[WFRP 2ed.] CIERNIE
-
NO TO W DROGĘ…
Siedzący wśród skrzyń, pak i koszy ludzie ożywili się, gdy kapitan oznajmił rychłe zakończenie podróży. Przed wami port w Heedenhof. Od dłuższego czasu nikt już nie zwracał uwagi na dwóch niskich jegomościów, siedzących na pękatych workach wonnego fajkowego ziela. Między wami kuferek z kilkoma zacnymi fajkami służył teraz za stolik, na którym ostały się jeszcze okruszki znakomitych pasztecików. Detale są ważne. Choć poznaliście się ledwie kilka dni temu, świetnie pasujecie do roli wędrownych akwizytorów i prezentujecie poziom dopełniania cech do złudzenia symulujący dwóch partnerów biznesowych z wieloletnim stażem.
Gdy tylko wasze stopy (bose, jak każe niziołczy obyczaj) dotknęły desek przystani, przekonaliście się jak sprawnie działa portowy wywiad, który od załogi, przez tragarzy po kręcących się młodych chłystków do wynajęcia przekazał wieści komu trzeba. I już znalazł się ślisko uprzejmy “załatwiacz” gotów skierować was do chętnych na ziele i fajki właścicieli kantorów i składów. Musieliście zaoponować, wykręcając się “zdefiniowanym podejściem do badania rynku”. Przedzierając się przez portowy zgiełk zauważyliście, jak ludzie odruchowo chwytają się za sakiewki, lecz najwyraźniej wasz nobliwy wygląd działał na tyle uspokajająco, że portowej straży nie chciało się poświęcać wam więcej uwagi. Wynajęty tragarz cierpliwie znosił kręcenie się po zaułkach w poszukiwaniu odpowiednio przytulnej kwatery za rozsądną cenę a zapłata którą otrzymał przynajmniej na jeden dzień nastroi go pozytywnie do “niskiego ludu”.
Po krótkim odpoczynku i obfitym posiłku przyszedł czas na realizację zadania. Postanowiliście póki co działać osobno, licząc że własna pomysłowość i trzos pełny srebra naprowadzą was na trop. Sprawa nie jest łatwa. Dysponujecie tylko skromnym rysopisem i świadomością że Fobest, czy jak on się teraz zwie, służył jako podoficer imperialnej armii. Zapewne publicznie nie chwalił się późniejszymi przygodami.
Zostało jeszcze trochę czasu do zmierzchu. Czas zapracować na swoje wyróżnienie…
-
Bohaterowie i Tabela zdarzeń.



-
Tura I
Dla przypomnienia: Pierwszym etapem zadania ma być śledztwo w którym odnajdziemy i potwierdzimy tożsamość zbrodniarza wojennego dawniej nazywającego się Fobest. Znaki szczególne: Nos przesunięty nieco na prawo, Ubytek lewego ucha. Tatuaż na dłoni prawej prezentujący płonącą czaszkę.Rola MG jest tu niemal symboliczna, dlatego w czasie gry na graczach ciąży obowiązek nadzorowania struktury rozgrywki. Mamy do zdobycia ok. 10 punktów śledztwa, co przekłada się na 10 istotnych informacji pozyskanych w trakcie naszych rozmaitych działań. Każdy pilnuje spójności z już pozyskanymi danymi oraz względną zgodnością z ogólną logiką Starego Świata. Poprzez nasze deklaracje kreujemy też obraz nieznanego nam miasta handlowego o którym mamy skąpe informacje. Sam Fobest może odnaleźć się już po kilku naszych akcjach, ale pamiętajmy, że dalsze działania mogą skupiać się na odnajdywaniu dowodów na jego paskudną przeszłość. Po tym etapie przystąpimy do finału, w którym przeprowadzimy akcję ukarania zbrodniarza. Tu MG będzie miał więcej roboty.
W razie pytań i wątpliwości, proszę pisać w tym temacie, poprzedzając post informacją w stylu: [Pytanie do MG].
Pakiet informacji przypominających znajduje się również w temacie napisanym na potrzeby rekrutacji. Znajdziemy go w Archiwum Rekrutacji.W czasie tury I nasza akcja bazuje na najsilniejszej cesze. Przypominam o wyzwaniu w postaci słowa-ziarna, które musi być kreatywnie wykorzystane w planowaniu akcji.
