Rozdział I - Jak zostać trepem?
-
Miesiąc minął bardzo szybko i szczerze niewiele mieli czasu na luźne pogawędki, nawet z szóstką mieszkającą w tym samym namiocie. Paręnaście godzin dziennie treningów, od których nie raz ciężko było w kantynie podnieść rękę, przepierka, kolejka do latryny wieczorem i spać, bo o świcie znowu zbiórka.
- Rutyna gorsza niż w świątyni - przeszło Gerhardowi przez myśl - tam chociaż był czas na modlitwę i poranek rozpoczynał się wolniej. Dobre tyle, że był przyzwyczajony wstawać ze słońcem, zwykle zdążył się pomodlić zanim była brać żołnierska wzywana na zbiórkę, a gdy nie mógł to nic nie szkodzi, nadrabiał wieczorem. Poza nawiązaniem poprzez kuzyna trochę lepszej znajomości z Hohenwartami, nadal reszty praktycznie nie znał. Więcej okazji było do rozmowy z innymi drużynami gdy razem ćwiczyli, bo w pary dobierani byli losowo, niż z własnym namiotem.
Ostatni trening był niewątpliwie męczący, podłe długie kardio sprawiało że każdy z nich miał ochotę wypluć płuca, jakby sierżant starał się celowo upodlić ich przed kapitanem. Wreszcie pogadanka, spocznij i luz. Padał i jedynie siłą woli starał się wyglądać normalnie.
Nie małe było jego zdziwienie gdy zobaczył żołnierzy pijących alkohol, pozwolono wszak na zabawę, nie na łamanie regulaminu i prawa. Kara? Od karnych ćwiczeń przez karcer, a nawet wstrzymanie żołdu. Nie miał jednak sił ani chęci pouczać innych, jutro zrobi to sierżant Russel.
Zmęczonym wzrokiem odganiając pot z czoła spojrzał w kierunku oddalającego się kapitana. Bez sensu jednak byłoby go teraz gonić, zresztą, zrządzenie losu sprawiło że nie miał okazji z nim wcześniej pomówić, niepotrzebnie się wyrwać. Jutro będzie już pełnoprawnym żołnierzem i nie będzie możliwości oddalić go z tego miejsca. Wtedy z nim porozmawia.
Wrócił do namiotu, okiem ogarnął swoją pryczę, usiadł, posłuchał trochę co mówią inni i postanowił pójść przede wszystkim się umyć (i zmyć pył i błoto z munduru, do rana wyschnie) zanim dołączy do reszty w rozmowach, ale pewien był, że z jego strony zero alkoholu i hazardu, czy częstowania się jedzeniem z nieznanego pochodzenia co mogło leżeć miesiąc w torbie Albrechta. Zamierzał słuchać. Obserwować, a mniej mówić. Jak zwykle. Jedynie przed wyjściem nad strumień mijając Helmuta i Klarę poprosił tego pierwszego na chwilę na bok i rzekł nieco ciszej:
- Panie Kumm, nie chcę robić za wieszczącego złe nowiny, ale baczcie na Pana Fineasza i zadbajcie by w tym stanie nie wychodził z namiotu. SIerżant rzekł o zabawie, nie o łamaniu prawa Strielfortu, a poznaliśmy go chyba dość by wiedzieć jakie będą jutro konsekwencje jeśli przyuważy kogokolwiek pod wpływem alkoholu. -
Dzień królewski, 1 tydzień czasu Sigmara 2520 KI.
Strielfort, kilka godzin przed świtemRekruci, po wieczorze pełnym odprężenia, zabawy, oraz kilku głębszych, legli wreszcie złożeni znużeniem. Wszak należało prezentować się godnie dnia następnego. Zostaną zaprzysiężeni. Wreszcie będą żołnierzami, a nie "świeżym mięsem", "zmokłymi kurami". Wreszcie skończą się pogardliwe określenia typu "poborowy", czy "rekrut". Czasami, z rzadka, padało również "kadet", ale nie było ono szczególnie źle nacechowane. I dlatego padało rzadko.
Kadeci w większości byli przecież szkoleni na oficerów, nie na piechotę. A przynajmniej tak mógł to sobie tłumaczyć Hohenwart, który przecież w istocie był kadetem.
Noc była lekko chłodna i spokojna. W oddali było jedynie słychać szum wiatru. Czasem do fortu doleciało pohukiwanie sów. Czasami gdzieś w oddali skrzypnął kawałek deski. Na wieżach obronnych fortu paliły się niemrawo światła, gdy członkowie drużyny II Strielfortu przechadzali się po blankach, trzymając warty i wyglądając zagrożeń.Ale nawet te ciche odgłosy nocy, czy skrzypnięcia drewna, nie były w stanie zmącić snu, niekiedy przerywanego pochrapywaniem. Pole namiotowe, w którym zakwaterowani byli tak żołnierze jak i rekruci, było spokojne. Rekruci zajmowali "beczki" na samym skraju pola namiotowego.
Kruszywo Triefplatzu zachrzęściło cicho, gdy cztery postaci weszły na plac. dwie z nich jęły rozpalać pochodnie, natomiast pozostałe dwie, pewnym krokiem ruszyły na skraj pola namiotowego. Nie potrzebowały widzieć drogi. Znały ją na pamięć. Jedna z nich miała w ręku ostlandzki róg sygnałowy, natomiast druga trzymała w jednym ręku obnażony miecz, a w drugiej żelazny pręt.
Ciszę przerwało walenie prętu o miecz. Za chwilę druga postać zadęła przeciągle w róg. Nieprzyjemne, wysokie brzmienie wibrującego żelaza wymieszało się z dźwiękiem rogu raban obudziłby umarłego. Po chwili w ciemności słychać było głos Sierżanta Otto Russela.
-WSTAWAĆ REKRUCI, WSTAWAĆ! MACIE PIĘĆ MINUT NA STAWIENIE SIĘ NA PLACU Z PEŁNYM RYNSZTUNKIEM!-
Niektórych dosłownie wybiło z pościeli. Ktoś spadł z łóżka. Ktoś kurwił na czym świat stoi i przeklinał nazwisko sierżanta i jego rodzinę do pięciu pokoleń wstecz, próbując w ciemności założyć lewy but, na prawą stopę.
