Przejdź do treści
  • Kategorie
  • Ostatnie
  • Tagi
  • Popularne
  • Świat
  • Użytkownicy
  • Grupy
  • Strona startowa
Skórki
  • Jasny
  • Brite
  • Cerulean
  • Cosmo
  • Flatly
  • Journal
  • Litera
  • Lumen
  • Lux
  • Materia
  • Minty
  • Morph
  • Pulse
  • Sandstone
  • Simplex
  • Sketchy
  • Spacelab
  • United
  • Yeti
  • Zephyr
  • Ciemny
  • Cyborg
  • Darkly
  • Quartz
  • Slate
  • Solar
  • Superhero
  • Vapor

  • Domyślna (Cyborg)
  • Brak skórki
Zwiń
Patronite
  1. Start
  2. Sesje future
  3. Rozgrywka
  4. Krzyk Pustki
Krzyk Pustki [18+]
KetharianK
Ketharian jako
Alien
Mistrz Gry
ReRebirthR
ReRebirth jako
Joshua Gleeson
BeetleB
Beetle jako
Marcus Holt
Dawny użytkownik?
Dawny użytkownik jako
Nadia Volkov
MarrrtM
Marrrt jako
Caleb Hannigan
GreKG
GreK jako
Siergiej Kalashnikov
PiołunP
Piołun jako
Elias Crowe
CyganC
Cygan jako
William Biscuit
Macabra78M
Macabra78 jako
Adam Nexus Mk 7
Davy KneeD
Davy Knee jako
Davy O'Collan
Arthur FleckA
Arthur Fleck jako
Delilah le Fey

Krzyk Pustki

Zaplanowany Przypięty Zablokowany Przeniesiony Rozgrywka
204 Posty 11 Uczestników 5.9k Wyświetlenia 5 Obserwuje
  • Najpierw najstarsze
  • Najpierw najnowsze
  • Najwięcej głosów
Odpowiedz
  • Odpowiedz, zakładając nowy temat
Zaloguj się, aby odpowiedzieć
Ten temat został usunięty. Mogą go zobaczyć tylko użytkownicy upoważnieni do zarządzania tematami.
  • Davy KneeD Niedostępny
    Davy KneeD Niedostępny
    Davy Knee jako Davy O'Collan
    napisał(a) ostatnio edytowany przez
    #169

    Mostek Kardashiana - O'Collan

    Przez pierwszą sekundę O’Collan po prostu patrzył na transmisję. Kolejne klatki pojawiające się na bocznych ekranach z kamer załogi. Całą jego uwagę pochłonął obraz z kamery Holta — rozedrgany, nieostry, szarpany gwałtownymi ruchami człowieka walczącego o życie.

    Czarny kształt runął z sufitu.

    — Co do kurwy… — wymknęło mu się cicho.

    M41A1 odpowiedział długą serią. Błyski wystrzałów na moment wydobywały stworzenie z ciemności, zamieniając transmisję w chaotyczny ciąg pojedynczych obrazów: połyskliwy pancerz, wydłużona głowa, ściana, czyjaś przyłbica, znowu czarne ciało.

    Holt strzelał dalej.

    — Nie, nie, nie… Co ty, kurwa, robisz…

    Davy pochylił się nad pulpitem, jakby skrócenie dystansu do ekranu mogło pozwolić mu zobaczyć coś więcej ale przed oczami miał tylko chaos.

    — Nadia… widzisz to?

    Nie czekał na odpowiedź. Cofnął zapis o kilka sekund, ale zanim zdążył przyjrzeć się obrazowi, z głośników dobiegł charakterystyczny trzask pustej komory - suchy i metaliczny.

    Davy znał ten dźwięk aż za dobrze.

    — Holt, magazynek! — rzucił odruchowo do mikrofonu.

    Stwór skoczył.

    Na ekranie wszystko wydarzyło się niemal jednocześnie. Smolista sylwetka wypełniła kadr, ogon przeciął obraz, kamera szarpnęła gwałtownie, a Holt zniknął z pola widzenia.

    O’Collan poderwał się z fotela.

    — Marcus!

    Odpowiedział mu tylko chaos: ściana, podłoga, fragment cudzego skafandra. Przez moment zobaczył Adama z kawałkiem metalowej płyty w dłoniach, potem obraz ponownie zadrżał.

    — Marcus! Odpowiedz!

    Nic.

    Z głośników przebijał się krzyk Hannigana nakazującego odwrót do ładowni, odpowiedź Gleesona, że zamyka drzwi, wrzaski pozostałych i ten pieprzony syk topionego metalu.

    Davy stał nad pulpitem z dłońmi wbitymi w jego krawędź. Dopiero po chwili zorientował się, jak mocno ją ściska.

    — Ja pierdolę…

    Na ekranie Adam napierał na stworzenie. Za nim poruszali się ludzie. Dalej ciężka gródź ładowni zaczynała się zamykać.

    Przez krótką chwilę O’Collan nie zrobił nic.

    Potem wziął głęboki oddech. Nie uspokoiło go to. Strach nadal tkwił gdzieś pod mostkiem, zimny i ciężki, ale został odsunięty na miejsce, które znał z dawnych lat. Tam, gdzie nie przeszkadzał wykonywać roboty.

    Kiedy ponownie usiadł, twarz miał już nieruchomą.

    — Dobra.

    Przeciągnął transmisję z Bleinerta na główny monitor.

    — Nadia, zapisuj wszystko. Pełny strumień. Obraz, audio, timestampy. Bez filtrów i bez żadnego czyszczenia danych.

    W głowie analizował to, co zobaczył. Stworzenie. Trafienia z M41A1. Brak natychmiastowego zatrzymania. Ciecz wypływająca z ran. Reakcja z metalem. Holt trafiony w prawą stronę korpusu. Adam w bezpośrednim kontakcie. Reszta wycofująca się w stronę ładowni.

    — Kontakt nieznanego typu — mówił spokojnie do siebie, właściwie już bardziej dla zapisu niż dla Nadii. — Prawdopodobnie organiczny. Wielokrotnie trafiony z karabinu pulsacyjnego, nadal mobilny. Płyny ustrojowe silnie korozyjne. Holt trafiony… okolice prawej pachy. Stan nieznany. Adam pozostaje w kontakcie. Zespół wycofuje się do ładowni.

    Sięgnął do panelu łączności.

    — Kardashian do zespołu Bleinerta. Radio check.

    Wskaźnik nośnej drgnął, ale odpowiedź nie nadeszła.

    O’Collan zmienił częstotliwość.

    — Hannigan, tu O’Collan. Potrzebuję SITREP. Liczba ludzi, liczba rannych, aktualna pozycja i status zagrożenia. Tylko fakty. Odbiór.

    Czekał kilka sekund.

    — Kapitanie, potwierdź odbiór.

    Nic.

    Przeszedł na kolejny kanał.

    — Sadza, zgłoś się.

    Potem następny.

    — Crowe?

    Kiedy na ekranie pojawiła się częstotliwość Holta, palec Davy’ego zawisł na moment nad przyciskiem.

    Tylko na moment.

    — Marcus. Jeśli mnie słyszysz, odezwij się. Jedno słowo wystarczy.

    Cisza była teraz znacznie gorsza od wcześniejszych krzyków.

    O’Collan przełączył kanał.

    — Adam, tu O’Collan. Jeżeli masz sprawny nadajnik, podaj status zespołu. Priorytet: Holt.

    Jego dłonie poruszały się już automatycznie. Kanał główny. Awaryjny. Indywidualne częstotliwości skafandrów. System łączności Bleinerta. Wszystko, do czego Kardashian był jeszcze w stanie się dostać.

    Ponownie nacisnął nadawanie.

    — Bleinert, tu Kardashian. Ktokolwiek mnie słyszy, zgłosić się. Nie interesuje mnie teraz, co to jest. Potrzebuję pozycji, stanu ludzi i potwierdzenia, czy macie między sobą a tym czymś zamkniętą gródź.

    Puścił przycisk i znieruchomiał, wpatrując się we wskaźnik odbioru.

    Sekunda.

    Druga.

    Trzecia.

    Davy pochylił się odrobinę nad pulpitem.

    — No dalej, chłopaki… — mruknął już znacznie ciszej.

    Na jego twarzy nie było nawet śladu wcześniejszego uśmiechu.

    — …gadajcie do mnie.

    1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
    😰
    2
    • MarrrtM Niedostępny
      MarrrtM Niedostępny
      Marrrt jako Caleb Hannigan
      Mecenas
      napisał(a) ostatnio edytowany przez
      #170

      Przerażający syntetyk (bo to mimo wszystko musiał być syntetyk! Co innego???) nie mógł nie poczuć wywalonej doń przez konwojenta serii. Podobna przenicowałaby przeciętnego człowieka na sito. Zaskowyczał jednak i dalej atakował by, nim Caleb zdążył mrugnąć, powalić Holta ich najmocniejszą siłę ognia, niczym szmacianą lalkę o ścianę. Hannigan był tylko w stanie wyobrazić sobie wypłaszczający się w tym momencie profil bicia serca konwojenta. Ale jego rozkaz już zapadł. Zamknąć grodzie. Żadnego żalu.

      W tym samym czasie na otwartym kanale zaczął gorączkowo wywoływć ich Davy, a Adam… Adam zareagował zgodnie z zaprogramowanym protokołem. Słodki Jezu na szczęście. Bo starcie dwóch wrogich syntetyków mogło zainicjować całą kaskadę różnych blokad. Nie zainicjowało. Adam bronił ludzi. I choć Caleb znał możliwości androida i wiedział iż ten jest szybszy i silniejszy od przeciętnego człowieka, nie mógł przecież stawić czoła eksperymentalnym syntetykom bojowym Weyland Yutani. Pozostawało kwestią kilku chwil nim napastnik obezwładni i zniszczy pokładowego medyka, a jednocześnie teraz ich plastalowego obrońcę.

      Nie mógł jednak ratować Adama choć bardzo chciał widząc iż android bez wahania poświęca swoją jednostkę dla Holta i reszty. Mógł za to skoczyć do Holta. I pomimo syku zamykającej się grodzi spróbować go wciągnąć do ładowni…

      - Sadza… pomóż mi!

      1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
      5
      • GreKG Niedostępny
        GreKG Niedostępny
        GreK jako Siergiej Kalashnikov
        Mecenas
        napisał(a) ostatnio edytowany przez
        #171

        Siergiej Nikołajewicz Kalashnikov. Sadza.

        text alternatywny

        Bleinert

        — Diabeł. Chyort!

        Akcja potoczyła się szybciej, niż Siergiej Nikołajewicz Kalashnikov zdołał ją poukładać w głowie.

        Jazgot magazynku opróżnianego przez Mienta.

        Krzyki.

        Głuche uderzenie ciała o ścianę.

        Stuk pustej komory.

        A nade wszystko ten dźwięk.

        Wizg. Kwik. Nieludzkie wycie wydobywające się z obsydianowo-czarnego kształtu.