Wylosowane słowa dla tej tury to:Danderbrock: Liny
Ritz: ŚwiątyniaPozwolę sobie tym razem zaanektować prawo do napisania reakcji na tę turę jako pierwszy, by przypomnieć kierunek i formę wpisu.
Odpowiedź powinna powstać jeszcze dziś. -
DANDERBROCK:
Uwielbiam ten piorunujący efekt: niepozorny Niziołek w eleganckim ubiorze wchodzi do najgorszej speluny, zamawia dla siebie cały dzban wina, po czym ignorując spojrzenia miejscowych uśmiecha się głupkowato, sącząc podły trunek i czekając na nieuchronną drakę.
Tym razem przybytek w okolicy portu nawet nie miał szyldu. Kilku miejscowych łebków zachęconych miedziakami wskazało lokal zwany “Pod Linami”, jako że współdzielił ściany z warsztatem produkującym konopne sznury, a szopą w której splatano i naprawiano sieci, które po rozwieszeniu na stelażach na podwórzu, tworzyły prawdziwy labirynt. Wiedziałem że na zewnątrz już skrzyknęła się ekipa, która chętnie oskubie “niskoludzia”. Ale kto nie ryzykuje nie je ciasta z kremem.
Tym razem poszło szybko. Na wstępie już sam “karczmarz” chciał osobiście złapać mnie za kołnierz i wykopać, ale jak zwykle bywa, sypnięcie złodziejską gadką powodowało ten wspaniały moment zawieszenia. Fircyk i obcy, a gada w rozumnej mowie. Skąd on, kogo zna i inne takie. Wszystkie te myśli bez problemu odmalowywały się na prostackich twarzach miejscowych.Test: Kontakty. Wyniki: 5, 6, 6. Sukces.
Uwielbiam klarowne sytuacje. Proste komunikaty względem oczekiwań, trochę czekania, wymienionych historyjek i parę kufli postawionych na mój koszt i oto siedzę i rozmawiam z właściwym człowiekiem. Bez ckliwych opowiadań - leci bajka o zagrabionych rodzinnych pamiątkach, których część wypłynęła właśnie tutaj. Ciekaw jestem kto sprzedawał i jaka jest cena za tą wiedzę. Po bardzo satysfakcjonujących negocjacjach mam trzy nazwiska: Ruprechta Karsa, Ernsta Lugermeiera oraz Svena Witta (Obiecujący trop).
Mimochodem wspomniałem o chęci najęcia dla mojego mocodawcy kilku silnorękich z wojskowym doświadczeniem. I tu ciekawostka. Władze miejskie zapewniają byłym weteranom skromne chaty na granicy z Lasem Drakwald. Roztropnie.
-
Ritz
Po zameldowaniu się w gospodzie i rozdzieleniu z kompanem, Ritz wyszedł na ulice. Bruk był nierówny, miejscami zastąpiony mlaskającym pod podeszwami błotem. Wąskie alejki pachniały wędzoną rybą, końskim łajnem i tanim piwem. Mimo gęstej ciżby Ritz lawirował zwinnie, z wprawą kogoś przywykłego do pozostawania niezauważonym.
Po kilkunastu minutach marszu dotarł na wzniesienie na północ od rynku, gdzie stary mur miejski tworzył niewielki bastion. Wspiął się na spadzisty murek i oparł plecy o blankę. Stąd Heedenhof rozciągał się przed nim od majaczącej na horyzoncie puszczy, przez las masztów nadbrzeża, po dziesiątki spadzistych dachów i plujących dymem kominów. Ritz sam również pluł dymem. Fajka pomagała mu myśleć. Miał nad czym.
Uświadomiwszy sobie skalę zadania, przypomniał sobie przysłowie o igle i stogu siana. Wodząc wzrokiem po ulicach w dole, dostrzegł smukłą, wysoką bryłę wyróżniającą się na tle okolicznych sadyb. Bielony front, ostrołukowe okna, wieża z iglicą. Ani chybi świątynia któregoś z ludzkich bóstw. Z tej odległości nie potrafił stwierdzić którego, choć wzrok miał bystry. Noszone na nosie spektakle były atrapą, kamuflażem utrudniającym zapamiętanie jego twarzy.
Widok przywołał wspomnienie jesiennych dni sprzed wielu lat, gdy wuj Edmund ciągał go do chramu Hiacynty, by odsypiać kaca w świątynnych ogrodach. Stara kapłanka Gardenia pozwalała Ritzowi przeglądać tamtejsze księgozbiory. Szczególnie upodobał sobie historyczne tomy, iluminowane kolorowymi herbami, oraz atlasy, na których rozkładanych stronicach ledwie mieściły się granice znanego świata.
