Przejdź do treści
  • Kategorie
  • Ostatnie
  • Tagi
  • Popularne
  • Świat
  • Użytkownicy
  • Grupy
  • Strona startowa
Skórki
  • Jasny
  • Brite
  • Cerulean
  • Cosmo
  • Flatly
  • Journal
  • Litera
  • Lumen
  • Lux
  • Materia
  • Minty
  • Morph
  • Pulse
  • Sandstone
  • Simplex
  • Sketchy
  • Spacelab
  • United
  • Yeti
  • Zephyr
  • Ciemny
  • Cyborg
  • Darkly
  • Quartz
  • Slate
  • Solar
  • Superhero
  • Vapor

  • Domyślna (Cyborg)
  • Brak skórki
Zwiń
Patronite
  1. Start
  2. Sesje inne
  3. Rozgrywka
  4. XIII - Martwa godzina
XIII - Martwa godzina
MorphM
Morph jako
Storyteller
Mistrz Gry
NabuchodonozorN
Nabuchodonozor jako
Eugene Mullis
PiołunP
Piołun jako
Daniel Mercer
CavallinoC
Cavallino jako
Vivienne Ashcroft
JaremaJ
Jarema jako
Tomas Jonson
BardielB
Bardiel jako
Simon Tanner
KetharianK
Ketharian jako
Alejandro Garcia Hernández

XIII - Martwa godzina

Zaplanowany Przypięty Zablokowany Przeniesiony Rozgrywka
36 Posty 7 Uczestników 563 Wyświetlenia 4 Obserwuje
  • Najpierw najstarsze
  • Najpierw najnowsze
  • Najwięcej głosów
Odpowiedz
  • Odpowiedz, zakładając nowy temat
Zaloguj się, aby odpowiedzieć
Ten temat został usunięty. Mogą go zobaczyć tylko użytkownicy upoważnieni do zarządzania tematami.
  • CavallinoC Niedostępny
    CavallinoC Niedostępny
    Cavallino jako Vivienne Ashcroft
    napisał(a) ostatnio edytowany przez Cavallino
    #13

    Vivienne przeniosła wzrok na mężczyznę siedzącego przy biurku. Kiedy się przedstawił, jej twarz od razu rozjaśnił promienny, choć zmęczony uśmiech.

    – Miło poznać – odpowiedziała, zanim przeniosła swoje spojrzenie do mężczyzny, który wrócił do kwestii jej doświadczenia i kontaktów z XIII.

    – Na początku myślałam, że jest prywatnym detektywem, ale kiedy przyznał się, że jest z XIII-tki, wszystko nabrało większego sensu – opowiadała, wycierając okulary rąbkiem koszuli, zanim ponownie nałożyła je na nos. – Już wcześniej agenci XIII-tki przychodzili do mnie na konsultacje, pomoc w rozszyfrowaniu znaków, symboliki. Widziałam się z nim w kawiarni przyległej do księgarni uniwersyteckiej, ale też w moim gabinecie. O’Hara... – zawiesiła głos, wpatrując się w tablicę zapisaną informacjami od Becki. Odchrząknęła i lekko potrząsnęła głową, jakby próbowała pozbyć się jakiejś myśli.

    – Co ja... a tak. Sprawa, którą prowadził, dotyczyła kilku zaginięć. Początkowo myślałam, że chodzi o jedną osobę, ale okazało się, że O’Hara szuka powiązań między kilkoma przypadkami. Twierdził, że niektóre elementy tych historii się powtarzają.

    Vivienne zrobiła krótką przerwę.

    – Na ostatnim spotkaniu, po tym jak przyznał że jest agentem XIII-tki, zdradził, że ma się zobaczyć z kimś, kto może przybliżyć go do odpowiedzi – jej głos lekko przycichł. – Poprosił mnie wtedy, żebym... jeśli nie odezwie się w ciągu czterdziestu ośmiu godzin, skontaktowała się z Fergusonem.

    Jej ramionami wstrząsnął lekki dreszcz - nie była pewna czy to z powodu wspomnień, czy z chłodu.

    – Brzmiał jak człowiek, który sam siebie próbuje przekonać, że ten telefon nie będzie konieczny.
    Z wdzięcznością przyjęła kubek z ciepłym napojem podany przez innego z mężczyzn, ogrzewając zmarznięte dłonie o ciepłe ścianki.

    – Dziękuję.

    Przeczesała palcami włosy słysząc pytanie o śledztwo i rytuały.

    – Nie wiem z kim się spotkał. Nie brałam aktywnego udziału w jego śledztwie. Mam raczej strzępki informacji niż pełny obraz.

    Upiła łyk i przez moment marszczyła brwi, próbując uporządkować skotłowane myśli.

    – Jeśli chodzi o rytuały… nie interesował się jednym konkretnym obrzędem czy rodzajem. Przynajmniej nie wybrzmiało to podczas naszych rozmów. Pytał raczej o powtarzające się elementy: symbole, miejsca, opowieści o ludziach którzy zaginęli i się odnaleźli.

    Zawiesiła na chwilę wzrok na kubku.

    – I o to czy po powrocie zachowywali się inaczej – dodała ciszej.

    1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
    ♥
    1
    • JaremaJ Jarema

      Tomas przez chwilę obserwował Vivienne, po czym zabrał się za przygotowanie herbaty. Zależało mu na tym, żeby choć trochę rozładować napięcie. Nie chciał, żeby rozmowa od początku wyglądała jak formalne przesłuchanie, szczególnie że Vivienne i tak znalazła się w dość nietypowej sytuacji.

      Po chwili podszedł do niej i postawił przed nią kubek zielonej herbaty.

      — Proszę. podobno dobra nerwy.

      Uśmiechnął się lekko, po czym spojrzał w stronę miejsca, gdzie wcześniej stała kawa.

      — Właściwie mogłem zaproponować ci kawę po irlandzku. Całkiem dobrą robię . widzę, że mamy wszystko

      Pokręcił głową z rozbawieniem.

      — No trudno. Zielona herbata musi dzisiaj wystarczyć.

      Tomas usiadł z powrotem i przez moment pozwolił, żeby między nimi zapanowała cisza.

      Zwracając się do Vivienne po imieniu i przechodząc na „ty”, robił to całkowicie świadomie. Nie chciał dodatkowo podkreślać różnicy między nimi żadnym oficjalnym „pani ” czy „Panno ”. W tej chwili zależało mu bardziej na skróceniu dystansu i stworzeniu choć odrobiny normalności w sytuacji, która z normalnością miała niewiele wspólnego.

      Dopiero po chwili wrócił do rozmowy.

      — Wspomniałaś wcześniej, że O’Hara interesował się rytuałami.

      Tomas spojrzał na nią z zaciekawieniem.

      — Jakimi właściwie? Mówił coś konkretnego? Jakieś symbole, obrzędy, konkretne grupy albo miejsca?

      Zrobił krótką pauzę.

      — Pytam, bo chcemy po prostu odtworzyć jego ostatnie godziny. Co robił, z kim rozmawiał i czego szukał, zanim zniknął.

      Tomas oparł się wygodniej na krześle.

      — Nie musisz się zastanawiać, co z tego wszystkiego jest ważne. Powiedz po prostu to, co pamiętasz. My później spróbujemy poskładać resztę.

      Po tych słowach Tomas zamilkł, zostawiając Vivienne pełną przestrzeń na reakcję.

      JaremaJ Niedostępny
      JaremaJ Niedostępny
      Jarema jako Tomas Jonson
      napisał(a) ostatnio edytowany przez
      #14

      Tomas przez chwilę obserwował Vivienne, po czym zabrał się za przygotowanie herbaty. Zależało mu na tym, żeby choć trochę rozładować napięcie. Nie chciał, żeby rozmowa od początku wyglądała jak formalne przesłuchanie, szczególnie że Vivienne i tak znalazła się w dość nietypowej sytuacji.

      Po chwili podszedł do niej i postawił przed nią kubek zielonej herbaty.

      — Proszę. Podobno dobra na nerwy.

      Uśmiechnął się lekko, po czym wyciągnął do niej dłoń.

      — A tak przy okazji, Tomas Johnson.

      Dopiero po chwili usiadł z powrotem.

      — Właściwie mogłem zaproponować ci kawę po irlandzku. Całkiem dobrą robię. Widzę, że mamy wszystko, czego potrzeba.

      Pokręcił głową z rozbawieniem.

      Przez moment pozwolił, żeby między nimi zapanowała cisza.

      Zwracając się do Vivienne po imieniu i przechodząc na „ty”, robił to całkowicie świadomie. Nie chciał dodatkowo podkreślać różnicy między nimi żadnym oficjalnym „pani” czy „panno”. W tej chwili zależało mu bardziej na skróceniu dystansu i stworzeniu choć odrobiny normalności w sytuacji, która z normalnością miała niewiele wspólnego.

      Dopiero po chwili wrócił do rozmowy.

      — Wspomniałaś wcześniej, że O’Hara interesował się rytuałami.

      Tomas spojrzał na nią z zaciekawieniem.

      — Jakimi właściwie? Mówił coś konkretnego? Jakieś symbole, obrzędy, konkretne grupy albo miejsca?

      Zrobił krótką pauzę.

      — Pytam, bo chcemy po prostu odtworzyć jego ostatnie godziny. Co robił, z kim rozmawiał i czego szukał, zanim zniknął.

      Tomas oparł się wygodniej na krześle.

      — Nie musisz się zastanawiać, co z tego wszystkiego jest ważne. Powiedz po prostu to, co pamiętasz. My później spróbujemy poskładać resztę.

      Po tych słowach Tomas zamilkł, zostawiając Vivienne pełną przestrzeń na reakcję.

      1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
      1
      • KetharianK Niedostępny
        KetharianK Niedostępny
        Ketharian jako Alejandro Garcia Hernández
        Obsługa Moderator Mecenas
        napisał(a) ostatnio edytowany przez Ketharian
        #15

        text alternatywny


        Baza XIII przy Calumet Ave


        Kiedy zagadnięta przez Tomasa kobieta wyjawiła grupie słuchaczy to, co uznała za stosowne, Hernández spojrzał na nią w nieco odmienny sposób.

        Vivienne Ashcroft jednak współpracowała wcześniej z Jednostką XIII i skonsternowany ciągłymi zmianami opinii na jej temat Alejandro postanowił rozmówić się na boki z Becką przy pierwszej dogodnej okazji - w opinii Teksańczyka teczka osobowa kobiety powinna była trafić na biurka agentów co najmniej pół godziny przed jej przybyciem, aby zaoszczędzić wszystkim niepotrzebnego zamieszania.

        - Derek O’Hara jest byłym policjantem i aktywnym prywatnym detektywem, a zniknął dwa dni temu - oznajmił Latynos wstając ze swojego miejsca i otwierając metalową szufladę biurka - Istnieje duże prawdopodobieństwo, że ktoś już zaczął się o niego martwić, jeśli nie służbowo to prywatnie, być może mocno zaprzyjaźniony były partner, aktualny klient albo na przykład jakaś kobieta, z którą nawiązał w ostatnim czasie relację romantyczną. Być może ktoś już był w jego mieszkaniu, a jeśli nie, niebawem się tam zjawi. Musimy się spieszyć, a jednocześnie działać ostrożnie. Przyda mi się asysta.

        Hernández schował pod koszulę wyciągniętego z szuflady Glocka i spojrzał wymownie na Mercera.

        - Daniel, masz jakieś plany na wieczór? - zapytał ruszając w stronę wieszaka - I kto weźmie na siebie biuro?

        Popieram postulat Gladina wzywający do zniszczenia 4-tej edycji WFRP!

        1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
        👍
        0
        • NabuchodonozorN Niedostępny
          NabuchodonozorN Niedostępny
          Nabuchodonozor jako Eugene Mullis
          napisał(a) ostatnio edytowany przez
          #16

          Eugene przysłuchując się rozmowie przejrzał też akta poszukiwanego. Nie chciał się wcześniej wychylać, ale jego metodyczny umysł naukowca podpowiedział mu jeszcze jeden możliwy trop. Przez chwilę się zawahał. To była jego pierwsza poważna misja, a on nie był pewien czy jest gotów na samodzielne wykonanie zadania. To jednak musiał zrobić sam.

          "Będę musiał wszystko dobrze zaplanować"- pomyślał.

          Po chwili, nadal wachając się wstał i rzekł, dość formalnie jak to miał w swoim zwyczaju.

          - Szanowni Państwo. Jeśli można... Chciałbym zaproponować jeszcze jeden koncept. Oczywiście to co Państwo powiedzieliście o biurze, parkingu i domu poszukiwanego to bardzo trafne i najlepsze miejsca zdobycia informacji. Pozwoliłem sobie jednak odkryć, że ów Derek O' Hara był niegdyś policjantem.

          Na chwilę przerwał by zebrać myśli oraz rozejrzeć się czy ma posłuch, którego oczekuje. Następnie kontynuował swój wywód:

          - Jak Państwo zapewne zdążyliście się zorientować obecnie pracuje w Policyjnym Laboratorium. Pomyślałem, że mógłby być to dobry pretekst by udać się na dawny posterunek poszukiwanego i dyskretnie o niego wypytać, w szczególności zaś dowiedzieć się czy z kimś z tamtejszych ludzi nie utrzymuje dotąd... znaczy nie utrzymywał do swego zaginięcia kontaktu. Proszę Państwa o wyrażenie swych opinii na temat tego pomysłu.

          Eugene pozostał w pozycji stojącej, trochę jak przed komisją, której dopiero co przedstawił swój doktorat i która to komisja ma teraz nazwać go głupcem lub geniuszem.

          1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
          ♥
          1
          • KetharianK Niedostępny
            KetharianK Niedostępny
            Ketharian jako Alejandro Garcia Hernández
            Obsługa Moderator Mecenas
            napisał(a) ostatnio edytowany przez
            #17

            Baza XIII przy Calumet Ave


            - Doskonały pomysł, panie Mullis - stwierdził Hernández przywołując na twarz wyraz aprobaty. Poprzestając na tej pełnej rezerwy opinii ubrał zimową kurtkę i naciągnął na głowę szarą wełnianą czapkę, oczami wodząc po tych towarzyszach, którzy też podnieśli się z miejsc przy biurkach. Jego spojrzenie zatrzymało się na postaci Vivienne Ashcroft, a zmarszczone czoło Teksańczyka jawnie dowodziło tego, że Latynos intensywnie nad czymś myślał.

            - Pani Ashcroft, jako jedyna w naszym gronie znała pani Dereka O’Harę osobiście - powiedział podchodząc do kobiety - Może pani wciąż dysponować wiedzą na temat jego śledztwa, której znaczenia nie jest pani świadoma. To mogą być drobne detale, nazwiska tych zaginionych osób, szczegóły rytuałów, o których pani z nim rozmawiała. Być może w mieszkaniu Dereka zobaczy pani coś, co ja sam przeoczę nie znając kontekstu i nie mając właściwego punktu odniesienia. Zechce pani do mnie dołączyć?

            Alejandro uniósł zachęcającym gestem dłoń, w której trzymał kluczyki do swojego wydłużonego Forda.

            Popieram postulat Gladina wzywający do zniszczenia 4-tej edycji WFRP!

            1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
            0
            • PiołunP Niedostępny
              PiołunP Niedostępny
              Piołun jako Daniel Mercer
              Mecenas
              napisał(a) ostatnio edytowany przez
              #18

              Mercer słuchał Vivienne uważniej niż wcześniej. Nie dlatego, że szczególnie przejęły go wzmianki o rytuałach, symbolach czy ludziach, którzy po powrocie zachowywali się inaczej. W XIII nasłuchał się już wystarczająco wielu podobnych historii, żeby nie reagować ze specjalnym ożywieniem. Znacznie bardziej zainteresował go jeden konkretny szczegół. O’Hara zostawił wyraźną instrukcję, by po czterdziestu ośmiu godzinach ciszy skontaktować się z Fergusonem. To oznaczało, że przed zniknięciem brał pod uwagę możliwość, że coś może pójść nie tak.

              Te czterdzieści osiem godzin nie dawało mu spokoju. O’Hara nie rzucił przecież tej prośby mimochodem. Był byłym policjantem, potem prywatnym detektywem i człowiekiem, który najwyraźniej wiedział, kiedy warto zostawić komuś instrukcję na wypadek własnego zniknięcia. Daniel przez chwilę przyglądał się tablicy Becki, porządkując w głowie nowe informacje. Nadal nie widział żadnego powodu, żeby od razu mówić o Pęknięciu, ale coraz trudniej było traktować tę sprawę jak zwykłe niestawienie się na spotkanie.

              Pomysł Mullisa wydał mu się bardzo przytomny. Jeśli O’Hara przez lata pracował w policji, ktoś z dawnych znajomych mógł wiedzieć o nim więcej niż suche akta albo informacje w systemie.
              – To akurat ma sens – rzucił krótko. – Byli partnerzy mogli zauważyć, z kim się ostatnio kontaktował albo czy coś w jego zachowaniu się zmieniło.
              Na tym skończył. Mullis miał punkt zaczepienia i najwyraźniej zamierzał go sprawdzić. Daniel nie widział powodu, żeby mu w tym przeszkadzać.