        Sadza znieruchomiał.

        Chyort.

        Diabeł.

        Nie wiedział jak.

        Nie wiedział dlaczego.

        Nie wiedział, czym to było.

        Ale już kiedyś o tym słyszał.

        W kopalniach mówiło się o nim szeptem. O czymś, co pojawiało się na najniższych poziomach. O czymś, co dusiło ludzi w ciemności, sprowadzało zawały, zostawiało po sobie tylko trupy i pogięte konstrukcje.

        Zawsze można było powiedzieć, że to przesąd.

        Że to zmęczenie.

        Że górnicy po trzech dniach pod ziemią widzą rzeczy, których nie ma.

        Teraz jednak Sadza patrzył na coś, czego zdecydowanie nie powinno być.

        — Blat, jebanyj chyort!

        — Sadza… pomóż mi!

        Głos Starego wyrwał go z odrętwienia.

        Siergiej rzucił się do Holta. Chwycił Mienta za kombinezon, kapitan złapał go z drugiej strony. Razem szarpnęli rannego w kierunku ładowni.

        Nad nimi grodź sunęła w dół.

        Za nią Adam wciąż napierał na bestię.

        — Doktor! — ryknął Sadza przez otwarty kanał. — Dasz radę! Zostaw chyorta! Dawaj do magazynu!

        Nie czekał na odpowiedź.

        — Davaj! Davaj!

        Jeszcze jedno szarpnięcie.

        Holt jęknął. Jego kombinezon zazgrzytał po podłodze.

        Grodź była coraz niżej.

        Za nią czarna sylwetka szarpała się z Adamem.

        Siergiej spojrzał na syntetyka.

        Na chwilę ich wzrok się spotkał.

        A właściwie nie.

        Adam nie patrzył na niego.

        Adam patrzył na potwora.

        Pchał go.

        Sam.

        Jakby to było najzupełniej oczywiste, że właśnie to powinien zrobić.

        Sadza zaklął pod nosem.

        Wiedział, że Adam jest tylko maszyną.

        Puszką.

        Drogą. Drogą puszką z rękami, nogami i twarzą człowieka.

        Nie powinien nic czuć.

        Nie powinien się bać.

        Nie powinien nawet rozumieć, że za chwilę może zostać tam sam.

        A jednak przez tę krótką chwilę Siergiejowi zrobiło się go zwyczajnie żal.

        — Davaj, Adam! — wrzasnął. — Davaj, blyat!

        I jeszcze raz szarpnął Holta w stronę ładowni.

        Najlepsza puszka, jaką znał.

        1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
        ♥
        5
        • KetharianK Online
          KetharianK Online
          Ketharian jako Alien
          Obsługa Moderator Mecenas
          napisał(a) ostatnio edytowany przez
          #172

          text alternatywny


          Środkowy pokład Bleinerta


          Caleb Hannigan najwidoczniej wciąż jeszcze nie wyczerpał swojego zapasu szczęścia, bo chociaż opadające zbyt szybko jak na jego gust drzwi ładowni omal nie przytrzasnęły stóp wleczonego wspólnymi siłami Marcusa, wszyscy trzej z Siergiejem zdążyli uciec na czas na przeciwną stronę. Przyklękając w półmroku ładowni kapitan oparł się bokiem o ścianę, dysząc ciężko i próbując coś dojrzeć przez zaparowaną od środka przyłbicę hełmu.

          Zza zamkniętych hermetycznie drzwi dobiegały dźwięki, które choć mocno stłumione i ścianą i wyściółką hełmów, wciąż mroziły krew w żyłach: huk, łoskot i animalistyczny skowyt.

          - Adam, status! - krzyknął w eter Hannigan wchodząc w słowo nieustannie wywołującemu ratowników O’Collanowi - Adam, status!

          Odgłosy walki nie gasły, wciąż na nowo przywołując do pamięci Caleba widok androida prącego do przodu z wystawionym niczym tarcza panelem, wypychającego czarny konstrukt w głąb korytarza ruchami wystarczająco powolnymi, by można było sobie wyobrazić opór stojący za nadludzką siłą koszmarnego wężowidła.

          Hannigan puścił nogawkę spodni Holta, spojrzał na resztę swoich odrętwiałych z szoku towarzyszy: przecierającego wciąż na nowo hełm Eliasa, mamroczącego jakieś rosyjskojęzyczne przekleństwa Siergieja, skamieniałego z przerażenia Joshuę.

          W słuchawkach hełmofonu mieszały się krzyki Davy’ego i Nadii, ale to nie ich Caleb nasłuchiwał w tym momencie.

          Czekał na Adama, ale Adam nie odpowiadał.

          A potem odgłosy walki ucichły całkowicie i zza ściany płynął już tylko złowieszczy drapieżny syk.


          text alternatywny


          Mostek Kardashiana


          Nadia wpadła w skrajne przerażenie i Davy pewien był, że jeszcze chwila, a urwie mu wbitymi kurczowo w ciało palcami całą rękę. Z ust kobiety płynął cichy wizg, ledwie słyszalny w kakofonii szaleńczych dźwięków dobiegających z głośników radiowęzła.

          - Nadia, opanuj się! - rzucił pilot kładąc jedną dłoń na jej nodze - Nadia, dość! Weź się w garść!

          Sam równie zszokowany biegiem wydarzeń na zaopatrzeniowcu co Volkova, O’Collan miał za sobą dość wyniesionej z wojska dyscypliny, aby mimo wszystko zapanować nad rozszalałymi nerwami i narzucić sobie pozornie chłodną kontrolę.

          - Co to jest? - krzyknęła Nadia wbijając oczy w połyskujący szkliście czarny kształt próbujący dosięgnąć pchnięciami masywnego ogona głowy Adama. Ciąg przekazywanych przez nahełmową kamerę androida obrazów poruszał się w tak chaotyczny i gwałtowny sposób, że nie sposób było płynnie nadążyć za nim myślami, ale nawet ten ekstremalnie trudny w interpretacji obraz wystarczał, aby oboje załogantów Kardashiana pojęło, że ich oficer medyczny walczył z jakimś nieznanym ludzkości drapieżnikiem o absolutnie morderczych zamiarach.

          Na pozostałych sekcjach wyświetlaczy pojawiło się ciemne wnętrze sąsiedniego pomieszczenia, szczęśliwie odgrodzone od pojedynku tytanów opuszczonymi na czas drzwiami ładowni. Davy omiótł pięć ekraników pośpiesznym spojrzeniem próbując dojść do tego, co właściwie stało się z Holtem i w jakim był stanie, kątem oka wciąż obserwując obraz z kamery Adama.

          Przekaz zgasł w tej samej chwili, w której pilot ponownie skupił na nim całą swoją uwagę.

          - Adam! - krzyknęła rozdygotanym głosem Nadia - To go zabiło!

          Popieram postulat Gladina wzywający do zniszczenia 4-tej edycji WFRP!

          1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
          👽
          4
          • PiołunP Niedostępny
            PiołunP Niedostępny
            Piołun jako Elias Crowe
            Mecenas
            napisał(a) ostatnio edytowany przez Piołun
            #173

            Drzwi ładowni zamknęły się z głuchym hukiem, który jeszcze przez chwilę pobrzmiewał echem w przestrzeni, drżąc w ścianach i podłodze, choć Elias prawie go nie słyszał. W głowie rozbrzmiewał mu dźwięk karabinu Holta i przeraźliwy skrzek czegoś, czego nie potrafił nawet nazwać. Stał przy ścianie i raz za razem przecierał przyłbicę hełmu rękawicą, choć jedynym efektem było dalsze rozmazywanie płynu hydraulicznego i brudu po spękanej powierzchni. Po kilku ruchach sam zauważył, że czynność nie ma już żadnego praktycznego sensu, ale mimo to jej nie przerwał. Uparte powtarzanie prostego gestu trzymało go w tym momencie w jednym kawałku. Wycierać. Cofnąć dłoń. Zrobić to jeszcze raz. Przez kilka sekund wystarczało, żeby nie dać myślom rozpierzchnąć się we wszystkich kierunkach naraz, a przy okazji nie patrzeć na twarze pozostałych i nie wracać do tego, co właśnie wydarzyło się po drugiej stronie grodzi.

            Obraz pozostawionego po drugiej stronie koszmaru wracał jednak uparcie, w poszarpanych i chaotycznych migawkach, jakby wstrząśnięty mózg odtwarzał go w przypadkowej kolejności. Najpierw czarny kształt spadający z sufitu, potem światło latarek przesuwające się po połyskliwym pancerzu, następnie seria Holta i pociski wbijające się jeden za drugim w stworzenie, a wreszcie ten niemożliwy do pojęcia widok, gdy mimo kolejnych trafień kreatura nadal poruszała się z szybkością, której Elias nie potrafił sobie wytłumaczyć. Widział ciecz wyciekającą z ran kreatury oraz dymiący pod jej kroplami, skwierczący metal. Najgorszy był jednak ostro zakończony ogon, który w jednej chwili przebił skafander Holta, czyniąc to z łatwością jaką dziecko mogło by przebić igłą papierowego ludzika.

            Crowe w końcu opuścił rękę od przyłbicy i spojrzał na przytroczonego do pleców Hannigana syntetyka Weyland-Yutani, którego jeszcze niedawno tak bardzo chcieli zabrać ze sobą. Urwane kończyny, roztrzaskany korpus i ślady brutalnych uderzeń nagle przestały wyglądać jak efekt awarii czy wynik walki między androidami. Na pokładzie Weyland-Yutani ktoś najwyraźniej wyhodował sobie zwierzaka rodem ze starych horrorów z końcówki dwudziestego wieku. Pierdoloną czarną kosmiczną płaszczkę z nogami, krwawiącą pierdolonym kwasem. Wszystko, co jeszcze kilka minut temu było tylko jedną z wielu możliwych hipotez, teraz zaczynało układać się w przerażająco prosty obraz.
            – Ten android... – odezwał się w końcu, nie patrząc na nikogo konkretnego, ale wskazując przemielony cyber zezwłok. Głos miał cichy, drżący.
            – To ten stwór go tak urządził.

            Dopiero po wypowiedzeniu tych słów przyszła następna myśl, znacznie gorsza od poprzedniej. Puste korytarze Bleinerta, brak trupów, brak rannych, brak śladów panicznej ewakuacji w miejscach, w których przecież powinni znajdować się ludzie. Elias poczuł, jak żołądek ściska mu się boleśnie, a oddech wyraźnie przyspiesza. Nie wiedział, co dokładnie spotkało załogę ani gdzie teraz byli, ale nagle brak ciał przestał być jedynie dziwnym, abstrakcyjnym szczegółem.