Największe wrażenie robiła na nim jednak wiekowa księga, wielka jak pawęż, zawierająca imiona wszystkich niziołków urodzonych w jego rodzinnej wiosce i okolicach. Liczyła trzydzieści cztery pokolenia i ponad dwanaście tysięcy wpisów, obejmujących boczne linie i odnogi klanowe. Ponoć sięgała czasów, gdy Kraina Zgromadzenia nie istniała jeszcze nawet z nazwy. Sam Ritz, choć nieźle radził sobie z genealogią, potrafił wymienić zaledwie sześć pokoleń, wliczając bliskich kuzynów.
Otrząsnąwszy się z zamyślenia, wrócił do teraźniejszości. Niziołkom wystarczała jedna gruba księga, by ogarnąć trzydzieści cztery pokolenia. Ludzie byli podobni, tyle że zamiast jednej mieli setki małych ksiąg o sprawach błahych, zbędnych i będących czystym marnotrawstwem inkaustu. Od nastania Sigmara i Imperium próbowali zaklinać swą przyrodzoną niegospodarność wykazami, ukazami, nakazami i zakazami, nawet w najprostszych sprawach. Ich prawa i granice królestw zmieniały się jak w kalejdoskopie, przez co buchalteria często przynosiła skutek odwrotny do zamierzonego.
Miała jednak jedną zasadniczą zaletę: pozostawiała ślady. A ślad to ślad. Zarówno odcisk stopy na podłożu, jak i inkaust na papierze pozwalały dotrzeć do kłębka.
Nie mitrężąc dłużej na rozmyślaniach, Ritz puknął cybuchem o blankę, wytrząsając resztkę popiołu. Zeskoczył na ziemię i ruszył z powrotem ku portowi rzecznemu.
Korzystając z kupieckiej przykrywki, resztę dnia spędził na nabrzeżu. Na podstawie dostępnych w urzędach deklaracji rozładunkowych oraz zestawienia terminów zawinięć do portu Ritz przeprowadził przybliżoną rekonstrukcję ruchu rzecznego z poprzedniego i wcześniejszych miesięcy. Przyjmując za punkt startowy Hergig i okolice, za najbardziej prawdopodobne uznał przybycie od południa, przez Flaschfurt. Droga wodna pozwalała ominąć trakty zawalone uchodźcami i uniknąć zapuszczania się w niebezpieczne ostępy Drakwaldu. Dodatkowo, zdobyczny na wojnie majątek, można było łatwo wprowadzić do legalnego obrotu, piorąc kontrabandę za ułamek jej wartości. Niskie uposażenie mytników sprzyjało korupcji.
Drogą eliminacji odrzucił te trasy lub daty, które nie pasowały do przyjętego przedziału, na sam koniec wykluczył te statki, które nie spełniały warunków technicznych lub gabarytowych. Ostatecznie z dużym prawdopodobieństwem wytypował barkas Stary Reik należący do kompanii żeglugowej Rufin i Merganser, który wpłynął do Heedenhof pięćdziesiąt osiem dni temu.
Trop był obiecujący, ale nie był jeszcze dowodem. Ritz wiedział, że kompania prowadziła dzienniki pokładowe, w których odnotowywała również pasażerów. Dokumentacja stanowiła własność przewoźnika i nie udostępniano jej postronnym. Wpis z właściwego rejsu mógł zawęzić krąg podejrzanych i pomóc ustalić nową tożsamość Fobesta.
Obserwując nabrzeże i składy, Ritz odnotował, że do miasta ciągnie sporo byłych żołnierzy. Część otwarcie mówiła o osiedleniu się na stałe. Z obwieszczeń przy rogatkach i podsłuchanych przy śluzie rozmów dowiedział się, że miasto organizuje relokację: każdemu weteranowi imperialnej armii przysługuje pół łana nadziału oraz trzy lata wolnizny od podymnego. Niewiele. Ale gleby Hochlandu, zwłaszcza rzeczne mady w dolinie Flaschgangu, były żyzne i wdzięczne w uprawie. Obszar mógł się zresztą powiększyć, gdyby zaczęto karczować pobliską puszczę — na co wskazywały wahania cen drewna na giełdzie i plotki z gildii.
