Rozdział I - Jak zostać trepem?
-
Po miesiącu szkolenia
Pierwsze wrażenie było jednoznaczne. Nie wyglądał jak żołnierz. Wyglądał raczej jak ktoś, kto przez pomyłkę wyszedł z biblioteki, skręcił w złą ulicę i trafił prosto do koszar. Chude ramiona, wiecznie potargane włosy, okrągłe okulary, zamiast porządnego wojskowego ekwipunku. Do tego mina człowieka, który każdego ranka zadaje sobie pytanie, dlaczego jeszcze nie uciekł.
Na początku część ludzi była przekonana, że długo nie wytrzyma. Nie radził sobie z żołnierskim życiem. Budzenie przed świtem było dla niego osobistą obrazą. Marsze uważał za bezsensowne marnowanie energii. Błoto niszczyło mu buty, deszcz niszczył książki (gdyby tylko jakieś przy sobie miał), a krzyki instruktorów najwyraźniej powodowały u niego przede wszystkim dezorientację.
Z czasem jednak zaczęły wychodzić na jaw rzeczy, których nikt się po nim nie spodziewał.
Potrafił czytać, pisać i mówić lepiej niż większość ochotników. Znał język klasyczny i miał sporą wiedzę akademicką. A kiedy podczas szkolenia zaczęto omawiać konstrukcję umocnień, machin i mostów, nagle okazało się, że ten przerażony bibliotekarz ma na ten temat bardzo dużo do powiedzenia.Potrafił wskazać, gdzie konstrukcja jest źle wykonana. Potrafił zauważyć, że coś zostało zbudowane w sposób, który wcześniej czy później doprowadzi do katastrofy. Potrafił patrzeć na machinę oblężniczą nie jak na broń, ale jak na problem techniczny do rozwiązania.
I, ku irytacji niektórych żołnierzy, zazwyczaj miał rację.Z łukiem też radzi sobie lepiej, niż powinien. Nie jest wojownikiem. Nie ma w nim tego instynktu, który każe człowiekowi rzucić się na przeciwnika z mieczem, co najwyżej zwinnie uniknąć ataku. Za to potrafi zachować dystans, obserwować i myśleć zanim coś zrobi.
Po miesiącu poborowi wiedzą już również coś jeszcze. Że kiedy zaczyna nerwowo poprawiać okulary, patrzeć gdzieś ponad ich ramionami ( jeśli ci akurat kucają) i mamrotać pod nosem, nie zawsze oznacza to, że się boi. Czasami właśnie wtedy zauważył coś, czego nie zauważył nikt inny.
I dlatego, mimo że nadal wygląda jak człowiek, który absolutnie nie powinien znajdować się w wojsku, coraz mniej osób śmieje się z niego otwarcie. Bo może rzeczywiście nie jest żołnierzem.
Ale może być cholernie przydatnym człowiekiem, którego warto mieć za plecami.Wieczór przed zaprzysiężeniem
- Co proszę? Zadał pytanie sam sobie, niby pod nosem, lecz zdecydowanie zbyt głośno.
- O..odpocząć? Ciekawy koncept, nieprawdaż?Maxim nie ukrywał zmęczenia, ale i radości, że w końcu, po miesiącu nie do końca sensownej mordęgi, miał w końcu chwilę dla siebie. Bardzo szybko zdecydował się na pomoc oferowaną przez Helmuta, oraz zbliżył sie nieco do Fineasza:
- Polecam łykać na wydechu, o tak.
Zaprezentował biorąc solidny łyk, nie marszcząc się przy tym wcale.
- Spirytus, jak zapewne jest Panu wiadome, lotniejszy jest niźli woda i w kontakcie z rozgrzanym podniebieniem tęgo paruje i do dróg oddechowych się dostaje, stąd efekt. Chociaż zapewne Pan to wie, z tymże nie połączył faktów iż to co Mości pije to właśnie spiurytus jest, tylko z uwagi na proces produkcji, wygląda nieco inaczej, jest bardziej zanieczyszczony. To dość popularny napitek wśród osób ... mniej majętnych.
Maxim mógł sobie darować edukowanie, tym bardziej Fineasza, ale ... nie mógł. Taki po prostu był, miał dużą wiedze, lecz brakowało mu obycia aby czasami gębę zawrzeć. Dobrze że przynajmniej forma wypowiedzi była jaka była, to jest stwierdzajaca oczywistą oczywistość, kompendiująca to co ów Panicz już wie.
Kontakt z resztą oddziału przychodził Meesowi gorzej. Długie godziny spędzał, co oczywiste z kuzynem, lecz stronił od wiecznie uśmiechniętego Albrechta, który również niezbyt chętny był do bratania się. Jeśli chodzi o Klarę to ... cóż, kiedyś może będzie mu dane mieć żonę, ale póki co o kobietach wiedział jeno to że nie są meżczyznami i że w regularnych odstępach czasowych krwawią przez kilka dni - co samo w sobie było równie ciekawe co przerażające. Zaiste niepojętym było aby jakikolwiek żywy organizm regularnie krwawił kilka dni i nie padł od utraty posoki po kilku takich cyklach.
-
Ciężki trening
To była istna katorga. Zdawałoby się, że nic nie było w stanie przebić nadprogramowych ćwiczeń, które Klara dostawała w ciągu ostatniego miesiąca szkolenia wskutek początkowych spóźnień, czy późniejszego niewykonania na czas jakiegoś zadania. Czy to dodatkowe kółka biegu, dłuższa trasa czołgania, więcej kamieni w plecaku, a nawet wydłużone pływanie w lodowatym strumieniu, szczególnie po zmroku, gdy chłodny wiatr wielokrotnie wzmagał odczuwanie tak niskiej temperatury. Dzisiejszy dzień wskazał młodej dziewczynie, jak bardzo się myliła. Jedyne, co ją pocieszało to fakt, że tym razem to nie ona sama musi się męczyć, a jest to zadanie, z którym muszą walczyć wszyscy jej towarzysze, cała osiemnastka.
Z jednej strony, gdy sierżant Russel dawał jej za karę bonusowe serie treningów, była na niego wściekła i nie raz przeklinała go w duchu, a gdy nie miał możliwości jej usłyszeć, nawet na głos, co dziwiło ją samą, bo do tej pory nigdy nie przejawiała takiego zachowania i nawet nie tolerowała, ale jakże nowe doświadczenia życiowe, potrafią człowieka zmienić. Natomiast z drugiej strony właśnie dzisiaj, w tym momencie, uświadomiła sobie, jak wiele jej to dało. Gdyby dokładnie taki trening, który właśnie była zmuszona odbywać, otrzymałaby w pierwszym tygodniu po przybyciu do Strielfortu, na pewno by nie dotrwała do końca, a może nawet połowy i bardzo prawdopodobne, że zrezygnowałaby z dalszego losu żołnierza. Natomiast teraz biegła. Ledwo, ale biegła. Chociaż czasem ciężko byłoby to nazwać biegiem, z boku mogłoby to wyglądać jak człapanie, albo usilne trzymanie się życia. Jednak nie zatrzymała się ani na chwilę, doskonale wiedząc, że postój będzie oznaczał kolejne ciężkie wymysły sierżanta. I mimo, że nie chciała tego przyznać, po części była mu wdzięczna, że do tej pory tak się nad nią znęcał, przynajmniej w jej mniemaniu, bo dzięki temu czuła, że teraz nabrała nieco siły, kondycji i wytrzymałości, aby móc dorównywać tym, z którymi właśnie pokonywała kolejne odcinki przełajów.

Komenda o zakończeniu ćwiczenia padła na nią jak zbawienie. Zdawała sobie sprawę, że to nie jest najlepszy pomysł, gdyż później wystąpi problem ze wstaniem, ale nie miała na to sił, aby utrzymać się w pionie. Po prostu padła przed siebie na kolana, wyciągając ręce do przodu i opierając na dłoniach cały ciężar swojego ciała, czując jak drobne kamyczki wbijają się w jej dłonie, zostawiając po sobie biało-czerwone ślady. Przez kolejne minuty łapczywie wręcz połykała powietrze, choć wydawałoby się, że minęły tak naprawdę ledwie sekundy, w porównaniu do biegu, gdy ponownie musieli doprowadzić się do porządku i stanąć na baczność, co nie obyło się bez problemów.
