21 dni Kwarantanny
-
Życie w biurowcu toczyło się swoim tempem, po wydaniu racji przez Policję, ludzie się rozeszli. Atmosfera przygnębienia i beznadziei jeszcze pogłębiła się, podczas gdy wśród ludzi kwitł niepewny barter. Ja tobie kromkę chleba, ty mi margarynę na moją kromkę. Ja tobie serek wiejski, ty mi pół cebuli.
Najgorzej mieli przypadkowo schwytani w pułapkę cywile, którzy okupowali pokój socjalny parteru i Lobby. Wpadli na chwilę do budynku załatwić jakąś sprawę i niestety, tak już zostali.
Najgorsze było to, że nie było wdać żadnych objawów choroby. Kaszlu. Kichania. Żadnych zgłoszeń. Każdy patrzył na każdego, nie jak na "zdrowego", ale jak na potencjalne źródło śmiertelnego patogenu.
Nie ma "Zdrowych". Są tylko "niezdiagnozowani"...Karol zajmował się swoimi sprawami. Krążył wśród techników, dokręcał śrubki, rozmawiał z ludźmi. Jako że był "prawie swój" chociaż zewnętrzny kontraktor, to jednak przyjęli go jak swego i miał okazję spędzić noc właśnie w dziale technicznym. Dostał własne legowisko - co prawda złożone, jak wszystkie, ze wszystkiego co było dość miękkie i pod ręką, ale przynajmniej techniczni mieli własny zapas kawy, oraz nie patrzyli na każdego jak na potencjalne zagrożenie. Trzymali się razem.
Maksymilian miał najtrudniej - mycie okien zostało odwołane. Wszyscy ci, którzy zajmowali się wielkomiejską alpinistyką na wieżowcach, byli obecnie bez zajęcia. Z braku lepszego pomysłu, unikał ludzi. Miejsce do sprania przygotował sobie w jednym ze schowków, o którym wiedział, że może go po prostu zamknąć od zewnątrz, jest tam dość miejsca żeby się położyć, oraz dość suchych, świeżych mopów, aby umościć sobie coś w stylu łóżka.
Śmierdziało wszelkiego rodzaju chemią, ale było bezpiecznie, a to najważniejsze.Tymczasem, w gabinecie Wiktorii, ona i Michał prowadzili szeroko zakrojone śledztwo, szukając potencjalnych zarażonych, którzy mogli przywlec choróbsko z Niemiec. Zamiast biernego obserwowania sytuacji, próbowali coś zrobić. Coś o co nikt nie prosił, nikt nie potrzebował, może nawet nikt nie zasłużył.
Może nawet nikt nie był świadomy potrzeby takiego działania. Ale to pozwoliło im się czymś zająć.Do wieczora mieli już gotową listę 10 nazwisk, która po paru telefonach, skróciła się do zaledwie 5 pozycji - ponieważ właśnie tylu z listy znajdowało potwierdzenie swojej obecności w budynku w dniu dzisiejszym. Problemem był brak objawów, jak również destynacje lotów - cholera, wszystko wskazywało na to, że znowu dobrnęli do ślepego zaułka. Że to bogu ducha winni ludzie, którzy są zdrowi, a zawinili jedynie tym, że mieli przesiadkę w Niemczech, w miejscu w którym nawet techncznie nie było ogniska choroby.
Przyniesiona przez Wiktorię z socjalnego Kawa szybko została otwarta, a jej zapasy podczas śledztwa zaczęły niebezpiecznie topnieć.
Oczywiście Wiktoria i Michał w jakiś sposób umościli się w jej gabinecie na noc. Pierwszy - i jak mieli płonną nadzieję, ostatni - dzień kwarantanny, dobiegł końca. Zapadła noc. Niepewna, wątła. Z rzadka przerywana przejazdami na ulicy, bądź pojazdami na sygnale. Z ludźmi, śpiącymi w różnych zakamarkach, niekiedy najbardziej zapomnianych przez Bogów miejscach w tym cholernym budynku. Okupując kanapy, stoły, podłogi, przestrzenie pod biurkami, próbując umościć sobie w miarę wygodne legowisko, że wszystkiego co było pod ręką.
Poranek przywitał wieźniów Darpolu w nietypowej porannej rutynie. Duży ruch w łazienkach - mycie rąk, twarzy, załatwianie potrzeb, oraz zużywanie papierowych ręczników w ilości, której nikt by nie podejrzewał. o godzinie dziesiątej kwarantanna miała się zakończyć. Mieli wyjść do domu.
Nikt nie pracował, może z wyjątkiem ochroniarzy. W lobby powoli zbierał się coraz większy tłum, gotowy do wyjścia. Praca w budynku uległa całkowitej dysrupcji i było jasnym, że czy ktokolwiek tego chce, czy nie - czy zarzuci zwolnieniami, zagrozi karami, czy nie - zaraz po zakończeniu kwarantanny budynek będzie świecić pustkami.Jakże głęboko się zawiedli. Jakże straszliwie się pomylili. I jak bardzo niszczący psychicznie był to zawód.
Tuż przed godziną ósmą, dało się słyszeć syreny pojazdów uprzywilejowanych. Za oknami Lobby zrobiło się niebiesko od charakterystycznych szklanek. Otworzyły się drzwi, a do środka weszła grupa ludzi, którzy zmrozili Michałowi Kaczmarskowi krew w żyłach.Sytuacja właśnie przestała być zabawna.

Chłopcy i dziewczęta w ołówianych Piżamach zabezpieczających CBRN (Chemical, Biological, Radiological Nuclear) weszli do budynku razem z uzbrojoną ochroną. Zaczęli wnosić ze sobą sprzęt.
U policjantów też było widać różnicę - nosili teraz gumowe rękawice sięgające im daleko za nadgarski, a jednorazowe maseczki zostały zastąpione przez bardziej porządne z filtrem. Jeden z nich wszedł, razem z tą dziwną ekipą i megafonem.
-Uwaga, Uwaga wszyscy...- Zaczął. Tylko po to, żeby ktoś w kombinezonie zabrał mu megafon. Dało się słyszeć kobiecy głos, nakazujący kretynowi spierdalać. Po chwili ten sam głos mówił już przez megafon.
-Uwaga, uwaga. Kwarantanna została przedłużona o kolejne 48 godzin, z powodu wiarygodnego zagrożenia biologicznego. Rządowa Jednostka Ds. Zwalczania zagrożeń biologicznych zajmuje lewe skrzydło lobby. Wszyscy tam obecni mają natychmiast się stamtąd wynieść. Jestem epidemiologiem, Doktor Alicja Wójcik. Jesteście w dobrych rękach, nie ma powodu do obaw. Wkrótce zaczniemy pobieranie wymazów. Darpol został zamknięty prewencyjnie, ale jestem przekonana, że wszyscy jesteście zdrowi. Niestety moje przekonanie to zbyt mało, żeby kwarantannę zakończyć. Prosimy o współpracę.-HAZMAT-ciarze zaczęli rozkładać swoją placówkę - ściany z grubej folii ochronnej, dekontaminacja, wnoszenie sprzętu medycznego...Chryste, czy oni tu urządzają szpital polowy, czy co?!
-

Karol od rana był na nogach. Nie dlatego, że się wyspał — spał fatalnie. Co chwilę budziły go odgłosy budynku, czyjeś chrapanie albo świadomość, że śpi na prowizorycznym legowisku zrobionym z koców, kartonów i wszystkiego, co techniczni zdołali znaleźć. Ale to nie miało znaczenia. Liczyło się tylko jedno.
Dziesiąta.
O dziesiątej miał wyjść z tego cholernego budynku. Już kilka razy sprawdzał telefon. Wysłał wiadomość do teścia. Napisał Zuzi krótkie „wracam dziś”. Nawet zaczął zastanawiać się, czy nie kupić jej czegoś po drodze do domu. Po ostatniej rozmowie nie mógł pozbyć się z głowy jej głosu.
"Obiecujesz?"
Nie powinien był obiecywać. Dlatego kiedy za oknami rozbłysły niebieskie światła, poczuł jak coś nieprzyjemnego zaciska mu się w żołądku. Stał wtedy w lobby razem z innymi. Najpierw patrzył. Potem słuchał. A z każdą kolejną sekundą robił się coraz bardziej wściekły. Kolejne radiowozy. Ludzie w kombinezonach. Maseczki z filtrami. Sprzęt medyczny. Foliowe ściany. Szpital polowy. I jeszcze ten pieprzony komunikat o kolejnych czterdziestu ośmiu godzinach.
Karol przez chwilę po prostu stał nieruchomo. Potem pokręcił głową.
-Nie, no ja pierdolę...
Nie powiedział tego głośno. Wokół niego i tak rozległy się przekleństwa, krzyki i pytania. Przez moment wyglądał, jakby chciał podejść do tej całej doktor Wójcik i zażądać odpowiedzi. Ale wiedział, że niczego nie wskóra. Ludzie w takich kombinezonach nie przychodzą tłumaczyć. Przychodzą wykonywać rozkazy.
Karol zacisnął szczęki. Miał dość. Dość spania na podłodze. Dość korporacyjnego pieprzenia o procedurach. Dość słuchania, że wszystko jest pod kontrolą.
Najbardziej jednak miał dość tego, że nie miał pojęcia, kiedy zobaczy córkę. Wyciągnął telefon. Brak nowych wiadomości. Przez chwilę patrzył na zdjęcie Zuzi ustawione na ekranie blokady. Potem schował telefon z powrotem do kieszeni.
-Wczoraj miało być dwadzieścia cztery godziny. -odezwał się w końcu do stojących obok techników.
-Dzisiaj są kolejne dwie doby. Ciekawe co będzie jutro. Tydzień? Miesiąc?
Westchnął ciężko.
-Jeśli oni naprawdę wiedzą, co robią, to niech w końcu zaczną mówić ludziom prawdę. Bo na razie wygląda to tak, jakby wszyscy improwizowali.
Po czym zamilkł i patrzył na rozstawiany szpital polowy. Po raz pierwszy od początku kwarantanny zaczął się zastanawiać, czy w ogóle wróci do domu tak szybko, jak obiecał. -

