucieszyła kadź wiśniowej nalewki. I chociaż była na tyle ciężka i nieporęczna, to zdecydowali się ją zabrać. A wojskową tradycją było, że alkohol był nawet milszym gościem niż ladacznice. A najlepiej jak obydwa te elementy występowały naraz. Razem więc dźwigali tą zdobycz jaka od razu wywołała uśmiechy na twarzach ich pobratymców.
Ich towarzysze, bez wahania sięgnęli po łuki i w parę chwil ustrzelili kilka kur. Zupełnie jakby to był jakiś festyn więc śmiechu było sporo. Chociaż może cieszyli się na myśl o kuraku jaki wkrótce zjedzą. Zbliżała się pora, że faktycznie już czas było pomyśleć aby po całym dniu na nogach, napełnić swoje brzuchy. A i tak musieli chwilę musieli poczekać zanim Wieslerowie zdołali otworzyć wewnętrzną bramę i już byli w środku. Hochlandczycy weszli do środka za swoim hersztem ale szybko dały o sobie znać ich bandyckie nawyki bo bez skrupułów zaczęli myszkować po wieżach w poszukiwaniu łupów. Tak samo, jak niedawno po dwóch wywróconych wozach na drodze czy spalonym zajeździe. Duivel mógł sobie w duchu pogratulować, że zdążył się tu rozejrzeć zanim przybyli. Więc nawet nie był za bardzo zdziwiony na ich psioczenie.
- Co za złodziejska hołota! Wszystko rozkradli! Nic nam nie zostawili! - Co chwila któryś syczał ze złości, gdyż łup jaki znaleźli okazał się dość marny. Wcześniej zapewne urzędowali tu głównie strażnicy i mytnicy. Więc niezbyt majetni ludzie. To i wcześniej pewnie nie było tu zbyt wiele cennych rzeczy. A te co były, to zapewne zabrali je ci, co tu buszowali wcześniej. Któryś z myśliwych przytulił malowany kubek jaki mu się spodobał, inny znalazł jakieś niezbyt nowe buty ale uznał, że te co ma są i tak w lepszym stanie a kolejny antałek z winem. Co prawda zaczętym ale Hochlandczycy ucieszyli się tak samo, jak z tej bańki nalewki z przewróconego wozu.
Oczywiście księga wyrzucona gdzieś na podłogę, niezbyt ich zainteresowała. Jak elf ją podniósł okazało się, że jest to dziennik mytników. Ostatnie wpisy były dość rutynowe. Wóz jednokonny 4 monety, dwukonny 8, 7 pieszych 2 monety. I tak dalej. Zapiski kończyły się w Konistag 3 Sigmarzeit. Czyli dwa dni temu. To było wtedy, gdy ich regiment przeprawiał się łodziami w Risted przez Wolf a ich szefowe pierwszy raz puściły przodem aby zbadali drogę na Speck. Ale żaden nie było w księdze żadnego wyjaśnienia co do braku dalszych zapisków albo splądrowania tego miejsca.
Drugie znalezisko trafił w piwnicy. Sądząc po licznych śladach butów i rozbebeszonych regałach, tu też nieźle ktoś buszował. Ale może przegapił to, a może wtedy jeszcze pył nie zarysował regularnego kąta na podłodze. Jak elf tam podszedł i zaczął przesuwać dłońmi, trafił na klapę. Gdy ją otworzył ukazała się ciemność zbyt mocna nawet dla jego nocnych oczu. Musiał wrócić na górę i zdobyć jakieś światło. Znalazł pochodnię, ale żaru aby ją odpalić już nie. Paleniska były wygaszone i zimne. Zanim udało mu się rozpalić tą pochodnię to Stefan zdążył wrócić z Kolesnikowem i większością zwiadowców. A ci rzucili się do rabowania obu wież.