            Ze stuporu wyrwał go dopiero widok Holta. Ruszył w jego stronę ciężko i ostrożnie, podpierając się po drodze o ścianę. Przyklęknął obok rannego, choć nie z przekonania, że naprawdę może mu pomóc. Nie miał w tej materii żadnego doświadczenia, ale ktoś w jego wieku, kto widział już niejedną paskudną awarię i niejeden wypadek przy pracy, potrafił przynajmniej mniej więcej ocenić, jak bardzo sprawy się spierdoliły. Przez chwilę wpatrywał się w rozdarty pod pachą skafander, próbując zorientować się, czy ostrze przebiło się głębiej. Brak sikającej wszędzie krwi był pierwszą dobrą wiadomością od bardzo dawna, choć Elias nie ufał swojej ocenie na tyle, by odetchnąć z ulgą.
            – Marcus, słyszysz mnie? Dziabnął cię skurwiel, ale wyliżesz się. – zapewnił z przekonaniem. Ostatecznie, jeśli się mylił, martwy Holt i tak nie miałby jak mu tego później wypomnieć. Nie był lekarzem i nie zamierzał udawać, że nim jest. Wiedział jedynie, że skafander dostał porządnie, a to, że spod rozdarcia nie wypływała krew, dawało przynajmniej nadzieję, że spodnia warstwa zrobiła swoje. Choć nie chciał tego przyznać nawet przed samym sobą, tak czy innaczej cholernie przydałby się teraz Adam. Na samą myśl o androidzie Crowe spojrzał z powrotem na zamknięte drzwi i zaklął w duchu. Razem z blaszakiem po drugiej stronie zostało kilka rzeczy, które właśnie teraz mogły okazać się bezcenne.

            Crowe spojrzał na stalową gródź i przez chwilę po prostu słuchał. Zza niej nie dochodziły już odgłosy szarpaniny ani metalicznego uderzenia. Nie słyszał też głosu syntetyka, który jeszcze niedawno z tą swoją spokojną manierą doprowadzał go do szału, sprawdzał jego źrenice i kazał zapamiętywać idiotyczne słowa. Słychać za to było drapieżny syk zawiedzionego drapieżnika. Kiedy w słuchawkach kolejny raz odezwał się Davy, Elias potrzebował chwili, żeby zrozumieć, że pilot go wywołuje. Wcześniej albo go nie słyszał, albo działo się zbyt dużo, by jego głos mógł do niego dotrzeć. Uniósł dłoń do komunikatora i przez moment nic nie powiedział, jakby wszystkie słowa, których używał przez całe życie, nagle stały się całkowicie bezużyteczne, niezdolne wyrazić do końca grozy tego czego byli świadkami.
            – Crowe. Jestem – odpowiedział w końcu. – Jesteśmy w ładowni. W Pięciu. Holt jest ranny.
            Spojrzał ponownie na drzwi i zacisnął szczękę.
            – Adam został po drugiej stronie.
            Na kilka sekund znów zaniemówił, nie do końca pewny co ma raportować. Głód alkoholu, drzemiący gdzieś głęboko w jego wnętrzu nagle upomniiał się o swoje, ale Crowe w skafandrze nie mógł sięgnąć po manierkę. Mikstura musiała jeszcze poczekać.
            – Davy... nie wiem co to kurwa było, ale to nie był żaden pieprzony android.
            Oparł bark o ścianę i usiadł ciężej obok Holta, czując, jak dopiero teraz adrenalina zaczyna odpływać, zostawiając po sobie drżenie rąk i mdłości.
            – Musimy stąd spierdalać. I to migiem - to powiedziewaszy pozwolił by reszta brygady mogła uzupełnić resztę, bo on sam miał już tego wszystkiego... serdecznie dość.

            1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
            ♥
            6
            • MarrrtM Niedostępny
              MarrrtM Niedostępny
              Marrrt jako Caleb Hannigan
              Mecenas
              napisał(a) ostatnio edytowany przez
              #174

              - To musiał być android… Jakiś nowy… eksperymentalny… bojowy - nerwowo kręcąc głową, kapitan twardo skontrował na stwierdzenie Eliasa. Choć dało się w jego głosie wyczuć, że bardziej sam siebie przekonuje niż oficera naukowego - Co innego? Co innego? Co innego? Co innego?

              Powtarzał to pytanie coraz ciszej przez dobrą chwilę cały czas ciężko oddychając. Czuł jak w klatce wali mu serce. Łupało i tętniło. Wezbrana krew uderzała do skroni i pulsowała paskudnie i nieustannie. A Caleb bezskutecznie próbował pozbierać swoje myśli. Każdą próbę udaremniało jednak kolejne łupnięcie serca, które nie dawało się oszukać fasadzie na prędce i na siłę sklejonych argumentów tłumaczących co właśnie zaszło przy wrotach do magazynu. To co ich zaatakowało mimo humanoidalnych kształtów było potworem. Czy istniał jakikolwiek umysł na Ziemi, choćby najbardziej zwyrodniały, by wymyślić i powołać do istnienia takie monstrum? To nie chciało ich obezwładnić. Pojmać. Unieszkodliwić. Sygnał wykrywacza ruchu nie zostawiał złudzeń. To było cholerne polowanie. Jakby ktoś spuścił wściekłe psy ze smyczy, żeby…

              Nagle złapał szybko za komunikator i wywołał pilota, który wymieniał możliwości jak może im pomóc. Niegłupie możliwości, ale…
              - Odłączcie natychmiast Kardashiana! Natychmiast Davy! - Jeśli kurtyna opadła nagle, to równie dobrze mogła równie nagle się podnieść. Co prawda raczej by to usłyszeli, ale lepiej nie kusić losu. Gdyby to coś dostało się na kombajn… Nie chciał nawet tego rozważać. Ale słysząc swój głos poczuł, że jest mu trochę łatwiej - Zmapujcie kadłub na okoliczność innych miejsc dokowania i nie oddalajcie się. Ale miejcie oko na aktywność na Bleinercie. Podejrzewamy, że… ktoś wywołał ten atak. Spuścił kurtynę na przejście. I Wypuścił… te… stworzenia. Na nas.

              Pierwszy raz użył nawet w myślach określenia “stworzenie” i nie wiedzieć czemu bardziej mu to pasowało niż “syntetyki”.

              - Dobrze. Po kolei. - zrzucił androida z pleców i wziął głęboki wdech. Postarał się brzmieć pewnie, bo jego ludzie mieli prawo być równie zszokowani co on. A ostatniej rzeczy jaką potrzebowali, byłyby teraz jakieś nieprzemyślane i desperackie próby działania - Pierwsza sprawa. To wojskowa ładownia. W wojsku obowiązują przepisy. Poszukajcie na ścianach zestawu pierwszej pomocy. Trzeba pomóc panu Holtowi.

              - W drugiej kolejności. Stan skafandrów. Musimy je uszczelnić. Musimy też oszczędzać w skafandrach… - zrobił pauzę, bo wciąż dający się słyszeć nieludzki syk nie dawał się skupić… Dobry Boże… - … zapas powietrza - nie powiedział na razie, że to dlatego, że może się okazać, że będzie ich czekał spacer w przestrzeni. Ale lepiej mieć ten zapas niż go nie mieć. Tak czy inaczej by nie było wątpliwości, ściągnął swój hełm i zakręcił zawór powietrza.

              - Trzecia… Ten… To coś. Nie wszedł tu. I nadal nie wchodzi. Ładownia musi mieć więc niezależny system wentylacji. To jedno z wyjść dla nas. Drugie… trzeba się tu rozejrzeć. Może jest luk i śluza…

              - Czwarta… Wasze pomysły. I co kto wziął? Musimy wiedzieć czym dysponujemy. Ja mam broń podręczną. I uniwersalny transponder do automatycznych systemów obronnych. Jakbyśmy na jakiś się natknęli. Wciąż powinien działać...

              1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
              4
              • GreKG Niedostępny
                GreKG Niedostępny
                GreK jako Siergiej Kalashnikov
                Mecenas
                napisał(a) ostatnio edytowany przez
                #175

                Siergiej Nikołajewicz Kalashnikov. Sadza.

                text alternatywny

                Bleinert

                Nie zdążył.

                Siergiej wpatrywał się w zamkniętą grodź.

                Czekał.

                Nic.

                Żadnego uderzenia.

                Żadnego szarpania metalu.

                Żadnego wrzasku Adama.

                Tylko ten syk.

                Cichy, chrapliwy, dochodzący zza ściany.

                Jakby coś tam było.

                Jakby wiedziało, że ich nie dosięgnie.

                Jakby czekało.

                Chyort.

                Jak do tego doszło?

                Jak, do jasnej cholery, znaleźli się w tej sytuacji?

                Jeszcze niedawno byli na Kardashianie. Mieli odholować wojskowy tender, zgarnąć premię i wrócić do normalnej, nudnej roboty.

                A teraz?

                Jeden człowiek leżał ranny.

                Adam został po drugiej stronie grodzi.

                A coś, czego Siergiej nie potrafił nawet nazwać, polowało na nich po korytarzach.

                Nie potrafił tego zracjonalizować.

                Czy chyort był eksperymentem wojskowej bioinżynierii?

                Czy był jakimś zaawansowanym androidem?

                Czy może czymś jeszcze gorszym?

                W tej chwili nie miało to żadnego znaczenia.

                Znaczenie miało tylko jedno.

                POLOWAŁ NA NICH.

                Nie próbował ich zatrzymać.

                Nie próbował obezwładnić.

                Nie chciał ich przestraszyć.

                Chciał ich zabić.

                Siergiej poczuł, jak coś zaciska mu się w żołądku.

                Wpadli w gówno.

                Po uszy.

                I wtedy usłyszał Starego.

                Procedury.

                Ładownia.

                Powietrze.

                Skafandry.

                Zestaw pierwszej pomocy.

                Wyjście.

                Plan.

                Kolejne polecenia.

                Siergiej słuchał przez kilka sekund.

                Jedną.

                Drugą.

                Trzecią.

                Aż w końcu coś w nim puściło.

                — To TY nas w to gówno wpakowałeś!

                Odwrócił się gwałtownie do kapitana.

                Doskoczył do niego i wskazał prosto w jego twarz. Dopiero wtedy zauważył, że w dłoni wciąż trzyma broń Joshui.

                — Ty i twoje zasrane procedury! — warknął. — Jebanyj bumazhnik!

                Lufa kołysała się niebezpiecznie blisko twarzy Hannigana.

                — Nic by się nie stało! NIC! — głos Sadzy podniósł się niemal do krzyku. — Powiedziałbyś: "może być napromieniowany”, zanotowałbyś w dzienniku "ryzyko"! I odholowalibyśmy wrak do najbliższej stoczni!

                Wskazał bronią na zamkniętą grodź.

                — Ale nie! Prikaz to prikaz! Procedura! Regulamin! Akcja ratunkowa!

                Ścisnął szczękę.

                — I teraz mamy TO.

                Przez chwilę patrzył na kapitana z czystą wściekłością.

                Potem spojrzał na broń.

                Zamrugał.

                Jakby dopiero teraz zauważył, co właściwie trzyma w ręce.

                — A, kurwa...

                Opuścił lufę.

                Schował pistolet do kieszeni kombinezonu.

                — Idi na chuj.

                Pchnął Hannigana otwartą dłonią w pierś.