Tak zaplanowane osadnictwo rozwiązywało kilka problemów naraz. Dawało stałe zajęcie zwolnionym ze służby żołnierzom, ograniczając grasantkę na traktach i zapewniając siłę roboczą. Przynajmniej w teorii.
W praktyce Ritz zbyt długo obracał się wśród ludzi, by nie dostrzegać, ile potencjalnych nadużyć może stwarzać taki układ. Pobieżnie zweryfikował zasady nadawania ziemi, lecz temat wymagał dokładniejszego zbadania. Postanowił wrócić do niego przy najbliższej okazji, gdyż zmierzch zastał go już na nabrzeżu. Portowe kramy zwijały się w pośpiechu, cumowano ostatnie barki. Ritz, nie mając już dziś szans dowiedzieć się niczego więcej, wrócił do gospody. Czas było spożyć podkurek, podzielić się dotychczasowymi ustaleniami z kompanem i zaplanować dalsze ruchy.
Test: Umysł. Wyniki: 3, 6, 3. Sukces.
-
Tura II
Po ostatnich dniach podróży i przygotowań do misji, w końcu mogliście spocząć w wygodnych łóżkach. Efekt zepsuła tylko woń “owsianki”, którą nad ranem przygotowała kuchta zatrudniona w gospodzie, a za którą podziękowaliście, wykręcając się pilnością interesów. Poprzedni dzień był owocny w ustalenia. Jeżeli dalej utrzymacie to tempo, wkrótce dobierzecie się Fobestowi do skóry.
Dotychczasowe ustalenia:
- Trzy nazwiska osób, sprzedających niziołcze fanty. Jeden z nich może być naszym Fobestem. (Nazwiska to Ruprecht Kars, Ernst Lugermeier oraz Sven Witt)
- Byli weterani mogą liczyć na preferencyjne osiedlenie się na granicy miasta z Lasem Drakwald.
- Po wnikliwej analizie wygląda na to że Fobest przybył tu na statku Stary Reik, należącym do kompanii żeglugowej Rufin i Merganser, około dwóch miesięcy temu.
- Prowadzony jest rejestr osadników wojskowych. Dostęp do niego dałby nam możliwość sprawdzenia czy nie pada tam nazwisko któregoś ze sprzedawców łupów po niziołkach.
Tym razem losowo:
Danderbrock: Akcja / Słowo: Pelikan
Ritz: Kontakt / Słowo: Klatka -
Danderbrock:
Gdy tylko wymknęliśmy się z gospody, postanowiłem obrać kierunek na port, by znaleźć siedzibę kompanii żeglugowej Rufin i Merganser. Od rzeki ciągnęło chłodem a pierwsze rybackie łódki wracały z połowów. Zelżał też tak intensywny wieczorem odór zepsutej ryby i mułu. Zapinając się aż pod samą szyję z uznaniem i podziwem przyglądałem się miejscowym chłystkom, którzy zrzucali z siebie brudne i dziurawe odzienie, zostawiając tylko liche spodnie i po krótkiej i uważnej obserwacji z nieużywanego w tym czasie pomostu dawali zgrabnego nura do wody, niczym jakie rybołowy. Przemyślnie rozciągali przy tym stare fragmenty rybackich sieci między ramą z patyków, tworząc sak, w który łapali zaskoczone niecodziennymi akrobacjami ryby. Ta przemyślność i sprytna strategia mimowolnie wywoływały uśmiech na twarzy, który jednak znikł szybko, gdy zaobserwowałem młodocianego draba, który zgarniał od dzieciaków co tłustsze sztuki, nie szczędząc kuksańców i przekleństw tym, którzy nie zdołali niczego wyciągnąć z wody. Proza życia.

Siedziba wspomnianej kompanii znajdowała się w kompleksie kilku podmurowanych budynków lepszej kategorii, w których parter od frontu przeznaczony był na na kilka “czystszy” warsztatów rzemieślniczych, piętra zaś zajmowały rozliczne biura, kantory kupieckie i archiwa. Akurat przed poszukiwaną siedzibą miała miejsce jakaś drobna aferka. Dwóch brzuchatych jegomościów stało naprzeciw siebie, groźnie posapując i wywijając pięściami w powietrzu, by gwałtownością gestykulacji podkreślić własne stanowisko. W ich otoczeniu kilku pachołków spoglądało na siebie z mieszaniną strachu i wrogości, czekając w napięciu na dalszy rozwój wydarzeń.