Poproszę wszystkich o rzut na spostrzegawczość (konkretnie jest to nasłuchiwanie) z modem -10. Zdany test oznacza iż postać obudziła się zanim Russel wszczął raban, słysząc jego kroki nieopodal namiotu. Następnie wszyscy wykonują test odporności. Ci którzy zdali nasłuchiwanie, mod -5. Ci którzy nie zdali, mod -10. Każdy kto nie zda rzutu na zmęczenie, otrzymuje -5 do wszystkich cech na czas nocnych ćwiczeń z tytułu zmęczenia.
Sierżant jeszcze przez chwilę bił żelazem o żelazo, i jeszcze przez chwilę darł gębę. Przez całe pole namiotowe przetoczyły się jęki niezadowolenia i zduszone klątwy. I już było wiadomo, że to nie jest tylko koszmarny sen i bycie nawiedzanym nocą przez Russela. To niestety faktycznie mogło oznaczać tylko jedno. Cholerne nocne ćwiczenia.
Przed świtem, w dzień zaprzysiężenia. To albo żart niewczesny, albo podstęp okrutny. Nie zmieniało to jednak faktu iż rozkaz jest rozkazem.
-
Maxim położył się spać tak niezbyt za wcześnie, ale też nie za póżno, tak w sam raz możnaby rzec. Alkohol nie uderzył, skryba popił mało i to tylko w celu prezentacji towarzyszowi broni, bardziej pomęczyło go wieczorne przearanżowanie zarówno odzienia jak i fryzury.
Nie wiedzieć dlaczego, ale Mees obudził się dość wcześnie, zupełnie jakby gotowy na to co ma się wydarzyć. Na wpół śpiący dosłyszał kroki kolo namiotu. Kamienie chrzęściły w charakterystyczny sposóbl zupełnie jakby lazł po nich ktoś to chce wykonać im psikusa.
Max wyjrzał przez szczeline w połach, na moment przed tym co miało nastąpić.
- Ja piórkuje! No nie, po prostu kurczaczki no nie! A to huncwot! - zaklął posępnie pod nosem
Rozbudzony Max jął w te pędy wkładać nań swe odzienie, i prawie skończył gdy zabił alarm. Skryba był już co prawda gotowy do stanięcia w szeregu, lecz spojrzał na swych towarzyszy, a zwłaszcza na zapewne skacowanego Pana Jaśnie Pana i ... stwierdził że miast swych własnych potrzeb, pomyśli o nich jak o całości, o oddziale.
Mees wybiegł przed namiot, odjął poły i zabezpieczył w pozycji otwartej, z obu stron, aby zrobić przeciąg, , czym miał nadzieje pobudzić kompanije, po czym jął budzić ferajnę na wpół krzycząc:
- Pobudka! Pobudka! Wstać!!!
- Nastąpił nocny alarm!!!
Max postanowił również pomóc tym co bardziej zmęczonym towarzyszom. Wiedział że Pan Jaśnie Pan będzie miał problem, to też zajął się nim, odciążając Helmuta. Winien mu był dozgonną wdzieczność, za czas spędzony po nocach aby doprowadzić do ładu odzienie i zarost oddziału. Miał nadzieje że nie będzie musiał obracać pryczy, lecz i na to był gotowy, byleby tylko każdy wstał i zorganizował swą personę na żądany czas. Najmniej przejmował się Kuzynem, ten to potrafił ogarnąć się dość szybko, aczkolwiek, motyw obrotu pryczy nie był sprawą definitywnie zamkniętą.
W przypływie adrenaliny zapomniał jednak zauważyć, iż owszem, pobudka nastąpiła samoistnie, jednakże ciało swoje wiedziało i początkowa energia nie starczy mu na zbyt wiele. Max haftnął pod niamiotem po czym stwierdził w myślach że wycisk, alkochol, nocna posiadówa i poranny alarm to niezbyt dobre połączenie.
-
Fineasz spał tej nocy znacznie lżej, niż mógłby się po sobie spodziewać. Być może winę ponosiła perspektywa jutrzejszego zaprzysiężenia, być może resztki emocji po całym miesiącu szkolenia, lub chodziło o jakieś właściwości siwuchy, która wprowadziła go w wysoce refleksyjnny nastrój. Może to było coś z tych rzeczy, a może zwyczajnie jego umysł nie zamierzał pozwolić sobie na pełne rozluźnienie akurat wtedy, gdy wszystko zaczynało nabierać właściwego kształtu. Co by to nie było, sprawiło, że był całkiem wybudzony, jeszcze zanim w namiocie rozpętało się piekło.
Pamiętał, że leżał nieruchomo, wpatrując się w ciemność namiotu, kiedy gdzieś na zewnątrz zaszurał żwir. Po chwili dźwięk powtórzył się ponownie. Kroki. Pomiędzy jednym a drugim dało się wychwycić krótką ciszę, jakby ktoś poruszał się pewnie i bez pośpiechu. Fineasz zmarszczył brwi, próbując przyporządkować odgłos do czegoś znajomego. Wartownik? Mało prawdopodobne. Wartownicy nie mieli przecież żadnego powodu krążyć tak blisko stanowisk rekrutów. Usiadł powoli na pryczy, jeszcze zaspany, ale już wyraźnie zainteresowany. Przez kilka uderzeń serca próbował dopasować dźwięk do jakiegoś znanego mu schematu. Co to mogło być? Patrol, inspekcja, nocny alarm, niespodziewany sprawdzian gotowości? Ta ostatnia możliwość sprawiła, że resztki snu opuściły go niemal natychmiast i zastąpiła je rosnąca ekscytacja.