                Nie mocno.

                Ale wystarczająco, żeby pokazać, że na tym kończy się rozmowa.

                Odwrócił się i ciężko usiadł na jednej ze skrzyń.

                Dopiero teraz poczuł, jak bardzo drżą mu ręce.

                Złapał za bańkę hełmu.

                Ściągnął ją.

                Zaklął, kiedy uderzyła go fala dusznego, gorącego powietrza.

                Zakręcił zawór.

                Wziął głęboki oddech.

                Raz.

                Drugi.

                Dopiero wtedy trochę się uspokoił.

                Wbił wzrok w podłogę.

                Myślał.

                Nie o diable.

                Nie o Adamie.

                Nie o Holcie.

                O tym, co właśnie się wydarzyło.

                Kurtyna opadła.

                Zamknęła ich drogę do śluzy.

                A chwilę później otworzyła się gródź prowadząca do ładowni.

                Siergiej zmarszczył brwi.

                — Ktoś... albo coś... zamknęło przejście do śluzy.

                Podniósł głowę.

                — A otworzyło gródź do ładowni.

                Przez chwilę nikt się nie odzywał.

                — To nie był przypadek.

                Siergiej powoli wstał.

                Spojrzał na zamknięte drzwi.

                Nagle wszystko zaczęło układać się w jego głowie.

                Nieładnie.

                Niepewnie.

                Ale jednak.

                — Chciało uniemożliwić wydostanie się chyorta z Bleinerta.

                Przetarł spocone czoło rękawem kombinezonu.

                — I chciało nas tutaj zamknąć.

                Pokręcił głową.

                — Nie...

                Poprawił się.

                — Nie zamknąć.

                Spojrzał na pozostałych.

                — OCHRONIĆ.

                Przez chwilę patrzył na drzwi, za którymi został Adam.

                — Nie jesteśmy tutaj sami.

                Urwał.

                — I nie mam na myśli tego.

                Wskazał kciukiem za siebie.

                W stronę grodzi.

                W stronę miejsca, gdzie zostało stworzenie.

                — Mamy tutaj... kogoś po swojej stronie.

                Sam nie był pewien, czy właśnie powiedział coś rozsądnego, czy zaczął już wariować.

                — Wojskowe AI?

                Stwierdził bardziej niż spytał. Zmrużył oczy.

                — Nie takie prymitywne jak na Kardashianie. Matka.

                Nazwa zabrzmiała w jego ustach dziwnie obco.

                Siergiej podszedł do Hannigana.

                Stanął przed nim.

                Spojrzał mu prosto w oczy.

                Tym razem nie było w nim już złości.

                Było zmęczenie.

                I strach.

                Prawdziwy, zwierzęcy strach.

                — Dobra, Stary...

                Machnął ręką w kierunku wnętrza ładowni.

                — Zabierz nas stąd.

                Odwrócił się, zrobił dwa kroki i zatrzymał.

                Obejrzał się przez ramię.

                Uniósł jeden palec.

                — Ale jeśli ten chyort nas dorwie...

                Przełknął ślinę.

                — ...to cię zajebię.

                I tym razem nie było w tym ani odrobiny żartu.

                1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                🤙 ✊
                5
                • BeetleB Niedostępny
                  BeetleB Niedostępny
                  Beetle jako Marcus Holt
                  napisał(a) ostatnio edytowany przez
                  #176

                  Marcus Holt

                  bf2b0b81-ad9a-49e3-afe3-c410a4b1e0b5.png

                  Holt leżał i przez chwilę nie robił nic.

                  Jego wzrok zdawał się patrzeć martwo w jeden sobie tylko znany punkt. Ewidentnie mózg trepa potrzebował kilku sekund żeby sklasyfikować informacje które właśnie do niego dotarły i zdecydować w jakiej kolejności się nimi zająć. Swoisty paraliż ochroniarza trwał tyle ile sekwencja przetwarzania danych przez system który dostał za dużo bodźców naraz.

                  Zdawało się, że Marcus nie reaguje na dźwięki w tle. Crowe mówił do niego pochylony, wyrażając swój szok i próbując wyciągnąć z tego logikę. Ewidentnie pytał go też o jego stan.

                  Właśnie. Stan.

                  Lewa dłoń znalazła prawy bok pod pachą.

                  Przesunęła się wzdłuż wyrwy w kombinezonie powoli, wyczuwając krawędzie rozdarcia przez rękawicę. Szeroka. Zbyt szeroka. Materiał odstawał od ciała w sposób który kombinezony próżniowe nie powinny sobie pozwalać.

                  Palce trafiły na coś mokrego.

                  Holt zamknął oczy na sekundę.

                  Otworzył.

                  Podniósł dłoń do latarki przyłbicy i przyjrzał się rękawicy w świetle. Nie krew. Płyn hydrauliczny z uszkodzonych układów stroju- ciemniejszy od krwi, bardziej lepki, o innej konsystencji. Rozpoznał różnicę natychmiast i zanotował fakt, patrząc jednocześnie jak drżą mu palce. Nie panował nad sytuacją do końca. Kurwa mać.

                  Ogarnij się człowieku. Najpierw fakty.
                  Nie krwawię.

                  Przesunął dłoń z powrotem na pancerz i zaczął go badać metodycznie - od krawędzi wyrwy w górę wzdłuż żeber, szukając deformacji strukturalnych które by sugerowały przebicie warstwy wewnętrznej. Kombinezony ochrony klasy B miały trzy warstwy między skórą a próżnią - zewnętrzna kevlarowa warstwa strukturalna, środkowa warstwa termiczna i wewnętrzna warstwa ciśnieniowa. Ogon wszedł przez pierwszą i drugą. Trzecia trzymała.

                  Cud inżynierii.
                  Albo głupie szczęście.
                  Prawdopodobnie jedno i drugie.

                  Kiedy Crowe się do niego odezwał Holt zareagował dopiero po trzecim słowie - jakby głos dochodził przez zbyt grubą warstwę materiału i mózg potrzebował chwili żeby go przepuścić przez właściwy filtr. Spojrzał na oficera naukowego z wyrazem twarzy człowieka który właśnie wraca z miejsca gdzie przez chwilę był sam i nie zapraszał gości.

                  -Słyszę cię - powiedział surowo - Żyję.

                  Odczekał aż kłótnia między Kalashnikovem a Hanniganem osiągnie swój naturalny punkt kulminacyjny. Słuchał jej jednym uchem - rejestrował słowa, ton, poziom emocji, oceniał czy sytuacja wymaga interwencji czy może jeszcze chwilę poczekać. Sadza wygadał się. Hannigan przyjął. System działał tak jak działał od początku tej wyprawy.

                  -Dość, Kalashnikov.

                  Nie krzyknął. Powiedział - spokojnie, sucho, z tą samą intonacją co rozkazy przy śluzie. Nie mniej nawet on sam wyczuł lekkie drżenie - fasada profesjonalizmu. Wspaniale.

                  Zaparł się lewą dłonią o podłogę. Prawa strona ciała zaprotestowała ciepłem i tępym bólem który rozchodził się od żeber w górę przy każdym wdechu. Dwa, może trzy żebra. Nic czego nie przeżył wcześniej. Nic czego nie przeżyje teraz.

                  Wstał.

                  Zajęło mu to dłużej niż powinno i wiedział że wszyscy to widzą i nie zrobił nic żeby to ukryć bo ukrywanie stanu fizycznego w sytuacji bojowej było luksusem którego żołnierze w okopach nie mieli i on też nie zamierzał.

                  Stanął. Dłonie przy bokach drżały - obydwie, tym samym minimalnym drżeniem które pojawiło się przy Gleesonie i które teraz miało zupełnie inne źródło. Organizm po adrenalinie. Mechanizm fizjologiczny, nic kurwa więcej.

                  Odwrócił się w stronę zamkniętej grodzi.

                  Stał i słuchał syku dobiegającego zza stali przez długą chwilę.

                  -Nie wiem co to jest - powiedział w końcu, nie do nikogo konkretnego, do wszystkich naraz. - Nowa broń biologiczna, droid nowej generacji, coś co Weyland hodował w laboratorium na tej stacji. Nieistotne jak to nazwiemy.

                  Zrobił pauzę.

                  -Istotne jest to że wystrzelałem w niego cały magazynek M41A. Dziewięćdziesiąt pięć pocisków kalibru dziesięć milimetrów z elektrycznym zapłonem, tryb automatyczny. I to coś wciąż się poruszało. Pancerz wytrzymał pełną serię z broni wojskowej klasy C. To oznacza że jest twardsze niż cokolwiek co spotkałem w polu i że standardowe podejście bojowe - dystans, ostrzał ciągły, neutralizacja - nie działa tak jak powinno działać.

                  Spojrzał na Kalashnikova.

                  -Ma pan rację w jednej sprawie. Kurtyna opadła. Gródź się otworzyła. Sekwencja zbyt precyzyjna na przypadek systemowy. Ktoś to zrobił. Ktoś kto mógł to zrobić i wybrał żeby nas zamknąć tu a nie tam. To nie jest wrogie działanie - wrogie działanie wyglądało inaczej, właśnie je widzieliśmy po drugiej stronie tej ściany. Ktoś nas prowadził. Dokąd i po co - to jest pytanie na które nie mam jeszcze odpowiedzi.

                  Przesunął prawą dłoń z powrotem na wyrwę w kombinezonie.

                  -Ten strój jest do niczego - stwierdził bez emocji, jakby raportował usterkę sprzętu. - Wyrwa jest zbyt szeroka żeby uszczelnić w warunkach polowych. Radiacja na Bleinercie była problemem zanim tu weszliśmy i jest problemem teraz. Potrzebuję nowego stroju albo ekranowania. Ładownia wojskowa powinna mieć skafandry techniczne w zestawach awaryjnych, szukajcie przy ścianach za panelami czerwonymi.

                  Sięgnął lewą ręką do boku kombinezonu i odpiął pas zabezpieczający krótką strzelbę którą nosił przy sobie jako broń zapasową przez całą operację. Armat 37A2-12 - krótka, ciężka, z wymiennym magazynkiem ośmiu nabojów. Nie był to M41A. M41A leżał po drugiej stronie grodzi przy ścianie korytarza gdzie ogon wytrącił go z rąk i gdzie prawdopodobnie zostanie na zawsze.

                  Obrócił strzelbę w dłoniach. Sprawdził magazynek, zamek, bezpiecznik. Mechanicznie, bez patrzenia, palce robiły to same.

                  -Szkoda tamtej broni - powiedział cicho, bardziej do siebie. - Choć i tak nie na wiele się zdała.

                  Podniósł wzrok na zebranych.

                  - Kapitanie. Musimy zmienić taktykę. To co robiliśmy do tej pory to była operacja militarna - szyk, sektory, pola ognia, ostrzał supresyjny. To nie działa na coś co przeżywa ostrzał supresyjny i jest szybsze niż kolumna piechoty w korytarzu.