W tej sytuacji nie było przestrzeni pod czarowanie słowem, za to wyczułem świetną okazję, by z poziomu schodów do sąsiadującego z oficyną kantorku przeskoczyć na parapet i korzystając z zamieszania zerknąć do biura, pomijając żmudną procedurę negocjacji dostępności, możliwości i kosztów i innych tego typu niedorzeczności stojących na drodzę do prawdy.
Test Akcji: 2 (Niepowodzenie)
Czy wspominałem że nie raz już wątłość ciała nie nadążała za błyskotliwością planu postępowania? Tak było w tym przypadku. Wątpiąc we własną gibkość zawahałem się przy przeskoku i w ostatniej chwili skręcając się jak kocię schwytałem dłońmi balustradę, z której miałem się wybić. Kilka sekund wiszenia na samych dłoniach nad twardym brukiem zakończyłem na szczęście odnajdując nogą wygodną podpórkę do wciągnięcia się na bezpieczne podwyższenie. Ze wstydem szukałem potem czapki, która spadła na dół w błoto.
Czas przepłukać gorycz porażki pienistym, chmielowym balsamem.
-
Wieczorny chłód stłumił duszny odór ryb, mułu i smoły wiszący nad portem od południa. Wracające z ostatnich połowów czółna przecinały zastałą wodę, rojąc się przy pomostach niby ukleje na tarle, by zdążyć z ostatnim rozładunkiem. Pomosty trzęsły się i dudniły od kroków i zrzucanego na nie towaru.
Samotna figurka wzrostu ludzkiego dziecka stała oparta o pal cumowniczy, nieporuszona na tle wieczornego rozgardiaszu. Puszczając dymne kółka z pykanej właśnie fajki obserwowała zgraję lokalnych obijbruków, którzy zrzuciwszy z siebie upaprane łachmany, w samych tylko zgrzebnych portkach rzucali się w mętną wodę, by zaimprowizowanymi sakami odławiać żerujące przy dnie ryby.
Niziołek uśmiechnął się w duchu do wspomnień. Do wieczornych postojów między śluzami na łajbie wuja Edmunda. Do klatki zmajstrowanej z wikliny, zanurzanej przy porośniętym tatarakiem brzegu, która nad ranem roiła się od raków i węgorzy. Do przepisu ciotki Matyldy na flisacką polewkę, z którą nie mogła się równać żadna ludzka zupa serwowana w gospodach i oberżach od Darkwasser po Talabek.
Obserwował i wspominał, ignorując klątwy tragarzy, tupanie dzieciarni i zaperzone głosy dwóch grubasów, którzy ludzkim zwyczajem pokłócili się o nic pod siedzibą kompanii żeglugowej Rufina i Mergansera. Od wspominków oderwała go spadająca z nieba czapka. Jakby znajoma.
Nie musiał czekać na jej właściciela, by domyślić się, że plan zinfiltrowania budynku metodą na kota w marcu spaliła na panewce. Rad nierad zmuszony był obrać inną strategię, biegunowo przeciwną do zamysłu Dandebrocka. Na rympał. To jest z otwartą przyłbicą, głównym wejściem. Nie uśmiechało mu się to ani trochę. Ale nie miał czasu na planowanie niczego innego. Wypuściwszy ostatnie kółko, schował fajkę i pospieszył w stronę budynku.
Nigdy nie brakowało mu rozumu. Ale tego dnia miał więcej szczęścia, niż tego pierwszego.
Pierwszy raz pofarciło mu się przed wejściem, gdy okazało się, że awantura z udziałem dwóch grubych pieniaczy przeniosła się gdzieś indziej. Drugi raz — tuż za progiem, gdy ujrzał ogon zniecierpliwionych petentów pomstujących na przedłużające się procedury. Na jego końcu, po drugiej stronie zawalonego papierami biurka, siedział samotny kancelista. Chłopak nie mógł mieć więcej niż szesnaście lat. Co rusz kreślił coś i poprawiał na rozwiniętym przed sobą rulonie, pocąc się przy tym jak bałwan w lecie.
Niziołek rozejrzał się po wnętrzu. Nie licząc dzieciaka, jedynym pracownikiem kompanii obecnym w głównym holu był oparty o framugę cerber, od którego zalatywało zacierem na pół strzelenia z łuku. Krótka, lecz pouczająca rozmowa z ostatnimi w kolejce interesantami pozwoliła ustalić, że ciągnący się do biurka ogon nie posunął się przez ostatnie klepsydry nawet na piędź.