Duivel nie znalazł żadnej wskazówki co tu się stało. Ślady jakie widział nie były jednoznaczne. Nie było ciał ani wyraźnych śladów krwi, co sugerowało, że walki, przynajmniej takiej ze śmiertelnym skutkiem, raczej tu nie było. Ale czy w ogóle nie było to nie mógł wykluczyć. Jak widział przewrócone krzesło to ktoś je mógł przewrócić w trakcie walki albo podczas plądrowania. Nie znalazł śladów wyłamywania drzwi a większość w obu wieżach była otwarta. Więc raczej nikt ich nie szturmował. A jeśli doszło do ich splądrowania to pewnie rabusie nie kłopotaliby się z zamykaniem drzwi. Nie znalazł też żadnej broni. Chociaż był składzik na jakieś włócznie czy halabardy. A te mniejsze może miecze czy topory. Teraz stały puste. W końcu elf wyszedł na blanki, aby zaczerpnąć świeżego powietrza. Po obu wieżach i tak buszowali już łucznicy z Hochlandu więc zrobiło się ciasno i nerwowo. Ale tu spotkał Thiemo jaki też wydawał się być przytłoczony tym wszystkim.
- Tam? - Wendorfczyk nie był już pierwszej młodości więc mocno mrużył oczy aby dojrzeć co tam elfi kolega widzi. - A ty chyba masz lepsze oczy młody. - mruknął jakby jasna cera Duivela sprawiła, iż zapomniał, że rozmawia z kimś ze starej rasy. - Ale tam to centrum. Widzisz ten duży dach? Z czerwoną dachówką? Co tam, wystaje nad inne. No. To je nasz ratusz. Jest tam Markplatz. Co tydzień tam targ robimy. Dużo ludzi z okolicznych wiosek się zjeżdża. Ze Speck nawet. A tamtą wieżę widzisz? Bo ja niebardzo. Ale tam po lewej to chyba jest jakaś krecha. No to to je świątynia Sigmara Opiekuna. Bo kiedyś Sigmar jak zabił strasznego olbrzyma to usiadł tam i trzy dni odpoczywał. I dlatego nasze dziady postawili tam świątynie dla naszego kochanego Opiekuna. - Thiemo mówił ze swoim wschodnim akcentem, tak popularnym dla kresów Imperium. I rzeczywiście elf nie miał problemów dostrzec dach ratusza ani wieżę świątyni Sigmara. Ale bez detali bo widzieli to wszystko tuż ponad poziomem dachów większości kamienic i pod ostrym kątem. Dym widać było gdzieś tam z centrum. Całkiem niedaleko Markplatz. Właśnie od strony świątyni. To musiało płonąć coś większego niż zwykłe ognisko. Ale też raczej nie cała kamienica bo pewnie by było widać jakieś płomienie. A był tylko dym. Pożar mógł też już dogasać albo dopiero się zaczynać. Mogło się też palić coś co daje więcej dymu niż ognia.
- Mój brat mieszka na Żelaznej. - Thiemo nagle odezwał się, wyrywając elfa z tych przemyśleń. - Eh, jak ci to wyjaśnić jak nie zna miasta… - Westchnął gdy uzmysłowił sobie, że teraz powinna nastąpić tradycyjna pantomima jak się gdzie idzie i skręca aby wyjaśić drogę nieznajomemu. - To tamotoj bliżej świątyni niż ratusza. - Machnął w końcu mniej więcej we właściwym kierunku. - Moją to już wojny i zarazy zabrała. Tylko średni syn i córka mi zostali. Ale on za ziemią poszedł do tej waszej górskiej marchii. Mówił, że to szansa, że zarobi bo wasz margraf dom każdemu obiecał i dekadę bez podatków i pańszczyzny. To poszedł tam mój Marko. I dlatego się do waszego pana się zaciągnąłem a nie do innego. Myślał ja, że może i jego spotkam. Ale widać nie. No i córka. Też średnia. Bo przeca te co zmarły za dziecka to nie liczę. Zawsze dobrzy bogowie zabierają tych dobrych do siebie na samym początku. A Sara dobrze, wyszła za mąż. Za kupca żelazem z Grunackeren. To i wyjechała tam razem z nim. Ale z raz do roku przyjeżdżajo do starego ojca. Miło jest wtedy. A teraz… Eh… Podobno tam już też te zaprzańce podeszły… - Stary milicjant wyłuszczył Duivelowi swoje rodzinne koneksje jakie miał w tym mieście i okolicy. Zasępił się nad tym, zwłaszcza jak dorosłego syna nie spotkał w regimencie a córka miała mieszkać w mieście jakie mogło już być oblężone przez armię najeźdźców. Zresztą docelowo od Ristedt, tam właśnie zmierzał regiment. A Speck czy Wendorf były tylko po drodze.