Kurt Berger, Komendant fortu, oficer. Kiedyś Klara stała by po tej samej stronie co on, w sensie mentalnym, bo Reissner nigdy nie brał jej ze sobą, gdy przemawiał do swoich ludzi, ale wcześniej w namiocie, niejednokrotnie mówił na głos, po co zebrał oddział i jakie informacje chce mu przekazać, a ona jak to było w zwyczaju, podsuwała co mogłoby być przekazane inaczej, a co w ogóle lepiej przemilczeć i tak samoistnie, bez wytykania błędów, były przełożony przyjmował to, jakby to były jego własne myśli. Teraz stała po drugiej stronie, kompletnie nie wiedziała czego się spodziewać, co usłyszy, ani jakim człowiekiem jest Kurt. Słuchając go myślała o tym, jak wyobrażała sobie życie żołnierza, jak widziała je do tej pory, a jakie ono było naprawdę po tych kilku tygodniach. Te dwa obrazy mało się ze sobą łączyły. Dla niej żołnierz to był głównie ten co dowodzi, podejmuje decyzje i analizuje sytuację, a nie ten co wykonuje rozkazy. Zdawała sobie sprawę, że są podwładni, którzy wykonują polecenia, sama takim była, ale nigdy nie miała z nimi aż takiej styczności od strony wojskowej, a jej relacja z oficerem była dosyć specyficzna. Ona była tą cichą służącą, gdzie wśród narady oficerów była gdzieś z tyłu, w cieniu, podawała jadło i napoje, a także mapy, listy, decyzje, czy też gdy były oficer na głos zastanawiał się nad jakąś sytuacją, to ona delikatnie przypominała mu myśl, aby nie skompromitować go przy reszcie elity wojskowej.
Boleśnie zderzyła się z rzeczywistością wojskową, gdy się zaciągnęła. Znajomość życia wojskowego od góry nie dawała jej niemal żadnej przewagi tam, gdzie liczyły się siła i wytrzymałość. Niby wiedza o hierarchii i obyczajach powinna sprawiać, że lepiej odnajdywałaby się wśród przełożonych, natomiast relacja jaka wywiązała się między nią, a Reissnerem nauczyła ją złego nawyku, odzywania się w momentach, kiedy nie powinna. Mimo tych przeciwności dotrwała do końca. Stała teraz dumnie, na ile to było możliwe, po tak ciężkim wysiłku fizycznym i rozglądała się wzrokiem po obecnych. Była jedną z nielicznych kobiet, które dotrwały do końca, co napawało ją jeszcze większą dumą. Inaczej wyobrażała sobie wojsko. Chciała sama decydować o swoim losie, a tymczasem miała związać się z armią na resztę życia. Mimo tej sprzeczności nie zamierzała się wycofać. Dotrwała do końca szkolenia i chciała zrobić kolejny krok. Można powiedzieć, że dalej będzie kimś w roli służącego, bo taki zwykły szeregowy za wiele się nie różni, bo wykonuje polecenia tak, jak wcześniej ona, czy zapewne Helmut Kumm, który miał podobny fach do niej przed szkoleniem w Strielfort, chociaż miała wrażenie, że on się go do końca nie wyzbył. Teraz to już wie, ale różnica, którą widziała pomiędzy sługą oficera, a szeregowym była taka, że ten drugi może kiedyś stać się kimś ważniejszym, a sługa pozostanie sługą, a ona nie chciała zostać nim na zawsze.

Początek wieczoru
Klara ledwo doczłapała się do namiotu, po niezwykle intensywnym dniu ćwiczebnym Zrobiła to co zwykle w ostatnim tygodniu szkolenia. Padła na łóżko i jedynym wysiłkiem, na który udało jej się zebrać, to zdjęcie trepów, aby uwolnić z nich stopy. Było to o tyle dla niej dziwne, że nigdy nie posuwała się do takiego zachowania, przed tym, jak się zaciągnęła. Zanim pozwoliła sobie na odpoczynek, zawsze ogarniała wszystko co miała do zrobienia.
- Jak się panowie czujecie po dzisiejszym dniu? Bo ja wykończona jak nigdy. - Tak naprawdę nigdy bywało w dniach, gdy musiała czołgać się z Gerhardem na plecach. Zamiast leżeć, usiadła jednak na pryczy. - Chociaż sierżant powiedział, że powinniśmy się zabawić... tylko co tutaj można robić?Sweinsson , choć umordowany, spojrzał na Klarę łagodnie wzruszając ramionami.
- Wspaniały dzień by się obudzić, wspaniały by kłaść się spać. Ponoć karty to ulubiona rozrywka żołnierzy. Karty i kości.Fineasz podszedł do nich z czarką siwuchy w dłoni i lekko zmroczoną miną. Bardzo starał się wyglądać na całkowicie trzeźwego. Szło mu tak średnio. Uśmiechał się trochę szerzej niż zwykle, a spojrzenie miał lekko zamglone.
– Karty? – podchwycił natychmiast – Ja mam karty. Całą talię. Kompletną. Nawet całkiem przyzwoitą.
Sięgnął już odruchowo do swoich rzeczy, po czym zerknął na trzymaną czarkę i zmarszczył brwi, jakby dopiero teraz przypomniał sobie o jej istnieniu.
– Tylko to chyba powinienem komuś oddać. – wyciągnął ją w stronę najbliższej osoby. – Podejrzewam, że zaczyna mi szkodzić. Nie jakoś poważnie, rzecz jasna. Tylko... intelektualnie.
Przez chwilę milczał, po czym dodał z pełną powagą.
– W każdym razie w karty nadal jestem zdolny grać. Prawdopodobnie.Helmut, który zdążył już zauważyć, że panicz Fineasz nawiązał bliższą znajomość z siwuchą, przysłuchiwał się rozmowie z uprzejmym zainteresowaniem.
- Doskonały pomysł, paniczu. Gra w karty znakomicie ćwiczy pamięć, spostrzegawczość i umiejętność zachowania kamiennej twarzy.
Helmut, widząc wyciągniętą czarkę, podszedł do Fineasza i odebrał ją z dyskretnym ukłonem.
- Bardzo roztropnie, paniczu. Zawsze powtarzałem, że prawdziwy dżentelmen powinien znać swoje granice. - Szepnął Kumm.
Odstawił naczynie na bok, po czym skłonił się lekko Klarze.
- A pani, panno Kessler? Grywa pani w karty? Przyznam, że zawsze podziwiałem ludzi, którzy potrafią zręcznie obchodzić się zarówno z igłą, jak i talią.Fineasz pozwolił Helmutowi zabrać czarkę bez najmniejszego protestu, po czym spojrzał na niego z ciepło. W takich, wcale przecież nie tak rzadkich momentach, był wdzięczny losowi za tego człowieka.
– Dobrze, że ojciec posłał cię za mną Helmucie – powiedział ciszej. – Bez ciebie to nie byłaby ta sama przygoda.Albrecht uśmiechnął się do siebie na słowa o zaletach gry w karty. Zastanawiając się przy tym, czy Fineasz jest obecnie w stanie czerpać korzyść z tej przygody w hazard.. na monetę, czy też nie. Tak czy inaczej patrzył po zebranych. Miało mu ocaleć, ale...
- Ktoś coś? - były ciur, a niedługo żołnierz, zapytał prezentując pęto wędzonej kiełbasy i flaszkę bliżej nieznanego płynu wyciągniętych z worka.Klara wyciągnęła rękę w stronę Albrechta i ułamała sobie dutka kiełbasy, jednocześnie pokazując, że nie jest zainteresowana trunkiem.
- Wystarczy Klaro, wydaje mi się, że już na tyle obyliśmy się w swoim towarzystwie, że tytułowania są zbędne. - Jej zdanie przerwało ciche chrząknięcie. - W karty nie było dane mi grać, pan Reissner był przeciwny hazardowi. Chętnie bym jednak spróbowała, czemu nie. - Poprawiła się na pryczy, aby mieć lepszy widok na wnętrze namiotu.
Jakiś czas później
Z początku udając się do namiotu uważała, że jedyne na co będzie miała dzisiaj siłę to odpoczynek. Tak nawet planowała, położyć się i wyspać przed jutrzejszą przysięgą. Jednak gwar namiotu i ochota do świętowania co poniektórych towarzyszy nieco ją pobudziła i także postanowiła się nieco rozerwać, na ile pozwalały jej na to obolałe mięśnie. W pewnym momencie wieczoru, gdy gwar zaczął się już uspokajać, podszedł do niej Helmut zagadując o jej doświadczenie krawieckie.
- Dziękuję bardzo. - Odpowiedziała z uśmiechem Klara. - Prawdę mówiąc, gdybym trzymała język za zębami, nie miałabym tego problemu, aby musieć doprowadzać go do porządku. - Cicho odchrząknęła przy czym spojrzała na swój mundur, który rzeczywiście wymagał dużo pracy, aby doprowadzić go do takiego stanu. Zaproponowała następnie, aby wymienili się doświadczeniami i porównali znane sobie metody szycia, szczególnie te stosowane przez wojskowych krawców.