Starając się wyglądać dostojniej i poważniej od pozostałych interesantów, Ritz sprytem, elokwencją i sporą dozą bezczelności wyforsował się na przód kolejki. Pozostałych zapewnił, że „on tylko na chwilę”, po czym zadarł nos, nadęty jak imperialny celnik na kupie gnoju, jakby właśnie udowodnił im wyższość swoich racji. Chyba podziałało, bo nikt nie spróbował go zamordować za samą propozycję. Obstawiał, że to przez okulary. Dodawały mu powagi.
Znalazłszy się na czele, nie potrafił odmówić sobie zerknięcia na pergamin pokryty rzędami cyfr, nad którym biedził się wyrostek. Ustalenie przyczyny biurokratycznego zastoju nie zajęło mu wiele czasu.
Nie wychodząc z roli, najuprzejmiej, jak potrafił, zasugerował młodemu urzędnikowi, że praca poszłaby znacznie sprawniej, gdyby zamiast mozolnie sumować kolumnę dat z ostatniego tygodnia, spróbował podliczyć wartości obowiązujących taryf.
Oświecony i nagle pokraśniały pisarczyk był mu tak wdzięczny, że nie tylko przyjął go poza kolejką, ale z miejsca uwierzył w bujdę niziołka podającego się za przedstawiciela towarzystwa ubezpieczeniowego proszącego o dostęp do wykazu pasażerów i towarów z rejsów z ostatnich miesięcy. Podając mu klucz do kantorka, przeprosił go, że musi pozostawić go sam na sam z księgami pełnymi poufnych informacji, ale kolejka wzywa, et cetera. Ritz wielkodusznie przyjął przeprosiny. I obsłużył się sam.
Pół kolejki później opuścił budynek kompanii bogatszy o kilka nowych informacji.
W księgach przewozowych odnalazł zapis rejsu barkasu Stary Reik z Flaschfurtu. Wśród pasażerów, którzy wysiedli w Heedenhofie, figurowało kilka nazwisk:
Szyper: Hannes Voller
Sternik: Dieter Kahl
Załoga: Rob, Jop, Mortiz Huan von Schepeler
Pasażerowie:
-
Ernst Lugermeier — 2 skrz., 1 kuf.; należność uregulowana
-
Konrad Weiss — ochrona, 1 żel. wks.; faktor. gild.
-
Matthes Krüger — b. pikinier; najem, osiedlenie.
-
Albrecht Voss — czel. garb., próbki i narzędzia.
-
Elsbeth Dorn — 1 K.D., 2 W.P.; opłata za fracht.
-
Hermann Seidel — 3 becz. piw., odbiór własny.
-
Oskar Brenner — 1 pak. żel., dostawa do składu.
Sekretny język przewoźników rzecznych, którym spisano powyższe informacje nie był Ritzowi obcy, choć minęło sporo czasu odkąd pływał z wujem, więc nie zdołał odcyfrować wszystkich skrótów. Jego uwadze nie uszło natomiast, że przy nazwiskach Lugermeiera i Weissa widniała wspólna klamra z dopiskiem. Wyglądało na to, że podróżowali razem, dzieląc koszty przewozu.
Sprawa nabierała tempa. Zataczali coraz węższe kręgi. Wkrótce pętla miała się zamknąć. Niby klatka za złapanym na płyciźnie rakiem.
Chowając rulon z notatkami za pazuchę, Ritz wyszedł na nadbrzeże, a stamtąd w noc.
Test: Kontakty. Wyniki: 6. Sukces.
Ustalenia:
-
Księgi potwierdzają, że niejaki Ernst Lugermeier przybył do Heedenhofu z Flaschfurtu na pokładzie barkasu Stary Reik, należącego do kompanii żeglugowej Rufin i Merganser, około dwóch miesięcy temu.
-
Wśród współpasażerów Lugermeiera był Konrad Weiss, z którym dzielił koszty przewozu i bagażu. W księgach odnotowano również pozostałych pasażerów rejsu. Można ich odnaleźć i przepytać, by potwierdzić tożsamość Lugermeiera oraz ustalić, z kim utrzymywał kontakty.