Wiktoria Wrońska
Blondynka wstała dość wcześnie, aby być w łazience nim wzmoży się tam ruch. Potrzebowała się umyć i doprowadzić do ładu. Gdyby wiedziała, że sytuacja ma się przeciągnąć jeszcze bardziej, zadbałaby o środki higieniczne, a tak nie miała prawie nic. Lubiła harmonię, spokój i ład. W aktualnej sytuacji, nawet jej włosy były chaosem. Nie mogła się doczekać, kiedy wróci do domu, nawet jeśli ten był dla niej pusty od kilku już lat. Stojąc przed lustrem, zamyślona błądziła palcami po gumce Mai. Krótka myśl o tym, że “przynajmniej jest bezpieczna” wywołała w niej uczucie porażenia prądem. Była dziwna, niekontrolowana i… przyniosła więcej bólu, niż ulgi.
Wiktoria szybko pozbierała się do siebie, wróciła do biura, gdzie Michał jeszcze spał. Była czwarta nad ranem, więc blondynka stwierdziła, że jeszcze chwilę spróbuje się zdrzemnąć. Niedługo wyjdzie z tej sytuacji, zajmie się swoją pracą, cyniczny ratownik wróci do swoich zajęć, a wszystko inne do znanej im, bezpiecznej normy. Choć w głowie miała wiele myśli, które przeczyły temu wszystkiemu, chciała przynajmniej mieć nadzieję. Poczucie kontroli i stabilność, pomagały jej utrzymać się na powierzchni oceanu życia.
Rano z Michałem zdążyli wypić kawę, nim udali się do lobby. W sumie po pracowitym wieczorze chciała rzucić Ratownikowi parę suchych komplementów w swoim oszczędnym stylu, powiedzieć, żeby uważał na siebie i zażartować jak to bardzo nie poleca powrotu w progi korporacyjnego chaosu. Niestety, sytuacja wyprzedziła jej zamiary.
Po zjechaniu windą na parter, charakterystycznie uniosła brew. Weszła w tryb obserwatora.Wiktoria przez dłuższą chwilę śledziła wzrokiem ludzi w kombinezonach CBRN, sposób w jaki rozkładali sprzęt i zajmowali kolejne fragmenty lobby.
Nie odezwała się ani słowem.
Wczoraj miała pytania. Dziś ktoś najwyraźniej przyjechał z odpowiedziami. Pozostało ostatnie pytanie: czy ktoś zechce się z nimi tymi odpowiedziami podzielić?Skrzyżowała ręce na wysokości talii i odnalazła wzrokiem Michała.
— Chyba właśnie awansowaliśmy z teorii spiskowych do oficjalnego problemu.Po chwili wróciła do analizowania pracy epidemiologów oraz emocji postronnych więźniów sytuacji. Na razie zamierzała słuchać, choć obawiała się reakcji zebranego tu tłumu. Mimo to uważała, że nieproszona nie powinna się wtrącać. Po raz pierwszy od początku kwarantanny miała wrażenie, że ktoś inny przejął stery.
-

Michał Owczarek
Michał obudził się z twarzą wciśniętą w firmową wykładzinę. Odkąd przestał pić i dał sobie wszyć esperal co noc śniła mu się butelka i zrywał się z łóżka zlany potem z posmakiem wódki na podniebieniu. Tym razem, mimo że klepnął się na twardej podłodze, spał jak zabity. Od wczoraj, kiedy zaczęli z blondynką szukać potencjalnych nosicieli z Niemiec ani razu nie pomyślał o koniakach pochowanych w gabinetach dyrektorów. Jego mózg dostał problem do rozwiązania i głowa zaczęła pracować na właściwych obrotach.
Podniósł się ciężko z wykładziny przeciągając jak stary dachowiec. Wiktoria już była na nogach, ale nie zauważył po niej śladów nocowania w spartańskich warunkach. Musiała się doprowadzić do porządku, kiedy spał. Mruknął "dzień dobry' i spojrzał na zegarek. Niedługo kwarantanna dobiegnie końca. Dzień wcześniej o tej porze jadł ze Zbyszkiem hotdogi pod Orlenem i słuchał jego kazań. Miał wrażenie, że od tego czasu minęły całe dekady. Przez myśl mu przeszło, że to wszystko jest za proste. Że służby nie zadawałyby sobie tyle trudu, by w ciągu paru minut odciąć cały wieżowiec na dwadzieścia cztery godziny. No i pamiętał o tej piątce namierzonych turystów. Znali już ich nazwiska, wiedzieli, że są w budunku. Michał nie doszedł do tego czy mogą stwarzać zagrożenie biologiczne. Ale to już nie jego problem. Za godzinę wyjdzie z tego kurwidołka, zgłosi się na oddział tak kazał Zbyszek i wszystko stanie się wspomnieniem.
Zdążył jeszcze dopić ostatnią kawę, choć wieczorna kofeina wciąż jeszcze krążyła w krwiobiegu. Potem zabrał medyczną torbę i ruszył za Wiktorią w kierunku wind. Gdy zjeżdżali na dół już układał w głowie podziękowania. Blondynka podzieliła się miejscem do spania, częścią prowiantu i kawą, dała dostęp do komputera i dokumentów, ale to nie za to był wdzięczny. Gdyby nie podeszła wtedy z wyżebranym od gliniarza jabłkiem, pewnie by się złamał. Najpierw rozpierdolił automat z przekąskami a potem ruszył na poszukiwania alkoholu. Dzięki niej przetrwał ten gówniany dzień. Nie zamierzał się z wszystkiego spowiadać, ale uznał, że na koniec należy się jej choć parę ciepłych słów. Na ogół ich ludziom szczędził, więc choć raz chciał zachować się przyzwoicie.
Żadne podziękowania nigdy jednak nie padły.
Gdy drzwi windy się otworzyły ułożone w głowie słowa utknęły mu w gardle. Główny hol przypominał strefę zero. Pomiędzy zdezorientowanymi ludźmi krążyły ekipy epidemiologiczne zakute w kombinezony CBRN. Metodycznie rozkładali sprzęt, przejmując kontrolę nad kolejnymi sektorami parteru.
Nie, nie, nie. Kurwa, nie.
Zanim kobieta, która przedstawiła się jako Alicja Wójcik zdążyła się odezwać już wiedział co usłyszy, wiedział co oznacza w budynku obecność Rządowej Jednostka Do Spraw Zwalczania Zagrożeń Biologicznych. Jako lekarz nigdy nie miał z nimi styczności, nawet w czasach Covidu, ale pojawiali się czasem jako wzmianka w biuletynach wysyłanych do szpitali przez ministerstwo. Jeśli służby medyczne przysłają tu najcięższą artylerię musi być naprawdę źle. Gorzej niż źle.
Mają przejebane.
Wiktoria coś powiedziała, ale nie zrozumiał, bo szumiało mu w uszach. Wiedział, że nie wytrzyma tu kolejnych czterdziestu ośmiu godzin. Jeśli nie wykończy go choróbsko, to dopadnie w końcu demon w butelce.
Spojrzał na blondynkę a potem na lekarkę. Zawahał się, ale w końcu wychrypiał do Wiktorii.
-Zaraz wracam. Spróbuję się czegoś dowiedzieć.
Ruszył w kierunku kobiety z megafonem. Wiedział, że nie dadzą mu podejść bliżej niż to konieczne więc odezwał się na tyle głośno by go usłyszała.
-Nazywam się Michał Owczarek, byłem internistą na Lindleya. Jeśli potrzebujecie kogoś do pomocy po drugiej stronie barykady, jestem do dyspozycji.
-

Maksymilian „Maks” KrukNoc spędzona na stercie czystych mopów w schowku na szczotki miała tylko jedną zaletę: nikt mu nie przeszkadzał. Smród chemii gospodarczej, drażniący nozdrza przy każdym oddechu, skutecznie odstraszał innych szukających azylu. Jednak miejsce to nie było idealnym, więc maks obudził się cały połamany
Kiedy przed ósmą usłyszał wycie syren, stał przy wielkim oknie na półpiętrze, z widokiem na główny plac przed biurowcem. Światła radiowozów malowały wnętrze budynku na niebiesko, ale to nie policja przykuła jego uwagę. To sylwetki, które wysypały się z ciężarówek. Zakład z Sebastianem o paczkę fajek właśnie chyba został oficjalnie przegrany
„Ołowiane piżamy” – pomyślał, czując, jak mięśnie karku same mu się spinają.
Z góry, z bezpiecznego dystansu, obserwował, jak ekipa w kombinezonach CBRN wkracza do środka i zaczyna rozstawiać śluzy dekontaminacyjne oraz foliowe tunele. To nie była kwarantanna. To była strefa zero. Gładkie słowa doktor Wójcik z megafonu o „prewencji” i „braku powodów do obaw” brzmiały w zestawieniu z tym widokiem jak kiepski, makabryczny żart. Skoro wnosili sprzęt medyczny na taką skalę, to znaczyło, że spodziewali się trupów albo masowych zakażeń.
Maksymilian podszedł bliżej szyby, opierając o nią dłonie. Zmarszczył brwi, skanując wzrokiem przestrzeń na zewnątrz.
Jeśli główne wyjścia są obstawione, to jedyna droga prowadzi w dół po elewacji.
Oceniał rozstawienie sił na zewnątrz. Radiowozy blokowały główne dojazdy, ale tyły budynku, tam gdzie znajdowały się rampy rozładunkowe i ślepe zaułki, wydawały się słabiej oświetlone i mniej obstawione. To trzeba by było sprawdzić. Gdyby zdołał dostać się na dach lub do okna technicznego na jednym z wyższych pięter pod osłoną nocy, mógłby zjechać na pełnej prędkości po zewnętrznej szybie. Musiałby to zrobić cicho i bezbłędnie. Złapanie przez specjalsów w strefie skażenia oznaczało w najlepszym razie izolatkę na kilka tygodni, w najgorszym – kto wie.
Odszedł od okna. Nadszedł czas na "wariant Z". W jego głowie już skrystalizował się plan: musiał niepostrzeżenie dostać się na piętro techniczne albo dach, by ocenić dostęp do elewacji.
Bez wahania ruszył w stronę cichej, rzadko używanej klatki schodowej, gotowy na długą wspinaczkę.
-
Karol, Michał, Wiktoria.
Nie trzeba być geniuszem, żeby się domyślić, że przybycie chłopców i dziewczyn w ołowianych piżamach w normalnych warunkach spowodowałoby chaos i zamieszki, oraz próbę panicznej ucieczki. Ochrona budynku stanęła jednak na wysokości zadania.
Tym razem dla odmiany, ochroniarze uspokajali ludzi, oraz podeszli do sprawy o wiele bardziej profesjonalnie, niż to miało miejsce dzień wcześniej. Zmiana była zauważalna, chociaż chłopcy z ochrony zdawali się nie być przekonani co do swojego położenia. Najwidoczniej ich szef, Tomek, przejął stery nieco mocniej, niż "Góra" by tego chciała. Chwilowo trudno było ocenić, po czyjej stronie stanie ochrona Darpolu w momencie próby.
I oby ten moment nie nadszedł, a jeżeli trzeba - nadszedł jak najpóźniej.
Karolowi i Wiktorii pozostawało obserwować co się dzieje, a Michał zdaje się miał jakiś plan. Epidemiolożka opuściła megafon i przez chwilę biła się z myślami. Następnie dała znać ochronie, żeby go przepuścili.
Michał Owczarek
||Co ustaliłeś? Możesz się odprężyć, jeżeli wirus tu jest, przenosi się jedynie przez płyny ustrojowe. Krew, ślina, limfa, ugryzienie. Pierwszymi objawami są gorączka, z reguły wysoka, osłabienie, czasami anemia. Okres inkubacji wynosi do tygodnia. Nie sądzę, zeby ktokolwiek tutaj był zarażony.-Powiedziała mu cicho.||
Tymczasem Maksymilian, jedynie na poły świadomy tego jak bardzo sytuacja się pogorszyła, ruszył za pomocą jednej z klatek shodowych, na górę budynku. Jak się okazało, żarówno dojście na piętra techniczne, jak i na dach, były wolne i otwarte. Większość ludzi była albo zajęta wydarzeniami na parterze, albo "uchylaniem się od pracy".
-