-
Ostatni wieczór przed zaprzysiężeniem miał w sobie coś z uczty wydanej na cześć ludzi, którzy właśnie uniknęli śmierci, choć nazajutrz zamierzali uroczyście zobowiązać się do ponownego wystawiania się na jej kaprysy.
Helmut Kamm przyjmował ten paradoks ze zwykłym spokojem. Po tygodniach musztry, marszów i ćwiczeń, podczas których sierżant Russel zdawał się osobiście sprawdzać granice ludzkiej wytrzymałości, rekrutom pozwolono wreszcie odetchnąć. Pojawiła się gorzałka, rozmowy nabrały swobody, a niektórzy zaczęli nawet wyglądać na szczęśliwych. Helmut uznał to za zjawisko godne odnotowania, choć zapewne przejściowe.
Sam również zamierzał skorzystać z okazji. Nieczęsto bowiem trafiał się wieczór, podczas którego można było porozmawiać z przyszłymi towarzyszami broni bez konieczności przekrzykiwania komend, dźwigania ekwipunku lub rozważania, czy własne stopy nadadzą się jeszcze do użytku następnego dnia.
Naturalnie nie spuszczał przy tym z oka panicza Fineasza. Wszak człowiek mógł pozwolić sobie na odrobinę swobody, nie zaniedbując obowiązków.

Dialog z Maximem, Gerhardem i Fineaszem
(...)
-Kłaniam się nisko mości Państwu. Panowie wybaczą, nie znamy się, ale jak widać będzie nam dane razem służyć. Nazywam się Maxim Mees, skryba, inżynier, cyrulik, każdego fachu zaznałem po trochu podczas swego długiego życia.
Max nie miał zamiaru tak od razu prosić o przeróbkę, liczył że osoba dobrze wychowana sama zaproponuje pomoc widząc nieład odzienia i związany z tym dyskomfort.
-Przybyliśmy wraz z moim kuzynem a i zarazem odnalezionym po latach druhem, pozwolicie Panowie że przedstawię: Gerhard Adlerhorst. Zacny i porządny to mąż, tyle rzec muszę ja, gdyż przez wrodzoną skromność, sam o sobie nie wyobraża sobie tak powiedzieć. Młody człowiek, to prawda, lecz pełen zapału i wigoru. - rzekł o nim Maxim pewnego dnia gdy przyszło im rozmawiać z kimś kto zdawał się mieć własnego sługę w obozie, choć żadnego "von" na placu nie słyszeli, a tego by spodziewali się po szlachcicu.
-Już nie taki młody kuzynie, mówcie mi Eiche - odpowiedział wywołany do tablicy przez krewnego. Trochę go zaskoczyła ilość komplementów, ale Maxim lepiej znał się na etykiecie od niego, toteż przyjął je cierpliwie bez prób podziękowania czy grzecznościowego zaprzeczania przy nowopoznanych.
Helmut odpowiedział obu mężczyznom ukłonem, nieco głębszym wobec starszego z nich.
-Helmut Kamm, do usług panów. Mam zaszczyt od dwudziestu dwóch lat pozostawać w służbie panicza Fineasza Hohenwarta. Obecnie, jak panowie widzą, również w służbie Wielkiego Księstwa Ostlandu. Choć przyznam, że ta druga instytucja wykazuje znacznie mniejsze zainteresowanie stanem garderoby swoich podopiecznych.
Helmut przeniósł wzrok na Gerharda i skinął mu z szacunkiem.
-Panie Adlerhorst, miło mi pana poznać. Pańska sprawność podczas ćwiczeń nie uszła mojej uwadze. Szczególnie podczas tych, przy których ja osobiście rozważałem już skorzystanie z usług kapłanów Morra.
Helmut przyjrzał się obu mężczyznom uważniej. Ich mundury przedstawiały widok, który w jego pojęciu stanowił obrazę nie tyle dobrego smaku, ile samej idei odzieży. Materiał marszczył się tam, gdzie powinien przylegać, i zwisał tam, gdzie należało go dopasować. To jednak dało się naprawić. Znacznie poważniejsza sprawa znajdowała się nieco wyżej. Włosy uczonego.
Helmut zachował uprzejmy wyraz twarzy, choć przez krótką chwilę poczuł tę samą bezradność, jakiej doświadczał chirurg na widok rany, którą ktoś uprzednio próbował leczyć końskim łajnem. Nie zamierzał jednak okazywać dezaprobaty. Człowiek uczony miał zapewne ważniejsze sprawy na głowie niż włosy, choć akurat w tym przypadku należało żałować, że nie znalazł dla nich choć odrobiny czasu.
-Jeśli pozwolą panowie na drobną uwagę, oba mundury wymagają kilku poprawek. Nic poważnego, zapewniam. Tu należałoby skrócić rękaw, tam zebrać nieco materiału, poprawić linię ramion... Odrobina pracy z igłą i nicią powinna przywrócić im właściwe proporcje. Chętnie się tym zajmę, jeśli panowie wyrażą życzenie. W końcu będziemy składać przysięgę, a mundur powinien przynajmniej sprawiać wrażenie, że został uszyty dla człowieka, który go nosi. - Helmut zawiesił głos na moment, po czym zwrócił się ponownie do Maxima.
-A skoro wspomniał pan o praktykowaniu sztuki cyrulickiej, pozwolę sobie zaproponować również pewną drobną przysługę w tym zakresie. Pańska fryzura posiada niewątpliwie wiele swobody. Obawiam się jednak, że sierżant Russel może nie podzielać naszego uznania dla indywidualizmu.- Następnie spojrzał na Gerharda i skłonił lekko głowę.
*-Oczywiście, panie Adlerhorst, byłoby z mojej strony wielkim nietaktem nie zaproponować panu tego samego. Jeśli panowie zechcą poświęcić mi po kwadransie, z przyjemnością zadbam, by obaj Panowie prezentowali się stosownie do uroczystości.- *Uśmiechnął się uprzejmie.
-W pańskim przypadku, panie Adlerhorst, będzie to zapewne kwestia kilku drobnych poprawek. Natomiast pan Mees, jako człowiek nauki, z pewnością doceni zalety nieco bardziej gruntownego podejścia.
Maxim poczuł się zaiste ważnym człowiekiem na widok grzecznościowego ukłonu Helmuta, głębszego niż w przypadku kuzyna, z którym co prawda nie konkturował. Co prawda zdawał sobie sprawę, że jak mówi się w pewnych gronach: "ciągnie swój do swego", lecz co innego porzekadło oraz przekonania,a co innego fakt zastany. Swój częściowy zachwyt postanowił uzewnętrznić, może nazbyt energicznie.
-Ależ gdzieś bym śmiał prosić Pana o takie przysługi. Wszakże również i Pan jest ztrudniony wysiłkiem ostatnich tygodni. Niemniej jednak, co prawda to prawda, nasze odzienie woła o pomstę do nieba, a ja niestety nie posiadam zarówno narzędzi jak i umiejętności. Także bardzo byśmy byli rad z kuzynem, jeśli zaszczyciłby nas Pan, prezentując swe umiejętności.
-Moja fryzura? Powiem szczerze i z serca, że w otoczeniu z którego się wywodzę taki właśnie artystyczny nieład był nie tyle standardem, co stanem oczekiwanym. Oczywiście ma Pan całkowitą rację, w bieżącej sytuacji właściwym byłoby zadbanie o prezencje adekwatną do okoliczności. Widzę że jest Pan osobą godną zaufania, także z ochotą skorzystam z propozycji. Zaznaczam jednak iż mimo wykształcenia nie uważam się, oraz de facto nie jestem szlachetnie urodzony; nie uważam za rozsądnie udawania kogoś kim nie jestem i raczej nigdy nie będę.
Fineasz skinął Helmutowi z wyraźnym zadowoleniem.
– Dziękuję Helmucie. Jak zwykle przedstawiłeś mnie lepiej, niż sam bym to zrobił.
Potem zwrócił się do obu mężczyzn z uprzejmą powagą.
– Nie mniej, w wojsku trzeba mówić za siebie. Fineasz Hohenwart. Tak z tych Hohenwartów z Wolfenburga. Pochodzę z rodziny kupieckiej, o dość dużych ambicjach. Prowadzimy w naszych stronach firmę przewozową. Jest na rynku od wielu pokoleń. – Uśmiechnął się lekko. – Miło mi panów poznać. Pan Mees brzmi jak człowiek, z którym można będzie odbyć niejedną interesującą rozmowę, a pan, panie Adlerhorst... cóż, pańska sprawność podczas ćwiczeń również nie uszła mojej uwadze.