– Helmut... – odezwał się półgłosem, nachylając się nieco w jego stronę. – Helmut... chyba coś się zaczyna. Chyba chcą nas przetestować! – dodał już nieco głośniej, piskliwym, podnieconym głosem. Nie zdążył powiedzieć nic więcej, bo w tej samej chwili kakofonia żelaznego prętu tłukącego o płaz miecza, rozdarł ciszę w namiocie. Zaraz potem odezwał się róg, a chwilę później ryk Russela, którego Fineasz rozpoznałby chyba nawet podczas sztormu, pożaru i końca świata jednocześnie. Pięć minut. Pełny rynsztunek. Plac. Tyle wystarczyło, żeby całkowicie postawić go na nogi.
Poderwał się z pryczy i uśmiechnął się tak szeroko jakby podarowanu mu miły prezent. W oczach miał ten szczególny błysk, jaki mają dzieci, gdy spełniają się ich marzenia. Noc, alarm, ćwiczenia przed świtem, rozkaz wydany bez uprzedzenia, próba gotowości. Wszystko to brzmiało jak fragment podręcznika albo wspomnienia jakiegoś starego oficera, który po latach pisał, że właśnie wtedy jego ludzie nauczyli się, czym jest prawdziwa dyscyplina. Teraz zaś Fineasz miał okazję przekonać się o tym osobiście. Czy mogło być coś lepszego?
– Nocne ćwiczenia! – oznajmił z wyraźnym zachwytem – Helmut, wstawaj proszę. Musisz poprawić mi ubranie. Muszę się świetnie prezentować na taką okazje. Włosy mi gdzieś nie odstają? – zapytał pazia pośpiesznie gładząc grzywkę.Adrenalina zrobiła swoje. Zmęczenie po poprzednim dniu nadal siedziało gdzieś głęboko w mięśniach, ale nagle przestało mieć jakiekolwiek znaczenie. Fineasz ubierał się szybko, znacznie sprawniej niż można by oczekiwać po człowieku wyrwanym ze snu o tej porze. Ubrał się w kompletny regulaminowy mundur z automatyczną precyzją, jakby miesiąc powtarzania tych samych czynności wreszcie zaczął przynosić wymierne efekty. Wokół panował chaos. Ktoś przeklinał, ktoś inny najwyraźniej próbował założyć nie ten but na nie tę stopę, ale nic z tego nie było się w stanie przebić przez aure skupienia, którym emanował. W końcu zarzucił wyposażenie na siebie, poprawił kołnierz i przez krótką chwilę wyglądał nawet na zadowolonego z własnej prezencji. Jednak z powodu braku lustra, musiał się jednak upewnić.
– Dobrze wyglądam Helmut? Tylko szczerze? – zapytał w ostatnim momencie przed wyjściem z namiotu. Nawet jeśli była jakaś nieidelność w jego osobie, w co wątpił, nie mieli czasu jej poprawić. Będzie to trzeba zrobić podczas ćwiczeń. Na razie nie chciał się spóźnić na zbiórkę. Na zewnątrz nadal niósł się raban Russela i przeciągły dźwięk rogu, kiedy Fineasz wyszedł z namiotu sprężystym krokiem. Może jego ciało trochę protestowało, ale nie zamierzał pozwolić, żeby coś tak przyziemnego jak ból mięśni zepsuło mu chwilę, na którą czekał od początku pobytu w Strielforcie. Bo właśnie po coś takiego tu przyjechał. Dla nocnych ćwiczeń i wojskowych przygód!
-
Helmut Kamm położył się tego wieczoru w wyjątkowo dobrym nastroju. Rozmowa z panną Klarą Kessler wywarła na nim wrażenie, jakiego nie doświadczył od wielu lat. Oto spotkał osobę, z którą mógł bez skrępowania dyskutować o naprężeniu nici, wzmacnianiu szwów, właściwym obciąganiu guzików i subtelnej sztuce dopasowywania materiału do ciała.
Co więcej, panna Kessler nie tylko rozumiała, o czym mówił, lecz sama wykazywała żywe zainteresowanie tematem! Helmut wciąż wspominał jej zręczne dłonie, trafne uwagi i sposób, w jaki z taką swobodą rozprawiała o rzeczach, które większość jego rozmówców uznawała za nieznośnie nudne.
Jeszcze długo po zgaszeniu światła rozważał, czy przy wzmacnianiu szwów lepiej sprawdza się ścieg podwójny, czy odpowiednio poprowadzona wstawka. Przypomniał sobie przy tym uśmiech Klary, potem jej głos, a wreszcie sposób, w jaki pochylała się nad materiałem. Ułożył się wygodniej na pryczy, poprawił poduszkę i zamknął oczy. Przez chwilę próbował jeszcze uporządkować myśli, lecz zmęczenie minionego dnia zaczęło brać górę. Oddech stopniowo mu się wyrównał, rozluźniły się dłonie spoczywające na żołnierskiej derce, a głowa bezwładnie przechyliła się na bok. Ostatnią świadomą myśl poświęcił temu, że powinien kiedyś zapytać pannę Kessler o jej sposób wszywania rękawów. Nie zdążył już jednak rozstrzygnąć, czy stosowała przy tym fastrygę. Zasnął.
A kiedy jego umysł na dobre pogrążył się we śnie, szorstkie wojskowe sukno ustąpiło miejsca delikatnemu płótnu, chłód namiotu rozpłynął się w przyjemnym cieple, a pochrapywanie towarzyszy zastąpił cichy trzask drewna w kominku.
Helmut siedział teraz w wygodnym fotelu, w przytulnym domu pachnącym świeżo wypranym płótnem i gorącym żelazkiem. Przy oknie Klara Kessler pochylała się nad robótką, prowadząc igłę z wprawą, którą tak niedawno miał przyjemność podziwiać. Co jakiś czas podnosiła wzrok i obdarzała go uśmiechem. On zaś odpowiadał równie ciepło, zadowolony z tego, że wreszcie znalazł osobę, z którą można było spędzić cały wieczór na rozmowie o właściwym naprężeniu nici. Helmut Kamm śnił i był to sen niezwykle przyjemny, a przy tym niemal całkowicie pozbawiony trosk.