              Kiedy Hernandez wyciągnął Glocka z szuflady i rzucił mu pytające spojrzenie, Daniel zerknął w stronę okien. Za szybami nadal przewalała się biała ściana śniegu, a sam widok wystarczył, żeby przypomnieć mu drogę do siedziby.
              – Miałem jakieś płone nadzieję, że dzisiaj już stąd nie wyjdę – mruknął, podnosząc się z miejsca. – Ale chyba właśnie mi je odebrałeś.
              Kącik ust drgnął mu lekko. Odstawił kubek, którego zawartość zdążyła już dawno wystygła i ruszył po kurtkę.

              Mieszkanie O’Hary wydawało mu się na ten moment najlepszym tropem. Jeśli detektyw faktycznie spodziewał się problemów, mógł zostawić po sobie coś, co dałoby im jakiś punkt zaczepienia. Być może znajdą coś na komputerze, albo na innych urządzeniach "smart", które ludzie tak ochoczo montują w swoich domach. Czytał nawet ostatnio artykuł o producencie telewizorów, który miał funkcje przetwarzania rozmów. Nauczył się dobierać do takich funkcji, jako do nieoczywistego źródła informacji. Tak, Daniel najbardziej liczył właśnie na elektronikę. W przeciwieństwie do ludzi urządzenia zwykle nie zmieniały wersji wydarzeń. Zwykle, choć w przypadku pęknięć nawet tą prawidłowość trafiał szlag. Zabrał ze stołu rękawiczki i wsunął je do kieszeni kurtki.
              – Jadę z tobą.

              Przy swoim stanowisku zatrzymał się jeszcze na chwilę i sięgnął po torbę z podstawowym sprzętem technicznym. Nie pakował wszystkiego, co miał pod ręką. Jechali tylko do mieszkania zaginionego detektywa, więc na początek wystarczało kilka rzeczy potrzebnych do sprawdzenia elektroniki i zabezpieczenia ewentualnych nośników danych. Przynajmniej na razie. Zanim ruszył w stronę windy, zerknął jeszcze na Beckę.
              – Podeślij nam proszę adres oraz to, co mamy o jego mieszkaniu, jeśli coś masz. – poprosił i zaczął się zbierać. Kiedy upewnił się, że ma wszystko, czego będą mogli potrzebować, zarzucił torbę na ramię i spojrzał na Hernandeza.
              – Ty prowadzisz. Nie mam obecnie ani cierpliwości, ani nastroju do tkwienia w korkach.

              1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
              1
              • NabuchodonozorN Niedostępny
                NabuchodonozorN Niedostępny
                Nabuchodonozor jako Eugene Mullis
                napisał(a) ostatnio edytowany przez Nabuchodonozor
                #19

                Nagle wszyscy zaczęli się zbierać. Może poza Simonem i Becką, którzy coś na boku omawiali.

                Eugene'owi już wcześniej ta grupa wyglądała na nieco chaotyczną, jednak jego zadaniem jako biotechnologa zawsze było porządkowanie i właściwe ukierunkowanie organizmów żywych, tak aby jak najlepiej wykorzystać ich potencjał na korzyść człowieka.

                — Państwo w trzy osoby zamierzacie przeszukiwać mieszkanie poszukiwanego? Niestety chyba przeoczyłem ten fakt, ale czyżby było ono aż tak duże? Oczywiście nie podważam Państwa decyzji, jednak jeśli Pan Tomas uda się na parking, a Państwo do mieszkania to kto przeszuka biuro? Pan Simon najwyraźniej specjalizuje się w innych działaniach, ja niestety również. Oczywiście mógłbym się tam udać jeśli Państwo dacie mi klucz czy też przepustkę i dobry powód by mnie wpuszczono. Biorąc pod uwagę moją specjalizację właściwa procedura przeszukania również mogłaby być wielce przydatna.

                Po chwili namysłu również dodał:
                — Być może to dla Państwa oczywiste, ale sugeruję również by Państwa telefony pozostały włączone i przynajmniej na poziomie wibracji, by w razie potrzeby każda grupa mogła się ze sobą wzajemnie skontaktować. Informacje uzyskane z naszych eksp... znaczy z naszych miejsc poszukiwań mogą bowiem się nawzajem uzupełniać i wpłynąć na sam przebieg czynności.

                1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                1
                • CavallinoC Niedostępny
                  CavallinoC Niedostępny
                  Cavallino jako Vivienne Ashcroft
                  napisał(a) ostatnio edytowany przez Cavallino
                  #20

                  Vivienne uniosła brwi, wyraźnie zaskoczona propozycją. Nie spodziewała się, że zaledwie kilka chwil po wejściu do siedziby XIII, zostanie poproszona o aktywny udział w poszukiwaniach i przeszukaniu mieszkania zaginionego. Była przekonana, że jej rola się skończy wraz z przekazaniem informacji o zaginięciu. Ale XIII widać miała inne plany – najpierw zdecydowali, że samo przekazanie informacji nie wystarczy, że warto by pojawiła się w siedzibie. A teraz chcieli żeby im towarzyszyła. Była zbyt zmęczona by z pełną jasnością umysłu analizować tą dziwną sytuację.
                  – Ja? – spytała totalnie skonsternowana. – Jeśli uważasz, że mogę się przydać.
                  Spojrzała na mężczyznę, który również zdecydował się dołączyć, a potem na łebskiego gościa, którego nagły opór i seria pytań dotyczących organizacji całego przedsięwzięcia tylko bardziej ją zdezorientowały.
                  Vivienne zacisnęła dłonie na kubku i rozejrzała się po pomieszczeniu szukając drogi ucieczki.
                  Wyglądało na to, że każdy miał jakiś pomysł, ale nikt nie do końca wiedział, kto właściwie powinien go realizować. Nie miała pojęcia, jak ci ludzie pracowali wcześniej, ale najwyraźniej organizacja nie była ich najmocniejszą stroną.
                  Jak oni właściwie mają znaleźć O’Harę, skoro wygląda na to, że sami jeszcze nie wiedzą, jak ze sobą pracować? – pomyślała, pocierając jedną dłonią skroń.

                  1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                  😱 💯
                  1
                  • MorphM Niedostępny
                    MorphM Niedostępny
                    Morph jako Storyteller
                    napisał(a) ostatnio edytowany przez Morph
                    #21

                    DIVERGENCE

                    Ledwie wyszli z budynku, uderzyła w nich śnieżyca. Mroźny wiatr zawył między budynkami, a przy narożniku poderwał z chodnika tumany śniegu, które na moment przesłoniły im widok.
                    -Psia mać - zaklął pod nosem Alejandro, osłaniając oczy i kierując się w stronę zaparkowanego nieopodal samochodu.
                    Chrzęst zmarzniętego śniegu pod butami nie pozostawiał złudzeń, że czeka ich niezwykle mroźna noc. Mimo puchowych kurtek, swetrów i szalików zimne powietrze i tak znajdowało jakiś sposób, by dobrać się im do skóry.
                    -No to w drogę i powodzenia! - krzyknął na odchodne Tomas, który najbardziej ze wszystkich rwał się do akcji.

                    NIGHT RIDE

                    Alejandro, Vivenne, Daniel

                    Koła zabuksowały, gdy Hernandez ruszył spod bazy przy Calumet Avenue. Powoli zanurzyli się w rozświetlone latarniami i licznymi neonami, wieczorne miasto. Śnieg padał niemal poziomo. Wycieraczki piszczały przy każdym wychyleniu. Choć pracowały one na największych obrotach, to i tak widoczność pozostawiała wiele do życzenia. Reflektory samochodu rozcinały białą ścianę zaledwie na kilkanaście metrów, a wszystko, co znajdowało się dalej, znikało w ciemności. Hernandez jechał wolno, a i tak czuł, że samochód myszkuje przy najmniejszej zmianie kierunku. Calumet o tej porze była prawie pusta. Po obu stronach ulicy przesuwały się ciemne fasady domów, zamknięte sklepy i pojedyncze, rozświetlone okna.
                    Im dalej jechali na południe, tym mniej było światła. Za nimi zostawały okolice McCormick Place i szerokie ulice Near South Side. Miasto powoli zmieniało swe oblicze. Wieżowce ze szkła i stali ustąpiły miejsca starym budynkom o wąskich fronty i ceglanych elewacjach.
                    Przy trzydziestej pierwszej, Calumet przecinała jeden z najbardziej charakterystycznych fragmentów Bronzeville. Zaśnieżone fasady greystone'ów ledwie było widać zza zasłony śniegu. Dalej pojawiły się większe skrzyżowania. Czterdziesta siódma. Pięćdziesiąta pierwsza. Niemal na każdych kolejne światłach stali samotnie, jakby całe miasto skryło się pod ciepłym kocem i popijało gorące kakao.

                    XIII
                    Original soundtrack
                    ▶ LISTEN

                    Obserwowali miejski krajobraz przesuwający się ospale za szybą. Z głośników płynęły kojące dźwięki fortepianu, podbite powolnym basowym bitem.

                    -Witajcie w ten mroźny i śnieżny wieczór. - odezwał się spiker - Ja nazywam się Zack Corbett, a wy słuchacie audycji “Night’s Zack” w WLS 890AM, najstarszym i wciąż żywym, radiowym głosie w całym hrabstwie Cook, a może i na całym Środkowym Zachodzie.
                    Mężczyzna zrobił krótką pauzę.
                    -Choć siedzę tu sam w mojej malutkiej kabinie, to czuję jakbyście wszyscy byli tuż obok mnie. Czuję waszą obecność Oczami wyobraźni widzę, jak siedzicie w samochodach i podkręcacie ogrzewanie. Widzę was krzątających się po kuchni i doglądających lazanii na kolację. Zapatrzonych w zaśnieżone ulice Chicago, gdy jedziecie nocnym autobusem. Gdy zaczynacie nocny dyżur w szpitalu. Gdy gasi właśnie światło w pustym już biurze. W tym czasie inny z was właśnie zamyka sklep. Powoli wracacie do domu i jeszcze nie wiecie, czy osoba, która na was czeka, będzie miała dobry humor i przywita was pogodnym uśmiechem, czy ostentacyjnym chłodem.
                    Spiker zamilkł. Chrobot wycieraczek zagłuszał ciszę.
                    -Pewnie właśnie teraz zerkacie na zegarek, zastanawiając się, jak bardzo spowolni was ten okropny korek. Czy zjecie kolację o siódmej, czy jednak o ósmej? To w sumie zabawne. Wszyscy mamy zegarki, telefony, kalendarze. Wiemy, która jest godzina, jaki jest dzień, ile czasu minęło od ostatniego spotkania. Potrafimy powiedzieć: „Widziałem go w środę o czwartej piętnaście”. Potrafimy nawet sprawdzić, czy rzeczywiście byliśmy wtedy tam, gdzie nam się wydaje.
                    Muzyka na chwilę wysunęła się na pierwszy plan, jakby dając mężczyźnie czas na zaczerpnięcie oddechu.
                    -A jednak czasami pamięć płata nam figle. Zdaje się nam, że nasze wspomnienia różnią się od rzeczywistości. Nie chodzi mi nawet o wielkie rzeczy. Nie o wczesne dzieciństwo. Śmierć ukochanej babci. Czy o szczegóły pierwszej randki. Mówię o drobiazgach. O tym, czy zamek w drzwiach przekręciliśmy dwa razy, czy tylko raz. Czy światło w łazience było zgaszone, czy jednak wciąż świeci się lampka nad lustrem? Czy kubek po kawie wsadziliśmy do zmywarki, czy jednak wciąż stoi na samotny i zapomniany na blacie? Czy współlokatorowi powiedzieliśmy „do zobaczenia”, czy tylko krótkie „na razie”?
                    Zack zrobił kolejną pauzę, aby jego refleksja miała czas wybrzmieć.
                    -Nasza pamięć nie jest kamerą. Zdecydowanie bliżej jej do detektywa, który wchodzi do domu i próbuje odtworzyć poprzedni wieczór z tego, co zostało na stole.
                    Kontrabas przeszedł w spokojny, powtarzalny motyw.
                    -Czasami znajdzie pustą szklankę i wie, że ktoś pił szkocką. Ale nie potrafi powiedzieć, kto. Znajdzie otwarte drzwi i wie, że ktoś przez nie wszedł. Ale nie wie kiedy, to miało miejsce.
                    Radiowiec zamilkł na dłuższą chwilę. Bas plumkał cicho, odliczając upływający czas.
                    -I chyba właśnie dlatego potrzebne są nam dowody. Są wygodne. Te wszystkie zdjęcia. Paragony. Podpisy. Nagrania. Numery telefonu. Ślady opon na śniegu. Rzeczy, które mówią: „Tak było”. Tylko że nawet dowód musi najpierw znaleźć się w czyichś rękach. Potem ktoś musi go opisać. Później zinterpretować. A na końcu ktoś musi w niego uwierzyć.
                    Muzyka ucichła prawie zupełnie.
                    -Może więc najciekawsze pytanie nie brzmi: „Co się wydarzyło?” Może powinno brzmieć: „Skąd wiemy, że wydarzyło się właśnie to?” Zostawiam was z tą myślą. A teraz coś, co na pewno utkwi wam w pamięci na długo. Przynajmniej mam taką nadzieję. - zaśmiał się cicho - Przed wami niezapomniany Nat King Cole.

                    Samochód jechał dalej, mijając pogrążone w ciemności boczne ulice. W śnieżycy numery na budynkach przestawały mieć znaczenie. Przy pięćdziesiątej szóstej skręcili na wschód. Tu miasto znowu się zmieniło. Ulica była szersza, ale niemal zupełnie pusta. Śnieg zalegał przy krawężnikach grubymi wałami, a światła latarni odbijały się przymarzniętych szyb zaparkowanych samochodów. Po kilkuset metrach skręcili w końcu w Dorchester Avenue.

                    5628. Mało brakowało, a minęliby właściwy budynek Hernander zauważył numer dopiero w ostatniej chwili. Zwolnił i zaparkował na przeciwko wejścia. Miejsce było puste, jakby czekało dokładnie na nich.

                    Auto Pound #6

                    Tomas

                    W normalnych, nawet zimowych warunkach, pokonanie drogi między ich bazą, a Sacramento Boulevard powinien mu zająć nie więcej niż kwadrans. Przez nieustannie padający śnieg i liczne pługi, jechał już ponad czterdzieści minut. Podróż dodatkowo wydłużył przystanek przy Dark Matter Coffee, gdzie kupił dwie kawy i pączki. Początkowo zamierzał zatrzymać Starbucksie, ale ostatecznie zrezygnował z niego z powodu długiej kolejki.

                    Na szczęście, gdy dotarł na miejsce kawa nadal była gorąca. Wysiadł z samochodu i ruszył w stronę budki strażnika. Już z daleko widział, że bez pomocy i konkretnego namiaru, trudno mu będzie znaleźć auto O’Hary. Policyjny parking porażał swym ogromem. Ustawione w równych rządkach i samochody ciągnęły się jak okiem sięgnąć. Jedne wyglądały, jakby dopiero co wyjechały z salonu, a inne bardziej nadawały się na złomowisko lub od razu do przemiał.

                    -Parking już zamknięty - czarnoskóra policjantka przywitała go opryskliwym tonem.
                    -Wiem, wiem… - odparł, stawiając na wąskim blacie dwie kawy - Tomas Jonson - przedstawił się z szerokim uśmiechem. Nic tak ponoć nie zmiękcza ludzkiego nastawienia, jak ten prosty, szczery i niewinny gest. Jedynie prawdziwi psychopaci mieli na tyle kamienne serca, że potrafili wykazać się całkowitym brakiem empatii i pozostać obojętnymi na tego typu zagrywki.
                    Na szczęście policjantka pełniąca służbę na parkingu do nich nie należała.
                    -Tomas Jonson - powtórzyła, zerkając to na kubki z kawą, to na mężczyznę - Ja chyba pana znam - dodała po chwili.
                    -Tak? - zdziwił się dziennikarz.
                    -Tajna prawda… - szepnęła policjantka i tym razem to ona uśmiechnęła się, jakby wykonywała jakiś tajny, porozumiewawczy gest.

                    Od tego momentu sprawa potoczyła się już niezwykle gładko. Tomas tego wieczoru miał niebywałe szczęście. Trafić na kogoś czytującego tak niszowe pismo, jak “Tajna prawda” to rzadkość. A jednocześnie spotkać osobę, która jest jego fankę, to już wręcz nieprawdopodobne.

                    Spędził z Debbie ponad kwadrans, dyskutując z nią o Illuminati, spiskach rządu, tajnych bazach na Antarktydzie i jeszcze kilku tematach z tak zwanej bieżączki.
                    -To może pokażesz mi teraz ten samochód? - zaproponował w końcu Tomas.
                    -Dobrze, ale… ale na pewno nie możesz mi nic zdradzić? Nikomu nic nie powiem. Przysięgam.
                    -Nie lubię rozsiewać plotek. Najpierw muszę wszystko sprawdzić. Upewnić się i dopiero wtedy mogę to ogłosić światu. Jedno ci Debbie mogę zagwarantować. Jeśli mój dziennikarski nos mnie nie myli, to mamy do czynienia z naprawdę grubą sprawą.
                    -Coś jak z zabójstwem JFK? - dopytała policjantka.
                    -No.. myślę, że nawet grubiej.
                    -Ooo… - jęknęła, autentycznie poruszona kobieta.
                    -Jak tylko skończę artykuł, to… - zaczął Tomas, ale Debbie weszła mu w słowo.
                    -Dasz mi go przeczytać, jako pierwszej.
                    Dziennikarz tylko się uśmiechnął i puścił oczko do kobiety.