                  Zrobił krótką pauzę, jakby zastanawiając się czy należy to mówić na głos.

                  -To jest polowanie. I my jesteśmy zwierzyną. Im szybciej to zaakceptujemy i zaczniemy myśleć jak zwierzyna która chce przeżyć a nie jak oddział który chce wygrać - tym większa szansa że wrócimy na Kardashiana.

                  Odwrócił się z powrotem na gródź.

                  Słuchał syku.

                  -Zwierzyna przeżywa trzema metodami. Ucieczka. Ukrycie. Albo pułapka na drapieżnika. Pierwsze wymaga drogi wyjścia której jeszcze nie mamy. Drugie wymaga miejsca którego jeszcze nie znamy. Trzecie wymaga zrozumienia jak ten stwór myśli - a tego nie wiem jeszcze.

                  Ścisnął strzelbę w dłoni.

                  -Więc najpierw szukamy wyjścia i nowego stroju. Reszta potem.

                  1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                  6
                  • ReRebirthR Niedostępny
                    ReRebirthR Niedostępny
                    ReRebirth jako Joshua Gleeson
                    napisał(a) ostatnio edytowany przez
                    #177

                    Ciężkie, pancerne wrota ładowni zatrzasnęły się z głuchym, potężnym łoskotem, odcinając ich od koszmaru w korytarzu. Niemal natychmiast po drugiej stronie rozległ się potworny, wibrujący w trzewiach syk i łomot, jakby coś kwasożernego z wściekłością rzucało się na grubą stal.

                    ​Joshua siedział oparty plecami o rozpruty panel sterowania. Jego ciało, wyprane z resztek adrenaliny po prowizorycznej reanimacji serca, ogarnęła obezwładniająca słabość. Patrzył na to, co działo się przed nim, jakby oglądał tani, kiepsko zmontowany serial na ekranie z zepsutym dźwiękiem. Wzrok mu się rozjeżdżał, a emocje... po prostu zniknęły, zastąpione tępym, odrętwiałym szokiem.
                    ​Widział, jak Sadza i Hannigan, wciąż uginający się pod ciężarem zmasakrowanego syntetyka Weyland-Yutani, wciągają do środka rzęrzącego Holta. Oficer bezpieczeństwa był ranny, a jego dłonie puste – zgubił swojego potężnego Armata gdzieś tam, w ciemnościach, zanim stalowa gródź zdążyła opaść. I brakowało kogoś jeszcze. Adama.
                    ​Ostatnie, co zarejestrował przegrzany umysł Gleesona przed zamknięciem drzwi, to nieludzka szarża ich własnego androida. Zaprogramowany do ochrony ludzkiego życia Adam rzucił się w sam środek rzezi z jakimś wyrwanym, metalowym prętem, przyszpilając to smoliście czarne piekło do pokładu i kupując im te kilka krytycznych sekund. Został po tamtej stronie. Rozsądek podpowiadał Joshui, że Adam wkrótce będzie wyglądał dokładnie tak samo jak cybernetyczny wrak, którego kapitan wciąż nie chciał zostawić w cholerę.

                    ​Hannigan miotał się teraz po ładowni, próbując złapać oddech. Szarpał się z systemem komunikacyjnym, krzycząc coś do mikrofonu w rozpaczliwej próbie nawiązania łączności z Kardashianem. Do uszu Joshuy docierał jednak tylko zniekształcony bełkot. Wychwytywał pojedyncze słowa, ale nie miały one dla niego żadnego logicznego spoiwa.
                    ​Wtedy usłyszał Eliasa. Doktor stał oparty o zimną ścianę, gorączkowo przecierając dłonią w rękawicy popękaną przyłbicę swojego hełmu.

                    – Ten android... – odezwał się w końcu, nie patrząc na nikogo konkretnego, ale wskazując przemielony cyber zezwłok. Głos miał cichy, drżący. – To ten stwór go tak urządził.
                    ​
                    Słowa Crowe'a przebiły się przez otępienie Gleesona. Stwór. A więc to nie był żaden eksperymentalny, oszalały model syntetyka. To było coś innego. Zanim jednak Joshua zdążył otworzyć usta, by o cokolwiek zapytać, wydarzyło się coś, co w normalnych okolicznościach przyprawiłoby go o kolejny zawał.

                    ​Siergiej pękł. Pierwszy oficer wystartował do kapitana z furią obudzonego niedźwiedzia. Chwycił Hannigana, plując mu w twarz oskarżeniami i wypominając winę za sprowadzenie ich do tego grobowca. Co gorsza, w trzęsącej się dłoni Sadzy połyskiwała lufa – zarekwirowany wcześniej pistolet Joshuy, teraz wymierzony prosto w pierś dowódcy. Gleeson patrzył na to w absolutnym milczeniu. W głębi duszy zgadzał się z każdym wyrzuconym przez Siergieja słowem. Jakaś mroczna, cyniczna część jego umysłu wręcz kibicowała pierwszemu oficerowi. Ostatecznie jednak Sadza oprzytomniał. Spojrzał tylko na trzymaną broń, rzucił coś po rosyjsku pod nosem i opuścił ją, chowając pistolet z powrotem.

                    ​Bunt upadł, zanim na dobre się zaczął.
                    ​Joshua wziął głęboki, urywany wdech, który zakończył się tępym bólem. Zmusił swoje osłabione mięśnie do pracy. Podniósł się z podłogi powoli, niezgrabnie, jedną ręką wciąż kurczowo masując lewą stronę klatki piersiowej. Szedł chwiejnym krokiem, omijając rannego Holta, i zatrzymał się dopiero tuż obok Crowe'a.
                    Gleeson był blady jak papier, a po czole, pod osłoną hełmu, spływały mu kropelki zimnego potu. Spojrzał na doktora wzrokiem wypranym z dawnej, nerwowej energii.

                    ​– Doktorze... – zaczął krótko, a jego głos był zaskakująco suchy i cichy, pozbawiony zwykłego rozedrgania. – Miałem atak. Serce mi siada. Moje nitro-blokery i stymulanty zostały w kajucie na Kardashianie. Jeśli wkrótce czegoś nie wezmę, to następnym razem po prostu padnę trupem. Chyba... chyba będziemy musieli zahaczyć o tutejsze ambulatorium, skoro i tak jesteśmy w dupie.

                    ​Przerwał na moment, przełykając ślinę, by zwilżyć zaschnięte gardło, po czym wskazał ruchem głowy na pancerne drzwi.

                    ​– I... co miał pan przed chwilą na myśli? – zapytał rzeczowo, choć w jego oczach wciąż czaiło się przerażenie. – Mówiąc "stwór". To znaczy co? Zmutowane zwierzę z jakiegoś ładunku? Maszyna biologiczna? Ufok? Z czym my tu kurwa jesteśmy zamknięci?

                    1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                    7
                    • Arthur FleckA Niedostępny
                      Arthur FleckA Niedostępny
                      Arthur Fleck jako Delilah le Fey
                      napisał(a) ostatnio edytowany przez
                      #178

                      Delilah Le Fey

                      Przegrała.

                      Zrozumiała to zanim skończyła swój monolog. Jej głos załamał się, zmienił brzmienie choć tylko ona to słyszała. Znała zasady retoryki, wiedziała jak kluczowa jest modulacja głosu, że słowa to tylko szkielet i nie jest ważne co się mówi tylko jak się mówi. A jednak w kluczowym momencie struny głosowe ją zdradziły. Aksamitny, spokojny ton zniknął, wkradły się emocje. Być może za bardzo uwierzyła w to, że chce pomóc Nadii Volkov. A może po raz pierwszy w życiu w jej umysł wkradł się pierwotny, niewykorzeniony treningami strach.

                      Delilah le Fey bała się wielu rzeczy. Jako dziesięciolatka bała się, że nie dostanie żetonu do automatu z przekąskami i pójdzie spać głodna bo przyłapano ją na niewiedzy. Jako dorosła kobieta bała się że straci kontrolę nad sytuacją i popełni błąd, który narazi firmę na straty. W jej sennych koszmarach dyrektor generalna Edina Lassare patrzyła na nią zza swojego biurka jak na jak na pomyłkę i bezwartościowy aktyw.

                      Aktyw.

                      Tym właśnie była agentka dlatego nigdy nie obawiała się o własne życie. Służyła większej sprawie niż ona sama. Skąd zatem się wziął ten lęk? Czy miał związek z tym co usłyszała w interkomie? Czy to te drapieżne syki i krzyki załogi doprowadziły jej głos do nerwowego drżenia? Nie potrafiła tego wyjaśnić. Pod skórą czuła jednak pulsujący dygot a na skórze kropelki potu, których zapach drogich perfum nie mógł zamaskować.

                      Spojrzała na Williama, próbując odczytać jego myśli. Czy też się bał? Czy był rozczarowany jej niemocą? Chyba wolała tego nie wiedzieć. Jej twarz pozostała maską z lodu.

                      — Nie ma co liczyć, że wejdziemy na mostek — odparła z absolutną pewnością. — I żeby była jasność. Wszystko co przed chwilą powiedziałam, to prawda. Od kiedy w ładowni rozległy się strzały działam na statku jako Niezależny Obserwator Zewnętrzny. O ile Hannigan pozwoli mi dożyć końca podróży, zamierzam złożyć raport. Wiem już wystarczająco wiele, ale wciąż za mało by zrozumieć dlaczego ryzykował życiem całej załogi i zniszczeniem statku. Purcell to jedyny ocalały więc kogo poszedł tam szukać? Czy może raczej czego? Tego muszę się dowiedzieć Williamie.

                      Gdy mówiła, głos znów miała pewny, ale czuła, że coś jest nie tak. Uniosła dłoń na wysokość oczu. Przez chwilę przyglądała się smukłym palcom. Dłoń pozostawała nieruchoma. Ani jednego widocznego drżenia, czy niekontrolowanego skurczu. Lakier paznokci lśnił idealnym blaskiem w świetle lamp awaryjnych. Lecz głęboko w tkankach czuła napięcie. Strach był chorobą, a ona nie mogła pozwolić, by zainfekował jej głowę. Żeby wykonać kolejny ruch, musiała odzyskać absolutną trzeźwość umysłu. Mogła użyć stymulantów, ale mogła też znieczulić się w znacznie bardziej prymitywny sposób.

                      Znów przeniosła wzrok na chłopaka.

                      Biscuit żaden sposób nie przypominał mężczyzn z programu Übermensch, z którymi się wychowywała. Nie miał w sobie szlachetnego blasku, jego ciało nie wyglądało jak renesansowa rzeźba, bliżej było mu do kundla niż dobermana. Ale kosmos nie odcisnął na nim jeszcze swojego piętna. Nie był tak odpychający jak Hannigan, Holt czy O’Collan ani tym bardziej odrażający jak Crowe czy Kalashikov. Był świeży, czysty i na swój sposób znośny dla oka.

                      — Stanie tutaj i czekanie aż pilotowi wyrosną gonady mija się z celem. Znam lepsze miejsca na spędzenia czasu.