Poza Helmutem i Klara, w wyśnionym pokoju krzątało się kilkoro dzieci. Najstarszy chłopiec polerował srebrną tacę, dziewczynka ćwiczyła ukłon przed lustrem, a najmłodsze z dzieci, z językiem wysuniętym z przejęcia, usiłowało zawiązać krawat na szyi drewnianego pajacyka.
Helmut przyglądał się temu wszystkiemu z rozczuleniem.
-Doskonale, moje drogie - rzekł Helmut w kierunku dziatwy.
-Jeszcze tylko dwadzieścia lat praktyki i panicz Fineasz nie będzie musiał się o nic martwić.- Dodał czule.
Klara uśmiechnęła się, odłożyła robótkę i pochyliła ku niemu.
-*Helmut... *- szepnęła mu do ucha. Jej głos zabrzmiał jednak dziwnie znajomo.
-Helmut... chyba coś się zaczyna! - Kamm otworzył gwałtownie oczy.
Przez krótką chwilę nie wiedział, gdzie się znajduje. Zamiast ciepłego kominka miał przed sobą ciemne wnętrze namiotu, zamiast Klary pochylonego nad nim Fineasza, a zamiast dziecięcego gwaru słyszał podejrzane kroki na żwirze.
-Paniczu?! -Helmut poderwał głowę z poduszki. - Co się stało? Ktoś pana niepokoi? - Helmut odruchowo wyciągnął rękę, jakby zamierzał osłonić Fineasza przed niewidzialnym napastnikiem.
-Proszę się nie obawiać. Już wstaję. Zaraz się nim zajmę... - Nie zdążył.
Żelazny łoskot rozdarł nocną ciszę, a zaraz po nim rozległ się ryk rogu i głos sierżanta Russela. Helmut zesztywniał, po czym z wolna opuścił wyciągniętą rękę.
-Ach. To tylko sierżant. - Przez moment rozważał, czy istotnie stanowiło to powód do ulgi.
-Nocne ćwiczenia! - oznajmił z zachwytem Fineasz. -Helmut, wstawaj proszę. Musisz poprawić mi ubranie. Muszę się świetnie prezentować na taką okazję. Włosy mi gdzieś nie odstają?
-*Ani odrobinę, paniczu - * odpowiedział Helmut, wciąż jeszcze walcząc z resztkami snu. -Fryzura przetrwała noc w stanie godnym najwyższego uznania. Obyśmy wszyscy mogli powiedzieć to samo o sobie po tej nocnej akcji.
Pięć minut. Helmut powtórzył tę liczbę w myślach i poczuł pierwszy przebłysk autentycznego niepokoju. Pięć minut wystarczało, by doprowadzić do porządku kołnierz, zapiąć guziki i poprawić włosy. Nie wystarczało natomiast na godziwą poranną toaletę dwóch dżentelmenów, z których jeden właśnie usiłował odnaleźć własną koszulę. Tym jednym był, ku jego głębokiemu rozczarowaniu, sam Helmut.
Fineasz tymczasem ubierał się z zadziwiającą sprawnością. Jego opiekun obserwował to z mieszaniną dumy i niedowierzania. Dwadzieścia dwa lata troski przyniosły owoce.
Gdy panicz stanął przed nim w pełnym umundurowaniu i zapytał o szczerą ocenę, Helmut natychmiast odzyskał zawodową przytomność.
-Wygląda pan znakomicie, paniczu. Proszę jedynie pozwolić... - Kamm poprawił mu kołnierz, wygładził fałdę na ramieniu i jednym pewnym ruchem ułożył grzywkę.
-Teraz doskonale. - Odsunął się o krok, by ocenić rezultat.
Dopiero wtedy spostrzegł, że własną koszulę założył na lewą stronę.
-Proszę mi wybaczyć, paniczu. Muszę dokonać drobnej korekty osobistej.
W zamieszaniu dobiegł go głos Maxima Meesa, który nie tylko zdołał się ubrać, ale jeszcze otworzył poły namiotu i zajął się budzeniem pozostałych. Helmut spojrzał na niego z niekłamanym uznaniem.
-Panie Mees, pańska przytomność umysłu jest doprawdy imponująca. Przyznaję, że od chwili pańskiej przemiany trudno mi patrzeć na pana inaczej niż na dalekiego kuzyna Hohenwartów. Nie tylko fryzura, ale i postawa świadczy o przynależności do najlepszego towarzystwa. - Skłonił mu się z wdzięcznością. -Gdyby wszystkie rodziny mogły poszczycić się podobnymi krewnymi, genealogia stałaby się nauką znacznie przyjemniejszą.
Niestety, chwilę później Maxim wybiegł przed namiot, gdzie jego żołądek wyraził stanowczy sprzeciw wobec porannego rozkładu zajęć. Helmut zerknął za nim z troską. Już chciał sięgnąć po czystą chustkę, lecz przypomniał sobie o upływającym czasie. Zapiął mundur, zarzucił ekwipunek i po raz ostatni upewnił się, że Fineaszowi niczego nie brakuje.
Dopiero gdy wyszedł za paniczem na chłodne powietrze, poczuł, że coś miękkiego uderza go o biodro. Spojrzał w dół. Z pasa zwisał starannie złożony, śnieżnobiały ręcznik.
Helmut przez chwilę wpatrywał się w niego z niedowierzaniem. W pośpiechu zabrał go odruchowo, jak gdyby poranna toaleta panicza nadal stanowiła najpilniejsze zadanie dnia.
Mógłby go porzucić. Mógłby schować. Mógłby nawet udawać, że jest to nieznany szerzej element wojskowego wyposażenia.
Zamiast tego poprawił jego ułożenie, by przynajmniej zwisał równo.
Przed nimi czekał plac, sierżant Russel i zapewne kolejna próba wytrzymałości. Helmut czuł się niewyspany, niezbyt pewnie stał na nogach i miał nieprzyjemne wrażenie, że jeden z guzików jego munduru został zapięty niewłaściwie.
Spojrzał jednak na kroczącego obok Fineasza. Panicz prezentował się bez zarzutu. To musiało wystarczyć.