                    Pierwsze, co rzuciło mu się w oczy, gdy stanął przed czerwoną Toyota Camry, to brak zalegającego na szybach śniegu. Wszystkie samochody w pobliżu przypominały puchowe atrapy,. Jedynie auto O’Hary wyglądało, jakby ktoś je przed chwilą wyciągnął z garażu.
                    Tomas dotknął maski aby upewnić się, czy przypadkiem ktoś nie jeździł tym przed chwilą. Natychmiast cofnął dłoń, jak oparzony. Karoseria była lodowata, a mimo to śnieg nie trzymał się jej w najmniejszym stopniu. Pojedyncze płatki, które na nią spadały, znikały w mgnieniu oka. Wyglądało to tak, jakby całe auto zostało czymś dokładnie zaimpregnowane.

                    Tomas otworzył drzwi i usiadł na miejscu kierowcy. Rozejrzał się wokół. Nie zauważył nic interesującego. Otwarta paczka Marlboro, leżała na podszybiu. W cupholderze zalegały jakieś śmieci. Na siedzeniu pasażer znalazł skórzane męskie rękawiczki, a pod fotelem walały się plastikowe butelki z niedopitymi napojami.
                    Wyglądało na to, że Derek O’Hara nie należał do pedantów i w żadnym stopniu naturalna entropia w niczym mu nie przeszkadzała.
                    Tomas zerknął na schowek i coś ukłuło go w serce. Odwieczny dreszczyk emocji, gdy człowiek staje naprzeciwko jakiejś skrytki. Przyjemna niepewność i podniesiona adrenalina i to łechcące psychę pytanie - jakie skarby znajdę tym razem?

                    Złapał za uchwyt i otworzył schowek. Na podświetlonej półce leżał niepozorny aparat cyfrowy marki Sony. Tomas już miał po niego sięgnąć, gdy po plecach przebiegł mu dreszcz. Z zimna? Z ekscytacji? Ze strachu? Sam nie potrafił powiedzieć. Podniósł wzrok i ze zdziwienia aż otworzył usta.
                    Na zewnątrz panowała absolutna ciemność. Serce zaczęło mu bić jak szalone. Oddech przyspieszył, a przed umysł przetoczyła się kawalkada szalonych i panicznych myśli. Zamknął na moment oczy, aby się uspokoić. Wziął dwa głębokie oddechy. Otworzył oczy i wtedy zrozumiał, a mimo to nie mógł pojąć, jak mogło do tego dojść.

                    Czym prędzej porwał aparat ze schowka i pchnął drzwi, które z wielkim trudem udało mu się otworzyć. Cofnął się pół kroku i przerażeniem malującym się na twarzy przyglądał się całkowicie zasypanej śniegiem czerwonej Toyocie Camry.

                    Question & Answer

                    Simon

                    Ostatnie nuty jazzowego klasyka powoli rozpływały się w zimowej ciszy. Biuro XIII, jeszcze niedawno tak gwarne i tłoczne, teraz raziło swoją ogromną, pustą przestrzenią. W kątach hulał wiatr, gwiżdżąc i szumiąc.
                    -Lubię go… - rzuciła niezobowiązująco Beck, nie przerywając stukania w klawiaturę.
                    Simon nie do końca wiedział, czy ma na myśli Nat King Cola, czy prowadzącego audycję.
                    -Zack ma w sobie ten oldschoolowy sznyt - kobieta rozwiała jego wątpliwości, kontynuując swoją myśl - Może to przez wiek, a może to co przeżyła, ale mam jakiś dziwny sentyment do tego, jak było kiedyś.
                    Becka zerknęła w stronę Simona, jakby się chciał upewnić, czy ją rozumie i podziela przemyślenia.

                    -To był Nat King Cole i Unforgettable. – głos Zacka powrócił. Radiowy szept dyskretnie wkradł się między dwójkę pracujących agentów. – Czasami zastanawiam się, ile rzeczy w naszym życiu właśnie takich jest. Niezapomnianych. A ile z nich zapamiętaliśmy tylko dlatego, że później długo ich szukaliśmy.
                    Zrobił pauzę, która wyznaczała rytm i budowała klimat audycji na równi ze słowami i muzyką.
                    -Bo szukanie to dziwna rzecz. Kiedy naprawdę chcemy coś znaleźć, zaczynamy dostrzegać wskazówki wszędzie. Przypadkowe nazwiska na szyldach, zdają się pasować do naszego konceptu. Światła w oknach, układają się we wzory. Samochód zaparkowany po drugiej stronie ulicy, zdaje się skrywać odpowiedź na najbardziej nurtujące nas pytanie. I czasami udaje nam się znaleźć dokładnie to, czego szukaliśmy. A czasami… trafiamy na coś zupełnie innego. Przypadkowego, a jednak rezonującego w naszej duszy.
                    Zack zaśmiał się cicho.
                    –No dobrze. Reżyser mi tu kiwa, że to nie czas na filozofię. Przed nami jeszcze długa noc. A na takie wieczory, jak dziś najlepsza jest muzyka. Cicha. Niespieszna. Kojąca. Ciekaw jestem czy i w was zarezonuje ona tak mocno, jak we mnie.

                    Dzięki kluczom dostępu, jakie miała w swoich zasobach XIII i dzięki swoim umiejętnościom, Simon wszedł najpierw do policyjnej bazy, skąd wydobył raport na temat zgłoszenia porzuconego samochodu. Nie było w nim nic zaskakującego. Anonimowa osoba poinformowała dyżurnego o czerwonej Toyocie Camry, stojącej na środku skrzyżowania Siedemdziesiątej szóstej Wschodniej i Kingston Avenue.
                    Kolejnym krokiem było odnalezienie nagrań z monitoringu.

                    -Wow… - Simon usłyszał ciche westchnienie za swoimi plecami. Praca tak go pochłonęła, że nawet nie spostrzegł się, kiedy Becka podjechała do jego biurka.
                    -No… - przytaknął po raz kolejny oglądając kilkunastosekundowe nagranie z miejskiej kamery.
                    -Na wszystkich ujęciach tak to wygląda? - zapytała Becka.
                    Simon potwierdził skinieniem głowy i od razu pokazał kobiecie inne nagrania.

                    Na każdym z nich stało się dokładnie to samo. Czerwona Toyota Camry O’Hary wjechała na skrzyżowanie. Nagle samochód zatrzymał się na samym środku. Po kilku sekundach wysiadł z niego mężczyzna w czarnej, skórzanej kurtce. Nie zgasił silnika, ani nawet nie zamknął drzwi. Przeszedł kilka kroków, po czym upadł na kolana i gwałtownym ruchem złapał się za głowę. W następnej sekundzie na wszystkich nagraniach pojawiły się trzaski, szumy i pikselowy śnieg. Gdy nagranie wróciło do normy, O’Hara zniknął.

                    -Myślałam, że jak się pochwalę że zdobyła bilingi i wyciąg z karty O’Hary to zrobię na tobie wrażenie, ale to…- wskazała na ekran komputer z zapauzowanym nagraniem z monitoringu - Nie wiem tylko czy się cieszyć, czy bać. - zakończyła lekko drżącym głosem.

                    BREAK ON THROUGH

                    Eugene

                    Bez klucza, bez doświadczenia, bez żadnego wsparcia. Wyposażony jedynie w tani wytrych i marną instrukcja, jak go używać, Eugene pojechał do biura O’Hary. Matematyczne szanse powodzenia jego misji były niemal równe zeru. Jednak rezygnacja bez walki, bez podjęcia choćby jednej próby, nie leżała jednak w naturze Mullisa. Gdy wysiadł z taksówki i spojrzał na baner reklamujący agencję detektywistyczną, o jakże oryginalnej nazwie “O’Hara Investigation” przeszedł go dreszcz.
                    Nie chodziło tylko o trzaskający mróz, który nasilał się z każdą godziną. W tym co teraz robił było coś ekscytującego. Niemal tak samo, jak oczekiwanie na wynik kolejnego posiewu. Tyle się nasłuchał o akcjach agentów XIII, a jedyne co do tej pory robił to przeglądanie akt i ich żmudne katalogowanie. Teraz miała nastąpić prawdziwa weryfikacja, czy faktycznie nadaje się do tego. Przełknął głośno ślinę, Ściągnął barki do tyłu i ruszył pewnym krokiem w stronę wejścia.

                    Wszedł na pierwsze piętro po wąskich schodach. Echo jego kroków dudniło w korytarzu. Widział już swój cel. Ostatnie drzwi po lewej stronie. Gdy je zobaczył, nie wierzył w swoje szczęście. Lekko uchylone drzwi wyglądały, jak zaproszenie. Podejrzane, zwiastujące kłopoty, ale jednak zaproszenie.
                    Podszedł do nich wolno, kolejny raz przełykając ślinę. Czoło zrosiły mu drobniutkie kropelki potu. Już niemal chwytał za klamkę, gdy ktoś otworzył drzwi na oścież.
                    -Oh Jesus y Santa Maria, yo estaba tan asustada! - jęknęła po hiszpańsku, starsza kobieta w kwiecistej chuście na głowie - Przepraszam, ale nikt mi nie mówił, że pan przyjdzie. Przepraszam spóźniłam się, bo wnuczka ma gorączkę, ale już wszystko posprzątałam - zaczęła się tłumaczyć, a na dowód swoich słów wskazała dłonią na wciąż mokrą podłogę - Proszę uważać, bo można się poślizgnąć - dodała.
                    -Dobrze. Dziękuję - bąknął cicho Eugen, równie zaskoczony co meksykanka.
                    -To ja już pójdę. Dobranoc panu.
                    -Buenas noches, senora - odpowiedział, przypominając sobie ze szkoły lekcje hiszpańskiego.

                    Biuro O’Hary uderzało swoją ascetycznością. Minimum mebli i wyposażenia. Brak jakichkolwiek ozdób, pamiątek, czy nawet tablicy do zapisywania tropów w śledztwie. Na tle całości wyróżniała się skórzana kanapa, stojąca pod oknem. Ona jednak nie stanowiła żadnego dowodu w interesującej Mullisa sprawie. Nie pasowała do reszty wyposażenia, ale to nie znaczyło, że stanowi jakąkolwiek poszlakę.
                    Niczego ciekawego nie znalazł także w metalowych szafkach, gdzie O’Hara trzymał dokumentację prowadzonych spraw. Przejrzał kilka teczek i poza numerami telefonów, nazwiskami klientów, prostym opisem sprawy i rutynową umową, nie trafił na żaden ślad.

                    Biurko detektywa także nie przyniosło żadnych odkryć. Popielniczka. Staromodna zapalniczka i stos naukowych czasopism. Wyglądało na to, że O’Hara ma wykupioną prenumeratę Journal of Forensic Sciences, Forensic Science International, Law and Human Behavior i Behavioral Sciences & the Law. Ciekawe, wiele mówiące o jego zainteresowaniach i podejściu do pracy, ale nadal to nie mówiło Mullisowi nic na temat jego zaginięcia.

                    Dopiero gdy otworzył szufladę, mógł krzyknąć - bingo. W stosie drobnych biurowych śmieci, leżał mały notatnik. Wyglądał na mocno zużyty i często używany. O’Hara musiał zapisywać w nim drobne, bieżące zadania i sprawy.
                    Choć trudno było z tych notatek uzyskać pełen obraz, to nie ulegało wątpliwości, że Mullis trzymał w dłoniach puzzle do układanki, jaką było zaginięcie Dereka O’Hary.

                    MY HOME IS MY CASTLE

                    Alejandro, Vivenne, Daniel

                    Mieszkanie Dereka O’Hary było tak zwyczajne, jak tylko zwyczajne może być mieszkanie rozwiedzionego czterdziestolatka. To co na pewno rzucało się w oczy, to porządek. Nie każdy samotny facet potrafi utrzymać mieszkanie w takim stanie. Co kazało przypuszczać, że albo O’Hara ma jakąś kochankę, albo po prostu wynajmuje kogoś do sprzątania.
                    Na pewno też nic nie wskazywało na to, że O’Hara jest prywatnym detektywem, a tym bardziej agentem tajnej organizacji. Żadnych ścian powyklejanymi zdjęciami podejrzanych. Żadnych map na którym pinezkami pozaznaczano podejrzane miejsca.

                    Kilka mebli kupionych dawno temu, neutralne ściany, zużyta kanapa, telewizor, stolik z pilotem i kilkoma sportowymi magazynami leżącymi w pobliżu. W kuchni podstawowe wyposażenie, kilka kubków, ekspres do kawy i lodówka z kilkoma magnesami oraz kartkami przypiętymi do jej drzwi.
                    Uwagę co prawda zwracał dziecięcy pokój, ale z akt wiedzieli, że O’Hara ma syna, który zapewne gości czasami u niego. Zatem nie było w tym nic dziwnego, że ojciec ma specjalny pokój przygotowany dla dzieciaka.

                    –Spójrz - powiedział Daniel kiwając w stronę Alejandro.
                    -Hmmm… - mruknął Teksańczyk, spoglądając na ścienny kalendarz z odręczną notatką - Ciekawe.
                    Obok zakreślonej daty dwunastego stycznia, widniał dopisek:
                    “13:00 — L. GRANT POTWIERDZIĆ”

                    O wiele ciekawszy wydał się wszystkim gabinet O’Hary. Zwłaszcza dla Vivienne, która wiedziona wewnętrznym instynktem to właśnie tam od razu skierowała swoje kroki. Jej uwagę najpierw przykuł pokaźny księgozbiór, jaki zebrał Derek. Książki z najróżniejszych dziedzin, od medycyny, poprzez psychologię, a na okultyzmie i kryminalistyce kończąc. W bibliotece O’Hary można było znaleźć kryminały i literatura faktu, monografie dotyczące historii Chicago oraz Stanów Zjednoczonych, pozycje opisujące prawo, ale także te z zakresu religioznawstwa, antropologii, czy te mówiące o mitologii i dawnych wierzeń.
                    Przeglądając pobieżnie tytuły spostrzegła, że na grzbietach niektórych pozycji znajdowały się odręczne dopiski. Dość tajemnicze, trzeba przyznać adnotacje, które osobie postronnej, a taką była Vivienne nic nie mówiły.

                    W gabinecie znajdował się też komputer, ale jak się szybko okazało żeby się do niego dostać należało znać hasło. Blat biurka nie przypominał miejsca pracy detektywa. Wszystko wyglądało na bardzo uporządkowane, czyste, a wręcz sterylne. Przynajmniej takie wrażenie miał Mercer patrząc na biuro zaginionego agenta,
                    -A to co? - zapytał Hernandez wyciągając z szuflady osobliwą kartę.
                    -Kapłanka. To znaczy karta Tarota, przedstawiająca Kapłankę, albo Papieżycę w innej wersji - wyjaśniła Vivienne.
                    Nie pochodziła ona ani z talii Viscontich, ani Mantegny, ani z żadnego z klasycznych przedstawień Wielkich Arkanów. Karta którą trzymał w dłoniach Hernandez należała do jednej ze współczesnych, artystycznych wersji.

                    Gdy teksańczyk i akademiczka przyglądali się karcie, Mercer zapoznawał się z dalszą zawartość szuflady. Znalazł tam kopertę z rachunkiem oraz odręczną listę zakupów. Te dwie rzeczy wydały mu się o wiele ciekawsze i bardziej znaczące niż jakaś tam sobie karta, nawet jeśli pochodziła z “magicznego” Tarota.

                    1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                    ♥
                    1
                    • CavallinoC Niedostępny
                      CavallinoC Niedostępny
                      Cavallino jako Vivienne Ashcroft
                      napisał(a) ostatnio edytowany przez
                      #22

                      Nie wiedziała, czego właściwie się spodziewała w mieszkaniu O'Hary. Chyba czegoś bardziej osobistego. Śladów pośpiechu, bałaganu, skarpetek rzuconych w kąt... czegokolwiek. Tymczasem wszystko wyglądało zwyczajnie. Uporządkowanie mieszkania niemal ją zaniepokoiło.

                      Przeszła kilka kroków, rozglądając się po wnętrzu, aż jej wzrok zatrzymał się na drzwiach. Nie potrafiła powiedzieć dlaczego, ale nagle poczuła potrzebę, żeby tam pójść.

                      Pchnęła drzwi, jak się okazało, prowadzące do gabinetu O'Hary. Nagle zdała sobie sprawę, że stoi tuż przy półkach zapełnionych książkami. Czuła się otumaniona, jakby była w transie.
                      Zmęczenie – pomyślała, przesuwając wzrokiem po tytułach.

                      Już miała sięgnąć po jedną z pozycji, kiedy usłyszała pytanie jednego z towarzyszy.
                      – A to co?