-
-
Tura III
Danderbrock klepał się po udach, zaśmiewając się do łez, gdy słuchał opowieści Ritza o pozyskaniu rejestrów żeglugowych. W drugiej butelce miętowego likieru powoli widać było dno. Obaj tego dnia złożyli kurtuazyjną wizytę w części miasta, w której mieszkało kilka niziołczych rodzin. Ugoszczeni z należytym rozmachem, z ogromną przykrością wykręcili się od dalszej uczty, która mogła przerodzić się w całonocną libację połączoną z obowiązkowym obżarstwem, rodzinnymi historiami i przypowiastkami. Zapewniając o ponownej wizycie po zakończeniu “interesów”, wiedzieli że nigdy nie dojdzie ona do skutku. Odwiedziny wynikały z grzeczności i tradycji, ale w interesie lokalnej społeczności lepiej będzie, by nie była w żaden sposób powiązana z osobnikami, którzy wkrótce będą musieli poważnie złamać prawo. Z podobnego powodu starali się nie działać razem w czasie śledztwa. Jeden niziołek, to ciekawostka, ale już dwóch w tym samym miejscu, to nieuchronne podejrzenia o przestępcze knowania, a co za tym idzie wzmożona niechęć otoczenia prowadząca do zbytniego zainteresowania ze strony lokalnych stróżów prawa i porządku. Siła uprzedzeń.
Obdarowani sowicie lokalnymi specjałami, siedzieli w swojej kwaterze, wyciągając ku buzującemu w kominku ogniu świeżo namoczone w ziołowej kąpieli stopy. Po ciastach i pieczeniach nie pozostał niemal ślad. Resztka napitku chlupotała w cynowych kielichach, gdy po raz ostatni wznosili toast. Danderbrock smutno spojrzał na pustą butelkę.-No to może zgodnie ze zwyczajem, opowieść za opowieść?

Dotychczasowe ustalenia:
-
Trzy nazwiska osób, sprzedających niziołcze fanty. Jeden z nich może być naszym Fobestem. (Nazwiska to Ruprecht Kars, Ernst Lugermeier oraz Sven Witt)
-
Byli weterani mogą liczyć na preferencyjne osiedlenie się na granicy miasta z Lasem Drakwald.
-
Po wnikliwej analizie wygląda na to że Fobest przybył tu na statku Stary Reik, należącym do kompanii żeglugowej Rufin i Merganser, około dwóch miesięcy temu.
Prowadzony jest rejestr osadników wojskowych. Dostęp do niego dałby nam możliwość sprawdzenia czy nie pada tam nazwisko któregoś ze sprzedawców łupów po niziołkach. -
Księgi potwierdzają, że niejaki Ernst Lugermeier przybył do Heedenhofu z Flaschfurtu na pokładzie barkasu Stary Reik, należącego do kompanii żeglugowej Rufin i Merganser, około dwóch miesięcy temu.
-
Wśród współpasażerów Lugermeiera był Konrad Weiss, z którym dzielił koszty przewozu i bagażu. W księgach odnotowano również pozostałych pasażerów rejsu. Można ich odnaleźć i przepytać, by potwierdzić tożsamość Lugermeiera oraz ustalić, z kim utrzymywał kontakty.
W czasie tej tury użyjemy tych atrybutów, które jeszcze nie były używane:
Danderbrock: Umysł + słowo Albinos
Ritz: Akcja + słowo IgłyDodatkowe urozmaicenie: ciekawa, krótka andegdotka z życia bohatera.
-
-
Danderbrock zapatrzył się w ogień, skubiąc w zamyśleniu koniuszek brody, po czym pstryknął palcem w pierścień zdobiący zarost. Srebrna biżuteria wydała przyjemny dla ucha dźwięk, którego aksamitne tony dłuższą chwilę utrzymywały się w powietrzu.