- A pójść możemy do piekarni Alberta, o tam. Albo do zajazdu “Czerwonego koła” o tam. Ja tam wszystkich znam a oni mnie. - Thiemo otrząsnął się z przemyśleń i wskazał na dwa przeciwne kierunki gdzie można by zajść. Zajazd miał być w głębi tej głównej ulicy jaka biegła od bramy a piekarnia w prawo, przy tej co niegła wzdłuż muru. Właśnie gdzieś na ten moment zastał ich Kolesnikow jaki wyszedł na świeże powietrze aby zapalić fajkę i przemyśleć to wszystko.
Przez jakiś czas wydawało się, że Tobias jest jakby na uboczu tego całego zamieszania wokół bramy. Widział jak Stefan myszkuje po obu wieżach a potem wydaje swoim pomocnikom polecenia. Jak ci zaczynają z mozołem zamykać wewnętrzną bramę a wydawało się, że zaraz po paru chwilach musieli ją otworzyć aby wpuścić do środka swego lidera oraz Hochlandczyków. Tu widać było, że dwie osoby to dają radę zamknąć lub tworzyć skrzydło ciężkiej bramy ale do zablokowania jej, używało się ciężkiej belki. A ta była wewnątrz wieży. Trzeba było ją po kawałku przesuwać przez całą bramę aż weszła w otwór w przeciwnej wieży. A jak otwierać to podobnie tylko w odwrotnej kolejności. Tu się przydawała ta trzecia czy czwarta osoba do przesuwania tej belki bo ci co zamykali bramę, musieliby biegać do środka aby się tym zająć.
Co prawda rzucił propozycję zwiadu do Duivela i reszty ale elf chciał najpierw starannie przeszukać wieżę, Wieselowie zmagali się z blokowaniem wież a potem bramą a Thiemo chyba nie czuł się na siłach aby mu odpowiedzieć. A potem doszedł do nich Kolesnikow ze swoimi banitami i zrobił się jeszcze większy harmider. Ale w koncu dwoch z nich wyszło przed jedną z wież aby odsapnąć. Przez chwilę marudzili, że nie znaleźli nic ciekawego do zrabowania. W koncu jednak jeden z nich odpiął od pasa kubek, i zaczęli probować tej nalewki jaką koledzy przynieśli z wozu przed bramą. A widząc Tobiasa w pobliżu, nawet zachęcająco wyciągnęli prosty, drewniany kubek aby go poczęstować.
- A widzieliście, że tu nikogo nie ma? Ani żywych ani nie żywych. - Zagaił jeden z nich jakby i jego dziwiła ta pustka w bramie. Kolega pokiwał głową na znak zgody.
- Może za mało im płacili? Albo hrabia chciał ich na wojnę zaciągnąć a oni mieli lepsze pomysły? - Zaśmiał się kolega, upijając ze swojego kubka.