Gdy rozmowa zeszła na włosy, Fineasz odruchowo musnął dłonią własną, idealnie równą grzywkę.
– A w kwestii fryzur, jak i poprawek w ubiorze, mogę tylko potwierdzić, że warto zdać się na osąd Helmuta. Zwłaszcza w kwestiach balwierskich. Traktuje włosy niemal z taką samą powagą, z jaką inni traktują sprawy państwowe.– Zawiesił głos na moment. – I słusznie. Przyszły żołnierz księstwa wszędzie winien prezentować się godnie.
Helmut przyjął zgodę Maxima z dyskretnym zadowoleniem.
-Ależ panie Mees, proszę nie wspominać o trudach. Po ostatnich tygodniach możliwość zajęcia się czymś, czego nie trzeba kopać, dźwigać ani zabijać, jest dla mnie prawdziwym wytchnieniem. Co zaś do pańskiego pochodzenia, zapewniam, że dobre maniery i schludny wygląd nie są wyłącznym przywilejem szlachty.
Rozpoczął od mundurów obu kuzynów. Poprosił panów o wyprostowanie się, uniesienie ramion i wykonanie kilku kroków, po czym zaznaczył miejsca wymagające poprawek. Igła i nić szybko przywróciły odzieniu właściwe proporcje. Helmut zadbał przy tym, by mundury nie tylko dobrze leżały, ale również pozwalały swobodnie się poruszać. Następnie przygotował nożyce, grzebień, brzytwę, mydło oraz miskę z ciepłą wodą i zaprosił Maxima na miejsce.
-Co do pańskiego artystycznego nieładu, nie śmiałbym kwestionować obyczajów ludzi nauki. Obawiam się jedynie, że sierżant Russel mógłby uznać je za przejaw niesubordynacji.
Rozczesał włosy uczonego, skrócił je na karku i wokół uszu, zachowując naturalne fale po bokach. Grzywkę wyrównał szczególnie starannie, pozostawiając jej łagodną, równą linię. Nie chciał pozbawiać Maxima charakterystycznego wyglądu, a jedynie nadać mu kształt świadczący o tym, że właściciel włosów pozostaje z grzebieniem w stosunkach przynajmniej dyplomatycznych.
Potem zwilżył ciepłą wodą twarz uczonego, oczyścił ją z pyłu i potu, nałożył mydlaną pianę i sprawnymi pociągnięciami brzytwy usunął zarost. Na koniec przemył skórę chłodniejszą wodą, osuszył czystym ręcznikiem i poprawił ostatni niesforny kosmyk.
Helmut odłożył grzebień i przyjrzał się rezultatowi z wyraźnym zadowoleniem. Poprawił jeszcze jeden kosmyk nad czołem Maxima, po czym cofnął się o krok.
-Znakomicie, panie Mees. Przyznam, że ta fryzura wyjątkowo panu służy. Powiedziałbym nawet, że wygląda Pan teraz na przedstawiciela tego samego, dość wąskiego kręgu towarzyskiego o nienagannych standardach.

- Dziękuję Panowie za dobre słowo - Maxim odparł na komplement - Miło Was poznać.
- Kuzyn faktycznie lepiej nadaje się do pogawędki, ale chętnie posłucham, szczególnie jeśli macie wieści o Kislevie.
- Za strzyżenie podziękuję. - rzekł po czym oddał się w ręce Helmuta do pomiarów i w ciszy obserwował jak zmienia się fryzura kuzyna. Nastała dłuższa cisza.
-Talent w rękach, zaiste - odparł krótko widząc przemianę oblicza Maximusa - serdeczne dzięki.
-Wśród kupców najlepiej odwdzięczać się walutą - odpowiedział Maximowi, mówiąc to wyjął z mieszka 8 pensów i wręczył je Helmutowi - uwzględniając poprawki w mundurze - dodał widząc lekkie zdziwienie w jego oczach.
Helmut przyjął osiem pensów z lekkim ukłonem, po czym przez chwilę przyglądał się monetom z wyrazem szczerego uznania.
-Panie Adlerhorst, pańska hojność przynosi zaszczyt całej pańskiej rodzinie. Widzę, że nie tylko zna pan wartość dobrze wykonanej pracy, lecz również potrafi ją należycie wynagrodzić. To cecha godna prawdziwego dżentelmena.
Schował monety z należytą starannością.
-Zapewniam, że obaj panowie mogą odtąd liczyć na moją szczególną troskę w kwestiach garderoby. W razie pańskiej przedwczesnej śmierci, panie Adlerhorst, osobiście dopilnuję, by przed pochówkiem poprawiono panu kołnierz. Nie godzi się przecież, aby człowiek pańskiej szczodrości stawał przed Morrem wyglądając jak pierwszy lepszy żołdak.

Dialog z Klarą
(...)
|=-Dziękuję bardzo. - Odpowiedziała z uśmiechem Klara. - Prawdę mówiąc, gdybym trzymała język za zębami, nie miałabym tego problemu, aby musieć doprowadzać go do porządku. - Cicho odchrząknęła przy czym spojrzała na swój mundur, który rzeczywiście wymagał dużo pracy, aby doprowadzić go do takiego stanu. Zaproponowała następnie, aby wymienili się doświadczeniami i porównali znane sobie metody szycia, szczególnie te stosowane przez wojskowych krawców.=|Na propozycję Klary oczy Helmuta wyraźnie rozbłysły.
-Doprawdy, panno Kessler? Och, z największą przyjemnością!
Odpowiedział nieco zbyt szybko. Odchrząknął więc dyskretnie, usiłując przywrócić twarzy zwykły wyraz opanowania.
-To znaczy... wymiana doświadczeń z osobą o pani umiejętnościach byłaby dla mnie prawdziwym zaszczytem.
Jego wzrok powędrował ku mundurowi Klary. Zatrzymał się na linii ramion, zsunął ku talii, a następnie podążył wzdłuż bocznych szwów. Helmut przyglądał się im z takim skupieniem, jakby oceniał dzieło wybitnego mistrza krawieckiego.
-Muszę przyznać, że ma pani niezwykłe wyczucie proporcji. Szczególnie podoba mi się sposób, w jaki zebrała pani materiał w talii. Dopasowany, lecz nie nazbyt ciasny... Pozostawia swobodę ruchu, a jednocześnie pięknie podkreśla linię.
Urwał na moment, po czym uniósł wzrok ku twarzy Klary.
-Wybaczy pani mój entuzjazm. Rzadko spotykam kogoś, kto rozumie, jak wielkie znaczenie ma właściwe dopasowanie.
Złożył dłonie za plecami, choć palce aż świerzbiły go, by dokładniej obejrzeć wykonane poprawki.
-Byłbym niezmiernie rad, gdyby zechciała mi pani kiedyś zademonstrować swoją technikę. Szczególnie interesuje mnie sposób, w jaki prowadzi pani igłę przez grubsze warstwy materiału. Osobiście uważam, że nie należy się spieszyć. Najpierw trzeba wyczuć odpowiednie miejsce, następnie zastosować właściwy nacisk... a reszta, przy odrobinie wprawy, przychodzi niemal sama. -Uśmiechnął się z nieskrywanym zadowoleniem.
-Ach, panno Kessler, obawiam się, że moglibyśmy spędzić nad tym całe godziny. Oczywiście, jeśli nie uzna pani mojego zainteresowania za nazbyt natarczywe.
-
Początkowo Klara przyjmowała komplementy Helmuta z uśmiechem, jednak gdy jego wzrok skierował się na jej ramiona, a następnie bardzo szczegółowo zaczął śledzić linię jej talii, aż po boczne szwy munduru, poczuła się nieco nieswojo, nie będąc przyzwyczajoną do takiego zainteresowania i tak uważnego spojrzenia. Na jej policzkach pojawiły się delikatne rumieńce. Odruchowo sięgnęła do upięcia włosów, sprawdzając, czy żaden kosmyk włosów nie wymyka się spod kontroli. W tej samej chwili uświadomiła sobie, że dzisiaj nie musi już trzymać włosów spiętych. Wyjęła więc spinki, pozwalając, by opadły kaskadą na ramiona. Kosmyki zasłaniające jej twarz odgarnęła za uszy.
- Dziękuję, panie Kumm. - Odchrząknęła cicho. - Myślę, że jednak łatwiej będzie mi pokazać, jak to zrobiłam, zamiast zwyczajnie omawiać.