- Jako młodzieniec, mocno wyróżniałem się pośród rówieśników. Nigdy nie byłem tak zwinny i silny jak inni, do tego moje uszy i zarost na brodzie były u naszego ludu czymś raczej niespotykanym. Nic dziwnego że nazywali mnie “Kudłaczem” lub “Kozimsynem”. Wszystko zmieniło się, gdy przez naszą wioskę przechodził oddział krasnoludów. Staliśmy tam, z rozdziawionymi buziami patrząc na ich pochód. Wojownicy byli wymęczeni i brudni, ale humor im dopisywał, gdy dorośli wynosili z chat jedzenie i napitki. Ledwo co zwolnili kroku by się posilić. Jeden z nich, szeroki jak tur, miał ogromny topór na którym można by było usmażyć z tuzin jaj Pamiętam że miał też na sobie płytową zbroję, której elementy składały się bezdźwięcznie jak harmonijka, a każdy fragment był wykonany z niezwykłą precyzją. Wypatrzył mnie z tłumu, pociągnął za bródkę i zarechotał, mówiąc że jako jedyny wyglądam tutaj jak prawdziwy mężczyzna. Zdjął ze swojej brody jeden z ozdobnych pierścieni i zatrzasnął go na moim zaroście, po czym klepnął w ramię tak, że poleciałem w błoto. Tego dnia zebrałem się w sobie i chociaż mimo starań mięśnie mi nie urosły, wyrobiłem w sobie całkiem sprawny umysł i ostry jak nóż język. No i mam tę błyskotkę. Zacna krasnoludzka robota.
Poranek dnia następnego nie należał do najprzyjemniejszych, a to ze względu na dolegliwości po wieczornym opilstwie. Na szczęście gospodyni zachęcona brzęczącą monetą uwarzyła polewkę zgodnie z precyzyjnymi wytycznymi obu nieszczęśników. Ciepła strawa i zimna woda w miednicy wnet przywróciły im energię do życia.
Danderbrock pożegnał towarzysza, poprawił na ramieniu płócienną torbę, w którą włożył słój z resztką leczniczej polewki, kamionkową butelkę równie leczniczego, mocno chmielonego piwa oraz solidną pajdę chleba przełożonego wędzonym serem. Szykował się na dłuższe posiedzenie.
Podążając za wskazówkami dotarł na północno-wschodni skraj miasta. Stukot młotków i chrobot pił mieszały się z obwoływaniem się straży, bacznie przyglądającej się nieodległej ścianie mrocznego lasu. Niemal każdy w zasięgu wzroku, od cieśli po tragarzy, miał przy sobie broń lub narzędzie mogące ją zastąpić. Danderbrock bez problemu ulokował się na poddaszu jednej z prawie ukończonych chat, umościł się wygodnie, dbając o odpowiednie maskowanie, po czym zajął się obserwacją placu budowy.
Do konstrukcji budynków używano lokalnego drewna o paskudnej, chropowatej korze, pod którą kryło się jednak zaskakująco białe drewno, nieco za miękkie jak na gust niziołka. Budynki stawiano gęsto obok siebie. Od strony lasu pozbawione były okien, poza małym otworem na poddaszu, idealnym dla strzelca z kuszą lub muszkietem. Przestrzenie między nimi wypełniano wysokim, solidnym płotem, a samo przedpole obsadzone było kolczastą, niskopienną roślinnością. Pomysł co do struktury ewidentnie narodził się w głowie wojskowego. Niziołek skupił się na ludziach, krzątających się po placu budowy, skrzętnie analizując to co zauważył.
Test Umysł: (2, 4) Mamy trop!
Nietrudno było odnotować jak wielu było tu weteranów. Zdradzał ich chód, czujność oraz specyficzny język, jakim komunikowali się ze sobą. Trzymali się razem, wyraźnie izolując się od nielicznych w tym miejscu cywilów. Tworzyli zwartą i zamkniętą grupę w ramach większej społeczności miasta. Kilkakrotnie w żartach padała nazwa “Ostatniej Reduty” w kontekście popijaw, żołnierskich przyśpiewek a także służek uwielbiających bohaterskie opowieści. Tam też łączył się świat obecnych wojskowych z tymi, którzy nie chcą już podlegać pod sztywne rygory armii. Tam też z dużym prawdopodobieństwem powinniśmy wypatrywać naszego celu.
Cześć! Wygląda na to, że jesteś zainteresowany tą rozmową, ale nie masz jeszcze konta.
Masz dość przewijania tych samych postów za każdą wizytą? Po zarejestrowaniu konta zawsze wrócisz dokładnie do tego samego miejsca, w którym byłeś wcześniej, możesz wtedy również wybrać opcję otrzymywania powiadomień nowych odpowiedziach (e-mailem lub powiadomieniem push). Będziesz też mógł zapisywać zakładki i głosować na posty, aby okazać uznanie innym członkom społeczności.
Z Twoją pomocą tez post mógłby być nawet lepszy 💗
Zarejestruj się Zaloguj się