                      Viv z trudem oderwała wzrok od biblioteczki i skierowała spojrzenie na trzymaną przez mężczyznę kartę. Podeszła bliżej żeby lepiej widzieć. Przełknęła nerwowo ślinę.

                      – Kapłanka. To znaczy karta Tarota, przedstawiająca Kapłankę, albo Papieżycę w innej wersji - wyjaśniła Vivienne.

                      Kapłanka. Przez moment po prostu patrzyła na ilustrację, czując nieprzyjemne ukłucie gdzieś pod żebrami. Przypomniała sobie ich ostatnie spotkanie. Pytania O'Hary o symbole, rytuały i ludzi, którzy znikali, a później wracali odmienieni. I kartę, którą znalazła w swoim własnym rozkładzie.

                      Drżącą ręką sięgnęła po tę znalezioną w gabinecie.

                      – Mogę? – spytała, przejmując kartę. Obróciła ją w palcach, przyglądając się dokładniej ilustracji i wykonaniu. Nie była to karta z klasycznej talii, którą znała. Spróbowała sobie przypomnieć czy kojarzyła ten konkretny wizerunek i skąd mógł pochodzić.
                      Przez moment wpatrywała się w ilustrację, czując nieprzyjemne ukłucie w żołądku. Przypomniała sobie ostatnie spotkanie z O'Harą i kartę która pojawiła się w jej własnym rozkładzie. – Znowu kapłanka – mruknęła do siebie, nadal obracając ją w palcach.

                      – Widziałam tą kartę wcześniej. Pojawiła się przy ostatnim rozkładzie jaki robiłam dla O'Hary... i znowu dzisiaj rano.

                      1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                      1
                      • KetharianK Niedostępny
                        KetharianK Niedostępny
                        Ketharian jako Alejandro Garcia Hernández
                        Obsługa Moderator Mecenas
                        napisał(a) ostatnio edytowany przez Ketharian
                        #23

                        text alternatywny


                        Mieszkanie Dereka O’Hary


                        Wygląd i atmosfera mieszkania mówiły bardzo wiele o osobie lokatora. Alejandro nigdy nie poznał Dereka osobiście, a mimo to odniósł wrażenie, że od razu by się dobrze zrozumieli i że mógłby z przyjemnością z nim współpracować. Panujący w mieszkaniu ład i porządek robił na Latynosie stosowne wrażenie, podobnie jak fachowy księgozbiór. Hernández przeszedł szybkim krokiem przez cały apartament upewniając się, że wszystkie rolety w oknach są opuszczone, a zasłony zaciągnięte dość szczelnie, by zminimalizować ryzyko dojrzenia zapalonych świateł z zewnątrz budynku.

                        Zadowolony z inspekcji, wyciągnął z kieszeni komórkową Nokię i wysłał krótkiego SMS-a na numery telefonów reszty agentów, kątem oka obserwując jednocześnie oglądającą księgozbiór gospodarza Vivienne.

                        Jesteśmy w środku, zero komplikacji, sprawdzamy.

                        W ślad za SMSem wysłał jeszcze zdjęcie kalendarza i wpisanego weń nazwiska Grant, nauczony doświadczeniem tego, aby jak najwięcej dowodów dokumentować cyfrowo i dzielić z resztą zespołu - tego rodzaju higiena pracy w dochodzeniach ułatwiała identyfikowanie anomalii tam, gdzie percepcja poszczególnych członków zespołu zaczynała się między sobą diametralnie różnić.

                        Brak dostępu do komputera był rozczarowujący, ale nie zaskakujący, a zawartość szuflad biurka nie przyprawiła Teksańczyka o przyśpieszone bicie serce - tylko rzut oka na wyraz twarzy Vivienne, kiedy ta oglądała podaną jej kartę tarota wywołał u Hernándeza przelotne wrażenie głębszego zainteresowania.

                        - Proszę nie czuć urazy, ale to tylko karta do wróżenia - powiedział nie wiedząc, na ile serio kobieta traktowała zabawy z tarotem, przez niego samego postrzegane z ogromnym sceptycyzmem - Jakie jest prawdopodobieństwo wyciągnięcia takiej karty w dwóch następujących po sobie rozdaniach? Nie znam się na tym, ale chyba nie jest jakoś drastycznie znikome, matematycznie rzecz biorąc?

                        Popieram postulat Gladina wzywający do zniszczenia 4-tej edycji WFRP!

                        1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                        0
                        • JaremaJ Niedostępny
                          JaremaJ Niedostępny
                          Jarema jako Tomas Jonson
                          napisał(a) ostatnio edytowany przez Ketharian
                          #24

                          Policyjny parking


                          Tomas podszedł do samochodu O’Hary i przez chwilę przyglądał mu się w milczeniu.
                          Na całym parkingu śnieg nie przestawał padać. Kolejne samochody powoli znikały pod białą warstwą, a ich dachy i maski były coraz bardziej zasypane.
                          Tylko jeden samochód wyglądał inaczej.
                          Samochód O’Hary.
                          Nadal nie był pokryty śniegiem.
                          Tomas podszedł bliżej i położył dłoń na masce.
                          Natychmiast ją cofnął.
                          Maska była zimna. Nie po prostu chłodna, ale wręcz lodowata.
                          Zmarszczył brwi.
                          Czyli nikt go niedawno nie uruchamiał.
                          Gdyby silnik pracował niedawno albo samochód był używany chwilę wcześniej, maska powinna być przynajmniej trochę cieplejsza. Tymczasem temperatura była praktycznie taka sama jak otaczającego go metalu.
                          Tomas spojrzał na samochód jeszcze raz.
                          Więc dlaczego nie ma na nim śniegu?
                          Nie miał odpowiedzi.
                          Zamiast dalej zgadywać, postanowił zebrać to, co mógł sprawdzić sam.
                          Otworzył torbę przewieszoną przez ramię i wyjął z niej niewielkie, sterylne nożyczki oraz czysty pojemnik na próbki.
                          Rozejrzał się, wybierając miejsce, w którym pobranie próbki nie powinno być zbyt widoczne.
                          Następnie, bardzo delikatnie, odciął niewielki fragment powłoki lakierniczej.
                          Umieścił go w sterylnym pojemniku i dokładnie zabezpieczył.
                          próbkę.
                          Schował pojemnik do torby.Tomas wsiada do samochodu O’Hary i zaczyna dokładnie przeszukiwać jego wnętrze. Sprawdza schowki, kieszenie drzwi, przestrzeń pod siedzeniami i wszystko, co może wyglądać na pozostawione w pośpiechu.

                          Po chwili znajduje paragon ze stacji benzynowej. Przygląda mu się przez moment, próbując zapamiętać najważniejsze informacje i chowa go do kieszeni .

                          Następnie jego wzrok pada na aparat fotograficzny leżący w samochodzie.

                          Tomas bierze go do ręki. Aparat wygląda na uszkodzony. Nie wiadomo, czy jeszcze działa, a próba jego uruchomienia mogłaby tylko pogorszyć sytuację.

                          – Może Simon będzie w stanie coś z niego odzyskać... Lepiej nie ryzykować.

                          Tomas ostrożnie odkłada aparat, do torbę i chowa go do środka, zabezpieczając go przed dalszym uszkodzeniem.

                          W tym momencie, gdy sięga jeszcze raz po rzeczy znajdujące się w samochodzie, nagle wszystko gaśnie.

                          Zapada bezwzględna cisza i całkowita ciemność.

                          Tomas zamiera.

                          Po chwili jego oddech zaczyna przyspieszać. Ciemność natychmiast przywołuje wspomnienia tamtego wypadku.

                          Nerwowo zaczyna szukać klamki drzwi.

                          Przez moment nie może jej znaleźć.

                          Panika narasta, aż w końcu jego dłoń trafia na klamkę.

                          natychmiast ją naciska i otwiera drzwi, wydostając się z samochodu.
                          Tomas wysiada z samochodu i przez chwilę stoi nieruchomo, opierając dłonie na kolanach.

                          Z jego piersi uchodzi ciężkie westchnienie ulgi, jakby ktoś właśnie zdjął z niego ogromny ciężar. Dopiero teraz zauważa, jak bardzo był spięty.

                          Zaczyna głębiej oddychać.

                          Raz.

                          Drugi.

                          Powoli uspokaja oddech i prostuje się.

                          Wtedy spogląda na samochód O’Hary.

                          Jeszcze przed chwilą nie było na nim ani grama śniegu. Teraz całe auto jest zasypane grubą warstwą białego puchu.

                          Tomas patrzy na nie przez moment, próbując połączyć fakty.

                          – To przez to...Zaczyna rozumieć, co się stało. Śnieg musiał doprowadziło do nagłego odcięcia światła.

                          Tomas jeszcze raz spogląda na zasypany samochód, po czym wypuszcza powietrze z wyraźną ulgą.

                          – Dobra... to tylko śnieg.

                          Nie zamierza jednak dłużej tutaj zostawać.

                          Odwraca się i rusza w stronę swojego samochodu. Wsiada, uruchamia silnik i powoli wyjeżdża z miejsca, w którym stał samochód O’Hary.

                          Po chwili podjeżdża pod bramę.

                          Zatrzymuje samochód i spogląda w stronę miejsca, gdzie stała Debbi.– I co? – zapytała policjantka. – Rozwiązałeś już swoją wielką zagadkę?

                          – Niestety nie. Ale mam kilka nowych pytań.

                          – Czyli typowy dzień w pracy dziennikarza?

                          – Dokładnie.

                          – Następnym razem to ja stawiam pączki i kawę – powiedziała Debbie z lekkim uśmiechem.

                          Tomas przez moment patrzył na nią z wyraźnym zaskoczeniem. Propozycja najwyraźniej go rozbawiła, ale jednocześnie chyba nie spodziewał się, że rozmowa zakończy się właśnie w taki sposób.

                          – O, proszę. Nie sądziłeś, że jedna kawa i pączek załatwią sprawę – Debbie dodała z rozbawieniem widząc zdziweinie tomas .

                          Na twarzy Tomasa pojawił się szerszy uśmiech,pokręcił lekko głową, jakby właśnie zdał sobie sprawę, że chyba zbyt łatwo dał się przekonać.

                          –Myy … może powinienem częściej stosować tę metodę. Kawa, pączek i nagle człowiek może dowiedzieć się znacznie więcej niż po godzinie siedzenia nad papierami.

                          Tomas na chwilę zamilkł, po czym jego mina stała się bardziej skupiona. Nie chciał jednak całkowicie zmieniać lekkiego tonu rozmowy, dlatego zaczął ostrożnie.

                          – Właściwie, skoro już o tym mówimy, chciałem cię jeszcze o coś zapytać.

                          Spojrzał na Debbie uważniej.

                          – Chodzi o O’Hare’a. Mam informację, że podobno pracował w policji. Nie wiem jeszcze, na jakim dokładnie stanowisku ani czym się zajmował, dlatego pomyślałem, że może ty będziesz wiedziała coś więcej.Tomas oparł się wygodniej, dając jej chwilę na odpowiedź.

                          – Kojarzysz go? Albo może słyszałaś o jakiejś sprawie, przy której pracował?

                          Po krótkiej chwili dodał:

                          – Szczególnie interesują mnie takie przypadki, które na pierwszy rzut oka wyglądają całkiem zwyczajnie, ale później zaczynają się nie zgadzać.

                          Uśmiechnął się lekko.

                          – Zaginięcia, porzucone samochody, dziwne zgłoszenia… cokolwiek, co wydarzyło się w okolicy i z jakiegoś powodu nie daje ci spokoju.

                          Tomas przez moment zastanawiał się, czy powiedzieć coś więcej. Ostatecznie jednak uznał, że lepiej nie zasypywać Debbie wszystkimi swoimi podejrzeniami.

                          – Wiesz, jak jest z „Tajną Prawdą”. Normalny człowiek widzi porzucony samochód i myśli: „pewnie właściciel poszedł po pomoc”. My widzimy porzucony samochód i zaczynamy się zastanawiać, dlaczego właściciel zniknął, dokąd pojechał i czy przypadkiem nie zostawił po drodze czegoś, czego nie powinien zostawić.

                          Tomas zaśmiał się cicho.

                          – Czasami wychodzą z tego naprawdę ciekawe rzeczy. A czasami tylko okazuje się, że ktoś zapomniał, gdzie zaparkował.

                          Na moment wrócił do poważniejszego tonu.

                          – Dlatego jeśli przypominasz sobie coś dziwnego z ostatnich spraw albo coś, co może mieć związek z O’Hare’em, chętnie tego posłucham. Oczywiście bez proszenia cię o robienie czegoś, czego nie możesz robić w ramach swojej pracy.

                          Tomas skinął głową, po czym dodał z lekkim uśmiechem:

                          – Możemy przecież współpracować po przyjacielsku. Ty masz swoje źródła, ja mam swoje gazety, a „Tajna Prawda” ma wyjątkowo kiepski budżet na kawę.

                          Przez chwilę wyglądał, jakby coś jeszcze przyszło mu do głowy.

                          – Właściwie… skoro już ustaliliśmy, że następnym razem ty stawiasz kawę i pączki, to może mamy początek naszej nieoficjalnej współpracy.

                          Tomas uśmiechnął się szerzej.

                          – Jeszcze tylko muszę wymyślić ci jakiś pseudonim. Każdy szanujący się korespondent „Tajnej Prawdy” powinien jakiś mieć.Debbi przez moment milczy. Widać, że próbuje sobie coś przypomnieć, ale najwyraźniej nie jest w stanie powiedzieć mu nic więcej.
                          – Naprawdę nie mam teraz nic więcej, co mogłabym ci powiedzieć...
                          Tomas kiwa głową. Nie naciska.
                          – Rozumiem.
                          Debbi po chwili dodaje:
                          – Ale spróbuję popytać kilku kolegów. Może ktoś coś pamięta albo coś słyszał. Jeśli czegoś się dowiem, dam ci znać.
                          Tomas wyciąga z kieszeni wizytówkę i podaje ją Debbi.
                          – To mój numer. Gdybyś sobie coś przypomniała albo ktoś z twoich kolegów coś wiedział, zadzwoń.
                          Debbi bierze wizytówkę i przygląda się jej przez chwilę.
                          Tomas jeszcze raz kiwa jej głową na pożegnanie, po czym rusza samochodem.
                          Przejeżdża przez bramę i po chwili znika z terenu.
                          Kiedy tylko znajduje się na drodze, sięga po telefon.
                          Wybiera numer Becky.
                          – Hej, Becky. Masz chwilę? Pomyślałem, że moglibyśmy spotkać się w Biurze
                          Po krótkiej chwili dodaje:
                          – I mam do ciebie małą prośbę. Jeśli możesz, ściągnij też Simona i doktorka Eougene. Chciałbym z wami porozmawiać o tym, co znalazłem.
                          Tomas kończy rozmowę i rusza dalej, zastanawiając się, co właściwie udało mu się znaleźć w samochodzie O’Hary.

                          1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                          ♥
                          1
                          • PiołunP Niedostępny
                            PiołunP Niedostępny
                            Piołun jako Daniel Mercer
                            Mecenas
                            napisał(a) ostatnio edytowany przez
                            #25

                            Mieszkanie O’Hary rozczarowało Daniela swoją zwyczajnością. Po tym, czego nasłuchał się jeszcze w bazie, spodziewał się chyba czegoś innego. Może bałaganu po nagłym wyjściu, niedopitej kawy, otwartej szuflady, czegokolwiek, co sugerowałoby, że coś przerwało jego zwykły rytm dnia. Tymczasem wszystko wyglądało tak, jakby O’Hara po prostu wyszedł rano do pracy i miał wrócić wieczorem jak grzeczny harcerz. Vivienne zdawała się również zauważyć ten szczegół. Przeglądając jednak uważnie lokum, po jakimś czasie na ściennym kalendarzu w końcu znaleźli coś konkretniejszego.
                            – Spójrz – rzucił do Hernandeza, wskazując zakreśloną datę.
                            Przez chwilę przyglądał się dopiskowi obok dwunastego stycznia. L. Grant. Potwierdzić. Trzynasta. Niewiele, ale przynajmniej było o co zahaczyć. Daniel wyjął telefon i zrobił zdjęcie wpisu, bardziej z potrzeby posiadania wszystkich wskazówek pod ręką niż z obawy, że coś zaraz zniknie. Może warto byłoby założyć jakiś wspólny folder, gdzie będą zbierać wszystko, co znajdą w tej sprawie? Szkoda, że nie ustalili tego przed wyjściem, ale równie dobrze mógł zacząć teraz. Szybko założył katalog na podręcznym dysku hostingowym. Dostęp dla reszty ustawi później.