- Może. Ale wiecie co ja myślę? - Ten pierwszy ściszył głos i pochylił się bliżej do obu towarzyszy. Kolega dał mu znać aby ciągnął dalej bo wydawał się być zaciekawiony. - Magia! Czarostwo jakie! - Sapnął jakby im zdradzał tajemnicę. Drugi z Hochlandczyków od razu na wszelki wypadek splunął przez ramię aby złe odegnać.
- Nie gadaj! - Sapnął trochę zaniepokojony.
- A tak. Czarostwo. I powiem więcej. To czarostwo od takich jak ten tam. - Drugi z myśliwych dyskretnie wskazał kciukiem na blanki. A tam widać było jak Duivel rozmawia z Thiemo. Obaj wpatrywali się w stronę miasta i zdawali się nie zwracać uwagi na Tobiasa i dwóch łuczników.
- Myślisz, że to on? Ale jak? Przecież cały czas był z nami. - Ten z kubkiem zamrugał oczami ale widać było, że nie do końca pasowała mu wizja Duivela jako sprawcy zniknięcia strażników.
- Głupiś! Nie mówię o nim. Tylko o takich jak on. Zwłaszcza ich kobiety. Przecież wszyscy mądrzy ludzie wiedzą, że to same wiedźmy. A co druga z tych długouchych to czarownica. - Sciszył głos jeszcze bardziej aby tylko oni dwaj go słyszeli. Ten w ciemniejszym kaftanie szybko spojrzał na Tobiasa jakby sprawdzał jego reakcję. Co prawda słyszało się, że elfy to bardzo mądra ale i butna rasa. Że i mężczyźni i kobiety uchodzili za pięknych tak bardzo, że podobno szpetne elfy się nie trafiały. Ale też uważano, że to sprawa czarów i uroków, zwłaszcza w co do elfek. Więc nic dziwnego, że towarzysz Tobiasa zawahał się czy to przyjąć na wiarę czy odrzucić.
- No ale to jak… Jakaś elfka… Co? Zaczarowała ich? - Próbował poskładać w głowie to co sugerował kolega w jaśniejszym kaftanie.
- A pewnie! Elfom to nie można ufać. Zwłaszcza elfkom. Ty widziałeś kiedyś aby któraś z naszych kobiet była tak gładka? I chuda. No młode to jeszcze są chude ale stare? A te przeklęte elfy nigdy się nie starzeją! - Wyrzucił z siebie ze złością na tą uprzywilejowaną, elfią rasę. A kolega w zadumie pokiwał głową. Widząc ten pierwszy sukces, ten w ciemniejszym kaftanie kontynuował. - Więc ja myślę, że to były czary. Elfickie czary. Jakiejś elficy. One umeją się maskować. Tak, że wyglądają jak piękne ale nasze kobiety. Przychodzi taka jakby nigdy nic. Wygląda jak nasza. Tam się uśmiechnie, tam oczami rzuci. A sami wiecie jakie one mają czy. I te na dole też! I już jesteś zaczarowany. A potem wyprowadza do lasu. I porywa. A tam już czekają wspólnicy takiej elfiej wiedźmy. I zjadają nieszczęśników! A taka wiedźma zawsze dostaje ich serce. - Szybko streścił im jak uważa, że był przebieg który doprowadził do zniknięcia strażników. Ten drugi aż otworzył oczy ze zdumienia.
- No tak! Ci zwierzoludzie ze spalonego zajazdu! - Popatrzył żywo na kolegę i Tobiasa, czy oni też wpadli na takie powiązanie. Kolega mądrze pokiwał głową.
- Teraz sami pomyślcie. Czy widzieliście ostatnio samotną, nieznajomą, piękną kobietę? - Ten pierwszy popatrzył na nich obu czy sobie coś takiego przypominają.