-
Rozmowa z Helmutem była bardziej zajmująca niż Klara początkowo przypuszczała. Szczegółowe rozważania nad poszczególnymi szwami, co zostało wykonane nieprawidłowo, sposobami możliwej naprawy oraz pochodzeniem nielicznych, wyjątkowo mocnych przeszyć stały się tematem bardzo długiej rozmowy. Jak się ostatecznie okazało, zbyt długiej.
W pewnym momencie wieczoru czy już nocy, na co Klara niezbyt zwróciła uwagę, atmosfera w namiocie robiła się znacznie spokojniejsza, jej powieki same zaczęły już opadać, a wzrok rozmywać się przy przyglądaniu kolejnym szwom na jej własnym mundurze, przeprosiła Helmuta, że nie może kontynuować tej rozmowy dalej, jakkolwiek świetna ona by nie była, po czym zwyczajnie osunęła się na plecy i zasnęła twardo. O tyle dobrze, że cała rozmowa była toczona na jej pryczy, bo gdyby w tym momencie siedziała w innym miejscu, nie celowo, ale zasnęłaby nie na swoim posłaniu.
Spała jak kamień wymęczona po ćwiczeniach, a także po długiej rozmowie do tego stopnia, że jej niezwykle wyczulone ucho nie wychwyciło kroków i szurania butów o ziemię tuż za materiałem namiotu koło jej głowy. Mało tego, nawet rozbrzmiewający dźwięk metalu i krzyki Russela nie zrobiły na niej wrażenia. Gdy część ludzi z namiotu już pilnie się ubierała, to gdyby nie hałas tym spowodowany, można by usłyszeć jej ciche pochrapywanie. Dobudziło ją dopiero to, gdy ktoś mocniej szarpnął ją za ramię. Ledwo otworzyła oczy i z trudem pojęła, co się dzieje. "Ćwiczenia? Jakie ćwiczenia?" Tylko tyle kotłowało się w jej głowie.
Pomimo dezorientacji, dzięki nawykom wypracowanym przez ostatni miesiąc, ręką sięgnęła pod posłanie. Zdziwiła się i to niemało, gdy palce dłoni nie natrafiły na znany jej materiał. Zerwała się szybko na nogi i podniosła wszystko do góry. Nie ma! Jej munduru nie ma! Wpadła w panikę, bo czemu miałoby go tutaj nie być, przecież zawsze odkładała go w to miejsce. Przetarła oczy, nawet się spoliczkowała. Nic to nie dało. Zaczęła się rozglądać wokół łóżka, ale nigdzie go nie widziała.
Siadła. Wzięła kilka oddechów, odchrząknęła i złapała się za nasadę nosa. Gdy wokół niej wszyscy biegali, aby się ubrać i zdążyć na zbiórkę, ona siedziała i myślała dłużej niż by się wydawało, że to potrzebne. Pocierała nos raz za razem, aż w końcu ją olśniło. Helmut! Tak, poprzedniego wieczoru omawiała z nim metody krawieckie, po czym zasnęła. Nie przygotowała się tak jak zawsze, tylko gdzie ostatecznie zostawiła mundur. Przypomniała sobie, że zostawiła go tam, gdzie była, ale przecież siedziała w zanóżu, więc pewnie tam go znajdzie. Rzuciła się w to miejsce, ale też niczego nie znalazła, jednak jej wzrok powędrował to w prawo, to w lewo. Znalazła zgubę przy nogach Helmuta, który właśnie zdejmował koszulę, wcześniej założoną przez pomyłkę na lewą stronę. Sam mundur z pewnością został niechcący skopany przez innych, którzy nie zauważyli go leżącego na ziemi w tych ciemnościach.
Teraz poszło już dużo gładziej, ale wciąż nie tak jak powinno. Gdy zdecydowana większość wyszła już z namiotu, ona męczyła się przy ubieraniu. Każdy ruch był dla niej jak wyzwanie. Wciągnięcie trepów, zapięcie pasa, narzucenie odnalezionego munduru. Już samo pochylenie się tak nisko do butów wywoływało u niej zarówno ból nóg, pleców i brzucha, a gdzie jeszcze być gotowym do nocnych ćwiczeń. Ani trochę sobie tego nie wyobrażała. Może jednak opuszczenie fortu w dniu wczorajszym to wcale nie był taki najgorszy pomysł. Szybko odrzuciła tę myśl, gdy już z założonym plecakiem łapała za drewniany osprzęt i wybiegła na zewnątrz.
-
E Elenorsar odniósł się do tego tematu
-
Kroki sierżanta wybudziły Gerharda, sen miał lekki a organizm przyzwyczajony do wstawania przed świtem. Przekleństwo, zazdrościł ludziom co potrafili spać wszędzie, w każdej pozycji i o każdej porze. Ludzie z Talabheim jednak mieli dziwne zwyczaje, jednym z nich było spędzenie czasu z dziećmi w Wielkim Lesie, nawet gdy sami nie byli tropicielami czy łowczymi, to każdy mniej lub bardziej był przyuczony, przez ojca, dziadka czy wujka. Nie było rodziny, która by nie robiła wypadów do lasu. Nie żeby las tam był straszny jak ten w Ostlandzie, pająków tam nie ma, ale bandyci, głodne zwierzęta czy zwierzoludzie się znajdą. Toteż każdy jest czujny, każdy uczy swoje pociechy by lasu nie lekceważyły. A potem biedne spać nie mogą, zrywając się na każdy szelest, jakby to wilk miał się do nich podkraść.
Wilka nie było, i tym razem, był chrzęst kruszywa Triefplatzu gdy sierżant Russel z przybocznymi planował im zgotować ciężką noc.
Gerhard nie był pewien jeszcze skąd odgłosy, ale skoro już się obudził to postanowił się ubrać, w nie do końca dosuszony mundur po wczorajszym czyszczeniu. Pomodlić. Zacząć dzień wcześniej.
Ledwo skończył się ubierać a zobaczył, że i inni w namiocie się wybudzają i wyglądają przed namiot, a po chwili rozległ się raban. Alarm. Nocne ćwiczenia.