Zdjęła wierzchnią część munduru pozostając w koszuli, po czym odwróciła materiał na lewą stronę, odsłaniając wykonane przez siebie poprawki. Była pewna, że niewiele osób byłoby w stanie stwierdzić, które elementy były szyte oryginalnie, a które zostały wykonane przez nią. Jedynie świeża nić zdradzała miejsca, w których dokonała poprawek.
- W tym miejscu zebrałam nadmiar materiału. Początkowo chciałam odciąć go zdecydowanie więcej, aby był bardziej dopasowany, tak jak chodzę ubrana na co dzień, ale uznałam, że podczas ćwiczeń przyda mi się nieco więcej swobody. - Wskazała palcem kolejne miejsca. - Najpierw wszystko sfastrygowałam, a dopiero po przymierzeniu przeszyłam na stałe. Przy grubszym materiale najlepiej sprawdza mi się ścieg za igłą, chociaż zajmuje więcej czasu. Szczególnie tam, gdzie szwy są najbardziej naprężone.
- Muszę jednak przyznać, że wojskowi krawcy mają chyba nieco inne podejście do swojej pracy niż to, którego mnie uczono.* - Wskazała na jeden ze szwów, który wydawał się zdecydowanie starszy i możliwym było, że nie został wykonany przez żadnego rekruta. - W tym miejscu pozostawiono spory zapas materiału. Podejrzewam, że celem tego zabiegu było to, aby mundur można było dopasować do innego żołnierza, co akurat jest rozsądne, patrząc na to, w jaki sposób dobierane są nam mundury. Z łataniem bywa już różnie.
Przesunęła palcem wzdłuż jednej z naprawionych dziur.
- Proszę spojrzeć tutaj. Zanim sama poprawiłam mocowanie tej łaty, poprzednia była przyszyta tak rzadkim ściegiem, że wystarczyło mocniej pociągnąć materiał, żeby zaczęła odchodzić. Dlatego podłożyłam od wewnątrz dodatkowy kawałek tkaniny, a brzegi przyszyłam gęściej. Szczególnie przy ramionach i pod pachami, gdzie materiał jest ciągle naprężany podczas ruchu.
Spojrzała na Helmuta z lekkim uśmiechem.
- Chociaż tak myślę, że z drugiej strony, gdybym musiała każdego dnia naprawiać kilkadziesiąt mundurów, pewnie sama zaczęłabym szukać sposobów, by skończyć pracę przed zmrokiem. A pan jak uważa?
-
Miesiąc minął bardzo szybko i szczerze niewiele mieli czasu na luźne pogawędki, nawet z szóstką mieszkającą w tym samym namiocie. Paręnaście godzin dziennie treningów, od których nie raz ciężko było w kantynie podnieść rękę, przepierka, kolejka do latryny wieczorem i spać, bo o świcie znowu zbiórka.
- Rutyna gorsza niż w świątyni - przeszło Gerhardowi przez myśl - tam chociaż był czas na modlitwę i poranek rozpoczynał się wolniej. Dobre tyle, że był przyzwyczajony wstawać ze słońcem, zwykle zdążył się pomodlić zanim była brać żołnierska wzywana na zbiórkę, a gdy nie mógł to nic nie szkodzi, nadrabiał wieczorem. Poza nawiązaniem poprzez kuzyna trochę lepszej znajomości z Hohenwartami, nadal reszty praktycznie nie znał. Więcej okazji było do rozmowy z innymi drużynami gdy razem ćwiczyli, bo w pary dobierani byli losowo, niż z własnym namiotem.
Ostatni trening był niewątpliwie męczący, podłe długie kardio sprawiało że każdy z nich miał ochotę wypluć płuca, jakby sierżant starał się celowo upodlić ich przed kapitanem. Wreszcie pogadanka, spocznij i luz. Padał i jedynie siłą woli starał się wyglądać normalnie.
Nie małe było jego zdziwienie gdy zobaczył żołnierzy pijących alkohol, pozwolono wszak na zabawę, nie na łamanie regulaminu i prawa. Kara? Od karnych ćwiczeń przez karcer, a nawet wstrzymanie żołdu. Nie miał jednak sił ani chęci pouczać innych, jutro zrobi to sierżant Russel.
Zmęczonym wzrokiem odganiając pot z czoła spojrzał w kierunku oddalającego się kapitana. Bez sensu jednak byłoby go teraz gonić, zresztą, zrządzenie losu sprawiło że nie miał okazji z nim wcześniej pomówić, niepotrzebnie się wyrwać. Jutro będzie już pełnoprawnym żołnierzem i nie będzie możliwości oddalić go z tego miejsca. Wtedy z nim porozmawia.
Wrócił do namiotu, okiem ogarnął swoją pryczę, usiadł, posłuchał trochę co mówią inni i postanowił pójść przede wszystkim się umyć (i zmyć pył i błoto z munduru, do rana wyschnie) zanim dołączy do reszty w rozmowach, ale pewien był, że z jego strony zero alkoholu i hazardu, czy częstowania się jedzeniem z nieznanego pochodzenia co mogło leżeć miesiąc w torbie Albrechta. Zamierzał słuchać. Obserwować, a mniej mówić. Jak zwykle. Jedynie przed wyjściem nad strumień mijając Helmuta i Klarę poprosił tego pierwszego na chwilę na bok i rzekł nieco ciszej:
- Panie Kumm, nie chcę robić za wieszczącego złe nowiny, ale baczcie na Pana Fineasza i zadbajcie by w tym stanie nie wychodził z namiotu. SIerżant rzekł o zabawie, nie o łamaniu prawa Strielfortu, a poznaliśmy go chyba dość by wiedzieć jakie będą jutro konsekwencje jeśli przyuważy kogokolwiek pod wpływem alkoholu. -
Dzień królewski, 1 tydzień czasu Sigmara 2520 KI.
Strielfort, kilka godzin przed świtemRekruci, po wieczorze pełnym odprężenia, zabawy, oraz kilku głębszych, legli wreszcie złożeni znużeniem. Wszak należało prezentować się godnie dnia następnego. Zostaną zaprzysiężeni. Wreszcie będą żołnierzami, a nie "świeżym mięsem", "zmokłymi kurami". Wreszcie skończą się pogardliwe określenia typu "poborowy", czy "rekrut". Czasami, z rzadka, padało również "kadet", ale nie było ono szczególnie źle nacechowane. I dlatego padało rzadko.
Kadeci w większości byli przecież szkoleni na oficerów, nie na piechotę. A przynajmniej tak mógł to sobie tłumaczyć Hohenwart, który przecież w istocie był kadetem.
Noc była lekko chłodna i spokojna. W oddali było jedynie słychać szum wiatru. Czasem do fortu doleciało pohukiwanie sów. Czasami gdzieś w oddali skrzypnął kawałek deski. Na wieżach obronnych fortu paliły się niemrawo światła, gdy członkowie drużyny II Strielfortu przechadzali się po blankach, trzymając warty i wyglądając zagrożeń.Ale nawet te ciche odgłosy nocy, czy skrzypnięcia drewna, nie były w stanie zmącić snu, niekiedy przerywanego pochrapywaniem. Pole namiotowe, w którym zakwaterowani byli tak żołnierze jak i rekruci, było spokojne. Rekruci zajmowali "beczki" na samym skraju pola namiotowego.
Kruszywo Triefplatzu zachrzęściło cicho, gdy cztery postaci weszły na plac. dwie z nich jęły rozpalać pochodnie, natomiast pozostałe dwie, pewnym krokiem ruszyły na skraj pola namiotowego. Nie potrzebowały widzieć drogi. Znały ją na pamięć. Jedna z nich miała w ręku ostlandzki róg sygnałowy, natomiast druga trzymała w jednym ręku obnażony miecz, a w drugiej żelazny pręt.
Ciszę przerwało walenie prętu o miecz. Za chwilę druga postać zadęła przeciągle w róg. Nieprzyjemne, wysokie brzmienie wibrującego żelaza wymieszało się z dźwiękiem rogu raban obudziłby umarłego. Po chwili w ciemności słychać było głos Sierżanta Otto Russela.
-WSTAWAĆ REKRUCI, WSTAWAĆ! MACIE PIĘĆ MINUT NA STAWIENIE SIĘ NA PLACU Z PEŁNYM RYNSZTUNKIEM!-
Niektórych dosłownie wybiło z pościeli. Ktoś spadł z łóżka. Ktoś kurwił na czym świat stoi i przeklinał nazwisko sierżanta i jego rodzinę do pięciu pokoleń wstecz, próbując w ciemności założyć lewy but, na prawą stopę.