                      Wskazała głową korytarz prowadzący z powrotem w głąb kombajnu.

                      — W mojej kajucie nikt nie będzie nam przeszkadzał. Oczy załogi tam nie sięgają. Tylko ja decyduję kto wchodzi. Tam oczyścimy głowy i zastanowimy się co dalej. Chyba, że masz inną propozycję.

                      1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                      👄
                      6
                      • MarrrtM Niedostępny
                        MarrrtM Niedostępny
                        Marrrt jako Caleb Hannigan
                        Mecenas
                        napisał(a) ostatnio edytowany przez
                        #179

                        Hannigan nie wszedł w konfrontację z Sadzą. Dał się odepchnąć. Nie musztrował pierwszego oficera. Nawet nie próbował niczego tłumaczyć, jakby by było co. Patrząc na technika miał wrażenie, że ten po prostu potrzebował z siebie coś wyrzucić. I miał do tego prawo. Czy rzeczywiście kapitan popełnił błąd? Nie. Z tym się nie zgadzał. Ale z tym, że to jego odpowiedzialność i decyzje doprowadziły do aktualnej sytuacji, zdecydowanie tak. Byli tu przez niego. Stracili Adama przez niego. Coś ich zaatakowało przez niego.

                        Nie odparł niczego na groźbę. Przyjął do wiadomości. Choć trudno było powiedzieć, czy samą groźbę, czy raczej strach jaki dał się dojrzeć w oczach Rosjanina. Najpewniej jedno i drugie.

                        - Co do natury tego czegoś panie Holt… może jednak da się jakieś informacje uzyskać.

                        Zrzucił z pleców ciężki kadłub.

                        - Panie Gleeson. Dałby radę pan go uruchomić? W czasie gdy my będziemy przeszukiwać magazyn?

                        1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                        5
                        • PiołunP Niedostępny
                          PiołunP Niedostępny
                          Piołun jako Elias Crowe
                          Mecenas
                          napisał(a) ostatnio edytowany przez
                          #180

                          Elias słuchał Hannigana tylko jednym uchem, choć kapitan wyraźnie próbował wprowadzić odrobinę ładu, przeciąć tym samym macki strachu i chaosu, które zdawały się przedostawać przez powierzchnię skafandrów prosto pod ich skórę. Szeregiem racjonalnych komend próbował wyłowić ich z szamba, w którym się znaleźli... skonstruować jakiś plan. Prawdziwy dowódca. Elias musiał mu to oddać i nie miał mu tego za złe. Właściwie sam potrzebował teraz odrobiny tego porządku, i to bardziej, niż chciałby przyznać. Znacznie trudniej było mu jednak znieść uparte nazywanie stworzenia androidem. Trzeba było w końcu spojrzeć prawdzie w oczy.
                          – Caleb... Kapitanie Hannigan, sam pan widział to samo co ja – odezwał się w końcu, opierając bark o ścianę. – Możemy nazywać to androidem, jeśli będzie panu łatwiej, ale przepraszam za wyrażenie... To ni chuja nie był android.

                          Zamierzał powiedzieć coś więcej, ale Siergiej nagle eksplodował. Crowe odwrócił głowę w stronę pierwszego oficera dokładnie w chwili, gdy ten doskoczył do Hannigana z pistoletem w dłoni. Przez kilka sekund patrzył na niego niemal bez ruchu, zbyt wyczerpany i zbyt obolały, żeby naprawdę poczuć zaskoczenie. W innych okolicznościach być może rzuciłby się między nich albo spróbował powiedzieć coś rozsądnego, ale teraz wystarczyło mu, że lufa kołysała się niebezpiecznie blisko kapitana.
                          – Sadza... odłóż to, do kurwy nędzy – powiedział tylko. – Nie potrzebujemy jeszcze jednego trupa.
                          Jednocześnie nie bronił Hannigana ani nie oskarżał Siergieja. Swoim zwyczajem pozostał gdzieś pośrodku. Prawdę mówiąc, część jego samego rozumiała gniew Sadzy aż nazbyt dobrze. Każdy z nich mógł teraz znaleźć winnego i przez kilka minut czuć się odrobinę lepiej, ale chwilowa ulga w rzeczywistości tylko wszystko by skomplikowała. Nie wspominając już o tym, że Elias lubił kapitana i nie życzył mu dziury w czaszce.

                          Kiedy Siergiej w końcu schował broń, zapewne bardziej dzięki własnej refleksji niż jego przytomnej, acz stanowczej prośbie, Elias wypuścił powoli powietrze i zerknął na Holta. Ochroniarz odpowiedział mu dopiero po chwili, ale odpowiedział. Żył. To na razie wystarczało.
                          – Dobrze – mruknął Crowe. – Spróbuj w takim razie zachować status quo. Nawiasem mówiąc, dobrze strzelasz, łajdaku.
                          Pokusił się o zgryźliwą pochwałę, bardziej dla podtrzymania resztek normalności niż z rzeczywistej potrzeby żartowania. Po tym, co właśnie wydarzyło się po drugiej stronie grodzi, nawet podobna drobnostka pozwalała na moment zachować pozory spokoju.

                          Wysłuchał potem Holta i Siergieja, gdy obaj, każdy własną drogą, dochodzili do tego samego niepokojącego wniosku. Kurtyna nie spadła przypadkiem. Ładownia nie otworzyła się przypadkiem. Ktoś albo coś ingerowało w systemy Bleinerta. Crowe uniósł wzrok ku sufitowi, potem przesunął go po ciemniejszych zakamarkach pomieszczenia. Nawet jeśli ich domysł nie był do końca trafiony, od tej chwili nie będzie już potrafił spokojnie patrzeć na kamery. Zastanawiał się nawet, czy powinni zostawiać je za sobą nienaruszone, czy może po prostu niszczyć.
                          – Podobno darowanemu koniowi nie zagląda się w zęby – powiedział w końcu. – Ale zanim zaczniemy dziękować losowi, upewnijmy się, że nasz wybawca nie zaplanował dla nas po prostu nieco mroczniejszego finału.
                          Nie brzmiało to szczególnie optymistycznie, ale optymizm dawno już uleciał z jego ciała. Boże, jak bardzo by sobie teraz łyknął. Pieprzone skafandry.

                          W pewnym momencie Joshua podszedł do niego bliżej, a Elias mógł nareszcie skupić uwagę na czymś innym. Chłopak wyglądał źle. Nie był może przestraszony jak wcześniej ani specjalnie roztrzęsiony, tylko po prostu wyczerpany, jakby organizm wyczerpał już bateryjki paniki i adrenaliny, a teraz działał wyłącznie na oparach. Informacja o sercu sprawiła, że Crowe zmarszczył brwi.
                          – Niedobrze, kolego. Kurewsko niedobre nowinki. W takim razie ambulatorium właśnie przeskoczyło z punktu opcjonalnego na obowiązkowy – odpowiedział, a w tonie jego głosu było więcej troski niż cynizmu, na który próbował się zdobyć.
                          – Przebijemy się z powrotem do naszych, ale będziesz musiał się postarać. Dasz radę, prawda?
                          Zapytał o to, klepiąc go lekko po ramieniu, choć sam nie był do końca pewien, czy bardziej chciał dodać mu otuchy, czy sobie.

                          Na pytanie Joshuy o to, czym właściwie było stworzenie, Crowe odpowiedział dopiero po chwili. Tym razem nie próbował nawet silić się na dowcip. Jeszcze kilka minut temu sam próbowałby pewnie dopasować je do jakiejś znanej kategorii, znaleźć rozsądne wyjaśnienie i ubrać wszystko w terminologię, która nadawałaby temu choć pozory porządku. Problem polegał na tym, że żadna z tych kategorii nie wydawała mu się uczciwa.
                          – Nie wiem, Joshua.
                          Spojrzał na niego uważniej, chcąc mieć pewność, że chłopak rozumie, iż nie jest to ani unik, ani próba zachowania czegoś dla siebie.
                          – Naprawdę nie wiem, skąd to się wzięło ani czym dokładnie jest. Wiem tylko, że to coś jest żywe, krwawi kwasem, dostało pełną serię z karabinu Holta i nadal próbowało nas zabić. Mogę ci jeszcze powiedzieć, że żaden projektant androidów nie używałby takiej substancji jako paliwa czy płynu ustrojowego. Blaszaki mają baterie, dają się wyłączyć i tak dalej. Nie wiem, co Weyland tu odpierdalało, czy to znaleźli, czy stworzyli, ale cokolwiek to jest, wymknęło im się spod kontroli.

                          Gdy Hannigan w końcu zrzucił z pleców roztrzaskanego syntetyka Weyland-Yutani i zaproponował próbę jego uruchomienia, Elias przeniósł wzrok na zmasakrowany korpus. Jeszcze niedawno powiedziałby, że powinni zabrać go do odpowiedniego punktu dostępu i dopiero tam próbować cokolwiek z nim robić, ale teraz gorączkowo zastanawiał się, czy z posiadanym sprzętem dadzą radę wyciągnąć z niego choćby strzęp informacji tu i teraz. Potrzebował odpowiedzi. W tej chwili ta kupa metalu mogła być jedyną rzeczą na całym Bleinercie, która miała szansę powiedzieć im coś sensownego o tym, co wydarzyło się przed ich przybyciem.
                          – Spróbujmy – powiedział do Joshuy, skinąwszy głową w stronę androida. – Pogadajmy z blaszakiem, jeśli zostało z niego jeszcze coś zdolnego do rozmowy. Pomogę, jak umiem. A jeśli mnie nie będziesz potrzebował, pójdę z resztą przeszukać magazyn.
                          Na tym umilkł i poczekał na reakcję Gleesona. Być może chłopak doskonale wiedział, jak zabrać się do tej roboty sam.

                          1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                          7
                          • BeetleB Niedostępny
                            BeetleB Niedostępny
                            Beetle jako Marcus Holt
                            napisał(a) ostatnio edytowany przez
                            #181

                            Patrząc na sytuację ochroniarz zdawał się coraz bardziej świadomy tego co miało i ma miejsce. Zupełnie tak jakby chłodna kalkulacja zaczęła kontrolować pokłady gromadzonego stresu.
                            Była to oczywiście ułuda, wszak Holt tak jak i reszta cały czas był na sporym adrenalinowym kopie, który jasno napędzał wszystkie procesy myślowe. Bez tego stres pochłonąłby ich całkowicie. Swoisty mechanizm obronny organizmu, zachowania pełnej świadomości.
                            -Panie Kalashnikov- Holt powiedział już bardziej profesjonalnym, wszak dalej lekko przełamanym tonem -Dalej posiada Pan broń Pana Joshuy, zgadza się?- chrząknął lekko, patrząc teraz na Gleesona i czekając aż linia ich wzroku się skoreluje na tyle, by mogli wymienić niekonieczne uprzejmości -Proszę mu ją oddać. Sytuacja się zmieniła. Potrzebujemy każdego kto jest w stanie się bronić. Zostawienie ludzi bez możliwości walki jest nie tyle w obecnej sytuacji nierozsądne, co zwyczajnie już nieludzkie

                            1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                            5
                            • ReRebirthR Niedostępny
                              ReRebirthR Niedostępny
                              ReRebirth jako Joshua Gleeson
                              napisał(a) ostatnio edytowany przez
                              #182

                              Propozycja Eliasa zawisła w ciężkim, przesyconym zapachem kwasu i ozonu powietrzu ładowni. Ekstrakcja danych z korporacyjnego syntetyka. W idealnym świecie inżynier po prostu otworzyłby panel diagnostyczny w karku maszyny, podpiął terminal i zgrał logi. Ale Joshua poczuł, jak po plecach spływa mu nowa fala zimnego potu – z zupełnie innego powodu, niż przypuszczałby doktor.