- E che la sua figliuola partorisca ratti! - przeklął po Tileańsku, niewiele umiał w tym języku, ale kilka zdań zapadło mu w pamięć.
Z modlitwy nici.
Zdenerwowany postanowił zadrwić z sierżanta i ubrać "pełen rynsztunek" tak jak rozkazano, pusty plecak, tobołek, włócznię i tarczę z symbolem najświętszej bogini, a przy plecaku kołczan z łukiem i strzałami. Pewnie się to na nim zemści i będzie to taszczył niepotrzebnie, ale jak sierżant sądzi że wyjdą tam w mundurze z samymi drewnianymi mieczami to się myli, niech kombinuje potem co zrobić z jednym wielkoludem lepiej uzbrojonym niż reszta. Jego problem.
Spojrzał po zebranych, z niekłamanym zaskoczeniem obserwując podnieconego sytuacją Fineasza. Gdy ten wyszedł przed namiot dodał na głos:
- Serio? Młody Hohenwart narobi nam jeszcze kłopotów - w jego głosie słychać było zmęczenie i zrezygnowanie, nie podobało mu się to nocne budzenie nic a nic.
Poprawił rzemień przy szyi by wygodniej mu było maszerować z tarczą i w razie potrzeby opierała się o jego ramię, po czym wyszedł na plac starając się by tarcza i ekwipunek jeszcze bardziej podkreśliły jego wzrost. Oto szedł wielki uzbrojony wojownik. Wedle rozkazu. Skoro się sierżant popisuje to on też zamierza. -
Plany pójścia spać wcześniej... szlag jasny trafił. Był obudzony do późnej pory i tylko tęsknił tęsknotą mnogą za odpoczynkiem. Chwilą ciszy, ale cały piekielny świat mu nie sprzyjał. Nie dość, że jego namiot się rozgadał w wąskich grupkach to jeszcze na zewnątrz trwała wrzawa. Widząc nikłe szanse w "swoim namiocie" wybrał się do radosnych biesiadników na zewnątrz nawiązując kontakty. Czyli dokładnie to co robił przez ostatni miesiąc...
Kiedy wrócił wszyscy się kładli spać, lub już spali. Nadal była szansa, że ktoś się wykruszy na mecie, więc nie poruszał spraw istotnych. Jakby nie patrząc? Byli rekrutami z prawem odstąpienia od nieuchronnej umowy wiążącej ich na życie. Oczywiście, w dupie miał wiązanie się z wojskiem na tak długo. Na pewno był kruczek prawy. Jakaś droga wyjścia, a on? Jak nic miał zamiar z niej skorzystać. Miał plany... wielkie plany, a wojsko było jedynie koniecznym przystankiem!
Zmroczony alkoholem i dobrym jadłem przebudził się w nocy słysząc kroki w półśnie. Nie wiedząc czy to sen, czy jawa, świadomość otaczającej go rzeczywistości przyszła dopiero kiedy rozległ się dzwięk bicia o metal. Zerwał się. Złorzecząc przy tym w jakimś dziwnym i obcym wielu języku. Był piękny, melodyjny i szorstki. Nie mniej, był człowiekiem swego słowa i opuszczał namiot w pełnym szkoleniowym rynsztuynku.
Co jak co, ale sierżant ich zrobił w babola i wiedział dlaczego, więc nie czuł zbytnio urazy. W wojsku nie było świętości dnia wolnego. Służba była wieczna, a wolne zaledwie nadzieją. Nie obietnicą. Szczęśliwie, pomimo zielonoskórych i im podobnych? Nadal było spokojnie. Nic dziwnego, bo zieloni nie garnęli się do oblężeń. Jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem to za jakieś dwa, może trzy, lata będzie wolnym człowiekiem z papierami na lepszą drogę życia... Póki co jednak? Zamierzał być najlepszym żołnierzem jakiego widział Ostland. Od tego zależała jego przyszłość!
-
Pięć minut.
Pięć minut to wbrew pozorom nie było dużo.
Nie mniej jednak rekruci, klnąc pod nosami na czym świat stoi, powlekli się luźną grupą na Triefplatz.
Wrota Strielfortu były otwarte. Żołnierze na wartach uśmiechali się. Ale te uśmiechy sprawiały wrażenie... złowieszczych. Na placu stały cztery postaci, każda z pochodnią w ręku.
-Rekruci! W szeregu zbiórka! baczność!- Zagrzmiał stojący obok Sierżanta Russela mężczyzna.
Większość rekrutów skojarzyła go natychmiast. Prawa ręka Sierżanta Russela. Otto Hindelberg. Dystynkcje na mundurze świadczyły o tym iż jest on w stopniu kaprala. Kilka razy pojawiał się na treningach poborowych, z reguły zastępując Russela, gdy ten miał coś do załatwienia i musiał zostawić świeżynki. Oczywiście zostawienie nowych rekrutów samopas byłoby nie na miejscu. Głos miał dźwięczny, jego polecenia miały inny wydźwięk niż te Sierżanta. Z twarzy zaś wyglądał na dość poczciwego.
Cóż. Kapral był rangą przejściową powyżej Starszego Szeregowego. Był to trep który zdążył już swoje odsłużyć i stara się o przyjęcie w poczet korpusu oficerskiego. Tym samym więc jest, tak jakby, na szkoleniu oficerskim pod okiem Sierżanta. W praktyce jednak najczęściej kaprale pełnili dla sierżantów rolę przynieś-podaj-pozamiataj-popilnuj i wykonywali wszystko co, czego Sierżant akurat nie chciał zrobić.
Z ramienia Kaprala zwisał ostlandzki róg sygnałowy. Ten sam, który dopiero co zakłócił ciszę pola namiotowego do spółki z żelaznym prętem i mieczem.