- No w tym “Dzbanie” była ta ruda kelnerka. Nawet niezła. Ale ja wiem czy taka co bym stracił dla niej głowę… - Hochlandczyk zamyślił się ale patrzył na nich obu czy też mają takie wątpliwości czy Melinda mogła być elficką wiedźmą. Mogła wpadać w oko jako kelnerka ale do elfich panien to było jej daleko. Ale te wedle ich rozmówcy, ponoć umiały przyjmować wygląd ludzkich kobiet. Więc nie był pewien. Gdy Tobias odwrócił głowę aby spojrzeć gdzieś w dal i się zastanowić, dojrzał ruch. Coś właśnie śmignęło jak ptak, tuż przy ziemi. Może to ta jedna z kur spłoszonych przez Hochlandczyków? Zniknęło to coś za ścianą kamienicy więc nie mógł się temu bliżej przyjrzeć.
- A ty Tobias? Myślisz, że to mogły być czary elfiej wiedźmy? - Głos Hochandczyka skierował jego uwagę z powrotem na rozmowę. Ten drugi nie mógł się zdecydować albo był ciekaw opinii Ostlandczyka. Zresztą wkrótce minął ich Stefan jaki wszedł do środka wieży.
Jaeger odkrył, że zbyt krótko go nie było aby jego dwaj pomocnicy, zdążyli przeprowadzić jakieś inne prace niż zamknięcie wrót bramy. Pozamykali też drzwi w wieżach. Ale teraz i tak Hochlandczycy jacy zabrali się za rabunek i tak już obrabowanego miejsca, otwarli je ponownie. Obecnie wieże więc wróciły do stanu w jakim je zastali pół dzwonu temu. Właściwie to barykadowanie drzwi wejściowych okazało się dość uciążliwe. To były jedyne wejścia do wież, na poziomie gruntu. Więc jakby były z jakiegoś powodu zamknięte, to na zewnątrz trzeba było wychodzić przez najwyższe piętro a potem po drabinie na dół, aż do ziemi. Teraz co chwila ktoś przez nie przechodził. Wcześniej razem ze szpicą, tylko pobieżnie przeszli przez obie wieże. A teraz wszędzie buszowali chciwi myśliwi z zachodniej prowincji. Dopiero na blankach było spokojniej. Zastał tam Kolesnikowa, Duivela i Thiemo.
- Południe minęło. - Herszt zadarł głowę jakby chciał się upewnić. - Ale do zmierzchu to jeszcze połowa dnia. A dnie teraz długie. - Raczej wszyscy to wiedzieli. Zanim się zacznie zmierzchać to pewnie jeszcze z sześć, siedem dzwonów będzie. Hochlandczyk chyba jednak myślał na głos jakby wreszcie zebrał myśli przy paleniu swojej fajki. - Nas jest z tuzin. - Pokiwał głową. I jak zostawił Franca i dwóch ludzi pod lasem to faktycznie było ich tutaj, niewiele ponad tuzin. - A wszyscy z bramy pójść nie możemy. Ktoś musi tu zostać. A jednak trzeba sprawdzić co tam w mieście się dzieje. Coś pusto tu jakoś. - Wymownie wskazał fajką na ulicę jaka wiodła od bramy w głąb miasta. I sąsiednie kamienice. - A nie wiadomo kiedy nasz regiment tu dotrze. Może za pół pacierza. A może o zmierzchu. - Cmoknął z niezadowolenia nad tą niewiadomą. Tego akurat nikt z nich nie mógł oszacować. Possał chwilę fajkę i znów popatrzył na panoramę wendorfskich dachów. Dym jaki wcześniej Duivel oglądał z Thiemo, dalej się tam wznosił. I właściwie to jakiś ruch zdarzało im się zauważyć. A to w oddali ktoś przechodził ulicą. A to w oknie mignęła jakaś sylwetka. Słychać było jakieś odgłosy ze strony miasta. Może jakiś tumult? I trudno było go namierzyć ale gdzieś z głębi. Tu na obrzeżach było dość spokojnie. Jeśli jacyś mieszkańcy tu byli, to pochowali się w swoich domach. Stopniowo kolejni łucznicy wychdzili na blanki, zrażeni i zawiedzeni ubogim łupem jaki znaleźli w wieżach. Także i dwaj rozmówcy Tobiasa, klepnęli go w ramię widząc, że tam się robi jakieś zbiegowisko. To też poszli aby sprawdzić co tam się dzieje. W końcu większość grupy znalazła się właśnie tam.