                              Joshya oderwał wzrok od Eliasa i przeniósł go na makabryczne, ociekające białym płynem hydraulicznym szczątki targane przez Hannigana. Jego twarz wykrzywiła się w grymasie autentycznego obrzydzenia i słabości. Przełknął głośno ślinę, a jego dłoń odruchowo mocniej zacisnęła się na bolącej klatce piersiowej.

                              ​– Doktorze... – wykrztusił cicho, kręcąc powoli głową. Cofnął się o krok od zwłok maszyny, jakby sam ich widok był zaraźliwy. – Ja... nie dam rady. Przykro mi, ale nie dam. To mnie w tym momencie całkowicie przerasta.

                              Wziął płytki wdech, unikając twardego spojrzenia kapitana. Patrzył tylko na roztrzaskaną, pozbawioną wyrazu twarz martwego androida.

                              ​– Przecież... przecież dokładnie tak samo musi teraz wyglądać Adam – kontynuował drżącym głosem, który nie wymagał najmniejszego udawania. Emocje, które z siebie wyrzucał, były całkowicie szczere. – Został tam sam z tym czymś, żeby kupić nam czas. Jeśli zacznę teraz grzebać w kablach i rozprutych bebechach tego trupa, to po prostu rzygnę, albo znowu padnę. Zbyt mocno mi go to przypomina.

                              Gleeson opuścił wzrok na swoje dygoczące, wciąż usmolone od prowizorycznego spinania kabli dłonie.

                              ​– Adam... Adam był jedynym na tym przeklętym statku, który traktował mnie w pełni poważnie... Był... Taki ludzki...

                              Po tych słowach zamilkł patrząc się tępo w jakieś resztki zaschniętego smaru pod nogami.

                              1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                              4
                              • GreKG Niedostępny
                                GreKG Niedostępny
                                GreK jako Siergiej Kalashnikov
                                Mecenas
                                napisał(a) ostatnio edytowany przez
                                #183

                                Siergiej Nikołajewicz Kalashnikov. Sadza.

                                text alternatywny

                                Bleinert

                                — Oddać?

                                Sadza popatrzył na Mienta trochę nieprzytomnym wzrokiem, jakby dopiero po chwili dotarło do niego, o co ten właściwie pyta. Poklepał się po kieszeni, w której tkwił pistolet.

                                — A zostawić mnie bez broni jest ludzkie?

                                Przez moment patrzył Holtowi prosto w oczy. Nie było w tym już złości, raczej zmęczenie i coś na kształt niedowierzania. Jeszcze godzinę temu wszystko miało swoje miejsce. Teraz za grodzią zostało coś, co wyglądało jak żywy koszmar, a oni stali w ładowni i kłócili się o to, kto ma trzymać pistolet.

                                Sadza prychnął.

                                Przeniósł wzrok na Joshuę, który nadal patrzył na szczątki syntetyka jak człowiek, który za chwilę zwymiotuje.

                                — Przed chwilą kazałeś mu ją zabrać. Nu vot...

                                Splunął na podłogę.

                                — Wygląda jak kupa gówna. Gleeson, nie syntek.

                                Zmarszczył brwi.

                                — Chociaż po prawdzie obaj.

                                Przez chwilę stał nic nie mówiąc.

                                — Jesteś pewien, że będzie w stanie strzelić?

                                Nie czekał na odpowiedź.

                                — Zastanów się dobrze. Pytam, czy jak coś wyskoczy zza drzwi, to podniesie rękę i pociągnie za spust. Bo jeśli będziesz stał roztrzęsiony jak teraz nad blaszakiem — skinął głową w stronę Gleesona — ...to równie dobrze mogę mieć ten pistolet ja. Nie zawaham się pociągnąć za spust.

                                Krótka pauza.

                                — Jeśli jesteś pewien, nie będę miał pretensji. Tylko nie kłam.

                                Dopiero wtedy odwrócił się od niego i spojrzał na szczątki androida.

                                — I tak na chyorta może się nie przydać.

                                Podszedł do blaszaka. Jedną ręką odsunął Joshuę na bok — delikatnie, ale zdecydowanie, tak żeby nie dać mu nawet okazji do protestu.

                                — Davaj synok!.

                                Sadza uklęknął przy szczątkach maszyny.

                                — Zobaczymy, co tam masz...

                                Brutalnie wyłamał wziernik techniczny i pochylił się nad otwartym wnętrzem syntetyka.

                                Patrzył jak mechanik na uszkodzony silnik, który musi jeszcze raz odpalić.

                                1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                3
                                • BeetleB Niedostępny
                                  BeetleB Niedostępny
                                  Beetle jako Marcus Holt
                                  napisał(a) ostatnio edytowany przez
                                  #184

                                  Marcus Holt

                                  Holt patrzył na Sadzę i Gleesona przez chwilę nie mówiąc nic.

                                  Jeden pistolet. Dwóch ludzi.

                                  Kalashnikov wykonuje rozkazy. Stabilny, wkurwiony, ale stabilny. Nie widział jak trzyma broń - ale wiedział, że wszystko co robi, robi z przekonaniem. Człowiek który jest wkurwiony i trzyma broń z przekonaniem jest często użyteczniejszy od człowieka który jest wyszkolony i się trzęsie.

                                  Przeniósł wzrok na Gleesona.

                                  Technik stał przy ścianie i patrzył na szczątki androida z wyrazem twarzy człowieka który jest obecny tylko połową swojego systemu nerwowego. Holt widział taki wzrok wcześniej. Na poligonie, po pierwszej prawdziwej wymianie ognia. W korytarzach stacji gdzie coś poszło nie tak. Wzrok człowieka którego mózg zarejestrował za dużo i teraz sortuje dane w tle nie informując reszty ciała o postępach.

                                  Wojskowe przeszkolenie Gleesona było faktem na papierze.

                                  To co Holt widział przez ostatnią godzinę było osobną kategorią faktów.

                                  Wyciągnął broń instynktownie gdy kratownica spadła. To jest odruch którego się nie kupuje na kursie weekendowym. Ale potem stał z bronią w górze i trzęsły mu się ręce i nie mógł zdecydować czy strzelać czy nie strzelać. Dodatkowo nie słuchał rozkazów. Działał impulsywnie.

                                  Człowiek który nie może zdecydować czy strzelać jest gorszy od człowieka bez broni. Bo człowiek bez broni przynajmniej nie strzela w złym momencie.

                                  Odwrócił wzrok z powrotem na Sadzę który już grzebał we wnętrzu androida z miną mechanika przy silniku.

                                  Z drugiej strony Gleeson bez broni to Gleeson który wie że jest bezbronny. A człowiek który wie że jest bezbronny zachowuje się inaczej niż człowiek który ma cokolwiek w ręku. Czasem gorzej. Czasem panikuje i robi rzeczy które bez broni nie byłyby możliwe.

                                  Jeden pistolet. Nie da się go podzielić.

                                  -Kapitanie - powiedział spokojnie, bez wstępu. - Pan Kalashnikov ma broń Gleesona. Pan zna swoich ludzi lepiej niż ja. Kalashnikov - jak radzi sobie z bronią?

                                  1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                  4
                                  • ReRebirthR Niedostępny
                                    ReRebirthR Niedostępny
                                    ReRebirth jako Joshua Gleeson
                                    napisał(a) ostatnio edytowany przez ReRebirth
                                    #185

                                    Debata nad tym, kto powinien trzymać jego własną broń, toczyła się ponad głową Gleesona, jakby nagle stał się niewidzialny albo ubezwłasnowolniony. Holt, mimo rany, wciąż myślał jak oficer bezpieczeństwa, chcąc uzbroić właściciela pistoletu. Sadza jednak brutalnie i trzeźwo ocenił roztrzęsionego inżyniera, odmawiając oddania mu broni, po czym po prostu odwrócił się i ruszył w stronę zmasakrowanego syntetyka, by samemu pogrzebać w jego bebechach. To go jakby wewnętrznie uspokoiło, a na zmarnowanej twarzy dało się dostrzec delikatną iskrę emocji

                                    ​– To nadal moja spluwa – wtrącił z chrypką, prostując się nieco, choć wciąż trzymał dłoń na klatce piersiowej. Spojrzał na Sadzę, po czym przeniósł wzrok na Holta – Ale fakt, nie czuję się najlepiej. Już kiedyś w podobnej sytuacji... – urwał nagle, zaciskając usta, jakby odganiał od siebie wspomnienia – Uhm.. Nieważne...

                                    Wziął głębszy oddech, a jego wzrok padł na pistolet tkwiący w dłoni pierwszego oficera.

                                    ​– Skoro ciężki karabin nie pokonał tamtego... czegoś... – kontynuował, a jego głos dziwnie stwardniał. Zniknęło gdzieś rozbieganie i jąkanie, zastąpione przez zimną, pragmatyczną kalkulację przetrwania – To pistolet jest tylko złudnym talizmanem. Kawałkiem żelastwa, który daje fałszywe poczucie bezpieczeństwa. Co gorsza, przykuwa uwagę wroga, który obiera na pierwszy cel jej posiadacza. Ten stwór rzucił się prosto na ogień zaporowy Marcusa, prawda?

                                    Gleeson nagle przestał brzmieć jak amator, który znalazł się tu przez przypadek. Brzmiał jak ktoś, kto dorastał w miejscu, gdzie zasady przetrwania pisało się krwią na stalowych grodziach.

                                    – Cóż... Jeśli mamy... Jeśli MUSIMY się z nim konfrontować, a obawiam się, że te pancerne drzwi w końcu puszczą, potrzebny jest nam punkt obronny i plan, a nie wymachiwanie pistoletem – stwierdził rzeczowo, mrużąc oczy

                                    – A skoro to coś krwawi, albo raczej wycieka kwasem, to znaczy, że da się to uszkodzić. Jest fizyczne. Może Holt nam powie, gdzie go trafił? I czy w ogóle wydawało się, że to robi na tej bestii jakiekolwiek wrażenie?