Poza tym, pochodnie trzymane w rękach oświetlały jeszcze sylwetki Sierżanta Bena Otiksohna, oraz jakiegoś nieznanego wam z imienia żołnierza.-Dziękuję, Kapralu Hindelberg.- Zaczął Sierżant Russel. -Rekruci! Dzisiejszej nocy odbędziemy podchody na nieznanym wam terenie. Nie byle gdzie, ale w samym niesławnym Lesie Cieni! Ale spokojnie, tej nocy nie będziecie ani walczyć z chaosem, ani z zielonoskórymi. Jestem pewien że nadążycie i nie będziemy musieli szukać niczyich zwłok na porannym patrolu. Rekruci Mantel, Waldgeist, Wenderbeck, Hammerfall, Schmied, Voight, Smidt, Kassel, Wolfer, lewo zwrot, dwa kroki naprzód, prawo zwrot! -
Wspommniani rekruci wykonali polecenie. Teraz były dwie grupy.
-Wy idziecie ze mną i Kapralem Hindelbergiem. Rekruci Hohenwart, Sweinssen, Mees, Kessler, Adlerhorst, Kumm, Eisner, Scharf, Shilfer pójdą z Sierżantem Otiksohnem i Starszym Szeregowym Hauserem. Rekruci Mantel, Waldgeist, Kessler i Adlerhorst dostaną po pochodni. Jeden na początku, drugi na końcu pochodu, rozświetlać drogę. -Nakazał Russel.Fakt iż Adlerhorst miał ze sobą swój osobisty, "ostry rynsztunek" został odnotowany i Sierżant Ben Otiksohn w prostych, żołnierskich słowach wyłożył mu co o tym myśli. Większość rekrutów nauczyła się tego dnia kilku nowych interesujących słów z gwary wojskowej, których próżno szukać w jakichkolwiek słownikach. Ostatecznie, obie grupy rekrutów skończyły z drewnianymi mieczami treningowymi, plecakami pełnymi kamieni, oraz po małym bukłaku z wodą. Jak nie było trudno się domyślić - po przekroczeniu bramy Strielfortu, grupy rekrutów się rozeszły.
Jak dotąd rekruci nie mieli musztry z Sierżantem Otiksohnem. I chwała Sigmarowi, bo narzucił ostre tempo. Ruszyli za dowódcą w dół zbocza. Plecaki wypełnione kamieniami wbijały się niemiłosiernie przy każdym kroku tego biegu. Z początku była to znana droga na północny zachód, jednakże po jakieś mili, Sierżant i Starszy Szeregowy skręcili w jakąś leśną ścieżynę prowadzącą głębiej w las. Tędy nie dane im było jeszcze biegać. Zazwyczaj musztra i ćwiczenia odbywały się niedaleko lasu lub na skraju. A tu okazało się, że prowadzi ich głęboko w las i to jeszcze nocą. Gąszcz gałęzi i krzaków zaczął skutecznie tłumić blade światło ciał niebieskich. Wszyscy, nawet ci którzy z reguły dobrze widzieli nocą, mieli problemy z ujrzeniem więcej aniżeli ukazywała pochodnia.
Ludzie powiadali, że Las Cieni żyje własnym życiem. Sam zmienia ułożenie gałęzi i konarów, tak, aby żaden śmiertelnik nie był w stanie go opuścić. Ludzie wchodzą doń i już nigdy nie wychodzą. To jednak tylko stare bajędy, gadanie mające odstraszyć awanturników i małe dzieci przed wchodzeniem do puszczy, w której czają się stada wilków... A może nie?
Ciężko było się skupić jednocześnie na drodze i na rozmyślaniach. Nogi chwiały się od zmęczenia. Powieki same się zamykały. Każda gałąź i korzeń i kamień zdawały się magicznie, nagle wyrastać pod stopą i dodawać swoją cegiełkę do i tak trudnego już biegu. Ciała wlokły się i tylko silna wola utrzymywała kierunek truchtu, aż wreszcie Otiksohn dał znać, żeby się zatrzymać.
-Cisza wszyscy. Zwartą grupą przed siebie. Formować czworobok. I pamiętajcie. Jesteście w Lesie Cieni. - Sierżant wydał rozkaz nadzwyczaj cicho, oszczędnie i poważnie. Dowódca zdawał się doskonale wiedzieć dokąd idzie. Rekruci z pocałowaniem ręki mogli przyjąć fakt iż bieg się skończył, a zaczął się marsz. Ale leśna ścieżka, którą kroczyła formacja, robiła się coraz węższa. I węższa. Aż wreszcie całkiem znikła. Wydawało się, że droga wybrana przez Otiksohna jest pozbawiona ładu i składu. Tempo utrudniało skuteczne odciąganie gałęzi, wzięcie spokojniejszego oddechu. A ciemność nie dość, że utrudniała oszacowanie pokonanego dystansu, to jeszcze zatracała poczucie czasu.
Coś wisiało w powietrzu. Jakaś...trudna do określenia rzecz. Coś było nie tak. Sierżant i Starszy Szeregowy prowadzili ich bezrefleksyjnie głęboko w las, a przynajmniej na to wyglądało. Wreszcie, po okresie który zdawał się być jedną wiecznością, zatrzymali się na niewielkiej polanie.
-Stać. Przerwa. Starszy Szeregowy Hauser, do mnie! - Warknął Otiksohn.
Sierżant i Starszy Szeregowy stanęli kawałek od rekrutów, i zaczęli ze sobą rozmawiać. Otiksohn wyciągnął z za pazuchy jakiś kawałek papieru. Zaczęli po cichu ze sobą rozmawiać, na granicy słyszalności. Ale, gdyby dobrze przyłożyć ucho...Można było by usłyszeć o czym mówią.Ciekawe co robi teraz druga grupa z Russelem...
Poproszę wszystkich graczy o rzut na spostrzegawczość. Można też rzucać na tropienie. Pamiętajcie o modzie -5, jeżeli ktoś nie zdał odporności wcześniej, oraz o ewentualnych bonusach wynikających z waszej karty postaci.