Poproszę wszystkich o rzut na spostrzegawczość (konkretnie jest to nasłuchiwanie) z modem -10. Zdany test oznacza iż postać obudziła się zanim Russel wszczął raban, słysząc jego kroki nieopodal namiotu. Następnie wszyscy wykonują test odporności. Ci którzy zdali nasłuchiwanie, mod -5. Ci którzy nie zdali, mod -10. Każdy kto nie zda rzutu na zmęczenie, otrzymuje -5 do wszystkich cech na czas nocnych ćwiczeń z tytułu zmęczenia.
Sierżant jeszcze przez chwilę bił żelazem o żelazo, i jeszcze przez chwilę darł gębę. Przez całe pole namiotowe przetoczyły się jęki niezadowolenia i zduszone klątwy. I już było wiadomo, że to nie jest tylko koszmarny sen i bycie nawiedzanym nocą przez Russela. To niestety faktycznie mogło oznaczać tylko jedno. Cholerne nocne ćwiczenia.
Przed świtem, w dzień zaprzysiężenia. To albo żart niewczesny, albo podstęp okrutny. Nie zmieniało to jednak faktu iż rozkaz jest rozkazem.
-
Maxim położył się spać tak niezbyt za wcześnie, ale też nie za póżno, tak w sam raz możnaby rzec. Alkohol nie uderzył, skryba popił mało i to tylko w celu prezentacji towarzyszowi broni, bardziej pomęczyło go wieczorne przearanżowanie zarówno odzienia jak i fryzury.
Nie wiedzieć dlaczego, ale Mees obudził się dość wcześnie, zupełnie jakby gotowy na to co ma się wydarzyć. Na wpół śpiący dosłyszał kroki kolo namiotu. Kamienie chrzęściły w charakterystyczny sposóbl zupełnie jakby lazł po nich ktoś to chce wykonać im psikusa.
Max wyjrzał przez szczeline w połach, na moment przed tym co miało nastąpić.
- Ja piórkuje! No nie, po prostu kurczaczki no nie! A to huncwot! - zaklął posępnie pod nosem
Rozbudzony Max jął w te pędy wkładać nań swe odzienie, i prawie skończył gdy zabił alarm. Skryba był już co prawda gotowy do stanięcia w szeregu, lecz spojrzał na swych towarzyszy, a zwłaszcza na zapewne skacowanego Pana Jaśnie Pana i ... stwierdził że miast swych własnych potrzeb, pomyśli o nich jak o całości, o oddziale.
Mees wybiegł przed namiot, odjął poły i zabezpieczył w pozycji otwartej, z obu stron, aby zrobić przeciąg, , czym miał nadzieje pobudzić kompanije, po czym jął budzić ferajnę na wpół krzycząc:
- Pobudka! Pobudka! Wstać!!!
- Nastąpił nocny alarm!!!
Max postanowił również pomóc tym co bardziej zmęczonym towarzyszom. Wiedział że Pan Jaśnie Pan będzie miał problem, to też zajął się nim, odciążając Helmuta. Winien mu był dozgonną wdzieczność, za czas spędzony po nocach aby doprowadzić do ładu odzienie i zarost oddziału. Miał nadzieje że nie będzie musiał obracać pryczy, lecz i na to był gotowy, byleby tylko każdy wstał i zorganizował swą personę na żądany czas. Najmniej przejmował się Kuzynem, ten to potrafił ogarnąć się dość szybko, aczkolwiek, motyw obrotu pryczy nie był sprawą definitywnie zamkniętą.
W przypływie adrenaliny zapomniał jednak zauważyć, iż owszem, pobudka nastąpiła samoistnie, jednakże ciało swoje wiedziało i początkowa energia nie starczy mu na zbyt wiele. Max haftnął pod niamiotem po czym stwierdził w myślach że wycisk, alkochol, nocna posiadówa i poranny alarm to niezbyt dobre połączenie.
-
Fineasz spał tej nocy znacznie lżej, niż mógłby się po sobie spodziewać. Być może winę ponosiła perspektywa jutrzejszego zaprzysiężenia, być może resztki emocji po całym miesiącu szkolenia, lub chodziło o jakieś właściwości siwuchy, która wprowadziła go w wysoce refleksyjnny nastrój. Może to było coś z tych rzeczy, a może zwyczajnie jego umysł nie zamierzał pozwolić sobie na pełne rozluźnienie akurat wtedy, gdy wszystko zaczynało nabierać właściwego kształtu. Co by to nie było, sprawiło, że był całkiem wybudzony, jeszcze zanim w namiocie rozpętało się piekło.
Pamiętał, że leżał nieruchomo, wpatrując się w ciemność namiotu, kiedy gdzieś na zewnątrz zaszurał żwir. Po chwili dźwięk powtórzył się ponownie. Kroki. Pomiędzy jednym a drugim dało się wychwycić krótką ciszę, jakby ktoś poruszał się pewnie i bez pośpiechu. Fineasz zmarszczył brwi, próbując przyporządkować odgłos do czegoś znajomego. Wartownik? Mało prawdopodobne. Wartownicy nie mieli przecież żadnego powodu krążyć tak blisko stanowisk rekrutów. Usiadł powoli na pryczy, jeszcze zaspany, ale już wyraźnie zainteresowany. Przez kilka uderzeń serca próbował dopasować dźwięk do jakiegoś znanego mu schematu. Co to mogło być? Patrol, inspekcja, nocny alarm, niespodziewany sprawdzian gotowości? Ta ostatnia możliwość sprawiła, że resztki snu opuściły go niemal natychmiast i zastąpiła je rosnąca ekscytacja.
– Helmut... – odezwał się półgłosem, nachylając się nieco w jego stronę. – Helmut... chyba coś się zaczyna. Chyba chcą nas przetestować! – dodał już nieco głośniej, piskliwym, podnieconym głosem. Nie zdążył powiedzieć nic więcej, bo w tej samej chwili kakofonia żelaznego prętu tłukącego o płaz miecza, rozdarł ciszę w namiocie. Zaraz potem odezwał się róg, a chwilę później ryk Russela, którego Fineasz rozpoznałby chyba nawet podczas sztormu, pożaru i końca świata jednocześnie. Pięć minut. Pełny rynsztunek. Plac. Tyle wystarczyło, żeby całkowicie postawić go na nogi.
Poderwał się z pryczy i uśmiechnął się tak szeroko jakby podarowanu mu miły prezent. W oczach miał ten szczególny błysk, jaki mają dzieci, gdy spełniają się ich marzenia. Noc, alarm, ćwiczenia przed świtem, rozkaz wydany bez uprzedzenia, próba gotowości. Wszystko to brzmiało jak fragment podręcznika albo wspomnienia jakiegoś starego oficera, który po latach pisał, że właśnie wtedy jego ludzie nauczyli się, czym jest prawdziwa dyscyplina. Teraz zaś Fineasz miał okazję przekonać się o tym osobiście. Czy mogło być coś lepszego?
– Nocne ćwiczenia! – oznajmił z wyraźnym zachwytem – Helmut, wstawaj proszę. Musisz poprawić mi ubranie. Muszę się świetnie prezentować na taką okazje. Włosy mi gdzieś nie odstają? – zapytał pazia pośpiesznie gładząc grzywkę.Adrenalina zrobiła swoje. Zmęczenie po poprzednim dniu nadal siedziało gdzieś głęboko w mięśniach, ale nagle przestało mieć jakiekolwiek znaczenie. Fineasz ubierał się szybko, znacznie sprawniej niż można by oczekiwać po człowieku wyrwanym ze snu o tej porze. Ubrał się w kompletny regulaminowy mundur z automatyczną precyzją, jakby miesiąc powtarzania tych samych czynności wreszcie zaczął przynosić wymierne efekty. Wokół panował chaos. Ktoś przeklinał, ktoś inny najwyraźniej próbował założyć nie ten but na nie tę stopę, ale nic z tego nie było się w stanie przebić przez aure skupienia, którym emanował. W końcu zarzucił wyposażenie na siebie, poprawił kołnierz i przez krótką chwilę wyglądał nawet na zadowolonego z własnej prezencji. Jednak z powodu braku lustra, musiał się jednak upewnić.
– Dobrze wyglądam Helmut? Tylko szczerze? – zapytał w ostatnim momencie przed wyjściem z namiotu. Nawet jeśli była jakaś nieidelność w jego osobie, w co wątpił, nie mieli czasu jej poprawić. Będzie to trzeba zrobić podczas ćwiczeń. Na razie nie chciał się spóźnić na zbiórkę. Na zewnątrz nadal niósł się raban Russela i przeciągły dźwięk rogu, kiedy Fineasz wyszedł z namiotu sprężystym krokiem. Może jego ciało trochę protestowało, ale nie zamierzał pozwolić, żeby coś tak przyziemnego jak ból mięśni zepsuło mu chwilę, na którą czekał od początku pobytu w Strielforcie. Bo właśnie po coś takiego tu przyjechał. Dla nocnych ćwiczeń i wojskowych przygód!