                            – Może ten cały Grant rzuci trochę więcej światła na zniknięcie O’Hary – zarzucił luźno. – Warto sprawdzić, czy uda nam się znaleźć do niego numer albo cokolwiek więcej.
                            Gabinet okazał się ciekawszy. Mercer zatrzymał się przy biurku i przez chwilę omiatał wzrokiem jego powierzchnię. Było aż nazbyt czysto. Nie sterylnie jak w laboratorium, ale na tyle porządnie, że trudno było uwierzyć, iż ktoś prowadził tutaj kilka spraw jednocześnie i nie zostawił po sobie stosu papierów, luźnych notatek ani przynajmniej kubka z zaschniętą kawą. Coś mu w tym nie pasowało. Czy ktoś mógł być tu przed nimi? Komputer zwrócił jego uwagę niemal od razu. Spróbował dostać się do systemu, ale szybko zatrzymał się na ekranie logowania. Nie zamierzał bawić się w łamanie zabezpieczeń na ślepo. Simon zrobiłby to szybciej i z mniejszą szansą na spieprzenie czegoś po drodze.

                            Kiedy Hernandez znalazł kartę, Daniel rzucił na nią krótkie spojrzenie i przewrócił oczami. Tarot zdecydowanie nie był jego bajką. Vivienne wyglądała za to na kogoś, kto mógł zrozumieć sens pozostawienia pojedynczej karty, o ile w ogóle jakiś za tym stał. Rachunek i lista zakupów były bardziej w jego guście. Wyjął oba papiery i rozłożył je obok siebie na blacie. Najpierw spojrzał na datę i godzinę zakupu, potem na miejsce wystawienia paragonu, a na końcu zaczął porównywać pozycje z odręczną listą. Interesowało go przede wszystkim to, czy O’Hara kupił coś, czego wcześniej nie planował, albo przeciwnie, czy na liście znajdowało się coś, czego na rachunku brakowało. Takie drobiazgi potrafiły czasem szybko odsłonić rzeczy, których wcześniej nikt nie brał pod uwagę.

                            Dopiero wtedy usłyszał za plecami głos Vivienne. Ta sama karta miała pojawić się wcześniej w rozkładzie robionym dla O’Hary. A więc znała temat nie tylko od strony akademickiej. Dobrze wiedzieć. Na całe szczęście przez swoją małomówność nie zdążył wcześniej rzucić żadnej lekceważącej uwagi. Byłoby głupio teraz.
                            – Do pytania kolegi dorzuciłbym jeszcze jedno. Czy kładła mu pani Tarota w jego obecności, czy zrobiła ten rozkład później, z ciekawości, już dla siebie? To może mieć znaczenie. Jeśli widział tę kartę przy poprzednim rozkładzie, mógł zostawić ją tutaj celowo. Co właściwie pokazały wtedy pozostałe karty?
                            Pytanie zdradzało, że Daniel wiedział o Tarocie odrobinę więcej, niż można było się po nim spodziewać. Nadal uważał całość za bzdurę, ale w młodości miał koleżankę, która była nieźle wkręcona w tarota, więc siłą rzeczy zapamiętał to i owo. Kojarzył przynajmniej, że w podstawowym układzie kładzie się trzy karty, jedną po drugiej, i że każda następna nadawała kontekst pozsotym. Mercer uniósł wzrok znad papierów. Przez moment popatrzył na kartę trzymaną przez Vivienne, później na nią samą.
                            – Zrobię jej zdjęcie. Na wszelki wypadek – powiedział spokojnie. – Proszę położyć ją na chwilę na stole. Pierwsze awersem, a później rewersem.
                            Nie był szczególnie przekonany, że karta okaże się czymś istotnym. Po prostu starał się dobrze skatalogować wszystko, co znaleźli. Widział już w XIII wystarczająco dużo rzeczy, żeby nie śmiać się z powtarzających się zbiegów okoliczności.
                            Nagle wróciły do niego słowa spikera, którego słuchali po drodze. O czym on właściwie pieprzył? O pamięci, że nie jest kamerą, tylko kimś, kto wchodzi do pustego mieszkania i próbuje odtworzyć poprzedni wieczór z tego, co zostało na stole. W samochodzie brzmiało to jak zwykłe nocne filozofowanie, dobre na śnieżycę i długą drogę przez Chicago. Teraz jednak jakoś zbyt dobrze pasowało do tego, co właśnie robili. To było odrobinę zbyt dziwne, żeby chciał się nad tym dłużej zastanawiać. Odepchnął tę myśl i ponownie spojrzał na rachunek.

                            – Nie chcę się rządzić, ale może podzielmy się zadaniami. Co wy na to? Ja sprawdzę papiery i sprzęt. Vivienne, możesz zobaczyć, czy te dopiski na książkach coś ci mówią? Alejandro, może spróbujemy ustalić, kim jest Grant?
                            Wskazał jeszcze brodą na komputer.
                            – A jak skończymy tutaj, trzeba będzie go zabezpieczyć i podrzucić Simonowi. Z naszej grupy chyba najlepiej nadaje się do grzebania w czymś takim.
                            Po tych słowach wrócił do rachunku i listy zakupów. Jeśli O’Hara rzeczywiście przeczuwał, że coś może mu się stać, Daniel wolał wierzyć, że zostawił po sobie coś bardziej użytecznego niż kartę Tarota.

                            1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                            ♥
                            1
                            • CavallinoC Niedostępny
                              CavallinoC Niedostępny
                              Cavallino jako Vivienne Ashcroft
                              napisał(a) ostatnio edytowany przez
                              #26

                              – Statystyka nie ma tutaj aż tak wiele do powiedzenia – odpowiedziała spokojnie, spoglądając na Alejandro. – Tarot to nie karty do gry. Każda karta niesie ze sobą określoną symbolikę, historię i znaczenie.
                              Przez chwilę obracała Kapłankę w palcach.
                              – Oczywiście można policzyć prawdopodobieństwo, że ta sama karta pojawi się w dwóch kolejnych rozkładach. Tylko to podejście opiera się na przekonaniu, że wybór kart jest wyłącznie przypadkowy. Tarot opiera się na zupełnie innych założeniach – tutaj na to co pojawia się w rozkładzie, wpływa zarówno intencja osoby pytającej, jej energia, intuicja… zależnie od tradycji można to nazywać różnie. Osoba, która korzysta z Tarota, nie wybiera kart przypadkowo. To… – zawahała się, szukając słowa, które nie zabrzmi zbyt pretensjonalnie – …połączenie między osobą a kartami. Kombinacja tych czynników wpływa na to, co się pojawia. Dlatego dwukrotne pojawienie się tej samej karty samo w sobie nie jest dowodem na nic nadnaturalnego. Znaczenie ma kontekst, w którym się ona pojawia.
                              Milczała chwilę, nadal przyglądając się trzymanej karcie.
                              – Robiłam dla O'Hary kilka rozkładów. Czasami pojawiała się Kapłanka, czasami nie. Jednak podczas naszego ostatniego spotkania… jestem pewna, że Kapłanki nie było na stole, kiedy wykładałam karty.
                              Przełknęła ślinę.
                              – Ale po wyjściu O'Hary już się tam znajdowała.
                              Potrząsnęła głową, jakby próbowała pozbyć się wspomnienia. Spojrzała na księgozbiór.
                              – Nie. Nie mam pojęcia, co oznaczają te odręczne dopiski na grzbietach książek. Trochę wygląda to na szyfr, prawda? Daty może? Albo jakiś katalog? Rodzaj sprawy, data i numer? Trochę przypomina mi numery faktur, które wystawiam. – powiedziała. Jej spojrzenie przesunęło się z biblioteczki na dokumenty leżące na biurku. Sama nie wiedziała dlaczego, ale nagle poczuła, że powinna jeszcze raz na nie spojrzeć. Podeszła bliżej i przerzuciła kilka kartek, zatrzymując się przy jednym z rachunków.
                              – Ciekawe. O'Hara opłacał dodatkowe pomieszczenie na strychu – podniosła wzrok na mężczyzn. – Może tam trzymał dokumentację związaną ze śledztwem?

                              1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                              👍 ♥
                              2
                              • KetharianK Niedostępny
                                KetharianK Niedostępny
                                Ketharian jako Alejandro Garcia Hernández
                                Obsługa Moderator Mecenas
                                napisał(a) ostatnio edytowany przez
                                #27

                                Mieszkanie Dereka O’Hary


                                Oczywista w swej naturze uwaga Ashcroft wprawiła Alejandro w stan głębokiej irytacji, której źródłem nie była osoba kobiety ani jej spostrzeżenie, tylko frustracja brakiem własnej spostrzegawczości. Latynos nie potrafił pojąć jak sam tego wcześniej nie zauważył spoglądając przez ramię Daniela na wyciągane przez niego z biurka dokumenty.

                                - Ma pani rację, Vivienne - oznajmił marszcząc lekko czoło - Nie zwróciłem uwagi na charakter tego rachunku. Może znajdziemy tam tylko stare graty, ale lepiej sprawdzić to od razu. I skoro o papierach mowa, wyślę ten numer do Becki, niech spróbuje zidentyfikować właściciela.

                                Włączywszy aparat w telefonie, Hernández zrobił zdjęcie numeru zapisanego przez O’Harę na osobnej i poplamionej czymś karteczce.

                                312-555-01313.

                                - Chodźmy na ten strych, tylko proszę pamiętać, że nie chcemy zwracać na siebie uwagi, dobrze?

                                Popieram postulat Gladina wzywający do zniszczenia 4-tej edycji WFRP!

                                1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                0
                                • CavallinoC Niedostępny
                                  CavallinoC Niedostępny
                                  Cavallino jako Vivienne Ashcroft
                                  napisał(a) ostatnio edytowany przez
                                  #28

                                  Vivienne zerknęła na Alejandro, zauważając napięcie na jego twarzy. Kącik jej ust drgnął w lekkim uśmiechu.
                                  – Oczywiście. Postaram się nie rzucać w oczy – zapewniła go z niewinnym usmiechem, oddając rachunek i kierując się do regału z książkami.
                                  Przesunęła palcami po kilku grzbietach, po czym wyciągnęła jedną z ksiąg z tajemniczym szyfrem zapisanym srebrnym markerem. Pogłaskała dłonią okładkę, jakby próbowała zgarnąć z tomu niewidzialne pyłki kurzu. Nawyk którego nie była świadoma, ale wykonywała go za każdym razem kiedy sięgała po książkę.
                                  – Jest sens dalszego przeszukiwania mieszkania? W sumie to się nie znam na profesjonalnych przeszukiwaniach – w filmach policja robi to dość drobiazgowo, ale oczywiście zdam się na wasze doświadczenie w tej kwestii.

                                  1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                  1
                                  • PiołunP Niedostępny
                                    PiołunP Niedostępny
                                    Piołun jako Daniel Mercer
                                    Mecenas
                                    napisał(a) ostatnio edytowany przez
                                    #29

                                    Mercer uniósł lekko brwi na wyjaśnienie Vivienne dotyczące Kapłanki. Cała ta opowieść o energii, intencji i połączeniu z kartami trafiała dokładnie w tę część jego umysłu, która stanowczo odrzucała podobną synergie z talią kart. I tym razem powstrzymał się komentarzem. Zwłaszcza informacja, że karta pojawiła się dopiero po wyjściu O’Hary, była wystarczająco dziwna, żeby przynajmniej jej nie ignorować. Czy pęknięcia mogły objawiać się w tak wąskim zakresie?
                                    – Dobra. To już brzmi ciekawiej niż zwykły zbieg okoliczności – przyznał krótko.
                                    Kiedy Vivienne zwróciła uwagę na rachunek za dodatkowe pomieszczenie na strychu, Daniel od razu odłożył papiery. To był wreszcie trop, którego nie trzeba było interpretować.
                                    – Strych ma sens. Jeśli chciał coś trzymać poza mieszkaniem, trudno o lepsze miejsce.
                                    Na pytanie o dalsze przeszukiwanie rozejrzał się jeszcze raz po gabinecie.
                                    – Mieszkanie nie ucieknie. Najpierw sprawdźmy to pomieszczenie, a jeśli nic tam nie znajdziemy, wrócimy tutaj i przejdziemy wszystko dokładniej.
                                    Zabrał torbę ze sprzętem i ruszył za Hernandezem w stronę wyjścia.
                                    – Postaram się nie zwracać uwagi – dodał po chwili. – Chociaż przy trzech osobach skradających się nocą na strych może być z tym różnie. – zauważył, pozwalając sobie na żart.

                                    1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                    1
                                    • BardielB Niedostępny
                                      BardielB Niedostępny
                                      Bardiel jako Simon Tanner
                                      napisał(a) ostatnio edytowany przez Bardiel
                                      #30

                                      Becka zerknęła w stronę Simona, jakby się chciała upewnić, czy ją rozumie i podziela przemyślenia. Mężczyzna nie spojrzał w jej stronę choćby przelotnie. Oczy Simona cały czas błądziły po ekranie komputera. Zmarszczone czoło wskazywało, że myśli nad czymś intensywnie i raczej nie jest to audycja radiowa.
                                      Klik…
                                      Klik…
                                      Klik…
                                      Becka zapewne zdążyła już założyć, że zostanie zignorowana, gdy nagle…
                                      – Gość bredzi - odparł sucho blondyn, który najwyraźniej jednak rejestrował głos kobiety. - Jak każdy radiowiec. Gdy posadzisz kogoś przy mikrofonie i każesz mu w kółko nawijać to musi bredzić. Ludzie rzadko mówią coś wartościowego.
                                      Simon poprawił prostokątne okulary charakterystycznym dla siebie gestem.
                                      – Ale przynajmniej nie puszcza reggae. Od reggae robię się agresywny.
                                      Czy to był żart? Ciężko powiedzieć, gdyż ton Tannera brzmiał jakby podzielił się jakimś naukowym faktem. Z drugiej strony zazwyczaj tak właśnie brzmiał, więc może wcale nie był dziwny, tylko na sucho serwował istny kabaret!

                                      “Kiedy naprawdę chcemy coś znaleźć, zaczynamy dostrzegać wskazówki wszędzie.”

                                      Spojrzenie Simona wreszcie oderwało się od monitora. Wzrok utkwił w podłodze. Czyżby radiowiec zadał właśnie kłam jego stwierdzeniu? Czyżby powiedział coś, co poruszyło przemądrzałego korpoblondasa na tyle, by oderwał się na chwilę od swego toku myślowego?
                                      Uniósł wreszcie wzrok, który skrzyżował się ze spojrzeniem Becki. Nie komentował. Przez moment wydawało się, jakby zrozumieli się bez słów. Tak, Simon również zastanawiał się czy nie dostrzega śladów tam gdzie ich nie ma. Być może obsesyjnie widział wzorce, których nigdy nie było. Być może trwało to już nawet od dwudziestu lat. W jedną chwilę niewinna audycja radiowa wydała mu się ponurą przestrogą.

                                      W milczeniu wrócił do pracy.


                                      Po kilkudziesięciu minutach grzebania w policyjnej bazie Simon otworzył nagranie, które zdawało się aktywować w jego głowie coś w rodzaju stresu pourazowego. Przez moment umysł mężczyzny był tak zawieszony, że nawet nie zdenerwowało go “zakradnięcie” się Becki zza pleców - czego w normalnych warunkach chorobliwie nie znosił.

                                      Trzaski i szum kamery przywołały w umyśle Simona gwałtownie migoczącą lampkę nocną. Zapalił ją tamtej nocy, gdy coś zabrało siostrę. Rozpaczliwie liczył, że światło pomoże przegonić nocne “potwory spod łóżka”. Lampa migotała, migotała, aż nagle żarówka uległa spaleniu. Gdy zapalił główne światło, Sary już nigdzie nie było. Pamiętał jak matka łajała następnego dnia ojca, że już od miesiąca mówi mu, aby wymienił żarówkę w lampce.
                                      – Impuls - wypalił nagle, jakby otrząsnął się z transu. - Impuls elektromagnetyczny. Jeśli coś zakłóciło kamerę to pewnie też wszystkie inne urządzenia elektroniczne na obszarze. Muszę sprawdzić jakoś czy doszło do innych zakłóceń. Nie wiem, oświetlenia miejskiego, świateł drogowych. Zgłoszenia zepsutych telefonów. Zerwane połączenia. Eletronika w samochodach. Tym i wszystkich naokoło. Kurwa, nie wiem.
                                      Rzadko zdarzało mu się przeklinać. Simon zdjął okulary i przetarł oczy w taki sposób, jakby chciał je wydłubać. Zaraz potem gwałtownie wstał z miejsca. Zdjął marynarkę i podwinął rękawy koszuli.
                                      – Widzisz to co ja, prawda? Facet zniknął. Widzimy to razem, prawda?
                                      Z kieszeni wyjął dyktafon i zaczął mówić wprost do niego.
                                      – Tutaj Simon Tanner. Właśnie obejrzałem nagranie z monitoringu, na którym widać jak O’Hara chwyta się za głowę i znika na środku skrzyżowania.
                                      Mężczyzna wyciągnął w stronę Becki dyktafon. W jego oczach malowała się desperacja.
                                      – Powiedz, że też to widzisz zanim jutro okaże się, że to nagranie nie istnieje a ty niczego nie pamiętasz.