Michał Owczarek
Michał wcale nie czuł się uspokojony wyjaśnieniami Wójcik, choć kobieta sprawiała wrażenie osoby wierzącej w to co mówi. W pamięci zaczął kartkować podręczniki do medycyny z których lata temu, w lepsze dni zakuwał go egzaminów. Objawy i sposób przenoszenia wirusa mogły pasować do gorączek krwotocznych. To by tłumaczyło nagłe zesrańsko służb sanitarnych. Ebola w centrum dwumilionowego miasta to przepis na katastrofę. Miał już niemal pewność z czym się mierzą i tylko jedno słowo mu nie pasowało w tym wszystkim.
Ugryzienie.
Dlaczego epidemiolożka wspomniała o ugryzieniu?
Jedynym znanym mu wirusem przenoszonym przez ugryzienie była wścieklizna, ale to nie miało sensu. Wirus wścieklizny potrzebował chorego zwierzęcia, a w tej szklanej pułapce nie było nawet gołębi srających na parapety, o nietoperzach czy psach nie wspominając. Nikt normalny nie odpalałby protokołów CBRN i nie odcinał setek ludzi z powodu choroby, na którą wystarczyło podać serię zastrzyków. Na dodatek lekarka twierdziła, że nikt z korposzczurów nie jest chory.
Michał wyrwał sie z rozmyślań, przypominając sobie, że Wójcik zadała mu wcześniej pytanie.
— Próbowałem zlokalizować źródło na własną rękę by odzolować potencjalnych nosicieli od reszty — odpowiedział rzeczowo. — Szukałem osób, które w ostatnich dniach wróciły z zagranicy. Mam w telefonie pięć nazwisk. Wszyscy po przylocie z Niemiec, wszyscy wczoraj rano odbili tu karty. Jeśli potrzebujecie punktu zaczepienia, proponuję zacząć wymazy od nich.
Skinął głową w stronę stojącej w korytarzu blondynki.
— Ale bez niej gówno bym zdziałał. Nazywa się Wiktoria Wrońska i pracuje w kadrach. Bardzo mi pomogła, wyciągnęła dla mnie akta z systemu, dała sprzęt. Wczoraj opanowała chaos, tu na dole, z którym ochrona ani Borkowski sobie nie radzili. Jeśli szukacie kogoś ogarniętego wewnątrz, kto wam to wszystko skoordynuje, bierzcie ją. Ludzie jej ufają, a nawet jeśli nie to przynajmniej słuchają i robią co im każe.
— Rozumiem... Więc potencjalnie pięciu pacjentów 0 na cały budynek. Rozumiem, że żadnych przypadków agresji, gorączki, anemii czy ataków z użyciem zębów, bo już byś mi powiedział. Rozstawimy się. Powiedz Wrońskiej, żeby przygotowała listę nazwisk. Potem zaczniemy badania, wymazy i tak na wszelki wypadek, postaram się oddzielić część budynku dla ludzi, którzy są na pewno zdrowi. Tak naprawdę, żeby was stąd wypuścić a chorych zatrzymać, wystarczyłaby przeszkolona małpa z termometrem, ale wyjaśnij to, cholera, misistrowi zdrowia. Jakieś jeszcze spostrzeżenia?
Michał popatrzył na kobietę niepewnie. Bagatelizowała sprawę, choć stali przed nim ludzie w ciężkich kombinezonach a parter przypominał plan zdjęciowy apokaliptycznego horroru. Nie wiedział czy to minister zdrowia jest nadgorliwym idiotą, czy Alicja Wojcik to jednak ignorantka. Nie miał siły tego rozstrzygać.
— Wczoraj rano miałem pacjenta z dusznościami — odpowiedział — Atak paniki połączony z astmą. Nikt inny nie zgłaszał gorączki ani innych objawów o których pani wspominała.
Rozejrzał się dookoła, po czym znów przeniósł zmęczony wzrok na epidemiolożkę.
— Przekażę Wiktorii, żeby dała wam nazwiska. Ale mam prośbę. Właściwie dwie. Chcę iść na pierwszy ogień do wymazu, żeby mieć to już za sobą. I potrzebuję jakiegoś zajęcia. Nie widzi mi się siedzieć dwa dni na dupie, więc może się do czegoś przydam?
— Jasne, jak tylko się rozstawmy, jesteś pierwszy w kolejce. I tak, będę miała dla ciebie zajęcie. Jeżeli potrzebujesz "teraz" zabrać się za robotę, to możesz pomóc chłopakom rozstawiać sprzęt. Tylko... Nie mogę ci zagwarantować, że stąd wyjdziesz, nawet jeżeli będziesz w pełni zdrowy i będzie to potwierdzone testem, jednym, dwoma, dziesięcioma. Góra zareagowała paniką. Nikt nic nie wie, wiadomo tylko, że granicę z Niemcami zamknięto wczoraj w nocy. U nich chaos. U nas też, typowo polski, sami sobie wprowadziliśmy w reakcji na to u sąsiada. Oficjalna narracja jest taka jak zwykle i mało przekonująca. — Stwierdziła Wójcik. Ukradkiem rozejrzała się, czy nikt ich nie słyszy. —Nieoficjalnie mówi się o... patologicznej agresji zwłok. — dodała cicho.
Na czole Michała pojawiła się widoczna bruzda jakby próbował przetworzyć co własnie usłyszał. Popatrzył na lekarkę bez zrozumienia.
— Patologicznej...co? Co to do cholery jest patologiczna agresja zwłok?— Naukowa nazwa na to co się dzieje w horrorach klasy B o zombie. Tylko nie kłap ozorem. Ogarnij listę nazwisk i możemy się brać do roboty. — odparła Epidemiolog.
Zombie? O czym ona kurwa mówi? Ratownik przyglądał się jej jakby wcale nie dowodziła oddziałem epidemiologów lecz uciekła z zakładu zamkniętego. Już otworzył usta by zapytać czy robi sobie z niego jaja, ale zamknął je gdy zrozumiał, że babka chyba jednak mówi poważnie. Skinął więc tylko w odpowiedzi i odwrócił się na pięcie by wrócić do Wiktorii. W głowie miał pustkę. Spojrzał na blondynkę bez wyrazu, próbując sobie przypomnieć czego właściwie od niej chce. Rozejrzał się czy nikt nie słucha po czym zaczął niepewnie.
— Wójcik chce byś przygotowała dla niej listę tych pięciu "turystów" z Niemiec.
Zastanawiał się czy powiedzieć coś więcej, ale uznał że hol pełen przestraszonych ludzi i służb sanitarnych to nie jest najlepsze miejsce by dzielić informacjami o...patologicznej agresji zwłok.
-

꧁Wiktoria Wrońska ꧂ ꧁Michał Owczarek꧂
Wiktoria przez chwilę milczała. Przyglądała się Michałowi od momentu, gdy odszedł od epidemiolożki, i była niemal pewna, że wrócił z czymś więcej niż tylko nowym zadaniem. Liczyła na szereg informacji, wytłumaczeń lub chociaż jakiś trop. Miała nadzieję, że cokolwiek się wyjaśni i nabierze sensu, że ten długi czas kwarantanny nie będzie aż tak nerwowy, jak się zapowiadało.
— Listę przygotuję, nawet zaraz. Mam drukarkę w gabinecie.
Patrzyła na niego spokojnie, ale trudno było oprzeć się wrażeniu, że właśnie analizuje każdą jego reakcję. Nie potrafiła uwierzyć, że to jedyne, co mu powiedziano, a im dłużej go obserwowała, tym bardziej była pewna tego, że się nie myli.
— A teraz powiedz mi, co ci powiedziała naprawdę. Rozmowa wyglądała na dłuższą.
W odpowiedzi Michał jedynie przeciągnął ręką po włosach a potem nerwowo się zaśmiał. Wydawało się, że Wiktoria nie doczeka się już żadnych wyjaśnień, kiedy nagle poczuła jak mężczyzna łapie ją pod łokieć i ociąga na bok, w miejsce gdzie nikt nie może ich usłyszeć.
— Powinnyśmy się trzymać blisko tych ludzi — zaczął cicho. — By mieć rękę na pulsie. Dlatego zaproponowałem Wójcik, żebyś pomagała koordynować ich działania od środka. Nieźle radzisz sobie z ludźmi, na pewno lepiej niż ten baran Borkowski i jak szambo wybije nie dasz ciała.
Zamilkł na moment, szukał w głowie odpowiednich słów. Blondynka jedynie lekko zmrużyła oczy, jakby spojrzeniem próbowała wydobyć z jego głowy więcej informacji i nie dać się zbyć komplementem.
— A co do kwarantanny...Wójcik twierdzi, że nic nam nie zagraża i w budynku nie ma osób zarażonych. Prawdopodobnie. — mruknął sam do siebie — Wirus, którego tak się boją przenosi się przez płyny ustrojowe. Krew, ślina, ugry...
Ostatnie słowo urwał w połowie, nie chciało mu przejść przez gardło po tym co przed chwilą usłyszał od epidemiolożki. Streścił więc szybko objawy, które wymieniła lekarka, opowiedział o zamkniętej granicy z Niemcami, dodając że pomysł z kwarantanną wyszedł z ministerstwa zdrowia. Gdy Michał skończył opowieść, Wiktoria zauważyła jego spojrzenie. Wyglądał jakby coś dusił w sobie i się zastanawiał czy warto w ogóle zaczynać temat. Jednak zaczął.
— Powiedziała coś jeszcze… — odezwał się w końcu po dłuższej chwili namysłu — Użyła określenia "Patologiczna agresja zwłok". To w ich medycznym żargonie naukowa nazwa na...zombie.
Znów przejechał dłonią po ciemnej czuprynie i uśmiechnął bez cienia wesołości. Tym razem reakcja Wiktorii była wystrzelona w górę brew, na co Michał szybko zareagował tłumacząc.
— To jej słowa nie moje. Ja tylko powtarzam co usłyszałem.
Wiktoria przez kilka sekund po prostu patrzyła na Michała. Trzy słowa opisujące jeden stan nijak do siebie pasowały. Znała różne określenia i nazwy zaburzeń, które dla człowieka nieobeznanego mogłyby zabrzmieć równie obco, jak dla niej to, co właśnie usłyszała.
— Patologiczna agresja zwłok.
Powtórzyła powoli, jakby sprawdzała, czy słowa ułożą się w coś bardziej sensownego za drugim razem. Poruszyła gumkę do włosów, która otaczała jej nadgarstek. Sunęła po niej palcem zataczając koło wokół przegubu ręki. Myślami zabłądziła do wieczorów, w których Maja oglądała na platformach różne horrory. Czasami o wampirach, czasami o mutantach, a czasami o… no właśnie, o zombie. Jeśli więc miała dopasować agresję, to ze wszystkiego, co widziała, te ostatnie stwory na pewno były bezrozumnie agresywne. Dosłownie przez kilka sekund Wiktorii wydawało się, że to ma sens.
— Rozumiem.
Zamilkła. Gdy te kilka sekund minęło, doszło do niej, że gdzie sens, przecież to były filmy, jakieś fantasy! Maja nie oglądała filmów dokumentalnych, ona oglądała horrory.
— Nie, właściwie nie rozumiem.
Spojrzała w stronę wind, zastanawiając się, czy na takie rewelacje warto się spieszyć do szykowania papierów. Potrząsnęła głową i wróciła spojrzeniem do Michała. Papiery nie są agresywnymi zwłokami, poczekają.
— To w końcu martwe czy żywe, skoro wykazuje agresję?
— Po śmierci mózgu rdzeń kręgowy może wysyłać impulsy do mięśni. Nazywa się to odruchem Łazarza. Widziałem kiedyś na SOR-ze trupa z wypadku, który uniósł rękę, ale w życiu nie słyszałem, by zmarlak...był agresywny. Albo coś źle zrozumiałem albo…
Nie dokończył. Znów zamilkł na dłużej. Nie miał dla Wiktorii żadnej, dobrej odpowiedzi.
— Na razie róbmy swoje. Dostarcz im tę listę ja pomogę jajogłowym rozłożyć sprzęt. Jak się czegoś dowiem, dam ci znać.
Wiktoria przez chwilę jeszcze mu się przyglądała. Jego tłumazenie uziemiło ją, postawiło z powrotem, przywróciło wiarę w kontrolę. Tak, to mogła uznać za sensowne. Być może jakiś wirus sprawia, że ten odruch Łazarza jest na tyle silny, że przez parę sekund osoba, która umarła, sprawia wrażenie rzucającej się na pobliskich medyków, a zacisk szczęk po prostu samoistnie robi swoje, gdy natrafi na przeszkodę. Póki co mogła w to uwierzyć.
— Brzmi rozsądniej niż zombie.
Choć Wiktoria nie wyglądała na szczególnie przekonaną, odpuściła. Nie miała zasobów i odpowiedniej wiedzy, aby wysnuć własne wnioski. Dla niej agresją nie mógł wykazać się ktoś, kto już nie żył. Jeśli mózg nie pracował, agresja nie była możliwa, tak samo jak wiele innych zachowań czy potrzeb. A mimo to Wiktoria wciąż powracała myślami do horrorów.
— Dobrze. Przygotuję listę i zaniosę ją Wójcik. — Skinęła głową. — A ty uważaj na siebie. Mam wrażenie, że właśnie awansowałeś z ratownika na ochotnika do wszystkich dziwnych zadań.
Kącik jej ust drgnął lekko. Próbowała wrócić na swój grunt.
— Jeśli dowiesz się czegoś, czego nie powinieneś wiedzieć, przyjdź najpierw do mnie.
Po tych słowach odwróciła się i ruszyła w stronę wind, zamierzając wrócić do gabinetu po dokumenty.
Wiktoria guzik windy wcisnęła łokciem. Nawet lekko się uśmiechnęła do siebie. Szybko się uczyła i była dosyć zadowolona z faktu, że w tak trudnej sytuacji udało jej się zyskać sojusznika w Ratowniku… Czy też lekarzu, byłym ponoć. Ta znajomość dawała jej wiedzę, dawała informacje, a bez tych dwóch zasobów, jej poczucie kontroli mogłoby zacząć się sypać. Choć nie przyznała tego Michałowi, to wiedziała, że dołożył swoją cegiełkę do jej samopoczucia. Dzięki niemu, wiedziała na czym stoi, co się dzieje, miała jakiekolwiek pojęcie o sytuacji, nawet jeśli tłumaczenia wydawały jej się niedorzeczne, przynajmniej miała się czego chwycić.
Blondynka wsiadła do windy, nacisnęła guzik swojego piętra. Jej myśli znowu zaczęły błądzić w te wieczory, kiedy Maja siedziała na kanapie oglądajac swoje ulubione filmy. Próbowała sobie przypomnieć ich fabułę, jednak nie mogła się skupić. Mimowolnie skupiała się na twarzy swojej córki, jej uśmiechu, spojrzeniu, podekscytowaniu gdy próbowała wytłumaczyć, jak bardzo apokalipsa zombie ma sens i że to wcale nie jest głupie, że martwi ludzie biegają, krzyczą i pożerają innych.
-
Maksymilian „Maks” Kruk