-
Helmut Kamm położył się tego wieczoru w wyjątkowo dobrym nastroju. Rozmowa z panną Klarą Kessler wywarła na nim wrażenie, jakiego nie doświadczył od wielu lat. Oto spotkał osobę, z którą mógł bez skrępowania dyskutować o naprężeniu nici, wzmacnianiu szwów, właściwym obciąganiu guzików i subtelnej sztuce dopasowywania materiału do ciała.
Co więcej, panna Kessler nie tylko rozumiała, o czym mówił, lecz sama wykazywała żywe zainteresowanie tematem! Helmut wciąż wspominał jej zręczne dłonie, trafne uwagi i sposób, w jaki z taką swobodą rozprawiała o rzeczach, które większość jego rozmówców uznawała za nieznośnie nudne.
Jeszcze długo po zgaszeniu światła rozważał, czy przy wzmacnianiu szwów lepiej sprawdza się ścieg podwójny, czy odpowiednio poprowadzona wstawka. Przypomniał sobie przy tym uśmiech Klary, potem jej głos, a wreszcie sposób, w jaki pochylała się nad materiałem. Ułożył się wygodniej na pryczy, poprawił poduszkę i zamknął oczy. Przez chwilę próbował jeszcze uporządkować myśli, lecz zmęczenie minionego dnia zaczęło brać górę. Oddech stopniowo mu się wyrównał, rozluźniły się dłonie spoczywające na żołnierskiej derce, a głowa bezwładnie przechyliła się na bok. Ostatnią świadomą myśl poświęcił temu, że powinien kiedyś zapytać pannę Kessler o jej sposób wszywania rękawów. Nie zdążył już jednak rozstrzygnąć, czy stosowała przy tym fastrygę. Zasnął.
A kiedy jego umysł na dobre pogrążył się we śnie, szorstkie wojskowe sukno ustąpiło miejsca delikatnemu płótnu, chłód namiotu rozpłynął się w przyjemnym cieple, a pochrapywanie towarzyszy zastąpił cichy trzask drewna w kominku.
Helmut siedział teraz w wygodnym fotelu, w przytulnym domu pachnącym świeżo wypranym płótnem i gorącym żelazkiem. Przy oknie Klara Kessler pochylała się nad robótką, prowadząc igłę z wprawą, którą tak niedawno miał przyjemność podziwiać. Co jakiś czas podnosiła wzrok i obdarzała go uśmiechem. On zaś odpowiadał równie ciepło, zadowolony z tego, że wreszcie znalazł osobę, z którą można było spędzić cały wieczór na rozmowie o właściwym naprężeniu nici. Helmut Kamm śnił i był to sen niezwykle przyjemny, a przy tym niemal całkowicie pozbawiony trosk.
Poza Helmutem i Klara, w wyśnionym pokoju krzątało się kilkoro dzieci. Najstarszy chłopiec polerował srebrną tacę, dziewczynka ćwiczyła ukłon przed lustrem, a najmłodsze z dzieci, z językiem wysuniętym z przejęcia, usiłowało zawiązać krawat na szyi drewnianego pajacyka.
Helmut przyglądał się temu wszystkiemu z rozczuleniem.
-Doskonale, moje drogie - rzekł Helmut w kierunku dziatwy.
-Jeszcze tylko dwadzieścia lat praktyki i panicz Fineasz nie będzie musiał się o nic martwić.- Dodał czule.
Klara uśmiechnęła się, odłożyła robótkę i pochyliła ku niemu.
-*Helmut... *- szepnęła mu do ucha. Jej głos zabrzmiał jednak dziwnie znajomo.
-Helmut... chyba coś się zaczyna! - Kamm otworzył gwałtownie oczy.
Przez krótką chwilę nie wiedział, gdzie się znajduje. Zamiast ciepłego kominka miał przed sobą ciemne wnętrze namiotu, zamiast Klary pochylonego nad nim Fineasza, a zamiast dziecięcego gwaru słyszał podejrzane kroki na żwirze.
-Paniczu?! -Helmut poderwał głowę z poduszki. - Co się stało? Ktoś pana niepokoi? - Helmut odruchowo wyciągnął rękę, jakby zamierzał osłonić Fineasza przed niewidzialnym napastnikiem.
-Proszę się nie obawiać. Już wstaję. Zaraz się nim zajmę... - Nie zdążył.
Żelazny łoskot rozdarł nocną ciszę, a zaraz po nim rozległ się ryk rogu i głos sierżanta Russela. Helmut zesztywniał, po czym z wolna opuścił wyciągniętą rękę.
-Ach. To tylko sierżant. - Przez moment rozważał, czy istotnie stanowiło to powód do ulgi.
-Nocne ćwiczenia! - oznajmił z zachwytem Fineasz. -Helmut, wstawaj proszę. Musisz poprawić mi ubranie. Muszę się świetnie prezentować na taką okazję. Włosy mi gdzieś nie odstają?
-*Ani odrobinę, paniczu - * odpowiedział Helmut, wciąż jeszcze walcząc z resztkami snu. -Fryzura przetrwała noc w stanie godnym najwyższego uznania. Obyśmy wszyscy mogli powiedzieć to samo o sobie po tej nocnej akcji.
Pięć minut. Helmut powtórzył tę liczbę w myślach i poczuł pierwszy przebłysk autentycznego niepokoju. Pięć minut wystarczało, by doprowadzić do porządku kołnierz, zapiąć guziki i poprawić włosy. Nie wystarczało natomiast na godziwą poranną toaletę dwóch dżentelmenów, z których jeden właśnie usiłował odnaleźć własną koszulę. Tym jednym był, ku jego głębokiemu rozczarowaniu, sam Helmut.
Fineasz tymczasem ubierał się z zadziwiającą sprawnością. Jego opiekun obserwował to z mieszaniną dumy i niedowierzania. Dwadzieścia dwa lata troski przyniosły owoce.
Gdy panicz stanął przed nim w pełnym umundurowaniu i zapytał o szczerą ocenę, Helmut natychmiast odzyskał zawodową przytomność.
-Wygląda pan znakomicie, paniczu. Proszę jedynie pozwolić... - Kamm poprawił mu kołnierz, wygładził fałdę na ramieniu i jednym pewnym ruchem ułożył grzywkę.
-Teraz doskonale. - Odsunął się o krok, by ocenić rezultat.
Dopiero wtedy spostrzegł, że własną koszulę założył na lewą stronę.
-Proszę mi wybaczyć, paniczu. Muszę dokonać drobnej korekty osobistej.
W zamieszaniu dobiegł go głos Maxima Meesa, który nie tylko zdołał się ubrać, ale jeszcze otworzył poły namiotu i zajął się budzeniem pozostałych. Helmut spojrzał na niego z niekłamanym uznaniem.
-Panie Mees, pańska przytomność umysłu jest doprawdy imponująca. Przyznaję, że od chwili pańskiej przemiany trudno mi patrzeć na pana inaczej niż na dalekiego kuzyna Hohenwartów. Nie tylko fryzura, ale i postawa świadczy o przynależności do najlepszego towarzystwa. - Skłonił mu się z wdzięcznością. -Gdyby wszystkie rodziny mogły poszczycić się podobnymi krewnymi, genealogia stałaby się nauką znacznie przyjemniejszą.
Niestety, chwilę później Maxim wybiegł przed namiot, gdzie jego żołądek wyraził stanowczy sprzeciw wobec porannego rozkładu zajęć. Helmut zerknął za nim z troską. Już chciał sięgnąć po czystą chustkę, lecz przypomniał sobie o upływającym czasie. Zapiął mundur, zarzucił ekwipunek i po raz ostatni upewnił się, że Fineaszowi niczego nie brakuje.
Dopiero gdy wyszedł za paniczem na chłodne powietrze, poczuł, że coś miękkiego uderza go o biodro. Spojrzał w dół. Z pasa zwisał starannie złożony, śnieżnobiały ręcznik.
Helmut przez chwilę wpatrywał się w niego z niedowierzaniem. W pośpiechu zabrał go odruchowo, jak gdyby poranna toaleta panicza nadal stanowiła najpilniejsze zadanie dnia.
Mógłby go porzucić. Mógłby schować. Mógłby nawet udawać, że jest to nieznany szerzej element wojskowego wyposażenia.
Zamiast tego poprawił jego ułożenie, by przynajmniej zwisał równo.