                                      Nagle mężczyzna spojrzał w stronę billingów oraz połączeń wyświetlanych na monitorach niepełnosprawnej kobiety. Zostawił dyktafon rękach skonsternowanej Becki, jakby zapomniał o całej sprawie. Powolnym krokiem podszedł do radia, nachylając się nad głośnikiem.
                                      – Wiesz co, Zack? Wiesz co teraz zrobię? - lekki, nieco maniakalny uśmiech przebiegł przez twarz Simona. - Rozrysuję na mapie dokładnie wszystkie punkty gdzie był O’Hara, do jakiego punktu dzwonił, skąd dzwonił, do kogo dzwonił… Potem będę sprawdzać gdzie były zakłócenia elektromagnetyczne. I może to wszystko będzie tylko powiązane w mojej głowie. A może nie.
                                      Okulary wylądowały z powrotem na nosie Simona. Poprawił je identycznym gestem jak wcześniej. Spoważniał.
                                      – Wracam do pracy. Musimy ustalić kto to jest Lionel Grant. I jeszcze…
                                      Simon zmrużył oczy, patrząc na billingi.
                                      – Te cztery niezidentyfikowane telefony. W krótkim czasie. Sygnał zaczęła łapać inna wieża. Przemieścił się z sektora zachodniego do centralnego. Śledził kogoś i się meldował? Nie, to bez sensu. Meldowałby się przecież Fergusonowi. Z kim on rozmawiał…
                                      Simon wrócił do biurka.
                                      – Nie żartowałem z dyktafonem - rzucił jeszcze, nim palce zaczęły grać na klawiaturze.

                                      1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                      ♥ 😱 👍
                                      1
                                      • NabuchodonozorN Niedostępny
                                        NabuchodonozorN Niedostępny
                                        Nabuchodonozor jako Eugene Mullis
                                        napisał(a) ostatnio edytowany przez Nabuchodonozor
                                        #31

                                        Pasażowanie

                                        85703e0c-e76e-4423-8cf9-acc232ffdbac-image.jpeg

                                        To zabawne gdy wyobraźnia przemieszana z życiowym doświadczeniem podpowiada pewne porównanie, a idące dalej życie jakby próbuje owo porównanie ugruntować.

                                        Przecież to wszystko to tylko efekt działania pompy sodowo- potasowej w ludzkim organizmie, a jednak są momenty, że wydaje się jakby to było coś wyższego. Zabawna iluzja.

                                        Oto jeszcze niedawno Eugene Mullis Ph D porównał całą grupę i jej działania do posiewu redukcyjnego, a teraz w zupełnie zaskakujących okolicznościach sam został wyizolowany niczym czysta kultura i zaszczepiony w inne miejsce jak przy pasażowaniu.

                                        Ta myśl przypomniała mu jak to się stało. Zapytał tamtą trójkę czy jest sens by on szedł sam, a oni taką grupą w jedno miejsce. I jak wówczas zareagowali? Otóż NIE zareagowali. Jedynie ta cała Vivienne robiła dziwne miny zupełnie jakby jego słowa.. przeraziły ją? Tylko, że ona ciągle była jakaś taka przestraszona.

                                        Co tu dużo mówić? Oni zwyczajnie zebrali się wyszli, zupełnie jakby on był jakimś szumem tła.

                                        W poprzednim jego życiu to było nie do pomyślenia by tak go zlekceważono! Właściwie to nie w poprzednim tylko w pierwszym bo teraz było to jego już trzecie życie...

                                        Mullis po raz kolejny uświadomił sobie, że musi zapracować na szacunek, być może także przed samym sobą.

                                        Tym bardziej wziął się do pracy.

                                        Przynajmniej miał szczęście. Do biura dostał się bez problemu i nikt mu nie przeszkadzał. Jak zwykle zabrał się do wszystkiego metodycznie: ubrał gumowe rękawiczki, zamknął drzwi, rozejrzał się po pomieszczeniu i zaczął robić zdjęcia. Wiedział, że to co będzie robił teraz nie jest jego specjalnością, ale najważniejszym jego zadaniem jest zdobycie jak największej ilości prób.. znaczy dowodów, wskazówek, śladów.

                                        Układ pokoju, ustawienie mebli, położenie przedmiotów- to wszystko może mieć znaczenie. Zanim ruszył cokolwiek zawsze robił najpierw zdjęcie. Może coś potem da się z tego odkryć. Niestety obecność sprzątaczki może wskazywać, że część śladów została zatarta. Na to nic nie mógł poradzić.

                                        Przeszukał szafki, biurko, aneks kuchenny, kanapę, parapety, okna, nawet przeanalizował czy w podłodze nie ma ukrytych schowków.

                                        W duchu oskarżał O' Harę o niechlujstwo i bylejakość. Jak można pracować w takim nieładzie? Mullis oczywiście zupełnie ignorował przy tym fakt, że taksówka, którą niedawno jeszcze jeździł nie wyglądała ani trochę lepiej. To było inne życie, które wypierał z pamięci.

                                        Czy O' Hara pracował tak niedbale? Doktor lediwe powtrzymał się od posprzątania i poukładania tego wszystkiego!
                                        Nawet rapor.. notatki, które Eugene znalazł wyglądały jak jakiś smear- niejasne, nieczytelne i brudne. Zrozumienie tego wszystkiego będzie wymagało konsultacji.

                                        Jakieś numery? Katalog policyjny? Może indeks biblioteczny? Do tego niepełny numer telefonu, nic nie mówiące nazwiska- poza jednym oczywiście.

                                        Mullis szybko skontaktował się z Fergussonem, a ten potwierdził, że miało dojść do spotkania, ale osattecznie nie doszło. To niestety niewiele mówiło.

                                        Gdy Mullis znalazł te notatki chciał krzyknąć "Eureka", ale okazuje się, że może być niewiele mówiący śmieć. Może uda się wyczytać coś pod spodem, coś w tle...

                                        Była jeszcze notka o południowym brzegu- znowu całkowicie niejasna. Co tam miałoby być? To też było ciekawe. Tam wyraźnie było słowo "IT". NIe miał tam spotkać kogoś. Miało się tam znajdować COŚ czego szukał O'Hara.

                                        Nadzieję Eugena nieco zwiększyło znalezienie śladów biologicznych. Ignoranci nie mieli pojęcia jak wiele da się z tego wyczytać. Wreszcie jakiś trop! Wreszcie coś na czym Mullis się znał!

                                        Po chwili namysłu Eugene zdecydował się zaryzykować zabawę w detektywa. Musiał dowiedzieć się kiedy ostatnio O' Hara był tu widziany i jakim człowiekiem go widziano. Być może ktoś zobaczył lub uslyszał coś ważnego.

                                        Chętnie by przepytał tę sprzątaczkę, ale ona wyraźnie nawet nie wiedziała jak O' Hara wyglądał, a poza tym już poszła. Zostały jednak sąsiednie biura i apteka. Być może to ta na dole.

                                        Eugene usiadł przy biurku, wyciągnął swój notatnik i zaczął tworzyć metodykę działania.

                                        Postanowił, że najpierw popyta ludzi w sąsiednich biurach. Musi do tego wcielić się niestety w swoje stare ja. Przedstawi się tak samo jak gdy był taksówkarzem i będzie udawał zainteresowanego usługami O' Hary. To dobry pretekst bo dzięki temu ma wymówkę by wypytać o jego obecność oraz o to jakim jest człowiekiem i detektywem. Mullis nawet nie będzie musiał za dużo kłamać. Jeśli powie co naprawdę sam o nim myśli- o stanie jego biura, które przed chwilą widział sugerującej niedbałość to tamci pewnie się do tego odniosą. Może też zgodnie z prawdą powiedzieć, że potrzebuje detektywa by znaleźć zaginioną osobę. Im więcej mówisz prawdy, tym łatwiej ukryć kłamstwo.

                                        Potem uda się do apteki. Tu już nie musi specjalnie nikogo udawać. Pokaże swoją legitymację, pokaże zdjęcie O' Hary, rzuci kilka przekonujących argumentów o tym, że informacja na temat realizowanej recepty pomoże mu w uzyskaniu jednoznacznych wyników pracy śledczej.

                                        Tak na pewno się uda!

                                        Eugene z nową determinacją podszedł do drzwi zabierając zabezpieczone zebrane materiały,a w tym notatnik. Przed samym wyjściem pozwolił sobie na chwilę by przypomnieć sobie siebie w poprzednim życiu gdy potrafił rozmawiać z ludźmi i czasem nawet dowiadywał się więcej niż by chciał.

                                        Po chwili drzwi do biura otworzyły się, a na korytarz wyszedł już nie genialny Eugene Mullis Ph. D., a nieco cyniczny, pragmatyczny i przegrany życiowo E.M...

                                        1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                        0
                                        • MorphM Niedostępny
                                          MorphM Niedostępny
                                          Morph jako Storyteller
                                          napisał(a) ostatnio edytowany przez Morph
                                          #32

                                          WINTER WALK

                                          Za piętnaście minut miała wybić godzina duchów, jak mawiała babcia HJ-a, a on wciąż wałęsał się po ulicach. Już jakiś czas temu pożegnał ostatnią grupę turystów. Powinien być już dawno w domu. Niestety jakaś awaria sprawiała, że zamiast “L-ką” czekał go długi, nocny spacer. Zamiast radości z gorącego prysznica i tłustego cheeseburgera musiał udawać, że cieszy się z tej romantycznej wycieczki, którą zafundował mu złośliwy los.

                                          Walił tak gęsty śnieg, że światła samochodów rozlewały się po ulicy, niczym farba na mokrym papierze. Hyde Park, za dnia pełen studentów, turystów i okolicznych mieszkańców spacerujących z psami, teraz wyglądał niemal jak wymarłe miasto. Pustymi ulicami snuli się tylko pojedynczy przechodnie. Gdyby nie przejeżdżające jeden za drugim pługi śnieżne, to można by się poczuć, jak w dziwnym, lodowym śnie.

                                          Wbrew wszystkiemu HJ lubił tę porę. Nie dlatego, że kochał zimę. Zima była dla ludzi, którzy mieli garaże, drogie płaszcze i kogoś, kto odśnieżał im podjazd. Patrząc na otulone grubą warstwą śnieżnego puchu, HJ zapominał o przemoczonych butach i zmarzniętych dłoniach. Na przekór złośliwemu losowi, potrafił znaleźć w tym wszystkim coś, czym sycił swoją romantyczną duszę. Mroźna nostalgia miejskich zaułków, pochłonęła go niczym matowy szron oblepiający szyby samochodów i witryny sklepów.

                                          Przystanął przy jednej z nich. Skrzyżowanie 55. Ulicy Wschodniej i Woodlawn Avenue. Zwykły lokal z migającym nerwowo neonem, który z miejsca zdradzał, że miejsce to ma lata świetności dawno za sobą. Takich miejsc nie pokazują na pocztówkach. Żadna atrakcja turystyczna.
                                          Choć tuż obok wznosił się słynny budynek szkoły Świętego Tomasza Apostoła. Wyrazisty monolit z 1929 roku o surowym, dumnym obliczu. Ozdobnym, geometrycznym portalu w stylu Art Deco, który patrzył na ulicę z chłodną, obojętną elegancją dawnych lat. HJ czasami zaprowadzał tam wycieczki, aby móc wspomnieć o tym, że Francis Byrne pionierem nowoczesnej architektury sakralnej w USA był.

                                          Jego myśli wróciły z obłoków na ziemię, gdy ją zobaczył.
                                          Stała pod wąskim daszkiem, tuż przy witrynie, jakby śnieżyca była zjawiskiem atmosferycznym, które dotyczyło wszystkich poza nią. Jasne włosy wystawały spod ciemnego kaptura. Miała na sobie długi, elegancki płaszcz, skórzane rękawiczki i twarz, przez którą HJ natychmiast zapomniał, co właściwie chciał kupić.

                                          Jej uroda nie wymagała ani odpowiedniego oświetlenia, makijażu, ani tym bardziej trzech godzin pracy fotografa. Cholernie piękna naturalność i promieniująca złocistym blaskiem szlachetność. Jasna cera, wyraźne kości policzkowe, pełne usta. Coś w jej twarzy sprawiało, że wyglądała, jakby pochodził z miejsca, gdzie ludzie dobrzy, mili i uczciwi, a zło występuje tylko w klechdach, którymi straszy się dzieci.

                                          HJ zerknął na nią raz. Potem drugi. Za trzecim razem skarcił sam siebie, za to, że się gapił . Henry, do jasnej cholery. Zachowuj się jak człowiek.

                                          Opuścił wzrok na chodnik, jakby nagle zainteresowała go skomplikowana mozaika, jaka namalowały ślady butów przechodniów na śniegu. Nie pomogło. Już po chwili znowu na nią zerkał. Dziewczyna właśnie wyjęła telefon i próbowała obsłużyć ekran w rękawiczce. Skrzywiła się, zdjęła jedną z nich i zaczęła stukać palcem, podczas gdy płatki śniegu osiadały jej na włosach.

                                          HJ uśmiechnął się pod nosem. Sam doskonale znał to uczucie. Technologia miała być przyszłością ludzkości, ale w Chicago w styczniu wciąż wystarczyło minus dziesięć stopni, żeby sprowadzić człowieka do poziomu małpy próbującej rozpalić ogień.
                                          Mógłby do niej podejść. Zagadać.
                                          Oczywiście, że mógł. Był dorosłym facetem. Miał dwadzieścia kilka lat, wszystkie zęby i przynajmniej dwie koszule, w których mógłby pójść do teatru, czy nawet opery. Potrafił rozmawiać z ludźmi. W końcu robił to zawodowo.
                                          Tylko że rozmawianie z grupą dwunastu turystów o architekturze Franka Lloyda Wrighta nie było tym samym co podejście do kobiety, która wyglądała, jakby mogła jednym spojrzeniem unieważnić jego prawo jazdy.

                                          W dodatku była biała. Nie chodziło o to, że nigdy nie rozmawiał z białą laską. Hyde Park pod tym względem należał do miejsc bardzo demokratycznych. Na kampusie widywał ich mnóstwo, podobnie jak w kawiarniach, księgarniach i przy przystankach. Chodziło o coś innego. Niektóre kobiety potrafiły spojrzeć na człowieka tak, jakby sam fakt, że zdecydowałeś się do nich podejść oznaczał naruszenie dworskiej etykiety.

                                          Wahał się. Zastanawiał. Dokładnie w tym momencie dziewczyna podniosła wzrok znad telefonu. Ich spojrzenia przecięły się. Ona posłała mu uśmiech. On odpowiedział tym samym, jednocześnie grzebiąc nerwowo butem w śnieżnej zaspie.

                                          W głowie HJ-a rozpoczyna się narada kryzysowa. To był uśmiech. Zwykły uśmiech. Ludzie się uśmiechają. Nawet do obcych. To nie jest propozycja małżeństwa, Henry. A jednak, coś mu mówiło, że to było zaproszenie. Musiał na nie odpowiedzieć. Wcisnął dłonie mocniej w kieszenie kurtki i ruszył w jej kierunku. W myślach już zastanawiał się jak zacznie rozmowę. Mógł rzucić coś oczywistego o pogodzie. Taaa… genialne. W środku śnieżycy zagaić do laski, która wpadła ci w oko, że pada śnieg. Następny krok - koniecznie trzeba ją poinformować, że woda jest mokra.

                                          Mógł też zapytać, czy czeka na autobus. Tylko że wtedy wyszedłby na gościa, który nie tylko nie ma samochodu, ale też śledzi rozkład jazdy z konieczności, a nie dla zabawy. W końcu mógł po prostu powiedzieć „cześć” i czekać na jej odpowiedź. Przerażająco proste, ale to tak się chyba w końcu poznaje ludzi. Prawda?

                                          Dzieliło go od niej trzy, może cztery kroki. Gdy nagle drzwi sklepu otworzyły się z metalicznym brzękiem dzwonka. Dziewczyna odwróciła głowę. Wyszedł z nich mężczyzna.
                                          Czarny, szeroki w ramionach, z twarzą, która nie potrzebowała dodatkowych wyjaśnień, żeby przyciągnąć uwagę. Miał na sobie kurtkę Louis Vuitton, spod której wystawała ciemna bluza z wielkim logo meduzy. Z szyi zwisał mu gruby złoty łańcuch, a na nadgarstku błyszczał zegarek, jakby cały pokryty był kryształkami lodu. Tylko sęk w tym, że to nie lód. Mężczyzna rozejrzał się i przelotnie rzucił okiem w kierunku HJ-a. Po chwili przeniósł wzrok na dziewczynę i uniósł papierową torbę, jakby chwalił się właśnie łbem upolowanego mamuta.
                                          -Qu'est-ce qui a pris autant de temps ? - zapytała - J'ai failli mourir de froid.

                                          Jej słowa brzmiały, jak miłosne zaklęcia. Przez głowę Hj-a przebiegły lepkie i sprośne wizje, a przecież doskonale wiedział, że żadna z nich nie ma najmniejszych szans na powodzenie.
                                          HJ obserwował parę z miną człowieka, który właśnie stracił całe swoje oszczędności na giełdzie.
                                          Świetnie. Piękna Europejka. Francuska, do tego. I oczywiście jest z facetem, który wygląda, jakby kupował złoto na wagę, a ubrania dowozili mu kurierzy w białych liberiach z prosto z Paryża i Mediolanu.