- Na głodnego nie ma co wojować. Weźcie chłopcy przygotujcie te kuraki. - Kolesnikow wydał polecenie jakie od razu ucieszyło jego ludzi. Ten czy tamten co zdołali ustrzelić bezpańskie kury, teraz złapali za nie i zaczęli potrząsać. Rzeczywiście brzuchy zaczynały już dawać o sobe znać. Ale aby rozpalić ogień, skubać i wypatroszyć te ptaki to musiało zejść parę pacierzy. Część łowców od razu zniknęła w wieży aby się zająć przygotowywaniem posiłku.
- A wy rozejrzyjcie się po okolicy. Nie daleko, abyście zdążyli na te kuraki. Złapcie jakiegoś języka co tu się do kroćset dzieje. Duivel widzę, że się dogadujesz z Thiemo. To idźcie razem. Ty Stefan swoich dwóch ludzi masz. A ty Tobias… - Czarnowłosy zaczął im przydzielać zadania tak aby chociaż połowa jego skromnych sił, pozostała przy bramie. Zawahał się przy Tobiasie który akurat przy nikim nie stał. Stefan przeszukał swoich ludzi przy blankach po czym znalazł mu parę. - Ty pójdziesz z Beth. Ona jest z miasta i sobie w nich radzi. - Wskazał na jedyną kobietę w ich bandzie leśnych banitów. Dziewczyna przewróciła oczami słysząc, że została ochotniczką do tego niepewnego zadania ale podeszła do Tobiasa i pacnęła go w ramię na zachętę. Siódemka zwiadowców zebrała się obok herszta. - Jak kogoś spotkacie to wypytajcie się co tu jest grane. Ale miejcie oczy i rozumy szeroko otwarte. Słyszeliście co mówiły szefowe i ci w zajeździe. Jak nic niezwykłego nie traficie to też wracajcie. Po obiedzie się pomyśli aby pójść gdzieś dalej w miasto. A kto wie? Może nawet nasz regiment do tego momentu tu dotrze? - Uśmiechnął się na koniec, jakby chciał zakończyć nutką optymizmu. Ale dało się wyczuć, że jako człowiek lasu, w obcym mieście czuje się nieswojo. Zwłaszcza jak wyglądało to dość niestandardowo, że nie bardzo wiedzieli czego się tu spodziewać. Całkiem inaczej niż wcześniej w Breder, Lenkster czy Ristedt. I chyba liczył, że jak dojdzie to ich regiment to i siły będą mieli większe i już nie będzie musiał podejmować tak ciężkich decyzji. Na razie to chciał aby czata podzieliła się na dwu-trzyosobowe patrole i zbadała najbliższą okolicę bramy. Pozostałych kilku ostatnich myśliwych jakich miał do dyspozycji, zaczął rozdzielać między blanki a dół wieży. Co i tak oznaczało, że każdy z nich musiał czuwać samotnie.
Cześć! Wygląda na to, że jesteś zainteresowany tą rozmową, ale nie masz jeszcze konta.
Masz dość przewijania tych samych postów za każdą wizytą? Po zarejestrowaniu konta zawsze wrócisz dokładnie do tego samego miejsca, w którym byłeś wcześniej, możesz wtedy również wybrać opcję otrzymywania powiadomień nowych odpowiedziach (e-mailem lub powiadomieniem push). Będziesz też mógł zapisywać zakładki i głosować na posty, aby okazać uznanie innym członkom społeczności.
Z Twoją pomocą tez post mógłby być nawet lepszy 💗
Zarejestruj się Zaloguj się