Wspinaczka przebiegła bez najmniejszych zakłóceń. Maksymilian pchnął ciężkie, stalowe drzwi prowadzące na dach. Ustąpiły gładko, witając go uderzeniem ostrego wiatru.
Ma otwartej przestrzeni szum miasta w dole zlewał się z wyciem syren, ale tutaj, na samej górze, panował specyficzny, spokój, który zawsze pozwalał mu zebrać myśli. Podszedł do krawędzi, opierając dłonie o gruby, stalowy reling służący do asekuracji. Wychylił się, metodycznie skanując wzrokiem elewację i to, co działo się u podstawy wieżowca.
Trasa zjazdu: Idealna linia po ślepej stronie biurowca, tuż nad zapleczem logistycznym. Gładka tafla szkła i aluminium, pozbawiona gzymsów czy wystających elementów klimatyzacji, które mogłyby przetrzeć oplot liny. Co najważniejsze, zjazd kończył się w wąskim, zacienionym przesmyku między rampą załadowczą a rzędem przemysłowych kontenerów na śmieci.
Punkty kotwiczenia: Masywne, certyfikowane ringi stanowiskowe w stropodachu po zawietrznej stronie budynku.
Sprzęt: Szybki rzut oka w dół i ocena pięter pozwoliły mu oszacować dystans. Miał do pokonania grubo ponad sto pięćdziesiąt metrów w linii prostej. Zwykła, stumetrowa lina robocza nie wystarczy. Musiał wydobyć z magazynu pełną, dwustumetrową szpulę, by zjechać na sam dół bez ryzykownych przepinek w powietrzu. Do tego pełna uprząż przemysłowa i parę innych drobiazgów
Maksymilian cofnął się od krawędzi, a na jego twarzy wykwitł uśmiech. Miał to. Plan był, trasa czysta, co redukowało niemal wszystkie zmienne i ryzyko błędu do absolutnego minimum.
„Kiedy to szambo wybije, ja po prostu stąd zjeżdżam” – pomyślał, rzucając ostatnie spojrzenie na rozciągającą się przed nim panoramę Warszawy.
Zamknął i zabezpieczył za sobą drzwi, po czym ruszył z powrotem w dół klatki schodowej. Teraz musiał tylko zebrać niezauważynie odpowiedni szpej. Ruszył szybko w kierunku magazynku technicznego
-
Michał Owczarek
Wiktoria wiele się nie pomyliła. Kiedy tylko Michał wrócił do ludzi w kombinezonach, został zagoniony do roboty w ramach szeroko pojętego przynieś-wynieś-przenieś-rozstaw-pozamiataj. Może nie było to idealne rozwiązanie, ale przynajmniej miał czym zając ręce i mógł przez chwilę zapomnieć o chęci sięgnięcia po flaszkę i wszywce, która niemalże paliła żywym ogniem.
Umysł niedoszłego pijaka, walczył z umysłem byłego, zmęczonego życiem lekarza, a obecnie ratownika medycznego, którego cel w tej chwili był przynajmniej trudny do określenia.Na parterze Darpolu powstał istny szpital polowy, oddzielony od reszty budynku korytarzami dekontaminacyjnymi. Lobby na poły opustoszało, na poły wciąż utrzymywało względny ruch. Oczywiście Michał jako pierwszy został przebadany od góry do dołu, z pobraniem wymazu, próbki śliny i próbki krwi. Wyglądało na to, że chociaż oni tutaj wiedzą co robią. Gdy tylko ustalono, że jest zdrów, otrzymał smycz z karabińczykiem, a na niej drukowaną, laminowaną odznakę w kolorze zielonym.
Wiktoria Wrońska
Wiktoria bez większego problemu dostarczyła Wójcik odpowiednie dokumenty, a ta oczywiście wysłała ochronę, żeby zgromadzić pięciu pechowców, którzy mieli pecha przyjść do pracy danego dnia.
Zgodnie z opisem Michała, wyglądało istotnie na to, że w Darpolu nie ma żadnych zarażonych. Nie było pewnym, czy to dobra, czy zła wiadomość. Potencjalnie byli tu zamknięciu ze śmiercionośnym wirusem, rodem z horrorów. Ale potencjalnie, byli tu również zamknięci sami zdrowi ludzie i trwało polowanie na duchy, podczas gdy gdzieś tam, na zewnątrz, plaga mogła już zacząć zbiór swoich żniw...
Maksymilian Kruk
Maks bez większego problemu zszedł z dachu. Problem napotkał dopiero gdy dotarł do pomieszczeń technicznych, dobrze mu znanych - szatnia, magazyn sprzętu do pracy na wysokości...
Oraz drzwi pozamykane, Poirytowany ochroniarz, oraz jeszcze bardziej poirytowany kierownik jego zmiany, Artur Kierwiński.
-Borkowski kazał wrócić do pracy, więc...
-Arturze. Na litość boską. Nie ja podejmuję decyzję. Idźcie sobie zrobić kawę, pograć w karty, zapalić fajkę, nie wiem. Ja mam polecenie, że magazyn ze sprzętem ma być pod kluczem i żadnego mycia okien. Ktoś na górze ma niejasne, paranoiczne przeświadczenie, że weźmiecie setkę metrów liny z okładem i po prostu stąd spierdolicie. Pretensje nie do mnie, ja tu tylko wykonuję swoją pracę, Człowieku. Nawet nie mam klucza do tych drzwi, wszystkie klucze są zabezpieczone w stróżówce ochrony na parterze.- Wyłożył ochroniarz.Napięta atmosfera wisiała w powietrzu. Chyba jedyne co powstrzymywało Kierwińskiego przed siłową korektą uzębienia ochroniarza to brak kluczy...
Około południa
Sytuacja w Darpolu zrobiła się napięta. Rytuał kolejkowania się w Lobby na parterze powtórzył się, ale tym razem akcja zdawała się być...nieco lepiej skoordynowana. Policja dostarczyła zapasy do lobby, rozdawała je załoga szpitala polowego. Odrobinę się "rozluźnili" i z kombinezonów ochronnych, przeszli po prostu do ubrań, masek wysokiej klasy z filtrem, oraz gumowych rękawic.
Racje też się poprawiły - teraz każdy otrzymał faktyczną całodzienną rację żywnościową zawierającą ok. 2 tysiące kalorii, oraz 2-litrową butelkę wody. Wyglądało jakby do sprawy zaangażowano wojsko, oraz użyto jakiegoś rodzaju wojskowych, rezerwowych racji. A może po prostu do ogarniania całego kwarantannowego cyrku nareszcie dopuszczono jakiegoś eksperta.
Tyle z rzeczy przyjemnych. Z mniej przyjemnych - rozdawali też śpiwory, po jednym na głowę. Co niestety prawdopodobnie oznaczało, że 24 godzinna kwarantanna, przedłużona awaryjnie na 72 godziny, najprawdopodobniej jeszcze się nieco przedłuży.
Co było z resztą już zbyt dużo, dla przynajmniej jednego Człowieka w strefie socjalnej na parterze.
Krzesło z głośnym łoskotem zmierzyło się ze ścianą, rzucone przez człowieka w stroju kuriera dpd.
-Cholera! ja miałem tylko dostarczy jedną pierdoloną paczkę! MUSZĘ STĄD WYJŚĆ! NIE MAM LEKÓW, NIE WIEM GDZIE JEST MOJA RODZINA, OSZALEJĘ TUTAJ KURWAAAAAA! -Kurier, stosunkowo młody chłopak, otoczony był wianuszkiem gapiów, którzy z bezpiecznej odległości oglądali wyładowanie frustracji na krześle i na ścianie... Włącznie z jednym ochroniarzem, który jednak nadal udawał dekorację. Widocznie mieli polecenie reagować tylko, jeżeli komuś faktycznie stanie się krzywda.
-