                                          Dziewczyna powiedziała coś jeszcze po francusku. Mężczyzna odpowiedział po angielsku. Do HJ-a dochodziły już tylko pojedyncze słowa, jakby ktoś napchał mu do uszu waty. Spojrzał na nią po raz ostatni i od razu tego pożałował. Ona posłała mu słodki uśmiech, a barczysty typ spojrzenie tak zimne, że serce Hj-a zamarło na kilka sekund, jakby zamarzła mu krew w żyłach.
                                          Natychmiast obrócił się na pięcie i ruszył przed siebie. Usłyszał jeszcze cichy trzask zamykanych drzwi samochodu. Z jakiegoś niezrozumiałego powodu właśnie teraz przypomniał sobie kawałek Chief Keefa.
                                          HJ parsknął śmiechem.
                                          -Yeah, Sosa. Me neither.

                                          Ruszył dalej, zapadając się po kostki w świeżym śniegu. Do domu miał jeszcze kawał drogi, buty przemoknięte, a cheeseburger coraz bardziej oddalał się od niego w sferę kulinarnych marzeń.

                                          Niektóre noce naprawdę nie były warte wychodzenia z domu.

                                          Impact & Revelation

                                          Vivienne, Daniel, Alejandro

                                          Zapewne gdyby Derek O’Hara mieszkał w zwykłym bloku, gdzie łatwo zgubić się w plątaninie korytarzy, zachowanie dyskrecji graniczyłoby z cudem. Na szczęście na piętrze, poza mieszkaniem detektywa, znajdował się tylko jeden lokal. Jego lokator niewątpliwie kładł się wcześnie spać i dla niego godzina dziewiąta to był już środek nocy. O tej porze w jego oknach nie paliło się już żadne światło, a na klatce panowała absolutna cisza.
                                          Vivienne stała przy schodach, po raz pierwszy w życiu pełniąc rolę czujki. W tym czasie Hernandez i Mercer dokonywali kolejnego tej nocy włamania.
                                          -Gotowe - oznajmił Teksańczyk.
                                          Powoli opuścił rozkładane schody prowadzące na strych, po czym skinieniem głowy zaprosił Vivienne do środka. Jasno dając jej do zrozumienia, by weszła pierwsza.
                                          Kobieta odetchnęła z ulgą. Te kilka sekund, podczas których mężczyźni forsowali klapę w suficie, wydawało jej się wiecznością. Dopiero teraz uświadomiła sobie, jak bardzo napięła mięśnie, nasłuchując każdego szmeru dobiegającego z mieszkania.

                                          -Folia izolacyjna, pianka montażowa, uszczelniacz dekarski - mruknął Hernandez wymieniając pozycje z odnalezionej listy zakupów - To ma sens - dodał po chwili wodząc wzrokiem po ukrytym biurze O’Hary.

                                          Niewielkie pomieszczenie, najwyżej cztery na trzy metry, przypominało skrzyżowanie placu budowy z kryjówką prywatnego detektywa. Przy ścianie stał skórzany fotel, a obok wisiała mapa pokryta śladami prowadzonego śledztwa. W kącie piętrzyły się worki ze starym uszczelniaczem dekarskim. Przy biurku z komputerem ustawiono wiadra z farbą, jakby remont miał się ku końcowi, ale ktoś przerwał go w połowie pracy. Wszystko to tworzyło osobliwą mieszankę prowizorycznego biura, zaplecza remontowego i tajnej kryjówki. O’Hara najwyraźniej traktował swoje śledztwa dla XIII niezwykle poważnie. Na tyle poważnie, by urządzić sobie miejsce pracy, którego istnienie wolał zachować w tajemnicy.

                                          -Od czego zaczynamy? - zapytał Daniel, powoli podchodząc do biurka.

                                          Pomieszczenie na poddaszu okazało się dużo mniejsze niż można było się spodziewać. A może po prostu to ich było tutaj za dużo. O’Hara na pewno nie planował zapraszać tutaj gości. Zważywszy na warunki, to trzy osoby stanowiły tutaj już tłum.

                                          Goła żarówka zwisająca z długiego kabla dawała ostre i nachalne światło. Gdy agenci XIII-tki zajęli się poszukiwaniami, za ich plecami odbywało się prawdziwe upiorne przedstawienie teatru cieni. Ich czarne sylwetki wyglądały niczym zjawy pląsające w rytualnym tańcu. Mimo poukładanych w równe stosy teczek akt, mapy z dowodami i masy notatek, to pomieszczenie nie przypominało profesjonalnego biura prywatnego detektywa. Bardziej warsztat, w którym ktoś próbował za wszelką cenę utrzymać porządek w sprawie wymykającej się cały czas spod kontroli.

                                          Pod jedną ze ścian stał skórzany fotel, a obok niego niewielki regał z segregatorami i pudłami archiwizacyjnymi. Na ścianie naprzeciwko ktoś zawiesił dużą mapę Chicago. Kolorowe pinezki, odręczne oznaczenia i cienkie linie łączyły ze sobą adresy rozsiane po kilku dzielnicach miasta. Przy niektórych punktach przyklejono małe fotografie. Inne oznaczono wyłącznie datami.
                                          Centralne miejsce zajmowało biurko z komputerem. Obok klawiatury leżał notatnik, kilka długopisów i plik luźnych kartek, częściowo przykrytych rachunkami. Na monitorze pozostawiono otwarte okno logowania. Pod biurkiem stały dwie metalowe szafki na dokumenty, a na blacie obok piętrzyły się wydruki, których nikt najwyraźniej nie zdążył jeszcze uporządkować.

                                          Choć panowały tutaj polowe warunki to z panującego nieładu, przebijał się nieśmiało usystematyzowany porządek. Dokumenty tworzyły osobne stosy, na których widniały odręczne etykiety. Zdjęcia były ponumerowane, a na mapie nie było ani jednego przypadkowego oznaczenia. Cały ten bałagan zdawał się podporządkowany jakiemuś planowi.

                                          O’Hara nie urządził tu sobie wygodnego miejsca do pracy. Budował sobie miejsce, z którego mógł prowadzić śledztwo poza zasięgiem cudzych spojrzeń. Zniknął nagle, ale zostawił wszystko tak, jakby zamierzał wrócić tutaj następnego dnia.

                                          Mercer zerknął na komputer stojący pod biurkiem. Schowany częściowo w cieniu sprzęt od razu zwrócił jego uwagę. częściowo schowany w cieniu. Duża, czarna obudowa, ciężka i pozbawiona ozdób, wyglądała raczej jak element wyposażenia niewielkiego laboratorium niż prywatnego gabinetu. Na przednim panelu nie było niczego poza napędem, kilkoma portami i przyciskami. Mimo panującego na poddaszu remontowego bałaganu, to kable poprowadzono bardzo starannie. Żadnych supłów, niczego zwisającego luźno. Długość każdego przewodu zdawała się wyliczona co do centymetra. Nawet obudowa nie został postawiona bezpośrednio na podłodze, lecz na niskiej, solidnej podstawie. Sprzęt już samym swoim zewnętrznym wyglądał krzyczał, że nie jest zwykłem pecetem. Nikt nie inwestował w taką maszynę tylko dlatego, że lubił technologiczne nowinki albo brakowało mu RAM-u, żeby odpalić najnowszego Far Cry’a. Taki komputer kupowało się wtedy, gdy standardowe parametry przestawały wystarczać do codziennej pracy.

                                          Oczywiste stało się, że sprzęt trzeba zabrać do dalszej analizy. Pojawiła się jednak wątpliwość: czy ingerencja w tak precyzyjnie zaprojektowaną i skomplikowaną strukturę nie naruszy jej wewnętrznej równowagi?

                                          -Wow! - wyrwało się z ust Vivienne, gdy w jej ręce wpadła opasła teczka personalna zaginionych. Ogrom pracy jaką wykonał O’Hara. Zebrana dokumentacja, przesłuchania, wyniki badań medycznych i dokładny opis każdego przypadku porażały swym ogromem i aż kazały się zastanowić, jak to możliwe, że to dzieło jednego człowieka.

                                          W tym samym czasie Hernandez uważnie przyglądał się mapie. Usiana siecią kolorowych pinezek, przypominała przedszkolną tablicę ogłoszeń. W przeciwieństwie do wczesnoszkolnej rozpiski, za dziełem O’Hary kryła się nie tylko mroczna tajemnica, ale i tragedia pojedynczych ludzi.

                                          Nagle coś grzmotnęło, jakby w małym pomieszczeniu ktoś uderzył z całej siły w potężne taiko Tępy, pusty huk rozdarł gwałtownie ciszę.
                                          -Wszystko w porządku? - zapytała Vivienne.
                                          -Tak.. Chyba tak… - odparł masując się po głowie i klnącego pod nosem Daniela.

                                          Stay Tuned

                                          Tomas

                                          Mimo że służby miejskie robiły wszystko, co mogły, jazda ulicami Chicago przypominała poruszanie się kamieniem do curlingu, a nie prowadzenie samochodu. Tomas jechał wolno w kierunku Calumet Avenue. Po drodze minął kilka rozbitych aut, których kierowcy nie potrafili zapanować nad pojazdem i kończyli swoją podróż, albo na słupie albo na zderzaku kogoś jadącego z przeciwka.
                                          -Hej, Becky. Masz chwilę? - powiedział w kierunku telefonu spoczywającego na stojaku na konsoli środkowej - Pomyślałem, że moglibyśmy się spotkać w Biurze.
                                          Po krótkiej chwili dodał:
                                          -I mam do ciebie małą prośbę. Jeśli możesz, ściągnij też Simona i doktorka Eugene’a. Chciałbym z wami porozmawiać o tym, co znalazłem.
                                          -Jasne. Myślę, że to dobry pomysł. Zamówię jakąś pizzę i omówimy, co udało się wam ustalić i jakie podejmiemy kolejne kroki. Do zobaczenia - pożegnała się krótko.

                                          -Kolejna godzina audycji za nami i wygląda na to, że tym razem meteorolodzy nie pomylili się. Nadal obserwujemy intensywne opady śniegu, a wiatr zdaje się nieustannie przybierać na sile. Choć pługi pracują bez przerwy, to trudno przewidzieć, jak będzie wyglądała sytuacja na drogach jutro rano. Dlatego służby miejskie przypominają, że was samochód nie jest pojazdem terenowym tylko dlatego, że ma napęd na cztery koła. Zatem jeśli nie musicie zostańcie w domach, zróbcie sobie gorącej herbatę i udawajcie, że mieliście taki plan. A teraz pora na telefon od słuchacza. Dobry wieczór, z kim mam przyjemność?.
                                          -Hej Zack. Z tej strony Clive Ja właśnie od trzech godzin siedzę w domu i patrzę, jak mi samochód znika pod śniegiem. Rano go odkopię, jeśli będzie jeszcze choć kawałek wystawał.
                                          -Optymista z ciebie Clive. Podoba mi się to.
                                          -Optymista? No nie wiem… Po prostu człowiek się przyzwyczaja. Najpierw narzeka, potem sprawdza prognozę co pięć minut, a na końcu dochodzi do wniosku, że i tak niczego nie zmieni. Wiesz, co jest najgorsze Zack? Tyle mówi się o tym, jak człowiek kontroluje świat,jak niszczy naturę, a wystarczy trochę śniegu i nagle nie może nawet dojechać do pracy.
                                          -Niektórzy nie mogą nawet dojechać po pizzę, a to już poważny kryzys cywilizacyjny.
                                          -Śmieje się, ale coś w tym jest. Budujemy te wszystkie wieżowce, drogi, mosty, wymyślamy coraz lepsze technologie, a potem przychodzi taki dzień, jak dziś i natura i pokazuje nam, gdzie nasze miejsce. I nie mówię tylko o śniegu. Wystarczy spojrzeć na ocean, na trzęsienia ziemi, na huragany. Człowiek może sobie wszystko mierzyć i wyliczać, a i tak nie ma pojęcia, co go naprawdę czeka.
                                          -Chcesz powiedzieć, że nigdy nie będziemy mieli nad tym kontroli?
                                          -Myślę, że nawet nie wiemy, nad czym dokładnie chcielibyśmy ją mieć. Nadaliśmy naukowe nazwy różnym zjawiskom, potrafimy je opisać, wiemy jak działają, ale to nie znaczy, że rozumiemy wszystko. A co, jeśli istnieją rzeczy, których jeszcze nie umiemy nawet zauważyć? Nie mam na myśli żadnych kosmitów czy duchów. Po prostu coś, czego nasze urządzenie nie potrafią wykryć, a nasze mózgi nie potrafi zinterpretować.
                                          -Czyli siedzisz w domu, patrzysz jak śnieg zasypuje ci auto i zaczynasz podejrzewać, że wszechświat coś przed nami ukrywa.
                                          -Nie powiedziałem, że ukrywa. Może po prostu nie ma powodu, żeby nam cokolwiek wyjaśniać. To chyba jest jeszcze gorsze. Człowiek lubi myśleć, że wszystko ma jakiś sens, że jesteśmy ważni, że gdzieś na końcu czeka odpowiedź. A może jesteśmy tylko drobnym elementem czegoś tak wielkiego, że nasze pytania nie mają żadnego znaczenia.
                                          -To dość ciężka rozkimna jak na wieczór, w którym większość mieszkańców Chicago martwi się tym, jak jutro dojedzie do pracy.
                                          -Może właśnie dlatego o tym myślę. Siedzę tu, słyszę, jak wiatr wali w okna, i dociera do mnie, że gdyby ta zamieć była odpowiednio silna, wszystkie nasze problemy przestałyby mieć znaczenie. Praca, rachunki, kłótnie z sąsiadami. Wszystko. Zostaje tylko pytanie, czy przetrwasz noc.
                                          -A rano znów trzeba będzie odśnieżyć samochód.
                                          -No właśnie. I znowu będziemy udawać, że mamy wszystko pod kontrolą.
                                          -Skoro już o udawaniu mowa, to muszę ci coś powiedzieć. Mam wrażenie, że za bardzo przyzwyczailiśmy się do myśli, że świat powinien być dla nas wygodny.
                                          -Dokładnie. Zwykła zimowa zadymka, a dla większości to niemal koniec świata.
                                          -Oby nie - Zack zaśmiał się na koniec - Dzięki za telefon, Clive. I uważaj na siebie, jeśli jednak będziesz musiał jutro gdzieś wyjść.
                                          -Dzięki, ale nie wyłączaj mnie jeszcze. Mam jeszcze jedną sprawę. Skoro już rozmawiamy o rzeczach, na które nie mamy wpływu, mam jedną prośbę. Mógłbyś wreszcie puścić coś, co powstało w tym stuleciu? Bo ja naprawdę lubię twoją audycję, ale jeśli jeszcze raz usłyszę jazzowy saksofon brzmiący jak rozwiedziony detektyw z problemem alkoholowym, to sam zacznę wierzyć, że świat się jutro skończy.
                                          -Rozumiem. Podzieliłeś się z nami refleksją o niepoznawalności wszechświata, po czym żądasz nowoczesnej muzyki. To się nazywa umieć zachować właściwe proporcje.
                                          -No chyba nie proszę o wiele.
                                          -Oczywiście, że nie. Czyli żadnych smutnych trąbek, żadnych fortepianów po przejściach. Masz ochotę na coś współczesnego. Coś z rytmem. Coś, co nie brzmi, jakby główny bohater właśnie odkrył ciało w bagażniku.
                                          -Właśnie tak!
                                          -W takim razie mam coś idealnego. Elektronika, syntezatory, nowoczesna produkcja. Żadnego jazzu. Żadnego saksofonu.
                                          -Brzmi obiecująco.
                                          -Zatem specjalnie dla naszego słuchacza, Clive’a oraz wszystkich tych, którzy tak jak on mają dość melancholijnych trąbek i saksofonów i wolą coś do czego nóżka sama chodzi.. Przypominam, drodzy słuchacze, jeśli nie musicie wychodzić, zostańcie dziś w domu. To będzie wyjątkowa mroźna noc. Teraz to matka natura ustala zasady. My możemy co najwyżej wybrać sobie muzykę do odśnieżania. So be real heroes and listen.

                                          Jazda przy dźwiękach synthpopu stała się jeszcze bardziej surrealistyczna niż wtedy, gdy z głośników płynęły jazzowe suity. Szum wycieraczek sunących po przymrożonej szybie w przedziwny sposób komponowały się z wypełniającymi tło rimshootami.
                                          Tomas minął skrzyżowanie Michigan Avenue i Cermak Road i powoli zbliżał się do budynku, gdzie mieściło się biuro XIII-tki.

                                          Nagle kontrolki na desce rozdzielczej zaczęły migotać jak lampki na choince. Po chwili radio umilkło, a reflektory zgasły. Silnik zaczął się krztusić, jakby nagle zachorował na astmę i po przejechaniu kilku kolejnych metrów zamilkł. Tomas natychmiast zdjął nogę z gazu i mocniej chwycił kierownicę, która nagle stawiała znacznie większy opór. Samochód nie poruszał się szybko. Siłą rozpędu Tomas zdołał zjechać do krawężnika i zatrzymać się na poboczu, niemal idealnie równolegle do chodnika.
                                          Przez chwilę siedział bez ruchu, wpatrując się w ciemną deskę rozdzielczą. Za szybą wiatr pędził śnieg przez ulicę, a światła miasta rozmazywały się w białej zawiei. Tomas przyglądał się pustej ulicy i zastanawiając się co się właśnie stało.