                                    1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                    5
                                    • MarrrtM Niedostępny
                                      MarrrtM Niedostępny
                                      Marrrt jako Caleb Hannigan
                                      Mecenas
                                      napisał(a) ostatnio edytowany przez
                                      #186

                                      Caleb Hannigan

                                      - To jest popsute urządzenie, panie Gleeson. A nie trup - Kapitan wskazał dłonią na syntetyka W-Y - A Pan, zgodnie z tym co Pan zadeklarował w kontrakcie umowy zatrudnienia, jest zdaje się technikiem. Proszę połączyć te fakty. Jest pan technikiem? Czy to jest zepsute urządzenie? Jeśli ma Pan tracić kontrolę nad sobą na widok rozprutych kabli, to lepiej będzie jeśli pańską broń zachowa pierwszy oficer.

                                      Westchnął. Ani trochę nie przekonał go chimeryczny zwrot w zachowaniu Joshui. Wręcz utwierdził w przekonaniu, że ten człowiek jest wysoce niestabilny i ktokolwiek klepnął jego przygotowanie psychologiczne do rejsów kosmicznych, był marnym specjalistą. Choć trzeba przyznać, że użeranie się z Gleesonem dawało powiew normalności w sytuacji, w której się znaleźli. A potrzebowali teraz normalności, żeby się skupić. Sadza i Crowe nie mieli z tym problemu. Nawet Holt jak się okazało nie był ranny, a jedynie potłuczony. Do tego Adam kupił im chwilę spokoju i wyglądało na to, że cokolwiek na nich polowało, szybko tu nie wejdzie. Natomiast bynajmniej Caleb nie podzielał entuzjazmu Holta i Sadzy co do dobrego ducha, który otworzył im drzwi do magazynu. Cokolwiek pociągało za sznurki na Bleinercie, miało mnóstwo okazji by ich ostrzec. Jeśli żyli za sprawą tego czegoś, to Caleb podejrzewał prędzej chęć wykorzystania ich, lub co gorsza Kardashiana do własnych celów. I nie zamierzał z tym czymś współpracować. Choćby to była Matka Bleinerta, bez której rzeczywiście mogą nie stąd nie uciec.

                                      - Nie będziemy się bronić. Musimy być w ruchu. I znaleźć dok, lub śluzę. Jeśli damy panu Kalashinikovowi dość czasu, otworzy je bez pomocy centrali.

                                      Widząc, że Sadza i Crowe próbują uruchomić androida i zajmie to kilka chwil, ponownie skierował uwagę na Joshuę.

                                      - Skoro naprawa nie jest pana mocną stroną, zapraszam do przeszukania ze mną magazynu panie Gleeson. - oznajmij cierpko acz bez nadmiernej oschłości Caleb - Szukamy skafandrów, zetawów pierwszej pomocy i narzędzi. Może znajdzie się też broń. Kontenery, mam nadzieję, nie wywołują w panu torsji?

                                      1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                      😁
                                      4
                                      • CyganC Niedostępny
                                        CyganC Niedostępny
                                        Cygan jako William Biscuit
                                        napisał(a) ostatnio edytowany przez
                                        #187

                                        Metalowe drzwi, a za nimi O'Collan pogrążający się w co raz większej frustracji. Groźby Delilah pewnie nieźle nim wstrząsnęły, ale on się nie ugiął. Dlaczego? Czyżby liczył, że jego kapitan go z tego wyciągnie? To właśnie ta nadzieje trzyma pilota w jednym kawałku, tylko co się stanie, gdy ją straci? Może polecieć na ratunek, otworzyć śluzę, a nawet staranować Bleinerta. Oczywiście naukowiec liczył na zdrowy rozsądek pilota, ale każdy miał swoje granicy. Nadia nie dawała znaku życia. Pewnie stoi sparaliżowana po słowach agentki, więc wszystkie decyzje należą do niestabilnego i brawurowego pilota.

                                        Chłopak obrócił się w stronę Delilah, po której nie było widać ani odrobiny stresu. Była spokojna. Miała plan, a może zwyczajnie nie dopuszcza do siebie myśli o możliwościach jakimi dysponuje O'Collan. Przez jakiś czas panowała między nimi cisza. Wiliam obserwował Delilah, a Delilah jego i wtedy zaczęła mówić. Czego szuka szuka Hannigan? Cóż za nie mądre pytanie.
                                        - Chodźmy. - Powiedział, a jego dłoń cała drżała.

                                        Po wejściu do kajuty niemal od razu usiadał opierając się o ścianę. Wziął głęboki oddech i zaczął wyjaśniać wszystkie jego domysły. - Czas działa na naszą niekorzyść. Przyjście tu było dobrym pomysłem, ale musimy wrócić do obserwacji pilota jak najszybciej. W najgorszym wypadku dostaniemy się do mostku siłą na pewno na statku jest coś do przebicia się przez te drzwi. Prawda? - wypluł z siebie te słowa i wtedy przypomniał sobie, że nawet nie wie czy Delilah jest do końca świadoma zagrożenia.

                                        - Wiem, że mogę brzmieć teraz jak paranoik, ale podsumujmy co wiemy. Przyszliśmy pod drzwi mostka. Zagroziłaś O'Collanowi i próbowałaś przekonać Nadie. Nie wiem jak ty, ale ja po tym nie słyszałem nawet słowa od Nadii w najlepszym przypadku po prostu ma mentlik w głowie, ale nie zdziwi mnie jak dostała ataku paniki. A potem jeszcze te krzyki ludzi i syki jakiś potworów. Nie wiemy od jak dawna pilot obserwuje to zagrożenie. Co, jeśli drzwi które na nas spadły miały mu pomóc skupić się na załodze w końcu jakbyśmy byli martwi to nie trzeba się o nas martwić prawda? - Wiliam zrobił krótką przerwę, żeby złapać oddech i żeby Delilah mogła przemyśleć jego słowa.

                                        - Zapytałaś czego szuka Hannigan odpowiedź jest prosta. Tego czego każdy mężczyzna, uznania. Kapitan liczy, że znajdzie tam coś cennego, a jego kochana załoga będzie mu dziękować za pożądany zarobek. To tyle jeśli chodzi o moje teorie teraz plan, ale najpierw powiedz mi co myślisz. - Odpowiedział na jej pytanie już z większym spokojem.

                                        1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                        4
                                        • Arthur FleckA Niedostępny
                                          Arthur FleckA Niedostępny
                                          Arthur Fleck jako Delilah le Fey
                                          napisał(a) ostatnio edytowany przez
                                          #188

                                          Delilah le Fey

                                          Chłopak wyrzucał z siebie kolejne słowa, teorie i domysły, ale mu nie przerywała. Stała z założonymi rękami i słuchała z kliniczną uwagą. Jeśli dobrze zapamiętała, był naukowcem więc nie trafiła na niepiśmiennego prostaka z zapadłej kolonii górniczej na końcu Pogranicza, lecz człowieka wykształconego. William Biscuit mógł przeczytać setki książek, lecz w jednym prymityw pokroju O’Collana miał nad nim przewagę. Potrafił od razu zrozumieć aluzję i wiedział co oznacza zaproszenie do wspólnej kajuty. William albo nie wiedział, albo udawał że nie wie lub po prostu nie interesowały go kobiety.

                                          Delilah nie miała zamiaru tego sprawdzać i podkręcać atmosfery. Jej towarzysz i tak wydawał się zestresowany, dopiero co przed chwilą śluza nie przepołowiła ich na pół. Być może zwykła rozmowa, wzajemne zrozumienie, chwila oddechu wystarczą by rozładować napięcie. A jeśli nie, zawsze w rezerwie pozostaje chemia.

                                          Wysłuchała go do końca. W gęstym potoku słów wyłapała detal, który zapalił jej w głowie światło awaryjne.

                                          — Zaraz, Williamie. Wróć. Jakich potworów? O czym ty mówisz?

                                          Nie czekała na jego odpowiedź. Wbiła spojrzenie w bladą twarz chłopaka jakby tam mogła znaleźć odpowiedź.

                                          — Albo wiesz więcej niż ja i nie mówisz wszystkiego, albo ponosi cię zbyt duża wyobraźnia. Coś złego dzieje się na Bleinercie, to prawda. Ale opierajmy się na faktach, a nie domysłach.

                                          Zamilkła na ułamek sekundy, dając mu chwilę do zastanowienia.

                                          — Siłowe wejście na mostek oznacza tyle, że skończymy w kriokomorach obok Purcella. Co równa się z tym, że z tych lodówek już nie wyjdziemy żywi, jeśli Hannigan uzna nas za niewygodnych świadków. Dlatego do tej kajuty nie będzie w stanie wejść, chyba że któryś z jego kundli użyje palnika.

                                          Zrobiła krok w jego stronę, zmniejszyła dystans i spojrzała mu prosto w oczy.

                                          — Żeby była jasność. Działam w granicach prawa. - A przynajmniej się staram, dopowiedziała w myślach — I z doświadczenia wiem, że niecierpliwość kończy się poważnymi błędami. Pilot jest nieistotny. Nie musimy wchodzić na mostek, by wiedzieć, co się tam dzieje.

                                          Odwróciła od niego wzrok i skierowała twarz w stronę czujnika wmontowanego w sufit.

                                          — Opiekunie. Przywitaj się z Williamem.

                                          Głośnik zatrzeszczał cicho, a po chwili pokładowy system odpowiedział beznamiętnym, syntetycznym głosem:

                                          — Rejestruję autoryzowaną obecność gościa. Dzień dobry, Williamie.

                                          — Za chwilę zdasz mi pełny raport — zażądała Delilah. — Chcę wiedzieć, co według twojej wiedzy wydarzyło się na mostku i na Blainercie w przeciągu ostatniej godziny. A na razie puść dla relaksu jakąś muzykę. Zdaję się na twój gust.

                                          Metal

                                          1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                          👙 😨
                                          3

                                          Cześć! Wygląda na to, że jesteś zainteresowany tą rozmową, ale nie masz jeszcze konta.

                                          Masz dość przewijania tych samych postów za każdą wizytą? Po zarejestrowaniu konta zawsze wrócisz dokładnie do tego samego miejsca, w którym byłeś wcześniej, możesz wtedy również wybrać opcję otrzymywania powiadomień nowych odpowiedziach (e-mailem lub powiadomieniem push). Będziesz też mógł zapisywać zakładki i głosować na posty, aby okazać uznanie innym członkom społeczności.

                                          Z Twoją pomocą tez post mógłby być nawet lepszy 💗

                                          Zarejestruj się Zaloguj się
                                          Odpowiedz
                                          • Odpowiedz, zakładając nowy temat
                                          Zaloguj się, aby odpowiedzieć
                                          • Najpierw najstarsze
                                          • Najpierw najnowsze
                                          • Najwięcej głosów


                                          • Zaloguj się

                                          • Nie masz konta? Zarejestruj się

                                          • Aby wyszukiwać zaloguj się lub zarejestruj.
                                          Powered by NodeBB Contributors
                                          • Pierwszy post
                                            Ostatni post
                                          0
                                          • Kategorie
                                          • Ostatnie
                                          • Tagi
                                          • Popularne
                                          • Świat
                                          • Użytkownicy
                                          • Grupy
                                          • Strona startowa