Michał Owczarek & Wiktoria Wrońska
Michał nigdy nie rozumiał ludzi, którzy po całym dniu pracy szli na siłownię albo na jogging, żeby się spocić dla własnej przyjemności. Skończył medycynę i przeczytał dziesiątki podręczników, ale zupełnie nie wierzył, że ciężki wysiłek może wydzielać hormony szczęścia. Zawsze uważał to za wymysł znudzonych swoją egzystencją japiszonów. A jednak, robienie za darmowego tragarzarza, dźwiganie ciężkich stelaży i zwojów grubej folii pomagało. Czuł jakby ktoś go zresetował do ustawień fabrycznych, do momentu gdy nie był więźniem butelki lecz facetem, który miał jasny plan na życie i kilka marzeń do spełnienia. Gdzie myśli nie są ciemne i brunatne jak mętne bagno lecz jasne i przejrzyste niczym kryształowe jezioro. Mięśnie paliły żywym ogniem i rwało go w krzyżu, ale przez kolejne parę godzin pracował za dwóch, bez wytchnienia. Nie myślał o Oli, o kwarantannie, agresywnych zwłokach, wszywce i butelkach. Całą uwagę skupił na tym by przenieść sprzęt do punktu A do punktu B. I to było dobre. Identyfikator, który dostał od ludzi Wójcik zwisał dumnie na piersi i czasem łapał się na tym, że znów czuje się częścią czegoś większego, że jest kimś więcej niż tylko facetem, na którego warto tylko splunąć.
W południe, gdy pojawili się gliniarze z żarciem nie miał już oporu stanąć w kolejce. Skoro wirus nie przenosił się drogą kropelkową nie było sensu izolować się od ludzi. Sam też nie stwarzał zagrożenia, testy przeszedł wzorowo. Z tacką żarcia, które o dziwo wyglądało całkiem treściwie odszedł na bok. Usiadł na schodach, z dala od ludzi bo nie lubił jadać w towarzystwie. Gdy skończył i wyrzucił opakowanie do worka na śmieci wzrokiem wyłowił w korytarzu Wiktorię, która właśnie rozmawiała z Wójcik a potem ruszyła w kierunku faceta, w uniformie kuriera.
Był ciekawy czy w ciągu tych paru godzi dowiedziała się czegoś od epidemiolożki, czy tych pięciu turystów z Niemiec już zostało przebadanych i jak wygląda ich sytuacja. Sam był zbyt zajęty dźwiganiem ciężarów i nie wchodził w żadne rozmowy z lekarką. Podszedł do blondynki, ale jego od razu uwagę zwrócił kurier. Nerwowe ruchy, rozbiegany wzrok, ślady narastającej paniki na twarzy. Tak czasem wyglądali ludzie, do których jeździł na domowe interwencję ze Zbyszkiem, gdy spanikowani krewni nie byli w stanie uspokoić domownika z epizodem psychotycznym i dzwonili po policję i karetkę.
— Jakiś problem? — zapytał zwracając się do Wrońskiej.
Wiktoria odwróciła się w stronę Michała. Nie ruszała się z miejsca. Nie chciała, aby Robert poczuł się problemem, który trzeba obgadać na osobności.
— Chwilowo opanowany. Ale właśnie o tobie myślałam, więc dobrze, że jesteś.
Blondynka posłała ratownikowi bardzo krótki i oszczędny uśmiech. Skinęła dyskretnie głową w stronę Roberta.
— To Pan Robert. Jest kurierem, więc nie miał wpływu na to, że akurat gdy dostarczał przesyłkę, nastąpiło zamknięcie. Nie ma przy sobie arypiprazolu, który przyjmuje na co dzień. Przed chwilą dowiedziałam się od doktor Wójcik, że spróbują sprowadzić jego lek, ale najwcześniej wieczorem.
Na moment zamilkła, ale nie trwało to długo. Była to tylko krótka przerwa, którą tak często robiła.
— Myślałyśmy też, że warto zapytać ciebie. Czy masz przy sobie cokolwiek, co mogłoby doraźnie pomóc Robertowi przetrwać ten czas?
Wiktoria spojrzała krótko na Roberta. Chciała, żeby od początku czuł się uczestnikiem rozmowy, a nie problemem omawianym ponad jego głową.
Arypiprazol. To jedno słowo wystarczyło za diagnozę. To nie był lęk z powodu zamknięcia, facet cierpiał schizofrenię i brał twardą chemię by zachować kontakt z rzeczywistością. Kiedy spojrzał na mężczyznę, pojawiło się coś czego wolałby w tej chwili nie czuć jako były lekarz. Współczucie. Ale też solidarność. Obaj wdepnęli w to samo gówno przez przypadek wykonujac swoją robotę. Obaj mieli uszkodzone głowy i obaj byli niewolniakami własnych chorób.
Spojrzał na kuriera bez fałszywego uśmiechu i pretencjonalnego tonu, którego uczyli go kiedyś na kursach komunikacji z pacjentami.
— Widzisz tę kurtkę Robert? — zapytał spokojnie, łapiąc z nim kontakt wzrokowy. Wskazał palcem na naszywkę "Ratownictwo medyczne". — Jedziemy na tym samym wózku kolego. Przyjechałem wczoraj na wezwanie i też utknąłem tu z własnymi problemami. Wiem, że jest ciężko, ale mogę ci pomóc.
Poklepał w materiał swojej torby medycznej.
— Nie wyczaruję twoich leków z powietrza, ale mogę ci podać zastrzyk z hydroksyzyną. Na parę godzin się wyciszysz, a wieczorem dostarczą ci arypiprazol. Co ty na to?
— Czy to bezpieczne? ja...Nie lubię odstępst od normy. Rytuał pozwala mi funkcjononować. Pomaga mi. — Powiedział Robert. Widać było, że kurier z trudem stara się zachować spokój.
— Lek jest bezpieczny, sprawdzony tysiące razy w karetce — potwierdził Michał — Nie zastąpi twojej terapii, po prostu wyłączy ci nadmiar bodźców. Rytuały są okey, ale życie ma je czasem w dupie i wtedy trzeba improwizować.
— Rytuały nie są problemem. Czasem są tym, co pozwala człowiekowi funkcjonować. Pytanie brzmi, jak pomóc ci przejść przez dzisiejszy dzień, nie odbierając ci tego, co do tej pory ci pomagało.
Wiktoria wtrąciła się spokojnie. W jej głosie nie było sprzeciwu wobec Michała, a jedynie troska o to, by Robert nie poczuł, że coś, co do tej pory pomagało mu funkcjonować, nagle zostało uznane za przeszkodę.
Robert westchnął.
— Nie chcę nikomu zrobić krzywdy. Jeżeli uważasz, że to pomoże, to dobrze. — stwierdził, najwidoczniej zawierzając - choć nie bez trudności - obojgu ludziom, którzy zaoferowali pomoc.
Michał kiwnął głową po czym kucnął przy swojej czerwonej torbie i odsunął suwak. Na dłonie wsunął jednorazowe rękawiczki a z przegródki wyciągnął ampułkę z hydsroksyzyną. Odłamał szyjkę, wbił igłę i nabił lek na strzykawkę. Pstryknął w plastik, pozbywając się pęcherzyków powietrza po czym zwócił do Roberta.
— Podwiń rękaw
Kurier posłusznie, choć chyba niechętnie odsłonił ramię. Ratownik wkuł się w mięsień, wtoczył lek po czym wyciągnął igłę i przycisnął suchy gazik do ranki po wkłuciu.
— I po wszystkim. Lek zacznie działać za dziesięć minut.
Odwrócił się do Wiktorii.
— Dobrze by było go zaprowadzić w jakieś spokojniejsze miejsce, gdzie będzie mógł odpocząć.
— Poszukajmy miejsca, gdzie będzie ciszej. Im mniej bodźców, tym lepiej.
Wiktoria rozejrzała się po parterze. Chciała znaleźć pomieszczenie oddalone od tłumu, ale jednocześnie na tyle blisko, by w razie potrzeby łatwo można było wrócić do epidemiologów lub wezwać pomoc. Nie widziała sensu prowadzić Roberta na wyższe piętra. Potrzebował przede wszystkim spokoju, a nie kolejnej izolacji. Spokój miał być pomocą, nie karą.
Z odrobiną wysiłku, Wiktoria znalazła jeden gabinet, który akurat był piusty - ten kto w nim nromalnie pracował był nieobecny, więc oczywiście, rozwiązywało to wiele problemów. Zdobycie klucza było jedynie formalnością.
Wiktoria przekręciła klucz w zamku i uchyliła drzwi.
— Myślę, że tutaj będzie znacznie lepiej.
Weszła pierwsza, odsłaniając Robertowi przejście. Gabinet był cichy i odcięty od zgiełku lobby. Przez zamknięte drzwi dochodziły jedynie stłumione odgłosy rozmów i pracy epidemiologów.
— Możesz usiąść, jeśli masz ochotę. Odpocznij. Gdy tylko pojawią się jakieś informacje dotyczące leków, przyjdę do ciebie.
Po chwili spojrzała na Michała.
— Hydroksyzyna powinna zacząć działać za kilka minut. Myślę, że to dobre miejsce, żeby przeczekać ten czas.
— Dziękuję... Normalnie ludzie reagują...inaczej. — Spojrzał na Wrońską z wdzięcznością w oczach.
— Przyjemna miejscówka — potwierdził ratownik rzucając okiem na pomieszczenie po czym zwrócił się do Roberta — Gdybyś w między czasie poczuł się gorzej, poproś kogoś, żeby mnie zawołał. Nazywam się Michał Owczarek, część ludzi już mnie tu kojarzy. Będę kręcił się w pobliżu.
-