-
Klara szła przed wszystkimi rekrutami oświetlając drogę z pochodnią w ręku. Migoczące cienie wśród drzew poruszały się w jej tempie, a było ono zabójcze. Sierżant Otiksohn wraz ze starszym szeregowym Hauserem poruszali się przed nią, choć Klara coraz częściej marzyła, aby dzieląca ich odległość nie powiększała się z każdym kolejnym krokiem. Ledwo za nimi nadążała po nieznanej jej ścieżce. Rola pochodniowego wcale nie była taka świetna. Nie dość, że niosła ciężar taki jak jak każdy inny, to dodatkowo musiała mieć ciągle uniesioną pochodnię, a jej ręka już bez tego była mocno obolała. Ciepło i światło pochodni też nie pomagało. Gorąc buchał w nią, powodując że robiła się mokra jeszcze szybciej niż normalnie, a bliskie światło oślepiało ją aż zbyt bardzo, utrudniając tym marsz. Z drugiej strony, gdy odpowiednio ustawiła pochodnię mogła dostrzec rzeczy, których nie zobaczyłaby reszta, więc co jakiś czas odwracała głowę, wprawiając w ruch niesforne loki, i rzucała do tyłu krótkie ostrzeżenia "kamień", "dziura", "korzeń".
Z początku nie zwracała na pewne znaki uwagi, lecz im dalej szli, tym zauważała pewne punkty, które nie do końca jej się zgadzały. Ścieżka, którą prowadził ich sierżant sprawiała wrażenie zapuszczonej i rzadko uczęszczanej, ale nosiła ślady regularnego użytkowania. Co jakiś czas w świetle pochodni Klara zauważała w błocie stosunkowo świeże odciski wojskowych butów, które z pewnością nie należały ani do szeregowego, ani do sierżanta, a ten zdawał się na domiar tego, doskonale wiedzieć gdzie się kieruje. Dziewczynie wydawało się, że sierżant nie wybrał tej trasy przypadkowo i doskonale wiedział dokąd zmierza. Poruszał się tak pewnie, jakby znał każdy zakręt ścieżki, każdy kamień, dziurę czy gałąź, która mogłaby mu stanąć na drodze.
Kiedy wreszcie dotarli na polanę i zarządzono postój, Klara przyjęła tę wiadomość z wielką ulgą. Odruchowo pochyliła się i oparła wolną rękę na kolanie, próbując odpocząć i złapać oddech. Piekące mięśnie nóg i pleców, boleśnie przypominały o wczorajszym treningu i nieprzespanej nocy. Rekrutka rozważała nawet zdjęcie plecaka, ale obawiała się, że gdy przyjdzie czas dalszego marszu będzie miała problemy, aby ponownie go założyć.
Wśród własnych sapnięć i odgłosów odpoczywających towarzyszy wychwyciła odgłosy Otiksohna i Hausera, którzy rozmawiali kawałek dalej. Początkowo nie przywiązywała do tego większej uwagi, jednak kilka słów spowodowało, że mimowolnie nadstawiła uszu.
"Na miejsce... pojmani..."
Klara zmarszczyła brwi, próbując wyłapać kolejne słowa, niestety większość ginęła w odległości, szeleście liści i innych odgłosach otoczenia. Dopiero po chwili dotarły do niej kolejne słowa.
"Punkt... egzekucja."
Klara odruchowo poprawiła okulary, spoglądając w stronę rozmawiających przełożonych. Pojmani? Egzekucja? Co to może mieć wspólnego z nocnymi ćwiczeniami? Przypomniała sobie ślady na ścieżce i pewność z jaką sierżant prowadził ich przez las. Zaczęła podejrzewać, że rekruci właśnie są poddawani ostatecznemu sprawdzianowi przed złożeniem przysięgi, jednocześnie nie mogąc pozbyć się wrażenia, że coś tu nie pasuje.
Odchrząknęła cicho, po czym rozejrzała się za pozostałymi rekrutami. Gestem dłoni przywołała do siebie najbliższych, aby się do niej zbliżyli. Nie chciała zwrócić uwagi sierżanta, ani aby jej słowa dotarły do jego uszu. Gdy uznała, że przełożeni nadal są zajęci rozmową, ściszyła głos.
- Słuchajcie coś jest nie tak. Zauważyłam coś podczas marszu. - Odwróciła się w stronę przełożonych, aby mieć pewność, że jej nie usłyszą. - Ta ścieżka wcale nie jest tak rzadko uczęszczana jak się wydaje. Widziałam dosyć świeże ślady wojskowych trepów i to nie tych, które należały do szeregowego i sierżanta. Zresztą on prowadził nas tak pewnie w tej ciemności, jakby doskonale wiedział, gdzie stawia każdy krok. Wątpię, aby prowadził nas tędy przypadkiem.
Zrobiła pauzę, aby zastanowić się nad tym, jak przekazać słowa, które przed chwilą usłyszała.
- Przed chwilą udało mi się usłyszeć fragmenty rozmów między Otiksohnem i Hauserem. Nie zrozumiałam całych zdań, ale mówili coś o miejscu, pojmanych, jakimś punkcie i egzekucji. Nie mam pojęcia jednak co może to oznaczać. - Spojrzała ponownie na sierżanta. - Mam przeczucie, że przygotowali nam coś więcej niż zwykły marsz. Myślę, że powinniśmy zachować dodatkową ostrożność.
Poprawiając chwyt na pochodni, pomyślała, że to wcale nie będzie takie proste, będąc tak zmęczoną i ponownie zwróciła się do towarzyszy.
- A wy? Zauważyliście coś niepokojącego lub dziwnego po drodze?
Cześć! Wygląda na to, że jesteś zainteresowany tą rozmową, ale nie masz jeszcze konta.
Masz dość przewijania tych samych postów za każdą wizytą? Po zarejestrowaniu konta zawsze wrócisz dokładnie do tego samego miejsca, w którym byłeś wcześniej, możesz wtedy również wybrać opcję otrzymywania powiadomień nowych odpowiedziach (e-mailem lub powiadomieniem push). Będziesz też mógł zapisywać zakładki i głosować na posty, aby okazać uznanie innym członkom społeczności.
Z Twoją pomocą tez post mógłby być nawet lepszy 💗
Zarejestruj się Zaloguj się