                                          Pills

                                          Eugene

                                          Rozmowy z właścicielami sąsiednich biur niewiele dały. Eugene utwierdził się jedynie w przekonaniu, że Derek O’Hara, choć fachowiec w swojej dziedzinie, pod względem charakteru i codziennych przyzwyczajeń był człowiekiem z zupełnie innej bajki niż on sam. Chaotyczny, impulsywny i działający bardzo spontanicznie. Taki przynajmniej obraz detektywa malowały osoby, z którymi zdołał porozmawiać.
                                          Chowając zebrany materiał dowodowy do torby, wyszedł z biura i skierował się ku aptece.

                                          Opuścił budynek i zaczął mozolnie przedzierać się przez śnieżne zaspy przy krawężnikach, które powstały po przejechaniu pługów. Jak zawsze priorytet miały samochody, a przechodnie musieli albo założyć rakiety śnieżne, albo siedzieć w domu czekając na odwilż.

                                          Staromodny dzwonek nad wejściem obwieścił przybycie nowego klienta.
                                          -Dobry wieczór - przywitał się pucułowaty farmaceuta - Ma pan szczęście. Miałem już zamykać, ale czekam jeszcze na siostrzenicę. Czym mogę służyć?
                                          Gdy Eugene wyciągnął odznakę policyjną, mężczyzna wyraźnie pobladł. Może nie jak przestępca, złapany na gorącym uczynku, ale na pewno jak człowiek, który wie, że ta rozmowa nie będzie miła i potrwa dłużej niż by tego chciał.
                                          -Prowadzę śledztwo i chciałem zadać panu kilka pytań - wyjaśnił fachowym tonem E.M.
                                          -No tak.. - mruknął aptekarz - Oczywiście. Proszę pytać. Pomogę, jak tylko będę umiał.
                                          -Zna pan Dereka O’Harę? Ma biuro detektywistyczne po drugiej stronie.

                                          Grymas, jaki przebiegł przez twarz mężczyzny wskazywał na moment zawahania. Jakby zastanawiał się, czy powiedzieć prawdę, czy jednak uciec w niewinne półprawdę.
                                          -No tak.. Chyba go kojarzę - odparł niepewnym tonem.
                                          -Czy w ostatnim czasie realizował on u pana jakąś receptę? - kontynuował z kamienną miną Eugene.
                                          W oczach pucołowatego farmaceuty, pojawił się osobliwy błysk. Mullis poczuł się tak, jakby nagle wypowiedział magiczną formułę, która otwiera tajemny skarbiec.
                                          -Aaa… - jęknął mężczyzna - Pan w sprawie recepty. Proszę chwileczkę zaczekać.

                                          Mężczyzna udał się na zaplecze. Wrócił po kilku minutach i od razu postawił na ladzie małą buteleczkę wypełnioną do połowy czerwonym płynem.
                                          -Niestety udało mi się tylko tyle wyprodukować. Wspominałem panu Derekowi, że coraz trudniej zdobyć niektóre składniki.
                                          Eugene przyglądał się w milczeniu fiolce. Zastanawiał się, czy to mogło być to, o czym w pierwszej chwili pomyślał.

                                          Akta XIII-IN nie pozostawiały wiele miejsca na wątpliwości. Formuła CV-C, opracowana przez Gilesa i Bronsteina, została utajniona, a zapasy roztworu przeznaczono do zniszczenia z uwagi na niezwykle wysoki odsetek trwałych skutków ubocznych. Jeśli zawartość fiolki rzeczywiście była tym, za co ją uważał, O’Hara miał przed nimi znacznie więcej tajemnic, niż można było przypuszczać.

                                          Staromodny dzwonek nad drzwiami odezwał się po raz kolejny.
                                          -Wujku przepraszam za spóźnienie - odezwała się młoda dziewczyna o aksamitnym głosie - Sam widzisz, co się dzieje - dodała, wskazując dłonią na śnieżną zamieć szalejącą za oknem.
                                          -Zaczekaj chwilę skarbie - powiedział przymilnym głosem aptekarz do siostrzenicy.
                                          -Proszę to zabrać - dodał konfidencjonalnym szeptem do Millisa, wsuwając mu fiolkę w dłoń - Pan O’Hara ureguluje należność.

                                          BLACKOUT

                                          Simon

                                          Beck uśmiechnęła się pod nosem słysząc prośbę o zdanie relacji z obserwacji, którą wspólnie dokonali. Jej gest nie zawierał ani grama ironii, czy drwiny. Kobieta doskonale rozumiała zachowanie Simona. Sama doświadczyła wielu Pęknięć, a w kilku przypadkach znalazła się w samym środku anomalii, to i tak zawsze i do samego końca szukała racjonalnych wyjaśnień. Jak najdalej uciekała od okultystycznych, metafizycznych, czy innych pseudonaukowych teorii. Wiedziała też, że hasło XIII - Observe, Record, Archive - to nie pusty slogan. Choć zostało ono zgrabnie ukute i wyglądało na wymysł pierwszoligowych PR-owców, to zawierało w sobie esencję ich pracy.

                                          Becka sięgnęła po dyktafon i przez chwilę obracała go w dłoni, jakby celowo odwlekała moment rozpoczęcia wypowiedzi. W końcu nacisnęła przycisk nagrywania.
                                          -Mówi Becka Piccardii. Czternasty stycznia dwa tysiące dwunastego roku, godzina dziesiąta dwadzieścia jeden. Znajdujemy się w bazie operacyjnej w Chicago. Data… — urwała na moment, zerkając w stronę Simona, który już intensywnie pracowała nad sprawdzeniem swojej teorii - Nagranie dotyczy obserwacji materiału wideo przedstawiającego ostatnie zarejestrowane chwile przed zaginięciem Dereka O’Hary.
                                          Odchrząknęła cicho.
                                          -Obejrzałam materiał wspólnie z Simonem Tanner’em. Potwierdzam, że zaobserwowane przez niego nieprawidłowości są również widoczne dla mnie. Nie mogę na tym etapie potwierdzić ich przyczyny ani określić, czy wynikają z właściwości nagrania, błędu urządzenia rejestrującego, czy innych czynników.
                                          Zrobiła krótką pauzę. W tle dało się słyszeć cichy szum elektrycznych nagrzewnic, rozstawionych w rogach ogromnego pomieszczenia..
                                          -Chcę podkreślić, że nie chodzi wyłącznie o moje wrażenie po obejrzeniu materiału. Wskazane przez Tanner’a fragmenty odtworzyliśmy ponownie. Przy kolejnych odtworzeniach zwracaliśmy uwagę na te same elementy, niezależnie od siebie. Zaobserwowane rozbieżności nie zniknęły.
                                          Przesunęła palcem po obudowie dyktafonu.
                                          -Nagranie wygląda na autentyczne i nie zmanipulowane. Jednak na podstawie samego materiału wideo nie mamy jeszcze podstaw do ostatecznego potwierdzenia wystąpienia Pęknięcia. Mogę natomiast potwierdzić, że obraz zawiera elementy, których nie potrafię obecnie wyjaśnić w sposób jednoznaczny.
                                          Znów zamilkła. Tym razem na dłużej.
                                          -Znam zasadę: obserwuj, rejestruj, archiwizuj. Właśnie tej kolejności. Nie dopisuj do materiału tego, czego w nim nie ma. Nie usuwaj z niego tego, czego nie rozumiesz. I nie uznawaj własnej niepewności za dowód, że coś się nie wydarzyło.
                                          Jej głos stał się nieco cichszy, choć nadal brzmiał rzeczowo.
                                          -Dlatego potwierdzam relację Simona w zakresie wspólnych obserwacji. Wstrzymuje się na tym etapie do snucia, jakichkolwiek teorii. Na tym etapie nie dysponujemy wystarczającymi danymi, by wyciągnąć dalsze wnioski.
                                          Kliknięcie przycisku zakończyło nagranie. Becka przez chwilę patrzyła na dyktafon, po czym odłożyła go na stół.
                                          -Proszę - powiedziała, przesuwając urządzenie w stronę Simona. - Jeśli jutro uznasz, że jednak coś ci się przewidziało, będziesz miał przynajmniej dowód, że mnie przewidziało się dokładnie to samo.

                                          Zadanie jakie wyznaczył sobie Simon Tanner wymagało sporo wysiłku i pracy. Najpierw należało zebrać wszystkich informacji o zgłoszonych awariach zasilania oraz tych dotyczących telekomunikacji. Następnie zestawić to wszystko z billingami O'Hary, aby na koniec nanieść całość na mapę Chicago.
                                          Herbata w kubku już dawno wystygła. W chwili, gdy program trawił zassane dane, Simon pociągnął spory łyk. Becka w tym czasie szukała wszystkich informacji na temat Lionela Granta.

                                          Na monitorze pojawiła się mapa z kilkoma warstwami. Czarne punkty oznaczały rejestracje telefonu O’Hary w poszczególnych sektorach stacji bazowych. Żółte obszary wskazywały miejsca, w których zgłaszano przerwy w dostawie energii. Niebieskie — problemy z łącznością komórkową. Tam, gdzie zgłoszenia obu rodzajów nakładały się na siebie, kolory przechodziły w pomarańcz, a następnie czerwień. Intensywność barwy odpowiadała liczbie odnotowanych incydentów..
                                          Początkowo mapa wyglądała jak chaotyczny zbiór niezależnych zdarzeń. Awarii było dużo, ale rozkładały się nierównomiernie. W niektórych częściach miasta zgłoszenia dotyczyły wyłącznie zasilania, w innych problemów z łącznością. Dopiero nałożenie kolejnej warstwy — logowań telefonu O’Hary — pozwoliło dostrzec, że część punktów przypada na obszary objęte oboma rodzajami zakłóceń.

                                          South Shore wyróżniało się na tle pozostałych dzielnic. W tym rejonie zgłoszenia awarii zasilania i problemów telekomunikacyjnych częściowo pokrywały się przestrzennie. Mapa przybrała tu najintensywniejsze odcienie czerwieni. W tym samym obszarze zarejestrowano również część aktywności telefonu O’Hary.

                                          Simon powiększył widok. Granice sektorów CHI-067 i CHI-068 przebiegały przez obszar, w którym nagromadzenie zgłoszeń było szczególnie duże. Cztery połączenia z niezidentyfikowanym numerem, wykonane między 01:12 a 01:33, zaznaczył osobnym symbolem. Przy przejściu między kolejnymi wpisami zmieniał się sektor obsługujący telefon — z CHI-067 na CHI-068. Nie była to jeszcze trasa jaką przebył O’Hara. Granice sektorów nie pozwalały ustalić dokładnego położenia urządzenia. Mimo to sekwencja połączeń znajdowała się w obrębie rejonu, w którym odnotowano wyraźne nagromadzenie problemów infrastrukturalnych.
                                          Simon wyłączył warstwę zasilania. Czerwień zniknęła z mapy, pozostawiając same zgłoszenia telekomunikacyjne. Następnie przywrócił ją i powtórzył operację, tym razem ukrywając punkty logowania O’Hary. Za każdym razem układ wyglądał nieco inaczej. Kolorowa mozaika migotała na ekranie jego komputera. Simon nie miał jeszcze podstaw, by uznać te wszystkie elementy za część jednego zdarzenia. Miał natomiast wystarczająco dużo danych, aby nie traktować tej zbieżność jako szczegół, który może zignorować.

                                          -Ciekawa postać z tego Granta - mruknęła Becka. Obróciła wózek w kierunku Simona - Nic dziwnego, że O’Hara się nim zainteresował.
                                          Wskazała dłonią na ekran, gdzie wyświetlone były artykuły sygnowane nazwiskiem Lionela Granta.
                                          -Rocznik sześćdziesiąty czwarty - zaczęła czytać podstawowe informacje na temat dziennikarza - Urodził się w Decatur w Illinois. Zaraz po studiach przeniósł się do Chicago. Zrobił dość szybko karierę i z pomocnika w dziale sportowym, został samodzielnym śledczym. Szło mu całkiem nieźle, a jego teksty potrafiły zrobić sporo zamieszania w lokalnej społeczności. Poruszał najróżniejsze tematy. Od tych społecznych, poprzez kryminalne, a na politycznych kończąc. Właśnie te ostatnie przyczyniły się do jego upadku. Fałszywe oskarżenia i własne problemy z alkoholem sprawiły, że wyleciał z hukiem z Chicago Tribu…

                                          Becka nie dokończyła zdania, bo właśnie w tym momencie zgasło światło.
                                          -Spokojnie. Zaraz powinien uruchomić się zapasowy generator - poinformowała.

                                          PIZZA

                                          All agents

                                          Kiedyś Żółwie Ninja, a teraz oni. Siedzieli wokół konferencyjnego stołu i jedli w milczeniu. Becka poszła po bandzie. Cztery duże pizze to była zdecydowana przesada.
                                          -Spokojnie. Zjemy - zapewniła, widząc zdziwienie na twarzach pozostałych. - Najwyżej zostanie na jutro.
                                          -Z mikrofali już nie smakuje tak samo dobrze - zauważył Hernandez.
                                          -Eee tam… - Becka machnęła lekceważąco ręką. - Jedz i nie marudź.
                                          Przez jakiś czas jedynymi dźwiękami w sali były szelest papierowych pudełek i sporadyczne uwagi na temat wybranych dodatków. Ciepły posiłek i chwila spokoju pozwoliły wszystkim nieco się rozluźnić. Na zewnątrz nadal szalała śnieżyca, a oni mieli przed sobą nagranie, którego nie dało się już zbyć wzruszeniem ramion.

                                          Kiedy pierwszy głód został zaspokojony, Becka odsunęła pudełko i spojrzała na pozostałych.
                                          -Dobra. Pora porozmawiać o tym, co zobaczyliśmy.
                                          Poczekała, aż wszyscy zwrócą na nią uwagę.
                                          -Po tym nagraniu nie mam już wątpliwości, że sprawa jest poważna. Nie chcę siać paniki ani wyciągać pochopnych wniosków, ale musimy brać pod uwagę wszelkie możliwość. A to oznacza, że możemy mieć do czynienia z czymś znacznie bardziej niebezpiecznym, niż początkowo zakładaliśmy.
                                          Zamilkła na moment. Nie było Fergusona, który mógłby przejąć odpowiedzialność za podjęcie decyzji. Tym razem to ona musiała zadać to pytanie.
                                          -Dlatego chcę wiedzieć, czy nadal chcecie prowadzić to śledztwo?
                                          Pytanie nie było bezzasadne. To była ich pierwsza wspólna poważna misja, a wszystko wskazywało na to, że sprawa O’Hary wykracza daleko poza zwykłe poszukiwania zaginionego człowieka. Jeśli detektyw rzeczywiście natrafił na ślad Pęknięcia, a jego zniknięcie było z tym związane, ryzyko stawało się trudne do oszacowania. Becka zdawała sobie z tego sprawę lepiej niż ktokolwiek inny.
                                          -Jeśli ktoś nie czuje się na siłach albo ma wątpliwości, to jest odpowiedni moment, żeby powiedzieć „pas” - dodała, przyglądając się kolejno zebranym. - Nie będę miała do nikogo pretensji. Nie musicie niczego udowadniać ani mnie, ani sobie nawzajem. Praca w terenie wiąże się z ryzykiem, ale nie macie obowiązku podejmować go za wszelką cenę.
                                          Urwała i oparła dłonie na stole.
                                          -Nie wiem, co nas jeszcze czeka. Wiem tylko, że od tej chwili nie możemy traktować tej sprawy jak zwykłego zaginięcia. Dlatego chcę, żeby każdy z was sam zdecydował, czy wchodzi w to bagno.

                                          1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                          😱 🆒 🍕
                                          1

                                          Cześć! Wygląda na to, że jesteś zainteresowany tą rozmową, ale nie masz jeszcze konta.

                                          Masz dość przewijania tych samych postów za każdą wizytą? Po zarejestrowaniu konta zawsze wrócisz dokładnie do tego samego miejsca, w którym byłeś wcześniej, możesz wtedy również wybrać opcję otrzymywania powiadomień nowych odpowiedziach (e-mailem lub powiadomieniem push). Będziesz też mógł zapisywać zakładki i głosować na posty, aby okazać uznanie innym członkom społeczności.

                                          Z Twoją pomocą tez post mógłby być nawet lepszy 💗

                                          Zarejestruj się Zaloguj się
                                          Odpowiedz
                                          • Odpowiedz, zakładając nowy temat
                                          Zaloguj się, aby odpowiedzieć
                                          • Najpierw najstarsze
                                          • Najpierw najnowsze
                                          • Najwięcej głosów


                                          • Zaloguj się

                                          • Nie masz konta? Zarejestruj się

                                          • Aby wyszukiwać zaloguj się lub zarejestruj.
                                          Powered by NodeBB Contributors
                                          • Pierwszy post
                                            Ostatni post
                                          0
                                          • Kategorie
                                          • Ostatnie
                                          • Tagi
                                          • Popularne
                                          • Świat
                                          • Użytkownicy
                                          • Grupy
                                          • Strona startowa