Wiktoria Wrońska
W głównym holu dużo się działo. Kobieta obserwowała bacznie poczynania epidemiologów oraz ludzi zebranych wokół. Czuła potrzebę bycia tutaj, a nie gdzieś na ponad dwudziestym piętrze, gdzie nie miała nad niczym kontroli, nie wiedziała co się dzieje, ani nie byłaby świadoma rozwoju sytuacji.
Wiktoria zrozumiała, że dobrze zrobiła, gdy usłyszała głośny raban. Przystanęła nieopodal z początku obserwując. Mały wianuszek gapiów był dowodem, że dzieje się coś, co trzeba zbadać i opanować.
Wiktoria nie podeszła od razu. Najpierw poczekała, aż wybrzmi echo uderzenia krzesła o ścianę. Dopiero wtedy zrobiła kilka spokojnych kroków w jego stronę, zatrzymując się w bezpiecznej odległości.— Jak masz na imię?
Nie próbowała przekrzyczeć jego emocji. Próbowała po prostu do niego dotrzeć.
— Powiedziałeś trzy ważne rzeczy.
Uniosła lekko dłoń, odliczając na palcach.
— Rodzina. Leki. Wyjście z budynku.
Zrobiła krótką pauzę, dając mu czas na przetworzenie.
— Trzeciego nie mogę ci obiecać. Ale pierwszymi dwoma możemy się zająć.
Spojrzała na niego spokojnie i zrobiła krok w jego stronę. Chciała, aby ta rozmowa zaczęła robić się bardziej prywatna, niż widowiskowa, a do tego potrzebowała skrócić dzielący ich dystans.
— Jakie leki przyjmujesz?
Kurier wyglądał, jakby zaraz miał eksplodować. Uderzył pięścią w swoje udo, zupełnie jakby ból w jakiś sposób mu pomagał.
— Arypiprazol. Na Shizofrenię. — Odpowiedział nerwowo.
Wiktoria skinęła głową. Nie skomentowała nazwy leku ani diagnozy. W tej chwili nie miało to znaczenia.
— Dobrze. To już jest konkret.
Jej głos pozostał spokojny. Widziała, że show dobiegło końca, ponieważ obserwatorów zaczęło ubywać. Był to dobry znak, nie tylko dla niej, ale i dla mężczyzny.
— Nie wiem, czy uda się go zdobyć. Ale wiem, że jeśli nikt nie będzie o tym wiedział, na pewno go nie dostaniesz.
Spojrzała krótko w stronę epidemiologów i powróciła wzrokiem do mężczyzny.
— Pójdę z tą informacją do doktor Wójcik. Jeżeli istnieje możliwość sprowadzenia leków dla osób objętych kwarantanną, dowiemy się teraz.
Po chwili znów spojrzała na kuriera.
— Potrzebuję tylko jednego. Jak masz na imię?
— Robert. Robert Kowalski. — Odpowiedział kurier
Wiktoria skinęła głową.
— Dobrze, Robercie.
Wypowiedziała jego imię spokojnie, jakby chciała upewnić się, że od tej chwili nie jest już tylko kolejnym człowiekiem uwięzionym w tłumie, którego każdy ignoruje, traktując przedmiotowo.
— Zaraz porozmawiam z doktor Wójcik. Dowiem się, czy istnieje możliwość sprowadzenia twojego leku albo skontaktowania się z kimś, kto będzie mógł go dostarczyć.
Nie składała obietnic. Obietnice bez pokrycia były najprostszą drogą do utraty zaufania.
— Nie mogę obiecać, że się uda. Ale mogę obiecać, że nie zignoruję tego problemu.
Spojrzała na niego uważnie, robiąc niewielką przerwę. Wiedziała, że wielu ludzi potrzebuje dosłownie paru sekund, na przetworzenie informacji.
— W zamian potrzebuję kilku minut. Daj mi spróbować coś załatwić, zanim uznasz, że nic już nie da się zrobić. Umowa?
— Umowa.
Kurier z trudem oparł się o ścianę, starając się zachować spokój. Nikt nie wiedział z jakimi demonami walczy. Ani kiedy brał ostatnią dawkę, więc jak długo już walczy...
Wiktoria odnalazła wzrokiem doktor Wójcik i poczekała, aż ta zakończy rozmowę lub czynność, którą właśnie wykonywała. Wiedziała, że w aktualnej sytuacji mają co robić, jednakże po dostarczeniu pewnych dokumentów liczyła też na jakikolwiek posłuch.
— Pani doktor, czy mogę zająć chwilę? To ważne.
Zaczekała na zgodę.
— Jeden z uwięzionych w budynku kurierów poinformował mnie, że przyjmuje arypiprazol i nie ma przy sobie zapasu leku. Obawiam się, że jeśli kwarantanna potrwa dłużej, może to być kłopotliwe i doprowadzić do nieprzewidywalnych sytuacji. Pan Robert również wykazuje obawy.
Na moment zamilkła.
— Czy istnieje możliwość sprowadzenia leków dla osób, które znalazły się tutaj przypadkiem? Nie proszę o wyjątek. Chciałabym jedynie wiedzieć, czy istnieje procedura na takie sytuacje.
Wójcik spojrzała na Wrońską. Jej spojrzenie mówiło bardzo dużo - z jednej strony podziw, że ktoś tu dba o to, że ktoś musi przyjmować jakieś leki. Z drugiej, coś w rodzaju bezczelnej, ironicznej i gorzkiej kpiny, jakby samo założenie, że tutaj jest jakiś ustalony porządek i jakieś procedury, było błędne u samych podstaw.
Westchnęła.
— Założyłam, że jeżeli ktoś potrzebuje jakichś leków, to się do nas zgłosi z tą sprawą. A jednak widzę tutaj Panią, a nie ten kurier. Arypiprazol to środek pozwalający kontrolować schizofrenię... Komuś stała się krzywda, czy ucierpiały jedynie meble? — Zapytała rzeczowo.
— Póki co ucierpiały tylko meble.
Przyglądała się Wójcik z uwagą i spokojem.
— Jako psycholog wiem, że przewlekły stres i nagłe przerwanie leczenia to bardzo zła kombinacja. Dlatego przyszłam teraz, a nie wtedy, gdy sytuacja wymknie się spod kontroli. Ten człowiek jest wyraźnie przeciążony, nie wiadomo jak długo nie bierze leków. Napięta sytuacja i poczucie odizolowania dodatkowo pogarszają jego stan. Nie przyszedł sam, ponieważ był przekonany, że nikt nie będzie miał czasu ani ochoty go wysłuchać. Uznałam, że łatwiej i bezpieczniej będzie zainteresować się jak i wystąpić w jego imieniu, zapewniając mu chociaż namiastkę uwagi, jakiej zdaje się teraz potrzebuje. Jak i leków zapewne.
Wójcik westchnęła ponownie.
— Nagła kwarantanna, zero zainteresowania ludźmi i ich potrzebami. Zajmę się tym. Tyle, że to może chwile potrwać. W tej chwili mam na stanie co najwyżej antyseptyki. Darpol nie ma przypadkiem jakichś zapasów medycznych? na przykład tabletek uspokajających?
— Apteczki pierwszej pomocy na pewno. Defibrylatory również.
Na chwilę się zamyśliła.
— Ale zapasów leków nie kojarzę. To dość ryzykowne z punktu widzenia odpowiedzialności pracodawcy.
Na moment zawahała się.
— Mam też wątpliwości, czy doraźne uspokojenie rozwiązałoby problem. Robert potrzebuje swojego leczenia, a nie tylko wyciszenia.
Spojrzała na doktor Wójcik.
— Zastanawiam się też, czy obecny tu ratownik medyczny w ogóle dysponuje czymkolwiek, co mogłoby nam pomóc do czasu zdobycia właściwego leku.
— Dobre pytanie. Teoretycznie powinien. W praktyce może się okazać, że większość leków wróciła karetką do szpitala. Ale warto zapytać, oni noszą wszystkiego po trochu, na zaś. A przynajmniej tak powinno być. Na Arypiprazol trzeba będzie poczekać przynajmniej do wieczora. — Odparła Epidemiolog.
— Dziękuję. Przekażę mu, że sprawa jest w toku. Porozmawiam też z Michałem Owczarkiem. Być może ma przy sobie coś, co pozwoli doraźnie złagodzić jego napięcie do czasu zdobycia właściwego leku.
Wiktoria skinęła głową w podziękowaniu i wycofała się. Wróciła do czekającego na nią Roberta, by przekazać mu, że nie został z tym problemem sam. Miała nadzieję, że sama świadomość, iż ktoś zajął się jego sprawą, choć odrobinę przyniesie mu ulgę.
-
Maksymilian „Maks” Kruk