Przed nimi czekał plac, sierżant Russel i zapewne kolejna próba wytrzymałości. Helmut czuł się niewyspany, niezbyt pewnie stał na nogach i miał nieprzyjemne wrażenie, że jeden z guzików jego munduru został zapięty niewłaściwie.
Spojrzał jednak na kroczącego obok Fineasza. Panicz prezentował się bez zarzutu. To musiało wystarczyć.
-
Rozmowa z Helmutem była bardziej zajmująca niż Klara początkowo przypuszczała. Szczegółowe rozważania nad poszczególnymi szwami, co zostało wykonane nieprawidłowo, sposobami możliwej naprawy oraz pochodzeniem nielicznych, wyjątkowo mocnych przeszyć stały się tematem bardzo długiej rozmowy. Jak się ostatecznie okazało, zbyt długiej.
W pewnym momencie wieczoru czy już nocy, na co Klara niezbyt zwróciła uwagę, atmosfera w namiocie robiła się znacznie spokojniejsza, jej powieki same zaczęły już opadać, a wzrok rozmywać się przy przyglądaniu kolejnym szwom na jej własnym mundurze, przeprosiła Helmuta, że nie może kontynuować tej rozmowy dalej, jakkolwiek świetna ona by nie była, po czym zwyczajnie osunęła się na plecy i zasnęła twardo. O tyle dobrze, że cała rozmowa była toczona na jej pryczy, bo gdyby w tym momencie siedziała w innym miejscu, nie celowo, ale zasnęłaby nie na swoim posłaniu.
Spała jak kamień wymęczona po ćwiczeniach, a także po długiej rozmowie do tego stopnia, że jej niezwykle wyczulone ucho nie wychwyciło kroków i szurania butów o ziemię tuż za materiałem namiotu koło jej głowy. Mało tego, nawet rozbrzmiewający dźwięk metalu i krzyki Russela nie zrobiły na niej wrażenia. Gdy część ludzi z namiotu już pilnie się ubierała, to gdyby nie hałas tym spowodowany, można by usłyszeć jej ciche pochrapywanie. Dobudziło ją dopiero to, gdy ktoś mocniej szarpnął ją za ramię. Ledwo otworzyła oczy i z trudem pojęła, co się dzieje. "Ćwiczenia? Jakie ćwiczenia?" Tylko tyle kotłowało się w jej głowie.
Pomimo dezorientacji, dzięki nawykom wypracowanym przez ostatni miesiąc, ręką sięgnęła pod posłanie. Zdziwiła się i to niemało, gdy palce dłoni nie natrafiły na znany jej materiał. Zerwała się szybko na nogi i podniosła wszystko do góry. Nie ma! Jej munduru nie ma! Wpadła w panikę, bo czemu miałoby go tutaj nie być, przecież zawsze odkładała go w to miejsce. Przetarła oczy, nawet się spoliczkowała. Nic to nie dało. Zaczęła się rozglądać wokół łóżka, ale nigdzie go nie widziała.
Siadła. Wzięła kilka oddechów, odchrząknęła i złapała się za nasadę nosa. Gdy wokół niej wszyscy biegali, aby się ubrać i zdążyć na zbiórkę, ona siedziała i myślała dłużej niż by się wydawało, że to potrzebne. Pocierała nos raz za razem, aż w końcu ją olśniło. Helmut! Tak, poprzedniego wieczoru omawiała z nim metody krawieckie, po czym zasnęła. Nie przygotowała się tak jak zawsze, tylko gdzie ostatecznie zostawiła mundur. Przypomniała sobie, że zostawiła go tam, gdzie była, ale przecież siedziała w zanóżu, więc pewnie tam go znajdzie. Rzuciła się w to miejsce, ale też niczego nie znalazła, jednak jej wzrok powędrował to w prawo, to w lewo. Znalazła zgubę przy nogach Helmuta, który właśnie zdejmował koszulę, wcześniej założoną przez pomyłkę na lewą stronę. Sam mundur z pewnością został niechcący skopany przez innych, którzy nie zauważyli go leżącego na ziemi w tych ciemnościach.
Teraz poszło już dużo gładziej, ale wciąż nie tak jak powinno. Gdy zdecydowana większość wyszła już z namiotu, ona męczyła się przy ubieraniu. Każdy ruch był dla niej jak wyzwanie. Wciągnięcie trepów, zapięcie pasa, narzucenie odnalezionego munduru. Już samo pochylenie się tak nisko do butów wywoływało u niej zarówno ból nóg, pleców i brzucha, a gdzie jeszcze być gotowym do nocnych ćwiczeń. Ani trochę sobie tego nie wyobrażała. Może jednak opuszczenie fortu w dniu wczorajszym to wcale nie był taki najgorszy pomysł. Szybko odrzuciła tę myśl, gdy już z założonym plecakiem łapała za drewniany osprzęt i wybiegła na zewnątrz.
-
E Elenorsar odniósł się do tego tematu
-
Kroki sierżanta wybudziły Gerharda, sen miał lekki a organizm przyzwyczajony do wstawania przed świtem. Przekleństwo, zazdrościł ludziom co potrafili spać wszędzie, w każdej pozycji i o każdej porze. Ludzie z Talabheim jednak mieli dziwne zwyczaje, jednym z nich było spędzenie czasu z dziećmi w Wielkim Lesie, nawet gdy sami nie byli tropicielami czy łowczymi, to każdy mniej lub bardziej był przyuczony, przez ojca, dziadka czy wujka. Nie było rodziny, która by nie robiła wypadów do lasu. Nie żeby las tam był straszny jak ten w Ostlandzie, pająków tam nie ma, ale bandyci, głodne zwierzęta czy zwierzoludzie się znajdą. Toteż każdy jest czujny, każdy uczy swoje pociechy by lasu nie lekceważyły. A potem biedne spać nie mogą, zrywając się na każdy szelest, jakby to wilk miał się do nich podkraść.
Wilka nie było, i tym razem, był chrzęst kruszywa Triefplatzu gdy sierżant Russel z przybocznymi planował im zgotować ciężką noc.
Gerhard nie był pewien jeszcze skąd odgłosy, ale skoro już się obudził to postanowił się ubrać, w nie do końca dosuszony mundur po wczorajszym czyszczeniu. Pomodlić. Zacząć dzień wcześniej.
Ledwo skończył się ubierać a zobaczył, że i inni w namiocie się wybudzają i wyglądają przed namiot, a po chwili rozległ się raban. Alarm. Nocne ćwiczenia.
- E che la sua figliuola partorisca ratti! - przeklął po Tileańsku, niewiele umiał w tym języku, ale kilka zdań zapadło mu w pamięć.
Z modlitwy nici.
Zdenerwowany postanowił zadrwić z sierżanta i ubrać "pełen rynsztunek" tak jak rozkazano, pusty plecak, tobołek, włócznię i tarczę z symbolem najświętszej bogini, a przy plecaku kołczan z łukiem i strzałami. Pewnie się to na nim zemści i będzie to taszczył niepotrzebnie, ale jak sierżant sądzi że wyjdą tam w mundurze z samymi drewnianymi mieczami to się myli, niech kombinuje potem co zrobić z jednym wielkoludem lepiej uzbrojonym niż reszta. Jego problem.
Spojrzał po zebranych, z niekłamanym zaskoczeniem obserwując podnieconego sytuacją Fineasza. Gdy ten wyszedł przed namiot dodał na głos:
- Serio? Młody Hohenwart narobi nam jeszcze kłopotów - w jego głosie słychać było zmęczenie i zrezygnowanie, nie podobało mu się to nocne budzenie nic a nic.
Poprawił rzemień przy szyi by wygodniej mu było maszerować z tarczą i w razie potrzeby opierała się o jego ramię, po czym wyszedł na plac starając się by tarcza i ekwipunek jeszcze bardziej podkreśliły jego wzrost. Oto szedł wielki uzbrojony wojownik. Wedle rozkazu. Skoro się sierżant popisuje to on też zamierza.
Cześć! Wygląda na to, że jesteś zainteresowany tą rozmową, ale nie masz jeszcze konta.
Masz dość przewijania tych samych postów za każdą wizytą? Po zarejestrowaniu konta zawsze wrócisz dokładnie do tego samego miejsca, w którym byłeś wcześniej, możesz wtedy również wybrać opcję otrzymywania powiadomień nowych odpowiedziach (e-mailem lub powiadomieniem push). Będziesz też mógł zapisywać zakładki i głosować na posty, aby okazać uznanie innym członkom społeczności.
Z Twoją pomocą tez post mógłby być nawet lepszy 💗
Zarejestruj się Zaloguj się