- Odpuść, Artur
Odezwał się, stając tuż obok swojego kierownika zmiany. Położył mu dłoń na ramieniu w geście uspokajającym.
- Gość ma rację. Nie on wymyśla te durne zasady, tylko spanikowane zderzaki z zarządu. Szarpiąc się z nim, nie otworzysz tych drzwi, a jedyne co ugrasz, to dyscyplinarkę albo pałą po nerkach od prewencji, która kręci się na dole
Kontynuował rzeczowo
- Borkowski kazał pracować, bo mu w excelu słupki płaczą, ale prawda jest taka, że mamy płacone za gotowość. Skoro magazyn objęto zakazem, to mamy przymusowe postojowe. Chodź. Zrobimy tę kawę, a zarząd niech się martwi swoimi problemami.
Artur zerknął na Maksymiliana.
- A,to ty, Max...Miałeś gdzie spać? Ta...Kawa to dobry pomysł, dopóki jest.
- W schowku z chemią gospodarczą i mopami
Odparł krótko, wzruszając lekko ramionami.
-Śmierdziało chlorem i najtańszym płynem do podłóg, ale przynajmniej miałem tam święty spokój i mogłem odciąć się od tego rozhisteryzowanego stada.
Weszli do firmowej kuchni. Maks odruchowo przeskanował wzrokiem pomieszczenie, po czym podszedł do ekspresu. Znalazł dwa w miarę czyste kubki i uruchomił maszynę, oparł się biodrem o blat, krzyżując ramiona na klatce piersiowej.
-Skoro Borkowski sypie z rękawa durnymi poleceniami o powrocie do pracy i prewencyjnie blokuje sprzęt, to o co tu chodzi
Zniżając głos, by brzmieć bardziej poufnie. — Jesteś wyżej na szczebelkach drabiny, Artur. Masz kontakt z innymi kierownikami. Szepczą coś po wewnętrznych kanałach? Obaj wiemy, że zwykła kwarantanna z powodu grypy z Niemiec nie tłumaczy tego cyrku. Na dole chłopaki w ołowianych piżamach stawiają jebany szpital polowy, a policja zmieniła maseczki na pełne filtry. Wiesz cokolwiek więcej o tym, z czym my tu tak naprawdę siedzimy zamknięci?
-Właśnie, Maksymilianie, rzecz jest w tym, że wszyscy chuja wiedzą o tym co się tu dzieje. Nie dziwię się, że nam zablokowali sprzęt. Sam bym się chętnie stąd zmył przez okno. Odparł posępnie Artur.
-Kiedy to całe szambo ostatecznie wybije, dobrze byłoby mieć pod ręką nasze liny i pełen szpej. Czysty wariant W. Nie oszukujmy się, Artur... goście w ołowianych piżamach nie rozstawiają na dole namiotów po to, żeby rozdawać nam witaminy, a ja nie ufam systemowi i naszym służbom w 100%. Co ty na to, żebyśmy jednak zorganizowali sobie ten dostęp do magazynu?
-Dobry pomysł, tylko jak? Klucze zabezpieczone, rozróba z ochronią nie wchodzi w grę, a pieniędzmi raczej nikogo nie przekupisz. - Stwierdził Kierownik.
Maks upił łyk kawy i odstawił kubek. Uśmiechnął się
– Rozróby i łapówki daj spokój, Artur. Cieć z góry sam podał nam rozwiązanie na tacy. Klucze są w głównej stróżówce na parterze.
Oparł dłonie o blat, zniżając głos do rzeczowego szeptu.
– Zastanów się. Na dole jest teraz absolutny chaos. HAZMAT stawia śluzy, ludzie panikują, a ochrona sra w gacie, gapiąc się na wojskowy sprzęt. Stróżówka to w tej chwili najsłabsze ogniwo. Prawdopodobnie siedzi tam jeden przebodźcowany gość. Wystarczy chwila zamieszania w lobby, żebym wszedł, zgarnął właściwy klucz i wyszedł bez słowa. Wchodzisz w to?
-Możemy spróbować. Chcesz tylko zabezpieczyć sprzęt, czy może od razu stąd nawiać? - Artur uśmiechnął się łobuzersko.
-Zabezpieczyć sprzęt, żeby miec tak zwaną polisę ubezpieczeniową
-Dobra. Jaki masz plan?
– Prosto i bez fajerwerków. Ty będziesz moją zasłoną dymną – zaczął, opierając się przedramionami o blat. – Schodzimy na parter. W lobby jest teraz absolutny chaos przez te namioty i lekarzy, ale musimy mieć pewność, że cieć w stróżówce nie będzie gapił się na monitory ani na tablicę z kluczami.
Maks uderzył lekko palcem w blat, akcentując swoją myśl.
– Jako kierownik masz idealny pretekst. Uderzasz prosto do okienka i zaczynasz wiercić facetowi dziurę w brzuchu. Pytaj o procedury BHP na czas kwarantanny, żądaj papierów na piśmie, każ mu dzwonić do przełożonego itd. Bądź maksymalnie upierdliwy, zrób z siebie biurokratyczny wrzód na dupie. Masz skupić całą jego uwagę na sobie i odwrócić go plecami do drzwi zaplecza.
Spojrzał Arturowi prosto w oczy, sprawdzając, czy ten nadąża.
– Kiedy on będzie próbował cię spławić, ja wykorzystuję zamieszanie, wchodzę do stróżówki, ściągam z tablicy nasz klucz i wychodzę. Potem spotykamy się na górze. Otwieramy magazyn, zgarniamy dwustumetrową linę, uprzęże i szpej zjazdowy. Sprzęt zamelinujemy gdzieś, może w schowku z chemią. Od tego momentu mamy swoje prywatne wyjście awaryjne, o którym nie wie nikt na tym statku.
Maks odstawił pusty kubek na blat i ruszył w stronę wyjścia.
– Schodzę na dół – rzucił krótko przez ramię. – Jeśli w to wchodzisz, daj mi pięć minut przewagi, a potem uderzaj do stróżówki robić zamieszanie; ja w tym czasie zgarnę klucze. Lepiej nie idźmy tam razem, mniej będziemy rzucać się w oczy.
-
Dzień II,popołudnie
"Szpital polowy" Hazmatowców działał bardzo sprawnie. Ale wbrew temu, czego można by się spodziewać, pojawiające się identyfikatory na szyjach kolejnych przebadanych, zamiast budzić zaufanie, zaczęły wzbudzać jedynie dodatkową paranoję, lęk, oraz podziały.
Jedni nosili zielone identyfikatory, sugerujące, że są zdrowi. Drudzy żółte - świadectwo tego, iż czegokolwiek lekarze szukali, nie byli w stanie jednoznacznie stwierdzić "zdrowy". Była to grupa podwyższonego ryzyka. No i byli jeszcze ci, którzy nie zdążyli się jeszcze załapać na którykolwiek z tych identyfikatorów. Ci stanowili osobną grupę, której unikali wszyscy.
Dziwnym trafem, ochroniarze Darpolu wszyscy mieli zielone identyfikatory, jak również można było odnotować wzmożone używanie przez nich maseczek, oraz rękawiczek jednorazowych i płynów dezynfekcyjnych do rąk.
Znana już dawniej z okresu Covid-19 paranoja zaczęła powoli sunąć przez budynek. I chociaż medycy po przebadaniu części ludzi oraz zabezpieczeniu skrzydła lobby, nieco się rozluźnili i zrezygnowali z maseczek, właściwie natychmiast zaczęły się szerzyć plotki. Że już mają lekarstwo. Że są zaszczepieni. Że tak naprawdę wszyscy są zarażeni. Że padł już pierwszy trup i ukryto go w schowku na szczotki...
Maksymilian I Artur zeszli do Lobby, żeby podjąć próbę podwędzenia ochronie kluczy do magazynu sprzętu alpinistycznego. Co najgorsze co się może stać, wywalą ich z Darpolu? może wlepią, cholera, grzywnę? a kogo to teraz, cholera, obchodzi?
I okazało się, że nie mogli trafić lepiej. trwała właśnie kłótnia, pomiędzy ochroniarzami z jednostki rządowej, a resztą ludzi, w większości z zielonymi identyfikatorami. Ochroniarze Darpolu wykazali daleko posunięty instynkt samozachowawczy i postanowili, że będą jedynie dekoracjami gdzieś w tle, a ten problem w całości pozostawią na głowie rządowców.

Ludzie mieli dość mocne argumenty.
- że już przebadani i zdrowi.
- Że dzieci w domu płaczą.
- Że mają serdecznie dość zamknięcia.
- Że za moment największym zmartwieniem Rządowej Jednostki Ds. Zwalczania Zagrożeń Biologicznych, może być ręczna, amatorska korekta sylwetek twarzy i uzębienia.
Tymczasem Artur podszedł do stróżówki i... nie zaczął zagadywać ochroniarza. Nie było potrzeby. Wszyscy byli skupieni na tym co się działo. Ryzyko otwartego buntu społecznego wisiało w powietrzu. Maks mógł swobodnie podjąć próbę zdobycia kluczy, wiszących na wieszaku, za biurkiem strażnika...
-
Maksymilian „Maks” Kruk

Maksymilian ocenił sytuację w ułamku sekundy. Tłum gęstniał, a napięcie między zdesperowanymi pracownikami a rządową obstawą osiągnęło masę krytyczną. Groźba otwartego linczu ściągała wzrok absolutnie każdego pracownika bezpieczeństwa w lobby. Darpolowscy ochroniarze wręcz wkleili się w ściany, modląc się, by gniew tłumu nie zrykoszetował w ich stronę.
Artur rzucił Maksowi krótkie spojrzenie i po prostu stanął z boku, wtapiając się w tło. Nie musiał otwierać ust.
Maks ruszył. Płynnie, bezszelestnie, omijając linie wzroku. Wślizgnął się do otwartej stróżówki niczym cień. Wewnątrz pachniało tanim tytoniem i stresem. Strażnik, odwrócony tyłem do drzwi, stał przy oknie, zafascynowany eskalacją buntu. Maksymilian nawet na niego nie spojrzał. Miękkim krokiem zbliżył się do tablicy, bezbłędnie zlokalizował brelok z odpowiednim numerem pomieszczenia technicznego, zdjął go z haczyka i ułamek sekundy później był już z powrotem na korytarzu. Cała operacja zajęła mu mniej niż dziesięć sekund.
Skinął krótko na Artura i natychmiast ruszyli w stronę klatek schodowych, zostawiając gotujące się lobby za sobą.
Niestety, spowrotem u góry, oparty plecami o futrynę, stał ten sam poirytowany ochroniarz, z którym Artur użerał się wcześniej. Przewijał coś znudzony na ekranie telefonu, ale skutecznie blokował dostęp własnym ciałem.
– Zwijamy się stąd – szepnął do kierownika, zapinając kieszeń, w której spoczywał skradziony klucz. – Ten facet to tylko człowiek. Do wieczora zmiękną mu nogi od opierania się o futrynę. Poczekamy do nocy, aż oświetlenie na korytarzach wejdzie w tryb awaryjny, a jego uwaga spadnie do zera. Wtedy tu wrócę, wejdę tam i wyniosę nasz szpej tak cicho, że facet nawet nie oderwie wzroku od ekranu telefonu. Cierpliwość, Artur. W tej chwili to nasza najsilniejsza karta.
-

Michał Owczarek
Wystarczyło parę godzin by kawałek zalaminowanego plastiku, który nosił z dumą na szyi zaczął mu ciążyć niczym wszywka. Przechodząc korytarzem miał wrażenie, że korposzczury z żółtymi plakietkami dzieli chwila by rzucili się na niego i obili mu mordę. Słyszał urywki rozmów, które przypominały komunały wypisywane na forach dla foliarzy. Że zieloni na pewno dostali już antidotum, że dostają lepsze żarcie a ci z legitymacjami partii mają swój własny salonik dla VIP-ów, gdzie się relaksują przy buteleczce koniaku.
Uniform ratownika nie pomagał. O ile wcześniej budził pozytywne skojarzenia, teraz chyba działał jak płachta na byka.
Przerabiał to już na własnej skórze w czasach Covidu. Bohaterem był tylko na plakatach ministerstwa a rzeczywistość wyglądała zupełnie inaczej. Sąsiedzi zamykali mu przed nosem drzwi do windy i omijali szerokim łukiem na klatce schodowej. Traktowali jak nosiciela trądu. Raz za wycieraczką auta znalazł kartkę z wiadomością “Wypierdalaj z naszego osiedla”. Strach zawsze wygrywał ze zdrowym rozsądkiem a tłum potrzebował podziału na wrogów i przyjaciół bez względu na czasy i okoliczności.
Stał przy filarze i z bezpiecznej odległości obserwował zamieszanie w głównym holu. Przed strefą dekontaminacyjną kłębili się zmęczeni pracownicy Darpolu, którzy krzyczeli na ochroniarzy. To właśnie wtedy poczuł wibracje telefonu w spodniach. Gdy spojrzał na wyświetlacz lodowate ostrze przejechało po trzewiach a na zewnątrz wylały się wszystkie wnętrzności. Zakręciło mu się w głowie, oczy zaszły mgłą.
Ola.
Patrzył na te trzy litery przez dłuższą chwilę. Nie pamiętał kiedy ostatni raz rozmawiali. Wydawało mu się, że w międzyczasie zdążył przeżyć parę żyć. Wiedział, że jeśli odbierze i usłyszy jej głos to będzie koniec wszystkiego. Nic go nie uratuje, nic mu nie pomoże. Całą ciężką pracę jaką wykonał trafi jasny szlag.
Przeciągnął palcem po zielonej słuchawce.
— Słucham.
— Michał? — jej głos drżał, był cienki i napięty. — Przepraszam, że dzwonię. Pewnie jesteś w pracy i nie masz teraz czasu…
— Coś się stało?
— W telewizji mówią o jakiejś epidemii. Na ulicach jest pełno karetek i policji, zamykają budynki. Podobno pracujesz teraz w pogotowiu, może wiesz coś więcej?
Michał spojrzał na ludzi w żółtych kombinezonach i prowizoryczny szpital polowy, który przed południem pomógł rozstawić w holu. Przypomniał sobie rozmowę z Wójcik. Patologiczna agresja zwłok.
Zombie.
Nerwowym ruchem przeczesał włosy.
— Wszystko jest pod kontrolą, nie ma powodów do paniki — skłamał z przekonaniem, jakiego sam u siebie nie podejrzewał. — Ale na waszym miejscu zrobiłbym zapasy. Powiedz mężowi, żeby kupił wodę i konserwy. Zamknijcie się w mieszkaniu na kilka dni, dopóki sytuacja się nie uspokoi.
— Tak zrobimy. Dziękuję.
Nie rozłączyła się. Zapadła cisza, w której Michał słyszał tylko własny, przyśpieszony oddech. W końcu zapytała niepewnie.
— A co u ciebie? Jak się trzymasz?
— Wszystko pod kontrolą — znowu skłamał mocniej dociskając telefon do ucha. — Słyszałem, że zostałaś mamą. Gratulacje.
Zamilkła a w tym milczeniu od razu wyczuł zakłopotanie.
— Dziękuję . Muszę kończyć, mała płacze. Uważaj na siebie.
— Ola…
Jej imię wyrwało mu się z ust, zanim zdążyła się rozłączyć. Przeklął siebie w myślach. Teraz szukał odpowiednich słów by jej nie przerazić, ale jednocześnie żeby zrozumiała.
— Tak?
— Gdybyś jednak sytuacja w mieście zaczęła się pogarszać, dzwoń. Przyjadę, cokolwiek by się nie działo.
Nie odpowiedziała. Po drugiej stronie rozległ się krótki sygnał rozłączenia. Lobby tonęło w krzykach, ale wokół niego zapadła grobowa cisza.
-

Wiktoria Wrońska
Wiktoria została w holu z powodu napiętej atmosfery oraz Roberta, który w każdej chwili mógłby potrzebować jej pomocy. Przemieszczała się po holu, obserwowała sytuację i co jakiś czas próbowała znaleźć nowe informacje w wiadomościach. Zastanawiała się czy zadzwonić do rodziców, powiedzieć o tym, co się dzieje, ale nie była pewna, czy w ogóle jest sens. Mimo całego zamieszania niewiele mogła zrobić. Coraz częściej miała wrażenie, że zamiast sytuacji kryzysowej przeżywa po prostu wyjątkowo długie nadgodziny. Takie solidne. Nie miała też ochoty na słuchanie ich przewrażliwionego i przesyconego troską głosu, który zawsze wybijał ją z równowagi.
Zdawało się, że pan Robert radzi sobie w tej trudnej sytuacji, odkąd dostał osobne pomieszczenie do odpoczynku oraz tymczasowy lek. Od czasu do czasu spoglądała przez przeszkloną ścianę gabinetu i odnosiła wrażenie, że wszystko jest w porządku.
Problem za to zaczął się robić w holu, gdzie tłumy ludzi z zielonymi plakietkami domagały się wypuszczenia. Wiktoria wcale im się nie dziwiła, bo było to naprawdę logiczne. Przeszli badania i usłyszeli, że są zdrowi. Nic dziwnego, że oczekiwali zakończenia kwarantanny. Z drugiej strony nikt chyba nie znał okresu wylęgania wirusa. To, że dziś nie wykazywali objawów, nie musiało oznaczać, że jutro sytuacja pozostanie taka sama.
Blondynka poprawiła garsonkę i postanowiła wystąpić, stając między ochroną a rozzłoszczonym tłumem.
— Rozumiem, że większość z państwa nie protestuje dlatego, że lubi się kłócić. Protestujecie, bo nikt nie powiedział wam, co się dzieje i ile to jeszcze potrwa.
Wśród tłumu rozniosły się szepty dezaprobaty. Wrońska nie odniosła wrażenia, jakby jej słowa zwróciły uwagę ludzi w pozytywny czy negatywny sposób. Postanowiła kontynuować, aby zmienić nastawienie na swoja korzyść.
— Nie mogę otworzyć tych drzwi. Ale mogę zrobić coś innego. Wybierzcie dwie lub trzy osoby, które będą reprezentować was wobec doktor Wójcik. Zadbam o to, żeby usłyszała wszystkie pytania.
— Pierdolenie!
Wystarczyło, aby jedna osoba z gromady zanegowała, a reszta poszła za nią. Jej propozycja utonęła w okrzykach tłumu. Przez krótką chwilę zastanawiała się, czy problem leżał w sposobie, w jaki mówiła, czy może w tym, że sama nie potrafiła z pełnym przekonaniem uwierzyć w słowa, które wypowiadała.
Wiktoria przez chwilę jeszcze patrzyła na ludzi. Nie próbowała przekrzyczeć tłumu ani odpowiadać na kolejne okrzyki. Wiedziała, że w tym momencie emocje były zbyt silne, by ktokolwiek chciał słuchać argumentów.
Skinęła jedynie lekko głową, jakby przyjmowała do wiadomości ich sprzeciw, po czym zrobiła kilka kroków w tył, odsuwając się od środka zamieszania.
Nie czuła złości. Raczej bezsilność. Sama przecież nie była przekonana, czy ci ludzie rzeczywiście powinni pozostać zamknięci. Rozumiała ich frustrację aż za dobrze.
Zatrzymała się przy ścianie, pozostawiając przestrzeń epidemiologom i ochronie. Jeśli sytuacja miała jeszcze szansę się uspokoić, nie stanie się to dzięki kolejnej przemowie. -
Sytuacja zaogniała się jeszcze bardziej, oraz, jak nie trudno się domyślić, narastała przemoc werbalna. Panie lekkich obyczajów, końskie zwisy i złamane męskie przyrodzenia były rozdawane szczodrze między właściwie każdego, kto się nawinął, ale drzwi pozostały niewzruszenie zamknięte.
Dr. Wójcik sama podjęła jakiegoś rodzaju próbę negocjacyjną, co było zaskakujące.

Dr Alicja Wójcik-Musimy ich w końcu wypuścić. Kończy im się cierpliwość. Ryzykujecie rozruchy, moją paść trupy, ci z zielonymi kartami są zdrowi, mogą wyjść...-
-Pani doktor, z całym kurwa szacunkiem, ale jak ktoś stąd wyjdzie, zapłacę za to własnymi jajami. Kwarantanna, to jest kwarantanna, a nie przedszkole i sranie po krzakach! Pretensje o lockdown do Rzecznika Praw Pacjenta, czy tam do Ministra Zdrowia, nie wiem, zwisa mi to!- Odburknął jeden ze strażników.
-JA-TO-PIERDOLĘ.- W rozmowę wciął się jeden z pracowników Darpolu. Z "zieloną" przepustką. Doszło do krótkiej szamotaniny, a następnie bezceremonialnie dostał kolbą w łeb, i zwalił się na ziemię.
Czas się zatrzymał. Ochroniarze Darpolu właściwie "drgnęli", ale wydawałoby się, że nic konkretnego się nie stało. Po prostu przez chwilę, zawieszoną w czasie, wszyscy analizowali coś, co fachowo jest przekroczeniem granic obrony konieczniej przed atakiem...

Tomasz Kaczmarek-PIERDOLĘ.- Tomasz, szef ochrony, wziął do ręki megafon i uznał za stosowne zareagować, zanim więcej granic zostanie przekroczonych.
-WSZYSCY MAJĄ SIĘ NATYCHMIAST ROZEJŚĆ. OSOBY W KWARANTANNIE PROSZONE SĄ UDAĆ SIĘ NA PIĘTRA. OCHRONĘ OBIEKTU I DRZWI PRZEJMUJE OCHRONA FIRMY DARPOLSA. A WY MACIE STĄD WYPIERDALAĆ W KABANICH PODSKOKACH.-Widać było, że puściły mu nerwy. Właściwie natychmiast ochrona Darpolu pojawiła się przy drzwiach, kazali rządowcom opuścić budynek - z wyjątkiem personelu medycznego. Doszło do wzajemnego celowania bronią, przy czym ochrona budynku miała potężny, nieprzyjemny argument w postaci paralizatorów na wyposażeniu. Wreszcie dowódca rządowej ochrony dał za wygraną, uświadamiając sobie, że ochroniarze toteż cywile w kwarantannie, ale uzbrojeni - a więc bardziej niebezpieczni. Chyba tylko autorytet Tomasza utrzymywał tę formację w jakichś ryzach.
Wartę nad drzwiami przejęli ludzie Kaczmarka, ale drzwi nadal pozostały zamknięte. Ranny został przetransportowany do szpitala polowego - po coś go przecież rozstawili.
Było niewiele lepiej, ale jednak lepiej. Chwilowo ponownie zapanował względny spokój.
Dzień II, wieczór
Do wieczora, upływ czasu przyniósł poprawę. Pracownik po łomocie wyszedł, z siniakiem na łbie, oraz ze zwiększoną niechęcią do każdego, kto był z rządu. Nastroje były podłe. Do wieczora Robert otrzymał obiecane przez Wójcik leki.
Zarząd Darpolu rozesłał do wszystkich oficjalne maile, zaczęły się też telefony. Mocno korporacyjna śpiewka typu "przepraszamy za niedogodności", "wracajcie do pracy", "wypłacimy ekstra bonus za kwarantannowe nadgodziny", ale nikt nie brał tego na poważnie. Wszelka praca w budynku technicznie rzecz biorąc, stanęła.
Maksymilian
Do Maksymiliana, Artura i reszty alpinistów uśmiechnęło się szczęście, uśmiechem paskudnie szerokim. Tomek po incydencie ściągnął niemalże całą ochronę na dół. Nikt nie zauważył braku tego jednego, jedynego klucza.
Michał i Wiktoria
Oczywiście oboje - zarówno Wiktoria Wrońska, jak i Michał owczarek, mieli pełne ręce roboty po incydencie. na próbowała uspokajać ludzi, wdawała się w rozmowy. On pomagał komu mógł, w jaki sposób mógł, czy to rozmową, czy to wiedzą medyczną.
A za ścianami i za oknami, dzień się powoli kończył. Echo nie tak odległego wycia syren wszelkiej maści - najpewniej pojazdów policji, pogotowia i straży pożarnej - docierało do lobby...
Kiedy oboje sądzili, że dzisiejszy dzień nie będzie już gorszy i spotkali się na chwilę przy automacie z kawą, podeszła do nich dr. Wójcik.
-Mamy problem. A po tym przedstawieniu pod drzwiami, istnieje duże ryzyko wywołania paniki. Nie możemy doliczyć się dwóch ludzi z listy, którą mi daliście. Nie ma ich, nie stawili się na badanie, ale papiery z recepcji wskazują, że MUSZĄ być w budynku. Jakieś pomysły? Nie mogę tak po prostu wziąć megafonu i wszystkim tego ogłosić, bo jeszcze pomyślą, że padły trupy, albo jeszcze co gorszego. Jeżeli któryś z nich jest chory... wolę nawet nie myśleć.
Cześć! Wygląda na to, że jesteś zainteresowany tą rozmową, ale nie masz jeszcze konta.
Masz dość przewijania tych samych postów za każdą wizytą? Po zarejestrowaniu konta zawsze wrócisz dokładnie do tego samego miejsca, w którym byłeś wcześniej, możesz wtedy również wybrać opcję otrzymywania powiadomień nowych odpowiedziach (e-mailem lub powiadomieniem push). Będziesz też mógł zapisywać zakładki i głosować na posty, aby okazać uznanie innym członkom społeczności.
Z Twoją pomocą tez post mógłby być nawet lepszy 💗
Zarejestruj się Zaloguj się